Świerczewski a geopolityka

29 marca br. proukraiński portal Kresy24.pl zamieścił wypowiedź Roberta Czyżewskiego – historyka i dyrektora Instytutu Polskiego w Kijowie, która pierwotnie ukazała się na jego profilu na Facebooku. Zacytuję ją w całości.

Rocznica śmierci Karola Świerczewskiego. To odpowiednia rocznica, żeby dotknąć (nie rozwiązać – ale dać pretekst do refleksji) problem najbardziej jątrzący w polsko-ukraińskich relacjach historycznych. Wydarzenia lat wojennych i powojennych… Nawet nazwać ich nie można nie natykając się na ataki – możemy tyko wybrać z której strony chcemy i jak silnie oberwać…” – pisze Robert Czyżewski.

I dalej: „Karol Świerczewski był urodzony w Warszawie, ale od młodzieńczych lat przebywał w Rosji i na trwałe związał się z budową systemu komunistycznego – chyba był w tym szczery. Jego droga to: walki z »białymi« podczas wojny domowej w Rosji, wojna 1920 po sowieckiej (oczywiście) stronie, wojna domowa w Hiszpanii – gdzie go oddelegowano z Armii Czerwonej. Gdy Stalin rozpoczął budowę komunistycznej Polski, Świerczewski został »polskim« generałem.

Pod koniec wojny dowodził 2. Armią Wojska Polskiego (oczywiście „Ludowego”). Był jednym z najwyższych oficjeli kształtującej się komunistycznej Polski – wiceminister Obrony Narodowej (w wojsku był drugą osobą po Roli-Żymierskim, nie licząc oczywiście Rokossowskiego, którego formalnie »spolonizowano« później).

28 marca 1947 roku podczas inspekcji garnizonów w południowo-wschodniej Polsce zginął w zasadzce zorganizowanej przez UPA. Dziwne różnice w szczegółach dotyczących jego śmierci są tu nieistotne. Jego śmierć stała się pretekstem do »Akcji Wisła« – deportacji ludności ukraińskiej żyjącej na terenach południowo-wschodniej Polski.

Świerczewski (generał »Walter«), był kluczową postacią PRL. Mitologizowany i opiewany w poezji, stał się patronem szkół, ulic i placów, jego wizerunek zdobił banknoty, a w tle propagandy byli jego zabójcy.

Na miejscu jego śmierci, w Jabłonkach, ustawiono monument. Trwał długo. Rozebrany został ostatecznie … 3 lata temu, między innymi na skutek działań polskiego IPN (warto by o tym na Ukrainie pamiętać). We wzajemnych relacjach historycznych, ważna jest nie przeszłość, ale pamięć o niej. Co chcemy pamiętać (czy precyzyjniej upamiętniać), a jaką pamięć (upamiętnienie) odrzucamy. Odrzucenie przez Wolną Polskę tej pamięci było dobrym krokiem – choć jestem pewien, że zjawią się tacy dla których będzie to krok niewystarczający. Zaklinam jednak wszystkich krytyków polskiej polityki historycznej, aby choćby milcząco przyznali: »Tak. To był dobry ruch«”.

Na osobę Roberta Czyżewskiego zwrócił rok temu uwagę – uważany przez niektóre media obozu władzy za „prorosyjski” (tzn. krytyczny wobec polityki wschodniej III RP) – portal Kresy.pl. W zamieszczonym na tym portalu 25 czerwca 2020 r. tekście pt. „Namawiał do akceptacji pomników Bandery – został szefem Instytutu Polskiego w Kijowie” czytamy: „Robert Czyżewski, chwalący się ukraińskimi korzeniami, dotychczasowy szef Fundacji Wolność i Demokracja, został mianowany przez MSZ na ważne stanowisko dyplomatyczne. Wcześniej przekonywał, że »nie jest tak, że współczesna Ukraina, wybierając banderowską tożsamość, wybiera antypolskość«. Twierdził także, że Polacy powinni »odpuścić« ws. pomników Bandery. Czyżewski jest wnukiem Hryhorija Czyżewskiego, ministra spraw wewnętrznych Ukraińskiej Republiki Ludowej i pułkownika Armii URL, a także prawnukiem Pawła Czyżewskiego, ministra Rządu URL na Emigracji. (…) Z wykształcenia Czyżewski jest historykiem. W latach 1993-2000 działał w Lidze Republikańskiej. Pracował jako nauczyciel w jednym z liceów w Warszawie. Przez kilkanaście lat prowadził programy wymiany młodzieżowej ze szkołami z Ukrainy. Był też współorganizatorem konferencji i wystaw poświęconych historii relacji polsko-ukraińskich, W 2016 roku Czyżewski (…) odnosząc się w rozmowie z »Kurierem Galicyjskim« do kwestii narastającego wówczas sceptycyzmu ws. bezwarunkowego wspierania Ukrainy i postawy Polski jako »sojusznika za darmo« zaznaczył, że Ukraina prowadzi wojnę. Zaznaczył przy tym, że Polacy pierwszy raz nie są na pierwszej linii »i za to warto płacić naprawdę sporo«. Przywołał słowa publicysty (»dużego kalibru« – jak go określił) Piotra Skwiecińskiego (obecnie dyrektora Instytutu Polskiego w Moskwie), który powiedział, że »dla Polski lepiej jest, żeby w Kijowie rządzili nie tylko banderowcy, ale nawet sam Bandera, niż odbudowa imperium«. Zdaniem Czyżewskiego, było to bardzo mądre zdanie”.

Oba powyższe cytaty wiele mówią o obecnym obozie władzy oraz o tym jacy ludzie w tymże obozie władzy kształtują polską politykę wschodnią oraz politykę historyczną. Na tym można byłoby zakończyć, ponieważ polemika z tezami zaprezentowanymi przez dyrektora Instytutu Polskiego w Kijowie nie ma sensu. Jednak nie można się powstrzymać przed wyrażeniem paru uwag.

Nie będę wchodził w ocenę postaci Karola Świerczewskiego i operacji „Wisła”, ponieważ już to co najmniej parę razy uczyniłem. Pragnę tylko przypomnieć, że Świerczewski nie jest jedyną postacią związaną z wydarzeniami lat 1944-1947 na Rzeszowszczyźnie, którą poddano po 2015 r. „dekomunizacji”. Uczyniono to także z pomnikiem 31 żołnierzy polskich zamordowanych przez UPA 1 kwietnia 1947 r. w Łubnem pod Baligrodem oraz innymi upamiętnieniami polskich żołnierzy i milicjantów na tamtych trenach. Polityka ma to do siebie, że nie znosi próżni. Jeżeli mówimy, że Świerczewski i jego żołnierze byli źli i nie mieli racji, to historyczną rację przyznajemy ich przeciwnikom z UPA. Taki jest polityczny sens i skutek „dekomunizacji” Świerczewskiego i jego żołnierzy. Dlatego dzisiaj na Podkarpaciu nie ma ich pomników, ale stoi tam zbudowany przez państwo polskie pomnik UPA na górze Monasterz koło Werchraty w gminie Horyniec-Zdrój (powiat lubaczowski).

To oczywiście zdaniem Roberta Czyżewskiego bardzo dobrze, bo – jak sam stwierdził – „nie jest tak, że współczesna Ukraina, wybierając banderowską tożsamość, ku naszej rozpaczy, wybiera antypolskość” i dlatego Polacy powinni „odpuścić” sobie pomniki Bandery, a wtedy być może Ukraińcy „odpuszczą” sobie pomniki Kłyma Sawura (Dmytro Kłaczkiwskiego). Otóż jest to pogląd absolutnie fałszywy. Banderyzm jako twór historyczno-polityczny, na którym obecna Ukraina buduje swoją tożsamość, może być przyjęty albo odrzucony tylko całościowo. Nie ma trzeciej możliwości. W pakiecie z Banderą i Doncowem otrzymujemy zawsze Kłaczkiwskiego, Szuchewycza, Stećkę, Łebedzia i resztę. Nie można tu sobie wybrać żadnej cegiełki, bo wszystkie są takie same i wszystkie tworzą budowlę u fundamentów której jest antypolskość. Albowiem skrajna antypolskość była ideą przewodnią nacjonalizmu ukraińskiego w latach 30-tych i 40-tych XX wieku i doprowadziła w konsekwencji do ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Taka jest prawda i nie da się jej zmienić, choćby Robert Czyżewski nie wiem jak próbował ją zaczarować.

Nasuwa się pytanie, skoro rzekomo polską racją stanu było usunięcie pomnika Świerczewskiego w Jabłonkach jako gest dobrej woli wobec Ukrainy, to jak Ukraina na ten gest dobrej woli odpowiedziała? Odpowiedziała pomnikami zbrodniarzy z OUN, UPA i dywizji SS „Galizien”, których dziesiątki zdobią miasta i miasteczka dawnych polskich Kresów południowo-wschodnich. Acha! „Ukraińcy są na pierwszej linii frontu i za to warto płacić naprawdę sporo” – odpowie tutaj Robert Czyżewski.

Problem z polską polityka wschodnią i ludźmi ją kształtującymi nie polega na tym, że jest to polityka proukraińska i antyrosyjska, wpisująca się przy tym w cele geopolityczne USA, ale na tym, że jest to polityka oparta na całkowicie fałszywych przesłankach.

Twierdzi się, że polityka ta ma swoje korzenie w koncepcjach Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego. Nic bardziej błędnego. Giedroyć i Mieroszewski uważali co prawda, że Polska powinna odgrodzić się od Rosji czymś w rodzaju „strefy buforowej” i dlatego powinna wspierać niepodległość Ukrainy, Białorusi i Litwy, ale gdyby w tych państwach doszły do głosu tendencje nacjonalistyczne (czyli antypolskie), to powinna zawrzeć przeciw nim taktyczny sojusz z Rosją. Co z myślą Giedroycia i Mieroszewskiego zrobili wykonawcy polityki wschodniej III RP, widać na powyższym przykładzie.

Dzisiaj są oni nie tyle wykonawcami, co biernymi narzędziami geopolityki amerykańskiej, na którą nie mają jakiegokolwiek wpływu. Pozostaje im tłumaczenie sobie i opinii publicznej, że to jest dobre i słuszne. Popadają przy tym w coraz większe absurdy, które prowadzą nawet do postulatów akceptacji ukraińskiej polityki historycznej, czyli przejścia do porządku dziennego nad ludobójstwem wołyńsko-małopolskim. Leszek Sykulski w jednym ze swoich programów na YouTube zauważył, że celem geopolityki amerykańskiej na obszarze Europy Wschodniej jest wyparcie wpływów Rosji z państw poradzieckich. W wypadku Ukrainy oznacza to korelację celów amerykańskich z celami nacjonalistów ukraińskich. Dlatego po 2004 i 2014 r. nastąpił w tym państwie tak prężny renesans nacjonalizmu ukraińskiego. Z kolei celem geopolityki rosyjskiej – zdaniem Sykulskiego – jest ograniczenie wpływów nacjonalizmu ukraińskiego do obszaru zachodniej Ukrainy, czyli przedwojennych polskich Kresów południowo-wschodnich.

Obie te geopolityki są dla Polski groźne ze względu na występujący w nich czynnik nacjonalizmu ukraińskiego i to tuż przy polskiej granicy południowo-wschodniej. Ponadto cechą polityki amerykańskiej jest jej nieprzewidywalność. Amerykanie mogą w najbardziej nieprzewidywanym momencie porzucić Ukrainę swojemu losowi, tak jak porzucili Wietnam, Irak, a teraz Afganistan. Mogą to swobodnie zrobić, bo nie oni graniczą z Ukrainą i nie oni będą ponosić konsekwencje politycznego zdemolowania tego kraju. USA są przy tym daleko, a Rosja blisko i odbudowa normalnych relacji z Rosją – rujnowanych teraz w imię bezalternatywnego wspierania polityki amerykańskiej – może być niezwykle trudna. Zamiast to dostrzec, wykonawcy polskiej polityki wschodniej karmią się coraz bardziej absurdalnymi i fałszywymi mirażami.

Bohdan Piętka

6 lipca 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 17-18 (2341/2342), 25.04-2.05.2021, s. 12

Stadion w Tarnopolu

5 marca 2021 r. – w 71-ą rocznice śmierci Romana Szuchewycza – rada miejska Tarnopola nazwała stadion miejski jego imieniem. „Głównodowodzący UPA był nie tylko wzorowym dowódcą, ale także dobrym sportowcem i liderem w wielu dyscyplinach sportowych. A właśnie teraz w Tarnopolu odbywają się XI zawody sportowo-patriotyczne o puchar Szuchewycza” – powiedział mediom po posiedzeniu rady miejskiej mer Tarnopola Serhij Nadał z neobanderowskiej partii Swoboda.

Renesans nacjonalizmu ukraińskiego nie jest bynajmniej nowością. Nastąpił jeszcze po tzw. pomarańczowej rewolucji z 2004 r. – gorąco wspieranej i przez Aleksandra Kwaśniewskiego, i Adama Michnika, i braci Kaczyńskich. Najbardziej intensywny stał się na terenach zachodniej Ukrainy – rządzonych przez epigonów OUN i UPA, głównie z Ogólnoukraińskiego Zjednoczenia Swoboda, pierwotnie występującego pod nazwą Socjal-Narodowa (czyli Narodowosocjalistyczna) Partia Ukrainy. Sam Tarnopol jest jednym z najbardziej zbanderyzowanych miast dawnej Galicji Wschodniej. Oprócz pomników Bandery i innych postaci nacjonalizmu ukraińskiego jest tam np. ulica 14. dywizji Waffen-SS „Galizien”. W rocznice urodzin i śmierci Bandery czy Szuchewycza, utworzenia UPA czy dywizji „Galizien”, w mieście tym wywiesza się czerwono-czarne flagi banderowskiej frakcji OUN. Ale podobnie jest w wielu innych miastach Ukrainy, już nie tylko zachodniej.

Tym razem jednak na to, co od wielu lat jest tam normą ponownie zareagował ambasador Izraela w Kijowie Joel Lion, notabene z wykształcenia historyk. Wydał on 9 marca oświadczenie, w którym przypomniał kim był Roman Szuchewycz zanim został dowódcą UPA. „Zdecydowanie potępiamy decyzję rady miejskiej Tarnopola o nadaniu Stadionowi Miejskiemu imienia niesławnego hauptmana z SS Schutzmannschaft 201 (jednostce uczestniczącej w zagładzie Żydów – uzup. BP) i domagamy się natychmiastowego unieważnienia tej decyzji” – napisał w oficjalnym oświadczeniu ambasador Izraela.

Odważne i bezkompromisowe oświadczenie ambasadora Liona prawdopodobnie wymusiło reakcję ambasady polskiej. 10 marca ambasador Bartosz Cichocki odwołał planowaną wcześniej wizytę w Tarnopolu i wystosował list do miast partnerskich Tarnopola w Polsce, w którym poinformował, że „ofiary Szuchewycza i jego podwładnych w dalszym ciągu nie mogą liczyć na chrześcijański pochówek na terytorium współczesnej Ukrainy”. Żeby tylko pochówek! Nie mogą liczyć na cokolwiek, ponieważ zbrodnie OUN i UPA są na współczesnej Ukrainie negowane jako „sowiecka propaganda”, o czym strona polska wie przecież doskonale. Osobny list ambasador Cichocki napisał do szefa państwowej administracji obwodu tarnopolskiego Wołodymyra Trusza. Usprawiedliwił się w nim, że po decyzji radnych Tarnopola z 5 marca „nie miał innego wyjścia niż zrezygnowanie z wizyty”, a decyzję w tej sprawie podjął „z wielkim żalem”.

Dalej ambasador Cichocki wyraził nadzieję na „rozwiązanie problemów tożsamościowych” poprzez dialog władz Polski i Ukrainy. Gloryfikacja zbrodniarzy banderowskich i kolaborantów hitlerowskich oraz negacja ich zbrodni – to są zdaniem polskiego ambasadora „problemy tożsamościowe”. Przecież pan ambasador doskonale wie, że żadnego dialogu z Ukrainą w sprawie „problemów tożsamościowych” nie będzie, ponieważ Kijów nie uważa jakoby miał jakieś problemy ze swoją polityką historyczną. Dowiodły tego chociażby ubiegłoroczne, zakończone całkowitym fiaskiem, rozmowy polskiego IPN ze swoim ukraińskim odpowiednikiem w sprawie ekshumacji szczątków ofiar ludobójstwa OUN i UPA na Wołyniu. Chyba, że dialog w sprawie „problemów tożsamościowych” będzie dotyczył postawienia zbrodniarzom z UPA pomników w województwie podkarpackim, bo tylko takim dialogiem strona ukraińska jest zainteresowana.

Dalej ambasador Cichocki stwierdził: „Jesteśmy sąsiadami – zbyt wiele nas łączy, byśmy pozwolili grupie nieodpowiedzialnych polityków zniszczyć dorobek pojednania ostatnich dekad”. W tym jednym zdaniu został zawarty ogromny ładunek treści humorystycznych. Po pierwsze pan ambasador sugeruje, że banderyzacja Ukrainy (nie tylko zachodniej) jest dziełem jakiejś wyizolowanej „grupy nieodpowiedzialnych polityków”. To jest nowa narracja obozu władzy w Polsce, którego propaganda od pewnego czasu podsuwa tezę, że rządząca od wielu lat w dawnej Galicji Wschodniej neobanderowska partia Swoboda jest jakoby „rosyjską agenturą”. Krótko mówiąc – to nie polityka amerykańska spowodowała renesans nacjonalizmu ukraińskiego. Zrobił to podstępny i złowrogi Putin i to on rękami epigonów banderyzmu, będących rzekomo „rosyjskimi agentami”, buduje te pomniki Bandery, Szuchewycza, Kłaczkiwskiego i in., żeby poróżnić Polskę i Ukrainę.

Otóż jest to wierutna bzdura, ponieważ renesans nacjonalizmu ukraińskiego to nie tylko partia Swoboda i nie tylko była Galicja Wschodnia i Wołyń. Na gruncie afirmacji nacjonalizmu ukraińskiego stoją bowiem wszystkie siły polityczne pomajdanowej Ukrainy, oprócz zepchniętych na margines prorosyjskiej opozycji i lewicy. Afirmacja ta ma miejsce na szczeblu państwowej polityki historycznej, oświatowej, naukowej, kulturalnej i zagranicznej. To nie dzieje się tylko na szczeblu Lwowa, Tarnopola, Iwano-Frankiwska (Stanisławowa), Łucka, czy Równego. To dzieje się także na szczeblu władz centralnych w Kijowie. To robił były prezydent Poroszenko, a w jego buty wszedł też szybko (przynajmniej szybciej niż tego oczekiwałem) prezydent Zełenski ze swoją administracją. Upamiętnienia postaci związanych z różnym nurtami nacjonalizmu ukraińskiego są nie tylko we Lwowie i Tarnopolu. Są też w Kijowie, o czym pisałem w poprzednim artykule.

Pan ambasador Cichocki i jego zwierzchnicy w Warszawie doskonale wiedza dlaczego tak się dzieje. Dlatego, że polityka amerykańska, dla realizacji swoich celów w tej części Europy, postanowiła wykreować w 2004 i 2014 r. antyrosyjską Ukrainę. Wykreować antyrosyjską Ukrainę można było tylko poprzez oparcie jej tożsamości polityczno-historycznej na nacjonalizmie ukraińskim, programowo skrajnie antyrosyjskim. Tym tropem poszły kajzerowskie Niemcy i Austro-Węgry w 1917 i 1918 r., tym tropem poszły Niemcy hitlerowskie w 1941 r. i tym tropem poszły Stany Zjednoczone wraz ze swoimi europejskimi sojusznikami w 2004 i 2014 r. Polscy politycy wszystkich orientacji, uczestniczący aktywnie w przewrotach kijowskich w 2004 i 2014 r., mieli, a przynajmniej powinni mieć świadomość jakie skutki pociągnie za sobą wypuszczenie z puszki Pandory nacjonalizmu ukraińskiego – programowo bardziej antypolskiego niż antyrosyjskiego i antyżydowskiego. Ich obecne narzekania na politykę historyczną Ukrainy, rzadko zresztą uzewnętrzniane, są nieszczere i dlatego maskowane nową bajeczką o „rosyjskiej agenturze” (w dyplomatycznej formie „grupie nieodpowiedzialnych polityków”) w partii Swoboda.

A że polska „klasa polityczna” nadal musi wpisywać się w cele amerykańskiej polityki na kierunku rosyjskim, z czego wynika m.in. „strategiczne” wspieranie przez Polskę Ukrainy bez wzajemności, to treść i ton oświadczenia ambasadora Cichockiego były jakże odmienne od treści i tonu oświadczenia ambasadora Liona – przedstawiciela państwa, które realizuje samodzielną politykę zagraniczną, suwerennie wyznaczając jej cele.

To czego nie napisał ambasador Cichocki podał w swoim oświadczeniu polski IPN, przypominając, że Szuchewycz był hitlerowskim kolaborantem i ludobójcą, a jego gloryfikacja „uwłacza pamięci polskich, żydowskich i ukraińskich ofiar ukraińskich nacjonalistów spod znaku OUN-UPA”. Ale to nie jest poziom prowadzenia polityki zagranicznej i nie na tym szczeblu powinno być to oświadczenie.

Nikt zresztą oświadczenia polskiego IPN na Ukrainie nie zauważył. Strona ukraińska odniosła się tylko do oświadczenia ambasadora Izraela. Rzecznik ukraińskiego MSZ Ołeh Nikołenko odpowiedział ambasadorowi Lionowi, że „Zachowanie narodowej pamięci ukraińskiego narodu pozostaje jednym z priorytetów państwowej polityki Ukrainy” oraz, że „dyplomaci powinni pracować nad wzmocnieniem przyjaznych stosunków i wzajemnego szacunku między narodami, a nie na odwrót”. To bezczelne oświadczenie nie powinno nikomu pozostawić wątpliwości na jakim szczeblu politycznym jest na Ukrainie realizowana polityka gloryfikacji i wybielania nacjonalizmu ukraińskiego. Jest to państwowa, centralna polityka. „Grupa nieodpowiedzialnych polityków”, panie ambasadorze Cichocki, jest nie tylko w Tarnopolu, ale przede wszystkim w Kijowie.

Poza tym o jakim „dorobku pojednania ostatnich dekad” napisał pan ambasador Cichocki? Ten „dorobek pojednania” to wymuszony szantażem przez stronę ukraińską pomnik UPA na polskiej ziemi, na górze Monsatyrz koło Werchraty w gminie Horyniec-Zdrój (powiat lubaczowski), oraz zasypane w studniach, na polach i w lasach bezimienne szczątki co najmniej 100 tys. polskich ofiar, które zginęły od banderowskich siekier, noży i wideł. Ten „dorobek pojednania” to są nieliczne krzyże postawione przez potomków ofiar w miejscach nieistniejących polskich wsi na Wołyniu, przy których władze ukraińskie nie pozwoliły napisać jakie upamiętniają ofiary i kto je zamordował. Od kilku lat zresztą już nawet nie wolno stawiać tam samotnych krzyży.

Ten „dorobek pojednania” to jest nieustanne szyderstwo z ofiar ludobójstwa banderowskiego, jakie płynie z pomajdanowej Ukrainy, która zbrodniarzy postawiła na najwyższym piedestale, negując ich zbrodnie. Ten „dorobek pojednania” to są teorie ukraińskiego IPN o „wojnie chłopskiej” na Wołyniu, wedle których Polacy sami spowodowali swoją zagładę i sami sobie byli winni, ewentualnie teorie – chętnie podchwytywane przez środowiska proukraińskie w Polsce – że „rzeź wołyńską” rzekomo spowodowali Sowieci. Ten „dorobek pojednania” to jest ukraińska tablica z bezczelną treścią, negującą ukraińską zbrodnię, ustawiona pod polskim pomnikiem ofiar tej zbrodni w Hucie Pieniackiej (dwukrotnie zresztą wysadzonym w powietrze przez „nieznanych sprawców”). Ten „dorobek pojednania” to jest monolog kłamstwa i buty strony ukraińskiej, do którego polskie czynniki oficjalne robią dobrą minę.

W jednym pan ambasador Cichocki ma niewątpliwie rację pisząc, że „zbyt wiele nas łączy”. Rzeczywiście zbyt wiele was łączy z pomajdanową Ukrainą i amerykańskim planem Trójmorza. Są to najwidoczniej więzy nierozerwalne.

W reakcji na aferę ze stadionem im. Szuchewycza w Tarnopolu współpracę z tym miastem zerwały Zamość i Nysa. Odważne i słuszne to decyzje, godne uznania. Nie zerwał natomiast tej współpracy Tarnów, chociaż w samorządzie tego miasta rozważano taką decyzję. Wycofano się jednak z tego po „konsultacji” z Ministerstwem Spraw Zagranicznych oraz po kampanii nacisku ze strony niektórych mediów, które z troską pochyliły się nad „polsko-ukraińskim zgrzytem o stadion”. Współpracy nie zerwały też Chorzów, Elbląg, Pamiątkowo i Radom.

Biuro rzecznika prasowego MSZ przypomniało zresztą 16 marca, że Polska „niezmiennie potępia nielegalną okupację Autonomicznej Republiki Krymu i miasta Sewastopol” oraz popiera „integralność terytorialną oraz suwerenność Ukrainy”. W sprawie „zgrzytu o stadion” polski MSZ nie zabrał głosu.

„Zgrzyt o stadion” wywołał natomiast prawdziwy wybuch wulkanu fanatyzmu na Ukrainie. Ambasador Joel Lion swoją odważną wypowiedzią na temat Szuchewycza poruszył tam gniazdo szerszeni. Wśród krzykaczy nie zabrakło w pierwszym szeregu różnych epigonów banderyzmu, w tym sędziwego Jurija Szuchewycza. Jednakże z pięściami do oczu skoczyli także różnorodni politycy, ludzie nauki i kultury, dziennikarze. Wielu z nich nie bało się wypowiedzi jawnie antysemickich. Doprawdy, „grupa nieodpowiedzialnych polityków” jest tam bardzo szeroka i obejmuje niemal całą pomajdanową „klasę polityczną”. Tego samego 16 marca, kiedy minister Rau bronił ukraińskich praw do Krymu, 68 deputowanych Lwowskiej Rady Obwodowej wystąpiło z inicjatywą nadania stadionowi Arena Lwów imienia Stepana Bandery. Pomysł zgłosiła Sołomija Rybotycka z partii Europejska Solidarność Petro Poroszenki – spośród ukraińskich partii najbardziej popularnej na salonach amerykańskich i europejskich, a co za tym idzie także wśród polskiej „klasy politycznej”.

Aspirująca do struktur europejskich i NATO Ukraina ma problem z banderyzmem, co próbuje się wciąż wyciszać w Polsce, UE i USA. Problem ten jest o tyle istotny, że indoktrynacji w duchu banderowskim podlega tam całe społeczeństwo i że wielu tak zindoktrynowanych Ukraińców znajduje się wśród rosnącej ukraińskiej emigracji zarobkowej w Polsce. Żeby było jasne – nie wzywam do działań przeciwko ukraińskim imigrantom. Stwierdzam tylko po raz kolejny, że z faszyzmem nie ma żartów i że fakt indoktrynacji kogokolwiek w takim duchu nie pozostanie politycznie obojętny.

Bohdan Piętka

6 lipca 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 15-16 (2339/2340), 11-18.04.2021, s. 12

Nowi „bohaterowie” Ukrainy (3)

28 lutego br. w Hucie Pieniackiej odbyły się uroczystości upamiętniające 77-mą rocznicę ludobójczej zagłady tej miejscowości przez nacjonalistów ukraińskich (bojówkarzy UPA i ukraińskich ochotników do dywizji Waffen-SS „Galizien” z 4-go pułku policyjnego SS). W uroczystościach tych wzięli udział potomkowie pomordowanych mieszkańców Huty Pieniackiej, przedstawiciele mniejszości polskiej na Ukrainie, polscy dyplomaci oraz delegacje z Polski, w tym delegacja państwowa. Z drugiej strony przybyli tam współcześni epigoni OUN-UPA, od lat negujący sprawstwo tej zbrodni ze strony nacjonalistów ukraińskich i dający wyraz swojemu niezadowoleniu z powodu stojącego w Hucie Pieniackiej pomnika, który upamiętnia ofiary. Będący w polskiej delegacji Sławomir Cenckiewicz podał później na Twitterze, że wystąpieniu ministra Adama Kwiatkowskiego towarzyszyły „obraźliwe okrzyki Ukraińców, którzy przybyli z flagami”[1].

Cenckiewicza to dziwi? Raczej nie powinno, biorąc pod uwagę oblicze ukraińskiej polityki historycznej, które powinno być od dawna znane obozowi rządzącemu w Polsce. Polityka historyczna Ukrainy, budowana na fundamencie heroizacji nacjonalizmu ukraińskiego, jest przecież konsekwencją kreowania antyrosyjskiej Ukrainy w ramach tzw. projektu Trójmorza. Projektu amerykańskiego, który jednakże jest przedstawiany przez obóz rządzący w Polsce jako jego własny, nawiązujący do tradycji prometeizmu. Skoro tak, to polska delegacja państwowa musi teraz słuchać „obraźliwych okrzyków” epigonów Bandery i Doncowa. I musi je przełknąć. Także dlatego, że polska polityka historyczna, której główne święto przypada 1 marca, nie odbiega daleko swoim stosunkiem do prawdy od ukraińskiej polityki historycznej i wypływa z tego samego, antyrosyjskiego i antykomunistycznego źródła.

Żeby zrozumieć jak preparowana jest historia na obecnej Ukrainie, zwróćmy uwagę tylko na jedną postać. Postaci tej poświęcono tablicę pamiątkową na budynku Opery Narodowej w Kijowie. Kto to jest? Kompozytor, śpiewak? Nie, to nazistowski kolaborant Dmytro Myron, ps. Maksym Orłyk (1911-1942). Z poświęconej mu tablicy pamiątkowej nie sposób się jednak dowiedzieć, że Myron był hitlerowskim kolaborantem i organizatorem policji pomocniczej na ziemiach zajętych przez wojska niemieckie po 22 czerwca 1941 r. Jest tam bowiem napisane tylko, że był krajowym prowidnykiem OUN w Kijowie i zginął z rąk agentów gestapo. A więc bojownik ruchu oporu przeciw Niemcom? Tak sugeruje tablica pamiątkowa i tak przedstawia Myrona polityka historyczna współczesnej Ukrainy.

Kim jednak był naprawdę? Od 1930 r. był członkiem OUN, skazanym w II RP na siedem lat więzienia za działalność terrorystyczną (na mocy amnestii z 1936 r. wyrok zmniejszono do dwóch lat). W polskim więzieniu napisał „44 zasady ukraińskiego nacjonalisty”, które wraz z „Dekalogiem ukraińskiego nacjonalisty” Stepana Łenkawskiego i „12 cechami charakteru” Osypa Maszczaka, zostały włączone do „Katechizmu ukraińskiego nacjonalisty”. W 1939 r. był już referentem polityczno-ideologicznym Krajowej Egzekutywy OUN. Tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej – w sierpniu 1939 r. – wziął udział w II Wielkim Kongresie OUN w Rzymie. Był także jednym z inicjatorów, organizatorów i aktywnych uczestników krajowej konferencji OUN w Krakowie, w dniach 9-10 lutego 1940 r., na której Stepan Bandera zażądał ustąpienia Andrija Melnyka. Kiedy to nie nastąpiło, Bandera dokonał rozłamu w OUN i utworzył „rewolucyjną”, tzn. banderowską frakcję OUN. Po stronie Bandery od początku stał Myron, który budował struktury banderowskiej OUN w Generalnym Gubernatorstwie (formalnie nielegalne, ale tolerowane przez Niemców).

Wkrótce Myron przedostał się też na ziemie II RP okupowane przez ZSRR, gdzie tworzył nielegalne struktury OUN-B. Do czerwca 1941 r. zostały one prawie w całości rozbite przez NKWD. Myronowi udało się jednak uniknąć aresztowania i powrócić do Generalnego Gubernatorstwa. W 1940 r. Myron ukończył też swoją fundamentalną pracę pt. „Idea i sprawa Ukrainy”. Proponował w niej – zgodnie z myślą swojego mentora, Stepana Bandery – „oczyszczenie” przyszłej Ukrainy z „obcoplemieńców”, a więc Polaków, Żydów i innych nieukraińskich narodowości. Zamierzenia te banderowcy chcieli realizować u boku Niemiec hitlerowskich. Dlatego na początku czerwca 1941 r. Myron pojawia się w Wiedniu, gdzie prowadzi szkolenie polityczne ukraińskiego batalionu kolaboracyjnego „Roland”. Z nim przekracza 22 czerwca 1941 r. granicę niemiecko-radziecką i wkracza do Lwowa. U boku wielkoniemieckiego Wehrmachtu oczywiście.

Następnie współorganizuje ukraińską policję pomocniczą, która wspólnie z niemieckimi SS-Einsatzgruppen „oczyszcza” Galicję Wschodnią od „obcoplemieńców” – w pierwszej kolejności Żydów. Świadkiem tej działalności Myrona był płk Aleksander Klotz (1898-1976) – oficer wywiadu Komendy Głównej ZWZ. W swoich wspomnieniach nazwał on Myrona „najbardziej obrzydliwym typem kata gestapo, wyjątkowym kryminalistą i sadystą, który stracił resztki człowieczeństwa”.

Banderowcy jednak szybko zawiedli się na niemieckim sojuszniku. Hitler nie życzył sobie żadnej „niepodległej” Ukrainy. Nie miał nic przeciwko pomocy ze strony nacjonalistów ukraińskich w „oczyszczaniu” zajętych terenów z Żydów, ale rozkazał rozpędzić banderowski „rząd” proklamowany we Lwowie 30 czerwca 1941 r. oraz aresztować Banderę i jego najbliższych współpracowników. Myron staje wtedy na czele jednej z tzw. grup marszowych OUN-B i razem z Wasylem Kukiem, Dmytro Majiwskym i Tarasem Onyszkewyczem próbuje dotrzeć do Kijowa, by jeszcze raz ogłosić „akt odnowienia państwa ukraińskiego”. Nie udaje im się to. 31 sierpnia 1941 r. zostają aresztowani przez Niemców w Wasylkowie pod Kijowem. Wkrótce jednak zwolniono ich z więzienia w Łucku (według hagiografii OUN „uciekli”). Docierają ponownie do Lwowa. Stamtąd Myron wyjeżdża konspiracyjnie do Kijowa, by tworzyć banderowskie podziemie. To podziemie nie podejmuje jednakże żadnej walki zbrojnej z okupantem niemieckim. Czeka po prostu na zmianę koniunktury politycznej i ewentualny powrót do łask w Berlinie frakcji banderowskiej OUN.

Myron zostaje w 1942 r. aresztowany przez gestapo. Być może nic by mu się nie stało. Być może tylko dołączyłby do Bandery i jego najbliższych współpracowników, którzy w tym czasie przebywali jako więźniowie uprzywilejowani w areszcie specjalnym Zellenbau na terenie KL Sachsenhausen. Zostali stamtąd zwolnieni 28 września 1944 r., by tworzyć Ukraiński Komitet Narodowy i Ukraińską Armię Narodową u boku III Rzeszy. Myron zdecydował się jednak na ucieczkę z kijowskiego więzienia. Udało mu się to nawet, ale został rozpoznany na ulicy przez dwóch agentów gestapo (notabene Ukraińców) i przez nich zastrzelony 25 lipca 1942 r. W ten sposób stał się na pomajdanowej Ukrainie „bohaterem” antyniemieckiego ruchu oporu.

W oparciu o okoliczności jego śmierci nacjonalistyczna hagiografia (bo przecież nie historiografia) ukraińska może tworzyć legendy o rzekomej walce podziemia banderowskiego z Niemcami hitlerowskimi. I tworzy, bardzo obficie zresztą. Czy nie przypomina to jednak zabiegów polskiej polityki historycznej w preparowaniu heroicznych żywotów niektórych „wyklętych” i mitu powojennego „powstania antykomunistycznego”? Tak w Polsce, jak i na Ukrainie, historia jest narzędziem polityki, a nie próbą obiektywnego poznania przeszłości.

Sprzeciw wobec wprzęgania historii w służbę polityki, czyli jej wypaczania, jest na Ukrainie karany surowo. Przekonał się o tym pochodzący z Kijowa bloger Anatolij Szarij, który jest ścigany przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy m.in. za przypomnienie słynnej zbrodni UPA na polskich pasażerach pociągu relacji Rawa Ruska-Bełżec (tzw. mord pod Zatylem, 16 czerwca 1944 r.). W połowie lutego br. SBU podała, że Szarij – od lat mieszkający na terenie UE, gdzie ma status azylanta – dopuścił się „zdrady stanu, pomagając rosyjskim strukturom w prowadzeniu specoperacji informacyjnych przeciw Ukrainie” oraz prowadził „nielegalną działalność na szkodę bezpieczeństwa narodowego Ukrainy w sferze informacyjnej”. SBU chodzi konkretnie o wypowiedź Szarija, że pomnik UPA na górze Monastyrz koło Werchraty, którego odbudowania domagają się od Polski władze Ukrainy, został wzniesiony na grobie ludobójców. Ponadto Szarij miał wystąpić w programie „60 minut” na antenie telewizji rosyjskiej Rossija 1 i powiedzieć, że „OUN to organizacja terrorystyczna…, szowiniści…, bandyci i mordercy…, zatrzymali pociąg, który jechał. Zaczęli zabijać pasażerów”.

Szarij zaprzeczył, że kiedykolwiek występował na antenie Rossija 1. Jego zdaniem Rossija 1 pokazała tylko materiał z jego wideoblogu, w którym Szarij omawiał sprawę pomnika UPA na górze Monastyrz i wskazywał, że osoby tam pochowane były zaangażowane w mord na co najmniej 42 polskich pasażerach pociągu relacji Rawa Ruska-Bełżec pod Zatylem 16 czerwca 1944 r. SBU uznała jednak, że przywołanie przez Szarija tego faktu historycznego zawiera sformułowania „nieprawdziwe, mające na celu zniekształcenie wydarzeń historycznych”. W postanowieniu o postawieniu Szarijowi zarzutu zdrady stanu SBU napisała, że pojawił się u niego „przestępczy zamiar dokonania działań na szkodę suwerenności, integralności terytorialnej, obronności i bezpieczeństwa informacyjnego Ukrainy” w postaci „udzielenia obcemu państwu i zagranicznej organizacji pomocy w prowadzeniu działalności wywrotowej przeciw Ukrainie”. W konkluzji SBU stwierdziła, że Szarij wszedł w przestępczą zmowę z przedstawicielami Federacji Rosyjskiej, a konkretnie, z jej mediami, w celu udzielenia im pomocy w prowadzeniu „wywrotowej działalności przeciw Ukrainie w sferze informacyjnej”. Za „zdradę stanu” grozi Szarijowi 15 lat pozbawienia wolności[2].

W Polsce osoby uprawiające narrację sprzeczną z państwową polityką historyczną jeszcze nie są ścigane za zdradę stanu. Są za to co najwyżej publicznie potępiane w prorządowych mediach, ale przyszłość przecież jest nieprzewidywalna. Notabene wydawałoby się, że władze polskie powinny wystąpić w obronie ukraińskiego wideoblogera, ponieważ jest on ścigany za to, że powiedział prawdę o jednej z bardziej znanych zbrodni UPA na Polakach w Małopolsce Wschodniej. Nic jednak nie wskazuje na to, by miały to uczynić. No właśnie, dlaczego?

Bohdan Piętka

31 marca 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 13-14 (2337/2338), 28.03-4.04.2021 , s. 12


[1] W Hucie Pieniackiej uczczono pomordowanych Polaków. Uroczystości towarzyszyły „obraźliwe okrzyki Ukraińców”, http://www.kresy.pl, 28.02.2021.

[2] Wiadomo za co SB Ukrainy ściga popularnego blogera – m.in. za wspomnienie o zbrodni OUN-UPA na Polakach, http://www.kresy.pl, 26.02.2021.

Nowi „bohaterowie” Ukrainy (2)

Pomnik 31 żołnierzy polskich zamordowanych przez UPA 1 kwietnia 1947 r. w Łubnem pod Baligrodem nie był jedynym pomnikiem polskich ofiar UPA usuniętym w ramach tzw. „dekomunizacji” – czyli działań będących rezultatem polityki historycznej Zjednoczonej Prawicy. Prof. Andrzej Zapałowski poinformował, że od lat na Podkarpaciu likwidowane są upamiętnienia ludzi, którzy zginęli broniąc polskiej ziemi i ludności przed banderowcami. Zdaniem prof. A. Zapałowskiego upamiętnienia te zostały zlikwidowane na podstawie opinii rzeszowskiego oddziału IPN. Sprawa dotyczy m.in. pomnika w rejonie Nakła w gminie Stubno (pow. Przemyśl), poświęconego milicjantom, którzy w 1945 r. – wedle słów Zapałowskiego – „zmagali się z Armią Czerwoną, która wspierała UPA w tamtych rejonach”. IPN miał wnioskować o jego rozbiórkę.

Usunięto też tablicę z nazwiskami milicjantów z pomnika w Żohatynie (gmina Bircza, pow. Przemyśl). Był on poświęcony milicjantom, którzy bronili miejscowej ludności przed UPA. Zapałowski zaznaczył, że to okolice Borownicy (gmina Bircza, pow. Przemyśl), gdzie w kwietniu 1945 r. UPA wymordowała ponad 100 mieszkańców. „Broniła się w niej miejscowa samoobrona i milicjanci. Gdyby nie to, zginęłoby kilkuset Polaków więcej. Na odsiecz przyszli m.in. milicjanci z Birczy i Żohatyna” – powiedział Zapałowski. Zwrócił też uwagę, że na powojennej Rzeszowszczyźnie – atakowanej w latach 1945-1947 przez UPA – „do milicji szli ludzie po to, żeby mieć możliwość i prawo do noszenia broni i móc bronić własnych rodzin i sąsiadów”. Wydaje się to oczywiste, ale nie dla „dekomunizatorów”.

Do sprawy odniósł się oddział IPN w Rzeszowie twierdząc, że wskazany przez prof. A. Zapałowskiego urzędnik IPN nie ma nic wspólnego z usuwaniem wspomnianych upamiętnień i „nie wydaje żadnych nakazów”[1]. Wygląda zatem na to, że nakazy wydają się same.

A. Zapałowski stwierdził również, że taka „dekomunizacja” jest depolonizacją. O tym, że „dekomunizacja”, czyli polityka historyczna Zjednoczonej Prawicy, jest depolonizacją pisałem już wielokrotnie. Pisałem o tym zwłaszcza w odniesieniu do Ziem Zachodnich. Przypomnę tutaj chociażby „dekomunizację” ulicy Jana Rychela (wybitnego działacza Związku Polaków w Niemczech) w Strzelcach Opolskich, czy „dekomunizacyjne” ataki na pamięć o prof. Stanisławie Kulczyńskim – szczególnie zasłużonym dla budowy od podstaw po 1945 r. polskiej nauki i kultury we Wrocławiu. Ludzie, którzy wystąpili po 2015 r. z projektem „dekomunizacji” albo nie znają i nie rozumieją polskiej historii, albo świadomie działają przeciw polskiej pamięci historycznej i polskiej racji stanu.

Jest rzeczą wręcz niepojętą, że na tej samej Rzeszowszczyźnie likwidowane są pomniki polskich ofiar UPA i tych, którzy przed UPA bronili tej ziemi, a równocześnie – na żądanie strony ukraińskiej – odbudowuje się pomnik bojówkarzy UPA na górze Monasterz koło Werchrarty (gmina Horyniec-Zdrój, pow. Lubaczów). Był to warunek, od którego strona ukraińska uzależniała zgodę na polskie ekshumacje na Wołyniu. Zgody na te ekshumacje do dzisiaj nie wydała, a jako pretekst odmowy Kijów podaje swoje niezadowolenie z tego, że odbudowany koło Werchraty pomnik UPA nie gloryfikuje tej zbrodniczej formacji w takim stopniu jak życzy sobie tego Ukraina. Według ukraińskich czcicieli UPA i ich niektórych polskich sympatyków, upowcy spoczywający na górze Monasterz (chociaż tego dokładnie nie wiadomo, ponieważ strona ukraińska nie zgodziła się na ekshumację rzekomo tam pochowanych członków UPA) zginęli wiosną 1945 r. „w walce z NKWD”. W rzeczywistości zginęli w tym czasie w walce z polską samoobroną i milicją podczas ofensywy zainicjowanej przez UPA na Rzeszowszczyźnie, której celem była ludobójcza czystka etniczna ludności polskiej. Taka sama jak na Wołyniu.

W wyniku polityki „dekomunizacji” oraz „strategicznego partnerstwa” z Ukrainą nie ma już na Rzeszowszczyźnie pomników polskich ofiar UPA i obrońców tej ziemi. Jest tam natomiast oficjalnie zatwierdzony przez stronę polską pomnik bojówkarzy UPA, którzy w 1945 r. wyrzynali ludność cywilną na ziemi przemyskiej i lubaczowskiej. To jest nie tylko niepojęte, ale wstrząsające.

Tymczasem na Ukrainie prowadzona jest polityka historyczna, która nie tylko gloryfikuje UPA, ale czyni z nacjonalizmu ukraińskiego fundament tożsamości historyczno-państwowej tego kraju. Polityka ta była prowadzona za prezydentury Petro Poroszenki (2014-2019) i bynajmniej nie została zmieniona, ani osłabiona za prezydentury jego następcy – Wołodymyra Zełenskiego. 8 lutego 2021 r. ukraiński portal Volyn Infa podał, że do rady miejskiej Kowla został skierowany projekt uchwały, zgodnie z którym czerwono-czarna flaga banderowskiej frakcji OUN zostanie na stałe umieszczona na gmachu rady miejskiej, obok flagi państwowej Ukrainy. Projekt zakłada, że czerwono-czarna flaga banderowskiej OUN ma być również podnoszona na wszystkich budynkach komunalnych Kowla w dniu urodzin Jewhena Konowalca i Stepana Bandery. Natomiast na cześć Romana Szuchewycza – hitlerowskiego kolaboranta i twórcy UPA – flaga ma być podnoszona dwa razy w roku: w dniu jego urodzin i w dniu jego śmierci[2].

Czy to nie jest ewidentny dowód banderyzacji, czyli faszyzacji pomajdanowej Ukrainy? Każdy jednak kto o tym mówi jest w Polsce od razu zakrzykiwany, że „szerzy rosyjską narrację” (wedle polskich polityków i mediów renesans nacjonalizmu ukraińskiego na pomajdanowej Ukrainie ma być bowiem rzekomo wymysłem Putina), słowem – że jest „prorosyjski”, albo wręcz jest „agentem” Rosji. Sądzę zresztą, że te czerwono-czarne flagi łopoczące nad Kowlem i innymi miastami zachodniej Ukrainy nie przeszkadzają polskim politykom wszystkich opcji, którzy pod tymi barwami chóralnie krzyczeli na kijowskim Majdanie w 2013 i 2014 r. „sława Ukrainie!”.

Roman Szuchewycz, którego pamięć ma być tak fetowana w Kowlu, jako oficer 201. batalionu pomocniczego policji niemieckiej uczestniczył w 1942 r. w zagładzie 18 tys. Żydów z Kowla i okolic, a rok później jako dowódca UPA był współodpowiedzialny za barbarzyńską zagładę 60 tys. Polaków na Wołyniu i wypędzenie 300 tys. pozostałych. Tego nikt w Polsce nie widzi? Czyżby polskie elity przyjęły propozycję pewnego weterana KOR, wedle którego Szuchewycz „także dla Polaków powinien być postacią o cechach bohatera”? Bo walczył z „komunizmem”. Ale Heinrich Himmler też walczył z komunizmem i miał w tej dziedzinie znacząco większe osiągnięcia niż Szuchewycz. W nim jednak jakoś weteran KOR nie zobaczył „cech bohatera”.

Warto zwrócić uwagę na to jakie publikacje wydaje się na współczesnej Ukrainie. Wydawnictwo „Ukraiński priorytet” ogłosiło rychłe wydanie książki „Stosunki żydowsko-ukraińskie w XX wieku”, której autorem jest mieszkający w Kanadzie, a pochodzący z Charkowa, Alik Gomelski. Reklama tej książki głosi, że Gomelski „obala fałszywe moskiewskie mity o antysemityzmie i ksenofobii UPA, mówi o żydowskim dziecku uratowanym przez rodzinę komendanta UPA Romana Szuchewycza”. Gomelski pisze także „o udziale Żydów w oddziałach UPA” i „obala mit o antysemityzmie Petlury”.

Na Ukrainie szeroko prezentuje się także publikację Dmytro Czobita, która neguje udział 4. pułku policyjnego SS z ukraińskiej dywizji Waffen-SS „Galizien” w zagładzie Huty Pieniackiej (28 lutego 1944 r.). Wydanie tej trzytomowej publikacji dofinansowała jesienią zeszłego roku lwowska rada obwodowa[3]. Atak na prawdę o zbrodni w Hucie Pieniackim jest prowadzony od wielu lat przez rządzących w obwodzie lwowskim ideowych spadkobierców Bandery, Szuchewycza i dywizji Waffen-SS „Galizien”. Elementem tego ataku było dwukrotne zniszczenie w 2017 r. pomnika Polaków zamordowanych w Hucie Pieniackiej. Sprawców nigdy nie ujawniono, a zdaniem polskich mediów miała to być „rosyjska prowokacja”. Drugim elementem tego ataku jest ciągłe negowanie ukraińskiej odpowiedzialności za tę zbrodnię i powielanie ewidentnych kłamstw na ten temat przez współczesnych epigonów nacjonalizmu ukraińskiego.

Promocja publikacji „Zahybel Huty Pieniaćkoji” Dmytro Czobita nieprzypadkowo odbywa się właśnie teraz, tuż przed kolejną rocznicą zagłady Huty Pieniackiej (28 lutego). „Hutę zniszczył hitlerowski okupacyjny reżim siłami niemieckiego wojska podczas typowej pacyfikacji. Powodem była trwała współpraca miejscowej bojówki Armii Krajowej z rosyjskimi partyzantami, oddziałem NKWD, dokonywane przez nich zamachy terrorystyczne oraz zbrojny opór wobec niemieckich okupantów. Żaden żołnierz UPA ani żołnierz dywizji SS Hałyczyna, jak nieraz nieprawdziwie twierdziła strona polska, nie był obecny podczas zniszczenia Huty Pieniackiej” – takie twierdzenia zawiera publikacja Czobita.

Przypomnę, że każde ludobójstwo ma trzy fazy: planowanie, wykonanie oraz zacieranie śladów zbrodni i jej negację. Ta trzecia faza ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, czyli jego negacja – rozpoczęta przez sprawców jeszcze podczas dokonywania zbrodni – trwa do dzisiaj. Nie tylko trwa, ale przybiera na Ukrainie rozmiary coraz bardziej zatrważające. Przy dyskretnym milczeniu polskich władz i głównych mediów.


[1] Naczelnik z rzeszowskiego IPN usuwa upamiętnienia polskich żołnierzy walczących z UPA. Zapałowski: to depolonizacja, http://www.kresy.pl, 9.02.2021.

[2] На Волині хочуть, щоб над містом постійно майорів червоно-чорний прапор, http://www.volyninfa.com.ua, 8.02.2021.

[3] Samorząd obwodu lwowskiego dofinansuje kłamliwą książkę o zagładzie Huty Pieniackiej, http://www.kresy.pl, 24.11.2020.

Bohdan Piętka

28 lutego 2021 r.

Nowi „bohaterowie” Ukrainy (1)

Demokratyczna Ukraina będzie mieć nowego bohatera. 267 deputowanych Rady Najwyższej poparło inicjatywę neobanderowskiej partii Swoboda i wnioskuje do prezydenta Zełenskiego o nadanie pośmiertnie tytułu Bohatera Ukrainy Mychajło Mułykowi – w czasie drugiej wojny światowej esesmanowi z dywizji Waffen-SS „Galizien”. W Iwano-Frankiwsku (Stanisławowie) nadano Mułykowi honorowe obywatelstwo miasta, pochowano go w Alei Chwały i umieszczono pamiątkową tablicę na domu, w którym mieszkał. Prezydent Zełenski ma 15 dni na podjęcie decyzji w sprawie tego wniosku. Informację taką przekazał w mediach społecznościowych 31 stycznia br. Eduard Dolinsky – dyrektor Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego, monitorujący na bieżąco efekty polityki historycznej pomajdanowej Ukrainy. Polityki sprowadzającej się do budowania tożsamości państwowo-historycznej tego kraju na kulcie zbrodniczych formacji z okresu drugiej wojny światowej.

Swoją tożsamość państwowo-historyczną pomajdanowa Ukraina opiera nie tylko na kulcie OUN i UPA, ale także 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS „Galizien” (1. ukraińskiej dywizji Waffen-SS), odpowiedzialnej za liczne zbrodnie na Polakach. Wśród tych zbrodni na pierwszym miejscu należy oczywiście wymienić udział 4. pułku policyjnego SS – złożonego z pierwszego poboru ukraińskich ochotników do dywizji „Galizien” – w zagładzie Polaków w Hucie Pieniackiej (28 lutego 1944 r.), Palikrowach (12 marca 1944 r.), Maleniskach (13 marca 1944 r.), Pańkowcach (13 marca 1944 r.), Podkamieniu (12-16 marca 1944 r.) i Chodaczkowie Wielkim (16 kwietnia 1944 r.). Ale do zbrodni esesmanów z dywizji „Galizien” zalicza się także mord dokonany 24 lipca 1944 r. w Lesie Grabińskim koło Iwonicza na 72 Polakach, w tym żołnierzach AK i BCh oraz inne zbrodnie, które do dzisiaj nie zostały ujawnione. Trzeba przypomnieć, że Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze uznał w 1946 r. SS za organizację zbrodniczą. Ukraińska formacja kolaboracyjna – będąca częścią tej zbrodniczej niemieckiej organizacji – jest uznawana przez władze pomajdanowej Ukrainy za uczestnika „ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego”.

Z kolei 5 lutego br. Eduard Dolinsky poinformował, że Tarnopolska Obwodowa Administracja Państwowa (odpowiednik polskiego Urzędu Wojewódzkiego) uroczyście obchodziła tego dnia urodziny 99-letniego zbrodniarza wojennego Mykoły Samyciwa, który w 1941 r. podjął służbę w powołanej przez okupanta niemieckiego ukraińskiej policji pomocniczej. Samyciw brał udział m.in. w zagładzie 10 tys. Żydów ze Zborowa i okolic. Podczas tej zbrodni ukraińscy policjanci spalili żywcem około 600 Żydów. W 1943 r. Samyciw przeszedł do dywizji „Galizien”, a po jej rozbiciu przez Armię Czerwoną w bitwie pod Brodami (13-22 lipca 1944 r.) wstąpił do UPA. Za udowodnione mu zbrodnie przeciw ludzkości został skazany w ZSRR na 25 lat więzienia. Dzisiaj, prawie stuletni Samyciw, jest bohaterem na Ukrainie – aspirującej do członkostwa w Unii Europejskiej. „Prześladowania nie złamały nieugiętego Mykoły Samyciwa. Swoim przykładem uczy on nas kochać ojczyznę, przenosi on swoje wspomnienia jako relikwię w przyszłość” – napisała administracja państwowa obwodu tarnopolskiego, podległa prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu – uchodzącemu w polskich i zachodnich mediach za wzór europejskiego demokraty.

13 stycznia br. Eduard Dolinsky poinformował natomiast, że w Iwano-Frankiwsku (Stanisławowie) tamtejsze władze obchodziły 98-me urodziny zbrodniarza wojennego Myrosława Symycza – współodpowiedzialnego za zagładę w 1944 r. ludności polskiej na terenie byłego województwa stanisławowskiego. Według Dolinsky’ego – z akt sprawy karnej wytoczonej Symyczowi w ZSRR wynika, że jako dowódca sotni UPA osobiście wydał rozkaz unicestwienia polskiej wsi Pistyń w powiecie kosowskim, w tym wymordowania kobiet, dzieci i starców oraz spalenia ich domów. 23 października 1944 r. sotnia Symycza zaatakowała polską wieś Trójca w powiecie śniatyńskim. Upowcy zamordowali tam 81 osób – 66 Polaków, 14 Ukraińców i jednego Rosjanina. Wśród ofiar były kobiety i dzieci. Mordercy spalili 49 polskich domów i zrabowali cały dobytek ofiar, w tym ubrania i żywność. W Związku Radzieckim Myrosław Symycz został dwukrotnie skazany za udział w zbrodniach przeciw ludzkości. Spędził kilkadziesiąt lat w łagrach i więzieniach. Potem żył w nędzy, ale dożył sędziwego wieku.

Lepsze czasy nastały dla niego dopiero po „pomarańczowej rewolucji” w 2004 r. i tzw. „rewolucji godności” z 2014 r. – intensywnie wspartych przez całą polską klasę polityczną. Prezydent Wiktor Juszczenko odznaczył Symycza Orderem Za Zasługi I klasy – trzecim w hierarchii państwowych odznaczeń ukraińskich. Natomiast prezydent Petro Poroszenko nadał Symyczowi Order Wolności – drugie w hierarchii państwowych odznaczeń ukraińskich. Otrzymał też tytuły honorowego obywatela Lwowa i Kołomyi oraz specjalną, godziwą emeryturę. Ale to nie wszystko. W 2017 r. sąd rejonowy w Kosowie oficjalnie zrehabilitował Symycza. Następnie… wzniesiono mu za życia pomnik. 13 stycznia 2021 r. hucznie obchodzono w dawnym polskim Stanisławowie jubileusz jego 98-mych urodzin. Można zatem powiedzieć, że Myrosław Symycz stał się nie tylko bohaterem pomajdanowej Ukrainy, ale wprowadzono tam za jego życia państwowy kult jego osoby.

Takich przykładów jak powyższe można podać wiele. Tego nie dowiemy się z polskich, zachodnioeuropejskich i amerykańskich mediów. Z ich oficjalnego przekazu wynika, że Ukraina – napastowana przez Władimira Putina – heroicznie buduje demokrację i gospodarkę rynkową. Temat gloryfikacji zbrodniarzy banderowskich i kolaborantów hitlerowskich na Ukrainie, także jeszcze żyjących, w tych mediach nie istnieje. Prawdopodobnie temat ten nie istnie też w oficjalnych kontaktach politycznych Zachodu z pomajdanową Ukrainą, w tym też kontaktach ze strony polityków polskich. A są one przecież intensywne. Tylko te ofiary, których kości poniewierają się do dzisiaj bez cywilizowanego pochówku gdzieś pod ukraińskimi polami i w zasypanych studniach, ciągle przeszkadzają polskiej klasie politycznej w rozwijaniu tych przyjacielskich stosunków. Przeszkadzają, ponieważ żyją w Polsce potomkowie i krewni tych ofiar i przynajmniej raz do roku – 11 lipca – polska klasa polityczna musi udawać, że się z nimi liczy. Ale nie liczy się z potomkami i krewnymi ofiar, z prawdą historyczną i sprawiedliwością pomajdanowa Ukraina. Nie widać też po stronie polskiej klasy politycznej chęci i woli wymuszenia na Ukrainie zmiany tego stanu rzeczy.

Jednakże realizowana w Polsce przez obóz Zjednoczonej Prawicy polityka historyczna wcale tak daleko nie odbiega od ukraińskiej, jeśli chodzi o standardy prawdy i sprawiedliwości historycznej. 28 stycznia i 3 lutego br. portal Korsosanockie.pl poinformował, że w dawnym Łubnem pod Baligrodem zdjęto tablicę z nazwiskami pomordowanych przez banderowców żołnierzy polskich[1]. Byli to żołnierze zamordowani przez UPA 1 kwietnia 1947 r. Tego dnia 33 żołnierzy z 4. Bałtyckiej Brygady WOP wpadło w zasadzkę przygotowaną przez UPA w miejscowości Łubne. Żołnierze ci szli z Cisnej, gdzie bronili placówki WOP, do Baligrodu, w celu załatwienia formalności związanych z ich powrotem do Koszalina. Banderowcy otworzyli do nich ogień ze wzgórz, pomiędzy którymi biegła droga. Zginęło 21 żołnierzy, kolejnych 10 banderowcy uprowadzili ze sobą i bestialsko zamordowali. Ocalało tylko dwóch żołnierzy, którzy uciekli oprawcom. Odsiecz z Baligrodu przybyła za późno i zastała po obu stronach drogi nagie, zmasakrowane zwłoki. Wydarzenie to zostało przedstawione w filmie „Ogniomistrz Kaleń” z 1961 r. w reżyserii Ewy i Czesława Petelskich.

Ten i inne podobne mordy dokonane wtedy przez UPA (nie tylko na gen. K. Świerczewskim) spowodowały podjęcie przez ówczesne władze polskie decyzji o przeprowadzeniu operacji „Wisła” (28 kwietnia – 31 lipca 1947 r.) – czyli operacji antyterrorystycznej wymierzonej w UPA, a nie – jak się twierdzi na Ukrainie i od 1990 r. w Polsce – w ludność ukraińską.

„Pomnik upamiętniający pomordowanych przez banderowców polskich żołnierzy stał wiele lat. I nikomu w Bieszczadach nie wadził. Ale okazało się, że komuś jednak przeszkadzał. Pod koniec stycznia 2021 roku z pomnika zostały usunięte tablice z nazwiskami pomordowanych żołnierzy. Oprócz nazwisk zniknął orzeł (bez korony), symbol odznaczenia Krzyż Grunwaldu i napis: żołnierzom LWP, WOP i KBW poległym w walkach z faszystowskimi bandami UPA w latach 1944-1947 w 25-lecie LWP” – czytamy na portalu Korsosanockie.pl.

Dziennikarze tego portalu ustalili, że nakaz demontażu wszystkich elementów pomnika wydał Wojewódzki Inspektorat Nadzoru Budowlanego na podstawie opinii rzeszowskiego oddziału IPN[2]. Podstawą prawną tej opinii były oczywiście przepisy ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy jednostek organizacyjnych, jednostek pomocniczych gminy, budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej oraz pomniki z 1 kwietnia 2016 r. (Dz. U. 2016, poz. 744 z późn. zm.). Krótko mówiąc – tablica z nazwiskami żołnierzy polskich zamordowanych przez UPA propagowała zdaniem IPN komunizm lub inny ustrój totalitarny.

Polityki historyczne III RP i pomajdanowej Ukrainy mają zatem wspólny mianownik – antykomunizm i antysowietyzm (antyrosyjskość). Dlatego na Ukrainie gloryfikuje się nieżyjących oraz żyjących zbrodniarzy banderowskich i kolaborantów hitlerowskich – bo walczyli z komunizmem i ZSRR, utożsamianym propagandowo z Rosją (a to, że dokonali zbrodni przeciw ludzkości na Polakach, Żydach i innych narodowościach się neguje). Dlatego w Polsce antykomunizmem uzasadnia się niszczenie pamięci po ofiarach UPA, jeśli te ofiary miały cokolwiek wspólnego z Polską powojenną – wykreśloną z historii przez politykę historyczną Zjednoczonej Prawicy. Tak to wygląda.


[1] Wandalizm czy celowe działanie? Z pomnika pomordowanych żołnierzy zdjęto tablicę z ich nazwiskami, http://www.korsosanockie.pl, 28.01.2021; Kto nakazał usunięcie tablicy z nazwiskami zamordowanych żołnierzy?, http://www.korsosanockie.pl, 3.02.2021.

[2] Wiemy kto odpowiada za usunięcie tablicy z pomnika pod Baligrodem!, http://www.korsosanockie.pl, 3.02.2021.

Bohdan Piętka

14 lutego 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 7-8 (2331/2332), 14-21.02.2021, s. 6

W blasku Kłyma Sawura

Nowy rok 2021 rozpoczął się na Ukrainie tradycyjnie. To znaczy wielotysięcznymi pochodami organizacji i środowisk nacjonalistycznych (Swoboda, Prawy Sektor, Korpus Narodowy, Kongres Ukraińskich Nacjonalistów i in.) ku czci przypadającej 1 stycznia  rocznicy urodzin (tym razem 112-tej) Stepana Bandery. Te marsze z pochodniami i symboliką banderowską, a nawet nazistowską, przeszły przez ukraińskie miasta pomimo pandemii COVID-19 oraz obowiązujących obostrzeń sanitarnych i były ochraniane przez policję i Gwardię Narodową.

Najliczniej manifestowano oczywiście w Kijowie oraz w miastach zachodniej Ukrainy, czyli w dawnej Galicji Wschodniej: we Lwowie, Tarnopolu, Iwano-Frankiwsku (Stanisławowie) oraz mniejszych miejscowościach. Nawet w Uhrynowie Starym (miejscu urodzin Bandery). We Lwowie, jak co roku, w uroczystościach z okazji urodzin Bandery oficjalnie uczestniczyły władze miejskie i obwodowe wraz z duchowieństwem greckokatolickim. Z tej okazji wręczono nagrody im. Bohatera Ukrainy Stepana Bandery, które otrzymali krzewiciele nacjonalistycznej polityki historycznej.

Tradycyjnie również nie zauważyły tego wszystkiego główne media polskie. A przecież powinny zauważyć. Oprócz okrzyków „Stepan Bandera – sława, sława, sława!”, „Śmierć wrogom!”, czy „Putin – ch**ło”, padał bowiem często okrzyk: „Czyja Ukraina? Bandery!”. Jakże wymowny, podobnie jak niesiony w Kijowie przez członków Korpusu Narodowego (związanego z pułkiem Azow) baner z napisem: „Naszą religią nacjonalizm. Naszym prorokiem Stepan Bandera”.

Tego wszystkiego jednak polska klasa polityczna i jej media od lat dyskretnie nie dostrzegają w imię wspierania Ukrainy jako antyrosyjskiego buforu oraz marzeń o wciągnięciu Ukrainy do Unii Europejskiej lub jeszcze bardziej abstrakcyjnych marzeń – o budowaniu wraz z Ukrainą tzw. Międzymorza, czyli postulowanego jeszcze w latach 30-tych XX w. przez ruch prometejski bloku państw pomiędzy Bałtykiem, Morzem Czarnym i Adriatykiem odgradzającym Rosję od Europy Środkowej. Prometejskie marzenie o wypchnięciu Rosji z Europy (widoczne nawet w polskich atlasach szkolnych, gdzie Rosję konsekwentnie przedstawia się jako kraj wyłącznie azjatycki) powoduje, że polska klasa polityczna nie dostrzega ani oblicza ukraińskiej polityki historycznej, ani tego na czym budowana jest tożsamość narodowo-historyczna pomajdanowej Ukrainy. Natomiast ten kto to w Polsce dostrzega jest w najlepszym wypadku przemilczany, w gorszym – stygmatyzowany jako „prorosyjski”, jeśli wręcz nie oskarżany o działania agenturalne na rzecz Rosji.

W przeciwieństwie do głównych mediów polskich, doroczne marsze ku czci UPA i Bandery na Ukrainie zauważyły izraelskie media głównego nurtu. „The Times of Isreal”, „Haaretz”, czy „Jerusalem Post” potrafiły napisać, że Bandera był „nazistowskim kolaborantem”, a UPA „podczas drugiej wojny światowej walczyła u boku nazistowskich Niemiec oraz zabiła tysiące Żydów i Polaków”. Tak precyzyjnie podanych informacji można ze świecą szukać w polskich mediach głównego nurtu, gdzie dominuje narracja ukraińska, czyli wrzutki typu, że Bandera był więźniem obozu koncentracyjnego Sachsenhausen (ale uprzywilejowanym, czego już się nie podaje i nie obozu, ale aresztu Zellenbau znajdującego się na terenie Sachsenhausen), albo, że UPA rzekomo walczyła z Niemcami, no i z Sowietami (co w domyśle sugeruje się pochwalać).

Ale przecież Wehrmacht i Waffen-SS też walczyły z Sowietami i komunizmem i miały w tej dziedzinie osiągnięcia daleko większe nie tylko od UPA, ale nawet od US Army w Korei i Wietnamie. Czemu zatem w ten sposób ukraińska i polska propaganda nie rozgrzesza Wehrmachtu i Waffen-SS, a jedynie UPA?

Również ambasador Izraela w Kijowie Joel Lion potępił gloryfikację nazistowskich kolaborantów na Ukrainie w kontekście noworocznych marszów ku czci Bandery. Tym razem – inaczej niż przed rokiem – nie dołączył do niego ambasador RP w Kijowie Bartosz Cichocki. „Zdecydowanie potępiamy jakąkolwiek gloryfikację osób kolaborujących z reżimem nazistowskim. Czas, aby Ukraina pogodziła się ze swoją przeszłością” – napisał 2 stycznia na Twitterze ambasador Lion. Podobnego wpisu próżno było szukać na profilach w mediach społecznościowych ambasady polskiej w Kijowie.

Ukraińscy nacjonaliści natychmiast odpowiedzieli ambasadorowi Izraela. Najpierw rozpoczęli antysemicką nagonkę w mediach społecznościowych. Działacz nacjonalistyczny Aleksiej Cymbaliuk, zidentyfikowany przez opozycyjne media jako agent Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, wystąpił do władz Izraela z takim oto wezwaniem: „Przestańcie złościć się na Hitlera za Holokaust”. Z kolei Oleg Leusienko – bloger z kręgu zwolenników byłego prezydenta Petro Poroszenki – ocenił, że ambasador Izraela został „wychowany na moskiewskim kłamstwie” i „pracuje na rzecz Putina” (Skąd my to znamy? Czy nie takiej samej pałki używają polscy sojusznicy Ukrainy, których z nazwisk, nazw partii politycznych i nazw redakcji pozwolę sobie nie wymienić?).

W środę 6 stycznia pod ambasadą Izraela w Kijowie odbyła się agresywna pikieta zorganizowana przez neonazistowską grupę C14 oraz Prawy Sektor, Swobodę i Korpus Narodowy. Jej uczestnicy przynieśli m.in. transparent z napisem „Przeproście za ludobójstwo. Kiedy Izrael uzna hołodomor Ukraińców?” i żądali przeproszenia przez Izrael za Wielki Głód z lat 1932-33, który od ponad 80 lat zajmuje kluczową rolę w mitologii historycznej nacjonalistów ukraińskich i jest przez nich przedstawiany m.in. jako zbrodnia rzekomo „żydowska”. Podczas pikiety Jewhen Karaś (lider organizacji C14) nazwał Joela Liona głupcem i kłamcą[1].

Tego incydentu wiodące polskie media także dyskretnie nie zauważyły. Nie zauważyły też, że pod koniec 2020 r. Rada Najwyższa Ukrainy zatwierdziła listę wydarzeń i postaci historycznych, które zostaną uczczone w 2021 r. na szczeblu państwowym. Znalazł się wśród nich m.in. Dmytro Kłaczkiwski, pseudonim Kłym Sawur (1911-1945) – dowódca UPA-Północ, członek Prowidu OUN-B, inicjator i sprawca ludobójstwa na około 60 tys. Polaków na Wołyniu w 1943 r. (co cynicznie neguje ukraińska historiografia nacjonalistyczna). Wśród uhonorowanych 16 grudnia 2020 r. przez Radę Najwyższą Ukrainy znaleźli się też: Rostysław Wołoszyn (1911-1944), pseudonim Bereziuk – w 1943 r. zastępca Kłaczkiwskiego, później zastępca komendanta głównego UPA oraz Wołodymyr Szczygielski, pseudonim Burłaka (1920-1949) – funkcjonariusz ukraińskiej policji pomocniczej na służbie hitlerowskiej, później watażka UPA, odpowiedzialny m.in. za wymordowanie 6 sierpnia 1944 r. 42 Polaków w Baligrodzie w ramach planowej eksterminacji ludności polskiej w Małopolsce Wschodniej.

Za uhonorowaniem tych postaci głosowało 238 deputowanych Rady Najwyższej Ukrainy: 162 z rządzącej partii Sługa Narodu prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, 24 z Europejskiej Solidarności byłego prezydenta Petro Poroszenki, 14 z Batkiwszczyny byłej premier Julii Tymoszenko oraz 38 z mniejszych partii. Wymienione trzy główne partie ukraińskie i ich przywódcy to od dawna znani partnerzy polskiej klasy politycznej, zarówno tej prawicowej skupionej wokół PiS, jak i tej skupionej wokół PO i środowiska dawnej Unii Demokratycznej (Wolności).

Podczas październikowej wizyty prezydenta Dudy w Kijowie Wołodymyr Zełenski oświadczył, że „sporne kwestie” historyczne zostały „zdjęte z agendy” w stosunkach polsko-ukraińskich. Jak zostały zdjęte – widać na powyższym przykładzie. Ukraina promienieje w blasku Kłyma Sawura, a Polska chowa głowę w piasek, bo ze strony polskiego Sejmu, ani żadnego innego oficjalnego czynnika polskiego nie było jakiejkolwiek reakcji na wspomnianą uchwałę parlamentu ukraińskiego.

Ale nie było jej także, gdy w 1995 r. ufundowano Kłaczkiwskiemu pomnik w Zbarażu, gdy w 2002 r. odsłonięto jego pomnik w Równem na Wołyniu, gdy w 2015 r. cerkiew greckokatolicka poświęciła mu okazały krzyż w pobliżu Orżewa (obwód rówieński) i gdy Tarnopolska Rada Obwodowa ogłosiła rok 2011 rokiem Kłaczkiwskiego i Jewhena Konowalca (pierwszego prowidnyka OUN). Ci, którzy jeździli do Kijowa na Majdany w 2004 i 2014 r. oraz przyjmowali odznaczenia od Ukrainy raczej nie będą występować z protestami wobec gloryfikacji zbrodniarzy banderowskich.

Jak wygląda w rozumieniu Kijowa „zdjęcie z agendy” tzw. spornych kwestii historycznych pokazuje też spotkanie kierownictwa IPN z delegacją kierownictwa UIPN, do którego doszło 3 grudnia 2020 r. w Warszawie. Strona ukraińska przedstawiła na tym spotkaniu żądanie odbudowania pomnika nagrobnego UPA na górze Monastyrz koło Werchraty (powiat lubaczowski) w kształcie pierwotnym (czyli gloryfikującym UPA) jako warunek odblokowania zgody na polskie prace poszukiwawcze i ekshumacyjne na terenie Ukrainy.

Ewa Siemaszko, komentując tę sprawę, trafnie zauważyła, że strona ukraińska przedstawiła Polsce „warunki, których cywilizowane państwo nie może spełnić, bo oznaczałoby to akceptację ludobójstwa własnego narodu, pohańbienie ofiar i postępowanie sprzeczne z duchem Konwencji ONZ w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa”. Jest oczywiste, że ekshumacja szczątków polskich ofiar ludobójstwa OUN-UPA stoi w głębokiej sprzeczności z polityką historyczną Ukrainy, której ekipa Zełenskiego zasadniczo nie zmieniła w stosunku do ekipy Poroszenki. „W tej sytuacji – konkluduje Siemaszko – można stawiać pytania: czy państwo, które buduje i pielęgnuje kult ludobójców, nie stanowi zagrożenia dla pokoju i bezpieczeństwa sąsiadów, zwłaszcza Polaków”[2].

Oczywiście, że stanowi zagrożenie (na razie na szczęście jest to jednak państwo słabe), ale tego nie chce lub nie potrafi przyznać polska klasa polityczna, a każdy kto to w Polsce podnosi będzie zwalczany jako propagujący „putinowską narrację”. W ten sposób dochodzimy do ściany, której nie przebijemy.

Niedługo, bo za dwa lata, minie 80-ta rocznica banderowskiego ludobójstwa na Wołyniu. Przypuszczam, że dla środowisk domagających się w Polsce prawdy i pamięci będzie ona jeszcze trudniejsza niż okrągłe rocznice w 2003 i 2013 r. Ze strony ukraińskiej można będzie się spodziewać prawdopodobnie jeszcze większej wrogości i obojętności oraz zakłamywania prawdy historycznej, a ze strony oficjalnych czynników polskich prawdopodobnie jeszcze większych nacisków niż w 2003 i 2013 r. na środowiska domagające się prawdy i pamięci, żeby nie „zadrażniać” stosunków z Ukrainą, bo to „strategiczny partner”, bo Rosja itd. Zatem Kłym Sawur będzie dalej świecił na Wschodzie upiornym blaskiem.


[1] Ukraińscy nacjonaliści żądają przeprosin od państwa Izrael, http://www.strajk.eu, 7.01.2021.

[2] Ewa Siemaszko o Ukrainie: czy państwo czczące ludobójców nie stanowi zagrożenia dla sąsiadów?, http://www.kresy.pl, 3.01.2021.

Bohdan Piętka

24 stycznia 2021 r.

Wołyń zdjęty z agendy

Zanim kraj padł pod uderzeniem jesiennej fali pandemii SARS-CoV-2, zanim rząd utracił nad tą pandemią kontrolę, zanim Polska zaczęła bić dzienne rekordy zakażeń i zgonów w Europie, zanim się okazało, że niszczona przez 30 lat publiczna służba zdrowia ma za mało lekarzy i pielęgniarek, by podołać dziennym przyrostom ciężko chorych, zanim obóz władzy wywołał dramatyczny konflikt społeczny w związku z zaostrzeniem prawa aborcyjnego – polska polityka wschodnia odniosła kolejny sukces.

Była nim wizyta prezydenta Andrzeja Dudy na Ukrainie w dniach 11-13 października 2020 r. Przed rozpoczęciem tej wizyty strona polska odnowiła, a właściwie odbudowała pomnik UPA na górze Monastyrz koło Werchraty w gminie Horyniec-Zdrój (powiat lubaczowski). Wedle informacji portalu kresy.pl, na miesiąc przed wizytą prezydenta Dudy w Kijowie prezydent Wołodymyr Zełenski miał się upomnieć o załatwienie sprawy pomnika w Werchracie zgodnie z życzeniem strony ukraińskiej. Prezydent RP miał go wówczas zapewnić, że do czasu ich jesiennego spotkania sprawa pomnika zostanie załatwiona.

Tak też się stało. Na górze Monastyrz umieszczono krzyż wedle symboliki OUN-UPA oraz dwujęzyczną tablicę z napisem: „Zbiorowa mogiła Ukraińców, którzy zginęli w walce z sowieckim NKWD w lasach monasterskich w nocy z 2 na 3 marca 1945 roku”. Jest to napis kłamliwy, który maskuje fakt, że byli to bojówkarze UPA i że celem ich przybycia na ziemię lubaczowską było dokonanie czystki etnicznej na ludności polskiej. Bo chociaż zginęli w walce z wojskami NKWD, to ich wtargnięcie na ziemię lubaczowską z początkiem marca 1945 r. stanowiło część podjętej wówczas ofensywy UPA na terenach południowo-wschodniej Polski pojałtańskiej przeciw ludności polskiej i instytucjom ówczesnego państwa polskiego. Do czystki etnicznej, znanej wcześniej z Wołynia i Małopolski Wschodniej, rzeczywiście na ziemi lubaczowskiej i jarosławskiej wówczas doszło, a jej punktem kulminacyjnym była zagłada Wiązownicy dokonana 17 kwietnia 1945 r. przez kureń UPA Iwana Szpontaka „Zaliźniaka”.

Wcześniej, w lutym 2020 r., proukraińscy działacze z kręgu byłej Unii Demokratycznej postawili na Monastyrzu tabliczkę z napisem: „ŚP. Obywatele polscy narodowości ukraińskiej polegli w walce z NKWD 2/3 marca 1945. Wieczna im pamięć”. Tabliczka ta stała się elementem nowego pomnika. Napis na tej tabliczce nie tylko maskuje prawdę o tym kim byli Ukraińcy polegli w lasach monasterskich, ale stanowi nieprawdopodobne kuriozum, ponieważ bojówkarze UPA właśnie nie chcieli być obywatelami polskimi i walczyli o to, żeby nimi nie być.

„Miała być ekshumacja i badania, a jest polityka” – skomentował to prof. Andrzej Zapałowski. „Plasteliną nie zalepi się prawdy, nawet dla celów wizyty na Ukrainie! Inicjatorzy tej tablicy – tylko ośmieszacie państwo polskie!” – dodał.

Według Zapałowskiego na górze Monastyrz prawdopodobnie pochowano m.in. Osypa Bzdela i Iwana Kadynia – bojówkarzy z oddziału SB OUN Iwana Pohoryśkiego „Borysa”, który 16 czerwca 1944 r. dokonał mordu w Zatylu na pasażerach pociągu osobowego Bełżec-Rawa Ruska. „Ta sprawa będzie się ciągnąć kolejne lata. Przed 25 laty wiele środowisk domagało się jednoznacznego rozwiązania problemu nielegalnych pomników. Osobiście wielokrotnie apelowałem w tej sprawie w Sejmie RP. Wtedy także plastelina poszła w ruch i mamy problemy do dzisiaj” – stwierdził Zapałowski.

Sprawę nielegalnego pomnika UPA koło Werchraty strona ukraińska postawiła jednoznacznie pod koniec lipca 2020 r. Wtedy, podczas rozmowy ministrów spraw zagranicznych Polski i Ukrainy, ukraiński minister Dmytro Kuleba uzależnił dalsze polskie prace poszukiwawczo-ekshumacyjne na Ukrainie (czyli planowaną ekshumację ofiar zbrodni OUN-UPA) od odbudowania przez Polskę pomnika UPA na górze Monastyrz koło Werchraty. Kuleba stwierdził wówczas, że strona polska zapewniła go, że każdy ma prawo do godnego pochówku na terytorium Polski, niezależnie od pochodzenia czy przynależności do ugrupowań wojskowych lub politycznych. No tak, ale pochówek to jedno, a pomnik z kłamliwym napisem na tablicy – drugie. Został stworzony pewien precedens, bo teraz na wszystkich nielegalnych upamiętnieniach UPA w Polsce można będzie postawić tablicę z napisem, że to była nie UPA, ale jacyś „Ukraińcy” polegli walce z NKWD lub polskim „reżimem komunistycznym”. W ten sposób otwarto furtkę do fałszowania historii dla potrzeb politycznych.

Pierwszym punktem wizyty prezydenta Dudy na Ukrainie było odwiedzenie polskiego cmentarza wojennego w Kijowie-Bykowni, gdzie spoczywają szczątki 3435 obywateli polskich z ukraińskiej listy katyńskiej, zamordowanych przez NKWD wiosną 1940 r. Prezydent RP uczcił też ofiary Wielkiego Głodu, odsłonił popiersie Anny Walentynowicz pod ambasadą polską w Kijowie, złożył kwiaty pod tablicą upamiętniającą Lecha Kaczyńskiego w Odessie i zapalił znicz pod pomnikiem „Bohaterów Niebiańskiej Sotni”, czyli ofiar walk z 20 lutego 2014 r. w Kijowie, których okoliczności śmierci do dzisiaj są pełne niejasności. Dokonując przeglądu ukraińskiej kompanii honorowej prezydent RP pozdrowił ją słowami „Sława Ukrainie!”, na co otrzymał odpowiedź „Herojam sława!”. Pozdrowienie to było używane już w armii marionetkowej Ukraińskiej Republiki Ludowej (1917-1920), ale używano go także w OUN i UPA. Warto zwrócić uwagę, że podczas wizyty w Kijowie w listopadzie 2018 r. kanclerz Angela Merkel uniknęła użycia tego pozdrowienia i zamiast „Sława Ukrainie!” powiedziała „Witaju wojiny!”.

Część polityczna wizyty rozpoczęła się 12 października. Duda spotkał się wtedy z prezydentem Zełenskim, premierem Denisem Szmyhalem i przewodniczącym Rady Najwyższej Dmytem Razumkowem. Przedmiotem rozmów były sprawy dwustronne, w tym gospodarcze, euroatlantyckie aspiracje Ukrainy, sytuacja na Białorusi oraz kwestie historyczne. W skład delegacji polskiej wchodził m.in. prezes IPN Jarosław Szarek.

Prezydenci Polski i Ukrainy podpisali wspólną deklarację, podkreślając w niej znaczenie stosunków polsko-ukraińskich, które mają charakter „partnerstwa strategicznego”. Kluczowym elementem tej deklaracji było wezwanie Rosji do zakończenia „nielegalnej okupacji Krymu” i „agresji w Donbasie”. Prezydent Duda podkreślił w związku z tym, że „Polska stoi przy Ukrainie w kwestii jej granic”. „Stoimy na stanowisku jednoznacznym, że Krym jest dzisiaj okupowany i w ten sposób mówimy wszędzie: nie tylko tutaj w Kijowie, nie tylko w Warszawie, ale także na forum międzynarodowym” –  oświadczył Duda.

Stałym elementem polskiej polityki wobec Kijowa jest też robienie Ukrainie nierealnych nadziei na członkostwo w UE i NATO, które miałoby nastąpić dzięki polskiemu wsparciu. Tak było również i podczas tej wizyty.

Ponadto polski prezydent na wspólnej konferencji prasowej zapewnił, że podpisana deklaracja w jasny sposób określa dalszą współpracę polsko-ukraińską: „Pokazuje ona nasz stosunek do bieżących relacji pomiędzy Polską i Ukrainą w tych właśnie kwestiach najważniejszych, poczynając od spraw gospodarczych, poprzez kwestie polityczne i związane z zagadnieniami bezpieczeństwa, jakże ważnymi dzisiaj w tej współczesności, w której żyjemy, aż poprzez kwestie historyczne, które, wierzę w to głęboko, będą prowadziły nasze narody ku pogłębianiu się więzi dobrosąsiedzkich i przyjaznych”.

Prorządowe media podkreślały również, że owocem wizyty było zawarcie dwóch umów gospodarczych, w tym umowy poufności pomiędzy PGNiG a ukraińskim Funduszem Mienia Państwowego, umożliwiającej zaangażowanie się polskiej spółki w proces prywatyzacji ukraińskiego sektora energetycznego.

W podpisanej przez obu prezydentów deklaracji poruszono także sprawy historii i miejsc pamięci: „Potępiamy zbrodnie przeciwko ludzkości, w tym również te popełnione na gruncie nienawiści i uważamy, że nie mogą być one w żaden sposób usprawiedliwione. Uznajemy za ważną potrzebę uczczenia pamięci niewinnych ofiar konfliktów i politycznych represji XX wieku. Podkreślamy potrzebę zapewnienia możliwości poszukiwań i ekshumacji tych ofiar na Ukrainie i w Polsce, celem zadośćuczynienia ich pamięci oraz żyjącym jeszcze ich krewnym, a także potomkom, w duchu poszanowania prawdy historycznej”.

Bardzo pięknie, tylko o jakie „zbrodnie przeciwko ludzkości” chodzi? Być może nie o zbrodnie OUN-UPA – negowane w dalszym ciągu przez Ukraiński IPN – ale o zbrodnie stalinowskie. O tych bowiem zbrodniach, w tym zbrodni NKWD w Bykowni, mówił wyłącznie prezydent Duda podczas wspólnego z prezydentem Zełenskim wywiadu dla TVP wieczorem 13 października. Ponadto użycie określenia „niewinnych ofiar konfliktów” jest przyjęciem nacjonalistycznej narracji ukraińskiej, która neguje ludobójstwo wołyńsko-małopolskie nazywając je „konfliktem polsko-ukraińskim”.

Do tej kwestii, w przeciwieństwie do prezydenta Dudy, odniósł się podczas wspomnianego wywiadu dla TVP prezydent Zełenski. Stwierdził on mianowicie: „Na naszym szczeblu ustaliliśmy, że przerobimy wszystkie te kwestie. (…) Tak, w historii są różne karty, niektóre z nich podobają się Ukrainie, niektóre Polsce i na odwrót. Wydaje mi się jednak, że tymi sprawami powinni zajmować się profesjonaliści, nie politycy. Ważne, że na dzisiaj jako sprawa polityczna, kwestia pamięci historycznej została całkowicie zdjęta [z agendy – BP]. Pomiędzy naszymi krajami nie powinno być żadnych sporów o historię w przyszłości”[1].

A więc Wołyń został zdjęty z agendy w stosunkach polsko-ukraińskich. Mają się nim – wedle słów Zełenskiego – zajmować historycy. Czy ci z Ukraińskiego IPN? A co z upamiętnieniem na terytorium Ukrainy polskich wsi wymordowanych i spalonych przez OUN-B i UPA? Na terenach, gdzie były te wsie stoją dzisiaj pomniki, ale katów i morderców, których pomajdanowa Ukraina czci jako bohaterów narodowych. Co z przyznaniem przez stronę ukraińską, że gloryfikowane w tym państwie OUN UPA dokonały w latach 1943-1944 zbrodni przeciw ludzkości na Polakach z Wołynia i Małopolski Wschodniej? W świetle powyższych faktów nie można na coś takiego liczyć.

Taki obrót spraw mnie nie dziwi. Jest on konsekwencją skrajnie proukraińskiej polityki elit postsolidarnościowych w całym trzydziestoleciu po 1989 r. Polityce tej Wołyń przeszkadzał i przeszkadzali ci, którzy dopominali się o poruszenie tej sprawy w relacjach z Ukrainą. Dlatego – wobec braku zgody strony ukraińskiej na rewizję własnej nacjonalistycznej polityki historycznej – elity postsolidarnościowe konsekwentnie zamiatały Wołyń pod dywan, a upominającym się zamykały usta, najczęściej oskarżeniami o sprzyjanie Rosji. Ta, trwająca trzy dekady polityka, nasilona zwłaszcza po 2014 r., musiała przynieść takie a nie inne rezultaty. Ale zalepianie tej sprawy plasteliną nic nie da. Kwestia „bolesnej historii” będzie z tego powodu w stosunkach polsko-ukraińskich ciągle powracać. Nie w stosunkach pomiędzy władzami państwowymi. Ale tych głębszych i rzeczywistych – pomiędzy oboma narodami. Sprawa te będzie powracać, jątrzyć i niszczyć wzajemne relacje ludzkie dopóki władze polskie nie przestaną chować głowy w piasek i dopóki władze ukraińskie nie staną na gruncie prawdy historycznej.

[1] Cyt. za: kresy.pl, 13.10.2020.

Bohdan Piętka

23 grudnia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2319/2320), 22-29.11.2020, s. 11

Szlakiem UPA po Wołyniu

Na zachodnim Wołyniu powstał szlak turystyczny gloryfikujący spreparowaną historię tamtejszych bojówek OUN-UPA. Ma on swój początek na uroczysku Wołczak i został zaprojektowany przez miejscowych działaczy nacjonalistycznych oraz Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej. Poinformowała o tym 8 lutego br. ukraińska telewizja 12. Kanał. Na jej antenie o otwarciu szlaku opowiedział radny z Łucka Pawło Danylczuk. Długość szlaku wynosi 64 km i obejmuje „15 historycznych punktów”. Po szlaku można się poruszać pieszo lub na rowerze. Danylczuk zapowiedział też utworzenie elektronicznej wersji szlaku z opisem „historycznych punktów”[1]. Oczywiście w żadnym z tych „punktów” turysta nie dowie się o ludobójstwie OUN-UPA na miejscowych Polakach. Będzie tam natomiast indoktrynowany o UPA jako „ruchu wyzwoleńczym”, który rzekomo walczył z Niemcami.

Podczas otwarcia szlaku chwały UPA na Wołyniu Danylczuk powiedział, że historia UPA jest interesująca dlatego, ponieważ „wychowuje naród”. Do czego? – wypadałoby zapytać. Na uroczystości była też obecna szefowa działu edukacyjno-oświatowego UIPN Zoja Bojczenko, która stwierdziła, że takie inicjatywy są ważne, ponieważ „dotyczą naszej pamięci, naszych bohaterów, wielkich dni naszych wyzwoleńczych zmagań, a pamięć i wszystkie te składowe są potężna bronią, która jednoczy nas i pozwala nam stawiać dzisiaj opór”. Bojczenko zapowiedziała dalsze wspieranie takich pomysłów przez UIPN.

Po przewrocie w 2014 r. ukraińskie władze samorządowe urządziły na uroczysku Wołczak w rejonie turzyskim (kilkanaście kilometrów od granicy z Polską) kompleks historyczny „Wołyńska Sicz”. Odbywają się tam uroczystości w rocznicę domniemanego powstania UPA (14 października 1942 r.) z udziałem m.in. hierarchów Kościoła grekokatolickiego, imprezy młodzieżowe i kulturalne. Neobanderowska partia „Swoboda” ufundowała tam w 2017 r. cerkiew. Teraz jeszcze doszedł do tego 64-kilometroway szlak turystyczny ku chwale UPA.

W 1943 r. w położonym w lasach świnarzyńskich Wołczaku kwaterowało zgrupowanie UPA pod dowództwem Profira Antoniuka „Sosenko” (1909-1944), nazywane Wołyńską Siczą albo zagonem im. Bohuna. Bojówki te brały udział w ludobójczej czystce etnicznej na okolicznej ludności polskiej. Warto przypomnieć, że 20 grudnia 1943 r. Profir Antoniuk zawarł porozumienie z niemieckim starostą powiatu włodzimiersko-wołyńskiego. Na mocy tego porozumienia niemieckie władze okupacyjne i UPA zobowiązały się do powstrzymania od wzajemnych ataków oraz do wspólnego zwalczania partyzantki radzieckiej i polskiej. Nie było to jedyne tego typu porozumienie UPA z Niemcami. Identyczne porozumienia zawarto na Wołyniu w Kamieniu Koszyrskim oraz w rejonach Werby i Deraźnego. Z kolei w Małopolsce Wschodniej negocjacje z Niemcami prowadził w imieniu UPA grekokatolicki ksiądz Iwan Hrynioch (1907-1994). Zaproponował on „bezwarunkową i pełną lojalność” UPA i OUN wobec III Rzeszy w zamian za zwolnienie ukraińskich więźniów politycznych, zaprzestanie represji przeciwko Ukraińcom i pozostawienie ukraińskim nacjonalistom swobody działania na tyle, na ile ich aktywność nie była sprzeczna z interesami niemieckimi. Rozmowy trwały przez kolejne miesiące i zakończyły się zawarciem w 1944 r. nieformalnego porozumienia, na mocy którego Niemcy zgodzili się na zwolnienie więźniów ukraińskich, zaopatrywanie UPA w broń i amunicję oraz szkolenie ukraińskich dywersantów. Natomiast podziemie ukraińskie zobowiązało się do prowadzenia dywersji i działań wywiadowczych przeciw siłom radzieckim.

Tego wszystkiego jednak nie dowiedzą się turyści poruszający się pieszo lub na rowerze po 64-kilometrowym szlaku chwały UPA na Wołyniu. Będą im tam serwowane bezczelne historyczne kłamstwa o rzekomych walkach UPA z Niemcami. Tak zresztą chętnie powtarzane przez różnych polskich dziennikarzy, którzy od wielu lat uparcie podają przy każdej medialnej wzmiance o UPA, że „UPA walczyła z Niemcami”. Byłbym wdzięczny, gdyby któryś z nich podał mi gdzie i kiedy.

Wedle portalu kresy.pl na tablicach informacyjnych szlaku turystycznego UPA na Wołyniu można zobaczyć zdjęcia wielu tamtejszych ludobójców z OUN-UPA. Jest wśród nich także Iwan Kłymczak „Łysy” – dowódca kurenia UPA, który 30 sierpnia 1943 r. wymordował wraz z miejscową ludnością ukraińską około tysiąca Polaków w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej (powiat lubomelski). Była to jedna z największych zbrodni nacjonalistów ukraińskich popełnionych na Polakach na Wołyniu. O tym jednakże użytkownicy szlaku turystycznego ku chwale UPA na pewno się nie dowiedzą.

Nie ma do dzisiaj na Wołyniu miejsc pamięci 60 tys. Polaków z 1865 miejscowości wymordowanych tam w 1943 r. przez bojówki OUN i UPA. W ogromnej większości przypadków nie ma nawet ich cmentarzy, ale jest szlak turystyczny ku chwale UPA, no i co najmniej kilkanaście pomników ku czci sprawców ludobójstwa. Nie licząc muzeów i izb pamięci.

Tak wygląda polityka historyczna Ukrainy. Jej fundamentem jest negacja zbrodni OUN-UPA – zbrodni przeciw ludzkości – oraz fałszywe preparowanie historii tych formacji. Potwierdził to pod koniec 2019 r. w wywiadzie dla serwisu Polukr.net nowy dyrektor Ukraińskiego IPN Anton Drobowycz, wedle którego mówienie o ludobójstwie nacjonalistów ukraińskich na Polakach jest „nieporozumieniem”[2]. Przypomnę, że prezydent Wołodymyr Zełenski powiedział po spotkaniu z prezydentem Andrzejem Dudą podczas uroczystości 75-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz, że „udało nam się obniżyć emocje wokół tragicznej przeszłości”[3].

Jak wygląda to obniżanie poziomu „emocji wokół tragicznej przeszłości” ze strony ukraińskiej widać chociażby na przykładzie otwarcia szlaku turystycznego ku chwale UPA na Wołyniu, które nastąpiło niecałe dwa tygodnie po spotkaniu Dudy z Zełenskim w Oświęcimiu. To tak jakby Niemcy otworzyli szlak turystyczny ku chwale SS po byłych obozach koncentracyjnych. Dokąd zmierza Ukraina uprawiająca taką politykę historyczną? Do integracji z Unią Europejską czy z III Rzeszą? Co ma na Ukrainie wyrosnąć z tego ziarna kłamstwa, pogardy dla ofiar zbrodni przeciw ludzkości i szowinizmu? Demokracja i dobrobyt? Nikt sobie w Polsce tych pytań nie potrafi zadać?

Nie, ponieważ w Polsce z kolei obniżanie poziomu „emocji wokół tragicznej przeszłości” z Ukrainą odbywa się dwutorowo. Władze, główne siły polityczne i większość mediów nie zauważają oblicza ukraińskiej polityki historycznej. Natomiast głośna medialnie mniejszość otwarcie popiera fałszowanie historii UPA przez Ukrainę. Do tego grona należy m.in. pan Kazimierz Wóycicki, który już w 2014 r. ogłosił, że twórca i dowódca UPA Roman Szuchewycz powinien być dla Polaków „postacią o cechach bohatera”. Niedawno Kazimierz Wóycicki wydał książkę pt. „Krótka historia UPA dla Polaków. Czy historycy nas pogodzą?”. Główne media reklamują ją następująco: „w zwięzłej i popularnej formie przedstawia skomplikowane relacje polsko-ukraińskie i ukraińsko-polskie. Jej wielką zaletą jest podjęte staranie zrozumienia ukraińskich racji (…) oraz szacunek dla ukraińskiego spojrzenia na własne dzieje”[4].

Kierunek „zrozumienia ukraińskich racji” został zatem przez pana Wóycickiego wytyczony. W kierunek ten wpisuje się hasło „Antyukrainizm, ukrainofobia”, które pojawiło się w polskiej Wikipedii 8 lutego br. (przypadkowa zbieżność daty z otwarciem szlaku UPA na Wołyniu?). Pierwotnie można było w nim przeczytać, że „Antyukrainizm wyraża się w języku potocznym słowami »rezun«, »banderowiec« (w języku rosyjskim »chachły«). Jednym z zabiegów jest podtrzymywanie stworzonego przez komunistów mitu Bieszczad jako miejsca ostatecznego zwycięstwa nad UPA”. Po kilku dniach wykreślono fragment „»banderowiec« (w języku rosyjskim »chachły«)”. Przypuszczalnie dlatego, że ktoś musiał zwrócić autorowi lub autorom hasła uwagę, że na obecnej Ukrainie słowo „banderowiec” jest powodem do dumy, a nie stygmatyzacji kogoś ze względu na narodowość. Do dzisiaj w internecie można obejrzeć film, na którym uczniowie Liceum Fizyczno-Technicznego w Iwano-Frankiwsku (dawniej Stanisławów), ubrani w czerwono-czarne stroje symbolizujące barwy UPA, śpiewają podczas akademii szkolnej w czerwcu 2015 r. piosenkę „My banderowcy”. Według portalu kresy.pl „osobą najmocniej zaangażowaną” w edycję hasła „Antyukrainizm, ukrainofobia” jest „znany ze skrajnie proukraińskich poglądów dr Kazimierz Wóycicki, wykładowca Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego”[5].

[1] Na Wołyniu utworzono szlak turystyczny po „miejscach bojowej chwały UPA”, http://www.kresy.pl, 10.02.2020.

[2] Szokujące słowa nowego szefa Ukraińskiego IPN o Wołyniu, http://www.fronda.pl, 30.12.2019.

[3] Zełenski odnotował spadek „poziomu emocji” w kwestiach historycznych z Polską, http://www.ukrinform.pl, 22.02.2020.

[4] Cyt. za: http://www.dzieje.pl, 3.02.2020.

[5] „Antyukrainizm”. Nowe hasło w Wikipedii., http://www.kresy.pl, 15.02.2020.

Bohdan Piętka

3 marca 2020 r.

„Myśl Polska” nr 9-10 (2281/2282), 1-8.03.2020, s. 13

Fatalna decyzja

28 stycznia 2020 r. w Iwano-Frankiwsku (dawniej Stanisławów) odbył się pogrzeb Mychajło Mułyka – weterana ukraińskiej dywizji Waffen-SS „Hałyczyna” („Galizien”), odpowiedzialnej za zbrodnie wojenne na ludności polskiej. Wzięli w nim udział przedstawiciele lokalnych władz miejskich i obwodowych z merem Rusłanem Marcinkiwem, z neobanderowskiej partii Swoboda, oraz szefem rady obwodu iwano-frankiwskiego Ołeksandrem Syczem na czele, a także greckokatolicki arcybiskup Wołodymyr Wijtyszyn, syn głównego dowódcy UPA Jurij Szuchewycz i osoby w historycznych mundurach Waffen-SS[1]. Zmarłego esesmana pochowano w specjalnej Alei Chwały jak bohatera narodowego. Czerwono-czarne flagi banderowskie są na tego typu uroczystościach na Ukrainie są już standardem. Osoby paradujące  w oryginalnych mundurach Waffen-SS też nie są tam już rzadkością. Ale jednak to szokuje.

Szokuje dlatego, że miało to miejsce dzień po międzynarodowych uroczystościach 75-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz, w których uczestniczył prezydent Wołodymyr Zełenski. W każdym kraju europejskim jakakolwiek manifestacja publiczna z udziałem osób w mundurach hitlerowskich wywołałaby natychmiastową reakcję międzynarodowej opinii publicznej i przywódców państw demokratycznych. Zasada ta nie działa jednak w wypadku Ukrainy. Przywódcy USA i państw UE dyskretnie nie zauważają obecności w przestrzeni publicznej tego kraju symboliki nazistowskiej. Zwłaszcza nie zauważają tego przywódcy i politycy polscy oraz główne polskie media, które jako pierwsze powinny to zauważyć i nagłośnić. Potwierdza to moje wcześniejsze spostrzeżenie, że Ukraina otrzymała od Zachodu koncesję na nazizm w związku z rolą, jaką pełni w antyrosyjskiej polityce USA. Albowiem jedyną realną siłą antyrosyjską na Ukrainie są epigoni banderyzmu i nazizmu.

Incydentu w Iwano-Frankiwsku nie zauważył też prezydent Zełenski, który dzień wcześniej brał udział w międzynarodowych uroczystościach w byłym KL Auschwitz, ani Ukraiński IPN, który przy okazji tych uroczystości zamieścił na swojej stronie internetowej informację, że KL Auschwitz jakoby mieli wyzwolić Ukraińcy (ale chyba nie ci z dywizji SS „Hałyczyna”). Do incydentu z Iwano-Frankiwska odniósł się – oprócz szefa Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego Eduarda Dolinskiego – tylko jeden ukraiński deputowany Maksym Bużańskij. Stwierdził on, że „(…) to nie zadziała. Albo więźniowie obozów koncentracyjnych, albo zasłużeni esesmani, jedno z tych dwóch, razem nijak. Pora się zdecydować”.

Natychmiast został przywołany do porządku przez mera Marcinkiwa: „Zapewne nasza Ukraina jest inna! Jedna ukraińska, inna – promoskiewska, małoruska!”. Jak my to dobrze znamy. Główne polskie media w taki sam sposób tłumią od sześciu lat krytykę renesansu banderowsko-nazistowskiego na Ukrainie. Kto to krytykuje – jest agentem Moskwy.

Dalej mer Marcinkiw stwierdził: „Zdradzę tajemnicę – mój dziadek też był żołnierzem dywizji »Hałyczyna« i jestem z tego dumny!”.

Po międzynarodowych uroczystościach w byłym KL Auschwitz odbyła się konferencja prasowa prezydentów Andrzeja Dudy i Wołodymyra Zełenskiego. Podczas tej konferencji Zełenski oświadczył, że „udało nam się obniżyć emocje wokół tragicznej przeszłości”. W jaki sposób? Czyżby Ukraina uznała odpowiedzialność OUN i UPA za ludobójstwo na narodzie polskim? Nie. Emocje „wokół tragicznej przeszłości” zostały obniżone w ten sposób, że strona polska „odnowi ukraińską mogiłę na wzgórzu Monastyrz” – oświadczył Zełenski[1].

Chodzi o pomnik UPA koło Werchraty w gminie Horyniec-Zdrój, którego odbudowy domagali się trzy miesiące temu działacze ukraińscy i proukraińscy z Polski. Jeśli jest to prawda, to jest to decyzja fatalna. Czy władze polskie nie rozumieją, że Rosja natychmiast wykorzysta to propagandowo? Skoro w Polsce stawiane są pomniku UPA, to znaczy, że jednak Polska miała coś wspólnego z nazizmem i wspieraniem Niemiec hitlerowskich, co od przełomu 2019/2020 r. sugerują niektóre rosyjskie media i niektóre osoby z rosyjskiego establishmentu. Czy polskie władze nie rozumieją też, że odbudowa pomnika UPA na wzgórzu Monastyrz oznacza faktyczne uznanie przez stronę polską UPA za organizację „ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego” – zgodnie z narracją banderowską – a nie organizację faszystowską, przestępczą i ludobójczą – zgodnie z prawdą historyczną? Tak to zostanie przedstawione na Ukrainie. Albo pomniki UPA, albo pamięć o ofiarach z Wołynia i Małopolski Wschodniej. Innego wyboru nie ma.

Emocje „wokół tragicznej przeszłości” są obniżane przez stronę polską także na inne sposoby, o czym prezydent Zełenski już nie wspomniał. Jednym z tych sposobów jest nękanie przez polską policję i prokuraturę działaczy kresowych zaangażowanych w podtrzymywanie pamięci o martyrologii Polaków z rąk OUN i UPA. Kilku z nim postawiono zarzuty prokuratorskie o mowę nienawiści wobec Ukraińców lub znieważanie Ukraińców ze względu na pochodzenie narodowościowe. Kolejnym przejawem obniżania emocji „wokół tragicznej przeszłości” ze strony polskiej jest decyzja IPN o usunięciu z pomnika w Lesku tablicy upamiętniającej milicjantów poległych w walkach z UPA oraz orła[2]. Rok wcześniej IPN kazał wyburzyć pomnik żołnierzy WP i WOP poległych w obronie Birczy przed UPA[3]. Nie będzie pomników milicjantów i żołnierzy polskich, będą pomniki UPA. Natura próżni nie znosi.

[1] Andrzej Duda dziękuje prezydentowi Ukrainy za postawę w Yad Vashem. Zełenski mówi o poprawie relacji z Polską, http://www.wiadomosci.onet.pl, 27.01.2020.

[2] IPN kazał usunąć tablice z leskiego pomnika, http://www.bieszczadzka24.pl, 30.01.2020.

[3] Bircza. Pomnik do wyburzenia – mieszkańcy przeciwni!, http://www.bieszczadzka24.pl, 24.01.2019.

[1] W Stanisławowie uroczyście pochowano weterana Waffen-SS, http://www.kresy.pl, 29.01.2020.

„Myśl Polska” nr 7-8 (2279/2280), 16-23.02.2020, s. 4

Bohdan Piętka

13 lutego 2020 r.

Jedność ponad podziałami

9 listopada w polskich mediach głównego nurtu rozpętała się burza. Od „Gazety Wyborczej” po „Gazetę Polską” i od TVN po TV Republika tutejsze główne media zgodnie poinformowały, że polska Straż Graniczna zatrzymała na przejściu granicznym w Dorohusku, na podstawie listu gończego wydanego przez Interpol na wniosek Rosji – „ukraińskiego aktywistę obywatelskiego i weterana wojny z Rosją”. Media red. T. Sakiewicza poinformowały nawet, że zatrzymany ma „propolskie poglądy”. Skoro to „aktywista obywatelski”, czyli taki jakby liberalny demokrata, to dlaczego w zorganizowanym w jego obronie proteście przed ambasadą polską w Kijowie uczestniczyli ludzie z symboliką banderowską i neonazistowską? Dlatego, że Ihor Mazur był i jest wiceszefem UNA-UNSO – najtwardszego jądra epigonów ideologii banderowskiej, faktycznie organizacji neonazistowskiej. Tego jednak nie podały polskie media, dla których Mazur stał się „aktywistą obywatelskim” i to jeszcze o poglądach „propolskich”. Poza niszowymi portalami nie poinformowano też, że Mazur jest podejrzewany o związek z  morderstwem białoruskiego dziennikarza Pawła Szeremeta. Do Polski jechał na zaproszenie posłanki PiS Beaty Mazurek jako pracownik sekretariatu Werchownej Rady ds. praw człowieka. Wydelegowano go do Warszawy na konferencję „poświęconą sprawom bezpieczeństwa i współdziałaniu Polski i Ukrainy wobec agresji Rosji”[1].

Ihor Mazur został bardzo szybko zwolniony z polskiego aresztu. Wystarczyło stanowcze oświadczenia ambasadora Ukrainy Andrija Deszczyci i w obronie zatrzymanego stanęła cala polska „klasa polityczna” – od Adama Bodnara po Tomasza Sakiewicza. Śmiertelnie skłócona, będąca od co najmniej dekady w stanie wojny domowej, wykazała imponującą i unikalną w polskich warunkach jedność ponad podziałami w obronie epigona Stepana Bandery i Romana Szuchewycza. Od działań Straży Granicznej publicznie odciął się minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz. Zewsząd sypnęły się głosy oburzenia: co za skandal, weteran pierwszej wojny czeczeńskiej i wojny w Donbasie, co to gromił Moskala nawet na Kaukazie, zatrzymany na wniosek Rosji przez polską Straż Graniczną. Toż to zdrada i profanacja! W tej sytuacji Ihor Mazur został natychmiast zwolniony z aresztu i w Święto Niepodległości 11 listopada paradował z biało-czerwonym kotylionem u boku konsula generalnego Ukrainy w Lublinie Wasyla Pawluka – notabene wieloletniego działacza neobanderowskiej partii Swoboda, który wielokrotnie wyrażał się publicznie z uznaniem o UPA. No cóż. Paryż wart jest mszy – powiedział przed wiekami francuski król Henryk IV. Najwidoczniej Zakerzonie też jest warte mszy, tzn. przypięcia sobie przed kamerami biało-czerwonego kotylionu.

Radości nie było końca. Samuel Pereira z TVP Info (wcześniej piszący w „Gazecie Polskiej”) zacytował następującą refleksję Ihora Mazura:  „Jestem patriotą. U steru władzy w Polsce też znajdują się patrioci. Co nas różni? Historia naszych narodów oraz rosyjska propaganda, której twórcy pragną nas skłócić. A kiedy Ukraińcy występują przeciw Polakom albo Polacy przeciw Ukraińcom, to wygrywa na tym Moskwa, która znowu chce stać się wielkim imperium. Niestety, władze Niemiec, Włoch, Francji, Holandii czasem Putinowi w tym pomagają. Tym, czego Rosja obawia się najbardziej, jest ukraińsko-polska przyjaźń!” Wielokrotnie o tym czytałem na gazetopolskim portalu Niezależna (niezalezna.pl). Dalej Mazur powiedział: „Jeśli Polsce i Ukrainie uda się w pierwszej kolejności stać się jednym geopolitycznym, ekonomicznym i wojskowym sojuszem państw, to we Wschodniej Europie będziemy mogli wspólnie dominować. Litwa, Estonia i Gruzja przyłączą się do nas z uwagi na rosyjskie zagrożenie. Oczywiście do tego dochodzi Rumunia, Chorwacja, Węgry, Czarnogóra… ale Międzymorze jest niemożliwe bez polsko-ukraińskiej przyjaźni”[2]. Bingo! Międzymorze. Ukochany temat Tomasza Sakiewicza i Jerzego Targalskiego. Ta wypowiedź ukraińskiego watażki stanowi jeszcze jeden dowód na to, że tzw. Międzymorze – lansowane od lat 90-tych przez obóz Kaczyńskiego i równocześnie obóz liberalny, a w latach 80-tych przez KPN Moczulskiego – nie jest wymysłem Jerzego Giedroycia ani przedwojennych piłsudczyków (nimi, niczym listkiem figowym, tylko się zasłaniają współcześni polscy propagatorzy idei Międzymorza), ale neobanderowców. To temat podsunięty postsolidarnościowej „klasie politycznej” przez nacjonalistów ukraińskich. To ich celom politycznym ma służyć i służy Polska w tej koncepcji. A tym celem politycznym jest Wielka Ukraina.

Tak oto ukraiński watażka stał się w jednym momencie nowym „autorytetem moralnym” polskiej „klasy politycznej”. Międzymorze! Nierozerwalna przyjaźń polsko-ukraińska i wspólna defilada z Kozakami w Moskwie – jak swego czasu marzył Jerzy Targalski. Nie można przy tym nie zauważyć, że gdyby w Polsce ktoś wykazywał takie afiliacje ideologiczne jak Ihor Mazur, to zostałby przez tzw. salon III RP zgodnie okrzyknięty nazistą (albo co najmniej faszystą), a pan Adam Bodnar żądałby natychmiast od prokuratury podjęcia działań represyjnych. Ale ukraiński neonazista i prawdopodobnie zbrodniarz wojenny Ihor Mazur jest dla salonu III RP i rządzącej prawicy „działaczem obywatelskim” i bojownikiem o „prawa człowieka”. Jedni i drudzy są gotowi rzucić się za niego w ogień – bo to jest dla nich kolejna okazja zamanifestowania swojej atawistycznej wrogości do Rosji i niezgody na linię polityczną Wołodymyra Zełenskiego. Niech żyje Ukraina banderowska – taki transparent mogłaby sobie powiesić cała polska „klasa polityczna” od Michnika po Sakiewicza.

Wniosek Interpolu i Komitetu Śledczego Rosji w sprawie Ihora Mazura powinien zostać w świetle prawa rozpatrzony przez niezwisły sąd polski. Wystarczyło jednak, że został rozpatrzony przez „Gazetę Wyborczą” i „Gazetę Polską”. Niezwisła prokuratura wycofała wniosek o rozpatrzenie sprawy Mauzra przed Sądem Okręgowym w Lublinie i tuż po polskim Święcie Niepodległości nowy „autorytet moralny” tutejszej „klasy politycznej” mógł powrócić na Ukrainę, owacyjnie żegnany przez chór zaprzysięgłych wrogów znienawidzonej Rosji. „Jest to niewielkie, ale jednak zwycięstwo w wojnie hybrydowej, którą prowadzi przeciwko nam Federacja Rosyjska” – podsumował całą sprawę wiceminister spraw wewnętrznych Ukrainy Anton Heraszczenko. Zwycięstwo odniesione – o czym już nie wspomniał – dzięki postsolidarnościowej „klasie politycznej”, która zdobyła się na heroiczną, histeryczną i historyczną jedność ponad podziałami[3].

Mylne jest jednak przekonanie, że ta sprawa jest kolejną odsłoną dość specyficznej polskiej polityki wschodniej. Wręcz przeciwnie – jest kolejnym dowodem na to, że Polska nie prowadzi żadnej polityki na Wschodzie. Prowadzi ją tam zupełnie kto inny. Jeszcze Ihor Mazur nie zdążył w glorii chwały wyjechać z Polski na Ukrainę, a tu nagle odezwał się oligarcha Ihor Kołomojski – główny sponsor tzw. „rewolucji godności”, czyli puczu na kijowskim Majdanie w 2014 roku, a także główny sponsor neobanderowskich formacji paramilitarnych walczących w Donbasie i główny sponsor kampanii prezydenckiej Wołodymyra Zełenskiego. Udzielił on mianowicie wywiadu dla „The New York Times”, którego polskie media głównego nurtu dyskretnie nie zauważyły.

Ihor Kołomojski jest nie tylko najbogatszym człowiekiem na Ukrainie, stale zresztą rezydującym w Szwajcarii, nie tylko pełni zaszczytną funkcję prezesa Zjednoczonej Wspólnoty Żydowskiej na Ukrainie, nie tylko posiada obywatelstwo ukraińskie, izraelskie i cypryjskie, ale i ma ogromne ambicje polityczne oraz szerokie horyzonty, o czym świadczy wspomniany wywiad dla „The New York Times”. W wywiadzie tym powiedział, że „już czas, żeby Ukraina dała sobie spokój z Zachodem i zwróciła się w stronę Rosji”. Dalej stwierdził: „Oni [Rosjanie] i tak są silniejsi. Musimy poprawić nasze relacje. Ludzie chcą pokoju, dobrego życia. A wy [Amerykanie] zmuszacie nas, byśmy byli w stanie wojny, nie dając nam nawet za to żadnych pieniędzy”. Kołomojski nie ma też wątpliwości, że Unia Europejska i NATO nigdy nie przyjmą Ukrainy do swojego grona. „Nie ma sensu tracić czasu na puste rozmowy. Podczas gdy Rosja bardzo chciałaby wciągnąć nas do nowego Paktu Warszawskiego” – powiedział otwarcie człowiek stojący za plecami prezydenta W. Zełenskiego. Odbudowanie więzi z Rosją – jego zdaniem – jest konieczne, żeby ukraińska gospodarka mogła przetrwać. „Weźmiemy od Rosjan 100 mld dolarów. Myślę, że z radością by je nam dziś dali. Jaka jest najszybsza droga do rozwiązania problemów i odbudowy relacji? Tylko pieniądze” – powiedział Kołomojski. Na koniec stwierdził: „Jeśli USA będą cwaniakować, to pójdziemy do Rosji. Rosyjskie czołgi będą stacjonować pod Krakowem i Warszawą, a NATO będzie robić w spodnie i kupować pampersy”[4].

Krótko mówiąc – to czy Międzymorze powstanie czy rozpłynie się we mgle zależy nie od geniuszu Jarosława Kaczyńskiego i Jerzego Targalskiego, ale od widzimisię i humoru Ihora Kołomojskiego. I dalsza zabawa w Banderę i UPA na Ukrainie, zwłaszcza zachodniej, też. Taka jest prawda o polskiej polityce wschodniej i Wielkiej Ukrainie epigonów Bandery.

Ale to jeszcze nie koniec tej prawdy. „Podczas przesłuchania w Izbie Reprezentantów w dochodzeniu ws. impeachmentu Donalda Trumpa podpułkownik Alexander Vindman zeznał, że władze Ukrainy trzy razy oferowały mu stanowisko ministra obrony. Ołeksandr Danyluk, ukraiński sekretarz Narodowej Rady Bezpieczeństwa i Obrony, który miał składać te propozycje, twierdzi, że żartował. (…) Ukraińskie propozycje Vindman ocenił jako »dość komiczne«. Jego zdaniem byłoby »zabawne«, gdyby podpułkownik armii USA otrzymał taką posadę” – poinformował portal kresy.pl[5].

Czy wśród czynników politycznych w Warszawie nie jest dla nikogo jasne, że strategicznym partnerem Polski na Wschodzie jest państwo komiczne, że cala koncepcja polskiej polityki wschodniej o to komiczne państwo się opiera i od niego zależy? Chyba, że Polska też jest państwem komicznym. Ale takie państwo polityki nie prowadzi. Jakiejkolwiek.

[1] Polska zatrzymała wiceszefa skrajnie nacjonalistycznej UNA-UNSO na wniosek Rosji, http://www.kresy.pl, 9.11.2019.

[2] „Polacy i Ukraińcy razem stanowią siłę!”. Kim jest Ihor Mazur, ścigany przez Rosję?, http://www.tvp.info, 10.11.2019.

[3] Ihor Mazur powrócił na Ukrainę. „To zwycięstwo w wojnie hybrydowej z Rosją”, http://www.tvp.info, 14.11.2019.

[4] Cyt. za: Kołomojski dla NYT: Jak USA będą cwaniakować, to Ukraina pójdzie do Rosji; rosyjskie czołgi będą pod Krakowem i Warszawą, http://www.kresy.pl, 13.11.2019.

[5] Ukraińcy oferowali podpułkownikowi armii USA posadę ministra obrony? Danyluk: to były żarty, http://www.kresy.pl, 19.11.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 listopada 2019 r.

„Myśl Polska” nr 49-50 (2269/2270), 1-8.12.2019, s. 12

Czciciele UPA

3 listopada 2019 roku grupa polskich i ukraińskich „aktywistów” odwiedziła Werchratę koło Horyńca-Zdroju (powiat lubaczowski), gdzie znajduje się nielegalne upamiętnienie UPA. „Aktywiści” przynieśli ze sobą materiały budowlane i częściowo odnowili nielegalny pomnik UPA w Werchracie. Postawili też przy nim dębowy „kozacki krzyż” z ukraińskim tryzubem. Przy odnowionym pomniku UPA odbyła się modlitwa prowadzona przez greckokatolickiego duchownego Iwana Tarapackiego oraz dominikanina o. Tomasza Dostatniego. Ta modlitwa może zdumiewać z tego powodu, że pomnik UPA w Werchracie, chociaż stoi na cmentarzu, jest nielegalnym upamiętnieniem symbolicznym i nie ma pod nim żadnej mogiły. Dlatego modlitwa o. Tomasza Dostatniego o „wskrzeszenie do życia w chwale” osób tam rzekomo pochowanych musiała mieć wymiar groteskowy. „Aktywiści” odwiedzili też pobliską górę Monasterz, gdzie znajduje się zbiorowy grób 62 członków OUN-UPA, poległych w walce z NKWD pod Gruszką i Mrzygłodami w marcu 1945 roku.

Tam również odbyła się uroczystość religijna, po czym odczytano apel o przywrócenie usuniętych w ostatnich latach przez lokalne samorządy nielegalnych upamiętnień UPA na Podkarpaciu. Apel ten – zatytułowany „Nie zapominajmy o zburzonych ukraińskich mogiłach w Polsce” – odczytywali kolejno następujący działacze: Jarosław Chołodecki, Danuta Kuroń, Bartosz Piechowicz, Rafał Suszek, Danuta Przywara i Izabella Chruślińska, a podpisali się pod nim tacy politycy (przeważnie byłej Unii Wolności) jak: Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Janusz Onyszkiewicz, Henryk Wujec i inni[1]. Już sam tytuł tego apelu jest manipulacją, ponieważ nikt w Polsce nie burzy żadnych ukraińskich mogił. Chodzi o nielegalne upamiętnienia banderowców, a to nie jest to samo. Stawianie znaku równania pomiędzy Ukraińcami a banderowcami jest typowe dla propagandy banderowskiej i – jak widać – także dla działaczy ze środowiska „Gazety Wyborczej” i byłej Unii Wolności, współpracujących ze Związkiem Ukraińców w Polsce. Ponadto Danuta Kuroń oświadczyła, że „polscy nacjonaliści nie chcą się pogodzić z tym, że te ziemie były ukraińskie”. Skrytykowała też „agresywną, antybanderowską politykę władzy”[2].

Wątpię czy wschodnia część dzisiejszego województwa podkarpackiego była kiedykolwiek ziemią ukraińską, chyba że w propagandzie nacjonalistów ukraińskich, dla których zachodnia granica „samostijnoj Ukrainy” miała się znajdować pod Krakowem. Ale nawet gdyby to były ziemie ukraińskie, to co? To znaczy, że nacjonaliści ukraińscy mieli prawo wyrzynać bezbronnych ludzi tylko dlatego, że byli Polakami?

W marcu 1945 roku UPA rozpoczęła antypolską ofensywę na Rzeszowszczyźnie. Podczas tej ofensywy UPA walczyła oczywiście z formacjami wojskowymi NKWD, polską Milicją Obywatelską i polskim wojskiem („niesłusznym”, tym „ludowym”), a nawet z działającą na Rzeszowszczyźnie polską partyzantką antykomunistyczną, ale mordowała przy tym cywilną ludność polską. Taki był bowiem cel tej ofensywy – usunięcie z Rzeszowszczyzny polskiej administracji („niesłusznej”, tej „komunistycznej”), a w dalszej perspektywie ludności polskiej. Doszło wtedy do największej masakry, jakiej dokonali na Polakach nacjonaliści ukraińscy w granicach powojennej Polski. Miała ona miejsce 17 kwietnia 1945 roku w Wiązownicy w powiecie jarosławskim. Dopuścił się jej kureń UPA pod dowództwem Iwana Szpontaka „Zalizniaka” (1919-1989), mordując co najmniej 91 mieszkańców Wiązownicy i paląc ponad 100 gospodarstw. Do następnych mordów na ludności polskiej doszło m.in. w Bruśnie, Cieszanowie, Goraju, Kowalówce i Rudce. To m.in. sprawcy tych zbrodni są pochowani na górze Monasterz koło Werchraty, to nad ich grobem modlili się i żądali ich upamiętnienia działacze i politycy związani z „Gazetą Wyborczą”[3].

Od Danuty Kuroń dowiedzieliśmy się także m.in., że „Większość Polaków częściowo lub całkowicie pochwala agresywną, antybanderowską retorykę władzy, a nawet akty wandalizmu przeciwko upowskim mogiłom” [czyli postawa antybanderowska jest zła, rozumiem z tego, że prawidłowa jest postawa probandrowska], „Na tablicy napisano, że chłopcy [członkowie UPA] zginęli w walkach przeciw NKWD za wolną Ukrainę. W żaden sposób nie wskazano, że to bohaterowie, ale to mało kogo martwi”. Oni są dla pani Danuty Kuroń bohaterami, a ich bezbronne i niewinne ofiary? Kim są dla pani Kuroń te ofiary? Z kolei Izabella Chruślińska – członkini Forum Polsko-Ukraińskiego i współzałożycielka w 2014 roku Komitetu Solidarności z Ukrainą – powiedziała: „Chcemy symbolicznie być w miejscach, gdzie zniszczono ukraińskie groby, że pamiętamy o obywatelach Polski, którzy byli częścią naszego społeczeństwa, II RP”[4]. Problem w tym, że nacjonaliści ukraińscy nie uznawali się za obywateli Polski, a II RP była dla nich „polską okupacją” (i jest nadal w ich narracji historycznej). Z II RP nacjonaliści ukraińscy prowadzili już w okresie międzywojennym otwartą i bezwzględną wojnę, dokonując licznych aktów terrorystycznych.

Jaka w tym wszystkim jest logika? Taka, że UPA ma zasługiwać na upamiętnienie w Polsce, mimo wymordowania 100-140 tys. Polaków, ponieważ walczyła z komunizmem i „Sowietami”, a antyrosyjska (czyli odwołująca się do tradycji UPA) Ukraina jest obecnie potrzebna Polsce do budowy tzw. Międzymorza – o którym marzą nie tylko turbopatrioci z „obozu niepodległościowego”, ale jak widać także środowiska byłej Unii Wolności. No ale przecież Wehrmacht i Waffen-SS też walczyły z komunizmem i „Sowietami” i miały w tej dziedzinie znacznie większe osiągnięcia niż UPA i „żołnierze wyklęci”. To może Wehrmachtowi i Waffen-SS należy postawić pomniki wdzięczności w miejsce usuniętych pomników wdzięczności Armii Czerwonej. Taka jest logika elit politycznych, które wyszły z „Solidarności”.

Akcja proukraińskich (a raczej probanderowskich) działaczy ze środowiska „Gazety Wyborczej” spotkała się z aplauzem Związku Ukraińców w Polsce oraz środowisk nacjonalistycznych na Ukrainie. Dla kogo ta akcja była politycznym wsparciem? Chyba z wystąpień wspomnianych działaczy jasno to wynika. Była wsparciem dla Ukrainy nawiązującej do banderowskich upiorów przeszłości, Ukrainy będącej historycznym skansenem ideologii faszystowskiej – bo tym był nacjonalizm ukraiński tak w wersji banderowskiej, jak i melnykowskiej – Ukrainy wiecznie skonfliktowanej z Rosją, Ukrainy odrzucającej demokratyczną i pokojową linię polityczną, którą zaproponował prezydent Wołodymyr Zełenski. Takiej Ukrainy chce zarówno środowisko „Gazety Wyborczej”, jak i środowisko PiS, takiej Ukrainy chce post-„Solidarność”. Przypuszczam, że rzeczywistym powodem akcji środowiska „Gazety Wyborczej” w Werchratej była nie tyle ich troska o groby UPA, co niepokój o kierunek polityczny Ukrainy pod prezydenturą Wołodymyra Zełenskiego, który zapoczątkował trudną drogę odchodzenia przez Ukrainę od upiorów banderowskich.

[1] Aktywiści odnowili pomnik UPA w Werchracie i wezwali do odnowienia mogił i pomników UPA w Polsce, http://www.kresy.pl, 4.11.2019.

[2] Danuta Kuroń przy obiekcie ku czci UPA na Podkarpaciu: te ziemie były ukraińskie, http://www.kresy.pl, 6.11.2019.

[3] Werchrata i Monastyr: pomniki dla morderców dzieci, http://www.suozun.org (portal Stowarzyszenia Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów we Wrocławiu).

[4] Cytaty za portalem kresy.pl.

Bohdan Piętka

14 października 2019 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2267/2268), 17-24.11.2019, s. 3

Daleko od Europy

17 października trzynastu deputowanych parlamentu ukraińskiego założyło międzyfrakcyjny zespół parlamentarny na rzecz – jak to określili – „kulturowego” i „społecznego” „powrotu ukraińskich etnicznych ziem do macierzy”. Inicjatorzy tego zespołu chcą zacząć od położonego w granicach Rosji Kubania, ale na uwadze mają także „inne regiony”. Szefem owego zespołu, któremu nadano nazwę „Kubań”, został Ołeksij Honczarenko – deputowany partii Europejska Solidarność (ugrupowania „majdanowego” prezydenta Petro Poroszenki), który został bohaterem polskich mediów po tym jak 1 marca 2015 roku rosyjska policja zatrzymała go w Moskwie w czasie marszu na cześć zamordowanego Borysa Niemcowa. W Rosji zarzuca się Honczarence przyczynienie się do pożaru Domu Związkowego w Odessie podczas zajść z 2 maja 2014 roku, kiedy zginęło co najmniej 40 przeciwników przewrotu na Majdanie.

„Naszym zadaniem jest opracowanie polityki odnośnie powrotu na pole kulturowe i społeczne ukraińskich etnicznych terytoriów i etnicznych Ukraińców. W pierwszej kolejności zajmiemy się Kubaniem. Ale inne regiony, w których mieszkają zwarcie Ukraińcy również będą pod naszą uwagą” – oświadczył Honczarenko.

W skład zespołu oprócz Honczarenki weszli: Andrij Parubij (Europejska Solidarność) – były przewodniczący Rady Najwyższej, czołowa postać współczesnego nacjonalizmu ukraińskiego i jedna z głównych postaci przewrotu kijowskiego z 2014 roku, Wołodymyr Arjew (ES), Artem Czyjhoz (ES), Sofija Fedyna (ES), Artur Herasynow (ES), Ołeh Syniutka (ES) – także znany nacjonalista ukraiński, były gubernator obwodu lwowskiego, Mykoła Wełczykowycz (ES), Ihor Huź (bezpartyjny), Julia Kłymenko (Hołos) i Oksana Sawczuk z neobanderowskiej partii Swoboda[1].

W kontekście powstania zespołu parlamentarnego „Kubań” należy przypomnieć, że w mniemaniu nacjonalistów ukraińskich, dawnych i obecnych, „ukraińskimi ziemiami etnicznymi” są także tereny południowo-wschodniej Polski, nazywane przez nich „Zakerzoniem”. Wielokrotnie o „ukraińskich ziemiach etnicznych w Polsce” mówił lider neobanderowskiej Swobody Ołeh Tiahnybok. Sformułowania tego użyła też niedawno służba prasowa Rady Miasta Lwowa. Echo tych poglądów zabrzmiało w ubiegłorocznej uchwale parlamentu ukraińskiego o rocznicy „deportacji autochtonicznych Ukraińców z Łemkowszczyzny, Nadsania, Chełmszczyzny, Podlasia, Lubaczowszczyzny i Zachodniej Bojkowszczyzny”, w której Polaków na tych ziemiach – obecnie wchodzących w skład województw lubelskiego, podkarpackiego i podlaskiego – nazwano „kolonizatorami”.

Nie ulega wątpliwości, że celem powstania zespołu parlamentarnego „Kubań” jest podkopywanie polityki prezydenta Wołodymyra Zełenskiego zmierzającej do zakończenia wojny w Donbasie czy zaprzestania blokowania ekshumacji i upamiętnienia polskich ofiar ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA. Celem jest jątrzenie w stosunkach z sąsiadami Ukrainy – bo to jest jedyne co nacjonaliści ukraińscy potrafili i potrafią nadal. Hucpa z zespołem parlamentarnym „Kubań” pokazuje przede wszystkim dwie rzeczy: (1) zaplecze polityczne Petro Poroszenki – odsuniętego od władzy na Ukrainie ulubieńca polskich elit – składa się głównie z epigonów nacjonalizmu ukraińskiego; (2) dopóki pogrobowcy Stepana Bandery i Dmytro Doncowa będą mieli cokolwiek do powiedzenia na Ukrainie, dopóki będą funkcjonować w życiu politycznym tego kraju – Ukraina nigdy nie stanie się państwem normalnym. Nigdy nie będzie mogła dobrze ułożyć stosunków z sąsiadami i stać się państwem odpowiadającym minimalnym standardom europejskim. Nacjonalizm ukraiński to jest kula u nogi, która zawsze będzie ciągnąć ten kraj na dno.

Celem puczu kijowskiego z 2014 roku – tak entuzjastycznie wspieranego przez polityków i media z Polski – było podobno skierowanie Ukrainy na drogę wiodącą do członkostwa w Unii Europejskiej. Otóż z zespołem parlamentarnym „Kubań” Ukraina nie może zmierzać do żadnej Unii Europejskiej i zmierzać nie będzie. Kpiną i typową dla nacjonalistów ukraińskich hucpą jest to, że inicjatorzy tego zespołu parlamentarnego są deputowanymi partii, która nazwała się Europejska Solidarność i która ma niby najsilniej na Ukrainie walczyć o członkostwo tego kraju w UE. Dzięki takiej Europejskiej Solidarności Ukraina będzie się tylko oddalać od UE i Europy jako takiej. Obecnie znajduje się daleko od Europy, a że tak jest świadczy chociażby inicjatywa deputowanych Kongresu USA, którzy wystąpili do Departamentu Stanu USA o uznanie pułku ochotniczego „Azow” za organizację terrorystyczną. Deputowani ci stwierdzili, że Specjalny Pododdział Ochrony Porządku Publicznego na Ukrainie „Azow” jest „ultranacjonalistyczną organizacją zwolenników dominacji białej rasy, która chętnie w swoje szeregi przyjmuje neonazistów”, co jest oczywiste od 2014 roku[2].

Rodzi się pytanie, dlaczego z taką oceną nigdy nie wystąpiły Sejm RP i polski MSZ? Dlaczego do formacji „Azow” czy „Ajdar” pielgrzymowali swego czasu politycy i dziennikarze związani z PiS? Czego tam szukali? Dlaczego powstanie zespołu parlamentarnego „Kubań” – jak i inne ekscesy nacjonalistów ukraińskich – są pomijane milczeniem polityków i mediów w Polsce? Kogo tak naprawdę polscy politycy popierają na Ukrainie? Bez pomocy np. ze strony Polski Ukraina nigdy nie uwolni się od nacjonalizmu Bandery i Doncowa i nigdy nie stanie się normalnym krajem europejskim. Ale na tę pomoc prezydent Zełenski nie ma co liczyć, ponieważ polski establishment polityczny faktycznie popiera tylko nacjonalistów ukraińskich (przefarbowanych w różne dekoracje typu Europejska Solidarność Poroszenki). Są oni bowiem jedyną realną siłą antyrosyjską na Ukrainie, a dla polskiego establishmentu politycznego sens ma istnienie tylko Ukrainy antyrosyjskiej. Powtarzam po raz kolejny – w ten sposób politycy polscy wyrządzają Ukrainie i Ukraińcom wielką krzywdę.

[1] W ukraińskim parlamencie powstał zespół ds. odzyskania ziem etnicznych, http://www.kresy.pl, 17.10.2019.

[2] Amerykanie chmurzą czoło. Tym razem z powodu pułku „Azow”, http://www.pl.sputniknews.com, 25.10.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 31 października 2019 r.

„Myśl Polska” nr 45-46 (2265/2266), 3-10.11.2019, s. 8

Wygrała formuła Steinmeiera

Trójstronna Grupa Kontaktowa – gremium złożone z przedstawicieli Ukrainy, Rosji i OBWE, działające na rzecz dyplomatycznego rozwiązania konfliktu w Donbasie – zaakceptowała tzw. formułę Steinmeiera, czyli zaproponowany jeszcze w 2016 roku przez ówczesnego szefa dyplomacji Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera plan zakończenia wojny na wschodzie Ukrainy. Po kilkumiesięcznych pertraktacjach Leonid Kuczma – przedstawiciel Ukrainy w Grupie Kontaktowej – parafował 1 października w Mińsku ukraińską zgodę na formułę Steinmeiera, która zakłada, że ukraiński parlament ma przegłosować ustawę nadającą tymczasowy specjalny status części obwodów donieckiego i Ługańskiego. Jednocześnie na tym terytorium miałyby się odbyć wybory samorządowe według ukraińskiego prawa. Cały proces ma obserwować OBWE, a gdy uzna, że wybory odpowiadały standardom demokratycznym, status ten ma obowiązywać na stałe.

Jeszcze 18 września Kuczma sprzeciwiał się w Mińsku takiemu rozwiązaniu żądając, by najpierw Rosja wycofała swoje wojska z Donbasu, a Ukraina uzyskała kontrolę nad granicą pomiędzy republikami ludowymi w Doniecku i Ługańsku a Rosją. Formalnie w Donbasie nie ma wojsk rosyjskich, więc to żądanie stawiało dalsze negocjacje w martwym punkcie. Prezydent Wołodymyr Zełenski jednak wycofał się z takiego stanowiska i porozumienie stało się możliwe. Jego zgoda na przyjęcie formuły Steinmeiera, zawieszenie broni i wycofanie sił ukraińskich z miejscowości Pietrowskoje i Zołotoje umożliwia przeprowadzenie szczytu „normandzkiej czwórki” (Francja, Niemcy, Ukraina, Rosja). Droga do zakończenia wojny w Donbasie została otwarta. Zełenski tym samym spełnił swoją podstawową obietnicę wyborczą, dzięki której został wybrany przez Ukraińców na prezydenta w kwietniu br. – obietnicę zakończenia wojny z rosyjskojęzyczną ludnością na wschodzie Ukrainy. Wojny będącej skutkiem przewrotu politycznego w Kijowie w 2014 roku.

Sam Zełenski przyznał, że konflikt w Donbasie zaczął się od „kwestii językowej” i że w obecnej sytuacji kraju „nie można koncentrować się na takich, dzielących ludzi kwestiach”[1]. Zaczął się od próby wykreowania nacjonalistycznej, antyrosyjskiej Ukrainy – co było celem puczu majdanowego w 2014 roku. Doprowadziło to w konsekwencji do rozpadu tego państwa, ponieważ rosyjskojęzyczna ludność Ukrainy nie chciała być społecznością drugiej kategorii w państwie budującym tożsamość narodowo-państwową na tradycji politycznej Stepana Bandery. Mieszkający na Ukrainie Rosjanie i rosyjskojęzyczni Ukraińcy – w sumie jedna trzecia obywateli tego kraju – postanowili w tej sytuacji przyłączyć się do Rosji. Dlatego wiosną 2014 roku odpadł od Ukrainy Krym – zamieszkały w większości przez Rosjan. Była to ich wola, a nie „rosyjska aneksja”, jak to podaje się w polskich mediach. Do tego samego zmierzał Donbas. Jednakże Rosja Donbasu nie chciała, a ekipa Poroszenki w Kijowie postanowiła go spacyfikować rękami nacjonalistów ukraińskich. Tak doszło do wojny, która wbrew narracji polskich mediów nie była „rosyjską agresja”, ale ukraińską wojną domową. Jej zakończenie stało się po pięciu latach wolą większości Ukraińców – zmęczonych rządami majdanowej ekipy Poroszenki. Ta ekipa przegrała i została odsunięta od władzy właśnie dlatego, że większość Ukraińców chciała i chce pokoju w swoim państwie.

Zaakceptowanie formuły Steinmeiera przez Ukrainę z zadowoleniem przyjęli kanclerz Angela Merkel, szef MSZ Niemiec Heiko Mass, szef MSZ Francji Jean Yves Le Drian i ministerstwo ds. europejskich Wielkiej Brytanii[2]. Tym samym stało się możliwe zniesienie sankcji przeciw Rosji, których Niemcy i Francja tak naprawdę nigdy nie chciały i zgodziły się na nie tylko pod naciskiem promajdanowej polityki amerykańskiej. Samemu Zełenskiemu bardzo zależy na spotkaniu z Władimirem Putinem. Ma nadzieję, że takie spotkanie przyspieszy ostateczne porozumienie[3].

To co stało się w Mińsku 1 października jest faktem bardzo doniosłym. Ostatecznie przegrała na Ukrainie majdanowa „partia wojny”, którą tworzą Batkiwszczyna, obóz Poroszenki i cała plejada epigonów banderyzmu od partii Swoboda i Prawego Sektora poczynając, a na neonazistowskim ruchu azowskim kończąc. Przegrał Majdan. Po ponad pięciu latach od tego wspieranego szczególnie przez Polskę przewrotu nastąpiła wielka klęska jego sprawców oficjalnych i zakulisowych. Przegrani wyszli na ulice. Szef ruchu azowskiego Andrij Biłecki nazwał porozumienie z Mińska „kapitulacją Ukrainy na warunkach Putina” i wezwał do protestów przed siedzibą prezydenta Zełenskiego. Wezwanie to poparł natychmiast Petro Poroszenko[4]. Z kolei pani Julia Tymoszenko oświadczyła, że uważa formułę Steimeiera za nie do przyjęcia, ponieważ „jej podpisanie w Mińsku to bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, integralności terytorialnej i suwerenności [Ukrainy]”[5]. Nie, proszę panią. To skutek firmowanej m.in. przez panią awanturniczej polityki. Trzeba umieć ponosić konsekwencje własnych działań.

Przeciwko przyjęciu formuły Steinmeiera zbuntowały się też zdominowane przez neobanderowską Swobodę rady obwodów lwowskiego i tarnopolskiego. W przyjętych jednogłośnie uchwałach epigoni Stepana Bandery z zachodniej Ukrainy stwierdzili, że porozumienie z Mińska jest niedopuszczalne i oznacza kapitulację przed Rosją. Szef lwowskiej Swobody Lubomyr Melnyczuk zagroził, że jeśli porozumienie będzie wdrażane, to władze w Kijowie „dostaną taką walkę, jakiej Ukraina jeszcze nie widziała”[6]. Na ulice Kijowa 2 października i w niedzielę 6 października wyszły tysiące ukraińskich nacjonalistów w proteście przeciw porozumieniu z Mińska. Ogłosili oni powołanie „Ruchu przeciwko kapitulacji”. Wśród jego sygnatariuszy znaleźli się m.in. były przywódca Prawego Sektora Dmytro Jarosz i były minister oświaty Serhij Kwit. Obaj są fanatycznymi banderowcami i nigdy tego nie ukrywali. Są to jednak już tylko żałosne zawodzenia przegranej „partii wojny”. Nacjonaliści ukraińscy po raz kolejny nie są w stanie zmienić biegu historii.

Z tym zawodzeniem obozu Poroszenki, Tymoszenko i nacjonalistów ukraińskich współbrzmi narracja wielu polskich mediów. Władze polskie zachowały wstrzemięźliwość wobec tego, co stało się w Mińsku 1 października. To, czego nie powiedzieli politycy polscy, powiedziały natomiast polskie media. Wymowne były już same tytuły doniesień o porozumieniu mińskim: „Rosja wygrała? Ukraina wstępnie zgodziła się na tzw. plan Steinmierea” (forsal.pl), „Ryzykowna gra Kijowa. Ekipa Zełenskiego wykonała pierwszy krok do legalizacji samozwańczych republik Donbasu” (dziennik.pl), „Formuła Steinmeiera i wybory w Donbasie. Ryzykowna gra, ale nie kapitulacja” (gazetaprawna.pl), „Czy Ukraina może jeszcze polegać na Europie? Zaproponowana przez Niemców formuła zakończenia konfliktu w Donbasie stawiałaby Ukrainę w niekorzystnym położeniu w stosunku do Rosji” (gosc.pl), „Nie kapitulacji!. W Kijowie protesty przeciwko »formule Steinmeiera«” – cieszy się belsat.eu, „Ukraina. Wstępna zgoda na legalizację samozwańczych republik Donbasu” (gazeta.pl). Kawę na ławę wyłożył bez ogródek pan Andrzej Łomanowski z działu zagranicznego dziennika „Rzeczpospolita”. Zacytuję jego felieton w całości.

„Wymęczone wojną społeczeństwo – pisze red. Łomanowski – zagłosowało na nowego przywódcę, który chciał ją zakończyć. Teraz jednak Wołodymyr Zełenski udowadnia prawdziwość powiedzenia, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Można mieć wątpliwości, czy prezydent Ukrainy zdaje sobie sprawę z konsekwencji swych gestów dobrej woli. Najpierw udało mu się doprowadzić do wymiany więźniów z Rosją. Tyle że skapitulował i uznał, że ukraińscy wojskowi marynarze, których Rosjanie zatrzymali w listopadzie 2018 r., nie są jeńcami wojennymi, ale zwykłymi więźniami. W dodatku milcząco uznał rosyjskie pretensje do kontrolowania całej Cieśniny Kerczeńskiej i oddał Rosji ukraińskiego obywatela, który był kluczowym świadkiem w sprawie zestrzelenia malezyjskiego boeinga nad Donbasem w lipcu 2014 r. Teraz zaś – by ruszyć z miejsca rozmowy pokojowe – Wołodymyr Zełenski znów przyjął rosyjskie warunki. Z tego, co wiadomo, Kreml będzie mógł przeprowadzić sobie na okupowanych terenach wybory (lokalne i na brakujące miejsca do ukraińskiego parlamentu). W ten sposób otrzyma to, do czego dążył, czyli silne prorosyjskie lobby w Kijowie, z prawem weta wobec strategicznych wyborów: członkostwa w UE i NATO. I będzie mógł rozszerzyć swoje wpływy nad Dnieprem, znacznie ograniczone z powodu agresji z 2014 r. Jeśli potwierdzą się informacje o szczegółach najnowszych porozumień z Mińska, będzie mogło to dla nas oznaczać zamrożenie współpracy z Ukrainą. W geopolitycznym sensie nasz sąsiad będzie stracony, co wraz z wchłanianiem Białorusi przez Rosję oznacza, że teraz my znajdziemy się na pierwszej linii konfliktu z Kremlem”[7].

Zamrożenie współpracy z Ukrainą… W geopolitycznym sensie nasz sąsiad jest stracony… Ach tak… Taka jest reakcja ponadpartyjnego obozu polskiej rusofobii wobec perspektywy pokoju na Ukrainie. Tutaj została pokazana cała „moralność” polskiej polityki. Powodem zamrożenia współpracy z Ukrainą nigdy nie stały się kult nacjonalizmu ukraińskiego i oficjalna negacja przez Kijów ludobójstwa OUN-UPA na Polakach. To nigdy polskiej „klasie politycznej” nie przeszkadzało i nie przeszkadza nadal. W geopolitycznym sensie Ukraina została stracona dla polskiej „klasy politycznej” dopiero wtedy, gdy zapragnęła pokoju ze swoimi obywatelami pochodzenia rosyjskiego i Rosją. Nie mogą już pójść „z Kozakami na Moskwę” – jak chciał pan Jerzy Targalski. Dlatego Ukraina jest dla nich geopolitycznie „stracona”.

Z felietonu red. Łomanowskiego wychodzi cały absurd polityki uprawianej od ćwierć wieku w Warszawie. Polityki opartej na historycznych sentymentach i uprzedzeniach, oderwanej od rzeczywistości, opartej na fałszywych przesłankach i będącej jedynie pomocniczym narzędziem realizacji interesów amerykańskich w Europie Środkowo-Wschodniej. Dla postsolidarnościowych elit politycznych istnienie Polski ma sens tylko wtedy, gdy szkodzi ona Rosji, a wspieranie Ukrainy ma sens także tylko wtedy, gdy szkodzi ona Rosji. Tak wygląda cała „mądrość” i „moralność” polskiej polityki wschodniej.

Odpowiedzialni za taką politykę są ludzie, którzy nie zdobyli podstawowej wiedzy historycznej i geopolitycznej oraz hołdują prometejskim mitom sprzed stu lat, które nie mają żadnego przełożenia na świat współcześnie istniejący. Nie rozumieją ci ludzie swojej śmieszności i faktu, że ich Międzymorze było i jest jedynie mitem, który musiał rozpłynąć się we mgle. Zamiast Międzymorza będzie zmodyfikowana do warunków współczesnych Mitteleuropa, ponieważ karty na Ukrainie rozdają Niemcy i Rosja, a nie Polska, która nie ma do tego własnej siły i ze względu na swoją dziwaczną politykę zagraniczną nie może być traktowana przez kogokolwiek poważnie. Antyrosyjska Ukraina zawsze była i zawsze będzie proniemiecka i w Berlinie, a nie w Warszawie będzie upatrywać swojego protektora. Żeby to jednak wiedzieć, trzeba przynajmniej ogólnie znać historię jako naukę, a nie bajki historyczne o Przedmurzu i Międzymorzu.

Zarysowujące się na Ukrainie porozumienie pokojowe jest klęską nie tylko ukraińskiej, ale także polskiej „partii wojny” oraz jej historycznych i ideologicznych mitów. I co teraz? Rosyjskie czołgi ruszą na Warszawę – jak to wynika konkluzji zawartej w felietonie red. Łomanowskiego. No to cała nadzieja w Fort Trump, który jednakże – jak sam prezydent Donald Trump powiedział – zostanie utworzony nie dlatego, że USA obawiają się agresji rosyjskiej w Europie, ale dlatego, że prezydent Duda o to go poprosił i zadeklarował sfinansowanie stacjonowania wojsk amerykańskich w Polsce. Panowie, naprawdę nie widzicie swojej śmieszności?

[1] Zełenski: konflikt w Donbasie zaczął się od kwestii językowej, http://www.kresy.pl, 10.10.2019.

[2] Merkel: porozumienie ws. Donbasu otwiera drogę do szczytu normandzkiej czwórki w Paryżu, http://www.kresy.pl, 3.10.2019.

[3] R. Szoszyn, Ukraina-Rosja: Przełom czy kapitulacja?, http://www.rp.pl, 2.10.2019.

[4] Ukraińscy nacjonaliści oburzeni porozumieniem ws. Donbasu wzywają do wyjścia na ulice, http://www.kresy.pl, 1.10.2019.

[5] Tymoszenko i Poroszenko oraz ich partie przeciwko porozumieniu ws. Donbasu według „formuły Steinmeiera”, http://www.kresy.pl, 2.10.2019.

[6] Ukraina: rady obwodów lwowskiego i tarnopolskiego przeciwko akceptacji „formuły Steinmeiera”, http://www.kresy.pl, 2.10.2019.

[7] Łomanowski: Dobre chęci Zełenskiego, http://www.rp.pl, 2.10.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 43-44 (2263/2264), 20-27.10.2019, s. 9

Odejście Wjatrowycza

18 września został odwołany ze stanowiska szef Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wjatrowycz, który pełnił tę funkcję od 25 marca 2014 roku. W złożonym oświadczeniu Wjatrowycz stwierdził, że zdołał zrealizować większość celów, które przed sobą postawił. Wymienił usunięcie komunistycznej symboliki ze sfery publicznej, otwarcie archiwów KGB, „oddanie sprawiedliwości uczestnikom ruchu wyzwoleńczego”, czyli przyznanie praw kombatanckich członkom OUN i UPA (nawet tym, którzy brali czynny udział w zbrodniach przeciwko ludzkości), wznowienie „rehabilitacji ofiar represji”, a także przeprowadzenie szeroko zakrojonej akcji „popularyzacji ukraińskiej historii”. Ta akcja polegała głównie na propagowaniu sfałszowanej historii nacjonalizmu ukraińskiego i negacji jego zbrodni. Odwołany szef UIPN skromnie pominął swoje największe „osiągniecie” – zablokowanie możliwości ekshumacji Polaków zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich na dawnych Kresach Wschodnich II RP.

Wjatrowycz dodał, że otrzymał zapewnienie od ukraińskiego premiera Ołeksija Honczaruka, że UIPN zachowa status organu władzy i instrumenty prowadzenia „polityki pamięci”. „Będzie kontynuowany format i kierunki pracy” – stwierdził. Powodu zdymisjonowania Wjatrowycza trzeba doszukiwać się w tym, że ekipa Zełenskiego postrzegała go jako człowieka Poroszenki. Na razie nie ma bowiem sygnałów, by miała się zmienić ukraińska polityka historyczna. Jest wręcz przeciwnie.

18 lipca przewodniczący Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego Eduard Dolinsky poinformował, że w Samborze (obwód lwowski) odsłonięto w Alei Chwały pomnik Zinowija Terszakowca (1913-1948) – szefa Lwowskiego Krajowego Prowodu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów-Banderowców. Terszakowiec był m.in. odpowiedzialny za organizowanie w Połtawie w 1941 roku ukraińskiej policji pomocniczej, która wymordowała około 8 tys. tamtejszych Żydów. Ponosi też odpowiedzialność za późniejsze czystki etniczne na Polakach, ale także zbrodnie na Ukraińcach. Tylko w latach 1947-1948 podległe mu struktury OUN-B i UPA zamordowały w obwodzie lwowskim co najmniej 853 członków partii komunistycznej i bezpartyjnych cywili – głównie Ukraińców. Na rozkaz Terszakowca zamordowany został m.in. Hawryło Kostelnyk (1886-1948) – wybitny duchowny greckokatolicki, doktor filozofii, pisarz i poeta, zdecydowany przeciwnik nacjonalizmu ukraińskiego.

Z kolei 28 lipca na cmentarzu w miejscowości Czerwone pod Złoczowem (obwód lwowski) odbyła się uroczystość pochowania szczątków 29 esesmanów z 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS „Galizien” (1. ukraińskiej). W uroczystości tej wziął udział m.in. nowy wiceprzewodniczący Lwowskiej Obwodowej Administracji Państwowej Roman Fyłypiw. Pomimo zmiany władzy wpisał się on w retorykę poprzedniego kierownictwa Ukrainy, a ściślej w retorykę UIPN Wjatrowycza. „Na tym miejscu polegli ludzie, którzy mieli honor bronić naszego państwa. Dzisiaj mamy wielką odpowiedzialność, aby kontynuować tę walkę o wyzwolenie narodowe. Ona trwa nie tylko o terytorium, ale także o język ukraiński i wiarę. Dziś mamy silną ukraińską armię, która jest gotowa bronić naszego państwa, mamy także narodową pamięć i świadomość, która pomoże nam chronić nasze wartości” – powiedział Fyłypiw (cyt. za: „Pod Lwowem uroczyście pochowano szczątki 29 esesmanów”, http://www.kresy.pl, 29.07.2019).

To tylko dwa z wielu przykładów, które pokazują, że w polityce historycznej Ukrainy nie zaszły zmiany. Celem tej polityki, firmowanej dotychczas przez Wjatrowycza, było wykreowanie antyrosyjskiej Ukrainy poprzez budowanie świadomości państwowo-narodowej Ukraińców na tradycji nacjonalistyczno-banderowskiej. Towarzyszyło temu nie mające precedensu w dziejach najnowszych Europy fałszowanie historii.

Warto przypomnieć, że książka Wjatrowycza „Stosunek OUN do Żydów: formowanie stanowiska na tle katastrofy” została skrytykowana przez Johna-Paula Himkę, Tarasa Kuryło, Pera Andersa Rudlinga i Grzegorza Rossolińskiego-Liebe. W ich opinii praca ta zaprzecza antysemityzmowi OUN i zbrodniom nacjonalistów ukraińskich na Żydach, niewiele wnosi do poznania historii, natomiast w dużym stopniu przyczynia się do jej wypaczenia. Również książka Wjatrowycza „Druga wojna polsko-ukraińska 1942-1947” została ostro skrytykowana przez takich historyków jak Grzegorz Hryciuk, Ihor Iljuszyn, Grzegorz Motyka, Andrij Portnow, Per Anders Rudling, Grzegorz Rossoliński-Liebe, Andrzej Leon Sowa i Andrzej Zięba. Krytycy ci zwrócili uwagę, że już samo posługiwanie się terminem „wojna” dla opisu stosunków polsko-ukraińskich w latach 1939-1947 jest próbą ukrycia ludobójczej czystki etnicznej dokonanej na Polakach przez OUN-B i UPA. Według prof. A. Zięby książka Wjatrowycza jest pełna przemilczeń i fałszerstw wprowadzających czytelnika w błąd, mających na celu rozgrzeszenie sprawców zbrodni i skonsolidowanie Ukraińców wokół nacjonalistycznej mitologii. Andrzej L. Sowa i Per A. Rudling odmówili tej pracy jakiejkolwiek wartości naukowej. Natomiast niemiecka badaczka nacjonalizmu ukraińskiego Franziska Bruder już w 2011 roku wezwała świat naukowy do bojkotowania Wjatrowycza.

Niestety, wezwanie takie nigdy nie padło ze strony polskich władz, stających na stanowisku, że antyrosyjską Ukrainę trzeba wspierać za wszelką cenę. Prof. Włodzimierz Osadczy trafnie zauważył, że bez potępienia przez nowe władze Ukrainy działalności Wołodymyra Wjatrowycza, jego odwołanie nie powinno wzbudzać w Polsce entuzjazmu, a wręcz rozczarowanie, że nastąpiło z półrocznym opóźnieniem. Wjatrowycz odszedł, ale jego zatrute dziedzictwo pozostało i nic nie wskazuje na to, by miało zostać szybko usunięte z ukraińskiej przestrzeni publicznej.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 2 października 2019 r.

„Przegląd” nr 40 (1030), 30.09-6.10.2019, s. 31

Międzymorze odpływa

11 lipca – kiedy w Polsce obchodzono Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na obywatelach II RP – MSZ Ukrainy opublikowało oświadczenie, w którym przedstawiło swoją interpretację historii. Dowiedzieliśmy się z niego, że MSZ Ukrainy „jednoznacznie i zdecydowanie potępia” zbrodnie przeciw ludności cywilnej, wymieniając „Ukraińców, Polaków, Żydów, Czechów” – w tej właśnie kolejności. Dalej czytamy: „Jednocześnie nie możemy zgodzić się z jednostronną i upolitycznioną oceną tragicznych wydarzeń z lat 1943-1944 ze strony polskich polityków i dyplomatów”. Według MSZ Ukrainy, „prawda o ówczesnych wydarzeniach musi zostać ustalona na podstawie wiarygodnych materiałów archiwalnych”. Pouczono też stronę polską, że „próby manipulowania tragiczną historią, jej jednostronne traktowanie i wykorzystywanie do celów politycznych są niedopuszczalne”. Dodano, że „to tylko rozpala negatywne emocje między Ukraińcami i Polakami i nie sprzyja wyjaśnieniu prawdy”. Głos zabrał też pan Wołodymyr Wjatrowycz, który oświadczył, że warunkiem odblokowania ekshumacji szczątków Polaków pomordowanych na Kresach Wschodnich jest przywrócenie przez stronę polską przynajmniej jednego z nielegalnych upamiętnień UPA na terytorium Polski[1].

To wszystko pokazuje, że administracja Zełenskiego w polityce historycznej wobec Polski weszła w buty poprzedniej administracji Poroszenki, stając na gruncie kłamstwa i negacji zbrodni nacjonalizmu ukraińskiego oraz wpisując się w narrację polityczno-historyczną jego epigonów.

Należy zauważyć, że pouczenia ukraińskiego MSZ pod adresem polskich polityków są dla nich wysoce krzywdzące. Politycy ci bowiem stali i stoją na stanowisku, że Ukrainy nie należy drażnić i trzeba stosować wobec niej w kwestiach historycznych taryfę ulgową, przymykając oczy na odrodzenie i heroizację nacjonalizmu ukraińskiego. Jest rzeczą bardzo wymowną, że publicysta prorządowego tygodnika „Sieci” Jakub Maciejweski uczcił rocznicę Krwawej Niedzieli tekstem pt. „Do listy winnych za ludobójstwo na Wołyniu należy doliczyć Niemcy a także Rosję”[2]. Rosję, której wtedy nie było. Był ZSRR, a partyzantka radziecka ocaliła największą polską samoobronę w Przebrażu i udzieliła pomocy kilku innym polskim samoobronom. Ze strony AK i NSZ tej pomocy ofiary Wołynia się przecież nie doczekały. Jest też wymowne, że rocznicę 11 lipca przykrywano w rządowych mediach rocznicą obławy augustowskiej z 1945 roku, która bynajmniej nie była okrągła i przypadła 10 lipca. Mówiono zatem o zbrodniach NKWD (w podteście Rosji), a nie UPA.

Wszystko to oczywiście w imię budowy Międzymorza i wspierania za wszelką cenę antyrosyjskiej Ukrainy, bo „lepsza Ukraina banderowska niż sowiecka”, bo tylko w ten sposób można wypchnąć znienawidzoną Rosję z Europy. Ta wielka idée fixe PO i PiS właśnie sypie się w gruzy.

17 lipca przybył do Strasburga oligarcha Wiktor Medwedczuk – jeden z liderów prorosyjskiej Platformy Opozycyjnej – Za Życiem, czyli byłej Partii Regionów, której władzę brutalnie obalono w wyniku wspieranego przez USA i UE puczu kijowskiego w 2014 roku. Medwedczuk znany jest z zażyłych stosunków z Władimirem Putinem – prywatnie ojcem chrzestnym jego córki – i w przeszłości miał opinię głównego łącznika między Kremlem a ukraińską elitą polityczną. Spotkał się on w siedzibie Parlamentu Europejskiego z eurodeputowanymi reprezentującymi Wielką Brytanię, Niemcy, Hiszpanię, Belgię, Węgry, Słowację i Łotwę, którym przedstawił swój projekt planu pokojowego dla Donbasu. Wspomniani eurodeputowani dowiedzieli się od Medwedczuka, że jego partia uważa Krym za terytorium Ukrainy, ale jest to tylko stanowisko wyjściowe. Dalej zaproponował on szeroką autonomię dla Donbasu jako części Ukrainy. Wedle jego relacji, część eurodeputowanych miała wyrazić zadowolenie, iż został przełamany monopol „partii wojny” – kojarzonej z byłym prezydentem Poroszenką – na przekazywanie informacji o sytuacji na Ukrainie.

18 lipca Medwedczuk udał się ze Strasburga do Sankt Petersburga, gdzie spotkał się z prezydentem Rosji. Przyjazd Medwedczuka zbiegł się w czasie z końcem wizyty Aleksandra Łukaszenki, stąd jego rozmowa z Putinem odbyła się w obecności prezydenta Białorusi. Putin poparł przedstawiony przez ukraińskiego oligarchę plan dotyczący Donbasu i dodał, że rozwiązanie konfliktu jest możliwe wyłącznie w drodze bezpośredniego porozumienia władz w Kijowie z separatystami[3].

Ostatnie sondaże dają partii Medwedczuka drugie miejsce, za partią Zełenskiego Sługa Ludu, w wyborach parlamentarnych przewidzianych na 21 lipca. Nie można wykluczyć, że misja Medwedczuka do Strasburga i Sankt Petersburga odbyła się nie tylko za przyzwoleniem, ale z pełnym poparciem prezydenta Zełenskiego. Kogo miałby zresztą prezydent Ukrainy wysłać na negocjacje z Putinem, jak nie lidera partii prorosyjskiej, mającego na dodatek bliskie związki osobiste z prezydentem Rosji.

15 lipca, a więc zanim Medwedczuk przybył do Strasburga, proukraiński portal jagiellonia.org zamieścił obszerny materiał informacyjny pod jakże dramatycznym tytułem: „Pokój na warunkach Putina? Ukraiński oligarcha Wiktor Pinczuk zaproponował zapomnieć o aneksji Krymu i porzucić proces integracji z UE i NATO”. Wedle portalu jagiellonia.org, ukraiński oligarcha żydowskiego pochodzenia Wiktor Pinczuk (zięć byłego prezydenta Leonida Kuczmy) – z którym różne powiązania miał i chyba jeszcze ma pan Aleksander Kwaśniewski – zaproponował Ukrainie „bolesny kompromis dla pokoju” z Rosją. Napisał o tym otwarcie we własnej kolumnie na łamach „The Wall Street Journal”. Pinczuk proponuje przede wszystkim, żeby Ukraina zrezygnowała z zamiarów przystąpienia do UE i NATO. Jego zdaniem, „Krym nie powinien stać na drodze do porozumienia, które zakończy wojnę” w Donbasie, czyli Ukraina powinna uznać jego przyłączenie do Rosji. Przyznał, że konflikt na wschodzie Ukrainy został zainicjowany „z zagranicy” i nie jest wojną domową. Uważa również, że uczciwe wybory na separatystycznych terytoriach są niemożliwe, ale mimo to proponuje przeprowadzić wybory lokalne w Donbasie pod kontrolą Rosji i tamtejszych władz. Jego zdaniem, pokaże to „zaangażowanie Ukrainy w pokojowe zjednoczenie”. Według Pinczuka Kijów powinien również „wyjaśnić, że jesteśmy gotowi zaakceptować złagodzenie sankcji” wobec Federacji Rosyjskiej, co „przybliży nas do wolnej, zjednoczonej, pokojowej i bezpiecznej Ukrainy”. „Pod koniec maja ukraińscy dziennikarze kilkakrotnie zauważyli w pobliżu Administracji Prezydenta Ukrainy samochód multimiliardera Wiktora Pinczuka” – alarmuje jagiellonia.org. Warto przypomnieć, że Pinczuk w grudniu 2013 roku poparł pucz kijowski i prawdopodobnie był jednym z jego sponsorów.

Nie był to pierwszy tak alarmistyczny materiał informacyjny proukraińskiego portal jagiellonia.org – opoki prometeizmu, giedroycizmu i atlantyzmu. Wcześniej portal ten zamieścił tak dramatyczne materiały informacyjne jak: „Prorosyjskie siły chcą oszukać Ukraińców. Prezydent Zełenski i przyjaciel Putina Medwedczuk mówią jednym głosem w sprawie pokoju z Rosją” (29.05.2019), „Rosyjskie służby specjalne negocjowały z bliskim otoczeniem Zełenskiego na długo przed rozpoczęciem wyścigu [do] wyborów prezydenckich na Ukrainie” (6.07.2019) i „Prorosyjska Ukraina. Kreml przygotowuje operację geopolityczną, która dla Polski będzie oznaczała katastrofę” (6.07.2019).

Tak kończą się neoprometejskie i postgiedroyciowskie mrzonki „klasy politycznej” w Polsce o Międzymorzu i antyrosyjskiej Ukrainie, która będzie „kordonem sanitarnym” oddzielającym Rosję od Polski i Europy. Jedynymi rezultatami ślepego wspierania i uwielbiania Ukrainy przez kolejne ekipy rządzące w Warszawie są ogromna imigracja ukraińska do Polski, która stwarza coraz więcej problemów, oraz odrodzenie agresywnego nacjonalizmu ukraińskiego, który nigdy nie ukrywał swojego antypolskiego oblicza i z którym Kijów liczy się przede wszystkim w relacjach z Polską.

[1] MSZ Ukrainy: nie godzimy się na upolitycznianie „tragedii wołyńskiej”, http://www.kresy.pl, 12.07.2019.

[2] J. Maciejewski, „Do listy winnych za ludobójstwo na Wołyniu należy doliczyć Niemcy a także Rosję”, http://www.wpolityce.pl, 11.07.2019.

[3] Medwedczuk przedstawił w Parlamencie Europejskim, a potem Putinowi, swój plan pokojowy dla Donbasu, http://www.kresy.pl, 18.07.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 lipca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 31-32 (2251/2252), 28.07-4.08.2019, s. 4

Przemilczana rocznica zbrodni w Odessie

2 maja minęła rocznica, o której nie wspomniano w polskich mediach głównego nurtu – piąta rocznica zbrodni w Odessie. Jak napisał red. Krzysztof Podgórski na Facebooku: „Zbrodnia w Odessie – 5 lat nie wykryto, nie ukarano sprawców. 5 lat temu jako jedyny polski dziennikarz, na łamach Dziennika Trybuna, opisałem tę przerażającą zbrodnię. Środek Europy, Odessa i ukraińscy nacjonaliści i kibole palą żywcem 48 rosyjskojęzycznych mieszkańców – 2 maja 2014. W polskich mediach głównego nurtu to tabu. Ta zbrodnia kładzie się cieniem na współczesnej Ukrainie i kłaść się będzie dopóki winni nie zostaną wykryci i ukarani. Sankcji przeciwko Ukrainie nie było…”.

Ten komentarz w zupełności wystarczy. Nic do niego dodawać nie trzeba. Chyba tylko to, że zbrodnia w Odessie była jednym z dwóch aktów założycielskich pomajdanowej Ukrainy. Pierwszym była masakra na kijowskim Majdanie 20 lutego 2014 roku. Dzisiaj już wiemy, że prowokatorami i sprawcami tej masakry byli nacjonaliści ukraińscy, którzy w przewrocie politycznym na Ukrainie w 2014 roku odegrali kluczową rolę, a nie formacja milicyjna „Berkut”, jak podały wtedy polskie media.

Tragiczne zajścia w Odessie – tak samo jak secesja Krymu i Donbasu – stanowiły pokłosie przewrotu na Majdanie oraz pierwszych decyzji nowych władz ukraińskich wymierzonych w ludność rosyjskojęzyczną Ukrainy, w tym próby delegalizacji języka rosyjskiego. Zajścia zaczęły się od przemarszu bojówkarzy Prawego Sektora i klubu sportowego Metalist Charków, którzy przyjechali do Odessy autokarami z Kijowa i Charkowa, oraz bojówkarzy klubu sportowego Czornomoreć Odessa. W sumie około 2 tys. osób. Po zakończonym meczu zorganizowali oni wspólny marsz wznosząc nacjonalistyczne hasła. Zachowywali się agresywnie, byli uzbrojeni w pałki, noże, siekiery, tzw. koktajle Mołotowa, a także w broń palną. W tym czasie miała też miejsce manifestacja aktywistów tzw. Antymajdanu na Ołeksandrowskim prospekcie. Z kolei na placu Kulikowe Pole funkcjonowało tzw. miasteczko namiotowe Antymajdanu – czyli zwolenników federalizacji Ukrainy, sympatyzujących z proklamowanymi właśnie republikami ludowymi w Doniecku i Ługańsku.

Najpierw manifestacja Antymajdanu została zaatakowana o godz. 14:40 EET przez nieznanego mężczyznę. Następnie przemarsz nacjonalistów został zaatakowany przez osoby w czerwonych opaskach i ze znakami prorosyjskich sił separatystycznych. Zza kordonu milicji oraz z dachów budynków osoby te rzucały w nacjonalistów kamieniami i granatami hukowymi. Wyglądało to tak, że w odwecie za atak na manifestację Antymajdanu antymajdanowcy zaatakowali przemarsz nacjonalistów. Najprawdopodobniej była to jednak prowokacja, której okoliczności do dzisiaj nie wyjaśniono. Środowiska prorosyjskie zaprzeczają, że miały cokolwiek wspólnego z atakiem na przemarsz nacjonalistów. Ich zdaniem za atakiem tym stały ukraińskie służby specjalne, a odpowiedzialność za to i doprowadzenie do tragicznych zajść w Odessie ponosi Andrij Parubij – wówczas sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony, a obecnie przewodniczący Rady Najwyższej Ukrainy. W 1991 roku współtwórca nacjonalistycznej partii „Swoboda”, a po przewrocie z 2004 roku polityk Naszej Ukrainy Juszczenki i Batkiwszczyny Tymoszenko, jeden z przywódców „pomarańczowej rewolucji” z 2004 roku (jako komendant Ukraińskiego Domu) i puczu kijowskiego z 2013/2014 roku (jako komendant Euromajdanu i koordynator Samoobrony Majdanu).

Bojówkarze Prawego Sektora oraz klubów sportowych – będąc przekonani, że zostali zaatakowani przez antymajdanowców – ruszyli w kierunku placu Kulikowe Pole z zamiarem rozbicia miasteczka namiotowego Antymajdanu. Doszło do starć, w których zginęły cztery osoby. Antymajdanowcy nie mieli szans w starciu z wyszkolonymi wojskowo bojówkarzami Prawego Sektora, weteranami przewrotu w Kijowie. Zostali wyparci przez nacjonalistów wznoszących okrzyki „Sława Ukrainie, herojam sława” oraz „Sława nacji, śmierć wrogom”, pochodzące z repertuaru OUN i UPA. Schronili się następnie w Domu Związków Zawodowych. Coraz bardziej agresywni nacjonaliści spalili miasteczko namiotowe Antymajdanu i otoczyli budynek Domu Związków Zawodowych, w którym schroniło się około 200-300 osób, w tym kobiety i dzieci. Bojówkarze nacjonalistyczni wdarli się także i tam. Wiele osób ciężko pobili. Jedną z kobiet, będącą w siódmym miesiącu ciąży, pobili kijem i udusili kablem. Wieczorem bojówkarze podpalili budynek Domu Związków Zawodowych, używając do tego butelek z benzyną. Zachował się film, na którym widać młode kobiety, towarzyszące bojówkarzom nacjonalistycznym, rozlewające benzynę do butelek po piwie. Rzucający tymi butelkami nacjonaliści krzyczeli „Spalić Moskali”. Celowo podpalili główne wejście oraz pozostałe wejścia, aby uniemożliwić ofiarom wydostanie się z budynku.

Według relacji Jurija Kaurowa – jednego z osaczonych w budynku Domu Związków Zawodowych – ludzie, którzy próbowali uciec przez okna byli ostrzeliwani z broni krótkiej, a tłum krzyczał „Płońcie Rosjanie”. Strzelających do okien podpalonego budynku bojówkarzy można też obejrzeć na zachowanym filmie, dostępnym na kanale YouTube. Ludzie, którzy pomimo ostrzału wyskakiwali z okien byli bici lub zabijani. Akcja ratunkowa milicji, straży pożarnej i pogotowia ratunkowego była przez pewien czas blokowana przez bojówkarzy nacjonalistycznych, którzy zrywali węże strażackie i uniemożliwiali stawianie drabin.

Ogółem w tragicznych zajściach zginęło 48 osób, w tym 40 aktywistów Antymajdanu, a 214 osób odniosło rany. W pożarze budynku Domu Związków Zawodowych zginęły 42 osoby, z których 10 zginęło wyskakując z okien, a 32 osoby zmarły w wyniku poparzeń lub zatrucia tlenkiem węgla. Wśród ofiar było siedem kobiet i jeden nieletni.

Według Służby Bezpieczeństwa Ukrainy wśród aktywistów Antymajdanu mieli znajdować się Rosjanie i obywatele separatystycznego Naddniestrza, a zajścia w Odessie miały być koordynowane przez grupy dywersyjne z Rosji, które miał finansować obalony w wyniku przewrotu kijowskiego prezydent Wiktor Janukowycz. Taką lub zbliżoną narrację powielono też w większości polskich mediów. M.in. portal tvn24.pl zamieścił 3 maja 2014 roku informację pt. „SBU: zamieszki koordynowali Rosjanie, wśród uczestników separatyści z Naddniestrza”. Post ten wisi na portalu tvn24.pl do dzisiaj. Jest tam mowa o tym, że w zajściach w Odessie uczestniczyły „nielegalne ugrupowania zbrojne z Naddniestrza”, a zamieszki koordynowały „grupy dywersyjne z Federacji Rosyjskiej”. Dalej czytamy, że „W ocenie SBU starcia między prorosyjskimi separatystami a zwolennikami jedności Ukrainy zostały sfinansowane przez byłych członków rządu obalonego w lutym prezydenta Wiktora Janukowycza, b. wicepremiera Serhija Arbuzowa i b. ministra dochodów Ołeksandra Kłymenkę”. Następnie mamy informację o ataku „prorosyjskich demonstrantów” na „pochód zwolenników władz w Kijowie” i zaraz potem informację o „pożarze w siedzibie związków zawodowych”, który podobno „był sztabem sił prorosyjskich”. Nie wiadomo co to za pożar i jak do niego doszło. Materiał tvn24.pl kończą wywody niejakiego Dmytro Tymczuka z organizacji „Informacyjny Opór” na temat rzekomego przybycia do Naddniestrza licznych jednostek wojska rosyjskiego i specnazu GRU. Jest też mowa o tym, że „turyści Putina” planują zająć 9 maja 2014 roku budynki lokalnych organów władzy w Odessie. Materiał został wzbogacony o mapkę, na której można zobaczyć jak blisko Odessy znajduje się Naddniestrze (część Mołdawii, która w 1990 roku ogłosiła secesję, uznawana przez Abchazję i Osetię Południową).

Tragedia w Odessie pokazała oblicze współczesnego nacjonalizmu ukraińskiego. Na Zachodzie mało znane, ale w Polsce dobrze znane z przeszłości. Nacjonalizm nawiązujący do tradycji banderowskich, niezależnie od rzeczywistego poparcia społecznego, jest na Ukrainie olbrzymią siłą i po 2014 roku zdobył w tym państwie znaczące wpływy. Dopóki jego siła i wpływy nie znikną, Ukraina nigdy nie stanie się państwem normalnym.

W piątą rocznicę tragedii w Odessie uroczystości żałobne – nadzorowane przez służby podległe Ministerstwu Spraw Wewnętrznych Ukrainy – odbyły się tylko w tym mieście. Do dzisiaj władze Ukrainy nie spieszą się z wyjaśnieniem okoliczności tej zbrodni i ukaraniem jej sprawców. Nikt też w Unii Europejskiej tego od nich nie oczekuje. Jedynie działająca na Ukrainie misja monitoringowa praw człowieka ONZ skrytykowała władze w Kijowie za brak woli przeprowadzenia rzetelnego śledztwa.

„Misja monitoringowa do spraw praw człowieka z niepokojem odnotowuje, że władze nie zrobiły wszystkiego, co konieczne dla zapewnienia szybkiego, niezależnego i bezstronnego śledztwa w sprawie śmierci i morderstw, do których doszło podczas zajść z 2 maja 2014 roku oraz dla postępowania karnego związanego z tymi działaniami” – głosi oświadczenie misji ONZ, które zacytowała agencja Interfax-Ukraina. Misja zwróciła przede wszystkim uwagę na to, że pięć lat od zajść w Odessie nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności: „Niektóre śledztwa, zarejestrowane po tych tragicznych wydarzeniach, zatrzymały się na etapie postępowania przedprocesowego, inne na etapie postępowania procesowego, co pozwala przypuszczać, że ze strony władz nie ma realnego zainteresowania zapewnieniem sprawiedliwość ofiarom i pociągnięciem winnych do odpowiedzialności”.

Misja ONZ druzgocąco oceniła także postępowania, które toczą się w związku z tragicznymi zajściami Odessie i w których oskarżono prawie wyłącznie aktywistów Antymajdanu. „Spośród 29 osób, wobec których wysunięto oskarżenia w związku z wyżej wspomnianymi zajściami, 28 jest zwolennikami federalizacji (Ukrainy). W tym samym czasie policja nie ustaliła konkretnych osób odpowiedzialnych za pożar w Domu Związków Zawodowych” – podkreślono w raporcie misji ONZ[1].

Bohdan Piętka

Oświęcim, 9 maja 2019 r.

[1] ONZ krytykuje Kijów: Postępowanie w sprawie Odessy prowadzone jest wybiórczo, http://www.rmf24.pl, 2.05.2019.

Klęska giedroycizmu

31 marca i 21 kwietnia odbyły się wybory prezydenckie na Ukrainie. W obu turach przy wysokiej frekwencji wygrał je Wołodymyr Zełenski, uzyskując 30,24 % oraz 73,22 % głosów. Dotychczasowy prezydent Petro Proszenko dostał 15,95 % oraz 24,35 % głosów. Wysoką wygraną Zełenskiego od dawna zapowiadały sondaże przedwyborcze.

Nowy prezydent Ukrainy, który obejmie urząd na początku czerwca, do niedawna był postacią bardziej znaną w show-biznesie niż w polityce. Wiadomo, że za nim i jego bezideową partią Sługa Ludu stoi oligarcha Ihor Kołomojski – jeden z głównych inicjatorów i sponsorów przewrotu politycznego na Ukrainie z przełomu 2013/2014 roku, skonfliktowany z Poroszenką. Wybory prezydenckie na Ukrainie były zatem rywalizacją dwóch klanów oligarchicznych – Poroszenki i Kołomojskiego. Pod tym względem ich wynik nie zapowiada żadnej zasadniczej zmiany. W kraju tym, po upadku ZSRR, wykształcił się patologiczny ustrój oligarchiczny, przypominający stosunki panujące na ziemiach dzisiejszej Ukrainy w okresie Rzeczypospolitej Obojga Narodów (1569-1795). Faktyczna władza należała tam wówczas do tzw. „królewiąt kresowych”, czyli spolonizowanej ruskiej magnaterii. Wynik wyborów niczego też nie zmieni w położeniu geopolitycznym Ukrainy. Nadal pozostanie ona w euro-atlantyckiej strefie wpływów i nadal będzie traktowana przez skrajne kręgi polityczne w USA jako ważny czynnik politycznej destabilizacji obszaru poradzieckiego.

„Żydowski komik miażdżąco wygrywa ukraiński wyścig prezydencki” („Jewish comedian Zelenskiy wins Ukrainian presidential race by landslide”) – skomentował wybór Zełenskiego izraelski dziennik „The Jerusalem Post”. Na jeszcze bardziej dosadny komentarz pozwolił sobie Eduard Dolinski – dyrektor generalny Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego – który stwierdził, że „Ukraina to jedyny kraj na świecie, oprócz Izraela, w którym prezydent i premier (Wołodymyr Hrojsman – uzup. BP) mają żydowskie pochodzenie”. Także więc i tutaj mamy do czynienia z kontynuacją i wzmocnieniem pewnych tendencji politycznych zapoczątkowanych na Ukrainie po przewrocie w 2014 roku.

Jednakże pomimo to wynik ukraińskich wyborów prezydenckich jest przełomem politycznym. Należy bowiem zastanowić się czym jest przegrana Petro Poroszenki.

Ukraińscy wyborcy opowiadając się tak zdecydowanie przeciwko Poroszence opowiedzieli się przeciwko temu wszystkiemu co Poroszenko sobą symbolizował – przeciągającemu się konfliktowi w Donbasie (rezultat przewrotu politycznego z 2014 roku), korupcji, biedzie, masowej emigracji, rozpadowi gospodarki. Przede wszystkim pokazali czerwoną kartkę skupionej wokół Poroszenki „partii wojny” – wspieranej przez Waszyngton i skrajne siły nacjonalistyczne na Ukrainie. Nie można na dzień dzisiejszy stanowczo stwierdzić, że Zełenski nie wpadnie w sidła „partii wojny”, jednakże zadeklarował on wolę wznowienia rozmów pokojowych w ramach formatu normandzkiego (Ukraina, Rosja, Niemcy, Francja) oraz w ramach procesu mińskiego (OBWE, Ukraina, Rosja). Zapowiedział też „wojnę informacyjną” na rzecz wstrzymania walk w Donbasie. Zełenski wygrał właśnie dlatego, że złożył takie deklaracje. Ukraińcy chcą pokoju z Rosją, nie wojny. Jeśli zatem Zełenski wejdzie w buty „partii wojny”, szybko straci ich poparcie.

W drugiej turze wyborów Poroszenko wygrał tylko w obwodzie lwowskim (w pierwszej turze – także w iwanofrankiwskim i tarnopolskim). Te trzy obwody dawnej Galicji Wschodniej – należącej przed 1939 rokiem do II RP – stanowią dzisiaj twierdzę odrodzonego nacjonalizmu ukraińskiego. Okazało się, że neobanderowcy byli jedynym elektoratem Poroszenki, który wspierał odrodzenie nacjonalizmu ukraińskiego, bazował na poparciu większości środowisk szowinistycznych, rehabilitował szowinizm ukraiński w ramach swojej polityki historycznej oraz budował na takim podłożu tożsamość państwowo-narodową pomajdanowej Ukrainy. W drugiej turze okazało się, że poparcie dla Poroszenki słabnie także wśród neobanderowców. Zełenski nie tylko wygrał w obwodach iwanofrankiwskim (w II RP województwie stanisławowskim) i tarnopolskim, ale nawet w rodzinnej wsi Stepana Bandery – Uhrynowie Starym koło Stanisławowa (obecnie Iwano-Frankiwsk), gdzie uzyskał 59 % głosów.

Podczas kampanii wyborczej Zełenski wypowiadał się w sposób ostrożny na temat nacjonalizmu ukraińskiego. Stwierdził m.in., że akceptuje fakt gloryfikowania Bandery we Lwowie. Warto przypomnieć, że obalony w 2014 roku Wiktor Janukowycz też akceptował ten fakt. Nie można zatem z całą pewnością powiedzieć, że pod rządami Zełenskiego znikną z życia publicznego Ukrainy Parubije i Wiatrowycze. Być może jednak nastąpi osłabienie ich wpływów. Większość Ukraińców głosując na Zełenskiego zamanifestowała bowiem swój sprzeciw wobec renesansu nacjonalizmu ukraińskiego i polityki nacjonalistycznej. Okazało się, że pomimo intensywnej banderyzacji w latach 2004-2010 oraz po 2014 roku większość Ukraińców odrzuca ideologię wywodzącą się wprost z faszyzmu oraz gloryfikację OUN i UPA, które uprawiały kolaborację z Niemcami hitlerowskimi i odpowiadają za zbrodnie o charakterze ludobójstwa, popełnione przecież także na Ukraińcach.

25 kwietnia parlament ukraiński przyjął w drugim czytaniu ustawę o języku ukraińskim jako jedynym języku państwowym. Przygotowana przez administrację Poroszenki ustawa o „totalnej ukrainizacji” w kraju, gdzie co najmniej 30 % ludności posługuje się językiem rosyjskim jako ojczystym, także była jedną z przyczyn jego klęski. Idąca w takim kierunku polityka była zresztą główną przyczyną odpadnięcia od Ukrainy w 2014 roku Krymu i Donbasu. Zdumiewa, że Poroszenko nie wyciągnął z tego żadnych wniosków. Być może uwierzył we własną propagandę o „rosyjskim spisku” i „rosyjskiej agresji”. Zełenski, który sam posługuje się językiem rosyjskim, a po ukraińsku nie mówi płynnie, stwierdził, że popiera status ukraińskiego jako jedynego języka państwowego. Jednocześnie zasugerował, że ustawa o „totalnej ukrainizacji” nie konsoliduje społeczeństwa i zapowiedział przeprowadzenie jej „rzetelnej analizy”.

Porażka Poroszenki jest wreszcie druzgocącą klęską polskiej polityki wschodniej opartej na mrzonkach giedroycizmu. Tej polityki, która nakazywała PiS i PO wspierać Poroszenkę za wszelką cenę, pomimo prowadzenia przez niego radykalnie antypolskiej polityki historycznej. Tej polityki, w imię której usłyszeliśmy od pana Wóycickiego, że Roman Szuchewycz powinien być dla Polaków „postacią o cechach bohatera”. Tej polityki, w imię której usłyszeliśmy od pana Żurawskiego vel Grajewskiego, że Stepan Bandera jest odpowiedzialny za śmierć rzekomo tylko jednego Polaka. Tej polityki, w imię której usłyszeliśmy od pana Sakiewicza, że „lepsza Ukraina banderowska niż sowiecka”. Tej polityki, która kazała PiS i PO nie tylko tolerować, ale wspierać renesans banderowski na Ukrainie w imię kreowania antyrosyjskiej Ukrainy. Tej polityki, która kazała PiS i PO wspierać szemraną Fundację Otwarty Dialog. Tej polityki, która w miejsce realiów wstawiała fantasmagorie o Międzymorzu vel Trójmorzu, krzewione latami przez „Gazetę Polską”, Klub Jagielloński itp. środowiska. Większość Ukraińców głosując na Zełenskiego powiedziała PiS i PO, że nie chce antyrosyjskiej Ukrainy opartej na fundamencie neobanderowkim.

Tak jak w 2010 roku klęską polityki giedroycizmu okazał się Juszczenko, tak teraz okazał się nią Poroszenko. Z faktu tego należałoby w Warszawie wyciągnąć wnioski, ale na razie nie ma ich kto wyciągnąć. W gratulacjach, jakie złożył Zełenskiemu prezydent Duda znalazło się zapewnienie, że „Polska jest gotowa do dalszej wszechstronnej pomocy Ukrainie w sferze bezpieczeństwa (tzn. kontynuowania wojny w Donbasie – BP) i reform państwowych”. Z kolei były minister Waszczykowski napisał, że nowy prezydent Ukrainy „to czysta karta polityczna jak się wydaje. Oby jak najszybciej została zapisana w Polsce zanim zaczną go urabiać Rosjanie przeciw nam i Europie”. Te dwie wypowiedzi świadczą o tym, że „klasa polityczna” III RP nie rozumie faktu klęski swojej polityki na kierunku ukraińskim. Polska jest najbardziej uzależnionym od USA ogniwem obozu atlantyckiego i de facto realizuje na kierunku wschodnim politykę amerykańską, a nie własną. Realizuje ją jednak w sposób skrajnie przesadny, dodając do tego radykalne elementy dawno przebrzmiałej mitomanii polskiej mocarstwowości. Klęska giedroycizmu jest faktem już od dłuższego czasu i dalsze brnięcie w jego koleiny skazuje „politykę wschodnią” POPiS na izolację w Europie.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 1 maja 2019 r.

„Myśl Polska” nr 19-20 (2239/2240), 5-12.05.2019, s. 4

Ukraińskie ofiary OUN i UPA

Ukraiński ruch nacjonalistyczny, w tym także jego banderowski odłam – najbliższy ideowo-politycznie niemieckiemu nazizmowi – są przedstawiane na Ukrainie od lat 90. XX wieku jako ruch narodowowyzwoleńczy. W taki też sposób były i są przedstawiane przez ukraińską propagandę nacjonalistyczną od lat 40. XX wieku. Utworzona w 1929 roku Organizacja Nacjonalistów Ukraińskich za głównego wroga uważała Polaków i II Rzeczpospolitą. W jej materiałach propagandowych na drugim po Polakach miejscu wymieniano Żydów, a na trzecim ZSRR („moskiewską komunę”). Dlatego ofiarami działalności terrorystycznej OUN przed 1939 roku byli prawie wyłącznie Polacy. Wyjątek stanowił tylko radziecki konsul we Lwowie Aleksiej Majłow – zastrzelony 21 października 1933 r. w gmachu konsulatu przez bojówkarza OUN. W 1941 roku – kiedy w agresji na ZSRR wzięły udział złożone z nacjonalistów ukraińskich bataliony „Nachtigall” i „Roland” oraz tzw. grupy pochodne OUN – ostrze ich terroru skierowało się przeciwko Żydom. Doszło wtedy do dwóch wielkich pogromów na Żydach we Lwowie (30 czerwca-2 lipca oraz 25-27 lipca 1941 r.), w których zginęło 7 tys. ofiar, oraz kilkudziesięciu pogromów w innych miejscowościach. Wsparcia Niemcom w zagładzie Żydów udzieliły też w latach 1941-1942 formacje ukraińskiej policji pomocniczej, do których zaciągali się głównie członkowie OUN. Największą zbrodnią nacjonalistów ukraińskich – popełnioną w latach 1943-1944 przez banderowską frakcję OUN i utworzoną przez nią Ukraińską Powstańczą Armię – było ludobójstwo na Polakach zamieszkujących Wołyń i Małopolskę Wschodnią (100-130 tys. ofiar).

Jednakże ofiarami OUN i UPA – o czym ich gloryfikatorzy nie chcą pamiętać – stali się także Ukraińcy. Nie mogło być inaczej, ponieważ rzeczywistym celem inspirowanego ideologią faszystowską ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego było utworzenie państwa totalitarnego, monopartyjnego i homogenicznego narodowościowo. Państwa o hierarchicznej strukturze społecznej podporządkowanej wodzowi. Tak samo jak we włoskim i niemieckim pierwowzorze. To wcale nie miała być niepodległa (samostijna) Ukraina – tym hasłem tylko szermowano dla zdobycia poparcia naiwnych – ale faszystowska. Oba odłamy OUN – banderowski i melnykowski – nie miały przy tym nic przeciw temu, by taka Ukraina była niemieckim protektoratem. Na drodze do osiągnięcia tego celu zginąć więc musieli także ci Ukraińcy, którzy mu się sprzeciwiali (komuniści, antyfaszyści).

Ukraińskie ofiary OUN i UPA zawsze należały do najbardziej skrywanych tajemnic ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego. Zarówno podczas wojny, jak i później – kiedy ukraińska emigracja nacjonalistyczna w Kanadzie przystąpiła do tworzenia mitu „walki narodowowyzwoleńczej”. Główne dzieło tej emigracji – wielotomowe wydanie „Litopysu” („Kroniki”) UPA – zwiera jedynie materiały propagandowe i wspomnienia kombatantów UPA, gloryfikujących i fałszujących swoją działalność. To samo można powiedzieć o twórczości „naukowej” banderowskich kombatantów, czyli takich dziełach jak „Ukrajińska powstańśka armija” Petro Mirczuka, „UPA” Mykoły Łebedia, czy „Istorija ukraińśkoho wijska” Łwa Szankowśkiego. Podają one tylko wybrane przykłady „heroiki” OUN i UPA, gdzie ginęli wyłącznie czerwoni partyzanci i „enkawudziści”, ale bynajmniej nie popełniano jakichkolwiek zbrodni na cywilach. Ten nurt dominuje obecnie w historiografii i polityce historycznej Ukrainy, zwłaszcza od pierwszego przewrotu w 2004 roku.

Terror jako metoda uprawiania polityki przez nacjonalistów ukraińskich uderzył także w ich własne szeregi. Po agresji Niemiec na ZSRR 22 czerwca 1941 r. melnykowcy – jako konkurenci do władzy na samostijnej Ukrainie – stali się ofiarami krwawej łaźni urządzonej im przez banderowców. Mordy popełniane wtedy przez banderowców na melnykowcach, których ofiarą padło około 300 osób, stały się jedną z przyczyn internowania przez Niemców w KL Sachsenhausen Stepana Bandery, Jarosława Stećki i kilku innych czołowych banderowców. Przebywali tam do września 1944 roku jako więźniowie uprzywilejowani w odizolowanym od reszty obozu oddziale (tzw. Zellenbau).

Ponownie melnykowcy stali się obiektem agresji ze strony banderowców w 1943 roku, kiedy frakcja melnykowska OUN zaczęła formować swoją partyzantkę – tzw. Wojskowe Oddziały OUN-M. Ich żywot był krótki. Po nieudanych próbach przeciągnięcia melnykowców do banderowskiej OUN oddziały UPA pod dowództwem Iwana Kłymyszyna „Kruka”i Petro Olijnyka „Eneja” rozbiły 7 lipca 1943 r. trzy sformowane na Wołyniu sotnie WO, natomiast czwartą rozbroiły w sierpniu 1943 roku. Ich kadrę dowódczą – jeśli odmówiła podporządkowania się UPA – wymordowano.

Podobny los spotkał w 1943 roku również Sicz Poleską, czyli tzw. pierwszą UPA – niezależną od banderowców nacjonalistyczną partyzantkę ukraińską utworzoną przez Tarasa Bulbę-Borowcia. Tak o tym pisał po wojnie Bulba-Boroweć w swojej książce „Armia bez państwa”: „Z każdym dniem wzrastał masowy terror łebediowskiej atamanii przeciwko swemu własnemu narodowi. Wszystkich, którzy nie podzielali poglądów Łebedia i jego programu, jak niezdarny on by nie był, poddawali różnym bardzo ostrym represjom. Ogłaszali, że są »zdrajcami ukraińskiej nacji«, »sabotażystami ukraińskiego ładu«. Karali za to wyciorami i rozstrzeliwaniem”. Z rąk banderowców zginęła m.in. żona dowódcy Siczy Poleskiej – Anna Opoczenska-Boroweć.

Powszechnie znanym faktem jest również mordowanie przez banderowców podczas akcji ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej tych Ukraińców, którzy sprzeciwiali się udziałowi w zbrodni lub ostrzegali Polaków oraz Ukraińców z rodzin mieszanych, którzy odmawiali zabijania polskich członków rodziny.

Odrębnym zagadnieniem jest mordowanie przez nacjonalistów ukraińskich – zwłaszcza w okresie powojennym – Ukraińców-komunistów lub uznanych za wspierających władzę radziecką. Dla poruszania tego tematu nie było i nie ma na Ukrainie klimatu politycznego. Eksponowaniu tej tematyki nie sprzyjały władze Ukraińskiej SRR i Komunistycznej Partii Ukrainy obawiając się, że zagrozi to polityce jedności narodowej. Natomiast po 1991 roku nastąpiło zupełne wyrugowanie z przestrzeni publicznej Ukrainy sprawy zbrodni popełnionych przez OUN i UPA na Ukraińcach. Nie tylko dlatego, że rozpoczął się wtedy proces (nasilony po przewrotach w 2004 i 2014 roku) rehabilitacji i heroizacji nacjonalizmu ukraińskiego, ale także dlatego, że odrodzone organizacje nacjonalistyczne groziły historykom i świadkom terrorystycznej działalności OUN i UPA. Przykładem może być tutaj los lwowskiego historyka Witalija Masłowskiego (1935-1999), którego znaleziono 26 października 1999 roku na klatce schodowej jego bloku nieprzytomnego i z roztrzaskaną głową (zmarł następnego dnia). Jego żona, przerażona groźbami śmierci pod adresem męża, oświadczyła, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych i odmówiła zgody na wszczęcie śledztwa.

Masłowski stał się obiektem prześladowań już pod koniec istnienia ZSRR, kiedy opublikował książkę o zbrodniach UPA pt. „Ziemia oskarża”. W 1990 roku zwolniono go za to z pracy w Instytucie Nauk Społecznych zachodnioukraińskiego oddziału Akademii Nauk Ukrainy. Pozostawał odtąd bezrobotnym, żyjąc z renty inwalidy wojennego. Nie zaprzestał jednak badań naukowych, których rezultatem stała się praca pt. „Z kim i przeciw komu walczyli nacjonaliści ukraińscy w latach II wojny światowej”, wydana w Moskwie w 1999 roku[1]. Publikacja ta spowodowała gwałtowną reakcję wobec autora ze strony epigonów nacjonalizmu ukraińskiego. Przez media ukraińskie przetoczyła się zakrojona na szeroką skalę kampania, której celem było zdyskredytowanie naukowca jako działającego rzekomo na zlecenie Rosji. Zaczął też otrzymywać anonimowe pogróżki, w tym pozbawienia życia. Przed śmiercią zdążył jeszcze przygotować pracę poświęconą udziałowi nacjonalistów ukraińskich w zagładzie Żydów. Została ona wydana w 2005 roku przez Żydowską Fundację Ukrainy pt. „Holokaust Żydów Ukrainy. Początek. Galicja”.

Masłowski, w oparciu dane ukraińskiego MSW, oszacował liczbę ofiar zamordowanych po agresji niemieckiej na ZSRR w 1941 roku przez członków OUN lub z ich bezpośrednim udziałem na około 40 tys. Większość z tych ofiar stanowili Żydzi. Według ustaleń różnych historyków (Jeffrey Kopfstein, Kai Struve, Ahron Weiss, Andrzej Żbikowski) na zachodniej Ukrainie miało miejsce w tym czasie od 35 do 140 pogromów na Żydach z udziałem nacjonalistów ukraińskich. Dieter Pohl oszacował liczbę ofiar tych pogromów w przedziale 13-35 tys., Kai Struve na 11309 w samej tylko Galicji Wschodniej, a Aleksander Krugłow na 38-39 tys. zamordowanych[2]. Jednakże oprócz zbrodni na Żydach nacjonaliści ukraińscy obu frakcji OUN (banderowskiej i melnykowskiej) dopuścili się już wtedy – na znacznie mniejszą skalę – także zbrodni na Polakach (była to pregenocydalna faza ludobójstwa z lat 1943-1944) i Ukraińcach. Wśród ofiar ukraińskich znaleźli się członkowie Komunistycznej Partii Ukrainy, Komunistycznego Związku Młodzieży Ukrainy, związków zawodowych i innych organizacji, funkcjonariusze urzędów radzieckich, wojskowi, którzy nie zdążyli się ewakuować oraz osoby podejrzewane o sprzyjanie ZSRR. Część z nich straciła życie wraz z rodzinami.

Działające u boku wojsk niemieckich tzw. grupy pochodne OUN-B i OUN-M dysponowały listami proskrypcyjnymi osób przeznaczonych do zamordowania. Masłowski cytuje zeznanie jednego z członków OUN-B o nazwisku Stecyszyn, który stwierdził, że Niemcom wkraczającym do jednej ze wsi obwodu lwowskiego miejscowi chłopi „ofiarowali na wyszywanym ręczniku chleb i sól, niemiecki kapitan powiedział »gut«, »gut« i zorganizowana maszyna nacjonalistyczna ruszyła pracować. Dosłownie od pierwszej minuty zaczęło się polowanie na ludzi, którzy figurowali na »czarnej liście« (…). Już na drugi dzień zaczęła funkcjonować Komenda OUN (…). Piwnice banderowskiej policji były wypełnione chłopami. Aresztowanych okrutnie katowano (…)”.

Masłowski podał też – na podstawie źródeł z Państwowego Archiwum Obwodu Lwowskiego – przykłady zbrodni na Ukraińcach, popełnionych przez nacjonalistów ukraińskich po agresji niemieckiej na ZSRR: „(…) W wiosce Suchodół rejonu Bóbrka zamordowali przewodniczącego Rady Wiejskiej Repeta, odcięli mu uszy, nos, wykłuli oczy i tak wyglądającego oprowadzali po wsi. Zabili też sekretarza wiejskiego komitetu wykonawczego Łabasa. W wiosce Czechy zamordowali dwudziestu aktywistów i urządzili »uroczystość« po dokonaniu krwawej akcji. W wioskach Gaje i Głuchowicze banderowcy rozstrzelali 50 czerwonoarmistów i siekierami zarąbali wiejskich aktywistów. Przewodniczącego miejscowego kołchozu H. A. Kmetia prowadzili po wsi z czerwonym sztandarem, a następnie wykłuli oczy i porąbali ciało na strzępy”.

Dziesiątki tysięcy cywilnych Ukraińców zginęły z rąk OUN i UPA w okresie powojennym. Nacjonalistyczna historiografia ukraińska stoi na stanowisku, że większość tych ofiar to byli „enkawudziści”. Jednakże – jak zauważył Masłowski – banderowskie podziemie na Ukrainie skierowało swoją powojenną działalność terrorystyczną głównie „przeciwko miejscowej wiejskiej ludności (…). Wykorzystując taktykę szybkich napadów (którą sami nazywają »partyzancką«), rabowali i palili pomieszczenia rad wiejskich, szkół, klubów, bibliotek, czytelni wiejskich, sklepów, domy aktywistów radzieckiej władzy, a nawet i całe wioski”. Np. w rejonie Kamionka Strumiłowa i sąsiednich rejonach obwodu lwowskiego wiele takich napadów dokonał oddział nadrejonowego prowidnyka Służby Bezpieczeństwa OUN-B Dmytro Kupiaka „Kleja”. Postać Kupiaka – który uciekł do Kanady i uniknął odpowiedzialności za zbrodnie na Polakach i Ukraińcach – opisał żołnierz AK i więzień łagrów radzieckich Bronisław Szeremeta w publikacji „Watażka – jego zbrodnie i zakłamane wspomnienia” (wyd. 1996, 2000).

Tylko w miesiącach październik-grudzień 1944 r. banderowcy zamordowali w obwodzie tarnopolskim 707 osób, w tym 436 chłopów, 53 wojskowych, 169 przedstawicieli aktywu partyjnego i 48 przewodniczących rad wiejskich. Dalsze 159 osób uprowadzili ze sobą do lasu i najprawdopodobniej też zamordowali. Spalili ponadto 214 gospodarstw wiejskich, 58 pomieszczeń rad wiejskich, 6 mleczarń, 5 gorzelni i 21 mostów. Ograbili 345 gospodarstw, zniszczyli 18 traktorów i 22 samochody oraz zrabowali 216 sztuk bydła. Czy to była walka z władzą radziecką, czy jednak z narodem ukraińskim?

W samym 1945 roku podziemie banderowskie przeprowadziło w zachodnich obwodach Ukraińskiej SRR 3424 akcje terrorystyczne. Na podstawie danych – przytaczanych przez Masłowskiego – wiadomo, że od lipca do końca 1944 r. banderowskie podziemie zamordowało 2725 osób w obwodzie stanisławowskim. Natomiast od lata 1944 do maja 1946 r. z rąk banderowców zginęło 5088 osób w obwodzie lwowskim, w tym m.in.: 44 nauczycieli, 218 przewodniczących rad wiejskich i ich zastępców, 406 żołnierzy oddziałów grup samoobrony (przeważnie miejscowej młodzieży) oraz 3105 chłopów (w tym 497 dzieci).

„Otóż spośród 5088 tych, którzy zginęli – zauważył Masłowski – na »enkawudzistów« i »bolszewików« przypada zaledwie 1315 ludzi. To kategorycznie przeczy tym kłamstwom nacjonalistów, rozpowszechnianym przez nich często, że jakoby OUN-UPA »walczyła« tylko z »enkawudzistami« i przedstawicielami partyjnych radzieckich organów”. Z takim zakłamywaniem historii można się spotkać m.in. w słynnym filmie „Zalizna sotnia” („Żelazna sotnia”) Ołesia Janczuka z 2004 roku. Możemy w tym filmie zobaczyć polskich partyzantów i żołnierzy radzieckich napadających na ukraińskie wsie, mordujących Ukraińców i gwałcących ukraińskie dziewczęta. Natomiast ludzie z sotni UPA „Hromenki” (Mychajło Dudy) nikogo nie mordują, tylko bronią naród ukraiński przed polskimi i sowieckimi „najeźdźcami”. Wziętego do niewoli żołnierza radzieckiego po ojcowsku edukują politycznie i czynią z niego prawdziwego ukraińskiego patriotę. W rzeczywistości sotnia „Hromenki” prowadziła działalność terrorystyczną w powojennej Polsce. Brała udział m.in. w pierwszym ataku UPA na Birczę 22 października 1945 r.

Tezę postawioną przez Masłowskiego potwierdzają dane, które w 1996 roku podał amerykański historyk Jeffrey Burds. Wedle niego UPA zabiła na terenie Galicji Wschodniej od lutego 1944 do grudnia 1946 r. 11725 osób. Wśród nich było 6250 cywilów, a jeśli uwzględnimy członków tzw. batalionów niszczycielskich (Istriebitielnyje Bataliony – IB) – czyli formacji samoobrony tworzonych z ludności wiejskiej – 6980[3].

Sposoby mordowania przez UPA ofiar ukraińskich nie różniły się niczym od sposobów mordowania ofiar polskich i żydowskich. Pokazuje je jeden z przykładów przytoczonych w książce Masłowskiego: „7 lutego 1945 r. banderowcy złapali we wsi Staszewicze rejonu Stary Sambor w Lwowskiem nauczycielkę-aktywistkę Katerynę Szewczenko. Wyciągnęli ją na podwórze, przestrzelili obydwie nogi, żeby nie uciekła, a potem zaczęli torturować. Bandyci wykłuli jej oczy, po kawałeczku obcinali ręce, uszy, wargi, wyrwali z piersi serce, rozbili kolbą głowę, a potem ją oderżnęli”.

Do takich zbrodni popychały nacjonalistów ukraińskich idee „twórczego terroru” Dmytro Doncowa i Stepana Bandery. Celem banderowców była nie tylko likwidacja Ukraińców-komunistów i uważanych przez nich za zwolenników ZSRR, ale – zgodnie z ideą „twórczego terroru” – terroryzowanie szerokich rzesz ludności. Stąd tak duża liczba ofiar wśród cywilnych Ukraińców.

Najbardziej znaną ofiarą spośród inteligencji ukraińskiej był Jarosław Hałan (1902-1949) – pisarz, dramaturg i publicysta związany z ruchem komunistycznym, ostry krytyk OUN i Kościoła grekokatolickiego. Zginął w swoim gabinecie we Lwowie od 11 ciosów siekierą, zadanych mu przed dwóch egzekutorów z OUN.

Według raportu Komitet Bezpieczeństwa Państwowego Ukraińskiej SRR z 1973 roku z rąk banderowców zginęło w latach 1944-1953 30676 osób, w tym m.in. 8340 funkcjonariuszy NKWD, NKGB, MWD, żołnierzy wojsk wewnętrznych i żołnierzy batalionów niszczycielskich, 1454 członków rad wiejskich, 314 przewodniczących kołchozów, 15355 chłopów i pracowników kołchozów, 676 robotników, 1931 przedstawicieli inteligencji, 50 duchownych różnych wyznań, 860 dzieci, starców i gospodyń domowych. Ponadto od 1944 do 1947 roku banderowskie podziemie zabiło 1225 osób na terenie Białoruskiej SRR.

Masłowski nie zgodził się z liczbą 30676 ofiar UPA na Ukrainie, która jego zdaniem mogła być nawet trzykrotnie wyższa. Jednakże współcześni badacze nacjonalizmu ukraińskiego (np. Grzegorz Motyka, Grzegorz Rossoliński-Liebe) – opierając się na danych KGB z 1973 roku – przyjmują, że w latach 40. i 50. XX wieku zginęło z rąk UPA na Ukrainie radzieckiej około 30 tys. osób (ponad 20 tys. cywilów i około 10 tys. funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa państwowego, żołnierzy radzieckich oraz członków IB). Większość ofiar cywilnych – co podkreślił m.in. Rossoliński-Liebe – stanowili pracownicy kołchozów i chłopi oskarżeni przez banderowców o popieranie władz radzieckich.

Drugą stroną tragedii, jaką była powojenna działalność terrorystyczna UPA na Ukrainie radzieckiej, są ofiary represji stalinowskich spowodowanych przez tę działalność. Według dokumentów radzieckich i szacunków historyków (m.in. Katrin Boeckh, Stanisław Ciesielski, G. Motyka,) radzieckie organa bezpieczeństwa i siły zbrojne zabiły po wojnie w związku z działalnością UPA około 153 tys. osób, aresztowały kolejne 134 tys. i deportowały – głównie do obozów pracy na Syberii – 203 tys. osób. Spośród 203 tys. deportowanych z zachodnich obwodów Ukrainy 171 tys. stanowiły osoby oskarżone przez władze radzieckie o przynależność do OUN i UPA albo ich wspieranie lub bycie krewnym członka podziemia nacjonalistycznego. A zatem – jak zauważył G. Rossoliński-Liebe – do 1953 roku około 490 tys. zachodnich Ukraińców ucierpiało na skutek różnych form represji spowodowanych głównie przez terrorystyczną działalność UPA[4].

Dzisiaj na Ukrainie eksponuje się wyłącznie te ofiary – bez refleksji, że były pokłosiem terrorystycznej działalności UPA – i przykrywa nimi ukraińskie ofiary banderowców.

Charakter powojennej działalność OUN i UPA na Ukrainie radzieckiej oraz liczba jej ofiar wśród cywilnych Ukraińców dowodzą tego, że nacjonaliści ukraińscy nie walczyli o „wyzwolenie Ukrainy”, ale o zdobycie władzy nad narodem ukraińskim i popełniali zbrodnie przeciw ludzkości także na tym narodzie. Nacjonaliści ukraińscy nie mieli żadnego wpływu na powstanie niepodległej Ukrainy w 1991 roku. Oni i ich ideologia byli i są – jak to powiedział Wiktor Poliszczuk – chorobą nieuleczalną. Bez zrozumienia tego faktu Ukraina nigdy nie stanie się państwem normalnym.

[1] W. Masłowski, Z kim przeciw komu walczyli nacjonaliści ukraińscy w latach II wojny światowej?, Wrocław 2001.

[2] G. Rossoliński-Liebe, Stepan Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty, Warszawa 2018, s. 334.

[3] J. Burds, AGENTURA: Soviet Informants’ Network and the Ukrainian Underground in Galicia, 1944-1948, „East European Politics and Societies”, t. 11, nr 1 (1996), s. 89-130.

[4] K. Boekh, Stalinismus in der Ukraine. Die Rekonstruktion des sowjetischen Systems nach dem Zweiten Weltkrieg, Wiesbaden 2007, s. 366-367; G. Motyka, Ukraińska partyzantka 1942-1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Warszawa 2006, s. 502, 528, 650, 649; G. Rossoliński-Liebe, Stepan Bandera…, s. 446-468.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 marca 2019 r.

„Przegląd” nr 11 (1001), 11-17.03.2019, s. 28-31

Ukraina jako nadzieja dla świata

19 lutego – w przeddzień piątej rocznicy finału krwawego przewrotu na Ukrainie (zwanego „rewolucją godności”) – odbyła się w Kijowie uroczysta sesja Rady Najwyższej Ukrainy poświęcona „piątej rocznicy początku zbrojnej agresji Rosji przeciw Ukrainie”. Trzeba mieć szczególne poczucie humoru albo wyjątkowy tupet, żeby przewrót kijowski z przełomu 2013/2014 roku nazywać „zbrojną agresją Rosji przeciw Ukrainie”. Owszem, była to agresja, ale Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, które doprowadziły do obalenia legalnej administracji prezydenta Wiktora Janukowycza i nie zawahały się użyć do tego celu m.in. środowisk postbanderowskich i neonazistowskich. Środowiska te uzyskały w następstwie przewrotu znaczący wpływ chociażby na politykę historyczną pomajdanowej Ukrainy. Dezintegracja terytorialna Ukrainy – nazywana przez oficjalną propagandę Kijowa i Zachodu „agresją rosyjską” – była nieuniknionym politycznym skutkiem wcześniejszej agresji Zachodu i przyjęcia na początku marca 2014 roku szowinistycznej ustawy językowej przez pomajdanowe władze.

W przewrocie kijowskim 2013/2014 roku aktywnie uczestniczyły ówczesny rząd polski Donalda Tuska, reprezentujący kolację PO-PSL, a także ówczesna opozycja PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele, który przywitał puczystów na kijowskim Majdanie pozdrowieniem banderowskiej OUN i UPA – „Sława Ukrainie!”. Dlatego jest wysoce symboliczne, że we wspomnianej uroczystej sesji Rady Najwyższej wzięli udział Donald Tusk – obecnie przewodniczący Rady Europejskiej, a także przewodniczący PO Grzegorz Schetyna, posłanka PiS Małgorzata Gosiewska oraz poseł PO Robert Tyszkiewicz.

Donald Tusk wygłosił do zebranych przemówienie w języku ukraińskim (pełny tekst znajduje się na portalu Rady Europejskiej – http://www.consiliumeuropa.eu, 19.02.2019). Warto pochylić się nad tym przemówieniem, żeby zrozumieć jak głęboka jest aberracja polityczna przewodniczącego Rady Europejskiej.

„Po pierwsze, chcę Wam podziękować za wytrwałość. Wytrwaliście w najtrudniejszych chwilach Waszej historii i trwać będziecie, dumni i niezłomni, wbrew geopolityce, wbrew złym zamiarom agresywnego sąsiada i wbrew obojętności i hipokryzji wielu ważnych aktorów światowej sceny politycznej. Wytrwaliście, chociaż Wasi przyjaciele i sojusznicy nie zawsze pomagają Wam w wystarczającym stopniu” – powiedział na wstępie Donald Tusk. Passus o „zamiarach agresywnego sąsiada”, czyli Rosji, to już jest standard ukraińskiej i zachodniej propagandy, więc nie będę się nad nim rozwodził. Ale co oznacza stwierdzenie, że „przyjaciele i sojusznicy” nie pomagają Ukrainie „w wystarczającym stopniu”? Czy to jest krytyka pod adresem obecnego rządu polskiego? Najprawdopodobniej tak, bo przecież przewodniczący Tusk nie pozwoliłby sobie na krytykę Niemiec, UE, czy USA. A zatem za mało pieniędzy i broni płynie z Polski na Ukrainę i niepotrzebnie Warszawa ciągle przypomina o tym ludobójstwie na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Nie ulega wątpliwości, że przewodniczący Tusk pogroził palcem w Radzie Najwyższej Ukrainy właśnie rządowi w Warszawie. I to po ukraińsku.

Kolejny fragment przemówienia przewodniczącego Tuska, na który warto zwrócić uwagę, brzmiał następująco: „(…) dzisiaj mogę powtórzyć przed Wami nie tylko we własnym imieniu, ale w imieniu całej Unii Europejskiej: jesteśmy z Wami i chcemy Wam dalej pomagać. (…) Mogę powtórzyć, że Europa nigdy nie uzna rosyjskiej aneksji Krymu i nie zrezygnuje z sankcji, dopóki Rosja nie wypełni swoich zobowiązań. Unia nie zaakceptuje też żadnych aktów przemocy na Morzu Azowskim. Zrobię wszystko, aby Unia pozostała w tym zjednoczona”.

Te słowa brzmią groteskowo. Są wyznaniem wiary giedroycisty i niczym więcej. Nie wiem czy przewodniczący Tusk ma świadomość tego, że tak radykalna retoryka antyrosyjska jest podzielana poza Warszawą może jeszcze w Londynie, który na własne życzenie prawdopodobnie znajdzie się poza UE, a na pewno znalazł się w kryzysie. Na pewno nie jest podzielana w Berlinie i Paryżu, a zdecydowanie odrzucają ją Rzym, Budapeszt i Praga. Z tego powodu w zacytowanym fragmencie przewodniczący Tusk złożył Ukrainie deklarację bez pokrycia, za którą – co wielokrotnie udowodnił w swojej działalności politycznej – nie ma zamiaru brać odpowiedzialności. Jeśli władze ukraińskie nie są tego świadome, to uprzejmie je o tym informuję.

„(…) Chłopcy z „Niebiańskiej Sotni” weszli do panteonu nie tylko ukraińskich, ale europejskich bohaterów. I wszystkim matkom poległych chcę przyrzec, że Europa będzie pamiętać o waszych synach. (…) Daliście wielu ludziom na całym świecie, tym poniżanym i zniewolonym, największy dar: nadzieję, że i dla nich, dziś słabych, nadejdzie dzień zwycięstwa” – stwierdził dalej przewodniczący Tusk. To słowa jeszcze bardziej groteskowe chociażby w świetle tego, co dzisiaj wiadomo na temat rzeczywistych sprawców masakry na kijowskim Majdanie w dniach 18-20 lutego 2014 roku. Nie tylko w świetle niezależnych badań Iwana Kaczanowskiego, ale także oficjalnego śledztwa ukraińskiego. Jaką nadzieją dla „poniżanych i zniewolonych” (oczywiście chodzi o Rosjan, gdyby ktoś nie wiedział) i na jakie „zwycięstwo” może być dzisiaj pomajdanowa Ukraina? Państwo istniejące teoretycznie, z rozlatującą się gospodarką, wysokim stopniem dezintegracji politycznej, opanowane przez oligarchów i zwykłych przestępców?

Następny fragment przemówienia przewodniczącego Tuska nosił już znamiona występu kabaretowego: „(…) dziękuję Wam za rozwagę, za to, że Wasz romantyzm okazał się bardzo pragmatyczny, że Wasza walka o niepodległość i integralność Ukrainy to nie tylko heroiczny opór wobec agresji, ale też systematyczne reformowanie swojego państwa, odbudowa gospodarcza i przemyślana, rozsądna i konsekwentna dyplomacja. Kiedy trzeba – bohaterowie, kiedy trzeba, twardo stąpający po ziemi pragmatycy – tak Was widzi dzisiaj świat”.

W tę „odbudowę gospodarczą” nikt przecież nie wierzy już na Ukrainie poza ewentualnie ludźmi niepoczytalnymi. Masowa emigracja zarobkowa z Ukrainy, nie tylko do Polski, ale także do Rosji, z którą Ukraina ma być podobno w stanie wojny, mówi wszystko o tej „odbudowie gospodarczej”. Natomiast co do „konsekwentnej dyplomacji” to ma ona rzeczywiście miejsce w stosunku do Polski, którą ukraińskie państwo upadłe raz po raz stawia do pionu, otrzymując w zamian bezwarunkowe wsparcie.

„(…) chciałem Wam podziękować za Waszą europejskość. Zawsze będę pamiętał niebieskie flagi z żółtymi gwiazdami na Chreszczatyku w czasie rewolucji, za »Odę do radości« graną wtedy w wielu miejscach na całej Ukrainie. Często powtarzam moim kolegom w Brukseli: nie uczcie ich Europy, uczcie się od nich, co znaczy Europa. Chcę dzisiaj, przed Wami powtórzyć słowa, które kiedyś skierowałem do unijnych liderów: tylko ten, kto jest solidarny z Ukrainą, ma prawo nazywać się Europejczykiem” – stwierdził dalej przewodniczący Tusk. Czerwono-czarnych flag OUN-B i UPA – dominujących wtedy na Majdanie – rzecz jasna obecny przewodniczący Rady Europejskiej nie zauważył, a każdy kto mu o tym przypomni jest pewnie „agentem Rosji”. Jeśli jego koledzy z Brukseli rzeczywiście mają się uczyć od pomajdanowej Ukrainy czym jest Europa, to nie wróżę Unii Europejskiej długiego bytu.

W kluczowym fragmencie swojego przemówienia przewodniczący Tusk powiedział: „Kiedy my, Polacy zaczynaliśmy swoją drogę do Europy, papież Jan Paweł II powiedział światu: »Nie ma sprawiedliwej Europy bez niepodległej Polski«. Więc ja chcę dziś powiedzieć, że nie ma sprawiedliwej Europy bez niepodległej Ukrainy. Że nie ma bezpiecznej Europy bez bezpiecznej Ukrainy. Mówiąc najprościej: nie ma Europy bez Ukrainy!” Po co przywoływać Jana Pawła II, skoro znowu mamy tutaj wyznanie wiary w dawno przebrzmiałe złudzenia Jerzego Giedroycia. Pytanie: czy poza przewodniczącym Rady Europejskiej ktoś w kierownictwie UE podziela te złudzenia? Nie sądzę.

W zakończeniu przemówienia Donald Tusk dał Ukraińcom pięć rad. Zwrócę uwagę tylko na jedną z nich: „(…) odrzućcie zdecydowanie pokusę radykalnego nacjonalizmu i populizmu, tak jak dotąd czyniliście”. To jest kpina, straszna kpina w świetle tego z czym mamy do czynienia na Ukrainie od 2014 roku, kiedy nastąpił renesans nacjonalizmu ukraińskiego jako fundamentu polityki historycznej Kijowa. Na tym zatrutym fundamencie budowana jest tożsamość państwowo-narodowa pomajdanowej Ukrainy. Tego faktu może nie dostrzegać i świadomie go ignorować tylko fanatyczny giedroycista. Donald Tusk przemawiał w Radzie Najwyższej Ukrainy bynajmniej nie w imieniu Unii Europejskiej, ale polskiego skansenu politycznego im. Jerzego Giedroycia.

W świętowaniu piątej rocznicy masakry na kijowskim Majdanie nie wziął udziału, poza przewodniczącym Tuskiem i wspomnianymi politykami polskimi, żaden polityk z Unii Europejskiej, ani żaden inny członek jej kierownictwa. To mówi wszystko nie tylko o wystąpieniu Donalda Tuska, ale także o sytuacji samej Ukrainy. No i jest zapowiedzią tego, że polityczne koszty ukraińskiej partii szachów poniesie Polska. Wyłącznie Polska, którą w tę partię szachów zaangażował w roli pionka polski skansen polityczny im. Jerzego Giedroycia.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 10 marca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 10-11 (2231/2232), 10-17.03.2019, s. 8

Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa

Z okazji 90. rocznicy powstania Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, która przypadła 3 lutego, zabrał głos Wołodymyr Wiatrowycz – szef Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej, znany od dawna ze swoich probanderowskich poglądów, w tym negacji zbrodni popełnionych przez OUN i UPA. Wywiad z Wiatrowyczem przeprowadziła państwowa ukraińska agencja informacyjna Ukrinform. Dowiedzieliśmy się zatem, że „OUN była jedną z wiodących sił ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego w XX wieku i była na pierwszej linii walki Ukraińców o niepodległość”, a w okresie międzywojennym „Ukraińcy musieli walczyć o wolność nie tylko przeciw władzy radzieckiej, która zagarnęła absolutną większość naszego terytorium, ale i przeciwko polskiej władzy, która okupowała część Zachodniej Ukrainy”. Działalność nacjonalistów ukraińskich miała być „bardzo podobna do walki samych Polaków o niepodległość”, a „wielu naszym sąsiadom nie podoba się”, że Ukraińcy starają się obecnie „odtworzyć swoją historię walki o niepodległość”. Oskarżył przy tym Rosję i Polskę, że chcą narzucać Ukrainie bohaterów i symbole. Na koniec stwierdził, że Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów była „najbardziej udanym projektem Ukraińców w XX wieku”[1].

Pomijając brednie o polskiej „okupacji Zachodniej Ukrainy” i rzekomym podobieństwie działalności OUN i UPA do polskiej walki o niepodległość, należy od razu zadać pytanie, dlaczego owi kolaboranci hitlerowscy są nazywani „wiodącą siłą ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego” i dlaczego mieliby być najbardziej udanym projektem Ukraińców w XX wieku? Wręcz przeciwnie – byli najbardziej nieudanym projektem i to projektem bynajmniej nie narodu ukraińskiego, ale garstki sfaszyzowanych fanatyków, wspieranych przez Kościół grekokatolicki i służby specjalne III Rzeszy. Kolaboracja nacjonalistów ukraińskich z Niemcami hitlerowskimi, głównie na polu eksterminacji Żydów i walki z ZSRR, nie uchroniła Ukraińców przed cierpieniami wynikającymi z warunków okupacji niemieckiej. Natomiast powojenna działalność OUN i UPA ściągnęła na Ukraińców tylko represje stalinowskie, których ofiarą padło około pół miliona osób (153 tys. zabitych, 203 tys. deportowanych w głąb ZSRR i 134 tys. aresztowanych). Sama UPA wymordowała po wojnie około 20 tys. cywilów ukraińskich – głównie pracowników kołchozów i chłopów oskarżonych o popieranie władzy radzieckiej – oraz zabiła około 10 tys. żołnierzy radzieckich i członków tzw. batalionów niszczycielskich, prawdopodobnie w większości Ukraińców[2].

To miał być najbardziej udany projekt ukraiński w XX wieku? Projekt czego? Chaosu, terroru i zniszczenia. To była droga donikąd. To był faszystowski wrzód na ciele narodu ukraińskiego i nic więcej. Nacjonaliści ukraińscy w jakimkolwiek stopniu nie przyczynili się też do powstania niepodległej Ukrainy w sierpniu 1991 roku. To stało się bez ich jakiegokolwiek udziału i zaangażowania. Zmieniwszy sobie protektora hitlerowskiego na amerykańskiego, Bandera i jego epigoni uczestniczyli w różnych działaniach służb amerykańskich (głównie propagandowych) przeciw ZSRR i Ukraińskiej SRR, ale przecież to nie one doprowadziły do upadku Związku Radzieckiego.

Natomiast po powstaniu niepodległej Ukrainy w 1991 roku epigoni nacjonalizmu ukraińskiego ponownie stali się wrzodem na jej organizmie i ponownie doprowadzili do skierowania tego kraju i narodu na tory wiodące donikąd. Gdzież bowiem zaszła i podąża Ukraina w wyniku przewrotów z 2004 i 2014 roku, których służby amerykańskie nie byłyby w stanie przeprowadzić bez aktywnego udziału epigonów OUN i UPA? To co kryje się za dużymi literami obu tych skrótów było i jest największym nieszczęściem w historii narodu ukraińskiego, a nie jego najbardziej udanym projektem.

Taka powinna być odpowiedź ze strony polskiej na enuncjacje pana Wiatrowycza. Odpowiedź taka jednak nie padła, bo któż miałby jej udzielić? Przecież nie polska „klasa polityczna”, która ostentacyjnie nie dostrzega oblicza polityki historycznej i ideologii pomajdanowej Ukrainy albo próbuje usprawiedliwiać i wybielać działalność „bohaterów” czczonych przez pomajdanową władzę. Wszelką zaś krytykę swojej postawy kwalifikuje jako „rosyjską dywersję” czy „ rosyjską propagandę”. Skrajnym tego przykładem jest Kazimierz Wóycicki, który w 2014 roku stwierdził, że Roman Szuchewycz „jest i powinien być również dla Polaków postacią o cechach bohatera”. Jednakże takie skrajne przykłady znajdziemy także w kręgu obecnego obozu władzy. Obowiązujący w tym środowisku katalog wybielania nacjonalizmu ukraińskiego przytoczył prawie w całości Jan Olszewski (1930-2019) w jednym ze swoich ostatnich wywiadów, jakiego udzielił Przemysławowi Harczukowi i który został opublikowany 26 lutego 2018 roku na portalu „Super Expressu”[3]. Enuncjacje Olszewskiego były wielokrotnie powielane przez niego samego, przez takie postacie związane z PiS i Zjednoczoną Prawicą jak m.in. Antoni Macierewicz (teza o moskiewskiej inspiracji ludobójstwa na Wołyniu) i Przemysław Żurawski vel Grajewski (teza o odpowiedzialności Bandery za śmierć tylko jednego Polaka), ale też przez związanego z PO Bronisława Komorowskiego („za Wołyń odpowiadają Sowieci”).

Dowiedzieliśmy się zatem od Jana Olszewskiego, że „zbrodnia Stepana Bandery przeciwko państwu polskiemu była tak naprawdę tylko jedna. (…) Zbrodnią tą był zorganizowany w 1934 r. zamach na polskiego ministra spraw wewnętrznych pułkownika Bronisława Pierackiego. (…) decyzja o niewykonywaniu wyroku śmierci musiała zapaść za wiedzą, a najpewniej na podstawie decyzji samego Marszałka. I stało się bardzo dobrze. Bo Bandera odegrał potem niezwykle ważną rolę w historii walki Ukraińców o niepodległość. (…) chciałbym bardzo mocno podkreślić i dać pod rozwagę – ten człowiek nie miał ze zbrodnią wołyńską nic wspólnego. (…) Przecież całą akcję wołyńską przeprowadzano wtedy, gdy Bandera był już uwięziony przez Niemców. Myślę nawet, być może wiele osób się tu obruszy, że gdyby Bandera mógł podejmować wtedy decyzje, to prawdopodobnie do zbrodni na Wołyniu by nie doszło. Po prostu był politykiem myślącym, miał wielki zmysł polityczny (…). Myślę, że historycy polscy i ukraińscy powinni wątek sowieckiej inspiracji dla zbrodni wołyńskiej poważnie wziąć pod uwagę. (…) Ukraińska Powstańcza Armia, na co Polacy się oburzają, jest dla Ukraińców tym, czym dla nas Armia Krajowa. Należy pamiętać, że zaraz po niemieckiej agresji na ZSRR w 1941 r. Bandera, będący w sojuszu z III Rzeszą, ogłosił we Lwowie proklamowanie niepodległości Ukrainy. Po roku 1917 to drugi akt, który na forum międzynarodowym stawiał sprawę ukraińską. (…) Wołyń był straszliwą zbrodnią, zginęło tam ponad sto tys. ludzi. Ale wobec zorganizowanej sowieckiej czy niemieckiej machiny śmierci był epizodem. Konflikt z Ukrainą jest nieraz brutalnym i przykrym, ale jednak sporem sąsiedzkim. Konflikt z imperialną Rosją jest kwestią egzystencjalną (…)”.

Tego wszystkiego nie powiedział ani Wołodymyr Wiatrowycz, ani Jurij Szuchewycz, ani Ołeh Tiahnybok, ani Dmytro Jarosz, ani żaden inny współczesny epigon Stepana Bandery i Romana Szuchewycza. To powiedział Jan Olszewski – człowiek uważany przez obóz Zjednoczonej Prawicy za wielkiego męża stanu, prawie tak wielkiego jak Jarosław Kaczyński, a także niezłomnego polskiego patriotę. Kawaler Orderu Orła Białego. Enuncjacje Olszewskiego mogą być świetnym przyczynkiem do postawienia Banderze pomnika w Polsce, który to krok – jak sądzę – przypieczętowałby strategiczne partnerstwo post-Solidarności z jego epigonami.

Każdy kto chce znać historię wie o tym, że minister Bronisław Pieracki nie był jedyną ofiarą działalności terrorystycznej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w II Rzeczypospolitej. Tylko w latach 1929-1934 OUN przeprowadziła ponad 20 zamachów terrorystycznych. Bandera, który został prowidnykiem krajowym OUN w styczniu 1933 roku odpowiada za co najmniej połowę z nich. Ogółem w latach 1921-1939 Ukraińska Organizacja Wojskowa i OUN przeprowadziły 63 zamachy terrorystyczne, w których zginęło 36 Ukraińców, 25 Polaków, jeden Rosjanin i jeden Żyd. Do tego trzeba dodać pięć zamachów bombowych, 18 akcji ekspropriacyjnych i co najmniej kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset aktów sabotażu, które były skierowane przeciw mieniu publicznemu, społecznemu i prywatnemu.

W latach 30. XX wieku oraz w okresie lat 1939-1941 w bezpośrednim otoczeniu Stepana Bandery powstały plany przyszłego ludobójstwa na Polakach, zrealizowanego w latach 1943-1944 na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Jest o tym mowa w dokumentach źródłowych z archiwów ukraińskich, które zostały opublikowane w opracowaniu Aleksandra Diukowa pt. „»Dlaczego walczymy z Polakami«. Antypolski program OUN w kluczowych dokumentach”[4].

Teza o tym, że Bandera odpowiada za śmierć tylko jednego Polaka – której absurdalność wykracza poza wszelkie pojęcie – nie została sformułowana w gronie nacjonalistów ukraińskich – dawnych i obecnych. Sformułowało ją zaplecze polityczne Jarosława Kaczyńskiego. O czym to świadczy – niech każdy odpowie sobie sam.

O czym może świadczyć stwierdzenie byłego premiera, przedstawianego przez rządową propagandę jako jednego z najwybitniejszych Polaków XX i XXI wieku, że kolaboracyjna proklamacja Jarosława Stećki, ogłoszona we Lwowie w imieniu Bandery 30 czerwca 1941 roku, postawiła sprawę ukraińską na forum międzynarodowym? Tak twierdzą banderowscy i postbandrowscy propagandziści, ale w 1941 roku żadne forum międzynarodowe o tym incydencie się nie dowiedziało. Dowiedziało się o nim tylko lokalne dowództwo niemieckie i za jego pośrednictwem Berlin, który po kilku dniach kazał aresztować to całe towarzystwo, które ogłosiło się „Krajowym Rządem Zachodnich Obwodów Ukrainy”. Z tego powodu neobanderowska propaganda głosi dzisiaj, że Bandera za nic, co stało się później rzekomo nie odpowiadał, ponieważ w latach 1941-1944 siedział w KL Sachsenhausen (jako więzień uprzywilejowany w wydzielonej dla takich więźniów części obozu, tzw. Zellenbau, czego już się nie dodaje). Nie odpowiadał więc ponoć za udział stworzonej przez niego organizacji w hitlerowskiej zagładzie Żydów (do pierwszego pogromu nacjonalistów ukraińskich na Żydach we Lwowie doszło jeszcze przed aresztowaniem Bandery), ani za ludobójstwo na wołyńskich i galicyjskich Polakach. A czy za dywersję OUN we wrześniu 1939 roku – którą Ewa Siemaszko nazwała „pregenocydalną fazą ludobójstwa wołyńskiego” – też nie odpowiadał? A czy za prohitlerowską działalność w latach 1939-1941 oraz utworzenie batalionów „Nachtigall” i „Roland” też nie odpowiadał? A czy za utworzenie na początku 1945 roku – kiedy klęska III Rzeszy dawno była już przesądzona – współpracującego z Niemcami hitlerowskimi Ukraińskiego Komitetu Narodowego i kolaboracyjnej Ukraińskiej Armii Narodowej Bandera też nie odpowiadał? Czy nie opowiedział się on wtedy za walką po stronie Niemiec „do końca, jakikolwiek by on był”? Czy to, że Bandera był hitlerowskim kolaborantem nie jest wystarczającą przesłanką do jego dyskwalifikacji?

Jan Olszewski tego nie rozumiał? O czym mogą świadczyć jego stwierdzenia, że ludobójstwo wołyńskie było „epizodem”, UPA była tym samym czym Armia Krajowa, a Bandera „miał wielki zmysł polityczny”?

O odpowiedzialności Stepana Bandery za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie szeroko pisał Wiktor Poliszczuk w pracy „Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa”[5]. Historyk ten położył przede wszystkim nacisk – opierając się na unikalnych dokumentach archiwalnych – na kolejne etapy wykształcania się ideologii nacjonalizmu ukraińskiego, rolę Bandery w kształtowaniu się tej ideologii oraz rolę tej ideologii w doprowadzeniu do ludobójstwa. Wiele miejsca poświęcił też Poliszczuk problematyce metod zniekształcania i fałszowania przez neobanderowców faktów historycznych. Narracja Jana Olszewskiego oraz innych znanych osób z kręgu Zjednoczonej Prawicy wpisuje się w te metody.

Według historyków z Yad Vashem Bandera podczas internowania w Zellenbau miał możliwość utrzymywania kontaktu ze stworzoną przez siebie organizacją. Tak samo uważa Czesław Partacz. Przeciwnego zdania jest Grzegorz Motyka. Do tej sprawy odniósł się również niemiecki historyk Grzegorz Rossoliński-Liebe – autor obszernego, liczącego 900 stron opracowania pt. „Stepan Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty” (Warszawa 2018). Jego wypowiedź jest wyważona, ale bynajmniej nie jest przychylna Banderze. Warto ją zacytować w całości:

„Podczas, gdy OUN i UPA przeprowadzały czystkę etniczną Polaków i polowały na Żydów, Bandera przebywał poza Ukrainą. Pozostawał zamknięty w Berlinie i Sachsenhausen. Kierownictwa OUN-B i UPA były w kontakcie z Banderą przez jego żonę i za pośrednictwem innych kanałów. Bandera mógł zatem zostać poinformowany o polityce OUN-B i UPA, ale nie wiemy, w jakim stopniu lub jaka była jego opinia o czystkach etnicznych na Wołyniu i we wschodniej Galicji oraz o innych formach przemocy na tle etnicznym i politycznym w tym czasie. Nie znalazłem żadnych dokumentów potwierdzających, że aprobował albo potępiał czystkę etniczną lub mordowanie Żydów i innych mniejszości podczas wojny. Po wojnie nigdy nie potępił czystki etnicznej lub pogromów ani nawet nie przyznał, że one się wydarzyły. Takie postępowanie było dość typowe dla przywódców i członków tego ruchu i jego sympatyków. Przemoc etniczna i polityczna stosowana przez OUN i UPA podczas II wojny światowej z pewnością nie była sprzeczna z przedwojennymi wierzeniami i przekonaniami prowidnyka (…). Choć nie był zaangażowany w masowe zabójstwa z lat 1942, 1943 i 1944 i choć jego osobista – w przeciwieństwie do moralnej – odpowiedzialność za te mordy była bardzo ograniczona, albo żadna, zabicie tysięcy Polaków i kilkuset, a nawet kilku tysięcy Żydów przez OUN-B i UPA w 1943 roku przyczyniło się do ukształtowania jego mitu politycznego i wpłynęło na jego wizerunek polityczny. Stało się tak, ponieważ działacze OUN-B i partyzanci UPA byli znani swoim ofiarom jako banderowcy, czyli ludzie Bandery”[6].

Ludobójstwa na Polakach dokonała banderowska frakcja OUN i banderowska UPA. Mordercy krzyczeli „Stepan Bandera”, wierzyli w jego ideologię i realizowali cele wytyczone przez Banderę jeszcze w okresie międzywojennym. W tym kontekście jest mało istotne, gdzie w tym czasie przebywał Bandera i czy miał kontakt z organizacją. Zaprzeczanie oczywistym faktom historycznym, mimo że karkołomne, nie dziwi w wypadku banderowskich epigonów na Ukrainie. Musi natomiast dziwić w wypadku rządzącej w Polsce prawicy. Chociażby dlatego, że środowisko tych ludzi wielokrotnie deklarowało się za jedynych prawdziwych polskich patriotów. Gdzie ich zaprowadzi sojusz z epigonami Stepana Bandery w imię „egzystencjalnej” walki z Rosją?

[1] Wiatrowycz: OUN najbardziej udanym projektem Ukraińców w XX wieku, http://www.kresy.pl, 5.02.2019.

[2] G. Rossoliński-Liebe, „Stepan Bandera. Faszyzm, ludobójstwo kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty”, Warszawa 2018, s. 446-468.

[3] Olszewski: Bandera nie odpowiada za Wołyń, http://www.se.pl, 26.02.2018.

[4] A. Diukow, „»Dlaczego walczymy z Polakami«. Antypolski program OUN w kluczowych dokumentach”, Warszawa 2017.

[5] W. Poliszczuk, „Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa”, Toronto 2004.

[6] G. Rossoliński-Liebe, „Stepan Bandera…”, s. 426-427.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 21 lutego 2019 r.

„Myśl Polska” nr 9-10 (2229/2230), 24.02-3.03.2019, s. 8