Wyprawa kijowska i jej mitologia (3)

„To wyjątkowa akcja! W Kijowie i Warszawie zabrzmią dzwony dla bohaterów 1920 roku. 9 maja kulminacyjny moment multimedialnej akcji Bobołowicza i Antoniuka, dziennikarzy Radia Wnet i Kuriera Galicyjskiego ze Lwowa, podróżujących już przez ponad tysiąc kilometrów przez Ukrainę. O 11 polskiego czasu zabrzmią dzwony w kijowskiej katedrze św. Aleksandra oraz w wielu kościołach z miejsc, gdzie zostały upamiętnione walki z 1920 roku. Również 9 maja w Kijowie, Paweł Bobołowicz wraz z Dmitriem Antoniukiem założą mundury żołnierzy Ukraińskiej Republiki Ludowej i Wojska Polskiego z 1920 r. oraz odbędą honorowy patrol ulicami Kijowa” – można było przeczytać 9 maja br., w setną rocznicę defilady polsko-ukraińskiej w Kijowie, na portalu „Kuriera Galicyjskiego”[1].

Mitologia wyprawy kijowskiej po upływie 100 lat od 1920 r. ma się dobrze jak nigdy dotąd. Jednym z najważniejszych elementów tej mitologii jest teza, że w 1919 r. nie było możliwe współdziałanie polsko-rosyjskie (czyli z białogwardzistami) przeciwko bolszewikom. Na pytanie red. A. Zechenter, czy próby porozumienia się Piłsudskiego z rosyjskimi antykomunistami, w tym z Borysem Sawinkowem (1879-1925), stanowiły alternatywę dla projektu federacyjnego – prof. A. Nowak odpowiada: „Trzeba było przekonać Zachód do szerszych granic Polski na wschodzie. Mocarstwa zachodnie mogłyby je zaakceptować, gdyby jacyś przedstawiciele Rosji – teraz na emigracji – wyrazili na to zgodę. Musieli to jednak być emigranci uznawani politycznie na zachodnich salonach dyplomatycznych. W kilkuosobowym rosyjskim komitecie politycznym na konferencji w Paryżu większość stanowili zaciekli wrogowie porozumienia z Polską. Akceptował taką możliwość tylko jeden jego członek, Borys Sawinkow – ongiś terrorysta, znany pisarz, uznawany przez Rosjan reprezentant Rządu Tymczasowego – bo ów paryski komitet polityczny był w pewnym sensie dyplomatyczną kontynuacją Rządu Tymczasowego, uznawanego wcześniej przez mocarstwa zachodnie”.

To Sawinkowa – eserowca i zwolennika wojny chłopskiej – prof. A. Nowak uważa za najpoważniejszego „białego” Rosjanina, z którym należało rozmawiać i omawia kontakty pomiędzy nim a Piłsudskim w 1920 r. Jednakże warunkiem jakiegokolwiek porozumienia z antykomunistami rosyjskimi miało być utrzymanie przez Ukrainę „niepodległości”. Tak o tym mówi prof. A. Nowak: „To jest punkt pierwszy i zasadniczy: najważniejsza geopolitycznie jest Ukraina. Rosja bez ukraińskiego zboża i przemysłu nie przetrwa jako agresywne imperium – takie było założenie. Jeśli Ukraina utrzyma się jako niepodległe państwo, związane układem geopolitycznym, który czyniłby z niej bufor Polski – bo taka była istota układu z kwietnia 1920 r. – można uczynić krok następny, czyli myśleć o zmianach w samej Rosji, o wejściu na scenę Sawinkowa. Wtedy też uda się, jak zapewne sądził Piłsudski, rozwiązać problem litewsko-białoruski przy użyciu siły”.

Warunkiem polskiego porozumienia z białą Rosją było więc – tak zresztą jak jest nim obecnie w rozumieniu epigonów piłsudczyzny – oderwanie od Rosji Ukrainy. Mamy zatem już wyjaśnione dlaczego nie powiodła się współpraca Piłsudskiego z „białymi” Rosjanami i jaki był w istocie charakter jego koncepcji „federacyjnej”. Nawet propiłsudczykowski prof. A. Nowak nie kryje, że „niepodległa Ukraina” miała być „buforem Polski”, a Litwa i Białoruś miały być włączone do „federacji” z Polską „przy użyciu siły”. Żeby jednak nie było wątpliwości, posłuchajmy dalej prof. A. Nowaka.

Mówi on: „Michał Römer w znakomitym szkicu analizującym politykę wschodnią napisał, że Piłsudski wyobrażał sobie przyszłość Polski jako swoistego imperium dominiów czy też polskiego imperium wschodniego [podkr. moje – BP], składającego się z trzech lub czterech części: Polski właściwej, Ukrainy i Litwy połączonej z Białorusią albo Litwy i Białorusi – każdej jako odrębnego członu”.

Czy trzeba dodawać coś więcej? Sen o szpadzie, sen o potędze. Polskie sarmackie imperium na Wschodzie, ale nie żadna „federacja”. Realizacja romantycznej wizji imperialnej Polski. „Imperium dominiów”. Wielka Brytania miała swoje dominia w Indiach i Kanadzie, Polska miała je mieć na Litwie, Białorusi i Ukrainie. Tak to miało wyglądać.

Prof. A. Nowak nie ukrywa, że „nieuznawany przez nikogo rząd białoruski” reprezentował „szczupłą garstkę nauczycielskiej elity białoruskiej”, a podwładni Piłsudskiego prowadzili w 1919 r. rozmowy z tym „rządem” tylko o autonomii kulturalnej. Nie wiadomo zatem dlaczego profesor wyciąga wniosek, że „Białorusini mogli stać się wehikułem odbudowy Wielkiego Księstwa Litewskiego w ramach tego imperium wschodniego”. Z dalszego wywodu A. Nowaka dowiadujemy się, że tym „wehikułem” miał być tak naprawdę tylko Stanisław Bułak-Bałachowicz (1883-1940). Sam prof. A. Nowak nazywa go „watażką”. Faktycznie był watażką i to niewiele znaczącym. Tak jak i Petlura.

Jedyną naprawdę realną siłę, z którą Piłsudski powinien związać się przeciw bolszewikom, reprezentował „biały” gen. Anton Denikin (1872-1947). Zaprzepaszczenie szansy tego sojuszu przez Piłsudskiego uważał za poważny błąd m.in. Józef Mackiewicz (1902-1985). Co ma o tym do powiedzenia prof. A. Nowak?

Oddajmy mu głos: „Denikin, stający się w 1919 r. głównym graczem po stronie »białych« Rosjan, wyraźnie mówił, podobnie jak jego poprzednik adm. Kołczak, że nie tylko Wilno ma być rosyjskim miastem, lecz i Lwów (…). Takie warunki wykluczały porozumienie z jakąkolwiek siłą polityczną w Polsce, bo nikt nie zaakceptowałby wieszania dwugłowych orłów we Lwowie lub w Wilnie przez Wojsko Polskie. Podczas rozmów w lipcu 1919 r. w Taganrogu, mających doprowadzić do porozumienia między Warszawą a Denikinem, generał nie chciał ustąpić nawet o centymetr (…). Zarzucanie Piłsudskiemu, że nie pomógł Denikinowi w sierpniu i we wrześniu 1919 r., kiedy ofensywa »białych« była 300 kilometrów na południe od Moskwy, wydaje mi się nieporozumieniem, nawiązane wówczas poufne rozmowy między przedstawicielami Piłsudskiego a reprezentantem Lenina, Julianem Marchlewskim, doprowadziły bowiem wyłącznie do przejściowego zawieszenia broni. Bolszewicy rzeczywiście zdjęli z frontu walk w przeciwko Polsce 40 tys. żołnierzy. W tamtym momencie Armia Czerwona liczyła 3,5 mln żołnierzy, a wszystkie armie »białych« – 550 tys. Można sobie zadać pytanie, czy przy takiej proporcji sił 40 tys. rzucone przeciw Denikinowi mogło zaważyć na losach frontu. Przypomnijmy też, że we wrześniu 1919 r. Piłsudski polecił premierowi Ignacemu Paderewskiemu, by sprawdził w Paryżu, czy mocarstwa zachodnie poprą finansowo polską akcję militarną na wielką skalę przeciw bolszewikom – akcję, która mogłaby pomóc Denikinowi. Paderewski spotkał się w Paryżu z lodowatym przyjęciem (…). Wyprawa na Moskwę nie rokowała chyba wielkich szans, nawet gdyby ententa dała na nią pieniądze”.

Nie ulega wątpliwości, że do współdziałania polskiego z Denikinem nie doszło z powodu „federacyjnego” planu Piłsudskiego. To była główna przeszkoda. Warunkiem współdziałania z »białą« Rosją – ale szczerze mówiąc z każdą Rosją – była rezygnacja przez Polskę z wielowiekowych pretensji do panowania nad Rusią (Ukrainą i Białorusią), czyli zgoda na wschodnią granicę na Bugu. To było dla Piłsudskiego nie do przyjęcia i nie do pomyślenia. Kres wielowiekowym zmaganiom polsko-rosyjskim o Ruś położył dopiero rok 1945. Wtedy nastąpił koniec państwa „okopanego” na Kresach, czyli Polski Jagiellońskiej. W jej miejsce wróciła Polska Piastowska. Ceną tego było znalezienie się w radzieckiej „strefie wpływów”. Wydaje się, że w 1919 r. cena byłaby mniejsza – byłoby nią ułożenie stosunków z białą Rosją na zasadach partnersko-sojuszniczych. Dla Piłsudskiego jednak partnerstwo z jakąkolwiek Rosją było nie do przyjęcia i jest nie do przyjęcia dla jego współczesnych epigonów. W rezygnacji Polski Ludowej z pretensji do panowania nad Rusią należy też upatrywać głównej przyczyny jej wszechstronnej delegitymizacji przez establishment III RP. Po 1989 r. epigoni piłsudczyzny różnych nurtów politycznych spowodowali bowiem powrót w zmienionej formule geopolitycznej do polsko-rosyjskich zmagań o Ruś, czyli do mitu Polski Jagiellońskiej.

[1] http://www.kuriergalicyjski,com, 9.05.2020.

Bohdan Piętka 

21 maja 2020 r.

„Myśl Polska” nr 21-22 (2293/2294), 24-31.05.2020, s. 12

Powojenna odbudowa Polski

Historia Polski po 1945 r. nie jest czarno-biała, jak tego chce polityka historyczna uprawiana po 1989 r., zwłaszcza w jej prawicowym wydaniu. Na obraz tej historii składa się wiele elementów. Eksponowana przez obecną politykę historyczną walka podziemia antykomunistycznego z nowym ustrojem i terror powojennej władzy wobec jej przeciwników politycznych są tylko jednym z nich. Obok tego podziemia, walki politycznej pomiędzy obozami skupionymi wokół PPR i PSL i sfałszowanych przez władze wyborów w styczniu 1947 r., kolejnymi elementami tego obrazu były doniosłe reformy społeczne przeprowadzone w latach 1944-1946 i powojenna odbudowa kraju.

Kult powojennego podziemia przybrał w polityce historycznej III RP formy niemal sakralne. Doprowadziło to do stworzenia mitologii historycznej, wedle której w latach 1944-1953 (w innej wersji 1944-1963) miało się toczyć na terenie Polski „powstanie antykomunistyczne”. Uczestniczyło w nim podobno – jak twierdzą chociażby autorzy „Atlasu polskiego podziemia antykomunistycznego 1944-1956” (Warszawa 2007) – od 120 do 180 tys. osób.

W 1946 r. Polska liczyła 24 mln mieszkańców. Nawet jeżeli przyjmiemy za bliską prawdy wątpliwą tezę, że w różnych formach działalności podziemia powojennego uczestniczyło 120-180 tys. osób, oznacza to, że w tym podziemiu działało od 0,5% do 0,75% ogółu obywateli. Postawa walki czynnej z nową rzeczywistością ustrojową była zatem nie dominującą, lecz marginalną postawą polityczną. Wynikało to m.in. stąd, że Polska – mimo zmiany ustrojowej i geopolitycznej – zachowała po 1945 r. własną państwowość z niemal niezmienioną symboliką narodową. Dzisiejsza polityka historyczna próbuje tę państwowość nazywać „okupacją sowiecką”, ale znacząca część ówczesnych Polaków tak nie myślała. Wielu z nich poparło przeprowadzone po wojnie reformy społeczne, a zwłaszcza reformę rolną, której nie potrafiła i nie chciała wdrożyć II RP. Ogromna większość była zmęczona wojną, miała świadomość hekatomby powstania warszawskiego i nie chciała dalej egzystować w obecności ciągłego zagrożenia śmiercią. Pragnęła po prostu normalnie żyć, uczyć się i pracować, a przede wszystkim odbudować zrujnowany wojną kraj. Tym właśnie, a nie gloryfikowaną dzisiaj walką partyzancką, zajęła się większość Polaków po 1945 r.

Podczas drugiej wojny światowej Polska poniosła procentowo nie tylko najwyższe spośród państw uczestniczących w tej wojnie straty ludzkie, ale i materialne. W ponad 90% straty te zostały spowodowane przez działania i politykę okupacyjną Niemiec hitlerowskich. Materialne straty wojenne poniosło ponad 13 mln obywateli polskich, w wyniku czego – jak obliczono w 2017 r. – poszkodowanym oraz ich spadkobiercom należałoby się 285 mld dolarów odszkodowań. Kwota ta wynika jednak z obliczenia strat spowodowanych zniszczeniami oraz grabieżami i nie uwzględnia strat wynikających z eksploatacji gospodarczej kraju przez okupanta, które dzisiaj są nie do oszacowania. Wojenne straty materialne Warszawy obliczono w 2004 r. na 54 mld dolarów[1]. Straty innych miast oszacowano w złotych. I tak przykładowo straty Łodzi obliczono w 2006 r. na 40 mld złotych, a Poznania na 11 mld złotych[2].

Biuro Odszkodowań Wojennych przy Prezydium Rady Ministrów oszacowano w 1947 r. straty majątku narodowego w czasie wojny na 38% stanu sprzed 1939 r. Objęły one 50% infrastruktury kolejowej i drogowej, 43% dóbr kulturalnych, 55% infrastruktury zdrowotnej, 64,5% przemysłu chemicznego, 64,3% poligraficznego, 59,7% elektrotechnicznego, 55,4% odzieżowego, 53,1% spożywczego, 48% metalowego. Ogółem Niemcy zniszczyli 14 tys. fabryk, 353 876 gospodarstw wiejskich, 199751 sklepów, 84436 warsztatów rzemieślniczych, 968223 gospodarstw domowych, 17 szkół wyższych, 271 szkół średnich, 4880 szkół powszechnych i 768 innych szkół. Straty w leśnictwie wyniosły około 400 tys. ha lasów[3]. Biuro Odszkodowań Wojennych określiło wartość tych strat na kwotę 258 mld złotych przedwojennych (50 mld dolarów z 1939 r.), co stanowiło trzynastokrotność dochodu narodowego Polski z 1938 r. W przeliczeniu na wartość z 2004 r. dało to 650-700 mld dolarów.

To był poziom, z którego startowała powojenna Polska – dzisiaj krzywdząco oskarżana o to, że to jej ustrój i wynikająca z niego polityka gospodarcza przyczyniły się do obecnych dysproporcji cywilizacyjnych z wysoko rozwiniętymi krajami Europy Zachodniej.

Polska w 1945 r. znajdowała się w ruinie, ale nie każdy współcześnie uświadamia sobie jak ta ruina wtedy realnie wyglądała. Zwłaszcza ferując o tamtym państwie tendencyjne wyroki polityczne. Tę ruinę widzieli jednak na własne oczy żyjący ówcześnie Polacy. Dlatego ogromna większość z nich przystąpiła do odbudowy wyzwolonego spod okupacji niemieckiej kraju. Ta ogólnospołeczna wola odbudowy zbiegła się z działaniami władzy – nazywanej dzisiaj „narzuconą” lub „obcą” – idącymi w tym samym kierunku. Władzy, od której wielu ówcześnie żyjących Polaków było odległych politycznie, nawet bardzo, ale której w dziele odbudowy kraju naród udzielił poparcia. Dlatego powojenna odbudowa stała się sprawą ogólnonarodową i ponadpartyjną.

Niektóre środowiska odległe od wszelkiej lewicy, ale stojące na gruncie realizmu politycznego uznały wtedy, że należy włączyć się w nurt życia legalnego. Po to, by zachować polski charakter tworzącego się państwa i odbudować w nim życie gospodarcze, kulturalne i naukowe. Środowiska te dostrzegały i rozumiały przede wszystkim niepowtarzalną szansę, jaką był powrót Polski po kilkuset latach na ziemie piastowskie nad Odrą, Nysą Łużycką i Bałtykiem. Takim środowiskiem była m.in. poznańska organizacja narodowo-katolicka „Ojczyzna” – jedna z bardziej zasłużonych organizacji podziemnych w Wielkopolsce podczas okupacji niemieckiej. W lipcu 1945 r. jej kierownictwo podjęło decyzję o wyjściu z podziemia i włączeniu się do pracy przy odbudowie kraju i zagospodarowaniu Ziem Odzyskanych. Działacze „Ojczyzny” objęli wkrótce po ujawnieniu się szereg stanowisk – w tym kierowniczych – w Ministerstwie Ziem Odzyskanych, Ministerstwie Spraw Zagranicznych, mediach, Polskim Związku Zachodnim oraz szkolnictwie wyższym i średnim na Ziemiach Zachodnich.

Identyczne stanowisko zajął jeden z czołowych przedwojennych polityków endeckich – Stanisław Grabski (1871-1949). Motywem jego powrotu z Londynu do kraju w 1945 r. i objęcia stanowiska wiceprzewodniczącego Krajowej Rady Narodowej było właśnie zrozumienie doniosłości przejęcia przez Polskę ziem nad Odrą i Bałtykiem oraz chęć wsparcia tego procesu.

Tego typu realizm polityczny reprezentował też przedwojenny wicepremier i bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego – Eugeniusz Kwiatkowski (1888-1974), który w latach 1945-1948 podjął współpracę z Tymczasowym Rządem Jedności Narodowej w dziedzinie odbudowy gospodarki morskiej jako szef Delegatury Rządu do Spraw Wybrzeża. Taką samą drogą poszedł prof. Stanisław Kulczyński (1895-1975) – przedwojenny rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie (1936-1938), a podczas wojny delegat Rządu RP na Obszar Lwowski. Po 1945 r. stał się on jedną z najbardziej zasłużonych osób w budowaniu od podstaw polskiej nauki na Ziemiach Odzyskanych jako rektor Uniwersytetu i Politechniki we Wrocławiu (1945-1951). Kulczyński ściągnął do Wrocławia najlepszych uczonych lwowskich, którzy przeżyli wojnę i utworzył tam wiodący ośrodek akademicki w kraju. Natomiast w latach 1957-1971 kierował Towarzystwem Rozwoju Ziem Zachodnich, bardzo zasłużonym dla rozwoju cywilizacyjnego tych ziem, a dzisiaj zapomnianym.

Emerytowany prof. Uniwersytetu Wrocławskiego Roman Duda – wobec ataków IPN na postać prof. S. Kulczyńskiego – tak ocenił w 2017 r. jego postawę: „Po wojnie mógł wyjechać do Włoch, gdzie oferowano mu posadę, ale wybrał służbę dla kraju. Został kierownikiem Grupy Naukowo-Kulturalnej, która już 9 maja 1945 roku przyjechała do zrujnowanego i płonącego jeszcze Wrocławia i tam ratował dobytek akademicki przed plądrującymi miasto krasnoarmiejcami i polskimi szabrownikami, a jednocześnie organizował polską uczelnię”[4]. Przekaz tych ludzi i środowisk był jasny: nie – dla konspiracji i gloryfikowanej dzisiaj walki zbrojnej z nową władzą, tak – dla pracy organicznej przy odbudowie kraju.

Tak myślało wielu. Urodzona we Lwowie Irena Szydłowska – podczas wojny więźniarka KL Ravensbrück, do którego trafiła w 1941 r. za działalność konspiracyjną w ZWZ – zaraz po wyzwoleniu podjęła pracę w wydziale osadniczym Urzędu Wojewódzkiego w Szczecinie. Swoje wspomnienia z tego okresu zatytułowała „Czułam się urzędniczką Ziem Odzyskanych”. Napisała w nich m.in.: „W obozie w Neubrandenburgu często rozmawiałyśmy o tym, że potrzeba będzie dużo ludzi do pracy na terenach, które zostaną przyłączone do Polski i że to właśnie my, więźniowie obozów koncentracyjnych, którzy na własnej skórze poznaliśmy Niemców, powinniśmy tam się osiedlać”[5].

Pionierzy Ziem Odzyskanych pochodzili z niemal wszystkich stron kraju i reprezentowali cały ówczesny przekrój klasowy i polityczny społeczeństwa polskiego. Byli to ludzie z Kresów Wschodnich, ze zrujnowanej Warszawy, z przedwojennej Polski centralnej, zachodniej i południowej oraz reemigranci z Europy Zachodniej. Znajdowali się wśród nich niedawni więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych i ci, którzy przeszli przez łagry i zesłanie na Nieludzkiej Ziemi, żołnierze Wojska Polskiego na Wschodzie i żołnierze, którzy walczyli na Zachodzie, prości chłopi i inteligenci, komuniści i ludzie o poglądach od komunizmu odległych albo mu przeciwnych, ale stojący na gruncie realizmu politycznego i polskiej racji stanu. Zagospodarowanie Ziem Odzyskanych było czynem ogólnonarodowym i jednym kluczowych zadań w dziele odbudowy kraju.

Ich szybkie zagospodarowanie nie byłoby możliwe bez działającego w latach 1945-1949 i kierowanego przez Władysława Gomułkę Ministerstwa Ziem Odzyskanych, w którego kierownictwie spotkali się ludzie PPR i PPS oraz narodowo-katolickiej „Ojczyzny”. Dzięki wysiłkowi MZO na Ziemiach Zachodnich i Północnych osiedlono w latach 1945-1948 około 4,8 mln Polaków, w tym 1,5 mln z dawnych Kresów Wschodnich oraz około 100 tys. reemigrantów z Europy Zachodniej i Południowej. Pod koniec 1948 r. ziemie te zamieszkiwało już ponad 5,5 mln Polaków.

Kolejnym kluczowym zadaniem w dziele odbudowy kraju była odbudowa zniszczonych wojną miast z Warszawą na czele. Już 22 stycznia 1945 r. gen. Marian Spychalski – powołany przez Rząd Tymczasowy na prezydenta Warszawy – utworzył Biuro Organizacji Odbudowy m.st. Warszawy pod kierunkiem wybitnego architekta Jana Zachwatowicza (1900-1983). Na mocy dekretu Krajowej Rady Narodowej z 14 lutego 1945 r. zostało ono przekształcone w Biuro Odbudowy Stolicy. Jego organizatorem też był gen. M. Spychalski, który w sprawozdaniu złożonym KRN 31 grudnia 1944 r. sprzeciwił się planom przeniesienia stolicy do Łodzi, Krakowa lub Lublina i nie odbudowywania Warszawy. W BOS pracowali architekci zarówno powiązani z powojennym obozem władzy (np. Roman Piotrowski i Józef Sigalin), jak i związani podczas wojny z obozem londyńskim (Piotr Biegański, Witold Plapis, Jan Zachwatowicz i in.). Odbudowa stolicy, tak samo jak i zagospodarowanie Ziem Odzyskanych, wywołała ogromny entuzjazm społeczny i stała się zadaniem ogólnonarodowym. Do pracy przy odbudowie Warszawy stanęli jej ocaleni mieszkańcy, ale także junacy z Powszechnej Organizacji „Służba Polsce” – dzisiaj przedstawiani w negatywnym świetle, w najlepszym wypadku zapomniani.

Kluczową rolę w powojennej odbudowie odegrała realizacja założeń Planu Odbudowy Gospodarczej, zwanego potocznie planem trzyletnim (1947-1949). Plan ten został opracowany przez Centralny Urząd Planowania, którego prezesem był w latach 1945-1948 Czesław Bobrowski (1904-1996) – piłsudczyk, przed wojną urzędnik Ministerstwa Przemysłu i Handlu oraz Ministerstwa Rolnictwa i Reform Rolnych, a także redaktor naczelny pisma „Gospodarka Narodowa”. W czasie wojny Bobrowski był członkiem zespołu studyjnego rządu RP na uchodźstwie, który przygotowywał plan powojennej odbudowy. Te prace studyjne stały się podstawą dla planu odbudowy opracowanego i wdrażanego pod jego kierunkiem w Polsce pojałtańskiej, do której Bobrowski powrócił z Londynu i związał się politycznie z PPS.

Plan trzyletni dawał pierwszeństwo w odbudowie przemysłu pracującego na potrzeby ludności. Jednakże w ostatnim roku realizacji planu priorytetem stała się odbudowa przemysłu wytwarzającego środki produkcji. Zadania planu trzyletniego w dziedzinie wzrostu produkcji przemysłowej zostały wykonane w ciągu dwóch lat i 10 miesięcy. W 1949 r. nastąpiło przekroczenie przedwojennej produkcji przemysłowej.

Nie tylko została przyspieszona odbudowa kraju, ale zapoczątkowano proces przekształcania Polski z kraju rolniczego w przemysłowo-rolniczy. Wzrost produkcji przemysłowej doprowadził do szybkiego zwiększenia zatrudnienia i likwidacji bezrobocia, którego potem nie znano w Polsce do 1990 r. Rozwój przemysłu zapoczątkował wielką migrację ludności ze wsi do miast, czyli zmianę struktury społecznej kraju oznaczającą dla ludności wiejskiej skok cywilizacyjny. Następnym etapem stała się zakrojona na szeroką skalę industrializacja wdrożona podczas planu sześcioletniego (1950-1955), dzisiaj wyszydzanego. Towarzyszyło temu upowszechnienie oświaty i nauki. To była prawdziwa rewolucja społeczna – przejście od dawnego społeczeństwa ekskluzywnego do inkluzywnego.

Powojenna Polska nie mogła z przyczyn geopolitycznych skorzystać z planu Marshalla. Dlatego będąc najbardziej zniszczonym podczas drugiej wojny światowej państwem Europy musiała dokonać odbudowy własnymi siłami. Nie byłoby to możliwe bez ofiarności i poświęcenia całego narodu – zarówno tych jego obywateli, którzy byli politycznie odlegli od powojennej władzy, jak i tych, którzy ją poparli, a w odbudowie kraju widzieli pierwszy etap tworzenia nowego ustroju. Niejednokrotnie nie pytano o zapłatę. Brygada Stanisława Sołdka pracowała przy budowie pierwszego powojennego statku pełnomorskiego dosłownie za miskę zupy. Szkoda, że dzisiaj takich ludzi się „dekomunizuje”.

Na historię Polski Ludowej trzeba patrzeć w sposób wyważony. Jej historię tworzyli po 1945 r. nie tylko komuniści i aparat represji z jednej strony oraz podziemie antykomunistyczne z drugiej, ale także szczerzy patrioci rozumiejący, że nie było wtedy innej możliwości kontynuacji polskiej państwowości. Ich szerokie rzesze włączyły się do odbudowy kraju i zagospodarowania Ziem Odzyskanych, a następnie w różne formy życia gospodarczego, kulturalnego, naukowego, a nawet politycznego nie w imię budowy socjalizmu, ale dla zachowania możliwie polskiego charakteru ówczesnego państwa i egzystencji narodu. Temu pokoleniu, jego patriotyzmowi i realizmowi politycznemu należy się dzisiaj wielki szacunek, a nie szufladkowanie według kryteriów abstrakcyjnej polityki historycznej i tworzenie mitów o „powojennym powstaniu antykomunistycznym”.

[1] W. Fałkowski i in., Raport o stratach wojennych Warszawy, Warszawa 2004.

[2] J. Baranowski, K. Baranowski, L. Berliński, A. Lech, F. Sitkiewicz, „Straty wojenne Łodzi” – raport z oszacowania strat i szkód poniesionych przez miasto Łódź wskutek wybuchu i trwania II wojny światowej oraz wynikłych z organizacji i funkcjonowania Litzmannstadt getto, Łódź 2006; A. Sakson, A. Skarżyński (red.), Raport o stratach wojennych Poznania 1939-1945, Poznań 2006.

[3] Sprawozdanie Biura Odszkodowań Wojennych w przedmiocie strat i szkód wojennych Polski w latach 1939–1945, Warszawa 1947.

[4] R. Duda, IPN dekomunizuje prof. Stanisława Kulczyńskiego, „Pauza Akademicka” nr 405, 7.12.2017.

[5] B. Halicka (red.), Mój dom nad Odrą. Pamiętniki osadników Ziem Zachodnich po 1945 roku, Universitas, Kraków 2016, s. 255.

Bohdan Piętka

21 maja 2020 r.

„Przegląd” nr 21 (1063), 18-24.05.2020, s. 44-46

Wyprawa kijowska i jej mitologia (2)

Setna rocznica wydarzeń z 1920 r. jest okazją dla politycznych epigonów piłsudczyzny i prometeizmu do powielania i utrwalania tendencyjnego przekazu historycznego, a przede wszystkim do uzasadniania ówczesnej polityki Piłsudskiego i tym samym nawiązującej do niej polityki wschodniej współczesnej Polski.

Temu został poświęcony m.in. noworoczny „Biuletyn IPN” – nr 1-2 (170-171), styczeń-luty 2020 – zatytułowany „Sojusznicy Polski w XX wieku”. Więcej niż połowa tego numeru dotyczy polityki i sojuszników Piłsudskiego w 1920 r. Są to następujące teksty: „Piłsudskiego projekt wschodni” (Andrzej Nowak w rozmowie z Anną Zechenter), „Geneza sojuszu polsko-ukraińskiego w 1920 roku” (Mirosław Szumiło), „Armia Ukraińskiej Republiki Ludowej w 1920 roku” (Andrij Rukkas), „Wywiad wojskowy Ukraińskiej Republiki Ludowej w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku” (Marek Kozubel), „Stanisław Bułak-Bałachowicz i jego żołnierze” (Kazimierz Krajewski), „Operacja »Zima«. Współpraca polsko-łotewska w wyzwoleniu Łatgalii na Łotwie” (Eriks Jekabsons), „Polska i Gruzja w 1920 roku” (Paweł Libera), „Borys Sawinkow. Polityk, który chciał wybawić Rosję od niej samej” (Łukasz Dryblak). Już same tytuły tych artykułów sugerują, że Piłsudski miał rzekomo w 1920 r. poważnych sojuszników, a jego projekt federacyjny był realny.

Prof. Andrzej Nowak tak widzi genezę federacyjnych planów Piłsudskiego: „Dorastał w świecie, mówiąc dzisiejszym językiem, wieloetnicznym i wielowyznaniowym, z tradycjami geopolitycznymi zakorzenionymi w odwiecznej walce z Moskwą. Z mlekiem matki wyssał przekonanie, że Litwa może przetrwać tylko w związku z Polską, czyli w unii”. Od razu nasuwa się refleksja, że było to przekonanie całkowicie subiektywne i wręcz irracjonalne. Zupełnie nie podzielali go w 1918 r. i później nacjonaliści litewscy, którzy swojego politycznego mentora widzieli w Niemczech, a nie w Polsce. Poza tym te „geopolityczne tradycje” Liwy zakorzenione w „odwiecznej walce z Moskwą” to mit. Chodzi tu głównie o powstanie styczniowe, wywołane przez obóz czerwonych wbrew wszelkiej logice politycznej, do którego na Litwie akces zgłosiła część zubożałej polskiej szlachty, ale bynajmniej nie Litwini.

Prof. A. Nowak uparcie pielęgnuje ten mit stwierdzając, że dziedzictwo powstania styczniowego, to „pamięć Rzeczypospolitej, którą próbowano odbudować na nowo w 1863 r. jako wspólnotę trzech narodów: Litwinów, Polaków i Rusinów. W pamięci Piłsudskiego zachowało się przeświadczenie, że te trzy nacje i tradycje gnębione przez moskiewski imperializm mogą razem tworzyć ogromną siłę. (…) Na Syberii mentorem młodego Piłsudskiego stał się Bronisław Szwarce, jeden z organizatorów Powstania Styczniowego, świadek epoki, podtrzymujący tradycje powstańcze. Obaj uważali, że do pokonania carskiej Rosji potrzebna jest współpraca wielu narodów”.

Prof. A. Nowak udaje, że nie wie, iż idea wskrzeszenia Polski w 1863 r. jako „Rzeczypospolitej Trojga Narodów” było zupełną abstrakcją polityczną, w którą nie wierzyli nawet co niektórzy przywódcy powstania styczniowego. Na pewno mało kto chciał o tym wówczas słyszeć spośród etnicznych Białorusinów, Litwinów i Ukraińców. Ta polityczna abstrakcja została przyswojona przez Piłsudskiego – ukształtowanego na fałszywym micie powstania styczniowego i polskiego romantyzmu politycznego – i legła u podstaw forsowanej przez niego w latach 1918-1920 „idei federacyjnej”. U podstaw tej idei nie było jakiegokolwiek realizmu politycznego. Opierała się ona jedynie na romantycznych marzeniach i niczym więcej, a to w polityce jest niedopuszczalne i niewybaczalne. Nikt – ani w 1863, ani w 1918 r. – nie oczekiwał na Litwie, Białorusi i Ukrainie powrotu pod płaszczykiem „idei federacyjnej” polskiego panowania, kojarzonego tam wyłącznie z władzą „polskich panów”, czyli obszarników ziemskich. Nikt też tam tego nie oczekiwał później i nie oczekuje dzisiaj, co warto za każdym razem uświadamiać obozowi politycznemu, z którym sympatyzuje prof. A. Nowak.

Pan profesor zresztą wcale nie ukrywa tego, jaki był rzeczywisty charakter „idei federacyjnej”. Mówi o tym wprost: „W przypadku Piłsudskiego nie warto mówić o ideach federacyjnych inaczej niż jako o narzędziu. Wyłącznie tak należy na to patrzeć. Nie, Piłsudski ideowym federacjonistą nie był. W znanym liście do Wasilewskiego z 1919 r. pisał, że modne są »doktrynki federacyjne«, więc trzeba mówić tym językiem”. Chodziło zatem tylko o język. Za parawanem tego języka o „federacji” kryła się faktycznie idea polskiego panowania na Wschodzie. Problem w tym, że tylko Piłsudskiemu wydawało się, a dzisiaj wydaje się to jego epigonom, iż polskie panowanie jest dla Białorusinów, Litwinów i Ukraińców lepsze od rosyjskiego. Takiego przekonania te narody wtedy jednak nie podzielały i nie podzielają go tym bardziej teraz. Jeśli już – to punktem odniesienia będzie dla nich Berlin, dzisiaj także Waszyngton, a nie Warszawa. Dlatego próba realizacji koncepcji Międzymorza – dziecka „idei federacyjnej” – w istocie zawsze będzie prowadziła do realizacji niemieckiej koncepcji Mitteleuropy, czyli wtłoczenia Polski w niemiecką strefę wpływów. Ewentualnie będzie – jak obecnie – narzędziem utrwalenia amerykańskiej dominacji politycznej nad tą częścią Europy.

Młode, a co za tym idzie agresywne nacjonalizmy litewski i ukraiński, które weszły na arenę dziejów pod koniec pierwszej wojny światowej dzięki protekcji Berlina i Wiednia, nie dążyły bynajmniej do jakiegokolwiek związku z Polską. Nie tylko dlatego, że były w latach 1917-1918 politycznym narzędziem Berlina i Wiednia, ale przede wszystkim dlatego, że historycznie postrzegały Polskę jako zaborcę (nie wnikam czy słusznie czy nie), a co za tym idzie wroga ich aspiracji niepodległościowych w stopniu znacznie większym niż Rosję. Czy tego epigoni piłsudczyzny naprawdę nie są w stanie dzisiaj pojąć? Nie tylko po stu latach od wydarzeń roku 1920, ale po późniejszych tragicznych doświadczeniach z nacjonalizmami litewskim i ukraińskim, zwłaszcza z okresu drugiej wojny światowej.

Również red. Piotr Zychowicz – drugi obok prof. A. Nowaka znany epigon piłsudczyzny i prometeizmu – pisze dzisiaj całkiem otwarcie o rzeczywistym charakterze „idei federacyjnej”. Tekst „Wielki plan Piłsudskiego”[1] Zychowicz zaczyna od stwierdzenia: „Federacja z Ukrainą miała być imperialną Rzecząpospolitą w nowej formule. Miała przywrócić Polsce hegemonię w regionie”.

Nie o federację sensu stricto zatem Piłsudskiemu chodziło, ale o „polskie imperium” nawiązujące do terytorialnego kształtu Polski przedrozbiorowej, o którym nadal śnią współcześni epigoni piłsudczyzny. Już w latach 1918-1920 nie był to bynajmniej wielki plan polityczny, a jedynie irracjonalne i niebezpieczne marzenia. W dodatku w Polsce nikt poza Piłsudskim i wąskim gronem jego najbliższych, fanatycznie oddanych mu wyznawców, w powodzenie tego planu nie wierzył. Ponadto status Ukrainy w tej „federacji” miał przypominać status Generalnego Gubernatorstwa w okresie okupacji niemieckiej podczas drugiej wojny światowej. To była woda na młyn młodego nacjonalizmu ukraińskiego i jego późniejszej atawistycznej nienawiści do Polaków. Rzeź wołyńsko-małopolska z lat 1943-1944 miała swoją praprzyczynę m.in. w „idei federacyjnej” Piłsudskiego, co w Polsce mało kto chce sobie dzisiaj uświadomić. Wreszcie 90% ukraińskich sił politycznych było wrogo nastawione do polityki Petlury i uważało jego umowę z Piłsudskim z kwietnia 1920 r. za zdradę narodu ukraińskiego. Tak wiec Zychowicz – pisząc, że „federacja” z Ukrainą miała przywrócić hegemonię Polski sprzed 300 lat na Wschodzie – uprawia klasyczne chciejstwo. Identyczne jak piłsudczycy i prometeiści w okresie II RP. Taka jest prawda o ich „polityce mocarstwowej” teraz i obecnie.

Prof. A. Nowak jest też świadomy, że Piłsudski wiedział, że jego „idee nie zostaną przyjęte w Paryżu – podobnie jak jakiekolwiek ambitniejsze plany polskie. Zachód przyzwyczaił się do kadłubowego Królestwa Polskiego utworzonego na kongresie wiedeńskim i kończącego się na Bugu. Taką Polskę miał na myśli prezydent USA Woodrow Wilson, umieszczając w orędziu do Kongresu słynny 13. punkt przewidujący powstanie niepodległej Polski. Miało to być państwo w granicach Królestwa Kongresowego z Galicją Zachodnią i jakimś dostępem do morza, może tylko z wolną żeglugą przez Wisłę. Mocarstwa zachodnie przewidywały maleńką Polskę, która nie przeszkadzałaby Rosji. Odbudowanej wielkiej Rosji”. Ani jednak Piłsudski, ani zafascynowany nim prof. A. Nowak, nie potrafili wyciągnąć z tych faktów wniosku co do szansy powodzenia „idei federacyjnej” i jej prometejskiej mutacji w postaci koncepcji Międzymorza. Albo bowiem myślimy kategoriami realizmu politycznego, albo uprawiamy marzycielstwo. Między jednym a drugim jest bardzo głęboka przepaść. Pan profesor nie jest też chyba świadomy tego, że próba realizacji „idei federacyjnej” zaważyła na klęsce Polski w 1939 r. 17 września 1939 r. miał swoje źródło m.in. w wydarzeniach 1920 r., podobnie jak i stanowisko mocarstw zachodnich zajęte wobec wschodniej granicy Polski na konferencjach w Teheranie (1943) i Jałcie (1945).

O tym jak Piłsudski traktował partnerów proponowanej przez siebie „federacji” świadczy też podjęta przez niego w 1919 r. próba zamachu stanu w Kownie. Wspomina o tym prof. A. Nowak: „Żołnierze polskiej konspiracji, czyli Polskiej Organizacji Wojskowej, mieli w końcu sierpnia 1919 r. obalić tam rząd i proklamować nowy – litewski, ale propolski. Przewrót się nie powiódł, zamachowców aresztowano, siedzieli później długie lata w twierdzy kowieńskiej. Po sierpniu o żadnym porozumieniu polsko-litewskim już oczywiście nie mogło być mowy. Jasne stało się, że Wilno można utrzymać przy Polsce tylko siłą, a Litwini uznali, że głównym zagrożeniem dla ich narodowości jest związek z Polską, a nie z Rosją”. Pan profesor nie wyciągnie już jednak wniosku, że Piłsudski robił w tej sytuacji to samo co bolszewicy. Jak bolszewicy obalali rządy w innych państwach i ustanawiali w ich miejsce swoje to źle, a jak Piłsudski robił coś takiego to dobrze? Tak wygląda to myślenie w „kategoriach mocarstwowych”?

Prof. A. Nowak szczerze też przyznał: „Ukraińcy z Galicji Wschodniej, najmocniej związani z wizją własnego państwa, widzieli sprawy inaczej. Ci, którzy najsilniej czuli się Ukraińcami, uważali Polskę za wroga. Galicja Wschodnia była zapewne ważniejsza dla Ukrainy niż Nicea dla Włoch. Także Ukraińcy znad Dniepru nie poparli w swojej masie Petlury, bo zaznali już od 1917 r. kilkunastu rządów, kolejnych rekwizycji, przemarszów wojsk. Byli po prostu śmiertelnie znużeni”. Nie dlatego. panie profesorze. Dlatego, że również myśleli kategoriami narodowymi i Petlura była dla nich zdrajcą. Po prostu nie widzieli różnicy pomiędzy Ukrainą będącą w „federacji” republik radzieckich, a będącą w „federacji” z Polską. Dlatego rachityczny „sojusz” Polski z Petlurą nie miał żadnego sensu i dlatego „wyprawa kijowska” zakończyła się fiaskiem i ściągnęła na Polskę śmiertelne niebezpieczeństwo ze Wschodu.

O planach tej „wyprawy” prof. A. Nowak mówi następująco: „Tuż przed rozpoczęciem operacji kijowskiej Piłsudski mówił dowódcy tego odcinka frontu, gen. Antoniemu Listowskiemu, że trzeba będzie dać osłonę Ukraińcom przynajmniej do końca lata. Zakładał, że będą oni mieli kilka miesięcy, by tam okrzepnąć. I że to oni pod dowództwem Petlury sami wywalczą sobie później drogę do Morza Czarnego”. Przecież to były surrealistyczne mrzonki. Dla pana profesora nie jest to oczywiste? Petlura miał tylko kilka tysięcy ludzi i nikt go na zajętych przez wojska polskie terenach Ukrainy nie poparł.

Także prof. A. Nowak mówi otwarcie o błędach militarnych Piłsudskiego: „Mylnie zakładał, że bolszewicy przyjmą walną bitwę na odcinku ukraińskim i że uda mu się ich tam pokonać w decydujący sposób. Bolszewicy tymczasem wycofali się z Kijowa, a on uderzył w próżnię. Wojsko Polskie zajęło miasto, ale wroga nie rozbiło. Piłsudski nie docenił też siły zapowiadanego natarcia [bolszewików] z północy, idącego przez Białoruś”. Taki los spotykał każdego kto atakował Rosję – bez względu na jej barwę polityczną – poczynając od Napoleona.

Lektura wydanych przez Polski Instytut Spraw Międzynarodowych „Polskich dokumentów dyplomatycznych 1919. Czerwiec-grudzień”[2], skłania do wniosku, że kwestia Rosji, a nie „federacji” Polski z Litwą i Ukrainą, była osią przewodnią nie tylko polityki wschodniej Zachodu, ale i ówczesnej polityki polskiego MSZ. W niemal wszystkich raportach i meldunkach polskiej dyplomacji dotyczących „białego generała” Antona Denikina podkreślano, że jest on do Polski nastawiony przychylnie, a poza tym jest antyniemiecki i słowianofilski. Pisali to nawet ludzie Piłsudskiego.

Polski MSZ opowiadał się raczej za rozmowami z Denikinem i przeciwko knowaniom z Petlurą, a urzędnik MSZ Marian Szumlakowski (notatka z 20 października 1919 r.) bardzo precyzyjnie proponował operację wojsk polskich w rejonie Kijowa w celu likwidacji zgrupowania bolszewickiego i pomocy Denikinowi. Wiceminister Władysław Skrzyński – sympatyzujący z endecją – napisał w jednym z raportów wprost, że bez polskiej pomocy Denikin nie zdobędzie Moskwy. Nawet gen. Aleksander Karnicki, szef polskiej misji przy Denikinie, zapatrzony naiwnie w Piłsudskiego, próbował przekonać go do polityki porozumienia z białą Rosją. W tym samym czasie Piłsudski dostawał jednak zupełnie inne raporty od swoich ludzi wysłanych w misji Karnickiego.

Piłsudskiemu całkowicie podlegała grupa dyplomatów, którzy byli lojalni wobec niego, a nie kierownictwa MSZ (Leon Wasilewski, Eustachy Sapieha, Michał Sokolnicki). Dzięki nim naczelnik państwa prowadził własną grę polityczną, która o mało nie zakończyła się katastrofą Polski w sierpniu 1920 r. Grupa piłsudczykowska w MSZ nie ukrywała satysfakcji z upadku białej Rosji. Satysfakcji tej towarzyszyło jednocześnie szydercze i zarazem lekkomyślne lekceważenie bolszewików. Skutkowało to odrzuceniem wszelkich sugestii o możliwości zawarcia z nimi pokoju na korzystnych terytorialnie warunkach. Dokumenty polskiego MSZ z drugiej połowy 1919 r. wyjaśniają dobitnie to, co stało się latem 1920 r.

Również gen. Tadeusz Rozwadowski wypowiedział się jednoznacznie o błędnej, motywowanej mirażem politycznym, strategii Piłsudskiego w kwietniu 1920 r. Nawiązując do operacji państw centralnych w roku 1914 (dowodził wtedy XII Brygadą Artylerii w 12. Dywizji Piechoty c. k. armii) gen. Rozwadowski napisał: „Tylko że o ile wykonanie takiej akcji w roku 1914 było pomimo licznych błędów austriackich ze strony Niemców wprost znakomitym, o tyle ta sama myśl, zdrowa w zasadzie, została u nas w kwietniu 1920 r. od razu spaczoną różnymi zamierzeniami natury politycznej, a wojskowo niestety tak nieudolnie przeprowadzoną, że to uprzedzające polskie natarcie na Kijów, mimo początkowych sukcesów, zakończyło się rezultatem wprost negatywnym. A bylibyśmy bez wątpienia osiągnęli korzyści na przyszłość wręcz decydujące, gdybyśmy się byli ograniczyli do celów czysto wojskowych, bez różnych ubocznych względów na Petlurę i wyimaginowaną przez niego państwowość, a równocześnie byli umieli należycie przeprowadzić samą akcję posiadającą tak niezmiernie wielką doniosłość”[3].

Politykiem, który szybko zdał sobie sprawę z niebezpieczeństwa polityki Piłsudskiego był Stanisław Grabski – wówczas jeden z liderów Związku Ludowo Narodowego, a w 1921 roku jeden z negocjatorów traktatu ryskiego. Jako jedyny próbował on też powstrzymać szaleńcze plany naczelnika państwa. Tak to opisał w swoich „Pamiętnikach”:

„Wtedy Piłsudski [w lutym 1920 r.] otwarcie już zapowiedział mi odepchnięcie Rosji poza Dniepr i utworzenie stolicy »samoistnej Ukrainy« w Kijowie. W odpowiedzi tłumaczyłem mu, że choć nie jestem strategiem, ale wiem, że zajmując militarnie Ukrainę po Dniepr – trzeba ją zająć i po Czarne Morze, bo nie ma innej naturalnej tam granicy od południa, a na zajęcie tak olbrzymiego terytorium 300 000 żołnierzy, których w tej chwili posiadamy, to stanowczo za mało. »Gdy utworzycie tak olbrzymi front – mówiłem mu – będzie to cieniutka niteczka, łatwa do przerwania, a co gorsze nie będziecie mieli zupełnie rezerw«.

Na to Piłsudski się uniósł: »Złapię armię bolszewicką i utopię ją w Dnieprze«. Ja znów replikowałem: »Nikt nigdy nie złapał armii rosyjskiej, ani Napoleon w 1812 r., ani Mackensen w wojnie ostatniej, umie się ona cofać nie gorzej od dawnych hord tatarskich i Wy jej też nie złapiecie, nie Wy ją wrzucicie do Dniepru, ale ona Was do niego wciągnie, a potem gdzieś go w najmniej spodziewanym miejscu przekroczy«. Piłsudskiego takie kwestionowanie przeze mnie, cywila, jego geniuszu militarnego doprowadziło do pasji. »Nikt – zawołał – z dotychczasowych przeciwników Rosji nie umiał prowadzić wojny stepowej, ale ja pokażę, jak ją prowadzić należy«. »Szaleństwo pychy« – powiedziałem sobie – tak, »szaleństwo pychy«, prawdziwa była przestroga”[4].

Takie były kategorie myślenia Józefa Piłsudskiego w 1920 r. Tego nigdy nie przyznają jego epigoni, którzy dzisiaj faszerują sfałszowaną historią kolejne pokolenie Polaków, by wykorzenić w nich jakikolwiek odruch myślenia realnego. Prawdopodobnie im się to udało. W 1920 r. Roman Dmowski i jego obóz polityczny uważali, że powstanie niepodległej (czyli proniemieckiej) Litwy, a tym bardziej Ukrainy, będzie dla Polski szkodliwe. Natomiast po przewrocie na Majdanie w 2014 r. nie było wśród polskiej „klasy politycznej” już nikogo kogo by nie ogarnął amok „gorączki ukraińskiej”.

[1] P. Zychowicz, „Wielki plan Piłsudskiego”, http://www.dorzeczy/historia, 23.04.2020.

[2] S. Dębski (red.), „Polskie dokumenty dyplomatyczne 1919. Czerwiec-grudzień”, Warszawa 2019.

[3] T. Rozwadowski, „Wspomnienia Wielkiej Wojny”, Warszawa 2015, s. 467-468.

[4] S. Grabski, „Pamiętniki”, t. II, Warszawa 1989, s. 139.

Bohdan Piętka

9 maja 2020 r.

„Myśl Polska” nr 19-20 (2291/2292), 10-17.05.2020, s. 12

Wyprawa kijowska i jej mitologia (1)

25 kwietnia 1920 r. rozpoczęła się tzw. wyprawa kijowska. Wojska polskie, łamiąc ostatecznie faktyczny rozejm na froncie wojny polsko-bolszewickiej, uderzyły na zajęte przez bolszewików tereny Ukrainy. Stan liczebny wojsk polskich na początku ofensywy na Kijów wynosił około 60 tys. żołnierzy. Wspierała je Armia Czynna Ukraińskiej Republiki Ludowej w sile 3904 żołnierzy (556 oficerów i 3348 szeregowych). Udział sojuszniczych wojsk ukraińskich wynosił zatem około 6% w siłach biorących udział w uderzeniu na Kijów. Wyprawę kijowską poprzedziło zawarcie 21 kwietnia 1920 r. sojuszu polsko-ukraińskiego, czyli tzw. umowy warszawskiej. Jej podstawą było porozumienie pomiędzy naczelnikiem państwa Józefem Piłsudskim i prezydentem URL Symonem Petlurą. Umowa została podpisana przez ministrów spraw zagranicznych Polski i URL (Jana Dąbskiego i Andrija Liwyckiego) i miała charakter tajny. Strona polska uznawała istnienie URL i rezygnowała z roszczeń do dawnych ziem I Rzeczypospolitej w granicach z 1772 r. Natomiast strona ukraińska rezygnowała na rzecz Polski z Galicji Wschodniej oraz większości terenów Wołynia i Polesia. Częścią składową umowy stała się tajna konwencja wojskowa z 24 kwietnia 1920 r, podpisana przez ukraińskiego gen. Wołodymyra Sinklera oraz działających w imieniu Piłsudskiego oficerów sztabowych Walerego Sławka i Wacława Jędrzejewicza.

Wyprawa kijowska stanowiła realizację tzw. koncepcji federacyjnej Józefa Piłsudskiego (w dużej mierze autorstwa Leona Wasilewskiego), sprowadzającej się najogólniej do utworzenia na ziemiach dawnej I Rzeczypospolitej federacji państw narodowych z przewodnią rolą Polski („rozprucie Rosji po szwach narodowościowych”). Działania te poparł premier (wówczas prezydent ministrów) Leopold Skulski – stojący na czele koalicyjnego rządu Narodowego Zjednoczenia Ludowego, Związku Ludowo-Narodowego, Narodowej Partii Robotniczej, PSL „Wyzwolenie”, PSL „Piast” i Stronnictwa Pracy Konserwatywnej. Jednak przeciwna działaniom Piłsudskiego była większość sejmowa – zarówno popierająca rząd Skulskiego endecja, jak i opozycyjna Polska Partia Socjalistyczna.

7 maja 1920 r. wojska inwazyjne zajęły Kijów, w którym 9 maja odbyła się defilada polsko-ukraińska. Wkraczające do Kijowa oddziały polskie spotkały się z rezerwą większości mieszkańców, nie uznających Polaków za sojuszników i w większości nie akceptujących władz Ukraińskiej Republiki Ludowej. Natomiast w Warszawie powracającemu z frontu Piłsudskiemu zgotowano wielką owację. Entuzjastyczne nastroje udzieliły się nie tylko jego zwolennikom. Związany z endecją marszałek Sejmu Wojciech Trąmpczyński w emocjonalnym przemówieniu przed kościołem św. Aleksandra powiedział: „Sejm cały nasz przez usta moje wita Cię Wodzu Naczelny, wracający ze szlaku Bolesława Chrobrego. Od czasów Kircholmu i Chocimia naród polski takich triumfów oręża swego nie przeżywał. Czynem orężnym zaświadczyłeś nie tylko o dzielności polskiego ramienia, ale wyrwałeś z piersi narodu i zamieniłeś w sztandar jego najlepszą tęsknotę, jego rycerstwo w służbie wolności narodów. Dzisiaj wie i widzi cały świat: Polska nie jest bezbronna! Naczelnemu Wodzowi naszej armii cześć! (…) Historia nie widziała jeszcze kraju, który by w tak trudnych warunkach jak nasz tworzył swą państwowość. W takiej to chwili zwycięski twój pochód na Kijów dał narodowi poczucie własnej siły, wzmocnił wiarę w własną przyszłość, wzmógł jego dzielność duchową, a przede wszystkim stworzył podstawę do pomyślnego i stałego pokoju, którego wszyscy tak bardzo pragniemy”.

Niestety, 26 maja rozpoczęła się kontrofensywa bolszewicka, przed którą musiały ustąpić siły polskie. 8 czerwca Naczelne Dowództwo Wojska Polskiego wydało rozkaz odwrotu z Ukrainy. Siły polskie, wraz z nielicznymi ukraińskim sojusznikami, opuściły ostatecznie Kijów 13 czerwca 1920 r. Potem nastąpiło to co piłsudczykowska mitologia historyczna nazwała „agresją” albo „nawałą bolszewicką”, czyli kontynuacja kontrofensywy Tuchaczewskiego i Budionnego w kierunku etnicznych ziem polskich. Ofensywy, która dotarła pod Zamość, Warszawę i Toruń i której Piłsudski nie był w stanie powstrzymać. Ocalenie niedawno odrodzonego państwa – wbrew stworzonej później legendzie Piłsudskiego – nastąpiło dzięki umiejętnościom i zimnej krwi zawodowych generałów (Tadeusza Rozwadowskiego, Józefa Hallera, Władysława Sikorskiego) oraz heroicznej mobilizacji narodu.

Kontrofensywa Tuchaczewskiego i Budionnego – nazywana w polskich mediach niezgodnie z prawdą historyczną „agresją bolszewicką” – była nieunikniona w sytuacji, gdy wyprawa kijowska przyjęła taki a nie inny cel wojskowo-polityczny. Tym celem było stworzenie „samostijnej Ukrainy” i realizacja utopijnego programu federacyjnego. Dlatego zaatakowano nie tam, gdzie były skoncentrowane główne siły bolszewickie, co umożliwiło im przegrupowanie się i przejście do kontrofensywy na całym froncie.

Wyprawa kijowska została przygotowana przez Piłsudskiego w tajemnicy przed rządem, Sejmem i opinią publiczną, która była przeciwna programowi federacyjnemu naczelnika państwa i nie akceptowała jego układu z Petlurą. Sam Petlura, wchodząc w układ z Piłsudskim, nie reprezentował narodu ukraińskiego ani żadnej jego znaczącej siły politycznej. Układ ten odrzucały prawie wszystkie inne poza petlurowcami ukraińskie siły polityczne, uznając go za zdradziecki. Tak też traktuje go współcześnie ukraińska historiografia nacjonalistyczna.

Program federacyjny Piłsudskiego nie miał żadnych realnych przesłanek powodzenia. Bazował jedynie na naiwnej megalomanii samego Piłsudskiego, która przejawiała się w bezpodstawnym przekonaniu o własnej sile i lekceważeniu przeciwnika („Wyście trupy, Moskale, i biali, i czerwoni”). Kolejnym przejawem tej megalomanii było ignorowanie twardych realiów politycznych – tzn. antypolskiego charakteru nacjonalizmów ukraińskiego i litewskiego. Irracjonalizm programu federacyjnego pokazała nie tylko wyprawa kijowska. Tego irracjonalizmu dowiodła również postawa państw, które Piłsudski zamierzał włączyć do swojej federacji (Litwa. Łotwa, Estonia) i które w momencie, gdy wojska bolszewickie podchodziły pod Warszawę paktowały z Rosją bolszewicką i zawierały z nią układy pokojowe. Litwini nawet przyjęli w prezencie od bolszewików 6 sierpnia 1920 r. ukochane przez Piłsudskiego miasto Wilno. Nieco wcześniej wojska litewskie we współdziałaniu z bolszewikami przekroczyły tzw. Linię Focha (linia demarkacyjna pomiędzy Polską a Litwą, wytyczona 26 lipca 1919 r. w imieniu Ententy przez marszałka Ferdinanda Focha) i zaatakowały wojska polskie, zajmując Nowe Troki oraz stację kolejową Landwarowo. Pomogło to odciąć siłom polskim drogę odwrotu w kierunku Oran i Grodna. Czy nie był to już wtedy – w 1920 r. – wystarczający dowód bankructwa programu federacyjnego Piłsudskiego?

Wyprawa kijowska została przyjęta z niechęcią we Francji. Tamtejsze koła polityczno-wojskowe uważały, że Piłsudski powinien współpracować nie z Petlurą – watażką, o którym w Paryżu niewiele wiedziano – ale z „białym” generałem rosyjskim Antonem Denikinem. Jednakże rozmowy prowadzone na przełomie 1919 i 1920 r. w imieniu Piłsudskiego z Denikinem przez misję wojskową gen. Aleksandra Karnickiego zakończyły się niepowodzeniem. Wedle publicystyki propiłsudczykowskiej – z winy Denikina, który miał nie uznawać wolnej Polski. Faktycznie jednak na fiasku tych rozmów zaważyła niechęć Piłsudskiego do „białych” i przekonanie o słuszności swojego programu federacyjnego, któremu przeciwni byli zarówno dawni carscy generałowie, jak i bolszewicy.

W momencie rozpoczęcia wyprawy kijowskiej opinia publiczna Europy Zachodniej uznała, że Polska jest agresorem i prowadzi politykę imperialistyczną. Uważały tak nie tylko lewica (zarówno komunistyczna, jak i socjaldemokratyczna) i ruch robotniczy, ale niemała część odległych od lewicy elit politycznych Zachodu. Dlatego w krytycznych dniach sierpnia 1920 r. Polska nie mogła liczyć na znaczącą pomoc wojskową Zachodu. Publicystyka propiłsudczykowska podkreśla, że strajki przeciwko wojnie Polski z Rosją bolszewicką, które wybuchły w lipcu 1920 r. w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i Czechosłowacji, miały być inspirowane przez Komintern. Niezależnie od tego czy taka inspiracja rzeczywiście była czy nie, strajki te trafiły w antypolskie nastroje opinii publicznej w tych krajach.

Tylko i wyłącznie mitem stworzonym przez piłsudczyków – nieustannie w Polsce powielanym – jest twierdzenie, że w sierpniu 1920 r. Polska ocaliła Europę, a nawet cały świat przed „nawałą bolszewicką” (w egzaltowanej wersji „zarazą bolszewicką”). Bitwa warszawska nie była starciem milionowych armii, jak to sugeruje polska mitologia historyczna. Pod Warszawę dotarły stosunkowo szczupłe siły bolszewickie. Obie armie Tuchaczewskiego (3. i 16.), atakujące bezpośrednio Warszawę, liczyły na pierwszej linii zaledwie 30 tys. żołnierzy (razem z innymi jednostkami tyłowymi ok. 45 tys.), czyli niepełny stan trzech dywizji. Słynna 27. dywizja bolszewicka liczyła w polu 3 tys. ludzi, czyli miała siłę pułku. Jedna polska armia broniąca całego przedmościa Warszawy liczyła natomiast nieco pod 30 tys. ludzi. Na skutek mitologizacji kampanii wojennej 1920 r. powstało w Polsce przekonanie, że miał wtedy miejsce jakiś gigantyczny najazd jeśli nie milionów, to przynajmniej setek tysięcy bolszewików.

Często przytaczany rozkaz Tuchaczewskiego z lipca 1920 r., w którym była mowa, że przez trupa „białej Polski prowadzi droga ku ogólnoświatowej pożodze” nie jest bynajmniej dowodem realnej groźby podboju Europy przez bolszewików. Armia Tuchaczewskiego była wtedy za słaba, żeby podbić Europę Zachodnią. Tym bardziej nie mogła połączyć się z żadnymi tamtejszymi siłami rewolucyjnymi, ponieważ rewolucja socjalistyczna w Niemczech upadła rok wcześniej. Polska w 1920 r. ocaliła nie Europę, ale jedynie swoją niepodległość. Ocaliła ją dzięki słabości przeciwnika, męstwu polskiego żołnierza i zimnej krwi generała Rozwadowskiego, któremu Piłsudski sześć lat potem rzucił w twarz: „Bitwę warszawską wygrałem ja”. Bezpośrednią przyczyną pojawienia się wojsk bolszewickich pod Warszawą w sierpniu 1920 r. była nieudana wyprawa kijowska, czyli próba realizacji przez Józefa Piłsudskiego utopijnego programu federacyjnego.

To wszystko wydaje się oczywiste, ale nie jest oczywiste dla powstałej w II RP mitologii piłsudczykowskiej, która pod koniec XX w. i na początku XXI w. została przyswojona przez siły solidarnościowe i postsolidarnościowe. Mit o rzekomym ocaleniu przez Polskę w 1920 r. Europy przed „nawałą” vel „zarazą bolszewicką” i słuszności programu federacyjnego Piłsudskiego ciąży od 100 lat nie tylko nad polską historiografią, ale i nad polską polityką. Fałszywa historia jest nauczycielką fałszywej polityki. Wspomniany mit legł w dwudziestoleciu międzywojennym u podłoża koncepcji politycznych obozu prometejskiego, przejętych później w uproszczonej formie przez część polskiej emigracji politycznej po 1945 r. i opozycję korowsko-solidarnościową w PRL, a po 1989 r. przez wyrosłe z tej opozycji elity polityczne III RP. Głównym i nierealnym celem wyprawy kijowskiej było stworzenie antyrosyjskiej Ukrainy – państwa buforowego pomiędzy Polską i Rosją, które miało być albo polskim protektoratem, albo częścią planowanej przez Piłsudskiego „federacji”. Ta „federacja” w myśli obozu prometejskiego i jego epigonów przybrała kształt Intermarium (Międzymorza), czyli antyrosyjskiego bloku państw w Europie Wschodniej pod przewodem Polski. Irracjonalna wiara w powstanie zależnej od Polski i antyrosyjskiej Ukrainy, jak również Białorusi, Litwy, Łotwy i Estonii (Intermarium), od stulecia jest ideą przewodnią polskiej myśli „mocarstwowej”, a po 2014 r. przybrała w niektórych środowiskach postać szczególnie groteskową i zarazem niebezpieczną. Wiary tej nie zachwiały nawet tragiczne doświadczenia historyczne z nacjonalizmem ukraińskim i litewskim. Wydaje się, że nie zdoła nią zachwiać cokolwiek, bo sekciarstwo polityczne jest odporne na logikę.

Setna rocznica wydarzeń z 1920 r. jest okazją dla politycznych epigonów piłsudczyzny i prometeizmu do powielania i utrwalania tendencyjnego przekazu historycznego, a przede wszystkim do uzasadniania ówczesnej polityki Piłsudskiego i tym samym nawiązującej do niej polityki wschodniej współczesnej Polski.

Bohdan Piętka

22 kwietnia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 17-18 (2289/2290), 26.04-3.05.2020, s. 12

Polityczny realizm prymasa Wyszyńskiego

14 kwietnia 1950 r. pomiędzy władzami powojennej Polski (wówczas jeszcze Rzeczypospolitej Polskiej) a Kościołem katolickim zostało zawarte Porozumienie regulujące funkcjonowanie tego związku wyznaniowego w Polsce Ludowej. Współczesna historiografia polska podkreśla, że zostało ono wymuszone na Episkopacie przez władze. Np. prof. Wojciech Roszkowski w wypowiedzi dla Polskiego Radia z 2013 r. tak przedstawił okoliczności zawarcia wspomnianego Porozumienia: „Władze komunistyczne przystąpiły do rozprawy z jedyną zorganizowaną siłą społeczną, jaką pozostawał jeszcze Kościół katolicki. Już od zakończenia wojny komuniści przygotowali sobie bardzo sprytny argument na podważanie jego miejsca w Polsce. Otóż dowodzili, że Kościół katolicki nie akceptuje zmian terytorialnych, jakie po wojnie zaszły, i nie akceptuje przynależności ziem zachodnich oraz północnych. (…) W marcu 1949 r. komuniści oskarżyli Kościół katolicki o wzmożenie działalności przeciw państwu. Zaczęto mu przypisywać rolę patrona polskiej reakcji. Ostro wypowiadał się na ten temat ówczesny premier Polski, Józef Cyrankiewicz”. W konkluzji historyk ten stwierdził jednak: „Prymas Stefan Wyszyński, mimo krytyki części duchownych w kraju i za granicą, zdecydował się podpisać porozumienie z władzami komunistycznymi. Uspokoiło to napięte stosunki między państwem a Kościołem. Nie na długo jednak. Trzy lata później prymas Polski został aresztowany”[1].

Kluczowa wydaje się tutaj uwaga, że Porozumienie z 1950 r. uspokoiło na pewien czas stosunki pomiędzy państwem a Kościołem katolickim. Stosunki te nie były łatwe od momentu, kiedy 12 września 1945 r. Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej wypowiedział konkordat zawarty w 1925 r. przez władze II RP ze Stolicą Apostolską. W podjętej wówczas uchwale TRJN stwierdził, że „(…) konkordat zawarty pomiędzy Rzecząpospolitą Polską a Stolicą Apostolską przestał obowiązywać wskutek jednostronnego zerwania go przez Stolicę Apostolską przez akty prawne zdziałane w czasie okupacji, a sprzeczne z jego postanowieniami”. Chodziło o to, że podczas okupacji niemieckiej papież Pius XII – wbrew literze konkordatu – mianował niemieckich biskupów jako administratorów w diecezji chełmińskiej oraz w arcybiskupstwie gnieźnieńsko-poznańskim, a więc na terenach wcielonych do Rzeszy, gdzie władze hitlerowskie prowadziły politykę eksterminacji polskiego duchowieństwa.

Stosunki pomiędzy władzami powojennej Polski a Kościołem katolickim zaczęły się zaostrzać w latach 1947-1949, tj. po sfałszowanych wyborach do Sejmu Ustawodawczego, odsunięciu Władysława Gomułki od kierownictwa w partii oraz wyeliminowaniu legalnej opozycji. 31 sierpnia 1948 r. władze zawiesiły wydawanie „Tygodnika Warszawskiego” – jednego z trzech obok ukazującego się w Krakowie „Tygodnika Powszechnego” i PAX-owskiego „Dziś i Jutro” głównych pism katolickich w powojennej Polsce – a funkcjonariusze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego aresztowali do końca tego roku 17 członków jego redakcji. Chociaż „Tygodnik Warszawski” opowiadał się za dobrymi stosunkami z ZSRR, to na kursie kolizyjnym z władzami znalazł się z powodu obrony wizji państwa opartego na wartościach chrześcijańskich i własności prywatnej oraz krytyki panującej rzeczywistości.

W exposé sejmowym w styczniu 1949 r. premier Józef Cyrankiewicz powiedział, że „wszelkie próby wykorzystania ambony czy szat kapłańskich dla podniecania namiętności przeciw państwu ludowemu lub popierania podziemia będą przecinane z całą stanowczością i surowością prawa. Rząd będzie natomiast otaczał opieką tych kapłanów, którzy dali i dają dowody swego patriotyzmu”. Zaostrzenie kursu nastąpiło, kiedy 14 marca 1949 r. rząd wydał oświadczenie w sprawie stosunków z Kościołem katolickim w duchu oddzielania „złych” biskupów i duchownych od „postępowych” księży. Tak została stworzona atmosfera dla powołanego w październiku 1949 r. ruchu „księży patriotów”, czyli kapłanów lojalnych wobec władz. W tym też duchu wydano w sierpniu 1949 r. dekret „o obsadzaniu duchownych stanowisk kościelnych”. Następnym krokiem władz było ustanowienie w styczniu 1950 r. zarządu komisarycznego nad kościelną organizacją charytatywną „Caritas”. 30 stycznia 1950 r. Konferencja Episkopatu Polski w Krakowie wystosowała w tej sprawie list protestacyjny, rezygnując z przejętego przez państwo „Caritasu”. W odpowiedzi władze zorganizowały zjazd 1200 „księży patriotów” na Politechnice Warszawskiej, podczas którego wygłoszono oskarżycielskie przemówienia wobec biskupów. 16 lutego 1950 r. prymas Stefan Wyszyński i kard. Adam Stefan Sapieha wystosowali drugi list do prezydenta Bolesława Bieruta, w którym piętnowali metody walki z Kościołem. Rząd zareagował na ten list wydaniem 28 lutego komunikatu, w którym oskarżył hierarchię katolicką o wrogość do Polski Ludowej.

Równocześnie jednak toczyły się rozmowy pomiędzy władzami a Episkopatem w ramach utworzonej w lipcu 1949 r. Komisji Mieszanej Rządu i Episkopatu. W rozmowach tych pośredniczył lider Stowarzyszenia „PAX” Bolesław Piasecki. Niewątpliwie Episkopatowi zależało na powstrzymaniu dalszych posunięć antykościelnych ze strony władz. Z kolei kierownictwo Polski Ludowej dążyło do wpisania Kościoła katolickiego w rzeczywistość państwa socjalistycznego i uzyskania z jego strony poparcia dla zachodzących w Polsce przemian społeczno-politycznych.

Rozmowy te doprowadziły do zawarcia 14 kwietnia 1950 r. Porozumienia pomiędzy rządem a Episkopatem. Akt ten podpisali ze strony władz minister administracji publicznej Władysław Wolski, wiceminister obrony narodowej Edward Ochab i członek Biura Politycznego KC PZPR Franciszek Mazur, a ze strony kościelnej bp pomocniczy warszawski i sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Zygmunt Choromański, bp diecezjalny łódzki Michał Klepacz i bp diecezjalny płocki Tadeusz Paweł Zakrzewski. Dokument składał się z 19 punktów. Dziewięć pierwszych określało zobowiązania strony kościelnej. Episkopat zobowiązywał się, aby duchowieństwo „zgodnie z nauką Kościoła” nauczało wiernych poszanowania prawa i władzy państwowej oraz nawoływało ich do wzmożonej pracy nad odbudową kraju. Dalej Episkopat opowiadał się za przynależnością Ziem Odzyskanych do Polski i deklarował zwrócić się z prośbą do Stolicy Apostolskiej, aby administracje kościelne na tych ziemiach, korzystające z prawa biskupstw rezydencjalnych, zostały zamienione na stałe ordynariaty biskupie. Deklarował też, że będzie się przeciwstawiał rewizjonistycznej działalności części kleru niemieckiego, a „zasada, że Papież jest miarodajnym i najwyższym autorytetem Kościoła, odnosi się do spraw wiary, moralności oraz jurysdykcji kościelnej, w innych natomiast sprawach Episkopat kieruje się polską racją stanu”. Kluczowe były punkty mówiące o tym, że Episkopat przyjmuje zobowiązanie wyjaśnienia duchowieństwu, aby nie przeciwstawiało się rozbudowie spółdzielczości na wsi, a Kościół będzie przeciwstawiał się nadużywaniu uczuć religijnych w celach antypaństwowych oraz będzie „zwalczał zbrodniczą działalność band podziemia”, w tym piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych biorących udział w działalności podziemnej i antypaństwowej.

Władze państwowe ze swej strony gwarantowały nauczanie religii w szkołach, powoływanie wizytatorów nauczania religii w porozumieniu z Episkopatem i swobodę praktyk religijnych wierzących uczniów, w tym odprawianie dla nich mszy w niedziele i święta oraz na początku i końcu roku szkolnego oraz możliwość odmawiania modlitwy przed lekcjami i po lekcjach. Zgłaszającym się do rekolekcji uczniom władze szkolne miały zapewnić trzy dni wolne od zajęć szkolnych. Gwarantowano szkołom prowadzonym przez Kościół katolicki korzystanie z praw szkół państwowych na ogólnych zasadach, funkcjonowanie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i stowarzyszeń katolickich, wydawnictw i prasy, prowadzenie przez Kościół akcji charytatywnej, dobroczynnej i katechetycznej oraz swobodę działalności zakonów i kultu publicznego. Przewidywano uregulowanie specjalnym statusem duszpasterstwa wojskowego i zapewnienie opieki religijnej nad chorymi w szpitalach przez kapelanów, wynagradzanych na podstawie specjalnych umów, a także opieki religijnej w zakładach karnych.

Załączony do Porozumienia protokół zapowiadał przekształcenie „Caritasu” w Zrzeszenie Katolików dla niesienia pomocy biednym i potrzebującym, pozostawienie ordynariuszom diecezji i zakonom ogrodów i gospodarstw rolnych do 50 ha wraz z inwentarzem oraz utworzenie funduszu, który „będzie przekazywał odpowiednie sumy do dyspozycji ordynariuszów diecezji”. Władze deklarowały też odroczenie służby wojskowej dla alumnów seminariów, a księża po wyświęceniu i zakonnicy po złożeniu ślubów mieli nie być powoływani do czynnej służby wojskowej, lecz przeznaczeni do rezerwy z zakwalifikowaniem do służby pomocniczej.

Porozumienie spotkało się z niechętnym przyjęciem przez papieża Piusa XII, który prowadził wtedy radykalną politykę antykomunistyczną. Zrozumiał on, że polski Episkopat wyłamuje się z tej polityki. Pius XII miał nawet zagrozić biskupom Wyszyńskiemu i Choromańskiemu cofnięciem uznania, jednak później stonował zarzuty. Kierujący Sekretariatem Stanu kard. Domenico Tardini uznał, że „Kościół polski poszedł na zbyt daleko idące ustępstwa”.

Czy rzeczywiście? Należy zwrócić uwagę, że najważniejsze zobowiązania przyjęte w Porozumieniu przez polski Kościół dotyczyły zwalczania działalności podziemia antykomunistycznego i podjęcia działań na rzecz utrwalenia polskości Ziem Odzyskanych. Działalność podziemia antykomunistycznego była w 1950 r. w zaniku i deklaracja jego zwalczania stanowiła w tej sytuacji po prostu zdystansowanie się polskiego Kościoła od udziału w walce politycznej z Polską Ludową, w tym w ramach krucjaty antykomunistycznej Piusa XII. Świadczyło to o realizmie politycznym abpa Stefana Wyszyńskiego, który w zamian za wycofanie się z konfrontacji, w której Kościół polski nie miał szans, uzyskiwał formalne unormowanie działalności Kościoła katolickiego na zasadach nie znanych w innych państwach bloku wschodniego, zwłaszcza w okresie stalinowskim.

Natomiast druga sprawa nie stanowiła problemu dzielącego polski Kościół od ówczesnego państwa. Wręcz przeciwnie. Już w czerwcu 1948 r. kard Adam Sapieha udał się do Rzymu i uzyskał zapewnienie od papieża Piusa XII, że Stolica Apostolska nie kwestionuje granic Polski po drugiej wojnie światowej, a więc przynależności do niej Ziem Zachodnich i Północnych.

Episkopat przyjmując literę Porozumienia z 14 kwietnia 1950 r. wpisywał się w stanowisko, jakie wyraził niedługo potem publicysta katolicki Stanisław Stomma: „Patrząc na mapę Polski z roku 1939 widzi się od razu, że kraj o tak niekorzystnym ukształtowaniu granic, posiadający przeszło 30% mniejszości narodowych, był wysoce eksponowany militarnie i politycznie. W tej sytuacji katastrofa była nieunikniona wcześniej lub później. Polska dzisiejsza, stawiająca równy czworobok – oparty o morze i granice naturalne na Odrze, Nysie i Sudetach, jednolita narodowo, ma zdrowe podstawy geopolitycznego pomyślnego rozwoju. Dlatego bronić należy całości terytorialnej, Ziem Zachodnich oraz granic na Odrze i Nysie. I to jest znów sprawa wspólna z marksistami. (…) Wybór jest dla nas wyraźny. Stawiamy sprawę prosto, bez niedomówień i z całą szczerością. Marksistami ani socjalistami nie jesteśmy. Widzimy w socjalizmie wiele dodatnich stron. (…) Socjalizm jest dla nas faktem. Uznajemy zwycięstwo obozu komunistycznego jako fakt i mamy szacunek dla pełnej wiary i nieraz ofiarności walki tego obozu o realizację tego ustroju. (…) Katolicy mają wolę być lojalnymi obywatelami państwa budującego socjalizm”[2].

Oczywiście nie wszyscy hierarchowie odnieśli się z entuzjazmem bądź co najmniej realizmem do Porozumienia z 14 kwietnia 1950 r. Przebywający w czasie jego podpisania w Rzymie kard. Adam Sapieha uznał je za ugodę „niegodną i pozbawioną realizmu”. Uważał, że Porozumienie da władzom zyski propagandowe i będzie przez nie łamane. Dlatego opowiadał się przeciwko jego szybkiej ratyfikacji. Jednym z przeciwników Porozumienia był również znany z antykomunizmu biskup kielecki Czesław Kaczmarek, wkrótce poddany przez władze brutalnym represjom. Były też jednak postawy odmienne. Np. bp łomżyński Czesław Falkowski w korespondencji z prymasem S. Wyszyńskim odciął się od „bandy terrorystycznej” „Huzara” (Kazimierza Kamieńskiego), a punkt ósmy Porozumienia, mówiący o zwalczaniu przez Kościół działalności „band podziemia”, kuria łomżyńska starała się wypełniać lojalnie.

Na konferencji plenarnej Episkopatu Polski, która odbyła się w dniach 21-22 kwietnia 1950 r. w Gnieźnie, abp S. Wyszyński wezwał biskupów i księży do niepodpisywania żadnych apeli i deklaracji politycznych. Jednakże sam prymas S. Wyszyński przyznał, że „sprawcą porozumienia od strony episkopatu byłem ja”, „episkopat nie mógł powiedzieć nie” oraz że „gwarantowało ono wzajemne bezpieczeństwo”. W „Zapiskach więziennych” stwierdził także: „Wydawało mi się, że ułożenie kilku punktów tego modus vivendi jest możliwe i niezbędne, jeśli Kościół nie ma stanąć w obliczu nowego – przyspieszonego i drastycznego w formach wyniszczenia”. Inaczej ocenił Porozumienie bp Z. Choromański: „nie jest to kapitulacja z naszej strony. [Porozumienie] jest rzetelnym porozumieniem”. Większość hierarchii katolickiej w Polsce przyjęła akt z 14 kwietnia 1950 r. ze zrozumieniem i życzliwością.

Niewątpliwie prymas S. Wyszyński był pierwszym w historii Kościoła katolickiego hierarchą, który zdecydował się na układy z państwem rządzonym przez komunistów. Dostrzegła to prasa katolicka, która poparła Porozumienie. Najbardziej entuzjastycznie zareagował ówczesny działacz PAX Tadeusz Mazowiecki na łamach „Słowa Powszechnego”. Artykuły wyrażające poparcie tego aktu ukazały się też na łamach „Znaku”, „Gościa Niedzielnego”, „Niedzieli” oraz „Dziś i Jutro”.

Jednym ze skutków politycznych Porozumienia było powołanie 19 kwietnia 1950 r. Urzędu do Spraw Wyznań, który wkrótce zaczął ingerować w obsadę personalną urzędów kościelnych. Porozumienie, chociaż nie zapobiegło represjom wobec Kościoła i samego prymasa w latach 1953-1956, a od jego litery nastąpiły później różne odstępstwa, było faktem bez precedensu w bloku państw socjalistycznych i stało się fundamentem funkcjonowania Kościoła katolickiego w PRL. Niewątpliwie uregulowało wiele kwestii natury praktycznej, prawnej i politycznej. Nauczanie szkolne religii, chociaż stale napotykało na opór ze strony władz partyjno-państwowych, było jednak w latach 50-tych nieprzerwanie realizowane. Stosunki pomiędzy państwem i Kościołem katolickim ułożyły się w Polsce łagodniej niż w innych państwach bloku i nie będzie przesady w stwierdzeniu, że było to zasługą m.in. Porozumienia z 14 kwietnia 1950 r. Chociaż nie normalizowało w pełni stosunków państwo-Kościół, stanowiło próbę znalezienia kompromisu we wzajemnych relacjach. Tak też należy je traktować – bardziej jako zwycięstwo realizmu politycznego niż przejaw przymusu.

[1] Prymas Wyszyński: „z diabłem nie można się porozumiewać, ale z ludźmi tak”, http://www.polskieradio.pl, 14.04.2013.

[2] „Tygodnik Powszechny”, 10 XII 1950, „Katolicy w Polsce Ludowej” (S. Stomma, „Pisma Wybrane 1946-1976”, t. II, oprac. R. Ptaszyński, Kraków 2017, s. 135-145).

Bohdan Piętka

15 kwietnia 2020 r.

„Przegląd” nr 16 (1058), 14-19.04.2020, s. 42-45

Jak w PRL pokonano groźną epidemię

Obecnie cały świat dramatycznie walczy z epidemią wywołaną przez nieznaną wcześniej odmianę koronawirusa typu SARS-CoV-2. Z pandemią nie mogą sobie poradzić najbogatsze i najsilniejsze państwa Zachodu. Przy tej okazji warto przypomnieć o zapomnianej już dzisiaj epidemii ospy prawdziwej, która dotknęła Polskę w 1963 r.

Ospa prawdziwa (Variola vera) należała w przeszłości do najgroźniejszych chorób zakaźnych przenoszonych przez wirusy. Jej śmiertelność u osób szczepionych wynosiła 3%, a u osób nieszczepionych około 30%. Jednakże istniały postacie choroby o śmiertelności szacowanej na 95%. Ostatni przypadek ospy prawdziwej na świecie zanotowano w 1978 r., a chorobę uznano za całkowicie zwalczoną w 1980 r.

W 1963 r. jej epidemia wybuchła we Wrocławiu. W maju tego roku powrócił do Wrocławia z wyjazdu służbowego do Azji Bonifacy Jedynak – oficer Służby Bezpieczeństwa. Miał gorączkę, dreszcze i wykwity na skórze. Wrocławscy lekarze skonsultowali się z kolegami z Instytutu Chorób Tropikalnych w Gdyni. Ci orzekli, że Jedynak ma malarię. Chory został odizolowany w jednym z wrocławskich szpitali i po pewnym czasie powrócił do zdrowia. Okazało się jednak, że oprócz malarii miał też ospę prawdziwą, czego nikt nie był świadomy. Wirusem ospy prawdziwej zakaził salową, opiekującą się jego izolatką. Ona posłała wirusa dalej, stając się wtórnym źródłem choroby, której początkowo żaden lekarz we Wrocławiu nie potrafił poprawnie zdiagnozować. Uznano, że salowa jest chora na ospę wietrzną, ponieważ choroba miała u niej łagodniejszy przebieg. Takiego szczęścia nie miała już jej córka, pracująca jako pielęgniarka, która zmarła 8 lipca 1963 r. – pięć dni po nagłym omdleniu i hospitalizacji.

Następnie wirus zabił syna salowej i lekarza, który ją badał. Nadal jednak nikt nie podejrzewał, że przyczyną tych zgonów była ospa prawdziwa. W sytuacji zorientował się dopiero w drugiej dekadzie lipca dr Bogumił Arendzikowski z Miejskiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej we Wrocławiu. Przeanalizował on wszystkie przypadki zachorowań oraz powiązania między chorymi. Ostatecznym dowodem stał się czterolatek, który miał kontakt z zakażoną salową i który nie miał prawa zachorować na ospę wietrzną, ponieważ ją niedawno przeszedł. Swoje wnioski Arendzikowski przekazał kierownikowi wrocławskiego sanepidu, dr. Jerzemu Rodziewiczowi, który przesłał je do Warszawy.

Reakcja władz była natychmiastowa. 15 lipca 1963 r., po 47 dniach od pierwszego zachorowania, we Wrocławiu ogłoszono stan pogotowia przeciwepidemicznego. Dwa dni później ogłoszono w mieście stan epidemii. Jeszcze tego samego dnia, w którym do stolicy dotarła wiadomość o zdiagnozowaniu ospy prawdziwej, do Wrocławia został wysłany wiceminister zdrowia Jan Kostrzewski (1915-2005) wraz z zapasem 10 tys. szczepionek. Stanął on na czele akcji VV – czyli Variola Vera, od łacińskiej nazwy choroby. Kostrzewski miał już doświadczenie w walce z ospą prawdziwą, ponieważ w 1962 r. pod jego kierunkiem przeprowadzono likwidację epidemii tej choroby wśród załogi statku hinduskiego na redzie portu w Gdańsku.

Od 17 lipca zaczęto organizować szpitale dla chorych i izolatoria. 18 lipca o epidemii władze oficjalnie poinformowały za pośrednictwem radia i prasy opinię publiczną. Wrocław został odizolowany od reszty kraju kordonem sanitarnym. Nikt kto nie miał zaświadczenia o szczepieniu przeciw ospie prawdziwej nie mógł wjechać do miasta, ani z niego wyjechać. Rozpoczęto też ogromną akcję szczepień. Za odmowę zaszczepienia groziła kara do 3 miesięcy pozbawienia wolności. W samym Wrocławiu zaszczepiono 98% mieszkańców. Akcję szczepień rozszerzono również na pięć sąsiednich województw. W związku z tym, że w Polsce nie było aż tylu szczepionek przeciw ospie prawdziwej, dodatkowe pół miliona ściągnięto z ZSRR.

Na samym początku akcji odizolowano 1462 osoby, u których podejrzewano zakażenie ospą prawdziwą. Przebywały one w strzeżonych izolatoriach, do których z zewnątrz dostarczano posiłki. Czynność tę pracownicy służby zdrowia musieli wykonać tak, żeby nie dotknąć żadnego przedmiotu znajdującego się w izolatorium, a po wyjściu stamtąd podlegali dezynfekcji. Podjęto też szereg działań profilaktycznych. Zakazano sprzedaży chleba w sklepach samoobsługowych i korzystania z basenów. Klamki w budynkach użyteczności publicznej owinięto bandażami nasączonymi chloraminą – silnym środkiem odkażającym. W mieście umieszczono tablice z komunikatem: „Witamy się bez podawania rąk”. Uruchomiono też specjalny numer telefonu 019, pod którym można było odsłuchać nagrania komunikatów radiowych.

Pomimo ogłoszenia stanu epidemii nie zamknięto ani nie ograniczono działalności żadnego zakładu pracy we Wrocławiu. Nie odwołano też masowych uroczystości z okazji obchodzonego 22 lipca Święta Odrodzenia Polski. Eksperci Światowej Organizacji Zdrowia oceniali, że epidemia, która wybuchła we Wrocławiu, potrwa dwa lata i pochłonie co najmniej 2 tys. ofiar śmiertelnych. Jednakże wiceminister Kostrzewski opanował sytuację w dwa miesiące. 19 września 1963 r. zakończono kwarantannę ostatnich osób przebywających w izolatoriach. Ogółem podczas epidemii ospy prawdziwej we Wrocławiu zachorowało 99 osób, z czego siedem zmarło. Czterech spośród zmarłych było pracownikami służby zdrowia.

Prof. Jan Karol Kostrzewski (1915-2005). Fot. domena publiczna

Prof. Jan Karol Kostrzewski (1915-2005). Fot. domena publiczna

Warto przypomnieć kim był kierujący akcją VV wiceminister zdrowia Jan Kostrzewski. Był światowej sławy lekarzem-epidemiologiem, absolwentem wydziałów lekarskich Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Warszawskiego. Od 1945 r. pracował naukowo na wydziale lekarskim UJ. W 1954 r. uzyskał stopień profesora nadzwyczajnego, a w 1964 r. profesora zwyczajnego nauk medycznych. Opublikował ponad 270 prac naukowych z dziedziny epidemiologii i mikrobiologii, a pod jego kierunkiem napisano 42 prace naukowe. Stał się twórcą polskiej szkoły epidemiologii. W latach 1957-1958 był stypendystą Światowej Organizacji Zdrowia w Szkole Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Harvarda. W 1958 r. zainicjował powołanie Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych. W latach 1977-1981 był prezesem Międzynarodowego Towarzystwa Epidemiologów. Położył duże zasługi w opracowaniu szczepionki przeciw durowi brzusznemu. Zorganizował na szeroką skalę porównawcze kontrolowane badania terenowe skuteczności i bezpieczeństwa szczepionki przeciw durowi brzusznemu oraz nowo wyprodukowanych szczepionek. Był to największy program terenowego badania szczepionek, jaki kiedykolwiek przeprowadzono w Polsce. Jego wynikiem było wprowadzenie corocznych szczepień przeciw durowi brzusznemu i paradurom A i B sprawdzoną pod względem bezpieczeństwa szczepionką o wysokiej skuteczności.

Prof. Kostrzewski należał też do głównych organizatorów systemu szczepień ochronnych w Polsce. Jako wiceminister, a później minister zdrowia PRL systematycznie rozszerzał od 1963 r. Program Szczepień Ochronnych, dostosowując go do zmieniającej się sytuacji epidemiologicznej i dostępności nowo pojawiających się szczepionek. Wdrażał szczepienia akcyjne, przekształcone następnie w szczepienia powszechne. Od 1960 r. współpracował ze Światową Organizacja Zdrowia, najpierw jako członek zespołu ekspertów, a w latach 1969-1970 jako wiceprezydent Światowego Zgromadzenia Zdrowia. W 1975 r. został przewodniczącym Rady Wykonawczej WHO. Natomiast w latach 1977-1980 należał do kierownictwa Światowej Komisji Wykorzenienia Ospy na Świecie. Był jednym z inicjatorów światowego programu szczepień przeciw błonicy, gruźlicy, krztuścowi, odrze, poliomyelitis i tężcowi.

Podczas okupacji niemieckiej Kostrzewski należał od grudnia 1939 r. do prawicowego Związku Odbudowy Rzeczypospolitej i kierował strukturami tej organizacji w Krakowie. W latach 1940-1941 pracował też w Klinice Chirurgicznej oraz na Oddziale Chorób Zakaźnych Szpitala św. Łazarza w Krakowie. Wiosną 1941 r., w związku z aresztowaniem najbliższych współpracowników, poszukiwany przez gestapo, opuścił Kraków i po zmianie nazwiska na Zarębski wyjechał do Warszawy. Po scaleniu ZOR z Armią Krajową w 1943 r. został oficerem AK w stopniu podporucznika i objął obowiązki lekarza wojskowego AK (ps. „Kozioł”). Organizował służbę sanitarną I Zgrupowania II Rejonu AK w Warszawie. Uczestniczył w powstaniu warszawskim jako lekarz naczelny VII zgrupowania (batalionu) „Ruczaj”. Za udział w powstaniu otrzymał Krzyż Walecznych. Po upadku powstania warszawskiego trafił do obozu jenieckiego w Lamsdorf (Łambinowice), a następnie do obozu jenieckiego w Kaisersteinbruck koło Wiednia. W obu tych obozach prowadził izbę chorych. Po wyzwoleniu przez Armię Czerwoną został skierowany przez radzieckie władze wojskowe do Budapesztu, gdzie do końca czerwca 1945 r. pracował jako lekarz w obozie repatriantów i organizował walkę z epidemią tyfusu plamistego i czerwonki.

W lipcu 1945 r. powrócił do Polski i włączył się w pracę dla kraju, takiego jaki wtedy był, najpierw jako pracownik naukowy UJ i Akademii Medycznej w Warszawie, a następnie urzędnik państwowej służby zdrowia PRL, współpracujący z premierem Józefem Cyrankiewiczem. Do kwietnia 1951 r. pracował w Zakładzie Wyrobu Surowic i Szczepionek Państwowego Zakładu Higieny w Krakowie. Następnie kierował Zakładem Epidemiologii Państwowego Zakładu Higieny (1951-1978), był sekretarzem Wydziału VI Nauk Medycznych PAN (1972-1980), wiceprezesem (1981-1984) i prezesem (1984-1989) Polskiej Akademii Nauk, wiceministrem zdrowia i Głównym Inspektorem Sanitarnym (1961-1968) oraz ministrem zdrowia (1968-1972). Był też bezpartyjnym posłem na Sejm PRL IX kadencji (1985-1989), członkiem prezydium Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu, wiceprzewodniczącym Tymczasowej Rady Krajowej PRON, członkiem Rady Naczelnej oraz Zarządu Głównego ZBoWiD i członkiem Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa Wojciechu Jaruzelskim. Zainicjował uchwalenie ustawy o zwalczaniu chorób zakaźnych, która obowiązywała w latach 1963-2001. Postać prof. Kostrzewskiego jest kolejnym dowodem na to, że historia PRL jest skomplikowana w stopniu przekraczającym jakiekolwiek wyobrażenia animatorów polityki historycznej III RP.

Literatura: A. Baron, „Zapomniana epidemia – ospa prawdziwa we Wrocławiu”, http://www.twojahistoria.pl, 29.03.2020; D. Naruszewicz-Lesiuk, „Jan Karol Kostrzewski (1905-2005). W 100 rocznicę urodzin”, „Przegląd Epidemiologiczny”, 2015, nr 69, s. 923-927, Powstańcze biogramy – Jan Karol Kostrzewski, http://www.1944.pl.

Bohdan Piętka

8 kwietnia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 15-16 (2287/2288), 12-19.04.2020, s. 12

Odszedł Ryszard Machulik (1944-2020)

29 lutego 2020 r. odbył się w Rybniku pogrzeb Ryszarda Machulika – więźnia KL Auschwitz nr 189678, który urodził się 21 lipca 1944 r. w obozie Birkenau (KL Auschwitz II). Nie był jedynym dzieckiem, które urodziło się w KL Auschwitz. O tych dzieciach mówi obszerna publikacja pt. „Odebrane dzieciństwo. Dzieci wyzwolone w Auschwitz” autorstwa Heleny Kubicy – długoletniej pracownik naukowej Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau – wydana dwa miesiące temu przez PMA-B.

Dowiadujemy się z niej, że matka Ryszarda Machulika – Bronisława – została w 1942 r., w wieku 21 lat, wywieziona na roboty przymusowe do Rzeszy, do Czeskiej Lipy koło Liberca (wówczas tzw. Kraj Sudetów, dzisiaj Republika Czeska). Pracowała tam w gospodarstwie rolnym należącym do Niemców sudeckich. W 1943 r. poznała stacjonującego w tej miejscowości niemieckiego żołnierza Alojzego Machulika – Ślązaka z Jankowic koło Rybnika, zmobilizowanego do Wehrmachtu wbrew prawu międzynarodowemu, jak wielu Polaków z Górnego Śląska. Gdy Alojzy zdezerterował, Bronisława pomagała mu się ukrywać. Ktoś jednak to zauważył i zawiadomił policję niemiecką o ich związku. 10 listopada 1943 r. Bronisława została aresztowana. Przetrzymywano ją najpierw w więzieniu w Czeskiej Lipie, a następnie w więzieniu w Dreźnie, skąd została deportowana do KL Auschwitz i oznaczona numerem więźniarskim 75306. Była wówczas w czwartym miesiącu ciąży, o czym dowiedziała się dopiero w obozowym rewirze.

Współwięźniarki otoczyły ją i dziecko troskliwą opieką, dzięki czemu udało im się dotrwać do ewakuacji obozu w styczniu 1945 r. Korzystając z zamieszania, jakie powstało pomiędzy ewakuacją większości więźniów 18 stycznia 1945 r. a wyzwoleniem KL Auschwitz przez Armię Czerwoną 27 stycznia 1945 r., potajemnie opuściła obóz wraz z dwiema innymi więźniarkami i półrocznym synem Ryszardem. Udały się do Brzeszcz, gdzie otrzymały pomoc ze strony mieszkańców, a gdy nadeszło wojsko radzieckie, wysłano je do Krakowa. Tam się rozstały.

Bronisława pojechała do swojej kuzynki do Sanoka, skąd pochodziła. W styczniu 1946 r. obie udały się do miejscowości, z której pochodził Alojzy Machulik w nadziei odszukania go. Okazało się, że Alojzy wrócił do domu w grudniu 1945 r. W 1943 r., w dwanaście dni po aresztowaniu Bronisławy, sam został ujęty przez policję niemiecką. Skazano go za dezercję na karę śmierci, ale sąd polowy w Dreźnie zamienił mu ją na sześć miesięcy ciężkiego więzienia. Po wojnie wstąpił do II Korpusu Polskiego we Włoszech.

Bronisława i Alojzy wzięli ślub w lutym 1946 r., po czym wyjechali do Sanoka, gdzie Alojzy dostał pracę. W 1948 r. wrócili na Górny Śląsk i zamieszkali w Jankowicach, a w 1955 r. przenieśli się do pobliskich Chwałowic, gdzie Alojzy podjął pracę w kopalni węgla. Tam wraz z pięciorgiem rodzeństwa dorastał Ryszard, który skończył szkołę podstawową i zawodową, zdobywając zawód ślusarza. W 1961 r. rozpoczął pracę w budownictwie jako operator sprzętu budowlanego. Od 1966 do 1993 r. pracował w kopalni w Chwałowicach jako ślusarz-mechanik. W 1970 r. zawarł związek małżeński i wyprowadził się z żoną do Radziejowic (dzielnica Rybnika). Doczekał się czwórki dzieci oraz dziewięciorga wnuków. Bronisława Machulik zmarła w 2007 r., a rok później zmarł Alojzy Machulik.

Ryszard Machulik od 1977 r. aktywnie działał w Polskim Związku b. Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych, a następnie w utworzonym przez byłych więźniów w 1983 r. Towarzystwie Opieki nad Oświęcimiem. Przez wiele lat był wiceprezesem PZbWPHWiOK w Katowicach i członkiem Zarządu Głównego tej organizacji. Miałem zaszczyt poznać go osobiście. Był człowiekiem serdecznym, żarliwie zaangażowanym w podtrzymywanie pamięci o polskiej martyrologii podczas drugiej wojny światowej. Aktywnie uczestniczył w wielu wyjazdach edukacyjnych TOnO do miejsc tej martyrologii. Uczestniczył też regularnie w najważniejszych obchodach rocznicowych na terenie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau – 14 czerwca (rocznica pierwszego transportu) i 27 stycznia (rocznica wyzwolenia obozu). Ostatni raz wziął udział w międzynarodowej uroczystości 75-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz 27 stycznia 2020 r.

Kiedy odeszło pokolenie starszych więźniów, także tych młodocianych, urodzonych w latach 20-tych i 30-tych XX w., jemu i innym dzieciom urodzonym w KL Auschwitz przypadła rola reprezentowania środowiska byłych polskich więźniów KL Auschwitz. Niestety, odchodzi także pokolenie dzieci wojny. Za 10 lat nie będzie i tego pokolenia. Tych ostatnich świadków tamtej historii zabraknie w czasie, gdy ze Wschodu i Zachodu coraz śmielej padają oskarżenia pod adresem Polski o wywołanie drugiej wojny światowej, a nardowi polskiemu przypisywane są zbrodnie przeciw ludzkości. Zadanie walki o prawdę historyczną i utrwalenie pamięci o polskich ofiarach drugiej wojny światowej przypadnie zatem tym, którzy znaczenie tego zadania rozumieją.

Bohdan Piętka

17 marca 2020 r.

„Myśl Polska” nr 11-12 (2283/2284), 15-22.03.2020, s. 3

Kontrowersje wokół liczby deportowanych w głąb ZSRR

Jedną z najtragiczniejszych kart okupacji radzieckiej polskich Kresów Wschodnich w latach 1939-1941 były cztery deportacje ludności polskiej w głąb ZSRR. Pierwsza z nich miała miejsce 10 lutego 1940 r. Celem tych działań była depolonizacja Kresów Wschodnich poprzez „oczyszczenie” ich z „elementów niepewnych”. Decyzja o wywózkach zapadła 5 grudnia 1939 r. na połączonym posiedzeniu Biura Politycznego KC WKP(b) i Rady Komisarzy Ludowych ZSRR. Podjęto wtedy uchwałę nr 1001-558 ss o wysiedleniu osadników i służby leśnej z zachodnich obwodów Białoruskiej i Ukraińskiej SRR. 29 grudnia 1939 r. Rada Komisarzy Ludowych zatwierdziła instrukcję NKWD o porządku przesiedlania polskich osadników z zachodnich obwodów BSRR i USRR wraz z regulaminem osad specjalnych i zasad zatrudniania wysiedlonych. Bezpośrednie kierownictwo operacji spoczęło w rękach Ławrientija Canawy (szefa NKWD Białoruskiej SRR) i Iwana Sierowa (szefa NKWD Ukraińskiej SRR) – późniejszego głównego doradcy NKWD przy Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego powojennej Polski, odpowiedzialnego m.in. za aresztowanie i wywiezienie do ZSRR 16-tu przywódców Polski Podziemnej. Zadaniem Canawy i Sierowa było m.in. przygotowanie spisów osób podlegających deportacji.

Pierwsza deportacja objęła przede wszystkim osadników wojskowych, średnich i niższych urzędników II RP, funkcjonariuszy służby leśnej i pracowników PKP. Zabierano całe rodziny. Podczas drugiej deportacji – w dniach 13-14 kwietnia 1940 r. – wysiedleniem objęto rodziny urzędników państwowych, wojskowych, policjantów, służby więziennej, nauczycieli, działaczy społecznych, kupców, przemysłowców i bankierów oraz rodziny osób aresztowanych dotychczas przez NKWD i zatrzymanych przy nielegalnej próbie przekroczenia granicy niemiecko-radzieckiej. Trzecia deportacja – trwająca od 28/29 maja do lipca 1940 r. (ogólnie określana jako deportacja z czerwca 1940 r.) objęła głównie uchodźców z centralnej i zachodniej Polski przybyłych podczas działań wojennych w 1939 r. na tereny, które znalazły się później pod okupacją radziecką. Ponad 80% wówczas deportowanych stanowili Żydzi. Podczas czwartej deportacji w maju i czerwcu 1941 r. wywieziono głównie osoby ze środowisk inteligenckich, pozostałych jeszcze uchodźców, pozostałe rodziny kolejarzy, rodziny osób aresztowanych przez NKWD w czasie drugiego roku okupacji, wykwalifikowanych robotników oraz rzemieślników.

Służby podległe NKWD przeprowadzały wywózki osób deportowanych z właściwą dla siebie brutalnością oraz w taki sposób, żeby maksymalnie wyeliminować możliwość ucieczki ofiar. Deportowani, wśród których około 65% stanowili Polacy, przewożeni byli w przeładowanych, brudnych i z reguły nieogrzewanych wagonach towarowych. Podróż zwykle trwała kilka tygodni. W wyniku nieludzkiego traktowania umierały głównie dzieci, osoby chore i w starszym wieku. Strażnicy z eskorty transportów niejednokrotnie strzelali do osób próbujących ofiarować deportowanym chleb lub wodę. Zwłoki zmarłych podczas transportu – w tym dzieci – wyrzucano z wagonów, a eskorta nie pozwalała ich pochować najbliższym. Deportowani pracowali niewolniczo m.in. przy wyrębie lasów, wydobyciu węgla i rudy żelaza. Najgorszy był los tych, którzy trafili do obozów pracy na północy ZSRR, gdzie panowały niezwykle trudne warunki klimatyczne, a pracę przy wyrębie lasów przerywano dopiero przy temperaturze minus 40 stopni Celsjusza.

Jeszcze trzydzieści lat temu podawano w Polsce, że w latach 1940-1941 deportowano z Kresów Wschodnich w głąb ZSRR od 1 do 1,7 mln Polaków, z których 900 tys. miało tam zginąć. Takie liczby przyjął polski rząd na uchodźstwie, powielała je polska historiografia emigracyjna oraz publicystyka historyczna „drugiego obiegu” w PRL. Po przebadaniu archiwów radzieckich w latach 90-tych XX w. okazało się jednak, że cztery deportacje z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941 objęły w sumie około 320 tys. obywateli II RP. W tej liczbie znajdowało się około 25 tys. Ukraińców, 20 tys. Białorusinów i 70 tys. Żydów, procentowo dotkniętych wywózkami w równym stopniu jak Polacy (pozostałe 200-210 tys.). Do czasu amnestii, ogłoszonej przez ZSRR latem 1941 r. w następstwie układu Sikorski-Majski, śmiertelność wśród zesłańców wynosiła od 2,8% do 5,8% rocznie. Ile osób zmarło po tej dacie – nie sposób określić, z pewnością jednak przeżyło znacznie więcej osób niż to wynikało z wcześniejszych przypuszczeń. Według cząstkowych danych NKWD, do połowy 1941 r. zmarło około 15 tys. spośród osób deportowanych w lutym i czerwcu 1940 r. Takimi danymi nie dysponujemy natomiast w wypadku ofiar śmiertelnych pozostałych dwóch deportacji.

Liczbę 320 tys. deportowanych zweryfikował po latach w dół prof. Stanisław Jan Ciesielski (Uniwersytet Wrocławski), który w artykule „Deportacje obywateli polskich w głąb Związku Radzieckiego w latach 1940-1941” z 2017 r. podał, że deportacje te objęły od 307,8 do 313,8 tys. obywateli II RP, w tym najwyżej 184,7 tys. Polaków. W lutym 1940 r. deportowano do obwodu archangielskiego, Republiki Komi i na Syberię 137,8 tys. osób (114,2 tys. Polaków, 12,3 tys. Ukraińców, 11,3 tys. Białorusinów), w kwietniu 1940 r. deportowano do Kazachstanu około 60 tys. osób (42 tys. Polaków, 8 tys. Białorusinów, ponad 7 tys. Ukraińców, 2,4 tys. Żydów), w czerwcu 1940 r. deportowano do Komi i Kraju Ałtajskiego 76-78 tys. osób (63,8-65,5 tys. Żydów, 8,3-8,5 tys. Polaków, 3,8-3,9 tys. osób innych narodowości – głównie Białorusinów i Ukraińców), a w maju i czerwcu 1941 r. 34-38 tys. osób (m.in. 20 tys. Polaków i 11 tys. Ukraińców)[1].

Weryfikacja naukowa liczby deportowanych w kilkadziesiąt lat po zakończeniu wojny, kiedy historycy mają dostęp do nieznanych wcześniej źródeł, jest rzeczą naturalną. Jeden z autorów portalu Ciekawostki Historyczne zauważył, że szacunki podające od 1 do 1,7 mln deportowanych „obarczone były tym samym błędem. Powstawały na bazie cząstkowych danych, głównie relacji samych deportowanych, którzy nie mieli całościowego oglądu represji i wyolbrzymiali ich skalę (…). Protestujący przeciwko »nowym« (już ponad dwudziestoletnim) ustaleniom zdają się uważać, że redukcja liczby deportowanych pomniejsza i bagatelizuje ich tragedię. Takie myślenie trzeba stanowczo odrzucić. Licytacja na represjonowanych, zmarłych i zabitych do niczego nie prowadzi, a wykreślenie z prac historycznych nieistniejących ofiar w żaden sposób nie wymazuje z naszej pamięci gehenny setek tysięcy zesłańców. Prawda zaś nie może być antypolska”[2].

Wydaje się to oczywiste, jednakże część środowisk prawicowych do dzisiaj nie może się pogodzić z tym co o liczbie deportowanych z Kresów Wschodnich w głąb ZSRR mówią źródła historyczne. Na stronie internetowej IPN możemy przeczytać, że „według szacunków władz RP na emigracji, w wyniku wywózek zorganizowanych w latach 1940–1941 do syberyjskich łagrów trafiło około milion osób cywilnych, choć w dokumentach sowieckich mówi się o 320 tys. wywiezionych”[3]. Jest to pokłosie stanowiska tragicznie zmarłego prezesa IPN Janusza Kurtyki, który stwierdził, że chociaż IPN-owski projekt „Indeks Represjonowanych” doprowadził do ustalenia liczby około 320 tys. obywateli II RP deportowanych z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941, to „nadal liczba ta jest podważana przez część historyków, piszących o 700 tysiącach – milionie deportowanych”[4]. Są to głównie historycy IPN, jak np. Piotr Szubarczyk – autor książki „Czerwona apokalipsa. Agresja Związku Sowieckiego na Polskę i jej konsekwencje” (Kraków 2014), albo skrajni antykomuniści, jak Roger Moorhouse – autor książki „Pakt diabłów” (Kraków 2015). Moorhouse kwestionuje materiały archiwalne NKWD („bo przecież Sowieci nie mogli mówić prawdy”) i uważa, że na każdego „oficjalnie” deportowanego przypada 3-4 wywiezionych bez odnotowania tego w dokumentach. Dlatego jego zdaniem deportowano z Kresów 1,5 mln ludzi[5].

Jednak w wydanej przez IPN w 2009 r. publikacji „Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami”, pod redakcją profesorów Wojciecha Materskiego i Tomasza Szaroty, stwierdzono, że liczba ofiar śmiertelnych pod okupacją radziecką w latach 1939-1941, a także w okresie 1944-1945 wyniosła około 150 tys. obywateli polskich (Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Ormian, Żydów i in.). Liczba ta obejmuje ofiary zbrodni katyńskiej z 1940 r. (21768 ofiar), masakr więziennych NKWD w 1941 r. (20-30 tys. ofiar), ofiary innych aktów terroru, więzień, obozów karnych i obozów pracy, a także zmarłych w wyniku deportacji do Kazachstanu i na Syberię[6]. Z tego szacunku ofiar śmiertelnych okupacji radzieckiej – podanego w publikacji IPN – wynika, że nie mogło zginać 900 tys. spośród 1-1,7 mln obywateli II RP, którzy mieli być deportowani w głąb ZSRR.

Kwestionujący liczbę 320 tys. deportowanych z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941 nie odpowiadają na podstawowe pytanie, jakie od razu się nasuwa: po co NKWD miałoby fałszować własną dokumentację wewnętrzną? Ujawnienie dokumentów NKWD dotyczących ilości deportowanych w głąb ZSRR obywateli II RP doprowadziło najwyraźniej do konsternacji w niektórych środowiskach prawicowych.

Przykładem tego może być brytyjski historyk Halik Kochanski, który w książce „Orzeł niezłomny. Polska i Polacy podczas II wojny światowej” (Poznań 2013) pisze: „Najpowszechniej podawanymi liczbami było 220 tysięcy cywilów wywiezionych w lutym 1940 r., 320 tysięcy w kwietniu 1940 r., 240 tysięcy w czerwcu 1940 r. i 200-300 tysięcy w czerwcu 1941 r. Łączna liczba około miliona wywiezionych była przyjmowana przez wiele lat. Jednak ostatnie badania oparte na danych z radzieckich archiwów pozwoliły zakwestionować tę liczbę. Opracowanie z 1997 r. oparte na dokumentach samego NKWD mówi o 140 tysiącach wywiezionych w lutym 1940 r., 60 tysiącach w kwietniu 1940 r., 80 tysiącach w czerwcu 1940 r. i 40 tysiącach w czerwcu 1941 r. Razem daje to 320 tysięcy wywiezionych – i tak ogromną liczbę. Podobne dane podano w opracowaniu opublikowanym w roku 2000, którego autorzy określają liczbę wywiezionych na 309-327 tysięcy”[7].

Prawdopodobnie w celu uniknięcia ataku ze strony środowisk antykomunistycznych Kochanski robi jednak następujące zastrzeżenie: „Naukowcy wciąż badają radzieckie archiwa i po dokładniejszych badaniach demograficznych oraz analizie danych dotyczących późniejszych deportacji liczba wywiezionych ponownie jest weryfikowana wzwyż. Choć nie osiąga ona szacunku rządu polskiego na uchodźstwie, wydaje się obecnie prawdopodobne, że w latach 1940-1941 wywiezionych zostało przynajmniej 500 tysięcy obywateli polskich. W tej liczbie 52 procent stanowili Polacy, 30 procent Żydzi, a około 18 procent Ukraińcy i Białorusini”[8].

Po przeczytaniu jego wywodu nasuwa się pytanie: to w końcu co wynika z dokumentacji NKWD – że deportowano 320 czy 500 tys.? Poza tym jeśli Polaków miało być 52 proc. wśród zawyżonej przez autora w stosunku do źródeł liczby 500 tys. deportowanych obywateli II RP, to liczba wywiezionych Polaków wynosi 260 tys. Tak czy owak nie milion albo więcej.

Liczba 320 tys. obywateli II RP deportowanych z Kresów Wschodnich w głąb ZSRR od lutego 1940 do czerwca 1941 r. w jakikolwiek sposób nie neguje zbrodniczego charakteru polityki stalinowskiej wobec Polaków. Tak samo jak obniżenie liczby ofiar KL Auschwitz z 4 mln do 1,1 mln, liczby ofiar KL Lublin (Majdanek) z 360 tys. do 79 tys., czy liczby ofiar ośrodka zagłady w Chełmnie nad Nerem z 380 tys. do 180-200 tys. w niczym nie neguje ludobójczego charakteru polityki hitlerowskiej wobec Żydów, Polaków i innych narodowości. Naukowa weryfikacja pierwotnych danych – które były ustalane zaraz po wojnie bez dostępu do źródeł, pod wpływem szoku spowodowanego przeżyciami wojennymi i z jedynie ogólną świadomością ogromu ofiar – jest rzeczą zupełnie normalną. Zwłaszcza w naukach historycznych.

Nie jest to jednak normalne dla części polskiej prawicy, która w takiej weryfikacji od razu widzi polityczny spisek i podstępną rękę rosyjskiej lub innej agentury. Źródłem, z którego te środowiska czerpią swoją wiedzę jest niejednokrotnie tylko przekaz medialny oraz publikacje w stylu „Czarnej księgi komunizmu”. Jednakże ludzie traktujący historię poważnie – czyli w oderwaniu od polityki – muszą przyjmować to co mówią źródła historyczne. Jeszcze raz powtarzam – wynikające ze źródeł historycznych obniżenie liczby deportowanych z Kresów Wschodnich w niczym nie umniejsza rozmiarów zbrodni stalinowskich oraz ogromu cierpienia ich ofiar, przed którym każdy człowiek musi chylić głowę.

[1] S. Ciesielski, Deportacje obywateli polskich w głąb Związku Radzieckiego w latach 1940-1941, http://www.sybir.bialystok.pl, strona Muzeum Pamięci Sybiru w Białymstoku, 1.01.2017, dostęp 3.02.2020.

[2] R. Sidorski, Stalin wcale nie wywiózł na Sybir milionów Polaków. Jakie są prawdziwe liczby i dlaczego trzeba o nich mówić?, http://www.ciekawostkihistoryczne.pl, 20.03.2017, dostęp 3.02.2010.

[3] Na nieludzką ziemię – sowieckie deportacje Polaków na Sybir, http://www.ipn.gov.pl, strona Instytutu Pamięci Narodowej, dostęp 3.02.2020.

[4] Cyt. za: P. Szubarczyk, Ilu Polaków Sowieci wywieźli?, http://www.naszdziennik.pl, strona „Naszego Dziennika”, 10.02.2010, dostęp 3.02.2020.

[5] R. Moorhouse, Pakt diabłów. Sojusz Hitlera i Stalina, Kraków 2015, s. 12, 95.

[6] W. Materski, T. Szarota (red.), Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami, Warszawa 2009.

[7] Cyt. za: Wstrząsające warunki życia Polaków deportowanych na Syberię i do Kazachstanu, http://www.nowahistoria.interia.pl, 10.02.2014, dostęp 3.02.2020.

[8] Tamże.

„Przegląd” nr 7 (1049), 10-16.02.2020, s. 27-29

Bohdan Piętka

13 lutego 2020 r.

Dwa oblicza wyzwolenia

27 stycznia 1945 r. trzy radzieckie dywizje z 60. Armii I Frontu Ukraińskiego oskrzydliły Oświęcim. Wyzwolenie obozu macierzystego KL Auschwitz I, obozu KL Auschwitz II-Birkenau i obozu KL Auschwitz III-Monowitz przypadło w udziale 100. lwowskiej dywizji strzeleckiej ze 106. korpusu 60. Armii. Wolności w tych obozach doczekało tylko około 7 tys. więźniów – w większości ciężko chorych i wycieńczonych, którzy byli niezdolni do wyruszenia w ewakuacyjne „marsze śmierci”, jakimi 10 dni wcześniej objęto 58 tys. więźniów KL Auschwitz i jego podobozów. Los więźniów pozostałych w obozach Auschwitz I, Birkenau i Monowitz do końca nie był niepewny. Wkraczając do tych obozów żołnierze Armii Czerwonej znaleźli zwłoki około 600 więźniów, zamordowanych w ostatnich dniach przez esesmanów lub zmarłych z wycieńczenia. Wyzwolenie miasta Oświęcimia i głównego kompleksu KL Auschwitz kosztowało życie ponad 230 żołnierzy radzieckich.

Dowódcą 100. lwowskiej dywizji, która wyzwoliła KL Auschwitz, był gen. mjr Fiodor M. Krasawin (1896-1948) – ofiara Wielkiego Terroru (1937-1938). Latem 1938 r. został aresztowany przez NKWD i skazany pod fałszywymi zarzutami na karę 12 lat pozbawienia wolności w obozach pracy przymusowej. W czerwcu 1940 r. Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego ZSRR złagodziło mu ten wyrok do 5 lat. Był jedną z tysięcy ofiar represji stalinowskich, jakie w tym czasie dotknęły i zdziesiątkowały kadrę dowódczą Armii Czerwonej. Agresja III Rzeszy na ZSRR 22 czerwca 1941 r. i kompromitujące klęski Armii Czerwonej w pierwszym etapie wojny radziecko-niemieckiej zmusiły Stalina do sięgnięcia po żyjące jeszcze w GUŁagu stare kadry oficerskie. Tak płk Krasawin odzyskał wolność w lutym 1942 r. i od razu został skierowany na front.

Najpierw dowodził 263. dywizją piechoty na froncie karelskim, a od 28 stycznia 1944 r. 100. dywizją, która pod jego komendą otrzymała miano „lwowskiej” za zasługi w zdobyciu Lwowa. Musiał dowodzić dobrze, tzn. osiągać sukcesy operacyjne. Inaczej w każdej chwili mógł wrócić w ręce NKWD. Wyroku skazującego przecież nie anulowano. Rehabilitacji doczekał się dopiero pośmiertnie – w 1968 r. Jego dywizja nie tylko otrzymała miano „lwowskiej”, ale została odznaczona orderem Czerwonego Sztandaru. Jej dowódca awansował w listopadzie 1944 r. na stopień generalski.

100. dywizja została sformowana w marcu 1942 r, w północnej Rosji. Walczyła najpierw na froncie woroneskim, a potem pierwszym ukraińskim. Jej żołnierze reprezentowali bogatą mozaikę narodowościową ZSRR. Nieznacznie przeważali wśród nich Rosjanie, ale nie brakowało też Ukraińców, Tatarów, Komiaków i in. Swój szlak bojowy dywizja zakończyła w maju 1945 r. w Pradze. Najważniejszy na tym szlaku był niewątpliwie KL Auschwitz. Jest w tym coś niesamowicie symbolicznego, że wyzwoleniem największego niemiecko-nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady kierował były więzień GUŁagu. To było rzeczywiście zetknięcie się dwóch totalitaryzmów, ale w zupełnie innym sensie niż się o tym zwykle mówi, zwłaszcza w narracji tzw. polityki historycznej. Historia potrafi stwarzać niezwykłe sytuacje i dawać lekcje pokory.

Gen. Krasawin zmarł trzy lata po wojnie w Kazaniu, gdzie wcześniej objął stanowisko dowódcy garnizonu. Zmarł z powodu niewydolności serca w wieku 52 lat. Czy skrócił mu życie czteroletni pobyt w GUŁagu, czy trudy wojny i stres związany z dowodzeniem dywizją, czy jedno i drugie, czy może zupełnie coś innego – nie wiem. On i jego żołnierze jako wyzwoliciele KL Auschwitz zasługują na najwyższy szacunek.

Fiodor M. Krasawin (1896-1948) – dowódca dywizji, która wyzwoliła KL Auschwitz

Fiodor M. Krasawin (1896-1948) – dowódca dywizji, która wyzwoliła KL Auschwitz.  Ofiara represji stalinowskich. Fot. domena publiczna.

Powiedział o tym otwarcie 27 stycznia 2015 r., podczas międzynarodowej uroczystości 70-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz, prezydent Bronisław Komorowski. „Stoimy w miejscu, gdzie w bestialski sposób wymordowano ponad milion ludzi – w przytłaczającej większości Żydów z nieomal całej Europy, jak również Polaków, Romów, jeńców sowieckich – i wielu, wielu innych… Stoimy w miejscu przypominającym o zbrodniczej nazistowskiej ideologii, która podważyła filary świata. Dokładnie o tej porze 70 lat temu obóz oswobodzili żołnierze 60. Armii Pierwszego Frontu Ukraińskiego Armii Czerwonej. Tego dnia, po południu 100. Lwowska Dywizja Piechoty wkroczyła do głównej części obozu. Z wdzięcznością i szacunkiem myślimy dzisiaj o tych żołnierzach” – powiedział wówczas prezydent Komorowski[1].

Tych słów chyba wtedy nie zauważono w Rosji, ale także w Polsce i gdzie indziej. Zauważono natomiast to, co 22 stycznia 2015 r. powiedział w programie I Polskiego Radia Grzegorz Schetyna o domniemanym wyzwoleniu obozu przez Ukraińców.

Była jednak też druga strona wyzwolenia Polski spod okupacji niemieckiej, którą chętnie dostrzega deprecjonująca to wyzwolenia polska polityka historyczna, a nie dostrzega jej zupełnie gloryfikująca z kolei Armię Czerwoną rosyjska polityka historyczna.

W wyzwolonym KL Auschwitz szybko powstał Szpital Obozowy Polskiego Czerwonego Krzyża. Do ratowania chorych i wycieńczonych więźniów przystąpiła też radziecka wojskowa służba medyczna. Ale wkrótce na terenie byłego KL Auschwitz powstały dwa obozy NKWD – łagier nr 22 i łagier nr 78 – w których więziono 25 tys. osób, w tym jeńców niemieckich, ale też osoby cywilne z Górnego Śląska i Podbeskidzia. Ich przeznaczeniem była deportacja w głąb ZSRR. Uwięzionym udało się potajemnie poinformować wojewodę Aleksandra Zawadzkiego, że w obozach NKWD w Oświęcimiu i Brzezince przebywa 12 tys. Polaków – osób cywilnych i jeńców byłej armii niemieckiej. Dzięki interwencji gen. Zawadzkiego u marsz. Konstantego Rokossowskiego Rosjanie zwolnili około 10 tys. osób internowanych w obozach NKWD na terenie byłego KL Auschwitz. Warto było o tym pamiętać, gdy „dekomunizowano” ulice Aleksandra Zawadzkiego. Przecież ryzykował co najmniej karierę polityczną podejmując tę oraz inne interwencje – jak np. w sprawie wywożonych do ZSRR górników i maszyn. Taka jest historia – nigdy czarno-biała.

Tego samego 27 stycznia 1945 r., kiedy czerwonoarmiści pod dowództwem gen. Krasawina otwierali bramy Auschwitz inni czerwonoarmiści dokonywali zbrodni wojennych w Przyszowicach i Miechowicach na pobliskim Górnym Śląsku. Żołnierze radzieccy wkroczyli do Przyszowic od strony Gliwic, myląc kierunki. Sądzili prawdopodobnie, że znajdują się na terytorium przedwojennych Niemiec i mogą się już mścić za to co hitlerowcy wyrządzili ZSRR. Znaleźli się jednak w ostatniej polskiej wsi przed przedwojenną granicą polsko-niemiecką, w której mieszkali m.in. powstańcy śląscy. Z rąk czerwonoarmistów zginęło tam co najmniej 61 lub 69 osób w wieku od 10 do 78 lat, w tym kilku byłych więźniów KL Auschwitz – Żydów z Węgier i Włoch, których ukryli Polacy z Przyszowic podczas marszu ewakuacyjnego.

W jednej z relacji na temat tej zbrodni czytamy: „Przy kurniku znaleźliśmy ciało Brzóski. Potem opowiedział mi Adolf Krzysteczko o tym, jak Franciszek Brzóska zginął. Oni witali nadjeżdżających żołnierzy radzieckich. Jeden z nich kazał Brzósce oddać zegarek. Gdy ten odmówił, jeden z Rosjan zastrzelił go strzałem z samochodu. Samochód się zatrzymał. Rosjanin zszedł na dół i zabrał ten zegarek”[2].

Oto inna relacja dotycząca zbrodni w Przyszowicach: „W sobotę 27 stycznia 1945 r., gdy walki we wsi ucichły, około 11.00 do naszej piwnicy weszli żołnierze radzieccy. Z tego, co słyszałam, oni pozabierali nam wszystkie zegarki, a następnie wyszli. Po około 30 minutach do piwnicy weszło kolejnych kilku Rosjan. Jeden z nich, który po dystynkcjach wyglądał na oficera, czystą niemczyzną stwierdził na widok ojca i brata, że nie powinno ich tam być, bo Niemcy wszystkich zabrali do wojska. W naszej piwnicy oprócz ww. był jeszcze Nikodem Kocur, lat około 45 – to był mąż cioci Emilii. Nadto jako czwarty Emil Smołka – brat Matyldy, żony Jana. […] Rosjanie kazali wyjść wszystkim z piwnicy. Kobiety i dzieci zaprowadzili do jednego pokoju, mężczyzn wyprowadzili na podwórko. Poza nimi wyprowadzili babcię Eufemię (matkę mojego ojca), wówczas lat 81. Żołnierze radzieccy kazali babci przyglądać się egzekucji. Jej przebieg znamy z opowieści babci Eufemii. Rosjanie po kolei kładli mężczyzn na plecach na ziemi. Ręce kładzionych butami przytrzymywali żołnierze radzieccy, a następnie strzałem w tętnice szyjną zabijano tak trzymanego. Babcia opowiadała, że to była taka przemyślana egzekucja, postrzelony umierał z upływu krwi. Babcia nie podała kolejności egzekucji”[3].

I jeszcze ta relacja: „W chwili wkroczenia Armii Czerwonej do wsi wszyscy ukryliśmy się u sąsiadów Lomaniów w piwnicy. W naszym domu nie było piwnicy. Tam ukrywaliśmy się około dwóch dni. Na zewnątrz trwały zacięte walki. W pewnym momencie do piwnicy wszedł żołnierz radziecki i wyprowadził Annę Lomanię. Ten żołnierz gdzieś z nią chodził, chyba szukał innych dziewczyn. Gdy wrócił do domu, Ania zaczęła krzyczeć »ratunku« i wołała brata Roberta. Padł jeden strzał i usłyszeliśmy, jak coś pada na klapę wejściową do piwnicy. Od razu zaczęła kapać krew spomiędzy desek, krew ciekła do beczki z kiszoną kapustą”[4].

Zbiorowa mogiła ofiar masakry w Przyszowicach 27 stycznia 1945 roku. Fot. domena publiczna

Zbiorowa mogiła ofiar masakry w Przyszowicach 27 stycznia 1945 r. Fot. domena publiczna.

W Miechowicach (obecnie dzielnica Bytomia) z rąk Armii Czerwonej zginęło w dniach 25-27 stycznia 1945 r. około 380 cywilnych mieszkańców – Niemców i Ślązaków. Też w tym samym czasie, gdy ich koledzy wyzwalali KL Auschwitz. Ustalono, że na Górnym Śląsku z rąk Armii Czerwonej zginęło co najmniej 2 tys. cywilów, w tym około 800 w Gliwicach i okolicy. Czasem był to odwet za próbę stawiania oporu przez cywilów-Niemców, przeważnie jednak dochodziło do odwetu na bezbronnych ludziach za zbrodnie dokonywane przez Niemców na Wschodzie. Ofiarą tego odwetu obok ludności niemieckiej padała też ludność słowiańska Górnego Śląska. W skomplikowaną tematykę mozaiki narodowościowej tego regionu strona radziecka nie wchodziła.

Mówiąc o wyzwoleniu KL Auschwitz trzeba też widzieć zbrodnie Armii Czerwonej na pobliskim Górnym Śląsku. Trzeba mówić i o jednym, i o drugim. Nie po to, żeby cokolwiek podważać, ale żeby obraz opowieści był prawdziwy. Taka jest historia. Nie jest czarno-biała. Jest trudna, złożona, wymagająca wysiłku myśli i woli. Ta trudna historia sprzed 75 i więcej lat jest dzisiaj przedmiotem walki polityk historycznych Polski i Rosji, przedmiotem narastającej wrogości pomiędzy oboma krajami, a powinna być przedmiotem zadumy i pokory. Nie historycznego odwetu z jednej strony i unikania prawdy z drugiej, ale wzajemnej zadumy i pokory.

Zbrodnie wojenne Armii Czerwonej na słowiańskiej ludności Górnego Śląska nie powinny unieważniać faktu wyzwolenia przez tę armię ziem polskich spod okupacji niemieckiej. Negacja faktu tego wyzwolenia ma bowiem m.in. i taki skutek polityczny, że wypisujemy Polskę z koalicji antyhitlerowskiej, w której Polska była razem z ZSRR – czy nam się to podoba czy nie. Z drugiej strony czyny chwalebne Armii Czerwonej – jak np. wyzwolenie KL Auschwitz – nie mogą unieważniać jej czynów haniebnych i rozgrzeszać polityki Stalina przed wojną, w jej czasie i po wojnie. Wydaje się to proste, ale nie dla polityków, którzy w miejsce historii mającej uczyć i wychowywać stworzyli politykę historyczną, by jątrzyć i dzielić.

Polacy i Rosjanie, ale też Polacy i Ukraińcy muszą ze sobą dojść do pojednania w prawdzie wbrew nieodpowiedzialnym ludziom po obu stronach, którzy używają historii do jątrzenia i wywołują upiory przeszłości. Muszą to uczynić wbrew swoim politykom, na których nie mają w tej mierze co liczyć.

[1] Cyt. za: Wystąpienie prezydenta na uroczystości w 70. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz-Birkenau, http://www.prezydent.pl, 27.01.2015.

[2] K. Banaś, „Zbrodnia na ludności cywilnej Przyszowic w świetle zeznań świadków”, (w:) D. Niesler (red.), „Tragedia w cieniu wyzwolenia. Górny Śląsk w 1945 roku”, Katowice 2015, s. 27.

[3] Tamże, s. 31.

[4] Tamże, s. 30.

Bohdan Piętka

29 stycznia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 5-6 (2277/2278), 2-9.02.2020, s. 10

Prawda o Auschwitz jest wezwaniem

27 stycznia 1945 r. żołnierze Armii Czerwonej otworzyli bramy obozu KL Auschwitz – największego niemieckiego i nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady. Przynieśli wolność około 7 tys. więźniów – w większości chorych i wycieńczonych, którzy nie zostali objęci ewakuacją i którym w każdej chwili groziła śmierć ze strony esesmanów. Niestety, dzień ten nie oznaczał końca gehenny dla 58 tys. więźniów KL Auschwitz, których w dniach 17-21 stycznia 1945 r. niemieccy esesmani wyprowadzili z obozu w ewakuacyjnych „marszach śmierci”. Od 9 do 15 tys. z nich zginęło na wiodących przez Górny Śląsk trasach „marszów śmierci”. Kolejni ginęli podczas transportu – przeważnie odkrytymi wagonami towarowymi-węglarkami, w ciężkich warunkach zimowych – do KL Mauthausen, KL Buchenwald, KL Flossenbürg i innych niemieckich obozów koncentracyjnych. Potem ginęli w tych obozach i podczas ich ewakuacji wiosną 1945 r. Więźniów KL Auschwitz nie zabrakło także wśród ofiar tragedii, która rozegrała się 3 maja 1945 r. na wodach Zatoki Lubeckiej. W wyniku omyłkowego ataku lotnictwa alianckiego zginęło wówczas około 7 tys. więźniów obozów koncentracyjnych, których Niemcy umieścili na statkach „Cap Arcona” i „Thielbeck”. Było wśród nich wielu Polaków, w tym ok. 400 mających za sobą wieloletni pobyt w KL Auschwitz.

Jednakże to dzień wyzwolenia największego niemieckiego i nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady stał się symboliczną datą końca epoki hitlerowskiej pogardy dla człowieka. Rocznica wyzwolenia KL Auschwitz jest od wielu lat podniośle obchodzona w Polsce i na całym świecie jako dzień pamięci o ofiarach Holokaustu i zbrodni nazistowskich. Zawsze była to rocznica ważna, jeśli nie najważniejsza, dla byłych więźniów, którzy przeżyli piekło tego i innych obozów hitlerowskich.

W okresie PRL obchody rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz w Oświęcimiu nie miały charakteru międzynarodowego i nie uczestniczyli w nich też przedstawiciele najwyższych władz państwowych. Uroczystości te odbywały się z udziałem organizacji zrzeszających byłych polskich więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych. Przez wiele lat współorganizatorem tych uroczystości było m.in. Towarzystwo Opieki nad Oświęcimiem – założone przez byłych polskich więźniów w 1983 roku. Chociaż nie eksponowano wtedy tematyki Holokaustu tak jak obecnie, nie była ona jednak całkiem pomijana w ówczesnej polskiej polityce historycznej.

Wielkim wydarzeniem tego okresu, w którym wzięli udział przedstawiciele najwyższych władz PRL, było natomiast odsłonięcie 16 kwietnia 1967 r. na terenie byłego obozu KL Auschwitz II-Birkenau Międzynarodowego Pomnika Ofiar Faszyzmu. W uroczystości tej uczestniczyło około 200 tys. osób, wśród nich premier PRL i były więzień KL Auschwitz Józef Cyrankiewicz oraz uczestniczący w wyzwoleniu obozu radziecki gen. Wasilij Pietrenko. W swoim przemówieniu premier Cyrankiewicz powiedział m.in.: „Oddajmy hołd wszystkim tutaj zamordowanym, budując wedle swoich sił i umiejętności nowe życie wolnych, współżyjących ze sobą narodów, aby zmazać tę hańbę z ludzkości, jaką było to, co działo się w Oświęcimiu. Aby już nigdy więcej! Tylko wtedy będzie to pomnik nie tylko pamięci, ostrzeżenia i czujności, ale i pojednania ludzi i narodów, idących tą samą drogą do tych samych celów”. Odsłonięciu Pomnika towarzyszyła premiera oratorium „Dies Irae (Dzień Gniewu)” Krzysztofa Pendereckiego.

Miejsce byłego KL Auschwitz odwiedzały jednak przed 1989 rokiem – poza obchodami rocznicy wyzwolenia – liczne delegacje zagraniczne. Hołd ofiarom tego obozu składali m.in. tacy przywódcy jak prezydent USA Gerald Ford w 1975 r., kanclerz RFN Helmut Schmidt, prezydent Jugosławii Josip Broz-Tito, czy cesarz Etiopii Hajle Syllasie I. Znaczącym wydarzeniem była wizyta w byłym KL Auschwitz w listopadzie 1977 r. kanclerza RFN Helmuta Schmidta. Była to pierwsza wizyta zachodnioniemieckiego przywódcy w tym miejscu. „Właściwie to miejsce nakazuje milczeć. Ale jestem pewien, że niemiecki kanclerz nie może tutaj milczeć” – powiedział wtedy Schmidt. Przywódca RFN mówił następnie o cierpieniach Polaków oraz o niemieckiej odpowiedzialności i winie. Stwierdził również, że „polityka potrzebuje moralnego fundamentu i obyczajowej orientacji”. Polska telewizja państwowa transmitowała to przemówienie na żywo.

Jeszcze bardziej doniosłym wydarzeniem była wizyta w miejscu byłego KL Auschwitz papieża Jana Pawła II 7 czerwca 1979 r. W wygłoszonej wtedy homilii papież-Polak powiedział m.in.: „Przychodzę więc i klękam na tej Golgocie naszych czasów, na tych mogiłach w ogromnej mierze bezimiennych, jak gigantyczny grób nieznanego żołnierza. Klękam przy wszystkich po kolei tablicach Brzezinki, na których napisane jest wspomnienie ofiar Oświęcimia (…). Za wojnę są odpowiedzialni nie tylko ci, którzy ją bezpośrednio wywołują, ale również ci, którzy nie czynią wszystkiego, co leży w ich mocy, aby jej przeszkodzić. (…) Nigdy jeden naród nie może rozwijać się kosztem drugiego, nie może rozwijać się za cenę drugiego, za cenę jego uzależnienia, podboju, zniewolenia, za cenę jego eksploatacji, za cenę jego śmierci”. Powiedział również: „I jeszcze jedna tablica – wybrana… Tablica z napisem w języku rosyjskim. Nie dodaję żadnego komentarza. Wiemy, o jakim narodzie mówi ta tablica. Wiemy, jaki był udział tego narodu w ostatniej straszliwej wojnie o wolność ludów. I wobec tej tablicy nie wolno nam przejść obojętnie”.

Jego następcy – Benedykt XVI i Franciszek – złożyli wizyty w byłym KL Auschwitz w 2006 i 2016 r.

Pierwsze międzynarodowe obchody rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz odbyły się w 1995 r., w 50-tą rocznicę wyzwolenia obozu. Uczestniczył w nich prezydent Lech Wałęsa oraz liczne państwowe delegacje zagraniczne i delegacje społeczności żydowskich z Izraela, USA i Europy. Organizatorem tych uroczystości była Rada Pamięci Walk i Męczeństwa, której sekretarzem generalnym był wówczas Andrzej Przewoźnik (1963-2010).

Do 50-tej rocznicy wyzwolenia obozu odniósł się również 29 stycznia 1995 r. papież Jan Paweł II w rozważaniu podczas modlitwy Anioł Pański: „50-ta rocznica wyzwolenia więźniów obozu w Oświęcimiu przypomina o jednym z najbardziej mrocznych i tragicznych momentów historii. W Oświęcimiu, podobnie jak w innych obozach koncentracyjnych, zginęło wielu niewinnych ludzi różnej narodowości. Zwłaszcza synowie i córki narodu żydowskiego, skazanego na planową zagładę przez reżim hitlerowski, przeszli przez dramatyczne doświadczenie Holokaustu. Był to przejaw zaćmienia rozumu, sumienia i serca. Wspomnienie tego triumfu zła musi budzić w nas głęboką gorycz i braterską solidarność z tymi, którzy noszą niezatarte znamię tej tragedii”.

Wpływ na umiędzynarodowienie obchodów rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz miało niewątpliwie ustanowienie 1 listopada 2005 r. przez Zgromadzenie Ogólne ONZ dnia 27 stycznia Międzynarodowym Dniem Pamięci o Ofiarach Holokaustu. 27 stycznia tego roku – w 60-tą rocznice wyzwolenia obozu – odbyły się pod Pomnikiem Ofiar Faszyzmu na terenie byłego obozu Birkenau kolejne wielkie uroczystości międzynarodowe. Wzięło w nich udział ponad tysiąc żyjących jeszcze wtedy byłych więźniów KL Auschwitz z Polski, Izraela, Rosji, Francji, USA, Niemiec i innych krajów oraz delegacje z ponad 40 państw – w tym prezydenci Polski – Aleksander Kwaśniewski, Izraela – Mosze Kacaw, Rosji – Władimir Putin, Francji – Jacques Chirac, Niemiec – Horst Köhler, Ukrainy – Wiktor Juszczenko i wiceprezydent USA Dick Cheney. Do uczestników uroczystości swoje przesłanie skierował papież Jan Paweł II. W przesłaniu tym – odczytanym przez nuncjusza apostolskiego abpa Józefa Kowalczyka – zwierzchnik Kościoła katolickiego podkreślił, że nie wolno nikomu przejść obojętnie wobec tragedii Shoa, a prawda o Auschwitz jest wezwaniem dla współczesnego pokolenia do odpowiedzialności za kształt historii.

Przemawiający w imieniu byłych więźniów Władysław Bartoszewski oświadczył, że więźniowie mają prawo wierzyć, że ich cierpienie i śmierć ich bliskich miały znaczący sens dla lepszej przyszłości wszystkich ludzi. Z naciskiem podkreślił, że żadne państwo świata nie zareagowało odpowiednio na płynące z Polski wieści o tym co dzieje się w obozie Auschwitz, a adekwatna odpowiedź na te doniesienia mogłaby ocalić życie przynajmniej części ofiar.

„Musimy mówić, pamiętać i krzyczeć: tu było piekło na Ziemi! (…) Wciąż nie możemy zapomnieć, że to »ludzie ludziom zgotowali ten los«” – powiedział wtedy prezydent A. Kwaśniewski. Z kolei prezydent Rosji Władimir Putin zaznaczył, że „trzeba wyraźnie i jednoznaczne powiedzieć: wszelkie próby rewidowania historii, stawiania w jednym szeregu ofiar i katów, wyzwolicieli i okupantów, są amoralne i nie do przyjęcia”. Ponadto przywódca Rosji stwierdził, że „jesteśmy zobowiązani ogłosić jednym głosem obecnemu i przyszłym pokoleniom: nikt nie może i nie ma prawa być obojętnym wobec antysemityzmu, nacjonalizmu, ksenofobii, rasowej i religijnej nietolerancji”. Dodał, że jest mu wstyd za występujący w Rosji antysemityzm.

Mosze Kacaw zwrócił uwagę, że aktu zagłady dokonał naród, który wydał z siebie najwspanialszych naukowców, muzyków. Jak mówił, wielu z nich wiedziało o morderstwie, lecz pozostali obojętni. „Świat wiedział o zagładzie i milczał” – powiedział Kacaw.

Uroczystości w byłym obozie Birkenau poprzedziło Forum „Pozwólcie żyć narodowi mojemu”, które odbyło się tego samego dnia w Teatrze Słowackiego w Krakowie z udziałem przywódców państw, intelektualistów, artystów, byłych więźniów i weteranów Armii Czerwonej, którzy wyzwalali obóz.

Od przełomu pierwszej i drugiej dekady XXI wieku uroczystości rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz i Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu mają wyłącznie charakter międzynarodowy. Uczestniczą w nich premier polskiego rządu lub przedstawiciel Kancelarii Prezydenta RP oraz ambasadorowie Izraela, Niemiec, Rosji i USA, a podczas rocznic „półokrągłych” i „okrągłych” także delegacje państwowe na najwyższym szczeblu. Tak było podczas 65-tej rocznicy wyzwolenia obozu w 2010 r. z udziałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Donalda Tuska, premiera Izraela Binjamina Netanjahu i delegacji Knesetu, ministra edukacji i nauki Rosji Andrieja Fursenki, przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka i kilkudziesięciu delegacji państwowych. Na obchody 70-tej rocznicy wyzwolenia obozu w 2015 r. przybyły delegacje z ponad 40 państw. Polskę reprezentował prezydent Bronisław Komorowski, Niemcy – prezydent Joachim Gauck, Francję – prezydent Frnçois Hollande, Ukrainę –prezydent Petro Poroszenko, Litwę – prezydent Dalia Grybauskaite, Słowację – prezydent Andrej Kiska, Czechy – premier Bohuslav Sobotka, Belgię – król Filip I, Holandię – król Willem-Alexander, USA – sekretarz skarbu Jack Lew, Izrael – przewodniczący Rady Yad Vashem rabin Meir Lau, a Stolicę Apostolską – kard. Stanisław Dziwisz. Nie przybył prezydent USA Barack Obama, który przesłał jedynie oświadczenie. Zapewnił w nim, że „nigdy nie zapomnimy o ofiarach Holokaustu i obiecujemy, że nigdy więcej nic podobnego się nie powtórzy”. Nie przybył również Władimir Putin, który twierdził, że go nie zaproszono, ale faktycznie zbojkotował uroczystość w Polsce. Już wtedy przywódca Rosji próbował organizować konkurencyjne obchody rocznicy wyzwolenia Auschwitz z udziałem Wiaczesława Mosze Kantora i prezydenta Czech Miloša Zemana w Pradze i na terenie byłego obozu koncentracyjnego w Terezinie. W związku z niepowodzeniem zorganizowania przez Rosję takich obchodów alternatywnych, na uroczystość 70-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz przybyła jednak do Oświęcimia i Brzezinki delegacja rosyjska z szefem administracji prezydenta Rosji Siergiejem Iwanowem na czele.

Prezydent Bronisław Komorowski w swoim przemówieniu 27 stycznia 2015 r. podczas międzynarodowej uroczystości w byłym obozie Birkenau podkreślił m.in., że „dokładnie o tej porze, 70 lat temu, obóz oswobodzili żołnierze 60. Armii Pierwszego Frontu Ukraińskiego Armii Czerwonej”, a „po południu 100. Lwowska Dywizja Piechoty wkroczyła do głównej części obozu. Z wdzięcznością i szacunkiem myślimy dzisiaj o tych żołnierzach”.

W uroczystości wzięło udział około 300 żyjących jeszcze byłych więźniów KL Auschwitz – głównie z Polski i Izraela. W imieniu byłych więźniów polskich przemówił Kazimierz Albin, a w imieniu byłych więźniów żydowskich przemówili Halina Birenbaum i Roman Kent. Kazimierz Albin przypomniał, że w obozie i wokół niego istniał zorganizowany ruch oporu kierowany przez AK, Polską Partię Socjalistyczną i Bataliony Chłopskie, a „ofiarność ludności polskiej ze strefy przyobozowej była bezcenna”. Natomiast Roman Kent mówił o próbach negowania Holokaustu. Jego zdaniem „wraz z upływem czasu wyraźniej widać, że ideologiczni spadkobiercy sprawców tej zbrodni, podobnie jak negacjoniści, ludzie niedouczeni (…) próbują wygładzić Shoah”.

Ważna uroczystość odbyła się również podczas obchodów 68-mej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz 27 stycznia 2013 r. Miało wtedy miejsce odsłonięcie rosyjskiej wystawy narodowej w bloku 14 byłego obozu macierzystego KL Auschwitz I. Wystawa ta – na której pokazane są m.in. męczeństwo jeńców radzieckich i martyrologia obywateli ZSRR w KL Auschwitz oraz rola Armii Czerwonej w wyzwoleniu obozu – została przygotowana przez Ministerstwo Kultury Federacji Rosyjskiej oraz Centralne Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Moskwie. W jej otwarciu uczestniczyli przewodniczący Dumy Państwowej Rosji Siergiej Naryszkin, wicemarszałek Sejmu RP Jerzy Wenderlich, ministrowie kultury Rosji i Polski Władimir Medinski i Bogdan Zdrojewski oraz żyjący weterani Armii Czerwonej, którzy wyzwalali obóz.

Tegoroczne międzynarodowe obchody 75-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz będą prawdopodobnie jednymi z ostatnich, w których wezmą udział ostatni żyjący byli więźniowie tego obozu. Po ich odejściu trudna rola strażników pamięci spadnie na tych, którzy rozumieją znaczenie pamięci i prawdy historycznej o zbrodniach nazistowskich w zapobieganiu powtórzeniu się koszmaru, jaki miał miejsce w KL Auschwitz i innych niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych i obozach zagłady.

Bohdan Piętka

29 stycznia 2020 r.

„Przegląd” nr 5 (1047), 27.01-2.02.2020, s. 18-20

Wyzwolenie KL Auschwitz

Wyzwolenie KL Auschwitz w dniu 27 stycznia 1945 r. położyło kres ponad czterech i pół lat historii największego niemieckiego i nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady. Obozu, który pochłonął życie 1,1 mln ofiar, głównie Żydów, ale także około 70 tys. Polaków, 21 tys. Romów, 15 tys. jeńców radzieckich i tysięcy więźniów innych narodowości (Białorusinów, Czechów, Francuzów, Jugosłowian, Niemców, Rosjan, Ukraińców i in.). Obozu, który stał się na zawsze wiodącym symbolem barbarzyństwa nazistowskiego totalitaryzmu.

Ostatni etap historii KL Auschwitz rozpoczął się tuż pod koniec czerwca 1944 r., kiedy Armia Czerwona przystąpiła do ofensywy letniej. W wyniku tej ofensywy wojska radzieckie dotarły do linii Wisła-Wisłoka i od Oświęcimia dzieliło je niecałe 200 km. Władze niemieckie wzięły wówczas pod uwagę możliwość likwidacji obozu w przypadku dalszego posuwania się frontu. Podjęto w związku z tym wstępne działania ewakuacyjno-likwidacyjne. W ich ramach od końca czerwca 1944 r. do połowy stycznia 1945 r. stopniowo przenoszono więźniów KL Auschwitz do obozów koncentracyjnych w głębi Rzeszy, takich jak Buchenwald, Dachau, Flossenbürg, Gross-Rosen, Mauthausen, Mittelbau-Dora, Natzweiler, Neuengamme, Ravensbrück i Sachsenhausen. Ta wstępna ewakuacja objęła około 65 tys. więźniów. W połowie stycznia 1945 r. przebywało w KL Auschwitz jeszcze około 67 tys. więźniów – ponad 31 tys. z nich w obozie macierzystym KL Auschwitz I oraz w obozie KL Auschwitz II-Birkenau, ponad 35 tys. w podobozach znajdujących się w prowincji górnośląskiej, a około 600 pozostałych w trzech podobozach funkcjonujących na Morawach.

12 stycznia 1945 r. rozpoczęła się ofensywa zimowa Armii Czerwonej. Szybkie postępy tej ofensywy spowodowały, że wyższy dowódca SS i policji we Wrocławiu SS-Obergruppenführer Ernst-Heinrich Schmauser wydał rozkaz ewakuacji więźniów KL Auschwitz. Ogółem objęto ewakuacją – głównie pieszą – w dniach 17-23 stycznia 1945 r. ponad 58 tys. więźniów KL Auschwitz z obozu macierzystego KL Auschwitz I, obozu Birkenau i 29 podobozów. W dwóch głównych obozach oświęcimskich i kilku podobozach pozostało niecałe 9 tys. przeważnie krańcowo wyczerpanych pod względem fizycznym oraz ciężko chorych więźniów, a także członków więźniarskiego personelu szpitali obozowych.

Ostateczna ewakuacja więźniów oświęcimskich stanowiła jeden z najtragiczniejszych rozdziałów historii KL Auschwitz. Przemarsze kolumn ewakuacyjnych przez Górny i Dolny Śląsk nazwano „marszami śmierci”. Zaśnieżone i oblodzone drogi zostały usłane zwłokami więźniów zmarłych z wyczerpania i wskutek przemarznięcia, a w jeszcze większej liczbie zastrzelonych przez konwojujących ich esesmanów. Większość ewakuowanych więźniów skierowano dwiema głównymi trasami. Pierwsza – licząca 63 km – wiodła z Oświęcimia do Wodzisławia Śląskiego. Ewakuowano nią około 25 tys. więźniów. Druga – licząca 55 km – wiodła z Oświęcimia przez Mikołów do Gliwic. Przeszło nią co najmniej 17 tys. więźniów oświęcimskich. Więźniowie, którzy dotarli do Wodzisławia Śląskiego i Gliwic zostali odprawieni transportami kolejowymi do obozów koncentracyjnych w głębi Rzeszy. Jedną z najdłuższych tras – liczącą 250 km – przebyło 3,2 tys. więźniów z podobozu oświęcimskiego Neu-Dachs w Jaworznie, których ewakuowano w pieszym marszu do KL Gross-Rosen na Dolnym Śląsku. Ogółem ewakuacja KL Auschwitz pochłonęła życie od 9 do 15 tys. więźniów.

Teren obozu macierzystego KL Auschwitz I i obozu Birkenau był strzeżony przez stałe posterunki SS do 20 bądź 21 stycznia 1945 r. Wtedy pełniący jeszcze służbę na obozowych wieżach strażniczych esesmani w większości opuścili obóz. Nadal jednak teren obozowy patrolowały liczne oddziały SS. Przejeżdżały tamtędy również oddziały Wehrmachtu. 20 stycznia wysadzono w powietrze budynki krematoriów II i III, natomiast 26 stycznia krematorium V. Ponad 8500 w większości chorych i wyczerpanych więźniów znajdowało się do końca w sytuacji niepewnej. SS-Obergruppenführer Schmauser wydał rozkaz unicestwienia więźniów, którzy nie zostali objęci ewakuacją. Rozkaz ten nie został wykonany prawdopodobnie z powodu pospiesznej ucieczki esesmanów, jednakże doszło do kilku masakr na pozostałych w KL Auschwitz więźniach.

W dniach 20 lub 21 oraz 25 stycznia 1945 r. w obozie Birkenau zostało zamordowanych od 300 do 400 żydowskich więźniów i więźniarek przez specjalnie przybyłe w tym celu, nie rozpoznane bliżej oddziały SS i funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa (SD). Masakr dokonano też w dniach 19-27 stycznia 1945 r. na około 400 więźniach podobozów oświęcimskich w Blachowni Śląskiej, Czechowicach, Gliwicach, Rydułtowach i Wesołej.

Zadanie wyzwolenia KL Auschwitz przypadło 60. armii I Frontu Ukraińskiego w chwili, gdy nacierała ona lewym brzegiem Wisły od Krakowa w kierunku Górnego Śląska. Wojska radzieckie otrzymały bliższe informacje o KL Auschwitz dopiero po wyzwoleniu Krakowa 18 stycznia 1945 r. i dlatego nie dotarły do Oświęcimia przed 27 stycznia. Na rozkaz dowódcy 60. armii gen. Pawła Kuroczkina trzy jej dywizje oskrzydliły formacje niemieckie w Oświęcimiu. Najszybsza z nich była 100. dywizja strzelecka ze 106. korpusu. W sobotę 27 stycznia przed południem pierwsi jej zwiadowcy zjawili się we wschodnim rejonie Oświęcimia, gdzie znajdował się podobóz Monowitz. Tego samego dnia dotarła do miasta od północy 148. dywizja piechoty 106. korpusu, a od południowego wschodu 322. dywizja 28. korpusu 60. Armii. Do centrum Oświęcimia żołnierze radzieccy weszli wczesnym popołudniem 27 stycznia. Następnie skierowali się w stronę obozu macierzystego i obozu Birkenau. Tylko przy pierwszym z nich napotkali na opór cofających się oddziałów niemieckich, który szybko przełamali. Oba obozy zajęli około godziny 15-tej.

W bezpośrednich walkach o wyzwolenie podobozu Monowitz, obozu macierzystego, obozu Birkenau oraz Oświęcimia i okolicy poległo 231 żołnierzy radzieckich. Od 60 do 70 z nich zginęło w walkach w strefie obozowej. Znajdowali się wśród nich m.in. podporucznik narodowości tatarskiej Gilmudin Badryjewicz Baszirow oraz dowódca 472. pułku piechoty, płk Siemen Lwowicz Biesprozwannyj. W większości spoczywają oni na cmentarzu miejskim w Oświęcimiu. W obozie macierzystym, obozie Birkenau i podobozie Monowitz wyzwolenia doczekało około 7 tys. więźniów, w tym ponad 400 dzieci w wieku od kilku dni do 15 lat. Około 500 więźniów zostało wyzwolonych przed 27 stycznia w podobozach oświęcimskich w Blachowni Śląskiej, Jawiszowicach, Jaworznie, Libiążu, Starej Kuźni, Świętochłowicach i Wesołej. Na terenie obozowym w Oświęcimiu i Brzezince żołnierze radzieccy znaleźli około 600 zwłok więźniów zastrzelonych przez esesmanów w trakcie wycofywania się z Oświęcimia oraz zmarłych w tym czasie z wycieńczenia.

Wyzwolenie KL Auschwitz było zasługą głównie 100. lwowskiej dywizji strzeleckiej. Stała się ona bohaterką światowych mediów 27 stycznia 2015 r., kiedy ówczesny minister spraw zagranicznych Polski Grzegorz Schetyna ogłosił, że KL Auschwitz wyzwolili Ukraińcy. Z faktu, że dywizja miała w nazwie przymiotnik „lwowska” oraz że działała w ramach I Frontu Ukraińskiego minister wyciągnął bowiem wniosek, że służyli w niej głównie Ukraińcy. Jednakże dywizja miała nazwę „lwowska” dlatego, że pod koniec lipca 1944 r. zdobyła Lwów i została w ten sposób wyróżniona przez dowództwo, natomiast nazwa frontu była związana z kierunkiem operacyjnym jego działania, a nie narodowością żołnierzy.

Żołnierze służący w 100. lwowskiej dywizji strzeleckiej byli różnych narodowości, ponieważ ZSRR był państwem wielonarodowościowym. Dziennikarskie śledztwo sprowokowane przez szefa polskiej dyplomacji ustaliło, że 60 % z nich stanowili Rosjanie. Dywizja ta została sformowana 18 marca 1942 r. w Wołogdzie z żołnierzy pochodzących z obwodów wołogodzkiego, archangielskiego i autonomicznej Republiki Komi. Na pewno nie byli to więc Ukraińcy. Ci mogli być wcielani dopiero, gdy dywizja weszła do walk na Ukrainie. Początkowo 100. dywizja walczyła na froncie woroneskim, a następnie brała udział w operacjach: woronesko-kastornieńskiej, żytomiersko-berdyczowskiej, proskurowsko-czerniowieckiej, lwowsko-sandomierskiej, sandomiersko-śląskiej (podczas której wyzwoliła KL Auschwitz), morawsko-ostrawskiej i w praskiej operacji strategicznej, w czasie której brała udział w wyzwoleniu Opawy i Pragi (6-11 maja 1945 r.). Od 28 stycznia 1944 r, do 11 maja 1945 r. dowódcą dywizji był płk Fiodor M. Krasawin (1896-1948), awansowany w listopadzie 1944 r. na stopień generała majora.

Późniejszy wyzwoliciel Auschwitz urodził się w rodzinie rosyjskich chłopów w guberni jarosławskiej. Podczas pierwszej wojny światowej walczył w armii rosyjskiej, a podczas wojny domowej w Armii Czerwonej. Po jej zakończeniu został zawodowym oficerem. W 1933 roku ukończył Akademię Wojskową Armii Czerwonej im. M. Frunze. Tak jak wielu oficerów Armii Czerwonej stał się ofiarą Wielkiego Terroru (1937-1938). Aresztowano go w lipcu 1938 r. Trybunał wojskowy skazał go pod fałszywymi zarzutami na 12 lat obozów pracy przymusowej. W czerwcu 1940 r. Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego ZSRR złagodziło ten wyrok do 5 lat. Z łagrów uwolniła go agresja Niemiec na ZSRR w 1941 roku. Klęski i straty ponoszone przez stronę radziecką w pierwszej fazie wojny spowodowały, że Stalin sięgnął po kadry oficerskie uwięzione w GUŁAG-u. Fiodor Krasawin doczekał się zwolnienia z łagru w lutym 1942 r. i od razu został wysłany na front.

Dowodził m.in. 263. dywizją piechoty, która walczyła w Karelii, a następnie 100. dywizją strzelecką. Za wyzwolenie KL Auschwitz został odznaczony Orderem Aleksandra Newskiego. Po wojnie dowodził m.in. 26. homelską brygadą strzelecką i garnizonem w Kazaniu. Na tym stanowisku gen. Krasawin zmarł w październiku 1948 r. w wieku 52 lat z powodu niewydolności serca. W 1968 roku został pośmiertnie zrehabilitowany przez Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego ZSRR za skazanie i uwięzienie w latach 1938-1942.

Część wyzwolonych więźniów oświęcimskich znajdujących się we względnie dobrym stanie fizycznym niezwłocznie opuściła były obóz i udała się do swoich miejscowości rodzinnych. Większość z nich wymagała jednak natychmiastowej pomocy medycznej. Pospieszyły im z pomocą radziecka wojskowa służba medyczna oraz społeczeństwo polskie. Szczególną rolę odegrał przy tym aktyw Polskiego Czerwonego Krzyża z Oświęcimia, Brzeszcz i Krakowa. Z Krakowa przybyła na teren byłego KL Auschwitz najliczniejsza grupa ochotników PCK, wśród nich uczestnicy powstania warszawskiego. Dzięki nim na terenie byłego obozu obok radzieckich szpitali wojskowych powstał Szpital Obozowy PCK. Jego kierownictwo objął dr Józef Bellert. Wieloma chorymi więźniami zaopiekowały się też siostry zakonne Serafitki w Oświęcimiu, przyjmując ich do swojego zakładu. Pod opieką tych szpitali znalazło się ponad 4500 chorych byłych więźniów – obywateli ponad 20 państw. Wśród nich było około 960 obywateli polskich. Dużą, licząca 160-170 osób grupę tworzyły Polki deportowane do KL Auschwitz z Warszawy podczas powstania warszawskiego. Wycieńczonych głodem pacjentów stopniowo przyzwyczajano do jedzenia, dawkując im posiłki niemal jak leki, np. zupę z przecieranych ziemniaków w ilości trzy razy dziennie po łyżce, a po pewnym czasie po kilka łyżek. Przez wiele tygodni po wyzwoleniu pielęgniarki znajdowały pod siennikami i materacami chleb, chowany obozowym zwyczajem przez niektórych chorych na następny dzień w niedowierzaniu, że wkrótce otrzymają nowe porcje. Niestety, nie wszystkich chorych udało się uratować.

Większość ocalonych więźniów opuściła radzieckie szpitale i Szpital Obozowy PCK w ciągu trzech-czterech miesięcy po wyzwoleniu. Setki z nich, pochodzących spoza Polski, przewieziono do repatriacyjnych punktów zbornych i sanitarnych, które przygotowały polskie instytucje społeczne w Bielsku, Katowicach i Krakowie. Zanim udali się do swoich miejsc zamieszkania zwrócili się do światowej opinii publicznej z kilkoma rezolucjami, w których piętnowali zbrodnie hitlerowskie, ostrzegali przed niebezpieczeństwem ich powtórzenia oraz wzywali do przeciwdziałania temu niebezpieczeństwu. W jednej z takich rezolucji – podpisanej przez 27 osób reprezentujących inteligencję różnych krajów – czytamy w zakończeniu: Jako wyzwoleni więźniowie zawdzięczamy życie bohaterskiej Armii Czerwonej i prosimy międzynarodową społeczność i wszystkie rządy o przyjęcie tego do wiadomości i wyrażenie wdzięczności w naszym imieniu[1].

Faktu tego negować nie można. Hołd wyzwolicielom KL Auschwitz – niezależnie od takich czy innych ocen wyzwolenia ziem polskich w latach 1944-1945, formułowanych czy to przez historyków, czy przez dziennikarzy, czy przez polityków – oddaje stała wystawa na ekspozycji rosyjskiej w bloku 14 w Muzeum Auschwitz-Birkenau. Nieopodal zbiorowej mogiły ostatnich ofiar KL Auschwitz przy ulicy Więźniów Oświęcimia znajduje się też obelisk z napisem Żołnierzom Armii Radzieckiej – oswobodzeni 1945. Jest to chyba ostatni albo jeden z ostatnich pomników Armii Czerwonej w Polsce. Nikt mu dotychczas nie zarzucił, że propaguje totalitaryzm.

Jeśli jednak mówimy o wyzwoleniu przez Armię Czerwoną i jej zwycięstwie nad niemieckim nazizmem, to – nie podważając tego faktu – trzeba też powiedzieć o jego drugiej stronie. Wymaga tego uczciwość historyczna. Tego samego 27 stycznia 1945 r., kiedy czerwonoarmiści otwierali bramy KL Auschwitz ich koledzy dokonali zbrodni wojennej w Przyszowicach w powiecie gliwickim. Sądzili, że są na terytorium przedwojennych Niemiec i będą mogli wziąć odwet na ludności wroga za agresję Hitlera na Związek Radziecki. Tymczasem Przyszowice były ostatnią polską wsią przed granicą z Niemcami, przyłączoną do Macierzy po plebiscycie w 1921 r. W tej miejscowości mieszkało wielu powstańców śląskich i działaczy plebiscytowych. Czerwonoarmiści pomylili kierunki i wkroczyli do Przyszowic od strony Gliwic. Wydawało im się, że są na przedwojennym terytorium niemieckim. Do wychodzących im na powitanie mieszkańców strzelali bez ostrzeżenia i bez tłumaczeń. Zginęło co najmniej 69 osób w wieku od 10 do 78 lat, w tym kilku Żydów węgierskich i włoskich – więźniów KL Auschwitz – których Polacy z Przyszowic ukryli podczas „marszu śmierci”. W pobliskich Gierałtowicach czerwonoarmiści wymordowali siedmioosobową rodzinę, a w Gliwicach i okolicy od stycznia do końca wiosny 1945 r. aż 800 osób – Niemców i Ślązaków. Do podobnych zbrodni doszło też w Miechowicach koło Bytomia, Raciborzu i innych miejscowościach. Żądni odwetu na Niemcach żołnierze radzieccy mordowali niejednokrotnie słowiańską ludność Górnego Śląska[2].

Na terenie byłego KL Auschwitz powstały dwa obozy NKWD. Pierwszy z ich funkcjonował w byłym obozie macierzystym KL Auschwitz I od wiosny do jesieni 1945 r. i przetrzymywano w nim wyłącznie jeńców niemieckich. W nomenklaturze NKWD określany był jako łagier nr 22. Drugi z tych obozów – formalnie też jeniecki, określany jako łagier nr 78 – został założony w obrębie byłego obozu kobiecego na odcinkach BIa i BIb KL Auschwitz II-Birkenau. Istniał od wiosny 1945 do wiosny 1946 r. Jednakże do przełomu lata i jesieni 1945 r. więziono w nim także osoby cywilne pochodzące z Górnego Śląska i Podbeskidzia. W obozach tych przebywało łącznie nie mniej niż 25 tys. osób. Ich komendantem był pułkownik o nazwisku Masłobojew. Były to obozy przejściowe, w których umieszczano głównie jeńców niemieckich, przed ich deportacją do łagrów na terenie ZSRR.

Wiosną 1945 r. polskie komunistyczne władze wojewódzkie w Katowicach zostały poinformowane przez internowanych, którzy potajemnie wysłali list do wojewody śląskiego, gen. Aleksandra Zawadzkiego, że w obozach NKWD w Oświęcimiu przebywa 12 tys. Polaków – osób cywilnych i jeńców byłej armii niemieckiej. W rezultacie interwencji wojewody Zawadzkiego w drugiej połowie sierpnia i we wrześniu 1945 r. Rosjanie zwolnili dużą liczbę (podobno 10 tys.) internowanych osób cywilnych i jeńców wojennych.

W Oświęcimiu istniał też po wyzwoleniu obóz Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Utworzono go niedaleko dworca kolejowego na terenie byłego „Gemeinschaftslagru”, w którym w latach wojny przebywali robotnicy polscy, pracujący przymusowo przy pracach budowlanych na terenie KL Auschwitz. Według zapisów zgonów w księgach parafii rzymskokatolickiej Matki Bożej Królowej Polski w Oświęcimiu-Brzezince, w okresie od 20 kwietnia 1945 r. do lutego 1946 r. odnotowano w obozie PUBP śmierć blisko 150 osób, pochodzących głównie z okolic Bielska-Białej i z Górnego Śląska[3].

Mówiąc o wyzwoleniu KL Auschwitz trzeba widzieć całość – nie tylko bohaterskich czerwonoarmistów wyzwalających obóz, ale także obozy NKWD powstałe na terenie wyzwolonego KL Auschwitz i masakry Armii Czerwonej na ludności słowiańskiej i niemieckiej pobliskiego Górnego Śląska. Moim zdaniem jedno nie unieważnia drugiego i nie odbiera chwały wyzwolicielom KL Auschwitz. Musimy zrozumieć całą złożoność tych wydarzeń historycznych, a nie wybierać z nich tylko jeden element – jak czyni to z jednej strony polska polityka historyczna, która chciałaby widzieć przeważnie negatywne strony działań Armii Czerwonej na ziemiach polskich, a z drugiej strony rosyjska polityka historyczna, dla której bohaterskie czyny Armii Czerwonej mają być zasłoną dla czynów haniebnych i zbrodni radzieckich.

Historia nigdy nie jest czarno-biała. Zawsze jest trudna i skomplikowana w stopniu czasem przekraczającym wyobrażenia i oczekiwania osób, które widzą w historii jedynie narzędzie propagandy uzasadniającej jakąś politykę. Tak też jest z historią Polski w latach 1944-1945 i później. Czarno-biała jest historia tylko dla polityki historycznej, która z wielowątkowej mozaiki wybiera pasujący jej element i na nim buduje tendencyjną narrację. Prezydent Bronisław Komorowski podczas uroczystości rocznicowych wyzwolenia Kołobrzegu w marcu 2015 r. trafnie zauważył, że żołnierze Armii Czerwonej nie mogli przynieść wolności, ponieważ sami nie mieli jej w swojej ojczyźnie, ale powinniśmy ich szanować za trud żołnierski i – dodam – za uwolnienie spod śmiercionośnej okupacji niemieckiej, w tym za wyzwolenie KL Auschwitz. Nie oznacza to jednak, że mamy milczeć na temat tego co nie przyniosło im oraz ich ówczesnemu państwu chwały. Szkoda, że tym tropem nie poszła polska polityka historyczna po 2015 roku.

[1] Cyt. za: A. Strzelecki, Ewakuacja, likwidacja i wyzwolenie KL Auschwitz, Oświęcim 1982, s. 222-223.

[2] Zbrodnie wojenne Armii Czerwonej na  Ślązakach – pierwsze śledztwa, http://www.wiadomosci.wp.pl, 6.10.2005: IPN: zbrodnie Armii Czerwonej w Gliwicach do umorzenia, http://www.tvp.info, 23.01,2009.

[3] A. Cyra, Obozy NKWD i UB w Oświęcimiu, Wprawnym Okiem Historyka, http://www.cyra.wblogu.pl; M. Jankowski, Sierp i młot nad Oświęcimiem, „Focus Historia”, nr 11/2016.

Bohdan Piętka

24 stycznia 2020 r.

„Przegląd” nr 4 (1046), 20-26.01.2020, s. 18-21

Rosyjski rewizjonizm historyczny

„Kiedyś prezydent Rosji Władimir Putin honorował Polskę na Westerplatte i w Katyniu, teraz wyzywa od kolaborantów. Strach pomyśleć jaki będzie kolejny pisowski sukces” – napisał eurodeputowany Platformy Obywatelskiej, były minister spraw zagranicznych w rządzie PO-PSL Radosław Sikorski. Pisowski sukces? Ale przecież to jest także sukces Radosława Sikorskiego. Przecież w czasie przewrotu kijowskiego w 2014 roku był na Majdanie i patronował tam zawarciu porozumienia pomiędzy Janukowyczem a puczystami, które zostało zaraz zerwane przez tych drugich. Zanim we wrześniu 2014 roku przestał być szefem polskiej dyplomacji, stosunki z Rosją poświęcono już na rzecz „wspierania Ukrainy”. No ale tak to już jest, że klęska jest sierotą, a sukces ma wielu ojców. W tym wypadku ów „sukces” jest klęską, czyli sierotą.

O błędach polskiej polityki wschodniej i polskiej polityki historycznej wobec Rosji pisałem już wielokrotnie. Przyjrzę się więc teraz najnowszej rosyjskiej narracji historycznej. Po 20 grudnia 2019 roku pojawiły się w niej elementy nowe, które uzupełniły elementy dotychczas obecne. Te składniki dotychczas obecne to krytyka układu z Monachium oraz polskiej polityki wobec Czechosłowacji w 1938 roku. Sam wielokrotnie krytykowałem i jedno, i drugie. Podkreślałem, że Monachium oznaczało demontaż porządku wersalskiego, który gwarantował także istnienie Polski. Dlatego przyłączając się do tego demontażu Józef Beck działał przede wszystkim przeciw niepodległości Polski. To była ze strony polskiej polityka bezmyślna i wobec Czechów łajdacka, ale nie może być ona żadnym usprawiedliwieniem dla późniejszej polityki Stalina. W Rosji uważa się, że układ z Monachium usprawiedliwia pakt Ribbentrop-Mołotow, albo że pakt ten w świetle Monachium był bez znaczenia dla wybuchu drugiej wojny światowej. Takie stanowisko jest nie do przyjęcia.

Władimir Putin nie zauważa jednego drobnego szczegółu. Nawet jeżeli przyjmiemy, że pakt Ribbentrop-Mołotow nie był bezpośrednią przyczyną wybuchu drugiej wojny światowej, że bez tego układu Hitler i tak by wojnę wywołał (na co był zdecydowany od kwietnia 1939 roku), to z punktu widzenia prawa międzynarodowego tajny protokół do tego paktu był zbrodnią przeciwko pokojowi oraz niepodległości i integralności terytorialnej sześciu państw. Jest zatem kwestią drugorzędną czy Parlament Europejski i polski Sejm potępiłyby pakt Ribbentrop-Mołotow za to, że miał doprowadzić do wybuchu wojny czy za to, że był zbrodnią przeciwko pokojowi, suwerenności i integralności terytorialnej sześciu państw. To detal. Ponadto – co strona rosyjska przemilcza – realizacja celów strategicznych Moskwy odbywała się stalinowskimi, czyli zbrodniczymi metodami.

Starym elementem rosyjskiej polityki historycznej jest również narracja o „pakcie Piłsudski-Hitler” – jak się tam nazywa polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 roku – oraz „sojuszu polsko-niemieckim” w latach 1934-1939 i mającej z tego wynikać „odpowiedzialności Polski za wybuch wojny”. Najnowszemu wydaniu tej narracji towarzyszą ewidentne kłamstwa o „czystce etnicznej na Zaolziu”, której miała się tam jakoby dopuścić II Rzeczpospolita.

W związku z tym trzeba przypomnieć, że do 1935 roku partie komunistyczne w Europie kierowały się na polecenie Międzynarodówki Komunistycznej (czyli Józefa Stalina) doktryną tzw. „socjalfaszyzmu”. Doktryna ta zakazywała partiom komunistycznym współpracy politycznej z partiami socjaldemokratycznymi (określanymi w tej doktrynie jako „socjalfaszystowskie”). Doktryna „socjalfaszyzmu” doprowadziła do rozbicia wspólnego frontu KPD i SPD przeciw nazizmowi. Była to jedna z najważniejszych bezpośrednich przyczyn dojścia NSDAP do władzy w Niemczech i upadku Republiki Weimarskiej. Dopiero na VII kongresie Kominternu w 1935 roku Międzynarodówka Komunistyczna uznała swoją doktrynę „socjalfaszymu” za błędną. Rzucono wtedy hasło tworzenia „frontów ludowych” pod przewodnictwem komunistów. Kto zatem zapalił zielone światło Hitlerowi? Nie w 1938 roku, ale w 1924 roku? Wtedy bowiem na polecenie Stalina przyjęto w Kominternie doktrynę „socjalfaszyzmu” i nie wycofano się z niej nawet w obliczu wydarzeń w Niemczech w latach 1930-1933. Trzeba też przypomnieć o niemiecko-radzieckim układzie w Rapallo z 16 kwietnia 1922 roku oraz będącej jego następstwem niemiecko-radzieckiej współpracy wojskowej do roku 1933. Przyszła potęga militarna Niemiec była w tym czasie budowana na radzieckich poligonach i uczelniach wojskowych.

Nowym elementem rosyjskiej polityki historycznej – zaprezentowanym po wystąpieniach prezydenta Rosji z 20-24 grudnia 2019 roku – jest sugerowanie polsko-niemieckiej współpracy w przygotowaniu „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” już przed drugą wojną światową oraz podczas jej trwania. Strona rosyjska – wychodząc z taką narracją – niewątpliwie wykorzystała dwie rzeczy: fakt pogorszenia się stosunków polsko-izraelskich i polsko-żydowskich po nowelizacji ustawy o IPN w styczniu 2018 roku oraz osłabienie pozycji Polski w Unii Europejskiej za rządów PiS. To ma pozbawić Polskę ewentualnych sojuszników.

Po wystąpieniu prezydenta Rosji na temat tzw. notatki Lipskiego, podczas którego użył on słów „swołocz” i „antysemicka świnia”, pojawiły się w rosyjskich mediach programy i publikacje na temat polskiego przedwojennego i wojennego antysemityzmu. Nie jest to nowość, ponieważ już w kwietniu 2019 roku znany proputinowski dziennikarz Władimir Sołowiow ogłosił w telewizji Rossija 1, że podczas drugiej wojny światowej Polacy mieli wymordować więcej Żydów niż Niemcy oraz oskarżył Polaków, że nie chcą wypłacić Żydom rekompensat. Już wtedy padły słowa o „polskiej swołoczy”[1].

Nawet rosyjskojęzyczna Wikipedia podaje – omawiając obszernie spotkanie ambasadora Józefa Lipskiego z Hitlerem w Obersalzbergu 20 września 1938 roku – że w tym czasie Hitler był daleki od idei fizycznego unicestwienia Żydów i chodziło o tzw. „afrykański projekt”, który rosyjskojęzyczna Wikipedia definiuje jako „ideę żydowskiego państwa w Afryce”. Zupełnie inaczej niż Władimir Putin, który stwierdził, że chodziło o wysłanie Żydów do Afryki rzekomo na śmierć. Rosyjskojęzyczna Wikipedia cytuje też notatkę Lipskiego na podstawie opracowania Wacława Jędrzejewicza o Lipskim („Józef Lipski. Diplomat in Berlin, 1933-1939. Papers and Memoirs of Józef Lipski, Ambassador of Poland”, pod red. Wacława Jędrzejewicza, New York 1968, s. 679) oraz na podstawie rosyjskiej edycji źródłowej z 1981 roku pt. „Dokumenty i materiały w przededniu drugiej wojny światowej 1937-1939” („Документы и материалы кануна второй мировой войны 1937-1939”). Notatka Lipskiego brzmiała: „Gdyby mocarstwa zachodnie lepiej rozumiały wymagania Niemiec w kwestii kolonialnej, to on, Führer, zapewne zapewniłby w Afryce pewne terytorium, które można by wykorzystać do osiedlenia się nie tylko niemieckich, ale także polskich Żydów”. Było to zgodne z polityką polskiego rządu, który od 1935 roku dyskutował z władzami francuskimi oraz z udziałem palestyńskich syjonistów o planie przesiedlenia polskich Żydów na Madagaskar. Lipski wyraził aprobatę dla słów Hitlera: „… on (Hitler) wpadł na pomysł rozwiązania problemu żydowskiego poprzez emigrację do kolonii w porozumieniu z Polską, Węgrami, a może Rumunią (tutaj odpowiedziałem, że jeśli znajdzie rozwiązanie, to postawimy mu piękny pomnik w Warszawie …)”.

Nie chodziło zatem o mordowanie kogokolwiek, ani o wypędzanie kogokolwiek, tylko o uzyskanie od zachodnich mocarstw kolonialnych terenu osadniczego dla Żydów w Afryce (syjoniści postulowali wtedy Palestynę, gdzie 10 lat później rzeczywiście powstał Izrael). Na podstawie tej notatki nie można wyciągnąć takich wniosków, jakie wyciągnął prezydent Rosji (także odnośnie domniemanego antysemityzmu Lipskiego). Żaden historyk, cytujący notatkę Lipskiego, na taką narrację jak Putin nie poszedł. Nawet David Irving.

Każdy kto chce wiedzieć jak było z tzw. „planem Madagaskar” powinien przeczytać wydaną w 2019 roku przez Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie książkę Zofii Trębacz pt. „Nie tylko Palestyna. Polskie plany emigracji wobec Żydów 1935-1939”. Autorka pisze: „Wszystko wskazuje na to, że rozmowy prowadzone między przedstawicielami żydowskich organizacji a dyplomatami kolonialnego mocarstwa [czyli Francji – uzup. BP] okazały się owocne, gdyż na początku 1937 roku rząd polski rozpoczął w tej sprawie konkretne rozmowy z francuskimi politykami – premierem Leonem Blumem i ministrem kolonii Mariusem Moutetem. Obaj zaakceptowali plan w ogólnym zarysie i zasugerowali przeprowadzenie badań, które mogłyby dostarczyć więcej szczegółów. Moutet zaproponował nawet pomoc specjalistów”. W konsekwencji na Madagaskar udała się polska komisja, w której pracach brał udział m.in. Arkady Fiedler.

Jeśli Władimir Putin chce rozliczać Polskę z przedwojennego antysemityzmu, ro powinien sobie uświadomić, że Rosja w dziedzinie antysemityzmu ma znacznie większe osiągnięcia niż Polska. Wydane w 1903 roku w Petersburgu „Protokoły mędrców Syjonu” (biblia antysemityzmu) zostały spreparowane przez rosyjską Ochranę. Na przełomie XIX i XX wieku miały też miejsce w Imperium Rosyjskim masowe mordy na Żydach, inspirowane m.in. przez carską Ochranę. W latach 1881-1884 doszło w Rosji do około 250 pogromów na Żydach (od 224 do 284), zaś w okresie 1903-1906 pogromy Żydów miały miejsce w 64 miastach i 626 miasteczkach oraz wsiach. To były tysiące ofiar. „Plan Madagaskar” jako pierwsza też zrealizowała Rosja wysiedlając Żydów z zachodnich guberni (tzw. litewskich, stąd nazywano ich Litwakami) do Priwislinskiego Kraju – jak po powstaniu styczniowym nazywano Królestwo Polskie. Pojawienie się w Królestwie Polskim mas Litwaków – obcych polskiej kulturze, nie znających języka polskiego i niechętnych do integracji z Polakami – miało w intencji władz carskich wywołać antysemityzm wśród Polaków oraz zastąpić konflikt polsko-rosyjski konfliktem polsko-żydowskim. Litwacy propagowali wśród polskich Żydów separatyzm, a zwalczali asymilację narodową i kulturową. Byli też w rękach caratu narzędziem rusyfikacji.

Z kolei Józef Stalin swój Madagaskar dla Żydów utworzył w latach 1928-1934 na Dalekim Wschodzie (Żydowski Obwód Autonomiczny w Kraju Chabarowskim nad Amurem). Celem tego posunięcia Stalina było przeciwdziałanie szerzącemu się w ZSRR ruchowi syjonistycznemu. Zatem jedynym państwem, które w latach 30-tych XX wieku zrealizowało „plan Madagaskar” był tak naprawdę Związek Radziecki. W ogóle polityka narodowościowa II Rzeczypospolitej a polityka narodowościowa Stalina w ZSRR, to są dwa odrębne światy.

Po wystąpieniach Putina z 20-24 grudnia 2019 roku nie uruchomiono w Moskwie zwykle stojącego w takiej sytuacji na posterunku pana Władimira Żyrinowskiego. Uruchomiono natomiast pana Wiaczesława Nikonowa – wnuka Wiaczesława Mołotowa i syna nie mniej zasłużonego dla ZSRR Aleksieja Nikonowa – by ogłosił, światu że „Warszawa przebija dno, broniąc znanego antysemity!”, czyli ambasadora Lipskiego[2]. Taka wypowiedź wyraźnie koresponduje z wypowiedzią jego dziadka o Polsce jako „pokracznym bękarcie traktatu wersalskiego”. Notabene babka tego pana – czyli żona Mołotowa Polina Żemczużyna – została skazana w 1949 roku na 5 lat łagru za rzekome „szpiegostwo na rzecz syjonistów”. Czy nie był to przejaw antysemityzmu Stalina, którego broni pan Nikonow? Był to początek antyżydowskiej czystki w ZSRR, której Stalin nie zdołał już sfinalizować przed śmiercią. Nie zmienia tego fakt, że towarzyszka Żemczużyna do śmierci w 1970 roku pozostała fanatyczną zwolenniczką Stalina i w takim też duchu wychowała swoją jedyną córkę, a matkę pana Wiaczesława Nikonowa. Zabawy z historią PiS w Polsce bledną na tle takich zabaw z historią.

Z kolei pan senator Oleg Morozow (w latach 80-tych XX wieku zastępca szefa wydziału propagandy Komitetu Centralnego KPZR, później jeden z głównych ideologów Jednej Rosji i doradca Putina ds. polityki wewnętrznej) pozwolił sobie na stwierdzenia, że „Polska oficjalnie staje w jednym szeregu z nazistami i osobami zaangażowanymi w masową eksterminację Żydów” oraz że „współczesna Polska nie chce uznać zbrodni nazizmu przeciwko ludzkości i przeciwko Żydom”. Powodem takich opinii Morozowa stało się to, że prezydent Andrzej Duda postawił jako warunek swojego udziału w Międzynarodowym Forum Holocaustu w Izraelu możliwość publicznego udzielenia odpowiedzi na planowane tam wystąpienie Putina. Swoje oskarżenia Morozow uzupełnił stwierdzeniem, że Rosja (nie ZSRR, ale Rosja!) „uratowała naród żydowski od zagłady” (a pozostali alianci nic w tej sprawie nie zrobili?)[3].

Najnowsza narracja kremlowska o tym, że Rosja „uratowała naród żydowski od zagłady” jest co najwyżej półprawdą. Niemcy hitlerowskie dokonały zagłady Żydów europejskich w latach 1941-1944. Zginęło wtedy m.in. ponad 90 % Żydów polskich, zamordowanych w większości do połowy 1943 roku. W roku 1945 większość europejskich Żydów była już zamordowana i Armia Czerwona przed niczym ich nie ocaliła. Zasługą Armii Czerwonej – której kwestionować nie można – było natomiast wyzwolenie części niemieckich obozów koncentracyjnych. Spośród 13 znaczących niemieckich obozów koncentracyjnych 7 wyzwolili Amerykanie i Brytyjczycy, a 6 Armia Czerwona. Jeśli jednak mówimy o tej niekwestionowanej zasłudze Armii Czerwonej, to trzeba też powiedzieć o tym, że na miejscu wyzwolonych przez czerwonoarmistów hitlerowskich obozów koncentracyjnych natychmiast powstawały obozy NKWD. Na terenie wyzwolonego KL Auschwitz powstały dwa obozy NKWD i jeden obóz UB, które istniały do 1946 roku. To samo było na Majdanku, na Zamku Lubelskim i w innych katowniach gestapo, zamienianych natychmiast na katownie NKWD i UB. Oczywiście fakt powstania obozów NKWD na miejscu obozów hitlerowskich nie przekreśla ofiary czerwonoarmistów – jak tego chce polska polityka historyczna, ale też ofiara czerwonoarmistów nie może rozgrzeszać zbrodni stalinowskich – jak tego chce rosyjska polityka historyczna.

Z kolei 10 stycznia proputinowska „Rossijskaja Gazieta” napisała: „W jakiejkolwiek paralelnej rzeczywistości istniałby pan Duda, jak bardzo by kipieli oburzeniem polscy politycy i politolodzy niezadowoleni z tego, że kolejny raz pokazano im prawdę, trudno spierać się z tym, co mówią dokumenty. A one dobitne potwierdzają, że znaczna część społeczeństwa polskiego bezpośrednio uczestniczyła w zagładzie mieszkających w kraju Żydów”. Jakoś to do złudzenia koresponduje z tym co pisali dotychczas niektórzy autorzy (nie będę wymieniał nazwisk) i niektóre niszowe media na Zachodzie, czy mówili niektórzy drugoplanowi politycy izraelscy, jak Jair Lapid i Naftali Benett.

„Rossijskaja Gezieta” napisała też, że „po wojnie Polska przywłaszczyła sobie majątek Żydów, którzy zginęli w Holokauście” (notabene Związek Radziecki też to zrobił) i dalej, że „na każdego biorącego w zagładzie ludności żydowskiej niemieckiego oprawcę przypadało 10-15 dobrowolnych pomocników spośród miejscowych mieszkańców”, a Polacy obojętnie patrzyli na sytuację ludzi w warszawskim getcie, łupili sąsiadów, mordowali ich lub wydawali Niemcom. To już też słyszeliśmy z wieloletniego przekazu niektórych ośrodków na Zachodzie. Artykuł, w którym pojawiły się takie oskarżenia zatytułowano „Czego boi się Polska”, a jego autorem jest Jewgienij Szestakow. O martyrologii Polaków podczas drugiej wojny światowej Szestakow napisał z pogardą „Polokaust”. Jego zdaniem polskiej martyrologii nie było[4].

Po publikacji „Rossijskoj Geziety” (jedno z najważniejszych mediów kremlowskich) mniej więcej wiemy, w jakim kierunku może pójść wystąpienie Putina w Yad Vashem 23 stycznia. W kierunku, że Polska była sprawcą wybuchu wojny, a Polacy współpracowali z Niemcami w zagładzie Żydów, którą ambasador Lipski planował razem z Hitlerem już w 1938 roku.

Należy postawić tutaj pytanie, czy polska polityka historyczna – z gruntu błędna i chyba inspirowana w jakiejś mierze przez USA – jest jedynym czynnikiem, który sprowokował ze strony rosyjskiej to z czym mamy teraz do czynienia. Do postawienia takiego pytania skłania chociażby reakcja rosyjska na podpisanie przez prezydenta Czech Milosza Zemana ustawy ustanawiającej Dzień Pamięci o Inwazji 1968 roku i Późniejszej Okupacji Wojsk Układu Warszawskiego. Prezydent Zeman uchodził dotąd za jednego z bardziej prorosyjskich polityków w Europie. Teraz krytykujące go stanowisko rosyjskiego MSZ Zeman określił jako „absolutnie bezczelne”[5]. Rosyjska polityka historyczna w zasadzie nie odbiega daleko od ukraińskiej. W pierwszej mitem założycielskim jest mit Armii Czerwonej jako największego zwycięzcy nad faszyzmem, w drugiej fałszywy mit UPA jako „ruchu wyzwoleńczego”. Problem w tym, że tak sformułowany mit Armii Czerwonej – usuwający z pola widzenia politykę Stalina przed wybuchem wojny, w czasie wojny i po wojnie – musi prowadzić, jeśli nie do rehabilitacji, to do wybielenia stalinizmu.

Zwalczałem politykę antyrosyjską ekip postsolidarnościowych, ponieważ była częścią polityki amerykańskiej i narażała bezpieczeństwo Polski. Do tego towarzyszyło jej odkurzenie takich szkodliwych archaizmów politycznych jak prometeizm i Międzymorze, w imię których wspierano historycznie skrajnie antypolską orientację polityczną na Ukrainie. Nie mam jednak wątpliwości, że stosunki z Rosją muszą być oparte na Realpolitik, która uwzględnia polski i rosyjski potencjał, ale także polską rację stanu. Tą racją stanu jest mieć dobre stosunki z Rosją i unikać z nią konfliktów, zwłaszcza w obcym interesie. Ale nie za cenę przyjmowania narracji rosyjskiej w jakiejkolwiek sprawie i uwzględniania interesów polityki rosyjskiej. To już było i się nie sprawdziło.

Krytykowałem i krytykuję ukraińską i polską politykę historyczną. Z tych samych powodów krytykuję też rosyjską. Zwłaszcza tę, która pokazała swoje oblicze na przełomie 2019 i 2020 roku. Polityka historyczna a historia to są dwie rzeczywistości nie mające ze sobą wiele wspólnego. Historia nigdy nie jest czarno-biała. Zawsze jest skomplikowana i wielowątkowa. Polityka historyczna nigdy tego nie uwzględni. Zawsze będzie z wielowątkowej mozaiki wybierać pojedyncze obrazy i budować na nich przekaz propagandowy.

Ale nie o politykę historyczną w tym wszystkim chodzi. Ona jest tylko małym trybikiem w wielkiej maszynie. Oto co napisał na Facebooku 7 stycznia 2020 roku były pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji, funkcjonujący nadal w rosyjskim establishmencie politycznym:

„W Warszawie byli bardzo poważnie przestraszeni. Ponieważ zdali sobie sprawę, że tocząca się historyczna dyskusja na temat czasu wybuchu wojny może doprowadzić do zmiany statusu Polski, która może zasłużenie stać się krajem agresorem i inicjatorem (wraz z Niemcami) drugiej wojny światowej. A strach jest złym doradcą. Partia rządząca nie wymyśliła nic lepszego niż sporządzenie projektu ustawy chroniącej polską wizję historii [chodzi zapewne o nowelizację ustawy o IPN z 2018 roku – uwaga BP]. I więcej. Fakt, że druga wojna światowa rozpoczęła się w 1938 roku. Pisałem [o tym – uzup. BP] na długo przed Władimirem Putinem. Więc teraz nie bronię stanowiska Władimira Putina, ale mojego. Chociaż tak, cieszę się, że Władimir Putin był solidarny z tym stanowiskiem”.

Dalej ten autor pisze: „Polska ryzykuje, że stanie się krajem wyrzutkiem. Polski prezydent postanowił odmówić wyjazdu do Izraela na Światowe Forum Holokaustu, rzekomo z powodu planowanej obecności tam Władimira Putina. Prawdę mówiąc, trudniej wymyślić śmieszniejszy powód. Nie chodzi o Władimira Putina, ale o kompleksowe relacje polsko-izraelskie. I rzeczywiście Duda próbuje zwalić wszystko z chorej głowy na zdrową, czyli Władimira Putina. Tymczasem Warszawa ma niezwykle trudne relacje z Brukselą. Prawicowa Polska najwyraźniej nie dotrzymuje kroku Unii Europejskiej. Warszawa nie ma sojuszu regionalnego, wszyscy sąsiedzi Polski unikają. W przypadku Rosji sytuacja stała się ślepą uliczką. Zostają Stany Zjednoczone, jak uważają w Warszawie. Ale w USA lobby izraelskie jest wyjątkowo silne. A z odszkodowaniem za własność ofiar Holokaustu wszystko wygląda katastrofalnie. Tak oto Polska ryzykuje, że zostanie krajem wyrzutkiem. Prawicowa Polska”.

Do tego co napisał ten przedstawiciel rosyjskiej elity – były pracownik dyplomacji rosyjskiej, publicysta i czołowy działacz Euroazjatyckiego Frontu Ludowego (Евразийский народный фронт) – którego nazwiska nie będę ujawniał, nic dodawać już nie muszę. Tak wygląda teraz rosyjska polityka wobec Polski. Nie tylko historyczna. Taki jest jej charakter i takie są jej cele.

A z czym mamy do czynienia ze strony polskiej? Marszałek Senatu z PO spotkał się 16 grudnia 2019 roku z ambasadorem Rosji m.in. po to, by – jak sam powiedział – żądać „opuszczenia Ukrainy” przez Rosję (zapewne chodziło o Krym i Donbas). To jakaś choroba z tą Ukrainą. Naiwna wiara, że Ukraina będzie propolska i spełni rolę antyrosyjskiego „kordonu sanitarnego”. Nic w tym myśleniu nie zmieniło się od wyprawy kijowskiej Piłsudskiego w 1920 roku. Bezpieczeństwo Polski gwarantują NATO i UE. Po cóż więc jeszcze dodawać do tego tzw. Międzymorze vel Trójmorze? Te polityczne marzenia zostały po raz kolejny zweryfikowane 8 stycznia 2020 roku, kiedy ambasador Polski w Kijowie Bartosz Cichocki został wezwany na rozmowę do ukraińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tematem spotkania było niedawne wspólne oświadczenie ambasadorów Polski i Izraela w sprawie czczenia na Ukrainie osób związanych z nacjonalizmem ukraińskim. Jak napisano w komunikacie ukraińskiego MSZ ambasador Polski usłyszał, że jego niedawne wspólne oświadczenie z ambasadorem Joelem Lionem było kontrproduktywne i miało cechy publicznej dyskusji na temat wewnętrznej polityki ukraińskiej[6].

Na prowadzenie takiej polityki wschodniej, jakiej chcą PiS i PO, Polska po pierwsze nie ma potencjału. Ten brak własnego potencjału skazuje na uzależnienie się w tej sytuacji od potencjału amerykańskiego, a tym samym od celów politycznych USA. I uwaga ta nie dotyczy tylko polityki wschodniej. Po drugie – polityka taka zawsze będzie prowadzić do konfrontacji z Rosją. Nie można więc twierdzić, że jest podyktowana troską o bezpieczeństwo geopolityczne Polski. Właśnie powoduje dla tego bezpieczeństwa zagrożenie. Polityka realna polegałaby na utrzymywaniu równoległych stosunków z Moskwą, Kijowem i Mińskiem oraz unikaniu wchodzenia na Wschodzie w jakiekolwiek konflikty z kimkolwiek. Polegałaby też na współpracy z wschodnimi sąsiadami tam, gdzie jest to możliwe i ewentualnie korzystne. Niestety, czas na prowadzenie takiej Realpolitik się skończył. Teraz trzeba się bronić przed uczynieniem z Polski „kraju wyrzutka”, co stało się celem polityki rosyjskiej.

[1] W rosyjskiej telewizji oskarżono Polaków, że wymordowali więcej Żydów niż Niemcy i wzywano do czytania książek Grossa, http://www.kresy.pl, 5.04.2019.

[2] Wnuk Mołotowa dołącza do ataku na Polskę. „Warszawa przebija dno!”, http://www.natemat.pl, 29.12.2019.

[3] Rosyjski senator atakuje Andrzeja Dudę. „Polska staje w jednym szeregu z nazistami”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 4.01.2020.

[4] „Rossijskaja Gezieta” oskarża Polaków o udział w Holokauście. Uderza też w prezydenta Dudę, http://www.wprost.pl, 10.01.2020.

[5] Czechy. Prezydent Zeman o reakcji Rosji: Absolutna bezczelność, http://www.wiadomosci.wp.pl, 28.12.2019.

[6] Ukraińskie MSZ wezwało polskiego ambasadora z powodu wypowiedzi na temat OUN-UPA, http://www.kresy.pl, 8.01.2020.

Bohdan Piętka

15 stycznia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 3-4 (2275/2276), 19-26 stycznia 2020, s. 10-11

Odwet Putina

„To bydlak i antysemicka świnia, nie da się tego powiedzieć inaczej” – powiedział Władimir Putin na spotkaniu z kadrą Ministerstwa Obrony Rosji o Józefie Lipskim (1894-1958), ambasadorze polskim w Berlinie (1933-1939). Jakkolwiek nie oceniać polityki II RP wobec III Rzeszy w latach poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej, firmowanej m.in. przez Lipskiego, to ta „antysemicka świnia” walczyła jednak z hitlerowskimi Niemcami z bronią w ręku – najpierw w 1. Dywizji Grenadierów we Francji w 1940 roku, a potem w II Korpusie Polskim we Włoszech.

Prezydent Rosji wytoczył ciężkie działa przeciw Polsce 20 grudnia 2019 roku na forum przywódców Wspólnoty Niepodległych Państw w Sankt-Petersburgu. Polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy, podpisaną 26 stycznia 1934 roku w Berlinie przez Józefa Lipskiego i ówczesnego ministra spraw zagranicznych Niemiec Konstantina von Neuratha, Putin nazwał „paktem Piłsudski-Hitler” i stwierdził, że był do niego rzekomo dołączony tajny protokół, tak samo jak do paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku. Nie przedstawił jednak żadnego dowodu na istnienie takiego tajnego protokołu. Przedstawił natomiast notatkę ambasadora Lipskiego z 20 września 1938 roku, w której relacjonował on ministrowi Józefowi Beckowi swoją rozmowę z Adolfem Hitlerem.

Treść tej notatki Władimir Putin skomentował następująco: „Hitler proponował zesłać Żydów z krajów europejskich do Afryki. Faktycznie na wymieranie. To pierwszy krok do ludobójstwa, do tego, co dziś nazywamy holokaustem. Przedstawiciel Polski odpowiedział, napisał swemu ministrowi: »Ja odpowiedziałem, że jeśli tak się stanie, jeśli takie będzie rozwiązanie, to my postawimy Hitlerowi piękny pomnik w Warszawie«”. Komentarz ten Putin powtórzył na spotkaniu z generalicją rosyjską 24 grudnia, dodając zacytowane powyżej słowa o „bydlaku” i „antysemickiej świni”.

Cytat z notatki służbowej ambasadora Lipskiego z 20 września 1938 roku, którą w ten sposób skomentował prezydent Rosji, brzmi następująco (pisownia oryginalna): „[Hitlerowi – uzup. BP] przyświeca (…) myśl załatwienia, w drodze emigracji do kolonij, w porozumieniu z Polską, Węgrami, może i Rumunią, zagadnienia żydowskiego (w tym punkcie mu odpowiedziałem, że jeśli znajdzie solucję, postawimy mu piękny pomnik w Warszawie)”[1]. Z tego fragmentu jasno więc wynika, że rozmowa Lipskiego z Hitlerem dotyczyła emigracji Żydów z Europy, a nie ich zagłady. Takich planów jeszcze wtedy w Berlinie nie było. Wypowiedź ambasadora – jakkolwiek niefortunna – nie była stanowiskiem rządu polskiego. Do żadnych bowiem ustaleń pomiędzy rządami w Warszawie i Berlinie w sprawie emigracji Żydów z Europy nigdy nie doszło. Ważny jest czas i kontekst tej wypowiedzi. Lipski nie powiedział tego w epoce pieców i konferencji w Wannsee, ale we wrześniu 1938 roku, kiedy o ludobójstwie Żydów nie było jeszcze mowy. Nie ulega zatem wątpliwości, że Władimir Putin wypaczył treść źródła historycznego, do którego się odniósł. Nie ulega też wątpliwości, że zrobił to świadomie i celowo.

Warto przypomnieć, że Józef Lipski zaczął swoją karierę dyplomatyczną w sekcji prawnej Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu, gdzie został zatrudniony jako absolwent prawa na uniwersytecie w Lozannie, znający języki obce. Musiał zatem współpracować z Romanem Dmowskim podczas konferencji pokojowej w Paryżu. Od czerwca 1919 roku pracował w dyplomacji II RP, gdzie był m.in. naczelnikiem Wydziału Zachodniego Departamentu Politycznego MSZ. Jako ambasador II RP w Berlinie był rzecznikiem odprężenia polsko-niemieckiego, realizując politykę Józefa Becka (w dobie Monachium niewątpliwie błędną). Niemniej jednak polityka ta nie przekroczyła granicy otwartej współpracy z III Rzeszą czy wasalizacji Polski wobec Berlina.

Wypowiedź Putina jest największym ciosem dla tych nielicznych środowisk w Polsce, które w sytuacji załamania się stosunków polsko-rosyjskich po przewrocie na Ukrainie w 2014 roku i przyjęcia przez Warszawę ostrego kursu antyrosyjskiego w polityce zagranicznej i „historycznej”, próbowały te stosunki ratować, a przynajmniej łagodzić oficjalną antyrosyjską narrację establishmentu III RP. Środowiska te chyba nie spodziewały się tego, że także Putin wejdzie w rolę tropiciela polskiego antysemityzmu.

Z wypowiedzi rzeczniczki rosyjskiego MSZ Marii Zacharowej wynika, że prowokacyjna i kłamliwa wypowiedź Putina jest reakcją Rosji na polską politykę historyczną. „Pisanie historii na nowo i ciągłe przeinaczanie, rewizja historycznej rzeczywistości na potrzeby obecnej, współczesnej koniunktury – właśnie tę tezę cały czas powtarzaliśmy w wystąpieniach ministra [Ławrowa – uzup. BP] i naszych ambasadorów, którzy pracowali w Warszawie i w naszych przedstawicielstwach przy Unii Europejskiej” – powiedziała Zacharowa pytana o wypowiedź Putina o ambasadorze Lipskim (cyt. za: Sputnik Polska). Jej zdaniem teza o niedopuszczalności pisania historii na nowo na potrzeby politycznej koniunktury była podstawą budowania stosunków z Polską, ale nie została przyjęta w Warszawie. Czarę goryczy przelała rezolucja Parlamentu Europejskiego wskazująca na pakt Ribbentrop-Mołotow jako przyczynę wybuchu drugiej wojny światowej oraz zrównująca nazizm z komunizmem. Dlatego Putin postanowił ujawnić mniej przyjemne cechy rosyjskiego charakteru narodowego i na dodatek zrobił to jeszcze chyba nieprzypadkowo 24 grudnia. Podarował Polakom na Gwiazdkę pomnik Hitlera w Warszawie.

Mamy zatem do czynienia z rosyjską odpowiedzią na antyrosyjską politykę historyczną Warszawy, firmowaną przez epigonów piłsudczyzny i realizowaną z inspiracji USA. W tej odpowiedzi strona rosyjska uderzyła w stosunki polsko-żydowskie. Należy przypomnieć, że od lat kwitnie polityczny dialog pomiędzy Putinem a premierem Netanjahu. Dialog ten przyniósł obustronne owoce. W Moskwie otwarto Muzeum Żydowskie i Centrum Tolerancji, a w Jerozolimie odsłonięto pomniki Armii Czerwonej (na wzgórzu Herzla) i ofiar blokady Leningradu. Izrael uznał też historyczną rolę Armii Czerwonej w pokonaniu nazizmu. Natomiast z Warszawy płynie narracja o agresji sowieckiej i zbrodniach Armii Czerwonej, narracja negująca wyzwolenie w 1944/1945 roku, połączona z likwidacją pomników i tablic upamiętniających żołnierzy radzieckich, którzy zginęli na ziemiach polskich w latach 1944-1945.

Odpowiedzią rosyjską jest teraz narracja o przedwojennych politykach polskich jako wspólnikach Hitlera, bydlakach i antysemitach (antysemickich świniach). Takiej odpowiedzi chyba nikt się w Polsce nie spodziewał. I co istotne – w tej narracji poprą Putina nieprzychylne Polsce środowiska żydowskie w Izraelu i innych państwach oraz nie będzie znaczących głosów sprzeciwu ze strony Europy Zachodniej i USA, które narzuciły formacji Kaczyńskiego taki a nie inny model polityki historycznej, z jej skrajnie antyrosyjskim obliczem. Niestety, ze swoją polityką historyczną – uderzającą w Rosję, Niemcy, a także Żydów – obóz Kaczyńskiego był skazany na taki rezultat. Konfliktując się nieustannie z Rosją, także na tle Ukrainy, wypadł jeszcze gorzej niż jego piłsudczykowski pierwowzór.

Przed ślepą uliczką, w jaką prowadzi polska polityka wobec Rosji ostrzegał 10 lat temu prof. Bogusław Wolniewicz (1927-2017). 27 września 2009 roku prof. Wolniewicz powiedział w audycji na żywo w Radiu Maryja (po tej wypowiedzi już więcej go tam nie zaproszono) następujące słowa, które uzupełnił w publikacji na łamach „Myśli Polskiej”:

Chcę coś rzec w jednej tylko sprawie: o tych obchodach 70-lecia wybuchu drugiej wojny światowej, jakie 1 września odbyły się w Gdańsku; a dokładniej, o naszym stosunku do Rosji, jaki się na tle tych obchodów zarysował. (…) Nasza polityka wobec Rosji zdaje mi się z gruntu błędna – jednakowo ta rodem z PiS-u, i ta rodem z PO. (…) Błędność naszej polityki widać było jak na dłoni właśnie podczas tych obchodów. Istotę tej błędności ująłbym w dwa słowa: z jednej strony nadymanie się wobec Rosji, a z drugiej podszarpywanie tygrysa za ogon. Nie jestem, uchowaj Boże, rzecznikiem uniżoności wobec kogokolwiek; wobec Rosji oczywiście także nie. Ale cnota to jest zawsze – jak mówił Arystoteles – złoty środek między dwiema skrajnościami, między dwoma niecnotami.

Naszego stosunku do Rosji nie ma cechować ani uniżoność, ani nadęcie. Ma go cechować szacunek dla potęgi Rosji i poczucie proporcji – że my potęgą nie jesteśmy i nie będziemy. Ta proporcja ujawniła się najdobitniej w pewnym podstawowym fakcie historycznym: oni swoją wielką wojnę z Niemcami wygrali, a my naszą wielką wojnę z Niemcami przegraliśmy. Czas to zrozumieć. I czas zrozumieć, że gdy mały zaczepia dużego, to się dla małego nie może dobrze skończyć. Tej prawdy, najelementarniejszej z elementarnych, nie mogą jakoś pojąć nasi politycy, np. panowie Jarosław Kaczyński i Bronisław Komorowski. Oto dowody.

3 września dziennik »Rzeczpospolita« podaje informację: »Prezes PiS ocenia premiera Rosji. Jarosław Kaczyński skrytykował wystąpienie premiera Federacji Rosyjskiej Władimira Putina na Westerplatte. Głównie z tego powodu, że Putin nie przeprosił za wymordowanie Polaków w Katyniu. – Powstaje pytanie o sens zaproszenia Putina – stwierdził prezes Kaczyński«. Rozumiem te słowa J. Kaczyńskiego tak, że skoro premier Putin nie zamierzał nas przepraszać, to po co przyjeżdżał i po co go w ogóle zapraszano?

Gdy czytałem tę informację, przypomniało mi się wydarzenie sprzed czterech lat, z obchodów w Moskwie 60-lecia zwycięstwa nad Niemcami. Zjechali się tam wtedy notable z całego świata, a wśród nich minister spraw zagranicznych Holandii. W trakcie tych uroczystości tenże Holender zwrócił się do rosyjskiego ministra obrony Siergieja Iwanowa z pytaniem, czy Rosja nie powinna by jednak przeprosić zebranych za pakt Ribbentrop-Mołotow. A na to Iwanow odpowiedział mu: »Jeżeli ktoś chce, byśmy go przepraszali, to musi nas najpierw podbić«. I ten Holender zamknął natychmiast dziób, a za nim wszyscy inni. Premier Putin mógł był powiedzieć to samo na Westerplatte. Nie zrobił tego przez uprzejmość, której naszym politykom zabrakło; i zabrakło im poczucia proporcji.

Albo weźmy marszałka Sejmu p. Komorowskiego. Po tej pokrętnej uchwale naszego Sejmu na temat wkroczenia 17 września 1939 roku Armii Czerwonej na terytorium Polski, rosyjskie MSZ wydało oświadczenie, że uchwała ta »czyni poważną szkodę odbudowie dobrych stosunków między naszymi krajami«. Marszałek Komorowski skomentował to oświadczenie tak (Rz, 25.9.2009): »Kontestując uchwałę polskiego Sejmu, strona rosyjska dała świadectwo, że nie potrafi poradzić sobie z własną historią. (…) Rosyjscy politycy niepotrzebnie angażują się w obronę stalinizmu. – To jest tak, jakby Niemcy chcieli bronić przeszłości hitlerowskiej«.

Zdumiewa mnie beztroska pana marszałka w szastaniu takimi oświadczeniami. Bo poza wszelkimi innymi różnicami, w stosunku Niemców i Rosjan do mrocznych stron ich własnej przeszłości zachodzi znowu jedna różnica fundamentalna: polityka Hitlera doprowadziła III Rzeszę do druzgocącej klęski, a polityka Stalina doprowadziła Związek Radziecki do niebywałego triumfu. Poza grozą swoich czynów, Adolf Hitler okazał się jeszcze politycznym partaczem, a Józef Stalin okazał się – czy to się nam podoba, czy nie podoba – najskuteczniejszym politykiem XX wieku. Dlatego Niemcom stosunkowo łatwo przychodzi potępić swego byłego Führera, którego przedtem tak entuzjastycznie i tak powszechnie popierali. A Rosjanom wobec Stalina przychodzi to trudno, ich stosunek do tej postaci i do tego etapu ich dziejów nie może nie być ambiwalentny, dwoisty. I nie przez ich subiektywny upór, czy złą wolę – ta może też jest, ale to nie to jest istotą rzeczy.

To jest trudność obiektywna, przed którą musi stanąć każdy naród w ich położeniu. Myślę, że Chiny stoją teraz też przed tą trudnością w swoim stosunku do Mao Tse-tunga. A udzielanie przez p. Komorowskiego Rosjanom wskazówek, jak ten gigantyczny problem ideologiczny mają u siebie rozwiązywać, zdaje mi się głupie i prostackie.

Historycznie nasza rezerwa i nieufność wobec Rosji jest ze wszech miar uzasadniona. I przypuszczam, że oni są ją chyba w stanie zrozumieć. Niekiedy czynią nawet wobec nas pewne gesty pojednawcze, których my jakoś nie umiemy docenić, ani przyjąć tak, jak na to zasługują. Ostatnim takim gestem był właśnie przyjazd premiera Putina na uroczystości rocznicowe do Gdańska; przyjazd pozostający w jaskrawym kontraście z ostentacyjnym lekceważeniem, jakie okazał nam ten fircykowaty lewak z Waszyngtonu [Barack Obama – uzup. BP]. (…) Putin nie tylko zjawił się w Gdańsku osobiście, ale wystąpił tam w tonie powściągliwym i pojednawczym. Powiedział na Westerplatte (Rz, 2.9.2009): »Mój kraj uznaje błędy przeszłości. (…) Chcielibyśmy, aby stosunki polsko-rosyjskie były oddzielone od rozrachunków historycznych i oparte na zasadzie dobrosąsiedztwa«. A na konferencji prasowej w Grand Hotelu zaproponował nam wręcz powrót do umowy w sprawie tego rurociągu, który nas tak – słusznie zresztą – niepokoi.

A my co na to? Gderania i pretensje. I to nie tylko politycy, lecz i ludzie skądinąd bardzo rozumni. Tak np. prof. Zdzisław Krasnodębski pisał (tamże): »Generalnie jestem zawiedziony i rozczarowany tym, co powiedział premier Putin. Przede wszystkim – ani słowa o Katyniu«. Pytam: a dlaczego miał premier Putin mówić o tym na Westerplatte, jeżeli nie uznał tego za stosowne? (…).

Ale to jeszcze nic przy tym, co napisał red. Bronisław Wildstein – też jeden z tych, których rozumności nie byłbym w najmniejszym stopniu skłonny kwestionować. Mówi on (Rz 14.9.2009): »Niezależne organizacje (…) prowadzą walkę o odsłonięcie całej prawdy na temat (Katynia) i borykają się z oporem władz rosyjskich. Walczą również o symboliczne zadośćuczynienie za zbrodnie. Jeżeli zrezygnujemy z kategorii ludobójstwa, to nie mamy podstaw, aby żądać interwencji międzynarodowych czynników w tej sprawie«. Czy mu tutaj rozum odjęło? »Symboliczne zadośćuczynienie« – ale zapewne w rublach całkiem niesymbolicznych! I na jaką to »interwencję« i jakich »międzynarodowych czynników« red. Wildstein tu liczy? Kto się na świecie do tego kwapi, żeby z nami iść na Moskwę wymuszać jakieś »zadośćuczynienia«; szlakiem hetmana Stanisława Żółkiewskiego?

Powiedzmy wyraźnie dwie rzeczy. Sprawę Katynia jako problem polityczny między Polską i Rosją rozwiązał wielki, historyczny gest prezydenta Borysa Jelcyna z 14 października 1992 roku. W tym dniu przekazał on nam przez swojego osobistego wysłannika treść najtajniejszego dokumentu, w którym zawarta jest najgłówniejsza i dla Rosjan najstraszniejsza prawda o zbrodni katyńskiej. My powinniśmy byli uznać wtedy tę sprawę za tym samym ostatecznie wobec Rosji zamkniętą – i głośno to powiedzieć. Nie uczyniliśmy tego. Uważam, że to był nasz błąd. A wywlekanie nadal sprawy Katynia na forum polityczne jest już teraz tylko czystym jątrzeniem, jeżeli nie czymś jeszcze gorszym. To samo – po drugie – dotyczy paktu Ribbentrop-Mołotow i daty 17 września 1939 roku. W 54 lata później, 18 września 1993 roku, Rosjanie wycofali z Polski swoje ostatnie wojska. Wycofali je dobrowolnie, bez walki; nie została przelana ani jedna kropla polskiej krwi. I tak, bez przelewu krwi, została zwrócona nam suwerenność, którą przedtem nam zabrali. To był z ich strony drugi wielki gest – i my powinni byśmy znowu uznać, że sprawa ich wkroczenia w 1939 roku na nasze terytorium jako aktualny problem polityczny jest zamknięta.

A co robimy? Próbujemy – jedyni na świecie, samotni w tym jak palec – rozszerzać dziś propagandowo winę za rozpętanie drugiej wojny światowej i przesuwać ją z Niemców także na Rosjan. Równie dobrze jak rzec, że drogę do wojny otwarł pakt zawarty w Moskwie 23 sierpnia 1939 roku, można też rzec, że otworzył ją układ zawarty 29 września 1938 roku w Monachium. Dlaczego się mówi, że drogę do wojny otwierał układ Ribbentrop-Mołotow, a nie układ Hitler-Chamberlain? Putin wytknął to na Westerplatte i miał niestety rację.

Cała nasza polityka wobec Rosji po 1993 roku zdaje mi się jakaś bez sensu. Nie widzę, co myślimy nią osiągnąć. Pchamy palec między drzwi; rozumiem, że czasem trzeba robić nawet to, ale w tym wypadku nie rozumiem po co. Tyle powiedziałem w radio. Wielu wzięło mi to za złe, ale wielu też mnie poparło. Chciałbym tu swoją wypowiedź uzupełnić, zwłaszcza co do sprawy katyńskiej.

Katyń to cierń w duszy Rosji. Jak bardzo on Rosjanom dolega, pokazują bezradne manewry propagandowe, jakimi usiłują jego bolesne kłucie osłabić. Takim manewrem są podnoszone przez nich od niedawna losy bolszewickich jeńców wojennych w Polsce po wojnie 1920 roku, zwłaszcza wysoka ich śmiertelność w obozie internowania gdzieś koło Tucholi. Aluzja do niej znalazła się nawet w liście premiera Putina do Polaków z 31 sierpnia br., opublikowanym na łamach »Gazety Wyborczej«. Wymienił tam jednym tchem »zarówno cmentarze pamięci w Katyniu i Miednoje, podobnie jak tragiczne losy żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli podczas wojny 1920 roku«; jednak nie powtórzył już tego na Westerplatte, co należy zauważyć.

Katyń i Tuchola są to dwie sprawy niewspółmierne – i to absolutnie. Wysuwanie tej drugiej jako propagandowej »przeciwwagi« dla pierwszej jest tylko beznadziejną próbą obrony. Sprawę tego obozu pod Tucholą trzeba naturalnie zbadać historycznie i opisać z pełnym obiektywizmem. Ale i bez tego różnica jest oczywista: Katyń to był potworny mord z premedytacją, Tuchola to była karygodna nieudolność organizacyjna.

(…) Wszelkie próby, by umniejszyć wyjątkową grozę zbrodni katyńskiej, są z góry daremne. Tej zbrodni umniejszyć się nie da. Nie potrzeba też przyklejać do niej etykiety »ludobójstwa« ani żadnej innej, bo ona stoi ponad wszelkimi etykietami, jest sui generis. Sami jej tylko nie desakrujmy, czyniąc z niej obiekt przetargów politycznych lub zgoła tytuł do jakichś roszczeń materialnych. Rosja uznała swoją winę głębiej, niż ktokolwiek mógł był się spodziewać; zgodziła się także, by w miejscu zbrodni stanął krzyż. Nic więcej nie było tu do zrobienia, więc czego jeszcze od nich chcemy? Nie rozmieniajmy świętości narodowej na drobne.

Nie mieszajmy też tamtej sprawy ze sprawą 17 września 1939 roku. Co do tamtej Rosjanie czują się winni, co do tej zaś nie. Albowiem istotnie: to nie wkroczenie ich wojsk na terytorium Polski przesądziło wynik naszej walki z Niemcami. W połowie września, skoro nie ruszyła się Francja, wynik ów był już przesądzony i głupstwem jest dziś mówić o »ciosie w plecy«. Złem było nie samo to, że wkroczyli, lecz to, jak się potem wobec nas zachowali: od nikczemnej mowy Mołotowa poczynając, a na tamtej strasznej sprawie kończąc, na której zresztą jego podpis też figuruje.

Wszystkie owe zaszłości trzeba najstaranniej przechowywać w pamięci naszego narodu i opracowywać dalej historycznie. Nie ma natomiast żadnej potrzeby, by wciąż od nowa podtykać je Rosjanom pod nos. Pamiętać to nie to samo, co publicznie obnosić się ze swoimi żalami. Czy to nie jasne? (cyt. za: „Myśl Polska”, strona internetowa).

Tyle prof. Wolniewicz 10 lat temu. Niestety, nie było to jasne ani wtedy ani teraz dla polityków postsolidarnościowych i dlatego polsko-rosyjska wojna historyczna przybrała obrót, którego w Polsce nikt się nie spodziewał, a dla samej Polski groźny. Politycy III RP uczynili z historii problem polityki bieżącej w relacjach polsko-rosyjskich. Przywódca Rosji odpowiedział tym samym i to w sposób brutalny.

Wypowiedzi Putina z 20 i 24 grudnia 2019 roku są daleko niestosowne – zarówno wobec Józefa Lipskiego, który podczas drugiej wojny światowej walczył z Niemcami hitlerowskimi w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, jak i wobec władz II RP. Albowiem w korespondencji ambasadora z jego zwierzchnikiem nie zostało wyrażone stanowisko rządu. Notatka ambasadora Lipskiego z 20 września 1938 roku w żaden sposób nie dowodzi tego, że II RP planowała wspólnie z III Rzeszą zagładę Żydów. Dotyczyła on co najwyżej sprawy emigracji Żydów z Europy. Po pierwsze – w roku 1938 taka emigracja nie mogła oznaczać ich eksterminacji (nie było wówczas wojny, która stwarza warunki do takich dzialań i w III Rzeszy nie planowano jeszcze zagłady Żydów); po drugie – kwestię emigracji Żydów z Europy rozważano wtedy w wielu stolicach europejskich; po trzecie – emigrację Żydów europejskich, zwłaszcza do Palestyny, wspierał wtedy ruch syjonistyczny i zawarł w tej sprawie nawet umowę z III Rzeszą (tzw. Porozumienie Haavara z 25 sierpnia 1933 roku, na mocy którego w latach 1933-1935 wyjechało z Niemiec do Palestyny ponad 50 tys. Żydów).

Tym bardziej więc dziwi oświadczenie prezydenta Federacji Wspólnot Żydowskich Rosji (FEOR), rabina Aleksandra Borody, który wyraził Putinowi „głęboką wdzięczność za tak emocjonalną i sprawiedliwą reakcję na publikację nowych faktów dotyczących poparcia ze strony Polski dla polityki Niemiec w latach 30-tych i 40-tych” (cyt. za: Sputnik Polska). Notabene rabin powinien wiedzieć, że Polska „w latach 40-tych” nie popierała polityki Niemiec, ale była okupowana przez Niemcy hitlerowskie i Związek Radziecki, Polacy ginęli w wyniku terroru niemieckiego i radzieckiego, a polski rząd na uchodźstwie, siły zbrojne i konspiracja w okupowanym kraju prowadziły walkę z III Rzeszą.

Całkowitym nonsensem jest stwierdzenie rabina Borody, że ambasador Lipski zainspirował Hitlera „do zabójczych decyzji, poparł śmiercionośny plan w jego samym zarodku, tym samym dając mu siłę i energię”, a Polska „popierała nazistów na najwyższym poziomie” (cyt. za: Sputnik Polska). W 1938 roku – jak już powiedziałem – w Niemczech nie było jeszcze planu zagłady Żydów, takiego jaki narodził się tam na przełomie lat 1941 i 1942. Przed wybuchem drugiej wojny światowej kierownictwo hitlerowskie opowiadało się za emigracją Żydów z Europy. Plan ich przymusowego wysiedlenia skonkretyzował się w Berlinie – jako tzw. Madagaskar Plan – dopiero po pokonaniu przez Niemcy Francji w 1940 roku. Wedle Madagaskar Plan Żydzi (w pierwszej kolejności zachodnioeuropejscy) mieli być wysiedleni do kolonii francuskich podległych reżimowi Vichy. Dopiero w warunkach wojny taki plan wysiedlenia Żydów z Europy mógł być parawanem dla ich eksterminacji (jak „wysiedlenie” Ormian przez Turcję w 1915 roku). Jednakże po agresji Niemiec na ZSRR w 1941 roku Hitler – będąc przekonany, że wygrał już wojnę – zarzucił Madagaskar Plan na rzecz „ostatecznego rozwiązania”, czyli eksterminacji Żydów.

W ten sam ton co rabin Boroda uderzył natychmiast izraelski historyk Aaron Schneyer. Stwierdził on, że wypowiedź Putina była „dyplomatycznie nie całkiem poprawna, ale w istocie słuszna”. Zdaniem Schneyera źródeł Madagaskar Plan należy szukać nie w Berlinie, ale w Warszawie. Wyraził się następująco: „naziści wykorzystali polską ideę wysłania Żydów na Madagaskar. Kiedyś taka idea istniała jako taka (…). Ale nie została zrealizowana (…). W tamtym czasie Madagaskar był francuską kolonią i trzeba było jakoś dogadać się z Francją, no i realizacja wymagałaby dużych nakładów finansowych” (cyt. za: Sputnik Polska). Taki ton pobrzmiewa już w ukazujących się w Rosji publikacjach historycznych. Np. w artykule niemieckiego historyka z uniwersytetu w Ratyzbonie (Universität Regensburg) Waldemara Schmidta pt. „Antysemicki »Madagaskar Plan« i jego realizacja w przedwojennej Polsce w latach 1936-1939” („Aнтисемитский »Мадагаскарский план« и его реализация в предвоенной Польше в 1936–1939 годах”), który został opublikowany w numerze trzecim z 2018 roku „Magazynu Badań Historycznych” („Журнал исторических исследований”), wydawanego przez prokremlowską fundację „Pamięć historyczna” („Историческая память”).

Tu nie chodzi więc o Lipskiego. Putin sformułował publicznie tezę, że II RP znała ludobójcze plany III Rzeszy (rzekomo istniejące już w 1938 roku) i je akceptowała. Uruchomił następnie w tej sprawie niechętne Polsce środowiska żydowskie. O to tutaj chodzi. O Polskę jako rzekomego wspólnika Rzeszy w zagładzie Żydów, w takiej czy innej formie. Najmniejsze znaczenie ma w tym wszystkim prawda, czyli to, że Polska nigdy nie współpracowała z Niemcami hitlerowskimi przeciw Żydom.

Obóz rządzący w Polsce, prowokując Rosję m.in. swoją polityką historyczną, a zwłaszcza usuwaniem pomników Armii Czerwonej, być może przypuszczał, że ewentualny odwet rosyjski nastąpi wobec polskich miejsc pamięci w Katyniu i Miednoje (jeśli w ogóle martwił się perspektywą ewentualnego odwetu). Nie przewidział, że Putin w odwecie uderzy w piętę achillesową Polski, jaką są stosunki polsko-żydowskie. Tak jest dla niego jest i bezpiecznie, i wygodnie. A dla Polski jest to groźne. Nowa wersja historii przedstawiona przez Putina, wedle której Polska w 1938 roku znała i aprobowała rzekomo istniejące już wtedy plany Hitlera dotyczące zagłady Żydów, jest groźniejsza niż bajdurzenia zachodnich mediów o „polskich obozach zagłady”. Z takim przesłaniem Putin pojedzie w styczniu 2020 roku do Izraela na organizowane tam obchody 75-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz. Przypuszczam, że polscy rusofobi są jednak z tego zadowoleni nie mniej niż gdyby doszło do jakiegoś odwetu wobec polskich miejsc martyrologii w Rosji. W każdym razie też mogą powiedzieć – patrzcie, a nie mówiliśmy, to jest Rosja, sowiecki skansen, tak wygląda jej odwieczne antypolskie i azjatyckie oblicze.

Stosunki polsko-rosyjskie są już tak zabagnione, że ich odbudowa wydaje się perspektywą niesamowicie odległą. Zwłaszcza, że po obu stronach jest coraz mniej woli odbudowy tych stosunków, coraz więcej złych emocji i prowokacji. Będzie zatem dalsze obrzucanie się błotem. Oby tylko tyle. Obóz polityczny Jarosława Kaczyńskiego uczynił sobie z Rosji śmiertelnego wroga i zaczyna przegrywać z nią konfrontację polityczną (m.in. w sprawie Ukrainy) i historyczną. Stało się tak zgodnie z tym, co przewidział 10 lat temu prof. Bogusław Wolniewicz mówiąc o skutkach zaczepiania dużego przez małego, przy faktycznym osamotnieniu tego drugiego.

Prowokacyjny cel wypowiedzi Putina o ambasadorze Lipskim, wspartej natychmiast przez środowisko żydowskie w Rosji, jest oczywisty – wywołać antysemickie reakcje w Polsce, by pokazać światu, że to kraj chorobliwego antysemityzmu i w oskarżeniach o akceptację antyżydowskiej polityki III Rzeszy przez II RP jest coś na rzeczy. Jak znam polską rzeczywistość, to mogę przypuszczać, że znajdą się tacy, którzy będą chcieli palić kukłę Żyda – tym razem ucharakteryzowaną nie na Sorosa, ale Putina. Reakcja władz polskich oraz społeczeństwa na prowokację Putina pokaże na ile te władze i społeczeństwo są dojrzałe politycznie. Oby się znowu nie okazało, że dziecinnie niedojrzałe.

Natomiast nieliczne w Polsce środowiska przychylne Rosji – które w obliczu postępującej od 2010, a zwłaszcza 2014 roku katastrofy stosunków polsko-rosyjskich próbowały jednak budować mosty i były z tego powodu oskarżane przez ponadpartyjny obóz rusofobii o agenturalność – powinny dać jasny sygnał stronie rosyjskiej: wypowiedź Putina jest asymetryczną reakcją na polską politykę historyczną. Tak nie wolno. Nie tędy droga. Nawet jeżeli tego głosu po drugiej stronie nikt nie usłyszy.

[1] Cyt. za: Putin o polskim dyplomacie: bydlak i świnia. „Oskarżenia Putina to hipokryzja”, http://www.onet.pl, 24.12.2019.

Bohdan Piętka

4 stycznia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 1-2 (2273/2274), 5-12.01.2020, s. 1, 10-11

Narodowcy u Gomułki

Powrót do Polski w 1945 roku dawnych ziem piastowskich nad Odrą, Nysą Łużycką i Bałtykiem należy do jednych z najdonioślejszych wydarzeń w jej historii najnowszej. Wydarzenie to jest jednak wypierane ze świadomości społecznej, pomniejszane i dyskredytowane przez politykę historyczną powstałą po 1989 roku. Przykładowo ponad 10 lat temu prawicowy historyk Bogdan Musiał stwierdził, że „w ustanowieniu granicy na Odrze i Nysie, a także przy odniemczeniu tamtych terenów decydującą rolę odegrał sam Stalin, a nie jego polscy – niewątpliwie posłuszni i gorliwi – pomagierzy i agenci”[1]. Czy rzeczywiście?

Powrót Polski na ziemie nazywane dzisiaj niechętnie (a jeżeli już to w znaczeniu pejoratywnym) Ziemiami Odzyskanymi był faktem doniosłym przede wszystkim z tego powodu, że idea tego powrotu była obecna w polskiej myśli politycznej od przełomu XIX i XX wieku. Polska Partia Robotnicza, wbrew tradycji swojej poprzedniczki – Komunistycznej Partii Polski, wysunęła już w 1943 roku jako jeden ze swoich sztandarowych postulatów przesuniecie granicy polsko-niemieckiej na linię Odry. Również w deklaracji programowej Związku Patriotów Polskich z 1943 roku była mowa o granicy na Odrze oraz przyłączeniu całego Śląska[2]. Jednakże to nie PPR i ZPP były autorami tej terytorialnej i zarazem geopolitycznej koncepcji.

Postulat zerwania z tradycją wschodnią (jagiellońską) na rzecz zachodniej (piastowskiej) został sformułowany w obozie politycznym Narodowej Demokracji na przełomie XIX i XX wieku. Prekursorami polskiej myśli zachodniej stali się tacy politycy endeccy jak Jan Ludwik Popławski (1854-1908) i Bernard Chrzanowski (1861-1944), którzy uważali, że głównym wrogiem narodu polskiego są Niemcy, a powrót odrodzonej Polski na dawne ziemie piastowskie jest koniecznością. Ich stanowisko wpłynęło na poglądy wyrażone przez Romana Dmowskiego w słynnej książce „Niemcy, Rosja i kwestia polska” (1908)[3].

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku polską myśl zachodnią rozwijały takie ośrodki naukowe i organizacje społeczne jak Uniwersytet Poznański, Towarzystwo Naukowe w Toruniu, Instytut Bałtycki oraz Polski Związek Zachodni. Postacią łączącą okres międzywojenny z okresem po 1945 roku stał się prof. Zygmunt Wojciechowski (1900-1955). Już w latach 30-tych XX wieku wysunął on koncepcję „macierzystych ziem Polski”, które jego zdaniem obejmowały obszar od Odry do Bugu i od Bałtyku po Sudety[4]. Wojciechowski – wywodzący się z endecji, ale przed 1939 rokiem współpracujący także z sanacją – był łącznikiem między różnymi obozami politycznymi, a głównym motywem jego działania stała się realizacja założeń myśli zachodniej. Nie miało przy tym dla niego znaczenia jaki obóz polityczny zrealizuje ten program. Dlatego w 1945 roku opowiedział się po stronie PPR oraz jej programu granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej.

Podczas okupacji niemieckiej prof. Z. Wojciechowski działał w utworzonej na początku listopada 1939 roku w Poznaniu przez tamtejsze środowisko „starej endecji” Organizacji Ziem Zachodnich „Ojczyzna” (kryptonim Omega). We „Wskazaniach ideowych” tej organizacji z 1943 roku była mowa o Polsce narodowo-katolickiej „ze sprawiedliwym ustrojem społeczno-gospodarczym”, której zachodnia granica miała być oparta na Odrze i Nysie Łużyckiej. „Ojczyzna” podporządkowała się Delegaturze Rządu na Kraj oraz ZWZ/AK – wiosną 1940 roku jej kadry współtworzyły Okręg Poznański ZWZ oraz konspiracyjne biuro Głównego Delegata Rządu dla ziem wcielonych do Rzeszy. Po aresztowaniach w Kraju Warty w latach 1941-1942 kierownictwo „Ojczyzny” przeniosło się do Warszawy, gdzie zorganizowano Sekcję Zachodnią w Departamencie Informacji i Prasy Delegatury Rządu na Kraj oraz Biuro Ziem Zachodnich Delegatury[5]. Z inicjatywy kierownictwa „Ojczyzny” powstały takie instytucje konspiracyjne jak Uniwersytet Ziem Zachodnich, Instytut Zachodni i Zachodnia Agencja Prasowa. Wydawano też szereg pism konspiracyjnych, jak „Biuletyn Zachodni”, „Ziemie Zachodnie Rzeczypospolitej” i „Zachodnia Straż Rzeczypospolitej”, które redagował Edmund Męclewski (1913-1992).

Najważniejszymi komórkami konspiracyjnymi, w których rozwijano myśl zachodnią, były Instytut Zachodni (utworzony w grudniu 1944 roku) oraz Biuro Ziem Zachodnich Delegatury Rządu na Kraj. Początkowo zorganizowano w 1940 roku Biuro Zachodnie przy jednej z trzech Delegatur Rządu na Kraj dla ziem wcielonych do Rzeszy, którego pracami kierował ekonomista Witold Fryderyk Grott (1912-1943). Pod jego kierunkiem powstało dziesięć opracowań dokumentujących prawo Polski do przyszłych Ziem Zachodnich i Północnych oraz zawierających koncepcję ich zagospodarowania. Postulowano powrót do Polski Prus Wschodnich, byłego Wolnego Miasta Gdańska, Szczecina oraz terenów położonych na wschód od Odry i Nysy Łużyckiej. Koncepcje te prawdopodobnie wpłynęły na stanowisko rządu polskiego w Londynie, który pod koniec 1942 roku przedłożył rządowi brytyjskiemu memoriał w sprawie włączenie po wojnie do Polski „Prus Wschodnich, Śląska Opolskiego i Pomeranii” oraz przejściowej okupacji „dalszych terenów Niemiec”.

Po powstaniu konspiracyjnej instytucji Głównego Delegata Rządu dla ziem wcielonych do Rzeszy Biuro Zachodnie przekształcono w Biuro Ziem Nowych, a następnie w maju 1944 roku w Biuro Ziem Zachodnich Delegatury Rządu na Kraj. Ich kierownikiem był Władysław Czajkowski (1905-1947) – po 1945 roku wiceminister w Ministerstwie Ziem Odzyskanych. Pod jego przewodnictwem kontynuowano do końca okupacji niemieckiej prace studyjne nad koncepcją włączenia do Polski i zagospodarowania ziem nad Odrą, Nysą Łużycką i Bałtykiem.

Już 13 lutego 1945 roku Zygmunt Wojciechowski skierował na ręce premiera Rządu Tymczasowego Edwarda Osóbki-Morawskiego memoriał, w którym oferował usługi Instytutu Zachodniego w dziele zagospodarowania Ziem Zachodnich i Północnych. Natomiast 15 lipca 1945 roku – w rocznicę bitwy pod Grunwaldem – macierzysta organizacja Wojciechowskiego, czyli narodowo-katolicka „Ojczyzna”, podjęła decyzję o rozwiązaniu się, wyjściu z konspiracji i zaangażowaniu w legalną pracę na rzecz powrotu Polski nad Odrę i Bałtyk. Przekaz tego środowiska był jasny – sprzeciw wobec konspiracji i walki zbrojnej toczonej wówczas przez środowiska określane dzisiaj mianem „żołnierzy wyklętych”, natomiast „tak” dla pracy organicznej przy odbudowie kraju i zagospodarowaniu dawnych ziem piastowskich.

Tę spektakularną decyzję podjęła Rada Polityczna „Ojczyzny” w składzie: dr Zdzisław Jaroszewski, Maria Kiełczewska, Juliusz Kolipiński, ks. Karol Milik, Jan Jacek Nikisch, ks. Maksymilian Rode, Kirył Sosnowski, Stanisław Tabaczyński, Alojzy Targ i prof. Zygmunt Wojciechowski. Działacze „Ojczyzny” objęli wkrótce po ujawnieniu się szereg stanowisk w mediach, ruchu wydawniczym, Polskim Związku Zachodnim, Ministerstwie Ziem Odzyskanych, Ministerstwie Spraw Zagranicznych oraz szkolnictwie wyższym i średnim.

W 1945 roku Wojciechowski wydał pracę pt. „Polska – Niemcy. Dziesięć wieków zmagania”. Wyłożył w niej m.in. swój pogląd na znaczenie przejęcia przez Polskę dawnych ziem piastowskich nad Odrą i Bałtykiem: Jesteśmy dziś świadkami powrotu Polski na stary nadodrzański szlak piastowski, jesteśmy w możności wycięcia raka prusko-hitlerowskiego, który Polskę wiódł do zupełnej zagłady. W miejsce niemieckiego Drang nach Osten przychodzi epoka ponownego słowiańskiego marszu na zachód. Kto tego zjawiska nie rozumie, nie pojmuje nowej epoki, nie dostrzeże miejsca dla Polski w otaczającej rzeczywistości[6].

Sukcesem tych środowisk, angażujących się we współpracę z PPR w kwestii zagospodarowania Ziem Zachodnich i Północnych, było utworzenie 13 listopada 1945 roku Ministerstwa Ziem Odzyskanych z Władysławem Gomułką na czele. W powstaniu tego ministerstwa sam Gomułka widział korzyści propagandowe dla PPR, ale równocześnie traktował kwestię Ziem Zachodnich jak kluczowy element polskiej racji stanu. Polacy z dawnych Kresów Wschodnich osiedlający się na tych ziemiach traktowali PPR jako gwaranta obecności Polski na Ziemiach Odzyskanych. Wiedząc o tym kierownictwo PPR przywiązywało wielką wagę do idei propagowania obecności państwa polskiego na dawnych ziemiach piastowskich. Nie byłoby to w szybkim czasie możliwe bez wsparcia wspomnianych środowisk narodowo-katolickich i przedwojennych kadr intelektualnych.

Założony w konspiracji i kierowany przez Zygmunta Wojciechowskiego Instytut Zachodni stał się po 1945 roku czymś w rodzaju think-tanku dla nowej władzy. Zaraz po wojnie wznowiono też działalność wszystkich instytucji, które rozwijały myśl zachodnią w okresie międzywojennym, jak Instytut Bałtycki czy Polski Związek Zachodni. Działalność tych instytucji i organizacji miała ogromne znaczenie. Powojenna Polska obejmowała we władanie ogromne terytorium, na którym znajdowało się tysiące miejscowości, którym należało przywrócić dawne nazwy lub nadać nowe. Dokonano tego w błyskawicznym tempie, głównie dzięki zaangażowaniu poznańskiego środowiska naukowego – przed wojną sympatyzującego w większości ze Stronnictwem Narodowym. Jego przedstawiciele mieli pełną świadomość, że ich praca musi odbyć się legalnie, tzn. w oparciu o struktury państwa rządzonego przez PPR. Pomimo obcości ideologicznej uznali jednak, że kwestia powrotu Polski na Ziemie Zachodnie i Północne jest ważniejsza od sympatii politycznych. Rozumiano, że jest to wymóg polskiej racji stanu.

W aparacie MZO znalazła się dość liczna grupa działaczy związanych podczas wojny z Biurem Zachodnim Delegatury Rządu na Kraj. Byli to przede wszystkim ludzie wywodzący się z organizacji „Ojczyzna”: Władysław Czajkowski (1905-1947) – podczas wojny dyrektor Biura Zachodniego Delegatury Rządu, w MZO pełniący funkcję podsekretarza stanu (wiceministra); Edward Quirini (1899-1954) – pełniący w MZO funkcję dyrektora Departamentu Administracji Publicznej; Juliusz Kolipiński (1910-1991) – zastępca Głównego Inspektora Specjalnej Akcji Likwidacyjnej; wspomniany Edmund Męclewski (1913-1992) – w MZO dyrektor Biura Komitetu do Spraw Zagranicznych; Józef Guranowski – wicedyrektor Departamentu Ekonomiczno-Socjalnego; Leopold Gluck (1913-1989) – dyrektor Departamentu Ekonomiczno-Socjalnego, a po śmierci Władysława Czajkowskiego wiceminister; Tadeusz Kołodziej, Wiktor Leśniewski (1886-1963) i inni[7].

Udział wybitnego ekonomisty Leopolda Glucka w MZO ironicznie skomentował publicysta Stefan Kisielewski (1911-1991): endek poznański, w którym się zakochał Gomułka. Mianował go wiceministrem Ziem Odzyskanych, ponieważ Gluck był szalenie antyniemiecki i bardzo się podniecił sprawą Ziem Odzyskanych[8]. W swoich wspomnieniach L. Gluck podkreślił, że polityka kadrowa MZO zmierzała do pozostawienia w administracji tych wszystkich, którzy mogli uczestniczyć w sposób twórczy i uczciwy w organizowaniu życia polskiego na tych ziemiach w oparciu o zasady nowego ustroju, a także, że w ministerstwie kierowanym przez Gomułkę liczniejsi byli członkowie PPS niż PPR[9].

Największe zasługi MZO położyło na polu polityki ludnościowej i narodowościowej. W latach 1945-1948 na Ziemiach Zachodnich i Północnych osiedlono około 4,8 mln Polaków, w tym 1,5 mln z dawnych Kresów Wschodnich oraz około 100 tys. reemigrantów z Europy Zachodniej i Południowej. Pod koniec 1948 roku ziemie te zamieszkiwało już ponad 5,5 mln Polaków. Ważnym polem działalności MZO była akcja propagandowo-informacyjna, którą prowadzono w ścisłej współpracy z Instytutem Zachodnim, Instytutem Bałtyckim, Instytutem Śląskim, Instytutem Mazurskim i Polskim Związkiem Zachodnim. Ministerstwo wydawało m.in. ukazujący się w latach 1946-1948 dwutygodnik „Osadnik na Ziemiach Odzyskanych”, którego inicjatorem i redaktorem był przedwojenny działacz i publicysta Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga” Adolf Józef Reutt (1867-1950).

Ministerstwo, pomimo, niewątpliwych zasług, zakończyło swoją działalność przedwcześnie, co było rezultatem oskarżenia Gomułki przez frakcję stalinowską w 1948 roku o „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne” i usunięcia go z funkcji sekretarza generalnego KC PPR. Przerwanie prac MZO wywołało kilkuletni regres na Ziemiach Odzyskanych – m.in. wstrzymana została akcja uwłaszczeniowa, co spowodowało odpływ części osadników. Po aresztowaniu Gomułki przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego w 1951 roku stawiano mu m.in. zarzut zatrudniania w MZO byłych funkcjonariuszy Delegatury Rządu na Kraj, przeważnie o orientacji endeckiej[10]. Osoba Władysława Gomułki symbolizuje ewolucję stosunku komunistów polskich do zagadnienia dawnych ziem piastowskich, od negacji praw Polski do Pomorza i Śląska w okresie międzywojennym do pełnego przyjęcia koncepcji piastowskiej i współpracy po 1945 roku ze środowiskami niekomunistycznymi, które wcześniej rozwijały polską myśl zachodnią.

Dwa przeciwstawne sobie ideologicznie środowiska polityczne, które w działaniu na rzecz polskiej racji stanu współpracowały ze sobą w Ministerstwie Ziem Odzyskanych, ponownie podjęły tę współpracę po przełomie październikowym 1956 roku – w utworzonym 29 maja 1957 roku Towarzystwie Rozwoju Ziem Zachodnich. Powstanie tej organizacji – która w 1962 roku liczyła już 130 tys. członków – było oddolną inicjatywą dawnych działaczy Polskiego Związku Zachodniego i Związku Polaków w Niemczech, zaniepokojonych osłabieniem tempa osadnictwa na Ziemiach Odzyskanych, które nastąpiło po likwidacji MZO. Inicjatywie tej udzielił wsparcia Władysław Gomułka i ponownie w wielkiej pracy społecznej na rzecz zagospodarowania i repolonizacji ziem nad Odrą, Nysą i Bałtykiem spotkali się tacy ludzie jak Edmund Osmańczyk (1913-1989) – wybitny działacz Związku Polaków w Niemczech i współprojektant jego znaku graficznego „Rodła”, Leopold Gluck, Edmund Męclewski, prof. Czesław Pilichowski (1914-1984) – w okresie okupacji w „Ojczyźnie”, od 1946 roku członek PPR i później PZPR, prof. Stanisław Kulczyński (1895-1975) – były rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie (1936-1938), Uniwersytetu i Politechniki we Wrocławiu (1945-1951), podczas wojny delegat Rządu RP na Obszar Lwowski oraz komuniści z przedwojennym stażem: Józef Dubiel (były wiceminister ZO), Jan Izydorczyk, czy Jan Pietkiewicz. Większość sztandarowych działaczy TRZZ miała jednak korzenie endeckie lub chadeckie.

Środowiska niekomunistyczne, które podjęły współpracę z powojennymi władzami w ramach MZO i TRZZ rozumiały znaczenie powrotu Polski nad Odę i Bałtyk i był to dla nich świadomy wybór polityczny. Ci ludzie przenieśli swoje idee i dorobek naukowy do nowego państwa tworzonego od 1944/1945 roku przez obce im siły polityczne. Zdawali sobie sprawę z ograniczeń tego państwa i jego oblicza ideowego. Przeważyło jednak przekonanie o wykorzystaniu niepowtarzalnej okazji, jaką przyniosła największa w historii klęska Niemiec. Na oczach tych ludzi odwracała się karta historii – Polska sięgnęła po ziemie, którymi władała przed dziesięcioma wiekami.

To nie pasuje do skrajnie antykomunistycznej narracji historycznej o Polsce Ludowej, z jaką mamy do czynienia po 1989 roku, a zwłaszcza po 2015 roku. Dlatego narracja ta dyskredytuje powojenną odbudowę kraju i samo pojęcie Ziem Odzyskanych na rzecz mitu o „powstaniu antykomunistycznym” i „sowieckiej okupacji”. W wyniku takiej polityki historycznej znikają zupełnie zagospodarowanie i repolonizacja ziem przejętych przez Polskę w 1945 roku. Pozostaje tylko narracja o „okupacji sowieckiej”. W ten sposób wymazuje się ze świadomości społecznej pamięć o wielkim wysiłku pionierów przybywających na te ziemie po 1945 roku, a także to, że myśl zachodnia nie była proweniencji „komunistycznej”, ale powstała w Polsce na długo przed 1939 rokiem. Tak wykreowano w ciągu ostatniego ćwierćwiecza wielką białą plamę w historii najnowszej Polski.

[1] B. Musiał, Niewinny Stalin i źli Polacy, „Plus Minus”, http://www.rp.pl, 1.05.2008.

[2] G. Strauchold, Ku zachodowi, „Z Kresów na Kresy. Pomocnik historyczny POLITYKI”, s. 24-29.

[3] G. Łukomski, Myśl morska i zachodnia Bernarda Chrzanowskiego, „Kronika Miasta Poznania” nr 3/1989, s. 99-112; Tenże, Bernard Chrzanowski 1861-1944. Biografia Polaka zachodniokresowego, Poznań-Opalenica 2005, s. 77.

[4] A. Kwilecki, W. Tomaszewski, Poznań jako ośrodek myśli zachodniej, (w:) A. Kwilecki (red.), Polska myśl zachodnia w Poznaniu i Wielkopolsce. Jej rozwój i realizacja w wiekach XIX i XX, Warszawa-Poznań 1980, s. 141.

[5] A Pietrowicz, Sekcja Zachodnia Departamentu Informacji i Prasy Delegatury Rządu RP – zarys struktury organizacyjnej i działalności (wrzesień 1942-lipiec 1944 r.), „Pamięć i Sprawiedliwość”, nr 2(8), 2005, s. 269-294.

[6] Z. Wojciechowski, Polska – Niemcy. Dziesięć wieków zmagania, Poznań 1945, s. 262.

[7] J. Kruszewski, Leopold Gluck – pionier zagospodarowania Ziem Odzyskanych i reformator systemu bankowego w Polsce, (w:) H. Januszewska (red.), Oni odbudowali i rozwijali Polskę. Wielcy Polacy w Polsce Ludowej, Warszawa 2016, s. 68-75; M. Motas, Środowisko organizacji „Ojczyzna”, późniejszego Instytutu Zachodniego w obliczu politycznych decyzji lat 1944-1945, (w:) T. Sikorski, A Wątor (red.), Marzyciele i realiści. O roli tradycji w polskiej myśli politycznej od upadku powstania styczniowego do XXI wieku, Szczecin 2009, s. 388-398.

[8] S. Kisielewski, Abecadło Kisiela, Warszawa 1990, s. 27.

[9] L. Gluck, Od ziem postulowanych do ziem odzyskanych, Warszawa 1971, s. 117-118; L. Gluck, W oczach bezpartyjnego współpracownika, (w:) W. Namiotkiewicz (oprac.), Działalność Władysława Gomułki. Fakty. Wspomnienia. Opinie, Warszawa 1985, s. 260.

[10] R. Spałek, Komuniści przeciwko komunistom. Poszukiwanie wroga wewnętrznego w kierownictwie partii komunistycznej w Polsce w latach 1948-1956, Warszawa 2014, s. 767.

Bohdan Piętka

31 grudnia 2019 r.

„Przegląd”, nr 1 (1043), 30.12.2019-6.01.2020, s. 28-30

W kamiennym kręgu

Polskie życie polityczne jest od 30-tu lat do bólu przewidywalne, tzn. jest zamknięte w kamiennym kręgu tych samych pojęć, fobii, absurdów i tej samej przerażającej zaściankowości. Nic już tu nie może zaskoczyć i zdziwić. A jednak za każdym razem wywołuje to zdumienie i niesmak.

„Gazeta Wyborcza” w tekście „Polskie łowy neonazisty z Rosji” (nr 275/2019 – 9251, 26.11.2019, s. 6) z entuzjazmem informuje, że ABW wpisała na listę osób niepożądanych Konstantina B. – neonazistę z Rosji, który miał szukać kontaktu ze skrajną prawicą we Wrocławiu. Stało się to kilkanaście dni po tym jak cały establishment polityczno-medialny III RP, z „Gazetą Wyborczą” włącznie, stanął w obronie Ihora Mazura – wiceszefa UNA-UNSO, ściganego przez Interpol i Komitet Śledczy Rosji. Czyli rosyjski neonazista jest zły, a ukraiński neonazista dobry. Zwalczamy tylko neonazistów z Rosji, ci z Ukrainy są OK – taka jest linia polityczna państwa polskiego. O ile UNA-UNSO jest od dawna znaną autentyczną organizacją neonazistowską i to bardziej skrajną od pierwowzoru, jaki stanowi dla niej OUN-UPA, to Konstantin B. miał należeć – jak podała „Gazeta Wyborcza” – do organizacji neonazistowskiej o nazwie… Grupa Dziadka Mroza. Jak widać, neonazista neonaziście nierówny.

Do bólu przewidywalna jest też polska prawica. Przypomniała o tym wrzawa wokół wypowiedzi Włodzimierza Czarzastego w TVP, że Polskę wyzwoliły „dwie armie: jedna armia to była armia Wojska Polskiego, m.in. był w niej gen. Wojciech Jaruzelski, a druga armia to była armia, w której byli żołnierze rosyjscy bądź radzieccy, a byli i ukraińscy i różni. Nie mogli dać wolności ludzie, którzy tej wolności sami nie mieli, ale jeżeli ktokolwiek powie do mnie i obciąży żołnierzy radzieckich, którzy ginęli, to niech powie to matkom, które miały synów”. Wypowiedź ta – przywołująca oczywiste fakty – wywołała niesamowitą histerię prawicowych „autorytetów moralnych” oraz prawicowych hejterów internetowych. Wyglądało to tak jak byśmy się cofnęli do lat 50-tych XX wieku, tylko w drugą stronę.

Znany poseł PiS natychmiast zawiadomił prokuraturę, że Włodzimierz Czarzasty popełnił przestępstwo „propagowania ustroju totalitarnego” mówiąc, że Polskę wyzwolili w 1944/1945 roku żołnierze radzieccy i polscy. Przy okazji napisał: „Takimi jak Czarzasty i ich sowiecką propagandą zajmował się po 1945 roku mój dziadek, Komendant w NSZ i tysiące Wyklętych. Dziękuj Bogu Czarzasty, że żyjemy w czasach pokoju… A ja, wnuk Wyklętego składam zawiadomienie do prokuratury w sprawie promowania ustroju totalitarnego”.

Słowa potępienia wobec przewodniczącego SLD padły ze strony PiS, Konfederacji, PSL, a nawet Wiosny. Dość kuriozalnym realizmem politycznym popisała się Konfederacja, której posłowie zapowiedzieli złożenie zawiadomienia do prokuratury na Włodzimierza Czarzastego i wniosku o odwołanie go z funkcji wicemarszałka Sejmu w związku z domniemanym propagowaniem przez niego „zbrodniczego ustroju komunistycznego”.

„Mamy do czynienia z sytuację niecodzienną. Otóż wysoki funkcją w Sejmie polityk nazywa wkroczenie do Polski wojsk wrogo nastawionych do naszej państwowości, do naszej polskiej tradycji, wyzwoleniem. Ten spór toczy się nie od dziś. Nikt nie zaprzecza, że wkroczenie do Polski wojsk sowieckich położyło kres okupacji niemieckiej. Natomiast w normalnym języku, nienacechowanym ideologią, taką sytuację (…) nazywamy zajęciem danego terytorium, a nie wyzwoleniem” – powiedział polityczny spadkobierca endecji Krzysztof Bosak. Wsparli go Grzegorz Braun, Michał Urbaniak oraz Sławomir Mentzen, wiceprezes partii KORWiN.

Po raz kolejny okazało się, że to co w Polsce nazywa się prawicą jest wielką, wielką pustką polityczną, intelektualną i moralną, w której wszystko sprowadza się do jednego mianownika o nazwie antykomunizm i rusofobia. Poza tym nie ma już nic, żadnej myśli politycznej, żadnej idei. Dowodzi to tylko podległości owej prawicy celom politycznym hegemona zza Oceanu i niczego więcej.

W związku z rozpętaną przez prawicę staro-nową hucpą trzeba przypomnieć, że historia nigdy nie jest czarno-biała. Zwykle jest skomplikowana i to w stopniu przekraczającym wszelkie wyobrażenia osób wychowanych na „patriotycznych” czytankach. Żeby to jednak wiedzieć, trzeba się zetknąć ze źródłami historycznymi, a nie z propagandą.

Trzeba też przypomnieć, że ZSRR po drugiej wojnie światowej uzależnił politycznie Polskę i kilka innych państw Europy Środkowej. Ale równocześnie je wyzwolił spod okupacji niemieckiej. Jedno drugiego nie przekreśla i jedno drugiego nie unieważnia. Należy też mieć świadomość, że ZSRR uzależnił Europę Środkową politycznie, natomiast okupacja niemiecka dla Polski nie była uzależnieniem politycznym, tylko całkowitą likwidacją państwa polskiego oraz kultury i historii narodu polskiego, przekształceniem etnicznych Polaków w podludzi, z perspektywą ich całkowitej zagłady, ewentualnie germanizacji niewielkiej części. Zagłada polskich i europejskich Żydów była wstępem do dalszej depopulacji ziem polskich i wschodnioeuropejskich, czyli zagłady ich ludności słowiańskiej. Mordowanie polskiej inteligencji, szczególnie na ziemiach wcielonych do Rzeszy, a także eksterminacyjne wysiedlenia Polaków z ziem wcielonych do Rzeszy (1939-1941) oraz Zamojszczyzny (1942) były zapowiedzią tego co czekało Polaków po zwycięstwie Niemiec hitlerowskich. Likwidacja okupacji niemieckiej to było dalsze być albo nie być narodu polskiego.

Okupację niemiecką ziem polskich zlikwidowała Armia Czerwona wraz z utworzonym w ZSRR Wojskiem Polskim, co bardzo boli polską prawicę, ale faktu tego nic i nikt nie zmieni. Także prokuratura i sądy. W uporczywym negowaniu oczywistych faktów historycznych oraz zupełnie fałszywym i absurdalnym w świetle tych faktów stawianiu na jednej płaszczyźnie okupacji niemieckiej i powojennej rzeczywistości widzę jeśli nie tendencje faszyzujące, to brak samodzielności politycznej tutejszej prawicy. To co robi jest powielaniem narracji niemieckiego Związku Wypędzonych z lat 60-tych i 70-tych XX wieku.

Po wkroczeniu Niemców do Lwowa w 1941 roku grupa operacyjna hitlerowskiej Policji Bezpieczeństwa wymordowała kilkudziesięciu polskich profesorów – światowej sławy uczonych miejscowego uniwersytetu i politechniki. Po wkroczeniu (nie wyzwoleniu, tylko wkroczeniu – wedle nomenklatury IPN) Armii Czerwonej do Lublina w 1944 roku otwarto tam niemal natychmiast Katolicki Uniwersytet Lubelski i Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej. To były równoległe rzeczywistości? Trzeba mieć bardzo dużo złej woli albo nie mieć elementarnej wiedzy historycznej, żeby uznać za prawdziwą KOR-owską tezę o równorzędności okupacji niemieckiej i „okupacji sowieckiej” (w odniesieniu do okresu po 1944 roku), powielaną obecnie przez ogromną większość rodzimej prawicy.

Na koniec wypada zacytować to, co powiedział Jan Paweł II przy pomniku Ofiar Faszyzmu na terenie byłego KL Auschwitz 7 czerwca 1979 roku: „Przychodzę więc i klękam na tej Golgocie naszych czasów, na tych mogiłach w ogromnej mierze bezimiennych, jak gigantyczny grób nieznanego żołnierza. Klękam przy wszystkich po kolei tablicach… I jeszcze jedna tablica – wybrana… Tablica z napisem w języku rosyjskim. Nie dodaję żadnego komentarza. Wiemy, o jakim narodzie mówi ta tablica. Wiemy, jaki był udział tego narodu w ostatniej straszliwej wojnie o wolność ludów. I wobec tej tablicy nie wolno nam przejść obojętnie”. Czy Jan Paweł II również propagował „zbrodniczy ustrój komunistyczny”?

Do bólu przewidywalna jest też polska „polityka wschodnia”, a właściwie jej brak. Przypomniał o tym 26 listopada w wypowiedzi dla Salonu Politycznego Trójki w Polskim Radiu Michał Kamiński, obecnie senator z ramienia Polskiego Stronnictwa Ludowego: „Można cały czas mówić o Banderze i Wołyniu, tylko dzisiaj to ukraińscy żołnierze na wschodzie bronią Europy i Polski przed rosyjskim imperializmem. (…) Wczoraj mogłem o tym z dumą mówić, że jeżeli nawet polska scena polityczna bywa dzisiaj podzielona, a bywa, to w tej jednej sprawie – być może nie w jednej, ale jest tych spraw niewiele – rząd i opozycja mówią jednym głosem. To poparcie dla integralności terytorialnej Ukrainy, poparcie dla walki Ukraińców z rosyjskim imperializmem i poparcie dla ukraińskich aspiracji europejskich i atlantyckich”.

Który raz już słyszę to pustosłowie? Głowa od tego boli. Polscy mężowie stanu, którzy z takim heroizmem bronili wiceszefa UNA-UNSO przed listem gończym Interpolu i Komitetu Śledczego Rosji i tak heroicznie walczą o integralność terytorialną Ukrainy oraz jej aspiracje europejsko-atlantyckie, nie biorą w ogóle pod uwagę, że nie tylko prezydent Wołodymyr Zełenski i stojący za nim oligarcha Ihor Kołomojski mogą dogadać się z Rosją, ale mogą uczynić to także nacjonaliści ukraińscy. Rosja mogłaby wtedy udzielić wsparcia ich roszczeniom terytorialnym do tzw. Zakerzonia w zamian za ich rezygnację z roszczeń do Krymu i Donbasu. Tego w ogóle nie są w stanie sobie wyobrazić wyznawcy mgławicowej idei Międzymorza. A w polityce nie ma rzeczy niemożliwych.

Można by jeszcze dużo pisać o kamiennym kręgu polskiej miernoty politycznej, o „klasie politycznej” reprezentującej intelektualnie poziom przedszkola, ale po co. Nic to nie zmieni.

Bohdan Piętka

14 grudnia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 51-52 (2271/2272), 15-29.12.2019, s. 12

Polska i Niemcy 80 lat później

Wobec niespodziewanej absencji na obchodach 80-tej rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej najważniejszego spodziewanego przez obóz władzy gościa – czyli Donalda Trumpa – a także nieobecności przywódców Francji i Wielkiej Brytanii, to prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier i kanclerz Angela Merkel nadali światową rangę tym uroczystościom. Bez wątpienia prezydent Niemiec wygłosił również najlepsze i najważniejsze przemówienia – w Wieluniu i przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

Warto przypomnieć co powiedział. Podczas uroczystości w Wieluniu stwierdził m.in: „(…) na Wieluń spadło piekło – rozpętane przez niemiecki rasistowski obłęd i żądzę zniszczenia. (…) Wieluń był zarzewiem, atakiem terrorystycznym niemieckiej Luftwaffe oraz zapowiedzią wszystkiego, co miało nastąpić w ciągu kolejnych sześciu lat. (…) Cynizm niemieckich agresorów był bezgraniczny, ich działania – nieludzkie, a skutki dla mieszkańców tego miasta – straszliwe. (…) Przyszedł czas, by Wieluń i wiele innych zrównanych z ziemią polskich miast i wsi znalazło swoje miejsce obok innych miejsc upamiętniających niemieckie zbrodnie – obok Guerniki, Lidic i Oradour – i abyśmy także w Niemczech i w Berlinie znaleźli nowe i godne sposoby upamiętnienia. Wieluń musi być obecny w naszych umysłach i w naszych sercach.

Tu w Wieluniu sąsiedztwo polsko-niemieckie zostało unicestwione z tak radykalną wolą zniszczenia, z taką siłą, że pamięć o tym boli jeszcze dzisiaj. Który Niemiec może patrzeć na Wieluń, na Warszawę czy Palmiry oraz Auschwitz i inne miejsca Shoah, nie odczuwając wstydu? To Niemcy dokonywali w Polsce zbrodni przeciw ludzkości. Kto twierdzi, że to przeszłość i że to się już skończyło, kto oświadcza, że panowanie nazistowskiego terroru nad Europą to tylko marginalia historii Niemiec, ten sam wydaje na siebie wyrok. Ta przeszłość nie przeminie. Mamy z nią do czynienia. »Każdy ma coś wspólnego z niemieckim losem […] i niemiecką winą, jeśli urodził się Niemcem« – ten, kto chce się powoływać na niemiecką historię, musi znieść także tę wypowiedź Tomasza Manna.

Przeszłość nie przeminie. I nasza odpowiedzialność nie przeminie. My to wiemy. Jako prezydent Niemiec chcę Państwa zapewnić: Nie zapomnimy! Chcemy i będziemy pamiętać. Bierzemy na siebie odpowiedzialność, którą nakłada na nas historia.

(…) Polska stawiła opór tej haniebnej próbie unicestwienia jej. (…) Państwo niemieckie zawsze będzie wdzięczne za to, że zostało ponownie przyjęte do grona Europejczyków po tym, co Niemcy wyrządzili mieszkańcom Wielunia oraz milionom ludzi na naszym kontynencie. Niemcy zawsze będą wdzięczne za walkę Polaków o wolność, która zerwała żelazną kurtynę i utorowała drogę do zjednoczonej Europy. Nie możemy cofnąć wyrządzonych krzywd i cierpień. Nie możemy ich też zliczyć. Jednak Polska wyciągnęła do Niemiec dłoń w geście pojednania. Mimo wszystko. Jesteśmy głęboko wdzięczni za tę wyciągniętą do nas dłoń, za gotowość Polski, by wspólnie podążać drogą pojednania[1].

Natomiast w Warszawie powiedział: „Ta wojna była zbrodnią niemiecką. Historia tego miejsca jest tego świadectwem. Już od pierwszego dnia wojny Niemcy ostrzeliwali Warszawę. Przez lata siali ogromne spustoszenie w tym mieście. Całe dzielnice miasta zrównali z ziemią. Deportowali jego mieszkańców. Mordowali mężczyzn, kobiety i dzieci. Polska, jej kultura, jej miasta, jej mieszkańcy – wszystko, co żywe, miało zostać unicestwione. (…) Nie ma drugiego takiego miejsca w Europie, w którym z takim trudem przychodziłoby mi zabrać głos. Jako prezydent Niemiec, wspólnie z kanclerz federalną Niemiec, mówię dzisiaj wszystkim Polkom i Polakom: nie zapomnimy. Nie zapomnimy ran, które Niemcy zadali Polakom. Nie zapomnimy cierpienia polskich rodzin, tak samo jak ich odwagi stawiania oporu. Nigdy nie zapomnimy”[2].

Wystąpienia prezydenta RFN w Wieluniu i w Warszawie uważam za wydarzenie bardzo doniosłe. Nie mniej doniosłe jak wystąpienie jego poprzednika podczas 50-tej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego w 1994 roku oraz wystąpienie Władimira Putina na Westerplatte w 2010 roku, który – o czym dzisiaj mało kto w Polsce pamięta – przyznał wtedy, że pakt Ribbentrop-Mołotow umożliwił III Rzeszy i ZSRR opanowanie Europy Środkowej. Reakcje obozu władzy i jego mediów na słowa prezydenta Steinmeiera były z pozoru pełne uznania, ponieważ nie mogły być inne. Z pozoru, bo nawet w tych reakcjach nie zabrakło charakterystycznej dla tej władzy buty.

Premier Morawiecki pozwolił sobie na komentarz, że przemówienie prezydenta Niemiec było „rzeczywiście przełomowe”, a następnie dodał, że tak jednoznaczne uznanie przez najwyższego przedstawiciela RFN win niemieckich wobec Polski jest „wielkim sukcesem polityki historycznej PiS” (sic!). Uniknął też odpowiedzi na pytanie, czy polski rząd odpowie na apel Steinmeiera, który w swojej wypowiedzi zawarł oczekiwanie wybaczenia ze strony polskiej. Natomiast według wicepremiera Piotra Glińskiego słowa prezydenta Niemiec oznaczają, że Polska ma „duże szanse na uzyskanie reparacji wojennych” od RFN. Premier Morawiecki dodał do tego, że „my teraz czekamy na analizy, które są prowadzone”[3]. Taka zatem jest reakcja władz polskich na ponową niemiecką prośbę o przebaczenie, wyartykułowaną do tego tak dobitnie. Iście mocarstwowa – jak za starych czasów księżycowej polityki Józefa Becka, którego epigonami są obecnie rządzący.

Z kolei na Westerplatte premier Morawiecki powiedział 1 września: „Trzeba domagać się zadośćuczynienia za drugą wojnę światową”. To powiedział szef rządu, który nie ma odwagi domagać się od Ukrainy uznania odpowiedzialności nacjonalistów ukraińskich za ludobójstwo na narodzie polskim oraz ekshumacji i upamiętnienia ofiar tego ludobójstwa. Dzień wcześniej prezydent Andrzej Duda poprosił prezydenta Ukrainy o zniesienie zakazu prowadzenia prac ekshumacyjnych na Wołyniu. Równocześnie ten sam prezydent w wywiadzie dla niemieckiego „Bilda” zapowiedział rychłe „wystawienie rachunku” Niemcom za drugą wojnę światową. Ukrainę proszą o anulowanie zakazu ekshumacji ofiar ludobójstwa UPA, a od Niemiec żądają odszkodowań wojennych. Taka to jest polityka mocarstwowa. Zatem od czasów Becka charakter polityki mocarstwowej w Polsce się nie zmienił.

W związku z 80-tą rocznicą Września 1939 roku temat reparacji wojennych od Niemiec został też podjęty w prorządowych mediach. Dlatego muszę wyjaśnić, że żądanie tych reparacji jest wielką pisowską hucpą. Z kilku co najmniej powodów. (1) Niemcy są państwem silnym i poważnym i otwarcie takiego tematu mogą potraktować także poważnie – tzn. jako powrót do dyskusji o granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, ponieważ niechętne uznanie tej granicy przez kanclerza Helmuta Kohla w 1990 roku było w rozumieniu Berlina formą reparacji wobec Polski za drugą wojnę światową. (2) Zostanie to odczytane nie tylko przez władze w Berlinie, ale i naród niemiecki jako akt nieprzyjazny. (3) Okazywanie wrogości Niemcom, czyli państwu, od którego sprawy polskie zależą bardzo wiele i to nie tylko w UE, przy jednoczesnym stąpaniu na paluszkach w kwestiach historycznych przed Ukrainą, od której w sprawie Polski nie zależy nic, podsumowuje całą pisowską politykę mocarstwową. (4) Jest to temat wywołany przez Kaczyńskiego głównie na użytek polityki wewnętrznej – w celu podtrzymywania gotowości bojowej elektoratu przez ciągłe jątrzenie, a to przeciw Niemcom, a to przeciw Rosji, a to przeciw „gorszemu sortowi” Polaków. (5) Tym bardziej pokazuje to irracjonalność polityki obecnego obozu władzy.

Na irracjonalność tej polityki zwrócił uwagę 4 września Gerhard Gnauck – warszawski korespondent „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Gnauck zauważył, że temat reparacji wprowadził do debaty publicznej latem 2017 roku prezes PiS Jarosław Kaczyński, poruszając go podczas wiecu partyjnego. „Od tego czasu politycy obozu rządzącego zapowiadają raz po raz, że wystawią Niemcom rachunek” – pisze Gnauck. Jeden z ministrów polskiego rządu wymienił sumę „840 mld euro”, prawicowi publicyści piszą o bilionach – czytamy w „FAZ”.

„Co jest właściwie celem polskiego rządu?” – pyta Gnauck zastrzegając, że od członków sejmowego zespołu ds. reparacji niewiele można się dowiedzieć. „Nie ma jasnych dowodów na to, że polscy przedstawiciele poruszyli ten temat wobec Niemiec na najwyższym szczeblu. Dyplomaci próbowali to zrobić, lecz natrafili w Berlinie, jak można usłyszeć, na mur milczenia” – pisze niemiecki dziennikarz. Na postawione pytanie sam sobie odpowiada, że przyczyną takich działań władz polskich mogą być wysuwane od lat przez organizacje żydowskie w USA żądania restytucji byłego mienia żydowskiego w Polsce. Zdaniem Gnaucka sytuacja prawna i presja moralna, to dwa różne aspekty tego „wielostronnego konfliktu”[4]. A zatem w Niemczech otwarcie zauważono, że polityka polska jest prowadzona od ściany do ściany.

Z punktu widzenia kuchni politycznej wystąpienia prezydenta Steinmeiera w Wieluniu i Warszawie były mistrzostwem politycznym na najwyższym poziomie. Wytrącił obozowi władzy w Polsce broń z ręki. Odtąd dalsze artykułowanie przez władze polskie żądania reparacji wojennych od Niemiec będzie postrzegane przez opinię międzynarodową jako działanie nieprzyjazne ze strony Polski.

W świetle przytoczonych wypowiedzi czołowych polityków polskich obawiam się, że kolejna niemiecka prośba o przebaczenie win – wyartykułowana tak mocno przez Franka-Waltera Steinmeiera – może zawisnąć w próżni. Nie ma dzisiaj żadnych przeszkód, żeby Polska budowała dobre i partnerskie stosunki z Niemcami i Rosją. Budowanie takich partnerskich stosunków nie oznacza przecież ani konieczności politycznego podporządkowania się Rosji, ani konieczności akceptacji niemieckich planów federalizacji Unii Europejskiej – jak to sugerują prorządowe media i zwolennicy obozu władzy. W ich narracji dalej mamy rok 1939, a współczesne Niemcy oraz Rosja są nadal III Rzeszą oraz Związkiem Radzieckim i przygotowują się do podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow. Wszystko zresztą obozowi władzy i jego akolitom się z tym paktem kojarzy – i rurociąg bałtycki, i wychodzące z Berlina postulaty zniesienia sankcji wobec Rosji, i jakakolwiek zbliżenie niemiecko-rosyjskie.

Przeszkodą w budowaniu normalnych stosunków z dwoma wielkimi sąsiadami jest to, że rządzą w  Polsce siły, które przyjęły rolę głównego reprezentanta interesów amerykańskich w Europie, co determinuje radykalnie antyrosyjski, ale także antyniemiecki kierunek polityki zagranicznej Warszawy. Celem polityki amerykańskiej jest bowiem niedopuszczenie do bliskich i partnerskich relacji pomiędzy UE i Rosją, a przez to redukcji amerykańskich wpływów w Europie. Narzędziami USA w tej grze są Polska, Ukraina, państwa bałtyckie i w mniejszym stopniu Rumunia. Rola Polski w polityce amerykańskiej determinuje charakter polskiej polityki historycznej, która zamiast szukać pojednania jątrzy stosunki polsko-rosyjskie i polsko-niemieckie. To dlatego prezydent Duda w swoim wystąpieniu z okazji 80-tej rocznicy agresji III Rzeszy na Polskę mówił o współczesnej Rosji, czyli nie na temat. Niestety, duża część Polaków podziela takie spojrzenie na historię, albo – poddawana ciągłemu naciskowi propagandowemu – niewiele już z historii swojego kraju rozumie. W odpowiedzi na empatię niemiecką nie widzę symetrycznej reakcji w społeczeństwie polskim. Widzę natomiast ciągłe pretensje historyczne do obu sąsiadów, niejednokrotnie przesadnie artykułowane. Pojednanie historyczne jest rzeczą trudną i zawsze będzie rezultatem kompromisu, który nikogo nie zadowoli, ponieważ każdy naród ma własną pamięć historyczną i własne emocje. W stosunkach Polski z Niemcami i Rosją, dla polskiej przyszłości – jest jednak konieczne. I możliwe.

[1] „Wystąpienie prezydenta Niemiec w Wieluniu. Chylę czoła i proszę o przebaczenie”, „Gazeta Wyborcza” nr 204 (9716), 2.09.2019, s. 12.

[2] „Stoję dzisiaj przed polskim narodem bosy, obarczony wielkim, historycznym brzemieniem”, http://www.tvn24.pl, 1.09.2019.

[3] Premier w Polsat News: przemówienie prezydenta Niemiec  przełomowe; ws. reparacji czekamy na analizy, http://www.polsatnews.pl, 4.09.2019.

[4] FAZ o reparacjach: dokąd zmierza polski rząd?, http://www.dw.com, 4.09.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 września 2019 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2259/2260), 22-29.09.2019, s. 9

Kto otworzył drogę Hitlerowi?

Pytanie, czy Polska mogła uniknąć losu, jaki spotkał ją we wrześniu 1939 roku, było stawiane od czasu zakończenia kampanii wrześniowej. Epigoni obozu sanacyjnego zwykle udzielali na nie fałszywych odpowiedzi – zrzucając odpowiedzialność wyłącznie na sygnatariuszy paktu Ribbentrop-Mołotow i mocarstwa zachodnie, tylko nie na politykę firmowaną przez Józefa Becka. Z kolei po 1989 roku w kręgach prawicowych zyskała popularność teza, że w 1939 roku należało stanąć po stronie III Rzeszy. Argumenty zwolenników tej tezy – będącej jednym z przejawów polskiego irracjonalizmu politycznego – zebrał Piotr Zychowicz w książce „Pakt Ribbentrop-Beck. Czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki” (Poznań 2012).

Nie pakt „Ribbentrop-Beck”, ale układ sojuszniczy pomiędzy Pragą i Warszawą był szansą na zatrzymanie rozpędzającej się agresji hitlerowskiej. Polska przegrała kampanię wrześniową rok wcześniej – we wrześniu 1938 roku – dopuszczając do rozbioru Czechosłowacji. Gorzko podsumował to wówczas Wojciech Korfanty (1873-1939): „Za dwa powiaty Zaolzia, które można było w inny sposób dziesięć razy odzyskać sprzedano bezpieczeństwo Polski”. Rozbiór, a następnie likwidacja Czechosłowacji w połowie marca 1939 roku doprowadziły do przejęcia przez III Rzeszę nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej i dobrze rozwiniętego czeskiego przemysłu zbrojeniowego. Spowodowało to wzmocnienie niemieckiego potencjału militarnego na tyle, że Niemcy hitlerowskie były gotowe do rozpoczęcia wojny z Polską już pod koniec lata 1939 roku. Z dzisiejszej perspektywy zdumiewa, że sternicy nawy państwowej II RP nie rozumieli jakie będą skutki geopolityczne i wojskowe rozbioru Czechosłowacji. Polską racją stanu było niedopuszczenie za wszelką cenę do kapitulacji Czechosłowacji przed dyktatem monachijskim. A cena była naprawdę niewielka – trzeba było tylko wznieść się ponad uprzedzenia polityczne wobec tego kraju.

Rok 1938 był kluczowy dla rozwoju późniejszych wydarzeń. To wtedy mocarstwa zachodnie zapaliły zielone światło Hitlerowi do rozpętania drugiej wojny światowej. To nie pakt Ribbentrop-Mołotow, ale układ monachijski doprowadził do zniszczenia ładu wersalskiego i pozwolił III Rzeszy na politykę dyktatu i podboju. Odpowiedzialność za to spada w pierwszej kolejności na Francję i Wielką Brytanię oraz ich politykę appeasementu (zaspokajania roszczeń Hitlera). Wątpliwości co do tego nie miał Winston Churchill: „W roku 1938 walka o Czechosłowację byłaby czymś jak najbardziej rozsądnym: armia niemiecka mogła wystawić zaledwie pół tuzina wyszkolonych dywizji na froncie zachodnim, podczas gdy Francja ze swoimi niemal 60 czy 70 dywizjami bez trudu mogła przekroczyć Ren i zająć Ruhrę”. A także dojść do Berlina i zakończyć istnienie brunatnej Rzeszy Hitlera, zanim ta podpaliła świat. W 1939 roku było już na to za późno.

W drugiej połowie września 1938 roku – w szczytowym momencie kryzysu sudeckiego – czechosłowacki prezydent Edvard Beneš skierował list do prezydenta Ignacego Mościckiego, w którym oferował Polsce rewizję granicy w zamian za neutralność Warszawy w kryzysie sudeckim. List ten dotarł do Warszawy z opóźnieniem i nie wywarł pozytywnego skutku ze względu na antyczeską zawziętość Józefa Becka – sternika polskiej polityki zagranicznej. Jego odpowiedzią na list Beneša były wysłane do Pragi pod koniec września 1938 roku noty dyplomatyczne, utrzymane w tonie nieprzyjaznym, w których Warszawa domagała się równolegle do załatwienia roszczeń niemieckich rewindykacji terytorialnej na Zaolziu. To wtedy II RP przegrała kampanię wrześniową z 1939 roku, a więc swój byt polityczny.

Józef Beck po objęciu w listopadzie 1932 roku stanowiska ministra spraw zagranicznych zablokował proces normalizacji stosunków polsko-czechosłowackich. Wobec Czechosłowacji kierował się on tezą Józefa Piłsudskiego, że istnienie tego państwa nie jest zjawiskiem trwałym. Wbrew stanowisku opozycji antysanacyjnej prowadził rozmyślną politykę pogorszenia stosunków z Pragą, czego wyrazem było niepowodzenie rozmów polsko-czechosłowackich w latach 1932-1934. Południowy sąsiad przestał być wtedy dla Becka poważnym partnerem.

Politykę Józefa Becka wobec Czechosłowacji w 1938 roku bezlitośnie podsumował prof. Henryk Batowski (1907-1999): „Błędna polityka polska w tym okresie łączyła się (…) z faktem, że Czechosłowacja była w sojuszu ze Związkiem Radzieckim, że tolerowała u siebie działalność partii komunistycznej, że udzielała pomocy polskiej opozycji. Oficjalnie upominano się o nie w pełni takie, jakie powinno być, traktowanie ludności polskiej na Zaolziu. Ale trzeba stwierdzić, że Beckowi nie tyle chodziło o sprawę Zaolzia, ile o cel znacznie szerszy: o zniszczenie Czechosłowacji jako takiej, gdyż nie mieściła się ona w koncepcji Europy Środkowej wytworzonej w polskim MSZ, opartej przede wszystkim na współpracy z Węgrami. Chciano dopomóc separatystom słowackim w zerwaniu z Pragą, a Czechów pozostawić ich własnemu losowi”[1]. Takie cele polityki polskiej były w tym czasie niestety bliskie celom polityki hitlerowskiej.

O ile przed 1989 rokiem w historiografii polskiej dominowało przekonanie, że Polska popełniła śmiertelny błąd biorąc udział w rozbiorze Czechosłowacji, to w III RP nastąpił powrót do prosanacyjnej wykładni dziejów. Sprowadza się to nie tylko do usprawiedliwiania zgubnej dla Polski polityki Józefa Becka, ale także jego gloryfikacji jako rzekomo przenikliwego męża stanu, który w 1938 roku zapobiegł zajęciu Zaolzia przez Niemców. Zwolennicy takiego punktu widzenia (m.in. Marek K. Kamiński, Leszek Moczulski, Romuald Szeremietiew) uważają, że całkowitą i wyłączną winę za fiasko jakiegokolwiek porozumienia Polski i Czechosłowacji w 1938 roku ponosił Edvard Beneš, który od 1918 roku prowadził politykę antypolską.

Z takim punktem widzenia już ponad pół wieku temu polemizował gen. Tadeusz Machalski (1893-1983) – w latach 1939-1945 attaché wojskowy w Atenach i Ankarze, po wojnie emigracyjny historyk wojskowości. W wydanej w Londynie w 1964 roku książce „Pod prąd. Światła i cienie kampanii wrześniowej 1939 roku” zauważył on, że zatargi z Pragą o Zaolzie „aczkolwiek ważne, nie powinny były zaciemniać nam obrazu rzeczywistości. Istnienie Czechosłowacji skracało naszą granicę narażoną na atak niemiecki, o całe 850 km i zapewniało bezpieczeństwo naszej południowo-zachodniej granicy na odcinku sięgającym od Karpat aż po Częstochowę włącznie. To było rzeczą najważniejszą, ważniejszą od tego, czy Benesz był sympatyczny czy nie (…). Rozwiązania problemu bezpieczeństwa naszej południowo-zachodniej granicy nie należało szukać we wspólnym z Hitlerem rozbiorze Czechosłowacji, ale wręcz przeciwnie, broniąc Czechosłowację [!] przed zaborczością Hitlera. Wtedy Hitler, widząc nas przeciwko sobie, prawdopodobnie namyśliłby się dwa razy przed podjęciem ryzykownej decyzji. Gdybyśmy w czasie kryzysu sudeckiego stanęli po stronie Czechosłowacji zamiast po stronie Niemiec, to możliwe, że do wojny tak w 1938, jak i w 1939 roku w ogóle by nie doszło, a gdyby pomimo wszystko wybuchła już w 1938 roku, to rozegrałaby się tak, jak to niemiecki sztab generalny przewidywał i zakończyłaby się katastrofą Niemiec. Ale nawet gdyby Francja i Anglia zawiodły, to i bez ich udziału, razem z Czechosłowacją, byliśmy silniejsi od Hitlera i dalibyśmy sobie z nim radę i to tym łatwiej, że pomógłby nam planowany przez generałów niemieckich zamach stanu”.

Niestety, tak się nie stało. Mentalność ekipy sanacyjnej – owładniętej obsesją antyczeską, bardzo długo lekceważącej zagrożenie niemieckie i ulegającej nierealnemu złudzeniu „polityki mocarstwowej” – doprowadziła do udziału II RP w rozbiorze Czechosłowacji, którego bezpośrednim skutkiem stała się agresja hitlerowska na Polskę rok później. Nie jest prawdą, że po stronie czechosłowackiej nie było partnera do zawarcia układu politycznego.

Poważne rozmowy na temat politycznego i wojskowego zbliżenia obu krajów były prowadzone już w latach 1924-1925 przez szefa polskiego Sztabu Generalnego, gen. Stanisława Hallera, oraz gen. Jana Syrový’ego – wówczas zastępcę naczelnika Sztabu Głównego armii czechosłowackiej, a we wrześniu 1938 roku premiera rządu czechosłowackiego, który został zmuszony przyjąć dyktat monachijski. Jeszcze po przewrocie majowym z 1926 roku w czeskich kołach wojskowych istniała gotowość zawarcia sojuszu z Polską. Jeden z czeskich sztabowców, płk Bartoš, stwierdził wówczas, że „istnieje bezwzględna konieczność jak najściślejszej współpracy obu naszych armii, wobec istnienia wspólnego nieprzyjaciela – Niemiec. Ta współpraca jest conditio sine qua non istnienia obu państw”[2].

W połowie lat 20-tych XX w. czescy i polscy sztabowcy kreślili plany wspólnego ataku na niemiecki Śląsk („klin śląski”), w przypadku zagrożenia obu państw przez Niemcy. Zawarcie wówczas wymierzonego w Berlin sojuszu polsko-czechosłowackiego zmieniłoby układ sił w Europie Środkowej na niekorzyść Niemiec, likwidując w pierwszej kolejności niebezpieczeństwo niemieckiego okrążenia Polski od południowego zachodu. Ponadto dobrze rozwinięty czeski przemysł zbrojeniowy stałby się cennym dostawcą broni dla Wojska Polskiego. Dlatego porozumienie polityczno-wojskowe z Czechosłowacją było celem, jaki postawił sobie w polityce zagranicznej trzeci rząd Wincentego Witosa – powołany 10 maja 1926 roku i obalony cztery dni później w wyniku wojskowego zamachu stanu Józefa Piłsudskiego. Historycy ruchu ludowego są przekonani, że jedną z głównych przyczyn przewrotu majowego był zamiar pokrzyżowania planów sojuszu polsko-czechosłowackiego, który nie leżał w interesie Niemiec i Wielkiej Brytanii.

Zamach majowy przerwał prace nad paktem polityczno-wojskowym z Pragą, a jednym z jego konsekwencji było osłabienie, a następnie zerwanie w 1934 roku kontaktów wojskowych między Polską a Czechosłowacją. Był to wielki błąd. Kierownictwo armii czechosłowackiej – złożone z byłych legionistów walczących z bolszewikami w Rosji w latach 1918-1919 – stanowiło najbardziej propolską część establishmentu czechosłowackiego. W oparciu o generalicję czechosłowacką można było zbudować polskie lobby polityczne w tym kraju, które mogło wpłynąć na niechętną Polsce politykę prezydentów Tomáša Masaryka i Edvarda Beneša. Tacy generałowie jak Ludvík Krejčí, Alois Eliáš, Lev Prachala, Jan Syrový, czy Siergiej Wojciechowski (z pochodzenia Polak) – przeciwnicy kapitulacji wobec dyktatu monachijskiego – mając polskie wsparcie podczas kryzysu sudeckiego, mogli się pokusić o obalenie ekipy prezydenta Edvarda Beneša na drodze zamachu stanu i stworzenie rządu, który razem z Polską byłby gotów podjąć walkę z Niemcami. Racją stanu Polski było utrzymanie z tymi propolskimi generałami kontaktów za wszelką cenę. Tymczasem ekipa sanacyjna zerwała z nimi wszelkie kontakty w połowie lat 30-tych – w sytuacji, gdy Niemcy hitlerowskie przystąpiły do demontażu ładu wersalskiego w Europie.

Armia czechosłowacka zmobilizowała w 1938 roku 45 dywizji wobec 47 niemieckich. Gdyby po stronie Czechosłowacji stanęła Polska, nie mówiąc o Francji, III Rzesza nie miałaby przewagi militarnej już na początku starcia zbrojnego.

Przedstawiciele czeskich kół wojskowych w latach 1937-1938, a nawet jeszcze jesienią 1938 roku, szukali kontaktu z Polską, jednakże ekipa sanacyjna nie miała zamiaru dogadać się z Czechosłowacją. Z inicjatywą rozmów pod adresem polskiego attaché wojskowego w Bukareszcie, ppłk. Tadeusza Zakrzewskiego, wystąpił już na początku grudnia 1937 roku jego czeski odpowiednik, ppłk Otokar Buda. Proponował on w imieniu gen. Ludvíka Krejčí – szefa czechosłowackiego Sztabu Głównego – odbycie zakonspirowanego spotkania przedstawicieli sztabów polskiego i czechosłowackiego w sprawie współdziałania obu państw przeciw Niemcom.

Jedyną reakcją na raport ppłk. T. Zakrzewskiego w tej sprawie była surowa reprymenda udzielona mu przez gen. Wacława Stachiewicza – szefa polskiego Sztabu Głównego – oraz płk. Tadeusza Pełczyńskiego – szefa Oddziału II, późniejszego generała i jednego ze sprawców tragedii powstania warszawskiego. Propozycję współpracy pod adresem strony polskiej ponowił w lutym 1938 roku czeski attaché wojskowy w Moskwie, ppłk Dastych. Sugerował on, że jeśli Polska stanie po stronie Czechosłowacji i zaproponuje układ sojuszniczy, to generalicja czechosłowacka odsunie od władzy ekipę Beneša[3]. Propozycja ta była jednak dla ekipy sanacyjnej niepożądana i kłopotliwa, więc ją zignorowano. To samo stało się z oficjalną propozycją czeską z czerwca 1938 roku dostaw surowców i sprzętu wojennego do Polski w zamian za zawarcie sojuszu wojskowego między oboma państwami.

Henryk Batowski ocenił takie działania strony polskiej następująco: „Błędność tej polityki wiązała się z całą ówczesną polityką obozu sanacji, jak i z określonymi cechami osobowości samego Becka, tj. jego arbitralnością, przekonaniem o własnej nieomylności, a także – last but not least – silną emocjonalną niechęcią do Czechów w ogóle i do Beneša w szczególności. Te wszystkie cechy, a zawłaszcza wszelkie emocjonalne uprzedzenia, są całkowicie niedopuszczalnymi motywami we wszystkich działaniach publicznych, tym bardziej wtedy, gdy chodzi o losy własnego kraju i narodu (…). Beck dążył do całkowitego rozbicia Czechosłowacji. Zamiast niej widział przede wszystkim wspólną granicę polsko-węgierską w Karpatach wschodnich (…) oraz niezależną bądź autonomiczną Słowację, związaną bądź z Polską, bądź z zaprzyjaźnionymi z Polską Węgrami, w każdym razie rozszerzającą – jak rozumowano wtedy w Warszawie – bezpieczeństwo Polski od południa na cały łańcuch Karpat”[4].

„Niezależną” Słowację proklamował jednak nie Beck, ale Hitler w marcu 1939 roku i z jej właśnie terytorium wyszło we wrześniu 1939 roku oskrzydlające Polskę od południa uderzenie niemiecko-słowackie.

Z analizy wypowiedzi czołowych polityków sanacyjnych – nie tylko Becka – wynika, że nie wierzyli oni w trwałość państwa czechosłowackiego, mieli pogardę do Czechów jako narodu oraz uważali, że rozbiór Czechosłowacji byłby dla Polski sprawą pożądaną i korzystną politycznie. Takie wypowiedzi były formułowane jeszcze na długo przed kryzysem sudeckim. Bez względu na geopolityczne uwarunkowania sytuacji Polski i Czechosłowacji w roku 1938 – na co powołują się obrońcy polityki Becka – los Czechosłowacji w myśleniu ekipy sanacyjnej był już przesądzony na długo przedtem. Polityka polska w 1938 roku wobec południowego sąsiada nie była zdeterminowana kwestią Zaolzia i mieszkającej tam ludności polskiej, lecz stanowiła realizację znacznie wcześniejszych planów ekipy sanacyjnej rozbicia Czechosłowacji. Trudno doprawdy pojąć to zaślepienie, ponieważ Czechosłowacja była, obok Polski, zwornikiem ładu wersalskiego w Europie, który przyniósł prawno-międzynarodowe uznanie obu państw. Każdy kto podkopywał system wersalski w Europie Środkowej – przyczyniał się do likwidacji niepodległego państwa polskiego.

Niestety, ale prawda jest taka, że zanim 23 sierpnia 1939 roku Ribbentrop i Mołotow ostatecznie złożyli do grobu system wersalski, grobową niszę wykopał mu m.in. minister Józef Beck we wrześniu i październiku 1938 roku. Polityka ekipy sanacyjnej w dobie Monachium sprawiła, że na salonach politycznych ówczesnej Europy podejrzewano nawet Polskę o jakąś tajemniczą zmowę z Niemcami. Wytrawnym politykom wydawało się bowiem dziwne, że ambitny minister dyplomacji nie rozumie dających się przewidzieć konsekwencji swoich działań.

[1] H. Batowski, „Między dwiema wojnami 1919-1939. Zarys historii dyplomatycznej”, Kraków 2001, s. 323.

[2] J. Engelgard, „Sojusz z Czechosłowacją – niewykorzystana szansa”, (w:) „Piłsudski i sanacja – błędy i zbrodnie. Konferencja historyczna, Warszawa, 15 września 2018”, Warszawa 2018, s. 48.

[3] Tamże, s. 52-54. Por. też: H. Bułhak, „Z dziejów stosunków wojskowych polsko-czechosłowackich w latach 1927-1936”, „Studia z dziejów ZSRR i Europy Środkowej”, t. XI, Warszawa 1975, s. 98-150; Tenże, „Czechosłowackie próby wznowienia rozmów na temat sojuszu wojskowego z Polską (1937-1938)”, „Studia z dziejów ZSRR i Europy Środkowej”, t. XII, Warszawa 1976, s. 203-210; M. Jarecki, „Dylematy i rozdroża czechosłowackiej polityki zagranicznej”, „Sborník prací Pedagogické fakulty Masarykovy univerzisty, řada společenských věd”, Brno 2017, s. 33-40.

[4] H. Batowski, „Rok 1938 – dwie agresje hitlerowskie”, Poznań 1985, s. 434-444.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 września 2019 r.

„Przegląd” nr 37 (1027), 9-15.09.2019, s. 34-37

Oni ocalili Kraków

Dzień 1 września jest w Polsce obchodzony jako rocznica wybuchu drugiej wojny światowej. Ale ta data mogła też symbolizować zupełnie inne wydarzenie – powstanie Armii Krajowej w Krakowie w 1944 roku. Powstanie, które stałoby się co najmniej taką samą hekatombą jak powstanie warszawskie. Nie ulega wątpliwości, że w wypadku wybuchu tego powstania nie tylko Kraków, ale i okoliczne miejscowości stałyby się ofiarą niemieckiego odwetu. Kraków był stolicą Generalnego Gubernatorstwa i siedzibą generalnego gubernatora Hansa Franka. Z tego powodu wzniecenie tam powstania zostałoby odczytane przez Niemców i samego Franka – znanego z nienawiści do Polaków – jako szczególnie bezczelna polska prowokacja. W obliczu słabości tamtejszych sił AK, które w żaden sposób nie mogły sprostać ogromnej przewadze niemieckiej w liczebności i uzbrojeniu, Kraków i jego okolice podzieliłyby los Woli, Ochoty i Starego Miasta w Warszawie. Auschwitz był niedaleko – zaledwie o 60 km – zatem techniczne rozwiązanie problemu likwidacji tych cywilów, których Niemcy nie zdołaliby zabić na miejscu, nie byłoby trudne.

Pod koniec sierpnia 1944 roku komendant główny AK gen. Tadeusz Bór-Komorowski wysłał do płk. Edwarda Godlewskiego „Gardy” – dowódcy krakowskiego Okręgu AK – depeszę z rozkazem wywołania powstania w Krakowie. Depesza Bora-Komorowskiego zaczynała się od słów: „Walka o Warszawę mimo dużych strat w ludziach i materiale daje nam potężny atut w rozgrywkach politycznych. Obecnie zależy mi bardzo by obok Warszawy nastąpiło silne uderzenie na Niemców jeszcze w Okręgu Muzeum [Kraków]. Drobne działania już nie mają znaczenia. W związku z tym: wykonajcie akcje na szerszą skalę przez opanowanie Krakowa lub w ostateczności Tarnowa. Czas i sposób wykonania pozostawiam wam”[1].

Powstanie miało zatem wybuchnąć nie tylko w Krakowie. Jeżeli w rozkazie Bora-Komorowskiego była mowa o odległym od Krakowa o 84 km Tarnowie, to należy założyć, że brał on pod uwagę także inne miejscowości Małopolski, leżące chociażby pomiędzy Krakowem a Tarnowem.

Ten rozkaz został wydany po wymordowaniu przez Niemców i ich wschodnich kolaborantów 50-60 tys. mieszkańców Woli i Ochoty, po wypędzeniu dalszych dziesiątek tysięcy warszawiaków do obozu w Pruszkowie i wywiezieniu części z nich 12 sierpnia 1944 roku w pierwszym transporcie pruszkowskim do KL Auschwitz, po tym jak Niemcy zaczęli masakrować mieszkańców pozostałych dzielnic Warszawy nalotami lotniczymi, ostrzałem artyleryjskim i pociskami wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych Nebelwerfel („ryczące krowy”), po tym jak powstańcy warszawscy toczyli już beznadziejną walkę w ruinach Starego Miasta, Śródmieścia, Powiśla, Mokotowa i na odciętym od pozostałych dzielnic Żoliborzu.

Bór-Komorowski wydał rozkaz wybuchu powstania w Krakowie mając pełną świadomość faktu, że sytuacja militarna Armii Krajowej w tym mieście była znacznie gorsza niż w Warszawie, gdzie powstańcy znajdowali się już w położeniu krytycznym. Siły, jakimi dysponował krakowski Okręg AK nie były w stanie przeciwstawić się 30-tysiecznemu garnizonowi niemieckiemu Krakowa, nie mówiąc o innych jednostkach niemieckich stacjonujących wtedy w Małopolsce – wówczas już strefie przyfrontowej. Jaki zatem sens miała następująca uwaga gen. Bora: „Oddziały Wasze muszą być silne, dobrze uzbrojone i odporne na walkę techniczną. Do akcji tej zgromadźcie jak największe zapasy amunicyj oraz zorganizujcie dobrze sieć dowodzenia /łączność radiową/, z góry rozmieszczając w poszczególnych dzielnicach miasta [oddziały] – zdolne  do samodzielnej i odosobnionej walki”?

Okręg Muzeum nie był silny i dobrze uzbrojony, nie miał wielkich zapasów amunicji, łączności radiowej i oddziałów zdolnych do samodzielnej i odosobnionej walki „technicznej” (czyli z przeciwnikiem dysponującym bronią pancerną, artylerią i lotnictwem). Czyżby gen. Bór sądził, że jego rozkaz będzie miał moc czarodziejskiej różdżki, której dotknięcie uzbroi krakowską AK tak, że będzie zdolna do walki z przeważającymi siłami wroga? Rozkaz gen. Bora był nie tylko skrajnie nieodpowiedzialny i wręcz zbrodniczy, ale stanowi ekstremalny przykład polskiego irracjonalizmu politycznego. Wiele też mówi o moralności i horyzontach myślowych generała, który stanął na czele powstania warszawskiego.

Te słowa – „walka o Warszawę mimo dużych strat w ludziach i materiale daje nam potężny atut w rozgrywkach politycznych” – mówią wszystko o dowództwie AK, o Borze-Komorowskim, Chruścielu, Okulickim, Pełczyńskim oraz Delegacie Rządu Janie Stanisławie Jankowskim. Dla nich życie mieszkańców Warszawy było warte niestety tyle samo co dla Niemców. Straty ludzkie nie miały znaczenia. Ważne były jedynie „rozgrywki polityczne”, czyli restytucja za wszelką cenę II RP i jej ustroju społeczno-ekonomicznego.

Taka jest prawda o powstaniu warszawskim, zagłuszana przez ryk propagandowy IPN i obecnego obozu władzy. Rodzi się w związku z tym pytanie, czy gdyby na przełomie sierpnia i września 1944 roku doszło zgodnie z wolą Bora-Komorowskiego do wybuchu powstania w Krakowie, to kto dzisiaj byłby obarczany winą za jego hekatombę? Także Sowieci, którzy znajdowali się wtedy pod Dębicą, w odległości 120 km od Krakowa?

Kraków ocaliła niesubordynacja płk. Edwarda Godlewskiego, którego wsparł metropolita krakowski Adam Sapieha (wówczas arcybiskup, od 18 lutego 1946 roku kardynał). Zamiast podporządkować się rozkazowi swojego przełożonego płk E. Godlewski wysłał 30 sierpnia 1944 roku na pomoc walczącej Warszawie Samodzielny Batalion Partyzancki „Skała” mjr. Jana Pańczakiewicza „Ziemowita” (1907-1968), a 11 września 1944 roku wydał rozkaz jedynie do prowadzenia ograniczonych działań w ramach akcji „Burza”. Batalion „Skała” zrezygnował z wykonania powierzonego mu zadania po walce z przeważającymi siłami niemieckimi pod Złotym Potokiem koło Częstochowy, którą stoczył również 11 września 1944 roku.

Płk Edward Godlewski »Garda« (1895-1945)

Płk Edward Godlewski »Garda« (1895-1945)

Być może jakimś tropem w próbie zrozumienia postawy dowódcy Okręgu AK Kraków jest to, że płk Edward Józef Godlewski „Garda” (1895-1945) nie był oficerem legionowym, jak chociażby Leopold Okulicki. Urodził się w zaborze rosyjskim – na Podlasiu. Pochodził z rodziny ziemiańskiej. W 1914 roku ukończył gimnazjum w Petersburgu i po wybuchu pierwszej wojny światowej znalazł się w szeregach armii rosyjskiej. Podczas walk z Niemcami został trzykrotnie ranny. W nagrodę za odwagę skierowano go do szkoły oficerskiej kawalerii, którą ukończył w lutym 1917 roku. Jesienią tego roku wstąpił do I Polskiego Korpusu Wschodniego gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego. Po rozwiązaniu tego Korpusu w 1918 roku przedostał się na Kubań, gdzie „biały” gen. Michaił Aleksiejew (1857-1918) tworzył Armię Ochotniczą. Dowódcą tej armii został jesienią 1918 roku gen. Anton Denikin (1872-1947). Edward Godlewski wstąpił tam do szwadronu polskiego, który dał początek 14. pułkowi ułanów jazłowiceckich. Pułk ten podporządkował się później 4. Dywizji Strzelców Polskich gen. Lucjana Żeligowskiego. Wraz z 14. pułkiem ułanów jazłowieckich E. Godlewski przekroczył 15 czerwca 1919 roku granicę Polski. Wziął następnie udział w wojnie polsko-bolszewickiej (1919-1920).

Po tej wojnie nadal służył w 14. pułku ułanów jazłowieckich. Został jego dowódcą w 1935 roku i dowodził nim też podczas kampanii wrześniowej 1939 roku w ramach Podolskiej Brygady Kawalerii, która wzięła udział w bitwie nad Bzurą. Podczas przebijania się przez Puszczę Kampinoską do oblężonej przez Niemców Warszawy płk E. Godlewski dowodził 19 września 1939 roku szarżą pod Wólką Węglową – ostatnią w historii polskiej jazdy szarżą wykonaną z udziałem całego pułku kawalerii. Wraz ze swym pułkiem wziął następnie udział w obronie Warszawy.

Po kapitulacji Warszawy przeszedł do walki konspiracyjnej. Od jesieni 1942 do marca 1944 roku był komendantem Obszaru AK Białystok. 15 marca 1944 roku Komenda Główna AK zlikwidowała Obszar Białystok, a płk E. Godlewski został mianowany w maju 1944 roku komendantem Okręgu AK Kraków. Płk „Garda” został aresztowany przez gestapo 19 października 1944 roku pod Kielcami. Pierwszym etapem jego męczeńskiej drogi było więzienie policyjne przy ulicy Montelupich w Krakowie, skąd na początku grudnia 1944 roku został deportowany do obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Stamtąd z kolei trafił w lutym 1945 roku do obozu koncentracyjnego Mauthausen. Zmarł z wycieńczenia tuż przed wyzwoleniem KL Mauthausen przez wojska amerykańskie, które nastąpiło 5 maja 1945 roku.

Podejmując decyzję w sprawie zignorowania rozkazu gen. Bora-Komorowskiego płk. „Garda” wiedział, że Niemcy ogólnie znają plany powstańcze AK. Prawdopodobnie też wiedział, że 25 sierpnia 1944 roku rząd polski na uchodźstwie i wódz naczelny gen. Kazimierz Sosnkowski nakazali ograniczyć powstanie do samej tylko Warszawy. Należy zaznaczyć, że młodzież w Krakowie – tak jak i wcześniej w Warszawie – też „rwała się do walki”. Na szczęście w Krakowie nie było płk. Antoniego Chruściela i gen. Leopolda Okulickiego. Był natomiast arcybiskup Adam Sapieha, który wymógł na oficerach Okręgu AK Kraków przyrzeczenie, że nie wywołają powstania. Płk. E. Godlewski uzyskał też wsparcie od miejscowych reprezentantów wszystkich sił politycznych Polski Podziemnej. Jednakże decyzję w sprawie ustosunkowania się do rozkazu gen. Bora-Komorowskiego podjął on sam jako dowódca Okręgu AK Kraków.

Książę kardynał Adam Stefan Sapieha (1867-1951), metropolita krakowski

Książę kardynał Adam Stefan Sapieha (1867-1951), metropolita krakowski

Książę kardynał Adam Stefan Sapieha (1867-1951) jest postacią na tyle znaną, że nie trzeba jej szerzej przedstawiać. Miał raczej z chłodny stosunek do piłsudczyzny, czego jednym z przejawów był tzw. konflikt wawelski z 1937 roku na tle przeniesienia trumny Józefa Piłsudskiego z krypty św. Leonarda pod Wieżę Srebrnych Dzwonów na Wawelu. Już podczas pierwszej wojny światowej powołał Książęco-Arcybiskupi Komitet Pomocy dla Dotkniętych Klęską Wojny. Natomiast podczas drugiej wojny światowej i okupacji niemieckiej był faktyczną głową Kościoła katolickiego w Generalnym Gubernatorstwie pod nieobecność przebywającego na uchodźstwie prymasa Augusta Hlonda. Utworzył Obywatelski Komitet Pomocy dla ofiar wojny i współpracował z Radą Główną Opiekuńczą. Kilkakrotnie interweniował u władz niemieckich w sprawie terroru hitlerowskiego wobec Polaków i Żydów. Był m.in. inicjatorem orędzia Episkopatu Polski do władz Generalnego Gubernatorstwa z czerwca 1943 roku w sprawie ograniczenia swobód Polaków. Ocalił najcenniejsze działa sztuki z Wawelu, podejmując pod koniec sierpnia 1939 roku decyzję o ich przeniesieniu i ukryciu w Pałacu Arcybiskupim. Odegrał, także ważną rolę w pomocy dla eksterminowanych przez okupanta Żydów, polecając udzielać potajemnie chrztu Żydom i wydawać im fałszywe metryki katolickie. Współpracował z rządem RP na uchodźstwie i strukturami Polski Podziemnej. Niestety, osoby tej miary co metropolita krakowski zabrakło pod koniec lipca 1944 roku w Warszawie, gdzie kolejny raz w historii Polski miał miejsce powstańczy szantaż ze strony garstki nieodpowiedzialnych ludzi.

Nie ulega wątpliwości, że to przede wszystkim tym dwóm osobom Kraków zawdzięcza to, że w 1944 roku nie stał się tak jak Warszawa morzem ruin, że 1 września nie jest w nim obchodzona rocznica „bohaterskiego powstania”, które mogło mieć skutki o wiele tragiczniejsze niż powstanie warszawskie i to dla całej Małopolski. Ponadto Kraków nie był jedynym miejscem, w którym gen. T. Bór-Komorowski chciał wywołać powstanie w sytuacji, gdy widział jakie były skutki powstania wywołanego w Warszawie – zarówno wojskowe (beznadziejna i nierówna walka AK), jak i polityczne (eksterminacja przez Niemców ludności cywilnej oraz brak pomocy ze strony ZSRR i aliantów zachodnich). Mimo decyzji rządu RP na uchodźstwie i gen. K. Sosnkowskiego z 25 sierpnia 1944 roku o ograniczeniu powstania do Warszawy, gen. T. Bór-Komorowski wydawał kolejne rozkazy podjęcia działań powstańczych poza Warszawą.

27 sierpnia 1944 roku polecił dowódcy Okręgu AK Kielce wykonanie akcji „na szerszą skalę przez opanowanie na przykład Radomia, Kielc lub większego kompleksu leśnego(…)”. 30 sierpnia wysłał rozkaz do dowódcy Okręgu AK Łódź, w którym stwierdził, że należy „przejść do działań na szerszą skalę. Na Waszym terenie przejawi się to przez opanowanie Piotrkowa lub jakiegoś większego kompleksu leśnego (…)”. We wszystkich tych rozkazach powtarzał z uporem maniaka: „Oddziały Wasze muszą być silne, dobrze uzbrojone i odporne na walkę techniczną”. Tak jakby nie wiedział jaka była liczebność i uzbrojenie sił AK w stosunku do sił niemieckich i ich możliwości technicznych na obszarach będących zapleczem frontu. Natomiast 1 września wysłał kolejne rozkazy do Okręgów AK Kielce, Łódź, Kraków i Śląsk, w których akcję „Burza” nakazywał „przeprowadzić w dużych zgrupowaniach [w innej wersji „w dywizyjnych zgrupowaniach” – uzup. BP]. W małych miastach walki ograniczyć tylko do samoobrony”. Notabene Okręg AK Śląsk był najsłabszym z okręgów Armii Krajowej, w którym nie było mowy o wystawieniu uzbrojonej kompanii, a co dopiero dywizji. Ponadto Bór-Komorowski w „depeszy alarmowej” do Londynu z 29 sierpnia 1944 roku zaprotestował przeciwko decyzji rządu i naczelnego wodza z 25 sierpnia o ograniczeniu powstania do Warszawy. Prof. Andrzej Leon Sowa skomentował to krótko: „Po nas choćby potop…”[2].

[1] Prof. Andrzej L. Sowa datuje ten rozkaz na 28 sierpnia 1944 r., natomiast red. Paweł Dybicz na 23 sierpnia 1944 r. Por.: P. Dybicz, „Zbrodniczy rozkaz”, „Przegląd” nr 32 (1022), 5-11.08.2019, s. 10-12.; A. L. Sowa, „Kto wydał wyrok na miasto? Plany operacyjne ZWZ-AK (1940-1944) i sposoby ich realizacji”, Kraków 2016, s. 632.

[2] A. L. Sowa, „Kto wydał wyrok na miasto?…”, s. 629-635.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 września 2019 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2257/2258), 8-15.09.2019, s. 14-15

Wytyczył drogę Zygmuntowi Berlingowi

Trzy dni po obchodach 75-tej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego grupa osób zniszczyła pomnik gen. Zygmunta Berlinga (1896-1980), znajdujący się obok mostu Łazienkowskiego w Warszawie. „Totalitarny monument zdrajcy Zygmunta Berlinga w Warszawie zniesiony społecznie przez antykomunistów” – ogłosił publicznie przywódca tej grupy. Czyn ten miał przyzwolenie władz, które w ramach tzw. dekomunizacji podjęły w maju decyzję o usunięciu tego pomnika do końca tego roku. Piszę „grupa osób”, mimo że ich szyld polityczny i nazwisko lidera są dobrze znane, ponieważ tych ludzi i ich przywódcy nikt za 20 lat nie będzie pamiętał. Ci ludzie stanowią polityczny margines, natomiast gen. Z. Berlinga z historii wymazać się nie da.

Rodzi się pytanie, za co Zygmuntowi Berlingowi zniszczono pomnik? Za to, że wyprowadził kilkadziesiąt tysięcy Polaków z Nieludzkiej Ziemi? Ci ludzie inaczej by tam zginęli lub siedzieli jeszcze co najmniej 10 lat do śmierci Stalina. Za to, że przeciwstawiał się kosmopolitycznym komunistom z Centralnego Biura Komunistów Polski z Wandą Wasilewską na czele? Za to, że pisał o nich do Stalina: „Na kolanach błagam Was, zabierzcie tę bandę trockistów!”?. Zapłacił za to zakończeniem swojej kariery politycznej w Polsce Ludowej, zanim się jeszcze rozpoczęła. Za to, że szedł na pomoc powstaniu warszawskiemu? Warszawski pomnik gen. Z. Berlinga był nie tylko jego pomnikiem, ale także pomnikiem 2393 żołnierzy 3. Dywizji Piechoty 1. Armii WP, którzy zginęli w beznadziejnej próbie pomocy bezsensownemu powstaniu. Oni też byli „zdrajcami”? Też zasłużyli na „dekomunizację”? Czy dowodem „zdrady” gen. Z. Berlinga jest także to, że będąc w latach 1948-1953, ciężkich latach stalinizmu, komendantem Akademii Sztabu Generalnego wprowadził do kadry naukowej tej uczelni wielu przedwojennych oficerów, również tych, którzy służyli w AK i Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie – takich jak gen. Heliodor Cepa, gen. Józef Kuropieska, płk Jan Rzepecki, czy płk Franciszek Skibiński?

Do PZPR Zygmunt Berling wstąpił dopiero w 1963 roku. Z przekonań był piłsudczykowskim socjalistą i takim pozostał także w okresie swojej działalności w ZSRR i w PRL. Był jednak politycznym realistą, który rozumiał, że najkrótsza droga do wyzwolenia Polski spod okupacji niemieckiej prowadzi z frontu wschodniego, że w wyniku trwającej wojny nie da się uniknąć wejścia Polski w obręb wpływów politycznych ZSRR, ale trzeba w tej nowej konstelacji geopolitycznej wywalczyć jak największą samodzielność i przede wszystkim granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej. O to są do niego pretensje ze strony obozu politycznego nawiązującego do powstańczego szantażu i insurekcyjnego szaleństwa XIX wieku, który zdominował polską prawicę po 1989 roku. Stąd zarzut o „zdradę”, bo zdradą dla tego obozu jest jakiekolwiek myślenie w kategoriach realizmu politycznego i jakakolwiek próba porozumienia się z Rosją bez względu na panujący w tym państwie ustrój.

Dlatego postać gen. Z. Berlinga stała się obiektem brutalnego ataku polityki historycznej III RP, a właściwie partyjnej polityki historycznej obecnego obozu władzy. W preparowanych jeszcze w latach 80-tych XX wieku życiorysach Generała czytamy zatem, że był on rzekomo „sowieckim agentem” już w okresie międzywojennym, a na pewno został nim w 1940 roku. Nic to, że w styczniu 1939 roku płk Stefan Rowecki – późniejszy dowódca Armii Krajowej – wystawił ppłk. Z. Berlingowi pozytywną opinię służbową i przedstawił go do awansu na pułkownika. Dogadywał się z Rosją – to musiał być „agentem” i „zdrajcą”.

Warto zatem przypomnieć co o Zygmuncie Berlingu napisał bardzo przecież niechętny komunistom i PRL publicysta Stefan Kisielewski (1911-1991): „Oburza mnie zawsze, gdy we wspomnieniach emigracyjnych oficerów czy polityków poniżany jest czy spotwarzany generał Berling. Wszak fakt, że ten, z legionowych wywodzący się formacji oficer, pozostał w Rosji i potrafił znaleźć wspólny język z komunistami, dla Polski ma większe znaczenie polityczne i praktyczne niż działalność najbardziej bohaterskich oficerów polskich na zachodzie”.

Z kolei ocalony z Katynia ksiądz Zdzisław Peszkowski herbu Jastrzębiec (1918-2007) powiedział: „Czułem, że jest on (Berling) częścią jakiegoś polskiego etosu rozdarcia”. Żeby to jednak dostrzec, trzeba naprawdę poważnie traktować etykę chrześcijańską, co wśród „niepodległościowej” prawicy jest postawą znikomą.

W obliczu zniszczenia warszawskiego pomnika gen. Z. Berlinga trzeba przypomnieć, że nie był on jedynym wyższym oficerem polskim, który już w 1940 roku zauważył konieczność walki z Niemcami u boku ZSRR. Po tej samej drodze próbował podążać, a można powiedzieć, że właściwie ją wytyczył – gen. Marian Żegota-Januszajtis (1889-1973).

W młodości związany z tajną organizacją narodową Związek Młodzieży Polskiej „Zet” w zaborze austriackim, a następnie z Organizacją Młodzieży Niepodległościowej „Zarzewie”. W 1914 roku podporządkował Polskie Drużyny Strzeleckie Józefowi Piłsudskiemu. Był najmłodszym pułkownikiem legionowym. W lipcu 1916 roku objął dowództwo I Brygady. I może po 1926 roku zrobiłby wielką karierę, może w 1935 roku zostałby następcą Piłsudskiego, gdyby podczas kryzysu przysięgowego w 1917 roku nie poszedł inną drogą niż większość legionistów. Zamiast iść z nimi do obozu internowania w Beniaminowie, wstąpił do Polnische Wehrmacht. W latach 1917-1918 był szefem Inspektoratu Wyszkolenia Polskiej Siły Zbrojnej oraz wicedyrektorem Komisji Wojskowej. Kierując Komisją Wojskową stworzył zawiązki przyszłego Sztabu Generalnego i Ministerstwa Spraw Wojskowych Polski niepodległej. Jego drogi z piłsudczykami rozeszły się ostatecznie, gdy zorganizował nieudany zamach stanu przeciw rządowi Jędrzeja Moraczewskiego 4/5 stycznia 1919 roku. W czasach legionowych przyjaźnił się z Michałem Żymierskim. Podczas wojny 1920 roku z sukcesem dowodził 12. Dywizją Piechoty. W latach 1924-1926 był wojewodą nowogródzkim. Od 1924 roku pozostawał już poza wojskiem – formalnie przeniesiono go w stan spoczynku w 1929 roku.

Jako działacz Centralnego Związku Osadników Wojskowych Marian Januszajtis położył duże zasługi dla osadnictwa polskiego na Wołyniu. W latach 30-tych XX wieku był członkiem Komitetu Głównego Stronnictwa Narodowego i jego Zarządu Okręgowego we Lwowie.

Podczas obrony Lwowa we wrześniu 1939 roku organizował Korpus Ochotniczy, a potem pierwszą konspirację antyradziecką na tym terenie (Polska Organizacja Walki o Wolność oraz organizacja wojskowa Stronnictwa Narodowego). Aresztowany przez NKWD 27 października 1939 roku, był więziony we Lwowie i na Łubiance w Moskwie. Tam podjął rozmowy z Ławrentijem Berią i Wsiewołodem Mierkułowem na temat ewentualnej przyszłej polsko-radzieckiej współpracy wojskowej, której możliwość widział niezależnie od stanowiska Rządu RP na uchodźstwie. Sugerował szefom NKWD złagodzenie polityki wobec Polaków i przestrzegał przed zagrożeniem niemieckim. Beria zorganizował w czerwcu 1940 roku wykład M. Januszajtisa dla 150 wyższych oficerów radzieckich o możliwości wybuchu wojny pomiędzy Niemcami a ZSRR. Został zwolniony z więzienia po układzie Sikorski-Majski, a gen. Władysław Sikorski już w sierpniu 1941 roku wezwał go do Londynu, żeby nie trafił do Armii Polskiej formowanej w ZSRR. Nie tylko nie było mowy, żeby Januszajtis został dowódcą tej Armii, ale nawet, żeby w niej służył. Wiedziano bowiem w Londynie, jaki jest jego punkt widzenia na współpracę z ZSRR.

Zygmunt Berling poszedł jednak drogą, którą chciał iść gen. Marian Żegota-Januszajtis. Nie była to droga „komunistycznej zdrady”, ale endeckiego realizmu. Nie zmieni tego faktu partyjna polityka historyczna i wynikające z niej niszczenie pomników.

Tą samą drogą poszedł też w czasie drugiej wojny światowej gen. Ludvik Svoboda (1895-1979) oraz czechosłowacki rząd na uchodźstwie. Żadna poważna siła polityczna w Czechach i na Słowacji nie uważa tego za „zdradę”. W obu tych państwach gen. L. Svoboda jest otaczany powszechnym szacunkiem mimo, że jako prezydent komunistycznej Czechosłowacji (1968-1975) skapitulował przed inwazją Układu Warszawskiego w sierpniu 1968 roku. Czesi i Słowacy – w przeciwieństwie do polskiego „obozu patriotycznego” – doceniają jednak polityczną wartość bycia w koalicji antyhitlerowskiej podczas drugiej wojny światowej, co zawdzięczają głównie I Czechosłowackiemu Korpusowi Armijnemu, walczącemu pod dowództwem gen. L. Svobody na froncie wschodnim. Nikt w Czechach i na Słowacji nie burzy pomników tego generała i żołnierzy tego korpusu. 26 listopada 2016 roku w rodzinnym Hrozantinie na Morawach, pod pomnikiem gen. L. Svobody, odbyły się uroczystości upamiętniające 121. rocznicę jego urodzin z udziałem delegacji państwowych Czech i Słowacji. Cóż jednak porównywać tamtejsze obyczaje polityczne z polskim piekłem.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 21 sierpnia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 35-36 (2255/2256), 25.08-1.09.2019, s. 16

Dlaczego czczą Brygadę Świętokrzyską?

Tuż po obchodach 75. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego część opinii publicznej została zbulwersowana informacją, że prezydent Andrzej Duda objął honorowy patronat nad 75. rocznicą utworzenia Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych. Dla ludzi, którzy nie są wyznawcami prawicowej polityki historycznej, jest to krok kontrowersyjny i niezrozumiały. Niewielką formację – będącą partyjną bojówką mniejszościowego odłamu Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ-ONR), który odmówił scalenia się z Armią Krajową i nie uznawał polskiego rządu na uchodźstwie ani władz Państwa Podziemnego – prawicowa polityka historyczna podniosła do rangi jednej z najważniejszych polskich formacji wojskowych podczas drugiej wojny światowej. Dlatego Brygada Świętokrzyska NSZ doczekała się państwowych obchodów 75. rocznicy swojego powstania pod patronatem prezydenta, organizowanych przez Urząd Kombatantów i Osób Represjonowanych, z mszą św. w katedrze polowej Wojska Polskiego i apelem pamięci na placu Piłsudskiego.

Po raz kolejny jesteśmy świadkami przejścia do porządku dziennego nad faktem kolaboracji Brygady Świętokrzyskiej z okupantem niemieckim oraz jej uwikłania w zwalczanie nie tylko partyzantki komunistycznej, ale także AKi BCh. Po raz kolejny kreowany jest mit, który ma niewiele wspólnego z prawdą historyczną. Tak wypowiedział się o tym prof. Rafał Wnuk: „Informacji i opinii dowódców AK i ludowców o NSZ nie da się zbyć stwierdzeniem, że to »komunistyczna propaganda«. W świetle tych przekazów Brygada nie chroniła polskiej wsi przed bandytami i Niemcami, lecz przeciwnie – to wieś trzeba było chronić przed partyzantami z tej jednostki”[1].

Przeciwko patronatowi prezydenta RP nad jubileuszem Brygady Świętokrzyskiej zaprotestowały osoby będące dziećmi oficerów Armii Krajowej z Kielecczyzny. W napisanym przez nie liście otwartym do prezydenta z 3 sierpnia czytamy: „ze zdziwieniem i przykrością dowiadujemy się o objęciu przez Pana swoim patronatem obchodów 75. rocznicy powstania Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych. Oddział ten, który nie podporządkował się akcji scaleniowej z Armią Krajową, przyjął taktykę walki z komunistami. Pierwszymi ofiarami tej taktyki byli jednak nie komuniści, a dwaj żołnierze Batalionów Chłopskich, zabici już 16 sierpnia 1944 roku. 24 sierpnia żołnierze Brygady zabili 2 AL-owców i gajowego, żołnierza Armii Krajowej. W kilku potyczkach zabito kilkudziesięciu partyzantów Armii Ludowej oraz skoczków i partyzantów sowieckich. Grupę AL-owców przekazano w ręce Gestapo. Bowiem Brygada Świętokrzyska swoją taktykę realizowała we współpracy z tą zbrodniczą nazistowską policją. Brygada Świętokrzyska miała też swojego oficera do zadań specjalnych, Herberta Junga zwanego też Hubertem Jurą o pseudonimie »Tom«. Był on agentem radomskiego gestapo podobnie jak co najmniej dwóch innych oficerów wywiadu Brygady: Wiktor Gostomski i Otmar Wawrzkowicz. »Tom« współpracował z komendantem radomskiego gestapo Paulem Fuchsem od 1943 przy likwidacji komunistów (…). »Tom« i Wawrzkowicz dokonali czystek w kierownictwie NSZ i zabili w Częstochowie oficerów nieprzychylnych współpracy z hitlerowcami. Był wśród nich dowódca NSZ, Stanisław Nakoniecznikoff-Klukowski oraz mianowany przez niego nowy dowódca Brygady Świętokrzyskiej Włodzimierz Żaba”.

List ten podpisali: Małgorzata Maria Ciesielska (córka ppor. c. w. Bolesława Ciesielskiego „Farysa-II”), Teresa Piwnik (córka Józefa Piwnika „Topoli” i bratanica płk. cc. Jana Piwnika „Ponurego”), Piotr Rachtan (syn por. c. w. Zdzisława Rachtana „Halnego”), Czesława Kaliszewska-Fandri (córka por. c. w. Zdzisława Rachtana „Halnego”), Joanna Świderska-Kita (córka mjr. Mariana Świderskiego „Dzika”) oraz Rafał Świderski (syn mjr. Mariana Świderskiego „Dzika”).

Odpowiedział im dr Wojciech Muszyński z IPN na łamach „Naszego Dziennika” z 6 sierpnia, w wywiadzie zatytułowanym „Powielanie komunistycznej propagandy”, w którym powielił znane mity prawicowej polityki historycznej na temat Brygady Świętokrzyskiej.

Animatorzy prawicowej polityki historycznej od dawna atakują – przeważnie dość agresywnie – każdego kto próbuje sprzeciwiać się kultowi Brygady Świętokrzyskiej lub przytacza udokumentowane fakty historyczne na jej temat. Przeinaczają lub ignorują prawdę historyczną, budując fałszywy mit formacji niezłomnej, bohaterskiej i działającej rzekomo w imieniu polskiej racji stanu. Ogólnie znane fakty historyczne na temat działalności Brygady Świętokrzyskiej, toczonych przez nią walk bratobójczych oraz kolaboracji z Niemcami hitlerowskimi przytoczyłem w artykule „Brygada Świętokrzyska. Hitlerowscy kolaboranci na sztandarach prawicy” („Przegląd” nr 40 (926), 2-8.10.2017, s. 12-17), napisanym w związku z przyjęciem przez większość sejmową 20 września 2017 roku uchwały oddającej hołd Narodowym Siłom Zbrojnym w 75. rocznicę ich powstania.

Teraz ograniczę się do przytoczenia kilku opinii na temat środowiska politycznego, z którego wywodziła się Brygada Świętokrzyska oraz jej samej autorstwa ludzi, którzy nie tylko nigdy nie byli komunistami, ale zaliczają się bezsprzecznie do obozu antykomunistycznego.

Płk Jan Rzepecki (1899-1983) – szef Biura Informacji i Propagandy w Komendzie Głównej AK – tak ocenił w 1944 roku scalenie części NSZ z AK w raporcie do gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego: „Opozycja faszystowska to przede wszystkim ONR. Cechuje ją brak skrupułów i demagogia, opieranie się na klasach posiadających, bezwzględna wrogość do radykalnej lewicy, którą całą traktuje jako agenturę lub straż przednią bolszewizmu i nie zadaje sobie trudu dojrzenia istotnych wśród niej różnic (…). Przyłączenie »opozycji faszystowskiej« [do AK] prawie na pewno wywoła odpadnięcie poważnej części lewicy rządowej, nadałoby temu obozowi piętno reakcyjne. Jestem głęboko przekonany, że w błyskawicznym tempie pociągnęłoby to za sobą dla Polski śmiertelną katastrofę wojny domowej, w której lewica walczyłaby pod komendą PPR, a prawica – ONR. AK przypadłaby rola obrońcy klas posiadających. Następstwem – wasalizacja lub wcielenie Polski do ZSRR. W świetle powyższego ostatni nasz »sukces« w postaci podporządkowania NSZ może mieć wysoce ujemne następstwa, jeśli nie sparaliżujemy ich umiejętną akcją wychowawczą”[2]

Komendant główny AK gen. Leopold Okulicki (1896-1946) napisał jesienią 1944 roku w meldunku do prezydenta RP na uchodźstwie: „Należy się przeciwstawić w propagandzie próbom NSZ współpracy z Niemcami”[3]. Z kolei dowódca AK o pseudonimie „Mieczysław” meldował w tym samym czasie: „Działalność NSZ. D-cy kontaktują się i współpracują z Gestapo (…). Wyraźna współpraca z Niemcami”. W innym meldunku napisał: „W dniu 22 XI. W czasie przemarszu NSZ przez m. Oleszno, Niemcy ściągnęli posterunki. Rannych NSZ Niemcy proponują odstawić do szpitali niemieckich. Notowane są kontakty w Gestapo”[4].

Zygmunt Zaremba (1895-1967) – czołowa postać antykomunistycznego skrzydła PPS – pisał o NSZ po wojnie: „NSZ tak samo, jak komuniści, i z podobnych powodów, zostali postawieni poza nawias Polski Podziemnej. Polska Podziemna przyjęła zasady demokracji i postępu społecznego i położyła je jako fundament niepodległości. NSZ wyznawał ideologię faszystowską, wrogą demokracji i postępowi społecznemu, komunizm niósł uzależnienie Polski od Rosji i metody polityczne tak bliźniaczo podobne do faszystowskich, że również nie mógł się znaleźć w organizacji, która kierowała walką narodu polskiego w czasie tej wojny”[5].

Wspomniany prof. Rafał Wnuk (ur. 1967) – w latach 90. XX w. jeden z prekursorów kultu „żołnierzy wyklętych” – zauważył: „Powstałą po rozłamie konspirację określa się mianem NSZ-ONR. Jej przywódcy postanowili też pozbyć się głównych oponentów i wkrótce doszło do skrytobójczych mordów oficerów NSZ, którzy przeszli do AK. (…) Wbrew budowanemu dziś mitowi NSZ-ONR wcale nie bronił ciągłości II RP, ale przeciwnie – robił wiele, by zniszczyć autorytet legalnych władz, by na gruzach przedwojennego systemu zbudować nacjonalistyczną monopartyjną dyktaturę. Stawianie znaku równości między AK i NSZ-ONR jest manipulacją sugerującą, jakoby ta ostatnia była częścią składową Państwa Podziemnego. Nie była”[6].

Najbardziej druzgocące świadectwo Brygadzie Świętokrzyskiej wystawił kpt. Józef Wyrwa, ps. „Furgalski”, „Stary” (1898-1970) – dowódca jednego z oddziałów NSZ na Kielecczyźnie. We wspomnieniach wydanych po wojnie we frankistowskiej Hiszpanii pisał: „Tylko nieliczne jednostki na emigracji orientują się należycie w działalności organizacji podziemnej i odróżniają tych z NSZ, którzy podporządkowali się dowództwu AK, od odłamu kolaborującego z Niemcami, który reprezentowała Brygada Świętokrzyska”[7]. O samej Brygadzie Świętokrzyskiej kpt. Józef Wyrwa wyraził się następująco: „Moralnym inspiratorem Brygady Świętokrzyskiej był – moim zdaniem – »Tom« (…). »Tom« służył Niemcom. Swój oddział stracił w Rudzisku. Tym bardziej przeto był zainteresowany utworzeniem większej jednostki »bojowej« (…). Niemcy nie ukrywali tego, że brygada jest na ich usługach, przeciwnie, rozgłaszali to i starali się wykazać jakie korzyści można osiągnąć współpracując z nimi. Brygada maszerowała w dzień przez miejscowości, w których byli Niemcy. Tylko ludzie, którzy mieli ścisły kontakt z Niemcami mogli sobie na to pozwolić. Według tego, co mówiła miejscowa ludność, Niemcy nie tylko nie atakowali brygady, ale przyglądali się spokojnie jej przemarszowi. (…). Brygada wycofała się z Polski razem z Niemcami, to znaczy pod ich opieką. Dowódcy brygady oświadczyli, że ich głównym celem jest walka z Rosją, z wrogiem niebezpieczniejszym od Niemców, jednakże postępowanie brygady nie było zgodne z tym twierdzeniem. Brygada nie walczyła z bolszewikami, ale z Polakami, którzy nie podzielali jej poglądów. (…). Rzeczywista działalność brygady w Polsce nie jest na emigracji znana. Dla odparcia zarzutów publikowanych czasem w prasie, dowódcy brygady posługują się wygodnymi argumentami, które również w innych okolicznościach na emigracji służą często za obronę: »To wszystko są komunistyczne kłamstwa«. W tym wypadku niestety nie kłamstwa (…). Brygada nie ma właściwie prawa podszywać się pod nazwę NSZ. Dokonała rozłamu w dobrze zorganizowanych Narodowych Siłach Zbrojnych, rozbiła ich solidarność, osłabiając w ten sposób jednolity front walki. Nie podporządkowała się naczelnemu dowództwu AK, wybrała natomiast współpracę z Niemcami.

Brygada dała komunistom niebezpieczną broń do ręki. Posiadając niezbite dowody współpracy brygady z Niemcami, nietrudno przyszło komunistom obarczać odpowiedzialnością całe NSZ, a nawet AK. Mało Polaków, szczególnie tu na emigracji, orientuje się, że istniały dwa odłamy NSZ. Rzeczywiste Narodowe Siły Zbrojne, które zachowując orientację polityczną podporządkowały się jednolitemu dowództwu Armii Krajowej, oraz odłam wywodzący się z ONR (Obóz Narodowo-Radykalny), który działał samowolnie, współpracując z Niemcami na szkodę Polski. Z winy brygady zginęło w więzieniu wielu wartościowych ludzi. Każdy członek NSZ był traktowany przez UB, jak kolaborant niemiecki. Szkody wyrządzone Polsce przez brygadę są wielkie”[8].

Warto przypomnieć, że jedną z osób, na którą NSZ-ONR wydały wyrok śmierci, jako na rzekomego „komunistę”, był gen. Antoni Heda „Szary” (1916-2008) – legendarny dowódca partyzancki AK i podziemia antykomunistycznego na Kielecczyźnie. Uniknął śmierci tylko dzięki temu, że został ostrzeżony przez swojego byłego podkomendnego Wacława Pryciaka „Sokoła”, który przeszedł z AK do NSZ, oraz właścicielkę restauracji w Iłży. „Szary” był też świadkiem kolaboracyjnej działalności Huberta Jury vel Herberta Junga „Toma” – zaocznie skazanego przez AK i NSZ-AK na karę śmierci za kolaborację – który pełnił w Brygadzie Świętokrzyskiej funkcję oficera do zadań specjalnych i wraz ze swoimi ludźmi pośredniczył w kontaktach jej dowództwa z gestapo i SD  oraz prowadził tajny ośrodek tortur w willi przy ulicy Jasnogórskiej 25 w Częstochowie, którą udostępniło mu gestapo. Mordowano tam nie tylko członków PPR, ale także żołnierzy NSZ-AK, jak np. ppor. Władysława Pacholczyka (1903-1944) [9].

Dlaczego zatem rządząca prawica czci Brygadę Świętokrzyską? Dlaczego włącza partyjną bojówkę NSZ-ONR do panteonu chwały Polskich Sił Zbrojnych podczas drugiej wojny światowej? Dlaczego tworzy mity o tym, że był to „pierwszy polski oddział w NATO” i o rzekomo „taktycznym” porozumieniu Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami w styczniu 1945 roku? Dlaczego bagatelizuje problem bandytyzmu i antysemityzmu NSZ-ONR? Wszystkie te mity zebrał ostatnio prawicowy publicysta Piotr Zychowicz, odpowiadając na list otwarty wspomnianych krewnych oficerów AK w tekście pod wymownym tytułem „Lepiej czcić Brygadę Świętokrzyską niż Ludowe Wojsko Polskie”. Z wywodu Zychowicza wynika, że antykomunizm Brygady Świętokrzyskiej rozgrzesza wszystkie jej czyny. Po raz kolejny zresztą potępił dowódców AK za to, że poprzez akcję „Burza” wzięli udział w „witaniu i pomaganiu wkraczającej do Polski Armii Czerwonej”[10].

Tekst Zychowicza odpowiada na postawione wyżej pytanie. Przyczyną państwowego kultu partyjnej bojówki NSZ-ONR jest fundamentalistyczny antykomunizm i antysowietyzm rządzącej prawicy, przesłaniający wyważone spojrzenie na rzeczywistość. Rząd polski w Londynie w maju 1945 roku nie uznał Brygady Świętokrzyskiej za część Polskich Sił Zbrojnych, co skutkowało jej rozformowaniem przez dowództwo amerykańskie. Dopiero w 1988 roku prezydent na uchodźstwie Kazimierz Sabbat uznał członków NSZ, łącznie z Brygadą Świętokrzyską, za kombatantów. Nastąpiło to pod wpływem skrajnie antykomunistycznej polityki prowadzonej wówczas przez administrację amerykańską Ronalda Reagana. W tę skrajnie antykomunistyczną linię wpisała się prawicowa polityka historyczna w Polsce po 1989 roku. Jej celem politycznym jest podtrzymywanie świętego ognia antykomunizmu i rusofobii. Stąd kult Brygady Świętokrzyskiej obok kultu „żołnierzy wyklętych”.

Jest jeszcze drugi powód polityczny czczenia Brygady Świętokrzyskiej przez obecny obóz władzy, a mianowicie próba wykreowania antyrosyjskiej endecji. Taką próbę po raz pierwszy podjęli piłsudczycy w 1937 roku, tworząc Obóz Zjednoczenia Narodowego i włączając do niego część działaczy Obozu Narodowo-Radykalnego. Będący obecnie przy władzy epigoni piłsudczyzny synchronizują swoją narrację w sprawie Brygady Świętokrzyskiej, czy np. Romualda Rajsa „Burego”, z narracją radykalnych środowisk nacjonalistycznych po to, by włączyć te środowiska w obręb swoich wpływów politycznych na płaszczyźnie antykomunistycznej i antyrosyjskiej.

Prowadząc taką politykę politycy PiS nie powinni być jednak zdziwieni np. stwierdzeniami o „polskich obozach koncentracyjnych” w niektórych zachodnich mediach. Patrząc bowiem na politykę historyczną tej partii, obserwatorzy zagraniczni mogą mieć naprawdę problemy z ustaleniem, po czyjej stronie walczyła Polska w drugiej wojnie światowej.

[1] Andrzej Duda objął patronatem święto Brygady Świętokrzyskiej. Tej, która kolaborowała z gestapo, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 2.08.2019.

[2] J. Rzepecki, Raport dla generała Bora-Komorowskiego (marzec 1944), cyt. za: P. Lipiński, Raport Rzepeckiego, Warszawa 2005.

[3] Armia Krajowa w dokumentach. Październik 1944-lipiec 1945, t. 5, Wrocław 1991, s. 183.

[4] Tamże, s. 131.

[5] Z. Zaremba, Polska nie będzie się wstydzić swojego Podziemia, „Światło”, zeszyt 3-4, Paryż, kwiecień 1948.

[6] R. Wnuk, Brygada Świętokrzyska. Zakłamana legenda, „Ale Historia” nr 4, 25.01.2016.

[7] J. Wyrwa „Furgalski” „Stary”, Pamiętniki partyzanta. Hubalczyka, legendarnego dowódcy oddziału partyzanckiego, który wszedł w skład NSZ, a później dołączył do 25. pp AK, Kraków 2014, s. 121.

[8] Tamże, s. 166-170.

[9] A. Heda-Szary, Wspomnienia „Szarego”, Warszawa 2016, s. 161-165; J. Sobkowski, Makabryczna tajemnica willi przy Jasnogórskiej, http://www.czestochowa.wyborcza.pl, 18.02.2016.

[10] Piotr Zychowicz: lepiej czcić Brygadę Świętokrzyską niż Ludowe Wojsko Polskie, http://www.dorzeczy.pl, 3.08.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 sierpnia 2019 r.