O co chodzi Rosji?

Rozpalona na przełomie 2019 i 2020 roku na nowo rosyjsko-polska wojna historyczna przybrała ze strony rosyjskiej rozmiary, formę i treści, których nikt się w Polsce nie spodziewał i które wielu Polakom zadały ból. Kulminacją narastającego napięcia miało być wystąpienie prezydenta Rosji na V Światowym Forum Holokaustu w Jerozolimie, które też wielu zaskoczyło. Nie ze względu na treści antypolskie, których oczekiwano, ale ich brak. Przypomnę najbardziej drastyczne przejawy antypolskiej narracji w Rosji, która poprzedziła wystąpienie Władimira Putina w Jerozolimie.

Przewodniczący Dumy Państwowej FR Wiczesław Wołodin stwierdził 14 stycznia br., że Niemcy ponoć mieli powody, by budować obozy koncentracyjne na okupowanych ziemiach polskich. „To w Polsce powstały setki obozów koncentracyjnych, w których celowo niszczono Żydów, Słowian i jeńców wojennych innych narodowości. W dużej mierze sprzyjała temu atmosfera w przedwojennej Polsce i stanowisko ówczesnych władz, które podsycały w społeczeństwie antysemickie nastroje, tworząc podstawy do późniejszego Holokaustu” – powiedział m.in. Wołodin, który uznał, że „obecne władze Polski powinny przeprosić Żydów i cały świat”[1]. Czy za zbrodnię katyńską też powinny władze polskie przeprosić? Tego typu stwierdzenia padały dotychczas ze strony niszowych publicystów i środowisk na Zachodzie. Po raz pierwszy wypowiedziała je osoba, która wedle konstytucji Rosji zajmuje drugie miejsce w hierarchii rosyjskiej elity władzy.

Zdaniem deputowanego kremlowskiej partii Jedna Rosja, Aleksandra Hinsztejna, „Piłsudski i Hitler podpisali, może nie z prawnego punktu widzenia, ale zaakceptowali układ, na mocy którego Żydzi z Polski i innych krajów Europy Środkowej mieli zostać wywiezieni do Afryki, a dokładniej na Madagaskar”. Tylko, że w 1938 roku – a Hinsztejnowi chodziło prawdopodobnie o „notatkę Lipskiego” – Piłsudski nie żył od trzech lat.

„Wmawianie dziś przez Polskę, że padła ofiarą jakiegoś spisku tyranów [czyli paktu Ribbentrop-Mołotow – uzup. BP] ma tyle wspólnego z prawdą, co mówienie, że Parlament Europejski ma cokolwiek wspólnego z demokracją” – mówił dalej Hinsztejn w popularnym w Rosji programie „Politnawigator” prowadzonym przez znanego i ściśle związanego z Kremlem dziennikarza Władimira Sołowiowa. „Rosja nie powinna posypywać sobie głowy popiołem [za podpisanie paktu Ribbentrop-Mołotow – uzup. BP], to nie my jesteśmy winni wybuchu wojny, my powinniśmy z naszej historii być dumni” – stwierdził Hinsztejn[2].

Z kolei przewodniczący komisji spraw zagranicznych rosyjskiej Dumy Leonid Słucki zapowiedział złożenie w Radzie Europy projektu rezolucji potępiającej Polskę za „próbę sfałszowania prawdy historycznej” w sprawie przyczyn wybuchu drugiej wojny światowej. „Chodzi o to, by więcej polityków w Europie zdało sobie sprawę, jakie niedopuszczalne wydarzenia mają miejsce w Polsce i jakie decyzje są podejmowane” – pogroził Słucki[3].

Tuż przed przypadającą 17 stycznia rocznicą wyzwolenia Warszawy spod okupacji niemieckiej Ministerstwo Obrony Rosji „ujawniło” dokumenty, z których ma wynikać, że strona radziecka udzieliła wszechstronnej pomocy powstaniu warszawskiemu, a podczas tego powstania „żołnierze Armii Krajowej unicestwili pozostałych w mieście Żydów i Ukraińców”. Coś takiego podaje sprawozdanie autorstwa niejakiego „kapitana Olega”, czyli Iwana Kołosa, w którym pisze on ponadto o nacjonalizmie „Polskiego Korpusu Bezpieczeństwa” (chodzi o Państwowy Korpus Bezpieczeństwa, konspiracyjną policję Delegatury Rządu na Kraj)[4]. Sprawy związane z działalnością PKB – w tym przestępczą – są od dawna znane i opisane w polskiej literaturze historycznej.

Dokumenty „ujawnione” przez rosyjski MON badał 30 lat temu prof. Stanisław Jaczyński. W artykule „Dokumenty rosyjskie do powstania warszawskiego” – opublikowanym w 1994 roku na łamach „Dziejów Najnowszych” – scharakteryzował je następująco: „W publikowanych dokumentach aż roi się od kłamstw i różnych insynuacji, oczerniających Armię Krajową. Tendencyjnie zostały w nich naświetlone następujące zagadnienia: nawiązywanie kontaktów z powstańcami, plany i przebieg powstania w Warszawie, stosunek do Armii Czerwonej i Związku Sowieckiego, stosunków między organizacjami biorącymi udział w powstaniu warszawskim, pozyskiwanie ładunków zrzucanych przez lotnictwo, działalność przedstawicielstw rządu londyńskiego, stosunek AL do kapitulacji itp. Do wręcz kłamliwych stwierdzeń zaliczyć należy informacje zaczerpnięte ze sprawozdania wywiadowcy lejtnanta Iwana Kolosa (»Oleg«), o tym jakoby żołnierze AK wymordowali w Warszawie Ukraińców i Żydów oraz że wzięli zakładników spośród radzieckich jeńców wojennych. Szczególnie rażą zawarte w meldunkach informacje, że w końcu września powstańcy rozporządzali dostateczną ilością uzbrojenia i amunicji. To samo odnosi się do przesadnej oceny rozmiarów zrzutów radzieckich, skuteczności działań lotnictwa radzieckiego i artylerii, w zakresie wsparcia powstańców w Warszawie. W ocenie radzieckich władz wojskowych, powstańcy mogli przedłużać walkę i kapitulacja nie była koniecznością. Całkowicie bezpodstawne są sugestie o rzekomej możliwości wyprowadzenia powstańców na wschodni brzeg Wisły w celu połączenia z oddziałami Armii Czerwonej i Wojska Polskiego. Próba taka groziła całkowitą zagładą. Meldunki Telegina zawierają tendencyjne, oparte na nie sprawdzonych danych, informacje służące usprawiedliwieniu bardzo ograniczonej działalności Armii Czerwonej w rejonie Warszawy, dla stworzenia pozorów udzielania pomocy powstańcom warszawskim. (…) W publikowanych dokumentach zwraca uwagę konsekwentne pomniejszanie militarnych rozmiarów Powstania Warszawskiego, liczebności oddziałów Armii Krajowej. Do przesadnych rozmiarów podniesiono natomiast stany Armii Ludowej i Polskiej Armii Ludowej. Świadczą również dobitnie, że wrogi stosunek dowództwa Armii Czerwonej do powstania w Warszawie nie uległ zmianie również w końcowej jego fazie”[5].

Rosyjskie MON zapomina, że Rosjanie i Ukraińcy w mundurach SS dopuścili się podczas powstania warszawskiego ludobójstwa na Polakach – mieszkańcach dzielnicy Ochota. Rzeź Ochoty – dokonana niezwykle barbarzyńskimi metodami przez rosyjskojęzyczną formację kolaboracyjną SS-RONA – pochłonęła co najmniej 10 tys. ofiar. W książce Lidii Ujazdowskiej pt. „Zagłada Ochoty” (Warszawa 2005) znajdują się makabryczne opisy tej zbrodni. Kto więc kogo unicestwiał? Czasem można odnieść wrażenie, że obecna Rosja w swojej opowieści o historii najnowszej cofa się już nie tylko do okresu sprzed pieriestrojki, ale do czasów sprzed tajnego referatu Chruszczowa na XX Zjeździe KPZR w 1956 roku.

Najdalej chyba poszedł Jewgienij Satanowski, rosyjski politolog, prezes Instytutu Bliskiego Wschodu, a w latach 2001-2004 prezes Rosyjskiego Kongresu Żydów, który pochwalił Stalina za wymordowanie polskich oficerów w Katyniu. Rzecz stała się 20 stycznia br. na antenie telewizji Rossija 1, w programie czołowego kremlowskiego propagandzisty Władimira Sołowiowa. Satanowski stwierdził, że Stalin był w czasie zbrodni katyńskiej i powstania warszawskiego głównodowodzącym sił zbrojnych ZSRR. „On [Stalin – uzup. BP] miał rację. Powinien był zrobić i pierwsze, i drugie” – powiedział Satanowski odnosząc się do mordu katyńskiego i braku pomocy dla powstania warszawskiego. Pochwałę mordu katyńskiego uzasadnił stwierdzeniem, że „żaden normalny dowódca wojskowy nie pozostawiłby na swoich tyłach grupy dobrze przygotowanych oficerów z wrogiej armii”. Oskarżył też Polaków o dokonywanie czystek etnicznych, w tym „rzezi Ukraińców” i masowego zabijania „Żydów, którzy uciekli z gett i obozów”. Zarzucił „polskiej demokracji”, że jakoby nie pozwala wrócić na rodzinne ziemie wysiedlonym podczas operacji „Wisła” Łemkom[6].

Pragnę zwrócić uwagę, że panowie Satanowski, Hinsztejn, czy Sołowiow – niezależnie od swojego pochodzenia – są ludźmi należącymi do rosyjskiego establishmentu politycznego i być może prezentują też swoje zdanie, ale przede wszystkim przekazują to czego liderowi rosyjskiej elity władzy powiedzieć nie wypada. Telewizja Rossija 1 jest najważniejszą państwową telewizja rosyjską (117 mln odbiorców w samej Rosji), w której przekaz jest ściśle kontrolowany. Tam nie ma wypowiedzi „na żywo”. Nic czego Kreml sobie nie życzy tam nie zostanie powiedziane.

Putin – rozpętując nagonkę „historyczną” na Polskę i uruchamiając Wołodina, Nikonowa, Satanowskiego, Hinsztejna, Sołowiowa i in. – zniechęcił prezydenta Andrzeja Dudę do przyjazdu do Jerozolimy, co m.in. stało się dla niego poważną stratą wizerunkową. Najprawdopodobniej to właśnie Putin chciał osiągnąć eskalując „wojnę historyczną” z Polską – marginalizację znaczenia Polski na arenie międzynarodowej, w tym jako kraju mającego cokolwiek do powiedzenia w kwestii pamięci o Holokauście.

Tuż przed uroczystościami w Jerozolimie 23 stycznia Rosja uruchomiła w swoich mediach „czeskiego polityka”. Był to niejaki Josef Skála z Komunistycznej Partii Czech i Moraw. W wypowiedzi dla Sputnika Skála wyraził „wątpliwości, czy Polska jest gotowa dziś przyznać, że zdradziecko zachowała się wobec Czechosłowacji”[7]. Prezydent Lech Kaczyński przyznał to publicznie, w obecności m.in. Putina, 1 września 2009 roku na Westerplatte.

„Zamkniemy ohydną gębę tym, którzy próbują przeinaczać historię, przedstawiać ją w fałszywym świetle i pomniejszać rolę naszych ojców i dziadów, naszych bohaterów, którzy ginęli, broniąc swoją Ojczyznę i praktycznie cały świat przed brunatną dżumą” – powiedział Władimir Putin 19 stycznia br. na spotkaniu z weteranami rosyjskimi[8]. Zapowiedzi tej – skierowanej przecież głównie, jeśli nie wyłącznie pod adresem Polski – Putin nie spełnił podczas swojego wystąpienia na V Światowym Forum Holokaustu w Jerozolimie, przynajmniej w formie, jakiej się spodziewano.

Jednak w jego wystąpieniu miało miejsce przynajmniej jedno istotne przekłamanie. Nie jest prawdą, że 40 % ofiar Holokaustu „było obywatelami ZSRR”. Blisko połowa ofiar Holokaustu była przed 1939 rokiem obywatelami Rzeczypospolitej Polskiej. Jeśli Putinowi wyszło, że 40 % tych ofiar było obywatelami radzieckimi, to znaczy, że stoi na gruncie paktu Hitler-Stalin z 28 września 1939 roku, który podzielił terytorium II RP pomiędzy Niemcy i ZSRR. Do ZSRR przyłączono wtedy polskie Kresy Wschodnie i Białostocczyznę i wbrew prawu międzynarodowemu nadano ich mieszkańcom obywatelstwo radzieckie. Z jednej strony jest to legitymizacja traktatu o granicach i przyjaźni pomiędzy III Rzeszą i ZSRR z 28 września 1939 roku i jego następstw, a z drugiej przywłaszczanie sobie przez Rosję cudzej martyrologii.

Podczas Światowego Forum Holokaustu w Jerozolimie zaprezentowano też dziwną mapę Europy sprzed drugiej wojny światowej, na której terytorium Polski było podzielone granicą wedle postanowień traktatu niemiecko-radzieckiego o granicach i przyjaźni z 28 września 1939 roku, a część okupowaną wtedy przez ZSRR określono jako… Białoruś. Głos nagranego lektora poinformował też, że to podobno Armia Czerwona stawiła jako pierwsza czoła Niemcom hitlerowskim podczas drugiej wojny światowej[9].

Prezydent Rosji nazwał niemieckie ludobójstwo na Żydach „jedną z najciemniejszych i najbardziej wstydliwych stron współczesnej historii świata”. Jednocześnie podkreślił, że nie można zapomnieć o tym, że w zbrodniach pomagali nazistom kolaboranci, którzy „w okrucieństwie często przewyższali swoich panów”, a zbrodniom tym położył kres „przede wszystkim naród radziecki”[10]. Jednak prezydent Putin powiedział także: „Zagłada nie była skierowana tylko przeciwko Żydom, ale też innym narodom. Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini i Polacy, a także przedstawiciele innych narodów byli uznawani przez nazistów za podludzi. Narody słowiańskie miały być albo zniszczone, albo stać się niewolnikami bez żadnych praw, bez własnej kultury, pamięci historycznej i języka”[11].

Nie można nie zwrócić na te słowa Putina uwagi, zwłaszcza jeśli zestawimy je z tym co napisała dzień wcześniej pani Nancy Pelosi – spikerka Izby Reprezentantów USA. Nancy Pelosi po wizycie w Polsce podzieliła się przeżyciami z pobytu w byłym KL Auschwitz. W relacji na rządowej stronie internetowej podkreśliła, że w obozie „tragicznie zginęło wielu Żydów, Romów, osób LGBT i z niepełnosprawnościami”. O Polakach nie padło ani jedno słowo[12]. A Polacy byli chronologicznie pierwszymi więźniami i drugimi liczebnie ofiarami KL Auschwitz.

„Pamięć o wojnie coraz częściej staje się ofiarą bieżącej koniunktury politycznej. To jest absolutnie niedopuszczalne” – jedynie w tym zdaniu wypowiedzianym w Jerozolimie przez Putina można dopatrywać się aluzji do Polski.

Jaka zatem narracja rosyjska jest prawdziwa? Ta, którą zaprezentował Putin w Jerozolimie, czy ta, której doświadczaliśmy ze strony rosyjskiej przez miesiąc poprzedzający jego wystąpienie? Podejrzewam, że ta druga narracja – która wcale nie pojawiła się dopiero 20 grudnia 2019 roku, ale była obecna już np. w 2009 roku – jest skierowana głównie do obywateli Rosji i ma związek z wewnętrznymi problemami tego kraju, w tym zwłaszcza z rolą, jaką odgrywa w polityce wewnętrznej Kremla mitologia wielkiej wojny ojczyźnianej. Nie można jednak abstrahować od tego wszystkiego, co pojawiło się podczas zintensyfikowanej na przełomie 2019 i 2020 roku rosyjsko-polskiej wojny historycznej.

Wspominałem już o tym, że były rosyjski dyplomata i jeden z przywódców Euroazjatyckiego Frontu Ludowego (który postuluje odbudowę ZSRR pod szyldem Unii Euroazjatyckiej) zaproponował na Facebooku, żeby uczynić z Polski „państwo wyrzutka” poprzez przyjęcie tezy, że druga wojna światowa wybuchła nie w 1939, ale w 1938 roku i wywołała ją Polska, która miała też inspirować antyżydowską politykę Berlina. Niestety, ale formułowanie w Rosji takich postulatów ułatwiła polska polityka historyczna, która głosząc, że Polska przegrała drugą wojnę światową faktycznie wypisywała ją ze zwycięskiej koalicji antyhitlerowskiej. I zapisywała gdzie? Do obozu pokonanych sojuszników Hitlera czy do czarnej dziury?

Prawdopodobnie agresja słowna Putina i rosyjskiej elity politycznej wobec Polski na przełomie 2019 i 2020 roku była skierowana przede wszystkim do własnej opinii publicznej i służy integracji obywateli Rosji wobec nowej pamięci historycznej, w której ważną rolę odgrywa mit zwycięstwa Armii Czerwonej w wielkiej wojnie ojczyźnianej. Przypuszczalnie ta agresywna narracja będzie nadal miła miejsce, zwłaszcza im bliżej będzie do 75-tej rocznicy tego zwycięstwa. Istotne jest to, żeby strona polska nie dała się prowokować Rosji, nie kierowała się emocjami i nie podejmowała działań nieprzemyślanych.

O wiele ważniejsze od tego co Putin powiedział lub nie powiedział w Jerozolimie jest to, że podczas tego spotkania wśród materiałów filmowych o współczesnym antysemityzmie pokazano m.in. palenie kukły Żyda na rynku we Wrocławiu, fragmenty z nagrań Marszu Niepodległości w Warszawie oraz przypomniano ustawę o IPN. To jest właśnie robienie z Polski „państwa wyrzutka”, zgodnie z oczekiwaniami pewnego wpływowego działacza Euroazjatyckiego Frontu Ludowego. Jako wytrawny polityk prezydent Rosji zdawał sobie sprawę, że gdyby w Jerozolimie powtórzył przynajmniej część oskarżeń, jakie padały w okresie poprzedzającym to wydarzenie pod adresem Polski ze strony establishmentu rosyjskiego, ryzykowałby wywołanie reakcji i przeniesienie awantury polsko-rosyjskiej z poziomu bilateralnego na poziom międzynarodowy.

Nie o to Putinowi chodziło, ale o zorganizowanie alternatywnych dla tych w miejscu byłego KL Auschwitz obchodów rocznicy wyzwolenia obozu oraz Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu, na których mógłby wystąpić w roli krzewiciela legendy Armii Czerwonej i światowego przywódcy stojącego na czele kampanii przeciw antysemityzmowi. To mu się udało. Po raz pierwszy zresztą podjął próbę zorganizowania takich alternatywnych obchodów w 2015 roku, wraz z Wiaczesławem Kantorem i prezydentem Czech Miloszem Zemanem, w Pradze i byłym niemieckim obozie koncentracyjnym w Terezinie. Wtedy – wobec kryzysu na Ukrainie i przyłączenia Krymu do Rosji – zakończyło się to bojkotem tej inicjatywy ze strony światowych przywódców i środowisk żydowskich[13]. Teraz jednakże – w obliczu roli, jaką odgrywa Rosja od 2016 roku na Bliskim Wschodzie – Putin odniósł pełny sukces polityczny i wizerunkowy.

Trzy najważniejsze zdania, jakie wypowiedział prezydent Rosji podczas swojego wystąpienia w Jerozolimie brzmiały: „Jestem przekonany, że kraje, które założyły Organizację Narodów Zjednoczonych, powinny odgrywać specjalną rolę w dziele zachowania naszej cywilizacji. Powinno się odbyć spotkanie Rosji, Chin, Francji, Wielkiej Brytanii i USA w dowolnym miejscu na świecie. Rosja jest gotowa prowadzić poważny dialog”[14].

To propozycja powrotu do znanej z XVIII i XIX wieku formuły „koncertu mocarstw”, albo – jak kto woli – „Jałty 2”. Największe mocarstwa – oczywiście z pominięciem państw mniejszych – powinny zdefiniować nowy porządek światowy i podzielić pomiędzy siebie strefy wpływów. „Koncert mocarstw” miałby prawdopodobnie też ustalić bardziej odpowiadającą Rosji wersję historii drugiej wojny światowej. Putin poprzez sam fakt współorganizacji Światowego Forum Holokaustu w Jerozolimie pokazał swój nowy wizerunek polityczny i być może dał do zrozumienia, że w strefie wpływów Rosji powinna się znaleźć część Bliskiego Wschodu, a Rosja mogłaby też przejąć od USA rolę gwaranta bezpieczeństwa Izraela lub stać się współgwarantem. O to chodzi Rosji. Jest tylko jeden problem. Zgoda na „koncert mocarstw” oznaczałaby rezygnację USA z pozycji głównego supermocarstwa światowego. Z tego powodu propozycja Putina nie wzbudzi prawdopodobnie entuzjazmu w Waszyngtonie.

[1] Przewodniczący rosyjskiej Dumy wiąże politykę II RP z Holokaustem, http://www.kresy.pl, 14.01.2020.

[2] Rosyjski poseł: to Polska jest winna wybuchu II wojny światowej, http://www.wiadomosci.onet.pl, 14.01.2020.

[3] Rosja przeniesie wojnę historyczną z Polską do Rady Europy, http://www.wiadomosci.onet.pl, 14.01.2020.

[4] Ministerstwo Obrony Rosji publikuje dokumenty dotyczące walk o Warszawę – oskarża AK o mordowanie Żydów i terroryzm, http://www.kresy.pl, 17.01.2020.

[5] S. Jaczyński, „Dokumenty rosyjskie do powstania warszawskiego”, „Dzieje Najnowsze”, rocznik XXVI, nr 3, Warszawa 1994, s. 100-101.

[6] Pochwała mordu katyńskiego w rosyjskiej telewizji, http://www.kresy.pl, 22.01.2020.

[7] Czeski polityk: Warszawa wychwala swoją przedwojenną politykę, która nas skrzywdziła, http://www.pl.sputniknews.com, 22.01.2020.

[8] Putin chce zamknąć gębę, http://www.kresy.pl, 19.01.2020.

[9] Mapa na Światowym Forum Holokaustu opisała polskie Kresy Wschodnie jako Białoruś, http://www.kresy.pl, 23.01.2020.

[10] Przemówienie Putina w Jad Waszem pozbawione wątków antypolskich, http://www.kresy.pl, 23.01.2020.

[11] Putin w Jerozolimie o Polakach, http://www.polsatnews.pl, 23.01.2020.

[12] Amerykańska polityk Nancy Pelosi odwiedziła Auschwitz. O polskich ofiarach ani słowa, http://www.wiadomosci.wp.pl, 23.01.2020.

[13] Czescy Żydzi nie chcą Putina w Pradze, http://www.wyborcza.pl, 23.12.2014.

[14] Cyt. za: Putin chce koncertu mocarstw, „Gazeta Wyborcza” nr 19 (9298), 24.01.2020, s. 1, 6-7.

Bohdan Piętka

5 lutego 2020 r.

Rosyjski rewizjonizm historyczny

„Kiedyś prezydent Rosji Władimir Putin honorował Polskę na Westerplatte i w Katyniu, teraz wyzywa od kolaborantów. Strach pomyśleć jaki będzie kolejny pisowski sukces” – napisał eurodeputowany Platformy Obywatelskiej, były minister spraw zagranicznych w rządzie PO-PSL Radosław Sikorski. Pisowski sukces? Ale przecież to jest także sukces Radosława Sikorskiego. Przecież w czasie przewrotu kijowskiego w 2014 roku był na Majdanie i patronował tam zawarciu porozumienia pomiędzy Janukowyczem a puczystami, które zostało zaraz zerwane przez tych drugich. Zanim we wrześniu 2014 roku przestał być szefem polskiej dyplomacji, stosunki z Rosją poświęcono już na rzecz „wspierania Ukrainy”. No ale tak to już jest, że klęska jest sierotą, a sukces ma wielu ojców. W tym wypadku ów „sukces” jest klęską, czyli sierotą.

O błędach polskiej polityki wschodniej i polskiej polityki historycznej wobec Rosji pisałem już wielokrotnie. Przyjrzę się więc teraz najnowszej rosyjskiej narracji historycznej. Po 20 grudnia 2019 roku pojawiły się w niej elementy nowe, które uzupełniły elementy dotychczas obecne. Te składniki dotychczas obecne to krytyka układu z Monachium oraz polskiej polityki wobec Czechosłowacji w 1938 roku. Sam wielokrotnie krytykowałem i jedno, i drugie. Podkreślałem, że Monachium oznaczało demontaż porządku wersalskiego, który gwarantował także istnienie Polski. Dlatego przyłączając się do tego demontażu Józef Beck działał przede wszystkim przeciw niepodległości Polski. To była ze strony polskiej polityka bezmyślna i wobec Czechów łajdacka, ale nie może być ona żadnym usprawiedliwieniem dla późniejszej polityki Stalina. W Rosji uważa się, że układ z Monachium usprawiedliwia pakt Ribbentrop-Mołotow, albo że pakt ten w świetle Monachium był bez znaczenia dla wybuchu drugiej wojny światowej. Takie stanowisko jest nie do przyjęcia.

Władimir Putin nie zauważa jednego drobnego szczegółu. Nawet jeżeli przyjmiemy, że pakt Ribbentrop-Mołotow nie był bezpośrednią przyczyną wybuchu drugiej wojny światowej, że bez tego układu Hitler i tak by wojnę wywołał (na co był zdecydowany od kwietnia 1939 roku), to z punktu widzenia prawa międzynarodowego tajny protokół do tego paktu był zbrodnią przeciwko pokojowi oraz niepodległości i integralności terytorialnej sześciu państw. Jest zatem kwestią drugorzędną czy Parlament Europejski i polski Sejm potępiłyby pakt Ribbentrop-Mołotow za to, że miał doprowadzić do wybuchu wojny czy za to, że był zbrodnią przeciwko pokojowi, suwerenności i integralności terytorialnej sześciu państw. To detal. Ponadto – co strona rosyjska przemilcza – realizacja celów strategicznych Moskwy odbywała się stalinowskimi, czyli zbrodniczymi metodami.

Starym elementem rosyjskiej polityki historycznej jest również narracja o „pakcie Piłsudski-Hitler” – jak się tam nazywa polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 roku – oraz „sojuszu polsko-niemieckim” w latach 1934-1939 i mającej z tego wynikać „odpowiedzialności Polski za wybuch wojny”. Najnowszemu wydaniu tej narracji towarzyszą ewidentne kłamstwa o „czystce etnicznej na Zaolziu”, której miała się tam jakoby dopuścić II Rzeczpospolita.

W związku z tym trzeba przypomnieć, że do 1935 roku partie komunistyczne w Europie kierowały się na polecenie Międzynarodówki Komunistycznej (czyli Józefa Stalina) doktryną tzw. „socjalfaszyzmu”. Doktryna ta zakazywała partiom komunistycznym współpracy politycznej z partiami socjaldemokratycznymi (określanymi w tej doktrynie jako „socjalfaszystowskie”). Doktryna „socjalfaszyzmu” doprowadziła do rozbicia wspólnego frontu KPD i SPD przeciw nazizmowi. Była to jedna z najważniejszych bezpośrednich przyczyn dojścia NSDAP do władzy w Niemczech i upadku Republiki Weimarskiej. Dopiero na VII kongresie Kominternu w 1935 roku Międzynarodówka Komunistyczna uznała swoją doktrynę „socjalfaszymu” za błędną. Rzucono wtedy hasło tworzenia „frontów ludowych” pod przewodnictwem komunistów. Kto zatem zapalił zielone światło Hitlerowi? Nie w 1938 roku, ale w 1924 roku? Wtedy bowiem na polecenie Stalina przyjęto w Kominternie doktrynę „socjalfaszyzmu” i nie wycofano się z niej nawet w obliczu wydarzeń w Niemczech w latach 1930-1933. Trzeba też przypomnieć o niemiecko-radzieckim układzie w Rapallo z 16 kwietnia 1922 roku oraz będącej jego następstwem niemiecko-radzieckiej współpracy wojskowej do roku 1933. Przyszła potęga militarna Niemiec była w tym czasie budowana na radzieckich poligonach i uczelniach wojskowych.

Nowym elementem rosyjskiej polityki historycznej – zaprezentowanym po wystąpieniach prezydenta Rosji z 20-24 grudnia 2019 roku – jest sugerowanie polsko-niemieckiej współpracy w przygotowaniu „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” już przed drugą wojną światową oraz podczas jej trwania. Strona rosyjska – wychodząc z taką narracją – niewątpliwie wykorzystała dwie rzeczy: fakt pogorszenia się stosunków polsko-izraelskich i polsko-żydowskich po nowelizacji ustawy o IPN w styczniu 2018 roku oraz osłabienie pozycji Polski w Unii Europejskiej za rządów PiS. To ma pozbawić Polskę ewentualnych sojuszników.

Po wystąpieniu prezydenta Rosji na temat tzw. notatki Lipskiego, podczas którego użył on słów „swołocz” i „antysemicka świnia”, pojawiły się w rosyjskich mediach programy i publikacje na temat polskiego przedwojennego i wojennego antysemityzmu. Nie jest to nowość, ponieważ już w kwietniu 2019 roku znany proputinowski dziennikarz Władimir Sołowiow ogłosił w telewizji Rossija 1, że podczas drugiej wojny światowej Polacy mieli wymordować więcej Żydów niż Niemcy oraz oskarżył Polaków, że nie chcą wypłacić Żydom rekompensat. Już wtedy padły słowa o „polskiej swołoczy”[1].

Nawet rosyjskojęzyczna Wikipedia podaje – omawiając obszernie spotkanie ambasadora Józefa Lipskiego z Hitlerem w Obersalzbergu 20 września 1938 roku – że w tym czasie Hitler był daleki od idei fizycznego unicestwienia Żydów i chodziło o tzw. „afrykański projekt”, który rosyjskojęzyczna Wikipedia definiuje jako „ideę żydowskiego państwa w Afryce”. Zupełnie inaczej niż Władimir Putin, który stwierdził, że chodziło o wysłanie Żydów do Afryki rzekomo na śmierć. Rosyjskojęzyczna Wikipedia cytuje też notatkę Lipskiego na podstawie opracowania Wacława Jędrzejewicza o Lipskim („Józef Lipski. Diplomat in Berlin, 1933-1939. Papers and Memoirs of Józef Lipski, Ambassador of Poland”, pod red. Wacława Jędrzejewicza, New York 1968, s. 679) oraz na podstawie rosyjskiej edycji źródłowej z 1981 roku pt. „Dokumenty i materiały w przededniu drugiej wojny światowej 1937-1939” („Документы и материалы кануна второй мировой войны 1937-1939”). Notatka Lipskiego brzmiała: „Gdyby mocarstwa zachodnie lepiej rozumiały wymagania Niemiec w kwestii kolonialnej, to on, Führer, zapewne zapewniłby w Afryce pewne terytorium, które można by wykorzystać do osiedlenia się nie tylko niemieckich, ale także polskich Żydów”. Było to zgodne z polityką polskiego rządu, który od 1935 roku dyskutował z władzami francuskimi oraz z udziałem palestyńskich syjonistów o planie przesiedlenia polskich Żydów na Madagaskar. Lipski wyraził aprobatę dla słów Hitlera: „… on (Hitler) wpadł na pomysł rozwiązania problemu żydowskiego poprzez emigrację do kolonii w porozumieniu z Polską, Węgrami, a może Rumunią (tutaj odpowiedziałem, że jeśli znajdzie rozwiązanie, to postawimy mu piękny pomnik w Warszawie …)”.

Nie chodziło zatem o mordowanie kogokolwiek, ani o wypędzanie kogokolwiek, tylko o uzyskanie od zachodnich mocarstw kolonialnych terenu osadniczego dla Żydów w Afryce (syjoniści postulowali wtedy Palestynę, gdzie 10 lat później rzeczywiście powstał Izrael). Na podstawie tej notatki nie można wyciągnąć takich wniosków, jakie wyciągnął prezydent Rosji (także odnośnie domniemanego antysemityzmu Lipskiego). Żaden historyk, cytujący notatkę Lipskiego, na taką narrację jak Putin nie poszedł. Nawet David Irving.

Każdy kto chce wiedzieć jak było z tzw. „planem Madagaskar” powinien przeczytać wydaną w 2019 roku przez Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie książkę Zofii Trębacz pt. „Nie tylko Palestyna. Polskie plany emigracji wobec Żydów 1935-1939”. Autorka pisze: „Wszystko wskazuje na to, że rozmowy prowadzone między przedstawicielami żydowskich organizacji a dyplomatami kolonialnego mocarstwa [czyli Francji – uzup. BP] okazały się owocne, gdyż na początku 1937 roku rząd polski rozpoczął w tej sprawie konkretne rozmowy z francuskimi politykami – premierem Leonem Blumem i ministrem kolonii Mariusem Moutetem. Obaj zaakceptowali plan w ogólnym zarysie i zasugerowali przeprowadzenie badań, które mogłyby dostarczyć więcej szczegółów. Moutet zaproponował nawet pomoc specjalistów”. W konsekwencji na Madagaskar udała się polska komisja, w której pracach brał udział m.in. Arkady Fiedler.

Jeśli Władimir Putin chce rozliczać Polskę z przedwojennego antysemityzmu, ro powinien sobie uświadomić, że Rosja w dziedzinie antysemityzmu ma znacznie większe osiągnięcia niż Polska. Wydane w 1903 roku w Petersburgu „Protokoły mędrców Syjonu” (biblia antysemityzmu) zostały spreparowane przez rosyjską Ochranę. Na przełomie XIX i XX wieku miały też miejsce w Imperium Rosyjskim masowe mordy na Żydach, inspirowane m.in. przez carską Ochranę. W latach 1881-1884 doszło w Rosji do około 250 pogromów na Żydach (od 224 do 284), zaś w okresie 1903-1906 pogromy Żydów miały miejsce w 64 miastach i 626 miasteczkach oraz wsiach. To były tysiące ofiar. „Plan Madagaskar” jako pierwsza też zrealizowała Rosja wysiedlając Żydów z zachodnich guberni (tzw. litewskich, stąd nazywano ich Litwakami) do Priwislinskiego Kraju – jak po powstaniu styczniowym nazywano Królestwo Polskie. Pojawienie się w Królestwie Polskim mas Litwaków – obcych polskiej kulturze, nie znających języka polskiego i niechętnych do integracji z Polakami – miało w intencji władz carskich wywołać antysemityzm wśród Polaków oraz zastąpić konflikt polsko-rosyjski konfliktem polsko-żydowskim. Litwacy propagowali wśród polskich Żydów separatyzm, a zwalczali asymilację narodową i kulturową. Byli też w rękach caratu narzędziem rusyfikacji.

Z kolei Józef Stalin swój Madagaskar dla Żydów utworzył w latach 1928-1934 na Dalekim Wschodzie (Żydowski Obwód Autonomiczny w Kraju Chabarowskim nad Amurem). Celem tego posunięcia Stalina było przeciwdziałanie szerzącemu się w ZSRR ruchowi syjonistycznemu. Zatem jedynym państwem, które w latach 30-tych XX wieku zrealizowało „plan Madagaskar” był tak naprawdę Związek Radziecki. W ogóle polityka narodowościowa II Rzeczypospolitej a polityka narodowościowa Stalina w ZSRR, to są dwa odrębne światy.

Po wystąpieniach Putina z 20-24 grudnia 2019 roku nie uruchomiono w Moskwie zwykle stojącego w takiej sytuacji na posterunku pana Władimira Żyrinowskiego. Uruchomiono natomiast pana Wiaczesława Nikonowa – wnuka Wiaczesława Mołotowa i syna nie mniej zasłużonego dla ZSRR Aleksieja Nikonowa – by ogłosił, światu że „Warszawa przebija dno, broniąc znanego antysemity!”, czyli ambasadora Lipskiego[2]. Taka wypowiedź wyraźnie koresponduje z wypowiedzią jego dziadka o Polsce jako „pokracznym bękarcie traktatu wersalskiego”. Notabene babka tego pana – czyli żona Mołotowa Polina Żemczużyna – została skazana w 1949 roku na 5 lat łagru za rzekome „szpiegostwo na rzecz syjonistów”. Czy nie był to przejaw antysemityzmu Stalina, którego broni pan Nikonow? Był to początek antyżydowskiej czystki w ZSRR, której Stalin nie zdołał już sfinalizować przed śmiercią. Nie zmienia tego fakt, że towarzyszka Żemczużyna do śmierci w 1970 roku pozostała fanatyczną zwolenniczką Stalina i w takim też duchu wychowała swoją jedyną córkę, a matkę pana Wiaczesława Nikonowa. Zabawy z historią PiS w Polsce bledną na tle takich zabaw z historią.

Z kolei pan senator Oleg Morozow (w latach 80-tych XX wieku zastępca szefa wydziału propagandy Komitetu Centralnego KPZR, później jeden z głównych ideologów Jednej Rosji i doradca Putina ds. polityki wewnętrznej) pozwolił sobie na stwierdzenia, że „Polska oficjalnie staje w jednym szeregu z nazistami i osobami zaangażowanymi w masową eksterminację Żydów” oraz że „współczesna Polska nie chce uznać zbrodni nazizmu przeciwko ludzkości i przeciwko Żydom”. Powodem takich opinii Morozowa stało się to, że prezydent Andrzej Duda postawił jako warunek swojego udziału w Międzynarodowym Forum Holocaustu w Izraelu możliwość publicznego udzielenia odpowiedzi na planowane tam wystąpienie Putina. Swoje oskarżenia Morozow uzupełnił stwierdzeniem, że Rosja (nie ZSRR, ale Rosja!) „uratowała naród żydowski od zagłady” (a pozostali alianci nic w tej sprawie nie zrobili?)[3].

Najnowsza narracja kremlowska o tym, że Rosja „uratowała naród żydowski od zagłady” jest co najwyżej półprawdą. Niemcy hitlerowskie dokonały zagłady Żydów europejskich w latach 1941-1944. Zginęło wtedy m.in. ponad 90 % Żydów polskich, zamordowanych w większości do połowy 1943 roku. W roku 1945 większość europejskich Żydów była już zamordowana i Armia Czerwona przed niczym ich nie ocaliła. Zasługą Armii Czerwonej – której kwestionować nie można – było natomiast wyzwolenie części niemieckich obozów koncentracyjnych. Spośród 13 znaczących niemieckich obozów koncentracyjnych 7 wyzwolili Amerykanie i Brytyjczycy, a 6 Armia Czerwona. Jeśli jednak mówimy o tej niekwestionowanej zasłudze Armii Czerwonej, to trzeba też powiedzieć o tym, że na miejscu wyzwolonych przez czerwonoarmistów hitlerowskich obozów koncentracyjnych natychmiast powstawały obozy NKWD. Na terenie wyzwolonego KL Auschwitz powstały dwa obozy NKWD i jeden obóz UB, które istniały do 1946 roku. To samo było na Majdanku, na Zamku Lubelskim i w innych katowniach gestapo, zamienianych natychmiast na katownie NKWD i UB. Oczywiście fakt powstania obozów NKWD na miejscu obozów hitlerowskich nie przekreśla ofiary czerwonoarmistów – jak tego chce polska polityka historyczna, ale też ofiara czerwonoarmistów nie może rozgrzeszać zbrodni stalinowskich – jak tego chce rosyjska polityka historyczna.

Z kolei 10 stycznia proputinowska „Rossijskaja Gazieta” napisała: „W jakiejkolwiek paralelnej rzeczywistości istniałby pan Duda, jak bardzo by kipieli oburzeniem polscy politycy i politolodzy niezadowoleni z tego, że kolejny raz pokazano im prawdę, trudno spierać się z tym, co mówią dokumenty. A one dobitne potwierdzają, że znaczna część społeczeństwa polskiego bezpośrednio uczestniczyła w zagładzie mieszkających w kraju Żydów”. Jakoś to do złudzenia koresponduje z tym co pisali dotychczas niektórzy autorzy (nie będę wymieniał nazwisk) i niektóre niszowe media na Zachodzie, czy mówili niektórzy drugoplanowi politycy izraelscy, jak Jair Lapid i Naftali Benett.

„Rossijskaja Gezieta” napisała też, że „po wojnie Polska przywłaszczyła sobie majątek Żydów, którzy zginęli w Holokauście” (notabene Związek Radziecki też to zrobił) i dalej, że „na każdego biorącego w zagładzie ludności żydowskiej niemieckiego oprawcę przypadało 10-15 dobrowolnych pomocników spośród miejscowych mieszkańców”, a Polacy obojętnie patrzyli na sytuację ludzi w warszawskim getcie, łupili sąsiadów, mordowali ich lub wydawali Niemcom. To już też słyszeliśmy z wieloletniego przekazu niektórych ośrodków na Zachodzie. Artykuł, w którym pojawiły się takie oskarżenia zatytułowano „Czego boi się Polska”, a jego autorem jest Jewgienij Szestakow. O martyrologii Polaków podczas drugiej wojny światowej Szestakow napisał z pogardą „Polokaust”. Jego zdaniem polskiej martyrologii nie było[4].

Po publikacji „Rossijskoj Geziety” (jedno z najważniejszych mediów kremlowskich) mniej więcej wiemy, w jakim kierunku może pójść wystąpienie Putina w Yad Vashem 23 stycznia. W kierunku, że Polska była sprawcą wybuchu wojny, a Polacy współpracowali z Niemcami w zagładzie Żydów, którą ambasador Lipski planował razem z Hitlerem już w 1938 roku.

Należy postawić tutaj pytanie, czy polska polityka historyczna – z gruntu błędna i chyba inspirowana w jakiejś mierze przez USA – jest jedynym czynnikiem, który sprowokował ze strony rosyjskiej to z czym mamy teraz do czynienia. Do postawienia takiego pytania skłania chociażby reakcja rosyjska na podpisanie przez prezydenta Czech Milosza Zemana ustawy ustanawiającej Dzień Pamięci o Inwazji 1968 roku i Późniejszej Okupacji Wojsk Układu Warszawskiego. Prezydent Zeman uchodził dotąd za jednego z bardziej prorosyjskich polityków w Europie. Teraz krytykujące go stanowisko rosyjskiego MSZ Zeman określił jako „absolutnie bezczelne”[5]. Rosyjska polityka historyczna w zasadzie nie odbiega daleko od ukraińskiej. W pierwszej mitem założycielskim jest mit Armii Czerwonej jako największego zwycięzcy nad faszyzmem, w drugiej fałszywy mit UPA jako „ruchu wyzwoleńczego”. Problem w tym, że tak sformułowany mit Armii Czerwonej – usuwający z pola widzenia politykę Stalina przed wybuchem wojny, w czasie wojny i po wojnie – musi prowadzić, jeśli nie do rehabilitacji, to do wybielenia stalinizmu.

Zwalczałem politykę antyrosyjską ekip postsolidarnościowych, ponieważ była częścią polityki amerykańskiej i narażała bezpieczeństwo Polski. Do tego towarzyszyło jej odkurzenie takich szkodliwych archaizmów politycznych jak prometeizm i Międzymorze, w imię których wspierano historycznie skrajnie antypolską orientację polityczną na Ukrainie. Nie mam jednak wątpliwości, że stosunki z Rosją muszą być oparte na Realpolitik, która uwzględnia polski i rosyjski potencjał, ale także polską rację stanu. Tą racją stanu jest mieć dobre stosunki z Rosją i unikać z nią konfliktów, zwłaszcza w obcym interesie. Ale nie za cenę przyjmowania narracji rosyjskiej w jakiejkolwiek sprawie i uwzględniania interesów polityki rosyjskiej. To już było i się nie sprawdziło.

Krytykowałem i krytykuję ukraińską i polską politykę historyczną. Z tych samych powodów krytykuję też rosyjską. Zwłaszcza tę, która pokazała swoje oblicze na przełomie 2019 i 2020 roku. Polityka historyczna a historia to są dwie rzeczywistości nie mające ze sobą wiele wspólnego. Historia nigdy nie jest czarno-biała. Zawsze jest skomplikowana i wielowątkowa. Polityka historyczna nigdy tego nie uwzględni. Zawsze będzie z wielowątkowej mozaiki wybierać pojedyncze obrazy i budować na nich przekaz propagandowy.

Ale nie o politykę historyczną w tym wszystkim chodzi. Ona jest tylko małym trybikiem w wielkiej maszynie. Oto co napisał na Facebooku 7 stycznia 2020 roku były pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji, funkcjonujący nadal w rosyjskim establishmencie politycznym:

„W Warszawie byli bardzo poważnie przestraszeni. Ponieważ zdali sobie sprawę, że tocząca się historyczna dyskusja na temat czasu wybuchu wojny może doprowadzić do zmiany statusu Polski, która może zasłużenie stać się krajem agresorem i inicjatorem (wraz z Niemcami) drugiej wojny światowej. A strach jest złym doradcą. Partia rządząca nie wymyśliła nic lepszego niż sporządzenie projektu ustawy chroniącej polską wizję historii [chodzi zapewne o nowelizację ustawy o IPN z 2018 roku – uwaga BP]. I więcej. Fakt, że druga wojna światowa rozpoczęła się w 1938 roku. Pisałem [o tym – uzup. BP] na długo przed Władimirem Putinem. Więc teraz nie bronię stanowiska Władimira Putina, ale mojego. Chociaż tak, cieszę się, że Władimir Putin był solidarny z tym stanowiskiem”.

Dalej ten autor pisze: „Polska ryzykuje, że stanie się krajem wyrzutkiem. Polski prezydent postanowił odmówić wyjazdu do Izraela na Światowe Forum Holokaustu, rzekomo z powodu planowanej obecności tam Władimira Putina. Prawdę mówiąc, trudniej wymyślić śmieszniejszy powód. Nie chodzi o Władimira Putina, ale o kompleksowe relacje polsko-izraelskie. I rzeczywiście Duda próbuje zwalić wszystko z chorej głowy na zdrową, czyli Władimira Putina. Tymczasem Warszawa ma niezwykle trudne relacje z Brukselą. Prawicowa Polska najwyraźniej nie dotrzymuje kroku Unii Europejskiej. Warszawa nie ma sojuszu regionalnego, wszyscy sąsiedzi Polski unikają. W przypadku Rosji sytuacja stała się ślepą uliczką. Zostają Stany Zjednoczone, jak uważają w Warszawie. Ale w USA lobby izraelskie jest wyjątkowo silne. A z odszkodowaniem za własność ofiar Holokaustu wszystko wygląda katastrofalnie. Tak oto Polska ryzykuje, że zostanie krajem wyrzutkiem. Prawicowa Polska”.

Do tego co napisał ten przedstawiciel rosyjskiej elity – były pracownik dyplomacji rosyjskiej, publicysta i czołowy działacz Euroazjatyckiego Frontu Ludowego (Евразийский народный фронт) – którego nazwiska nie będę ujawniał, nic dodawać już nie muszę. Tak wygląda teraz rosyjska polityka wobec Polski. Nie tylko historyczna. Taki jest jej charakter i takie są jej cele.

A z czym mamy do czynienia ze strony polskiej? Marszałek Senatu z PO spotkał się 16 grudnia 2019 roku z ambasadorem Rosji m.in. po to, by – jak sam powiedział – żądać „opuszczenia Ukrainy” przez Rosję (zapewne chodziło o Krym i Donbas). To jakaś choroba z tą Ukrainą. Naiwna wiara, że Ukraina będzie propolska i spełni rolę antyrosyjskiego „kordonu sanitarnego”. Nic w tym myśleniu nie zmieniło się od wyprawy kijowskiej Piłsudskiego w 1920 roku. Bezpieczeństwo Polski gwarantują NATO i UE. Po cóż więc jeszcze dodawać do tego tzw. Międzymorze vel Trójmorze? Te polityczne marzenia zostały po raz kolejny zweryfikowane 8 stycznia 2020 roku, kiedy ambasador Polski w Kijowie Bartosz Cichocki został wezwany na rozmowę do ukraińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tematem spotkania było niedawne wspólne oświadczenie ambasadorów Polski i Izraela w sprawie czczenia na Ukrainie osób związanych z nacjonalizmem ukraińskim. Jak napisano w komunikacie ukraińskiego MSZ ambasador Polski usłyszał, że jego niedawne wspólne oświadczenie z ambasadorem Joelem Lionem było kontrproduktywne i miało cechy publicznej dyskusji na temat wewnętrznej polityki ukraińskiej[6].

Na prowadzenie takiej polityki wschodniej, jakiej chcą PiS i PO, Polska po pierwsze nie ma potencjału. Ten brak własnego potencjału skazuje na uzależnienie się w tej sytuacji od potencjału amerykańskiego, a tym samym od celów politycznych USA. I uwaga ta nie dotyczy tylko polityki wschodniej. Po drugie – polityka taka zawsze będzie prowadzić do konfrontacji z Rosją. Nie można więc twierdzić, że jest podyktowana troską o bezpieczeństwo geopolityczne Polski. Właśnie powoduje dla tego bezpieczeństwa zagrożenie. Polityka realna polegałaby na utrzymywaniu równoległych stosunków z Moskwą, Kijowem i Mińskiem oraz unikaniu wchodzenia na Wschodzie w jakiekolwiek konflikty z kimkolwiek. Polegałaby też na współpracy z wschodnimi sąsiadami tam, gdzie jest to możliwe i ewentualnie korzystne. Niestety, czas na prowadzenie takiej Realpolitik się skończył. Teraz trzeba się bronić przed uczynieniem z Polski „kraju wyrzutka”, co stało się celem polityki rosyjskiej.

[1] W rosyjskiej telewizji oskarżono Polaków, że wymordowali więcej Żydów niż Niemcy i wzywano do czytania książek Grossa, http://www.kresy.pl, 5.04.2019.

[2] Wnuk Mołotowa dołącza do ataku na Polskę. „Warszawa przebija dno!”, http://www.natemat.pl, 29.12.2019.

[3] Rosyjski senator atakuje Andrzeja Dudę. „Polska staje w jednym szeregu z nazistami”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 4.01.2020.

[4] „Rossijskaja Gezieta” oskarża Polaków o udział w Holokauście. Uderza też w prezydenta Dudę, http://www.wprost.pl, 10.01.2020.

[5] Czechy. Prezydent Zeman o reakcji Rosji: Absolutna bezczelność, http://www.wiadomosci.wp.pl, 28.12.2019.

[6] Ukraińskie MSZ wezwało polskiego ambasadora z powodu wypowiedzi na temat OUN-UPA, http://www.kresy.pl, 8.01.2020.

Bohdan Piętka

15 stycznia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 3-4 (2275/2276), 19-26 stycznia 2020, s. 10-11

Odwet Putina

„To bydlak i antysemicka świnia, nie da się tego powiedzieć inaczej” – powiedział Władimir Putin na spotkaniu z kadrą Ministerstwa Obrony Rosji o Józefie Lipskim (1894-1958), ambasadorze polskim w Berlinie (1933-1939). Jakkolwiek nie oceniać polityki II RP wobec III Rzeszy w latach poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej, firmowanej m.in. przez Lipskiego, to ta „antysemicka świnia” walczyła jednak z hitlerowskimi Niemcami z bronią w ręku – najpierw w 1. Dywizji Grenadierów we Francji w 1940 roku, a potem w II Korpusie Polskim we Włoszech.

Prezydent Rosji wytoczył ciężkie działa przeciw Polsce 20 grudnia 2019 roku na forum przywódców Wspólnoty Niepodległych Państw w Sankt-Petersburgu. Polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy, podpisaną 26 stycznia 1934 roku w Berlinie przez Józefa Lipskiego i ówczesnego ministra spraw zagranicznych Niemiec Konstantina von Neuratha, Putin nazwał „paktem Piłsudski-Hitler” i stwierdził, że był do niego rzekomo dołączony tajny protokół, tak samo jak do paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku. Nie przedstawił jednak żadnego dowodu na istnienie takiego tajnego protokołu. Przedstawił natomiast notatkę ambasadora Lipskiego z 20 września 1938 roku, w której relacjonował on ministrowi Józefowi Beckowi swoją rozmowę z Adolfem Hitlerem.

Treść tej notatki Władimir Putin skomentował następująco: „Hitler proponował zesłać Żydów z krajów europejskich do Afryki. Faktycznie na wymieranie. To pierwszy krok do ludobójstwa, do tego, co dziś nazywamy holokaustem. Przedstawiciel Polski odpowiedział, napisał swemu ministrowi: »Ja odpowiedziałem, że jeśli tak się stanie, jeśli takie będzie rozwiązanie, to my postawimy Hitlerowi piękny pomnik w Warszawie«”. Komentarz ten Putin powtórzył na spotkaniu z generalicją rosyjską 24 grudnia, dodając zacytowane powyżej słowa o „bydlaku” i „antysemickiej świni”.

Cytat z notatki służbowej ambasadora Lipskiego z 20 września 1938 roku, którą w ten sposób skomentował prezydent Rosji, brzmi następująco (pisownia oryginalna): „[Hitlerowi – uzup. BP] przyświeca (…) myśl załatwienia, w drodze emigracji do kolonij, w porozumieniu z Polską, Węgrami, może i Rumunią, zagadnienia żydowskiego (w tym punkcie mu odpowiedziałem, że jeśli znajdzie solucję, postawimy mu piękny pomnik w Warszawie)”[1]. Z tego fragmentu jasno więc wynika, że rozmowa Lipskiego z Hitlerem dotyczyła emigracji Żydów z Europy, a nie ich zagłady. Takich planów jeszcze wtedy w Berlinie nie było. Wypowiedź ambasadora – jakkolwiek niefortunna – nie była stanowiskiem rządu polskiego. Do żadnych bowiem ustaleń pomiędzy rządami w Warszawie i Berlinie w sprawie emigracji Żydów z Europy nigdy nie doszło. Ważny jest czas i kontekst tej wypowiedzi. Lipski nie powiedział tego w epoce pieców i konferencji w Wannsee, ale we wrześniu 1938 roku, kiedy o ludobójstwie Żydów nie było jeszcze mowy. Nie ulega zatem wątpliwości, że Władimir Putin wypaczył treść źródła historycznego, do którego się odniósł. Nie ulega też wątpliwości, że zrobił to świadomie i celowo.

Warto przypomnieć, że Józef Lipski zaczął swoją karierę dyplomatyczną w sekcji prawnej Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu, gdzie został zatrudniony jako absolwent prawa na uniwersytecie w Lozannie, znający języki obce. Musiał zatem współpracować z Romanem Dmowskim podczas konferencji pokojowej w Paryżu. Od czerwca 1919 roku pracował w dyplomacji II RP, gdzie był m.in. naczelnikiem Wydziału Zachodniego Departamentu Politycznego MSZ. Jako ambasador II RP w Berlinie był rzecznikiem odprężenia polsko-niemieckiego, realizując politykę Józefa Becka (w dobie Monachium niewątpliwie błędną). Niemniej jednak polityka ta nie przekroczyła granicy otwartej współpracy z III Rzeszą czy wasalizacji Polski wobec Berlina.

Wypowiedź Putina jest największym ciosem dla tych nielicznych środowisk w Polsce, które w sytuacji załamania się stosunków polsko-rosyjskich po przewrocie na Ukrainie w 2014 roku i przyjęcia przez Warszawę ostrego kursu antyrosyjskiego w polityce zagranicznej i „historycznej”, próbowały te stosunki ratować, a przynajmniej łagodzić oficjalną antyrosyjską narrację establishmentu III RP. Środowiska te chyba nie spodziewały się tego, że także Putin wejdzie w rolę tropiciela polskiego antysemityzmu.

Z wypowiedzi rzeczniczki rosyjskiego MSZ Marii Zacharowej wynika, że prowokacyjna i kłamliwa wypowiedź Putina jest reakcją Rosji na polską politykę historyczną. „Pisanie historii na nowo i ciągłe przeinaczanie, rewizja historycznej rzeczywistości na potrzeby obecnej, współczesnej koniunktury – właśnie tę tezę cały czas powtarzaliśmy w wystąpieniach ministra [Ławrowa – uzup. BP] i naszych ambasadorów, którzy pracowali w Warszawie i w naszych przedstawicielstwach przy Unii Europejskiej” – powiedziała Zacharowa pytana o wypowiedź Putina o ambasadorze Lipskim (cyt. za: Sputnik Polska). Jej zdaniem teza o niedopuszczalności pisania historii na nowo na potrzeby politycznej koniunktury była podstawą budowania stosunków z Polską, ale nie została przyjęta w Warszawie. Czarę goryczy przelała rezolucja Parlamentu Europejskiego wskazująca na pakt Ribbentrop-Mołotow jako przyczynę wybuchu drugiej wojny światowej oraz zrównująca nazizm z komunizmem. Dlatego Putin postanowił ujawnić mniej przyjemne cechy rosyjskiego charakteru narodowego i na dodatek zrobił to jeszcze chyba nieprzypadkowo 24 grudnia. Podarował Polakom na Gwiazdkę pomnik Hitlera w Warszawie.

Mamy zatem do czynienia z rosyjską odpowiedzią na antyrosyjską politykę historyczną Warszawy, firmowaną przez epigonów piłsudczyzny i realizowaną z inspiracji USA. W tej odpowiedzi strona rosyjska uderzyła w stosunki polsko-żydowskie. Należy przypomnieć, że od lat kwitnie polityczny dialog pomiędzy Putinem a premierem Netanjahu. Dialog ten przyniósł obustronne owoce. W Moskwie otwarto Muzeum Żydowskie i Centrum Tolerancji, a w Jerozolimie odsłonięto pomniki Armii Czerwonej (na wzgórzu Herzla) i ofiar blokady Leningradu. Izrael uznał też historyczną rolę Armii Czerwonej w pokonaniu nazizmu. Natomiast z Warszawy płynie narracja o agresji sowieckiej i zbrodniach Armii Czerwonej, narracja negująca wyzwolenie w 1944/1945 roku, połączona z likwidacją pomników i tablic upamiętniających żołnierzy radzieckich, którzy zginęli na ziemiach polskich w latach 1944-1945.

Odpowiedzią rosyjską jest teraz narracja o przedwojennych politykach polskich jako wspólnikach Hitlera, bydlakach i antysemitach (antysemickich świniach). Takiej odpowiedzi chyba nikt się w Polsce nie spodziewał. I co istotne – w tej narracji poprą Putina nieprzychylne Polsce środowiska żydowskie w Izraelu i innych państwach oraz nie będzie znaczących głosów sprzeciwu ze strony Europy Zachodniej i USA, które narzuciły formacji Kaczyńskiego taki a nie inny model polityki historycznej, z jej skrajnie antyrosyjskim obliczem. Niestety, ze swoją polityką historyczną – uderzającą w Rosję, Niemcy, a także Żydów – obóz Kaczyńskiego był skazany na taki rezultat. Konfliktując się nieustannie z Rosją, także na tle Ukrainy, wypadł jeszcze gorzej niż jego piłsudczykowski pierwowzór.

Przed ślepą uliczką, w jaką prowadzi polska polityka wobec Rosji ostrzegał 10 lat temu prof. Bogusław Wolniewicz (1927-2017). 27 września 2009 roku prof. Wolniewicz powiedział w audycji na żywo w Radiu Maryja (po tej wypowiedzi już więcej go tam nie zaproszono) następujące słowa, które uzupełnił w publikacji na łamach „Myśli Polskiej”:

Chcę coś rzec w jednej tylko sprawie: o tych obchodach 70-lecia wybuchu drugiej wojny światowej, jakie 1 września odbyły się w Gdańsku; a dokładniej, o naszym stosunku do Rosji, jaki się na tle tych obchodów zarysował. (…) Nasza polityka wobec Rosji zdaje mi się z gruntu błędna – jednakowo ta rodem z PiS-u, i ta rodem z PO. (…) Błędność naszej polityki widać było jak na dłoni właśnie podczas tych obchodów. Istotę tej błędności ująłbym w dwa słowa: z jednej strony nadymanie się wobec Rosji, a z drugiej podszarpywanie tygrysa za ogon. Nie jestem, uchowaj Boże, rzecznikiem uniżoności wobec kogokolwiek; wobec Rosji oczywiście także nie. Ale cnota to jest zawsze – jak mówił Arystoteles – złoty środek między dwiema skrajnościami, między dwoma niecnotami.

Naszego stosunku do Rosji nie ma cechować ani uniżoność, ani nadęcie. Ma go cechować szacunek dla potęgi Rosji i poczucie proporcji – że my potęgą nie jesteśmy i nie będziemy. Ta proporcja ujawniła się najdobitniej w pewnym podstawowym fakcie historycznym: oni swoją wielką wojnę z Niemcami wygrali, a my naszą wielką wojnę z Niemcami przegraliśmy. Czas to zrozumieć. I czas zrozumieć, że gdy mały zaczepia dużego, to się dla małego nie może dobrze skończyć. Tej prawdy, najelementarniejszej z elementarnych, nie mogą jakoś pojąć nasi politycy, np. panowie Jarosław Kaczyński i Bronisław Komorowski. Oto dowody.

3 września dziennik »Rzeczpospolita« podaje informację: »Prezes PiS ocenia premiera Rosji. Jarosław Kaczyński skrytykował wystąpienie premiera Federacji Rosyjskiej Władimira Putina na Westerplatte. Głównie z tego powodu, że Putin nie przeprosił za wymordowanie Polaków w Katyniu. – Powstaje pytanie o sens zaproszenia Putina – stwierdził prezes Kaczyński«. Rozumiem te słowa J. Kaczyńskiego tak, że skoro premier Putin nie zamierzał nas przepraszać, to po co przyjeżdżał i po co go w ogóle zapraszano?

Gdy czytałem tę informację, przypomniało mi się wydarzenie sprzed czterech lat, z obchodów w Moskwie 60-lecia zwycięstwa nad Niemcami. Zjechali się tam wtedy notable z całego świata, a wśród nich minister spraw zagranicznych Holandii. W trakcie tych uroczystości tenże Holender zwrócił się do rosyjskiego ministra obrony Siergieja Iwanowa z pytaniem, czy Rosja nie powinna by jednak przeprosić zebranych za pakt Ribbentrop-Mołotow. A na to Iwanow odpowiedział mu: »Jeżeli ktoś chce, byśmy go przepraszali, to musi nas najpierw podbić«. I ten Holender zamknął natychmiast dziób, a za nim wszyscy inni. Premier Putin mógł był powiedzieć to samo na Westerplatte. Nie zrobił tego przez uprzejmość, której naszym politykom zabrakło; i zabrakło im poczucia proporcji.

Albo weźmy marszałka Sejmu p. Komorowskiego. Po tej pokrętnej uchwale naszego Sejmu na temat wkroczenia 17 września 1939 roku Armii Czerwonej na terytorium Polski, rosyjskie MSZ wydało oświadczenie, że uchwała ta »czyni poważną szkodę odbudowie dobrych stosunków między naszymi krajami«. Marszałek Komorowski skomentował to oświadczenie tak (Rz, 25.9.2009): »Kontestując uchwałę polskiego Sejmu, strona rosyjska dała świadectwo, że nie potrafi poradzić sobie z własną historią. (…) Rosyjscy politycy niepotrzebnie angażują się w obronę stalinizmu. – To jest tak, jakby Niemcy chcieli bronić przeszłości hitlerowskiej«.

Zdumiewa mnie beztroska pana marszałka w szastaniu takimi oświadczeniami. Bo poza wszelkimi innymi różnicami, w stosunku Niemców i Rosjan do mrocznych stron ich własnej przeszłości zachodzi znowu jedna różnica fundamentalna: polityka Hitlera doprowadziła III Rzeszę do druzgocącej klęski, a polityka Stalina doprowadziła Związek Radziecki do niebywałego triumfu. Poza grozą swoich czynów, Adolf Hitler okazał się jeszcze politycznym partaczem, a Józef Stalin okazał się – czy to się nam podoba, czy nie podoba – najskuteczniejszym politykiem XX wieku. Dlatego Niemcom stosunkowo łatwo przychodzi potępić swego byłego Führera, którego przedtem tak entuzjastycznie i tak powszechnie popierali. A Rosjanom wobec Stalina przychodzi to trudno, ich stosunek do tej postaci i do tego etapu ich dziejów nie może nie być ambiwalentny, dwoisty. I nie przez ich subiektywny upór, czy złą wolę – ta może też jest, ale to nie to jest istotą rzeczy.

To jest trudność obiektywna, przed którą musi stanąć każdy naród w ich położeniu. Myślę, że Chiny stoją teraz też przed tą trudnością w swoim stosunku do Mao Tse-tunga. A udzielanie przez p. Komorowskiego Rosjanom wskazówek, jak ten gigantyczny problem ideologiczny mają u siebie rozwiązywać, zdaje mi się głupie i prostackie.

Historycznie nasza rezerwa i nieufność wobec Rosji jest ze wszech miar uzasadniona. I przypuszczam, że oni są ją chyba w stanie zrozumieć. Niekiedy czynią nawet wobec nas pewne gesty pojednawcze, których my jakoś nie umiemy docenić, ani przyjąć tak, jak na to zasługują. Ostatnim takim gestem był właśnie przyjazd premiera Putina na uroczystości rocznicowe do Gdańska; przyjazd pozostający w jaskrawym kontraście z ostentacyjnym lekceważeniem, jakie okazał nam ten fircykowaty lewak z Waszyngtonu [Barack Obama – uzup. BP]. (…) Putin nie tylko zjawił się w Gdańsku osobiście, ale wystąpił tam w tonie powściągliwym i pojednawczym. Powiedział na Westerplatte (Rz, 2.9.2009): »Mój kraj uznaje błędy przeszłości. (…) Chcielibyśmy, aby stosunki polsko-rosyjskie były oddzielone od rozrachunków historycznych i oparte na zasadzie dobrosąsiedztwa«. A na konferencji prasowej w Grand Hotelu zaproponował nam wręcz powrót do umowy w sprawie tego rurociągu, który nas tak – słusznie zresztą – niepokoi.

A my co na to? Gderania i pretensje. I to nie tylko politycy, lecz i ludzie skądinąd bardzo rozumni. Tak np. prof. Zdzisław Krasnodębski pisał (tamże): »Generalnie jestem zawiedziony i rozczarowany tym, co powiedział premier Putin. Przede wszystkim – ani słowa o Katyniu«. Pytam: a dlaczego miał premier Putin mówić o tym na Westerplatte, jeżeli nie uznał tego za stosowne? (…).

Ale to jeszcze nic przy tym, co napisał red. Bronisław Wildstein – też jeden z tych, których rozumności nie byłbym w najmniejszym stopniu skłonny kwestionować. Mówi on (Rz 14.9.2009): »Niezależne organizacje (…) prowadzą walkę o odsłonięcie całej prawdy na temat (Katynia) i borykają się z oporem władz rosyjskich. Walczą również o symboliczne zadośćuczynienie za zbrodnie. Jeżeli zrezygnujemy z kategorii ludobójstwa, to nie mamy podstaw, aby żądać interwencji międzynarodowych czynników w tej sprawie«. Czy mu tutaj rozum odjęło? »Symboliczne zadośćuczynienie« – ale zapewne w rublach całkiem niesymbolicznych! I na jaką to »interwencję« i jakich »międzynarodowych czynników« red. Wildstein tu liczy? Kto się na świecie do tego kwapi, żeby z nami iść na Moskwę wymuszać jakieś »zadośćuczynienia«; szlakiem hetmana Stanisława Żółkiewskiego?

Powiedzmy wyraźnie dwie rzeczy. Sprawę Katynia jako problem polityczny między Polską i Rosją rozwiązał wielki, historyczny gest prezydenta Borysa Jelcyna z 14 października 1992 roku. W tym dniu przekazał on nam przez swojego osobistego wysłannika treść najtajniejszego dokumentu, w którym zawarta jest najgłówniejsza i dla Rosjan najstraszniejsza prawda o zbrodni katyńskiej. My powinniśmy byli uznać wtedy tę sprawę za tym samym ostatecznie wobec Rosji zamkniętą – i głośno to powiedzieć. Nie uczyniliśmy tego. Uważam, że to był nasz błąd. A wywlekanie nadal sprawy Katynia na forum polityczne jest już teraz tylko czystym jątrzeniem, jeżeli nie czymś jeszcze gorszym. To samo – po drugie – dotyczy paktu Ribbentrop-Mołotow i daty 17 września 1939 roku. W 54 lata później, 18 września 1993 roku, Rosjanie wycofali z Polski swoje ostatnie wojska. Wycofali je dobrowolnie, bez walki; nie została przelana ani jedna kropla polskiej krwi. I tak, bez przelewu krwi, została zwrócona nam suwerenność, którą przedtem nam zabrali. To był z ich strony drugi wielki gest – i my powinni byśmy znowu uznać, że sprawa ich wkroczenia w 1939 roku na nasze terytorium jako aktualny problem polityczny jest zamknięta.

A co robimy? Próbujemy – jedyni na świecie, samotni w tym jak palec – rozszerzać dziś propagandowo winę za rozpętanie drugiej wojny światowej i przesuwać ją z Niemców także na Rosjan. Równie dobrze jak rzec, że drogę do wojny otwarł pakt zawarty w Moskwie 23 sierpnia 1939 roku, można też rzec, że otworzył ją układ zawarty 29 września 1938 roku w Monachium. Dlaczego się mówi, że drogę do wojny otwierał układ Ribbentrop-Mołotow, a nie układ Hitler-Chamberlain? Putin wytknął to na Westerplatte i miał niestety rację.

Cała nasza polityka wobec Rosji po 1993 roku zdaje mi się jakaś bez sensu. Nie widzę, co myślimy nią osiągnąć. Pchamy palec między drzwi; rozumiem, że czasem trzeba robić nawet to, ale w tym wypadku nie rozumiem po co. Tyle powiedziałem w radio. Wielu wzięło mi to za złe, ale wielu też mnie poparło. Chciałbym tu swoją wypowiedź uzupełnić, zwłaszcza co do sprawy katyńskiej.

Katyń to cierń w duszy Rosji. Jak bardzo on Rosjanom dolega, pokazują bezradne manewry propagandowe, jakimi usiłują jego bolesne kłucie osłabić. Takim manewrem są podnoszone przez nich od niedawna losy bolszewickich jeńców wojennych w Polsce po wojnie 1920 roku, zwłaszcza wysoka ich śmiertelność w obozie internowania gdzieś koło Tucholi. Aluzja do niej znalazła się nawet w liście premiera Putina do Polaków z 31 sierpnia br., opublikowanym na łamach »Gazety Wyborczej«. Wymienił tam jednym tchem »zarówno cmentarze pamięci w Katyniu i Miednoje, podobnie jak tragiczne losy żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli podczas wojny 1920 roku«; jednak nie powtórzył już tego na Westerplatte, co należy zauważyć.

Katyń i Tuchola są to dwie sprawy niewspółmierne – i to absolutnie. Wysuwanie tej drugiej jako propagandowej »przeciwwagi« dla pierwszej jest tylko beznadziejną próbą obrony. Sprawę tego obozu pod Tucholą trzeba naturalnie zbadać historycznie i opisać z pełnym obiektywizmem. Ale i bez tego różnica jest oczywista: Katyń to był potworny mord z premedytacją, Tuchola to była karygodna nieudolność organizacyjna.

(…) Wszelkie próby, by umniejszyć wyjątkową grozę zbrodni katyńskiej, są z góry daremne. Tej zbrodni umniejszyć się nie da. Nie potrzeba też przyklejać do niej etykiety »ludobójstwa« ani żadnej innej, bo ona stoi ponad wszelkimi etykietami, jest sui generis. Sami jej tylko nie desakrujmy, czyniąc z niej obiekt przetargów politycznych lub zgoła tytuł do jakichś roszczeń materialnych. Rosja uznała swoją winę głębiej, niż ktokolwiek mógł był się spodziewać; zgodziła się także, by w miejscu zbrodni stanął krzyż. Nic więcej nie było tu do zrobienia, więc czego jeszcze od nich chcemy? Nie rozmieniajmy świętości narodowej na drobne.

Nie mieszajmy też tamtej sprawy ze sprawą 17 września 1939 roku. Co do tamtej Rosjanie czują się winni, co do tej zaś nie. Albowiem istotnie: to nie wkroczenie ich wojsk na terytorium Polski przesądziło wynik naszej walki z Niemcami. W połowie września, skoro nie ruszyła się Francja, wynik ów był już przesądzony i głupstwem jest dziś mówić o »ciosie w plecy«. Złem było nie samo to, że wkroczyli, lecz to, jak się potem wobec nas zachowali: od nikczemnej mowy Mołotowa poczynając, a na tamtej strasznej sprawie kończąc, na której zresztą jego podpis też figuruje.

Wszystkie owe zaszłości trzeba najstaranniej przechowywać w pamięci naszego narodu i opracowywać dalej historycznie. Nie ma natomiast żadnej potrzeby, by wciąż od nowa podtykać je Rosjanom pod nos. Pamiętać to nie to samo, co publicznie obnosić się ze swoimi żalami. Czy to nie jasne? (cyt. za: „Myśl Polska”, strona internetowa).

Tyle prof. Wolniewicz 10 lat temu. Niestety, nie było to jasne ani wtedy ani teraz dla polityków postsolidarnościowych i dlatego polsko-rosyjska wojna historyczna przybrała obrót, którego w Polsce nikt się nie spodziewał, a dla samej Polski groźny. Politycy III RP uczynili z historii problem polityki bieżącej w relacjach polsko-rosyjskich. Przywódca Rosji odpowiedział tym samym i to w sposób brutalny.

Wypowiedzi Putina z 20 i 24 grudnia 2019 roku są daleko niestosowne – zarówno wobec Józefa Lipskiego, który podczas drugiej wojny światowej walczył z Niemcami hitlerowskimi w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, jak i wobec władz II RP. Albowiem w korespondencji ambasadora z jego zwierzchnikiem nie zostało wyrażone stanowisko rządu. Notatka ambasadora Lipskiego z 20 września 1938 roku w żaden sposób nie dowodzi tego, że II RP planowała wspólnie z III Rzeszą zagładę Żydów. Dotyczyła on co najwyżej sprawy emigracji Żydów z Europy. Po pierwsze – w roku 1938 taka emigracja nie mogła oznaczać ich eksterminacji (nie było wówczas wojny, która stwarza warunki do takich dzialań i w III Rzeszy nie planowano jeszcze zagłady Żydów); po drugie – kwestię emigracji Żydów z Europy rozważano wtedy w wielu stolicach europejskich; po trzecie – emigrację Żydów europejskich, zwłaszcza do Palestyny, wspierał wtedy ruch syjonistyczny i zawarł w tej sprawie nawet umowę z III Rzeszą (tzw. Porozumienie Haavara z 25 sierpnia 1933 roku, na mocy którego w latach 1933-1935 wyjechało z Niemiec do Palestyny ponad 50 tys. Żydów).

Tym bardziej więc dziwi oświadczenie prezydenta Federacji Wspólnot Żydowskich Rosji (FEOR), rabina Aleksandra Borody, który wyraził Putinowi „głęboką wdzięczność za tak emocjonalną i sprawiedliwą reakcję na publikację nowych faktów dotyczących poparcia ze strony Polski dla polityki Niemiec w latach 30-tych i 40-tych” (cyt. za: Sputnik Polska). Notabene rabin powinien wiedzieć, że Polska „w latach 40-tych” nie popierała polityki Niemiec, ale była okupowana przez Niemcy hitlerowskie i Związek Radziecki, Polacy ginęli w wyniku terroru niemieckiego i radzieckiego, a polski rząd na uchodźstwie, siły zbrojne i konspiracja w okupowanym kraju prowadziły walkę z III Rzeszą.

Całkowitym nonsensem jest stwierdzenie rabina Borody, że ambasador Lipski zainspirował Hitlera „do zabójczych decyzji, poparł śmiercionośny plan w jego samym zarodku, tym samym dając mu siłę i energię”, a Polska „popierała nazistów na najwyższym poziomie” (cyt. za: Sputnik Polska). W 1938 roku – jak już powiedziałem – w Niemczech nie było jeszcze planu zagłady Żydów, takiego jaki narodził się tam na przełomie lat 1941 i 1942. Przed wybuchem drugiej wojny światowej kierownictwo hitlerowskie opowiadało się za emigracją Żydów z Europy. Plan ich przymusowego wysiedlenia skonkretyzował się w Berlinie – jako tzw. Madagaskar Plan – dopiero po pokonaniu przez Niemcy Francji w 1940 roku. Wedle Madagaskar Plan Żydzi (w pierwszej kolejności zachodnioeuropejscy) mieli być wysiedleni do kolonii francuskich podległych reżimowi Vichy. Dopiero w warunkach wojny taki plan wysiedlenia Żydów z Europy mógł być parawanem dla ich eksterminacji (jak „wysiedlenie” Ormian przez Turcję w 1915 roku). Jednakże po agresji Niemiec na ZSRR w 1941 roku Hitler – będąc przekonany, że wygrał już wojnę – zarzucił Madagaskar Plan na rzecz „ostatecznego rozwiązania”, czyli eksterminacji Żydów.

W ten sam ton co rabin Boroda uderzył natychmiast izraelski historyk Aaron Schneyer. Stwierdził on, że wypowiedź Putina była „dyplomatycznie nie całkiem poprawna, ale w istocie słuszna”. Zdaniem Schneyera źródeł Madagaskar Plan należy szukać nie w Berlinie, ale w Warszawie. Wyraził się następująco: „naziści wykorzystali polską ideę wysłania Żydów na Madagaskar. Kiedyś taka idea istniała jako taka (…). Ale nie została zrealizowana (…). W tamtym czasie Madagaskar był francuską kolonią i trzeba było jakoś dogadać się z Francją, no i realizacja wymagałaby dużych nakładów finansowych” (cyt. za: Sputnik Polska). Taki ton pobrzmiewa już w ukazujących się w Rosji publikacjach historycznych. Np. w artykule niemieckiego historyka z uniwersytetu w Ratyzbonie (Universität Regensburg) Waldemara Schmidta pt. „Antysemicki »Madagaskar Plan« i jego realizacja w przedwojennej Polsce w latach 1936-1939” („Aнтисемитский »Мадагаскарский план« и его реализация в предвоенной Польше в 1936–1939 годах”), który został opublikowany w numerze trzecim z 2018 roku „Magazynu Badań Historycznych” („Журнал исторических исследований”), wydawanego przez prokremlowską fundację „Pamięć historyczna” („Историческая память”).

Tu nie chodzi więc o Lipskiego. Putin sformułował publicznie tezę, że II RP znała ludobójcze plany III Rzeszy (rzekomo istniejące już w 1938 roku) i je akceptowała. Uruchomił następnie w tej sprawie niechętne Polsce środowiska żydowskie. O to tutaj chodzi. O Polskę jako rzekomego wspólnika Rzeszy w zagładzie Żydów, w takiej czy innej formie. Najmniejsze znaczenie ma w tym wszystkim prawda, czyli to, że Polska nigdy nie współpracowała z Niemcami hitlerowskimi przeciw Żydom.

Obóz rządzący w Polsce, prowokując Rosję m.in. swoją polityką historyczną, a zwłaszcza usuwaniem pomników Armii Czerwonej, być może przypuszczał, że ewentualny odwet rosyjski nastąpi wobec polskich miejsc pamięci w Katyniu i Miednoje (jeśli w ogóle martwił się perspektywą ewentualnego odwetu). Nie przewidział, że Putin w odwecie uderzy w piętę achillesową Polski, jaką są stosunki polsko-żydowskie. Tak jest dla niego jest i bezpiecznie, i wygodnie. A dla Polski jest to groźne. Nowa wersja historii przedstawiona przez Putina, wedle której Polska w 1938 roku znała i aprobowała rzekomo istniejące już wtedy plany Hitlera dotyczące zagłady Żydów, jest groźniejsza niż bajdurzenia zachodnich mediów o „polskich obozach zagłady”. Z takim przesłaniem Putin pojedzie w styczniu 2020 roku do Izraela na organizowane tam obchody 75-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz. Przypuszczam, że polscy rusofobi są jednak z tego zadowoleni nie mniej niż gdyby doszło do jakiegoś odwetu wobec polskich miejsc martyrologii w Rosji. W każdym razie też mogą powiedzieć – patrzcie, a nie mówiliśmy, to jest Rosja, sowiecki skansen, tak wygląda jej odwieczne antypolskie i azjatyckie oblicze.

Stosunki polsko-rosyjskie są już tak zabagnione, że ich odbudowa wydaje się perspektywą niesamowicie odległą. Zwłaszcza, że po obu stronach jest coraz mniej woli odbudowy tych stosunków, coraz więcej złych emocji i prowokacji. Będzie zatem dalsze obrzucanie się błotem. Oby tylko tyle. Obóz polityczny Jarosława Kaczyńskiego uczynił sobie z Rosji śmiertelnego wroga i zaczyna przegrywać z nią konfrontację polityczną (m.in. w sprawie Ukrainy) i historyczną. Stało się tak zgodnie z tym, co przewidział 10 lat temu prof. Bogusław Wolniewicz mówiąc o skutkach zaczepiania dużego przez małego, przy faktycznym osamotnieniu tego drugiego.

Prowokacyjny cel wypowiedzi Putina o ambasadorze Lipskim, wspartej natychmiast przez środowisko żydowskie w Rosji, jest oczywisty – wywołać antysemickie reakcje w Polsce, by pokazać światu, że to kraj chorobliwego antysemityzmu i w oskarżeniach o akceptację antyżydowskiej polityki III Rzeszy przez II RP jest coś na rzeczy. Jak znam polską rzeczywistość, to mogę przypuszczać, że znajdą się tacy, którzy będą chcieli palić kukłę Żyda – tym razem ucharakteryzowaną nie na Sorosa, ale Putina. Reakcja władz polskich oraz społeczeństwa na prowokację Putina pokaże na ile te władze i społeczeństwo są dojrzałe politycznie. Oby się znowu nie okazało, że dziecinnie niedojrzałe.

Natomiast nieliczne w Polsce środowiska przychylne Rosji – które w obliczu postępującej od 2010, a zwłaszcza 2014 roku katastrofy stosunków polsko-rosyjskich próbowały jednak budować mosty i były z tego powodu oskarżane przez ponadpartyjny obóz rusofobii o agenturalność – powinny dać jasny sygnał stronie rosyjskiej: wypowiedź Putina jest asymetryczną reakcją na polską politykę historyczną. Tak nie wolno. Nie tędy droga. Nawet jeżeli tego głosu po drugiej stronie nikt nie usłyszy.

[1] Cyt. za: Putin o polskim dyplomacie: bydlak i świnia. „Oskarżenia Putina to hipokryzja”, http://www.onet.pl, 24.12.2019.

Bohdan Piętka

4 stycznia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 1-2 (2273/2274), 5-12.01.2020, s. 1, 10-11

Wygrała formuła Steinmeiera

Trójstronna Grupa Kontaktowa – gremium złożone z przedstawicieli Ukrainy, Rosji i OBWE, działające na rzecz dyplomatycznego rozwiązania konfliktu w Donbasie – zaakceptowała tzw. formułę Steinmeiera, czyli zaproponowany jeszcze w 2016 roku przez ówczesnego szefa dyplomacji Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera plan zakończenia wojny na wschodzie Ukrainy. Po kilkumiesięcznych pertraktacjach Leonid Kuczma – przedstawiciel Ukrainy w Grupie Kontaktowej – parafował 1 października w Mińsku ukraińską zgodę na formułę Steinmeiera, która zakłada, że ukraiński parlament ma przegłosować ustawę nadającą tymczasowy specjalny status części obwodów donieckiego i Ługańskiego. Jednocześnie na tym terytorium miałyby się odbyć wybory samorządowe według ukraińskiego prawa. Cały proces ma obserwować OBWE, a gdy uzna, że wybory odpowiadały standardom demokratycznym, status ten ma obowiązywać na stałe.

Jeszcze 18 września Kuczma sprzeciwiał się w Mińsku takiemu rozwiązaniu żądając, by najpierw Rosja wycofała swoje wojska z Donbasu, a Ukraina uzyskała kontrolę nad granicą pomiędzy republikami ludowymi w Doniecku i Ługańsku a Rosją. Formalnie w Donbasie nie ma wojsk rosyjskich, więc to żądanie stawiało dalsze negocjacje w martwym punkcie. Prezydent Wołodymyr Zełenski jednak wycofał się z takiego stanowiska i porozumienie stało się możliwe. Jego zgoda na przyjęcie formuły Steinmeiera, zawieszenie broni i wycofanie sił ukraińskich z miejscowości Pietrowskoje i Zołotoje umożliwia przeprowadzenie szczytu „normandzkiej czwórki” (Francja, Niemcy, Ukraina, Rosja). Droga do zakończenia wojny w Donbasie została otwarta. Zełenski tym samym spełnił swoją podstawową obietnicę wyborczą, dzięki której został wybrany przez Ukraińców na prezydenta w kwietniu br. – obietnicę zakończenia wojny z rosyjskojęzyczną ludnością na wschodzie Ukrainy. Wojny będącej skutkiem przewrotu politycznego w Kijowie w 2014 roku.

Sam Zełenski przyznał, że konflikt w Donbasie zaczął się od „kwestii językowej” i że w obecnej sytuacji kraju „nie można koncentrować się na takich, dzielących ludzi kwestiach”[1]. Zaczął się od próby wykreowania nacjonalistycznej, antyrosyjskiej Ukrainy – co było celem puczu majdanowego w 2014 roku. Doprowadziło to w konsekwencji do rozpadu tego państwa, ponieważ rosyjskojęzyczna ludność Ukrainy nie chciała być społecznością drugiej kategorii w państwie budującym tożsamość narodowo-państwową na tradycji politycznej Stepana Bandery. Mieszkający na Ukrainie Rosjanie i rosyjskojęzyczni Ukraińcy – w sumie jedna trzecia obywateli tego kraju – postanowili w tej sytuacji przyłączyć się do Rosji. Dlatego wiosną 2014 roku odpadł od Ukrainy Krym – zamieszkały w większości przez Rosjan. Była to ich wola, a nie „rosyjska aneksja”, jak to podaje się w polskich mediach. Do tego samego zmierzał Donbas. Jednakże Rosja Donbasu nie chciała, a ekipa Poroszenki w Kijowie postanowiła go spacyfikować rękami nacjonalistów ukraińskich. Tak doszło do wojny, która wbrew narracji polskich mediów nie była „rosyjską agresja”, ale ukraińską wojną domową. Jej zakończenie stało się po pięciu latach wolą większości Ukraińców – zmęczonych rządami majdanowej ekipy Poroszenki. Ta ekipa przegrała i została odsunięta od władzy właśnie dlatego, że większość Ukraińców chciała i chce pokoju w swoim państwie.

Zaakceptowanie formuły Steinmeiera przez Ukrainę z zadowoleniem przyjęli kanclerz Angela Merkel, szef MSZ Niemiec Heiko Mass, szef MSZ Francji Jean Yves Le Drian i ministerstwo ds. europejskich Wielkiej Brytanii[2]. Tym samym stało się możliwe zniesienie sankcji przeciw Rosji, których Niemcy i Francja tak naprawdę nigdy nie chciały i zgodziły się na nie tylko pod naciskiem promajdanowej polityki amerykańskiej. Samemu Zełenskiemu bardzo zależy na spotkaniu z Władimirem Putinem. Ma nadzieję, że takie spotkanie przyspieszy ostateczne porozumienie[3].

To co stało się w Mińsku 1 października jest faktem bardzo doniosłym. Ostatecznie przegrała na Ukrainie majdanowa „partia wojny”, którą tworzą Batkiwszczyna, obóz Poroszenki i cała plejada epigonów banderyzmu od partii Swoboda i Prawego Sektora poczynając, a na neonazistowskim ruchu azowskim kończąc. Przegrał Majdan. Po ponad pięciu latach od tego wspieranego szczególnie przez Polskę przewrotu nastąpiła wielka klęska jego sprawców oficjalnych i zakulisowych. Przegrani wyszli na ulice. Szef ruchu azowskiego Andrij Biłecki nazwał porozumienie z Mińska „kapitulacją Ukrainy na warunkach Putina” i wezwał do protestów przed siedzibą prezydenta Zełenskiego. Wezwanie to poparł natychmiast Petro Poroszenko[4]. Z kolei pani Julia Tymoszenko oświadczyła, że uważa formułę Steimeiera za nie do przyjęcia, ponieważ „jej podpisanie w Mińsku to bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, integralności terytorialnej i suwerenności [Ukrainy]”[5]. Nie, proszę panią. To skutek firmowanej m.in. przez panią awanturniczej polityki. Trzeba umieć ponosić konsekwencje własnych działań.

Przeciwko przyjęciu formuły Steinmeiera zbuntowały się też zdominowane przez neobanderowską Swobodę rady obwodów lwowskiego i tarnopolskiego. W przyjętych jednogłośnie uchwałach epigoni Stepana Bandery z zachodniej Ukrainy stwierdzili, że porozumienie z Mińska jest niedopuszczalne i oznacza kapitulację przed Rosją. Szef lwowskiej Swobody Lubomyr Melnyczuk zagroził, że jeśli porozumienie będzie wdrażane, to władze w Kijowie „dostaną taką walkę, jakiej Ukraina jeszcze nie widziała”[6]. Na ulice Kijowa 2 października i w niedzielę 6 października wyszły tysiące ukraińskich nacjonalistów w proteście przeciw porozumieniu z Mińska. Ogłosili oni powołanie „Ruchu przeciwko kapitulacji”. Wśród jego sygnatariuszy znaleźli się m.in. były przywódca Prawego Sektora Dmytro Jarosz i były minister oświaty Serhij Kwit. Obaj są fanatycznymi banderowcami i nigdy tego nie ukrywali. Są to jednak już tylko żałosne zawodzenia przegranej „partii wojny”. Nacjonaliści ukraińscy po raz kolejny nie są w stanie zmienić biegu historii.

Z tym zawodzeniem obozu Poroszenki, Tymoszenko i nacjonalistów ukraińskich współbrzmi narracja wielu polskich mediów. Władze polskie zachowały wstrzemięźliwość wobec tego, co stało się w Mińsku 1 października. To, czego nie powiedzieli politycy polscy, powiedziały natomiast polskie media. Wymowne były już same tytuły doniesień o porozumieniu mińskim: „Rosja wygrała? Ukraina wstępnie zgodziła się na tzw. plan Steinmierea” (forsal.pl), „Ryzykowna gra Kijowa. Ekipa Zełenskiego wykonała pierwszy krok do legalizacji samozwańczych republik Donbasu” (dziennik.pl), „Formuła Steinmeiera i wybory w Donbasie. Ryzykowna gra, ale nie kapitulacja” (gazetaprawna.pl), „Czy Ukraina może jeszcze polegać na Europie? Zaproponowana przez Niemców formuła zakończenia konfliktu w Donbasie stawiałaby Ukrainę w niekorzystnym położeniu w stosunku do Rosji” (gosc.pl), „Nie kapitulacji!. W Kijowie protesty przeciwko »formule Steinmeiera«” – cieszy się belsat.eu, „Ukraina. Wstępna zgoda na legalizację samozwańczych republik Donbasu” (gazeta.pl). Kawę na ławę wyłożył bez ogródek pan Andrzej Łomanowski z działu zagranicznego dziennika „Rzeczpospolita”. Zacytuję jego felieton w całości.

„Wymęczone wojną społeczeństwo – pisze red. Łomanowski – zagłosowało na nowego przywódcę, który chciał ją zakończyć. Teraz jednak Wołodymyr Zełenski udowadnia prawdziwość powiedzenia, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Można mieć wątpliwości, czy prezydent Ukrainy zdaje sobie sprawę z konsekwencji swych gestów dobrej woli. Najpierw udało mu się doprowadzić do wymiany więźniów z Rosją. Tyle że skapitulował i uznał, że ukraińscy wojskowi marynarze, których Rosjanie zatrzymali w listopadzie 2018 r., nie są jeńcami wojennymi, ale zwykłymi więźniami. W dodatku milcząco uznał rosyjskie pretensje do kontrolowania całej Cieśniny Kerczeńskiej i oddał Rosji ukraińskiego obywatela, który był kluczowym świadkiem w sprawie zestrzelenia malezyjskiego boeinga nad Donbasem w lipcu 2014 r. Teraz zaś – by ruszyć z miejsca rozmowy pokojowe – Wołodymyr Zełenski znów przyjął rosyjskie warunki. Z tego, co wiadomo, Kreml będzie mógł przeprowadzić sobie na okupowanych terenach wybory (lokalne i na brakujące miejsca do ukraińskiego parlamentu). W ten sposób otrzyma to, do czego dążył, czyli silne prorosyjskie lobby w Kijowie, z prawem weta wobec strategicznych wyborów: członkostwa w UE i NATO. I będzie mógł rozszerzyć swoje wpływy nad Dnieprem, znacznie ograniczone z powodu agresji z 2014 r. Jeśli potwierdzą się informacje o szczegółach najnowszych porozumień z Mińska, będzie mogło to dla nas oznaczać zamrożenie współpracy z Ukrainą. W geopolitycznym sensie nasz sąsiad będzie stracony, co wraz z wchłanianiem Białorusi przez Rosję oznacza, że teraz my znajdziemy się na pierwszej linii konfliktu z Kremlem”[7].

Zamrożenie współpracy z Ukrainą… W geopolitycznym sensie nasz sąsiad jest stracony… Ach tak… Taka jest reakcja ponadpartyjnego obozu polskiej rusofobii wobec perspektywy pokoju na Ukrainie. Tutaj została pokazana cała „moralność” polskiej polityki. Powodem zamrożenia współpracy z Ukrainą nigdy nie stały się kult nacjonalizmu ukraińskiego i oficjalna negacja przez Kijów ludobójstwa OUN-UPA na Polakach. To nigdy polskiej „klasie politycznej” nie przeszkadzało i nie przeszkadza nadal. W geopolitycznym sensie Ukraina została stracona dla polskiej „klasy politycznej” dopiero wtedy, gdy zapragnęła pokoju ze swoimi obywatelami pochodzenia rosyjskiego i Rosją. Nie mogą już pójść „z Kozakami na Moskwę” – jak chciał pan Jerzy Targalski. Dlatego Ukraina jest dla nich geopolitycznie „stracona”.

Z felietonu red. Łomanowskiego wychodzi cały absurd polityki uprawianej od ćwierć wieku w Warszawie. Polityki opartej na historycznych sentymentach i uprzedzeniach, oderwanej od rzeczywistości, opartej na fałszywych przesłankach i będącej jedynie pomocniczym narzędziem realizacji interesów amerykańskich w Europie Środkowo-Wschodniej. Dla postsolidarnościowych elit politycznych istnienie Polski ma sens tylko wtedy, gdy szkodzi ona Rosji, a wspieranie Ukrainy ma sens także tylko wtedy, gdy szkodzi ona Rosji. Tak wygląda cała „mądrość” i „moralność” polskiej polityki wschodniej.

Odpowiedzialni za taką politykę są ludzie, którzy nie zdobyli podstawowej wiedzy historycznej i geopolitycznej oraz hołdują prometejskim mitom sprzed stu lat, które nie mają żadnego przełożenia na świat współcześnie istniejący. Nie rozumieją ci ludzie swojej śmieszności i faktu, że ich Międzymorze było i jest jedynie mitem, który musiał rozpłynąć się we mgle. Zamiast Międzymorza będzie zmodyfikowana do warunków współczesnych Mitteleuropa, ponieważ karty na Ukrainie rozdają Niemcy i Rosja, a nie Polska, która nie ma do tego własnej siły i ze względu na swoją dziwaczną politykę zagraniczną nie może być traktowana przez kogokolwiek poważnie. Antyrosyjska Ukraina zawsze była i zawsze będzie proniemiecka i w Berlinie, a nie w Warszawie będzie upatrywać swojego protektora. Żeby to jednak wiedzieć, trzeba przynajmniej ogólnie znać historię jako naukę, a nie bajki historyczne o Przedmurzu i Międzymorzu.

Zarysowujące się na Ukrainie porozumienie pokojowe jest klęską nie tylko ukraińskiej, ale także polskiej „partii wojny” oraz jej historycznych i ideologicznych mitów. I co teraz? Rosyjskie czołgi ruszą na Warszawę – jak to wynika konkluzji zawartej w felietonie red. Łomanowskiego. No to cała nadzieja w Fort Trump, który jednakże – jak sam prezydent Donald Trump powiedział – zostanie utworzony nie dlatego, że USA obawiają się agresji rosyjskiej w Europie, ale dlatego, że prezydent Duda o to go poprosił i zadeklarował sfinansowanie stacjonowania wojsk amerykańskich w Polsce. Panowie, naprawdę nie widzicie swojej śmieszności?

[1] Zełenski: konflikt w Donbasie zaczął się od kwestii językowej, http://www.kresy.pl, 10.10.2019.

[2] Merkel: porozumienie ws. Donbasu otwiera drogę do szczytu normandzkiej czwórki w Paryżu, http://www.kresy.pl, 3.10.2019.

[3] R. Szoszyn, Ukraina-Rosja: Przełom czy kapitulacja?, http://www.rp.pl, 2.10.2019.

[4] Ukraińscy nacjonaliści oburzeni porozumieniem ws. Donbasu wzywają do wyjścia na ulice, http://www.kresy.pl, 1.10.2019.

[5] Tymoszenko i Poroszenko oraz ich partie przeciwko porozumieniu ws. Donbasu według „formuły Steinmeiera”, http://www.kresy.pl, 2.10.2019.

[6] Ukraina: rady obwodów lwowskiego i tarnopolskiego przeciwko akceptacji „formuły Steinmeiera”, http://www.kresy.pl, 2.10.2019.

[7] Łomanowski: Dobre chęci Zełenskiego, http://www.rp.pl, 2.10.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 43-44 (2263/2264), 20-27.10.2019, s. 9

Odszedł Jacques Chirac (1932-2019)

26 września zmarł Jacques Chirac (1932-2019) – ostatni wychowanek szkoły politycznej Charles’a de Gaulle’a, który jako prezydent Francji zapisał się w historii przede wszystkim ze względu na swój bezkompromisowy sprzeciw wobec amerykańskiej agresji na Irak w 2003 roku. Na wieść, że Polska dołączyła do grupy państw popierających inwazję USA na Irak powiedział wtedy: „Stracili dobrą okazję, aby siedzieć cicho”. Polska „klasa polityczna” – święcie oburzona uwagą Chiraca – wielokrotnie traciła później okazję, żeby siedzieć cicho. Zwłaszcza w kwestii Ukrainy. Z mądrych rad trzeba umieć korzystać.

Jacques Chirac urodził się w zamożnej paryskiej rodzinie. Był synem odnoszącego sukcesy dyrektora prywatnej firmy lotniczej. Pierwszą pracę podjął po maturze, kiedy przez trzy miesiące służył na statku transportującym węgiel. Georges Clemenceau (1841-1929) powiedział, że „kto nie był za młodu socjalistą, ten będzie na starość kanalią”. Powiedzenie to można w jakiś sposób odnieść do Jacques’a Chiraca, który w młodości związał się z radykalną lewicą. Na początku lat 50-tych XX w. Chirac wstąpił do Francuskiej Partii Komunistycznej. Sprzedawał egzemplarze „L’Humanité” i brał udział w mitingach FPK. W 1950 roku podpisał nawet inspirowany przez ZSRR Apel Sztokholmski w sprawie zakazu produkcji broni atomowej. Doprowadziło to do jego przesłuchania przez służby amerykańskie, gdy po raz pierwszy złożył wniosek o wyjazd do USA.

Po ukończeniu w 1953 roku paryskiego Instytutu Nauk Politycznych wziął udział w kursie szkoły letniej Uniwersytetu Harvarda. Następnie rozpoczął studia w École nationale d’administracion (ENA – Narodowa Szkoła Administracji) – uczelni kształcącej elity polityczne Francji. W czasie studiów na tej uczelni przyjaźnił się z Michelem Rocardem (1930-2016) – znanym później liderem Partii Socjalistycznej i premierem Francji w latach 1988-1991. Chirac myślał nawet o wstąpieniu do Francuskiej Sekcji Międzynarodówki Robotniczej (od 1969 r. Partii Socjalistycznej). Ostatecznie jednak porzucił lewicę i żeby uwiarygodnić się w kręgach prawicowych zaczął deklarować poparcie dla utrzymania Algierii Francuskiej, a nawet zgłosił się ochotniczo do udziału w wojnie algierskiej (1954-1962) – ostatniej wojnie kolonialnej Francji, która skompromitowała Francję i pogrzebała francuskie imperium kolonialne.

Korzystając z rodzinnych koneksji zaciągnął się do kawalerii pancernej podczas decydującej fazy wojny algierskiej w latach 1957-1958. Miał problemy z uzyskaniem stopnia oficerskiego z powodu zastrzeżeń przełożonych do jego działalności w ruchu komunistycznym. Służbę w Algierii zakończył jednak jako podporucznik. W 1959 roku ukończył z wyróżnieniem ENA i został urzędnikiem w Trybunale Obrachunkowym. Związał się wtedy z ruchem gaullistowskim. Głównymi składnikami doktryny gaullizmu, czyli myśli politycznej Charlesa de Gaulle’a (1890-1970) – prezydenta V Republiki Francuskiej w latach 1959-1969 były: myśl chrześcijańska, konserwatyzm, liberalizm klasyczny w gospodarce, pragmatyzm polityczny i pewne elementy bonapartyzmu w nawiązaniu do chwalebnej historii Francji. Gen. de Gaulle serdecznie nie znosił USA, co skutkowało m.in. opuszczeniem przez Francję struktur wojskowych NATO w 1966 roku. W okresie nasilenia „zimnej wojny” w latach 60-tych XX w. mówił o „Europie ojczyzn” i „Europie od Atlantyku po Ural”. Odrzucał też radykalny nacjonalizm. To wszystko ukształtowało całe pokolenie polityków prawicy francuskiej, w tym Chiraca.

W kwietniu 1962 roku Chirac został szefem sztabu osobistego premiera Georges’a Pompidou (1911-1974) – najbliższego współpracownika gen. de Geulle’a i prezydenta Francji w latach 1969-1974. Odtąd Chirac był obecny w polityce francuskiej przez 45 lat. Pompidou uważał Chiraca za swojego protegowanego i nazwał go „moim buldożerem” ze względu na jego wysokie umiejętności w wykonywaniu powierzonych mu zadań. Przydomek „Le Bulldozer” przyjął się we francuskich kręgach politycznych jako synonim szorstkiego stylu bycia Chiraca. W 1995 roku anonimowy brytyjski dyplomata miał powiedzieć, że Chirac „przebija bzdury i dochodzi od razu do sedna … To orzeźwiające, chociaż musisz zapiąć pasy podczas pracy z nim”.

Za namową Pompidou Chirac wystartował jako gaullista w wyborach do Zgromadzenia Narodowego w 1967 roku. Został wybrany w swoim rodzinnym departamencie Corrèze – twierdzy lewicy. To zaskakujące zwycięstwo pozwoliło mu wejść do rządu w charakterze sekretarza stanu ds. pracy w ministerstwie spraw społecznych. W zdobyciu wysokiej pozycji w otoczeniu gen. de Gaulle’a pomogło Chiracowi małżeństwo z Bernadette Chodron de Courcel – siostrzenicą Geoffroy’a de Courcela, byłego adiutanta i jednego z najbliższych współpracowników gen. de Gaulle’a podczas drugiej wojny światowej. Chirac był jednak bardziej „pompidolianem” niż „gaullistą”. Jeszcze przed wydarzeniami 1968 roku objął stanowisko sekretarza stanu w ministerstwie ekonomii i finansów. Kiedy w maju 1968 roku wstrząsnęły Francją rozruchy społeczne, Chirac odegrał kluczową rolę w negocjowaniu kompromisu. W latach 1968–1971 ściśle współpracował z Valérym Giscardem d’Estaing (ur. 1926) – prezydentem Francji w latach 1974-1981, założycielem i przywódcą Unii na rzecz Demokracji Francuskiej (UDF) – który wtedy kierował ministerstwem gospodarki i finansów.

W 1972 roku Chirac otrzymał swoją pierwszą tekę ministerialną (rolnictwa) w gabinecie Pierre’a Messmera (1916-2007). Dwa lata później został w tym samym rządzie ministrem spraw wewnętrznych. Nagła śmierć prezydenta Pompidou sprawiła, że ruch gaullistowski pozostał bez lidera. Naturalnym kandydatem na prezydenta wydawał się były premier Jacques Chaban-Delmas (1915-2000) – lider lewicowych gaullistów. Jednakże 43 deputowanych prawicy gaullistowskiej wyłamało się i wysunęło kandydaturę Valéry’ego Giscarda d’Estaing. Na czele tego „puczu” stał Jacques Chirac. W rezultacie Chaban-Delmas zajął w powszechnych wyborach prezydenckich dopiero trzecie miejsce, za Giscardem d’Estaing i kandydatem lewicy François Mitterandem (1916-1996).

To otworzyło 42-letniemu Chiracowi drogę do stanowiska premiera i lidera ówczesnej partii gaullistowskiej Unia Demokratów na rzecz Republiki (UDR). Jako premier stanął wobec niechęci „baronów gaullizmu”, którzy nie mogli mu zapomnieć „puczu” wobec Chabana-Delmasa. Kontrowersje wobec niektórych reform społecznych i pierwszych planów integracji europejskiej spowodowały, że doszło do spięć pomiędzy Giscardem d’Estaing a Chiraciem, co zakończyło się jego dymisją ze stanowiska premiera w sierpniu 1976 roku. Pod koniec tego roku Chirac powołał własną partię gaullistowską – Zgromadzenie na rzecz Republiki (RPR). Z ramienia RPR z powodzeniem wystartował w wyborach na mera Paryża w 1977 roku. Pokonał wtedy hrabiego Michela d’Ornano (1924-1991) – bliskiego współpracownika Giscarda, którego skrytykował za zbytnią proeuropejskość. W 1978 roku Chirac otwarcie zaatakował proeuropejską politykę Giscarda. Był wtedy zdecydowanym przeciwnikiem integracji europejskiej.

Stanowisko mera Paryża Chirac zajmował aż do 1995 roku. Umożliwiło mu ono poszerzenie własnych wpływów politycznych. Jako mer Paryża z jednej strony realizował programy pomocy osobom starszym, niepełnosprawnym i samotnym matkom, a z drugiej tworzył zachęty podatkowe dla firm inwestujących w stolicy. W 1981 roku po raz pierwszy wystartował w wyborach na prezydenta Francji. Znalazł się na trzecim miejscu za Giscardem i Mitterrandem. Świadomie nie poparł wtedy Giscarda, co przyczyniło się do jego porażki i otworzyło Partii Socjalistycznej drogę do rządów we Francji. W 1986 roku wybory parlamentarne wygrała RDR i Chirac po raz drugi został premierem. Był to pierwszy przypadek w historii V Republiki, kiedy prezydent i premier wywodzili się z dwóch różnych obozów politycznych (tzw. pierwsza koabitacja). Gabinet Chiraca sprzedał wiele spółek publicznych, kontynuując neoliberalną politykę gospodarczą zapoczątkowaną przez socjalistyczny rząd Laurenta Fabiusa w latach 1984-1986 i zlikwidował podatek solidarnościowy od bogactwa (ISF). Rząd Chiraca utrzymał się dwa lata. Kiedy w 1988 roku wybory wygrali socjaliści, nowym premierem został jego kolega ze studiów Michel Rocard. W tym samym roku odbyły się wybory prezydenckie, w których Chirac zajął drugie miejsce za Mitterrandem.

RPR ponownie wygrała wybory parlamentarne w 1993 roku i doszło wtedy do drugiej koabitacji. Premierem został Édourad Balladur (ur. 1929), ponieważ Chirac intensywnie przygotowywał się do wyborów prezydenckich, które odbyły się za dwa lata. W 1995 roku skończyła się druga kadencja wielkiego socjalisty Mitterranda. Do walki o fotel prezydenta V Republiki przystąpili Chirac i lider socjalistów Lionel Jospin (ur. 1937). Chirac wygrał dopiero w drugiej turze i tym samym gaulliści odzyskali po 21 latach fotel prezydencki, który stracili głównie dzięki Chiracowi.

Wybory prezydenckie Chirac wygrał dzięki obietnicom stworzenia nowych miejsc pracy i „rozruszania” gospodarki. Obietnic tych nie spełnił, przez co w 1997 roku do rządu powrócili socjaliści z Jospinem jako premierem (trzecia koabitacja). W polityce zagranicznej rozpoczął natomiast od mocnego i ostro krytykowanego akcentu – wznowienia prób z bronią jądrową w Polinezji Francuskiej. Postanowił połączyć dziedzictwo prezydentów de Gaulle’a i Mitterranda. Znany wcześniej jako eurosceptyk (to było m.in. powodem jego konfliktu z Giscardem w 1976 r. i później), poparł integrację europejską. Uznał, że czasy się zmieniły i inaczej Francja nie utrzyma silnej pozycji na arenie międzynarodowej. W jego koncepcji integracja europejska miała służyć zachowaniu prymatu Francji i Niemiec w UE. Dlatego ściśle współpracował z kanclerzem Niemiec Gerhardem Schröderem (ur. 1944) – na wzór wcześniejszej współpracy Mitterranda i Helmuta Kohla (1930-2017). Zajmując stanowisko proniemieckie, Chirac poparł zbrojną interwencję NATO w Jugosławii w 1999 roku. Siły powietrzne Francji wzięły udział w tej interwencji (operacja Allied Force). Było to zerwanie z sięgającą jeszcze dwudziestolecia międzywojennego francuską polityką wspierania Jugosławii (Serbii).

Radykalne wsparcie przez Chiraca i gaullistów integracji europejskiej spowodowało ostry sprzeciw Frontu Narodowego. Jego lider Jean-Marie Le Pen (ur. 1928) stał się głównym przeciwnikiem Chiraca w wyborach prezydenckich 2002 roku. W pierwszej turze Le Pen pokonał Lionela Jospina, co było szokiem dla elit lewicowych i liberalnych we Francji i Europie. Jednak w drugiej turze Chirac bez problemu pokonał Le Pena, zdobywając 82% głosów. Były to głosy oddane nie tyle za Chiraciem, co przeciw Le Penowi.

Pokłosiem tej dramatycznej kampanii wyborczej był nieudany zamach na Chiraca, którego dokonał podczas parady wojskowej z okazji święta narodowego 14 lipca 2002 roku sympatyk Frontu Narodowego. Chirac zapytany potem, czy wie, że do niego strzelano, kiedy jechał odkrytym samochodem wojskowym, odpowiedział: „Naprawdę?”

W 2002 roku w miejsce RPR utworzono nową partię gaullistowską – Unię na rzecz Ruchu Ludowego (UMP). Chirac powołał na premiera jej działacza Jeana-Pierre’a Raffarin’a (ur. 1948). Wkrótce potem UMP znacząco wygrała wybory parlamentarne. Rząd Raffarin’a próbował wprowadzić liberalne reformy społeczno-gospodarcze, co wywołało masowe protesty społeczne, godzące w pozycję samego prezydenta. Należy zaznaczyć, ze Chirac zwykle opowiadał się za umiarkowanym liberalizmem gospodarczym. Był katolikiem, ale zgodnie z laicką tradycją republikańską we Francji sprzeciwiał się udziałowi religii w życiu publicznym. Jednak po śmierci papieża Jana Pawła II (1920-2005) ogłosił żałobę narodową, co spotkało się z ostra krytyką. Chociaż był przeciwny legalizacji przerywania ciąży, prawo zezwalające na aborcję zostało wprowadzone, gdy był premierem.

Najbardziej w polityce światowej Chirac zapisał się swoim stanowiskiem wobec kryzysu irackiego na przełomie 2002/2003 roku i agresji USA na Irak w 2003 roku (druga wojna w Zatoce Perskiej). Razem z Gerhardem Schröderem, Władimirem Putinem i przywódcą Chin Hu Jintao wyraził ostry sprzeciw wobec planowanej przez USA i Wielką Brytanię agresji na Irak. Prezydent USA George W. Bush i premier Wielkiej Brytanii Tony Blair zostali wtedy poddani przez Chiraca otwartej krytyce. Francja zagroziła zawetowaniem rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, która zezwalałaby na użycie siły wojskowej wobec Iraku. „Irak dzisiaj nie stanowi bezpośredniego zagrożenia, które uzasadnia natychmiastową wojnę” – powiedział Chirac 18 marca 2003 roku, na dwa dni przed rozpoczęciem ataku amerykańsko-brytyjskiego na Irak. Postawa Francji i Niemiec doprowadziła wówczas do znaczącego oziębienia stosunków amerykańsko-europejskich oraz spięć Francji w stosunkach z kandydującymi do członkostwa w Unii Europejskiej państwami Europy Środkowej, które poparły inwazję, głównie z Polską.

Chirac skrytykował też izraelską ofensywę w Libanie  w lipcu 2006 roku. Jednak izraelskie radio wojskowe poinformowało później, iż miał potajemnie powiedzieć izraelskiemu premierowi Ehudowi Olmertowi, że Francja poprze izraelską inwazję na Syrię i obalenie rządu prezydenta Baszszara al-Asada, obiecując zawetować wszelkie posunięcia przeciwko Izraelowi w ONZ lub Unii Europejskiej.

Na przełomie XX i XXI wieku Chirac opowiedział się za głęboką integracją europejską. Dlatego poparł w 2005 roku Traktat ustanawiający Konstytucję dla Europy (TCE) – podpisany 29 października 2004 roku w Rzymie przez państwa członkowskie UE – przekształcający de facto UE w quasi-państwo federalne. Współtwórcą TCE był dawny przyjaciel, a potem wróg polityczny Chiraca – Giscard d’Estaing – którego Chirac krytykował w latach 70-tych XX w. za rozpoczęcie procesu integracji (przekształcania EWG w UE). 29 maja 2005 roku odbyło się we Francji referendum w sprawie ratyfikacji TCE. Rezultatem było zwycięstwo kampanii „Non!” – 55% procent wyborców odrzuciło TCE przy frekwencji 69%, zadając druzgocący cios Chiracowi i UMP, a także części lewicy, która opowiedziała się za TCE. Po porażce referendum Chirac powołał nowego premiera, którym został Domenique de Villepin (ur. 1953). Jego rząd nie potrafił jednak poradzić sobie z kryzysem gospodarczym, czego rezultatem były gwałtowne protesty społeczne jesienią 2005 i wiosną 2006 roku.

W 2007 roku Chirac nie zdecydował się kandydować na trzecią kadencję (zmieniona konstytucja francuska dawała mu taką możliwość). „Całe moje życie poświęciłem służbie Francji i pokojowi” – oświadczył kończąc karierę polityczną. Jej nieprzyjemną puentą był proces o korupcję, jaki wytoczono byłemu prezydentowi Francji w 2011 roku. Chiraca oskarżono o nadużycia w okresie, gdy pełnił funkcję mera Paryża. Miał płacić członkom RPR i ich krewnym za pracę na rzecz miasta, która w rzeczywistości nie była wykonywana. 15 grudnia 2011 roku Chirac został uznany winnym defraudacji pieniędzy publicznych i skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu.

Umarł w okresie głębokiego kryzysu społeczno-politycznego we Francji, którego objawem są trwające od jesieni 2018 roku gwałtowne protesty uliczne tzw. ruchu żółtych kamizelek. Protesty przeciwko rosnącym kosztom życia, zwiększeniu obciążeń podatkowych oraz elitom politycznym Francji symbolizowanym przez prezydenta Emmanuela Macrona – zwolennika neoliberalizmu gospodarczego i federalizacji Europy. Droga, jaką poszedł Macron została mu wytyczona m.in. przez Jacques’a Chiraca.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 2 października 2019 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2261/2262), 6-13.10.2019, s. 13

Polska i Niemcy 80 lat później

Wobec niespodziewanej absencji na obchodach 80-tej rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej najważniejszego spodziewanego przez obóz władzy gościa – czyli Donalda Trumpa – a także nieobecności przywódców Francji i Wielkiej Brytanii, to prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier i kanclerz Angela Merkel nadali światową rangę tym uroczystościom. Bez wątpienia prezydent Niemiec wygłosił również najlepsze i najważniejsze przemówienia – w Wieluniu i przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

Warto przypomnieć co powiedział. Podczas uroczystości w Wieluniu stwierdził m.in: „(…) na Wieluń spadło piekło – rozpętane przez niemiecki rasistowski obłęd i żądzę zniszczenia. (…) Wieluń był zarzewiem, atakiem terrorystycznym niemieckiej Luftwaffe oraz zapowiedzią wszystkiego, co miało nastąpić w ciągu kolejnych sześciu lat. (…) Cynizm niemieckich agresorów był bezgraniczny, ich działania – nieludzkie, a skutki dla mieszkańców tego miasta – straszliwe. (…) Przyszedł czas, by Wieluń i wiele innych zrównanych z ziemią polskich miast i wsi znalazło swoje miejsce obok innych miejsc upamiętniających niemieckie zbrodnie – obok Guerniki, Lidic i Oradour – i abyśmy także w Niemczech i w Berlinie znaleźli nowe i godne sposoby upamiętnienia. Wieluń musi być obecny w naszych umysłach i w naszych sercach.

Tu w Wieluniu sąsiedztwo polsko-niemieckie zostało unicestwione z tak radykalną wolą zniszczenia, z taką siłą, że pamięć o tym boli jeszcze dzisiaj. Który Niemiec może patrzeć na Wieluń, na Warszawę czy Palmiry oraz Auschwitz i inne miejsca Shoah, nie odczuwając wstydu? To Niemcy dokonywali w Polsce zbrodni przeciw ludzkości. Kto twierdzi, że to przeszłość i że to się już skończyło, kto oświadcza, że panowanie nazistowskiego terroru nad Europą to tylko marginalia historii Niemiec, ten sam wydaje na siebie wyrok. Ta przeszłość nie przeminie. Mamy z nią do czynienia. »Każdy ma coś wspólnego z niemieckim losem […] i niemiecką winą, jeśli urodził się Niemcem« – ten, kto chce się powoływać na niemiecką historię, musi znieść także tę wypowiedź Tomasza Manna.

Przeszłość nie przeminie. I nasza odpowiedzialność nie przeminie. My to wiemy. Jako prezydent Niemiec chcę Państwa zapewnić: Nie zapomnimy! Chcemy i będziemy pamiętać. Bierzemy na siebie odpowiedzialność, którą nakłada na nas historia.

(…) Polska stawiła opór tej haniebnej próbie unicestwienia jej. (…) Państwo niemieckie zawsze będzie wdzięczne za to, że zostało ponownie przyjęte do grona Europejczyków po tym, co Niemcy wyrządzili mieszkańcom Wielunia oraz milionom ludzi na naszym kontynencie. Niemcy zawsze będą wdzięczne za walkę Polaków o wolność, która zerwała żelazną kurtynę i utorowała drogę do zjednoczonej Europy. Nie możemy cofnąć wyrządzonych krzywd i cierpień. Nie możemy ich też zliczyć. Jednak Polska wyciągnęła do Niemiec dłoń w geście pojednania. Mimo wszystko. Jesteśmy głęboko wdzięczni za tę wyciągniętą do nas dłoń, za gotowość Polski, by wspólnie podążać drogą pojednania[1].

Natomiast w Warszawie powiedział: „Ta wojna była zbrodnią niemiecką. Historia tego miejsca jest tego świadectwem. Już od pierwszego dnia wojny Niemcy ostrzeliwali Warszawę. Przez lata siali ogromne spustoszenie w tym mieście. Całe dzielnice miasta zrównali z ziemią. Deportowali jego mieszkańców. Mordowali mężczyzn, kobiety i dzieci. Polska, jej kultura, jej miasta, jej mieszkańcy – wszystko, co żywe, miało zostać unicestwione. (…) Nie ma drugiego takiego miejsca w Europie, w którym z takim trudem przychodziłoby mi zabrać głos. Jako prezydent Niemiec, wspólnie z kanclerz federalną Niemiec, mówię dzisiaj wszystkim Polkom i Polakom: nie zapomnimy. Nie zapomnimy ran, które Niemcy zadali Polakom. Nie zapomnimy cierpienia polskich rodzin, tak samo jak ich odwagi stawiania oporu. Nigdy nie zapomnimy”[2].

Wystąpienia prezydenta RFN w Wieluniu i w Warszawie uważam za wydarzenie bardzo doniosłe. Nie mniej doniosłe jak wystąpienie jego poprzednika podczas 50-tej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego w 1994 roku oraz wystąpienie Władimira Putina na Westerplatte w 2010 roku, który – o czym dzisiaj mało kto w Polsce pamięta – przyznał wtedy, że pakt Ribbentrop-Mołotow umożliwił III Rzeszy i ZSRR opanowanie Europy Środkowej. Reakcje obozu władzy i jego mediów na słowa prezydenta Steinmeiera były z pozoru pełne uznania, ponieważ nie mogły być inne. Z pozoru, bo nawet w tych reakcjach nie zabrakło charakterystycznej dla tej władzy buty.

Premier Morawiecki pozwolił sobie na komentarz, że przemówienie prezydenta Niemiec było „rzeczywiście przełomowe”, a następnie dodał, że tak jednoznaczne uznanie przez najwyższego przedstawiciela RFN win niemieckich wobec Polski jest „wielkim sukcesem polityki historycznej PiS” (sic!). Uniknął też odpowiedzi na pytanie, czy polski rząd odpowie na apel Steinmeiera, który w swojej wypowiedzi zawarł oczekiwanie wybaczenia ze strony polskiej. Natomiast według wicepremiera Piotra Glińskiego słowa prezydenta Niemiec oznaczają, że Polska ma „duże szanse na uzyskanie reparacji wojennych” od RFN. Premier Morawiecki dodał do tego, że „my teraz czekamy na analizy, które są prowadzone”[3]. Taka zatem jest reakcja władz polskich na ponową niemiecką prośbę o przebaczenie, wyartykułowaną do tego tak dobitnie. Iście mocarstwowa – jak za starych czasów księżycowej polityki Józefa Becka, którego epigonami są obecnie rządzący.

Z kolei na Westerplatte premier Morawiecki powiedział 1 września: „Trzeba domagać się zadośćuczynienia za drugą wojnę światową”. To powiedział szef rządu, który nie ma odwagi domagać się od Ukrainy uznania odpowiedzialności nacjonalistów ukraińskich za ludobójstwo na narodzie polskim oraz ekshumacji i upamiętnienia ofiar tego ludobójstwa. Dzień wcześniej prezydent Andrzej Duda poprosił prezydenta Ukrainy o zniesienie zakazu prowadzenia prac ekshumacyjnych na Wołyniu. Równocześnie ten sam prezydent w wywiadzie dla niemieckiego „Bilda” zapowiedział rychłe „wystawienie rachunku” Niemcom za drugą wojnę światową. Ukrainę proszą o anulowanie zakazu ekshumacji ofiar ludobójstwa UPA, a od Niemiec żądają odszkodowań wojennych. Taka to jest polityka mocarstwowa. Zatem od czasów Becka charakter polityki mocarstwowej w Polsce się nie zmienił.

W związku z 80-tą rocznicą Września 1939 roku temat reparacji wojennych od Niemiec został też podjęty w prorządowych mediach. Dlatego muszę wyjaśnić, że żądanie tych reparacji jest wielką pisowską hucpą. Z kilku co najmniej powodów. (1) Niemcy są państwem silnym i poważnym i otwarcie takiego tematu mogą potraktować także poważnie – tzn. jako powrót do dyskusji o granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, ponieważ niechętne uznanie tej granicy przez kanclerza Helmuta Kohla w 1990 roku było w rozumieniu Berlina formą reparacji wobec Polski za drugą wojnę światową. (2) Zostanie to odczytane nie tylko przez władze w Berlinie, ale i naród niemiecki jako akt nieprzyjazny. (3) Okazywanie wrogości Niemcom, czyli państwu, od którego sprawy polskie zależą bardzo wiele i to nie tylko w UE, przy jednoczesnym stąpaniu na paluszkach w kwestiach historycznych przed Ukrainą, od której w sprawie Polski nie zależy nic, podsumowuje całą pisowską politykę mocarstwową. (4) Jest to temat wywołany przez Kaczyńskiego głównie na użytek polityki wewnętrznej – w celu podtrzymywania gotowości bojowej elektoratu przez ciągłe jątrzenie, a to przeciw Niemcom, a to przeciw Rosji, a to przeciw „gorszemu sortowi” Polaków. (5) Tym bardziej pokazuje to irracjonalność polityki obecnego obozu władzy.

Na irracjonalność tej polityki zwrócił uwagę 4 września Gerhard Gnauck – warszawski korespondent „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Gnauck zauważył, że temat reparacji wprowadził do debaty publicznej latem 2017 roku prezes PiS Jarosław Kaczyński, poruszając go podczas wiecu partyjnego. „Od tego czasu politycy obozu rządzącego zapowiadają raz po raz, że wystawią Niemcom rachunek” – pisze Gnauck. Jeden z ministrów polskiego rządu wymienił sumę „840 mld euro”, prawicowi publicyści piszą o bilionach – czytamy w „FAZ”.

„Co jest właściwie celem polskiego rządu?” – pyta Gnauck zastrzegając, że od członków sejmowego zespołu ds. reparacji niewiele można się dowiedzieć. „Nie ma jasnych dowodów na to, że polscy przedstawiciele poruszyli ten temat wobec Niemiec na najwyższym szczeblu. Dyplomaci próbowali to zrobić, lecz natrafili w Berlinie, jak można usłyszeć, na mur milczenia” – pisze niemiecki dziennikarz. Na postawione pytanie sam sobie odpowiada, że przyczyną takich działań władz polskich mogą być wysuwane od lat przez organizacje żydowskie w USA żądania restytucji byłego mienia żydowskiego w Polsce. Zdaniem Gnaucka sytuacja prawna i presja moralna, to dwa różne aspekty tego „wielostronnego konfliktu”[4]. A zatem w Niemczech otwarcie zauważono, że polityka polska jest prowadzona od ściany do ściany.

Z punktu widzenia kuchni politycznej wystąpienia prezydenta Steinmeiera w Wieluniu i Warszawie były mistrzostwem politycznym na najwyższym poziomie. Wytrącił obozowi władzy w Polsce broń z ręki. Odtąd dalsze artykułowanie przez władze polskie żądania reparacji wojennych od Niemiec będzie postrzegane przez opinię międzynarodową jako działanie nieprzyjazne ze strony Polski.

W świetle przytoczonych wypowiedzi czołowych polityków polskich obawiam się, że kolejna niemiecka prośba o przebaczenie win – wyartykułowana tak mocno przez Franka-Waltera Steinmeiera – może zawisnąć w próżni. Nie ma dzisiaj żadnych przeszkód, żeby Polska budowała dobre i partnerskie stosunki z Niemcami i Rosją. Budowanie takich partnerskich stosunków nie oznacza przecież ani konieczności politycznego podporządkowania się Rosji, ani konieczności akceptacji niemieckich planów federalizacji Unii Europejskiej – jak to sugerują prorządowe media i zwolennicy obozu władzy. W ich narracji dalej mamy rok 1939, a współczesne Niemcy oraz Rosja są nadal III Rzeszą oraz Związkiem Radzieckim i przygotowują się do podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow. Wszystko zresztą obozowi władzy i jego akolitom się z tym paktem kojarzy – i rurociąg bałtycki, i wychodzące z Berlina postulaty zniesienia sankcji wobec Rosji, i jakakolwiek zbliżenie niemiecko-rosyjskie.

Przeszkodą w budowaniu normalnych stosunków z dwoma wielkimi sąsiadami jest to, że rządzą w  Polsce siły, które przyjęły rolę głównego reprezentanta interesów amerykańskich w Europie, co determinuje radykalnie antyrosyjski, ale także antyniemiecki kierunek polityki zagranicznej Warszawy. Celem polityki amerykańskiej jest bowiem niedopuszczenie do bliskich i partnerskich relacji pomiędzy UE i Rosją, a przez to redukcji amerykańskich wpływów w Europie. Narzędziami USA w tej grze są Polska, Ukraina, państwa bałtyckie i w mniejszym stopniu Rumunia. Rola Polski w polityce amerykańskiej determinuje charakter polskiej polityki historycznej, która zamiast szukać pojednania jątrzy stosunki polsko-rosyjskie i polsko-niemieckie. To dlatego prezydent Duda w swoim wystąpieniu z okazji 80-tej rocznicy agresji III Rzeszy na Polskę mówił o współczesnej Rosji, czyli nie na temat. Niestety, duża część Polaków podziela takie spojrzenie na historię, albo – poddawana ciągłemu naciskowi propagandowemu – niewiele już z historii swojego kraju rozumie. W odpowiedzi na empatię niemiecką nie widzę symetrycznej reakcji w społeczeństwie polskim. Widzę natomiast ciągłe pretensje historyczne do obu sąsiadów, niejednokrotnie przesadnie artykułowane. Pojednanie historyczne jest rzeczą trudną i zawsze będzie rezultatem kompromisu, który nikogo nie zadowoli, ponieważ każdy naród ma własną pamięć historyczną i własne emocje. W stosunkach Polski z Niemcami i Rosją, dla polskiej przyszłości – jest jednak konieczne. I możliwe.

[1] „Wystąpienie prezydenta Niemiec w Wieluniu. Chylę czoła i proszę o przebaczenie”, „Gazeta Wyborcza” nr 204 (9716), 2.09.2019, s. 12.

[2] „Stoję dzisiaj przed polskim narodem bosy, obarczony wielkim, historycznym brzemieniem”, http://www.tvn24.pl, 1.09.2019.

[3] Premier w Polsat News: przemówienie prezydenta Niemiec  przełomowe; ws. reparacji czekamy na analizy, http://www.polsatnews.pl, 4.09.2019.

[4] FAZ o reparacjach: dokąd zmierza polski rząd?, http://www.dw.com, 4.09.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 września 2019 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2259/2260), 22-29.09.2019, s. 9

Kto otworzył drogę Hitlerowi?

Pytanie, czy Polska mogła uniknąć losu, jaki spotkał ją we wrześniu 1939 roku, było stawiane od czasu zakończenia kampanii wrześniowej. Epigoni obozu sanacyjnego zwykle udzielali na nie fałszywych odpowiedzi – zrzucając odpowiedzialność wyłącznie na sygnatariuszy paktu Ribbentrop-Mołotow i mocarstwa zachodnie, tylko nie na politykę firmowaną przez Józefa Becka. Z kolei po 1989 roku w kręgach prawicowych zyskała popularność teza, że w 1939 roku należało stanąć po stronie III Rzeszy. Argumenty zwolenników tej tezy – będącej jednym z przejawów polskiego irracjonalizmu politycznego – zebrał Piotr Zychowicz w książce „Pakt Ribbentrop-Beck. Czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki” (Poznań 2012).

Nie pakt „Ribbentrop-Beck”, ale układ sojuszniczy pomiędzy Pragą i Warszawą był szansą na zatrzymanie rozpędzającej się agresji hitlerowskiej. Polska przegrała kampanię wrześniową rok wcześniej – we wrześniu 1938 roku – dopuszczając do rozbioru Czechosłowacji. Gorzko podsumował to wówczas Wojciech Korfanty (1873-1939): „Za dwa powiaty Zaolzia, które można było w inny sposób dziesięć razy odzyskać sprzedano bezpieczeństwo Polski”. Rozbiór, a następnie likwidacja Czechosłowacji w połowie marca 1939 roku doprowadziły do przejęcia przez III Rzeszę nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej i dobrze rozwiniętego czeskiego przemysłu zbrojeniowego. Spowodowało to wzmocnienie niemieckiego potencjału militarnego na tyle, że Niemcy hitlerowskie były gotowe do rozpoczęcia wojny z Polską już pod koniec lata 1939 roku. Z dzisiejszej perspektywy zdumiewa, że sternicy nawy państwowej II RP nie rozumieli jakie będą skutki geopolityczne i wojskowe rozbioru Czechosłowacji. Polską racją stanu było niedopuszczenie za wszelką cenę do kapitulacji Czechosłowacji przed dyktatem monachijskim. A cena była naprawdę niewielka – trzeba było tylko wznieść się ponad uprzedzenia polityczne wobec tego kraju.

Rok 1938 był kluczowy dla rozwoju późniejszych wydarzeń. To wtedy mocarstwa zachodnie zapaliły zielone światło Hitlerowi do rozpętania drugiej wojny światowej. To nie pakt Ribbentrop-Mołotow, ale układ monachijski doprowadził do zniszczenia ładu wersalskiego i pozwolił III Rzeszy na politykę dyktatu i podboju. Odpowiedzialność za to spada w pierwszej kolejności na Francję i Wielką Brytanię oraz ich politykę appeasementu (zaspokajania roszczeń Hitlera). Wątpliwości co do tego nie miał Winston Churchill: „W roku 1938 walka o Czechosłowację byłaby czymś jak najbardziej rozsądnym: armia niemiecka mogła wystawić zaledwie pół tuzina wyszkolonych dywizji na froncie zachodnim, podczas gdy Francja ze swoimi niemal 60 czy 70 dywizjami bez trudu mogła przekroczyć Ren i zająć Ruhrę”. A także dojść do Berlina i zakończyć istnienie brunatnej Rzeszy Hitlera, zanim ta podpaliła świat. W 1939 roku było już na to za późno.

W drugiej połowie września 1938 roku – w szczytowym momencie kryzysu sudeckiego – czechosłowacki prezydent Edvard Beneš skierował list do prezydenta Ignacego Mościckiego, w którym oferował Polsce rewizję granicy w zamian za neutralność Warszawy w kryzysie sudeckim. List ten dotarł do Warszawy z opóźnieniem i nie wywarł pozytywnego skutku ze względu na antyczeską zawziętość Józefa Becka – sternika polskiej polityki zagranicznej. Jego odpowiedzią na list Beneša były wysłane do Pragi pod koniec września 1938 roku noty dyplomatyczne, utrzymane w tonie nieprzyjaznym, w których Warszawa domagała się równolegle do załatwienia roszczeń niemieckich rewindykacji terytorialnej na Zaolziu. To wtedy II RP przegrała kampanię wrześniową z 1939 roku, a więc swój byt polityczny.

Józef Beck po objęciu w listopadzie 1932 roku stanowiska ministra spraw zagranicznych zablokował proces normalizacji stosunków polsko-czechosłowackich. Wobec Czechosłowacji kierował się on tezą Józefa Piłsudskiego, że istnienie tego państwa nie jest zjawiskiem trwałym. Wbrew stanowisku opozycji antysanacyjnej prowadził rozmyślną politykę pogorszenia stosunków z Pragą, czego wyrazem było niepowodzenie rozmów polsko-czechosłowackich w latach 1932-1934. Południowy sąsiad przestał być wtedy dla Becka poważnym partnerem.

Politykę Józefa Becka wobec Czechosłowacji w 1938 roku bezlitośnie podsumował prof. Henryk Batowski (1907-1999): „Błędna polityka polska w tym okresie łączyła się (…) z faktem, że Czechosłowacja była w sojuszu ze Związkiem Radzieckim, że tolerowała u siebie działalność partii komunistycznej, że udzielała pomocy polskiej opozycji. Oficjalnie upominano się o nie w pełni takie, jakie powinno być, traktowanie ludności polskiej na Zaolziu. Ale trzeba stwierdzić, że Beckowi nie tyle chodziło o sprawę Zaolzia, ile o cel znacznie szerszy: o zniszczenie Czechosłowacji jako takiej, gdyż nie mieściła się ona w koncepcji Europy Środkowej wytworzonej w polskim MSZ, opartej przede wszystkim na współpracy z Węgrami. Chciano dopomóc separatystom słowackim w zerwaniu z Pragą, a Czechów pozostawić ich własnemu losowi”[1]. Takie cele polityki polskiej były w tym czasie niestety bliskie celom polityki hitlerowskiej.

O ile przed 1989 rokiem w historiografii polskiej dominowało przekonanie, że Polska popełniła śmiertelny błąd biorąc udział w rozbiorze Czechosłowacji, to w III RP nastąpił powrót do prosanacyjnej wykładni dziejów. Sprowadza się to nie tylko do usprawiedliwiania zgubnej dla Polski polityki Józefa Becka, ale także jego gloryfikacji jako rzekomo przenikliwego męża stanu, który w 1938 roku zapobiegł zajęciu Zaolzia przez Niemców. Zwolennicy takiego punktu widzenia (m.in. Marek K. Kamiński, Leszek Moczulski, Romuald Szeremietiew) uważają, że całkowitą i wyłączną winę za fiasko jakiegokolwiek porozumienia Polski i Czechosłowacji w 1938 roku ponosił Edvard Beneš, który od 1918 roku prowadził politykę antypolską.

Z takim punktem widzenia już ponad pół wieku temu polemizował gen. Tadeusz Machalski (1893-1983) – w latach 1939-1945 attaché wojskowy w Atenach i Ankarze, po wojnie emigracyjny historyk wojskowości. W wydanej w Londynie w 1964 roku książce „Pod prąd. Światła i cienie kampanii wrześniowej 1939 roku” zauważył on, że zatargi z Pragą o Zaolzie „aczkolwiek ważne, nie powinny były zaciemniać nam obrazu rzeczywistości. Istnienie Czechosłowacji skracało naszą granicę narażoną na atak niemiecki, o całe 850 km i zapewniało bezpieczeństwo naszej południowo-zachodniej granicy na odcinku sięgającym od Karpat aż po Częstochowę włącznie. To było rzeczą najważniejszą, ważniejszą od tego, czy Benesz był sympatyczny czy nie (…). Rozwiązania problemu bezpieczeństwa naszej południowo-zachodniej granicy nie należało szukać we wspólnym z Hitlerem rozbiorze Czechosłowacji, ale wręcz przeciwnie, broniąc Czechosłowację [!] przed zaborczością Hitlera. Wtedy Hitler, widząc nas przeciwko sobie, prawdopodobnie namyśliłby się dwa razy przed podjęciem ryzykownej decyzji. Gdybyśmy w czasie kryzysu sudeckiego stanęli po stronie Czechosłowacji zamiast po stronie Niemiec, to możliwe, że do wojny tak w 1938, jak i w 1939 roku w ogóle by nie doszło, a gdyby pomimo wszystko wybuchła już w 1938 roku, to rozegrałaby się tak, jak to niemiecki sztab generalny przewidywał i zakończyłaby się katastrofą Niemiec. Ale nawet gdyby Francja i Anglia zawiodły, to i bez ich udziału, razem z Czechosłowacją, byliśmy silniejsi od Hitlera i dalibyśmy sobie z nim radę i to tym łatwiej, że pomógłby nam planowany przez generałów niemieckich zamach stanu”.

Niestety, tak się nie stało. Mentalność ekipy sanacyjnej – owładniętej obsesją antyczeską, bardzo długo lekceważącej zagrożenie niemieckie i ulegającej nierealnemu złudzeniu „polityki mocarstwowej” – doprowadziła do udziału II RP w rozbiorze Czechosłowacji, którego bezpośrednim skutkiem stała się agresja hitlerowska na Polskę rok później. Nie jest prawdą, że po stronie czechosłowackiej nie było partnera do zawarcia układu politycznego.

Poważne rozmowy na temat politycznego i wojskowego zbliżenia obu krajów były prowadzone już w latach 1924-1925 przez szefa polskiego Sztabu Generalnego, gen. Stanisława Hallera, oraz gen. Jana Syrový’ego – wówczas zastępcę naczelnika Sztabu Głównego armii czechosłowackiej, a we wrześniu 1938 roku premiera rządu czechosłowackiego, który został zmuszony przyjąć dyktat monachijski. Jeszcze po przewrocie majowym z 1926 roku w czeskich kołach wojskowych istniała gotowość zawarcia sojuszu z Polską. Jeden z czeskich sztabowców, płk Bartoš, stwierdził wówczas, że „istnieje bezwzględna konieczność jak najściślejszej współpracy obu naszych armii, wobec istnienia wspólnego nieprzyjaciela – Niemiec. Ta współpraca jest conditio sine qua non istnienia obu państw”[2].

W połowie lat 20-tych XX w. czescy i polscy sztabowcy kreślili plany wspólnego ataku na niemiecki Śląsk („klin śląski”), w przypadku zagrożenia obu państw przez Niemcy. Zawarcie wówczas wymierzonego w Berlin sojuszu polsko-czechosłowackiego zmieniłoby układ sił w Europie Środkowej na niekorzyść Niemiec, likwidując w pierwszej kolejności niebezpieczeństwo niemieckiego okrążenia Polski od południowego zachodu. Ponadto dobrze rozwinięty czeski przemysł zbrojeniowy stałby się cennym dostawcą broni dla Wojska Polskiego. Dlatego porozumienie polityczno-wojskowe z Czechosłowacją było celem, jaki postawił sobie w polityce zagranicznej trzeci rząd Wincentego Witosa – powołany 10 maja 1926 roku i obalony cztery dni później w wyniku wojskowego zamachu stanu Józefa Piłsudskiego. Historycy ruchu ludowego są przekonani, że jedną z głównych przyczyn przewrotu majowego był zamiar pokrzyżowania planów sojuszu polsko-czechosłowackiego, który nie leżał w interesie Niemiec i Wielkiej Brytanii.

Zamach majowy przerwał prace nad paktem polityczno-wojskowym z Pragą, a jednym z jego konsekwencji było osłabienie, a następnie zerwanie w 1934 roku kontaktów wojskowych między Polską a Czechosłowacją. Był to wielki błąd. Kierownictwo armii czechosłowackiej – złożone z byłych legionistów walczących z bolszewikami w Rosji w latach 1918-1919 – stanowiło najbardziej propolską część establishmentu czechosłowackiego. W oparciu o generalicję czechosłowacką można było zbudować polskie lobby polityczne w tym kraju, które mogło wpłynąć na niechętną Polsce politykę prezydentów Tomáša Masaryka i Edvarda Beneša. Tacy generałowie jak Ludvík Krejčí, Alois Eliáš, Lev Prachala, Jan Syrový, czy Siergiej Wojciechowski (z pochodzenia Polak) – przeciwnicy kapitulacji wobec dyktatu monachijskiego – mając polskie wsparcie podczas kryzysu sudeckiego, mogli się pokusić o obalenie ekipy prezydenta Edvarda Beneša na drodze zamachu stanu i stworzenie rządu, który razem z Polską byłby gotów podjąć walkę z Niemcami. Racją stanu Polski było utrzymanie z tymi propolskimi generałami kontaktów za wszelką cenę. Tymczasem ekipa sanacyjna zerwała z nimi wszelkie kontakty w połowie lat 30-tych – w sytuacji, gdy Niemcy hitlerowskie przystąpiły do demontażu ładu wersalskiego w Europie.

Armia czechosłowacka zmobilizowała w 1938 roku 45 dywizji wobec 47 niemieckich. Gdyby po stronie Czechosłowacji stanęła Polska, nie mówiąc o Francji, III Rzesza nie miałaby przewagi militarnej już na początku starcia zbrojnego.

Przedstawiciele czeskich kół wojskowych w latach 1937-1938, a nawet jeszcze jesienią 1938 roku, szukali kontaktu z Polską, jednakże ekipa sanacyjna nie miała zamiaru dogadać się z Czechosłowacją. Z inicjatywą rozmów pod adresem polskiego attaché wojskowego w Bukareszcie, ppłk. Tadeusza Zakrzewskiego, wystąpił już na początku grudnia 1937 roku jego czeski odpowiednik, ppłk Otokar Buda. Proponował on w imieniu gen. Ludvíka Krejčí – szefa czechosłowackiego Sztabu Głównego – odbycie zakonspirowanego spotkania przedstawicieli sztabów polskiego i czechosłowackiego w sprawie współdziałania obu państw przeciw Niemcom.

Jedyną reakcją na raport ppłk. T. Zakrzewskiego w tej sprawie była surowa reprymenda udzielona mu przez gen. Wacława Stachiewicza – szefa polskiego Sztabu Głównego – oraz płk. Tadeusza Pełczyńskiego – szefa Oddziału II, późniejszego generała i jednego ze sprawców tragedii powstania warszawskiego. Propozycję współpracy pod adresem strony polskiej ponowił w lutym 1938 roku czeski attaché wojskowy w Moskwie, ppłk Dastych. Sugerował on, że jeśli Polska stanie po stronie Czechosłowacji i zaproponuje układ sojuszniczy, to generalicja czechosłowacka odsunie od władzy ekipę Beneša[3]. Propozycja ta była jednak dla ekipy sanacyjnej niepożądana i kłopotliwa, więc ją zignorowano. To samo stało się z oficjalną propozycją czeską z czerwca 1938 roku dostaw surowców i sprzętu wojennego do Polski w zamian za zawarcie sojuszu wojskowego między oboma państwami.

Henryk Batowski ocenił takie działania strony polskiej następująco: „Błędność tej polityki wiązała się z całą ówczesną polityką obozu sanacji, jak i z określonymi cechami osobowości samego Becka, tj. jego arbitralnością, przekonaniem o własnej nieomylności, a także – last but not least – silną emocjonalną niechęcią do Czechów w ogóle i do Beneša w szczególności. Te wszystkie cechy, a zawłaszcza wszelkie emocjonalne uprzedzenia, są całkowicie niedopuszczalnymi motywami we wszystkich działaniach publicznych, tym bardziej wtedy, gdy chodzi o losy własnego kraju i narodu (…). Beck dążył do całkowitego rozbicia Czechosłowacji. Zamiast niej widział przede wszystkim wspólną granicę polsko-węgierską w Karpatach wschodnich (…) oraz niezależną bądź autonomiczną Słowację, związaną bądź z Polską, bądź z zaprzyjaźnionymi z Polską Węgrami, w każdym razie rozszerzającą – jak rozumowano wtedy w Warszawie – bezpieczeństwo Polski od południa na cały łańcuch Karpat”[4].

„Niezależną” Słowację proklamował jednak nie Beck, ale Hitler w marcu 1939 roku i z jej właśnie terytorium wyszło we wrześniu 1939 roku oskrzydlające Polskę od południa uderzenie niemiecko-słowackie.

Z analizy wypowiedzi czołowych polityków sanacyjnych – nie tylko Becka – wynika, że nie wierzyli oni w trwałość państwa czechosłowackiego, mieli pogardę do Czechów jako narodu oraz uważali, że rozbiór Czechosłowacji byłby dla Polski sprawą pożądaną i korzystną politycznie. Takie wypowiedzi były formułowane jeszcze na długo przed kryzysem sudeckim. Bez względu na geopolityczne uwarunkowania sytuacji Polski i Czechosłowacji w roku 1938 – na co powołują się obrońcy polityki Becka – los Czechosłowacji w myśleniu ekipy sanacyjnej był już przesądzony na długo przedtem. Polityka polska w 1938 roku wobec południowego sąsiada nie była zdeterminowana kwestią Zaolzia i mieszkającej tam ludności polskiej, lecz stanowiła realizację znacznie wcześniejszych planów ekipy sanacyjnej rozbicia Czechosłowacji. Trudno doprawdy pojąć to zaślepienie, ponieważ Czechosłowacja była, obok Polski, zwornikiem ładu wersalskiego w Europie, który przyniósł prawno-międzynarodowe uznanie obu państw. Każdy kto podkopywał system wersalski w Europie Środkowej – przyczyniał się do likwidacji niepodległego państwa polskiego.

Niestety, ale prawda jest taka, że zanim 23 sierpnia 1939 roku Ribbentrop i Mołotow ostatecznie złożyli do grobu system wersalski, grobową niszę wykopał mu m.in. minister Józef Beck we wrześniu i październiku 1938 roku. Polityka ekipy sanacyjnej w dobie Monachium sprawiła, że na salonach politycznych ówczesnej Europy podejrzewano nawet Polskę o jakąś tajemniczą zmowę z Niemcami. Wytrawnym politykom wydawało się bowiem dziwne, że ambitny minister dyplomacji nie rozumie dających się przewidzieć konsekwencji swoich działań.

[1] H. Batowski, „Między dwiema wojnami 1919-1939. Zarys historii dyplomatycznej”, Kraków 2001, s. 323.

[2] J. Engelgard, „Sojusz z Czechosłowacją – niewykorzystana szansa”, (w:) „Piłsudski i sanacja – błędy i zbrodnie. Konferencja historyczna, Warszawa, 15 września 2018”, Warszawa 2018, s. 48.

[3] Tamże, s. 52-54. Por. też: H. Bułhak, „Z dziejów stosunków wojskowych polsko-czechosłowackich w latach 1927-1936”, „Studia z dziejów ZSRR i Europy Środkowej”, t. XI, Warszawa 1975, s. 98-150; Tenże, „Czechosłowackie próby wznowienia rozmów na temat sojuszu wojskowego z Polską (1937-1938)”, „Studia z dziejów ZSRR i Europy Środkowej”, t. XII, Warszawa 1976, s. 203-210; M. Jarecki, „Dylematy i rozdroża czechosłowackiej polityki zagranicznej”, „Sborník prací Pedagogické fakulty Masarykovy univerzisty, řada společenských věd”, Brno 2017, s. 33-40.

[4] H. Batowski, „Rok 1938 – dwie agresje hitlerowskie”, Poznań 1985, s. 434-444.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 września 2019 r.

„Przegląd” nr 37 (1027), 9-15.09.2019, s. 34-37

Międzymorze odpływa

11 lipca – kiedy w Polsce obchodzono Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na obywatelach II RP – MSZ Ukrainy opublikowało oświadczenie, w którym przedstawiło swoją interpretację historii. Dowiedzieliśmy się z niego, że MSZ Ukrainy „jednoznacznie i zdecydowanie potępia” zbrodnie przeciw ludności cywilnej, wymieniając „Ukraińców, Polaków, Żydów, Czechów” – w tej właśnie kolejności. Dalej czytamy: „Jednocześnie nie możemy zgodzić się z jednostronną i upolitycznioną oceną tragicznych wydarzeń z lat 1943-1944 ze strony polskich polityków i dyplomatów”. Według MSZ Ukrainy, „prawda o ówczesnych wydarzeniach musi zostać ustalona na podstawie wiarygodnych materiałów archiwalnych”. Pouczono też stronę polską, że „próby manipulowania tragiczną historią, jej jednostronne traktowanie i wykorzystywanie do celów politycznych są niedopuszczalne”. Dodano, że „to tylko rozpala negatywne emocje między Ukraińcami i Polakami i nie sprzyja wyjaśnieniu prawdy”. Głos zabrał też pan Wołodymyr Wjatrowycz, który oświadczył, że warunkiem odblokowania ekshumacji szczątków Polaków pomordowanych na Kresach Wschodnich jest przywrócenie przez stronę polską przynajmniej jednego z nielegalnych upamiętnień UPA na terytorium Polski[1].

To wszystko pokazuje, że administracja Zełenskiego w polityce historycznej wobec Polski weszła w buty poprzedniej administracji Poroszenki, stając na gruncie kłamstwa i negacji zbrodni nacjonalizmu ukraińskiego oraz wpisując się w narrację polityczno-historyczną jego epigonów.

Należy zauważyć, że pouczenia ukraińskiego MSZ pod adresem polskich polityków są dla nich wysoce krzywdzące. Politycy ci bowiem stali i stoją na stanowisku, że Ukrainy nie należy drażnić i trzeba stosować wobec niej w kwestiach historycznych taryfę ulgową, przymykając oczy na odrodzenie i heroizację nacjonalizmu ukraińskiego. Jest rzeczą bardzo wymowną, że publicysta prorządowego tygodnika „Sieci” Jakub Maciejweski uczcił rocznicę Krwawej Niedzieli tekstem pt. „Do listy winnych za ludobójstwo na Wołyniu należy doliczyć Niemcy a także Rosję”[2]. Rosję, której wtedy nie było. Był ZSRR, a partyzantka radziecka ocaliła największą polską samoobronę w Przebrażu i udzieliła pomocy kilku innym polskim samoobronom. Ze strony AK i NSZ tej pomocy ofiary Wołynia się przecież nie doczekały. Jest też wymowne, że rocznicę 11 lipca przykrywano w rządowych mediach rocznicą obławy augustowskiej z 1945 roku, która bynajmniej nie była okrągła i przypadła 10 lipca. Mówiono zatem o zbrodniach NKWD (w podteście Rosji), a nie UPA.

Wszystko to oczywiście w imię budowy Międzymorza i wspierania za wszelką cenę antyrosyjskiej Ukrainy, bo „lepsza Ukraina banderowska niż sowiecka”, bo tylko w ten sposób można wypchnąć znienawidzoną Rosję z Europy. Ta wielka idée fixe PO i PiS właśnie sypie się w gruzy.

17 lipca przybył do Strasburga oligarcha Wiktor Medwedczuk – jeden z liderów prorosyjskiej Platformy Opozycyjnej – Za Życiem, czyli byłej Partii Regionów, której władzę brutalnie obalono w wyniku wspieranego przez USA i UE puczu kijowskiego w 2014 roku. Medwedczuk znany jest z zażyłych stosunków z Władimirem Putinem – prywatnie ojcem chrzestnym jego córki – i w przeszłości miał opinię głównego łącznika między Kremlem a ukraińską elitą polityczną. Spotkał się on w siedzibie Parlamentu Europejskiego z eurodeputowanymi reprezentującymi Wielką Brytanię, Niemcy, Hiszpanię, Belgię, Węgry, Słowację i Łotwę, którym przedstawił swój projekt planu pokojowego dla Donbasu. Wspomniani eurodeputowani dowiedzieli się od Medwedczuka, że jego partia uważa Krym za terytorium Ukrainy, ale jest to tylko stanowisko wyjściowe. Dalej zaproponował on szeroką autonomię dla Donbasu jako części Ukrainy. Wedle jego relacji, część eurodeputowanych miała wyrazić zadowolenie, iż został przełamany monopol „partii wojny” – kojarzonej z byłym prezydentem Poroszenką – na przekazywanie informacji o sytuacji na Ukrainie.

18 lipca Medwedczuk udał się ze Strasburga do Sankt Petersburga, gdzie spotkał się z prezydentem Rosji. Przyjazd Medwedczuka zbiegł się w czasie z końcem wizyty Aleksandra Łukaszenki, stąd jego rozmowa z Putinem odbyła się w obecności prezydenta Białorusi. Putin poparł przedstawiony przez ukraińskiego oligarchę plan dotyczący Donbasu i dodał, że rozwiązanie konfliktu jest możliwe wyłącznie w drodze bezpośredniego porozumienia władz w Kijowie z separatystami[3].

Ostatnie sondaże dają partii Medwedczuka drugie miejsce, za partią Zełenskiego Sługa Ludu, w wyborach parlamentarnych przewidzianych na 21 lipca. Nie można wykluczyć, że misja Medwedczuka do Strasburga i Sankt Petersburga odbyła się nie tylko za przyzwoleniem, ale z pełnym poparciem prezydenta Zełenskiego. Kogo miałby zresztą prezydent Ukrainy wysłać na negocjacje z Putinem, jak nie lidera partii prorosyjskiej, mającego na dodatek bliskie związki osobiste z prezydentem Rosji.

15 lipca, a więc zanim Medwedczuk przybył do Strasburga, proukraiński portal jagiellonia.org zamieścił obszerny materiał informacyjny pod jakże dramatycznym tytułem: „Pokój na warunkach Putina? Ukraiński oligarcha Wiktor Pinczuk zaproponował zapomnieć o aneksji Krymu i porzucić proces integracji z UE i NATO”. Wedle portalu jagiellonia.org, ukraiński oligarcha żydowskiego pochodzenia Wiktor Pinczuk (zięć byłego prezydenta Leonida Kuczmy) – z którym różne powiązania miał i chyba jeszcze ma pan Aleksander Kwaśniewski – zaproponował Ukrainie „bolesny kompromis dla pokoju” z Rosją. Napisał o tym otwarcie we własnej kolumnie na łamach „The Wall Street Journal”. Pinczuk proponuje przede wszystkim, żeby Ukraina zrezygnowała z zamiarów przystąpienia do UE i NATO. Jego zdaniem, „Krym nie powinien stać na drodze do porozumienia, które zakończy wojnę” w Donbasie, czyli Ukraina powinna uznać jego przyłączenie do Rosji. Przyznał, że konflikt na wschodzie Ukrainy został zainicjowany „z zagranicy” i nie jest wojną domową. Uważa również, że uczciwe wybory na separatystycznych terytoriach są niemożliwe, ale mimo to proponuje przeprowadzić wybory lokalne w Donbasie pod kontrolą Rosji i tamtejszych władz. Jego zdaniem, pokaże to „zaangażowanie Ukrainy w pokojowe zjednoczenie”. Według Pinczuka Kijów powinien również „wyjaśnić, że jesteśmy gotowi zaakceptować złagodzenie sankcji” wobec Federacji Rosyjskiej, co „przybliży nas do wolnej, zjednoczonej, pokojowej i bezpiecznej Ukrainy”. „Pod koniec maja ukraińscy dziennikarze kilkakrotnie zauważyli w pobliżu Administracji Prezydenta Ukrainy samochód multimiliardera Wiktora Pinczuka” – alarmuje jagiellonia.org. Warto przypomnieć, że Pinczuk w grudniu 2013 roku poparł pucz kijowski i prawdopodobnie był jednym z jego sponsorów.

Nie był to pierwszy tak alarmistyczny materiał informacyjny proukraińskiego portal jagiellonia.org – opoki prometeizmu, giedroycizmu i atlantyzmu. Wcześniej portal ten zamieścił tak dramatyczne materiały informacyjne jak: „Prorosyjskie siły chcą oszukać Ukraińców. Prezydent Zełenski i przyjaciel Putina Medwedczuk mówią jednym głosem w sprawie pokoju z Rosją” (29.05.2019), „Rosyjskie służby specjalne negocjowały z bliskim otoczeniem Zełenskiego na długo przed rozpoczęciem wyścigu [do] wyborów prezydenckich na Ukrainie” (6.07.2019) i „Prorosyjska Ukraina. Kreml przygotowuje operację geopolityczną, która dla Polski będzie oznaczała katastrofę” (6.07.2019).

Tak kończą się neoprometejskie i postgiedroyciowskie mrzonki „klasy politycznej” w Polsce o Międzymorzu i antyrosyjskiej Ukrainie, która będzie „kordonem sanitarnym” oddzielającym Rosję od Polski i Europy. Jedynymi rezultatami ślepego wspierania i uwielbiania Ukrainy przez kolejne ekipy rządzące w Warszawie są ogromna imigracja ukraińska do Polski, która stwarza coraz więcej problemów, oraz odrodzenie agresywnego nacjonalizmu ukraińskiego, który nigdy nie ukrywał swojego antypolskiego oblicza i z którym Kijów liczy się przede wszystkim w relacjach z Polską.

[1] MSZ Ukrainy: nie godzimy się na upolitycznianie „tragedii wołyńskiej”, http://www.kresy.pl, 12.07.2019.

[2] J. Maciejewski, „Do listy winnych za ludobójstwo na Wołyniu należy doliczyć Niemcy a także Rosję”, http://www.wpolityce.pl, 11.07.2019.

[3] Medwedczuk przedstawił w Parlamencie Europejskim, a potem Putinowi, swój plan pokojowy dla Donbasu, http://www.kresy.pl, 18.07.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 lipca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 31-32 (2251/2252), 28.07-4.08.2019, s. 4

Klęska na własne życzenie

Amerykańska ustawa Act 447, podpisana przez Donalda Trumpa w maju 2018 roku, przestała być w Polsce tematem tabu. Stało się to dzięki sekretarzowi stanu USA Mike’owi Pompeo, który w lutym tego roku na konferencji bliskowschodniej w Warszawie zażądał od władz polskich uczynienia „postępów” w restytucji mienia żydowskiego, czyli stworzenia podstaw prawnych do restytucji mienia bezspadkowego. Tego bowiem dotyczy Act 447, wbrew różnym glosom zaprzeczającym. Potem wydarzenia potoczyły się już lawinowo.

Ambasador USA Georgette Mosbacher – wobec rosnącego zaniepokojenia opinii publicznej w Polsce – oświadczyła w mediach, że Act 447 dotyczy tylko przygotowania „raportu dla Kongresu, który nie będzie zawierał żadnych prawnych czy finansowych zobowiązań dla kogokolwiek”[1]. Oczywiście, ale ten raport ma zostać przygotowany w konkretnym celu – właśnie po to, żeby administracja USA mogła podjąć działania zmierzające do wyegzekwowania prawnych i finansowych zobowiązań wynikających z podpisanej 30 czerwca 2009 roku przez rząd Donalda Tuska Deklaracji Terezińskiej, na którą powołuje się Act 447. O tym, że Act 447 dotyczy głównie Polski – chociaż nie jest ona tam wymieniona – można przeczytać nawet w anglojęzycznej Wikipedii pod hasłem „JUST Act 447”.

Niemal natychmiast ambasador Mosbacher zakwestionowała umowę indeminizacyjną z 16 lipca 1960 roku: „W lipcu 1960 Stany Zjednoczone podpisały umowę z Polską, na mocy której rząd polski przejął odpowiedzialność za wypłatę odszkodowań dla obywateli amerykańskich, którzy byli obywatelami amerykańskimi w czasie, gdy ich majątek w Polsce był upaństwowiony przez ówczesny rząd komunistyczny. Obywatele polscy, których majątek został zajęty w czasach Holocaustu, a którzy później wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych i stali się obywatelami amerykańskimi lub których potomkowie stali się obywatelami amerykańskimi, nie są objęci umową z 1960 roku”[2]

Czyli administracja USA występuje w sprawie praw majątkowych byłych obywateli polskich. Na podstawie jakich przepisów prawa międzynarodowego?

Nie zabrakło też głosu z brytyjskiej Izby Lordów. Baronessa Ruth Deech, posiadająca według Jewish News korzenie żydowskie, podczas debaty dotyczącej zwracania dzieł sztuki potomkom ich dawnych właścicieli przywołała Deklarację Terezińską i stwierdziła co następuje: „Najbardziej bezczelnym przestępcą jest Polska, która rozsiadła się na własności trzech milionów ofiar nazistów, jedyny kraj we współczesnej Europie, który odmówił ustanowienia systemu odszkodowań. Jest to kolejny przykład jak Polska podchodzi do rządów prawa i europejskich zobowiązań”[3].

Od raz nasuwa się pytanie, na jakiej własności trzech milionów ofiar nazizmu „rozsiadła się” Polska? Czy chodzi może o ruiny Warszawy? Czy baronessa Deetch domaga się od Polaków zapłacenia za odbudowanie Warszawy i dziesiątek innych miast polskich, w których były nieruchomości żydowskie? A może baronessa Deetch chce płacenia przez Polskę za odebranie jej w 1945 roku – przy wsparciu rządów amerykańskiego i brytyjskiego – Kresów Wschodnich? Tam bowiem mieszkała połowa ludności żydowskiej II Rzeczpospolitej. Obecnie są to terytoria Litwy, Białorusi i Ukrainy. Z tej wypowiedzi kolejny raz wynika, że wspierane przez USA, Izrael i baronessę Deech roszczenia World Jewish Restitution Organization (WJRO) wobec Polski dotyczą tzw. mienia bezspadkowego Żydów-obywateli polskich wymordowanych przez III Rzeszę Niemiecką. W świetle polskiego prawa cywilnego i międzynarodowego prawa prywatnego są to roszczenia całkowicie bezprawne.

Bezprawność tych roszczeń nie przeszkodziła rządowi Izraela w wysłaniu do Warszawy 13 maja – bez uprzedzenia polskiego MSZ o temacie rozmów – delegacji Ministerstwa Równości Społecznej pod przewodnictwem Avi Cohena-Scali. Jego przełożona – minister Gila Gamliel – nie pozostawiła wątpliwości o czym miała rozmawiać wysłana przez nią do Warszawy delegacja: „Rząd Izraela uważa przywrócenie własności żydowskiej i promowanie praw ocalałych z Holokaustu za moralny imperatyw państwa żydowskiego, a żaden czynnik polityczny lub antysemicki nie powstrzyma nas przed wypełnieniem tego ważnego obowiązku”[4] Odmowa przyjęcia delegacji izraelskiej w polskim MSZ spowodowała fizyczny atak na ambasadora polskiego w Tel Awiwie dwa dni później.

16 maja amerykańskie media podały, że działacze żydowscy w USA podjęli lobbing u prezydenta Trumpa i w Kongresie na rzecz zablokowania budowy w Polsce tzw. Fortu Trump (stałej bazy amerykańskiej), dopóki Polska nie zapłaci WJRO za mienie bezspadkowe[5]. Jeden z urzędników amerykańskich stwierdził w związku z tym, że „Departament Stanu będzie nadal angażował urzędników w Polsce, a także innych w regionie, w celu omówienia restytucji mienia z czasów Holokaustu, odszkodowań, edukacji o Holokauście oraz tego, jak najlepiej chronić ważne żydowskie miejsca dziedzictwa”[6].

Premier Mateusz Morawiecki oświadczył 17 maja, że nie ma zgody jego rządu na spełnienie roszczeń do bezspadkowego mienia żydowskiego. Dodał przy tym: „Jeśli kiedykolwiek by do tego doszło, że zamieniony zostałby kat i ofiara, to urągałoby to jakimkolwiek zasadom prawa międzynarodowego, ale byłoby to również pośmiertnym zwycięstwem Hitlera. I dlatego nigdy na to nie pozwolimy”. To oświadczenie wywołało szereg gwałtownych reakcji. Anonimowy autor w „The Jerusalem Post” napisał: „Izrael nie może milczeć w obliczu tak skandalicznych prób unikania odpowiedzialności za zbrodnie z przeszłości. Morawiecki musi zostać pociągnięty do odpowiedzialności”[7]. Polska ma zatem zapłacić za zbrodnie z przeszłości. Rodzi się pytanie, czyje? Po raz pierwszy sprawa roszczeń do mienia bezspadkowego Żydów polskich została przedstawiona jako kontrybucja, którą Polska ma zapłacić za wojnę wywołaną przez III Rzeszę Niemiecką i popełnione przez nią zbrodnie.

„Uwagi polskiego premiera Mateusza Morawieckiego są antysemickie i nieakceptowalne” – stwierdziła z kolei wiceminister spraw zagranicznych Izraela Cippi Chotoweli[8]. Natomiast Ronald S. Lauder – przewodniczący Światowego Kongresu Żydów – określił wypowiedź premiera Morawieckiego jako „naganną” i „skrajnie niepokojącą” oraz wezwał szefa rządu polskiego do wycofania się ze swoich słów. Pozwolił sobie też na stwierdzenie, że „brak odpowiedniej konfrontacji Polski z tragedią milionów jej żydowskich obywateli, którzy mieli być unicestwieni przez Niemców, jest szczególnie niepokojący”[9]. W ten sam ton uderzyła Polska Rada Chrześcijan i Żydów, która w wydanym oświadczeniu napisała, że „Szczególne kontrowersje budzi zagadnienie mienia bezspadkowego. Uważamy też, że pełne rekompensaty byłyby zbytnim obciążeniem dla Polski. Jednakże uważamy zarazem, że nieuwzględnianie faktu utraty własności z powodu wymordowania całych rodzin w ramach wojennej Zagłady jest sprzeczne z poczuciem sprawiedliwości. (…) Nasze przygnębienie budzi fakt, że obecne reakcje w Polsce przekraczają granicę między protestowaniem we własnym interesie a całościową postawą antyżydowską. Uważamy, że jest to nie do przyjęcia i przywodzi na myśl najmniej chwalebne okresy relacji polsko-żydowskich”[10].

Mam w związku z tym dwa pytania do panów Ronalda S. Laudera i Gideona Taylora (przewodniczącego WJRO). Pytanie pierwsze jest takie, czy wiedzą co robią? Rozpoczynają mianowicie od początku drugą wojnę światową – wojnę rozpoczętą 1 września 1939 roku agresją Niemiec hitlerowskich na Polskę. Chcą w tej wojnie Polskę pokonać i obciążyć kontrybucjami za zbrodnie Niemiec hitlerowskich. Pytanie drugie jest takie, kto zapłaci za polski majątek narodowy utracony podczas drugiej wojny światowej i polską martyrologię? Bo nikt nie zapłacił. Nikt do dzisiaj nie zapłacił za 38% majątku narodowego utraconego przez Polskę w wyniku agresji i okupacji III Rzeszy Niemieckiej i Związku Radzieckiego. Nikt nie zapłacił za zniszczony przemysł, zniszczone i zrabowane dobra kultury. Nikt nie zapłacił za starte z powierzchni ziemi miasta z Warszawą na czele. Nikt nie zapłacił za ekspedycje karne policji niemieckiej, w wyniku których zostało spalonych i wymordowanych ponad 800 wsi polskich. Kto zapłaci za spalonych żywcem Polaków oraz ich mienie w takich miejscowościach jak Michniów, Sochy, Ochotnica Dolna, Józefów Duży, Krasowo-Częstki, Aleksandrów, że wymienię najbardziej znane?

Kto zapłaci za rzeź Woli i Ochoty podczas powstania warszawskiego, za dziesiątki tysięcy wymordowanych przez Niemców w wyniku Intelligenzaktion polskich prawników, lekarzy, inżynierów, nauczycieli, księży i ziemian? Kto zapłaci za wymordowanych przez Niemców profesorów lwowskich? Za spalone uniwersytety i szkoły? Kto zapłaci za setki tysięcy Polaków wypędzonych z ziem wcielonych do Rzeszy i ich mienie, które przejęli koloniści niemieccy? Kto zapłaci za cierpienia i mienie Polaków wysiedlonych przez okupanta niemieckiego z Zamojszczyzny? Kto zapłaci za męczeństwo 400 tys. Polaków deportowanych do niemieckich obozów koncentracyjnych, za męczeństwo polskich więźniów Pawiaka, Radogoszcza, Fortu VII, Potulic, Montelupich, Krzesławic, zamku lubelskiego? Kto zapłaci za mienie i dziedzictwo kulturalne pozostawione przez Polskę na odebranych jej w wyniku decyzji USA, Wielkiej Brytanii i ZSRR Kresach Wschodnich? Kto zapłaci za ludobójstwo dokonane na Polakach z Kresów Wschodnich przez nacjonalistów ukraińskich? Kto zapłaci za wymordowanych w Katyniu, Charkowie, Twerze, Bykowni i Kuropatach? Kto zapłaci za męczeństwo 260 tys. Polaków deportowanych przez NKWD na Nieludzką Ziemię? Kto zapłaci za zamarznięte na śmierć podczas tych deportacji polskie dzieci i niemowlęta, których zwłoki konwojenci NKWD wyrzucali z bydlęcych wagonów i których nie miał kto pogrzebać?

Pan Gideon Taylor (przewodniczący WJRO) niejako odpowiedział na te pytania. W rozmowie z „Jewish Standard” stwierdził mianowicie, że „Narracje są potężnymi narzędziami zarówno dla krajów, jak i dla instytucji. (…) Polska jest zasadniczo jedynym krajem z dawnego bloku komunistycznego, który nie przeprowadził żadnych restytucji, i chociaż są tu jeszcze inne powody, to częściowo jest to związane z narodową narracją, według której Polska była ofiarą”[11]. Trzeba więc Polsce zmienić narrację, żeby z ofiary stała się sprawcą zbrodni niemieckich. Nad tym pracują od dawna pewni historycy i publicyści, których nazwisk wymieniał nie będę, a przynajmniej od przełomu lat 70. i 80. XX wieku pracuje się też nad tym w niektórych mediach zachodnich. Ostatnio narrację historyczną zmieniał Polsce czołowy polityk izraelski Jair Lapid, który w wywiadzie dla dziennikarza izraelskiego Nissana Tzura stwierdził, że „Polacy współpracowali przy tworzeniu i prowadzeniu obozów zagłady, Polacy wydawali Żydów Niemcom i tym samym wysyłali ich na śmierć. (…) Nie przypadkiem hitlerowcy stworzyli swoje centrum zagłady w Polsce. Wiedzieli, że ludność polska im pomoże”[12].

O zmianę Polsce narracji historycznej zatroszczył się też ostatnio anonimowy redaktor anglojęzycznej Wikipedii, który zamieścił nową edycję hasła dotyczącego kolaboracji Żydów z Niemcami hitlerowskimi podczas drugiej wojny światowej. Zmienił po prostu narodowość kolaborantów z żydowskiej na polską. I tak oto Chaim Mordechaj Rumkowski (1877-1944) – jeden z najgroźniejszych kolaborantów żydowskich w okupowanej przez III Rzeszę Polsce, „król” getta łódzkiego i współsprawca zagłady własnego narodu – stał się Polakiem. Anglojęzyczny czytelnik Wikipedii dowie się teraz, że to nie Żyd-kolaborant Rumkowski, ale Polak Rumkowski wysyłał transporty Żydów z getta łódzkiego do obozu zagłady (oczywiście „polskiego”) w Chełmnie nad Nerem. Również Mojżesz Merin (1905-1943) – groźny kolaborant działający jako przewodniczący Centrali Żydowskich Rad Starszych na Wschodnim Górnym Śląsku – stał się w anglojęzycznej Wikipedii Polakiem[13].

Czy następnym zabiegiem redaktora anglojęzycznej Wikipedii będzie zamieszczenie informacji, że Adolf Hitler był Polakiem, a III Rzesza Niemiecka państwem polskim?

Mam jeszcze pytanie do amerykańskiego establishmentu politycznego z Donaldem Trumpem na czele. Mianowicie, dlaczego administracja USA dopiero teraz zatroszczyła się o życie i mienie Żydów polskich? Dlaczego nie uczyniła tego podczas drugiej wojny światowej? Fakty historyczne są bowiem w tej sprawie bezlitosne.

28 lipca 1943 roku emisariusz Polski Podziemnej Jan Karski został przyjęty przez prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta. Karski przekazał mu dramatyczną prośbę polskich Żydów o ratunek. Proponował wystosowanie ultimatum wielkich mocarstw wobec Niemiec, że jeżeli nie zaprzestaną mordu na Żydach, zbombardowane zostaną ich miasta. Proponował też zbombardowanie linii kolejowych do obozów zagłady lub dostarczanie broni, pieniędzy oraz paszportów partyzantom i uciekającym przed zagładą Żydom. Podczas tego spotkania w pewnym momencie prezydent Roosevelt przerwał polskiemu emisariuszowi i powiedział: „Policzymy się z Niemcami po wojnie. Panie Karski, proszę mnie ewentualnie wyprowadzić z błędu, ale czy Polska jest krajem rolniczym? Czy nie potrzebujecie koni do uprawy waszej ziemi?”. Jan Karski spotkał się w USA z wieloma wybitnymi osobistościami, takimi jak Felix Frankfurter, Cordell Hull, William Joseph Donovan, Samuel Stritch czy Stephen Wise. Przedstawiał swój „raport” wszędzie, gdzie udało mu się dotrzeć – politykom, biskupom, przedstawicielom mediów i przemysłu filmowego z Hollywood oraz artystom. Wyuczył się go na pamięć i potrafił streścić w 18 minut. Jednak nigdzie nie znalazł zainteresowania dokonywaną w tym czasie przez III Rzeszę Niemiecką zagładą Żydów europejskich.

Zainteresowanie tym tematem powstało w USA dopiero ponad 35 lat wojnie – na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Od tamtego czasu w mediach i kulturze masowej tego kraju na głównego winowajcę zagłady Żydów podczas drugiej wojny światowej zaczęto lansować Polskę i Polaków. Od początku lat 90. XX wieku dodano do tego narrację o „mieniu ery Holokaustu”, które miała przywłaszczyć sobie Polska.

Niestety, ale przyjęcie przez USA Act 447 i posunięcie się wraz z Izraelem do dyktatu wobec Polski w sprawie zaspokojenia bezprawnych roszczeń WJRO ma charakter wspierania obcej agresji wobec państwa polskiego. Agresji realizowanej środkami niemilitarnymi, ale przypominającej niektóre cechy wojny hybrydowej. Rodzi się w związku z tym pytanie o wartość i charakter sojuszu Polski z USA, na którym po 1989 roku oparto całą polską strategię geopolityczną. Powiem wprost: czy ten sojusz ma taki sam charakter jak relacje polsko-rosyjskie za panowania Katarzyny II albo przymierze polsko-pruskie z 1790 roku?

Odrębnym zagadnieniem jest brak właściwej reakcji obozu postsolidarnościowego na tę agresję, która była przecież przygotowywana od lat 90. XX wieku. Nie można uciec od pytania, po co i dlaczego rząd Donalda Tuska podpisał 30 czerwca 2009 roku Deklarację Terezińską, na którą jako podstawę prawną powołuje się Act 447? Nie można uciec od pytania o przyczynę braku solidarności polityków PO z zacytowaną powyżej wypowiedzią premiera Morawieckiego.

Nie można nie zauważyć, że aż do lutego 2019 roku PiS negował publicznie zagrożenie płynące z Act 447. Uprawnione jest też przypuszczenie, że PiS szuka możliwości realizacji roszczeń WJRO poprzez uzyskanie odszkodowań wojennych od Niemiec i dlatego od 2016 roku władze polskie występują z tą kwestią wobec rządu w Berlinie. Jest to ogromny błąd polityczny. Dlaczego – wyjaśnił prof. Bronisław Łagowski. Oto fragment jego wypowiedzi: „Takie żądanie 74 lata po wojnie jest aktem nieprzyjaznym i to wobec kogo? Wobec najbliższego sąsiada, alianta (na wypadek wojny) i kraju, od którego dobrej woli jest Polska zależna w wielu kwestiach i z którym powiązana jest gospodarczo. Tych żądań nie da się ukryć przed społeczeństwem niemieckim, przed ludnością niemiecką. Nie trzeba tłumaczyć, jak to usposobi Niemców do Polaków i jak te pogorszone stosunki wpłyną na moralną spójność NATO i UE. Rząd, który z palcem na ustach odnosi się do Ukrainy, od której w najmniejszym stopniu na razie nie zależy, występuje z bezczelnymi żądaniami wobec potężnego sąsiada, którego życzliwość będzie Polsce w różnych sytuacjach niezbędna i który prowadzi w stosunku do nas wiarygodną politykę pojednania. (…) Żądanie odszkodowań wojennych przez PiS nie pojawia się po raz pierwszy. Poprzednim razem wiceprzewodniczący PO poseł Neumann krzyknął na rząd, że jest połowiczny w swoich roszczeniach, bo nie domaga się odszkodowań od Rosji”[14].

Politycy postsolidarnościowi zamiast zdecydowanie i bez wchodzenia w żadne negocjacje odrzucić roszczenia World Jewish Restitution Organization oraz dyktat USA i Izraela w tej sprawie, zamiast zabiegać o wsparcie RFN jako następcy prawnego III Rzeszy Niemieckiej, pogarszają stosunki z tym państwem. PiS chce reparacji wojennych od Niemiec, a PO od Rosji. Po co? Nietrudno domyśleć się, że po to, żeby zaspokoić roszczenia WJRO. Jest to krok komplikujący relacje z dwoma poważnymi sąsiadami i skazujący Polskę na izolację polityczną wobec dyktatu Act 447. Przypomnę, że gdy 27 stycznia 2018 roku Izrael i USA zaatakowały nowelizację ustawy o IPN, co spowodowało po kilku miesiącach wycofanie się rządu PiS z tej nowelizacji, kanclerz Angela Merkel oświadczyła, że Niemcy ponoszą wyłączną odpowiedzialność za Holokaust i to samo powiedział jej ambasador w Warszawie[15]. Natomiast Rosja wtedy wręcz poparła nowelizację ustawy o IPN w części dotyczącej negowania zbrodni nacjonalizmu ukraińskiego[16].

To był jasny sygnał ze strony Berlina i Moskwy, że są gotowe poprzeć Polskę w jej konflikcie ze stroną izraelsko-żydowsko-amerykańską. Oczywiście pod warunkiem rozluźnienia „strategicznego sojuszu” z USA i racjonalizacji polskiej polityki zagranicznej. Tematu tego w Warszawie nikt nie podjął. Pojednanie i utrzymywanie dobrych stosunków z Niemcami i Rosją jest polską racją stanu. Tego jednakże postsolidarnościowi politycy nie rozumieją, przedkładając ponad wszystko swój egzotyczny sojusz z USA i mrzonki o Trójmorzu. Zamiast twardo dać do zrozumienia USA, Izraelowi i WJRO, że Act 447 jest próbą kontynuowania drugiej wojny światowej przeciwko Polsce i poradzić im, żeby nie otwierali puszki Pandory, sami chcą otwierać puszkę Pandory w stosunkach z Niemcami i Rosją. Spostrzeżenie prof. Łagowskiego, że żądanie reparacji wojennych od Niemiec zostanie tam odebrane jako akt wrogi zostało ostatnio potwierdzone w publikacji „Die Welt”[17].

Jest jeszcze jedna kwestia związana z dyktatem w sprawie Act 447, najważniejsza. Ten dyktat wynika z jednej strony z przyjętego po 1989 roku charakteru stosunków z USA, a z drugiej strony z przyjętej wtedy polityki historycznej i w związku z tym jest klęską na własne życzenie. Gdyby po 1989 roku nie przyjęto skrajnie antykomunistycznej narracji historycznej, która doprowadziła do daleko idącej dyskredytacji i delegalizacji PRL, z tezą o „sowieckiej okupacji” na czele, to dzisiaj prawdopodobnie byłoby o wiele łatwiej walczyć z dyktatem Act 447. Może nawet nikt nie wysuwałby jakichkolwiek roszczeń. Ponadto obecne działania WJRO byłyby utrudnione, albo wręcz niemożliwe, gdyby w Polsce po 1989 roku nie atakowano z niesamowitą zaciekłością stanu prawnego pozostawionego przez PRL w kwestiach własnościowych, gdyby nie występowano z nieodpowiedzialnymi inicjatywami „reprywatyzacji” majątku komunalnego, gdyby nie ulegano dyktatowi Banku Światowego w sprawie „prywatyzacji”, czyli likwidacji całych gałęzi przemysłu, gdyby nie prowadzono nieodpowiedzialnej i jednostronnej polityki zagranicznej.

Sprzeciw wobec Act 447 – z jakim ostro wystąpiła podczas kampanii do Parlamentu Europejskiego radyklana prawica – nie ma żadnego sensu bez uznania legalności Polski Ludowej i obrony tej legalności. Bez zajęcia stanowiska, że Deklaracja Terezińska godzi w ciągłość prawną państwa polskiego. Ale na to braunowcy, korwinowcy i narodowocy nigdy się nie zgodzą, tak samo jak pisowcy. Sprzeciw ten wymagałby też przyznania, że delegitymizująca PRL polityka historyczna była i jest ogromnym błędem i musi zostać porzucona raz na zawsze. Jednakże na taki krok nie pójdą czciciele „żołnierzy wyklętych” zarówno z Ruchu Narodowego i „Najwyższego Czasu”, jak i z PiS i PO. Tym pierwszym zostaje zatem narracja o spisku żydowskim, która z punktu widzenia taktyki politycznej Izraela i World Jewish Restitution Organization jest bardzo korzystna. Uwiarygodnia bowiem tezę o nieuleczalnym polskim antysemityzmie – bardzo przydatną przy próbie realizacji roszczeń.

[1] Mosbacher: w ustawie 447 nie ma nic, czego można się obawiać, http://www.tvp.info, 15.05.2019.

[2] Amerykańska ambasador kwestionuje umowę indeminizacyjną z Polską z 1960 roku. Po raz pierwszy pada słowo „sankcje”, http://www.nczas.com, 15.05.2019.

[3] W Izbie Lordów nazwano Polskę „bezczelnym przestępcą”, który „rozsiadł się” na żydowskim mieniu, http://www.kresy.pl, 15.05.2019.

[4] Izraelska minister wprost o przejęciu polskiego mienia: „Antysemickie elementy nie powstrzymają nas przed spełnieniem tego obowiązku”, http://www.nczas.com, 13.05.2019.

[5] No U.S. Military Base for Poland Until It Pays for Holocaust Victims, http://www.freebeacon.com, 15.05.2019.

[6] Amerykańskie media: budowa Fortu Trump uzależniona od kwestii roszczeń żydowskich, http://www.onet.pl, 16.05.2019.

[7] Obrzydliwy atak na Polskę w „Jerusalem Post”. Premier przedstawiony jako nacjonalista odpowiedzialny za wzmacnianie antysemityzmu, http://www.wpolityce.pl, 16.05.2019.

[8] Wiceminister spraw zagranicznych Izraela o wypowiedzi Morawieckiego: „antysemicka i nieakceptowalna”, http://www.gazeta.pl, 20.05.2019.

[9] Światowy Kongres Żydów o słowach Morawieckiego: naganne, http://www.rp.pl, 21.05.2019; Mateusz Morawiecki mówi o „pośmiertnym zwycięstwie Hitlera”. Reakcja Światowego Kongresu Żydów, http://www.gazeta.pl, 21.05.2019.

[10] Oświadczenie: Wierzymy we wspólnotę polskich chrześcijan i Żydów, http://www.gazeta.pl, 15.05.2019.

[11] Gideon Taylor: To błąd, że Polskę traktuje się jak ofiarę II wojny światowej, http://www.fronda.pl, 10.05.2019.

[12] Izraelski polityk oskarżył Polaków o stworzenie obozów zagłady wspólnie z Niemcami, http://www.kresy.pl, 10.05.2019.

[13] Anglojęzyczna Wikipedia usuwa wzmianki o żydowskim pochodzeniu nazistowskich kolaborantów, http://www.kresy.pl, 23.05.2019.

[14] B. Łagowski, Polskie porachunki z sąsiadami, „Przegląd” nr 20/2019, 13.05.2019.

[15] Angela Merkel: Odpowiedzialność za Holokaust ponoszą Niemcy, http://www.polskatimes.pl, 10.02.2018.

[16] Odsiecz dla Polski w sprawie ustawy o IPN przybyła ze Wschodu. Nie są to jednak oczekiwani sojusznicy, http://www.natemat.pl, 2.02.2018.

[17] „Die Welt”: Przez reparacje Polacy mogą stracić możliwość zarobkowania w RFN, http://www.rmf24.pl, 21.05.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 czerwca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 23-24 (2243/2244), 2-9.06.2019, s. 8;

„Myśl Polska” nr 25-26 (2245/2246), 16-23.06.2019, s. 8

Nowa odsłona dramatu Libii

„Prorosyjski generał prze na stolicę. Stany Zjednoczone »głęboko zaniepokojone« – taki nagłówek zamieścił 8 kwietnia tvn24.pl. Żeby nikt nie miał wątpliwości, że ów generał jest „prorosyjski”, pokazano też jego zdjęcie w rosyjskiej czapce uszance. Notabene zupełnie nieprzydatnej w klimacie podzwrotnikowym. „Stany Zjednoczone są »głęboko zaniepokojone« walkami w pobliżu Trypolisu i wzywają do natychmiastowego zakończenia ofensywy tzw. Libijskiej Armii Narodowej dowodzonej przez generała Cahlifę Haftara” – zacytował sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo tvn24.pl. Dalej wyjaśniono, że „Libijska Armia Narodowa, dowodzona przez prorosyjskiego generała Haftara, w ubiegły czwartek ruszyła na Trypolis. Przejęła kontrolę m.in. nad miastem Gharjan ok. 70 km na południe od stolicy, po czym wdała się w walki z wojskami rządowymi na terenach wiejskich w pobliżu Trypolisu. Od czwartku w starciach zginęły co najmniej 23 osoby. W obliczu eskalacji walk w Libii Rada Bezpieczeństwa ONZ zaapelowała do Haftara o zaprzestanie zbrojnego marszu na Trypolis. O natychmiastowe uspokojenie sytuacji w Libii zaapelowały we wspólnym oświadczeniu USA, Wielka Brytania, Włochy oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie”.

Nie mniej dramatyczny nagłówek zamieścił 6 kwietnia dziennik.pl: „Prorosyjski generał ruszył na Trypolis. Moskwa ostrzega inne państwa przed interwencją w Libii”. Dowiadujemy się, że przebywający z wizytą w Kairze szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow „wezwał w sobotę wszystkie strony konfliktu w Libii do znalezienia porozumienia. Ostrzegł przed ingerowaniem zagranicznych sił w sprawy libijskie. (…) Pogrążona w chaosie po obaleniu dyktatury Muammara Kadafiego w 2011 roku Libia jest rozdarta między dwoma rywalizującymi ośrodkami władzy: na zachodzie jest rząd jedności narodowej Mustafy as-Saradża [właśc. Fajiz as-Sarradż – BP] ustanowiony w 2015 roku w Trypolisie i popierany przez społeczność międzynarodową, a na wschodzie – rząd Libijskiej Armii Narodowej w Bengazi, którego szefem ogłosił się Haftar”.

I na koniec wyborcza.pl z 7 kwietnia: „Wojna domowa w Libii. Wspierany po cichu przez Rosję generał Chalifa Haftar wyruszył na Trypolis”. Czytamy: „Armia kierowana przez najsilniejszego watażkę ze wschodu Libii próbuje zdobyć Trypolis i obalić rząd uznawany przez ONZ. Z rejonu walk uciekło już 2,8 tys. ludzi. W czwartek gen. Chalifa Haftar wydał rozkaz swojej Libijskiej Armii Narodowej, by zajęła stolicę. Według ostatnich doniesień z frontu oddziały Haftara zajmują kolejne miasta wzdłuż szosy do Trypolisu i zbliżyły się nawet na 20 km od rogatek miasta. W sobotę pochwaliły się zajęciem lotniska międzynarodowego, choć rząd w Trypolisie przekonuje, że odparł atak. Trypolis łatwo się nie podda. Na pomoc tamtejszemu rządowi ruszyła wprawiona w bojach milicja z Misraty. Obie strony dokonują nalotów”.

Co się stało? Skąd ten dramatyczny ton w mediach „głównego nurtu”? Dlaczego Chalifa Haftar – tytułowany przez te media „generałem”, chociaż sam tytułuje się „marszałkiem polnym” – stał się nagle „prorosyjski”? Przecież od 1987 roku był proamerykański i w 2011 roku z woli CIA obalał Muammara Kadafiego. Na pierwszy rzut oka Chalifa Haftar jest człowiekiem nieskromnym. O ile Kadafi po przewrocie z 1969 roku awansował się z kapitana na pułkownika i przy tym stopniu pozostał do śmierci, to Haftar – który zakończył w 1987 roku służbę w armii Kadafiego jako pułkownik – po przerzuceniu go przez CIA do Libii w 2011 roku zaczął się tytułować generałem porucznikiem, a na koniec marszałkiem polnym Libijskiej Armii Narodowej. Drugą jego cechą wydaje się skłonność do koniunkturalnej zmiany frontu.

Chalifa Haftar urodził się w 1943 roku. Uczestniczył w przewrocie wojskowym, który został dokonany 1 września 1969 roku przez grupę młodych oficerów skupionych wokół Muammara Kadafiego i który stanowił faktyczne odzyskanie niepodległości przez Libię. Potem brał udział w wojnie Jom Kippur (6-26.10.1973), czyli wojnie koalicji państw arabskich pod przewodnictwem Egiptu i Syrii z Izraelem. Służył wiernie Kadafiemu do 1987 roku, kiedy wraz z 700 swoimi żołnierzami został wzięty do niewoli przez wojska Czadu. Haftar jako pułkownik dowodził siłami libijskimi w wojnie z Czadem (tzw. „wojna toyot”, 16.12.1986-11.09.1987), która zakończyła się dla Libii sromotną porażką. Po dostaniu się do niewoli zaoferował swoje usługi służbom specjalnym Czadu i USA. Przerzucono go wraz grupą oficerów libijskich najpierw do ówczesnego Zairu, a potem do Kenii. Tam utworzyli Narodowy Front Ocalenia Libii, którego zbrojnym ramieniem została Libijska Armia Narodowa pod dowództwem Haftara. Ich celem miał być udział u boku USA w obaleniu Kadafiego. Stało się to możliwe dopiero w 2011 roku.

W tym miejscu trzeba wyjaśnić dlaczego Kadafi został wrogiem USA. Po przewrocie z 1969 roku z Libii usunięto obce bazy wojskowe i znacjonalizowano przemysł naftowy, który stał się kołem napędowym gospodarki. Dochody z eksploatacji ropy naftowej i innych bogactw naturalnych umożliwiły Kadafiemu stworzenie egalitarnego systemu społecznego. Libijczycy cieszyli się szerokim katalogiem praw socjalnych. Należały do nich: bezpłatne użytkowanie wody i energii elektrycznej przez wszystkich obywateli, brak oprocentowania pożyczek (banki zostały znacjonalizowane, a Kadafi zakazał lichwy), dotowanie przez państwo mieszkań dla młodych małżeństw, wysoka wyprawka dla dziecka oraz bezpłatna edukacja i opieka zdrowotna. Państwo dotowało nie tylko artykuły dziecięce, żywność i ceny benzyny, ale nawet zakupy przez obywateli samochodów i dóbr luksusowych. Pokrywało też koszty leczenia obywateli za granicą i fundowało studentom stypendia zagraniczne. Libia przestała być krajem analfabetów – co czwarty obywatel miał wyższe wykształcenie, niejednokrotnie zdobyte za granicą. Wprowadzono pełne równouprawnienie kobiet (zlikwidowane po „demokratycznym” przewrocie z 2011 roku). Ponadto Kadafi przeprowadził największy na świecie projekt irygacyjny oraz zbudował nowoczesną infrastrukturę miejską i komunikacyjną.

To nie podobało się Zachodowi, jednak uznanie Kadafiego za „tyrana” i wroga „wolnego świata” spowodowała dopiero jego polityka zagraniczna – silnie antyamerykańska i antyizraelska. W okresie „zimnej wojny” Libia razem z Jugosławią tworzyła tzw. Ruch Państw Niezaangażowanych, utrzymując równocześnie ożywione kontakty polityczne i gospodarcze z blokiem radzieckim. Kadafi wspierał ruchy antykolonialne i narodowowyzwoleńcze w Afryce, Ameryce Łacińskiej oraz w Europie (IRA i ETA). Działał na rzecz jedności arabskiej. Przede wszystkim jednak popierał Organizację Wyzwolenia Palestyny i różne inne palestyńskie formacje zbrojne. To z tego powodu, już dekadę przed zamachem nad Lockerbie, przywódca Libii został uznany za „światowego terrorystę”. Kadafi nie krył swojej niechęci do Izraela, występując wielokrotnie z oryginalnymi pomysłami przeniesienia państwa żydowskiego na Alaskę lub do Kalifornii.

Dlatego Ronald Reagan, rozpoczynając w 1981 roku światową „krucjatę przeciw komunizmowi”, rozpoczął także brutalną kampanię przeciw Libii. Kulminacją trwających od 1981 roku prowokacji i incydentów zbrojnych był atak powietrzny na Libię, przeprowadzony przez USA przy poparciu Wielkiej Brytanii 15 kwietnia 1986 roku. Do walki z Kadafim Waszyngton zaangażował też dyktatora Czadu Hisséne Habré, który w związku z tym w przekazie propagandy amerykańskiej stał się nawet „demokratycznym przywódcą”. Stąd wspomniana „wojna toyot”. Odwetem ze strony Libii był zamach terrorystyczny na samolot linii Pan Am nad Lockerbie 21 grudnia 1988 roku.

Koniec „zimnej wojny” przyniósł stopniową deeskalację i normalizację stosunków pomiędzy Libią a Zachodem. Dlatego Chalifa Haftar i jego ludzie zostali w 1990 roku wycofani z Kenii do USA. Na razie byli niepotrzebni. Kadafi nie zrezygnował jednak z prowadzenia samodzielnej polityki, w tym bezkompromisowej krytyki USA i Izraela, przez co ponownie stał się wrogiem „wolnego świata”. Przypomniano sobie wtedy w Waszyngtonie o Haftarze. W 1996 roku CIA przerzuciła go po raz pierwszy do wschodniej Libii, gdzie organizował nieudaną rebelię przeciw Kadafiemu.

W odpowiedzi na to Kadafi nawiązał bliskie stosunki z Chinami oraz zrezygnował z panarabizmu na rzecz panafrykanizmu. Libia została członkiem-założycielem Wspólnoty Państw Sahelu i Sahary (1999) i Unii Afrykańskiej (2002). W czerwcu 2005 roku przystąpiła też do Wspólnego Rynku Afryki Północnej i Południowej (COMESA). Działania te podważały m.in. rozwijaną przez Francję koncepcją tzw. Unii Śródziemnomorskiej. Oprócz tego na forum Unii Afrykańskiej przywódca Libii wystąpił z inicjatywą wprowadzenia międzynarodowej waluty – opartej na libijskich rezerwach złota – do rozliczeń na rynku ropy. Ta złota waluta miała obowiązywać początkowo na obszarze Afryki Północnej i wyprzeć dolara amerykańskiego z transakcji na światowym rynku naftowym. W tym momencie Kadafi ostatecznie przekroczył czerwoną linię, a jego panafrykańskie idee i złote plany musiały zostać zbombardowane i podpalone w 2011 roku w sensie dosłownym. Na dodatek z całą Afryką Północną.

Wtedy CIA ponownie sięgnęła po wiekowego już Chalifę Haftara. Podczas wspieranej przez NATO rewolty, która zakończyła się obaleniem i zamordowaniem Kadafiego, Haftar był początkowo głównodowodzącym sił puczystów. Jednakże kierująca puczem Narodowa Rada Tymczasowa usunęła go z tego stanowiska i w hierarchii najwyższych dowódców rebelii zajął dopiero trzecie miejsce. Prawdopodobnie z tego właśnie powodu Chalifa Haftar przestał być proamerykański. Zrozumiał, że nie zostanie nowym Kadafim pod parasolem Waszyngtonu.

Libia – po puczu i agresji NATO z 2011 roku – rozpadła się na trzy części: uznawane przez Zachód Izbę Reprezentantów i rząd w Tobruku, nieuznawany Powszechny Kongres Narodowy i rząd w Trypolisie oraz Państwo Islamskie. Krajobrazu Libii jako państwa upadłego dopełniały inne poza Państwem Islamskim organizacje terrorystyczne, jak Ansar al-Sharia, czy Brygady Rafallaha al-Sahatiego, zbuntowane milicje Berberów i Tuaregów oraz Libijska Armia Narodowa sędziwego marszałka Haftara, którego nikt w Libii nie chciał. 14 lutego 2104 roku Haftar podjął pierwsza próbę zamachu stanu ogłaszając, że „zawiesza” opanowany przez islamistów Powszechny Kongres Narodowy i jego rząd. 16 maja 2014 roku podległe mu oddziały zaatakowały islamistów w Benghazi. Jednakże to nie on był wtedy głównym rozgrywającym w dramacie libijskim, ale USA. Dzięki wsparciu USA, Włoch, Kataru i Turcji w marcu 2016 roku powstał w Trypolisie Rząd Zgody Narodowej, na którego czele stanął Fajiz as-Sarradż. Jego pozycję wzmocnił upadek Powszechnego Kongresu Narodowego, ale władza Rządu Zgody Narodowej ograniczyła się tylko do Trypolisu i okolic.

Tymczasem Haftar w 2017 roku, z pomocą francuską i egipską, wyrzucił z Benghazi Państwo Islamskie. Samozwańczy marszałek samozwańczej Libijskiej Armii Narodowej zdobył wtedy prawie całość libijskich pól naftowych, co zapewniło mu szeroką, choć dyskretną pomoc międzynarodową. Francja, która była głównym pomysłodawcą obalenia Kadafiego uznała, że Haftar zostanie jego posłusznym odpowiednikiem. Przy tym Haftar sam zapewniał, że zrobi w kraju porządek i przyniesie stabilizację. Dlatego Francja dozbroiła go i wysłała mu swoje siły specjalne. Wpływ na stanowisko Paryża miało też zaangażowanie po stronie Haftara Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Egiptu i Arabii Saudyjskiej, które są ważnymi nabywcami francuskiej broni (m.in. celem bombardowania Jemenu) i uzależniały dalsze zakupy od francuskiej aktywności w Libii. Do tego grona zwolenników Haftara dołączyła na końcu Rosja.

4 kwietnia 2019 roku popierany przez Egipt, Arabię Saudyjską, ZEA, Francję i Rosję samozwańczy marszałek samozwańczej Libijskiej Armii Narodowej wydał rozkaz zajęcia Trypolisu, nazywając swoje działania „uzasadnioną operacją antyterrorystyczną przeciwko islamistom”. Francja i Rosja wzywają do pokoju i nieingerowania w wewnętrzne sprawy Libii, ale nie ulega wątpliwości, że życzą sobie szybkiego upadku proamerykańskiego rządu as-Sarradża w Trypolisie. Paryż zapewne liczy na to, że samozwańczy marszałek jako „silny człowiek w Trypolisie” zatrzyma migrację z Afryki do Europy. Natomiast dla Rosji jest to jakaś forma odbudowy swoich wpływów, utraconych po obaleniu Kadafiego.

Jedną z głównych przyczyn tzw. arabskiej wiosny z 2011 roku, w tym obalenia Kadafiego i tzw. wojny domowej w Syrii (2011-2019), była konieczność przemodelowania przez USA Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu w związku z planowanym od dawna przez Izrael atakiem na Iran. Już dzisiaj widać, że to przemodelowanie – mimo zdewastowania kilkunastu państw – nie powiodło się.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 kwietnia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 17-18 (2237/2238), 21-28.04.2019, s. 6

Operacja Allied Force, czyli unicestwienie Jugosławii

24 marca minęła 20. rocznica agresji NATO na Jugosławię (operacja Allied Force – Siły Sprzymierzone). Polska – przyjęta do NATO 12 marca 1999 roku – uczestniczyła w tej agresji tylko formalnie, ale jej ówczesne władze udzieliły pełnego poparcia działaniom zbrojnym i politycznym NATO przeciw Jugosławii. To samo powtórzyło się w 2008 roku, kiedy władze Polski uznały niepodległości Kosowa niemal natychmiast po jej jednostronnym proklamowaniu. Nie było hucznych obchodów rocznicy agresji NATO na Jugosławię ani w Polsce, ani w USA i na Zachodzie. Najwidoczniej nie jest to powód do dumy. Służba prasowa NATO poinformowała jedynie, że operacja Allied Force została przeprowadzona, aby „powstrzymać katastrofę humanitarną” w Kosowie. „Ta decyzja została podjęta po ponad roku walk w Kosowie i kilku nieudanych próbach ONZ i grup kontaktowych, w których uczestniczyła też Rosja, znalezienia pokojowego dyplomatycznego rozwiązania tego kryzysu. Użycie siły przez NATO było konieczne i legalne” – ogłosiła służba prasowa NATO w 20. rocznicę agresji na Jugosławię (cyt. za: http://www.pl.sputniknews.com, 30.03.2019). Nie jest to prawda. Użycie siły przez NATO było w pełni nielegalne, ponieważ nastąpiło bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ. Celem agresji nie było powstrzymanie „katastrofy humanitarnej” w Kosowie, którą USA i Zachód same wywołały sponsorując terrorystów z Armii Wyzwolenia Kosowa (UÇK). Celem było obalenie Slobodana Miloševicia i dalsza dezintegracja terytorialna Jugosławii poprzez oderwanie od niej Kosowa – kolebki państwowości serbskiej.

To co stało się 24 marca 1999 roku było powodem i początkiem rozejścia się dróg USA i Rosji. Propaganda zachodnia, także polska, wielokrotnie oskarżała Władimira Putina o „zerwanie z Zachodem”, ale to zerwanie nastąpiło jeszcze przed objęciem władzy przez Putina (został premierem Rosji 8 sierpnia 1999 roku, a prezydentem 31 grudnia 1999 roku) i powodem tego była właśnie agresja NATO na Jugosławię. W Moskwie zrozumiano wtedy do czego zmierzają USA i Zachód, chociaż powinni byli to zrozumieć już podczas pierwszej wojny czeczeńskiej (1994-1996). Nieśmiały flirt Rosji z Zachodem, rozpoczęty przez Michaiła Gorbaczowa i kontynuowany przez Borysa Jelcyna, skończył się właśnie 24 marca 1999 roku.

Oficjalnym powodem agresji NATO na Jugosławię miało być doprowadzenie do „zakończenia czystek etnicznych na terenie Kosowa”, jak nazywano wówczas w języku propagandy zachodniej zwalczanie przez Jugosławię (Serbię i Czarnogórę) albańskich terrorystów z Armii Wyzwolenia Kosowa. Rzeczywisty powód – jak już powiedziałem – był inny. Tym powodem było dążenie Zachodu do unicestwienia Jugosławii jako wyrazicielki idei Wielkiej Serbii. Tym powodem było zanegowanie suwerenności państwowej w imię fałszywie rozumianej ideologii „praw człowieka”. Tym powodem była wynikająca z ideologii amerykańskich neokonserwatystów „wojna o demokrację”, czyli urządzanie przez USA jednobiegunowego świata. Po Jugosławii, która zniknęła z mapy świata w latach 2003-2006, przyszła kolej na Afganistan, Irak, Libię, Syrię i „kolorowe rewolucje” z Ukrainą na czele. Scenariusz przećwiczony w 1999 roku w Jugosławii został niemal dokładnie skopiowany w Libii i Syrii w 2011 roku: najpierw uzbrajamy jakąś grupę, która podejmuje działania terrorystyczne, a potem próbę zwalczania tych działań przez suwerenne państwo nazywamy „czystką etniczną” lub „zbrodnią przeciw ludzkości” i mamy powód do „wojny o demokrację i prawa człowieka”. Tak się obecnie nazywa imperialistyczną agresję na suwerenne państwo – „wojna o demokrację i prawa człowieka”.

Od 24 marca do 20 czerwca 1999 roku – przez 78 dni i nocy – najnowocześniejsze samoloty bojowe (głównie amerykańskie, brytyjskie i francuskie) bombardowały Belgrad i inne miasta Jugosławii. To była bodajże trzecia po pierwszej wojnie irackiej z 1991 roku i wojnie bośniackiej (1992-1995) „wojna medialna” – wojna dosłownie transmitowana przez różne stacje telewizyjne i kreowana przez media zachodnie, które tym razem stworzyły obraz „czystek etnicznych w Kosowie” dokonywanych przez „krwawy reżim Miloševicia”. W trwającej przez 78 dni ofensywie lotniczej NATO użyło w pierwszej fazie od 350 do 400 samolotów różnych typów, kilkaset helikopterów i dronów oraz 30 okrętów, w tym podwodnych, z których wystrzeliwano rakiety manewrujące Tomahawk. W końcowej fazie agresji na Jugosławię NATO użyło 1022 samolotów (w tym 731 amerykańskich). Liczba nalotów na dobę wahała się od 150 na początku agresji do 740 w końcu maja 1999 roku. Przeciętnie było to 486 akcji bojowych na dobę. Na Jugosławię (Serbię, Czarnogórę i Kosowo) zrzucono 25 tys. bomb i rakiet. Lotnictwo amerykańskie użyło jednak m.in. 1100 bomb rozszczepialnych, które zawierały ponad 200 tys. elementów wybuchowych.

Podczas operacji „Allied Force” NATO straciło 21 dronów, dwa helikoptery AH-64 Apache oraz trzy samoloty – dwa F-16 oraz jeden „niewykrywalny dla radarów” i „niezniszczalny” F-117 A Nighthawk, który został zestrzelony 27 marca 1999 roku przez jugosłowiańską obronę przeciwlotniczą koło wsi Budanovci w Wojwodinie. Według oficjalnej wersji NATO samolot ten uległ awarii i rozbił się. Straty osobowe NATO wyniosły tylko dwóch zabitych (piloci helikopterów AH-64 Apache). Natomiast Jugosławia straciła całe swoje lotnictwo wojskowe – 121 samolotów, ponadto 120 spośród 1270 czołgów, 220 spośród 825 pojazdów opancerzonych, 450 spośród 1400 dział oraz od 956 do 1200 zabitych, 52 zaginionych i 5173 rannych żołnierzy. Większość zabitych po stronie jugosłowiańskiej stanowiły jednak osoby cywilne, w tym dzieci. Wedle danych rządu w Belgradzie zginęło około 5700 cywilów (także Albańczyków), w tym 3 dyplomatów chińskich. Natomiast różne źródła zachodnie (m.in. Human Rights Watch) podają, że zginęło od 489 do 528 cywilów jugosłowiańskich. Straty materialne poniesione przez Jugosławię w wyniku bombardowań NATO wyniosły 29,6 bilionów dolarów.

W tej wojnie Jugosławia nie miała szans. Musiała skapitulować i zgodzić się na wycofanie swoich sił wojskowych i policyjnych z Kosowa oraz wprowadzenie w ich miejsce tzw. sił pokojowych NATO (KFOR), a także na powrót do Kosowa uchodźców, czyli przeważnie terrorystów z UÇK. Tym samym została otwarta droga do likwidacji Jugosławii w latach 2003-2006 oraz powstania tzw. niepodległego Kosowa, które proklamowano 17 lutego 2008 roku. Zanim to się stało, albańscy ekstremiści wypędzili z Kosowa tysiące Serbów, zagrabili ich majątek oraz spalili prawie wszystkie tamtejsze kościoły prawosławne. Na tę czystkę etniczną nie było jednak żadnej reakcji ani ze strony sił pokojowych KFOR, ani ze strony NATO.

Celem ofensywy powietrznej NATO przeciw Jugosławii w 1999 roku miały być wyłącznie obiekty wojskowe, do których zaliczono też obiekty administracji publicznej oraz niektóre obiekty infrastruktury (np. elektrownie). Niestety w wyniku „pomyłek” natowskich pilotów celem bomb i rakiet stały się także obiekty typowo cywilne, w tym domy mieszkalne, zabytki historii i kultury, szpitale, obiekty kultu religijnego i elementy infrastruktury komunikacyjnej, a także ambasada Chińskiej Republiki Ludowej w Belgradzie. 12 kwietnia 1999 roku dwa pociski wystrzelone z samolotu NATO trafiły „omyłkowo” w pociąg pasażerski na wiadukcie w miejscowości Grdelica zabijając 55 pasażerów i raniąc 26 (źródła zachodnie podają, że miało być rzekomo tylko 10 ofiar). Bomby i rakiety zniszczyły też historyczny Most Waradyński w Nowym Sadzie i rafinerię w Pančevie, zburzyły domy mieszkalne w Belgradzie i wielu innych miastach, ale też w niedużych miejscowościach jak Aleksinac, Nogovac, Orahovac, czy Vranje. Od bomb i rakiet natowskich ginęli również Albańczycy, których NATO miało niby ratować przed domniemaną czystką etniczną ze strony Serbów. 14 kwietnia 1999 roku „omyłkowo” zbombardowano kolumnę uchodźców albańskich na drodze Djakovica-Prizren, a następnie obóz uchodźców albańskich w Gjakovej w zachodnim Kosowie. Bomby dosięgły też siedziby radia i telewizji serbskiej. Ofiarą „pomyłki” natowskich pilotów padła nawet fabryka samochodów Zastava w Kragujevacu – największa fabryka motoryzacyjna na Bałkanach. Cóż, w Polsce takie fabryki wtedy „prywatyzowano”, a tam bombardowano. Inny sposób usunięcia konkurencji.

W bombach i rakietach, jakimi NATO atakowało Jugosławię, był stosowany zubożony uran, który jest substancją toksyczną i radioaktywną. Długo temu zaprzeczano, ale prawda w końcu wyszła na jaw. Pełną odpowiedzialność za operację Allied Force ponoszą prezydent USA Bill Clinton, sekretarz stanu USA Madeleine Albright (inicjatorka całego przedsięwzięcia), premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Robin Cook, sekretarz generalny NATO Javier Solana oraz amerykańscy generałowie Wesley Clark, John W. Hendrix, Rupert Smith i admirał James O. Ellis, Jr.

Genezę agresji NATO na Jugosławię oraz jej przebieg wyczerpująco przedstawił nieżyjący już prof. Marek Waldenberg w „niepoprawnej politycznie” (tj. oficjalnie potępionej przez „Gazetę Wyborczą”) pracy naukowej pt. „Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki” (tom I: 1991-2002, tom II: 2002-2004, Warszawa 2005). Zainteresowanych szczegółami odsyłam do tej publikacji, a także do 57-minutowego filmu dokumentalnego czeskiego dziennikarza Václava Dvořáka pt. „Skradzione Kosowo” („Uloupené Kosovo) z 2008 roku. Emisji tego filmu odmówiono w telewizji czeskiej. Jako oficjalny powód takiej decyzji podano że film jest rzekomo proserbski przez co „ton dokumentu mógłby wywołać negatywne emocje”. Potem zakazano rozpowszechniać go także w mediach publicznych na terenie Unii Europejskiej. Film można jednak obejrzeć na kanale YouTube.

W pracy prof. M. Waldenberga zostały szczegółowo omówione m.in. antyjugosłowiańska (antyserbska) kampania medialna, jaka poprzedziła atak NATO na Jugosławię, konferencja w Rambouillet (takie nowe Monachium) oraz parcie Madeleine Albright do wojny. Prof. M. Waldenberg pisał wprost o „symbiozie dziennikarzy ze służbami informacyjnymi NATO”. Nie był to bynajmniej jego wymysł. Powołał się na „Gazetę Wyborczą”, której korespondent napisał 29 marca 1999 roku: „(…) Świat musi wiedzieć, że operacja rozwija się »zgodnie z planem« (którego nikt prócz NATO do końca nie zna)”. Tej konstatacji towarzyszyła uwaga, że „trudno czasem zresztą dociec, kto na kogo wpływa: NATO na media czy odwrotnie”. Chwaląc służbę prasową NATO za to, że precyzyjnie „niszczy” wątpliwości co do słuszności bombardowań, korespondent „Gazety Wyborczej” nie krył, iż podawane informacje „są oczywiście starannie wyselekcjonowane”.

Propaganda zachodnia nie wahała się przed porównywaniem losu Albańczyków w Kosowie do Holokaustu, często przywołując Auschwitz. „Dążenie do pełnego zablokowania informacji i opinii negujących lub tylko podważających to, co podawane było przez rzeczników agresji jako jedyna i cała prawda, znalazło jaskrawy wyraz w brutalnej krytyce takich dziennikarzy, bardzo zresztą nielicznych, którzy ośmielali się kwestionować obowiązujący manichejski, czaro-biały obraz wydarzeń” – pisał prof. M. Waldenberg.

Oskarżenie Serbów przez propagandę zachodnią o spowodowanie katastrofy humanitarnej w Kosowie było mocno naciągane, jeśli nie całkowicie fałszywe. Do masakr „ludności albańskiej” w Kosowie miało dojść m.in. w Raczaku (Račak), Drenicy, Juniku, Donje Obrinje, Likosane, Podujevie, czy Pastriku. Największą z nich miała być masakra w Raczaku, gdzie 15 stycznia 1999 roku z rąk serbskiej policji miało zginąć 45 Albańczyków (doszło tam na pewno do walki policji jugosłowiańskiej z terrorystami z UÇK). Faktycznie Raczak stał się casus belli. Władze w Belgradzie od początku twierdziły, że była to „albańska inscenizacja”. Do takiej tezy przychyliła się nawet część wysokich urzędników OBWE. Pełne wyniki prac z ekshumacji, przeprowadzonej przez lekarzy serbskich, białoruskich i fińskich pod kierownictwem fińskiej lekarki Heleny Ranty, nigdy nie zostały opublikowane. W marcu 2000 roku „Berliner Zeitung” znalazł się w posiadaniu kopii 40 protokołów sekcji zwłok przeprowadzonych przez lekarzy z Finlandii. Znajdowały się w nich twierdzenia, iż okaleczenia zwłok nie miały miejsca, ofiary nie zginęły od strzałów z bardzo małej odległości, zaś tezę, iż wszyscy zabici byli cywilami i zostali zamordowani w Raczaku należy uznać za „nieudowodnioną”. Najprawdopodobniej więc w Raczaku odkryto zwłoki poległych w walce terrorystów z UÇK. W styczniu 2001 roku ta sama gazeta podała, że dotarła do opracowania sporządzonego przez trzech spośród ekspertów fińskich, którzy stwierdzili w nim, iż nie ma dowodów, by ciała odnalezione w Raczaku były zwłokami cywilów.

W 2008 roku Helena Ranta ujawniła w swojej biografii, że zarówno szef misji OBWE William Walker, jak i urzędnicy fińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych usiłowali wpłynąć na treść raportu jej zespołu, tak, by bardziej zdecydowanie potępiał on Serbów. Raportu – jak już powiedziałem – nigdy nie ujawniono, natomiast 17 marca 1999 roku Helena Ranta stwierdziła na konferencji prasowej, iż nie ma podstaw, by odrzucić wersję o zamordowaniu w Raczaku bezbronnych cywilów. Tydzień później na Jugosławię zaczęły spadać bomby i rakiety.

Zacytuję na koniec jeszcze raz Marka Waldenberga: „To, że wojna ta będzie miała opłakane następstwa, można było, podobnie jak wcześniejsze etapy jugosłowiańskiej tragedii, przewidzieć, zanim do niej doszło. I czyniono to, ostrzegano, by jej nie wszczynać. Opinie takie, wprawdzie nieliczne, pojawiały się w mediach zachodnich, w Polsce były one zupełnie odosobnione. Wskazywano m.in. na to, że wojna ta oznaczać będzie złamanie prawa międzynarodowego, w szczególności Karty Narodów Zjednoczonych, że stanowić będzie bardzo niebezpieczny precedens, że nie rozwiąże istniejącego konfliktu etnicznego, lecz go spotęguje, że nie przyczyni się do zabezpieczenia pokoju na Bałkanach, lecz je znacznie zdestabilizuje, że nie przyniesie chwały NATO”.

Dzisiaj stoimy przed perspektywą kolejnej „wojny o demokrację i prawa człowieka”, czyli przed perspektywą agresji USA i Izraela (być może też pod szyldem NATO) na Iran, która może być początkiem wojny światowej. Dzisiaj głosy ostrzegające przed takim posunięciem także są nieliczne i odosobnione.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 kwietnia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 15-16 (2235/2236), 7-14.04.2019, s. 8

Powrót Chicago Boys

28 października br. na prezydenta Brazylii został wybrany Jair Messias Bolsonaro (ur. 1955 r.). W pierwszej turze zdobył 46,4 proc. głosów, a w drugiej 55,2 proc. głosów, pokonując Fernando Haddada z Partii Pracujących. Wybory te odbyły się w sytuacji głębokiego kryzysu politycznego i gospodarczego Brazylii, co nie jest obojętne dla świata, ponieważ największe państwo Ameryki Łacińskiej jest piątym co do wielkości i szóstym na świecie pod względem liczby ludności. Wynik tych wyborów oznacza nie tylko upadek rządów Partii Pracujących, ale także koniec brazylijskiej wersji boliwarianizmu – czyli socjalizmu XXI wieku – oraz powrót w jego miejsce wydawałoby się już doszczętnie skompromitowanego neoliberalizmu. Zwycięstwo Bolsonaro oznacza również odzyskanie przez USA kontroli nad największym państwem i największą gospodarką Ameryki Łacińskiej.

Nie będę przeprowadzał szczegółowej analizy przyczyn załamania się w Brazylii rządów Partii Pracujących oraz analizy przyczyn i okoliczności obalenia przez proamerykański establishment dwóch charyzmatycznych lewicowych prezydentów tego kraju – Luiza Inácio Luli da Silvy (2003-2011) oraz Dilmy Rousseff (2011-2016) – którzy wyciągnęli miliony Brazylijczyków ze skrajnej biedy i znacząco zmniejszyli zależność ekonomiczną tego kraju od północnoamerykańskich korporacji. Szczegółowe analizy na ten temat przeprowadził w ostatnich latach Jarosław Pietrzak. Odsyłam zatem do jego publicystyki. Jako jej podsumowanie zacytuję tylko najważniejsze tezy jego artykułu pt. „Jair Bolsonaro i upadek Partii Pracowników”, który został opublikowany 3 listopada na portalu strajk.eu.

Red. Pietrzak określił Jaira Bolsonaro jako „faszystę”, który jeszcze dwa lata temu był elementem politycznego folkloru. Można dyskutować nad tym czy Bolsonaro rzeczywiście jest faszystą, czy nie. Faktem jest jednak, że Bolsonaro w swoich populistycznych i demagogicznych wypowiedziach wielokrotnie pochwalał przemoc wobec przeciwników politycznych, w tym proamerykańskie dyktatury w Ameryce Łacińskiej, z dyktaturą Augusto Pinocheta (1973-1990) na czele, a także szczycił się, że jego pradziadek był „żołnierzem Hitlera”. Zapowiedział też krwawą rozprawę z lewicą, nazywając jej przedstawicieli „czerwonymi śmieciami”. Takie wypowiedzi miał również w przeszłości. W 1999 roku stwierdził np., że należy rozwiązać parlament i wprowadzić dyktaturę, a jedynym rozwiązaniem problemów kraju jest natychmiastowe wymordowanie 30 tys. ludzi. Uważa także, że Pinochet wymordował za mało ofiar. 63-letni Bolsonaro nie ukrywa też uwielbienia dla Donalda Trumpa oraz Izraela i wzorem prezydenta USA chce po objęciu rządów natychmiast przenieść ambasadę Brazylii do Jerozolimy.

Istotne jest spostrzeżenie Pietrzaka, że prezydent-elekt Brazylii był „finansowany przez wielką własność ziemską i przemysły ekstraktywne, obiecał im wolną rękę w ich wymarzonej grabieży Amazonii, co niewątpliwie przyspieszy i pogłębi katastrofę klimatyczną. Jego zwycięstwo oznacza też najprawdopodobniej rychły upadek lub kapitulację pozostałych na polu walki lewicowych projektów politycznych w Ameryce Południowej. Bolsonaro reprezentuje militarystyczną (był wojskowym) brazylijską tradycję polityczną, która głosiła, że »co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii« i dumnie uczestniczyła w Operacji Kondor mającej na celu brutalne wyniszczenie lewicy w całej Ameryce Łacińskiej”.

Dlaczego jednak połowa brazylijskich wyborców go wybrała? Zdaniem Jarosława Pietrzaka decydującą rolę w jego wyborze „odegrała wielkomiejska, głównie biała, klasa średnia, która ma największą skłonność do elitarystycznego kręcenia nosem, że Bolsonaro i Partia Pracowników (Partido dos Trabalhadores, PT) to samo zło. Mogą sobie pozwolić na taką »estetyczną« postawę, bo to nie oni zapłacą prawdziwą cenę za dojście Bolsonaro do władzy. Oprócz wszystkiego, co o nim wyżej powiedziałem, jest on jednocześnie skrajnym neoliberałem, zwolennikiem prywatyzacji i deregulacji wszystkiego, a także demontażu prawa pracy i państwowego systemu emerytalnego. Dlatego tak już go polubiły mityczne »rynki światowe«, a giełda brazylijska wpadła po wyborach w euforię”.

Przyczyną klęski kandydata PT – zdaniem Pietrzaka – „jest oczywiście to, że oligarchom udało się, przy pomocy lojalnego wobec nich systemu sprawiedliwości, wsadzić w kwietniu br. do więzienia najpopularniejszego kandydata, Lulę właśnie, rzekomo za korupcję. Lula bez dwóch zdań wygrałby te wybory. Przypomnę, że jedyną udowodnioną winą byłego prezydenta jest to, że jeden z wielkich koncernów budowlanych podarował mu luksusowy apartament z widokiem na ocean, a jedynym dowodem, że Lula ten prezent przyjął, są zeznania samych łapówkodawców, którzy w zamian za to świadectwo sami zostali zwolnieni od odpowiedzialności. Żadnych dokumentów ani innych dowodów materialnych, że Lula kiedykolwiek ten »prezent« przyjął, że postawił tam stopę – nie przedstawiono. Jakby komuś tego było mało na dowód, że wyrok motywowany był wyłącznie politycznie, interesem oligarchów, Lulę poddano takiemu rygorowi, że prasa nie ma do niego dostępu – w kraju, w którym skazani szefowie gangów narkotykowych nie doświadczali takich obostrzeń. A jakby i tego było mało, to Bolsonaro właśnie zaoferował odpowiedzialnemu za śledztwo Lava Jato sędziemu Sergio Moro, który doprowadził do uwięzienia Luli, polityczną nagrodę: tekę ministra sprawiedliwości”.

Przyczyn klęski PT red. Pietrzak upatruje dalej w tym, że jej długoletnie rządy obudziły „nadzieje na gruntowną przebudowę brazylijskiego społeczeństwa, jednego z najbardziej niesprawiedliwych na świecie, ale [prezydent Lula da Silva] liczył na to, że uda się tego dokonać wyłącznie drobnymi reformami redystrybucyjnymi. W dodatku dotyczyły one jedynie bieżącego dochodu (a nie np. ziemi), a w gruncie rzeczy była to redystrybucja samego wzrostu gospodarczego. Ten ostatni na dodatek oparty był w znacznym stopniu na hossie surowcowej, która nigdy nie trwa wiecznie. Ale to nieprawda, że wszystko rozbiło się o ropę, że PT wpadła w tarapaty i skończyła tam, gdzie jest dzisiaj, tylko dlatego, że jej ceny się załamały. Chodzi o to, że Lula chciał rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa. Chciał zlikwidować biedę, nie odbierając niczego oligarchom. Dlatego nie ruszył latyfundystów (żadnej reformy rolnej), nie ruszył finansjery (utrzymał absurdalnie wysokie stopy procentowe, jedne z najwyższych na świecie), nie ruszył wielkich mediów (nie rozbił monopoli, nie znacjonalizował choćby części Globo, nie założył telewizji publicznej), przemysłowcom zapewnił rządowe kontrakty, a wojskowym poczucie, że Brazylia znowu jest mocarstwem, a więc i oni są ważni (…). Gdy jednak do Brazylii dotarł w końcu kryzys, oligarchia użyła całej zachowanej władzy, by uniknąć, choćby po trupach, zapłacenia za niego choćby części rachunku. Użyła barier klasowych strzegących dostępu do prestiżowych zawodów, które zapewniają, że ostatecznie sędziami zostają tylko dzieci bogatych, dzieci ich lub ich klientów, by wsadzić Lulę do więzienia. Użyła kolosalnie wysokich finansowych progów dostępu do zawodowej polityki, by mieć pewność, że w Kongresie będzie dość ludzi na jej pasku, żeby przegłosować impeachment Dilmy Rousseff pomimo braku podstaw prawnych. A potem, by zapewnić, że Brazylijczycy nie będą nigdy mieli żadnego prawdziwego outsidera jako alternatywy, wpadną więc w sidła takiego błazna jak Bolsonaro. Użyła swoich nienaruszonych monopoli medialnych, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za kryzys, pomimo iż to właśnie polityka PT zdołała w rzeczywistości opóźnić jego uderzenie o kilka dobrych lat. Użyła ich, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za brazylijską korupcję, pomimo iż to PT uruchomiła zmiany w prawie i jego egzekwowaniu, które spowodowały, że korupcję zaczęto w ogóle poważnie traktować (…). Strategia PT polegająca na tym, żeby rozwiązać problem biedy, nie dotykając problemu bogactwa, a więc nie antagonizując oligarchii, miała wysoką cenę. Rezygnując z zadania zmiany struktury brazylijskich stosunków władzy, ograniczając się głównie do usuwania i minimalizowania jej szkód, PT musiała się dostosować do obowiązujących w tej strukturze zasad postępowania i coraz bardziej upodobniła się do reszty klasy politycznej”.

Jarosław Pietrzak zwrócił też uwagę na ciekawe okoliczności obalenia przez oligarchię brazylijską prezydent Dilmy Rousseff w 2016 roku: „Dziwnym zbiegiem okoliczności ambasadorką Stanów Zjednoczonych w Asunción w momencie impeachmentu paragwajskiego i w Brasilii w momencie impeachmentu brazylijskiego była ta sama Liliana Ayalde, którą najwyraźniej po udanej operacji w małym kraju przeniesiono do większego, w tym samym celu. Michel Temer, zdradziecki wiceprezydent Dilmy z ramienia Brazylijskiego Ruchu Demokratycznego (kolejna nazwa bez znaczenia), który dzięki jej usunięciu został prezydentem, był od 2006 r. informatorem amerykańskiej ambasady. CIA i Departament Stanu służyły pomocą zarówno w obaleniu Rousseff, jak i w uwięzieniu Luli”.

W kontekście tego co pisze Jarosław Pietrzak trzeba zauważyć, że Prawo i Sprawiedliwość w Polsce jest formacją nieco podobną do brazylijskiej Partii Pracujących. Nie dlatego, że prezydent Lula da Silva bardzo cenił Lecha Kaczyńskiego i uważał go za socjalistę, ale dlatego, że PiS – identycznie jak PT – chce poprzez redystrybucję wzrostu gospodarczego „rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa”. Dlatego PiS powinien wyciągnąć wnioski z analizy red. Pietrzaka na temat przyczyn upadku rządów PT.

Mówiąc o Partii Pracujących i boliwarianizmie trzeba mieć zawsze na uwadze to, że czym innym jest lewica w Europie, a czym innym w Ameryce Łacińskiej. Na latynoamerykańskim obszarze geopolitycznym ruchy lewicowe zawsze były narodowymi ruchami emancypacyjnymi, walczącymi o wyrwanie ich krajów z ekonomicznych i politycznych kleszczy potężnego mocarstwa północnoamerykańskiego i północnoamerykańskich korporacji. Ta próba emancypacji politycznej i ekonomicznej – po początkowych obiecujących sukcesach – załamała się właśnie w Brazylii i załamuje się w Wenezueli – dwóch krajach Ameryki Łacińskiej najbardziej zaawansowanych w realizacji eksperymentu boliwariańskiego (socjalizmu XXI wieku).

Trudno sobie wyobrazić, że Jair Bolsonaro powróci – jak zapowiadał – do najczarniejszego okresu historii Ameryki Łacińskiej, czyli wychwalanych przez niego zbrodniczych dyktatur wojskowych z lat 60., 70. i 80 XX wieku, które gwarantowały dominację USA i północnoamerykańskiego kapitału na tym obszarze geopolitycznym oraz testowały na sterroryzowanych narodach latynoamerykańskich neoliberalizm – wynalazek „Chicago Boys” – zanim zaczęto go testować w Wielkiej Brytanii pod rządami Margaret Thatcher, a po 1989 roku w państwach byłego obozu socjalistycznego. Powrót Bolsonaro do praktyk Pinocheta, junty argentyńskiej (1976-1983), czy nawet junty brazylijskiej (1964-1985), oznaczałby moim zdaniem wojnę domową.

Być może jednak Bolsonaro jej pragnie, bo jego zdaniem przemoc jest najlepszym sposobem rozwiązywania problemów politycznych. Desygnowany przez niego na ministra finansów Paulo Guedes złożył wkrótce po wyborach szokujące oświadczenie: „będziemy wzorować się na neoliberalnym modelu wdrażanym przez Augusto Pinocheta i jego doradców z Chicago”. Guedes zamierza „na dobry początek” „sprywatyzować” 147 państwowych przedsiębiorstw brazylijskich. Nietrudno się domyśleć, że przejmie je kapitał z Ameryki Północnej, który niewątpliwie zainwestował ogromne pieniądze w obalenie rządów PT i zwycięstwo Bolsonaro. Żeby ta inwestycja zwróciła się i przyniosła zyski północnoamerykańskim korporacjom oraz administracji w Waszyngtonie, Bolsonaro i Guedes będą musieli teraz prywatyzować wszystko co nie lata i nie ucieka na drzewa, z systemem emerytalnym włącznie. Wizja w Polsce bardzo miła dla korwinistów, którzy powitali zmianę polityczną w Brazylii z ogromnym entuzjazmem.

To co stało się w Brazylii pokazuje, że Stany Zjednoczone Ameryki nie mają do zaproponowania krajom, które znajdą się w zależności polityczno-ekonomicznej od nich, niczego innego poza neoliberalizmem – systemem idealnym dla nowoczesnego neokolonializmu. Zwycięstwo Bolsonaro oznacza jeszcze jedno – koniec BRICS – czyli nieformalnego bloku politycznego Brazylii, Rosji, Chin, Indii i Republiki Południowej Afryki, którego inicjatorem zresztą był uwięziony obecnie Lula da Silva. Brazylia z tego bloku automatycznie wypada. Bolsonaro będzie śpiewał tak, jak zagrają mu w Białym Domu, a tam nie życzą sobie wpływów rosyjskich w Ameryce Łacińskiej. Główny strateg polityki USA – doradca Białego Domu ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton – ogłosił, że Bolsonaro jest „promotorem wolności” w Ameryce Łacińskiej i razem z Ivánem Duque z Kolumbii stanowi „wielką nadzieję przyszłości” całego regionu. Bolton zapowiedział też obranie „ostrego kursu” wobec Wenezueli, Kuby i Nikaragui, gdzie jeszcze utrzymują się przy władzy rządy niezależne od USA.

Przejęcie Brazylii jest zatem największym sukcesem polityki waszyngtońskiej od przejęcia w 2014 roku Ukrainy i tak jak przejęcie Ukrainy jest częścią strategii otaczania i osaczania Rosji. Strategię tę administracja Donalda Trumpa realizuje równie konsekwentnie jak jej poprzednicy.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 18 października 2018 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2215/2216), 18-25.11.2018, s. 8

W kierunku konfliktu globalnego

Wiosna 2018 roku przyniosła całkowitą klęskę militarną dżihadystów w Syrii i przyspieszyła tym samym koniec tzw. wojny domowej w tym kraju, czyli trwającej od 2011 roku agresji USA i ich zachodnioeuropejskich sojuszników, realizowanej rękami ekstremistów islamskich. 4 kwietnia w Ankarze spotkali się przywódcy Rosji, Iranu i Turcji (formalnego członka NATO), którzy zapewnili, że są zdecydowani przyspieszyć działania na rzecz „zaprowadzenia pokoju i stabilności w Syrii”. Prezydenci Putin, Rowhani i Erdogan uznali, że format astański (Moskwa, Teheran i Ankara) stanowi jedyną efektywną inicjatywę międzynarodową, która zmierza do zaprowadzenia pokoju w Syrii. Wypowiedzieli się też przeciwko separatyzmowi i tworzeniu w Syrii nowych formacji pod pretekstem walki z terroryzmem[1].

Szczyt w Ankarze oznacza ostateczną klęskę Waszyngtonu i jego sojuszników w wojnie syryjskiej. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Zastosowano scenariusz już wielokrotnie przećwiczony, czyli oskarżono „reżim syryjski” o użycie broni chemicznej przeciw cywilom. Przywódca USA natychmiast zagroził „reżimowi Asada” atakiem odwetowym. Prezydenta Trumpa poparł były premier brytyjski Tony Blair – główny sojusznik USA podczas inwazji na Irak w 2003 roku. Ten sam, który wtedy twierdził, że Irak na pewno posiada broń masowej zagłady i który później przepraszał za te oskarżenia i uwikłanie Wielkiej Brytanii w drugą wojnę iracką[2].

Sytuacja uległa niebezpiecznej eskalacji, kiedy Rosja stanęła w obronie Syrii. Rosyjski ambasador w Libanie Aleksander Zasypkin ostrzegł 10 kwietnia, że amerykańskie rakiety odpalone w stronę Syrii zostaną zestrzelone. Na to następnego dnia odpowiedział Trump w zaskakującym wpisie na Twitterze: „Bądź gotowa Rosjo, bo będą nadlatywać, ładne, nowe i »inteligentne«”[3]. Jednocześnie wysłał w kierunku Syrii grupę uderzeniową marynarki wojennej, a rosyjskie okręty wyszły z portów syryjskich. Świat zaczął się w tym momencie zastanawiać, czy jest to nowy kryzys kubański i czy grozi wybuch trzeciej wojny światowej.

12 kwietnia przywódca USA stonował swoje stanowisko. W kolejnym wpisie na Twitterze oświadczył, że uderzenie militarne przeciw Syrii może nastąpić „bardzo szybko, albo wcale nie tak szybko”[4]. Na ochłodzenie zapału Trumpa wpłynęła zapewne wstrzemięźliwa reakcja Londynu i Berlina. Jest ona całkowicie zrozumiała zważywszy, że w Wielkiej Brytanii i RFN mieszka znacząca diaspora muzułmańska, z której reakcją trzeba się liczyć. Trumpa bezapelacyjnie poparł jedynie prezydent Francji Emmanuel Macron. W tym miejscu trzeba wspomnieć o żenującym komentarzu polskiego prorządowego dziennika „Rzeczpospolita”, który ogłosił, że Macron „ratuje honor Europy”[5]. To mówi wszystko o polskim establishmencie politycznym. Nic więcej dodawać nie trzeba.

Ostatecznie w nocy z 13 na 14 kwietnia USA, Wielka Brytania i Francja zbombardowały trzy miejsca w Syrii, związane ich zdaniem z produkcją broni chemicznej: ośrodek naukowy w Damaszku, magazyny wojskowe w Hims i centrum dowodzenia na północ od Hims[6]. Wygląda na to, że wybrano wariant „ataku ograniczonego”. Do konfrontacji militarnej z wojskami rosyjskimi na razie nie doszło. Należy podkreślić, że wszyscy trzej uczestnicy tego ataku od początku byli stroną „wojny domowej” w Syrii, ukrywającą się za formacjami ekstremistów islamskich.

Nie sposób też nie zauważyć, że zanim 14 kwietnia spadły na Syrię pociski amerykańskie, brytyjskie i francuskie, 9 kwietnia ataku na bazę lotniczą Tiyas w syryjskiej prowincji Hims dokonał Izrael, nie przyznając się do tego[7]. Ta kolejność jest bardzo wymowna.

Kryzys wokół Syrii trafnie skomentował Konrad Rękas: „Obecne, nagłe zaostrzenie sytuacji w Syrii, dosłownie kilka dni po deklaracji Stanów Zjednoczonych o ich częściowym przynajmniej wycofaniu się z działań (de)stabilizacyjnych – pokazuje jak kruchy jest dziś pokój. Wystarczyła jedna rozmowa Donalda Trumpa z premierem Netanjahu, kolejna garść problemów prezydenta USA z własną przeszłością – i już wróciliśmy do punktu wyjścia, do wydarzeń z 2013/14, kiedy świat odliczał czas do lądowej interwencji zbrojnej US Army na terytorium syryjskim. Paradoksalnie, wówczas akcję tę powstrzymało zdecydowane wystąpienie strony rosyjskiej – która dziś wydaje się właściwym celem nowej agresji, zaś jednym z głównych krytyków tamtej polityki Baracka Obamy, był chodzący dziś w jego butach Trump”[8].

Trump miał być tym, który doprowadzi do deeskalacji w stosunkach amerykańsko-rosyjskich. A stał się bezwolnym narzędziem partii wojny i lobby izraelskiego. Politykiem bez charakteru, bez polotu, bez wizji i bez zasad. Nie o Syrię tu oczywiście chodzi, ale o Rosję, do której obóz euro-atlantycki ma pretensje o brak „demokracji”, czyli o to, że pod rządami Putina nie dała się skolonizować gospodarczo. Od początku lat 80. XX wieku świat nie był jeszcze tak blisko rozpętania wojny globalnej, jak teraz.

Popatrzmy zatem jak doszło do obecnego kryzysu.

Można oczywiście cofnąć się do początku grudnia 1989 roku, kiedy Michaił Gorbaczow i George H. W. Bush senior ogłosili koniec „zimnej wojny”. Waszyngton rozumiał jednak koniec „zimnej wojny” inaczej niż Moskwa, czyli jako swoje zwycięstwo, które dało mu prawo do jednobiegunowej dominacji nad światem. Tak postrzegała to neokonserwtywna partia wojny, która zdominowała politykę zagraniczną USA. Można wspomnieć o pierwszej i drugiej wojnie irackiej, brutalnym rozbiciu i zniszczeniu Jugosławii i takich samych próbach dezintegracji Rosji (Czeczenia). Ale nie sięgajmy tak daleko. Wystarczy cofnąć się do roku 2008 – roku wielkiego kryzysu gospodarczego, który wybuchł w USA i ogarnął świat zachodni.

W tym samym 2008 roku Władimir Putin ogłosił projekt Unii Eurazjatyckiej, zapraszając do jej współtworzenia Unię Europejską. Projekt był mglisty, niedookreślony, ale jego realizacja wyrugowałby z Europy interesy USA, a dla Polski stworzyła niepowtarzalną szansę bycia „pomostem” między Wschodem i Zachodem. USA zareagowały bardzo szybko, prowokując przy pomocy pana Saakaszwilego wojnę gruzińsko-rosyjską.

Już rok później proamerykańscy politycy w Europie typu Radosława Sikorskiego (American Enterprise Institute for Public Policy Research) doprowadzili do przyjęcia przez UE projektu Partnerstwa Wschodniego, wykluczając z niego Rosję. W zamyśle miała to być próba odciągania krajów postradzieckich od Moskwy i stworzenie dla niej bariery, a potencjalnie także utrudnianie życia mniejszości rosyjskiej w tych krajach.

Dwa lata później rozpoczęła się tzw. „arabska wiosna”. Amerykanie wsparli radykalnych islamistów i użyli ich do obalenia rządów państw, w których Rosja cieszyła się sympatią. Brutalnie obalono rządy Kadafiego w Libii, Mubaraka w Egipcie i kilku innych państwach arabskich. Kadafiego obalono nie tylko przy pomocy ekstremistów islamskich, ale także w wyniku bezpośredniej interwencji zbrojnej NATO, co nie wymaga dalszego komentarza. Nie udało się obalić tylko Asada w Syrii. Dlatego w 2011 roku wybucha w tym kraju „wojna domowa”, a przy wsparciu Zachodu przedostały się tam tysiące terrorystów islamskich. Syria jest kluczowa tak dla USA, jak i Rosji, ponieważ przez jej terytorium przebiegają linie przesyłowe gazu i ropy naftowej. Jest też kluczowa dla Izraela, który dąży do konfrontacji z wrogim mu Iranem. Nie można wyeliminować Iranu bez wyeliminowania jego głównego sojusznika na Bliskim Wschodzie, jakim jest „reżim Asada” w Syrii.

W 2013 roku prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko – lawirujący pomiędzy Wschodem i Zachodem – dowiedział się, że Bruksela nie ma zamiaru pokrywać kosztów przeorientowania ukraińskiej gospodarki w związku ze stowarzyszeniem Kijowa z UE. Rezygnuje więc z dalszej integracji z Zachodem. Wtedy Waszyngton używa do jego obalenia nacjonalistów ukraińskich. W wyniku krwawego przewrotu do władzy w Kijowie dochodzi oligarchiczno-nacjonalistyczna ekipa, a jednym z jej pierwszych posunięć jest zapowiedź językowej dyskryminacji mieszkających na Ukrainie Rosjan. W rezultacie Krym przyłącza się do Rosji, a na wschodzie Ukrainy wybucha konflikt zbrojny, który wbrew temu, co wmawia się polskiej opinii publicznej jest wojną hybrydową Zachodu przeciw Rosji, a nie odwrotnie.

W 2015 roku Rosja przechodzi do kontrofensywy w Syrii, gdzie wspiera militarnie Syryjską Armię Arabską. W tej sytuacji Amerykanie próbują posłużyć się Turcją, by równoważyć siły rosyjskie. Do gry wchodzą też Kurdowie, widząc w dezintegracji Syrii szansę na realizację marzeń o swojej państwowości. Dla Ankary jest to absolutnie nie do zaakceptowania i dlatego Erdogan zmienia kurs. Wtedy proamerykańscy oficerowie tureccy próbują w 2016 roku dokonać zamachu stanu. Kończy się on niepowodzeniem, ponieważ Turcy masowo popierają Erdogana.

W tym czasie Chiny ogłaszają swój wielki projekt gospodarczy, czyli Nowy Jedwabny Szlak, który ma ułatwić transport coraz lepszej jakości chińskich towarów na rynek europejski. Oznacza to kolejny cios dla USA, zupełnie niekonkurencyjnych dla Chin. Do zablokowania inicjatywy Nowego Jedwabnego Szlaku Waszyngton używa zależne od siebie rządy Europy Środkowo-Wschodniej, w tym przede wszystkim rządy Polski i Ukrainy.

Na przełomie 2017 i 2018 roku zależne od USA rządy państw bałtyckich ogłaszają projekty dyskryminujące językowo mniejszość rosyjską w tych krajach. To także jest kolejny etap wojny hybrydowej Zachodu z Rosją. No i wreszcie na początku kwietnia 2018 roku Rosja, Turcja i Iran przyjmują historyczne porozumienie w sprawie zaprowadzenia pokoju w Syrii. Wtedy USA i ich sojusznicy już po raz trzeci z rzędu ogłaszają, że wygrywająca wojnę Syryjska Republika Arabska użyła broni chemicznej przeciwko swoim obywatelom. Donald Trump zapowiada, że USA odpowiedzą militarnie, bez względu na postanowienia Rady Bezpieczeństwa ONZ. I odpowiedziały.

Oddajmy na koniec jeszcze raz głos red. K. Rękasowi: „Do znudzenia bowiem trzeba powtarzać, że tym czynnikiem, który od kilku już lat powstrzymuje wybuch pełnowymiarowej wojny – jest to, że uparcie, wręcz rozpaczliwie nie chce jej Rosja. Opierając się niekoniecznie z tych pobudek, z których byłoby to w jej interesie – Moskwa… katechonuje. Wyrażenie przez ministra Ławrowa »nadziei, że nie dojdzie do BEZPOŚREDNIEJ konfrontacji amerykańsko-rosyjskiej« – to w języku dyplomacji bodaj najwyraźniejsze ostrzeżenie przed pełnowymiarową wojną światową. Problem z wojną polega jednak m.in. na tym, że niekoniecznie w jej wybuchu przeszkadza straszne jej niechcenie przez jedną tylko stronę (…)”[9].

[1] Turcja, Iran i Rosja: Przyspieszymy działania na rzecz pokoju w Syrii, http://www.gazetaprawna.pl, 4.04.2018; Prezydenci Rosji, Turcji i Iranu podpisali oświadczenie w sprawie Syrii, http://www.pl.sputniknews.com, 4.04.2018.

[2] Tony Blair znowu podżega do wojny. Chce razem z USA uderzyć na Syrię, http://www.strajk.eu, 10.04.2018.

[3] Trump grozi Rosji „nowymi rakietami”, zapowiada atak na Syrię, http://www.kresy.pl, 11.04.2018.

[4] Trump: atak na Syrię może nastąpić szybko, albo wcale nie tak szybko, http://www.waidomosci.onet.pl, 12.04.2018.

[5] J. Bielecki, „Syria: Emmanuel Macron ratuje honor Europy”, http://www.rp.pl, 12.04.2018.

[6] USA, Wielka Brytania i Francja zbombardowały trzy miejsca w Syrii. To odpowiedź na atak chemiczny, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 14.04.2018.

[7] Atak na bazę lotniczą w Syrii. Al-Assad i Putin oskarżają Izrael, http://www.dziennikzachodni.pl, 9.04.2018.

[8] K. Rękas, „W obliczu nadchodzącej Trzeciej Wojny Światowej”, http://www.prawica.net, 10.04.2018.

[9] K. Rękas, „W obliczu nadchodzącej Trzeciej Wojny…”

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 kwietnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 17-18 (2185/86), 22-29.04.2018, s. 5

Odszedł prof. Marek Waldenberg (1926-2018)

25 lutego 2018 roku zmarł w Krakowie prof. Marek Waldenberg – jeden z najwybitniejszych politologów polskich i – co trzeba podkreślić – uczciwych naukowców. Autor wybitnego dzieła pt. „Rozbicie Jugosławii” (Warszawa 2005), w którym nie bał się pójść pod prąd tzw. poprawności politycznej w sprawie przyczyn rozbicia – jak zaznaczył już w tytule – a nie rozpadu Jugosławii w latach 1991-2004. Pogrzeb Zmarłego odbył się 2 marca na Cmentarzu Bronowickim w Krakowie.

Prof. Marek Waldenberg - fot. Wikipedia

Prof. Marek Waldenberg – fot. Wikipedia

Marek Waldenberg urodził się 8 stycznia 1926 roku w Równem na Wołyniu. W 1951 roku ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim i następnie rozpoczął karierę naukową na tej uczelni. Stopień profesora nauk prawnych osiągnął w 1975 roku. Był współtwórcą i długoletnim pracownikiem Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ. W jego ramach przez wiele lat kierował Katedrą Historii Doktryn Politycznych i Prawnych, a w latach 1979-1981 pełnił też funkcję zastępcy dyrektora Instytutu. Jako profesor wizytujący pracował także na uniwersytetach w Austrii, Belgii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Niemczech, Szwajcarii, USA i Włoszech.

Należał do wybitnych badaczy doktryn politycznych, problematyki myśli politycznej i ruchów społecznych. Odrębnym polem zainteresowań naukowych prof. Waldenberga były zagadnienia mniejszości narodowych i nacjonalizmów oraz konfliktów narodowościowych współczesnego świata. W 2005 roku otrzymał doktorat honoris causa Uniwersytetu Pedagogicznego (wówczas Akademii Pedagogicznej) w Krakowie. Za swoje osiągnięcia naukowe został odznaczony Krzyżem Komandorskim OOP (2003), Krzyżem Kawalerskim OOP, Złotym Krzyżem Zasługi i Medalem Komisji Edukacji Narodowej.

Był człowiekiem lewicy. W latach 1946-1948 należał do PPS, a od 1948 roku był członkiem PZPR. Po przełomie październikowym w 1956 roku przez rok zasiadał w Komitecie Wojewódzkim PZPR w Krakowie. Należał do współtwórców Krakowskiego Stowarzyszenia „Kuźnica”, zrzeszającego kilkuset lewicowych intelektualistów, artystów i polityków. W 2004 roku został laureatem nagrody „Kowadło”, przyznawanej przez to stowarzyszenie. Był też przyjacielem Piwnicy Pod Baranami, członkiem Stowarzyszenia „Muzyczna Owczarnia” w Jaworkach koło Szczawnicy i miłośnikiem sztuki.

Publikacje prof. Waldenberga poświęcone myśli społeczno-politycznej dotyczyły głównie historii myśli marksistowskiej ze szczególnym uwzględnieniem różnych nurtów tzw. rewizjonizmu. Najbardziej znaczące z nich to: „Lenin a Kautsky – początki walki” (Warszawa 1967), „Myśl polityczna Karola Kautsky’ego w okresie sporu z rewizjonizmem 1898-1909” (Kraków 1970), „Wzlot i upadek Karola Kautsky’ego. Studium z historii myśli społecznej i politycznej” (t. I, II, Kraków 1972), „Kautsky” (Warszawa 1976), „Rewolucja i państwo w myśli społecznej W. Lenina” (Warszawa 1978), „Włoski rewolucyjny syndykalizm” (Warszawa 1981), „Prekursorzy Nowej Lewicy. Studia z myśli społecznej XIX i XX wieku” (Kraków 1985).

Warto zwrócić uwagę, że najważniejsze publikacje „marksistowskie” prof. Waldenberga z okresu PRL drążyły tematykę myśli i działalności Karola Kautsky’ego (1854-1938) – teoretyka demokratycznego socjalizmu, uzasadnianego z pozycji marksistowskich i głównego przedstawiciela tzw. centryzmu – nurtu, który dystansował się zarówno od klasycznej socjaldemokracji, jak i rewolucyjnego socjalizmu. Być może była to próba poszukiwania ze strony prof. Waldenberga innej identyfikacji ideologicznej dla realnego socjalizmu PRL dekady gierkowskiej.

To jednakże nie „marksistowskie” publikacje z okresu PRL zapewniły prof. Waldenbergowi poczesne miejsce w historii nauki polskiej oraz ściągnęły na niego ataki proatlantyckich środowisk politycznych w Polsce po 1989 roku. Stało się to za sprawą publikacji analizujących zagadnienia nacjonalizmów w Europie Środkowo-Wschodniej oraz byłej Jugosławii, w tym szczególnej dociekliwości Profesora w kwestii przyczyn zniszczenia tego państwa. Wymienić tu należy: „Kwestie narodowe w Europie Środkowo-Wschodniej. Dzieje, idee” (Warszawa 1992), „Przyczyny szczególnej roli czynnika narodowego w Europie Środkowo- i Południowo-Wschodniej” (Warszawa 1999), „Narody zależne i mniejszości narodowe w Europie Środkowo-Wschodniej. Dzieje konfliktów i idei” (Warszawa 2000), „Rozbicie Jugosławii. Od separacji Słowenii do wojny kosowskiej” (Warszawa 2003), „Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki” (t. I, II, Warszawa 2005).

Ostatnią z tych publikacji można bez przesady nazwać dziełem życia prof. Marka Waldenberga. Przyniosła mu ona największy rozgłos w kraju i za granicą oraz ściągnęła największe ataki. Środowiska proatlantyckie zarzuciły prof. Waldenbergowi stronniczość, wybielanie winy Serbów, zrzucanie odpowiedzialności za rozbicie (w terminologii tych środowisk „rozpad”) Jugosławii na Chorwację, Słowenię, Europę Zachodnią i USA, a nawet negację serbskich zbrodni wojennych. Zarzuty te nie dziwią w sytuacji, gdy prof. Waldenberg doprowadził do podważenia narracji tych środowisk – dominującej wobec opinii publicznej w Polsce – na temat przyczyn i przebiegu unicestwienia Jugosławii. Publikacje Profesora poświęcone rozbiciu Jugosławii naruszyły tabu dominujące w polskich i zachodnich mediach. Nie tylko naruszyły tabu, ale rozłożyły na czynniki pierwsze całą medialną propagandę w sprawie Jugosławii, zerwały zasłonę przekłamania z wielu zagadnień, pokazując zupełnie inne przyczyny rozbicia Jugosławii i zupełnie inny przebieg dramatu jugosłowiańskiego niż ten, który był w tym czasie serwowany medialnie polskiej i światowej opinii publicznej.

Prof. Waldenberg, wbrew stawianym mu zarzutom, bynajmniej nie wybielał Serbów z winy za rozbicie Jugosławii i popełnionych przez nich zbrodni wojennych. Wskazywał jedynie na to, że zbrodnie wojenne popełniały wszystkie strony dramatu jugosłowiańskiego, a znacznie większą winę za doprowadzenie do tego dramatu ponosiły Chorwacja i Słowenia, których separatyzm był początkowo wspierany przez Austrię i Niemcy. Dowiódł, że rozbicie Jugosławii było przede wszystkim rezultatem działania czynników zewnętrznych – państw Europy Zachodniej z Niemcami na czele oraz USA – które wykorzystały miejscowe nacjonalizmy i antagonizmy narodowe. Rozprawił się z wieloma mitami, w tym rozpowszechnianymi przez media informacjami o masowych gwałtach na kobietach muzułmańskich, których w Bośni miały dokonywać siły serbskie. Miał też odwagę podważyć oficjalną narrację na temat masakry w Srebrenicy. Miał wreszcie odwagę skrytykować agresję NATO na Jugosławię w 1999 roku, przedstawić rzeczywiste okoliczności działalności Armii Wyzwolenia Kosowa, w tym tzw. masakry w Raczaku, oraz faktyczne przyczyny i przebieg procesu oderwania Kosowa od Serbii.

Nie ukrywał tego, czego inni nie przyjmowali do wiadomości lub chcieli przemilczeć. W sytuacji, gdy media amerykańskie i zachodnie oraz powiązane z nimi media polskie przedstawiały kosowskich Albańczyków jako ofiary domniemanego serbskiego nacjonalizmu, prof. Waldenberg rysował zupełnie inny – należy podkreślić, że prawdziwy – obraz sytuacji w Kosowie. Tak pisał o tym w „Rozbiciu Jugosławii”: „Prześladowania, dyskryminacja i brak elementarnego bezpieczeństwa mniejszości narodowych i etnicznych, w szczególności Serbów i Romów, przybrały rozmiary i formy, jakich w czasach pokojowych od ponad stu lat nie doznała żadna społeczność etniczna w żadnym państwie europejskim”. Słowem – miał odwagę w sprawie Kosowa i Jugosławii powiedzieć i napisać to, czego inni nie mieli odwagi powiedzieć i napisać lub nie chcieli tego uczynić. Tak właśnie prof. Waldenberg zapisał się w historii nauki i pamięci wielu ludzi – jako odważny i uczciwy naukowiec.

Jego ogromną zasługą jest to, że w „Rozbiciu Jugosławii” wskazał na te przyczyny dekompozycji Jugosławii i jej dramatycznego przebiegu, które negowała i neguje naukowa literatura amerykańska i zachodnioeuropejska, a także pozostająca pod ich wpływem literatura polska. Odważnie i zgodnie z prawdą uwypuklił odpowiedzialność za dekompozycję Jugosławii separatyzmu chorwackiego i słoweńskiego, a także polityki RFN i amerykańskiej administracji Billa Clintona. Wiele miejsca poświęcił historii nacjonalizmów bałkańskich i stosunków między narodami tworzącymi Jugosławię. Zwrócił szczególną uwagę na historię stosunków albańsko-serbskich i chorwacko-serbskich, w tym pomijaną w przekazie medialnym rolę ludobójstwa dokonanego przez chorwackich ustaszy podczas drugiej wojny światowej na narodzie serbskim jako czynnika rzutującego na stosunki chorwacko-serbskie. Wykazał, że interwencja NATO w Jugosławii była nieuzasadniona i bezprawna w świetle prawa międzynarodowego.

Podkreślił dwa ważne fakty, bez których nie da się zrozumieć okoliczności zniszczenia Jugosławii. Po pierwsze, że wojna w Bośni (1992-1995) była pierwszą w historii „wojną medialną” – kreowaną i pilotowaną przez media zachodnie. Po drugie, że kluczową rolę w wylansowaniu Serbii na głównego winowajcę upadku Jugosławii i towarzyszących temu konfliktów etnicznych odegrały pracujące na rzecz Chorwacji zachodnie agencje public relations. Ostrzegał, że polityka USA i Zachodu wobec Bałkanów Zachodnich będzie miała fatalne następstwa. Ostrzeżenia te niestety spełniły się, co dziś widzimy chociażby na przykładzie Bośni i Hercegowiny oraz Kosowa.

W osobie prof. Marka Waldenberga odszedł wybitny przedstawiciel polskiej inteligencji, a chyba nie będzie przesady, jeśli powiem, że wielki autorytet naukowy i intelektualny. Głuche milczenie w mediach na temat osoby Zmarłego jest tylko potwierdzeniem tej wielkości.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 21 marca 2018 r.

„Myśl Polska” nr 13-14 (2181/82), 25-31.03.2018, s. 8

Oblany egzamin z polityki

Rządząca prawica nie spodziewała się, że nowelizacja ustawy o IPN wywoła tak nieoczekiwany i głęboki kryzys polityczny o reperkusjach międzynarodowych. O dezorientacji i zaskoczeniu obozu rządzącego świadczy najlepiej to, że prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o zmianie ustawy o IPN dla elektoratu PiS i jednocześnie skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego dla udobruchania Izraela i Ukrainy.

Można dyskutować nad tym czy zmiany w ustawie o IPN będą skuteczne, zwłaszcza wobec mediów i autorów zagranicznych, a także czy stosowanie tego prawa na gruncie krajowym nie doprowadzi do nieporozumień i nadużyć. Niemniej jednak samą oficjalną intencję inicjatorów tej nowelizacji – czyli ochronę dobrego imienia Polski i narodu polskiego przed posądzaniem o udział w zbrodniach nazistowskich – należy uznać za słuszną.

Od razu jednak nasuwa się pytanie, czy za takie zniesławianie Polski i Polaków ponoszą winę tylko ci, którzy za granicą piszą i mówią np. o „polskich obozach śmierci”? Czy wina za kreowanie fałszywego obrazu Polski podczas drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu nie leży też po stronie polityki historycznej rządzącej prawicy? Czy ten fałszywy obraz nie jest kreowany np. przez ulubioną tezę prawicowej polityki historycznej, że Polska przegrała drugą wojnę światową i po 1945 roku znalazła się pod „nową okupacją”? Drugą wojnę światową przegrała III Rzesza i to ona w związku z tym została w 1945 roku poddana okupacji. Jeśli zatem Polska znalazła się w tej samej sytuacji co III Rzesza, to widocznie była jej sojusznikiem. Tak to może odebrać ktoś, kto mieszka daleko od Polski i ma o niej niewielką wiedzę.

Nikt w Polsce nie powinien mieć wątpliwości, że Polska wygrała drugą wojnę światową, ponieważ stawką, o którą walczyła nie była ani przynależność państwowa Kresów Wschodnich, ani ustrój polityczno-gospodarczy, tylko biologiczne przetrwanie.

Niestety prawicowa polityka historyczna od lat uparcie stawia Polskę właśnie w gronie satelitów III Rzeszy. Nie tylko poprzez tezę o przegraniu wojny i „nowej okupacji”, ale także poprzez spłycony i przejaskrawiony kult powojennego podziemia antykomunistycznego – które w uproszczonej narracji postawiono w jednym szeregu z „leśnymi braćmi” (przeważnie hitlerowskimi kolaborantami) z krajów bałtyckich, ukraińskimi nacjonalistami, czy chorwackimi ustaszami. Wszystko to przecież byli „żołnierze wyklęci”, którzy walczyli z komunizmem do końca.

Uwaga powyższa dotyczy nie tylko PiS, ale także PO. Wywodzący się z jej kręgu prezydent Bronisław Komorowski raczył w 2015 roku zaprosić na obchody zakończenia drugiej wojny światowej (bynajmniej nie polskiego zwycięstwa, ale jedynie zakończenia wojny) przedstawicieli państw, które przecież były satelitami III Rzeszy, a pominął państwa koalicji antyhitlerowskiej tylko dlatego, żeby nie zaprosić delegacji Rosji.

O ile ta część nowelizacji prawa o IPN, mówiąca o przypisywaniu Polsce i Polakom udziału w zbrodniach nazistowskich, może budzić różne wątpliwości, także odległe od narracji strony izraelskiej, to penalizacja propagowania na terytorium Polski ideologii banderowskiej i negacji zbrodni nacjonalistów ukraińskich na narodzie polskim jest bez wątpienia posunięciem słusznym. Nie tylko słusznym, ale długo oczekiwanym przez środowiska kresowe. Niestety połączenie obu tych spraw okazało się posunięciem niefortunnym w sytuacji wynikłego kryzysu i niebezpieczeństwa zanegowania tego ustawodawstwa przez Trybunał Konstytucyjny.

Reakcja Izraela oraz środowisk żydowskich w USA i na Zachodzie była oczywiście przesadna i miejscami skandaliczna, a towarzysząca jej narracja historyczna zmierzała do defamacji Polski. Uwaga mediów i opinii publicznej skupiła się niemal całkowicie właśnie na reakcji strony izraelsko-amerykańskiej oraz wspierających jej narrację ośrodków krajowych. Nie była natomiast eksponowana w mediach, być może celowo, reakcja strony ukraińskiej, która cynicznie podczepiła się pod protest izraelsko-amerykański. Trzeba zauważyć, że posłowie PO wstrzymali się od głosu nie dlatego, że byli przeciwni penalizacji przypisywania Polsce i Polakom udziału w zbrodniach nazistowskich, ale dlatego, że nie podobał im się pomysł takiego samego potraktowania propagowania w Polsce ideologii banderowskiej i negacji zbrodni popełnionych przez OUN-UPA. Tym samym PO potwierdziła raz jeszcze, że stanowi najtwardsze jądro lobby ukraińskiego w Polsce.

Jeśli reakcję strony izraelsko-amerykańskiej na znowelizowane prawo o IPN można uznać za przesadną i skandaliczną, to reakcję Kijowa można określić tylko mianem agresji. Ze strony ukraińskiej miały miejsce wypowiedzi i zachowania otwarcie nieprzyjazne. Od oświadczenia prezydenta Poroszenki, że nowelizacja ustawy o IPN jest nie do przyjęcia, poprzez agresywne wypowiedzi Wołodymyra Wiatrowycza i niektórych ministrów ukraińskich, do skrajnych reakcji nacjonalistów ukraińskich[1]. Wśród nich należy wymienić groźby uchwalenia ustawy o penalizacji negowania domniemanej „polskiej okupacji” Kresów Wschodnich (w terminologii neobanderowców „zachodniej Ukrainy”), decyzje rad Lwowa i Tarnopola o wywieszaniu flagi banderowskiej obok państwowej flagi Ukrainy, czy groźne pohukiwania panów Tiahnyboka, Szeremety i innych epigonów OUN-UPA.

Najdalej poszedł były minister obrony Ukrainy, gen. Ołeksandr Kuźmiuk, który zasugerował, że nowelizacja ustawy o IPN może wywołać antypolskie powstanie ukraińskich emigrantów zarobkowych. Na antenie telewizji 112.Ukraina Kuźmiuk stwierdził, że „te milion dwieście tysięcy Ukraińców, którzy są dziś w Polsce (…), to piąty front ukraiński, który poszedł do Polski (…). Ale on chwyci za kije, jeśli będziemy przypominać o wszystkich Kozakach powieszonych od Lwowa do Kijowa”[2]

Agresywne wypowiedzi padające ze strony ukraińskiej nie spowodowały żadnej reakcji ani ambasadora Jana Piekły, ani polskiego MSZ. Nowy minister spraw zagranicznych stwierdził jedynie 3 lutego, że pomiędzy Polską a Ukrainą jest potrzebny „szczery dialog historyków”[3]. Zadziwia, że minister Czaputowicz nie ma świadomości tego, iż taki dialog jest od dawna niemożliwy. Uniemożliwia go budowanie przez pomajdanową Ukrainę swojej tożsamości narodowo-politycznej na tradycji nacjonalizmu ukraińskiego i ruchu banderowskiego. Jedyny dialog, jaki proponuje tamta strona, sprowadza się do przyjęcia jej kłamliwej narracji, negującej m.in. zbrodnie OUN-UPA na narodzie polskim.

Wcześniej nowy szef MSZ zadeklarował też że jego rząd będzie nadal angażował się na rzecz „suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy” oraz „będzie wspierać europejskie aspiracje Ukrainy”[4]. Taka jest linia polityczna PiS wobec Ukrainy bez względu na kolejne akty wrogości ze strony tego państwa. Jakie to są „europejskie aspiracje” w sytuacji, gdy kraj ten stał się Somalią Europy, rajem dla oligarchów i hochsztaplerów, a także wyjątkowym w skali globu miejsce renesansu ideologii faszystowskiej – doprawdy trudno zgadnąć.

Najprawdopodobniej te „europejskie aspiracje” pomajdanowej Ukrainy sprowadzają się do oczekiwań pod adresem Polski tworzenia dla Ukraińców nowych miejsc pracy i wspierania finansowego ukraińskiej oligarchii w zamian za obłędną gloryfikację OUN-UPA i oficjalną negację zbrodni banderowskich na narodzie polskim.

Przynajmniej dla mnie nie ulega wątpliwości, że reakcja Izraela i USA na nowelizację ustawy o IPN, a zwłaszcza skrajna reakcja Ukrainy zawiera elementy wojny hybrydowej. Na to nie była przygotowana rządząca Polską prawica, którą zachowanie jej „strategicznych partnerów” wprawiło w zakłopotanie i ledwo ukrywaną panikę. Tym bardziej obóz rządzący nie był przygotowany na stanowisko zajęte przez Rosję i Niemcy wobec kryzysu politycznego wywołanego przez „strategicznych partnerów”.

W sytuacji rozwijania przez Izrael oraz środowiska żydowskie na Zachodzie i w USA niebezpiecznej dla Polski narracji historyczno-politycznej nieoczekiwane wsparcie przyszło ze strony Niemiec i Rosji – a więc państw, przeciw którym PiS prowadzi swoją politykę historyczną i nie tylko historyczną.

2 lutego Siergiej Żelezniak, zastępca sekretarza Rady Generalnej partii Jedna Rosja, będącej politycznym zapleczem prezydenta Władimira Putina, złożył oświadczenie, w którym stwierdził m.in.: „Naród polski cierpiał przez wszystkie okropności nazizmu i zapłacił za to tysiącami niewinnych żyć. Decyzja legislacyjna polskiego Senatu odzwierciedla opinię obywateli polskich, którzy nie chcą powtórki z tragedii drugiej wojny światowej i którzy protestują przeciwko zmartwychwstaniu nazizmu na sąsiedniej Ukrainie (…). Polski parlament pokazał swoją mądrość i odpowiedzialność przed swoimi wyborcami, a także dał przykład innym zachodnim politykom, jak należy przeciwdziałać jakimkolwiek przejawom nazizmu”[5].

Nie ulega wątpliwości, że takiego oświadczenia Żelezniak by nie złożył, gdyby nie miał na to zgody Władimira Putina. Należy je zatem odczytywać jako wypowiedź samego Putina. Jedyną reakcją polityków polskich, zarówno ze strony PiS, jak i PO, było stwierdzenie, że Rosjanie nie są sojusznikami, których oczekują.

3 lutego minister spraw zagranicznych RFN Sigmar Gabriel złożył oświadczenie, że Niemcy biorą na siebie pełną odpowiedzialność za Holokaust. „Polska może być pewna, że jakakolwiek próba zafałszowania historii, jak w sfomułowaniu »polskie obozy koncentracyjne«, zostanie przez nas w sposób jasny i zdecydowany odrzucona. Nie ma najmniejszej wątpliwości, jeśli chodzi o to, kto był odpowiedzialny za obozy koncentracyjne. To zorganizowane masowe morderstwo zostało popełnione przez nasz naród i nikogo innego. Jeśli byli pojedynczy kolaboranci, to oni nic tu nie zmieniają” – powiedział Sigmar Gabriel[6].

Kilka dni później na oficjalnej stronie internetowej urzędu kanclerskiego RFN zostało opublikowane nagranie kanclerz Angeli Merkel, w którym oświadczyła, że „my jako Niemcy ponosimy odpowiedzialność za wydarzenia, do których doszło podczas Holokaustu, podczas Szoah, za czasów narodowego socjalizmu (…). Ta odpowiedzialność obowiązuje nadal i każdy rząd niemiecki będzie ją brał na siebie”. Dodała także, że tylko na takiej podstawie Niemcy mogą kształtować dobrą przyszłość nie tylko z Polską, ale z całą Europą i światem[7].

Jeszcze bardziej jednoznacznie wypowiedział się w tej sprawie ambasador Niemiec w Warszawie Rolf Nikel. Zapytany przez „Rzeczpospolitą” o to, że zdaniem wielu historyków w czasie okupacji niemało Żydów miało zostać zamordowanych przez Polaków (np. Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie podaje liczbę 50 tys., a Jan Grabowski 200 tys.) stwierdził, że „to nie jest udział w Holokauście”. Następnie oświadczył: „Intencją hitlerowskich Niemiec było zamordowanie Żydów i Polaków oraz zniszczenie ich kultury. Musimy wziąć za to pełną odpowiedzialność. Zbrodnie indywidualnych osób, które nie były Niemcami, tego nie zmieniają”[8].

Tę wypowiedź ambasadora Niemiec dedykuję tym wszystkim mediom oraz środowiskom liberalnym i lewicowym w Polsce, które po 27 stycznia wpisały się w narrację izraelską. Nie tylko poprzez oskarżanie narodu polskiego o udział w zagładzie Żydów, ale zwłaszcza poprzez żenującą licytację martyrologii żydowskiej z martyrologią polską. Tak jakby nigdy nie słyszeli o tym, że Generalny Plan Wschodni zakładał biologiczną redukcję etnicznych Polaków o 85 proc.

Oświadczenia płynące ze strony rządu Niemiec wytrąciły broń z ręki premierowi Benjaminowi Netanjahu oraz tym wszystkim siłom w Izraelu, na Zachodzie i w USA, które od dziesięcioleci prowadzą akcję obarczania Polski i Polaków odpowiedzialnością za domniemany udział w przeprowadzonej przez III Rzeszę zagładzie Żydów.

Kryzys polityczny spowodowany reakcją Izraela, USA i Ukrainy na nowelizację ustawy o IPN stanowi najpoważniejszy kryzys międzynarodowy, w jakim znalazła się Polska po 1989 roku. Faktem bezprecedensowym jest to, że państwa uważane przez establishment postsolidarnościowy za strategicznych partnerów i sojuszników stanęły przeciwko Polsce, podejmując działania nieprzyjazne oraz prezentując wrogą i agresywną retorykę. Jeszcze bardziej bezprecedensowym faktem jest postawa zajęta przez Niemcy i Rosję, a więc państwa, z którymi na kolizyjnym kursie jest zwłaszcza rząd PiS, spełniający rolę podwykonawcy polityki amerykańskiej w tej części Europy. Wobec faktu tego rząd ten, jak i cały establishment postsolidarnościowy, nie potrafi zareagować i wydaje się nim jeszcze bardziej zaskoczony niż działaniami swoich sojuszników i strategicznych partnerów.

Reakcja Niemiec i Rosji na kryzys polityczny, w jakim znalazła się Polska, stanowi z ich strony sformułowanie czytelnej oferty politycznej. Niestety w Polsce nie ma partnerów, którzy tę ofertę potrafiliby odczytać i podjąć grę, do jakiej zostali zaproszeni. Nie ma w Warszawie ludzi na miarę Talleyranda i Metternicha.

Mamy natomiast np. pana Adama Bielana, który beztrosko stwierdził, że krytyka władz polskich ze strony Departamentu Stanu USA „to są rzeczy, które między przyjaciółmi mogą się zdarzać”. „Gazeta Polska” na okładce dała tytuł o konflikcie polsko-izraelskim i zilustrowała go zdjęciem uśmiechniętego Władimira Putina sugerując, że za działaniem władz Izraela kryje się podstępna ręka Kremla. Pani Przełomiec ogłosiła w TVP Info, że nowelizacja ustawy o IPN w części odnoszącej się do zbrodni nacjonalistów ukraińskich „idealnie wpisuje się w rosyjską narrację”. Jej zdaniem ta „ustawa bije również w polskie podziemie antykomunistyczne”, ponieważ podobno „po drugiej wojnie światowej podziemie antykomunistyczne polskie i ukraińskie ze sobą współpracowały. Podobnie, jak rozmawiano o współpracy na emigracji” (sic!). Zwrot wraku samolotu rządowego i budowa w Smoleńsku pomnika ofiar katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku – to są jedyne tematy, które nowy szef polskiego MSZ zaproponował Rosji do omówienia.

Nadzieja, że postsolidarnościowe elity polityczne są zdolne do wyciągania jakichś wniosków politycznych, dokonania jakiejś analizy geopolitycznej, a tym bardziej do przeorientowania geopolitycznego wydaje się zatem całkowicie bezpodstawna.

Lech Mażewski w swojej książce „Oblany egzamin z polityki” wyjaśnił dlaczego Polska nie odzyskała niepodległości w XIX wieku, chociaż po 1815 roku miała taką szansę. Zniweczył tę szansę brak zdolności do realnej oceny rzeczywistości przez ówczesnych polityków polskich oraz brak odpowiedzialności obozu polskiego szaleństwa, który doprowadził do kolejnych katastrofalnych powstań w 1830, 1846 i 1963 roku. Epigoni tego obozu szaleństwa niestety rządzili w II RP i rządzą też po 1989 roku ze wszystkimi tego ciągle powtarzającymi się skutkami. Egzamin z polityki jest oblewany nadal, ponieważ nie wytworzyła się w Polsce szkoła myślenia politycznego na wzór brytyjski czy francuski, a ponadto elity postsolidarnościowe są w różny sposób uwikłane w zależność od swoich sojuszników i strategicznych partnerów.

[1] Poroszenko o nowelizacji ustawy o IPN: to nie do przyjęcia, http://www.pl.sputniknews.com, 1.02.2018.

[2] Były minister obrony Ukrainy grozi Polsce powstaniem ukraińskich gastarbeiterów z powodu penalizacji banderyzmu, http://www.kresy.pl, 6.02.2018.

[3] Szef MSZ o relacjach z Ukrainą: Potrzebny szczery dialog historyków, http://www.jagiellonia.org, 3.02.2018.

[4] Minister Jacek Czaputowicz: Polska w dalszym ciągu będzie wspierać europejskie aspiracje Ukrainy, http://www.jagiellonia.org, 10.01.2018.

[5] Odsiecz dla Polski w sprawie ustawy o IPN przybyła ze Wschodu. Nie są to jednak oczekiwani sojusznicy, http://www.natemat.pl, 3.02.2018.

[6] Pojednawczy głos z niemieckiego MSZ. „Bierzemy na siebie pełną odpowiedzialność za Holokaust”. http://www.wprost.pl, 3.02.2018.

[7] Angela Merkel zabrała głos w sprawie ustawy o IPN. A przy okazji nawiązała do Holokaustu, http://www.natemat.pl, 10.02.2018.

[8] Rolf Nikel dla „Rz”: intencją hitlerowskich Niemiec było zamordowanie Żydów i Polaków, http://www.wiadomosci.onet.pl, 12.02.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 lutego 2018 r.

„Myśl Polska” nr 9-10 (2177/78), 25.02-4.03.2018, s. 6-7

Sprawiedliwość Zachodu

Międzynarodowy Trybunał Karny ONZ ds. Zbrodni Wojennych w byłej Jugosławii skazał 22 listopada 2017 roku gen. Ratko Mladicia na dożywocie. Głównie za Srebrenicę. Tym samym jeszcze raz dobitnie wybrzmiała narracja polityczna Zachodu, wedle której zbrodniarzami wojennymi w byłej Jugosławii byli tylko Serbowie. Ten czarny obraz Serbów stanowił jeden z kluczowych elementów wojen, które doprowadziły do rozbicia Jugosławii – wojen, w których Zachód nie był bezstronny i które wg prof. Marka Waldenberga były pierwszym w dziejach konfliktem zbrojnym kreowanym przez media.

Ten sam trybunał, który skazał Ratko Mladicia i Radovana Karadžicia, uniewinnił czołowych chorwackich zbrodniarzy wojennych odpowiedzialnych za tzw. operację „Oluja” („Burza”), w wyniku której w sierpniu 1995 roku zamordowano co najmniej kilkuset i trwale wypędzono około 150-200 tys. Serbów z Krajiny. Jeśli masakra w Srebrenicy, za którą miał być odpowiedzialny Mladić, była największą zbrodnią wojenną w Europie po 1945 roku, to operacja „Oluja” była największą zorganizowaną czystką etniczną współczesnej Europy. Ale odpowiedzialnych za tę czystkę etniczną uniewinniono, ponieważ byli sojusznikami USA, RFN i UE. Nigdy przed żadnym trybunałem nie stanął jej główny sprawca, nieżyjący już prezydent Chorwacji i epigon ustaszy Franjo Tudźman, który na cztery dni przed operacją „Oluja” powiedział, że „przeprowadzimy takie ataki, że Serbowie praktycznie znikną” („nanesemo takve udarce da Srbi prakticno nestanu”).

W artykule, który opublikowałem w „Myśli Polskiej” w 20. rocznicę operacji „Oluja” napisałem m.in.: „Chorwacki zbrodniarz wojenny Ante Gotovina, bezpośrednio odpowiedzialny za operację »Oluja«, został początkowo skazany na 24 lata pozbawienia wolności. Jednakże 16 listopada 2012 roku izba apelacyjna Trybunału Haskiego uwolniła go od wszelkich zarzutów. Razem z nim uniewinniono także innego chorwackiego generała, Mladena Markacza, skazanego w pierwszej instancji na 18 lat więzienia. Postawienia przed jakimkolwiek sądem nie doczekali się odpowiedzialni także za operację »Oluja« gen. Janko Bobetko i minister obrony Chorwacji Gojko Szuszak. W dzisiejszej Chorwacji Ante Gotovina jest uważany za największego bohatera narodowego, niemal chodzącego półboga. Niezależnie od odpowiedzialności za zbrodnie wojenne, popełnione podczas i po zakończeniu operacji »Oluja«, współczesny chorwacki bohater jawnie identyfikuje się z tradycją ustaszowską i ma przeszłość kryminalną (służył w Legii Cudzoziemskiej i jako najemnik w szwadronach śmierci w Ameryce Łacińskiej). To wszystko jednak nie przeszkadza demokratycznej i zjednoczonej Europie, której Chorwacja jest częścią”[1].

Dzisiaj dodam do tego, że przed żadnym trybunałem nie stanęli i nigdy nie staną najważniejsi sprawcy nieszczęść narodów byłej Jugosławii, czyli ci, którzy z zewnątrz doprowadzili do rozbicia Jugosławii. Nieżyjący już kanclerz RFN Helmut Kohl, także nieżyjący już ministrowie spraw zagranicznych Niemiec Hans-Dietrich Genscher i Austrii Alois Mock, kanclerz Austrii Franz Vranitzky, prezydenci USA George W. Bush senior i Bill Clinton oraz sekretarze stanu USA James Baker, Warren Christopher i Madeleine Albright. Taka jest bowiem sprawiedliwość Zachodu. Zgodnie z nią winni rozpadu Jugosławii i popełnionych w związku z tym zbrodni wojennych byli tylko Serbowie.

To samo odnosi się do dzisiejszej Ukrainy. Odpowiedzialnym za jej tragedię mają być wyłącznie Władimir Putin i przywódcy tzw. republik ludowych na wschodzie Ukrainy, ale bynajmniej już nie marionetka USA Petro Poroszenko oraz sprawcy palenia żywcem ludzi w Odessie, czy dowódcy i uczestnicy tzw. „operacji antyterrorystycznej” w Donbasie.

[1] B. Piętka, „Jak wygnano Serbów z Krajiny”, http://www.mysl-polska.pl, 12.09.2015; „Operacja »Oluja«”, „Myśl Polska” nr 37-38 (2051/52), 13-20.09.2015, s. 8.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 listopada 2017 r.

Kabaret prowincjonalny

Na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, który wyjątkowo odbył się w połowie września, wystąpił Jan Pietrzak z koncertem pod wymownym tytułem „Z PRL do Polski”. Podczas tego koncertu poruszył szereg tematów od Kuronia i Michnika przez bitwę warszawską i powstanie warszawskie po współczesność. Stwierdził m.in., że „Polacy walczyli zawsze o wolność waszą i naszą. W przeciwieństwie do Rosjan, którzy zawsze walczyli o zniewolenie innych narodów. Zawsze!”. Odniósł się również do ćwiczeń Zapad-2017: „Kiedy my sobie tutaj świętujemy 16 i 17 września, na wschodniej granicy oni przeprowadzają manewry, zbiry. ZBiR – Związek Białorusi i Rosji – to są manewry, żeby przeprowadzić napaść na Polskę”[1].

Rozpętywanie histerii w związku z białorusko-rosyjskimi manewrami Zapad-2017 osiągnęło szczyt w połowie września i wystąpienie Pietrzaka w Opolu wpisywało się tutaj w trend ogólny, tzn. taki, w którym wszyscy spadkobiercy etosu solidarnościowego – na co dzień śmiertelnie ze sobą skłóceni – mówili jednym głosem. Niczym zwierzęta w Boże Narodzenie. „Gazeta Polska Codziennie” dała 14 września tytuł na pierwszej stronie: „Putin szykuje inwazję na Polskę”[2]. A w tle zdjęcie rosyjskich czołgów T-14 podczas defilady na placu Czerwonym w Moskwie. Wtórował jej z przeciwnego bieguna politycznego portal tvn24.pl cytując czeskiego gen. Petra Pavela (szefa Komitetu Wojskowego NATO), wedle którego manewry Zapad-2017 „mogą być postrzegane jako przygotowanie do wielkiej wojny”[3]. A w telewizji TVN wystąpił niezawodny w takich sytuacjach pan Paweł Kowal, który stwierdził m.in., że społeczeństwo rosyjskie żyje „w cieniu wojny”, a „od stu lat Rosjanie z kimś walczą”, podczas gdy „społeczeństwa Zachodu żyją w pokoju”[4].

Identycznie wypowiedziała się 17 września 2015 roku na wiecu klubów „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji ukraińska nacjonalistka Natalia Panczenko, która stwierdziła, że podobno „nie było roku”, żeby Rosja na kogoś nie napadła[5].

Z kolei Polska Agencja Prasowa zacytowała pana Romualda Szeremietiewa, który przewidywał, że w następstwie ćwiczeń Zapad-2017 dojdzie do okupacji Białorusi przez Rosję oraz interwencji rosyjskiej na Litwie, Łotwie i Estonii[6].

Media te nie informują swoich odbiorców o kilku podstawowych faktach. Po pierwsze o tym, że manewrów Zapad nigdy by nie było, gdyby USA nie złamały w stosunku do Rosji ustaleń podjętych podczas konferencji 2 plus 4 w 1990 roku oraz zobowiązań wynikających z układu Rosja-NATO z 27 maja 1997 roku (tzw. układ paryski). Ustalenia te mówiły o tym, że NATO nie rozszerzy swojej infrastruktury wojskowej poza Łabę oraz, że nie będzie rozmieszczać broni jądrowej na terytorium nowych członków. Tymczasem infrastruktura wojskowa NATO nie tylko przekroczyła Łabę, ale weszła głęboko do Europy Środkowej i Południowej, w tym na tereny byłego ZSRR. Członkami NATO zostały: Czechy, Polska, Węgry (1999 r.), Bułgaria, Estonia, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia (2004 r.), Albania, Chorwacja (2009 r.) i Czarnogóra (2017 r.). USA ze swoimi wpływami politycznymi wdarły się daleko w głąb obszaru poradzieckiego, organizując „kolorowe rewolucje” na Ukrainie (2004 i 2014 r.) i Białorusi (2006 i 2010 r., nieudane) oraz w Gruzji (2003 r.) i Kirgistanie (2015 r.). Za prowokację wobec Rosji należy uznać nieoficjalną zapowiedź przyjęcia do NATO Ukrainy i Gruzji.

Złamane też zostało zobowiązanie do nierozmieszczania na terytorium nowych członków broni jądrowej, ponieważ w Polsce i Rumunii instaluje się bazy z wyrzutniami pocisków antybalistycznych SM-3. Wyrzutnie te mogą jednak posłużyć także do odpalania pocisków z głowicami jądrowymi. A z Polski i Rumunii takie rakiety mają do Rosji cztery minuty lotu. Za mało, by zostać zniszczone przez obronę antyrakietową.

Po drugie, media polskie nie informują swoich odbiorców, że Rosja nie prowadzi polityki imperialnej – o co jest nieustannie w tych mediach oskarżana – a aneksja Krymu była działaniem defensywnym. Rosja nie mogła dopuścić do tego, żeby po przewrocie na Ukrainie w 2014 roku została usunięta z Krymu baza Floty Czarnomorskiej i zastąpiła ją baza NATO. Byłaby to dla Rosji polityczna klęska. Przyznał to otwarcie Sephen F. Cohen – emerytowany profesor historii uniwersytetów Princeton i New York. W wywiadzie dla magazynu internetowego „Slate” stwierdził on, że gdyby Krym znalazł się pod kontrolą NATO, Putin musiałby albo ustąpić, albo zdecydować się na wojnę światową oraz, że obecna „zimna wojna” jest jeszcze bardziej niebezpieczna niż poprzednia. Fragmenty tego wywiadu przedrukował tygodnik „Przegląd”[7].

Po trzecie, do polskiej opinii publicznej nie dociera, że w tym samym czasie, gdy na Białorusi odbywały się ćwiczenia Zapad-2017, NATO zorganizowało ćwiczenia Aurora-17 na Bałtyku i Rapid Trident-2017 na Ukrainie, a w czerwcu odbyły się w Polsce manewry NATO Dragon-17, większe niż manewry Zapad. Jeśli zatem ktoś tutaj przygotowuje się do „wielkiej wojny”, to niekoniecznie są to Białoruś i Rosja.

Histeria antyrosyjska przypomina typową wojnę psychologiczną, która – jak wiadomo – jest częścią wojny rzeczywistej. Nakręcanie histerii przed ćwiczeniami Zapad-2017 rozpoczęło się już dwa tygodnie wcześniej. Prym w tych działaniach wiodła bynajmniej nie „Gazeta Polska”, ale tygodnik „Warszawska Gazeta”. Na czasopismo to zwróciłem uwagę już jakiś czas temu. Uderzył mnie jego niezwykle agresywny język, płytkość intelektualna, skrajne oceny i kreowanie obrazu rzeczywistości odległego nawet od rzeczywistości równoległej. „Warszawska Gazeta” nie tylko gloryfikuje jak nikt w Polsce tzw. „żołnierzy wyklętych”, ale po prostu zrzesza trzecie pokolenie „żołnierzy wyklętych”, którzy nadal niezłomnie walczą z komuną i Związkiem Sowieckim, chociaż komuny i Związku Sowieckiego od ponad ćwierć wieku już nie ma.

„Warszawska Gazeta” ukazuje się w nakładzie 100 tys. egzemplarzy, a jaj redaktorem naczelnym jest Piotr P. Bachusrki – Polak z USA. Określa się jako „pismo narodowe”, tzn. niby endeckie, politycznie zagospodarowujące tę część „narodowców”, którzy identyfikują się z tzw. Marszem Niepodległości (Ruch Narodowy, Młodzież Wszechpolska, ONR). Faktycznie „Warszawska Gazeta” – na której łamach bywają m.in. tacy politycy PiS jak Ryszard Czarnecki, Jarosław Gowin, Patryk Jaki, Zbigniew Kuźmiuk, Ryszard Legutko, Krystyna Pawłowicz, Janusz Wojciechowski i Anna Zalewska – jest pismem PiS-owskim, o wiele bardziej skrajnym od „Gazety Polskiej”. Jej publicystyka trafia do ludzi o nieskomplikowanym systemie myślenia i najogólniej sprowadza się do wyjaśniania wszelkich zawiłości świata poprzez konkluzję, że wszystkiemu winna jest m.in. Rosja.

Na łamach „Warszawskiej Gazety” również nie mogło zabraknąć tematyki rosyjskiej w kontekście zbliżających się ćwiczeń Zapad-2017. W numerze z 2 września na pierwszej stronie wielkimi literami krzyczał tytuł: „Polskie służby specjalne w pełnej gotowości. Czy Rosjanie wkroczą?”. Tytuł odsyłał do dwóch artykułów. Autorem pierwszego, pt. „Polska na celowniku Putina”, jest Robert Cheda – były oficer operacyjny i analityk Agencji Wywiadu. Obecnie ekspert od Rosji i Białorusi w Fundacji im. K. Pułaskiego, a także współpracownik portali Fronda.pl i Wirtualna Polska oraz takich pism jak „Polityka”, „Sprawy Polityczne” i „Uważam Rze Historia”. Natomiast drugi artykuł, pt. „Czy Rosjanie wkroczą 17 września?”, napisał dr Leszek Pietrzak – były pracownik IPN oraz były funkcjonariusz UOP i Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Obecnie publicysta Radia Maryja i redaktor naczelny miesięcznika „Służby Specjalne”. A zatem drżyjcie ludkowie, bo Ruscy są tuż, tuż i zaraz tu będą.

Ekspert Robert Cheda zaczyna swój artykuł tak: „Zamiast rozważać mniejsze lub większe prawdopodobieństwo scenariusza wojny z Rosją, pora przyjąć do wiadomości, że wszelkie okoliczności prowadzące do nieszczęścia już istnieją. Zegar tyka i odlicza czas, bo to nie państwa bałtyckie czy Białoruś, tylko Polska jest wymarzonym łupem Moskwy”. Potem – jak u Hitchcocka – napięcie cały czas rośnie. Dowiadujemy się zatem, że „Kreml zagnał Rosję w rozwojową pułapkę i aby przeżyć, musi eskalować sytuację międzynarodową”. Dlatego „prawdopodobnym wariantem przetrwania kremlowskich elit może być kolejne uderzenie hybrydowe”.

Jak będzie wyglądało? „Włączmy wyobraźnie – pisze Cheda – i przenieśmy się w 2021 r. Zima tego roku jest wyjątkowo chłodna, a to powoduje, że rośnie zapotrzebowanie na rosyjski gaz oraz ropę naftową”. Sytuacja jednak się komplikuje, ponieważ „anomalne w swojej sile sztormy na Bałtyku niszczą gazociąg North Stream”. Wówczas „Warszawa kategorycznie odrzuca projekt rozbudowy gazociągu jamalskiego, żądając na dodatek zmian własnościowych, które oznaczają faktyczną nacjonalizację już działającego gazociągu. Jakiekolwiek złagodzenie stanowiska nasze MSZ warunkuje zwrotem szczątków prezydenckiego samolotu oraz zmianą rosyjskiej polityki historycznej. (…) Za Warszawą podąża Kijów, który żąda zwrotu Krymu i powrotu pełnej jurysdykcji nad Donbasem. W takiej sytuacji Kreml wydaje rozkaz rozpoczęcia wojny hybrydowej”.

Coś jest na rzeczy, ponieważ podczas wrześniowej wizyty w Waszyngtonie minister Waszczykowski zapowiedział, że po 2022 roku Polska całkowicie odetnie dostawy gazu z Rosji. „Taka jest wola polityczna” – oświadczył[8]. Czyja? Waszyngtonu, to oczywiste. Polska – która najpierw zrezygnowała z zysków, jakie mógł przynieść tranzyt gazu rosyjskiego – teraz będzie kupować wielokrotnie droższy gaz amerykański. Takie są skutki „uniezależnienia się od Rosji” i uzależnienia się od USA. „Pokazujemy nasze zdolności mobilizacyjne regionu, aby przekonać prezydenta Trumpa do siebie” – stwierdził Waszczykowski, zachęcając amerykańskie koncerny, by otworzyły w Polsce „centra operacyjne”. Jeśli zatem ktoś tutaj wszczyna „wojnę gazową”, to znowu rodzi się pytanie – czy na pewno Rosja?

Jak będzie zdaniem Chedy wyglądać przewidywana przez niego „wojna hybrydowa”? Najpierw Moskwa zwróci się do „Unii pierwszej prędkości z apelem o wymuszenie na Polsce zgody na budowę eksterytorialnego gazociągu pod wspólnym zarządem europejsko-rosyjskim”. Ale po co? Przecież istnieje polska nitka gazociągu jamalskiego, o której zresztą Cheda wspomniał. Jego zdaniem zatem Rosja napadnie na Polskę po to, żeby zbudować na jej terytorium gazociąg do Europy Zachodniej. Od razu rodzi się wątpliwość, czy byłoby to na pewno działanie na szkodę Polski. Nie da się nie zauważyć, że taki wielki międzynarodowy gazociąg byłby pierwszą poważną inwestycją gospodarczą w Polsce od 1989 roku. Wszystkie bowiem inwestycje kapitału zachodniego, które zostały poczynione w ostatnim ćwierćwieczu, albo nie miały większego znaczenia gospodarczego albo zmierzały do deindustrializacji Polski.

„Jednocześnie Moskwa – pisze dalej Cheda – organizuje prowokację wyczerpującą kryteria casus belli. Do Polski przedostają się bojówkarze organizacji Nocne Wilki, dowodzeni przez kadrowych oficerów wywiadu wojskowego”. Kreml uruchamia też swoją agenturę w państwach zachodnich, w tym żyjących tam Rosjan, którzy przyjeżdżają do Warszawy i innych miast Polski, gdzie urządzają protesty „pod hasłem obrony godności czerwonoarmistów, których miejsca pamięci przez ostatnie lata Polska likwiduje”. W tym czasie Nocne Wilki wysadzają w powietrze pomniki Józefa Piłsudskiego i Jana Pawła II. Wtedy oburzeni Polacy zwracają się przeciwko Rosjanom przebywającym w Polsce – padają zabici i ranni. Polska zostaje na wniosek Rosji potępiona przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Potem do akcji wkraczają wojska rosyjskie Zachodniego Okręgu Wojskowego. Polska zostaje sparaliżowana atakiem cybernetycznym i punktowymi atakami rakietowymi. Część polskich F-16 ulega zniszczeniu, a reszta jest uziemiona z powodu „braku systemu obrony przeciwrakietowej”. Flota Bałtycka przy pomocy rakiet Kalibr niszczy gazoport im. Lecha Kaczyńskiego w Świnoujściu, a „jeden z plutonów OT, skoncentrowanych w okolicach Gołdapi, zostaje zmasakrowany przez zielone ludziki, czyli specnaz rosyjskiego wywiadu wojskowego”. Mamy więc jeszcze jakiś nowy Katyń.

W konsekwencji Polska zostaje pokonana w ciągu 48 godzin i przyjmuje rosyjskie ultimatum: wyraża zgodę na „eksterytorialny korytarz gazowy i naftowy, chroniony przez rosyjskie bazy wojskowe” oraz rezygnuje z członkostwa w NATO i UE. Mało tego – musi jeszcze „przystąpić do anty-NATO, czyli organizacji kolektywnego bezpieczeństwa ODKB oraz złożyć akces do Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej” [9]. W sumie, kto wie czy nie byłoby to bardziej korzystne od przynależności do UE „drugiej prędkości”?

Takie rzeczy wypisuje były analityk wywiadu. Nie ma wątpliwości, że pochodzący z zaciągu, który zastąpił zlikwidowane WSI. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że pan Cheda nie ma wątpliwości, iż NATO nie przyjdzie Polsce z pomocą, nie chcąc ryzykować wojny jądrowej. Otwarcie pisze, że sojusznicy z NATO ulegną „szantażowi militarnemu, składając okup w postaci Polski”. W ogóle w tym swoim scenariuszu rosyjskiej agresji nie wspomina jak zachowa się słynna szpica NATO, stacjonująca od stycznia 2017 roku w Polsce i państwach bałtyckich. Jakby jej wcale nie było. A może nie ma?

W podobnym duchu jest też utrzymany artykuł dr. Leszka Pietrzaka, który już w tytule straszy, że 17 września 2017 roku wkroczy agresor ze Wschodu[10]. Zdaniem autora nie można wykluczyć, że jakaś jednostka armii rosyjskiej, biorąca udział w ćwiczeniach Zapad-2017, wedrze się do Polski właśnie 17 września i to bynajmniej nie po to, by przyłączyć się do obchodów 78. rocznicy „agresji sowieckiej na Polskę”. Dlatego – jak ustalił dr Pietrzak – „od kilku tygodni nasze służby specjalne są postawione w stan podwyższonej gotowości”. W SKW, SWW, AW, a nawet w CBA wstrzymano wszystkie urlopy i wprowadzono „specjalne całodobowe dyżury”. „Nasze służby wojskowe są przekonane, że może wydarzyć się coś szczególnego” – straszył 2 września czytelników „Warszawskiej Gazety” dr Pietrzak. Ale 17 września 2017 roku minął i nic się nie wydarzyło.

Dr Pietrzak twierdzi, że jeśli Rosjanie „zechcą, to ich armia może bez problemu wkroczyć na polskie terytorium i nie zdąży nam pomóc w obronie ani NATO, ani amerykańska armia”. Jak to? Szpica stacjonująca w Legnicy, Powidzu i Żaganiu nie zdąży pomóc? To po co był ten cały teatr ze szpicą? A co z bazą rakietową w Redzikowie? Według red. Stanisława Michalkiewicza samo jej istnienie ma podobno spowodować, że Amerykanie natychmiast przystąpią do obrony Polski. A tu tak po prostu nie zdążą pomóc. „Zabrała gościa woda. Na dno poszedł jak kłoda. Na wieki się pogrążył, bo ratownik nie zdążył” – śpiewał w PRL pewien przebojowy wówczas muzyk.

Wychodząc z tezy, że nie zdążą pomóc dr Pietrzak proponuje, by „wymóc wreszcie na NATO przesunięcie znacznie większej części sił i instalacji wojskowych paktu do Polski”. Chodzi mu o to, żeby uwolnić Niemcy od wojsk amerykańskich i przesunąć je w całości do wschodniej Polski. Uwolnienie się od wojsk amerykańskich – które od 1945 roku stacjonują w zachodnich Niemczech – jest od dawna cichym celem polityki niemieckiej. Analityk „Warszawskiej Gazety” proponuje więc nic innego jak zrealizować ten cel polityki niemieckiej. W imię obrony niepodległości Polski przed Rosją oczywiście.

Polska prawica, która podjęła się roli podwykonawcy polityki amerykańskiej w Europie Środkowo-Wschodniej, pogrąża się w oparach coraz bardziej skrajnej rusofobii oraz głęboko tkwi mentalnie w XIX wieku, przygotowując kolejne powstanie narodowe przeciw Rosji, a ostatnio także przeciw Niemcom. To nie jest polityka, tylko kabaret prowincjonalny.

[1] „Opole 2017. Jan Pietrzak ostro popłynął. To nie była zwykła laurka dla PiS. Słowa o Moskwie i opozycji padły naprawdę”, http://www.plotek.pl, 17.09.2017.

[2] „Gazeta Polska Codziennie” z 14.09.2017.

[3] „Przedstawiciel NATO o manewrach Zapad-2017: mogą być przygotowaniem do wojny”, http://www.tvn24.pl, 17.09.2017.

[4] „Manewry wojskowe Zapad-2017”, wypowiedź Pawła Kowala na antenie TVN z 17.09.2017.

[5] B. Piętka, „Jak «niepodległościowcy» 17 września z banderowcami uczcili”, strona internetowa „Myśli Polskiej”, http://www.mysl-polska.pl, 21.09.2015.

[6] „Szeremietiew o Zapad-2017: wojsko ćwiczy po to, aby prowadzić wojnę”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 17.09.2017.

[7] „Krym-śpiący pies”, „Przegląd” nr 36 (922), 4-10.09.2017, s. 42-43.

[8] „Szef MSZ: Polska chciałaby za 5 lat całkowicie odciąć dostawy gazu z Rosji”, http://www.kresy.pl, 22.09.2017.

[9] R. Cheda, „Polska na celowniku Putina”, „Warszawska Gazeta” nr 35 (533), 1-7 września 2017 r., s. 16-17.

[10] L. Pietrzak, „Czy Rosjanie wkroczą 17 września?”, „Warszawska Gazeta” nr 35 (533), 1-7 września 2017 r., s. 30.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2157/58), 8-15.10.2017, s. 8

Kohl a rozbicie Jugosławii

Zmarły 16 czerwca 2017 roku Helmut Kohl jest przedstawiany w mediach głównie jako „ojciec zjednoczenia Niemiec” i jeden ze współtwórców Unii Europejskiej. Rzadziej mówi się o tym, że uznał zachodnią granicę Polski dopiero pod naciskiem USA. Prawie wcale natomiast nie wspomina się, że jego drugą wielką rozgrywką polityczną – obok doprowadzenia do zjednoczenia Niemiec – było zapoczątkowanie rozbicia Jugosławii. Odpowiedzialności Kohla za doprowadzenie do krwawego rozpadu Jugosławii zaprzeczył po jego śmierci były polityk CDU Willy Wimmer[1].

Jedynym polskim autorem, który szerzej poruszył ten temat jest wybitny politolog – prof. Marek Waldenberg. Omawiając rolę polityki niemieckiej w zapoczątkowaniu rozbicia Jugosławii oparł się na relacjach polityków i dziennikarzy zachodnich.

Według prof. Waldenberga w latach 1990-1991 największy wpływ na los Jugosławii wywierały główne państwa Wspólnoty Europejskiej – RFN, Francja i Wielka Brytania. ZSRR – będący w przededniu upadku – zajęty był wówczas swoimi problemami, a USA pierwszoplanową rolę w dramacie jugosłowiańskim zaczęły odgrywać dopiero później. W okresie tym „zdecydowane działania zmierzające przede wszystkim do wspierania secesjonizmu słoweńskiego i chorwackiego, a w konsekwencji do rozbicia Jugosławii, prowadziły Austria i RFN, przy czym to ostatnie państwo odegrało oczywiście kluczową rolę”.

Działania RFN na rzecz rozbicia Jugosławii rozpoczęły się jeszcze przed 1990 rokiem. Andreas Zumach, niemiecki dziennikarz zajmujący się polityką międzynarodową, w artykule opublikowanym w 1995 roku utrzymywał, że wywiad RFN (Bundesnachrichtdienst – BND) już w latach 80. XX wieku działał na rzecz zaostrzenia konfliktów pomiędzy Zagrzebiem a Belgradem. Ponadto w tym czasie miały napływać z RFN do Chorwacji znaczne ilości uzbrojenia. Niejasne jest jedynie, czy działo się to za zgodą rządu niemieckiego. Natomiast Erich Schmidt-Eenboom w biografii politycznej niemieckiego ministra spraw zagranicznych Klausa Kinkela pisał, że już pod koniec lat 70. BND nawiązała współpracę z chorwackimi zwolennikami secesji. Niemiecki wywiad zaczął wówczas kształtować politykę bałkańską.

W latach 1990-1991 szczególną gorliwość w popieraniu secesjonizmu Słowenii i Chorwacji przejawiali minister spraw zagranicznych Austrii Alois Mock z Austriackiej Partii Ludowej (ÖVP) i lider tej partii Erhard Busek. Gorąco zachęcali oni separatystów słoweńskich i chorwackich do ogłoszenia secesji oraz przeciwdziałali na forum OBWE próbom utrzymania jedności Jugosławii. Mock doprowadził do tego, że Austria jako pierwsza uznała secesję Słowenii i Chorwacji. Przypisuje mu się także to, że wpłynął na stanowisko w sprawie secesji swojego niemieckiego przyjaciela Helmuta Kohla.

Secesjonizm słoweński i chorwacki znalazł też silne wsparcie w mediach austriackich i niemieckich. Towarzyszył mu wyraźny antyserbizm, który wkrótce stał się narracją większości mediów zachodnich, w tym polskich. Austriacki tygodnik „Profil” skomentował 22 lipca 1991 roku tę kampanie antyserbską jako bardzo spóźniony rewanż Austrii i Niemiec za pierwszą wojnę światową.

Austriacko-niemieckiej polityce wobec Jugosławii początkowo próbowała się przeciwstawiać Francja. Jej prezydent – François Mitterrand – często powtarzał w tym czasie „lubię Serbów”, ale ostatecznie musiał się wycofać, by uniknąć otwartego konfliktu francusko-niemieckiego w przededniu konferencji w Maastricht, która miała zadecydować o utworzeniu Unii Europejskiej. Już 19 listopada 1990 roku przewodniczący Prezydium Jugosławii Borisav Jović usłyszał od Mitterranda, że Francja nie popiera secesjonizmu Słowenii i Chorwacji, ale niewiele może uczynić. Do starcia pomiędzy Mitterrandem a Kohlem w sprawie uznania secesji tych dwóch republik jugosłowiańskich doszło 23 czerwca 1991 roku na posiedzeniu Rady Europejskiej. Jeszcze 15 listopada 1991 roku Mitterrand prosił Kohla w Berlinie, by nie uznawał niepodległości Chorwacji. Usłyszał jednak od kanclerza Niemiec, że musi to uczynić, ponieważ naciskają na niego w tej sprawie jego partia CDU/CSU, liberałowie z FDP, Kościół katolicki, media i 500 tys. Chorwatów mieszkających w Niemczech.

Za narzucenie Wspólnocie Europejskiej decyzji pospiesznego uznania Słowenii i Chorwacji odpowiada w pierwszym rzędzie Helmut Kohl. Niejednokrotnie powtarzane przez niego i ministra spraw zagranicznych RFN Hansa-Dietricha Genschera w rozmowach z partnerami zagranicznymi, m.in. z Mitterrandem, twierdzenie, że nie mogą oprzeć się wywieranym na nich w Niemczech naciskom, było najprawdopodobniej wygodnym wybiegiem.

To, że na ówczesnym rządzie RFN ciąży szczególnie wielka odpowiedzialność za tragedię narodów Jugosławii przyznali później różni politycy zachodni, dobrze zorientowani w sprawie. Byli to: sekretarze stanu USA James Baker i Warren Christopher, minister spraw zagranicznych Francji Roland Dumas, wysłannik sekretarza generalnego ONZ Cyrus Vance, brytyjski polityk David Owen i amerykański dyplomata Richard Holbrooke. Wedle ich relacji Kohl i Genscher przez wiele miesięcy naciskali na WE i USA, by uznały Chorwację. Biały Dom ostrzegał ich, iż uznanie niepodległości Chorwacji wywoła reakcję łańcuchową, na której końcu będzie krwawa wojna w Bośni i Hercegowinie – stanowiącej „Jugosławię w miniaturze”. Tak się też niestety stało. Kohl i Genscher byli jednak nieustępliwi i swoją Holzhammermethode (metoda drewnianego młota) dosłownie wymusili na Wspólnocie Europejskiej uznanie secesji Chorwacji.

Tragedia narodów Jugosławii była konsekwencją nie tylko tego, że państwo to zostało rozbite. Ogromny rozmiar dramatu jugosłowiańskiego był rezultatem sposobu, w jaki nastąpiło to rozbicie, czyli forsowanego przez RFN od lata 1991 roku pospiesznego uznania przez Zachód secesji Słowenii i Chorwacji.

Błędna jest spotykana niekiedy opinia, że Kohl i Genscher nie przewidzieli następstw rozbicia Jugosławii, a zwłaszcza tragicznych konsekwencji dla Bośni i Hercegowiny. Uprzedzał ich o tym m.in. przywódca bośniackich Muzułmanów Alija Izetbegović (pierwszy prezydent Bośni i Hercegowiny). Podczas swojej wizyty w RFN w listopadzie 1991 roku oświadczył on Kohlowi i Genscherowi, że „uznanie Chorwacji oznacza wojnę w Bośni. Nie może stać się inaczej. Uznajcie Słowenię, jeśli tak chcecie, ale nie uznawajcie Chorwacji”. Słowenia – w przeciwieństwie do Chorwacji i Bośni – nie posiadała bowiem problemów etnicznych.

Jakie były przyczyny polityki austriackiej i niemieckiej, zmierzającej w konsekwencji do zniszczenia Jugosławii? Wpływ na takie a nie inne stanowisko Austrii, a szczególnie Niemiec miało szereg czynników. Do najważniejszych z nich należały:

– Geopolityczna koncepcja uzależnienia ekonomicznego i politycznego od Niemiec całej Europy Środkowo-Wschodniej, z Bałkanami włącznie, obecna w niemieckiej myśli politycznej od pierwszej wojny światowej (tzw. plan Mitteleuropy). Z kilku względów możliwość uzależnienia całej Jugosławii uznano w 1990 roku za mało prawdopodobną, natomiast niepodległej Chorwacji i Słowenii za nieprzedstawiającą trudności. Wpływy ekonomiczne RFN i Austrii w tych republikach jugosłowiańskich były znaczne, a wiele przedsiębiorstw niemieckich, w tym tak dużych jak Siemens, poczyniło tam znaczące inwestycje.

– Niejednokrotnie sugerowana w literaturze zachodniej ciągłość między antyjugosłowiańską i antyserbską polityką RFN a polityką Austro-Węgier i Niemiec od drugiej połowy XIX wieku.

– Niekontrolowany wybuch długo tłumionych ambicji odgrywania przez Berlin samodzielnej i doniosłej roli w polityce międzynarodowej, pokazania, że zjednoczone Niemcy nie są – jak je niekiedy nazywano – „ekonomiczną potęgą, ale politycznym karłem”.

– Zadawnione, szeroko rozpowszechnione w Austrii i Niemczech, silne zwłaszcza w następstwie obu wojen światowych, resentymenty wobec Serbów i Jugosławii i diametralnie odmienne podejście do Chorwacji, która była częścią Austro-Węgier, a podczas drugiej wojny światowej satelitą Niemiec.

– Wpływ Watykanu, w którym działało silne lobby chorwackie. Nacisk na rząd RFN w sprawie uznania secesji Chorwacji i Słowenii wywierała też bawarska katolicka partia CSU.

– Presja licznej w RFN diaspory chorwackiej, składającej się m.in. ze środowisk politycznych o przeszłości ustaszowskiej.

Oprócz odegrania fatalnej roli w zapoczątkowaniu rozbicia Jugosławii polityka niemiecka przyczyniła się też do oderwania Kosowa od Serbii. Od wiosny 1998 roku największy wpływ na rozwój wydarzeń w Kosowie poza USA wywierały Niemcy. Przed 1998 rokiem w stopniu większym niż jakiekolwiek inne państwo wpływały one zakulisowo na przebieg wydarzeń w Kosowie oraz wspierały separatyzm albański. Podejrzewa się nawet, że rząd Kohla dążył do militarnego rozprawienia się z Jugosławią, co ostatecznie nastąpiło podczas interwencji NATO w 1999 roku (operacja Allied Force, 24 marca-20 czerwca 1999).

Zdaniem prof. Waldenberga polityka Helmuta Kohla wobec Jugosławii po 1990 roku zmierzała „konsekwentnie przede wszystkim do rozczłonkowania tego państwa, utworzenia na jego obszarze małych państw oraz politycznego i ekonomicznego uzależnienia ich od siebie. Ten zamysł stanowiłby ważny element projektu szerszego – uzyskania hegemonii w Europie Środkowo- i Południowo-Wschodniej, zapewniającej dominującą pozycję w Unii Europejskiej, w całej, z wyjątkiem Rosji, Europie”[2].

[1] Mit Helmut Kohl hätte es Jugoslawien-Krieg nicht gegeben: Willy Wimmer zum Tod des Altkanzlers, http://www.youtube.com, 16.06.2017.

[2] M. Waldenberg, Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki, t. I (1991-2202), t. II (2002-2004), Warszawa 2005, s. 86-97, 358-359, 397.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 lipca 2017 r.

„Przegląd” nr 29 (915), 17-23.07.2017, s. 40-41

Sterowana inwazja

W Europie Zachodniej wybuchła kolejna antypolska histeria. „Nacjonalistyczny polski rząd odmawia przyjęcia muzułmańskich uchodźców, argumentując, że nie pasują oni do w większości katolickiej społeczności” – ogłoszono na antenie BBC przy okazji relacji o domniemanych przykrościach, jakie miały spotkać muzułmańską wycieczkę w Polsce. Informacje na ten temat BBC podała za mediami niemieckimi, które przez kilka dni nagłaśniały sprawę domniemanej agresji wobec wycieczki muzułmańskiej młodzieży z Niemiec do Polski. Rasizm, szowinizm, nienawiść do cudzoziemców, ksenofobiczna katolicka Polska – taki obraz przedstawiły swoim odbiorcom. Z kolei niemiecka prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie dyskryminacji na tle narodowościowym i religijnym w Polsce uczestników wspomnianej wycieczki.

Lubelska policja, po przeanalizowaniu nagrań z monitoringu miejskiego, nie potwierdziła, że jedna z uczestniczek tej wycieczki miała zostać opluta i zwyzywana na ulicy. Wycieczka muzułmańskiej młodzieży miała też paść ofiarą dyskryminacji ze strony polskich Żydów, którzy nie wpuścili jej do synagogi. Oświadczenie w tej sprawie wydała warszawska Gmina Żydowska. Czytamy w nim, że „synagoga Jeszywas Chachmej Lublin, do której nie mogła wejść wycieczka z Niemiec, znajduje się w hotelu Ilan, który tego dnia był w całości zarezerwowany przez narodową reprezentację piłki nożnej jednego z europejskich państw i oddany do ich wyłącznej dyspozycji”[1]. Nie miało to jednak żadnego znaczenia dla niemieckich mediów, które rozpętały nieprawdopodobną histerię. Ich postawa zadziwia, jeśli przypomnieć, że po atakach muzułmanów na niemieckie kobiety w Kolonii i Hamburgu w noc sylwestrową 2015/2016 roku tamtejsze media głucho milczały przez wiele dni.

Należy z tego wyciągnąć wniosek, że kampania przeciw Polsce w związku z odmową przyjęcia „uchodźców” wchodzi w kolejną fazę. Z jednej strony stosuje się w niej taktykę publicznego piętnowania i upokarzania Polski na arenie międzynarodowej, czego przejawem jest akcja niemieckich mediów w związku z domniemaną dyskryminacją wycieczki muzułmanów. Z drugiej strony natomiast używa się opozycji liberalnej, która ostentacyjnie kontestuje stanowisko rządu, związanych z tą opozycją prezydentów 12 największych miast, którzy wydali deklarację w sprawie przyjmowania „uchodźców”, oraz kardynała Nycza, który zadeklarował ich przyjęcie w parafiach diecezji warszawskiej. Jeśli te dwa kierunki ataku nie złamią rządu, jeśli nie złamią go też zapowiadane sankcje ekonomiczne, UE niewątpliwie sięgnie po ostrzejsze środki nacisku. Jakie, jeszcze nie wiemy.

Jedyna nadzieja w tym, że Polska, Węgry, Czechy i Słowacja nie będą jedynymi krajami UE, które opierają się migracji muzułmańskiej. Promyk nadziei pojawił się, gdy nagle przeciwko przyjmowaniu „uchodźców” nieoczekiwanie zbuntowały się Włochy. Stało się to po tym, jak w ciągu tygodnia do włoskich portów dotarło ponad 12 tys. „uchodźców”. Tylko między 24 a 27 czerwca przybyły do Włoch 8863 osoby z Afryki Północnej, z czego 5 tys. 25 czerwca. W maju ta liczba wyniosła 22993 osoby. Włoski rząd zaczął rozważać zamknięcie portów przed imigrantami. Został jednak przywołany do porządku przez Komisję Europejską, która zarzuciła mu, że „działa w panice”. Promyk nadziei na stawienie przez rząd włoski oporu polityce migracyjnej UE zgasł tak szybko jak się pojawił. Premier Paolo Gentiloni znalazł bowiem winnego zgodnie z obowiązującą w Brukseli narracją. „Czas, żeby niektóre kraje europejskie przestały odwracać głowę. Tego już nie można tolerować” – oświadczył, wskazując na cztery niepokorne państwa Europy Środkowej. Jednocześnie rządząca Partia Demokratyczna (wywodząca się z ugrupowań powstałych z politycznego przekształcenia Włoskiej Partii Komunistycznej i chadecji) forsuje projekt nadania obywatelstwa urodzonym we Włoszech dzieciom imigrantów. Gdyby wszedł w życie, mogłoby z niego skorzystać 800 tys. wychowanych we Włoszech potomków imigrantów, których mieszka tam już 5 mln[2].

Przy okazji nie sposób nie odnieść się do rzetelności dziennikarstwa „Gazety Wyborczej”. W tekście informującym o buncie Włoch przeciw przyjmowaniu imigrantów internetowy portal „Gazety Wyborczej” podał na początku, że przez Morze Śródziemne przeprawiają się „ludzie uciekający przed wojną w Syrii”. Natomiast na końcu tego tekstu mamy następującą informację: „Wśród przybyłych, najwięcej jest Nigeryjczyków (15 proc.), następnie mieszkańców Bangladeszu (12 proc.), Co piąty z przybyłych to Gwinejczyk lub mieszkaniec Wybrzeża Kości Słoniowej”[3].

To ilu jest wśród nich Syryjczyków? Jeśli w 2015 roku stanowili oni blisko połowę imigrantów przedzierających się przez Bałkany i Może Śródziemne do Europy (21 proc. z nich stanowili wówczas Afgańczycy, a 8 proc. Irakijczycy), to obecnie są w wyraźniej mniejszości[4]. Teraz dominują wśród imigrantów muzułmanie z Czarnej Afryki, Bangladeszu i Pakistanu oraz Kurdowie. W ich masie są też zapewne członkowie Boko Haram (nigeryjski odłam Al-Kaidy) i MUJAO (Ruch na rzecz Jedności i Dżihadu w Afryce Zachodniej – afrykańska siatka Al-Kaidy). Tego nikt nie sprawdzi, tak jak nikt nie jest w stanie sprawdzić prawdziwej tożsamości i narodowości przybyszów, bo „uchodźcy” przeważnie nie mają paszportów. Po prostu je zgubili, chociaż jakoś dziwnie nie zgubili telefonów komórkowych. A jeśli nawet mają paszporty to niejednokrotnie fałszywe.

Media zachodnie i powiązane z nimi media polskie nie informują swoich odbiorców o kilku istotnych faktach. Po pierwsze, że fala imigracji muzułmańskiej zalewająca Europę Zachodnią od 2015 roku jest rezultatem politycznego zdemolowania przez Stany Zjednoczone całego regionu Afryki Północnej (tzw. „arabska wiosna” z 2011 roku), Syrii, Iraku, Jemenu i Afganistanu. Do 2011 roku zaporą dla imigracji z Afryki była Libia Muammara Kadafiego, który został obalony w wyniku brutalnego przewrotu wspieranego militarnie przez USA, Kanadę, Wielką Brytanię, Francję, Niemcy, Włochy, Hiszpanię, Holandię, Belgię, Norwegię i Danię. Po drugie, radykalizacja polityczna świata islamu, przejawiająca się w religijnym ekstremizmie i terroryzmie, stanowi rezultat nie tylko „kolorowych rewolucji” i amerykańskich „wojen o demokrację”, ale wyniszczenia gospodarczego – szczególnie krajów afrykańskich – przez importowany z Zachodu neoliberalizm. Po trzecie, kryzys migracyjny powinien rozwiązać ten kto go spowodował. Dlatego imigranci powinni być kierowani do placówek dyplomatycznych USA. Tak się jednak nie stanie z dwóch przyczyn. Dlatego, że USA odmówiły przyjmowania imigrantów z Azji i Afryki, a kosmopolityczne elity UE dostrzegły w islamskiej imigracji szansę na realizację planu likwidacji państw narodowych. O przyspieszeniu realizacji tego planu zadecydowała kanclerz Merkel – którą za względu na jej fascynację postacią Katarzyny II pozwoliłem sobie nazwać „carycą Europy” – kiedy stało się oczywiste wyjście Wielkiej Brytanii z UE.

To była z jej oraz biurokracji UE strony klasyczna „ucieczka do przodu”. Zdecydowano, że nie ma co czekać na wyjście kolejnych państw z UE lub upadek euro, tylko poprzez kryzys migracyjny przyspieszyć bieg historii.

Imigracja muzułmańska jest więc sterowaną inwazją i o tym nie są informowani odbiorcy mediów zachodnich i większości polskich mediów prywatnych. Ośrodków sterujących jest wiele i mają one różne interesy w kierowaniu milionowych mas ludzkich z Azji i Afryki do Europy. Inne interesy mają USA, biurokracja UE, sunnickie monarchie znad Zatoki Perskiej z Arabią Saudyjską na czele, a jeszcze inne globaliści pokroju George’a Sorosa. Owi „uchodźcy”, zanim dotrą do libijskich portów nad Morzem Śródziemnym – muszą pokonać steki lub tysiące kilometrów, m.in. przez Saharę. Jest raczej wątpliwe, że czynią to pieszo. Ktoś ich musi przewozić i brać za to pieniądze. Następnie „uchodźcy” muszą zapłacić organizatorom ich przerzutu do Europy po 11 tys. dolarów od głowy za przewiezienie ich łodziami przez Morze Śródziemne. Ktoś musi to zatem finansować, bo jest wątpliwe, że finansują to sami „uchodźcy” – przedstawiani w mediach jako ofiary wojny i biedy. Ktoś to finansuje i ktoś dobrze na tym zarabia.

Przepłynięcie łodzią lub pontonem z Libii do Włoch jest poważnym wyzwaniem (z Trypolisu do Lampedusy jest 297 km, do Syrakuz na Sycylii 504 km, a do Reggio di Calabria 623 km). Szalupy z imigrantami przeważnie jednak nie docierają do włoskich brzegów. Jeśli przepłyną kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeża Libii i znajdą się na wodach międzynarodowych – „uchodźców” przejmują okręty Frontexu lub włoskiej straży przybrzeżnej w ramach „misji ratunkowej”[5]. Frontex, czyli Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej, to instytucja UE mająca chronić zewnętrzne granice Unii (notabene jej siedziba mieści się w Warszawie przy placu Europejskim 6). W początkowej fazie kryzysu migracyjnego Frontex próbował powstrzymywać nielegalną imigrację, zwłaszcza na tzw. szlaku bałkańskim, ale spotkał się wówczas z ostrą krytyką ze strony Parlamentu Europejskiego i Human Right Watch. Przecież nikt nie domaga się strzelania do imigrantów. Wystarczyłoby jednak, gdyby okręty Frontexu i włoskiej straży przybrzeżnej zamiast do włoskich portów odwoziły ich z powrotem do Libii. To by w znaczący sposób powstrzymało nielegalną imigrację do Europy. Skoro dzieje się inaczej, to jest to decyzja polityczna, za którą kryje się określony cel polityczny.

Kluczową rolę w transferze imigrantów z Libii do Włoch odgrywają statki różnych „organizacji humanitarnych” i „prywatnych organizacji charytatywnych”. Nazwy tych organizacji wymienia raport holenderskiej fundacji „Gefira”, która zajmuje się analizami politycznymi. Są to m.in. francuska organizacja „Lekarze bez Granic”, niemieckie „Lifeboat”, „Jugend Rettet”, „Sea-Watch” i „Sea-Eye-eV”, holenderskie „Boot Refugee Foundtation” i „Save the Children”, hiszpańska „Proactiva Open Arms” oraz najpoważniejsza z nich – mająca siedzibę na Malcie – MOAS (Migrant Offshore Aid Station – Stacja Przybrzeżnej Pomocy Migrantom). Ciekawe jest kto stoi za tymi organizacjami. Nie zdziwiłbym się, gdyby byli to ci sami „dobroczyńcy”, którzy organizują cały łańcuch przerzutu imigrantów, poczynając od ich miejsca zamieszkania.

W grudniu 2016 roku fundacja Gefira ujawniła, że na libijskich wodach terytorialnych stale operuje „11 statków należących do licznych pozarządowych organizacji, a oczekujących w odległości 8-12 mil morskich od libijskiego wybrzeża (…). Migranci są zabierani na pokład jeszcze na libijskich wodach terytorialnych (tj. 12 mil morskich od brzegu) i zamiast trafiać do Zarzis w Tunezji, do portu, który znajduje się w odległości 60 mil, przewozi się ich całe 275 mil aż do Włoch (…). To właśnie organizacje pozarządowe organizują zasadniczą część podróży do Europy, bez nich cały proceder przerzucania ludzi przez Morze Śródziemne byłby niemożliwy (…). Bez tych organizacji zjawisko przemycania ludzi po prostu nie zaistniałoby (…)”. Następnie – jak czytamy w raporcie fundacji Gefira – „pozarządowe organizacje (…) porzucają tych ludzi na włoskim wybrzeżu mając przy tym „czyste sumienie”, że dokonały czegoś dobrego”[6]. Przybysze z Afryki są pozostawiani sami sobie i – o ile nie dostaną pomocy od włoskiego państwa – trafiają na ulice Rzymu, Paryża i do obozów pod Calais. Włoska prokuratura podejrzewa, że owe „organizacje pozarządowe” ściśle współpracują z przemytnikami imigrantów[7].

Tak wygląda techniczna strona „napływu uchodźców” do Europy. Mamy do czynienia z operacją sterowaną, której kolejnym elementem jest sterowana nieudolność i bezradność rządów, administracji, wymiaru sprawiedliwości, policji i służb specjalnych państw Europy Zachodniej wobec organizatorów przemytu ludzi, a także przestępstw kryminalnych oraz aktów przemocy i terroru popełnianych przez imigrantów.

O tym w zachodnich mediach się nie dyskutuje. W reakcji na kryzys migracyjny szuka się tam natomiast rasizmu i szowinizmu w Polsce. Za winnych pożaru roznieconego przez Angelę Merkel uznano cztery państwa Europy Środkowej, które przed tym pożarem mają odwagę się bronić. W świadomości przeciętnego rdzennego mieszkańca Europy Zachodniej tworzony jest obraz, z którego wynika, że za zalew jego kraju przez imigrantów, związane z tym akty przemocy i terroru, ponoszą winę kraje „nowej Unii”, a przede wszystkim Polska, jej „nacjonalistyczny” rząd i „rasistowskie” społeczeństwo. Bynajmniej nie Angela Merkel, która wedle sondaży odniesie przytłaczające zwycięstwo we wrześniowych wyborach i zostanie po raz czwarty kanclerzem Niemiec. No właśnie, pytanie czy Niemiec, czy już niemieckiego kalifatu?

[1] „Muzułmanka została opluta? Do akcji wkracza niemiecka prokuratura. Sprawa nabiera rozgłosu międzynarodowego”, http://www.niezlomni.com, 30.06.2017.

[2] „12 tysięcy uchodźców u brzegu Włoch. Premier: Dlaczego niektóre kraje UE odwracają głowę od tego dramatu”, http://www.wyborcza.pl, 28.06.2017.

[3] Zdesperowane Włochy szantażują UE: zamkniemy porty przed migrantami. „To działanie w panice”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 29.06.2017.

[4] „Obecny kryzys migracyjny”, http://www.uchodzcy.info, dostęp 1.07.2017; K. Zuchowicz, „Ilu Syryjczyków jest wśród Syryjczyków? Inne narody podszywają się, bo też chcą lepiej żyć. Europejczyk nie rozróżni”, http://www.natemat.pl, dostęp 1.07.2017.

[5] „Frontex: przemytnicy wykorzystują misje ratunkowe na Morzu Śródziemnym, aby szmuglować imigrantów do Włoch”, http://www.wpolityce.pl, 15.02.2017.

[6] „Flota pozarządowych organizacji krąży przy libijskim wybrzeżu”, http://www.gefira.org, dostęp 1.07.2017.

[7] K. Wójcik, „Uchodźcy: organizacje pozarządowe podejrzane o przemyt”, http://www.rp.pl, 26.03.2017; „Włochy: uchodźcy przypływają na Sycylię jachtami”, http://www.bankier.pl, 2.05.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 lipca 2016 r.

„Myśl Polska” nr 29-30 (2145/46), 16-23.07.2017, s. 14-15

W obliczu agresji

Ze zdumieniem obserwuję to co Unia Europejska i blisko związane z nią siły polityczne w Polsce robią w związku z odmową przez rząd Beaty Szydło zgodny na „relokację” tzw. „uchodźców”, czyli przyjęcie imigrantów – w większości ekonomicznych – z muzułmańskich krajów Bliskiego i Środkowego Wschodu oraz Afryki Północnej. Ze zdumieniem, ponieważ zdałem sobie sprawę, że Polska po raz pierwszy od 1939 roku stanęła w obliczu agresji. I to nie ze Wschodu – skąd spodziewa się jej obóz polskiej rusofobii – ale z Zachodu.

Nie można bowiem inaczej jak agresją właśnie nazwać gróźb padających ze strony Komisji Europejskiej, przewodniczącego Rady Europejskiej – pod którego rządami jeszcze niedawno Polska była „państwem teoretycznym”, jak to określił jeden z jego ministrów – ekstrawaganckiego prezydenta Francji i kanclerz Niemiec, w której gabinecie wisi portret Katarzyny II i której od 12 lat wydaje się, że jest carycą Europy – oraz całej rzeszy mniejszych i większych polityków zachodnioeuropejskich.

Nie można inaczej jak agresją nazwać potwornej nagonki medialnej, w którą zostały wprzęgnięte czołowe media zachodnioeuropejskie oraz powiązane z nimi polskie – te które przez ćwierć wieku popierały neoliberalną „transformację” i „prywatyzację” oraz zaciekle tępiły na każdym kroku „polski nacjonalizm”. Nagonka ta osiągnęła szczyt po wystąpieniu premier Szydło na uroczystościach 14 czerwca w Oświęcimiu, gdzie stwierdziła ona, iż „Auschwitz to lekcja tego, że należy uczynić wszystko, aby chronić swoich obywateli”. Rozjuszone media liberalne zaczęły krzyczeć, że premier Szydło „wykorzystuje pamięć o Holokauście, by straszyć uchodźcami”. Nikt w tych mediach nie zauważył, że uroczystości 14 czerwca (rocznica pierwszego transportu Polaków do KL Auschwitz) nie były poświęcone pamięci ofiar Holokaustu, ale pamięci Polaków deportowanych i zamordowanych w KL Auschwitz – czyli pamięci pierwszych chronologicznie ofiar tego obozu i drugich liczebnie.

Poziom i skala tej nagonki również przeszły moje oczekiwania, bo niemieckie media posunęły się do absurdalnego oskarżenia narodu polskiego o udział w zagładzie Żydów, a oskarżenie to natychmiast powielił rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar. To już nie jest zwykła nagonka medialna, ale wojna psychologiczna. A wojna psychologiczna jest zwykle częścią wojny rzeczywistej. Na razie Polsce grozi się sankcjami ekonomicznymi, ale nie jest to zapewne ostatnie słowo Berlina i Brukseli zważywszy, że Niemcy, Francja, Włochy i Hiszpania uruchomiły plan utworzenia sił zbrojnych UE, uśpiony w Traktacie Lizbońskim. Wymowne też jest, że z niezwykłym entuzjazmem na tę decyzję zareagował przewodniczący Rady Europejskiej[1]. Czyżby liczył na to, że siły zbrojne UE pomogą mu objąć urząd prezydenta RP po zakończeniu kadencji przewodniczącego Rady Europejskiej, czyli – mówiąc słownictwem jego środowiska – „uratują demokrację” w Polsce?

Nie można nie zauważyć, że gdyby doszło do wdrożenia sankcji ekonomicznych UE przeciw Polsce, to powstałaby bardzo ciekawa sytuacja polityczna. Polska byłaby bowiem drugim obok Rosji – która jest poza strukturami UE – państwem Europy objętym przez UE sankcjami ekonomicznymi z przyczyn politycznych. Oba te kraje – jako te przeciw którym została skierowana agresja polityczna UE i globalistów – znalazłyby się zatem na tej samej płaszczyźnie. Czy ktoś w obozie rządzącym to zauważył i potrafi z tego wyciągnąć wnioski? Czy ktoś ma tam świadomość, że należałoby zastanowić się nad prowadzoną przez PiS skrajnie antyrosyjską polityką i filozofią upatrującą niebezpieczeństwa agresji ze strony Rosji? Czy ktoś w obozie rządzącym potrafi wyciągnąć wniosek, że należałoby doprowadzić do deeskalacji stosunków z Rosją przynajmniej na poziomie neutralnym, bo życzliwość Rosji może być przydatna nie tylko w obliczu konfliktu z Zachodem, ale także w obliczu coraz bardziej agresywnych poczynań nacjonalistów ukraińskich. W polityce nie ma sentymentów i wiecznych wrogów, są tylko wieczne interesy. Męża stanu rozpoznaje się właśnie po tym, że o tym wie. Czy jest w Polsce taki mąż stanu?

Przyznam, że go nie widzę. Obóz rządzący przypomina swoich protoplastów z lat 1926-1939, którzy aż do marca 1939 roku mieli opracowany tylko plan wojny z ZSRR, gdy tymczasem pierwsze uderzenie przyszło z kierunku przeciwnego.

Znacznie gorzej jest z opozycją liberalną, która w całości przyłączyła się do politycznej agresji UE przeciw własnemu krajowi. Schetyna, Lewandowski, Liberadzki, Frasyniuk, Cimoszewicz i dziesiątki innych nazwisk. Tych samych nazwisk, które przez ostatnie ćwierćwiecze były wizytówkami kampanii i działań osłabiających Polskę – tzw. „prywatyzacji”, wielu nieudanych i szkodliwych „reform” oraz nieodłącznej walki z „polskim nacjonalizmem”. Ich wypowiedzi nawet nie warto cytować, by nie szarpać sobie nerwów. Obecnie znów walczą z „polskim nacjonalizmem”. Teraz jednak chcą zafundować narodowi coś znacznie gorszego niż „prywatyzację”, strukturalne bezrobocie, pauperyzację i emigrację zarobkową.

Mają tego pełną świadomość, bo trudno, żeby jej nie mieli, gdy od 2015 roku islamiści dokonali wielu zamachów terrorystycznych we Francji, Belgii, Holandii, Niemczech, Szwecji, Włoszech i Wielkiej Brytanii. Trudno, żeby nie mieli świadomości co chcą sprowadzić na Polskę po tym jak informacje o aktach terroru i przestępstwach kryminalnych ze strony zalewających Europę Zachodnią islamistów napływają już niemal każdego dnia. Mamy np. informację, że kierowca polskiego samochodu spłonął pod Calais w karambolu, do którego doszło z powodu ustawienia przez imigrantów na drodze blokady z pni drzew[2]. Ta informacja – jak i wiele jej podobnych – nie robi jednak żadnego wrażenia na panu Lisie, Michniku, Cimoszewiczu, Schetynie i innych uczestnikach kampanii na rzecz przyjmowania „uchodźców”. To jest rzeczywistość, jaką oni chcą zafundować narodowi. No bo nie sobie. Ich ta rzeczywistość przecież nie dotknie. Żyją bowiem w oderwaniu od narodu polskiego nie tylko w sensie politycznym, ale także codziennym – mieszkając w bezpiecznych, chronionych całodobowo rezydencjach, na zamkniętych i monitorowanych osiedlach, poruszając się w pancernych limuzynach i jadając w lokalach, do których „zwykli ludzie” nie mają dostępu. To nie oni będą ginąć od wybuchów bomb w metrze, pod kołami ciężarówek wjeżdżających w tłum na chodniku, ciosów noża na ulicy i strzałów karabinowych w restauracjach.

Zdumiewające jest również to, że do unijnej kampanii na rzecz „relokacji” islamskich imigrantów w Polsce dali się włączyć niektórzy hierarchowie Kościoła katolickiego z arcybiskupem Wojciechem Polakiem na czele.

Z obecnego kryzysu politycznego wypływa jeszcze jeden bardzo ważny wniosek. Zachód po raz kolejny w historii pokazał swoje nieprzyjazne Polsce i cyniczne oblicze. Wszyscy tam przecież wiedzą – od pani kanclerz Merkel poczynając, a na sprzedawczyni w supermarkecie kończąc – że polityka otwarcia w 2015 roku granic dla „uchodźców”, czyli imigrantów ze świata islamu, była straszliwym błędem. Była samobójstwem w sytuacji, gdy od początku było wiadome, że w morzu imigrantów przenikną „żołnierze” tzw. Państwa Islamskiego i innych struktur rewolucyjnego islamu, by przenieść „świętą wojnę” (dżihad) do Europy.

Gdy w połowie 2015 roku otwarto granice Europy Zachodniej dla islamskich imigrantów, prof. Bogusław Wolniewicz nazwał ich „nachodźcami”, ironicznie przekształcając nieadekwatne do skali zjawiska słowo „uchodźcy”, oraz stwierdził, że jest to zorganizowany najazd i bez rozlewu krwi się nie obejdzie. Stało się tak jak przepowiedział, chociaż za te słowa Stowarzyszenie „Otwarta Rzeczpospolita” nasłało na niego policję i groziło mu sądem.

Nie tutaj miejsce, by rozważać dlaczego caryca Merkel wpuściła masy islamskich imigrantów do Europy. Czy była to realizacja domniemanego planu George’a Sorosa likwidacji państw narodowych poprzez stworzenie w nich narodowościowej, kulturowej i religijnej mieszanki? Czy raczej stały za tym oczekiwania globalistów i ponadnarodowych korporacji na dopływ taniej, tzn. niewolniczej siły roboczej? To wymaga głębszych studiów i dostępu do wiarygodnych źródeł informacji. Faktem jest, że globaliści od dawna uważają państwo narodowe za swojego głównego wroga, a konieczność jego zniszczenia ideologowie globalizacji zapowiadali już wielokrotnie.

Bez względu na to, jakie były motywy działania pani, która jest przekonana, iż stanowi współczesne wcielenie Katarzyny II, oraz legionu jej podobnych polityków zachodnich – oderwanych od rzeczywistości i wyalienowanych ze swoich narodów – nie ulega wątpliwości, że Europa Zachodnia znalazła się w sytuacji krytycznej. Jej społeczeństwa płacą teraz straszną cenę za alienację swoich liberalnych elit, a także za wcześniejsze stulecia kolonializmu oraz dziesięciolecia neokolonializmu – wyniszczania krajów Trzeciego Świata przez neoliberalną „doktrynę szoku” i „wojny o demokrację”.

Dlaczego jednak tę cenę mają płacić Polska, Czechy, Słowacja i Węgry? Dlaczego współczesna Katarzyna II, zamiast przyznać się do błędu i porażki oraz ustąpić z urzędu – co podobno jest standardem liberalnej demokracji – chce przerzucić skutki swoich działań na kraje, które nie ponoszą winy za neokolonializm i neoliberalizm? Dlaczego dziwaczny prezydent Francji ultymatywnie żąda od tych krajów zgody na „relokację” głosząc przy tym, że woli imigrantów islamskich od polskich?[3]. Dlaczego wreszcie przedmiotem ich ataku, wspieranego przez panów Schetynę, Cimoszewicza, Lewandowskiego i innych, są tylko kraje tzw. „nowej Unii”?

Przecież nie tylko Polska, Czechy, Słowacja i Węgry odmówiły przyjmowania imigrantów. Uczyniły to także Izrael i Stany Zjednoczone. Premier Netanjahu oświadczył jesienią 2015 roku, że Izrael jest państwem za małym i przyjęcie imigrantów zagrozi jego politycznej egzystencji. Czy ktoś mu zarzucił rasizm i ksenofobię? Czy ktoś groził w związku z tym Izraelowi sankcjami, organizował medialne nagonki, straszył politycznymi konsekwencjami?

Stanowisko rządu PiS wobec próby zmuszenia Polski do zgody na „relokację” imigrantów nie tylko powinno, ale musi zostać poparte przez te środowiska patriotyczne, które z różnych względów są wobec tego rządu krytyczne. Dlaczego w ogóle rząd PiS zajął stanowisko negatywne w kwestii islamskich imigrantów? Dlatego, że jest to stanowisko zdecydowanej większości narodu – także wielu wyborców PO i SLD – i nie ma obecnie w Polsce szansy utrzymania się jakikolwiek rząd, który by woli tej większości nie uwzględnił. Po raz pierwszy od 1989 roku rząd zrobił coś zgodnie z wolą większości narodu i to musi budzić jeszcze większą wściekłość UE niż sam brak jego zgody na „relokację”.

Dlaczego jednak Polacy nie chcą u siebie islamskich imigrantów? Dlatego, że są rasistami, plemiennymi nacjonalistami i zaściankowymi ksenofobami, jak głoszą to media powiązane z Zachodem politycznie, kapitałowo i ideologicznie? Nie. Nigdy w naszej historii nie odmawialiśmy pomocy innym narodom będącym w potrzebie. Hasło „Za naszą i waszą wolność” jest częścią polskiego etosu narodowego. Ale przecież w wypadku imigrantów islamskich, których UE chce przerzucić do Europy Środkowej, nie chodzi o pomoc żadnym „uchodźcom” i o tym wszyscy wiedzą.

Nie godzimy się na to, ponieważ chcemy zachować własne państwo narodowe. Nie chcemy mieć u siebie znaczącej liczebnie mniejszości narodowej, która nigdy nie zintegruje się z polską kulturą, która w naszym państwie będzie stanowić element politycznie destrukcyjny, prowadząc z nim ideologiczną i religijną wojnę. Nie chcemy mieć u siebie ludzi po prostu nam całkowicie obcych i niejednokrotnie nam wrogich, którzy będą dla nas fizycznym zagrożeniem i ekonomicznym obciążeniem. Nie chcemy współobywateli, którzy nie będą dla naszego kraju pracować i nie poniosą na jego rzecz najmniejszej ofiary. Nie chcemy współobywateli, dla których polska historia i kultura będą nie tyle czymś obcym, co po prostu fikcją. Nie chcemy, by nasze miasta wyglądały tak jak szwedzkie Malmö, które opuściła duża część szwedzkiej ludności, ci, którzy pozostali boją się wychodzić ze swoich domów, a policja przestała przyjmować zgłoszenia o przestępstwach popełnianych przez gangi imigrantów[4]. Nie chcemy bać się chodzić wieczorem po ulicach. Nie chcemy, by wyjście w biały dzień na ulicę było – tak jak podczas okupacji niemieckiej – wyprawą w nieznane.

To nie jest rasizm i szowinizm. To jest nasze być i mieć. To jest polska racja stanu. Polska bowiem powinna trwać wiecznie – jak nam przykazał Wincenty Witos.

O ile rząd PiS w kwestii „relokacji” imigrantów islamskich zajmuje stanowisko zgodne z polską racją stanu, jak na razie dzielnie przeciwstawiając się UE, to nie można tego powiedzieć o jego stosunku do imigracji ukraińskiej, która liczy już 1,4 mln osób i rośnie. Ta cieszy się mianowicie zdecydowanym poparciem rządu. Wynika to z dwóch przyczyn. Z jednej strony mamy naiwne przekonanie, że dzięki przyjęciu imigracji ukraińskiej Bruksela odpuści nam islamistów, a z drugiej strony mamy w tej kwestii działania silnego w PiS (ale także w PO i obozie liberalnym) lobby ukraińskiego.

A przecież przyjęcie tej imigracji również oznacza, że przestajemy być państwem monoetnicznym, czyli pozbawionym konfliktów narodowościowych, co było jednym z największych atutów Polski po 1945 roku. Nie tylko przestaniemy być państwem monoetnicznym, ale będziemy mieli u siebie nawet wielomilionową mniejszość etniczną, która może być równie niebezpieczna jak mniejszość ukraińska w II RP. Współczesny naród ukraiński został bowiem zatruty rakiem tej samej ideologii, którą zatruwała go w latach 30. i 40. XX wieku Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów. Jej epigoni mają znaczące wpływy na pomajdanowej Ukrainie i nie są oni bynajmniej przyjaźnie nastawieni do Polski.

Tego niestety nie chcą widzieć elity w Warszawie, wśród których wciąż pokutują mity Giedroycia i prometeistów, mrzonki o Międzymorzu i sojuszu z Ukrainą przeciw Rosji.

Minęły już trzy miesiące od zamachu terrorystycznego na polski konsulat Łucku, który polski establishment polityczno-medialny tradycyjnie przypisał „rosyjskim służbom”. Strona ukraińska obiecała szybkie wykrycie sprawców, ale do dzisiaj tego nie uczyniła. Czy aby nie dlatego, że sprawcy ci wywodzą się z dominującej na zachodniej Ukrainie opcji neobanderowskiej? Od tamtego czasu miała miejsce próba podpalenia polskiej szkoły w Mościskach, polityczna nagonka neobanderowców na metropolitę lwowskiego – arcybiskupa Mieczysława Mokrzyckiego – oraz wstrzymanie przez stronę ukraińską na żądanie naobanderowców ekshumacji ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.

Skoro neobanderowcy mogą dokonywać ataków na polskie instytucje i miejsca pamięci narodowej na Ukrainie, to kto zagwarantuje, że przeniknąwszy w masie imigrantów do Polski, nie zorganizują tutaj zamachu terrorystycznego? Zwłaszcza, że PiS daje im zielone światło rezygnując z ustawowego zakazu propagowania w Polsce banderyzmu jako formy totalitaryzmu.

Na razie ze strony ukraińskiej padają żądania wprowadzenia ukraińskiego jako drugiego języka urzędowego we Wrocławiu[5]. Na razie utworzono w tym mieście tylko klub piłkarski (Dynamo Wrocław), dostępny wyłącznie dla Ukraińców[6]. Mówi się też o klasach ukraińskich w szkołach w Krakowie[7]. Jutro padną żądania postawienia w Polsce pomników Bandery i UPA, a Unia Europejska je poprze, bo przecież imigranci mają prawo do swojej tożsamości.

Zagrożeń ze strony imigracji ukraińskiej oficjalnie w Polsce się nie dostrzega, ponieważ krytyczne spojrzenie na Ukrainę jest tutaj tematem tabu i od razu rodzi podejrzenie o „agenturalność” na rzecz Rosji. Ponadto ze strony tych środowisk, które popierają przyjęcie w Polsce imigracji islamskiej, padają w kwestii imigracji ukraińskiej propozycje wręcz zdumiewające. Tak oto były wicenaczelny dziennika „Rzeczpospolita” żąda, by dla Ukraińców otworzyć „uczelnie [ma na myśli stanowiska naukowe – przyp. BP], zarządy firm, a nawet armię”, znieść dla nich opłaty za studia i ułatwiać im nabycie obywatelstwa. Zdaniem pana Talagi „potrzebna jest bardzo odważna decyzja, żeby otworzyć nie tylko polski rynek pracy dla Ukraińców, ale żeby w ogóle Polskę otworzyć dla Ukraińców i żeby otworzyć perspektywy przyznawania obywatelstwa polskiego[8].

Z kolei prezydent Wrocławia w wywiadzie dla portalu Onet ujawnił, iż jest szczęśliwy, że w jego mieście mieszka już 100 tys. Ukraińców i ma nadzieję, że pomogą mu oni w zwalczaniu „polskiego nacjonalizmu”. Zdaniem pana Dutkiewicza Ukraińcy mogą być „lekarstwem na polską ksenofobię, która jest groźnym zjawiskiem[9]. Trzeba przyznać, że Ukraińcy już raz zwalczali „polski nacjonalizm” i „polską ksenofobię” – w latach 30. i 40. XX wieku, m.in. na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

W wypowiedziach Dutkiewicza i Talagi pobrzmiewa echo koncepcji „Ukrpolu”, wysuniętej swego czasu przez Adama Michnika. Tylko, że taki Ukrpol to już jednak nie będzie Polska. O ile to do tego zmierza, bo może zmierzać w kierunku znacznie bardziej niebezpiecznym.

Dlaczego bowiem Ukraińcy osiedlają się akurat we Wrocławiu i na Ziemiach Zachodnich? Dlaczego właśnie tam mieliby też być kierowani islamscy „uchodźcy” w ramach „relokacji”? Może jednak polityka w sprawie imigrantów uprawiana przez grzejącą się w cieniu portretu Katarzyny II kanclerz Niemiec i carycę Europy wcale nie jest taka bezmyślna, jak się może na pierwszy rzut oka wydawać. Może kryje się za nią jakiś polityczny projekt. Po 1989 roku nie udało się w Polsce wykreować licznej mniejszości niemieckiej, chociaż czyniono w tym kierunku kosztowne zabiegi. Nie udało się też stworzyć „narodowości śląskiej”, mimo podjęcia zabiegów jeszcze kosztowniejszych. Może więc to o czym skrycie marzą niemieckie elity, ale czego głośno nie mówią i czego oficjalnie zdecydowanie się wypierają, uda się osiągnąć dzięki imigracji, zwłaszcza ukraińskiej. Szczególnie, że nacjonalizm ukraiński zawsze był proniemiecki.

Kiedy już imigranci z Ukrainy opanują katedry polskich uczelni i zarządy firm, a nawet armię, kiedy już uzyskają polskie obywatelstwo i własne szkolnictwo, to niewątpliwie stworzą też ukraińskie stowarzyszenia i partie polityczne, a ich przedstawiciele zasiądą w Sejmie i sejmikach wojewódzkich. Może w którymś z nich zdobędą większość. A wtedy mogliby zażądać np. secesji województwa dolnośląskiego i przyłączenia go do Niemiec. Mogliby nawet zorganizować w tej sprawie demokratyczny plebiscyt i go wygrać, gdyby wcześniej nastąpiła daleko idąca zmiana struktury etnicznej takiego województwa. Unia Europejska by to gorąco poparła, bo przecież w świetle jej ideologii mniejszości narodowe mają prawo do samostanowienia o sobie. Casus Kosowa jest tutaj precedensem.

Odejście od monoetniczności, które w Polsce właśnie się dokonuje – na razie na rzecz imigrantów z Ukrainy – zawsze niesie zagrożenia i faktu tego nie zmieni żaden poprawny politycznie bełkot.

[1] Unia zrobiła kolejny krok ku stworzeniu „niebieskich hełmów z żółtymi gwiazdkami”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 23.06.2017.

[2] „Kierowca polskiego auta spłonął pod Calais! Uderzył w blokadę drogi ustawioną przez imigrantów”, http://www.wpolityce.pl, 20.06.2017. Co ciekawe sprawcy prawdopodobnie nie poniosą kary, bo nie posiadają dokumentów i twierdzą, że mają mniej niż 16 lat, zob.: „Calais: imigranci z Erytrei, którzy przyczynili się do śmierci polskiego kierowcy mogą uniknąć kary”, http://www.pch24.pl, 22.06.2017.

[3] „Unijne elity dalej swoje… Macron woli pseudouchodźców od ciężko pracujących imigrantów”, http://www.wpolityce.pl, 22.06.2017.

[4] K. Zuchowicz, „Szwedzi milczą i ustępują im miejsca. Ten kraj niedługo się rozleci”. W Malmö boją się. Miasto mocno się zmieniło, http://www.natemat.pl, 25.01.2017. „Prawie co noc jest strzelanina. Ich gangi ciągle mają jakieś porachunki. Ciągle słyszymy o napadach na sklepy. Rozbijają się po mieście najlepszymi samochodami, nie zatrzymują się na wezwanie policji. Podpalają samochody. Słyszymy, że ludzie boją się wieczorami wychodzić z domów. Nawet policja czasem apeluje o niewychodzenie z domów – opowiada nam jeden z mieszkańców (…). Malmö bardzo się zmieniło. Niedawno przy wjeździe z Ystad stanął duży, podświetlany meczet. Kupili ziemię w najlepszym miejscu, na wzgórzu. I dziś ten meczet króluje nad Malmö (…). Jest niebezpiecznie, np. w grudniu zastrzelili mężczyznę, który przez pięć lat studiował w Polsce stomatologię, a w Szwecji dopiero zaczął pracę. Jest też poczucie, że wszystko imigrantom się należy i nic im nie pasuje” – czytamy w artykule Katarzyny Zuchowicz.

[5] „Wrocław: ukraiński drugim językiem?”, http://www.kresy.pl, 13.06.2017.

[6] „We Wrocławiu powstał klub piłkarski tylko dla Ukraińców”, http://www.kresy.pl, 2.11.2016.

[7] M. Kursa, „W Krakowie powstaną dwujęzyczne, polsko-ukraińskie klasy”, http://www.wyborcza.pl, 17.06.2017.

[8] Talaga w „Rzeczpospolitej”: otwórzmy nasze uczelnie i armię dla Ukraińców, http://www.kresy.pl, 14.06.2017.

[9] „Dutkiewicz: Ukraińcy we Wrocławiu są błogosławieństwem i lekarstwem na polską ksenofobię”, http://www.kresy.pl, 21.06.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 28 czerwca 2017 r.

„Myśl Polska” nr 27-28 (2143/44), 2-9.07.2017, s. 10-11