To miała być Polska Szklanych Domów

„Biła godzina wpół do pierwszej, kiedy na murach sądu okręgowego w Lublinie został przyklejony pierwszy afisz, ogłaszający po tylu latach powstanie Polski naprawdę Wolnej. Jak to los czasem człowiekowi sprzyja. Niegdyś w więzieniu na katordze, snując marzenia na przyszłość, myślałem o tym, aby doczekać tej chwili kiedy zacznie się ogłaszanie Polski Niepodległej i oto wypadło mi samemu przykleić na murze pierwszy afisz, ogłaszający Narodowi, iż jest Wolny w Wolnej Ojczyźnie” – tak wspominał wydarzenia nocy z 6 na 7 listopada 1918 r. w Lublinie Marian Malinowski (1876-1948), działacz Polskiej Partii Socjalistycznej i członek Organizacji Bojowej PPS, kilkakrotnie skazany i więziony przez władze carskie za działalność niepodległościową, minister robót publicznych w rządzie Ignacego Daszyńskiego i minister bez teki w rządzie Jędrzeja Moraczewskiego.

Jednym z ważniejszych epizodów wydarzeń listopada 1918 roku na ziemiach polskich było utworzenie tzw. rządu lubelskiego, czyli Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej w Lublinie. W dziejach odradzającej się Polski rząd ten odegrał szczególna rolę nie ze względu na swoją działalność – zaledwie kilkudniową, która nie wykraczała poza Lublin – ale program społeczno-polityczny, jaki ogłosił.

Rząd lubelski nie był pierwszym, który aspirował do władzy nad całym krajem, a więc nad odzyskującą niepodległość po 123 latach zaborów Polską. Pierwszą próbę stworzenia rządu ogólnonarodowego podjęła Rada Regencyjna – polski organ władzy zwierzchniej Królestwa Polskiego, powołany 12 września 1917 roku przez okupantów niemieckiego i austro-węgierskiego.

W sytuacji, gdy 5 października 1918 r. nowy rząd niemiecki księcia Maximiliana von Badena zwrócił się do prezydenta USA Woodrowa W. Wilsona z prośbą o zawieszenie broni, Rada Regencyjna postanowiła zdystansować się od Niemiec i wymóc na okupantach przekazanie jej rzeczywistej władzy nad choćby częścią ziem polskich. Dlatego 7 października 1918 r. Rada Regencyjna ogłosiła niepodległość Polski, a 23 października 1918 r. powołała rząd pod prezesurą ziemianina i endeka Józefa Świeżyńskiego. Był to pierwszy rząd Królestwa Polskiego, który nie starał się o akceptację władz okupacyjnych niemieckich i austro-węgierskich. Tworzący ten rząd przedstawiciele endecji rozumieli niestosowność działań u boku Rady Regencyjnej, która reprezentowała orientację sprzeczną z polityką endecji i Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu. Dlatego 3 listopada 1918 r. próbowali obalić Radę Regencyjną i przejąć władzę jako Rząd Narodowy. Próba zamachu stanu została jednak udaremniona, a rząd Świeżyńskiego zdymisjonowany 4 listopada 1918 r. Tym samym przejęcie władzy nad odradzającą się Polską przez prawicę zakończyło się chwilowym niepowodzeniem.

W tym czasie rozpadły się Austro-Węgry (28-31 października 1918 r.), a 3 listopada 1918 r. bunt marynarzy w Kilonii dał początek rewolucji socjalistycznej w Niemczech, która w przeciągu sześciu dni zakończyła żywot II Rzeszy Niemieckiej. Rozpad Austro-Węgier oznaczał koniec władzy austriackiej w Galicji i w okupowanej przez Austriaków części Królestwa Polskiego. Do zwierzchności nad tymi terenami aspirowała powołana w Krakowie 31 października 1918 r. Polska Komisja Likwidacyjna Galicji i Śląska Cieszyńskiego, na czele której stanęli Wincenty Witos (1874-1945) – przywódca prawicowego odłamu ruchu ludowego i polityk endecki hrabia Aleksander Skarbek (1874-1922).

Rewolucja listopadowa w Niemczech nie pozostała bez wpływu na sytuację odradzającej się Polski. Wraz z rozbrajaniem wojsk austro-węgierskich na terenie Generalnego Gubernatorstwa Lubelskiego radykalna lewica (SDKPiL i PPS-Lewica) przystąpiła do tworzenia rad delegatów robotniczych. Największe z nich powstały w Lublinie (5 listopada) i Zagłębiu Dąbrowskim, gdzie po rozbrojeniu wojsk okupacyjnych radykalna lewica utworzyła też Czerwoną Gwardię. Ogółem w listopadzie 1918 roku powstało na ziemiach polskich ponad 100 rad delegatów robotniczych. 6 listopada 1918 r. na 30-tysięcznym wiecu chłopskim w Tarnobrzegu uchwalono usunięcie władz mianowanych przez Polską Komisję Likwidacyjną i powołanie własnych władz – tzw. Republiki Tarnobrzeskiej. Na jej czele stanęli komunista Tomasz Dąbal (1890-1937) i ksiądz Eugeniusz Okoń (1881-1949). Głównym postulatem władz republiki było przekazanie ziemi obszarniczej chłopom. Republika Tarnobrzeska została uznana przez władze odrodzonej Polski za niebezpieczną anarchię i zlikwidowana przez Wojsko Polskie na początku 1919 roku. W czasie pacyfikacji zabito kilkanaście osób, a Dąbal i Okoń zostali aresztowani.

Podobnie było w niedalekim Pińczowie, gdzie z kolei powstała tzw. Republika Pińczowska – kierowana przez działacza SDKPiL Jana Lisowskiego. Zrewoltowani chłopi dokonali tam napadów na Działoszyce i Wodzisław oraz dopuścili się rabunków na okolicznych ziemianach. Jeszcze nie powstała niepodległa Polska, a już zaczęła jej grozić wojna domowa.

W nocy z 1 na 2 listopada 1918 r. w warszawskim mieszkaniu Artura Śliwińskiego (1877-1953) – działacza umiarkowanie lewicowego i propiłsudczykowskiego Stronnictwa Niezawisłości Narodowej – odbyło się zebranie działaczy niepodległościowych. Podjęto na nim decyzję o utworzeniu rządu ogólnokrajowego przeciw środowiskom konserwatywnym Rady Regencyjnej. Na siedzibę tego rządu wybrano Lublin z uwagi na spodziewaną likwidację okupacji austro-węgierskiej. W dniu 6 listopada większość członków mającego powstać rządu przybyła do wolnego od okupanta Lublina, gdzie poprzedniego dnia SDKPiL utworzyła już Radę Delegatów Robotniczych.

Tak oto w nocy z 6 na 7 listopada 1918 r. powołany został Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej pod prezesurą Ignacego Daszyńskiego (1866-1936) – przywódcy Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska Cieszyńskiego, długoletniego posła do parlamentu austriackiego, jednego z najwybitniejszych polityków polskich z Galicji. Platformę polityczną tego rządu stanowiły PPSD, PPS, PSL „Wyzwolenie” oraz Stronnictwo Niezawisłości Narodowej. Faktycznie za powołaniem rządu lubelskiego stał Konwent Organizacji A (lewica piłsudczykowska).

Afisz informujący o utworzeniu Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej. Fot. domena publiczna.

Afisz informujący o utworzeniu Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej. Fot. domena publiczna.

Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej nie zamierzał dokonywać w Polsce rewolucji na wzór bolszewicki lub niemiecki. Wszelkie przemiany społeczne miały zostać zrealizowane na drodze reform parlamentarnych. Dlatego w swoim manifeście rząd lubelski proklamował utworzenie niepodległego i demokratycznego państwa polskiego o ustroju republikańskim. Za najważniejsze zadanie w tej mierze uznał przeprowadzenie demokratycznych pięcioprzymiotnikowych wyborów do Sejmu Ustawodawczego, który miał wyłonić prezydenta. Ponadto zapowiadał całkowite polityczne i obywatelskie równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy pochodzenia społecznego, wyznania religijnego i narodowości, wolność sumienia, druku, słowa, zgromadzeń, pochodów, zrzeszeń, tworzenia związków zawodowych i strajków.

Przyjęty przez rząd lubelski program społeczny był jednak bardzo radykalny i korespondował z niektórymi hasłami rewolucji rosyjskiej i niemieckiej. Postulował przede wszystkim przeprowadzenie reformy rolnej bez odszkodowania dla właścicieli ziemskich poprzez przymusowe wywłaszczenie i zniesienie wielkiej i średniej własności ziemskiej oraz oddanie jej w ręce „ludu pracującego” pod kontrolą państwową, nacjonalizację donacji i majoratów, a także lasów prywatnych i dawnych rządowych, nacjonalizację kopalń, przemysłu naftowego, dróg komunikacyjnych oraz innych działów przemysłu, gdzie da się to od razu uczynić, udział robotników w administracji tych zakładów przemysłowych, które nie zostaną od razu upaństwowione, konfiskatę kapitałów powstałych w czasie wojny w wyniku spekulacji artykułami pierwszej potrzeby i dostaw dla wojska, wprowadzenie ustawodawstwa o ochronie pracy oraz ubezpieczeń od bezrobocia, chorobowych i emerytalnych, wprowadzenie 8-godzinnego dnia pracy w przemyśle, rzemiosłach i handlu, wprowadzenie powszechnego, obowiązkowego i bezpłatnego świeckiego nauczania szkolnego.

Tak radykalny program społeczny przyjął później tylko Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego w 1944 roku. Program rządu lubelskiego wyrażał dążenia polskich socjalistów do stworzenia demokratycznego państwa polskiego, które będzie oparte na ustroju sprawiedliwości społecznej. To był program Polski Szklanych Domów. To określenie z powieści „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego chyba najlepiej oddaje jego charakter. Dzisiaj – po 30 latach eksperymentów neoliberalnych – większość z tych postulatów brzmi jak straszna herezja. Stąd o rządzie Daszyńskiego raczej nie wspomina się obszernie przy okazji rocznic odzyskania niepodległości.

Rząd Daszyńskiego był pierwszym organem władzy na wyzwalających się spod zaborów ziemiach polskich, który oficjalnie ogłosił się rządem ogólnopolskim, narodowym. W jego składzie – oprócz Daszyńskiego – zasiadło wielu później wybitnych polityków II RP: Tomasz Arciszewski, Medard Downarowicz, Marian Malinowski, Jędrzej Moraczewski, Juliusz Poniatowski, Edward Rydz-Śmigły, Wacław Sieroszewski, Stanisław Thugutt i Bronisław Ziemięcki. Udziału w rządzie odmówili – ze względu na jego radykalnie lewicowy charakter – Wincenty Witos i Gabriel Dubiel, którzy wtedy sympatyzowali politycznie z endecją.

Epizod rządu lubelskiego natychmiast zakończył Józef Piłsudski po swoim powrocie z Magdeburga do Warszawy 10 listopada 1918 r. Jego przedstawicielowi – Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu – oświadczył 11 listopada: „wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”. Piłsudski wysiadał już wtedy z czerwonego tramwaju na przystanku niepodległość, o czym jego lewicowi zwolennicy jeszcze nie wiedzieli. 12 listopada 1918 r. Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej złożył dymisję na ręce Piłsudskiego. Powołany w jego miejsce 17 listopada 1918 r. rząd Jędrzeja Moraczewskiego (pierwszy rząd II RP, używający nadal nazwy Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej) z reform rządu lubelskiego utrzymał tylko 8-godzinny dzień pracy oraz legalność związków zawodowych i prawo do strajku. Wprowadził też obowiązkowe ubezpieczenia chorobowe i inspekcję pracy. Dla endecji i tak był to rząd zbyt radykalny, co spowodowało jego upadek i powołanie 16 stycznia 1919 r. „ponadpartyjnego” rządu Ignacego Jana Paderewskiego.

Jedną z głównych trosk władz II Rzeczypospolitej – także władz sanacyjnych po przewrocie majowym 1926 roku – było niedopuszczenie do realizacji najbardziej radykalnych postulatów programu rządu lubelskiego, a zwłaszcza reformy rolnej polegającej na parcelacji majątków obszarniczych. Na zjeździe arystokracji polskiej w Nieświeżu 25 października 1926 r. Józef Piłsudski obiecał, że radykalna reforma rolna nie zostanie przeprowadzona i obietnicy tej dotrzymał. Utrzymanie półfeudalnej struktury własności ziemskiej na wsi stanowiło jedną ze znaczących przyczyn zacofania gospodarczego II RP i pauperyzacji ludności wiejskiej. 11 listopada 2018 r. zostanie odsłonięty pomnik Ignacego Daszyńskiego na placu na Rozdrożu w Warszawie. Daszyński w pełni sobie na to zasłużył. Nie tylko ze względu na swoją działalność niepodległościową i program rządu lubelskiego, ale także obronę demokracji po 1926 roku.

Ignacy Daszyński (1866-1936)

Ignacy Daszyński (1866-1936) 

Bohdan Piętka

Oświęcim, 9 listopada 2018 r.

Reklamy

Znieważane Platerówki

75. rocznica utworzenia Wojska Polskiego, które w latach 1943-1945 walczyło na froncie wschodnim o wyzwolenie Polski spod okupacji niemieckiej, jest okazją do przypomnienia historii 1. Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater. Przede wszystkim dlatego, że pododdział ten stał się po 1989 roku obiektem niewybrednych ataków, których celem jest dyskredytacja Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR.

1.  SBK został utworzony 19 sierpnia 1943 r. w Sielcach nad Oką i wszedł w skład powołanego 10 sierpnia 1943 r. 1. Korpusu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR. Batalion kobiecy na dzień 30 września 1943 r. liczył 740 oficerów, podoficerów i szeregowych i składał się z dwóch kompanii fizylierek, dwóch kompanii strzeleckich, kompanii rusznic przeciwpancernych oraz kompanii ciężkich karabinów maszynowych. Ponadto w jego składzie znajdowały się plutony moździerzy, zwiadu, łączności, sanitarny, saperów i gospodarczy oraz szkoła podoficerska.

Wraz z dywizją kościuszkowską wyruszyła na front 1. kompania fizylierek 1. SBK. Podczas bitwy pod Lenino (12-14.10.1943 r.) kompania ta pełniła służbę wartowniczą przy sztabie dywizji, natomiast jedną jej drużynę włączono do plutonu sanitarnego 2. pułku piechoty, który zajmował się wynoszeniem rannych z pola walki.

Bohaterską śmiercią zginęła wówczas szer. Aniela Krzywoń (1925-1943) – przydzielona do ochrony ciężarówki z dokumentami sztabowymi. Kiedy samochód trafiony niemiecką bombą stanął w płomieniach, Aniela Krzywoń, nie zważając na płomienie i ostrzał nieprzyjaciela, uratowała skrzynię z dokumentami oraz dwóch rannych żołnierzy. Sama jednak zginęła w płomieniach. Pośmiertnie odznaczono ją Krzyżem Orderu Wojennego Virtuti Militari V klasy oraz Orderem Lenina. Przyznano jej też tytuł Bohatera Związku Radzieckiego wraz ze Złotą Gwiazdą. Była jedyną kobietą nagrodzoną tym tytułem, która nie miała obywatelstwa ZSRR.

W bitwie pod Lenino zostały ciężko ranne i zmarły w szpitalach polowych także Stanisława Kołodziej, Lidia Karczewska, Maria Mikuć, Helena Szyszko, Stefania Wejman i Wanda Zakirowa.

W styczniu 1944 r. batalion kobiecy przerzucono do wsi Łuczynka na ziemi smoleńskiej, później do obwodu żytomierskiego i Kiwerc. W lipcu 1944 r. przekroczył Bug, pełniąc służbę wartowniczą w jednostkach tyłowych. Od 12 października batalion zajmował się utrzymaniem porządku publicznego i zabezpieczeniem mienia na wyzwolonej przez 1. Armię WP Pradze, a po wyzwoleniu stolicy objął posterunki w lewobrzeżnej Warszawie. To żołnierki batalionu kobiecego zaciągnęły wartę honorową przy ruinach Grobu Nieznanego Żołnierza 17 stycznia 1945 r.

Jednakże cześć „platerówek” po pięciomiesięcznym kursie oficerskim w Riazaniu trafiła do jednostek frontowych Wojska Polskiego na niższe stanowiska dowódcze. Brały udział w ciężkich walkach m.in. na przyczółku warceko-magnuszewskim, podczas ofensywy zimowej, na Wale Pomorskim i o Kołobrzeg.

Najwięcej „platerówek” zasiliło 3. Dywizję Piechoty im. Romualda Traugutta. Były to: ppor. Janina Błaszczak – dowódca kompanii moździerzy, chor. Aleksandra Gołębiewska i chor. Paulina Podgórska – dowodzące plutonami strzeleckimi, chor. Maria Górniak, chor. Irena Kruszewska, chor. Helena Junkiewicz i chor. Irena Waszczuk – dowodzące plutonami ckm, chor. Larysa Krupicz i chor. Zofia Włoch – dowodzące plutonami moździerzy oraz chor. Aniela Pielech – dowódca plutonu rusznic ppnc. Do 2. DP trafiły chor. Anna Dawidowska na dowódcę plutonu moździerzy, chor. Władysława Drzazga na dowódcę plutonu fizylierów, chor. Maria Linkiewicz na dowódcę plutonu strzeleckiego, chor. Stefania Mastalerz na oficera łącznikowego i chor. Janina Zarzycka na zastępcę dowódcy kompanii fizylierek. Natomiast do 4. DP trafiły chor. Emilia Gierczak na dowódcę plutonu fizylierów oraz chor. Czesława Wulf i chor. Janina Szuba-Jabłońska na stanowiska dowódców plutonów moździerzy.

Chor. Helena Junkiewicz (1923-1944) zginęła 19 września 1944 r. podczas próby forsowania Wisły, idąc na pomoc powstaniu warszawskiemu w szeregach 3. DP. Jej droga na pole chwały wiodła przez obóz pracy w Kraju Krasnojarskim na Syberii. Ppor. Emilia Gierczak (1925-1945) zginęła bohatersko w walkach o Kołobrzeg 17 marca 1945 r. Pochodziła z Wołynia. Po pierwszej deportacji Polaków z Kresów Wschodnich w lutym 1940 r. trafiła z rodziną pod koło polarne – do kołchozu w obwodzie archangielskim.

Stan osobowy batalionu kobiecego w dniu 7 kwietnia 1945 r. wynosił 533 osoby, ale w przeddzień zakończenia wojny w szeregach Wojska Polskiego na froncie wschodnim służyło około 9,3 tys. żołnierzy-kobiet. 1. SBK rozformowano 25 maja 1945 r. Część zdemobilizowanych żołnierek osiedliła się na Ziemiach Odzyskanych, tworząc osiedle Platerowo koło Lubania.

Kpt. Stanisława Drzewiecka (1920-2000) – najpierw zastępca dowódcy 1. kompanii fizylierek w batalionie kobiecym, a następnie oficer polityczny w 3. Brygadzie Artylerii Haubic, ranna na polu walki – scharakteryzowała „platerówki” jako „dziewczęta i kobiety w wieku od piętnastu do trzydziestu pięciu lat, które w większości pochodziły z terenów wschodnich przedwojennej Polski. Stamtąd też w latach 1940-1941 zostały deportowane lub ewakuowane w głąb Związku Radzieckiego. Od chwili gdy znalazły się na obczyźnie do czasu podjęcia służby wojskowej pracowały w kołchozach, sowchozach, w fabrykach, przy wyrębie syberyjskich lasów, w kopalniach. Dorastały w trudnych warunkach bytowania na zapleczu wojennym, wiele pogrzebało w stepie i w tajdze rodziców, rodzeństwo. Głodowały i marzły. I marzyły o powrocie do Polski (…)”.

Takie były marzenia wszystkich żołnierzy, którzy w 1943 roku trafili do Wojska Polskiego formowanego w Sielcach nad Oką. To byli przeważnie Polacy z Kresów Wschodnich, o gorących polskich sercach, ofiary deportacji stalinowskich z lat 1940-1941. Ich jedynym pragnieniem była walka o wyzwolenie kraju spod okupacji niemieckiej i powrót do Polski jakakolwiek ona będzie. O tym zapominają ci, którzy dzisiaj ich znieważają.

Szkoda, że w prawicowej prasie można dzisiaj o „platerówkach” przeczytać tylko takie artykuły jak np. „Seks w armii Berlinga” pióra Tadeusza A. Kisielewskiego (autora książki pod wymownym tytułem „Janczarzy Berlinga. 1. Armia Wojska Polskiego 1943-1945”), czy „Stalinówki i Platerówki od drugiej strony. Przechodnie polowe żony” autorstwa Tadeusza M. Płużańskiego. Bazujące na znanych rewelacjach Henryka Piecucha i Andrzeja Zasiecznego, którzy nie cofają się ani przed jednostronną interpretacją, ani przed generalizowaniem przywoływanych przez siebie źródeł.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 11 października 2019 r.

„Przegląd” nr 41 (979), 8-14.10.2018, s. 46-47

Największy błąd Józefa Becka

80. rocznica konferencji w Monachium (29-30 września 1938 roku) skłania do przypomnienia polityki Józefa Becka wobec Czechosłowacji w dobie kryzysu sudeckiego. Polityka ta jest obecnie powszechnie rozgrzeszana przez epigonów sanacji, chociaż Lech Kaczyński 1 września 2009 roku na Westerplatte powiedział, że potrafimy przyznać się do swoich błędów i przeprosił Czechów za zajęcie Zaolzia w 1938 roku. Nie wywołało to jednak wtedy głębszej refleksji w obozie politycznym grupy rekonstrukcyjnej sanacji, czyli Prawa i Sprawiedliwości i jego okolic. Mało tego – pojawiły się wtedy nawet głosy krytyki wobec wypowiedzi prezydenta Kaczyńskiego, wychodzące z tego obozu i przypominające wszystkie tezy broniące polityki Becka.

A mianowicie, że za złe stosunki polsko-czechosłowackie w dwudziestoleciu międzywojennym ponosiła winę rzekomo tylko Czechosłowacja, że Polska miała uzasadnione prawa do Zaolzia, które Czesi wydarli Polsce podstępem najpierw w drodze agresji w 1919 roku, a potem uzyskując korzystny dla siebie arbitraż międzynarodowy w sytuacji, gdy Armia Czerwona zbliżała się latem 1920 roku do Warszawy, że Praga prowadziła podstępną czechizację zaolziańskich Polaków metodami administracyjnymi i że zajęcie Zaolzia uchroniło tamtejszą ludność – w większości polską – przed wcześniejszą okupacją niemiecką.

Są to argumenty fałszywe, ponieważ Beckowi w 1938 roku wcale nie chodziło o Zaolzie i tamtejszych Polaków. Prowadził on wtedy politykę konsekwentnie proniemiecką i antyczeską nie z powodu Zaolzia, ale dlatego, że postrzegał Czechosłowację jako wroga Polski. Działo się tak z czterech powodów: (1) ponieważ osobiście nienawidził Czechów i prezydenta Edvarda Beneša, (2) ponieważ Czechosłowacja była sojusznikiem ZSRR, z którym podpisała traktat sojuszniczy w 1935 roku, a w Czechosłowacji działała legalnie partia komunistyczna, (3) ponieważ Czechosłowacja udzieliła schronienia polskim politykom opozycyjnym prześladowanym przez sanację (Wincenty Witos, Wojciech Korfanty i in.), (4) ponieważ z powodu nr 2 Czechosłowacja stała na drodze do utworzenia sojuszu państw Europy Środkowej pod egidą Polski, czyli sławnego także dzisiaj Międzymorza.

Beck jednakże nie wiedział, że Berlin znał jego plany odnośnie tzw. Międzymorza i skutecznie im przeciwdziałał. Już w czasie kryzysu czechosłowackiego Niemcy przeciągnęły na swoją stronę Węgry i Rumunię, czyniąc z nich – jeszcze wtedy dyskretnie – swoich przyszłych satelitów. Hitler łatwo zrozumiał, że Beck prowadzi politykę proniemiecką i antyczeską w celu realizacji planu w rzeczywistości antyniemieckiego, o którym nie informuje niemieckiego partnera. Już wtedy wódz III Rzeszy musiał nabrać przekonania, że sanacyjna Polska nie będzie dla niego wiarygodnym partnerem, co jest bardzo istotne w kontekście głoszonych współcześnie fantasmagorii na temat rzekomej konieczności „paktu Ribbentrop-Beck” i rzekomych korzyści, jakie Polsce miał przynieść status satelity III Rzeszy.

Proniemiecka polityka Becka miała znaczący wpływ na przebieg całego kryzysu czechosłowackiego (sudeckiego), który rozpoczął się wkrótce po aneksji Austrii przez III Rzeszę w marcu 1938 roku. Przede wszystkim wpływała na stanowisko Francji, gdzie przy całej niechęci, jaką w Paryżu darzono Józefa Becka, początkowo liczono na pozytywny stosunek Polski do Czechosłowacji. Francja, której nowy premier Édourad Daladier znajdował się pod wpływem brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina i jego polityki appeasementu (zaspokajania roszczeń Hitlera), od początku nie była zdecydowana udzielać pomocy zbrojnej Czechosłowacji. Ale na rozterki Paryża w tej sprawie – obok polityki brytyjskiej – wpływało też niewątpliwie stanowisko Warszawy. Rząd Daladiera rozumiał, że jakakolwiek pomoc francuska dla Czechosłowacji spotka się nie tylko z negatywnym stanowiskiem, ale nawet z przeciwdziałaniem Polski, która prowadzi politykę antyczeską i proniemiecką.

Radziecko-czechosłowacki traktat sojuszniczy z 1935 roku zawierał klauzulę, że ZSRR udzieli Pradze pomocy wojskowej tylko wtedy, gdy uczyni to Francja, z którą Czechosłowacja też była związana sojuszem politycznym. Ponadto ewentualna pomoc radziecka dla Czechosłowacji była niemożliwa z tego powodu, że oba państwa nie posiadały wspólnej granicy, a na przemarsz Armii Czerwonej przez swoje terytoria nie zgodziły się Polska i Rumunia.

Doprowadzenie do hańby Monachium było dziełem brytyjskiego premiera Chamberlaina. Jego główną troskę stanowiło odsunięcie agresji hitlerowskiej od Europy Zachodniej i niedopuszczenie do wybuchu wojny w Europie. Najbardziej obawiał się tego, że ZSRR mimo wszystko udzieli pomocy wojskowej Czechosłowacji i wojna w Europie jednak wybuchnie. Żeby do tego nie dopuścić – poświęcił Czechosłowację w Monachium. Kuriozum tej konferencji polegało nie tylko na tym, że cztery mocarstwa zadecydowały o terytorium i suwerenności innego państwa europejskiego. Polegało także na tym, że Hitler i Mussolini umówili się wcześniej, iż włoski dyktator przedstawi żądania niemieckie jako „włoskie propozycje kompromisowe”. Chamberlain i Daladier tak bardzo obawiali się fiaska konferencji, że przyjęli te „włoskie propozycje kompromisowe” już po północy 30 września 1938 roku. Czechosłowacja straciła około 40 proc. swojego terytorium i fortyfikacje graniczne w Sudetach. Wobec Niemiec była już bezbronna, a jaj dalszy los przesądzony.

Została otwarta droga nie do pokoju w Europie, ale do drugiej wojny światowej. Kiedy w marcu 1939 roku Niemcy hitlerowskie dokonały aneksji Czech i Moraw, ich potencjał militarny został znacząco wzmocniony przez przejęcie nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej oraz mocy produkcyjnych dobrze rozwiniętego przemysłu czeskiego, przede wszystkim zbrojeniowego. Bez tego wzmocnienia własnego potencjału militarnego III Rzesza nie byłaby w stanie rozpocząć wojny z Polską już 1 września 1939 roku. Tego jednakże nie pojmowano rok wcześniej ani w Londynie, ani w Paryżu, ani w Warszawie.

Prezydent Beneš i jego otoczenie uznali, że walka bez sojuszników nie ma sensu i dlatego przyjęli dyktat monachijski w południe 30 września 1938 roku. Innego zdania była generalicja czechosłowacka z głównodowodzącym armii gen. Ludvíkiem Krejčí (1890-1972) na czele. Armia czechosłowacka bardzo sprawnie przeprowadziła mobilizację pod koniec września 1938 roku. Mimo że nacjonaliści słowaccy zapowiedzieli już miesiąc wcześniej, że nie będą walczyć w obronie Czechosłowacji, szanse na skuteczną obronę nie były małe. Gen. Krejčí i jego sztab wierzyli w siłę fortyfikacji czeskich w Sudetach. Gdyby w tym czasie (29-30 września 1938 roku) Polska zadeklarowała, że udzieli Czechosłowacji pomocy zbrojnej, historia prawdopodobnie potoczyłaby się inaczej. Nietrudno sobie wyobrazić, że wtedy generałowie czescy po prostu dokonaliby zamachu stanu i odsunęli ekipę Beneša od władzy. Wehrmacht nie był jeszcze gotowy do wojny we wrześniu 1938 roku. Sama koncentracja Wojska Polskiego przy granicy niemieckiego Śląska mogła podziałać na Niemcy ostudzająco, nie mówiąc już o ewentualnym uderzeniu polsko-czeskim na Wrocław. Gdyby jeszcze wtedy militarnie wystąpiła przeciw Niemcom Francja, los III Rzeszy byłby przesądzony jesienią 1938 roku.

Wojsko Polskie istotnie skoncentrowało swoje siły pod koniec września 1938 roku przy południowo-zachodniej granicy, ale nie po to, żeby udzielić pomocy Czechosłowacji. Cele 35-tysięcznej Grupy Operacyjnej „Śląsk” były diametralnie inne. Konferencja w Monachium ubodła mocarstwowe ambicje Józefa Becka, ponieważ zadecydowano tam, że polskie roszczenia wobec Zaolzia będą przedmiotem odrębnej konferencji międzynarodowej. Dlatego sanacyjna Polska musiała natychmiast pokazać światu swoją mocarstwowość. List prezydenta Beneša do prezydenta Ignacego Mościckiego z 22 września 1938 roku, zawierający propozycję uregulowania sporu o Zaolzie w zamian za neutralność Polski wobec konfliktu czechosłowacko-niemieckiego, pozostał bez odpowiedzi na skutek intryg Becka. Przed północą 30 września rząd w Pradze otrzymał polskie ultimatum w sprawie Zaolzia z terminem odpowiedzi w ciągu 12 godzin. Brak odpowiedzi lub jej odmowa oznaczały wojnę. Rząd czechosłowacki przyjął polskie ultimatum 1 października 1938 roku. Następnego dnia żołnierze polscy przekroczyli Olzę. Propaganda sanacyjna uderzyła w pompatyczne i pełne patriotycznej egzaltacji tony. Zdezorientowane przez nią społeczeństwo polskie dało się porwać tym nastrojom. U Czechów natomiast pozostał głęboki uraz do Polski i Polaków.

Ten entuzjazm był podzielany tylko w Polsce. Aneksja Zaolzia wywołała bardzo krytyczne reakcje i nastroje wobec Warszawy w całej Europie poza Niemcami hitlerowskimi, które ją poparły i przedstawiły propagandowo jako polskie współdziałanie wobec Czechosłowacji. Najbardziej krytycznie oceniono polską akcję w Paryżu i w Moskwie. Beck jeszcze wtedy nie wiedział, że daje Stalinowi wzorzec działania, który ten zastosuje wobec Polski 17 września 1939 roku.

Szef polskiej dyplomacji nie dostrzegał wtedy jednak spraw najbardziej kluczowych. Jakoś dziwnie nie zauważył on, że dodatkowa klauzula układu monachijskiego mówiła o zwołaniu nowej konferencji międzynarodowej nie tylko w sprawie rozstrzygnięcia kwestii Zaolzia, ale także kwestii przynależności państwowej Wolnego Miasta Gdańska. Skutki antyczeskiej i proniemieckiej polityki Becka obróciły się przeciw Polsce bardzo szybko. Ledwo żołnierze gen. Władysława Bortnowskiego zajęli Zaolzie, a już 24 października 1938 roku Niemcy hitlerowskie sformułowały pierwsze żądania wobec Polski w sprawie przyłączenia Wolnego Miasta Gdańska do III Rzeszy i „korytarza” na polskim Pomorzu. Stało się oczywiste, że Polska będzie następną ofiarą agresji Hitlera. Od marca 1939 roku – po aneksji przez III Rzeszę Czech i Moraw oraz utworzeniu satelickiego państwa słowackiego – otoczona przez Niemcy z trzech stron, bez szans na skuteczną obronę, tak jak Czechosłowacja najpierw oszukana, a potem zdradzona przez Francję i Wielką Brytanię. Polityka Becka zakończyła się katastrofą nie we wrześniu 1939 roku, ale już w październiku 1938 roku.

Tę katastrofę pogłębiła jeszcze polityka Becka wobec faszyzujących nacjonalistów słowackich. Z jednej strony Warszawa – dążąc do zniszczenia Czechosłowacji – popierała separatyzm słowacki, a z drugiej strony zraziła do siebie szowinistów słowackich (tzw. ludaków) rewindykacjami terytorialnymi na Spiszu, Orawie i ziemi czadeckiej oraz popieraniem węgierskich rewindykacji terytorialnych wobec Słowacji. Tym samym Beck otworzył drogę do współdziałania niemiecko-słowackiego przeciw Polsce we wrześniu 1939 roku. Zrozumiał to chyba dopiero wtedy, gdy pod koniec sierpnia 1939 roku wojska niemieckie za zgodą rządu w Bratysławie wkroczyły na Słowację. Niemiecko-słowackie uderzenie na Polskę od południa 1 września 1939 roku znacząco przyspieszyło polską klęskę podczas kampanii wrześniowej.

Ambasador Francji w Warszawie Leon Noël tak ocenił politykę polską wobec Czechosłowacji w 1938 roku: „Skoro Czechosłowacja zobowiązała się formalnie przyznać Polakom status innej mniejszości najbardziej uprzywilejowanej, to wzywałem rząd polski, aby zachował przynajmniej ścisłą neutralność w sporze niemiecko-czeskim oraz w ewentualnej wojnie. Wszystko na próżno. Półurzędowa prasa, czyli w rzeczywistości prawie wszystkie dzienniki, nie była ani mniej niesprawiedliwa, ani mniej napastliwa niż prasa Rzeszy. Prowadziła gwałtowną kampanię przeciwko małemu słowiańskiemu krajowi zagrożonemu przez potęgę niemiecką. Żadne rozumowanie, żaden argument nie działały na Becka i tych, którzy szli za jego wskazówkami. Było widoczne, że Polska urzędowa życzy sobie rozkładu Czechosłowacji, w nadziei, że wyciągnie z tego korzyści”.

28 września 1938 roku ambasador Noël powiedział szefowi polskiej dyplomacji: „Jeśli przystąpicie do wojny przeciwko Czechosłowacji, zobaczycie wkrótce pociągi z wojskiem niemieckim przejeżdżające przez dworzec warszawski z zachodu na wschód, a kraj wasz stanie się polem bitew (…)”. Tak się niestety stało.

Kiedy myślę o katastrofalnej polityce polskiej wobec Czechosłowacji w 1938 roku, myślę o obecnej katastrofalnej polityce polskiej wobec Ukrainy i zastanawiam się do jak daleko posuniętej katastrofy państwowości polskiej ona w przyszłości doprowadzi.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 3 października 2018 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2209/2210), 7-14.10.2018, s. 12

Hańba Monachium

30 września 1938 roku w hotelu „Cztery Pory Roku” w Monachium przywódcy Francji, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Włoch podpisali układ dotyczący suwerenności i podziału terytorium Czechosłowacji, bez udziału jej przedstawicieli. Był to fakt bez precedensu w ówczesnych stosunkach międzynarodowych. Przynajmniej w Europie, bo tak mocarstwa europejskie postępowały wtedy co najwyżej w stosunku do kolonii w Afryce.

Wielka Brytania i Francja wyrażając zgodę na zaspokojenie żądań terytorialnych Hitlera wobec Czechosłowacji otworzyły III Rzeszy drogę do nowej wojny światowej. Cynizmowi polityków zachodnioeuropejskich towarzyszyło zagubienie opinii publicznej ich krajów. Premier Francji Édourad Daladier był witany w Paryżu po powrocie z Monachium przez wiwatujące tłumy. Podobnie witano na londyńskim lotnisku Heston jego brytyjskiego kolegę Neville’ea Chamberlain’ea, który wzniósł rękę z kartką papieru i wypowiedział słowa: „Przywożę wam pokój”. Tylko Winston Churchill zdobył się wówczas na komentarz: „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”.

Czechosłowacja – druga ofiara Hitlera

Po aneksji Austrii w marcu 1938 roku następną ofiarą III Rzeszy stała się Czechosłowacja. W działaniach przeciwko temu państwu Berlin mógł liczyć na Węgry, które były teraz sąsiadem Rzeszy i mogły korzystać z jej pomocy wojskowej, a także na separatystów słowackich. W ułatwieniu międzynarodowej izolacji Czechosłowacji Hitler wiązał też nadzieje z Polską, której polityka zagraniczna pod rządami ekipy sanacyjnej miała m.in. oblicze antyczeskie. Niestety w swoich rachubach wódz III Rzeszy nie zawiódł się.

Kluczową rolę w wywołaniu kryzysu czechosłowackiego odegrała mniejszość niemiecka w Czechosłowacji licząca, według spisu powszechnego z 1930 roku, 3,2 mln osób (22,3 proc. ogółu mieszkańców). Niemcy czesko-morawscy w ogromnej większości sympatyzowali z radykalnie nacjonalistyczną i pronazistowską Partią Sudeckoniemiecką, kierowaną przez Konrada Henleina. To właśnie Henlein wygłosił 24 kwietnia 1938 roku przemówienie w Karlovych Varach (niem. Karlsbad), w którym przedstawił ośmiopunktowy tzw. program karlsbadzki. Jego istotą było żądanie autonomii dla Niemców czesko-morawskich oraz wolności wyznawania przez nich „niemieckiego światopoglądu”, czyli po prostu ideologii nazistowskiej. Wystąpienie Henleina rozpoczęło tzw. kryzys sudecki, który od razu został przeniesiony na płaszczyznę międzynarodową.

Zarówno prezydent Czechosłowacji Edvard Beneš, jak i jej premier – Słowak Milan Hodža, nie doceniali aż do wybuchu tego kryzysu zagrożenia niemieckiego i potrzeby podjęcia radykalnych kroków w kierunku całościowego uregulowania problemów narodowościowych Czechosłowacji w ten sposób, by zaspokoić przynajmniej część oczekiwań niezadowolonych mniejszości narodowych. Najważniejszą sprawą byłoby dojście do porozumienia ze Słowakami, których większość domagała się równego statusu z Czechami i przekształcenia Czechosłowacji w państwo dualistyczne. Takie rozwiązanie stałoby jednak w sprzeczności z wyznawaną przez obóz prezydenta Beneša ideą tzw. czechosłowakizmu, czyli koncepcją uznającą istnienie jednego narodu czechosłowackiego, wyrażoną w preambule konstytucji z 29 lutego 1920 roku.

Początek kryzysu sudeckiego zbiegł się w czasie z niekorzystnymi zmianami politycznymi we Francji, gdzie 8 kwietnia 1938 roku upadł rząd Frontu Ludowego pod prezesurą Léona Bluma. W nowym gabinecie Édourada Daladiera – powołanym 10 kwietnia – kierownictwo polityki zagranicznej objął Georges Bonnet – zwolennik polityki appeasementu (zaspokajania roszczeń niemieckich), niechętny wobec zobowiązań Francji w Europie Środkowej i zdecydowany stosować się do stanowiska Londynu. A to stanowisko było jednoznaczne – premier Chamberlain nie był zainteresowany losem Czechosłowacji i odżegnywał się od pomagania Francji, gdyby ta pospieszyła temu krajowi z pomocą.

Czechosłowacja była związana sojuszami z Francją i ZSRR. Na początku kryzysu sudeckiego poseł czechosłowacki w Moskwie Zdeněk Fierlinger zwrócił się do władz radzieckich z zapytaniem o ich stanowisko. Od zastępcy ludowego komisarza spraw zagranicznych Władimira Potiomkina usłyszał, że ZSRR spełni swoje zobowiązania sojusznicze, jeśli uczyni to także Francja. Takie zresztą rozwiązanie przewidywał traktat czechosłowacko-radziecki z 1935 roku. Trudność polegała jednak na tym, że oba państwa nie posiadały wspólnej granicy. Udzielenie przez ZSRR pomocy wojskowej Pradze byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby Polska i Rumunia zgodziły się na przemarsz Armii Czerwonej przez swoje terytoria, na co oba te państwa nie chciały się zgodzić. Ewentualna koalicja Francji, Czechosłowacji i ZSRR stanowiłaby skuteczną zaporę dla planów Hitlera. Wszystko jednak rozbijało się o stanowisko Francji, której generalicja przyjęła w 1936 roku defensywną doktrynę obronną, opartą na istnieniu Linii Maginota. Francja nie po to wydała 3 mld ówczesnych franków na budowę Linii Maginota, żeby poza nią wychodzić.

Na stanowisko Francji wpływała też niestety ówczesna polityka polska i to bez względu na niechęć, jaką w Paryżu wzbudzała osoba polskiego ministra spraw zagranicznych Józefa Becka. Wyraźna współpraca polsko-niemiecka – także w odniesieniu do Czechosłowacji – stawiała dyplomację francuską w delikatnym położeniu, ponieważ ewentualna pomoc dla Pragi mogła się spotkać z przeciwdziałaniem ze strony polskiej. Sanacyjne kierownictwo II RP popierało roszczenia węgierskie do ziem słowackich i zarazem przychylnie odnosiło się do faszyzujących nacjonalistów ze Słowackiej Partii Ludowej Andreja Hlinki (HSLS, tzw. ludacy), żądających najpierw autonomii, a potem separacji Słowacji od Czech. Ówczesną politykę polską wobec Pragi determinowały trzy czynniki: osobista, bardzo emocjonalna niechęć Józefa Becka do Czechów i do prezydenta Beneša, negatywny stosunek do sojuszu czechosłowacko-radzieckiego i do faktu, że w Czechosłowacji legalnie działała partia komunistyczna, a także udzielenie przez Czechosłowację schronienia polskim politykom opozycyjnym – w tym przede wszystkim Wincentemu Witosowi i Wojciechowi Korfantemu – co w Warszawie odbierano jako akt wrogości.

Przywódcy II RP łudzili się – tak samo jak w wypadku Austrii – że zwrócenie się ekspansji niemieckiej przeciw innemu państwu oddali zagrożenie niemieckie od Polski. Było wręcz przeciwnie – agresja hitlerowska na południowego sąsiada to zagrożenie właśnie przybliżała. Zrozumiano to jednak w Warszawie dopiero w marcu 1939 roku, po ostatecznej likwidacji państwa czechosłowackiego przez III Rzeszę.

Czechosłowacja, mając do czynienia z wrogością trzech sąsiadów: Niemiec, Polski i Węgier, zagrożona separatyzmem słowackim i irredentą mniejszości niemieckiej, oddalona od swoich sojuszników, znalazła się w położeniu bardzo trudnym.

Kryzys majowy

Po wspomnianym wystąpieniu Henleina w Karlovych Varach wypadki potoczyły się szybko. Od początku kryzysu sudeckiego celem Francji i Wielkiej Brytanii nie było powstrzymanie agresji Hitlera, ale wywieranie nacisku na Czechosłowację w kierunku zaspokojenia żądań niemieckich oraz niedopuszczenie do ewentualnej interwencji ZSRR. 7 maja 1938 roku doszło w Pradze do formalnego wystąpienia posłów francuskiego i brytyjskiego, którzy nalegali na rząd czechosłowacki, by uwzględnił żądania Henleina. Poseł brytyjski zaznaczył przy tym, że w razie wojny pomiędzy Niemcami a Czechosłowacją Wielka Brytania nie udzieli Pradze żadnej pomocy.

Wobec koncentracji wojsk niemieckich w rejonach przygranicznych oraz terrorystycznych działań bojówek henleinowskich przed zapowiedzianymi na 22 maja wyborami samorządowymi rząd w Pradze ogłosił 20 maja częściową mobilizację. W Berlinie uznano ją za całkowitą i wysunięto zarzut, że to Czechosłowacja chce dokonać agresji na Niemcy. Jednocześnie henleinowcy wystąpili z nowymi żądaniami przekształcenia Czechosłowacji w państwo związkowe, złożone z autonomicznych terytoriów zamieszkanych przez poszczególne narodowości, z własnymi rządami i parlamentami. W Berlinie wiedziano, że są to żądania nie do przyjęcia dla rządu w Pradze, ale Hitler nie chciał rokować, tylko dyktować. 9 czerwca przedstawiciele dyplomatyczni Francji i Wielkiej Brytanii złożyli w praskim MSZ noty zalecające maksymalne uwzględnienie nowych żądań niemieckich, określając je jako… umiarkowane.

Misja Runcimana

W rozmowach z rządem premiera Hodžy henleinowcy odrzucali wszelkie propozycje kompromisu, ponieważ tak polecono im z Berlina. W lipcu strona brytyjska zaproponowała rządowi czechosłowackiemu swoje pośrednictwo w rozmowach z mniejszością niemiecką. W imieniu rządu brytyjskiego podjął się tej roli 3 sierpnia lord Walter Runciman, mający w przeszłości kontakty gospodarcze z Niemcami, ale całkowicie nie zorientowany w sprawach czechosłowackich. Jego misja zakończyła się niepowodzeniem, za które obciążył odpowiedzialnością wyłącznie rząd w Pradze. 7 września londyński „The Times” zamieścił artykuł doradzający rządowi czechosłowackiemu, by w imię pokoju w Europie odstąpił III Rzeszy przygraniczne rejony zamieszkane przez mniejszość niemiecką. Tego samego dnia doszło do zamieszek w Ostrawie, które stały się dla henleinowców pretekstem do zerwania rozmów z rządem praskim. W opracowanym dla rządu brytyjskiego raporcie Runciman stwierdził, że dalsze współżycie Czechów i Niemców czesko-morawskich w jednym państwie jest niemożliwe.

Zdrada w Monachium

Rząd brytyjski stał na stanowisku, że należy doprowadzić do porozumienia za wszelką cenę, by nie doszło do wojny z III Rzeszą, którą uważał za katastrofę dla Europy. Dla Londynu to porozumienie oznaczało zgodę rządu czechosłowackiego na kapitulację i rozbiór państwa. Położenie Pragi na początku września 1938 roku pogorszyła ponadto irredenta nacjonalistów słowackich. Ludacy zapowiedzieli wprost, że w razie wojny z Niemcami nie będą bronić państwa czechosłowackiego.

Na zjeździe NSDAP w Norymberdze 12 września Hitler wygłosił mowę atakującą komunizm i ład wersalski, ale przede wszystkim zawierającą groźbę, że rząd niemiecki weźmie w obronę swoich „uciskanych” rodaków w Czechosłowacji. Wystąpienie to stało się sygnałem dla partii Henleina do wzmożenia akcji sabotażowo-terrorystycznych, co z kolei zmusiło rząd czechosłowacki do wprowadzenia w rejonach przygranicznych stanu wyjątkowego. Przywódcy Partii Sudeckoniemieckiej schronili się w Bawarii, gdzie Henlein ogłosił 15 września, że tereny zamieszkałe w Czechosłowacji przez Niemców muszą zostać włączone do Rzeszy.

W reakcji na te wydarzenia rządy Francji i Wielkiej Brytanii postanowiły podjąć się pośrednictwa, którego ofiarą miała być wyłącznie Czechosłowacja. Głównym zmartwieniem premiera Chamberlaina nie był los Czechosłowacji, ale możliwość ewentualnej interwencji ZSRR w jej obronie i wybuchu wojny w Europie. 15 września Chamberlain przybył do Niemiec i spotkał się z Hitlerem w Berchtesgaden. W odpowiedzi na ordynarne zachowanie swojego rozmówcy i jego groźby wojenne brytyjski premier obiecał, że rządy zachodnie będą naciskały na Czechów w duchu spełnienia żądań niemieckich.

Zarys przyszłego układu monachijskiego pojawił się 18 września podczas spotkania w Londynie Daladiera i Bonneta z Chamberlainem i brytyjskim ministrem spraw zagranicznych lordem Halifaxem. Politycy zachodni uradzili, że należy zaproponować rządowi w Pradze odstąpienie III Rzeszy wszystkich terenów pogranicznych zamieszkanych przez ponad 50 proc. ludności niemieckiej. Nowym granicom Czechosłowacji rządy zachodnie miały udzielić gwarancji. Oznaczałoby to anulowanie sojuszów tego państwa z Francją i ZSRR, co było jednym z żądań Hitlera.

Tego samego dnia propozycje te oba mocarstwa przekazały kanałami dyplomatycznymi prezydentowi Benešowi nie kryjąc, że nie spodziewają się ich odrzucenia. Był to wielki wstrząs dla Beneša, który dotąd niezachwianie wierzył w ład wersalski i sojusz z Francją. Nastroje społeczeństwa czeskiego były przeciwne wszelkiej kapitulacji, ogólne zapewnienie o możliwości pomocy wojskowej nadeszło też z Moskwy. Dlatego 20 września minister spraw zagranicznych Kamil Krofta przekazał mocarstwom zachodnim odpowiedź odmowną.

Wywołało to oburzenie w Paryżu i Londynie. Oba mocarstwa wzmogły nacisk na rząd w Pradze, któremu dano do zrozumienia, że odrzucenie żądań spowoduje zbrojną agresję Niemiec, a w wojnie tej Francja udziału nie weźmie. Było to ultimatum, przed którym Beneš i Hodža ustąpili. 22 września, podczas drugiego spotkania z Chamberlainem w Bad Godesberg, Hitler w brutalnej formie przedstawił jeszcze dalej idące żądania terytorialne wobec Czechosłowacji. Początkowo oba rządy zachodnie uznały je za nie do przyjęcia i doradziły rządowi czechosłowackiemu ogłoszenie mobilizacji, która została przeprowadzona bardzo szybko i sprawnie. Jednakże w Londynie i Paryżu górę wzięła ostatecznie chęć uniknięcia wojny za wszelką cenę. W tym duchu odbyła się kolejna narada rządowa brytyjsko-francuska w Londynie 25 września. Dwa dni później premier Chamberlain wygłosił przemówienie, w którym padły znamienne słowa: „nie możemy w żadnym razie postępować tak, by wciągnąć całe Imperium Brytyjskie do wojny z powodu tego narodu, (…) ludzi, o których nic nie wiemy”.

Pomysł rozstrzygnięcia sprawy Czechosłowacji na konferencji mocarstw został wysunięty 27 września przez prezydenta USA Franklina D. Roosevelta. Chamberlain zrealizował go jednak po swojemu, tzn. bez udziału Czechosłowacji i przeciw niej. O pośrednictwo w rozmowach z Niemcami poprosił faszystowskiego dyktatora Włoch Benito Mussoliniego. Przed konferencją czterech mocarstw w Monachium, która rozpoczęła się 29 września, Hitler spotkał się z Mussolinim i poprosił go, by ten przedstawił stanowisko niemieckie jako włoskie propozycje kompromisowe. Chamberlain i Daladier bardzo bali się fiaska konferencji, dlatego zasadnicze żądania Hitlera z Bad Godesberg przyjęli już po północy 30 września.

Nowy rząd czeski, na czele którego od 22 września stał gen. Jan Syrový, musiał teraz podjąć decyzję w sprawie zaakceptowania lub odrzucenia dyktatu monachijskiego. Głównodowodzący armią gen. Ludvík Krejčí apelował do prezydenta Beneša i rządu, by nie kapitulować. Wierzył w siłę sudeckich fortyfikacji. Beneš, Syrový i Krofta byli jednak zdania, że wojna bez sojuszników jest beznadziejna. W południe 30 września Krofta zakomunikował przedstawicielom dyplomatycznym Francji i Wielkiej Brytanii, że Czechosłowacja przyjmuje dyktat monachijski. Na koniec dodał: „Na pewno nie jesteśmy ostatni, po nas spotka to innych”.

W wyniku układu monachijskiego przyłączono do Rzeszy prawie 40 proc. terytorium Czechosłowacji. W miejsce dotychczasowego państwa czechosłowackiego powołana została federacyjna Republika Czesko-Słowacka z autonomiczną Ukrainą Karpacką. Pozbawiona fortyfikacji sudeckich była bezbronna wobec III Rzeszy.

Aneksja Zaolzia i błędna polityka polska

Kryzys sudecki został w Warszawie uznany za okazję do rozwiązania sporu o Śląsk Cieszyńskie (Zaolzie) oraz pograniczne tereny na Orawie i Spiszu. Latem 1920 roku, podczas pogarszającej się dla Polski sytuacji na froncie wojny z Rosją Radziecką, Czechosłowacja uzyskała korzystny dla siebie arbitraż mocarstw zachodnich w sprawie spornego terytorium. Mimo formalnego poszanowania praw ludności polskiej na Zaolziu, władze czeskie poprzez różne działania administracyjne prowadziły czechizację tamtejszych Polaków.

W styczniu i lutym 1938 roku podczas niemiecko-polskich rozmów na najwyższym szczeblu strona polska została poufnie poinformowana, że III Rzesza dąży do konfrontacji z Czechosłowacją. Chociaż nie doszło do decyzji o ewentualnej współpracy, polityka polska zajmowała podczas kryzysu sudeckiego stanowisko proniemieckie, a przynajmniej niechętne Czechosłowacji. Zadecydowała o tym wspomniana postawa Józefa Becka, osobiście darzącego Czechów ogromną niechęcią, czy wręcz nienawiścią.

Prezydent Beneš próbował rozbić współpracę polsko-niemiecką oferując Polsce rewizję granicy w zamian za neutralność w sporze między Pragą i Berlinem. Jego list w tej sprawie do prezydenta Ignacego Mościckiego z 22 września 1938 roku dotarł z opóźnieniem i nie wywarł żadnego skutku wobec antyczeskiej zapiekłości Becka. List ten był dla szefa polskiej dyplomacji niedogodny, ponieważ on sam chciał dyktować warunki, a nie pertraktować. 20 września ambasador Józef Lipski poinformował Hitlera, że Polska czterokrotnie odrzuciła prośby mocarstw zachodnich o pomoc w rozładowaniu kryzysu czechosłowackiego. Wódz III Rzeszy odwdzięczył się zapewnieniem, że na wypadek konfliktu polsko-czeskiego Niemcy staną po stronie Polski.

Pod koniec września 1938 roku rząd polski wysłał do Pragi noty, utrzymane w tonie nieprzyjaznym, w których domagał się równolegle do załatwienia roszczeń niemieckich rozwiązania problemu ludności polskiej na Zaolziu, co oznaczało rewindykację terytorialną. Konferencja w Monachium ubodła mocarstwowe ambicje Becka i zrodziła krok, który poza Berlinem oceniono w Europie negatywnie. Przed północą 30 września zostało złożone w Pradze polskie ultimatum z żądaniem przekazania Zaolzia. Termin odpowiedzi ustalono na 12 godzin, a jej brak lub odmowa oznaczały interwencję zbrojną ze strony polskiej. Żądania polskie rząd czeski zaakceptował 1 października. Pomiędzy 2 a 11 października Samodzielna Grupa Operacyjna „Śląsk” gen. Władysława Bortnowskiego, do której marszałek Edward Rydz-Śmigły skierował pełną egzaltacji odezwę zakończoną pompatycznym „Maszerować”, zajęła Zaolzie.

Dla rządu w Pradze był to po katastrofie monachijskiej dodatkowy cios i nietrudno jest zrozumieć ówczesne rozgoryczenie Czechów do Polski. Przywódcy sanacyjni dołożyli swoją cegiełkę do hańby Monachium. Nie warto było. Przez ten krok Polska straciła w 1945 roku Zaolzie na zawsze.

Rodzi się pytanie czy w 1938 roku był możliwy sojusz polsko-czechosłowacki przeciw Niemcom hitlerowskim? Sojusz taki był wskazany nie tylko ze względów geopolitycznych, ale także dlatego, że Niemcy nie były we wrześniu 1938 roku gotowe do wojny z Czechosłowacją i Polską, a tym bardziej do wojny z Francją. Niemiecki potencjał wojenny znacząco wzmocnił się dopiero, kiedy po zajęciu przez III Rzeszę w marcu 1939 roku Czech i Moraw nastąpiło przejęcie nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej i tamtejszego dobrze rozwiniętego przemysłu zbrojeniowego. To w znaczący sposób przyspieszyło wybuch drugiej wojny światowej.

Obrońcy sanacji odpowiadali i odpowiadają na to pytanie, że sojusz taki nie był możliwy z winy Czechosłowacji i jej rzekomo antypolskiej polityki w dwudziestoleciu międzywojennym, w tym prób czechizacji Polaków na Zaolziu. Jest to odpowiedź fałszywa. Powodem wrogiego stosunku Becka i innych polityków sanacyjnych do Czechosłowacji nie było Zaolzie, ale to, że postrzegali ten kraj jako państwo nieprzyjazne ze względu na jego sojusz z ZSRR oraz udzielanie pomocy polskiej opozycji. Dążyli do rozbicia Czechosłowacji także dlatego, że uważali ją za przeszkodę w stworzeniu w Europie Środkowej bloku państw pod egidą Polski (tzw. Międzymorza). Tylko, że plany te były znane Niemcom hitlerowskim i zostały przez nie skutecznie powstrzymane przez wciągniecie Węgier i Rumunii w swoją orbitę wpływów.

Na konieczność sojuszu polsko-czechosłowackiego wskazywał Wincenty Witos wkrótce po objęciu po raz trzeci teki premiera 10 maja 1926 roku. Jego gabinet jednak dwa dni potem stał się ofiarą zamachu stanu Józefa Piłsudskiego. Za sojuszem takim opowiadali się też niektórzy publicyści endeccy. Józefowi Beckowi i pozostałym politykom sanacyjnym zabrakło wyobraźni politycznej. W 1938 roku prowadzili politykę bardzo krótkowzroczną. Nie potrafili zrozumieć, że rozbiór Czechosłowacji jeszcze bardziej niż aneksja Austrii wzmocni potencjał militarny Niemiec i że jest to śmiertelnie niebezpieczne dla Polski.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 3 października 2018 r.

„Przegląd” nr 40 (978), 1-7.10.2018, s. 36-39

Guzika nie oddamy

Hasła „nie oddamy nawet guzika” oraz „silni, zwarci, gotowi” miały przekonywać Polaków o sile militarnej II RP w obliczu nadchodzącej pod koniec lat 30. XX wieku konfrontacji z Niemcami hitlerowskimi oraz mobilizować ich do wyrzeczeń i ofiar na rzecz modernizacji sił zbrojnych. Społeczeństwo polskie aż do wybuchu wojny autentycznie wierzyło w zapewnienia władz o sile swojego państwa oraz niezawodności jego sojuszy. Dlatego klęska wrześniowa stała się dla niego nieprawdopodobnym szokiem.

Stwierdzenie, że „nie oddamy guzika” padło na cztery lata przed wrześniem 1939 roku. Wypowiedział je 6 sierpnia 1935 roku na XII Zjeździe Związku Legionistów Polskich Edward Śmigły-Rydz, wtedy jeszcze generał dywizji. W swoim przemówieniu stwierdził on m.in.: „Płonne są rachuby na słabość Polski jej wrogów. (…) Nie tylko nie damy całej Polski, ale nawet guzika”.

Wypowiedź ta została sprowokowana przez pojawiające się już wtedy sugestie niemieckie, że Polska powinna wyrazić zgodę na przeprowadzenie przez swoją część Pomorza eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej łączącej Niemcy z Prusami Wschodnimi (tzw. Korytarz). Cztery lata później te sugestie przekształciły się w otwarte żądania niemieckie.

Stanisław Cat-Mackiewicz w książce „O jedenastej – powiada aktor – sztuka jest skończona. Polityka Józefa Becka” (Londyn 1942) następująco skomentował słowa Śmigłego-Rydza: „Polacy są jak piękna kobieta kochająca się w durniach. Człowiek inteligentny jest u nas z reguły nielubiany i nie budzi zaufania. Natomiast iluż ludzi zupełnie niemądrych korzystało w Polsce z ogromnego autorytetu osobistego. (…) Rydz mówił: »nie oddamy nawet guzika«, mając na myśli Gdańsk, ale nie miał zielonego pojęcia o technice politycznej i dyplomatycznej, która by mogła nam Gdańsk zabezpieczyć. W tych sprawach Rydz był naiwny, jak nowo narodzone dziecię, lub cielę średniej wielkości. Nie lubił i nie dowierzał Niemcom, nie lubił i nie dowierzał Beckowi, o jakichś rozmowach z Rosjanami również nie chciał słyszeć. Był to więc system przepełniony najlepszymi życzeniami i uczuciami. Ponieważ mówił to, czego wszyscy chcieli, więc Polacy mieli do niego zaufanie, jako do wielkiego polityka. Zjawisko stale dające się obserwować w naszym narodzie”.

W 1935 roku Edward Śmigły-Rydz był już Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych. Mianowany został na to stanowisko w nocy z 12 na 13 maja 1935 roku, zaraz po śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego. Buławę marszałkowską otrzymał od prezydenta Ignacego Mościckiego 10 listopada 1936 roku. Jednocześnie – zgodnie ze sprzecznym z Konstytucją okólnikiem premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego z 13 lipca 1936 roku – został uznany za drugą, po prezydencie, osobę w państwie.

Należy przypomnieć, że sam Józef Piłsudski nie ocenia Śmigłego-Rydza wysoko. Tak pisał o swoim następcy: „Nie dałby sobie rady w obecnym czasie z rozkapryszonymi przerośniętymi ambicjami generałów, nie jestem pewien jego zdolności operacyjnych w zakresie prac Naczelnego Wodza i umiejętności mierzenia sił nie czysto wojskowych, lecz całego państwa swego i nieprzyjacielskiego”.

Posiadając silną pozycję w państwie i obozie władzy marszałek Śmigły-Rydz przyjął na siebie główną odpowiedzialność nie tylko za przygotowania obronne kraju, ale też jego politykę. Zarówno III Rzesza, jak i ZSRR rozpoczęły swoje przygotowania wojenne znacznie wcześniej niż Polska i prowadziły je o wiele skuteczniej. Nie było to winą Śmigłego-Rydza, ale jego poprzednika, który nie rozumiał konieczności modernizacji armii. Nie bez znaczenia były też ograniczone w tym zakresie możliwości ekonomiczne II RP. Spóźnione o wiele lat przygotowania obronne zostały jednak naznaczone błędami, za które odpowiedzialność ponosił już tylko sam marszałek Śmigły.

Na rok przed swoją śmiercią – w kwietniu 1934 roku – Józef Piłsudski zwołał w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych naradę najwyższych dowódców. Wzięło w niej udział 15 generałów i czterech pułkowników. Piłsudski postawił im tylko jedno pytanie: które z państw jest bardziej niebezpieczne dla Polski – ZSRR czy Niemcy? Na odpowiedź wyrażoną na piśmie bez wzajemnej konsultacji i z uzasadnieniem dał im miesiąc czasu. Tylko trzech zapytanych – wśród nich Śmigły-Rydz – wskazało na ZSRR, trzech nie miało wyrobionego zdania, a trzynastu stwierdziło, że największym zagrożeniem są Niemcy hitlerowskie.

Zgodnie ze swoim przekonaniem, objąwszy władzę nad wojskiem po Piłsudskim, Śmigły-Rydz wydał w maju 1936 roku wytyczne do opracowania planu operacyjnego „Wschód”, czyli planu wojny obronnej z ZSRR. Projekt tego planu był gotowy w lutym 1939 roku. Dopiero 4 marca 1939 roku szef Sztabu Głównego gen. Wacław Stachiewicz otrzymał od marszałka Śmigłego wytyczne do opracowania planu „Zachód”, czyli planu wojny obronnej z Niemcami. Zagrożenie ze strony Niemiec było już wtedy oczywiste – w październiku 1938 i styczniu 1939 roku Berlin oficjalnie wystąpił wobec Polski z żądaniami terytorialnymi, a 15 marca 1939 roku wojska hitlerowskie wkroczyły do Pragi. Plan „Zachód” ograniczono tylko do przygotowania pierwszej fazy działań wojennych na zachodzie kraju. Faz następnych nie opracowano nigdy.

Płk Tadeusz Szumowski – w latach trzydziestych oficer Oddziału Operacyjnego Sztabu Głównego – skomentował to później następująco: „Gdy od 1935 r. niebezpieczeństwo ze strony Niemiec zaczęło wyraźnie narastać, Rydz-Śmigły, jako formalista, nie zdecydował się na odwrócenie kolejności opracowywania planów. (…) Mimo błyskawic anschlussu i Sudetów nie zwracał uwagi na czarną chmurę na zachodzie, lecz systematycznie, miarowo – powiedzielibyśmy wg harmonogramu – wykańczał do marca 1939 swój plan »Wschód«, chociaż politycznie stawał się on zupełnie nieaktualny. Nawiasem warto zaznaczyć, że w porównaniu do szybkości, z jaką Hitler opracowywał swoje plany, termin trzyletni na opracowanie jednego planu wydaje się co najmniej przesadny”.

Zdaniem płk. Szumowskiego rozkazy Śmigłego-Rydza dla wyższych dowódców wojskowych, wydane po ogłoszeniu 23 marca 1939 roku pierwszej mobilizacji alarmowej, nie podawały żadnych danych odnośnie przewidywanego zgrupowania wojsk niemieckich oraz kierunków ich natarcia. Rozkazy Rydza nie zawierały też żadnej oceny położenia własnego ani planu działania w następnej fazie wojny, kiedy do akcji miały wejść odwody Naczelnego Wodza.

Według oceny historyków wojskowości koncepcje obronne Rydza grzeszyły podstawowym błędem. Zamiast silnych skrzydeł w rejonie Śląska i Krakowa z jednej, a Prus Wschodnich z drugiej strony oraz słabego centrum w Wielkopolsce zostały wystawione słabe skrzydła i bardzo silne centrum w Wielkopolsce. Taka dyslokacja wojsk pozwoliła Niemcom z łatwością rozbić oba skrzydła i okrążyć główne siły polskie w kolanie Wisły. Wycofanie ich na czas było z góry skazane na niepowodzenie ze względu na prawie całkowity brak wojsk zmotoryzowanych po stronie polskiej.

Polskie posunięcia obronne były dodatkowo paraliżowane przez działania sojuszników zachodnich. Kiedy w połowie sierpnia 1939 roku polscy saperzy zaminowali ważny strategicznie most w Tczewie, który powinien być wysadzony w powietrze w pierwszych minutach wojny, u marszałka Śmigłego natychmiast zjawił się ambasador brytyjski Howard Kennard żądając odwołania rozkazu. „Gdyby przez przypadek most ten wyleciał w powietrze, razem z nim wyleciałby w powietrze i pokój Europy” – oświadczył Rydzowi mało uprzejmie ambasador Kennard.

Słowa Kennarda zdumiewają, ponieważ w tym samym czasie ambasador Francji Leon Noël powiadomił ministra Becka, że według informacji wywiadu francuskiego Hitler postanowił rozwiązać sprawę Gdańska jeszcze przed 1 września 1939 roku. Natomiast ambasador Francji w Berlinie Robert Coulondre donosił o pełnej mobilizacji sił zbrojnych III Rzeszy, której wojska lądowe osiągnęły stan 2 mln żołnierzy. Mimo to Francja i Wielka Brytania wymogły na władzach polskich odwołanie mobilizacji powszechnej, jaką te ogłosiły 29 sierpnia 1939 roku. Ponowne ogłoszenie tej mobilizacji wieczorem 31 sierpnia 1939 roku spowodowało, że odbywała się ona już w warunkach chaosu wojennego, kiedy lotnictwo niemieckie bombardowało linie kolejowe i drogi.

Józef Piłsudski przed swoją śmiercią dał kilka wytycznych odnośnie przygotowania się do nadchodzącej wojny światowej. Pierwsza z nich mówiła, że należy zrobić wszystko, żeby Polska weszła do wojny jako ostatnia. Druga, że nie należy opierać strategii bezpieczeństwa wyłącznie na sojuszu z mocarstwami zachodnimi. Józef Beck jako szef dyplomacji zrobił dokładnie odwrotnie. Pierwsze z zaleceń Piłsudskiego rozumiał jako tzw. „politykę równowagi” albo „politykę balansowania” pomiędzy Niemcami i ZSRR, która miała polegać na tym, żeby stosunki z jednym z tych sąsiadów nie były gorsze od stosunków z drugim z nich. Uzupełnieniem „polityki równowagi” miał być sojusz z Wielką Brytanią i Francją.

Ekipa Śmigłego-Rydza nie rozumiała, że obu tym państwom nie zależało na bezpieczeństwie i obronie Polski, ale na odsunięciu niebezpieczeństwa agresji niemieckiej od swoich granic i skierowania go w innym kierunku. Temu służyły ich gwarancje sojusznicze dla Polski. Ponadto Londyn i Paryż nie były przygotowane do wojny. Wielka Brytania miała w Europie armię lądową słabszą od polskiej, ponieważ większość jej sił zbrojnych była rozrzucona w koloniach. Brytyjczycy imponowali tylko siłą swojej floty morskiej, która jednakże Polsce w niczym pomóc nie mogła. Francja dysponowała armią porównywalną z niemiecką, jednakże część z niej także była rozproszona w koloniach. Poza tym Francuzi nie po to budowali nakładem ogromnych środków Linię Maginota, żeby poza nią wychodzić.

„Polityka równowagi” Józefa Becka wyczerpała swoje możliwości już jesienią 1938 roku, kiedy po rozbiorze Czechosłowacji Hitler postawił swoje żądania wobec Polski. W sytuacji presji niemieckiej na Polskę Wielka Brytania udzieliła Warszawie 31 marca 1939 roku jednostronnej gwarancji niepodległości, która jednakże nie dotyczyła integralności terytorialnej. Jej konsekwencją było podpisanie 6 kwietnia 1939 roku w Londynie przez ministrów spraw zagranicznych Józefa Becka i lorda Halifaxa układu o dwustronnych gwarancjach polsko-brytyjskich. Na zawarcie formalnego sojuszu z Polską Londyn zdecydował się jednak dopiero 25 sierpnia 1939 roku w obawie, że po podpisaniu w Moskwie 23 sierpnia 1939 roku paktu Ribbentrop-Mołotow Polska może pójść na ustępstwa wobec Niemiec. Równie ostrożna była Francja, która 19 maja 1939 roku odnowiła konwencję wojskową do umowy sojuszniczej z Polską z 1921 roku. Protokół polityczny do tej konwencji, nadający jej klauzulę ważności, Francja podpisała dopiero 4 września 1939 roku i to pod naciskiem brytyjskim.

Władze II RP nie rozumiały, że oba mocarstwa zachodnie po konferencji monachijskiej nadal prowadzą politykę appeasementu, a jej kolejną ofiarą po Czechosłowacji zostanie Polska. Dzwonkiem ostrzegawczym dla polityków sanacyjnych nie stały się ani trudności w wynegocjowaniu z sojusznikami zachodnimi konkretnych zobowiązań wojskowych na wypadek wybuchu wojny, ani jeszcze większe trudności w uzyskaniu od nich pożyczek na zakup uzbrojenia. Łudzono się gołosłownymi zapewnieniami, jak te, które złożył Śmigłemu-Rydzowi i Beckowi w lipcu 1939 roku szef sztabu brytyjskiego gen. Edmund Ironside. Zapewniał on wtedy swoich rozmówców, że „przyjdziemy do was przez Morze Czarne”. W Warszawie nie wiedziano jednak, że francuscy i brytyjscy sztabowcy już na początku maja 1939 roku wykluczyli możliwość udzielenia Polsce pomocy militarnej na wypadek zaatakowania jej przez III Rzeszę.

Te ustalenia zaowocowały najpierw pozorowaną ofensywą francuską na przedpolu Linii Zygfryda (7-12 września 1939 roku) – podjętą zamiast przyrzeczonej Polsce ofensywy częściowej – a następnie decyzją Międzysojuszniczej Najwyższej Rady Wojennej w Abbeville z 12 września 1939 roku o wstrzymaniu wszelkich działań ofensywnych na froncie zachodnim. W tym czasie marszałek Śmigły i jego otoczenie nadal liczyli, że zgodnie z umowami sojuszniczymi Francja podejmie ofensywę generalną 15 dnia po rozpoczęciu mobilizacji, czyli 17 września 1939 roku. Jednak tego właśnie dnia Stalin – mając już pewność, że nie dojdzie do ofensywy generalnej na froncie zachodnim – przystąpił do realizacji zobowiązań wynikających z tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow. Treść owego protokołu była znana rządowi USA już 24 sierpnia 1939 roku, a wkrótce potem też rządom brytyjskiemu i francuskiemu. Londyn i Paryż nie poinformowały jednak o tym polskiego sojusznika.

Niemiecko-radziecki pakt o nieagresji z 23 sierpnia 1939 roku został zignorowany przez Warszawę, mimo że podpisujące go państwa nie miały wspólnej granicy. Mogły ją utworzyć tylko po rozbiorze Polski. Kierownictwo II RP w ogóle nie brało pod uwagę zagrożenia ze Wschodu, chociaż nawet „The Daily Telegraph” opisywał skalę mobilizacji Armii Czerwonej przy polskiej granicy wschodniej. Do świadomości marszałka Śmigłego-Rydza, prezydenta Mościckiego i ministra Becka po prostu nie docierała perspektywa możliwości zawarcia antypolskiego porozumienia pomiędzy Hitlerem a Stalinem.

Wbrew temu co twierdzą współcześnie niektórzy prawicowi publicyści, alternatywą dla sojuszu z Wielką Brytanią i Francją przeciw Niemcom nie było bynajmniej spełnienie żądań niemieckich odnośnie Gdańska i Korytarza oraz zawarcie sojuszu z III Rzeszą. Przyjęcie roli satelity III Rzeszy byłoby politycznym samobójstwem, najprostszą drogą do tego, by w 1945 roku zostać pozbawionym nie tylko ziem wschodnich, ale i zachodnich. Ryzykowny politycznie był również sojusz z ZSRR przeciw Niemcom, ponieważ mógł doprowadzić do przyjęcia w 1939 roku politycznego i terytorialnego status quo z 1945 roku. Aczkolwiek możliwość takiego sojuszu rozważał całkiem poważnie ppłk (późniejszy gen.) Stefan Mossor (1896-1957). Reakcją jego zwierzchników było odsunięcie go w marcu 1939 roku od pracy sztabowej i planowania operacyjnego.

Władze II RP zupełnie nie wzięły pod uwagę możliwości sojuszu z Czechosłowacją w sytuacji zagrożenia tego państwa przez Niemcy w 1938 roku. Kryzys sudecki i rozbiór Czechosłowacji w Monachium minister Beck wykorzystał natomiast do załatwienia z Pragą porachunków o Zaolzie z lat 1919-1920. Prezydent Czechosłowacji Edvard Beneš pisał później do gen. Władysława Sikorskiego, że „fakt, iż Polska uchyliła się od porozumienia z Czechosłowacją w 1938 r., które kilkakrotnie proponowałem, iż na swój rozpaczliwy list zamiast odpowiedzi płk Beck przysłał mi ultimatum i kilka dywizji na naszą granicę, zadecydowało o tym, że Czechosłowacja nie podjęła wojny z Niemcami”.

Polityków obozu rządzącego Polską ogarnęła na przełomie września i października 1938 roku idea przywrócenia Macierzy 120 tys. Polaków mieszkających na Zaolziu. Nie potrafili oni dostrzec tego, że aneksja Zaolzia przeprowadzona w momencie, kiedy Niemcy dokonywały rozbioru Czechosłowacji, była posunięciem fatalnym wizerunkowo i politycznie. Najwidoczniej nie rozumieli nie tylko politycznego i wojskowego znaczenia rozbioru Czechosłowacji przez Niemcy, ale nie przewidzieli także skutków całkowitej likwidacji tego państwa przez Hitlera w marcu 1939 roku oraz utworzenia proniemieckiego i faszyzującego państwa słowackiego. Rząd w Warszawie popełnił poważny błąd, domagając się w 1938 roku nie tylko aneksji Zaolzia, lecz także niewielkich części terytorium Słowacji (ziemia czadecka, Jaworzyna, część Orawy i Spiszu). Zrealizowanie tych żądań przyspieszyło proces umacniania się wpływów niemieckich na Słowacji. W efekcie Słowacja udostępniła wojskom niemieckim 28 sierpnia 1939 roku swoje terytorium do ataku na Polskę od południa oraz sama wzięła udział w tej agresji.

Kompromitacją hasła „nie damy nawet guzika” było przygotowanie już w pierwszych dniach wojny planu ewakuacji władz państwowych i naczelnego dowództwa do Rumunii. Realizacja tego planu rozpoczęła się 4 września 1939 roku w wypadku prezydenta i rządu oraz 6 września w wypadku Wodza Naczelnego. Odtąd najwyższe władze II RP konsekwentnie zmierzały ku granicy południowo-wschodniej, przez Brześć, Kołomyję, Kosów i Kuty, tracąc łączność z walczącymi wojskami. Ewakuacja do Rumunii nastąpiła w nocy z 17 na 18 września 1939 roku, niemal natychmiast po przekroczeniu granicy wschodniej przez Armię Czerwoną. Było to nawiązanie do precedensów Belgii i Serbii z pierwszej wojny światowej – przeniesienia władz państwowych na emigrację. Jednakże przywódcy sanacyjni nie zdawali sobie sprawy, że klęska wrześniowa przesądziła o załamaniu się systemu ich rządów w Polsce. Przekonali się o tym boleśnie zaraz po znalezieniu się na terytorium rumuńskim, kiedy zostali internowani przez władze Rumunii na życzenie Francji, która nie chciała ich widzieć jako partnerów politycznych.

W czasie, gdy Wódz Naczelny, prezydent i rząd konsekwentnie zmierzali do granicy z Rumunią nadal trwała w polskich mediach kłamliwa propaganda siły. „Polska Zachodnia” informowała 1 września 1939 roku o zajęciu Gdańska przez wojska polskie oraz zwycięskiej kontrofensywie polskiej na Pomorzu. Jakże ucieszyliby się z tego obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku i obrońcy Westerplatte, gdyby to była prawda. „Czas. 7 wieczór” opisał 5 września rzekomy nalot 30 polskich bombowców na Berlin. W rzeczywistości polskie lotnictwo we wrześniu 1939 roku przeprowadziło tylko dwa ataki na terytorium Niemiec: 2 września na fabrykę w Oławie (Ohlau) i 4 września na dworzec kolejowy w Białej Piskiej (Gehlenburg). Każdy z tych celów atakował pojedynczy samolot.

Tę samą informację o nalocie na Berlin powieliła 6 września lwowska „Chwila”, dodając jeszcze o przełamaniu przez wojska francuskie Linii Zygfryda w siedmiu punktach oraz ucieczce w popłochu wojsk niemieckich. Faktycznie ograniczona ofensywa francuska na froncie zachodnim zaczęła się dopiero następnego dnia. „Ilustrowany Kuryer Codzienny” donosił 10 września, że „za 4 dni padnie Linia Zygfryda, a wtedy błyskawiczna ofensywa zmiecie Niemców”. Faktycznie za dwa dni została wstrzymana ograniczona ofensywa wojsk francuskich na przedpolu Linii Zygfryda. „Wieczór Warszawski” informował 12 września, że Niemcy ustępują spod Warszawy. Akurat następnego dnia zamknęli wokół stolicy pierścień okrążenia.

„Express Poranny” informował 13 września – a więc na drugi dzień po tym jak alianci zachodni zadecydowali, że nie udzielą Polsce pomocy – o rzekomym załamaniu ofensywy niemieckiej na Polskę, powstaniach w okupowanych przez Niemcy miastach oraz zwycięskich atakach sprzymierzonych na froncie zachodnim. „Ilustrowany Goniec Warszawski” z 17 września informował o polskim natarciu pod Kutnem i towarzyszących mu wielkich stratach wojsk niemieckich. Faktycznie natarcie to (tzw. bitwa nad Bzurą) rozpoczęło się 9 września i uległo załamaniu 13 września. Poza tym gazeta ta podała 17 września tak fantastyczne informacje jak: „Polskie samoloty bombardują Berlin. Brawurowy nalot nocny”, „Nalot Anglików na Rzeszę. Ucieczka Niemców z Saary” oraz „Mussolini zrywa z Hitlerem”.

Nie znajdziemy we wrześniowych gazetach żadnej wzmianki o ewakuacji i internowaniu władz II RP. Ta żenująca propaganda musiała jeszcze bardziej pogłębiać w społeczeństwie polskim psychologiczny wymiar druzgocącej klęski, jaką Polska doznawała od pierwszych godzin wojny.

W trzy miesiące po klęsce wrześniowej marszałek Śmigły napisał w swoim diariuszu: „Rozpoczynając wojnę, rozumiałem dobrze, że będzie ona z konieczności przegrana na froncie polskim, który uważałem za jeden z odcinków wielkiego frontu antyniemieckiego; zaczynając w niebywałych warunkach walkę – czułem się też jak dowódca odcinka, który ma być poświęcony, aby dać czas i możliwość organizacji i przygotowania innym”. Szkoda, że nie poinformował o tym wcześniej społeczeństwa polskiego, które było karmione niepoważną propagandą o sile militarnej państwa i pewności jego sojuszy, któremu ta propaganda czyniła nadzieje na rychłą defiladę zwycięstwa w Berlinie wraz z wojskami francuskimi i brytyjskimi.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 1 września 2018 r.

„Przegląd” nr 36 (973), 27.08-2.09.2018, s. 8-12

Powstanie Warszawskie w poezji Anny Świrszczyńskiej

Nikt bardziej nie oddał tragedii, hekatomby i bezsensu Powstania Warszawskiego niż poetka Anna Świrszczyńska (1909-1984). Tomik jej wierszy poświęconych powstaniu – „Budowałam barykadę” (Czytelnik, Warszawa 1974) – jest najbardziej wstrząsającym aktem oskarżenia wobec tych, którzy do powstania doprowadzili i którzy nigdy nie zdobyli się na jakąkolwiek refleksję nad swoją odpowiedzialnością za zagładę stolicy. Wręcz przeciwnie – chodzili w aureoli chwały, na którą nie zasłużyli. Tak też są dzisiaj przedstawiani przez swoich gloryfikatorów i politycznych epigonów.

Anna Świrszczyńska była córką malarza, rzeźbiarza i etnografa Jana Świerczyńskiego i Stanisławy z Bojarskich. Nazwisko Świrszczyńska powstało w wyniku błędnego zapisu w księdze metrykalnej, który nigdy nie został sprostowany. Jej rodzice żyli skromnie, dlatego po zdaniu matury w warszawskim gimnazjum Janiny Tymińskiej w 1927 roku nie podjęła – z braku środków – planowanych studiów artystycznych. Wybrała polonistykę i została poetką, także dramatopisarką i prozaiczką. Tworzyła utwory przeznaczone głównie dla dzieci.

Łatwo jest dzisiaj dyskredytować Świrszczyńską, ponieważ była człowiekiem lewicy. Tak czynią – co stwierdziłem z niesmakiem – zwolennicy obecnego obozu władzy. W latach 30. XX wieku Świrszczyńska była związana z pismem młodzieżowym „Płomyk” (wydawanym przez lewicowy Związek Nauczycielstwa Polskiego) oraz pismem lewicowej inteligencji „Wiadomości Literackie”. W 1936 roku została członkiem Związku Zawodowego Literatów Polskich, a w latach 1936-1939 pracowała w Związku Nauczycielstwa Polskiego, m.in. jako redaktorka „Małego Płomyczka”. W tymże 1936 roku wzięła też udział w słynnym strajku nauczycieli przeciw zwieszeniu Zarządu Głównego ZNP, który władze sanacyjne oskarżyły o propagowanie komunizmu i sympatie prosowieckie.

Współcześni kalumniatorzy Świrszczyńskiej z lubością przywołują podpisanie przez nią rezolucji krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich z 8 lutego 1953 roku, wyrażającej poparcie dla władz PRL po skazaniu w procesie pokazowym duchownych kurii krakowskiej. List ten podpisali m.in. Jan Błoński, Karol Bunsch (legionista Piłsudskiego i weteran wojny polsko-bolszewickiej), Władysław Dobrowolski (także weteran wojny polsko-bolszewickiej), Leszek Herdegen, Jalu Kurek, Sławomir Mrożek, Stefan Otwinowski i Wisława Szymborska.

Tylko czy w oparciu o ten epizod z życiorysu można dyskredytować twórczość Świrszczyńskiej, a zwłaszcza to co miała do powiedzenia o Powstaniu Warszawskim? Przecież to jest zabieg typowo bolszewicki – ocena człowieka w oparciu o wybrane fragmenty jego życiorysu, które mają go kompromitować według z góry przyjętych kryteriów.

Świrszczyńska pisała o Powstaniu Warszawskim nie z pozycji komunistycznej propagandy, ale z pozycji świadka – uczestniczyła w nim jako sanitariuszka AK. Widać to w niemal w każdym jej wierszu. Krytyka Świrszczyńskiej koresponduje nie z propagandą komunistyczną, ale z krytyką Powstania Warszawskiego, jaką uprawiali np. gen. Władysław Anders, Stanisław Cat-Mackiewicz, czy pisarze i publicyści obozu narodowego (Jan Dobraczyński, Jędrzej Giertych, Jan Matłachowski i in.).

Jednym z najbardziej oskarżycielskich pod adresem dowództwa AK wierszy Świrszczyńskiej jest wiersz „Żołnierz mówi do generała”:

„Chodź ze mną, generale.

Pójdziemy razem

zdobywać pięściami

karabiny maszynowe i armaty.

Kazałeś mi przecież zdobywać pięściami

karabiny maszynowe i armaty”.

Bohaterem tego wiersza jest gen. Antoni Chruściel „Monter” (1895-1960) – dowódca Okręgu Warszawskiego AK, uhonorowany za powstanie trzecim krzyżem Orderu Virtuti Militari oraz Dzwonem „Monter” w Muzeum Powstania Warszawskiego. „Monter” wymusił wybuch powstania fabrykując i rozpowszechniając po południu 31 lipca 1944 roku fałszywy meldunek o rzekomym pojawieniu się czołgów sowieckich w miejscowościach podwarszawskich, a nawet na Pradze.

Sytuacja przedstawiona w wierszu „Żołnierz mówi do generała” odnosi się do odprawy dowództwa Okręgu Warszawskiego AK z 27 lipca 1944 roku. Antoni Chruściel „Monter” zażądał na niej wykonania zadań, jakie w związku z planowanym powstaniem wyznaczył Obwodom, a dowódcy Obwodów oświadczyli, że zadania te są niewykonalne z powodu braku broni i amunicji. Wówczas „Monter” rozkazał, by nieuzbrojonym żołnierzom AK zostały wydane siekiery, kilofy i łomy. Przy pomocy takiego sprzętu mieli atakować przeciwnika uzbrojonego w broń maszynową, granaty, miotacze płomieni, moździerze i artylerię (później także czołgi, lotnictwo i broń rakietową). Tym, którzy tego rozkazu nie wykonają „Monter” groził sądem wojennym.

Tadeusz Prus-Maciński – uczestnik powstania w batalionie NOW-AK „Gustaw” – następująco skomentował rozkaz „Montera” w 1992 roku: „Chruściel skompromitował się wobec dowódców Obwodów, bo wszak drogę natarć toruje się (ułatwia): przygotowaniem artyleryjskim, bombardowaniem lotniczym, bronią pancerną, ewentualnie – w fazie szturmu – ładunkami wybuchowymi, wiązkami granatów, ale na miłość Boską – nie siekierami!”[1].

Wydaje się to oczywiste, ale bynajmniej nie dla współczesnych gloryfikatorów generała „Montera”.

Wielkim i szokująco wymownym oskarżeniem Świrszczyńskiej pod adresem dowództwa AK jest też wiersz „Niech liczą trupy”:

„Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki

niech policzą teraz nasze trupy.

Niech pójdą przez ulice

których nie ma

przez miasto

którego nie ma

niech liczą przez tygodnie przez miesiące

niech liczą aż do śmierci

nasze trupy”.

To nie jest komunistyczna propaganda. To jest wypowiedź świadka. Świrszczyńska widziała po kapitulacji powstania to miasto, którego nie ma i szła przez ulice, których nie ma. Czy tylko ona jedyna życzyła sobie wtedy, by ten widok zobaczyli sprawcy powstania? By uklękli wśród tych ruin i liczyli trupy? Stosunek ludności cywilnej – skazanej w ogarniętej powstaniem Warszawie na cierpienie i zagładę – był jednoznaczny nie tylko do dowództwa, ale nawet do żołnierzy AK. Najczęściej wyrażały go słowa „bandyci” i „mordercy naszych dzieci”. Tego jednakże też nie dowiemy się od współczesnych gloryfikatorów Powstania Warszawskiego.

Świrszczyńska jest w swoich wierszach świadkiem oraz obserwatorem rzeczy i wydarzeń przerażających. Obserwatorem, który najczęściej nie wydaje sądów i ocen, pozostawiając czytelnika samego z makabrycznym obrazem. Przypomina to styl opowiadań obozowych Tadeusza Borowskiego, za który też był krytykowany.

Taki makabryczny obraz, przemawiający do czytelnika samą grozą, mamy np. w wierszu „Major powiedział”:

„ – Rozkaz ma być doręczony w ciągu godziny –

powiedział major.

– To niemożliwe, tam piekło –

powiedział podporucznik.

Poszło pięć łączniczek,

jedna doszła.

Rozkaz był doręczony w ciągu godziny”.

Od razu nasuwa się pytanie: po co, w imię czego była ta ofiara? Co chcieli osiągnąć sprawcy powstania rzucając na bezsensowną śmierć tysiące, dziesiątki tysięcy wartościowej inteligenckiej młodzieży? Ci ludzie mogli przecież zostać nauczycielami, naukowcami, lekarzami, inżynierami, prawnikami, pisarzami, aktorami. Wielu z nich nie ma do dzisiaj nawet swoich mogił. Tych ludzi zabrakło w Polsce po 1956 roku. To oni mogli wtedy zmieniać oblicze kraju, a nie „komandosi” wywodzący się z hufca walterowskiego.

Jeszcze większą grozą przemawia wiersz „Z granatem na gniazdo cekaemów”:

„Przestali strzelać, poruczniku,

dajcie mi granat, ja pójdę pierwsza,

ja najmniejsza, mnie nie zobaczą,

jak kot na brzuchu, dajcie mi granat.

Jak kot na brzuchu przez kałużę,

granat w garści, wolno powoli

serce tak wali, jeszcze usłyszą,

pomóż mi Boże, wolno powoli,

jak kot na brzuchu, bliżej bliżej,

Boże, jeszcze, jeszcze bliżej,

teraz, odbezpiecz granat, skok.

Skoczyła. Niemcy

puścili serię”.

Pokazane w tym wierszu realia powstania są jakże niemiłe dla jego współczesnych gloryfikatorów oraz dla tych, którzy biegając z biało-czerwonymi opaskami 1 sierpnia myślą, że to była fajna harcerska przygoda.

To samo mamy w wierszu „Szli kanałami”:

„Szli kanałami

niosła go na plecach

po piersi w śmierdzącym kale

w ciemności bez powietrza

potykała się o trupy

tych co się potopili

czepiała się śliskich ścian

po których pełzały szczury

mówiła: poruczniku

niech pan się trzyma za szyję

to już niedługo.

Szli kanałami błądzili

niosła go na plecach

dziesięć godzin.

Gdy wyszła na ulicę

pod niebo czystej nocy

sanitariuszki powiedziały:

przyniosłaś trupa”.

Świrszczyńska jako sanitariuszka musiała być bezpośrednim świadkiem tej sceny. Może to nawet ona powiedziała koleżance, że przyniosła trupa.

I wreszcie tragiczny obraz klęski, przegranej po dwóch miesiącach walki, której nie można był od początku wygrać. Wiersz „To już koniec”:

„Tej nocy

zrozumieli wszyscy, że to już koniec.

Zabrakło wody

i sił, żeby szukać wody,

od trzech dni

nie ma łyżki gotowanego jęczmienia,

na brudnych bandażach

śmierdzi ropa i krew,

oczy, które tydzień nie spały,

zamykają się nawet na posterunku

bojowym, pod ostrzałem,

nogi, co się wlokły kanałami,

zmęczone jak kamienie,

wypada z ręki

pusty pistolet.

Więc kiedy usłyszeli o świcie

grzmot czołgów wroga idących do nowego ataku,

zrozumieli, że to koniec.

Tego ataku

już nie odeprą”.

Ileż treści ma ten wiersz. Łyżka gotowanego jęczmienia jako dzienna racja żywnościowa walczącego żołnierza AK, brak wody, brak sił, brudne bandaże, śmierdząca ropa i krew, brak snu, brak broni i amunicji – wypadający z ręki pusty pistolet. Tak wyglądało Powstanie Warszawskie, a nie tak jak to jest przedstawione w Muzeum Powstania Warszawskiego – miejscu kultu Antoniego Chruściela „Montera” i największej składnicy broni w Polsce.

Polecam tomik „Budowałam barykadę” Anny Świrszczyńskiej wszystkim tym, którzy potrafią myśleć bez ideologicznych uprzedzeń i którzy poszukują prawdy historycznej.

[1] Cyt. za: J. Engelgard, M. Motas, „W imię czego ta ofiara? Obóz Narodowy wobec Powstania Warszawskiego”, Warszawa 2017, wyd. II, s. 99.

Anna Świrszczyńska podczas Powstania Warszawskiego. Fot. domena publiczna

Anna Świrszczyńska podczas Powstania Warszawskiego. Fot. domena publiczna

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 sierpnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 35-36 (2203/2204), 26.08-2.09.2018, s. 10-11

Jan Bytnar a ONR

Padające tu i ówdzie postulaty delegalizacji Obozu Narodowo-Radykalnego poparł działacz PiS Patryk Jaki. Spotkała go za to ostra krytyka m.in. ze strony Rafała A. Ziemkiewicza, który stwierdził, że do ONR jakoby należał Jan Bytnar „Rudy” (1921-1943) – legendarny żołnierz Grup Szturmowych Szarych Szeregów, opisany przez Aleksandra Kamińskiego w powieści „Kamienie na szaniec”. Stwierdzenie Ziemkiewicza nie jest nowością, ponieważ informacja o domniemanej przynależności „Rudego” do ONR jest od dawna rozpowszechniana w części środowisk prawicowych.

Podstawowe źródło życiorysu „Rudego” stanowi książka Aleksandra Kamińskiego. Pierwsze dwa wydania tej książki miały miejsce w podziemiu podczas okupacji niemieckiej (1943, 1944), a więc poza cenzurą komunistyczną. Dlaczego więc Kamiński nie wspomniał, że Bytnar miał jakoby należeć do ONR?

Jan Bytnar „Rudy” na pewno należał do 12. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej im. Bolesława Chrobrego, Szarych Szeregów i ZWZ/AK. Jedyną organizacją polityczną, do której Bytnar przystąpił w październiku 1939 i należał do grudnia 1939 roku była lewicowa Polska Ludowa Akcja Niepodległościowa. Twórcą PLAN był adwokat Wacław Barcikowski (1887-1981) – związany z lewicującym Stronnictwem Demokratycznym, w latach 1945-1956 pierwszy prezes Sądu Najwyższego, także zastępca przewodniczącego Rady Państwa, wicemarszałek Sejmu Ustawodawczego oraz działacz Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Jako odpowiedzialny za degradację sądownictwa w okresie stalinowskim został usunięty z życia politycznego w 1956 roku. Szefem Wydziału Bojowego PLAN był natomiast Kazimierz Kott, który pochodził z inteligenckiej zasymilowanej rodziny żydowskiej. Oczywiście była to inteligencja lewicowa. Czy Bytnar jako ONR-wiec mógł się tak po prostu związać politycznie z takimi ludźmi? Nawet na dwa miesiące?

Działając w PLAN Bytnar był pomysłodawcą naklejania na plakatach niemieckich – informujących o utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa – karteczek o treści: „Komendant Piłsudski powiedziałby: a my was w d… mamy”. Powoływanie się na legendę i autorytet Piłsudskiego jakoś nie pasuje do ideologii ONR.

Legendę o tym, że Jan Bytnar miał być jakoby członkiem Grup Szkolnych ONR rozpowszechniał w mediach pięć lat temu Robert Winnicki. Źródłem tej legendy był działacz ONR i żołnierz NSZ Gustaw Potworowski (1915-2002), który pod koniec życia rozpowszechniał informację o ONR-owskiej przeszłości „Rudego”. Relację Potworowskiego powielił w 2002 roku Sebastian Bojemski w książce „Poszli w skier powodzi… Narodowe Siły Zbrojne w Powstaniu Warszawskim”. W 2012 roku informację o rzekomej przynależności „Rudego” do ONR powielał z kolei Wojciech J. Muszyński na łamach „Naszej Polski”.

Przypisywaniu „Rudemu” związków z ONR przeczą jednak fakty. Ojciec „Rudego” – nauczyciel i społecznik Stanisław Bytnar (1897-1945) – był legionistą Piłsudskiego, działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej i lewicowego Związku Nauczycielstwa Polskiego (oskarżonego w 1936 roku przez władze sanacyjne o sympatie prosowieckie). W warszawskim Państwowym Gimnazjum im. Stefana Batorego „Rudy” blisko przyjaźnił się z Krzysztofem Kamilem Baczyńskim (1921-1944) – wówczas liderem półlegalnego Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej „Spartakus”. A więc znowu lewica i to radykalna, bo w utworzonym w 1935 roku „Spartakusie” dominowały tendencje trockistowskie i takie też były ówczesne poglądy Baczyńskiego. Jak na ONR-owca „Rudy” obracał się zatem towarzysko i rodzinnie w kręgach dość odległych politycznie i ideologicznie od ONR.

Historycy Sebastian Bojemski i Wojciech J. Muszyński nigdy nie kryli swojego przywiązania do radykalnej prawicy. Ich wypowiedzi na tematy historyczne można było spotkać m.in. na łamach „Frondy” i „Naszego Dziennika”. Nie to jednak dyskredytuje ich twierdzenia o przynależności „Rudego” do ONR, ale fakt, że jedynym źródłem tych twierdzeń była i jest relacja Gustawa Potworowskiego. Jest to jedyna taka relacja, której nie potwierdza żadne inne źródło. Z punktu widzenia naukowych zasad krytyki źródła historycznego to za mało, by uznać ją za wiarygodną.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 sierpnia 2018 r.

Szantaż moralny jako podstawa polskiej kultury politycznej

Kiedy myślę o Powstaniu Warszawskim, myślę o rzezi Woli – eksterminacji od 30 do 65 tys. mieszkańców tej dzielnicy w dniach 5-7 sierpnia 1944 roku. Pod względem barbarzyństwa mordu porównywalnej tylko z masakrą nankińską.

Temat zagłady Woli i Ochoty został w moim odczuciu zmarginalizowany na ekspozycji w Muzeum Powstania Warszawskiego. Są tam co prawda eksponowane powojenne protokoły ekshumacyjne PCK, ale dokumenty te niewiele mówią osobie, która nie posiada wiedzy na temat zbrodni niemieckich popełnionych podczas tłumienia powstania. Nie sposób też dowiedzieć się czegokolwiek w tym muzeum o transportach warszawiaków z obozu przejściowego w Pruszkowie do KL Auschwitz i innych niemieckich obozów koncentracyjnych.

Zwiedzający Muzeum Powstania Warszawskiego jest przytłoczony ogromem eksponowanej tam różnego rodzaju broni. Co ma oznaczać ta ekspozycja? Jak jej wymowa ma się do wyliczeń Jerzego Kirchmayera, że uzbrojenie Okręgu Warszawskiego AK w chwili wybuchu powstania wystarczało dla 10 proc. stanu bojowego na dwa dni walki? Całą prawdę o aspektach politycznych powstania ma wyrażać epatująca czerwienią ekspozycja „Polska Lubelska”, z potężnym sierpem i młotem, portretami członków Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego i Związku Patriotów Polskich oraz dowódców Wojska Polskiego sformowanego na Wschodzie. To oni wraz ze Stalinem mają być winni tragedii powstania.

Zdumiewa taka postawa wobec niemieckiej zbrodni ludobójstwa popełnionej w Warszawie w sytuacji, gdy ze strony środowisk wspierających PiS słyszymy narzekania na brak wiedzy w świecie, zwłaszcza zachodnim, o polskiej martyrologii podczas drugiej wojny światowej. Cóż stoi na przeszkodzie, żeby to zmienić i powiedzieć światu np. o zagładzie Woli? Na przeszkodzie stoją narracja o „zwycięstwie moralnym” i gloryfikacja dowództwa AK.

Kiedy myślę o Powstaniu Warszawskim, nie widzę „zwycięstwa moralnego” oraz infantylnego obrazu harcerskiej przygody, jaki wyłania się ze niektórych wspomnień, eksponowanych w Muzeum Powstania Warszawskiego. Jan Ciechanowski – jeden z najwybitniejszych historyków Powstania Warszawskiego, który w nim uczestniczył jako 14-latek – wspominał po latach, że kobiety krzyczały do żołnierzy AK: „Ty morderco naszych dzieci!”. Tak wyglądało to „zwycięstwo moralne”.

Najbardziej brzemiennym w skutkach rezultatem Powstania Warszawskiego było stworzenie okazji dla Niemców i ich kolaborantów do eksterminacji mieszkańców stolicy. Skutek ten przewidział zresztą jeden z generałów AK, którzy wymusili decyzję o podjęciu walki – Tadeusza Pełczyński „Grzegorz”. Podczas wieczornej odprawy Komendy Głównej AK 31 lipca 1944 roku, na pytanie Delegata Rządu o to „co będzie jak Rosjanie staną” gen. Pełczyński nonszalancko odpowiedział, że „wtedy Niemcy nas wyrżną”.

I wyrżnęli. Ale nie generalicję z KG AK, tylko cywili. Wacława Szlacheta, mieszkanka kamienicy przy ul. Wolskiej 129 wspominała: „Wyszłam z mieszkania z mężem, dwoma synami i dwiema córkami. Razem z innymi mieszkańcami domu żandarmi kazali nam wyjść na ulicę Wolską, przejść jezdnię i zatrzymać się przy parku Sowińskiego. Odłączono mężczyzn od kobiet oraz oddzielono od matek chłopców w wieku od 14 lat. (…) Zobaczyłam, iż na rogu ul. Wolskiej i Ordona stoi na podstawie karabin maszynowy, a przy naszym domu w odległości ok. 10 m od ul. Ordona, w kierunku Prądzyńskiego, stoi drugi karabin maszynowy. (…) Z tych karabinów żołnierze niemieccy dali do nas salwy. Upadłam na ziemię. Nie byłam ranna. Na moje nogi padały zwłoki. Żyła jeszcze leżąca przy mnie moja najmłodsza córka Alina”. Wacława Szlacheta zauważyła też, jak jeden z Niemców zastrzelił leżące w wózku bliźnięta jej sąsiadki.

Henryk Haboszewski, mieszkaniec domu przy ul. Elekcyjnej 8: „Wypędzono nas z piwnic i pognano pod park na Ulrychowie, do przechodzących strzelano, żonę zabito na miejscu, dziecko nasze ranne wołało matkę, wkrótce podszedł Ukrainiec i zabił moje dwuletnie dziecko jak psa. Następnie razem z Niemcami zbliżył się do mnie, stanął mi na piersiach, patrząc, czy żyję. Udawałem trupa. (…) Tworzył się zwał niezliczonych trupów. Tych, co jeszcze dawali oznaki życia, dobijano. Zostałem przywalony jakimiś ciałami, tak że się prawie dusiłem. Egzekucje trwały do piątej po południu”.

Jan Grabowski, mieszkaniec domu przy ul. Wolskiej 123: „Niemcy zaczęli strzelać z karabinu maszynowego i karabinów ręcznych, a także rzucać granaty w tłum leżących ludzi. Po jakimś czasie (…) zobaczyłem, iż Niemcy przypędzili nową grupę. (…) Strzelanina trwała z przerwami na dobijanie co najmniej sześć godzin. (…) Słyszałem, jak żandarm mówił, by zabić mego pięciomiesięcznego synka, który płakał, po czym posłyszałem strzał i dziecko ucichło. Leżąc, udawałem zabitego”. Potem Niemcy kazali nosić Grabowskiemu zwłoki rozstrzelanych, które palili na stosach. „Trupy nosiliśmy na dwie kupy aż do zmroku. Jeden stos miał długość ok. 20 m, drugi 15 m, szerokość ok. 10 m, wysokość ok. 1,5 m” – wspominał Jan Grabowski.

Mathi Schenk, Belg służący w brygadzie Dirlewangera, tak zapamiętał wymordowanie polskich dzieci z prawosławnego sierocińca przy ulicy Wolskiej 149: „Wysadziliśmy drzwi, chyba do szkoły. Dzieci stały w holu i na schodach. Dużo dzieci. Rączki w górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil, zanim wpadł Dirlewanger. Kazał zabić. Rozstrzelali je, a potem po nich chodzili i rozbijali główki kolbami. Krew ciekła po schodach”. Pan Schenk prawdopodobnie sam uczestniczył w tej zbrodni, ale żaden prokurator III RP nie pomyślał w 2004 roku, kiedy Schenk opowiedział o tym „Gazecie Wyborczej”, żeby go chociaż przesłuchać w charakterze podejrzanego. Schenk opisał też ze szczegółami sadystyczne gwałty i morderstwa dokonywane na Polkach przez esesmanów z brygady Dirlewangera.

Mordercy z SS i Wehrmachtu – wspierani przez Ukraińców z formacji Hifswillige (tzw. hiwisi) oraz Azerów ze 111. Azerbejdżańskiego Batalionu Polowego i batalionu „Bergmann” – dokonali największych egzekucji 5 i 6 sierpnia 1944 roku w rejonie ulic Górczewskiej i Moczydła (10-12 tys. ofiar), w fabryce Ursus przy ul. Wolskiej 55 (7,5 tys.), w fabryce Franaszka przy ul. Wolskiej 41/45 (7 tys.), w fabryce Kirchmayera i Marczewskiego przy ul. Wolskiej 79/81 (2 tys.), w parku Sowińskiego (1,5 tys.) oraz w zajezdni tramwajowej przy ul. Młynarskiej (1 tys.). Wymordowali też personel medyczny w Szpitalu Wolskim i w Szpitalu św. Łazarza przy ul. Leszno 36.

Adwokat Stanisław Wojciech Talikowski: „Po obu stronach ulicy jeszcze płonęły lub dogasały domy. (…) Pełno trupów. Tu leży kilku mężczyzn, tam kobieta naga do pasa już zastygła, niektóre trupy rozjechane przez samochody, odrzucone na bok jak łachmany. Ślady rabunku, jakieś walizki porozbijane, stosy banknotów, fruwające na wietrze, na które nikt nie zwracał uwagi. Co chwila słychać wrzaski rozdzierające i strzały. To oddziały policji Dirlewangera mordowały ludzi, strzelając do nich na naszych oczach. Miejscami stąpaliśmy po kałużach świeżej krwi”.

Wanda Felicja Lurie o egzekucji w fabryce Ursus przy ulicy Wolskiej 55: „Naszą grupę skierowano w kierunku przejścia między budynkami. Leżały tam już trupy. Gdy pierwsza czwórka dochodziła do miejsca, gdzie leżały trupy, strzelali Niemcy i Ukraińcy w kark od tyłu. Zabici padali, podchodziła następna czwórka, by tak samo zginąć. (…) Podeszłam więc w ostatniej czwórce razem z trojgiem dzieci do miejsca egzekucji, trzymając prawą ręką dwie rączki młodszych dzieci, lewą – rączkę starszego synka. Dzieci szły, płacząc i modląc się. Starszy, widząc zabitych, wołał, że i nas zabiją. W pewnym momencie Ukrainiec stojący za nami strzelił najstarszemu synkowi w tył głowy, następne strzały ugodziły młodsze dzieci i mnie. Przewróciłam się na prawy bok. Strzał oddany do mnie nie był śmiertelny. Kula trafiła w kark z lewej strony i przeszła przez dolną część czaszki, wychodząc przez prawy policzek. Dostałam krwotoku ciążowego. Wraz z kulą wyplułam kilka zębów. Czułam odrętwienie lewej części głowy i ciała. Byłam jednak przytomna i leżąc wśród trupów, widziałam prawie wszystko, co się działo dokoła. Obserwowałam dalsze egzekucje. Wprowadzono nową partię mężczyzn, których trupy padały i na mnie. (…) Wprowadzono dalszą partię kobiet i dzieci – i tak grupa za grupą rozstrzeliwano aż do późnego wieczoru”.

Tuż przed egzekucją Wanda Lurie błagała o pomoc Ukraińca z oddziału hiwisów. Dała mu trzy złote pierścionki. Niemieckiemu żandarmowi przypominała o honorze oficera. Po egzekucji – kiedy ciężko ranna udawała nieżywą – mordercy zdjęli jej z ręki zegarek.

20 sierpnia 1944 roku Wanda Lurie urodziła w obozie przejściowym w Pruszkowie syna Mścisława. Dr Mścisław Lurie – syn warszawskiej Niobe – zmarł w Warszawie 22 czerwca 2018 roku. Przeżył rzeź Woli jako dziecko nienarodzone, ocalony przez matkę. Tak jak jego matka, był niezwykłym symbolem. Takie symbole trzeba eksponować w Muzeum Powstania Warszawskiego, a nie opowieści o tym jak wzniosły duch miał panować na barykadach i jak działała harcerska poczta powstańcza albo radiostacja „Błyskawica”.

To tylko obrazki z jednego dnia niemieckiego ludobójstwa w Warszawie. A przecież to piekło – będące dziełem Niemców i ich kolaborantów – rozgrywało się na Woli także w następnych dniach, a później na Ochocie, Starym Mieście, Mokotowie. Kiedy widzę te obrazy, widzę bezkarnych sprawców tych zbrodni z ich dowódcą Heinzem Reinefarthem na czele. Zapewnienie temu zbrodniarzowi bezkarności i tolerowanie jego powojennej kariery politycznej jest największą hańbą, jaka okryła Republikę Federalną Niemiec. Hańbą, której zmazać się nie da, chociaż niewielu obywateli RFN i mieszkańców Europy Zachodniej o niej wie.

Reinefarth i jemu podobni wykonywali rozkaz Hitlera o zagładzie Warszawy mając świadomość, że przecież Niemcy przegrają wojnę, a właściwie już ją przegrały. Nie bali się jednak, że mogą zostać pociągnięci do odpowiedzialności. I rzeczywiście nie zostali. Ich gotowość do wykonania najbardziej zbrodniczego rozkazu i pogarda dla ofiar są porażające.

Powstanie Warszawskie nie było harcerską przygodą i „zwycięstwem moralnym”. To była przeprowadzana dzień po dniu ludobójcza eksterminacja ludności cywilnej. O atomowej zagładzie Hiroszimy i Nagasaki, która pochłonęła 150 tys. ofiar, wie cały świat. O zagładzie 180 tys. cywili w Warszawie wie mało kto poza Polską. Kto ponosi za to winę? Narracja historyczna o „zwycięstwie moralnym”.

Ale taka narracja jest nieunikniona, jeśli celem polityki historycznej, której ta narracja służy, jest rozgrzeszenie dowództwa AK i rządu RP w Londynie. Fakt bezprecedensowej w XX wieku zagłady stolicy europejskiego kraju wymusza przecież także pytanie o to kto poza bezpośrednimi sprawcami jest za nią odpowiedzialny.

Nie sposób nie pomyśleć tutaj o dniu 31 lipca 1944 roku. Tego dnia w godzinach porannych odbyła się kolejna odprawa Komendy Głównej AK. Płk Antoni Chruściel zameldował, że „nie ma czym nacierać”. Generał Leopold Okulicki odpowiedział mu na to, że „broń zdobywa się na nieprzyjacielu”. Po burzliwej dyskusji zdecydowano nie podejmować na razie powstania w stolicy. Trzy głosy były „za”, cztery „przeciw”. Zdenerwowany Okulicki powiedział do gen. Bora-Komorowskiego, że jeśli nie podejmie decyzji o wybuchu powstania będzie „drugim Skrzyneckim”. Ale i to nie wymusiło rozkazu podjęcia walki. Wczesnym popołudniem 31 lipca 1944 roku najwyższe władze wojskowe i polityczne podziemia nie liczyły się jeszcze z wybuchem powstania w Warszawie 1 sierpnia. Sytuacja zmieniła się radykalnie na drugiej odprawie KG AK około godziny 18.

Jej uczestnicy wiedzieli już o wylocie premiera Stanisława Mikołajczyka na rozmowy ze Stalinem do Moskwy oraz zostali wcześniej poinformowani przez płk. Chruściela o rzekomej „obecności oddziałów sowieckich w Radości, Wołominie i Radzyminie”. Była to jednak informacja nie sprawdzona i – jak się później okazało – fałszywa. Płk Chruściel wyraził opinię, że walkę o Warszawę należy rozpocząć bezzwłocznie. Delegat Rządu Jan Stanisław Jankowski – po uzyskaniu wspomnianej odpowiedzi od gen. Pełczyńskiego, że jeśli Rosjanie nie wejdą to „wtedy Niemcy nas wyrżną” oraz po uzyskaniu informacji od płk. Chruściela o brakach w broni i amunicji – zwrócił się do gen. Bora-Komorowskiego ze słowami: „Niech pan zaczyna”. Wtedy dowódca AK wydał rozkaz płk. Chruścielowi rozpoczęcia powstania w Warszawie następnego dnia o godz. 17.00.

Około pół godziny po zakończeniu tej odprawy u gen. Bora-Komorowskiego zameldował się płk Kazimierz Iranek-Osmecki – szef wywiadu AK. Oświadczył on dowódcy AK, że Sowieci zostali odrzuceni od Warszawy, a Niemcy przygotowują się do dalszego kontrataku. W dniach 30-31 lipca 1944 roku walki niemiecko-sowieckie toczyły się dokładnie o te same miejscowości podwarszawskie co w 1920 roku podczas wojny polsko-bolszewickiej. Sowieci, tak jak w 1920 roku, przegrali bitwę na przedpolach Warszawy i było oczywiste, że w najbliższych dniach, a może i tygodniach nie będą próbować ponownie zdobywać stolicy z marszu. O tym właśnie poinformował gen. Bora-Komorowskiego płk Iranek-Osmecki wieczorem 31 lipca 1944 roku.

Bór-Komorowski odpowiedział mu jednak, że na odwołanie rozkazu wybuchu powstania jest już za późno, co nie było prawdą. Do „godziny W” pozostały jeszcze około 20 godzin – wystarczająco dużo, żeby odwołać rozkaz powstania. Wychodząc z lokalu konspiracyjnego, Bór-Komorowski spotkał na schodach płk. Kazimierza Plutę-Czachowskiego – zastępcę szefa sztabu KG AK odpowiedzialnego za łączność – który zameldował, że „rozpoczęło się niemieckie przeciwuderzenie od Modlina”. Na to Bór-Komorowski odpowiedział: „Rozkaz został wydany. Zmieniać nie będę”. Wiedział, że rozkaz wybuchu powstania jest w tej sytuacji przedwczesny i że z wojskowego punktu widzenia należy go odwołać, ale tego nie uczynił.

Wybuchowi powstania w Warszawie był przeciwny Wódz Naczelny, gen. Kazimierz Sosnkowski – przebywający od 11 lipca 1944 roku we Włoszech na inspekcji II Korpusu Polskiego. W depeszy do władz polskich w Londynie z 31 lipca 1944 roku gen. Sosnkowski napisał, że „powstanie zbrojne byłoby aktem pozbawionym politycznego sensu, mogącym za sobą pociągnąć niepotrzebne ofiary”. Z polecenia prezydenta Władysława Raczkiewicza depesza ta jednak nie została wysłana do Warszawy. Zadecydowało o tym najprawdopodobniej stanowisko premiera Stanisława Mikołajczyka, który liczył na to, że podczas rozmów w Moskwie skłoni Stalina przy po mocy argumentu powstania w Warszawie do wycofania poparcia dla PKWN. Na Stalinie powstanie w Warszawie nie zrobiło jednak oczekiwanego wrażenia. Ponadto gen. Sosnkowski nie wydał dowództwu AK stanowczego rozkazu zakazującego podejmowania powstania.

W pierwszej depeszy, wysłanej do Londynu po wybuchu powstania, Delegat Rządu i dowódca AK napisali: „Wobec rozpoczęcia walk o opanowanie Warszawy prosimy o spowodowanie pomocy sowieckiej przez natychmiastowe uderzenie z zewnątrz”.

Jak można było oczekiwać natychmiastowego uderzenia wojsk sowieckich w sytuacji ich odparcia przez Niemców spod Warszawy, o czym Bór-Komorowski wiedział wieczorem 31 lipca 1944 roku? No i jak można było oczekiwać pomocy od tych, przeciwko którym politycznie zostało wymierzone powstanie? Czego przecież nie ukrywano. Gdzie tu było jakiekolwiek myślenie wojskowe i polityczne?

W relacji, którą na ręce Jana Matłachowskiego złożył 23 października 1972 roku płk Kazimierz Pluta-Czachowski jest mowa o tym, że Bór-Komorowski nie kazał sprawdzić informacji rozpowszechnianych po południu 31 lipca 1944 roku przez płk. Chruściela o rzekomej obecności Armii Czerwonej w miejscowościach podwarszawskich i rychłym zajęciu przez nią Pragi. Informacji zweryfikowanych negatywnie jeszcze tego samego dnia przez płk. Iranka-Osmeckiego i samego Plutę-Czachowskiego. W relacji Pluty-Czachowskiego jest też mowa o tym, że Bór-Komorowski przewidywał „po wyjściu Niemców z Warszawy utworzenie w rejonie Politechniki bastionu, na którym chciał stoczyć ostatnią walkę, tym razem z wojskami radzieckimi. Ta koncepcja okopów Świętej Trójcy nie była decyzją wojskową, nic nie miała wspólnego z wojskowym sposobem myślenia”.

Kiedy to czytam, znowu przychodzi mi na myśl Muzeum Powstania Warszawskiego, które jest nie tylko największą składnicą broni w Polsce, ale także miejscem jakiegoś przedziwnego kultu osoby Antoniego Chruściela „Montera” – dowódcy Okręgu Warszawskiego AK, awansowanego we wrześniu 1944 roku na stopień generalski, głównego – obok gen. Leopolda Okulickiego – sprawcy wybuchu Powstania Warszawskiego. Na ekspozycji muzealnej znajdują się jego mundur generalski oraz m.in. trzy Krzyże Orderu Wojennego Virtuti Militari, w tym jeden, jaki dostał za Powstanie Warszawskie. W centralnej części Muru Pamięci przy muzeum zainstalowano dzwon „Monter” z podobizną Antoniego Chruściela, który bije zawsze 1 sierpnia o godz. 17.00.

Dzwon ten bije jakby na trwogę wymordowanym i spalonym mieszkańcom Woli, zapomnianym w tym muzeum, znajdującym się przecież na Woli. Odgłos tego dzwonu musi też być chyba jakimś szyderstwem z żołnierzy AK, którym „Monter” powiedział na odprawie przed powstaniem, że mają zdobyć broń na Niemcach pięściami i kijami, a kto tego nie uczyni pójdzie pod sąd wojenny.

Odpowiedziała mu na to po latach uczestniczka powstania, poetka Anna Świrszczyńska (1909-1984), w wierszu „Żołnierz mówi do generała”:

Chodź ze mną, generale.

Pójdziemy razem

zdobywać pięściami

karabiny maszynowe i armaty.

Kazałeś mi przecież zdobywać pięściami

karabiny maszynowe i armaty.

Jan Matłachowski (1906-1989) w swoim studium „Kulisy genezy Powstania Warszawskiego” (Londyn 1978) napisał: „Prawda o Powstaniu Warszawskim unaocznia skutki niewłaściwego funkcjonowania mechanizmu selekcji i doboru, odnośnie stawiania właściwego człowieka na właściwym miejscu. Te wady naszego organizmu narodowego są schorzeniami zadawnionymi, powstałymi przez zaniedbywanie na przestrzeni całych stuleci zasad umiejętnego rządzenia się”.

Czy tylko? Data 5 sierpnia przywołuje nie tylko rzeź Woli. Przywołuje także egzekucję 5 sierpnia 1864 roku Romualda Traugutta i czterech innych członków przedostatniego Rządu Narodowego w Powstaniu Styczniowym. Po co Traugutt w ogóle angażował się w to powstanie? Przecież był mu przeciwny i był przeciwny Czerwonym, którzy je wywołali. Ponadto jako zawodowy oficer doskonale zdawał sobie sprawę, że osobnicy z kosami, pikami, strzelbami i chorągwiami kościelnymi nie pokonają największej armii ówczesnej Europy. Dokładną powtórką tego szaleństwa stało się 80 lat później Powstanie Warszawskie, którego sprawcy i uczestnicy zostali wychowani na kulcie Powstania Styczniowego. Jeżeli ludzie rozumni i rozsądni – których w Polsce zawsze było i jest mało – zamiast powiedzieć NIE, przyłączają się do szaleństwa w imię „patriotycznej” solidarności z szaleńcami lub ulegając szantażowi szaleńców – to o czym to świadczy?

Świadczy to o tym, że polską mentalność i kulturę polityczną od ponad dwóch stuleci kształtuje szantaż moralny. Nie wolno powiedzieć, że Walerian Łukasiński, Piotr Wysocki, Maurycy Mochnacki, czy Stefan Bobrowski byli przestępcami i szkodnikami, którzy pogrzebali szansę odbudowy polskiej państwowości już w XIX wieku. Należy powiedzieć, że to byli wielcy patrioci i zachwycać się ich cierpieniem dla Ojczyzny. Kto sądzi inaczej – nie jest godzien miana Polaka. Nie wolno powiedzieć, że Tadeusz Bór-Komorowski, Tadeusz Pełczyński, Leopold Okulicki, Antoni Chruściel, Jan Stanisław Jankowski i Stanisław Mikołajczyk byli zbrodniarzami, którzy sprowadzili straszne nieszczęście na własny naród. Kto by się ośmielił tak twierdzić – jest sowieckim albo rosyjskim agentem, któremu od razu najlepiej prześwietlić życiorys, zgodnie z bolszewickim zwyczajem przyswojonym w całości przez polską prawicę.

Tak działa szantaż moralny, który skutkuje tym, że wtłaczana do głów fałszywa historia kreuje fałszywą politykę. W ten sposób od ponad dwustu lat wykorzenia się w Polsce elementarną kulturę polityczną, tępi w zarodku logiczne myślenie oraz wysuwa na elitę ludzi miałkich, bez charakteru i wizji. W ten sposób doprowadza się do tego, że Polacy kierują się w swoich ocenach i działaniach wyłącznie emocjami. Sztuka rządzenia Polakami stała się sztuką wzniecania i wykorzystywania emocji. Obecny kult Powstania Warszawskiego, a także kult „żołnierzy wyklętych” („powstania antykomunistycznego”) są niczym innym jak narzędziami tego właśnie szantażu moralnego, który ma powstrzymywać Polaków przed samodzielnym myśleniem w kategoriach politycznych.

Kiedy myślę o Powstaniu Warszawskim, myślę też o niemal równoległym do niego Słowackim Powstaniu Narodowym (SNP, 29 sierpnia – 28 października 1944). Powstanie słowackie miało polityczne poparcie Stalina, a na pomoc spieszyły mu 1. i 4. Front Ukraiński Armii Czerwonej oraz Czechosłowacki Korpus Armijny – zatrzymane przez Niemców w krwawej bitwie na Przełęczy Dukielskiej (8 września – 30 listopada 1944). Wynika z tego prosty wniosek, że polityczne poparcie Stalina i militarne wsparcie Armii Czerwonej nie mogą być uznane za warunek konieczny i rozstrzygający dla wygrania jakiegokolwiek powstania. W SNP walczyła regularna armia słowacka (około 50 tys. żołnierzy), wsparta przez desant 2. Czechosłowackiej Samodzielnej Brygady Desantowej. Na lotnisku „Tri duby” („Trzy Dęby”) w Kotlinie Zwoleńskiej lądowały amerykańskie i radzieckie samoloty z zaopatrzeniem i bronią. A mimo to powstanie słowackie upadło.

Jest jeszcze jedna zasadnicza różnica pomiędzy Powstaniem Warszawskim a SNP. Straty. Po stronie polskiej zginęło 17 tys. żołnierzy AK i około 180 tys. mieszkańców Warszawy. Ponadto spośród 55 tys. warszawiaków deportowanych do niemieckich obozów koncentracyjnych prawdopodobnie zginęła połowa. Nieznana jest liczba ofiar śmiertelnych wśród pozostałych około 500 tys. warszawiaków wypędzonych przez Niemców ze stolicy. Straty Niemców i ich kolaborantów wyniosły – według meldunku von dem Bacha do Himmlera z 5 października 1944 roku – 1570 zabitych. Natomiast w powstaniu słowackim zginęło 1720 Słowaków (12 tys. w walkach partyzanckich toczonych do wiosny 1945 roku), a po stronie niemieckiej było 4,2 tys. zabitych. Nawet przegrane powstania trzeba umieć robić.

Bohdan Piętka 

Oświęcim, 8 sierpnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 33-34 (2201/2202), 12-19.08.2018, s. 14-15

Niech policzą nasze trupy. Elity intelektualne a Powstanie Warszawskie

Powstanie Warszawskie było największą – obok kampanii wrześniowej – polską klęską podczas drugiej wojny światowej. Zginęło w nim ok. 17 tys. powstańców oraz 150-200 tys. cywilów. Do tego trzeba dodać 55 tys. warszawiaków wywiezionych do niemieckich obozów koncentracyjnych, z których przynajmniej połowa nie dożyła końca wojny. Nie znamy i prawdopodobnie nigdy nie poznamy dokładnej liczby tych spośród 600 tys. cywilów wypędzonych z Warszawy, którzy zginęli podczas wojennej poniewierki. Straty materialne poniesione w wyniku powstania przez Warszawę oszacowano w 2004 roku na co najmniej 45,3 mld dolarów amerykańskich.

Przeciwnikiem powstania w Warszawie był m.in. dowódca II Korpusu Polskiego, gen. Władysław Anders. W liście do ppłk. Mariana Dorotycz-Malewicza „Hańczy” z 31 sierpnia 1944 roku nie szczędził ostrej krytyki dowództwu AK: „Byłem całkowicie zaskoczony wybuchem powstania w Warszawie. Uważam to za największe nieszczęście w naszej obecnej sytuacji. Nie miało ono najmniejszych szans powodzenia, a naraziło nie tylko naszą stolicę, ale i tę część Kraju, będącą pod okupacją niemiecką, na nowe straszliwe represje. (…) powstanie w ogóle nie tylko nie miało żadnego sensu, ale było nawet zbrodnią”[1].

Rację gen. Andersowi przyznał po latach emigracyjny historyk, prof. Jan Ciechanowski (1930-2016) – autor opracowań naukowych o Powstaniu Warszawskim krytycznych wobec dowództwa AK. Sam Ciechanowski walczył w powstaniu i został dwukrotnie ranny. Pod koniec życia wspominał, że matki krzyczały do żołnierzy AK: „Ty morderco naszych dzieci!”. „Tak naprawdę do wybuchu przez swoje naciski doprowadził gen. Okulicki, który chciał, abyśmy zajęli Warszawę. Ale myśmy jej zdobyć nie mogli! Mój pluton, który miał nacierać na Sejm posiadał 7 pistoletów, 3 karabiny i 40 granatów na 40 ludzi” – tłumaczył Ciechanowski.

Fakt nieprzygotowania militarnego i politycznego walki podjętej przez AK o stolicę oraz wynikające z tego skutki dostrzegli także ludzie ówczesnej elity intelektualnej. Niektórzy z nich zdobyli się na wyrażenie ostrej krytyki, pretensji, osobistego bólu. Ich świadectwo – wydane w czasie powstania, jak i po wojnie – przeczy współczesnej oficjalnej narracji o Powstaniu Warszawskim, która w najbardziej skrajnej wersji przedstawia je jako wielkie zwycięstwo moralne.

Wstrząsające swoją wymową oskarżenie pod adresem dowództwa AK sformułowała poetka Anna Świrszczyńska (1909-1984) – uczestnicząca w powstaniu jako sanitariuszka. W jej wierszu „Żołnierz mówi do generała” pojawia się zdumiewający obraz żołnierza AK, który wzywa generała, żeby razem wykonali rozkaz zdobycia pięściami karabinów i armat.

Tomasz Łubieński w wydanym po raz pierwszy w 2004 roku eseju „Ani tryumf, ani zgon. Szkice o Powstaniu Warszawskim” tak wyjaśnił motyw tego wiersza: „Dowódcy Powstania [gen. Antoniemu Chruścielowi „Monterowi”– uzup. BP] przypisywane są słowa wypowiedziane na jakiejś odprawie, które brzmią nieprawdopodobnie w ustach wojskowego: »Musicie sobie zdobyć broń, idąc nawet z kijami i pałkami, a ci, którzy są do tego niezdolni, pójdą pod sąd«. Odpowiedziała, może to nawet osobiście »Monterowi«, uczestniczka Powstania poetka Anna Świrszczyńska. W tomiku wierszy Budowałam barykadę jest bowiem taki fragment: »Generale, chodźmy gołymi pięściami zdobywać karabiny maszynowe i armaty«. Dowództwo Powstania, które popełniło tak wiele błędów, mogłoby zachowując żołnierską twardość przemawiać bardziej po ludzku, spuścić z tonu”.

Czytelne oskarżenie zawiera też wiersz Świrszczyńskiej pt. „Niech liczą trupy”:

Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki

niech policzą teraz nasze trupy.

Niech pójdą przez ulice

których nie ma

przez miasto

którego nie ma

niech liczą przez tygodnie przez miesiące

niech liczą aż do śmierci

nasze trupy.

Z tym wierszem koresponduje inna refleksja Tomasza Łubieńskiego, który uznał za smutne to, że dowódcy powstania aż do śmierci „nie dopuścili do siebie żadnej samokrytycznej refleksji, jakiegoś prywatnego pytania, czy jednak mieli dość racji robiąc Powstanie? Pozostali do końca, mówiąc romantycznie aż po grób, wierni swojej decyzji, mimo że pomyłka w rachubach czy nadzieja okazała się druzgocąca. Mało, że się pomylili, to jeszcze z wierności swojej pomyłce uczynili swój święty obowiązek”.

Ogrom cierpień walczącej stolicy realistycznie oddaje notatnik prowadzony podczas powstania przez 80-letnią Marię Rodziewiczównę (1864-1944), która zmarła miesiąc po kapitulacji Warszawy. Pod datą 25 sierpnia 1944 roku czytamy: „Stare Miasto zburzone i spalone, ale trwa AK w ruinach”. Natomiast pod datą 17 września 1944 roku pisarka informuje: „Warszawa bez kropli wody – po gardło w kale i moczu, i w plwocinach”.

„Jakaś kobieta ciężko ranna dwa tygodnie leżała w piwnicy, odżywiając się olejem i wodą. Kiedy jej dano coś do zjedzenia, zwymiotowała i zaraz umarła” – odnotował z kolei 27 września 1944 roku pisarz i dziennikarz Eugeniusz Szermentowski (właśc. Schummer, 1904-1970). Wspomniał też o szokujących okrucieństwem zbrodniach formacji kolaboracyjnej Bronisława Kamińskiego. Pisarka Larysa Zajączkowska-Mitznerowa (1918-1987) – politycznie związana z PPS – wybuch powstania powitała z entuzjazmem: „Dziś się rozpoczęło. Przyszło to, o czym się marzyło (…)”. Ale jest to jedyny tak optymistyczny zapis w jej diariuszu. Potem z każdym dniem jest już tylko gorzej. Nie ma prądu i wody. Ludność cywilna jest barbarzyńsko masakrowana przez Niemców. Ci, którzy nie zginą z ręki wroga – umierają na tyfus, grypę i czerwonkę. Albo po prostu z głodu. Wszędzie śmierdzą rowy kloaczne.

Leopold Buczkowski (1905-1989) – prozaik, poeta, artysta grafik i rzeźbiarz oraz żołnierz powstania – też nie cofnął się przed krytyką dowództwa AK za wydanie rozkazu walki. Poszedł jednak dalej i w swoim dzienniku, zatytułowanym „Powstanie na Żoliborzu”, nie oszczędził słów potępienia aliantom zachodnim oraz papieżowi. Pisał z irytacją: „Co autorytety na to? Co znaczy papież? Co znaczy każdy inny autorytet? Gówno – wszystko zbombardowane – mordują masowo Polaków od granicy wschodniej po zachodnią. Co to się dzieje? Czy to nie granda międzynarodowa? Dlaczego dopiero teraz zastanawiają się, czy uznać AK za kombatantów? (…) Porównaj wysiłek naszego chłopca z AK – drobnego, niedożywionego przez 5 lat, z pistoletem, pełniącego służbę bojową 20-kilka dni bez odpoczynku? A żołnierz brytyjski? A inny? Nie bądźcie świniami szanowni panowie! Zbłaźnicie się historycznie!”

Zaskakująco odmiennie patrzyła na kwestie polityczne w swoich zapiskach z tego okresu Maria Dąbrowska (1889-1965). Jej oceny były niemal zbieżne ze stanowiskiem dowództwa AK. Tak jak generałowie AK, Dąbrowska nie życzyła sobie 27 lipca 1944 roku wyzwolenia Warszawy przez Armię Czerwoną: „Przechodząc Alejami Jerozolimskimi, musiałam długo czekać, aby móc przejść przez jezdnię, gdyż wojsko i armaty szły bez końca na Pragę, znów tak jak w 1941 r. – na wschód. Podobno Niemcy pchnęli na front warszawski nowe 10 dywizji. O losie nasz tragiczny, że musimy to słyszeć z ulgą – i raczej się z tego cieszyć. Myśl o inwazji bolszewickiej jest najzupełniejszym koszmarem”.

Dwa ostatnie zdania szokują, ale jeszcze bardziej szokująca jest informacja zawarta w zacytowanym fragmencie „Dzienników” wielkiej polskiej pisarki. Skoro nawet Maria Dąbrowska potrafiła pod koniec lipca 1944 roku zauważyć, że Niemcy opanowali początkową panikę i ściągnęli do Warszawy świeże siły, to jak to się stało, że nie zauważyła tego generalicja AK, wydając rozkaz walki w najmniej sprzyjającym momencie?

Kiedy jednak koszmarem stało się rozpoczęte w Warszawie powstanie, mające przecież w intencji jego inicjatorów nie dopuścić właśnie do „inwazji bolszewickiej”, Dąbrowska – tak jak dowództwo AK – zaczęła wyrażać pretensje pod adresem Stalina, że do „inwazji bolszewickiej” nie doszło. Pisała: „Wszyscy komentują łajdacką postawę Moskali, którzy umyślnie zatrzymali swoje wejście do Warszawy, aby Niemcy mogli nas grzebać. Ich lotnictwo, które nas tak przedtem nękało terrorystycznymi nalotami, męczącymi całe dzielnice, nie przyszło nam z pomocą. Ani jeden samolot sowiecki od wybuchu powstania nie pojawił się nad miastem. Zapewne Stalin używa tego jako atutu wobec Mikołajczyka”.

Niektórzy uczestnicy i świadkowie Powstania Warszawskiego z kręgu elit intelektualnych pokusili się o jego głębszą analizę polityczną. Pisarz i krytyk sztuki Zbigniew Florczak (1923-2005) – w 1944 roku żołnierz powstania – na łamach londyńskich „Wiadomości” w 1947 roku postawił tezę, że do powstania nie należało dopuścić tak ze względów politycznych, jak i wojskowych. Jego zdaniem „błąd był w intencji samej, a błędy wykonania były jedynie konsekwentną zemstą wypadków, tak lekkomyślnie sprowokowanych”. Swoje rozważania zakończył oskarżeniem: „Kiedy się ogarnia wspomnieniem tę gigantyczną improwizację, przychodzi na myśl, że była ona śmiertelną zniewagą i nadużyciem zaufania całego kraju, pogrążonego od pięciu lat w konspiracji. Bo Kraj wierzył w dokładny, cudownie precyzyjny jak mechanizm zegarka plan akcji i miał prawo w taki plan wierzyć”.

Uczestnikiem powstania, podczas którego został ranny, był też Stefan Kisielewski (1911-1991) – pisarz i publicysta, który w PRL nie ukrywał swojej niechęci do panującego ustroju. Po raz pierwszy Kisielewski ocenił powstanie we wrześniu 1945 roku na łamach „Tygodnika Powszechnego”: „Powstanie warszawskie nie było aktem dojrzałej męskości: było aktem zniecierpliwienia, młodzieńczej niepowściągliwości. I dlatego przyniosło szkodę podstawowemu aksjomatowi patriotyzmu, jakim jest – istnienie narodu ponad wszystko. Walka o honor kosztem 30% polskiego potencjału kulturalnego i gospodarczego była poniekąd aktem psychicznego egoizmu, krótkowzroczności, nieopanowania i – nieprzemyślenia”. Po raz drugi Kisielewski wrócił do tego tematu w 1949 roku. Napisał wówczas w „Tygodniku Powszechnym”: „Istotą myśli politycznej, jaka stała u założeń Powstania Warszawskiego, była próba realizowania – niemożliwości. (…) Jeśli polityka jest realizowaniem możliwości, to w założeniach Powstania Warszawskiego polityki nie było: był to czyn – antypolityczny, antykonstruktywny, jałowy, niszczycielski gest, to na pewno nie jest polityka”.

Podobnie krytyczną ocenę sformułował Jan Dobraczyński (1910-1994) – pisarz i działacz polityczny związany przed wojną i podczas wojny ze Stronnictwem Narodowym, a w Polsce Ludowej ze Stowarzyszeniem PAX, oficer AK i uczestnik powstania. W artykule „List do nieobecnego”, opublikowanym w sierpniu 1947 roku na łamach PAX-owskiego tygodnika „Dziś i Jutro”, pisał: „Wiedzieliśmy, że stoimy wobec czegoś co pachnie tragedią (…). Nie to było grzechem organizatorów powstań, że »mierzyli siły na zamiary«, ale to, że zamiary ich nie były mądre, a właściwie nawet, że zapytani o swe zamiary, nie umieli dać odpowiedzi, bo nie wiedzieli dobrze do czego dążą”.

Czesław Miłosz (1911-2004) nie uczestniczył w Powstaniu Warszawskim, ale był jego bezpośrednim świadkiem. W eseju biograficznym „Rodzinna Europa” (Paryż 1958) dał bardzo osobistą i zarazem jedną z najbardziej wstrząsających ocen powstania, za którą był wielokrotnie krytykowany: „Powstanie było przedsięwzięciem karygodnie lekkomyślnym, jakkolwiek dwieście tysięcy trupów zawsze waży na szali i nie da się odgadnąć, jak legenda, przekształcając się, działa w ciągu następnych dziesięcioleci i stuleci. Być może, gdyby mi dano sposób, wysadziłbym ten kraj w powietrze, żeby matki nie opłakiwały już zabitych na barykadach siedemnastoletnich synów i córek (…). Bo jest gatunek litości, którego nie można udźwignąć, i wtedy wysadza się jej przedmiot w powietrze przynajmniej subiektywnie, tj. owłada nami jedno jedyne pragnienie: żeby nie patrzeć”.

Krytyków Powstania Warszawskiego nie zabrakło również wśród tych intelektualistów, którzy nie byli jego uczestnikami lub bezpośrednimi świadkami, ale zewnętrznymi obserwatorami.

Pisarz i historyk Paweł Jasienica (właśc. Leon Lech Beynar, 1909-1970) uczestniczył w lipcu 1944 roku jako oficer AK w Operacji „Ostra Brama” – wystąpieniu bliźniaczo podobnym do Powstania Warszawskiego – nazywanym też czasem „powstaniem wileńskim”. Po wojnie krótko walczył w partyzantce antykomunistycznej. Następnie zabiegał o wyjście młodych ludzi z podziemia i w swojej publicystyce zwalczał u Polaków romantyczne podejście do rzeczywistości. W tym właśnie duchu sformułował w 1949 roku na łamach „Tygodnika Powszechnego” negatywną i wymowną opinię o zrywie powstańczym w Warszawie: „Jakżeby inaczej wyglądało dziś życie w Polsce, gdyby nie warszawskie cmentarzysko. Nie ma takiej dziedziny życia narodowego, która by tego ciężaru nie czuła. Powstanie warszawskie było wymierzone militarnie przeciwko Niemcom, politycznie przeciwko Sowietom, demonstracyjnie przeciw Anglosasom, a faktycznie przeciw Polsce”.

Publicysta, dyplomata i polityk Ignacy Matuszewski (1891-1946) – politycznie związany z obozem piłsudczykowskim – w artykule opublikowanym 1 sierpnia 1946 roku (na dwa dni przed swoją śmiercią) na łamach wychodzącego w Detroit „Dziennika Polskiego”, jako jeden z pierwszych dokonał rozróżnienia pomiędzy heroizmem walczącej Warszawy, a przywódcami, którzy spowodowali klęskę. „Wszystko, co w powstaniu było zwycięstwem, jest tryumfem tych, co w murach Warszawy walczyli. Wszystko, co w powstaniu warszawskim jest klęską, spada odpowiedzialnością na tych, co z daleka powstańcom kazali iść ku zgubie” – pisał Matuszewski.

Pisarz i eseista Andrzej Bobkowski (1913-1961) w opublikowanym w 1957 roku przez Instytut Literacki w Paryżu eseju biograficznym „Szkice piórkiem (Francja 1940-1944)” także nie oszczędził gorzkich słów Powstaniu Warszawskiemu: „Boję się wymówić słowo »bezsens«, ale samo podsuwa się na każdym kroku, gdy o tym myślę. Drugie słowo, którego się boję, a które też ciągle brzęczy w głowie to »prowokacja«. Na czyj rozkaz i po co Warszawa zerwała się do walki? Największe bohaterstwo, gdy jest bezcelowe, budzi gorzkie politowanie i nic więcej. Mówi się o nim jak o bohaterstwie szaleńca, który rzuca się pod pociąg, by go zatrzymać”.

Krytycznie do powstania odnosił się twórca paryskiej „Kultury” – Jerzy Giedroyć (1906-2000). W 1944 roku – jako żołnierz II Korpusu Polskiego – uznał zryw powstańczy w Warszawie za „katastrofę pogłębiającą beznadziejną sytuację Polski”. Na łamach paryskiej „Kultury” została w 1951 roku opublikowana recenzja książki gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego pt. „Armia Podziemna” oraz trzeciego tomu wydawnictwa „Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej”. Jej autor – Tadeusz Sołowij – wyraził się następująco: „Decyzję powstania podjęli w Kraju i Londynie ludzie karmiący się złudzeniami, nie mającymi żadnego pokrycia w ówczesnej sytuacji międzynarodowej. Wykonano ją w momencie, który przesądził z góry o klęsce planu, któremu powstanie miało służyć”.

Do Powstania Warszawskiego zaraz po wojnie odniósł się pisarz Stanisław Cat-Mackiewicz (1896-1966) – jeden z najbardziej znanych publicystów emigracyjnych występujących z pozycji realizmu politycznego. W opublikowanym w 1945 roku eseju „Lata nadziei. 17 września 1939 – 5 lipca 1945” nie szczędził słów krytyki rządowi londyńskiemu i dowództwu AK: „(…) ostatecznie nie byłoby powstania Warszawy, gdyby nasz rząd i nasze władze wojskowe w Londynie i w Warszawie nie chciały tego powstania. W tej sprawie nie ma winnego, są tylko winni i współwinni”.

Krytykę powstania z pozycji realizmu politycznego uprawiali po wojnie również liczni autorzy o orientacji endeckiej. Wśród nich znajdował się m.in. polityk i pisarz Jędrzej Giertych (1903-1992). W wydanej w 1986 roku w Londynie książce „Tysiąc lat historii polskiego narodu” Giertych postrzegał Powstanie Warszawskie jako dzieło ludzi będących „wyznawcami ideologii powstańczej, wedle której, w imię irracjonalnych wyobrażeń i uczuć, każde pokolenie polskie powinno ozdobić swoje życie zrobieniem powstania (…)”. Zwrócił uwagę, że powstaniu „były przeciwne zarówno kierownicze czynniki polityczne i rządowe polskie w Londynie, jak przeważna część patriotycznego społeczeństwa w kraju, rozumiejąca, że powstanie to żadnego pożytku Polsce nie przyniesie”. Argumentował, że podjęcie walki w stolicy „przyniosło tylko polityczną szkodę. Gdyby się Warszawa, objęta powstaniem, doczekała przybycia armii sowieckiej – co było nadzieją złudną – armia ta potrafiłaby rządy powstańcze w Warszawie skutecznie obezwładnić i usunąć”. Potrafił też zauważyć, że „Warszawa została po wojnie odbudowana. Jest wielką zasługą tych, co Polską od 1945 roku rządzili, że się na to wielkie dzieło zdobyli”.

Z powyższymi opiniami współbrzmią współcześnie oceny filozofa, prof. Bogusława Wolniewicza (1927-2017), które sformułował pod koniec życia: „Powstanie Warszawskie to była straszliwa katastrofa, którą przywódcy polscy – ci na emigracji i ci w kraju – ściągnęli na własny naród. 30 lipca Mikołajczyk przybył do Moskwy na rozmowy ze Stalinem. Uroił sobie, że mając w Warszawie zwycięskie powstanie będzie mógł z nim rozmawiać z pozycji siły. Sosnkowski, wódz naczelny, tchórzliwie zrobił unik i pojechał na inspekcję do Włoch, jakby to wtedy była sprawa najpilniejsza. Decyzję co do wybuchu zwalili na Komorowskiego, Jankowskiego, Pełczyńskiego i Okulickiego, a ci rozumem nie błysnęli – ani politycznym, ani strategicznym, ani żadnym innym”.

Wspomniany Tomasz Łubieński wyraził pogląd, że klęska powstania „zwiększyła groźbę zamienienia Polski w 17. republikę (gdyby taki plan miał być urzeczywistniony). Upływ najlepszej krwi osłabił wolę świadomego oporu”.

W ostatniej dekadzie do krytyków Powstania Warszawskiego dołączyli niektórzy prawicowi publicyści i historycy, znani z radykalnego antykomunizmu i krzewienia mitu „żołnierzy wyklętych”. Autorzy ci – posiłkując się krytyką Powstania Warszawskiego z pozycji realizmu politycznego – kreują jednocześnie mit powojennego „powstania antykomunistycznego”, politycznie przecież bardziej nierealistycznego niż zryw w stolicy z sierpnia 1944 roku. W ich narracji AK staje się powoli formacją mniej liczną niż „żołnierze wyklęci” i niewygodną politycznie, ponieważ walczącą z Niemcami, a nie z ZSRR i komunizmem. Trudno się w związku z tym oprzeć refleksji, że historia w Polsce nie uczy życia i myślenia politycznego ludzi aspirujących do bycia elitą polityczną.

Literatura:

S. Cat-Mackiewicz, Lata nadziei. 17 września 1939 – 5 lipca 1945, Kraków 2012.

Ciołkoszowa: powstańcze obrachunki, „Krytyka Polityczna”, http://www.krytykapolityczna.pl, 11.08.2013.

M. Dąbrowska, Dzienniki 1914-1965, t. 5 (1942-1947), Warszawa 2009.

J. Engelgard, M. Motas (red.), W imię czego ta ofiara? Obóz Narodowy wobec Powstania Warszawskiego, wyd. II, Warszawa 2017.

T. Łubieński, Ani tryumf, ani zgon. Szkice o Powstaniu Warszawskim, Warszawa 2009.

Z. Pasiewicz (oprac.), Dzienniki z Powstania Warszawskiego, Warszawa 2004.

Odpowiedzialni za Powstanie powinni byli stanąć przed sądem wojennym. Z prof. Bogusławem Wolniewiczem rozmawiają Rafał Pazio i Tomasz Sommer, http://www.nczas.com, 1.08.2014.

A. Świrszczyńska, Budowałam barykadę, Warszawa 1974.

[1] Cyt. za: N. Davies, Powstanie’44, Kraków 2004, s. 466.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 1 sierpnia 2018 r.

Przegląd” nr 31 (969), 30.07-5.08.2018, s. 8-13.

W obronie obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza

W numerze 19-20 (6-13.05.2018) „Myśli Polskiej” został opublikowany mój artykuł pt. „Czy Józef Cyrankiewicz popełnił nikczemne czyny?” Ustosunkowałem się w nim do dyskredytowania obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza przez antykomunistyczną publicystykę prawicową. Bezpośrednią przyczyną napisania tego artykułu było przywołanie tez tej publicystyki przez Magdalenę Ziętek-Wielomską w jej artykule pt. „Mieczysław F. Rakowski: polityczny emisariusz pomiędzy Warszawą a Berlinem”, który ukazał się w numerze 15-16 (8-15.04.2018) „Myśli Polskiej”.

Wiem, że Autorka odebrała mój artykuł jako polemikę z nią samą i jej krytykę. Jej mąż, prof. Adam Wielomski, napisał na facebooku: „Cóż, moja Żona wcale nie pomawiała Cyrankiewicza o taką agenturalność, a jedynie napisała, że krążą takie tezy, które potwierdzałyby tezę z jej tekstu. Czy Cyrankiewicz był niemieckim agentem, to nie wiem i zupełnie nie mam pojęcia. Ale, że takie pogłoski czy wręcz zapewnienia chodzą w rozmaitych publikacjach, to akurat rzecz jak najbardziej prawdziwa i nie wiem z czym tu polemizować? A już zarzucać jej sympatie do obozu »prawdziwych patriotów«, to wręcz skrajna przesada!!!”

Nie zarzucam i nigdy nie zarzucałem pani Magdalenie Ziętek-Wielomskiej sympatii do obozu „prawdziwych patriotów” (użyłem określenia radykalna prawica „niepodległościowa”). Odniosłem się jedynie do tego, że pani Magdalena zacytowała w swoim artykule najważniejsze niedorzeczności (delikatnie rzecz nazywając), które to środowisko rozpowszechnia od wielu lat na temat obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza. Nie wnikałem w to czy pani Magdalena zacytowała je w dobrej wierze czy nie. Nie polemizowałem w tym artykule z Autorką na temat obozowej działalności Cyrankiewicza, ale z przywołanymi przez nią tezami, których autorów zidentyfikowałem (podałem trzy reprezentatywne nazwiska). Wyjaśniłem też dlaczego poruszyłem sprawę dyfamacji obozowej przeszłości Cyrankiewicza przez hunwejbinów dekomunizacji.

Tu nie chodzi o postać późniejszego premiera PRL, ale o historię polskiego, obozowego ruchu oporu. To dobre imię tej – wyjątkowej w skali okupowanej Europy – konspiracji (Cyrankiewicz stanął w 1944 roku na czele całości obozowej konspiracji) jest profanowane bezpodstawnymi i cynicznymi zarzutami pod adresem samego Cyrankiewicza. Nie dziwmy się potem, że Polsce czy Polakom są przypisywane na Zachodzie zbrodnie nazistowskie. Tu rzecz idzie nie o „pogłoski”, które „chodzą w rozmaitych publikacjach” (należy uzupełnić, że wyłącznie w publikacjach prasowych, a także w prawicowym Internecie), ale o fakty historyczne ustalone przez historyków zajmujących się profesjonalnie przez kilkadziesiąt lat historią KL Auschwitz i historią obozowego ruchu oporu. Dwóch z nich – mających największe zasługi w tej dziedzinie – obszernie zacytowałem.

W odbiorze skrajnych środowisk antykomunistycznych Cyrankiewicz po prostu przeszkadza współczesnemu kultowi Witolda Pileckiego. Należy podkreślić, że kultowi coraz bardziej przejaskrawionemu i nawet już groteskowemu (pojawiła się m.in. w tych środowiskach inicjatywa beatyfikacji i kanonizacji Pileckiego). Dlatego skrajnie antykomunistyczna prawica uznała, że trzeba po prostu unicestwić przeszłość obozową Cyrankiewicza, która jest piękną kartą polskiej konspiracji w Auschwitz. To jednak już dla tych ludzi nie ma znaczenia.

Komentarze, jakie pojawiły się w prawicowym Internecie na temat mojego artykułu, broniącego dobrego imienia Józefa Cyrankiewicza, pokazują jak ciężko jest przebić się do świadomości „obozu patriotycznego” z oczywistymi i udokumentowanymi faktami. Dowiedziałem się zatem, że „lewicowe zwichnięcie autora determinuje go do tendencyjnego kreowania historii”, jestem „chamokomuchem”, a mój artykuł to „typowa reakcja komuchów na próbę oceny komunistycznego aparatczyka”. Jedna z czytelniczek wyraziła zdziwienie, że „w PRL byli suwerenni i solidni historycy, którzy naukowo i obiektywnie zbadali dzieje obozowej przeszłości najdłużej piastującego swe stanowisko peerelowskiego premiera”. Odpowiadam: tak – w PRL i później byli w Oświęcimiu suwerenni i solidni historycy, którzy rzetelnie zbadali nie tylko dzieje obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza. Adam Cyra – jeden z badaczy historii konspiracji więźniarskiej w Auschwitz, który wykluczył możliwość współpracy Cyrankiewicza z Niemcami – był w PRL działaczem „Solidarności”, a także pierwszym biografem Pileckiego i przywrócił jego postać pamięci historycznej. Ponadto działał wtedy także suwerenny (bezpartyjny) dyrektor oświęcimskiego muzeum – były więzień Auschwitz i Mauthausen Kazimierz Smoleń (1920-2012).

Mnie interesuje tylko prawda, a nie taka czy inna polityka historyczna. Dlatego bronię i będę bronił obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza. Unicestwianie tej przeszłości ma charakter wielowymiarowy. W poprzednim artykule odniosłem się tylko do pomawiania Cyrankiewicza o rzekomą współpracę z gestapo w obozie oraz rzekomy współudział w śmierci Pileckiego. Jednakże fantazja jego kalumniatorów jest bardzo bogata, a środki dyfamacji nieprzebrane. Sądzę, że opracowania Adama Cyry i Henryka Świebockiego na temat konspiracji więźniarskiej w Auschwitz oraz opracowanie prof. Ireny Paczyńskiej na temat grypsów wysyłanych z obozu przez Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego obecnie już nie wystarczą. W sytuacji trwającego nieustannie odbierania Cyrankiewiczowi dobrego imienia potrzebne będzie jeszcze bardziej dogłębne opracowanie naukowe jego losów obozowych i działalności konspiracyjnej w obozie.

Wśród kłamstw preparowanych przez różnych prawicowych autorów na temat przeszłości późniejszego premiera PRL nie mogło zabraknąć oczywiście także tego, że Cyrankiewicz był Żydem i rzekomo nazywał się Cymerman. W rzeczywistości pochodził z polskiej, katolickiej, patriotycznej i dobrze sytuowanej rodziny. Ojciec Józefa Cyrankiewicza – także Józef – prowadził firmę geodezyjną, która świadczyła usługi przy budowie dróg i mostów oraz regulacji rzek. Rodzina Cyrankiewiczów nigdy nie skłaniała się ku lewicy. Ojciec przyszłego premiera PRL początkowo sympatyzował z endecją i Chrześcijańską Demokracją, a potem ze Stronnictwem Pracy[1]. Brat Józefa Cyrankiewicza – lekarz Jerzy Cyrankiewicz (1920-1960) – był podczas studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim działaczem Młodzieży Wszechpolskiej. W czasie drugiej wojny światowej walczył w szeregach Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich (m.in. w Tobruku) i 2. Korpusie Polskim. Po wojnie nie powrócił do Polski. Osiadł w Wielkiej Brytanii, gdzie zmarł tragicznie w wieku 40 lat.

Józef Cyrankiewicz związał się jednak z lewicą, ale przecież z lewicą demokratyczną i niepodległościową. W 1933 roku został członkiem Polskiej Partii Socjalistycznej. Jego politycznymi mentorami byli tacy działacze PPS jak Adam Ciołkosz, Ignacy Daszyński, Zygmunt Marek i Zygmunt Żuławski. Sam Cyrankiewicz jeszcze przed wojną stał się znanym politykiem PPS. W 1935 roku, gdy miał 24 lata, wybrano go sekretarzem Okręgowego Komitetu Robotniczego w Krakowie. Podczas kampanii wrześniowej 1939 roku walczył jako dowódca baterii artylerii konnej w szeregach Armii „Kraków”. Po klęsce wrześniowej uciekł z transportu jenieckiego razem z późniejszym dyrektorem Radia Wolna Europa, Janem Nowakiem-Jeziorańskim, co ten opisał w swoich wspomnieniach[2].

O pięknych kartach konspiracyjnej działalności Cyrankiewicza w PPS-WRN i ZWZ/AK oraz w konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz pisałem szerzej w poprzednim artykule. Dodać do tego należy, że w latach 1939-1941 Cyrankiewicz był bliskim współpracownikiem Kazimierza Pużaka (1883-1950), najwybitniejszego obok Zygmunta Zaremby polskiego socjalisty niepodległościowego i antykomunistycznego. Gdyby nie aresztowanie i deportacja do KL Auschwitz, Cyrankiewicz zostałby zastępcą Delegata Rządu na Kraj z ramienia PPS-WRN i kto wie jak potoczyłyby się jego losy. Być może w 1945 roku zasiadałby na ławie oskarżonych w moskiewskim procesie szesnastu razem z Pużakiem, Janem Stanisławem Jankowskim i Leopoldem Okulickim.

Jan Karski, którego Cyrankiewicz w 1940 roku uratował z rąk gestapo, wspominał że przyszły premier PRL „był wówczas najinteligentniejszym z polskich przywódców, z Sikorskim włącznie. Mądry, spokojny, przewidujący. Widziałem w nim wschodzącą gwiazdę socjalizmu”[3].

W KL Auschwitz Cyrankiewicz początkowo kierował konspiracją polskich więźniów-socjalistów, czyli Organizacją Bojową PPS. Oprócz niego czołową rolę w tej strukturze odgrywali Adam Kuryłowicz i Konstanty Jagiełło, potem także Tadeusz Hołuj i Lucjan Motyka. Po pewnym czasie z grupą polskich więźniów-socjalistów nawiązała kontakt grupa austriackich więźniów-komunistów, takich jak Ernst Burger, Franz Danimann, Heinrich Dürmayer, Rudolf Friemel, Hermann Langbein i Ludwig Vesely. W ten sposób w maju 1943 roku powstała Grupa Bojowa Oświęcim (Kampfgruppe Auschwitz), druga w tym czasie obok Związku Organizacji Wojskowej-Armii Krajowej największa organizacja konspiracji więźniarskiej w obozie.

Od tego też czasu zaczyna się stopniowa ewolucja Cyrankiewicza od socjalizmu demokratycznego w kierunku lewicy komunistycznej. Nie od razu jednak przyszły premier PRL stał się komunistą i przyjacielem ZSRR. W Kampfrgruppe Auschwitz działali więźniowie-Polacy (także ci, którzy nie reprezentowali poglądów lewicowych), Austriacy, Czesi, Francuzi, Niemcy i Żydzi. W obozie istniała też grupa konspiracyjna więźniów radzieckich, którą kierował oficer polityczny Armii Czerwonej, mjr Aleksander Lebiediew (więzień nr 88349). Niechętny do współpracy z więźniami radzieckimi był jednak Józef Cyrankiewicz. Wedle relacji złożonej w 1990 roku przez Ukraińca Władimira Wiazmitinowa (więzień nr 181953), który z polecenia Lebiediewa nawiązał w pierwszej połowie 1944 roku kontakt konspiracyjny z Cyrankiewiczem, przyszły premier PRL odrzucił możliwość współpracy oświadczając: „My wam Katynia nigdy nie zapomnimy”[4]. Taki był wówczas stosunek Cyrankiewicza do ZSRR.

Katalog niedorzeczności wygłaszanych w Polsce po 1989 roku na temat działalności konspiracyjnej Cyrankiewicza w KL Auschwitz jest długi i w tym artykule będę mógł podać tylko najbardziej reprezentatywne przykłady tych oszczerstw. Oskarża się np. Cyrankiewicza o to, że ponoć zadenuncjował przed obozowym gestapo 54 członków kierownictwa ZOW-AK w obozie, którzy zostali następnie rozstrzelani 11 października 1943 roku pod Ścianą Śmierci na dziedzińcu bloku 11 w obozie macierzystym KL Auschwitz I. Adam Cyra ustalił jednak, że denuncjacji kierownictwa ZOW-AK dokonali agenci obozowego gestapo – Jerzy Krzyżanowski i Stefan Olpiński. „Jerzy Krzyżanowski uciekł z obozu i pod przybranym nazwiskiem Jerzy Czerniawski pojechał do Warszawy, gdzie skontaktował się z rodzinami osób uwięzionych w Auschwitz, które obdarzyły go zaufaniem i wtajemniczyły w sprawy związane z konspiracją obozową. Po powtórnym aresztowaniu wrócił do Auschwitz pod nazwiskiem Mieczysław Jelec i stał się niebezpiecznym konfidentem, który przyczynił się do egzekucji 54 więźniów, w tym przywódców ZOW, 11 października 1943 r. Potwierdzają to w powojennych wspomnieniach byli więźniowie obozu, np. dr Rudolf Diem” – stwierdził Adam Cyra[5].

Należy podkreślić, że to właśnie Józef Cyrankiewicz przekazał w grypsie-meldunku nr 44 informację o egzekucji kierownictwa ZOW-AK do wiadomości komitetu Pomoc Więźniom Obozów Koncentracyjnych w Krakowie (była to komórka AK kierowana przez Teresę Lasocką-Estreicher i działacza PPS-WRN Adama Rysiewicza). Dwa miesiące po tej egzekucji Cyrankiewicz sam trafił do aresztu obozowego w bloku 11 (Bloku Śmierci) na skutek donosu konfidentów obozowej placówki gestapo Stanisława Dorosiewicza i Stanisława Wierusza-Kowalskiego. O mało nie został wtedy rozstrzelany pod Ścianą Śmierci. Życie uratowała mu zmiana na stanowisku komendanta obozu.

Tadeusz M. Płużański rozpowszechniał informację zasłyszaną od dr. Rafała Brzeskiego, którą ten z kolei słyszał od przedwojennego PPS-owca Timofieja Jarugi, że znany działacz PPS Stanisław Dubois (więzień nr 3904, w obozie jako Stanisław Dębski) rzekomo twierdził, iż „Tor” (jeden z pseudonimów Cyrankiewicza) miał być widziany podczas rozmowy z szefem wydziału politycznego (obozowa placówka gestapo), Maximilianem Grabnerem, bez wiedzy dowództwa konspiracji więźniarskiej. Problem w tym, że Dubois został rozstrzelany pod Ścianą Śmierci 21 sierpnia 1942 roku, a Cyrankiewicz przybył do obozu 4 września 1942 roku.

Witold Pilecki – wedle opowiadań Timofieja Jarugi – miał dać do zrozumienia „Torowi”, że wie o jego denuncjacjach do wydziału politycznego. Jednakże Cyrankiewicz i Pilecki nigdy nie spotkali się w obozie. Ponadto, gdyby Pilecki rzeczywiście coś wiedział o współpracy Cyrankiewicza z obozowym gestapo, to napisałby o tym w słynnym „Raporcie Witolda”, a nie opowiadał po wojnie bliżej nieznanemu Timofiejowi Jarudze. Wspomniane wyżej oskarżenie Cyrankiewicza o spowodowanie egzekucji kierownictwa ZOW-AK w Auschwitz także pochodzi z domniemanej relacji Jarugi. „To są jakieś absurdy, jakby autorzy nie czytali niczego o Auschwitz” – skomentował współczesne rozpowszechnianie tych opowieści Adam Cyra[6].

„Gazeta Polska” rozpowszechniała w 1995 roku relację niejakiego Antoniego Gładysza, który twierdził, że Cyrankiewicz każdego dnia zachęcał „sędziów, księży i posłów, ministrów i działaczy społecznych” do ucieczki z obozu, a gdy ci zebrali się w nocy na umówionym miejscu – odprowadzał ich do komory gazowej, a Lucjan Motyka palił ich zwłoki. Pomijając już absurdalność tej historii należy dodać, że Antoni Gładysz nigdy nie był więźniem KL Auschwitz, tylko KL Gross-Rosen[7].

„Gazeta Polska”, „Wprost”, „Nasza Polska” oraz „wSieci” rozpowszechniały rzekomą relację działacza PPS Tadeusza Kochanowicza, którą miał od niego zasłyszeć aresztowany w 1948 roku przez UB działacz Stronnictwa Demokratycznego i minister Włodzimierz Lechowicz. Otóż według Kochanowicza Cyrankiewicz cały wolny czas w Auschwitz przeznaczał na „handel walutą i kruszcem”. Prawicowi publicyści dopowiedzieli do tego, że to musiała być przyczyna skazania po wojnie na śmierć i egzekucji Pileckiego, który mógł wiedzieć o tym procederze Cyrankiewicza. Jednakże ów Kochanowicz także nigdy nie był więźniem KL Auschwitz, a wojnę spędził jako więzień sowieckich łagrów w Republice Komi i na Uralu. Ponadto jakąkolwiek wiarygodność rzekomej relacji Kochanowicza podważa fakt, że Lechowicz opowiadał o niej podczas przesłuchań prowadzonych przez funkcjonariuszy stalinowskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Dorota Kania znalazła ubeckie protokoły przesłuchań Lechowicza w archiwum IPN i potraktowała tego typu materiały jako niepodważalną krynicę prawdy, co jest zdumiewające i żenujące[8].

Wychodząc od rzekomej relacji Kochanowicza prof. Wiesław J. Wysocki sformułował hipotezę, że Cyrankiewicz kradł złoto i walutę z tzw. „Kanady”, czyli znajdujących się w obozie w Birkenau (KL Auschwitz II) magazynów mienia zrabowanego zamordowanym przez SS transportom żydowskim. Hipotezę tę prof. Wysocki powielał na łamach tygodnika „Wprost”. Zapewne nie wiedział on o tym, że Cyrankiewicz nie mógł przebywać w obozie w Birkenau, ponieważ posiadał status więźnia politycznego o szczególnym stopniu zagrożenia. Tacy więźniowie byli oznaczeni literami IL (im Lager) i czerwonym kołem, naszytymi na obozowy pasiak. To oznaczało, że nie mogli opuszczać obozu macierzystego KL Auschwitz I.

Prof. Wysocki twierdził też na łamach „Naszej Polski”, że dowiedział się „od nieżyjących kustoszy oświęcimskiego muzeum”, iż Cyrankiewicz „workami wywoził stamtąd akta”, które miały go kompromitować. Informację tę powielała też na łamach „Wprost” Dorota Kania. „To niemożliwe, aby ktoś mógł coś wynieść! Znałam wszystkich kustoszy i nigdy o czymś takim nie słyszałam” – skomentowała to emerytowana kierownik muzealnego archiwum Barbara Jarosz. „Ani dawniej, ani teraz nie spotkałem się z fałszowaniem historii. Nie było przypadku, aby ktoś namawiał nas do tuszowania prawdy” – dodał dr Cyra[9].

Pisarz Henryk Pająk, powołując się na rzekomą relację kapo Czesława Karaszewicza twierdził, że Cyrankiewicz też pełnił funkcję obozowego kapo, co jest oczywistą nieprawdą w świetle zachowanych dokumentów obozowych i faktu, że Cyrankiewicz posiadał kategorię więźnia IL.

Wspomniany Tadeusz M. Płużański przytaczał relację niejakiego Kachela, który miał być kapo w Auschwitz i któremu Cyrankiewicz miał wręczać listy więźniów zabijanych w komorach gazowych. Oszczędzał przy tym przy tym Rosjan kosztem Polaków. Red. Płużański albo nie ma jakiegokolwiek pojęcia o historii Auschwitz, albo liczy na to, że jego czytelnicy nie mają i bezkrytycznie przyjmą absurd, jakim jest stwierdzenie, że więzień Cyrankiewicz przeprowadzał w obozie selekcje do komór gazowych. Ponadto ów Kachel miał twierdzić, że Cyrankiewicz organizował też „zabawy dla esesmanów z udziałem wyselekcjonowanych i dorodnych kobiet”.

Jednakże źródłem tej informacji tak naprawdę jest Maurice Shainberg vel Mieczysław Prużański, który podawał się za powojennego funkcjonariusza stalinowskiej Informacji Wojskowej. W swojej książce „Breaking from the KGB” („Zerwanie z KGB”) oskarżał on Cyrankiewicza o to, że pełnił rolę „rajfura sadystycznych niemieckich oficerów w obozie”, którym dostarczał więźniarki żydowskie jako prostytutki, a te które odmawiały wysyłał do komór gazowych. Opowieści Shainberga vel Prużańskiego na ten temat powielił w 1995 roku na łamach „Gazety Polskiej” prof. Ryszard Bender w artykule pt. „Kukła polskich komunistów”. Prof. Bender, który popisał się w Radiu Maryja wiedzą historyczną na temat Auschwitz jako zwykłego obozu pracy, zapewne także nie wiedział, że Cyrankiewicz będąc więźniem nie mógł nikogo wysyłać do komór gazowych[10].

„Ręce opadają! Z takimi dowodami nie da się dyskutować” – podsumował te niedorzeczności dr Cyra w 2013 roku[11]. Ale takie informacje były i są rozpowszechniane. Niemiecki kolaborant, morderca Polaków i Żydów, złodziej żydowskiego złota i dolarów oraz obozowy sutener – taki obraz Józefa Cyrankiewicza w Auschwitz rysuje publicystyka antykomunistycznej prawicy.

Inaczej jednak obraz ten wygląda w relacjach tych, którzy Cyrankiewicza znali w obozie i z nim wtedy współpracowali. I to zarówno osób przychylnych Cyrankiewiczowi (np. Hermann Langbein, Stanisław Kłodziński), jak i wobec niego krytycznych (np. Zbigniew Kączkowski). Stanisław Kłodziński (więzień nr 20019) stwierdził na łamach „Przeglądu Lekarskiego” w 1990 roku, że Cyrankiewicz „zapisał się również na trwałe w historii KL Auschwitz jako więzień konspirator, wyróżniający się bardzo silną indywidualnością i dodatnim wpływem na towarzyszy niedoli różnych narodowości, odważny, przemyślny i doświadczony, umiejący podejmować oryginalne, bardzo ryzykowne i trafne decyzje w najtrudniejszych warunkach i sytuacjach obozowych. Jest to karta mało znana nawet historykom, a szerokim kręgom często w ogóle nieznana bądź upraszczana czy fałszowana”.

Pozytywną opinię na temat działalności obozowej Cyrankiewicza wyrażał też wielokrotnie w ostatnich latach prof. Zbigniew Kączkowski (ur. w 1921 r., więzień nr 125727, w obozie jako Kaczanowski), który chciał uciekać z Cyrankiewiczem z obozu 27 lipca 1944 roku. Cyrankiewicz jednak nie zaryzykował tej ucieczki, ponieważ jako więzień IL miał zakaz wychodzenia do pracy poza terenem obozu. Zamiast Cyrankiewicza uciekł więc z Kączkowskim rtm. Jerzy Mira-Sokołowski (więzień nr 156692). Zbigniew Kączkowski nie należał do grona politycznych sympatyków Cyrankiewicza i w 1946 roku napisał do niego – wówczas już sekretarza generalnego Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS – list ostro krytykujący politykę powojennych władz. Za list ten nie poniósł żadnych konsekwencji[12].

Najwięcej jednak o postawie Józefa Cyrankiewicza w KL Auschwitz mówi 214 zachowanych grypsów-meldunków, które razem ze Stanisławem Kłodzińskim wysłał z obozu kanałami konspiracyjnymi do komórki AK w Krakowie, kierowanej przez Teresę Lasocką-Estreicher. Stamtąd trafiały do Londynu. W grypsie-meldunku z 21 stycznia 1943 roku pisał: „Ostatnio transporty Polaków z lubelskiego idą wprost na gaz (mężczyźni – kobiety). Dzieci rzuca się wprost na ogień. Za Birkenau pali się tzw. »wieczny ogień« – stos trupów na wolnym powietrzu – krematorium nie może nadążyć”[13]. To była informacja o bezpośredniej zagładzie w KL Auschwitz Polaków wysiedlanych z Zamojszczyzny. Pytam jeszcze raz: czy to pisał konfident wydziału politycznego? Czy to gestapo informowało Armię Krajową i aliantów zachodnich o zbrodniach SS w KL Auschwitz?

Cyrankiewicz dwukrotnie otrzymał kanałami konspiracyjnymi od wspomnianej komórki AK w Krakowie aparaty fotograficzne. Dzięki temu z obozu wydostały się zdjęcia płonących stosów trupów, które opublikowano dopiero po wojnie. To agent gestapo wysyłał te zdjęcia? Czy to agent gestapo wysyłał z obozu nielegalne odpisy ksiąg kostnicy z informacjami o więźniach zmarłych, zastrzelonych i zamordowanych zastrzykami z fenolu? Czy to agent gestapo wysyłał do AK nielegalne odpisy książki bunkra, czyli aresztu obozowego w bloku 11, z nazwiskami więźniów rozstrzelanych pod Ścianą Śmierci? Czy to agent gestapo przekazywał AK nielegalne odpisy ksiąg szpitali obozowych z nazwiskami zmarłych więźniów? Czy to agent gestapo informował AK i aliantów zachodnich o wielkiej akcji zagłady Żydów węgierskich, zagładzie Żydów z getta łódzkiego i zagładzie jeńców radzieckich? Czy to agent gestapo przekazał AK opis działalności i charakterystyki kilkudziesięciu zbrodniarzy SS z Auschwitz? Czy to agent gestapo informował AK o warunkach, w jakich byli przetrzymywani w Auschwitz warszawiacy deportowani do obozu po wybuchu powstania warszawskiego i sugerował podjęcie międzynarodowej interwencji na ich rzecz?

Czy to agent gestapo przekazał AK kopie planów obozu? Czy to agent gestapo meldował do AK o stanach dziennych obozu i składzie narodowościowym więźniów oraz transportach i ucieczkach więźniów? Czy to agent gestapo informował AK o produkcji i zatrudnieniu w zakładach IG Frabenindustrie w Dworach pod Oświęcimiem i innych niemieckich przedsiębiorstwach wykorzystujących pracę więźniów Auschwitz? Czy to agent gestapo informował AK o zbrodniczych eksperymentach przeprowadzanych na więźniach przez lekarzy SS? Czy to agent gestapo ostrzegał aliantów zachodnich przed niebezpieczeństwem wymordowania przez SS więźniów Auschwitz na wypadek likwidacji obozu? Czy to agent gestapo prosił AK o przysyłanie kanałami konspiracyjnymi lekarstw dla chorych więźniów i materiałów wybuchowych dla konspiracji więźniarskiej? Czy to agent gestapo domagał się reakcji aliantów na wypowiedź Rolanda Freislera – przewodniczącego Trybunału Ludowego III Rzeszy – który nazwał więźniów politycznych obozów koncentracyjnych elementami kryminalnymi?

„Nie natrafiłem wtedy ani nigdy później, na ślad żadnych dowodów, które świadczyłyby, że Józef Cyrankiewicz był konfidentem obozowym” – pisał dr Cyra o swoich badaniach nad historią konspiracji więźniarskiej, prowadzonych jeszcze w latach 80. XX wieku[14]. Inni historycy z oświęcimskiego muzeum też nigdy nie znaleźli jakichkolwiek dokumentów lub wiarygodnych relacji potwierdzających „nikczemne czyny” Cyrankiewicza w obozie. Jest całkowicie przeciwnie niż to przedstawiają dzisiaj jego prawicowi oszczercy – relacje świadków i grypsy wysyłane z obozu świadczą jednoznacznie o bohaterskiej postawie późniejszego premiera PRL. Zasługi Cyrankiewicza dla konspiracji obozowej i przyobozowej potwierdził m.in. gen. Zygmunt Walter-Janke (1907-1990), w latach 1943-1945 komendant Okręgu Śląskiego Armii Krajowej, który obejmował swoim działaniem teren KL Auschwitz.

Powojenną działalność Cyrankiewicza – jeśli ktoś chce – można oceniać krytycznie. Ale też należałoby ją oceniać obiektywnie, bez konfabulacji i mitów. Zwykle jednak ocenia się ją przez pryzmat jednego przemówienia z 1956 roku. Nie należy jednak mieszać powojennej działalności Józefa Cyrankiewicza z jego działalnością okupacyjną i obozową. To były dwie różne rzeczywistości i jedna nie przekreśla drugiej. Podjęte po 1989 roku przez środowiska prawicowe oczernianie obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza jest wymownym obrazem wielkości i moralności Polski solidarnościowej. To jest wielki skandal. To jest nie tylko wielka krzywda moralna czyniona zasłużonemu bojownikowi i przywódcy konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz. To jest także – powtarzam jeszcze raz – profanowanie historii Polski. To są działania ohydne moralnie i nieodpowiedzialne. To są zachowania nie tylko szkodliwe, ale warte pogardy.

[1] P. Lipiński, „Cyrankiewicz. Wieczny premier”, Wołowiec 2016, s. 19.

[2] Jan Nowak (Zdzisław Jeziorański), „Kurier z Warszawy”, Warszawa-Kraków 1989, s. 31-32.

[3] P. Lipiński, „Cyrankiewicz…”, s. 38.

[4] Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau (dalej cyt.: APMA-B). Zespół Oświadczenia, t. 132, k. 87-98, relacja byłego więźnia Władimira Wiazmitinowa.

[5] L. Konarski, „Cyrankiewicz nie zabił Pileckiego”, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 16.12.2013.

[6] P. Lipiński, „Cyrankiewicz…”, s. 50.

[7] Tamże, s. 51.

[8] D. Kania, „Józef Cyrankiewicz kolaborował z Gestapo?”, http://www.wprost.pl, 26.12.2007.

[9] L. Konarski, „Cyrankiewicz nie zabił Pileckiego…”

[10] „Auschwitz obozem pracy”? Afera Bendera, http://www.fakty.interia.pl, 27.01.2010.

[11] L. Konarski, „Cyrankiewicz nie zabił Pileckiego…”

[12] APMA-B. Zespół Wspomnienia, t. 232, k. 21-25, wspomnienia byłego więźnia Zbigniewa Kaczkowskiego; A. Cyra, „Przeżyliśmy Auschwitz…”, http://www.cyra.wblogu.pl, 11.02.2015; A. Cyra, „Miał uciekać z Józefem Cyrankiewiczem z KL Auschwitz”, http://www.cyra.wblogu.pl, 5.07.2017.

[13] I. Paczyńska, „Grypsy z Konzentrationslager Auschwitz Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego”, Kraków 2013, s. 21.

[14] A. Cyra, „Nie był konfidentem w KL Auschwitz”, http://www.cyra.wblogu.pl, 29.08.2013.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 16 maja 2018 r.

Józef Cyrankiewicz nie popełnił nikczemnych czynów w Auschwitz

W numerze 15-16 (8-15.04.2018) „Myśli Polskiej” ukazał się artykuł Magdaleny Ziętek-Wielomskiej pt. „Mieczysław F. Rakowski: polityczny emisariusz pomiędzy Warszawą a Berlinem”, dotyczący roli Mieczysława F. Rakowskiego i Józefa Cyrankiewicza w wynegocjowaniu układu Cyrankiewicz-Brandt, czyli układu o podstawach normalizacji stosunków pomiędzy PRL i RFN z 7 grudnia 1970 roku. Artykuł ten zawiera wiele zdumiewających tez, z których najbardziej absurdalnymi są enuncjacje dotyczące obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza w KL Auschwitz.

Autorka pisze na ten temat: „Oczywiście każdy uważny Czytelnik zada sobie pytanie, które samo ciśnie się na usta: kim tak naprawdę był M. Rakowski? Warto wskazać choćby na to, że w kontekście wydarzeń marcowych pojawiają się artykuły, w których podkreśla się, że kierowana przez niego »Polityka« nie uczestniczyła »w antysemickiej nagonce«… A w cytowanym obficie artykule Spiegla, nazwisko Rakowskiego pojawia się wiele razy. To samo pytanie można postawić w stosunku do Cyrankiewicza. Wątpliwości mnożą się wtedy, kiedy przeczytamy artykuł Jerzego Reutera, przedrukowany na stronie internetowej Tarnowskiego Kuriera Kulturalnego, pt. »Józef Cyrankiewicz«. Reuter pisze tam: »Kilkadziesiąt lat po tamtych wydarzeniach [II WŚ – MZW] polskie gazety opublikowały wywiad z bratankiem Witolda Pileckiego, w którym Krzysztof Pilecki odpowiadając na pytania Jadwigi Knie-Górnej stwierdził: »Stryj doskonale wiedział, że jego przeszłość (Cyrankiewicza) w KL Auschwitz była zupełnie inna niż ta, którą rozpowszechniały władze PRL. Według tej drugiej, Cyrankiewicz był bohaterem oświęcimskim i założycielem obozowej organizacji konspiracyjnej. Prawda jednak była inna. Józef Cyrankiewicz w obozie popełnił mnóstwo nikczemnych czynów. Był esesmańskim donosicielem. Przez niego zginęło wiele osób. Stryj ułożył w całość fragmenty dramatycznych zbiegów okoliczności. Doszedł do tego, że po kolei ginęli bez śladu ci członkowie organizacji konspiracyjnej, którzy mieli bliższy kontakt z Cyrankiewiczem«. 27 grudnia 2007 tygodnik »Wprost« opublikował artykuł na temat domniemanego szpiegostwa Józefa Cyrankiewicza na rzecz Gestapo. Odezwali się naoczni świadkowie i potwierdzili podane przez pismo fakty. Jednak oficjalne źródła niczego nie wykazały, chociaż wiadomym jest, że przez wiele lat Cyrankiewicz miał szeroki dostęp do akt obozowych, a nawet wypożyczał te bardziej dla niego interesujące«”.

W zacytowanym fragmencie Autorka przytoczyła wszystkie, najbardziej głupie, oszczercze, chamskie, prostackie, łajdackie i ohydne kalumnie, którymi polska radykalna prawica „niepodległościowa” obrzuca od 30 lat osobę Józefa Cyrankiewicza. To jest stały repertuar Tadeusza M. Płużańskiego, Wiesława J. Wysockiego, Leszka Żebrowskiego i innych przedstawicieli tego środowiska, dla którego tzw. dekomunizacja oznacza wymazanie z pamięci i wieczne utopienie w gnoju okresu Polski Ludowej. Ta filozofia wyklucza możliwość, żeby w okresie Polski Ludowej mogło być coś pozytywnego, a osoby wówczas działające politycznie mogły mieć jakieś chwalebne karty w życiorysie. Trzeba im więc wszystkim przypisać, jeśli nie współpracę z NKWD, to z gestapo, albo jakieś czyny kryminalne.

Taką też metodę zastosowano wobec Józefa Cyrankiewicza, rozpowszechniając kłamliwe i stojące poniżej wszelkiej krytyki oszczerstwa na temat jego obozowej przeszłości. Ani osoby rozpowszechniające te oszczerstwa, ani rodzina Witolda Pileckiego – będąca źródłem części z nich – nie przedstawiły jak dotąd jakichkolwiek dowodów na przypisywaną przez nich Józefowi Cyrankiewiczowi współpracę z gestapo w KL Auschwitz.

Przypomnę najważniejsze fakty. Józef Cyrankiewicz już przed wojną był znanym działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej. Niewielu jednak wie, że jego ojciec był działaczem endeckim z Tarnowa. Podczas kampanii wrześniowej 1939 roku Cyrankiewicz walczył jako dowódca baterii artylerii konnej w szeregach Armii „Kraków”. Po klęsce wrześniowej uciekł z transportu jenieckiego razem z późniejszym dyrektorem Radia Wolna Europa, Janem Nowakiem-Jeziorańskim, co ten opisał w swoich wspomnieniach „Kurier z Warszawy”[1].

Zdjęcie okupacyjne Józefa Cyrankiewicza. Fot. Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Zdjęcie okupacyjne Józefa Cyrankiewicza. Fot. Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Do KL Auschwitz trafił za działalność konspiracyjną w Związku Walki Zbrojnej, czyli późniejszej Armii Krajowej. Przed aresztowaniem przez gestapo, które nastąpiło 19 kwietnia 1941 roku, Cyrankiewicz był jednym z czołowych działaczy konspiracyjnej Polskiej Partii Socjalistycznej-Wolność Równość Niepodległość, a więc partii wchodzącej w skład zarówno politycznej reprezentacji Polski Podziemnej, jak i polskich władz na Wychodźstwie. Stał na czele PPS-WRN i Gwardii Ludowej PPS-WRN w okręgu krakowskim, z którą wszedł w skład ZWZ. Tuż przed aresztowaniem Cyrankiewicza rozważano jego kandydaturę na stanowisko zastępcy Delegata Rządu na Kraj (czyli konspiracyjnego wicepremiera) z ramienia PPS-WRN. Podczas działalności konspiracyjnej w ZWZ Cyrankiewicz zorganizował m.in. akcję odbicia z rąk gestapo Jana Karskiego – najwybitniejszego emisariusza ZWZ/AK, który poinformował aliantów zachodnich o dokonywanej przez Niemców na okupowanych ziemiach polskich zagładzie Żydów.

Przez prawie półtora roku Józef Cyrankiewicz był więźniem jednego z najcięższych więzień gestapowskich w okupowanej Polsce – czyli krakowskiego więzienia przy ulicy Montelupich – gdzie przeszedł okrutne śledztwo połączone z torturami. Od 4 września 1942 roku do 18 stycznia 1945 roku był więźniem KL Auschwitz nr 62933, a po ewakuacji tego obozu był do 5 maja 1945 roku więźniem KL Mauthausen. To były najcięższe niemieckie, nazistowskie obozy koncentracyjne. Piekło na ziemi, którego nikt wcześniej ani później nie stworzył.

W KL Auschwitz Józef Cyrankiewicz stanął na czele międzynarodowej więźniarskiej konspiracji lewicowej – Grupy Bojowej Oświęcim. Odpowiadał w niej m.in. za łączność ze światem zewnętrznym, czyli konspiracyjne wysyłanie meldunków informujących o sytuacji i zbrodniach niemieckich w obozie. Jeżeli Cyrankiewicz był agentem gestapo, to jak to się stało, że w grudniu 1943 roku trafił do aresztu obozowego w Bloku Śmierci, skąd zwykle wychodziło się na egzekucję pod Ścianą Śmierci. Jego osadzenie w areszcie obozowym było rezultatem donosu konfidentów obozowego gestapo – Stanisława Dorosiewicza i Stanisława Wierusza-Kowalskiego. Życie Cyrankiewiczowi i innym więźniom osadzonym wówczas w Bloku Śmierci uratowała zmiana komendanta obozu z Rudolfa Hössa na Arthura Liebehenschela, który przejściowo złagodził represyjną politykę poprzednika[2].

26 czerwca 1944 roku Henryk Bartosiewicz (więzień nr 9406), który po egzekucji czołowych działaczy obozowej konspiracji Związku Organizacji Wojskowej-Armii Krajowej pod Ścianą Śmierci 11 października 1943 roku stanął na czele tej konspiracji, został przeniesiony do KL Buchenwald. W związku z tym wtajemniczył Cyrankiewicza w kontakty konspiracyjne ZOW-AK. Do rozmów pomiędzy ZOW-AK oraz Grupą Bojową Oświęcim doszło już pod koniec 1943 roku. Ich rezultatem było zjednoczenie obu organizacji i utworzenie wiosną 1944 roku Rady Wojskowej Oświęcim. Kierownictwo polityczne zjednoczonej konspiracji więźniarskiej spoczęło w ręku Cyrankiewicza, natomiast wojskowe w ręku Bartosiewicza, a po jego przeniesieniu do KL Buchenawld kpt. Stanisława Kazuby (więzień nr 1630).

Po przekazaniu przez Bartosiewicza Cyrankiewiczowi kontaktów konspiracyjnych ZOW-AK, komendant Okręgu Śląskiego AK, mjr Zygmunt Walter-Janke, mianował konspiracyjnie Cyrankiewicza – który używał pseudonimu „Rot” – dowódcą AK w obozie i na terenie przyobozowym. Nominacja ta nie została przyjęta do wiadomości przez szefa inspektoratu bielskiego AK, Stanisława Chybińskiego, najprawdopodobniej na skutek jego uprzedzeń antylewicowych. Nie zmienia to faktu, że „Rot” od połowy 1944 roku stał na czele całej konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz – akowskiej i lewicowo-międzynarodowej.

Najważniejszym zadaniem Rady Wojskowej Oświęcim, w obliczu trwającej od końca czerwca 1944 roku stopniowej ewakuacji i likwidacji KL Auschwitz, było niedopuszczenie do ewentualnego wymordowania przez SS wszystkich więźniów i zatarcia śladów zbrodni popełnionych w obozie. O rzekomym istnieniu planu takich działań – „planu Molla” (nazwa pochodzi od nazwiska Otto Molla, jednego z największych zbrodniarzy w KL Auschwitz, nadzorującego komory gazowe i krematoria) – Rada Wojskowa Oświęcim poinformowała we wrześniu 1944 roku kanałami konspiracyjnymi polskie władze emigracyjne w Londynie. Rząd polski przekazał wówczas informację o zamiarze wymordowania przez SS więźniów KL Auschwitz ministerstwom spraw zagranicznych USA i Wielkiej Brytanii z prośbą, by alianci nie dopuścili do tej zbrodni. Rządy USA i Wielkiej Brytanii wydały następnie wspólną deklarację, ogłoszoną 10 października 1944 roku, w której ostrzegły potencjalnych sprawców zbrodni przed czekającą ich karą. 11 października 1944 roku niemiecka służba telegraficzna podała, że nie jest prawdą jakoby istniał plan wymordowania więźniów KL Auschwitz, a wiadomości podawane na ten temat przez aliantów są fałszywe.

Jeden z najwybitniejszych znawców tematyki więźniarskiego ruchu oporu w KL Auschwitz – Henryk Świebocki – uważa, że „plan Molla” był blefem Rady Wojskowej Oświęcim, najprawdopodobniej samego Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego (więzień nr 20019), którzy sygnowali gryps z 6 września 1944 roku. Konspiracja więźniarska zupełnie słusznie obawiała się, że władze SS – w obliczu zbliżającego się frontu – mogą postanowić wymordować wszystkich więźniów jako świadków zbrodni popełnionych w obozie. „Należało więc – pisze Świebocki – uprzedzić SS i przesłać w świat fałszywą informację, by tym sprowokować kampanię międzynarodową, która przekreśliłaby zrodzenie się w przyszłości myśli o masowej likwidacji więźniów. Bez względu na to, czy rzeczywiście »plan Molla« istniał, czy też była to zręczna mistyfikacja obozowego ruchu oporu, jedno jest pewne – nie doszło w KL Auschwitz do masowego unicestwienia więźniów po ogłoszonej przez aliantów deklaracji i zagrożeniu represjami”[3]. I to było zasługą między innymi, a może głównie Józefa Cyrankiewicza.

Wszystkim tym, którzy preparują i propagują oszczerstwa na temat obozowej działalności Józefa Cyrankiewicza polecam lekturę książki prof. Ireny Paczyńskiej z Uniwersytetu Jagiellońskiego pt. „Grypsy z Konzentrationslager Auschwitz Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego” (Kraków 2013, 676 stron). Publikacja ta – owoc mrówczej pracy Autorki – zawiera naukowe opracowanie 214 grypsów, które zostały wysłane z KL Auschwitz przez Cyrankiewicza i Kłodzińskiego pomiędzy 6 września 1942 roku a 18 stycznia 1945 roku do Teresy Lasockiej-Estreicher z działającej w ramach AK organizacji Pomoc Więźniom Obozów Koncentracyjnych w Krakowie. Większość z tych grypsów została przekazana przez Teresę Lasocką-Estreicher do rąk władz polskich w Londynie, a następnie do wiadomości aliantów zachodnich. Te 214 grypsów – znajdujących się obecnie w archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau – to tylko część konspiracyjnej korespondencji Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego, która nie zachowała się w całości. Ostatnie ich grypsy odnaleziono w październiku 2011 roku. Były ukryte w wałku do ciasta w mieszkaniu lekarza stomatologa Tadeusza Wichra przy ulicy Dietla 66 w Krakowie, gdzie w czasie wojny znajdował się lokal konspiracyjny PPS-WRN. Odnalazł je i przekazał do muzeum w Oświęcimiu jego wnuk.

Konspiracyjna korespondencja Cyrankiewicza i Kłodzińskiego dokumentowała wydarzenia związane z działalnością konspiracji więźniarskiej oraz zbrodnie popełniane w KL Auschwitz przez SS – ucieczki z obozu, stany liczbowe więźniów, ich skład narodowościowy, stosowane przez SS metody uśmiercania, dokonywane w obozie egzekucje i akcje masowej zagłady, nazwiska i charakterystyki zbrodniarzy niemieckich. Grypsy zawierały też bardzo dużo informacji o akcji zagłady Żydów, Romów i jeńców radzieckich w KL Auschwitz. Dzięki Cyrankiewiczowi i Kłodzińskiemu przesłano kanałami konspiracyjnymi do wspomnianej komórki AK odpisy książki bunkra (aresztu obozowego w Bloku Śmierci), list transportowych i wykazów warszawiaków deportowanych do KL Auschwitz po wybuchu powstania warszawskiego. To były nie tylko bezcenne informacje wówczas. To są także bezcenne źródła historyczne dzisiaj.

Czy Cyrankiewicz robił to wszystko jako agent gestapo? To gestapo informowało Armię Krajową, rząd polski w Londynie i aliantów zachodnich o zbrodniach ludobójstwa popełnianych przez aparat SS w KL Auschwitz? Niechże polska prawica zastanowi się nad tym co głosi i co robi. Bo nie robi nic innego poza plugawieniem historii Polski. Może co niektórym jej przedstawicielom wydaje się, że tylko dokopują Cyrankiewiczowi, ale faktycznie robią coś znacznie gorszego – plugawią i kompromitują przed światem historię Polski i historię polskiej konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz. A potem mają pretensje, że ktoś na Zachodzie mówi o „polskich obozach koncentracyjnych”. Czy do tych pustych głów, tak chętnie powołujących się wszędzie na etykę katolicką, naprawdę nic nie może dotrzeć?

W obronie Józefa Cyrankiewicza stanęło jak na razie niewiele osób, co kompromituje środowisko współczesnej polskiej nauki historycznej. Jednym z jego obrońców stał się Adam Cyra – drugi obok Henryka Świebockiego wybitny badacz tematyki więźniarskiego ruchu oporu w KL Auschwitz, pierwszy biograf Witolda Pileckiego.

Pozwolę sobie zacytować fragmenty jego artykułu pt. „Józef Cyrankiewicz w KL Auschwitz”: „Osobiście w połowie lat osiemdziesiątych przez wiele miesięcy zbierałem materiały na temat działalności obozowego ruchu oporu w 1944 r. z udziałem Józefa Cyrankiewicza i skoczka spadochronowego – cichociemnego ppor. Stefana Jasieńskiego ps. »Urban«. Efektem moich wysiłków badawczych jest wydana w 2005 r. książka »Spadochroniarz Urban«. Nie natrafiłem wtedy ani nigdy później, na ślad żadnych dowodów, które świadczyłyby o tym, że postawa Józefa Cyrankiewicza jako więźnia KL Auschwitz była negatywna (…). Obecnie nie ma także żadnych wiarygodnych dokumentów, które potwierdzałyby wyjątkowo negatywną rolę, jaką rzekomo miał odegrać Józef Cyrankiewicz podczas procesu rtm. Witolda Pileckiego w 1948 r. W zaistniałej sytuacji niewątpliwie Józef Cyrankiewicz zachował się biernie, chociaż niewiele mógł pomóc, ponieważ prośby o ułaskawienie rozpatrywał prezydent Bolesław Bierut, który rzadko korzystał z przysługujących mu uprawnień i z reguły zatwierdzał wcześniej zapadłe wyroki śmierci”[4].

Nie jest również prawdą jakoby po wojnie Józef Cyrankiewicz miał wypożyczać z oświęcimskiego muzeum i niszczyć jakieś kompromitujące go akta. To jest pomówienie tak prostackie, że nie warto się nim dalej zajmować.

W tym samym artykule Adam Cyra zacytował fragment zachowanego raportu placówki Policji Bezpieczeństwa w Katowicach z 18 grudnia 1944 roku: „Jak wynika z przechwyconego materiału, obóz koncentracyjny w Oświęcimiu jest także w strefie działania AK. Z ramienia inspektora obozem zajmuje się Wojskowa Rada Obozu – WRO (…). Jako komendant obozu z ramienia AK wyznaczony został niejaki »Rot«. Zajmuje się on zwłaszcza sporządzaniem raportów o sytuacji w obozie i przekazywaniem ich dalej do okręgu (…). Obecnie organizacja ta jest rozpracowywana, o czym po upływie pewnego czasu, sporządzony zostanie specjalny raport”.

Placówka Policji Bezpieczeństwa w Katowicach rozpracowywała swojego agenta „Rota”-Cyrankiewicza i ostrzegała Berlin o jego antyhitlerowskiej działalności? Niechże się prawicowi specjaliści od strzelania błotem nad tym zastanowią. A jeżeli oni są tylko wyrachowanymi i świadomymi swoich kłamstw cynikami, to niech się nad tym zastanowią ich czytelnicy.

W artykule Magdaleny Ziętek-Wielomskiej znalazłem również zdumiewające, w kontekście układu PRL-RFN z 7 grudnia 1970 roku, dywagacje na temat Mieczysława F. Rakowskiego jako „kanału wpływów niemieckich” w PRL. Pragnę przypomnieć, że ten układ – którego najważniejszym postanowieniem było uznanie przez RFN polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej – został zawarty przez socjaldemokratycznego kanclerza Willy’ego Brandta i że ówczesna prawicowa opozycja niemiecka pod przewodnictwem m.in. Helmuta Kohla była mu przeciwna. Nie jest dzisiaj już tajemnicą, że w 1990 roku Helmut Kohl jako kanclerz jednoczących się Niemiec nie chciał uznać granicy nad Odrą i Nysą Łużycką. Bez układu polsko-zachodnioniemieckiego z 7 grudnia 1970 roku wymuszenie na zjednoczonych Niemczech uznania tej granicy byłoby prawdopodobnie niemożliwe.

Doprowadzając do podpisania układu pomiędzy PRL i RFN w grudniu 1970 roku Władysław Gomułka, Józef Cyrankiewicz i Mieczysław F. Rakowski działali na rzecz polskiej, narodowej racji stanu, co oczywiście także nie mieści się w horyzontach myślowych osób przedstawiających PRL jako „sowiecką okupację” lub państwo niebyłe (w 1968 roku ponoć nie było Polski, jak stwierdził obecny premier M. Morawiecki). Wyżej wymienieni przywódcy i politycy PRL obronili wtedy polską, narodową rację stanu. To jest jedyny uprawniony wniosek. Wszelkie inne są niepoważne. Dlatego muszę stwierdzić – mimo sympatii do Autorki – że dawno nie czytałem tak niepoważnego artykułu jak wspomniany artykuł Magdaleny Ziętek-Wielomskiej. Zwłaszcza w „Myśli Polskiej”.

[1] Jan Nowak (Zdzisław Jeziorański), „Kurier z Warszawy”, Warszawa-Kraków 1989, s. 31-32.

[2] D. Czech, „Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz”, Oświęcim 1992, s. 574-589.

[3] Cyt. za: W. Długoborski, F. Piper (red.), „Auschwitz 1940-1945. Węzłowe zagadnienia z dziejów obozu”, t. IV, H. Świebocki, „Ruch Oporu”, Oświęcim 1995, s. 163.

[4] A. Cyra, „Józef Cyrankiewicz w KL Auschwitz”, Wprawnym okiem historyka, http://www.cyra.wblogu.pl, 9.01.2015.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 maja 2018 r.

Szaleństwo dekomunizacji

7 kwietnia 2018 roku miało miejsce spotkanie pracowników gdańskiego Oddziału IPN z mieszkańcami gminy Czarne w województwie pomorskim, którzy sprzeciwili się budowie pomnika „żołnierzy wyklętych”. Piotr Szubarczyk z Oddziałowego Biura Edukacji Narodowej IPN w Gdańsku nie był w stanie zaakceptować, że mieszkańcy Czarnego podnosili kwestię zbrodni na ludności cywilnej dokonanych przez formację Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. W czasie spotkania Szubarczyk uniemożliwiał wypowiedzi mieszkańcom Czarnego, zachowywał się wulgarnie, m.in. krzycząc do Benedykta Lipskiego, emerytowanego nauczyciela historii – „Co pan za głupoty opowiada!”, „Pan łże! Łże jak pies!” oraz „Panie, przeczytaj pan ten rozkaz do cholery!”. Wykpiwał osoby zabierające głos, przerywał ich wypowiedzi śpiewaniem piosenek radzieckich oraz stwierdził, że Żydzi nie byli dla Polaków „bratnią krwią”, bo stanowili 50 proc. kadry UB (w rzeczywistości znacznie mniej).

Na koniec – reagując na odrzucenie przez społeczność Czarnego w referendum wniosku o budowę pomnika „wyklętych” – Szubarczyk zamieścił wpis w Internecie, w którym określił mieszkańców Czarnego jako „sowieckich agentów”, „zielonych ludzików”, „wyjątkową swołocz” i „tchórzliwe kanalie” oraz zwrócił się do nich słowami: „Jebał was pies! I tak Polska wygra tę batalię, a na was naplują kiedyś wasze wnuki”[1].

IPN przeprosił za zachowanie swojego pracownika i ukarał go jedynie naganą. Piotr Szubarczyk nie jest jedynym pracownikiem tej instytucji znanym z politycznego radykalizmu i zaangażowania po stronie rządzącej prawicy. Przypuszczam, że nie tylko mieszkańcy gminy Czarne, ale duża część Polaków są dla tej prawicy „wyjątkową swołoczą”, której nie da się przerobić na pożądany wzorzec polityczny inaczej jak poprzez upodlenie i terror. To jest nieuniknione, jeśli się robi rewolucję społeczną, która z pierwowzorem bolszewickim ma niemało wspólnego. Incydent w Czarnem pokazuje jak na dłoni, że dzięki tzw. dekomunizacji w wykonaniu IPN i PiS powróciła do Polski autentyczna kultura radziecka. Przynajmniej dla mnie nie ulega wątpliwości, że władza w Polsce znalazła się w rękach ludzi specjalnej troski, a to jest niebezpieczne dla ogółu.

Przykładów szaleństwa tzw. dekomunizacji można podać wiele i niektóre z nich już szerzej poruszyłem w swojej publicystyce. Niemal każdy dzień przynosi jakąś bulwersującą informację odnośnie kolejnych poczynań dekomunizatorów.

W Sejnach przeznaczono do likwidacji Pomnik Matki Polki, zwany też Pomnikiem Zwycięstwa. Jak się okazuje – zwycięstwa niesłusznego, ponieważ odniesionego przez Armię Czerwoną. W rozumowaniu rządzącej prawicy to zwycięstwo zasługiwałoby na upamiętnienie tylko wtedy, gdyby Polskę spod okupacji niemieckiej wyzwalała armia amerykańska. Na pomniku widniał orzeł bez korony, odsłonięto go 22 lipca 1970 roku i – o zgrozo – decydenci z IPN i PiS dopatrzyli się na nim płaskorzeźb z wizerunkami czerwonoarmistów[2].

W Bielsku Podlaskim zburzono Pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego. Wnioskował o to IPN na podstawie ustawy dekomunizacyjnej, a decyzję przegłosowali miejscowi radni. Na pomniku była tablica upamiętniająca obrońców władzy ludowej, ale była też tablica poświęcona pamięci Konstytucji 3 Maja[3]. Ktoś kto nie zna polskich realiów mógłby zapytać, czy zburzenie tego pomnika oznacza, że zdaniem IPN Mieszko I i Bolesław Chrobry byli komunistami? Czy może, że pod parawanem tzw. dekomunizacji dokonuje się rozprawy z Polską i jej historią?

Jest oczywiste, że nie chodziło tylko o tablicę upamiętniającą obrońców powojennej władzy, ale o zasadniczą symbolikę tego pomnika. O to, że tradycja piastowska służyła komunistom do legitymizacji ich władzy. Ale przecież nie tylko. Służyła i powinna służyć nadal do legitymizacji polskiej obecności na Ziemiach Odzyskanych. Tego jednakże dekomunizatorzy – uprawiający skrajne sekciarstwo polityczne – dostrzec nie potrafią albo nie chcą. Ten i inne pomniki Tysiąclecia Państwa Polskiego przypominają, że komuniści polscy realizowali w odniesieniu do Ziem Zachodnich i Północnych polską rację stanu. No a to stoi w głębokiej sprzeczności z sekciarskimi tezami o „zdrajcach” i „pachołkach Rosji”.

W Strzelcach Opolskich wojewoda opolski doprowadził do „dekomunizacji” działacza narodowego Jana Rychla (1902-1974), który był patronem jednej z ulic[4]. Co istotne – uczynił to bez opinii IPN i bez konsultacji z mieszkańcami. Jan Rychel był w okresie międzywojennym wybitnym działaczem Związku Polaków w Niemczech, organizatorem polskiego szkolnictwa pod władzą niemiecką, krzewicielem polskości na Śląsku Opolskim. Ponadto pełnił w tym czasie funkcje prezesa Związku Stowarzyszeń Młodzieży Polsko-Katolickiej Śląska Opolskiego i sekretarza Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego na powiat strzelecki. Kierował także Bankiem Ludowym w Oleśnie. To dzięki takim ludziom jak Rychel przed 1945 rokiem przetrwały resztki polskości na dawnych ziemiach piastowskich, należących wtedy do Niemiec. Strzelce Opolskie (wówczas Groß Strehlitz) Niemcy zaliczali do twierdz polskości i to była w ogromnej mierze zasługa Jana Rychla.

To, że Rychel był więźniem KL Buchenwald, a po wojnie był prześladowany przez UB, też nie miało znaczenia dla wojewody opolskiego. Jaka więc była jego wina? Ano taka, że po 1945 roku należał do Stronnictwa Demokratycznego, a po przełomie październikowym 1956 roku był radnym Powiatowej Rady Narodowej, posłem na Sejm PRL II kadencji i zasiadał w Radzie Naczelnej Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich. Dla każdego logicznie myślącego człowieka jest oczywiste, że nie była to jakakolwiek działalność komunistyczna, ale działalność na rzecz zagospodarowania przez Polskę dawnych ziem piastowskich. Nie można w tym miejscu uciec od pytania, czy wojewoda Adrian Czubak z PiS dekomunizuje czy regermanizuje Śląsk Opolski?

Na razie, dzięki ostrym protestom społecznym, udało się powstrzymać zniszczenie Pomnika Zwycięstwa i Wolności w Gorzowie Śląskim, zwanego pomnikiem Elzy. W akcję obrony pomnika Elzy zaangażowały się m.in. córki i wnuki jego twórcy – rzeźbiarza Jana Borowczaka. Muzeum Śląska Opolskiego tłumaczy, że kobieta na pomniku trzyma w ręce piastowskiego orła, a trzy pylony symbolizują trzy powstania śląskie – więc pomnik nie może propagować komunizmu. Zdaniem IPN jednak może, ponieważ napis na pomniku głosi: „Bohaterom walk z faszyzmem, wyzwolicielom Ziem Piastowskich”[5].

Taka inskrypcja ma – wedle opinii IPN – propagować komunizm. A więc walka z faszyzmem była zła, jeśli toczyli ją komuniści i Armia Czerwona. Rezultat tej walki – czyli powrót do Polski dawnych ziem piastowskich – także. To już nie jest tylko antypolonizm. To jest paranoidalne postrzeganie rzeczywistości.

Ofiarami tzw. dekomunizacji padają powszechnie pomniki i tablice poświęcone pamięci walk z okupantem niemieckim, jakie toczyły Gwardia i Armia Ludowa, Bataliony Chłopskie i Wojsko Polskie sformowane w ZSRR. W moim odbiorze to nie jest dekomunizacja, tylko faszyzacja. To jest barbarzyństwo wobec historii Polski. Rodzi się pytanie, czy to barbarzyństwo jest konieczne z przyczyn geopolitycznych? Czy to jest kolejna danina składana na ołtarzu przynależności Polski do bloku euro-atlantyckiego? Jeśli tak, to rządząca prawica nie ma jakiegokolwiek prawa do nazywania się „obozem patriotycznym”, co chętnie czyni, ani tym bardziej do pretensjonalnego podkreślania na każdym kroku domniemanej niepodległości obecnego państwa polskiego.

[1] Festiwal żenady na spotkaniu IPN z mieszkańcami. „Proszę pana, pan kłamie. Łże jak pies!”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 9.04.2018.

[2] Dekomunizacja trwa. Zniknie kolejny PRL-owski pomnik, http://www.tvp.info, 11.02.2018.

[3] A. Zdanowicz, „Pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego w Bielsku Podlaskim już zburzony”, http://www.bielskpodlaski.naszemiasto.pl, 28.03.2018.

[4] J. Cofałka, „Jak wojewoda Czubak zdekomunizował niekomunistę”, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 19.03.2018.

[5] M. Dragon, „Petycja w sprawie ocalenia Elzy. Pomnik w Gorzowie Śląskim na razie nie został zburzony”, http://www.nto.pl, 12.04.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 kwietnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 17-18 (2185/86), 22-29.04.2018, s. 4

Historia nie jest czarno-biała

21 marca byłem w Muzeum im. Ireny i Mieczysława Mazarakich w Chrzanowie na prelekcji archeologa, dr. Krzysztofa Tuni, który kierował pracami ekshumacyjnymi na miejscowym cmentarzu wojennym żołnierzy Armii Czerwonej. Cmentarz ten, będący zbiorową mogiłą żołnierzy radzieckich, znajdował się w parku na terenie chrzanowskiego osiedla Kościelec. Urządzono go i uroczyście otwarto w 1978 roku. Przeniesiono tam wówczas z różnych miejsc szczątki żołnierzy radzieckich, którzy polegli w dniach 21-25 stycznia 1945 roku wyzwalając powiat chrzanowski spod okupacji niemieckiej podczas ofensywy styczniowej. Pierwotnie sądzono, że spoczęło tam 1372 żołnierzy Armii Czerwonej. Jednakże ekshumacja wykazała, że w Kościelcu pochowano 1340 żołnierzy radzieckich.

Po 1989 roku cmentarz ten został zaniedbany, a stojący na nim pomnik był systematycznie dewastowany przez wandali. Przyczyną tego była niewątpliwie panująca w kraju atmosfera polityczna wokół stosunku do ZSRR i Rosji, dająca przyzwolenie na takie zachowania. Ostatnia dewastacja miała miejsce w przeddzień 9 maja 2014 roku, co nie było przypadkiem (wydarzenia na Ukrainie). Zniszczono wówczas mur okalający cmentarz wojenny, wyrwano tablicę informującą, że miejsce to jest cmentarzem wojennym i uszkodzono sam pomnik.

Władze Chrzanowa postanowiły rozwiązać ten problem przenosząc szczątki żołnierzy radzieckich na cmentarz komunalny. Lokalizacja zbiorowej mogiły żołnierzy Armii Czerwonej na cmentarzu komunalnym powinna zabezpieczyć ją przed wandalizmem. Po wielu latach uzyskano zgodę ambasady rosyjskiej i stała się możliwa realizacja tego zamierzenia.

Prace ekshumacyjne w Kościelcu trwały na przełomie 2017 i 2018 roku. Prowadzili je archeologowie z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN pod nadzorem sanepidu oraz z udziałem przedstawicieli IPN i ambasady rosyjskiej. Całość prac i urządzenie nowego miejsca pochówku sfinansowała strona polska. Archeolodzy dokładnie przekopali teren – głębiej i szerzej niż sięgał cmentarz wojenny. Wydobyto z ziemi 1340 zwłok żołnierzy radzieckich, które złożono do drewnianych trumien i przeniesiono do zbiorowej mogiły na cmentarzu komunalnym przy ulicy Eliasza Marchettiego. Warto dodać, że na pobliskim cmentarzu parafialnym znajduje się już zbiorowa mogiła około 130 żołnierzy polskich, którzy polegli w obronie Chrzanowa 3 i 4 września 1939 roku podczas kampanii wrześniowej. Odsłonięcie nowego pomnika na mogile żołnierzy radzieckich ma nastąpić w maju br.

Duża część prelekcji dr. Tuni została poświęcona przedmiotom, które znaleziono przy szczątkach ekshumowanych żołnierzy radzieckich. Wydobyto kilkaset różnych przedmiotów. Były to nieśmiertelniki, części uzbrojenia i ekwipunku (hełmy, bagnety, granaty, amunicja, menażki, manierki, łyżki), dokumenty osobiste, odznaczenia bojowe, zdjęcia prywatne, listy, papierośnice, notatniki, ołówki, scyzoryki. Na podstawie różnych źródeł udało się ustalić dane ponad 100 żołnierzy. Byli to żołnierze różnych narodowości, w tym Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini. Wielu z nich pochodziło ze wschodniej Ukrainy. Niestety większość żołnierzy radzieckich nie przestrzegała zasady noszenia przy sobie nieśmiertelników. Był to stary przesąd, jeszcze z armii carskiej i okresu pierwszej wojny światowej. Stąd problemy z identyfikacją.

Na tablicy, która znajdowała się na byłym już pomniku w Kościelcu figurowało 107 nazwisk. Najwyższy stopniem spośród wymienionych tam żołnierzy był podpułkownik – bohater Związku Radzieckiego, który zginał prowadząc żołnierzy do ataku na bunkier niemiecki. Byli to żołnierze m.in. 336. dywizji strzeleckiej, wchodzącej w skład 15. korpusu armijnego 60. Armii 1. Frontu Ukraińskiego. Szacuje się, że w walkach na terenie powiatu chrzanowskiego w styczniu 1945 roku zginęło około 2200 żołnierzy radzieckich, w tym 109 w samym Chrzanowie. Część spośród ich ciał uległa zapewne zniszczeniu podczas walk (spaleniu, rozerwaniu w wyniku eksplozji pocisków). Tych, których pochowano w różnych mogiłach przeniesiono następnie na cmentarz w parku w Kościelcu. Chrzanowa broniły jednostki niemieckiej 17. Armii i 4. Armii Pancernej grupy armijnej „A”. Walki były niezwykle zacięte. Zniszczeniu w różnym stopniu uległo 25 proc. budynków ówczesnego Chrzanowa.

Najbardziej niezwykłym znaleziskiem podczas ekshumacji cmentarza wojennego żołnierzy radzieckich w Chrzanowie-Kościelcu okazały się przedmioty kultu religijnego. Odkryto ich przy szczątkach żołnierzy bardzo dużo. Były to zarówno prawosławne ikonki, jak i medaliki katolickie, co może świadczyć o tym, że wśród tych żołnierzy znajdowali się Polacy z Kresów Wschodnich, albo po prostu Polacy walczący w szeregach Armii Czerwonej. Wiadomo przecież, że w szeregach tej armii walczyło podczas drugiej wojny światowej co najmniej 300 tys. Polaków.

Informacja o ikonkach prawosławnych i medalikach katolickich, znalezionych przy szczątkach żołnierzy radzieckich, stała się szokująca dla jednego ze słuchaczy prelekcji dr. Tuni. Okazał się nim młody człowiek – jak się domyślam uczeń liceum, wychowany na literaturze typu „Czerwona zaraza”. Zasugerował on, że te przedmioty mogły zostać zrabowane przez żołnierzy radzieckich, którzy – jak sam był przekonany – zajmowali się głównie rabunkiem. Prelegent wykluczył jednak taką możliwość. Nie ulega wątpliwości, że proste aluminiowe medaliki i drewniane ikonki nie przedstawiały większej wartości materialnej. Nie mogły więc być przedmiotem rabunku. Były to zatem przedmioty osobiste tych żołnierzy, przedmioty kultu religijnego.

Taka jest prawda o „czerwonej zarazie” i „bolszewickiej armii”. Dla niektórych skomplikowana. Zwłaszcza dla tych, którzy głoszą propagandowe i oderwane od faktów historycznych tezy o podboju Polski w 1944 i 1945 roku przez wojska sowieckie i „drugiej okupacji”. Żołnierze Armii Czerwonej z ikonkami i medalikami, modlący się pewnie ukradkiem poza zasięgiem wzroku oficerów politycznych, nie pasują do tezy, że armia ta niosła Polakom komunizm. Ci żołnierze nie nieśli Polsce żadnego komunizmu. To byli zwykli, szarzy ludzie, wyrwani ze swoich środowisk i oderwani od swoich rodzin, wcieleni do wojska i skierowani do walki z III Rzeszą Niemiecką, której pokonanie było warunkiem pokojowej egzystencji kontynentu europejskiego. Chcieli tylko wrócić do swoich rodzin. I o to się modlili. Dlatego niech wreszcie zacznie się ich w Polsce szanować, a polityczni awanturnicy dadzą im po prostu święty spokój.

Badanie historii jest sprawą skomplikowaną. Historia nigdy nie jest czarno-biała i nie da się jej opisać przez stosowanie ideologicznych schematów oraz zaklęć, odpowiadających zapotrzebowaniu jakiejś polityki historycznej.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 kwietnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 15-16 (2183/84), 8-15.04.2018, s. 7

 

„Dekomunizacja” Republiki Pińczowskiej

„Zaskoczyła mnie bardzo ta decyzja… To jest symbol walki i wolności, a nie komunizmu. Nie wiem, dlaczego ktoś doszedł do takiego wniosku. Pomnik w Byczowie upamiętnia pojednanie i braterstwo wszystkich oddziałów partyzanckich. Armia Ludowa, Armia Krajowa, Szare Szeregi i Bataliony Chłopskie połączyły się – nie było wtedy ideologii, był za to jeden cel – walka przeciwko okupantowi. Adam Asnyk pięknie apelował, aby nie burzyć pomników i ołtarzy przeszłości, żeby nowe pokolenia mogły wznieść nowe. Według mnie pomnik Republiki Pińczowskiej powinien zostać na swoim miejscu, bo on uczy historii. A historia nie zawsze jest czysta jak łza. Trzeba ją dobrze poznać i dopiero wtedy o niej mówić, w odpowiedni sposób ją przekazać” – tak skomentowała informację o ewentualnej rozbiórce pomnika Republiki Pińczowskiej w Byczowie koło Pińczowa 90-letnia Teresa Znojek, w okresie okupacji niemieckiej łączniczka i sanitariuszka w batalionie Armii Krajowej „Dzięcioł”, uczestniczka walk o Republikę Pińczowską[1].

Pod koniec lutego 2018 roku władze województwa świętokrzyskiego uznały pomnik Partyzanckiej Republiki Pińczowskiej w Byczowie za obiekt „w rozumieniu artykułu 5 ustęp 1 i 2, znowelizowanej ustawy z dnia 1 kwietnia 2016 roku o zakazie propagowania komunizmu”, co może oznaczać jego likwidację. Wywołało to spore poruszenie społeczności powiatu pińczowskiego. 12 marca miało miejsce spotkanie w Urzędzie Wojewódzkim w Kielcach z udziałem władz województwa, przedstawicieli Instytutu Pamięci Narodowej oraz Urzędu Miasta i Gminy w Pińczowie. Na spotkaniu tym zapadła decyzja, że nie dojdzie do rozbiórki pomnika Republiki Pińczowskiej, natomiast zainteresowane strony będą szukać „prawnych możliwości w sprawie usunięcia pamiątkowych tablic, które są częścią pomnika”. Powodem takiej decyzji jest stanowisko kieleckiej Delegatury IPN dotyczące tablic pamiątkowych na pomniku, które „upamiętniają kontrowersyjne postaci”[2].

Problem w tym, że gdy w 1969 roku odsłonięto pomnik Republiki Pińczowskiej w Byczowie, nie było na nim żadnych tablic. Widniał tam tylko napis: „Partyzantom bohaterom tej ziemi. Partyzancka Republika Pińczowska 24 VII – 15 VIII 1944”. Kontrowersyjne dla IPN tablice umieszczono na pomniku dopiero w 2001 roku, a więc już w okresie III RP. Na tablicach tych są upamiętnione m.in. następujące osoby: Zygmunt Bieszczanian – dowódca oddziału Armii Ludowej okręgu wiślickiego, Roman Kałuża – uczestnik kampanii wrześniowej, dowódca partyzanckiego zgrupowania Batalionów Chłopskich i Armii Ludowej oraz zastępca komendanta okręgu wiślickiego AL, Józef Maślanka – dowódca partyzanckiego zgrupowania BCh i AL, Jan Pszczoła – uczestnik kampanii wrześniowej, komendant obwodu pińczowskiego BCh i zastępca komendanta obwodu pińczowskiego Armii Krajowej, Józef Saturn – uczestnik kampanii wrześniowej i dowódca brygady AL oraz Roman Zawarczyński – także uczestnik kampanii wrześniowej i komendant obwodu pińczowskiego Armii Krajowej.

Z wypowiedzi dla Radia Kielce dr Doroty Koczwańskiej-Kality – naczelnik Delegatury IPN w Kielcach – wynika, że zastrzeżenia IPN budzą trzy nazwiska: Zygmunta Bieszczanina, Józefa Maślanki i Józefa Saturna. Formalnie dlatego, że Zygmunt Bieszczanin „Adam” (1923-1998) był po wojnie komendantem wojewódzkim Milicji Obywatelskiej w Rzeszowie[3]. A dwaj pozostali? Tego pani naczelnik nie wyjaśniła, więc spróbuję dociec sam. Józef Saturn (1899-1971) też był po wojnie oficerem MO. Natomiast Józef Maślanka „Mścisław” (1883-1968) był przez trzy miesiące ministrem administracji publicznej w Rządzie Tymczasowym Edwarda Osóbki-Morawskiego, a także posłem z ramienia Stronnictwa Ludowego do Krajowej Rady Narodowej i na Sejm Ustawodawczy.

Podczas wojny Józef Maślanka dowodził oddziałem BCh „Mścisława Górki”. 17 lipca 1944 roku pod Skrobaczowem w powiecie buskim, pod jego nieobecność, oddział ten oraz oddział AL Zygmunta Bieszczanina zostały zaatakowane przez 204. pułk Narodowych Sił Zbrojnych, który wszedł później w skład Brygady Świętokrzyskiej. Pomimo dużej przewagi NSZ oddział Bieszczanina wydostał się wówczas z okrążenia. Do niewoli dostało się jednak 33 partyzantów BCh wraz z dowodzącym w zastępstwie Maślanki Kazimierzem Orczykowskim. Wkrótce ich uwolniono. Orczykowskiemu zwrócono nawet broń i konia. Jednakże jego podkomendni zostali przez NSZ rozbrojeni i poddani karze chłosty. Ta współczesna „dekomunizacja” Bieszczanina i Maślanki wygląda tak jakby była dokończeniem tamtej walki z lipca 1944 roku, którą rozpoczęła z nimi cześć późniejszej Brygady Świętokrzyskiej NSZ.

Niezależnie od tego jak potoczą się dalsze losy pomnika w Byczowie koło Pińczowa, faktem jest, że obecna władza otworzyła temat „dekomunizacji” Republiki Pińczowskiej, a właściwie – należy to otwarcie powiedzieć – fałszowania pamięci historycznej o wspólnym wystąpieniu przeciw Niemcom AK, AL i BCh. Jaka jest bowiem prawda historyczna o Partyzanckiej Republice Pińczowskiej?

Nazwa ta została zapożyczona od Republiki Pińczowskiej, którą pod koniec 1918 roku – po rozbrojeniu wojsk austro-węgierskich – utworzyli miejscowi chłopi pod przywództwem działacza SDKPiL Jana Lisowskiego. Partyzancka Republika Pińczowska była obszarem o powierzchni około 1000 km2, który został przejściowo wyzwolony spod okupacji niemieckiej w dniach 24 lipca – 12 sierpnia 1944 roku w wyniku wspólnego wysiłku zbrojnego partyzantki AK, AL i BCh. Stanowiła urzeczywistnienie idei, o którą walczyli powstańcy warszawscy – z tym, że w okolicach Pińczowa się udało. Stworzono namiastkę państwa polskiego – niepodległego i pluralistycznego politycznie. Wyzwolony od Niemców obszar obejmował tereny dzisiejszych powiatów buskiego, kazimierzowskiego, pińczowskiego i proszowickiego z takimi miejscowościami jak Brzesko Nowe, Działoszyce, Janowice, Kazimierza Wielka, Koszyce, Nowy Korczyn, Pińczów, Proszowice, Sancygniów, Skalbmierz, Słaboszów i Wiślica.

29 lipca 1944 roku w ramach operacji lwowsko-sandomierskiej wojska radzieckie dotarły do Wisły w rejonie Baranowa Sandomierskiego i rozpoczęły forsowanie rzeki. 31 lipca uchwyciły one tzw. przyczółek baranowsko-sandomierski. Około 20 lipca, kiedy front był jeszcze oddalony od powiatu pińczowskiego o 100 km, rozpoczęła się chaotyczna ewakuacja niemieckich urzędów i policji. To był bezpośredni impuls do podjęcia działań zaczepnych przez siły partyzanckie. Polskie wystąpienie rozpoczęło się od rozbrajania posterunków żandarmerii niemieckiej, m.in. w Nowym Korczynie i Racławicach. Pierwszą potyczkę z Wehrmachtem stoczono pod wsią Sielec w dzisiejszym powiecie jędrzejowskim. Ramię w ramię walczyli tam partyzanci z oddziału AK „Grom”, AL i BCh. 26 lipca 1944 roku oddział BCh pod dowództwem Franciszka Kozery (1912-1992) rozbił posterunki policji niemieckiej w Kocmyrzowie i Luborzycy na terenie dzisiejszego powiatu krakowskiego. Następnie, kontynuując marsz na wschód, rozbroił garnizon niemiecki w Koszycach i 27 lipca zlikwidował 30-osobowy garnizon niemiecki w Kazimierzy Wielkiej, składający się gównie z nacjonalistów ukraińskich.

W tym samym czasie do działań zaczepnych przystąpiła Kompania Szturmowa „Dominika”, pod dowództwem kpt. Jerzego Biechońskiego (1918-1944), wchodząca w skład 106. Dywizji Piechoty AK. 27 lipca kompania kpt. Biechońskiego rozbiła w zasadzce w Czechach koło Proszowic oddział żandarmerii niemieckiej, a następnego dnia wyzwoliła Proszowice.

Na wyzwolonym obszarze władzę polityczną sprawowała Pińczowska Konspiracyjna Rada Narodowa wraz z delegatem powiatowym rządu RP na uchodźstwie Józefem Dąbkowskim ze Stronnictwa Ludowego i komendantem obwodu pińczowskiego AK mjr. Romanem Zawarczyńskim (1896-1959). Na czele Pińczowskiej Konspiracyjnej Rady Narodowej stanął Franciszek Kucybała (1908-1968) – dowódca okręgu pińczowskiego AL, a jego zastępcą został ludowiec Piotr Soja. Powołano też stanowiska komisarzy do spraw majątków obszarniczych (został nim działacz ruchu ludowego i pisarz Józef Morton), reformy rolnej oraz kolejnictwa i dróg. Wspomniana Teresa Znojek w wypowiedzi dla portalu „Echo Dnia” stwierdziła, że „wszyscy szliśmy na śmierć, wszyscy walczyliśmy przeciw okupantom i wszyscy rozbrajaliśmy posterunki, w których stacjonowali żołnierze Wehrmachtu. Warto też wiedzieć, że wtedy dowództwo dostawał ten, kto najlepiej znał teren i nie miało znaczenia do jakiego oddziału należy”.

Ta namiastka wolnej i demokratycznej Polski spokojnie funkcjonowała zaledwie kilka dni. Bliskość frontu oraz militarne znaczenie dróg przechodzących przez teren Republiki Pińczowskiej spowodowały, że siły niemieckie szybko przystąpiły do kontrataku. Rozpoczął się on 31 lipca 1944 roku od próby pacyfikacji wsi Młodzawy Duże i Młodzawy Małe w powiecie pińczowskim. Skuteczny opór Niemcom stawiła tam licząca wówczas około 180 partyzantów 1. Brygada AL Ziemi Krakowskiej im. Bartosza Głowackiego, której dowódcą był kpt. Józef Saturn „Bartek”. W czasie starcia pod Młodzawami wyróżniła się trzecia kompania tej brygady, dowodzona przez kpt. Zygmunta Bieszczanina „Adama”. Warto nadmienić, że Bieszczanin i Saturn rozpoczęli walkę konspiracyjną z okupantem niemieckim w szeregach ZWZ/AK. Ponadto Józef Saturn był uczestnikiem II powstania śląskiego.

Na pomniku w Młodzawach również umieszczono napisy poświęcone Zygmuntowi Bieszczaninowi i Józefowi Saturnowi o treści: „Ku pamięci płk. dr. Zygmunta Bieszczanina 1923-1998, kawalera orderu Virtuti Militari, dowódcy oddziału AL okręgu wiślickiego, uczestnika walk z niemieckim okupantem, współtwórcy powstania, obrony i utrzymania Republiki Pińczowskiej 24 VII – 15 VIII 1944. Jego żołnierze” oraz „Majorowi Józefowi Saturnowi 1899-1971, uczestnikowi kampanii wrześniowej 1939, w okresie okupacji w Służbie Zwycięstwu Polski, Związku Walki Zbrojnej, Gwardii i Armii Ludowej, dowódcy 1. Brygady AL Ziemi Krakowskiej im. Bartosza Głowackiego”. Czy te napisy także zostaną poddane procedurze „dekomunizacji”? A może już to uczyniono?

5 sierpnia 1944 roku siły niemiecko-ukraińskie wyparły ze Skalbmierza partyzantów AK i przystąpiły do palenia miasteczka, mordując 64 jego mieszkańców. Na odsiecz pospieszyli partyzanci BCh i AL, w tym oddział kpt. Bieszczanina. Niestety nie byli oni w stanie odbić miasteczka z rąk wroga. O polskim zwycięstwie zadecydowało wsparcie w postaci dwóch czołgów należących do patrolu radzieckiego, który stacjonował w Wiślicy. Kontakt z dowódcą tego patrolu nawiązał Jan Pszczoła (1914-1944) – komendant obwodu pińczowskiego BCh. Tego samego dnia zwycięską potyczkę z jednostką niemieckiej żandarmerii polowej stoczył pod Jaksicami w dzisiejszym powiecie proszowickim oddział ze 120. pułku piechoty AK.

Ostatnim polskim sukcesem była likwidacja posterunku żandarmerii niemieckiej w Działoszycach, którą przeprowadzili 8 sierpnia 1944 roku partyzanci AK i BCh. Wkrótce na teren Republiki Pińczowskiej wkroczyły znaczne siły Wehrmachtu, którym partyzanci nie byli w stanie stawić czoła. W sytuacji braku możliwości połączenia z Armią Czerwoną na przyczółku baranowsko-sandomierskim siły AK i cześć sił BCh przeszły do konspiracji. Natomiast 1. Brygada AL, do której na zasadach autonomicznych dołączył oddział BCh Józefa Maślanki, podjęła próbę przebicia się przez linię frontu. Stan osobowy brygady został też uzupełniony przez grupę spadochroniarzy z Polskiego Sztabu Partyzanckiego i wzrósł do 450 żołnierzy. W wyniku zrzutu radzieckiego 13 sierpnia 1944 roku brygada uzyskała m.in. około 100 pistoletów maszynowych i amunicję. 14 sierpnia 1. Brygada AL stoczyła potyczkę z wojskami niemieckimi pod Baranowem w dzisiejszym powiecie buskim. Następnego dnia większość jej żołnierzy przebiła się przez linię frontu w okolicach wsi Szklanów. Wśród żołnierzy brygady, którzy pozostali w konspiracji na terenie okupowanym przez Niemców, był m.in. ranny por. Jan Trzaska „Gutek” – co ciekawe także uczestnik kampanii wrześniowej i początkowo partyzant AK.

Różne były powojenne losy bohaterów Republiki Pińczowskiej, tak jak skomplikowana była powojenna historia Polski. Józef Maślanka był ministrem w Rządzie Tymczasowym, a potem posłem SL, Zygmunt Bieszczanin, Franciszek Kucybała i Józef Saturn trafili na kilka lat do MO, a mjr. Roman Zawarczyński do antykomunistycznej konspiracji Wolność i Niezawisłość. Franciszek Kozera podjął w 1945 roku pracę w Tymczasowym Zarządzie Państwowym, a następnie Urzędzie Celnym w Gdyni i został z niej usunięty w 1953 roku na polecenie UB. Jednak na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku ci ludzie walczyli razem. Walczyli o Polskę. Mieli różne wizje Polski i być może mogliby je demokratycznie realizować, gdyby pozwoliły na to ówczesne warunki geopolityczne. Tak przynajmniej było w krótkim epizodzie Partyzanckiej Republiki Pińczowskiej, kiedy wspólnie tworzyli jej demokratyczne władze. Ten fakt nie pasuje jednak do założeń obecnej polityki historycznej, opartej na ideologii radykalnego antykomunizmu. Nie pasuje do dogmatów o drugiej okupacji sowieckiej i pachołkach Kremla. Stąd też podjęte zostały działania zmierzające do napisania historii na nowo. Jak bowiem inaczej należy traktować zapowiedź usunięcia z pamięci społecznej kilku ważnych nazwisk związanych z Republiką Pińczowską?

[1] „Koło Pińczowa chcą zburzyć pomnik bohaterów! Wielkie oburzenie. To koniec uroczystości pod pomnikiem Republiki Pińczowskiej?”, http://www.echodnia.eu, 7.03.2018.

[2] „Byczów, Kozubów. Tablice do usunięcia, pomnik Republiki Pińczowskiej pozostanie na swoim miejscu”, http://www.echodnia.eu, 13.03.2018.

[3] „Kontrowersje wokół pomnika Republiki Pińczowskiej. Chodzi o kilka nazwisk”, http://www.radio.kielce.pl, 8.03.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 kwietnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 15-16 (2183/84), 8-15.04.2018, s. 6-7

Świadectwo Icchaka Kacenelsona

Przed północą 30 kwietnia 1944 roku dotarł do KL Auschwitz z obozu internowania w Drancy pod Paryżem siedemdziesiąty drugi transport Żydów, który Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) skierował z okupowanej Francji. Przywieziono w nim 1004 Żydów – mężczyzn, kobiety i dzieci. Po wyładunku transportu na rampie kolejowej lekarze SS przeprowadzili selekcję. W jej rezultacie skierowali do obozu jako więźniów tylko 48 mężczyzn (oznaczono ich numerami 186596 – 186643) oraz 91 kobiet (otrzymały numery 80569 – 80659). Pozostałe 865 osób – już po północy 1 maja 1944 roku – esesmani zamordowali w komorach gazowych obozu Birkenau (KL Auschwitz II), a ich zwłoki spalono w krematoriach.

Wśród osób wyselekcjonowanych na śmierć znajdowali się 58-letni Icchak Kacenelson (1886 – 1944) oraz jego 18-letni syn Cwi, których w obozie Drancy oznaczono numerami 20204 i 20205. Na zachowanej liście transportowej przy nazwisku ojca widnieje adnotacja „Lehrer (nauczyciel)”, a przy nazwisku syna „Arbeiter (robotnik)”. Cwi Kaceneslon (1926-1944) był młodym mężczyzną i powinien zostać zarejestrowany w obozie jako więzień. Najprawdopodobniej zatem nie chciał opuścić starego ojca i poszedł z nim razem na śmierć. Ich droga do Auschwitz była długa i bolesna. W przeciwieństwie do większości Żydów polskich nawet nietypowa, ponieważ wiodła przez obozy internowania w Vittel i Drancy na terenie Francji. Stało się tak dlatego, że na tej drodze pojawił się nagle promyk nadziei na ratunek. Promyk tej nadziei okazał się niestety jedną z najtragiczniejszych kart losu Żydów polskich podczas drugiej wojny światowej, która przeszła do historii pod nazwą „sprawy Hotelu Polskiego”.

Icchak Kacenelson (1886-1944). Fot. domena publiczna

Icchak Kacenelson (1886-1944). Fot. domena publiczna

Icchak Kacenelson był pedagogiem, tłumaczem, poetą i dramaturgiem. Tworzył w językach jidysz i hebrajskim. Jeden z najwybitniejszych poetów żydowskich XX wieku pochodził z ziemi Adama Mickiewicza. Urodził się 1 lipca 1886 roku w Koreliczach koło Nowogródka, ale większość swojego życia spędził w Warszawie i Łodzi. Jego ojciec Jakub Beniamin Kacenelson (1852-1930) także był pedagogiem i literatem, piszącym pod pseudonimem Ben-Jamini. Od 1884 roku pełnił funkcję dyrektora chederu w Zgierzu, którego wychowankiem był m.in. jego syn Icchak. Natomiast w 1886 roku został dyrektorem Zreformowanego Chederu w Łodzi.

Problemy finansowe spowodowały, że młody Icchak przerwał naukę i rozpoczął pracę w fabryce włókienniczej. Był samoukiem. W poszukiwaniu lepszego życia przeniósł się do Warszawy, gdzie współpracował z pismami żydowskimi „Ha-Cefira”, „Ha-Dor” oraz z Jidisze Bibliotek, wydawaną przez Icchoka Lejbusza Pereca. Po kilku latach powrócił do Łodzi, gdzie prowadził przedszkole żydowskie, a potem hebrajską szkołę powszechną. W okresie międzywojennym założył świeckie I Gimnazjum Hebrajskie w Łodzi i był jego dyrektorem.

Debiutował jako pisarz w 1904 roku. Rozgłos przyniósł mu napisany prozą w języku hebrajskim poemat „Bi-g(e)wulot Lita” (hebr., „W granicach Litwy”, 1909), poświęcony doświadczeniom młodości spędzonej na Litwie. Potem opublikował jeszcze kilka tomów poetyckich w języku hebrajskim. Tworzył też cieszące się popularnością pieśni, baśnie i utwory sceniczne dla dzieci i młodzieży. Wiele jego wierszy, opatrzonych muzyką, weszło do kanonu żydowskich pieśni ludowych i dziecięcych. Tłumaczył na język hebrajski m.in. utwory Heinego. Interesował się także teatrem hebrajskim, dla którego napisał wiele utworów, m.in. poemat sceniczny „Ha-Nawi” (hebr., „Prorok”, 1922). Od 1928 roku kierował Hebrajskim Studiem Dramatycznym „Habima” w Łodzi.

Końcowy i najdramatyczniejszy okres życia Icchaka Kacenelsona rozpoczął się po wybuchu drugiej wojny światowej. Od stycznia 1940 roku przebywał w getcie warszawskim, gdzie współpracował z Emanuelem Ringelblumem. Uczestniczył w tajnym nauczaniu i w seminariach ruchu chalucowego (He-Chaluc). Kierował także kołem dramatycznym organizacji młodzieżowej Dror oraz pisał do konspiracyjnej prasy żydowskiej. W getcie warszawskim powstały m.in. jego poematy w języku jidysz: „Biada tobie”, „Pieśń o Szlomie Żelichowskim”,Śmiał się Żyd” oraz wiele innych utworów, które – zakopane wraz z Archiwum Ringelbluma w lipcu 1942 roku – zostały odnalezione kilka lat po wojnie.

Podczas Wielkiej Akcji likwidacyjnej getta warszawskiego (22 lipca-21 września1942 r.), w transporcie z 14 sierpnia 1942 roku, do obozu zagłady w Treblince wywieziono jego najbliższych – młodszego brata Berla Kacenelsona (także pedagog), żonę Chanę (1900-1942) oraz synów, 14-letniego Bencjona i 11-letniego Jomela. Icchak Kacenelson nie został objęty deportacją, ponieważ wraz z najstarszym synem Cwi pracował w tzw. „szopach” (zakładach produkcyjnych na terenie getta). Mimo swojego wieku, postanowił walczyć i zgłosił się do Icchaka Cukiermana „Antka”– jednego z przywódców Żydowskiej Organizacji Bojowej. Kacenelsonowie – ojciec i syn – biorą udział w powstaniu w getcie warszawskim (19 kwietnia-maj 1943 r.), a następnie wydostają się na „stronę aryjską”. Jak wielu ukrywających się wtedy w Warszawie Żydów, trafiają wkrótce do Hotelu Polskiego przy ulicy Długiej 29.

Trzeba w tym miejscu przypomnieć pokrótce tzw. sprawę Hotelu Polskiego. Na przełomie 1941 i 1942 roku dwie organizacje żydowskie ze Szwajcarii załatwiły dla Żydów w Generalnym Gubernatorstwie pewną ilość paszportów państw południowoamerykańskich, żeby umożliwić im legalną emigrację w ramach wymiany na obywateli III Rzeszy internowanych przez aliantów. Do getta warszawskiego najwięcej takich dokumentów zaczęto przekazywać na przełomie 1942 i 1943 roku, kiedy większość ich adresatów zginęła już w obozie zagłady w Treblince. W maju 1943 roku – tuż przed ostateczną likwidacją getta – ową niedoręczoną pocztą (około 4000 paszportów) zainteresowało się dwóch żydowskich kolaborantów – Leon Skosowski i Adam Żurwain, którzy współpracowali z warszawskim gestapo. Kierowana przez nich grupa kilkunastu podobnych im kolaborantów żydowskich rozpoczęła akcję sprzedaży paszportów Żydom ukrywającym się po „stronie aryjskiej”, a ci na ich podstawie byli internowani przez władze niemieckie w Hotelu Polskim. Tam oczekiwali na wyjazd do obozów internowania we Francji i w Niemczech, skąd miano ich deportować do krajów neutralnych. Część dokumentów rozdawano w hotelu za darmo. Były to tzw. certyfikaty palestyńskie.

Przez Hotel Polski przeszło około 2500 osób, w tym wielu bojowników Żydowskiej Organizacji Bojowej i Żydowskiego Związku Wojskowego. Niestety cała akcja była najprawdopodobniej prowokacją gestapo, które w ten sposób wywabiło część Żydów ukrywających się po „stronie aryjskiej”. Żydzi wyjeżdżający w lipcu 1943 roku z Hotelu Polskiego do obozów internowania w Vittel we Francji i Bergen-Belsen w Niemczech (wtedy jeszcze nie był to obóz koncentracyjny) byli przekonani, że dzięki dokumentom, za które oddali ostatnie pieniądze i kosztowności bezpiecznie dotrą do Ameryki Południowej. Niestety, w większości zamiast do krajów neutralnych dotarli do KL Auschwitz (część z nich zamordowano też na Pawiaku). Po przybyciu Żydów z Hotelu Polskiego do Vittel i Bergen-Belsen funkcjonariusze RSHA dokonali dokładnego sprawdzenia ich dokumentów i odkryli, że np. w wieloosobowych rodzinach nie ma związków krwi. Stało się dla nich od razu jasne, że paszporty umożliwiające emigrację miały uchronić te osoby od zagłady.

Tragiczny los ofiar „sprawy Hotelu Polskiego” podzielili też Icchak Kacenelson i jego syn. Z obozu w Vittel przetransportowano ich 17 kwietnia 1944 roku do obozu internowania w Drancy, a stamtąd gestapo ekspediowało transporty Żydów tylko w jednym kierunku. Do Auschwitz. W tę ostatnią drogę Kacenelsonowie wyruszyli 29 kwietnia 1944 roku, w siedemdziesiątym drugim transporcie RSHA z Drancy.

Icchak Kacenelson-fot. Historical Holocaust Society

Icchak Kacenelson-fot. Historical Holocaust Society

Podczas pobytu w Vittel Icchak Kacenelson napisał swój ostatni i najważniejszy utwór poetycki – poemat w języku jidysz „Dos lid fun ojsgehargetn jidiszn fołk” („Pieśń o zamordowanym żydowskim narodzie”). Jest to wstrząsające świadectwo Zagłady przekazane przez jej świadka i ofiarę. Dzieło składa się z piętnastu pieśni, w których autor opisał historię zagłady getta warszawskiego i zawarł swój testament. Poemat został przetłumaczony na język polski w 1973 roku przez Jerzego Ficowskiego. Kacenelson tworzył go w obozie Vittel pomiędzy 3 października 1943 a 18 stycznia 1944 roku, następnie ukrył w butelce i zakopał w ziemi. Zaprzyjaźniona z poetą więźniarka obozu Miriam Novitch, znająca miejsce zakopania butelki, wydobyła ją z ziemi 12 września 1944 roku – w dniu wyzwolenia obozu w Vittel przez aliantów. Ocalał poemat – świadectwo, oskarżenie i pomnik – oraz dziennik pisany przez poetę w obozie.

„Pieśń o zamordowanym żydowskim narodzie” stanowi porażający dokument prawdy nie tylko o zbrodni, ale także o jej bezpośrednich sprawcach. Wszystkich sprawcach. Również tych, o których dzisiaj mówi się niechętnie, a jeśli już się mówi, to jednocześnie się ich usprawiedliwia i wybiela. Oczywiście, że podczas akcji likwidacyjnej getta funkcjonariuszom Żydowskiej Służby Porządkowej groziło rozstrzelanie za niewykonanie rozkazu. Czy to jednak w pełni usprawiedliwia ich brutalność i nadgorliwość? Czy ich postępowaniem kierował tylko strach przed rozstrzelaniem za niewykonanie rozkazu czy także okrutna kalkulacja, że gorliwość i bezwzględność w spełnianiu poleceń niemieckich zapewni im samym ocalenie?

Taka przecież była filozofia wielu Żydów, którzy służyli Niemcom w Judenratach, policji żydowskiej, czy organizacji „Żagiew”. Filozofia przyjęta przez nich na długo przed tym, jak pojawiło się niebezpieczeństwo likwidacji gett i zagłady ich mieszkańców. Ta wąska elita (w sensie dosłownym, bo np. w policji żydowskiej służyło wielu adwokatów i studentów) wierzyła, że tylko pełna lojalność wobec Niemców może przynieść najpierw poprawę ich własnego losu, a później – kiedy rozpoczęła się akcja zagłady – ratunek. Ale komu? Im samym kosztem życia reszty. Icchak Kacenelson – ofiara Zagłady – w trzeciej części „Pieśni o zamordowanym żydowskim narodzie”, zatytułowanej „O, bólu mój!”, dał świadectwo tego co widział podczas Wielkiej Akcji w getcie warszawskim. Niech nikt dzisiaj nie próbuje nam wmawiać, że widział on coś innego.

„O, bólu mój!” (fragment) – utwór powstał 22 października 1943 roku

Jam jest ten, który to widział, który przyglądał się z bliska,

Jak dzieci, żony i mężów, i starców mych siwogłowych

Niby kamienie i szczapy na wozy oprawca ciskał

I bił bez cienia litości, lżył nieludzkimi słowy.

Patrzyłem na to zza okna, widziałem morderców bandy –

O, Boże, widziałem bijących i bitych, co na śmierć idą…

I ręce załamywałem ze wstydu… wstydu i hańby –

Oto rękoma Żydów śmierć zadawano Żydom!

Zdrajcy, co w lśniących cholewach biegli po pustej ulicy

Jak ze swastyką na czapkach – z tarczą Dawida, szli wściekli,

Z gębą, co słowa im obce kaleczy, butni i dzicy,

Co nas zrzucali ze schodów, którzy nas z domów wywlekli,

Co wyrywali drzwi z futryn, gwałtem wdzierali się, łotrzy,

Z pałką wzniesioną do ciosu – do domów przejętych trwogą,

Bili nas, gnali starców, pędzili naszych najmłodszych

Gdzieś na struchlałe ulice. I prosto w twarz pluli Bogu.

Odnajdywali nas w szafach i wyciągali spod łóżek,

I klęli: „Ruszać, do diabła, na umschlag, tam miejsce wasze!”

Wszystkich nas z mieszkań wywlekli, potem szperali w nich dłużej,

By wziąć ostatnie ubranie, kawałek chleba i kaszę.

A na ulicy – oszaleć! Popatrz i ścierpnij, bo oto

Martwa ulica, a jednym krzykiem się stała i grozą –

Od krańca po kraniec pusta, a pełna, jak nigdy dotąd –

Wozy! I od rozpaczy, od krzyku ciężko jest wozom…

W nich Żydzi! Włosy rwą z głowy i załamują ręce.

Niektórzy milczą – ich cisza jeszcze głośniejszym jest krzykiem.

Patrzą… Ich wzrok… Czy to jawa? Może zły sen i nic więcej?

Przy nich żydowska policja – zbiry okrutne i dzikie!

A z boku – Niemiec z uśmiechem lekkim spogląda na nich,

Niemiec przystanął z daleka i patrzy – on się nie wtrąca,

On moim Żydom zadaje śmierć żydowskimi rękami!

 

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 marca 2018 r.

„Myśl Polska” nr 11-12 (2179/80), 11-18.03.2018, s. 14.

Oblany egzamin z polityki

Rządząca prawica nie spodziewała się, że nowelizacja ustawy o IPN wywoła tak nieoczekiwany i głęboki kryzys polityczny o reperkusjach międzynarodowych. O dezorientacji i zaskoczeniu obozu rządzącego świadczy najlepiej to, że prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o zmianie ustawy o IPN dla elektoratu PiS i jednocześnie skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego dla udobruchania Izraela i Ukrainy.

Można dyskutować nad tym czy zmiany w ustawie o IPN będą skuteczne, zwłaszcza wobec mediów i autorów zagranicznych, a także czy stosowanie tego prawa na gruncie krajowym nie doprowadzi do nieporozumień i nadużyć. Niemniej jednak samą oficjalną intencję inicjatorów tej nowelizacji – czyli ochronę dobrego imienia Polski i narodu polskiego przed posądzaniem o udział w zbrodniach nazistowskich – należy uznać za słuszną.

Od razu jednak nasuwa się pytanie, czy za takie zniesławianie Polski i Polaków ponoszą winę tylko ci, którzy za granicą piszą i mówią np. o „polskich obozach śmierci”? Czy wina za kreowanie fałszywego obrazu Polski podczas drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu nie leży też po stronie polityki historycznej rządzącej prawicy? Czy ten fałszywy obraz nie jest kreowany np. przez ulubioną tezę prawicowej polityki historycznej, że Polska przegrała drugą wojnę światową i po 1945 roku znalazła się pod „nową okupacją”? Drugą wojnę światową przegrała III Rzesza i to ona w związku z tym została w 1945 roku poddana okupacji. Jeśli zatem Polska znalazła się w tej samej sytuacji co III Rzesza, to widocznie była jej sojusznikiem. Tak to może odebrać ktoś, kto mieszka daleko od Polski i ma o niej niewielką wiedzę.

Nikt w Polsce nie powinien mieć wątpliwości, że Polska wygrała drugą wojnę światową, ponieważ stawką, o którą walczyła nie była ani przynależność państwowa Kresów Wschodnich, ani ustrój polityczno-gospodarczy, tylko biologiczne przetrwanie.

Niestety prawicowa polityka historyczna od lat uparcie stawia Polskę właśnie w gronie satelitów III Rzeszy. Nie tylko poprzez tezę o przegraniu wojny i „nowej okupacji”, ale także poprzez spłycony i przejaskrawiony kult powojennego podziemia antykomunistycznego – które w uproszczonej narracji postawiono w jednym szeregu z „leśnymi braćmi” (przeważnie hitlerowskimi kolaborantami) z krajów bałtyckich, ukraińskimi nacjonalistami, czy chorwackimi ustaszami. Wszystko to przecież byli „żołnierze wyklęci”, którzy walczyli z komunizmem do końca.

Uwaga powyższa dotyczy nie tylko PiS, ale także PO. Wywodzący się z jej kręgu prezydent Bronisław Komorowski raczył w 2015 roku zaprosić na obchody zakończenia drugiej wojny światowej (bynajmniej nie polskiego zwycięstwa, ale jedynie zakończenia wojny) przedstawicieli państw, które przecież były satelitami III Rzeszy, a pominął państwa koalicji antyhitlerowskiej tylko dlatego, żeby nie zaprosić delegacji Rosji.

O ile ta część nowelizacji prawa o IPN, mówiąca o przypisywaniu Polsce i Polakom udziału w zbrodniach nazistowskich, może budzić różne wątpliwości, także odległe od narracji strony izraelskiej, to penalizacja propagowania na terytorium Polski ideologii banderowskiej i negacji zbrodni nacjonalistów ukraińskich na narodzie polskim jest bez wątpienia posunięciem słusznym. Nie tylko słusznym, ale długo oczekiwanym przez środowiska kresowe. Niestety połączenie obu tych spraw okazało się posunięciem niefortunnym w sytuacji wynikłego kryzysu i niebezpieczeństwa zanegowania tego ustawodawstwa przez Trybunał Konstytucyjny.

Reakcja Izraela oraz środowisk żydowskich w USA i na Zachodzie była oczywiście przesadna i miejscami skandaliczna, a towarzysząca jej narracja historyczna zmierzała do defamacji Polski. Uwaga mediów i opinii publicznej skupiła się niemal całkowicie właśnie na reakcji strony izraelsko-amerykańskiej oraz wspierających jej narrację ośrodków krajowych. Nie była natomiast eksponowana w mediach, być może celowo, reakcja strony ukraińskiej, która cynicznie podczepiła się pod protest izraelsko-amerykański. Trzeba zauważyć, że posłowie PO wstrzymali się od głosu nie dlatego, że byli przeciwni penalizacji przypisywania Polsce i Polakom udziału w zbrodniach nazistowskich, ale dlatego, że nie podobał im się pomysł takiego samego potraktowania propagowania w Polsce ideologii banderowskiej i negacji zbrodni popełnionych przez OUN-UPA. Tym samym PO potwierdziła raz jeszcze, że stanowi najtwardsze jądro lobby ukraińskiego w Polsce.

Jeśli reakcję strony izraelsko-amerykańskiej na znowelizowane prawo o IPN można uznać za przesadną i skandaliczną, to reakcję Kijowa można określić tylko mianem agresji. Ze strony ukraińskiej miały miejsce wypowiedzi i zachowania otwarcie nieprzyjazne. Od oświadczenia prezydenta Poroszenki, że nowelizacja ustawy o IPN jest nie do przyjęcia, poprzez agresywne wypowiedzi Wołodymyra Wiatrowycza i niektórych ministrów ukraińskich, do skrajnych reakcji nacjonalistów ukraińskich[1]. Wśród nich należy wymienić groźby uchwalenia ustawy o penalizacji negowania domniemanej „polskiej okupacji” Kresów Wschodnich (w terminologii neobanderowców „zachodniej Ukrainy”), decyzje rad Lwowa i Tarnopola o wywieszaniu flagi banderowskiej obok państwowej flagi Ukrainy, czy groźne pohukiwania panów Tiahnyboka, Szeremety i innych epigonów OUN-UPA.

Najdalej poszedł były minister obrony Ukrainy, gen. Ołeksandr Kuźmiuk, który zasugerował, że nowelizacja ustawy o IPN może wywołać antypolskie powstanie ukraińskich emigrantów zarobkowych. Na antenie telewizji 112.Ukraina Kuźmiuk stwierdził, że „te milion dwieście tysięcy Ukraińców, którzy są dziś w Polsce (…), to piąty front ukraiński, który poszedł do Polski (…). Ale on chwyci za kije, jeśli będziemy przypominać o wszystkich Kozakach powieszonych od Lwowa do Kijowa”[2]

Agresywne wypowiedzi padające ze strony ukraińskiej nie spowodowały żadnej reakcji ani ambasadora Jana Piekły, ani polskiego MSZ. Nowy minister spraw zagranicznych stwierdził jedynie 3 lutego, że pomiędzy Polską a Ukrainą jest potrzebny „szczery dialog historyków”[3]. Zadziwia, że minister Czaputowicz nie ma świadomości tego, iż taki dialog jest od dawna niemożliwy. Uniemożliwia go budowanie przez pomajdanową Ukrainę swojej tożsamości narodowo-politycznej na tradycji nacjonalizmu ukraińskiego i ruchu banderowskiego. Jedyny dialog, jaki proponuje tamta strona, sprowadza się do przyjęcia jej kłamliwej narracji, negującej m.in. zbrodnie OUN-UPA na narodzie polskim.

Wcześniej nowy szef MSZ zadeklarował też że jego rząd będzie nadal angażował się na rzecz „suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy” oraz „będzie wspierać europejskie aspiracje Ukrainy”[4]. Taka jest linia polityczna PiS wobec Ukrainy bez względu na kolejne akty wrogości ze strony tego państwa. Jakie to są „europejskie aspiracje” w sytuacji, gdy kraj ten stał się Somalią Europy, rajem dla oligarchów i hochsztaplerów, a także wyjątkowym w skali globu miejsce renesansu ideologii faszystowskiej – doprawdy trudno zgadnąć.

Najprawdopodobniej te „europejskie aspiracje” pomajdanowej Ukrainy sprowadzają się do oczekiwań pod adresem Polski tworzenia dla Ukraińców nowych miejsc pracy i wspierania finansowego ukraińskiej oligarchii w zamian za obłędną gloryfikację OUN-UPA i oficjalną negację zbrodni banderowskich na narodzie polskim.

Przynajmniej dla mnie nie ulega wątpliwości, że reakcja Izraela i USA na nowelizację ustawy o IPN, a zwłaszcza skrajna reakcja Ukrainy zawiera elementy wojny hybrydowej. Na to nie była przygotowana rządząca Polską prawica, którą zachowanie jej „strategicznych partnerów” wprawiło w zakłopotanie i ledwo ukrywaną panikę. Tym bardziej obóz rządzący nie był przygotowany na stanowisko zajęte przez Rosję i Niemcy wobec kryzysu politycznego wywołanego przez „strategicznych partnerów”.

W sytuacji rozwijania przez Izrael oraz środowiska żydowskie na Zachodzie i w USA niebezpiecznej dla Polski narracji historyczno-politycznej nieoczekiwane wsparcie przyszło ze strony Niemiec i Rosji – a więc państw, przeciw którym PiS prowadzi swoją politykę historyczną i nie tylko historyczną.

2 lutego Siergiej Żelezniak, zastępca sekretarza Rady Generalnej partii Jedna Rosja, będącej politycznym zapleczem prezydenta Władimira Putina, złożył oświadczenie, w którym stwierdził m.in.: „Naród polski cierpiał przez wszystkie okropności nazizmu i zapłacił za to tysiącami niewinnych żyć. Decyzja legislacyjna polskiego Senatu odzwierciedla opinię obywateli polskich, którzy nie chcą powtórki z tragedii drugiej wojny światowej i którzy protestują przeciwko zmartwychwstaniu nazizmu na sąsiedniej Ukrainie (…). Polski parlament pokazał swoją mądrość i odpowiedzialność przed swoimi wyborcami, a także dał przykład innym zachodnim politykom, jak należy przeciwdziałać jakimkolwiek przejawom nazizmu”[5].

Nie ulega wątpliwości, że takiego oświadczenia Żelezniak by nie złożył, gdyby nie miał na to zgody Władimira Putina. Należy je zatem odczytywać jako wypowiedź samego Putina. Jedyną reakcją polityków polskich, zarówno ze strony PiS, jak i PO, było stwierdzenie, że Rosjanie nie są sojusznikami, których oczekują.

3 lutego minister spraw zagranicznych RFN Sigmar Gabriel złożył oświadczenie, że Niemcy biorą na siebie pełną odpowiedzialność za Holokaust. „Polska może być pewna, że jakakolwiek próba zafałszowania historii, jak w sfomułowaniu »polskie obozy koncentracyjne«, zostanie przez nas w sposób jasny i zdecydowany odrzucona. Nie ma najmniejszej wątpliwości, jeśli chodzi o to, kto był odpowiedzialny za obozy koncentracyjne. To zorganizowane masowe morderstwo zostało popełnione przez nasz naród i nikogo innego. Jeśli byli pojedynczy kolaboranci, to oni nic tu nie zmieniają” – powiedział Sigmar Gabriel[6].

Kilka dni później na oficjalnej stronie internetowej urzędu kanclerskiego RFN zostało opublikowane nagranie kanclerz Angeli Merkel, w którym oświadczyła, że „my jako Niemcy ponosimy odpowiedzialność za wydarzenia, do których doszło podczas Holokaustu, podczas Szoah, za czasów narodowego socjalizmu (…). Ta odpowiedzialność obowiązuje nadal i każdy rząd niemiecki będzie ją brał na siebie”. Dodała także, że tylko na takiej podstawie Niemcy mogą kształtować dobrą przyszłość nie tylko z Polską, ale z całą Europą i światem[7].

Jeszcze bardziej jednoznacznie wypowiedział się w tej sprawie ambasador Niemiec w Warszawie Rolf Nikel. Zapytany przez „Rzeczpospolitą” o to, że zdaniem wielu historyków w czasie okupacji niemało Żydów miało zostać zamordowanych przez Polaków (np. Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie podaje liczbę 50 tys., a Jan Grabowski 200 tys.) stwierdził, że „to nie jest udział w Holokauście”. Następnie oświadczył: „Intencją hitlerowskich Niemiec było zamordowanie Żydów i Polaków oraz zniszczenie ich kultury. Musimy wziąć za to pełną odpowiedzialność. Zbrodnie indywidualnych osób, które nie były Niemcami, tego nie zmieniają”[8].

Tę wypowiedź ambasadora Niemiec dedykuję tym wszystkim mediom oraz środowiskom liberalnym i lewicowym w Polsce, które po 27 stycznia wpisały się w narrację izraelską. Nie tylko poprzez oskarżanie narodu polskiego o udział w zagładzie Żydów, ale zwłaszcza poprzez żenującą licytację martyrologii żydowskiej z martyrologią polską. Tak jakby nigdy nie słyszeli o tym, że Generalny Plan Wschodni zakładał biologiczną redukcję etnicznych Polaków o 85 proc.

Oświadczenia płynące ze strony rządu Niemiec wytrąciły broń z ręki premierowi Benjaminowi Netanjahu oraz tym wszystkim siłom w Izraelu, na Zachodzie i w USA, które od dziesięcioleci prowadzą akcję obarczania Polski i Polaków odpowiedzialnością za domniemany udział w przeprowadzonej przez III Rzeszę zagładzie Żydów.

Kryzys polityczny spowodowany reakcją Izraela, USA i Ukrainy na nowelizację ustawy o IPN stanowi najpoważniejszy kryzys międzynarodowy, w jakim znalazła się Polska po 1989 roku. Faktem bezprecedensowym jest to, że państwa uważane przez establishment postsolidarnościowy za strategicznych partnerów i sojuszników stanęły przeciwko Polsce, podejmując działania nieprzyjazne oraz prezentując wrogą i agresywną retorykę. Jeszcze bardziej bezprecedensowym faktem jest postawa zajęta przez Niemcy i Rosję, a więc państwa, z którymi na kolizyjnym kursie jest zwłaszcza rząd PiS, spełniający rolę podwykonawcy polityki amerykańskiej w tej części Europy. Wobec faktu tego rząd ten, jak i cały establishment postsolidarnościowy, nie potrafi zareagować i wydaje się nim jeszcze bardziej zaskoczony niż działaniami swoich sojuszników i strategicznych partnerów.

Reakcja Niemiec i Rosji na kryzys polityczny, w jakim znalazła się Polska, stanowi z ich strony sformułowanie czytelnej oferty politycznej. Niestety w Polsce nie ma partnerów, którzy tę ofertę potrafiliby odczytać i podjąć grę, do jakiej zostali zaproszeni. Nie ma w Warszawie ludzi na miarę Talleyranda i Metternicha.

Mamy natomiast np. pana Adama Bielana, który beztrosko stwierdził, że krytyka władz polskich ze strony Departamentu Stanu USA „to są rzeczy, które między przyjaciółmi mogą się zdarzać”. „Gazeta Polska” na okładce dała tytuł o konflikcie polsko-izraelskim i zilustrowała go zdjęciem uśmiechniętego Władimira Putina sugerując, że za działaniem władz Izraela kryje się podstępna ręka Kremla. Pani Przełomiec ogłosiła w TVP Info, że nowelizacja ustawy o IPN w części odnoszącej się do zbrodni nacjonalistów ukraińskich „idealnie wpisuje się w rosyjską narrację”. Jej zdaniem ta „ustawa bije również w polskie podziemie antykomunistyczne”, ponieważ podobno „po drugiej wojnie światowej podziemie antykomunistyczne polskie i ukraińskie ze sobą współpracowały. Podobnie, jak rozmawiano o współpracy na emigracji” (sic!). Zwrot wraku samolotu rządowego i budowa w Smoleńsku pomnika ofiar katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku – to są jedyne tematy, które nowy szef polskiego MSZ zaproponował Rosji do omówienia.

Nadzieja, że postsolidarnościowe elity polityczne są zdolne do wyciągania jakichś wniosków politycznych, dokonania jakiejś analizy geopolitycznej, a tym bardziej do przeorientowania geopolitycznego wydaje się zatem całkowicie bezpodstawna.

Lech Mażewski w swojej książce „Oblany egzamin z polityki” wyjaśnił dlaczego Polska nie odzyskała niepodległości w XIX wieku, chociaż po 1815 roku miała taką szansę. Zniweczył tę szansę brak zdolności do realnej oceny rzeczywistości przez ówczesnych polityków polskich oraz brak odpowiedzialności obozu polskiego szaleństwa, który doprowadził do kolejnych katastrofalnych powstań w 1830, 1846 i 1963 roku. Epigoni tego obozu szaleństwa niestety rządzili w II RP i rządzą też po 1989 roku ze wszystkimi tego ciągle powtarzającymi się skutkami. Egzamin z polityki jest oblewany nadal, ponieważ nie wytworzyła się w Polsce szkoła myślenia politycznego na wzór brytyjski czy francuski, a ponadto elity postsolidarnościowe są w różny sposób uwikłane w zależność od swoich sojuszników i strategicznych partnerów.

[1] Poroszenko o nowelizacji ustawy o IPN: to nie do przyjęcia, http://www.pl.sputniknews.com, 1.02.2018.

[2] Były minister obrony Ukrainy grozi Polsce powstaniem ukraińskich gastarbeiterów z powodu penalizacji banderyzmu, http://www.kresy.pl, 6.02.2018.

[3] Szef MSZ o relacjach z Ukrainą: Potrzebny szczery dialog historyków, http://www.jagiellonia.org, 3.02.2018.

[4] Minister Jacek Czaputowicz: Polska w dalszym ciągu będzie wspierać europejskie aspiracje Ukrainy, http://www.jagiellonia.org, 10.01.2018.

[5] Odsiecz dla Polski w sprawie ustawy o IPN przybyła ze Wschodu. Nie są to jednak oczekiwani sojusznicy, http://www.natemat.pl, 3.02.2018.

[6] Pojednawczy głos z niemieckiego MSZ. „Bierzemy na siebie pełną odpowiedzialność za Holokaust”. http://www.wprost.pl, 3.02.2018.

[7] Angela Merkel zabrała głos w sprawie ustawy o IPN. A przy okazji nawiązała do Holokaustu, http://www.natemat.pl, 10.02.2018.

[8] Rolf Nikel dla „Rz”: intencją hitlerowskich Niemiec było zamordowanie Żydów i Polaków, http://www.wiadomosci.onet.pl, 12.02.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 lutego 2018 r.

„Myśl Polska” nr 9-10 (2177/78), 25.02-4.03.2018, s. 6-7

„Setki tysięcy Polaków”

Zdaniem biskupa Tadeusza Pieronka – który wystąpił w programie „Tak jest” Moniki Olejnik na antenie TVN24 – w „pogromy Żydów” podczas okupacji niemieckiej były zaangażowane „setki tysięcy Polaków”, a „Polacy, poszczególni ludzie, nie zdali egzaminu”. Jako przykład podał volksdeutschów, którzy „chcieli lepiej przeżyć okupację, a przy okazji zarobić”[1].

Niewiele ten biskup wie o volksdeutschach. Większość z nich pochodziła z Górnego Śląska i Pomorza (w czasie okupacji Okręg Gdańsk-Prusy Zachodnie), a tam na Volkslistę wpisywano przymusowo (to były ziemie wcielone do Rzeszy). Komu taki przymus nie odpowiadał, to czekał go obóz koncentracyjny (niemiecki, bynajmniej przecież nie „polski”). W najlepszym wypadku – natychmiastowe wysiedlenie do Generalnego Gubernatorstwa. Poza tym na Górnym Śląsku Volkslistę podpisywali nawet byli powstańcy śląscy, żeby ocalić życie, co nie znaczy, że automatycznie podejmowali kolaborację. Bo wielu z nich działało w konspiracji. Aby chronić Ślązaków przed więzieniem lub obozem koncentracyjnym rząd gen. Władysława Sikorskiego wydał dyrektywę, w której zezwalał im na podpisywanie Volkslisty. Stanowisko takie podzielało też polskie podziemie niepodległościowe na Górnym Śląsku oraz Kościół katolicki w osobie katowickiego biskupa diecezjalnego Stanisława Adamskiego. Jedynie komuniści polscy potępiali przyjmowanie Volkslisty – bez względu na okoliczności – jako „zdradę” i to ich stanowisko pobrzmiewa w wypowiedzi biskupa Pieronka.

Niewiele ten biskup też wie o „pogromach Żydów” podczas okupacji. Według ustaleń oficjalnego śledztwa IPN z lat 2000-2004 w pogromie w Jedwabnem wzięło udział około 40 „mieszkańców Jedwabnego i okolic”. Tymczasem w Jedwabnem mieszkało wtedy około 1000 Polaków, co oznacza, że ogromna większość z nich w tym pogromie nie brała udziału. Była to zbrodnia niemieckiej Policji Bezpieczeństwa popełniona przy współudziale miejscowego polskiego elementu kryminalnego. Tak to przedstawił w latach 60. XX wieku Szymon Datner (1902-1989) – zasłużony historyk Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie oraz członek Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce.

W 1966 roku Szymon Datner – jako historyk badający z ramienia Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce masowe zbrodnie na ludności żydowskiej Białostocczyzny (mające miejsce po ataku III Rzeszy na ZSRR w czerwcu 1941 roku) – stwierdził, że zbrodnie te popełniły specjalne grupy operacyjne niemieckiej Policji Bezpieczeństwa i opisał prowokacje, których się dopuszczały. Zdaniem Datnera te formacje niemieckie (tzw. Einsatzgruppen der Sicherheitspolizei und des SD), choć w większości dokonywały eksterminacji Żydów samodzielnie, niejednokrotnie odegrały rolę inspiratorów, pozyskując do współpracy miejscowych kolaborantów i elementy kryminalne[2].

Datner jako pierwszy pisał o mordzie Żydów w Jedwabnem i Radziłowie, przytaczając 8 dalszych miejscowości, w których zbrodnie te były „inspirowane przez jedno i to samo »Einsatzkommando«, jeżdżące z osiedla do osiedla i podjudzające do zbrodni. Tam, gdzie Niemcy nie znaleźli powolnych wykonawców, tam krwawego dzieła dokonali sami. Stwierdzono udział w zbrodniach przestępców, którym wojna otworzyła wrota więzienne lub też zażartych faszystów i elementów aspołecznych”. Ponadto „grając na najniższych instynktach oddziały te organizowały wybuchy »gniewu ludu«, dostarczając przy tym broni, dając wskazówki, nie biorąc jednak same udziału w rzezi”[3]. Niemieckim formacjom SS i Policji Bezpieczeństwa nie udało się jednak na szerszą skalę wywołać na Białostocczyźnie fali mniej lub bardziej „spontanicznych” pogromów Żydów ze strony miejscowej ludności polskiej w myśl zalecenia Reinharda Heydricha z 2 lipca 1941 roku, by „nie przeciwstawiać się (…) czystkom inicjowanym przez środowiska antykomunistyczne i antysemickie”, ale dyskretnie wspierać je „bez zostawiania śladów”[4].

Ustalenia Szymona Datnera zostały całkowicie pominięte przeszło 30 lat później przez Jana T. Grossa i jego naśladowców (Jan Grabowski, Mirosław Tryczyk i in.). To samo co w Jedwabnem miało miejsce w 14 innych miejscowościach Białostocczyzny, które zostały opisane w książce Mirosława Tryczyka „Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów”. Tryczyk, idąc śladem Grossa, także pisze o „pogromach” na Żydach, w których mieli barć udział nawet miejscowi księża i nauczyciele. Tymczasem w większości była to działalność elementów kryminalnych, które w sytuacji przejściowej (nagła zamiana okupacji radzieckiej na niemiecką) mordowały i okradały Żydów, co było tolerowane przez niemieckie władze policyjne, a może też przez nie inspirowane.

Ten element kryminalny z kilkunastu miejscowości Podlasia, to bynajmniej nie były „setki tysięcy Polaków”. Lokalna działalność elementu kryminalnego w kilkunastu miejscowościach Podlasia nie może być powodem oskarżania całego narodu polskiego o współudział w Holokauście. Nie może być nawet powodem do takich oskarżeń w stosunku do wszystkich mieszkańców tych miejscowości. Nie rozumie tego establishment polityczny USA i Izraela (nie wnikam dlaczego), ale zdumiewające jest, że nie rozumie tego polski biskup katolicki.

Oprócz biskupa Pieronka w programie Moniki Olejnik wystąpiła pani Anna Bikont, która powiedziała m.in., że za ukrywanie Żydów podczas okupacji niemieckiej Polacy podobno powszechnie brali pieniądze („był to sposób zarabiania”). Ponadto pani Bikont stwierdziła, że „podczas wojny łatwiej było ukryć czołg pod dywanem niż żydowskie dziecko”[5].

A mimo to co najmniej 500-700 tych żydowskich dzieci ukrył i uratował Jan Dobraczyński (1910-1994) – przedwojenny działacz Stronnictwa Narodowego, a więc organizacji „antysemickiej”. Podczas okupacji był on kierownikiem Sekcji Opieki Zamkniętej w Wydziale Opieki Społecznej Zarządu Miejskiego Warszawy i współpracował z Ireną Sendlerową. Korzystając z pomocy Kościoła katolickiego, Dobraczyński pozyskiwał dla żydowskich dzieci katolickie metryki chrztu, a następnie umieszczał je w sierocińcach prowadzonych przez instytucje kościelne lub Radę Główną Opiekuńczą. Za to 12 września 1993 roku Jan Dobraczyński otrzymał od Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie Medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Jeden z twórców ONR – Jan Mosdorf (1904-1943) – jako więzień nr 8230 niemieckiego obozu KL Auschwitz ratował żydowskich współwięźniów, co stało się przyczyną jego denuncjacji przez obozowych donosicieli i egzekucji pod Ścianą Śmierci w obozie KL Auschwitz I. Żydowski pisarz Wolf Glicksman (nr obozowy 117732) wspominał po wojnie, że „przedwojenny przywódca antysemickiego ruchu młodzieżowego w Polsce, Jan Mosdorf, niejednokrotnie ryzykował życie, przenosząc moje listy do krewnej znajdującej się w obozie kobiecym w Brzezince (…). Mosdorf pracował w Birkenau i często przynosił mi warzywa, a czasem kromkę chleba lub coś do ubrania”[6].

Jednym z więźniów żydowskich otoczonych przez Mosdorf opieką w Auschwitz był adwokat Mieczysław (Mojżesz) Maślanko (1903-1986), nr obozowy 128153 – który w okresie stalinowskim współpracował z UB jako obrońca z urzędu w procesach politycznych. W swoich wspomnieniach Maślanko stwierdził, że Jan Mosdorf w KL Auschwitz oraz Mieczysław Prószyński (także działacz ONR) w KL Lublin (Majdanek) wielokrotnie uratowali mu życie[7].

Jedną z takich sytuacji Maślanko opisał następująco: „W Oświęcimiu też spotkałem się z Janem Mosdorfem. On też okazywał dużo serca i pomocy więźniom – Żydom. Ja osobiście doznałem od niego dużej pomocy, może decydującej o moim życiu. Leżałem w szpitalu na bloku XIX. Mosdorf pełnił w tym bloku jakąś podrzędną funkcję kancelaryjną. I oto nagle w początkach września 1943 roku do tego bloku szpitalnego wpadł Kuryłowicz z wieścią, że mnie grozi indywidualna likwidacja i trzeba mnie z tego bloku natychmiast i niezwłocznie usunąć. Mosdorf, nie zwlekając ani chwili, z narażeniem własnego życia, dosłownie w ciągu kilku minut załatwił skomplikowane w obozie formalności i zostałem po kilku minutach już przeniesiony na inny blok szpitalny nr IX. I znów żyłem…”[8].

Wedle relacji Bolesława Świderskiego – przedwojennego działacza ONR i więźnia Auschwitz nr 952 – otrzymywane z domu paczki żywnościowe Mosdorf rozdzielał głównie między więźniami-Żydami. Funkcję pełnioną w kancelarii rewiru obozowego wykorzystał też kilkakrotnie do ostrzeżenia znajdujących się w rewirze więźniów-Żydów o grożącej im selekcji do komory gazowej[9]. Wykorzystywanie przez Mosdorfa pełnionej funkcji do pomocy dla żydowskich współwięźniów potwierdził także Jerzy Ptakowski (więzień nr 4846): „Korzystał z tych okazji chętnie i często go widziano rozmawiającego przyjaźnie z Żydami i komunistami. Nikt też z jego przyjaciół narodowców nie brał mu tego za złe”[10].

Niechże zatem pani redaktor Olejnik i jej goście nie zmieniają historii. Może co niektórym w epoce postmodernizmu wydaje się, że historia to nie jest fizyka i prawdę historyczną można sobie dowolnie zmieniać oraz każdy może mieć swoją prawdę. Tylko wtedy jednak, jeśli dojdzie do całkowitego zbarbaryzowania cywilizacji. Niezależnie od tego ile razy i z jaką siłą medialną zostanie powtórzone kłamstwo, to prawda pozostanie taka, że podczas okupacji niemieckiej setki tysięcy Polaków nie mordowały, ale na różny sposób – w miarę możliwości wynikających z ciężkich warunków okupacji – pomagały Żydom, niejednokrotnie ich ratując. W ratowanie Żydów jako pierwszy zaangażował się polski rząd na wychodźstwie, który na podstawie meldunków konspiracji z okupowanego kraju wielokrotnie alarmował światową opinię publiczną o dokonującej się zagładzie Żydów i żądał podjęcia przez aliantów zachodnich zdecydowanych kroków w obronie eksterminowanych przez III Rzeszę Żydów. Bez szczególnego odzewu. W tym kontekście oskarżenia o współudział Polaków, czy też Polski, w Holokauście – w których pałeczkę po mediach izraelskich, amerykańskich, niemieckich, brytyjskich i francuskich przejmują teraz polskie media z obcym kapitałem – brzmią jak zwykłe oszczerstwo.

[1] Biskup Pieronek: ustawą chciano pokazać, jacy my jesteśmy silni, http://www.tvn24.pl, 30.01.2018.

[2] S. Datner, „Eksterminacja ludności żydowskiej w Okręgu Białostockim”, „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego”, Warszawa 1966, nr 60, s. 3-50.

[3] Tamże, s. 19-22.

[4] B. Musiał, „Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne! Brutalizacja wojny niemiecko-sowieckiej latem 1941 roku”, Warszawa 2001.

[5] „Podczas wojny łatwiej było ukryć czołg pod dywanem niż żydowskie dziecko”, http://www.tvn24.pl, 30.01.2018.

[6] Cyt. za: Ph. Friedman, „Za waszą i naszą wolność”, (w:) W. Bartoszewski, Z. Lewinówna, „Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939-1945”, Warszawa 2007, s. 67.

[7] M. Zaborski, „»Ludowy« adwokat i obrońca wojskowy. Rzecz o Mieczysławie Maślanko (1903-1986)”, „Miscellanea Historico-Iuridica”, t. 14, z. 2, Białystok 2015, s. 389-416.

[8] W. Bartoszewski, Z. Lewinówna, „Ten jest z ojczyzny mojej…”, s. 670; E. Mazur, „Po prostu człowiek (materiały dotyczące pomocy niesionej Żydom w czasie okupacji hitlerowskiej w Warszawie)”, „Palestra” (Organ Naczelnej Rady Adwokackiej), Warszawa 1968, nr 11, s. 94-95.

[9] Ph. Friedman, „Their Brothers Keepers”, Nowy Jork 1957, s. 111-121, 205-211; B. Świderski, „Człowiek, który przerósł swoje pokolenie”, „Kronika”, 2.11.1968.

[10] J. Ptakowski, „Oświęcim bez cenzury i bez legend”, Londyn 1985, s. 40.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 2 lutego 2018 r.

Antykomunizm w pigułce

Oburzenie środowisk kresowych spowodował artykuł Arkadiusza Karbowiaka pt. „Tragedia Birczy. Mord żołnierzy LWP na UPA”, opublikowany na łamach prawicowego miesięcznika „Historia. Do Rzeczy”. Autor tego artykułu nazwał patetycznie zbrodniarzy z UPA „partyzantami” i stwierdził, że obrońcy Birczy dopuścili się na nich zbrodni. Jego tezy krytycznie skomentowali dr hab. Andrzej Zapałowski i działacz kresowy Mirosław Majkowski. Ich zdaniem Karbowiak dezawuuje obrońców Birczy, powielając propagandę nacjonalistów ukraińskich, która nie ma nic wspólnego z faktami historycznymi[1].

Arkadiusz Karbowiak opisał sprawę ekshumacji ponad 20 bojówkarzy z UPA, którzy atakowali Birczę. Jego zdaniem część zabitych nie zginęła w walce, ale została po wzięciu do niewoli „zamordowana strzałami w głowę lub zatłuczona kolbami na śmierć” przez żołnierzy polskich. Dla uwiarygodnienia tej tezy powołał się na opinię zespołu antropologów, kierowanego przez prof. Andrzeja Kolę z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. „Te informacje trudno jednak usłyszeć z ust głośno sławiących heroizm żołnierzy, organizatorów IV obrony Birczy” – pisze w oskarżycielskim tonie Karbowiak. Według cytowanej przez niego opinii, tylko w przypadku dwóch szkieletów dopatrzono się śladów postrzelenia. „W większości pochowanym tu osobom śmierć zadano prawdopodobnie przez rozbicie tępymi narzędziami czaszek. W kilku wypadkach śmierć spowodowana była strzałem w tylną część podstawy czaszki” – czytamy w artykule Karbowiaka. A więc wedle jego narracji żołnierze „LWP” urządzili upowcom w Birczy taki mały Katyń.

W opinii Mirosława Majkowskigo, działacza kresowego z Przemyśla, artykuł ten „opiera się na steku kłamstw lansowanych przez ukraińskich nacjonalistów”. Jego zdaniem, podczas ekshumacji bojówkarzy UPA i przeniesieniu ich na cmentarz w Pikulicach pod Przemyślem zespół ekshumacyjny niczego takiego nie stwierdził. „Upowcy zginęli w walce. Teza o mordzie pojawiła się po ich ponownym pochówku i jest lansowana do dziś. Poza tym nacjonaliści naciskali, aby grób tych bandziorów znajdował się w Birczy, na co nie zgodziły się (i słusznie) władze Birczy wiedząc, że stanie się miejscem neobanderowskiego kultu. W stosunku do przedstawicieli władz Birczy próbowano zastraszania” – napisał Majkowski na facebooku.

Natomiast w rozmowie z portalem Kresy.pl Mirosław Majkowski powiedział, że doniesienia o rzekomym zamordowaniu upowców pojawiły się dopiero po pewnym czasie i bez potwierdzenia naukowego. Nieistniejąca już Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa zaprzeczała, by doszło w Birczy do jakiejś egzekucji bojówkarzy UPA. Nie ma też żadnych dokumentów, które by to potwierdzały. Działacz kresowy z Przemyśla nie ma wątpliwości, że artykuł Karbowiaka i podobne mu twierdzenia mają na celu zdezawuowanie działań środowisk kresowych na rzecz powrotu Birczy na tablicę przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Że tak jest, nie ma również wątpliwości Andrzej Zapałowski. „To reakcja środowisk związanych z nacjonalistami ukraińskimi i Związkiem Ukraińców w Polsce, które pałają dużą sympatią do UPA i jej działalności po drugiej wojnie światowej, a także do celów tego środowiska. Obrońców Birczy, w tym akowców i członków samoobrony, próbuje się dezawuować i odwrócić to, że wieś atakowali byli esesmani i byli członkowie ukraińskiej policji w służbie III Rzeszy” – powiedział Zapałowski.

Historyk ten uważa, że upowcy część swoich poległych w trzecim ataku na Birczę zabrali ze sobą. Jego zdaniem, opinia antropologa o obecności pocisku w czaszce jeszcze nie świadczy o tym, że taka osoba została zamordowana. „Tam strzelano z broni maszynowej, która »sieje« i trafia w różne części ciała. Celuje się do postaci atakującej, a gdzie kula trafi, tam trafi. Wysuwanie na tej podstawie tego typu teorii jest absurdem” – twierdzi Zapałowski.

Podkreślił on także, że w źródłach ukraińskich nie ma żadnej wzmianki o jakiejś większej grupie upowców, która dostałaby się do niewoli w Birczy. Nie ma też o tym żadnego śladu w meldunkach administracji polskiej w Birczy oraz wojska i milicji. Zaznaczył też, że upowcy atakujący Birczę byli ubrani w mundury Wojska Polskiego, a podczas drugiej wojny światowej za podszywanie się pod jedną z walczących stron, zgodnie z międzynarodowym prawem i zwyczajem, stosowano natychmiastowe rozstrzelanie. „Tu oczywiście nie mieliśmy z tym do czynienia. Jednak nawet, gdyby do tego doszło, to rzecz byłaby usprawiedliwiona” – podsumował Zapałowski.

Ze swej strony dodam, że bojówkarze UPA nie byli partyzantami – czyli tak jak w wypadku AK żołnierzami konspiracyjnego wojska, podlegającego rozkazom legalnego i uznawanego przez aliantów rządu polskiego w Londynie – ale terrorystami. UPA bowiem nie była konspiracyjnym wojskiem, ale partyjną bojówką OUN-B. A wobec terrorystów także dzisiaj nie stosuje się przepisów konwencji genewskiej o ochronie jeńców wojennych i wątpliwości co do tego nie ma społeczność międzynarodowa z blokiem euro-atlantyckim na czele.

Warto przypomnieć, że Arkadiusz Karbowiak po raz pierwszy zbulwersował opinię publiczną w 2010 roku. Jako wiceprezydent Opola z rekomendacji Platformy Obywatelskiej przywołał wtedy ulubioną tezę neonazistów, że proces zbrodniarzy hitlerowskich w Norymberdze był rzekomo „zbrodnią dokonaną w majestacie prawa”. Wcześniej tezę tę Karbowiak powielał na łamach skrajnie nacjonalistycznego czasopisma „Szczerbiec” oraz na łamach „Stańczyka” – pisma, które popularyzowało poglądy rewizjonistów Holokaustu. „Zamiast wygadywać bzdury o zbrodniach, które zbrodniami w sensie prawnym nie były, trzeba zastanowić się, jaki był sens toczenia takiego konfliktu, szczególnie w kontekście biologicznego przetrwania narodu. (…) proces norymberski był niebezpiecznym precedensem uderzającym w prawo i państwo, stąd też nic nie może zmienić jego oceny. Był zbrodnią dokonaną w »majestacie prawa«” – głosił Karbowiak w 2010 roku już jako wiceprezydent Opola[2].

Po dwóch kadencjach na stanowisku wiceprezydenta Opola Arkadiusz Karbowiak trafił do Miejskiego Zarządu Dróg, a stamtąd na stanowisko dyrektora Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL w Warszawie. W 2011 roku Karbowiak był współautorem idei ustanowienia przez Sejm Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych i jednym z kreatorów ich fanatycznego kultu[3]. Otrzymujemy zatem w jego osobie cały polski prawicowy antykomunizm w pigułce. Empatia dla zbrodniarzy nazistowskich i zbrodniarzy z UPA oraz fanatyczny kult „żołnierzy wyklętych” – tak to właśnie wygląda. Wszystko w imię fundamentalistycznego antykomunizmu.

W związku z tym uprzejmie proszę miłośników kultu „żołnierzy wyklętych”, żeby nie czepiali się mnie więcej, że jakoby stawiam „żołnierzy wyklętych” obok zbrodniarzy z UPA, a nawet zbrodniarzy nazistowskich. To nie ja ich tam stawiam, ale wasz guru Karbowiak.

W kwietniu 2016 roku na łamach miesięcznika „Polityka Polska” opublikowałem artykuł pt. „Faszyzacja peryferii”. Postawione w nim przez mnie tezy wywołały wtedy oburzenie w wielu środowiska prawicowych, szczególnie tych kultywujących pamięć „żołnierzy wyklętych”. Tymczasem poglądy głoszone przez Arkadiusza Karbowiaka – osoby bardzo reprezentatywnej dla obozu fundamentalistycznej prawicy antykomunistycznej – w całej rozciągłości potwierdzają to, co napisałem w tym artykule.

Przypomnę więc co wówczas napisałem:

„Czy kult OUN-UPA na Ukrainie, formacji SS w Estonii, na Łotwie i Ukrainie, formacji kolaboracyjnych na Litwie oraz ustaszy w Chorwacji stoi w sprzeczności z tzw. wartościami europejskimi, do których odwołuje się Unia Europejska i panująca w niej ideologia poprawności politycznej? Tylko pozornie. Faszyzacja przestrzeni publicznej tych krajów jest nie tylko tolerowana na Zachodzie, ale stamtąd inspirowana. Stanowi bowiem narzędzie politycznej kontroli społeczeństw krajów będących peryferiami świata euro-atlantyckiego. Cechą kraju peryferyjnego – czyli kraju podlegającego tzw. rozwojowi zależnemu albo zarządowi zewnętrznemu – jest to, że jego życie polityczne, ekonomiczne, kulturalne i społeczne zostało uwarunkowane przez dominację zewnętrznego ośrodka centralnego.

Kraj peryferyjny charakteryzuje się m.in. posiadaniem kompradorskiej i z reguły skorumpowanej elity, która jako jedyna jest dopuszczona do awansu materialnego, w zamian za co nie jest zainteresowana emancypacją od zewnętrznego ośrodka centralnego. Kwestią kluczową w kraju peryferyjnym jest pacyfikacja pozostałej części społeczeństwa, czyli utrzymywanie stałej kontroli jego zachowań i kanalizowanie potencjalnego niezadowolenia. Cel ten osiąga się poprzez odpowiednią indoktrynację (terror psychologiczny), której kluczowym elementem jest kreowanie wroga zastępczego. W ten sposób niezadowolenie społeczne, wynikające z pauperyzacji ekonomicznej, kierowane jest nie przeciw kompradorskiej elicie rządzącej i zewnętrznemu ośrodkowi centralnemu (UE, USA), ale przeciw wrogowi zastępczemu, którym z reguły jest Rosja, »rosyjska agentura«, »komuna«, »endokomuna«, »żydokomuna«, »lewactwo« itd.

Temu służy odpowiednie preparowanie historii oraz kult faszystowskich formacji i organizacji na Ukrainie, w Chorwacji i w krajach bałtyckich. Natomiast w Polsce w ten sam nurt wpisuje się kult tzw. żołnierzy wyklętych, który pełni podobną funkcję. Jest mianowicie elementem propagandy totalnie dyskredytującej PRL. Ta dyskredytacja wynika nie tylko z tego, że Polska po 1989 roku jest budowana na negacji PRL, ale także z tego, że im bardziej projekt III/IV RP okazuje się uciążliwy dla społeczeństwa, tym bardziej trzeba mu obrzydzać PRL.

Chciałbym być dobrze zrozumiany. Ja nie etykietuję – wzorem propagandy PRL – powojennego podziemia zbrojnego jako »faszystów«. Chociaż gwoli sprawiedliwości trzeba przypomnieć, że tym mianem określał to podziemie także będący w zdecydowanej opozycji do komunistów niezależny polityk PPS, Zygmunt Zaremba[4]. Tzw. żołnierze wyklęci znaleźli się w jednym szeregu z UPA, litewskimi szaulisami oraz łotewskimi i estońskimi esesmanami nie dlatego, że tak jak tamci byli jawnymi faszystami, ale dlatego, że propaganda kreowana przez IPN i PiS ich tam postawiła. A Polskę postawiła równocześnie w gronie państw pokonanych w drugiej wojnie światowej.

Zamiast pokazać złożoność ówczesnej sytuacji politycznej, różnorodność postaw i skomplikowanych losów oraz tragizm wyborów moralnych, zamiast wyciągnąć z tej bolesnej lekcji historii jakieś wnioski na przyszłość – stworzono infantylny mit o »wyklętych« i »niezłomnych«. Bo nie o wnioski z historii tu chodzi, ale o mit właśnie. Mit ten stanowi ważny element terroru psychologicznego, który obok terroru ekonomicznego (strukturalne bezrobocie, system podatkowy, emigracja zarobkowa) jest narzędziem pacyfikacji społeczeństw krajów peryferyjnych. W Polsce terror psychologiczny ma trzy cele: podtrzymywanie nieustannej nienawiści do Rosji utożsamianej z ZSRR, żeby zniweczyć w zarodku potencjalną alternatywę geopolityczną, całkowite zdyskredytowanie i wymazanie z historii PRL, żeby nie można było odwoływać się do tego okresu jako alternatywy dla rzeczywistości stworzonej po 1989 roku oraz kreowanie wroga zastępczego w postaci ludzi zdolnych do samodzielnego myślenia. To nie przeciw kompradorskiej władzy, ale przeciw takim ludziom – etykietowanym jako »lewacy», »endokomuna«, »rosyjska agentura wpływu« itp. – ma się kierować agresja tłumu. Takim i tylko takim celom służy obecna polityka historyczna, w tym kult tzw. żołnierzy wyklętych.

(…) Kreowanie członków polskiego podziemia antykomunistycznego na »niezłomnych bohaterów«, którzy ponoć jako jedyni zajęli właściwą postawę polityczną po 1945 roku, jest takim samym zabiegiem ahistorycznym jak kreowanie UPA na narodową partyzantkę ukraińską (podczas gdy było to tylko zbrojne ramię OUN), walczącą nie tylko z ZSRR, ale podobno też z Niemcami, czy kreowanie estońskich, łotewskich i ukraińskich formacji SS oraz litewskich formacji kolaboracyjnych na obrońców Europy przed »sowiecką zarazą«. Zabieg ten służy zresztą temu samemu celowi, wskazanemu powyżej”.

[1] Mord żołnierzy LWP na „partyzantach z UPA?”. Eksperci krytycznie o tezach Karbowiaka, http://www.kresy.pl, 12.01.2018.

[2] Skandal w Opolu! Wiceprezydent Arkadiusz Karbowiak twierdził, że naziści nie popełniali zbrodni, http://www.se.pl, 23.09.2010.

[3] Arkadiusz Karbowiak odchodzi z MZD. Będzie budował Muzeum Żołnierzy Wyklętych?, http://www.nto.pl, 11.03.2016.

[4] Z. Zaremba, „Polska nie będzie się wstydzić swojego Podziemia”, „Światło”, zeszyt 3-4, Paryż 1948.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 26 stycznia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 5-6 (2173/74), 28.01-4.02.2018, s. 17

Dekomunizacja Wilhelma Szewczyka

Stara pożółkła książeczka. Zaledwie 70 stron. Tytuł: „Powstańczy apel”. Autor: Wilhelm Szewczyk. Leżała gdzieś głęboko w mojej bibliotece, nieco zakurzona. Zapewne bym jej nie odszukał, gdyby nie decyzja wojewody śląskiego o zmianie nazwy placu w pobliżu dworca kolejowego w Katowicach. Książeczkę wydano w 1981 roku, na 60. rocznicę trzeciego powstania śląskiego. Rocznica ta była obchodzona przez władze PRL, podobnie jak 60. rocznica odzyskania niepodległości w 1978 roku i 150. rocznica wybuchu powstania listopadowego w 1980 roku. Pamiętam to bardzo dobrze. Dzisiaj wmawia się młodzieży, że PRL była „sowiecką okupacją”, jednakże to państwo nawiązywało nie do sowieckiej, ale do polskiej tradycji historycznej i obchodziło także te rocznice, które nie miały związku z ruchem robotniczym. Przynajmniej w latach 70. i 80.

„Powstańczy apel” czytałem mając 13 lat i była to jedna z moich pierwszych lektur historycznych. Otwieram pierwszą stronę i czytam: „Patriotyzm to codzienna, często trudna i wyczerpująca praca, ale siłę takiemu codziennemu patriotyzmowi daje również przeświadczenie, iż przed nami byli inni, tak samo, albo i może bardziej ofiarni. Nie wszystkim stawiamy pomniki, wszystkich jednak obejmuje zbiorowa pamięć narodu, w którego życiorys na zawsze wpisało się pokolenie powstańców śląskich”.

35 lat temu nie mogłem przypuszczać, że upamiętnienie w przestrzeni publicznej autora tych słów zostanie uznane za propagowanie „komunizmu lub innego ustroju totalitarnego”. To właśnie na podstawie ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego – zwanej potocznie ustawą dekomunizacyjną – oraz po zasięgnięciu opinii IPN wojewoda śląski Jarosław Wieczorek wydał 13 grudnia 2017 roku zarządzenie zastępcze o zmianie nazwy placu Wilhelma Szewczyka w Katowicach na plac Marii i Lecha Kaczyńskich.

Decyzja wojewody budzi wątpliwość już tylko z tego powodu, że plac Szewczyka nie był reliktem komunizmu. W PRL był to plac Dworcowy i na plac Szewczyka przemianowały go władze solidarnościowe w 1991 roku, tuż po śmierci pisarza. Zmiana nazwy placu przez wojewodę śląskiego – dokonana zresztą bez konsultacji z mieszkańcami Katowic i miejscowym samorządem – wywołała niemałe poruszenie wśród lokalnej społeczności. 16 grudnia 2017 roku na byłym już placu Szewczyka odbył się protest przeciw przemianowaniu go na plac Kaczyńskich, w którym wzięło udział około 300 osób.

„Był pisarzem zaangażowanym, dziennikarzem działającym na rzecz miejsca i społeczności, w których mu przyszło żyć. I o to do niego największa pretensja właśnie – że działaczem też był, że należał. Można być pisarzem, który nie wystawia zza biurka nosa, ale można też jak Wilhelm Szewczyk, zaangażować całą swoją popularność, cały swój autorytet, żeby zrobić cokolwiek dla swojego Śląska, żeby zrobić cokolwiek dla swojego świata”, powiedział o Wilhelmie Szewczyku jeden z przemawiających – prof. Maciej Tramer z Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej Uniwersytetu Śląskiego.

Organizatorzy protestu skierowali do wojewody petycję o przywrócenie placu Szewczyka, w której napisali m.in.: „Wilhelm Szewczyk był nie tylko jednym z najważniejszych regionalnych pisarzy, ale też jednym z kluczowych śląskich intelektualistów. Jego olbrzymi dorobek literacki, publicystyczny, dziennikarski – a także wieloletnia, wytrwała praca na rzecz rozwoju lokalnej kultury – sprawiają, że nie sposób myśleć o Śląsku, pomijając Wilhelma Szewczyka (…). Historia Śląska nie jest jednoznaczna, nie jest czarno-biała, i taka jest też historia Wilhelma Szewczyka. To jednak nie usprawiedliwia dokonywania zmiany nazwy ważnego placu w centrum Katowic bez konsultacji z mieszkańcami i po nocy. Nie zgadzamy się na taki tryb procedowania, który importowany jest na grunt naszego regionu. Z ulicy Wiejskiej, z polskiego Sejmu i Senatu”.

Wpływ na decyzję wojewody śląskiego miała niewątpliwie opinia katowickiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Czytamy w niej, że Wilhelm Szewczyk (1916-1991) to „publicysta, pisarz, krytyk literacki, działacz partii komunistycznej w okresie PRL, członek wojewódzkich władz PZPR w Katowicach”. Dowiadujemy się dalej, że zadebiutował w 1935 roku na łamach czasopisma „Kuźnica”, związanego z ruchem narodowo-radykalnym. Zaś w 1945 roku „rozpoczął pracę w Wydziale Informacji i Propagandy Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach”.

Następnie dochodzimy do największej – w ocenie IPN – zbrodni Szewczyka: „początkowo związał się politycznie z prokomunistycznym Stronnictwem Demokratycznym. Z rekomendacji tego ugrupowania wszedł w skład Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach (formalnie reprezentował w niej Związek Zawodowy Literatów Polskich). W czerwcu 1947 r. wstąpił do komunistycznej PPR. W latach 1945-1950 Wilhelm Szewczyk był redaktorem naczelnym tygodnika »Odra«. W latach 1947-1951 sprawował także funkcję kierownika literackiego Teatru Śląskiego w Katowicach. 22 grudnia 1949 r. został wydalony (tymczasowo) z PZPR w ramach akcji czyszczenia partii z przedwojennej inteligencji i działaczy endeckich. W pierwszej połowie lat 50. Wilhelm Szewczyk był inwigilowany przez UB jako »reakcjonista«, »klerykał«, »nacjonalista« oraz »separatysta śląski«. W listopadzie 1956 r. zapadła ostateczna decyzja o zaniechaniu jego rozpracowania. Aparat bezpieczeństwa uznał bowiem, że był w pełni »lojalny wobec ustroju«.

Nie przeszkadzało to w pełnieniu przez niego w latach 1952-1956 funkcji dyrektora Studium Teatralnego w Katowicach. Współpracował też stale z pismem kulturalnym o socrealistycznym profilu – »Śląskiem Literackim«. Następnie był redaktorem naczelnym czasopisma »Przemiany« (1956-1957), należącego do nurtu popaździernikowej »odwilży«, a po jego likwidacji redaktorem działu kultury w organie KW PZPR w Katowicach – »Trybunie Robotniczej« (1957–1961). Wreszcie jako redaktor naczelny kierował dwutygodnikiem kulturalnym »Poglądy« (1962–1983), zajmującym proreżimowe stanowisko w kwestiach polityczno-kulturalnych.

Od 28 marca 1960 r. ponownie został działaczem PZPR. Od 5 marca 1971 r. był członkiem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, a w latach 1980–1981 członkiem Egzekutywy KW PZPR w Katowicach. Z ramienia PZPR zasiadał w sumie przez ponad dwadzieścia lat w Sejmie PRL (…)”[1].

Tyle. O twórczości literackiej Szewczyka i jego działalności kulturalnej ani słowa. Dziwnie brzmi stwierdzenie IPN, że aparat bezpieczeństwa zaprzestał inwigilacji pisarza w listopadzie 1956 roku, ponieważ był on jakoby już lojalny wobec ustroju. O Październiku 1956 roku w IPN nie słyszano?

W podobnym tonie jak opinia IPN jest sformułowana notka biograficzna Szewczyka w Wikipedii, co skłania do podejrzeń o jej autorstwo animatorów obecnej polityki historycznej.

Wyeksponowano w niej – oprócz wyżej zacytowanych informacji – dwie rzeczy. W pierwszej kolejności to, że na łamach ONR-owskiej „Kuźnicy” Szewczyk postulował „wyeliminowanie Żydów z życia kulturalnego i gospodarczego”, a literaturę i prasę żydowską uznał „za jedną z najgroźniejszych broni żydowskiego państwa eksterytorialnego”. Zacytowano też fragment wydanej w latach 60. książki Szewczyka pt. „Z teczki wspomnień PPR”, w której gloryfikował PRL i potępiał AK za „najohydniejsze zbrodnie” na działaczach komunistycznych. No i jeszcze taki smaczek, że będąc posłem interweniował u marszałka Sejmu, żeby wódkę w bufecie sejmowym sprzedawano nie tylko Bohdanowi Czeszce i Władysławowi Machejkowi, ale także innym posłom. A więc antysemita, komunista i amator alkoholu.

Życie Wilhelma Szewczyka jest niewątpliwie pogmatwane jak historia Górnego Śląska. Ale czy to jest powód, by z wyrwanych z kontekstu fragmentów tego życia robić przeciw niemu akt oskarżenia? Był synem górnika i powstańca śląskiego, prostego człowieka, który jednak interesował się książką i to zainteresowanie zaszczepił synowi. Mimo że pochodził z niezamożnej rodziny, ukończył gimnazjum w Rybniku. W gimnazjum był twórcą koła słowianofilów i pisał pierwsze utwory literackie. Debiutował w 1932 roku wierszem „Kochaj ziemię śląską”, opublikowanym w wychodzącym w Knurowie piśmie „Młodzież Śląska”.

Podczas drugiej wojny światowej – jak wielu Ślązaków – został przymusowo wcielony do Wehrmachtu. Walczył we Francji i na froncie wschodnim. Odmówił jednak przyjęcia Volkslisty i otwarcie krytykował hitleryzm. Osadzono go za to w 1942 roku w więzieniu w Katowicach, skąd zbiegł i ukrywał się do końca wojny w Generalnym Gubernatorstwie. Poszukujące Szewczyka gestapo zamiast niego aresztowało jego brata Jerzego, który został deportowany do KL Auschwitz.

Znający Szewczyka red. Kazimierz Zarzycki twierdzi, że powodem jego akcesji do Obozu Narodowo-Radykalnego nie był antysemityzm, ale rosnące zagrożenie niemieckie przed 1939 rokiem i chęć przeciwstawienia mu się na gruncie śląskim. Natomiast w 1945 roku Szewczyk miał stwierdzić, że „nie warto kopać się z koniem, ale trzeba tego konia po naszemu przerobić”. Taki był jego śląski realizm polityczny. Wstąpił do partii nie po to, żeby budować socjalizm, ale po to, by walczyć tam o sprawy polskie i śląskie, co zresztą z sukcesem robił po 1956 roku. Tego IPN nie chce przyjąć do wiadomości.

Ani z opinii IPN, ani z notki w Wikipedii nie dowiemy się, że Wilhelm Szewczyk był jedną z ważniejszych postaci w historii Górnego Śląska w XX wieku. Nie dowiemy się, że w swojej twórczości literackiej prezentował własny, niezależny punkt widzenia. Nie dowiemy się jak ważne miejsce w historii literatury polskiej zajmują i jakie treści zawierają takie utwory literackie Szewczyka jak „Ptaki ptakom”, „Hanys”, „Skarb Donnersmarcków”, „Czarne słońce”, „Kleszcze”, „Pogodne niebo”, „Od wiosny do jesieni”, „Gadzi raj”, „Moja tratwa najsilniejsza”, „Z kraju Lompy”, „Nanker. Dialogi wrocławskie z roku 1339 w trzech odsłonach”. Nie dowiemy się, że zbiór jego esejów „Śląski trud literacki” nie został dopuszczony do rozpowszechniania przez cenzurę PRL. Nie dowiemy się, że napisał 60 książek o Śląsku – powieści, opowiadań, dramatów i esejów – w których bronił polskości Śląska oraz pokazywał oblicze niemieckiego panowania na tej ziemi. Nie dowiemy się, że był autorem siedmiu tysięcy artykułów, w których nie zawsze kadził władzom PRL. Miał bowiem odwagę skrytykować pacyfikację kopalni „Wujek” oraz krótkowzroczny nacjonalizm w podejściu władz centralnych do Górnego Śląska.

Nie dowiemy się jaką rolę dla odbudowy polskiej kultury na Ziemiach Zachodnich odegrała redagowana przez Szewczyka „Odra”. Nie dowiemy się, że kierowane przez Szewczyka tytuły, takie jak „Odra”, „Poglądy” i „Przemiany” (śląski odpowiednik „Po prostu”) – kończyły swój żywot w sposób nagły, jako efekt ograniczeń ze strony władz partyjno-państwowych, mających zastrzeżenia do treści prezentowanych na łamach tych pism. Nie dowiemy się, że Szewczyk przez ponad ćwierć wieku był członkiem zespołu redakcyjnego zasłużonego dla polskiej kultury „Życia Literackiego”, że pomógł wielu ludziom – byłym powstańcom śląskim, AK-owcom, chadekom Korfantego i endekom – znaleźć w PRL pracę, że w zbiorze esejów „Syndrom Śląski” przywrócił pamięci genialnego rzeźbiarza Stanisława Szukalskiego. Nie dowiemy się, że był aktywnym działaczem Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich i Katowickiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego oraz członkiem Rady Programowej Biblioteki Piśmiennictwa Śląskiego.

Nie możemy się tego od IPN dowiedzieć, ponieważ z historii Polski wykreślana jest całkowicie PRL wraz z ludźmi ją tworzącymi, także tymi zasłużonymi dla podtrzymania w tym okresie i rozwoju narodowej kultury. Zamiast tego tworzy się czarną dziurę z zakłamującym wszystko szyldem „okupacja sowiecka”, ewentualnie „ustrój totalitarny”.

Po 1989 roku środowiska antykomunistyczne i ślązakowskie zarzucały Szewczykowi, że w powieści „Ptaki ptakom” (zekranizowanej w 1976 r.) miał stworzyć „fałszywy mit” obrony Wieży Spadochronowej w Katowicach przez polskich harcerzy we wrześniu 1939 roku. Ale nawet jeżeli tak, to jest to piękny mit, a historia narodu składa się także z takich mitów.

Wilhelm Szewczyk jest postacią, której z historii Górnego Śląska wykreślić się nie da. Obok wojewody Jerzego Ziętka, z którym ściśle współpracował, był w tamtym czasie najbardziej szanowaną osobą w regionie. Potrafił łatwo przełamać dystans pomiędzy sobą a czytelnikiem czy petentem. Dlatego wielu ludzi chętnie podejmowało z nim współpracę i traktowało jako swojego reprezentanta. Był „głosem Górnego Śląska”, który przemawiał w imieniu mieszkańców i miał ich autentyczne wsparcie. W jednym ze swoich artykułów z 1956 roku napisał: „Urodzony i żyjący tutaj – jestem z wami, przeciwko temu wszystkiemu, co czyniło i czyni jeszcze nasze życie biednym, słabym i bezbarwnym”.

Dzisiaj ponownie zaczęto recenzować życiorysy ludzi według ściśle określonych, dogmatycznych i oderwanych od kontekstu historycznego kryteriów politycznych. Jeden z przemawiających na proteście przeciwko przemianowaniu placu Szewczyka na plac Kaczyńskich powiedział, że jeżeli cokolwiek wymaga w Polsce dekomunizacji, to obecna partia rządząca. Trudno się z tym nie zgodzić.

[1] Cyt. za: M. Zawała, „To przez tę notatkę IPN Szewczyk stracił plac w Katowicach!”, http://www.silesion.pl, 14.12.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 stycznia 2018 r.

„Przegląd” nr 1 (939), 2-7.01.2018, s. 14-16

Bircza – Przebraże Podkarpacia

Przewodniczący Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wiatrowycz oświadczył 9 listopada 2017 roku, że na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie „pojawiła się tablica na cześć polskich żołnierzy, którzy zginęli w walkach z UPA. Wśród tych, którzy zginęli na terenach Polski (powojennej – uzup. BP) w walce z ukraińskimi powstańcami, najwięcej było przedstawicieli komunistycznej bezpieki. A więc od teraz w Polsce na szczeblu państwowym upamiętniani są czekiści wraz z tymi, którzy mają na rękach krew polskich patriotów”[1]

Uwaga Wiatrowycza dotyczyła obrońców Birczy. Nazwa tej miejscowości pojawiła się na jednej z dwóch tablic, jakie przed tegorocznym Świętem Niepodległości zawieszono na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Odsłonięcie tych tablic – zawierających nazwy dwudziestu wsi i miasteczek na Wołyniu, Lubelszczyźnie i w Małopolsce Wschodniej, które stawiły opór bojówkom OUN i UPA – było efektem wieloletnich starań rodzin ofiar UPA, organizacji kresowych i działaczy społecznych. Spośród miejscowości wymienionych na tablicach walki z UPA w okresie powojennym toczono tylko w Birczy. To jej obrońców Wiatrowycz nazwał „czekistami”. Nie wiemy czy z tego właśnie powodu wkrótce po oświadczeniu Wiatrowycza Bircza zniknęła z Grobu Nieznanego Żołnierza.

Można jednak przypuszczać, że tak. Państwowa polityka historyczna RP współgra bowiem z polityką historyczną Ukrainy na płaszczyźnie wojującego antykomunizmu. Żołnierze Wojska Polskiego, które walczyło na froncie wschodnim, a po wojnie m.in. w obronie ziem południowo-wschodnich przed UPA, zostali przecież wykluczeni przez znanego historyka obecnego obozu władzy z tradycji polskiego oręża. W świetle dogmatów tej polityki historycznej obrońcy Birczy – zarówno żołnierze, jak i funkcjonariusze MO – byli przedstawicielami „sowieckiej władzy okupacyjnej”, którzy na żadną pamięć nie zasługują.

Kim zatem naprawdę byli obrońcy Birczy?

Bircza to nieduża miejscowość położona na Pogórzu Przemyskim. Od 1464 do 1934 roku posiadała prawa miejskie. W okresie II RP wchodziła w skład powiatu dobromilskiego. 21 sierpnia 1945 roku – po przesunięciu granicy – znalazła się w powiecie przemyskim. 11 i 12 września 1939 roku 11. Dywizja Piechoty pod dowództwem płk. dypl. (później gen.) Bronisława Prugar-Ketlinga stoczyła pod Birczą krwawą bitwę z niemiecką 2. Dywizją Górską. Najbardziej dramatyczne chwile miejscowość ta przeżyła jednak dopiero po zakończeniu drugiej wojny światowej, kiedy stała się obiektem trzech ataków Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Obszar Pogórza Przemyskiego znalazł się wówczas w strefie działania 26. Odcinka Taktycznego UPA „Łemko”, którego dowódcą był Wasyl Mizerny „Ren”. W skład odcinka wchodziły dwa kurenie – „Rena” i „Rezuna” (Wasyla Andrusiaka), liczące po kilka sotni. Na początku 1946 roku przeprowadzono reorganizację odcinka. Kureń „Rezuna” – zdziesiątkowany podczas walk z Wojskiem Polskim – zastąpił kureń „Konyka”. Pod tym pseudonimem ukrywał się Mychajło Galo (1914-1946) – od 1935 roku członek Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. W 1943 roku wstąpił on w szeregi 14. Dywizji Waffen-SS „Galizien” (1. ukraińskiej), ale już w 1944 roku był w UPA. Początkowo jako komendant sotni szkolnej w szkole oficerskiej UPA „Oleni” w Karpatach, a od listopada 1945 roku zastępca dowódcy 26. Odcinka Taktycznego UPA „Łemko”.

Pierwszy atak UPA na Birczę miał miejsce 22 października 1945 roku. O godz. 22.30 do miejscowości próbował się wedrzeć około 30-osobowy oddział ubrany w polskie mundury. Wezwani przez żołnierzy do podania hasła upowcy otworzyli ogień i jednocześnie wystrzelili białe race, będące sygnałem do ataku na garnizon polski. Siły UPA składały się z sotni „Rena”, „Jara” i „Suchego” oraz innych nierozpoznanych jednostek z kurenia „Podkarpacie”, który wchodził w skład 22. Odcinka Taktycznego UPA „Czarny Las”. Ponadto wsparcia UPA udzieliły bojówki tzw. samoobrony ukraińskiej (SKW-Samoobronni Kuszczowy Widdiły), stanowiące zaplecze UPA, politycznie nadzorowane przez OUN-B.

Birczy broniły dwa bataliony z 28. pułku piechoty i jeden batalion zbiorczy z 17. Dywizji Piechoty. Jednocześnie z atakiem na Birczę sotnia „Hromenki” przy wsparciu bojówek SKW dokonała napadu na Kuźminę, oddaloną o około 10 km, by powstrzymać ewentualną odsiecz stacjonujących tam pododdziałów 30. pułku piechoty. Oba ataki zostały odparte. Straty polskie wyniosły 19 zabitych żołnierzy i kilkudziesięciu rannych. Zginęło też 11 osób cywilnych i spłonęła większość zabudowań Kuźminy.

Drugi atak na Birczę przeprowadziły prawdopodobnie sotnie „Burłaki” i „Bartla” w nocy z 29 na 30 listopada 1945 roku. Garnizon birczański tworzyły wówczas batalion zbiorczy z 17 DP, kompania MO i kompania Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Atak UPA – polegający na ostrzelaniu Birczy ogniem moździerzy i karabinów maszynowych – był pozorowany. W rzeczywistości upowcom chodziło o spalenie wsi w okolicy Birczy: Boguszówki, Huty Brzuski, Korzeńca, Łomnej, Rudawki i Starej Birczy. Cel ten został osiągnięty. Straty polskie w Birczy wyniosły kilku zabitych.

Trzeci, największy atak UPA na Birczę nastąpił w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 roku, czyli w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia obrządków wschodnich. Jego celem było zniszczenie garnizonu polskiego i spalenie miejscowości. Plan ataku opracował Mychajło Galo „Konyk”. On też stanął na czele sił atakujących, które zostały podzielone na dwie grupy: wschodnią (sotnie „Burłaki” i Łastiwki”) oraz zachodnią (sotnie „Jara” i „Orskiego” oraz oddział Służby Bezpeky OUN-B). Wedle danych UPA Birczy miało bronić 960 żołnierzy WP i 140 milicjantów, wspartych przez „dwie ciężarówki wojsk NKWD”. Na informacje te chętnie powołuje się dzisiaj Wołodymyr Wiatyrowycz mówiący o „czekistach”, których rzekomo upamiętniono na Grobie Nieznanego Żołnierza. W rzeczywistości liczebność batalionu 26. pułku piechoty była znacznie niższa. Wraz z funkcjonariuszami MO załogę Birczy mogło stanowić maksymalnie 400 osób. Natomiast siły UPA wynosiły 550-600 ludzi.

Trzeci atak na Birczę zakończył się pogromem oddziałów UPA, które zostały odparte oraz straciły kilkudziesięciu zabitych i rannych. Zginęli m.in. dowodzący atakiem Mychajło Galo „Konyk” oraz dowódca jednej z sotni – Dmytro Karwanśkyj „Orski”. Straty polskie były niewielkie i wyniosły jednego zabitego oraz czterech rannych. Jednakże podczas walk spłonęła część drewnianych zabudowań Birczy.

Żołnierze polscy broniący Birczy od października 1945 do stycznia 1946 roku pochodzili z pododdziałów 9. i 17. Dywizji Piechoty. Pierwsza z nich została sformowana jesienią 1944 roku jako część 2. Armii Wojska Polskiego. Składała się w większości z byłych żołnierzy AK, w tym pochodzących z Wołynia i mających za sobą walki z UPA w szeregach polskiej samoobrony i 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Również wielu funkcjonariuszy MO z garnizonu w Birczy miało za sobą służbę w AK i BCh. Niejednokrotnie wstępowali oni do milicji na polecenie powojennej konspiracji antykomunistycznej, by w ten sposób bronić ludności polskiej przed UPA.

O sukcesie obrony Birczy w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 roku zadecydował ogień kompanii moździerzy dowodzonej przez por. Witolda Grabarczyka. Pochodził on z Wołynia, gdzie był żołnierzem zgrupowania „Osnowa”, wchodzącego w skład 27. Wołyńskiej DP AK. Uczestniczył w walkach z UPA w obronie ludności polskiej. Podczas ciężkich walk toczonych przez 27. Wołyńską DP AK z Niemcami w 1944 roku znalazł się na terenie opanowanym przez wojska radzieckie i został wcielony do Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR. Skierowano go do trzymiesięcznej szkoły oficerskiej, a po jej ukończeniu, mimo młodego wieku (zaledwie 19 lat), został zastępcą dowódcy kompanii moździerzy. Podczas forsowania Nysy Łużyckiej przejął dowodzenie kompanią w miejsce ciężko rannego dowódcy.

Walczył następnie w operacji łużyckiej i operacji praskiej w szeregach 26. pułku piechoty z 9. Drezdeńskiej Dywizji Piechoty. Koniec wojny nie przyniósł wytchnienia żołnierzom tej dywizji, skrwawionej podczas ciężkich walk na Łużycach. Już bowiem w czerwcu 1945 roku skierowano ich do walki z UPA w południowo-wschodniej Polsce. Pododdziały dywizji rozmieszczono m.in. w Jarosławiu i Sanoku. W drugiej połowie grudnia 1945 roku 2. batalion 26. pułku piechoty otrzymał rozkaz wymarszu do Birczy, żeby zluzować załogę tamtejszego garnizonu. W ten sposób por. Witold Grabarczyk znalazł się w Birczy.

Wedle jego relacji batalion „nie miał jednak pełnego stanu osobowego i liczył tylko 222 ludzi. Kompania moździerzy dysponowała tylko trzema moździerzami, a kompania CKM-ów pięcioma sztukami ciężkich karabinów maszynowych. Atutem żołnierzy batalionu było natomiast duże doświadczenie bojowe. Wszyscy byli zahartowani w ciężkich walkach o Drezno, w stawianiu czoła o wiele silniejszemu przeciwnikowi”.

Batalion wyruszył z Jarosławia w grudniowy, mroźny poranek. „Nasza kolumna maszerowała w śnieżnej zadymce. Żołnierze szli zmarznięci, zgarbieni, zbici w grupki, biegli za wozami konnymi, by po kilku kilometrach takiego marszobiegu wyciągnąć wozy z zasp śnieżnych” – wspomina por. Grabarczyk. Dopiero po dwóch dniach batalion osiągnął Birczę i zluzował tamtejszy garnizon składający się z 460 elewów szkoły podoficerskiej. Wywołało to panikę miejscowej ludności, która była przekonana, że przybyły batalion z Jarosławia nie będzie w stanie obronić Birczy przed UPA. Dlatego większość cywilnych mieszkańców Birczy udała się do Przemyśla wraz z elewami szkoły podoficerskiej.

„Ich kolumna była bardzo długa. Składała się z wozów konnych, sanek i wózków, na których ludzie ciągnęli swoje toboły. Wszystko to opasane było mrowiem dzieci. W miasteczku zapanowała… cisza!” – relacjonuje por. Grabarczyk.

A jednak to nowy garnizon, o połowę szczuplejszy niż poprzedni, ale złożony z doświadczonych frontowych żołnierzy obronił Birczę przed UPA. Wkrótce zresztą przybyli do niej nowi mieszkańcy. Byli to uciekinierzy z pobliskich wiosek, szukający schronienia przed UPA.

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Z relacji por. Grabarczyka wyłania się dramatyzm sytuacji, z jaką musiał się zmierzyć dowódca batalionu, mjr Leon Lubecki: „Całe miasteczko opasane było systemem ziemnych fortyfikacji obronnych połączonych rowami ciągłymi. W sumie liczyły 3,5 km długości. Dowódca batalionu stanął przed bardzo trudnym zadaniem: jak zapewnić obronę miasteczka mając do dyspozycji tylko 50 % sił i środków w stosunku do swego poprzednika? Zmniejszenie pierścienia obrony nie wchodziło w grę. Birczyński system obrony był budowany przez okres sześciu miesięcy. Dowódca batalionu postanowił, nie naruszając dotychczasowego systemu, rozmieścić siły i środki na głównych kierunkach potencjalnego uderzenia ze strony UPA”.

Na jednej z odpraw mjr Lubecki powiedział: „Liczę na moździerzystów!”. Witold Grabarczyk skomentował to następująco: „Nikogo nie trzeba było zachęcać do wysiłku. Wszyscy przez skórę czuli, że wkrótce przyjdzie nam stoczyć zażartą walkę. Dla mnie, żołnierza 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, a także żołnierza 2. Armii WP, zahartowanego w bojach na przyczółku pod Dęblinem i Puławami, którego nie udało nam się utrzymać, i pod Górą Kalwarią, w walce pod Dreznem i Pragą, było to oczywiste. Wiedziałem, że mogę liczyć na swoich żołnierzy. Z nimi pod Dreznem w okrążeniu broniliśmy się przed Niemcami przez trzy dni, zanim nadeszła odsiecz. Wiedzieliśmy, że w razie ataku możemy liczyć tylko na siebie (…). Dowódca batalionu, mjr Leon Lubecki, co trzy, cztery dni robił odprawy, na których byli obecni wszyscy dowódcy kompanii. Był on przez wszystkich niezwykle szanowany. Należał bowiem do korpusu oficerów przedwrześniowych. Miał on dużą wiedzę wojskową i doświadczenie. Cechował go zawsze spokój, powaga i wysoka kultura osobista”.

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Tacy to właśnie „czekiści” bronili Birczy. Animatorzy polityki historycznej rządzącej prawicy, odmawiając tym żołnierzom przynależności do tradycji polskiego oręża, stają faktycznie po stronie UPA. Dyskwalifikują też swoją politykę historyczną, która w istocie nie jest antykomunistyczna, ale antypolska. Obronę Birczy można śmiało porównać do obrony Przebraża na Wołyniu. Bircza to po prostu Przebraże Podkarpacia. Ten symbol boli epigonów UPA i to jest nawet zrozumiałe, ale niezrozumiałe jest to, że boli on również zaczadzoną antykomunizmem polską prawicę. Czyżby dla niej też największą winą Birczy było to, że nie dała się wyrżnąć UPA?

„Przełożeni uznali, że moździerze w obronie Birczy odegrały zasadniczą rolę. Bez ich ognia Bircza mogłaby się nie obronić (…). Niskie straty po naszej stronie były wynikiem przede wszystkim faktu, że nasz batalion nie składał się z żołnierzy z poboru, ale z zahartowanych w ciężkich bojach żołnierzy. Nie bali się przeciwnika i nie wpadli w panikę, gdy ten był 50 m od nich” – podsumował bitwę o Birczę por. Witold Grabarczyk. Za obronę Birczy otrzymał on Krzyż Virtuti Militari. Karierę wojskową zakończył w 1954 roku, kiedy wyszło na jaw, że był w AK. Został wówczas zdegradowany, wydalony z wojska i skazany na pracę w kopalni węgla.

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Sukces obrony Birczy, obok wojskowego, miał również ogromne znaczenie polityczne. Tuż po wojnie toczyła się bowiem gra pomiędzy Stalinem a Chruszczowem, który dążył do tego, żeby granica pomiędzy Polską a Ukraińską SRR przebiegała na Sanie, tak jak po podziale Polski pomiędzy Niemcy a ZSRR w 1939 roku. Destabilizacja tzw. „Zakerzonia” przez UPA sprzyjała planom Chruszczowa i komunistów ukraińskich włączenia tych terenów do USRR. Zapobiegła temu m.in. klęska UPA pod Birczą.

Wykorzystane cytaty pochodzą z relacji por. Witolda Grabarczyka pt. Nie daliśmy UPA wziąć Birczy. Relacja z obrony Birczy atakowanej przez UPA w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 r., zamieszczonej w książce Marka A. Koprowskiego Akcja „Wisła”. Krwawa wojna z OUN-UPA, Zakrzewo 2016, s. 190-192, 194, 195, 203.

[1] „Prezes ukraińskiego IPN: nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza upamiętniają czekistów”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 grudnia 2017 r.

„Przegląd” nr 51 (937), 18-26.12.2017, s. 38-40