W obronie obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza

W numerze 19-20 (6-13.05.2018) „Myśli Polskiej” został opublikowany mój artykuł pt. „Czy Józef Cyrankiewicz popełnił nikczemne czyny?” Ustosunkowałem się w nim do dyskredytowania obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza przez antykomunistyczną publicystykę prawicową. Bezpośrednią przyczyną napisania tego artykułu było przywołanie tez tej publicystyki przez Magdalenę Ziętek-Wielomską w jej artykule pt. „Mieczysław F. Rakowski: polityczny emisariusz pomiędzy Warszawą a Berlinem”, który ukazał się w numerze 15-16 (8-15.04.2018) „Myśli Polskiej”.

Wiem, że Autorka odebrała mój artykuł jako polemikę z nią samą i jej krytykę. Jej mąż, prof. Adam Wielomski, napisał na facebooku: „Cóż, moja Żona wcale nie pomawiała Cyrankiewicza o taką agenturalność, a jedynie napisała, że krążą takie tezy, które potwierdzałyby tezę z jej tekstu. Czy Cyrankiewicz był niemieckim agentem, to nie wiem i zupełnie nie mam pojęcia. Ale, że takie pogłoski czy wręcz zapewnienia chodzą w rozmaitych publikacjach, to akurat rzecz jak najbardziej prawdziwa i nie wiem z czym tu polemizować? A już zarzucać jej sympatie do obozu »prawdziwych patriotów«, to wręcz skrajna przesada!!!”

Nie zarzucam i nigdy nie zarzucałem pani Magdalenie Ziętek-Wielomskiej sympatii do obozu „prawdziwych patriotów” (użyłem określenia radykalna prawica „niepodległościowa”). Odniosłem się jedynie do tego, że pani Magdalena zacytowała w swoim artykule najważniejsze niedorzeczności (delikatnie rzecz nazywając), które to środowisko rozpowszechnia od wielu lat na temat obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza. Nie wnikałem w to czy pani Magdalena zacytowała je w dobrej wierze czy nie. Nie polemizowałem w tym artykule z Autorką na temat obozowej działalności Cyrankiewicza, ale z przywołanymi przez nią tezami, których autorów zidentyfikowałem (podałem trzy reprezentatywne nazwiska). Wyjaśniłem też dlaczego poruszyłem sprawę dyfamacji obozowej przeszłości Cyrankiewicza przez hunwejbinów dekomunizacji.

Tu nie chodzi o postać późniejszego premiera PRL, ale o historię polskiego, obozowego ruchu oporu. To dobre imię tej – wyjątkowej w skali okupowanej Europy – konspiracji (Cyrankiewicz stanął w 1944 roku na czele całości obozowej konspiracji) jest profanowane bezpodstawnymi i cynicznymi zarzutami pod adresem samego Cyrankiewicza. Nie dziwmy się potem, że Polsce czy Polakom są przypisywane na Zachodzie zbrodnie nazistowskie. Tu rzecz idzie nie o „pogłoski”, które „chodzą w rozmaitych publikacjach” (należy uzupełnić, że wyłącznie w publikacjach prasowych, a także w prawicowym Internecie), ale o fakty historyczne ustalone przez historyków zajmujących się profesjonalnie przez kilkadziesiąt lat historią KL Auschwitz i historią obozowego ruchu oporu. Dwóch z nich – mających największe zasługi w tej dziedzinie – obszernie zacytowałem.

W odbiorze skrajnych środowisk antykomunistycznych Cyrankiewicz po prostu przeszkadza współczesnemu kultowi Witolda Pileckiego. Należy podkreślić, że kultowi coraz bardziej przejaskrawionemu i nawet już groteskowemu (pojawiła się m.in. w tych środowiskach inicjatywa beatyfikacji i kanonizacji Pileckiego). Dlatego skrajnie antykomunistyczna prawica uznała, że trzeba po prostu unicestwić przeszłość obozową Cyrankiewicza, która jest piękną kartą polskiej konspiracji w Auschwitz. To jednak już dla tych ludzi nie ma znaczenia.

Komentarze, jakie pojawiły się w prawicowym Internecie na temat mojego artykułu, broniącego dobrego imienia Józefa Cyrankiewicza, pokazują jak ciężko jest przebić się do świadomości „obozu patriotycznego” z oczywistymi i udokumentowanymi faktami. Dowiedziałem się zatem, że „lewicowe zwichnięcie autora determinuje go do tendencyjnego kreowania historii”, jestem „chamokomuchem”, a mój artykuł to „typowa reakcja komuchów na próbę oceny komunistycznego aparatczyka”. Jedna z czytelniczek wyraziła zdziwienie, że „w PRL byli suwerenni i solidni historycy, którzy naukowo i obiektywnie zbadali dzieje obozowej przeszłości najdłużej piastującego swe stanowisko peerelowskiego premiera”. Odpowiadam: tak – w PRL i później byli w Oświęcimiu suwerenni i solidni historycy, którzy rzetelnie zbadali nie tylko dzieje obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza. Adam Cyra – jeden z badaczy historii konspiracji więźniarskiej w Auschwitz, który wykluczył możliwość współpracy Cyrankiewicza z Niemcami – był w PRL działaczem „Solidarności”, a także pierwszym biografem Pileckiego i przywrócił jego postać pamięci historycznej. Ponadto działał wtedy także suwerenny (bezpartyjny) dyrektor oświęcimskiego muzeum – były więzień Auschwitz i Mauthausen Kazimierz Smoleń (1920-2012).

Mnie interesuje tylko prawda, a nie taka czy inna polityka historyczna. Dlatego bronię i będę bronił obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza. Unicestwianie tej przeszłości ma charakter wielowymiarowy. W poprzednim artykule odniosłem się tylko do pomawiania Cyrankiewicza o rzekomą współpracę z gestapo w obozie oraz rzekomy współudział w śmierci Pileckiego. Jednakże fantazja jego kalumniatorów jest bardzo bogata, a środki dyfamacji nieprzebrane. Sądzę, że opracowania Adama Cyry i Henryka Świebockiego na temat konspiracji więźniarskiej w Auschwitz oraz opracowanie prof. Ireny Paczyńskiej na temat grypsów wysyłanych z obozu przez Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego obecnie już nie wystarczą. W sytuacji trwającego nieustannie odbierania Cyrankiewiczowi dobrego imienia potrzebne będzie jeszcze bardziej dogłębne opracowanie naukowe jego losów obozowych i działalności konspiracyjnej w obozie.

Wśród kłamstw preparowanych przez różnych prawicowych autorów na temat przeszłości późniejszego premiera PRL nie mogło zabraknąć oczywiście także tego, że Cyrankiewicz był Żydem i rzekomo nazywał się Cymerman. W rzeczywistości pochodził z polskiej, katolickiej, patriotycznej i dobrze sytuowanej rodziny. Ojciec Józefa Cyrankiewicza – także Józef – prowadził firmę geodezyjną, która świadczyła usługi przy budowie dróg i mostów oraz regulacji rzek. Rodzina Cyrankiewiczów nigdy nie skłaniała się ku lewicy. Ojciec przyszłego premiera PRL początkowo sympatyzował z endecją i Chrześcijańską Demokracją, a potem ze Stronnictwem Pracy[1]. Brat Józefa Cyrankiewicza – lekarz Jerzy Cyrankiewicz (1920-1960) – był podczas studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim działaczem Młodzieży Wszechpolskiej. W czasie drugiej wojny światowej walczył w szeregach Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich (m.in. w Tobruku) i 2. Korpusie Polskim. Po wojnie nie powrócił do Polski. Osiadł w Wielkiej Brytanii, gdzie zmarł tragicznie w wieku 40 lat.

Józef Cyrankiewicz związał się jednak z lewicą, ale przecież z lewicą demokratyczną i niepodległościową. W 1933 roku został członkiem Polskiej Partii Socjalistycznej. Jego politycznymi mentorami byli tacy działacze PPS jak Adam Ciołkosz, Ignacy Daszyński, Zygmunt Marek i Zygmunt Żuławski. Sam Cyrankiewicz jeszcze przed wojną stał się znanym politykiem PPS. W 1935 roku, gdy miał 24 lata, wybrano go sekretarzem Okręgowego Komitetu Robotniczego w Krakowie. Podczas kampanii wrześniowej 1939 roku walczył jako dowódca baterii artylerii konnej w szeregach Armii „Kraków”. Po klęsce wrześniowej uciekł z transportu jenieckiego razem z późniejszym dyrektorem Radia Wolna Europa, Janem Nowakiem-Jeziorańskim, co ten opisał w swoich wspomnieniach[2].

O pięknych kartach konspiracyjnej działalności Cyrankiewicza w PPS-WRN i ZWZ/AK oraz w konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz pisałem szerzej w poprzednim artykule. Dodać do tego należy, że w latach 1939-1941 Cyrankiewicz był bliskim współpracownikiem Kazimierza Pużaka (1883-1950), najwybitniejszego obok Zygmunta Zaremby polskiego socjalisty niepodległościowego i antykomunistycznego. Gdyby nie aresztowanie i deportacja do KL Auschwitz, Cyrankiewicz zostałby zastępcą Delegata Rządu na Kraj z ramienia PPS-WRN i kto wie jak potoczyłyby się jego losy. Być może w 1945 roku zasiadałby na ławie oskarżonych w moskiewskim procesie szesnastu razem z Pużakiem, Janem Stanisławem Jankowskim i Leopoldem Okulickim.

Jan Karski, którego Cyrankiewicz w 1940 roku uratował z rąk gestapo, wspominał że przyszły premier PRL „był wówczas najinteligentniejszym z polskich przywódców, z Sikorskim włącznie. Mądry, spokojny, przewidujący. Widziałem w nim wschodzącą gwiazdę socjalizmu”[3].

W KL Auschwitz Cyrankiewicz początkowo kierował konspiracją polskich więźniów-socjalistów, czyli Organizacją Bojową PPS. Oprócz niego czołową rolę w tej strukturze odgrywali Adam Kuryłowicz i Konstanty Jagiełło, potem także Tadeusz Hołuj i Lucjan Motyka. Po pewnym czasie z grupą polskich więźniów-socjalistów nawiązała kontakt grupa austriackich więźniów-komunistów, takich jak Ernst Burger, Franz Danimann, Heinrich Dürmayer, Rudolf Friemel, Hermann Langbein i Ludwig Vesely. W ten sposób w maju 1943 roku powstała Grupa Bojowa Oświęcim (Kampfgruppe Auschwitz), druga w tym czasie obok Związku Organizacji Wojskowej-Armii Krajowej największa organizacja konspiracji więźniarskiej w obozie.

Od tego też czasu zaczyna się stopniowa ewolucja Cyrankiewicza od socjalizmu demokratycznego w kierunku lewicy komunistycznej. Nie od razu jednak przyszły premier PRL stał się komunistą i przyjacielem ZSRR. W Kampfrgruppe Auschwitz działali więźniowie-Polacy (także ci, którzy nie reprezentowali poglądów lewicowych), Austriacy, Czesi, Francuzi, Niemcy i Żydzi. W obozie istniała też grupa konspiracyjna więźniów radzieckich, którą kierował oficer polityczny Armii Czerwonej, mjr Aleksander Lebiediew (więzień nr 88349). Niechętny do współpracy z więźniami radzieckimi był jednak Józef Cyrankiewicz. Wedle relacji złożonej w 1990 roku przez Ukraińca Władimira Wiazmitinowa (więzień nr 181953), który z polecenia Lebiediewa nawiązał w pierwszej połowie 1944 roku kontakt konspiracyjny z Cyrankiewiczem, przyszły premier PRL odrzucił możliwość współpracy oświadczając: „My wam Katynia nigdy nie zapomnimy”[4]. Taki był wówczas stosunek Cyrankiewicza do ZSRR.

Katalog niedorzeczności wygłaszanych w Polsce po 1989 roku na temat działalności konspiracyjnej Cyrankiewicza w KL Auschwitz jest długi i w tym artykule będę mógł podać tylko najbardziej reprezentatywne przykłady tych oszczerstw. Oskarża się np. Cyrankiewicza o to, że ponoć zadenuncjował przed obozowym gestapo 54 członków kierownictwa ZOW-AK w obozie, którzy zostali następnie rozstrzelani 11 października 1943 roku pod Ścianą Śmierci na dziedzińcu bloku 11 w obozie macierzystym KL Auschwitz I. Adam Cyra ustalił jednak, że denuncjacji kierownictwa ZOW-AK dokonali agenci obozowego gestapo – Jerzy Krzyżanowski i Stefan Olpiński. „Jerzy Krzyżanowski uciekł z obozu i pod przybranym nazwiskiem Jerzy Czerniawski pojechał do Warszawy, gdzie skontaktował się z rodzinami osób uwięzionych w Auschwitz, które obdarzyły go zaufaniem i wtajemniczyły w sprawy związane z konspiracją obozową. Po powtórnym aresztowaniu wrócił do Auschwitz pod nazwiskiem Mieczysław Jelec i stał się niebezpiecznym konfidentem, który przyczynił się do egzekucji 54 więźniów, w tym przywódców ZOW, 11 października 1943 r. Potwierdzają to w powojennych wspomnieniach byli więźniowie obozu, np. dr Rudolf Diem” – stwierdził Adam Cyra[5].

Należy podkreślić, że to właśnie Józef Cyrankiewicz przekazał w grypsie-meldunku nr 44 informację o egzekucji kierownictwa ZOW-AK do wiadomości komitetu Pomoc Więźniom Obozów Koncentracyjnych w Krakowie (była to komórka AK kierowana przez Teresę Lasocką-Estreicher i działacza PPS-WRN Adama Rysiewicza). Dwa miesiące po tej egzekucji Cyrankiewicz sam trafił do aresztu obozowego w bloku 11 (Bloku Śmierci) na skutek donosu konfidentów obozowej placówki gestapo Stanisława Dorosiewicza i Stanisława Wierusza-Kowalskiego. O mało nie został wtedy rozstrzelany pod Ścianą Śmierci. Życie uratowała mu zmiana na stanowisku komendanta obozu.

Tadeusz M. Płużański rozpowszechniał informację zasłyszaną od dr. Rafała Brzeskiego, którą ten z kolei słyszał od przedwojennego PPS-owca Timofieja Jarugi, że znany działacz PPS Stanisław Dubois (więzień nr 3904, w obozie jako Stanisław Dębski) rzekomo twierdził, iż „Tor” (jeden z pseudonimów Cyrankiewicza) miał być widziany podczas rozmowy z szefem wydziału politycznego (obozowa placówka gestapo), Maximilianem Grabnerem, bez wiedzy dowództwa konspiracji więźniarskiej. Problem w tym, że Dubois został rozstrzelany pod Ścianą Śmierci 21 sierpnia 1942 roku, a Cyrankiewicz przybył do obozu 4 września 1942 roku.

Witold Pilecki – wedle opowiadań Timofieja Jarugi – miał dać do zrozumienia „Torowi”, że wie o jego denuncjacjach do wydziału politycznego. Jednakże Cyrankiewicz i Pilecki nigdy nie spotkali się w obozie. Ponadto, gdyby Pilecki rzeczywiście coś wiedział o współpracy Cyrankiewicza z obozowym gestapo, to napisałby o tym w słynnym „Raporcie Witolda”, a nie opowiadał po wojnie bliżej nieznanemu Timofiejowi Jarudze. Wspomniane wyżej oskarżenie Cyrankiewicza o spowodowanie egzekucji kierownictwa ZOW-AK w Auschwitz także pochodzi z domniemanej relacji Jarugi. „To są jakieś absurdy, jakby autorzy nie czytali niczego o Auschwitz” – skomentował współczesne rozpowszechnianie tych opowieści Adam Cyra[6].

„Gazeta Polska” rozpowszechniała w 1995 roku relację niejakiego Antoniego Gładysza, który twierdził, że Cyrankiewicz każdego dnia zachęcał „sędziów, księży i posłów, ministrów i działaczy społecznych” do ucieczki z obozu, a gdy ci zebrali się w nocy na umówionym miejscu – odprowadzał ich do komory gazowej, a Lucjan Motyka palił ich zwłoki. Pomijając już absurdalność tej historii należy dodać, że Antoni Gładysz nigdy nie był więźniem KL Auschwitz, tylko KL Gross-Rosen[7].

„Gazeta Polska”, „Wprost”, „Nasza Polska” oraz „wSieci” rozpowszechniały rzekomą relację działacza PPS Tadeusza Kochanowicza, którą miał od niego zasłyszeć aresztowany w 1948 roku przez UB działacz Stronnictwa Demokratycznego i minister Włodzimierz Lechowicz. Otóż według Kochanowicza Cyrankiewicz cały wolny czas w Auschwitz przeznaczał na „handel walutą i kruszcem”. Prawicowi publicyści dopowiedzieli do tego, że to musiała być przyczyna skazania po wojnie na śmierć i egzekucji Pileckiego, który mógł wiedzieć o tym procederze Cyrankiewicza. Jednakże ów Kochanowicz także nigdy nie był więźniem KL Auschwitz, a wojnę spędził jako więzień sowieckich łagrów w Republice Komi i na Uralu. Ponadto jakąkolwiek wiarygodność rzekomej relacji Kochanowicza podważa fakt, że Lechowicz opowiadał o niej podczas przesłuchań prowadzonych przez funkcjonariuszy stalinowskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Dorota Kania znalazła ubeckie protokoły przesłuchań Lechowicza w archiwum IPN i potraktowała tego typu materiały jako niepodważalną krynicę prawdy, co jest zdumiewające i żenujące[8].

Wychodząc od rzekomej relacji Kochanowicza prof. Wiesław J. Wysocki sformułował hipotezę, że Cyrankiewicz kradł złoto i walutę z tzw. „Kanady”, czyli znajdujących się w obozie w Birkenau (KL Auschwitz II) magazynów mienia zrabowanego zamordowanym przez SS transportom żydowskim. Hipotezę tę prof. Wysocki powielał na łamach tygodnika „Wprost”. Zapewne nie wiedział on o tym, że Cyrankiewicz nie mógł przebywać w obozie w Birkenau, ponieważ posiadał status więźnia politycznego o szczególnym stopniu zagrożenia. Tacy więźniowie byli oznaczeni literami IL (im Lager) i czerwonym kołem, naszytymi na obozowy pasiak. To oznaczało, że nie mogli opuszczać obozu macierzystego KL Auschwitz I.

Prof. Wysocki twierdził też na łamach „Naszej Polski”, że dowiedział się „od nieżyjących kustoszy oświęcimskiego muzeum”, iż Cyrankiewicz „workami wywoził stamtąd akta”, które miały go kompromitować. Informację tę powielała też na łamach „Wprost” Dorota Kania. „To niemożliwe, aby ktoś mógł coś wynieść! Znałam wszystkich kustoszy i nigdy o czymś takim nie słyszałam” – skomentowała to emerytowana kierownik muzealnego archiwum Barbara Jarosz. „Ani dawniej, ani teraz nie spotkałem się z fałszowaniem historii. Nie było przypadku, aby ktoś namawiał nas do tuszowania prawdy” – dodał dr Cyra[9].

Pisarz Henryk Pająk, powołując się na rzekomą relację kapo Czesława Karaszewicza twierdził, że Cyrankiewicz też pełnił funkcję obozowego kapo, co jest oczywistą nieprawdą w świetle zachowanych dokumentów obozowych i faktu, że Cyrankiewicz posiadał kategorię więźnia IL.

Wspomniany Tadeusz M. Płużański przytaczał relację niejakiego Kachela, który miał być kapo w Auschwitz i któremu Cyrankiewicz miał wręczać listy więźniów zabijanych w komorach gazowych. Oszczędzał przy tym przy tym Rosjan kosztem Polaków. Red. Płużański albo nie ma jakiegokolwiek pojęcia o historii Auschwitz, albo liczy na to, że jego czytelnicy nie mają i bezkrytycznie przyjmą absurd, jakim jest stwierdzenie, że więzień Cyrankiewicz przeprowadzał w obozie selekcje do komór gazowych. Ponadto ów Kachel miał twierdzić, że Cyrankiewicz organizował też „zabawy dla esesmanów z udziałem wyselekcjonowanych i dorodnych kobiet”.

Jednakże źródłem tej informacji tak naprawdę jest Maurice Shainberg vel Mieczysław Prużański, który podawał się za powojennego funkcjonariusza stalinowskiej Informacji Wojskowej. W swojej książce „Breaking from the KGB” („Zerwanie z KGB”) oskarżał on Cyrankiewicza o to, że pełnił rolę „rajfura sadystycznych niemieckich oficerów w obozie”, którym dostarczał więźniarki żydowskie jako prostytutki, a te które odmawiały wysyłał do komór gazowych. Opowieści Shainberga vel Prużańskiego na ten temat powielił w 1995 roku na łamach „Gazety Polskiej” prof. Ryszard Bender w artykule pt. „Kukła polskich komunistów”. Prof. Bender, który popisał się w Radiu Maryja wiedzą historyczną na temat Auschwitz jako zwykłego obozu pracy, zapewne także nie wiedział, że Cyrankiewicz będąc więźniem nie mógł nikogo wysyłać do komór gazowych[10].

„Ręce opadają! Z takimi dowodami nie da się dyskutować” – podsumował te niedorzeczności dr Cyra w 2013 roku[11]. Ale takie informacje były i są rozpowszechniane. Niemiecki kolaborant, morderca Polaków i Żydów, złodziej żydowskiego złota i dolarów oraz obozowy sutener – taki obraz Józefa Cyrankiewicza w Auschwitz rysuje publicystyka antykomunistycznej prawicy.

Inaczej jednak obraz ten wygląda w relacjach tych, którzy Cyrankiewicza znali w obozie i z nim wtedy współpracowali. I to zarówno osób przychylnych Cyrankiewiczowi (np. Hermann Langbein, Stanisław Kłodziński), jak i wobec niego krytycznych (np. Zbigniew Kączkowski). Stanisław Kłodziński (więzień nr 20019) stwierdził na łamach „Przeglądu Lekarskiego” w 1990 roku, że Cyrankiewicz „zapisał się również na trwałe w historii KL Auschwitz jako więzień konspirator, wyróżniający się bardzo silną indywidualnością i dodatnim wpływem na towarzyszy niedoli różnych narodowości, odważny, przemyślny i doświadczony, umiejący podejmować oryginalne, bardzo ryzykowne i trafne decyzje w najtrudniejszych warunkach i sytuacjach obozowych. Jest to karta mało znana nawet historykom, a szerokim kręgom często w ogóle nieznana bądź upraszczana czy fałszowana”.

Pozytywną opinię na temat działalności obozowej Cyrankiewicza wyrażał też wielokrotnie w ostatnich latach prof. Zbigniew Kączkowski (ur. w 1921 r., więzień nr 125727, w obozie jako Kaczanowski), który chciał uciekać z Cyrankiewiczem z obozu 27 lipca 1944 roku. Cyrankiewicz jednak nie zaryzykował tej ucieczki, ponieważ jako więzień IL miał zakaz wychodzenia do pracy poza terenem obozu. Zamiast Cyrankiewicza uciekł więc z Kączkowskim rtm. Jerzy Mira-Sokołowski (więzień nr 156692). Zbigniew Kączkowski nie należał do grona politycznych sympatyków Cyrankiewicza i w 1946 roku napisał do niego – wówczas już sekretarza generalnego Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS – list ostro krytykujący politykę powojennych władz. Za list ten nie poniósł żadnych konsekwencji[12].

Najwięcej jednak o postawie Józefa Cyrankiewicza w KL Auschwitz mówi 214 zachowanych grypsów-meldunków, które razem ze Stanisławem Kłodzińskim wysłał z obozu kanałami konspiracyjnymi do komórki AK w Krakowie, kierowanej przez Teresę Lasocką-Estreicher. Stamtąd trafiały do Londynu. W grypsie-meldunku z 21 stycznia 1943 roku pisał: „Ostatnio transporty Polaków z lubelskiego idą wprost na gaz (mężczyźni – kobiety). Dzieci rzuca się wprost na ogień. Za Birkenau pali się tzw. »wieczny ogień« – stos trupów na wolnym powietrzu – krematorium nie może nadążyć”[13]. To była informacja o bezpośredniej zagładzie w KL Auschwitz Polaków wysiedlanych z Zamojszczyzny. Pytam jeszcze raz: czy to pisał konfident wydziału politycznego? Czy to gestapo informowało Armię Krajową i aliantów zachodnich o zbrodniach SS w KL Auschwitz?

Cyrankiewicz dwukrotnie otrzymał kanałami konspiracyjnymi od wspomnianej komórki AK w Krakowie aparaty fotograficzne. Dzięki temu z obozu wydostały się zdjęcia płonących stosów trupów, które opublikowano dopiero po wojnie. To agent gestapo wysyłał te zdjęcia? Czy to agent gestapo wysyłał z obozu nielegalne odpisy ksiąg kostnicy z informacjami o więźniach zmarłych, zastrzelonych i zamordowanych zastrzykami z fenolu? Czy to agent gestapo wysyłał do AK nielegalne odpisy książki bunkra, czyli aresztu obozowego w bloku 11, z nazwiskami więźniów rozstrzelanych pod Ścianą Śmierci? Czy to agent gestapo przekazywał AK nielegalne odpisy ksiąg szpitali obozowych z nazwiskami zmarłych więźniów? Czy to agent gestapo informował AK i aliantów zachodnich o wielkiej akcji zagłady Żydów węgierskich, zagładzie Żydów z getta łódzkiego i zagładzie jeńców radzieckich? Czy to agent gestapo przekazał AK opis działalności i charakterystyki kilkudziesięciu zbrodniarzy SS z Auschwitz? Czy to agent gestapo informował AK o warunkach, w jakich byli przetrzymywani w Auschwitz warszawiacy deportowani do obozu po wybuchu powstania warszawskiego i sugerował podjęcie międzynarodowej interwencji na ich rzecz?

Czy to agent gestapo przekazał AK kopie planów obozu? Czy to agent gestapo meldował do AK o stanach dziennych obozu i składzie narodowościowym więźniów oraz transportach i ucieczkach więźniów? Czy to agent gestapo informował AK o produkcji i zatrudnieniu w zakładach IG Frabenindustrie w Dworach pod Oświęcimiem i innych niemieckich przedsiębiorstwach wykorzystujących pracę więźniów Auschwitz? Czy to agent gestapo informował AK o zbrodniczych eksperymentach przeprowadzanych na więźniach przez lekarzy SS? Czy to agent gestapo ostrzegał aliantów zachodnich przed niebezpieczeństwem wymordowania przez SS więźniów Auschwitz na wypadek likwidacji obozu? Czy to agent gestapo prosił AK o przysyłanie kanałami konspiracyjnymi lekarstw dla chorych więźniów i materiałów wybuchowych dla konspiracji więźniarskiej? Czy to agent gestapo domagał się reakcji aliantów na wypowiedź Rolanda Freislera – przewodniczącego Trybunału Ludowego III Rzeszy – który nazwał więźniów politycznych obozów koncentracyjnych elementami kryminalnymi?

„Nie natrafiłem wtedy ani nigdy później, na ślad żadnych dowodów, które świadczyłyby, że Józef Cyrankiewicz był konfidentem obozowym” – pisał dr Cyra o swoich badaniach nad historią konspiracji więźniarskiej, prowadzonych jeszcze w latach 80. XX wieku[14]. Inni historycy z oświęcimskiego muzeum też nigdy nie znaleźli jakichkolwiek dokumentów lub wiarygodnych relacji potwierdzających „nikczemne czyny” Cyrankiewicza w obozie. Jest całkowicie przeciwnie niż to przedstawiają dzisiaj jego prawicowi oszczercy – relacje świadków i grypsy wysyłane z obozu świadczą jednoznacznie o bohaterskiej postawie późniejszego premiera PRL. Zasługi Cyrankiewicza dla konspiracji obozowej i przyobozowej potwierdził m.in. gen. Zygmunt Walter-Janke (1907-1990), w latach 1943-1945 komendant Okręgu Śląskiego Armii Krajowej, który obejmował swoim działaniem teren KL Auschwitz.

Powojenną działalność Cyrankiewicza – jeśli ktoś chce – można oceniać krytycznie. Ale też należałoby ją oceniać obiektywnie, bez konfabulacji i mitów. Zwykle jednak ocenia się ją przez pryzmat jednego przemówienia z 1956 roku. Nie należy jednak mieszać powojennej działalności Józefa Cyrankiewicza z jego działalnością okupacyjną i obozową. To były dwie różne rzeczywistości i jedna nie przekreśla drugiej. Podjęte po 1989 roku przez środowiska prawicowe oczernianie obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza jest wymownym obrazem wielkości i moralności Polski solidarnościowej. To jest wielki skandal. To jest nie tylko wielka krzywda moralna czyniona zasłużonemu bojownikowi i przywódcy konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz. To jest także – powtarzam jeszcze raz – profanowanie historii Polski. To są działania ohydne moralnie i nieodpowiedzialne. To są zachowania nie tylko szkodliwe, ale warte pogardy.

[1] P. Lipiński, „Cyrankiewicz. Wieczny premier”, Wołowiec 2016, s. 19.

[2] Jan Nowak (Zdzisław Jeziorański), „Kurier z Warszawy”, Warszawa-Kraków 1989, s. 31-32.

[3] P. Lipiński, „Cyrankiewicz…”, s. 38.

[4] Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau (dalej cyt.: APMA-B). Zespół Oświadczenia, t. 132, k. 87-98, relacja byłego więźnia Władimira Wiazmitinowa.

[5] L. Konarski, „Cyrankiewicz nie zabił Pileckiego”, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 16.12.2013.

[6] P. Lipiński, „Cyrankiewicz…”, s. 50.

[7] Tamże, s. 51.

[8] D. Kania, „Józef Cyrankiewicz kolaborował z Gestapo?”, http://www.wprost.pl, 26.12.2007.

[9] L. Konarski, „Cyrankiewicz nie zabił Pileckiego…”

[10] „Auschwitz obozem pracy”? Afera Bendera, http://www.fakty.interia.pl, 27.01.2010.

[11] L. Konarski, „Cyrankiewicz nie zabił Pileckiego…”

[12] APMA-B. Zespół Wspomnienia, t. 232, k. 21-25, wspomnienia byłego więźnia Zbigniewa Kaczkowskiego; A. Cyra, „Przeżyliśmy Auschwitz…”, http://www.cyra.wblogu.pl, 11.02.2015; A. Cyra, „Miał uciekać z Józefem Cyrankiewiczem z KL Auschwitz”, http://www.cyra.wblogu.pl, 5.07.2017.

[13] I. Paczyńska, „Grypsy z Konzentrationslager Auschwitz Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego”, Kraków 2013, s. 21.

[14] A. Cyra, „Nie był konfidentem w KL Auschwitz”, http://www.cyra.wblogu.pl, 29.08.2013.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 16 maja 2018 r.

Reklamy

Józef Cyrankiewicz nie popełnił nikczemnych czynów w Auschwitz

W numerze 15-16 (8-15.04.2018) „Myśli Polskiej” ukazał się artykuł Magdaleny Ziętek-Wielomskiej pt. „Mieczysław F. Rakowski: polityczny emisariusz pomiędzy Warszawą a Berlinem”, dotyczący roli Mieczysława F. Rakowskiego i Józefa Cyrankiewicza w wynegocjowaniu układu Cyrankiewicz-Brandt, czyli układu o podstawach normalizacji stosunków pomiędzy PRL i RFN z 7 grudnia 1970 roku. Artykuł ten zawiera wiele zdumiewających tez, z których najbardziej absurdalnymi są enuncjacje dotyczące obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza w KL Auschwitz.

Autorka pisze na ten temat: „Oczywiście każdy uważny Czytelnik zada sobie pytanie, które samo ciśnie się na usta: kim tak naprawdę był M. Rakowski? Warto wskazać choćby na to, że w kontekście wydarzeń marcowych pojawiają się artykuły, w których podkreśla się, że kierowana przez niego »Polityka« nie uczestniczyła »w antysemickiej nagonce«… A w cytowanym obficie artykule Spiegla, nazwisko Rakowskiego pojawia się wiele razy. To samo pytanie można postawić w stosunku do Cyrankiewicza. Wątpliwości mnożą się wtedy, kiedy przeczytamy artykuł Jerzego Reutera, przedrukowany na stronie internetowej Tarnowskiego Kuriera Kulturalnego, pt. »Józef Cyrankiewicz«. Reuter pisze tam: »Kilkadziesiąt lat po tamtych wydarzeniach [II WŚ – MZW] polskie gazety opublikowały wywiad z bratankiem Witolda Pileckiego, w którym Krzysztof Pilecki odpowiadając na pytania Jadwigi Knie-Górnej stwierdził: »Stryj doskonale wiedział, że jego przeszłość (Cyrankiewicza) w KL Auschwitz była zupełnie inna niż ta, którą rozpowszechniały władze PRL. Według tej drugiej, Cyrankiewicz był bohaterem oświęcimskim i założycielem obozowej organizacji konspiracyjnej. Prawda jednak była inna. Józef Cyrankiewicz w obozie popełnił mnóstwo nikczemnych czynów. Był esesmańskim donosicielem. Przez niego zginęło wiele osób. Stryj ułożył w całość fragmenty dramatycznych zbiegów okoliczności. Doszedł do tego, że po kolei ginęli bez śladu ci członkowie organizacji konspiracyjnej, którzy mieli bliższy kontakt z Cyrankiewiczem«. 27 grudnia 2007 tygodnik »Wprost« opublikował artykuł na temat domniemanego szpiegostwa Józefa Cyrankiewicza na rzecz Gestapo. Odezwali się naoczni świadkowie i potwierdzili podane przez pismo fakty. Jednak oficjalne źródła niczego nie wykazały, chociaż wiadomym jest, że przez wiele lat Cyrankiewicz miał szeroki dostęp do akt obozowych, a nawet wypożyczał te bardziej dla niego interesujące«”.

W zacytowanym fragmencie Autorka przytoczyła wszystkie, najbardziej głupie, oszczercze, chamskie, prostackie, łajdackie i ohydne kalumnie, którymi polska radykalna prawica „niepodległościowa” obrzuca od 30 lat osobę Józefa Cyrankiewicza. To jest stały repertuar Tadeusza M. Płużańskiego, Wiesława J. Wysockiego, Leszka Żebrowskiego i innych przedstawicieli tego środowiska, dla którego tzw. dekomunizacja oznacza wymazanie z pamięci i wieczne utopienie w gnoju okresu Polski Ludowej. Ta filozofia wyklucza możliwość, żeby w okresie Polski Ludowej mogło być coś pozytywnego, a osoby wówczas działające politycznie mogły mieć jakieś chwalebne karty w życiorysie. Trzeba im więc wszystkim przypisać, jeśli nie współpracę z NKWD, to z gestapo, albo jakieś czyny kryminalne.

Taką też metodę zastosowano wobec Józefa Cyrankiewicza, rozpowszechniając kłamliwe i stojące poniżej wszelkiej krytyki oszczerstwa na temat jego obozowej przeszłości. Ani osoby rozpowszechniające te oszczerstwa, ani rodzina Witolda Pileckiego – będąca źródłem części z nich – nie przedstawiły jak dotąd jakichkolwiek dowodów na przypisywaną przez nich Józefowi Cyrankiewiczowi współpracę z gestapo w KL Auschwitz.

Przypomnę najważniejsze fakty. Józef Cyrankiewicz już przed wojną był znanym działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej. Niewielu jednak wie, że jego ojciec był działaczem endeckim z Tarnowa. Podczas kampanii wrześniowej 1939 roku Cyrankiewicz walczył jako dowódca baterii artylerii konnej w szeregach Armii „Kraków”. Po klęsce wrześniowej uciekł z transportu jenieckiego razem z późniejszym dyrektorem Radia Wolna Europa, Janem Nowakiem-Jeziorańskim, co ten opisał w swoich wspomnieniach „Kurier z Warszawy”[1].

Zdjęcie okupacyjne Józefa Cyrankiewicza. Fot. Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Zdjęcie okupacyjne Józefa Cyrankiewicza. Fot. Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Do KL Auschwitz trafił za działalność konspiracyjną w Związku Walki Zbrojnej, czyli późniejszej Armii Krajowej. Przed aresztowaniem przez gestapo, które nastąpiło 19 kwietnia 1941 roku, Cyrankiewicz był jednym z czołowych działaczy konspiracyjnej Polskiej Partii Socjalistycznej-Wolność Równość Niepodległość, a więc partii wchodzącej w skład zarówno politycznej reprezentacji Polski Podziemnej, jak i polskich władz na Wychodźstwie. Stał na czele PPS-WRN i Gwardii Ludowej PPS-WRN w okręgu krakowskim, z którą wszedł w skład ZWZ. Tuż przed aresztowaniem Cyrankiewicza rozważano jego kandydaturę na stanowisko zastępcy Delegata Rządu na Kraj (czyli konspiracyjnego wicepremiera) z ramienia PPS-WRN. Podczas działalności konspiracyjnej w ZWZ Cyrankiewicz zorganizował m.in. akcję odbicia z rąk gestapo Jana Karskiego – najwybitniejszego emisariusza ZWZ/AK, który poinformował aliantów zachodnich o dokonywanej przez Niemców na okupowanych ziemiach polskich zagładzie Żydów.

Przez prawie półtora roku Józef Cyrankiewicz był więźniem jednego z najcięższych więzień gestapowskich w okupowanej Polsce – czyli krakowskiego więzienia przy ulicy Montelupich – gdzie przeszedł okrutne śledztwo połączone z torturami. Od 4 września 1942 roku do 18 stycznia 1945 roku był więźniem KL Auschwitz nr 62933, a po ewakuacji tego obozu był do 5 maja 1945 roku więźniem KL Mauthausen. To były najcięższe niemieckie, nazistowskie obozy koncentracyjne. Piekło na ziemi, którego nikt wcześniej ani później nie stworzył.

W KL Auschwitz Józef Cyrankiewicz stanął na czele międzynarodowej więźniarskiej konspiracji lewicowej – Grupy Bojowej Oświęcim. Odpowiadał w niej m.in. za łączność ze światem zewnętrznym, czyli konspiracyjne wysyłanie meldunków informujących o sytuacji i zbrodniach niemieckich w obozie. Jeżeli Cyrankiewicz był agentem gestapo, to jak to się stało, że w grudniu 1943 roku trafił do aresztu obozowego w Bloku Śmierci, skąd zwykle wychodziło się na egzekucję pod Ścianą Śmierci. Jego osadzenie w areszcie obozowym było rezultatem donosu konfidentów obozowego gestapo – Stanisława Dorosiewicza i Stanisława Wierusza-Kowalskiego. Życie Cyrankiewiczowi i innym więźniom osadzonym wówczas w Bloku Śmierci uratowała zmiana komendanta obozu z Rudolfa Hössa na Arthura Liebehenschela, który przejściowo złagodził represyjną politykę poprzednika[2].

26 czerwca 1944 roku Henryk Bartosiewicz (więzień nr 9406), który po egzekucji czołowych działaczy obozowej konspiracji Związku Organizacji Wojskowej-Armii Krajowej pod Ścianą Śmierci 11 października 1943 roku stanął na czele tej konspiracji, został przeniesiony do KL Buchenwald. W związku z tym wtajemniczył Cyrankiewicza w kontakty konspiracyjne ZOW-AK. Do rozmów pomiędzy ZOW-AK oraz Grupą Bojową Oświęcim doszło już pod koniec 1943 roku. Ich rezultatem było zjednoczenie obu organizacji i utworzenie wiosną 1944 roku Rady Wojskowej Oświęcim. Kierownictwo polityczne zjednoczonej konspiracji więźniarskiej spoczęło w ręku Cyrankiewicza, natomiast wojskowe w ręku Bartosiewicza, a po jego przeniesieniu do KL Buchenawld kpt. Stanisława Kazuby (więzień nr 1630).

Po przekazaniu przez Bartosiewicza Cyrankiewiczowi kontaktów konspiracyjnych ZOW-AK, komendant Okręgu Śląskiego AK, mjr Zygmunt Walter-Janke, mianował konspiracyjnie Cyrankiewicza – który używał pseudonimu „Rot” – dowódcą AK w obozie i na terenie przyobozowym. Nominacja ta nie została przyjęta do wiadomości przez szefa inspektoratu bielskiego AK, Stanisława Chybińskiego, najprawdopodobniej na skutek jego uprzedzeń antylewicowych. Nie zmienia to faktu, że „Rot” od połowy 1944 roku stał na czele całej konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz – akowskiej i lewicowo-międzynarodowej.

Najważniejszym zadaniem Rady Wojskowej Oświęcim, w obliczu trwającej od końca czerwca 1944 roku stopniowej ewakuacji i likwidacji KL Auschwitz, było niedopuszczenie do ewentualnego wymordowania przez SS wszystkich więźniów i zatarcia śladów zbrodni popełnionych w obozie. O rzekomym istnieniu planu takich działań – „planu Molla” (nazwa pochodzi od nazwiska Otto Molla, jednego z największych zbrodniarzy w KL Auschwitz, nadzorującego komory gazowe i krematoria) – Rada Wojskowa Oświęcim poinformowała we wrześniu 1944 roku kanałami konspiracyjnymi polskie władze emigracyjne w Londynie. Rząd polski przekazał wówczas informację o zamiarze wymordowania przez SS więźniów KL Auschwitz ministerstwom spraw zagranicznych USA i Wielkiej Brytanii z prośbą, by alianci nie dopuścili do tej zbrodni. Rządy USA i Wielkiej Brytanii wydały następnie wspólną deklarację, ogłoszoną 10 października 1944 roku, w której ostrzegły potencjalnych sprawców zbrodni przed czekającą ich karą. 11 października 1944 roku niemiecka służba telegraficzna podała, że nie jest prawdą jakoby istniał plan wymordowania więźniów KL Auschwitz, a wiadomości podawane na ten temat przez aliantów są fałszywe.

Jeden z najwybitniejszych znawców tematyki więźniarskiego ruchu oporu w KL Auschwitz – Henryk Świebocki – uważa, że „plan Molla” był blefem Rady Wojskowej Oświęcim, najprawdopodobniej samego Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego (więzień nr 20019), którzy sygnowali gryps z 6 września 1944 roku. Konspiracja więźniarska zupełnie słusznie obawiała się, że władze SS – w obliczu zbliżającego się frontu – mogą postanowić wymordować wszystkich więźniów jako świadków zbrodni popełnionych w obozie. „Należało więc – pisze Świebocki – uprzedzić SS i przesłać w świat fałszywą informację, by tym sprowokować kampanię międzynarodową, która przekreśliłaby zrodzenie się w przyszłości myśli o masowej likwidacji więźniów. Bez względu na to, czy rzeczywiście »plan Molla« istniał, czy też była to zręczna mistyfikacja obozowego ruchu oporu, jedno jest pewne – nie doszło w KL Auschwitz do masowego unicestwienia więźniów po ogłoszonej przez aliantów deklaracji i zagrożeniu represjami”[3]. I to było zasługą między innymi, a może głównie Józefa Cyrankiewicza.

Wszystkim tym, którzy preparują i propagują oszczerstwa na temat obozowej działalności Józefa Cyrankiewicza polecam lekturę książki prof. Ireny Paczyńskiej z Uniwersytetu Jagiellońskiego pt. „Grypsy z Konzentrationslager Auschwitz Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego” (Kraków 2013, 676 stron). Publikacja ta – owoc mrówczej pracy Autorki – zawiera naukowe opracowanie 214 grypsów, które zostały wysłane z KL Auschwitz przez Cyrankiewicza i Kłodzińskiego pomiędzy 6 września 1942 roku a 18 stycznia 1945 roku do Teresy Lasockiej-Estreicher z działającej w ramach AK organizacji Pomoc Więźniom Obozów Koncentracyjnych w Krakowie. Większość z tych grypsów została przekazana przez Teresę Lasocką-Estreicher do rąk władz polskich w Londynie, a następnie do wiadomości aliantów zachodnich. Te 214 grypsów – znajdujących się obecnie w archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau – to tylko część konspiracyjnej korespondencji Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego, która nie zachowała się w całości. Ostatnie ich grypsy odnaleziono w październiku 2011 roku. Były ukryte w wałku do ciasta w mieszkaniu lekarza stomatologa Tadeusza Wichra przy ulicy Dietla 66 w Krakowie, gdzie w czasie wojny znajdował się lokal konspiracyjny PPS-WRN. Odnalazł je i przekazał do muzeum w Oświęcimiu jego wnuk.

Konspiracyjna korespondencja Cyrankiewicza i Kłodzińskiego dokumentowała wydarzenia związane z działalnością konspiracji więźniarskiej oraz zbrodnie popełniane w KL Auschwitz przez SS – ucieczki z obozu, stany liczbowe więźniów, ich skład narodowościowy, stosowane przez SS metody uśmiercania, dokonywane w obozie egzekucje i akcje masowej zagłady, nazwiska i charakterystyki zbrodniarzy niemieckich. Grypsy zawierały też bardzo dużo informacji o akcji zagłady Żydów, Romów i jeńców radzieckich w KL Auschwitz. Dzięki Cyrankiewiczowi i Kłodzińskiemu przesłano kanałami konspiracyjnymi do wspomnianej komórki AK odpisy książki bunkra (aresztu obozowego w Bloku Śmierci), list transportowych i wykazów warszawiaków deportowanych do KL Auschwitz po wybuchu powstania warszawskiego. To były nie tylko bezcenne informacje wówczas. To są także bezcenne źródła historyczne dzisiaj.

Czy Cyrankiewicz robił to wszystko jako agent gestapo? To gestapo informowało Armię Krajową, rząd polski w Londynie i aliantów zachodnich o zbrodniach ludobójstwa popełnianych przez aparat SS w KL Auschwitz? Niechże polska prawica zastanowi się nad tym co głosi i co robi. Bo nie robi nic innego poza plugawieniem historii Polski. Może co niektórym jej przedstawicielom wydaje się, że tylko dokopują Cyrankiewiczowi, ale faktycznie robią coś znacznie gorszego – plugawią i kompromitują przed światem historię Polski i historię polskiej konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz. A potem mają pretensje, że ktoś na Zachodzie mówi o „polskich obozach koncentracyjnych”. Czy do tych pustych głów, tak chętnie powołujących się wszędzie na etykę katolicką, naprawdę nic nie może dotrzeć?

W obronie Józefa Cyrankiewicza stanęło jak na razie niewiele osób, co kompromituje środowisko współczesnej polskiej nauki historycznej. Jednym z jego obrońców stał się Adam Cyra – drugi obok Henryka Świebockiego wybitny badacz tematyki więźniarskiego ruchu oporu w KL Auschwitz, pierwszy biograf Witolda Pileckiego.

Pozwolę sobie zacytować fragmenty jego artykułu pt. „Józef Cyrankiewicz w KL Auschwitz”: „Osobiście w połowie lat osiemdziesiątych przez wiele miesięcy zbierałem materiały na temat działalności obozowego ruchu oporu w 1944 r. z udziałem Józefa Cyrankiewicza i skoczka spadochronowego – cichociemnego ppor. Stefana Jasieńskiego ps. »Urban«. Efektem moich wysiłków badawczych jest wydana w 2005 r. książka »Spadochroniarz Urban«. Nie natrafiłem wtedy ani nigdy później, na ślad żadnych dowodów, które świadczyłyby o tym, że postawa Józefa Cyrankiewicza jako więźnia KL Auschwitz była negatywna (…). Obecnie nie ma także żadnych wiarygodnych dokumentów, które potwierdzałyby wyjątkowo negatywną rolę, jaką rzekomo miał odegrać Józef Cyrankiewicz podczas procesu rtm. Witolda Pileckiego w 1948 r. W zaistniałej sytuacji niewątpliwie Józef Cyrankiewicz zachował się biernie, chociaż niewiele mógł pomóc, ponieważ prośby o ułaskawienie rozpatrywał prezydent Bolesław Bierut, który rzadko korzystał z przysługujących mu uprawnień i z reguły zatwierdzał wcześniej zapadłe wyroki śmierci”[4].

Nie jest również prawdą jakoby po wojnie Józef Cyrankiewicz miał wypożyczać z oświęcimskiego muzeum i niszczyć jakieś kompromitujące go akta. To jest pomówienie tak prostackie, że nie warto się nim dalej zajmować.

W tym samym artykule Adam Cyra zacytował fragment zachowanego raportu placówki Policji Bezpieczeństwa w Katowicach z 18 grudnia 1944 roku: „Jak wynika z przechwyconego materiału, obóz koncentracyjny w Oświęcimiu jest także w strefie działania AK. Z ramienia inspektora obozem zajmuje się Wojskowa Rada Obozu – WRO (…). Jako komendant obozu z ramienia AK wyznaczony został niejaki »Rot«. Zajmuje się on zwłaszcza sporządzaniem raportów o sytuacji w obozie i przekazywaniem ich dalej do okręgu (…). Obecnie organizacja ta jest rozpracowywana, o czym po upływie pewnego czasu, sporządzony zostanie specjalny raport”.

Placówka Policji Bezpieczeństwa w Katowicach rozpracowywała swojego agenta „Rota”-Cyrankiewicza i ostrzegała Berlin o jego antyhitlerowskiej działalności? Niechże się prawicowi specjaliści od strzelania błotem nad tym zastanowią. A jeżeli oni są tylko wyrachowanymi i świadomymi swoich kłamstw cynikami, to niech się nad tym zastanowią ich czytelnicy.

W artykule Magdaleny Ziętek-Wielomskiej znalazłem również zdumiewające, w kontekście układu PRL-RFN z 7 grudnia 1970 roku, dywagacje na temat Mieczysława F. Rakowskiego jako „kanału wpływów niemieckich” w PRL. Pragnę przypomnieć, że ten układ – którego najważniejszym postanowieniem było uznanie przez RFN polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej – został zawarty przez socjaldemokratycznego kanclerza Willy’ego Brandta i że ówczesna prawicowa opozycja niemiecka pod przewodnictwem m.in. Helmuta Kohla była mu przeciwna. Nie jest dzisiaj już tajemnicą, że w 1990 roku Helmut Kohl jako kanclerz jednoczących się Niemiec nie chciał uznać granicy nad Odrą i Nysą Łużycką. Bez układu polsko-zachodnioniemieckiego z 7 grudnia 1970 roku wymuszenie na zjednoczonych Niemczech uznania tej granicy byłoby prawdopodobnie niemożliwe.

Doprowadzając do podpisania układu pomiędzy PRL i RFN w grudniu 1970 roku Władysław Gomułka, Józef Cyrankiewicz i Mieczysław F. Rakowski działali na rzecz polskiej, narodowej racji stanu, co oczywiście także nie mieści się w horyzontach myślowych osób przedstawiających PRL jako „sowiecką okupację” lub państwo niebyłe (w 1968 roku ponoć nie było Polski, jak stwierdził obecny premier M. Morawiecki). Wyżej wymienieni przywódcy i politycy PRL obronili wtedy polską, narodową rację stanu. To jest jedyny uprawniony wniosek. Wszelkie inne są niepoważne. Dlatego muszę stwierdzić – mimo sympatii do Autorki – że dawno nie czytałem tak niepoważnego artykułu jak wspomniany artykuł Magdaleny Ziętek-Wielomskiej. Zwłaszcza w „Myśli Polskiej”.

[1] Jan Nowak (Zdzisław Jeziorański), „Kurier z Warszawy”, Warszawa-Kraków 1989, s. 31-32.

[2] D. Czech, „Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz”, Oświęcim 1992, s. 574-589.

[3] Cyt. za: W. Długoborski, F. Piper (red.), „Auschwitz 1940-1945. Węzłowe zagadnienia z dziejów obozu”, t. IV, H. Świebocki, „Ruch Oporu”, Oświęcim 1995, s. 163.

[4] A. Cyra, „Józef Cyrankiewicz w KL Auschwitz”, Wprawnym okiem historyka, http://www.cyra.wblogu.pl, 9.01.2015.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 maja 2018 r.

Szaleństwo dekomunizacji

7 kwietnia 2018 roku miało miejsce spotkanie pracowników gdańskiego Oddziału IPN z mieszkańcami gminy Czarne w województwie pomorskim, którzy sprzeciwili się budowie pomnika „żołnierzy wyklętych”. Piotr Szubarczyk z Oddziałowego Biura Edukacji Narodowej IPN w Gdańsku nie był w stanie zaakceptować, że mieszkańcy Czarnego podnosili kwestię zbrodni na ludności cywilnej dokonanych przez formację Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. W czasie spotkania Szubarczyk uniemożliwiał wypowiedzi mieszkańcom Czarnego, zachowywał się wulgarnie, m.in. krzycząc do Benedykta Lipskiego, emerytowanego nauczyciela historii – „Co pan za głupoty opowiada!”, „Pan łże! Łże jak pies!” oraz „Panie, przeczytaj pan ten rozkaz do cholery!”. Wykpiwał osoby zabierające głos, przerywał ich wypowiedzi śpiewaniem piosenek radzieckich oraz stwierdził, że Żydzi nie byli dla Polaków „bratnią krwią”, bo stanowili 50 proc. kadry UB (w rzeczywistości znacznie mniej).

Na koniec – reagując na odrzucenie przez społeczność Czarnego w referendum wniosku o budowę pomnika „wyklętych” – Szubarczyk zamieścił wpis w Internecie, w którym określił mieszkańców Czarnego jako „sowieckich agentów”, „zielonych ludzików”, „wyjątkową swołocz” i „tchórzliwe kanalie” oraz zwrócił się do nich słowami: „Jebał was pies! I tak Polska wygra tę batalię, a na was naplują kiedyś wasze wnuki”[1].

IPN przeprosił za zachowanie swojego pracownika i ukarał go jedynie naganą. Piotr Szubarczyk nie jest jedynym pracownikiem tej instytucji znanym z politycznego radykalizmu i zaangażowania po stronie rządzącej prawicy. Przypuszczam, że nie tylko mieszkańcy gminy Czarne, ale duża część Polaków są dla tej prawicy „wyjątkową swołoczą”, której nie da się przerobić na pożądany wzorzec polityczny inaczej jak poprzez upodlenie i terror. To jest nieuniknione, jeśli się robi rewolucję społeczną, która z pierwowzorem bolszewickim ma niemało wspólnego. Incydent w Czarnem pokazuje jak na dłoni, że dzięki tzw. dekomunizacji w wykonaniu IPN i PiS powróciła do Polski autentyczna kultura radziecka. Przynajmniej dla mnie nie ulega wątpliwości, że władza w Polsce znalazła się w rękach ludzi specjalnej troski, a to jest niebezpieczne dla ogółu.

Przykładów szaleństwa tzw. dekomunizacji można podać wiele i niektóre z nich już szerzej poruszyłem w swojej publicystyce. Niemal każdy dzień przynosi jakąś bulwersującą informację odnośnie kolejnych poczynań dekomunizatorów.

W Sejnach przeznaczono do likwidacji Pomnik Matki Polki, zwany też Pomnikiem Zwycięstwa. Jak się okazuje – zwycięstwa niesłusznego, ponieważ odniesionego przez Armię Czerwoną. W rozumowaniu rządzącej prawicy to zwycięstwo zasługiwałoby na upamiętnienie tylko wtedy, gdyby Polskę spod okupacji niemieckiej wyzwalała armia amerykańska. Na pomniku widniał orzeł bez korony, odsłonięto go 22 lipca 1970 roku i – o zgrozo – decydenci z IPN i PiS dopatrzyli się na nim płaskorzeźb z wizerunkami czerwonoarmistów[2].

W Bielsku Podlaskim zburzono Pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego. Wnioskował o to IPN na podstawie ustawy dekomunizacyjnej, a decyzję przegłosowali miejscowi radni. Na pomniku była tablica upamiętniająca obrońców władzy ludowej, ale była też tablica poświęcona pamięci Konstytucji 3 Maja[3]. Ktoś kto nie zna polskich realiów mógłby zapytać, czy zburzenie tego pomnika oznacza, że zdaniem IPN Mieszko I i Bolesław Chrobry byli komunistami? Czy może, że pod parawanem tzw. dekomunizacji dokonuje się rozprawy z Polską i jej historią?

Jest oczywiste, że nie chodziło tylko o tablicę upamiętniającą obrońców powojennej władzy, ale o zasadniczą symbolikę tego pomnika. O to, że tradycja piastowska służyła komunistom do legitymizacji ich władzy. Ale przecież nie tylko. Służyła i powinna służyć nadal do legitymizacji polskiej obecności na Ziemiach Odzyskanych. Tego jednakże dekomunizatorzy – uprawiający skrajne sekciarstwo polityczne – dostrzec nie potrafią albo nie chcą. Ten i inne pomniki Tysiąclecia Państwa Polskiego przypominają, że komuniści polscy realizowali w odniesieniu do Ziem Zachodnich i Północnych polską rację stanu. No a to stoi w głębokiej sprzeczności z sekciarskimi tezami o „zdrajcach” i „pachołkach Rosji”.

W Strzelcach Opolskich wojewoda opolski doprowadził do „dekomunizacji” działacza narodowego Jana Rychla (1902-1974), który był patronem jednej z ulic[4]. Co istotne – uczynił to bez opinii IPN i bez konsultacji z mieszkańcami. Jan Rychel był w okresie międzywojennym wybitnym działaczem Związku Polaków w Niemczech, organizatorem polskiego szkolnictwa pod władzą niemiecką, krzewicielem polskości na Śląsku Opolskim. Ponadto pełnił w tym czasie funkcje prezesa Związku Stowarzyszeń Młodzieży Polsko-Katolickiej Śląska Opolskiego i sekretarza Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego na powiat strzelecki. Kierował także Bankiem Ludowym w Oleśnie. To dzięki takim ludziom jak Rychel przed 1945 rokiem przetrwały resztki polskości na dawnych ziemiach piastowskich, należących wtedy do Niemiec. Strzelce Opolskie (wówczas Groß Strehlitz) Niemcy zaliczali do twierdz polskości i to była w ogromnej mierze zasługa Jana Rychla.

To, że Rychel był więźniem KL Buchenwald, a po wojnie był prześladowany przez UB, też nie miało znaczenia dla wojewody opolskiego. Jaka więc była jego wina? Ano taka, że po 1945 roku należał do Stronnictwa Demokratycznego, a po przełomie październikowym 1956 roku był radnym Powiatowej Rady Narodowej, posłem na Sejm PRL II kadencji i zasiadał w Radzie Naczelnej Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich. Dla każdego logicznie myślącego człowieka jest oczywiste, że nie była to jakakolwiek działalność komunistyczna, ale działalność na rzecz zagospodarowania przez Polskę dawnych ziem piastowskich. Nie można w tym miejscu uciec od pytania, czy wojewoda Adrian Czubak z PiS dekomunizuje czy regermanizuje Śląsk Opolski?

Na razie, dzięki ostrym protestom społecznym, udało się powstrzymać zniszczenie Pomnika Zwycięstwa i Wolności w Gorzowie Śląskim, zwanego pomnikiem Elzy. W akcję obrony pomnika Elzy zaangażowały się m.in. córki i wnuki jego twórcy – rzeźbiarza Jana Borowczaka. Muzeum Śląska Opolskiego tłumaczy, że kobieta na pomniku trzyma w ręce piastowskiego orła, a trzy pylony symbolizują trzy powstania śląskie – więc pomnik nie może propagować komunizmu. Zdaniem IPN jednak może, ponieważ napis na pomniku głosi: „Bohaterom walk z faszyzmem, wyzwolicielom Ziem Piastowskich”[5].

Taka inskrypcja ma – wedle opinii IPN – propagować komunizm. A więc walka z faszyzmem była zła, jeśli toczyli ją komuniści i Armia Czerwona. Rezultat tej walki – czyli powrót do Polski dawnych ziem piastowskich – także. To już nie jest tylko antypolonizm. To jest paranoidalne postrzeganie rzeczywistości.

Ofiarami tzw. dekomunizacji padają powszechnie pomniki i tablice poświęcone pamięci walk z okupantem niemieckim, jakie toczyły Gwardia i Armia Ludowa, Bataliony Chłopskie i Wojsko Polskie sformowane w ZSRR. W moim odbiorze to nie jest dekomunizacja, tylko faszyzacja. To jest barbarzyństwo wobec historii Polski. Rodzi się pytanie, czy to barbarzyństwo jest konieczne z przyczyn geopolitycznych? Czy to jest kolejna danina składana na ołtarzu przynależności Polski do bloku euro-atlantyckiego? Jeśli tak, to rządząca prawica nie ma jakiegokolwiek prawa do nazywania się „obozem patriotycznym”, co chętnie czyni, ani tym bardziej do pretensjonalnego podkreślania na każdym kroku domniemanej niepodległości obecnego państwa polskiego.

[1] Festiwal żenady na spotkaniu IPN z mieszkańcami. „Proszę pana, pan kłamie. Łże jak pies!”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 9.04.2018.

[2] Dekomunizacja trwa. Zniknie kolejny PRL-owski pomnik, http://www.tvp.info, 11.02.2018.

[3] A. Zdanowicz, „Pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego w Bielsku Podlaskim już zburzony”, http://www.bielskpodlaski.naszemiasto.pl, 28.03.2018.

[4] J. Cofałka, „Jak wojewoda Czubak zdekomunizował niekomunistę”, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 19.03.2018.

[5] M. Dragon, „Petycja w sprawie ocalenia Elzy. Pomnik w Gorzowie Śląskim na razie nie został zburzony”, http://www.nto.pl, 12.04.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 kwietnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 17-18 (2185/86), 22-29.04.2018, s. 4

Historia nie jest czarno-biała

21 marca byłem w Muzeum im. Ireny i Mieczysława Mazarakich w Chrzanowie na prelekcji archeologa, dr. Krzysztofa Tuni, który kierował pracami ekshumacyjnymi na miejscowym cmentarzu wojennym żołnierzy Armii Czerwonej. Cmentarz ten, będący zbiorową mogiłą żołnierzy radzieckich, znajdował się w parku na terenie chrzanowskiego osiedla Kościelec. Urządzono go i uroczyście otwarto w 1978 roku. Przeniesiono tam wówczas z różnych miejsc szczątki żołnierzy radzieckich, którzy polegli w dniach 21-25 stycznia 1945 roku wyzwalając powiat chrzanowski spod okupacji niemieckiej podczas ofensywy styczniowej. Pierwotnie sądzono, że spoczęło tam 1372 żołnierzy Armii Czerwonej. Jednakże ekshumacja wykazała, że w Kościelcu pochowano 1340 żołnierzy radzieckich.

Po 1989 roku cmentarz ten został zaniedbany, a stojący na nim pomnik był systematycznie dewastowany przez wandali. Przyczyną tego była niewątpliwie panująca w kraju atmosfera polityczna wokół stosunku do ZSRR i Rosji, dająca przyzwolenie na takie zachowania. Ostatnia dewastacja miała miejsce w przeddzień 9 maja 2014 roku, co nie było przypadkiem (wydarzenia na Ukrainie). Zniszczono wówczas mur okalający cmentarz wojenny, wyrwano tablicę informującą, że miejsce to jest cmentarzem wojennym i uszkodzono sam pomnik.

Władze Chrzanowa postanowiły rozwiązać ten problem przenosząc szczątki żołnierzy radzieckich na cmentarz komunalny. Lokalizacja zbiorowej mogiły żołnierzy Armii Czerwonej na cmentarzu komunalnym powinna zabezpieczyć ją przed wandalizmem. Po wielu latach uzyskano zgodę ambasady rosyjskiej i stała się możliwa realizacja tego zamierzenia.

Prace ekshumacyjne w Kościelcu trwały na przełomie 2017 i 2018 roku. Prowadzili je archeologowie z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN pod nadzorem sanepidu oraz z udziałem przedstawicieli IPN i ambasady rosyjskiej. Całość prac i urządzenie nowego miejsca pochówku sfinansowała strona polska. Archeolodzy dokładnie przekopali teren – głębiej i szerzej niż sięgał cmentarz wojenny. Wydobyto z ziemi 1340 zwłok żołnierzy radzieckich, które złożono do drewnianych trumien i przeniesiono do zbiorowej mogiły na cmentarzu komunalnym przy ulicy Eliasza Marchettiego. Warto dodać, że na pobliskim cmentarzu parafialnym znajduje się już zbiorowa mogiła około 130 żołnierzy polskich, którzy polegli w obronie Chrzanowa 3 i 4 września 1939 roku podczas kampanii wrześniowej. Odsłonięcie nowego pomnika na mogile żołnierzy radzieckich ma nastąpić w maju br.

Duża część prelekcji dr. Tuni została poświęcona przedmiotom, które znaleziono przy szczątkach ekshumowanych żołnierzy radzieckich. Wydobyto kilkaset różnych przedmiotów. Były to nieśmiertelniki, części uzbrojenia i ekwipunku (hełmy, bagnety, granaty, amunicja, menażki, manierki, łyżki), dokumenty osobiste, odznaczenia bojowe, zdjęcia prywatne, listy, papierośnice, notatniki, ołówki, scyzoryki. Na podstawie różnych źródeł udało się ustalić dane ponad 100 żołnierzy. Byli to żołnierze różnych narodowości, w tym Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini. Wielu z nich pochodziło ze wschodniej Ukrainy. Niestety większość żołnierzy radzieckich nie przestrzegała zasady noszenia przy sobie nieśmiertelników. Był to stary przesąd, jeszcze z armii carskiej i okresu pierwszej wojny światowej. Stąd problemy z identyfikacją.

Na tablicy, która znajdowała się na byłym już pomniku w Kościelcu figurowało 107 nazwisk. Najwyższy stopniem spośród wymienionych tam żołnierzy był podpułkownik – bohater Związku Radzieckiego, który zginał prowadząc żołnierzy do ataku na bunkier niemiecki. Byli to żołnierze m.in. 336. dywizji strzeleckiej, wchodzącej w skład 15. korpusu armijnego 60. Armii 1. Frontu Ukraińskiego. Szacuje się, że w walkach na terenie powiatu chrzanowskiego w styczniu 1945 roku zginęło około 2200 żołnierzy radzieckich, w tym 109 w samym Chrzanowie. Część spośród ich ciał uległa zapewne zniszczeniu podczas walk (spaleniu, rozerwaniu w wyniku eksplozji pocisków). Tych, których pochowano w różnych mogiłach przeniesiono następnie na cmentarz w parku w Kościelcu. Chrzanowa broniły jednostki niemieckiej 17. Armii i 4. Armii Pancernej grupy armijnej „A”. Walki były niezwykle zacięte. Zniszczeniu w różnym stopniu uległo 25 proc. budynków ówczesnego Chrzanowa.

Najbardziej niezwykłym znaleziskiem podczas ekshumacji cmentarza wojennego żołnierzy radzieckich w Chrzanowie-Kościelcu okazały się przedmioty kultu religijnego. Odkryto ich przy szczątkach żołnierzy bardzo dużo. Były to zarówno prawosławne ikonki, jak i medaliki katolickie, co może świadczyć o tym, że wśród tych żołnierzy znajdowali się Polacy z Kresów Wschodnich, albo po prostu Polacy walczący w szeregach Armii Czerwonej. Wiadomo przecież, że w szeregach tej armii walczyło podczas drugiej wojny światowej co najmniej 300 tys. Polaków.

Informacja o ikonkach prawosławnych i medalikach katolickich, znalezionych przy szczątkach żołnierzy radzieckich, stała się szokująca dla jednego ze słuchaczy prelekcji dr. Tuni. Okazał się nim młody człowiek – jak się domyślam uczeń liceum, wychowany na literaturze typu „Czerwona zaraza”. Zasugerował on, że te przedmioty mogły zostać zrabowane przez żołnierzy radzieckich, którzy – jak sam był przekonany – zajmowali się głównie rabunkiem. Prelegent wykluczył jednak taką możliwość. Nie ulega wątpliwości, że proste aluminiowe medaliki i drewniane ikonki nie przedstawiały większej wartości materialnej. Nie mogły więc być przedmiotem rabunku. Były to zatem przedmioty osobiste tych żołnierzy, przedmioty kultu religijnego.

Taka jest prawda o „czerwonej zarazie” i „bolszewickiej armii”. Dla niektórych skomplikowana. Zwłaszcza dla tych, którzy głoszą propagandowe i oderwane od faktów historycznych tezy o podboju Polski w 1944 i 1945 roku przez wojska sowieckie i „drugiej okupacji”. Żołnierze Armii Czerwonej z ikonkami i medalikami, modlący się pewnie ukradkiem poza zasięgiem wzroku oficerów politycznych, nie pasują do tezy, że armia ta niosła Polakom komunizm. Ci żołnierze nie nieśli Polsce żadnego komunizmu. To byli zwykli, szarzy ludzie, wyrwani ze swoich środowisk i oderwani od swoich rodzin, wcieleni do wojska i skierowani do walki z III Rzeszą Niemiecką, której pokonanie było warunkiem pokojowej egzystencji kontynentu europejskiego. Chcieli tylko wrócić do swoich rodzin. I o to się modlili. Dlatego niech wreszcie zacznie się ich w Polsce szanować, a polityczni awanturnicy dadzą im po prostu święty spokój.

Badanie historii jest sprawą skomplikowaną. Historia nigdy nie jest czarno-biała i nie da się jej opisać przez stosowanie ideologicznych schematów oraz zaklęć, odpowiadających zapotrzebowaniu jakiejś polityki historycznej.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 kwietnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 15-16 (2183/84), 8-15.04.2018, s. 7

 

„Dekomunizacja” Republiki Pińczowskiej

„Zaskoczyła mnie bardzo ta decyzja… To jest symbol walki i wolności, a nie komunizmu. Nie wiem, dlaczego ktoś doszedł do takiego wniosku. Pomnik w Byczowie upamiętnia pojednanie i braterstwo wszystkich oddziałów partyzanckich. Armia Ludowa, Armia Krajowa, Szare Szeregi i Bataliony Chłopskie połączyły się – nie było wtedy ideologii, był za to jeden cel – walka przeciwko okupantowi. Adam Asnyk pięknie apelował, aby nie burzyć pomników i ołtarzy przeszłości, żeby nowe pokolenia mogły wznieść nowe. Według mnie pomnik Republiki Pińczowskiej powinien zostać na swoim miejscu, bo on uczy historii. A historia nie zawsze jest czysta jak łza. Trzeba ją dobrze poznać i dopiero wtedy o niej mówić, w odpowiedni sposób ją przekazać” – tak skomentowała informację o ewentualnej rozbiórce pomnika Republiki Pińczowskiej w Byczowie koło Pińczowa 90-letnia Teresa Znojek, w okresie okupacji niemieckiej łączniczka i sanitariuszka w batalionie Armii Krajowej „Dzięcioł”, uczestniczka walk o Republikę Pińczowską[1].

Pod koniec lutego 2018 roku władze województwa świętokrzyskiego uznały pomnik Partyzanckiej Republiki Pińczowskiej w Byczowie za obiekt „w rozumieniu artykułu 5 ustęp 1 i 2, znowelizowanej ustawy z dnia 1 kwietnia 2016 roku o zakazie propagowania komunizmu”, co może oznaczać jego likwidację. Wywołało to spore poruszenie społeczności powiatu pińczowskiego. 12 marca miało miejsce spotkanie w Urzędzie Wojewódzkim w Kielcach z udziałem władz województwa, przedstawicieli Instytutu Pamięci Narodowej oraz Urzędu Miasta i Gminy w Pińczowie. Na spotkaniu tym zapadła decyzja, że nie dojdzie do rozbiórki pomnika Republiki Pińczowskiej, natomiast zainteresowane strony będą szukać „prawnych możliwości w sprawie usunięcia pamiątkowych tablic, które są częścią pomnika”. Powodem takiej decyzji jest stanowisko kieleckiej Delegatury IPN dotyczące tablic pamiątkowych na pomniku, które „upamiętniają kontrowersyjne postaci”[2].

Problem w tym, że gdy w 1969 roku odsłonięto pomnik Republiki Pińczowskiej w Byczowie, nie było na nim żadnych tablic. Widniał tam tylko napis: „Partyzantom bohaterom tej ziemi. Partyzancka Republika Pińczowska 24 VII – 15 VIII 1944”. Kontrowersyjne dla IPN tablice umieszczono na pomniku dopiero w 2001 roku, a więc już w okresie III RP. Na tablicach tych są upamiętnione m.in. następujące osoby: Zygmunt Bieszczanian – dowódca oddziału Armii Ludowej okręgu wiślickiego, Roman Kałuża – uczestnik kampanii wrześniowej, dowódca partyzanckiego zgrupowania Batalionów Chłopskich i Armii Ludowej oraz zastępca komendanta okręgu wiślickiego AL, Józef Maślanka – dowódca partyzanckiego zgrupowania BCh i AL, Jan Pszczoła – uczestnik kampanii wrześniowej, komendant obwodu pińczowskiego BCh i zastępca komendanta obwodu pińczowskiego Armii Krajowej, Józef Saturn – uczestnik kampanii wrześniowej i dowódca brygady AL oraz Roman Zawarczyński – także uczestnik kampanii wrześniowej i komendant obwodu pińczowskiego Armii Krajowej.

Z wypowiedzi dla Radia Kielce dr Doroty Koczwańskiej-Kality – naczelnik Delegatury IPN w Kielcach – wynika, że zastrzeżenia IPN budzą trzy nazwiska: Zygmunta Bieszczanina, Józefa Maślanki i Józefa Saturna. Formalnie dlatego, że Zygmunt Bieszczanin „Adam” (1923-1998) był po wojnie komendantem wojewódzkim Milicji Obywatelskiej w Rzeszowie[3]. A dwaj pozostali? Tego pani naczelnik nie wyjaśniła, więc spróbuję dociec sam. Józef Saturn (1899-1971) też był po wojnie oficerem MO. Natomiast Józef Maślanka „Mścisław” (1883-1968) był przez trzy miesiące ministrem administracji publicznej w Rządzie Tymczasowym Edwarda Osóbki-Morawskiego, a także posłem z ramienia Stronnictwa Ludowego do Krajowej Rady Narodowej i na Sejm Ustawodawczy.

Podczas wojny Józef Maślanka dowodził oddziałem BCh „Mścisława Górki”. 17 lipca 1944 roku pod Skrobaczowem w powiecie buskim, pod jego nieobecność, oddział ten oraz oddział AL Zygmunta Bieszczanina zostały zaatakowane przez 204. pułk Narodowych Sił Zbrojnych, który wszedł później w skład Brygady Świętokrzyskiej. Pomimo dużej przewagi NSZ oddział Bieszczanina wydostał się wówczas z okrążenia. Do niewoli dostało się jednak 33 partyzantów BCh wraz z dowodzącym w zastępstwie Maślanki Kazimierzem Orczykowskim. Wkrótce ich uwolniono. Orczykowskiemu zwrócono nawet broń i konia. Jednakże jego podkomendni zostali przez NSZ rozbrojeni i poddani karze chłosty. Ta współczesna „dekomunizacja” Bieszczanina i Maślanki wygląda tak jakby była dokończeniem tamtej walki z lipca 1944 roku, którą rozpoczęła z nimi cześć późniejszej Brygady Świętokrzyskiej NSZ.

Niezależnie od tego jak potoczą się dalsze losy pomnika w Byczowie koło Pińczowa, faktem jest, że obecna władza otworzyła temat „dekomunizacji” Republiki Pińczowskiej, a właściwie – należy to otwarcie powiedzieć – fałszowania pamięci historycznej o wspólnym wystąpieniu przeciw Niemcom AK, AL i BCh. Jaka jest bowiem prawda historyczna o Partyzanckiej Republice Pińczowskiej?

Nazwa ta została zapożyczona od Republiki Pińczowskiej, którą pod koniec 1918 roku – po rozbrojeniu wojsk austro-węgierskich – utworzyli miejscowi chłopi pod przywództwem działacza SDKPiL Jana Lisowskiego. Partyzancka Republika Pińczowska była obszarem o powierzchni około 1000 km2, który został przejściowo wyzwolony spod okupacji niemieckiej w dniach 24 lipca – 12 sierpnia 1944 roku w wyniku wspólnego wysiłku zbrojnego partyzantki AK, AL i BCh. Stanowiła urzeczywistnienie idei, o którą walczyli powstańcy warszawscy – z tym, że w okolicach Pińczowa się udało. Stworzono namiastkę państwa polskiego – niepodległego i pluralistycznego politycznie. Wyzwolony od Niemców obszar obejmował tereny dzisiejszych powiatów buskiego, kazimierzowskiego, pińczowskiego i proszowickiego z takimi miejscowościami jak Brzesko Nowe, Działoszyce, Janowice, Kazimierza Wielka, Koszyce, Nowy Korczyn, Pińczów, Proszowice, Sancygniów, Skalbmierz, Słaboszów i Wiślica.

29 lipca 1944 roku w ramach operacji lwowsko-sandomierskiej wojska radzieckie dotarły do Wisły w rejonie Baranowa Sandomierskiego i rozpoczęły forsowanie rzeki. 31 lipca uchwyciły one tzw. przyczółek baranowsko-sandomierski. Około 20 lipca, kiedy front był jeszcze oddalony od powiatu pińczowskiego o 100 km, rozpoczęła się chaotyczna ewakuacja niemieckich urzędów i policji. To był bezpośredni impuls do podjęcia działań zaczepnych przez siły partyzanckie. Polskie wystąpienie rozpoczęło się od rozbrajania posterunków żandarmerii niemieckiej, m.in. w Nowym Korczynie i Racławicach. Pierwszą potyczkę z Wehrmachtem stoczono pod wsią Sielec w dzisiejszym powiecie jędrzejowskim. Ramię w ramię walczyli tam partyzanci z oddziału AK „Grom”, AL i BCh. 26 lipca 1944 roku oddział BCh pod dowództwem Franciszka Kozery (1912-1992) rozbił posterunki policji niemieckiej w Kocmyrzowie i Luborzycy na terenie dzisiejszego powiatu krakowskiego. Następnie, kontynuując marsz na wschód, rozbroił garnizon niemiecki w Koszycach i 27 lipca zlikwidował 30-osobowy garnizon niemiecki w Kazimierzy Wielkiej, składający się gównie z nacjonalistów ukraińskich.

W tym samym czasie do działań zaczepnych przystąpiła Kompania Szturmowa „Dominika”, pod dowództwem kpt. Jerzego Biechońskiego (1918-1944), wchodząca w skład 106. Dywizji Piechoty AK. 27 lipca kompania kpt. Biechońskiego rozbiła w zasadzce w Czechach koło Proszowic oddział żandarmerii niemieckiej, a następnego dnia wyzwoliła Proszowice.

Na wyzwolonym obszarze władzę polityczną sprawowała Pińczowska Konspiracyjna Rada Narodowa wraz z delegatem powiatowym rządu RP na uchodźstwie Józefem Dąbkowskim ze Stronnictwa Ludowego i komendantem obwodu pińczowskiego AK mjr. Romanem Zawarczyńskim (1896-1959). Na czele Pińczowskiej Konspiracyjnej Rady Narodowej stanął Franciszek Kucybała (1908-1968) – dowódca okręgu pińczowskiego AL, a jego zastępcą został ludowiec Piotr Soja. Powołano też stanowiska komisarzy do spraw majątków obszarniczych (został nim działacz ruchu ludowego i pisarz Józef Morton), reformy rolnej oraz kolejnictwa i dróg. Wspomniana Teresa Znojek w wypowiedzi dla portalu „Echo Dnia” stwierdziła, że „wszyscy szliśmy na śmierć, wszyscy walczyliśmy przeciw okupantom i wszyscy rozbrajaliśmy posterunki, w których stacjonowali żołnierze Wehrmachtu. Warto też wiedzieć, że wtedy dowództwo dostawał ten, kto najlepiej znał teren i nie miało znaczenia do jakiego oddziału należy”.

Ta namiastka wolnej i demokratycznej Polski spokojnie funkcjonowała zaledwie kilka dni. Bliskość frontu oraz militarne znaczenie dróg przechodzących przez teren Republiki Pińczowskiej spowodowały, że siły niemieckie szybko przystąpiły do kontrataku. Rozpoczął się on 31 lipca 1944 roku od próby pacyfikacji wsi Młodzawy Duże i Młodzawy Małe w powiecie pińczowskim. Skuteczny opór Niemcom stawiła tam licząca wówczas około 180 partyzantów 1. Brygada AL Ziemi Krakowskiej im. Bartosza Głowackiego, której dowódcą był kpt. Józef Saturn „Bartek”. W czasie starcia pod Młodzawami wyróżniła się trzecia kompania tej brygady, dowodzona przez kpt. Zygmunta Bieszczanina „Adama”. Warto nadmienić, że Bieszczanin i Saturn rozpoczęli walkę konspiracyjną z okupantem niemieckim w szeregach ZWZ/AK. Ponadto Józef Saturn był uczestnikiem II powstania śląskiego.

Na pomniku w Młodzawach również umieszczono napisy poświęcone Zygmuntowi Bieszczaninowi i Józefowi Saturnowi o treści: „Ku pamięci płk. dr. Zygmunta Bieszczanina 1923-1998, kawalera orderu Virtuti Militari, dowódcy oddziału AL okręgu wiślickiego, uczestnika walk z niemieckim okupantem, współtwórcy powstania, obrony i utrzymania Republiki Pińczowskiej 24 VII – 15 VIII 1944. Jego żołnierze” oraz „Majorowi Józefowi Saturnowi 1899-1971, uczestnikowi kampanii wrześniowej 1939, w okresie okupacji w Służbie Zwycięstwu Polski, Związku Walki Zbrojnej, Gwardii i Armii Ludowej, dowódcy 1. Brygady AL Ziemi Krakowskiej im. Bartosza Głowackiego”. Czy te napisy także zostaną poddane procedurze „dekomunizacji”? A może już to uczyniono?

5 sierpnia 1944 roku siły niemiecko-ukraińskie wyparły ze Skalbmierza partyzantów AK i przystąpiły do palenia miasteczka, mordując 64 jego mieszkańców. Na odsiecz pospieszyli partyzanci BCh i AL, w tym oddział kpt. Bieszczanina. Niestety nie byli oni w stanie odbić miasteczka z rąk wroga. O polskim zwycięstwie zadecydowało wsparcie w postaci dwóch czołgów należących do patrolu radzieckiego, który stacjonował w Wiślicy. Kontakt z dowódcą tego patrolu nawiązał Jan Pszczoła (1914-1944) – komendant obwodu pińczowskiego BCh. Tego samego dnia zwycięską potyczkę z jednostką niemieckiej żandarmerii polowej stoczył pod Jaksicami w dzisiejszym powiecie proszowickim oddział ze 120. pułku piechoty AK.

Ostatnim polskim sukcesem była likwidacja posterunku żandarmerii niemieckiej w Działoszycach, którą przeprowadzili 8 sierpnia 1944 roku partyzanci AK i BCh. Wkrótce na teren Republiki Pińczowskiej wkroczyły znaczne siły Wehrmachtu, którym partyzanci nie byli w stanie stawić czoła. W sytuacji braku możliwości połączenia z Armią Czerwoną na przyczółku baranowsko-sandomierskim siły AK i cześć sił BCh przeszły do konspiracji. Natomiast 1. Brygada AL, do której na zasadach autonomicznych dołączył oddział BCh Józefa Maślanki, podjęła próbę przebicia się przez linię frontu. Stan osobowy brygady został też uzupełniony przez grupę spadochroniarzy z Polskiego Sztabu Partyzanckiego i wzrósł do 450 żołnierzy. W wyniku zrzutu radzieckiego 13 sierpnia 1944 roku brygada uzyskała m.in. około 100 pistoletów maszynowych i amunicję. 14 sierpnia 1. Brygada AL stoczyła potyczkę z wojskami niemieckimi pod Baranowem w dzisiejszym powiecie buskim. Następnego dnia większość jej żołnierzy przebiła się przez linię frontu w okolicach wsi Szklanów. Wśród żołnierzy brygady, którzy pozostali w konspiracji na terenie okupowanym przez Niemców, był m.in. ranny por. Jan Trzaska „Gutek” – co ciekawe także uczestnik kampanii wrześniowej i początkowo partyzant AK.

Różne były powojenne losy bohaterów Republiki Pińczowskiej, tak jak skomplikowana była powojenna historia Polski. Józef Maślanka był ministrem w Rządzie Tymczasowym, a potem posłem SL, Zygmunt Bieszczanin, Franciszek Kucybała i Józef Saturn trafili na kilka lat do MO, a mjr. Roman Zawarczyński do antykomunistycznej konspiracji Wolność i Niezawisłość. Franciszek Kozera podjął w 1945 roku pracę w Tymczasowym Zarządzie Państwowym, a następnie Urzędzie Celnym w Gdyni i został z niej usunięty w 1953 roku na polecenie UB. Jednak na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku ci ludzie walczyli razem. Walczyli o Polskę. Mieli różne wizje Polski i być może mogliby je demokratycznie realizować, gdyby pozwoliły na to ówczesne warunki geopolityczne. Tak przynajmniej było w krótkim epizodzie Partyzanckiej Republiki Pińczowskiej, kiedy wspólnie tworzyli jej demokratyczne władze. Ten fakt nie pasuje jednak do założeń obecnej polityki historycznej, opartej na ideologii radykalnego antykomunizmu. Nie pasuje do dogmatów o drugiej okupacji sowieckiej i pachołkach Kremla. Stąd też podjęte zostały działania zmierzające do napisania historii na nowo. Jak bowiem inaczej należy traktować zapowiedź usunięcia z pamięci społecznej kilku ważnych nazwisk związanych z Republiką Pińczowską?

[1] „Koło Pińczowa chcą zburzyć pomnik bohaterów! Wielkie oburzenie. To koniec uroczystości pod pomnikiem Republiki Pińczowskiej?”, http://www.echodnia.eu, 7.03.2018.

[2] „Byczów, Kozubów. Tablice do usunięcia, pomnik Republiki Pińczowskiej pozostanie na swoim miejscu”, http://www.echodnia.eu, 13.03.2018.

[3] „Kontrowersje wokół pomnika Republiki Pińczowskiej. Chodzi o kilka nazwisk”, http://www.radio.kielce.pl, 8.03.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 kwietnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 15-16 (2183/84), 8-15.04.2018, s. 6-7

Świadectwo Icchaka Kacenelsona

Przed północą 30 kwietnia 1944 roku dotarł do KL Auschwitz z obozu internowania w Drancy pod Paryżem siedemdziesiąty drugi transport Żydów, który Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) skierował z okupowanej Francji. Przywieziono w nim 1004 Żydów – mężczyzn, kobiety i dzieci. Po wyładunku transportu na rampie kolejowej lekarze SS przeprowadzili selekcję. W jej rezultacie skierowali do obozu jako więźniów tylko 48 mężczyzn (oznaczono ich numerami 186596 – 186643) oraz 91 kobiet (otrzymały numery 80569 – 80659). Pozostałe 865 osób – już po północy 1 maja 1944 roku – esesmani zamordowali w komorach gazowych obozu Birkenau (KL Auschwitz II), a ich zwłoki spalono w krematoriach.

Wśród osób wyselekcjonowanych na śmierć znajdowali się 58-letni Icchak Kacenelson (1886 – 1944) oraz jego 18-letni syn Cwi, których w obozie Drancy oznaczono numerami 20204 i 20205. Na zachowanej liście transportowej przy nazwisku ojca widnieje adnotacja „Lehrer (nauczyciel)”, a przy nazwisku syna „Arbeiter (robotnik)”. Cwi Kaceneslon (1926-1944) był młodym mężczyzną i powinien zostać zarejestrowany w obozie jako więzień. Najprawdopodobniej zatem nie chciał opuścić starego ojca i poszedł z nim razem na śmierć. Ich droga do Auschwitz była długa i bolesna. W przeciwieństwie do większości Żydów polskich nawet nietypowa, ponieważ wiodła przez obozy internowania w Vittel i Drancy na terenie Francji. Stało się tak dlatego, że na tej drodze pojawił się nagle promyk nadziei na ratunek. Promyk tej nadziei okazał się niestety jedną z najtragiczniejszych kart losu Żydów polskich podczas drugiej wojny światowej, która przeszła do historii pod nazwą „sprawy Hotelu Polskiego”.

Icchak Kacenelson (1886-1944). Fot. domena publiczna

Icchak Kacenelson (1886-1944). Fot. domena publiczna

Icchak Kacenelson był pedagogiem, tłumaczem, poetą i dramaturgiem. Tworzył w językach jidysz i hebrajskim. Jeden z najwybitniejszych poetów żydowskich XX wieku pochodził z ziemi Adama Mickiewicza. Urodził się 1 lipca 1886 roku w Koreliczach koło Nowogródka, ale większość swojego życia spędził w Warszawie i Łodzi. Jego ojciec Jakub Beniamin Kacenelson (1852-1930) także był pedagogiem i literatem, piszącym pod pseudonimem Ben-Jamini. Od 1884 roku pełnił funkcję dyrektora chederu w Zgierzu, którego wychowankiem był m.in. jego syn Icchak. Natomiast w 1886 roku został dyrektorem Zreformowanego Chederu w Łodzi.

Problemy finansowe spowodowały, że młody Icchak przerwał naukę i rozpoczął pracę w fabryce włókienniczej. Był samoukiem. W poszukiwaniu lepszego życia przeniósł się do Warszawy, gdzie współpracował z pismami żydowskimi „Ha-Cefira”, „Ha-Dor” oraz z Jidisze Bibliotek, wydawaną przez Icchoka Lejbusza Pereca. Po kilku latach powrócił do Łodzi, gdzie prowadził przedszkole żydowskie, a potem hebrajską szkołę powszechną. W okresie międzywojennym założył świeckie I Gimnazjum Hebrajskie w Łodzi i był jego dyrektorem.

Debiutował jako pisarz w 1904 roku. Rozgłos przyniósł mu napisany prozą w języku hebrajskim poemat „Bi-g(e)wulot Lita” (hebr., „W granicach Litwy”, 1909), poświęcony doświadczeniom młodości spędzonej na Litwie. Potem opublikował jeszcze kilka tomów poetyckich w języku hebrajskim. Tworzył też cieszące się popularnością pieśni, baśnie i utwory sceniczne dla dzieci i młodzieży. Wiele jego wierszy, opatrzonych muzyką, weszło do kanonu żydowskich pieśni ludowych i dziecięcych. Tłumaczył na język hebrajski m.in. utwory Heinego. Interesował się także teatrem hebrajskim, dla którego napisał wiele utworów, m.in. poemat sceniczny „Ha-Nawi” (hebr., „Prorok”, 1922). Od 1928 roku kierował Hebrajskim Studiem Dramatycznym „Habima” w Łodzi.

Końcowy i najdramatyczniejszy okres życia Icchaka Kacenelsona rozpoczął się po wybuchu drugiej wojny światowej. Od stycznia 1940 roku przebywał w getcie warszawskim, gdzie współpracował z Emanuelem Ringelblumem. Uczestniczył w tajnym nauczaniu i w seminariach ruchu chalucowego (He-Chaluc). Kierował także kołem dramatycznym organizacji młodzieżowej Dror oraz pisał do konspiracyjnej prasy żydowskiej. W getcie warszawskim powstały m.in. jego poematy w języku jidysz: „Biada tobie”, „Pieśń o Szlomie Żelichowskim”,Śmiał się Żyd” oraz wiele innych utworów, które – zakopane wraz z Archiwum Ringelbluma w lipcu 1942 roku – zostały odnalezione kilka lat po wojnie.

Podczas Wielkiej Akcji likwidacyjnej getta warszawskiego (22 lipca-21 września1942 r.), w transporcie z 14 sierpnia 1942 roku, do obozu zagłady w Treblince wywieziono jego najbliższych – młodszego brata Berla Kacenelsona (także pedagog), żonę Chanę (1900-1942) oraz synów, 14-letniego Bencjona i 11-letniego Jomela. Icchak Kacenelson nie został objęty deportacją, ponieważ wraz z najstarszym synem Cwi pracował w tzw. „szopach” (zakładach produkcyjnych na terenie getta). Mimo swojego wieku, postanowił walczyć i zgłosił się do Icchaka Cukiermana „Antka”– jednego z przywódców Żydowskiej Organizacji Bojowej. Kacenelsonowie – ojciec i syn – biorą udział w powstaniu w getcie warszawskim (19 kwietnia-maj 1943 r.), a następnie wydostają się na „stronę aryjską”. Jak wielu ukrywających się wtedy w Warszawie Żydów, trafiają wkrótce do Hotelu Polskiego przy ulicy Długiej 29.

Trzeba w tym miejscu przypomnieć pokrótce tzw. sprawę Hotelu Polskiego. Na przełomie 1941 i 1942 roku dwie organizacje żydowskie ze Szwajcarii załatwiły dla Żydów w Generalnym Gubernatorstwie pewną ilość paszportów państw południowoamerykańskich, żeby umożliwić im legalną emigrację w ramach wymiany na obywateli III Rzeszy internowanych przez aliantów. Do getta warszawskiego najwięcej takich dokumentów zaczęto przekazywać na przełomie 1942 i 1943 roku, kiedy większość ich adresatów zginęła już w obozie zagłady w Treblince. W maju 1943 roku – tuż przed ostateczną likwidacją getta – ową niedoręczoną pocztą (około 4000 paszportów) zainteresowało się dwóch żydowskich kolaborantów – Leon Skosowski i Adam Żurwain, którzy współpracowali z warszawskim gestapo. Kierowana przez nich grupa kilkunastu podobnych im kolaborantów żydowskich rozpoczęła akcję sprzedaży paszportów Żydom ukrywającym się po „stronie aryjskiej”, a ci na ich podstawie byli internowani przez władze niemieckie w Hotelu Polskim. Tam oczekiwali na wyjazd do obozów internowania we Francji i w Niemczech, skąd miano ich deportować do krajów neutralnych. Część dokumentów rozdawano w hotelu za darmo. Były to tzw. certyfikaty palestyńskie.

Przez Hotel Polski przeszło około 2500 osób, w tym wielu bojowników Żydowskiej Organizacji Bojowej i Żydowskiego Związku Wojskowego. Niestety cała akcja była najprawdopodobniej prowokacją gestapo, które w ten sposób wywabiło część Żydów ukrywających się po „stronie aryjskiej”. Żydzi wyjeżdżający w lipcu 1943 roku z Hotelu Polskiego do obozów internowania w Vittel we Francji i Bergen-Belsen w Niemczech (wtedy jeszcze nie był to obóz koncentracyjny) byli przekonani, że dzięki dokumentom, za które oddali ostatnie pieniądze i kosztowności bezpiecznie dotrą do Ameryki Południowej. Niestety, w większości zamiast do krajów neutralnych dotarli do KL Auschwitz (część z nich zamordowano też na Pawiaku). Po przybyciu Żydów z Hotelu Polskiego do Vittel i Bergen-Belsen funkcjonariusze RSHA dokonali dokładnego sprawdzenia ich dokumentów i odkryli, że np. w wieloosobowych rodzinach nie ma związków krwi. Stało się dla nich od razu jasne, że paszporty umożliwiające emigrację miały uchronić te osoby od zagłady.

Tragiczny los ofiar „sprawy Hotelu Polskiego” podzielili też Icchak Kacenelson i jego syn. Z obozu w Vittel przetransportowano ich 17 kwietnia 1944 roku do obozu internowania w Drancy, a stamtąd gestapo ekspediowało transporty Żydów tylko w jednym kierunku. Do Auschwitz. W tę ostatnią drogę Kacenelsonowie wyruszyli 29 kwietnia 1944 roku, w siedemdziesiątym drugim transporcie RSHA z Drancy.

Icchak Kacenelson-fot. Historical Holocaust Society

Icchak Kacenelson-fot. Historical Holocaust Society

Podczas pobytu w Vittel Icchak Kacenelson napisał swój ostatni i najważniejszy utwór poetycki – poemat w języku jidysz „Dos lid fun ojsgehargetn jidiszn fołk” („Pieśń o zamordowanym żydowskim narodzie”). Jest to wstrząsające świadectwo Zagłady przekazane przez jej świadka i ofiarę. Dzieło składa się z piętnastu pieśni, w których autor opisał historię zagłady getta warszawskiego i zawarł swój testament. Poemat został przetłumaczony na język polski w 1973 roku przez Jerzego Ficowskiego. Kacenelson tworzył go w obozie Vittel pomiędzy 3 października 1943 a 18 stycznia 1944 roku, następnie ukrył w butelce i zakopał w ziemi. Zaprzyjaźniona z poetą więźniarka obozu Miriam Novitch, znająca miejsce zakopania butelki, wydobyła ją z ziemi 12 września 1944 roku – w dniu wyzwolenia obozu w Vittel przez aliantów. Ocalał poemat – świadectwo, oskarżenie i pomnik – oraz dziennik pisany przez poetę w obozie.

„Pieśń o zamordowanym żydowskim narodzie” stanowi porażający dokument prawdy nie tylko o zbrodni, ale także o jej bezpośrednich sprawcach. Wszystkich sprawcach. Również tych, o których dzisiaj mówi się niechętnie, a jeśli już się mówi, to jednocześnie się ich usprawiedliwia i wybiela. Oczywiście, że podczas akcji likwidacyjnej getta funkcjonariuszom Żydowskiej Służby Porządkowej groziło rozstrzelanie za niewykonanie rozkazu. Czy to jednak w pełni usprawiedliwia ich brutalność i nadgorliwość? Czy ich postępowaniem kierował tylko strach przed rozstrzelaniem za niewykonanie rozkazu czy także okrutna kalkulacja, że gorliwość i bezwzględność w spełnianiu poleceń niemieckich zapewni im samym ocalenie?

Taka przecież była filozofia wielu Żydów, którzy służyli Niemcom w Judenratach, policji żydowskiej, czy organizacji „Żagiew”. Filozofia przyjęta przez nich na długo przed tym, jak pojawiło się niebezpieczeństwo likwidacji gett i zagłady ich mieszkańców. Ta wąska elita (w sensie dosłownym, bo np. w policji żydowskiej służyło wielu adwokatów i studentów) wierzyła, że tylko pełna lojalność wobec Niemców może przynieść najpierw poprawę ich własnego losu, a później – kiedy rozpoczęła się akcja zagłady – ratunek. Ale komu? Im samym kosztem życia reszty. Icchak Kacenelson – ofiara Zagłady – w trzeciej części „Pieśni o zamordowanym żydowskim narodzie”, zatytułowanej „O, bólu mój!”, dał świadectwo tego co widział podczas Wielkiej Akcji w getcie warszawskim. Niech nikt dzisiaj nie próbuje nam wmawiać, że widział on coś innego.

„O, bólu mój!” (fragment) – utwór powstał 22 października 1943 roku

Jam jest ten, który to widział, który przyglądał się z bliska,

Jak dzieci, żony i mężów, i starców mych siwogłowych

Niby kamienie i szczapy na wozy oprawca ciskał

I bił bez cienia litości, lżył nieludzkimi słowy.

Patrzyłem na to zza okna, widziałem morderców bandy –

O, Boże, widziałem bijących i bitych, co na śmierć idą…

I ręce załamywałem ze wstydu… wstydu i hańby –

Oto rękoma Żydów śmierć zadawano Żydom!

Zdrajcy, co w lśniących cholewach biegli po pustej ulicy

Jak ze swastyką na czapkach – z tarczą Dawida, szli wściekli,

Z gębą, co słowa im obce kaleczy, butni i dzicy,

Co nas zrzucali ze schodów, którzy nas z domów wywlekli,

Co wyrywali drzwi z futryn, gwałtem wdzierali się, łotrzy,

Z pałką wzniesioną do ciosu – do domów przejętych trwogą,

Bili nas, gnali starców, pędzili naszych najmłodszych

Gdzieś na struchlałe ulice. I prosto w twarz pluli Bogu.

Odnajdywali nas w szafach i wyciągali spod łóżek,

I klęli: „Ruszać, do diabła, na umschlag, tam miejsce wasze!”

Wszystkich nas z mieszkań wywlekli, potem szperali w nich dłużej,

By wziąć ostatnie ubranie, kawałek chleba i kaszę.

A na ulicy – oszaleć! Popatrz i ścierpnij, bo oto

Martwa ulica, a jednym krzykiem się stała i grozą –

Od krańca po kraniec pusta, a pełna, jak nigdy dotąd –

Wozy! I od rozpaczy, od krzyku ciężko jest wozom…

W nich Żydzi! Włosy rwą z głowy i załamują ręce.

Niektórzy milczą – ich cisza jeszcze głośniejszym jest krzykiem.

Patrzą… Ich wzrok… Czy to jawa? Może zły sen i nic więcej?

Przy nich żydowska policja – zbiry okrutne i dzikie!

A z boku – Niemiec z uśmiechem lekkim spogląda na nich,

Niemiec przystanął z daleka i patrzy – on się nie wtrąca,

On moim Żydom zadaje śmierć żydowskimi rękami!

 

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 marca 2018 r.

„Myśl Polska” nr 11-12 (2179/80), 11-18.03.2018, s. 14.

Oblany egzamin z polityki

Rządząca prawica nie spodziewała się, że nowelizacja ustawy o IPN wywoła tak nieoczekiwany i głęboki kryzys polityczny o reperkusjach międzynarodowych. O dezorientacji i zaskoczeniu obozu rządzącego świadczy najlepiej to, że prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o zmianie ustawy o IPN dla elektoratu PiS i jednocześnie skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego dla udobruchania Izraela i Ukrainy.

Można dyskutować nad tym czy zmiany w ustawie o IPN będą skuteczne, zwłaszcza wobec mediów i autorów zagranicznych, a także czy stosowanie tego prawa na gruncie krajowym nie doprowadzi do nieporozumień i nadużyć. Niemniej jednak samą oficjalną intencję inicjatorów tej nowelizacji – czyli ochronę dobrego imienia Polski i narodu polskiego przed posądzaniem o udział w zbrodniach nazistowskich – należy uznać za słuszną.

Od razu jednak nasuwa się pytanie, czy za takie zniesławianie Polski i Polaków ponoszą winę tylko ci, którzy za granicą piszą i mówią np. o „polskich obozach śmierci”? Czy wina za kreowanie fałszywego obrazu Polski podczas drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu nie leży też po stronie polityki historycznej rządzącej prawicy? Czy ten fałszywy obraz nie jest kreowany np. przez ulubioną tezę prawicowej polityki historycznej, że Polska przegrała drugą wojnę światową i po 1945 roku znalazła się pod „nową okupacją”? Drugą wojnę światową przegrała III Rzesza i to ona w związku z tym została w 1945 roku poddana okupacji. Jeśli zatem Polska znalazła się w tej samej sytuacji co III Rzesza, to widocznie była jej sojusznikiem. Tak to może odebrać ktoś, kto mieszka daleko od Polski i ma o niej niewielką wiedzę.

Nikt w Polsce nie powinien mieć wątpliwości, że Polska wygrała drugą wojnę światową, ponieważ stawką, o którą walczyła nie była ani przynależność państwowa Kresów Wschodnich, ani ustrój polityczno-gospodarczy, tylko biologiczne przetrwanie.

Niestety prawicowa polityka historyczna od lat uparcie stawia Polskę właśnie w gronie satelitów III Rzeszy. Nie tylko poprzez tezę o przegraniu wojny i „nowej okupacji”, ale także poprzez spłycony i przejaskrawiony kult powojennego podziemia antykomunistycznego – które w uproszczonej narracji postawiono w jednym szeregu z „leśnymi braćmi” (przeważnie hitlerowskimi kolaborantami) z krajów bałtyckich, ukraińskimi nacjonalistami, czy chorwackimi ustaszami. Wszystko to przecież byli „żołnierze wyklęci”, którzy walczyli z komunizmem do końca.

Uwaga powyższa dotyczy nie tylko PiS, ale także PO. Wywodzący się z jej kręgu prezydent Bronisław Komorowski raczył w 2015 roku zaprosić na obchody zakończenia drugiej wojny światowej (bynajmniej nie polskiego zwycięstwa, ale jedynie zakończenia wojny) przedstawicieli państw, które przecież były satelitami III Rzeszy, a pominął państwa koalicji antyhitlerowskiej tylko dlatego, żeby nie zaprosić delegacji Rosji.

O ile ta część nowelizacji prawa o IPN, mówiąca o przypisywaniu Polsce i Polakom udziału w zbrodniach nazistowskich, może budzić różne wątpliwości, także odległe od narracji strony izraelskiej, to penalizacja propagowania na terytorium Polski ideologii banderowskiej i negacji zbrodni nacjonalistów ukraińskich na narodzie polskim jest bez wątpienia posunięciem słusznym. Nie tylko słusznym, ale długo oczekiwanym przez środowiska kresowe. Niestety połączenie obu tych spraw okazało się posunięciem niefortunnym w sytuacji wynikłego kryzysu i niebezpieczeństwa zanegowania tego ustawodawstwa przez Trybunał Konstytucyjny.

Reakcja Izraela oraz środowisk żydowskich w USA i na Zachodzie była oczywiście przesadna i miejscami skandaliczna, a towarzysząca jej narracja historyczna zmierzała do defamacji Polski. Uwaga mediów i opinii publicznej skupiła się niemal całkowicie właśnie na reakcji strony izraelsko-amerykańskiej oraz wspierających jej narrację ośrodków krajowych. Nie była natomiast eksponowana w mediach, być może celowo, reakcja strony ukraińskiej, która cynicznie podczepiła się pod protest izraelsko-amerykański. Trzeba zauważyć, że posłowie PO wstrzymali się od głosu nie dlatego, że byli przeciwni penalizacji przypisywania Polsce i Polakom udziału w zbrodniach nazistowskich, ale dlatego, że nie podobał im się pomysł takiego samego potraktowania propagowania w Polsce ideologii banderowskiej i negacji zbrodni popełnionych przez OUN-UPA. Tym samym PO potwierdziła raz jeszcze, że stanowi najtwardsze jądro lobby ukraińskiego w Polsce.

Jeśli reakcję strony izraelsko-amerykańskiej na znowelizowane prawo o IPN można uznać za przesadną i skandaliczną, to reakcję Kijowa można określić tylko mianem agresji. Ze strony ukraińskiej miały miejsce wypowiedzi i zachowania otwarcie nieprzyjazne. Od oświadczenia prezydenta Poroszenki, że nowelizacja ustawy o IPN jest nie do przyjęcia, poprzez agresywne wypowiedzi Wołodymyra Wiatrowycza i niektórych ministrów ukraińskich, do skrajnych reakcji nacjonalistów ukraińskich[1]. Wśród nich należy wymienić groźby uchwalenia ustawy o penalizacji negowania domniemanej „polskiej okupacji” Kresów Wschodnich (w terminologii neobanderowców „zachodniej Ukrainy”), decyzje rad Lwowa i Tarnopola o wywieszaniu flagi banderowskiej obok państwowej flagi Ukrainy, czy groźne pohukiwania panów Tiahnyboka, Szeremety i innych epigonów OUN-UPA.

Najdalej poszedł były minister obrony Ukrainy, gen. Ołeksandr Kuźmiuk, który zasugerował, że nowelizacja ustawy o IPN może wywołać antypolskie powstanie ukraińskich emigrantów zarobkowych. Na antenie telewizji 112.Ukraina Kuźmiuk stwierdził, że „te milion dwieście tysięcy Ukraińców, którzy są dziś w Polsce (…), to piąty front ukraiński, który poszedł do Polski (…). Ale on chwyci za kije, jeśli będziemy przypominać o wszystkich Kozakach powieszonych od Lwowa do Kijowa”[2]

Agresywne wypowiedzi padające ze strony ukraińskiej nie spowodowały żadnej reakcji ani ambasadora Jana Piekły, ani polskiego MSZ. Nowy minister spraw zagranicznych stwierdził jedynie 3 lutego, że pomiędzy Polską a Ukrainą jest potrzebny „szczery dialog historyków”[3]. Zadziwia, że minister Czaputowicz nie ma świadomości tego, iż taki dialog jest od dawna niemożliwy. Uniemożliwia go budowanie przez pomajdanową Ukrainę swojej tożsamości narodowo-politycznej na tradycji nacjonalizmu ukraińskiego i ruchu banderowskiego. Jedyny dialog, jaki proponuje tamta strona, sprowadza się do przyjęcia jej kłamliwej narracji, negującej m.in. zbrodnie OUN-UPA na narodzie polskim.

Wcześniej nowy szef MSZ zadeklarował też że jego rząd będzie nadal angażował się na rzecz „suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy” oraz „będzie wspierać europejskie aspiracje Ukrainy”[4]. Taka jest linia polityczna PiS wobec Ukrainy bez względu na kolejne akty wrogości ze strony tego państwa. Jakie to są „europejskie aspiracje” w sytuacji, gdy kraj ten stał się Somalią Europy, rajem dla oligarchów i hochsztaplerów, a także wyjątkowym w skali globu miejsce renesansu ideologii faszystowskiej – doprawdy trudno zgadnąć.

Najprawdopodobniej te „europejskie aspiracje” pomajdanowej Ukrainy sprowadzają się do oczekiwań pod adresem Polski tworzenia dla Ukraińców nowych miejsc pracy i wspierania finansowego ukraińskiej oligarchii w zamian za obłędną gloryfikację OUN-UPA i oficjalną negację zbrodni banderowskich na narodzie polskim.

Przynajmniej dla mnie nie ulega wątpliwości, że reakcja Izraela i USA na nowelizację ustawy o IPN, a zwłaszcza skrajna reakcja Ukrainy zawiera elementy wojny hybrydowej. Na to nie była przygotowana rządząca Polską prawica, którą zachowanie jej „strategicznych partnerów” wprawiło w zakłopotanie i ledwo ukrywaną panikę. Tym bardziej obóz rządzący nie był przygotowany na stanowisko zajęte przez Rosję i Niemcy wobec kryzysu politycznego wywołanego przez „strategicznych partnerów”.

W sytuacji rozwijania przez Izrael oraz środowiska żydowskie na Zachodzie i w USA niebezpiecznej dla Polski narracji historyczno-politycznej nieoczekiwane wsparcie przyszło ze strony Niemiec i Rosji – a więc państw, przeciw którym PiS prowadzi swoją politykę historyczną i nie tylko historyczną.

2 lutego Siergiej Żelezniak, zastępca sekretarza Rady Generalnej partii Jedna Rosja, będącej politycznym zapleczem prezydenta Władimira Putina, złożył oświadczenie, w którym stwierdził m.in.: „Naród polski cierpiał przez wszystkie okropności nazizmu i zapłacił za to tysiącami niewinnych żyć. Decyzja legislacyjna polskiego Senatu odzwierciedla opinię obywateli polskich, którzy nie chcą powtórki z tragedii drugiej wojny światowej i którzy protestują przeciwko zmartwychwstaniu nazizmu na sąsiedniej Ukrainie (…). Polski parlament pokazał swoją mądrość i odpowiedzialność przed swoimi wyborcami, a także dał przykład innym zachodnim politykom, jak należy przeciwdziałać jakimkolwiek przejawom nazizmu”[5].

Nie ulega wątpliwości, że takiego oświadczenia Żelezniak by nie złożył, gdyby nie miał na to zgody Władimira Putina. Należy je zatem odczytywać jako wypowiedź samego Putina. Jedyną reakcją polityków polskich, zarówno ze strony PiS, jak i PO, było stwierdzenie, że Rosjanie nie są sojusznikami, których oczekują.

3 lutego minister spraw zagranicznych RFN Sigmar Gabriel złożył oświadczenie, że Niemcy biorą na siebie pełną odpowiedzialność za Holokaust. „Polska może być pewna, że jakakolwiek próba zafałszowania historii, jak w sfomułowaniu »polskie obozy koncentracyjne«, zostanie przez nas w sposób jasny i zdecydowany odrzucona. Nie ma najmniejszej wątpliwości, jeśli chodzi o to, kto był odpowiedzialny za obozy koncentracyjne. To zorganizowane masowe morderstwo zostało popełnione przez nasz naród i nikogo innego. Jeśli byli pojedynczy kolaboranci, to oni nic tu nie zmieniają” – powiedział Sigmar Gabriel[6].

Kilka dni później na oficjalnej stronie internetowej urzędu kanclerskiego RFN zostało opublikowane nagranie kanclerz Angeli Merkel, w którym oświadczyła, że „my jako Niemcy ponosimy odpowiedzialność za wydarzenia, do których doszło podczas Holokaustu, podczas Szoah, za czasów narodowego socjalizmu (…). Ta odpowiedzialność obowiązuje nadal i każdy rząd niemiecki będzie ją brał na siebie”. Dodała także, że tylko na takiej podstawie Niemcy mogą kształtować dobrą przyszłość nie tylko z Polską, ale z całą Europą i światem[7].

Jeszcze bardziej jednoznacznie wypowiedział się w tej sprawie ambasador Niemiec w Warszawie Rolf Nikel. Zapytany przez „Rzeczpospolitą” o to, że zdaniem wielu historyków w czasie okupacji niemało Żydów miało zostać zamordowanych przez Polaków (np. Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie podaje liczbę 50 tys., a Jan Grabowski 200 tys.) stwierdził, że „to nie jest udział w Holokauście”. Następnie oświadczył: „Intencją hitlerowskich Niemiec było zamordowanie Żydów i Polaków oraz zniszczenie ich kultury. Musimy wziąć za to pełną odpowiedzialność. Zbrodnie indywidualnych osób, które nie były Niemcami, tego nie zmieniają”[8].

Tę wypowiedź ambasadora Niemiec dedykuję tym wszystkim mediom oraz środowiskom liberalnym i lewicowym w Polsce, które po 27 stycznia wpisały się w narrację izraelską. Nie tylko poprzez oskarżanie narodu polskiego o udział w zagładzie Żydów, ale zwłaszcza poprzez żenującą licytację martyrologii żydowskiej z martyrologią polską. Tak jakby nigdy nie słyszeli o tym, że Generalny Plan Wschodni zakładał biologiczną redukcję etnicznych Polaków o 85 proc.

Oświadczenia płynące ze strony rządu Niemiec wytrąciły broń z ręki premierowi Benjaminowi Netanjahu oraz tym wszystkim siłom w Izraelu, na Zachodzie i w USA, które od dziesięcioleci prowadzą akcję obarczania Polski i Polaków odpowiedzialnością za domniemany udział w przeprowadzonej przez III Rzeszę zagładzie Żydów.

Kryzys polityczny spowodowany reakcją Izraela, USA i Ukrainy na nowelizację ustawy o IPN stanowi najpoważniejszy kryzys międzynarodowy, w jakim znalazła się Polska po 1989 roku. Faktem bezprecedensowym jest to, że państwa uważane przez establishment postsolidarnościowy za strategicznych partnerów i sojuszników stanęły przeciwko Polsce, podejmując działania nieprzyjazne oraz prezentując wrogą i agresywną retorykę. Jeszcze bardziej bezprecedensowym faktem jest postawa zajęta przez Niemcy i Rosję, a więc państwa, z którymi na kolizyjnym kursie jest zwłaszcza rząd PiS, spełniający rolę podwykonawcy polityki amerykańskiej w tej części Europy. Wobec faktu tego rząd ten, jak i cały establishment postsolidarnościowy, nie potrafi zareagować i wydaje się nim jeszcze bardziej zaskoczony niż działaniami swoich sojuszników i strategicznych partnerów.

Reakcja Niemiec i Rosji na kryzys polityczny, w jakim znalazła się Polska, stanowi z ich strony sformułowanie czytelnej oferty politycznej. Niestety w Polsce nie ma partnerów, którzy tę ofertę potrafiliby odczytać i podjąć grę, do jakiej zostali zaproszeni. Nie ma w Warszawie ludzi na miarę Talleyranda i Metternicha.

Mamy natomiast np. pana Adama Bielana, który beztrosko stwierdził, że krytyka władz polskich ze strony Departamentu Stanu USA „to są rzeczy, które między przyjaciółmi mogą się zdarzać”. „Gazeta Polska” na okładce dała tytuł o konflikcie polsko-izraelskim i zilustrowała go zdjęciem uśmiechniętego Władimira Putina sugerując, że za działaniem władz Izraela kryje się podstępna ręka Kremla. Pani Przełomiec ogłosiła w TVP Info, że nowelizacja ustawy o IPN w części odnoszącej się do zbrodni nacjonalistów ukraińskich „idealnie wpisuje się w rosyjską narrację”. Jej zdaniem ta „ustawa bije również w polskie podziemie antykomunistyczne”, ponieważ podobno „po drugiej wojnie światowej podziemie antykomunistyczne polskie i ukraińskie ze sobą współpracowały. Podobnie, jak rozmawiano o współpracy na emigracji” (sic!). Zwrot wraku samolotu rządowego i budowa w Smoleńsku pomnika ofiar katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku – to są jedyne tematy, które nowy szef polskiego MSZ zaproponował Rosji do omówienia.

Nadzieja, że postsolidarnościowe elity polityczne są zdolne do wyciągania jakichś wniosków politycznych, dokonania jakiejś analizy geopolitycznej, a tym bardziej do przeorientowania geopolitycznego wydaje się zatem całkowicie bezpodstawna.

Lech Mażewski w swojej książce „Oblany egzamin z polityki” wyjaśnił dlaczego Polska nie odzyskała niepodległości w XIX wieku, chociaż po 1815 roku miała taką szansę. Zniweczył tę szansę brak zdolności do realnej oceny rzeczywistości przez ówczesnych polityków polskich oraz brak odpowiedzialności obozu polskiego szaleństwa, który doprowadził do kolejnych katastrofalnych powstań w 1830, 1846 i 1963 roku. Epigoni tego obozu szaleństwa niestety rządzili w II RP i rządzą też po 1989 roku ze wszystkimi tego ciągle powtarzającymi się skutkami. Egzamin z polityki jest oblewany nadal, ponieważ nie wytworzyła się w Polsce szkoła myślenia politycznego na wzór brytyjski czy francuski, a ponadto elity postsolidarnościowe są w różny sposób uwikłane w zależność od swoich sojuszników i strategicznych partnerów.

[1] Poroszenko o nowelizacji ustawy o IPN: to nie do przyjęcia, http://www.pl.sputniknews.com, 1.02.2018.

[2] Były minister obrony Ukrainy grozi Polsce powstaniem ukraińskich gastarbeiterów z powodu penalizacji banderyzmu, http://www.kresy.pl, 6.02.2018.

[3] Szef MSZ o relacjach z Ukrainą: Potrzebny szczery dialog historyków, http://www.jagiellonia.org, 3.02.2018.

[4] Minister Jacek Czaputowicz: Polska w dalszym ciągu będzie wspierać europejskie aspiracje Ukrainy, http://www.jagiellonia.org, 10.01.2018.

[5] Odsiecz dla Polski w sprawie ustawy o IPN przybyła ze Wschodu. Nie są to jednak oczekiwani sojusznicy, http://www.natemat.pl, 3.02.2018.

[6] Pojednawczy głos z niemieckiego MSZ. „Bierzemy na siebie pełną odpowiedzialność za Holokaust”. http://www.wprost.pl, 3.02.2018.

[7] Angela Merkel zabrała głos w sprawie ustawy o IPN. A przy okazji nawiązała do Holokaustu, http://www.natemat.pl, 10.02.2018.

[8] Rolf Nikel dla „Rz”: intencją hitlerowskich Niemiec było zamordowanie Żydów i Polaków, http://www.wiadomosci.onet.pl, 12.02.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 lutego 2018 r.

„Myśl Polska” nr 9-10 (2177/78), 25.02-4.03.2018, s. 6-7

„Setki tysięcy Polaków”

Zdaniem biskupa Tadeusza Pieronka – który wystąpił w programie „Tak jest” Moniki Olejnik na antenie TVN24 – w „pogromy Żydów” podczas okupacji niemieckiej były zaangażowane „setki tysięcy Polaków”, a „Polacy, poszczególni ludzie, nie zdali egzaminu”. Jako przykład podał volksdeutschów, którzy „chcieli lepiej przeżyć okupację, a przy okazji zarobić”[1].

Niewiele ten biskup wie o volksdeutschach. Większość z nich pochodziła z Górnego Śląska i Pomorza (w czasie okupacji Okręg Gdańsk-Prusy Zachodnie), a tam na Volkslistę wpisywano przymusowo (to były ziemie wcielone do Rzeszy). Komu taki przymus nie odpowiadał, to czekał go obóz koncentracyjny (niemiecki, bynajmniej przecież nie „polski”). W najlepszym wypadku – natychmiastowe wysiedlenie do Generalnego Gubernatorstwa. Poza tym na Górnym Śląsku Volkslistę podpisywali nawet byli powstańcy śląscy, żeby ocalić życie, co nie znaczy, że automatycznie podejmowali kolaborację. Bo wielu z nich działało w konspiracji. Aby chronić Ślązaków przed więzieniem lub obozem koncentracyjnym rząd gen. Władysława Sikorskiego wydał dyrektywę, w której zezwalał im na podpisywanie Volkslisty. Stanowisko takie podzielało też polskie podziemie niepodległościowe na Górnym Śląsku oraz Kościół katolicki w osobie katowickiego biskupa diecezjalnego Stanisława Adamskiego. Jedynie komuniści polscy potępiali przyjmowanie Volkslisty – bez względu na okoliczności – jako „zdradę” i to ich stanowisko pobrzmiewa w wypowiedzi biskupa Pieronka.

Niewiele ten biskup też wie o „pogromach Żydów” podczas okupacji. Według ustaleń oficjalnego śledztwa IPN z lat 2000-2004 w pogromie w Jedwabnem wzięło udział około 40 „mieszkańców Jedwabnego i okolic”. Tymczasem w Jedwabnem mieszkało wtedy około 1000 Polaków, co oznacza, że ogromna większość z nich w tym pogromie nie brała udziału. Była to zbrodnia niemieckiej Policji Bezpieczeństwa popełniona przy współudziale miejscowego polskiego elementu kryminalnego. Tak to przedstawił w latach 60. XX wieku Szymon Datner (1902-1989) – zasłużony historyk Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie oraz członek Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce.

W 1966 roku Szymon Datner – jako historyk badający z ramienia Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce masowe zbrodnie na ludności żydowskiej Białostocczyzny (mające miejsce po ataku III Rzeszy na ZSRR w czerwcu 1941 roku) – stwierdził, że zbrodnie te popełniły specjalne grupy operacyjne niemieckiej Policji Bezpieczeństwa i opisał prowokacje, których się dopuszczały. Zdaniem Datnera te formacje niemieckie (tzw. Einsatzgruppen der Sicherheitspolizei und des SD), choć w większości dokonywały eksterminacji Żydów samodzielnie, niejednokrotnie odegrały rolę inspiratorów, pozyskując do współpracy miejscowych kolaborantów i elementy kryminalne[2].

Datner jako pierwszy pisał o mordzie Żydów w Jedwabnem i Radziłowie, przytaczając 8 dalszych miejscowości, w których zbrodnie te były „inspirowane przez jedno i to samo »Einsatzkommando«, jeżdżące z osiedla do osiedla i podjudzające do zbrodni. Tam, gdzie Niemcy nie znaleźli powolnych wykonawców, tam krwawego dzieła dokonali sami. Stwierdzono udział w zbrodniach przestępców, którym wojna otworzyła wrota więzienne lub też zażartych faszystów i elementów aspołecznych”. Ponadto „grając na najniższych instynktach oddziały te organizowały wybuchy »gniewu ludu«, dostarczając przy tym broni, dając wskazówki, nie biorąc jednak same udziału w rzezi”[3]. Niemieckim formacjom SS i Policji Bezpieczeństwa nie udało się jednak na szerszą skalę wywołać na Białostocczyźnie fali mniej lub bardziej „spontanicznych” pogromów Żydów ze strony miejscowej ludności polskiej w myśl zalecenia Reinharda Heydricha z 2 lipca 1941 roku, by „nie przeciwstawiać się (…) czystkom inicjowanym przez środowiska antykomunistyczne i antysemickie”, ale dyskretnie wspierać je „bez zostawiania śladów”[4].

Ustalenia Szymona Datnera zostały całkowicie pominięte przeszło 30 lat później przez Jana T. Grossa i jego naśladowców (Jan Grabowski, Mirosław Tryczyk i in.). To samo co w Jedwabnem miało miejsce w 14 innych miejscowościach Białostocczyzny, które zostały opisane w książce Mirosława Tryczyka „Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów”. Tryczyk, idąc śladem Grossa, także pisze o „pogromach” na Żydach, w których mieli barć udział nawet miejscowi księża i nauczyciele. Tymczasem w większości była to działalność elementów kryminalnych, które w sytuacji przejściowej (nagła zamiana okupacji radzieckiej na niemiecką) mordowały i okradały Żydów, co było tolerowane przez niemieckie władze policyjne, a może też przez nie inspirowane.

Ten element kryminalny z kilkunastu miejscowości Podlasia, to bynajmniej nie były „setki tysięcy Polaków”. Lokalna działalność elementu kryminalnego w kilkunastu miejscowościach Podlasia nie może być powodem oskarżania całego narodu polskiego o współudział w Holokauście. Nie może być nawet powodem do takich oskarżeń w stosunku do wszystkich mieszkańców tych miejscowości. Nie rozumie tego establishment polityczny USA i Izraela (nie wnikam dlaczego), ale zdumiewające jest, że nie rozumie tego polski biskup katolicki.

Oprócz biskupa Pieronka w programie Moniki Olejnik wystąpiła pani Anna Bikont, która powiedziała m.in., że za ukrywanie Żydów podczas okupacji niemieckiej Polacy podobno powszechnie brali pieniądze („był to sposób zarabiania”). Ponadto pani Bikont stwierdziła, że „podczas wojny łatwiej było ukryć czołg pod dywanem niż żydowskie dziecko”[5].

A mimo to co najmniej 500-700 tych żydowskich dzieci ukrył i uratował Jan Dobraczyński (1910-1994) – przedwojenny działacz Stronnictwa Narodowego, a więc organizacji „antysemickiej”. Podczas okupacji był on kierownikiem Sekcji Opieki Zamkniętej w Wydziale Opieki Społecznej Zarządu Miejskiego Warszawy i współpracował z Ireną Sendlerową. Korzystając z pomocy Kościoła katolickiego, Dobraczyński pozyskiwał dla żydowskich dzieci katolickie metryki chrztu, a następnie umieszczał je w sierocińcach prowadzonych przez instytucje kościelne lub Radę Główną Opiekuńczą. Za to 12 września 1993 roku Jan Dobraczyński otrzymał od Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie Medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Jeden z twórców ONR – Jan Mosdorf (1904-1943) – jako więzień nr 8230 niemieckiego obozu KL Auschwitz ratował żydowskich współwięźniów, co stało się przyczyną jego denuncjacji przez obozowych donosicieli i egzekucji pod Ścianą Śmierci w obozie KL Auschwitz I. Żydowski pisarz Wolf Glicksman (nr obozowy 117732) wspominał po wojnie, że „przedwojenny przywódca antysemickiego ruchu młodzieżowego w Polsce, Jan Mosdorf, niejednokrotnie ryzykował życie, przenosząc moje listy do krewnej znajdującej się w obozie kobiecym w Brzezince (…). Mosdorf pracował w Birkenau i często przynosił mi warzywa, a czasem kromkę chleba lub coś do ubrania”[6].

Jednym z więźniów żydowskich otoczonych przez Mosdorf opieką w Auschwitz był adwokat Mieczysław (Mojżesz) Maślanko (1903-1986), nr obozowy 128153 – który w okresie stalinowskim współpracował z UB jako obrońca z urzędu w procesach politycznych. W swoich wspomnieniach Maślanko stwierdził, że Jan Mosdorf w KL Auschwitz oraz Mieczysław Prószyński (także działacz ONR) w KL Lublin (Majdanek) wielokrotnie uratowali mu życie[7].

Jedną z takich sytuacji Maślanko opisał następująco: „W Oświęcimiu też spotkałem się z Janem Mosdorfem. On też okazywał dużo serca i pomocy więźniom – Żydom. Ja osobiście doznałem od niego dużej pomocy, może decydującej o moim życiu. Leżałem w szpitalu na bloku XIX. Mosdorf pełnił w tym bloku jakąś podrzędną funkcję kancelaryjną. I oto nagle w początkach września 1943 roku do tego bloku szpitalnego wpadł Kuryłowicz z wieścią, że mnie grozi indywidualna likwidacja i trzeba mnie z tego bloku natychmiast i niezwłocznie usunąć. Mosdorf, nie zwlekając ani chwili, z narażeniem własnego życia, dosłownie w ciągu kilku minut załatwił skomplikowane w obozie formalności i zostałem po kilku minutach już przeniesiony na inny blok szpitalny nr IX. I znów żyłem…”[8].

Wedle relacji Bolesława Świderskiego – przedwojennego działacza ONR i więźnia Auschwitz nr 952 – otrzymywane z domu paczki żywnościowe Mosdorf rozdzielał głównie między więźniami-Żydami. Funkcję pełnioną w kancelarii rewiru obozowego wykorzystał też kilkakrotnie do ostrzeżenia znajdujących się w rewirze więźniów-Żydów o grożącej im selekcji do komory gazowej[9]. Wykorzystywanie przez Mosdorfa pełnionej funkcji do pomocy dla żydowskich współwięźniów potwierdził także Jerzy Ptakowski (więzień nr 4846): „Korzystał z tych okazji chętnie i często go widziano rozmawiającego przyjaźnie z Żydami i komunistami. Nikt też z jego przyjaciół narodowców nie brał mu tego za złe”[10].

Niechże zatem pani redaktor Olejnik i jej goście nie zmieniają historii. Może co niektórym w epoce postmodernizmu wydaje się, że historia to nie jest fizyka i prawdę historyczną można sobie dowolnie zmieniać oraz każdy może mieć swoją prawdę. Tylko wtedy jednak, jeśli dojdzie do całkowitego zbarbaryzowania cywilizacji. Niezależnie od tego ile razy i z jaką siłą medialną zostanie powtórzone kłamstwo, to prawda pozostanie taka, że podczas okupacji niemieckiej setki tysięcy Polaków nie mordowały, ale na różny sposób – w miarę możliwości wynikających z ciężkich warunków okupacji – pomagały Żydom, niejednokrotnie ich ratując. W ratowanie Żydów jako pierwszy zaangażował się polski rząd na wychodźstwie, który na podstawie meldunków konspiracji z okupowanego kraju wielokrotnie alarmował światową opinię publiczną o dokonującej się zagładzie Żydów i żądał podjęcia przez aliantów zachodnich zdecydowanych kroków w obronie eksterminowanych przez III Rzeszę Żydów. Bez szczególnego odzewu. W tym kontekście oskarżenia o współudział Polaków, czy też Polski, w Holokauście – w których pałeczkę po mediach izraelskich, amerykańskich, niemieckich, brytyjskich i francuskich przejmują teraz polskie media z obcym kapitałem – brzmią jak zwykłe oszczerstwo.

[1] Biskup Pieronek: ustawą chciano pokazać, jacy my jesteśmy silni, http://www.tvn24.pl, 30.01.2018.

[2] S. Datner, „Eksterminacja ludności żydowskiej w Okręgu Białostockim”, „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego”, Warszawa 1966, nr 60, s. 3-50.

[3] Tamże, s. 19-22.

[4] B. Musiał, „Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne! Brutalizacja wojny niemiecko-sowieckiej latem 1941 roku”, Warszawa 2001.

[5] „Podczas wojny łatwiej było ukryć czołg pod dywanem niż żydowskie dziecko”, http://www.tvn24.pl, 30.01.2018.

[6] Cyt. za: Ph. Friedman, „Za waszą i naszą wolność”, (w:) W. Bartoszewski, Z. Lewinówna, „Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939-1945”, Warszawa 2007, s. 67.

[7] M. Zaborski, „»Ludowy« adwokat i obrońca wojskowy. Rzecz o Mieczysławie Maślanko (1903-1986)”, „Miscellanea Historico-Iuridica”, t. 14, z. 2, Białystok 2015, s. 389-416.

[8] W. Bartoszewski, Z. Lewinówna, „Ten jest z ojczyzny mojej…”, s. 670; E. Mazur, „Po prostu człowiek (materiały dotyczące pomocy niesionej Żydom w czasie okupacji hitlerowskiej w Warszawie)”, „Palestra” (Organ Naczelnej Rady Adwokackiej), Warszawa 1968, nr 11, s. 94-95.

[9] Ph. Friedman, „Their Brothers Keepers”, Nowy Jork 1957, s. 111-121, 205-211; B. Świderski, „Człowiek, który przerósł swoje pokolenie”, „Kronika”, 2.11.1968.

[10] J. Ptakowski, „Oświęcim bez cenzury i bez legend”, Londyn 1985, s. 40.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 2 lutego 2018 r.

Antykomunizm w pigułce

Oburzenie środowisk kresowych spowodował artykuł Arkadiusza Karbowiaka pt. „Tragedia Birczy. Mord żołnierzy LWP na UPA”, opublikowany na łamach prawicowego miesięcznika „Historia. Do Rzeczy”. Autor tego artykułu nazwał patetycznie zbrodniarzy z UPA „partyzantami” i stwierdził, że obrońcy Birczy dopuścili się na nich zbrodni. Jego tezy krytycznie skomentowali dr hab. Andrzej Zapałowski i działacz kresowy Mirosław Majkowski. Ich zdaniem Karbowiak dezawuuje obrońców Birczy, powielając propagandę nacjonalistów ukraińskich, która nie ma nic wspólnego z faktami historycznymi[1].

Arkadiusz Karbowiak opisał sprawę ekshumacji ponad 20 bojówkarzy z UPA, którzy atakowali Birczę. Jego zdaniem część zabitych nie zginęła w walce, ale została po wzięciu do niewoli „zamordowana strzałami w głowę lub zatłuczona kolbami na śmierć” przez żołnierzy polskich. Dla uwiarygodnienia tej tezy powołał się na opinię zespołu antropologów, kierowanego przez prof. Andrzeja Kolę z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. „Te informacje trudno jednak usłyszeć z ust głośno sławiących heroizm żołnierzy, organizatorów IV obrony Birczy” – pisze w oskarżycielskim tonie Karbowiak. Według cytowanej przez niego opinii, tylko w przypadku dwóch szkieletów dopatrzono się śladów postrzelenia. „W większości pochowanym tu osobom śmierć zadano prawdopodobnie przez rozbicie tępymi narzędziami czaszek. W kilku wypadkach śmierć spowodowana była strzałem w tylną część podstawy czaszki” – czytamy w artykule Karbowiaka. A więc wedle jego narracji żołnierze „LWP” urządzili upowcom w Birczy taki mały Katyń.

W opinii Mirosława Majkowskigo, działacza kresowego z Przemyśla, artykuł ten „opiera się na steku kłamstw lansowanych przez ukraińskich nacjonalistów”. Jego zdaniem, podczas ekshumacji bojówkarzy UPA i przeniesieniu ich na cmentarz w Pikulicach pod Przemyślem zespół ekshumacyjny niczego takiego nie stwierdził. „Upowcy zginęli w walce. Teza o mordzie pojawiła się po ich ponownym pochówku i jest lansowana do dziś. Poza tym nacjonaliści naciskali, aby grób tych bandziorów znajdował się w Birczy, na co nie zgodziły się (i słusznie) władze Birczy wiedząc, że stanie się miejscem neobanderowskiego kultu. W stosunku do przedstawicieli władz Birczy próbowano zastraszania” – napisał Majkowski na facebooku.

Natomiast w rozmowie z portalem Kresy.pl Mirosław Majkowski powiedział, że doniesienia o rzekomym zamordowaniu upowców pojawiły się dopiero po pewnym czasie i bez potwierdzenia naukowego. Nieistniejąca już Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa zaprzeczała, by doszło w Birczy do jakiejś egzekucji bojówkarzy UPA. Nie ma też żadnych dokumentów, które by to potwierdzały. Działacz kresowy z Przemyśla nie ma wątpliwości, że artykuł Karbowiaka i podobne mu twierdzenia mają na celu zdezawuowanie działań środowisk kresowych na rzecz powrotu Birczy na tablicę przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Że tak jest, nie ma również wątpliwości Andrzej Zapałowski. „To reakcja środowisk związanych z nacjonalistami ukraińskimi i Związkiem Ukraińców w Polsce, które pałają dużą sympatią do UPA i jej działalności po drugiej wojnie światowej, a także do celów tego środowiska. Obrońców Birczy, w tym akowców i członków samoobrony, próbuje się dezawuować i odwrócić to, że wieś atakowali byli esesmani i byli członkowie ukraińskiej policji w służbie III Rzeszy” – powiedział Zapałowski.

Historyk ten uważa, że upowcy część swoich poległych w trzecim ataku na Birczę zabrali ze sobą. Jego zdaniem, opinia antropologa o obecności pocisku w czaszce jeszcze nie świadczy o tym, że taka osoba została zamordowana. „Tam strzelano z broni maszynowej, która »sieje« i trafia w różne części ciała. Celuje się do postaci atakującej, a gdzie kula trafi, tam trafi. Wysuwanie na tej podstawie tego typu teorii jest absurdem” – twierdzi Zapałowski.

Podkreślił on także, że w źródłach ukraińskich nie ma żadnej wzmianki o jakiejś większej grupie upowców, która dostałaby się do niewoli w Birczy. Nie ma też o tym żadnego śladu w meldunkach administracji polskiej w Birczy oraz wojska i milicji. Zaznaczył też, że upowcy atakujący Birczę byli ubrani w mundury Wojska Polskiego, a podczas drugiej wojny światowej za podszywanie się pod jedną z walczących stron, zgodnie z międzynarodowym prawem i zwyczajem, stosowano natychmiastowe rozstrzelanie. „Tu oczywiście nie mieliśmy z tym do czynienia. Jednak nawet, gdyby do tego doszło, to rzecz byłaby usprawiedliwiona” – podsumował Zapałowski.

Ze swej strony dodam, że bojówkarze UPA nie byli partyzantami – czyli tak jak w wypadku AK żołnierzami konspiracyjnego wojska, podlegającego rozkazom legalnego i uznawanego przez aliantów rządu polskiego w Londynie – ale terrorystami. UPA bowiem nie była konspiracyjnym wojskiem, ale partyjną bojówką OUN-B. A wobec terrorystów także dzisiaj nie stosuje się przepisów konwencji genewskiej o ochronie jeńców wojennych i wątpliwości co do tego nie ma społeczność międzynarodowa z blokiem euro-atlantyckim na czele.

Warto przypomnieć, że Arkadiusz Karbowiak po raz pierwszy zbulwersował opinię publiczną w 2010 roku. Jako wiceprezydent Opola z rekomendacji Platformy Obywatelskiej przywołał wtedy ulubioną tezę neonazistów, że proces zbrodniarzy hitlerowskich w Norymberdze był rzekomo „zbrodnią dokonaną w majestacie prawa”. Wcześniej tezę tę Karbowiak powielał na łamach skrajnie nacjonalistycznego czasopisma „Szczerbiec” oraz na łamach „Stańczyka” – pisma, które popularyzowało poglądy rewizjonistów Holokaustu. „Zamiast wygadywać bzdury o zbrodniach, które zbrodniami w sensie prawnym nie były, trzeba zastanowić się, jaki był sens toczenia takiego konfliktu, szczególnie w kontekście biologicznego przetrwania narodu. (…) proces norymberski był niebezpiecznym precedensem uderzającym w prawo i państwo, stąd też nic nie może zmienić jego oceny. Był zbrodnią dokonaną w »majestacie prawa«” – głosił Karbowiak w 2010 roku już jako wiceprezydent Opola[2].

Po dwóch kadencjach na stanowisku wiceprezydenta Opola Arkadiusz Karbowiak trafił do Miejskiego Zarządu Dróg, a stamtąd na stanowisko dyrektora Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL w Warszawie. W 2011 roku Karbowiak był współautorem idei ustanowienia przez Sejm Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych i jednym z kreatorów ich fanatycznego kultu[3]. Otrzymujemy zatem w jego osobie cały polski prawicowy antykomunizm w pigułce. Empatia dla zbrodniarzy nazistowskich i zbrodniarzy z UPA oraz fanatyczny kult „żołnierzy wyklętych” – tak to właśnie wygląda. Wszystko w imię fundamentalistycznego antykomunizmu.

W związku z tym uprzejmie proszę miłośników kultu „żołnierzy wyklętych”, żeby nie czepiali się mnie więcej, że jakoby stawiam „żołnierzy wyklętych” obok zbrodniarzy z UPA, a nawet zbrodniarzy nazistowskich. To nie ja ich tam stawiam, ale wasz guru Karbowiak.

W kwietniu 2016 roku na łamach miesięcznika „Polityka Polska” opublikowałem artykuł pt. „Faszyzacja peryferii”. Postawione w nim przez mnie tezy wywołały wtedy oburzenie w wielu środowiska prawicowych, szczególnie tych kultywujących pamięć „żołnierzy wyklętych”. Tymczasem poglądy głoszone przez Arkadiusza Karbowiaka – osoby bardzo reprezentatywnej dla obozu fundamentalistycznej prawicy antykomunistycznej – w całej rozciągłości potwierdzają to, co napisałem w tym artykule.

Przypomnę więc co wówczas napisałem:

„Czy kult OUN-UPA na Ukrainie, formacji SS w Estonii, na Łotwie i Ukrainie, formacji kolaboracyjnych na Litwie oraz ustaszy w Chorwacji stoi w sprzeczności z tzw. wartościami europejskimi, do których odwołuje się Unia Europejska i panująca w niej ideologia poprawności politycznej? Tylko pozornie. Faszyzacja przestrzeni publicznej tych krajów jest nie tylko tolerowana na Zachodzie, ale stamtąd inspirowana. Stanowi bowiem narzędzie politycznej kontroli społeczeństw krajów będących peryferiami świata euro-atlantyckiego. Cechą kraju peryferyjnego – czyli kraju podlegającego tzw. rozwojowi zależnemu albo zarządowi zewnętrznemu – jest to, że jego życie polityczne, ekonomiczne, kulturalne i społeczne zostało uwarunkowane przez dominację zewnętrznego ośrodka centralnego.

Kraj peryferyjny charakteryzuje się m.in. posiadaniem kompradorskiej i z reguły skorumpowanej elity, która jako jedyna jest dopuszczona do awansu materialnego, w zamian za co nie jest zainteresowana emancypacją od zewnętrznego ośrodka centralnego. Kwestią kluczową w kraju peryferyjnym jest pacyfikacja pozostałej części społeczeństwa, czyli utrzymywanie stałej kontroli jego zachowań i kanalizowanie potencjalnego niezadowolenia. Cel ten osiąga się poprzez odpowiednią indoktrynację (terror psychologiczny), której kluczowym elementem jest kreowanie wroga zastępczego. W ten sposób niezadowolenie społeczne, wynikające z pauperyzacji ekonomicznej, kierowane jest nie przeciw kompradorskiej elicie rządzącej i zewnętrznemu ośrodkowi centralnemu (UE, USA), ale przeciw wrogowi zastępczemu, którym z reguły jest Rosja, »rosyjska agentura«, »komuna«, »endokomuna«, »żydokomuna«, »lewactwo« itd.

Temu służy odpowiednie preparowanie historii oraz kult faszystowskich formacji i organizacji na Ukrainie, w Chorwacji i w krajach bałtyckich. Natomiast w Polsce w ten sam nurt wpisuje się kult tzw. żołnierzy wyklętych, który pełni podobną funkcję. Jest mianowicie elementem propagandy totalnie dyskredytującej PRL. Ta dyskredytacja wynika nie tylko z tego, że Polska po 1989 roku jest budowana na negacji PRL, ale także z tego, że im bardziej projekt III/IV RP okazuje się uciążliwy dla społeczeństwa, tym bardziej trzeba mu obrzydzać PRL.

Chciałbym być dobrze zrozumiany. Ja nie etykietuję – wzorem propagandy PRL – powojennego podziemia zbrojnego jako »faszystów«. Chociaż gwoli sprawiedliwości trzeba przypomnieć, że tym mianem określał to podziemie także będący w zdecydowanej opozycji do komunistów niezależny polityk PPS, Zygmunt Zaremba[4]. Tzw. żołnierze wyklęci znaleźli się w jednym szeregu z UPA, litewskimi szaulisami oraz łotewskimi i estońskimi esesmanami nie dlatego, że tak jak tamci byli jawnymi faszystami, ale dlatego, że propaganda kreowana przez IPN i PiS ich tam postawiła. A Polskę postawiła równocześnie w gronie państw pokonanych w drugiej wojnie światowej.

Zamiast pokazać złożoność ówczesnej sytuacji politycznej, różnorodność postaw i skomplikowanych losów oraz tragizm wyborów moralnych, zamiast wyciągnąć z tej bolesnej lekcji historii jakieś wnioski na przyszłość – stworzono infantylny mit o »wyklętych« i »niezłomnych«. Bo nie o wnioski z historii tu chodzi, ale o mit właśnie. Mit ten stanowi ważny element terroru psychologicznego, który obok terroru ekonomicznego (strukturalne bezrobocie, system podatkowy, emigracja zarobkowa) jest narzędziem pacyfikacji społeczeństw krajów peryferyjnych. W Polsce terror psychologiczny ma trzy cele: podtrzymywanie nieustannej nienawiści do Rosji utożsamianej z ZSRR, żeby zniweczyć w zarodku potencjalną alternatywę geopolityczną, całkowite zdyskredytowanie i wymazanie z historii PRL, żeby nie można było odwoływać się do tego okresu jako alternatywy dla rzeczywistości stworzonej po 1989 roku oraz kreowanie wroga zastępczego w postaci ludzi zdolnych do samodzielnego myślenia. To nie przeciw kompradorskiej władzy, ale przeciw takim ludziom – etykietowanym jako »lewacy», »endokomuna«, »rosyjska agentura wpływu« itp. – ma się kierować agresja tłumu. Takim i tylko takim celom służy obecna polityka historyczna, w tym kult tzw. żołnierzy wyklętych.

(…) Kreowanie członków polskiego podziemia antykomunistycznego na »niezłomnych bohaterów«, którzy ponoć jako jedyni zajęli właściwą postawę polityczną po 1945 roku, jest takim samym zabiegiem ahistorycznym jak kreowanie UPA na narodową partyzantkę ukraińską (podczas gdy było to tylko zbrojne ramię OUN), walczącą nie tylko z ZSRR, ale podobno też z Niemcami, czy kreowanie estońskich, łotewskich i ukraińskich formacji SS oraz litewskich formacji kolaboracyjnych na obrońców Europy przed »sowiecką zarazą«. Zabieg ten służy zresztą temu samemu celowi, wskazanemu powyżej”.

[1] Mord żołnierzy LWP na „partyzantach z UPA?”. Eksperci krytycznie o tezach Karbowiaka, http://www.kresy.pl, 12.01.2018.

[2] Skandal w Opolu! Wiceprezydent Arkadiusz Karbowiak twierdził, że naziści nie popełniali zbrodni, http://www.se.pl, 23.09.2010.

[3] Arkadiusz Karbowiak odchodzi z MZD. Będzie budował Muzeum Żołnierzy Wyklętych?, http://www.nto.pl, 11.03.2016.

[4] Z. Zaremba, „Polska nie będzie się wstydzić swojego Podziemia”, „Światło”, zeszyt 3-4, Paryż 1948.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 26 stycznia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 5-6 (2173/74), 28.01-4.02.2018, s. 17

Dekomunizacja Wilhelma Szewczyka

Stara pożółkła książeczka. Zaledwie 70 stron. Tytuł: „Powstańczy apel”. Autor: Wilhelm Szewczyk. Leżała gdzieś głęboko w mojej bibliotece, nieco zakurzona. Zapewne bym jej nie odszukał, gdyby nie decyzja wojewody śląskiego o zmianie nazwy placu w pobliżu dworca kolejowego w Katowicach. Książeczkę wydano w 1981 roku, na 60. rocznicę trzeciego powstania śląskiego. Rocznica ta była obchodzona przez władze PRL, podobnie jak 60. rocznica odzyskania niepodległości w 1978 roku i 150. rocznica wybuchu powstania listopadowego w 1980 roku. Pamiętam to bardzo dobrze. Dzisiaj wmawia się młodzieży, że PRL była „sowiecką okupacją”, jednakże to państwo nawiązywało nie do sowieckiej, ale do polskiej tradycji historycznej i obchodziło także te rocznice, które nie miały związku z ruchem robotniczym. Przynajmniej w latach 70. i 80.

„Powstańczy apel” czytałem mając 13 lat i była to jedna z moich pierwszych lektur historycznych. Otwieram pierwszą stronę i czytam: „Patriotyzm to codzienna, często trudna i wyczerpująca praca, ale siłę takiemu codziennemu patriotyzmowi daje również przeświadczenie, iż przed nami byli inni, tak samo, albo i może bardziej ofiarni. Nie wszystkim stawiamy pomniki, wszystkich jednak obejmuje zbiorowa pamięć narodu, w którego życiorys na zawsze wpisało się pokolenie powstańców śląskich”.

35 lat temu nie mogłem przypuszczać, że upamiętnienie w przestrzeni publicznej autora tych słów zostanie uznane za propagowanie „komunizmu lub innego ustroju totalitarnego”. To właśnie na podstawie ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego – zwanej potocznie ustawą dekomunizacyjną – oraz po zasięgnięciu opinii IPN wojewoda śląski Jarosław Wieczorek wydał 13 grudnia 2017 roku zarządzenie zastępcze o zmianie nazwy placu Wilhelma Szewczyka w Katowicach na plac Marii i Lecha Kaczyńskich.

Decyzja wojewody budzi wątpliwość już tylko z tego powodu, że plac Szewczyka nie był reliktem komunizmu. W PRL był to plac Dworcowy i na plac Szewczyka przemianowały go władze solidarnościowe w 1991 roku, tuż po śmierci pisarza. Zmiana nazwy placu przez wojewodę śląskiego – dokonana zresztą bez konsultacji z mieszkańcami Katowic i miejscowym samorządem – wywołała niemałe poruszenie wśród lokalnej społeczności. 16 grudnia 2017 roku na byłym już placu Szewczyka odbył się protest przeciw przemianowaniu go na plac Kaczyńskich, w którym wzięło udział około 300 osób.

„Był pisarzem zaangażowanym, dziennikarzem działającym na rzecz miejsca i społeczności, w których mu przyszło żyć. I o to do niego największa pretensja właśnie – że działaczem też był, że należał. Można być pisarzem, który nie wystawia zza biurka nosa, ale można też jak Wilhelm Szewczyk, zaangażować całą swoją popularność, cały swój autorytet, żeby zrobić cokolwiek dla swojego Śląska, żeby zrobić cokolwiek dla swojego świata”, powiedział o Wilhelmie Szewczyku jeden z przemawiających – prof. Maciej Tramer z Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej Uniwersytetu Śląskiego.

Organizatorzy protestu skierowali do wojewody petycję o przywrócenie placu Szewczyka, w której napisali m.in.: „Wilhelm Szewczyk był nie tylko jednym z najważniejszych regionalnych pisarzy, ale też jednym z kluczowych śląskich intelektualistów. Jego olbrzymi dorobek literacki, publicystyczny, dziennikarski – a także wieloletnia, wytrwała praca na rzecz rozwoju lokalnej kultury – sprawiają, że nie sposób myśleć o Śląsku, pomijając Wilhelma Szewczyka (…). Historia Śląska nie jest jednoznaczna, nie jest czarno-biała, i taka jest też historia Wilhelma Szewczyka. To jednak nie usprawiedliwia dokonywania zmiany nazwy ważnego placu w centrum Katowic bez konsultacji z mieszkańcami i po nocy. Nie zgadzamy się na taki tryb procedowania, który importowany jest na grunt naszego regionu. Z ulicy Wiejskiej, z polskiego Sejmu i Senatu”.

Wpływ na decyzję wojewody śląskiego miała niewątpliwie opinia katowickiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Czytamy w niej, że Wilhelm Szewczyk (1916-1991) to „publicysta, pisarz, krytyk literacki, działacz partii komunistycznej w okresie PRL, członek wojewódzkich władz PZPR w Katowicach”. Dowiadujemy się dalej, że zadebiutował w 1935 roku na łamach czasopisma „Kuźnica”, związanego z ruchem narodowo-radykalnym. Zaś w 1945 roku „rozpoczął pracę w Wydziale Informacji i Propagandy Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach”.

Następnie dochodzimy do największej – w ocenie IPN – zbrodni Szewczyka: „początkowo związał się politycznie z prokomunistycznym Stronnictwem Demokratycznym. Z rekomendacji tego ugrupowania wszedł w skład Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach (formalnie reprezentował w niej Związek Zawodowy Literatów Polskich). W czerwcu 1947 r. wstąpił do komunistycznej PPR. W latach 1945-1950 Wilhelm Szewczyk był redaktorem naczelnym tygodnika »Odra«. W latach 1947-1951 sprawował także funkcję kierownika literackiego Teatru Śląskiego w Katowicach. 22 grudnia 1949 r. został wydalony (tymczasowo) z PZPR w ramach akcji czyszczenia partii z przedwojennej inteligencji i działaczy endeckich. W pierwszej połowie lat 50. Wilhelm Szewczyk był inwigilowany przez UB jako »reakcjonista«, »klerykał«, »nacjonalista« oraz »separatysta śląski«. W listopadzie 1956 r. zapadła ostateczna decyzja o zaniechaniu jego rozpracowania. Aparat bezpieczeństwa uznał bowiem, że był w pełni »lojalny wobec ustroju«.

Nie przeszkadzało to w pełnieniu przez niego w latach 1952-1956 funkcji dyrektora Studium Teatralnego w Katowicach. Współpracował też stale z pismem kulturalnym o socrealistycznym profilu – »Śląskiem Literackim«. Następnie był redaktorem naczelnym czasopisma »Przemiany« (1956-1957), należącego do nurtu popaździernikowej »odwilży«, a po jego likwidacji redaktorem działu kultury w organie KW PZPR w Katowicach – »Trybunie Robotniczej« (1957–1961). Wreszcie jako redaktor naczelny kierował dwutygodnikiem kulturalnym »Poglądy« (1962–1983), zajmującym proreżimowe stanowisko w kwestiach polityczno-kulturalnych.

Od 28 marca 1960 r. ponownie został działaczem PZPR. Od 5 marca 1971 r. był członkiem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, a w latach 1980–1981 członkiem Egzekutywy KW PZPR w Katowicach. Z ramienia PZPR zasiadał w sumie przez ponad dwadzieścia lat w Sejmie PRL (…)”[1].

Tyle. O twórczości literackiej Szewczyka i jego działalności kulturalnej ani słowa. Dziwnie brzmi stwierdzenie IPN, że aparat bezpieczeństwa zaprzestał inwigilacji pisarza w listopadzie 1956 roku, ponieważ był on jakoby już lojalny wobec ustroju. O Październiku 1956 roku w IPN nie słyszano?

W podobnym tonie jak opinia IPN jest sformułowana notka biograficzna Szewczyka w Wikipedii, co skłania do podejrzeń o jej autorstwo animatorów obecnej polityki historycznej.

Wyeksponowano w niej – oprócz wyżej zacytowanych informacji – dwie rzeczy. W pierwszej kolejności to, że na łamach ONR-owskiej „Kuźnicy” Szewczyk postulował „wyeliminowanie Żydów z życia kulturalnego i gospodarczego”, a literaturę i prasę żydowską uznał „za jedną z najgroźniejszych broni żydowskiego państwa eksterytorialnego”. Zacytowano też fragment wydanej w latach 60. książki Szewczyka pt. „Z teczki wspomnień PPR”, w której gloryfikował PRL i potępiał AK za „najohydniejsze zbrodnie” na działaczach komunistycznych. No i jeszcze taki smaczek, że będąc posłem interweniował u marszałka Sejmu, żeby wódkę w bufecie sejmowym sprzedawano nie tylko Bohdanowi Czeszce i Władysławowi Machejkowi, ale także innym posłom. A więc antysemita, komunista i amator alkoholu.

Życie Wilhelma Szewczyka jest niewątpliwie pogmatwane jak historia Górnego Śląska. Ale czy to jest powód, by z wyrwanych z kontekstu fragmentów tego życia robić przeciw niemu akt oskarżenia? Był synem górnika i powstańca śląskiego, prostego człowieka, który jednak interesował się książką i to zainteresowanie zaszczepił synowi. Mimo że pochodził z niezamożnej rodziny, ukończył gimnazjum w Rybniku. W gimnazjum był twórcą koła słowianofilów i pisał pierwsze utwory literackie. Debiutował w 1932 roku wierszem „Kochaj ziemię śląską”, opublikowanym w wychodzącym w Knurowie piśmie „Młodzież Śląska”.

Podczas drugiej wojny światowej – jak wielu Ślązaków – został przymusowo wcielony do Wehrmachtu. Walczył we Francji i na froncie wschodnim. Odmówił jednak przyjęcia Volkslisty i otwarcie krytykował hitleryzm. Osadzono go za to w 1942 roku w więzieniu w Katowicach, skąd zbiegł i ukrywał się do końca wojny w Generalnym Gubernatorstwie. Poszukujące Szewczyka gestapo zamiast niego aresztowało jego brata Jerzego, który został deportowany do KL Auschwitz.

Znający Szewczyka red. Kazimierz Zarzycki twierdzi, że powodem jego akcesji do Obozu Narodowo-Radykalnego nie był antysemityzm, ale rosnące zagrożenie niemieckie przed 1939 rokiem i chęć przeciwstawienia mu się na gruncie śląskim. Natomiast w 1945 roku Szewczyk miał stwierdzić, że „nie warto kopać się z koniem, ale trzeba tego konia po naszemu przerobić”. Taki był jego śląski realizm polityczny. Wstąpił do partii nie po to, żeby budować socjalizm, ale po to, by walczyć tam o sprawy polskie i śląskie, co zresztą z sukcesem robił po 1956 roku. Tego IPN nie chce przyjąć do wiadomości.

Ani z opinii IPN, ani z notki w Wikipedii nie dowiemy się, że Wilhelm Szewczyk był jedną z ważniejszych postaci w historii Górnego Śląska w XX wieku. Nie dowiemy się, że w swojej twórczości literackiej prezentował własny, niezależny punkt widzenia. Nie dowiemy się jak ważne miejsce w historii literatury polskiej zajmują i jakie treści zawierają takie utwory literackie Szewczyka jak „Ptaki ptakom”, „Hanys”, „Skarb Donnersmarcków”, „Czarne słońce”, „Kleszcze”, „Pogodne niebo”, „Od wiosny do jesieni”, „Gadzi raj”, „Moja tratwa najsilniejsza”, „Z kraju Lompy”, „Nanker. Dialogi wrocławskie z roku 1339 w trzech odsłonach”. Nie dowiemy się, że zbiór jego esejów „Śląski trud literacki” nie został dopuszczony do rozpowszechniania przez cenzurę PRL. Nie dowiemy się, że napisał 60 książek o Śląsku – powieści, opowiadań, dramatów i esejów – w których bronił polskości Śląska oraz pokazywał oblicze niemieckiego panowania na tej ziemi. Nie dowiemy się, że był autorem siedmiu tysięcy artykułów, w których nie zawsze kadził władzom PRL. Miał bowiem odwagę skrytykować pacyfikację kopalni „Wujek” oraz krótkowzroczny nacjonalizm w podejściu władz centralnych do Górnego Śląska.

Nie dowiemy się jaką rolę dla odbudowy polskiej kultury na Ziemiach Zachodnich odegrała redagowana przez Szewczyka „Odra”. Nie dowiemy się, że kierowane przez Szewczyka tytuły, takie jak „Odra”, „Poglądy” i „Przemiany” (śląski odpowiednik „Po prostu”) – kończyły swój żywot w sposób nagły, jako efekt ograniczeń ze strony władz partyjno-państwowych, mających zastrzeżenia do treści prezentowanych na łamach tych pism. Nie dowiemy się, że Szewczyk przez ponad ćwierć wieku był członkiem zespołu redakcyjnego zasłużonego dla polskiej kultury „Życia Literackiego”, że pomógł wielu ludziom – byłym powstańcom śląskim, AK-owcom, chadekom Korfantego i endekom – znaleźć w PRL pracę, że w zbiorze esejów „Syndrom Śląski” przywrócił pamięci genialnego rzeźbiarza Stanisława Szukalskiego. Nie dowiemy się, że był aktywnym działaczem Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich i Katowickiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego oraz członkiem Rady Programowej Biblioteki Piśmiennictwa Śląskiego.

Nie możemy się tego od IPN dowiedzieć, ponieważ z historii Polski wykreślana jest całkowicie PRL wraz z ludźmi ją tworzącymi, także tymi zasłużonymi dla podtrzymania w tym okresie i rozwoju narodowej kultury. Zamiast tego tworzy się czarną dziurę z zakłamującym wszystko szyldem „okupacja sowiecka”, ewentualnie „ustrój totalitarny”.

Po 1989 roku środowiska antykomunistyczne i ślązakowskie zarzucały Szewczykowi, że w powieści „Ptaki ptakom” (zekranizowanej w 1976 r.) miał stworzyć „fałszywy mit” obrony Wieży Spadochronowej w Katowicach przez polskich harcerzy we wrześniu 1939 roku. Ale nawet jeżeli tak, to jest to piękny mit, a historia narodu składa się także z takich mitów.

Wilhelm Szewczyk jest postacią, której z historii Górnego Śląska wykreślić się nie da. Obok wojewody Jerzego Ziętka, z którym ściśle współpracował, był w tamtym czasie najbardziej szanowaną osobą w regionie. Potrafił łatwo przełamać dystans pomiędzy sobą a czytelnikiem czy petentem. Dlatego wielu ludzi chętnie podejmowało z nim współpracę i traktowało jako swojego reprezentanta. Był „głosem Górnego Śląska”, który przemawiał w imieniu mieszkańców i miał ich autentyczne wsparcie. W jednym ze swoich artykułów z 1956 roku napisał: „Urodzony i żyjący tutaj – jestem z wami, przeciwko temu wszystkiemu, co czyniło i czyni jeszcze nasze życie biednym, słabym i bezbarwnym”.

Dzisiaj ponownie zaczęto recenzować życiorysy ludzi według ściśle określonych, dogmatycznych i oderwanych od kontekstu historycznego kryteriów politycznych. Jeden z przemawiających na proteście przeciwko przemianowaniu placu Szewczyka na plac Kaczyńskich powiedział, że jeżeli cokolwiek wymaga w Polsce dekomunizacji, to obecna partia rządząca. Trudno się z tym nie zgodzić.

[1] Cyt. za: M. Zawała, „To przez tę notatkę IPN Szewczyk stracił plac w Katowicach!”, http://www.silesion.pl, 14.12.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 stycznia 2018 r.

„Przegląd” nr 1 (939), 2-7.01.2018, s. 14-16

Bircza – Przebraże Podkarpacia

Przewodniczący Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wiatrowycz oświadczył 9 listopada 2017 roku, że na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie „pojawiła się tablica na cześć polskich żołnierzy, którzy zginęli w walkach z UPA. Wśród tych, którzy zginęli na terenach Polski (powojennej – uzup. BP) w walce z ukraińskimi powstańcami, najwięcej było przedstawicieli komunistycznej bezpieki. A więc od teraz w Polsce na szczeblu państwowym upamiętniani są czekiści wraz z tymi, którzy mają na rękach krew polskich patriotów”[1]

Uwaga Wiatrowycza dotyczyła obrońców Birczy. Nazwa tej miejscowości pojawiła się na jednej z dwóch tablic, jakie przed tegorocznym Świętem Niepodległości zawieszono na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Odsłonięcie tych tablic – zawierających nazwy dwudziestu wsi i miasteczek na Wołyniu, Lubelszczyźnie i w Małopolsce Wschodniej, które stawiły opór bojówkom OUN i UPA – było efektem wieloletnich starań rodzin ofiar UPA, organizacji kresowych i działaczy społecznych. Spośród miejscowości wymienionych na tablicach walki z UPA w okresie powojennym toczono tylko w Birczy. To jej obrońców Wiatrowycz nazwał „czekistami”. Nie wiemy czy z tego właśnie powodu wkrótce po oświadczeniu Wiatrowycza Bircza zniknęła z Grobu Nieznanego Żołnierza.

Można jednak przypuszczać, że tak. Państwowa polityka historyczna RP współgra bowiem z polityką historyczną Ukrainy na płaszczyźnie wojującego antykomunizmu. Żołnierze Wojska Polskiego, które walczyło na froncie wschodnim, a po wojnie m.in. w obronie ziem południowo-wschodnich przed UPA, zostali przecież wykluczeni przez znanego historyka obecnego obozu władzy z tradycji polskiego oręża. W świetle dogmatów tej polityki historycznej obrońcy Birczy – zarówno żołnierze, jak i funkcjonariusze MO – byli przedstawicielami „sowieckiej władzy okupacyjnej”, którzy na żadną pamięć nie zasługują.

Kim zatem naprawdę byli obrońcy Birczy?

Bircza to nieduża miejscowość położona na Pogórzu Przemyskim. Od 1464 do 1934 roku posiadała prawa miejskie. W okresie II RP wchodziła w skład powiatu dobromilskiego. 21 sierpnia 1945 roku – po przesunięciu granicy – znalazła się w powiecie przemyskim. 11 i 12 września 1939 roku 11. Dywizja Piechoty pod dowództwem płk. dypl. (później gen.) Bronisława Prugar-Ketlinga stoczyła pod Birczą krwawą bitwę z niemiecką 2. Dywizją Górską. Najbardziej dramatyczne chwile miejscowość ta przeżyła jednak dopiero po zakończeniu drugiej wojny światowej, kiedy stała się obiektem trzech ataków Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Obszar Pogórza Przemyskiego znalazł się wówczas w strefie działania 26. Odcinka Taktycznego UPA „Łemko”, którego dowódcą był Wasyl Mizerny „Ren”. W skład odcinka wchodziły dwa kurenie – „Rena” i „Rezuna” (Wasyla Andrusiaka), liczące po kilka sotni. Na początku 1946 roku przeprowadzono reorganizację odcinka. Kureń „Rezuna” – zdziesiątkowany podczas walk z Wojskiem Polskim – zastąpił kureń „Konyka”. Pod tym pseudonimem ukrywał się Mychajło Galo (1914-1946) – od 1935 roku członek Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. W 1943 roku wstąpił on w szeregi 14. Dywizji Waffen-SS „Galizien” (1. ukraińskiej), ale już w 1944 roku był w UPA. Początkowo jako komendant sotni szkolnej w szkole oficerskiej UPA „Oleni” w Karpatach, a od listopada 1945 roku zastępca dowódcy 26. Odcinka Taktycznego UPA „Łemko”.

Pierwszy atak UPA na Birczę miał miejsce 22 października 1945 roku. O godz. 22.30 do miejscowości próbował się wedrzeć około 30-osobowy oddział ubrany w polskie mundury. Wezwani przez żołnierzy do podania hasła upowcy otworzyli ogień i jednocześnie wystrzelili białe race, będące sygnałem do ataku na garnizon polski. Siły UPA składały się z sotni „Rena”, „Jara” i „Suchego” oraz innych nierozpoznanych jednostek z kurenia „Podkarpacie”, który wchodził w skład 22. Odcinka Taktycznego UPA „Czarny Las”. Ponadto wsparcia UPA udzieliły bojówki tzw. samoobrony ukraińskiej (SKW-Samoobronni Kuszczowy Widdiły), stanowiące zaplecze UPA, politycznie nadzorowane przez OUN-B.

Birczy broniły dwa bataliony z 28. pułku piechoty i jeden batalion zbiorczy z 17. Dywizji Piechoty. Jednocześnie z atakiem na Birczę sotnia „Hromenki” przy wsparciu bojówek SKW dokonała napadu na Kuźminę, oddaloną o około 10 km, by powstrzymać ewentualną odsiecz stacjonujących tam pododdziałów 30. pułku piechoty. Oba ataki zostały odparte. Straty polskie wyniosły 19 zabitych żołnierzy i kilkudziesięciu rannych. Zginęło też 11 osób cywilnych i spłonęła większość zabudowań Kuźminy.

Drugi atak na Birczę przeprowadziły prawdopodobnie sotnie „Burłaki” i „Bartla” w nocy z 29 na 30 listopada 1945 roku. Garnizon birczański tworzyły wówczas batalion zbiorczy z 17 DP, kompania MO i kompania Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Atak UPA – polegający na ostrzelaniu Birczy ogniem moździerzy i karabinów maszynowych – był pozorowany. W rzeczywistości upowcom chodziło o spalenie wsi w okolicy Birczy: Boguszówki, Huty Brzuski, Korzeńca, Łomnej, Rudawki i Starej Birczy. Cel ten został osiągnięty. Straty polskie w Birczy wyniosły kilku zabitych.

Trzeci, największy atak UPA na Birczę nastąpił w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 roku, czyli w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia obrządków wschodnich. Jego celem było zniszczenie garnizonu polskiego i spalenie miejscowości. Plan ataku opracował Mychajło Galo „Konyk”. On też stanął na czele sił atakujących, które zostały podzielone na dwie grupy: wschodnią (sotnie „Burłaki” i Łastiwki”) oraz zachodnią (sotnie „Jara” i „Orskiego” oraz oddział Służby Bezpeky OUN-B). Wedle danych UPA Birczy miało bronić 960 żołnierzy WP i 140 milicjantów, wspartych przez „dwie ciężarówki wojsk NKWD”. Na informacje te chętnie powołuje się dzisiaj Wołodymyr Wiatyrowycz mówiący o „czekistach”, których rzekomo upamiętniono na Grobie Nieznanego Żołnierza. W rzeczywistości liczebność batalionu 26. pułku piechoty była znacznie niższa. Wraz z funkcjonariuszami MO załogę Birczy mogło stanowić maksymalnie 400 osób. Natomiast siły UPA wynosiły 550-600 ludzi.

Trzeci atak na Birczę zakończył się pogromem oddziałów UPA, które zostały odparte oraz straciły kilkudziesięciu zabitych i rannych. Zginęli m.in. dowodzący atakiem Mychajło Galo „Konyk” oraz dowódca jednej z sotni – Dmytro Karwanśkyj „Orski”. Straty polskie były niewielkie i wyniosły jednego zabitego oraz czterech rannych. Jednakże podczas walk spłonęła część drewnianych zabudowań Birczy.

Żołnierze polscy broniący Birczy od października 1945 do stycznia 1946 roku pochodzili z pododdziałów 9. i 17. Dywizji Piechoty. Pierwsza z nich została sformowana jesienią 1944 roku jako część 2. Armii Wojska Polskiego. Składała się w większości z byłych żołnierzy AK, w tym pochodzących z Wołynia i mających za sobą walki z UPA w szeregach polskiej samoobrony i 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Również wielu funkcjonariuszy MO z garnizonu w Birczy miało za sobą służbę w AK i BCh. Niejednokrotnie wstępowali oni do milicji na polecenie powojennej konspiracji antykomunistycznej, by w ten sposób bronić ludności polskiej przed UPA.

O sukcesie obrony Birczy w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 roku zadecydował ogień kompanii moździerzy dowodzonej przez por. Witolda Grabarczyka. Pochodził on z Wołynia, gdzie był żołnierzem zgrupowania „Osnowa”, wchodzącego w skład 27. Wołyńskiej DP AK. Uczestniczył w walkach z UPA w obronie ludności polskiej. Podczas ciężkich walk toczonych przez 27. Wołyńską DP AK z Niemcami w 1944 roku znalazł się na terenie opanowanym przez wojska radzieckie i został wcielony do Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR. Skierowano go do trzymiesięcznej szkoły oficerskiej, a po jej ukończeniu, mimo młodego wieku (zaledwie 19 lat), został zastępcą dowódcy kompanii moździerzy. Podczas forsowania Nysy Łużyckiej przejął dowodzenie kompanią w miejsce ciężko rannego dowódcy.

Walczył następnie w operacji łużyckiej i operacji praskiej w szeregach 26. pułku piechoty z 9. Drezdeńskiej Dywizji Piechoty. Koniec wojny nie przyniósł wytchnienia żołnierzom tej dywizji, skrwawionej podczas ciężkich walk na Łużycach. Już bowiem w czerwcu 1945 roku skierowano ich do walki z UPA w południowo-wschodniej Polsce. Pododdziały dywizji rozmieszczono m.in. w Jarosławiu i Sanoku. W drugiej połowie grudnia 1945 roku 2. batalion 26. pułku piechoty otrzymał rozkaz wymarszu do Birczy, żeby zluzować załogę tamtejszego garnizonu. W ten sposób por. Witold Grabarczyk znalazł się w Birczy.

Wedle jego relacji batalion „nie miał jednak pełnego stanu osobowego i liczył tylko 222 ludzi. Kompania moździerzy dysponowała tylko trzema moździerzami, a kompania CKM-ów pięcioma sztukami ciężkich karabinów maszynowych. Atutem żołnierzy batalionu było natomiast duże doświadczenie bojowe. Wszyscy byli zahartowani w ciężkich walkach o Drezno, w stawianiu czoła o wiele silniejszemu przeciwnikowi”.

Batalion wyruszył z Jarosławia w grudniowy, mroźny poranek. „Nasza kolumna maszerowała w śnieżnej zadymce. Żołnierze szli zmarznięci, zgarbieni, zbici w grupki, biegli za wozami konnymi, by po kilku kilometrach takiego marszobiegu wyciągnąć wozy z zasp śnieżnych” – wspomina por. Grabarczyk. Dopiero po dwóch dniach batalion osiągnął Birczę i zluzował tamtejszy garnizon składający się z 460 elewów szkoły podoficerskiej. Wywołało to panikę miejscowej ludności, która była przekonana, że przybyły batalion z Jarosławia nie będzie w stanie obronić Birczy przed UPA. Dlatego większość cywilnych mieszkańców Birczy udała się do Przemyśla wraz z elewami szkoły podoficerskiej.

„Ich kolumna była bardzo długa. Składała się z wozów konnych, sanek i wózków, na których ludzie ciągnęli swoje toboły. Wszystko to opasane było mrowiem dzieci. W miasteczku zapanowała… cisza!” – relacjonuje por. Grabarczyk.

A jednak to nowy garnizon, o połowę szczuplejszy niż poprzedni, ale złożony z doświadczonych frontowych żołnierzy obronił Birczę przed UPA. Wkrótce zresztą przybyli do niej nowi mieszkańcy. Byli to uciekinierzy z pobliskich wiosek, szukający schronienia przed UPA.

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Z relacji por. Grabarczyka wyłania się dramatyzm sytuacji, z jaką musiał się zmierzyć dowódca batalionu, mjr Leon Lubecki: „Całe miasteczko opasane było systemem ziemnych fortyfikacji obronnych połączonych rowami ciągłymi. W sumie liczyły 3,5 km długości. Dowódca batalionu stanął przed bardzo trudnym zadaniem: jak zapewnić obronę miasteczka mając do dyspozycji tylko 50 % sił i środków w stosunku do swego poprzednika? Zmniejszenie pierścienia obrony nie wchodziło w grę. Birczyński system obrony był budowany przez okres sześciu miesięcy. Dowódca batalionu postanowił, nie naruszając dotychczasowego systemu, rozmieścić siły i środki na głównych kierunkach potencjalnego uderzenia ze strony UPA”.

Na jednej z odpraw mjr Lubecki powiedział: „Liczę na moździerzystów!”. Witold Grabarczyk skomentował to następująco: „Nikogo nie trzeba było zachęcać do wysiłku. Wszyscy przez skórę czuli, że wkrótce przyjdzie nam stoczyć zażartą walkę. Dla mnie, żołnierza 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, a także żołnierza 2. Armii WP, zahartowanego w bojach na przyczółku pod Dęblinem i Puławami, którego nie udało nam się utrzymać, i pod Górą Kalwarią, w walce pod Dreznem i Pragą, było to oczywiste. Wiedziałem, że mogę liczyć na swoich żołnierzy. Z nimi pod Dreznem w okrążeniu broniliśmy się przed Niemcami przez trzy dni, zanim nadeszła odsiecz. Wiedzieliśmy, że w razie ataku możemy liczyć tylko na siebie (…). Dowódca batalionu, mjr Leon Lubecki, co trzy, cztery dni robił odprawy, na których byli obecni wszyscy dowódcy kompanii. Był on przez wszystkich niezwykle szanowany. Należał bowiem do korpusu oficerów przedwrześniowych. Miał on dużą wiedzę wojskową i doświadczenie. Cechował go zawsze spokój, powaga i wysoka kultura osobista”.

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Tacy to właśnie „czekiści” bronili Birczy. Animatorzy polityki historycznej rządzącej prawicy, odmawiając tym żołnierzom przynależności do tradycji polskiego oręża, stają faktycznie po stronie UPA. Dyskwalifikują też swoją politykę historyczną, która w istocie nie jest antykomunistyczna, ale antypolska. Obronę Birczy można śmiało porównać do obrony Przebraża na Wołyniu. Bircza to po prostu Przebraże Podkarpacia. Ten symbol boli epigonów UPA i to jest nawet zrozumiałe, ale niezrozumiałe jest to, że boli on również zaczadzoną antykomunizmem polską prawicę. Czyżby dla niej też największą winą Birczy było to, że nie dała się wyrżnąć UPA?

„Przełożeni uznali, że moździerze w obronie Birczy odegrały zasadniczą rolę. Bez ich ognia Bircza mogłaby się nie obronić (…). Niskie straty po naszej stronie były wynikiem przede wszystkim faktu, że nasz batalion nie składał się z żołnierzy z poboru, ale z zahartowanych w ciężkich bojach żołnierzy. Nie bali się przeciwnika i nie wpadli w panikę, gdy ten był 50 m od nich” – podsumował bitwę o Birczę por. Witold Grabarczyk. Za obronę Birczy otrzymał on Krzyż Virtuti Militari. Karierę wojskową zakończył w 1954 roku, kiedy wyszło na jaw, że był w AK. Został wówczas zdegradowany, wydalony z wojska i skazany na pracę w kopalni węgla.

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Sukces obrony Birczy, obok wojskowego, miał również ogromne znaczenie polityczne. Tuż po wojnie toczyła się bowiem gra pomiędzy Stalinem a Chruszczowem, który dążył do tego, żeby granica pomiędzy Polską a Ukraińską SRR przebiegała na Sanie, tak jak po podziale Polski pomiędzy Niemcy a ZSRR w 1939 roku. Destabilizacja tzw. „Zakerzonia” przez UPA sprzyjała planom Chruszczowa i komunistów ukraińskich włączenia tych terenów do USRR. Zapobiegła temu m.in. klęska UPA pod Birczą.

Wykorzystane cytaty pochodzą z relacji por. Witolda Grabarczyka pt. Nie daliśmy UPA wziąć Birczy. Relacja z obrony Birczy atakowanej przez UPA w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 r., zamieszczonej w książce Marka A. Koprowskiego Akcja „Wisła”. Krwawa wojna z OUN-UPA, Zakrzewo 2016, s. 190-192, 194, 195, 203.

[1] „Prezes ukraińskiego IPN: nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza upamiętniają czekistów”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 grudnia 2017 r.

„Przegląd” nr 51 (937), 18-26.12.2017, s. 38-40

Dekomunizacja, czyli depolonizacja

W Katowicach w ramach tzw. dekomunizacji zniknął plac Wilhelma Szewczyka (przy dworcu kolejowym). Zamiast niego będzie plac Marii i Lecha Kaczyńskich. Decyzję taką podjął wojewoda śląski Jarosław Wieczorek (ur. 1981 r.), ignorując protest władz miejskich Katowic oraz 40 pracowników naukowych Uniwersytetu Śląskiego[1]. To jest kolejny dowód na to, że tzw. dekomunizacja jest depolonizacją – przede wszystkim Ziem Zachodnich, w tym Górnego Śląska.

Wilhelm Szewczyk (1916-1991) był jednym z najwybitniejszych pisarzy śląskich reprezentujących opcję polską. Prozaik, publicysta, krytyk literacki, poeta, tłumacz z języka niemieckiego, literaturoznawca w zakresie literatury niemieckiej i serbołużyckiej, redaktor naczelny czasopism „Odra”, „Poglądy” „Przemiany”, „Zaranie Śląskie” i „Życie Literackie”, kierownik literacki Teatru Śląskiego im. S. Wyspiańskiego w Katowicach oraz dyrektor Studium Teatralnego w Katowicach.

Przed drugą wojną światową jeden z czołowych działaczy Obozu Narodowo-Radykalnego w województwie śląskim, w czasie wojny zmuszony jak wielu Ślązaków do służby w Wehrmachcie (z którego zdezerterował), po wojnie w szeregach PPR i PZPR. Zresztą z PZPR i pracy w katowickiej rozgłośni Polskiego Radia został usunięty w 1949 roku w ramach czystek stalinowskich jako „osoba szkodliwa i niejednokrotnie wroga obecnej rzeczywistości”. Poddany też został wtedy inwigilacji przez organa bezpieczeństwa jako „reakcjonista”, „klerykał”, „nacjonalista” i „separatysta śląski”. Inwigilacji zaprzestano w listopadzie 1956 roku, co zdaniem katowickiego IPN dowodzi, że aparat bezpieczeństwa uznał, iż Szewczyk był „w pełni lojalny wobec ustroju”[2]. Przeraża to, że IPN nic nie wie, albo udaje, że nie wie o Październiku 1956 roku. To koniec stalinizmu w Polsce był faktyczną przyczyną zaprzestania inwigilacji pisarza, co SB uzasadniła zacytowaną przez IPN formułką.

Ponownie przyjęto Szewczyka do partii właśnie po przełomie październikowym 1956 roku. W latach 70., a więc w okresie „liberalizmu” gierkowskiego, wszedł w skład Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Był też posłem na Sejm PRL. Należał do bliskich współpracowników zasłużonego dla Górnego Śląska wojewody Jerzego Ziętka.

Niezależnie od wyborów politycznych zawsze stał jednak po stronie polskiego Śląska. Jako działacz Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich oraz Katowickiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego, członek Rady Programowej Biblioteki Piśmiennictwa Śląskiego i – przede wszystkim – jako literat. Dlatego postać i twórczość Wilhelma Szewczyka stała się po 1989 roku obiektem niesamowitej nagonki ze strony ślązakowców, czyli Ruchu Autonomii Śląska – zakamuflowanej opcji niemieckiej na Górnym Śląsku. Szczególnym obiektem ich agresji była i jest powieść Wilhelma Szewczyka „Ptaki ptakom” (zekranizowana w 1976 r.) – przedstawiająca dramat pierwszych dni agresji Niemiec hitlerowskich na Śląsku we wrześniu 1939 roku, w tym obronę Wieży Spadochronowej.

Negacja faktu obrony Wieży Spadochronowej przez polskich harcerzy jest jednym z kluczowych elementów polityki historycznej ślązakowców. Stąd ich brutalny atak na Wilhelma Szewczyka, którego przedstawiają jako komunistycznego propagandystę. W taką narrację wpisuje się notka biograficzna Wilhelma Szewczyka w Wikipedii. Cytowane są w niej fragmenty jego publikacji „Z teczki wspomnień PPR”, w której pochwalał socjalizm i krytykował AK, ale nie zacytowano fragmentów, ani nawet nie zasygnalizowano tematyki takich dzieł literackich Wilhelma Szewczyka jak „Ptaki ptakom”, „Hanys”, „Skarb Donnersmarcków”, „Czarne słońce”, „Kleszcze”, „Pogodne niebo”, „Od wiosny do jesieni”, „Gadzi raj”, „Moja tratwa najsilniejsza”, „Z kraju Lompy”, „Nanker – Dialogi wrocławskie z roku 1339 w trzech odsłonach”. W swojej twórczości literackiej prezentował własny, niezależny punkt widzenia. Jego zbiór esejów „Śląski trud literacki” nie został dopuszczony do rozpowszechniania przez cenzurę PRL.

W sumie napisał 60 książek o Śląsku – powieści, opowiadań, dramatów i esejów – w których bronił polskości Śląska, podkreślał związki Śląska z Polską oraz pokazywał oblicze niemieckiego panowania na Śląsku. Napisał też ponad siedem tysięcy artykułów, w których podejmował śląską problematykę regionalną. Nie zawsze zgodnie z linią władz partyjnych. Dlatego kierowane przez Szewczyka tytuły, takie jak „Odra”, „Poglądy” i „Przemiany” (śląski odpowiednik „Po prostu”) – kończyły swój żywot w sposób nagły, jako efekt ograniczeń ze strony władz partyjno-państwowych, mających zastrzeżenia do treści prezentowanych na łamach tych pism.

Dla mieszkańców Górnego Śląska uchodził za postać ważną z jednego zasadniczego powodu. Mimo że był osobą publiczną, nie tworzył dystansu pomiędzy sobą a czytelnikiem czy petentem. Potrafił szybko znaleźć wspólny język z mieszkańcami regionu. Z tego powodu wiele osób chętnie podejmowało z nim współpracę i traktowało jako swojego reprezentanta. Był „głosem Górnego Śląska”, który przemawiał w imieniu mieszkańców i miał ich autentyczne wsparcie. W jednym ze swoich artykułów z 1956 roku napisał: „Urodzony i żyjący tutaj – jestem z wami, przeciwko temu wszystkiemu, co czyniło i czyni jeszcze nasze życie biednym, słabym i bezbarwnym”[3]. Znał Śląsk jak mało kto w tamtych czasach, żył Śląskiem i żył dla Śląska.

Dzisiaj powieści, dramaty i eseje Wilhelma Szewczyka są utworami zapomnianymi i „niesłusznymi”, bo polskość Śląska jest kwestionowana. Głównie przez ślązakowców, czyli opcję niemiecką. Jednakże w ich narrację historyczną wpisały się oba skrzydła obozu solidarnościowego – obóz liberalny ze swoją ideologią „europejską” oraz obóz prawicowy z ideologią antykomunistyczną. Wojewoda z PiS może jest nawet o tym osobiście przekonany, że robi jakąś dekomunizację, lecz faktycznie nie dokonał on aktu „dekomunizacji”, ale depolonizacji Górnego Śląska, zgodnego z oczekiwaniami ślązakowców.

Wojewoda śląski nie jest tutaj bynajmniej wyjątkiem. Np. w Opolu tamtejszy wojewoda, po zasięgnięciu opinii IPN, „zdekomunizował” ulicę prof. Stanisława Kulczyńskiego (1895-1975)[4]. Wina tego wybitnego botanika polegała na tym, że w latach 1939-1941 nadal wykładał na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie (przemianowanym wtedy przez władze radzieckie na Uniwersytet Iwana Franki) i żeby uniknąć usunięcia z pracy stanął na czele Związku Zawodowego Pracowników Uniwersytetu, do którego przynależność była obowiązkowa. To, że był delegatem rządu londyńskiego na Obszar Lwowski, współpracownikiem Karoliny Lanckorońskiej i organizatorem tajnego nauczania w Krakowie, a po wojnie jednym z pionierów polskiej nauki na Ziemiach Odzyskanych – pierwszym rektorem Uniwersytetu Wrocławskiego i Politechniki Wrocławskiej, których odbudową kierował – nie miało żadnego znaczenia dla IPN i wojewody Adriana Czubaka z PiS.

Przykładów takich można podać znacznie więcej. Polska prawica powinna w końcu dokonać jasnego wyboru – albo antykomunizm, albo Polska. Trzeciej drogi nie ma.

[1] P. Jedlicki, „Plac Szewczyka zdekomunizowany przez wojewodę. To plac Lecha i Marii Kaczyńskich”, http://www.katowice.wyborcza.pl, 14.12.2017.

[2] J. Przybytek, „Plac Szewczyka w Katowicach zdekomunizowany. Teraz to plac Marii i Lecha Kaczyńskich. Wojewoda wydał zarządzenie”, http://www.dziennikzachodni.pl, 14.12.2017.

[3] M. Fic, „Wilhelm Szewczyk urodził się sto lat temu. Był legendą i głosem Śląska”, http://www.katowice.wyborcza.pl, 8.01.2016.

[4] A. Janowski, „Wojewoda Adrian Czubak: Trzy nazwy ulic w Opolu zostaną zmienione”, http://www.nto.pl, 13.12.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 grudnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 1-2 (2169/70), 1-7.01.2018, s. 9

Zabawy z historią

Patrzę na obraz Jerzego Oleksiaka – artysty malarza z Poznania – zatytułowany „Witold Pilecki oskarża…” z serii „Ludzie Cogito” i zastanawiam się, co o nim powiedzieć. To znaczy zastanawiam się jakich słów użyć, żeby nie były zbyt ostre i nie naraziły mnie na ewentualny proces sądowy z Twórcą. Wiem, że każdy artysta ma prawo do własnej wizji artystycznej, ale w tym wypadku mamy do czynienia raczej nie z wizją artystyczną, ale – delikatnie mówiąc – z przesadą.

Na jednej z „patriotycznych” stron internetowych obraz ten jest reklamowany następująco: „Na ławie oskarżonych zasiadają komunistyczni zbrodniarze, którzy nie doczekali się sprawiedliwego osądzenia tu, na ziemi: Władysław Gomułka, Wojciech Jaruzelski, Józef Różański, Bolesław Bierut, Edward Gierek, Piotr Śmietański, Czesław Kiszczak i Józef Cyrankiewicz. Oskarża Rotmistrz Witold Pilecki (…)”. Koniec cytatu.

Obraz Jerzego Oleksiaka „Witold Pilecki oskarża…” Źródło: www.niezwykle.com

Obraz Jerzego Oleksiaka „Witold Pilecki oskarża…” Źródło: http://www.niezwykle.com

Powiem szczerze, co czuję: po prostu ręce opadają. Trzeba nie mieć albo elementarnej wiedzy historycznej, albo wykazać się dość szczególnym sposobem wartościowania, żeby na jednej ławie oskarżonych umieścić obok siebie Edwarda Gierka i Piotra Śmietańskiego (kata wykonującego wyroki śmierci w więzieniu mokotowskim) oraz Władysława Gomułkę i Józefa Różańskiego (Gomułka spowodował osądzenie i skazanie Różańskiego za jego działalność w MBP) i podpisać to „komunistyczni zbrodniarze”.

Być może Twórca nie miał takiej intencji, ale w moim odczuciu obraz sugeruje laikowi, że na ławie oskarżonych zasiadają winni śmierci Pileckiego. Nie muszę chyba tłumaczyć, że jest to absurd. Ani Gierek, ani Gomułka, ani Jaruzelski i Kiszczak ze sprawą Pileckiego nie mieli nic wspólnego. Winny jego śmierci nie był również Józef Cyrankiewicz, a formułowane pod jego adresem przez niektórych prawicowych publicystów (Tadeusz Marek Płużański, Wiesław Jan Wysocki) oskarżenia nie są poparte jakimikolwiek dowodami. Pośredni związek ze śmiercią Pileckiego mogą mieć co najwyżej Bolesław Bierut, który nie skorzystał z prawa łaski, Józef Różański, który nadzorował śledztwo i Piotr Śmietański, który jako kat więzienny wykonał wyrok sądu. Sądu, w którym zasiadało dwóch oficerów AK (Czesław Łapiński i Jan Hryckowian) oraz jeden przedwojenny sędzia (Józef Badecki). To oni skazali Pileckiego na karę śmierci.

Jeszcze bardziej zdumiewającą manipulacją jest postawienie obok siebie i w takiej właśnie kolejności Gomułki, Jaruzelskiego, Różańskiego, Bieruta, Gierka, Kiszczaka i Cyrankiewicza (postaci politycznych) oraz więziennego kata Śmietańskiego i skwitowanie tego określeniem „komunistyczni zbrodniarze”. Poza Bierutem i Różańskim zbrodniczość pozostałych postaci politycznych, uwidocznionych na ławie oskarżonych, jest naciągana. Chciałbym się dowiedzieć od Twórcy, jakich konkretnie zbrodni dopuścił się np. Edward Gierek? Czy Twórca wie o tym, że Władysław Gomułka był ofiarą represji stalinowskich i o mały włos nie doszło do jego procesu pokazowego, który mógł mieć równie tragiczny finał jak proces jak Pileckiego?

Przypuszczam, że artysta malarz z Poznania nie wie również, że to prezydent Wojciech Jaruzelski oraz Aleksander Bentkowski – minister sprawiedliwości w rządzie Tadeusza Mazowieckiego – doprowadzili w 1990 roku do rehabilitacji Witolda Pileckiego przez Naczelną Prokuraturę Wojskową i Wojskowy Sąd Najwyższy. Oni w ten sposób symbolicznie zamknęli stalinizm i komunizm w Polsce, których praktyki (na razie propagandowe) restytuuje rządząca obecnie prawica.

Ten obraz jest albo wynikiem totalnej niewiedzy historycznej, albo – powiem jednak ostro – zwykłej nikczemności. Nikczemności charakteryzującej narrację historyczną rządzącej prawicy. Nie ma w tej narracji – nazywanej górnolotnie polityką historyczną – wielowątkowego spojrzenia na historię, ani próby wyważonej oceny faktów i postaci. Jest natomiast wyłącznie tworzenie czarno-białego obrazu propagandowego, fikcyjnego i prostackiego. W ten nurt doskonale wpisuje się obraz Jerzego Oleksiaka, który wiernie oddaje głupotę i nikczemność prawicowej polityki historycznej. Niezależnie od tego obraz ten stanowi profanację postaci Witolda Pileckiego. Nie wiem o czym myślał on tuż przed egzekucją, ale chyba nie przypuszczał, że „patrioci” zrobią z niego symbol takiej właśnie narracji, będącej w moim odbiorze profanacją polskiej historii.

Równie duże zdumienie i zakłopotanie wywołała u mnie książeczka Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby pt. „Rotmistrz Witold Pilecki” z serii „Polscy superbohaterowie”, przeznaczona dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Jest to typ literatury, którą w latach 40. XX wieku spopularyzował Michaił Zoszczenko. O ile jednak bajki Zoszczenki o Leninie były śmieszne i bawiły odbiorcę ukrytym podtekstem politycznym, to bajka Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby o Pileckim śmieszna nie jest, a jej przekaz polityczny jest prosty jak konstrukcja cepa.

Czego dziecko dowiaduje się z tej książeczki o Pileckim? Ano tego, że głównie walczył z Rosją, z dwuletnią przerwą w Auschwitz. Opowieść o Pileckim zaczyna się od powstania styczniowego: „Jest rok 1863, trwa Powstanie Styczniowe. Carski pułkownik i oddział kozaków zatrzymali się w majątku pradziadków Pileckich, Adama i Marii. Szukają polskich powstańców w okolicznych dworach, żeby ich ukarać za bunt przeciw rosyjskiej władzy (…). Deski w ścianie się rozsunęły i ukazało się tajne przejście do ukrytego pokoju. Wewnątrz na łóżku leżał ranny mężczyzna. Cicho jęczał. Siedząca obok niego kobieta, również cała w czerni, opatrywała mu ranę bandażami z prześcieradła podartego na pasy. Na podłodze leżał długi karabin z bagnetem. – Żołdacy wrócili – szepnęła kobieta z lampą”.

Kilka stron dalej dziecięcemu czytelnikowi ukazuje się koszmarna postać „carskiego generała Michaiła Murawjowa nazywanego Wieszatielem, okrutnego pogromcy powstańców styczniowych. Wielu z nich kazał powiesić i sam nadzorował wykonywanie wyroków. Prześladował Polaków i katolików”. Co miał z nim wspólnego Pilecki, który urodził się w 1901 roku? Ano podobno to, że Ludwika Pilecka miała kazać swoim dzieciom spluwać pod pomnikiem Murawjowa w Wilnie. Na pomnik generała-gubernatora wileńskiego pluły nie tylko dzieci pani Pileckiej, ale – jak się dowiadujemy od Autorki – także polskie koty (rosyjskie pewnie miauczały „Boże cara chrani”).

Życie małego Pileckiego nie było łatwe. Młody czytelnik dowiaduje się, że „w Ołońcu mówiono po rosyjsku. Witek i jego rodzeństwo rozmawiali z kolegami, sąsiadami, a nawet z nianią w języku zaborcy”. No tak, ale w Ołońcu zawsze mówiono po rosyjsku, bo to było i jest rosyjskie miasto położone w Karelii, w pobliżu Jeziora Ładoga. Pilecki się w nim urodził, ponieważ jego ojciec pracował tam jako leśnik. Nie był to zabór rosyjski.

Koszmarne były przeżycia młodego Pileckiego w szkole: „Rosyjscy nauczyciele Witka mówili, że Polacy powinni być wdzięczni zaborcom za »opiekę«, że polska kultura, literatura, nauka są niewiele warte”. Nic więc dziwnego, że Pilecki od najmłodszych lat walczył z Rosją. Najpierw pluł na pomnik Murawjowa, a jak miał siedemnaście lat marzył „o walce o wolną Polskę w polskim wojsku. Nagrodą miało być królestwo i ręka królewny”.

No, ale co tu myśleć o królestwie i ręce królewny jak „tymczasem w Rosji wybuchła rewolucja. Car abdykował. Do władzy doszli bolszewicy, gorsi od najciemniejszych mocy. Odebrali wujkowi Stanisławowi Hawryłków”. Cóż wtedy zrobił główny bohater? Osiemnastoletni Pilecki wskoczył na próg samochodu Józefa Piłsudskiego podczas jego uroczystego przejazdu ulicami Warszawy. Potem pod wodza wielkiego Marszałka rozgromił bolszewików, a nawet armię litewską na Wileńszczyźnie.

Właściwie czytającemu tę publikacje dziecku – nie mającemu szczegółowej wiedzy historycznej – trudno będzie zrozumieć dlaczego Pilecki nagle znalazł się w KL Auschwitz i dlaczego miał „zawiadomić świat o niemieckim ludobójstwie” oraz „przygotować plan uwolnienia więźniów”. Dowiaduje się natomiast, że Pileckiemu podobno objawiła się w obozie Matka Boska.

Cały czas mamy w tle Rosję. „Rosjanie zamierzają wywieźć rodzinę [Pileckiego – BP] na Syberię”, „tymczasem Polskę zajęły wojska komunistycznej Rosji”, „rządy w Warszawie objęli polscy komuniści uzależnieni od Rosjan”, „radzieccy komuniści zniszczyli dom Witolda Pileckiego”. Natomiast polscy komuniści aresztowali Pileckiego bynajmniej nie za działalność wywiadowczą, ale z nienawiści do Polski, a w „więzieniu był torturowany z większym okrucieństwem niż w niemieckim obozie śmierci. »Oświęcim to była igraszka« – powiedział. Chował ręce za siebie, żeby najbliżsi nie dostrzegli, że zerwano mu paznokcie”. Nic to, że najbardziej znany biograf Pileckiego – Adam Cyra – odniósł się do tych informacji sceptycznie. Legenda dobrze się sprzedaje.

Właściwie gdyby nie ta nieszczęsna powojenna działalność Pileckiego i jej tragiczny koniec, jego postać byłaby bezużyteczna dla animatorów obecnej polityki historycznej. Jego działalność konspiracyjna w KL Auschwitz – która obecnie pełni rolę dodatku do narracji antykomunistycznej i antyrosyjskiej – byłaby wtedy niezauważalna. A gdyby jeszcze ułożył sobie jakoś życie w powojennej rzeczywistości, jak np. Jan Mazurkiewicz „Radosław”, Jan Rzepecki i inni znani oficerowie AK, byłby po prostu „zdrajcą”.

Historia, która jest tłem życia Witolda Pileckiego stanowi materię zbyt trudną dla dziecka w wieku wczesnoszkolnym, do którego jest adresowana publikacja Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby. Publikacja ta ani nie przybliża dziecku meandrów tej historii, ani ich nie upraszcza, ale je karykaturalnie wypacza. Nie mam wątpliwości, że ta książeczka jest owocem polityki historycznej rządzącej prawicy. Nie wiem co przez taką politykę historyczną chce ona osiągnąć.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 grudnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 51-52 (2167/68), 17-24.12.2017, s. 18

Zagłada Zamojszczyzny

„Zawada pod Zamościem. 5 grudnia 1942 roku o trzeciej nad ranem Niemcy otoczyli wioskę. Trzask wyłamywanych drzwi i ujadanie psów, wrzask gestapowców. W kilka minut wszyscy musieli opuścić domy. Zebrano nas na placu przy kościele w Wielączy (nasz dom był bliżej kościoła), skąd podwodami (wozami konnymi) zawieziono nas do Zamościa. W obozie przejściowym, przeznaczonym dla tysiąca osób, było nas kilkanaście tysięcy. Nędzne, drewniane baraki bez podłóg, niektóre nawet bez prycz. Na zewnątrz trzaskający mróz, wewnątrz błoto po kolana. Straszliwy głód. Badania rasowe, selekcja, oddzielanie dzieci od rodziców. Ja mam śniadą cerę, uznano więc mnie za Cygana. Razem z trzyletnią, bardzo chorą siostrą Grażyną trafiłem do najgorszej grupy. Byli tam tylko dzieci i starcy. Te dzieci nie nadawały się do germanizacji, a starcy do pracy. Ich przeznaczeniem, wcześniej czy później, miała być śmierć” – tak po kilkudziesięciu latach wspominał początek akcji wysiedleńczej na Zamojszczyźnie 10-letni wówczas Zdzisław Wróbel[1].

28 listopada 2017 roku przypada 75. rocznica rozpoczęcia wysiedleń Polaków z Zamojszczyzny. Ten region Polski – na który składają się powiaty biłgorajski, hrubieszowski, tomaszowski i zamojski – znajdował się w II RP na pograniczu Polski centralnej (Lubelszczyzny) i Kresów Wschodnich (Wołynia). Zapoczątkowana w listopadzie 1942 roku przez niemiecki aparat okupacyjny eksterminacja Polaków na Zamojszczyźnie była kontynuowana w latach 1943-1944 przez Ukraińską Powstańczą Armię, która przybyła tam w pościgu za Polakami uciekającymi przed ludobójczą czystką na Wołyniu.

Generalny Plan Wschodni

Niemiecka akcja wysiedleńcza na Zamojszczyźnie – podczas okupacji wchodzącej w skład dystryktu lubelskiego w Generalnym Gubernatorstwie – została podjęta w ramach realizacji Generalnego Planu Wschodniego (Generalplan Ost, GPO). Był to plan osiedleńczy i germanizacyjny Europy Środkowej i Wschodniej opracowany w 1941 roku w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy pod kierownictwem Heinricha Himmlera. Jego podstawę stanowiła nazistowska koncepcja zdobycia „przestrzeni życiowej” na Wschodzie, rzekomo należącej się niemieckiej „rasie panów”.

Teren objęty planem miał się rozciągać na wschód od granic III Rzeszy z 1939 roku – tj. od linii Jeziora Ładoga na północy do Morza Czarnego na południu. W tym celu zamierzano wysiedlić i wyniszczyć większość zamieszkującej te tereny ludności słowiańskiej (około 51 mln), a na jej miejsce osiedlić Niemców z Rzeszy, państw satelickich i okupowanych przez Niemcy. GPO przewidywał także eksterminację 5-6 mln Żydów zamieszkujących Europę Środkowo-Wschodnią, w tym głównie okupowane ziemie polskie. Dalekosiężnym celem GPO było ustanowienie Nowego Ładu w Europie, na który miały się składać hegemonia III Rzeszy od Atlantyku po Ural oraz eksterminacja Żydów i większości Słowian.

W stosunku do Rosjan autorzy GPO zalecali biologiczne unicestwienie metodą wstrzymania przyrostu naturalnego. Polacy mieli być w większości (80-85 proc.) eksterminowani bądź wysiedleni do Syberii Zachodniej, z wyjątkiem 3 do 4,8 milionów, które zamierzano pozostawić w charakterze niewolniczej siły roboczej. Wysiedleniem lub wyniszczeniem zamierzano też objąć 50 proc. Czechów, 65 proc. Ukraińców i 75 proc. Białorusinów. Na terenach przeznaczonych pod kolonizację planowano osiedlić 4 miliony Niemców w ciągu pierwszych 10 lat, a w dalszych latach jeszcze 6 milionów.

GPO składał się z kilkunastu dużych i kilkudziesięciu mniejszych planów realizowanych równocześnie. Podzielono je na dwie fazy: tzw. Mały Plan – realizowany podczas wojny, oraz tzw. Duży Plan – który miał być realizowany przez 30 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej.

Mały Plan był w znacznej mierze kontynuacją prowadzonej od początku okupacji niemieckiej eksterminacji polskiej inteligencji oraz osób zaangażowanych w II RP w działalność społeczną i polityczną lub znanych z antyniemieckiego nastawienia. Natomiast realizację Dużego Planu postanowiono przyspieszyć i rozpocząć ją jeszcze podczas wojny. Decyzja ta zapadła w otoczeniu Himmlera w czerwcu 1942 roku.

Pierwszą fazą realizacji Dużego Planu miało być wysiedlenie 110000 Polaków z Zamojszczyzny oraz tzw. ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej w Generalnym Gubernatorstwie (Akcja Reinhardt). Wysiedlenia na Zamojszczyźnie stanowiły kontynuację wysiedleń Polaków podjętych jesienią 1939 roku na tzw. ziemiach wcielonych do Rzeszy, w wyniku których wysiedlono (wypędzono) z tych terenów do GG oraz w ramach przesiedleń wewnętrznych i rugów 838878 Polaków i Żydów, w tym 625631 z Kraju Warty.

Akcja wysiedleńcza

20 lipca 1941 roku przybył do Zamościa Heinrich Himmler i wydał polecenie utworzenia na Zamojszczyźnie Niemieckiego Okręgu Osiedleńczego. Sam Zamość miał być przemianowany na Himmlerstadt. Ponieważ jednak dostrzeżono niezręczność sytuacji, w której Hitler nie miałby „swojego” miasta, natomiast Himmler tak, ostatecznie nazwy nie zmieniono.

W listopadzie 1941 roku niemiecki aparat terroru przeprowadził na Zamojszczyźnie ograniczoną akcję wysiedleńczą, której celem było zbadanie reakcji społeczeństwa polskiego. Przy współudziale kolonistów niemieckich z miejscowości Brody Duże (gmina Szczebrzeszyn) wysiedlono wówczas 2098 Polaków z sześciu podzamojskich wsi. Początkowo przetrzymywano ich w koszarach w Zamościu, a następnie przewieziono do sześciu nadbużańskich wsi w gminie Dubienka. Na miejsce wysiedlonych Polaków sprowadzono Niemców z Besarabii. Właściwa akcja wysiedleńcza rozpoczęła się rok później.

12 listopada 1942 roku Himmler wydał rozporządzenie nr 17 C, które wyznaczało obszar powiatów biłgorajskiego, hrubieszowskiego, tomaszowskiego i zamojskiego jako tzw. „pierwszy obszar osadniczy” w Generalnym Gubernatorstwie. Realizację zadania powierzono dowódcy SS i policji w dystrykcie lubelskim, którym był SS-Obergruppenführer Odilo Globocnik (1904-1945). Akcja wysiedleńcza objęła od 100 do 110 tys. Polaków, w tym 30 tys. dzieci. Na ich miejsce zamierzano osiedlić 60 tys. Niemców.

Pierwsze wysiedlenia w ramach realizacji Dużego Planu GPO nastąpiły w nocy z 27 na 28 listopada 1942 roku w miejscowości Skierbieszów w powiecie zamojskim. Wysiedlanym Polakom zezwalano tylko na zabranie bagażu podręcznego do 30 kg. Już na samym początku brutalnie rozdzielano rodziny i odbierano matkom dzieci. Wysiedleńców umieszczono w obozach przejściowych w Zamościu i Zwierzyńcu. Tragiczne warunki panujące w obozie w Zamościu zapamiętała m.in. 10-letnia wówczas Adela Pypa: „Z braku miejsca ulokowano nas na środku baraku, gdzie było dużo błota. Zorientowałam się, że bardzo dużo osób umiera. Śmierć była zjawiskiem rozplanowanego dnia. Z rana ludzie dawali znać blokowemu, ile osób zmarło. Jedzenie było bardzo skromne i niewystarczające. Ciągle byliśmy głodni. Rano czarna kawa, jeden bochenek chleba z dodatkiem trocin. Na obiad zupa ze zgniłek brukwi oraz »specjalny dodatek« – wszy, które się utopiły. Na kolację czarna kawa”[2].

Stanisław Czarnecki – zatrudniony w tym obozie jako furman – stwierdził w swojej relacji, że codziennie wywożono z obozu „około 30 trupów dzieci, które były chowane na cmentarzu bez trumien. Gdy była zaś ciemna noc, bez względu na pogodę, wywoziliśmy dzieci same bez rodziców i bez starszych osób do pociągu, który stał koło rampy buraczanej”[3]. Dzieci te kierowano prawdopodobnie do ośrodków germanizacyjnych w Rzeszy.

Internowanych w obozach przejściowych podzielono na cztery kategorie: osoby przeznaczone do „ponownego zniemczenia”, kierowane do specjalnego obozu w Łodzi na dalsze badania rasowe, osoby uznane za zdolne do pracy przymusowej i kierowane w tym celu do Rzeszy lub na Wschód, osoby powyżej 60 lat niezdolne do pracy i odebrane rodzicom dzieci do 14 lat, które kierowano do tzw. wiosek rentowych w powiatach garwolińskim, mińskim, siedleckim i sokołowskim, wreszcie osoby przeznaczone do eksterminacji w KL Auschwitz i KL Lublin (Majdanek).

Do KL Auschwitz deportowano z Zamojszczyzny około 1300 Polaków, których zarejestrowano jako więźniów. Wedle relacji niektórych polskich więźniów KL Auschwitz, do obozu tego przybywały też transporty z wysiedleńcami z Zamojszczyzny, których nie rejestrowano jako więźniów, ale zabijano w komorach gazowych tak samo jak transporty żydowskie. Relacje te jednak nie znajdują potwierdzenia w innych źródłach.

Zofia Bratro – polska więźniarka polityczna nr 27182 – zapamiętała, że wśród przywiezionych do Auschwitz z Zamojszczyzny „było dużo kobiet starych, kaleki i dziewczęta. Były to kobiety wiejskie. Niektóre z nich po raz pierwszy jechały pociągiem, po raz pierwszy zetknęły się z esesmanami, z obozem koncentracyjnym. Nie mogły w żaden sposób zrozumieć tego, co ich spotkało, nie umiały się dostosować do życia obozowego. Żyły w kompletnej abnegacji. Całymi godzinami siedziały na kojach i rozpaczały, rozmawiając o kurach, gęsiach, krowach i pozostawionym gospodarstwie. Nie posiadały żadnej odporności, ani psychicznej, ani fizycznej. Ginęły jak muchy”[4].

Matki z dziećmi i nieletnich do 14 roku życia esesmani zabijali zastrzykami fenolu. Obóz przeżyło było tylko pięciu chłopców i 41 dziewczynek. Spośród wysiedleńców z Zamojszczyzny deportowanych do KL Auschwitz i zarejestrowanych jako więźniów zginęło 80 proc[5].

W gronie wysiedleńców z Zamojszczyzny osadzonych w obozie koncentracyjnym na Majdanku znajdował się m.in. 9-letni wówczas Władysław Obirek. Tak zapamiętał pobyt w obozie: „Zanim nas wprowadzili do środka obozu, odbyło się oddzielanie kobiet od mężczyzn. Jęk, lament. Niemcy szczuli nas psami. (…) Cała nasza rodzina musiała się zmieścić na jednej pryczy. Ludzie leżeli też na ziemi. Wszędzie wszy, pluskwy. Kubeł na nieczystości zapełnił się w 20 minut. Potem jego zawartość się wylała”. Rodzina Obirków miała jednak szczęście, ponieważ została zwolniona z obozu 10 sierpnia 1943 roku w wyniku akcji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Zwolniono wtedy z Majdanka 85 rodzin wysiedleńców z Zamojszczyzny. „Moja mama ważyła tylko 25 kilogramów, ja miałem tyfus” – wspomina Władysław Obirek[6].

Do marca 1943 roku wysiedlono około 51000 Polaków. Na ich miejsce przybyło 9000 kolonistów niemieckich z Besarabii i Ukrainy oraz dalszych 4000 do końca 1943 roku. Wśród kolonistów tych byli m.in. rodzice późniejszego prezydenta Niemiec Horsta Köhlera, który urodził się w Skierbieszowie 22 lutego 1943 roku. Na miejsce 15000 Polaków wysiedlonych z 63 wsi powiatu hrubieszowskiego przesiedlono też około 7000 Ukraińców z powiatu zamojskiego w ramach realizowanej od połowy stycznia do marca 1943 roku tzw. Ukraineraktion. Celem tej akcji miało być stworzenie „pasa ochronnego” z ludności ukraińskiej, który osłaniałby kolonie niemieckie przed atakami polskiej partyzantki. Wedle hitlerowców Ukraińcy świetnie nadawali się do tej roli ze względu na ich wrogość do Polaków. W dalszych niemieckich planach także pobyt Ukraińców na Zamojszczyźnie miał być czasowy.

Na ratunek wysiedleńcom z Zamojszczyzny w miarę możliwości spontanicznie pospieszyło społeczeństwo polskie z tych regionów okupowanego kraju, do których kierowano wysiedlanych. Próbowano ratować przede wszystkim dzieci, których los był najtragiczniejszy. Zdzisław Wróbel opisał to następująco: „Kiedy 1 lutego pociąg wjechał na stację w Siedlcach, na peronie ułożono ponad 20 ciał. Zapamiętałem ten ogromny tłum. Ludzie dowiedzieli się, że przyjedzie pociąg z »dziećmi z Zamojszczyzny« i przyszli nas ratować… Było wiele pielęgniarek, lekarzy, kolejarzy i cywilów. Panował nieopisany bałagan. Ktoś poczęstował mnie zupą. Nigdy wcześniej i nigdy później zwykła zupa tak wspaniale mi nie smakowała. Tamtego dnia po raz ostatni widziałem Grażynkę żywą, prosto z dworca trafiła do szpitala. Mnie wraz z innymi umieszczono w gmachu RGO (Rady Głównej Opiekuńczej), skąd po kilku dniach zabrała mnie jakaś kobieta. Była to dość tęga pani o miłym, ciepłym uśmiechu. Wyciągnęła do mnie rękę i zapytała, czy nie zechciałbym z nią pójść. Chciałem. Nie miałem wyboru. Mąż tej kobiety był zdunem, w domu było kilkoro dzieci”[7].

Dzieci z transportów kierowanych do Rzeszy były wykupywane z rąk konwojentów niemieckich m.in. przez mieszkańców Warszawy. Warszawiacy zorganizowali też akcję dożywiania transportów dzieci z Zamojszczyzny.

Powstanie zamojskie

Wysiedlenia Polaków zostały przerwane w marcu 1943 roku na skutek spontanicznego i zorganizowanego oporu stawianego przez miejscową ludność oraz partyzantkę BCh, wspartą później przez GL i AK. Już w połowie grudnia 1942 roku na Zamojszczyznę przybył komendant główny BCh Franciszek Kamiński. Po naradzie z miejscowym kierownictwem BCh wydał rozkaz koncentracji sił partyzanckich BCh w Puszczy Solskiej i rozpoczęcie kontrataku. Akcję przeciwdziałania wysiedleniom ze strony polskiej partyzantki Niemcy nazwali „powstaniem zamojskim”. Rozpoczęło się ono 30 grudnia 1942 roku starciem pod Wojdą w powiecie zamojskim pomiędzy niemieckim batalionem do zadań specjalnych oraz odziałem BCh ppor. Jerzego Mara-Meÿera, wspartym przez oddział partyzantów radzieckich Wasyla Wołodina. Było to pierwsze w historii drugiej wojny światowej starcie partyzanckie o charakterze bitwy.

Największa bitwa powstania zamojskiego została stoczona 1 lutego 1943 roku pod Zaborecznem w powiecie tomaszowskim. Około 250 partyzantów BCh pod dowództwem kpt. Franciszka Bartłomowicza rozgromiło w zasadzce I Zmechanizowany Batalion Żandarmerii, liczący około 600 ludzi. Straty niemieckie wyniosły ponad 100 zabitych i nieznaną liczbę rannych przy stratach polskich wynoszących jednego zabitego i dwóch rannych. To po tej klęsce dowódca rozbitego batalionu niemieckiego – mjr Ernst Schwieger – użył jako pierwszy określenia „powstanie” wobec polskiego oporu na Zamojszczyźnie. Klęska Niemców pod Zaborecznem spowodowała wstrzymanie akcji wysiedleńczej na okres czterech miesięcy.

„Powstanie zamojskie” było dziełem głównie Batalionów Chłopskich – dzisiaj marginalizowanych przez państwową politykę historyczną. Nasuwa się w tym miejscu pytanie, dlaczego w obronie Zamojszczyzny nie wzięły udziału tak obecnie gloryfikowane Narodowe Siły Zbrojne – które pewien publicysta uważa za podobno drugą co do wielkości i najlepiej zorganizowaną formację zbrojną polskiego podziemia.

Celem stłumienia polskiego oporu od 23 czerwca do 15 sierpnia 1943 roku Niemcy przeprowadzili operację „Wehrwolf” (Wilkołak), do której zaangażowano duże siły policji, żandarmerii, SS, 10000 żołnierzy Wehrmachtu oraz ukraińską policję pomocniczą. Ta ostatnia była formacją kolaboracyjną złożoną z Ukraińców, przeważnie nacjonalistów, działającą na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Została powołana na mocy zarządzenia generalnego gubernatora Hansa Franka z 17 grudnia 1939 roku. Funkcjonariusze ukraińskiej policji pomocniczej brali aktywny udział m.in. w aresztowaniach polskiej inteligencji w Stanisławowie w 1941 roku oraz w mordach na ludności żydowskiej, w tym w likwidacji gett żydowskich. Pełnili także służbę w KL Lublin (Majdanek). Byli umundurowani w mundury SS, a na czapkach nosili okrągły znak z żółtym tryzubem na niebieskim tle.

W rezultacie operacji „Wehrwolf” wysiedlono ze 171 wsi ponad 60000 Polaków, których umieszczono w obozach przejściowych w Zamościu, Zwierzyńcu i Budzyniu. Większość z nich trafiła na roboty przymusowe do Rzeszy, a pozostali do KL Lublin (Majdanek), gdzie zginęło około 1000 osób. Podczas operacji „Wehrwolf” różne formacje niemieckie wspierane przez ukraińską policję pomocniczą przeprowadziły pacyfikacje i egzekucje w około 100 miejscowościach. Blisko 8000 aresztowanych wówczas Polaków zamordowano w Rotundzie Zamojskiej – specjalnym więzieniu gestapo.

Jeszcze przed rozpoczęciem operacji „Wehrwolf” doszło 1 czerwca 1943 roku do zagłady wsi Sochy w gminie Zwierzyniec (powiat zamojski). Zbrodni tej dokonali żołnierze Wehrmachtu przy współudziale lotnictwa niemieckiego. Ogółem zamordowanych zostało około 200 osób (po ekshumacji zidentyfikowano 88 mężczyzn, 45 dzieci i 52 kobiety). Ocalał tylko jeden dom. Reszta została spalona i zburzona. Sochy są zaliczane obok Michniowa na Kielecczyźnie, czeskich Lidic i francuskiego Oradour-sur-Glane do największych symboli niemieckiego barbarzyństwa podczas drugiej wojny światowej.

Wszystko jednak poszło nie pomyśli Himmlera i Globocnika. Opór polskiego podziemia był silniejszy niż się spodziewali. Dlatego ostatecznie zdecydowali się zawiesić akcję wysiedleńczą do końca wojny.

Ofensywa UPA

W drugiej połowie 1943 i pierwszej połowie 1944 roku Zamojszczyzna stała się ponadto obiektem zbrodniczej akcji Ukraińskiej Powstańczej Armii. W wyniku ofensywy UPA ludność polska (resztki pozostałe po wysiedleniach oraz uciekinierzy z Wołynia) została doszczętnie wyniszczona w części powiatów biłgorajskiego, hrubieszowskiego i tomaszowskiego. Działania UPA charakteryzowały bestialskie i zwyrodniałe metody, znane już z akcji ludobójczej na Wołyniu. Polska partyzantka rozpoczęła – tak samo jak rok wcześniej przed Niemcami – akcję samoobrony. To właśnie w ramach tej samoobrony doszło m.in. do polskiego ataku na bazę UPA i policji ukraińskiej w Sahryniu (powiat hrubieszowski) 10 marca 1944 roku. UPA dokończyła na Zamojszczyźnie dzieła zniszczenia rozpoczętego przez Niemców.

Ukraińska historiografia przedstawia ofensywę UPA na Zamojszczyźnie jako odwet za działania podjęte przez polską samoobronę i partyzantkę przeciw Ukraińcom, których Niemcy osiedlili na Zamojszczyźnie w ramach Ukraineraktion. Ponadto nacjonalistyczni historycy ukraińscy uważają, że ludobójstwo dokonane na Polakach na Wołyniu w 1943 roku miało być sprowokowane przez domniemane polskie ataki na osadników ukraińskich na Chełmszczyźnie (1942 r.) i Zamojszczyźnie (1943 r.). Historiografia polska wykazała absurdalność tej teorii w wypadku Chełmszczyzny, gdzie większość spośród około 400 ofiar ukraińskich zginęła z rąk niemieckich, a nie polskich.

W wypadku Zamojszczyzny polska akcja przeciw osadnikom ukraińskim rozpoczęła się później (maj 1943 r.) niż banderowskie ludobójstwo na Wołyniu (luty 1943 roku). Trudno więc uważać ją za przyczynę tego ludobójstwa. Głoszący takie tezy historycy i publicyści ukraińscy nie potrafią zauważyć, że ofiarami ludobójstwa – tak na Wołyniu jak i Zamojszczyźnie – stali się Polacy, a nie Ukraińcy.

Ofensywa UPA na Zamojszczyźnie pod koniec 1943 i w pierwszej połowie 1944 roku stanowiła kontynuację ludobójczej czystki etnicznej na Wołyniu i miała na celu w pierwszej kolejności wymordowanie tych Polaków, którzy uciekli tam z Wołynia, a w dalszej kolejności opanowanie Zamojszczyzny uważanej przez nacjonalistów ukraińskich za ziemię czysto ukraińską.

Bilans

Ogółem podczas dwóch akcji wysiedleńczych wysiedlono z Zamojszczyzny około 110000 Polaków z 297 wsi. 4454 dzieci wywieziono do Niemiec celem germanizacji. Ze względu na akcje zbrojne polskiej partyzantki i załamanie się frontu wschodniego hitlerowcy podjęli w połowie lipca 1943 roku decyzję o zawieszeniu akcji wysiedleńczej. Do końca okupacji już jej nie wznowili.

Kres eksterminacji Polaków na Zamojszczyźnie położyło wkroczenie na te tereny latem 1944 roku Armii Czerwonej i Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR. Dzisiaj nie nazywane już przez oficjalną politykę historyczną wyzwoleniem. Polacy, którzy przeżyli na Zamojszczyźnie tragiczne lata 1942-1944, nie mieli jednak wówczas wątpliwości, że było to wyzwolenie.

[1] „Nam nie wolno zapomnieć”, Szczecinek 2004, s. 107.

[2] „Nam nie wolno zapomnieć”…, s. 110.

[3] A. Jarczyńska, „Gehenna polskich dzieci”, „Historia Do Rzeczy” nr 2 (24)/2015.

[4] H. Kubica, „W piekle Auschwitz. Komory gazowe, zastrzyki fenolu i sadyzm strażników. Oto relacje deportowanych z Zamojszczyzny, którzy trafili do Auschwitz”, „Historia Do Rzeczy” nr 2 (24)/2015.

[5] H. Kubica, „Zagłada w KL Auschwitz Polaków wysiedlonych z Zamojszczyzny w latach 1942-1943, Oświęcim-Warszawa 2004, s. 7-32.

[6] M. Szlachetka, „Wspomnienia z piekła. Władysław Obirek opowiada o obozie na Majdanku”, http://www.kurierlubelski.pl, 22.07.2014.

[7] „Nam nie wolno zapomnieć”…, s. 108.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 listopada 2017 r.

„Przegląd” nr 48 (934), 27.11-3.12.2017, s. 38-41

Stado prowadzone na rzeź

60 tys. młodych ludzi zostało 11 listopada wyprowadzonych na ulice Warszawy pod hasłem „My chcemy Boga”. Co to hasło konkretnie miało znaczyć, nie wiadomo, bo religia w Polsce nie jest prześladowana i nie była prześladowana już nawet w tym okresie PRL, który ja pamiętam. Jeszcze trudniej zrozumieć hasło „My chcemy Boga” w kontekście haseł i symboli towarzyszących tegorocznemu Marszowi Niepodległości. Chodzi mi o hasała „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” oraz „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”.

Komunizm jest ideologią martwą mniej więcej od 1975 roku, kiedy zachodnioeuropejskie partie komunistyczne odrzuciły marksizm-leninizm, a dekadę później odrzuciła go także partia komunistyczna w ZSRR i większość jej partii „sojuszniczych” w tzw. bloku wschodnim. Komuniści chińscy natomiast odrzucili maoizm (tamtejszy komunizm) w 1978 roku, kiedy Deng Xiaoping wkroczył na drogę „socjalistycznej gospodarki rynkowej”. A więc przynajmniej od przełomu lat 70. i 80. XX wieku jest to ideologia martwa. Ostatnim polskim komunistą był Kazimierz Mijal, który za założenie w 1965 roku nielegalnej Komunistycznej Partii Polski został najpierw uwięziony przez Władysława Gomułkę, a w 1966 roku wygnany do Albanii. Jeśli zatem ktoś w 2017 roku odwołuje się do radykalnego antykomunizmu rodem z „zimnej wojny”, definiując tak swoją tożsamość polityczną, to znaczy, że w ten sposób kamufluje coś zupełnie innego, czego otwarcie nie chce z różnych względów ujawniać.

Co w takim razie jest kamuflowane pod płaszczykiem radykalnego antykomunizmu? Antydemokratyzm? Antyliberalizm? Autorytaryzm? Antysemityzm? Rasizm? Atlantyzm? Rusofobia? A może antypolonizm? Bo w kontekście ostatnich wyczynów Instytutu Pamięci Narodowej, dekomunizującego żołnierzy, którzy zdobywali dla Polski Ziemie Zachodnie i Północne jasno widać, że pod nachalnym antykomunizmem kryją się antypolonizm i opcja proniemiecka. Wysuwanie haseł antykomunistycznych obecnie nie ma jakiegokolwiek sensu, ponieważ przyczyną problemów społecznych współczesnej Polski nie jest komunizm, tylko powstały w drodze tzw. transformacji ustrojowej neokapitalizm. Jeśli zatem ktoś krzyczy „raz sierpem, raz młotem”, to znaczy, że nie rozumie jakie są współczesne problemy społeczne i polityczne. To znaczy, że albo jest politycznym analfabetą, albo afirmuje reprywatyzację i prywatyzację, zapaść służby zdrowia, pauperyzację dużej części społeczeństwa, brak polskiego sektora bankowego i ogólnie brak suwerenności gospodarczej.

Trudno też zrozumieć hasło „My chcemy Boga” w połączeniu z symboliką krzyża celtyckiego, która ma otwarcie antykatolicki wydźwięk. Dla ruchów skrajnie prawicowych i neonazistowskich w Europie Zachodniej krzyż celtycki symbolizuje bowiem wyższość ludów germańskich o protestanckim rodowodzie nad innymi narodami. Dla niektórych ruchów white pride, odrzucających chrześcijaństwo jako „religię żydowską”, krzyż celtycki jest też symbolem neopogańskim, identycznie jak wcześniej swastyka.

Więcej o politycznej kuchni Marszu Niepodległości powie nam jednak inne hasło na nim prezentowane. Mianowicie hasło „Biała Europa braterskich narodów”. Ale tylko wtedy, gdy zestawimy to hasło z ukraińskimi nacjonalistami, którzy maszerowali w tegorocznym Marszu Niepodległości pod niebiesko-żółtymi flagami Ukrainy. Nie jest tajemnicą, że np. dla Narodowego Odrodzenia Polski to „braterstwo narodów” białej Europy sprowadza się do braterstwa z banderowcami. NOP od dawna z nimi współpracuje. Do kontaktów z „ukraińskimi narodowcami” przyznał się też swego czasu Krzysztof Bosak z Ruchu Narodowego i Młodzieży Wszechpolskiej. Ktoś w każdym razie Ukraińców na Marsz Niepodległości zaprosił, bo raczej sami się nie zaprosili.

No i w końcu kwestia identyfikacji politycznej uczestników Marszu Niepodległości jako „narodowców”. Dziwne to słowo, dziwnie brzmiące w języku polskim. Mnie się kojarzy z rosyjskimi narodnikami, czyli XIX-wiecznymi socjalistami agrarnymi z organizacji Ziemla i Wola. W języku polskim są słowa nacjonalizm i nacjonaliści. Czy nacjonaliści ukrywający się pod dziwnym określeniem „narodowcy” wstydzą się tego, że są nacjonalistami, czy znowu chcą zakamuflować jakąś inną treść? Pytanie to wymusza kolejne: czy hasła i treści głoszone podczas Marszu Niepodległości mają coś wspólnego z polską myślą narodową, czy w ogóle owi „narodowcy” z MW i ONR do tej myśli się odwołują?

Myślę, że odpowiedź na to nie jest trudna. Powiem krótko i zwięźle: te kilkadziesiąt tysięcy ludzi wyprowadzanych co roku na ulice Warszawy w tzw. Marszu Niepodległości, to jest stado prowadzone na rzeź. Jeżeli ktoś występuje z hasłem „My chcemy Boga” i dokłada do tego „raz sierpem, raz młotem”, to znaczy, że w ogóle nie potrafi sformułować żadnego programu politycznego. Nie potrafi zidentyfikować przyczyn swojego położenia społecznego i powiązać tego z konkretnym programem politycznym. Jest po prostu politycznym analfabetą. Takim właśnie ludziom podsuwane są hasła i treści stojące w jaskrawej sprzeczności z tym hasłem przewodnim, jak i całą narodowo-patriotyczną dekoracją.

Podsuwają im je ci, którzy stoją za plecami organizatorów Marszu Niepodległości i którzy – nie mam co do tego wątpliwości – nie są żadnymi „antysystemowcami” (kolejny potworek słowny), ale ludźmi odpowiedzialnymi za obecny stan Polski. Autentyczne niezadowolenie i frustracja młodzieży zdegradowanej przez tzw. transformację ustrojową, na swój sposób patriotycznej, ale pogrążonej w politycznym analfabetyzmie, są prowadzone na polityczne manowce, w kierunku niegroźnym dla tych, przeciwko którym to niezadowolenie mogłoby być skierowane.

Tak oto cyniczni reżyserzy tego widowiska wiodą stado na rzeź. Zwykle ta rzeź następuje co cztery lata przy urnach wyborczych, dzięki czemu cięgle jest tak jak było. Gorzej, gdy w końcu będzie to rzeź autentyczna, gdy ci ludzie zostaną pchnięci do jakichś działań antypolskich z wojną na Wschodzie włącznie.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 listopada 2017 r.

 

Odpowiedź na atak Leszka Żebrowskiego

Mój artykuł „Brygada Świętokrzyska. Hitlerowscy kolaboranci na sztandarach prawicy” („Przegląd” nr 40/2017; na moim blogu pt. „Taniec na linie, nad przepaścią”) wywołał reakcję Leszka Żebrowskiego – prawicowego publicysty, który od wielu lat zajmuje się gloryfikacją NSZ. Reakcji tej nie można nazwać polemiką. Jest to agresywny atak i w związku z tym nie powinienem na to odpowiadać. Odpowiem jednak, ponieważ język i filozofia tego publicysty nie są przypadkiem odosobnionym. Stanowią standard dla salonu IV RP i dlatego warto je przybliżyć. 5 października na swoim profilu na Facebooku Żebrowski zamieścił bardzo długi i siermiężny tekst pt. „Historyk Bohdan Piętka histerycznie w piętkę goni. Jak elementarna nieznajomość historii czyni pożytecznego (lub, jak kto woli – szkodliwego) idiotę”.

W tekście tym żmudnie wyliczył przykłady mojej nieznajomości historii, a raczej przykłady mijania się przeze mnie z interpretacją historii właściwą dla jego środowiska politycznego. Nazwał mnie pieszczotliwie „członkiem”, a mój artykuł „wypracowaniem” oraz stwierdził, że wolę „widzieć wyłącznie własne pięty, nie sięgając umysłem dalej”. Na koniec zdemaskował pisma, w których publikuję. „Przegląd” – zdaniem Żebrowskiego – został założony przez „czołowego propagandystę PRL Mieczysława F. Rakowskiego” z „pieniędzy kradzionych przez komunę nie mającym nic do powiedzenia Polakom”. Natomiast „Myśl Polska” jest „klasycznym przykładem chamokomuny” (frakcji moczarowskiej). Wiadomo już zatem kim jestem – epigonem Mieczysława F. Rakowskiego i moczarowskiej chamokomuny.

Pod tekstem Żebrowskiego pojawiło się kilkadziesiąt wpisów, podpisanych imieniem i nazwiskiem, przeważnie agresywnych. Bezczelny postbolszewik, komunistyczny bełkot, śmieć, bydlak, swołocz, cham, – to pierwsze z brzegu przykłady określeń, jakie zostały wobec mnie użyte przez czytelników Żebrowskiego. „Przegląd” został nazwany „gniazdem żydobolszewii”. Ktoś zasugerował, że jestem wnukiem morderców żołnierzy NSZ. Większość komentujących domagała się postawienia mnie przed sądem za szarganie dobrego imienia „polskich patriotów”. Wtórował im Żebrowski, który stwierdził, że „potrzebne są prawdziwe sądy i zdrowy system prawny” oraz „bierzmy się wszyscy do pracy, bo chamokomuna wyłazi z czerwonego podziemia!”. Były też propozycje radykalniejsze. Pewna pani napisała, że „nie ma mu kto przyłożyć z liścia”, a pewien pan, że chciałby „dopaść osobiście takiego skurwiela”.

Wywołanie takiej agresji w stosunku do mnie przez Żebrowskiego może dziwić zważywszy, że mój artykuł z „Przeglądu” jest wyważony. Starałem się w nim pokazać również pozytywne karty z działalności NSZ, w tym także jeśli chodzi o stosunek niektórych członków tej organizacji do Żydów, odbiegający od oficjalnej ideologii Grupy „Szańca”. Z mojego tekstu jasno wynika, że kolaboracja z Niemcami była dziełem mniejszościowego odłamu NSZ. O wiele ostrzejsze oceny od moich sformułował Adam Śmiech w artykule „Problem NSZ i obóz narodowy”, którego pierwsza część została opublikowana w numerze 43-44/2017 „Myśli Polskiej” – organu prasowego chamokomuny, albo – jak się wyrażają inni przedstawiciele „obozu patriotycznego” – endokomuny.

Naprawdę więc zdumiewa stwierdzenie Żebrowskiego, że jakoby piszę o NSZ „gorzej niż sługusy Stalina”, a mój artykuł to „prostacki paszkwil”. Swój ostrzał tego „prostackiego paszkwilu” zaczyna od zdjęć. Wyjaśnić trzeba w tym miejscu, że to redakcja „Przeglądu” dokonała ich wyboru i opatrzyła je podpisami. Zdaniem Żebrowskiego zdjęcie przedstawiające żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej na kursie spadochronowym zorganizowanym przez Niemców w Pradze to „cios w starym sprawdzonym, stalinowskim stylu”. Jego zdaniem zdjęcie to nie zostało zrobione w marcu 1945 roku w Pradze i nie przedstawia uczestników wspomnianego kursu spadochronowego. Niestety sam nie podaje gdzie zostało zrobione i co przedstawia poza żołnierzami NSZ, których nazwiska wymienia. Jego furię budzą też zdjęcia przedstawiające Huberta Jurę „Toma” i ofiary zbrodni NSZ w Wierzchowinach. Pisze, że ustalenie tożsamości Huberta Jury „Toma” zostało „żywcem wzięte z zatęchłych elaboratów bezpieki”. Nie wyjaśnia jednak dlaczego tak twierdzi. Neguje też odpowiedzialność NSZ za mord w Wierzchowinach, co jest o tyle ciekawe, że wątpliwości co do sprawstwa tej zbrodni zgrupowania NSZ Mieczysława Pazderskiego „Szarego” nie mają ani IPN, ani prof. Grzegorz Motyka i dr Mariusz Zajączkowski z PAN.

Żebrowski zarzuca mi „ględzenie o «walkach bratobójczych» z Armią Ludową”. Swoje stanowisko formułuje w stylu zdradzającym dość specyficzne poglądy polityczne i historyczne: „Czy komunistyczni zdrajcy, nieuznający w ogóle Polskiego Państwa Podziemnego (…), pospolici złodzieje świń i ubrań damskich oraz ubranek dziecięcych, to byli «bracia»? Dla kogo? (…). Jeśli komunę można nazwać «braćmi», to mogą to czynić niemieccy naziści, z racji ideologicznego pokrewieństwa. No i bezkrytyczni miłośnicy sowieckiej okupacji i popełnionych wówczas masowych zbrodni ludobójstwa”. Ja zapewne zaliczam się do tych drugich.

Wściekłość Żebrowskiego wzbudziło też to, że za drugą największą organizację podziemną w okupowanej Polsce uważam nie NSZ, ale Bataliony Chłopskie. Sugeruje, że podając ich liczebność w wysokości 170 tys. ludzi oparłem się podobno na Wikipedii, czyli „specyficznym źródle wiedzy”, które dyskwalifikuje historyka i dlatego nie powołałem się na nie otwarcie. Niezupełnie, bo także „Wielka Encyklopedia PWN” z 2001 roku podaje, że BCh „liczyły ok. 170 tys. żołnierzy i były drugą pod względem wielkości organizacją zbrojną pol. konspiracji”. Liczbę tę podaje również „Słownik historii Polski i świata” autorstwa m.in. prof. Ryszarda Kaczmarka i prof. Marka Paździory oraz dr hab. Kazimierza Miroszewskiego i dr hab. Piotra Greinera (Katowice 2005).

Dla Żebrowskiego nagle stają się wiarygodni historycy ruchu ludowego z okresu PRL, którzy nie podawali wtedy liczby 170 tys. żołnierzy BCh (żeby nie umniejszać znaczenia AL). Najbardziej jednak wiarygodny jest dla niego hitlerowski gen. Reinhard Gehlen (1902-1979), który wystawił niepochlebną opinię BCh i bardzo pochlebną NSZ („najsprawniej zorganizowany i najbardziej sprężyście dowodzony nielegalny polski związek zbrojny”). Żebrowski nie informuje przy tym swoich czytelników, że Reinhard Gehlen był w Sztabie Generalnym Wehrmachtu szefem wydziału Obce Armie Wschód, który odpowiadał m.in. za współpracę z kolaborantami na wschodnim kierunku operacyjnym. Jego pozytywna opinia o NSZ potwierdza tylko zainteresowanie tą formacją ze strony niemieckich służb specjalnych pod kątem wciągnięcia jej do walki z ZSRR.

Tak pogardzane przez Żebrowskiego Bataliony Chłopskie powstrzymały niemiecką akcję wysiedleńczą na Zamojszczyźnie, realizowaną według założeń Generalnego Planu Wschodniego. Niemcy nazwali przeciwdziałanie wysiedleniu Polaków na Zamojszczyźnie ze strony polskiej partyzantki powstaniem zamojskim. BCh stoczyły wtedy z Niemcami dwie duże i zwycięskie bitwy po Wojdą (30 grudnia 1942 r.) i Zaborecznem (1 lutego 1943 r.). Skoro NSZ były podobno drugą największą organizacją polskiego podziemia, to dlaczego nie wzięły udziału w powstaniu zamojskim? Dlaczego NSZ nie wzięły też udziału w największych walkach stoczonych z Niemcami przez polską partyzantkę – pod Rąblowem (14 maja 1944 r.), w Lasach Janowskich (11-15 czerwca 1944 r.) i Puszczy Solskiej (16-26 czerwca 1944 r.)?

Szydzi Żebrowski, że zacytowałem opinię na temat NSZ płk. Jana Rzepeckiego, który „poszedł na całkowitą współpracę z komuną” (ale nie dodaje, że dopiero podczas śledztwa w MBP). Nie zauważa przy tym, że cytuję także opinię Zygmunta Zaremby oraz meldunki gen. Leopolda Okulickiego i lokalnego dowódcy AK o współpracy NSZ z Niemcami.

Ma do mnie pretensje o to, że wytknąłem mu, iż w artykule zamieszczonym w „Naszym Dzienniku” nie wspomniał o tym, że NSZ wywodziły się z Grupy „Szańca”, czyli ONR-ABC. Zaraz potem dodaje, że tacy członkowie Tymczasowej Narodowej Rady Politycznej (organ zwierzchni NSZ) jak Zbigniew Stypułkowski, August Michałowski i Ignacy Oziewicz nie byli działaczami ONR. Ale byli nimi Jerzy Olgierd Zawisza-Iłłakowicz, Otmar Wawrzkowicz i Stanisław Kasznica. Jeden z współtwórców i czołowych ideologów NSZ – prof. Karol Stojanowski (1895-1947) – był natomiast radykalnym antysemitą i zwolennikiem eugeniki.

W jednym się z Żebrowskim zgodzę. Niepotrzebnie wyodrębniłem „dobre” NSZ-AK i „złe” NSZ-ONR, ponieważ próbowałem doszukiwać się pozytywnych elementów w NSZ. Faktycznie przecież całe NSZ, przed i po rozłamie, wyznawały tę samą ideologię. Jaka to była ideologia, możemy się dowiedzieć z lektury numeru 3 (94) pisma „Szaniec” z 29 stycznia 1943 roku. Autor zamieszczonego tam tekstu („Jak w mądrym Rzymie”) ubolewa, że po wojnie „nie wymordujemy i nie przepędzimy” wszystkich mniejszości narodowych. Proponuje zatem „odrzucić bezwzględnie niedorzeczną równość obywatelską” i obywatelstwo przyznawać tylko wyselekcjonowanym członkom mniejszości narodowych. Uważa jednak, że Żydów „musimy się pozbyć bez wyjątku”[1]. Tak pisano w konspiracyjnej prasie NSZ, kiedy dymiły kominy i doły spaleniskowe Auschwitz, Stutthof, Majdanka, Chełmna nad Nerem, Bełżca, Treblinki i Sobiboru. Taka była ideologia i dojrzałość polityczna NSZ.

Szaniec nr 3 (94)-1

Szaniec nr 3 (94)-2

Nie jest też prawdą, że Edwarda Kemnitza i Sławomira Modzelewskiego – oficerów NSZ wyróżnionych po wojnie Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata – przypisałem do NSZ-AK. Albo pan Żebrowski nie przeczytał dokładnie, albo nie zrozumiał.

Najcięższym jego zarzutem jest to, że podobno idę „utartym szlakiem propagandy komunistycznej (i nie tylko) o rzekomych listach proskrypcyjnych działaczy lewicowych i ludzi żydowskiego pochodzenia”. Pyta się czy widziałem te listy proskrypcyjne i czy znam „konkretne przypadki likwidacji z takich pobudek”. Zaprzecza przy tym odpowiedzialności NSZ-ONR za mord na Ludwiku Widerszalu. Twierdzi również, że „Piętka zżyna obficie z komunistycznych propagandystów, a nawet idzie znacznie dalej” pisząc o współpracy Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami.

Oryginały list proskrypcyjnych, o które pyta Żebrowski, znajdują się w Archiwum Akt Nowych, w aktach Delegatury Rządu RP na Kraj (teczka o sygn. 202/II-43). Jeśli pan Żebrowski uważa, że kontrwywiad NSZ nie sporządzał list proskrypcyjnych, albo sporządzał je dla żartu, Hubert Jura „Tom” był postacią bajkową, a kolaborację części NSZ z Niemcami wymyślił „tow. Demko vel Moczar”, to polecam mu lekturę wspomnień gen. Antoniego Hedy „Szarego” (1916-2008) – legendarnego dowódcy AK i podziemia powojennego na Kielecczyźnie. W swoich wspomnieniach pisze on, że NSZ wydały na niego wyrok śmierci jako na rzekomego komunistę. Uniknął śmierci tylko dzięki temu, że został ostrzeżony przez swojego byłego podkomendnego Wacława Pryciaka „Sokoła”, który przeszedł z AK do NSZ, oraz właścicielkę restauracji w Iłży. Następnie w okolicy stacjonowania oddziału „Szarego” w Puszczy Starachowickiej pojawił się nierozpoznany oddział, podający się za oddział AK, umundurowany w przedwojenne polskie mundury i dobrze uzbrojony. Jego dowódcą – jak się później okazało – był Hubert Jura. Próbował on doprowadzić do spotkania z „Szarym”, ten jednak zachował ostrożność i wycofał się[2].

Antoni Heda tak opisał finał tej historii: „Nagle doszły do nas wiadomości wręcz przerażające. Otóż ten nierozpoznany oddział pomaszerował na Powiśle za Ostrowiec, do leśnych okolic w Łysowodach. Mając wcześniejsze rozpoznanie, przeprowadził tam aresztowania, głównie wśród robotników leśnych, uchodzących za lewicowych, jakoby z GL. Na tych ludziach (około 17 osób) dokonano mordu, stosując dodatkowe tortury. Z wiadomości, jakie do nas dotarły, wynikało, że był to oddział NSZ z dowódcą – kolaborantem «Tomem» (…). Sztab zaś tego oddziału – jak stwierdzono – przebywał w tym czasie w hotelu w Ostrowcu. Niestety zbrodniarze nie wracali przez nasz teren, gdzie czekaliśmy z zasadzką. Przemaszerowali w biały dzień, przez Skarżysko, a żandarmi i Wehrmacht przez ten czas pochowali się (…). Żołnierze tego oddziału nie orientowali się w poczynaniach dowódcy i grupy morderców”[3].

wspomnienia-szarego

Natomiast o kolaboracji Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami pisze obszernie kpt. Józef Wyrwa, ps. „Furgalski”, „Stary” (1898-1970) – dowódca jednego z oddziałów NSZ na Kielecczyźnie. Swoje wspomnienia wydał po wojnie we frankistowskiej Hiszpanii, więc nie można go posądzić o pisanie pod dyktando komunistycznych władz w Polsce. Powiedzenie prawdy o NSZ nie było dla niego łatwe, o czym świadczy następujący fragment jego książki:

„Tylko nieliczne jednostki na emigracji orientują się należycie w działalności organizacji podziemnej i odróżniają tych z NSZ, którzy podporządkowali się dowództwu AK, od odłamu kolaborującego z Niemcami, który reprezentowała Brygada Świętokrzyska. Nie chciałem, żeby mnie ktokolwiek do nich zaliczył. Z tych powodów okres współpracy z NSZ przemilczałem. W drugim wydaniu lukę uzupełniam”[4].

Józef Wyrwa szeroko pisze m.in. o kolaboracji Huberta Jury z Niemcami: „Po przybyciu do powiatu opatowskiego zakwaterowaliśmy – zdaje mi się w majątku Łyse Wody. Tu dowiedzieliśmy się o ścisłej współpracy «Toma» z Niemcami. Moi chłopcy rozbroili i zaprowadzili do «Toma» dwóch Niemców idących do majątku. Po rozmowie z «Tomem» zwrócono im broń i zostali wypuszczeni na wolność (…). Sytuacja wyjaśniła się całkowicie kilka godzin później. «Tom» urządził w ciągu dnia obławę w okolicznych wsiach, rzekomo na komunistów. Czy posiadał jakąś listę otrzymaną od Niemców, nie wiem, w każdym bądź razie obława urządzona była w ścisłym porozumieniu z Niemcami. W tym prawdopodobnie celu przybyli do majątku wspomniani dwaj Niemcy, aby uzgodnić szczegóły. Zaaresztowano wiele ludzi [tak w oryg. – BP]. «Tom» przeprowadzał badania. Zastosowano metodę gestapowską. Kazał bić tak długo dopóki katowani nie zeznali to co on chciał. Z każdym przesłuchiwanym spisano protokół, zapewne wysłany potem Niemcom (…). «Tom» kazał rozstrzelać około dwudziestu ludzi (…). «Tom» był jednym z najniebezpieczniejszych zdrajców Polski. Ma on na sumieniu, jeżeli nie setki to dziesiątki Polaków”[5].

Józef Wyrwa

O Brygadzie Świętokrzyskiej Józef Wyrwa pisze następująco: „Moralnym inspiratorem Brygady Świętokrzyskiej był – moim zdaniem – «Tom» (…). «Tom» służył Niemcom. Swój oddział stracił w Rudzisku. Tym bardziej przeto był zainteresowany utworzeniem większej jednostki «bojowej». Nie była to sprawa trudna. Ludzi nie brakowało, a broń dostarczyli Niemcy. Wielu żołnierzy z brygady nie orientowało się zapewne w polityce dowództwa (…). Niemcy nie ukrywali tego, że brygada jest na ich usługach, przeciwnie, rozgłaszali to i starali się wykazać jakie korzyści można osiągnąć współpracując z nimi.

Brygada maszerowała w dzień przez miejscowości, w których byli Niemcy. Tylko ludzie, którzy mieli ścisły kontakt z Niemcami mogli sobie na to pozwolić. Według tego, co mówiła miejscowa ludność, Niemcy nie tylko nie atakowali brygady, ale przyglądali się spokojnie jej przemarszowi.

W grudniu 1944 roku, kiedy kwaterowaliśmy w Kłócku (wieś w powiecie koneckim) przybył do naszego oddziału «Jaksa» (Władysław Marcinkowski), szef sztabu brygady. Ubrany był po cywilnemu. Starał się mnie namówić do przystąpienia z oddziałem do brygady. Opierał się na argumentacji, że Rosja jest wrogiem niebezpieczniejszym od prawie pokonanych już Niemców, a więc przeciw niej powinniśmy się obrócić, by uchronić Europę przed zalewem komunizmu. Tym samym argumentem posługiwali się też Niemcy, ale niestety w innym celu niż należało to robić.

Oświadczyłem «Jaksie» wprost, że brygada współpracuje z Niemcami. «Jaksa» zaprzeczył. Zapytałem jak to jest możliwe, że brygada maszeruje w dzień obok posterunku żandarmerii i żandarmi patrzą spokojnie jakby to ich wojsko maszerowało.

«Jaksa» odpowiedział, że Niemcy boją się i dlatego nie atakują. Tłumaczenie naiwne. Na mój zarzut, że «Tom», znany zdrajca, współpracuje z brygadą, «Jaksa» zmieszał się, ale nie zaprzeczył (…). Brygada wycofała się z Polski razem z Niemcami, to znaczy pod ich opieką. Dowódcy brygady oświadczyli, że ich głównym celem jest walka z Rosją, z wrogiem niebezpieczniejszym od Niemców, jednakże postępowanie brygady nie było zgodne z tym twierdzeniem. Brygada nie walczyła z bolszewikami, ale z Polakami, którzy nie podzielali jej poglądów. Gdy Armia Czerwona zbliżała się, brygada zamiast potwierdzić czynem głoszone idee, ratowała się ucieczką przy pomocy Niemców. Ubiegała się o przyłączenie mojego oddziału, żeby wzmocnić swoje siły w czasie ucieczki (…).

Rzeczywista działalność brygady w Polsce nie jest na emigracji znana. Dla odparcia zarzutów publikowanych czasem w prasie, dowódcy brygady posługują się wygodnymi argumentami, które również w innych okolicznościach na emigracji służą często za obronę: «To wszystko są komunistyczne kłamstwa». W tym wypadku niestety nie kłamstwa (…).

Brygada nie ma właściwie prawa podszywać się pod nazwę NSZ. Dokonała rozłamu w dobrze zorganizowanych Narodowych Siłach Zbrojnych, rozbiła ich solidarność, osłabiając w ten sposób jednolity front walki. Nie podporządkowała się naczelnemu dowództwu AK, wybrała natomiast współpracę z Niemcami.

Brygada dała komunistom niebezpieczną broń do ręki. Posiadając niezbite dowody współpracy brygady z Niemcami, nietrudno przyszło komunistom obarczać odpowiedzialnością całe NSZ, a nawet AK. Mało Polaków, szczególnie tu na emigracji, orientuje się, że istniały dwa odłamy NSZ. Rzeczywiste Narodowe Siły Zbrojne, które zachowując orientację polityczną podporządkowały się jednolitemu dowództwu Armii Krajowej, oraz odłam wywodzący się z ONR (Obóz Narodowo-Radykalny), który działał samowolnie, współpracując z Niemcami na szkodę Polski. Z winy brygady zginęło w więzieniu wielu wartościowych ludzi. Każdy członek NSZ był traktowany przez UB, jak kolaborant niemiecki. Szkody wyrządzone Polsce przez brygadę są wielkie”[6].

Józef Wyrwa (1898-1970) - żołnierz wojny obronnej 1939 roku i oddziału partyzanckiego mjr. Henryka Dobrzańskiego-Hubala (1939-1940). Od jesieni 1942 r. dowódca oddziału partyzanckiego NSZ, który 4.10.1944 r. wszedł w skład 25 pp AK. W styczniu 1945 r. aresztowany przez wojskowe władze radzieckie i po wielu perypetiach osadzony w więzieniu kieleckim. Uwolniony został z niego 5.08.1945 r. w wyniku akcji oddziału ROAK pod dowództwem Antoniego Hedy-Szarego. Ukrywał się do marca 1947 r., po czym zbiegł z Polski. Najpierw osiedlił się w USA, a w 1952 r. w Hiszpanii. Fot. www.nsz.com.pl

Józef Wyrwa (1898-1970) – żołnierz wojny obronnej 1939 roku i oddziału partyzanckiego mjr. Henryka Dobrzańskiego-Hubala (1939-1940). Od jesieni 1942 r. dowódca oddziału partyzanckiego NSZ, który 4.10.1944 r. wszedł w skład 25 pp AK. W styczniu 1945 r. aresztowany przez wojskowe władze radzieckie i po wielu perypetiach osadzony w więzieniu kieleckim. Uwolniony został z niego 5.08.1945 r. w wyniku akcji oddziału ROAK pod dowództwem Antoniego Hedy-Szarego. Ukrywał się do marca 1947 r., po czym zbiegł z Polski. Najpierw osiedlił się w USA, a w 1952 r. w Hiszpanii. Fot. http://www.nsz.com.pl

Tak pisał o Brygadzie Świętokrzyskiej oraz NSZ-ONR niedługo po wojnie oficer NSZ Józef Wyrwa, który zmarł w 1970 roku w Madrycie. Niechże zatem pan Żebrowski jego stawia pośmiertnie przed sądem, nie mnie.

[1] „Jak w mądrym Rzymie”, „Szaniec” nr 3 (94), 29.01.1943, s. 6-7.

[2] A. Heda-Szary, Wspomnienia „Szarego”, Warszawa 2016, s. 161-165.

[3] Tamże, s. 165.

[4] J. Wyrwa „Furgalski” „Stary”, Pamiętniki partyzanta. Hubalczyka, legendarnego dowódcy oddziału partyzanckiego, który wszedł w skład NSZ, a później dołączył do 25. pp AK, Kraków 2014, s. 121.

[5] Tamże, s. 158, 159, 164.

[6] Tamże, s. 166-170.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 23 października 2017 r.

Fort Krzesławice – zapomniane miejsce polskiej martyrologii

9 września w ramach Dni Pamięci Ofiar Gestapo, zorganizowanych po raz jedenasty przez Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, zwiedziłem Fort 49-Krzesławice – miejsce kaźni więźniów gestapo. Od jesieni 1939 do jesieni 1941 roku rozstrzelano tam 440 Polaków, przywiezionych głównie z więzienia policyjnego przy ulicy Montelupich w Krakowie. Opiekunem tego miejsca pamięci jest Młodzieżowy Dom Kultury Fort 49-Krzesławice. Jego dyrektor – Franciszek Dziadoń – położył ogromne zasługi dla renowacji Fortu 49 oraz odnalezienia i upamiętnienia wszystkich miejsc egzekucji. Warszawa miała Palmiry, Łódź lasy lućmierskie, niewielkie Wadowice zagajnik Księża Barć, a Kraków Fort Krzesławice. Miejsca egzekucji ofiar gestapo można znaleźć w wielu miejscowościach Polski. Niektóre z nich są powszechnie znane, inne mniej, a inne niemal całkiem zapomniane.

Fort Krzesławice przez pewien czas należał do tych ostatnich. Groziło mu nawet całkowite wymazanie z mapy miejsc pamięci narodowej. Jaka jest jego historia?

Krzesławice, to dawna podkrakowska wieś nad rzeką Dłubnią, oddalona około 9 km na północny wschód od centrum Krakowa. Obecnie jest częścią Krakowa, wchodząc w skład Dzielnicy XVII-Wzgórza Krzesławickie. Historia Krzesławic sięga XII wieku. Wśród właścicieli wsi na przestrzeni wieków byli m.in. klasztor Bożogrobców w Miechowie, Akademia Krakowska, Hugo Kołłątaj i Jan Matejko. W latach 80-tych XIX wieku na północnym, granicznym wzgórzu wsi – Łysej Górze – Austriacy wznieśli Fort 49-Krzesławice. Był to jeden z elementów ufortyfikowania Krakowa trzema pierścieniami umocnień. Tzw. Twierdza Kraków stanowiła wówczas największy zespół obronny na ziemiach polskich i jeden z największych w Europie. Cały fort miał 19 obiektów, z których do dzisiaj zachowało się 16.

Służbę wojskową w Forcie Krzesławice przed 1914 rokiem odbywał m.in. Wincenty Witos. Fort 49 razem z sąsiednimi Fortami Dłubnia i Grębałów odegrał ważną rolę podczas pierwszej fazy tzw. bitwy o Kraków (16-25 listopada 1914 roku), kiedy wojska austro-węgierskie przy wsparciu części artylerii Twierdzy Kraków zatrzymały ofensywę wojsk rosyjskich na północ od miasta. W 1918 roku obiekty Twierdzy Kraków przejęło Wojsko Polskie, zmieniając jej nazwę na Obóz Warowny Kraków. W Forcie Krzesławice początkowo ulokowano magazyn amunicji, a następnie stację nasłuchu kontrwywiadu wojskowego, zbierającą m.in. materiały służące rozwiązaniu tajemnicy „Enigmy”. Była to jedna z siedmiu ówczesnych polskich stacji nasłuchowych, z których trzy były skierowane przeciw Niemcom.

Fort 49-Krzesławice, obecnie Młodzieżowy Dom Kultury. Fot. Wikipedia.

Fort 49-Krzesławice, obecnie Młodzieżowy Dom Kultury. Fot. Wikipedia.

Tragiczna historia Fortu 49-Krzesławice rozpoczęła się po zajęciu Krakowa przez wojska niemieckie 6 września 1939 roku. Już 13 września okupant przejął poaustriackie więzienie przy ulicy Montelupich 7, a niedługo potem więzienie przy ulicy Senackiej 3, mieszczące się w zabudowaniach dawnego klasztoru i kościoła św. Michała. Wkrótce więzienia te zapełniły się aresztowanymi Polakami – osobami uznanymi przez gestapo za należące do „warstwy przywódczej” i członkami pierwszych organizacji konspiracyjnych. Więźniów kierowano na śledztwo do siedziby gestapo w Domu Śląskim przy ulicy Pomorskiej 2. Po jego zakończeniu ofiary wywożono do obozów koncentracyjnych, a skazanych w parodii procesu przez policyjny sąd doraźny na egzekucję. W pierwszym roku okupacji, kiedy nie było jeszcze KL Auschwitz, miejscem deportacji więźniów politycznych z Krakowa były obozy koncentracyjne w tzw. „starej Rzeszy”. Natomiast na miejsce egzekucji ofiar sądu doraźnego gestapo wybrało Fort Krzesławice.

O wyborze zadecydowała przede wszystkim lokalizacja – z dala od osiedli miejskich – oraz specyfika tego miejsca. Grube mury i zabudowania forteczne pozwalały zamaskować egzekucję. We wrześniu 1939 roku wywieziono z fortu pozostałą po Wojsku Polskim amunicję, a 11 października skierowano tam pierwsze ofiary do rozstrzelania. Przywożono je krytymi samochodami ciężarowymi z więzienia przy ulicy Montelupich i z więzienia św. Michała. W dzień poprzedzający egzekucję kierowano też do fortu grupę około 25 więźniów, którzy musieli wykopać masowy grób dla ofiar. Następnie zawożono ich z powrotem do więzienia.

Egzekucje w Forcie Krzesławice odbywały się od 11 października 1939 do 7 listopada 1941 roku. W sumie przeprowadzono 12 egzekucji: trzy w 1939 roku, siedem w 1940 roku i dwie w 1941 roku. Rozstrzeliwań dokonywała policja ochronna (Schutzpolizei). Rodziny zamordowanych fałszywie informowano, że ich bliskich jakoby wywieziono na roboty do Rzeszy.

Jedną z pierwszych ofiar rozstrzelanych w forcie był Henryk Schabenbeck (1886-1939) – wybitny polski fotografik i operator filmowy, działacz Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” i Polskiego Związku Narciarskiego, od 1934 roku radny i wiceburmistrz Zakopanego. Z pochodzenia Austriak, z wyboru Polak. Za ten wybór i działalność społeczną zapłacił śmiercią z rąk gestapo. Jego syn Stefan także został aresztowany i osadzony w KL Auschwitz, a następnie w KL Sachsenhausen, gdzie zginął podczas nalotu alianckiego 15 marca 1945 roku.

Ważnym świadkiem tego, co działo się w Forcie Krzesławice stał się skoczek narciarski i olimpijczyk Stanisław Marusarz (1913-1993). Znajdował się on w grupie 25 więźniów, którym 28 czerwca 1940 roku żandarmi niemieccy polecili wykopać masowy grób na terenie fortu. Następnego dnia nad tym wykopem odbyła się egzekucja 35 osób (34 Polaków i jednego Żyda), aresztowanych 23 czerwca 1940 roku podczas tzw. „czarnej niedzieli” w Myślenicach. Marusarz podczas kopania grobu dla tych ofiar widział ślady krwi na murze podziurawionym kulami. Ponieważ otrzymał już wyrok śmierci policyjnego sądu doraźnego, nie miał wątpliwości, że zginie podczas następnej egzekucji, która odbyła się 2 lipca. Tego dnia wraz z kilkoma innymi więźniami podjął próbę ucieczki. Tylko jemu i Aleksandrowi Bugajskiemu udało się pokonać czterometrowy mur więzienia przy ulicy Montelupich i zasieki z drutu kolczastego. Pozostali zginęli od kul strażników.

Jedną z ofiar egzekucji z 2 lipca był Mieczysław Filk. W dniu poprzedzającym egzekucję zdążył nielegalnie wysłać z więzienia gryps do rodziny. Napisał w nim m.in.: „W tych dniach będę rozstrzelany, jakkolwiek wyroku jeszcze nie dostałem, lecz znajduję się w podobnej sytuacji, co czterdziestu pięciu [w rzeczywistości 35 – przyp. BP] przede mną rozstrzelanych 29 czerwca. Razem nas rozstrzelają około stu pięćdziesięciu. W większej części niewinnych. Zachowuję do ostatka pogodę ducha i nie załamuję się na razie. Prawdopodobnie mogiła moja będzie, jak czterdziestu pięciu poprzednich w forcie Krzesławice koło Mogiły. Do ostatnich chwil jeszcze łudziłem się nadzieją, lecz prawdopodobnie na próżno. Jest godzina 3-cia po południu – dwudziestu pięciu z nas pojechało groby kopać. Dziwicie się, że tak się o tym rozpisuję z lekkim sercem, ale naprawdę zbytnio nie przejmuję się tym. Wiem, że na tamtym świecie będzie mi naprawdę lepiej. Modlę się teraz często o lekką śmierć i szczęście wieczne. Jakkolwiek by Was zapewniali o nas, że żyjemy, nie wierzcie tym mordercom. Giniemy razem ze wszystkich stanów od robotnika i rolnika do profesorów i pułkowników, tak młodzi jak i starzy za rzeczy poważne i błahostki. Przykro mi po części żegnać się z tym światem i z Wami, lecz przecież kiedyś się spotkamy. Będzie to dla Was bolesny cios, lecz widocznie tak miałem przeznaczone – zginąć za Ojczyznę”[1].

Fort 49-Krzesławice-ściana śmierci pod kaponierą wschodnią. Fot. Zbigniew Zaczkowski.

Fort 49-Krzesławice-ściana śmierci pod kaponierą wschodnią. Fot. Zbigniew Zaczkowski.

Kolejna egzekucja miała miejsce 4 lipca 1940 roku. Jej ofiarą był min. 19-letni Jerzy Krokay, który w ostatnim grypsie z więzienia napisał: „Zawsze byłem ryzykantem i nim zostanę, kulki się nie obawiam, bo zginąć za Ojczyznę jest honorem każdego Polaka”[2].

Jerzy Krokay został rozstrzelany wraz ze swoim 50-letnim ojcem, majorem dypl. Walerym Alojzy Krokayem (1889-1940). Obu aresztowano w ramach Akcji AB. Walery Alojzy Krokay był bratem kpt. Walerego Mariana Krokaya (1914-1982) – cichociemnego i oficera 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK.

Do innych znanych ofiar rozstrzelanych w Forcie Krzesławice należeli: ppłk Piotr Sosialuk – były dowódca 73. pułku piechoty w Katowicach, nauczyciele Kazimierz Dutkiewicz, Irena Dzius, Jan Głębicki, Marian Głębicki, Wincenty Frączek, Marian Lubaczowski, Karol Święch, Józef Wawrzeczko, urzędnicy Józef Janta i Franciszek Ujczak, prawnicy – dr Emil Bicz, Antoni Burtan i Bolesław Karwaciński.

Łącznie w egzekucjach z 29 czerwca oraz 2 i 4 lipca 1940 roku rozstrzelano około 150 osób – ofiar „czarnej niedzieli” w Myślenicach, a także Akcji AB.

Jesienią 1941 roku gestapo zaprzestało egzekucji w Forcie Krzesławice. Od ponad roku funkcjonował już KL Auschwitz. Tam gestapo kierowało teraz swoje ofiary. Deportacja do obozu była równoznaczna z wyrokiem śmierci. Czasem ta śmierć następowała bardzo szybko, jak w wypadku 167 mieszkańców Krakowa, których 16 kwietnia 1942 roku aresztowano w Kawiarni Plastyków i podczas nocnej obławy w mieście. Byli to inteligenci, m.in. artyści i oficerowie. 24 i 25 kwietnia przywieziono ich do KL Auschwitz, a 27 maja rozstrzelano pod Ścianą Śmierci na dziedzińcu bloku 11 w obozie macierzystym. Ogółem w latach 1940-1944 deportowano do KL Auschwitz z więzienia policyjnego przy ulicy Montelupich w Krakowie około 17 tys. Polaków.

Po wojnie Główna Komisja Badania Zbrodni Niemieckich (później Hitlerowskich) w Polsce przystąpiła do zbadania terenu Fortu 49-Krzesławice. W okresie od 15 października do 6 grudnia 1945 roku przekopano cały teren ziemny fortu i odkryto 29 grobów, z których wydobyto 440 zwłok, w tym 18 kobiecych. Ustalono, że rozstrzeliwania miały miejsce na placu fortecznym, na dziedzińcu koszarowym, w fosach i przy kaponierach.

Zastosowany sposób badania uniemożliwił pominięcie jakiejkolwiek mogiły. W związku z tym, że zwłoki uległy znacznemu rozkładowi, tylko w 24 przypadkach rodziny z całą pewnością zidentyfikowały bliskich, a w 80 przypadkach identyfikacja stała się możliwa na podstawie znalezionych przy zwłokach dokumentów i przedmiotów, okazanych rodzinom w latach 1946-1947. Łącznie zidentyfikowano 104 osoby, a zwłoki 336 osób pozostały bezimienne. Wszystkie ofiary pochowano w zbiorowej mogile obok fortu.

W latach 60. XX wieku GKBZHwP prowadziła drugie śledztwo w sprawie Fortu Krzesławice, które miało na celu znalezienie bezpośrednich sprawców zbrodni. Niestety nie przyniosło ono rezultatów. Główną odpowiedzialność za zbrodnie popełnione w Forcie Krzesławice ponoszą komendanci SD i Policji Bezpieczeństwa w dystrykcie krakowskim. W latach 1939-1941 byli nimi: Bruno Müller, Walter Huppenkothen, Ludwig Hahn (późniejszy szef SD i Policji Bezpieczeństwa w dystrykcie warszawskim) i Max Grosskopf. Spośród nich zostali skazani Bruno Müller i Ludwig Hahn. Müller stanął w 1947 roku przed Brytyjskim Trybunałem Wojskowym w Hamburgu, który wymierzył mu 20 lat więzienia za zbrodnie popełnione pod koniec wojny. Jednakże już w 1953 roku mógł cieszyć się wolnością. Hahn został skazany w RFN w 1975 roku na dożywocie, ale tylko za deportacje Żydów do ośrodka zagłady w Treblince. Zwolniono go z więzienia po ośmiu latach. Za zbrodnie w Forcie Krzesławice nikogo zatem nie ukarano.

27 maja 1956 roku gen. Franciszek Księżarczyk w imieniu Rady Naczelnej ZBoWiD dokonał uroczystego odsłonięcia tablicy pamiątkowej na zbiorowej mogile ofiar. Znalazły się na niej błędne daty (1943-1945) dokonywanych w Forcie Krzesławice egzekucji. Natomiast 6 lipca 1957 roku pomnik ku czci rozstrzelanych w forcie Polaków odsłonił premier Józef Cyrankiewicz. W uroczystości tej wzięło udział około 20 tys. osób, w tym delegacje z NRD i Czechosłowacji.

Fort 49-Krzesławice-pomnik ofiar gestapo. Fot. Wikipedia.

Fort 49-Krzesławice-pomnik ofiar gestapo. Fot. Wikipedia.

Wkrótce jednak doszło do skandalicznej dewastacji i profanacji miejsca pamięci. W latach 60. XX wieku na południe od masowego grobu i pomnika rozpoczęto budowę bloków mieszkalnych. Wokół fortu zaczęły powstawać żywiołowo zakładane przez mieszkańców ogródki warzywne. Władze dzielnicy Nowa Huta przyzwoliły na to, żeby miejsce uświęcone męczeństwem Polaków zamienić na teren rekreacyjno-działkowy. W drugiej połowie lat 70. XX wieku wysadzono w powietrzę kaponierę zachodnią fortu oraz dwa schrony, a dwie pozostałe kaponiery zasypano. Duży fragment północno-wschodniej fosy zamieniono na wysypisko odpadów, które przywożono samochodami ciężarowymi. Likwidacja trzech kaponier fortu była tym bardziej skandaliczna, że zlikwidowano miejsca z autentycznymi ścianami śmierci, gdzie Niemcy rozstrzelali 363 Polaków z ogólnej liczby 440.

Kres dewastacji miejsca pamięci położyło przeniesienie w 1994 roku do Fortu Krzesławice Młodzieżowego Domu Kultury. Miejsce pamięci uzyskało gospodarza i opiekuna. Przez kilkanaście lat prowadzono prace remontowo-konserwatorskie, przywracające dawny wygląd fortu. Do dzisiaj udało się m.in. odsłonić – zasypaną wcześniej gruzem i odpadami – kaponierę wschodnią z jedyną zachowaną ścianą śmierci, na której znajdują się oryginalne ślady wystrzelonych pocisków. Ślady te świadczą o tym, że więźniów rozstrzeliwano z broni maszynowej.

Na ścianie śmierci przy kaponierze wschodniej odsłonięto 17 listopada 2014 roku tablicę pamięci, która stała się trzecim – bez wątpienia najważniejszym – miejscem upamiętnienia 440 patriotów polskich zamordowanych w Forcie Krzesławice.

[1] Cyt. za: „Czarna niedziela-fakty”, „Gazeta Myślenicka”, wydanie 24, 1 lipca 2010, http://www.gazeta.myslenice.pl, dostęp 13.09.2017.

[2] Cyt. za: „Prawda i pamięć”, Kraków 2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 6 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2157/58), 8-15.10.2017, s. 14-15

Taniec na linie, nad przepaścią

W związku z przypadającą 20 września br. 75. rocznicą utworzenia Narodowych Sił Zbrojnych Sejm przyjął uchwałę oddającą hołd tej formacji. Nie jest to pierwsza taka uchwała Sejmu. 9 listopada 2012 roku – w związku z 70. rocznicą powstania NSZ – Sejm również uczcił tę organizację podkreślając m.in., że jej historyczną zasługą było m.in. wysunięcie „postulatu powrotu Polski na Ziemie Zachodnie”. Z treści tamtej uchwały wynikało, że dotyczyła ona tej części NSZ, która weszła w skład „Sił Zbrojnych w Kraju podległych legalnym władzom RP na uchodźstwie”[1].

Jeśli bowiem mówimy o NSZ, to trzeba ustalić, o którym NSZ mówimy. Czy o tym, który wiosną 1944 roku scalił się z AK i jest określany w literaturze historycznej jako NSZ-AK, czy o tej jego części, która odmówiła podporządkowania się AK i jest określana przez historyków jako NSZ-ZJ (Związek Jaszczurczy) lub NSZ-ONR (Obóz Narodowo-Radykalny). Ten pierwszy miał na swoim koncie piękne karty walki z okupantem niemieckim, w tym zabicie gen. Wehrmachtu Kurta Rennera w zasadzce pod Ożarowem 26 sierpnia 1943 roku czy udział w Powstaniu Warszawskim. Drugi natomiast był infiltrowany przez niemieckie służby specjalne, a wywodząca się z niego Brygada Świętokrzyska uprawiała kolaborację z Niemcami. Nurt ten ponosi odpowiedzialność za walki bratobójcze, nie tylko z partyzantką AL, ale także za likwidowanie tych członków NSZ, którzy podporządkowali się akcji scaleniowej z AK.

Tymczasem uchwała Sejmu przyjęta przez aklamację 15 września 2017 roku dotyczy wszystkich nurtów NSZ. Jest w niej mowa o tym, że żołnierze NSZ walczyli „zarówno z okupantem niemieckim, jak i sowieckim”, biorąc udział m.in. w akcji „Burza” i Powstaniu Warszawskim, ale jest też mowa o Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ, która „przedostała się na Zachód” oraz o Narodowym Zjednoczeniu Wojskowym, które prowadziło walkę zbrojną z powojennymi władzami Polski. W konkluzji uchwała Sejmu „uznaje, że formacja ta dobrze zasłużyła się Ojczyźnie”[2].

Nie ma zatem wątpliwości, że uchwała Sejmu z 15 września 2017 roku dotyczy całości NSZ – czyli NSZ-AK i NSZ-ONR oraz powojennego NZW. Autorami projektu tej uchwały byli Karol Wołek i Leszek Żebrowski – prawicowi publicyści znani od dawna ze swoich radykalnych poglądów prawicowych oraz bezkrytycznego gloryfikowania NSZ.

Przeciwko honorowaniu NSZ, w takiej formie jak zrobił to Sejm, zaprotestowała m.in. żydowska organizacja B’nai B’rith (Synowie Przymierza). W liście skierowanym w jej imieniu do prezydenta Andrzeja Dudy Sergiusz Kowalski napisał: „Z bólem i niepokojem przyjęliśmy informację, że Sejm RP uczcił pamięć żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, a przede wszystkim Brygady Świętokrzyskiej. Działalność gloryfikowanej obecnie Brygady Świętokrzyskiej była potępiana jeszcze przez przedstawicieli Armii Krajowej, którzy piętnowali współpracę Brygady z gestapo. Jeszcze większym niepokojem napawać musi fakt, że Prezydent RP obejmuje swoim patronatem obchody ku czci NSZ z udziałem Leszka Żebrowskiego, znanego z licznych wypowiedzi i przedsięwzięć jawnie nacjonalistycznych i antysemickich oraz wsparcia udzielanego ONR”[3].

W duchu ignorancji historycznej, czyli w duchu uchwały Sejmu z 15 września 2015 roku, wypowiedzieli się też Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński. W liście do uczestników obchodów 75. rocznicy powstania Narodowych Sił Zbrojnych prezydent RP podkreślił, że żołnierze NSZ należeli do najwartościowszych bojowników o wyzwolenie Polski. „Walcząc mężnie przeciwko dwóm wrogom – napisał Andrzej Duda – stawali zarazem w obronie ludności przed infiltracją sowiecką i pospolitym bandytyzmem. Swoimi działaniami bojowymi zapisali chlubne karty podczas powstań – Warszawskiego i antykomunistycznego. Należeli do niezłomnych przeciwników powojennego reżimu, kontynuując jako Narodowe Zjednoczenie Wojskowe walkę z czerwonymi o Polskę biało-czerwoną (…)”. Prezydenta cieszy też, że „zwłaszcza młode pokolenie coraz chętniej odwołuje się do czynów NSZ dostrzegając w ich żołnierzach kontynuatorów najlepszych polskich tradycji patriotycznych i depozytariuszy naszej narodowej tożsamości”[4].

Z kolei Jarosław Kaczyński w liście do uczestników tychże uroczystości stwierdził, żeNSZ były drugą pod względem liczebności organizacją podziemną. To była wielka siła, nie tylko z powodu liczby żołnierzy, ale także – a może przede wszystkim – z racji potęgi ich ducha, mocy wiary i miłości do ojczyzny, ideowej spójności, żelaznej woli i ogromnej determinacji”[5].

Nie jest prawdą, że NSZ były drugą pod względem liczebności organizacją podziemną. Nawet jeżeli przyjmiemy za obecną propagandą historyczną, że oba nurty NSZ liczyły 100 tys. członków (w rzeczywistości około 70 tys.), to drugą najliczniejszą po AK organizacją Polski Podziemnej były zapomniane dzisiaj Bataliony Chłopskie, liczące 170 tys. ludzi.

Podobne treści zawierały też listy, które do uczestników obchodów 75-lecia NSZ skierowali prezes IPN Jarosław Szarek oraz Jan Józef Kasprzyk – szef Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Ten ostatni zakończył swój list stwierdzeniem, że „każdy, kto powiela czarną legendę NSZ jest kłamcą”[6].

Tę myśl szefa Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych rozwinął radykalny prawicowy publicysta historyczny Tadeusz M. Płużański – obecnie szef publicystyki w TVP Info. W agresywnej w formie wypowiedzi dla pisowskiego portalu wPolityce.pl odrzucił on jako „komunistyczną propagandę” oskarżenia pod adresem NSZ o kolaborację z Niemcami, antysemityzm i działania zbrodnicze. Takie oskarżenia są jego zdaniem „szarganiem munduru polskiego żołnierza, a co za tym idzie również polskich tradycji militarnych i patriotycznych”. Osoby, które nie zgadzają się na gloryfikację NSZ są zdaniem Płużańskiego spadkobiercami „czerwonych okupantów” oraz „przestępczych organizacji”, takich jak GL, AL, UB, SB, KBW i PZPR. Takie osoby Płużański proponuje pociągać do odpowiedzialności karnej[7].

Powiało zatem grozą i rzeczywistością orwellowską. Czyżby prawda historyczna w Polsce pisowskiej – identycznie jak w Związku Radzieckim – miała być prawdą polityczną, a za jej kwestionowanie miały grozić represje?

Przykładem manipulowania historią NSZ przez animatorów obecnej państwowej polityki historycznej jest artykuł zamieszczony przez Leszka Żebrowskiego w „Naszemu Dzienniku”[8]. Żebrowski zaczyna swoją narracje o NSZ następująco: „Była to jedyna – obok Armii Krajowej – profesjonalna organizacja ściśle wojskowa, z liczną kadrą oficerską”. Jak już wspomniałem powyżej – jest to nieprawda. Przytacza następnie takie fakty z historii NSZ jak program granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej, zabicie gen. Kurta Rennera, walki toczone z Niemcami przez NSZ-AK, w tym udział w Powstaniu Warszawskim, a także powojenna działalność Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Natomiast w ogóle pomija w swoim artykule działalność NSZ-ONR oraz Brygady Świętokrzyskiej. Nie dokonuje też rozróżnienia pomiędzy NSZ-AK i NSZ-ONR – cały czas pisze o NSZ. Za rozłam w NSZ wiosną 1944 roku czyni winnym dowództwo AK, co także jest niezgodne z prawdą historyczną. Zaprzecza też zbrodniom NSZ na Żydach podając argument, że polscy Żydzi służyli w partyzantce NSZ. Przytacza nazwisko najbardziej znanego z nich – Stanisława (Szmula) Ostwinda-Zuzgi, komendanta powiatowego NSZ-AK w powiecie węgrowskim.

Nie dowiemy się z artykułu Żebrowskiego, że nazwiska osób podejrzanych o działalność lewicową lub żydowskie pochodzenie były umieszczane przez kontrwywiad NSZ-ONR na listach proskrypcyjnych. W kwietniu 1944 roku na jednej z takich list zostali umieszczeni m.in. Irena Sendlerowa – jedna z najbardziej zasłużonych osób w akcji ratowania dzieci żydowskich oraz Aleksander Kamiński – redaktor naczelny „Biuletynu Informacyjnego” KG AK i autor „Kamieni na szaniec”. Przeznaczenie do likwidacji Kamińskiego uzasadniono następująco: „(…) żydofil, który zawsze skłaniał się do skrajnej lewicy-komuny. Niepewne pochodzenie matki (Żydówka lub Francuzka, wzgl. francuska Żydówka)”[9]. W rzeczywistości oboje rodzice Kamińskiego byli Polakami, a przyczyną skazania go na śmierć przez NSZ-ONR był – tak jak w wypadku Sendlerowej – udział w akcji ratowania Żydów.

Na innej liście proskrypcyjnej, liczącej 52 nazwiska, znalazł się prof. Ludwik Widerszal – szef Podwydziału „Z” (ziemie zachodnie i wschodnie) Biura Informacji i Propagandy KG AK – którego scharakteryzowano następująco: „Żyd, uczeń Handelsmana, historyk, komunista”. 13 czerwca 1944 roku Ludwik Widerszal został zamordowany, prawdopodobnie przez egzekutorów z NSZ-ONR, w swoim mieszkaniu w Warszawie[10].

Jednakże w NSZ, zwłaszcza w NSZ-AK, byli ludzie, którzy nie podzielali antysemityzmu i szowinizmu. Edward Kemnitz – komendant Okręgu Pomorskiego NSZ i oficer NSZ Sławomir Modzelewski zostali po wojnie odznaczeni przez Instytut Yad Vashem za ratowanie Żydów Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. O tym trzeba pamiętać.

Nie dowiemy się też z artykułu Żebrowskiego, że NSZ zostały utworzone przez Grupę „Szańca”, czyli działaczy przedwojennego ONR-ABC, odwołujących się do szowinistycznej, antydemokratycznej i w istocie totalitarnej ideologii. Wręcz przeciwnie – Żebrowski twierdzi, że „NSZ w swym założeniu miały być apolityczną armią”. Nie dowiemy się, że Grupa „Szańca” sprzeciwiała się wszelkim reformom społecznym, w tym reformie rolnej, za którą – niezależnie od PPR – opowiadała się większość stronnictw politycznych Polski Podziemnej. Szczytem absurdu jest jego stwierdzenie, że dysponowanie pionem zbrojnym przez pion polityczny w NSZ to były „zawiązki cywilnej kontroli nad armią”.

Nie dowiemy się od Żebrowskiego o konsekwencjach przyjęcia przez NSZ koncepcji walki z dwoma wrogami, z położeniem nacisku na zwalczanie ZSRR i komunizmu. Konsekwencją było rozpętanie walk bratobójczych, zapoczątkowanych przez zamordowanie 9 sierpnia 1943 roku koło Borowa w powiecie kraśnickim 26 członków GL przez oddział Pogotowia Akcji Specjalnej NSZ pod dowództwem Leonarda Zuba-Zdanowicza. Zdaniem historyka IPN Piotra Gontarczyka pod Borowem rozbito „grupę komunistyczną składająca się ze zbitek kilku oddziałów rabunkowych”, a oddziały GL „były rozbijane za bandytyzm”, a nie z przyczyn politycznych”[11]. Zaprzecza temu jednak emigracyjny historyk, prof. Jan M. Ciechanowski (1930-2016), wedle którego od końca 1943 roku NSZ występowały zarówno przeciw partyzantce komunistycznej, jak i członkom AK, usiłując rozpętać wojnę domową[12].

Nie dowiemy się od Żebrowskiego, że dowódca NSZ-AK – ppłk Albin Walenty Rak – został skazany przez NSZ-ONR na karę śmierci i był ścigany z polecenia dowódcy NSZ-ONR, mjr. Stanisława Nakoniecznikoffa-Klukowskiego, ps. „Kmicic”. Sam jednak Nakoniecznikoff-Klukowski zginął z rąk swoich ludzi 18 października 1944 roku, gdy po upadku Powstania Warszawskiego próbował podporządkować NSZ-ONR Armii Krajowej.

Nie dowiemy się od Żebrowskiego o infiltracji NSZ-ONR przez gestapo i SD, w tym o działalności Huberta Jury vel Herberta Junga-„Toma” i Otmara Wawrzkowicza. Ich siatka współpracowała z SS-Hauptsturmführerem Paulem Fuchsem – oficerem gestapo, który kierował zwalczaniem polskiego podziemia na terenie dystryktu radomskiego[13]. W willi przy ulicy Jasnogórskiej 25 w Częstochowie, którą Hubertowi Jurze udostępniło gestapo, byli bestialsko torturowani i mordowani nie tylko członkowie PPR, ale także żołnierze NSZ-AK, jak np. ppor. Władysław Pacholczyk[14]. Z rąk NSZ-ONR zginęli też m.in. kpt. Stanisław Żak – szef wywiadu okręgu częstochowskiego NSZ-AK oraz mjr Wiktor Gostomski, który był szefem Wydziału II Wywiadowczego Komendy Głównej NSZ-ONR i sprzeciwiał się współpracy z Niemcami. Nie cofali się zatem nawet przed likwidacją „niepokornych” we własnych szeregach. Działalność NSZ-ONR została potępiona przez naczelnego wodza, gen. Kazimierza Sosnkowskiego i wicepremiera rządu RP na uchodźstwie, Jana Kwapińskiego.

Hubert Jura – skazany przez AK i NSZ-AK na karę śmierci za kolaborację – pełnił w Brygadzie Świętokrzyskiej funkcję oficera do zadań specjalnych i wraz ze swoimi ludźmi pośredniczył w kontaktach jej dowództwa z gestapo i SD. Brygada Świętokrzyska – największy zwarty oddział NSZ podczas okupacji – została utworzona w sierpniu 1944 roku przez NSZ-ONR. Jej liczebność wahała się od 822 (grudzień 1944) do 1417 ludzi (maj 1945). Dowódcą był płk Antoni Szacki-„Bohun” (1902-1992). Największą akcją zbrojną Brygady Świętokrzyskiej było rozbicie pod Rząbcem koło Włoszczowej 8 września 1944 roku oddziału AL Tadeusza Grochala, wspieranego przez oddział spadochroniarzy radzieckich. Wsparcia Brygadzie Świętokrzyskiej w okrążeniu oddziału AL i oddziału radzieckiego udzieliły siły niemieckie. Po zakończeniu walki zamordowano 67 wziętych do niewoli spadochroniarzy radzieckich. Do walk Brygady z oddziałami AL i BCh doszło też w Działkach Nosowskich, pod Fanisławicami, Krzepinem, Olesznem, Sekurskiem, Skrobaczowem i Soborzycami.

Niemcy jesienią 1944 i zimą 1945 roku tolerowani działania Brygady, a do jej sporadycznych starć z Niemcami dochodziło tylko w tym pułku, w którym „Tom” był nieobecny. Od grudnia 1944 roku Brygada zawiesiła działania przeciw Niemcom, a w styczniu 1945 roku zawarła porozumienie z Wehrmachtem, zgodnie z którym mogła przejść za niemiecką linią frontu. Niemieckim oficerem łącznikowym w Brygadzie został wspomniany gestapowiec Paul Fuchs. Załatwił on dozbrojenie Brygady, zakwaterowanie dla jej żołnierzy oraz leczenie chorych i rannych w szpitalach niemieckich, a także popierał jej rozwój liczebny. Planował wykorzystanie Brygady przeciw ZSRR – w pierwszym rzędzie do dywersji i sabotażu na zapleczu frontu, a następnie do walki na froncie. W lutym 1945 roku Brygada Świętokrzyska dotarła przez Śląsk na teren Protektoratu Czech i Moraw. Tam po pewnym czasie została zakwaterowana na terenie poligonu Wehrmachtu w miejscowości Rozstání na Morawach.

7 lutego 1945 roku w ośrodku RSHA rozpoczęło się pod nadzorem Huberta Jury szkolenie około 70 ochotników z Brygady Świętokrzyskiej, którzy – uzbrojeni w niemiecką broń, wyposażeni w pieniądze, dokumenty i radiostacje – mieli być zrzuceni z samolotów na terytorium Polski celem prowadzenia dywersji i działań wywiadowczych na tyłach Armii Czerwonej. Łącznie do Polski przerzucono cztery grupy dywersyjne – 23 marca (dwie), 15 kwietnia i 28 kwietnia 1945 roku. Wszystkie zostały rozbite przez UB.

W drugiej połowie marca 1945 roku zastępca dowódcy Brygady, mjr Władysław Marcinkowski-„Jaxa”, wziął udział w międzynarodowej konferencji ruchów faszystowskich i kolaboracyjnych w Pradze, która miała doprowadzić do powstania wspólnego bloku antysowieckiego (Legii Antybolszewickiej) pod patronatem Niemców. Ostatecznie Marcinkowski odmówił przystąpienia do takiego bloku, zasłaniając się brakiem kompetencji. Niepowodzeniem ze strony niemieckiej zakończyły się też rozmowy prowadzone w Monachium w dniach 5-6 kwietnia 1945 roku z płk. Szackim. Strona niemiecka zaproponowała mu skierowanie Brygady na front, wysłanie do kraju dalszych grup dywersyjno-wywiadowczych oraz nawiązanie kontaktu z polskim rządem w Londynie celem skłonienia go do wspólnej walki z ZSRR. Szacki zgodził się tylko na wysyłanie do Polski grup dywersyjno-wywiadowczych, a odmowę skierowania Brygady na front uzasadnił jej charakterem jako jednostki partyzanckiej, a nie liniowej.

Zdaniem historyków i publicystów wybielających Brygadę Świętokrzyską postawa Szackiego miała na celu ocalenie Brygady, a wysyłanie do Polski grup dywersyjnych nie było kolaboracją, ale ceną za jej tolerowanie przez Niemców. Publicyści wybielający Brygadę Świętokrzyską eksponują też wyzwolenie przez nią 5 maja 1945 roku podobozu KL Flossenbürg w miejscowości Holýšov w zachodnich Czechach, z którego uwolniono około 700 więźniarek, w większości Żydówek. Było to jednak działanie mające uwiarygodnić Brygadę Świętokrzyską przed Amerykanami. Następnego dnia Brygada nawiązała bowiem kontakt z wojskami amerykańskimi, którym się podporządkowała.

Rząd polski w Londynie nie chciał mieć nic wspólnego z Brygadą Świętokrzyską, dlatego została ona w sierpniu 1945 roku rozformowana przez dowództwo amerykańskie. Część jej żołnierzy wcielono później do kompanii wartowniczych w amerykańskiej strefie okupacyjnej Niemiec. Niektórzy z nich zostali też wykorzystani w działaniach amerykańskich służb specjalnych przeciw Polsce Ludowej.

Inną drogą niż Żebrowski poszedł prof. Jan Żaryn – obecnie senator i jeden z głównych architektów polityki historycznej PiS. W książce „«Taniec na linie, nad przepaścią». Organizacja Polska na wychodźstwie i jej łączność z krajem w latach 1945-1955” (Warszawa 2011, 368 ss.) obszernie on pisze o NSZ-ONR i Brygadzie Świętokrzyskiej. Organizacja Polska była utajnioną nadbudówką powstałego w 1934 roku Obozu Narodowo-Radykalnego, a w czasie drugiej wojny światowej kierowała tą częścią NSZ, która w 1944 roku odmówiła scalenia z AK. Żarnyn chwali OP za to, że uznawała akcję „Burza” za „bezcelową, a nawet wręcz szkodliwą” i była przeciwna Powstaniu Warszawskiemu. Stoi to jednak w sprzeczności z tezami obecnej polityki historycznej, która nie dopuszcza jakiejkolwiek krytyki Powstania Warszawskiego.

Nie można też nie zauważyć, że przedostanie się Brygady Świętokrzyskiej do Europy Zachodniej podważa sens walki, jaką w Polsce podjęli po wojnie niektórzy epigoni AK i NSZ, nazywani obecnie „żołnierzami wyklętymi”. A przecież obecna polityka historyczna uważa ich wybór za najsłuszniejszy.

Zdaniem Żaryna Brygada Świętokrzyska była pierwszą, przed przyjęciem Polski do NATO, polską formacją wojskową współdziałającą z amerykańskim wywiadem wojskowym (czy tylko z amerykańskim?). Uważa on, że porozumienie Brygady z Niemcami miało charakter „taktyczny”. Fakt kolaboracji bagatelizuje stwierdzeniem, że „w różne relacje z Niemcami” wchodziły też wywiady AK i AL. Przytacza bezpodstawne twierdzenie byłych członków NSZ-ONR, że gestapowiec Paul Fuchs i jego ludzie mieli być „grupą niemiecką antyhitlerowską”. Bagatelizuje również problem antysemityzmu NSZ-ONR. „Margines bandytyzmu i wynikających z tego zabójstw Żydów w NSZ był zdecydowanie mniejszy niż np. w formacjach komunistycznych” – uważa prof. Żaryn[15].

Uczynienie z Fuchsa antyfaszysty to zabieg rzeczywiście karkołomny zważywszy, że ten „antyfaszysta” jako szef radomskiego gestapo deportował 14 tys. Polaków z dystryktu radomskiego do KL Auschwitz.

Żaryn wybrał zatem drogę wybielania i gloryfikacji NSZ-ONR oraz Brygady Świętokrzyskiej, przedstawiając ciemne karty z ich historii jako chwalebne. Parafrazując tytuł jego książki można powiedzieć, że rzeczywiście jest to taniec na linie, nad przepaścią. Ani Żaryn ani Żebrowski nie chcą zauważyć, że po klęsce stalingradzkiej Himmler dążył do neutralizacji polskiego podziemia niepodległościowego poprzez wciągnięcie go do współpracy pod hasłami antykomunizmu i walki z ZSRR. Strategia ta powiodła się tylko w wypadku NSZ-ONR i Brygady Świętokrzyskiej.

Skoro jednak NSZ miały same chlubne karty – jak twierdzą Płużański, Żaryn i Żebrowski – to skąd wzięła się niezwykle krytyczna opinia sformułowana niedługo po wojnie przez bezkompromisowego antykomunistę Zygmunta Zarembę – wybitnego działacza PPS-WRN i przewodniczącego Rady Jedności Narodowej. Otóż Zaremba wyraził się następująco: „NSZ tak samo, jak komuniści, i z podobnych powodów, zostali postawieni poza nawias Polski Podziemnej. Polska Podziemna przyjęła zasady demokracji i postępu społecznego i położyła je jako fundament niepodległości. NSZ wyznawał ideologię faszystowską, wrogą demokracji i postępowi społecznemu, komunizm niósł uzależnienie Polski od Rosji i metody polityczne tak bliźniaczo podobne do faszystowskich, że również nie mógł się znaleźć w organizacji, która kierowała walką narodu polskiego w czasie tej wojny”[16].

Nie ulega wątpliwości, że na taką ocenę NSZ ze strony Zaremby wpłynęła działalność NSZ-ONR. Zygmunt Zaremba postawił NSZ na jednej płaszczyźnie z PPR i GL/AL oraz poza nawiasem Polski Podziemnej. Natomiast Żaryn i Żebrowski stawiają NSZ w samym centrum Polski Podziemnej, na równi z AK, a może nawet wyżej niż AK.

Nie mniej krytycznie niż Zaremba wyrażał się o NSZ płk Jan Rzepecki – szef Biura Informacji i Propagandy w Komendzie Głównej AK, a po wojnie „żołnierz wyklęty” (zastępca komendanta organizacji „NIE” oraz założyciel Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość). Rzepecki był sceptyczny wobec scalenia NSZ z AK. W raporcie do gen. Bora-Komorowskiego tak uzasadnił swoje stanowisko:

„Opozycja faszystowska to przede wszystkim ONR. Cechuje ją brak skrupułów i demagogia, opieranie się na klasach posiadających, bezwzględna wrogość do radykalnej lewicy, którą całą traktuje jako agenturę lub straż przednią bolszewizmu i nie zadaje sobie trudu dojrzenia istotnych wśród niej różnic (…). Przyłączenie «opozycji faszystowskiej» (do AK) prawie na pewno wywoła odpadnięcie poważnej części lewicy rządowej, nadałoby temu obozowi piętno reakcyjne. Jestem głęboko przekonany, że w błyskawicznym tempie pociągnęłoby to za sobą dla Polski śmiertelną katastrofę wojny domowej, w której lewica walczyłaby pod komendą PPR, a prawica – ONR. AK przypadłaby rola obrońcy klas posiadających. Następstwem – wasalizacja lub wcielenie Polski do ZSRR. W świetle powyższego ostatni nasz «sukces» w postaci podporządkowania NSZ może mieć wysoce ujemne następstwa, jeśli nie sparaliżujemy ich umiejętną akcją wychowawczą”[17].

Język płk. Rzepeckiego z 1944 roku – określający NSZ wprost jako „opozycję faszystowską” – jakoś dziwnie przypomina późniejszą narrację propagandy PRL. A przecież pisał to – identycznie jak w wypadku Zaremby – zdecydowany antykomunista.

Jesienią 1944 roku komendant główny AK, gen. Leopold Okulicki, w meldunku do prezydenta RP na uchodźstwie napisał: „Należy się przeciwstawić w propagandzie próbom NSZ współpracy z Niemcami”[18]. Z kolei dowódca AK o pseudonimie „Mieczysław” meldował w tym samym czasie: „Działalność NSZ. D-cy kontaktują się i współpracują z Gestapo (…). Wyraźna współpraca z Niemcami”. W innym meldunku napisał: „W dniu 22 XI. W czasie przemarszu NSZ przez m. Oleszno, Niemcy ściągnęli posterunki. Rannych NSZ Niemcy proponują odstawić do szpitali niemieckich. Notowane są kontakty w Gestapo”[19].

W przeciwieństwie do Leszka Żebrowskiego i Jana Żaryna krytyczną ocenę NSZ-ONR sformułował prawicowy historyk, dr hab. Rafał Wnuk, który w swojej opinii pozostaje jednak osamotniony na tle tez obecnej polityki historycznej. W artykule pod znamiennym tytułem „Brygada Świętokrzyska. Zakłamana historia” Rafał Wnuk – obecnie pracownik naukowy KUL i Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku – wyraził się następująco:

„Powstałą po rozłamie konspirację określa się mianem NSZ-ONR. Jej przywódcy postanowili też pozbyć się głównych oponentów i wkrótce doszło do skrytobójczych mordów oficerów NSZ, którzy przeszli do AK. (…) Wbrew budowanemu dziś mitowi NSZ-ONR wcale nie bronił ciągłości II RP, ale przeciwnie – robił wiele, by zniszczyć autorytet legalnych władz, by na gruzach przedwojennego systemu zbudować nacjonalistyczną monopartyjną dyktaturę. Stawianie znaku równości między AK i NSZ-ONR jest manipulacją sugerującą, jakoby ta ostatnia była częścią składową Państwa Podziemnego. Nie była”[20].

We współczesnej Polsce coraz bardziej widać tendencję, by nauki humanistyczne zostały zaprzęgnięte do udowadniania tez państwowej polityki historycznej. Tworzy się sztuczną, ponieważ opartą na fałszu, pamięć historyczną, która ma posłużyć formacji społeczeństwa w duchu antykomunizmu i rusofobii. Dlatego NSZ oprawiono w ramki wraz z NSZ-ONR i Brygadą Świętokrzyską i wystawiono w galerii narodowych świętości. Podsycanie ognia antykomunizmu zmierza do całkowitego zdeprecjonowania Polski Ludowej, a szerzej do zanegowania całej polskiej tradycji lewicowej jako alternatywy historycznej i politycznej. Natomiast podsycanie płomienia rusofobii jest niezbędne w sytuacji, gdy polska prawica przyjęła rolę podwykonawcy polityki amerykańskiej w Europie Środkowo-Wschodniej.

[1] Uchwała Sejmu RP z 9 listopada 2012 r. w związku z 70. rocznicą powstania Narodowych Sił Zbrojnych, http://www.sejm.gov.pl, dostęp 21.09.2017.

[2] Uchwała Sejmu w sprawie upamiętnienia 75. rocznicy powstania NSZ – treść i zdjęcia, portal Narodowe Siły Zbrojne, http://www.nsz.com.pl, dostęp 21.09.2017; Sejm uczcił Narodowe Siły Zbrojne. W uchwale znalazła się Brygada Świętokrzyska, która kolaborowała z III Rzeszą, http://www.wyborcza.pl, 15.09.2017.

[3] B’nai B’rith przeciwko honorowaniu żołnierzy NSZ, http://www.kresy.pl, 21.09.2017.

[4] Prezydent Duda: Żołnierze NSZ należeli do najwartościowszych bojowników o wyzwolenie, http://www.wiadomości.dziennik.pl, 16.09.2017.

[5] Jarosław Kaczyński: Narodowe Siły Zbrojne były organizacją o wielkiej sile z racji potęgi ducha, mocy wiary i miłości do ojczyzny, http://www.wpolityce.pl, 16.09.2017.

[6] Tamże.

[7] Nasz wywiad. Płużański: „Jeżeli ktoś podnosi rękę na żołnierza NSZ, to powinien odpowiadać karnie”, http://www.wpolityce.pl, 15.09.2017.

[8] L. Żebrowski, Legion niezłomnych, http://www.naszdziennik.pl, portal „Naszego Dziennika”, 19.09.2017.

[9] T. Szarota, Karuzela na placu Krasińskich. Studia i szkice z lat wojny i okupacji, Warszawa 2007, s. 187-189.

[10] Tamże, s. 191-192.

[11] Spod czerwonej gwiazdy. O podziemiu komunistycznym – z Piotrem Gontarczykiem, Mariuszem Krzysztofińskim i Januszem Marszalcem rozmawia Barbara Polak, „Biuletyn IPN” nr 3-4 (62-63), marzec-kwiecień 2006, s. 19.

[12] J. Ciechanowski, Powstanie Warszawskie. Zarys podłoża politycznego i dyplomatycznego, Warszawa 2009, s. 85.

[13] J. Sobkowski, Makabryczna tajemnica willi przy Jasnogórskiej, http://www.czestochowa.wyborcza.pl, 18.02.2016.

[14] W. J. Muszyński, J. Mysiakowska-Muszyńska (red.), Lista strat działaczy obozu narodowego w latach 1939-1945, Warszawa 2010, t. 1, s. 243.

[15] Ważna i ciekawa książka prof. Jana Żaryna o Brygadzie Świętokrzyskiej: „Taniec na linie, nad przepaścią”, http://www.wpolityce.pl, 22.11.2011.

[16] Z. Zaremba, Polska nie będzie się wstydzić swojego Podziemia, „Światło”, zeszyt 3-4, Paryż, kwiecień 1948.

[17] J. Rzepecki, Raport dla generała Bora-Komorowskiego (marzec 1944), cyt. za: P. Lipiński, Raport Rzepeckiego, Warszawa 2005.

[18] Armia Krajowa w dokumentach. Październik 1944-lipiec 1945, t. 5, Wrocław 1991, s. 183.

[19] Tamże, s. 131.

[20] R. Wnuk, Brygada Świętokrzyska. Zakłamana legenda, „Ale Historia” nr 4, 25.01.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 6 października 2017 r.

„Przegląd” nr 40 (926), 2-8.10.2017, s. 12-17

Skazani na klęskę

11 września zamieściłem na Facebooku następujący wpis: „Ćwierć wieku temu podawano w Polsce, że w latach 1940-1941 deportowano z Kresów Wschodnich na Syberię od 1 do 1,7 mln Polaków, z których 900 tys. miało tam zginąć. Po przebadaniu archiwów radzieckich okazało się jednak, że cztery deportacje z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941 objęły w sumie około 320 tys. obywateli II RP. W tej liczbie znajdowało się około 25 tys. Ukraińców, 20 tys. Białorusinów i 70 tys. Żydów, procentowo dotkniętych wywózkami w równym stopniu jak Polacy (pozostałe 200-210 tys.). Do czasu amnestii, ogłoszonej przez ZSRR latem 1941 roku w następstwie układu Sikorski-Majski, śmiertelność wśród zesłańców wynosiła od 2,8% do 5,8% rocznie. Ile osób zmarło po tej dacie – nie sposób określić, z pewnością jednak przeżyło znacznie więcej osób niż to wynikało z wcześniejszych przypuszczeń. Oznacza to, że jednak dwa razy więcej Polaków – bo 400 tys. – deportowano do niemieckich obozów koncentracyjnych, gdzie 250 tys. z nich zginęło (70 tys. w samym Auschwitz). Im jednakże nikt nie urządza marszu pamięci na wzór Marszu Pamięci Zesłańców Sybiru, który odbędzie się 17 września”.

Prof. Stanisław Jan Ciesielski (Uniwersytet Wrocławski) w artykule „Deportacje obywateli polskich w głąb Związku Radzieckiego w latach 1940-1941”, opublikowanym na stronie internetowej Muzeum Pamięci Sybiru w Białymstoku, podał nawet dane niższe niż ja w swoim wpisie na FB. Z artykułu prof. Ciesielskiego można się dowiedzieć, że deportacje objęły od 307,8 do 313,8 tys. obywateli II RP, w tym najwyżej 184,7 tys. Polaków. W lutym 1940 roku deportowano do obwodu archangielskiego, Komi i na Syberię 137,8 tys. osób (114,2 tys. Polaków, 12,3 tys. Ukraińców, 11,3 tys. Białorusinów), w kwietniu 1940 roku deportowano do Kazachstanu około 60 tys. osób (42 tys. Polaków, 8 tys. Białorusinów, ponad 7 tys. Ukraińców, 2,4 tys. Żydów), w czerwcu 1940 roku deportowano do Komi i Kraju Ałtajskiego 76-78 tys. osób (63,8-65,5 tys. Żydów, 8,3-8,5 tys. Polaków, 3,8-3,9 tys. osób innych narodowości), a w maju i czerwcu 1941 roku 34-38 tys. osób (m.in. 20 tys. Polaków i 11 tys. Ukraińców)[1].

Mój wpis na FB wywołał niesamowitą agresję ze strony – jak się domyślam – zwolenników PiS i tych, którzy stoją na prawo od nich. Dowiedziałem się m.in., że jestem „oficerem prowadzącym”, który celowo przed 17 września rozpowszechnia takie teksty, „postkomunistycznym typem”, a także, że głoszę „nieśmiertelną propagandę ruską” oraz „chwałę oręża armii radzieckiej” (sic!). To i tak nieźle w porównaniu z reakcją na moją krytykę byłego prezesa Polskiej Organizacji Turystycznej, który w ramach umacniania polskiej tożsamości narodowej odradzał zagranicznym dziennikarzom wizyty w Muzeum Auschwitz. Dowiedziałem się wówczas, że jestem „łajdakiem” i „kanalią”.

Dziwne to, ponieważ nawet jeden z prawicowych portali historycznych potwierdził przytoczone przeze mnie dane. Czytamy na nim, że szacunki podające od 1 do 1,7 mln deportowanych „obarczone były tym samym błędem. Powstawały na bazie cząstkowych danych, głównie relacji samych deportowanych, którzy nie mieli całościowego oglądu represji i wyolbrzymiali ich skalę (…). Protestujący przeciwko «nowym» (już ponad dwudziestoletnim) ustaleniom zdają się uważać, że redukcja liczby deportowanych pomniejsza i bagatelizuje ich tragedię. Takie myślenie trzeba stanowczo odrzucić. Licytacja na represjonowanych, zmarłych i zabitych do niczego nie prowadzi, a wykreślenie z prac historycznych nieistniejących ofiar w żaden sposób nie wymazuje z naszej pamięci gehenny setek tysięcy zesłańców. Prawda zaś nie może być antypolska”[2].

Niby proste, ale całkowicie niezrozumiałe dla atakujących mnie. Sądzę, że znajdują się oni pod wpływem przekazu medialnego, który jest inspirowany polityką historyczną IPN. Na stronie internetowej IPN czytamy bowiem, że „według szacunków władz RP na emigracji, w wyniku wywózek zorganizowanych w latach 1940–1941 do syberyjskich łagrów trafiło około milion osób cywilnych, choć w dokumentach sowieckich mówi się o 320 tys. wywiezionych”[3]. Jest to pokłosie stanowiska tragicznie zmarłego prezesa IPN Janusza Kurtyki, który stwierdził, że chociaż IPN-owski projekt „Indeks Represjonowanych” doprowadził do ustalenia liczby około 320 tys. obywateli II RP deportowanych z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941, to „nadal liczba ta jest podważana przez część historyków, piszących o 700 tysiącach – milionie deportowanych”[4]. Są to głównie historycy z IPN, jak np. Piotr Szubarczyk – autor książki „Czerwona apokalipsa”, albo skrajni antykomuniści, jak Roger Moorhouse – autor książki „Pakt diabłów”.

Jednak w wydanej przez IPN w 2009 roku publikacji „Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami” (353 strony), pod redakcją profesorów Wojciecha Materskiego i Tomasza Szaroty, stwierdzono, że liczba ofiar śmiertelnych pod okupacją radziecką w latach 1939-1941, a także w okresie 1944-1945 wyniosła około 150 tys. obywateli polskich (Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Ormian, Żydów i in.). Liczba ta obejmuje ofiary zbrodni katyńskiej z 1940 roku (21768 ofiar), masakr więziennych NKWD w 1941 roku (20-30 tys. ofiar), ofiary innych aktów terroru, więzień, obozów karnych i obozów pracy, a także zmarłych w wyniku deportacji do Kazachstanu i na Syberię[5]. Z tego szacunku ofiar śmiertelnych okupacji radzieckiej – podanego w publikacji IPN – wynika, że nie mogło zginać 900 tys. spośród 1-1,7 mln obywateli II RP, którzy mieli być deportowani w głąb ZSRR.

Kwestionujący liczbę 320 tys. deportowanych z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941 nie odpowiadają na podstawowe pytanie, jakie od razu się nasuwa: po co NKWD miałoby fałszować własną dokumentację wewnętrzną? Ujawnienie dokumentów NKWD dotyczących ilości deportowanych w głąb ZSRR obywateli II RP doprowadziło w środowisku wojującego antykomunizmu i rusofobii do poważnych dysonansów poznawczych, których nie powinno być wśród normalnych historyków.

Np. brytyjski historyk Halik Kochanski w książce „Orzeł niezłomny. Polska i Polacy podczas II wojny światowej” (Dom Wydawniczy „Rebis”, Poznań 2013) pisze, że „Najpowszechniej podawanymi liczbami było 220 tysięcy cywilów wywiezionych w lutym 1940 r., 320 tysięcy w kwietniu 1940 r., 240 tysięcy w czerwcu 1940 r. i 200-300 tysięcy w czerwcu 1941 r. Łączna liczba około miliona wywiezionych była przyjmowana przez wiele lat. Jednak ostatnie badania oparte na danych z radzieckich archiwów pozwoliły zakwestionować tę liczbę. Opracowanie z 1997 r. oparte na dokumentach samego NKWD mówi o 140 tysiącach wywiezionych w lutym 1940 r., 60 tysiącach w kwietniu 1940 r., 80 tysiącach w czerwcu 1940 r. i 40 tysiącach w czerwcu 1941 r. Razem daje to 320 tysięcy wywiezionych – i tak ogromną liczbę. Podobne dane podano w opracowaniu opublikowanym w roku 2000, którego autorzy określają liczbę wywiezionych na 309-327 tysięcy”[6].

Żeby jednak uniknąć linczu ze strony „polskich patriotów” Kochanski robi następujące zastrzeżenie: „Naukowcy wciąż badają radzieckie archiwa i po dokładniejszych badaniach demograficznych oraz analizie danych dotyczących późniejszych deportacji liczba wywiezionych ponownie jest weryfikowana wzwyż. Choć nie osiąga ona szacunku rządu polskiego na uchodźstwie, wydaje się obecnie prawdopodobne, że w latach 1940-1941 wywiezionych zostało przynajmniej 500 tysięcy obywateli polskich. W tej liczbie 52 procent stanowili Polacy, 30 procent Żydzi, a około 18 procent Ukraińcy i Białorusini. Wszyscy oni w tym rozdziale uznawani będą za Polaków”[7].

Ja w przeciwieństwie do Kochanskiego uważam jednak, że Żydzi, Ukraińcy i Białorusini to nie Polacy. Po przeczytaniu jego wywodu nasuwa mi się tylko jedno pytanie: to w końcu co wynika z dokumentacji NKWD – że deportowano 320 czy 500 tys.? Poza tym jeśli Polaków było 52 proc. wśród zawyżonej przez autora w stosunku do źródeł liczby 500 tys. deportowanych obywateli II RP, to liczba wywiezionych Polaków wynosi 260 tys. Tak czy owak nie milion albo więcej.

Liczba 320 tys. obywateli II RP deportowanych z Kresów Wschodnich w głąb ZSRR od lutego 1940 do czerwca 1941 roku w jakikolwiek sposób nie neguje zbrodniczego charakteru polityki stalinowskiej wobec Polaków. Tak samo jak obniżenie liczby ofiar KL Auschwitz z 4 mln do 1,1 mln, liczby ofiar KL Lublin (Majdanek) z 250 tys. do 79 tys., czy liczby ofiar ośrodka zagłady w Chełmnie nad Nerem z 380 tys. do 200 tys. w niczym nie neguje ludobójczego charakteru polityki hitlerowskiej wobec Żydów, Polaków i innych narodowości. Naukowa weryfikacja pierwotnych danych – które były ustalane bez dostępu do źródeł, pod wpływem szoku spowodowanego przeżyciami wojennymi i z jedynie ogólną świadomością ogromu ofiar – jest rzeczą zupełnie normalną. Zwłaszcza w naukach historycznych.

Nie jest jednak rzeczą normalną dla polskiej prawicy, która w takiej weryfikacji od razu widzi polityczny spisek i podstępną rękę rosyjskiej lub niemieckiej agentury. Do dzisiaj w tym środowisku funkcjonuje niewielka grupka osób, która oprawiła w ramki liczbę 4 mln ofiar KL Auschwitz, jej naukową weryfikację uznaje za spisek niemiecki i wytrwale poszukuje dowodów na potwierdzenie swoich racji. Niestety wciąż nie może ich znaleźć. Znacznie gorzej jest jednak z próbą naukowej weryfikacji liczby ofiar stalinizmu, która zawsze wywołuje natychmiastową reakcję rzesz ofiar polityki historycznej IPN i PiS. Jedynym źródłem, z którego te ofiary czerpią swoją wiedzę jest propagandowa papka medialna oraz publikacje w stylu „Czarnej księgi komunizmu”.

Ofiary lansowanej w Polsce polityki historycznej są żywym dowodem tego, że polityka ta ma na celu uformowanie ludzi całkowicie niezdolnych do najprostszego myślenia krytycznego, wierzących w propagandowe formułki, traktujących tę wiarę jak wyznanie religijne oraz popadających w coraz większy fanatyzm. Jednakże tacy ludzie zawsze poniosą klęskę polityczną. Nie mam również wątpliwości, że klęskę poniesie obóz polityczny, który z rzesz bezmyślnych fanatyków uczynił swoje zaplecze.

[1] S. Ciesielski, „Deportacje obywateli polskich w głąb Związku Radzieckiego w latach 1940-1941”, http://www.sybir.com.pl, strona Muzeum Pamięci Sybiru (oddział Muzeum Wojska) w Białymstoku, dostęp 12.09.2017.

[2] R. Sidorski, „Stalin wcale nie wywiózł na Sybir milionów Polaków. Jakie są prawdziwe liczby i dlaczego trzeba o nich mówić?”, http://www.ciekawostkihistoryczne.pl, 20.03.2017.

[3] „Na nieludzką ziemię – sowieckie deportacje Polaków na Sybir”, http://www.ipn.gov.pl, strona Instytutu Pamięci Narodowej, dostęp 12.09.2017.

[4] Cyt. za: P. Szubarczyk, „Ilu Polaków Sowieci wywieźli?”, http://www.naszdziennik.pl, strona „Naszego Dziennika”, 10.02.2010.

[5] W. Materski, T. Szarota (red.), „Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami”, Warszawa 2009.

[6] Cyt. za: „Wstrząsające warunki życia Polaków deportowanych na Syberię i do Kazachstanu”, http://www.nowahistoria.interia.pl, 10.02.2014.

[7] Tamże.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 września 2017 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2155/56), 24.09-1.10.2017, s. 16

Barbarzyństwo

„Wystarczyło kilka minut, by mauzoleum żołnierzy radzieckich w Trzciance (woj. wielkopolskie) zamieniło się w kupę gruzu. W piątek na plac Pocztowy wjechały koparki i, mimo sprzeciwu Rosjan, wyburzyły lokalny symbol komunizmu” – cieszy się portal tvn24.pl[1].

„Wydarzenie wzbudziło wielkie zainteresowanie wśród mieszkańców. Ludzie stawali, kręcili filmy, robili zdjęcia i komentowali (…). – Bardzo dobrze, cieszę się, że tego doczekałem. Ostatni bastion komunizmu padł na pysk – nie krył radości Józef Janowicz” – czytamy dalej na portalu tvn24.pl. Kto ów Józef Janowicz, nie wiadomo. Domyślam się, że miejscowy „patriota”, bo raczej nie intelektualista.

Mauzoleum w Trzciance – jedno z najokazalszych upamiętnień żołnierzy radzieckich w Polsce – było przez kilkadziesiąt lat uznawane za cmentarz wojenny. Przestało być jednak za takowe uważane, kiedy burmistrz Trzcianki Krzysztof Czarnecki (PiS) zlecił badania archeologiczne. Badania te – przeprowadzone w „ostatnich tygodniach”, jak czytamy w relacji portalu tvn24.pl – wykazały, że pod mauzoleum nie ma rzekomo żadnych zwłok. Wówczas wojewoda wielkopolski (także z PiS) wykreślił obiekt z ewidencji grobów i cmentarzy wojennych, zmieniając jego stan prawny na pomnik. Następnie burmistrz Czarnecki zlecił jego natychmiastową rozbiórkę na mocy ustawy dekomunizacyjnej. Wyniki badań archeologicznych kwestionuje ambasada rosyjska, która wydała oświadczenie protestujące przeciw działaniom samorządu Trzcianki jako sprzecznym z rosyjsko-polską umową międzyrządową z 1994 roku o grobach i miejscach pamięci ofiar wojen i represji.

„Według dokumentów posiadanych przez Ambasadę pod mauzoleum nadal znajdują się groby żołnierzy Armii Czerwonej, co nadaje jeszcze bardziej nieprawny i niemoralny charakter akcji jego zburzenia” – napisała w oświadczeniu ambasada Rosji. Samorząd Trzcianki stoi na stanowisku, że szczątki żołnierzy radzieckich „prawdopodobnie przeniesiono na cmentarz w 1953 roku”. Nie ma jednak żadnych dokumentów potwierdzających przeprowadzenie takiej ekshumacji i nie wiadomo gdzie na miejscowym cmentarzu mieliby być pochowani żołnierze radzieccy. „Sprawdzają to pracownicy Muzeum Ziemi Nadnoteckiej” – informuje portal tvn24.pl.

Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Trzciance zburzone 8 września 2017 roku

Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Trzciance zburzone 8 września 2017 roku

Obok artykułu o zburzeniu mauzoleum w Trzciance portal tvn24.pl zamieścił – zapewne nieprzypadkowo – artykuł pt. „Mąż sprzedał Zofię Sowietom za wódkę, ratowali ją polscy żołnierze. I za to zginęli od kul w tył głowy”[2]. Widziałem ten tekst już kilkanaście razy w ciągu ostatnich pięciu lat na różnych portalach. Opisuje on zresztą wydarzenie, które miało mieć miejsce dwa lata po wojnie, a nie podczas wyzwalania Polski. Ten i inne podobne mu teksty oraz pojawiające się ostatnio jak grzyby po deszczu książki o „sowieckich gwałtach i grabieżach” są częścią kampanii propagandowej mającej uzasadnić to, co czyni się w Polsce z upamiętnieniami walk Armii Czerwonej z Niemcami hitlerowskimi w latach 1944-1945[3].

Niestety, ani portal tvn24.pl, ani żadne z innych mediów polskich nie poinformowały jakie krzywdy wyrządzili żołnierze radzieccy Polakom w Trzciance. Ano takie, że dzięki tym żołnierzom radzieckim Trzcianka – która w wyniku pierwszego rozbioru Polski znalazła się pod zaborem pruskim – ponownie po 173 latach stała się Trzcianką. W 1945 roku nazywała się bowiem Schönlanke i była miasteczkiem w stu procentach niemieckim, leżącym na terenie niemieckiej Prowincji Grenzmark Posen-Wetspreußen. To „Sowieci” przywrócili ją Polsce i dzisiaj leży w województwie wielkopolskim.

Zastanawiam się jak nazwać to, co stało się w Trzciance i stanie się wkrótce w dziesiątkach innych polskich miejscowości. Przychodzi mi na myśl tylko jedno słowo: barbarzyństwo. Barbarzyństwo wobec historii, wobec uczuć narodu rosyjskiego oraz wobec obecnych i przyszłych pokoleń Polaków.

Nigdzie poza Polską, pomajdanową Ukrainą – odwołującą się do tradycji banderowskiej – oraz państwami bałtyckimi, w których rządzą szowiniści będący niejednokrotnie epigonami kolaborantów z III Rzeszą, nie burzy się pomników upamiętniających żołnierzy radzieckich poległych w walkach z Niemcami, czyli upamiętniających pokonanie Niemiec hitlerowskich w drugiej wojnie światowej.

W mojej pamięci głęboko utkwił obraz pieczołowicie utrzymanego mauzoleum i cmentarza żołnierzy radzieckich w miejscowościach Svidnik na Słowacji. Spoczywa na nim 9 tys. spośród co najmniej 27 tys. żołnierzy radzieckich poległych w czasie operacji dukielsko-preszowskiej (8 września-30 listopada 1944). Ogromny monument został wzniesiony w 1954 roku w stylu tamtego okresu. Są tam czerwone gwiazdy, są godła ZSRR, są potężne rzeźby żołnierzy radzieckich, są płaskorzeźby w stylu socrealizmu. Wszystko starannie utrzymane. Nikomu na Słowacji nie przyszłoby do głowy, żeby to zburzyć. Co roku odbywają się pod tym pomnikiem – noszącym oficjalną nazwę Pomnika Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim – uroczystości z udziałem władz słowackich, upamiętniające operację dukielsko-preszowską, od której zaczęło się wyzwolenie Czechosłowacji.

Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim w Svidniku na Słowacji

Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim w Svidniku na Słowacji

We wsi Kapišová, przy drodze ze Svidnika do Barwinka, jest też niezwykły pomnik, na którym zastygły w walce dwa czołgi: radziecki T-34 z czerwoną gwiazdą i niemiecki PzKpfw IV z czarnym krzyżem. W tej samej miejscowości – w tzw. „dolinie śmierci” – stoją dwa T-34 z czerwonymi gwiazdami, a pomiędzy nimi znajduje się samotna mogiła czerwonoarmisty. Pomniki, których elementami są radzieckie czołgi można spotkać przy całej trasie ze Svidnika do Barwinka, liczącej 20 km. We wsi Nižný Komárnik, po słowackiej stronie Przełęczy Dukielskiej, znajdują się też radzieckie działa przeciwlotnicze i samolot szturmowy Ił-2 z czerwonymi gwiazdami. Dobrze utrzymane są nie tylko pomniki upamiętniające udział wojsk radzieckich w operacji dukielsko-preszowskiej, czechosłowacki cmentarz wojenny i memoriał w miejscowości Vyšný Komárnik, ale także niemiecki cmentarz wojenny w miejscowości Hunkovce.

Pomnik we wsi Kapišova na Słowacji

Pomnik we wsi Kapišova na Słowacji

Cmentarz żołnierzy niemieckich w Hunkovcach na Słowacji

Cmentarz żołnierzy niemieckich w Hunkovcach na Słowacji

Tak samo jest w Czechach i na Węgrzech, mimo przecież też niełatwych doświadczeń historycznych tych krajów z ZSRR. Wszędzie tam pieczołowicie dba się o „sowieckie pomniki”, które „pozostały w spadku po komunizmie”, jak głosi popularna w Polsce formułka propagandowa.

W centrum Wiednia na Schwarzenbergplatz stoi Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej, odsłonięty 19 sierpnia 1945 roku. Upamiętnia on 41 tys. żołnierzy radzieckich, którzy zginęli w czasie operacji wiedeńskiej (16 marca-13 kwietnia 1945). Pomnik ten ma kształt wyniosłej, smukłej kolumny marmurowej o wysokości 20 metrów, na której stoi 12-metrowy posąg z brązu, przedstawiający wyprostowanego żołnierz radzieckiego w złotym hełmie i z pepeszą. W prawej ręce żołnierz trzyma sztandar bojowy Armii Czerwonej, a w lewej pokaźnych rozmiarów godło ZSRR. Na cokole umieszczono rozkaz bojowy Stalina po rosyjsku oraz napis po rosyjsku i niemiecku, który głosi: „Pomnik ku chwale żołnierzy Armii Radzieckiej, którzy wyzwolili Austrię od faszyzmu. Kwiecień 1945”. Pomnik jest otoczony kolumnadą z 26 kolumn o wysokości 8 metrów oraz inskrypcją na belkowaniu: „Wieczna chwała bohaterom Armii Czerwonej, którzy polegli w walce z niemieckim faszystowskim najeźdźcą o wolność narodów Europy”. Jest to najokazalsze upamiętnienie żołnierzy radzieckich w Europie poza Rosją.

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-posąg żołnierza z godłem ZSRR

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-posąg żołnierza z godłem ZSRR

W ostatnich latach Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu był kilkakrotnie dewastowany przez nieznanych sprawców – neonazistów, albo licznie mieszkających w stolicy Austrii Czeczeńców, albo przybyszów z pomajdanowej Ukrainy, a może i nawet „polskich patriotów”. Zawsze jednak spotykało się to ze zdecydowanym potępieniem władz austriackich. Po zakończeniu okupacji Austrii przez cztery mocarstwa sojusznicze w 1955 roku żaden rząd austriacki – nawet w okresie nasilania się „zimnej wojny” – nie uznał tego pomnika za symbol „sowieckiego zniewolenia” mimo, że Austriacy nie mają powodów, żeby dobrze wspominać okupację radziecką Wiednia, Dolnej Austrii i Burgenlandu z lat 1945-1955. Elity polityczne Austrii rozumieją bowiem, że pomnik ten upamiętnia zwycięstwo koalicji antyhitlerowskiej nad Niemcami i wyzwolenie Austrii spod nazizmu. Zwycięstwo, które było w znaczącej mierze zasługą ZSRR. Polityczna świadomość tego faktu ma dla władz austriackich większe znaczenie od pretensji związanych z powojenną okupacją, zasłużoną zresztą przez Austriaków.

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-cokół z treścią rozkazu Stalina w języku rosyjskim

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-cokół z treścią rozkazu Stalina w języku rosyjskim

Tak samo zresztą niemieckie elity polityczne traktują Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten. Na pomniku tym też widnieją złote godła ZSRR i Armii Czerwonej oraz napisy, których treść przyprawiłaby polską prawicę o atak szału. Czy pani kanclerz Merkel uważa ten pomnik za „symbol zniewolenia” i „niechlubny spadek po komunizmie”? A może czuje się przez ten pomnik zniewolona? Nie, pani kanclerz Merkel buduje z Rosją kolejne gazociągi. Pomniki upamiętniające wkład Armii Czerwonej w zwycięstwo nad III Rzeszą znajdują się też we Frankfurcie nad Odrą, Pradze, Brnie, Ostrawie, Bratysławie, Budapeszcie i Sofii. Wszędzie tam uważa się, że są to pomniki ku czci żołnierzy jednej z armii koalicji antyhitlerowskiej, a nie „pomniki ku chwale komunizmu”.

Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten

Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten

Również w Norwegii znajdują się pomniki upamiętniające wyzwolenie przez Armię Czerwoną prowincji Finnmark jesienią 1944 roku. Nie można powiedzieć, że są one symbolem jakiegoś zniewolenia, ponieważ Norwegia nie była po wojnie ani okupowana przez ZSRR, ani nie znalazła się w radzieckiej strefie wpływów. Są one wyrazem wdzięczności Norwegów za wyzwolenie spod okupacji niemieckiej. We wszystkich tych państwach rozumie się znaczenie zwycięstwa koalicji antyhitlerowskiej nad III Rzeszą i znaczenie wyzwolenia spod okupacji niemieckiej przez wojska radzieckie.

Nie mogą tego jednak zrozumieć decydenci polityczni w Polsce – kraju, który w przeciwieństwie do Austrii, Czech, Słowacji, Norwegii czy Węgier został skazany przez Niemcy hitlerowskie na zagładę. Nie potrafią albo nie chcą zrozumieć tego, że okupacja niemiecka oznaczała dla narodu polskiego zagładę biologiczną, a Polska Ludowa nie. Nie potrafią albo nie chcą oddzielić faktu wyzwolenia Polski spod okupacji niemieckiej przez wojska radzieckie od polityki Stalina wobec Polski, także tej z lat 1939-1941. Nie rozumieją, że głosząc tezę o rzekomym przegraniu przez Polskę drugiej wojny światowej wypisują Polskę z koalicji antyhitlerowskiej i zapisują ją do satelitów III Rzeszy. Nie rozumieją, że głosząc, iż Polska Ludowa była podobno „kolonią sowiecką” podważają prawnomiędzynarodowe podstawy istnienia dzisiejszej Polski. Nie rozumieją znaczenia, jakie dla Rosjan ma pamięć o ofiarach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, w tym poległych żołnierzach radzieckich i że raniąc tę pamięć wykopują rów nie do zasypania pomiędzy narodami polskim i rosyjskim. A może świadomie chcą ten rów wykopać?

Decydenci polityczni w Polsce zachowują się tak jakby Rosja już nie istniała albo miała zaraz przestać istnieć. Nie zastanawiają się jakie skutki przyniosą ich działania dla stosunków nie pomiędzy państwami, ale pomiędzy narodami polskim i rosyjskim. Nie obchodzi ich jak będą wyglądać relacje przyszłych pokoleń Polaków i Rosjan w sytuacji, gdy zostaje boleśnie ugodzone jedno z najwrażliwszych miejsc rosyjskiej pamięci narodowej.

Czasem mam wrażenie, że władze w Polsce sprawują jacyś ekstremiści albo troglodyci, którzy nie rozumieją nic z polskiej i światowej historii. Podejrzewam też w tym wszystkim rękę obcą. Traktowanie działań wojennych Armii Czerwonej w Europie w latach 1944-1945 jako „podboju” i „zniewolenia” to jest przecież narracja historyczna najbardziej skrajnych sił politycznych w Niemczech i na Ukrainie. Widzę tutaj zatem realizację celów niemieckiej i ukraińskiej polityki historycznej. Niemcom, podejmującym wielkie projekty gospodarcze z Rosją, pewnych rzeczy robić nie wypada i być może właśnie te rzeczy robią za nich polscy podwykonawcy polityczni. Nie są też dla nikogo tajemnicą zażyłe stosunki z nacjonalistami ukraińskimi, jakie utrzymują od ponad ćwierć wieku postsolidarnościowe siły polityczne, a jakie przed 1989 rokiem utrzymywała ówczesna opozycja polityczna w PRL. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że niemały wpływ na skrajnie antyrosyjską politykę Warszawy, w tym politykę historyczną, muszą mieć ukraińskie środowiska nacjonalistyczne w Polsce i za granicą.

Nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że takie działania jak te w Trzciance mają charakter prowokacji obliczonej na całkowite zniszczenie stosunków polsko-rosyjskich. Być może ci prowokatorzy liczą na to, że Rosja w odwecie zburzy polskie mauzoleum w Katyniu. Doprowadzenie do takiej sytuacji jest chyba ukrytym celem obozu politycznej rusofobii w Polsce. Bo jeżeli jedna prowokacja nakręca drugą, jeszcze bardziej radyklaną, to jaki inny można z tego wyciągnąć wniosek?

Polityka musi mieć jakiś cel. Tymczasem polityka prowadzona przez obecną władzę nie ma celu żadnego. Sprowadza się ona do systematycznego pogarszania stosunków z Rosją i Niemcami oraz groźnego prężenia amerykańskich muskułów. Najprawdopodobniej decydenci polityczni w Polsce nie biorą przy tym pod uwagę tego, że za napinanie muskułów amerykańskich trzeba będzie USA zapłacić niemałą cenę, ponieważ mocarstwo to niczego nie robi bezinteresownie. Największe korzyści polityczne z antyrosyjskiej obsesji Warszawy – oprócz USA – wyciąga pomajdanowa Ukraina. Status Polski jako kraju nieustannie skłóconego z Niemcami i Rosją i zarazem niewiele znaczącego na arenie międzynarodowej jest z punktu widzenia interesów politycznych Kijowa rozwiązaniem najbardziej optymalnym. Ciągłe prowokowanie Rosji w pewnym momencie przekroczy jednak masę krytyczną i doprowadzi do sytuacji, od której nie będzie odwrotu.

Prof. Andrzej Friszke w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej” stwierdził, że polityka historyczna PiS jest zupełnie niezrozumiała poza granicami Polski, a w kraju służy wykluczaniu różnych środowisk i tradycji. Natomiast rozpoczęta przez rząd PiS wojna propagandowa w sprawie reparacji wojennych od Niemiec, nie mieści się w kategorii polityki historycznej[4].

Dodam, że również „wojna pomnikowa” z Rosją nie mieści się w ramach jakiejkolwiek polityki historycznej. To są działania polityczne obliczone na konfrontację, która nie wiadomo czemu ma służyć i do czego zmierzać.

Polska obecna coraz bardziej przypomina Ugandę pod rządami Idi Amina Dada (1971-1979), który ogłosił się feldmarszałkiem i „zdobywcą Imperium Brytyjskiego” oraz doprowadził do konfliktu z niemal wszystkimi sąsiadami, że o Cesarstwie Środkowoafrykańskim (1976-1979) Jeana-Bedela Bokassy nie wspomnę.

[1] W kilka minut zburzyli radzieckie mauzoleum. „Ostatni bastion komunizmu padł na pysk”, http://www.tvn24.pl, 9.09.2017.

[2] „Mąż sprzedał Zofię Sowietom za wódkę, ratowali ja polscy żołnierze. I za to zginęli od kul w tył głowy”, http://www.tvn24.pl, 15.06.2017.

[3] Np. Stanisław M. Jankowski, „Dawaj czasy! Czyli wyzwolenie po sowiecku”, Dom Wydawniczy „Rebis”, Poznań 2017. W reklamie tej książki na portalu księgarni Empik czytamy m.in.: „Żołnierze AK przyjęli ich jak sojuszników – oni potraktowali ich jak wrogów: kulą w głowę lub uwięzieniem. Przez cywilów byli witani kwiatami i chlebem – tyle że oni chcieli zegarków, wódki oraz kobiet. Biada tym, którzy odmówili…”, http://www.empik.com, 11.04.2017.

[4] J. Nizinkiewicz, „Friszke: samobójcza polityka historyczna PiS”, http://www.rp.pl, portal dziennika „Rzeczpospolita”, 10.09.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 11 września 2017 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2155/56), 24.09-1.10.2017, s. 6-7