Dekomunizacja Wilhelma Szewczyka

Stara pożółkła książeczka. Zaledwie 70 stron. Tytuł: „Powstańczy apel”. Autor: Wilhelm Szewczyk. Leżała gdzieś głęboko w mojej bibliotece, nieco zakurzona. Zapewne bym jej nie odszukał, gdyby nie decyzja wojewody śląskiego o zmianie nazwy placu w pobliżu dworca kolejowego w Katowicach. Książeczkę wydano w 1981 roku, na 60. rocznicę trzeciego powstania śląskiego. Rocznica ta była obchodzona przez władze PRL, podobnie jak 60. rocznica odzyskania niepodległości w 1978 roku i 150. rocznica wybuchu powstania listopadowego w 1980 roku. Pamiętam to bardzo dobrze. Dzisiaj wmawia się młodzieży, że PRL była „sowiecką okupacją”, jednakże to państwo nawiązywało nie do sowieckiej, ale do polskiej tradycji historycznej i obchodziło także te rocznice, które nie miały związku z ruchem robotniczym. Przynajmniej w latach 70. i 80.

„Powstańczy apel” czytałem mając 13 lat i była to jedna z moich pierwszych lektur historycznych. Otwieram pierwszą stronę i czytam: „Patriotyzm to codzienna, często trudna i wyczerpująca praca, ale siłę takiemu codziennemu patriotyzmowi daje również przeświadczenie, iż przed nami byli inni, tak samo, albo i może bardziej ofiarni. Nie wszystkim stawiamy pomniki, wszystkich jednak obejmuje zbiorowa pamięć narodu, w którego życiorys na zawsze wpisało się pokolenie powstańców śląskich”.

35 lat temu nie mogłem przypuszczać, że upamiętnienie w przestrzeni publicznej autora tych słów zostanie uznane za propagowanie „komunizmu lub innego ustroju totalitarnego”. To właśnie na podstawie ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego – zwanej potocznie ustawą dekomunizacyjną – oraz po zasięgnięciu opinii IPN wojewoda śląski Jarosław Wieczorek wydał 13 grudnia 2017 roku zarządzenie zastępcze o zmianie nazwy placu Wilhelma Szewczyka w Katowicach na plac Marii i Lecha Kaczyńskich.

Decyzja wojewody budzi wątpliwość już tylko z tego powodu, że plac Szewczyka nie był reliktem komunizmu. W PRL był to plac Dworcowy i na plac Szewczyka przemianowały go władze solidarnościowe w 1991 roku, tuż po śmierci pisarza. Zmiana nazwy placu przez wojewodę śląskiego – dokonana zresztą bez konsultacji z mieszkańcami Katowic i miejscowym samorządem – wywołała niemałe poruszenie wśród lokalnej społeczności. 16 grudnia 2017 roku na byłym już placu Szewczyka odbył się protest przeciw przemianowaniu go na plac Kaczyńskich, w którym wzięło udział około 300 osób.

„Był pisarzem zaangażowanym, dziennikarzem działającym na rzecz miejsca i społeczności, w których mu przyszło żyć. I o to do niego największa pretensja właśnie – że działaczem też był, że należał. Można być pisarzem, który nie wystawia zza biurka nosa, ale można też jak Wilhelm Szewczyk, zaangażować całą swoją popularność, cały swój autorytet, żeby zrobić cokolwiek dla swojego Śląska, żeby zrobić cokolwiek dla swojego świata”, powiedział o Wilhelmie Szewczyku jeden z przemawiających – prof. Maciej Tramer z Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej Uniwersytetu Śląskiego.

Organizatorzy protestu skierowali do wojewody petycję o przywrócenie placu Szewczyka, w której napisali m.in.: „Wilhelm Szewczyk był nie tylko jednym z najważniejszych regionalnych pisarzy, ale też jednym z kluczowych śląskich intelektualistów. Jego olbrzymi dorobek literacki, publicystyczny, dziennikarski – a także wieloletnia, wytrwała praca na rzecz rozwoju lokalnej kultury – sprawiają, że nie sposób myśleć o Śląsku, pomijając Wilhelma Szewczyka (…). Historia Śląska nie jest jednoznaczna, nie jest czarno-biała, i taka jest też historia Wilhelma Szewczyka. To jednak nie usprawiedliwia dokonywania zmiany nazwy ważnego placu w centrum Katowic bez konsultacji z mieszkańcami i po nocy. Nie zgadzamy się na taki tryb procedowania, który importowany jest na grunt naszego regionu. Z ulicy Wiejskiej, z polskiego Sejmu i Senatu”.

Wpływ na decyzję wojewody śląskiego miała niewątpliwie opinia katowickiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Czytamy w niej, że Wilhelm Szewczyk (1916-1991) to „publicysta, pisarz, krytyk literacki, działacz partii komunistycznej w okresie PRL, członek wojewódzkich władz PZPR w Katowicach”. Dowiadujemy się dalej, że zadebiutował w 1935 roku na łamach czasopisma „Kuźnica”, związanego z ruchem narodowo-radykalnym. Zaś w 1945 roku „rozpoczął pracę w Wydziale Informacji i Propagandy Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach”.

Następnie dochodzimy do największej – w ocenie IPN – zbrodni Szewczyka: „początkowo związał się politycznie z prokomunistycznym Stronnictwem Demokratycznym. Z rekomendacji tego ugrupowania wszedł w skład Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach (formalnie reprezentował w niej Związek Zawodowy Literatów Polskich). W czerwcu 1947 r. wstąpił do komunistycznej PPR. W latach 1945-1950 Wilhelm Szewczyk był redaktorem naczelnym tygodnika »Odra«. W latach 1947-1951 sprawował także funkcję kierownika literackiego Teatru Śląskiego w Katowicach. 22 grudnia 1949 r. został wydalony (tymczasowo) z PZPR w ramach akcji czyszczenia partii z przedwojennej inteligencji i działaczy endeckich. W pierwszej połowie lat 50. Wilhelm Szewczyk był inwigilowany przez UB jako »reakcjonista«, »klerykał«, »nacjonalista« oraz »separatysta śląski«. W listopadzie 1956 r. zapadła ostateczna decyzja o zaniechaniu jego rozpracowania. Aparat bezpieczeństwa uznał bowiem, że był w pełni »lojalny wobec ustroju«.

Nie przeszkadzało to w pełnieniu przez niego w latach 1952-1956 funkcji dyrektora Studium Teatralnego w Katowicach. Współpracował też stale z pismem kulturalnym o socrealistycznym profilu – »Śląskiem Literackim«. Następnie był redaktorem naczelnym czasopisma »Przemiany« (1956-1957), należącego do nurtu popaździernikowej »odwilży«, a po jego likwidacji redaktorem działu kultury w organie KW PZPR w Katowicach – »Trybunie Robotniczej« (1957–1961). Wreszcie jako redaktor naczelny kierował dwutygodnikiem kulturalnym »Poglądy« (1962–1983), zajmującym proreżimowe stanowisko w kwestiach polityczno-kulturalnych.

Od 28 marca 1960 r. ponownie został działaczem PZPR. Od 5 marca 1971 r. był członkiem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, a w latach 1980–1981 członkiem Egzekutywy KW PZPR w Katowicach. Z ramienia PZPR zasiadał w sumie przez ponad dwadzieścia lat w Sejmie PRL (…)”[1].

Tyle. O twórczości literackiej Szewczyka i jego działalności kulturalnej ani słowa. Dziwnie brzmi stwierdzenie IPN, że aparat bezpieczeństwa zaprzestał inwigilacji pisarza w listopadzie 1956 roku, ponieważ był on jakoby już lojalny wobec ustroju. O Październiku 1956 roku w IPN nie słyszano?

W podobnym tonie jak opinia IPN jest sformułowana notka biograficzna Szewczyka w Wikipedii, co skłania do podejrzeń o jej autorstwo animatorów obecnej polityki historycznej.

Wyeksponowano w niej – oprócz wyżej zacytowanych informacji – dwie rzeczy. W pierwszej kolejności to, że na łamach ONR-owskiej „Kuźnicy” Szewczyk postulował „wyeliminowanie Żydów z życia kulturalnego i gospodarczego”, a literaturę i prasę żydowską uznał „za jedną z najgroźniejszych broni żydowskiego państwa eksterytorialnego”. Zacytowano też fragment wydanej w latach 60. książki Szewczyka pt. „Z teczki wspomnień PPR”, w której gloryfikował PRL i potępiał AK za „najohydniejsze zbrodnie” na działaczach komunistycznych. No i jeszcze taki smaczek, że będąc posłem interweniował u marszałka Sejmu, żeby wódkę w bufecie sejmowym sprzedawano nie tylko Bohdanowi Czeszce i Władysławowi Machejkowi, ale także innym posłom. A więc antysemita, komunista i amator alkoholu.

Życie Wilhelma Szewczyka jest niewątpliwie pogmatwane jak historia Górnego Śląska. Ale czy to jest powód, by z wyrwanych z kontekstu fragmentów tego życia robić przeciw niemu akt oskarżenia? Był synem górnika i powstańca śląskiego, prostego człowieka, który jednak interesował się książką i to zainteresowanie zaszczepił synowi. Mimo że pochodził z niezamożnej rodziny, ukończył gimnazjum w Rybniku. W gimnazjum był twórcą koła słowianofilów i pisał pierwsze utwory literackie. Debiutował w 1932 roku wierszem „Kochaj ziemię śląską”, opublikowanym w wychodzącym w Knurowie piśmie „Młodzież Śląska”.

Podczas drugiej wojny światowej – jak wielu Ślązaków – został przymusowo wcielony do Wehrmachtu. Walczył we Francji i na froncie wschodnim. Odmówił jednak przyjęcia Volkslisty i otwarcie krytykował hitleryzm. Osadzono go za to w 1942 roku w więzieniu w Katowicach, skąd zbiegł i ukrywał się do końca wojny w Generalnym Gubernatorstwie. Poszukujące Szewczyka gestapo zamiast niego aresztowało jego brata Jerzego, który został deportowany do KL Auschwitz.

Znający Szewczyka red. Kazimierz Zarzycki twierdzi, że powodem jego akcesji do Obozu Narodowo-Radykalnego nie był antysemityzm, ale rosnące zagrożenie niemieckie przed 1939 rokiem i chęć przeciwstawienia mu się na gruncie śląskim. Natomiast w 1945 roku Szewczyk miał stwierdzić, że „nie warto kopać się z koniem, ale trzeba tego konia po naszemu przerobić”. Taki był jego śląski realizm polityczny. Wstąpił do partii nie po to, żeby budować socjalizm, ale po to, by walczyć tam o sprawy polskie i śląskie, co zresztą z sukcesem robił po 1956 roku. Tego IPN nie chce przyjąć do wiadomości.

Ani z opinii IPN, ani z notki w Wikipedii nie dowiemy się, że Wilhelm Szewczyk był jedną z ważniejszych postaci w historii Górnego Śląska w XX wieku. Nie dowiemy się, że w swojej twórczości literackiej prezentował własny, niezależny punkt widzenia. Nie dowiemy się jak ważne miejsce w historii literatury polskiej zajmują i jakie treści zawierają takie utwory literackie Szewczyka jak „Ptaki ptakom”, „Hanys”, „Skarb Donnersmarcków”, „Czarne słońce”, „Kleszcze”, „Pogodne niebo”, „Od wiosny do jesieni”, „Gadzi raj”, „Moja tratwa najsilniejsza”, „Z kraju Lompy”, „Nanker. Dialogi wrocławskie z roku 1339 w trzech odsłonach”. Nie dowiemy się, że zbiór jego esejów „Śląski trud literacki” nie został dopuszczony do rozpowszechniania przez cenzurę PRL. Nie dowiemy się, że napisał 60 książek o Śląsku – powieści, opowiadań, dramatów i esejów – w których bronił polskości Śląska oraz pokazywał oblicze niemieckiego panowania na tej ziemi. Nie dowiemy się, że był autorem siedmiu tysięcy artykułów, w których nie zawsze kadził władzom PRL. Miał bowiem odwagę skrytykować pacyfikację kopalni „Wujek” oraz krótkowzroczny nacjonalizm w podejściu władz centralnych do Górnego Śląska.

Nie dowiemy się jaką rolę dla odbudowy polskiej kultury na Ziemiach Zachodnich odegrała redagowana przez Szewczyka „Odra”. Nie dowiemy się, że kierowane przez Szewczyka tytuły, takie jak „Odra”, „Poglądy” i „Przemiany” (śląski odpowiednik „Po prostu”) – kończyły swój żywot w sposób nagły, jako efekt ograniczeń ze strony władz partyjno-państwowych, mających zastrzeżenia do treści prezentowanych na łamach tych pism. Nie dowiemy się, że Szewczyk przez ponad ćwierć wieku był członkiem zespołu redakcyjnego zasłużonego dla polskiej kultury „Życia Literackiego”, że pomógł wielu ludziom – byłym powstańcom śląskim, AK-owcom, chadekom Korfantego i endekom – znaleźć w PRL pracę, że w zbiorze esejów „Syndrom Śląski” przywrócił pamięci genialnego rzeźbiarza Stanisława Szukalskiego. Nie dowiemy się, że był aktywnym działaczem Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich i Katowickiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego oraz członkiem Rady Programowej Biblioteki Piśmiennictwa Śląskiego.

Nie możemy się tego od IPN dowiedzieć, ponieważ z historii Polski wykreślana jest całkowicie PRL wraz z ludźmi ją tworzącymi, także tymi zasłużonymi dla podtrzymania w tym okresie i rozwoju narodowej kultury. Zamiast tego tworzy się czarną dziurę z zakłamującym wszystko szyldem „okupacja sowiecka”, ewentualnie „ustrój totalitarny”.

Po 1989 roku środowiska antykomunistyczne i ślązakowskie zarzucały Szewczykowi, że w powieści „Ptaki ptakom” (zekranizowanej w 1976 r.) miał stworzyć „fałszywy mit” obrony Wieży Spadochronowej w Katowicach przez polskich harcerzy we wrześniu 1939 roku. Ale nawet jeżeli tak, to jest to piękny mit, a historia narodu składa się także z takich mitów.

Wilhelm Szewczyk jest postacią, której z historii Górnego Śląska wykreślić się nie da. Obok wojewody Jerzego Ziętka, z którym ściśle współpracował, był w tamtym czasie najbardziej szanowaną osobą w regionie. Potrafił łatwo przełamać dystans pomiędzy sobą a czytelnikiem czy petentem. Dlatego wielu ludzi chętnie podejmowało z nim współpracę i traktowało jako swojego reprezentanta. Był „głosem Górnego Śląska”, który przemawiał w imieniu mieszkańców i miał ich autentyczne wsparcie. W jednym ze swoich artykułów z 1956 roku napisał: „Urodzony i żyjący tutaj – jestem z wami, przeciwko temu wszystkiemu, co czyniło i czyni jeszcze nasze życie biednym, słabym i bezbarwnym”.

Dzisiaj ponownie zaczęto recenzować życiorysy ludzi według ściśle określonych, dogmatycznych i oderwanych od kontekstu historycznego kryteriów politycznych. Jeden z przemawiających na proteście przeciwko przemianowaniu placu Szewczyka na plac Kaczyńskich powiedział, że jeżeli cokolwiek wymaga w Polsce dekomunizacji, to obecna partia rządząca. Trudno się z tym nie zgodzić.

[1] Cyt. za: M. Zawała, „To przez tę notatkę IPN Szewczyk stracił plac w Katowicach!”, http://www.silesion.pl, 14.12.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 stycznia 2018 r.

„Przegląd” nr 1 (939), 2-7.01.2018, s. 14-16

Reklamy

Bircza – Przebraże Podkarpacia

Przewodniczący Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wiatrowycz oświadczył 9 listopada 2017 roku, że na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie „pojawiła się tablica na cześć polskich żołnierzy, którzy zginęli w walkach z UPA. Wśród tych, którzy zginęli na terenach Polski (powojennej – uzup. BP) w walce z ukraińskimi powstańcami, najwięcej było przedstawicieli komunistycznej bezpieki. A więc od teraz w Polsce na szczeblu państwowym upamiętniani są czekiści wraz z tymi, którzy mają na rękach krew polskich patriotów”[1]

Uwaga Wiatrowycza dotyczyła obrońców Birczy. Nazwa tej miejscowości pojawiła się na jednej z dwóch tablic, jakie przed tegorocznym Świętem Niepodległości zawieszono na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Odsłonięcie tych tablic – zawierających nazwy dwudziestu wsi i miasteczek na Wołyniu, Lubelszczyźnie i w Małopolsce Wschodniej, które stawiły opór bojówkom OUN i UPA – było efektem wieloletnich starań rodzin ofiar UPA, organizacji kresowych i działaczy społecznych. Spośród miejscowości wymienionych na tablicach walki z UPA w okresie powojennym toczono tylko w Birczy. To jej obrońców Wiatrowycz nazwał „czekistami”. Nie wiemy czy z tego właśnie powodu wkrótce po oświadczeniu Wiatrowycza Bircza zniknęła z Grobu Nieznanego Żołnierza.

Można jednak przypuszczać, że tak. Państwowa polityka historyczna RP współgra bowiem z polityką historyczną Ukrainy na płaszczyźnie wojującego antykomunizmu. Żołnierze Wojska Polskiego, które walczyło na froncie wschodnim, a po wojnie m.in. w obronie ziem południowo-wschodnich przed UPA, zostali przecież wykluczeni przez znanego historyka obecnego obozu władzy z tradycji polskiego oręża. W świetle dogmatów tej polityki historycznej obrońcy Birczy – zarówno żołnierze, jak i funkcjonariusze MO – byli przedstawicielami „sowieckiej władzy okupacyjnej”, którzy na żadną pamięć nie zasługują.

Kim zatem naprawdę byli obrońcy Birczy?

Bircza to nieduża miejscowość położona na Pogórzu Przemyskim. Od 1464 do 1934 roku posiadała prawa miejskie. W okresie II RP wchodziła w skład powiatu dobromilskiego. 21 sierpnia 1945 roku – po przesunięciu granicy – znalazła się w powiecie przemyskim. 11 i 12 września 1939 roku 11. Dywizja Piechoty pod dowództwem płk. dypl. (później gen.) Bronisława Prugar-Ketlinga stoczyła pod Birczą krwawą bitwę z niemiecką 2. Dywizją Górską. Najbardziej dramatyczne chwile miejscowość ta przeżyła jednak dopiero po zakończeniu drugiej wojny światowej, kiedy stała się obiektem trzech ataków Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Obszar Pogórza Przemyskiego znalazł się wówczas w strefie działania 26. Odcinka Taktycznego UPA „Łemko”, którego dowódcą był Wasyl Mizerny „Ren”. W skład odcinka wchodziły dwa kurenie – „Rena” i „Rezuna” (Wasyla Andrusiaka), liczące po kilka sotni. Na początku 1946 roku przeprowadzono reorganizację odcinka. Kureń „Rezuna” – zdziesiątkowany podczas walk z Wojskiem Polskim – zastąpił kureń „Konyka”. Pod tym pseudonimem ukrywał się Mychajło Galo (1914-1946) – od 1935 roku członek Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. W 1943 roku wstąpił on w szeregi 14. Dywizji Waffen-SS „Galizien” (1. ukraińskiej), ale już w 1944 roku był w UPA. Początkowo jako komendant sotni szkolnej w szkole oficerskiej UPA „Oleni” w Karpatach, a od listopada 1945 roku zastępca dowódcy 26. Odcinka Taktycznego UPA „Łemko”.

Pierwszy atak UPA na Birczę miał miejsce 22 października 1945 roku. O godz. 22.30 do miejscowości próbował się wedrzeć około 30-osobowy oddział ubrany w polskie mundury. Wezwani przez żołnierzy do podania hasła upowcy otworzyli ogień i jednocześnie wystrzelili białe race, będące sygnałem do ataku na garnizon polski. Siły UPA składały się z sotni „Rena”, „Jara” i „Suchego” oraz innych nierozpoznanych jednostek z kurenia „Podkarpacie”, który wchodził w skład 22. Odcinka Taktycznego UPA „Czarny Las”. Ponadto wsparcia UPA udzieliły bojówki tzw. samoobrony ukraińskiej (SKW-Samoobronni Kuszczowy Widdiły), stanowiące zaplecze UPA, politycznie nadzorowane przez OUN-B.

Birczy broniły dwa bataliony z 28. pułku piechoty i jeden batalion zbiorczy z 17. Dywizji Piechoty. Jednocześnie z atakiem na Birczę sotnia „Hromenki” przy wsparciu bojówek SKW dokonała napadu na Kuźminę, oddaloną o około 10 km, by powstrzymać ewentualną odsiecz stacjonujących tam pododdziałów 30. pułku piechoty. Oba ataki zostały odparte. Straty polskie wyniosły 19 zabitych żołnierzy i kilkudziesięciu rannych. Zginęło też 11 osób cywilnych i spłonęła większość zabudowań Kuźminy.

Drugi atak na Birczę przeprowadziły prawdopodobnie sotnie „Burłaki” i „Bartla” w nocy z 29 na 30 listopada 1945 roku. Garnizon birczański tworzyły wówczas batalion zbiorczy z 17 DP, kompania MO i kompania Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Atak UPA – polegający na ostrzelaniu Birczy ogniem moździerzy i karabinów maszynowych – był pozorowany. W rzeczywistości upowcom chodziło o spalenie wsi w okolicy Birczy: Boguszówki, Huty Brzuski, Korzeńca, Łomnej, Rudawki i Starej Birczy. Cel ten został osiągnięty. Straty polskie w Birczy wyniosły kilku zabitych.

Trzeci, największy atak UPA na Birczę nastąpił w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 roku, czyli w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia obrządków wschodnich. Jego celem było zniszczenie garnizonu polskiego i spalenie miejscowości. Plan ataku opracował Mychajło Galo „Konyk”. On też stanął na czele sił atakujących, które zostały podzielone na dwie grupy: wschodnią (sotnie „Burłaki” i Łastiwki”) oraz zachodnią (sotnie „Jara” i „Orskiego” oraz oddział Służby Bezpeky OUN-B). Wedle danych UPA Birczy miało bronić 960 żołnierzy WP i 140 milicjantów, wspartych przez „dwie ciężarówki wojsk NKWD”. Na informacje te chętnie powołuje się dzisiaj Wołodymyr Wiatyrowycz mówiący o „czekistach”, których rzekomo upamiętniono na Grobie Nieznanego Żołnierza. W rzeczywistości liczebność batalionu 26. pułku piechoty była znacznie niższa. Wraz z funkcjonariuszami MO załogę Birczy mogło stanowić maksymalnie 400 osób. Natomiast siły UPA wynosiły 550-600 ludzi.

Trzeci atak na Birczę zakończył się pogromem oddziałów UPA, które zostały odparte oraz straciły kilkudziesięciu zabitych i rannych. Zginęli m.in. dowodzący atakiem Mychajło Galo „Konyk” oraz dowódca jednej z sotni – Dmytro Karwanśkyj „Orski”. Straty polskie były niewielkie i wyniosły jednego zabitego oraz czterech rannych. Jednakże podczas walk spłonęła część drewnianych zabudowań Birczy.

Żołnierze polscy broniący Birczy od października 1945 do stycznia 1946 roku pochodzili z pododdziałów 9. i 17. Dywizji Piechoty. Pierwsza z nich została sformowana jesienią 1944 roku jako część 2. Armii Wojska Polskiego. Składała się w większości z byłych żołnierzy AK, w tym pochodzących z Wołynia i mających za sobą walki z UPA w szeregach polskiej samoobrony i 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Również wielu funkcjonariuszy MO z garnizonu w Birczy miało za sobą służbę w AK i BCh. Niejednokrotnie wstępowali oni do milicji na polecenie powojennej konspiracji antykomunistycznej, by w ten sposób bronić ludności polskiej przed UPA.

O sukcesie obrony Birczy w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 roku zadecydował ogień kompanii moździerzy dowodzonej przez por. Witolda Grabarczyka. Pochodził on z Wołynia, gdzie był żołnierzem zgrupowania „Osnowa”, wchodzącego w skład 27. Wołyńskiej DP AK. Uczestniczył w walkach z UPA w obronie ludności polskiej. Podczas ciężkich walk toczonych przez 27. Wołyńską DP AK z Niemcami w 1944 roku znalazł się na terenie opanowanym przez wojska radzieckie i został wcielony do Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR. Skierowano go do trzymiesięcznej szkoły oficerskiej, a po jej ukończeniu, mimo młodego wieku (zaledwie 19 lat), został zastępcą dowódcy kompanii moździerzy. Podczas forsowania Nysy Łużyckiej przejął dowodzenie kompanią w miejsce ciężko rannego dowódcy.

Walczył następnie w operacji łużyckiej i operacji praskiej w szeregach 26. pułku piechoty z 9. Drezdeńskiej Dywizji Piechoty. Koniec wojny nie przyniósł wytchnienia żołnierzom tej dywizji, skrwawionej podczas ciężkich walk na Łużycach. Już bowiem w czerwcu 1945 roku skierowano ich do walki z UPA w południowo-wschodniej Polsce. Pododdziały dywizji rozmieszczono m.in. w Jarosławiu i Sanoku. W drugiej połowie grudnia 1945 roku 2. batalion 26. pułku piechoty otrzymał rozkaz wymarszu do Birczy, żeby zluzować załogę tamtejszego garnizonu. W ten sposób por. Witold Grabarczyk znalazł się w Birczy.

Wedle jego relacji batalion „nie miał jednak pełnego stanu osobowego i liczył tylko 222 ludzi. Kompania moździerzy dysponowała tylko trzema moździerzami, a kompania CKM-ów pięcioma sztukami ciężkich karabinów maszynowych. Atutem żołnierzy batalionu było natomiast duże doświadczenie bojowe. Wszyscy byli zahartowani w ciężkich walkach o Drezno, w stawianiu czoła o wiele silniejszemu przeciwnikowi”.

Batalion wyruszył z Jarosławia w grudniowy, mroźny poranek. „Nasza kolumna maszerowała w śnieżnej zadymce. Żołnierze szli zmarznięci, zgarbieni, zbici w grupki, biegli za wozami konnymi, by po kilku kilometrach takiego marszobiegu wyciągnąć wozy z zasp śnieżnych” – wspomina por. Grabarczyk. Dopiero po dwóch dniach batalion osiągnął Birczę i zluzował tamtejszy garnizon składający się z 460 elewów szkoły podoficerskiej. Wywołało to panikę miejscowej ludności, która była przekonana, że przybyły batalion z Jarosławia nie będzie w stanie obronić Birczy przed UPA. Dlatego większość cywilnych mieszkańców Birczy udała się do Przemyśla wraz z elewami szkoły podoficerskiej.

„Ich kolumna była bardzo długa. Składała się z wozów konnych, sanek i wózków, na których ludzie ciągnęli swoje toboły. Wszystko to opasane było mrowiem dzieci. W miasteczku zapanowała… cisza!” – relacjonuje por. Grabarczyk.

A jednak to nowy garnizon, o połowę szczuplejszy niż poprzedni, ale złożony z doświadczonych frontowych żołnierzy obronił Birczę przed UPA. Wkrótce zresztą przybyli do niej nowi mieszkańcy. Byli to uciekinierzy z pobliskich wiosek, szukający schronienia przed UPA.

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Z relacji por. Grabarczyka wyłania się dramatyzm sytuacji, z jaką musiał się zmierzyć dowódca batalionu, mjr Leon Lubecki: „Całe miasteczko opasane było systemem ziemnych fortyfikacji obronnych połączonych rowami ciągłymi. W sumie liczyły 3,5 km długości. Dowódca batalionu stanął przed bardzo trudnym zadaniem: jak zapewnić obronę miasteczka mając do dyspozycji tylko 50 % sił i środków w stosunku do swego poprzednika? Zmniejszenie pierścienia obrony nie wchodziło w grę. Birczyński system obrony był budowany przez okres sześciu miesięcy. Dowódca batalionu postanowił, nie naruszając dotychczasowego systemu, rozmieścić siły i środki na głównych kierunkach potencjalnego uderzenia ze strony UPA”.

Na jednej z odpraw mjr Lubecki powiedział: „Liczę na moździerzystów!”. Witold Grabarczyk skomentował to następująco: „Nikogo nie trzeba było zachęcać do wysiłku. Wszyscy przez skórę czuli, że wkrótce przyjdzie nam stoczyć zażartą walkę. Dla mnie, żołnierza 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, a także żołnierza 2. Armii WP, zahartowanego w bojach na przyczółku pod Dęblinem i Puławami, którego nie udało nam się utrzymać, i pod Górą Kalwarią, w walce pod Dreznem i Pragą, było to oczywiste. Wiedziałem, że mogę liczyć na swoich żołnierzy. Z nimi pod Dreznem w okrążeniu broniliśmy się przed Niemcami przez trzy dni, zanim nadeszła odsiecz. Wiedzieliśmy, że w razie ataku możemy liczyć tylko na siebie (…). Dowódca batalionu, mjr Leon Lubecki, co trzy, cztery dni robił odprawy, na których byli obecni wszyscy dowódcy kompanii. Był on przez wszystkich niezwykle szanowany. Należał bowiem do korpusu oficerów przedwrześniowych. Miał on dużą wiedzę wojskową i doświadczenie. Cechował go zawsze spokój, powaga i wysoka kultura osobista”.

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Tacy to właśnie „czekiści” bronili Birczy. Animatorzy polityki historycznej rządzącej prawicy, odmawiając tym żołnierzom przynależności do tradycji polskiego oręża, stają faktycznie po stronie UPA. Dyskwalifikują też swoją politykę historyczną, która w istocie nie jest antykomunistyczna, ale antypolska. Obronę Birczy można śmiało porównać do obrony Przebraża na Wołyniu. Bircza to po prostu Przebraże Podkarpacia. Ten symbol boli epigonów UPA i to jest nawet zrozumiałe, ale niezrozumiałe jest to, że boli on również zaczadzoną antykomunizmem polską prawicę. Czyżby dla niej też największą winą Birczy było to, że nie dała się wyrżnąć UPA?

„Przełożeni uznali, że moździerze w obronie Birczy odegrały zasadniczą rolę. Bez ich ognia Bircza mogłaby się nie obronić (…). Niskie straty po naszej stronie były wynikiem przede wszystkim faktu, że nasz batalion nie składał się z żołnierzy z poboru, ale z zahartowanych w ciężkich bojach żołnierzy. Nie bali się przeciwnika i nie wpadli w panikę, gdy ten był 50 m od nich” – podsumował bitwę o Birczę por. Witold Grabarczyk. Za obronę Birczy otrzymał on Krzyż Virtuti Militari. Karierę wojskową zakończył w 1954 roku, kiedy wyszło na jaw, że był w AK. Został wówczas zdegradowany, wydalony z wojska i skazany na pracę w kopalni węgla.

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Sukces obrony Birczy, obok wojskowego, miał również ogromne znaczenie polityczne. Tuż po wojnie toczyła się bowiem gra pomiędzy Stalinem a Chruszczowem, który dążył do tego, żeby granica pomiędzy Polską a Ukraińską SRR przebiegała na Sanie, tak jak po podziale Polski pomiędzy Niemcy a ZSRR w 1939 roku. Destabilizacja tzw. „Zakerzonia” przez UPA sprzyjała planom Chruszczowa i komunistów ukraińskich włączenia tych terenów do USRR. Zapobiegła temu m.in. klęska UPA pod Birczą.

Wykorzystane cytaty pochodzą z relacji por. Witolda Grabarczyka pt. Nie daliśmy UPA wziąć Birczy. Relacja z obrony Birczy atakowanej przez UPA w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 r., zamieszczonej w książce Marka A. Koprowskiego Akcja „Wisła”. Krwawa wojna z OUN-UPA, Zakrzewo 2016, s. 190-192, 194, 195, 203.

[1] „Prezes ukraińskiego IPN: nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza upamiętniają czekistów”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 grudnia 2017 r.

„Przegląd” nr 51 (937), 18-26.12.2017, s. 38-40

Dekomunizacja, czyli depolonizacja

W Katowicach w ramach tzw. dekomunizacji zniknął plac Wilhelma Szewczyka (przy dworcu kolejowym). Zamiast niego będzie plac Marii i Lecha Kaczyńskich. Decyzję taką podjął wojewoda śląski Jarosław Wieczorek (ur. 1981 r.), ignorując protest władz miejskich Katowic oraz 40 pracowników naukowych Uniwersytetu Śląskiego[1]. To jest kolejny dowód na to, że tzw. dekomunizacja jest depolonizacją – przede wszystkim Ziem Zachodnich, w tym Górnego Śląska.

Wilhelm Szewczyk (1916-1991) był jednym z najwybitniejszych pisarzy śląskich reprezentujących opcję polską. Prozaik, publicysta, krytyk literacki, poeta, tłumacz z języka niemieckiego, literaturoznawca w zakresie literatury niemieckiej i serbołużyckiej, redaktor naczelny czasopism „Odra”, „Poglądy” „Przemiany”, „Zaranie Śląskie” i „Życie Literackie”, kierownik literacki Teatru Śląskiego im. S. Wyspiańskiego w Katowicach oraz dyrektor Studium Teatralnego w Katowicach.

Przed drugą wojną światową jeden z czołowych działaczy Obozu Narodowo-Radykalnego w województwie śląskim, w czasie wojny zmuszony jak wielu Ślązaków do służby w Wehrmachcie (z którego zdezerterował), po wojnie w szeregach PPR i PZPR. Zresztą z PZPR i pracy w katowickiej rozgłośni Polskiego Radia został usunięty w 1949 roku w ramach czystek stalinowskich jako „osoba szkodliwa i niejednokrotnie wroga obecnej rzeczywistości”. Poddany też został wtedy inwigilacji przez organa bezpieczeństwa jako „reakcjonista”, „klerykał”, „nacjonalista” i „separatysta śląski”. Inwigilacji zaprzestano w listopadzie 1956 roku, co zdaniem katowickiego IPN dowodzi, że aparat bezpieczeństwa uznał, iż Szewczyk był „w pełni lojalny wobec ustroju”[2]. Przeraża to, że IPN nic nie wie, albo udaje, że nie wie o Październiku 1956 roku. To koniec stalinizmu w Polsce był faktyczną przyczyną zaprzestania inwigilacji pisarza, co SB uzasadniła zacytowaną przez IPN formułką.

Ponownie przyjęto Szewczyka do partii właśnie po przełomie październikowym 1956 roku. W latach 70., a więc w okresie „liberalizmu” gierkowskiego, wszedł w skład Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Był też posłem na Sejm PRL. Należał do bliskich współpracowników zasłużonego dla Górnego Śląska wojewody Jerzego Ziętka.

Niezależnie od wyborów politycznych zawsze stał jednak po stronie polskiego Śląska. Jako działacz Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich oraz Katowickiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego, członek Rady Programowej Biblioteki Piśmiennictwa Śląskiego i – przede wszystkim – jako literat. Dlatego postać i twórczość Wilhelma Szewczyka stała się po 1989 roku obiektem niesamowitej nagonki ze strony ślązakowców, czyli Ruchu Autonomii Śląska – zakamuflowanej opcji niemieckiej na Górnym Śląsku. Szczególnym obiektem ich agresji była i jest powieść Wilhelma Szewczyka „Ptaki ptakom” (zekranizowana w 1976 r.) – przedstawiająca dramat pierwszych dni agresji Niemiec hitlerowskich na Śląsku we wrześniu 1939 roku, w tym obronę Wieży Spadochronowej.

Negacja faktu obrony Wieży Spadochronowej przez polskich harcerzy jest jednym z kluczowych elementów polityki historycznej ślązakowców. Stąd ich brutalny atak na Wilhelma Szewczyka, którego przedstawiają jako komunistycznego propagandystę. W taką narrację wpisuje się notka biograficzna Wilhelma Szewczyka w Wikipedii. Cytowane są w niej fragmenty jego publikacji „Z teczki wspomnień PPR”, w której pochwalał socjalizm i krytykował AK, ale nie zacytowano fragmentów, ani nawet nie zasygnalizowano tematyki takich dzieł literackich Wilhelma Szewczyka jak „Ptaki ptakom”, „Hanys”, „Skarb Donnersmarcków”, „Czarne słońce”, „Kleszcze”, „Pogodne niebo”, „Od wiosny do jesieni”, „Gadzi raj”, „Moja tratwa najsilniejsza”, „Z kraju Lompy”, „Nanker – Dialogi wrocławskie z roku 1339 w trzech odsłonach”. W swojej twórczości literackiej prezentował własny, niezależny punkt widzenia. Jego zbiór esejów „Śląski trud literacki” nie został dopuszczony do rozpowszechniania przez cenzurę PRL.

W sumie napisał 60 książek o Śląsku – powieści, opowiadań, dramatów i esejów – w których bronił polskości Śląska, podkreślał związki Śląska z Polską oraz pokazywał oblicze niemieckiego panowania na Śląsku. Napisał też ponad siedem tysięcy artykułów, w których podejmował śląską problematykę regionalną. Nie zawsze zgodnie z linią władz partyjnych. Dlatego kierowane przez Szewczyka tytuły, takie jak „Odra”, „Poglądy” i „Przemiany” (śląski odpowiednik „Po prostu”) – kończyły swój żywot w sposób nagły, jako efekt ograniczeń ze strony władz partyjno-państwowych, mających zastrzeżenia do treści prezentowanych na łamach tych pism.

Dla mieszkańców Górnego Śląska uchodził za postać ważną z jednego zasadniczego powodu. Mimo że był osobą publiczną, nie tworzył dystansu pomiędzy sobą a czytelnikiem czy petentem. Potrafił szybko znaleźć wspólny język z mieszkańcami regionu. Z tego powodu wiele osób chętnie podejmowało z nim współpracę i traktowało jako swojego reprezentanta. Był „głosem Górnego Śląska”, który przemawiał w imieniu mieszkańców i miał ich autentyczne wsparcie. W jednym ze swoich artykułów z 1956 roku napisał: „Urodzony i żyjący tutaj – jestem z wami, przeciwko temu wszystkiemu, co czyniło i czyni jeszcze nasze życie biednym, słabym i bezbarwnym”[3]. Znał Śląsk jak mało kto w tamtych czasach, żył Śląskiem i żył dla Śląska.

Dzisiaj powieści, dramaty i eseje Wilhelma Szewczyka są utworami zapomnianymi i „niesłusznymi”, bo polskość Śląska jest kwestionowana. Głównie przez ślązakowców, czyli opcję niemiecką. Jednakże w ich narrację historyczną wpisały się oba skrzydła obozu solidarnościowego – obóz liberalny ze swoją ideologią „europejską” oraz obóz prawicowy z ideologią antykomunistyczną. Wojewoda z PiS może jest nawet o tym osobiście przekonany, że robi jakąś dekomunizację, lecz faktycznie nie dokonał on aktu „dekomunizacji”, ale depolonizacji Górnego Śląska, zgodnego z oczekiwaniami ślązakowców.

Wojewoda śląski nie jest tutaj bynajmniej wyjątkiem. Np. w Opolu tamtejszy wojewoda, po zasięgnięciu opinii IPN, „zdekomunizował” ulicę prof. Stanisława Kulczyńskiego (1895-1975)[4]. Wina tego wybitnego botanika polegała na tym, że w latach 1939-1941 nadal wykładał na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie (przemianowanym wtedy przez władze radzieckie na Uniwersytet Iwana Franki) i żeby uniknąć usunięcia z pracy stanął na czele Związku Zawodowego Pracowników Uniwersytetu, do którego przynależność była obowiązkowa. To, że był delegatem rządu londyńskiego na Obszar Lwowski, współpracownikiem Karoliny Lanckorońskiej i organizatorem tajnego nauczania w Krakowie, a po wojnie jednym z pionierów polskiej nauki na Ziemiach Odzyskanych – pierwszym rektorem Uniwersytetu Wrocławskiego i Politechniki Wrocławskiej, których odbudową kierował – nie miało żadnego znaczenia dla IPN i wojewody Adriana Czubaka z PiS.

Przykładów takich można podać znacznie więcej. Polska prawica powinna w końcu dokonać jasnego wyboru – albo antykomunizm, albo Polska. Trzeciej drogi nie ma.

[1] P. Jedlicki, „Plac Szewczyka zdekomunizowany przez wojewodę. To plac Lecha i Marii Kaczyńskich”, http://www.katowice.wyborcza.pl, 14.12.2017.

[2] J. Przybytek, „Plac Szewczyka w Katowicach zdekomunizowany. Teraz to plac Marii i Lecha Kaczyńskich. Wojewoda wydał zarządzenie”, http://www.dziennikzachodni.pl, 14.12.2017.

[3] M. Fic, „Wilhelm Szewczyk urodził się sto lat temu. Był legendą i głosem Śląska”, http://www.katowice.wyborcza.pl, 8.01.2016.

[4] A. Janowski, „Wojewoda Adrian Czubak: Trzy nazwy ulic w Opolu zostaną zmienione”, http://www.nto.pl, 13.12.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 grudnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 1-2 (2169/70), 1-7.01.2018, s. 9

Zabawy z historią

Patrzę na obraz Jerzego Oleksiaka – artysty malarza z Poznania – zatytułowany „Witold Pilecki oskarża…” z serii „Ludzie Cogito” i zastanawiam się, co o nim powiedzieć. To znaczy zastanawiam się jakich słów użyć, żeby nie były zbyt ostre i nie naraziły mnie na ewentualny proces sądowy z Twórcą. Wiem, że każdy artysta ma prawo do własnej wizji artystycznej, ale w tym wypadku mamy do czynienia raczej nie z wizją artystyczną, ale – delikatnie mówiąc – z przesadą.

Na jednej z „patriotycznych” stron internetowych obraz ten jest reklamowany następująco: „Na ławie oskarżonych zasiadają komunistyczni zbrodniarze, którzy nie doczekali się sprawiedliwego osądzenia tu, na ziemi: Władysław Gomułka, Wojciech Jaruzelski, Józef Różański, Bolesław Bierut, Edward Gierek, Piotr Śmietański, Czesław Kiszczak i Józef Cyrankiewicz. Oskarża Rotmistrz Witold Pilecki (…)”. Koniec cytatu.

Obraz Jerzego Oleksiaka „Witold Pilecki oskarża…” Źródło: www.niezwykle.com

Obraz Jerzego Oleksiaka „Witold Pilecki oskarża…” Źródło: http://www.niezwykle.com

Powiem szczerze, co czuję: po prostu ręce opadają. Trzeba nie mieć albo elementarnej wiedzy historycznej, albo wykazać się dość szczególnym sposobem wartościowania, żeby na jednej ławie oskarżonych umieścić obok siebie Edwarda Gierka i Piotra Śmietańskiego (kata wykonującego wyroki śmierci w więzieniu mokotowskim) oraz Władysława Gomułkę i Józefa Różańskiego (Gomułka spowodował osądzenie i skazanie Różańskiego za jego działalność w MBP) i podpisać to „komunistyczni zbrodniarze”.

Być może Twórca nie miał takiej intencji, ale w moim odczuciu obraz sugeruje laikowi, że na ławie oskarżonych zasiadają winni śmierci Pileckiego. Nie muszę chyba tłumaczyć, że jest to absurd. Ani Gierek, ani Gomułka, ani Jaruzelski i Kiszczak ze sprawą Pileckiego nie mieli nic wspólnego. Winny jego śmierci nie był również Józef Cyrankiewicz, a formułowane pod jego adresem przez niektórych prawicowych publicystów (Tadeusz Marek Płużański, Wiesław Jan Wysocki) oskarżenia nie są poparte jakimikolwiek dowodami. Pośredni związek ze śmiercią Pileckiego mogą mieć co najwyżej Bolesław Bierut, który nie skorzystał z prawa łaski, Józef Różański, który nadzorował śledztwo i Piotr Śmietański, który jako kat więzienny wykonał wyrok sądu. Sądu, w którym zasiadało dwóch oficerów AK (Czesław Łapiński i Jan Hryckowian) oraz jeden przedwojenny sędzia (Józef Badecki). To oni skazali Pileckiego na karę śmierci.

Jeszcze bardziej zdumiewającą manipulacją jest postawienie obok siebie i w takiej właśnie kolejności Gomułki, Jaruzelskiego, Różańskiego, Bieruta, Gierka, Kiszczaka i Cyrankiewicza (postaci politycznych) oraz więziennego kata Śmietańskiego i skwitowanie tego określeniem „komunistyczni zbrodniarze”. Poza Bierutem i Różańskim zbrodniczość pozostałych postaci politycznych, uwidocznionych na ławie oskarżonych, jest naciągana. Chciałbym się dowiedzieć od Twórcy, jakich konkretnie zbrodni dopuścił się np. Edward Gierek? Czy Twórca wie o tym, że Władysław Gomułka był ofiarą represji stalinowskich i o mały włos nie doszło do jego procesu pokazowego, który mógł mieć równie tragiczny finał jak proces jak Pileckiego?

Przypuszczam, że artysta malarz z Poznania nie wie również, że to prezydent Wojciech Jaruzelski oraz Aleksander Bentkowski – minister sprawiedliwości w rządzie Tadeusza Mazowieckiego – doprowadzili w 1990 roku do rehabilitacji Witolda Pileckiego przez Naczelną Prokuraturę Wojskową i Wojskowy Sąd Najwyższy. Oni w ten sposób symbolicznie zamknęli stalinizm i komunizm w Polsce, których praktyki (na razie propagandowe) restytuuje rządząca obecnie prawica.

Ten obraz jest albo wynikiem totalnej niewiedzy historycznej, albo – powiem jednak ostro – zwykłej nikczemności. Nikczemności charakteryzującej narrację historyczną rządzącej prawicy. Nie ma w tej narracji – nazywanej górnolotnie polityką historyczną – wielowątkowego spojrzenia na historię, ani próby wyważonej oceny faktów i postaci. Jest natomiast wyłącznie tworzenie czarno-białego obrazu propagandowego, fikcyjnego i prostackiego. W ten nurt doskonale wpisuje się obraz Jerzego Oleksiaka, który wiernie oddaje głupotę i nikczemność prawicowej polityki historycznej. Niezależnie od tego obraz ten stanowi profanację postaci Witolda Pileckiego. Nie wiem o czym myślał on tuż przed egzekucją, ale chyba nie przypuszczał, że „patrioci” zrobią z niego symbol takiej właśnie narracji, będącej w moim odbiorze profanacją polskiej historii.

Równie duże zdumienie i zakłopotanie wywołała u mnie książeczka Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby pt. „Rotmistrz Witold Pilecki” z serii „Polscy superbohaterowie”, przeznaczona dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Jest to typ literatury, którą w latach 40. XX wieku spopularyzował Michaił Zoszczenko. O ile jednak bajki Zoszczenki o Leninie były śmieszne i bawiły odbiorcę ukrytym podtekstem politycznym, to bajka Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby o Pileckim śmieszna nie jest, a jej przekaz polityczny jest prosty jak konstrukcja cepa.

Czego dziecko dowiaduje się z tej książeczki o Pileckim? Ano tego, że głównie walczył z Rosją, z dwuletnią przerwą w Auschwitz. Opowieść o Pileckim zaczyna się od powstania styczniowego: „Jest rok 1863, trwa Powstanie Styczniowe. Carski pułkownik i oddział kozaków zatrzymali się w majątku pradziadków Pileckich, Adama i Marii. Szukają polskich powstańców w okolicznych dworach, żeby ich ukarać za bunt przeciw rosyjskiej władzy (…). Deski w ścianie się rozsunęły i ukazało się tajne przejście do ukrytego pokoju. Wewnątrz na łóżku leżał ranny mężczyzna. Cicho jęczał. Siedząca obok niego kobieta, również cała w czerni, opatrywała mu ranę bandażami z prześcieradła podartego na pasy. Na podłodze leżał długi karabin z bagnetem. – Żołdacy wrócili – szepnęła kobieta z lampą”.

Kilka stron dalej dziecięcemu czytelnikowi ukazuje się koszmarna postać „carskiego generała Michaiła Murawjowa nazywanego Wieszatielem, okrutnego pogromcy powstańców styczniowych. Wielu z nich kazał powiesić i sam nadzorował wykonywanie wyroków. Prześladował Polaków i katolików”. Co miał z nim wspólnego Pilecki, który urodził się w 1901 roku? Ano podobno to, że Ludwika Pilecka miała kazać swoim dzieciom spluwać pod pomnikiem Murawjowa w Wilnie. Na pomnik generała-gubernatora wileńskiego pluły nie tylko dzieci pani Pileckiej, ale – jak się dowiadujemy od Autorki – także polskie koty (rosyjskie pewnie miauczały „Boże cara chrani”).

Życie małego Pileckiego nie było łatwe. Młody czytelnik dowiaduje się, że „w Ołońcu mówiono po rosyjsku. Witek i jego rodzeństwo rozmawiali z kolegami, sąsiadami, a nawet z nianią w języku zaborcy”. No tak, ale w Ołońcu zawsze mówiono po rosyjsku, bo to było i jest rosyjskie miasto położone w Karelii, w pobliżu Jeziora Ładoga. Pilecki się w nim urodził, ponieważ jego ojciec pracował tam jako leśnik. Nie był to zabór rosyjski.

Koszmarne były przeżycia młodego Pileckiego w szkole: „Rosyjscy nauczyciele Witka mówili, że Polacy powinni być wdzięczni zaborcom za »opiekę«, że polska kultura, literatura, nauka są niewiele warte”. Nic więc dziwnego, że Pilecki od najmłodszych lat walczył z Rosją. Najpierw pluł na pomnik Murawjowa, a jak miał siedemnaście lat marzył „o walce o wolną Polskę w polskim wojsku. Nagrodą miało być królestwo i ręka królewny”.

No, ale co tu myśleć o królestwie i ręce królewny jak „tymczasem w Rosji wybuchła rewolucja. Car abdykował. Do władzy doszli bolszewicy, gorsi od najciemniejszych mocy. Odebrali wujkowi Stanisławowi Hawryłków”. Cóż wtedy zrobił główny bohater? Osiemnastoletni Pilecki wskoczył na próg samochodu Józefa Piłsudskiego podczas jego uroczystego przejazdu ulicami Warszawy. Potem pod wodza wielkiego Marszałka rozgromił bolszewików, a nawet armię litewską na Wileńszczyźnie.

Właściwie czytającemu tę publikacje dziecku – nie mającemu szczegółowej wiedzy historycznej – trudno będzie zrozumieć dlaczego Pilecki nagle znalazł się w KL Auschwitz i dlaczego miał „zawiadomić świat o niemieckim ludobójstwie” oraz „przygotować plan uwolnienia więźniów”. Dowiaduje się natomiast, że Pileckiemu podobno objawiła się w obozie Matka Boska.

Cały czas mamy w tle Rosję. „Rosjanie zamierzają wywieźć rodzinę [Pileckiego – BP] na Syberię”, „tymczasem Polskę zajęły wojska komunistycznej Rosji”, „rządy w Warszawie objęli polscy komuniści uzależnieni od Rosjan”, „radzieccy komuniści zniszczyli dom Witolda Pileckiego”. Natomiast polscy komuniści aresztowali Pileckiego bynajmniej nie za działalność wywiadowczą, ale z nienawiści do Polski, a w „więzieniu był torturowany z większym okrucieństwem niż w niemieckim obozie śmierci. »Oświęcim to była igraszka« – powiedział. Chował ręce za siebie, żeby najbliżsi nie dostrzegli, że zerwano mu paznokcie”. Nic to, że najbardziej znany biograf Pileckiego – Adam Cyra – odniósł się do tych informacji sceptycznie. Legenda dobrze się sprzedaje.

Właściwie gdyby nie ta nieszczęsna powojenna działalność Pileckiego i jej tragiczny koniec, jego postać byłaby bezużyteczna dla animatorów obecnej polityki historycznej. Jego działalność konspiracyjna w KL Auschwitz – która obecnie pełni rolę dodatku do narracji antykomunistycznej i antyrosyjskiej – byłaby wtedy niezauważalna. A gdyby jeszcze ułożył sobie jakoś życie w powojennej rzeczywistości, jak np. Jan Mazurkiewicz „Radosław”, Jan Rzepecki i inni znani oficerowie AK, byłby po prostu „zdrajcą”.

Historia, która jest tłem życia Witolda Pileckiego stanowi materię zbyt trudną dla dziecka w wieku wczesnoszkolnym, do którego jest adresowana publikacja Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby. Publikacja ta ani nie przybliża dziecku meandrów tej historii, ani ich nie upraszcza, ale je karykaturalnie wypacza. Nie mam wątpliwości, że ta książeczka jest owocem polityki historycznej rządzącej prawicy. Nie wiem co przez taką politykę historyczną chce ona osiągnąć.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 grudnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 51-52 (2167/68), 17-24.12.2017, s. 18

Zagłada Zamojszczyzny

„Zawada pod Zamościem. 5 grudnia 1942 roku o trzeciej nad ranem Niemcy otoczyli wioskę. Trzask wyłamywanych drzwi i ujadanie psów, wrzask gestapowców. W kilka minut wszyscy musieli opuścić domy. Zebrano nas na placu przy kościele w Wielączy (nasz dom był bliżej kościoła), skąd podwodami (wozami konnymi) zawieziono nas do Zamościa. W obozie przejściowym, przeznaczonym dla tysiąca osób, było nas kilkanaście tysięcy. Nędzne, drewniane baraki bez podłóg, niektóre nawet bez prycz. Na zewnątrz trzaskający mróz, wewnątrz błoto po kolana. Straszliwy głód. Badania rasowe, selekcja, oddzielanie dzieci od rodziców. Ja mam śniadą cerę, uznano więc mnie za Cygana. Razem z trzyletnią, bardzo chorą siostrą Grażyną trafiłem do najgorszej grupy. Byli tam tylko dzieci i starcy. Te dzieci nie nadawały się do germanizacji, a starcy do pracy. Ich przeznaczeniem, wcześniej czy później, miała być śmierć” – tak po kilkudziesięciu latach wspominał początek akcji wysiedleńczej na Zamojszczyźnie 10-letni wówczas Zdzisław Wróbel[1].

28 listopada 2017 roku przypada 75. rocznica rozpoczęcia wysiedleń Polaków z Zamojszczyzny. Ten region Polski – na który składają się powiaty biłgorajski, hrubieszowski, tomaszowski i zamojski – znajdował się w II RP na pograniczu Polski centralnej (Lubelszczyzny) i Kresów Wschodnich (Wołynia). Zapoczątkowana w listopadzie 1942 roku przez niemiecki aparat okupacyjny eksterminacja Polaków na Zamojszczyźnie była kontynuowana w latach 1943-1944 przez Ukraińską Powstańczą Armię, która przybyła tam w pościgu za Polakami uciekającymi przed ludobójczą czystką na Wołyniu.

Generalny Plan Wschodni

Niemiecka akcja wysiedleńcza na Zamojszczyźnie – podczas okupacji wchodzącej w skład dystryktu lubelskiego w Generalnym Gubernatorstwie – została podjęta w ramach realizacji Generalnego Planu Wschodniego (Generalplan Ost, GPO). Był to plan osiedleńczy i germanizacyjny Europy Środkowej i Wschodniej opracowany w 1941 roku w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy pod kierownictwem Heinricha Himmlera. Jego podstawę stanowiła nazistowska koncepcja zdobycia „przestrzeni życiowej” na Wschodzie, rzekomo należącej się niemieckiej „rasie panów”.

Teren objęty planem miał się rozciągać na wschód od granic III Rzeszy z 1939 roku – tj. od linii Jeziora Ładoga na północy do Morza Czarnego na południu. W tym celu zamierzano wysiedlić i wyniszczyć większość zamieszkującej te tereny ludności słowiańskiej (około 51 mln), a na jej miejsce osiedlić Niemców z Rzeszy, państw satelickich i okupowanych przez Niemcy. GPO przewidywał także eksterminację 5-6 mln Żydów zamieszkujących Europę Środkowo-Wschodnią, w tym głównie okupowane ziemie polskie. Dalekosiężnym celem GPO było ustanowienie Nowego Ładu w Europie, na który miały się składać hegemonia III Rzeszy od Atlantyku po Ural oraz eksterminacja Żydów i większości Słowian.

W stosunku do Rosjan autorzy GPO zalecali biologiczne unicestwienie metodą wstrzymania przyrostu naturalnego. Polacy mieli być w większości (80-85 proc.) eksterminowani bądź wysiedleni do Syberii Zachodniej, z wyjątkiem 3 do 4,8 milionów, które zamierzano pozostawić w charakterze niewolniczej siły roboczej. Wysiedleniem lub wyniszczeniem zamierzano też objąć 50 proc. Czechów, 65 proc. Ukraińców i 75 proc. Białorusinów. Na terenach przeznaczonych pod kolonizację planowano osiedlić 4 miliony Niemców w ciągu pierwszych 10 lat, a w dalszych latach jeszcze 6 milionów.

GPO składał się z kilkunastu dużych i kilkudziesięciu mniejszych planów realizowanych równocześnie. Podzielono je na dwie fazy: tzw. Mały Plan – realizowany podczas wojny, oraz tzw. Duży Plan – który miał być realizowany przez 30 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej.

Mały Plan był w znacznej mierze kontynuacją prowadzonej od początku okupacji niemieckiej eksterminacji polskiej inteligencji oraz osób zaangażowanych w II RP w działalność społeczną i polityczną lub znanych z antyniemieckiego nastawienia. Natomiast realizację Dużego Planu postanowiono przyspieszyć i rozpocząć ją jeszcze podczas wojny. Decyzja ta zapadła w otoczeniu Himmlera w czerwcu 1942 roku.

Pierwszą fazą realizacji Dużego Planu miało być wysiedlenie 110000 Polaków z Zamojszczyzny oraz tzw. ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej w Generalnym Gubernatorstwie (Akcja Reinhardt). Wysiedlenia na Zamojszczyźnie stanowiły kontynuację wysiedleń Polaków podjętych jesienią 1939 roku na tzw. ziemiach wcielonych do Rzeszy, w wyniku których wysiedlono (wypędzono) z tych terenów do GG oraz w ramach przesiedleń wewnętrznych i rugów 838878 Polaków i Żydów, w tym 625631 z Kraju Warty.

Akcja wysiedleńcza

20 lipca 1941 roku przybył do Zamościa Heinrich Himmler i wydał polecenie utworzenia na Zamojszczyźnie Niemieckiego Okręgu Osiedleńczego. Sam Zamość miał być przemianowany na Himmlerstadt. Ponieważ jednak dostrzeżono niezręczność sytuacji, w której Hitler nie miałby „swojego” miasta, natomiast Himmler tak, ostatecznie nazwy nie zmieniono.

W listopadzie 1941 roku niemiecki aparat terroru przeprowadził na Zamojszczyźnie ograniczoną akcję wysiedleńczą, której celem było zbadanie reakcji społeczeństwa polskiego. Przy współudziale kolonistów niemieckich z miejscowości Brody Duże (gmina Szczebrzeszyn) wysiedlono wówczas 2098 Polaków z sześciu podzamojskich wsi. Początkowo przetrzymywano ich w koszarach w Zamościu, a następnie przewieziono do sześciu nadbużańskich wsi w gminie Dubienka. Na miejsce wysiedlonych Polaków sprowadzono Niemców z Besarabii. Właściwa akcja wysiedleńcza rozpoczęła się rok później.

12 listopada 1942 roku Himmler wydał rozporządzenie nr 17 C, które wyznaczało obszar powiatów biłgorajskiego, hrubieszowskiego, tomaszowskiego i zamojskiego jako tzw. „pierwszy obszar osadniczy” w Generalnym Gubernatorstwie. Realizację zadania powierzono dowódcy SS i policji w dystrykcie lubelskim, którym był SS-Obergruppenführer Odilo Globocnik (1904-1945). Akcja wysiedleńcza objęła od 100 do 110 tys. Polaków, w tym 30 tys. dzieci. Na ich miejsce zamierzano osiedlić 60 tys. Niemców.

Pierwsze wysiedlenia w ramach realizacji Dużego Planu GPO nastąpiły w nocy z 27 na 28 listopada 1942 roku w miejscowości Skierbieszów w powiecie zamojskim. Wysiedlanym Polakom zezwalano tylko na zabranie bagażu podręcznego do 30 kg. Już na samym początku brutalnie rozdzielano rodziny i odbierano matkom dzieci. Wysiedleńców umieszczono w obozach przejściowych w Zamościu i Zwierzyńcu. Tragiczne warunki panujące w obozie w Zamościu zapamiętała m.in. 10-letnia wówczas Adela Pypa: „Z braku miejsca ulokowano nas na środku baraku, gdzie było dużo błota. Zorientowałam się, że bardzo dużo osób umiera. Śmierć była zjawiskiem rozplanowanego dnia. Z rana ludzie dawali znać blokowemu, ile osób zmarło. Jedzenie było bardzo skromne i niewystarczające. Ciągle byliśmy głodni. Rano czarna kawa, jeden bochenek chleba z dodatkiem trocin. Na obiad zupa ze zgniłek brukwi oraz »specjalny dodatek« – wszy, które się utopiły. Na kolację czarna kawa”[2].

Stanisław Czarnecki – zatrudniony w tym obozie jako furman – stwierdził w swojej relacji, że codziennie wywożono z obozu „około 30 trupów dzieci, które były chowane na cmentarzu bez trumien. Gdy była zaś ciemna noc, bez względu na pogodę, wywoziliśmy dzieci same bez rodziców i bez starszych osób do pociągu, który stał koło rampy buraczanej”[3]. Dzieci te kierowano prawdopodobnie do ośrodków germanizacyjnych w Rzeszy.

Internowanych w obozach przejściowych podzielono na cztery kategorie: osoby przeznaczone do „ponownego zniemczenia”, kierowane do specjalnego obozu w Łodzi na dalsze badania rasowe, osoby uznane za zdolne do pracy przymusowej i kierowane w tym celu do Rzeszy lub na Wschód, osoby powyżej 60 lat niezdolne do pracy i odebrane rodzicom dzieci do 14 lat, które kierowano do tzw. wiosek rentowych w powiatach garwolińskim, mińskim, siedleckim i sokołowskim, wreszcie osoby przeznaczone do eksterminacji w KL Auschwitz i KL Lublin (Majdanek).

Do KL Auschwitz deportowano z Zamojszczyzny około 1300 Polaków, których zarejestrowano jako więźniów. Wedle relacji niektórych polskich więźniów KL Auschwitz, do obozu tego przybywały też transporty z wysiedleńcami z Zamojszczyzny, których nie rejestrowano jako więźniów, ale zabijano w komorach gazowych tak samo jak transporty żydowskie. Relacje te jednak nie znajdują potwierdzenia w innych źródłach.

Zofia Bratro – polska więźniarka polityczna nr 27182 – zapamiętała, że wśród przywiezionych do Auschwitz z Zamojszczyzny „było dużo kobiet starych, kaleki i dziewczęta. Były to kobiety wiejskie. Niektóre z nich po raz pierwszy jechały pociągiem, po raz pierwszy zetknęły się z esesmanami, z obozem koncentracyjnym. Nie mogły w żaden sposób zrozumieć tego, co ich spotkało, nie umiały się dostosować do życia obozowego. Żyły w kompletnej abnegacji. Całymi godzinami siedziały na kojach i rozpaczały, rozmawiając o kurach, gęsiach, krowach i pozostawionym gospodarstwie. Nie posiadały żadnej odporności, ani psychicznej, ani fizycznej. Ginęły jak muchy”[4].

Matki z dziećmi i nieletnich do 14 roku życia esesmani zabijali zastrzykami fenolu. Obóz przeżyło było tylko pięciu chłopców i 41 dziewczynek. Spośród wysiedleńców z Zamojszczyzny deportowanych do KL Auschwitz i zarejestrowanych jako więźniów zginęło 80 proc[5].

W gronie wysiedleńców z Zamojszczyzny osadzonych w obozie koncentracyjnym na Majdanku znajdował się m.in. 9-letni wówczas Władysław Obirek. Tak zapamiętał pobyt w obozie: „Zanim nas wprowadzili do środka obozu, odbyło się oddzielanie kobiet od mężczyzn. Jęk, lament. Niemcy szczuli nas psami. (…) Cała nasza rodzina musiała się zmieścić na jednej pryczy. Ludzie leżeli też na ziemi. Wszędzie wszy, pluskwy. Kubeł na nieczystości zapełnił się w 20 minut. Potem jego zawartość się wylała”. Rodzina Obirków miała jednak szczęście, ponieważ została zwolniona z obozu 10 sierpnia 1943 roku w wyniku akcji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Zwolniono wtedy z Majdanka 85 rodzin wysiedleńców z Zamojszczyzny. „Moja mama ważyła tylko 25 kilogramów, ja miałem tyfus” – wspomina Władysław Obirek[6].

Do marca 1943 roku wysiedlono około 51000 Polaków. Na ich miejsce przybyło 9000 kolonistów niemieckich z Besarabii i Ukrainy oraz dalszych 4000 do końca 1943 roku. Wśród kolonistów tych byli m.in. rodzice późniejszego prezydenta Niemiec Horsta Köhlera, który urodził się w Skierbieszowie 22 lutego 1943 roku. Na miejsce 15000 Polaków wysiedlonych z 63 wsi powiatu hrubieszowskiego przesiedlono też około 7000 Ukraińców z powiatu zamojskiego w ramach realizowanej od połowy stycznia do marca 1943 roku tzw. Ukraineraktion. Celem tej akcji miało być stworzenie „pasa ochronnego” z ludności ukraińskiej, który osłaniałby kolonie niemieckie przed atakami polskiej partyzantki. Wedle hitlerowców Ukraińcy świetnie nadawali się do tej roli ze względu na ich wrogość do Polaków. W dalszych niemieckich planach także pobyt Ukraińców na Zamojszczyźnie miał być czasowy.

Na ratunek wysiedleńcom z Zamojszczyzny w miarę możliwości spontanicznie pospieszyło społeczeństwo polskie z tych regionów okupowanego kraju, do których kierowano wysiedlanych. Próbowano ratować przede wszystkim dzieci, których los był najtragiczniejszy. Zdzisław Wróbel opisał to następująco: „Kiedy 1 lutego pociąg wjechał na stację w Siedlcach, na peronie ułożono ponad 20 ciał. Zapamiętałem ten ogromny tłum. Ludzie dowiedzieli się, że przyjedzie pociąg z »dziećmi z Zamojszczyzny« i przyszli nas ratować… Było wiele pielęgniarek, lekarzy, kolejarzy i cywilów. Panował nieopisany bałagan. Ktoś poczęstował mnie zupą. Nigdy wcześniej i nigdy później zwykła zupa tak wspaniale mi nie smakowała. Tamtego dnia po raz ostatni widziałem Grażynkę żywą, prosto z dworca trafiła do szpitala. Mnie wraz z innymi umieszczono w gmachu RGO (Rady Głównej Opiekuńczej), skąd po kilku dniach zabrała mnie jakaś kobieta. Była to dość tęga pani o miłym, ciepłym uśmiechu. Wyciągnęła do mnie rękę i zapytała, czy nie zechciałbym z nią pójść. Chciałem. Nie miałem wyboru. Mąż tej kobiety był zdunem, w domu było kilkoro dzieci”[7].

Dzieci z transportów kierowanych do Rzeszy były wykupywane z rąk konwojentów niemieckich m.in. przez mieszkańców Warszawy. Warszawiacy zorganizowali też akcję dożywiania transportów dzieci z Zamojszczyzny.

Powstanie zamojskie

Wysiedlenia Polaków zostały przerwane w marcu 1943 roku na skutek spontanicznego i zorganizowanego oporu stawianego przez miejscową ludność oraz partyzantkę BCh, wspartą później przez GL i AK. Już w połowie grudnia 1942 roku na Zamojszczyznę przybył komendant główny BCh Franciszek Kamiński. Po naradzie z miejscowym kierownictwem BCh wydał rozkaz koncentracji sił partyzanckich BCh w Puszczy Solskiej i rozpoczęcie kontrataku. Akcję przeciwdziałania wysiedleniom ze strony polskiej partyzantki Niemcy nazwali „powstaniem zamojskim”. Rozpoczęło się ono 30 grudnia 1942 roku starciem pod Wojdą w powiecie zamojskim pomiędzy niemieckim batalionem do zadań specjalnych oraz odziałem BCh ppor. Jerzego Mara-Meÿera, wspartym przez oddział partyzantów radzieckich Wasyla Wołodina. Było to pierwsze w historii drugiej wojny światowej starcie partyzanckie o charakterze bitwy.

Największa bitwa powstania zamojskiego została stoczona 1 lutego 1943 roku pod Zaborecznem w powiecie tomaszowskim. Około 250 partyzantów BCh pod dowództwem kpt. Franciszka Bartłomowicza rozgromiło w zasadzce I Zmechanizowany Batalion Żandarmerii, liczący około 600 ludzi. Straty niemieckie wyniosły ponad 100 zabitych i nieznaną liczbę rannych przy stratach polskich wynoszących jednego zabitego i dwóch rannych. To po tej klęsce dowódca rozbitego batalionu niemieckiego – mjr Ernst Schwieger – użył jako pierwszy określenia „powstanie” wobec polskiego oporu na Zamojszczyźnie. Klęska Niemców pod Zaborecznem spowodowała wstrzymanie akcji wysiedleńczej na okres czterech miesięcy.

„Powstanie zamojskie” było dziełem głównie Batalionów Chłopskich – dzisiaj marginalizowanych przez państwową politykę historyczną. Nasuwa się w tym miejscu pytanie, dlaczego w obronie Zamojszczyzny nie wzięły udziału tak obecnie gloryfikowane Narodowe Siły Zbrojne – które pewien publicysta uważa za podobno drugą co do wielkości i najlepiej zorganizowaną formację zbrojną polskiego podziemia.

Celem stłumienia polskiego oporu od 23 czerwca do 15 sierpnia 1943 roku Niemcy przeprowadzili operację „Wehrwolf” (Wilkołak), do której zaangażowano duże siły policji, żandarmerii, SS, 10000 żołnierzy Wehrmachtu oraz ukraińską policję pomocniczą. Ta ostatnia była formacją kolaboracyjną złożoną z Ukraińców, przeważnie nacjonalistów, działającą na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Została powołana na mocy zarządzenia generalnego gubernatora Hansa Franka z 17 grudnia 1939 roku. Funkcjonariusze ukraińskiej policji pomocniczej brali aktywny udział m.in. w aresztowaniach polskiej inteligencji w Stanisławowie w 1941 roku oraz w mordach na ludności żydowskiej, w tym w likwidacji gett żydowskich. Pełnili także służbę w KL Lublin (Majdanek). Byli umundurowani w mundury SS, a na czapkach nosili okrągły znak z żółtym tryzubem na niebieskim tle.

W rezultacie operacji „Wehrwolf” wysiedlono ze 171 wsi ponad 60000 Polaków, których umieszczono w obozach przejściowych w Zamościu, Zwierzyńcu i Budzyniu. Większość z nich trafiła na roboty przymusowe do Rzeszy, a pozostali do KL Lublin (Majdanek), gdzie zginęło około 1000 osób. Podczas operacji „Wehrwolf” różne formacje niemieckie wspierane przez ukraińską policję pomocniczą przeprowadziły pacyfikacje i egzekucje w około 100 miejscowościach. Blisko 8000 aresztowanych wówczas Polaków zamordowano w Rotundzie Zamojskiej – specjalnym więzieniu gestapo.

Jeszcze przed rozpoczęciem operacji „Wehrwolf” doszło 1 czerwca 1943 roku do zagłady wsi Sochy w gminie Zwierzyniec (powiat zamojski). Zbrodni tej dokonali żołnierze Wehrmachtu przy współudziale lotnictwa niemieckiego. Ogółem zamordowanych zostało około 200 osób (po ekshumacji zidentyfikowano 88 mężczyzn, 45 dzieci i 52 kobiety). Ocalał tylko jeden dom. Reszta została spalona i zburzona. Sochy są zaliczane obok Michniowa na Kielecczyźnie, czeskich Lidic i francuskiego Oradour-sur-Glane do największych symboli niemieckiego barbarzyństwa podczas drugiej wojny światowej.

Wszystko jednak poszło nie pomyśli Himmlera i Globocnika. Opór polskiego podziemia był silniejszy niż się spodziewali. Dlatego ostatecznie zdecydowali się zawiesić akcję wysiedleńczą do końca wojny.

Ofensywa UPA

W drugiej połowie 1943 i pierwszej połowie 1944 roku Zamojszczyzna stała się ponadto obiektem zbrodniczej akcji Ukraińskiej Powstańczej Armii. W wyniku ofensywy UPA ludność polska (resztki pozostałe po wysiedleniach oraz uciekinierzy z Wołynia) została doszczętnie wyniszczona w części powiatów biłgorajskiego, hrubieszowskiego i tomaszowskiego. Działania UPA charakteryzowały bestialskie i zwyrodniałe metody, znane już z akcji ludobójczej na Wołyniu. Polska partyzantka rozpoczęła – tak samo jak rok wcześniej przed Niemcami – akcję samoobrony. To właśnie w ramach tej samoobrony doszło m.in. do polskiego ataku na bazę UPA i policji ukraińskiej w Sahryniu (powiat hrubieszowski) 10 marca 1944 roku. UPA dokończyła na Zamojszczyźnie dzieła zniszczenia rozpoczętego przez Niemców.

Ukraińska historiografia przedstawia ofensywę UPA na Zamojszczyźnie jako odwet za działania podjęte przez polską samoobronę i partyzantkę przeciw Ukraińcom, których Niemcy osiedlili na Zamojszczyźnie w ramach Ukraineraktion. Ponadto nacjonalistyczni historycy ukraińscy uważają, że ludobójstwo dokonane na Polakach na Wołyniu w 1943 roku miało być sprowokowane przez domniemane polskie ataki na osadników ukraińskich na Chełmszczyźnie (1942 r.) i Zamojszczyźnie (1943 r.). Historiografia polska wykazała absurdalność tej teorii w wypadku Chełmszczyzny, gdzie większość spośród około 400 ofiar ukraińskich zginęła z rąk niemieckich, a nie polskich.

W wypadku Zamojszczyzny polska akcja przeciw osadnikom ukraińskim rozpoczęła się później (maj 1943 r.) niż banderowskie ludobójstwo na Wołyniu (luty 1943 roku). Trudno więc uważać ją za przyczynę tego ludobójstwa. Głoszący takie tezy historycy i publicyści ukraińscy nie potrafią zauważyć, że ofiarami ludobójstwa – tak na Wołyniu jak i Zamojszczyźnie – stali się Polacy, a nie Ukraińcy.

Ofensywa UPA na Zamojszczyźnie pod koniec 1943 i w pierwszej połowie 1944 roku stanowiła kontynuację ludobójczej czystki etnicznej na Wołyniu i miała na celu w pierwszej kolejności wymordowanie tych Polaków, którzy uciekli tam z Wołynia, a w dalszej kolejności opanowanie Zamojszczyzny uważanej przez nacjonalistów ukraińskich za ziemię czysto ukraińską.

Bilans

Ogółem podczas dwóch akcji wysiedleńczych wysiedlono z Zamojszczyzny około 110000 Polaków z 297 wsi. 4454 dzieci wywieziono do Niemiec celem germanizacji. Ze względu na akcje zbrojne polskiej partyzantki i załamanie się frontu wschodniego hitlerowcy podjęli w połowie lipca 1943 roku decyzję o zawieszeniu akcji wysiedleńczej. Do końca okupacji już jej nie wznowili.

Kres eksterminacji Polaków na Zamojszczyźnie położyło wkroczenie na te tereny latem 1944 roku Armii Czerwonej i Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR. Dzisiaj nie nazywane już przez oficjalną politykę historyczną wyzwoleniem. Polacy, którzy przeżyli na Zamojszczyźnie tragiczne lata 1942-1944, nie mieli jednak wówczas wątpliwości, że było to wyzwolenie.

[1] „Nam nie wolno zapomnieć”, Szczecinek 2004, s. 107.

[2] „Nam nie wolno zapomnieć”…, s. 110.

[3] A. Jarczyńska, „Gehenna polskich dzieci”, „Historia Do Rzeczy” nr 2 (24)/2015.

[4] H. Kubica, „W piekle Auschwitz. Komory gazowe, zastrzyki fenolu i sadyzm strażników. Oto relacje deportowanych z Zamojszczyzny, którzy trafili do Auschwitz”, „Historia Do Rzeczy” nr 2 (24)/2015.

[5] H. Kubica, „Zagłada w KL Auschwitz Polaków wysiedlonych z Zamojszczyzny w latach 1942-1943, Oświęcim-Warszawa 2004, s. 7-32.

[6] M. Szlachetka, „Wspomnienia z piekła. Władysław Obirek opowiada o obozie na Majdanku”, http://www.kurierlubelski.pl, 22.07.2014.

[7] „Nam nie wolno zapomnieć”…, s. 108.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 listopada 2017 r.

„Przegląd” nr 48 (934), 27.11-3.12.2017, s. 38-41

Stado prowadzone na rzeź

60 tys. młodych ludzi zostało 11 listopada wyprowadzonych na ulice Warszawy pod hasłem „My chcemy Boga”. Co to hasło konkretnie miało znaczyć, nie wiadomo, bo religia w Polsce nie jest prześladowana i nie była prześladowana już nawet w tym okresie PRL, który ja pamiętam. Jeszcze trudniej zrozumieć hasło „My chcemy Boga” w kontekście haseł i symboli towarzyszących tegorocznemu Marszowi Niepodległości. Chodzi mi o hasała „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” oraz „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”.

Komunizm jest ideologią martwą mniej więcej od 1975 roku, kiedy zachodnioeuropejskie partie komunistyczne odrzuciły marksizm-leninizm, a dekadę później odrzuciła go także partia komunistyczna w ZSRR i większość jej partii „sojuszniczych” w tzw. bloku wschodnim. Komuniści chińscy natomiast odrzucili maoizm (tamtejszy komunizm) w 1978 roku, kiedy Deng Xiaoping wkroczył na drogę „socjalistycznej gospodarki rynkowej”. A więc przynajmniej od przełomu lat 70. i 80. XX wieku jest to ideologia martwa. Ostatnim polskim komunistą był Kazimierz Mijal, który za założenie w 1965 roku nielegalnej Komunistycznej Partii Polski został najpierw uwięziony przez Władysława Gomułkę, a w 1966 roku wygnany do Albanii. Jeśli zatem ktoś w 2017 roku odwołuje się do radykalnego antykomunizmu rodem z „zimnej wojny”, definiując tak swoją tożsamość polityczną, to znaczy, że w ten sposób kamufluje coś zupełnie innego, czego otwarcie nie chce z różnych względów ujawniać.

Co w takim razie jest kamuflowane pod płaszczykiem radykalnego antykomunizmu? Antydemokratyzm? Antyliberalizm? Autorytaryzm? Antysemityzm? Rasizm? Atlantyzm? Rusofobia? A może antypolonizm? Bo w kontekście ostatnich wyczynów Instytutu Pamięci Narodowej, dekomunizującego żołnierzy, którzy zdobywali dla Polski Ziemie Zachodnie i Północne jasno widać, że pod nachalnym antykomunizmem kryją się antypolonizm i opcja proniemiecka. Wysuwanie haseł antykomunistycznych obecnie nie ma jakiegokolwiek sensu, ponieważ przyczyną problemów społecznych współczesnej Polski nie jest komunizm, tylko powstały w drodze tzw. transformacji ustrojowej neokapitalizm. Jeśli zatem ktoś krzyczy „raz sierpem, raz młotem”, to znaczy, że nie rozumie jakie są współczesne problemy społeczne i polityczne. To znaczy, że albo jest politycznym analfabetą, albo afirmuje reprywatyzację i prywatyzację, zapaść służby zdrowia, pauperyzację dużej części społeczeństwa, brak polskiego sektora bankowego i ogólnie brak suwerenności gospodarczej.

Trudno też zrozumieć hasło „My chcemy Boga” w połączeniu z symboliką krzyża celtyckiego, która ma otwarcie antykatolicki wydźwięk. Dla ruchów skrajnie prawicowych i neonazistowskich w Europie Zachodniej krzyż celtycki symbolizuje bowiem wyższość ludów germańskich o protestanckim rodowodzie nad innymi narodami. Dla niektórych ruchów white pride, odrzucających chrześcijaństwo jako „religię żydowską”, krzyż celtycki jest też symbolem neopogańskim, identycznie jak wcześniej swastyka.

Więcej o politycznej kuchni Marszu Niepodległości powie nam jednak inne hasło na nim prezentowane. Mianowicie hasło „Biała Europa braterskich narodów”. Ale tylko wtedy, gdy zestawimy to hasło z ukraińskimi nacjonalistami, którzy maszerowali w tegorocznym Marszu Niepodległości pod niebiesko-żółtymi flagami Ukrainy. Nie jest tajemnicą, że np. dla Narodowego Odrodzenia Polski to „braterstwo narodów” białej Europy sprowadza się do braterstwa z banderowcami. NOP od dawna z nimi współpracuje. Do kontaktów z „ukraińskimi narodowcami” przyznał się też swego czasu Krzysztof Bosak z Ruchu Narodowego i Młodzieży Wszechpolskiej. Ktoś w każdym razie Ukraińców na Marsz Niepodległości zaprosił, bo raczej sami się nie zaprosili.

No i w końcu kwestia identyfikacji politycznej uczestników Marszu Niepodległości jako „narodowców”. Dziwne to słowo, dziwnie brzmiące w języku polskim. Mnie się kojarzy z rosyjskimi narodnikami, czyli XIX-wiecznymi socjalistami agrarnymi z organizacji Ziemla i Wola. W języku polskim są słowa nacjonalizm i nacjonaliści. Czy nacjonaliści ukrywający się pod dziwnym określeniem „narodowcy” wstydzą się tego, że są nacjonalistami, czy znowu chcą zakamuflować jakąś inną treść? Pytanie to wymusza kolejne: czy hasła i treści głoszone podczas Marszu Niepodległości mają coś wspólnego z polską myślą narodową, czy w ogóle owi „narodowcy” z MW i ONR do tej myśli się odwołują?

Myślę, że odpowiedź na to nie jest trudna. Powiem krótko i zwięźle: te kilkadziesiąt tysięcy ludzi wyprowadzanych co roku na ulice Warszawy w tzw. Marszu Niepodległości, to jest stado prowadzone na rzeź. Jeżeli ktoś występuje z hasłem „My chcemy Boga” i dokłada do tego „raz sierpem, raz młotem”, to znaczy, że w ogóle nie potrafi sformułować żadnego programu politycznego. Nie potrafi zidentyfikować przyczyn swojego położenia społecznego i powiązać tego z konkretnym programem politycznym. Jest po prostu politycznym analfabetą. Takim właśnie ludziom podsuwane są hasła i treści stojące w jaskrawej sprzeczności z tym hasłem przewodnim, jak i całą narodowo-patriotyczną dekoracją.

Podsuwają im je ci, którzy stoją za plecami organizatorów Marszu Niepodległości i którzy – nie mam co do tego wątpliwości – nie są żadnymi „antysystemowcami” (kolejny potworek słowny), ale ludźmi odpowiedzialnymi za obecny stan Polski. Autentyczne niezadowolenie i frustracja młodzieży zdegradowanej przez tzw. transformację ustrojową, na swój sposób patriotycznej, ale pogrążonej w politycznym analfabetyzmie, są prowadzone na polityczne manowce, w kierunku niegroźnym dla tych, przeciwko którym to niezadowolenie mogłoby być skierowane.

Tak oto cyniczni reżyserzy tego widowiska wiodą stado na rzeź. Zwykle ta rzeź następuje co cztery lata przy urnach wyborczych, dzięki czemu cięgle jest tak jak było. Gorzej, gdy w końcu będzie to rzeź autentyczna, gdy ci ludzie zostaną pchnięci do jakichś działań antypolskich z wojną na Wschodzie włącznie.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 listopada 2017 r.

 

Odpowiedź na atak Leszka Żebrowskiego

Mój artykuł „Brygada Świętokrzyska. Hitlerowscy kolaboranci na sztandarach prawicy” („Przegląd” nr 40/2017; na moim blogu pt. „Taniec na linie, nad przepaścią”) wywołał reakcję Leszka Żebrowskiego – prawicowego publicysty, który od wielu lat zajmuje się gloryfikacją NSZ. Reakcji tej nie można nazwać polemiką. Jest to agresywny atak i w związku z tym nie powinienem na to odpowiadać. Odpowiem jednak, ponieważ język i filozofia tego publicysty nie są przypadkiem odosobnionym. Stanowią standard dla salonu IV RP i dlatego warto je przybliżyć. 5 października na swoim profilu na Facebooku Żebrowski zamieścił bardzo długi i siermiężny tekst pt. „Historyk Bohdan Piętka histerycznie w piętkę goni. Jak elementarna nieznajomość historii czyni pożytecznego (lub, jak kto woli – szkodliwego) idiotę”.

W tekście tym żmudnie wyliczył przykłady mojej nieznajomości historii, a raczej przykłady mijania się przeze mnie z interpretacją historii właściwą dla jego środowiska politycznego. Nazwał mnie pieszczotliwie „członkiem”, a mój artykuł „wypracowaniem” oraz stwierdził, że wolę „widzieć wyłącznie własne pięty, nie sięgając umysłem dalej”. Na koniec zdemaskował pisma, w których publikuję. „Przegląd” – zdaniem Żebrowskiego – został założony przez „czołowego propagandystę PRL Mieczysława F. Rakowskiego” z „pieniędzy kradzionych przez komunę nie mającym nic do powiedzenia Polakom”. Natomiast „Myśl Polska” jest „klasycznym przykładem chamokomuny” (frakcji moczarowskiej). Wiadomo już zatem kim jestem – epigonem Mieczysława F. Rakowskiego i moczarowskiej chamokomuny.

Pod tekstem Żebrowskiego pojawiło się kilkadziesiąt wpisów, podpisanych imieniem i nazwiskiem, przeważnie agresywnych. Bezczelny postbolszewik, komunistyczny bełkot, śmieć, bydlak, swołocz, cham, – to pierwsze z brzegu przykłady określeń, jakie zostały wobec mnie użyte przez czytelników Żebrowskiego. „Przegląd” został nazwany „gniazdem żydobolszewii”. Ktoś zasugerował, że jestem wnukiem morderców żołnierzy NSZ. Większość komentujących domagała się postawienia mnie przed sądem za szarganie dobrego imienia „polskich patriotów”. Wtórował im Żebrowski, który stwierdził, że „potrzebne są prawdziwe sądy i zdrowy system prawny” oraz „bierzmy się wszyscy do pracy, bo chamokomuna wyłazi z czerwonego podziemia!”. Były też propozycje radykalniejsze. Pewna pani napisała, że „nie ma mu kto przyłożyć z liścia”, a pewien pan, że chciałby „dopaść osobiście takiego skurwiela”.

Wywołanie takiej agresji w stosunku do mnie przez Żebrowskiego może dziwić zważywszy, że mój artykuł z „Przeglądu” jest wyważony. Starałem się w nim pokazać również pozytywne karty z działalności NSZ, w tym także jeśli chodzi o stosunek niektórych członków tej organizacji do Żydów, odbiegający od oficjalnej ideologii Grupy „Szańca”. Z mojego tekstu jasno wynika, że kolaboracja z Niemcami była dziełem mniejszościowego odłamu NSZ. O wiele ostrzejsze oceny od moich sformułował Adam Śmiech w artykule „Problem NSZ i obóz narodowy”, którego pierwsza część została opublikowana w numerze 43-44/2017 „Myśli Polskiej” – organu prasowego chamokomuny, albo – jak się wyrażają inni przedstawiciele „obozu patriotycznego” – endokomuny.

Naprawdę więc zdumiewa stwierdzenie Żebrowskiego, że jakoby piszę o NSZ „gorzej niż sługusy Stalina”, a mój artykuł to „prostacki paszkwil”. Swój ostrzał tego „prostackiego paszkwilu” zaczyna od zdjęć. Wyjaśnić trzeba w tym miejscu, że to redakcja „Przeglądu” dokonała ich wyboru i opatrzyła je podpisami. Zdaniem Żebrowskiego zdjęcie przedstawiające żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej na kursie spadochronowym zorganizowanym przez Niemców w Pradze to „cios w starym sprawdzonym, stalinowskim stylu”. Jego zdaniem zdjęcie to nie zostało zrobione w marcu 1945 roku w Pradze i nie przedstawia uczestników wspomnianego kursu spadochronowego. Niestety sam nie podaje gdzie zostało zrobione i co przedstawia poza żołnierzami NSZ, których nazwiska wymienia. Jego furię budzą też zdjęcia przedstawiające Huberta Jurę „Toma” i ofiary zbrodni NSZ w Wierzchowinach. Pisze, że ustalenie tożsamości Huberta Jury „Toma” zostało „żywcem wzięte z zatęchłych elaboratów bezpieki”. Nie wyjaśnia jednak dlaczego tak twierdzi. Neguje też odpowiedzialność NSZ za mord w Wierzchowinach, co jest o tyle ciekawe, że wątpliwości co do sprawstwa tej zbrodni zgrupowania NSZ Mieczysława Pazderskiego „Szarego” nie mają ani IPN, ani prof. Grzegorz Motyka i dr Mariusz Zajączkowski z PAN.

Żebrowski zarzuca mi „ględzenie o «walkach bratobójczych» z Armią Ludową”. Swoje stanowisko formułuje w stylu zdradzającym dość specyficzne poglądy polityczne i historyczne: „Czy komunistyczni zdrajcy, nieuznający w ogóle Polskiego Państwa Podziemnego (…), pospolici złodzieje świń i ubrań damskich oraz ubranek dziecięcych, to byli «bracia»? Dla kogo? (…). Jeśli komunę można nazwać «braćmi», to mogą to czynić niemieccy naziści, z racji ideologicznego pokrewieństwa. No i bezkrytyczni miłośnicy sowieckiej okupacji i popełnionych wówczas masowych zbrodni ludobójstwa”. Ja zapewne zaliczam się do tych drugich.

Wściekłość Żebrowskiego wzbudziło też to, że za drugą największą organizację podziemną w okupowanej Polsce uważam nie NSZ, ale Bataliony Chłopskie. Sugeruje, że podając ich liczebność w wysokości 170 tys. ludzi oparłem się podobno na Wikipedii, czyli „specyficznym źródle wiedzy”, które dyskwalifikuje historyka i dlatego nie powołałem się na nie otwarcie. Niezupełnie, bo także „Wielka Encyklopedia PWN” z 2001 roku podaje, że BCh „liczyły ok. 170 tys. żołnierzy i były drugą pod względem wielkości organizacją zbrojną pol. konspiracji”. Liczbę tę podaje również „Słownik historii Polski i świata” autorstwa m.in. prof. Ryszarda Kaczmarka i prof. Marka Paździory oraz dr hab. Kazimierza Miroszewskiego i dr hab. Piotra Greinera (Katowice 2005).

Dla Żebrowskiego nagle stają się wiarygodni historycy ruchu ludowego z okresu PRL, którzy nie podawali wtedy liczby 170 tys. żołnierzy BCh (żeby nie umniejszać znaczenia AL). Najbardziej jednak wiarygodny jest dla niego hitlerowski gen. Reinhard Gehlen (1902-1979), który wystawił niepochlebną opinię BCh i bardzo pochlebną NSZ („najsprawniej zorganizowany i najbardziej sprężyście dowodzony nielegalny polski związek zbrojny”). Żebrowski nie informuje przy tym swoich czytelników, że Reinhard Gehlen był w Sztabie Generalnym Wehrmachtu szefem wydziału Obce Armie Wschód, który odpowiadał m.in. za współpracę z kolaborantami na wschodnim kierunku operacyjnym. Jego pozytywna opinia o NSZ potwierdza tylko zainteresowanie tą formacją ze strony niemieckich służb specjalnych pod kątem wciągnięcia jej do walki z ZSRR.

Tak pogardzane przez Żebrowskiego Bataliony Chłopskie powstrzymały niemiecką akcję wysiedleńczą na Zamojszczyźnie, realizowaną według założeń Generalnego Planu Wschodniego. Niemcy nazwali przeciwdziałanie wysiedleniu Polaków na Zamojszczyźnie ze strony polskiej partyzantki powstaniem zamojskim. BCh stoczyły wtedy z Niemcami dwie duże i zwycięskie bitwy po Wojdą (30 grudnia 1942 r.) i Zaborecznem (1 lutego 1943 r.). Skoro NSZ były podobno drugą największą organizacją polskiego podziemia, to dlaczego nie wzięły udziału w powstaniu zamojskim? Dlaczego NSZ nie wzięły też udziału w największych walkach stoczonych z Niemcami przez polską partyzantkę – pod Rąblowem (14 maja 1944 r.), w Lasach Janowskich (11-15 czerwca 1944 r.) i Puszczy Solskiej (16-26 czerwca 1944 r.)?

Szydzi Żebrowski, że zacytowałem opinię na temat NSZ płk. Jana Rzepeckiego, który „poszedł na całkowitą współpracę z komuną” (ale nie dodaje, że dopiero podczas śledztwa w MBP). Nie zauważa przy tym, że cytuję także opinię Zygmunta Zaremby oraz meldunki gen. Leopolda Okulickiego i lokalnego dowódcy AK o współpracy NSZ z Niemcami.

Ma do mnie pretensje o to, że wytknąłem mu, iż w artykule zamieszczonym w „Naszym Dzienniku” nie wspomniał o tym, że NSZ wywodziły się z Grupy „Szańca”, czyli ONR-ABC. Zaraz potem dodaje, że tacy członkowie Tymczasowej Narodowej Rady Politycznej (organ zwierzchni NSZ) jak Zbigniew Stypułkowski, August Michałowski i Ignacy Oziewicz nie byli działaczami ONR. Ale byli nimi Jerzy Olgierd Zawisza-Iłłakowicz, Otmar Wawrzkowicz i Stanisław Kasznica. Jeden z współtwórców i czołowych ideologów NSZ – prof. Karol Stojanowski (1895-1947) – był natomiast radykalnym antysemitą i zwolennikiem eugeniki.

W jednym się z Żebrowskim zgodzę. Niepotrzebnie wyodrębniłem „dobre” NSZ-AK i „złe” NSZ-ONR, ponieważ próbowałem doszukiwać się pozytywnych elementów w NSZ. Faktycznie przecież całe NSZ, przed i po rozłamie, wyznawały tę samą ideologię. Jaka to była ideologia, możemy się dowiedzieć z lektury numeru 3 (94) pisma „Szaniec” z 29 stycznia 1943 roku. Autor zamieszczonego tam tekstu („Jak w mądrym Rzymie”) ubolewa, że po wojnie „nie wymordujemy i nie przepędzimy” wszystkich mniejszości narodowych. Proponuje zatem „odrzucić bezwzględnie niedorzeczną równość obywatelską” i obywatelstwo przyznawać tylko wyselekcjonowanym członkom mniejszości narodowych. Uważa jednak, że Żydów „musimy się pozbyć bez wyjątku”[1]. Tak pisano w konspiracyjnej prasie NSZ, kiedy dymiły kominy i doły spaleniskowe Auschwitz, Stutthof, Majdanka, Chełmna nad Nerem, Bełżca, Treblinki i Sobiboru. Taka była ideologia i dojrzałość polityczna NSZ.

Szaniec nr 3 (94)-1

Szaniec nr 3 (94)-2

Nie jest też prawdą, że Edwarda Kemnitza i Sławomira Modzelewskiego – oficerów NSZ wyróżnionych po wojnie Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata – przypisałem do NSZ-AK. Albo pan Żebrowski nie przeczytał dokładnie, albo nie zrozumiał.

Najcięższym jego zarzutem jest to, że podobno idę „utartym szlakiem propagandy komunistycznej (i nie tylko) o rzekomych listach proskrypcyjnych działaczy lewicowych i ludzi żydowskiego pochodzenia”. Pyta się czy widziałem te listy proskrypcyjne i czy znam „konkretne przypadki likwidacji z takich pobudek”. Zaprzecza przy tym odpowiedzialności NSZ-ONR za mord na Ludwiku Widerszalu. Twierdzi również, że „Piętka zżyna obficie z komunistycznych propagandystów, a nawet idzie znacznie dalej” pisząc o współpracy Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami.

Oryginały list proskrypcyjnych, o które pyta Żebrowski, znajdują się w Archiwum Akt Nowych, w aktach Delegatury Rządu RP na Kraj (teczka o sygn. 202/II-43). Jeśli pan Żebrowski uważa, że kontrwywiad NSZ nie sporządzał list proskrypcyjnych, albo sporządzał je dla żartu, Hubert Jura „Tom” był postacią bajkową, a kolaborację części NSZ z Niemcami wymyślił „tow. Demko vel Moczar”, to polecam mu lekturę wspomnień gen. Antoniego Hedy „Szarego” (1916-2008) – legendarnego dowódcy AK i podziemia powojennego na Kielecczyźnie. W swoich wspomnieniach pisze on, że NSZ wydały na niego wyrok śmierci jako na rzekomego komunistę. Uniknął śmierci tylko dzięki temu, że został ostrzeżony przez swojego byłego podkomendnego Wacława Pryciaka „Sokoła”, który przeszedł z AK do NSZ, oraz właścicielkę restauracji w Iłży. Następnie w okolicy stacjonowania oddziału „Szarego” w Puszczy Starachowickiej pojawił się nierozpoznany oddział, podający się za oddział AK, umundurowany w przedwojenne polskie mundury i dobrze uzbrojony. Jego dowódcą – jak się później okazało – był Hubert Jura. Próbował on doprowadzić do spotkania z „Szarym”, ten jednak zachował ostrożność i wycofał się[2].

Antoni Heda tak opisał finał tej historii: „Nagle doszły do nas wiadomości wręcz przerażające. Otóż ten nierozpoznany oddział pomaszerował na Powiśle za Ostrowiec, do leśnych okolic w Łysowodach. Mając wcześniejsze rozpoznanie, przeprowadził tam aresztowania, głównie wśród robotników leśnych, uchodzących za lewicowych, jakoby z GL. Na tych ludziach (około 17 osób) dokonano mordu, stosując dodatkowe tortury. Z wiadomości, jakie do nas dotarły, wynikało, że był to oddział NSZ z dowódcą – kolaborantem «Tomem» (…). Sztab zaś tego oddziału – jak stwierdzono – przebywał w tym czasie w hotelu w Ostrowcu. Niestety zbrodniarze nie wracali przez nasz teren, gdzie czekaliśmy z zasadzką. Przemaszerowali w biały dzień, przez Skarżysko, a żandarmi i Wehrmacht przez ten czas pochowali się (…). Żołnierze tego oddziału nie orientowali się w poczynaniach dowódcy i grupy morderców”[3].

wspomnienia-szarego

Natomiast o kolaboracji Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami pisze obszernie kpt. Józef Wyrwa, ps. „Furgalski”, „Stary” (1898-1970) – dowódca jednego z oddziałów NSZ na Kielecczyźnie. Swoje wspomnienia wydał po wojnie we frankistowskiej Hiszpanii, więc nie można go posądzić o pisanie pod dyktando komunistycznych władz w Polsce. Powiedzenie prawdy o NSZ nie było dla niego łatwe, o czym świadczy następujący fragment jego książki:

„Tylko nieliczne jednostki na emigracji orientują się należycie w działalności organizacji podziemnej i odróżniają tych z NSZ, którzy podporządkowali się dowództwu AK, od odłamu kolaborującego z Niemcami, który reprezentowała Brygada Świętokrzyska. Nie chciałem, żeby mnie ktokolwiek do nich zaliczył. Z tych powodów okres współpracy z NSZ przemilczałem. W drugim wydaniu lukę uzupełniam”[4].

Józef Wyrwa szeroko pisze m.in. o kolaboracji Huberta Jury z Niemcami: „Po przybyciu do powiatu opatowskiego zakwaterowaliśmy – zdaje mi się w majątku Łyse Wody. Tu dowiedzieliśmy się o ścisłej współpracy «Toma» z Niemcami. Moi chłopcy rozbroili i zaprowadzili do «Toma» dwóch Niemców idących do majątku. Po rozmowie z «Tomem» zwrócono im broń i zostali wypuszczeni na wolność (…). Sytuacja wyjaśniła się całkowicie kilka godzin później. «Tom» urządził w ciągu dnia obławę w okolicznych wsiach, rzekomo na komunistów. Czy posiadał jakąś listę otrzymaną od Niemców, nie wiem, w każdym bądź razie obława urządzona była w ścisłym porozumieniu z Niemcami. W tym prawdopodobnie celu przybyli do majątku wspomniani dwaj Niemcy, aby uzgodnić szczegóły. Zaaresztowano wiele ludzi [tak w oryg. – BP]. «Tom» przeprowadzał badania. Zastosowano metodę gestapowską. Kazał bić tak długo dopóki katowani nie zeznali to co on chciał. Z każdym przesłuchiwanym spisano protokół, zapewne wysłany potem Niemcom (…). «Tom» kazał rozstrzelać około dwudziestu ludzi (…). «Tom» był jednym z najniebezpieczniejszych zdrajców Polski. Ma on na sumieniu, jeżeli nie setki to dziesiątki Polaków”[5].

Józef Wyrwa

O Brygadzie Świętokrzyskiej Józef Wyrwa pisze następująco: „Moralnym inspiratorem Brygady Świętokrzyskiej był – moim zdaniem – «Tom» (…). «Tom» służył Niemcom. Swój oddział stracił w Rudzisku. Tym bardziej przeto był zainteresowany utworzeniem większej jednostki «bojowej». Nie była to sprawa trudna. Ludzi nie brakowało, a broń dostarczyli Niemcy. Wielu żołnierzy z brygady nie orientowało się zapewne w polityce dowództwa (…). Niemcy nie ukrywali tego, że brygada jest na ich usługach, przeciwnie, rozgłaszali to i starali się wykazać jakie korzyści można osiągnąć współpracując z nimi.

Brygada maszerowała w dzień przez miejscowości, w których byli Niemcy. Tylko ludzie, którzy mieli ścisły kontakt z Niemcami mogli sobie na to pozwolić. Według tego, co mówiła miejscowa ludność, Niemcy nie tylko nie atakowali brygady, ale przyglądali się spokojnie jej przemarszowi.

W grudniu 1944 roku, kiedy kwaterowaliśmy w Kłócku (wieś w powiecie koneckim) przybył do naszego oddziału «Jaksa» (Władysław Marcinkowski), szef sztabu brygady. Ubrany był po cywilnemu. Starał się mnie namówić do przystąpienia z oddziałem do brygady. Opierał się na argumentacji, że Rosja jest wrogiem niebezpieczniejszym od prawie pokonanych już Niemców, a więc przeciw niej powinniśmy się obrócić, by uchronić Europę przed zalewem komunizmu. Tym samym argumentem posługiwali się też Niemcy, ale niestety w innym celu niż należało to robić.

Oświadczyłem «Jaksie» wprost, że brygada współpracuje z Niemcami. «Jaksa» zaprzeczył. Zapytałem jak to jest możliwe, że brygada maszeruje w dzień obok posterunku żandarmerii i żandarmi patrzą spokojnie jakby to ich wojsko maszerowało.

«Jaksa» odpowiedział, że Niemcy boją się i dlatego nie atakują. Tłumaczenie naiwne. Na mój zarzut, że «Tom», znany zdrajca, współpracuje z brygadą, «Jaksa» zmieszał się, ale nie zaprzeczył (…). Brygada wycofała się z Polski razem z Niemcami, to znaczy pod ich opieką. Dowódcy brygady oświadczyli, że ich głównym celem jest walka z Rosją, z wrogiem niebezpieczniejszym od Niemców, jednakże postępowanie brygady nie było zgodne z tym twierdzeniem. Brygada nie walczyła z bolszewikami, ale z Polakami, którzy nie podzielali jej poglądów. Gdy Armia Czerwona zbliżała się, brygada zamiast potwierdzić czynem głoszone idee, ratowała się ucieczką przy pomocy Niemców. Ubiegała się o przyłączenie mojego oddziału, żeby wzmocnić swoje siły w czasie ucieczki (…).

Rzeczywista działalność brygady w Polsce nie jest na emigracji znana. Dla odparcia zarzutów publikowanych czasem w prasie, dowódcy brygady posługują się wygodnymi argumentami, które również w innych okolicznościach na emigracji służą często za obronę: «To wszystko są komunistyczne kłamstwa». W tym wypadku niestety nie kłamstwa (…).

Brygada nie ma właściwie prawa podszywać się pod nazwę NSZ. Dokonała rozłamu w dobrze zorganizowanych Narodowych Siłach Zbrojnych, rozbiła ich solidarność, osłabiając w ten sposób jednolity front walki. Nie podporządkowała się naczelnemu dowództwu AK, wybrała natomiast współpracę z Niemcami.

Brygada dała komunistom niebezpieczną broń do ręki. Posiadając niezbite dowody współpracy brygady z Niemcami, nietrudno przyszło komunistom obarczać odpowiedzialnością całe NSZ, a nawet AK. Mało Polaków, szczególnie tu na emigracji, orientuje się, że istniały dwa odłamy NSZ. Rzeczywiste Narodowe Siły Zbrojne, które zachowując orientację polityczną podporządkowały się jednolitemu dowództwu Armii Krajowej, oraz odłam wywodzący się z ONR (Obóz Narodowo-Radykalny), który działał samowolnie, współpracując z Niemcami na szkodę Polski. Z winy brygady zginęło w więzieniu wielu wartościowych ludzi. Każdy członek NSZ był traktowany przez UB, jak kolaborant niemiecki. Szkody wyrządzone Polsce przez brygadę są wielkie”[6].

Józef Wyrwa (1898-1970) - żołnierz wojny obronnej 1939 roku i oddziału partyzanckiego mjr. Henryka Dobrzańskiego-Hubala (1939-1940). Od jesieni 1942 r. dowódca oddziału partyzanckiego NSZ, który 4.10.1944 r. wszedł w skład 25 pp AK. W styczniu 1945 r. aresztowany przez wojskowe władze radzieckie i po wielu perypetiach osadzony w więzieniu kieleckim. Uwolniony został z niego 5.08.1945 r. w wyniku akcji oddziału ROAK pod dowództwem Antoniego Hedy-Szarego. Ukrywał się do marca 1947 r., po czym zbiegł z Polski. Najpierw osiedlił się w USA, a w 1952 r. w Hiszpanii. Fot. www.nsz.com.pl

Józef Wyrwa (1898-1970) – żołnierz wojny obronnej 1939 roku i oddziału partyzanckiego mjr. Henryka Dobrzańskiego-Hubala (1939-1940). Od jesieni 1942 r. dowódca oddziału partyzanckiego NSZ, który 4.10.1944 r. wszedł w skład 25 pp AK. W styczniu 1945 r. aresztowany przez wojskowe władze radzieckie i po wielu perypetiach osadzony w więzieniu kieleckim. Uwolniony został z niego 5.08.1945 r. w wyniku akcji oddziału ROAK pod dowództwem Antoniego Hedy-Szarego. Ukrywał się do marca 1947 r., po czym zbiegł z Polski. Najpierw osiedlił się w USA, a w 1952 r. w Hiszpanii. Fot. http://www.nsz.com.pl

Tak pisał o Brygadzie Świętokrzyskiej oraz NSZ-ONR niedługo po wojnie oficer NSZ Józef Wyrwa, który zmarł w 1970 roku w Madrycie. Niechże zatem pan Żebrowski jego stawia pośmiertnie przed sądem, nie mnie.

[1] „Jak w mądrym Rzymie”, „Szaniec” nr 3 (94), 29.01.1943, s. 6-7.

[2] A. Heda-Szary, Wspomnienia „Szarego”, Warszawa 2016, s. 161-165.

[3] Tamże, s. 165.

[4] J. Wyrwa „Furgalski” „Stary”, Pamiętniki partyzanta. Hubalczyka, legendarnego dowódcy oddziału partyzanckiego, który wszedł w skład NSZ, a później dołączył do 25. pp AK, Kraków 2014, s. 121.

[5] Tamże, s. 158, 159, 164.

[6] Tamże, s. 166-170.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 23 października 2017 r.

Fort Krzesławice – zapomniane miejsce polskiej martyrologii

9 września w ramach Dni Pamięci Ofiar Gestapo, zorganizowanych po raz jedenasty przez Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, zwiedziłem Fort 49-Krzesławice – miejsce kaźni więźniów gestapo. Od jesieni 1939 do jesieni 1941 roku rozstrzelano tam 440 Polaków, przywiezionych głównie z więzienia policyjnego przy ulicy Montelupich w Krakowie. Opiekunem tego miejsca pamięci jest Młodzieżowy Dom Kultury Fort 49-Krzesławice. Jego dyrektor – Franciszek Dziadoń – położył ogromne zasługi dla renowacji Fortu 49 oraz odnalezienia i upamiętnienia wszystkich miejsc egzekucji. Warszawa miała Palmiry, Łódź lasy lućmierskie, niewielkie Wadowice zagajnik Księża Barć, a Kraków Fort Krzesławice. Miejsca egzekucji ofiar gestapo można znaleźć w wielu miejscowościach Polski. Niektóre z nich są powszechnie znane, inne mniej, a inne niemal całkiem zapomniane.

Fort Krzesławice przez pewien czas należał do tych ostatnich. Groziło mu nawet całkowite wymazanie z mapy miejsc pamięci narodowej. Jaka jest jego historia?

Krzesławice, to dawna podkrakowska wieś nad rzeką Dłubnią, oddalona około 9 km na północny wschód od centrum Krakowa. Obecnie jest częścią Krakowa, wchodząc w skład Dzielnicy XVII-Wzgórza Krzesławickie. Historia Krzesławic sięga XII wieku. Wśród właścicieli wsi na przestrzeni wieków byli m.in. klasztor Bożogrobców w Miechowie, Akademia Krakowska, Hugo Kołłątaj i Jan Matejko. W latach 80-tych XIX wieku na północnym, granicznym wzgórzu wsi – Łysej Górze – Austriacy wznieśli Fort 49-Krzesławice. Był to jeden z elementów ufortyfikowania Krakowa trzema pierścieniami umocnień. Tzw. Twierdza Kraków stanowiła wówczas największy zespół obronny na ziemiach polskich i jeden z największych w Europie. Cały fort miał 19 obiektów, z których do dzisiaj zachowało się 16.

Służbę wojskową w Forcie Krzesławice przed 1914 rokiem odbywał m.in. Wincenty Witos. Fort 49 razem z sąsiednimi Fortami Dłubnia i Grębałów odegrał ważną rolę podczas pierwszej fazy tzw. bitwy o Kraków (16-25 listopada 1914 roku), kiedy wojska austro-węgierskie przy wsparciu części artylerii Twierdzy Kraków zatrzymały ofensywę wojsk rosyjskich na północ od miasta. W 1918 roku obiekty Twierdzy Kraków przejęło Wojsko Polskie, zmieniając jej nazwę na Obóz Warowny Kraków. W Forcie Krzesławice początkowo ulokowano magazyn amunicji, a następnie stację nasłuchu kontrwywiadu wojskowego, zbierającą m.in. materiały służące rozwiązaniu tajemnicy „Enigmy”. Była to jedna z siedmiu ówczesnych polskich stacji nasłuchowych, z których trzy były skierowane przeciw Niemcom.

Fort 49-Krzesławice, obecnie Młodzieżowy Dom Kultury. Fot. Wikipedia.

Fort 49-Krzesławice, obecnie Młodzieżowy Dom Kultury. Fot. Wikipedia.

Tragiczna historia Fortu 49-Krzesławice rozpoczęła się po zajęciu Krakowa przez wojska niemieckie 6 września 1939 roku. Już 13 września okupant przejął poaustriackie więzienie przy ulicy Montelupich 7, a niedługo potem więzienie przy ulicy Senackiej 3, mieszczące się w zabudowaniach dawnego klasztoru i kościoła św. Michała. Wkrótce więzienia te zapełniły się aresztowanymi Polakami – osobami uznanymi przez gestapo za należące do „warstwy przywódczej” i członkami pierwszych organizacji konspiracyjnych. Więźniów kierowano na śledztwo do siedziby gestapo w Domu Śląskim przy ulicy Pomorskiej 2. Po jego zakończeniu ofiary wywożono do obozów koncentracyjnych, a skazanych w parodii procesu przez policyjny sąd doraźny na egzekucję. W pierwszym roku okupacji, kiedy nie było jeszcze KL Auschwitz, miejscem deportacji więźniów politycznych z Krakowa były obozy koncentracyjne w tzw. „starej Rzeszy”. Natomiast na miejsce egzekucji ofiar sądu doraźnego gestapo wybrało Fort Krzesławice.

O wyborze zadecydowała przede wszystkim lokalizacja – z dala od osiedli miejskich – oraz specyfika tego miejsca. Grube mury i zabudowania forteczne pozwalały zamaskować egzekucję. We wrześniu 1939 roku wywieziono z fortu pozostałą po Wojsku Polskim amunicję, a 11 października skierowano tam pierwsze ofiary do rozstrzelania. Przywożono je krytymi samochodami ciężarowymi z więzienia przy ulicy Montelupich i z więzienia św. Michała. W dzień poprzedzający egzekucję kierowano też do fortu grupę około 25 więźniów, którzy musieli wykopać masowy grób dla ofiar. Następnie zawożono ich z powrotem do więzienia.

Egzekucje w Forcie Krzesławice odbywały się od 11 października 1939 do 7 listopada 1941 roku. W sumie przeprowadzono 12 egzekucji: trzy w 1939 roku, siedem w 1940 roku i dwie w 1941 roku. Rozstrzeliwań dokonywała policja ochronna (Schutzpolizei). Rodziny zamordowanych fałszywie informowano, że ich bliskich jakoby wywieziono na roboty do Rzeszy.

Jedną z pierwszych ofiar rozstrzelanych w forcie był Henryk Schabenbeck (1886-1939) – wybitny polski fotografik i operator filmowy, działacz Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” i Polskiego Związku Narciarskiego, od 1934 roku radny i wiceburmistrz Zakopanego. Z pochodzenia Austriak, z wyboru Polak. Za ten wybór i działalność społeczną zapłacił śmiercią z rąk gestapo. Jego syn Stefan także został aresztowany i osadzony w KL Auschwitz, a następnie w KL Sachsenhausen, gdzie zginął podczas nalotu alianckiego 15 marca 1945 roku.

Ważnym świadkiem tego, co działo się w Forcie Krzesławice stał się skoczek narciarski i olimpijczyk Stanisław Marusarz (1913-1993). Znajdował się on w grupie 25 więźniów, którym 28 czerwca 1940 roku żandarmi niemieccy polecili wykopać masowy grób na terenie fortu. Następnego dnia nad tym wykopem odbyła się egzekucja 35 osób (34 Polaków i jednego Żyda), aresztowanych 23 czerwca 1940 roku podczas tzw. „czarnej niedzieli” w Myślenicach. Marusarz podczas kopania grobu dla tych ofiar widział ślady krwi na murze podziurawionym kulami. Ponieważ otrzymał już wyrok śmierci policyjnego sądu doraźnego, nie miał wątpliwości, że zginie podczas następnej egzekucji, która odbyła się 2 lipca. Tego dnia wraz z kilkoma innymi więźniami podjął próbę ucieczki. Tylko jemu i Aleksandrowi Bugajskiemu udało się pokonać czterometrowy mur więzienia przy ulicy Montelupich i zasieki z drutu kolczastego. Pozostali zginęli od kul strażników.

Jedną z ofiar egzekucji z 2 lipca był Mieczysław Filk. W dniu poprzedzającym egzekucję zdążył nielegalnie wysłać z więzienia gryps do rodziny. Napisał w nim m.in.: „W tych dniach będę rozstrzelany, jakkolwiek wyroku jeszcze nie dostałem, lecz znajduję się w podobnej sytuacji, co czterdziestu pięciu [w rzeczywistości 35 – przyp. BP] przede mną rozstrzelanych 29 czerwca. Razem nas rozstrzelają około stu pięćdziesięciu. W większej części niewinnych. Zachowuję do ostatka pogodę ducha i nie załamuję się na razie. Prawdopodobnie mogiła moja będzie, jak czterdziestu pięciu poprzednich w forcie Krzesławice koło Mogiły. Do ostatnich chwil jeszcze łudziłem się nadzieją, lecz prawdopodobnie na próżno. Jest godzina 3-cia po południu – dwudziestu pięciu z nas pojechało groby kopać. Dziwicie się, że tak się o tym rozpisuję z lekkim sercem, ale naprawdę zbytnio nie przejmuję się tym. Wiem, że na tamtym świecie będzie mi naprawdę lepiej. Modlę się teraz często o lekką śmierć i szczęście wieczne. Jakkolwiek by Was zapewniali o nas, że żyjemy, nie wierzcie tym mordercom. Giniemy razem ze wszystkich stanów od robotnika i rolnika do profesorów i pułkowników, tak młodzi jak i starzy za rzeczy poważne i błahostki. Przykro mi po części żegnać się z tym światem i z Wami, lecz przecież kiedyś się spotkamy. Będzie to dla Was bolesny cios, lecz widocznie tak miałem przeznaczone – zginąć za Ojczyznę”[1].

Fort 49-Krzesławice-ściana śmierci pod kaponierą wschodnią. Fot. Zbigniew Zaczkowski.

Fort 49-Krzesławice-ściana śmierci pod kaponierą wschodnią. Fot. Zbigniew Zaczkowski.

Kolejna egzekucja miała miejsce 4 lipca 1940 roku. Jej ofiarą był min. 19-letni Jerzy Krokay, który w ostatnim grypsie z więzienia napisał: „Zawsze byłem ryzykantem i nim zostanę, kulki się nie obawiam, bo zginąć za Ojczyznę jest honorem każdego Polaka”[2].

Jerzy Krokay został rozstrzelany wraz ze swoim 50-letnim ojcem, majorem dypl. Walerym Alojzy Krokayem (1889-1940). Obu aresztowano w ramach Akcji AB. Walery Alojzy Krokay był bratem kpt. Walerego Mariana Krokaya (1914-1982) – cichociemnego i oficera 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK.

Do innych znanych ofiar rozstrzelanych w Forcie Krzesławice należeli: ppłk Piotr Sosialuk – były dowódca 73. pułku piechoty w Katowicach, nauczyciele Kazimierz Dutkiewicz, Irena Dzius, Jan Głębicki, Marian Głębicki, Wincenty Frączek, Marian Lubaczowski, Karol Święch, Józef Wawrzeczko, urzędnicy Józef Janta i Franciszek Ujczak, prawnicy – dr Emil Bicz, Antoni Burtan i Bolesław Karwaciński.

Łącznie w egzekucjach z 29 czerwca oraz 2 i 4 lipca 1940 roku rozstrzelano około 150 osób – ofiar „czarnej niedzieli” w Myślenicach, a także Akcji AB.

Jesienią 1941 roku gestapo zaprzestało egzekucji w Forcie Krzesławice. Od ponad roku funkcjonował już KL Auschwitz. Tam gestapo kierowało teraz swoje ofiary. Deportacja do obozu była równoznaczna z wyrokiem śmierci. Czasem ta śmierć następowała bardzo szybko, jak w wypadku 167 mieszkańców Krakowa, których 16 kwietnia 1942 roku aresztowano w Kawiarni Plastyków i podczas nocnej obławy w mieście. Byli to inteligenci, m.in. artyści i oficerowie. 24 i 25 kwietnia przywieziono ich do KL Auschwitz, a 27 maja rozstrzelano pod Ścianą Śmierci na dziedzińcu bloku 11 w obozie macierzystym. Ogółem w latach 1940-1944 deportowano do KL Auschwitz z więzienia policyjnego przy ulicy Montelupich w Krakowie około 17 tys. Polaków.

Po wojnie Główna Komisja Badania Zbrodni Niemieckich (później Hitlerowskich) w Polsce przystąpiła do zbadania terenu Fortu 49-Krzesławice. W okresie od 15 października do 6 grudnia 1945 roku przekopano cały teren ziemny fortu i odkryto 29 grobów, z których wydobyto 440 zwłok, w tym 18 kobiecych. Ustalono, że rozstrzeliwania miały miejsce na placu fortecznym, na dziedzińcu koszarowym, w fosach i przy kaponierach.

Zastosowany sposób badania uniemożliwił pominięcie jakiejkolwiek mogiły. W związku z tym, że zwłoki uległy znacznemu rozkładowi, tylko w 24 przypadkach rodziny z całą pewnością zidentyfikowały bliskich, a w 80 przypadkach identyfikacja stała się możliwa na podstawie znalezionych przy zwłokach dokumentów i przedmiotów, okazanych rodzinom w latach 1946-1947. Łącznie zidentyfikowano 104 osoby, a zwłoki 336 osób pozostały bezimienne. Wszystkie ofiary pochowano w zbiorowej mogile obok fortu.

W latach 60. XX wieku GKBZHwP prowadziła drugie śledztwo w sprawie Fortu Krzesławice, które miało na celu znalezienie bezpośrednich sprawców zbrodni. Niestety nie przyniosło ono rezultatów. Główną odpowiedzialność za zbrodnie popełnione w Forcie Krzesławice ponoszą komendanci SD i Policji Bezpieczeństwa w dystrykcie krakowskim. W latach 1939-1941 byli nimi: Bruno Müller, Walter Huppenkothen, Ludwig Hahn (późniejszy szef SD i Policji Bezpieczeństwa w dystrykcie warszawskim) i Max Grosskopf. Spośród nich zostali skazani Bruno Müller i Ludwig Hahn. Müller stanął w 1947 roku przed Brytyjskim Trybunałem Wojskowym w Hamburgu, który wymierzył mu 20 lat więzienia za zbrodnie popełnione pod koniec wojny. Jednakże już w 1953 roku mógł cieszyć się wolnością. Hahn został skazany w RFN w 1975 roku na dożywocie, ale tylko za deportacje Żydów do ośrodka zagłady w Treblince. Zwolniono go z więzienia po ośmiu latach. Za zbrodnie w Forcie Krzesławice nikogo zatem nie ukarano.

27 maja 1956 roku gen. Franciszek Księżarczyk w imieniu Rady Naczelnej ZBoWiD dokonał uroczystego odsłonięcia tablicy pamiątkowej na zbiorowej mogile ofiar. Znalazły się na niej błędne daty (1943-1945) dokonywanych w Forcie Krzesławice egzekucji. Natomiast 6 lipca 1957 roku pomnik ku czci rozstrzelanych w forcie Polaków odsłonił premier Józef Cyrankiewicz. W uroczystości tej wzięło udział około 20 tys. osób, w tym delegacje z NRD i Czechosłowacji.

Fort 49-Krzesławice-pomnik ofiar gestapo. Fot. Wikipedia.

Fort 49-Krzesławice-pomnik ofiar gestapo. Fot. Wikipedia.

Wkrótce jednak doszło do skandalicznej dewastacji i profanacji miejsca pamięci. W latach 60. XX wieku na południe od masowego grobu i pomnika rozpoczęto budowę bloków mieszkalnych. Wokół fortu zaczęły powstawać żywiołowo zakładane przez mieszkańców ogródki warzywne. Władze dzielnicy Nowa Huta przyzwoliły na to, żeby miejsce uświęcone męczeństwem Polaków zamienić na teren rekreacyjno-działkowy. W drugiej połowie lat 70. XX wieku wysadzono w powietrzę kaponierę zachodnią fortu oraz dwa schrony, a dwie pozostałe kaponiery zasypano. Duży fragment północno-wschodniej fosy zamieniono na wysypisko odpadów, które przywożono samochodami ciężarowymi. Likwidacja trzech kaponier fortu była tym bardziej skandaliczna, że zlikwidowano miejsca z autentycznymi ścianami śmierci, gdzie Niemcy rozstrzelali 363 Polaków z ogólnej liczby 440.

Kres dewastacji miejsca pamięci położyło przeniesienie w 1994 roku do Fortu Krzesławice Młodzieżowego Domu Kultury. Miejsce pamięci uzyskało gospodarza i opiekuna. Przez kilkanaście lat prowadzono prace remontowo-konserwatorskie, przywracające dawny wygląd fortu. Do dzisiaj udało się m.in. odsłonić – zasypaną wcześniej gruzem i odpadami – kaponierę wschodnią z jedyną zachowaną ścianą śmierci, na której znajdują się oryginalne ślady wystrzelonych pocisków. Ślady te świadczą o tym, że więźniów rozstrzeliwano z broni maszynowej.

Na ścianie śmierci przy kaponierze wschodniej odsłonięto 17 listopada 2014 roku tablicę pamięci, która stała się trzecim – bez wątpienia najważniejszym – miejscem upamiętnienia 440 patriotów polskich zamordowanych w Forcie Krzesławice.

[1] Cyt. za: „Czarna niedziela-fakty”, „Gazeta Myślenicka”, wydanie 24, 1 lipca 2010, http://www.gazeta.myslenice.pl, dostęp 13.09.2017.

[2] Cyt. za: „Prawda i pamięć”, Kraków 2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 6 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2157/58), 8-15.10.2017, s. 14-15

Taniec na linie, nad przepaścią

W związku z przypadającą 20 września br. 75. rocznicą utworzenia Narodowych Sił Zbrojnych Sejm przyjął uchwałę oddającą hołd tej formacji. Nie jest to pierwsza taka uchwała Sejmu. 9 listopada 2012 roku – w związku z 70. rocznicą powstania NSZ – Sejm również uczcił tę organizację podkreślając m.in., że jej historyczną zasługą było m.in. wysunięcie „postulatu powrotu Polski na Ziemie Zachodnie”. Z treści tamtej uchwały wynikało, że dotyczyła ona tej części NSZ, która weszła w skład „Sił Zbrojnych w Kraju podległych legalnym władzom RP na uchodźstwie”[1].

Jeśli bowiem mówimy o NSZ, to trzeba ustalić, o którym NSZ mówimy. Czy o tym, który wiosną 1944 roku scalił się z AK i jest określany w literaturze historycznej jako NSZ-AK, czy o tej jego części, która odmówiła podporządkowania się AK i jest określana przez historyków jako NSZ-ZJ (Związek Jaszczurczy) lub NSZ-ONR (Obóz Narodowo-Radykalny). Ten pierwszy miał na swoim koncie piękne karty walki z okupantem niemieckim, w tym zabicie gen. Wehrmachtu Kurta Rennera w zasadzce pod Ożarowem 26 sierpnia 1943 roku czy udział w Powstaniu Warszawskim. Drugi natomiast był infiltrowany przez niemieckie służby specjalne, a wywodząca się z niego Brygada Świętokrzyska uprawiała kolaborację z Niemcami. Nurt ten ponosi odpowiedzialność za walki bratobójcze, nie tylko z partyzantką AL, ale także za likwidowanie tych członków NSZ, którzy podporządkowali się akcji scaleniowej z AK.

Tymczasem uchwała Sejmu przyjęta przez aklamację 15 września 2017 roku dotyczy wszystkich nurtów NSZ. Jest w niej mowa o tym, że żołnierze NSZ walczyli „zarówno z okupantem niemieckim, jak i sowieckim”, biorąc udział m.in. w akcji „Burza” i Powstaniu Warszawskim, ale jest też mowa o Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ, która „przedostała się na Zachód” oraz o Narodowym Zjednoczeniu Wojskowym, które prowadziło walkę zbrojną z powojennymi władzami Polski. W konkluzji uchwała Sejmu „uznaje, że formacja ta dobrze zasłużyła się Ojczyźnie”[2].

Nie ma zatem wątpliwości, że uchwała Sejmu z 15 września 2017 roku dotyczy całości NSZ – czyli NSZ-AK i NSZ-ONR oraz powojennego NZW. Autorami projektu tej uchwały byli Karol Wołek i Leszek Żebrowski – prawicowi publicyści znani od dawna ze swoich radykalnych poglądów prawicowych oraz bezkrytycznego gloryfikowania NSZ.

Przeciwko honorowaniu NSZ, w takiej formie jak zrobił to Sejm, zaprotestowała m.in. żydowska organizacja B’nai B’rith (Synowie Przymierza). W liście skierowanym w jej imieniu do prezydenta Andrzeja Dudy Sergiusz Kowalski napisał: „Z bólem i niepokojem przyjęliśmy informację, że Sejm RP uczcił pamięć żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, a przede wszystkim Brygady Świętokrzyskiej. Działalność gloryfikowanej obecnie Brygady Świętokrzyskiej była potępiana jeszcze przez przedstawicieli Armii Krajowej, którzy piętnowali współpracę Brygady z gestapo. Jeszcze większym niepokojem napawać musi fakt, że Prezydent RP obejmuje swoim patronatem obchody ku czci NSZ z udziałem Leszka Żebrowskiego, znanego z licznych wypowiedzi i przedsięwzięć jawnie nacjonalistycznych i antysemickich oraz wsparcia udzielanego ONR”[3].

W duchu ignorancji historycznej, czyli w duchu uchwały Sejmu z 15 września 2015 roku, wypowiedzieli się też Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński. W liście do uczestników obchodów 75. rocznicy powstania Narodowych Sił Zbrojnych prezydent RP podkreślił, że żołnierze NSZ należeli do najwartościowszych bojowników o wyzwolenie Polski. „Walcząc mężnie przeciwko dwóm wrogom – napisał Andrzej Duda – stawali zarazem w obronie ludności przed infiltracją sowiecką i pospolitym bandytyzmem. Swoimi działaniami bojowymi zapisali chlubne karty podczas powstań – Warszawskiego i antykomunistycznego. Należeli do niezłomnych przeciwników powojennego reżimu, kontynuując jako Narodowe Zjednoczenie Wojskowe walkę z czerwonymi o Polskę biało-czerwoną (…)”. Prezydenta cieszy też, że „zwłaszcza młode pokolenie coraz chętniej odwołuje się do czynów NSZ dostrzegając w ich żołnierzach kontynuatorów najlepszych polskich tradycji patriotycznych i depozytariuszy naszej narodowej tożsamości”[4].

Z kolei Jarosław Kaczyński w liście do uczestników tychże uroczystości stwierdził, żeNSZ były drugą pod względem liczebności organizacją podziemną. To była wielka siła, nie tylko z powodu liczby żołnierzy, ale także – a może przede wszystkim – z racji potęgi ich ducha, mocy wiary i miłości do ojczyzny, ideowej spójności, żelaznej woli i ogromnej determinacji”[5].

Nie jest prawdą, że NSZ były drugą pod względem liczebności organizacją podziemną. Nawet jeżeli przyjmiemy za obecną propagandą historyczną, że oba nurty NSZ liczyły 100 tys. członków (w rzeczywistości około 70 tys.), to drugą najliczniejszą po AK organizacją Polski Podziemnej były zapomniane dzisiaj Bataliony Chłopskie, liczące 170 tys. ludzi.

Podobne treści zawierały też listy, które do uczestników obchodów 75-lecia NSZ skierowali prezes IPN Jarosław Szarek oraz Jan Józef Kasprzyk – szef Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Ten ostatni zakończył swój list stwierdzeniem, że „każdy, kto powiela czarną legendę NSZ jest kłamcą”[6].

Tę myśl szefa Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych rozwinął radykalny prawicowy publicysta historyczny Tadeusz M. Płużański – obecnie szef publicystyki w TVP Info. W agresywnej w formie wypowiedzi dla pisowskiego portalu wPolityce.pl odrzucił on jako „komunistyczną propagandę” oskarżenia pod adresem NSZ o kolaborację z Niemcami, antysemityzm i działania zbrodnicze. Takie oskarżenia są jego zdaniem „szarganiem munduru polskiego żołnierza, a co za tym idzie również polskich tradycji militarnych i patriotycznych”. Osoby, które nie zgadzają się na gloryfikację NSZ są zdaniem Płużańskiego spadkobiercami „czerwonych okupantów” oraz „przestępczych organizacji”, takich jak GL, AL, UB, SB, KBW i PZPR. Takie osoby Płużański proponuje pociągać do odpowiedzialności karnej[7].

Powiało zatem grozą i rzeczywistością orwellowską. Czyżby prawda historyczna w Polsce pisowskiej – identycznie jak w Związku Radzieckim – miała być prawdą polityczną, a za jej kwestionowanie miały grozić represje?

Przykładem manipulowania historią NSZ przez animatorów obecnej państwowej polityki historycznej jest artykuł zamieszczony przez Leszka Żebrowskiego w „Naszemu Dzienniku”[8]. Żebrowski zaczyna swoją narracje o NSZ następująco: „Była to jedyna – obok Armii Krajowej – profesjonalna organizacja ściśle wojskowa, z liczną kadrą oficerską”. Jak już wspomniałem powyżej – jest to nieprawda. Przytacza następnie takie fakty z historii NSZ jak program granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej, zabicie gen. Kurta Rennera, walki toczone z Niemcami przez NSZ-AK, w tym udział w Powstaniu Warszawskim, a także powojenna działalność Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Natomiast w ogóle pomija w swoim artykule działalność NSZ-ONR oraz Brygady Świętokrzyskiej. Nie dokonuje też rozróżnienia pomiędzy NSZ-AK i NSZ-ONR – cały czas pisze o NSZ. Za rozłam w NSZ wiosną 1944 roku czyni winnym dowództwo AK, co także jest niezgodne z prawdą historyczną. Zaprzecza też zbrodniom NSZ na Żydach podając argument, że polscy Żydzi służyli w partyzantce NSZ. Przytacza nazwisko najbardziej znanego z nich – Stanisława (Szmula) Ostwinda-Zuzgi, komendanta powiatowego NSZ-AK w powiecie węgrowskim.

Nie dowiemy się z artykułu Żebrowskiego, że nazwiska osób podejrzanych o działalność lewicową lub żydowskie pochodzenie były umieszczane przez kontrwywiad NSZ-ONR na listach proskrypcyjnych. W kwietniu 1944 roku na jednej z takich list zostali umieszczeni m.in. Irena Sendlerowa – jedna z najbardziej zasłużonych osób w akcji ratowania dzieci żydowskich oraz Aleksander Kamiński – redaktor naczelny „Biuletynu Informacyjnego” KG AK i autor „Kamieni na szaniec”. Przeznaczenie do likwidacji Kamińskiego uzasadniono następująco: „(…) żydofil, który zawsze skłaniał się do skrajnej lewicy-komuny. Niepewne pochodzenie matki (Żydówka lub Francuzka, wzgl. francuska Żydówka)”[9]. W rzeczywistości oboje rodzice Kamińskiego byli Polakami, a przyczyną skazania go na śmierć przez NSZ-ONR był – tak jak w wypadku Sendlerowej – udział w akcji ratowania Żydów.

Na innej liście proskrypcyjnej, liczącej 52 nazwiska, znalazł się prof. Ludwik Widerszal – szef Podwydziału „Z” (ziemie zachodnie i wschodnie) Biura Informacji i Propagandy KG AK – którego scharakteryzowano następująco: „Żyd, uczeń Handelsmana, historyk, komunista”. 13 czerwca 1944 roku Ludwik Widerszal został zamordowany, prawdopodobnie przez egzekutorów z NSZ-ONR, w swoim mieszkaniu w Warszawie[10].

Jednakże w NSZ, zwłaszcza w NSZ-AK, byli ludzie, którzy nie podzielali antysemityzmu i szowinizmu. Edward Kemnitz – komendant Okręgu Pomorskiego NSZ i oficer NSZ Sławomir Modzelewski zostali po wojnie odznaczeni przez Instytut Yad Vashem za ratowanie Żydów Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. O tym trzeba pamiętać.

Nie dowiemy się też z artykułu Żebrowskiego, że NSZ zostały utworzone przez Grupę „Szańca”, czyli działaczy przedwojennego ONR-ABC, odwołujących się do szowinistycznej, antydemokratycznej i w istocie totalitarnej ideologii. Wręcz przeciwnie – Żebrowski twierdzi, że „NSZ w swym założeniu miały być apolityczną armią”. Nie dowiemy się, że Grupa „Szańca” sprzeciwiała się wszelkim reformom społecznym, w tym reformie rolnej, za którą – niezależnie od PPR – opowiadała się większość stronnictw politycznych Polski Podziemnej. Szczytem absurdu jest jego stwierdzenie, że dysponowanie pionem zbrojnym przez pion polityczny w NSZ to były „zawiązki cywilnej kontroli nad armią”.

Nie dowiemy się od Żebrowskiego o konsekwencjach przyjęcia przez NSZ koncepcji walki z dwoma wrogami, z położeniem nacisku na zwalczanie ZSRR i komunizmu. Konsekwencją było rozpętanie walk bratobójczych, zapoczątkowanych przez zamordowanie 9 sierpnia 1943 roku koło Borowa w powiecie kraśnickim 26 członków GL przez oddział Pogotowia Akcji Specjalnej NSZ pod dowództwem Leonarda Zuba-Zdanowicza. Zdaniem historyka IPN Piotra Gontarczyka pod Borowem rozbito „grupę komunistyczną składająca się ze zbitek kilku oddziałów rabunkowych”, a oddziały GL „były rozbijane za bandytyzm”, a nie z przyczyn politycznych”[11]. Zaprzecza temu jednak emigracyjny historyk, prof. Jan M. Ciechanowski (1930-2016), wedle którego od końca 1943 roku NSZ występowały zarówno przeciw partyzantce komunistycznej, jak i członkom AK, usiłując rozpętać wojnę domową[12].

Nie dowiemy się od Żebrowskiego, że dowódca NSZ-AK – ppłk Albin Walenty Rak – został skazany przez NSZ-ONR na karę śmierci i był ścigany z polecenia dowódcy NSZ-ONR, mjr. Stanisława Nakoniecznikoffa-Klukowskiego, ps. „Kmicic”. Sam jednak Nakoniecznikoff-Klukowski zginął z rąk swoich ludzi 18 października 1944 roku, gdy po upadku Powstania Warszawskiego próbował podporządkować NSZ-ONR Armii Krajowej.

Nie dowiemy się od Żebrowskiego o infiltracji NSZ-ONR przez gestapo i SD, w tym o działalności Huberta Jury vel Herberta Junga-„Toma” i Otmara Wawrzkowicza. Ich siatka współpracowała z SS-Hauptsturmführerem Paulem Fuchsem – oficerem gestapo, który kierował zwalczaniem polskiego podziemia na terenie dystryktu radomskiego[13]. W willi przy ulicy Jasnogórskiej 25 w Częstochowie, którą Hubertowi Jurze udostępniło gestapo, byli bestialsko torturowani i mordowani nie tylko członkowie PPR, ale także żołnierze NSZ-AK, jak np. ppor. Władysław Pacholczyk[14]. Z rąk NSZ-ONR zginęli też m.in. kpt. Stanisław Żak – szef wywiadu okręgu częstochowskiego NSZ-AK oraz mjr Wiktor Gostomski, który był szefem Wydziału II Wywiadowczego Komendy Głównej NSZ-ONR i sprzeciwiał się współpracy z Niemcami. Nie cofali się zatem nawet przed likwidacją „niepokornych” we własnych szeregach. Działalność NSZ-ONR została potępiona przez naczelnego wodza, gen. Kazimierza Sosnkowskiego i wicepremiera rządu RP na uchodźstwie, Jana Kwapińskiego.

Hubert Jura – skazany przez AK i NSZ-AK na karę śmierci za kolaborację – pełnił w Brygadzie Świętokrzyskiej funkcję oficera do zadań specjalnych i wraz ze swoimi ludźmi pośredniczył w kontaktach jej dowództwa z gestapo i SD. Brygada Świętokrzyska – największy zwarty oddział NSZ podczas okupacji – została utworzona w sierpniu 1944 roku przez NSZ-ONR. Jej liczebność wahała się od 822 (grudzień 1944) do 1417 ludzi (maj 1945). Dowódcą był płk Antoni Szacki-„Bohun” (1902-1992). Największą akcją zbrojną Brygady Świętokrzyskiej było rozbicie pod Rząbcem koło Włoszczowej 8 września 1944 roku oddziału AL Tadeusza Grochala, wspieranego przez oddział spadochroniarzy radzieckich. Wsparcia Brygadzie Świętokrzyskiej w okrążeniu oddziału AL i oddziału radzieckiego udzieliły siły niemieckie. Po zakończeniu walki zamordowano 67 wziętych do niewoli spadochroniarzy radzieckich. Do walk Brygady z oddziałami AL i BCh doszło też w Działkach Nosowskich, pod Fanisławicami, Krzepinem, Olesznem, Sekurskiem, Skrobaczowem i Soborzycami.

Niemcy jesienią 1944 i zimą 1945 roku tolerowani działania Brygady, a do jej sporadycznych starć z Niemcami dochodziło tylko w tym pułku, w którym „Tom” był nieobecny. Od grudnia 1944 roku Brygada zawiesiła działania przeciw Niemcom, a w styczniu 1945 roku zawarła porozumienie z Wehrmachtem, zgodnie z którym mogła przejść za niemiecką linią frontu. Niemieckim oficerem łącznikowym w Brygadzie został wspomniany gestapowiec Paul Fuchs. Załatwił on dozbrojenie Brygady, zakwaterowanie dla jej żołnierzy oraz leczenie chorych i rannych w szpitalach niemieckich, a także popierał jej rozwój liczebny. Planował wykorzystanie Brygady przeciw ZSRR – w pierwszym rzędzie do dywersji i sabotażu na zapleczu frontu, a następnie do walki na froncie. W lutym 1945 roku Brygada Świętokrzyska dotarła przez Śląsk na teren Protektoratu Czech i Moraw. Tam po pewnym czasie została zakwaterowana na terenie poligonu Wehrmachtu w miejscowości Rozstání na Morawach.

7 lutego 1945 roku w ośrodku RSHA rozpoczęło się pod nadzorem Huberta Jury szkolenie około 70 ochotników z Brygady Świętokrzyskiej, którzy – uzbrojeni w niemiecką broń, wyposażeni w pieniądze, dokumenty i radiostacje – mieli być zrzuceni z samolotów na terytorium Polski celem prowadzenia dywersji i działań wywiadowczych na tyłach Armii Czerwonej. Łącznie do Polski przerzucono cztery grupy dywersyjne – 23 marca (dwie), 15 kwietnia i 28 kwietnia 1945 roku. Wszystkie zostały rozbite przez UB.

W drugiej połowie marca 1945 roku zastępca dowódcy Brygady, mjr Władysław Marcinkowski-„Jaxa”, wziął udział w międzynarodowej konferencji ruchów faszystowskich i kolaboracyjnych w Pradze, która miała doprowadzić do powstania wspólnego bloku antysowieckiego (Legii Antybolszewickiej) pod patronatem Niemców. Ostatecznie Marcinkowski odmówił przystąpienia do takiego bloku, zasłaniając się brakiem kompetencji. Niepowodzeniem ze strony niemieckiej zakończyły się też rozmowy prowadzone w Monachium w dniach 5-6 kwietnia 1945 roku z płk. Szackim. Strona niemiecka zaproponowała mu skierowanie Brygady na front, wysłanie do kraju dalszych grup dywersyjno-wywiadowczych oraz nawiązanie kontaktu z polskim rządem w Londynie celem skłonienia go do wspólnej walki z ZSRR. Szacki zgodził się tylko na wysyłanie do Polski grup dywersyjno-wywiadowczych, a odmowę skierowania Brygady na front uzasadnił jej charakterem jako jednostki partyzanckiej, a nie liniowej.

Zdaniem historyków i publicystów wybielających Brygadę Świętokrzyską postawa Szackiego miała na celu ocalenie Brygady, a wysyłanie do Polski grup dywersyjnych nie było kolaboracją, ale ceną za jej tolerowanie przez Niemców. Publicyści wybielający Brygadę Świętokrzyską eksponują też wyzwolenie przez nią 5 maja 1945 roku podobozu KL Flossenbürg w miejscowości Holýšov w zachodnich Czechach, z którego uwolniono około 700 więźniarek, w większości Żydówek. Było to jednak działanie mające uwiarygodnić Brygadę Świętokrzyską przed Amerykanami. Następnego dnia Brygada nawiązała bowiem kontakt z wojskami amerykańskimi, którym się podporządkowała.

Rząd polski w Londynie nie chciał mieć nic wspólnego z Brygadą Świętokrzyską, dlatego została ona w sierpniu 1945 roku rozformowana przez dowództwo amerykańskie. Część jej żołnierzy wcielono później do kompanii wartowniczych w amerykańskiej strefie okupacyjnej Niemiec. Niektórzy z nich zostali też wykorzystani w działaniach amerykańskich służb specjalnych przeciw Polsce Ludowej.

Inną drogą niż Żebrowski poszedł prof. Jan Żaryn – obecnie senator i jeden z głównych architektów polityki historycznej PiS. W książce „«Taniec na linie, nad przepaścią». Organizacja Polska na wychodźstwie i jej łączność z krajem w latach 1945-1955” (Warszawa 2011, 368 ss.) obszernie on pisze o NSZ-ONR i Brygadzie Świętokrzyskiej. Organizacja Polska była utajnioną nadbudówką powstałego w 1934 roku Obozu Narodowo-Radykalnego, a w czasie drugiej wojny światowej kierowała tą częścią NSZ, która w 1944 roku odmówiła scalenia z AK. Żarnyn chwali OP za to, że uznawała akcję „Burza” za „bezcelową, a nawet wręcz szkodliwą” i była przeciwna Powstaniu Warszawskiemu. Stoi to jednak w sprzeczności z tezami obecnej polityki historycznej, która nie dopuszcza jakiejkolwiek krytyki Powstania Warszawskiego.

Nie można też nie zauważyć, że przedostanie się Brygady Świętokrzyskiej do Europy Zachodniej podważa sens walki, jaką w Polsce podjęli po wojnie niektórzy epigoni AK i NSZ, nazywani obecnie „żołnierzami wyklętymi”. A przecież obecna polityka historyczna uważa ich wybór za najsłuszniejszy.

Zdaniem Żaryna Brygada Świętokrzyska była pierwszą, przed przyjęciem Polski do NATO, polską formacją wojskową współdziałającą z amerykańskim wywiadem wojskowym (czy tylko z amerykańskim?). Uważa on, że porozumienie Brygady z Niemcami miało charakter „taktyczny”. Fakt kolaboracji bagatelizuje stwierdzeniem, że „w różne relacje z Niemcami” wchodziły też wywiady AK i AL. Przytacza bezpodstawne twierdzenie byłych członków NSZ-ONR, że gestapowiec Paul Fuchs i jego ludzie mieli być „grupą niemiecką antyhitlerowską”. Bagatelizuje również problem antysemityzmu NSZ-ONR. „Margines bandytyzmu i wynikających z tego zabójstw Żydów w NSZ był zdecydowanie mniejszy niż np. w formacjach komunistycznych” – uważa prof. Żaryn[15].

Uczynienie z Fuchsa antyfaszysty to zabieg rzeczywiście karkołomny zważywszy, że ten „antyfaszysta” jako szef radomskiego gestapo deportował 14 tys. Polaków z dystryktu radomskiego do KL Auschwitz.

Żaryn wybrał zatem drogę wybielania i gloryfikacji NSZ-ONR oraz Brygady Świętokrzyskiej, przedstawiając ciemne karty z ich historii jako chwalebne. Parafrazując tytuł jego książki można powiedzieć, że rzeczywiście jest to taniec na linie, nad przepaścią. Ani Żaryn ani Żebrowski nie chcą zauważyć, że po klęsce stalingradzkiej Himmler dążył do neutralizacji polskiego podziemia niepodległościowego poprzez wciągnięcie go do współpracy pod hasłami antykomunizmu i walki z ZSRR. Strategia ta powiodła się tylko w wypadku NSZ-ONR i Brygady Świętokrzyskiej.

Skoro jednak NSZ miały same chlubne karty – jak twierdzą Płużański, Żaryn i Żebrowski – to skąd wzięła się niezwykle krytyczna opinia sformułowana niedługo po wojnie przez bezkompromisowego antykomunistę Zygmunta Zarembę – wybitnego działacza PPS-WRN i przewodniczącego Rady Jedności Narodowej. Otóż Zaremba wyraził się następująco: „NSZ tak samo, jak komuniści, i z podobnych powodów, zostali postawieni poza nawias Polski Podziemnej. Polska Podziemna przyjęła zasady demokracji i postępu społecznego i położyła je jako fundament niepodległości. NSZ wyznawał ideologię faszystowską, wrogą demokracji i postępowi społecznemu, komunizm niósł uzależnienie Polski od Rosji i metody polityczne tak bliźniaczo podobne do faszystowskich, że również nie mógł się znaleźć w organizacji, która kierowała walką narodu polskiego w czasie tej wojny”[16].

Nie ulega wątpliwości, że na taką ocenę NSZ ze strony Zaremby wpłynęła działalność NSZ-ONR. Zygmunt Zaremba postawił NSZ na jednej płaszczyźnie z PPR i GL/AL oraz poza nawiasem Polski Podziemnej. Natomiast Żaryn i Żebrowski stawiają NSZ w samym centrum Polski Podziemnej, na równi z AK, a może nawet wyżej niż AK.

Nie mniej krytycznie niż Zaremba wyrażał się o NSZ płk Jan Rzepecki – szef Biura Informacji i Propagandy w Komendzie Głównej AK, a po wojnie „żołnierz wyklęty” (zastępca komendanta organizacji „NIE” oraz założyciel Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość). Rzepecki był sceptyczny wobec scalenia NSZ z AK. W raporcie do gen. Bora-Komorowskiego tak uzasadnił swoje stanowisko:

„Opozycja faszystowska to przede wszystkim ONR. Cechuje ją brak skrupułów i demagogia, opieranie się na klasach posiadających, bezwzględna wrogość do radykalnej lewicy, którą całą traktuje jako agenturę lub straż przednią bolszewizmu i nie zadaje sobie trudu dojrzenia istotnych wśród niej różnic (…). Przyłączenie «opozycji faszystowskiej» (do AK) prawie na pewno wywoła odpadnięcie poważnej części lewicy rządowej, nadałoby temu obozowi piętno reakcyjne. Jestem głęboko przekonany, że w błyskawicznym tempie pociągnęłoby to za sobą dla Polski śmiertelną katastrofę wojny domowej, w której lewica walczyłaby pod komendą PPR, a prawica – ONR. AK przypadłaby rola obrońcy klas posiadających. Następstwem – wasalizacja lub wcielenie Polski do ZSRR. W świetle powyższego ostatni nasz «sukces» w postaci podporządkowania NSZ może mieć wysoce ujemne następstwa, jeśli nie sparaliżujemy ich umiejętną akcją wychowawczą”[17].

Język płk. Rzepeckiego z 1944 roku – określający NSZ wprost jako „opozycję faszystowską” – jakoś dziwnie przypomina późniejszą narrację propagandy PRL. A przecież pisał to – identycznie jak w wypadku Zaremby – zdecydowany antykomunista.

Jesienią 1944 roku komendant główny AK, gen. Leopold Okulicki, w meldunku do prezydenta RP na uchodźstwie napisał: „Należy się przeciwstawić w propagandzie próbom NSZ współpracy z Niemcami”[18]. Z kolei dowódca AK o pseudonimie „Mieczysław” meldował w tym samym czasie: „Działalność NSZ. D-cy kontaktują się i współpracują z Gestapo (…). Wyraźna współpraca z Niemcami”. W innym meldunku napisał: „W dniu 22 XI. W czasie przemarszu NSZ przez m. Oleszno, Niemcy ściągnęli posterunki. Rannych NSZ Niemcy proponują odstawić do szpitali niemieckich. Notowane są kontakty w Gestapo”[19].

W przeciwieństwie do Leszka Żebrowskiego i Jana Żaryna krytyczną ocenę NSZ-ONR sformułował prawicowy historyk, dr hab. Rafał Wnuk, który w swojej opinii pozostaje jednak osamotniony na tle tez obecnej polityki historycznej. W artykule pod znamiennym tytułem „Brygada Świętokrzyska. Zakłamana historia” Rafał Wnuk – obecnie pracownik naukowy KUL i Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku – wyraził się następująco:

„Powstałą po rozłamie konspirację określa się mianem NSZ-ONR. Jej przywódcy postanowili też pozbyć się głównych oponentów i wkrótce doszło do skrytobójczych mordów oficerów NSZ, którzy przeszli do AK. (…) Wbrew budowanemu dziś mitowi NSZ-ONR wcale nie bronił ciągłości II RP, ale przeciwnie – robił wiele, by zniszczyć autorytet legalnych władz, by na gruzach przedwojennego systemu zbudować nacjonalistyczną monopartyjną dyktaturę. Stawianie znaku równości między AK i NSZ-ONR jest manipulacją sugerującą, jakoby ta ostatnia była częścią składową Państwa Podziemnego. Nie była”[20].

We współczesnej Polsce coraz bardziej widać tendencję, by nauki humanistyczne zostały zaprzęgnięte do udowadniania tez państwowej polityki historycznej. Tworzy się sztuczną, ponieważ opartą na fałszu, pamięć historyczną, która ma posłużyć formacji społeczeństwa w duchu antykomunizmu i rusofobii. Dlatego NSZ oprawiono w ramki wraz z NSZ-ONR i Brygadą Świętokrzyską i wystawiono w galerii narodowych świętości. Podsycanie ognia antykomunizmu zmierza do całkowitego zdeprecjonowania Polski Ludowej, a szerzej do zanegowania całej polskiej tradycji lewicowej jako alternatywy historycznej i politycznej. Natomiast podsycanie płomienia rusofobii jest niezbędne w sytuacji, gdy polska prawica przyjęła rolę podwykonawcy polityki amerykańskiej w Europie Środkowo-Wschodniej.

[1] Uchwała Sejmu RP z 9 listopada 2012 r. w związku z 70. rocznicą powstania Narodowych Sił Zbrojnych, http://www.sejm.gov.pl, dostęp 21.09.2017.

[2] Uchwała Sejmu w sprawie upamiętnienia 75. rocznicy powstania NSZ – treść i zdjęcia, portal Narodowe Siły Zbrojne, http://www.nsz.com.pl, dostęp 21.09.2017; Sejm uczcił Narodowe Siły Zbrojne. W uchwale znalazła się Brygada Świętokrzyska, która kolaborowała z III Rzeszą, http://www.wyborcza.pl, 15.09.2017.

[3] B’nai B’rith przeciwko honorowaniu żołnierzy NSZ, http://www.kresy.pl, 21.09.2017.

[4] Prezydent Duda: Żołnierze NSZ należeli do najwartościowszych bojowników o wyzwolenie, http://www.wiadomości.dziennik.pl, 16.09.2017.

[5] Jarosław Kaczyński: Narodowe Siły Zbrojne były organizacją o wielkiej sile z racji potęgi ducha, mocy wiary i miłości do ojczyzny, http://www.wpolityce.pl, 16.09.2017.

[6] Tamże.

[7] Nasz wywiad. Płużański: „Jeżeli ktoś podnosi rękę na żołnierza NSZ, to powinien odpowiadać karnie”, http://www.wpolityce.pl, 15.09.2017.

[8] L. Żebrowski, Legion niezłomnych, http://www.naszdziennik.pl, portal „Naszego Dziennika”, 19.09.2017.

[9] T. Szarota, Karuzela na placu Krasińskich. Studia i szkice z lat wojny i okupacji, Warszawa 2007, s. 187-189.

[10] Tamże, s. 191-192.

[11] Spod czerwonej gwiazdy. O podziemiu komunistycznym – z Piotrem Gontarczykiem, Mariuszem Krzysztofińskim i Januszem Marszalcem rozmawia Barbara Polak, „Biuletyn IPN” nr 3-4 (62-63), marzec-kwiecień 2006, s. 19.

[12] J. Ciechanowski, Powstanie Warszawskie. Zarys podłoża politycznego i dyplomatycznego, Warszawa 2009, s. 85.

[13] J. Sobkowski, Makabryczna tajemnica willi przy Jasnogórskiej, http://www.czestochowa.wyborcza.pl, 18.02.2016.

[14] W. J. Muszyński, J. Mysiakowska-Muszyńska (red.), Lista strat działaczy obozu narodowego w latach 1939-1945, Warszawa 2010, t. 1, s. 243.

[15] Ważna i ciekawa książka prof. Jana Żaryna o Brygadzie Świętokrzyskiej: „Taniec na linie, nad przepaścią”, http://www.wpolityce.pl, 22.11.2011.

[16] Z. Zaremba, Polska nie będzie się wstydzić swojego Podziemia, „Światło”, zeszyt 3-4, Paryż, kwiecień 1948.

[17] J. Rzepecki, Raport dla generała Bora-Komorowskiego (marzec 1944), cyt. za: P. Lipiński, Raport Rzepeckiego, Warszawa 2005.

[18] Armia Krajowa w dokumentach. Październik 1944-lipiec 1945, t. 5, Wrocław 1991, s. 183.

[19] Tamże, s. 131.

[20] R. Wnuk, Brygada Świętokrzyska. Zakłamana legenda, „Ale Historia” nr 4, 25.01.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 6 października 2017 r.

„Przegląd” nr 40 (926), 2-8.10.2017, s. 12-17

Skazani na klęskę

11 września zamieściłem na Facebooku następujący wpis: „Ćwierć wieku temu podawano w Polsce, że w latach 1940-1941 deportowano z Kresów Wschodnich na Syberię od 1 do 1,7 mln Polaków, z których 900 tys. miało tam zginąć. Po przebadaniu archiwów radzieckich okazało się jednak, że cztery deportacje z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941 objęły w sumie około 320 tys. obywateli II RP. W tej liczbie znajdowało się około 25 tys. Ukraińców, 20 tys. Białorusinów i 70 tys. Żydów, procentowo dotkniętych wywózkami w równym stopniu jak Polacy (pozostałe 200-210 tys.). Do czasu amnestii, ogłoszonej przez ZSRR latem 1941 roku w następstwie układu Sikorski-Majski, śmiertelność wśród zesłańców wynosiła od 2,8% do 5,8% rocznie. Ile osób zmarło po tej dacie – nie sposób określić, z pewnością jednak przeżyło znacznie więcej osób niż to wynikało z wcześniejszych przypuszczeń. Oznacza to, że jednak dwa razy więcej Polaków – bo 400 tys. – deportowano do niemieckich obozów koncentracyjnych, gdzie 250 tys. z nich zginęło (70 tys. w samym Auschwitz). Im jednakże nikt nie urządza marszu pamięci na wzór Marszu Pamięci Zesłańców Sybiru, który odbędzie się 17 września”.

Prof. Stanisław Jan Ciesielski (Uniwersytet Wrocławski) w artykule „Deportacje obywateli polskich w głąb Związku Radzieckiego w latach 1940-1941”, opublikowanym na stronie internetowej Muzeum Pamięci Sybiru w Białymstoku, podał nawet dane niższe niż ja w swoim wpisie na FB. Z artykułu prof. Ciesielskiego można się dowiedzieć, że deportacje objęły od 307,8 do 313,8 tys. obywateli II RP, w tym najwyżej 184,7 tys. Polaków. W lutym 1940 roku deportowano do obwodu archangielskiego, Komi i na Syberię 137,8 tys. osób (114,2 tys. Polaków, 12,3 tys. Ukraińców, 11,3 tys. Białorusinów), w kwietniu 1940 roku deportowano do Kazachstanu około 60 tys. osób (42 tys. Polaków, 8 tys. Białorusinów, ponad 7 tys. Ukraińców, 2,4 tys. Żydów), w czerwcu 1940 roku deportowano do Komi i Kraju Ałtajskiego 76-78 tys. osób (63,8-65,5 tys. Żydów, 8,3-8,5 tys. Polaków, 3,8-3,9 tys. osób innych narodowości), a w maju i czerwcu 1941 roku 34-38 tys. osób (m.in. 20 tys. Polaków i 11 tys. Ukraińców)[1].

Mój wpis na FB wywołał niesamowitą agresję ze strony – jak się domyślam – zwolenników PiS i tych, którzy stoją na prawo od nich. Dowiedziałem się m.in., że jestem „oficerem prowadzącym”, który celowo przed 17 września rozpowszechnia takie teksty, „postkomunistycznym typem”, a także, że głoszę „nieśmiertelną propagandę ruską” oraz „chwałę oręża armii radzieckiej” (sic!). To i tak nieźle w porównaniu z reakcją na moją krytykę byłego prezesa Polskiej Organizacji Turystycznej, który w ramach umacniania polskiej tożsamości narodowej odradzał zagranicznym dziennikarzom wizyty w Muzeum Auschwitz. Dowiedziałem się wówczas, że jestem „łajdakiem” i „kanalią”.

Dziwne to, ponieważ nawet jeden z prawicowych portali historycznych potwierdził przytoczone przeze mnie dane. Czytamy na nim, że szacunki podające od 1 do 1,7 mln deportowanych „obarczone były tym samym błędem. Powstawały na bazie cząstkowych danych, głównie relacji samych deportowanych, którzy nie mieli całościowego oglądu represji i wyolbrzymiali ich skalę (…). Protestujący przeciwko «nowym» (już ponad dwudziestoletnim) ustaleniom zdają się uważać, że redukcja liczby deportowanych pomniejsza i bagatelizuje ich tragedię. Takie myślenie trzeba stanowczo odrzucić. Licytacja na represjonowanych, zmarłych i zabitych do niczego nie prowadzi, a wykreślenie z prac historycznych nieistniejących ofiar w żaden sposób nie wymazuje z naszej pamięci gehenny setek tysięcy zesłańców. Prawda zaś nie może być antypolska”[2].

Niby proste, ale całkowicie niezrozumiałe dla atakujących mnie. Sądzę, że znajdują się oni pod wpływem przekazu medialnego, który jest inspirowany polityką historyczną IPN. Na stronie internetowej IPN czytamy bowiem, że „według szacunków władz RP na emigracji, w wyniku wywózek zorganizowanych w latach 1940–1941 do syberyjskich łagrów trafiło około milion osób cywilnych, choć w dokumentach sowieckich mówi się o 320 tys. wywiezionych”[3]. Jest to pokłosie stanowiska tragicznie zmarłego prezesa IPN Janusza Kurtyki, który stwierdził, że chociaż IPN-owski projekt „Indeks Represjonowanych” doprowadził do ustalenia liczby około 320 tys. obywateli II RP deportowanych z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941, to „nadal liczba ta jest podważana przez część historyków, piszących o 700 tysiącach – milionie deportowanych”[4]. Są to głównie historycy z IPN, jak np. Piotr Szubarczyk – autor książki „Czerwona apokalipsa”, albo skrajni antykomuniści, jak Roger Moorhouse – autor książki „Pakt diabłów”.

Jednak w wydanej przez IPN w 2009 roku publikacji „Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami” (353 strony), pod redakcją profesorów Wojciecha Materskiego i Tomasza Szaroty, stwierdzono, że liczba ofiar śmiertelnych pod okupacją radziecką w latach 1939-1941, a także w okresie 1944-1945 wyniosła około 150 tys. obywateli polskich (Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Ormian, Żydów i in.). Liczba ta obejmuje ofiary zbrodni katyńskiej z 1940 roku (21768 ofiar), masakr więziennych NKWD w 1941 roku (20-30 tys. ofiar), ofiary innych aktów terroru, więzień, obozów karnych i obozów pracy, a także zmarłych w wyniku deportacji do Kazachstanu i na Syberię[5]. Z tego szacunku ofiar śmiertelnych okupacji radzieckiej – podanego w publikacji IPN – wynika, że nie mogło zginać 900 tys. spośród 1-1,7 mln obywateli II RP, którzy mieli być deportowani w głąb ZSRR.

Kwestionujący liczbę 320 tys. deportowanych z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941 nie odpowiadają na podstawowe pytanie, jakie od razu się nasuwa: po co NKWD miałoby fałszować własną dokumentację wewnętrzną? Ujawnienie dokumentów NKWD dotyczących ilości deportowanych w głąb ZSRR obywateli II RP doprowadziło w środowisku wojującego antykomunizmu i rusofobii do poważnych dysonansów poznawczych, których nie powinno być wśród normalnych historyków.

Np. brytyjski historyk Halik Kochanski w książce „Orzeł niezłomny. Polska i Polacy podczas II wojny światowej” (Dom Wydawniczy „Rebis”, Poznań 2013) pisze, że „Najpowszechniej podawanymi liczbami było 220 tysięcy cywilów wywiezionych w lutym 1940 r., 320 tysięcy w kwietniu 1940 r., 240 tysięcy w czerwcu 1940 r. i 200-300 tysięcy w czerwcu 1941 r. Łączna liczba około miliona wywiezionych była przyjmowana przez wiele lat. Jednak ostatnie badania oparte na danych z radzieckich archiwów pozwoliły zakwestionować tę liczbę. Opracowanie z 1997 r. oparte na dokumentach samego NKWD mówi o 140 tysiącach wywiezionych w lutym 1940 r., 60 tysiącach w kwietniu 1940 r., 80 tysiącach w czerwcu 1940 r. i 40 tysiącach w czerwcu 1941 r. Razem daje to 320 tysięcy wywiezionych – i tak ogromną liczbę. Podobne dane podano w opracowaniu opublikowanym w roku 2000, którego autorzy określają liczbę wywiezionych na 309-327 tysięcy”[6].

Żeby jednak uniknąć linczu ze strony „polskich patriotów” Kochanski robi następujące zastrzeżenie: „Naukowcy wciąż badają radzieckie archiwa i po dokładniejszych badaniach demograficznych oraz analizie danych dotyczących późniejszych deportacji liczba wywiezionych ponownie jest weryfikowana wzwyż. Choć nie osiąga ona szacunku rządu polskiego na uchodźstwie, wydaje się obecnie prawdopodobne, że w latach 1940-1941 wywiezionych zostało przynajmniej 500 tysięcy obywateli polskich. W tej liczbie 52 procent stanowili Polacy, 30 procent Żydzi, a około 18 procent Ukraińcy i Białorusini. Wszyscy oni w tym rozdziale uznawani będą za Polaków”[7].

Ja w przeciwieństwie do Kochanskiego uważam jednak, że Żydzi, Ukraińcy i Białorusini to nie Polacy. Po przeczytaniu jego wywodu nasuwa mi się tylko jedno pytanie: to w końcu co wynika z dokumentacji NKWD – że deportowano 320 czy 500 tys.? Poza tym jeśli Polaków było 52 proc. wśród zawyżonej przez autora w stosunku do źródeł liczby 500 tys. deportowanych obywateli II RP, to liczba wywiezionych Polaków wynosi 260 tys. Tak czy owak nie milion albo więcej.

Liczba 320 tys. obywateli II RP deportowanych z Kresów Wschodnich w głąb ZSRR od lutego 1940 do czerwca 1941 roku w jakikolwiek sposób nie neguje zbrodniczego charakteru polityki stalinowskiej wobec Polaków. Tak samo jak obniżenie liczby ofiar KL Auschwitz z 4 mln do 1,1 mln, liczby ofiar KL Lublin (Majdanek) z 250 tys. do 79 tys., czy liczby ofiar ośrodka zagłady w Chełmnie nad Nerem z 380 tys. do 200 tys. w niczym nie neguje ludobójczego charakteru polityki hitlerowskiej wobec Żydów, Polaków i innych narodowości. Naukowa weryfikacja pierwotnych danych – które były ustalane bez dostępu do źródeł, pod wpływem szoku spowodowanego przeżyciami wojennymi i z jedynie ogólną świadomością ogromu ofiar – jest rzeczą zupełnie normalną. Zwłaszcza w naukach historycznych.

Nie jest jednak rzeczą normalną dla polskiej prawicy, która w takiej weryfikacji od razu widzi polityczny spisek i podstępną rękę rosyjskiej lub niemieckiej agentury. Do dzisiaj w tym środowisku funkcjonuje niewielka grupka osób, która oprawiła w ramki liczbę 4 mln ofiar KL Auschwitz, jej naukową weryfikację uznaje za spisek niemiecki i wytrwale poszukuje dowodów na potwierdzenie swoich racji. Niestety wciąż nie może ich znaleźć. Znacznie gorzej jest jednak z próbą naukowej weryfikacji liczby ofiar stalinizmu, która zawsze wywołuje natychmiastową reakcję rzesz ofiar polityki historycznej IPN i PiS. Jedynym źródłem, z którego te ofiary czerpią swoją wiedzę jest propagandowa papka medialna oraz publikacje w stylu „Czarnej księgi komunizmu”.

Ofiary lansowanej w Polsce polityki historycznej są żywym dowodem tego, że polityka ta ma na celu uformowanie ludzi całkowicie niezdolnych do najprostszego myślenia krytycznego, wierzących w propagandowe formułki, traktujących tę wiarę jak wyznanie religijne oraz popadających w coraz większy fanatyzm. Jednakże tacy ludzie zawsze poniosą klęskę polityczną. Nie mam również wątpliwości, że klęskę poniesie obóz polityczny, który z rzesz bezmyślnych fanatyków uczynił swoje zaplecze.

[1] S. Ciesielski, „Deportacje obywateli polskich w głąb Związku Radzieckiego w latach 1940-1941”, http://www.sybir.com.pl, strona Muzeum Pamięci Sybiru (oddział Muzeum Wojska) w Białymstoku, dostęp 12.09.2017.

[2] R. Sidorski, „Stalin wcale nie wywiózł na Sybir milionów Polaków. Jakie są prawdziwe liczby i dlaczego trzeba o nich mówić?”, http://www.ciekawostkihistoryczne.pl, 20.03.2017.

[3] „Na nieludzką ziemię – sowieckie deportacje Polaków na Sybir”, http://www.ipn.gov.pl, strona Instytutu Pamięci Narodowej, dostęp 12.09.2017.

[4] Cyt. za: P. Szubarczyk, „Ilu Polaków Sowieci wywieźli?”, http://www.naszdziennik.pl, strona „Naszego Dziennika”, 10.02.2010.

[5] W. Materski, T. Szarota (red.), „Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami”, Warszawa 2009.

[6] Cyt. za: „Wstrząsające warunki życia Polaków deportowanych na Syberię i do Kazachstanu”, http://www.nowahistoria.interia.pl, 10.02.2014.

[7] Tamże.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 września 2017 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2155/56), 24.09-1.10.2017, s. 16

Barbarzyństwo

„Wystarczyło kilka minut, by mauzoleum żołnierzy radzieckich w Trzciance (woj. wielkopolskie) zamieniło się w kupę gruzu. W piątek na plac Pocztowy wjechały koparki i, mimo sprzeciwu Rosjan, wyburzyły lokalny symbol komunizmu” – cieszy się portal tvn24.pl[1].

„Wydarzenie wzbudziło wielkie zainteresowanie wśród mieszkańców. Ludzie stawali, kręcili filmy, robili zdjęcia i komentowali (…). – Bardzo dobrze, cieszę się, że tego doczekałem. Ostatni bastion komunizmu padł na pysk – nie krył radości Józef Janowicz” – czytamy dalej na portalu tvn24.pl. Kto ów Józef Janowicz, nie wiadomo. Domyślam się, że miejscowy „patriota”, bo raczej nie intelektualista.

Mauzoleum w Trzciance – jedno z najokazalszych upamiętnień żołnierzy radzieckich w Polsce – było przez kilkadziesiąt lat uznawane za cmentarz wojenny. Przestało być jednak za takowe uważane, kiedy burmistrz Trzcianki Krzysztof Czarnecki (PiS) zlecił badania archeologiczne. Badania te – przeprowadzone w „ostatnich tygodniach”, jak czytamy w relacji portalu tvn24.pl – wykazały, że pod mauzoleum nie ma rzekomo żadnych zwłok. Wówczas wojewoda wielkopolski (także z PiS) wykreślił obiekt z ewidencji grobów i cmentarzy wojennych, zmieniając jego stan prawny na pomnik. Następnie burmistrz Czarnecki zlecił jego natychmiastową rozbiórkę na mocy ustawy dekomunizacyjnej. Wyniki badań archeologicznych kwestionuje ambasada rosyjska, która wydała oświadczenie protestujące przeciw działaniom samorządu Trzcianki jako sprzecznym z rosyjsko-polską umową międzyrządową z 1994 roku o grobach i miejscach pamięci ofiar wojen i represji.

„Według dokumentów posiadanych przez Ambasadę pod mauzoleum nadal znajdują się groby żołnierzy Armii Czerwonej, co nadaje jeszcze bardziej nieprawny i niemoralny charakter akcji jego zburzenia” – napisała w oświadczeniu ambasada Rosji. Samorząd Trzcianki stoi na stanowisku, że szczątki żołnierzy radzieckich „prawdopodobnie przeniesiono na cmentarz w 1953 roku”. Nie ma jednak żadnych dokumentów potwierdzających przeprowadzenie takiej ekshumacji i nie wiadomo gdzie na miejscowym cmentarzu mieliby być pochowani żołnierze radzieccy. „Sprawdzają to pracownicy Muzeum Ziemi Nadnoteckiej” – informuje portal tvn24.pl.

Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Trzciance zburzone 8 września 2017 roku

Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Trzciance zburzone 8 września 2017 roku

Obok artykułu o zburzeniu mauzoleum w Trzciance portal tvn24.pl zamieścił – zapewne nieprzypadkowo – artykuł pt. „Mąż sprzedał Zofię Sowietom za wódkę, ratowali ją polscy żołnierze. I za to zginęli od kul w tył głowy”[2]. Widziałem ten tekst już kilkanaście razy w ciągu ostatnich pięciu lat na różnych portalach. Opisuje on zresztą wydarzenie, które miało mieć miejsce dwa lata po wojnie, a nie podczas wyzwalania Polski. Ten i inne podobne mu teksty oraz pojawiające się ostatnio jak grzyby po deszczu książki o „sowieckich gwałtach i grabieżach” są częścią kampanii propagandowej mającej uzasadnić to, co czyni się w Polsce z upamiętnieniami walk Armii Czerwonej z Niemcami hitlerowskimi w latach 1944-1945[3].

Niestety, ani portal tvn24.pl, ani żadne z innych mediów polskich nie poinformowały jakie krzywdy wyrządzili żołnierze radzieccy Polakom w Trzciance. Ano takie, że dzięki tym żołnierzom radzieckim Trzcianka – która w wyniku pierwszego rozbioru Polski znalazła się pod zaborem pruskim – ponownie po 173 latach stała się Trzcianką. W 1945 roku nazywała się bowiem Schönlanke i była miasteczkiem w stu procentach niemieckim, leżącym na terenie niemieckiej Prowincji Grenzmark Posen-Wetspreußen. To „Sowieci” przywrócili ją Polsce i dzisiaj leży w województwie wielkopolskim.

Zastanawiam się jak nazwać to, co stało się w Trzciance i stanie się wkrótce w dziesiątkach innych polskich miejscowości. Przychodzi mi na myśl tylko jedno słowo: barbarzyństwo. Barbarzyństwo wobec historii, wobec uczuć narodu rosyjskiego oraz wobec obecnych i przyszłych pokoleń Polaków.

Nigdzie poza Polską, pomajdanową Ukrainą – odwołującą się do tradycji banderowskiej – oraz państwami bałtyckimi, w których rządzą szowiniści będący niejednokrotnie epigonami kolaborantów z III Rzeszą, nie burzy się pomników upamiętniających żołnierzy radzieckich poległych w walkach z Niemcami, czyli upamiętniających pokonanie Niemiec hitlerowskich w drugiej wojnie światowej.

W mojej pamięci głęboko utkwił obraz pieczołowicie utrzymanego mauzoleum i cmentarza żołnierzy radzieckich w miejscowościach Svidnik na Słowacji. Spoczywa na nim 9 tys. spośród co najmniej 27 tys. żołnierzy radzieckich poległych w czasie operacji dukielsko-preszowskiej (8 września-30 listopada 1944). Ogromny monument został wzniesiony w 1954 roku w stylu tamtego okresu. Są tam czerwone gwiazdy, są godła ZSRR, są potężne rzeźby żołnierzy radzieckich, są płaskorzeźby w stylu socrealizmu. Wszystko starannie utrzymane. Nikomu na Słowacji nie przyszłoby do głowy, żeby to zburzyć. Co roku odbywają się pod tym pomnikiem – noszącym oficjalną nazwę Pomnika Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim – uroczystości z udziałem władz słowackich, upamiętniające operację dukielsko-preszowską, od której zaczęło się wyzwolenie Czechosłowacji.

Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim w Svidniku na Słowacji

Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim w Svidniku na Słowacji

We wsi Kapišová, przy drodze ze Svidnika do Barwinka, jest też niezwykły pomnik, na którym zastygły w walce dwa czołgi: radziecki T-34 z czerwoną gwiazdą i niemiecki PzKpfw IV z czarnym krzyżem. W tej samej miejscowości – w tzw. „dolinie śmierci” – stoją dwa T-34 z czerwonymi gwiazdami, a pomiędzy nimi znajduje się samotna mogiła czerwonoarmisty. Pomniki, których elementami są radzieckie czołgi można spotkać przy całej trasie ze Svidnika do Barwinka, liczącej 20 km. We wsi Nižný Komárnik, po słowackiej stronie Przełęczy Dukielskiej, znajdują się też radzieckie działa przeciwlotnicze i samolot szturmowy Ił-2 z czerwonymi gwiazdami. Dobrze utrzymane są nie tylko pomniki upamiętniające udział wojsk radzieckich w operacji dukielsko-preszowskiej, czechosłowacki cmentarz wojenny i memoriał w miejscowości Vyšný Komárnik, ale także niemiecki cmentarz wojenny w miejscowości Hunkovce.

Pomnik we wsi Kapišova na Słowacji

Pomnik we wsi Kapišova na Słowacji

Cmentarz żołnierzy niemieckich w Hunkovcach na Słowacji

Cmentarz żołnierzy niemieckich w Hunkovcach na Słowacji

Tak samo jest w Czechach i na Węgrzech, mimo przecież też niełatwych doświadczeń historycznych tych krajów z ZSRR. Wszędzie tam pieczołowicie dba się o „sowieckie pomniki”, które „pozostały w spadku po komunizmie”, jak głosi popularna w Polsce formułka propagandowa.

W centrum Wiednia na Schwarzenbergplatz stoi Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej, odsłonięty 19 sierpnia 1945 roku. Upamiętnia on 41 tys. żołnierzy radzieckich, którzy zginęli w czasie operacji wiedeńskiej (16 marca-13 kwietnia 1945). Pomnik ten ma kształt wyniosłej, smukłej kolumny marmurowej o wysokości 20 metrów, na której stoi 12-metrowy posąg z brązu, przedstawiający wyprostowanego żołnierz radzieckiego w złotym hełmie i z pepeszą. W prawej ręce żołnierz trzyma sztandar bojowy Armii Czerwonej, a w lewej pokaźnych rozmiarów godło ZSRR. Na cokole umieszczono rozkaz bojowy Stalina po rosyjsku oraz napis po rosyjsku i niemiecku, który głosi: „Pomnik ku chwale żołnierzy Armii Radzieckiej, którzy wyzwolili Austrię od faszyzmu. Kwiecień 1945”. Pomnik jest otoczony kolumnadą z 26 kolumn o wysokości 8 metrów oraz inskrypcją na belkowaniu: „Wieczna chwała bohaterom Armii Czerwonej, którzy polegli w walce z niemieckim faszystowskim najeźdźcą o wolność narodów Europy”. Jest to najokazalsze upamiętnienie żołnierzy radzieckich w Europie poza Rosją.

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-posąg żołnierza z godłem ZSRR

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-posąg żołnierza z godłem ZSRR

W ostatnich latach Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu był kilkakrotnie dewastowany przez nieznanych sprawców – neonazistów, albo licznie mieszkających w stolicy Austrii Czeczeńców, albo przybyszów z pomajdanowej Ukrainy, a może i nawet „polskich patriotów”. Zawsze jednak spotykało się to ze zdecydowanym potępieniem władz austriackich. Po zakończeniu okupacji Austrii przez cztery mocarstwa sojusznicze w 1955 roku żaden rząd austriacki – nawet w okresie nasilania się „zimnej wojny” – nie uznał tego pomnika za symbol „sowieckiego zniewolenia” mimo, że Austriacy nie mają powodów, żeby dobrze wspominać okupację radziecką Wiednia, Dolnej Austrii i Burgenlandu z lat 1945-1955. Elity polityczne Austrii rozumieją bowiem, że pomnik ten upamiętnia zwycięstwo koalicji antyhitlerowskiej nad Niemcami i wyzwolenie Austrii spod nazizmu. Zwycięstwo, które było w znaczącej mierze zasługą ZSRR. Polityczna świadomość tego faktu ma dla władz austriackich większe znaczenie od pretensji związanych z powojenną okupacją, zasłużoną zresztą przez Austriaków.

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-cokół z treścią rozkazu Stalina w języku rosyjskim

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-cokół z treścią rozkazu Stalina w języku rosyjskim

Tak samo zresztą niemieckie elity polityczne traktują Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten. Na pomniku tym też widnieją złote godła ZSRR i Armii Czerwonej oraz napisy, których treść przyprawiłaby polską prawicę o atak szału. Czy pani kanclerz Merkel uważa ten pomnik za „symbol zniewolenia” i „niechlubny spadek po komunizmie”? A może czuje się przez ten pomnik zniewolona? Nie, pani kanclerz Merkel buduje z Rosją kolejne gazociągi. Pomniki upamiętniające wkład Armii Czerwonej w zwycięstwo nad III Rzeszą znajdują się też we Frankfurcie nad Odrą, Pradze, Brnie, Ostrawie, Bratysławie, Budapeszcie i Sofii. Wszędzie tam uważa się, że są to pomniki ku czci żołnierzy jednej z armii koalicji antyhitlerowskiej, a nie „pomniki ku chwale komunizmu”.

Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten

Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten

Również w Norwegii znajdują się pomniki upamiętniające wyzwolenie przez Armię Czerwoną prowincji Finnmark jesienią 1944 roku. Nie można powiedzieć, że są one symbolem jakiegoś zniewolenia, ponieważ Norwegia nie była po wojnie ani okupowana przez ZSRR, ani nie znalazła się w radzieckiej strefie wpływów. Są one wyrazem wdzięczności Norwegów za wyzwolenie spod okupacji niemieckiej. We wszystkich tych państwach rozumie się znaczenie zwycięstwa koalicji antyhitlerowskiej nad III Rzeszą i znaczenie wyzwolenia spod okupacji niemieckiej przez wojska radzieckie.

Nie mogą tego jednak zrozumieć decydenci polityczni w Polsce – kraju, który w przeciwieństwie do Austrii, Czech, Słowacji, Norwegii czy Węgier został skazany przez Niemcy hitlerowskie na zagładę. Nie potrafią albo nie chcą zrozumieć tego, że okupacja niemiecka oznaczała dla narodu polskiego zagładę biologiczną, a Polska Ludowa nie. Nie potrafią albo nie chcą oddzielić faktu wyzwolenia Polski spod okupacji niemieckiej przez wojska radzieckie od polityki Stalina wobec Polski, także tej z lat 1939-1941. Nie rozumieją, że głosząc tezę o rzekomym przegraniu przez Polskę drugiej wojny światowej wypisują Polskę z koalicji antyhitlerowskiej i zapisują ją do satelitów III Rzeszy. Nie rozumieją, że głosząc, iż Polska Ludowa była podobno „kolonią sowiecką” podważają prawnomiędzynarodowe podstawy istnienia dzisiejszej Polski. Nie rozumieją znaczenia, jakie dla Rosjan ma pamięć o ofiarach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, w tym poległych żołnierzach radzieckich i że raniąc tę pamięć wykopują rów nie do zasypania pomiędzy narodami polskim i rosyjskim. A może świadomie chcą ten rów wykopać?

Decydenci polityczni w Polsce zachowują się tak jakby Rosja już nie istniała albo miała zaraz przestać istnieć. Nie zastanawiają się jakie skutki przyniosą ich działania dla stosunków nie pomiędzy państwami, ale pomiędzy narodami polskim i rosyjskim. Nie obchodzi ich jak będą wyglądać relacje przyszłych pokoleń Polaków i Rosjan w sytuacji, gdy zostaje boleśnie ugodzone jedno z najwrażliwszych miejsc rosyjskiej pamięci narodowej.

Czasem mam wrażenie, że władze w Polsce sprawują jacyś ekstremiści albo troglodyci, którzy nie rozumieją nic z polskiej i światowej historii. Podejrzewam też w tym wszystkim rękę obcą. Traktowanie działań wojennych Armii Czerwonej w Europie w latach 1944-1945 jako „podboju” i „zniewolenia” to jest przecież narracja historyczna najbardziej skrajnych sił politycznych w Niemczech i na Ukrainie. Widzę tutaj zatem realizację celów niemieckiej i ukraińskiej polityki historycznej. Niemcom, podejmującym wielkie projekty gospodarcze z Rosją, pewnych rzeczy robić nie wypada i być może właśnie te rzeczy robią za nich polscy podwykonawcy polityczni. Nie są też dla nikogo tajemnicą zażyłe stosunki z nacjonalistami ukraińskimi, jakie utrzymują od ponad ćwierć wieku postsolidarnościowe siły polityczne, a jakie przed 1989 rokiem utrzymywała ówczesna opozycja polityczna w PRL. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że niemały wpływ na skrajnie antyrosyjską politykę Warszawy, w tym politykę historyczną, muszą mieć ukraińskie środowiska nacjonalistyczne w Polsce i za granicą.

Nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że takie działania jak te w Trzciance mają charakter prowokacji obliczonej na całkowite zniszczenie stosunków polsko-rosyjskich. Być może ci prowokatorzy liczą na to, że Rosja w odwecie zburzy polskie mauzoleum w Katyniu. Doprowadzenie do takiej sytuacji jest chyba ukrytym celem obozu politycznej rusofobii w Polsce. Bo jeżeli jedna prowokacja nakręca drugą, jeszcze bardziej radyklaną, to jaki inny można z tego wyciągnąć wniosek?

Polityka musi mieć jakiś cel. Tymczasem polityka prowadzona przez obecną władzę nie ma celu żadnego. Sprowadza się ona do systematycznego pogarszania stosunków z Rosją i Niemcami oraz groźnego prężenia amerykańskich muskułów. Najprawdopodobniej decydenci polityczni w Polsce nie biorą przy tym pod uwagę tego, że za napinanie muskułów amerykańskich trzeba będzie USA zapłacić niemałą cenę, ponieważ mocarstwo to niczego nie robi bezinteresownie. Największe korzyści polityczne z antyrosyjskiej obsesji Warszawy – oprócz USA – wyciąga pomajdanowa Ukraina. Status Polski jako kraju nieustannie skłóconego z Niemcami i Rosją i zarazem niewiele znaczącego na arenie międzynarodowej jest z punktu widzenia interesów politycznych Kijowa rozwiązaniem najbardziej optymalnym. Ciągłe prowokowanie Rosji w pewnym momencie przekroczy jednak masę krytyczną i doprowadzi do sytuacji, od której nie będzie odwrotu.

Prof. Andrzej Friszke w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej” stwierdził, że polityka historyczna PiS jest zupełnie niezrozumiała poza granicami Polski, a w kraju służy wykluczaniu różnych środowisk i tradycji. Natomiast rozpoczęta przez rząd PiS wojna propagandowa w sprawie reparacji wojennych od Niemiec, nie mieści się w kategorii polityki historycznej[4].

Dodam, że również „wojna pomnikowa” z Rosją nie mieści się w ramach jakiejkolwiek polityki historycznej. To są działania polityczne obliczone na konfrontację, która nie wiadomo czemu ma służyć i do czego zmierzać.

Polska obecna coraz bardziej przypomina Ugandę pod rządami Idi Amina Dada (1971-1979), który ogłosił się feldmarszałkiem i „zdobywcą Imperium Brytyjskiego” oraz doprowadził do konfliktu z niemal wszystkimi sąsiadami, że o Cesarstwie Środkowoafrykańskim (1976-1979) Jeana-Bedela Bokassy nie wspomnę.

[1] W kilka minut zburzyli radzieckie mauzoleum. „Ostatni bastion komunizmu padł na pysk”, http://www.tvn24.pl, 9.09.2017.

[2] „Mąż sprzedał Zofię Sowietom za wódkę, ratowali ja polscy żołnierze. I za to zginęli od kul w tył głowy”, http://www.tvn24.pl, 15.06.2017.

[3] Np. Stanisław M. Jankowski, „Dawaj czasy! Czyli wyzwolenie po sowiecku”, Dom Wydawniczy „Rebis”, Poznań 2017. W reklamie tej książki na portalu księgarni Empik czytamy m.in.: „Żołnierze AK przyjęli ich jak sojuszników – oni potraktowali ich jak wrogów: kulą w głowę lub uwięzieniem. Przez cywilów byli witani kwiatami i chlebem – tyle że oni chcieli zegarków, wódki oraz kobiet. Biada tym, którzy odmówili…”, http://www.empik.com, 11.04.2017.

[4] J. Nizinkiewicz, „Friszke: samobójcza polityka historyczna PiS”, http://www.rp.pl, portal dziennika „Rzeczpospolita”, 10.09.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 11 września 2017 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2155/56), 24.09-1.10.2017, s. 6-7

Dekomunizacja Sendlerowej?

Narodowy Bank Polski nie chce wyemitować okolicznościowej monety, upamiętniającej 10. rocznicę śmierci Ireny Sendlerowej[1]. Jest to kolejna zdumiewająca decyzja obecnej władzy po zapowiedzi odradzania zagranicznym dziennikarzom wizyt w Muzeum Auschwitz, z którą wystąpił zdymisjonowany już prezes Polskiej Organizacji Turystycznej. Rodzi się pytanie – czy w końcu PiS chce walczyć ze stereotypem antysemickiej Polski, oskarżanej przez Grossa i Grabowskiego o udział w zagładzie Żydów, czy nie? Bo co innego mówi w tej sprawie senator Jan Żaryn, a co innego robi np. prezes NBP – „niezłomny prawicowiec” Adam Glapiński.

Domyślam się dlaczego Sendlerowa mogła nie przypaść do gustu prezesowi Glapińskiemu. Nie podejrzewam go o antysemityzm. Wiem natomiast, że jest radykalnym antykomunistą. No a Irena Sendlerowa była długoletnią członkinią Związku Polskiej Młodzieży Demokratycznej i PPS (do 1948 r.) oraz PZPR (1948-1968). A czy dla „niezłomnego prawicowca” może być coś gorszego od czyjegoś członkostwa w PZPR? Dla „niezłomnego prawicowca” członkostwo w PZPR przekreśla wszystko – nieważne co człowiek zrobił dla kraju i nieważne, że Sendlerowa była po wojnie wielokrotnie przesłuchiwana przez UB i tylko przez przypadek uniknęła aresztowania.

Członkowie PZPR byli jednak różni. Jedni dopuszczali się zbrodni i przestępstw, a inni pracowali jak najlepiej umieli na rzecz odbudowy i rozwoju kraju. Jedni wspierali sowietyzację, a inni rozumieli polskie sprawy i działali na rzecz polskiej racji stanu. Jedni wstępowali dla kariery, inni z konformizmu, a chyba najmniej zaliczało się tam do ideowych ludzi lewicy. Sendlerowa była właśnie autentycznym, ideowym człowiekiem lewicy. Najbardziej znana jest z tego, że podczas okupacji niemieckiej uratowała około 2,5 tys. dzieci żydowskich, w czym zresztą dopomógł jej m.in. Jan Dobraczyński – pisarz katolicki, związany przed wojną ze Stronnictwem Narodowym i ONR ABC, a po wojnie działacz Stowarzyszenia PAX i przewodniczący PRON, czyli dla obecnej władzy też „zdrajca”.

Jednakże to nie było jedyne pole działalności Ireny Sendlerowej. W latach 1932-1939 pracowała w Sekcji Opieki nad Matką i Dzieckiem Obywatelskiego Komitetu Pomocy Społecznej Wolnej Wszechnicy Polskiej, a od 1935 roku także w Wydziale Opieki Społecznej i Zdrowia Zarządu Miejskiego m.st. Warszawy. Została tam kierowniczką Referatu do Walki z Włóczęgostwem, Żebractwem i Prostytucją. Pracę w opiece społecznej kontynuowała też w PRL, gdzie doszła do stanowiska dyrektora departamentu w Ministerstwie Zdrowia i Opieki Społecznej. Przed wojną zajmowała się m.in. obroną bezrobotnych i biednych przed eksmisjami na bruk oraz pomocą prawną, psychologiczną i materialną dla ludzi wykluczonych społecznie, a więc rzeczami zupełnie niezrozumiałymi dla współczesnych neoliberałów, którzy uważają, że biedni i wykluczeni sami są winni swojej biedy i wykluczenia. Neoliberalizm gospodarczy jest przecież bliski obecnemu prezesowi NBP, który był nie tylko współzałożycielem Porozumienia Centrum, ale także warszawskiego oddziału Kongresu Liberalno-Demokratycznego i ministrem w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego w 1991 roku.

Należy dodać, że „niezłomnej prawicy” nie są obce tendencje do eksponowania postaci Sendlerowej jako przykładu polskiej postawy wobec losu Żydów podczas drugiej wojny światowej. W takim duchu pisał o niej m.in. tygodnik „Niedziela”, zatajając co prawda, że była człowiekiem lewicy[2]. Niemal za swoją uznała ją na Facebooku strona o nazwie „Antykomuna” – prezentująca skrajne treści antykomunistyczne i antylewicowe oraz ślepo gloryfikująca „żołnierzy niezłomnych”. Zwróciłem im uwagę na to, żeby nie afiszowali się Sendlerową, bo ona – socjalistka i długoletnia członkini PZPR – pewnie by sobie tego nie życzyła. W odpowiedzi spotkałem się oczywiście z agresją. Być może też nie życzyłaby sobie uhonorowania monetą NBP przez obecną władzę, która wszystko i wszystkich „dekomunizuje”, tzn. wymazuje pół wieku polskiej historii.

[1] A. Rogal, NBP odpowiada, czemu nie chce monety z Sendlerową: w 2009 r. byli już „Polacy ratujący Żydów”, http://www.tokfm.pl, 6.09.2017.

[2] S. Błaut, Egzamin z człowieczeństwa, „Niedziela” nr 21/2008, s. 35.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 września 2017 r.

Sojuszniczy cios nożem w plecy

Współczesna polska publicystyka historyczna wykreowała określenie „cios nożem w plecy” wobec agresji ZSRR z 17 września 1939 roku. Tych ciosów nożem w plecy Polska otrzymała we wrześniu 1939 roku jednak więcej. 1 września 1939 roku taki cios zadała Rzeczypospolitej Słowacja – umożliwiając wojskom hitlerowskim zaatakowanie Polski ze swojego terytorium oraz biorąc czynny udział w tej agresji. 12 września 1939 roku cios nożem w plecy zadali natomiast nacjonaliści ukraińscy, wszczynając w porozumieniu z Berlinem działania, które przeszły do historii pod nazwą dywersji OUN na Kresach Wschodnich.

Na miano ciosu nożem w plecy zasługuje także postawa sojuszników Polski, czyli niewywiązanie się przez Francję i Wielką Brytanię ze zobowiązań sojuszniczych. Ten sojuszniczy cios nożem w plecy był chronologicznie pierwszy i stanowił ogromny szok dla społeczeństwa polskiego, które ówczesna propaganda państwowa utwierdzała w wierze w trwałość i niezawodność sojuszy. Przypominam o nim nie po to, żeby deprecjonować znaczenie innych przyczyn klęski wrześniowej – w tym działań podjętych przez ZSRR – ale dlatego, że postawa sojuszników zachodnich wobec samotnie walczącej z najazdem niemieckim Polski zasługuje na uwagę również w kontekście współczesnej polskiej polityki prozachodniej.

Odsunąć agresję niemiecką od Zachodu

II Rzeczpospolita od początku lat 20. XX wieku była związana sojuszem polityczno-wojskowym z Francją – najsilniejszym wówczas militarnie mocarstwem Europy Zachodniej. Polsko-francuska umowa sojusznicza została podpisana 19 lutego 1921 roku w Paryżu. Dopiero 19 maja 1939 roku – w sytuacji jawnego już zagrożenia napaścią Niemiec hitlerowskich na Polskę – Francja zgodziła się na odnowienie i uściślenie konwencji wojskowej do umowy sojuszniczej z 1921 roku. Nadający tej konwencji klauzulę ważności protokół polityczny dyplomacja francuska podpisała pod naciskiem Wielkiej Brytanii 4 września 1939 roku. Najważniejszym zobowiązaniem, jakie przyjęła na siebie Francja było rozpoczęcie ofensywy przeciw Niemcom w 15-tym dniu po ogłoszeniu mobilizacji powszechnej.

Drugim sojusznikiem II RP w 1939 roku stała się Wielka Brytania, która w reakcji na całkowitą likwidację Czechosłowacji przez Niemcy (14-15 marca 1939 r.) udzieliła Polsce 31 marca 1939 roku jednostronnej gwarancji niepodległości (ale nie integralności terytorialnej), obiecując pomoc wojskową w wypadku zagrożenia. Następstwem tego kroku było podpisanie 6 kwietnia 1939 roku w Londynie przez ministrów spraw zagranicznych Józefa Becka i lorda Halifaxa układu o dwustronnych gwarancjach polsko-brytyjskich, który stał się podstawą rokowań o zawarcie formalnego układu sojuszniczego między Polską a Wielką Brytanią. Na sfinalizowanie go Londyn zdecydował się dopiero 25 sierpnia 1939 roku, obawiając się, że po podpisaniu w Moskwie 23 sierpnia 1939 roku paktu Ribbentrop-Mołotow Polska może pójść na ustępstwa wobec Niemiec.

Układy polskie z Wielką Brytanią spowodowały wypowiedzenie przez Hitlera 28 kwietnia 1939 roku polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 roku. Droga do wojny została otwarta, ale do wojny ze wschodnim sąsiadem Niemiec. Do tego właśnie zmierzała polityka francuska i brytyjska – do odsunięcia agresji hitlerowskiej od Europy Zachodniej.

Celem gwarancji sojuszniczych udzielonych Polsce przez Paryż i Londyn w 1939 roku nie była jej obrona przed Niemcami. Francja i Wielka Brytania – w sytuacji załamania się polityki monachijskiej – nie chciały jedynie dopuścić do tego, by Polska poszła na polityczne ustępstwa wobec Niemiec, co spowodowałoby skierowanie agresji niemieckiej na Zachód.

Od euforii do ewakuacji

O tym, że gwarancje francuskie i brytyjskie są niepewne, polskie społeczeństwo nie wiedziało. Ówczesna elita władzy chciała wierzyć w niezawodność tych sojuszy mimo niechęci Paryża i Londynu do przyjęcia konkretnych zobowiązań natury wojskowej na wypadek wybuchu wojny. Wiarę tę krzewiła wszelkimi środkami w społeczeństwie, przygotowując je psychologicznie do wielkiego zwycięstwa razem z mocarstwami zachodnimi nad III Rzeszą.

29 sierpnia 1939 roku na łamach „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” można było przeczytać artykuły o następujących tytułach: „Nadzwyczajne posiedzenie parlamentu angielskiego”, „Francja pod znakiem mobilizacji”, „Anglia gotowa do starcia – tłumy modlą się w świątyniach”, „Nie oddamy niczego – walczymy o wolność ludzkości!”, „Ani rząd, ani naród brytyjski nie zgodzi się na rozwiązanie po linii Monachium”, „Berlin w nastroju ciężkiej depresji”, „Mocna decyzja i nieugiętość cechują Francję”, „Szwecja i Dania sympatyzują z Polską”[1]. O rzekomym ogłoszeniu mobilizacji przez Francję pisała też 28 sierpnia 1939 roku prosanacyjna „Gazeta Polska”[2].

IKC z 29 sierpnia 1939 roku

IKC z 29 sierpnia 1939 roku

Dzisiaj powiedzielibyśmy, że były to tzw. „fake news”. Francja i Wielka Brytania nie tylko nie ogłosiły mobilizacji, ale zmusiły władze polskie do odwołania 30 sierpnia ogłoszonej dzień wcześniej mobilizacji powszechnej. Stało się tak dlatego, że wbrew temu co twierdził „IKC” Paryż i Londyn do końca grały z Niemcami, licząc na powrót do polityki monachijskiej. Ponownie Polska ogłosiła mobilizację wieczorem 31 sierpnia. Opóźnienie mobilizacji spowodowało trudny do opanowania chaos. 1 września polskie jednostki liniowe osiągnęły 70 proc. gotowości bojowej, a wiele oddziałów nie dotarło już do miejsc zgrupowań z powodu ataków lotnictwa niemieckiego na linie kolejowe.

30 sierpnia 1939 roku „IKC” pisał m.in. o „katastrofalnej pozycji wyjściowej Niemiec w razie wywołania pożogi wojennej” oraz cytował list premiera Francji Édouarda Daladiera do Hitlera, w którym napisał on, że „Francja wiernie wypełni swe zobowiązania” wobec Polski. W centrum uwagi „IKC” znalazł się też gen. Maurice Gamelin – szef sztabu francuskiego, przyszły współautor tzw. „dziwnej wojny” i klęski Francji w 1940 roku. Wedle charakterystyki „IKC” był to „spokojny, pełen rozwagi oficer-arystokrata (…) i jeden z najbardziej utalentowanych wychowanków światowej sławy Akademii Wojskowej w St. Cyr”[3].

IKC z 31 sierpnia 1939 roku

IKC z 31 sierpnia 1939 roku

31 sierpnia 1939 roku „IKC” opatrzył pierwsza stronę krzyczącym tytułem: „Chamberlain oświadcza: Nie ustąpimy ani na krok!”. Zamieścił też zdjęcie imponującego działa polskiej artylerii zmotoryzowanej (sic!) z podpisem „Lawiną żelaza przyjmiemy wroga”. A na ósmej stronie dał najbardziej krzepiące tytuły: „Niemiecki żołnierz nie chce się bić z Polską i ucieka przez granicę” oraz „Pierwsza godzina wojny będzie hasłem do rewolucji w III Rzeszy”[4].

IKC z 31 sierpnia 1939 roku. Zdjęcie działa polskiej artylerii zmotoryzowanej

IKC z 31 sierpnia 1939 roku. Zdjęcie działa polskiej artylerii zmotoryzowanej

Szczytem polskiej euforii był 3 września 1939 roku, chociaż tego dnia wojska niemieckie zajęły już Górny Śląsk i Pomorze oraz przerwały front na południowym zachodzie i północy, a Luftwaffe od trzech dni dosłownie pustoszyła kraj. Ale właśnie 3 września Francja i Wielka Brytania wypowiedziały wojnę Niemcom. Nikt nie zastanawiał się nad tym, dlaczego dopiero 3 września. Manifestacja radości przed ambasadami Francji i Wielkiej Brytanii „wystrzeliła z serca, z wolnej woli Warszawy (…). Od skrzyżowania z alejami Jerozolimskimi po przecięcie z ul. Chmielną kolebał się potężny tłum. Nie policzyć ile tysięcy” – donosił „Kurier Poranny”. Wedle relacji tej gazety parkan otaczający budynek ambasady brytyjskiej przy ul. Smolnej został oblepiony ludźmi. Nie było końca owacjom, gdy na balkonie ambasady pojawili się ambasador brytyjski Howard W. Kennard i minister Beck, który stwierdził: „Anglia nie zawiedzie się na Polsce, tak, jak i Polska nie zawiedzie się na Anglii. Jeśli ktoś będzie miał rozczarowanie, to na pewno nie my”. Równie spontaniczna manifestacja odbyła się pod ambasadą Francji, która została zasypana kwiatami. Ambasador francuski Leon Noël oświadczył: „Nie jesteście już osamotnieni, lecz macie za sobą Francję oraz Imperium Brytyjskie wraz z ich niewyczerpanymi zasobami ludzkimi i materialnymi oraz całą ich potęgą”[5].

Tego też dnia płk Zygmunt Wenda – szef sztabu Obozu Zjednoczenia Narodowego – przyjął przedstawicieli opozycji, którzy w obliczu wojny zaproponowali poszerzenie bazy politycznej rządu. Pogardliwie oświadczył im, że nikt nie będzie się dzielił zwycięstwem nad Niemcami.

Jednak już następnego dnia – 4 września – kiedy szczyt euforii warszawskiej ulicy jeszcze nie opadł, rozpoczęła się ewakuacja ze stolicy prezydenta Ignacego Mościckiego i rządu gen. Felicjana Sławoja-Składkowskiego, a 6 września naczelnego wodza, marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza. 8 września do przedmieść Warszawy dotarł niemiecki XVI Korpus Pancerny.

Ulotki zamiast bomb

5 września 1939 roku popołudniówka „Czas-7 Wieczór” pisała o 30-tu polskich samolotach, które rzekomo zbombardowały Berlin. Przy czym „wszyscy lotnicy powrócili do swych baz”[6]. Tego samego 5 września „Express Poranny” pisał o rzekomym zbombardowaniu portów niemieckich przez lotnictwo brytyjskie oraz o wkroczeniu polskiej kawalerii do Prus Wschodnich[7]. 6 września „Goniec Warszawski” na pierwszej stronie dał tytuł: „Francuzi przeszli linię Zygfryda. Westerplatte, Gdynia, Hel – bronią się! Największy pancernik niemiecki zatopiony”. A na kolejnej stronie entuzjazmował się: „Przygnębienie w Berlinie” i „Niemcy w potrzasku”[8]. 13 września – a więc w dniu, w którym wojska niemieckie zamknęły pierścień okrążenia wokół Warszawy – „Express Poranny” informował o załamaniu się ofensywy niemieckiej na Polskę, powstaniach w zajętych przez Niemców miastach i zwycięskich atakach sprzymierzonych na froncie zachodnim[9].

„Czas-7 Wieczór” z 5 września 1939 roku

„Czas-7 Wieczór” z 5 września 1939 roku

„Express Poranny” z 5 września 1939 roku

„Express Poranny” z 5 września 1939 roku

„Express Poranny” z 13 września 1939 roku

„Express Poranny” z 13 września 1939 roku

Niestety, rzeczywistość była inna. Zamiast bomb samoloty brytyjskie zrzucały na Hamburg ulotki, z których Niemcy mogli się dowiedzieć, że „każda niemiecka ambicja może być spełniona w drodze przyjaznej negocjacji (…). Wy, naród niemiecki, jeżeli tylko chcecie, możecie nalegać na pokój w każdym czasie. My również pragniemy pokoju i jesteśmy gotowi do jego zawarcia z każdym miłującym pokój rządem niemieckim”[10]. Z zacytowanej treści otwarcie wyziera duch polityki monachijskiej. Mimo wypowiedzenia Niemcom wojny Londyn i Paryż wciąż miały nadzieję na udobruchanie Hitlera nowym Monachium. Tym razem z Polską w roli dania głównego. Dlatego właśnie RAF we wrześniu 1939 roku bombardował Niemcy ulotkami.

9 września gen. Tadeusz Kutrzeba na czele Armii „Poznań” i części Armii „Pomorze” rozpoczął kontrofensywę pod Łodzią, która przeszła do historii pod nazwą bitwy nad Bzurą. Polska kontrofensywa miałaby szanse powodzenia, gdyby w tym czasie Francja podjęła działania odciążające. Taka częściowa ofensywa była przewidziana przez polsko-francuską konwencję wojskową jeszcze przed ofensywą generalną, którą armia francuska miała rozpocząć 15 dni po rozpoczęciu mobilizacji. Zamiast częściowej ofensywy trzy armie francuskie rozpoczęły 7 września działania pozorowane na przedpolu Linii Zygfryda. Na froncie długości około 30 km weszły one na terytorium niemieckie na głębokość od 1 do 8 km, zajmując około 20 miejscowości. 12 września – w kluczowym momencie bitwy nad Bzurą – gen. Gamelin polecił wstrzymać „offensive pour la Pologne”, która kosztowała armię francuską 1575 zabitych i rannych, przy stratach niemieckich wynoszących 196 zabitych, 356 rannych i 144 zaginionych[11]. Tego samego dnia Międzysojusznicza Najwyższa Rada Wojenna z udziałem premierów Chamberlaina i Daladiera podjęła w Abbeville decyzję o zaprzestaniu wszelkich działań ofensywnych na froncie zachodnim. Oznaczało to złamanie zobowiązań sojuszniczych wobec Polski.

„Ofensywa na rzecz Polski – zauważył prof. Marian Zgórniak – od początku była traktowana jako działanie pozorne, wynikające z czysto formalnego obowiązku uczynienia jakiegoś gestu wobec i tak skazanego na zagładę sprzymierzeńca”[12].

Dopiero mając pewność, że nie dojdzie do generalnej ofensywy francuskiej, 17 września 1939 roku Stalin zdecydował się na zrealizowanie zobowiązań wynikających z tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow. Do tego czasu nie chciał bowiem ryzykować ewentualnej wojny z mocarstwami zachodnimi. Warto przypomnieć, że treść tego tajnego protokołu była znana rządowi USA już 24 sierpnia 1939 roku[13]. Natychmiast powiadomił on o niej rząd brytyjski, a ten z kolei francuski. Oba te rządy nie poinformowały jednak o tym polskiego sojusznika.

4 maja 1939 – wyrok na Polskę

Los Polski został przesądzony znacznie wcześniej. 4 maja 1939 roku zakończyły się trwające miesiąc brytyjsko-francuskie rozmowy sztabowe. W ich trakcie sztabowcy brytyjscy wykluczyli możliwość udzielenia Polsce pomocy wojskowej, cynicznie zakładając, że pomocy takiej udzielą jej wojska radzieckie. Cynizm i perfidia tego rozumowania polegały na tym, że tak w Londynie, jak i w Warszawie z góry wykluczano możliwość politycznego zbliżenia pomiędzy Polską i ZSRR. Sztaby mocarstw zachodnich jednomyślnie zgodziły się również, że sojusz Francji i Wielkiej Brytanii z Polską i Rumunią przedstawia małą wartość strategiczną ze względu na niewielkie potencjały wojskowe tych sojuszników. W końcowym stanowisku konferencji sztabów sprzymierzonych stwierdzono, że „Los Polski zależeć będzie od ostatecznego wyniku wojny, a ten, na odwrót, zależeć będzie od naszej zdolności zadania ewentualnej klęski Niemcom, a nie od naszej zdolności zmniejszenia nacisku na Polskę na początku”. Alianci zachodni zakładali unikanie wczesnej, totalnej konfrontacji z Niemcami, aby zyskać czas na rozbudowę własnych sił zbrojnych. Decyzja podjęta 4 maja 1939 roku przez sztaby generalne Francji i Wielkiej Brytanii o nieudzieleniu Polsce pomocy wojskowej podczas wojny z Niemcami miała klauzulę tajności[14].

Konsekwencją tej tajnej decyzji była postawa zajęta przez gen. Gamelina podczas rokowań z misją wojskową gen. Tadeusza Kasprzyckiego w Paryżu (14-19 maja 1939 r.) oraz przez brytyjską misję wojskową podczas rokowań z polskim Sztabem Głównym w Warszawie (20-30 maja 1939 r.). Obaj alianci unikali przyjmowania konkretnych zobowiązań co do zaangażowania rodzajów i ilości swoich wojsk po stronie Polski na wypadek wybuchu wojny z Niemcami. Przyjmowane ustalenia w sprawie pomocy wojskowej miały charakter ogólnikowy. W martwym punkcie utknęły też starania polskie o uzyskanie we Francji i Wielkiej Brytanii znaczących pożyczek na zakup uzbrojenia.

Jednocześnie alianci zachodni nie szczędzili Polsce gołosłownych zapewnień i słów otuchy. Prawdziwy festiwal takich obietnic odegrał przed prezydentem Mościckim, marszałkiem Śmigłym-Rydzem oraz ministrem Beckiem gen. Edmund Ironside – szef sztabu brytyjskiego – podczas swojej wizyty w Warszawie w dniach 17-21 lipca 1939 roku. W rozmowie z ministrem Beckiem roztaczał on m.in. fantastyczne wizje skierowania na front polski wojsk brytyjskich z Egiptu. Bajecznie brzmiące zapewnienie Ironside’a o tym, że „przyjdziemy do was przez Morze Czarne” minister Beck uznał za poważne, co jest o tyle zdumiewające, że sam był wojskowym (pułkownikiem dyplomowanym artylerii)[15]. Składając te i inne zapewnienia Ironside wiedział, że są fałszywe. W swoim dzienniku zanotował bowiem: „Francuzi okłamują Polaków mówiąc, że zamierzają przystąpić do ataku. Taka koncepcja w ogóle nie istnieje”[16].

Po powrocie Ironside’a do Londynu brytyjski komitet szefów sztabów, obradujący pod jego przewodnictwem, stanowczo wypowiedział się przeciwko udzielaniu Polsce pomocy przez siły lądowe i morskie. Półtora miesiąca później ten sam gen. Ironside informował ambasadora Edwarda Raczyńskiego, że Wielka Brytania nie podejmie działań zbrojnych na rzecz Polski i razem z gen. Gamelinem stał się czołowym strategiem tzw. „dziwnej wojny” na froncie zachodnim (1939-1940).

W tym czasie, gdy gen. Ironside bajał w Warszawie o desancie z Egiptu przez Morze Czarne, rząd brytyjski toczył tajne rozmowy z Niemcami na temat powrotu do polityki monachijskiej. Ze strony niemieckiej prowadził je Helmuth Wohlthat – bliski współpracownik Hermanna Göringa, a ze strony brytyjskiej doradca premiera Chamberlaina – Horace Wilson[17]. Tzw. misja Wohlthata przekonała Hitlera, że Wielka Brytania i Francja nie udzielą Polsce pomocy. Stąd skierowanie 80 proc. sił Wehrmachtu przeciw Polsce wcale nie było ze strony Hitlera przejawem hazardu.

Nie było alternatywy

Mimo krytyki, jakiej poddawana jest polityka zagraniczna obozu sanacyjnego w przededniu wojny, należy stwierdzić, że w 1939 roku nie było dla Polski innej alternatywy jak pisany na wodzie sojusz z Francją i Wielką Brytanią lub sojusz z ZSRR, oznaczający de facto przyjęcie w 1939 roku politycznego status quo z 1945 roku. Popularyzowane przez niektórych prawicowych publicystów (Rafał A. Ziemkiewicz, Piotr Zychowicz) wizje spełnienia przez Polskę żądań niemieckich odnośnie Gdańska i Korytarza oraz zawarcia sojuszu z Niemcami hitlerowskimi należy uznać za niepoważne. Gdyby Polska w 1939 roku rozpoczęła drugą wojnę światową jako satelita III Rzeszy, to w 1945 roku nie miałaby nie tylko ziem wschodnich, ale i zachodnich, a może nawet nie byłoby jej wcale.

Sojusz z mocarstwami zachodnimi nie był rozwiązaniem złym, pod warunkiem że wypełniłyby one swoje zobowiązania wobec Polski. Polska była przygotowana na wsparcie ofensywy francuskiej. W Wielkopolsce przygotowano całą sieć lotnisk, gdzie wahadłowo miały lądować bombowce francuskie, bombardujące Niemcy.

Niemiecki generał Alfred Jodl podczas procesu norymberskiego oświadczył, że alianci zachodni mogli w 1939 roku odnieść szybkie zwycięstwo nad szczupłymi siłami niemieckimi na froncie zachodnim. „W roku 1939 byliśmy oczywiście w stanie zniszczyć samotną Polskę, ale nigdy nie było w naszych możliwościach, ani w 1938 roku, ani w 1939, odparcie koncentrycznego ataku sojuszników. I jeżeli nie przegraliśmy już w 1939 roku, to tylko dlatego, że w czasie kampanii polskiej mniej więcej 110 francuskich i brytyjskich dywizji zachowało się kompletnie biernie, mając za przeciwnika jedynie 23 niemieckie dywizje” – powiedział Jodl[18].

Późniejszy marszałek Alphonse Juin tak scharakteryzował postawę Francji: „Można było wejść jak w masło w pozycje niemieckie, można było rozstrzygnąć wojnę w 1939 roku. Trochę zdecydowania i charakteru (…). Co za hańba, co za wstyd, co za głupota zarazem. To idealna sytuacja, wręcz modelowa, w której można było pobić przeciwnika wychodząc na jego odsłonięte tyły. Przy tym zdrada wiernego przyjaciela”[19].

Niestety tego charakteru zabrakło wówczas politykom zachodnim, tkwiącym nadal w bagnie polityki monachijskiej.

[1] „Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 238, Kraków, 29.08.1939.

[2] Stan mobilizacji we Francji, „Gazeta Polska” nr 239, Warszawa, 28.08.1939.

[3] „Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 239, Kraków, 30.08.1939.

[4] „Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 240, Kraków, 31.08.1939.

[5] J. Drużycki, Anglia i Francja wypowiedziały wojnę [Warszawa od ka do jot], http://www.salon24, 4.09.2009.

[6] 30 samolotów polskich zbombardowało Berlin. Wszyscy lotnicy powrócili do swych baz, „Czas-7 Wieczór”, 5.09.1939.

[7] Niemcy wzięci w dwa ognie. Porty niemieckie zbombardowane przez lotników angielskich. Kawaleria polska wkroczyła do Prus Wschodnich. Wojska francuskie rozpoczęły akcje na lądzie, morzu i powietrzu, „Express Poranny” nr 245, 5.09.1939.

[8] „Goniec Warszawski” nr 248, 6.09.1939.

[9] Ofensywa niemiecka na Polskę – załamana. Powstania w okupowanych miastach Polski. Zwycięskie ataki sprzymierzonych na froncie zachodnim; Wspólny atak przeciwniemiecki na obu frontach, „Express Poranny” nr 253, 13.09.1939.

[10] T. Osuch, II wojna światowa. Alianci bronili Polski… ulotkami, http://www.wiadomosci24.pl, 1.09.2010.

[11] M. Zgórniak, Europa w przededniu wojny. Sytuacja militarna w latach 1938-1939, Kraków 1993, s. 482.

[12] Tamże, s. 466.

[13] Hans von Herwarth, Między Hitlerem a Stalinem. Wspomnienia dyplomaty i oficera niemieckiego 1931-1945, Warszawa 1992, s. 260.

[14] J. Karski, Wielkie mocarstwa wobec Polski 1919-1945. Od Wersalu do Jałty, Warszawa 1992, s. 281; L. Wyszczelski, O czym nie wiedzieli Beck i Rydz-Śmigły, Warszawa 1989, s. 78-81.

[15] L. Wyszczelski, O czym nie wiedzieli…, s. 122-131.

[16] J. Karski, Wielkie mocarstwa wobec Polski…, s. 281.

[17] H. Batowski, Między dwiema wojnami 1919-1939. Zarys historii dyplomatycznej, Kraków 2001, s. 360-361; L. Wyszczelski, O czym nie wiedzieli…, s. 118-119.

[18] Cyt. za: 12 września 1939 r. Tajna konferencja w Abbeville, http://www.nowahistoria.interia.pl, 12.09.2015.

[19]  Op. cit.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 września 2017 r.

„Przegląd” nr 36 (922), 4-10.09.2017, s. 8-13

Głupcy nie mogą być elitą narodu

Sądziłem, że wśród PiS-owców nie ma ludzi całkowicie pozbawionych rozumu. Ale i tu się pomyliłem. Moje wątpliwości rozwiał prezes państwowej agencji o nazwie Polska Organizacja Turystyczna, będący wcześniej prezesem uzdrowisk w Kołobrzegu i Świeradowie-Zdroju, a także dwukrotnym kandydatem na burmistrza Kamienia Pomorskiego z ramienia PiS. O jego wypowiedziach dla „Gazety Wyborczej” tak napisał portal onet.pl: „To polskie, a nie żydowskie elity zostały w czasie wojny zupełnie przeorane i zlikwidowane. Pamiętajmy, że kultura żydowska w praktyce cała przetrwała – twierdzi Marek Olszewski, szef Polskiej Organizacji Turystycznej na łamach „Gazety Wyborczej”. Dlatego z programów wizyt zagranicznych dziennikarzy, organizowanych przez POT, znika zwiedzanie KL Auschwitz czy Muzeum Żydów Polskich „Polin”. – Chcemy położyć nacisk na promowanie tego, co cenne w naszej własnej kulturze – podkreśla. (…) zwiedzania obozu na pewno nie zaproponuję dziennikarzowi z Chin, który po raz pierwszy przyjeżdża do Polski. Podczas krótkich studyjnych pobytów nie ma czasu na tłumaczenie skomplikowanej historii – przekonuje Olszewski (…)”[1].

Czy ten prezes wie o tym, że Auschwitz jest symbolem tak samo martyrologii żydowskiej jak i polskiej, romskiej, rosyjskiej, czeskiej itd? Tak zresztą jest to prezentowane w Muzeum Auschwitz-Birkenau. Czy prezes POT wie o tym, że Auschwitz był największym miejscem nie tylko żydowskiej, ale i polskiej martyrologii podczas drugiej wojny światowej? Że Polacy byli pierwszymi chronologicznie i drugimi liczebnie ofiarami tego obozu? Oprócz miliona Żydów zginęło tam 70 tysięcy Polaków. A w Mauthausen co najmniej 27 tysięcy (40 proc. ofiar tego obozu). W niemieckich obozach koncentracyjnych zginęło około 250 tys. Polaków. Ponad 10 razy więcej niż w wyniku zbrodni katyńskiej, eksponowanej obecnie ze względów politycznych. Najwięcej Polaków zginęło w takich obozach niemieckich jak Auschwitz, Mauthausen, Majdanek, Stutthof, Ravensbrück, Buchenwald, Gross-Rosen, Flossenbürg, Neuengamme i Dachau. Tam – a nie w Katyniu – dokonano największej zbrodni na narodzie polskim podczas drugiej wojny światowej.

Gdyby prezes POT nie blokował zagranicznym dziennikarzom dostępu do Muzeum Auschwitz, to mogliby się o tym wszystkim dowiedzieć. O Pileckim, polskiej konspiracji więźniarskiej, 70 tysiącach polskich ofiar tego obozu, transportach Polaków z powstania warszawskiego, egzekucjach polskich patriotów pod Ścianą Śmierci itd. Jeżeli PiS nie chce, żeby zagraniczni dziennikarze pisali o „polskich obozach koncentracyjnych”, to w pierwszej kolejności należy ich zawozić właśnie do Muzeum Auschwitz i uświadamiać prawdę historyczną o tym miejscu niemieckiego ludobójstwa, popełnionego na różnych narodach. To jest polska racja stanu.

Tymczasem prezes POT popisuje się antysemityzmem sądząc, że daje w ten sposób wyraz swojego patriotyzmu. Endecy pisali o Niemcach-nazistach, że „nawet tak piękną ideę jak antysemityzm potrafią splugawić”. Oczywiście nie uważam antysemityzmu za ideę piękną, jednak w jakiejś mierze to przekorne stwierdzenie do pana prezesa pasuje. Nikt nie ma obowiązku kochać Żydów, ale pamięć o ich cierpieniu i tragedii nie powinna mieć nic wspólnego z takim czy innym stosunkiem emocjonalnym do narodu żydowskiego. Ta pamięć jest wyrazem szacunku wobec niewinnych ofiar, bestialsko zamordowanych, a ten szacunek z kolei jest probierzem przynależności do cywilizacji europejskiej. Prezes POT myli się twierdząc, że żydowskie elity nie zostały „przeorane i zlikwidowane”, a żydowska kultura „w praktyce cała przetrwała”. Niemcy wymordowali 90 proc. polskich Żydów (2,9 mln spośród 3,2 mln). Co najmniej 438 polskich Żydów było też wśród ofiar zbrodni katyńskiej. Po żydowskiej kulturze poza krakowskim Kazimierzem i kilku innymi miejscami nie zostało praktycznie śladu. Nie ma dzisiaj wielu żydowskich synagog – wysadzonych przez Niemców w powietrze lub spalonych – jak w Katowicach, Będzinie, Dynowie, Warszawie i innych miejscowościach. To samo dotyczy innych żydowskich zabytków, celowo zniszczonych przez okupanta niemieckiego. Nikt nie ma prawa znieważać ofiary narodu żydowskiego i lekceważyć jego męczeństwa ze względu na jakiekolwiek swoje fobie i uprzedzenia polityczne. Bo to jest barbarzyństwo. A licytowanie się martyrologią jest głupotą. Zarówno ze strony polskiej, jak i żydowskiej.

Poza tym kultura polskich Żydów – wbrew temu co sugeruje prezes POT – jest częścią kultury polskiej. Co prezes POT chciałby osiągnąć przez amputowanie z polskiej historii i kultury 800 lat historii i kultury polskich Żydów? Co zawinili mu Berek Joselewicz, Józef Berkowicz, Dow Ber Meisels, Szymon Askenazy, Adolf Peretz, Marian Hemar, Roman Brandstaetter, Bernard Mond, Roman Kramsztyk, Jan Kiepura, Antoni Słonimski, Mieczysław Grydzewski i wielu innych polskich Żydów, którzy tak pięknie zapisali się w polskiej historii, literaturze, sztuce i nauce, także swoimi gorącymi polskimi sercami. Polscy Żydzi to nie tylko Jakub Berman, Józef Różański, Helena Wolińska i inni funkcjonariusze stalinowskiego aparatu terroru żydowskiego pochodzenia. A chyba ich tylko widzi prezes POT.

Pan prezes swoimi wypowiedziami dla „Gazety Wyborczej” dostarczył amunicji niechętnym lub nawet wrogim Polsce środowiskom żydowskim. Mają żywy dowód nieuleczalnego polskiego antysemityzmu, o który nieustannie oskarżają Polaków. Raczej przykład głupoty.

Głupcy nie mogą być elitą narodu, bo to doprowadzi do jego barbaryzacji. Niestety ta barbaryzacja w Polsce postępuje, co widać gołym okiem na każdym kroku

[1] „Gazeta Wyborcza”: KL Auschwitz i muzeum „Polin” znika z programów wizyt promujących Polskę, http://www.wiadomosci.onet.pl, 30.08.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 30 sierpnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2153/54), 10-17.09.2017, s. 7

Wielki Strajk Chłopski 1937 roku

15 sierpnia kojarzy się z rocznicą bitwy warszawskiej i świętem Wojska Polskiego, obchodzonym na jej pamiątkę w II RP i po 1989 roku. Rzadziej natomiast kojarzy się z Wielkim Strajkiem Chłopskim, którego 80. rocznica przypada w tym roku. Pamięć o tym strajku nie tylko koliduje z treściami, jakie co roku można usłyszeć 15 sierpnia, ale nie pasuje też do sielankowego wizerunku II Rzeczypospolitej, jaki od 28 lat propaguje się w przekazie medialnym, podręcznikach szkolnych i publikacjach historycznych. Wcale nie trzeba daleko sięgać, żeby zapoznać się z tym sielankowym wizerunkiem Polski międzywojennej. Wystarczy pójść do pierwszego z brzegu salonu prasowego, a tam znajdziemy kieszonkowe publikacje poświęcone dwudziestoleciu międzywojennym. Dowiemy się z nich o życiu arystokracji, salonach, modzie, skandalach towarzyskich, romansach i kulinariach wyższych sfer, tylko nie o bezrobociu, nędzy wsi i ówczesnych metodach rozwiązywania konfliktów społecznych.

Stąd też warto przypomnieć o Wielkim Strajku Chłopskim z 1937 roku, który bez wątpienia był największym wybuchem niezadowolenia społecznego w II Rzeczypospolitej.

Światowy kryzys gospodarczy z lat 1929-1933 trwał w zacofanej i biednej Polsce do roku 1935 i boleśnie uderzył m.in. w wieś. Kryzys w rolnictwie spowodował przede wszystkim spadek cen artykułów rolnych. W 1935 roku spadły one średnio o 65 proc. w porównaniu ze stanem z 1928 roku. Rolnik musiał w 1935 roku wyprodukować i sprzedać trzykrotnie większą liczbę produktów rolnych, żeby otrzymać za nie tę samą sumę pieniędzy co w 1928 roku. Mimo spadku opłacalności produkcji rolnicy nie mogli powstrzymać się od sprzedaży swoich produktów, ponieważ musieli płacić podatki, spłacać kredyty i kupować niezbędne wyroby przemysłowe. Zadłużenie wsi polskiej szacowano w 1932 roku na 4,3 mld złotych. Była to suma na owe czasy ogromna i niemożliwa do spłacenia, ponieważ wartość polskiej produkcji rolnej sprzedanej w 1933 roku wynosiła około 1,5 mld złotych.

Chcąc ratować swoją sytuację, rolnicy zwiększali produkcję rolną oraz ograniczali spożycie własne i rodziny. Było to tzw. zjawisko podaży głodowej, polegające na ukształtowaniu się wysokiej podaży artykułów rolnych – nadmiernej w porównaniu z kurczącym się popytem w miastach, który był wynikiem spadku zarobków robotników i rosnącego bezrobocia. Sytuacja ta powodowała ciągłe obniżanie cen płodów rolnych. Ceny artykułów rolnych spadały w stopniu o wiele większym niż ceny artykułów przemysłowych. W ekonomii nazywa się to rozwarciem nożyc cen.

Obóz sanacyjny po przewrocie majowym zablokował w interesie ziemiaństwa reformę rolną. Utrzymała się dzięki temu postfeudalna struktura agrarna, która – obok Wielkiego Kryzysu – stanowiła kluczową przyczynę nędzy wsi.

Postępująca pauperyzacja rolnictwa wpłynęła bezpośrednio na poziom życia rolników i ich rodzin, zwłaszcza w gospodarstwach mało- i średniorolnych. Takie istniały głównie w najuboższych regionach Polski południowej i wschodniej. Rolnicy przestali tam kupować węgiel, naftę, odzież, buty i inne niezbędne artykuły przemysłowe. Przysłowiowe dzielenie zapałki na czworo rzeczywiście niejednokrotnie miało wtedy miejsce na polskiej wsi.

Bieda powodowała narastanie niezadowolenia społecznego ludności wiejskiej. Na początku 1931 roku wybuchł strajk rolny w powiecie sanockim, a kilkanaście miesięcy później zastrajkowała cała służba dworska Rzeszowszczyzny. Od 21 czerwca do 9 lipca 1932 roku trwało wystąpienie ludności chłopskiej w Bieszczadach, które przeszło do historii pod nazwą powstania leskiego. Był to masowy protest przeciwko próbie wprowadzenia przez starostę leskiego nakazu pracy bez wynagrodzenia przy budowie dróg, co ludność wiejska odebrała jako przywrócenie pańszczyzny. W proteście uczestniczyło około 5 tys. rolników z 19 wsi. W wyniku starć od kul policji i wojska zginęło co najmniej siedmiu z nich, a kilkuset zostało rannych. Liczba aresztowanych wahała się od 260 do 800 osób.

Niezadowolenie wsi spowodowane kryzysem gospodarczym potęgowały represje polityczne władz sanacyjnych wobec Stronnictwa Ludowego, a zwłaszcza brutalne potraktowanie jego przywódcy, trzykrotnego premiera Wincentego Witosa. W 1930 roku został on wraz z innymi przywódcami opozycji osadzony w twierdzy brzeskiej, a następnie skazany w tzw. procesie brzeskim na 1,5 roku pozbawienia wolności. Chcąc uniknąć więzienia, udał się na emigrację do Czechosłowacji.

W 1935 roku – tuż przed śmiercią Piłsudskiego – obóz sanacyjny uchwalił, a właściwie narzucił nową autorytarną Konstytucję, nazwaną kwietniową. Opozycja zbojkotowała wybory parlamentarne we wrześniu 1935 roku, co skutkowało wyeliminowaniem jej z Sejmu i Senatu. Jedynym ugrupowaniem reprezentowanym w parlamencie – oprócz mniejszości narodowych – stał się obóz sanacyjny. W ten sposób dobiegła końca budowa ustroju autorytarnego w Polsce, rozpoczęta dziewięć lat wcześniej w wyniku przewrotu majowego. W maju 1936 roku – po kryzysie politycznym spowodowanym przetasowaniami w obozie sanacyjnym i krwawo stłumionymi wystąpieniami robotniczymi w Krakowie i Lwowie – sformowany został rząd gen. Felicjana Sławoja-Składkowskiego. Gabinet ten przyjął ostrą, konfrontacyjną wobec opozycji linię polityczną, czego wyrazem było bezwzględne tłumienie wystąpień społecznych.

Pierwszym ostrzeżeniem dla rządu, świadczącym o narastającym wybuchu społecznym na wsi, były oficjalne uroczystości w Nowosielcach koło Przeworska 29 czerwca 1936 roku. Zorganizowano je ku czci XVII-wiecznego wójta Michała Pyrza, który w 1624 roku obronił wieś przed Tatarami. Przybyły na nie władze sanacyjne z generalnym inspektorem sił zbrojnych Edwardem Śmigłym-Rydzem na czele. Oficjalne zgromadzenie było przewidziane na 50 tys. uczestników, ale na niejawne wezwanie Stronnictwa Ludowego przybyło ich o 150 tys. więcej. Doszło do nieprzewidzianych wystąpień działaczy ruchu ludowego, którzy domagali się powrotu do kraju emigrantów politycznych: Wincentego Witosa, Władysława Kiernika i Kazimierza Bagińskiego, amnestii dla więźniów brzeskich, demokratycznej Konstytucji, nowej ordynacji wyborczej do Sejmu i Senatu oraz natychmiastowych wyborów parlamentarnych i samorządowych. Śmigłemu-Rydzowi – wówczas jeszcze generałowi – wręczono rezolucję zawierającą takie właśnie żądania.

Na odpowiedź władzy nie trzeba było długo czekać. Trzy dni później w pobliskich Krzeczowicach policja stłumiła strajk płacowy w folwarku Polskiej Akademii Umiejętności. Od kul policji zginęło siedmiu robotników folwarcznych.

17 stycznia 1937 roku obradujący w Warszawie kongres Stronnictwa Ludowego zobowiązał władze partii do przeprowadzenia ogólnopolskiego strajku rolnego. Protest miał polegać na blokadzie dróg, wstrzymaniu dowozu żywności do miast oraz na rezygnacji z zakupów przez 10 dni. Na datę wyznaczono 15 sierpnia – dzień Czynu Chłopskiego, obchodzony przez ludowców w rocznicę bitwy warszawskiej 1920 roku, kiedy obroną kraju kierował rząd pod prezesurą Wincentego Witosa. W kolportowanych odezwach nie ukrywano politycznego i antysanacyjnego charakteru zapowiadanego strajku. Domagano się zmiany „systemu, który odsuwa masy ludowe od państwa” i wskazywano, że obóz sanacyjny nie jest w stanie rozwiązać problemów społecznych i gospodarczych, z którymi boryka się wieś.

Koncepcję strajku chłopskiego popierał przebywający na emigracji Wincenty Witos. Przeciwny był mu kierujący pracami SL w kraju Maciej Rataj, który jednakże dla swojego stanowiska nie znalazł większego poparcia w partii. W związku z tym kierowanie strajkiem, a tym samym i Stronnictwem Ludowym, przejął Stanisław Mikołajczyk.

Mimo braku formalnego współdziałania ludowców z PPS, socjaliści udzielili poparcia strajkowi chłopskiemu. Poparła go też nielegalna Komunistyczna Partia Polski. Zrozumienie dla postulatów ruchu ludowego wyraziła również część prasy prawicowej: „Kurier Warszawski”, „Polonia” (organ Chrześcijańskiej Demokracji) i „Zwrot” (organ Frontu Morges) oraz większość prasy katolickiej. Od działań ludowców zdecydowanie odcięło się Stronnictwo Narodowe. Już w czasie strajku, w obronie jego represjonowanych uczestników stanęły niezależne środowiska inteligenckie. Władze sanacyjne były zaskoczone działaniami ludowców. Z góry wykluczyły wszelki dialog i zdecydowały się na rozwiązanie siłowe.

W Wielkim Strajku Chłopskim, który miał miejsce w dniach 15-25 sierpnia 1937 roku, wzięło udział kilka milionów osób. Był to największy protest społeczny w Polsce przed 1980 rokiem. Został brutalnie stłumiony przez władze sanacyjne i nie przyniósł żadnych skutków natury politycznej.

Najostrzejszą formę strajk przybrał w województwie krakowskim oraz na Rzeszowszczyźnie (wówczas część województwa lwowskiego) – jednym z najbiedniejszych regionów kraju, gdzie rok wcześniej miało miejsce wspomniane masowe wystąpienie ludowców w Nowosielcach w obecności najwyższych władz państwowych. Już 17 sierpnia padła na ziemi rzeszowskiej pierwsza ofiara. Był nią rolnik Józef Szewc, zabity podczas rozpędzania przez policję wiecu w Grębowie w powiecie tarnobrzeskim. Pięć dalszych osób zostało rannych. W następnych dniach zginęli kolejni uczestnicy strajku. 18 sierpnia – dwie osoby w Harcie (powiat rzeszowski), 19 sierpnia – cztery osoby w Dydni (powiat brzozowski) i dwie w Kurowie koło Nowego Sącza, 21 sierpnia – dwie osoby w Melsztynie (powiat tarnowski) i siedem w Muninie (powiat jarosławski), 24 sierpnia – po jednej w Gnojnicach koło Ropczyc i Rdzawce (powiat nowotarski).

Początkowo nic nie zapowiadało tragicznych wydarzeń, do jakich doszło 23 sierpnia w Kasince Małej (powiat limanowski). Interwencja policji rozpoczęła się tam od użycia pałek wobec grupy chłopów, którą rozproszono. Następnie doszło jednak do starcia z główną grupą protestujących. Padły strzały, zginęło 9 osób. Jeszcze tragiczniejszy przebieg miała pacyfikacja policyjna w Majdanie Sieniawskim (powiat przeworski), gdzie 25 sierpnia zginęło aż 15 osób. Najpierw policja aresztowała tam sześciu przywódców strajku, których następnie wypuściła pod presją miejscowych chłopów. Do Jarosławia dotarł jednak nieprawdziwy meldunek o rzekomym rozbiciu w Majdanie posterunku policji. Wtedy do wsi skierowano specjalną kompanię policji ściągniętą z Centralnej Szkoły Policji Państwowej w Mostach Wielkich koło Sokala. Otworzyła ona ogień do zgromadzonej ludności z karabinu maszynowego. Wśród ofiar było m.in. kilkuletnie dziecko i jego babcia.

W innych regionach kraju strajk miał mniej dramatyczny przebieg. Np. w Szamotułach w województwie poznańskim policja dotkliwie pobiła strajkujących, którzy blokowali dostawy mleka do miasta, jak i łamistrajków. Obyło się jednak bez ofiar śmiertelnych. Ogółem zginęło w całym kraju 44 uczestników strajku, 5 tys. osób aresztowano, a 617 skazano później w procesach sądowych. Zapadały wyroki od ośmiu miesięcy do 3,5 roku pozbawienia wolności. Wśród skazanych byli m.in. Stanisław Mikołajczyk – prezes Stronnictwa Ludowego oraz Bruno Stanisław Gruszka (1881-1941) – adwokat i prezes SL na Małopolskę i Śląsk, organizator wielkiej antysanacyjnej manifestacji w Nowosielcach w 1936 roku.

Aresztowanych uczestników strajku policja brutalnie biła i maltretowała. Tzw. „ścieżki zdrowia” – wbrew temu co się dzisiaj twierdzi – nie były wcale wynalazkiem aparatu represji PRL, zastosowanym po stłumieniu strajków w Radomiu i Ursusie w 1976 roku. Na szeroką skalę ten sposób maltretowania aresztowanych stosowała też policja II RP w czasie tłumienia Wielkiego Strajku Chłopskiego w 1937 roku. Podczas pacyfikacji strajku wprowadzono także ostrą cenzurę prasy i całkowitą blokadę informacyjną w kraju.

W grudniu 1937 roku ksiądz Józef Lubelski – poseł obozu sanacyjnego, ale wcześniej działacz ruchu ludowego – złożył w Sejmie interpelację, poruszony brutalnością policji wobec strajkujących. Nie przyniosła ona jednak większego rezultatu.

Trzeba pamiętać o tych wydarzeniach nie po to, żeby jątrzyć, ale dlatego, że jest to historia narodu. Niestety mało kto chce o niej pamiętać w dzisiejszej Polsce. Oficjalna polityka historyczna gloryfikuje obecnie przywódców obozu sanacyjnego jako wielkich patriotów, a pomija milczeniem sprawy mniej chwalebne związane z ich rządami, takie jak autorytaryzm, proces brzeski, Bereza Kartuska i prowadzenie dialogu społecznego przy pomocy luf karabinowych.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 sierpnia 2017 r.

Niemieckie genocidium atrox w Warszawie 1944

Rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego jest w Polsce okazją do manifestowania powszechnego braku refleksji historycznej. Dla obecnego obozu władzy rocznica ta stanowi pretekst do nakręcania narracji antyrosyjskiej, co znalazło wyraz m.in. w wystąpieniu prezydenta Dudy, o przekazie mediów prorządowych nie wspominając. Nie da się też nie zauważyć, że kult powstania – do niedawna będący punktem ciężkości państwowej polityki historycznej – ustąpił już miejsca kultowi powojennej partyzantki antykomunistycznej, który teraz ma pierwszeństwo w kreowaniu antykomunistycznego i antyrosyjskiego modelu patriotyzmu. Powstańcy warszawscy są już tylko dodatkiem do tzw. żołnierzy wyklętych.

Być może tym należy tłumaczyć coraz bardziej zdumiewające wypowiedzi przedstawicieli establishmentu politycznego, wpisujące się w brak refleksji historycznej. Np. marszałek Sejmu stwierdził, że „Powstanie Warszawskie przyczyniło się do oparcia polskości na wierze katolickiej i ufności wobec Opatrzności Bożej”. Z kolei przewodniczący klubu parlamentarnego PiS uważa, że powstańcy walczyli nie tylko o niepodległość, ale i „za wiarę”. Nie mniej oderwany od rzeczywistości jest obóz kosmopolityczno-liberalny, czemu dała wyraz w wystąpieniu rocznicowym obecna prezydent Warszawy. Wedle niej powstańcy walczyli o demokrację i prawa człowieka i tę walkę musi podejmować od nowa każde pokolenie Polaków, co stanowiło wyraźną aluzję do niedawnych manifestacji ulicznych opozycji liberalnej przeciw reformie sądownictwa.

Oficjalna narracja historyczna na temat powstania przypomina tę, która jest prezentowana w Muzeum Powstania Warszawskiego i która najogólniej sprowadza się do eksponowania bohaterstwa i heroizmu powstańców. Brakuje w niej dwóch elementów: refleksji nad polityczną nieodpowiedzialnością dowództwa Armii Krajowej oraz przypomnienia i podkreślenia faktu, że podczas tłumienia powstania Niemcy dopuścili się aktu ludobójstwa na narodzie polskim. Nie ma w Muzeum Powstania Warszawskiego ekspozycji na temat niemieckiego genocidium atrox na Woli oraz deportacji warszawiaków z obozu przejściowego w Pruszkowie do obozów koncentracyjnych. Jest natomiast czerwona ściana, na której wiszą portrety członków PKWN. To oni mają być winni tragedii Warszawy. Przy takim rozłożeniu akcentów schodzi z pola widzenia odpowiedzialność niemiecka za zagładę stolicy.

Krytyczną analizę łańcucha decyzyjnego w dowództwie AK, który doprowadził do wybuchu powstania, przedstawili m.in. polscy historycy Jan Ciechanowski, Czesław Łuczak i Andrzej Leon Sowa. Dzisiaj warto także przypomnieć opinię historyka niemieckiego. W przetłumaczonej niedawno na język polski pracy o Powstaniu Warszawskim Hanns von Krannhals pisał pół wieku temu: „Z wojskowego punktu widzenia decyzja o wywołaniu powstania dowodzi braku wiedzy o przeciwniku. Nastąpiła ona bez uzgodnienia z Sowietami, niejednokrotnie wpływały na nią błędne raporty – a ponadto – w ostatniej chwili z przyczyn politycznych znalazła się pod presją czasu (było „za późno”). Rozkaz o powstaniu – lecz nie o powstaniu powszechnym – miał zatem na celu, niezależnie od tego, jak gorzko to zabrzmi, nie wyzwolenie ludności Warszawy spod jarzma niemieckiej okupacji, ale uwolnienie Armii Krajowej od nacisku wyznaczonego sobie samej zadania. Było to polityczne samousprawiedliwienie realizowane za pomocą niedostatecznych środków”[1].

Gen. Kazimierz Sosnkowski – naczelny wódz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie – był przeciwny rozpoczynaniu powstania w Warszawie. Dlatego w maju 1944 roku wysłał do Warszawy gen. Leopolda Okulickiego, by ten hamował dowódców AK. To jednak właśnie Okulicki – wbrew stanowisku Sosnkowskiego – doprowadził do wybuchu powstania. Gen. Władysław Anders nazwał wywołanie powstania w Warszawie „zbrodnią” i domagał się postawienia przed sądem wojennym dowództwa AK. Jan Nowak-Jeziorański, który na krótko przed wybuchem powstania dotarł z Londynu do Warszawy, oświadczył szefowi sztabu Komendy Głównej AK, gen. Tadeuszowi Pełczyńskiemu: „Nie orientuję się w całości sytuacji, nie znam waszych przesłanek wojskowych, ale jeżeli sobie wyobrażacie, że powstanie wywoła jakieś wielkie echa na Zachodzie, to muszę panu powiedzieć, że będzie to burza w szklance wody”. Warto o tym przypomnieć dzisiaj, kiedy bezmyślnie są gloryfikowane postacie Bora-Komorowskiego, Okulickiego, Pełczyńskiego, Chruściela.

W centralnym miejscu Muzeum Powstania Warszawskiego znajduje się tzw. dzwon „Montera”, upamiętniający płk. Antoniego Chruściela („Montera”) – dowódcę Okręgu Warszawskiego AK. „Monter”, obok Okulickiego i Pełczyńskiego, ponosi największą odpowiedzialność za wymuszenie na chwiejnym dowódcy AK decyzji o wybuchy powstania. Według płk. Kazimierza Pluty-Czachowskiego, „Monter” doprowadził do wybuchu powstania swoim rozkazem „przygotowania walki” z 27 lipca 1944 roku, a następnie fałszywym meldunkiem o pojawieniu się czołgów sowieckich pod Warszawą. Meldunek ten został negatywnie zweryfikowany przez szefa wywiadu AK, płk. Kazimierza Iranka-Osmeckiego, na dobę przed wybuchem powstania. Jednakże gen. Bór-Komorowski nie chciał już odwołać rozkazu walki. Dzisiaj na piedestał wynosi się tych, którzy przeforsowali decyzję o wybuchu powstania i doprowadzili tym samym do zagłady stolicy, a milczy się o Iranku-Osmeckim, Plucie-Czachowskim i płk. Januszu Bokszczaninie, który ostrzegał, że nieprzygotowana walka zakończy się dramatem[2].

Od lat wielkim nieobecnym kolejnych rocznic Powstania Warszawskiego jest płk. Jan Mazurkiewicz („Radosław”) – faktyczny dowódca powstania na Woli, Starym Mieście i Czerniakowie, dzięki któremu powstanie w ogóle się utrzymało. Powodem takiego ostracyzmu jest doprowadzenie przez „Radosława” do ujawnienia się większości podziemia poakowskiego w 1945 roku, a następnie przyjęcie po 1956 roku funkcji wiceprezesa Zarządu Głównego ZBoWiD oraz udzielenie poparcia gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu w stanie wojennym poprzez wejście do kierownictwa Frontu Jedności Narodu i PRON. Dla animatorów obecnej polityki historycznej nie ma przy tym znaczenia, że „Radosław” został skazany w okresie stalinowskim na dożywocie i w latach 1949-1956 przebywał w więzieniu oraz, że był jednym z inicjatorów budowy pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego na placu Krasińskich.

Powstanie w Warszawie nigdy nie powinno wybuchnąć, ale wybuchło i stało się dla III Rzeszy pretekstem do dokonania jednego z największych aktów ludobójstwa podczas drugiej wojny światowej. Gdyby dzisiejsza Polska miała normalną i sensowną politykę historyczną, to rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego byłaby obchodzona nie pod pomnikiem na placu Krasińskich, ale pod Pomnikiem Ofiar Rzezi Woli oraz Pomnikiem Polegli Niepokonani, pod którym zgromadzono 12 ton prochów ludzkich, co odpowiada liczbie 40-50 tys. zamordowanych Polaków. Sformułowanie „rzeź Woli” – identycznie jak w wypadku ludobójstwa ukraińskiego na Polakach, nazywanego „rzezią wołyńską” – jest sformułowaniem nieszczęśliwym i niewłaściwym, zamazującym rzeczywisty charakter tego wydarzenia. To nie była „rzeź”, to było ludobójstwo o charakterze genocidium atrox.

Hitler po wybuchu powstania w Warszawie wydał ustny rozkaz wymordowania wszystkich jej mieszkańców bez względu na płeć i wiek. Rozkaz ten i będące jego następstwem działania eksterminacyjne spełniają znamiona definicji ludobójstwa sformułowanej po wojnie przez Rafała Lemkina i przyjętej przez ONZ w 1948 roku. Definicja ta opisuje ludobójstwo jako zbrodnię przeciw ludzkości, obejmującą celowe wyniszczenie całości lub części narodów, grup etnicznych, rasowych i religijnych, zarówno przez fizyczne zabójstwa, jak i wstrzymanie urodzin, przymusowe odbieranie dzieci lub stworzenie warunków życia obliczonych na fizyczne wyniszczenie.

Zbrodnie popełnione przez niemieckie i kolaboracyjne formacje pacyfikujące powstanie na Woli, Ochocie, Starym Mieście i Czerniakowie miały charakter genocidium atrox – ludobójstwa szczególnie okrutnego, zwyrodniałego. Podczas drugiej wojny światowej popełniono na narodzie polskim dwukrotnie ludobójstwo typu genocidium atrox – podczas banderowskiej czystki etnicznej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943-1944 oraz podczas tłumienia przez Niemców i ich kolaborantów powstania w Warszawie. Wiedza o tym poza Polską jest znikoma, a obecna polityka historyczna – skoncentrowana na antykomunizmie i rusofobii – nie przyczynia się do upowszechniania jej w świecie.

Chociaż dowódca sił pacyfikujących powstanie – Erich von dem Bach-Zelewski – złagodził po kilku dniach ze względów pragmatycznych eksterminacyjny rozkaz Hitlera, nie powstrzymało to przerażającego ludobójstwa niemieckiego na Woli i Ochocie. To co stało się w tych dzielnicach w sierpniu 1944 roku można porównać tylko z masakrą nankińską, czyli ludobójstwem popełnionym przez armię japońską na chińskiej ludności Nankinu w grudniu 1937 i styczniu 1938 roku. Podczas drugiej wojny światowej zagłada Woli i Ochoty nie miały jednak precedensu.

W dniach 5-7 sierpnia 1944 roku na Woli zginęły całe wielopokoleniowe rodziny. Podpalano miotaczami płomieni dom po domu. Tych, którzy nie zginęli w płomieniach i nie zostali rozerwani granatami wrzucanymi do mieszkań i piwnic – rozstrzeliwano w zbiorowych egzekucjach. Rejon ulic Górczewskierj i Moczydła, fabryka „Ursus” przy ulicy Wolskiej 55, fabryka Franaszka przy ulicy Wolskiej 41/55, zajezdnia tramwajowa przy ulicy Młynarskiej 2, park Sowińskiego, plac przed kuźnią przy ulicy Wolskiej 122/124, ogród przy klasztorze karmelitanek przy ulicy Wolskiej 29, fabryka „Bramenco” przy ulicy Wolskiej 60, podwórza domów przy ulicy Wolskiej 120 i Staszica 15, cmentarz prawosławny przy ulicy Wolskiej 138, kościół św. Wawrzyńca przy ulicy Wolskiej 140 A – to najważniejsze miejsca egzekucji tylko w dniu 5 sierpnia 1944 roku. Egzekucji dokonywanych z niezwykłym okrucieństwem, wśród przerażających krzyków ofiar, gdzie na oczach matek rozstrzeliwano dzieci, proszących o litość ludzi brutalnie bito, a zwłoki zamordowanych palono na stosach.

Zbrodnie te były dziełem formacji policyjnej z Kraju Warty pod dowództwem Heinza Reinefartha oraz podporządkowanych mu jednostek: brygady SS Oskara Dirlewnagera (składającej się z batalionu sformowanego spośród niemieckich kryminalistów, tzw. batalionu rosyjskiego i wschodniomuzułmańskiego pułku SS, sformowanego z Azerów i Turkmenów), dwóch batalionów azerbejdżańskich oraz brygady SS-RONA, sformowanej z kolaborantów narodowości wschodniosłowiańskich, a dowodzonej przez rosyjskiego kolaboranta Bronisława Kamińskiego. Wspomnieć też należy o kilku kolaboracyjnych jednostkach kozackich oraz tzw. Ukraińskim Legionie Samoobrony (31. batalionie SD, znanym pod określeniem Legion Wołyński), złożonym z nacjonalistów ukraińskich, który brał udział w tłumieniu powstania na Czerniakowie we wrześniu 1944 roku. Dowódcą tej formacji był Petro Diaczenko, którego w 2015 roku Rada Najwyższa Ukrainy włączyła do panteonu ukraińskich bohaterów narodowych przy dyskretnym milczeniu polskiego MSZ i polskich mediów mainstreamowych. Po kapitulacji Górnego Czerniakowa wziętych do niewoli żołnierzy AK w większości wymordowano, a cywilów deportowano do KL Auschwitz w ostatnim transporcie pruszkowskim. Nie ulega wątpliwości, że w zbrodni tej musiał wziąć też udział Ukraiński Legion Samoobrony.

Największym zwyrodnieniem spośród wymienionych formacji wykazały się jednostki podległe Dirlewangerowi i Kamińskiemu. W czasie egzekucji członkowie tych formacji dopuszczali się wyjątkowych bestialstw, np. zabijając dzieci, w tym niemowlęta, na oczach rodziców albo paląc ludzi żywcem w kamienicach. W prawosławnym sierocińcu przy ulicy Wolskiej 149 dirlewngerowcy wymordowali kilkadziesiąt dzieci. Jeden z nich tak opisał tę zbrodnię: „Wysadziliśmy drzwi, chyba do szkoły. Dzieci stały w holu i na schodach. Dużo dzieci. Rączki w górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil, zanim wpadł Dirlewanger. Kazał zabić. Rozstrzelali je, a potem po nich chodzili i rozbijali główki kolbami. Krew ciekła po schodach”[3]. Ponadto podkomendni Dirlewangera i Kamińskiego dopuścili się tysięcy sadystycznych gwałtów na kobietach, porównywalnych pod względem stopnia zwyrodnienia tylko z tymi, które miały miejsce podczas masakry nankińskiej.

Bandyci od Reinefartha i Dirlewangera nie oszczędzili też wolskich szpitali. W Szpitalu Wolskim przy ulicy Płockiej 26 zamordowali 60 osób z personelu i około 300 pacjentów. Natomiast w szpitalu św. Łazarza zamordowano około 1200 osób. Zbrodni tej dokonali Azerowie i Turkmeni ze 111. azerbejdżańskiego batalionu piechoty Wehrmachtu i II. batalionu „Bergmann”. Personel szpitala, chorzy, ranni i szukający schronienia w szpitalu cywile byli zabijali strzałami w tył głowy, seriami z broni maszynowej i granatami. Ci, którzy nie zginęli od razu spłonęli w podpalonych po egzekucji budynkach szpitala.

Genocidium atrox na Woli pochłonęło w ciągu trzech dni od 40 do 50 tys. ofiar, na Ochocie około 10 tys. ofiar, a podczas egzekucji w tzw. „dzielnicy policyjnej” zamordowano od 5 do 10 tys. ofiar. To mniej więcej tyle ile zginęło od wybuchu bomby atomowej w Nagasaki. O Nagasaki wie jednak cały świat, podczas gdy o zagładzie Warszawy w 1944 roku poza Polską się nie mówi. Gdyby przyjąć szacunkową liczbę 50 tys. zamordowanych w ciągu trzech dni na Woli, okaże się, że średnio co godzinę mordowano 700 osób.

W sierpniu i we wrześniu 1944 roku zginęło ogółem od 150 do 180 tys. cywilnych mieszkańców Warszawy, 600 tys. zostało wypędzonych z miasta, a 55 tys. z nich deportowanych do obozów koncentracyjnych, gdzie przynajmniej połowa też zginęła. Kontynuacją genocidium atrox z Woli i Ochoty była zagłada Starego Miasta, gdzie na przełomie sierpnia i września 1944 roku na skutek ostrzału artyleryjskiego i egzekucji dokonywanych przez dirlewngerowców oraz głodu zginęło co najmniej 30 tys. cywilów. Znaczną ich część stanowili uchodźcy z Woli. Zbrodniarze niemieccy nie oszczędzili też szpitali powstańczych na Starym Mieście, mordując 3 tys. rannych.

Niemcy celowo pacyfikowali Warszawę tak, by spowodować jak największe straty wśród ludności cywilnej. Warszawiacy ginęli od wybuchów bomb lotniczych i pocisków z wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych typu Nebelwerfer, od ostrzału artyleryjskiego i granatów wrzucanych do piwnic, od ognia w podpalanych przez Niemców domach, od kul snajperów, pędzeni jako „żywe tarcze” przed niemieckimi czołgami na powstańcze barykady, czy po prostu z głodu i barku pomocy medycznej. Zbrodnie na cywilach były dokonywane do końca powstania. To była największa masakra cywilów, jaka miała miejsce w okupowanej przez Niemcy Europie. Zbrodnia ludobójstwa, za którą nikt nigdy nie odpowiedział przed żadnym sądem.

W 2008 roku pojawiła się szansa wymierzenia sprawiedliwości żyjącym jeszcze sprawcom warszawskiego genociduim atrox. W archiwach austriackiego Czerwonego Krzyża odnaleziono bowiem nieznane wcześniej dokumenty z danymi 85 dirlewangerowców. Dzięki pracy wolontariuszy z Muzeum Powstania Warszawskiego udało się ustalić, że 10 z nich nadal żyje w Niemczech. Do wytoczenia im procesów jednak nie doszło, ponieważ nie było dobrej woli niemieckich instytucji zajmujących się ściganiem zbrodni nazistowskich.

Rocznica Powstania Warszawskiego powinna być przede wszystkim okazją do przypominania o niemieckim genocidium atrox w stolicy. Nie po to, by budzić negatywne emocje w stosunku do Niemców i nie po to, by licytować się z kimkolwiek polską martyrologią. Życie narodu oraz stosunki z innymi narodami muszą być budowane na prawdzie, której nie można ukrywać ani w wypadku niemieckiego genocidium atrox w Warszawie ani w wypadku ukraińskiego genocidium atrox na Kresach Wschodnich.

Przypominanie prawdy o historii jest konieczne w sytuacji, gdy ukraińska polityka historyczna wprost neguje odpowiedzialność OUN-UPA za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie i sam fakt tego ludobójstwa, a niemiecka polityka historyczna zmierza do przerzucania odpowiedzialności za zbrodnie hitlerowskie z Niemiec na Polskę. Tendencje niemieckiej polityki historycznej widać szczególnie dobrze w stanowisku zajętym przez telewizję ZDF wobec wyroku polskiego sądu nakazującego tej telewizji przeproszenie za używanie określenia „polskie obozy zagłady”[4].

Niestety mam wrażenie, że polska polityka historyczna wychodzi naprzeciw oczekiwaniom ukraińskiej i niemieckiej polityce historycznej. Przy okazji dyskusji nad nową podstawą programową nauczania historii wyszło na jaw, że Ministerstwo Edukacji Narodowej chce powielać banderowską propagandę o „konflikcie polsko-ukraińskim” w stosunku do ludobójstwa OUN-UPA na Kresach Wschodnich. W wypowiedzi dla „Naszego Dziennika” rzeczniczka MEN Justyna Sedlak oświadczyła, że zrezygnowano z określenia „ludobójstwo”, ponieważ uznano je za „niewłaściwe”. Ponadto MEN jest także przeciwne „epatowaniu” młodzieży opisami okrucieństw UPA[5]. Widać tutaj, że dla PiS-u priorytetem jest nadal niedrażnienie Ukrainy.

Także narracja odnośnie Powstania Warszawskiego – nie tylko PiS, ale wszystkich formacji postsolidarnościowych – wychodzi naprzeciw oczekiwaniom niemieckiej polityki historycznej. Szokujące obrazy niemieckiego genocidium atrox w Warszawie są usuwane na dalszy plan. Wręcz giną wśród antykomunistycznej i antyrosyjskiej narracji, jaka od ponad ćwierć wieku towarzyszy w Polsce kolejnym rocznicom Powstania Warszawskiego. Samo powstanie i dyskurs wokół niego stały się jeszcze jednym elementem wojny historycznej i ideologicznej z Rosją oraz narzędziem delegitymizacji PRL. Skutkiem takiej narracji, a właściwie prania mózgów młodzieży, są m.in. powtarzające się dewastacje pomnika gen. Zygmunta Berlinga na Saskiej Kępie i żądania jego usunięcia. Co mają oznaczać czerwona farba, symbolizująca krew, na rękach monumentu Berlinga i jego portret na czerwonej „ścianie hańby” w Muzeum Powstania Warszawskiego[6]. Robił przecież co mógł, żeby iść na pomoc powstaniu i za to m.in. zapłacił usunięciem ze stanowiska dowódcy 1. Armii WP. Pomoc ta kosztował życie 2,5 tys. żołnierzy 1. Armii WP.

Czy ta antykomunistyczna i antyrosyjska narracja ma służyć zrzuceniu odpowiedzialności za wywołanie powstania z najważniejszych dowódców AK – dzisiaj bezkrytycznie gloryfikowanych? W tym kontekście zrozumiałe też jest dlaczego główny punkt ciężkości obecnej polityki historycznej odnośnie Powstania Warszawskiego nie spoczywa na niemieckim genocidium atrox w Warszawie. Bo byłoby to przecież równoznaczne z oskarżeniem o nieodpowiedzialne wywołanie powstania generałów Bora-Komorowskiego, Okulickiego, Pełczyńskiego i Chruściela.

[1] H. v. Krannhals, „Powstanie Warszawskie 1944”, Warszawa 2017, s. 140.

[2] W. Kowalski, Ten oficer robił wszystko, by wstrzymać decyzję o wybuchu powstania. „Mówił rzeczy, których nie chcieliśmy słyszeć”, http://www.natemat.pl, 1.08.2016.

[3] K. Jóźwiak, „Miasto rozstrzelane”, http://www.uwazamrze.pl (portal miesięcznika „Uważam Rze”), dostęp 3.08.2017.

[4] M. Kowalewski, ZDF kontratakuje. Nie chce przepraszać za „polskie obozy zagłady”, http://www.tvp.info, 25.07.2017.

[5] ND: Znikające „ludobójstwo” w kontekście Wołynia w projekcie podstawy programowej MEN z historii, http://www.kresy.pl, 2.08.2017.

[6] Pomnik Zygmunta Berlinga znowu pomalowany czerwoną farbą, http://www.warszawa.onet.pl, 4.08.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 8 sierpnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 33-34 (2149/50), 13-20.08.2017, s. 14-15

Bezkarni kaci Warszawy

„Generale Reinefarth, jest pan jedną z najbardziej znienawidzonych postaci w Polsce. Czy wie pan o tym? – Wiem. – Czy zna pan swój przydomek „kat Warszawy”? – Także jest mi znany. A czy panu jest znany fakt, że przewód sądowy w mojej sprawie trwał dwadzieścia lat i zostałem uniewinniony?”

Tak zaczyna się rozmowa polskiego dziennikarza Krzysztofa Kąkolewskiego (1930-2015) z Heinzem Reinefarthem (1903-1979), przeprowadzona w 1973 roku w Westerland na wyspie Sylt. Rozmowa odbyła się w kancelarii mecenasa Reinefartha, byłego burmistrza (w latach 1951-1964) kurortu Westerland oraz byłego SS-Gruppenführera i Generalleutnanta der Waffen-SS.

Podczas tłumienia Powstania Warszawskiego zginęło 150-180 tys. cywili, z których co najmniej 30 proc. stanowią ofiary egzekucji przeprowadzonych przez jednostki SS. Wypędzono z domów 550 tys. warszawiaków, 55 tys. z nich deportowano do obozów koncentracyjnych, gdzie co najmniej połowa zginęła. Na rozkaz Himmlera stolicę wyburzano i palono także po zakończeniu walk. Ilość gruzów pokrywających Warszawę oszacowano w 1945 roku na 20 milionów metrów sześciennych. Za te zbrodnie żaden z ich bezpośrednich sprawców nie poniósł kary.

Heinz Reinefarth w wywiadzie udzielonym Krzysztofowi Kąkolewskiemu nie miał sobie nic do zarzucenia. Jego podkomendni mordowali ludność cywilną? – Kobiety i dzieci też walczyły. Egzekucje na cywilach? – Potępiał je i odwoływał, gdy dochodziły do niego meldunki. Dlaczego osiadł na wyspie Sylt? – Bo po wojnie został mu tylko domek letniskowy w Westreland. Nie wierzył w podaną przez Kąkolewskiego liczbę 35 tys. ofiar zamordowanych na Woli – „bo to nawet technicznie było niemożliwe”. Zwierzył się, że długoletnie śledztwo sądowe było dla niego dużym stresem i dlatego miał zawał. Także jego żona i dzieci głęboko to przeżywały[1]. Należy podkreślić, że do tego śledztwa sądowego, zakończonego umorzeniem, prawdopodobnie by nie doszło, gdyby nie film dokumentalny „Urlop na Sylcie” („Urlaub auf Sylt”), zrealizowany w 1957 roku przez NRD-owską wytwórnię filmową DEFA.

Zaraz po wybuchu powstania Hitler wydał ustny rozkaz zrównania Warszawy z ziemią i wymordowania wszystkich jej mieszkańców. Dlatego doszło do ludobójczych masakr na Woli (5-7 sierpnia 1944 roku) i Ochocie (4-25 sierpnia), które pochłonęły łącznie co najmniej 50-60 tys. ofiar. Po zamordowanych i spalonych mieszkańcach Woli zebrano po wojnie 12 ton popiołów. Zbrodni tych dokonały jednostki SS dowodzone przez SS-Gruppenführera Heinza Reinefartha i SS-Oberführera Oskara Dirlewangera (1895-1945) oraz kolaboracyjna brygada SS-RONA (Rosyjska Ludowa Armia Wyzwoleńcza), dowodzona przez SS-Brigadeführera Bronisława Kamińskiego (1899-1944). Grupa Bojowa „Reinefarth” tłumiła też powstanie na Starym Mieście, gdzie dokonała masakry szpitali powstańczych (co najmniej 3 tys. ofiar), oraz na Powiślu. Cywili i wziętych do niewoli powstańców formacje SS zabijały do końca powstania.

Reinefarth urodził się w Gnieźnie w ówczesnej pruskiej Prowincji Poznańskiej. Przed pierwszą wojną światową jego rodzina przeniosła się do Cottbus (Chociebuż) na Łużycach. Zdobył wykształcenie prawnicze i pracował jako adwokat i notariusz. Już w 1932 roku wstąpił do NSDAP i SS. Walczył w kampanii wrześniowej, w kampanii francuskiej i na froncie wschodnim. Następnie m.in. kierował aparatem terroru w Kraju Warty jako wyższy dowódca SS i policji. W marcu 1944 roku witał na specjalnej uroczystości w Łodzi milionowego niemieckiego osadnika w Kraju Warty.

Wieczorem 5 sierpnia 1944 roku Reinefarth meldował dowódcy 9. Armii gen. Nikolausowi von Vormannowi, że ma „mniej amunicji niż jeńców”. Nie była to jego jedyna uwaga w tym duchu. Dwa dni potem Reinefarth w rozmowie z oficerem Wehrmachtu wskazał na tłum wypędzonych z domów warszawiaków mówiąc: „To nasz największy problem, rozumie pan? Nie mamy tyle amunicji, żeby ich wszystkich sprzątnąć”[2]. Po stłumieniu powstania otrzymał Krzyż Rycerski z Liśćmi Dębu – trzecią w hierarchii klasę najwyższego odznaczenia wojskowego III Rzeszy. To za te 12 ton popiołów ludzkich, które po wojnie odkopano na Woli.

W 1945 roku poddał się aliantom zachodnim. Przedstawił im się jako bojownik antyfaszystowskiego ruchu oporu, ponieważ tuż przed końcem wojny niemiecki trybunał wojskowy skazał go na karę śmierci za porzucenie obrony twierdzy Kostrzyn. Wszystkie próby ekstradycji Reinefartha do Polski spotykały się za sprzeciwem Amerykanów, dla których pracował jako doradca do spraw radzieckiej strategii wojskowej.

W przeciwieństwie do innych zbrodniarzy nazistowskich, z których wielu wybrało po wojnie karierę biznesową, Reinefarth postawił na politykę. Został działaczem rewizjonistycznej i nacjonalistycznej partii Blok Wszechniemiecki/Związek Wypędzonych z Ojczyzny i Pozbawionych Praw. Z jej ramienia przez 13 lat był burmistrzem Westrelandu, a w latach 1958-1967 także posłem do landatgu Szlezwiku-Holsztyna. Swoją bezkarność zawdzięcza „zimnej wojnie”. Uniknął odpowiedzialności, ponieważ zachodnioniemiecki wymiar sprawiedliwości nie miał woli sformułowania aktu oskarżenia[3].

Takiego happy endu nie było w wypadku dwóch najważniejszych pomocników Reinefartha – Dirlewangera i Kamińskiego. Ale też nie można powiedzieć, że ponieśli odpowiedzialność. Dirlewanger dowodził specjalną jednostką karną, złożoną z kryminalistów. Została ona utworzona w 1940 roku, początkowo jako batalion, następnie przekształcona w brygadę, a pod koniec wojny w dywizję Waffen-SS. Jej działalność to co najmniej 60 tys. ofiar, zamordowanych podczas ekspedycji karnych na Białorusi oraz tłumienia Powstania Warszawskiego i Słowackiego Powstania Narodowego. Według ustaleń polskich śledczych jednostka Dirlewnagera zamordowała w Warszawie około 30 tys. cywilów – na Woli, Starym Mieście, Powiślu i Górnym Czerniakowie.

Dirlewanger został aresztowany na początku czerwca 1945 roku we francuskiej strefie okupacyjnej Niemiec i po kilku dniach zmarł. Według oficjalnego aktu zgonu śmiercią naturalną. Istnieje też wersja, że śmiertelnie pobili go Polacy służący w armii francuskiej. Członków jego formacji nigdy nie ukarano. Śledztwo w sprawie udziału brygady Dirlewangera w zbrodniach podczas Powstania Warszawskiego wszczęła w 1963 roku prokuratura we Flensburgu przy okazji postepowania przygotowawczego przeciw Reinefarthowi. Jednak śledztwo to – identycznie jak w sprawie Reinefartha – nie potrafiło ustalić czyjejkolwiek odpowiedzialności. Raczej nie chciano jej ustalić.

Niebywałe okrucieństwo, połączone z gwałtami i grabieżami, cechowało też kolaboracyjną jednostkę Bronisława Kamińskiego. Jej dowódca – zwany „katem Ochoty” – należał do jednych z najbardziej ponurych postaci wśród kolaborantów III Rzeszy. Jego ojciec był Polakiem, matka Niemką, a sam uważał się za Rosjanina. Od 1941 roku kolaborował z Niemcami, stając na czele tzw. Republiki Łokockiej w obwodzie briańskim. Zorganizował najpierw prohitlerowską milicję, a następnie formację RONA. SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach-Zelewski (1899-1972) – dowódca sił pacyfikujących powstanie i kolejny bezkarny kat Warszawy – scharakteryzował Kamińskiego następująco: „Był awanturnikiem politycznym, wygłaszał do swych ludzi mowy propagandowe o wielkiej, faszystowskiej Rosji, której chciał być przywódcą-führerem (…). Pojęcie własności było mu obce, żadnego narodu nie nienawidził tak jak Polaków, których wspominał jedynie obelżywymi słowami”[4].

Po upadku powstania Kamiński został stracony przez Niemców za niesubordynację. Egzekucję dowódcy RONA przypisał sobie jako osobistą zasługę von dem Bach-Zelewski. Twierdził, że był to z jego strony rzekomo gest protestu wobec Himmlera. Uważał też, że ocalił tysiące warszawiaków, ponieważ złagodził eksterminacyjny rozkaz Hitlera. Najpierw 5 sierpnia 1944 roku zakazał zabijania kobiet i dzieci, a 12 sierpnia także mężczyzn-cywilów. Decyzja ta nie była jednak spowodowana względami humanitarnymi, ale pragmatycznymi. Masowe zbrodnie wzmacniały bowiem wolę oporu Polaków, a jednostki SS uczestniczące w mordach i grabieżach nie były w stanie prowadzić skutecznych działań przeciw powstańcom.

Mianowanie von dem Bacha dowódcą wojsk pacyfikujących powstanie nie było przypadkiem. Z ramienia Himmlera odpowiadał on bowiem za walkę z partyzantką w okupowanej Europie. Oprócz Warszawy miał na swoim koncie wiele innych zbrodni. W 1940 roku kierował wysiedlaniem Polaków z Żywiecczyzny i był pomysłodawcą utworzenia KL Auschwitz. Dowodził też akcjami pacyfikacyjnymi i ludobójczymi na okupowanych terenach ZSRR (m.in. zagładą 35 tys. Żydów w Rydze).

Po wojnie władze amerykańskie odmówiły ekstradycji von dem Bacha do Polski lub ZSRR, ponieważ był jednym z głównych świadków w procesie norymberskim. W 1961 roku skazano go w RFN na 4,5 roku więzienia za udział w „nocy długich noży”, a dwa lata później na dożywocie za morderstwo sześciu niemieckich komunistów z 1933 roku. Zbrodni ludobójstwa popełnionych przez niego na okupowanych terenach Polski i ZSRR akt oskarżenia nie objął.

W cieniu głównych katów powstańczej Warszawy pozostaje gen. Wehrmachtu Rainer Stahel (1892-1955). Tuż przed wybuchem powstania objął funkcję komendanta wojskowego Warszawy. Jego kwatera główna w Pałacu Saskim została odcięta przez powstańców 1 sierpnia 1944 roku. Himmler podporządkował go rozkazom von dem Bacha, a po odblokowaniu Pałacu Saskiego Stahel opuścił Warszawę 24 sierpnia. Mimo ograniczonego udział w tłumieniu powstania ponosi on odpowiedzialność za zbrodnie na ludności cywilnej. Z zeznań żołnierzy Wehrmachtu wynika, że Stahel wydał im 3 sierpnia rozkaz zabijania cywilów i palenia domów. Ponadto polecił rozstrzelać 600 polskich więźniów, przetrzymywanych w zakładzie karnym przy ulicy Rakowieckiej. Był też autorem pomysłu, by w walce z powstańcami używać jako „żywe tarcze” ludność cywilną. Stahel zmarł w niewoli radzieckiej i również nigdy nie odpowiedział za swoje zbrodnie. W 2014 roku jego wnuk Christoph Broszies groził Muzeum Powstania Warszawskiego procesem za umieszczenie na ekspozycji informacji, że Stahel był zbrodniarzem wojennym[5].

Najmniej znanym katem Warszawy był Petro Diaczenko (1895-1965) – dowódca Ukraińskiego Legionu Samoobrony (zwanego też Legionem Wołyńskim), formacji kolaboracyjnej złożonej z nacjonalistów ukraińskich. Podczas pierwszej wojny światowej Diaczenko służył w armii rosyjskiej, a następnie w wojsku Ukraińskiej Republiki Ludowej. W okresie międzywojennym był oficerem kontraktowym w Wojsku Polskim, ale już w latach 30. nawiązał współpracę z Abwehrą. Na czele Legionu Wołyńskiego stanął w 1943 roku. Formacja ta została skierowana we wrześniu 1944 roku do tłumienia powstania na Czerniakowie. W dniach 27-30 września 1944 roku podkomendni Diaczenki uczestniczyli w operacji rozbicia Grupy „Kampinos” Armii Krajowej. Na początku 1945 roku Legion Wołyński wcielono do 14. Dywizji Waffen-SS (1. ukraińskiej), czyli dywizji „Galizien”. W marcu 1945 roku Diaczenko został jednym z dowódców sformowanej u boku Niemiec hitlerowskich Ukraińskiej Armii Narodowej (UNA). Po zakończeniu wojny on i jemu podobni kolaboranci ukraińscy nie zostali wydani w ręce ZSRR dzięki interwencji gen. Władysława Andersa, który potwierdził przed władzami alianckimi ich polskie obywatelstwo. Dlatego Diaczenko mógł spokojnie udać się na emigrację do USA.

W lutym 2015 roku Rada Najwyższa Ukrainy włączyła Diaczenkę do panteonu ukraińskich bohaterów narodowych, ustanawiając na szczeblu państwowym obchody 120. rocznicy jego urodzin[6]. Faktu tego dyskretnie nie zauważyły elity polityczne III RP, wspierające bezkrytycznie pomajdanową Ukrainę.

[1] K. Kąkolewski, Co u pana słychać?, Warszawa 1975, s. 84-99.

[2] P. Gursztyn, Rzeź Woli. Zbrodnia nierozliczona, Warszawa 2014, s. 178-179; N. Sennerteg, Kat Warszawy, Warszawa 2009, s. 143.

[3] Ph. Marti, Sprawa Reinefartha. Kat powstania warszawskiego czy szacowny obywatel, Warszawa 2016, s. 218-305.

[4] J. Kirchmayer, Powstanie Warszawskie, Warszawa 1964, s. 244.

[5] Wnuk nazisty chce pozwać Muzeum Powstania Warszawskiego, http://www.wprost.pl, 5.11.2014.

[6] B. Piętka, Gloryfikacja ukraińskich zbrodniarzy, „Myśl Polska” nr 15-16 (2029/30), 12-19.04.2015, s. 14-15.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 8 sierpnia 2017 r.

„Przegląd”, nr 32 (918), 7-13.08.2017, s. 14-17

Rocznica genocidium atrox na Woli

Dzisiaj przypada 73. rocznica niemieckiego ludobójstwa na Woli. 5 sierpnia 1944 roku też była sobota, nazwana później „czarną” – i też była upalna. Wydarzenie to jest nazywane „rzezią Woli” i podobnie jak „rzeź wołyńska” jest to określenie niewłaściwe z naukowego punktu widzenia. Jedynym właściwym określeniem na to, co stało się na Woli w dniach 5-7 sierpnia 1944 roku oraz na to, co stało się w Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w 1943 i 1944 roku jest genocidium atrox – ludobójstwo zwyrodniałe, tzn. takie, gdzie ofiarom zadaje się śmierć w barbarzyński i okrutny sposób.

Naród polski w okresie drugiej wojny światowej dwukrotnie doświadczył genocidium atrox – ze strony nacjonalistów ukraińskich na Kresach Wschodnich oraz ze strony Niemców i ich kolaborantów w Warszawie w 1944 roku. Z genocidium atrox podczas drugiej wojny światowej mieliśmy też do czynienia w wypadku ludobójstwa, którego na Serbach dokonali chorwaccy ustasze oraz w wypadku działalności brygady Dirlewangera na okupowanej Białorusi, w wyniku której część jej obszaru została przekształcona w Wüstezone (teren pustynny). To była ta sama brygada Dirlewangera, która w Wüstezone przekształciła Wolę, a potem Stare Miasto i Powiśle, podpalając dom po domu, wrzucając granaty do mieszkań i piwnic, rozstrzeliwując całe wielopokoleniowe rodziny, błagających o litość przebijając bagnetami, mordując i paląc dzieci w sierocińcach oraz rannych i chorych w szpitalach, dokonując sadystycznych gwałtów i mordów na kobietach. Rocznica Powstania Warszawskiego powinna być przede wszystkim okazją do przypomnienia niemieckiego genocidium atrox na Woli. Nie po to, by budzić niechęć do Niemców, ale po to, by wiedział o tym cały świat, bo to było przecież ludobójstwo na narodzie polskim. To jest historia narodu, o której wiedzieć powinni wszyscy.

Tak jednak nie jest. Obchody genocidium atrox na Woli mają charakter lokalny, dzielnicowy. Nie bierze w nich udziału nawet prezydent Warszawy, nie mówiąc o prezydencie Polski. Dlaczego? To są jakieś gorsze ofiary, jak te z Wołynia i Małopolski Wschodniej? Po zamordowanych i spalonych na Woli Polakach zebrano po wojnie 12 ton popiołów, co odpowiada 40-50 tys. ofiar. Jeśli dodamy do tego ofiary cywilne zamordowane podczas Powstania Warszawskiego na Ochocie (10 tys.), Starym Mieście (30 tys.) i w „dzielnicy policyjnej” (5-10 tys.), to otrzymamy mniej więcej tyle ile zginęło od wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie. O ile jednak o Hiroszimie wie cały świat, to wiedza o niemieckim genocidium atrox w Warszawie nie jest bynajmniej powszechna. Pod Pomnikiem Polegli Niepokonani – wzniesionym na kurhanie, który kryje 12 ton prochów ofiar genocidium atrox na Woli – nie klękają prezydenci Polski i Niemiec.

Rocznicowa narracja czynników oficjalnych o Powstaniu Warszawskim przypomina tę z Muzeum Powstania Warszawskiego, w którym nie ma nawet ekspozycji poświęconej niemieckiemu genocidium atrox w Warszawie. W świetle tej narracji powstanie było wielkim zwycięstwem moralnym i fajną harcerską przygodą. Rozumiem, że eksponowanie genocidium atrox popełnionego przez Niemców na cywilnych mieszkańcach Warszawy prowokowałoby pytanie o sens powstania i odpowiedzialność gloryfikowanych dzisiaj dowódców AK. Podejrzewam również, że te ofiary z Woli – biednej robotniczej dzielnicy, podobnie jak ofiary z Wołynia (biedni, często niepiśmienni chłopi), są traktowane przez czynniki oficjalne po prostu jako ofiary gorsze ze względu na swoje pochodzenie socjalne. Tak chyba patrzyło też na nie inteligenckie dowództwo AK, które było gotowe „rzucić na stos” warszawski proletariat, a także młodzież i dzieci, by osiągnąć założony cel polityczny, niemożliwy wówczas do zrealizowania.

Bohdan Piętka                                                                  

Oświęcim, 5 sierpnia 2017 r.

Szorstka przyjaźń Kohla

16 czerwca 2017 r. w Ludwigshafen am Rhein zmarł Helmut Kohl (1930-2017) – przywódca Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU), w latach 1982-1998 kanclerz Republiki Federalnej Niemiec, zwany „ojcem zjednoczenia” Niemiec. Jego śmierć stała się w Polsce okazją do jednostronnych komentarzy, wychwalających zmarłego jako wybitnego europejskiego męża stanu i wielkiego przyjaciela Polski[1].

Zabrakło niestety w tych komentarzach informacji, że kanclerz Kohl opierał się w 1990 r. zawarciu traktatu granicznego z Polską, próbując podważyć ustalenia konferencji poczdamskiej (17.07-2.08.1945) i układu polsko-zachodnioniemieckiego z 1970 r.

Helmut Kohl pochodził z mieszczańsko-konserwatywnej rodziny wyznania katolickiego. Przyszły kanclerz Niemiec pod koniec wojny służył w Wehrmachcie. Od 1946 r. działał politycznie w CDU. W czasie studiów był już członkiem zarządu krajowego tej partii w Nadrenii-Palatynacie. Drogę do wielkiej kariery politycznej otworzył mu wybór do Landtagu Nadrenii-Palatynatu, gdzie od 1963 r. kierował frakcją CDU. Trzy lata później został przewodniczącym CDU w tym landzie, a w 1973 r. stanął na czele zachodnioniemieckiej chadecji. Zanim to się stało, w 1969 r. objął urząd premiera Nadrenii-Palatynatu, który sprawował przez cztery lata.

W latach 70. był liderem chadecko-konserwatywnej opozycji wobec socjalliberalnych rządów Willy’ego Brandta i Helmuta Schmidta. Podczas wyborów do Bundestagu w 1976 r. CDU/CSU po raz pierwszy wystawiła go jako kandydata na kanclerza. Funkcję tę objął jednakże dopiero 1 października 1982 r., kiedy liberalna FDP po zerwaniu koalicji z SPD utworzyła rząd z chadecją.

Kohl był szóstym z kolei kanclerzem RFN i pozostał na tym stanowisku przez cztery kadencje. Pierwszy okres jego rządów (do 1986 r.) przypadł na czas eskalacji napięcia pomiędzy USA i ZSRR, w tym nakręcania wyścigu zbrojeń. Kohl w pełni popierał tutaj politykę administracji Ronalda Reagana, co wiązało się m.in. z rozmieszczeniem na terytorium RFN rakiet manewrujących średniego zasięgu. Po wprowadzeniu w ZSRR polityki pierestrojki stał się jej gorącym zwolennikiem. Jeszcze przed przełomem politycznym lat 1989-1990 nawiązał tak bliskie stosunki z Michaiłem Gorbaczowem, że obaj byli ze sobą na „ty”.

Polityka historyczna realizowana w Polsce po 1989 r., a zwłaszcza obecnie, całkowicie delegitymizuje i deprecjonuje PRL jako formę państwowości polskiej. Stąd też zwolennikom tezy o wielkiej przyjaźni Kohla z Polską umyka z pola widzenia jego stosunek do Polski przed 1989 rokiem. Jeśli można tu mówić o przyjaźni, to tylko w stosunku do „Solidarności”, którą kanclerz RFN wspierał tak jak i inni przywódcy zachodni w tym czasie. Natomiast stosunki polsko-zachodnioniemieckie, po okresie ich normalizacji i ocieplenia za kadencji Willy’ego Brandta i Helmuta Schmidta, uległy ochłodzeniu pod rządami Kohla. Przyczyną był nie tylko stan wojenny w Polsce, ale wspomniane wyżej ponowne zaostrzenie „zimnej wojny” Wschód-Zachód oraz stosunek niemieckiej chadecji do granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Granicy uznanej przez socjaldemokratycznego kanclerza Brandta w układzie podpisanym w Warszawie 7 grudnia 1970 r.

Będąca wówczas w opozycji CDU/CSU powstrzymywała ratyfikację tego układu do 17 maja 1972 r. poprzez złożenie wniosku do Federalnego Trybunału Konstytucyjnego o uznanie go za niekonstytucyjny. Powoływano się na fikcję prawną, jaką było określenie w konstytucji RFN granic Niemiec według przebiegu granic III Rzeszy z 1937 r. Ostatecznie Federalny Trybunał Konstytucyjny orzekł 31 lipca 1973 r., że układ graniczny z PRL nie narusza konstytucji, ponieważ nie stanowi on uznania granicy na Odrze i Nysie, ale jest tylko przyjęciem przez RFN do wiadomości tego stanu rzeczy i deklaracją niepodejmowania działań zbrojnych w celu jego zmiany.

Taka właśnie interpretacja prawna układu Brandt-Cyrankiewicz z 1970 r. była przyjmowana przez chadecję po jej powrocie do władzy w 1982 r. Granicy na Odrze i Nysie nie podważano wprost, ale np. poprzez wspieranie działalności Związku Wypędzonych i skupionych w nim tzw. ziomkostw. Administracja Kohla w latach 80. XX wieku podnosiła też, że byłe ziemie niemieckie, które weszły w skład Polski powojennej znajdują się pod „tymczasową administracją polską”. Wsparcie udzielane przez Helmuta Kohla Związkowi Wypędzonych nie tylko po objęciu przez niego urzędu kanclerza, ale także na przestrzeni całej jego działalności w CDU, zostało docenione przyznaniem mu w październiku 1984 r. Honorowej Odznaki Związku Wypędzonych.

W przekazie medialnym za symbol stosunku Kohla do Polski uchodzi Msza Pojednania w Krzyżowej 12 listopada 1989 r., podczas której w czasie przekazania znaku pokoju Helmut Kohl i premier Tadeusz Mazowiecki wymownie objęli się. Ten gest, a także wydane w Krzyżowej wspólne oświadczenie obu rządów uznano za początek pojednania i współpracy polsko-niemieckiej. Jednakże wkrótce po wypuszczeniu z objęć Tadeusza Mazowieckiego Helmut Kohl powrócił do twardej polityki.

W maju 1990 r. rozpoczęła się konferencja dwa plus cztery w sprawie zjednoczenia Niemiec, czyli czterech mocarstw-zwycięzców drugiej wojny światowej i dwóch powojennych państw niemieckich. Uczestniczyła w niej też polska dyplomacja kierowana przez Krzysztofa Skubiszewskiego. Wcześniej jednak doszło do poważnego zgrzytu, ponieważ plan zjednoczenia (tzw. 10 punktów) został ogłoszony przez Kohla w Bundestagu pod koniec listopada 1989 r. bez konsultacji z kimkolwiek, nawet z USA. Wywołało to słuszne oburzenie czterech mocarstw, którym układ poczdamski z 1945 r. gwarantował prawo do współdecydowania w wypadku zjednoczenia Niemiec. Paryż i Londyn początkowo w ogóle nie chciały słyszeć o zjednoczeniu, obawiając się wzrostu znaczenia politycznego i gospodarczego Niemiec. Przeważyło stanowisko USA, które w zjednoczeniu dostrzegły szansę na zwiększenie swoich wpływów w Europie.

Rząd RFN zajął stanowisko, że zarówno postanowienia układu granicznego pomiędzy Polską a NRD z 6 lipca 1950 r., jaki z RFN z 7 grudnia 1970 r., nie mogą obowiązywać zjednoczonych Niemiec. Rząd Mazowieckiego natomiast chciał zapewnienia, że granica na Odrze i Nysie jest nienaruszalna jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec. Na to nie chciał się zgodzić Helmut Kohl, który proponował, by o granicy wypowiedział się dopiero ogólnoniemiecki parlament po zjednoczeniu. Było to z jego strony wyjście naprzeciw oczekiwaniom Związku Wypędzonych, który miał nadzieję, że po zjednoczeniu kwestia powrotu Śląska czy Pomorza do Niemiec będzie otwarta[2].

Przyjęcie stanowiska Kohla oznaczałoby, że kwestia uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej nie będzie warunkiem zjednoczenia Niemiec, a negocjacje w sprawie jej uznania słaba i pogrążona w kryzysie Polska będzie toczyć z silnymi zjednoczonymi Niemcami. Stanowisko polskie zostało jednak poparte przez USA, ZSRR, Wielką Brytanię i Francję. Nacisk na kanclerza RFN wywarli m.in. brytyjska premier Margaret Thatcher i prezydent Francji François Mitterrand. Polskę popierał też minister spraw zagranicznych NRD Markus Meckel, który proponował umowę graniczną jeszcze przed zjednoczeniem. Paryż chciał potwierdzenia granic także ze względu na Alzację[3].

Wysiłki polskiej dyplomacji w kierunku podpisania nowego układu granicznego możliwie wcześnie, tak aby wszedł on w życie jeszcze przed zjednoczeniem RFN i NRD, nie powiodły się właśnie z powodu opierania się kanclerza Kohla przed uznaniem granicy z Polską. Wgląd w dramatyzm sytuacji daje 67 dokumentów z lat 1989-1990 dotyczących relacji polsko-niemieckich, które polski MSZ upublicznił w 2015 r. Kohl nie chciał się zgodzić nawet na propozycję premiera Mazowieckiego, by traktat polsko-niemiecki został parafowany przed zjednoczeniem Niemiec, a podpisany po[4].

Doradca Kohla Horst Teltschik tłumaczył później, że kanclerz miał trudną sytuację wewnątrzpolityczną i obawiał się, że przed wyborami straci poparcie części CDU/CSU i Związku Wypędzonych. Jednakże zanim 9 listopada 1989 r. runął mur berliński dyplomaci z NRD ostrzegali polski MSZ, że Bonn chce najpierw wchłonąć wschodnie Niemcy, a potem odbudować Niemcy w granicach z 1937 r. Potwierdzeniem tego może być komentarz „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z grudnia 1989 r., którego autor domagał się, by kwestii granicy polsko-niemieckiej na razie nie ruszać, bo w przyszłości można będzie wytargować np. zwrot Szczecina. Kohl z jednej strony popierał rząd Mazowieckiego i zapewniał, że Niemcy nie mają pretensji do polskiego terytorium, a z drugiej strony na zjeździe Związku Wypędzonych mówił, że obowiązują „niemieckie pozycje prawne” (domniemane istnienie Rzeszy w granicach z 1937 r.), czyli że temat granicy wschodniej Niemiec jest otwarty[5].

Ostatecznie Kohla złamał prezydent USA. Amerykańsko-niemiecki historyk Konrad Jarausch opisał to następująco: „Administracja Busha jasno Kohlowi powiedziała: albo uznacie tę granicę, albo nici ze zjednoczenia. Kanclerz nie miał wyjścia. Uznał warunki i podpisał umowę graniczną, ale potem długo jednak czekał z jej ratyfikacją”[6]. Fakt ten potwierdził również prof. Jerzy Sułek – główny negocjator traktatów polsko-niemieckich. Wedle jego relacji na prezydenta Busha „naciskali przedstawiciele Polonii w USA, swój autorytet w tej sprawie zaangażował Jan Nowak-Jeziorański. Pomagali też w znalezieniu porozumienia Francuzi, szczególnie po – jedynej tego typu w historii – wizycie w Paryżu wielkiej trójki w marcu 1990 roku: postkomunistycznego prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego, solidarnościowego prezydenta Tadeusza Mazowieckiego oraz ministra spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego[7].

W przeciwieństwie do Kohla propolskie stanowisko zajmował natomiast rząd NRD, na którego czele stał premier Lothar de Maiziére. „To dzięki jego postawie – wspomina prof. Sułek – doszło do zupełnie nowego zjawiska, nastąpiło przełamanie linii w tradycyjnym podziale na „Polskę” i „Niemcy”, bo w procesie negocjacji demokratyczna NRD stała albo po stronie Polski, albo pomiędzy RP i „starą” RFN (w roli politycznego mediatora!). To zjawisko było wyraźne w odniesieniu do kilku najważniejszych kwestii spornych w negocjacjach, zwłaszcza w zakresie „sporu granicznego” (…). Na konferencji „2+4” delegacja NRD konsekwentnie wspierała Polskę. Przykładowo: opowiadała się za włączeniem RP do grona uczestników tej Konferencji (mimo ostrego sprzeciwu kanclerza Kohla); popierała wysiłki dyplomacji polskiej, by wynegocjować jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec postanowienia traktatowe o ostatecznym, nieodwracalnym charakterze O-N-Ł, jako granicy państwowej (…) zadbała i o to, by wspólna rezolucja parlamentów obu państw niemieckich, Izby Ludowej NRD i Bundestagu RFN z 21 czerwca 1990 r. zawierała sformułowania, które zostały pozytywnie ocenione przez Polskę (…)[8].

Spór z Kohlem był sprawą kluczową dla kwestii bezpieczeństwa Polski. Dyplomacja polska – jak pisze prof. Sułek – „nie chciała dopuścić do sytuacji, kiedy dojdzie do zjednoczenia Niemiec, a status zachodniej granicy Polski nie zostanie uregulowany. Z polskiej perspektywy chodziło więc o wykluczenie jakiejkolwiek możliwości ewentualnej rewizji granicy O-N-Ł w trakcie, lub po zjednoczeniu Niemiec”[9].

Tak też się stało. 21 czerwca 1990 r. Bundestag RFN i Izba Ludowa NRD przyjęły wspólną rezolucję, w której oświadczały, że obecny przebieg granicy polsko-niemieckiej jest ostateczny. 3 października 1990 r. nastąpiło zjednoczenie Niemiec, a 14 listopada 1990 r. ministrowie spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski i Hans-Dietrich Genscher podpisali w Warszawie polsko-niemiecki traktat graniczny. Uzupełnił go polsko-niemiecki traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17 czerwca 1991 r.

Helmut Kohl nie był zatem „przyjacielem Polski”, ale trudnym partnerem, który twardo stał na gruncie subiektywnie pojmowanego interesu narodowego Niemiec. Jego uporowi zawdzięczamy też to, że traktaty polsko-niemieckie z lat 1990-1991 nie uregulowały tak kluczowych spraw jak kwestia własności na polskich Ziemiach Zachodnich oraz status prawny polskiej diaspory w Niemczech. Sprawy te do dzisiaj stanowią ciągle powracający problem w stosunkach polsko-niemieckich.

[1] Por. np. Ojciec zjednoczenia, sympatyk Polski. Helmut Kohl nie żyje, http://www.wiadomosci.onet.pl, 16.06.2017.

[2] Granica jest nienaruszalna, http://www.wyborcza.pl, 18.06.2013.

[3] „Albo uznacie tę granicę, albo nici ze zjednoczenia”. Traktat „2+4” i polsko-niemiecka granica, http://www.dw.com, 3.10.2015.

[4] Dokumenty dyplomatyczne: kanclerz Kohl zwlekał z uznaniem granicy na Odrze i Nysie, http://www.dzieje.pl, 14.07.2015.

[5] Bartosz T. Wieliński, Baliśmy się zjednoczenia Niemiec. MSZ odtajnia dokumenty dyplomatyczne, http://www.wyborcza.pl, 2.10.2015.

[6] „Albo uznacie tę granicę, albo nici ze zjednoczenia”…

[7] Prof. Jerzy Sułek: traktaty polsko-niemieckie to były trudne rozmowy zakończone sukcesem, http://www.nto.rp.pl, 29.09.2010.

[8] J. Sułek, Traktat graniczny RP-RFN z 14 listopada 1990 roku jako ostateczne zamknięcie polsko-niemieckiego sporu o granicę po II wojnie światowej – ze wspomnień głównego negocjatora po 25 latach, (w:) A. Dragan, J. Engelgard, T. Skoczek (red.), Powrót nad Odrę i Bałtyk z perspektywy siedemdziesięciu lat. Materiały z konferencji zorganizowanej w dniu 24 października 2015 roku w Muzeum Niepodległości w Warszawie, Warszawa 2017, s. 102.

[9] Tamże, s. 110.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 lipca 2016 r.

„Przegląd” nr 27 (913), 3-9.07.2017, s. 32-34

Kto uczestniczył w Holokauście?

Rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar (z pochodzenia Ukrainiec) ogłosił, że naród polski uczestniczył w Holokauście[1]. Naród polski, czyli również siostra mojego dziadka Stanisława Zając – więźniarka KL Auschwitz nr 17534. Dowodem na to, że naród polski uczestniczył w Holokauście jest – zdaniem pana Bodnara – to, że Polskie Państwo Podziemne karało szmalcowników. A gdyby ich nie karało, to by nie było sprawy?

Rozumowanie pana Bodnara jest nie tylko głupie i bezczelne, ale jest także niebezpieczne dla jego admiratorów z kręgów michnikowskich. Bo idąc tokiem rozumowania pana Bodnara musimy dojść do wniosku, że również naród żydowski uczestniczył w Holokauście i to nieraz bardziej aktywnie niż funkcjonariusze III Rzeszy.

I nie chodzi tutaj o żydowskich szmalcowników, których prawdopodobnie było więcej niż polskich. Chodzi o „króla” getta łódzkiego – Chaima Mordechaja Rumkowskiego – który wysłał dziesiątki tysięcy swoich rodaków do komór gazowych Chełmna nad Nerem (Kulmhof) i Auschwitz, a tysiące innych zagłodził, współpracując w tym dziele niezwykle aktywnie i lojalnie z gestapo i administracją niemiecką.

Chodzi o „króla” gett żydowskich w Zagłębiu Dąbrowskim – Mojżesza Merina – który tak samo jak Rumkowski w Łodzi bardzo lojalnie współpracował z Niemcami w dziele zagłady narodu żydowskiego. Chodzi o dziesiątki, a może setki im podobnych funkcjonariuszy żydowskich samorządów w gettach (tzw. Judenratów lub Rad Starszych), o których była więźniarka KL Auschwitz Halina Birenbaum pisała, że byli najzwyklejszymi kolaborantami i zdrajcami narodu żydowskiego.

Chodzi o funkcjonariuszy żydowskiej służby porządkowej w gettach, którą mieszkańcy tychże gett nazywali wymownie „żydowskim gestapo” i która składała się nie z ludzi marginesu społecznego, ale z elity społecznej – synów żydowskich adwokatów, lekarzy, przemysłowców, kupców itd. To właśnie oni wyłapywali w gettach ofiary do transportów, które Niemcy wysyłali do obozów zagłady, traktując członków własnego narodu brutalniej niż policja niemiecka. I nie działali pod niczyim przymusem, bo służba w żydowskiej policji, tak samo jak praca w Judenratach, była dobrowolna.

Tak więc admiratorzy pana Bodnara z kręgów „opozycji totalnej” powinni go koniecznie przywołać do porządku, bo ich ulubieniec niechcący otworzył puszkę Pandory.

[1] Adam Bodnar, rzecznik praw obywatelskich: naród polski współuczestniczył w Holokauście, http://www.kresy.pl, 20.06.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 czerwca 2017 r.