Antypolski sojusz

Węgiersko-ukraiński konflikt związany z dyskryminacją mniejszości węgierskiej na Ukrainie na tle ustawy językowej oraz wydawania węgierskich paszportów obywatelom Ukrainy doprowadził do obustronnego wydalenia dyplomatów i bardzo ostrych wypowiedzi pod adresem Kijowa ze strony władz węgierskich. Minister spraw zagranicznych Węgier Peter Szijjarto oświadczył, że Ukraina nieustannie łamie podstawowe normy i wartości, a także narusza zobowiązania międzynarodowe. Jego myśli rozwinął prawicowy publicysta Zsolt Bayer, który stwierdził, że „obecne kierownictwo ukraińskie to bez wyjątku łajdacy”. Zdaniem Bayera ograniczanie praw mniejszości narodowych na Ukrainie jest skierowane przeciw Rosjanom, ale w kraju tym żyją także przecież Węgrzy, Rumuni, Polacy i inne mniejszości. „Świetlany Zachód – napisał Bayer – natomiast siedzi jak mysz pod miotłą, bo uważa za dopuszczalne pozbawianie rosyjskiej mniejszości praw. Ale nas to nie interesuje. Nie tylko z powodu Węgrów zakarpackich. Uważamy za niedopuszczalne także naruszanie praw tamtejszych Rosjan czy Rumunów. Właśnie dlatego trzeba łajdackiemu ukraińskiemu kierownictwu jasno powiedzieć: w takich warunkach niech nawet nie marzą o członkostwie w NATO czy UE. Niech najpierw się nauczą jeść nożem i widelcem i zachowywać jak homo sapiens”[1].

Słowa te nie wywołały żadnego rezonansu wśród głównych sił politycznych w Polsce i ich mediów. Natomiast Stany Zjednoczone i Kanada natychmiast stanęły po stronie Ukrainy. Od Kay Bailey Hutchinson – ambasador USA przy NATO – usłyszeliśmy znaną od dawna narrację: „Ukraina jest jednym z kluczowych partnerów, naszych sojuszników (…). Rosjanie się temu sprzeciwiają. Chcemy być silni i myślę, że chce tego całe NATO, aby pomóc Ukraińcom uzyskać niepodległość, którą oni już rozpoczęli dla siebie zdobywać. Na Majdanie w sposób cudowny zwrócono się do narodu, aby być w Unii Europejskiej i NATO i chcemy zrobić wszystko, aby pomóc w tej misji”. Od Węgier pani Hutchinson zażądała, żeby nie blokowały pracy Komisji NATO-Ukraina.

Brak oficjalnej reakcji polskiego rządu i MSZ oznaczał pełne poparcie w tej sprawie dla amerykańskiego sojusznika, co nie dziwi, ponieważ tzw. polska polityka wschodnia – uzasadniana propagandowo majaczeniem o Polsce jagiellońskiej i Trójmorzu – polega na pełnym podporzadkowaniu celom politycznym USA, co sprowadza się do bezwarunkowego wspierania pomajdanowej Ukrainy.

Że tak jest, dowiodło spotkanie ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza ze swoim ukraińskim odpowiednikiem Pawlo Klimkinem w dniu 23 października w Warszawie. W oficjalnym komunikacie MSZ czytamy, że przedmiotem tych rozmów były kwestie „wsparcia Polski na rzecz suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy, sytuacji na nielegalnie anektowanym przez Rosję Półwyspie Krymskim oraz pokojowego rozwiązania konfliktu na wschodzie kraju, a także zagadnienia z zakresu relacji dwustronnych (…). Minister Jacek Czaputowicz ogłosił także przyznanie ukraińskiemu reżyserowi Ołehowi Sencowowi nagrody Pro Dignitate Humana”. Warto w tym miejscu przypomnieć, że ów Ołeh Sencow to nacjonalista ukraiński i członek Prawego Sektora, w którego szeregach uczestniczył w puczu na Majdanie, skazany w Rosji za planowanie działań terrorystycznych. „Tytuł tej nagrody: »Na Rzecz Godności Ludzkiej« w pełni oddaje ideały, o które walczy Ołeh Sencow. Jego gotowość do poświęcenia swojego zdrowia i życia w celu zwrócenia uwagi świata na to, co dzieje się na Krymie, zasługuje na nasz najwyższy szacunek” – podkreślił minister Czaputowicz. Takich bohaterów promuje polski rząd. Przedtem na taki „najwyższy szacunek” polskiego rządu zasługiwała Nadia Sawczenko – obecnie już zapomniana, bo siedząca w ukraińskim więzieniu pod zarzutem współpracy z Rosją.

W komunikacie MSZ czytamy dalej: „Będziemy niezmiennie podnosić kwestie nielegalnej aneksji Krymu i rosyjskiej zbrojnej agresji na wschodzie kraju na forach organizacji międzynarodowych, których jesteśmy członkami – Rady Bezpieczeństwa ONZ, UE i NATO – zapewnił minister Czaputowicz. Strona polska zadeklarowała dalsze popieranie euroatlantyckich aspiracji Ukrainy i jej wysiłków na rzecz reform, których celem jest gruntowna modernizacja państwa i gospodarki kraju. Rozmówcy odnotowali pozytywne trendy we współpracy dwustronnej, począwszy od sfery obronności po rosnącą wymianę towarową i obecność w Polsce bardzo licznej grupy studentów i pracowników z Ukrainy. – Obecność w naszym kraju ponad miliona obywateli Ukrainy jest pozytywnym zjawiskiem dla obu państw. Chcemy, żeby Ukraińcy dobrze się czuli w naszym kraju – powiedział szef polskiej dyplomacji. Podczas rozmów poruszono również trudne kwestie dotyczące przeszłości obu narodów, w tym potrzeby umożliwienia prowadzenia poszukiwań i ekshumacji szczątków Polaków – ofiar wojen i represji politycznych na terytorium Ukrainy, polskiego dziedzictwa kulturowego na Ukrainie oraz sytuacji miejsc pamięci narodowej po obu stronach granicy”[2].

Od razu zwraca uwagę sformułowanie „szczątków Polaków – ofiar wojen i represji politycznych na terytorium Ukrainy”, a przecież chodzi o ofiary ludobójstwa, którego na Polakach dokonali nacjonaliści ukraińscy. Takie sformułowanie jest dla MSZ widocznie nie do przyjęcia, czyli mamy do czynienia z przyjęciem narracji historycznej strony ukraińskiej. Z komunikatu MSZ nie wynika, by Ukraina zmieniła swoje negatywne stanowisko w sprawie ekshumacji ofiar ludobójstwa popełnionego przez OUN i UPA na Polakach oraz ich upamiętnienia. Natomiast sformułowanie, że „rozmawiano o sytuacji miejsc pamięci narodowej po obu stronach granicy” świadczy o tym, że Ukraina nie zrezygnowała ze swojego stanowiska polegającego na szantażu: zgodzimy się na upamiętnienie polskich ofiar OUN i UPA, jeśli Polska zgodzi się na istnienie na swoim terytorium pomników ku czci UPA.

Tyle Ukraina zaoferowała polskiemu rządowi w zamian za bezwarunkowe wsparcie polityczne na arenie międzynarodowej oraz za wsparcie ekonomiczne, polegające m.in. na tworzeniu w Polsce setek tysięcy miejsc pracy dla Ukraińców oraz bezpłatnym kształceniu dziesiątków tysięcy Ukraińców na polskich uczelniach. Tak wygląda w praktyce budowanie „Trójmorza” i „polityka jagiellońska”.

Z komunikatu MSZ nie wynika również, by – w przeciwieństwie do Węgier – strona polska miała jakieś zastrzeżenia do ukraińskiej ustawy językowej. „Radykalizm przyjętej ustawy świadczy o tym, że to parcie ukraińskiego nacjonalizmu, które widzimy niemal codziennie, coraz bardziej się potęguje i nie liczy się z żadnymi uwarunkowaniami i przeszłością” – stwierdził prof. Włodzimierz Osadczy, kierownik Centrum Ucrainicum KUL. W wypowiedzi dla portalu kresy.pl prof. Osadczy zauważył również, że „wszystko co dzieje się w kierunku banderyzacji Ukrainy jest absolutnie sprzeczne z wartościami europejskimi”. Ze strony UE „to, co dzieje się na Ukrainie jest absolutnie pomijane i zbywane milczeniem, panuje na to przyzwolenie. Podczas gdy nacjonalizm zatacza na Ukrainie coraz szersze kręgi”. Ustawa językowa „została zupełnie pominięta, a nawet pochwalona przez USA, a społeczność europejska, deklarująca wrażliwość na sprawy mniejszościowe, również to przeoczyła. To pokazuje, że panuje całkowite przyzwolenie, a nawet zachęcanie strony ukraińskiej do tego, by podążać w tym kierunku”.

Prof. Osadczy zwrócił dalej uwagę, że uchwalenie na Ukrainie szowinistycznej ustawy językowej zbiegło się w czasie z przyjęciem ustawy oficjalnie wprowadzającej do ukraińskiej armii i policji banderowskie pozdrowienie „Sawa Ukrainie! Herojam Sława!”. „Mamy dążenie do konfrontacji – zauważył prof. Osadczy – i żadnych możliwości ustępstw ze strony władz ukraińskich nie ma. Jest silna determinacja i świadomość bezkarności, przyzwolenia na wszystko, co będzie się działo”.

Podkreślił również, że „elity polskie są zupełnie niewrażliwe na sprawy mniejszości polskiej”, a „za sprawą planowej polityki polskich rządów od 1991 roku, mniejszość polska na Ukrainie została de facto zniszczona”. Swoją wypowiedź prof. Osadczy zakończył taką refleksją: „Nieliczne pozostałości mniejszości polskiej zostały zupełnie wyzute z cech polskości. Zostały zdepolonizowane. A co gorsza, przy milczącej zgodzie władz w Warszawie, uległy też potężnemu wpływowi banderyzmu. Niestety, mamy również do czynienia ze zjawiskiem bardzo smutnym, jak osoby polskiego pochodzenia, które hołdują nacjonalizmowi ukraińskiemu (…). Warszawa jest zresztą stolicą przodującą w przyzwoleniu, a nawet zachęcaniu strony ukraińskiej do tego, co jest przez nią obecnie realizowane”[3]

O stosunku władz polskich do poczynań pomajdanowej Ukrainy świadczy chociażby brak ich reakcji na interwencję ambasadora Ukrainy w Pradze, który chciał zablokować emisję filmu „Wołyń” w czeskiej telewizji. Ani ze strony USA i UE – gdzie indziej wrażliwych na przejawy szowinizmu i neonazizmu – ani tym bardziej ze strony Polski nie było też żadnej reakcji na „marsz chwały UPA”, który przeszedł ulicami Kijowa 14 października. Uczestniczyło w nim 10-15 tys. młodych ludzi z zakrytymi twarzami i płonącymi petardami w rękach. Wśród nich było wielu uczestników pacyfikacji Donbasu i członków organizacji ultranacjonalistycznych.

Organizatorem tego marszu były banderowska partia „Swoboda”, Prawy Sektor, Korpus Narodowy, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, neonazistowska organizacja C14, „Tryzub” Stepana Bandery i Kongres Nacjonalistów Ukraińskich. Wznoszono takie hasła jak: „Ukraina ponad wszystko”, „Chwała narodowi – śmierć wrogom”, „Moskala na gałąź”, „Bandera i Szuchewycz naszymi bohaterami” i „Przywrócimy Ukrainę Ukraińcom”. Na Placu Europejskim – gdzie miały miejsce oba tzw. Majdany z 2004 i 2014 roku – odbyło się bicie rekordu w masowym wykonaniu hymnu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów[4]. W tej hucpie uczestniczyli też jako goście ukraińskich nacjonalistów neonaziści z Niemiec. Tego polskie władze też nie dostrzegają i nie chcą wyciągnąć jakiegokolwiek wniosku.

Dla nikogo nie powinno być tajemnicą jakie jest oblicze pomajdanowej Ukrainy i kto nią rządzi oraz jakim celom polityki amerykańskiej służy kreowanie i utrzymywanie neobanderowskiego skansenu w tej części Europy. Zsolt Bayer wyraził to ostro, ale szczerze. W pełni świadome są tego również władze polskie i to akceptują w imię podległości swojej polityki celom polityki amerykańskiej. Przedstawiciele obozu rządzącego Polską przestali już nawet ukrywać to, że uważają nacjonalistów ukraińskich za swoich sojuszników przeciw Rosji i akceptują banderowską Ukrainę.

Następnego dnia po neobanderowskiej, a właściwie neonazistowskiej manifestacji w Kijowie odbyła się w stolicy Ukrainy konferencja poświęcona tematyce tzw. Międzymorza. Organizatorem tej konferencji była ultranacjonalistyczna partia Korpus Narodowy, która wyrosła z neobanderowskiego szwadronu śmierci nazywanego oficjalnie pułkiem „Azow” i jest uważana za neonazistowską. To daje wiele do myślenia i przede wszystkim uświadamia, że współczesne Międzymorze (Trójmorze) nie jest polską koncepcją geopolityczną mającą cokolwiek wspólnego z dawnymi koncepcjami piłsudczyków i Giedroycia o tej samej nazwie, ale pomysłem nacjonalistów ukraińskich, który oni podsuwają polskiej prawicy.

Gośćmi tej konferencji byli dr Jerzy Targalski – publicysta „Gazety Polskiej” i kierownik Studiów Przestrzeni Postsowieckiej Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie, Damian Duda – dowódca Legii Akademickiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Dariusz Materniak – autor książki o litewsko-polsko-ukraińskiej brygadzie LITPOLUKRBRIG, Michał Marek z Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Mariusz Patey – dyrektor Instytutu im. Romana Rybarskiego.

Jerzy Targalski wygłosił referat pt. „Trójkąt Polska-Ukraina-Rumunia jako ważny element bezpieczeństwa regionalnego”. Postulował w nim, by Polska i Ukraina stworzyły strukturę konkurencyjną dla Unii Europejskiej. Stwierdził wprost, że „jest dla nas korzystne stworzyć swoją konkurencyjną Unię dla obrony interesów państw Europy Wschodniej”[5].

W czyim imieniu Targalski to powiedział? Przecież nie w imieniu swoim, tylko w imieniu środowiska „Gazety Polskiej”, które stanowi najtwardsze jądro rządzącej w Polsce partii Prawo i Sprawiedliwość. Damian Duda mówił o polskich doświadczeniach związanych z tworzeniem formacji paramilitarnych, Dariusz Materniak o perspektywach projektu LITPOLUKRBRIG, a Michał Marek o polsko-ukraińskim projekcie modernizacji technologicznej sił zbrojnych Ukrainy. O czym mówił dr Mariusz Patey – przedstawiciel środowiska powołującego się na spuściznę polityczną Romana Dmowskiego, co musi zdumiewać, a nawet szokować – portal kresy.pl dyskretnie przemilczał.

Ze strony wpływowego w obozie władzy środowiska „Gazety Polskiej” mamy już zatem do czynienia z otwartym sojuszem nie z łajdakami rządzącymi Ukrainą, ale z pogrobowcami nazizmu ukraińskiego. Za ten sojusz przyjdzie prędzej czy później zapłacić wysoką cenę społeczeństwu polskiemu, czyli tzw. zwykłym Polakom, żyjącym tu i teraz. Dzisiaj jeszcze nie wiemy jak wysoką. Mam jednak też nadzieję – chociaż może nie powinienem jej mieć – że odpowiedzialność za ten sojusz i jego skutki poniesie też partia Prawo i Sprawiedliwość wraz z kibicującymi jej w tej sprawie oponentami z Platformy Obywatelskiej.

[1] Cyt. za: „Ostre słowa szefa węgierskiego MSZ na temat Ukrainy”, http://www.rmf24.pl, 11.10.2018.

[2] „Rozmowy ministra Jacka Czaputowicza z ministrem spraw zagranicznych Ukrainy Pawło Klimkinem”, http://www.msz.gov.pl, 23.10.2018.

[3] „Ukraina przyjmuje totalitarne ustawy mając świadomość bezkarności, przy poparciu polskich władz”, http://www.kresy.pl, 5.10.2018.

[4] Marsz nacjonalistów na ulicach Kijowa. „Moskala na gałąź”, http://www.tvn24.pl, 15.10.2018; Ulicami Kijowa przeszedł „marsz UPA”, http://www.krersy.pl, 14.10.2018.

[5] „Targalski gościem Azowa”, http://www.kresy.pl, 15.10.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 9 listopada 2018 r.

„Myśl Polska” nr 45-46 (2213/2214), 4-11.11.2018, s. 7

Reklamy

Kolejny „bohater” Ukrainy

Obłędny kult zbrodniarzy i ludobójców z UPA jest na Ukrainie codziennością. Zdołaliśmy już przywyknąć do pomników Bandery, Szuchewycza i Kłaczkiwskiego. Ale w ten sposób czci się tam także pomniejszych watażków OUN i UPA – bezpośrednich wykonawców zbrodni.

Tak na przykład w Czortkowie w obwodzie tarnopolskim upamiętniono Petro Chamczuka „Bystrego” (1919-1947 albo 1948), który najpierw służył w Armii Czerwonej, następnie był funkcjonariuszem Schutzmannschaften – ochotniczych oddziałów policji pomocniczej działających na okupowanych przez Niemcy terenach ZSRR i przeznaczonych do wykonywania akcji pacyfikacyjno-eksterminacyjnych – a na końcu został dowódcą sotni UPA „Szare Wilki” oraz kurenia UPA „Bystry”. Kureń ten dokonał zagłady wielu polskich wsi w Małopolsce Wschodniej, w tym m.in. wsi Barysz w województwie tarnopolskim.

Okazały pomnik Chamczuka postawiono w Czortkowie jesienią 2014 roku, ale dopiero teraz sprawa ta została nagłośniona w mediach przez społeczność żydowską na Ukrainie.

Oddział Schutzmannschaft, w którym służył Chamczuk, zajmował się w latach 1941-1943 zwalczaniem partyzantki sowieckiej oraz eksterminacją Żydów na zachodniej Ukrainie i Białorusi. Chamczuk służył w nim od 1941 do końca 1943 roku, kiedy zdezerterował do UPA. Trzeba podkreślić, że Schutzmannschaften – złożone głównie z nacjonalistów ukraińskich – stanowiły jeden z kluczowych instrumentów realizacji niemieckiej polityki okupacyjnej na Ukrainie, w tym także polityki zagłady Żydów. Do ich zadań należały m.in. pilnowanie gett i obozów dla Żydów oraz udział w ekspedycjach karnych, podczas których palono i mordowano wsie w odwecie za działalność partyzantki antyniemieckiej. Tego nie dowiemy się ani z inskrypcji na pomniku Chamczuka w Czortkowie ani z poświęconej mu książki, którą wydano na Ukrainie i która wychwala go jako bojownika z partyzantką sowiecką.

Najbardziej znaną zbrodnią popełnioną na Polakach przez kureń UPA pod dowództwem Chamczuka była zbrodnia w Baryszu. Ludność Barysza liczyła przed wojną 7 tys. mieszkańców, w tym 2/3 Polaków, którzy mieszkali w osiedlu Mazury. Od początku okupacji niemieckiej byli oni prześladowani i mordowani przez nacjonalistów ukraińskich. Już w lipcu 1941 roku aktywiści OUN aresztowali i przekazali Niemcom 10 Polaków z Barysza, którzy zostali rozstrzelani 5 sierpnia 1941 roku w Buczaczu. Niezależnie od tego członkowie OUN zamordowali w sierpniu 1941 roku w Baryszu kilkunastu Polaków. W latach 1942-1944 z rąk nacjonalistów ukraińskich i policjantów ukraińskich w służbie niemieckiej zginęło 36 Polaków z Barysza.

W 1944 roku, po zajęciu tych ziem przez Armię Czerwoną, Polaków-mężczyzn powołano do Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR. W ten sposób pozbawiono polskie wsie samoobrony. W jej miejsce władze sowieckie powołały tzw. Istriebitielnyje Bataliony (bataliony niszczycielskie) – formację pomocniczą do obrony przed UPA. Posterunek IB w Baryszu liczył ponad 100 ludzi, z czego około połowa należała wcześniej do AK. Jego dowódcą był Ukrainiec Iwanienko, a zastępcą dowódcy Polak Józef Krowicki. Oddział ten brał udział w walkach z UPA na terenie powiatu buczackiego.

Pod koniec 1944 roku dawne województwo tarnopolskie stanęło w ogniu. Tylko w grudniu 1944 roku bandy UPA napadły na polskie wsie 55 razy. Do najkrwawszych ataków doszło w dwóch miejscowościach powiatu tarnopolskiego: 24 grudnia w Ihrownicy (89 polskich ofiar) oraz w nocy z 28 na 29 grudnia w Łozowej (od 106 do 131 ofiar). Oba ataki przeprowadziła sotnia z kurenia „Burłaky” pod dowództwem Iwana Szemczyszyna „Czornyja”.

W styczniu 1945 roku UPA rozszerzyła akcję eksterminacyjną na powiaty borszczowski, buczacki i zaleszczycki. Doszło wówczas do napadów na Błyszczankę, Głęboczek, Latacz, Majdan, Uhryńkowce i Uście Zielone, w których zginęło co najmniej kilkuset Polaków.

W nocy z 2 na 3 lutego 1945 roku kureń czortkowski „Bystry” pod dowództwem Petro Chamczuka dokonał napadu na Czerwonogród w powiecie zaleszczyckim. Do ataku wyznaczono sotnie „Szare Wilki” (dowodzona osobiście przez Chamczuka) i „Czarnomorcy”. Wsi, w której schroniło się około 1500 osób z okolicznych miejscowości, bronił 100-osobowy oddział IB. Upowcy w białych, maskujących ubraniach wdzierali się do domów, gdzie zabijali nożami i siekierami napotkane osoby bez względu na płeć i wiek. Drewniane zabudowania podpalali. Ci, którym udało się ujść przed UPA schronili się w zamku, kościele i Domu Ludowym, gdzie byli bronieni przez IB. Zginęło od 49 do 60 Polaków i 7 żołnierzy IB. Straty UPA wyniosły 2 zabitych i 4 rannych.

Do pierwszej próby wymordowania Polaków z Barysza doszło w styczniu 1945 roku. Podczas ukraińskiego ataku na przysiołek Tysów zginęło wówczas 21 osób narodowości polskiej. Atak kurenia UPA pod dowództwem Petro Chamczuka nastąpił w nocy z 5 na 6 lutego 1945 roku. Upowcy zaatakowali 5 lutego około godz. 22.00 osiedle Mazury. Wsparła ich miejscowa ludność ukraińska. Siły napastników wynosiły co najmniej 300 ludzi. Napotkanych Polaków zabijano bez względu na płeć i wiek, a zabudowania palono. Według relacji ocalonych, ludzi wyciągano z domów siłą i zabijano ciosami siekier i noży. Przy pomocy granatów podpalano drewniane zabudowania, a do uciekających strzelano lub także zabijano ich ostrymi narzędziami.

Wsi broniło tylko 10 żołnierzy IB, ponieważ większość z nich na dzień przed zbrodnią wezwano do Buczacza. Był to prawdopodobnie podstęp ukraiński. Część polskiej ludności cywilnej – wsparta przez nielicznych żołnierzy IB – przez pięć godzin zaciekle broniła się w murowanych budynkach szkoły i kościoła, mimo rażącej dysproporcji sił. W wyniku ataku UPA osiedle Mauzry zostało całkowicie spalone. Zginęło 135 Polaków. Ci, którzy przeżyli dokonali pochówku zamordowanych, po czym po kilku dniach przeniesiono ich do Buczacza, a stamtąd przesiedlono do pojałtańskiej Polski. Tak zakończyła się depolonizacja Barysza.

Zanim to się jednak stało kureń „Bystry” dokonał kolejnej zbrodni we wsi Zelesie Koropieckie. Podkomendni Chamczuka zajęli tę miejscowość 7 lutego 1945 roku. Przed wojną mieszkało w niej około 200 Polaków i 450 Ukraińców. Na kilka godzin przed zbrodnią we wsi pojawili się umundurowani oficerowie sowieccy, którzy przekazali mieszkańcom informację, że są bezpieczni i mogą spać w domach. Najprawdopodobniej byli to upowcy przebrani za oficerów sowieckich – być może był wśród nich sam kurinnyj Chamczuk. Po zajęciu wsi przez upowców nikogo z niej nie wypuszczono. Polaków przejeżdżających przez Zalesie, bądź przybyłych do miejscowego młyna, zatrzymywano. Polskie kobiety z dziećmi zamknięto w jednym z domów i poddano przesłuchaniu połączonemu z torturami. Chciano od nich wydobyć informacje o polskiej samoobronie w Puźnikach. Po przesłuchaniu ofiary zamordowano siekierami. Według innej relacji, zostały one spalone żywcem w miejscowej suszarni tytoniu. Zginęło od 60 do 70 Polaków. Domy zamordowanych Polaków upowcy spalili. Uprowadzili też Ukraińca Sławomira Danielewicza – właściciela młyna, który sprzeciwił się udziałowi w mordzie na Polakach. Jego zmasakrowane ciało odnaleziono kilka dni później.

Los taki spotkał wiele polskich miejscowości w byłym województwie tarnopolskim, w czym m.in. Petro Chamczuk miał osobistą zasługę. Do okrutnych masakr ludności polskiej doszło tam m.in. w Bobulińcach, Byczkowcach, Korościatynie, Markowej, Puźnikach i Szklanej Hucie. W Puźnikach (powiat buczacki) kureń Chamczuka wymordował w nocy z 12 na 13 lutego 1945 roku od 50 do 120 Polaków. Ogółem w lutym 1945 roku UPA i wspierająca ją ludność ukraińska wymordowały na terenie byłego województwa tarnopolskiego ponad 1000 Polaków, paląc ponad 50 zamieszkanych przez nich wsi.

Zagładę Polaków w Małopolsce Wschodniej (województwa lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie) nacjonaliści ukraińscy rozpoczęli w drugiej połowie 1943 roku, kiedy zamordowali tam co najmniej 2924 osoby narodowości polskiej. W 1944 roku nacjonaliści ukraińscy dokonali napadów na 1550 miejscowości w Małopolsce Wschodniej, mordując co najmniej 32 tys. Polaków. Natomiast w roku 1945 zaatakowali 611 miejscowości na tym obszarze, a liczba zamordowanych po stronie polskiej wyniosła co najmniej 5,9 tys. osób. Najprawdopodobniej jednak z rąk nacjonalistów ukraińskich zginęło w Małopolsce Wschodniej w latach 1939-1948 ponad 70 tys. Polaków[1].

Najbardziej znaną zbrodnią nacjonalistów ukraińskich na Polakach w Małopolsce Wschodniej była zagłada Huty Pieniackiej w byłym województwie lwowskim (28 lutego 1944 roku, od 850 do 1000 ofiar). Ale w tym samym czasie, w nocy z 28 na 29 lutego 1944 roku, UPA bestialsko wymordowała 156 Polaków – w tym kilkanaście dzieci w wieku od 4 do 12 lat – w Korościatynie koło Monasterzysk (dawne województwo tarnopolskie). To było zaplanowane, bezwzględne i zwyrodniałe ludobójstwo.

Niestety w przeciwieństwie do Chamczuka na pomnik od władz ukraińskich nie mogą liczyć jego ofiary wymordowane w Baryszu i innych miejscowościach. Skromny pomniczek na zbiorowej mogile, znajdującej się na cmentarzu w Baryszu, ufundowali w 2012 roku krewni zamordowanych. Władze ukraińskie tradycyjnie nie pozwoliły na nim napisać z czyjej ręki zginęły te ofiary. Jest tam napisane, że „zginęli tragicznie w nocy z 5 na 6 lutego 1945 roku”. Utopili się? A może popełnili zbiorowe samobójstwo?

Informacji o udziale Chamczuka w zbrodniach przeciw ludzkości na Polakach i Żydach nie znajdziemy w jego notce biograficznej zamieszczonej w ukraińskiej Wikipedii. Znajdziemy tam natomiast zupełnie fantastyczne opowieści o rzekomych bitwach sotni Chamczuka „Szare Wilki” z Niemcami (w jednej z nich miało zginąć aż 300 Niemców). W ten sposób współcześni hagiografowie UPA kamuflują zbrodnie nacjonalistów ukraińskich popełnione na cywilnej ludności polskiej. Ta banderowska narracja o rzekomych walkach UPA z Niemcami oraz jej walkach z ZSRR jest uparcie od lat powtarzana w polskich mediach. Prawdy jednak zatrzeć się nie da – bandyci i zbrodniarze nigdy nie staną się bohaterami. Nacjonaliści ukraińscy nie walczyli z Niemcami. Ich głównym celem była depolonizacja Kresów południowo-wschodnich i tego dokonali w sposób barbarzyński.

Elity III RP – także te, które są bardzo wrażliwe na punkcie antysemityzmu – dyskretnie nie zauważają kogo czci się na Ukrainie. Czyżby nie był im znany fakt, że nacjonaliści ukraińscy – zanim przystąpili do eksterminacji Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej – pomagali Niemcom w zagładzie Żydów? Najwidoczniej Ukraina dostała od giedroyciowców i od Waszyngtonu koncesję na czczenie faszyzmu i antysemityzmu oraz kolaboracji z III Rzeszą.

Jeden z czołowych przedstawicieli środowiska proukraińskiego w Polsce – Kazimierz Wóycicki – napisał w 2014 roku, że twórca i dowódca UPA Roman Szuchewycz „jest i powinien być również dla Polaków postacią o cechach bohatera”. Czy Petro Chamczuk też jest dla niego postacią o cechach bohatera? Czy bohaterami są dla Wóycickiego także podkomendni Chamczuka, którzy mordowali nożami i siekierami oraz palili żywcem bezbronnych ludzi?

[1] E. Siemaszko, „Bilans zbrodni”, „Biuletyn IPN” nr 7-8 (116-117), lipiec-sierpień 2010, s. 77-94.

Pomnik Petro Chamczuka w Czortkowie. Fot. www.politnavigator.net

Pomnik Petro Chamczuka w Czortkowie. Fot. http://www.politnavigator.net

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 sierpnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 35-36 (2203/2204), 26.08-2.09.2018, s. 16

Poroszenko kreuje anty-Wołyń

8 lipca 2018 roku, kiedy prezydent Andrzej Duda oddawał hołd ofiarom ludobójstwa OUN i UPA na Wołyniu, Petro Poroszenko demonstracyjnie przyjechał do Sahrynia w powiecie hrubieszowskim, by oddać hołd… No właśnie, jakim ofiarom? Bynajmniej nie ofiarom „polskiej czystki etnicznej” – jak chce ukraińska historiografia nacjonalistyczna.

Co takiego stało się w Sahryniu podczas drugiej wojny światowej? 10 marca 1944 roku oddziały Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich dokonały uderzenia odwetowo-wyprzedzającego na bazy UPA w Łaskowie, Miętkiem, Modryniu, Sahryniu, Szychowicach i Turkowicach. Wszystkie te miejscowości znajdują się w powiecie hrubieszowskim, w gminach Mircze i Werbkowice. Skąd i po co wzięła się tam UPA w 1944 roku? Oddziały UPA przybyły na Zamojszczyznę na przełomie 1943 i 1944 roku z Wołynia. Ich celem była kontynuacja krwawego dzieła rozpoczętego na Wołyniu w 1943 roku – czyli ludobójczej czystki etnicznej na Polakach. Na Zamojszczyźnie jednak nie udała się UPA powtórka ludobójstwa z Wołynia, ponieważ istniało tam dobrze zorganizowane podziemie polskie, które rok wcześniej w wyniku tzw. powstania zamojskiego zmusiło okupanta niemieckiego do wstrzymania akcji wysiedleńczej ludności polskiej.

Polska akcja z 10 marca 1944 roku miała charakter wyprzedzający uderzenie ukraińskie, a jej celem było przede wszystkim zniszczenie baz UPA na ziemi hrubieszowskiej, by zapobiec powtórce ludobójstwa z Wołynia. Cel ten osiągnięto. W Sahryniu zginęło jednak kilkuset cywilów ukraińskich. Według Mariusza Zajączkowskiego – 234, a według ukraińskiego historyka Igora Hałagidy – 606. Trzeba przypomnieć, że na Wołyniu cywilni Ukraińcy byli wykorzystywani przez UPA do popełniania mordów na Polakach. Najprawdopodobniej właśnie dlatego AK potraktowała ich w Sahryniu na równi z UPA – czyli jak wroga. Winę za ich śmierć – tak samo jak winę za operację „Wisła” w 1947 roku – ponosi wyłącznie UPA, która przeniosła rozpaloną przez siebie pożogę z Wołynia na Zamojszczyznę i do Małopolski Wschodniej, a następnie na Rzeszowszczyznę i w Bieszczady. Nie można winić zagrożonych ludobójstwem Polaków o to, że nie dali się wymordować i nie można uznawać ukraińskich ofiar polskiej samoobrony za zabite w „czystce etnicznej”.

Dla nacjonalistycznej historiografii ukraińskiej i jej polskich sojuszników z szeroko pojętego obozu giedroyciowskiego Sahryń uchodzi jednak – wbrew elementarnym faktom – właśnie za symbol polskiej „czystki etnicznej” na Ukraińcach. Ma stanowić dowód na to, że nie było zamierzonego przez nacjonalistów ukraińskich ludobójstwa na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, że rzekomo miał tam miejsce „konflikt polsko-ukraiński”, ewentualnie „wojna chłopska”, z ofiarami po obu stronach. Oczywiście za sznurki mieli pociągać „Sowieci”, bo któż inny? Natomiast wina za doprowadzenie do „konfliktu” ma spoczywać wyłącznie na Polakach, którzy mieli gnębić Ukraińców poczynając od pańszczyzny i wojen kozackich w Polsce przedrozbiorowej, a na polityce narodowościowej II RP kończąc.

Tak wygląda ukraińsko-giedroyciowska narracja historyczna i w takie też tony uderzył w 75. rocznicę ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego Petro Poroszenko wraz z podległym mu aparatem państwowym, odpowiedzialnym za kreowanie ukraińskiej polityki historycznej. Nie ma oczywiście dla strony ukraińskiej i jej giedroyciowskich sojuszników znaczenia fakt, że już tylko sama dysproporcja ofiar – kilkaset ofiar ukraińskich w Sahryniu oraz od 100 do 130 tys. ofiar polskich na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej – czyni z Sahrynia symbol fałszywy jako przeciwwagę ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Jeszcze bardziej wymowny jest fakt, że prezydent Duda złożył wieniec w szczerym polu, w miejscu gdzie przed 75 laty istniała starta z powierzchni ziemi przez nacjonalistów ukraińskich polska wieś Kolonia Pokuta. Do dzisiaj nie ma tam – jak i w innych miejscach polskiego męczeństwa na Wołyniu – żadnego upamiętnienia, ponieważ na takowe uparcie nie wyraża zgody Ukraina. W przeciwieństwie do polskiego prezydenta pan Poroszenko urządził sobie uroczystość pod pomnikiem upamiętniającym ofiary ukraińskie, na którego powstanie w Sahryniu strona polska wyraziła zgodę.

Fakty i prawda są stale lekceważone przez stronę ukraińską. Usłyszeliśmy zatem od ukraińskiego prezydenta w Sahryniu krytykę „upolityczniania historii”. Poroszenko jednak nie sprecyzował kogo ma na myśli. „Jakiekolwiek próby wykorzystania przez jakiekolwiek siły polityczne pamięci historycznej dla podniesienia swoich notowań, są absolutnie niedopuszczalne. Mierzenie się przelaną krwią naszych narodów i zdobywanie dywidend politycznych na tragedii jest haniebne, jest nie do przyjęcia. Ta droga prowadzi donikąd. Uważam, że jest to zdrada pamięci niewinnych ofiar naszej wspólnej tragedii” – pouczał Poroszenko.

Do kogo zostały skierowane te słowa? Nie mam wątpliwości, że była to krytyka prezydenta Dudy, którego wyjazd na Wołyń miała przykryć właśnie impreza w Sahryniu. Oligarcha Poroszenko nie odpowiedział na podstawowe pytanie, którego zresztą w Polsce nikt mu nie odważył się zadać: dlaczego Ukraina nie przyzna, że nacjonaliści ukraińscy dopuścili się ludobójstwa na narodzie polskim i nie potępi tych zbrodni? Przecież to raz na zawsze zamknęłoby wszelkie „spory historyczne” i umożliwiłoby budowanie normalnych stosunków pomiędzy narodami polskim i ukraińskim. Oczywiście odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta. Ukraina nie może tego przyznać, ponieważ buduje swoją antyrosyjską tożsamość właśnie na kulcie i heroizacji nacjonalizmu ukraińskiego. A to oznacza negację jego zbrodni oraz kreowanie fałszywej narracji historycznej. Reżim kijowski ma w tym wsparcie zarówno ze strony pogrobowców nacjonalizmu ukraińskiego, jak i tych sił na Zachodzie i w USA, które od ćwierćwiecza mozolnie kreują antyrosyjską Ukrainę. No i oczywiście obozu giedroyciowskiego w Polsce.

Impreza w Sahryniu z udziałem prezydenta-oligarchy Poroszenki była niczym innym jak manifestacją pogardy dla polskich ofiar ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Podczas tej uroczystości kilkakrotnie wznoszono okrzyk „Sława Ukrajini – herojam sława!”, który był oficjalnym pozdrowieniem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów-Banderowców. Pierwotnie pozdrowieniu temu towarzyszył też faszystowski gest podniesionej ręki. Jakim „herojam” sława? Ano tym, którzy rąbali siekierami, kroili nożami, przecinali piłami, przybijali gwoździami do drzwi i ścian, rozrywali końmi oraz palili żywcem bezbronnych ludzi bez względu na wiek i płeć.

W Sahryniu oligarcha Poroszenko użył banderowskiego pozdrowienia „Sława Ukrajini – herojam sława!”, gdy tylko wysiadł ze swojej limuzyny. Pozdrowienie OUN-B padło też po wykonaniu hymnu ukraińskiego oraz po przemówieniu Poroszenki.

Po tym przemówieniu zabrał głos Grzegorz Kuprianowicz – prezes Towarzystwa Ukraińskiego w Lublinie. Usłyszeliśmy od niego, że Ukraińcy w Sahryniu mieli zginąć dlatego, że „mówili w innym niż większość języku i byli innego wyznania”. Oskarżył też Armię Krajową o dokonanie w Sahryniu „zbrodni przeciwko ludzkości”. Jeszcze dalej poszedł Petro Tyma – prezes Związku Ukraińców w Polsce. Domagał się on, żeby w polityce Ukrainy wobec Polski było miejsce „na tradycję i specyfikę Ukraińców pogranicza”. Chodziło mu o upamiętnienie „znanych Ukraińców wywodzących się z ziemi chełmskiej i przemyskiej”, w tym żołnierzy URL. Ale przecież także bojówkarzy OUN i UPA, czyż nie? „Jesteśmy gotowi do ofensywy, żeby te sprawy wynieść na wyższy poziom” – oświadczył Petro Tyma. Nie po raz pierwszy prezes Związku Ukraińców w Polsce zapowiada gotowość do ofensywy. Wymowna jest też odpowiedź, jaką uzyskał od Poroszenki: „Nic nas więcej nie rozdzieli, żadna granica” (wszystkie cytaty za: http://www.kresy.pl).

Po powrocie na Ukrainę Poroszenko udał się do miejscowości Gończy Bród na Wołyniu, gdzie wziął udział w kolejnej uroczystości upamiętniającej „Ukraińców – ofiary polsko-ukraińskiego konfliktu”. Według strony ukraińskiej Polacy służący w jakiejś niemieckiej formacji policyjnej mieli w tej miejscowości zabić w lutym 1944 roku kilkudziesięciu Ukraińców. Żaden poważny historyk nie zweryfikował tej informacji. W uroczystości w Gończym Brodzie wzięli udział m.in. żyjący jeszcze weterani UPA, a towarzyszyła jej banderowska symbolika z czerwono-czarnymi flagami OUN-B na czele.

Nie sposób nie zauważyć, że w 75. rocznicę ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego Petro Poroszenko wziął udział w obchodach wydarzeń nie związanych w jakikolwiek sposób ani z ludobójstwem nacjonalistów ukraińskich na narodzie polskim ani z samą rocznicą Krwawej Niedzieli 11 lipca 1943 roku. Co to oznacza? To oznacza, że w odpowiedzi na polskie obchody tej rocznicy oraz podnoszenie przez różne środowiska w Polsce sprawy odpowiedzialności nacjonalistów ukraińskich za wołyńsko-małopolskie genocidium atrox „czekoladowy król” Ukrainy rozpoczął polityczną operację kreowania „anty-Wołynia”.

Takie działania nie stanowią nowości w polityce. Nie jest dzisiaj tajemnicą, że ujawniając w 1990 roku zbrodnię katyńską Michaił Gorbaczow polecił – jeszcze wówczas historykom radzieckim – szukać „anty-Katynia”. A ci znaleźli 17-20 tys. jeńców bolszewickich, którzy zmarli w polskiej niewoli w latach 1919-1921. Tak samo postąpili Chorwaci, którzy wobec ogromu zbrodni popełnionych przez ustaszy na Serbach – w tym m.in. w obozie koncentracyjnym w Jasenovac (określanym jako „Auschwitz Bałkanów”) – znaleźli „anty-Jasenovac” w postaci masakry w Bleiburgu, popełnionej w maju 1945 roku przez Jugosłowiańską Armię Ludową na uciekających do Austrii ustaszach.

Jednakże kreowanie przez Poroszenkę Sahrynia i jakiegoś Gończego Brodu na „anty-Wołyń” nie posiada nawet takich pozorów autentyczności jak radziecki/rosyjski „anty-Katyń” i chorwacki „anty-Jasenovac”. To jest zabieg całkowicie karkołomny, nacechowany wyłącznie cyniczną kpiną z polskich ofiar ukraińskiego ludobójstwa. Po prostu najzwyklejsza hucpa. To jeszcze raz pokazuje, że pomajdanowa Ukraina jest państwem głęboko upadłym, o najniższych standardach afrykańskich, a nie partnerem do budowy tzw. Międzymorza, na co ciągle liczy obóz giedroyciowski w Polsce.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku pojawiło się w Rosji agresywne i głośne medialnie środowisko, które rozpoczęło szeroko zakrojoną kampanię cynicznego negowania zbrodni katyńskiej, w tym szukania „nowych dowodów” potwierdzających rzekomo niemieckie sprawstwo tej zbrodni. Środowisko to było skupione wokół wnuka Stalina – Jewgienija Dżugaszwili (1936-2016) – oraz jego adwokata Siergieja Strygina (1960-2017), który przedstawiał się też jako „historyk”. Znanymi postaciami tego środowiska byli również m.in. prawnik i publicysta Leonid Żura oraz dziennikarz i publicysta Jurij Muchin – lider stalinowsko-nacjonalistycznej organizacji Armia Woli Narodu.

Oprócz szeregu publikacji i wystąpień w mediach, negujących odpowiedzialność NKWD za zbrodnię katyńską, a także pisania protestów do najwyższych władz Rosji i Rosyjskiej Akademii Nauk – Strygin i Żura złożyli w imieniu Jewgienija Dżugaszwili wiele pozwów sądowych przeciw autorom i wydawcom podręczników, różnym mediom i dziennikarzom, a nawet Dumie Państwowej. Domagali się w nich wysokich odszkodowań pieniężnych za obciążanie Stalina i ZSRR odpowiedzialnością za zbrodnię katyńską i inne zbrodnie. Sądy rosyjskie odrzuciły jednak wszystkie ich pozwy, a władze rosyjskie nie podjęły tematu negacji zbrodni stalinowskich, w tym zbrodni katyńskiej. W listopadzie 2010 roku Duma Państwowa przyjęła uchwałę, w której stwierdziła, że zbrodnia katyńska jest zbrodnią reżimu stalinowskiego i została dokonana na bezpośredni rozkaz Stalina i innych przywódców radzieckich tego okresu. Takie jest oficjalne stanowisko Rosji.

Na Ukrainie natomiast negacja ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego stanowi podstawowy fundament państwowej polityki historycznej, bez którego nie jest możliwa heroizacja OUN i UPA, będąca warunkiem koniecznym w budowaniu antyrosyjskiej Ukrainy. Ta polityka historyczna jest prowadzona przez pomajdanowe władze w Kijowie wielopłaszczyznowo i z nakładem ogromnych środków. Obecnie polityka ta przeszła już w fazę kreowania „anty-Wołynia” z bezpośrednim udziałem Poroszenki. Nie da się ukryć antypolskiego charakteru takich działań i nie da się nad tym faktem przejść do porządku dziennego, chociaż obóz giedroyciowski – włącznie z jego skrzydłem w PiS – jest gotów to uczynić w imię budowania „Międzymorza”, czyli podtrzymywania przy życiu antyrosyjskiej Ukrainy.

O tendencjach panujących w obozie giedroyciowskim – przede wszystkim w jego najtwardszym jądrze, jakim jest Platforma Obywatelska – najlepiej świadczy wypowiedź Donalda Tuska, będąca zakamuflowaną krytyką rocznicowej wizyty prezydenta Dudy na Wołyniu. Na drugi dzień po hucpie Poroszenki w Sahryniu przewodniczący Rady Europejskiej wezwał do „załagodzenia napięć pomiędzy Polską a Ukrainą”. Wezwał oczywiście jedynie Warszawę, chociaż nie powiedział tego wprost. „Tylko pełna solidarność pomiędzy Ukrainą i Polską może nas uchronić w przyszłości przed powtórką z tragicznej historii. Niezawisłość Ukrainy, bezpieczeństwo Polski i całego regionu zależą w ogromnej mierze od relacji między Kijowem a Warszawą. Ostatnie napięcia pokazują, że nie wszyscy odrobili swoje lekcje z historii” – powiedział Tusk (cyt. za: http://www.newsweek.pl).

Nihil novi. To jest katechizm giedroycizmu w pigułce. Nie domagajcie się od Ukrainy rozliczeń historycznych i nie przeszkadzajcie Poroszence w kreowaniu „anty-Wołynia”, bo bez istnienia antyrosyjskiej Ukrainy nie będzie istnieć Polska, którą natychmiast zajmą wojska rosyjskie razem z połową Europy. Tak należy przetłumaczyć Donalda Tuska.

Minister spraw zagranicznych Węgier Péter Szijjártó powiedział 18 lipca 2018 roku w wywiadzie dla ukraińskiego portalu Europejska Prawda: „(…) nie jest mi potrzebna ani Rosja, ani Ukraina, ani jakikolwiek inny kraj, żeby określić naszą strategię co do węgierskojęzycznej mniejszości. Jesteśmy dostatecznie dojrzali, żeby podejmować decyzje samodzielnie. Węgry nie są prorosyjskie ani proamerykańskie. Są prowęgierskie” (cyt.za: http://www.kresy.pl).

W Polsce jakoś nikt nie potrafi zrozumieć, że należy prowadzić politykę propolską, a nie antyrosyjską.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 26 lipca 2018 r.

„Myśl Polska” nr 31-32 (2199/2200), 29.07-5.08.2018, s. 4-5

Kto zdenazyfikuje Ukrainę?

1 lipca Petro Poroszenko złożył najlepsze życzenia państwu, które uznał za „najbardziej szczerego przyjaciela Ukrainy”. Cóż to jest za państwo? Może to najbliższy zachodni sąsiad Ukrainy? Tak mogłoby się wydawać zważywszy, że władze w Warszawie od 1991 roku nieustannie wspierają Ukrainę. A to poprzez „pożyczki spreadowe” z rezerwy Narodowego Banku Polskiego, a to wyrażając sprzeciw wobec gazociągu jamalskiego, a teraz Nord Stream 2, ponieważ godzą one w interesy Ukrainy, a to żądając na forum UE w interesie Ukrainy nowych sankcji wobec Rosji itd. Nie mówiąc już o utrzymywaniu ekonomicznym Ukrainy przez Polskę – w tym finansowaniu przez polski budżet ukraińskiego systemu emerytalnego – oraz przyjmowaniu w Polsce ogromnej imigracji ukraińskiej, której daje się pracę i mieszkania, zapewnia bezpłatne studia, a nawet bezpłatne przejazdy komunikacją miejską. Tak wygląda polityka III RP wobec Ukrainy. Można ją podsumować znanym sloganem Tadeusza Mazowieckiego o „postawie służebnej”.

Ale to niestety nie Polskę miał na myśli władający Ukrainą oligarcha Poroszenko. „Nie ma na świecie drugiego tak szczerego przyjaciela Ukrainy jak Kanada” – napisał Poroszenko z okazji przypadającego 1 lipca święta narodowego tego państwa. W związku z tym życzył Kanadzie, „w której żyją tacy wspaniali ludzie”, przede wszystkim „szczęścia i rozkwitu”[1].

To zupełnie oczywiste. Kanada przyjęła po drugiej wojnie światowej prawie całą banderowską diasporę – większość zbrodniarzy z OUN, UPA i dywizji Waffen-SS „Galizien”, którzy dzięki wstawiennictwu za nimi u aliantów gen. Władysława Andersa uniknęli wydania w ręce ZSRR. Dzięki wsparciu Kanady wielu z nich mogło robić kariery naukowe historyków i politologów, pisać i rozpowszechniać w języku angielskim publikacje o UPA jako „ruchu wyzwoleńczym” i „armii nieśmiertelnych”, negujące jej kolaborację z III Rzeszą i jej ludobójcze zbrodnie. Banderowski skansen w Kanadzie odegrał kluczową rolę w przeszczepieniu dżumy nacjonalizmu Doncowa i Bandery na niepodległą Ukrainę po 1991 roku i sprowadzeniu tego kraju na polityczne manowce w wyniku przewrotów z 2004 i 2014 roku. Pielęgnująca na swojej ziemi banderowskie chwasty Kanada jako pierwsza wprowadziła w 2014 roku antyrosyjskie sankcje, ubiegając tym krokiem USA i UE. Jako pierwsza rozpoczęła też dostawy broni na pomajdanową Ukrainę. Z ukraińskiej diaspory – liczącej tam 1,3 mln osób – rekrutowali się także liczni ochotnicy do banderowskich bojówek na Majdanie i paramilitarnych formacji pacyfikujących Donbas. Z kolei ukraińska ambasada w Kanadzie zamieszczała w Internecie mapy, na których południowo-wschodnie tereny Polski były zaznaczone jako ziemie ukraińskie. Oczywiście bez reakcji ze strony władz kanadyjskich.

Wdzięczność oligarchy Poroszenki wobec Kanady jest więc całkowicie zrozumiała. Ostentacyjna manifestacja tej wdzięczności ze strony Poroszenki pokazuje, że pamajdanowa Ukraina ma na świecie większych i możniejszych przyjaciół niż Polska i dlatego na polskiej przyjaźni nie musi jej zależeć. I nie zależy.

Oligarcha Poroszenko bynajmniej nie zapomniał w tych dniach także o Polsce. 75. rocznica banderowskiego ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej oraz zapowiedziane w Warszawie podniosłe społeczne obchody tej rocznicy skłoniły reżim w Kijowie do działania. Rząd Ukrainy zapowiedział zorganizowanie 6 lipca uroczystości, która ma być przeciwwagą dla uroczystości wołyńskich w Warszawie. Wicepremier Ukrainy Pawło Rozenko oraz szef Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wiatrowycz wybierają się 6 lipca do miejscowości Rudka Kozińska na Wołyniu, by uczcić rzekome wymordowanie w tej wsi 17 Ukraińców przez „300 uzbrojonych ludzi, przeważnie Polaków” 9 lipca 1943 roku. Ukraina będzie więc czcić na wołyńskiej ziemi w rocznicę ludobójstwa banderowskiego na narodzie polskim rzekomy mord polski na 17 Ukraińcach. Na tak bezczelną ukraińską prowokację w przededniu rocznicy Krwawej Niedzieli, prowokację w typowo banderowskim stylu, ze strony władz w Warszawie nie ma tradycyjnie żadnej reakcji[2].

To na władzach w Warszawie – nie tylko zresztą na władzach, ale też na opozycji, na całej „klasie politycznej” – spoczywa obowiązek ultymatywnego żądania od Ukrainy zaprzestania negacji ludobójstwa OUN-UPA na Polakach i gloryfikacji jego sprawców. Dopóki Ukraina nie zmieni swojej polityki historycznej, powinna być ze strony polskiej izolowana na arenie międzynarodowej. Państwo nazywające się Rzeczpospolitą Polską ma moralny obowiązek ze względu na co najmniej 130 tys. Polaków wymordowanych w latach 1943-1944 przez banderowców na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, którym pomajdanowa Ukraina odmawia do tej pory chrześcijańskiego pochówku i upamiętnienia, domagać się na arenie międzynarodowej politycznego i gospodarczego bojkotu reżimu w Kijowie. Państwo nazywające się Rzeczpospolitą Polską ma także moralny obowiązek ostrzegać społeczność międzynarodową przed demonami przeszłości, które doszły do głosu na Ukrainie po 2004 i 2014 roku. A co robi to państwo? Kogo wspierają, kogo reprezentują i komu służą jego elity? Tak rządowe, jak i opozycyjne?

Polityka polska ponosi ogromną odpowiedzialność za – trzeba to nazwać po imieniu – nazyfikację Ukrainy, jaka ma miejsce od przewrotu kijowskiego w 2014 roku. Oczywiście osoby takie jak Jerzy Targalski czy Przemysław Żurawski vel Grajewski stanowczo zaprzeczają takiemu nazwaniu rzeczy po imieniu, a każdego kto tak nazywa rzecz po imieniu mianują od razu „agentem Rosji”. To jednak w niczym nie zmienia stanu rzeczy. A stan rzeczy jest taki, że Ukraina brunatnieje.

Przykładów tego jak demony przeszłości, wyciągnięte z trumien w 2004 i 2014 roku, hulają sobie po Ukrainie można podać wiele. Odwołam się do najnowszych przykładów ze Lwowa.

W marcu tego roku departament oświaty i nauki Lwowskiej Obwodowej Państwowej Administracji (a więc centralnej administracji rządowej, nie lokalnego samorządu) zorganizował konkurs plastyczny dla młodzieży na temat „Ukraińscy ochotnicy w szeregach dywizji Galicja 1943-1945”. Oczywiście chodzi – czego w nazwie konkursu kłamliwie nie podano – o ukraińską dywizję Waffen-SS „Galizien” („Hałyczyna”), odpowiedzialną za zbrodnie na ludności polskiej oraz udział w tłumieniu Słowackiego Powstania Narodowego (1944) i walki z partyzantką jugosłowiańską. Uczeń lub student, który zdobył pierwsze miejsce w tym konkursie mógł wygrać trzy tysiące hrywien. Dla pozostałych przewidziano nagrody po dwa tysiące i tysiąc hrywien, dyplomy, książki i koszulki.

Wręczenie nagród odbyło się 28 kwietnia podczas dorocznego marszu nacjonalistów i neonazistów ukraińskich we Lwowie ku czci rocznicy – w tym roku 75-tej – powstania dywizji Waffen-SS „Galizien”. Dotychczas obchody tej rocznicy organizowały różne formacje postbanderowskie, neobanderowska partia „Swoboda” i zdominowany przez nią samorząd Lwowa. W tym roku po raz pierwszy w obchody rocznicy powstania galicyjskiej dywizji SS włączyły się władze państwowe Ukrainy, które ambasador Jan Piekło, polski rząd i polskie media mainstreamowe bronią do upadłego przed oskarżeniami o związki z nacjonalizmem ukraińskim, a co dopiero z nazizmem. Z inicjatywy Lwowskiej Obwodowej Państwowej Administracji – czyli administracji podległej „demokratycznemu” rządowi Wołodymyra Hrojsmana – zorganizowano w tym roku wystawę ku czci dywizji Waffen-SS „Galizien”. „Ponad 80 tysięcy ochotników z Zachodniej Ukrainy zgłosiło się do naboru do dywizji, która w perspektywie miała stać się główną armią niezależnej Ukrainy” – napisała w anonsie owej wystawy ukraińska administracja państwowa we Lwowie[3]. Miała stać się nazistowską armią nazistowskiej Ukrainy u boku Niemiec hitlerowskich – taka jest prawda historyczna.

Na wystawie tej, otwartej z wielką pompą w samym centrum Lwowa, zaprezentowano umundurowanie i uzbrojenie dywizji Waffen-SS „Galizien” oraz przedstawiono jej kłamliwie spreparowaną historią. Nie było oczywiście ani słowa o zbrodniach ukraińskich esesmanów. Partnerami administracji państwowej we Lwowie w uczczeniu 75. rocznicy powstania dywizji Waffen-SS „Galizien” były Korpus Narodowy – neobanderowska, a właściwie neonazistowska partia polityczna utworzona przez weteranów pułku ochotniczego „Azow” (tego, który używa jako emblematu „wilczego haka” dywizji Waffen-SS „Das Reich”) – oraz neobanderowski batalion „Ajdar”, który swego czasu spotkał się z wielką sympatią ze strony „Gazety Polskiej” oraz posłanki PiS Małgorzaty Gosiewskiej[4]. Warto przypomnieć, że brytyjski dziennik „Guardian” już trzy lata temu potwierdził, że batalion „Ajdar” odwoływał się do symboliki nazistowskiej – m.in. używając emblematu 36. Dywizji Grenadierów Waffen-SS „Dirlewanger”[5].

Steki ludzi paradowały 28 kwietnia 2018 roku po ulicach Lwowa w mundurach SS – formacji uznanej przez Trybunał Norymberski za zbrodniczą, której wychwalanie jest karane w wielu krajach świata. Tego w Warszawie, Waszyngtonie, Brukseli, Londynie, Berlinie i Paryżu nikt nie widzi? Czy jest do pomyślenia, żeby np. władze państwowe Niemiec zorganizowały obchody rocznicy powstania jakiejś dywizji SS, żeby uczciły ją konkursem plastycznym dla młodzieży i wystawą plenerową oraz marszem ludzi w mundurach SS w centrum jakiegoś dużego niemieckiego miasta? Jaka wtedy byłaby reakcja świata? W wypadku Ukrainy takiej reakcji niema. Dlaczego? Dlatego, że Ukraina dostała koncesję na rehabilitację nazizmu? Jeśli tak, to od kogo ją dostała? Od USA, czy także od RFN? No i po co ją dostała? Jaki jest cel perspektywiczny instalowania neonazistowskiego skansenu na Ukrainie przy dyskretnym milczeniu Zachodu?

Nikt nie zastanawia się też, zwłaszcza w Warszawie, jaki wpływ na wychowanie, osobowość i świadomość ukraińskiej młodzieży będzie miało formowanie jej charakterów na tego typu treściach? Przecież tak zindoktrynowana młodzież ukraińska – wychowana na kłamstwie historycznym, negacji i trywializacji zbrodni oraz ideologii nienawiści opakowanej w papierek „patriotyzmu”– masowo przyjeżdża do Polski. Nikt nie zastanawia się do czego ta młodzież może zostać użyta, na Ukrainie lub gdziekolwiek indziej? Przecież to jest doskonały materiał dla wszelkich organizacji terrorystycznych i ruchów ekstremistycznych.

Jak wygląda wychowanie współczesnej młodzieży ukraińskiej, pokazała afera Marjany Batiuk. Pani Marjana Batiuk ma tylko 28 lat, ale do niedawna była nauczycielką historii i wicedyrektorką szkoły miejskiej nr 100 we Lwowie. Taki awans zawdzięczała w tak młodym wieku niewątpliwie przynależności do neobanderowskiej partii „Swoboda”, z której ramienia zasiada w Radzie Miasta Lwowa. Jako radna lwowskiego samorządu pani Batiuk zasłynęła dotychczas inicjatywą w sprawie wywieszania flagi OUN-UPA na równi z flagą państwową, projektem uchwały w sprawie zakazu śpiewania piosenek po rosyjsku, czy przyozdobieniem mównicy w lwowskim ratuszu wraz z innymi radnymi „Swobody” flagą banderowską. 20 kwietnia br. – w 129. rocznicę urodzin Adolfa Hitlera – pani Batiuk zamieściła na swoim koncie na Facebooku zdjęcie wodza III Rzeszy z podpisem: „Wielki człowiek, jakby nie patrzeć…”. Dołączyła do tego symbol serca i dwa cytaty z „Mein Kampf”[6].

Jej wpis na Facebooku został bardzo szybko rozpowszechniony przez internautów na całym świecie i wywołał międzynarodowy skandal. To spowodowało, że mer Lwowa Andrij Sadowy zwolnił po kilku dniach panią Marjanę Batiuk z pracy. „Nie dopuścimy do tego, by we lwowskich szkołach pracowali ludzie, którzy chwalą tych, którzy zabili miliony Ukraińców” – ogłosił publicznie mer Lwowa i zarazem przywódca „umiarkowanie nacjonalistycznej” partii „Samopomoc”[7].

Oczywiście pan Andrij Sadowy wykazał się wielką obłudą, ponieważ pani Marjana Batiuk zamieszczała tego typu treści na Facebooku od wielu lat. Internauci udostępnili screeny innych wpisów na tym portalu społecznościowym, w których radna „Swobody” wyrażała się pozytywnie o III Rzeszy lub wyciągała rękę w hitlerowskim pozdrowieniu. Jakoś nie budziło to wtedy sprzeciwu pana mera Sadowego ani władz szkolnych we Lwowie. Nie było też ich sprzeciwu jak Batiuk pochwalała na Facebooku neonazistowską symbolikę pułku „Azow” i Korpusu Narodowego, ani jak chwaliła się, że jej uczniowie bawili się w akcję rekrutacyjną do dywizji Waffen-SS „Galizien”, ani jak zamieściła swoją fotografię z podpisem: „Jestem banderowcem, czym się szczycę”. To wszystko było w porządku, dopóki nie wybuchła afera międzynarodowa z powodu jej wpisu z okazji rocznicy urodzin Hitlera.

Ale przecież dwa dni wcześniej – 18 kwietnia – pani Batiuk oficjalnie uczestniczyła razem ze swoimi uczniami w prezentacji umundurowania i broni dywizji Waffen-SS „Galizien” na wspomnianej wystawie plenerowej, którą zorganizowała lwowska administracja państwowa. W otwarciu tej wystawy uczestniczył także pan mer Andrij Sadowy. Może zatem siebie powinien zwolnić on w pierwszej kolejności. O tym, jakie panują nastroje wśród Ukraińców we Lwowie najlepiej świadczy fakt, że 27 kwietnia w obronie Marjany Batiuk „spontanicznie” demonstrowało w tym mieście około 200 osób – jej uczniów, rodziców tych uczniów i działaczy neobanderowskiej „Swobody”[8].

Zachowało się w Internecie zdjęcie z wizyty Marjany Batiuk i jej uczniów na wystawie plenerowej ku czci dywizji Waffen-SS „Galizien”. Widzimy na nim pięciu chłopców w wieku 10-14 lat, którzy pozują z niemiecką bronią z okresu drugiej wojny światowej. Za nimi stoi ich koleżanka oraz czterech mężczyzn w mundurach esesmańskich. Obok uśmiecha się młoda kobieta o ciemnoblond włosach, w czerwonej kurtce i dżinsach. To Marjana Batiuk. Na innym zdjęciu z jej konta na Facebooku widzimy czterech jej uczniów, którzy mają chyba niewiele ponad 10 lat, stojących z wykonanymi przez siebie emblematami dywizji Waffen-SS „Galizien” oraz z rękami wyciągniętymi w hitlerowskim pozdrowieniu. Tak Marjana Batiuk uczyła ich historii. Tak się na Ukrainie – państwie stowarzyszonym z Unią Europejską – uczy młodzież historii.

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Musi się tutaj zrodzić pytanie o to kim będą w przyszłości uczniowie Marjany Batiuk. Co wyrośnie z tych dzieci zatrutych kultem kolaboracyjnej, hitlerowskiej i zbrodniczej formacji, wychowanych na kłamstwie oraz relatywizacji dobra i zła? Do czego ci chłopcy zostaną użyci, gdy jako dorośli otrzymają broń do ręki od epigonów Stepana Bandery i Romana Szuchewycza?

Tych pytań nikt sobie w Warszawie nie stawia, bo w Warszawie miarodajne są tylko pytania stawiane przez ambasadę USA. Przypadek pani Batjuk nie jest odosobniony i nie dotyczy tylko sytemu edukacji na Ukrainie. W połowie maja tego roku wyszło na jaw, że konsul Ukrainy w Hamburgu Wasyl Maruszczyneć od lat zamieszczał na swoim profilu na Facebooku skrajnie szowinistyczne treści wobec Polaków, Żydów, Węgrów, Romów i innych narodowości. Zapowiadał wyzwolenie siłą ziem ukraińskich aż „do Warty. Albo nawet do Odry-Nysy!”. Twierdził, że Aryjczycy to „najbardziej starodawna nazwa dawnych Ukraińców, która jest nam znana. Pierwsi oracze świata. Udomowili konia, wynaleźli koło i pług. Pierwsi na świecie uprawiali żyto, pszenicę i proso. Swoje umiejętności uprawy roli i rzemiosła zanieśli do Chin, Indii, Mezopotamii, Palestyny, Egiptu, Północnych Włoch, na Bałkany, do Zachodniej Europy i Skandynawii” (to jest parafraza tekstu z „Mein Kampf” Hitlera, jakby ktoś nie wiedział). Maruszczyneć zamieścił też mapę przyszłego aryjskiego imperium ukraińskiego, które będzie graniczyć z Niemcami po podziale ziem polskich. „Niech żyje teutońsko-aryjska (dzisiaj niemiecko-ukraińska) przyjaźń!” – podpisał tę mapę Maruszczyneć[9].

To nie jest kolejny odosobniony przypadek. To jest oblicze ideowo-polityczne ludzi, którzy doszli do władzy na Ukrainie w wyniku brutalnego przewrotu z 2014 roku, wspieranego przez USA i Zachód. Tak wyglądają ludzie, którzy stoją za plecami Poroszenki i Hrojsmana. To są partnerzy polityczni i antyrosyjscy sojusznicy polskiej „klasy politycznej”. Zarówno tej jej części, której patronuje „Gazeta Polska”, jak i tej, której patronuje „Gazeta Wyborcza”. Ideowo-politycznego oblicza tych partnerów nie da się ukryć, choćby nie wiem jak głośno polska „klasa polityczna” wyzywała od „agentów Rosji” każdego kto to upiorne oblicze jej ukraińskich partnerów odsłoni.

Rodzi się pytanie, czy polska „klasa polityczna” rzeczywiście nie rozumie, że jej ukraińscy partnerzy nie zamierzają budować razem z nią żadnego „Trójmorza” ani czegokolwiek innego. To nie był, nie jest i nigdy nie będzie ich cel polityczny.

Pisałem już kiedyś, że z nacjonalizmem ukraińskim w wersji banderowskiej, czyli nazistowskiej, żartów nie ma. Dlatego rodzi się też pytanie o to, kto zdenazyfikuje Ukrainę. Na pewno nie zrobią tego Stany Zjednoczone Ameryki, które nigdy nie troszczyły się, nie troszczą i nie będą się troszczyć o wielowymiarowe skutki swojej polityki destabilizacji kolejnych państw i obszarów geopolitycznych.

Kto zdenazyfikuje Ukrainę i ile ofiar będzie to kosztować, w tym też ofiar polskich?

[1] „Poroszenko pisze o najbardziej szczerym przyjacielu Ukrainy”, http://www.kresy.pl, 3.07.2018.

[2] „Ukraina organizuje wołyńskie kontrobchody”, http://www.kresy.pl, 5.07.2018.

[3] „Lwów: państwowe władze zorganizowały konkurs dla młodzieży z okazji 75-lecia SS Galizien”, http://www.kresy.pl, 24.04.2018.

[4] „We Lwowie prezentowano mundury i uzbrojenie Waffen-SS Galizien”, http://www.kresy.pl, 20.04.2018.

[5] „The Guardian potwierdza: dirlewangerowcy w szeregach ukraińskich ochotników”, http://www.kresy.pl, 7.03.2015.

[6] „Radna Swobody ze Lwowa o Hitlerze: wielki człowiek”, http://www.kresy.pl, 20.04.2018.

[7] „Ukraińską radną, która chwaliła Hitlera, zwolniono z pracy w szkole”, http://www.kresy.pl, 25.04.2018.

[8] „Lwów: »spontaniczny protest« w obronie radnej Swobody, która wychwalała Hitlera”, http://www.kresy.pl, 28.04.2018.

[9] „Konsul Ukrainy wzywał do odebrania »ukraińskich ziem« Polsce? MSZ Ukrainy wyjaśnia”, http://www.kresy.pl, 14.05.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 lipca 2018 r.

„Myśl Polska” nr 29-30 (2197/98), 15-22.07.2018, s. 4-5

Bez poczucia winy. Przyczyny fałszowania historii OUN i UPA na Ukrainie

Na przełomie 2013 i 2014 roku polskie elity polityczne powszechnie poparły brutalny przewrót polityczny na Ukrainie. Poparciu temu towarzyszył, widoczny zwłaszcza w mediach, graniczący z euforią entuzjazm. Jak zwykle w polskiej polityce, zabrakło chłodnej refleksji. Nie przyjmowano wtedy do wiadomości nielicznych głosów ostrzegających przed widocznymi na kijowskim Majdanie upiorami przeszłości w postaci osób i organizacji odwołujących się do tradycji i symboliki nacjonalizmu ukraińskiego. Wręcz przeciwnie, z „Gazety Polskiej” można się było wtedy dowiedzieć, że dopiero z „wolnymi ludźmi” można będzie prowadzić dialog na „trudne tematy” przeszłości.

Dzisiaj wiemy, że ten dialog jest prawie niemożliwy. Dzisiaj strona ukraińska nie przyjmuje do wiadomości nie tylko oczywistych faktów historycznych dotyczących zbrodniczej działalności Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, ale nawet wyników ekshumacji w Hruszowicach. Dzisiaj jest już oczywiste, że pomajdanowa Ukraina nie chce historycznego rozliczenia ze zbrodniczą przeszłością formacji, których pamięć kultywuje i uznaje za fundament ukraińskiej tożsamości narodowej. Nie chce przede wszystkim dopuścić do upamiętnienia ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, ich ekshumacji i godnego pochówku.

Od czasu pierwszego przewrotu politycznego na Ukrainie z 2004 roku rozszerza się w przestrzeni publicznej tego kraju kult najbardziej ponurych postaci symbolizujących nacjonalizm ukraiński, jak Stepan Bandera, Roman Szuchewycz, Dmytro Doncow, Jarosław Stećko, Mykoła Łebedź, Dmytro Klaczkiwski, Petro Diaczenko i in. Czci się tam dzisiaj każdy przejaw antypolskiego szowinizmu od rzezi humańskiej po rzeź wołyńską. Skrajnym przejawem takich działań były ubiegłoroczne obchody Roku UPA na Wołyniu, zainicjowane przez tamtejszą Radę Obwodową.

Przyznanie się do zbrodni i ich potępienie oznaczałoby konieczność odrzucenia tradycji nacjonalistycznej i niemożliwość budowania w oparciu o nią antyrosyjskiej tożsamości Ukrainy. Ze strony polskich środowisk proukraińskich słychać niekiedy usprawiedliwiające głosy, że Ukraina nie ma innej tradycji historycznej, na której mogłaby wykreować antyrosyjską tożsamość. To niech jej nie kreuje.

Nacjonalizm ukraiński nie był czymś wyjątkowym w europejskich realiach lat 30. i 40. XX wieku. Na tle podobnych mu ruchów – wzorujących się na faszyzmie bądź nazizmie, bazujących na szowinizmie i populizmie – wyróżniał się jednak radykalizmem doktryny i okrucieństwem zbrodni. Prof. Bogumił Grott scharakteryzował ideologię nacjonalizmu ukraińskiego następująco: Filozofia ta świetnie nadawała się do konstrukcji państwa totalitarnego i była używana do usprawiedliwiania, a nawet zachęcania do wszelkiej eksterminacji. Taką też rolę spełniła w stosunku do zamieszkujących południowo-wschodnie Kresy II Rzeczypospolitej Polaków, Żydów, a nawet i mających inne poglądy Ukraińców[1].

Nacjonalizm ukraiński był zatem wytworem swojej epoki. Jednakże nie zniknął wraz ze swoją epoką. Przetrwał po drugiej wojnie światowej na emigracji w RFN, Kanadzie i USA, skąd był stopniowo przeszczepiany po 1991 roku na niepodległą Ukrainę.

Ukraiński historyk Wiktor Poliszczuk (1925-2008) wielokrotnie podkreślał, że nigdy nie powstanie wolna i demokratyczna Ukraina bez właściwej oceny tego czym był i jest nacjonalizm ukraiński. Oceny prowadzącej do jego całkowitego odrzucenia jako podstawy, na której można cokolwiek budować. W swojej pracy „Ludobójstwo nagrodzone. Problem nacjonalizmu ukraińskiego w Polsce w zarysie” Poliszczuk ostrzegał: Ktokolwiek broni nacjonalizmu ukraińskiego, tym samym broni faszyzmu i jego ukraińskiej odmiany, jego zbrodni ludobójstwa. (…) Wobec niezmienności zasad ideologicznych i założeń programowych nacjonalizmu ukraińskiego, nie można lekceważyć zagrożenia, jakie może płynąć ze strony tego nacjonalizmu dla Polski, jak też dla Ukrainy[2]. Natomiast w książce „Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa” Poliszczuk stwierdził wprost, że „nacjonalizm ukraiński jest chorobą nieuleczalną”[3].

Ta choroba 80-70 lat temu objęła mniejszość narodu ukraińskiego i zrodziła wówczas ludobójstwo. Dzisiaj próbuje się w oparciu o nią kształtować tożsamość historyczną antyrosyjskiej Ukrainy. Nie można tego czynić inaczej, bo po prostu się nie da, bez zafałszowania historii OUN i UPA, w tym przede wszystkim bez negacji odpowiedzialności tych formacji za zbrodnie popełnione głównie na narodzie polskim.

Ludobójstwo popełnione przez formacje OUN-B (banderowców) i UPA na Polakach w latach 1943-1944 pochłonęło według różnych szacunków od 100 do 130 tys. ofiar. Prof. Ryszard Szawłowski sklasyfikował zbrodnie banderowskie wyżej od niemieckich i radzieckich jako specjalnie kwalifikowaną zbrodnię ludobójstwa, którą określił łacińskim terminem genocidium atrox (ludobójstwo dzikie, okrutne, zwyrodniałe). Powodem takiego zakwalifikowania ludobójstwa banderowskiego jest to, że było to ludobójstwo „totalne” (całościowe) połączone przeważnie ze stosowaniem najbardziej barbarzyńskich tortur wobec zabijanych ofiar[4].

Rehabilitacja OUN i UPA nie zaczęła się na Ukrainie dopiero po przewrotach z 2004 i 2014 roku. W zbrodni ludobójstwa bardzo ważna jest jego faza pogenocydalna, która polega na zacieraniu śladów zbrodni i jej negacji. Rozpoczyna się ona wraz z fazą genocydalną – kiedy sprawcy negują zbrodnię jednocześnie z jej popełnianiem. W wypadku ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego faza pogenocydalna rozpoczęła się w połowie 1943 roku, a wiec w momencie apogeum genocidium atrox na Wołyniu. Wtedy właśnie kierownictwo OUN-B po raz pierwszy oficjalnie zaprzeczyło swojej odpowiedzialności za szokujące poziomem barbarzyństwa masowe mordy na ludności polskiej[5]. Równocześnie wydano rozkaz preparowania dowodów mających zrzucić odpowiedzialność za pogromy na Żydach z 1941 roku na Niemców i Polaków[6].

W październiku 1943 roku kierownictwo OUN-B ogłosiło, że „ani naród ukraiński, ani Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów” nie mają nic wspólnego z tym, co stało się z Polakami na Wołyniu. W wydanym wówczas oświadczeniu OUN-B nazwało „wydarzenia, które miały miejsce w ostatnich miesiącach na ukraińskich ziemiach” obopólną „rzeźnią”, w której brały udział osoby działające w interesie niemieckim lub radzieckim. Winą za te „wydarzenia” obarczono Polaków, wskazując na cztery rzekome przyczyny: napięte stosunki pomiędzy Polakami a Ukraińcami z powodu rzekomo „eksterminacyjnej” polityki antyukraińskiej II RP, rzekome rozpoczęcie przez Polaków planowanego niszczenia ukraińskiej populacji ziemi chełmińskiej i hrubieszowskiej, rzekome wspomaganie przez Polaków okupanta niemieckiego i partyzantki radzieckiej w „akcjach antyukraińskich” oraz „systematyczne pogromy” dokonywane rzekomo na Ukraińcach przez Polaków służących w policji niemieckiej[7].

Ta narracja funkcjonuje w niezmienionej formie do dzisiaj w kręgach epigonów ruchu banderowskiego oraz w polityce historycznej pomajdanowej Ukrainy, kreowanej przez Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej. Istotą tej narracji jest zrzucenie odpowiedzialności za „wydarzenia wołyńskie” na Polaków i II RP oraz zakłamanie ich charakteru jako rzekomej „wojny chłopskiej” lub „drugiej wojny polsko-ukraińskiej” (pierwsza miała miejsce w latach 1918-1919). Niekiedy też dodatkowo ma miejsce wskazywanie jako sprawców bezpośrednich ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego partyzantki radzieckiej lub „sowieckiej agentury wpływu”. Echa takiej narracji znajdujemy m.in. w wypowiedziach niektórych proukraińskich polityków polskich, jak np. Bronisława Komorowskiego z lipca 2008 roku, że „za Wołyń odpowiadają Sowieci” oraz w wypowiedzi Antoniego Macierewicza z lipca 2016 roku, że „wrogiem, który rozpoczął, i który użył ukraińskich sił nacjonalistycznych do tej straszliwej zbrodni ludobójstwa jest Rosja. To tam jest źródło tego straszliwego nieszczęścia”[8].

Kluczową rolę w zapoczątkowaniu procesu negacji ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego – odegrali jego sprawcy: Mykoła Łebedź i Roman Szuchewycz. Na początku 1944 roku Szuchewycz wydał rozkaz preparowania fałszywych dowodów mających zrzucić winę za genocidium atrox na Wołyniu na „komunistyczna partyzantkę”, czyli partyzantkę radziecką, która nota bene udzieliła daleko idącej pomocy polskim samoobronom na Wołyniu, zwłaszcza samoobronie Przebraża. Podczas zjazdu tzw. Ukraińskiej Głównej Rady Wyzwoleńczej (UHWR) w lipcu 1944 roku proponowano odpowiedzialność za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie „zwalić na Niemców, na bolszewicką partyzantkę, wojnę itp.”[9]. Zasadnicze tezy propagandy banderowskiej, zrzucające winę za ludobójstwo na Polaków i wprowadzające do obiegu zupełnie kłamliwe określenie „konflikt polsko-ukraiński”, powstały tuż po zakończeniu wojny[10].

Milowe kroki w kierunku negacji zbrodni OUN i UPA wytyczyła książka Mykoły Łebedzia z 1946 roku (wyd. II, Suchastnist 1987) pt. „UPA-Ukrainśka povstanśka armia. Ji heneza, rist i dii u vyzvolinii borotbi ukrainśkoho narodu za ukrainśku samostiinu sobornu derzhavu” („UPA-Ukraińska Powstańcza Armia. Jej geneza, rozwój i działania w walce wyzwoleńczej narodu ukraińskiego o niepodległe samorządne państwo ukraińskie”). Łebedź – „główny herszt ukraińskiego ludobójstwa na Polakach”, jak go określił Ryszard Szawłowski – zupełnie zakłamał historię UPA, przedstawiając ją przede wszystkim jako rzekomy „ruch narodowowyzwoleńczy”[11]. W ten sam sposób preparowali historię inni kombatanci OUN i UPA, którzy po 1945 roku rozpoczęli kariery historyków i politologów na zachodnich uniwersytetach, głównie w Kanadzie. W tym gronie należy wymienić przede wszystkim takie postacie jak Taras Hunczak, Wołodymyr Kosyk (uważany za czołowego apologetę OUN i UPA), Petro Mirczuk, Petro Poticzny (autor tezy o „wzajemnych polsko-ukraińskich rzeziach” na Wołyniu), czy Jewhen Sztendera. Wspierali ich swoją publicystyką pseudohistoryczną liderzy banderowskiej emigracji na Zachodzie, jak Iwan Hrynioch, Wołodymyr Kubijowycz i Jarosław Stećko. Narracja tego środowiska szła dwutorowo: gloryfikacji OUN i UPA towarzyszyło zawsze eksponowanie ukraińskiej martyrologii pod władzą ZSRR (Hołodomor, czystki stalinowskie). To był i jest zabieg mający ułatwić przemilczenie zbrodni nacjonalistów ukraińskich.

Po początkowej izolacji, z jaką spotykała się na Zachodzie banderowska propaganda pseudohistoryczna, na początku lat 70. XX wieku w ukraińskiej historiografii emigracyjnej doszło do głosu pokolenie publicystów i historyków używających języka „poprawności politycznej”, wpisujących się w falę „ethnic studies” i politykę „wielokulturowości”, ale wzorujących się na publikacjach weteranów OUN-UPA. Zdaniem Pera Andersa Rudlinga przyczyniło się to do wprowadzenia ich zakłamanej wizji historii do naukowego obiegu zachodniej historiografii. Historycy ci nie traktowali nacjonalistycznych bohaterów jako przedmiotu badań, ale zajęli się naukowym potwierdzaniem mitów, na których zostali wychowani[12].

W ten nurt wpisują się współcześnie m.in. Wołodymyr Wiatrowycz, Iwan Patrylak, Bohdan Hudź, czy Wołodymyr Serhijczuk ze swoimi tezami o UPA jako „ruchu wyzwoleńczym” oraz „konflikcie polsko-ukraińskim” na Wołyniu. Wedle ich narracji „konflikt polsko-ukraiński” mieli spowodować w 1942 roku Polacy od domniemanego wyniszczania ukraińskiej inteligencji na Chełmszczyźnie. Następnie, zgodnie z „teorią domina”, miał nastąpić ukraiński odwet na Wołyniu, potem zaś „walki polsko-ukraińskie w Galicji”. Tak przedstawił to m.in. czołowy kreator ukraińskiej polityki historycznej – Wołodymyr Wiatrowycz – w pracy pod absurdalnym tytułem „Druga wojna polsko-ukraińska” (wydanie polskie 2013). Prof. Bohdan Hudź z Lwowskiego Uniwersytetu Narodowego im Iwana Franki w książce „Ukraińcy i Polacy w Naddnieprzu, Wołyniu i Galicji Wschodniej w XIX i pierwszej połowie XX wieku” twierdzi, że „to, co się zdarzyło w latach 1942-1943 na Wołyniu, było wynikiem polityki carskich rządów, a później Rosji bolszewickiej i ukraińskich nacjonalistów”. Jego zdaniem „wrogość między Polakami i Ukraińcami” spowodowały „sowieckie grupy dywersyjne”, wysyłane w latach 20. i 30. XX wieku do II RP, w tym na Wołyń. Takie wytłumaczenie jest miłe m.in. dla polskich środowisk rusofobicznych, stąd też nic dziwnego, że tezy prof. Hudzia promował portal jegiellonia.org[13].

Twierdzeniom negacjonistów zbrodni OUN i UPA przeczą dokumenty źródłowe opracowane przez takich historyków jak Marko Carynnyk, Aleksandr Diukow, Frank Golczewski, John-Paul Himka, Grzegorz Motyka, Wiktor Poliszczuk, Grzegorz Rossoliński-Liebe, Per Anders Rudling i in. Uczeni ci zwracają uwagę na to, że polityka historyczna współczesnej Ukrainy neguje nie tylko fakt ludobójstwa nacjonalistów ukraińskich na Polakach, ale także ich udział w zagładzie Żydów. Kilkadziesiąt artykułów naukowych na ten temat zostało zebranych w obszernej publikacji pod redakcją prof. Andrzeja A. Zięby pt. „OUN, UPA i zagłada Żydów” (Kraków 2016).

Osoby odpowiedzialne po 2014 roku na Ukrainie za politykę historyczną – jak Wiatrowycz czy Światosław Szeremeta – są jawnymi zwolennikami nacjonalizmu ukraińskiego. Dr Wasyl Rasewycz z Wydziału Historii Najnowszej Ukraińskiej Akademii Nauk w artykule „Aby pamiętali”, opublikowanym na ukraińskim portalu zaxid.net, następująco podsumował politykę historyczną pomajdanowej Ukrainy: Największym problemem współczesnej polityki historycznej Ukrainy jest to, że – przez niepohamowaną chęć wybielenia OUN – Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej zatapia Ukrainę. Niszczy jej autorytet międzynarodowy i z całą energią nie tylko pozbawia sprzymierzeńców w świecie, ale także przekształca w pariasa. (…) A u nas, argumentujemy, trwa wojna, dlatego nasza polityka pamięci podyktowana jest przez okoliczności wojenne. Tak więc do podniesienia ducha bojowego potrzebujemy takich bohaterów historycznych, którzy walczyli o niepodległość Ukrainy z bronią w rękach. (…) Ale cały problem polega na tym, że w czasie II wojny światowej, w tym strasznym kotle Ukrainy zachodniej, wśród ludzi trzymających broń w rękach – bohaterów nie było. A to, na co kreatorzy ukraińskiej polityki historycznej proponują zamknąć oczy, w normalnym systemie wartości moralno-etycznych zasługuje często na wieczne potępienie[14].

Trudno się z tym nie zgodzić. Jest to jednak głos na współczesnej Ukrainie odosobniony. Rasewycz podkreśla, że władze w Kijowie chcą wmówić społeczeństwu, iż konflikt w Donbasie („wojna z Rosją”, według ich nomenklatury) jest kontynuacją walki, jaką w latach 40. XX wieku prowadziła UPA przeciw ZSRR. Temu przede wszystkim służy heroizacja nacjonalizmu ukraińskiego.

Prof. Jarosław Hrycak z Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie otwarcie przyznał, że połowa Ukraińców w ogóle nic nie wie o wydarzeniach na Wołyniu, a ci, którzy wiedzą utrzymują w świadomości bohaterski obraz UPA[15]. To są skutki polityki historycznej prowadzonej na Ukrainie co najmniej od 2004 roku.

Postsolidarnościowe siły polityczne III RP – odwołując się do tradycji przedwojennego prometeizmu, piłsudczykowskich koncepcji Międzymorza (Trójmorza) oraz myśli politycznej Jerzego Giedroycia – uznały na początku lat 90 XX wieku, że polską racją stanu na Wschodzie jest wspieranie Ukrainy, która obierze antyrosyjski kierunek. Taka polityka Warszawy korespondowała z amerykańską polityką wobec poradzieckiego obszaru geopolitycznego. Jednakże przyjęcie antyrosyjskiego kierunku przez Ukrainę musiało być równoznaczne z odrodzeniem i rehabilitacją nacjonalizmu ukraińskiego. Przez ponad ćwierć wieku polskie elity polityczne bagatelizowały ten fakt. Stąd wynikło ich długoletnie milczenie oraz granicząca z panicznym lękiem niechęć do nazwania po imieniu ludobójstwa z lat 1943-1944, a także jego inspiratorów i sprawców. Ta niechęć połączyła wszystkie główne siły polityczne III RP, które w innych kwestiach były śmiertelnie skłócone.

Nie chciano widzieć, że w politycznym zapleczu Wiktora Juszczenki znaczącą rolę odgrywały organizacje nacjonalistyczne kultywujące pamięć Stepana Bandery i UPA. Nie chciano widzieć banderowskiej symboliki Prawego Sektora na Majdanie w 2014 roku. Nie chciano widzieć pomników i muzeów Bandery, Szuchewycza i innych zbrodniarzy, które wyrosły jak grzyby po deszczu na pomajdanowej Ukrainie. Zbagatelizowano ukraińskie ustawodawstwo z kwietnia 2015 roku, które stworzyło prawne ramy dla polityki historycznej gloryfikującej OUN i UPA. Próbowano pacyfikować środowiska kresowe, by nie domagały się prawdy historycznej od Ukrainy. Niektórzy publicyści i politycy polscy popierali nawet wybielanie zbrodniczej historii nacjonalizmu ukraińskiego oraz bagatelizowali jego radykalnie antypolski charakter.

Powszechny na pomajdanowej Ukrainie kult OUN i UPA oraz niezdolność tego państwa do rozliczenia się ze zbrodniczej historii tych formacji jest zatem w niemałej mierze zasługą także polityki polskiej.

 

[1] B. Grott, Ukraiński nacjonalizm a polska polityka wobec Ukrainy i Ukraińców, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” nr 7-8 (116-117), Warszawa 2010 (lipiec-sierpień), s. 34-40.

[2] W. Poliszczuk, Ludobójstwo nagrodzone. Problem nacjonalizmu ukraińskiego w Polsce w zarysie, Toronto 2003, s. 137.

[3] W. Poliszczuk, Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa, Warszawa 2006, s. 374.

[4] R. Szawłowski, Kwalifikacja prawna tzw. akcji antypolskiej na Kresach Wschodnich w latach czterdziestych XX wieku jako ludobójstwa, (w:) R. Niedzielko (red.), Wołyń 1943-rozliczenie. Materiały przeglądowej konferencji naukowej „W 65. rocznicę eksterminacji ludności polskiej na Kresach Wschodnich dokonanej przez nacjonalistów ukraińskich”, Warszawa 10 lipca 2008 („Konferencje IPN”, t. 41), Warszawa 2010, s. 48-62.

[5] K. Łada, Creative Forgetting: Polish and Ukrainian historiographies on the Campaign of Ethnic Cleansing against the Poles in Volhynia during World War II, (w:) C. Partacz, B. Polak, W. Handke (red.), Wołyń i Małopolska Wschodnia 1943-1944, Koszalin-Leszno 2004, s. 283-284.

[6] G. Rossoliński-Liebe, Debating, obfuscating and disciplining the Holocaust: post-Soviet historical discourses on the OUN–UPA and other nationalist movements, „East European Jewish Affairs”, Vol. 42, No. 3, Routledge 2012, s. 204.

[7] W. Filar, Wydarzenia wołyńskie 1939-1944, Toruń 2008, s. 377-396.

[8] C. Gmyz, Za Wołyń odpowiadają Sowieci, http://www.rp.pl, portal dziennika „Rzeczpospolita”, 24.07.2008; B. Piętka, Macierewicz jak wielbiciele UPA, „Przegląd” nr 30 (864), 25-31.07.2016, s. 38-40; B. Piętka, Hańba domowa III RP, http://www.mysl-polska.pl, 13.07.2016.

[9] G. Motyka, Ukraińska partyzantka 1942-1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Warszawa 2006, s. 380.

[10] Andrzej L. Sowa, recenzja książek Wołodymyra Wiatrowycza – Polśko-ukrainśki stosunki w 1942-1947 rokach u dokumantach OUN ta UPA oraz Druha polśko-ukrainśka wijna 1942-1947, (w:), „Pamięć i Sprawiedliwość” nr 1 (21), Warszawa 2013, s. 457-459.

[11] R. Szawłowski, Przedmowa, (w:) W. Siemaszko, E. Siemaszko, Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945, t. I, Warszawa 2000, s. 16-17.

[12] Per A. Rudling, The OUN, the UPA and the Holocaust. A Study of the Manufacturing of Historical Myths, „The Carl Beck Papers in Russian and Est European Studies”, No. 2107, 2011, s. 20, 56.

[13] Prof. Bohdan Hudź: Rosja dolała oliwy do ognia konfliktu na Wołyniu’43, http://www.jagiellonia.org, 15.11.2015.

[14] Wasyl Rasewycz: Ukraiński IPN zatapia Ukrainę, pozbawia sprzymierzeńców w świecie i przekształca w pariasa, http://www.kresy24.pl, 19.11.2017.

[15] Prof. Hrycak: UPA jest dla wielu siłą walcząca przeciw dwóm totalitaryzmom, http://www.dzieje.pl, 26.09.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 lipca 2018 r.

„Przegląd” nr 28 (966), 9-15.07.2018, s. 8-12

Antykomunizm w pigułce

Oburzenie środowisk kresowych spowodował artykuł Arkadiusza Karbowiaka pt. „Tragedia Birczy. Mord żołnierzy LWP na UPA”, opublikowany na łamach prawicowego miesięcznika „Historia. Do Rzeczy”. Autor tego artykułu nazwał patetycznie zbrodniarzy z UPA „partyzantami” i stwierdził, że obrońcy Birczy dopuścili się na nich zbrodni. Jego tezy krytycznie skomentowali dr hab. Andrzej Zapałowski i działacz kresowy Mirosław Majkowski. Ich zdaniem Karbowiak dezawuuje obrońców Birczy, powielając propagandę nacjonalistów ukraińskich, która nie ma nic wspólnego z faktami historycznymi[1].

Arkadiusz Karbowiak opisał sprawę ekshumacji ponad 20 bojówkarzy z UPA, którzy atakowali Birczę. Jego zdaniem część zabitych nie zginęła w walce, ale została po wzięciu do niewoli „zamordowana strzałami w głowę lub zatłuczona kolbami na śmierć” przez żołnierzy polskich. Dla uwiarygodnienia tej tezy powołał się na opinię zespołu antropologów, kierowanego przez prof. Andrzeja Kolę z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. „Te informacje trudno jednak usłyszeć z ust głośno sławiących heroizm żołnierzy, organizatorów IV obrony Birczy” – pisze w oskarżycielskim tonie Karbowiak. Według cytowanej przez niego opinii, tylko w przypadku dwóch szkieletów dopatrzono się śladów postrzelenia. „W większości pochowanym tu osobom śmierć zadano prawdopodobnie przez rozbicie tępymi narzędziami czaszek. W kilku wypadkach śmierć spowodowana była strzałem w tylną część podstawy czaszki” – czytamy w artykule Karbowiaka. A więc wedle jego narracji żołnierze „LWP” urządzili upowcom w Birczy taki mały Katyń.

W opinii Mirosława Majkowskigo, działacza kresowego z Przemyśla, artykuł ten „opiera się na steku kłamstw lansowanych przez ukraińskich nacjonalistów”. Jego zdaniem, podczas ekshumacji bojówkarzy UPA i przeniesieniu ich na cmentarz w Pikulicach pod Przemyślem zespół ekshumacyjny niczego takiego nie stwierdził. „Upowcy zginęli w walce. Teza o mordzie pojawiła się po ich ponownym pochówku i jest lansowana do dziś. Poza tym nacjonaliści naciskali, aby grób tych bandziorów znajdował się w Birczy, na co nie zgodziły się (i słusznie) władze Birczy wiedząc, że stanie się miejscem neobanderowskiego kultu. W stosunku do przedstawicieli władz Birczy próbowano zastraszania” – napisał Majkowski na facebooku.

Natomiast w rozmowie z portalem Kresy.pl Mirosław Majkowski powiedział, że doniesienia o rzekomym zamordowaniu upowców pojawiły się dopiero po pewnym czasie i bez potwierdzenia naukowego. Nieistniejąca już Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa zaprzeczała, by doszło w Birczy do jakiejś egzekucji bojówkarzy UPA. Nie ma też żadnych dokumentów, które by to potwierdzały. Działacz kresowy z Przemyśla nie ma wątpliwości, że artykuł Karbowiaka i podobne mu twierdzenia mają na celu zdezawuowanie działań środowisk kresowych na rzecz powrotu Birczy na tablicę przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Że tak jest, nie ma również wątpliwości Andrzej Zapałowski. „To reakcja środowisk związanych z nacjonalistami ukraińskimi i Związkiem Ukraińców w Polsce, które pałają dużą sympatią do UPA i jej działalności po drugiej wojnie światowej, a także do celów tego środowiska. Obrońców Birczy, w tym akowców i członków samoobrony, próbuje się dezawuować i odwrócić to, że wieś atakowali byli esesmani i byli członkowie ukraińskiej policji w służbie III Rzeszy” – powiedział Zapałowski.

Historyk ten uważa, że upowcy część swoich poległych w trzecim ataku na Birczę zabrali ze sobą. Jego zdaniem, opinia antropologa o obecności pocisku w czaszce jeszcze nie świadczy o tym, że taka osoba została zamordowana. „Tam strzelano z broni maszynowej, która »sieje« i trafia w różne części ciała. Celuje się do postaci atakującej, a gdzie kula trafi, tam trafi. Wysuwanie na tej podstawie tego typu teorii jest absurdem” – twierdzi Zapałowski.

Podkreślił on także, że w źródłach ukraińskich nie ma żadnej wzmianki o jakiejś większej grupie upowców, która dostałaby się do niewoli w Birczy. Nie ma też o tym żadnego śladu w meldunkach administracji polskiej w Birczy oraz wojska i milicji. Zaznaczył też, że upowcy atakujący Birczę byli ubrani w mundury Wojska Polskiego, a podczas drugiej wojny światowej za podszywanie się pod jedną z walczących stron, zgodnie z międzynarodowym prawem i zwyczajem, stosowano natychmiastowe rozstrzelanie. „Tu oczywiście nie mieliśmy z tym do czynienia. Jednak nawet, gdyby do tego doszło, to rzecz byłaby usprawiedliwiona” – podsumował Zapałowski.

Ze swej strony dodam, że bojówkarze UPA nie byli partyzantami – czyli tak jak w wypadku AK żołnierzami konspiracyjnego wojska, podlegającego rozkazom legalnego i uznawanego przez aliantów rządu polskiego w Londynie – ale terrorystami. UPA bowiem nie była konspiracyjnym wojskiem, ale partyjną bojówką OUN-B. A wobec terrorystów także dzisiaj nie stosuje się przepisów konwencji genewskiej o ochronie jeńców wojennych i wątpliwości co do tego nie ma społeczność międzynarodowa z blokiem euro-atlantyckim na czele.

Warto przypomnieć, że Arkadiusz Karbowiak po raz pierwszy zbulwersował opinię publiczną w 2010 roku. Jako wiceprezydent Opola z rekomendacji Platformy Obywatelskiej przywołał wtedy ulubioną tezę neonazistów, że proces zbrodniarzy hitlerowskich w Norymberdze był rzekomo „zbrodnią dokonaną w majestacie prawa”. Wcześniej tezę tę Karbowiak powielał na łamach skrajnie nacjonalistycznego czasopisma „Szczerbiec” oraz na łamach „Stańczyka” – pisma, które popularyzowało poglądy rewizjonistów Holokaustu. „Zamiast wygadywać bzdury o zbrodniach, które zbrodniami w sensie prawnym nie były, trzeba zastanowić się, jaki był sens toczenia takiego konfliktu, szczególnie w kontekście biologicznego przetrwania narodu. (…) proces norymberski był niebezpiecznym precedensem uderzającym w prawo i państwo, stąd też nic nie może zmienić jego oceny. Był zbrodnią dokonaną w »majestacie prawa«” – głosił Karbowiak w 2010 roku już jako wiceprezydent Opola[2].

Po dwóch kadencjach na stanowisku wiceprezydenta Opola Arkadiusz Karbowiak trafił do Miejskiego Zarządu Dróg, a stamtąd na stanowisko dyrektora Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL w Warszawie. W 2011 roku Karbowiak był współautorem idei ustanowienia przez Sejm Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych i jednym z kreatorów ich fanatycznego kultu[3]. Otrzymujemy zatem w jego osobie cały polski prawicowy antykomunizm w pigułce. Empatia dla zbrodniarzy nazistowskich i zbrodniarzy z UPA oraz fanatyczny kult „żołnierzy wyklętych” – tak to właśnie wygląda. Wszystko w imię fundamentalistycznego antykomunizmu.

W związku z tym uprzejmie proszę miłośników kultu „żołnierzy wyklętych”, żeby nie czepiali się mnie więcej, że jakoby stawiam „żołnierzy wyklętych” obok zbrodniarzy z UPA, a nawet zbrodniarzy nazistowskich. To nie ja ich tam stawiam, ale wasz guru Karbowiak.

W kwietniu 2016 roku na łamach miesięcznika „Polityka Polska” opublikowałem artykuł pt. „Faszyzacja peryferii”. Postawione w nim przez mnie tezy wywołały wtedy oburzenie w wielu środowiska prawicowych, szczególnie tych kultywujących pamięć „żołnierzy wyklętych”. Tymczasem poglądy głoszone przez Arkadiusza Karbowiaka – osoby bardzo reprezentatywnej dla obozu fundamentalistycznej prawicy antykomunistycznej – w całej rozciągłości potwierdzają to, co napisałem w tym artykule.

Przypomnę więc co wówczas napisałem:

„Czy kult OUN-UPA na Ukrainie, formacji SS w Estonii, na Łotwie i Ukrainie, formacji kolaboracyjnych na Litwie oraz ustaszy w Chorwacji stoi w sprzeczności z tzw. wartościami europejskimi, do których odwołuje się Unia Europejska i panująca w niej ideologia poprawności politycznej? Tylko pozornie. Faszyzacja przestrzeni publicznej tych krajów jest nie tylko tolerowana na Zachodzie, ale stamtąd inspirowana. Stanowi bowiem narzędzie politycznej kontroli społeczeństw krajów będących peryferiami świata euro-atlantyckiego. Cechą kraju peryferyjnego – czyli kraju podlegającego tzw. rozwojowi zależnemu albo zarządowi zewnętrznemu – jest to, że jego życie polityczne, ekonomiczne, kulturalne i społeczne zostało uwarunkowane przez dominację zewnętrznego ośrodka centralnego.

Kraj peryferyjny charakteryzuje się m.in. posiadaniem kompradorskiej i z reguły skorumpowanej elity, która jako jedyna jest dopuszczona do awansu materialnego, w zamian za co nie jest zainteresowana emancypacją od zewnętrznego ośrodka centralnego. Kwestią kluczową w kraju peryferyjnym jest pacyfikacja pozostałej części społeczeństwa, czyli utrzymywanie stałej kontroli jego zachowań i kanalizowanie potencjalnego niezadowolenia. Cel ten osiąga się poprzez odpowiednią indoktrynację (terror psychologiczny), której kluczowym elementem jest kreowanie wroga zastępczego. W ten sposób niezadowolenie społeczne, wynikające z pauperyzacji ekonomicznej, kierowane jest nie przeciw kompradorskiej elicie rządzącej i zewnętrznemu ośrodkowi centralnemu (UE, USA), ale przeciw wrogowi zastępczemu, którym z reguły jest Rosja, »rosyjska agentura«, »komuna«, »endokomuna«, »żydokomuna«, »lewactwo« itd.

Temu służy odpowiednie preparowanie historii oraz kult faszystowskich formacji i organizacji na Ukrainie, w Chorwacji i w krajach bałtyckich. Natomiast w Polsce w ten sam nurt wpisuje się kult tzw. żołnierzy wyklętych, który pełni podobną funkcję. Jest mianowicie elementem propagandy totalnie dyskredytującej PRL. Ta dyskredytacja wynika nie tylko z tego, że Polska po 1989 roku jest budowana na negacji PRL, ale także z tego, że im bardziej projekt III/IV RP okazuje się uciążliwy dla społeczeństwa, tym bardziej trzeba mu obrzydzać PRL.

Chciałbym być dobrze zrozumiany. Ja nie etykietuję – wzorem propagandy PRL – powojennego podziemia zbrojnego jako »faszystów«. Chociaż gwoli sprawiedliwości trzeba przypomnieć, że tym mianem określał to podziemie także będący w zdecydowanej opozycji do komunistów niezależny polityk PPS, Zygmunt Zaremba[4]. Tzw. żołnierze wyklęci znaleźli się w jednym szeregu z UPA, litewskimi szaulisami oraz łotewskimi i estońskimi esesmanami nie dlatego, że tak jak tamci byli jawnymi faszystami, ale dlatego, że propaganda kreowana przez IPN i PiS ich tam postawiła. A Polskę postawiła równocześnie w gronie państw pokonanych w drugiej wojnie światowej.

Zamiast pokazać złożoność ówczesnej sytuacji politycznej, różnorodność postaw i skomplikowanych losów oraz tragizm wyborów moralnych, zamiast wyciągnąć z tej bolesnej lekcji historii jakieś wnioski na przyszłość – stworzono infantylny mit o »wyklętych« i »niezłomnych«. Bo nie o wnioski z historii tu chodzi, ale o mit właśnie. Mit ten stanowi ważny element terroru psychologicznego, który obok terroru ekonomicznego (strukturalne bezrobocie, system podatkowy, emigracja zarobkowa) jest narzędziem pacyfikacji społeczeństw krajów peryferyjnych. W Polsce terror psychologiczny ma trzy cele: podtrzymywanie nieustannej nienawiści do Rosji utożsamianej z ZSRR, żeby zniweczyć w zarodku potencjalną alternatywę geopolityczną, całkowite zdyskredytowanie i wymazanie z historii PRL, żeby nie można było odwoływać się do tego okresu jako alternatywy dla rzeczywistości stworzonej po 1989 roku oraz kreowanie wroga zastępczego w postaci ludzi zdolnych do samodzielnego myślenia. To nie przeciw kompradorskiej władzy, ale przeciw takim ludziom – etykietowanym jako »lewacy», »endokomuna«, »rosyjska agentura wpływu« itp. – ma się kierować agresja tłumu. Takim i tylko takim celom służy obecna polityka historyczna, w tym kult tzw. żołnierzy wyklętych.

(…) Kreowanie członków polskiego podziemia antykomunistycznego na »niezłomnych bohaterów«, którzy ponoć jako jedyni zajęli właściwą postawę polityczną po 1945 roku, jest takim samym zabiegiem ahistorycznym jak kreowanie UPA na narodową partyzantkę ukraińską (podczas gdy było to tylko zbrojne ramię OUN), walczącą nie tylko z ZSRR, ale podobno też z Niemcami, czy kreowanie estońskich, łotewskich i ukraińskich formacji SS oraz litewskich formacji kolaboracyjnych na obrońców Europy przed »sowiecką zarazą«. Zabieg ten służy zresztą temu samemu celowi, wskazanemu powyżej”.

[1] Mord żołnierzy LWP na „partyzantach z UPA?”. Eksperci krytycznie o tezach Karbowiaka, http://www.kresy.pl, 12.01.2018.

[2] Skandal w Opolu! Wiceprezydent Arkadiusz Karbowiak twierdził, że naziści nie popełniali zbrodni, http://www.se.pl, 23.09.2010.

[3] Arkadiusz Karbowiak odchodzi z MZD. Będzie budował Muzeum Żołnierzy Wyklętych?, http://www.nto.pl, 11.03.2016.

[4] Z. Zaremba, „Polska nie będzie się wstydzić swojego Podziemia”, „Światło”, zeszyt 3-4, Paryż 1948.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 26 stycznia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 5-6 (2173/74), 28.01-4.02.2018, s. 17

Koncesja na sakralizację zbrodni

1 grudnia 2017 roku Ukraiński IPN (UINP) zorganizował w Łucku – stolicy obwodu wołyńskiego – uroczystość wręczenia 24 Krzyży Bojowej Zasługi UPA[1]. Odznaczenia wręczono krewnym zbrodniarzy z UPA (pozwolę sobie nie użyć określenia „bojowników UPA”, jak portal kresy.pl, ale nazwać rzecz po imieniu). Pierwotnie odznaczenia te przyznało tym zbrodniarzom pośmiertnie kierownictwo OUN-UPA w latach 40. i 50. XX wieku. UINP legalizując tamte decyzje dał jasno do zrozumienia, że pomajadanowa Ukraina nie jest kontynuacją państwa proklamowanego 24 sierpnia 1991 roku, a wywodzącego się formalnoprawnie z Ukraińskiej SRR. To państwo zostało przecież obalone w wyniku przewrotów z 2004 i 2014 roku, które były inspirowane przez USA i Zachód i które zakończyły się sukcesem dzięki znaczącemu udziałowi w nich sił nacjonalistycznych.

Pomajdanowa Ukraina jest kontynuacją Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii – i to nie tylko przez gloryfikację ich zbrodniczej tradycji, ale także w sensie prawnym. Charakter uroczystości w Łucku nie pozostawia co do tego najmniejszych wątpliwości.

Uroczystość ta została przemilczana przez media polskie i zachodnie. Nagłośnił ją dopiero w połowie grudnia Eduard Dolinski – dyrektor Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego. Ale i tak informację tę podał wtedy w Polsce tylko portal kresy.pl i podobne mu media nazywane „niszowymi”. Do tzw. mediów „głównego nurtu” informacja ta nie przebiła się.

W uroczystości w Pałacu Kultury miasta Łucka – której oprawę artystyczną stanowił koncert pieśni Strzelców Siczowych i UPA – wziął udział m.in. gubernator obwodu łuckiego Wołodymyr Hunczyk. Obecna była też Łesia Bondaruk – pracownica UINP – która pochwaliła się, że była inicjatorką wręczenia odznaczeń krewnym – jak to określiła – „wołyńskich rycerzy”. „To unikalne wydarzenie dla Wołynia i Łucka, które odbyło się po raz pierwszy. Bardzo przykro, że obecnie nie znamy imion wielu żołnierzy. Nie udaje się zidentyfikować bohaterów, dlatego stale opracowujemy archiwalne materiały i szukamy prawdy” – stwierdziła w okolicznościowym przemówieniu pani Bondaruk.

Odznaczenia odebrali krewni m.in. takich zbrodniarzy z OUN-UPA jak: Iwan Bandacz, Wasyłyna Demczynśka, Hryhoryj Hruszoweć, Serhij Kaczynśki, Iwan Kobeć, Mykoła Kowtoniuk, Jakiw Kowżuk, Anatolij Koziar, Petro Ksendzuk, Iwan Malimon, Andrij Mychalewycz, Semen Piatyhoryk, Zinowij Samczuk, Ołeksandr Stepaniuk, Leonid Wołosoweć, Rostysław Wołoszyn, Fedir Zatowkaniuk, Sylwestr Zatowkaniuk i Tychon Zinczuk.

Eduard Dolinski zwrócił uwagę, że wśród odznaczonych są osoby, które przed przystąpieniem do UPA służyły w kolaboracyjnej ukraińskiej policji pomocniczej. Policja ta brała pod okiem Niemców aktywny udział w eksterminacji Żydów w latach 1941-1942. I tak np. Mykoła Kowtoniuk był komendantem policji ukraińskiej w Łucku, która uczestniczyła w zamordowaniu 20 tys. miejscowych Żydów. Jego zastępcą był Fedir Zatowkaniuk. Z kolei Tychon Zinczuk był szefem policji ukraińskiej w Tojkucie, a Serhij Kaczynśki dowodził „milicja ludową” w Równem, która brała udział w eksterminacji 18 tys. tamtejszych Żydów. Iwan Kobeć służył w policji ukraińskiej w Ratnie, Petro Ksendzuk w Torczynie, Iwan Malimon w Ołyce, a Semen Piatyhoryk kierował policją ukraińską w Lubieszowie. Według Dolinskiego we wszystkich tych miejscowościach policja ukraińska i formacje niemieckie wymordowały około 50 tys. Żydów.

„I tak, na rękach [tych] bohaterów jest krew nie mniej niż 50 tys. niewinnych żydowskich ofiar. I to nie licząc zabitych przez nich później Polaków i Ukraińców, kiedy oni po służbie w policji przeszli do UPA” – napisał Dolinski na swoim profilu na Facebooku.

Faktu tego nie chce zauważyć mainstream polityczno-medialny w Polsce. Trzeba więc przypomnieć, że np. Tychon Zinczuk po dezercji z policji ukraińskiej do UPA dowodził w 1943 roku pod pseudonimem „Kubik” sotnią, która wchodziła w skład kurenia Ołeksego Hromadiuka, pseudonimy „Holubenko”, „Ostriżskij”. Bazą tego kurenia były lasy skulińskie, położone na północny wschód od Kowla. Nie można wykluczyć, że pan Zinczuk osobiście brał udział w atakach na miejscowe polskie wsie, których ludność była w zwyrodniały sposób eksterminowana przez bojówki SKW, OUN i UPA[2].

Z kolei Sylwestr Zatowkaniuk, ps. „Ptaszka”, był prowidnykiem OUN-B w okręgu (powiecie) dubieńskim i kierował tam eksterminacją ludności polskiej. Następnie został zastępcą Petro Olijnyka „Eneja” – dowódcy Okręgu Wojskowego (WO) UPA „Bohun” na Wołyniu, jednego z czołowych wykonawców ludobójstwa na ludności polskiej Wołynia[3]. „Enej” znany był z tego, że własnoręcznie odrąbywał głowy ofiarom. A „Ptaszka” robił coś innego?

Anatolij Koziar, ps. „Wołodymyr”, był Szefem Służby Bezpeky OUN-B w Okręgu Wojskowym UPA „Turiw”[4]. Nie muszę chyba tłumaczyć jaką rolę odegrała Służba Bezpieczeństwa OUN-B w przygotowaniu oraz przeprowadzeniu ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Szefem SB OUN-B, a więc zwierzchnikiem pana Koziara, był Mykoła Łebedź – inicjator ludobójstwa na ludności polskiej, pełniący pod nieobecność Stepana Bandery obowiązki krajowego prowidnyka OUN-B.

Serhij Kaczynśki, ps. „Ostap”, „Iwan” (1912-1943), był członkiem OUN od 1931 roku, a w latach 1941-1943 pełnił funkcję wojskowego referenta OUN-B w okręgu (powiecie) rówieńskim. Był też zastępcą prowidnyka OUN-B na „północno-zachodnich ziemiach ukraińskich”, czyli zastępcą samego Dmytro Klaczkiwśkiego – głównego organizatora ludobójstwa wołyńskiego. Kaczynśki zalicza się więc niewątpliwie do grona czołowych organizatorów ludobójstwa na ludności polskiej Wołynia. Już pod koniec 1942 roku zorganizował on pierwszą sotnię UPA w gminie Rożyszcze (powiat Łuck)[5].

Według historiografii postbanderowskiej Kaczynśki miał zginąć w walce z Niemcami podczas ataku na fabrykę dykty w Orzewie (powiat rówieński), a dowodzona przez niego sotnia miała wtedy zabić 60 Niemców przy stratach własnych wynoszących czterech zabitych. Grzegorz Motyka wątpi jednak w taką wersję śmierci Kaczynśkiego[6].

Do najbliższych współpracowników Klaczkiwśkiego należał również uhonorowany pośmiertnie Krzyżem Bojowej Zasługi UPA Rostysław Wołoszyn, ps. „Horbenko” (1911-1944) – członek OUN od 1929 roku, w latach 1934-1937 referent propagandowy Krajowej Egzekutywy OUN na Polesiu i Wołyniu, następnie zastępca komendanta głównego UPA, dowódca zaplecza UPA i dowódca zgrupowania UPA-Zachód, a także członek Prowidu OUN-B na Wołyniu[7].

Podczas uroczystości w Łucku uhonorowano zatem nie tylko uczestników niemieckiego ludobójstwa na narodzie żydowskim, ale także uczestników banderowskiego ludobójstwa – w tym wielu czołowych – na narodzie polskim. Polski konsul w Łucku, którego siedzibę osiem miesięcy wcześniej ostrzelali z granatnika „nieznani sprawcy”, dyskretnie tego nie zauważył. Równie wysublimowaną dyskrecją, powściągliwością i taktem wykazali się ambasador Jan Piekło w Kijowie oraz prezydent Andrzej Duda podczas swojej oficjalnej wizyty na Ukrainie 13 grudnia 2017 roku. Ale tą dyskrecją i powściągliwością wykazały się także media amerykańskie, zachodnioeuropejskie, polskie i izraelskie. Nikt tam nie zauważył tego, co stało się w Łucku – bo taki był rozkaz Waszyngtonu, dla którego nacjonaliści ukraińscy są cennym sojusznikiem w dywersji antyrosyjskiej.

Nie zmienia to faktu, że w Łucku stała się rzecz poważna. To nie jest tylko gloryfikacja zbrodniarzy OUN-UPA, z którą mamy przecież do czynienia na Ukrainie przynajmniej od pomarańczowej rewolucji w 2004 roku. Tym razem to jest coś więcej. Dotychczas niektórym ze zbrodniarzy stawiano pomniki. Głównie najważniejszym – Banderze, Szuchewyczowi i Klaczkiwśkiemu. Dwóm pierwszym ufundowano też muzea. Teraz jednak zbiorowo uhonorowano pośmiertnie aż 24 członków OUN-UPA, którzy brali udział w zbrodniach przeciw ludzkości. Ale nie jakimś współczesnym odznaczeniem ukraińskim, tylko Krzyżem Bojowej Zasługi UPA – odznaczeniem ustanowionym 27 stycznia 1944 roku przez dowódcę UPA Romana Szuchewycza. To jest już coś więcej niż gloryfikacja. To jest sakralizacja zbrodniarzy i ich zbrodni.

Gloryfikacja UPA na pomajdanowej Ukrainie osiągnęła zatem etap najwyższy – stała się czymś w rodzaju już nie ideologii, ale parareligii państwowej. Nie można przejść do porządku dziennego nad faktem, że obiektem kultu tej parareligii są osoby winne zbrodni przeciw ludzkości. Czy można sobie wyobrazić, że do podobnej uroczystości jak w Łucku doszłoby w Berlinie? Czy można sobie wyobrazić, że władze niemieckie zapraszają rodziny 24 najbardziej znanych esesmanów z Auschwitz, Mauthausen, Buchenwaldu, Dachau i innych obozów koncentracyjnych, a następnie wręczają im Krzyże Żelazne nadane tymże esesmanom przez Hitlera? Jaka wtedy byłaby reakcja świata?

Coś takiego jednak się stało. Nie w Niemczech, ale na Ukrainie. Na dodatek w Łucku – jednym z głównych miast Wołynia, co też ma swoją wymowę. Wybór miejsca na pewno nie był przypadkowy i w połączeniu z oficjalną odmową władz ukraińskich zgody na ekshumację ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego przybiera to formę potężnego ciosu wymierzonego właśnie tym ofiarom. Ukrainie wolno to robić. Niemal pod każdą szerokością geograficzną piętnowane jest pochwalanie nazizmu i faszyzmu oraz ich zbrodni. Pomajdanowa Ukraina uzyskała jednak z powodów politycznych koncesję od Białego Domu nie tylko na gloryfikację, ale sakralizację ukraińskiej wersji faszyzmu. Dlatego w Brukseli, Warszawie i Tel Awiwie oficjalnie nie zauważa się faktów opisanych powyżej.

Dlatego polskie media głównego nurtu nie zauważyły, że 18 grudnia 2017 roku komitet wykonawczy rady miejskiej Lwowa podjął uchwałę o upamiętnieniu Wasyla Biłasa i Dmytra Danyłyszyna – bojówkarzy OUN i morderców Tadeusza Hołówki (1889-1931), polityka piłsudczykowskiego, jednego z czołowych ideologów prometeizmu oraz zwolennika daleko idących ustępstw na rzecz Ukraińców[8]. Upamiętnienie będzie miało formę tablicy na budynku aresztu przy ulicy Horodockiej 20 (dawniej Kazimierzowskiej) obok dawnego więzienia Brygidki, w którym stracono Biłasa i Danyłyszyna. Wcześniej upamiętniono ich już pomnikiem w Truskawcu, gdzie zamordowali Hołówkę.

Dlatego polskie media głównego nurtu potraktowały jako marginalny fakt ostrzelania z granatnika 11 grudnia 2017 roku polskiego autokaru w Sokolnikach koło Lwowa[9]. Nie było ofiar śmiertelnych, a nawet gdyby były, to polski mainstream polityczno-medialny ma już ten temat przećwiczony i opracowany pod hasłem „rosyjska prowokacja”.

Dlatego ani w Polsce, ani w żadnym innym kraju należącym do świata euro-atlantyckiego ponownie nie zauważono licznych manifestacji, które na wzór sowieckich pochodów pierwszomajowych wyszły na ulice ukraińskich miast 1 stycznia 2018 roku, by uczcić rocznicę urodzin Stepana Bandery. Z jego portretami, symboliką OUN-B i UPA oraz nienawistnymi i szowinistycznymi hasłami. W Odessie na bramach tamtejszego Muzeum Holokaustu i synagogi wymalowano podczas Świąt Bożego Narodzenia hasła „pierwszy toast za holokaust” oraz „Ukraina dla Ukraińców”[10].

W każdym innym kraju świata coś takiego wywołałoby natychmiastową reakcję rządów, organizacji międzynarodowych, organizacji żydowskich i organizacji ochrony praw człowieka, a na koniec oficjalne oświadczenie rzecznika Białego Domu. W wypadku Ukrainy takiej reakcji nie ma. Jest zatem polityczna koncesja na parareligijny kult zbrodni i nienawiści. Byłoby z mojej strony naiwnością stwierdzenie na koniec, że mocarstwo, które tej koncesji udzieliło bierze odpowiedzialność za dalszy bieg wypadków na Ukrainie. Mocarstwo to znane jest bowiem z braku odpowiedzialności za skutki swojej polityki.

[1] Wołyń: Ukraiński IPN wręczył medale UPA. Dolinski: „Odznaczeni mają na rękach krew 50 tys. ofiar”, http://www.kresy.pl, 15.12.2017.

[2] M. Samborski, „Wołyń 1943. Przyczynki do historii wykonawców ludobójstwa na Polakach – OUN-SD i UPA na tzw. Północno-zachodnich Ziemiach Ukraińskich”, „Niepodległość i Pamięć”, nr 3-4 (43-44), Warszawa 2013, s. 131.

[3] Tamże, s. 113, 124.

[4] Tamże, s. 126.

[5] Tamże, s. 113, 114, 127.

[6] G. Motyka, „Ukraińska partyzantka 1942-1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii”, Warszawa 2006, s. 194.

[7] M. Samborski, „Wołyń 1943…”, s. 108, 113, 117, 118.

[8] Lwów: Ukraińcy chcą upamiętnić bojówkarzy OUN, morderców Tadeusza Hołówki, http://www.kresy.pl, 19.12.2017.

[9] Atak na polski autokar na Ukrainie został dokonany za pomocą granatnika, http://www.kresy.pl, 11.12.2017.

[10] Profil publiczny Eduarda Dolinskiego na Facebooku, http://www.facebook.com/eduard.dolinsky, 26.12.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 10 stycznia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 3-4 (2171/72), 14-21.01.2018, s. 14-15

Czwarta obrona Birczy

Od połowy listopada Polskę rozpala sprawa Birczy. Sprawy tej oficjalnie nie ma, ponieważ nie zauważają jej tzw. media głównego nurtu. Zwrócił na to uwagę nawet red. Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”[1]. Sprawa jednak jest i wyzwala coraz większe emocje. Powstał Społeczny Ogólnopolski Komitet Pamięci i Dobrego Imienia Obrońców Birczy przed UPA, którego mam zaszczyt być członkiem. Zawiązał się on w celu „wsparcia działań władz samorządowych Gminy Bircza w obliczu bulwersującej sprawy usunięcia z tablic na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie nazwy miejscowości Bircza”[2].

„Usunięcie w przeddzień tegorocznego Święta Niepodległości napisu »Bircza 1945-1946« z tablicy na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie uważamy za czyn haniebny, niegodziwy i niezrozumiały. (…) Pamięci o bohaterskich obrońcach Birczy, którzy oddali życie i ocalili od pewnej śmierci wiele istnień ludzkich, w tym kobiet i dzieci, nie wolno niszczyć” – napisali 21 listopada w jednomyślnie przyjętej uchwale radni gminy Bircza[3].

O co chodzi? W przeddzień Święta Niepodległości minister obrony narodowej odsłonił na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie tablice z nazwami dwudziestu wsi i miasteczek na Wołyniu, Lubelszczyźnie i w Małopolsce Wschodniej, które stawiły opór bojówkom OUN i UPA podczas przeprowadzonej przez nie w latach 1943-1945 akcji ludobójstwa na ludności polskiej Kresów Wschodnich II RP i ziem południowo-wschodnich Polski powojennej. Odsłonięcie tych tablic było efektem wieloletnich starań rodzin ofiar UPA, organizacji kresowych, działaczy społecznych i kilku posłów. Zbiegło się ono jednak – najprawdopodobniej przypadkowo – z zapowiedzianą na początku listopada przez ministra Waszczykowskiego rewizją polskiej polityki wobec środowisk nacjonalistycznych i antypolskich na Ukrainie, której dotychczasowym rezultatem jest uznanie za persona non grata Wołodymyra Wiatrowycza i Światosława Szeremety. Odsłonięcie tablic na Grobie Nieznanego Żołnierza zostało więc odebrane przez środowiska kresowe jako przyłączenie się ministra Macierewicza do wolty politycznej ministra Waszczykowskiego.

Jakież było jednak zdumienie tych środowisk, gdy nagle okazało się, że z jednej z tablic zniknęła inskrypcja „Bircza 1945-1946”.

Dzisiaj już wiemy, że Bircza padła ofiarą wojny politycznej toczonej pomiędzy ministrem Macierewiczem a prezydentem Andrzejem Dudą, w otoczeniu którego znaleźli się ważni przedstawiciele lobby ukraińskiego w Polsce. Prezydent Duda nie wziął udziału w odsłonięciu tablic, a sama uroczystość została przesunięta z 11 na 10 listopada. Największym jednak zaskoczeniem było podmienienie tablic, które zostały zamontowane na Grobie Nieznanego Żołnierza kilka dni wcześniej. Jeszcze wieczorem 9 listopada Bircza była, a już następnego dnia jej nie było. Przedstawiciele MON i Kancelarii Prezydenta nie złożyli w tej sprawie rzeczowych wyjaśnień, mimo zapytań kierowanych przez kresowian i niektóre media[4].

Wyjaśnienia te złożył natomiast Wołodymyr Wiatrowycz. 9 listopada oświadczył on, że na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie „pojawiła się tablica na cześć polskich żołnierzy, którzy zginęli w walkach z UPA. Wśród tych, którzy zginęli na terenach Polski w walce z ukraińskimi powstańcami, najwięcej było przedstawicieli komunistycznej bezpieki. A więc od teraz w Polsce na szczeblu państwowym upamiętniani są czekiści wraz z tymi, którzy mają na rękach krew polskich patriotów”[5]. Wiatrowyczowi nie spodobało się upamiętnienie „tych, którzy zginęli na terenach Polski” (w obecnych granicach – uzup. BP), czyli obrońców Birczy. Ich właśnie nazwał „czekistami”. Oświadczenie Wiatrowycza – formalnie uznanego za persona non grata w Polsce – miało miejsce 9 listopada, a już następnego dnia jego życzeniu stało się zadość. Stawia to pod znakiem zapytania wiarygodność zapowiedzianej na początku listopada przez szefa MSZ rewizji polskiej polityki wobec gloryfikatorów banderyzmu na Ukrainie.

Nie ulega wątpliwości, że usunięcie Birczy nastąpiło pod presją strony ukraińskiej, a zwłaszcza szefa UINP Wiatrowycza, który zalicza się do czołówki negacjonistów ludobójstwa ukraińskiego na Polakach, Żydach i innych narodowościach zamieszkujących Kresy Wschodnie II RP. Dlaczego Bircza jest nie do zaakceptowania przez epigonów nacjonalizmu ukraińskiego? Dlatego, że upamiętnienie jej obrońców oznacza przyznanie im moralnej i politycznej racji oraz stawia UPA na pozycji agresora i zbrodniarza, przekreślając w ten sposób ostatecznie szansę na legalizację upamiętnień UPA w Polsce. A o to teraz strona ukraińska toczy zaciekłą walkę.

17 listopada Konstiantyn Jelisejew – zastępca szefa kancelarii prezydenta Ukrainy – oświadczył, że podczas spotkania Komitetu Konsultacyjnego Prezydentów Polski i Ukrainy w Krakowie uzgodniono, iż strona polska będzie dążyć do odbudowy i legalizacji upamiętnień UPA na terenie Polski. Oświadczenie to jest o tyle zdumiewające, że w oficjalnym komunikacie wydanym po spotkaniu w Krakowie nie poruszono sprawy pomników UPA[6]. Kancelaria Prezydenta zaprzeczyła słowom Jelisejewa[7]. Jednakże w odpowiedzi na jej dementi głos zabrał ambasador Andrij Deszczyca, który w wywiadzie dla agencji Ukrinform stwierdził, że strona polska zgodziła się podczas rozmów w Krakowie na odnowienie „ukraińskich miejsc pamięci na terenie Polski, które stały się celami aktów wandalizmu od 2014 roku”, czyli nielegalnych pomników UPA[8].

Zatem – albo Bircza na Grobie Nieznanego Żołnierza, albo pomniki UPA na Podkarpaciu. Trzeciej możliwości nie ma. Cała ta sprawa pokazuje, że obóz rządzący w swojej polityce ukraińskiej i polityce historycznej miota się od ściany do ściany i faktycznie zapędził się już w ślepy zaułek.

Jeśli chodzi o stronę historyczną sprawy Birczy, to należy podkreślić, że wbrew twierdzeniom neobanderowskiej historiografii miejscowości tej nie broniło ani UB, ani NKWD. Po stronie polskiej ataki UPA odpierali żołnierze 9. DP, 12. DP i 17. DP, wśród których było wielu weteranów 27. Wołyńskiej DP AK, a także funkcjonariusze MO, wśród których było wielu byłych żołnierzy AK i BCh. Wstąpili oni do MO – niejednokrotnie na polecenie powojennej konspiracji antykomunistycznej – by bronić ludności polskiej przed UPA. W trzech atakach UPA na Birczę od 22 października 1945 do 7 stycznia 1946 roku zginęło co najmniej 44 jej mieszkańców znanych z imienia i nazwiska oraz ponad siedemdziesięciu żołnierzy WP i milicjantów. Bircza nie dała się wyrżnąć zbrodniarzom z UPA i to jest teraz jej największa wina dla epigonów banderyzmu i ich polskich sojuszników.

Obecnie trwa czwarta obrona Birczy, w której mam honor uczestniczyć. To nie jest tylko walka z próbą banderyzacji polskiej przestrzeni publicznej, ale również jest to – przynajmniej w moim odbiorze – pierwszy poważny sprzeciw społeczny wobec realizowanej w Polsce polityki historycznej, zgubnej dla teraźniejszości i przyszłości narodu polskiego. Przecież w świetle tej polityki historycznej obrońcy Birczy byli przedstawicielami „sowieckiej władzy okupacyjnej”. Walczący tam z UPA żołnierze Wojska Polskiego zostali przez znanego historyka obecnego obozu władzy wykluczeni z tradycji oręża polskiego. Wielokrotnie różni przedstawiciele rządzącej prawicy nazywali to wojsko „polskojęzycznymi jednostkami Armii Czerwonej”, a IPN w ramach tzw. dekomunizacji usuwa pamięć o tym wojsku z przestrzeni publicznej. Na tej płaszczyźnie – wojującego antykomunizmu – państwowa polityka historyczna RP współgra z państwową polityką historyczną Ukrainy. Różnica między nimi jest jednak taka, że polska polityka historyczna wpisuje się w realizację antypolskich działań epigonów nacjonalizmu ukraińskiego.

[1] P. Wroński, „Klęska pod Birczą (jakby co, byłem przeciw)”, http://www.wyborcza.pl, 23.11.2017.

[2] A. Zapałowski, „Przywrócić dobre imię obrońców Birczy”, http://www.mysl-polska.pl, dostęp 23.11.2017.

[3] N. Ziętal, „Radni domagają się powrotu nazwy Bircza na tablicę przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie”, http://www.nowiny24.pl, 22.11.2017.

[4] T. Isakowicz-Zaleski, „Usunięto obrońców Birczy z Grobu Nieznanego Żołnierza. Żenada!”, http://www.rmf24.pl, 12.11.2017.

[5] „Prezes ukraińskiego IPN: nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza upamiętniają czekistów”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

[6] „Przedstawiciele Dudy obiecali Ukraińcom odbudowę pomników UPA?”, http://www.kresy.pl, 20.11.2017.

[7] „Tylko u nas. Minister Szczerski: Nie było zgody Kancelarii Prezydenta na odbudowę pomników UPA w Polsce”, http://www.wpolityce.pl, 22.11.2017.

[8] „Ambasador Ukrainy: Polska zgodziła się na odnowienie pomników UPA”, http://www.kresy.pl, 22.11.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 29 listopada 2017 r.

Ultimatum, czyli z ręką w nocniku

Wiceprezes IPN, prof. Krzysztof Szwagrzyk – który towarzyszył wicepremierowi Piotrowi Glińskiemu podczas jego wizyty na Ukrainie – ujawnił w wypowiedzi dla „Rzeczypospolitej”, że władze Ukrainy oczekują od Polski odbudowy nielegalnego pomnika UPA w Hruszowicach koło Przemyśla i ukarania winnych jego rozbiórki w kwietniu br. Sprawę tę Kijów postawił w formie ultymatywnej jako warunek zgody na wznowienie prac ekshumacyjno-poszukiwawczych na Wołyniu[1].

Dla strony ukraińskiej nie ma przy tym znaczenia, że nielegalny pomnik w Hruszowicach nie znajdował się na żadnej mogile i nie upamiętniał żadnych ofiar, ale terrorystów z UPA, którzy walczyli z powojenną Polską. Kijów kładzie na tej samej szali polskie ofiary ludobójstwa OUN-UPA oraz banderowców, którzy zarąbywali siekierami bezbronne polskie dzieci, kobiety i mężczyzn, a po wojnie walczyli z państwem polskim. Żądając upamiętnienia przez Polskę katów narodu polskiego, władze ukraińskie stawiają dalszy dialog polsko-ukraiński pod ścianą, ponieważ coś takiego jest dla społeczeństwa polskiego całkowicie nie do przyjęcia.

Takie ultimatum ze strony ukraińskiej obnażyło bankructwo polskiego strategicznego sojuszu z Ukrainą i bezkrytycznego wspierania pomajdanowej Ukrainy za wszelką cenę. Polska opinia publiczna, przekonywana od 2014 roku przez mainstream polityczno-medialny o konieczności wspierania Ukrainy, a także o tym, że stosunki polsko-ukraińskie są idealne pod każdym względem, nagle zobaczyła, że król jest nagi.

To zapewne wywołało reakcję ministra Witolda Waszczykowskiego, który oświadczył 2 listopada, że osoby znane na Ukrainie z gloryfikacji nacjonalizmu ukraińskiego oraz utrudniania polskich ekshumacji i upamiętnień zostaną objęte administracyjnym zakazem wjazdu do Polski[2]. Minister Waszczykowski zasugerował też, że może rekomendować prezydentowi Dudzie odwołanie grudniowej wizyty na Ukrainie. Łatwo się domyśleć, że do grona osób, które minister spraw zagranicznych miał na myśli, należy m.in. Wołodymyr Wiatrowycz – przewodniczący Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej (UINP) – ponieważ to przede wszystkim on wraz ze Światosławem Szeremetą doprowadził do wstrzymania prac ekshumacyjno-poszukiwawczych na Wołyniu. 9 listopada „Dziennik Gazeta Prawna” poinformował, że MSZ pozbawił właśnie Wiatrowycza jako pierwszego prawa wjazdu do Polski[3].

Dlaczego jednak zaczęto od niego? Czy nie należało zacząć od byłego prezydenta Wiktora Juszczenki i obecnego prezydenta Petro Poroszenki? Przecież to oni odpowiadają w pierwszej kolejności za renesans banderowski na Ukrainie, który nastąpił w wyniku przewrotów politycznych z 2004 i 2014 roku. Ponadto prezydent Poroszenko odpowiada politycznie i prawnie za działania podległych mu urzędników, a więc także za blokowanie polskich ekshumacji i upamiętnień przez Wiatrowycza i Szeremetę.

Nieoczekiwanie również podsekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej, Michał Dworczyk, zapowiedział odsłonięcie na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie tablic upamiętniających walki polskich samoobron i żołnierzy Wojska Polskiego z UPA w Hucie Stepańskiej, Wyrce, Przebrażu, Pańskiej Dolinie, Rybczy, Zasmykach, Jagodzinie-Rymaczach, Kupiczowie, Hanaczowie, Stanisłówce, Łukowcu Wiszniowskim, Łukowcu Żurawskim, Puzowie-Stężarzycach, Korytnicy, Biłce Królewskiej, Biłce Szlacheckiej, Narolu, Posadowie, Rzeczycy i Birczy. Inicjatorem takiego uhonorowania polskiej obrony przed UPA jest poseł Tomasz Rzymkowski. Nagle jego zabiegi uzyskały przychylność ministra Antoniego Macierewicza – dotychczas raczej wstrzemięźliwego wobec eksponowania polskich ofiar nacjonalizmu ukraińskiego i polskiej walki z UPA[4].

Niezwykle bezczelnie na zapowiedź odsłonięcia tych tablic zareagował przewodniczący UINP, negacjonista wołyński Wołodymyr Wiatrowycz. Pozwolił on sobie na stwierdzenie, że „teraz w Polsce na szczeblu państwowym upamiętniani są czekiści”[5].

Ta wypowiedź ostatecznie dyskwalifikuje Wiatrowycza jako partnera do jakichkolwiek rozmów i pokazuje, że ze stroną ukraińską w sprawach pamięci historycznej nie ma o czym rozmawiać. Obłędny kult UPA, który uczyniono na pomajdanowej Ukrainie podstawą tożsamości narodowo-państwowej, uniemożliwia dialog z tym państwem oraz wyklucza upamiętnienie polskich ofiar ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

Musiał to w końcu zauważyć też prezes polskiego IPN Jarosław Szarek. Udzielił on prawicowym mediom jednoznacznej wypowiedzi, w której stwierdził, że IPN ma „fatalne relacje ze stroną ukraińską”, pomiędzy IPN i UINP ma miejsce „tak naprawdę zimna wojna”, a „bez gestu ze strony Ukrainy nie będzie przełomu w naszych relacjach”. Szef polskiego IPN nie pozostawił wątpliwości jak postrzega gloryfikację OUN i UPA: „Ukraina musi jedno wziąć pod uwagę, że taka droga gloryfikacji tych formacji jest całkowicie ahistoryczna. (…) UPA była zbrojną organizacją jednej z partii, nawet jednej z frakcji partyjnych”[6].

Jarosław Szarek skrytykował ponadto skandaliczną wypowiedź byłego prezydenta Wiktora Juszczenki, który postawił na jednej płaszczyźnie UPA i AK oraz Banderę i Piłsudskiego. W kontekście tej wypowiedzi prezes IPN zauważył, że kierowana przez niego instytucja wielokrotnie pokazywała dobrą wolę wobec strony ukraińskiej, ale „teraz wyczerpaliśmy chęć porozumienia. Nie widzę możliwości dalszej współpracy w jakimkolwiek celu, jeśli Ukraina nie pokaże swojej dobrej woli (…) i nie poda ręki z konkretną propozycją”[7].

Na koniec głos zabrał prezydent Andrzej Duda. „Oczekuję od pana prezydenta Petro Poroszenki i od jego współpracowników, od pana premiera Hrojsmana, że ludzie, którzy otwarcie głoszą poglądy nacjonalistyczne i antypolskie nie będą zajmowali ważnych miejsc w ukraińskiej polityce, ponieważ tacy ludzie nie budują relacji pomiędzy naszymi krajami, oni je burzą. Więc tacy ludzie w wielkiej polityce, w polityce, która ma międzynarodowe znaczenie, nie powinni mieć od strony ukraińskiej miejsca” – powiedział prezydent Duda 7 listopada wywiadzie dla TV Trwam i Radia Maryja[8].

Z czym mamy tutaj do czynienia? Czy rządząca prawica nagle przejrzała na oczy i zaczęła rewidować swą fatalną i w gruncie rzeczy antypolską politykę wobec Ukrainy? Myślę, że raczej bliskie prawdy będzie stwierdzenie, że obóz rządzący – bezkrytycznie wspierający Ukrainę politycznie i finansowo – znalazł się po prostu z ręką w nocniku. Za przyjmowanie masowej migracji ukraińskiej, za finansowanie ukraińskiego systemu emerytalnego, za objęcie imigrantów ukraińskich programem 500 plus i wiele innych dobrodziejstw, finansowanych przez polskiego podatnika, mamy z drugiej strony szalony kult OUN i UPA oraz groźne pohukiwania Wiatrowycza, Szeremety, Michalczyszyna, Tiahnyboka i innych epigonów Stepana Bandery. Trzeba więc ratować twarz przed polską opinią publiczną i z tego najprawdopodobniej wynikają ruchy podjęte przez ministrów Waszczykowskiego oraz Macierewicza.

Odpowiedzi na ukraińskie ultimatum ze strony ministrów Waszczykowskiego i Macierewicza nie można traktować jako zmianę dotychczasowej polityki PiS wobec Ukrainy. Gdyby rzeczywiście była to zmiana polityki, to pierwszym posunięciem ministra spraw zagranicznych powinno być odwołanie z Kijowa ambasadora Jana Piekły– chyba najbardziej radykalnego, a przynajmniej jednego z najbardziej radyklanych wyznawców prometeizmu i giedroycizmu, którego postawa symbolizuje właśnie dotychczasową uległą politykę polską wobec Ukrainy. Politykę sprowadzającą się, najogólniej rzecz biorąc, do chowania głowy w piasek w obliczu renesansu banderowskiego na Ukrainie. Następnym krokiem powinno być poparcie sprzeciwu Węgier i Rumunii wobec ukraińskiej ustawy językowej oraz stanowiska Węgier wobec zablokowania szczytu NATO-Ukraina.

Nic takiego nie nastąpiło. Mało tego. 8 listopada Sejm, głosami Zjednoczonej Prawicy, po raz kolejny odrzucił projekt ustawy o penalizacji banderyzmu na terytorium Polski[9]. Podważa to wiarygodność działań, czy raczej gestów, które miały miejsce ze strony ministrów Waszczykowskiego i Macierewicza.

Bo też te gesty nie były skierowane przeciw Ukrainie i tamtejszym środowiskom banderowskim, ale do polskiej opinii publicznej ze szczególnym uwzględnieniem elektoratu kresowego PiS. Nie mamy zatem do czynienia z rewizją szkodliwej polityki wobec Ukrainy, ale z próbą zachowania wiarygodności PiS wobec elektoratu kresowego. Z elektoratem tym, w większości prawicowym, obóz rządzący musi się bowiem liczyć. W przeciwieństwie do obozu liberalnego, który żadnego elektoratu kresowego nie posiada i dlatego zareagował krytycznie, a miejscami z oburzeniem, na działania obu ministrów. Tak czy inaczej, postsolidarnościowe elity polityczne – zarówno będące obecnie u władzy, jak i znajdujące się teraz w opozycji – nie zmienią swojego zasadniczego stanowiska wobec pomajdanowej Ukrainy. To bowiem wymagałoby przebudowy całej konstrukcji politycznej, którą od 30 lat budowały te elity, sytuującej Polskę w roli głównego podwykonawcy polityki amerykańskiej w Europie Środkowej i na obszarze poradzieckim.

[1] Kijów żąda odbudowy nielegalnego „pomnika” ku czci UPA w Hruszowicach i ukarania „winnych”, http://www.kresy.pl, 27.10.2017.

[2] Waszczykowski: Ludzie, którzy ostentacyjnie zakładają mundury SS Galizien do Polski nie wjadą, http://www.kresy.pl, 2.11.2017.

[3] „Dziennik Gazeta Prawna”: szef ukraińskiego IPN nie wjedzie do Polski, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

[4] Nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza. „Zostaną umieszczone z inicjatywy szefa MON”, http://www.rmf24.pl, 8.11.2017.

[5] Prezes ukraińskiego IPN: nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza upamiętniają czekistów, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

[6] Prezes IPN bez złudzeń: Instytut ma fatalne relacje ze stroną ukraińską; to jest tak naprawdę zimna wojna, http://www.wpolityce.pl, 26.10.2017.

[7] Dr Szarek: Nie widzę możliwości dalszej współpracy z Ukrainą. Muszą wyciągnąć rękę, http://www.telewizjarepublika.pl, 26.10.2017.

[8] Prezydent Duda: Oczekuję do prezydenta Ukrainy, że ludzie o antypolskich poglądach nie będą w ukraińskiej polityce, http://www.magnapolonia.org, 7.11.2017.

[9] Rzymkowski: PiS po raz kolejny blokuje ustawę o penalizacji banderyzmu, http://www.dorzeczy.pl, 9.11.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 listopada 2017 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2163/64), 19-26.11.2017, s. 7

Historia według Wiatrowycza

Po przewrocie kijowskim w 2014 roku polska opinia publiczna była przekonywana przez establishment polityczno-medialny, że stosunki polsko-ukraińskie są bardzo dobre, a strategiczne partnerstwo z pomajdanową Ukrainą stanowi fundament polskiej racji stanu. Okazało się nagle, że te stosunki nie są jednak tak dobre, a nawet są złe i można już mówić o „zimnej wojnie” polsko-ukraińskiej. Minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski zapowiedział 2 listopada br., że zostaną uruchomione procedury uniemożliwiające wjazd do Polski tym Ukraińcom, którzy zajmują antypolskie stanowisko, np. zakładając mundury dywizji Waffen-SS „Galizien”. Nagle szef polskiej dyplomacji zauważył to czego dotychczas on i jego poprzednicy długo nie dostrzegali. Przecież gloryfikacja ukraińskiej dywizji SS i UPA miały miejsce na Ukrainie jeszcze przed przewrotem z 2014 roku.

Oświadczenie ministra Waszczykowskiego stanowi w dużej mierze pokłosie wojny, jaką toczy od dawna polski Instytut Pamięci Narodowej ze swoim ukraińskim odpowiednikiem. Powodem konfliktu jest polityka historyczna pomajdanowej Ukrainy. Dotychczas była ona dyskretnie niezauważana przez wiele środowisk politycznych w Polsce, ale obecnie nie da się już ukryć, że budowanie przez Ukrainę swojej tożsamości na fundamencie nacjonalizmu ukraińskiego jest poważną przeszkodą we wzajemnych stosunkach. Doszły one do ściany, kiedy Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej (UINP) zablokował prace zespołu badawczego polskiego IPN na Ukrainie, które miały na celu ustalenie miejsc spoczynku m.in. ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego i doprowadzenie do ich ekshumacji. Dlatego w oświadczeniu ministra Waszczykowskiego znalazła się groźba, że konsekwencje poniosą również te osoby ze strony ukraińskiej, które uniemożliwiają ekshumacje ofiar UPA i NKWD oraz renowację polskich miejsc pamięci. Jak głęboka jest przepaść dzieląca polskie i ukraińskie postrzeganie historii, pokazała też polsko-ukraińska konferencja w Czerkasach.

Konferencja w Czerkasach

W dniach 19-22 października 2017 r. odbyło się w Czerkasach na Ukrainie V Polsko-Ukraińskie Forum Historyków. Konferencję zorganizowały UINP i polski IPN. Wiodącym tematem obrad były wydarzenia na Chełmszczyźnie w latach 1942-1944 w kontekście ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Chodzi o zabójstwa przez polskie podziemie w 1942 r. Ukraińców, którzy zostali przesiedleni na wschodnią Lubelszczyznę w ramach prowadzonej za zgodą Hansa Franka ukrainizacji ziemi chełmskiej. Zabójstwa te – zdaniem nacjonalistycznej historiografii ukraińskiej – miały być przyczyną ludobójczych działań UPA wobec ludności polskiej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

Szef pionu naukowego polskiego IPN, dr hab. Mirosław Szumiło, w wypowiedzi dla PAP, skomentował wyniki konferencji następująco: „Historycy ukraińscy twierdzą, że mordy dokonane przez polskie podziemie na Ukraińcach na Chełmszczyźnie w 1942 r. były przyczyną antypolskiej akcji UPA na Wołyniu w 1943 r. Ich zdaniem liczba ofiar ukraińskich na Chełmszczyźnie miała wynosić kilkaset osób, co spowodowało, że ukraińscy uciekinierzy z tego terenu zanieśli na Wołyń informacje o rzekomych polskich zbrodniach. W polskich referatach pokazaliśmy jednak, że twierdzenia te nie znajdują potwierdzenia w faktach”.

Należy w tym miejscu podkreślić, że punkt widzenia nacjonalistycznej historiografii ukraińskiej w tej sprawie został już wcześniej podważony przez takich polskich historyków jak Grzegorz Motyka i Ryszard Torzecki, których trudno posądzić o nastawienie antyukraińskie. Grzegorz Motyka stwierdził na podstawie dostępnych źródeł, że w 1942 r. w całym dystrykcie lubelskim z rąk polskiego podziemia w wyniku pojedynczych egzekucji zginęło około 30 Ukraińców, a nie 400 – jak twierdzi strona ukraińska[1]. Z kolei Ryszard Torzecki zaprzeczył, że najbardziej znany z zabitych wówczas Ukraińców – przedwojenny senator Iwan Pasternak (1876-1943) – zginął z „wyroku sądu AK czy delegatury”. Zdaniem Torzeckiego Pasternak „został śmiertelnie postrzelony (umarł w szpitalu) z rąk nieznanych sprawców, jak to określiło niemieckie śledztwo” i był to „akt wojennego bandytyzmu”[2].

Ustalenia Grzegorza Motyki potwierdził uczestniczący w konferencji w Czerkasach prof. Igor Hałagida – naczelnik Oddziałowego Biura Badań Historycznych IPN w Gdańsku, z pochodzenia Ukrainiec. Badacz ten zaprezentował statystykę strat ukraińskich w dystrykcie lubelskim, z której wynika, że w 1942 r. zabito na tym terenie 388 Ukraińców, z czego aż 319 zginęło z rąk Niemców. Tylko w przypadku dwóch ofiar są dowody, że zginęły z rąk AK, dwie dalsze ofiary zginęły prawdopodobnie z rąk partyzantki komunistycznej, a w przypadku 65 osób sprawcy zabójstw są nieznani. Część z nich mogła zginąć w wyniku akcji polskiego podziemia, ale większość prawdopodobnie padła ofiarą zwykłych band rabunkowych. „W związku z tym możemy stwierdzić, że wydarzenia na Chełmszczyźnie w 1942 r. nie miały wpływu na rozpętanie antypolskiej akcji UPA na Wołyniu w 1943 r.” – podsumował Mirosław Szumiło.

Stanowiska tego nie przyjmuje jednak strona ukraińska, która konsekwentnie zaprzecza ludobójczemu charakterowi zbrodni na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943-1944, neguje odpowiedzialność OUN-UPA za zbrodnie wobec ludności polskiej oraz lansuje tezę o rzekomej „wojnie polsko-ukraińskiej”, którą miała rozpocząć strona polska w 1942 r. Tezę tę powielała najpierw nacjonalistyczna historiografia ukraińska w Kanadzie, współcześnie jej orędownikiem stał się m.in. Wołodymyr Wiatrowycz. Urodzony w 1977 r. we Lwowie, nigdy nie ukrywał swoich nacjonalistycznych poglądów i fascynacji ruchem banderowskim. Jego działalność naukową można śmiało uznać za bezkrytyczną gloryfikację OUN-UPA. Dawał temu wyraz zarówno jako dyrektor Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego we Lwowie – instytucji powołanej w celu gloryfikacji ukraińskiego nacjonalizmu, dyrektor Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, członek rady nadzorczej lwowskiego muzeum „Więzienie przy Łąckiego”, a od marca 2014 r. jako przewodniczący UINP.

Spóźniona reakcja

Być może nie byłoby dzisiaj takich problemów, gdyby nie długoletnie pobłażanie przez stronę polską wobec ukraińskiej polityki historycznej, a nawet jej usprawiedliwianie. Ekshumacje na Wołyniu – nie tylko ofiar UPA, ale także legionistów Piłsudskiego poległych w 1916 r. pod Kostiuchnówką – wielokrotnie blokował m.in. Światosław Szeremeta, sekretarz Państwowej Międzyresortowej Komisji ds. Wojen i Represji Politycznych oraz zdeklarowany nacjonalista ukraiński. Nie było jednak reakcji strony polskiej, gdy tenże Szeremeta w 2016 r. wywoływał incydenty podczas marszu ukraińskiego w Przemyślu oraz brał udział w uroczystym pogrzebie szczątków ukraińskich esesmanów z dywizji „Galizien” na górze Żbyr koło Brodów w obwodzie lwowskim.

Nie było reakcji, gdy Petro Tyma – prezes Związku Ukraińców w Polsce – w odpowiedzi na likwidację pomnika UPA w Hruszowicach napisał, że „W sprawie Hruszowic prowokatorzy triumfują. Oczywiście zapomnieli czym skończył się polski triumf w 1938 roku nad cerkwiami Chełmszczyzny”. Cóż miały znaczyć te słowa? Według propagandy nacjonalistów ukraińskich polska akcja rewindykacji cerkwi prawosławnych z 1938 r. skutkowała „akcją antypolską UPA” z 1943 r., czyli ludobójstwem typu genocidum atrox na Wołyniu. Zacytowana wypowiedź była więc ze strony Petro Tymy zawoalowaną groźbą.

Nie było też zdecydowanej reakcji polskiego MSZ, gdy pod koniec kwietnia br. Wiatrowycz zapowiedział po raz pierwszy „wstrzymanie wydawania pozwoleń na prace poszukiwawcze pochówków i porządkowanie polskich miejsc pamięci na Ukrainie” oraz zwrócił się do władz lokalnych na zachodniej Ukrainie z apelem o wstrzymanie decyzji „odnośnie wydawania pozwoleń na wniosek polskich instytucji publicznych, osób lub organizacji społecznych, na zainstalowanie nowych polskich pomników lub renowację istniejących”.

Dominowało wtedy myślenie doradcy MSZ Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, który uważał, że pamięć o zbrodni wołyńskiej jest „sprawą drugo czy trzeciorzędną”, a środowiska kresowe są „zupełnie oderwane od rzeczywistości” i rzekomo idą „oczekiwanym przez Rosję tropem”.

Dopiero teraz przeciwko gloryfikacji nacjonalizmu ukraińskiego przez UINP, a także niedawnej wypowiedzi byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki, który postawił na jednej płaszczyźnie UPA i AK oraz Banderę i Piłsudskiego, zaprotestował prezes IPN Jarosław Szarek. Oświadczył on, że IPN ma „fatalne relacje ze stroną ukraińską”, pomiędzy IPN i UINP ma miejsce „tak naprawdę zimna wojna”, a „bez gestu ze strony Ukrainy nie będzie przełomu w naszych relacjach”. „Ukraina musi jedno wziąć pod uwagę, że taka droga gloryfikacji tych formacji [OUN i UPA – BP] jest całkowicie ahistoryczna. (…) UPA była zbrojną organizacją jednej z partii, nawet jednej z frakcji partyjnych” – stwierdził szef polskiego IPN w wypowiedzi dla prawicowego portalu wPolityce.pl.

Komentując natomiast wypowiedź Wiktora Juszczenki, Jarosław Szarek powiedział w TV Republika, że IPN wielokrotnie pokazywał dobrą wolę, ale „teraz wyczerpaliśmy chęć porozumienia. Nie widzę możliwości dalszej współpracy w jakimkolwiek celu, jeśli Ukraina nie pokaże swojej dobrej woli (…) i nie poda ręki z konkretną propozycją”.

Powstaje pytanie, dlaczego IPN i polski minister spraw zagranicznych tak późno zajęli tak jednoznaczne stanowisko wobec ukraińskiej polityki historycznej? Przecież gloryfikacja OUN i UPA ma miejsce na Ukrainie co najmniej od czasu pomarańczowej rewolucji w 2004 r., a po przewrocie z 2014 r. uznano tam nacjonalizm ukraiński, także ten w wersji banderowskiej, za fundament budowy tożsamości państwowo-narodowej. Oba przewroty ukraińskie – z 2004 i 2014 r. – były aktywnie wspierane przez cały polski establishment polityczny. Obecnie gloryfikacja nacjonalizmu ukraińskiego osiągnęła taki poziom, że na podanie ręki przez Ukrainę z „konkretną propozycją” nie ma co liczyć. Wymownie świadczy o tym chociażby żądanie strony ukraińskiej, żeby w zamian za możliwość upamiętnienia polskich ofiar OUN-UPA na Ukrainie mogły istnieć na terenie Polski upamiętnienia ku czci UPA. Według relacji wiceprezesa IPN, prof. Krzysztofa Szwagrzyka, który towarzyszył wicepremierowi Piotrowi Glińskiemu podczas niedawnej wizyty na Ukrainie, władze ukraińskie postawiły stronie polskiej wprost ultimatum, przedstawiając żądanie odbudowania usuniętego w kwietniu br. nielegalnego pomnika UPA w Hruszowicach koło Przemyśla jako warunek zgody na wznowienie prac poszukiwawczo-ekshumacyjnych na Wołyniu.

Nie ma przy tym znaczenia dla strony ukraińskiej, że pomnik w Hruszowicach nie stał na żadnej mogile i nie upamiętniał żadnych ofiar, ale walkę UPA z powojenną Polską. Kijów stawia zatem na jednej płaszczyźnie bezbronne polskie ofiary ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA oraz nacjonalistów ukraińskich walczących z państwem polskim, których czczenie na ziemi polskiej jest nie do przyjęcia dla społeczeństwa polskiego.

W kontekście takiego stanowiska strony ukraińskiej dziwi oburzenie ministra Waszczykowskiego z powodu informacji historycznej w muzeum „Więzienie na Łąckiego”. Minister spraw zagranicznych Polski demonstracyjnie odwrócił się spod drzwi tego muzeum na widok tablicy mówiącej o „polskiej okupacji”. Polakom byłe więzienie przy ul Łąckiego we Lwowie kojarzy się głównie z istniejącym tam w latach 1939-1941 więzieniem NKWD i masakrami więziennymi NKWD w czerwcu 1941 r. Ukraińcy jednak eksponują fakt, że w latach 1935-1939 mieściło się tam więzienie śledcze, w którym przetrzymywano członków nielegalnej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów oskarżonych o działalność terrorystyczną (według narracji ukraińskiej „wyzwoleńczą”) przeciw II RP. Podczas procesu sądowego działaczy OUN w 1936 r. w więzieniu tym przebywali m.in. Stepan Bandera, Jarosław Stećko i Mykoła Łebedź. Stąd obecna narracja ukraińska o „polskiej okupacji”, która tak oburzyła ministra Waszczykowskiego.

Czyżby nie kojarzył on tego, że ukraińska polityka historyczna jest rezultatem przemian politycznych na Ukrainie, gorąco wspieranych przez cały postsolidarnościowy establishment polityczny z jego partią na czele? Przecież to właśnie ze środowiska szeroko rozumianej prawicy wielokrotnie słyszeliśmy, że „lepsza Ukraina banderowska od moskiewskiej”. Niedawno tezę tę powtórzył Andrzej Talaga – stały publicysta „Rzeczypospolitej” – który zaproponował, by „wziąć UPA w nawias” i postawić „rację stanu ponad racją moralną”. Skoro tak, to rozdzieranie szat teraz wygląda bardzo nieszczerze.

To nie likwidacja nielegalnego i obrażającego Polaków pomnika UPA w Hruszowicach jest przyczyną wstrzymania przez stronę ukraińską legalizacji polskich ekshumacji i upamiętnień na Ukrainie. Na upamiętnienie polskiej martyrologii na Wołyniu nie ma miejsca dlatego, ponieważ stoi to w sprzeczności z obłędną heroizacją UPA. Ukraina banderowska nie okazała się lepsza od „moskiewskiej”.

Pierwszy rycerz nacjonalizmu

Przekaz o „polskiej okupacji” w lwowskim muzeum jest zasługą m.in. Wołodymyra Wiatrowycza, członka rady nadzorującej to muzeum. Przewodniczący UINP wyrasta dzisiaj na czołowego kreatora ukraińskiej polityki historycznej, opartej na afirmacji nacjonalizmu ukraińskiego jako rzekomego nurtu narodowowyzwoleńczego oraz gloryfikacji OUN-UPA.

Pseudohistoryczna działalność Wiatrowycza nasiliła się zwłaszcza w roku 2017, proklamowanym przez współczesnych epigonów nacjonalizmu ukraińskiego „rokiem UPA”. Dotychczas ukraińska historiografia nacjonalistyczna przedstawiała UPA jako rzekomy „ruch narodowowyzwoleńczy”. Wiatrowycz poszedł dalej i 8 lutego br. zainaugurował w Kijowie „kampanię informacyjną”, która przedstawiła UPA jako główną siłę oporu wobec okupacji niemieckiej, walczącą rzekomo z Niemcami hitlerowskimi. Walkę tę miała podobno zainicjować w lutym 1943 r. sotnia Hryhorija Perehijniaka, która rzeczywiście wtedy zainicjowała, ale ludobójstwo na ludności polskiej na Wołyniu.

Innym przykładem podejścia Wiatrowycza do historii jest promocja postaci Ołeny Telihy (1906-1942) – nacjonalistki z melnykowskiej frakcji OUN i hitlerowskiej kolaborantki. 25 lutego br. z udziałem najwyższych władz Ukrainy oraz Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego odsłonięto jej pomnik w Babim Jarze – miejscu jednej z największych zbrodni niemieckich na Żydach, popełnionej w dniach 29 września-3 października 1941 r. Rozstrzelano tam wówczas 33 771 Żydów. W zbrodni tej brał udział także Kijowski Kureń OUN, który w rzeczywistości był formacją ukraińskiej policji pomocniczej pod dowództwem Petra Żachwałyńskiego. To z tą kolaboracyjną formacją przybyła do Kijowa w 1941 r. Ołena Teliha. W 1942 r., w związku z konfliktem pomiędzy banderowską i melnykowską frakcją OUN, została zadenuncjowana przez banderowców na gestapo pod zarzutem machinacji finansowych i też została prawdopodobnie rozstrzelana przez Niemców w Babim Jarze. Nie jest to jednak do końca pewne, ponieważ Łeontij Forostywśkyj – ukraiński kolaborant i burmistrz Kijowa podczas okupacji niemieckiej – w wydanej w Buenos Aires w 1952 r. książce pt. „Kyjiw pid worożymy okupacijamy” twierdził, że Teliha podcięła sobie żyły w areszcie gestapo na ulicy Władymirskiej w Kijowie. Okoliczności jej działalności politycznej, aresztowania i śmierci nie stanowiły jednak dla UINP problemu, by zrobić z niej ofiarę nazizmu.

Pominięto przy tym fakt, że 5 października 1941 r. – a więc tuż po egzekucjach Żydów w Babim Jarze – Teliha zamieściła na łamach kolaboracyjnej gazety „Wołyń” artykuł pt. „Rozsypują się mury”, w którym wyrażała radość, że Niemcy kazali „opuścić” Żydom Kijów. Prowadziła też w okupowanym przez Niemców Kijowie restaurację, którą przejęła w ramach „aryzacji mienia żydowskiego”.

Skandaliczne sympozjum w Paryżu

Szczególnie bulwersującym przejawem działalności Wiatrowycza było sympozjum międzynarodowe „Shoah na Ukrainie. Nieszczęścia XX wieku w nowej perspektywie”, które zorganizowano na Uniwersytecie Paryż II Panthéon Assas w marcu br. Nie zaproszono na nie znanych i niezależnych badaczy historii nacjonalizmu ukraińskiego, takich jak John-Paul Himka, Per Anders Rudling, Marco Carynnyk, Grzegorz Rossoliński-Liebe i Iwan Kaczanowski. Dopuszczono tylko Wiatrowycza i współpracujących z nim historyków ukraińskich. Organizatorami sympozjum byli Philippe de Lara z Uniwersytetu Paryż II i Galina Ackerman – emigrantka z ZSRR, doktor historii na Sorbonie, znana z antyrosyjskiej publicystyki i wspierania pomajdanowej Ukrainy, m.in. w ramach Europejskiego Forum dla Ukrainy.

Organizatorzy sympozjum umożliwili delegacji ukraińskiej z Wiatrowyczem na czele głoszenie oczywistych kłamstw. Z wystąpień większości członków delegacji ukraińskiej można się było dowiedzieć o „czarnej legendzie ukraińskiego antysemityzmu”, którą wymyśliła „moskiewska propaganda”. Można było też usłyszeć tezy negujące udział nacjonalistów ukraińskich w Holokauście. Naukowcy zachodni i nieliczni działacze żydowscy protestujący przeciw udziale w konferencji Wiatrowycza (m.in. Eduard Doliński – dyrektor Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego z Kijowa) zostali przedstawieni jako „przeciwnicy dekomunizacji” albo sojusznicy-agenci-poplecznicy Kremla. Organizatorzy konferencji pochwalili Wiatrowycza właśnie za ową „dekomunizację historii” oraz zgodzili się z nim, że historia Holokaustu jest „zakłamana”, a jej odkłamanie polegać ma na likwidacji „sowieckich stereotypów” na temat antysemityzmu nacjonalistów ukraińskich.

„Przeciwdziałanie środowisk prokremlowskich dowodzi tylko, że my [jesteśmy] — na właściwym szlaku. Musimy kontynuować walkę o porozumienie między Ukraińcami i Żydami” – stwierdziła Galina Ackerman.

Dlaczego wtedy nie protestował polski IPN? Dlaczego nie wydał lub nie wsparł wydania publikacji ukazującej prawdę o roli nacjonalistów ukraińskich w zagładzie Żydów? Opracowanie takiej publikacji wziął na siebie zespół pod red. prof. Andrzeja A. Zięby – kierownika Zakładu Stosunków Etnicznych w Europie Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Doprowadził on do wydania monumentalnej pracy (998 stron i 52 strony wstępu) pt. „OUN, UPA i zagłada Żydów” (Kraków 2016, faktycznie książka ukazała się w sierpniu 2017 r.).

Dzieło to zawiera 36 artykułów badaczy nacjonalizmu ukraińskiego, w tym tak znakomitych jak: Marko Carynnyk, Aleksandr Diukow, Frank Golczewski, Sofia Graczowa, John-Paul Himka, Iwan Kaczanowski, Lucyna Kulińska, Grzegorz Motyka, Grzegorz Rossoliński-Liebe, Per Anders Rudling, Ewa Siemaszko, Władysław Siemaszko i Andrzej Zapałowski. Ich artykuły dotyczą antysemityzmu w ideologii OUN, udziału OUN i UPA w zagładzie Żydów oraz pamięci o tych zbrodniach. Publikacja ta ma ogromne znaczenie w sytuacji, kiedy ukraińska polityka historyczna, sterowana przez Wiatrowycza, neguje udział nacjonalistów ukraińskich w zagładzie Żydów.

 Gorzka prawda

Niemiecki politolog i historyk Andreas Umland napisał w sieciach społecznościowych, że skrót Ukraiński IPN (UINP) można śmiało odczytywać jako „Ukraiński Instytut Naparzania (pokrzywą) Polski”, ponieważ ta instytucja wraz z lwowskim Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego wyrządza najwięcej szkód relacjom polsko-ukraińskim. Jednakże przez bardzo długi czas strona polska przymykała na to oczy. Polityka historyczna pomajdanowej Ukrainy była długo bagatelizowana przez polski establishment polityczno-medialny. Polską opinię publiczną próbowano przekonywać, że renesans nacjonalizmu ukraińskiego, połączony z negacjonizmem jego zbrodni, stanowił na Ukrainie jakoby zjawisko marginalne. Niestety, jest wręcz przeciwnie.

Po upadku ZSRR i powstaniu niepodległej Ukrainy nacjonalistyczna diaspora ukraińska w Kanadzie, USA i RFN na nowo podjęła wojnę, którą UPA przegrała ponad siedemdziesiąt lat temu. W tę walkę włożono olbrzymi wysiłek organizacyjny i finansowy. Dla epigonów Stepana Bandery nie miało i nie ma znaczenia, że doprowadzili do konfliktu wewnętrznego na Ukrainie oraz konfliktu z Rosją, a teraz rozniecają konflikt z Polską. Liczył się tylko jeden cel – „Ukraina dla Ukraińców” pod nacjonalistyczną władzą. Dlatego zaoferowali swoje usługi Zachodowi w obaleniu legalnych władz ukraińskich w 2004 i 2014 roku w zamian za możliwość wejścia na scenę polityczną Ukrainy. Kult nacjonalizmu w wydaniu banderowskim był obecny w życiu zachodniej Ukrainy od ponad dwudziestu lat, ale po przewrotach z 2004 i 2014 roku został przeniesiony na resztę Ukrainy z fatalnymi dla tego kraju skutkami politycznymi.

Polska polityka uległości wobec Ukrainy od początku była błędem wynikającym z niezrozumienia przez postsolidarnościowe elity polityczne – zaślepione rusofobią oraz dawno przebrzmiałymi ideami prometeizmu – z jakim partnerem mają do czynienia. Elity te opierały się i niestety nadal w niemałej mierze jeszcze się opierają na własnych wyobrażeniach o Ukrainie, lekceważąc jednoznaczną wymowę faktów. Polityka historyczna uprawiana przez pomajdanową Ukrainę jest najlepszym dowodem tego, że nie warto stać po stronie takiego partnera. Nie tylko nie warto, ale nawet jest to niebezpieczne.

[1] G. Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943-1947, Kraków 2011.

[2] R. Torzecki, Polacy i Ukraińcy. Sprawa ukraińska w czasie II wojny światowej na terenie II Rzeczypospolitej, Warszawa 1993.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 listopada 2017 r.

„Przegląd” nr 46 (932), 13-19.11.2017, s. 8-12

Ukrpol zamiast Intermarium

W Rosji gościła z oficjalną wizytą prezydent Chorwacji Kolindra Grabar-Kitarović. 18 października spotkała się w Soczi z Władimirem Putinem. Rozmowy dotyczyły głównie spraw gospodarczych. Grabar-Kitarović zadeklarowała, że Chorwacja chciałaby rozszerzyć współpracę gospodarczą z Rosją i opowiada się za uchyleniem unijnych sankcji nałożonych na ten kraj[1]. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że Chorwacja jest uważana za kluczowy kraj tzw. bloku Trójmorza, którego orędownikiem jest obóz rządzący w Polsce. W lipcu, podczas szczytu Trójmorza w Warszawie i wizyty Donalda Trumpa, zwracano uwagę na znaczenie terminalu LNG, który ma powstać na chorwackiej wyspie Krk. Uznano, że razem z gazoportem w Świnoujściu będzie on stanowił kluczowy element w doprowadzeniu do uniezależnienia energetycznego Europy Środkowej od Rosji.

Tymczasem deklaracja prezydent Grabar-Kitarović o poszerzeniu współpracy gospodarczej z Rosją, w sytuacji gdy Gazprom zapewnia połowę zapotrzebowania Chorwacji na gaz, stawia tę sprawę w zupełnie innym świetle. Podczas wystąpienia na konferencji prasowej po spotkaniu z prezydentem Putinem Grabar-Kitarović podkreśliła, że Trójmorze nie zamyka drogi do współpracy z Rosją.

„Inicjatywa Trójmorza jest nieformalną platformą polityczną państw Europy Środkowej i Wschodniej, za pomocą której promowane są więzi europejskie i współpraca ekonomiczna, poprzez budowę infrastruktury transportowej i energetycznej (…)” – tłumaczyła Grabar-Kitarović.

„Chciałam podkreślić, że ta inicjatywa jest przede wszystkim »dla«, a nie »przeciw«. Została zaprojektowana dla wzmacniania więzi. Międzymorze jest bardzo często oskarżane o bycie inicjatywą skierowaną przeciw Rosji, jednak samo w sobie nie jest tak antyrosyjskie czy antyniemieckie” – dodała następnie prezydent Chorwacji.

„Trójmorze nie jest koniem trojańskim Stanów Zjednoczonych. Ta inicjatywa jest otwarta na współpracę wszystkich krajów, w tym wielu państw trzecich jak Chiny czy inne kraje Unii Europejskiej, które zdążyły już wyrazić pragnienie dołączenia do tego projektu. Dlaczego nie może wśród nich być Rosji?” – zapytała prezydent Chorwacji.

„Rosja jest niepomijalnym partnerem przy rozwiązywaniu różnych problemów czy dyskusji na temat światowego bezpieczeństwa. Jako członek Unii Europejskiej i NATO Chorwacja popiera otwarty dialog pomiędzy Rosją i Ukrainą” – podkreśliła Grabar-Kitarović[2].

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na to, że pani Grabar-Kitarović wywodzi się z Chorwackiej Wspólnoty Demokratycznej – partii założonej w 1989 roku przez Franjo Tudźmana, będącej przynajmniej w latach 90. XX wieku epigonem ruchu ustaszowskiego. Epigoni ustaszy potrafią zatem realistycznie spojrzeć na Rosję. Nie są natomiast do tego zdolni epigoni piłsudczyzny w Polsce.

To co powiedziała w Soczi Kolindra Grabar-Kitarović jest szokujące przede wszystkim dla obozu rządzącego w Polsce. Milczenie ze strony jego polityków i mediów w tej sprawie dowodzi tylko wysokiego poziomu tego szoku. Wizja Trójmorza, zaproponowana przez prezydent Chorwacji, jest całkowicie sprzeczna z wizją polityków polskich – zarówno z PiS, jak i opozycji liberalnej – postrzegających rzeczywistość przez pryzmat prometeizmu i giedroycizmu. Trójmorze (Międzymorze, Intermarium) w rozumieniu prezydenta Dudy, premier Szydło, Jarosława Kaczyńskiego, ministra Waszczykowskiego, Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, „Gazety Polskiej”, Klubu Jagiellońskiego, ale także „Nowej Europy Wschodniej” i innych think-tanków związanych z obozem liberalnym ma być właśnie koniem trojańskim Stanów Zjednoczonych w Europie.

Miałby to być blok pod przewodnictwem Polski, powiązany gospodarczo i militarnie z USA, skierowany politycznie przeciw Rosji i Niemcom, działający na rzecz osłabienia dominacji Niemiec w UE, dążący do wyparcia Gazpromu z Europy Środkowej na rzecz dostaw gazu z USA, wspierający i realizujący politykę amerykańską na obszarze poradzieckim, zmierzającą do wypchnięcia Rosji z tego obszaru (głównie z Ukrainy). A więc zupełnie przeciwnie niż to zadeklarowała prezydent Grabar-Kitarović.

Politycy polscy wyobrażają sobie Trójmorze na wzór dominacji dynastii Jagiellonów w Europie Środkowo-Wschodniej w drugiej połowie XV wieku, kiedy Jagiellonowie panowali w Polsce, na Litwie, Węgrzech i w Czechach. Wizja ta jest im od kilkunastu lat podsuwana przez George’a Friedmana – właściciela i dyrektora generalnego agencji Stratfor. Konsekwentnie buduje on w swoich publikacjach i wystąpieniach miraż polskiej mocarstwowości, tak miły dla polskiej próżności. Polscy politycy chętnie takie miraże przyjmują, ponieważ nadal żyją w wieku XIX i przygotowują się do kolejnego powstania przeciw Rosji.

Jednakże pani Grabar-Kitarović, a także Viktor Orban wyobrażają sobie Trójmorze zupełnie inaczej. Nie jako blok polityczny ściśle związany z USA i narzędzie polskiej dominacji mocarstwowej w Europie Środkowej, ale jako płaszczyznę suwerennej współpracy i wzajemnego wsparcia państw tego obszaru. Nie jako amerykańskie ostrze wymierzone w Rosję, ale jako platformę współpracy gospodarczej, a niewykluczone, że i politycznej z Rosją i Chinami. Dla nich – w przeciwieństwie do Warszawy – kryzys ukraiński jest tylko przejściowym epizodem w relacjach europejsko-rosyjskich, a nie powodem do izolacji Rosji.

Żaden z przywódców europejskich nie zintensyfikował ostatnio wzajemnych kontaktów z Moskwą tak jak Viktor Orban – wciąż jeszcze komplementowany przez obóz rządzący w Polsce. O ile polska prawica zamroziła wszelkie stosunki z Rosją, podejmując w tym celu nawet radykalne działania w dziedzinie pamięci historycznej, to Orban działa w kierunku całkowicie przeciwnym. Utrzymanie antyrosyjskich sankcji, a nawet ich rozszerzenie, stanowi fundament polskiej polityki wobec Rosji, gdy tymczasem Orban, Grabar-Kitarović, czy przywódcy Czech i Słowacji – od dawna postulują ich zniesie.

Wzmocnienia tendencji prorosyjskich na obszarze Trójmorza należy się spodziewać patrząc na wyniki październikowych wyborów parlamentarnych w Austrii i Czechach. W krajach tych umocnili swoją pozycję politycy postrzegani jako prorosyjscy (Sebastian Kurz, Andrej Babisz). Kurz wzywał do cofnięcia sankcji wobec Rosji, a jego ewentualny koalicjant – Heinz-Christan Strache (lider Wolnościowej Partii Austrii) – uznaje Krym za rosyjski. Zauważył to z przerażeniem Jerzy Targalski – jeden z czołowych mentorów obozu polskiej rusofobii – w wywiadzie udzielonym Dorocie Kani. „Rosja próbuje zostać »przywódcą« ruchów prawicowych i centrowych na świecie, pokazując że jest opoką, na której można się wesprzeć przeciwko degeneratom z lewicy” – stwierdził Targalski, postrzegając wybory w Austrii i Czechach w kategoriach spisku rosyjskiego[3]. Gdyby ludzie z „Gazety Polskiej” nie udzielali wywiadów tylko w swoim gronie, to może potrafiliby zauważyć też coś innego.

Na izolację Polski z powodu jej polityki antyrosyjskiej zwrócił uwagę Leszek Miller – jedyny polski uczestnik XIV sesji Klubu Wałdajskiego w Soczi. „Rusofobia stała się oficjalną doktryną państwową, ustały kontakty na wszystkich piętrach władz, a straszenie Rosją stało się obowiązkową codziennością. Moskwa z kolei nie widzi Polski z wysokości Kremla i nie umieszcza jej w swojej globalnej strategii. Nikt z występujących oficjeli i ekspertów nie odnosił się do naszego kraju i nikt o nic nie pytał” – tak opisał swoje refleksje Leszek Miller po powrocie z Soczi[4].

Wypowiedzi Millera nikt w obozie prawicowym nie zrozumiał, o czym świadczą już same tytuły z prawicowych mediów: „Co robił Leszek Miller w Rosji?” (portal Międzymorza Jagiellonia oraz Fronda.pl), „Leszek Miller z wizytą w Moskwie. Oskarżenia wobec Polski i ciepłe słowa o Putinie” (PCh24.pl), „Leszek Miller chwali w Moskwie Władimira Putina” (rp.pl), „Miller się pogrąża (w Rosji)” („Gazeta Polska Codziennie”).

„Ciągnie wilka do lasu. Ostatnia wizyta Leszka Millera w Rosji i to, co o niej wiadomo, pokazuje, że nie ma dla byłych komunistycznych działaczy miejsca bardziej komfortowego niż otoczenie kremlowskich notabli, rosyjskiego oligarchatu i ludzi ze środowiska postsowieckich służb specjalnych” – zaczyna tradycyjną mantrę gazetopolską Wojciech Mucha w „GPC”[5]. Krótko mówiąc: agent Rosji. Tyle ma do powiedzenia i tyle zawsze będzie mieć do powiedzenia rządząca prawica o każdym kto spróbuje zwrócić uwagę na sprawy oczywiste w stosunkach polsko-rosyjskich.

W świetle powyższych faktów nie ulega wątpliwości, że odpływa w dal wizja Trójmorza jako narzędzia polskiej mocarstwowości w konfrontacji z Rosją i Niemcami. Poza Polską i państwami bałtyckimi nikt bowiem na obszarze Trójmorza nie podziela polskiej rusofobii. Nie powinno dziwić zatem, że ze strony Warszawy nastąpiła ostatnio intensyfikacja relacji z Ukrainą i Litwą. Proukraińskiej i prolitewskiej linii polityki polskiej nie jest w stanie powstrzymać nawet antypolska polityka Litwy i Ukrainy.

MSW Litwy właśnie opracowuje plan nowego podziału administracyjnego i zamierza zlikwidować samorząd wileński – jeden z dwóch największych polskich samorządów na Litwie[6]. Nic to. Warszawa nadal grzecznie nie wspomina w oficjalnych kontaktach o dyskryminacji mniejszości polskiej na Litwie.

Znacznie gorzej ta asymetria przedstawia się w stosunkach z Ukrainą. W październiku wizyty w Kijowie złożyli wicemarszałek Senatu i wicepremier Gliński. Z nowymi deklaracjami proukraińskimi wystąpił też minister Waszczykowski. W zamian otrzymali sprzeciw Kijowa wobec ekshumacji ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.

Portal Kresy.pl ustalił, że znajdujący się w trudnej sytuacji ekonomicznej ZUS będzie wypłacał emerytury pracującym w Polsce Ukraińcom także za czas pracy na Ukrainie[7]. Pieniądze przeznaczone na emerytury dla Ukraińców będą w całości pochodziły z polskich składek i nie zostaną w żaden sposób zrekompensowane przez stronę ukraińską. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przyznało też, że dopłaca do minimalnych emerytur Ukraińcom pracującym w Polsce[8]. Tym samym Polska wzięła na siebie utrzymanie systemu emerytalnego na Ukrainie, który tam faktycznie zbankrutował z powodu rozgrabienia go przez oligarchów. Politycy PiS, którzy robią Ukraińcom taki prezent równocześnie radzą strajkującym lekarzom, żeby wyjeżdżali z Polski lub pracowali dla idei. Przepompowywanie pieniędzy polskiego podatnika na Ukrainę, mające miejsce co najmniej od 2014 roku, przestaje być już tajemnicą poliszynela.

Polski IPN konferuje ze swoim ukraińskim odpowiednikiem (V Polsko-Ukraińskie Forum Historyków w Czerkasach, 19-22.10.2017) w sytuacji, gdy strona ukraińska neguje lub relatywizuje ludobójstwo wołyńsko-małopolskie, uniemożliwia jego upamiętnienie i gloryfikuje jego sprawców. Właściwie nie wiadomo o czym z takim partnerem można debatować. O przystosowaniu się do ukraińskiej polityki historycznej? Przytomnie zauważył to prezes polskiego IPN[9]. Nie chce jednak tego widzieć obóz rządzący.

Oficjalnie nie widzi się problemów, jakie stwarza rosnąca imigracja ukraińska do Polski, w tym coraz bardziej drastycznych przypadków przestępstw kryminalnych ze strony imigrantów ukraińskich. Nie dostrzega się tego, że nie integrują się oni z Polakami, a wielu z nich – zindoktrynowanych ideologią nacjonalistyczną – jest do Polski nastawionych wrogo. Sejmowa większość blokuje inicjatywy ustawodawcze zmierzające do zakazania propagowania na terytorium Polski ideologii banderowskiej. Padają – zwłaszcza ze strony obozu liberalnego – nieodpowiedzialne propozycje przyznania imigrantom ukraińskim obywatelstwa, uznania języka ukraińskiego za drugi język urzędowy we Wrocławiu i w Poznaniu, a nawet nadania Ukraińcom płacącym w Polsce podatki prawa głosu w wyborach samorządowych[10]. Najwyraźniej PO liczy na to, że ukraińscy imigranci staną się jej elektoratem.

Ani ze strony PiS, ani PO nie ma żadnej refleksji historycznej. A historia pokazuje, że Ukraińcy nigdy nie potrafili stworzyć i utrzymać swojego państwa. Byli natomiast mistrzami destabilizacji innych państw, zwłaszcza II RP i Polski powojennej. Wymowny jest zwłaszcza stosunek Warszawy do ukraińskiej ustawy oświatowej, która dyskryminuje mniejszości narodowe. Węgry i Rumunia uznały tę ustawę za uderzenie w szkolnictwo swoich mniejszości narodowych i zapowiedziały blokadę integracji Ukrainy z UE. Warszawa nie tylko się do nich nie przyłączyła, ale uznała, że prawa polskiej mniejszości na Ukrainie nie są jakoby zagrożone przez reformę oświaty. Jeśli do tego dodać, że Warszawa nie sprzeciwia się też wyraźnie gloryfikacji oprawców z OUN i UPA na Ukrainie i nie żąda wyjaśnienia antypolskich incydentów z pierwszej połowy tego roku, to można z całą pewnością przyznać, że klęczy na kolanach przed Kijowem.

Odpowiedzią ze strony ukraińskiej na wszystkie dobrodziejstwa strony polskiej są peany prezydenta Poroszenki na cześć UPA z okazji święta państwowego 14 października, odmowa zgody na przeprowadzenie ekshumacji ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego oraz skandaliczny wywiad byłego prezydenta Juszczenki dla RMF FM, w którym postawił na jednej płaszczyźnie AK i UPA, Banderę i Piłsudskiego oraz pogroził, żeby nie pouczano Ukraińców, kto ma być ich bohaterem[11].

Poroszenko z kolei dał jasno do zrozumienia jak ceni sobie partnerstwo z Polską, kiedy uroczyście otworzył w czerwcu ruch bezwizowy pomiędzy Ukrainą a UE na przejściu granicznym ze Słowacją.

Wygląda zatem na to, że zamiast mocarstwowej koncepcji Intermarium rządzącej prawicy przyszło realizować koncepcję Ukrpolu Adama Michnika jako Intermarium zastępczego. Tę koncepcję rusofobiczna prawica też sobie przyswoiła i też ubrała ją w mocarstwowy kostium. Na jej portalach można bowiem dużo poczytać o rzekomej konieczności odbudowy Rzeczypospolitej Obojga Narodów itp. Już teraz widać jednak, że będzie to Ukrpol ze stolicą w Kijowie, w którym Polska będzie podporządkowana Ukrainie i przez nią eksploatowana, a nie odwrotnie.

[1] Spotkanie prezydentów Chorwacji i Rosji w Soczi. Zagrzeb chce rozszerzyć współpracę gospodarczą, http://www.kresy.pl, 20.10.2017.

[2] Prezydent Chorwacji do Putina: Trójmorze może współpracować z Rosją, http://www.kresy.pl, 22.10.2017.

[3] Dr Targalski o wyborach w Austrii i Czechach: ujawniają się tendencje prorosyjskie, http://www.polskieradio.pl, 14.10.2017.

[4] Leszek Miller: Moskwa nie widzi Polski z wysokości Kremla, http://www.pl.sputniknews.com, 24.10.2017.

[5] W. Mucha, „Miller się pogrąża (w Rosji)”, „Gazeta Polska Codziennie” nr 1862 z 26.10.2017.

[6] Litwa zamierza zlikwidować jeden z dwóch samorządów rządzonych przez polską mniejszość, http://www.kresy.pl, 23.10.2017.

[7] ZUS potwierdza: polscy podatnicy sfinansują Ukraińcom emerytury za lata przepracowane na Ukrainie. Rząd nabiera wody w usta, http://www.kresy.pl, 17.10.2017.

[8] Sejm: ministerstwo przyznaje, że ZUS dopłaca do minimalnych emerytur dla Ukraińców pracujących w Polsce., http://www.kresy.pl, 26.10.2017.

[9] Dr Szarek: nie widzę możliwości dalszej współpracy z Ukrainą, http://www.magnapolonia.org, 26.10.2017.

[10] D. Patrejko, „Do czego prowadzi logika ukrainofilów”, http://www.prawy.pl, 23.10.2017.

[11] Juszczenko: niech Polacy nie pouczają Ukraińców, kto ma być ich bohaterem, http://www.kresy.pl, 23.10.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 1 listopada 2017 r.

„Myśl Polska” nr 45-46 (2161/62), 5-12.11.2017, s. 6-7

Odszedł Antoni Mariański (1927-2017)

Nie miałem okazji poznać Go osobiście, ale mieliśmy kontakt mailowy. Antoni Mariański (1927-2017) walczył z UPA całe życie. Najpierw w 27. Wołyńskiej Dywizji AK. Potem jako nieugięty obrońca prawdy o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim.

W swoich artykułach i książkach pokazywał prawdziwe oblicze nacjonalizmu ukraińskiego i przestrzegał przed jego odrodzeniem, demaskował rzeczywistą działalność mniejszości ukraińskiej w Polsce oraz rewizjonistyczny i negacjonistyczny charakter publicystyki jej organu prasowego – „Naszego Słowa”. Publikował m.in. w kwartalniku „Wołyń i Polesie”, gdzie ja też publikowałem. Wiem, że podobało mu się to, co pisałem i mnie również podobały się Jego artykuły.

Po śmierci redaktor naczelnej Haliny Ziółkowskiej-Modły (1924-2015) przesłał mi kilka swoich tekstów mając nadzieję, że ja będę kontynuował wydawanie kwartalnika. Niestety przerastało to moje możliwości. Wtedy zaczął publikować w „Myśli Polskiej”, gdzie ja również publikowałem. Tak oto nie znając się osobiście byliśmy nadal razem. Po tej samej stronie, walcząc w tej samej Sprawie. Wydaje się dzisiaj, że przegranej – patrząc na renesans banderowski na Ukrainie oraz bezmyślną, szkodliwą i antypolską politykę wiodących sił politycznych w Polsce i ich mediów. Ale wiedzieliśmy, że mimo, iż nasz głos jest głosem wołającego na puszczy, musimy trwać na posterunku walki o Pamięć męczeństwa ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.

Walki przeciw relatywizacji, zakłamywaniu i negowaniu tej zbrodni, walki z odradzającymi się dzisiaj upiorami przeszłości, walki z bezmyślnością tych, którzy mówią, że wolą Ukrainę banderowską od „sowieckiej”. Antoni Mariański wytrwał w tej walce do końca. Zmarł 27 października 2017 roku. 31 października w Dąbrowie Niemodlińskiej w powiecie opolskim miał miejsce Jego pogrzeb.

Był synem Leona (1892-1967) i Bronisławy z Sakowiczów (1902-1993) – rolników ze wsi Zasmyki, położonej 15 kilometrów na południe od Kowla. Miał liczne rodzeństwo: dwóch braci i trzy siostry. Rodzina ta miała szczęście, bo w całości przeżyła ludobójstwo ukraińskie na Wołyniu, ale koszmar wydarzeń, które rozgrywały się na jej oczach, zostawił szczególnie trwały ślad w pamięci dwóch braci Mariańskich. Antoni Mariański ukończył po wojnie Politechnikę Warszawską i osiadł w Nysie, a potem w Opolu. Prowadził renowację obiektów sakralnych i budował nowe świątynie na Dolnym Śląsku. Był m.in. głównym budowniczym kościoła pod wezwaniem bł. Czesława w opolskiej dzielnicy Zaodrze oraz Drukarni św. Krzyża w Opolu.

Najważniejsza część Jego publicystyki z „Myśli Polskiej”, „Na Rubieży”, „Naszego Dziennika”, „Wołynia i Polesia” oraz innych periodyków, a także wspomnień, została opublikowana w ośmiu tomach zatytułowanych „Niechciana prawda” (wydanych własnymi środkami). W przedmowie do czwartego tomu „Niechcianej prawdy” napisał, że „(…) na przestrzeni tych ponad sześćdziesięciu lat nastąpiły wprost niewyobrażalne zmiany faktów z czasów II wojny światowej. Świadkowie z czasów wojny ze zdumieniem patrzą na przekręty i fałszerstwa dokonane przez rządzących”.

To jest testament, który pozostawił Antoni Mariański – świadek ludobójstwa banderowskiego na narodzie polskim, żołnierz 27. Wołyńskiej Dywizji AK i publicysta kresowy. Ta publicystyka jest dowodem ogromnego zaangażowania Antoniego Mariańskiego w dokumentowanie zbrodni banderowskich na Kresach Wschodnich II RP. Wydaje się niewiarygodne, że inżynier budowlaniec wykonał taki ogrom pracy historycznej, popularyzatorskiej i polemicznej. Pracy, którą powinni wykonać zawodowi historycy – pracownicy uniwersytetów i IPN. Są to publikacje napisane z pasją i z ogromnym talentem publicystyczno-polemicznym.

Antoni Mariański dołączył tym samym do grona wybitnie zasłużonych strażników pamięci o zagładzie Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, takich jak Wiktor Poliszczuk, Czesław Partacz, Ewa i Władysław Siemaszkowie, Mieczysław Samborski, Szczepan Siekierka, czy Lucyna Kulińska. Bez ich ogromnej pracy prawda o ludobójstwie na Kresach byłaby o wiele łatwiejsza do przemilczenia i zakłamania.

Antoni Mariański pisał swoje teksty w czasach, gdy zamazywano prawdę o zbrodniach banderowców na Wołyniu, gdy ówczesne władze polskie unikały jak ognia obarczania nacjonalistów ukraińskich winą za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie. Miał odwagę podjąć odważną polemikę z ukraińskim periodykiem „Nasze Słowo”, a także ze stanowiskiem ministrów spraw zagranicznych Polski Radosława Sikorskiego i Grzegorza Schetyny oraz wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jacka Protasiewicza.

Wybitnym publicystą kresowym był również Jego brat – Leon Mariański (1923-2002), autor książki „Od Zasmyk do Skrobowa. Przeciw UPA na śmierć i życie. Wołyń – w szponach trzech wrogów. Wspomnienia żołnierza z oddziału »Jastrzębia«, który przeszedł szlak z 27. Wołyńską Dywizją Piechoty AK od samoobrony w Zasmykach do rozbrojenia w Skrobowie” (wydanie pierwsze, Opole 1994). Tę obszerną (488 stron), ilustrowaną unikatowymi fotografiami publikację wydał pod nazwiskiem Leon Karłowicz. Takie nazwisko przyjął w 1945 roku w Lublinie, aby ukryć swoją akowską przeszłość i działalność konspiracyjną na Wołyniu.

Leon Mariański pod nazwiskiem Karłowicz ukończył Katolicki Uniwersytet Lubelski i przez ponad 35 lat uczył historii i języka polskiego w Technikum Pszczelarskim w Pszczelej Woli koło Lublina. Oprócz wymienionej publikacji był autorem 25 książek historyczno-wspomnieniowych i tomików wierszy oraz dwóch rozpraw naukowych o pszczelarstwie.

Antoni Mariański z synami Krzysztofem (ur. 1958 r.) i Stanisławem (ur. 1960 r. ). Fot. www.plus.nto.pl

Antoni Mariański z synami Krzysztofem (ur. 1958 r.) i Stanisławem (ur. 1960 r. ). Fot. http://www.plus.nto.pl

Leon Mariański (pierwszy z lewej), jego żona Alicja ze Scelinów, teściowa (siedzi) Maria Scelinowa (1904-1973) oraz Wanda (lwowianka) i jej mąż Tadeusz Scelina, dyrektor Fabryki Silników „Besel” w Brzegu. Brzeg, 1948 r. Fot. www.plus.nto.pl

Leon Mariański (pierwszy z lewej), jego żona Alicja ze Scelinów, teściowa (siedzi) Maria Scelinowa (1904-1973) oraz Wanda (lwowianka) i jej mąż Tadeusz Scelina, dyrektor Fabryki Silników „Besel” w Brzegu. Brzeg, 1948 r. Fot. http://www.plus.nto.pl

Antoni Mariański w ostatnich latach życia. Fot. www.isakowicz.pl

Antoni Mariański w ostatnich latach życia. Fot. http://www.isakowicz.pl

 

To dzięki takim ludziom ja Leon Mariański i Antoni Mariański przetrwała prawda o 27. Wołyńskiej Dywizji AK oraz nie powiódł się różnym siłom politycznym w Polsce zamiar przemilczenia i zakłamania prawdy o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim. Pamięć o Ich zasługach jest naszym drugim obowiązkiem obok kontynuowania testamentu Ich życia – walki o Pamięć ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 31 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2163/64), 19-26.11.2017, s. 19

W marszu z Banderą

24 sierpnia w Kijowie – z okazji święta niepodległości Ukrainy – odbyła się coroczna parada wojskowa. W tym roku wzięło w niej udział 4,5 tys. żołnierzy ukraińskich oraz 231 żołnierzy z 10 państw, z których osiem należy do NATO: USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Polski, Rumunii, Litwy, Łotwy, Estonii, Mołdawii i Gruzji. Oprócz szefa Pentagonu Jamesa Mattisa do Kijowa przyjechali ministrowie obrony Czarnogóry, Estonii, Gruzji, Litwy, Łotwy, Mołdawii, Polski i wiceminister obrony Wielkiej Brytanii[1].

Przed tym wydarzeniem pojawiły się informacje, że podczas parady w Kijowie odegrany zostanie marsz (hymn) Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i 29 polskich żołnierzy z 21. Brygady Strzelców Podhalańskich będzie maszerować do muzyki tego marsza[2]. Ostatecznie marsz OUN nie został odegrany, ale polski oddział maszerował na tle czerwono-czarnych flag OUN-Banderowców i razem z oddziałami ochotniczymi wywodzącymi się z Prawego Sektora. Jeden z defilujących oddziałów ukraińskich otrzymał na paradzie imię Jewhena Konowalca – twórcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, odpowiedzialnego za terrorystyczne działania wobec Polski w latach 30. XX wieku.

Minister obrony narodowej Antoni Macierewicz – gość honorowy kijowskiej parady – tego dyskretnie nie widział. Nie zauważył też, że odbierał defiladę organizacji paramilitarnych i politycznych Ukrainy z czerwono-czarnymi sztandarami upowskimi i portretami Stepana Bandery. To wszystko w żaden sposób mu nie przeszkadzało. Po zakończeniu parady minister Macierewicz spotkał się ze swoim odpowiednikiem Stepanem Połtorakiem oraz prezydentem Poroszenką i zadeklarował jednostronne wsparcie polityczne i wojskowe Polski dla Ukrainy. Pozwolił sobie przy tym na następujące stwierdzenia, które zacytowała służba prasowa administracji prezydenta Poroszenki: „Europa bez Ukrainy nie będzie pełnowartościowa ani w sensie politycznym, ani gospodarczym, ani wojskowym. Polska jest i pozostanie razem z Ukrainą, ponieważ wasz kraj broni Europy. (…) to na Ukrainę spada dzisiaj główny ciężar obrony Europy przed barbarzyństwem, które grozi całej Europie, ale przede wszystkim flance wschodniej”[3].

Są to twierdzenia całkowicie oderwane od rzeczywistości, których wypowiadanie nie przystoi członkowi rządu. Dowodzą one tylko, że polityka wschodnia prowadzona przez PiS i popierana przez opozycję liberalną nie ma żadnego celu, bo nie można za takowy uznać wykonywania zaleceń Starszego Brata zza Oceanu Atlantyckiego.

Polityka musi mieć jakiś cel – słuszny lub fałszywy. Jednakże tego, co robią Macierewicz i reszta jego obozu politycznego względem Ukrainy nie można nazwać polityką. To jest z jednej strony żyrowanie w ślepo wszystkiego co zrobi pomajdanowa władza w Kijowie, a z drugiej strony dążenie do budowania siły Ukrainy polskim kosztem i polskim wysiłkiem. Gdyby Polska prowadziła wobec Ukrainy politykę, tzn. zamiast wykonywać instrukcje płynące z ambasady USA przyjęłaby za punkt odniesienia swoją rację stanu, to jednostronne deklarowanie wobec Kijowa wsparcia politycznego, wojskowego i gospodarczego nie mogłoby mieć miejsca bez rozwiązania kwestii spornych, np. w dziedzinie polityki historycznej czy blokowania przez Ukrainę eksportu polskiego mięsa.

Żeby odpowiedzieć na pytanie jak powinna wyglądać polska suwerenna polityka wobec Ukrainy, trzeba zadać sobie pytanie jaki jest polski suwerenny interes na Wschodzie. Zgadzam się, iż w interesie Polski leży, żeby pomiędzy Polską a Rosją istniała strefa buforowa w postaci Ukrainy. Ale równocześnie w interesie Polski leży też, żeby na Ukrainie nie było renesansu banderowskiego oraz żeby Ukraina była słaba i trwale skonfliktowana z Rosją, a więc taka jak obecnie. Tymczasem minister Macierewicz deklaruje coś wręcz przeciwnego, a mianowicie polskie wsparcie dla budowania siły państwa, które odwołuje się do antypolskiej ideologii szowinistycznej, wskrzesza jej upiory i gloryfikuje sprawców ludobójstwa na narodzie polskim. Czyli państwa, które wcale nie rokuje nadziei na wzajemnie przyjazne ułożenie stosunków teraz i w przyszłości.

Ponadto poważny polityk suwerennego państwa nigdy nie nazwałby „barbarzyństwem” poważnego i liczącego się mocarstwa, nigdy nie mówiłby publicznie, że ze strony tego mocarstwa grozi Europie jakieś niebezpieczeństwo, nawet gdyby to była prawda i nigdy nie nazwałby oficjalnie swojego kraju „flanką wschodnią”.

W Kijowie, inaczej niż w Warszawie, potrafią myśleć w kategoriach racji stanu i tam wiedzą, że w interesie Ukrainy leży Polska trwale skonfliktowana z Niemcami i Rosją oraz skłócona wewnętrznie, którą można wykorzystywać do realizacji własnych celów politycznych i przeciwko której można będzie w przyszłości wystąpić np. w sojuszu z Niemcami. Takie cele polityki Kijowa wspiera silne lobby ukraińskie, które ma wpływy i w PiS, i w PO, i w różnych mediach. Narracja tego lobby jest traktowana przez polski mainstream polityczny poważnie i co najgorsze – jest przedstawiana społeczeństwu jako obiektywny polski punkt widzenia. Postsolidarnościowy mainstream polityczny przyjął narrację lobby ukraińskiego za swoją własną i uważa ją za realny opis rzeczywistości. Stąd narracja ta staje się coraz bardziej radykalna.

Przykładem radykalizacji lobby ukraińskiego jest ostatnia wypowiedź red. Andrzeja Talagi z dziennika „Rzeczpospolita”. Odnosząc się do informacji o planowanym odegraniu podczas parady w Kijowie hymnu OUN, postulował on na łamach „Rzeczypospolitej”, żeby Polska milczała w sprawie gloryfikacji OUN i UPA na Ukrainie. Zdaniem Talagi „racja stanu (…) nakazuje nam milczeć i budować jak najlepsze stosunki z Kijowem pomimo gloryfikacji OUN i UPA”. Żeby ten bulwersujący absurd uzasadnić, Talaga sięgnął po wypróbowaną strategię lobby ukraińskiego straszenia Polaków Rosją i uderza z grubej rury: „utrata Ukrainy na korzyść Kremla zasadniczo zmienia na niekorzyść strategiczne położenie Polski i powinniśmy robić wszystko, by uniknąć takiego scenariusza”.

Mamy tu dwie nieprawdy: kreowanie Rosji jako strony agresywnej, podczas gdy w rozgrywce politycznej na Ukrainie stroną agresywną od 2014 roku są USA i NATO, oraz kreowanie wizji odrodzenia imperializmu rosyjskiego, kiedy obecna polityka rosyjska faktycznie nie ma takich ambicji. Dąży ona mianowicie nie do odbudowy Imperium Rosyjskiego lub ZSRR, ale do zachowania status quo. Tzn. do to tego, by nie dopuścić do kolorowej rewolucji w Moskwie i rozpadu Federacji Rosyjskiej, co jest celem tzw. neokonserwatystów amerykańskich, którego nie ukrywali i nie ukrywają. Aneksja Krymu została podyktowana względami bezpieczeństwa Rosji w sytuacji przejścia Ukrainy po przewrocie w 2014 roku do strefy wpływów USA, a nie była przejawem imperializmu rosyjskiego. Talaga kreuje fałszywą rzeczywistość, bo przed Polską wcale nie stoi alternatywa marszu „z Banderą lub z Moskwą” – i tę fałszywą rzeczywistość przedstawia jako obiektywną.

Odegrawszy scenę straszenia Polaków Rosją Talaga proponuje, żeby „wziąć rozbieżności w ocenie działalności banderowców w nawias, tak aby nie wpływały na inne wspólne działania, uprawiać politykę proukraińską pomimo gloryfikacji UPA przez Kijów”. W konkluzji przekracza granicę nonsensu: „Ukraina z Banderą nie wejdzie do UE – to znany cytat obrazujący obecną postawę Polski. Niechaj wejdzie choćby i z samym diabłem, jeśli miałoby to poprawić bezpieczeństwo Polski”[4].

Konrad Rękas skomentował te wynurzenia następująco: „Talaga minął już Himalaje absurdu i zbliża się powoli do Księżyca w swojej drodze na Mars głupoty. Dobrze, że ktoś taki jak Talaga istnieje, bo artykułowanie wprost tak bzdurnych i szkodliwych poglądów otwiera ludziom oczy na ewidentne konsekwencje konotacji polityki obecnego rządu. A więc dobrze, że tego typu radykałowie i wariaci mówią głośno to, co Macierewicz, Waszczykowski i inni robią po cichu”[5].

Nie zgodzę się z tym, że red. Talaga jest głupcem. Moim zdaniem jest on przedstawicielem silnego w Polsce lobby ukraińskiego lub amerykańskiego, jak wielu innych publicystów oraz zinstytucjonalizowanych propagatorów doktryny Giedroycia i „wiary ukrainnej”. Natomiast prawdą jest, że polski mainstream polityczny uznaje takie poglądy za obiektywne i przyjmuje je za swój punkt widzenia, który niekoniecznie od razu wyraża głośno i otwarcie. Wszak jeszcze polska opinia publiczna nie została całkiem przerobiona w duchu „wiary ukrainnej”.

Należy zatem po raz kolejny zadać pytanie – dokąd postsolidarnościowy mainstream polityczny chce maszerować ze Stepanem Banderą, jak mu podpowiada red. Talaga. Stosunki polsko-ukraińskie wcale nie stały się lepsze pomimo chowania przez polskie władze głowy w piasek wobec polityki historycznej Kijowa, czyli wszechstronnej heroizacji OUN i UPA, oraz jednostronnego polskiego wsparcia dla Ukrainy na płaszczyźnie politycznej, wojskowej i gospodarczej. Pomajdanowa Ukraina, która swojej tożsamości historycznej szuka wyłącznie w tradycji banderowskiej i w tym celu doprowadziła do prawdziwego renesansu banderowskiego, jest partnerem, który bierze, ale nic nie daje w zamian. Popularne w kręgu „Gazety Polskiej” twierdzenie, że broni Polskę przed Rosją należy do kategorii tzw. humoru zeszytów albo humoru szkolnego.

Jest to partner, który na polskie wsparcie coraz bardziej odpowiada jawną wrogością. Ekshumacje na Wołyniu – nie tylko ofiar UPA, ale także legionistów Piłsudskiego poległych w 1916 roku pod Kostiuchnówką – po raz kolejny zostały zablokowane przez nacjonalistę ukraińskiego Światosława Szeremetę, który jest sekretarzem Państwowej Międzyresortowej Komisji ds. Wojen i Represji Politycznych[6]. O profanacjach polskich miejsc pamięci narodowej na Ukrainie, które miały miejsce w pierwszej połowie 2017 roku, już nie będę wspominał. Jak i o zamachu terrorystycznym na konsulat w Łucku. Polskiej opinii publicznej wyjaśniono, że były to „prowokacje rosyjskie”, ale do dzisiaj tych „prowokatorów” nikt nie wykrył. Polscy politycy nie są, bo nie chcą być świadomi tego z jakimi w rzeczywistości partnerami politycznymi mają do czynienia na Ukrainie.

Dziwne milczenie w PiS i jego mediach zapadło w sprawie ukraińskiej Fundacji Otwarty Dialog, której przewodniczący Bartosz Kramek upublicznił podczas antyrządowych manifestacji w lipcu plan prawdziwej wojny hybrydowej z rządem PiS. Najpierw próbowano przedstawić Fundację Otwarty Dialog jako „agenturę rosyjska”, później Ministerstwo Spraw Zagranicznych zapowiedziało kontrolę, a prokuratura śledztwo, a potem zapadła cisza. Przerwana informacją, że PO miała zaproponować Kramkowi miejsce na swoich listach wyborczych we Wrocławiu[7]. To jeszcze jeden ewidentny dowód na to jak lobby ukraińskie rozgrywa postsolidarnościową scenę polityczną.

Jakie są skutki masowego sprowadzania indoktrynowanych ideologią banderowską Ukraińców do Polski i po co są sprowadzani przez „polski biznes” pokazuje zeznanie jednego ze świadków przed sejmową komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji. Zeznał on mianowicie, że właściciel „zreprywatyzowanej” kamienicy przy ulicy Poznańskiej 14 w Warszawie umieścił w niej grupę ukraińskich robotników. Ci zastraszali lokatorów, żeby zgodnie z wolą właściciela zmusić ich do opuszczenia kamienicy. Wśród gróźb padających ze strony Ukraińców były także groźby pozbawienia życia. „Gdy zwróciłem im uwagę to powiedzieli, że mogą nam zrobić Wołyń” – zeznał świadek[8].

Ukraińcy są sprowadzani do Polski m.in. po to, żeby utrwalić jej status jako skansenu neoliberalizmu z niskimi płacami i odbiegającymi od europejskich standardami pracy oraz samowolą prywatnych właścicieli i pracodawców. Warto zwrócić uwagę na to, że przez 25 lat nie było w Polsce pracy dla Polaków, a praca dla Ukraińców znajduje się natychmiast. Uczelnie, tak oszczędne w przydzielaniu stypendiów polskim studentom i doktorantom, natychmiast znajdują środki na stypendia dla studentów z Ukrainy. Identycznie jak samorządy, które oferują imigrantom ukraińskim mieszkania.

Odpowiedź na pytanie dokąd postsolidarnościowy mainstream polityczny chce maszerować ze Stepanem Banderą pod rękę jest dwojaka. Marsz ten może doprowadzić do uwikłania Polski w wojnę Kijowa z separatystami w Donbasie lub nawet w wojnę ukraińsko-rosyjską. Celem rządu w Kijowie, którego nie ukrywa, jest doprowadzenie do umiędzynarodowienia konfliktu w Donbasie, a celem nacjonalistów ukraińskich i neokonserwatystów amerykańskich, którego też nie ukrywają, jest doprowadzenie do wojny ukraińsko-rosyjskiej. Ponadto maszerujący z Banderą mainstream postsolidarnościowy naraża kraj na problemy polityczne i ekonomiczne wynikające ze stworzenia w Polsce znaczącej liczebnie mniejszości ukraińskiej, złożonej z ludzi zindoktrynowanych ideologią nacjonalistyczną, nastawionych antypolsko i roszczeniowo. Ukraińcy nigdy nie potrafili zbudować swojego państwa, ale są mistrzami destabilizacji. Nie tylko własnego kraju. Czy trzeba przypominać historię działalności terrorystycznej OUN w II RP i czy trzeba jeszcze raz to przerabiać?

Marsz polskiego mainstreamu z Banderą jest więc drogą donikąd. Jest działaniem antypolskim. Będę to powtarzał do znudzenia. Nie mainstreamowi, ale tej części opinii publicznej w Polsce, która jeszcze potrafi myśleć.

[1] „W Kijowie odbyła się parada z udziałem wojsk NATO z okazji Dnia Niepodległości Ukrainy”, http://www.pl.sputniknews.com, 24.08.2017.

[2] „Polscy żołnierze będą maszerować do hymnu OUN. MON nic o tym nie wie”, http://www.kresy.pl, 17.08.2017.

[3] „Macierewicz: Polska stoi po stronie Ukrainy, bo broni ona Europy”, http://www.kresy.pl, 24.08.2017.

[4] „Talaga („Rzeczpospolita”): lepiej maszerować z Banderą niż z Moskwą”, http://www.kresy.pl, 23.08.2017.

[5] „Polska w złym towarzystwie”, http://www.pl.sputniknews.com, 25.08.2017.

[6] „IPN bezradny wobec złośliwości Ukrainy”, http://www.pl.sputniknews.com, 27.08.2017.

[7] A. Wiejak, „Nasz news: PO zaproponowała Bartoszowi Kramkowi miejsce na listach w przyszłych wyborach”, http://www.prawy.pl, 15.08.2017.

[8] Świadek komisji weryfikacyjnej: robotnicy z Ukrainy grozili, że „zrobią nam Wołyń”, http://www.kresy.pl, 30.08.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 września 2017 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2153/54), 10-17.09.2017, s. 1, 6-7

Ja, agent Kremla

Z portalu ukraińskiego Centrum Studiów Wojskowych, Przebudowy i Rozbrojenia dowiedziałem się, że jestem agentem Kremla. Z zamieszczonej tam charakterystyki agenta rosyjskiego można się dowiedzieć, że Bohdan Piętka „publikuje materiały w tygodniku społeczno-politycznym «Myśl Polska». Materiały te mają na celu wzmocnienie nastrojów antyukraińskich w społeczeństwie polskim poprzez spekulacje na tematy historyczne dotyczące wspólnej ukraińsko-polskiej przeszłości. W szczególności B. Piętka oskarża bojowników OUN-UPA o ludobójstwo na narodzie polskim w czasie drugiej wojny światowej, zaprzecza współczesnej agresji Rosji wobec Ukrainy, negatywnie ocenia konieczność wzmocnienia współpracy między Ukrainą i Polską. Na dzień dzisiejszy nie zostały ustalone związki B. Piętki z rosyjskimi służbami specjalnymi, organizacjami rządowymi i pozarządowymi. Jednak jego publikacje i oświadczenia są wykorzystywane przez media rosyjskie (RIA Novosti, kanał RT) w ramach działań informacyjnych Federacji Rosyjskiej zmierzających do tworzenia negatywnego wizerunku Ukrainy”[1].

Zdaniem Centrum Studiów Wojskowych, Przebudowy i Rozbrojenia w Polsce jest tylko pięciu groźnych agentów Kremla. Są to: Paweł Kukiz (oraz jego partia polityczna), Witold Listowski (oraz kierowany przez niego Patriotyczny Związek Organizacji Kresowych i Kombatanckich), Bohdan Piętka, Wojciech Smarzowski (reżyser filmu „Wołyń”) i Adam Śmiech[2].

W charakterystyce agenta rosyjskiego Adama Śmiecha czytamy, że „rozpowszechniał publikacje zawierające oskarżenia pod adresem kierownictwa Ukrainy o heroizację «przestępców» z OUN-UPA, propagowanie ideologii nazistowskiej w społeczeństwie ukraińskim, dokonywanie zbrodni wojennych w Donbasie. Wyraża opinie o odpowiedzialności strony ukraińskiej za zestrzelenie samolotu malezyjskiego «Boeing 777-200» (17 lipca 2014 roku). Brał udział w międzynarodowym okrągłym stole «Próba przepisania historii drugiej wojny światowej: historiograficzna konieczność czy polityczna koniunktura?» (Moskwa, marzec 2015 roku) oraz w międzynarodowej konferencji naukowej „Jałta 1945 – przeszłość, teraźniejszość i przyszłość” (Jałta, luty 2015 roku). Rozpowszechnia publikacje w mediach rosyjskich i polskich, zwłaszcza w wydaniach internetowych «Jednodniówka Narodowa» (jednodniowka.pl), «Kronika Narodowa» (kronikanarodowa.pl), «Myśl Polska» (mysl-polska.pl), «Konserwatyzm» (konserwatyzm.pl), «Novorossia Today» (novorossia.today). Redaktor naczelny internetowej edycji «Jednodniówki Narodowej», kierownik biblioteki slawistyki Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego”[3].

Czym jest Centrum Studiów Wojskowych, Konwersji i Rozbrojenia z siedzibą w Kijowie (Центр исследований армии, конверсии и разоружения – ukraiński skrót: ЦИАКР / CIAKR, angielski skrót: CACDS – Center for Army, Conversion and Disarmament Studies)? O sobie piszą, że są pozarządową organizacją badawczą, założoną „w 1999 roku w celu promowania rozwoju i pogłębienia demokratyzacji społeczeństwa ukraińskiego poprzez rozpowszechnianie wspólnych standardów w zakresie publicznej kontroli nad siłami bezpieczeństwa”. Dyrektorem CACDS od 1999 roku jest niejaki Walentin Badrak, urodzony w 1968 roku w Czerkasach. Absolwent Szkoły Oficerskiej Wojsk Powietrzno-Desantowych w Riazaniu (jeszcze w okresie ZSRR), Kijowskiego Narodowego Uniwersytetu Lingwistycznego i szkoły zarządzania na Uniwersytecie Harvarda. Jego praca doktorska była poświęcona wykorzystywaniu środków masowego przekazu w kampaniach wyborczych. Zajmuje się więc walką informacyjną.

Dalej CACDS podaje, że jest dobrowolnym stowarzyszeniem „specjalistów w dziedzinie profesjonalnej analizy procesu rozbrojenia i uzbrojenia (przezbrojenia) armii państw z regionu, reformy sił bezpieczeństwa, działania przemysłu obronnego i aktywności Ukrainy na międzynarodowym rynku broni. Ponadto CACDS zajmuje się tematem stosunków cywilno-wojskowych i cywilnej kontroli nad siłowymi strukturami władzy oraz rozwojem obronności i technologii podwójnego zastosowania na Ukrainie. Eksperci CACDS aktywnie pracują w dziedzinie badań udziału Ukrainy w międzynarodowej kontroli zbrojeń i technologiach krytycznych. W 2001 roku CACDS został założycielem firmy informacyjnej i konsultingowej Defense Express (pierwotnie agencji News Express Defense Express)”. Z dalszych informacji wynika, że interesują ich sprawy wojskowości, przemysłu obronnego i energetycznego, służb bezpieczeństwa i współpracy Ukrainy z NATO[4].

W ramach tajemniczo brzmiącego projektu OSINT zajęli się też demaskowaniem rosyjskiej agentury w całej Europie. W Polsce zdemaskowali pięć osób, jedną organizację (Patriotyczny Związek Organizacji Kresowych i Kombatanckich) i jedną partię (Kukiz 15), w Czechach siedem osób, jedną partię (Strana Prav Občanu – Partia Praw Obywateli prezydenta Miloša Zemana), jeden instytut (ISSTRAS – Instytut Strategicznych Studiów Słowiańskich) i jeden portal (eurodenik.cz), w Serbii osiem osób (w tym Stefan Stamenkovski, lider ruchu Zavetnici) i trzy organizacje, na Słowacji sześć osób (w tym wybitny polityk, były premier Jan Čarnogurský) i dwie organizacje, w Mołdawii siedem osób i cztery organizacje, na Litwie trzy osoby (w tym Waldemar Tomaszewski i Zbigniew Jedziński) oraz jedną partię (Akcja Wyborcza Polaków na Litwie), we Włoszech aż 11 osób (w tym Romano Prodi – były premier i były przewodniczący Komisji Europejskiej), dwie organizacje i jedną partię (Forza Nuova), w Niemczech trzy osoby (w tym Alexander Gauland z Alternatywy dla Niemiec), w Wielkiej Brytanii trzy osoby (w tym Anthony Russel Brenton z „The Times” oraz Stephanie Cockroft z „Daily Mail”) i jedną organizację, w Bułgarii pięć osób (w tym politycy Paweł Czerniew, Mitko Grozew i Nikołaj Malinow) i dwie organizacje.

W innych krajach europejskich agentura rosyjska jest o wiele skromniejsza. Ale też jest to nie byle kto. Np. we Francji jako czołowego agenta Kremla projekt OSINT wskazał Jacquesa Clostermanna – działacza Frontu Narodowego, blisko związanego z Marine Le Pen, który wziął udział w konferencji pt. „Wojna informacyjna przeciw Donieckiej Republice Ludowej”. Z kolei kataloński polityk Jose Enrique Folk został zakwalifikowany jako agent Putina, ponieważ powiedział rosyjskim mediom, że Katalonia jest gotowa uznać przynależność Krymu do Rosji i wystąpić przeciw antyrosyjskim sankcjom. Natomiast prof. Marius Vacarelu z Rumunii jest rosyjskim agentem, ponieważ podziela punkt widzenia polityki rosyjskiej wobec Ukrainy i współpracuje z Aleksandrem Duginem.

Kryterium zakwalifikowania do kremlowskiej agentury w wypadku wielu osób wymienionych przez projekt OSINT był ich udział w konferencji „Ukraina w centrum NATO, Rosja – prawdziwy cel”, jaka odbyła się 15 września 2016 roku w Monachium. Inne osoby (np. mnie) zakwalifikowano dlatego, że ich publicystyka lub działalność „godzi w wizerunek Ukrainy”[5].

Domyślam się, że projekt OSINT dotyczył tylko najgroźniejszej agentury kremlowskiej w Europie, stąd osoby i instytucje pominięte – czujące z tego powodu dyskomfort – powinny wykazać wyrozumiałość. Metodologia zakwalifikowania do grona kremlowskiej agentury, zastosowana w projekcie OSINT, do złudzenia przypomina metodologię stosowaną w Polsce np. przez Marcina Reya i Dawida Wildsteina w ich działalności demaskatorsko-delatorskiej. Przypomina, też filozofię polskiej prokuratury wobec aresztowanego w maju 2016 roku Mateusza Piskorskiego, wedle której jest on agentem Rosji, ponieważ jeździł na Krym i wypowiadał się negatywnie o puczu na Ukrainie. Przypomina wreszcie filozofię „Gazety Polskiej”, która agenta Kremla widzi w każdym kto krytykuje pucz kijowski z 2014 roku, pomajdanową Ukrainę i jej politykę, zwłaszcza historyczną.

Niestety prawda jest taka, że za negatywny wizerunek Ukrainy winę ponosi sama Ukraina. Państwo będące Somalią Europy, które przez ponad ćwierć wieku swojego istnienia nie było w stanie wygenerować żadnej narodowej elity, ani zbudować bytu narodowego, politycznego i gospodarczego w oparciu o jakiekolwiek wartości zbliżone do standardów europejskich. Nie było w stanie obronić swojej gospodarki, systematycznie rozkradanej i kolonizowanej przez oligarchię rodzimą i zachodnią. Nie było i nie jest w stanie odwołać się do tożsamości historycznej innej niż zbrodnicza tradycja banderowska.

Wizerunku tego nie poprawią ani publikowanie kolejnych wykazów domniemanej kremlowskiej agentury, ani represje wobec rzekomych agentów Putina. Ja wizerunku Ukrainy nie szargam. Ja tylko piszę to co myślę.

Tego jednakże nie mogą zrozumieć siły polityczne pomajdanowej Ukrainy i ich polscy sojusznicy. Jedni i drudzy mają bardzo prostą wizję świata, który dzielą dychotomicznie na „my i agenci Kremla”. Tylko co ta wizja ma wspólnego z rzeczywistością? Ktoś kto patrzy na świat w ten sposób nigdy nie będzie w stanie zrozumieć, że to co ja piszę nie wynika z tego, iż jestem rzekomym agentem Rosji, ale z samodzielnego i niezależnego myślenia oraz wartości, które wyznaję. Motywacją mojej publicystyki jest wyłącznie niezgoda na rehabilitację w 70 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej zbrodniczej ideologii, będącej ukraińską wersją faszyzmu, niezgoda na gloryfikację zbrodniczych organizacji odpowiedzialnych za ludobójstwo na narodzie polskim oraz ich przywódców, jak również niezgoda na negowanie na Ukrainie ludobójstwa popełnionego przez nacjonalistów ukraińskich na narodzie polskim oraz jego przemilczanie lub relatywizowanie w Polsce w imię dobrych stosunków z Ukrainą. Nigdy nie będzie dobrych stosunków z Ukrainą, jeśli polskie elity nie odejdą od takiego wypaczonego myślenia, a renesans nacjonalizmu ukraińskiego stanowi zagrożenie dla samej Ukrainy – czego wyrazem jest trwająca tam wojna domowa – oraz dla Polski, którą nacjonaliści ukraińscy zawsze postrzegali jako swojego głównego wroga. Pisałem o tym i pisał będę, bo tak czuję i uważam.

[1] www.http://posipaka.org/en/baza-posipak/personalii/bogdan-pientka-bohdan-pietka/, 29.04.2017.

[2] www.http://posipaka.org/category/stranyi/respublika-polsha/, dostęp 31.08.2017.

[3] www.http://posipaka.org/baza-posipak/personalii/adam-shmeh-adam-smiech/, 15.06.2017.

[4] www.http://cacds.org.ua/ru/about/, dostęp 31.08.2017.

[5] www.http://posipaka.org/category/baza-posipak/personalii/, dostęp 31.08.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 31 sierpnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2153/54), 10-17.09.2017, s. 16

Niechciane święto

W tym roku po raz pierwszy był obchodzony Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej – święto ustanowione na pamiątkę rocznicy Krwawej Niedzieli 11 lipca 1943 roku. Uchwała ustanawiająca to święto została rok temu dosłownie wyrwana PiS-owi z gardła przez kresowian i nie ma w tym stwierdzeniu przesady. Establishment polityczno-medialny III i IV RP – skłócony ze sobą śmiertelnie we wszystkich sprawach – nadal ma problem z pamięcią o ludobójstwie dokonanym na narodzie polskim przez banderowców. Problem ten wynika z uwikłania tego establishmentu w dyktowaną z Zachodu politykę wspierania Ukrainy za wszelką cenę.

W dniach 8-9 lipca byłem świadkiem obchodów społecznych, zorganizowanych w Warszawie przez Patriotyczny Związek Organizacji Kresowych i Kombatanckich. Mogę powiedzieć całkiem otwarcie, że widziałem dwa sprzeczne ze sobą światy: gorące polskie serca uczestników społecznych uroczystości oraz kompromitację establishmentu polityczno-medialnego.

Obchody społeczne Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa na Kresach Wschodnich II RP rozpoczęły się 8 lipca konferencją popularno-naukową „Należna pamięć – nie zemsta” w Muzeum Niepodległości. Referaty wygłosili m.in. ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, dr Lucyna Kulińska, prof. Jerzy Robert Nowak, prof. Włodzimierz Osadczy, Ewa Siemaszko, Stanisław Srokowski i dr hab. Andrzej Zapałowski.

Referat dr. Lucyny Kulińskiej dotyczył wypędzenia Polaków z Kresów Wschodnich. Omówiła w nim trzy rodzaje wypędzenia: deportacje sowieckie w latach 1939-1941, w których aparat NKWD był wspierany przez nacjonalistów ukraińskich i Żydów, ucieczki Polaków z Wołynia i Małopolski Wschodniej podczas ludobójstwa z lat 1943-1944 oraz tzw. repatriacje z lat 1944-1945 i wypędzenie ludności polskiej z tzw. Zakrezonia, dokonane przez UPA w latach 1945-1947. Prelegentka zwróciła uwagę, że temat polskich wypędzeń stał się po 70-ciu latach kartą przetargową w stosunkach polsko-ukraińskich. Günter Grass powiedział, że Niemcy utraciły swoje ziemie wschodnie, ponieważ rozpętały zbrodniczą wojnę. Polska natomiast została ograbiona ze swoich ziem wschodnich, a Ukraińcy zostali nagrodzeni za ludobójstwo. Swoje wystąpienie dr Kulińska zakończyła refleksją, że banderyzm musi zostać w Polsce potępiony, a Jan Piekło usunięty ze stanowiska ambasadora w Kijowie, ponieważ jest probanderowski.

Ewa Siemaszko rozpoczęła swój referat od stwierdzenia, że ludobójstwo wołyńsko-małopolskie jeszcze trwa. Trwa jego trzecia, pogenocydalna faza, która polega na zacieraniu śladów i zaprzeczaniu zbrodni. Zwróciła uwagę, że do genocidium atrox w latach 1943-1944 nie doszło nagle, pod wpływem jakiegoś bodźca. Zostało ono zaplanowane przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów w lach 30. XX wieku w celu utworzenia państwa ukraińskiego.

Omówiła następnie wszystkie fazy ludobójstwa ukraińskiego, poczynając od działalności terrorystycznej OUN w latach 30. XX wieku. Wedle badań Ewy Siemaszko genocidium atrox na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej pochłonęło około 130 tys. ofiar. Ukraińcy nie negowali, że Polacy są mordowani dlatego, że są Polakami. Demoniczny charakter nacjonalizmu ukraińskiego przejawiał się m.in. w radości z zadawania cierpienia ofiarom oraz w gloryfikacji zbrodni przez naród, dla którego zbrodnia była popełniania. Dużo miejsca w swoim wystąpieniu Ewa Siemaszko poświęciła postgenocydalnym problemom, w tym traumie ofiar oraz przemilczaniu zbrodni. Zwróciła uwagę, że wobec ocalałych ofiar ludobójstwa banderowskiego nie prowadzono żadnych działań terapeutycznych. Nie było wobec nich nawet opieki psychologicznej, jak w przypadku ocalałych ofiar Holokaustu.

Zdaniem Ewy Siemaszko w PRL miało miejsce przemilczanie ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego w imię dobrych stosunków z ZSRR; mówiono tylko o zbrodniach UPA w Bieszczadach. Nie do końca się z tym zgodzę, ponieważ o ludobójstwie na Wołyniu dowiedziałem się właśnie w PRL, na początku lat 80. XX wieku, z podręcznika historii do szkoły podstawowej (była tam podana liczba 40 tys. ofiar, ale taki był wówczas stan badań). W PRL nakręcono na temat zbrodni UPA dwa filmy fabularne („Ogniomistrz Kaleń” i „Zerwany most”). Ich akcja co prawda rozgrywa się po wojnie w Bieszczadach, ale zwłaszcza w „Zerwanym moście” jest pokazana z detalami zagłada polskiej wsi przez UPA, tak jak to miało miejsce na Wołyniu. W PRL wydano też co najmniej kilka pozycji książkowych na temat zbrodni UPA, w tym popełnionych na Wołyniu (np. wspomnienia Henryka Cybulskiego – „Czerwone noce”, wyd. Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1977).

Jaskrawo kontrastuje to z okresem III RP, gdzie temat ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego został całkowicie przemilczany w filmie (film „Wołyń” z 2016 roku zrealizowano za społeczne pieniądze wbrew czynnikom oficjalnym), a przez 15 lat nie było go też w podręcznikach szkolnych. Gdy w końcu trafił do podręczników, to w formie narracji banderowskiej – najpierw były rzekome prześladowania Ukraińców w II RP, a potem „tragiczne wydarzenia” na Wołyniu.

Zgodzę się więc z Ewą Siemaszko, że po 1989 roku miała miejsce państwowa polityka przemilczania zbrodni OUN-UPA. Celem tej polityki było ułożenie przyjaznych stosunków z państwem ukraińskim według koncepcji Jerzego Giedroycia. W podejściu elit intelektualnych Polski pookrągłostołowej do prawdy o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim Ewa Siemaszko wyróżniła trzy nurty: przemilczanie, tolerowanie i reglamentowanie. Od lat 2008-2013 nurt przemilczania zanika, co jest zasługą heroicznej walki o prawdę środowisk kresowych. Niemniej jednak nadal mamy do czynienia z oporem przed prawdą części elit politycznych oraz brakiem ustawodawstwa penalizującego banderyzm i negację zbrodni OUN-UPA. Na Ukrainie natomiast świadomie zaciera się prawdę o zbrodniczości UPA. Stąd poważnym zagrożeniem, na które zwróciła Ewa Siemaszko, jest napływ do Polski emigracji zbanderyzowanych młodych Ukraińców – wychowanych w duchu negacji zbrodni i kultu jej sprawców.

Pisarz Stanisław Srokowski poświęcił swoje wystąpienie m.in. pregenocydalnej fazie ludobójstwa we wrześniu 1939 roku. Szerzej wspomniał w tym kontekście m.in. o wymordowaniu przez bojówkę OUN 17 września 1939 roku polskiej wsi Sławentyn w województwie tarnopolskim. Odnosząc się do czasów współczesnych stwierdził, że kresowianie niczego sobie nie uzurpują – mają prawo do pamięci o swojej Polsce. Zwrócił uwagę na brak patronatu prezydenta RP nad obchodami społecznymi rocznicy ludobójstwa oraz brak udziału Kancelarii Prezydenta w uroczystościach społecznych. Czego prezydent się boi – zapytał Srokowski.

Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski omówił zagadnienie zagłady Ormian podczas ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Ormianie podzielili los Polaków nie tylko dlatego, że nacjonaliści ukraińscy zmierzali do usunięcia z terenu przyszłego państwa ukraińskiego wszystkich mniejszości narodowych, ale także dlatego, że byli mniejszością narodową najbardziej lojalną wobec państwa polskiego. Prof. Jerzy Robert Nowak przeanalizował zagadnienie zakłamywania prawdy o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim w mediach polskich. Dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem, iż z jego analizy wyszło, że „Gazeta Wyborcza” i „Gazeta Polska” mówią w tej sprawie jednym głosem, tzn. prezentują stanowisko ukraińskie.

Krytyce ukraińskiej polityki historycznej oraz polskiej polityki wobec Ukrainy zostały poświęcone dwa obszerne referaty, które wygłosili prof. Włodzimierz Osadczy i dr hab. Andrzej Zapałowski.

Wyraz głębokiemu rozczarowaniu oficjalnymi stosunkami polsko-ukraińskimi dał prof. Osadczy. Podniósł skandaliczny fakt skierowania do „zamrażarki sejmowej” ustawy o penalizacji banderyzmu. Dużo słów krytyki poświecił stronie ukraińskiej, w tym m.in. negacji na szczeblu państwowym ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, uprawianej przez Ukraiński IPN. Zacytował arcybiskupa-metropolitę lwowskiego Mieczysława Mokrzyckiego, który stwierdził, że owocami pojednania polsko-ukraińskiego stały się puste frazesy. Winę za to ponosi głównie strona ukraińska, w tym wspierający nacjonalistów ukraińskich Kościół greckokatolicki. Lwowski arcybiskup tego kościoła – Ihor Woźniak – święcił pomnik Bandery we Lwowie, stawiał Banderę za wzór do naśladowania i gloryfikował Szuchewycza. Z kolei kardynał Lubomyr Huzar skierował w 2006 roku list gratulacyjny do Kongresu Ukraińskich Nacjonalistów. Pisał w nim m.in. o rzekomo wysokim morale członków OUN i postawił ich za wzór. Postawę ukraińskiej hierarchii greckokatolickiej dobrze też oddaje jej sprzeciw wobec przypominania postaci bł. biskupa Grzegorza Chomyszyna (1867-1945) – przeciwnika nacjonalizmu ukraińskiego i orędownika pojednania polsko-ukraińskiego. Współczesny Kościół greckokatolicki jest przesiąknięty duchem nacjonalizmu ukraińskiego i z tego powodu – jak podkreślił prof. Osadczy – nie jest on partnerem do jakiegokolwiek dialogu.

Andrzej Zapałowski dokonał krytycznej analizy polskiej polityki wobec Ukrainy, poczynając od lat 70. XX wieku. Dwa ówczesne polskie ośrodki opozycyjne – emigracyjny w Paryżu i krajowy skupiony wokół KOR – zostały wykorzystane przez nacjonalistów ukraińskich dla postawienia znaku równania pomiędzy polską a ukraińską walką z Rosją oraz deprecjonowania ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Doprowadziło to do asymetrii w stosunkach polsko-ukraińskich po 1989 roku. Nałożyły się na to jeszcze polityka i interesy USA. Zdaniem Zapałowskiego banderyzm na Ukrainie odrodził się tak szybko, ponieważ w okresie „zimnej wojny” był wspierany przez Zachód w walce z ZSRR i blokiem wschodnim.

W polskich elitach politycznych – podkreślił Zapałowski – nie ma świadomości z jakim partnerem mają do czynienia na Ukrainie. Dominuje myślenie życzeniowe i ideologiczne. Nie ma wśród tych elit elementarnej wiedzy o współczesnej Ukrainie. Przede wszystkim o tym, że u podstaw budowy Ukrainy po 1991 roku leżała koncepcja państwa unitarnego sprowadzająca się do tego, że Ukraińcy zachodni mieli ukrainizować wschodnią, rosyjskojęzyczną cześć Ukrainy. Założono politykę konfrontacyjną jednej części Ukrainy w stosunku do drugiej, co w konsekwencji doprowadziło do rozpadu tego państwa po przewrocie z 2014 roku. Polskie elity nie znalazły sobie na Ukrainie innego partnera poza nacjonalistami i wspierają ich działania (ze swej strony dodam, że partnera tego znalazła im ambasada USA). Zdaniem Zapałowskiego polityka polska i polityka nacjonalistów ukraińskich faktycznie przyczynia się do realizacji polityki rosyjskiej, która po 2008 roku zmierza do wypchnięcia nacjonalistów z Ukrainy do zachodniej części tego państwa (teza do przemyślenia).

Zapałowski zauważył, że coraz bardziej realna jest konfrontacja na Ukrainie pomiędzy oligarchami i nacjonalistami. Po czyjej stronie stanie wówczas Polska – pytał (moim zdaniem po tej, którą wskaże ambasada USA). Zwrócił też uwagę, że Ukraina jest państwem eksploatowanym przez oligarchów, z budżetem na poziomie województwa mazowieckiego i PKB porównywalnym z najbiedniejszymi krajami afrykańskimi. Ma o 20 proc. wyższy niż Polska poziom najcięższych przestępstw kryminalnych. Czy to jest partner dla Polski – pytał.

W konkluzji swojego wystąpienia jeszcze raz podkreślił, że polskie elity nie mają realnej wiedzy na temat tego kraju. Poruszają się w kręgu własnych wyobrażeń i dawno przebrzmiałych mitów. Dlatego polska polityka wobec Ukrainy jest pozbawiona realizmu. Dlatego PiS miota się od ściany do ściany – z jednej strony mamy oświadczenie ministra Waszczykowskiego, że Ukraina z Banderą do UE nie wejdzie, a z drugiej strony utrzymuje się probanderowskiego ambasadora w Kijowie i dopuszcza do głosu lobby ukraińskie z „Gazety Polskiej”.

W niedzielę 9 lipca środowiska kresowe zorganizowały uroczystość przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Uczestniczyła w niej kompania honorowa Wojska Polskiego, ale ceną za jej obecność było odczytanie tzw. apelu smoleńskiego. Witold Listowski – prezes Patriotycznego Związku Organizacji Kresowych i Kombatanckich – oraz ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski dali w swoich wystąpieniach wyraz dezaprobacie wobec braku patronatu prezydenta RP nad obchodami społecznymi, o czym prezydent Andrzej Duda poinformował w oschłej formie organizatorów w ostatniej chwili. Ksiądz Isakowicz zapytał w związku z tym czy kresowianie są dziećmi gorszego prezydenta. Zwrócił uwagę, że 10 lipca na Krakowskim Przedmieściu – na tzw. miesięcznicy smoleńskiej – będzie obecny cały rząd i większość posłów PiS, a na uroczystość upamiętniającą ludobójstwo na narodzie polskim przybył jeden wiceminister. Z patriotycznymi przemówieniami przedstawicieli środowisk kresowych oraz posłów Roberta Winnickiego (niezrzeszony) i Piotra Zgorzelskiego (PSL) kontrastowały wystąpienia oficjalnych przedstawicieli władz. Byli nimi wiceminister obrony narodowej oraz pani w randze dyrektora departamentu, reprezentująca Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, a także poseł PiS Andrzej Melak, który odczytał list od marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego. List ten zaczynał się od tego, że Kresy Wschodnie były w XIX wieku pod zaborem rosyjskim. Kilka dni później dowiedziałem się, że kończył się słowami potępienia operacji „Wisła”, ale fragment ten w ostatniej chwili wykreślił prof. Jan Żaryn. Najwidoczniej marszałek Sejmu nie wiedział, że środowiska kresowe uważają operację „Wisła” za działanie zgodne z polską racją stanu, które położyło kres ludobójstwu ukraińskiemu na narodzie polskim.

Najbardziej zdumiewające było wystąpienie pani dyrektor z Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Po podejściu do mikrofonu pani ta stwierdziła, że nic nie może powiedzieć, ponieważ o wysłaniu ją na tę uroczystość dowiedziała się w ostatniej chwili. Następnie rozłożyła ręce, powiedziała „Cześć i chwała bohaterom” i na tym zakończyła swoje wystąpienie. Prawdopodobnie nie za bardzo wiedziała w jakiej uroczystości uczestniczy. Może skojarzyła ją sobie z licznymi celebrami na cześć tzw. żołnierzy wyklętych.

Wobec braku patronatu prezydenta RP nad uroczystościami społecznymi Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa banderowskiego patronat ten objęli marszałkowie województw mazowieckiego, dolnośląskiego i opolskiego. Na uroczystości przed Grobem Nieznanego Żołnierza był obecny marszałek województwa mazowieckiego Adam Struzik (PSL), a z bardziej znanych osobistości zaangażowanych w działalność kresową także gen. Mirosław Hermaszewski – ocalony jako dziecko z rzezi wołyńskiej.

Następnie odbył się Marsz Pamięci do katedry polowej Wojska Polskiego, w którym uczestniczyło kilkaset osób. Na Krakowskim Przedmieściu przywitała go pikieta Komitetu Obrony Demokracji z transparentem „Hitler-endek dwa bratanki”. Rozumiem, że było to oficjalne stanowisko szeroko rozumianej formacji liberalnej wobec święta 11 lipca.

Na mszy w katedrze polowej również zabrakło biskupa polowego WP. Odczytany w jego imieniu list zawierał sformułowania ostrożne i ogólnikowe.

Obchody społeczne Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa banderowskiego odbyły się poza Warszawą w wielu innych miastach Polski, m.in. we Wrocławiu, Lublinie, Żarach, Rzeszowie, Przemyślu, Gnieźnie, Krakowie, Oświęcimiu. Przeważnie z udziałem władz samorządowych. Wymowne było milczenie wobec tych uroczystości i samej rocznicy 11 lipca na łamach „Gazety Polskiej”.

11 lipca w Warszawie miały natomiast miejsce obchody państwowe przed Grobem Nieznanego Żołnierza i pod pomnikiem na Skwerze Wołyńskim. Niestety bez udziału prezydenta i premier Beaty Szydło, która wystosowała tylko zdawkowy list do uczestników. Jedynym pozytywnym akcentem było odsłonięcie tablicy informacyjnej przy pomniku na Skwerze Wołyńskim, na którym znalazło się słowo „ludobójstwo” – słowo, przed którym bardzo długie lata wzbraniał się establishment polityczno-medialny III RP, wykreślając go z uchwał i oficjalnych wystąpień, usuwając z publikacji, deprecjonując na łamach „Gazety Wyborczej”.

Tuż przed świętem 11 lipca prezydent Andrzej Duda udał się na urlop do Juraty. Najwidoczniej obawa przed oburzeniem opinii publicznej spowodowała, że tego dnia pojawił się jednak pod pomnikiem wołyńskim w Gdańsku, gdzie zorganizowano improwizowaną uroczystość z udziałem kilku urzędników i przewodniczącego NSZZ „Solidarność”. W krótkim wystąpieniu prezydent oświadczył, że „Jako naród, jako społeczeństwo, musimy o nich [ofiarach ludobójstwa – BP] pamiętać i musimy zawsze o tym przypominać – nie po to, by podsycać niechęć wobec narodu ukraińskiego, absolutnie nie po to. Wręcz przeciwnie – musimy pamiętać o tym, jako o ostrzeżeniu i musimy pamiętać o tym, jako o elemencie budowania dobrych relacji pomiędzy naszymi narodami, jak najlepszych. Musimy je budować na uczciwej pamięci i na nazywaniu spraw po imieniu, takimi, jakimi one rzeczywiście były, bo dobre relacje między narodami można budować tylko i wyłącznie na prawdzie”[1].

Problem w tym, że establishment polityczny III RP przed tą pamięcią nadal się broni, czego dowiodły pierwsze obchody Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa banderowskiego. Jest to nadal święto niechciane, wymuszone naciskiem społecznym i to widać w zachowaniu polityków partii rządzącej i samego prezydenta. Natomiast o budowaniu stosunków z Ukrainą opartych na pamięci i prawdzie nie ma mowy, ponieważ dzięki polityce wszystkich polskich rządów po 1989 roku do władzy na Ukrainie doszła opcja, która pamięć i prawdę o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim neguje. Władze pomajdanowej Ukrainy dały temu wyraz tuż przed świętem 11 lipca, odmawiając zgody na ekshumację ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, a jako warunek tej zgody stawiając żądanie postawienia w Polsce pomników UPA.

Prezydent wspomniał też w swoim wystąpieniu, że „ze strony polskiego podziemia były także akcje odwetowe prowadzone przez Armię Krajową. Zginęli także i ludzie narodowości ukraińskiej (…)”. Doprawdy nie wiem o co panu prezydentowi chodziło. W 1943 roku nie było na Wołyniu żadnej Armii Krajowej. Jej struktury zaczęto tam tworzyć dopiero po dokonaniu ludobójstwa przez banderowców. „Akcje odwetowe” prowadziły nieliczne polskie samoobrony, z największą w Przebrażu na czele. To historiografia banderowska w wyjątkowo bezczelny sposób określiła mianem „akcji odwetowych” rozpaczliwą obronę, która w wypadku Przebraża powiodła się – co ciągle jest przemilczane – dzięki pomocy partyzantki radzieckiej. Ten „odwet” polegał na tym, że garstka kilkunastu tysięcy niedobitków nie dała się wymordować, zadając straty bandytom z UPA.

Właśnie użycie przez prezydenta banderowskiego sformułowania o polskich „akcjach odwetowych” najlepiej świadczy o tym, że establishment III RP ma nadal problem z pamięcią i prawdą o Wołyniu oraz wymuszonym przez społeczeństwo świętem, którego nie chce. Będzie miał ten problem dopóki, dopóty będzie wyznawał tzw. wiarę ukrainną, czyli – jak to ujął Andrzej Zapałowski – patrzył na Ukrainę przez pryzmat własnych wyobrażeń i mitów, a nie faktów.

[1] „Prezydent: musimy pamiętać o ludobójstwie na Wołyniu i o nim przypominać”, http://www.prezydent.pl, 11.07.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 lipca 2017 r.

Ukraińcy wchodzą do gry

Aktywna politycznie część diaspory ukraińskiej w Polsce włącza się w pucz opozycji liberalnej przeciw rządowi PiS. Bartosz Kramek – przewodniczący rady Fundacji Otwarty Dialog, założonej przez nacjonalistkę ukraińską Lyudmylę Kozlovską, prywatnie jego żonę i prezesa zarządu Fundacji – ogłosił na Facebooku 16-punktowy plan obalenia rządu PiS, czyli zorganizowania przewrotu na wzór ukraińskiego Majdanu[1].

„Radykalne metody oporu z krajów wschodnich usprawiedliwiają wyjątkowe w historii III RP okoliczności. Władza, która przeprowadza destrukcję życia publicznego i ustroju państwa w stylu wschodnim, musi się liczyć z adekwatną i analogicznie inspirowaną reakcją społeczeństwa. Niniejsze opracowanie prezentuje 16 punktów opartych m.in. na doświadczeniach wyniesionych z misji obserwacji i wsparcia ukraińskiego Euromajdanu” – ogłosił publicznie Kramek.

Warto też zwrócić uwagę na to, że pan Kramek (urodzony w 1986 roku – jak sam podaje) pisze we wstępie do swojego elaboratu, że miał nadzieję, iż „historia Polski skończyła się wraz z upadkiem komunizmu oraz akcesją do NATO i UE”. Niestety rząd PiS zawiódł jego nadzieje na koniec historii Polski, który ma się sprowadzać do „sprawnego wykorzystywania funduszy unijnych, rozbudowy infrastruktury i modernizacji kraju”. Zarzuca Jarosławowi Kaczyńskiemu, że chce zostać „neoendeckim Piłsudskim”, a od elit politycznych w Polsce żąda „podążania za duchem czasu (…), a nie konfliktów o historię i symbole”. Temu „duchowi czasu” zagraża jego zdaniem „putinowska Rosja” oraz rząd PiS w Polsce. Ostrzega, że celem PiS-u jest „suwerenna demokracja w stylu Putina i Erdogana”. Pan Kramek podaje o sobie, że pochodzi z Bystrzycy Kłodzkiej. Nie wiem czy z rodziny ukraińskich wysiedleńców z operacji „Wisła” czy z rodziny polskiej, ale jego poglądy są bardzo znamienne. Przebija z nich nie tylko demoliberalny kosmopolityzm, ale i radykalny antypolonizm. Kramek ujawnia też, że był obecny „od samego początku” na ukraińskim Majdanie „wraz z grupą polskich parlamentarzystów”. Nie dowiadujemy się co tam robił, ale z następnego zdania, w którym pisze, że inspiracją jest dla niego „Niebiańska Sotnia” (czyli ofiary Majdanu, padłe głównie od strzałów w plecy ze strony jego organizatorów) wynika, że chyba nie roznosił tam kawy.

Ukraińska Fundacja Otwarty Dialog (w skrócie Open Dialog) została założona w 2009 roku w Warszawie przez nacjonalistów ukraińskich, ludzi powiązanych z dawną Unią Demokratyczną (Wolności) i lewaków z „Krytyki Politycznej”. Jej zadaniem jest organizowanie i wspieranie tzw. „kolorowych rewolucji” w krajach byłego ZSRR. Jest ściśle powiązana z Sorosem, michnikowszczyzną i Platformą Obywatelską. Liczne zdjęcia członków kierownictwa Fundacji Otwarty Dialog z Sorosem można bez trudu znaleźć w internecie. W radzie Open Dialog zasiadają m.in. były polityk Unii Demokratycznej (Wolności) Andrzej Wielowieyski i polityk PO Jacek Szymanderski. Aktywnego wsparcia działaniom Fundacji udzielali i udzielają m.in. polityk PO (a wcześniej sekretarz KC PZPR) Marcin Święcicki oraz skrajnie proukraiński działacz UD (UW) Henryk Wujec. Fundacja Otwarty Dialog najbardziej zasłynęła z organizowania nielegalnych zbiórek pieniędzy na zakup hełmów i kamizelek kuloodpornych dla banderowskich formacji paramilitarnych walczących w Donbasie oraz nielegalnej wysyłki tych komponentów uzbrojenia na Ukrainę. Prokuratura wszczęła w związku z tym śledztwo w 2014 roku przeciw Fundacji, ale sądy – które jak wiadomo pod rządami PO były niezawisłe – umorzyły postępowanie. Ponadto Open Dialog zajmuje się szkoleniem „działaczy demokratycznych”, czyli przygotowywaniem kadr dla przewrotów typu „kolorowych rewolucji” na obszarze poradzieckim. Przedmiotem jej zainteresowania oprócz Ukrainy były i są Białoruś, Mołdawia, Rosja, Gruzja, Kazachstan i inne kraje powstałe po rozpadzie ZSRR. Tajemnicą poliszynela – jak podaje m.in. portal prawy.pl – są powiązania Open Dialog ze Służbą Bezpieczeństwa Ukrainy[2].

Z Fundacją Otwarty Dialog jest ściśle związana Natalia Panczenko – liderka Euromajdanu Warszawa, która zasłynęła z otwartego manifestowania swoich banderowskich poglądów, w tym uwielbienia dla UPA, oraz żądania, by Polska zwróciła Gdańsk Niemcom a Przemyśl Ukrainie. Pani Panczenko była stałym gościem seansów nienawiści organizowanych przez Kluby „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji w dniach 17 września i 10 kwietnia. Wygłaszała tam nienawistne przemówienia, wzywając wprost do wojny polsko-rosyjskiej. Po jednym z takich wystąpień padła w objęcia obecnej posłanki PiS Anity Czerwińskiej, wówczas przewodniczącej warszawskiego Klubu „Gazety Polskiej”. Działalność Euromajdanu Warszawa i Fundacji Otwarty Dialog cieszyła się stałym wsparciem PiS-owskiej tuby medialnej – „Gazety Polskiej” – oraz skrajnie proukraińskiej posłanki PiS Małgorzaty Gosiewskiej. Nie muszę przypominać, że czołowi politycy PiS i dziennikarze jego mediów wspierali krwawy przewrót na Ukrainie w 2014 roku. I teraz oto przewodniczący rady Fundacji Otwarty Dialog ogłasza 16-punktowy plan obalenia rządu PiS.

Czy z tego faktu ktoś w PiS potrafi wyciągnąć polityczny wniosek? Chodzi mi o to czy ktoś w PiS jest świadomy tego, że to nie Rosja organizuje pucz w Warszawie, ale Zachód – Niemcy, USA i Soros przy udziale m.in. nacjonalistów ukraińskich. Fundacja Otwarty Dialog miała organizować „kolorowe rewolucje” na Wschodzie, a przyszło jej wspierać „kolorową rewolucję” w Polsce. Wrogiem rządu PiS jest Zachód i są nim też popierani przez PiS nacjonaliści ukraińscy. W tej sytuacji konieczna jest rewizja dotychczasowej polityki tej partii wobec Rosji. Polityki, która prowadzi donikąd, która doprowadziła do tego, że parlamenty Rosji i Izraela potępiły ustawę o likwidacji pomników radzieckich w Polsce. Skoro Rosja może przeciw rządowi PiS sprzymierzyć się z Izraelem, to może też stanąć (niekoniecznie jawnie) po stronie jego obecnych wrogów zewnętrznych. Koniecznym więc jest natychmiastowe znormalizowanie stosunków z Rosją i odejście od skrajnie rusofobicznej polityki, uprawianej przecież nie tylko w interesie USA, ale przede wszystkim nacjonalistów ukraińskich.

Jeżeli PiS tego nie zrozumie, to najpóźniej jesienią br. zniknie z powierzchni ziemi. Jego zewnętrzni przeciwnicy nie cofną się bowiem przed niczym i nie można walczyć z wszystkimi naraz – z Zachodem i Rosją. Nie jest tajemnicą, że wśród już podobno dwumilionowej imigracji ukraińskiej przeniknęło do Polski wielu nacjonalistów ukraińskich, w tym członków banderowskich formacji paramilitarnych walczących w Donbasie. Tajemnicą poliszynela jest, że razem z nimi nielegalnie przenikają do Polski duże ilości broni. W kwietniu br. na przejściu granicznym w Dorohusku zatrzymano dwie Ukrainki, które przemycały czterolufowe działo kaliber 30 mm, o szybkostrzelności 4000 pocisków na minutę[3]. Po co i komu jest potrzebna taka broń w Polsce?

W swoim 16-punktowym planie pan Kramek proponuje „wyłączyć rząd” w Polsce („Niech państwo stanie: wyłączmy rząd!”). To jest plan destrukcji państwa i puczu na wzór tego, który miał miejsce na Ukrainie na przełomie 2013/2014 roku. Pan Kramek proponuje m.in. powołanie Frontu Demokratycznego na wzór ukraińskiej Rady Majdanu i Sztabu Sprzeciwu Narodowego, włączenie w organizację puczu związków zawodowych, Polskiej Rady Biznesu, Business Centre Club i Konfederacji Lewiatan, obywatelską akcję powstrzymania się od płacenia podatków i innych należności na rzecz skarbu państwa pod hasłem „Nie płacę na PiS”, masowe manifestacje uliczne i miasteczka namiotowe z udziałem chronionych immunitetem posłów opozycji, strajk generalny nauczycieli i sędziów, blokowanie domów polityków PiS, prowokowanie Jarosława Kaczyńskiego celem jego kompromitacji i dążenie do rozbicia PiS na frakcje, szeroką akcję propagandową, w tym przede wszystkim w internecie, sabotowanie działań rządu przez samorządy prawnicze, włączenie do puczu opanowanych przez PO samorządów, w tym samorządu Warszawy, który mógłby wyłączyć prąd w Sejmie i Senacie, ministerstwach i siedzibie PiS.

W zakończeniu pan Kramek pisze, że „Prezes Kaczyński, premier Szydło, prezydent Duda, marszałkowie Sejmu i Senatu powinni zostać zasypani nie tylko stanowczymi pismami, ale i prośbami o pilne spotkania ze strony kluczowych polityków UE i ambasadorów najważniejszych państw. Podobnie na dywanik powinni być wzywani do lokalnych MSZ-ów i szefów rządów ambasadorowie Polski za granicą. (…) Sankcje międzynarodowe powinny być opcją w grze; być może udałoby się wykorzystać bądź stworzyć mechanizm sankcji personalnych wobec decydentów politycznych i urzędników łamiących prawo”.

To jest plan podpalenia Polski, identyczny z tym, który zrealizowano na Ukrainie zimą 2013/2014 roku. Z planem tym występuje zainstalowane w Polsce środowisko banderowskie, ściśle powiązane z Sorosem i PO. Nie jest tajemnicą, że różne podmioty ukraińskie są w Polsce częścią politycznego zaplecza PO i michnikowszczyzny. Teraz już widać po co w ostatnich miesiącach padały ze strony publicystów i polityków związanych z obozem liberalnym żądania „otwarcia Polski dla Ukraińców”, w tym nie tylko zintensyfikowania imigracji ukraińskiej do Polski, nie tylko zapewniania imigrantom ukraińskim mieszkań i pracy, ale przyspieszenia procedur nadawania im obywatelstwa oraz otwarcia dla nich stanowisk na uczelniach i w wojsku. Obóz kosmopolityczno-liberalny nie ukrywa, że chodzi mu o stworzenie swojego nowego elektoratu. Dał temu wyraz m.in. pan Dutkiewicz ogłaszając publicznie, że chce doprowadzić do daleko idącej zmiany składu narodowościowego Wrocławia na rzecz Ukraińców, których jest tam już 15 proc., by walczyć z „polskim nacjonalizmem”. Jeżeli Ukraińcy mają być w perspektywie elektoratem PO, to mogą też wziąć udział w puczu, którego scenariusz ogłosił pan Kramek. Jeśli będzie bowiem za mało chętnych ze strony etnicznych Polaków, to sięgnie się po diasporę ukraińską – tę starą i nową. Ona – a nie Polacy – posłucha w pierwszej kolejności Fundacji Otwarty Dialog. Poza tym będzie potem podstawa do szybkiego nadania obywatelstwa uczestnikom puczu z nowej diaspory ukraińskiej. Cóż bowiem bardziej predestynuje do nadania obywatelstwa jak nie udział w „walce o demokrację”?

Za jednym zamachem będzie można obalić „dyktatorską” władzę PiS i wdrożyć realizację planu Ukrpolu, ogłoszoną swego czasu przez Michnika. Tu nie chodzi o żaden sprzeciw wobec reformy sądów. Merkel i Soros muszą obalić rząd PiS ze względu na kryzys migracyjny w Europie Zachodniej. Tylko nowy „demokratyczny” rząd zagwarantuje im odzyskanie kontroli politycznej nad Polską i rozładowanie tego kryzysu poprzez przyjmowanie przez Polskę imigrantów z Afryki i Azji. Jeszcze raz podkreślę, że organizatorzy „obrony demokracji” w Polsce nie cofną się przed niczym. Jeśli plan pana Kramka nie zostanie zrealizowany teraz, to próba wprowadzenia go w życie będzie podjęta jesienią, kiedy po wrześniowych wyborach w RFN Angela Merkel odzyska swobodę manewru. Nie o demokrację tutaj chodzi, ale o niepodległość Polski i to trzeba sobie uświadomić bez względu na to co sądzimy o obecnej partii rządzącej.

[1] B. Kramek, „Niech państwo stanie: wyłączmy rząd!”, profil na Facebooku Bartosza Kramka, przewodniczącego rady Fundacji Otwarty Dialog, http://www.facebook.com/bartosz.kramek, 21.07.2017; Ujawniamy: 16 kroków, które mają sparaliżować Polskę i odsunąć PiS. Inżynierowie zbiorowej histerii mają chytry plan: „Wyłączmy rząd!”, http://www.wpolityce.pl, 22.07.2017.

[2] A. Wiejak, „Fundacja Otwarty Dialog publikuje instrukcję obalenia rządu w Polsce”, http://www.prawy.pl, 22.07.2017.

[3] Stanisław Michalkiewicz: niemieckie służby mogą wykorzystać Ukraińców w Polsce do obalenia rządu PiS, http://www.wprawo.pl, dostęp 21.07.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 lipca 2017 r.

W obliczu agresji

Ze zdumieniem obserwuję to co Unia Europejska i blisko związane z nią siły polityczne w Polsce robią w związku z odmową przez rząd Beaty Szydło zgodny na „relokację” tzw. „uchodźców”, czyli przyjęcie imigrantów – w większości ekonomicznych – z muzułmańskich krajów Bliskiego i Środkowego Wschodu oraz Afryki Północnej. Ze zdumieniem, ponieważ zdałem sobie sprawę, że Polska po raz pierwszy od 1939 roku stanęła w obliczu agresji. I to nie ze Wschodu – skąd spodziewa się jej obóz polskiej rusofobii – ale z Zachodu.

Nie można bowiem inaczej jak agresją właśnie nazwać gróźb padających ze strony Komisji Europejskiej, przewodniczącego Rady Europejskiej – pod którego rządami jeszcze niedawno Polska była „państwem teoretycznym”, jak to określił jeden z jego ministrów – ekstrawaganckiego prezydenta Francji i kanclerz Niemiec, w której gabinecie wisi portret Katarzyny II i której od 12 lat wydaje się, że jest carycą Europy – oraz całej rzeszy mniejszych i większych polityków zachodnioeuropejskich.

Nie można inaczej jak agresją nazwać potwornej nagonki medialnej, w którą zostały wprzęgnięte czołowe media zachodnioeuropejskie oraz powiązane z nimi polskie – te które przez ćwierć wieku popierały neoliberalną „transformację” i „prywatyzację” oraz zaciekle tępiły na każdym kroku „polski nacjonalizm”. Nagonka ta osiągnęła szczyt po wystąpieniu premier Szydło na uroczystościach 14 czerwca w Oświęcimiu, gdzie stwierdziła ona, iż „Auschwitz to lekcja tego, że należy uczynić wszystko, aby chronić swoich obywateli”. Rozjuszone media liberalne zaczęły krzyczeć, że premier Szydło „wykorzystuje pamięć o Holokauście, by straszyć uchodźcami”. Nikt w tych mediach nie zauważył, że uroczystości 14 czerwca (rocznica pierwszego transportu Polaków do KL Auschwitz) nie były poświęcone pamięci ofiar Holokaustu, ale pamięci Polaków deportowanych i zamordowanych w KL Auschwitz – czyli pamięci pierwszych chronologicznie ofiar tego obozu i drugich liczebnie.

Poziom i skala tej nagonki również przeszły moje oczekiwania, bo niemieckie media posunęły się do absurdalnego oskarżenia narodu polskiego o udział w zagładzie Żydów, a oskarżenie to natychmiast powielił rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar. To już nie jest zwykła nagonka medialna, ale wojna psychologiczna. A wojna psychologiczna jest zwykle częścią wojny rzeczywistej. Na razie Polsce grozi się sankcjami ekonomicznymi, ale nie jest to zapewne ostatnie słowo Berlina i Brukseli zważywszy, że Niemcy, Francja, Włochy i Hiszpania uruchomiły plan utworzenia sił zbrojnych UE, uśpiony w Traktacie Lizbońskim. Wymowne też jest, że z niezwykłym entuzjazmem na tę decyzję zareagował przewodniczący Rady Europejskiej[1]. Czyżby liczył na to, że siły zbrojne UE pomogą mu objąć urząd prezydenta RP po zakończeniu kadencji przewodniczącego Rady Europejskiej, czyli – mówiąc słownictwem jego środowiska – „uratują demokrację” w Polsce?

Nie można nie zauważyć, że gdyby doszło do wdrożenia sankcji ekonomicznych UE przeciw Polsce, to powstałaby bardzo ciekawa sytuacja polityczna. Polska byłaby bowiem drugim obok Rosji – która jest poza strukturami UE – państwem Europy objętym przez UE sankcjami ekonomicznymi z przyczyn politycznych. Oba te kraje – jako te przeciw którym została skierowana agresja polityczna UE i globalistów – znalazłyby się zatem na tej samej płaszczyźnie. Czy ktoś w obozie rządzącym to zauważył i potrafi z tego wyciągnąć wnioski? Czy ktoś ma tam świadomość, że należałoby zastanowić się nad prowadzoną przez PiS skrajnie antyrosyjską polityką i filozofią upatrującą niebezpieczeństwa agresji ze strony Rosji? Czy ktoś w obozie rządzącym potrafi wyciągnąć wniosek, że należałoby doprowadzić do deeskalacji stosunków z Rosją przynajmniej na poziomie neutralnym, bo życzliwość Rosji może być przydatna nie tylko w obliczu konfliktu z Zachodem, ale także w obliczu coraz bardziej agresywnych poczynań nacjonalistów ukraińskich. W polityce nie ma sentymentów i wiecznych wrogów, są tylko wieczne interesy. Męża stanu rozpoznaje się właśnie po tym, że o tym wie. Czy jest w Polsce taki mąż stanu?

Przyznam, że go nie widzę. Obóz rządzący przypomina swoich protoplastów z lat 1926-1939, którzy aż do marca 1939 roku mieli opracowany tylko plan wojny z ZSRR, gdy tymczasem pierwsze uderzenie przyszło z kierunku przeciwnego.

Znacznie gorzej jest z opozycją liberalną, która w całości przyłączyła się do politycznej agresji UE przeciw własnemu krajowi. Schetyna, Lewandowski, Liberadzki, Frasyniuk, Cimoszewicz i dziesiątki innych nazwisk. Tych samych nazwisk, które przez ostatnie ćwierćwiecze były wizytówkami kampanii i działań osłabiających Polskę – tzw. „prywatyzacji”, wielu nieudanych i szkodliwych „reform” oraz nieodłącznej walki z „polskim nacjonalizmem”. Ich wypowiedzi nawet nie warto cytować, by nie szarpać sobie nerwów. Obecnie znów walczą z „polskim nacjonalizmem”. Teraz jednak chcą zafundować narodowi coś znacznie gorszego niż „prywatyzację”, strukturalne bezrobocie, pauperyzację i emigrację zarobkową.

Mają tego pełną świadomość, bo trudno, żeby jej nie mieli, gdy od 2015 roku islamiści dokonali wielu zamachów terrorystycznych we Francji, Belgii, Holandii, Niemczech, Szwecji, Włoszech i Wielkiej Brytanii. Trudno, żeby nie mieli świadomości co chcą sprowadzić na Polskę po tym jak informacje o aktach terroru i przestępstwach kryminalnych ze strony zalewających Europę Zachodnią islamistów napływają już niemal każdego dnia. Mamy np. informację, że kierowca polskiego samochodu spłonął pod Calais w karambolu, do którego doszło z powodu ustawienia przez imigrantów na drodze blokady z pni drzew[2]. Ta informacja – jak i wiele jej podobnych – nie robi jednak żadnego wrażenia na panu Lisie, Michniku, Cimoszewiczu, Schetynie i innych uczestnikach kampanii na rzecz przyjmowania „uchodźców”. To jest rzeczywistość, jaką oni chcą zafundować narodowi. No bo nie sobie. Ich ta rzeczywistość przecież nie dotknie. Żyją bowiem w oderwaniu od narodu polskiego nie tylko w sensie politycznym, ale także codziennym – mieszkając w bezpiecznych, chronionych całodobowo rezydencjach, na zamkniętych i monitorowanych osiedlach, poruszając się w pancernych limuzynach i jadając w lokalach, do których „zwykli ludzie” nie mają dostępu. To nie oni będą ginąć od wybuchów bomb w metrze, pod kołami ciężarówek wjeżdżających w tłum na chodniku, ciosów noża na ulicy i strzałów karabinowych w restauracjach.

Zdumiewające jest również to, że do unijnej kampanii na rzecz „relokacji” islamskich imigrantów w Polsce dali się włączyć niektórzy hierarchowie Kościoła katolickiego z arcybiskupem Wojciechem Polakiem na czele.

Z obecnego kryzysu politycznego wypływa jeszcze jeden bardzo ważny wniosek. Zachód po raz kolejny w historii pokazał swoje nieprzyjazne Polsce i cyniczne oblicze. Wszyscy tam przecież wiedzą – od pani kanclerz Merkel poczynając, a na sprzedawczyni w supermarkecie kończąc – że polityka otwarcia w 2015 roku granic dla „uchodźców”, czyli imigrantów ze świata islamu, była straszliwym błędem. Była samobójstwem w sytuacji, gdy od początku było wiadome, że w morzu imigrantów przenikną „żołnierze” tzw. Państwa Islamskiego i innych struktur rewolucyjnego islamu, by przenieść „świętą wojnę” (dżihad) do Europy.

Gdy w połowie 2015 roku otwarto granice Europy Zachodniej dla islamskich imigrantów, prof. Bogusław Wolniewicz nazwał ich „nachodźcami”, ironicznie przekształcając nieadekwatne do skali zjawiska słowo „uchodźcy”, oraz stwierdził, że jest to zorganizowany najazd i bez rozlewu krwi się nie obejdzie. Stało się tak jak przepowiedział, chociaż za te słowa Stowarzyszenie „Otwarta Rzeczpospolita” nasłało na niego policję i groziło mu sądem.

Nie tutaj miejsce, by rozważać dlaczego caryca Merkel wpuściła masy islamskich imigrantów do Europy. Czy była to realizacja domniemanego planu George’a Sorosa likwidacji państw narodowych poprzez stworzenie w nich narodowościowej, kulturowej i religijnej mieszanki? Czy raczej stały za tym oczekiwania globalistów i ponadnarodowych korporacji na dopływ taniej, tzn. niewolniczej siły roboczej? To wymaga głębszych studiów i dostępu do wiarygodnych źródeł informacji. Faktem jest, że globaliści od dawna uważają państwo narodowe za swojego głównego wroga, a konieczność jego zniszczenia ideologowie globalizacji zapowiadali już wielokrotnie.

Bez względu na to, jakie były motywy działania pani, która jest przekonana, iż stanowi współczesne wcielenie Katarzyny II, oraz legionu jej podobnych polityków zachodnich – oderwanych od rzeczywistości i wyalienowanych ze swoich narodów – nie ulega wątpliwości, że Europa Zachodnia znalazła się w sytuacji krytycznej. Jej społeczeństwa płacą teraz straszną cenę za alienację swoich liberalnych elit, a także za wcześniejsze stulecia kolonializmu oraz dziesięciolecia neokolonializmu – wyniszczania krajów Trzeciego Świata przez neoliberalną „doktrynę szoku” i „wojny o demokrację”.

Dlaczego jednak tę cenę mają płacić Polska, Czechy, Słowacja i Węgry? Dlaczego współczesna Katarzyna II, zamiast przyznać się do błędu i porażki oraz ustąpić z urzędu – co podobno jest standardem liberalnej demokracji – chce przerzucić skutki swoich działań na kraje, które nie ponoszą winy za neokolonializm i neoliberalizm? Dlaczego dziwaczny prezydent Francji ultymatywnie żąda od tych krajów zgody na „relokację” głosząc przy tym, że woli imigrantów islamskich od polskich?[3]. Dlaczego wreszcie przedmiotem ich ataku, wspieranego przez panów Schetynę, Cimoszewicza, Lewandowskiego i innych, są tylko kraje tzw. „nowej Unii”?

Przecież nie tylko Polska, Czechy, Słowacja i Węgry odmówiły przyjmowania imigrantów. Uczyniły to także Izrael i Stany Zjednoczone. Premier Netanjahu oświadczył jesienią 2015 roku, że Izrael jest państwem za małym i przyjęcie imigrantów zagrozi jego politycznej egzystencji. Czy ktoś mu zarzucił rasizm i ksenofobię? Czy ktoś groził w związku z tym Izraelowi sankcjami, organizował medialne nagonki, straszył politycznymi konsekwencjami?

Stanowisko rządu PiS wobec próby zmuszenia Polski do zgody na „relokację” imigrantów nie tylko powinno, ale musi zostać poparte przez te środowiska patriotyczne, które z różnych względów są wobec tego rządu krytyczne. Dlaczego w ogóle rząd PiS zajął stanowisko negatywne w kwestii islamskich imigrantów? Dlatego, że jest to stanowisko zdecydowanej większości narodu – także wielu wyborców PO i SLD – i nie ma obecnie w Polsce szansy utrzymania się jakikolwiek rząd, który by woli tej większości nie uwzględnił. Po raz pierwszy od 1989 roku rząd zrobił coś zgodnie z wolą większości narodu i to musi budzić jeszcze większą wściekłość UE niż sam brak jego zgody na „relokację”.

Dlaczego jednak Polacy nie chcą u siebie islamskich imigrantów? Dlatego, że są rasistami, plemiennymi nacjonalistami i zaściankowymi ksenofobami, jak głoszą to media powiązane z Zachodem politycznie, kapitałowo i ideologicznie? Nie. Nigdy w naszej historii nie odmawialiśmy pomocy innym narodom będącym w potrzebie. Hasło „Za naszą i waszą wolność” jest częścią polskiego etosu narodowego. Ale przecież w wypadku imigrantów islamskich, których UE chce przerzucić do Europy Środkowej, nie chodzi o pomoc żadnym „uchodźcom” i o tym wszyscy wiedzą.

Nie godzimy się na to, ponieważ chcemy zachować własne państwo narodowe. Nie chcemy mieć u siebie znaczącej liczebnie mniejszości narodowej, która nigdy nie zintegruje się z polską kulturą, która w naszym państwie będzie stanowić element politycznie destrukcyjny, prowadząc z nim ideologiczną i religijną wojnę. Nie chcemy mieć u siebie ludzi po prostu nam całkowicie obcych i niejednokrotnie nam wrogich, którzy będą dla nas fizycznym zagrożeniem i ekonomicznym obciążeniem. Nie chcemy współobywateli, którzy nie będą dla naszego kraju pracować i nie poniosą na jego rzecz najmniejszej ofiary. Nie chcemy współobywateli, dla których polska historia i kultura będą nie tyle czymś obcym, co po prostu fikcją. Nie chcemy, by nasze miasta wyglądały tak jak szwedzkie Malmö, które opuściła duża część szwedzkiej ludności, ci, którzy pozostali boją się wychodzić ze swoich domów, a policja przestała przyjmować zgłoszenia o przestępstwach popełnianych przez gangi imigrantów[4]. Nie chcemy bać się chodzić wieczorem po ulicach. Nie chcemy, by wyjście w biały dzień na ulicę było – tak jak podczas okupacji niemieckiej – wyprawą w nieznane.

To nie jest rasizm i szowinizm. To jest nasze być i mieć. To jest polska racja stanu. Polska bowiem powinna trwać wiecznie – jak nam przykazał Wincenty Witos.

O ile rząd PiS w kwestii „relokacji” imigrantów islamskich zajmuje stanowisko zgodne z polską racją stanu, jak na razie dzielnie przeciwstawiając się UE, to nie można tego powiedzieć o jego stosunku do imigracji ukraińskiej, która liczy już 1,4 mln osób i rośnie. Ta cieszy się mianowicie zdecydowanym poparciem rządu. Wynika to z dwóch przyczyn. Z jednej strony mamy naiwne przekonanie, że dzięki przyjęciu imigracji ukraińskiej Bruksela odpuści nam islamistów, a z drugiej strony mamy w tej kwestii działania silnego w PiS (ale także w PO i obozie liberalnym) lobby ukraińskiego.

A przecież przyjęcie tej imigracji również oznacza, że przestajemy być państwem monoetnicznym, czyli pozbawionym konfliktów narodowościowych, co było jednym z największych atutów Polski po 1945 roku. Nie tylko przestaniemy być państwem monoetnicznym, ale będziemy mieli u siebie nawet wielomilionową mniejszość etniczną, która może być równie niebezpieczna jak mniejszość ukraińska w II RP. Współczesny naród ukraiński został bowiem zatruty rakiem tej samej ideologii, którą zatruwała go w latach 30. i 40. XX wieku Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów. Jej epigoni mają znaczące wpływy na pomajdanowej Ukrainie i nie są oni bynajmniej przyjaźnie nastawieni do Polski.

Tego niestety nie chcą widzieć elity w Warszawie, wśród których wciąż pokutują mity Giedroycia i prometeistów, mrzonki o Międzymorzu i sojuszu z Ukrainą przeciw Rosji.

Minęły już trzy miesiące od zamachu terrorystycznego na polski konsulat Łucku, który polski establishment polityczno-medialny tradycyjnie przypisał „rosyjskim służbom”. Strona ukraińska obiecała szybkie wykrycie sprawców, ale do dzisiaj tego nie uczyniła. Czy aby nie dlatego, że sprawcy ci wywodzą się z dominującej na zachodniej Ukrainie opcji neobanderowskiej? Od tamtego czasu miała miejsce próba podpalenia polskiej szkoły w Mościskach, polityczna nagonka neobanderowców na metropolitę lwowskiego – arcybiskupa Mieczysława Mokrzyckiego – oraz wstrzymanie przez stronę ukraińską na żądanie naobanderowców ekshumacji ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.

Skoro neobanderowcy mogą dokonywać ataków na polskie instytucje i miejsca pamięci narodowej na Ukrainie, to kto zagwarantuje, że przeniknąwszy w masie imigrantów do Polski, nie zorganizują tutaj zamachu terrorystycznego? Zwłaszcza, że PiS daje im zielone światło rezygnując z ustawowego zakazu propagowania w Polsce banderyzmu jako formy totalitaryzmu.

Na razie ze strony ukraińskiej padają żądania wprowadzenia ukraińskiego jako drugiego języka urzędowego we Wrocławiu[5]. Na razie utworzono w tym mieście tylko klub piłkarski (Dynamo Wrocław), dostępny wyłącznie dla Ukraińców[6]. Mówi się też o klasach ukraińskich w szkołach w Krakowie[7]. Jutro padną żądania postawienia w Polsce pomników Bandery i UPA, a Unia Europejska je poprze, bo przecież imigranci mają prawo do swojej tożsamości.

Zagrożeń ze strony imigracji ukraińskiej oficjalnie w Polsce się nie dostrzega, ponieważ krytyczne spojrzenie na Ukrainę jest tutaj tematem tabu i od razu rodzi podejrzenie o „agenturalność” na rzecz Rosji. Ponadto ze strony tych środowisk, które popierają przyjęcie w Polsce imigracji islamskiej, padają w kwestii imigracji ukraińskiej propozycje wręcz zdumiewające. Tak oto były wicenaczelny dziennika „Rzeczpospolita” żąda, by dla Ukraińców otworzyć „uczelnie [ma na myśli stanowiska naukowe – przyp. BP], zarządy firm, a nawet armię”, znieść dla nich opłaty za studia i ułatwiać im nabycie obywatelstwa. Zdaniem pana Talagi „potrzebna jest bardzo odważna decyzja, żeby otworzyć nie tylko polski rynek pracy dla Ukraińców, ale żeby w ogóle Polskę otworzyć dla Ukraińców i żeby otworzyć perspektywy przyznawania obywatelstwa polskiego[8].

Z kolei prezydent Wrocławia w wywiadzie dla portalu Onet ujawnił, iż jest szczęśliwy, że w jego mieście mieszka już 100 tys. Ukraińców i ma nadzieję, że pomogą mu oni w zwalczaniu „polskiego nacjonalizmu”. Zdaniem pana Dutkiewicza Ukraińcy mogą być „lekarstwem na polską ksenofobię, która jest groźnym zjawiskiem[9]. Trzeba przyznać, że Ukraińcy już raz zwalczali „polski nacjonalizm” i „polską ksenofobię” – w latach 30. i 40. XX wieku, m.in. na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

W wypowiedziach Dutkiewicza i Talagi pobrzmiewa echo koncepcji „Ukrpolu”, wysuniętej swego czasu przez Adama Michnika. Tylko, że taki Ukrpol to już jednak nie będzie Polska. O ile to do tego zmierza, bo może zmierzać w kierunku znacznie bardziej niebezpiecznym.

Dlaczego bowiem Ukraińcy osiedlają się akurat we Wrocławiu i na Ziemiach Zachodnich? Dlaczego właśnie tam mieliby też być kierowani islamscy „uchodźcy” w ramach „relokacji”? Może jednak polityka w sprawie imigrantów uprawiana przez grzejącą się w cieniu portretu Katarzyny II kanclerz Niemiec i carycę Europy wcale nie jest taka bezmyślna, jak się może na pierwszy rzut oka wydawać. Może kryje się za nią jakiś polityczny projekt. Po 1989 roku nie udało się w Polsce wykreować licznej mniejszości niemieckiej, chociaż czyniono w tym kierunku kosztowne zabiegi. Nie udało się też stworzyć „narodowości śląskiej”, mimo podjęcia zabiegów jeszcze kosztowniejszych. Może więc to o czym skrycie marzą niemieckie elity, ale czego głośno nie mówią i czego oficjalnie zdecydowanie się wypierają, uda się osiągnąć dzięki imigracji, zwłaszcza ukraińskiej. Szczególnie, że nacjonalizm ukraiński zawsze był proniemiecki.

Kiedy już imigranci z Ukrainy opanują katedry polskich uczelni i zarządy firm, a nawet armię, kiedy już uzyskają polskie obywatelstwo i własne szkolnictwo, to niewątpliwie stworzą też ukraińskie stowarzyszenia i partie polityczne, a ich przedstawiciele zasiądą w Sejmie i sejmikach wojewódzkich. Może w którymś z nich zdobędą większość. A wtedy mogliby zażądać np. secesji województwa dolnośląskiego i przyłączenia go do Niemiec. Mogliby nawet zorganizować w tej sprawie demokratyczny plebiscyt i go wygrać, gdyby wcześniej nastąpiła daleko idąca zmiana struktury etnicznej takiego województwa. Unia Europejska by to gorąco poparła, bo przecież w świetle jej ideologii mniejszości narodowe mają prawo do samostanowienia o sobie. Casus Kosowa jest tutaj precedensem.

Odejście od monoetniczności, które w Polsce właśnie się dokonuje – na razie na rzecz imigrantów z Ukrainy – zawsze niesie zagrożenia i faktu tego nie zmieni żaden poprawny politycznie bełkot.

[1] Unia zrobiła kolejny krok ku stworzeniu „niebieskich hełmów z żółtymi gwiazdkami”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 23.06.2017.

[2] „Kierowca polskiego auta spłonął pod Calais! Uderzył w blokadę drogi ustawioną przez imigrantów”, http://www.wpolityce.pl, 20.06.2017. Co ciekawe sprawcy prawdopodobnie nie poniosą kary, bo nie posiadają dokumentów i twierdzą, że mają mniej niż 16 lat, zob.: „Calais: imigranci z Erytrei, którzy przyczynili się do śmierci polskiego kierowcy mogą uniknąć kary”, http://www.pch24.pl, 22.06.2017.

[3] „Unijne elity dalej swoje… Macron woli pseudouchodźców od ciężko pracujących imigrantów”, http://www.wpolityce.pl, 22.06.2017.

[4] K. Zuchowicz, „Szwedzi milczą i ustępują im miejsca. Ten kraj niedługo się rozleci”. W Malmö boją się. Miasto mocno się zmieniło, http://www.natemat.pl, 25.01.2017. „Prawie co noc jest strzelanina. Ich gangi ciągle mają jakieś porachunki. Ciągle słyszymy o napadach na sklepy. Rozbijają się po mieście najlepszymi samochodami, nie zatrzymują się na wezwanie policji. Podpalają samochody. Słyszymy, że ludzie boją się wieczorami wychodzić z domów. Nawet policja czasem apeluje o niewychodzenie z domów – opowiada nam jeden z mieszkańców (…). Malmö bardzo się zmieniło. Niedawno przy wjeździe z Ystad stanął duży, podświetlany meczet. Kupili ziemię w najlepszym miejscu, na wzgórzu. I dziś ten meczet króluje nad Malmö (…). Jest niebezpiecznie, np. w grudniu zastrzelili mężczyznę, który przez pięć lat studiował w Polsce stomatologię, a w Szwecji dopiero zaczął pracę. Jest też poczucie, że wszystko imigrantom się należy i nic im nie pasuje” – czytamy w artykule Katarzyny Zuchowicz.

[5] „Wrocław: ukraiński drugim językiem?”, http://www.kresy.pl, 13.06.2017.

[6] „We Wrocławiu powstał klub piłkarski tylko dla Ukraińców”, http://www.kresy.pl, 2.11.2016.

[7] M. Kursa, „W Krakowie powstaną dwujęzyczne, polsko-ukraińskie klasy”, http://www.wyborcza.pl, 17.06.2017.

[8] Talaga w „Rzeczpospolitej”: otwórzmy nasze uczelnie i armię dla Ukraińców, http://www.kresy.pl, 14.06.2017.

[9] „Dutkiewicz: Ukraińcy we Wrocławiu są błogosławieństwem i lekarstwem na polską ksenofobię”, http://www.kresy.pl, 21.06.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 28 czerwca 2017 r.

„Myśl Polska” nr 27-28 (2143/44), 2-9.07.2017, s. 10-11

Koniec żartów z Ukrainą

„W sprawie Hruszowic prowokatorzy triumfują. Oczywiście zapomnieli czym skończył się polski triumf w 1938 roku nad cerkwiami Chełmszczyzny” – napisał na swoim profilu na facebooku Petro Tyma, prezes Związku Ukraińców w Polsce, kilka godzin po rozbiórce nielegalnego pomnika UPA w Hruszowicach[1]. Pomnik gloryfikujący bandy UPA („Chwała bohaterom UPA, bojownikom o wolną Ukrainę”) w Hruszowicach (gmina Stubno, powiat przemyski) został zlikwidowany 26 kwietnia – jak stwierdził portal plus.nowiny24.pl – „po 23 latach urzędniczej niemocy i braku reakcji na samowolę budowlaną”[2]. Wywołało to histeryczną reakcję nacjonalistów ukraińskich, której pierwszym akordem była zacytowana powyżej wypowiedź Tymy. Wypowiedź ta przeszła jakimś dziwnym trafem bez echa w wiodących mediach polskich. A przecież te media wraz z aparatem państwowym są bardzo wrażliwe na najmniejsze przejawy tzw. mowy nienawiści.

Np. człowiek, który podczas manifestacji we Wrocławiu przeciw przyjmowaniu imigrantów z krajów islamu spalił „kukłę Żyda” został najpierw medialnie zlinczowany, a potem skazany przez sąd na 10 miesięcy bezwzględnego więzienia. Jego nazwisko i wizerunek obiegły cały świat i stały się w najważniejszych mediach zagranicznych symbolem polskiego szowinizmu[3]. Reakcja taka nie grozi natomiast znanemu z sentymentu do UPA prezesowi Związku Ukraińców w Polsce, który przecież otwarcie zagroził Polakom powtórzeniem ludobójstwa z lat 1943-1944.

Cóż bowiem znaczą słowa Tymy, że Polacy „zapomnieli czym skończył się polski triumf w 1938 roku nad cerkwiami Chełmszczyzny”? Według propagandy nacjonalistów ukraińskich akcja rewindykacji cerkwi prawosławnych z 1938 roku skutkowała „akcją antypolską UPA” z 1943 roku, czyli ludobójstwem typu genocidum atrox na Wołyniu. Wymordowanie w zwyrodniały sposób kilkudziesięciu tysięcy ludzi było zdaniem banderowskiej historiografii słusznym odwetem za rozbiórkę przez polskie władze w 1938 roku od 91 do 127 cerkwi prawosławnych na Podlasiu i Chełmszczyźnie, w większości nieczynnych, z których część służyła Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów za tajne magazyny broni (co było jedną z przyczyn akcji rewindykacyjnej).

Tyma – nawiązując do interpretacji tych wydarzeń przez banderowską propagandę – powiedział zatem otwartym tekstem między wierszami, że ukraińskim odwetem za likwidację nielegalnego pomnika UPA w Hruszowicach będzie nowe genocidum atrox na wzór tego z Wołynia i Małopolski Wschodniej. I ta wypowiedź przeszła w Polsce bez echa. Nie skomentował jej żaden dziennikarz mediów wrażliwych na mowę nienawiści i nie ustosunkował się do niej żaden polityk, żaden sędzia ani żaden urzędnik państwa, które hojnie dotuje Związek Ukraińców w Polsce.

Wypowiedź Tymy była kamieniem, który uruchomił lawinę. Na demontaż pomnika UPA w Hruszowicach natychmiast zareagował też przewodniczący Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej, nacjonalista ukraiński i negacjonista wołyński Wołodymyr Wiatrowycz. W oświadczeniu wydanym 27 kwietnia UIPN oskarżył stronę polską o „niszczenie śladów po narodzie ukraińskim”. W związku z tym instytucja kierowana przez Wiatrowycza zapowiedziała „wstrzymanie wydawania pozwoleń na prace poszukiwawcze pochówków i porządkowanie polskich miejsc pamięci na Ukrainie”. Wiatrowycz zwrócił się do władz lokalnych z apelem o wstrzymanie decyzji „odnośnie wydawania pozwoleń na wniosek polskich instytucji publicznych, osób lub organizacji społecznych, na zainstalowanie nowych polskich pomników lub renowację istniejących”[4]. Zapowiedziane przez Wiatrowycza wstrzymanie legalizacji dotyczy około 105 pomników, upamiętniających polskie ofiary ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego[5].

Także Ministerstwo Spraw Zagranicznych Ukrainy wyraziło „oburzenie” w związku z likwidacją nielegalnego pomnika UPA na terytorium Polski. Zdaniem ukraińskiego MSZ demontaż pomnika w Hruszowicach to „jawna prowokacja w przededniu obchodów zbrodniczej akcji „Wisła”, zorganizowana w oczywistym celu odwrócenia uwagi od tej straszliwej daty”[6].

Na koniec głos zabrał Arsenij Jaceniuk – były premier Ukrainy i lider Frontu Narodowego – który zwrócił się z apelem do polskich władz o „powstrzymanie rozpalania przez antyukraińskie siły atmosfery nienawiści wobec Ukrainy, naszej historii i pamięci”[7].

Histeryczna i bezczelna reakcja strony ukraińskiej na demontaż nielegalnego pomnika UPA pokazała, że wbrew temu co twierdziły dotychczas polskie czynniki oficjalne oraz większość polskich mediów nacjonalizm ukraiński nie jest na Ukrainie marginesem, a gloryfikacja zbrodniczej UPA stanowi fundament ideologii państwowej pomajdanowej Ukrainy. Nie jest też ta gloryfikacja – co wielokrotnie słyszeliśmy – skierowana rzekomo tylko przeciw Rosji. Wystarczyło usunięcie bezprawnie postawionego pomnika UPA na podprzemyskiej wsi, by nacjonalizm ukraiński pokazał swoje antypolskie oblicze, by znowu pojawiły się znane z historii groźby i szowinistyczna narracja.

Żarty z Ukrainą skończyły się. Pomajdanowy reżim nie tylko nie zamierza rezygnować z budowania tożsamości państwowo-narodowej Ukrainy na kulcie UPA, ale żąda uznania tego faktu przez Polskę. Na temat polityki historycznej Ukrainy nie będzie z Polską żadnej dyskusji – takie jest przesłanie wynikające z reakcji oficjalnych czynników ukraińskich na demontaż banderowskiego pomnika w Hruszowicach. Po przewrocie z 2014 roku taktyka nacjonalistów ukraińskich chwilowo wyciszyła antypolskie treści w oficjalnej narracji. Teraz ich antypolonizm został pokazany otwarcie.

Dowody na banderowskie oblicze pomajdanowej Ukrainy przynosi niemal każdy dzień. Tylko, że niestety wobec tego faktu większość polskich polityków i mediów przyjęła strategię chowania głowy w piasek. Najnowszym, porażającym dowodem banderyzacji Ukrainy jest uchwała zdominowanej przez neobanderowską partię „Swoboda” Rady Obwodowej Wołynia o ustanowieniu roku 2017 Rokiem UPA na Wołyniu, przyjęta w połowie kwietnia większością 46 spośród 53 głosów. Uchwała ta przewiduje, że w ramach Roku UPA na Wołyniu nastąpi: odnowienie pomników UPA, naprawa dróg dojazdowych i rozstawienie znaków, które pomogą trafić do miejsc „chwały bojowej” UPA, wypłacenie miesięcznego dodatku do emerytury dla weteranów UPA mieszkających na Wołyniu, ułatwienie weteranom UPA dostępu do leczenia i otwarcie dla nich dwóch ośrodków sanatoryjnych, zebranie wspomnień i dokumentów potwierdzających heroiczną wersję historii UPA oraz zorganizowanie wystaw gloryfikujących UPA[8].

W świetle tej uchwały Rady Obwodowej Wołynia – podjętej na dwa tygodnie przed demontażem pomnika UPA w Hruszowicach – jasno widać, że na upamiętnienie polskiej martyrologii na Wołyniu nie ma miejsca, ponieważ upamiętnienie to stoi w sprzeczności z obłędną heroizacją UPA. Nie ulega zatem wątpliwości, że Hruszowice nie są przyczyną gróźb Wiatrowycza o wstrzymaniu legalizacji polskich pochówków i upamiętnień na Ukrainie, ale wygodnym pretekstem, by tę legalizację – stojącą w sprzeczności z pomajdanową polityką historyczną – wstrzymać.

Tradycją pomajdanowej Ukrainy stały się marsze z pochodniami ku czci UPA, przypominające scenerią marsze hitlerowskich bojówek SA z lat 20. i 30. XX wieku. Ostatnio taki marsz odbył się w Drohobyczu ku czci działaczy OUN-UPA: Dmytra Hrycaja-„Perebijnisa” i Zenona Kossaka-„Tarnawskiego”. Pochód rozpoczął się pod pomnikiem Tarasa Szewczenki a zakończył pod pomnikiem Stepana Bandery odczytaniem „Modlitwy ukraińskiego nacjonalisty”[9]. Z kolei huczne świętowanie 27 kwietnia rocznicy utworzenia ukraińskiej dywizji SS „Galizien” stało się już rokroczną tradycją nie tylko na zachodniej Ukrainie.

Po upadku ZSRR i powstaniu niepodległej Ukrainy neobanderowska diaspora w Kanadzie, USA i RFN na nowo podjęła wojnę, którą przegrała ponad siedemdziesiąt lat temu. W tę walkę włożono olbrzymi wysiłek organizacyjny i finansowy. Dla epigonów Stepana Bandery nie miało i nie ma znaczenia, że doprowadzili do konfliktu wewnętrznego na Ukrainie oraz konfliktu z Rosją. Liczył się tylko jeden cel – „Ukraina dla Ukraińców” pod neobanderowską władzą. Neobanderowcy zaoferowali swoje usługi Zachodowi w obaleniu legalnych władz ukraińskich w 2004 i 2014 roku w zamian za możliwość wejścia na scenę polityczną Ukrainy. Ale już na długo przed tymi przewrotami przystąpili do zatruwania ukraińskiej młodzieży wirusem banderowskiego szowinizmu.

Kult Bandery jest obecny w życiu zachodniej Ukrainy od ponad dwudziestu lat, a po przewrotach z 2004 i 2014 roku został przeniesiony na resztę Ukrainy. Efekty dwóch dekad wychowania młodzieży ukraińskiej w duchu szowinistycznej ideologii są coraz bardziej porażające. W lutym na ulicy we Lwowie pobito publicystę Ołeha Hrynczuka za to, że rozmawiał przez telefon komórkowy po polsku. Napastnicy domagali się, by przestał mówić po polsku[10]. 20 kwietnia na ulicy w Kijowie trzykrotnie pchnięto nożem Stanisława Serhijenkę – działacza społecznego, który był jedynym Ukraińcem mającym odwagę wypowiedzieć się pod swoim nazwiskiem przeciwko działalności Wołodymyra Wiatrowycza w głośnym artykule Josha Cohena na łamach „Foreign Policy”[11].

To są tylko przykłady pierwsze z brzegu. Nikt w Polsce nie zastanawia się nad tym, że zatruta banderowskim szowinizmem młodzież stanowi pokaźną część podobno już dwumilionowej ukraińskiej emigracji do Polski. Czy to właśnie na tę zbanderyzowaną młodzież emigrującą do Polski liczy Petro Tyma grożąc, że Polacy „zapomnieli czym skończył się polski triumf w 1938 roku nad cerkwiami Chełmszczyzny”?

Polityka uległości wobec Ukrainy jest błędem, a ukraińska reakcja na demontaż pomnika UPA w Hruszowicach stanowi kolejny dowód na to, że nie warto stać po stronie pomajdanowej Ukrainy. Niestety wśród zaślepionych polityków polskich nadal dominuje w tej kwestii myślenie doradcy MSZ Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, który raczył ostatnio obwieścić, że pamięć o zbrodni wołyńskiej jest „sprawą drugo czy trzeciorzędną”, a środowiska kresowe są „zupełnie oderwane od rzeczywistości” i rzekomo idą „oczekiwanym przez Rosję tropem”[12].

[1] „To prowokacja. Takie jest zdanie Związku Ukraińców w Polsce na temat rozbiórki pomnika w Hruszowicach”, http://www.portalprzemyski.pl, 28.04.2017.

[2] K. Janiga, „Pomnik UPA w Hruszowicach został rozebrany”, http://www.kresy.pl, 26.04.2017; N. Ziętal, „Rozebrali nielegalny pomnik UPA w Hruszowicach”, http://www.plus.nowiny24.pl, 27.04.2017.

[3] „Spalił kukłę Żyda, idzie do więzienia”, portal „Gazety Wrocławskiej”, http://www.gazetawroclawska.pl, 23.11.2016.

[4] „Wiatrowycz zapowiada odwet. Zabronią poszukiwania szczątków ofiar UPA na Ukrainie”, http://www.kresy24.pl, 28.04.2017.

[5] A. Świst, „Zemsta Ukraińców: zdemontujemy wam pomniki”, http://www.pl.sputniknews.com, 28.04.2017.

[6] „MSZ Ukrainy oburzone demontażem pomnika UPA w Hruszowicach”, http://www.fakty.interia.pl, 27.04.2017.

[7] „Jaceniuk do Polaków: Powstrzymajcie podżeganie do nienawiści wobec Ukrainy”, http://www.pl.sputniknews.com, 29.04.2017.

[8] „Na Wołyniu rok 2017 będzie rokiem UPA. Deputowani Swobody przeforsowali uchwałę”, http://www.wprost.pl, 16.04.2017.

[9] „W Drohobyczu odbył się marsz z pochodniami ku czci działaczy OUN-UPA”, http://www.kresy.pl, 5.04.2017.

[10] „Publicysta pobity we Lwowie za używanie języka polskiego”, http://www.forum.nowiny.24.pl, 7.02.2017.

[11] „Kijów: antybanderowski działacz trzykrotnie ugodzony nożem”, http://www.kresy.pl, 21.04.2017.

[12] „Doradca MSZ: Wołyń jest sprawą drugo czy trzeciorzędną”, http://www.kresy.pl, 22.04.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 maja 2017 r.

„Myśl Polska” nr 19-20 (2135/36), 7-14.05.2017, s. 6

Polityka historyczna Wiatrowycza

W tym samym czasie, kiedy doszło do profanacji pomnika polskich profesorów zamordowanych przez Niemców we Lwowie w 1941 roku oraz pomnika Polaków zamordowanych przez ukraińskich esesmanów i UPA w Podkamieniu (10-12 marca 2017 r.) doszło też do ponownej profanacji pomnika w Hucie Pieniackiej. „Nieznani sprawcy” namalowali na nim m.in. napis „Śmierć Lachom”, barwy OUN-B, symbole swastyki i wilczego haka (symbol używany przez Waffen-SS, a współcześnie przez neobanderowski pułk „Azow”)[1]. Po pierwszej profanacji w Hucie Pieniackiej (wówczas wysadzono pomnik w powietrze) oraz profanacjach w Kijowie-Bykowni, Lwowie i Podkamieniu jest to już piąty w ciągu dwóch miesięcy atak na polskie miejsca pamięci narodowej na Ukrainie. Niestety i tym razem zabrakło stosownej reakcji władz polskich. Trzy najnowsze ataki na pomniki polskich ofiar niemieckiego i ukraińskiego nazizmu nie przeszkodziły ministrowi Waszczykowskiemu nie tylko w spotkaniu się w Warszawie z jego odpowiednikiem – ministrem Klimkinem – ale i w zainaugurowaniu Polsko-Ukraińskiego Forum Partnerstwa oraz złożeniu deklaracji, w której wezwał Rosję do „zaprzestania agresji na Ukrainie, do zwrotu zagarniętych ziem i powrotu do współpracy z Ukrainą”[2].

Ta deklaracja oraz stwierdzenie Waszczykowskiego, że do formatu normandzkiego należy włączyć USA dowodzi po raz kolejny, iż tzw. polska polityka wschodnia jest wyłącznie odzwierciedleniem interesów geopolitycznych USA i tylko to ma na uwadze. Klimkin spotkał się także z prezydentem Dudą i marszałkiem Senatu. Również i na tych spotkaniach akcentowano polskie poparcie dla „europejskich aspiracji” Ukrainy oraz domagano się „pokojowego rozwiązania konfliktu” rzekomo „wszczętego na terytorium tego kraju przez Rosję”.

Prezydent Duda i minister Waszczykowski – jak sądzę – doskonale zdają sobie sprawę z tego, że nie wspierają żadnych „europejskich aspiracji” Ukrainy, bo o tym w UE nikt już poważnie nie myśli, ani tym bardziej żadnej demokracji na Ukrainie, bo za takową nie można uznać oligarchiczno-nacjonalistycznego reżimu w Kijowie. Wspierają wyłącznie nacjonalizm ukraiński. Wśród postsolidarnościowego establishmentu zakorzeniło się bowiem przekonanie, że popieranie nacjonalizmu ukraińskiego jest polską racją stanu.

Skutkiem tego poparcia są jednak sprofanowane miejsca pamięci polskich ofiar nacjonalizmu ukraińskiego na zachodzie Ukrainy. Być może po styczniowych profanacjach w Hucie Pieniackiej i Kijowie-Bykowni nie byłoby następnych, gdyby nie nieodpowiedzialna wypowiedź ambasadora Jana Piekły, który stwierdził bez jakichkolwiek dowodów, że profanacje te były rzekomo „rosyjską prowokacją”. To ośmieliło rzeczywistych sprawców – czyli epigonów Stepana Bandery i Romana Szuchewycza – do kolejnych ataków na miejsca pamięci polskich ofiar OUN-UPA i SS-Galizien.

Znamienna jest również reakcja na ostatnie profanacje we Lwowie, Podkamieniu i Hucie Pieniackiej mediów PiS, czyli „Strefy Wolnego Słowa” red. Sakiewicza, który przed trzema laty został odznaczony przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy. W krótkiej notatce na ten temat – sugerującej już w tytule, że profanacje były czyjąś „prowokacją” – portal niezalezna.pl zacytował czołowego lwowskiego banderowca Światosława Szeremetę, znanego z zeszłorocznych awantur w Przemyślu i gloryfikacji ukraińskich esesmanów poległych w bitwie pod Brodami. Otóż pan Szeremeta poinformował portal niezalezna.pl, że profanacje we Lwowie i Podkamieniu „to jest system prowokacji na Ukrainie”[3]. Czyich prowokacji? Oczywiście rosyjskich – to czytelnicy portalu niezalezna.pl po latach tresury wiedzą już sami. Nie można oprzeć się wrażeniu, że  „Strefa Wolnego Słowa” służy już tylko do prezentacji narracji ukraińskiej, żeby nie wyrazić tego dosadniej.

Ale narrację ukraińską prezentuje większość mediów mainstreamowych w Polsce. A jeśli z oczywistych względów prezentować jej nie można, to kompromitujące pomajdanową Ukrainę informacje po prostu się wycisza. Taka zmowa milczenia w mediach mainstreamowych w Polsce panuje m.in. nad polityką historyczną Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej i jego szefa Wołodymyra Wiatrowycza. Warto przyjrzeć się tej polityce w kontekście ostatnich wydarzeń.

Neobanderowcy ogłosili rok 2017 „rokiem UPA” w zachodnich obwodach Ukrainy[4]. Wiatrowycz chce, by „rok UPA” był obchodzony również na szczeblu centralnym i popierają go w tym środowiska nacjonalistyczne, m.in. deputowani Frontu Ludowego Jaceniuka oraz partii Batkiwszczyna Julii Tymoszenko[5]. Dla potrzeb „roku UPA” Wiatrowycz zaprezentował nową spreparowaną historię tej zbrodniczej formacji.

Dotychczas neobanderowska historiografia przedstawiała UPA jako rzekomy „ruch narodowowyzwoleńczy”. 8 lutego br. Wiatrowycz poszedł dalej i zainaugurował w Kijowie „kampanię informacyjną”, która przedstawia UPA jako główną siłę oporu wobec okupacji niemieckiej, walczącą rzekomo z Niemcami hitlerowskimi. Walkę tę miała podobno zainicjować w lutym 1943 roku sotnia Perehijniaka, która rzeczywiście wtedy zainicjowała, ale ludobójstwo na ludności polskiej na Wołyniu[6]. Czy można zrobić z ukraińskich kolaborantów i nazistów (bo do nurtu nazistowskiego właśnie zalicza się tzw. „integralny nacjonalizm” ukraiński) bojowników i męczenników walki z III Rzeszą? Okazuje się, że można.

Kolejnym tego przykładem jest promocja postaci Ołeny Telihy – ukraińskiej nacjonalistki z melnykowskiej frakcji OUN. 25 lutego na ulicy jej imienia u wejścia do miejsca rozstrzelania kilkudziesięciu tysięcy Żydów w Babim Jarze – doprowadzonych tam przez ukraińskich policjantów, głównie członków OUN-M – odsłonięto pomnik Telihy. Uroczystość uświetnili swoją obecnością lider OUN Bohdan Czerwak (ten sam, który niedawno formułował groźby wobec Polski), mer Kijowa Witalij Kliczko, wicepremier Paweł Rozienko, minister kultury Jewhenij Niszczuk oraz Filaret – patriarcha Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego. Z ich wystąpień wynikało, że działaczka OUN-M rzekomo walczyła z Niemcami i za to została rozstrzelana przez gestapo w Babim Jarze w 1942 roku (po egzekucjach Żydów w 1941 roku było to miejsce egzekucji więźniów politycznych).

Wicepremier Rozienko powiedział m.in.: „Tutaj, dzisiaj, na tym miejscu, my wszyscy razem odpowiadamy na te sowieckie, a dzisiaj rosyjskie stereotypy o roli i stanowisku ukraińskich patriotów. Jeszcze raz powtarzam, w tej ziemi leżą pochowane setki ukraińskich patriotów, w tym także z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, którzy zostali zamęczeni przez niemieckich okupantów”[7].

A więc kolaboracja OUN z Niemcami to są – w świetle obecnej ukraińskiej polityki historycznej – „sowieckie i rosyjskie stereotypy”. Tak na pomajdanowej Ukrainie fałszuje się historię. Z kolaborantki robi się ofiarę i stawia się ją na równi z rzeczywistymi ofiarami zamordowanymi w Babim Jarze, profanując to miejsce męczeństwa. Kim bowiem była Ołena Teliha? Ta działaczka OUN-M przybyła do Kijowa 22 października 1941 roku wraz z wojskami niemieckimi i tzw. Bukowińskim Kureniem OUN. Na bazie Bukowińskiego Kurenia OUN utworzono we wrześniu 1941 roku tzw. Kijowski Kureń OUN, który w rzeczywistości był formacją ukraińskiej policji pomocniczej pod dowództwem Petra Żachwałyńskiego. To ta właśnie formacja brała udział w wymordowaniu 33771 Żydów w Babim Jarze w dniach 29 września-3 października 1941 roku (w zbrodni tej uczestniczyło 1200 ukraińskich policjantów-melnykowców i 300 Niemców z SS-Sonderkommando 4a). Teliha była zatem nazistowską kolaborantką i członkiem zbrodniczej formacji, a nie bojowniczką z niemieckim nazizmem. W 1942 roku w związku z konfliktem pomiędzy banderowską i melnykowską frakcją OUN została zadenuncjowana przez banderowców na gestapo pod zarzutem machinacji finansowych. Taka jest prawda o jej rzekomym męczeństwie.

Zanim to się stało Teliha stanęła na czele kolaboracyjnego Związku Pisarzy Ukraińskich i współpracowała z redakcją wydawanej za zgodą okupacyjnych władz niemieckich gazety „Ukraińskie Słowo”. Ta właśnie gazeta wzywała swoich ukraińskich czytelników do wydawania Żydów w ręce Niemców. Teliha prowadziła też w okupowanym przez Niemców Kijowie restaurację, którą przejęła w ramach „aryzacji mienia żydowskiego”. 2 października 1941 roku, kiedy trwały egzekucje Żydów w Babim Jarze, „Ukraińskie Słowo” zamieściło artykuł pod wymownym tytułem „Główny wróg narodu – Żyd”. Teliha była m.in. autorką artykułu pt. „Rozsypują się mury”, zamieszczonego 5 października 1941 roku na łamach kolaboracyjnej gazety „Wołyń”, w którym wyrażała radość, że Niemcy kazali „opuścić” Żydom Kijów. „Każda godzina przynosi coraz normalniejsze życie w mieście (zajętym przez Niemców – uzup. BP). Uwolniony od wschodnich barbarzyńców Kijów – zaczyna oddychać pełną piersią, zaczyna żyć nowym życiem” – pisała w tym artykule rzekoma bohaterka walki z nazizmem.

Adresatem poezji miłosnej Ołeny Telihy był przed wojną czołowy ideolog nacjonalizmu ukraińskiego Dmytro Doncow. Ale oprócz tego typu poezji pani Teliha tworzyła też nacjonalistyczną publicystykę. Na łamach wydawanego legalnie w Polsce ukraińskiego periodyku „Literaturno-Naukowyj Wisnyk”, w numerze 9 z 1937 roku, napisała ona znamienne słowa w artykule pod znamiennym tytułem „Z błyskiem drapieżnego zwierza”: „Zadaniem naszej współczesnej inteligencji i młodzieży powinno być dążenie do stania na czele szeregów takich młodych zabójców”. Nie jest też pewne czy rzeczywiście została rozstrzelana przez Niemców w Babim Jarze w 1942 roku. Łeontij Forostywśkyj – ukraiński kolaborant i burmistrz Kijowa podczas okupacji niemieckiej – w wydanej w Buenos Aires w 1952 roku książce pt. „Kyjiw pid worożymy okupacijamy” twierdził na s. 76, że Teliha podcięła sobie żyły w areszcie gestapo na ulicy Władymirskiej w Kijowie.

Taką to właśnie osobę – przedstawianą jako rzekomą bojowniczkę z nazizmem – władze pomajdanowej Ukrainy upamiętniły pokaźnych rozmiarów pomnikiem u wejścia do kompleksu memorialnego w Babim Jarze.

Jeszcze bardziej perfidne oblicze ukraińskiej polityki historycznej pokazało sympozjum międzynarodowe „Shoah na Ukrainie. Nieszczęścia XX wieku w nowej perspektywie”, które zorganizowano na Uniwersytecie Paryż II Panthéon Assas w dniach 9-11 marca. Na konferencję tę zaproszono Wiatrowycza, natomiast nie zaproszono znanych i niezależnych badaczy historii nacjonalizmu ukraińskiego, takich jak John-Paul Himka, Per Anders Rudling, Marco Carynnyk, Grzegorz Rossoliński-Liebe i Iwan Kaczanowski. Patronem sympozjum była Fondation pour la Mémoire de la Shoah[8].

Przeciwko udziałowi Wiatrowycza w tym sympozjum protestowało ze strony żydowskiej niewiele osób, wśród których najbardziej znaczący był głos Eduarda Dolińskiego – dyrektora Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego z Kijowa. Natomiast organizatorzy sympozjum – Philippe de Lara (Uniwersytet Paris-2) i Galina Ackerman (Europejskie Forum dla Ukrainy) – nie tylko umożliwili udział w sympozjum delegacji ukraińskiej z Wiatrowyczem na czele, ale przystali na głoszenie przez nią oczywistych kłamstw. Z wystąpień większości członków delegacji ukraińskiej można się było zatem dowiedzieć o „czarnej legendzie ukraińskiego antysemityzmu”, którą wymyśliła „moskiewska propaganda”. Można było też usłyszeć tezy negujące udział nacjonalistów ukraińskich w Holokauście. Od takiego stanowiska zdystansował się tylko Jarosław Hrycak. Naukowcy zachodni i nieliczni działacze żydowscy protestujący przeciw udziale w konferencji Wiatrowycza zostali przedstawieni jako „przeciwnicy dekomunizacji” albo sojusznicy-agenci-poplecznicy Kremla. Organizatorzy konferencji pochwalili Wiatrowycza właśnie za ową „dekomunizację historii” oraz zgodzili się z nim, że historia Holokaustu jest „zakłamana”, a jej odkłamanie polegać ma na likwidacji „sowieckich stereotypów” na temat antysemityzmu nacjonalistów ukraińskich.

„Przeciwdziałanie środowisk pro-kremlowskich dowodzi tylko, że my [jesteśmy] — na właściwym szlaku. Musimy kontynuować walkę o porozumienie między Ukraińcami i Żydami” – stwierdziła główna organizatorka paryskiego sympozjum, pisarka i dziennikarka Galina Ackerman[9].

Narrację Wiatrowycza popierają zatem te same środowiska żydowskie, które m.in. oskarżają naród polski o rzekomy udział w Holokauście, propagując publicystykę Jana T. Grossa itp. autorów. Sympozjum paryskie miało najwidoczniej na celu oczyszczenie nacjonalistów ukraińskich z odpowiedzialności za udział w Holokauście. Jak wiadomo, odpowiedzialność ta jest od 30 lat konsekwentnie przerzucana przez wpływowe organizacje żydowskie na Zachodzie wyłącznie na naród polski.

Dlaczego nie było żadnych protestów z Polski? Dlaczego milczą polskie uniwersytety i polskie środowiska naukowe? Dlaczego milczy prezydent Duda wobec wystąpienia jego serdecznego przyjaciela – prezydenta Poroszenki – w dniu 17 marca w Narodowym Muzeum Historii Ukrainy z okazji 100-lecia tzw. „ukraińskiej rewolucji”. Poroszenko wyraził tam wdzięczność „znaczącym postaciom tamtego czasu”, wśród których wymienił twórców zbrodniczego nacjonalizmu ukraińskiego – Jewhena Konowalca i Dmytro Doncowa[10].

Neobanderowska polityka historyczna pomajdanowej Ukrainy – tak jak i inne przejawy ekstremizmu politycznego ze strony współczesnych nacjonalistów ukraińskich – jest bagatelizowana przez mainstream polityczno-medialny w Polsce. Polską opinię publiczną próbuje się przekonywać, że neobanderyzm jest jakoby marginesem życia politycznego Ukrainy. Niestety jest wręcz przeciwnie. Władze pomajdanowej Ukrainy są zakładnikami neobanderowców, którzy odegrali kluczową rolę podczas przewrotu politycznego w 2014 roku.

Postępujący rozpad gospodarki ukraińskiej może doprowadzić do kolejnego kryzysu, który do władzy wyniesie już jawnych neobanderowców. Były deputowany Partii Regionów Wołodymyr Olejnik ujawnił na początku marca, że Poroszenko potajemnie transferuje swój majątek do Hiszpanii, obawiając się nagłego odsunięcia od władzy[11]. Informację tę natychmiast uznano w Polsce – jak wszystko co jest niewygodne dla wizerunku pomajdanowej Ukrainy – za „rosyjską propagandę”. Jednakże o realnej możliwości nowego przewrotu w Kijowie i dojścia do władzy neobanderowców świadczy wydarzenie, które miało miejsce 16 marca. Tego dnia największe ugrupowania neobanderowskie i neonazistowskie – tj. partia „Swoboda”, Prawy Sektor, Nacjonalny Korpus, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, Kongres Ukraińskich Nacjonalistów i młodzieżowe ugrupowanie neonazistowskie „C14” – przyjęły w Kijowie „Nacjonalny Manifest”. To nic innego jak program polityczny na wypadek przejęcia władzy, które najwidoczniej radykalni spadkobiercy idei banderowskich uważają za realne. Pod dokumentem podpisali się m.in. Ołeh Tiahnybok, Andrij Tarasenko i Andrij Biłećkyj – czołowe postacie przewrotu politycznego z 2014 roku, w obecności których Jarosław Kaczynski krzyczał na Majdanie „Sława Ukrainie!” i których polskojęzyczne media przedstawiały wtedy jako bohaterów walki z „reżimem Janukowycza”.

I cóż czytamy w owym „Nacjonalnym Manifeście”? Na pierwszym miejscu wysunięto postulat utworzenia „Unii Bałtycko-Czarnomorskiej”, o której w zeszłym roku red. Sakiewicz debatował z neobandeorowcami we Lwowie. Tutaj jak na dłoni widać, że tzw. „Międzymorze” w wersji współczesnej to nie jest pomysł przedwojennych prometeistów, ale współczesnych banderowców, propagowany w Polsce przez środowiska proukraińskie z „Gazetą Polską” na czele. Dalej w „Nacjonalnym Manifeście” znalazły się m.in. postulaty zerwania stosunków z Rosją, odebrania Krymu i Donbasu, ustanowienia ukraińskiego jedynym językiem urzędowym, odsunięcia od władzy Poroszenki, odebrania majątków oligarchom i odzyskania przez Ukrainę „prawa do posiadania broni atomowej”[12].

Ten program polityczny – którego autorzy w sprzyjających okolicznościach mogą przejąć władzę w Kijowie – jest rezultatem m.in. bezmyślnej i szkodliwej polityki polskiej. O tym, że igranie z banderowskim ogniem skończy się dla Polski źle pisałem już wielokrotnie. Wspierając oligarchiczno-nacjonalistyczną Ukrainę i ignorując renesans banderowski w imię hasła, że „lepsza Ukraina banderowska niż sowiecka” (sic!) postsolidarnościowe elity polityczne dolały nie tyle oliwy, co benzyny do ognia. I dolewają dalej.

[1] „Pilne: odnowiony pomnik w Hucie Pieniackiej został ponownie zdewastowany”, http://www.kresy.pl, 14.03.2017.

[2] „Waszczykowski po spotkaniu z ukraińskim MSZ: niech Rosja zwróci Krym”, http://www.rp.pl, 15.03.2017.

[3] Znowu obrzydliwa prowokacja. Swastyka i napis „śmierć Lachom” na nagrobkach, http://www.niezalezna.pl, 12.03.2017.

[4] „Rok 2017 ogłoszono rokiem UPA w obwodzie iwanofranowskim na Ukrainie”, http://www.kresy.pl, 16.03.2017.

[5] „Ukraińskie władze chcą ogłosić rok 2017 rokiem UPA”, http://www.kresy.pl, 21.12.2016.

[6] Ukraina: w Kijowie zainaugurowano obchody 75. rocznicy UPA i wielką „kampanię informacyjną”, http://www.kresy.pl, 8.02.2017.

[7] http://www.istpravda.com.ua, 25.02.2017.

[8] „La Shoah en Ukraine”, Fondation pour la Mémoire de la Shoah, Paris 2017.

[9] http://www.m.tyzhden.ua, 14.03.2017; http://www.m.day.kyiv.ua, 16.03.2017.

[10] „Ukraińcy świętują 100-lecie tzw. Ukraińskiej Rewolucji. Poroszenko uczcił m.in. Konowalca i Doncowa”, http://www.kresy.pl, 17.03.2017.

[11] Prezydent „nowej Ukrainy” Wołodymyr Olejnik: Poroszenko wywozi majątek za granicę, przygotowuje się do ucieczki, http://www.kresy24.pl, 2.03.2017.

[12] „Ukraińscy nacjonaliści we wspólnym manifeście: chcemy bomby atomowej”, http://www.kresy.pl, 16.03.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 kwietnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 15-16 (2131/32), 9-16.04.2017, s. 16-17

Intermarium po banderowsku

29 marca po północy został ostrzelany z granatnika konsulat polski w Łucku. Pocisk trafił w ostatnie piętro, zostawiając około 70-centymetrowy otwór. Konsul generalny RP w Łucku Krzysztof Sawicki stwierdził, że „był to akt terroru, chcieli zabić ludzi”. Zanim ambasador Piekło zdążył tradycyjnie wyjaśnić, że była to „rosyjska prowokacja”, z wyjaśnieniem takim pospieszył były polityk PiS Michał Kamiński. Stwierdził on m.in., że spodziewał się „najrozmaitszych prowokacji na odcinku polsko-ukraińskim. Pamiętam z czasów, kiedy pracowałem w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego, myśmy dostawali bardzo dużo sygnałów dotyczących rosyjskich prowokacji, które będą zmierzać do tego, żeby pokłócić Polaków i Ukraińców, i mieliśmy dowody na to w tym czasie”. Z kolei marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który po interwencji ambasady Ukrainy wycofał senacką inicjatywę ustawodawczą w sprawie zakazu propagowania w Polsce nacjonalizmu ukraińskiego, oświadczył, że „relacje z władzami Ukrainy są na dobrym poziomie, podobnie jak kontakty obywatelskie”[1]. Oznacza to, że pieniądze z Polski na Ukrainę wraz z bezwarunkowym poparciem politycznym będą płynąć dalej, mimo ataku zbrojnego na polski Konsulat Generalny. Po ostatniej wizycie ministra Klimkina w Warszawie rząd PiS podarował Ukrainie kolejne 100 mln euro, a przecież i to nie jest ostatnie słowo[2].

Również Jerzy Targalski – kluczowa postać środowiska „Gazety Polskiej” – nie ma wątpliwości, że groźny incydent w Łucku należy do „serii prowokacji, którą urządza Putin”[3]. W duchu „rosyjskiej prowokacji” wypowiedział się też szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. „Znamy kontekst, jest agresja Rosji przeciwko Ukrainie” – stwierdził Paweł Soloch, używając przy tym propagandowej narracji ukraińskiej o „agresji Rosji przeciw Ukrainie” jako narracji rzekomo obiektywnej[4]. Niestety – tak jak i w przypadku poprzednich incydentów – ani strona polska ani ukraińska nie przedstawiły jakichkolwiek dowodów lub chociażby poszlak potwierdzających prawdopodobieństwo „rosyjskiej prowokacji”.

Nie można nie zauważyć, że coś za dużo tych „rosyjskich prowokacji” jak na tak krótki okres czasu. W ciągu dwóch miesięcy zaatakowano polskie miejsca pamięci narodowej w Hucie Pieniackiej, Kijowie-Bykowni, Lwowie i Podkamieniu, przy czym w Hucie Pieniackiej dwukrotnie. W tym czasie zaatakowano też ambasadę polską w Kijowie, wieszając na jej ogrodzeniu portret Bandery oraz konsulat polski we Lwowie, malując na jego ogrodzeniu napis „Nasza ziemia” i obrzucając budynek butelkami z czerwoną farbą. Ponadto miały miejsce liczne marsze i mityngi gloryfikujące ideologię banderowską i OUN-UPA oraz nowe upamiętnienia Bandery i Szuchewycza na zachodniej Ukrainie. To też były „rosyjskie prowokacje”?

Gdyby powtarzające się od początku tego roku antypolskie incydenty na Ukrainie rzeczywiście były prowokacjami rosyjskich służb specjalnych, to władze w Kijowie na pewno nie straciłyby okazji, by je zdemaskować i wykorzystać politycznie oraz propagandowo. Skoro jednak za każdym razem nie mogą wykryć sprawców, to znaczy, że sprawcami muszą być neobanderowcy – silni politycznie od przewrotu na Majdanie i kontrolujący w znacznej mierze resorty siłowe ze Służbą Bezpieczeństwa Ukrainy włącznie. Te incydenty potwierdzają też, że władze w Kijowie nie panują nad sytuacją w kraju, a przede wszystkim nie potrafią odzyskać znacznych ilości broni, które w następstwie puczu i wojny domowej dostały się w ręce środowisk skrajnych i kryminalnych.

16 marca nacjonaliści ukraińscy przyjęli „Nacjonalny Manifest”, w którym zapowiedzieli, że ich celem nie jest orientowanie się ani na Wschód ani na Zachód, tylko „utworzenie nowego ciała: Unii Bałtycko-Czarnomorskiej”[5]. O owej „Unii Bałtycko-Czarnomorskiej” bredził w czasie swoich ubiegłorocznych wizyt na Ukrainie pan Sakiewicz, kojarząc ją z ideą Intermarium w wydaniu panów Targalskiego i Żurawskiego vel Grajewskiego. Jednakże „Unia Bałtycko-Czarnomorska” w rozumieniu nacjonalistów ukraińskich to nic innego jak „Wielka Ukraina”, o której śnili Doncow i Bandera. To nie Warszawa – jak się wydaje Sakiewiczowi, Targalskiemu i Żurawskiemu vel Grajewskiemu – ale Kijów ma być podmiotem dominującym tej „unii”. Polska, Białoruś i kraje bałtyckie mają zostać politycznie podporządkowane Ukrainie – tak wyobrażają sobie „Unię Bałtycko-Czarnomorską” współcześni nacjonaliści ukraińscy.

To co sobie wyobrażają – realizują. Dla wszystkich z wyjątkiem polskich mediów „głównego nurtu” jest oczywiste, że pomajdanowa Ukraina coraz bardziej rozpada się politycznie i gospodarczo. Efektem tego rozpadu jest m.in. realizowanie przez nacjonalistów ukraińskich – i to już nie tylko na zachodniej Ukrainie – własnej polityki, niezależnej od zdania władz w Kijowie. Przejawem tej samodzielnej polityki nacjonalistów ukraińskich są m.in. działania zdominowanego przez nich Związku Ukraińców w Polsce, w tym zapowiedziane stworzenie na bazie ukraińskiego Domu Narodowego w Przemyślu Centrum Ukraińskiej Kultury Ziem Przygranicznych oraz zorganizowanie trzeciego światowego Kongresu Ukraińców w Przemyślu jako centralnego punktu obchodów 70. rocznicy operacji „Wisła”[6].

Przejawem samodzielnej polityki nacjonalistów ukraińskich są również kolejne „rosyjskie prowokacje”, czyli ataki na polskie miejsca pamięci narodowej oraz placówki dyplomatyczne na Ukrainie. Jest to z ich strony jednoznaczne postawienie sprawy, kto ma kogo słuchać w „Unii Bałtycko-Czarnomorskiej”, czyj interes ma w niej dominować i jakiej polityce ma ona służyć. Pan Piekło być może tego jeszcze nie wie, ale jedną z kolejnych „rosyjskich prowokacji” będzie wysadzenie w powietrze ambasady polskiej w Kijowie razem z nim. Taka jest logika Intermarium w wydaniu banderowskim.

Dominujące w Polsce siły polityczne nie przyjmują do wiadomości, że neobanderowcy prowadzą antypolską politykę i podejmują w związku z tym coraz bardziej agresywne działania. Nie dziwi mnie to. Taka postawa polskiej „klasy politycznej” jest bowiem rezultatem jej politycznego ubezwłasnowolnienia wobec ośrodków globalistycznych na Zachodzie. Dlatego w wypadku kolejnych aktów agresji neobanderowskiej, kompromitujących proukraińską politykę Warszawy, słyszymy o „rosyjskiej prowokacji”. Równie dobrze mogłaby to być prowokacja marsjańska. Pewien były minister rządu PO, a wcześniej współtwórca zapomnianego już dzisiaj Ruchu Wolność i Pokój, który w latach 80. XX wieku postulował „wolność w świecie bez granic”, stwierdził trzy lata temu, że „Państwo polskie istnieje tylko teoretycznie. Praktycznie nie istnieje (…)”. Rzeczywiście.

[1] „Ukraina: w nocy ostrzelano polski konsulat w Łucku”, http://www.waidomosci.onet.pl, 29.03.2017; „Siedziba Konsulatu Generalnego RP w Łucku ostrzelana z granatnika”, http://www.rmf24.pl, 29.03.2017.

[2] „100 mln euro na remonty dróg. Polski rząd po raz kolejny pożyczył pieniądze Ukrainie”, http://www.pch24.pl, 22.03.2017.

[3] „Targalski: Atak na polski konsulat w Łucku to prowokacja Putina”, http://www.kresy.pl, 29.03.2017.

[4] „Szef BBN Paweł Soloch o incydencie w Łucku: Niewątpliwie jest to prowokacja”, http://www.rmf24.pl, 29.03.2017.

[5] „Nacjonaliści ukraińscy we wspólnym manifeście: chcemy bomby atomowej”, http://www.kresy.pl, 16.03.2017.

[6] „Piotr Tyma: chcemy stworzyć Centrum Ukraińskiej Kultury Ziem Przygranicznych w Przemyślu”, http://www.kresy.pl, 27.03.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 30 marca 2017 r.

http://mysl-polska.pl/1199