Polska i Niemcy 80 lat później

Wobec niespodziewanej absencji na obchodach 80-tej rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej najważniejszego spodziewanego przez obóz władzy gościa – czyli Donalda Trumpa – a także nieobecności przywódców Francji i Wielkiej Brytanii, to prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier i kanclerz Angela Merkel nadali światową rangę tym uroczystościom. Bez wątpienia prezydent Niemiec wygłosił również najlepsze i najważniejsze przemówienia – w Wieluniu i przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

Warto przypomnieć co powiedział. Podczas uroczystości w Wieluniu stwierdził m.in: „(…) na Wieluń spadło piekło – rozpętane przez niemiecki rasistowski obłęd i żądzę zniszczenia. (…) Wieluń był zarzewiem, atakiem terrorystycznym niemieckiej Luftwaffe oraz zapowiedzią wszystkiego, co miało nastąpić w ciągu kolejnych sześciu lat. (…) Cynizm niemieckich agresorów był bezgraniczny, ich działania – nieludzkie, a skutki dla mieszkańców tego miasta – straszliwe. (…) Przyszedł czas, by Wieluń i wiele innych zrównanych z ziemią polskich miast i wsi znalazło swoje miejsce obok innych miejsc upamiętniających niemieckie zbrodnie – obok Guerniki, Lidic i Oradour – i abyśmy także w Niemczech i w Berlinie znaleźli nowe i godne sposoby upamiętnienia. Wieluń musi być obecny w naszych umysłach i w naszych sercach.

Tu w Wieluniu sąsiedztwo polsko-niemieckie zostało unicestwione z tak radykalną wolą zniszczenia, z taką siłą, że pamięć o tym boli jeszcze dzisiaj. Który Niemiec może patrzeć na Wieluń, na Warszawę czy Palmiry oraz Auschwitz i inne miejsca Shoah, nie odczuwając wstydu? To Niemcy dokonywali w Polsce zbrodni przeciw ludzkości. Kto twierdzi, że to przeszłość i że to się już skończyło, kto oświadcza, że panowanie nazistowskiego terroru nad Europą to tylko marginalia historii Niemiec, ten sam wydaje na siebie wyrok. Ta przeszłość nie przeminie. Mamy z nią do czynienia. »Każdy ma coś wspólnego z niemieckim losem […] i niemiecką winą, jeśli urodził się Niemcem« – ten, kto chce się powoływać na niemiecką historię, musi znieść także tę wypowiedź Tomasza Manna.

Przeszłość nie przeminie. I nasza odpowiedzialność nie przeminie. My to wiemy. Jako prezydent Niemiec chcę Państwa zapewnić: Nie zapomnimy! Chcemy i będziemy pamiętać. Bierzemy na siebie odpowiedzialność, którą nakłada na nas historia.

(…) Polska stawiła opór tej haniebnej próbie unicestwienia jej. (…) Państwo niemieckie zawsze będzie wdzięczne za to, że zostało ponownie przyjęte do grona Europejczyków po tym, co Niemcy wyrządzili mieszkańcom Wielunia oraz milionom ludzi na naszym kontynencie. Niemcy zawsze będą wdzięczne za walkę Polaków o wolność, która zerwała żelazną kurtynę i utorowała drogę do zjednoczonej Europy. Nie możemy cofnąć wyrządzonych krzywd i cierpień. Nie możemy ich też zliczyć. Jednak Polska wyciągnęła do Niemiec dłoń w geście pojednania. Mimo wszystko. Jesteśmy głęboko wdzięczni za tę wyciągniętą do nas dłoń, za gotowość Polski, by wspólnie podążać drogą pojednania[1].

Natomiast w Warszawie powiedział: „Ta wojna była zbrodnią niemiecką. Historia tego miejsca jest tego świadectwem. Już od pierwszego dnia wojny Niemcy ostrzeliwali Warszawę. Przez lata siali ogromne spustoszenie w tym mieście. Całe dzielnice miasta zrównali z ziemią. Deportowali jego mieszkańców. Mordowali mężczyzn, kobiety i dzieci. Polska, jej kultura, jej miasta, jej mieszkańcy – wszystko, co żywe, miało zostać unicestwione. (…) Nie ma drugiego takiego miejsca w Europie, w którym z takim trudem przychodziłoby mi zabrać głos. Jako prezydent Niemiec, wspólnie z kanclerz federalną Niemiec, mówię dzisiaj wszystkim Polkom i Polakom: nie zapomnimy. Nie zapomnimy ran, które Niemcy zadali Polakom. Nie zapomnimy cierpienia polskich rodzin, tak samo jak ich odwagi stawiania oporu. Nigdy nie zapomnimy”[2].

Wystąpienia prezydenta RFN w Wieluniu i w Warszawie uważam za wydarzenie bardzo doniosłe. Nie mniej doniosłe jak wystąpienie jego poprzednika podczas 50-tej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego w 1994 roku oraz wystąpienie Władimira Putina na Westerplatte w 2010 roku, który – o czym dzisiaj mało kto w Polsce pamięta – przyznał wtedy, że pakt Ribbentrop-Mołotow umożliwił III Rzeszy i ZSRR opanowanie Europy Środkowej. Reakcje obozu władzy i jego mediów na słowa prezydenta Steinmeiera były z pozoru pełne uznania, ponieważ nie mogły być inne. Z pozoru, bo nawet w tych reakcjach nie zabrakło charakterystycznej dla tej władzy buty.

Premier Morawiecki pozwolił sobie na komentarz, że przemówienie prezydenta Niemiec było „rzeczywiście przełomowe”, a następnie dodał, że tak jednoznaczne uznanie przez najwyższego przedstawiciela RFN win niemieckich wobec Polski jest „wielkim sukcesem polityki historycznej PiS” (sic!). Uniknął też odpowiedzi na pytanie, czy polski rząd odpowie na apel Steinmeiera, który w swojej wypowiedzi zawarł oczekiwanie wybaczenia ze strony polskiej. Natomiast według wicepremiera Piotra Glińskiego słowa prezydenta Niemiec oznaczają, że Polska ma „duże szanse na uzyskanie reparacji wojennych” od RFN. Premier Morawiecki dodał do tego, że „my teraz czekamy na analizy, które są prowadzone”[3]. Taka zatem jest reakcja władz polskich na ponową niemiecką prośbę o przebaczenie, wyartykułowaną do tego tak dobitnie. Iście mocarstwowa – jak za starych czasów księżycowej polityki Józefa Becka, którego epigonami są obecnie rządzący.

Z kolei na Westerplatte premier Morawiecki powiedział 1 września: „Trzeba domagać się zadośćuczynienia za drugą wojnę światową”. To powiedział szef rządu, który nie ma odwagi domagać się od Ukrainy uznania odpowiedzialności nacjonalistów ukraińskich za ludobójstwo na narodzie polskim oraz ekshumacji i upamiętnienia ofiar tego ludobójstwa. Dzień wcześniej prezydent Andrzej Duda poprosił prezydenta Ukrainy o zniesienie zakazu prowadzenia prac ekshumacyjnych na Wołyniu. Równocześnie ten sam prezydent w wywiadzie dla niemieckiego „Bilda” zapowiedział rychłe „wystawienie rachunku” Niemcom za drugą wojnę światową. Ukrainę proszą o anulowanie zakazu ekshumacji ofiar ludobójstwa UPA, a od Niemiec żądają odszkodowań wojennych. Taka to jest polityka mocarstwowa. Zatem od czasów Becka charakter polityki mocarstwowej w Polsce się nie zmienił.

W związku z 80-tą rocznicą Września 1939 roku temat reparacji wojennych od Niemiec został też podjęty w prorządowych mediach. Dlatego muszę wyjaśnić, że żądanie tych reparacji jest wielką pisowską hucpą. Z kilku co najmniej powodów. (1) Niemcy są państwem silnym i poważnym i otwarcie takiego tematu mogą potraktować także poważnie – tzn. jako powrót do dyskusji o granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, ponieważ niechętne uznanie tej granicy przez kanclerza Helmuta Kohla w 1990 roku było w rozumieniu Berlina formą reparacji wobec Polski za drugą wojnę światową. (2) Zostanie to odczytane nie tylko przez władze w Berlinie, ale i naród niemiecki jako akt nieprzyjazny. (3) Okazywanie wrogości Niemcom, czyli państwu, od którego sprawy polskie zależą bardzo wiele i to nie tylko w UE, przy jednoczesnym stąpaniu na paluszkach w kwestiach historycznych przed Ukrainą, od której w sprawie Polski nie zależy nic, podsumowuje całą pisowską politykę mocarstwową. (4) Jest to temat wywołany przez Kaczyńskiego głównie na użytek polityki wewnętrznej – w celu podtrzymywania gotowości bojowej elektoratu przez ciągłe jątrzenie, a to przeciw Niemcom, a to przeciw Rosji, a to przeciw „gorszemu sortowi” Polaków. (5) Tym bardziej pokazuje to irracjonalność polityki obecnego obozu władzy.

Na irracjonalność tej polityki zwrócił uwagę 4 września Gerhard Gnauck – warszawski korespondent „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Gnauck zauważył, że temat reparacji wprowadził do debaty publicznej latem 2017 roku prezes PiS Jarosław Kaczyński, poruszając go podczas wiecu partyjnego. „Od tego czasu politycy obozu rządzącego zapowiadają raz po raz, że wystawią Niemcom rachunek” – pisze Gnauck. Jeden z ministrów polskiego rządu wymienił sumę „840 mld euro”, prawicowi publicyści piszą o bilionach – czytamy w „FAZ”.

„Co jest właściwie celem polskiego rządu?” – pyta Gnauck zastrzegając, że od członków sejmowego zespołu ds. reparacji niewiele można się dowiedzieć. „Nie ma jasnych dowodów na to, że polscy przedstawiciele poruszyli ten temat wobec Niemiec na najwyższym szczeblu. Dyplomaci próbowali to zrobić, lecz natrafili w Berlinie, jak można usłyszeć, na mur milczenia” – pisze niemiecki dziennikarz. Na postawione pytanie sam sobie odpowiada, że przyczyną takich działań władz polskich mogą być wysuwane od lat przez organizacje żydowskie w USA żądania restytucji byłego mienia żydowskiego w Polsce. Zdaniem Gnaucka sytuacja prawna i presja moralna, to dwa różne aspekty tego „wielostronnego konfliktu”[4]. A zatem w Niemczech otwarcie zauważono, że polityka polska jest prowadzona od ściany do ściany.

Z punktu widzenia kuchni politycznej wystąpienia prezydenta Steinmeiera w Wieluniu i Warszawie były mistrzostwem politycznym na najwyższym poziomie. Wytrącił obozowi władzy w Polsce broń z ręki. Odtąd dalsze artykułowanie przez władze polskie żądania reparacji wojennych od Niemiec będzie postrzegane przez opinię międzynarodową jako działanie nieprzyjazne ze strony Polski.

W świetle przytoczonych wypowiedzi czołowych polityków polskich obawiam się, że kolejna niemiecka prośba o przebaczenie win – wyartykułowana tak mocno przez Franka-Waltera Steinmeiera – może zawisnąć w próżni. Nie ma dzisiaj żadnych przeszkód, żeby Polska budowała dobre i partnerskie stosunki z Niemcami i Rosją. Budowanie takich partnerskich stosunków nie oznacza przecież ani konieczności politycznego podporządkowania się Rosji, ani konieczności akceptacji niemieckich planów federalizacji Unii Europejskiej – jak to sugerują prorządowe media i zwolennicy obozu władzy. W ich narracji dalej mamy rok 1939, a współczesne Niemcy oraz Rosja są nadal III Rzeszą oraz Związkiem Radzieckim i przygotowują się do podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow. Wszystko zresztą obozowi władzy i jego akolitom się z tym paktem kojarzy – i rurociąg bałtycki, i wychodzące z Berlina postulaty zniesienia sankcji wobec Rosji, i jakakolwiek zbliżenie niemiecko-rosyjskie.

Przeszkodą w budowaniu normalnych stosunków z dwoma wielkimi sąsiadami jest to, że rządzą w  Polsce siły, które przyjęły rolę głównego reprezentanta interesów amerykańskich w Europie, co determinuje radykalnie antyrosyjski, ale także antyniemiecki kierunek polityki zagranicznej Warszawy. Celem polityki amerykańskiej jest bowiem niedopuszczenie do bliskich i partnerskich relacji pomiędzy UE i Rosją, a przez to redukcji amerykańskich wpływów w Europie. Narzędziami USA w tej grze są Polska, Ukraina, państwa bałtyckie i w mniejszym stopniu Rumunia. Rola Polski w polityce amerykańskiej determinuje charakter polskiej polityki historycznej, która zamiast szukać pojednania jątrzy stosunki polsko-rosyjskie i polsko-niemieckie. To dlatego prezydent Duda w swoim wystąpieniu z okazji 80-tej rocznicy agresji III Rzeszy na Polskę mówił o współczesnej Rosji, czyli nie na temat. Niestety, duża część Polaków podziela takie spojrzenie na historię, albo – poddawana ciągłemu naciskowi propagandowemu – niewiele już z historii swojego kraju rozumie. W odpowiedzi na empatię niemiecką nie widzę symetrycznej reakcji w społeczeństwie polskim. Widzę natomiast ciągłe pretensje historyczne do obu sąsiadów, niejednokrotnie przesadnie artykułowane. Pojednanie historyczne jest rzeczą trudną i zawsze będzie rezultatem kompromisu, który nikogo nie zadowoli, ponieważ każdy naród ma własną pamięć historyczną i własne emocje. W stosunkach Polski z Niemcami i Rosją, dla polskiej przyszłości – jest jednak konieczne. I możliwe.

[1] „Wystąpienie prezydenta Niemiec w Wieluniu. Chylę czoła i proszę o przebaczenie”, „Gazeta Wyborcza” nr 204 (9716), 2.09.2019, s. 12.

[2] „Stoję dzisiaj przed polskim narodem bosy, obarczony wielkim, historycznym brzemieniem”, http://www.tvn24.pl, 1.09.2019.

[3] Premier w Polsat News: przemówienie prezydenta Niemiec  przełomowe; ws. reparacji czekamy na analizy, http://www.polsatnews.pl, 4.09.2019.

[4] FAZ o reparacjach: dokąd zmierza polski rząd?, http://www.dw.com, 4.09.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 września 2019 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2259/2260), 22-29.09.2019, s. 9

Kto otworzył drogę Hitlerowi?

Pytanie, czy Polska mogła uniknąć losu, jaki spotkał ją we wrześniu 1939 roku, było stawiane od czasu zakończenia kampanii wrześniowej. Epigoni obozu sanacyjnego zwykle udzielali na nie fałszywych odpowiedzi – zrzucając odpowiedzialność wyłącznie na sygnatariuszy paktu Ribbentrop-Mołotow i mocarstwa zachodnie, tylko nie na politykę firmowaną przez Józefa Becka. Z kolei po 1989 roku w kręgach prawicowych zyskała popularność teza, że w 1939 roku należało stanąć po stronie III Rzeszy. Argumenty zwolenników tej tezy – będącej jednym z przejawów polskiego irracjonalizmu politycznego – zebrał Piotr Zychowicz w książce „Pakt Ribbentrop-Beck. Czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki” (Poznań 2012).

Nie pakt „Ribbentrop-Beck”, ale układ sojuszniczy pomiędzy Pragą i Warszawą był szansą na zatrzymanie rozpędzającej się agresji hitlerowskiej. Polska przegrała kampanię wrześniową rok wcześniej – we wrześniu 1938 roku – dopuszczając do rozbioru Czechosłowacji. Gorzko podsumował to wówczas Wojciech Korfanty (1873-1939): „Za dwa powiaty Zaolzia, które można było w inny sposób dziesięć razy odzyskać sprzedano bezpieczeństwo Polski”. Rozbiór, a następnie likwidacja Czechosłowacji w połowie marca 1939 roku doprowadziły do przejęcia przez III Rzeszę nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej i dobrze rozwiniętego czeskiego przemysłu zbrojeniowego. Spowodowało to wzmocnienie niemieckiego potencjału militarnego na tyle, że Niemcy hitlerowskie były gotowe do rozpoczęcia wojny z Polską już pod koniec lata 1939 roku. Z dzisiejszej perspektywy zdumiewa, że sternicy nawy państwowej II RP nie rozumieli jakie będą skutki geopolityczne i wojskowe rozbioru Czechosłowacji. Polską racją stanu było niedopuszczenie za wszelką cenę do kapitulacji Czechosłowacji przed dyktatem monachijskim. A cena była naprawdę niewielka – trzeba było tylko wznieść się ponad uprzedzenia polityczne wobec tego kraju.

Rok 1938 był kluczowy dla rozwoju późniejszych wydarzeń. To wtedy mocarstwa zachodnie zapaliły zielone światło Hitlerowi do rozpętania drugiej wojny światowej. To nie pakt Ribbentrop-Mołotow, ale układ monachijski doprowadził do zniszczenia ładu wersalskiego i pozwolił III Rzeszy na politykę dyktatu i podboju. Odpowiedzialność za to spada w pierwszej kolejności na Francję i Wielką Brytanię oraz ich politykę appeasementu (zaspokajania roszczeń Hitlera). Wątpliwości co do tego nie miał Winston Churchill: „W roku 1938 walka o Czechosłowację byłaby czymś jak najbardziej rozsądnym: armia niemiecka mogła wystawić zaledwie pół tuzina wyszkolonych dywizji na froncie zachodnim, podczas gdy Francja ze swoimi niemal 60 czy 70 dywizjami bez trudu mogła przekroczyć Ren i zająć Ruhrę”. A także dojść do Berlina i zakończyć istnienie brunatnej Rzeszy Hitlera, zanim ta podpaliła świat. W 1939 roku było już na to za późno.

W drugiej połowie września 1938 roku – w szczytowym momencie kryzysu sudeckiego – czechosłowacki prezydent Edvard Beneš skierował list do prezydenta Ignacego Mościckiego, w którym oferował Polsce rewizję granicy w zamian za neutralność Warszawy w kryzysie sudeckim. List ten dotarł do Warszawy z opóźnieniem i nie wywarł pozytywnego skutku ze względu na antyczeską zawziętość Józefa Becka – sternika polskiej polityki zagranicznej. Jego odpowiedzią na list Beneša były wysłane do Pragi pod koniec września 1938 roku noty dyplomatyczne, utrzymane w tonie nieprzyjaznym, w których Warszawa domagała się równolegle do załatwienia roszczeń niemieckich rewindykacji terytorialnej na Zaolziu. To wtedy II RP przegrała kampanię wrześniową z 1939 roku, a więc swój byt polityczny.

Józef Beck po objęciu w listopadzie 1932 roku stanowiska ministra spraw zagranicznych zablokował proces normalizacji stosunków polsko-czechosłowackich. Wobec Czechosłowacji kierował się on tezą Józefa Piłsudskiego, że istnienie tego państwa nie jest zjawiskiem trwałym. Wbrew stanowisku opozycji antysanacyjnej prowadził rozmyślną politykę pogorszenia stosunków z Pragą, czego wyrazem było niepowodzenie rozmów polsko-czechosłowackich w latach 1932-1934. Południowy sąsiad przestał być wtedy dla Becka poważnym partnerem.

Politykę Józefa Becka wobec Czechosłowacji w 1938 roku bezlitośnie podsumował prof. Henryk Batowski (1907-1999): „Błędna polityka polska w tym okresie łączyła się (…) z faktem, że Czechosłowacja była w sojuszu ze Związkiem Radzieckim, że tolerowała u siebie działalność partii komunistycznej, że udzielała pomocy polskiej opozycji. Oficjalnie upominano się o nie w pełni takie, jakie powinno być, traktowanie ludności polskiej na Zaolziu. Ale trzeba stwierdzić, że Beckowi nie tyle chodziło o sprawę Zaolzia, ile o cel znacznie szerszy: o zniszczenie Czechosłowacji jako takiej, gdyż nie mieściła się ona w koncepcji Europy Środkowej wytworzonej w polskim MSZ, opartej przede wszystkim na współpracy z Węgrami. Chciano dopomóc separatystom słowackim w zerwaniu z Pragą, a Czechów pozostawić ich własnemu losowi”[1]. Takie cele polityki polskiej były w tym czasie niestety bliskie celom polityki hitlerowskiej.

O ile przed 1989 rokiem w historiografii polskiej dominowało przekonanie, że Polska popełniła śmiertelny błąd biorąc udział w rozbiorze Czechosłowacji, to w III RP nastąpił powrót do prosanacyjnej wykładni dziejów. Sprowadza się to nie tylko do usprawiedliwiania zgubnej dla Polski polityki Józefa Becka, ale także jego gloryfikacji jako rzekomo przenikliwego męża stanu, który w 1938 roku zapobiegł zajęciu Zaolzia przez Niemców. Zwolennicy takiego punktu widzenia (m.in. Marek K. Kamiński, Leszek Moczulski, Romuald Szeremietiew) uważają, że całkowitą i wyłączną winę za fiasko jakiegokolwiek porozumienia Polski i Czechosłowacji w 1938 roku ponosił Edvard Beneš, który od 1918 roku prowadził politykę antypolską.

Z takim punktem widzenia już ponad pół wieku temu polemizował gen. Tadeusz Machalski (1893-1983) – w latach 1939-1945 attaché wojskowy w Atenach i Ankarze, po wojnie emigracyjny historyk wojskowości. W wydanej w Londynie w 1964 roku książce „Pod prąd. Światła i cienie kampanii wrześniowej 1939 roku” zauważył on, że zatargi z Pragą o Zaolzie „aczkolwiek ważne, nie powinny były zaciemniać nam obrazu rzeczywistości. Istnienie Czechosłowacji skracało naszą granicę narażoną na atak niemiecki, o całe 850 km i zapewniało bezpieczeństwo naszej południowo-zachodniej granicy na odcinku sięgającym od Karpat aż po Częstochowę włącznie. To było rzeczą najważniejszą, ważniejszą od tego, czy Benesz był sympatyczny czy nie (…). Rozwiązania problemu bezpieczeństwa naszej południowo-zachodniej granicy nie należało szukać we wspólnym z Hitlerem rozbiorze Czechosłowacji, ale wręcz przeciwnie, broniąc Czechosłowację [!] przed zaborczością Hitlera. Wtedy Hitler, widząc nas przeciwko sobie, prawdopodobnie namyśliłby się dwa razy przed podjęciem ryzykownej decyzji. Gdybyśmy w czasie kryzysu sudeckiego stanęli po stronie Czechosłowacji zamiast po stronie Niemiec, to możliwe, że do wojny tak w 1938, jak i w 1939 roku w ogóle by nie doszło, a gdyby pomimo wszystko wybuchła już w 1938 roku, to rozegrałaby się tak, jak to niemiecki sztab generalny przewidywał i zakończyłaby się katastrofą Niemiec. Ale nawet gdyby Francja i Anglia zawiodły, to i bez ich udziału, razem z Czechosłowacją, byliśmy silniejsi od Hitlera i dalibyśmy sobie z nim radę i to tym łatwiej, że pomógłby nam planowany przez generałów niemieckich zamach stanu”.

Niestety, tak się nie stało. Mentalność ekipy sanacyjnej – owładniętej obsesją antyczeską, bardzo długo lekceważącej zagrożenie niemieckie i ulegającej nierealnemu złudzeniu „polityki mocarstwowej” – doprowadziła do udziału II RP w rozbiorze Czechosłowacji, którego bezpośrednim skutkiem stała się agresja hitlerowska na Polskę rok później. Nie jest prawdą, że po stronie czechosłowackiej nie było partnera do zawarcia układu politycznego.

Poważne rozmowy na temat politycznego i wojskowego zbliżenia obu krajów były prowadzone już w latach 1924-1925 przez szefa polskiego Sztabu Generalnego, gen. Stanisława Hallera, oraz gen. Jana Syrový’ego – wówczas zastępcę naczelnika Sztabu Głównego armii czechosłowackiej, a we wrześniu 1938 roku premiera rządu czechosłowackiego, który został zmuszony przyjąć dyktat monachijski. Jeszcze po przewrocie majowym z 1926 roku w czeskich kołach wojskowych istniała gotowość zawarcia sojuszu z Polską. Jeden z czeskich sztabowców, płk Bartoš, stwierdził wówczas, że „istnieje bezwzględna konieczność jak najściślejszej współpracy obu naszych armii, wobec istnienia wspólnego nieprzyjaciela – Niemiec. Ta współpraca jest conditio sine qua non istnienia obu państw”[2].

W połowie lat 20-tych XX w. czescy i polscy sztabowcy kreślili plany wspólnego ataku na niemiecki Śląsk („klin śląski”), w przypadku zagrożenia obu państw przez Niemcy. Zawarcie wówczas wymierzonego w Berlin sojuszu polsko-czechosłowackiego zmieniłoby układ sił w Europie Środkowej na niekorzyść Niemiec, likwidując w pierwszej kolejności niebezpieczeństwo niemieckiego okrążenia Polski od południowego zachodu. Ponadto dobrze rozwinięty czeski przemysł zbrojeniowy stałby się cennym dostawcą broni dla Wojska Polskiego. Dlatego porozumienie polityczno-wojskowe z Czechosłowacją było celem, jaki postawił sobie w polityce zagranicznej trzeci rząd Wincentego Witosa – powołany 10 maja 1926 roku i obalony cztery dni później w wyniku wojskowego zamachu stanu Józefa Piłsudskiego. Historycy ruchu ludowego są przekonani, że jedną z głównych przyczyn przewrotu majowego był zamiar pokrzyżowania planów sojuszu polsko-czechosłowackiego, który nie leżał w interesie Niemiec i Wielkiej Brytanii.

Zamach majowy przerwał prace nad paktem polityczno-wojskowym z Pragą, a jednym z jego konsekwencji było osłabienie, a następnie zerwanie w 1934 roku kontaktów wojskowych między Polską a Czechosłowacją. Był to wielki błąd. Kierownictwo armii czechosłowackiej – złożone z byłych legionistów walczących z bolszewikami w Rosji w latach 1918-1919 – stanowiło najbardziej propolską część establishmentu czechosłowackiego. W oparciu o generalicję czechosłowacką można było zbudować polskie lobby polityczne w tym kraju, które mogło wpłynąć na niechętną Polsce politykę prezydentów Tomáša Masaryka i Edvarda Beneša. Tacy generałowie jak Ludvík Krejčí, Alois Eliáš, Lev Prachala, Jan Syrový, czy Siergiej Wojciechowski (z pochodzenia Polak) – przeciwnicy kapitulacji wobec dyktatu monachijskiego – mając polskie wsparcie podczas kryzysu sudeckiego, mogli się pokusić o obalenie ekipy prezydenta Edvarda Beneša na drodze zamachu stanu i stworzenie rządu, który razem z Polską byłby gotów podjąć walkę z Niemcami. Racją stanu Polski było utrzymanie z tymi propolskimi generałami kontaktów za wszelką cenę. Tymczasem ekipa sanacyjna zerwała z nimi wszelkie kontakty w połowie lat 30-tych – w sytuacji, gdy Niemcy hitlerowskie przystąpiły do demontażu ładu wersalskiego w Europie.

Armia czechosłowacka zmobilizowała w 1938 roku 45 dywizji wobec 47 niemieckich. Gdyby po stronie Czechosłowacji stanęła Polska, nie mówiąc o Francji, III Rzesza nie miałaby przewagi militarnej już na początku starcia zbrojnego.

Przedstawiciele czeskich kół wojskowych w latach 1937-1938, a nawet jeszcze jesienią 1938 roku, szukali kontaktu z Polską, jednakże ekipa sanacyjna nie miała zamiaru dogadać się z Czechosłowacją. Z inicjatywą rozmów pod adresem polskiego attaché wojskowego w Bukareszcie, ppłk. Tadeusza Zakrzewskiego, wystąpił już na początku grudnia 1937 roku jego czeski odpowiednik, ppłk Otokar Buda. Proponował on w imieniu gen. Ludvíka Krejčí – szefa czechosłowackiego Sztabu Głównego – odbycie zakonspirowanego spotkania przedstawicieli sztabów polskiego i czechosłowackiego w sprawie współdziałania obu państw przeciw Niemcom.

Jedyną reakcją na raport ppłk. T. Zakrzewskiego w tej sprawie była surowa reprymenda udzielona mu przez gen. Wacława Stachiewicza – szefa polskiego Sztabu Głównego – oraz płk. Tadeusza Pełczyńskiego – szefa Oddziału II, późniejszego generała i jednego ze sprawców tragedii powstania warszawskiego. Propozycję współpracy pod adresem strony polskiej ponowił w lutym 1938 roku czeski attaché wojskowy w Moskwie, ppłk Dastych. Sugerował on, że jeśli Polska stanie po stronie Czechosłowacji i zaproponuje układ sojuszniczy, to generalicja czechosłowacka odsunie od władzy ekipę Beneša[3]. Propozycja ta była jednak dla ekipy sanacyjnej niepożądana i kłopotliwa, więc ją zignorowano. To samo stało się z oficjalną propozycją czeską z czerwca 1938 roku dostaw surowców i sprzętu wojennego do Polski w zamian za zawarcie sojuszu wojskowego między oboma państwami.

Henryk Batowski ocenił takie działania strony polskiej następująco: „Błędność tej polityki wiązała się z całą ówczesną polityką obozu sanacji, jak i z określonymi cechami osobowości samego Becka, tj. jego arbitralnością, przekonaniem o własnej nieomylności, a także – last but not least – silną emocjonalną niechęcią do Czechów w ogóle i do Beneša w szczególności. Te wszystkie cechy, a zawłaszcza wszelkie emocjonalne uprzedzenia, są całkowicie niedopuszczalnymi motywami we wszystkich działaniach publicznych, tym bardziej wtedy, gdy chodzi o losy własnego kraju i narodu (…). Beck dążył do całkowitego rozbicia Czechosłowacji. Zamiast niej widział przede wszystkim wspólną granicę polsko-węgierską w Karpatach wschodnich (…) oraz niezależną bądź autonomiczną Słowację, związaną bądź z Polską, bądź z zaprzyjaźnionymi z Polską Węgrami, w każdym razie rozszerzającą – jak rozumowano wtedy w Warszawie – bezpieczeństwo Polski od południa na cały łańcuch Karpat”[4].

„Niezależną” Słowację proklamował jednak nie Beck, ale Hitler w marcu 1939 roku i z jej właśnie terytorium wyszło we wrześniu 1939 roku oskrzydlające Polskę od południa uderzenie niemiecko-słowackie.

Z analizy wypowiedzi czołowych polityków sanacyjnych – nie tylko Becka – wynika, że nie wierzyli oni w trwałość państwa czechosłowackiego, mieli pogardę do Czechów jako narodu oraz uważali, że rozbiór Czechosłowacji byłby dla Polski sprawą pożądaną i korzystną politycznie. Takie wypowiedzi były formułowane jeszcze na długo przed kryzysem sudeckim. Bez względu na geopolityczne uwarunkowania sytuacji Polski i Czechosłowacji w roku 1938 – na co powołują się obrońcy polityki Becka – los Czechosłowacji w myśleniu ekipy sanacyjnej był już przesądzony na długo przedtem. Polityka polska w 1938 roku wobec południowego sąsiada nie była zdeterminowana kwestią Zaolzia i mieszkającej tam ludności polskiej, lecz stanowiła realizację znacznie wcześniejszych planów ekipy sanacyjnej rozbicia Czechosłowacji. Trudno doprawdy pojąć to zaślepienie, ponieważ Czechosłowacja była, obok Polski, zwornikiem ładu wersalskiego w Europie, który przyniósł prawno-międzynarodowe uznanie obu państw. Każdy kto podkopywał system wersalski w Europie Środkowej – przyczyniał się do likwidacji niepodległego państwa polskiego.

Niestety, ale prawda jest taka, że zanim 23 sierpnia 1939 roku Ribbentrop i Mołotow ostatecznie złożyli do grobu system wersalski, grobową niszę wykopał mu m.in. minister Józef Beck we wrześniu i październiku 1938 roku. Polityka ekipy sanacyjnej w dobie Monachium sprawiła, że na salonach politycznych ówczesnej Europy podejrzewano nawet Polskę o jakąś tajemniczą zmowę z Niemcami. Wytrawnym politykom wydawało się bowiem dziwne, że ambitny minister dyplomacji nie rozumie dających się przewidzieć konsekwencji swoich działań.

[1] H. Batowski, „Między dwiema wojnami 1919-1939. Zarys historii dyplomatycznej”, Kraków 2001, s. 323.

[2] J. Engelgard, „Sojusz z Czechosłowacją – niewykorzystana szansa”, (w:) „Piłsudski i sanacja – błędy i zbrodnie. Konferencja historyczna, Warszawa, 15 września 2018”, Warszawa 2018, s. 48.

[3] Tamże, s. 52-54. Por. też: H. Bułhak, „Z dziejów stosunków wojskowych polsko-czechosłowackich w latach 1927-1936”, „Studia z dziejów ZSRR i Europy Środkowej”, t. XI, Warszawa 1975, s. 98-150; Tenże, „Czechosłowackie próby wznowienia rozmów na temat sojuszu wojskowego z Polską (1937-1938)”, „Studia z dziejów ZSRR i Europy Środkowej”, t. XII, Warszawa 1976, s. 203-210; M. Jarecki, „Dylematy i rozdroża czechosłowackiej polityki zagranicznej”, „Sborník prací Pedagogické fakulty Masarykovy univerzisty, řada společenských věd”, Brno 2017, s. 33-40.

[4] H. Batowski, „Rok 1938 – dwie agresje hitlerowskie”, Poznań 1985, s. 434-444.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 września 2019 r.

„Przegląd” nr 37 (1027), 9-15.09.2019, s. 34-37

Oni ocalili Kraków

Dzień 1 września jest w Polsce obchodzony jako rocznica wybuchu drugiej wojny światowej. Ale ta data mogła też symbolizować zupełnie inne wydarzenie – powstanie Armii Krajowej w Krakowie w 1944 roku. Powstanie, które stałoby się co najmniej taką samą hekatombą jak powstanie warszawskie. Nie ulega wątpliwości, że w wypadku wybuchu tego powstania nie tylko Kraków, ale i okoliczne miejscowości stałyby się ofiarą niemieckiego odwetu. Kraków był stolicą Generalnego Gubernatorstwa i siedzibą generalnego gubernatora Hansa Franka. Z tego powodu wzniecenie tam powstania zostałoby odczytane przez Niemców i samego Franka – znanego z nienawiści do Polaków – jako szczególnie bezczelna polska prowokacja. W obliczu słabości tamtejszych sił AK, które w żaden sposób nie mogły sprostać ogromnej przewadze niemieckiej w liczebności i uzbrojeniu, Kraków i jego okolice podzieliłyby los Woli, Ochoty i Starego Miasta w Warszawie. Auschwitz był niedaleko – zaledwie o 60 km – zatem techniczne rozwiązanie problemu likwidacji tych cywilów, których Niemcy nie zdołaliby zabić na miejscu, nie byłoby trudne.

Pod koniec sierpnia 1944 roku komendant główny AK gen. Tadeusz Bór-Komorowski wysłał do płk. Edwarda Godlewskiego „Gardy” – dowódcy krakowskiego Okręgu AK – depeszę z rozkazem wywołania powstania w Krakowie. Depesza Bora-Komorowskiego zaczynała się od słów: „Walka o Warszawę mimo dużych strat w ludziach i materiale daje nam potężny atut w rozgrywkach politycznych. Obecnie zależy mi bardzo by obok Warszawy nastąpiło silne uderzenie na Niemców jeszcze w Okręgu Muzeum [Kraków]. Drobne działania już nie mają znaczenia. W związku z tym: wykonajcie akcje na szerszą skalę przez opanowanie Krakowa lub w ostateczności Tarnowa. Czas i sposób wykonania pozostawiam wam”[1].

Powstanie miało zatem wybuchnąć nie tylko w Krakowie. Jeżeli w rozkazie Bora-Komorowskiego była mowa o odległym od Krakowa o 84 km Tarnowie, to należy założyć, że brał on pod uwagę także inne miejscowości Małopolski, leżące chociażby pomiędzy Krakowem a Tarnowem.

Ten rozkaz został wydany po wymordowaniu przez Niemców i ich wschodnich kolaborantów 50-60 tys. mieszkańców Woli i Ochoty, po wypędzeniu dalszych dziesiątek tysięcy warszawiaków do obozu w Pruszkowie i wywiezieniu części z nich 12 sierpnia 1944 roku w pierwszym transporcie pruszkowskim do KL Auschwitz, po tym jak Niemcy zaczęli masakrować mieszkańców pozostałych dzielnic Warszawy nalotami lotniczymi, ostrzałem artyleryjskim i pociskami wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych Nebelwerfel („ryczące krowy”), po tym jak powstańcy warszawscy toczyli już beznadziejną walkę w ruinach Starego Miasta, Śródmieścia, Powiśla, Mokotowa i na odciętym od pozostałych dzielnic Żoliborzu.

Bór-Komorowski wydał rozkaz wybuchu powstania w Krakowie mając pełną świadomość faktu, że sytuacja militarna Armii Krajowej w tym mieście była znacznie gorsza niż w Warszawie, gdzie powstańcy znajdowali się już w położeniu krytycznym. Siły, jakimi dysponował krakowski Okręg AK nie były w stanie przeciwstawić się 30-tysiecznemu garnizonowi niemieckiemu Krakowa, nie mówiąc o innych jednostkach niemieckich stacjonujących wtedy w Małopolsce – wówczas już strefie przyfrontowej. Jaki zatem sens miała następująca uwaga gen. Bora: „Oddziały Wasze muszą być silne, dobrze uzbrojone i odporne na walkę techniczną. Do akcji tej zgromadźcie jak największe zapasy amunicyj oraz zorganizujcie dobrze sieć dowodzenia /łączność radiową/, z góry rozmieszczając w poszczególnych dzielnicach miasta [oddziały] – zdolne  do samodzielnej i odosobnionej walki”?

Okręg Muzeum nie był silny i dobrze uzbrojony, nie miał wielkich zapasów amunicji, łączności radiowej i oddziałów zdolnych do samodzielnej i odosobnionej walki „technicznej” (czyli z przeciwnikiem dysponującym bronią pancerną, artylerią i lotnictwem). Czyżby gen. Bór sądził, że jego rozkaz będzie miał moc czarodziejskiej różdżki, której dotknięcie uzbroi krakowską AK tak, że będzie zdolna do walki z przeważającymi siłami wroga? Rozkaz gen. Bora był nie tylko skrajnie nieodpowiedzialny i wręcz zbrodniczy, ale stanowi ekstremalny przykład polskiego irracjonalizmu politycznego. Wiele też mówi o moralności i horyzontach myślowych generała, który stanął na czele powstania warszawskiego.

Te słowa – „walka o Warszawę mimo dużych strat w ludziach i materiale daje nam potężny atut w rozgrywkach politycznych” – mówią wszystko o dowództwie AK, o Borze-Komorowskim, Chruścielu, Okulickim, Pełczyńskim oraz Delegacie Rządu Janie Stanisławie Jankowskim. Dla nich życie mieszkańców Warszawy było warte niestety tyle samo co dla Niemców. Straty ludzkie nie miały znaczenia. Ważne były jedynie „rozgrywki polityczne”, czyli restytucja za wszelką cenę II RP i jej ustroju społeczno-ekonomicznego.

Taka jest prawda o powstaniu warszawskim, zagłuszana przez ryk propagandowy IPN i obecnego obozu władzy. Rodzi się w związku z tym pytanie, czy gdyby na przełomie sierpnia i września 1944 roku doszło zgodnie z wolą Bora-Komorowskiego do wybuchu powstania w Krakowie, to kto dzisiaj byłby obarczany winą za jego hekatombę? Także Sowieci, którzy znajdowali się wtedy pod Dębicą, w odległości 120 km od Krakowa?

Kraków ocaliła niesubordynacja płk. Edwarda Godlewskiego, którego wsparł metropolita krakowski Adam Sapieha (wówczas arcybiskup, od 18 lutego 1946 roku kardynał). Zamiast podporządkować się rozkazowi swojego przełożonego płk E. Godlewski wysłał 30 sierpnia 1944 roku na pomoc walczącej Warszawie Samodzielny Batalion Partyzancki „Skała” mjr. Jana Pańczakiewicza „Ziemowita” (1907-1968), a 11 września 1944 roku wydał rozkaz jedynie do prowadzenia ograniczonych działań w ramach akcji „Burza”. Batalion „Skała” zrezygnował z wykonania powierzonego mu zadania po walce z przeważającymi siłami niemieckimi pod Złotym Potokiem koło Częstochowy, którą stoczył również 11 września 1944 roku.

Płk Edward Godlewski »Garda« (1895-1945)

Płk Edward Godlewski »Garda« (1895-1945)

Być może jakimś tropem w próbie zrozumienia postawy dowódcy Okręgu AK Kraków jest to, że płk Edward Józef Godlewski „Garda” (1895-1945) nie był oficerem legionowym, jak chociażby Leopold Okulicki. Urodził się w zaborze rosyjskim – na Podlasiu. Pochodził z rodziny ziemiańskiej. W 1914 roku ukończył gimnazjum w Petersburgu i po wybuchu pierwszej wojny światowej znalazł się w szeregach armii rosyjskiej. Podczas walk z Niemcami został trzykrotnie ranny. W nagrodę za odwagę skierowano go do szkoły oficerskiej kawalerii, którą ukończył w lutym 1917 roku. Jesienią tego roku wstąpił do I Polskiego Korpusu Wschodniego gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego. Po rozwiązaniu tego Korpusu w 1918 roku przedostał się na Kubań, gdzie „biały” gen. Michaił Aleksiejew (1857-1918) tworzył Armię Ochotniczą. Dowódcą tej armii został jesienią 1918 roku gen. Anton Denikin (1872-1947). Edward Godlewski wstąpił tam do szwadronu polskiego, który dał początek 14. pułkowi ułanów jazłowiceckich. Pułk ten podporządkował się później 4. Dywizji Strzelców Polskich gen. Lucjana Żeligowskiego. Wraz z 14. pułkiem ułanów jazłowieckich E. Godlewski przekroczył 15 czerwca 1919 roku granicę Polski. Wziął następnie udział w wojnie polsko-bolszewickiej (1919-1920).

Po tej wojnie nadal służył w 14. pułku ułanów jazłowieckich. Został jego dowódcą w 1935 roku i dowodził nim też podczas kampanii wrześniowej 1939 roku w ramach Podolskiej Brygady Kawalerii, która wzięła udział w bitwie nad Bzurą. Podczas przebijania się przez Puszczę Kampinoską do oblężonej przez Niemców Warszawy płk E. Godlewski dowodził 19 września 1939 roku szarżą pod Wólką Węglową – ostatnią w historii polskiej jazdy szarżą wykonaną z udziałem całego pułku kawalerii. Wraz ze swym pułkiem wziął następnie udział w obronie Warszawy.

Po kapitulacji Warszawy przeszedł do walki konspiracyjnej. Od jesieni 1942 do marca 1944 roku był komendantem Obszaru AK Białystok. 15 marca 1944 roku Komenda Główna AK zlikwidowała Obszar Białystok, a płk E. Godlewski został mianowany w maju 1944 roku komendantem Okręgu AK Kraków. Płk „Garda” został aresztowany przez gestapo 19 października 1944 roku pod Kielcami. Pierwszym etapem jego męczeńskiej drogi było więzienie policyjne przy ulicy Montelupich w Krakowie, skąd na początku grudnia 1944 roku został deportowany do obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Stamtąd z kolei trafił w lutym 1945 roku do obozu koncentracyjnego Mauthausen. Zmarł z wycieńczenia tuż przed wyzwoleniem KL Mauthausen przez wojska amerykańskie, które nastąpiło 5 maja 1945 roku.

Podejmując decyzję w sprawie zignorowania rozkazu gen. Bora-Komorowskiego płk. „Garda” wiedział, że Niemcy ogólnie znają plany powstańcze AK. Prawdopodobnie też wiedział, że 25 sierpnia 1944 roku rząd polski na uchodźstwie i wódz naczelny gen. Kazimierz Sosnkowski nakazali ograniczyć powstanie do samej tylko Warszawy. Należy zaznaczyć, że młodzież w Krakowie – tak jak i wcześniej w Warszawie – też „rwała się do walki”. Na szczęście w Krakowie nie było płk. Antoniego Chruściela i gen. Leopolda Okulickiego. Był natomiast arcybiskup Adam Sapieha, który wymógł na oficerach Okręgu AK Kraków przyrzeczenie, że nie wywołają powstania. Płk. E. Godlewski uzyskał też wsparcie od miejscowych reprezentantów wszystkich sił politycznych Polski Podziemnej. Jednakże decyzję w sprawie ustosunkowania się do rozkazu gen. Bora-Komorowskiego podjął on sam jako dowódca Okręgu AK Kraków.

Książę kardynał Adam Stefan Sapieha (1867-1951), metropolita krakowski

Książę kardynał Adam Stefan Sapieha (1867-1951), metropolita krakowski

Książę kardynał Adam Stefan Sapieha (1867-1951) jest postacią na tyle znaną, że nie trzeba jej szerzej przedstawiać. Miał raczej z chłodny stosunek do piłsudczyzny, czego jednym z przejawów był tzw. konflikt wawelski z 1937 roku na tle przeniesienia trumny Józefa Piłsudskiego z krypty św. Leonarda pod Wieżę Srebrnych Dzwonów na Wawelu. Już podczas pierwszej wojny światowej powołał Książęco-Arcybiskupi Komitet Pomocy dla Dotkniętych Klęską Wojny. Natomiast podczas drugiej wojny światowej i okupacji niemieckiej był faktyczną głową Kościoła katolickiego w Generalnym Gubernatorstwie pod nieobecność przebywającego na uchodźstwie prymasa Augusta Hlonda. Utworzył Obywatelski Komitet Pomocy dla ofiar wojny i współpracował z Radą Główną Opiekuńczą. Kilkakrotnie interweniował u władz niemieckich w sprawie terroru hitlerowskiego wobec Polaków i Żydów. Był m.in. inicjatorem orędzia Episkopatu Polski do władz Generalnego Gubernatorstwa z czerwca 1943 roku w sprawie ograniczenia swobód Polaków. Ocalił najcenniejsze działa sztuki z Wawelu, podejmując pod koniec sierpnia 1939 roku decyzję o ich przeniesieniu i ukryciu w Pałacu Arcybiskupim. Odegrał, także ważną rolę w pomocy dla eksterminowanych przez okupanta Żydów, polecając udzielać potajemnie chrztu Żydom i wydawać im fałszywe metryki katolickie. Współpracował z rządem RP na uchodźstwie i strukturami Polski Podziemnej. Niestety, osoby tej miary co metropolita krakowski zabrakło pod koniec lipca 1944 roku w Warszawie, gdzie kolejny raz w historii Polski miał miejsce powstańczy szantaż ze strony garstki nieodpowiedzialnych ludzi.

Nie ulega wątpliwości, że to przede wszystkim tym dwóm osobom Kraków zawdzięcza to, że w 1944 roku nie stał się tak jak Warszawa morzem ruin, że 1 września nie jest w nim obchodzona rocznica „bohaterskiego powstania”, które mogło mieć skutki o wiele tragiczniejsze niż powstanie warszawskie i to dla całej Małopolski. Ponadto Kraków nie był jedynym miejscem, w którym gen. T. Bór-Komorowski chciał wywołać powstanie w sytuacji, gdy widział jakie były skutki powstania wywołanego w Warszawie – zarówno wojskowe (beznadziejna i nierówna walka AK), jak i polityczne (eksterminacja przez Niemców ludności cywilnej oraz brak pomocy ze strony ZSRR i aliantów zachodnich). Mimo decyzji rządu RP na uchodźstwie i gen. K. Sosnkowskiego z 25 sierpnia 1944 roku o ograniczeniu powstania do Warszawy, gen. T. Bór-Komorowski wydawał kolejne rozkazy podjęcia działań powstańczych poza Warszawą.

27 sierpnia 1944 roku polecił dowódcy Okręgu AK Kielce wykonanie akcji „na szerszą skalę przez opanowanie na przykład Radomia, Kielc lub większego kompleksu leśnego(…)”. 30 sierpnia wysłał rozkaz do dowódcy Okręgu AK Łódź, w którym stwierdził, że należy „przejść do działań na szerszą skalę. Na Waszym terenie przejawi się to przez opanowanie Piotrkowa lub jakiegoś większego kompleksu leśnego (…)”. We wszystkich tych rozkazach powtarzał z uporem maniaka: „Oddziały Wasze muszą być silne, dobrze uzbrojone i odporne na walkę techniczną”. Tak jakby nie wiedział jaka była liczebność i uzbrojenie sił AK w stosunku do sił niemieckich i ich możliwości technicznych na obszarach będących zapleczem frontu. Natomiast 1 września wysłał kolejne rozkazy do Okręgów AK Kielce, Łódź, Kraków i Śląsk, w których akcję „Burza” nakazywał „przeprowadzić w dużych zgrupowaniach [w innej wersji „w dywizyjnych zgrupowaniach” – uzup. BP]. W małych miastach walki ograniczyć tylko do samoobrony”. Notabene Okręg AK Śląsk był najsłabszym z okręgów Armii Krajowej, w którym nie było mowy o wystawieniu uzbrojonej kompanii, a co dopiero dywizji. Ponadto Bór-Komorowski w „depeszy alarmowej” do Londynu z 29 sierpnia 1944 roku zaprotestował przeciwko decyzji rządu i naczelnego wodza z 25 sierpnia o ograniczeniu powstania do Warszawy. Prof. Andrzej Leon Sowa skomentował to krótko: „Po nas choćby potop…”[2].

[1] Prof. Andrzej L. Sowa datuje ten rozkaz na 28 sierpnia 1944 r., natomiast red. Paweł Dybicz na 23 sierpnia 1944 r. Por.: P. Dybicz, „Zbrodniczy rozkaz”, „Przegląd” nr 32 (1022), 5-11.08.2019, s. 10-12.; A. L. Sowa, „Kto wydał wyrok na miasto? Plany operacyjne ZWZ-AK (1940-1944) i sposoby ich realizacji”, Kraków 2016, s. 632.

[2] A. L. Sowa, „Kto wydał wyrok na miasto?…”, s. 629-635.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 września 2019 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2257/2258), 8-15.09.2019, s. 14-15

Wytyczył drogę Zygmuntowi Berlingowi

Trzy dni po obchodach 75-tej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego grupa osób zniszczyła pomnik gen. Zygmunta Berlinga (1896-1980), znajdujący się obok mostu Łazienkowskiego w Warszawie. „Totalitarny monument zdrajcy Zygmunta Berlinga w Warszawie zniesiony społecznie przez antykomunistów” – ogłosił publicznie przywódca tej grupy. Czyn ten miał przyzwolenie władz, które w ramach tzw. dekomunizacji podjęły w maju decyzję o usunięciu tego pomnika do końca tego roku. Piszę „grupa osób”, mimo że ich szyld polityczny i nazwisko lidera są dobrze znane, ponieważ tych ludzi i ich przywódcy nikt za 20 lat nie będzie pamiętał. Ci ludzie stanowią polityczny margines, natomiast gen. Z. Berlinga z historii wymazać się nie da.

Rodzi się pytanie, za co Zygmuntowi Berlingowi zniszczono pomnik? Za to, że wyprowadził kilkadziesiąt tysięcy Polaków z Nieludzkiej Ziemi? Ci ludzie inaczej by tam zginęli lub siedzieli jeszcze co najmniej 10 lat do śmierci Stalina. Za to, że przeciwstawiał się kosmopolitycznym komunistom z Centralnego Biura Komunistów Polski z Wandą Wasilewską na czele? Za to, że pisał o nich do Stalina: „Na kolanach błagam Was, zabierzcie tę bandę trockistów!”?. Zapłacił za to zakończeniem swojej kariery politycznej w Polsce Ludowej, zanim się jeszcze rozpoczęła. Za to, że szedł na pomoc powstaniu warszawskiemu? Warszawski pomnik gen. Z. Berlinga był nie tylko jego pomnikiem, ale także pomnikiem 2393 żołnierzy 3. Dywizji Piechoty 1. Armii WP, którzy zginęli w beznadziejnej próbie pomocy bezsensownemu powstaniu. Oni też byli „zdrajcami”? Też zasłużyli na „dekomunizację”? Czy dowodem „zdrady” gen. Z. Berlinga jest także to, że będąc w latach 1948-1953, ciężkich latach stalinizmu, komendantem Akademii Sztabu Generalnego wprowadził do kadry naukowej tej uczelni wielu przedwojennych oficerów, również tych, którzy służyli w AK i Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie – takich jak gen. Heliodor Cepa, gen. Józef Kuropieska, płk Jan Rzepecki, czy płk Franciszek Skibiński?

Do PZPR Zygmunt Berling wstąpił dopiero w 1963 roku. Z przekonań był piłsudczykowskim socjalistą i takim pozostał także w okresie swojej działalności w ZSRR i w PRL. Był jednak politycznym realistą, który rozumiał, że najkrótsza droga do wyzwolenia Polski spod okupacji niemieckiej prowadzi z frontu wschodniego, że w wyniku trwającej wojny nie da się uniknąć wejścia Polski w obręb wpływów politycznych ZSRR, ale trzeba w tej nowej konstelacji geopolitycznej wywalczyć jak największą samodzielność i przede wszystkim granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej. O to są do niego pretensje ze strony obozu politycznego nawiązującego do powstańczego szantażu i insurekcyjnego szaleństwa XIX wieku, który zdominował polską prawicę po 1989 roku. Stąd zarzut o „zdradę”, bo zdradą dla tego obozu jest jakiekolwiek myślenie w kategoriach realizmu politycznego i jakakolwiek próba porozumienia się z Rosją bez względu na panujący w tym państwie ustrój.

Dlatego postać gen. Z. Berlinga stała się obiektem brutalnego ataku polityki historycznej III RP, a właściwie partyjnej polityki historycznej obecnego obozu władzy. W preparowanych jeszcze w latach 80-tych XX wieku życiorysach Generała czytamy zatem, że był on rzekomo „sowieckim agentem” już w okresie międzywojennym, a na pewno został nim w 1940 roku. Nic to, że w styczniu 1939 roku płk Stefan Rowecki – późniejszy dowódca Armii Krajowej – wystawił ppłk. Z. Berlingowi pozytywną opinię służbową i przedstawił go do awansu na pułkownika. Dogadywał się z Rosją – to musiał być „agentem” i „zdrajcą”.

Warto zatem przypomnieć co o Zygmuncie Berlingu napisał bardzo przecież niechętny komunistom i PRL publicysta Stefan Kisielewski (1911-1991): „Oburza mnie zawsze, gdy we wspomnieniach emigracyjnych oficerów czy polityków poniżany jest czy spotwarzany generał Berling. Wszak fakt, że ten, z legionowych wywodzący się formacji oficer, pozostał w Rosji i potrafił znaleźć wspólny język z komunistami, dla Polski ma większe znaczenie polityczne i praktyczne niż działalność najbardziej bohaterskich oficerów polskich na zachodzie”.

Z kolei ocalony z Katynia ksiądz Zdzisław Peszkowski herbu Jastrzębiec (1918-2007) powiedział: „Czułem, że jest on (Berling) częścią jakiegoś polskiego etosu rozdarcia”. Żeby to jednak dostrzec, trzeba naprawdę poważnie traktować etykę chrześcijańską, co wśród „niepodległościowej” prawicy jest postawą znikomą.

W obliczu zniszczenia warszawskiego pomnika gen. Z. Berlinga trzeba przypomnieć, że nie był on jedynym wyższym oficerem polskim, który już w 1940 roku zauważył konieczność walki z Niemcami u boku ZSRR. Po tej samej drodze próbował podążać, a można powiedzieć, że właściwie ją wytyczył – gen. Marian Żegota-Januszajtis (1889-1973).

W młodości związany z tajną organizacją narodową Związek Młodzieży Polskiej „Zet” w zaborze austriackim, a następnie z Organizacją Młodzieży Niepodległościowej „Zarzewie”. W 1914 roku podporządkował Polskie Drużyny Strzeleckie Józefowi Piłsudskiemu. Był najmłodszym pułkownikiem legionowym. W lipcu 1916 roku objął dowództwo I Brygady. I może po 1926 roku zrobiłby wielką karierę, może w 1935 roku zostałby następcą Piłsudskiego, gdyby podczas kryzysu przysięgowego w 1917 roku nie poszedł inną drogą niż większość legionistów. Zamiast iść z nimi do obozu internowania w Beniaminowie, wstąpił do Polnische Wehrmacht. W latach 1917-1918 był szefem Inspektoratu Wyszkolenia Polskiej Siły Zbrojnej oraz wicedyrektorem Komisji Wojskowej. Kierując Komisją Wojskową stworzył zawiązki przyszłego Sztabu Generalnego i Ministerstwa Spraw Wojskowych Polski niepodległej. Jego drogi z piłsudczykami rozeszły się ostatecznie, gdy zorganizował nieudany zamach stanu przeciw rządowi Jędrzeja Moraczewskiego 4/5 stycznia 1919 roku. W czasach legionowych przyjaźnił się z Michałem Żymierskim. Podczas wojny 1920 roku z sukcesem dowodził 12. Dywizją Piechoty. W latach 1924-1926 był wojewodą nowogródzkim. Od 1924 roku pozostawał już poza wojskiem – formalnie przeniesiono go w stan spoczynku w 1929 roku.

Jako działacz Centralnego Związku Osadników Wojskowych Marian Januszajtis położył duże zasługi dla osadnictwa polskiego na Wołyniu. W latach 30-tych XX wieku był członkiem Komitetu Głównego Stronnictwa Narodowego i jego Zarządu Okręgowego we Lwowie.

Podczas obrony Lwowa we wrześniu 1939 roku organizował Korpus Ochotniczy, a potem pierwszą konspirację antyradziecką na tym terenie (Polska Organizacja Walki o Wolność oraz organizacja wojskowa Stronnictwa Narodowego). Aresztowany przez NKWD 27 października 1939 roku, był więziony we Lwowie i na Łubiance w Moskwie. Tam podjął rozmowy z Ławrentijem Berią i Wsiewołodem Mierkułowem na temat ewentualnej przyszłej polsko-radzieckiej współpracy wojskowej, której możliwość widział niezależnie od stanowiska Rządu RP na uchodźstwie. Sugerował szefom NKWD złagodzenie polityki wobec Polaków i przestrzegał przed zagrożeniem niemieckim. Beria zorganizował w czerwcu 1940 roku wykład M. Januszajtisa dla 150 wyższych oficerów radzieckich o możliwości wybuchu wojny pomiędzy Niemcami a ZSRR. Został zwolniony z więzienia po układzie Sikorski-Majski, a gen. Władysław Sikorski już w sierpniu 1941 roku wezwał go do Londynu, żeby nie trafił do Armii Polskiej formowanej w ZSRR. Nie tylko nie było mowy, żeby Januszajtis został dowódcą tej Armii, ale nawet, żeby w niej służył. Wiedziano bowiem w Londynie, jaki jest jego punkt widzenia na współpracę z ZSRR.

Zygmunt Berling poszedł jednak drogą, którą chciał iść gen. Marian Żegota-Januszajtis. Nie była to droga „komunistycznej zdrady”, ale endeckiego realizmu. Nie zmieni tego faktu partyjna polityka historyczna i wynikające z niej niszczenie pomników.

Tą samą drogą poszedł też w czasie drugiej wojny światowej gen. Ludvik Svoboda (1895-1979) oraz czechosłowacki rząd na uchodźstwie. Żadna poważna siła polityczna w Czechach i na Słowacji nie uważa tego za „zdradę”. W obu tych państwach gen. L. Svoboda jest otaczany powszechnym szacunkiem mimo, że jako prezydent komunistycznej Czechosłowacji (1968-1975) skapitulował przed inwazją Układu Warszawskiego w sierpniu 1968 roku. Czesi i Słowacy – w przeciwieństwie do polskiego „obozu patriotycznego” – doceniają jednak polityczną wartość bycia w koalicji antyhitlerowskiej podczas drugiej wojny światowej, co zawdzięczają głównie I Czechosłowackiemu Korpusowi Armijnemu, walczącemu pod dowództwem gen. L. Svobody na froncie wschodnim. Nikt w Czechach i na Słowacji nie burzy pomników tego generała i żołnierzy tego korpusu. 26 listopada 2016 roku w rodzinnym Hrozantinie na Morawach, pod pomnikiem gen. L. Svobody, odbyły się uroczystości upamiętniające 121. rocznicę jego urodzin z udziałem delegacji państwowych Czech i Słowacji. Cóż jednak porównywać tamtejsze obyczaje polityczne z polskim piekłem.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 21 sierpnia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 35-36 (2255/2256), 25.08-1.09.2019, s. 16

Dlaczego czczą Brygadę Świętokrzyską?

Tuż po obchodach 75. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego część opinii publicznej została zbulwersowana informacją, że prezydent Andrzej Duda objął honorowy patronat nad 75. rocznicą utworzenia Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych. Dla ludzi, którzy nie są wyznawcami prawicowej polityki historycznej, jest to krok kontrowersyjny i niezrozumiały. Niewielką formację – będącą partyjną bojówką mniejszościowego odłamu Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ-ONR), który odmówił scalenia się z Armią Krajową i nie uznawał polskiego rządu na uchodźstwie ani władz Państwa Podziemnego – prawicowa polityka historyczna podniosła do rangi jednej z najważniejszych polskich formacji wojskowych podczas drugiej wojny światowej. Dlatego Brygada Świętokrzyska NSZ doczekała się państwowych obchodów 75. rocznicy swojego powstania pod patronatem prezydenta, organizowanych przez Urząd Kombatantów i Osób Represjonowanych, z mszą św. w katedrze polowej Wojska Polskiego i apelem pamięci na placu Piłsudskiego.

Po raz kolejny jesteśmy świadkami przejścia do porządku dziennego nad faktem kolaboracji Brygady Świętokrzyskiej z okupantem niemieckim oraz jej uwikłania w zwalczanie nie tylko partyzantki komunistycznej, ale także AKi BCh. Po raz kolejny kreowany jest mit, który ma niewiele wspólnego z prawdą historyczną. Tak wypowiedział się o tym prof. Rafał Wnuk: „Informacji i opinii dowódców AK i ludowców o NSZ nie da się zbyć stwierdzeniem, że to »komunistyczna propaganda«. W świetle tych przekazów Brygada nie chroniła polskiej wsi przed bandytami i Niemcami, lecz przeciwnie – to wieś trzeba było chronić przed partyzantami z tej jednostki”[1].

Przeciwko patronatowi prezydenta RP nad jubileuszem Brygady Świętokrzyskiej zaprotestowały osoby będące dziećmi oficerów Armii Krajowej z Kielecczyzny. W napisanym przez nie liście otwartym do prezydenta z 3 sierpnia czytamy: „ze zdziwieniem i przykrością dowiadujemy się o objęciu przez Pana swoim patronatem obchodów 75. rocznicy powstania Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych. Oddział ten, który nie podporządkował się akcji scaleniowej z Armią Krajową, przyjął taktykę walki z komunistami. Pierwszymi ofiarami tej taktyki byli jednak nie komuniści, a dwaj żołnierze Batalionów Chłopskich, zabici już 16 sierpnia 1944 roku. 24 sierpnia żołnierze Brygady zabili 2 AL-owców i gajowego, żołnierza Armii Krajowej. W kilku potyczkach zabito kilkudziesięciu partyzantów Armii Ludowej oraz skoczków i partyzantów sowieckich. Grupę AL-owców przekazano w ręce Gestapo. Bowiem Brygada Świętokrzyska swoją taktykę realizowała we współpracy z tą zbrodniczą nazistowską policją. Brygada Świętokrzyska miała też swojego oficera do zadań specjalnych, Herberta Junga zwanego też Hubertem Jurą o pseudonimie »Tom«. Był on agentem radomskiego gestapo podobnie jak co najmniej dwóch innych oficerów wywiadu Brygady: Wiktor Gostomski i Otmar Wawrzkowicz. »Tom« współpracował z komendantem radomskiego gestapo Paulem Fuchsem od 1943 przy likwidacji komunistów (…). »Tom« i Wawrzkowicz dokonali czystek w kierownictwie NSZ i zabili w Częstochowie oficerów nieprzychylnych współpracy z hitlerowcami. Był wśród nich dowódca NSZ, Stanisław Nakoniecznikoff-Klukowski oraz mianowany przez niego nowy dowódca Brygady Świętokrzyskiej Włodzimierz Żaba”.

List ten podpisali: Małgorzata Maria Ciesielska (córka ppor. c. w. Bolesława Ciesielskiego „Farysa-II”), Teresa Piwnik (córka Józefa Piwnika „Topoli” i bratanica płk. cc. Jana Piwnika „Ponurego”), Piotr Rachtan (syn por. c. w. Zdzisława Rachtana „Halnego”), Czesława Kaliszewska-Fandri (córka por. c. w. Zdzisława Rachtana „Halnego”), Joanna Świderska-Kita (córka mjr. Mariana Świderskiego „Dzika”) oraz Rafał Świderski (syn mjr. Mariana Świderskiego „Dzika”).

Odpowiedział im dr Wojciech Muszyński z IPN na łamach „Naszego Dziennika” z 6 sierpnia, w wywiadzie zatytułowanym „Powielanie komunistycznej propagandy”, w którym powielił znane mity prawicowej polityki historycznej na temat Brygady Świętokrzyskiej.

Animatorzy prawicowej polityki historycznej od dawna atakują – przeważnie dość agresywnie – każdego kto próbuje sprzeciwiać się kultowi Brygady Świętokrzyskiej lub przytacza udokumentowane fakty historyczne na jej temat. Przeinaczają lub ignorują prawdę historyczną, budując fałszywy mit formacji niezłomnej, bohaterskiej i działającej rzekomo w imieniu polskiej racji stanu. Ogólnie znane fakty historyczne na temat działalności Brygady Świętokrzyskiej, toczonych przez nią walk bratobójczych oraz kolaboracji z Niemcami hitlerowskimi przytoczyłem w artykule „Brygada Świętokrzyska. Hitlerowscy kolaboranci na sztandarach prawicy” („Przegląd” nr 40 (926), 2-8.10.2017, s. 12-17), napisanym w związku z przyjęciem przez większość sejmową 20 września 2017 roku uchwały oddającej hołd Narodowym Siłom Zbrojnym w 75. rocznicę ich powstania.

Teraz ograniczę się do przytoczenia kilku opinii na temat środowiska politycznego, z którego wywodziła się Brygada Świętokrzyska oraz jej samej autorstwa ludzi, którzy nie tylko nigdy nie byli komunistami, ale zaliczają się bezsprzecznie do obozu antykomunistycznego.

Płk Jan Rzepecki (1899-1983) – szef Biura Informacji i Propagandy w Komendzie Głównej AK – tak ocenił w 1944 roku scalenie części NSZ z AK w raporcie do gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego: „Opozycja faszystowska to przede wszystkim ONR. Cechuje ją brak skrupułów i demagogia, opieranie się na klasach posiadających, bezwzględna wrogość do radykalnej lewicy, którą całą traktuje jako agenturę lub straż przednią bolszewizmu i nie zadaje sobie trudu dojrzenia istotnych wśród niej różnic (…). Przyłączenie »opozycji faszystowskiej« [do AK] prawie na pewno wywoła odpadnięcie poważnej części lewicy rządowej, nadałoby temu obozowi piętno reakcyjne. Jestem głęboko przekonany, że w błyskawicznym tempie pociągnęłoby to za sobą dla Polski śmiertelną katastrofę wojny domowej, w której lewica walczyłaby pod komendą PPR, a prawica – ONR. AK przypadłaby rola obrońcy klas posiadających. Następstwem – wasalizacja lub wcielenie Polski do ZSRR. W świetle powyższego ostatni nasz »sukces« w postaci podporządkowania NSZ może mieć wysoce ujemne następstwa, jeśli nie sparaliżujemy ich umiejętną akcją wychowawczą”[2]

Komendant główny AK gen. Leopold Okulicki (1896-1946) napisał jesienią 1944 roku w meldunku do prezydenta RP na uchodźstwie: „Należy się przeciwstawić w propagandzie próbom NSZ współpracy z Niemcami”[3]. Z kolei dowódca AK o pseudonimie „Mieczysław” meldował w tym samym czasie: „Działalność NSZ. D-cy kontaktują się i współpracują z Gestapo (…). Wyraźna współpraca z Niemcami”. W innym meldunku napisał: „W dniu 22 XI. W czasie przemarszu NSZ przez m. Oleszno, Niemcy ściągnęli posterunki. Rannych NSZ Niemcy proponują odstawić do szpitali niemieckich. Notowane są kontakty w Gestapo”[4].

Zygmunt Zaremba (1895-1967) – czołowa postać antykomunistycznego skrzydła PPS – pisał o NSZ po wojnie: „NSZ tak samo, jak komuniści, i z podobnych powodów, zostali postawieni poza nawias Polski Podziemnej. Polska Podziemna przyjęła zasady demokracji i postępu społecznego i położyła je jako fundament niepodległości. NSZ wyznawał ideologię faszystowską, wrogą demokracji i postępowi społecznemu, komunizm niósł uzależnienie Polski od Rosji i metody polityczne tak bliźniaczo podobne do faszystowskich, że również nie mógł się znaleźć w organizacji, która kierowała walką narodu polskiego w czasie tej wojny”[5].

Wspomniany prof. Rafał Wnuk (ur. 1967) – w latach 90. XX w. jeden z prekursorów kultu „żołnierzy wyklętych” – zauważył: „Powstałą po rozłamie konspirację określa się mianem NSZ-ONR. Jej przywódcy postanowili też pozbyć się głównych oponentów i wkrótce doszło do skrytobójczych mordów oficerów NSZ, którzy przeszli do AK. (…) Wbrew budowanemu dziś mitowi NSZ-ONR wcale nie bronił ciągłości II RP, ale przeciwnie – robił wiele, by zniszczyć autorytet legalnych władz, by na gruzach przedwojennego systemu zbudować nacjonalistyczną monopartyjną dyktaturę. Stawianie znaku równości między AK i NSZ-ONR jest manipulacją sugerującą, jakoby ta ostatnia była częścią składową Państwa Podziemnego. Nie była”[6].

Najbardziej druzgocące świadectwo Brygadzie Świętokrzyskiej wystawił kpt. Józef Wyrwa, ps. „Furgalski”, „Stary” (1898-1970) – dowódca jednego z oddziałów NSZ na Kielecczyźnie. We wspomnieniach wydanych po wojnie we frankistowskiej Hiszpanii pisał: „Tylko nieliczne jednostki na emigracji orientują się należycie w działalności organizacji podziemnej i odróżniają tych z NSZ, którzy podporządkowali się dowództwu AK, od odłamu kolaborującego z Niemcami, który reprezentowała Brygada Świętokrzyska”[7]. O samej Brygadzie Świętokrzyskiej kpt. Józef Wyrwa wyraził się następująco: „Moralnym inspiratorem Brygady Świętokrzyskiej był – moim zdaniem – »Tom« (…). »Tom« służył Niemcom. Swój oddział stracił w Rudzisku. Tym bardziej przeto był zainteresowany utworzeniem większej jednostki »bojowej« (…). Niemcy nie ukrywali tego, że brygada jest na ich usługach, przeciwnie, rozgłaszali to i starali się wykazać jakie korzyści można osiągnąć współpracując z nimi. Brygada maszerowała w dzień przez miejscowości, w których byli Niemcy. Tylko ludzie, którzy mieli ścisły kontakt z Niemcami mogli sobie na to pozwolić. Według tego, co mówiła miejscowa ludność, Niemcy nie tylko nie atakowali brygady, ale przyglądali się spokojnie jej przemarszowi. (…). Brygada wycofała się z Polski razem z Niemcami, to znaczy pod ich opieką. Dowódcy brygady oświadczyli, że ich głównym celem jest walka z Rosją, z wrogiem niebezpieczniejszym od Niemców, jednakże postępowanie brygady nie było zgodne z tym twierdzeniem. Brygada nie walczyła z bolszewikami, ale z Polakami, którzy nie podzielali jej poglądów. (…). Rzeczywista działalność brygady w Polsce nie jest na emigracji znana. Dla odparcia zarzutów publikowanych czasem w prasie, dowódcy brygady posługują się wygodnymi argumentami, które również w innych okolicznościach na emigracji służą często za obronę: »To wszystko są komunistyczne kłamstwa«. W tym wypadku niestety nie kłamstwa (…). Brygada nie ma właściwie prawa podszywać się pod nazwę NSZ. Dokonała rozłamu w dobrze zorganizowanych Narodowych Siłach Zbrojnych, rozbiła ich solidarność, osłabiając w ten sposób jednolity front walki. Nie podporządkowała się naczelnemu dowództwu AK, wybrała natomiast współpracę z Niemcami.

Brygada dała komunistom niebezpieczną broń do ręki. Posiadając niezbite dowody współpracy brygady z Niemcami, nietrudno przyszło komunistom obarczać odpowiedzialnością całe NSZ, a nawet AK. Mało Polaków, szczególnie tu na emigracji, orientuje się, że istniały dwa odłamy NSZ. Rzeczywiste Narodowe Siły Zbrojne, które zachowując orientację polityczną podporządkowały się jednolitemu dowództwu Armii Krajowej, oraz odłam wywodzący się z ONR (Obóz Narodowo-Radykalny), który działał samowolnie, współpracując z Niemcami na szkodę Polski. Z winy brygady zginęło w więzieniu wielu wartościowych ludzi. Każdy członek NSZ był traktowany przez UB, jak kolaborant niemiecki. Szkody wyrządzone Polsce przez brygadę są wielkie”[8].

Warto przypomnieć, że jedną z osób, na którą NSZ-ONR wydały wyrok śmierci, jako na rzekomego „komunistę”, był gen. Antoni Heda „Szary” (1916-2008) – legendarny dowódca partyzancki AK i podziemia antykomunistycznego na Kielecczyźnie. Uniknął śmierci tylko dzięki temu, że został ostrzeżony przez swojego byłego podkomendnego Wacława Pryciaka „Sokoła”, który przeszedł z AK do NSZ, oraz właścicielkę restauracji w Iłży. „Szary” był też świadkiem kolaboracyjnej działalności Huberta Jury vel Herberta Junga „Toma” – zaocznie skazanego przez AK i NSZ-AK na karę śmierci za kolaborację – który pełnił w Brygadzie Świętokrzyskiej funkcję oficera do zadań specjalnych i wraz ze swoimi ludźmi pośredniczył w kontaktach jej dowództwa z gestapo i SD  oraz prowadził tajny ośrodek tortur w willi przy ulicy Jasnogórskiej 25 w Częstochowie, którą udostępniło mu gestapo. Mordowano tam nie tylko członków PPR, ale także żołnierzy NSZ-AK, jak np. ppor. Władysława Pacholczyka (1903-1944) [9].

Dlaczego zatem rządząca prawica czci Brygadę Świętokrzyską? Dlaczego włącza partyjną bojówkę NSZ-ONR do panteonu chwały Polskich Sił Zbrojnych podczas drugiej wojny światowej? Dlaczego tworzy mity o tym, że był to „pierwszy polski oddział w NATO” i o rzekomo „taktycznym” porozumieniu Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami w styczniu 1945 roku? Dlaczego bagatelizuje problem bandytyzmu i antysemityzmu NSZ-ONR? Wszystkie te mity zebrał ostatnio prawicowy publicysta Piotr Zychowicz, odpowiadając na list otwarty wspomnianych krewnych oficerów AK w tekście pod wymownym tytułem „Lepiej czcić Brygadę Świętokrzyską niż Ludowe Wojsko Polskie”. Z wywodu Zychowicza wynika, że antykomunizm Brygady Świętokrzyskiej rozgrzesza wszystkie jej czyny. Po raz kolejny zresztą potępił dowódców AK za to, że poprzez akcję „Burza” wzięli udział w „witaniu i pomaganiu wkraczającej do Polski Armii Czerwonej”[10].

Tekst Zychowicza odpowiada na postawione wyżej pytanie. Przyczyną państwowego kultu partyjnej bojówki NSZ-ONR jest fundamentalistyczny antykomunizm i antysowietyzm rządzącej prawicy, przesłaniający wyważone spojrzenie na rzeczywistość. Rząd polski w Londynie w maju 1945 roku nie uznał Brygady Świętokrzyskiej za część Polskich Sił Zbrojnych, co skutkowało jej rozformowaniem przez dowództwo amerykańskie. Dopiero w 1988 roku prezydent na uchodźstwie Kazimierz Sabbat uznał członków NSZ, łącznie z Brygadą Świętokrzyską, za kombatantów. Nastąpiło to pod wpływem skrajnie antykomunistycznej polityki prowadzonej wówczas przez administrację amerykańską Ronalda Reagana. W tę skrajnie antykomunistyczną linię wpisała się prawicowa polityka historyczna w Polsce po 1989 roku. Jej celem politycznym jest podtrzymywanie świętego ognia antykomunizmu i rusofobii. Stąd kult Brygady Świętokrzyskiej obok kultu „żołnierzy wyklętych”.

Jest jeszcze drugi powód polityczny czczenia Brygady Świętokrzyskiej przez obecny obóz władzy, a mianowicie próba wykreowania antyrosyjskiej endecji. Taką próbę po raz pierwszy podjęli piłsudczycy w 1937 roku, tworząc Obóz Zjednoczenia Narodowego i włączając do niego część działaczy Obozu Narodowo-Radykalnego. Będący obecnie przy władzy epigoni piłsudczyzny synchronizują swoją narrację w sprawie Brygady Świętokrzyskiej, czy np. Romualda Rajsa „Burego”, z narracją radykalnych środowisk nacjonalistycznych po to, by włączyć te środowiska w obręb swoich wpływów politycznych na płaszczyźnie antykomunistycznej i antyrosyjskiej.

Prowadząc taką politykę politycy PiS nie powinni być jednak zdziwieni np. stwierdzeniami o „polskich obozach koncentracyjnych” w niektórych zachodnich mediach. Patrząc bowiem na politykę historyczną tej partii, obserwatorzy zagraniczni mogą mieć naprawdę problemy z ustaleniem, po czyjej stronie walczyła Polska w drugiej wojnie światowej.

[1] Andrzej Duda objął patronatem święto Brygady Świętokrzyskiej. Tej, która kolaborowała z gestapo, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 2.08.2019.

[2] J. Rzepecki, Raport dla generała Bora-Komorowskiego (marzec 1944), cyt. za: P. Lipiński, Raport Rzepeckiego, Warszawa 2005.

[3] Armia Krajowa w dokumentach. Październik 1944-lipiec 1945, t. 5, Wrocław 1991, s. 183.

[4] Tamże, s. 131.

[5] Z. Zaremba, Polska nie będzie się wstydzić swojego Podziemia, „Światło”, zeszyt 3-4, Paryż, kwiecień 1948.

[6] R. Wnuk, Brygada Świętokrzyska. Zakłamana legenda, „Ale Historia” nr 4, 25.01.2016.

[7] J. Wyrwa „Furgalski” „Stary”, Pamiętniki partyzanta. Hubalczyka, legendarnego dowódcy oddziału partyzanckiego, który wszedł w skład NSZ, a później dołączył do 25. pp AK, Kraków 2014, s. 121.

[8] Tamże, s. 166-170.

[9] A. Heda-Szary, Wspomnienia „Szarego”, Warszawa 2016, s. 161-165; J. Sobkowski, Makabryczna tajemnica willi przy Jasnogórskiej, http://www.czestochowa.wyborcza.pl, 18.02.2016.

[10] Piotr Zychowicz: lepiej czcić Brygadę Świętokrzyską niż Ludowe Wojsko Polskie, http://www.dorzeczy.pl, 3.08.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 sierpnia 2019 r.

Odszedł Kazimierz Albin (1922-2019)

22 lipca br. zmarł Kazimierz Albin – ostatni więzień Pierwszego Transportu do KL Auschwitz, jeden z założycieli Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, jego długoletni wiceprezes i prezes, jedna z bardziej zasłużonych osób dla upamiętniania martyrologii więźniów KL Auschwitz. Urodził się 30 sierpnia 1922 roku w Krakowie, w rodzinie inteligenckiej. Do wybuchu wojny w 1939 roku ukończył czwartą klasę w elitarnym krakowskim Gimnazjum Nowodworskiego.

W Pierwszym Transporcie, który przybył do KL Auschwitz 14 czerwca 1940 roku, przywieziono z więzienia w Tarnowie 728 więźniów politycznych. Oprócz Polaków było wśród nich 10 Żydów. Otrzymali oni numery więźniarskie od 31 do 758 (numery od 1 do 30 otrzymali niemieccy kryminaliści, których przywieziono 20 maja 1940 roku z KL Sachsenhausen, żeby pełnili w Auschwitz rolę więźniów funkcyjnych – kapo i blokowych). Większość więźniów Pierwszego Transportu stanowiła patriotyczna młodzież polska.

Można wśród niej wyróżnić kilka grup. Do pierwszej należeli gimnazjaliści, studenci i młodzi żołnierze – nazwani przez gestapo „turystami”. Ujęto ich jesienią 1939 roku oraz zimą i wiosną 1940 roku w okolicach Zakopanego, Nowego Targu, Nowego Sącza, Muszyny, Krynicy, Bukowska, Sanoka i Baligrodu, kiedy podążali w kierunku granicy pomiędzy Generalnym Gubernatorstwem a Słowacją, z zamiarem jej nielegalnego przekroczenia i dotarcia przez Węgry do Francji, celem wstąpienia w szeregi formującego się tam Wojska Polskiego. Drugą grupę stanowili organizatorzy i uczestnicy akcji przerzutu na Węgry ochotników do Wojska Polskiego we Francji. Do trzeciej grupy należeli młodzi konspiratorzy z utworzonego jesienią 1939 roku Związku Walki Zbrojnej. W czwartej grupie znalazła się liczna młodzież z rodzin inteligenckich, aresztowana wiosną 1940 roku w ramach zarządzonej przez generalnego gubernatora Hansa Franka akcji A-B – wymierzonej w polską inteligencję. Piątą grupę stanowili harcerze, głównie z Chorągwi Krakowskiej, a szóstą osoby aresztowane podczas obław ulicznych.

Kazimierz Albin należał do licznej w Pierwszym Transporcie grupy „turystów”. W przeciwieństwie do większości owych „turystów” udało mu się w styczniu 1940 roku wraz z bratem Mieczysławem i kilkoma kolegami przekroczyć granicę pomiędzy GG a Słowacją. Przeszli na stronę słowacką pod Leluchowem po zamarzniętym Popradzie. Po raz pierwszy zostali zatrzymani w miejscowości Sabinov koło Preszowa przez policjanta słowackiego, który jednak, wykazując sympatię, zwolnił polskich „turystów”. Do aresztu trafili dopiero po zatrzymaniu przez policję w Preszowie. Po ucieczce z tego aresztu ponownie ujęto ich pod Koszycami. Tym razem policja słowacka postanowiła odstawić młodych Polaków na granicę w Leluchowie i przekazać ich w ręce niemieckie. Jednakże żołnierz słowacki, który miał doprowadzić Kazimierza Albina i jego współtowarzyszy do posterunku niemieckiej straży granicznej nie uczynił tego, umożliwiając im nielegalne przejście granicy i powrót przez Muszynę do Krynicy. Już w dwa dni później podjęli oni drugą próbę przedostania się na Słowację. Próba ta zakończyła się tym razem na stacji w Muszynie, gdzie zostali aresztowani przez gestapo.

Kazimierz Albin przeszedł przez śledztwo połączone z torturami w niemieckim areszcie policyjnym w Muszynie. Następnie trafił do więzień w Nowym Sączu i Tarnowie. 13 czerwca 1940 roku przeznaczonych do transportu więźniów wywołano z cel więzienia tarnowskiego. Nikt z nich nie wiedział, gdzie pojadą. Przewieziono ich samochodami ciężarowymi do łaźni żydowskiej (mykwy), gdzie zostali poddani kąpieli i dezynfekcji odzieży. O świcie 14 czerwca wyprowadzono ich z mykwy na plac pod Dębem (obecnie Bohaterów Getta), uformowano w kolumnę i pod silną eskortą policji niemieckiej poprowadzono wyludnionymi ulicami Wałową i Krakowską (mieszkańcom tych ulic zabroniono opuszczania domów i zablokowano ruch uliczny) w kierunku dworca kolejowego. Na dworcu w Tarnowie więźniów w pośpiechu wtłoczono do podstawionego pociągu, złożonego z wagonów osobowych trzeciej klasy.

W drodze do Oświęcimia pociąg zatrzymał się na Dworcu Głównym w Krakowie. Tak opisał to Kazimierz Albin: „Na widok starych wież Krakowa ogarnęło mnie głębokie wzruszenie. Zaledwie przed pół rokiem opuściliśmy z Mietkiem to miasto, a przecież tak wiele wydarzyło się w naszym życiu. Gdyby mama wiedziała, że dzieli nas tylko kilka ulic, no i oczywiście eskorta gestapo; dobrze się stało, że nie wiedziała. Dworzec krakowski wypełniony był pasażerami, przeważali Niemcy umundurowani i cywile, hałaśliwi i pewni siebie, schludni i eleganccy na tle szarego tłumu przyjezdnych, trwożnie przemykających się do wyjścia. Nasz transport nie wzbudził specjalnego zainteresowania, ja natomiast stojąc za plecami żandarma wychylającego się przez okno, z zazdrością obserwowałem wszystko, co znalazło się w zasięgu mojego wzroku. Megafony dworcowe rozbrzmiewały melodyjnymi piosenkami żołnierskimi (…). Nagle muzyka umilkła i wśród kompletnej ciszy rozległ się donośny głos spikera: Achtung! Achtung! Sondermeldung! Das Oberkommando der Wehrmacht gibt bekannt: Unsere tapfere Truppen haben heute Paris genommen [Uwaga! Uwaga! Komunikat specjalny! Naczelne Dowództwo Sił Zbrojnych podaje do wiadomości: Nasze dzielne wojska zajęły w dniu dzisiejszym Paryż]… dalsze słowa komunikatu utonęły w ogromnej wrzawie szalejących z radości Niemców. Grupa żołnierzy na peronie zaintonowała Englandlied, a słowa denn wir fahren, denn wir fahren gegen England [bo my ruszamy, bo my ruszamy na Anglię] – brzmiały złowrogo i przygnębiająco. Pod nami zapadła się ziemia, przecież cały naród wierzył w potęgę Francji (…). Pogrążeni w rozpaczy ocknęliśmy się kiedy pociąg opuszczał Kraków, kolebiąc się na rozjazdach, i nabierając pełnej szybkości”[1].

14 czerwca 1940 roku Niemcy zajęli Paryż bez walki. Francja nie chciała walczyć z III Rzeszą Niemiecką, a Francuzi nie chcieli bronić swojej stolicy. W obronie Francji chcieli natomiast walczyć młodzi Polacy, którzy tego dnia jechali za to do obozu śmierci. Na bocznicy kolejowej w Oświęcimiu czekali na nich esesmani z załogi KL Auschwitz, by ich „powitać” – krzykiem, biciem i szczuciem psami. Tak „witali” odtąd wszystkie kolejne transporty Polaków, przybywające do Auschwitz aż do września 1944 roku.

Kazimierz Albin otrzymał numer obozowy 118, a jego brat Mieczysław 116. W odwet za ucieczkę 27 lutego 1943 roku obu braci z obozu osadzono w KL Auschwitz ich matkę i siostrę. Siostrę wkrótce zwolniono, natomiast matka była do wyzwolenia więziona w Auschwitz i Ravensbrück. Na skutek przejść obozowych zmarła w 1950 roku wieku 52 lat.

W wywiadzie z 2011 roku Kazimierz Albin tak wspominał swój pobyt w obozie: „Na stacji kolejowej Auschwitz skierowano nas na bocznicę. Tam czekali esesmani oraz 30 kapo, których przywieziono z Sachsenhausen. W łapach pały, pejcze. Lagerführer powiedział: »To jest obóz koncentracyjny. Jako wrogowie Rzeszy zostaliście internowani. Zdrowi mężczyźni przeżyją tu trzy miesiące, księża miesiąc, a Żydzi tydzień«. 12 godzin brutalnego bicia i ganiania po placu. Kazali nam skakać żabką. Miałem wtedy 17 lat, byłem po sześciu miesiącach śledztwa i ciężkich więzieniach (…). W Auschwitz spędziłem trzy lata. Codziennie ocierałem się o śmierć. Przeżyłem, bo znałem niemiecki. Esesman w Auschwitz mógł bezkarnie zastrzelić więźnia, jeżeli ten nie zrozumiał wydanego przez niego rozkazu! W obozie widziałem rzeczy straszne. Góry ludzkich ciał przekładane warstwami nasączonego benzyną drewna. Dniem i nocą snuł się nad nimi gęsty, gryzący dym. Uciekłem. To było 27 lutego 1943 roku. Największa udana ucieczka z obozu. Siedem osób. Po wydostaniu się za druty przepłynęliśmy wpław Sołę, po której pływały bryły lodu. Ścigający nas Niemcy musieli się dostać do oddalonego o 3 kilometry mostu. Zyskaliśmy na czasie i udało nam się oddalić od obozu. Potem dostałem się do Krakowa (…). Zrealizowałem swój pierwotny zamiar i wstąpiłem do wojska. Skończyłem podziemną podchorążówkę i zostałem szefem dywersji bojowej Obwodu Kraków AK. Pamiętam, jak w 1944 roku wykonywaliśmy na ulicy wyrok na pewnym gestapowcu. Wyjątkowy bydlak. Nie będę ukrywał, że po tym, co przeżyłem w Auschwitz, miałem sporą satysfakcję”[2].

W Armii Krajowej walczył do końca okupacji niemieckiej jako szef dywersji bojowej III Odcinka Komendy Obwodu Kraków-Miasto. W 1944 roku otrzymał stopień podporucznika. Jak wszyscy żołnierze AK, miał problemy z nową rzeczywistością polityczną Polski po 1945 roku. Mimo ujawnienia się 3 października 1945 roku przed Komisją Likwidacyjną Obszaru Okręgu Kraków znajdował się przez długi czas pod obserwacją Urzędu Bezpieczeństwa. Maturę zdał w trybie przyspieszonym w czerwcu 1946 roku i podjął studia na Wydziale Lotniczym Politechniki Krakowskiej. Po ukończeniu studiów pracował w Biurze Projektów Energetycznych w Krakowie, następnie w latach 1952-1963 w Szybowcowym Zakładzie Doświadczalnym w Bielsku-Białej, a później w Zjednoczeniu Przemysłu Lotniczego w Warszawie. Od 1966 roku był ekspertem technicznym i handlowym w Centrali Handlu Zagranicznego Metalexport w Warszawie.

Po przejściu na emeryturę zaangażował się w działalność na rzecz upamiętnienia martyrologii więźniów KL Auschwitz. Robił to z wielką klasą, bez licytowania polskiej martyrologii z martyrologią innych narodów, z poszanowaniem wrażliwości różnych środowisk. Należał do grona twórców powołanego 25 stycznia 1983 roku Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – stowarzyszenia, którego statutowym celem stało się utrwalanie w pamięci społeczeństwa wiedzy o KL Auschwitz i przeciwdziałanie fałszowania prawdy o nim, a także zwalczanie przejawów nietolerancji, agresji, ksenofobii, rasizmu, antysemityzmu i przemocy. Idea utworzenia TOnO zrodziła się w połowie 1982 roku podczas spotkania byłych więźniów KL Auschwitz w siedzibie Związku Bojowników o Wolność i Demokrację w Warszawie. W spotkaniu tym obok Kazimierza Albina uczestniczyli: Józef Cyrankiewicz, Lucjan Motyka, Czesław Sowul, Józef Szajna, Edward Hałoń, Tomasz Sobański, Ignacy Golik, Jerzy Skowroński i Maria Mazurkiewicz[3].

Kazimierz Albin wchodził w skład władz naczelnych TOnO od I Krajowego Zjazdu tej organizacji, który odbył się 27 stycznia 1983 roku w Oświęcimiu, w 38. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz. Był długoletnim wiceprezesem, a w latach 1996-2002 prezesem Zarządu Głównego TOnO. Od 2000 roku przez trzy kadencje był też członkiem Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej przy Prezesie Rady Ministrów. Położył duże zasługi w przywróceniu pamięci historycznej postaci rotmistrza Witolda Pileckiego i innych polskich więźniów KL Auschwitz oraz popularyzowaniu historii obozu na łamach 41 „Biuletynów TOnO”, wydanych tylko do 2002 roku.

Wielką zasługą Kazimierza Albina była jego inicjatywa opracowania i wydania „Ksiąg Pamięci” Polaków deportowanych do KL Auschwitz. 19 tomów tych „Ksiąg Pamięci” – zawierających kilkadziesiąt tysięcy nazwisk oraz historie transportów Polaków do KL Auschwitz z dystryktów warszawskiego, krakowskiego, radomskiego i lubelskiego Generalnego Gubernatorstwa, a także Kraju Warty, Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie, rejencji ciechanowskiej i Okręgu Białystok – zostało opracowanych przez historyków Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau i wydanych w latach 2000-2013 przez Muzeum.

Pogrzeb Kazimierza Albina odbył się 6 sierpnia br. w Warszawie.

[1] K. Albin, „List gończy. Historia mojej ucieczki z Oświęcimia i działalności w konspiracji”, Warszawa 1989, s. 37-38.

[2] „Były więzień Auschwitz – rozmowa o historii”, „Rzeczpospolita”, http://www.rp.pl, 28.01.2011.

[3] K. Albin, „Postscriptum. Losy powojenne i powrót do Auschwitz”, Oświęcim 2013, s. 122-123.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 sierpnia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 33-34 (2253/2254), 11-18.08.2019, s. 12

Śmierć za pomoc Żydowi

Pod koniec czerwca br. nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka w Poznaniu ukazała się książka prof. Bogdana Musiała pt. „Kto dopomoże Żydowi…” (410 ss.). Tytuł książki nawiązuje do treści odezwy do Polaków z 17 grudnia 1941 roku niemieckiego starosty powiatowego w Łowiczu, dr. Heinza Wernera Schwendera, o karze śmierci za udzielanie pomocy Żydom. W odezwie tej czytamy: „Zwracam jeszcze raz uwagę na zarządzenie [generalnego gubernatora Hansa Franka z 15 października 1941 roku – uzup. BP], że kara śmierci grozi każdemu, który udzieli żydom opuszczającym miejsce odosobnienia bez zezwolenia Władz, lub też w inny sposób okaże żydom swą pomoc”[1].

Warto w tym miejscu dodać, że dr praw Heinz Werner Schwender (1909-1999) należał do ścisłego grona funkcjonariuszy III Rzeszy odpowiedzialnych za zagładę Żydów w dystrykcie warszawskim Generalnego Gubernatorstwa. Tworząc w maju 1940 roku getto żydowskie w Łowiczu, nadał mu charakter „wzorcowy” (było szczelnie odizolowane murami i ogrodzeniami). W styczniu 1941 roku rozpoczął deportację 18 tys. Żydów z tego getta do getta warszawskiego. Podzielili oni los mieszkańców getta warszawskiego, których w latach 1942-1943 Niemcy wymordowali w obozie zagłady w Treblince. Schwender z dumą zameldował Frankowi w lutym 1941 roku, że powiat łowicki jako jeden z pierwszych w Generalnym Gubernatorstwie stał się Judenfrei (wolny od Żydów). Nigdy nie poniósł za to żadnej odpowiedzialności. Trybunał denazyfikacyjny w brytyjskiej strefie okupacyjnej Niemiec uniewinnił go 9 października 1947 roku. W 1950 roku Schwender został radcą ministerialnym w Ministerstwie Mieszkalnictwa RFN. Pracował tam do emerytury, publikując też na temat prawa mieszkaniowego w literaturze fachowej. Nigdy nie zainteresowała się nim Centrala Badania Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu[2]. Jego powojenne losy są symboliczne dla wielu niemieckich zbrodniarzy nazistowskich.

Prof. Bogdan Musiał (ur. 1960 r. w Wielopolu, pow. Dabrowa Tarnowska) jest znanym historykiem niemieckim polskiego pochodzenia. W 1985 roku uzyskał azyl polityczny, a potem obywatelstwo w RFN. W latach 1990-1998 studiował historię, socjologię i politologię na uniwersytetach w Hanowerze i Manchesterze. W 1998 roku obronił doktorat na temat eksterminacji Żydów w okupowanej Polsce. Habilitację uzyskał natomiast w 2005 roku. W latach 1999-2004 pracował w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie, w latach 2007-2010 w Biurze Edukacji Publicznej IPN, a w latach 2010-2015 kierował Katedrą Studiów nad Europą Środkową i Wschodnią na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. W swojej publicystyce prezentuje radykalnie antykomunistyczny i antyradziecki punkt widzenia, stąd był i jest chętnie zapraszany do mediów związanych z obecnym obozem władzy w Polsce i był komentatorem takich filmów dokumentalnych jak „Towarzysz generał” i „Towarzysz generał idzie na wojnę”. Niewątpliwie można go uznać za jedną z ważnych postaci wpływających na kształt polityki historycznej w Polsce po 1989 roku.

Bogdan Musiał posiada jednak w swoim dorobku także wiele cennych prac, opartych na solidnej bazie źródłowej, dotyczącej różnych wątków okupacji niemieckiej i radzieckiej ziem polskich podczas drugiej wojny światowej. Do najważniejszych publikacji B. Musiała należą: „Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne! Brutalizacja wojny niemiecko-sowieckiej latem 1941 roku” (Warszawa 2001), „Na zachód po trupie Polski” (Warszawa 2009), „Przewrót majowy 1926 roku w oczach Kremla” (Warszawa 2009), „Wojna Stalina 1939-1945. Terror, grabież, demontaże” (Poznań 2012), „Geneza paktu Hitler-Stalin. Fakty i propaganda” (Warszawa 2012), „Sowieccy partyzanci 1941-1944. Mity i rzeczywistość” (Poznań 2014), „Deutsche Zivilverwaltung und Judenverfolgung im Generalgouvernement. Eine Fallstudie zum Distrikt Lublin 1939-1944” (Wiesbaden 1999), „Aktion Reinhardt. Der Völkermord an den Juden im Generalgouvernement 1941–1944” (Osnabrück 2004), „Genesis des Genozids. Polen 1939-1941” (razem z Klausem-Michaelem Mallmannem, Darmstadt 2004), „Kampfplatz Deutschland. Stalins Kriegspläne gegen den Westen” (Berlin 2008).

Bogdan Musiał należy niewątpliwie do znawców tematu zagłady Żydów przez III Rzeszę Niemiecką na okupowanych ziemiach polskich. Tego tematu dotyczyły zarówno jego doktorat, jak i habilitacja. W wywiadach udzielanych w związku z publikacją książki „Kto dopomoże Żydowi…” nie ukrywał, że publikacja ta stanowi jego polemikę ze stanowiskiem zajmowanym przez takich autorów jak Jan T. Gross, Jan Grabowski, Paweł Śpiewak i Barbara Engelking. Autorzy ci uważają, że negatywne postawy Polaków wobec Żydów podczas okupacji niemieckiej daleko przeważały nad postawami pozytywnymi i chęcią pomocy. Polacy mieli podczas okupacji niemieckiej zabić więcej Żydów niż ich uratować, niejednokrotnie aktywnie uczestnicząc w niemieckich zbrodniach na Żydach i grabieży ich mienia. Takie wnioski zawierają m.in. prace Jana T. Grossa – „Złote Żniwa. Recz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów” (Kraków 2011) i Jana Grabowskiego – „Judenjagd. Polowanie na Żydów 1942-1945. Studium z dziejów jednego powiatu” (Warszawa 2011) oraz wydana w 2018 roku pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego dwutomowa publikacja pt. „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”.

Prof. Paweł Śpiewak stwierdził wprost, że nie może znieść retoryki ratowania Żydów przez Polaków, reakcją Polaków na zagładę Żydów była wymuszona obojętność, bezsilność i często wrogość wobec Żydów, a Polacy uratowali za mało Żydów, ponieważ brak im było zwykłej empatii[3]. Dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego stwierdził ponadto, że „chodzi o to, żeby nie robić z siebie narodu wyjątkowego, wyjątkowo miłosiernego, dobrego” [4]. Można się z tym zgodzić, jednakże z drugiej strony chodzi też o to, żeby z narodu, który sam był ofiarą niemieckiego ludobójstwa nie robić narodu sprawców i współpracowników III Rzeszy w zagładzie innego narodu.

O to właśnie – jak się wydaje – chodzi natomiast Bogdanowi Musiałowi. W swojej publikacji porusza on takie zagadnienia jak: niemiecka polityka wobec Polaków i Żydów w okupowanej Polsce, warunki życia w getcie, zagładę Żydów i niemieckie polowanie na uciekinierów żydowskich, współudział Polaków w polowaniu na uciekinierów żydowskich, sankcje i represje za pomoc uciekinierom żydowskim w praktyce, penalizacja pomocy Żydom w innych krajach oraz powojenny los niemieckich sprawców. Bardzo cennym elementem pracy B. Musiała jest pełna edycja źródeł – dotychczas cytowanych w literaturze historycznej wyrywkowo lub nie publikowanych wcale – dotyczących niemieckiego prawodawstwa okupacyjnego na ziemiach polskich, w tym sankcji karnych za pomoc Żydom. Są to w sumie 34 urzędowe dokumenty okupacyjnych władz niemieckich – rozporządzenia, zarządzenia, obwieszczenia, odezwy do Polaków i pisma poufne. Publikację uzupełniają wywiady i polemiki B. Musiała dotyczące publicystyki Jana T. Grossa, stosunków polsko-żydowskich i niemieckiej polityki historycznej.

Wspomniana edycja źródeł obejmuje m.in. takie dokumenty jak: rozporządzenie generalnego gubernatora H. Franka z 31 października 1939 roku dotyczące zwalczania czynów gwałtu w Generalnym Gubernatorstwie, rozporządzenie H. Franka z 23 listopada 1939 roku o oznaczeniu Żydów i Żydówek w Generalnym Gubernatorstwie, zarządzenie Stadthauptmanna w Krakowie z 22 października 1940 roku o ograniczeniu pobytu Żydów, zarządzenie starosty warszawskiego Ludwiga Leista z 14 stycznia 1941 roku o utworzeniu dzielnicy żydowskiej w Warszawie, zarządzenie szefa dystryktu lubelskiego z 22 września 1941 roku o ograniczeniu miejsca pobytu Żydów na obszarze Okręgu Lubelskiego, trzecie rozporządzenie H. Franka z 15 października 1941 roku o ograniczeniach pobytu w Generalnym Gubernatorstwie, obwieszczenie starosty grójeckiego z 30 października 1941 roku o zakazie udzielania pomocy Żydom, obwieszczenie gubernatora warszawskiego Ludwiga Fischera z 10 listopada 1941 roku dotyczące kary śmierci za nieuprawnione opuszczenie żydowskich dzielnic mieszkaniowych, wspomniana odezwa Heinza W. Schwendera z 17 grudnia 1941 roku o karze śmierci za udzielenie pomocy Żydom, pismo Wydziału Sprawiedliwości przy Urzędzie Gubernatora dystryktu galicyjskiego z 13 stycznia 1944 roku do dyrektora Wydziału Głównego Sprawiedliwości rządu GG dotyczące wykonywania wyroków śmierci za pomoc Żydom i in.

Już tylko z tych dokumentów wynika, że tym co determinowało rozmiary polskiej pomocy dla Żydów podczas okupacji niemieckiej była ich izolacja w gettach oraz drakońskie kary, łącznie z karą śmierci, za opuszczanie gett przez Żydów i udzielanie im pomocy przez Polaków. Kluczowe jest tutaj trzecie rozporządzenie Hansa Franka z 15 października 1941 roku o ograniczeniach pobytu w Generalnym Gubernatorstwie. Czytamy w nim m.in.: „(1) Żydzi, którzy bez upoważnienia opuszczają wyznaczoną im dzielnicę podlegają karze śmierci. Tej samej karze podlegają osoby, które takim żydom świadomie dają kryjówkę. (2) Podżegacze i pomocnicy podlegają tej samej karze jak sprawca, czyn usiłowany karany będzie jak czyn dokonany. W lżejszych wypadkach można orzec ciężkie więzienie lub więzienie. (3). Zawyrokowanie następuje przez Sądy Specjalne”[5].

Chociażby w świetle tego rozporządzenia generalnego gubernatora rodzi się pytanie: skoro pomoc polska dla Żydów była tak niewielka – jak twierdzą obecnie niektórzy historycy i publicyści – to dlaczego była tak surowo karana? Skoro Polakom było brak empatii i uratowali za mało Żydów – jak twierdzi prof. P. Śpiewak – to dlaczego Hans Frank obawiał się, że jednak mają empatię i postanowił zapobiec skutkom tej empatii poprzez surowe kary?

Bogdan Musiał odpowiada na to następująco: „Opisane niemieckie prawodawstwo penalizujące wszelką pomoc prześladowanym Żydom oraz represje za objawy takiej pomocy w Polsce są wyjątkowe w okupowanej przez Niemców Europie. W żadnym innym kraju władze okupacyjne nie stosowały tak drastycznych sankcji oraz metod terroru. Wyjątkowa jest ich skala i fakt, że dotykały one przede wszystkim mieszkańców polskich wsi. (…). Nasuwa się więc pytanie, dlaczego akurat na polskiej prowincji niemieckie represje były tak drastyczne. Biorąc pod uwagę aktualny stan badań, można powiedzieć, że miało to związek z dużą skalą ucieczek z niezamkniętych przecież gett, przy początkowo wysokim stopniu gotowości udzielania pomocy przez polskich sąsiadów. (…) Jedno jest raczej pewne. Polskie społeczeństwo w swojej większości nie pozostawało obojętne, ani bierne wobec zagłady Żydów. Stopień gotowości do pomocy prześladowanym był najwidoczniej na tyle duży, że niemieccy okupanci czuli się zmuszeni stworzyć specjalne prawodawstwo penalizujące takie postawy oraz stosować drakońskie kary i represje. Ich celem było stworzenie atmosfery strachu, aby w ten sposób wyeliminować lub przynajmniej ograniczyć pomoc skazanym na śmierć Żydom. I to się w dużej mierze udało. Z dostępnych relacji wynika bowiem, że w czasie okupacji w Polsce panowała wręcz psychoza strachu wywołana niemieckim terrorem. (…) Tymczasem ton debacie na te trudne tematy często nadają autorzy, którzy albo nie znają, albo ignorują realia niemieckiej okupacji w Polsce, lub też tacy, którzy sami w chwili próby nie wykazali się hartem ducha i nienaganną postawą moralną. (…) Autorzy zajmujący się problemem ratowania Żydów w okupowanej Polsce powinni sobie najpierw zadać pytanie, czy zaryzykowaliby życie własnych dzieci dla pomocy innym”[6].

[1] B. Musiał, „Kto dopomoże Żydowi…”, Poznań 2019, s. 277-278. Pisownia oryginalna według wersji obwieszczenia odezwy niemieckiego starosty powiatowego w Łowiczu z 17 grudnia 1941 r. wydanej przez władze niemieckie w języku polskim.

[2] M. Roth, „Herrenmenschen. Die deutschen Kreishauptleute im besetzten Polen – Karrierewege, Herrschaftspraxis und Nachgeschichte”, Göttingen 2009, s. 182f, 187, 503.

[3] Prof. P. Śpiewak: podstawową reakcją na Zagładę była wymuszona obojętność, bezsilność, często wrogość wobec Żydów, http://www.dzieje.pl, 24.03.2018; Prof. Paweł Śpiewak: Polacy nie umieją poczuć się Żydem w lipcu 1942 roku, http://www.wiadomo.co, 25.02.2019; Dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego: Polacy uratowali tak mało Żydów, bo brakło im zwykłej empatii, http://www.dzienniknarodowy.pl, 26.02.2019; Skandaliczne słowa prof. Śpiewaka: „Nie mogę znieść retoryki ratowania Żydów przez Polaków”, http://www.dorzeczy.pl, 19.04.2019.

[4] Skandaliczne słowa prof. Śpiewaka: „Nie mogę znieść retoryki ratowania Żydów przez Polaków”, http://www.dorzeczy.pl, 19.04.2019.

[5] B. Musiał, „Kto dopomoże Żydowi…”, s. 269-270. Pisownia oryginalna według wersji rozporządzenia H. Franka wydanej przez władze niemieckie w języku polskim.

[6] Tamże, s. 277-228, 244.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 lipca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 29-30 (2249/2250), 14-21.07.2019, s. 17

Jak to się stało?

4 czerwca minęła 30. rocznica wyborów parlamentarnych z 1989 roku, które położyły kres historii Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Rocznicę tę obchodziły głównie postsolidarnościowe elity polityczne i także te obchody odzwierciedliły śmiertelne skłócenie tych elit, z jakim mamy do czynienia z różnym stopniem nasilenia od pierwszej „wojny na górze” w 1990 roku. Brak powszechnego entuzjazmu społecznego w związku z tą rocznicą jest wymowny i w jakiejś mierze stanowi podsumowanie minionego 30-lecia, w którym dokonała się transformacja PRL w III RP.

Jeszcze przez wiele dziesięcioleci będzie zadawane pytanie: jak to się stało? Jedną z najciekawszych odpowiedzi na pytanie o przyczynę 4 czerwca 1989 roku udzielił skrajny dogmatyk partyjny Wsiewołod Wołczew (1929-1993) – syn bułgarskiego komunisty Wasiła Wyłczewa i Rosjanki, urodzony w Leningradzie. Zrządzenie losu spowodowało, że stał się obywatelem polskim (jego matka po śmierci męża – straconego w 1938 roku podczas Wielkiego Terroru – wyszła za mąż za Polaka i wyemigrowała z nim w 1946 roku do Polski). Wołczew został dr. hab. historii i wykładał na UMCS, Uniwersytecie Śląskim, Uniwersytecie Szczecińskim i w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR. Przede wszystkim jednak był kierownikiem Zakładu Badań Politycznych Śląskiego Instytutu Naukowego w Katowicach – głównego zaplecza naukowego partyjnego betonu z Komitetu Wojewódzkiego PZPR.

W latach 1981-1982 był jednym z przywódców Katowickiego Forum Partyjnego, które chciało powstrzymać ewolucję PZPR w stronę rewizjonizmu i które miało dostarczyć kadr do nowej ekipy PZPR na wypadek interwencji radzieckiej w Polsce. Po upadku Andrzeja Żabińskiego (1938-1988) – I sekretarza KW PZPR w Katowicach i lidera tej grupy – Katowickie Forum Partyjne zostało przekształcone w Katowickie Seminarium Marksistowsko-Leninowskie, które nie odegrało już żadnej roli politycznej. W 1990 roku Wołczew znalazł się na emeryturze. Zmarł trzy lata później. Na przełomie lutego i marca 1989 roku (a więc w okresie obrad Okrągłego Stołu) opublikował opracowanie pt. „Niektóre uwagi w kwestii źródeł i przesłanek aktualnego kryzysu światowego systemu socjalizmu”. Z jego analizy wynika, że III RP ma korzenie PRL-owskie i tylko PRL-owskie. Polski neokapitalizm wyrósł z polskiego socjalizmu i faktu tego nie zmieni żadna dekomunizacyjna polityka historyczna.

Swoją analizę streścił później następująco:

„Bezpośrednią siłą społeczną, która zadecydowała o przekształceniu rewolucji socjalistycznej w burżuazyjną kontrrewolucję była potężna uprzywilejowana warstwa zarządzająca. Swoje egoistyczne interesy realizowała ona kosztem mas pracujących i zahamowania rewolucji socjalistycznej. W sposób nieuchronny doprowadziło to do kryzysu gospodarczego oraz przegrania współzawodnictwa technologicznego i ekonomicznego z najbardziej rozwiniętymi krajami kapitalistycznymi. Usunięcie uprzywilejowanej warstwy zarządzającej, z uwagi na podporządkowanie jej całego systemu politycznego oraz brak zorganizowanych sił rewolucyjnych, okazało się niemożliwe. Ponieważ polityka uprzywilejowanej warstwy zarządzającej podważyła zaufanie mas do socjalizmu, nieuchronna okazała się otwarta restauracja kapitalizmu. (…) W Polsce uprzywilejowana warstwa zarządzająca podporządkowała sobie PZPR, związki zawodowe i wszystkie inne organizacje systemu politycznego, tolerowała istnienie opozycji antysocjalistycznej i wielokrotnie korzystała z poparcia Kościoła katolickiego. W rezultacie mieliśmy do czynienia z dwoma ośrodkami antysocjalistycznej kontrrewolucji. Jeden – skupiony był wokół tzw. oficjalnej opozycji antysocjalistycznej, a drugi – usadowiony był w oficjalnych strukturach władzy politycznej. Do formalnego porozumienia obu tych ośrodków antysocjalistycznych doszło przy »okrągłym stole«, choć faktycznie współpracowano wcześniej od wielu lat. Uprzywilejowana warstwa zarządzająca, najpełniej reprezentowana przez ekipę Jaruzelskiego, przekazała jawnej kontrrewolucji władzę polityczną w 1989 roku, a obecnie doradza i sekunduje ekipom solidarnościowym w rozkradaniu majątku narodowego i ograbianiu ludzi pracy z socjalno-ekonomicznych i politycznych zdobyczy”[1].

Analiza Wołczewa nie była analizą marksistowską, ale trockistowską. To wygnany w 1929 roku z ZSRR Lew Trocki (1879-1940) w swojej książce „Zdradzona rewolucja. Czym jest ZSRR i dokąd zmierza?” (pierwsze wydanie polskie w 1936 roku, drugie w 1991 roku) postawił tezę, że państwo to zostało opanowane przez pasożytniczą biurokratyczną kastę partyjno-państwową, a za wyraziciela jej interesów uznał Stalina i jego otoczenie. Ostrzegał, że owa warstwa biurokratyczno-zarządzająca w pewnym momencie uzna, iż w jej interesie leży zdemontowanie socjalizmu i restauracja kapitalizmu. Tezy te powielił jugosłowiański komunista, a potem dysydent Milovan Dżilas (1911-1995) w opublikowanej w 1957 roku w Londynie książce „Nowa klasa”. Pierwsze wydanie polskie tej książki, które miało miejsce także w 1957 roku w Instytucie Literackim w Paryżu, w tłumaczeniu Juliusza Mieroszewskiego (1906-1976), nosiło tytuł „Nowa klasa wyzyskiwaczy (analiza systemu komunistycznego)”.

Oczywiście sprowadzanie przyczyn upadku socjalizmu w ZSRR i państwach bloku radzieckiego do działań warstwy biurokratyczno-zarządzającej jest uproszczeniem. Był to zapewne splot wielu czynników, które wystąpiły równocześnie. Wpływ na rozwój wypadków w latach 80. XX wieku w krajach obozu socjalistycznego miały też porażka radzieckiej pieriestrojki, rozumianej jako próba całościowej reformy ZSRR, a nie jego likwidacji, kryzys gospodarki socjalistycznej, globalna ofensywa antykomunistyczna podjęta przez USA za prezydentury Reagana, przegranie wyścigu technologicznego i wyścigu zbrojeń przez ZSRR i jego blok z USA i blokiem kapitalistycznym (a co za tym idzie przegranie „zimnej wojny”), a w PRL dodatkowo 16 miesięcy powszechnego strajku rotacyjnego „Solidarności” w latach 1980-1981, istnienie opozycji antyustrojowej i silnego Kościoła katolickiego. W każdym z państw obozu radzieckiego występowały różne czynniki, wśród których nie można też lekceważyć roli służb specjalnych i ich powiązań zagranicznych. Ten czynnik odegrał przecież kluczową rolę w siłowym obaleniu ustroju socjalistycznego w Rumunii.

Inaczej wypadki potoczyły się w Chinach i Azji Południowo-Wschodniej, gdzie zachowana została autorytarna władza narodowych partii komunistycznych i dokonano restauracji kapitalizmu (a właściwie jego budowy od podstaw, bo tam nigdy wcześniej nie było rozwiniętego kapitalizmu), ale bez przyjmowania modelu neoliberalnego z ryzykiem pułapki rozwoju zależnego. Dodanie przymiotnika „narodowe”, jeśli mówi się o partiach komunistycznych w Chinach i krajach Azji Południowo-Wschodniej, jest konieczne, ponieważ tamtejszy ruch komunistyczny był ruchem narodowowyzwoleńczym i antykolonialnym, a przez to od początku nacjonalistycznym. W Chińskiej Republice Ludowej partia komunistyczna zachowała swoją władzę polityczną prawdopodobnie dzięki temu, że Deng Xiaoping (1904-1997) rozpoczął chińską pieriestrojkę o ponad sześć lat wcześniej niż Gorbaczow w ZSRR, bo w grudniu 1978 roku. Być może zatem warstwa biurokratyczno-zarządzająca w bloku radzieckim nie chciała iść w kierunku neoliberalnego kapitalizmu, ale w drugiej połowie lat 80. XX wieku nie miała innego wyjścia, ponieważ podjęła środki zaradcze za późno. Kryzys gospodarczy był już zbyt zaawansowany, a ZSRR i państwa jego bloku coraz słabsze politycznie.

Deng Xiaoping zreinterpretował chińską wersję marksizmu, czyli maoizm, w duchu konfucjańskim. Kluczową zasadą działania stał się pragmatyzm. Dlatego kierownictwo chińskie odrzuciło szaleństwa maoizmu, ale też nie przyjęło tego modelu transformacji gospodarczej, jaki zastosowano w Polsce i innych państwach obozu radzieckiego. Modelu thatcherowsko-neoliberlanego, który wpędził te kraje w to co socjologia nazywa rozwojem zależnym. Data 4 czerwca 1989 roku kojarzy się w Chinach z zupełnie czym innym niż w Polsce – z brutalnym i krwawym zmasakrowaniem na placu Tiananmen w Pekinie tych, którzy chcieli pójść drogą liberalnej demokracji i neoliberalnego kapitalizmu. Ta tragedia pokazuje, że wybór drogi polityczno-ekonomicznej w Chinach nie był sprawą łatwą i odbywał się w dramatycznych okolicznościach. Dlatego nad ofiarami z placu Tiananmen trzeba nisko pochylić głowę. Faktem jest jednak, że dzisiaj to chiński kapitalizm (zwany w oficjalnej propagandzie socjalistyczną gospodarką rynkową) prześciga neoliberalny kapitalizm północnoamerykański i zachodnioeuropejski, który po kryzysie finansowym z 2008 roku nie powrócił na dawne ścieżki szybkiego wzrostu. To z Chinami musi prezydent Trump toczyć dzisiaj wojny gospodarcze, żeby utrzymać słabnącą pozycję gospodarki amerykańskiej jako lidera światowego.

Równie ciekawą analizę jak Wołczew przeprowadził Józef Kossecki (1936-2015) – reprezentant nurtu politycznego w PRL, który złośliwie określano mianem endokomuny. Najpierw członek nielegalnej Ligi Narodowo-Demokratycznej, potem członek PZPR i Klubu Partyjnej Inteligencji Twórczej „Warszawa 80”, a w latach 80. sekretarz ds. propagandy Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald”. Wykładowca cybernetyki społecznej na Uniwersytecie Warszawskim, w Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR, Wojskowej Akademii Politycznej i Akademii Sztabu Generalnego. Jego zdaniem PRL przeszła w latach 1956-1989 ewolucję od państwa o ograniczonej suwerenności i ustroju autorytarnym do państwa niepodległego i demokratycznego. Ewolucja ta miała być zasługą sił reformatorskich w PZPR i jej otoczeniu, opozycji antyustrojowej i Kościoła katolickiego. Natomiast III RP przebyła ewolucję w kierunku odwrotnym.

Czym została spowodowana ta ewolucja w kierunku odwrotnym? Też nie ma na to odpowiedzi prostej i jednoznacznej. Też był to splot wielu czynników występujących równocześnie. Zapewne kluczową rolę odegrał przyjęty, czy też może narzucony Polsce przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy w 1989 roku model gospodarki neoliberalnej, który podporządkował III RP regułom tzw. rozwoju zależnego. M.in. dlatego nastąpiła utrata własnego przemysłu, a co za tym idzie samodzielności ekonomicznej. Z istniejących w 1988 roku około 6200 zakładów przemysłowych zatrudniających ponad 100 pracowników zlikwidowano 1675, w tym 681 zakładów zbudowanych w PRL, natomiast aż 994 istniejących przed 1949 rokiem, a więc powstałych w gospodarce rynkowej, a nie socjalistycznej. Powielana w mediach teza, że tak głęboka deindustrializacja była wynikiem nietrafnego zaprogramowania rozwoju przemysłu w PRL jest zatem fałszywym mitem. Likwidacji uległy całe gałęzie przemysłu, jak np. przemysł elektroniczny. Chociaż deindustrializacja była procesem zachodzącym w wielu krajach rozwiniętych na przełomie XX i XXI wieku, to jej skala w Polsce po 1989 roku była rekordowa w Europie. Zlikwidowano bowiem 33 proc. majątku przemysłowego[2].

Do tego należy dodać skandaliczną próbę prywatyzacji systemu emerytalnego, której mechanizm szczegółowo przeanalizowała prof. Leokadia Oręziak w książce „OFE. Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce” (Warszawa 2014), oraz trwającą ponad dwie dekady degradację polityki społecznej. Prof. Andrzej Karpiński – współautor książki „Od uprzemysłowienia w PRL do deindustrializacji kraju” (Warszawa 2015) oraz autor książki „Prawda i kłamstwa o przemyśle. Polska w obliczu III rewolucji przemysłowej” (Warszawa 2018) – uważa, że gdyby po 1989 roku nie doszło do masowej deindustrializacji, bezrobocie byłoby o 1,5 mln mniejsze, a zarobki o 1/3 wyższe. Z badań prof. A. Karpinskiego wynika, że za uzasadnioną ekonomicznie można uznać likwidację po 1989 roku 25-30% zakładów przemysłowych. „Z pozostałych 70-75% jedna trzecia to efekt spekulacji gruntami, a jedną czwartą stanowiły wrogie przejęcia. Niemałą rolę w procesie prywatyzacji odegrało dążenie wąskiej grupy społecznej techników i zarządzających do szybkiego wzbogacenia się” – uważa prof. A. Karpiński[3].

Po 30 latach od 4 czerwca 1989 roku Polska jest państwem politycznie słabym, stojącym z tego powodu przed o wiele większymi zagrożeniami niż masowa deindustrializacja, jaka dokonała się w wyniku transformacji ustrojowej. Reguły rozwoju zależnego doprowadziły też do tego, że III RP nie dorobiła się elity politycznej, która potrafiłaby zdefiniować kryteria interesu narodowego. Dzisiaj jeden z dwóch dominujących w Polsce obozów politycznych opowiada się za federalizmem i likwidacją państw narodowych w ramach UE oraz dalszą deindustrializacją (m.in. całkowitą likwidacją górnictwa węgla kamiennego), natomiast drugi rozwija utopijną koncepcję Trójmorza, a siłę państwa chce budować w oparciu o stałą bazę US Army i wsparcie polityczne USA.

Odpowiedź na pytanie, jak i dlaczego to się stało będzie szukana jeszcze długo i tym bardziej intensywnie im bardziej dramatycznie potoczą się losy kraju.

[1] Towarzysz. Życie i poglądy doc. dr. hab. Wsiewołoda Wołczewa, http://www.1917.net.pl, 24.12.2011.

[2] P. Dybicz, „Stracone szanse”, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 23.05.2016.

[3] Gdyby nie masowa likwidacja przemysłu po 1989 roku, dziś zarabialibyśmy o 1/3 więcej, http://www.forsal.pl, 24.05.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 czerwca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 25-26 (2245/2246), 16-23.06.2019, s. 16

Klęska na własne życzenie

Amerykańska ustawa Act 447, podpisana przez Donalda Trumpa w maju 2018 roku, przestała być w Polsce tematem tabu. Stało się to dzięki sekretarzowi stanu USA Mike’owi Pompeo, który w lutym tego roku na konferencji bliskowschodniej w Warszawie zażądał od władz polskich uczynienia „postępów” w restytucji mienia żydowskiego, czyli stworzenia podstaw prawnych do restytucji mienia bezspadkowego. Tego bowiem dotyczy Act 447, wbrew różnym glosom zaprzeczającym. Potem wydarzenia potoczyły się już lawinowo.

Ambasador USA Georgette Mosbacher – wobec rosnącego zaniepokojenia opinii publicznej w Polsce – oświadczyła w mediach, że Act 447 dotyczy tylko przygotowania „raportu dla Kongresu, który nie będzie zawierał żadnych prawnych czy finansowych zobowiązań dla kogokolwiek”[1]. Oczywiście, ale ten raport ma zostać przygotowany w konkretnym celu – właśnie po to, żeby administracja USA mogła podjąć działania zmierzające do wyegzekwowania prawnych i finansowych zobowiązań wynikających z podpisanej 30 czerwca 2009 roku przez rząd Donalda Tuska Deklaracji Terezińskiej, na którą powołuje się Act 447. O tym, że Act 447 dotyczy głównie Polski – chociaż nie jest ona tam wymieniona – można przeczytać nawet w anglojęzycznej Wikipedii pod hasłem „JUST Act 447”.

Niemal natychmiast ambasador Mosbacher zakwestionowała umowę indeminizacyjną z 16 lipca 1960 roku: „W lipcu 1960 Stany Zjednoczone podpisały umowę z Polską, na mocy której rząd polski przejął odpowiedzialność za wypłatę odszkodowań dla obywateli amerykańskich, którzy byli obywatelami amerykańskimi w czasie, gdy ich majątek w Polsce był upaństwowiony przez ówczesny rząd komunistyczny. Obywatele polscy, których majątek został zajęty w czasach Holocaustu, a którzy później wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych i stali się obywatelami amerykańskimi lub których potomkowie stali się obywatelami amerykańskimi, nie są objęci umową z 1960 roku”[2]

Czyli administracja USA występuje w sprawie praw majątkowych byłych obywateli polskich. Na podstawie jakich przepisów prawa międzynarodowego?

Nie zabrakło też głosu z brytyjskiej Izby Lordów. Baronessa Ruth Deech, posiadająca według Jewish News korzenie żydowskie, podczas debaty dotyczącej zwracania dzieł sztuki potomkom ich dawnych właścicieli przywołała Deklarację Terezińską i stwierdziła co następuje: „Najbardziej bezczelnym przestępcą jest Polska, która rozsiadła się na własności trzech milionów ofiar nazistów, jedyny kraj we współczesnej Europie, który odmówił ustanowienia systemu odszkodowań. Jest to kolejny przykład jak Polska podchodzi do rządów prawa i europejskich zobowiązań”[3].

Od raz nasuwa się pytanie, na jakiej własności trzech milionów ofiar nazizmu „rozsiadła się” Polska? Czy chodzi może o ruiny Warszawy? Czy baronessa Deetch domaga się od Polaków zapłacenia za odbudowanie Warszawy i dziesiątek innych miast polskich, w których były nieruchomości żydowskie? A może baronessa Deetch chce płacenia przez Polskę za odebranie jej w 1945 roku – przy wsparciu rządów amerykańskiego i brytyjskiego – Kresów Wschodnich? Tam bowiem mieszkała połowa ludności żydowskiej II Rzeczpospolitej. Obecnie są to terytoria Litwy, Białorusi i Ukrainy. Z tej wypowiedzi kolejny raz wynika, że wspierane przez USA, Izrael i baronessę Deech roszczenia World Jewish Restitution Organization (WJRO) wobec Polski dotyczą tzw. mienia bezspadkowego Żydów-obywateli polskich wymordowanych przez III Rzeszę Niemiecką. W świetle polskiego prawa cywilnego i międzynarodowego prawa prywatnego są to roszczenia całkowicie bezprawne.

Bezprawność tych roszczeń nie przeszkodziła rządowi Izraela w wysłaniu do Warszawy 13 maja – bez uprzedzenia polskiego MSZ o temacie rozmów – delegacji Ministerstwa Równości Społecznej pod przewodnictwem Avi Cohena-Scali. Jego przełożona – minister Gila Gamliel – nie pozostawiła wątpliwości o czym miała rozmawiać wysłana przez nią do Warszawy delegacja: „Rząd Izraela uważa przywrócenie własności żydowskiej i promowanie praw ocalałych z Holokaustu za moralny imperatyw państwa żydowskiego, a żaden czynnik polityczny lub antysemicki nie powstrzyma nas przed wypełnieniem tego ważnego obowiązku”[4] Odmowa przyjęcia delegacji izraelskiej w polskim MSZ spowodowała fizyczny atak na ambasadora polskiego w Tel Awiwie dwa dni później.

16 maja amerykańskie media podały, że działacze żydowscy w USA podjęli lobbing u prezydenta Trumpa i w Kongresie na rzecz zablokowania budowy w Polsce tzw. Fortu Trump (stałej bazy amerykańskiej), dopóki Polska nie zapłaci WJRO za mienie bezspadkowe[5]. Jeden z urzędników amerykańskich stwierdził w związku z tym, że „Departament Stanu będzie nadal angażował urzędników w Polsce, a także innych w regionie, w celu omówienia restytucji mienia z czasów Holokaustu, odszkodowań, edukacji o Holokauście oraz tego, jak najlepiej chronić ważne żydowskie miejsca dziedzictwa”[6].

Premier Mateusz Morawiecki oświadczył 17 maja, że nie ma zgody jego rządu na spełnienie roszczeń do bezspadkowego mienia żydowskiego. Dodał przy tym: „Jeśli kiedykolwiek by do tego doszło, że zamieniony zostałby kat i ofiara, to urągałoby to jakimkolwiek zasadom prawa międzynarodowego, ale byłoby to również pośmiertnym zwycięstwem Hitlera. I dlatego nigdy na to nie pozwolimy”. To oświadczenie wywołało szereg gwałtownych reakcji. Anonimowy autor w „The Jerusalem Post” napisał: „Izrael nie może milczeć w obliczu tak skandalicznych prób unikania odpowiedzialności za zbrodnie z przeszłości. Morawiecki musi zostać pociągnięty do odpowiedzialności”[7]. Polska ma zatem zapłacić za zbrodnie z przeszłości. Rodzi się pytanie, czyje? Po raz pierwszy sprawa roszczeń do mienia bezspadkowego Żydów polskich została przedstawiona jako kontrybucja, którą Polska ma zapłacić za wojnę wywołaną przez III Rzeszę Niemiecką i popełnione przez nią zbrodnie.

„Uwagi polskiego premiera Mateusza Morawieckiego są antysemickie i nieakceptowalne” – stwierdziła z kolei wiceminister spraw zagranicznych Izraela Cippi Chotoweli[8]. Natomiast Ronald S. Lauder – przewodniczący Światowego Kongresu Żydów – określił wypowiedź premiera Morawieckiego jako „naganną” i „skrajnie niepokojącą” oraz wezwał szefa rządu polskiego do wycofania się ze swoich słów. Pozwolił sobie też na stwierdzenie, że „brak odpowiedniej konfrontacji Polski z tragedią milionów jej żydowskich obywateli, którzy mieli być unicestwieni przez Niemców, jest szczególnie niepokojący”[9]. W ten sam ton uderzyła Polska Rada Chrześcijan i Żydów, która w wydanym oświadczeniu napisała, że „Szczególne kontrowersje budzi zagadnienie mienia bezspadkowego. Uważamy też, że pełne rekompensaty byłyby zbytnim obciążeniem dla Polski. Jednakże uważamy zarazem, że nieuwzględnianie faktu utraty własności z powodu wymordowania całych rodzin w ramach wojennej Zagłady jest sprzeczne z poczuciem sprawiedliwości. (…) Nasze przygnębienie budzi fakt, że obecne reakcje w Polsce przekraczają granicę między protestowaniem we własnym interesie a całościową postawą antyżydowską. Uważamy, że jest to nie do przyjęcia i przywodzi na myśl najmniej chwalebne okresy relacji polsko-żydowskich”[10].

Mam w związku z tym dwa pytania do panów Ronalda S. Laudera i Gideona Taylora (przewodniczącego WJRO). Pytanie pierwsze jest takie, czy wiedzą co robią? Rozpoczynają mianowicie od początku drugą wojnę światową – wojnę rozpoczętą 1 września 1939 roku agresją Niemiec hitlerowskich na Polskę. Chcą w tej wojnie Polskę pokonać i obciążyć kontrybucjami za zbrodnie Niemiec hitlerowskich. Pytanie drugie jest takie, kto zapłaci za polski majątek narodowy utracony podczas drugiej wojny światowej i polską martyrologię? Bo nikt nie zapłacił. Nikt do dzisiaj nie zapłacił za 38% majątku narodowego utraconego przez Polskę w wyniku agresji i okupacji III Rzeszy Niemieckiej i Związku Radzieckiego. Nikt nie zapłacił za zniszczony przemysł, zniszczone i zrabowane dobra kultury. Nikt nie zapłacił za starte z powierzchni ziemi miasta z Warszawą na czele. Nikt nie zapłacił za ekspedycje karne policji niemieckiej, w wyniku których zostało spalonych i wymordowanych ponad 800 wsi polskich. Kto zapłaci za spalonych żywcem Polaków oraz ich mienie w takich miejscowościach jak Michniów, Sochy, Ochotnica Dolna, Józefów Duży, Krasowo-Częstki, Aleksandrów, że wymienię najbardziej znane?

Kto zapłaci za rzeź Woli i Ochoty podczas powstania warszawskiego, za dziesiątki tysięcy wymordowanych przez Niemców w wyniku Intelligenzaktion polskich prawników, lekarzy, inżynierów, nauczycieli, księży i ziemian? Kto zapłaci za wymordowanych przez Niemców profesorów lwowskich? Za spalone uniwersytety i szkoły? Kto zapłaci za setki tysięcy Polaków wypędzonych z ziem wcielonych do Rzeszy i ich mienie, które przejęli koloniści niemieccy? Kto zapłaci za cierpienia i mienie Polaków wysiedlonych przez okupanta niemieckiego z Zamojszczyzny? Kto zapłaci za męczeństwo 400 tys. Polaków deportowanych do niemieckich obozów koncentracyjnych, za męczeństwo polskich więźniów Pawiaka, Radogoszcza, Fortu VII, Potulic, Montelupich, Krzesławic, zamku lubelskiego? Kto zapłaci za mienie i dziedzictwo kulturalne pozostawione przez Polskę na odebranych jej w wyniku decyzji USA, Wielkiej Brytanii i ZSRR Kresach Wschodnich? Kto zapłaci za ludobójstwo dokonane na Polakach z Kresów Wschodnich przez nacjonalistów ukraińskich? Kto zapłaci za wymordowanych w Katyniu, Charkowie, Twerze, Bykowni i Kuropatach? Kto zapłaci za męczeństwo 260 tys. Polaków deportowanych przez NKWD na Nieludzką Ziemię? Kto zapłaci za zamarznięte na śmierć podczas tych deportacji polskie dzieci i niemowlęta, których zwłoki konwojenci NKWD wyrzucali z bydlęcych wagonów i których nie miał kto pogrzebać?

Pan Gideon Taylor (przewodniczący WJRO) niejako odpowiedział na te pytania. W rozmowie z „Jewish Standard” stwierdził mianowicie, że „Narracje są potężnymi narzędziami zarówno dla krajów, jak i dla instytucji. (…) Polska jest zasadniczo jedynym krajem z dawnego bloku komunistycznego, który nie przeprowadził żadnych restytucji, i chociaż są tu jeszcze inne powody, to częściowo jest to związane z narodową narracją, według której Polska była ofiarą”[11]. Trzeba więc Polsce zmienić narrację, żeby z ofiary stała się sprawcą zbrodni niemieckich. Nad tym pracują od dawna pewni historycy i publicyści, których nazwisk wymieniał nie będę, a przynajmniej od przełomu lat 70. i 80. XX wieku pracuje się też nad tym w niektórych mediach zachodnich. Ostatnio narrację historyczną zmieniał Polsce czołowy polityk izraelski Jair Lapid, który w wywiadzie dla dziennikarza izraelskiego Nissana Tzura stwierdził, że „Polacy współpracowali przy tworzeniu i prowadzeniu obozów zagłady, Polacy wydawali Żydów Niemcom i tym samym wysyłali ich na śmierć. (…) Nie przypadkiem hitlerowcy stworzyli swoje centrum zagłady w Polsce. Wiedzieli, że ludność polska im pomoże”[12].

O zmianę Polsce narracji historycznej zatroszczył się też ostatnio anonimowy redaktor anglojęzycznej Wikipedii, który zamieścił nową edycję hasła dotyczącego kolaboracji Żydów z Niemcami hitlerowskimi podczas drugiej wojny światowej. Zmienił po prostu narodowość kolaborantów z żydowskiej na polską. I tak oto Chaim Mordechaj Rumkowski (1877-1944) – jeden z najgroźniejszych kolaborantów żydowskich w okupowanej przez III Rzeszę Polsce, „król” getta łódzkiego i współsprawca zagłady własnego narodu – stał się Polakiem. Anglojęzyczny czytelnik Wikipedii dowie się teraz, że to nie Żyd-kolaborant Rumkowski, ale Polak Rumkowski wysyłał transporty Żydów z getta łódzkiego do obozu zagłady (oczywiście „polskiego”) w Chełmnie nad Nerem. Również Mojżesz Merin (1905-1943) – groźny kolaborant działający jako przewodniczący Centrali Żydowskich Rad Starszych na Wschodnim Górnym Śląsku – stał się w anglojęzycznej Wikipedii Polakiem[13].

Czy następnym zabiegiem redaktora anglojęzycznej Wikipedii będzie zamieszczenie informacji, że Adolf Hitler był Polakiem, a III Rzesza Niemiecka państwem polskim?

Mam jeszcze pytanie do amerykańskiego establishmentu politycznego z Donaldem Trumpem na czele. Mianowicie, dlaczego administracja USA dopiero teraz zatroszczyła się o życie i mienie Żydów polskich? Dlaczego nie uczyniła tego podczas drugiej wojny światowej? Fakty historyczne są bowiem w tej sprawie bezlitosne.

28 lipca 1943 roku emisariusz Polski Podziemnej Jan Karski został przyjęty przez prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta. Karski przekazał mu dramatyczną prośbę polskich Żydów o ratunek. Proponował wystosowanie ultimatum wielkich mocarstw wobec Niemiec, że jeżeli nie zaprzestaną mordu na Żydach, zbombardowane zostaną ich miasta. Proponował też zbombardowanie linii kolejowych do obozów zagłady lub dostarczanie broni, pieniędzy oraz paszportów partyzantom i uciekającym przed zagładą Żydom. Podczas tego spotkania w pewnym momencie prezydent Roosevelt przerwał polskiemu emisariuszowi i powiedział: „Policzymy się z Niemcami po wojnie. Panie Karski, proszę mnie ewentualnie wyprowadzić z błędu, ale czy Polska jest krajem rolniczym? Czy nie potrzebujecie koni do uprawy waszej ziemi?”. Jan Karski spotkał się w USA z wieloma wybitnymi osobistościami, takimi jak Felix Frankfurter, Cordell Hull, William Joseph Donovan, Samuel Stritch czy Stephen Wise. Przedstawiał swój „raport” wszędzie, gdzie udało mu się dotrzeć – politykom, biskupom, przedstawicielom mediów i przemysłu filmowego z Hollywood oraz artystom. Wyuczył się go na pamięć i potrafił streścić w 18 minut. Jednak nigdzie nie znalazł zainteresowania dokonywaną w tym czasie przez III Rzeszę Niemiecką zagładą Żydów europejskich.

Zainteresowanie tym tematem powstało w USA dopiero ponad 35 lat wojnie – na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Od tamtego czasu w mediach i kulturze masowej tego kraju na głównego winowajcę zagłady Żydów podczas drugiej wojny światowej zaczęto lansować Polskę i Polaków. Od początku lat 90. XX wieku dodano do tego narrację o „mieniu ery Holokaustu”, które miała przywłaszczyć sobie Polska.

Niestety, ale przyjęcie przez USA Act 447 i posunięcie się wraz z Izraelem do dyktatu wobec Polski w sprawie zaspokojenia bezprawnych roszczeń WJRO ma charakter wspierania obcej agresji wobec państwa polskiego. Agresji realizowanej środkami niemilitarnymi, ale przypominającej niektóre cechy wojny hybrydowej. Rodzi się w związku z tym pytanie o wartość i charakter sojuszu Polski z USA, na którym po 1989 roku oparto całą polską strategię geopolityczną. Powiem wprost: czy ten sojusz ma taki sam charakter jak relacje polsko-rosyjskie za panowania Katarzyny II albo przymierze polsko-pruskie z 1790 roku?

Odrębnym zagadnieniem jest brak właściwej reakcji obozu postsolidarnościowego na tę agresję, która była przecież przygotowywana od lat 90. XX wieku. Nie można uciec od pytania, po co i dlaczego rząd Donalda Tuska podpisał 30 czerwca 2009 roku Deklarację Terezińską, na którą jako podstawę prawną powołuje się Act 447? Nie można uciec od pytania o przyczynę braku solidarności polityków PO z zacytowaną powyżej wypowiedzią premiera Morawieckiego.

Nie można nie zauważyć, że aż do lutego 2019 roku PiS negował publicznie zagrożenie płynące z Act 447. Uprawnione jest też przypuszczenie, że PiS szuka możliwości realizacji roszczeń WJRO poprzez uzyskanie odszkodowań wojennych od Niemiec i dlatego od 2016 roku władze polskie występują z tą kwestią wobec rządu w Berlinie. Jest to ogromny błąd polityczny. Dlaczego – wyjaśnił prof. Bronisław Łagowski. Oto fragment jego wypowiedzi: „Takie żądanie 74 lata po wojnie jest aktem nieprzyjaznym i to wobec kogo? Wobec najbliższego sąsiada, alianta (na wypadek wojny) i kraju, od którego dobrej woli jest Polska zależna w wielu kwestiach i z którym powiązana jest gospodarczo. Tych żądań nie da się ukryć przed społeczeństwem niemieckim, przed ludnością niemiecką. Nie trzeba tłumaczyć, jak to usposobi Niemców do Polaków i jak te pogorszone stosunki wpłyną na moralną spójność NATO i UE. Rząd, który z palcem na ustach odnosi się do Ukrainy, od której w najmniejszym stopniu na razie nie zależy, występuje z bezczelnymi żądaniami wobec potężnego sąsiada, którego życzliwość będzie Polsce w różnych sytuacjach niezbędna i który prowadzi w stosunku do nas wiarygodną politykę pojednania. (…) Żądanie odszkodowań wojennych przez PiS nie pojawia się po raz pierwszy. Poprzednim razem wiceprzewodniczący PO poseł Neumann krzyknął na rząd, że jest połowiczny w swoich roszczeniach, bo nie domaga się odszkodowań od Rosji”[14].

Politycy postsolidarnościowi zamiast zdecydowanie i bez wchodzenia w żadne negocjacje odrzucić roszczenia World Jewish Restitution Organization oraz dyktat USA i Izraela w tej sprawie, zamiast zabiegać o wsparcie RFN jako następcy prawnego III Rzeszy Niemieckiej, pogarszają stosunki z tym państwem. PiS chce reparacji wojennych od Niemiec, a PO od Rosji. Po co? Nietrudno domyśleć się, że po to, żeby zaspokoić roszczenia WJRO. Jest to krok komplikujący relacje z dwoma poważnymi sąsiadami i skazujący Polskę na izolację polityczną wobec dyktatu Act 447. Przypomnę, że gdy 27 stycznia 2018 roku Izrael i USA zaatakowały nowelizację ustawy o IPN, co spowodowało po kilku miesiącach wycofanie się rządu PiS z tej nowelizacji, kanclerz Angela Merkel oświadczyła, że Niemcy ponoszą wyłączną odpowiedzialność za Holokaust i to samo powiedział jej ambasador w Warszawie[15]. Natomiast Rosja wtedy wręcz poparła nowelizację ustawy o IPN w części dotyczącej negowania zbrodni nacjonalizmu ukraińskiego[16].

To był jasny sygnał ze strony Berlina i Moskwy, że są gotowe poprzeć Polskę w jej konflikcie ze stroną izraelsko-żydowsko-amerykańską. Oczywiście pod warunkiem rozluźnienia „strategicznego sojuszu” z USA i racjonalizacji polskiej polityki zagranicznej. Tematu tego w Warszawie nikt nie podjął. Pojednanie i utrzymywanie dobrych stosunków z Niemcami i Rosją jest polską racją stanu. Tego jednakże postsolidarnościowi politycy nie rozumieją, przedkładając ponad wszystko swój egzotyczny sojusz z USA i mrzonki o Trójmorzu. Zamiast twardo dać do zrozumienia USA, Izraelowi i WJRO, że Act 447 jest próbą kontynuowania drugiej wojny światowej przeciwko Polsce i poradzić im, żeby nie otwierali puszki Pandory, sami chcą otwierać puszkę Pandory w stosunkach z Niemcami i Rosją. Spostrzeżenie prof. Łagowskiego, że żądanie reparacji wojennych od Niemiec zostanie tam odebrane jako akt wrogi zostało ostatnio potwierdzone w publikacji „Die Welt”[17].

Jest jeszcze jedna kwestia związana z dyktatem w sprawie Act 447, najważniejsza. Ten dyktat wynika z jednej strony z przyjętego po 1989 roku charakteru stosunków z USA, a z drugiej strony z przyjętej wtedy polityki historycznej i w związku z tym jest klęską na własne życzenie. Gdyby po 1989 roku nie przyjęto skrajnie antykomunistycznej narracji historycznej, która doprowadziła do daleko idącej dyskredytacji i delegalizacji PRL, z tezą o „sowieckiej okupacji” na czele, to dzisiaj prawdopodobnie byłoby o wiele łatwiej walczyć z dyktatem Act 447. Może nawet nikt nie wysuwałby jakichkolwiek roszczeń. Ponadto obecne działania WJRO byłyby utrudnione, albo wręcz niemożliwe, gdyby w Polsce po 1989 roku nie atakowano z niesamowitą zaciekłością stanu prawnego pozostawionego przez PRL w kwestiach własnościowych, gdyby nie występowano z nieodpowiedzialnymi inicjatywami „reprywatyzacji” majątku komunalnego, gdyby nie ulegano dyktatowi Banku Światowego w sprawie „prywatyzacji”, czyli likwidacji całych gałęzi przemysłu, gdyby nie prowadzono nieodpowiedzialnej i jednostronnej polityki zagranicznej.

Sprzeciw wobec Act 447 – z jakim ostro wystąpiła podczas kampanii do Parlamentu Europejskiego radyklana prawica – nie ma żadnego sensu bez uznania legalności Polski Ludowej i obrony tej legalności. Bez zajęcia stanowiska, że Deklaracja Terezińska godzi w ciągłość prawną państwa polskiego. Ale na to braunowcy, korwinowcy i narodowocy nigdy się nie zgodzą, tak samo jak pisowcy. Sprzeciw ten wymagałby też przyznania, że delegitymizująca PRL polityka historyczna była i jest ogromnym błędem i musi zostać porzucona raz na zawsze. Jednakże na taki krok nie pójdą czciciele „żołnierzy wyklętych” zarówno z Ruchu Narodowego i „Najwyższego Czasu”, jak i z PiS i PO. Tym pierwszym zostaje zatem narracja o spisku żydowskim, która z punktu widzenia taktyki politycznej Izraela i World Jewish Restitution Organization jest bardzo korzystna. Uwiarygodnia bowiem tezę o nieuleczalnym polskim antysemityzmie – bardzo przydatną przy próbie realizacji roszczeń.

[1] Mosbacher: w ustawie 447 nie ma nic, czego można się obawiać, http://www.tvp.info, 15.05.2019.

[2] Amerykańska ambasador kwestionuje umowę indeminizacyjną z Polską z 1960 roku. Po raz pierwszy pada słowo „sankcje”, http://www.nczas.com, 15.05.2019.

[3] W Izbie Lordów nazwano Polskę „bezczelnym przestępcą”, który „rozsiadł się” na żydowskim mieniu, http://www.kresy.pl, 15.05.2019.

[4] Izraelska minister wprost o przejęciu polskiego mienia: „Antysemickie elementy nie powstrzymają nas przed spełnieniem tego obowiązku”, http://www.nczas.com, 13.05.2019.

[5] No U.S. Military Base for Poland Until It Pays for Holocaust Victims, http://www.freebeacon.com, 15.05.2019.

[6] Amerykańskie media: budowa Fortu Trump uzależniona od kwestii roszczeń żydowskich, http://www.onet.pl, 16.05.2019.

[7] Obrzydliwy atak na Polskę w „Jerusalem Post”. Premier przedstawiony jako nacjonalista odpowiedzialny za wzmacnianie antysemityzmu, http://www.wpolityce.pl, 16.05.2019.

[8] Wiceminister spraw zagranicznych Izraela o wypowiedzi Morawieckiego: „antysemicka i nieakceptowalna”, http://www.gazeta.pl, 20.05.2019.

[9] Światowy Kongres Żydów o słowach Morawieckiego: naganne, http://www.rp.pl, 21.05.2019; Mateusz Morawiecki mówi o „pośmiertnym zwycięstwie Hitlera”. Reakcja Światowego Kongresu Żydów, http://www.gazeta.pl, 21.05.2019.

[10] Oświadczenie: Wierzymy we wspólnotę polskich chrześcijan i Żydów, http://www.gazeta.pl, 15.05.2019.

[11] Gideon Taylor: To błąd, że Polskę traktuje się jak ofiarę II wojny światowej, http://www.fronda.pl, 10.05.2019.

[12] Izraelski polityk oskarżył Polaków o stworzenie obozów zagłady wspólnie z Niemcami, http://www.kresy.pl, 10.05.2019.

[13] Anglojęzyczna Wikipedia usuwa wzmianki o żydowskim pochodzeniu nazistowskich kolaborantów, http://www.kresy.pl, 23.05.2019.

[14] B. Łagowski, Polskie porachunki z sąsiadami, „Przegląd” nr 20/2019, 13.05.2019.

[15] Angela Merkel: Odpowiedzialność za Holokaust ponoszą Niemcy, http://www.polskatimes.pl, 10.02.2018.

[16] Odsiecz dla Polski w sprawie ustawy o IPN przybyła ze Wschodu. Nie są to jednak oczekiwani sojusznicy, http://www.natemat.pl, 2.02.2018.

[17] „Die Welt”: Przez reparacje Polacy mogą stracić możliwość zarobkowania w RFN, http://www.rmf24.pl, 21.05.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 czerwca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 23-24 (2243/2244), 2-9.06.2019, s. 8;

„Myśl Polska” nr 25-26 (2245/2246), 16-23.06.2019, s. 8

Co zawdzięczamy PRL?

„Rozwój gospodarczy w Polsce sabotowały elity postszlacheckie. Strukturę społeczną wyrównał dopiero PRL. Gdyby nie PRL, nie byłoby polskiego kapitalizmu”.

Kto to powiedział? Wbrew temu co mogliby sądzić działacze Klubów Gazety Polskiej, nie powiedział tego żaden stary ubek, wegetujący na zredukowanej przez PiS emeryturze, ani żaden dinozaur PZPR. To powiedział Marcin Piątkowski, urodzony w 1975 roku, doktor nauk ekonomicznych, starszy ekonomista Banku Światowego w Pekinie, wcześniej adiunkt w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie i wizytujący ekonomista w Centrum Studiów Europejskich na Uniwersytecie Harvarda.

Już w grudniu 2014 roku dr Piątkowski udzielił wywiadu polskiemu „Newsweekowi”, w którym stwierdził, że „przez 500 lat byliśmy na europejskich peryferiach, »niewolnictwo pańszczyźniane« nie pozwalało na rozwój. Teraz w ciągu 25 lat nadrobiliśmy dystans do Zachodu”. Jednakże zdaniem Piątkowskiego nadrobienie tego dystansu nie byłoby możliwe bez dokonań PRL. To wręcz heretycka teza w kontekście solidarnościowej propagandy, która od 1989 roku głosi, że PRL („okupacja sowiecka”) był najczarniejszym okresem w dziejach Polski i że nastąpiło wtedy rzekomo głębokie cofnięcie cywilizacyjne kraju.

Swoją heretycką tezę dr Piątkowski wyłożył w książce „Europe’s Growth Champion. Insights from the Economic Rise of Poland” („Mistrz wzrostu w Europie. Spostrzeżenia z gospodarczego wzrostu Polski”), która została wydana w 2018 roku przez Oxford University Press (dotychczas nie przetłumaczono jej na język polski i wątpię czy prędko się to stanie). Najważniejsze poglądy sformułowane w tej książce dr Piątkowski zreferował w wywiadach, jakich udzielił 11 czerwca 2018 roku i 7 marca 2019 roku portalowi Obserwator Finansowy (Obserwtorfinansowy.pl).

Pozwolę sobie zacytować kilka wypowiedzi Marcina Piątkowskiego z tych wywiadów.

„Często bezwiednie zakłada się, że gdyby po 1945 r. Polska nie dostała się w sferę wpływu ZSRR, to jako kraj kapitalistyczny rozwinęłaby się jak nigdy dotąd. Sądzę jednak, że sukces takiej alternatywnej Polski wcale nie byłby pewny, z tych samych powodów dla których nasza gospodarka nie potrafiła dogonić Zachodu przez 500 lat wcześniej. Głównym hamulcem rozwoju był oligarchiczny system społeczno-gospodarczy, który służył tylko wąskim elitom i blokował rozwój większości społeczeństwa. Taka szkodliwa struktura społeczna byłaby najprawdopodobniej odtworzona po 1945 roku, tak jak ją odtworzono po 1918 roku. Dopiero PRL dokonał społecznej rewolucji, wyeliminował stare, oligarchiczne i często jeszcze feudalne elity i po raz pierwszy w historii stworzył społeczeństwo inkluzywne, dając wszystkim, szczególnie tym najsłabszym, szanse na rozwój.

(…) II RP to wielki sukces patriotyczny, ale porażka gospodarcza, bo poziom dochodu Polaka w stosunku do Zachodu w 1938 roku był niższy niż w 1913 rokiem. Praktycznie nigdy nie mieliśmy też rodzimych przedsiębiorców, a w czasie II RP nie powstała żadna duża firma prywatna. (…) Realny socjalizm świetnie sobie radził przez pierwsze 15 lat istnienia. Do 1960 roku Polska rozwijała się równie szybko, jak na przykład Hiszpania. Dopiero później PRL wpadł w stagnację i skończył się gospodarczą katastrofą. (…) PRL miał jednak jedną wielką zaletę: otworzył na oścież polskie społeczeństwo, zlikwidował przywileje klasowe, wyedukował, uprzemysłowił i unowocześnił społeczeństwo. Dla przykładu, już w 1960 roku na uniwersytetach studiowało 7 proc. Polaków, prawie tyle samo, ile w kilkakrotnie bogatszej Francji. PRL również oderwał od archaicznego rolnictwa prawie 30 proc. społeczeństwa i przeniósł do przemysłu (…). Krótko mówiąc, PRL stworzył inkluzywne, otwarte, egalitarne społeczeństwo, które stało się fundamentem polskiego bezprecedensowego sukcesu po 1989 roku”.

Dla mnie to wszystko zawsze było i jest oczywiste, ale jednak czytając takie wypowiedzi doznaję szoku. Takiego samego szoku, jaki doznaje człowiek zamknięty w śmierdzącej i ciemnej celi, do której ktoś nagle otworzy okno wpuszczając światło i czyste powietrze. To okno do zatęchłej i ciemnej celi propagandy uprawianej w Polsce od 30 lat otworzył nie jakiś radykalny działacz lewicowy (notabene wielu z nich też odcina się od PRL), ale neokapitalistyczny ekonomista pracujący dla chińskiej centrali Banku Światowego.

Kolejny cytat z dr. Piątkowskiego: „(…) przejście od społeczeństwa oligarchicznego, które hamuje rozwój, do społeczeństwa inkluzywnego, które go wspiera, na przestrzeni wieków wymagało radykalnych, krwawych i siłą narzucanych zmian społecznych. To jednak nie jest wiedza powszechna”. Od razu nasuwa mi się tutaj refleksja, że przecież „żołnierze wyklęci” walczyli o zachowanie właśnie społeczeństwa oligarchicznego II RP (kontynuatorki Polski przedrozbiorowej), które hamuje rozwój. Powrotu do takiego społeczeństwa chce też ogromna większość polskiej prawicy – od Tuska i Kaczyńskiego po Korwina-Mikke i Brauna. I to trzeba sobie uświadomić. Głównie temu celowi służy polityka historyczna III RP, czyli jarmarczny i jasełkowy patriotyzm oparty na kulcie powstania warszawskiego i „powstania antykomunistycznego”, jak nazywa się powojenną partyzantkę.

Następny cytat z dr. Piątkowskiego: „(…) w państwach biednych potrzeba raczej strategii małych kroków, np. wspierania masowej edukacji, podnoszenia podatków dla bogatych, demonopolizacji rynków, a także wiary, że kiedyś suma tych działań zadziała. Warto też uważać, żeby nie paść ofiarą propagandy części elit Zachodu, które we własnym interesie promują retorykę niskich podatków, wąskiej roli państwa, braku regulacji. To szkodliwe idee, utrwalające podziały i nierówności”.

To też jest dla mnie oczywiste, ale też brzmi szokująco dla człowieka zamkniętego od 30 lat w głuchej celi neoliberalizmu i neokonserwatyzmu. Retoryka niskich podatków, ograniczania roli państwa i deregulacji – tak ulubiona przez Korwina-Mikke i jego wyznawców, ale też środowisko PO – jest oszustwem Zachodu, które ma na calu utrwalić podziały i nierówności w krajach peryferyjnych. Tego nie powiedział Piotr Ikonowicz z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. To powiedział Marcin Piątkowski z Banku Światowego.

Mam też cytat z dr. Piątkowskiego dla licznych na polskiej prawicy zwolenników Donalda Trumpa: „Trump robi ze Stanów społeczeństwo oligarchiczne. Oszukał Amerykanów. (…) Przekonując swoich wyborców, że obniżki podatków będą dla ich dobra, a nie dla dobra tylko 1 proc. czy 10 proc. najbogatszych Amerykanów. Obniżki podatków utrwalą katastrofalny model amerykańskiego rozwoju, w ramach którego od 40 lat prawie cały wzrost PKB jest przejmowany przez 10 proc. najbogatszych, a dochody biedniejszej połowy społeczeństwa się nie zmieniają”.

Marcin Piątkowski docenia nie tylko rolę PRL dla sukcesu polskiego neokapitalizmu, ale w ogóle rolę socjalizmu dla sukcesu neokapitalizmu w byłych państwach socjalistycznych, zwłaszcza Chinach (wciąż formalnie państwie socjalistycznym, ale tylko formalnie). Twierdzi: „Oczywiście, nijak nie można usprawiedliwić ofiar »rewolucji kulturalnej« i »wielkiego skoku naprzód«, ale trzeba odnotować fakt, że to Mao zniszczył wielowiekowe instytucje oligarchiczne, które hamowały chiński rozwój i położył podwaliny pod największy w historii cud gospodarczy: w ciągu ostatnich 40 lat Chiny pomnożyły dochód na mieszkańca ponad 25 razy”.

I jeszcze jeden cytat z autora książki „Europe’s Growth Champion. Insights from the Economic Rise of Poland”: „Mimo swoich fundamentalnych wad, PRL podłożył podwaliny pod polski sukces gospodarczy po 1989 roku, bo po 1945 roku zlikwidował stare, feudalne, ekstraktywne struktury społeczne, oparte na supremacji wąskich elit, które uniemożliwiły Polsce rozwój przez długie stulecia i skazały nas na gospodarcze zacofanie i peryferyjność aż do 1939 roku. Wąskie, oligarchiczne elity, stworzyły bowiem antyrozwojowy system, który działał tylko na korzyść tychże elit, a zamykał możliwości rozwoju dla reszty społeczeństwa. Chłopi przez stulecia nie mieli żadnych praw i de facto niewiele różnili się od niewolników. Zniesienie pańszczyzny przez zaborców, zresztą wbrew chęciom szlachty, i tak niewiele zmieniło, bo możliwości awansu społecznego były dalej zamknięte. Podobnie było z niewolnikami na południu USA, gdzie mimo przegrania Wojny Secesyjnej, elity blokowały prawa uwolnionych niewolników aż do lat 60. XX wieku. Polskie elity zablokowały również rozwój polskiego mieszczaństwa i biznesu, co było widać np. po niedorozwoju miast: w 1750 roku w Polsce były tylko dwa miasta, które miały ponad 10 tys. mieszkańców, a we Francji było ich 55. I po braku polskich elit biznesowych aż do 1939 roku. Oligarchiczne elity nie chciały się zajmować biznesem, bo uważały to za zajęcie poniżej swojego honoru. Gdy popatrzymy na nazwy działających w II RP prywatnych przedsiębiorstw, ciężko znaleźć polskobrzmiące. W ciągu całego tego okresu nie powstało też ani jedno duże prywatne przedsiębiorstwo. Stworzyliśmy wzór ekstraktywnej gospodarki, rządzonej przez nielicznych na korzyść nielicznych, a nie gospodarki inkluzywnej, rządzonej przez wielu w interesie wielu. Gospodarki ekstraktywne, co dobrze pokazuje Daron Acemoglu i James Robinson w bestselerze »Dlaczego narody przegrywają«, nie rozwijają się, a inkluzywne tak”.

Cytat ten dedykuję wszystkim zwolennikom „dekomunizacji” i „reprywatyzacji”, czyli zwolennikom restytucji ustrojowej, gospodarczej, społecznej i majątkowej II RP. Do tego co powiedział dr. Piątkowski pragnę też dodać, że obecne państwo polskie zawdzięcza PRL nie tylko inkluzywne społeczeństwo, które mimo wszystkich przeszkód stworzonych przez neoliberałów, stało się dźwignią polskiego sukcesu po 1989 roku. Zawdzięcza mu też ogromny majątek – głównie przemysłowy – bez „prywatyzacji” którego nie byłoby możliwe utrzymanie płynności finansowej państwa po 1989 roku i wykreowanie nowej oligarchii, która chce powrotu do antyrozwojowej gospodarki ekstraktywnej.

O tym majątku można sobie poczytać w unikalnej publikacji pt. „Zbiór danych o zakładach przemysłowych istniejących w Polsce Ludowej w świetle wartości ich produkcji i majątku oraz zatrudnienia. Stan w roku 1988” pod red. Andrzeja Karpińskiego, Stanisława Paradysza, Bartłomieja Skrzypka, Pawła Soroki i Wiesława Żółtkowskiego (Warszawa 2018). Publikacja ta omawia 6549 zakładów przemysłowych, które istniały w Polsce w 1988 roku. To był punkt startu polskiego neokapitalizmu, spadek, jaki PRL mu pozostawiła. Spadek częściowo roztrwoniony.

Odsyłam do całości obu wywiadów dr. Marcina Piątkowskiego oraz jego książki w języku angielskim, dostępnej w księgarni internetowej PWN. Wniosek z postawionych przez niego tez jest taki, że im dalej Polak przebywa od Polski tym bardziej jest normalny i myśli logicznie. Może dr Piątkowski jest także dowodem na to, że wielu ludzi mojego pokolenia myśli logicznie, a nie ideologicznie. Niestety – biorąc pod uwagę historię Polski – wątpię czy zostaną dopuszczeni do głosu i zrozumiani.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 marca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 13-14 (2233/2234), 24-31.03.2019, s. 18

Mitologia „wyklętych”

Kluczowym elementem tzw. polityki historycznej szeroko rozumianej prawicy w Polsce jest niemal sakralny kult powojennego zbrojnego podziemia antykomunistycznego, dla którego stworzono nazwę Żołnierzy Wyklętych lub Niezłomnych, pisaną obowiązkowo z dużej litery. Ja pozwolę sobie pisać ją z małej litery i w cudzysłowie. Nazwę tę wymyśliła w 1993 roku Liga Republikańska – zapomniana już dzisiaj organizacja radyklanej młodzieży prawicowej, wywodząca się z NZS Uniwersytetu Warszawskiego – a spopularyzował ją w 1996 roku Jerzy Ślaski (1926-2002) w książce pod takim tytułem. Większość tej organizacji wraz ze swoim liderem Mariuszem Kamińskim weszła później do PiS. To właśnie w 1993 roku Liga Republikańska zorganizowała wystawę poświęconą antykomunistycznemu podziemiu zbrojnemu po 1944 roku. Nadała jej tytuł „żołnierze wyklęci”.

W tym czasie zapanowała też wśród młodych historyków moda na badanie historii zbrojnego podziemia powojennego. Z tekstów, jakie pisali wtedy znani później historycy – m.in. Rafał Wnuk, Kazimierz Krajewski, czy Grzegorz Motyka – wyłaniała się wyraźna sympatia do podziemia antykomunistycznego. Jednakże autorzy ci nie unikali wówczas problemów drażliwych – wyciszanych przez obecną politykę historyczną – takich jak stosunek do mniejszości narodowych, zbrodnie na osobach cywilnych, demoralizacja ludzi pozostających w podziemiu, albo konflikty pomiędzy różnymi odłamami podziemia. Młodzi historycy lat 90. XX wieku – jak to ujął później prof. R. Wnuk – „starali się pisać historię krytyczną i nie wchodzili w rolę kreatorów polityki pamięci czy polityki historycznej”. Tę rolę zarezerwowała sobie wówczas Liga Republikańska, a od lat dwutysięcznych Prawo i Sprawiedliwość.

Mit „wyklętych” – przyswojony później przez większość polskiej prawicy, także tej z Platformy Obywatelskiej – miał spełniać różne funkcje polityczne. Wspierał prawicową demagogię deprecjonującą porozumienie Okrągłego Stołu, stał się dodatkowym paliwem dla podtrzymywania świętego ognia antykomunizmu i rusofobii, a przede wszystkim stał się ważnym kodem kulturowym szeroko rozumianej prawicy.

Na falsyfikację pojęcia „żołnierze wykleci” zwrócił uwagę m.in. prof. R. Wnuk: „Pojęcie to fałszywie sugeruje, iż antykomunistycznych konspiratorów łączyła jakaś więź organizacyjna lub wspólnota celów. Propagujący to określenie ludzie przekonują, iż w warunkach reżimu komunistycznego podziemna walka zbrojna była jedyną honorową, a jednocześnie racjonalną strategią działania. Deprecjonują opór stawiany komunistom przez Polskie Stronnictwo Ludowe i inne działające wówczas legalnie środowiska polityczne i społeczne. Wielu z nich twierdzi jakoby w latach 1944–53 (w innej wersji 1944–63) żołnierze zwani wyklętymi walczyli w najdłuższym w historii Polski narodowym, antykomunistycznym powstaniu. Mówią tak, choć żaden konspirator czy partyzant nie nazywał siebie żołnierzem wyklętym, żaden z nich nie określił swej ówczesnej aktywności powstaniem. Pojęcia te kreują uproszczony, infantylny, w dużym stopniu fałszywy obraz powojennego podziemia. Duma z przeszłości winna opierać się na niewyimaginowanej, możliwie zobiektywizowanej historii, a nie być produktem zideologizowanej polityki historycznej”[1].

Rosnącą na prawicy modę na „wyklętych” podchwyciło Prawo i Sprawiedliwość, kiedy w 2005 roku po raz pierwszy doszło do władzy. PiS potrzebował własnego mitu założycielskiego, by odciąć się od okrągłostołowych „lumpenelit”. Zanim pojawił się mit „zbrodni smoleńskiej”, funkcję mitu założycielskiego spełniał i nadal spełnia mit „żołnierzy wyklętych”, których politycznym kontynuatorem ma być właśnie ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego. Mitologię „wyklętych” zaczęto więc intensywnie krzewić wśród młodzieży – w pierwszej kolejności prawicowej i nacjonalistycznej – oraz tzw. środowisk kibicowskich.

Tak o tym napisał na Facebooku znany mi prawicowy dziennikarz: „Za czasów mojej przynależności do Młodzieży Wszechpolskiej właściwie temat gloryfikacji Wyklętych nie istniał, nie robiło się o tym referatów na zebrania i nie brało udziału w uroczystościach. Owszem, ktoś nałożył koszulkę z krzyżem NSZ i to było tyle. (…) Z czasem do głosu doszło pokolenie, które obraz PRL-u znało już tylko z przekazu innych. Ta generacja szukała ideologicznego paliwa. Nasłuchali się opowieści o tej złej komunie i znaleźli sobie paliwo. (…) Zaczęli propagować Wyklętych jeszcze przed PiS-em, ale to PiS zrobił z nich kult państwowy angażując w to wojsko i cały aparat państwowy. Bez PiS-u inicjatywa ta byłaby dalej marginalna. PiS wykorzystał tych Wyklętych nie z powodu uważania ich za szczególnych bohaterów. Po prostu wpisują się oni doskonale w chore romantyczne tradycje powstańcze, po drugie są kontrą dla Solidarności przejętej przez złych ludzi, po trzecie można było dzięki Wyklętym złapać trochę punktów poparcia wśród młodych ludzi w popkulturze”.

Za początek tego procesu można uznać 13 sierpnia 2006 roku, kiedy w Zakopanem odbyło się huczne – z udziałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego – odsłonięcie pomnika Józefa Kurasia „Ognia” i jego żołnierzy. Notabene „ogniowcy” w Zakopanem i okolicach nigdy nie działali. Pomnik odsłonięto tam, ponieważ nie chcieli go u siebie mieszkańcy Nowego Targu, Waksmundu i Ostrowska, gdzie wciąż żywa jest pamięć o zbrodniach samozwańczego majora „Ognia”. Natomiast pomnik odsłonięty sześć lat później w Gorcach został umieszczony na prywatnym terenie należącym do rodziny Kurasiów.

Postawiono na piedestale całe powojenne podziemie zbrojne, nie wnikając w kwestie dotyczące zbrodni popełnionych przez część „wyklętych”, ich demoralizacji, kolaboracji z UPA itp. Największą gloryfikacją objęto najbardziej kontrowersyjnych dowódców podziemia powojennego, odpowiedzialnych za ewidentne zbrodnie na ludności cywilnej, takich jak Józef Kuraś „Ogień”, Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, czy Romuald Rajs „Bury”. Nie zwracano przy tym uwagi np. na protesty mniejszości białoruskiej wobec kultu „Burego”, czy mniejszości słowackiej wobec kultu „Ognia”. Każdy kto wyrażał jakiekolwiek wątpliwości wobec sakralizacji „wyklętych” identyfikowany był od razu jako wróg narodu i polityczny spadkobierca UB. Parareligijny kult „wyklętych” nie przewidywał i nie przewiduje tolerancji dla innowierców i niewierzących. Ich krytyka – nawet naukowa i udokumentowana źródłowo – była i jest niedopuszczalna. Kult „żołnierzy wyklętych” otrzymał tym samym jeszcze jedną ważną, może najważniejszą, funkcję polityczną. Stał się wygodnym narzędziem zabijania demokratycznej debaty publicznej oraz terroryzowania przeciwników politycznych prawicy.

W celu osłabienia wymowy faktu heroizacji osób odpowiedzialnych za zbrodnie posunięto się do manipulacji, która polegała na włączeniu do panteonu „wyklętych” ofiar represji stalinowskich, takich jak Emil August Fieldorf, Jan Rzepecki, czy Witold Pilecki. Dla animatorów kultu „wyklętych” nie ma przy tym znaczenia, że np. gen. Fieldorf był zdecydowanym przeciwnikiem powojennej walki zbrojnej. Prawda historyczna ma bowiem w tej mitologii najmniejsze znaczenie.

Dla celu pseudohistorycznej podbudowy kultu „wyklętych” stworzono dwa wielkie mity. Pierwszy z nich to mit „powstania antykomunistycznego”, które miało trwać w latach 1944-1963. Datę końcową tego „powstania” wyznacza śmierć Józefa Franczaka „Lalka” z oddziału Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, który zginął w obławie 21 października 1963 roku. Od lutego 1953 roku Franczak nie prowadził jednak żadnej walki zbrojnej, tylko się ukrywał, a jego ostatnią akcją była „akcja ekspropriacyjna”, czyli napad rabunkowy na kasę Gminnej Spółdzielni w Piaskach w powiecie świdnickim.

Kolejnym mitem jest liczba uczestników rzekomego „powstania antykomunistycznego”. Zaczęto od liczby 80 tys., potem pojawiła się liczba 120-180 tys. osób, aż wreszcie Antoni Macierewicz ogłosił 1 marca 2018 roku w Radiu Maryja i TV Trwam, że „wyklętych” było podobno 300 tys. „Po roku 1945 w walce zbrojnej co najmniej do końca lat 50-tych na terenach Rzeczypospolitej Polskiej walczyło co najmniej 300 tysięcy ludzi, walczyło o niepodległość naszego kraju. 300 tysięcy – to jest tyle samo, ile walczyło, ile brało udział w walce z niemiecką, hitlerowską okupacją w latach 1939-1945” – powiedział wówczas Macierewicz[2].

Amnestia z 22 lutego 1947 roku objęła 76744 osoby, które ujawniły swoją działalność podziemną. Jednakże 23257 osób z tej liczby przebywało wówczas w więzieniach. Spośród pozostałych 53517 osób, które wtedy się ujawniły, też nie wszystkie prowadziły walkę zbrojną. Po amnestii z 1947 roku w podziemiu pozostało kilkaset osób, których działalność wygasła na początku lat 50-tych XX wieku. Tymczasem dowiadujemy się od czołowego polityka PiS, że do końca lat 50-tych walczyło w Polsce zbrojnie z ówczesną władzą 300 tys. ludzi… Przypuszczam, że to nie jest ostatnie słowo animatorów mitologii „wyklętych” i prędzej czy później dowiemy się, że w zbrojnej walce z „komuną” brały udział miliony. Taka manipulacja liczbami deprecjonuje wysiłek zbrojny Armii Krajowej, stawiając go w cieniu walki powojennego podziemia antykomunistycznego. W wypowiedzi Antoniego Macierewicza jest jeszcze jeden nieprawdziwy i niebezpieczny wątek – zrównanie okupacji hitlerowskiej i rzeczywistości politycznej Polski powojennej.

Te dwa kluczowe mity – „powstania antykomunistycznego” z lat 1944-1963 oraz domniemanej liczby jego uczestników – kreują najbardziej fałszywą tezę historyczną, jaka wynika z mitologii „wyklętych”. Tezę, że ich wybór polityczny był jedynie możliwym i bezalternatywnym wyborem dla Polaków po 1945 roku oraz że ten wybór był postawą większości ówczesnego narodu polskiego, a nie jego niewielkiego marginesu, jakim byli w rzeczywistości „wyklęci”.

Należy zadać pytanie, dlaczego wśród dowódców zbrojnego podziemia powojennego nie było ani jednego generała, ani nawet wysokiego stopniem oficera? Dlaczego wśród dowódców „wyklętych” mamy oficerów niższych stopni, albo takich, którzy sami mianowali się oficerami?

Żaden z będących wtedy w kraju generałów i wyższych oficerów wojska II RP, AK oraz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie nie poparł powojennego podziemia zbrojnego. Wspomniałem już, że jedną ze sztandarowych postaci dla animatorów kultu „żołnierzy wyklętych” stał się gen. „Nil” – August Emil Fieldorf (1895-1953) – twórca i organizator Kedywu Armii Krajowej oraz zastępca komendanta głównego AK, ofiara haniebnego stalinowskiego mordu sądowego.

W 1944 roku „Nil”, jeszcze jako pułkownik, przeciwstawiał się pomysłowi wszczęcia powstania w Warszawie. Wysłał nawet w tej sprawie list do komendanta głównego AK – gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego. Prawdopodobnie stało się to wówczas przyczyną odsunięcia go od spraw bieżących – „Nil” podzielił los tych oficerów KG AK, którzy sprzeciwiali się szaleńczym planom Leopolda Okulickiego i Tadeusza Pełczyńskiego. Przewidywania „Nila” sprawdziły się – powstanie zakończyło się niewyobrażalna klęską. On sam nie brał w ogóle udziału w powstaniu, oddelegowany do tworzenia kadrowej organizacji „Nie”, której zadaniem było kontynuowanie konspiracji po wkroczeniu Armii Czerwonej. W opinii animatorów kultu „wyklętych” ma to świadczyć o tym, że rzekomo był prekursorem podziemia powojennego, a nawet jego uczestnikiem. Jednakże nie tylko nim nie był, ale należał do ostrych krytyków powojennej irredenty.

Aresztowany przypadkowo, wywieziony w głąb ZSRR, wrócił do Polski w 1947 roku. Dzięki zachowanym meldunkom informatorów UB znamy jego poglądy na ówczesną sytuację polityczną. Uważał, że akcja ujawnienia AK, przeprowadzona przez płk. Jana Mazurkiewicza „Radosława” latem-jesienią 1945 roku, powinna zostać przeprowadzona wiosną 1945 roku, kiedy były inne warunki polityczne. Jedno ze źródeł agenturalnych odnotowało, że Fieldorf „wyraził się, że potępia każdą działalność podziemia i uważa, że najwyższy czas pozytywnie pracować dla kraju”. Ponadto uważał, że w obliczu ewentualnego konfliktu ZSRR z USA Polska „powinna stać na uboczu”. Odrzucał też jakąkolwiek myśl o powstaniu ogólnonarodowym. W ocenie „Nila” pacyfikacja takiego powstania przez ZSRR oznaczałaby utratę potencjału biologicznego Polski o 25 %. Był zatem „Nil” zwolennikiem przetrwania aktywnego – bez angażowania się po stronie PPR/PZPR, ale i bez popierania Zachodu. Jego tragedia polegała na tym, że padł ofiarą terroru stalinowskiego, mimo że nie stanowił żadnego zagrożenia dla Polski Ludowej. Był najwyższym stopniem oficerem AK skazanym na śmierć i straconym w Polsce stalinowskiej.

Czy los, jaki go spotkał jest dowodem na to, że jednak nie był realistą, że rację mieli ci, którzy pozostali po wojnie w podziemiu? Nie, ponieważ „Nilowi” nie chodziło o siebie, ale o naród polski – wyniszczony straszną wojną i okupacją, pragnący żyć i pracować nawet dla takiej Polski, jaka wyłoniła się w 1945 roku. Na inną w tamtych realiach geopolitycznych nie było zresztą szans. „Polska niepodległa”, czyli Polska w amerykańsko-zachodniej strefie wpływów – o jaką walczyli „wykleci” – byłaby w istocie nowym Księstwem Warszawskim, bez Ziem Zachodnich, bynajmniej wcale nie bardziej suwerennym niż Polska w radzieckiej strefie wpływów. Nadzieje „wyklętych” na powstanie takiej Polski w wyniku trzeciej wojny światowej były ponadto całkowicie irracjonalne, ponieważ taka wojna – z użyciem broni atomowej – przyniosłaby Polsce tylko ostateczną zagładę.

Punkt widzenia gen. „Nila” podzielało wielu przedwojennych wyższych oficerów i ogromna większość społeczeństwa polskiego, które miało dość wojny, życia w strachu, widoku śmierci. Większość Polaków nie była entuzjastami ani ideologii komunistycznej ani metod sprawowania władzy przez komunistów, ale popierała wprowadzone przez nich w latach 1944-1946 reformy społeczne. Zwłaszcza reformę rolna, której nie potrafiła przeprowadzić II Rzeczpospolita. W ówczesnym społeczeństwie polskim nie było politycznego poparcia dla powrotu rzeczywistości społeczno-politycznej II RP i to była jedna z przyczyn izolacji politycznej oraz porażki powojennego podziemia zbrojnego.

Otwartego poparcia dla władz Polski pojałtańskiej udzielił w 1945 roku m.in. gen. Juliusz Rómmel (1881-1967). Po powrocie z niewoli niemieckiej został w sierpniu 1945 roku na własną prośbę przyjęty przez Bolesława Bieruta, a następnie wstąpił do „ludowego” wojska, w którym w latach 1945-1947 zajmował stanowisko doradcy ds. szkolenia Naczelnego Dowódcy WP. Krzewiciele kultu „wyklętych” nazywają go dzisiaj „zdrajcą” i twierdzą, że „oddał duszę Bierutowi”[3].

Drogą takiej „zdrady” poszli też tacy generałowie wywodzący się z wojska II RP jak Franciszek Herman (1904-1952), Stefan Mossor (1896-1957), Bruno Olbrycht (1895-1951), Gustaw Paszkiewicz (1892-1955), Mikołaj Prus-Więckowski (1889-1961), Bolesław Szarecki (1874-1960) i Stanisław Tatar (1896-1980). Dla nich nie był to łatwy wybór polityczny. Bolesław Szarecki po dostaniu się do niewoli radzieckiej w 1939 roku był więźniem m.in. obozu w Kozielsku i cudem uniknął egzekucji w Katyniu. Mimo to pod koniec 1945 roku jako pierwszy generał Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie powrócił do kraju i podjął służbę w „ludowym” wojsku. Organizował w nim nowoczesną wojskową służbę zdrowia. Bruno Olbrycht musiał walczyć z powojennym podziemiem, czyli z dawnymi towarzyszami broni – kierował m.in. największą akcją pacyfikacyjną na obszarze województw warszawskiego, białostockiego i lubelskiego, przeprowadzoną w lutym 1946 roku. Nie był to też wybór bezpieczny. Spośród wymienionych generałów Franciszek Herman, Stefan Mossor i Stanisław Tatar stali się ofiarami terroru stalinowskiego. W ich przekonaniu był to jednak wybór najbardziej realny. Chcieli służyć takiemu państwu polskiemu, jakie mogło istnieć w tamtych realiach geopolitycznych.

Większość ówczesnego społeczeństwa polskiego w pierwszej kolejności chciała odbudować ojczyznę ze zniszczeń wojennych. Setki tysięcy Polaków nie walczyły do końca lat 50. w lasach, ale odbudowywały Warszawę, a miliony cały kraj. W odbudowie tej uczestniczył m.in. przedwojenny wicepremier i minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski (1888-1974) – bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego. Mimo krytyki ze strony emigracji i opozycji w kraju, powrócił do Polski 8 lipca 1945 roku. W latach 1945-1948 kierował odbudową gospodarki morskiej jako Delegat Rządu dla Spraw Wybrzeża, a w latach 1947-1952 był posłem na Sejm Ustawodawczy. W swoim przemówieniu z 1945 roku stwierdził: „Tu nad bałtyckim wybrzeżem ofiarowuje nam historia szanse jakich nie mieliśmy prawie od pięciu wieków. Musimy więc skupić wszystkie siły i wszystkie uzdolnienia tkwiące w naszym narodzie, by te możliwości wyzyskać w pełni”.

To był najbardziej dojrzały niezależny polski program polityczny, jaki wówczas sformułowano. Program pracy dla Polski w takich warunkach politycznych, jakie wtedy były. Nie po to, by tworzyć komunizm, ale po to, by budować polską siłę gospodarczą, naukową, czy sportową. Kadra techniczno-zarządzająca – złożona przecież z przedwojennych inżynierów – chciała wtedy odbudowy zakładów pracy i rozpoczęcia w nich produkcji. Tak samo myśleli robotnicy i ogromna większość młodzieży wiejskiej, której nowy ustrój stworzył nieznane dotąd szanse kształcenia się i awansu społecznego. Tak myślała też większość pokolenia Kolumbów – czyli akowskiej młodzieży inteligenckiej. Wielu z nich nie uniknęło represji stalinowskich, ale także wśród tej młodzieży panowało przekonanie, że należy się przede wszystkim kształcić, a przedwojenna kadra naukowa – która przystąpiła do odbudowy szkolnictwa wyższego – chciała jej to ułatwić.

Nie tylko ludzie PPR i PPS, czy części mikołajczykowskiego PSL byli przeciwnikami powojennego podziemia zbrojnego. Postawa tych, którzy tę walkę prowadzili nie miała zrozumienia i poparcia u większości ówczesnych Polaków, także nastawionych antykomunistycznie. Dzisiaj niektórzy przedstawiciele szeroko rozumianego obozu prawicy zaczynają rozumieć jaką fikcją historyczną jest mitologia „wyklętych”. Pojawiły się ostrożne głosy krytyki powojennego podziemia (Piotr Zychowicz, Paweł Kukiz). Zrozumiano bowiem, że istnieje coś takiego jak pamięć społeczna, która potrafi być odporna nawet na najbardziej bezrozumną indoktrynację.

Mimo tego mit „wyklętych” nadal pozostaje fundamentem prawicowej polityki historycznej, a inna po 1989 roku w Polsce nie powstała. Nie może być inaczej, ponieważ jednym z celów tej polityki jest zwalczanie realizmu politycznego oraz gloryfikacja polskiego szaleństwa politycznego, poczynając od XVIII- i XIX-wiecznych powstań, poprzez powstanie warszawskie, a na „wyklętych” kończąc.

[1] R. Wnuk, Czy tzw. żołnierze wyklęci są powodem do dumy?, (w:) 100 pytań na 100 lat historii Polski (1918–2018). Pomocnik historyczny „Polityki” Nr 5/2018, s. 62.

[2] Cyt. za: A. Macierewicz: Żołnierze Wyklęci nie potrzebują tylko odświętnych przemówień. Potrzebują obecności tego, za co i o co walczyli, http://www.radiomaryja.pl, 1.03.2018.

[3] M. Gałęzowski, Zdrada generała Rómmla. Trzy kompromitacje byłego dowódcy Armii „Łódź”, http://www.superhistoraia.pl/historia-do-rzeczy, 13.02.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 28 lutego 2018 r.

„Przegląd” nr 9 (999), 25.02-3.03.2019, s. 8-12

To miała być Polska Szklanych Domów

„Biła godzina wpół do pierwszej, kiedy na murach sądu okręgowego w Lublinie został przyklejony pierwszy afisz, ogłaszający po tylu latach powstanie Polski naprawdę Wolnej. Jak to los czasem człowiekowi sprzyja. Niegdyś w więzieniu na katordze, snując marzenia na przyszłość, myślałem o tym, aby doczekać tej chwili kiedy zacznie się ogłaszanie Polski Niepodległej i oto wypadło mi samemu przykleić na murze pierwszy afisz, ogłaszający Narodowi, iż jest Wolny w Wolnej Ojczyźnie” – tak wspominał wydarzenia nocy z 6 na 7 listopada 1918 r. w Lublinie Marian Malinowski (1876-1948), działacz Polskiej Partii Socjalistycznej i członek Organizacji Bojowej PPS, kilkakrotnie skazany i więziony przez władze carskie za działalność niepodległościową, minister robót publicznych w rządzie Ignacego Daszyńskiego i minister bez teki w rządzie Jędrzeja Moraczewskiego.

Jednym z ważniejszych epizodów wydarzeń listopada 1918 roku na ziemiach polskich było utworzenie tzw. rządu lubelskiego, czyli Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej w Lublinie. W dziejach odradzającej się Polski rząd ten odegrał szczególna rolę nie ze względu na swoją działalność – zaledwie kilkudniową, która nie wykraczała poza Lublin – ale program społeczno-polityczny, jaki ogłosił.

Rząd lubelski nie był pierwszym, który aspirował do władzy nad całym krajem, a więc nad odzyskującą niepodległość po 123 latach zaborów Polską. Pierwszą próbę stworzenia rządu ogólnonarodowego podjęła Rada Regencyjna – polski organ władzy zwierzchniej Królestwa Polskiego, powołany 12 września 1917 roku przez okupantów niemieckiego i austro-węgierskiego.

W sytuacji, gdy 5 października 1918 r. nowy rząd niemiecki księcia Maximiliana von Badena zwrócił się do prezydenta USA Woodrowa W. Wilsona z prośbą o zawieszenie broni, Rada Regencyjna postanowiła zdystansować się od Niemiec i wymóc na okupantach przekazanie jej rzeczywistej władzy nad choćby częścią ziem polskich. Dlatego 7 października 1918 r. Rada Regencyjna ogłosiła niepodległość Polski, a 23 października 1918 r. powołała rząd pod prezesurą ziemianina i endeka Józefa Świeżyńskiego. Był to pierwszy rząd Królestwa Polskiego, który nie starał się o akceptację władz okupacyjnych niemieckich i austro-węgierskich. Tworzący ten rząd przedstawiciele endecji rozumieli niestosowność działań u boku Rady Regencyjnej, która reprezentowała orientację sprzeczną z polityką endecji i Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu. Dlatego 3 listopada 1918 r. próbowali obalić Radę Regencyjną i przejąć władzę jako Rząd Narodowy. Próba zamachu stanu została jednak udaremniona, a rząd Świeżyńskiego zdymisjonowany 4 listopada 1918 r. Tym samym przejęcie władzy nad odradzającą się Polską przez prawicę zakończyło się chwilowym niepowodzeniem.

W tym czasie rozpadły się Austro-Węgry (28-31 października 1918 r.), a 3 listopada 1918 r. bunt marynarzy w Kilonii dał początek rewolucji socjalistycznej w Niemczech, która w przeciągu sześciu dni zakończyła żywot II Rzeszy Niemieckiej. Rozpad Austro-Węgier oznaczał koniec władzy austriackiej w Galicji i w okupowanej przez Austriaków części Królestwa Polskiego. Do zwierzchności nad tymi terenami aspirowała powołana w Krakowie 31 października 1918 r. Polska Komisja Likwidacyjna Galicji i Śląska Cieszyńskiego, na czele której stanęli Wincenty Witos (1874-1945) – przywódca prawicowego odłamu ruchu ludowego i polityk endecki hrabia Aleksander Skarbek (1874-1922).

Rewolucja listopadowa w Niemczech nie pozostała bez wpływu na sytuację odradzającej się Polski. Wraz z rozbrajaniem wojsk austro-węgierskich na terenie Generalnego Gubernatorstwa Lubelskiego radykalna lewica (SDKPiL i PPS-Lewica) przystąpiła do tworzenia rad delegatów robotniczych. Największe z nich powstały w Lublinie (5 listopada) i Zagłębiu Dąbrowskim, gdzie po rozbrojeniu wojsk okupacyjnych radykalna lewica utworzyła też Czerwoną Gwardię. Ogółem w listopadzie 1918 roku powstało na ziemiach polskich ponad 100 rad delegatów robotniczych. 6 listopada 1918 r. na 30-tysięcznym wiecu chłopskim w Tarnobrzegu uchwalono usunięcie władz mianowanych przez Polską Komisję Likwidacyjną i powołanie własnych władz – tzw. Republiki Tarnobrzeskiej. Na jej czele stanęli komunista Tomasz Dąbal (1890-1937) i ksiądz Eugeniusz Okoń (1881-1949). Głównym postulatem władz republiki było przekazanie ziemi obszarniczej chłopom. Republika Tarnobrzeska została uznana przez władze odrodzonej Polski za niebezpieczną anarchię i zlikwidowana przez Wojsko Polskie na początku 1919 roku. W czasie pacyfikacji zabito kilkanaście osób, a Dąbal i Okoń zostali aresztowani.

Podobnie było w niedalekim Pińczowie, gdzie z kolei powstała tzw. Republika Pińczowska – kierowana przez działacza SDKPiL Jana Lisowskiego. Zrewoltowani chłopi dokonali tam napadów na Działoszyce i Wodzisław oraz dopuścili się rabunków na okolicznych ziemianach. Jeszcze nie powstała niepodległa Polska, a już zaczęła jej grozić wojna domowa.

W nocy z 1 na 2 listopada 1918 r. w warszawskim mieszkaniu Artura Śliwińskiego (1877-1953) – działacza umiarkowanie lewicowego i propiłsudczykowskiego Stronnictwa Niezawisłości Narodowej – odbyło się zebranie działaczy niepodległościowych. Podjęto na nim decyzję o utworzeniu rządu ogólnokrajowego przeciw środowiskom konserwatywnym Rady Regencyjnej. Na siedzibę tego rządu wybrano Lublin z uwagi na spodziewaną likwidację okupacji austro-węgierskiej. W dniu 6 listopada większość członków mającego powstać rządu przybyła do wolnego od okupanta Lublina, gdzie poprzedniego dnia SDKPiL utworzyła już Radę Delegatów Robotniczych.

Tak oto w nocy z 6 na 7 listopada 1918 r. powołany został Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej pod prezesurą Ignacego Daszyńskiego (1866-1936) – przywódcy Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska Cieszyńskiego, długoletniego posła do parlamentu austriackiego, jednego z najwybitniejszych polityków polskich z Galicji. Platformę polityczną tego rządu stanowiły PPSD, PPS, PSL „Wyzwolenie” oraz Stronnictwo Niezawisłości Narodowej. Faktycznie za powołaniem rządu lubelskiego stał Konwent Organizacji A (lewica piłsudczykowska).

Afisz informujący o utworzeniu Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej. Fot. domena publiczna.

Afisz informujący o utworzeniu Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej. Fot. domena publiczna.

Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej nie zamierzał dokonywać w Polsce rewolucji na wzór bolszewicki lub niemiecki. Wszelkie przemiany społeczne miały zostać zrealizowane na drodze reform parlamentarnych. Dlatego w swoim manifeście rząd lubelski proklamował utworzenie niepodległego i demokratycznego państwa polskiego o ustroju republikańskim. Za najważniejsze zadanie w tej mierze uznał przeprowadzenie demokratycznych pięcioprzymiotnikowych wyborów do Sejmu Ustawodawczego, który miał wyłonić prezydenta. Ponadto zapowiadał całkowite polityczne i obywatelskie równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy pochodzenia społecznego, wyznania religijnego i narodowości, wolność sumienia, druku, słowa, zgromadzeń, pochodów, zrzeszeń, tworzenia związków zawodowych i strajków.

Przyjęty przez rząd lubelski program społeczny był jednak bardzo radykalny i korespondował z niektórymi hasłami rewolucji rosyjskiej i niemieckiej. Postulował przede wszystkim przeprowadzenie reformy rolnej bez odszkodowania dla właścicieli ziemskich poprzez przymusowe wywłaszczenie i zniesienie wielkiej i średniej własności ziemskiej oraz oddanie jej w ręce „ludu pracującego” pod kontrolą państwową, nacjonalizację donacji i majoratów, a także lasów prywatnych i dawnych rządowych, nacjonalizację kopalń, przemysłu naftowego, dróg komunikacyjnych oraz innych działów przemysłu, gdzie da się to od razu uczynić, udział robotników w administracji tych zakładów przemysłowych, które nie zostaną od razu upaństwowione, konfiskatę kapitałów powstałych w czasie wojny w wyniku spekulacji artykułami pierwszej potrzeby i dostaw dla wojska, wprowadzenie ustawodawstwa o ochronie pracy oraz ubezpieczeń od bezrobocia, chorobowych i emerytalnych, wprowadzenie 8-godzinnego dnia pracy w przemyśle, rzemiosłach i handlu, wprowadzenie powszechnego, obowiązkowego i bezpłatnego świeckiego nauczania szkolnego.

Tak radykalny program społeczny przyjął później tylko Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego w 1944 roku. Program rządu lubelskiego wyrażał dążenia polskich socjalistów do stworzenia demokratycznego państwa polskiego, które będzie oparte na ustroju sprawiedliwości społecznej. To był program Polski Szklanych Domów. To określenie z powieści „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego chyba najlepiej oddaje jego charakter. Dzisiaj – po 30 latach eksperymentów neoliberalnych – większość z tych postulatów brzmi jak straszna herezja. Stąd o rządzie Daszyńskiego raczej nie wspomina się obszernie przy okazji rocznic odzyskania niepodległości.

Rząd Daszyńskiego był pierwszym organem władzy na wyzwalających się spod zaborów ziemiach polskich, który oficjalnie ogłosił się rządem ogólnopolskim, narodowym. W jego składzie – oprócz Daszyńskiego – zasiadło wielu później wybitnych polityków II RP: Tomasz Arciszewski, Medard Downarowicz, Marian Malinowski, Jędrzej Moraczewski, Juliusz Poniatowski, Edward Rydz-Śmigły, Wacław Sieroszewski, Stanisław Thugutt i Bronisław Ziemięcki. Udziału w rządzie odmówili – ze względu na jego radykalnie lewicowy charakter – Wincenty Witos i Gabriel Dubiel, którzy wtedy sympatyzowali politycznie z endecją.

Epizod rządu lubelskiego natychmiast zakończył Józef Piłsudski po swoim powrocie z Magdeburga do Warszawy 10 listopada 1918 r. Jego przedstawicielowi – Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu – oświadczył 11 listopada: „wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”. Piłsudski wysiadał już wtedy z czerwonego tramwaju na przystanku niepodległość, o czym jego lewicowi zwolennicy jeszcze nie wiedzieli. 12 listopada 1918 r. Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej złożył dymisję na ręce Piłsudskiego. Powołany w jego miejsce 17 listopada 1918 r. rząd Jędrzeja Moraczewskiego (pierwszy rząd II RP, używający nadal nazwy Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej) z reform rządu lubelskiego utrzymał tylko 8-godzinny dzień pracy oraz legalność związków zawodowych i prawo do strajku. Wprowadził też obowiązkowe ubezpieczenia chorobowe i inspekcję pracy. Dla endecji i tak był to rząd zbyt radykalny, co spowodowało jego upadek i powołanie 16 stycznia 1919 r. „ponadpartyjnego” rządu Ignacego Jana Paderewskiego.

Jedną z głównych trosk władz II Rzeczypospolitej – także władz sanacyjnych po przewrocie majowym 1926 roku – było niedopuszczenie do realizacji najbardziej radykalnych postulatów programu rządu lubelskiego, a zwłaszcza reformy rolnej polegającej na parcelacji majątków obszarniczych. Na zjeździe arystokracji polskiej w Nieświeżu 25 października 1926 r. Józef Piłsudski obiecał, że radykalna reforma rolna nie zostanie przeprowadzona i obietnicy tej dotrzymał. Utrzymanie półfeudalnej struktury własności ziemskiej na wsi stanowiło jedną ze znaczących przyczyn zacofania gospodarczego II RP i pauperyzacji ludności wiejskiej. 11 listopada 2018 r. zostanie odsłonięty pomnik Ignacego Daszyńskiego na placu na Rozdrożu w Warszawie. Daszyński w pełni sobie na to zasłużył. Nie tylko ze względu na swoją działalność niepodległościową i program rządu lubelskiego, ale także obronę demokracji po 1926 roku.

Ignacy Daszyński (1866-1936)

Ignacy Daszyński (1866-1936) 

Bohdan Piętka

Oświęcim, 9 listopada 2018 r.

Znieważane Platerówki

75. rocznica utworzenia Wojska Polskiego, które w latach 1943-1945 walczyło na froncie wschodnim o wyzwolenie Polski spod okupacji niemieckiej, jest okazją do przypomnienia historii 1. Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater. Przede wszystkim dlatego, że pododdział ten stał się po 1989 roku obiektem niewybrednych ataków, których celem jest dyskredytacja Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR.

1.  SBK został utworzony 19 sierpnia 1943 r. w Sielcach nad Oką i wszedł w skład powołanego 10 sierpnia 1943 r. 1. Korpusu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR. Batalion kobiecy na dzień 30 września 1943 r. liczył 740 oficerów, podoficerów i szeregowych i składał się z dwóch kompanii fizylierek, dwóch kompanii strzeleckich, kompanii rusznic przeciwpancernych oraz kompanii ciężkich karabinów maszynowych. Ponadto w jego składzie znajdowały się plutony moździerzy, zwiadu, łączności, sanitarny, saperów i gospodarczy oraz szkoła podoficerska.

Wraz z dywizją kościuszkowską wyruszyła na front 1. kompania fizylierek 1. SBK. Podczas bitwy pod Lenino (12-14.10.1943 r.) kompania ta pełniła służbę wartowniczą przy sztabie dywizji, natomiast jedną jej drużynę włączono do plutonu sanitarnego 2. pułku piechoty, który zajmował się wynoszeniem rannych z pola walki.

Bohaterską śmiercią zginęła wówczas szer. Aniela Krzywoń (1925-1943) – przydzielona do ochrony ciężarówki z dokumentami sztabowymi. Kiedy samochód trafiony niemiecką bombą stanął w płomieniach, Aniela Krzywoń, nie zważając na płomienie i ostrzał nieprzyjaciela, uratowała skrzynię z dokumentami oraz dwóch rannych żołnierzy. Sama jednak zginęła w płomieniach. Pośmiertnie odznaczono ją Krzyżem Orderu Wojennego Virtuti Militari V klasy oraz Orderem Lenina. Przyznano jej też tytuł Bohatera Związku Radzieckiego wraz ze Złotą Gwiazdą. Była jedyną kobietą nagrodzoną tym tytułem, która nie miała obywatelstwa ZSRR.

W bitwie pod Lenino zostały ciężko ranne i zmarły w szpitalach polowych także Stanisława Kołodziej, Lidia Karczewska, Maria Mikuć, Helena Szyszko, Stefania Wejman i Wanda Zakirowa.

W styczniu 1944 r. batalion kobiecy przerzucono do wsi Łuczynka na ziemi smoleńskiej, później do obwodu żytomierskiego i Kiwerc. W lipcu 1944 r. przekroczył Bug, pełniąc służbę wartowniczą w jednostkach tyłowych. Od 12 października batalion zajmował się utrzymaniem porządku publicznego i zabezpieczeniem mienia na wyzwolonej przez 1. Armię WP Pradze, a po wyzwoleniu stolicy objął posterunki w lewobrzeżnej Warszawie. To żołnierki batalionu kobiecego zaciągnęły wartę honorową przy ruinach Grobu Nieznanego Żołnierza 17 stycznia 1945 r.

Jednakże cześć „platerówek” po pięciomiesięcznym kursie oficerskim w Riazaniu trafiła do jednostek frontowych Wojska Polskiego na niższe stanowiska dowódcze. Brały udział w ciężkich walkach m.in. na przyczółku warceko-magnuszewskim, podczas ofensywy zimowej, na Wale Pomorskim i o Kołobrzeg.

Najwięcej „platerówek” zasiliło 3. Dywizję Piechoty im. Romualda Traugutta. Były to: ppor. Janina Błaszczak – dowódca kompanii moździerzy, chor. Aleksandra Gołębiewska i chor. Paulina Podgórska – dowodzące plutonami strzeleckimi, chor. Maria Górniak, chor. Irena Kruszewska, chor. Helena Junkiewicz i chor. Irena Waszczuk – dowodzące plutonami ckm, chor. Larysa Krupicz i chor. Zofia Włoch – dowodzące plutonami moździerzy oraz chor. Aniela Pielech – dowódca plutonu rusznic ppnc. Do 2. DP trafiły chor. Anna Dawidowska na dowódcę plutonu moździerzy, chor. Władysława Drzazga na dowódcę plutonu fizylierów, chor. Maria Linkiewicz na dowódcę plutonu strzeleckiego, chor. Stefania Mastalerz na oficera łącznikowego i chor. Janina Zarzycka na zastępcę dowódcy kompanii fizylierek. Natomiast do 4. DP trafiły chor. Emilia Gierczak na dowódcę plutonu fizylierów oraz chor. Czesława Wulf i chor. Janina Szuba-Jabłońska na stanowiska dowódców plutonów moździerzy.

Chor. Helena Junkiewicz (1923-1944) zginęła 19 września 1944 r. podczas próby forsowania Wisły, idąc na pomoc powstaniu warszawskiemu w szeregach 3. DP. Jej droga na pole chwały wiodła przez obóz pracy w Kraju Krasnojarskim na Syberii. Ppor. Emilia Gierczak (1925-1945) zginęła bohatersko w walkach o Kołobrzeg 17 marca 1945 r. Pochodziła z Wołynia. Po pierwszej deportacji Polaków z Kresów Wschodnich w lutym 1940 r. trafiła z rodziną pod koło polarne – do kołchozu w obwodzie archangielskim.

Stan osobowy batalionu kobiecego w dniu 7 kwietnia 1945 r. wynosił 533 osoby, ale w przeddzień zakończenia wojny w szeregach Wojska Polskiego na froncie wschodnim służyło około 9,3 tys. żołnierzy-kobiet. 1. SBK rozformowano 25 maja 1945 r. Część zdemobilizowanych żołnierek osiedliła się na Ziemiach Odzyskanych, tworząc osiedle Platerowo koło Lubania.

Kpt. Stanisława Drzewiecka (1920-2000) – najpierw zastępca dowódcy 1. kompanii fizylierek w batalionie kobiecym, a następnie oficer polityczny w 3. Brygadzie Artylerii Haubic, ranna na polu walki – scharakteryzowała „platerówki” jako „dziewczęta i kobiety w wieku od piętnastu do trzydziestu pięciu lat, które w większości pochodziły z terenów wschodnich przedwojennej Polski. Stamtąd też w latach 1940-1941 zostały deportowane lub ewakuowane w głąb Związku Radzieckiego. Od chwili gdy znalazły się na obczyźnie do czasu podjęcia służby wojskowej pracowały w kołchozach, sowchozach, w fabrykach, przy wyrębie syberyjskich lasów, w kopalniach. Dorastały w trudnych warunkach bytowania na zapleczu wojennym, wiele pogrzebało w stepie i w tajdze rodziców, rodzeństwo. Głodowały i marzły. I marzyły o powrocie do Polski (…)”.

Takie były marzenia wszystkich żołnierzy, którzy w 1943 roku trafili do Wojska Polskiego formowanego w Sielcach nad Oką. To byli przeważnie Polacy z Kresów Wschodnich, o gorących polskich sercach, ofiary deportacji stalinowskich z lat 1940-1941. Ich jedynym pragnieniem była walka o wyzwolenie kraju spod okupacji niemieckiej i powrót do Polski jakakolwiek ona będzie. O tym zapominają ci, którzy dzisiaj ich znieważają.

Szkoda, że w prawicowej prasie można dzisiaj o „platerówkach” przeczytać tylko takie artykuły jak np. „Seks w armii Berlinga” pióra Tadeusza A. Kisielewskiego (autora książki pod wymownym tytułem „Janczarzy Berlinga. 1. Armia Wojska Polskiego 1943-1945”), czy „Stalinówki i Platerówki od drugiej strony. Przechodnie polowe żony” autorstwa Tadeusza M. Płużańskiego. Bazujące na znanych rewelacjach Henryka Piecucha i Andrzeja Zasiecznego, którzy nie cofają się ani przed jednostronną interpretacją, ani przed generalizowaniem przywoływanych przez siebie źródeł.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 11 października 2019 r.

„Przegląd” nr 41 (979), 8-14.10.2018, s. 46-47

Największy błąd Józefa Becka

80. rocznica konferencji w Monachium (29-30 września 1938 roku) skłania do przypomnienia polityki Józefa Becka wobec Czechosłowacji w dobie kryzysu sudeckiego. Polityka ta jest obecnie powszechnie rozgrzeszana przez epigonów sanacji, chociaż Lech Kaczyński 1 września 2009 roku na Westerplatte powiedział, że potrafimy przyznać się do swoich błędów i przeprosił Czechów za zajęcie Zaolzia w 1938 roku. Nie wywołało to jednak wtedy głębszej refleksji w obozie politycznym grupy rekonstrukcyjnej sanacji, czyli Prawa i Sprawiedliwości i jego okolic. Mało tego – pojawiły się wtedy nawet głosy krytyki wobec wypowiedzi prezydenta Kaczyńskiego, wychodzące z tego obozu i przypominające wszystkie tezy broniące polityki Becka.

A mianowicie, że za złe stosunki polsko-czechosłowackie w dwudziestoleciu międzywojennym ponosiła winę rzekomo tylko Czechosłowacja, że Polska miała uzasadnione prawa do Zaolzia, które Czesi wydarli Polsce podstępem najpierw w drodze agresji w 1919 roku, a potem uzyskując korzystny dla siebie arbitraż międzynarodowy w sytuacji, gdy Armia Czerwona zbliżała się latem 1920 roku do Warszawy, że Praga prowadziła podstępną czechizację zaolziańskich Polaków metodami administracyjnymi i że zajęcie Zaolzia uchroniło tamtejszą ludność – w większości polską – przed wcześniejszą okupacją niemiecką.

Są to argumenty fałszywe, ponieważ Beckowi w 1938 roku wcale nie chodziło o Zaolzie i tamtejszych Polaków. Prowadził on wtedy politykę konsekwentnie proniemiecką i antyczeską nie z powodu Zaolzia, ale dlatego, że postrzegał Czechosłowację jako wroga Polski. Działo się tak z czterech powodów: (1) ponieważ osobiście nienawidził Czechów i prezydenta Edvarda Beneša, (2) ponieważ Czechosłowacja była sojusznikiem ZSRR, z którym podpisała traktat sojuszniczy w 1935 roku, a w Czechosłowacji działała legalnie partia komunistyczna, (3) ponieważ Czechosłowacja udzieliła schronienia polskim politykom opozycyjnym prześladowanym przez sanację (Wincenty Witos, Wojciech Korfanty i in.), (4) ponieważ z powodu nr 2 Czechosłowacja stała na drodze do utworzenia sojuszu państw Europy Środkowej pod egidą Polski, czyli sławnego także dzisiaj Międzymorza.

Beck jednakże nie wiedział, że Berlin znał jego plany odnośnie tzw. Międzymorza i skutecznie im przeciwdziałał. Już w czasie kryzysu czechosłowackiego Niemcy przeciągnęły na swoją stronę Węgry i Rumunię, czyniąc z nich – jeszcze wtedy dyskretnie – swoich przyszłych satelitów. Hitler łatwo zrozumiał, że Beck prowadzi politykę proniemiecką i antyczeską w celu realizacji planu w rzeczywistości antyniemieckiego, o którym nie informuje niemieckiego partnera. Już wtedy wódz III Rzeszy musiał nabrać przekonania, że sanacyjna Polska nie będzie dla niego wiarygodnym partnerem, co jest bardzo istotne w kontekście głoszonych współcześnie fantasmagorii na temat rzekomej konieczności „paktu Ribbentrop-Beck” i rzekomych korzyści, jakie Polsce miał przynieść status satelity III Rzeszy.

Proniemiecka polityka Becka miała znaczący wpływ na przebieg całego kryzysu czechosłowackiego (sudeckiego), który rozpoczął się wkrótce po aneksji Austrii przez III Rzeszę w marcu 1938 roku. Przede wszystkim wpływała na stanowisko Francji, gdzie przy całej niechęci, jaką w Paryżu darzono Józefa Becka, początkowo liczono na pozytywny stosunek Polski do Czechosłowacji. Francja, której nowy premier Édourad Daladier znajdował się pod wpływem brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina i jego polityki appeasementu (zaspokajania roszczeń Hitlera), od początku nie była zdecydowana udzielać pomocy zbrojnej Czechosłowacji. Ale na rozterki Paryża w tej sprawie – obok polityki brytyjskiej – wpływało też niewątpliwie stanowisko Warszawy. Rząd Daladiera rozumiał, że jakakolwiek pomoc francuska dla Czechosłowacji spotka się nie tylko z negatywnym stanowiskiem, ale nawet z przeciwdziałaniem Polski, która prowadzi politykę antyczeską i proniemiecką.

Radziecko-czechosłowacki traktat sojuszniczy z 1935 roku zawierał klauzulę, że ZSRR udzieli Pradze pomocy wojskowej tylko wtedy, gdy uczyni to Francja, z którą Czechosłowacja też była związana sojuszem politycznym. Ponadto ewentualna pomoc radziecka dla Czechosłowacji była niemożliwa z tego powodu, że oba państwa nie posiadały wspólnej granicy, a na przemarsz Armii Czerwonej przez swoje terytoria nie zgodziły się Polska i Rumunia.

Doprowadzenie do hańby Monachium było dziełem brytyjskiego premiera Chamberlaina. Jego główną troskę stanowiło odsunięcie agresji hitlerowskiej od Europy Zachodniej i niedopuszczenie do wybuchu wojny w Europie. Najbardziej obawiał się tego, że ZSRR mimo wszystko udzieli pomocy wojskowej Czechosłowacji i wojna w Europie jednak wybuchnie. Żeby do tego nie dopuścić – poświęcił Czechosłowację w Monachium. Kuriozum tej konferencji polegało nie tylko na tym, że cztery mocarstwa zadecydowały o terytorium i suwerenności innego państwa europejskiego. Polegało także na tym, że Hitler i Mussolini umówili się wcześniej, iż włoski dyktator przedstawi żądania niemieckie jako „włoskie propozycje kompromisowe”. Chamberlain i Daladier tak bardzo obawiali się fiaska konferencji, że przyjęli te „włoskie propozycje kompromisowe” już po północy 30 września 1938 roku. Czechosłowacja straciła około 40 proc. swojego terytorium i fortyfikacje graniczne w Sudetach. Wobec Niemiec była już bezbronna, a jaj dalszy los przesądzony.

Została otwarta droga nie do pokoju w Europie, ale do drugiej wojny światowej. Kiedy w marcu 1939 roku Niemcy hitlerowskie dokonały aneksji Czech i Moraw, ich potencjał militarny został znacząco wzmocniony przez przejęcie nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej oraz mocy produkcyjnych dobrze rozwiniętego przemysłu czeskiego, przede wszystkim zbrojeniowego. Bez tego wzmocnienia własnego potencjału militarnego III Rzesza nie byłaby w stanie rozpocząć wojny z Polską już 1 września 1939 roku. Tego jednakże nie pojmowano rok wcześniej ani w Londynie, ani w Paryżu, ani w Warszawie.

Prezydent Beneš i jego otoczenie uznali, że walka bez sojuszników nie ma sensu i dlatego przyjęli dyktat monachijski w południe 30 września 1938 roku. Innego zdania była generalicja czechosłowacka z głównodowodzącym armii gen. Ludvíkiem Krejčí (1890-1972) na czele. Armia czechosłowacka bardzo sprawnie przeprowadziła mobilizację pod koniec września 1938 roku. Mimo że nacjonaliści słowaccy zapowiedzieli już miesiąc wcześniej, że nie będą walczyć w obronie Czechosłowacji, szanse na skuteczną obronę nie były małe. Gen. Krejčí i jego sztab wierzyli w siłę fortyfikacji czeskich w Sudetach. Gdyby w tym czasie (29-30 września 1938 roku) Polska zadeklarowała, że udzieli Czechosłowacji pomocy zbrojnej, historia prawdopodobnie potoczyłaby się inaczej. Nietrudno sobie wyobrazić, że wtedy generałowie czescy po prostu dokonaliby zamachu stanu i odsunęli ekipę Beneša od władzy. Wehrmacht nie był jeszcze gotowy do wojny we wrześniu 1938 roku. Sama koncentracja Wojska Polskiego przy granicy niemieckiego Śląska mogła podziałać na Niemcy ostudzająco, nie mówiąc już o ewentualnym uderzeniu polsko-czeskim na Wrocław. Gdyby jeszcze wtedy militarnie wystąpiła przeciw Niemcom Francja, los III Rzeszy byłby przesądzony jesienią 1938 roku.

Wojsko Polskie istotnie skoncentrowało swoje siły pod koniec września 1938 roku przy południowo-zachodniej granicy, ale nie po to, żeby udzielić pomocy Czechosłowacji. Cele 35-tysięcznej Grupy Operacyjnej „Śląsk” były diametralnie inne. Konferencja w Monachium ubodła mocarstwowe ambicje Józefa Becka, ponieważ zadecydowano tam, że polskie roszczenia wobec Zaolzia będą przedmiotem odrębnej konferencji międzynarodowej. Dlatego sanacyjna Polska musiała natychmiast pokazać światu swoją mocarstwowość. List prezydenta Beneša do prezydenta Ignacego Mościckiego z 22 września 1938 roku, zawierający propozycję uregulowania sporu o Zaolzie w zamian za neutralność Polski wobec konfliktu czechosłowacko-niemieckiego, pozostał bez odpowiedzi na skutek intryg Becka. Przed północą 30 września rząd w Pradze otrzymał polskie ultimatum w sprawie Zaolzia z terminem odpowiedzi w ciągu 12 godzin. Brak odpowiedzi lub jej odmowa oznaczały wojnę. Rząd czechosłowacki przyjął polskie ultimatum 1 października 1938 roku. Następnego dnia żołnierze polscy przekroczyli Olzę. Propaganda sanacyjna uderzyła w pompatyczne i pełne patriotycznej egzaltacji tony. Zdezorientowane przez nią społeczeństwo polskie dało się porwać tym nastrojom. U Czechów natomiast pozostał głęboki uraz do Polski i Polaków.

Ten entuzjazm był podzielany tylko w Polsce. Aneksja Zaolzia wywołała bardzo krytyczne reakcje i nastroje wobec Warszawy w całej Europie poza Niemcami hitlerowskimi, które ją poparły i przedstawiły propagandowo jako polskie współdziałanie wobec Czechosłowacji. Najbardziej krytycznie oceniono polską akcję w Paryżu i w Moskwie. Beck jeszcze wtedy nie wiedział, że daje Stalinowi wzorzec działania, który ten zastosuje wobec Polski 17 września 1939 roku.

Szef polskiej dyplomacji nie dostrzegał wtedy jednak spraw najbardziej kluczowych. Jakoś dziwnie nie zauważył on, że dodatkowa klauzula układu monachijskiego mówiła o zwołaniu nowej konferencji międzynarodowej nie tylko w sprawie rozstrzygnięcia kwestii Zaolzia, ale także kwestii przynależności państwowej Wolnego Miasta Gdańska. Skutki antyczeskiej i proniemieckiej polityki Becka obróciły się przeciw Polsce bardzo szybko. Ledwo żołnierze gen. Władysława Bortnowskiego zajęli Zaolzie, a już 24 października 1938 roku Niemcy hitlerowskie sformułowały pierwsze żądania wobec Polski w sprawie przyłączenia Wolnego Miasta Gdańska do III Rzeszy i „korytarza” na polskim Pomorzu. Stało się oczywiste, że Polska będzie następną ofiarą agresji Hitlera. Od marca 1939 roku – po aneksji przez III Rzeszę Czech i Moraw oraz utworzeniu satelickiego państwa słowackiego – otoczona przez Niemcy z trzech stron, bez szans na skuteczną obronę, tak jak Czechosłowacja najpierw oszukana, a potem zdradzona przez Francję i Wielką Brytanię. Polityka Becka zakończyła się katastrofą nie we wrześniu 1939 roku, ale już w październiku 1938 roku.

Tę katastrofę pogłębiła jeszcze polityka Becka wobec faszyzujących nacjonalistów słowackich. Z jednej strony Warszawa – dążąc do zniszczenia Czechosłowacji – popierała separatyzm słowacki, a z drugiej strony zraziła do siebie szowinistów słowackich (tzw. ludaków) rewindykacjami terytorialnymi na Spiszu, Orawie i ziemi czadeckiej oraz popieraniem węgierskich rewindykacji terytorialnych wobec Słowacji. Tym samym Beck otworzył drogę do współdziałania niemiecko-słowackiego przeciw Polsce we wrześniu 1939 roku. Zrozumiał to chyba dopiero wtedy, gdy pod koniec sierpnia 1939 roku wojska niemieckie za zgodą rządu w Bratysławie wkroczyły na Słowację. Niemiecko-słowackie uderzenie na Polskę od południa 1 września 1939 roku znacząco przyspieszyło polską klęskę podczas kampanii wrześniowej.

Ambasador Francji w Warszawie Leon Noël tak ocenił politykę polską wobec Czechosłowacji w 1938 roku: „Skoro Czechosłowacja zobowiązała się formalnie przyznać Polakom status innej mniejszości najbardziej uprzywilejowanej, to wzywałem rząd polski, aby zachował przynajmniej ścisłą neutralność w sporze niemiecko-czeskim oraz w ewentualnej wojnie. Wszystko na próżno. Półurzędowa prasa, czyli w rzeczywistości prawie wszystkie dzienniki, nie była ani mniej niesprawiedliwa, ani mniej napastliwa niż prasa Rzeszy. Prowadziła gwałtowną kampanię przeciwko małemu słowiańskiemu krajowi zagrożonemu przez potęgę niemiecką. Żadne rozumowanie, żaden argument nie działały na Becka i tych, którzy szli za jego wskazówkami. Było widoczne, że Polska urzędowa życzy sobie rozkładu Czechosłowacji, w nadziei, że wyciągnie z tego korzyści”.

28 września 1938 roku ambasador Noël powiedział szefowi polskiej dyplomacji: „Jeśli przystąpicie do wojny przeciwko Czechosłowacji, zobaczycie wkrótce pociągi z wojskiem niemieckim przejeżdżające przez dworzec warszawski z zachodu na wschód, a kraj wasz stanie się polem bitew (…)”. Tak się niestety stało.

Kiedy myślę o katastrofalnej polityce polskiej wobec Czechosłowacji w 1938 roku, myślę o obecnej katastrofalnej polityce polskiej wobec Ukrainy i zastanawiam się do jak daleko posuniętej katastrofy państwowości polskiej ona w przyszłości doprowadzi.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 3 października 2018 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2209/2210), 7-14.10.2018, s. 12

Hańba Monachium

30 września 1938 roku w hotelu „Cztery Pory Roku” w Monachium przywódcy Francji, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Włoch podpisali układ dotyczący suwerenności i podziału terytorium Czechosłowacji, bez udziału jej przedstawicieli. Był to fakt bez precedensu w ówczesnych stosunkach międzynarodowych. Przynajmniej w Europie, bo tak mocarstwa europejskie postępowały wtedy co najwyżej w stosunku do kolonii w Afryce.

Wielka Brytania i Francja wyrażając zgodę na zaspokojenie żądań terytorialnych Hitlera wobec Czechosłowacji otworzyły III Rzeszy drogę do nowej wojny światowej. Cynizmowi polityków zachodnioeuropejskich towarzyszyło zagubienie opinii publicznej ich krajów. Premier Francji Édourad Daladier był witany w Paryżu po powrocie z Monachium przez wiwatujące tłumy. Podobnie witano na londyńskim lotnisku Heston jego brytyjskiego kolegę Neville’ea Chamberlain’ea, który wzniósł rękę z kartką papieru i wypowiedział słowa: „Przywożę wam pokój”. Tylko Winston Churchill zdobył się wówczas na komentarz: „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”.

Czechosłowacja – druga ofiara Hitlera

Po aneksji Austrii w marcu 1938 roku następną ofiarą III Rzeszy stała się Czechosłowacja. W działaniach przeciwko temu państwu Berlin mógł liczyć na Węgry, które były teraz sąsiadem Rzeszy i mogły korzystać z jej pomocy wojskowej, a także na separatystów słowackich. W ułatwieniu międzynarodowej izolacji Czechosłowacji Hitler wiązał też nadzieje z Polską, której polityka zagraniczna pod rządami ekipy sanacyjnej miała m.in. oblicze antyczeskie. Niestety w swoich rachubach wódz III Rzeszy nie zawiódł się.

Kluczową rolę w wywołaniu kryzysu czechosłowackiego odegrała mniejszość niemiecka w Czechosłowacji licząca, według spisu powszechnego z 1930 roku, 3,2 mln osób (22,3 proc. ogółu mieszkańców). Niemcy czesko-morawscy w ogromnej większości sympatyzowali z radykalnie nacjonalistyczną i pronazistowską Partią Sudeckoniemiecką, kierowaną przez Konrada Henleina. To właśnie Henlein wygłosił 24 kwietnia 1938 roku przemówienie w Karlovych Varach (niem. Karlsbad), w którym przedstawił ośmiopunktowy tzw. program karlsbadzki. Jego istotą było żądanie autonomii dla Niemców czesko-morawskich oraz wolności wyznawania przez nich „niemieckiego światopoglądu”, czyli po prostu ideologii nazistowskiej. Wystąpienie Henleina rozpoczęło tzw. kryzys sudecki, który od razu został przeniesiony na płaszczyznę międzynarodową.

Zarówno prezydent Czechosłowacji Edvard Beneš, jak i jej premier – Słowak Milan Hodža, nie doceniali aż do wybuchu tego kryzysu zagrożenia niemieckiego i potrzeby podjęcia radykalnych kroków w kierunku całościowego uregulowania problemów narodowościowych Czechosłowacji w ten sposób, by zaspokoić przynajmniej część oczekiwań niezadowolonych mniejszości narodowych. Najważniejszą sprawą byłoby dojście do porozumienia ze Słowakami, których większość domagała się równego statusu z Czechami i przekształcenia Czechosłowacji w państwo dualistyczne. Takie rozwiązanie stałoby jednak w sprzeczności z wyznawaną przez obóz prezydenta Beneša ideą tzw. czechosłowakizmu, czyli koncepcją uznającą istnienie jednego narodu czechosłowackiego, wyrażoną w preambule konstytucji z 29 lutego 1920 roku.

Początek kryzysu sudeckiego zbiegł się w czasie z niekorzystnymi zmianami politycznymi we Francji, gdzie 8 kwietnia 1938 roku upadł rząd Frontu Ludowego pod prezesurą Léona Bluma. W nowym gabinecie Édourada Daladiera – powołanym 10 kwietnia – kierownictwo polityki zagranicznej objął Georges Bonnet – zwolennik polityki appeasementu (zaspokajania roszczeń niemieckich), niechętny wobec zobowiązań Francji w Europie Środkowej i zdecydowany stosować się do stanowiska Londynu. A to stanowisko było jednoznaczne – premier Chamberlain nie był zainteresowany losem Czechosłowacji i odżegnywał się od pomagania Francji, gdyby ta pospieszyła temu krajowi z pomocą.

Czechosłowacja była związana sojuszami z Francją i ZSRR. Na początku kryzysu sudeckiego poseł czechosłowacki w Moskwie Zdeněk Fierlinger zwrócił się do władz radzieckich z zapytaniem o ich stanowisko. Od zastępcy ludowego komisarza spraw zagranicznych Władimira Potiomkina usłyszał, że ZSRR spełni swoje zobowiązania sojusznicze, jeśli uczyni to także Francja. Takie zresztą rozwiązanie przewidywał traktat czechosłowacko-radziecki z 1935 roku. Trudność polegała jednak na tym, że oba państwa nie posiadały wspólnej granicy. Udzielenie przez ZSRR pomocy wojskowej Pradze byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby Polska i Rumunia zgodziły się na przemarsz Armii Czerwonej przez swoje terytoria, na co oba te państwa nie chciały się zgodzić. Ewentualna koalicja Francji, Czechosłowacji i ZSRR stanowiłaby skuteczną zaporę dla planów Hitlera. Wszystko jednak rozbijało się o stanowisko Francji, której generalicja przyjęła w 1936 roku defensywną doktrynę obronną, opartą na istnieniu Linii Maginota. Francja nie po to wydała 3 mld ówczesnych franków na budowę Linii Maginota, żeby poza nią wychodzić.

Na stanowisko Francji wpływała też niestety ówczesna polityka polska i to bez względu na niechęć, jaką w Paryżu wzbudzała osoba polskiego ministra spraw zagranicznych Józefa Becka. Wyraźna współpraca polsko-niemiecka – także w odniesieniu do Czechosłowacji – stawiała dyplomację francuską w delikatnym położeniu, ponieważ ewentualna pomoc dla Pragi mogła się spotkać z przeciwdziałaniem ze strony polskiej. Sanacyjne kierownictwo II RP popierało roszczenia węgierskie do ziem słowackich i zarazem przychylnie odnosiło się do faszyzujących nacjonalistów ze Słowackiej Partii Ludowej Andreja Hlinki (HSLS, tzw. ludacy), żądających najpierw autonomii, a potem separacji Słowacji od Czech. Ówczesną politykę polską wobec Pragi determinowały trzy czynniki: osobista, bardzo emocjonalna niechęć Józefa Becka do Czechów i do prezydenta Beneša, negatywny stosunek do sojuszu czechosłowacko-radzieckiego i do faktu, że w Czechosłowacji legalnie działała partia komunistyczna, a także udzielenie przez Czechosłowację schronienia polskim politykom opozycyjnym – w tym przede wszystkim Wincentemu Witosowi i Wojciechowi Korfantemu – co w Warszawie odbierano jako akt wrogości.

Przywódcy II RP łudzili się – tak samo jak w wypadku Austrii – że zwrócenie się ekspansji niemieckiej przeciw innemu państwu oddali zagrożenie niemieckie od Polski. Było wręcz przeciwnie – agresja hitlerowska na południowego sąsiada to zagrożenie właśnie przybliżała. Zrozumiano to jednak w Warszawie dopiero w marcu 1939 roku, po ostatecznej likwidacji państwa czechosłowackiego przez III Rzeszę.

Czechosłowacja, mając do czynienia z wrogością trzech sąsiadów: Niemiec, Polski i Węgier, zagrożona separatyzmem słowackim i irredentą mniejszości niemieckiej, oddalona od swoich sojuszników, znalazła się w położeniu bardzo trudnym.

Kryzys majowy

Po wspomnianym wystąpieniu Henleina w Karlovych Varach wypadki potoczyły się szybko. Od początku kryzysu sudeckiego celem Francji i Wielkiej Brytanii nie było powstrzymanie agresji Hitlera, ale wywieranie nacisku na Czechosłowację w kierunku zaspokojenia żądań niemieckich oraz niedopuszczenie do ewentualnej interwencji ZSRR. 7 maja 1938 roku doszło w Pradze do formalnego wystąpienia posłów francuskiego i brytyjskiego, którzy nalegali na rząd czechosłowacki, by uwzględnił żądania Henleina. Poseł brytyjski zaznaczył przy tym, że w razie wojny pomiędzy Niemcami a Czechosłowacją Wielka Brytania nie udzieli Pradze żadnej pomocy.

Wobec koncentracji wojsk niemieckich w rejonach przygranicznych oraz terrorystycznych działań bojówek henleinowskich przed zapowiedzianymi na 22 maja wyborami samorządowymi rząd w Pradze ogłosił 20 maja częściową mobilizację. W Berlinie uznano ją za całkowitą i wysunięto zarzut, że to Czechosłowacja chce dokonać agresji na Niemcy. Jednocześnie henleinowcy wystąpili z nowymi żądaniami przekształcenia Czechosłowacji w państwo związkowe, złożone z autonomicznych terytoriów zamieszkanych przez poszczególne narodowości, z własnymi rządami i parlamentami. W Berlinie wiedziano, że są to żądania nie do przyjęcia dla rządu w Pradze, ale Hitler nie chciał rokować, tylko dyktować. 9 czerwca przedstawiciele dyplomatyczni Francji i Wielkiej Brytanii złożyli w praskim MSZ noty zalecające maksymalne uwzględnienie nowych żądań niemieckich, określając je jako… umiarkowane.

Misja Runcimana

W rozmowach z rządem premiera Hodžy henleinowcy odrzucali wszelkie propozycje kompromisu, ponieważ tak polecono im z Berlina. W lipcu strona brytyjska zaproponowała rządowi czechosłowackiemu swoje pośrednictwo w rozmowach z mniejszością niemiecką. W imieniu rządu brytyjskiego podjął się tej roli 3 sierpnia lord Walter Runciman, mający w przeszłości kontakty gospodarcze z Niemcami, ale całkowicie nie zorientowany w sprawach czechosłowackich. Jego misja zakończyła się niepowodzeniem, za które obciążył odpowiedzialnością wyłącznie rząd w Pradze. 7 września londyński „The Times” zamieścił artykuł doradzający rządowi czechosłowackiemu, by w imię pokoju w Europie odstąpił III Rzeszy przygraniczne rejony zamieszkane przez mniejszość niemiecką. Tego samego dnia doszło do zamieszek w Ostrawie, które stały się dla henleinowców pretekstem do zerwania rozmów z rządem praskim. W opracowanym dla rządu brytyjskiego raporcie Runciman stwierdził, że dalsze współżycie Czechów i Niemców czesko-morawskich w jednym państwie jest niemożliwe.

Zdrada w Monachium

Rząd brytyjski stał na stanowisku, że należy doprowadzić do porozumienia za wszelką cenę, by nie doszło do wojny z III Rzeszą, którą uważał za katastrofę dla Europy. Dla Londynu to porozumienie oznaczało zgodę rządu czechosłowackiego na kapitulację i rozbiór państwa. Położenie Pragi na początku września 1938 roku pogorszyła ponadto irredenta nacjonalistów słowackich. Ludacy zapowiedzieli wprost, że w razie wojny z Niemcami nie będą bronić państwa czechosłowackiego.

Na zjeździe NSDAP w Norymberdze 12 września Hitler wygłosił mowę atakującą komunizm i ład wersalski, ale przede wszystkim zawierającą groźbę, że rząd niemiecki weźmie w obronę swoich „uciskanych” rodaków w Czechosłowacji. Wystąpienie to stało się sygnałem dla partii Henleina do wzmożenia akcji sabotażowo-terrorystycznych, co z kolei zmusiło rząd czechosłowacki do wprowadzenia w rejonach przygranicznych stanu wyjątkowego. Przywódcy Partii Sudeckoniemieckiej schronili się w Bawarii, gdzie Henlein ogłosił 15 września, że tereny zamieszkałe w Czechosłowacji przez Niemców muszą zostać włączone do Rzeszy.

W reakcji na te wydarzenia rządy Francji i Wielkiej Brytanii postanowiły podjąć się pośrednictwa, którego ofiarą miała być wyłącznie Czechosłowacja. Głównym zmartwieniem premiera Chamberlaina nie był los Czechosłowacji, ale możliwość ewentualnej interwencji ZSRR w jej obronie i wybuchu wojny w Europie. 15 września Chamberlain przybył do Niemiec i spotkał się z Hitlerem w Berchtesgaden. W odpowiedzi na ordynarne zachowanie swojego rozmówcy i jego groźby wojenne brytyjski premier obiecał, że rządy zachodnie będą naciskały na Czechów w duchu spełnienia żądań niemieckich.

Zarys przyszłego układu monachijskiego pojawił się 18 września podczas spotkania w Londynie Daladiera i Bonneta z Chamberlainem i brytyjskim ministrem spraw zagranicznych lordem Halifaxem. Politycy zachodni uradzili, że należy zaproponować rządowi w Pradze odstąpienie III Rzeszy wszystkich terenów pogranicznych zamieszkanych przez ponad 50 proc. ludności niemieckiej. Nowym granicom Czechosłowacji rządy zachodnie miały udzielić gwarancji. Oznaczałoby to anulowanie sojuszów tego państwa z Francją i ZSRR, co było jednym z żądań Hitlera.

Tego samego dnia propozycje te oba mocarstwa przekazały kanałami dyplomatycznymi prezydentowi Benešowi nie kryjąc, że nie spodziewają się ich odrzucenia. Był to wielki wstrząs dla Beneša, który dotąd niezachwianie wierzył w ład wersalski i sojusz z Francją. Nastroje społeczeństwa czeskiego były przeciwne wszelkiej kapitulacji, ogólne zapewnienie o możliwości pomocy wojskowej nadeszło też z Moskwy. Dlatego 20 września minister spraw zagranicznych Kamil Krofta przekazał mocarstwom zachodnim odpowiedź odmowną.

Wywołało to oburzenie w Paryżu i Londynie. Oba mocarstwa wzmogły nacisk na rząd w Pradze, któremu dano do zrozumienia, że odrzucenie żądań spowoduje zbrojną agresję Niemiec, a w wojnie tej Francja udziału nie weźmie. Było to ultimatum, przed którym Beneš i Hodža ustąpili. 22 września, podczas drugiego spotkania z Chamberlainem w Bad Godesberg, Hitler w brutalnej formie przedstawił jeszcze dalej idące żądania terytorialne wobec Czechosłowacji. Początkowo oba rządy zachodnie uznały je za nie do przyjęcia i doradziły rządowi czechosłowackiemu ogłoszenie mobilizacji, która została przeprowadzona bardzo szybko i sprawnie. Jednakże w Londynie i Paryżu górę wzięła ostatecznie chęć uniknięcia wojny za wszelką cenę. W tym duchu odbyła się kolejna narada rządowa brytyjsko-francuska w Londynie 25 września. Dwa dni później premier Chamberlain wygłosił przemówienie, w którym padły znamienne słowa: „nie możemy w żadnym razie postępować tak, by wciągnąć całe Imperium Brytyjskie do wojny z powodu tego narodu, (…) ludzi, o których nic nie wiemy”.

Pomysł rozstrzygnięcia sprawy Czechosłowacji na konferencji mocarstw został wysunięty 27 września przez prezydenta USA Franklina D. Roosevelta. Chamberlain zrealizował go jednak po swojemu, tzn. bez udziału Czechosłowacji i przeciw niej. O pośrednictwo w rozmowach z Niemcami poprosił faszystowskiego dyktatora Włoch Benito Mussoliniego. Przed konferencją czterech mocarstw w Monachium, która rozpoczęła się 29 września, Hitler spotkał się z Mussolinim i poprosił go, by ten przedstawił stanowisko niemieckie jako włoskie propozycje kompromisowe. Chamberlain i Daladier bardzo bali się fiaska konferencji, dlatego zasadnicze żądania Hitlera z Bad Godesberg przyjęli już po północy 30 września.

Nowy rząd czeski, na czele którego od 22 września stał gen. Jan Syrový, musiał teraz podjąć decyzję w sprawie zaakceptowania lub odrzucenia dyktatu monachijskiego. Głównodowodzący armią gen. Ludvík Krejčí apelował do prezydenta Beneša i rządu, by nie kapitulować. Wierzył w siłę sudeckich fortyfikacji. Beneš, Syrový i Krofta byli jednak zdania, że wojna bez sojuszników jest beznadziejna. W południe 30 września Krofta zakomunikował przedstawicielom dyplomatycznym Francji i Wielkiej Brytanii, że Czechosłowacja przyjmuje dyktat monachijski. Na koniec dodał: „Na pewno nie jesteśmy ostatni, po nas spotka to innych”.

W wyniku układu monachijskiego przyłączono do Rzeszy prawie 40 proc. terytorium Czechosłowacji. W miejsce dotychczasowego państwa czechosłowackiego powołana została federacyjna Republika Czesko-Słowacka z autonomiczną Ukrainą Karpacką. Pozbawiona fortyfikacji sudeckich była bezbronna wobec III Rzeszy.

Aneksja Zaolzia i błędna polityka polska

Kryzys sudecki został w Warszawie uznany za okazję do rozwiązania sporu o Śląsk Cieszyńskie (Zaolzie) oraz pograniczne tereny na Orawie i Spiszu. Latem 1920 roku, podczas pogarszającej się dla Polski sytuacji na froncie wojny z Rosją Radziecką, Czechosłowacja uzyskała korzystny dla siebie arbitraż mocarstw zachodnich w sprawie spornego terytorium. Mimo formalnego poszanowania praw ludności polskiej na Zaolziu, władze czeskie poprzez różne działania administracyjne prowadziły czechizację tamtejszych Polaków.

W styczniu i lutym 1938 roku podczas niemiecko-polskich rozmów na najwyższym szczeblu strona polska została poufnie poinformowana, że III Rzesza dąży do konfrontacji z Czechosłowacją. Chociaż nie doszło do decyzji o ewentualnej współpracy, polityka polska zajmowała podczas kryzysu sudeckiego stanowisko proniemieckie, a przynajmniej niechętne Czechosłowacji. Zadecydowała o tym wspomniana postawa Józefa Becka, osobiście darzącego Czechów ogromną niechęcią, czy wręcz nienawiścią.

Prezydent Beneš próbował rozbić współpracę polsko-niemiecką oferując Polsce rewizję granicy w zamian za neutralność w sporze między Pragą i Berlinem. Jego list w tej sprawie do prezydenta Ignacego Mościckiego z 22 września 1938 roku dotarł z opóźnieniem i nie wywarł żadnego skutku wobec antyczeskiej zapiekłości Becka. List ten był dla szefa polskiej dyplomacji niedogodny, ponieważ on sam chciał dyktować warunki, a nie pertraktować. 20 września ambasador Józef Lipski poinformował Hitlera, że Polska czterokrotnie odrzuciła prośby mocarstw zachodnich o pomoc w rozładowaniu kryzysu czechosłowackiego. Wódz III Rzeszy odwdzięczył się zapewnieniem, że na wypadek konfliktu polsko-czeskiego Niemcy staną po stronie Polski.

Pod koniec września 1938 roku rząd polski wysłał do Pragi noty, utrzymane w tonie nieprzyjaznym, w których domagał się równolegle do załatwienia roszczeń niemieckich rozwiązania problemu ludności polskiej na Zaolziu, co oznaczało rewindykację terytorialną. Konferencja w Monachium ubodła mocarstwowe ambicje Becka i zrodziła krok, który poza Berlinem oceniono w Europie negatywnie. Przed północą 30 września zostało złożone w Pradze polskie ultimatum z żądaniem przekazania Zaolzia. Termin odpowiedzi ustalono na 12 godzin, a jej brak lub odmowa oznaczały interwencję zbrojną ze strony polskiej. Żądania polskie rząd czeski zaakceptował 1 października. Pomiędzy 2 a 11 października Samodzielna Grupa Operacyjna „Śląsk” gen. Władysława Bortnowskiego, do której marszałek Edward Rydz-Śmigły skierował pełną egzaltacji odezwę zakończoną pompatycznym „Maszerować”, zajęła Zaolzie.

Dla rządu w Pradze był to po katastrofie monachijskiej dodatkowy cios i nietrudno jest zrozumieć ówczesne rozgoryczenie Czechów do Polski. Przywódcy sanacyjni dołożyli swoją cegiełkę do hańby Monachium. Nie warto było. Przez ten krok Polska straciła w 1945 roku Zaolzie na zawsze.

Rodzi się pytanie czy w 1938 roku był możliwy sojusz polsko-czechosłowacki przeciw Niemcom hitlerowskim? Sojusz taki był wskazany nie tylko ze względów geopolitycznych, ale także dlatego, że Niemcy nie były we wrześniu 1938 roku gotowe do wojny z Czechosłowacją i Polską, a tym bardziej do wojny z Francją. Niemiecki potencjał wojenny znacząco wzmocnił się dopiero, kiedy po zajęciu przez III Rzeszę w marcu 1939 roku Czech i Moraw nastąpiło przejęcie nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej i tamtejszego dobrze rozwiniętego przemysłu zbrojeniowego. To w znaczący sposób przyspieszyło wybuch drugiej wojny światowej.

Obrońcy sanacji odpowiadali i odpowiadają na to pytanie, że sojusz taki nie był możliwy z winy Czechosłowacji i jej rzekomo antypolskiej polityki w dwudziestoleciu międzywojennym, w tym prób czechizacji Polaków na Zaolziu. Jest to odpowiedź fałszywa. Powodem wrogiego stosunku Becka i innych polityków sanacyjnych do Czechosłowacji nie było Zaolzie, ale to, że postrzegali ten kraj jako państwo nieprzyjazne ze względu na jego sojusz z ZSRR oraz udzielanie pomocy polskiej opozycji. Dążyli do rozbicia Czechosłowacji także dlatego, że uważali ją za przeszkodę w stworzeniu w Europie Środkowej bloku państw pod egidą Polski (tzw. Międzymorza). Tylko, że plany te były znane Niemcom hitlerowskim i zostały przez nie skutecznie powstrzymane przez wciągniecie Węgier i Rumunii w swoją orbitę wpływów.

Na konieczność sojuszu polsko-czechosłowackiego wskazywał Wincenty Witos wkrótce po objęciu po raz trzeci teki premiera 10 maja 1926 roku. Jego gabinet jednak dwa dni potem stał się ofiarą zamachu stanu Józefa Piłsudskiego. Za sojuszem takim opowiadali się też niektórzy publicyści endeccy. Józefowi Beckowi i pozostałym politykom sanacyjnym zabrakło wyobraźni politycznej. W 1938 roku prowadzili politykę bardzo krótkowzroczną. Nie potrafili zrozumieć, że rozbiór Czechosłowacji jeszcze bardziej niż aneksja Austrii wzmocni potencjał militarny Niemiec i że jest to śmiertelnie niebezpieczne dla Polski.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 3 października 2018 r.

„Przegląd” nr 40 (978), 1-7.10.2018, s. 36-39

Guzika nie oddamy

Hasła „nie oddamy nawet guzika” oraz „silni, zwarci, gotowi” miały przekonywać Polaków o sile militarnej II RP w obliczu nadchodzącej pod koniec lat 30. XX wieku konfrontacji z Niemcami hitlerowskimi oraz mobilizować ich do wyrzeczeń i ofiar na rzecz modernizacji sił zbrojnych. Społeczeństwo polskie aż do wybuchu wojny autentycznie wierzyło w zapewnienia władz o sile swojego państwa oraz niezawodności jego sojuszy. Dlatego klęska wrześniowa stała się dla niego nieprawdopodobnym szokiem.

Stwierdzenie, że „nie oddamy guzika” padło na cztery lata przed wrześniem 1939 roku. Wypowiedział je 6 sierpnia 1935 roku na XII Zjeździe Związku Legionistów Polskich Edward Śmigły-Rydz, wtedy jeszcze generał dywizji. W swoim przemówieniu stwierdził on m.in.: „Płonne są rachuby na słabość Polski jej wrogów. (…) Nie tylko nie damy całej Polski, ale nawet guzika”.

Wypowiedź ta została sprowokowana przez pojawiające się już wtedy sugestie niemieckie, że Polska powinna wyrazić zgodę na przeprowadzenie przez swoją część Pomorza eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej łączącej Niemcy z Prusami Wschodnimi (tzw. Korytarz). Cztery lata później te sugestie przekształciły się w otwarte żądania niemieckie.

Stanisław Cat-Mackiewicz w książce „O jedenastej – powiada aktor – sztuka jest skończona. Polityka Józefa Becka” (Londyn 1942) następująco skomentował słowa Śmigłego-Rydza: „Polacy są jak piękna kobieta kochająca się w durniach. Człowiek inteligentny jest u nas z reguły nielubiany i nie budzi zaufania. Natomiast iluż ludzi zupełnie niemądrych korzystało w Polsce z ogromnego autorytetu osobistego. (…) Rydz mówił: »nie oddamy nawet guzika«, mając na myśli Gdańsk, ale nie miał zielonego pojęcia o technice politycznej i dyplomatycznej, która by mogła nam Gdańsk zabezpieczyć. W tych sprawach Rydz był naiwny, jak nowo narodzone dziecię, lub cielę średniej wielkości. Nie lubił i nie dowierzał Niemcom, nie lubił i nie dowierzał Beckowi, o jakichś rozmowach z Rosjanami również nie chciał słyszeć. Był to więc system przepełniony najlepszymi życzeniami i uczuciami. Ponieważ mówił to, czego wszyscy chcieli, więc Polacy mieli do niego zaufanie, jako do wielkiego polityka. Zjawisko stale dające się obserwować w naszym narodzie”.

W 1935 roku Edward Śmigły-Rydz był już Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych. Mianowany został na to stanowisko w nocy z 12 na 13 maja 1935 roku, zaraz po śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego. Buławę marszałkowską otrzymał od prezydenta Ignacego Mościckiego 10 listopada 1936 roku. Jednocześnie – zgodnie ze sprzecznym z Konstytucją okólnikiem premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego z 13 lipca 1936 roku – został uznany za drugą, po prezydencie, osobę w państwie.

Należy przypomnieć, że sam Józef Piłsudski nie ocenia Śmigłego-Rydza wysoko. Tak pisał o swoim następcy: „Nie dałby sobie rady w obecnym czasie z rozkapryszonymi przerośniętymi ambicjami generałów, nie jestem pewien jego zdolności operacyjnych w zakresie prac Naczelnego Wodza i umiejętności mierzenia sił nie czysto wojskowych, lecz całego państwa swego i nieprzyjacielskiego”.

Posiadając silną pozycję w państwie i obozie władzy marszałek Śmigły-Rydz przyjął na siebie główną odpowiedzialność nie tylko za przygotowania obronne kraju, ale też jego politykę. Zarówno III Rzesza, jak i ZSRR rozpoczęły swoje przygotowania wojenne znacznie wcześniej niż Polska i prowadziły je o wiele skuteczniej. Nie było to winą Śmigłego-Rydza, ale jego poprzednika, który nie rozumiał konieczności modernizacji armii. Nie bez znaczenia były też ograniczone w tym zakresie możliwości ekonomiczne II RP. Spóźnione o wiele lat przygotowania obronne zostały jednak naznaczone błędami, za które odpowiedzialność ponosił już tylko sam marszałek Śmigły.

Na rok przed swoją śmiercią – w kwietniu 1934 roku – Józef Piłsudski zwołał w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych naradę najwyższych dowódców. Wzięło w niej udział 15 generałów i czterech pułkowników. Piłsudski postawił im tylko jedno pytanie: które z państw jest bardziej niebezpieczne dla Polski – ZSRR czy Niemcy? Na odpowiedź wyrażoną na piśmie bez wzajemnej konsultacji i z uzasadnieniem dał im miesiąc czasu. Tylko trzech zapytanych – wśród nich Śmigły-Rydz – wskazało na ZSRR, trzech nie miało wyrobionego zdania, a trzynastu stwierdziło, że największym zagrożeniem są Niemcy hitlerowskie.

Zgodnie ze swoim przekonaniem, objąwszy władzę nad wojskiem po Piłsudskim, Śmigły-Rydz wydał w maju 1936 roku wytyczne do opracowania planu operacyjnego „Wschód”, czyli planu wojny obronnej z ZSRR. Projekt tego planu był gotowy w lutym 1939 roku. Dopiero 4 marca 1939 roku szef Sztabu Głównego gen. Wacław Stachiewicz otrzymał od marszałka Śmigłego wytyczne do opracowania planu „Zachód”, czyli planu wojny obronnej z Niemcami. Zagrożenie ze strony Niemiec było już wtedy oczywiste – w październiku 1938 i styczniu 1939 roku Berlin oficjalnie wystąpił wobec Polski z żądaniami terytorialnymi, a 15 marca 1939 roku wojska hitlerowskie wkroczyły do Pragi. Plan „Zachód” ograniczono tylko do przygotowania pierwszej fazy działań wojennych na zachodzie kraju. Faz następnych nie opracowano nigdy.

Płk Tadeusz Szumowski – w latach trzydziestych oficer Oddziału Operacyjnego Sztabu Głównego – skomentował to później następująco: „Gdy od 1935 r. niebezpieczeństwo ze strony Niemiec zaczęło wyraźnie narastać, Rydz-Śmigły, jako formalista, nie zdecydował się na odwrócenie kolejności opracowywania planów. (…) Mimo błyskawic anschlussu i Sudetów nie zwracał uwagi na czarną chmurę na zachodzie, lecz systematycznie, miarowo – powiedzielibyśmy wg harmonogramu – wykańczał do marca 1939 swój plan »Wschód«, chociaż politycznie stawał się on zupełnie nieaktualny. Nawiasem warto zaznaczyć, że w porównaniu do szybkości, z jaką Hitler opracowywał swoje plany, termin trzyletni na opracowanie jednego planu wydaje się co najmniej przesadny”.

Zdaniem płk. Szumowskiego rozkazy Śmigłego-Rydza dla wyższych dowódców wojskowych, wydane po ogłoszeniu 23 marca 1939 roku pierwszej mobilizacji alarmowej, nie podawały żadnych danych odnośnie przewidywanego zgrupowania wojsk niemieckich oraz kierunków ich natarcia. Rozkazy Rydza nie zawierały też żadnej oceny położenia własnego ani planu działania w następnej fazie wojny, kiedy do akcji miały wejść odwody Naczelnego Wodza.

Według oceny historyków wojskowości koncepcje obronne Rydza grzeszyły podstawowym błędem. Zamiast silnych skrzydeł w rejonie Śląska i Krakowa z jednej, a Prus Wschodnich z drugiej strony oraz słabego centrum w Wielkopolsce zostały wystawione słabe skrzydła i bardzo silne centrum w Wielkopolsce. Taka dyslokacja wojsk pozwoliła Niemcom z łatwością rozbić oba skrzydła i okrążyć główne siły polskie w kolanie Wisły. Wycofanie ich na czas było z góry skazane na niepowodzenie ze względu na prawie całkowity brak wojsk zmotoryzowanych po stronie polskiej.

Polskie posunięcia obronne były dodatkowo paraliżowane przez działania sojuszników zachodnich. Kiedy w połowie sierpnia 1939 roku polscy saperzy zaminowali ważny strategicznie most w Tczewie, który powinien być wysadzony w powietrze w pierwszych minutach wojny, u marszałka Śmigłego natychmiast zjawił się ambasador brytyjski Howard Kennard żądając odwołania rozkazu. „Gdyby przez przypadek most ten wyleciał w powietrze, razem z nim wyleciałby w powietrze i pokój Europy” – oświadczył Rydzowi mało uprzejmie ambasador Kennard.

Słowa Kennarda zdumiewają, ponieważ w tym samym czasie ambasador Francji Leon Noël powiadomił ministra Becka, że według informacji wywiadu francuskiego Hitler postanowił rozwiązać sprawę Gdańska jeszcze przed 1 września 1939 roku. Natomiast ambasador Francji w Berlinie Robert Coulondre donosił o pełnej mobilizacji sił zbrojnych III Rzeszy, której wojska lądowe osiągnęły stan 2 mln żołnierzy. Mimo to Francja i Wielka Brytania wymogły na władzach polskich odwołanie mobilizacji powszechnej, jaką te ogłosiły 29 sierpnia 1939 roku. Ponowne ogłoszenie tej mobilizacji wieczorem 31 sierpnia 1939 roku spowodowało, że odbywała się ona już w warunkach chaosu wojennego, kiedy lotnictwo niemieckie bombardowało linie kolejowe i drogi.

Józef Piłsudski przed swoją śmiercią dał kilka wytycznych odnośnie przygotowania się do nadchodzącej wojny światowej. Pierwsza z nich mówiła, że należy zrobić wszystko, żeby Polska weszła do wojny jako ostatnia. Druga, że nie należy opierać strategii bezpieczeństwa wyłącznie na sojuszu z mocarstwami zachodnimi. Józef Beck jako szef dyplomacji zrobił dokładnie odwrotnie. Pierwsze z zaleceń Piłsudskiego rozumiał jako tzw. „politykę równowagi” albo „politykę balansowania” pomiędzy Niemcami i ZSRR, która miała polegać na tym, żeby stosunki z jednym z tych sąsiadów nie były gorsze od stosunków z drugim z nich. Uzupełnieniem „polityki równowagi” miał być sojusz z Wielką Brytanią i Francją.

Ekipa Śmigłego-Rydza nie rozumiała, że obu tym państwom nie zależało na bezpieczeństwie i obronie Polski, ale na odsunięciu niebezpieczeństwa agresji niemieckiej od swoich granic i skierowania go w innym kierunku. Temu służyły ich gwarancje sojusznicze dla Polski. Ponadto Londyn i Paryż nie były przygotowane do wojny. Wielka Brytania miała w Europie armię lądową słabszą od polskiej, ponieważ większość jej sił zbrojnych była rozrzucona w koloniach. Brytyjczycy imponowali tylko siłą swojej floty morskiej, która jednakże Polsce w niczym pomóc nie mogła. Francja dysponowała armią porównywalną z niemiecką, jednakże część z niej także była rozproszona w koloniach. Poza tym Francuzi nie po to budowali nakładem ogromnych środków Linię Maginota, żeby poza nią wychodzić.

„Polityka równowagi” Józefa Becka wyczerpała swoje możliwości już jesienią 1938 roku, kiedy po rozbiorze Czechosłowacji Hitler postawił swoje żądania wobec Polski. W sytuacji presji niemieckiej na Polskę Wielka Brytania udzieliła Warszawie 31 marca 1939 roku jednostronnej gwarancji niepodległości, która jednakże nie dotyczyła integralności terytorialnej. Jej konsekwencją było podpisanie 6 kwietnia 1939 roku w Londynie przez ministrów spraw zagranicznych Józefa Becka i lorda Halifaxa układu o dwustronnych gwarancjach polsko-brytyjskich. Na zawarcie formalnego sojuszu z Polską Londyn zdecydował się jednak dopiero 25 sierpnia 1939 roku w obawie, że po podpisaniu w Moskwie 23 sierpnia 1939 roku paktu Ribbentrop-Mołotow Polska może pójść na ustępstwa wobec Niemiec. Równie ostrożna była Francja, która 19 maja 1939 roku odnowiła konwencję wojskową do umowy sojuszniczej z Polską z 1921 roku. Protokół polityczny do tej konwencji, nadający jej klauzulę ważności, Francja podpisała dopiero 4 września 1939 roku i to pod naciskiem brytyjskim.

Władze II RP nie rozumiały, że oba mocarstwa zachodnie po konferencji monachijskiej nadal prowadzą politykę appeasementu, a jej kolejną ofiarą po Czechosłowacji zostanie Polska. Dzwonkiem ostrzegawczym dla polityków sanacyjnych nie stały się ani trudności w wynegocjowaniu z sojusznikami zachodnimi konkretnych zobowiązań wojskowych na wypadek wybuchu wojny, ani jeszcze większe trudności w uzyskaniu od nich pożyczek na zakup uzbrojenia. Łudzono się gołosłownymi zapewnieniami, jak te, które złożył Śmigłemu-Rydzowi i Beckowi w lipcu 1939 roku szef sztabu brytyjskiego gen. Edmund Ironside. Zapewniał on wtedy swoich rozmówców, że „przyjdziemy do was przez Morze Czarne”. W Warszawie nie wiedziano jednak, że francuscy i brytyjscy sztabowcy już na początku maja 1939 roku wykluczyli możliwość udzielenia Polsce pomocy militarnej na wypadek zaatakowania jej przez III Rzeszę.

Te ustalenia zaowocowały najpierw pozorowaną ofensywą francuską na przedpolu Linii Zygfryda (7-12 września 1939 roku) – podjętą zamiast przyrzeczonej Polsce ofensywy częściowej – a następnie decyzją Międzysojuszniczej Najwyższej Rady Wojennej w Abbeville z 12 września 1939 roku o wstrzymaniu wszelkich działań ofensywnych na froncie zachodnim. W tym czasie marszałek Śmigły i jego otoczenie nadal liczyli, że zgodnie z umowami sojuszniczymi Francja podejmie ofensywę generalną 15 dnia po rozpoczęciu mobilizacji, czyli 17 września 1939 roku. Jednak tego właśnie dnia Stalin – mając już pewność, że nie dojdzie do ofensywy generalnej na froncie zachodnim – przystąpił do realizacji zobowiązań wynikających z tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow. Treść owego protokołu była znana rządowi USA już 24 sierpnia 1939 roku, a wkrótce potem też rządom brytyjskiemu i francuskiemu. Londyn i Paryż nie poinformowały jednak o tym polskiego sojusznika.

Niemiecko-radziecki pakt o nieagresji z 23 sierpnia 1939 roku został zignorowany przez Warszawę, mimo że podpisujące go państwa nie miały wspólnej granicy. Mogły ją utworzyć tylko po rozbiorze Polski. Kierownictwo II RP w ogóle nie brało pod uwagę zagrożenia ze Wschodu, chociaż nawet „The Daily Telegraph” opisywał skalę mobilizacji Armii Czerwonej przy polskiej granicy wschodniej. Do świadomości marszałka Śmigłego-Rydza, prezydenta Mościckiego i ministra Becka po prostu nie docierała perspektywa możliwości zawarcia antypolskiego porozumienia pomiędzy Hitlerem a Stalinem.

Wbrew temu co twierdzą współcześnie niektórzy prawicowi publicyści, alternatywą dla sojuszu z Wielką Brytanią i Francją przeciw Niemcom nie było bynajmniej spełnienie żądań niemieckich odnośnie Gdańska i Korytarza oraz zawarcie sojuszu z III Rzeszą. Przyjęcie roli satelity III Rzeszy byłoby politycznym samobójstwem, najprostszą drogą do tego, by w 1945 roku zostać pozbawionym nie tylko ziem wschodnich, ale i zachodnich. Ryzykowny politycznie był również sojusz z ZSRR przeciw Niemcom, ponieważ mógł doprowadzić do przyjęcia w 1939 roku politycznego i terytorialnego status quo z 1945 roku. Aczkolwiek możliwość takiego sojuszu rozważał całkiem poważnie ppłk (późniejszy gen.) Stefan Mossor (1896-1957). Reakcją jego zwierzchników było odsunięcie go w marcu 1939 roku od pracy sztabowej i planowania operacyjnego.

Władze II RP zupełnie nie wzięły pod uwagę możliwości sojuszu z Czechosłowacją w sytuacji zagrożenia tego państwa przez Niemcy w 1938 roku. Kryzys sudecki i rozbiór Czechosłowacji w Monachium minister Beck wykorzystał natomiast do załatwienia z Pragą porachunków o Zaolzie z lat 1919-1920. Prezydent Czechosłowacji Edvard Beneš pisał później do gen. Władysława Sikorskiego, że „fakt, iż Polska uchyliła się od porozumienia z Czechosłowacją w 1938 r., które kilkakrotnie proponowałem, iż na swój rozpaczliwy list zamiast odpowiedzi płk Beck przysłał mi ultimatum i kilka dywizji na naszą granicę, zadecydowało o tym, że Czechosłowacja nie podjęła wojny z Niemcami”.

Polityków obozu rządzącego Polską ogarnęła na przełomie września i października 1938 roku idea przywrócenia Macierzy 120 tys. Polaków mieszkających na Zaolziu. Nie potrafili oni dostrzec tego, że aneksja Zaolzia przeprowadzona w momencie, kiedy Niemcy dokonywały rozbioru Czechosłowacji, była posunięciem fatalnym wizerunkowo i politycznie. Najwidoczniej nie rozumieli nie tylko politycznego i wojskowego znaczenia rozbioru Czechosłowacji przez Niemcy, ale nie przewidzieli także skutków całkowitej likwidacji tego państwa przez Hitlera w marcu 1939 roku oraz utworzenia proniemieckiego i faszyzującego państwa słowackiego. Rząd w Warszawie popełnił poważny błąd, domagając się w 1938 roku nie tylko aneksji Zaolzia, lecz także niewielkich części terytorium Słowacji (ziemia czadecka, Jaworzyna, część Orawy i Spiszu). Zrealizowanie tych żądań przyspieszyło proces umacniania się wpływów niemieckich na Słowacji. W efekcie Słowacja udostępniła wojskom niemieckim 28 sierpnia 1939 roku swoje terytorium do ataku na Polskę od południa oraz sama wzięła udział w tej agresji.

Kompromitacją hasła „nie damy nawet guzika” było przygotowanie już w pierwszych dniach wojny planu ewakuacji władz państwowych i naczelnego dowództwa do Rumunii. Realizacja tego planu rozpoczęła się 4 września 1939 roku w wypadku prezydenta i rządu oraz 6 września w wypadku Wodza Naczelnego. Odtąd najwyższe władze II RP konsekwentnie zmierzały ku granicy południowo-wschodniej, przez Brześć, Kołomyję, Kosów i Kuty, tracąc łączność z walczącymi wojskami. Ewakuacja do Rumunii nastąpiła w nocy z 17 na 18 września 1939 roku, niemal natychmiast po przekroczeniu granicy wschodniej przez Armię Czerwoną. Było to nawiązanie do precedensów Belgii i Serbii z pierwszej wojny światowej – przeniesienia władz państwowych na emigrację. Jednakże przywódcy sanacyjni nie zdawali sobie sprawy, że klęska wrześniowa przesądziła o załamaniu się systemu ich rządów w Polsce. Przekonali się o tym boleśnie zaraz po znalezieniu się na terytorium rumuńskim, kiedy zostali internowani przez władze Rumunii na życzenie Francji, która nie chciała ich widzieć jako partnerów politycznych.

W czasie, gdy Wódz Naczelny, prezydent i rząd konsekwentnie zmierzali do granicy z Rumunią nadal trwała w polskich mediach kłamliwa propaganda siły. „Polska Zachodnia” informowała 1 września 1939 roku o zajęciu Gdańska przez wojska polskie oraz zwycięskiej kontrofensywie polskiej na Pomorzu. Jakże ucieszyliby się z tego obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku i obrońcy Westerplatte, gdyby to była prawda. „Czas. 7 wieczór” opisał 5 września rzekomy nalot 30 polskich bombowców na Berlin. W rzeczywistości polskie lotnictwo we wrześniu 1939 roku przeprowadziło tylko dwa ataki na terytorium Niemiec: 2 września na fabrykę w Oławie (Ohlau) i 4 września na dworzec kolejowy w Białej Piskiej (Gehlenburg). Każdy z tych celów atakował pojedynczy samolot.

Tę samą informację o nalocie na Berlin powieliła 6 września lwowska „Chwila”, dodając jeszcze o przełamaniu przez wojska francuskie Linii Zygfryda w siedmiu punktach oraz ucieczce w popłochu wojsk niemieckich. Faktycznie ograniczona ofensywa francuska na froncie zachodnim zaczęła się dopiero następnego dnia. „Ilustrowany Kuryer Codzienny” donosił 10 września, że „za 4 dni padnie Linia Zygfryda, a wtedy błyskawiczna ofensywa zmiecie Niemców”. Faktycznie za dwa dni została wstrzymana ograniczona ofensywa wojsk francuskich na przedpolu Linii Zygfryda. „Wieczór Warszawski” informował 12 września, że Niemcy ustępują spod Warszawy. Akurat następnego dnia zamknęli wokół stolicy pierścień okrążenia.

„Express Poranny” informował 13 września – a więc na drugi dzień po tym jak alianci zachodni zadecydowali, że nie udzielą Polsce pomocy – o rzekomym załamaniu ofensywy niemieckiej na Polskę, powstaniach w okupowanych przez Niemcy miastach oraz zwycięskich atakach sprzymierzonych na froncie zachodnim. „Ilustrowany Goniec Warszawski” z 17 września informował o polskim natarciu pod Kutnem i towarzyszących mu wielkich stratach wojsk niemieckich. Faktycznie natarcie to (tzw. bitwa nad Bzurą) rozpoczęło się 9 września i uległo załamaniu 13 września. Poza tym gazeta ta podała 17 września tak fantastyczne informacje jak: „Polskie samoloty bombardują Berlin. Brawurowy nalot nocny”, „Nalot Anglików na Rzeszę. Ucieczka Niemców z Saary” oraz „Mussolini zrywa z Hitlerem”.

Nie znajdziemy we wrześniowych gazetach żadnej wzmianki o ewakuacji i internowaniu władz II RP. Ta żenująca propaganda musiała jeszcze bardziej pogłębiać w społeczeństwie polskim psychologiczny wymiar druzgocącej klęski, jaką Polska doznawała od pierwszych godzin wojny.

W trzy miesiące po klęsce wrześniowej marszałek Śmigły napisał w swoim diariuszu: „Rozpoczynając wojnę, rozumiałem dobrze, że będzie ona z konieczności przegrana na froncie polskim, który uważałem za jeden z odcinków wielkiego frontu antyniemieckiego; zaczynając w niebywałych warunkach walkę – czułem się też jak dowódca odcinka, który ma być poświęcony, aby dać czas i możliwość organizacji i przygotowania innym”. Szkoda, że nie poinformował o tym wcześniej społeczeństwa polskiego, które było karmione niepoważną propagandą o sile militarnej państwa i pewności jego sojuszy, któremu ta propaganda czyniła nadzieje na rychłą defiladę zwycięstwa w Berlinie wraz z wojskami francuskimi i brytyjskimi.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 1 września 2018 r.

„Przegląd” nr 36 (973), 27.08-2.09.2018, s. 8-12

Powstanie Warszawskie w poezji Anny Świrszczyńskiej

Nikt bardziej nie oddał tragedii, hekatomby i bezsensu Powstania Warszawskiego niż poetka Anna Świrszczyńska (1909-1984). Tomik jej wierszy poświęconych powstaniu – „Budowałam barykadę” (Czytelnik, Warszawa 1974) – jest najbardziej wstrząsającym aktem oskarżenia wobec tych, którzy do powstania doprowadzili i którzy nigdy nie zdobyli się na jakąkolwiek refleksję nad swoją odpowiedzialnością za zagładę stolicy. Wręcz przeciwnie – chodzili w aureoli chwały, na którą nie zasłużyli. Tak też są dzisiaj przedstawiani przez swoich gloryfikatorów i politycznych epigonów.

Anna Świrszczyńska była córką malarza, rzeźbiarza i etnografa Jana Świerczyńskiego i Stanisławy z Bojarskich. Nazwisko Świrszczyńska powstało w wyniku błędnego zapisu w księdze metrykalnej, który nigdy nie został sprostowany. Jej rodzice żyli skromnie, dlatego po zdaniu matury w warszawskim gimnazjum Janiny Tymińskiej w 1927 roku nie podjęła – z braku środków – planowanych studiów artystycznych. Wybrała polonistykę i została poetką, także dramatopisarką i prozaiczką. Tworzyła utwory przeznaczone głównie dla dzieci.

Łatwo jest dzisiaj dyskredytować Świrszczyńską, ponieważ była człowiekiem lewicy. Tak czynią – co stwierdziłem z niesmakiem – zwolennicy obecnego obozu władzy. W latach 30. XX wieku Świrszczyńska była związana z pismem młodzieżowym „Płomyk” (wydawanym przez lewicowy Związek Nauczycielstwa Polskiego) oraz pismem lewicowej inteligencji „Wiadomości Literackie”. W 1936 roku została członkiem Związku Zawodowego Literatów Polskich, a w latach 1936-1939 pracowała w Związku Nauczycielstwa Polskiego, m.in. jako redaktorka „Małego Płomyczka”. W tymże 1936 roku wzięła też udział w słynnym strajku nauczycieli przeciw zwieszeniu Zarządu Głównego ZNP, który władze sanacyjne oskarżyły o propagowanie komunizmu i sympatie prosowieckie.

Współcześni kalumniatorzy Świrszczyńskiej z lubością przywołują podpisanie przez nią rezolucji krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich z 8 lutego 1953 roku, wyrażającej poparcie dla władz PRL po skazaniu w procesie pokazowym duchownych kurii krakowskiej. List ten podpisali m.in. Jan Błoński, Karol Bunsch (legionista Piłsudskiego i weteran wojny polsko-bolszewickiej), Władysław Dobrowolski (także weteran wojny polsko-bolszewickiej), Leszek Herdegen, Jalu Kurek, Sławomir Mrożek, Stefan Otwinowski i Wisława Szymborska.

Tylko czy w oparciu o ten epizod z życiorysu można dyskredytować twórczość Świrszczyńskiej, a zwłaszcza to co miała do powiedzenia o Powstaniu Warszawskim? Przecież to jest zabieg typowo bolszewicki – ocena człowieka w oparciu o wybrane fragmenty jego życiorysu, które mają go kompromitować według z góry przyjętych kryteriów.

Świrszczyńska pisała o Powstaniu Warszawskim nie z pozycji komunistycznej propagandy, ale z pozycji świadka – uczestniczyła w nim jako sanitariuszka AK. Widać to w niemal w każdym jej wierszu. Krytyka Świrszczyńskiej koresponduje nie z propagandą komunistyczną, ale z krytyką Powstania Warszawskiego, jaką uprawiali np. gen. Władysław Anders, Stanisław Cat-Mackiewicz, czy pisarze i publicyści obozu narodowego (Jan Dobraczyński, Jędrzej Giertych, Jan Matłachowski i in.).

Jednym z najbardziej oskarżycielskich pod adresem dowództwa AK wierszy Świrszczyńskiej jest wiersz „Żołnierz mówi do generała”:

„Chodź ze mną, generale.

Pójdziemy razem

zdobywać pięściami

karabiny maszynowe i armaty.

Kazałeś mi przecież zdobywać pięściami

karabiny maszynowe i armaty”.

Bohaterem tego wiersza jest gen. Antoni Chruściel „Monter” (1895-1960) – dowódca Okręgu Warszawskiego AK, uhonorowany za powstanie trzecim krzyżem Orderu Virtuti Militari oraz Dzwonem „Monter” w Muzeum Powstania Warszawskiego. „Monter” wymusił wybuch powstania fabrykując i rozpowszechniając po południu 31 lipca 1944 roku fałszywy meldunek o rzekomym pojawieniu się czołgów sowieckich w miejscowościach podwarszawskich, a nawet na Pradze.

Sytuacja przedstawiona w wierszu „Żołnierz mówi do generała” odnosi się do odprawy dowództwa Okręgu Warszawskiego AK z 27 lipca 1944 roku. Antoni Chruściel „Monter” zażądał na niej wykonania zadań, jakie w związku z planowanym powstaniem wyznaczył Obwodom, a dowódcy Obwodów oświadczyli, że zadania te są niewykonalne z powodu braku broni i amunicji. Wówczas „Monter” rozkazał, by nieuzbrojonym żołnierzom AK zostały wydane siekiery, kilofy i łomy. Przy pomocy takiego sprzętu mieli atakować przeciwnika uzbrojonego w broń maszynową, granaty, miotacze płomieni, moździerze i artylerię (później także czołgi, lotnictwo i broń rakietową). Tym, którzy tego rozkazu nie wykonają „Monter” groził sądem wojennym.

Tadeusz Prus-Maciński – uczestnik powstania w batalionie NOW-AK „Gustaw” – następująco skomentował rozkaz „Montera” w 1992 roku: „Chruściel skompromitował się wobec dowódców Obwodów, bo wszak drogę natarć toruje się (ułatwia): przygotowaniem artyleryjskim, bombardowaniem lotniczym, bronią pancerną, ewentualnie – w fazie szturmu – ładunkami wybuchowymi, wiązkami granatów, ale na miłość Boską – nie siekierami!”[1].

Wydaje się to oczywiste, ale bynajmniej nie dla współczesnych gloryfikatorów generała „Montera”.

Wielkim i szokująco wymownym oskarżeniem Świrszczyńskiej pod adresem dowództwa AK jest też wiersz „Niech liczą trupy”:

„Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki

niech policzą teraz nasze trupy.

Niech pójdą przez ulice

których nie ma

przez miasto

którego nie ma

niech liczą przez tygodnie przez miesiące

niech liczą aż do śmierci

nasze trupy”.

To nie jest komunistyczna propaganda. To jest wypowiedź świadka. Świrszczyńska widziała po kapitulacji powstania to miasto, którego nie ma i szła przez ulice, których nie ma. Czy tylko ona jedyna życzyła sobie wtedy, by ten widok zobaczyli sprawcy powstania? By uklękli wśród tych ruin i liczyli trupy? Stosunek ludności cywilnej – skazanej w ogarniętej powstaniem Warszawie na cierpienie i zagładę – był jednoznaczny nie tylko do dowództwa, ale nawet do żołnierzy AK. Najczęściej wyrażały go słowa „bandyci” i „mordercy naszych dzieci”. Tego jednakże też nie dowiemy się od współczesnych gloryfikatorów Powstania Warszawskiego.

Świrszczyńska jest w swoich wierszach świadkiem oraz obserwatorem rzeczy i wydarzeń przerażających. Obserwatorem, który najczęściej nie wydaje sądów i ocen, pozostawiając czytelnika samego z makabrycznym obrazem. Przypomina to styl opowiadań obozowych Tadeusza Borowskiego, za który też był krytykowany.

Taki makabryczny obraz, przemawiający do czytelnika samą grozą, mamy np. w wierszu „Major powiedział”:

„ – Rozkaz ma być doręczony w ciągu godziny –

powiedział major.

– To niemożliwe, tam piekło –

powiedział podporucznik.

Poszło pięć łączniczek,

jedna doszła.

Rozkaz był doręczony w ciągu godziny”.

Od razu nasuwa się pytanie: po co, w imię czego była ta ofiara? Co chcieli osiągnąć sprawcy powstania rzucając na bezsensowną śmierć tysiące, dziesiątki tysięcy wartościowej inteligenckiej młodzieży? Ci ludzie mogli przecież zostać nauczycielami, naukowcami, lekarzami, inżynierami, prawnikami, pisarzami, aktorami. Wielu z nich nie ma do dzisiaj nawet swoich mogił. Tych ludzi zabrakło w Polsce po 1956 roku. To oni mogli wtedy zmieniać oblicze kraju, a nie „komandosi” wywodzący się z hufca walterowskiego.

Jeszcze większą grozą przemawia wiersz „Z granatem na gniazdo cekaemów”:

„Przestali strzelać, poruczniku,

dajcie mi granat, ja pójdę pierwsza,

ja najmniejsza, mnie nie zobaczą,

jak kot na brzuchu, dajcie mi granat.

Jak kot na brzuchu przez kałużę,

granat w garści, wolno powoli

serce tak wali, jeszcze usłyszą,

pomóż mi Boże, wolno powoli,

jak kot na brzuchu, bliżej bliżej,

Boże, jeszcze, jeszcze bliżej,

teraz, odbezpiecz granat, skok.

Skoczyła. Niemcy

puścili serię”.

Pokazane w tym wierszu realia powstania są jakże niemiłe dla jego współczesnych gloryfikatorów oraz dla tych, którzy biegając z biało-czerwonymi opaskami 1 sierpnia myślą, że to była fajna harcerska przygoda.

To samo mamy w wierszu „Szli kanałami”:

„Szli kanałami

niosła go na plecach

po piersi w śmierdzącym kale

w ciemności bez powietrza

potykała się o trupy

tych co się potopili

czepiała się śliskich ścian

po których pełzały szczury

mówiła: poruczniku

niech pan się trzyma za szyję

to już niedługo.

Szli kanałami błądzili

niosła go na plecach

dziesięć godzin.

Gdy wyszła na ulicę

pod niebo czystej nocy

sanitariuszki powiedziały:

przyniosłaś trupa”.

Świrszczyńska jako sanitariuszka musiała być bezpośrednim świadkiem tej sceny. Może to nawet ona powiedziała koleżance, że przyniosła trupa.

I wreszcie tragiczny obraz klęski, przegranej po dwóch miesiącach walki, której nie można był od początku wygrać. Wiersz „To już koniec”:

„Tej nocy

zrozumieli wszyscy, że to już koniec.

Zabrakło wody

i sił, żeby szukać wody,

od trzech dni

nie ma łyżki gotowanego jęczmienia,

na brudnych bandażach

śmierdzi ropa i krew,

oczy, które tydzień nie spały,

zamykają się nawet na posterunku

bojowym, pod ostrzałem,

nogi, co się wlokły kanałami,

zmęczone jak kamienie,

wypada z ręki

pusty pistolet.

Więc kiedy usłyszeli o świcie

grzmot czołgów wroga idących do nowego ataku,

zrozumieli, że to koniec.

Tego ataku

już nie odeprą”.

Ileż treści ma ten wiersz. Łyżka gotowanego jęczmienia jako dzienna racja żywnościowa walczącego żołnierza AK, brak wody, brak sił, brudne bandaże, śmierdząca ropa i krew, brak snu, brak broni i amunicji – wypadający z ręki pusty pistolet. Tak wyglądało Powstanie Warszawskie, a nie tak jak to jest przedstawione w Muzeum Powstania Warszawskiego – miejscu kultu Antoniego Chruściela „Montera” i największej składnicy broni w Polsce.

Polecam tomik „Budowałam barykadę” Anny Świrszczyńskiej wszystkim tym, którzy potrafią myśleć bez ideologicznych uprzedzeń i którzy poszukują prawdy historycznej.

[1] Cyt. za: J. Engelgard, M. Motas, „W imię czego ta ofiara? Obóz Narodowy wobec Powstania Warszawskiego”, Warszawa 2017, wyd. II, s. 99.

Anna Świrszczyńska podczas Powstania Warszawskiego. Fot. domena publiczna

Anna Świrszczyńska podczas Powstania Warszawskiego. Fot. domena publiczna

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 sierpnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 35-36 (2203/2204), 26.08-2.09.2018, s. 10-11

Jan Bytnar a ONR

Padające tu i ówdzie postulaty delegalizacji Obozu Narodowo-Radykalnego poparł działacz PiS Patryk Jaki. Spotkała go za to ostra krytyka m.in. ze strony Rafała A. Ziemkiewicza, który stwierdził, że do ONR jakoby należał Jan Bytnar „Rudy” (1921-1943) – legendarny żołnierz Grup Szturmowych Szarych Szeregów, opisany przez Aleksandra Kamińskiego w powieści „Kamienie na szaniec”. Stwierdzenie Ziemkiewicza nie jest nowością, ponieważ informacja o domniemanej przynależności „Rudego” do ONR jest od dawna rozpowszechniana w części środowisk prawicowych.

Podstawowe źródło życiorysu „Rudego” stanowi książka Aleksandra Kamińskiego. Pierwsze dwa wydania tej książki miały miejsce w podziemiu podczas okupacji niemieckiej (1943, 1944), a więc poza cenzurą komunistyczną. Dlaczego więc Kamiński nie wspomniał, że Bytnar miał jakoby należeć do ONR?

Jan Bytnar „Rudy” na pewno należał do 12. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej im. Bolesława Chrobrego, Szarych Szeregów i ZWZ/AK. Jedyną organizacją polityczną, do której Bytnar przystąpił w październiku 1939 i należał do grudnia 1939 roku była lewicowa Polska Ludowa Akcja Niepodległościowa. Twórcą PLAN był adwokat Wacław Barcikowski (1887-1981) – związany z lewicującym Stronnictwem Demokratycznym, w latach 1945-1956 pierwszy prezes Sądu Najwyższego, także zastępca przewodniczącego Rady Państwa, wicemarszałek Sejmu Ustawodawczego oraz działacz Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Jako odpowiedzialny za degradację sądownictwa w okresie stalinowskim został usunięty z życia politycznego w 1956 roku. Szefem Wydziału Bojowego PLAN był natomiast Kazimierz Kott, który pochodził z inteligenckiej zasymilowanej rodziny żydowskiej. Oczywiście była to inteligencja lewicowa. Czy Bytnar jako ONR-wiec mógł się tak po prostu związać politycznie z takimi ludźmi? Nawet na dwa miesiące?

Działając w PLAN Bytnar był pomysłodawcą naklejania na plakatach niemieckich – informujących o utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa – karteczek o treści: „Komendant Piłsudski powiedziałby: a my was w d… mamy”. Powoływanie się na legendę i autorytet Piłsudskiego jakoś nie pasuje do ideologii ONR.

Legendę o tym, że Jan Bytnar miał być jakoby członkiem Grup Szkolnych ONR rozpowszechniał w mediach pięć lat temu Robert Winnicki. Źródłem tej legendy był działacz ONR i żołnierz NSZ Gustaw Potworowski (1915-2002), który pod koniec życia rozpowszechniał informację o ONR-owskiej przeszłości „Rudego”. Relację Potworowskiego powielił w 2002 roku Sebastian Bojemski w książce „Poszli w skier powodzi… Narodowe Siły Zbrojne w Powstaniu Warszawskim”. W 2012 roku informację o rzekomej przynależności „Rudego” do ONR powielał z kolei Wojciech J. Muszyński na łamach „Naszej Polski”.

Przypisywaniu „Rudemu” związków z ONR przeczą jednak fakty. Ojciec „Rudego” – nauczyciel i społecznik Stanisław Bytnar (1897-1945) – był legionistą Piłsudskiego, działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej i lewicowego Związku Nauczycielstwa Polskiego (oskarżonego w 1936 roku przez władze sanacyjne o sympatie prosowieckie). W warszawskim Państwowym Gimnazjum im. Stefana Batorego „Rudy” blisko przyjaźnił się z Krzysztofem Kamilem Baczyńskim (1921-1944) – wówczas liderem półlegalnego Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej „Spartakus”. A więc znowu lewica i to radykalna, bo w utworzonym w 1935 roku „Spartakusie” dominowały tendencje trockistowskie i takie też były ówczesne poglądy Baczyńskiego. Jak na ONR-owca „Rudy” obracał się zatem towarzysko i rodzinnie w kręgach dość odległych politycznie i ideologicznie od ONR.

Historycy Sebastian Bojemski i Wojciech J. Muszyński nigdy nie kryli swojego przywiązania do radykalnej prawicy. Ich wypowiedzi na tematy historyczne można było spotkać m.in. na łamach „Frondy” i „Naszego Dziennika”. Nie to jednak dyskredytuje ich twierdzenia o przynależności „Rudego” do ONR, ale fakt, że jedynym źródłem tych twierdzeń była i jest relacja Gustawa Potworowskiego. Jest to jedyna taka relacja, której nie potwierdza żadne inne źródło. Z punktu widzenia naukowych zasad krytyki źródła historycznego to za mało, by uznać ją za wiarygodną.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 sierpnia 2018 r.

Szantaż moralny jako podstawa polskiej kultury politycznej

Kiedy myślę o Powstaniu Warszawskim, myślę o rzezi Woli – eksterminacji od 30 do 65 tys. mieszkańców tej dzielnicy w dniach 5-7 sierpnia 1944 roku. Pod względem barbarzyństwa mordu porównywalnej tylko z masakrą nankińską.

Temat zagłady Woli i Ochoty został w moim odczuciu zmarginalizowany na ekspozycji w Muzeum Powstania Warszawskiego. Są tam co prawda eksponowane powojenne protokoły ekshumacyjne PCK, ale dokumenty te niewiele mówią osobie, która nie posiada wiedzy na temat zbrodni niemieckich popełnionych podczas tłumienia powstania. Nie sposób też dowiedzieć się czegokolwiek w tym muzeum o transportach warszawiaków z obozu przejściowego w Pruszkowie do KL Auschwitz i innych niemieckich obozów koncentracyjnych.

Zwiedzający Muzeum Powstania Warszawskiego jest przytłoczony ogromem eksponowanej tam różnego rodzaju broni. Co ma oznaczać ta ekspozycja? Jak jej wymowa ma się do wyliczeń Jerzego Kirchmayera, że uzbrojenie Okręgu Warszawskiego AK w chwili wybuchu powstania wystarczało dla 10 proc. stanu bojowego na dwa dni walki? Całą prawdę o aspektach politycznych powstania ma wyrażać epatująca czerwienią ekspozycja „Polska Lubelska”, z potężnym sierpem i młotem, portretami członków Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego i Związku Patriotów Polskich oraz dowódców Wojska Polskiego sformowanego na Wschodzie. To oni wraz ze Stalinem mają być winni tragedii powstania.

Zdumiewa taka postawa wobec niemieckiej zbrodni ludobójstwa popełnionej w Warszawie w sytuacji, gdy ze strony środowisk wspierających PiS słyszymy narzekania na brak wiedzy w świecie, zwłaszcza zachodnim, o polskiej martyrologii podczas drugiej wojny światowej. Cóż stoi na przeszkodzie, żeby to zmienić i powiedzieć światu np. o zagładzie Woli? Na przeszkodzie stoją narracja o „zwycięstwie moralnym” i gloryfikacja dowództwa AK.

Kiedy myślę o Powstaniu Warszawskim, nie widzę „zwycięstwa moralnego” oraz infantylnego obrazu harcerskiej przygody, jaki wyłania się ze niektórych wspomnień, eksponowanych w Muzeum Powstania Warszawskiego. Jan Ciechanowski – jeden z najwybitniejszych historyków Powstania Warszawskiego, który w nim uczestniczył jako 14-latek – wspominał po latach, że kobiety krzyczały do żołnierzy AK: „Ty morderco naszych dzieci!”. Tak wyglądało to „zwycięstwo moralne”.

Najbardziej brzemiennym w skutkach rezultatem Powstania Warszawskiego było stworzenie okazji dla Niemców i ich kolaborantów do eksterminacji mieszkańców stolicy. Skutek ten przewidział zresztą jeden z generałów AK, którzy wymusili decyzję o podjęciu walki – Tadeusza Pełczyński „Grzegorz”. Podczas wieczornej odprawy Komendy Głównej AK 31 lipca 1944 roku, na pytanie Delegata Rządu o to „co będzie jak Rosjanie staną” gen. Pełczyński nonszalancko odpowiedział, że „wtedy Niemcy nas wyrżną”.

I wyrżnęli. Ale nie generalicję z KG AK, tylko cywili. Wacława Szlacheta, mieszkanka kamienicy przy ul. Wolskiej 129 wspominała: „Wyszłam z mieszkania z mężem, dwoma synami i dwiema córkami. Razem z innymi mieszkańcami domu żandarmi kazali nam wyjść na ulicę Wolską, przejść jezdnię i zatrzymać się przy parku Sowińskiego. Odłączono mężczyzn od kobiet oraz oddzielono od matek chłopców w wieku od 14 lat. (…) Zobaczyłam, iż na rogu ul. Wolskiej i Ordona stoi na podstawie karabin maszynowy, a przy naszym domu w odległości ok. 10 m od ul. Ordona, w kierunku Prądzyńskiego, stoi drugi karabin maszynowy. (…) Z tych karabinów żołnierze niemieccy dali do nas salwy. Upadłam na ziemię. Nie byłam ranna. Na moje nogi padały zwłoki. Żyła jeszcze leżąca przy mnie moja najmłodsza córka Alina”. Wacława Szlacheta zauważyła też, jak jeden z Niemców zastrzelił leżące w wózku bliźnięta jej sąsiadki.

Henryk Haboszewski, mieszkaniec domu przy ul. Elekcyjnej 8: „Wypędzono nas z piwnic i pognano pod park na Ulrychowie, do przechodzących strzelano, żonę zabito na miejscu, dziecko nasze ranne wołało matkę, wkrótce podszedł Ukrainiec i zabił moje dwuletnie dziecko jak psa. Następnie razem z Niemcami zbliżył się do mnie, stanął mi na piersiach, patrząc, czy żyję. Udawałem trupa. (…) Tworzył się zwał niezliczonych trupów. Tych, co jeszcze dawali oznaki życia, dobijano. Zostałem przywalony jakimiś ciałami, tak że się prawie dusiłem. Egzekucje trwały do piątej po południu”.

Jan Grabowski, mieszkaniec domu przy ul. Wolskiej 123: „Niemcy zaczęli strzelać z karabinu maszynowego i karabinów ręcznych, a także rzucać granaty w tłum leżących ludzi. Po jakimś czasie (…) zobaczyłem, iż Niemcy przypędzili nową grupę. (…) Strzelanina trwała z przerwami na dobijanie co najmniej sześć godzin. (…) Słyszałem, jak żandarm mówił, by zabić mego pięciomiesięcznego synka, który płakał, po czym posłyszałem strzał i dziecko ucichło. Leżąc, udawałem zabitego”. Potem Niemcy kazali nosić Grabowskiemu zwłoki rozstrzelanych, które palili na stosach. „Trupy nosiliśmy na dwie kupy aż do zmroku. Jeden stos miał długość ok. 20 m, drugi 15 m, szerokość ok. 10 m, wysokość ok. 1,5 m” – wspominał Jan Grabowski.

Mathi Schenk, Belg służący w brygadzie Dirlewangera, tak zapamiętał wymordowanie polskich dzieci z prawosławnego sierocińca przy ulicy Wolskiej 149: „Wysadziliśmy drzwi, chyba do szkoły. Dzieci stały w holu i na schodach. Dużo dzieci. Rączki w górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil, zanim wpadł Dirlewanger. Kazał zabić. Rozstrzelali je, a potem po nich chodzili i rozbijali główki kolbami. Krew ciekła po schodach”. Pan Schenk prawdopodobnie sam uczestniczył w tej zbrodni, ale żaden prokurator III RP nie pomyślał w 2004 roku, kiedy Schenk opowiedział o tym „Gazecie Wyborczej”, żeby go chociaż przesłuchać w charakterze podejrzanego. Schenk opisał też ze szczegółami sadystyczne gwałty i morderstwa dokonywane na Polkach przez esesmanów z brygady Dirlewangera.

Mordercy z SS i Wehrmachtu – wspierani przez Ukraińców z formacji Hifswillige (tzw. hiwisi) oraz Azerów ze 111. Azerbejdżańskiego Batalionu Polowego i batalionu „Bergmann” – dokonali największych egzekucji 5 i 6 sierpnia 1944 roku w rejonie ulic Górczewskiej i Moczydła (10-12 tys. ofiar), w fabryce Ursus przy ul. Wolskiej 55 (7,5 tys.), w fabryce Franaszka przy ul. Wolskiej 41/45 (7 tys.), w fabryce Kirchmayera i Marczewskiego przy ul. Wolskiej 79/81 (2 tys.), w parku Sowińskiego (1,5 tys.) oraz w zajezdni tramwajowej przy ul. Młynarskiej (1 tys.). Wymordowali też personel medyczny w Szpitalu Wolskim i w Szpitalu św. Łazarza przy ul. Leszno 36.

Adwokat Stanisław Wojciech Talikowski: „Po obu stronach ulicy jeszcze płonęły lub dogasały domy. (…) Pełno trupów. Tu leży kilku mężczyzn, tam kobieta naga do pasa już zastygła, niektóre trupy rozjechane przez samochody, odrzucone na bok jak łachmany. Ślady rabunku, jakieś walizki porozbijane, stosy banknotów, fruwające na wietrze, na które nikt nie zwracał uwagi. Co chwila słychać wrzaski rozdzierające i strzały. To oddziały policji Dirlewangera mordowały ludzi, strzelając do nich na naszych oczach. Miejscami stąpaliśmy po kałużach świeżej krwi”.

Wanda Felicja Lurie o egzekucji w fabryce Ursus przy ulicy Wolskiej 55: „Naszą grupę skierowano w kierunku przejścia między budynkami. Leżały tam już trupy. Gdy pierwsza czwórka dochodziła do miejsca, gdzie leżały trupy, strzelali Niemcy i Ukraińcy w kark od tyłu. Zabici padali, podchodziła następna czwórka, by tak samo zginąć. (…) Podeszłam więc w ostatniej czwórce razem z trojgiem dzieci do miejsca egzekucji, trzymając prawą ręką dwie rączki młodszych dzieci, lewą – rączkę starszego synka. Dzieci szły, płacząc i modląc się. Starszy, widząc zabitych, wołał, że i nas zabiją. W pewnym momencie Ukrainiec stojący za nami strzelił najstarszemu synkowi w tył głowy, następne strzały ugodziły młodsze dzieci i mnie. Przewróciłam się na prawy bok. Strzał oddany do mnie nie był śmiertelny. Kula trafiła w kark z lewej strony i przeszła przez dolną część czaszki, wychodząc przez prawy policzek. Dostałam krwotoku ciążowego. Wraz z kulą wyplułam kilka zębów. Czułam odrętwienie lewej części głowy i ciała. Byłam jednak przytomna i leżąc wśród trupów, widziałam prawie wszystko, co się działo dokoła. Obserwowałam dalsze egzekucje. Wprowadzono nową partię mężczyzn, których trupy padały i na mnie. (…) Wprowadzono dalszą partię kobiet i dzieci – i tak grupa za grupą rozstrzeliwano aż do późnego wieczoru”.

Tuż przed egzekucją Wanda Lurie błagała o pomoc Ukraińca z oddziału hiwisów. Dała mu trzy złote pierścionki. Niemieckiemu żandarmowi przypominała o honorze oficera. Po egzekucji – kiedy ciężko ranna udawała nieżywą – mordercy zdjęli jej z ręki zegarek.

20 sierpnia 1944 roku Wanda Lurie urodziła w obozie przejściowym w Pruszkowie syna Mścisława. Dr Mścisław Lurie – syn warszawskiej Niobe – zmarł w Warszawie 22 czerwca 2018 roku. Przeżył rzeź Woli jako dziecko nienarodzone, ocalony przez matkę. Tak jak jego matka, był niezwykłym symbolem. Takie symbole trzeba eksponować w Muzeum Powstania Warszawskiego, a nie opowieści o tym jak wzniosły duch miał panować na barykadach i jak działała harcerska poczta powstańcza albo radiostacja „Błyskawica”.

To tylko obrazki z jednego dnia niemieckiego ludobójstwa w Warszawie. A przecież to piekło – będące dziełem Niemców i ich kolaborantów – rozgrywało się na Woli także w następnych dniach, a później na Ochocie, Starym Mieście, Mokotowie. Kiedy widzę te obrazy, widzę bezkarnych sprawców tych zbrodni z ich dowódcą Heinzem Reinefarthem na czele. Zapewnienie temu zbrodniarzowi bezkarności i tolerowanie jego powojennej kariery politycznej jest największą hańbą, jaka okryła Republikę Federalną Niemiec. Hańbą, której zmazać się nie da, chociaż niewielu obywateli RFN i mieszkańców Europy Zachodniej o niej wie.

Reinefarth i jemu podobni wykonywali rozkaz Hitlera o zagładzie Warszawy mając świadomość, że przecież Niemcy przegrają wojnę, a właściwie już ją przegrały. Nie bali się jednak, że mogą zostać pociągnięci do odpowiedzialności. I rzeczywiście nie zostali. Ich gotowość do wykonania najbardziej zbrodniczego rozkazu i pogarda dla ofiar są porażające.

Powstanie Warszawskie nie było harcerską przygodą i „zwycięstwem moralnym”. To była przeprowadzana dzień po dniu ludobójcza eksterminacja ludności cywilnej. O atomowej zagładzie Hiroszimy i Nagasaki, która pochłonęła 150 tys. ofiar, wie cały świat. O zagładzie 180 tys. cywili w Warszawie wie mało kto poza Polską. Kto ponosi za to winę? Narracja historyczna o „zwycięstwie moralnym”.

Ale taka narracja jest nieunikniona, jeśli celem polityki historycznej, której ta narracja służy, jest rozgrzeszenie dowództwa AK i rządu RP w Londynie. Fakt bezprecedensowej w XX wieku zagłady stolicy europejskiego kraju wymusza przecież także pytanie o to kto poza bezpośrednimi sprawcami jest za nią odpowiedzialny.

Nie sposób nie pomyśleć tutaj o dniu 31 lipca 1944 roku. Tego dnia w godzinach porannych odbyła się kolejna odprawa Komendy Głównej AK. Płk Antoni Chruściel zameldował, że „nie ma czym nacierać”. Generał Leopold Okulicki odpowiedział mu na to, że „broń zdobywa się na nieprzyjacielu”. Po burzliwej dyskusji zdecydowano nie podejmować na razie powstania w stolicy. Trzy głosy były „za”, cztery „przeciw”. Zdenerwowany Okulicki powiedział do gen. Bora-Komorowskiego, że jeśli nie podejmie decyzji o wybuchu powstania będzie „drugim Skrzyneckim”. Ale i to nie wymusiło rozkazu podjęcia walki. Wczesnym popołudniem 31 lipca 1944 roku najwyższe władze wojskowe i polityczne podziemia nie liczyły się jeszcze z wybuchem powstania w Warszawie 1 sierpnia. Sytuacja zmieniła się radykalnie na drugiej odprawie KG AK około godziny 18.

Jej uczestnicy wiedzieli już o wylocie premiera Stanisława Mikołajczyka na rozmowy ze Stalinem do Moskwy oraz zostali wcześniej poinformowani przez płk. Chruściela o rzekomej „obecności oddziałów sowieckich w Radości, Wołominie i Radzyminie”. Była to jednak informacja nie sprawdzona i – jak się później okazało – fałszywa. Płk Chruściel wyraził opinię, że walkę o Warszawę należy rozpocząć bezzwłocznie. Delegat Rządu Jan Stanisław Jankowski – po uzyskaniu wspomnianej odpowiedzi od gen. Pełczyńskiego, że jeśli Rosjanie nie wejdą to „wtedy Niemcy nas wyrżną” oraz po uzyskaniu informacji od płk. Chruściela o brakach w broni i amunicji – zwrócił się do gen. Bora-Komorowskiego ze słowami: „Niech pan zaczyna”. Wtedy dowódca AK wydał rozkaz płk. Chruścielowi rozpoczęcia powstania w Warszawie następnego dnia o godz. 17.00.

Około pół godziny po zakończeniu tej odprawy u gen. Bora-Komorowskiego zameldował się płk Kazimierz Iranek-Osmecki – szef wywiadu AK. Oświadczył on dowódcy AK, że Sowieci zostali odrzuceni od Warszawy, a Niemcy przygotowują się do dalszego kontrataku. W dniach 30-31 lipca 1944 roku walki niemiecko-sowieckie toczyły się dokładnie o te same miejscowości podwarszawskie co w 1920 roku podczas wojny polsko-bolszewickiej. Sowieci, tak jak w 1920 roku, przegrali bitwę na przedpolach Warszawy i było oczywiste, że w najbliższych dniach, a może i tygodniach nie będą próbować ponownie zdobywać stolicy z marszu. O tym właśnie poinformował gen. Bora-Komorowskiego płk Iranek-Osmecki wieczorem 31 lipca 1944 roku.

Bór-Komorowski odpowiedział mu jednak, że na odwołanie rozkazu wybuchu powstania jest już za późno, co nie było prawdą. Do „godziny W” pozostały jeszcze około 20 godzin – wystarczająco dużo, żeby odwołać rozkaz powstania. Wychodząc z lokalu konspiracyjnego, Bór-Komorowski spotkał na schodach płk. Kazimierza Plutę-Czachowskiego – zastępcę szefa sztabu KG AK odpowiedzialnego za łączność – który zameldował, że „rozpoczęło się niemieckie przeciwuderzenie od Modlina”. Na to Bór-Komorowski odpowiedział: „Rozkaz został wydany. Zmieniać nie będę”. Wiedział, że rozkaz wybuchu powstania jest w tej sytuacji przedwczesny i że z wojskowego punktu widzenia należy go odwołać, ale tego nie uczynił.

Wybuchowi powstania w Warszawie był przeciwny Wódz Naczelny, gen. Kazimierz Sosnkowski – przebywający od 11 lipca 1944 roku we Włoszech na inspekcji II Korpusu Polskiego. W depeszy do władz polskich w Londynie z 31 lipca 1944 roku gen. Sosnkowski napisał, że „powstanie zbrojne byłoby aktem pozbawionym politycznego sensu, mogącym za sobą pociągnąć niepotrzebne ofiary”. Z polecenia prezydenta Władysława Raczkiewicza depesza ta jednak nie została wysłana do Warszawy. Zadecydowało o tym najprawdopodobniej stanowisko premiera Stanisława Mikołajczyka, który liczył na to, że podczas rozmów w Moskwie skłoni Stalina przy po mocy argumentu powstania w Warszawie do wycofania poparcia dla PKWN. Na Stalinie powstanie w Warszawie nie zrobiło jednak oczekiwanego wrażenia. Ponadto gen. Sosnkowski nie wydał dowództwu AK stanowczego rozkazu zakazującego podejmowania powstania.

W pierwszej depeszy, wysłanej do Londynu po wybuchu powstania, Delegat Rządu i dowódca AK napisali: „Wobec rozpoczęcia walk o opanowanie Warszawy prosimy o spowodowanie pomocy sowieckiej przez natychmiastowe uderzenie z zewnątrz”.

Jak można było oczekiwać natychmiastowego uderzenia wojsk sowieckich w sytuacji ich odparcia przez Niemców spod Warszawy, o czym Bór-Komorowski wiedział wieczorem 31 lipca 1944 roku? No i jak można było oczekiwać pomocy od tych, przeciwko którym politycznie zostało wymierzone powstanie? Czego przecież nie ukrywano. Gdzie tu było jakiekolwiek myślenie wojskowe i polityczne?

W relacji, którą na ręce Jana Matłachowskiego złożył 23 października 1972 roku płk Kazimierz Pluta-Czachowski jest mowa o tym, że Bór-Komorowski nie kazał sprawdzić informacji rozpowszechnianych po południu 31 lipca 1944 roku przez płk. Chruściela o rzekomej obecności Armii Czerwonej w miejscowościach podwarszawskich i rychłym zajęciu przez nią Pragi. Informacji zweryfikowanych negatywnie jeszcze tego samego dnia przez płk. Iranka-Osmeckiego i samego Plutę-Czachowskiego. W relacji Pluty-Czachowskiego jest też mowa o tym, że Bór-Komorowski przewidywał „po wyjściu Niemców z Warszawy utworzenie w rejonie Politechniki bastionu, na którym chciał stoczyć ostatnią walkę, tym razem z wojskami radzieckimi. Ta koncepcja okopów Świętej Trójcy nie była decyzją wojskową, nic nie miała wspólnego z wojskowym sposobem myślenia”.

Kiedy to czytam, znowu przychodzi mi na myśl Muzeum Powstania Warszawskiego, które jest nie tylko największą składnicą broni w Polsce, ale także miejscem jakiegoś przedziwnego kultu osoby Antoniego Chruściela „Montera” – dowódcy Okręgu Warszawskiego AK, awansowanego we wrześniu 1944 roku na stopień generalski, głównego – obok gen. Leopolda Okulickiego – sprawcy wybuchu Powstania Warszawskiego. Na ekspozycji muzealnej znajdują się jego mundur generalski oraz m.in. trzy Krzyże Orderu Wojennego Virtuti Militari, w tym jeden, jaki dostał za Powstanie Warszawskie. W centralnej części Muru Pamięci przy muzeum zainstalowano dzwon „Monter” z podobizną Antoniego Chruściela, który bije zawsze 1 sierpnia o godz. 17.00.

Dzwon ten bije jakby na trwogę wymordowanym i spalonym mieszkańcom Woli, zapomnianym w tym muzeum, znajdującym się przecież na Woli. Odgłos tego dzwonu musi też być chyba jakimś szyderstwem z żołnierzy AK, którym „Monter” powiedział na odprawie przed powstaniem, że mają zdobyć broń na Niemcach pięściami i kijami, a kto tego nie uczyni pójdzie pod sąd wojenny.

Odpowiedziała mu na to po latach uczestniczka powstania, poetka Anna Świrszczyńska (1909-1984), w wierszu „Żołnierz mówi do generała”:

Chodź ze mną, generale.

Pójdziemy razem

zdobywać pięściami

karabiny maszynowe i armaty.

Kazałeś mi przecież zdobywać pięściami

karabiny maszynowe i armaty.

Jan Matłachowski (1906-1989) w swoim studium „Kulisy genezy Powstania Warszawskiego” (Londyn 1978) napisał: „Prawda o Powstaniu Warszawskim unaocznia skutki niewłaściwego funkcjonowania mechanizmu selekcji i doboru, odnośnie stawiania właściwego człowieka na właściwym miejscu. Te wady naszego organizmu narodowego są schorzeniami zadawnionymi, powstałymi przez zaniedbywanie na przestrzeni całych stuleci zasad umiejętnego rządzenia się”.

Czy tylko? Data 5 sierpnia przywołuje nie tylko rzeź Woli. Przywołuje także egzekucję 5 sierpnia 1864 roku Romualda Traugutta i czterech innych członków przedostatniego Rządu Narodowego w Powstaniu Styczniowym. Po co Traugutt w ogóle angażował się w to powstanie? Przecież był mu przeciwny i był przeciwny Czerwonym, którzy je wywołali. Ponadto jako zawodowy oficer doskonale zdawał sobie sprawę, że osobnicy z kosami, pikami, strzelbami i chorągwiami kościelnymi nie pokonają największej armii ówczesnej Europy. Dokładną powtórką tego szaleństwa stało się 80 lat później Powstanie Warszawskie, którego sprawcy i uczestnicy zostali wychowani na kulcie Powstania Styczniowego. Jeżeli ludzie rozumni i rozsądni – których w Polsce zawsze było i jest mało – zamiast powiedzieć NIE, przyłączają się do szaleństwa w imię „patriotycznej” solidarności z szaleńcami lub ulegając szantażowi szaleńców – to o czym to świadczy?

Świadczy to o tym, że polską mentalność i kulturę polityczną od ponad dwóch stuleci kształtuje szantaż moralny. Nie wolno powiedzieć, że Walerian Łukasiński, Piotr Wysocki, Maurycy Mochnacki, czy Stefan Bobrowski byli przestępcami i szkodnikami, którzy pogrzebali szansę odbudowy polskiej państwowości już w XIX wieku. Należy powiedzieć, że to byli wielcy patrioci i zachwycać się ich cierpieniem dla Ojczyzny. Kto sądzi inaczej – nie jest godzien miana Polaka. Nie wolno powiedzieć, że Tadeusz Bór-Komorowski, Tadeusz Pełczyński, Leopold Okulicki, Antoni Chruściel, Jan Stanisław Jankowski i Stanisław Mikołajczyk byli zbrodniarzami, którzy sprowadzili straszne nieszczęście na własny naród. Kto by się ośmielił tak twierdzić – jest sowieckim albo rosyjskim agentem, któremu od razu najlepiej prześwietlić życiorys, zgodnie z bolszewickim zwyczajem przyswojonym w całości przez polską prawicę.

Tak działa szantaż moralny, który skutkuje tym, że wtłaczana do głów fałszywa historia kreuje fałszywą politykę. W ten sposób od ponad dwustu lat wykorzenia się w Polsce elementarną kulturę polityczną, tępi w zarodku logiczne myślenie oraz wysuwa na elitę ludzi miałkich, bez charakteru i wizji. W ten sposób doprowadza się do tego, że Polacy kierują się w swoich ocenach i działaniach wyłącznie emocjami. Sztuka rządzenia Polakami stała się sztuką wzniecania i wykorzystywania emocji. Obecny kult Powstania Warszawskiego, a także kult „żołnierzy wyklętych” („powstania antykomunistycznego”) są niczym innym jak narzędziami tego właśnie szantażu moralnego, który ma powstrzymywać Polaków przed samodzielnym myśleniem w kategoriach politycznych.

Kiedy myślę o Powstaniu Warszawskim, myślę też o niemal równoległym do niego Słowackim Powstaniu Narodowym (SNP, 29 sierpnia – 28 października 1944). Powstanie słowackie miało polityczne poparcie Stalina, a na pomoc spieszyły mu 1. i 4. Front Ukraiński Armii Czerwonej oraz Czechosłowacki Korpus Armijny – zatrzymane przez Niemców w krwawej bitwie na Przełęczy Dukielskiej (8 września – 30 listopada 1944). Wynika z tego prosty wniosek, że polityczne poparcie Stalina i militarne wsparcie Armii Czerwonej nie mogą być uznane za warunek konieczny i rozstrzygający dla wygrania jakiegokolwiek powstania. W SNP walczyła regularna armia słowacka (około 50 tys. żołnierzy), wsparta przez desant 2. Czechosłowackiej Samodzielnej Brygady Desantowej. Na lotnisku „Tri duby” („Trzy Dęby”) w Kotlinie Zwoleńskiej lądowały amerykańskie i radzieckie samoloty z zaopatrzeniem i bronią. A mimo to powstanie słowackie upadło.

Jest jeszcze jedna zasadnicza różnica pomiędzy Powstaniem Warszawskim a SNP. Straty. Po stronie polskiej zginęło 17 tys. żołnierzy AK i około 180 tys. mieszkańców Warszawy. Ponadto spośród 55 tys. warszawiaków deportowanych do niemieckich obozów koncentracyjnych prawdopodobnie zginęła połowa. Nieznana jest liczba ofiar śmiertelnych wśród pozostałych około 500 tys. warszawiaków wypędzonych przez Niemców ze stolicy. Straty Niemców i ich kolaborantów wyniosły – według meldunku von dem Bacha do Himmlera z 5 października 1944 roku – 1570 zabitych. Natomiast w powstaniu słowackim zginęło 1720 Słowaków (12 tys. w walkach partyzanckich toczonych do wiosny 1945 roku), a po stronie niemieckiej było 4,2 tys. zabitych. Nawet przegrane powstania trzeba umieć robić.

Bohdan Piętka 

Oświęcim, 8 sierpnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 33-34 (2201/2202), 12-19.08.2018, s. 14-15

Niech policzą nasze trupy. Elity intelektualne a Powstanie Warszawskie

Powstanie Warszawskie było największą – obok kampanii wrześniowej – polską klęską podczas drugiej wojny światowej. Zginęło w nim ok. 17 tys. powstańców oraz 150-200 tys. cywilów. Do tego trzeba dodać 55 tys. warszawiaków wywiezionych do niemieckich obozów koncentracyjnych, z których przynajmniej połowa nie dożyła końca wojny. Nie znamy i prawdopodobnie nigdy nie poznamy dokładnej liczby tych spośród 600 tys. cywilów wypędzonych z Warszawy, którzy zginęli podczas wojennej poniewierki. Straty materialne poniesione w wyniku powstania przez Warszawę oszacowano w 2004 roku na co najmniej 45,3 mld dolarów amerykańskich.

Przeciwnikiem powstania w Warszawie był m.in. dowódca II Korpusu Polskiego, gen. Władysław Anders. W liście do ppłk. Mariana Dorotycz-Malewicza „Hańczy” z 31 sierpnia 1944 roku nie szczędził ostrej krytyki dowództwu AK: „Byłem całkowicie zaskoczony wybuchem powstania w Warszawie. Uważam to za największe nieszczęście w naszej obecnej sytuacji. Nie miało ono najmniejszych szans powodzenia, a naraziło nie tylko naszą stolicę, ale i tę część Kraju, będącą pod okupacją niemiecką, na nowe straszliwe represje. (…) powstanie w ogóle nie tylko nie miało żadnego sensu, ale było nawet zbrodnią”[1].

Rację gen. Andersowi przyznał po latach emigracyjny historyk, prof. Jan Ciechanowski (1930-2016) – autor opracowań naukowych o Powstaniu Warszawskim krytycznych wobec dowództwa AK. Sam Ciechanowski walczył w powstaniu i został dwukrotnie ranny. Pod koniec życia wspominał, że matki krzyczały do żołnierzy AK: „Ty morderco naszych dzieci!”. „Tak naprawdę do wybuchu przez swoje naciski doprowadził gen. Okulicki, który chciał, abyśmy zajęli Warszawę. Ale myśmy jej zdobyć nie mogli! Mój pluton, który miał nacierać na Sejm posiadał 7 pistoletów, 3 karabiny i 40 granatów na 40 ludzi” – tłumaczył Ciechanowski.

Fakt nieprzygotowania militarnego i politycznego walki podjętej przez AK o stolicę oraz wynikające z tego skutki dostrzegli także ludzie ówczesnej elity intelektualnej. Niektórzy z nich zdobyli się na wyrażenie ostrej krytyki, pretensji, osobistego bólu. Ich świadectwo – wydane w czasie powstania, jak i po wojnie – przeczy współczesnej oficjalnej narracji o Powstaniu Warszawskim, która w najbardziej skrajnej wersji przedstawia je jako wielkie zwycięstwo moralne.

Wstrząsające swoją wymową oskarżenie pod adresem dowództwa AK sformułowała poetka Anna Świrszczyńska (1909-1984) – uczestnicząca w powstaniu jako sanitariuszka. W jej wierszu „Żołnierz mówi do generała” pojawia się zdumiewający obraz żołnierza AK, który wzywa generała, żeby razem wykonali rozkaz zdobycia pięściami karabinów i armat.

Tomasz Łubieński w wydanym po raz pierwszy w 2004 roku eseju „Ani tryumf, ani zgon. Szkice o Powstaniu Warszawskim” tak wyjaśnił motyw tego wiersza: „Dowódcy Powstania [gen. Antoniemu Chruścielowi „Monterowi”– uzup. BP] przypisywane są słowa wypowiedziane na jakiejś odprawie, które brzmią nieprawdopodobnie w ustach wojskowego: »Musicie sobie zdobyć broń, idąc nawet z kijami i pałkami, a ci, którzy są do tego niezdolni, pójdą pod sąd«. Odpowiedziała, może to nawet osobiście »Monterowi«, uczestniczka Powstania poetka Anna Świrszczyńska. W tomiku wierszy Budowałam barykadę jest bowiem taki fragment: »Generale, chodźmy gołymi pięściami zdobywać karabiny maszynowe i armaty«. Dowództwo Powstania, które popełniło tak wiele błędów, mogłoby zachowując żołnierską twardość przemawiać bardziej po ludzku, spuścić z tonu”.

Czytelne oskarżenie zawiera też wiersz Świrszczyńskiej pt. „Niech liczą trupy”:

Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki

niech policzą teraz nasze trupy.

Niech pójdą przez ulice

których nie ma

przez miasto

którego nie ma

niech liczą przez tygodnie przez miesiące

niech liczą aż do śmierci

nasze trupy.

Z tym wierszem koresponduje inna refleksja Tomasza Łubieńskiego, który uznał za smutne to, że dowódcy powstania aż do śmierci „nie dopuścili do siebie żadnej samokrytycznej refleksji, jakiegoś prywatnego pytania, czy jednak mieli dość racji robiąc Powstanie? Pozostali do końca, mówiąc romantycznie aż po grób, wierni swojej decyzji, mimo że pomyłka w rachubach czy nadzieja okazała się druzgocąca. Mało, że się pomylili, to jeszcze z wierności swojej pomyłce uczynili swój święty obowiązek”.

Ogrom cierpień walczącej stolicy realistycznie oddaje notatnik prowadzony podczas powstania przez 80-letnią Marię Rodziewiczównę (1864-1944), która zmarła miesiąc po kapitulacji Warszawy. Pod datą 25 sierpnia 1944 roku czytamy: „Stare Miasto zburzone i spalone, ale trwa AK w ruinach”. Natomiast pod datą 17 września 1944 roku pisarka informuje: „Warszawa bez kropli wody – po gardło w kale i moczu, i w plwocinach”.

„Jakaś kobieta ciężko ranna dwa tygodnie leżała w piwnicy, odżywiając się olejem i wodą. Kiedy jej dano coś do zjedzenia, zwymiotowała i zaraz umarła” – odnotował z kolei 27 września 1944 roku pisarz i dziennikarz Eugeniusz Szermentowski (właśc. Schummer, 1904-1970). Wspomniał też o szokujących okrucieństwem zbrodniach formacji kolaboracyjnej Bronisława Kamińskiego. Pisarka Larysa Zajączkowska-Mitznerowa (1918-1987) – politycznie związana z PPS – wybuch powstania powitała z entuzjazmem: „Dziś się rozpoczęło. Przyszło to, o czym się marzyło (…)”. Ale jest to jedyny tak optymistyczny zapis w jej diariuszu. Potem z każdym dniem jest już tylko gorzej. Nie ma prądu i wody. Ludność cywilna jest barbarzyńsko masakrowana przez Niemców. Ci, którzy nie zginą z ręki wroga – umierają na tyfus, grypę i czerwonkę. Albo po prostu z głodu. Wszędzie śmierdzą rowy kloaczne.

Leopold Buczkowski (1905-1989) – prozaik, poeta, artysta grafik i rzeźbiarz oraz żołnierz powstania – też nie cofnął się przed krytyką dowództwa AK za wydanie rozkazu walki. Poszedł jednak dalej i w swoim dzienniku, zatytułowanym „Powstanie na Żoliborzu”, nie oszczędził słów potępienia aliantom zachodnim oraz papieżowi. Pisał z irytacją: „Co autorytety na to? Co znaczy papież? Co znaczy każdy inny autorytet? Gówno – wszystko zbombardowane – mordują masowo Polaków od granicy wschodniej po zachodnią. Co to się dzieje? Czy to nie granda międzynarodowa? Dlaczego dopiero teraz zastanawiają się, czy uznać AK za kombatantów? (…) Porównaj wysiłek naszego chłopca z AK – drobnego, niedożywionego przez 5 lat, z pistoletem, pełniącego służbę bojową 20-kilka dni bez odpoczynku? A żołnierz brytyjski? A inny? Nie bądźcie świniami szanowni panowie! Zbłaźnicie się historycznie!”

Zaskakująco odmiennie patrzyła na kwestie polityczne w swoich zapiskach z tego okresu Maria Dąbrowska (1889-1965). Jej oceny były niemal zbieżne ze stanowiskiem dowództwa AK. Tak jak generałowie AK, Dąbrowska nie życzyła sobie 27 lipca 1944 roku wyzwolenia Warszawy przez Armię Czerwoną: „Przechodząc Alejami Jerozolimskimi, musiałam długo czekać, aby móc przejść przez jezdnię, gdyż wojsko i armaty szły bez końca na Pragę, znów tak jak w 1941 r. – na wschód. Podobno Niemcy pchnęli na front warszawski nowe 10 dywizji. O losie nasz tragiczny, że musimy to słyszeć z ulgą – i raczej się z tego cieszyć. Myśl o inwazji bolszewickiej jest najzupełniejszym koszmarem”.

Dwa ostatnie zdania szokują, ale jeszcze bardziej szokująca jest informacja zawarta w zacytowanym fragmencie „Dzienników” wielkiej polskiej pisarki. Skoro nawet Maria Dąbrowska potrafiła pod koniec lipca 1944 roku zauważyć, że Niemcy opanowali początkową panikę i ściągnęli do Warszawy świeże siły, to jak to się stało, że nie zauważyła tego generalicja AK, wydając rozkaz walki w najmniej sprzyjającym momencie?

Kiedy jednak koszmarem stało się rozpoczęte w Warszawie powstanie, mające przecież w intencji jego inicjatorów nie dopuścić właśnie do „inwazji bolszewickiej”, Dąbrowska – tak jak dowództwo AK – zaczęła wyrażać pretensje pod adresem Stalina, że do „inwazji bolszewickiej” nie doszło. Pisała: „Wszyscy komentują łajdacką postawę Moskali, którzy umyślnie zatrzymali swoje wejście do Warszawy, aby Niemcy mogli nas grzebać. Ich lotnictwo, które nas tak przedtem nękało terrorystycznymi nalotami, męczącymi całe dzielnice, nie przyszło nam z pomocą. Ani jeden samolot sowiecki od wybuchu powstania nie pojawił się nad miastem. Zapewne Stalin używa tego jako atutu wobec Mikołajczyka”.

Niektórzy uczestnicy i świadkowie Powstania Warszawskiego z kręgu elit intelektualnych pokusili się o jego głębszą analizę polityczną. Pisarz i krytyk sztuki Zbigniew Florczak (1923-2005) – w 1944 roku żołnierz powstania – na łamach londyńskich „Wiadomości” w 1947 roku postawił tezę, że do powstania nie należało dopuścić tak ze względów politycznych, jak i wojskowych. Jego zdaniem „błąd był w intencji samej, a błędy wykonania były jedynie konsekwentną zemstą wypadków, tak lekkomyślnie sprowokowanych”. Swoje rozważania zakończył oskarżeniem: „Kiedy się ogarnia wspomnieniem tę gigantyczną improwizację, przychodzi na myśl, że była ona śmiertelną zniewagą i nadużyciem zaufania całego kraju, pogrążonego od pięciu lat w konspiracji. Bo Kraj wierzył w dokładny, cudownie precyzyjny jak mechanizm zegarka plan akcji i miał prawo w taki plan wierzyć”.

Uczestnikiem powstania, podczas którego został ranny, był też Stefan Kisielewski (1911-1991) – pisarz i publicysta, który w PRL nie ukrywał swojej niechęci do panującego ustroju. Po raz pierwszy Kisielewski ocenił powstanie we wrześniu 1945 roku na łamach „Tygodnika Powszechnego”: „Powstanie warszawskie nie było aktem dojrzałej męskości: było aktem zniecierpliwienia, młodzieńczej niepowściągliwości. I dlatego przyniosło szkodę podstawowemu aksjomatowi patriotyzmu, jakim jest – istnienie narodu ponad wszystko. Walka o honor kosztem 30% polskiego potencjału kulturalnego i gospodarczego była poniekąd aktem psychicznego egoizmu, krótkowzroczności, nieopanowania i – nieprzemyślenia”. Po raz drugi Kisielewski wrócił do tego tematu w 1949 roku. Napisał wówczas w „Tygodniku Powszechnym”: „Istotą myśli politycznej, jaka stała u założeń Powstania Warszawskiego, była próba realizowania – niemożliwości. (…) Jeśli polityka jest realizowaniem możliwości, to w założeniach Powstania Warszawskiego polityki nie było: był to czyn – antypolityczny, antykonstruktywny, jałowy, niszczycielski gest, to na pewno nie jest polityka”.

Podobnie krytyczną ocenę sformułował Jan Dobraczyński (1910-1994) – pisarz i działacz polityczny związany przed wojną i podczas wojny ze Stronnictwem Narodowym, a w Polsce Ludowej ze Stowarzyszeniem PAX, oficer AK i uczestnik powstania. W artykule „List do nieobecnego”, opublikowanym w sierpniu 1947 roku na łamach PAX-owskiego tygodnika „Dziś i Jutro”, pisał: „Wiedzieliśmy, że stoimy wobec czegoś co pachnie tragedią (…). Nie to było grzechem organizatorów powstań, że »mierzyli siły na zamiary«, ale to, że zamiary ich nie były mądre, a właściwie nawet, że zapytani o swe zamiary, nie umieli dać odpowiedzi, bo nie wiedzieli dobrze do czego dążą”.

Czesław Miłosz (1911-2004) nie uczestniczył w Powstaniu Warszawskim, ale był jego bezpośrednim świadkiem. W eseju biograficznym „Rodzinna Europa” (Paryż 1958) dał bardzo osobistą i zarazem jedną z najbardziej wstrząsających ocen powstania, za którą był wielokrotnie krytykowany: „Powstanie było przedsięwzięciem karygodnie lekkomyślnym, jakkolwiek dwieście tysięcy trupów zawsze waży na szali i nie da się odgadnąć, jak legenda, przekształcając się, działa w ciągu następnych dziesięcioleci i stuleci. Być może, gdyby mi dano sposób, wysadziłbym ten kraj w powietrze, żeby matki nie opłakiwały już zabitych na barykadach siedemnastoletnich synów i córek (…). Bo jest gatunek litości, którego nie można udźwignąć, i wtedy wysadza się jej przedmiot w powietrze przynajmniej subiektywnie, tj. owłada nami jedno jedyne pragnienie: żeby nie patrzeć”.

Krytyków Powstania Warszawskiego nie zabrakło również wśród tych intelektualistów, którzy nie byli jego uczestnikami lub bezpośrednimi świadkami, ale zewnętrznymi obserwatorami.

Pisarz i historyk Paweł Jasienica (właśc. Leon Lech Beynar, 1909-1970) uczestniczył w lipcu 1944 roku jako oficer AK w Operacji „Ostra Brama” – wystąpieniu bliźniaczo podobnym do Powstania Warszawskiego – nazywanym też czasem „powstaniem wileńskim”. Po wojnie krótko walczył w partyzantce antykomunistycznej. Następnie zabiegał o wyjście młodych ludzi z podziemia i w swojej publicystyce zwalczał u Polaków romantyczne podejście do rzeczywistości. W tym właśnie duchu sformułował w 1949 roku na łamach „Tygodnika Powszechnego” negatywną i wymowną opinię o zrywie powstańczym w Warszawie: „Jakżeby inaczej wyglądało dziś życie w Polsce, gdyby nie warszawskie cmentarzysko. Nie ma takiej dziedziny życia narodowego, która by tego ciężaru nie czuła. Powstanie warszawskie było wymierzone militarnie przeciwko Niemcom, politycznie przeciwko Sowietom, demonstracyjnie przeciw Anglosasom, a faktycznie przeciw Polsce”.

Publicysta, dyplomata i polityk Ignacy Matuszewski (1891-1946) – politycznie związany z obozem piłsudczykowskim – w artykule opublikowanym 1 sierpnia 1946 roku (na dwa dni przed swoją śmiercią) na łamach wychodzącego w Detroit „Dziennika Polskiego”, jako jeden z pierwszych dokonał rozróżnienia pomiędzy heroizmem walczącej Warszawy, a przywódcami, którzy spowodowali klęskę. „Wszystko, co w powstaniu było zwycięstwem, jest tryumfem tych, co w murach Warszawy walczyli. Wszystko, co w powstaniu warszawskim jest klęską, spada odpowiedzialnością na tych, co z daleka powstańcom kazali iść ku zgubie” – pisał Matuszewski.

Pisarz i eseista Andrzej Bobkowski (1913-1961) w opublikowanym w 1957 roku przez Instytut Literacki w Paryżu eseju biograficznym „Szkice piórkiem (Francja 1940-1944)” także nie oszczędził gorzkich słów Powstaniu Warszawskiemu: „Boję się wymówić słowo »bezsens«, ale samo podsuwa się na każdym kroku, gdy o tym myślę. Drugie słowo, którego się boję, a które też ciągle brzęczy w głowie to »prowokacja«. Na czyj rozkaz i po co Warszawa zerwała się do walki? Największe bohaterstwo, gdy jest bezcelowe, budzi gorzkie politowanie i nic więcej. Mówi się o nim jak o bohaterstwie szaleńca, który rzuca się pod pociąg, by go zatrzymać”.

Krytycznie do powstania odnosił się twórca paryskiej „Kultury” – Jerzy Giedroyć (1906-2000). W 1944 roku – jako żołnierz II Korpusu Polskiego – uznał zryw powstańczy w Warszawie za „katastrofę pogłębiającą beznadziejną sytuację Polski”. Na łamach paryskiej „Kultury” została w 1951 roku opublikowana recenzja książki gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego pt. „Armia Podziemna” oraz trzeciego tomu wydawnictwa „Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej”. Jej autor – Tadeusz Sołowij – wyraził się następująco: „Decyzję powstania podjęli w Kraju i Londynie ludzie karmiący się złudzeniami, nie mającymi żadnego pokrycia w ówczesnej sytuacji międzynarodowej. Wykonano ją w momencie, który przesądził z góry o klęsce planu, któremu powstanie miało służyć”.

Do Powstania Warszawskiego zaraz po wojnie odniósł się pisarz Stanisław Cat-Mackiewicz (1896-1966) – jeden z najbardziej znanych publicystów emigracyjnych występujących z pozycji realizmu politycznego. W opublikowanym w 1945 roku eseju „Lata nadziei. 17 września 1939 – 5 lipca 1945” nie szczędził słów krytyki rządowi londyńskiemu i dowództwu AK: „(…) ostatecznie nie byłoby powstania Warszawy, gdyby nasz rząd i nasze władze wojskowe w Londynie i w Warszawie nie chciały tego powstania. W tej sprawie nie ma winnego, są tylko winni i współwinni”.

Krytykę powstania z pozycji realizmu politycznego uprawiali po wojnie również liczni autorzy o orientacji endeckiej. Wśród nich znajdował się m.in. polityk i pisarz Jędrzej Giertych (1903-1992). W wydanej w 1986 roku w Londynie książce „Tysiąc lat historii polskiego narodu” Giertych postrzegał Powstanie Warszawskie jako dzieło ludzi będących „wyznawcami ideologii powstańczej, wedle której, w imię irracjonalnych wyobrażeń i uczuć, każde pokolenie polskie powinno ozdobić swoje życie zrobieniem powstania (…)”. Zwrócił uwagę, że powstaniu „były przeciwne zarówno kierownicze czynniki polityczne i rządowe polskie w Londynie, jak przeważna część patriotycznego społeczeństwa w kraju, rozumiejąca, że powstanie to żadnego pożytku Polsce nie przyniesie”. Argumentował, że podjęcie walki w stolicy „przyniosło tylko polityczną szkodę. Gdyby się Warszawa, objęta powstaniem, doczekała przybycia armii sowieckiej – co było nadzieją złudną – armia ta potrafiłaby rządy powstańcze w Warszawie skutecznie obezwładnić i usunąć”. Potrafił też zauważyć, że „Warszawa została po wojnie odbudowana. Jest wielką zasługą tych, co Polską od 1945 roku rządzili, że się na to wielkie dzieło zdobyli”.

Z powyższymi opiniami współbrzmią współcześnie oceny filozofa, prof. Bogusława Wolniewicza (1927-2017), które sformułował pod koniec życia: „Powstanie Warszawskie to była straszliwa katastrofa, którą przywódcy polscy – ci na emigracji i ci w kraju – ściągnęli na własny naród. 30 lipca Mikołajczyk przybył do Moskwy na rozmowy ze Stalinem. Uroił sobie, że mając w Warszawie zwycięskie powstanie będzie mógł z nim rozmawiać z pozycji siły. Sosnkowski, wódz naczelny, tchórzliwie zrobił unik i pojechał na inspekcję do Włoch, jakby to wtedy była sprawa najpilniejsza. Decyzję co do wybuchu zwalili na Komorowskiego, Jankowskiego, Pełczyńskiego i Okulickiego, a ci rozumem nie błysnęli – ani politycznym, ani strategicznym, ani żadnym innym”.

Wspomniany Tomasz Łubieński wyraził pogląd, że klęska powstania „zwiększyła groźbę zamienienia Polski w 17. republikę (gdyby taki plan miał być urzeczywistniony). Upływ najlepszej krwi osłabił wolę świadomego oporu”.

W ostatniej dekadzie do krytyków Powstania Warszawskiego dołączyli niektórzy prawicowi publicyści i historycy, znani z radykalnego antykomunizmu i krzewienia mitu „żołnierzy wyklętych”. Autorzy ci – posiłkując się krytyką Powstania Warszawskiego z pozycji realizmu politycznego – kreują jednocześnie mit powojennego „powstania antykomunistycznego”, politycznie przecież bardziej nierealistycznego niż zryw w stolicy z sierpnia 1944 roku. W ich narracji AK staje się powoli formacją mniej liczną niż „żołnierze wyklęci” i niewygodną politycznie, ponieważ walczącą z Niemcami, a nie z ZSRR i komunizmem. Trudno się w związku z tym oprzeć refleksji, że historia w Polsce nie uczy życia i myślenia politycznego ludzi aspirujących do bycia elitą polityczną.

Literatura:

S. Cat-Mackiewicz, Lata nadziei. 17 września 1939 – 5 lipca 1945, Kraków 2012.

Ciołkoszowa: powstańcze obrachunki, „Krytyka Polityczna”, http://www.krytykapolityczna.pl, 11.08.2013.

M. Dąbrowska, Dzienniki 1914-1965, t. 5 (1942-1947), Warszawa 2009.

J. Engelgard, M. Motas (red.), W imię czego ta ofiara? Obóz Narodowy wobec Powstania Warszawskiego, wyd. II, Warszawa 2017.

T. Łubieński, Ani tryumf, ani zgon. Szkice o Powstaniu Warszawskim, Warszawa 2009.

Z. Pasiewicz (oprac.), Dzienniki z Powstania Warszawskiego, Warszawa 2004.

Odpowiedzialni za Powstanie powinni byli stanąć przed sądem wojennym. Z prof. Bogusławem Wolniewiczem rozmawiają Rafał Pazio i Tomasz Sommer, http://www.nczas.com, 1.08.2014.

A. Świrszczyńska, Budowałam barykadę, Warszawa 1974.

[1] Cyt. za: N. Davies, Powstanie’44, Kraków 2004, s. 466.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 1 sierpnia 2018 r.

Przegląd” nr 31 (969), 30.07-5.08.2018, s. 8-13.