Sprawiedliwość Zachodu

Międzynarodowy Trybunał Karny ONZ ds. Zbrodni Wojennych w byłej Jugosławii skazał 22 listopada 2017 roku gen. Ratko Mladicia na dożywocie. Głównie za Srebrenicę. Tym samym jeszcze raz dobitnie wybrzmiała narracja polityczna Zachodu, wedle której zbrodniarzami wojennymi w byłej Jugosławii byli tylko Serbowie. Ten czarny obraz Serbów stanowił jeden z kluczowych elementów wojen, które doprowadziły do rozbicia Jugosławii – wojen, w których Zachód nie był bezstronny i które wg prof. Marka Waldenberga były pierwszym w dziejach konfliktem zbrojnym kreowanym przez media.

Ten sam trybunał, który skazał Ratko Mladicia i Radovana Karadžicia, uniewinnił czołowych chorwackich zbrodniarzy wojennych odpowiedzialnych za tzw. operację „Oluja” („Burza”), w wyniku której w sierpniu 1995 roku zamordowano co najmniej kilkuset i trwale wypędzono około 150-200 tys. Serbów z Krajiny. Jeśli masakra w Srebrenicy, za którą miał być odpowiedzialny Mladić, była największą zbrodnią wojenną w Europie po 1945 roku, to operacja „Oluja” była największą zorganizowaną czystką etniczną współczesnej Europy. Ale odpowiedzialnych za tę czystkę etniczną uniewinniono, ponieważ byli sojusznikami USA, RFN i UE. Nigdy przed żadnym trybunałem nie stanął jej główny sprawca, nieżyjący już prezydent Chorwacji i epigon ustaszy Franjo Tudźman, który na cztery dni przed operacją „Oluja” powiedział, że „przeprowadzimy takie ataki, że Serbowie praktycznie znikną” („nanesemo takve udarce da Srbi prakticno nestanu”).

W artykule, który opublikowałem w „Myśli Polskiej” w 20. rocznicę operacji „Oluja” napisałem m.in.: „Chorwacki zbrodniarz wojenny Ante Gotovina, bezpośrednio odpowiedzialny za operację »Oluja«, został początkowo skazany na 24 lata pozbawienia wolności. Jednakże 16 listopada 2012 roku izba apelacyjna Trybunału Haskiego uwolniła go od wszelkich zarzutów. Razem z nim uniewinniono także innego chorwackiego generała, Mladena Markacza, skazanego w pierwszej instancji na 18 lat więzienia. Postawienia przed jakimkolwiek sądem nie doczekali się odpowiedzialni także za operację »Oluja« gen. Janko Bobetko i minister obrony Chorwacji Gojko Szuszak. W dzisiejszej Chorwacji Ante Gotovina jest uważany za największego bohatera narodowego, niemal chodzącego półboga. Niezależnie od odpowiedzialności za zbrodnie wojenne, popełnione podczas i po zakończeniu operacji »Oluja«, współczesny chorwacki bohater jawnie identyfikuje się z tradycją ustaszowską i ma przeszłość kryminalną (służył w Legii Cudzoziemskiej i jako najemnik w szwadronach śmierci w Ameryce Łacińskiej). To wszystko jednak nie przeszkadza demokratycznej i zjednoczonej Europie, której Chorwacja jest częścią”[1].

Dzisiaj dodam do tego, że przed żadnym trybunałem nie stanęli i nigdy nie staną najważniejsi sprawcy nieszczęść narodów byłej Jugosławii, czyli ci, którzy z zewnątrz doprowadzili do rozbicia Jugosławii. Nieżyjący już kanclerz RFN Helmut Kohl, także nieżyjący już ministrowie spraw zagranicznych Niemiec Hans-Dietrich Genscher i Austrii Alois Mock, kanclerz Austrii Franz Vranitzky, prezydenci USA George W. Bush senior i Bill Clinton oraz sekretarze stanu USA James Baker, Warren Christopher i Madeleine Albright. Taka jest bowiem sprawiedliwość Zachodu. Zgodnie z nią winni rozpadu Jugosławii i popełnionych w związku z tym zbrodni wojennych byli tylko Serbowie.

To samo odnosi się do dzisiejszej Ukrainy. Odpowiedzialnym za jej tragedię mają być wyłącznie Władimir Putin i przywódcy tzw. republik ludowych na wschodzie Ukrainy, ale bynajmniej już nie marionetka USA Petro Poroszenko oraz sprawcy palenia żywcem ludzi w Odessie, czy dowódcy i uczestnicy tzw. „operacji antyterrorystycznej” w Donbasie.

[1] B. Piętka, „Jak wygnano Serbów z Krajiny”, http://www.mysl-polska.pl, 12.09.2015; „Operacja »Oluja«”, „Myśl Polska” nr 37-38 (2051/52), 13-20.09.2015, s. 8.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 listopada 2017 r.

Reklamy

Kabaret prowincjonalny

Na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, który wyjątkowo odbył się w połowie września, wystąpił Jan Pietrzak z koncertem pod wymownym tytułem „Z PRL do Polski”. Podczas tego koncertu poruszył szereg tematów od Kuronia i Michnika przez bitwę warszawską i powstanie warszawskie po współczesność. Stwierdził m.in., że „Polacy walczyli zawsze o wolność waszą i naszą. W przeciwieństwie do Rosjan, którzy zawsze walczyli o zniewolenie innych narodów. Zawsze!”. Odniósł się również do ćwiczeń Zapad-2017: „Kiedy my sobie tutaj świętujemy 16 i 17 września, na wschodniej granicy oni przeprowadzają manewry, zbiry. ZBiR – Związek Białorusi i Rosji – to są manewry, żeby przeprowadzić napaść na Polskę”[1].

Rozpętywanie histerii w związku z białorusko-rosyjskimi manewrami Zapad-2017 osiągnęło szczyt w połowie września i wystąpienie Pietrzaka w Opolu wpisywało się tutaj w trend ogólny, tzn. taki, w którym wszyscy spadkobiercy etosu solidarnościowego – na co dzień śmiertelnie ze sobą skłóceni – mówili jednym głosem. Niczym zwierzęta w Boże Narodzenie. „Gazeta Polska Codziennie” dała 14 września tytuł na pierwszej stronie: „Putin szykuje inwazję na Polskę”[2]. A w tle zdjęcie rosyjskich czołgów T-14 podczas defilady na placu Czerwonym w Moskwie. Wtórował jej z przeciwnego bieguna politycznego portal tvn24.pl cytując czeskiego gen. Petra Pavela (szefa Komitetu Wojskowego NATO), wedle którego manewry Zapad-2017 „mogą być postrzegane jako przygotowanie do wielkiej wojny”[3]. A w telewizji TVN wystąpił niezawodny w takich sytuacjach pan Paweł Kowal, który stwierdził m.in., że społeczeństwo rosyjskie żyje „w cieniu wojny”, a „od stu lat Rosjanie z kimś walczą”, podczas gdy „społeczeństwa Zachodu żyją w pokoju”[4].

Identycznie wypowiedziała się 17 września 2015 roku na wiecu klubów „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji ukraińska nacjonalistka Natalia Panczenko, która stwierdziła, że podobno „nie było roku”, żeby Rosja na kogoś nie napadła[5].

Z kolei Polska Agencja Prasowa zacytowała pana Romualda Szeremietiewa, który przewidywał, że w następstwie ćwiczeń Zapad-2017 dojdzie do okupacji Białorusi przez Rosję oraz interwencji rosyjskiej na Litwie, Łotwie i Estonii[6].

Media te nie informują swoich odbiorców o kilku podstawowych faktach. Po pierwsze o tym, że manewrów Zapad nigdy by nie było, gdyby USA nie złamały w stosunku do Rosji ustaleń podjętych podczas konferencji 2 plus 4 w 1990 roku oraz zobowiązań wynikających z układu Rosja-NATO z 27 maja 1997 roku (tzw. układ paryski). Ustalenia te mówiły o tym, że NATO nie rozszerzy swojej infrastruktury wojskowej poza Łabę oraz, że nie będzie rozmieszczać broni jądrowej na terytorium nowych członków. Tymczasem infrastruktura wojskowa NATO nie tylko przekroczyła Łabę, ale weszła głęboko do Europy Środkowej i Południowej, w tym na tereny byłego ZSRR. Członkami NATO zostały: Czechy, Polska, Węgry (1999 r.), Bułgaria, Estonia, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia (2004 r.), Albania, Chorwacja (2009 r.) i Czarnogóra (2017 r.). USA ze swoimi wpływami politycznymi wdarły się daleko w głąb obszaru poradzieckiego, organizując „kolorowe rewolucje” na Ukrainie (2004 i 2014 r.) i Białorusi (2006 i 2010 r., nieudane) oraz w Gruzji (2003 r.) i Kirgistanie (2015 r.). Za prowokację wobec Rosji należy uznać nieoficjalną zapowiedź przyjęcia do NATO Ukrainy i Gruzji.

Złamane też zostało zobowiązanie do nierozmieszczania na terytorium nowych członków broni jądrowej, ponieważ w Polsce i Rumunii instaluje się bazy z wyrzutniami pocisków antybalistycznych SM-3. Wyrzutnie te mogą jednak posłużyć także do odpalania pocisków z głowicami jądrowymi. A z Polski i Rumunii takie rakiety mają do Rosji cztery minuty lotu. Za mało, by zostać zniszczone przez obronę antyrakietową.

Po drugie, media polskie nie informują swoich odbiorców, że Rosja nie prowadzi polityki imperialnej – o co jest nieustannie w tych mediach oskarżana – a aneksja Krymu była działaniem defensywnym. Rosja nie mogła dopuścić do tego, żeby po przewrocie na Ukrainie w 2014 roku została usunięta z Krymu baza Floty Czarnomorskiej i zastąpiła ją baza NATO. Byłaby to dla Rosji polityczna klęska. Przyznał to otwarcie Sephen F. Cohen – emerytowany profesor historii uniwersytetów Princeton i New York. W wywiadzie dla magazynu internetowego „Slate” stwierdził on, że gdyby Krym znalazł się pod kontrolą NATO, Putin musiałby albo ustąpić, albo zdecydować się na wojnę światową oraz, że obecna „zimna wojna” jest jeszcze bardziej niebezpieczna niż poprzednia. Fragmenty tego wywiadu przedrukował tygodnik „Przegląd”[7].

Po trzecie, do polskiej opinii publicznej nie dociera, że w tym samym czasie, gdy na Białorusi odbywały się ćwiczenia Zapad-2017, NATO zorganizowało ćwiczenia Aurora-17 na Bałtyku i Rapid Trident-2017 na Ukrainie, a w czerwcu odbyły się w Polsce manewry NATO Dragon-17, większe niż manewry Zapad. Jeśli zatem ktoś tutaj przygotowuje się do „wielkiej wojny”, to niekoniecznie są to Białoruś i Rosja.

Histeria antyrosyjska przypomina typową wojnę psychologiczną, która – jak wiadomo – jest częścią wojny rzeczywistej. Nakręcanie histerii przed ćwiczeniami Zapad-2017 rozpoczęło się już dwa tygodnie wcześniej. Prym w tych działaniach wiodła bynajmniej nie „Gazeta Polska”, ale tygodnik „Warszawska Gazeta”. Na czasopismo to zwróciłem uwagę już jakiś czas temu. Uderzył mnie jego niezwykle agresywny język, płytkość intelektualna, skrajne oceny i kreowanie obrazu rzeczywistości odległego nawet od rzeczywistości równoległej. „Warszawska Gazeta” nie tylko gloryfikuje jak nikt w Polsce tzw. „żołnierzy wyklętych”, ale po prostu zrzesza trzecie pokolenie „żołnierzy wyklętych”, którzy nadal niezłomnie walczą z komuną i Związkiem Sowieckim, chociaż komuny i Związku Sowieckiego od ponad ćwierć wieku już nie ma.

„Warszawska Gazeta” ukazuje się w nakładzie 100 tys. egzemplarzy, a jaj redaktorem naczelnym jest Piotr P. Bachusrki – Polak z USA. Określa się jako „pismo narodowe”, tzn. niby endeckie, politycznie zagospodarowujące tę część „narodowców”, którzy identyfikują się z tzw. Marszem Niepodległości (Ruch Narodowy, Młodzież Wszechpolska, ONR). Faktycznie „Warszawska Gazeta” – na której łamach bywają m.in. tacy politycy PiS jak Ryszard Czarnecki, Jarosław Gowin, Patryk Jaki, Zbigniew Kuźmiuk, Ryszard Legutko, Krystyna Pawłowicz, Janusz Wojciechowski i Anna Zalewska – jest pismem PiS-owskim, o wiele bardziej skrajnym od „Gazety Polskiej”. Jej publicystyka trafia do ludzi o nieskomplikowanym systemie myślenia i najogólniej sprowadza się do wyjaśniania wszelkich zawiłości świata poprzez konkluzję, że wszystkiemu winna jest m.in. Rosja.

Na łamach „Warszawskiej Gazety” również nie mogło zabraknąć tematyki rosyjskiej w kontekście zbliżających się ćwiczeń Zapad-2017. W numerze z 2 września na pierwszej stronie wielkimi literami krzyczał tytuł: „Polskie służby specjalne w pełnej gotowości. Czy Rosjanie wkroczą?”. Tytuł odsyłał do dwóch artykułów. Autorem pierwszego, pt. „Polska na celowniku Putina”, jest Robert Cheda – były oficer operacyjny i analityk Agencji Wywiadu. Obecnie ekspert od Rosji i Białorusi w Fundacji im. K. Pułaskiego, a także współpracownik portali Fronda.pl i Wirtualna Polska oraz takich pism jak „Polityka”, „Sprawy Polityczne” i „Uważam Rze Historia”. Natomiast drugi artykuł, pt. „Czy Rosjanie wkroczą 17 września?”, napisał dr Leszek Pietrzak – były pracownik IPN oraz były funkcjonariusz UOP i Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Obecnie publicysta Radia Maryja i redaktor naczelny miesięcznika „Służby Specjalne”. A zatem drżyjcie ludkowie, bo Ruscy są tuż, tuż i zaraz tu będą.

Ekspert Robert Cheda zaczyna swój artykuł tak: „Zamiast rozważać mniejsze lub większe prawdopodobieństwo scenariusza wojny z Rosją, pora przyjąć do wiadomości, że wszelkie okoliczności prowadzące do nieszczęścia już istnieją. Zegar tyka i odlicza czas, bo to nie państwa bałtyckie czy Białoruś, tylko Polska jest wymarzonym łupem Moskwy”. Potem – jak u Hitchcocka – napięcie cały czas rośnie. Dowiadujemy się zatem, że „Kreml zagnał Rosję w rozwojową pułapkę i aby przeżyć, musi eskalować sytuację międzynarodową”. Dlatego „prawdopodobnym wariantem przetrwania kremlowskich elit może być kolejne uderzenie hybrydowe”.

Jak będzie wyglądało? „Włączmy wyobraźnie – pisze Cheda – i przenieśmy się w 2021 r. Zima tego roku jest wyjątkowo chłodna, a to powoduje, że rośnie zapotrzebowanie na rosyjski gaz oraz ropę naftową”. Sytuacja jednak się komplikuje, ponieważ „anomalne w swojej sile sztormy na Bałtyku niszczą gazociąg North Stream”. Wówczas „Warszawa kategorycznie odrzuca projekt rozbudowy gazociągu jamalskiego, żądając na dodatek zmian własnościowych, które oznaczają faktyczną nacjonalizację już działającego gazociągu. Jakiekolwiek złagodzenie stanowiska nasze MSZ warunkuje zwrotem szczątków prezydenckiego samolotu oraz zmianą rosyjskiej polityki historycznej. (…) Za Warszawą podąża Kijów, który żąda zwrotu Krymu i powrotu pełnej jurysdykcji nad Donbasem. W takiej sytuacji Kreml wydaje rozkaz rozpoczęcia wojny hybrydowej”.

Coś jest na rzeczy, ponieważ podczas wrześniowej wizyty w Waszyngtonie minister Waszczykowski zapowiedział, że po 2022 roku Polska całkowicie odetnie dostawy gazu z Rosji. „Taka jest wola polityczna” – oświadczył[8]. Czyja? Waszyngtonu, to oczywiste. Polska – która najpierw zrezygnowała z zysków, jakie mógł przynieść tranzyt gazu rosyjskiego – teraz będzie kupować wielokrotnie droższy gaz amerykański. Takie są skutki „uniezależnienia się od Rosji” i uzależnienia się od USA. „Pokazujemy nasze zdolności mobilizacyjne regionu, aby przekonać prezydenta Trumpa do siebie” – stwierdził Waszczykowski, zachęcając amerykańskie koncerny, by otworzyły w Polsce „centra operacyjne”. Jeśli zatem ktoś tutaj wszczyna „wojnę gazową”, to znowu rodzi się pytanie – czy na pewno Rosja?

Jak będzie zdaniem Chedy wyglądać przewidywana przez niego „wojna hybrydowa”? Najpierw Moskwa zwróci się do „Unii pierwszej prędkości z apelem o wymuszenie na Polsce zgody na budowę eksterytorialnego gazociągu pod wspólnym zarządem europejsko-rosyjskim”. Ale po co? Przecież istnieje polska nitka gazociągu jamalskiego, o której zresztą Cheda wspomniał. Jego zdaniem zatem Rosja napadnie na Polskę po to, żeby zbudować na jej terytorium gazociąg do Europy Zachodniej. Od razu rodzi się wątpliwość, czy byłoby to na pewno działanie na szkodę Polski. Nie da się nie zauważyć, że taki wielki międzynarodowy gazociąg byłby pierwszą poważną inwestycją gospodarczą w Polsce od 1989 roku. Wszystkie bowiem inwestycje kapitału zachodniego, które zostały poczynione w ostatnim ćwierćwieczu, albo nie miały większego znaczenia gospodarczego albo zmierzały do deindustrializacji Polski.

„Jednocześnie Moskwa – pisze dalej Cheda – organizuje prowokację wyczerpującą kryteria casus belli. Do Polski przedostają się bojówkarze organizacji Nocne Wilki, dowodzeni przez kadrowych oficerów wywiadu wojskowego”. Kreml uruchamia też swoją agenturę w państwach zachodnich, w tym żyjących tam Rosjan, którzy przyjeżdżają do Warszawy i innych miast Polski, gdzie urządzają protesty „pod hasłem obrony godności czerwonoarmistów, których miejsca pamięci przez ostatnie lata Polska likwiduje”. W tym czasie Nocne Wilki wysadzają w powietrze pomniki Józefa Piłsudskiego i Jana Pawła II. Wtedy oburzeni Polacy zwracają się przeciwko Rosjanom przebywającym w Polsce – padają zabici i ranni. Polska zostaje na wniosek Rosji potępiona przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Potem do akcji wkraczają wojska rosyjskie Zachodniego Okręgu Wojskowego. Polska zostaje sparaliżowana atakiem cybernetycznym i punktowymi atakami rakietowymi. Część polskich F-16 ulega zniszczeniu, a reszta jest uziemiona z powodu „braku systemu obrony przeciwrakietowej”. Flota Bałtycka przy pomocy rakiet Kalibr niszczy gazoport im. Lecha Kaczyńskiego w Świnoujściu, a „jeden z plutonów OT, skoncentrowanych w okolicach Gołdapi, zostaje zmasakrowany przez zielone ludziki, czyli specnaz rosyjskiego wywiadu wojskowego”. Mamy więc jeszcze jakiś nowy Katyń.

W konsekwencji Polska zostaje pokonana w ciągu 48 godzin i przyjmuje rosyjskie ultimatum: wyraża zgodę na „eksterytorialny korytarz gazowy i naftowy, chroniony przez rosyjskie bazy wojskowe” oraz rezygnuje z członkostwa w NATO i UE. Mało tego – musi jeszcze „przystąpić do anty-NATO, czyli organizacji kolektywnego bezpieczeństwa ODKB oraz złożyć akces do Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej” [9]. W sumie, kto wie czy nie byłoby to bardziej korzystne od przynależności do UE „drugiej prędkości”?

Takie rzeczy wypisuje były analityk wywiadu. Nie ma wątpliwości, że pochodzący z zaciągu, który zastąpił zlikwidowane WSI. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że pan Cheda nie ma wątpliwości, iż NATO nie przyjdzie Polsce z pomocą, nie chcąc ryzykować wojny jądrowej. Otwarcie pisze, że sojusznicy z NATO ulegną „szantażowi militarnemu, składając okup w postaci Polski”. W ogóle w tym swoim scenariuszu rosyjskiej agresji nie wspomina jak zachowa się słynna szpica NATO, stacjonująca od stycznia 2017 roku w Polsce i państwach bałtyckich. Jakby jej wcale nie było. A może nie ma?

W podobnym duchu jest też utrzymany artykuł dr. Leszka Pietrzaka, który już w tytule straszy, że 17 września 2017 roku wkroczy agresor ze Wschodu[10]. Zdaniem autora nie można wykluczyć, że jakaś jednostka armii rosyjskiej, biorąca udział w ćwiczeniach Zapad-2017, wedrze się do Polski właśnie 17 września i to bynajmniej nie po to, by przyłączyć się do obchodów 78. rocznicy „agresji sowieckiej na Polskę”. Dlatego – jak ustalił dr Pietrzak – „od kilku tygodni nasze służby specjalne są postawione w stan podwyższonej gotowości”. W SKW, SWW, AW, a nawet w CBA wstrzymano wszystkie urlopy i wprowadzono „specjalne całodobowe dyżury”. „Nasze służby wojskowe są przekonane, że może wydarzyć się coś szczególnego” – straszył 2 września czytelników „Warszawskiej Gazety” dr Pietrzak. Ale 17 września 2017 roku minął i nic się nie wydarzyło.

Dr Pietrzak twierdzi, że jeśli Rosjanie „zechcą, to ich armia może bez problemu wkroczyć na polskie terytorium i nie zdąży nam pomóc w obronie ani NATO, ani amerykańska armia”. Jak to? Szpica stacjonująca w Legnicy, Powidzu i Żaganiu nie zdąży pomóc? To po co był ten cały teatr ze szpicą? A co z bazą rakietową w Redzikowie? Według red. Stanisława Michalkiewicza samo jej istnienie ma podobno spowodować, że Amerykanie natychmiast przystąpią do obrony Polski. A tu tak po prostu nie zdążą pomóc. „Zabrała gościa woda. Na dno poszedł jak kłoda. Na wieki się pogrążył, bo ratownik nie zdążył” – śpiewał w PRL pewien przebojowy wówczas muzyk.

Wychodząc z tezy, że nie zdążą pomóc dr Pietrzak proponuje, by „wymóc wreszcie na NATO przesunięcie znacznie większej części sił i instalacji wojskowych paktu do Polski”. Chodzi mu o to, żeby uwolnić Niemcy od wojsk amerykańskich i przesunąć je w całości do wschodniej Polski. Uwolnienie się od wojsk amerykańskich – które od 1945 roku stacjonują w zachodnich Niemczech – jest od dawna cichym celem polityki niemieckiej. Analityk „Warszawskiej Gazety” proponuje więc nic innego jak zrealizować ten cel polityki niemieckiej. W imię obrony niepodległości Polski przed Rosją oczywiście.

Polska prawica, która podjęła się roli podwykonawcy polityki amerykańskiej w Europie Środkowo-Wschodniej, pogrąża się w oparach coraz bardziej skrajnej rusofobii oraz głęboko tkwi mentalnie w XIX wieku, przygotowując kolejne powstanie narodowe przeciw Rosji, a ostatnio także przeciw Niemcom. To nie jest polityka, tylko kabaret prowincjonalny.

[1] „Opole 2017. Jan Pietrzak ostro popłynął. To nie była zwykła laurka dla PiS. Słowa o Moskwie i opozycji padły naprawdę”, http://www.plotek.pl, 17.09.2017.

[2] „Gazeta Polska Codziennie” z 14.09.2017.

[3] „Przedstawiciel NATO o manewrach Zapad-2017: mogą być przygotowaniem do wojny”, http://www.tvn24.pl, 17.09.2017.

[4] „Manewry wojskowe Zapad-2017”, wypowiedź Pawła Kowala na antenie TVN z 17.09.2017.

[5] B. Piętka, „Jak «niepodległościowcy» 17 września z banderowcami uczcili”, strona internetowa „Myśli Polskiej”, http://www.mysl-polska.pl, 21.09.2015.

[6] „Szeremietiew o Zapad-2017: wojsko ćwiczy po to, aby prowadzić wojnę”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 17.09.2017.

[7] „Krym-śpiący pies”, „Przegląd” nr 36 (922), 4-10.09.2017, s. 42-43.

[8] „Szef MSZ: Polska chciałaby za 5 lat całkowicie odciąć dostawy gazu z Rosji”, http://www.kresy.pl, 22.09.2017.

[9] R. Cheda, „Polska na celowniku Putina”, „Warszawska Gazeta” nr 35 (533), 1-7 września 2017 r., s. 16-17.

[10] L. Pietrzak, „Czy Rosjanie wkroczą 17 września?”, „Warszawska Gazeta” nr 35 (533), 1-7 września 2017 r., s. 30.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2157/58), 8-15.10.2017, s. 8

Kohl a rozbicie Jugosławii

Zmarły 16 czerwca 2017 roku Helmut Kohl jest przedstawiany w mediach głównie jako „ojciec zjednoczenia Niemiec” i jeden ze współtwórców Unii Europejskiej. Rzadziej mówi się o tym, że uznał zachodnią granicę Polski dopiero pod naciskiem USA. Prawie wcale natomiast nie wspomina się, że jego drugą wielką rozgrywką polityczną – obok doprowadzenia do zjednoczenia Niemiec – było zapoczątkowanie rozbicia Jugosławii. Odpowiedzialności Kohla za doprowadzenie do krwawego rozpadu Jugosławii zaprzeczył po jego śmierci były polityk CDU Willy Wimmer[1].

Jedynym polskim autorem, który szerzej poruszył ten temat jest wybitny politolog – prof. Marek Waldenberg. Omawiając rolę polityki niemieckiej w zapoczątkowaniu rozbicia Jugosławii oparł się na relacjach polityków i dziennikarzy zachodnich.

Według prof. Waldenberga w latach 1990-1991 największy wpływ na los Jugosławii wywierały główne państwa Wspólnoty Europejskiej – RFN, Francja i Wielka Brytania. ZSRR – będący w przededniu upadku – zajęty był wówczas swoimi problemami, a USA pierwszoplanową rolę w dramacie jugosłowiańskim zaczęły odgrywać dopiero później. W okresie tym „zdecydowane działania zmierzające przede wszystkim do wspierania secesjonizmu słoweńskiego i chorwackiego, a w konsekwencji do rozbicia Jugosławii, prowadziły Austria i RFN, przy czym to ostatnie państwo odegrało oczywiście kluczową rolę”.

Działania RFN na rzecz rozbicia Jugosławii rozpoczęły się jeszcze przed 1990 rokiem. Andreas Zumach, niemiecki dziennikarz zajmujący się polityką międzynarodową, w artykule opublikowanym w 1995 roku utrzymywał, że wywiad RFN (Bundesnachrichtdienst – BND) już w latach 80. XX wieku działał na rzecz zaostrzenia konfliktów pomiędzy Zagrzebiem a Belgradem. Ponadto w tym czasie miały napływać z RFN do Chorwacji znaczne ilości uzbrojenia. Niejasne jest jedynie, czy działo się to za zgodą rządu niemieckiego. Natomiast Erich Schmidt-Eenboom w biografii politycznej niemieckiego ministra spraw zagranicznych Klausa Kinkela pisał, że już pod koniec lat 70. BND nawiązała współpracę z chorwackimi zwolennikami secesji. Niemiecki wywiad zaczął wówczas kształtować politykę bałkańską.

W latach 1990-1991 szczególną gorliwość w popieraniu secesjonizmu Słowenii i Chorwacji przejawiali minister spraw zagranicznych Austrii Alois Mock z Austriackiej Partii Ludowej (ÖVP) i lider tej partii Erhard Busek. Gorąco zachęcali oni separatystów słoweńskich i chorwackich do ogłoszenia secesji oraz przeciwdziałali na forum OBWE próbom utrzymania jedności Jugosławii. Mock doprowadził do tego, że Austria jako pierwsza uznała secesję Słowenii i Chorwacji. Przypisuje mu się także to, że wpłynął na stanowisko w sprawie secesji swojego niemieckiego przyjaciela Helmuta Kohla.

Secesjonizm słoweński i chorwacki znalazł też silne wsparcie w mediach austriackich i niemieckich. Towarzyszył mu wyraźny antyserbizm, który wkrótce stał się narracją większości mediów zachodnich, w tym polskich. Austriacki tygodnik „Profil” skomentował 22 lipca 1991 roku tę kampanie antyserbską jako bardzo spóźniony rewanż Austrii i Niemiec za pierwszą wojnę światową.

Austriacko-niemieckiej polityce wobec Jugosławii początkowo próbowała się przeciwstawiać Francja. Jej prezydent – François Mitterrand – często powtarzał w tym czasie „lubię Serbów”, ale ostatecznie musiał się wycofać, by uniknąć otwartego konfliktu francusko-niemieckiego w przededniu konferencji w Maastricht, która miała zadecydować o utworzeniu Unii Europejskiej. Już 19 listopada 1990 roku przewodniczący Prezydium Jugosławii Borisav Jović usłyszał od Mitterranda, że Francja nie popiera secesjonizmu Słowenii i Chorwacji, ale niewiele może uczynić. Do starcia pomiędzy Mitterrandem a Kohlem w sprawie uznania secesji tych dwóch republik jugosłowiańskich doszło 23 czerwca 1991 roku na posiedzeniu Rady Europejskiej. Jeszcze 15 listopada 1991 roku Mitterrand prosił Kohla w Berlinie, by nie uznawał niepodległości Chorwacji. Usłyszał jednak od kanclerza Niemiec, że musi to uczynić, ponieważ naciskają na niego w tej sprawie jego partia CDU/CSU, liberałowie z FDP, Kościół katolicki, media i 500 tys. Chorwatów mieszkających w Niemczech.

Za narzucenie Wspólnocie Europejskiej decyzji pospiesznego uznania Słowenii i Chorwacji odpowiada w pierwszym rzędzie Helmut Kohl. Niejednokrotnie powtarzane przez niego i ministra spraw zagranicznych RFN Hansa-Dietricha Genschera w rozmowach z partnerami zagranicznymi, m.in. z Mitterrandem, twierdzenie, że nie mogą oprzeć się wywieranym na nich w Niemczech naciskom, było najprawdopodobniej wygodnym wybiegiem.

To, że na ówczesnym rządzie RFN ciąży szczególnie wielka odpowiedzialność za tragedię narodów Jugosławii przyznali później różni politycy zachodni, dobrze zorientowani w sprawie. Byli to: sekretarze stanu USA James Baker i Warren Christopher, minister spraw zagranicznych Francji Roland Dumas, wysłannik sekretarza generalnego ONZ Cyrus Vance, brytyjski polityk David Owen i amerykański dyplomata Richard Holbrooke. Wedle ich relacji Kohl i Genscher przez wiele miesięcy naciskali na WE i USA, by uznały Chorwację. Biały Dom ostrzegał ich, iż uznanie niepodległości Chorwacji wywoła reakcję łańcuchową, na której końcu będzie krwawa wojna w Bośni i Hercegowinie – stanowiącej „Jugosławię w miniaturze”. Tak się też niestety stało. Kohl i Genscher byli jednak nieustępliwi i swoją Holzhammermethode (metoda drewnianego młota) dosłownie wymusili na Wspólnocie Europejskiej uznanie secesji Chorwacji.

Tragedia narodów Jugosławii była konsekwencją nie tylko tego, że państwo to zostało rozbite. Ogromny rozmiar dramatu jugosłowiańskiego był rezultatem sposobu, w jaki nastąpiło to rozbicie, czyli forsowanego przez RFN od lata 1991 roku pospiesznego uznania przez Zachód secesji Słowenii i Chorwacji.

Błędna jest spotykana niekiedy opinia, że Kohl i Genscher nie przewidzieli następstw rozbicia Jugosławii, a zwłaszcza tragicznych konsekwencji dla Bośni i Hercegowiny. Uprzedzał ich o tym m.in. przywódca bośniackich Muzułmanów Alija Izetbegović (pierwszy prezydent Bośni i Hercegowiny). Podczas swojej wizyty w RFN w listopadzie 1991 roku oświadczył on Kohlowi i Genscherowi, że „uznanie Chorwacji oznacza wojnę w Bośni. Nie może stać się inaczej. Uznajcie Słowenię, jeśli tak chcecie, ale nie uznawajcie Chorwacji”. Słowenia – w przeciwieństwie do Chorwacji i Bośni – nie posiadała bowiem problemów etnicznych.

Jakie były przyczyny polityki austriackiej i niemieckiej, zmierzającej w konsekwencji do zniszczenia Jugosławii? Wpływ na takie a nie inne stanowisko Austrii, a szczególnie Niemiec miało szereg czynników. Do najważniejszych z nich należały:

– Geopolityczna koncepcja uzależnienia ekonomicznego i politycznego od Niemiec całej Europy Środkowo-Wschodniej, z Bałkanami włącznie, obecna w niemieckiej myśli politycznej od pierwszej wojny światowej (tzw. plan Mitteleuropy). Z kilku względów możliwość uzależnienia całej Jugosławii uznano w 1990 roku za mało prawdopodobną, natomiast niepodległej Chorwacji i Słowenii za nieprzedstawiającą trudności. Wpływy ekonomiczne RFN i Austrii w tych republikach jugosłowiańskich były znaczne, a wiele przedsiębiorstw niemieckich, w tym tak dużych jak Siemens, poczyniło tam znaczące inwestycje.

– Niejednokrotnie sugerowana w literaturze zachodniej ciągłość między antyjugosłowiańską i antyserbską polityką RFN a polityką Austro-Węgier i Niemiec od drugiej połowy XIX wieku.

– Niekontrolowany wybuch długo tłumionych ambicji odgrywania przez Berlin samodzielnej i doniosłej roli w polityce międzynarodowej, pokazania, że zjednoczone Niemcy nie są – jak je niekiedy nazywano – „ekonomiczną potęgą, ale politycznym karłem”.

– Zadawnione, szeroko rozpowszechnione w Austrii i Niemczech, silne zwłaszcza w następstwie obu wojen światowych, resentymenty wobec Serbów i Jugosławii i diametralnie odmienne podejście do Chorwacji, która była częścią Austro-Węgier, a podczas drugiej wojny światowej satelitą Niemiec.

– Wpływ Watykanu, w którym działało silne lobby chorwackie. Nacisk na rząd RFN w sprawie uznania secesji Chorwacji i Słowenii wywierała też bawarska katolicka partia CSU.

– Presja licznej w RFN diaspory chorwackiej, składającej się m.in. ze środowisk politycznych o przeszłości ustaszowskiej.

Oprócz odegrania fatalnej roli w zapoczątkowaniu rozbicia Jugosławii polityka niemiecka przyczyniła się też do oderwania Kosowa od Serbii. Od wiosny 1998 roku największy wpływ na rozwój wydarzeń w Kosowie poza USA wywierały Niemcy. Przed 1998 rokiem w stopniu większym niż jakiekolwiek inne państwo wpływały one zakulisowo na przebieg wydarzeń w Kosowie oraz wspierały separatyzm albański. Podejrzewa się nawet, że rząd Kohla dążył do militarnego rozprawienia się z Jugosławią, co ostatecznie nastąpiło podczas interwencji NATO w 1999 roku (operacja Allied Force, 24 marca-20 czerwca 1999).

Zdaniem prof. Waldenberga polityka Helmuta Kohla wobec Jugosławii po 1990 roku zmierzała „konsekwentnie przede wszystkim do rozczłonkowania tego państwa, utworzenia na jego obszarze małych państw oraz politycznego i ekonomicznego uzależnienia ich od siebie. Ten zamysł stanowiłby ważny element projektu szerszego – uzyskania hegemonii w Europie Środkowo- i Południowo-Wschodniej, zapewniającej dominującą pozycję w Unii Europejskiej, w całej, z wyjątkiem Rosji, Europie”[2].

[1] Mit Helmut Kohl hätte es Jugoslawien-Krieg nicht gegeben: Willy Wimmer zum Tod des Altkanzlers, http://www.youtube.com, 16.06.2017.

[2] M. Waldenberg, Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki, t. I (1991-2202), t. II (2002-2004), Warszawa 2005, s. 86-97, 358-359, 397.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 lipca 2017 r.

„Przegląd” nr 29 (915), 17-23.07.2017, s. 40-41

Sterowana inwazja

W Europie Zachodniej wybuchła kolejna antypolska histeria. „Nacjonalistyczny polski rząd odmawia przyjęcia muzułmańskich uchodźców, argumentując, że nie pasują oni do w większości katolickiej społeczności” – ogłoszono na antenie BBC przy okazji relacji o domniemanych przykrościach, jakie miały spotkać muzułmańską wycieczkę w Polsce. Informacje na ten temat BBC podała za mediami niemieckimi, które przez kilka dni nagłaśniały sprawę domniemanej agresji wobec wycieczki muzułmańskiej młodzieży z Niemiec do Polski. Rasizm, szowinizm, nienawiść do cudzoziemców, ksenofobiczna katolicka Polska – taki obraz przedstawiły swoim odbiorcom. Z kolei niemiecka prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie dyskryminacji na tle narodowościowym i religijnym w Polsce uczestników wspomnianej wycieczki.

Lubelska policja, po przeanalizowaniu nagrań z monitoringu miejskiego, nie potwierdziła, że jedna z uczestniczek tej wycieczki miała zostać opluta i zwyzywana na ulicy. Wycieczka muzułmańskiej młodzieży miała też paść ofiarą dyskryminacji ze strony polskich Żydów, którzy nie wpuścili jej do synagogi. Oświadczenie w tej sprawie wydała warszawska Gmina Żydowska. Czytamy w nim, że „synagoga Jeszywas Chachmej Lublin, do której nie mogła wejść wycieczka z Niemiec, znajduje się w hotelu Ilan, który tego dnia był w całości zarezerwowany przez narodową reprezentację piłki nożnej jednego z europejskich państw i oddany do ich wyłącznej dyspozycji”[1]. Nie miało to jednak żadnego znaczenia dla niemieckich mediów, które rozpętały nieprawdopodobną histerię. Ich postawa zadziwia, jeśli przypomnieć, że po atakach muzułmanów na niemieckie kobiety w Kolonii i Hamburgu w noc sylwestrową 2015/2016 roku tamtejsze media głucho milczały przez wiele dni.

Należy z tego wyciągnąć wniosek, że kampania przeciw Polsce w związku z odmową przyjęcia „uchodźców” wchodzi w kolejną fazę. Z jednej strony stosuje się w niej taktykę publicznego piętnowania i upokarzania Polski na arenie międzynarodowej, czego przejawem jest akcja niemieckich mediów w związku z domniemaną dyskryminacją wycieczki muzułmanów. Z drugiej strony natomiast używa się opozycji liberalnej, która ostentacyjnie kontestuje stanowisko rządu, związanych z tą opozycją prezydentów 12 największych miast, którzy wydali deklarację w sprawie przyjmowania „uchodźców”, oraz kardynała Nycza, który zadeklarował ich przyjęcie w parafiach diecezji warszawskiej. Jeśli te dwa kierunki ataku nie złamią rządu, jeśli nie złamią go też zapowiadane sankcje ekonomiczne, UE niewątpliwie sięgnie po ostrzejsze środki nacisku. Jakie, jeszcze nie wiemy.

Jedyna nadzieja w tym, że Polska, Węgry, Czechy i Słowacja nie będą jedynymi krajami UE, które opierają się migracji muzułmańskiej. Promyk nadziei pojawił się, gdy nagle przeciwko przyjmowaniu „uchodźców” nieoczekiwanie zbuntowały się Włochy. Stało się to po tym, jak w ciągu tygodnia do włoskich portów dotarło ponad 12 tys. „uchodźców”. Tylko między 24 a 27 czerwca przybyły do Włoch 8863 osoby z Afryki Północnej, z czego 5 tys. 25 czerwca. W maju ta liczba wyniosła 22993 osoby. Włoski rząd zaczął rozważać zamknięcie portów przed imigrantami. Został jednak przywołany do porządku przez Komisję Europejską, która zarzuciła mu, że „działa w panice”. Promyk nadziei na stawienie przez rząd włoski oporu polityce migracyjnej UE zgasł tak szybko jak się pojawił. Premier Paolo Gentiloni znalazł bowiem winnego zgodnie z obowiązującą w Brukseli narracją. „Czas, żeby niektóre kraje europejskie przestały odwracać głowę. Tego już nie można tolerować” – oświadczył, wskazując na cztery niepokorne państwa Europy Środkowej. Jednocześnie rządząca Partia Demokratyczna (wywodząca się z ugrupowań powstałych z politycznego przekształcenia Włoskiej Partii Komunistycznej i chadecji) forsuje projekt nadania obywatelstwa urodzonym we Włoszech dzieciom imigrantów. Gdyby wszedł w życie, mogłoby z niego skorzystać 800 tys. wychowanych we Włoszech potomków imigrantów, których mieszka tam już 5 mln[2].

Przy okazji nie sposób nie odnieść się do rzetelności dziennikarstwa „Gazety Wyborczej”. W tekście informującym o buncie Włoch przeciw przyjmowaniu imigrantów internetowy portal „Gazety Wyborczej” podał na początku, że przez Morze Śródziemne przeprawiają się „ludzie uciekający przed wojną w Syrii”. Natomiast na końcu tego tekstu mamy następującą informację: „Wśród przybyłych, najwięcej jest Nigeryjczyków (15 proc.), następnie mieszkańców Bangladeszu (12 proc.), Co piąty z przybyłych to Gwinejczyk lub mieszkaniec Wybrzeża Kości Słoniowej”[3].

To ilu jest wśród nich Syryjczyków? Jeśli w 2015 roku stanowili oni blisko połowę imigrantów przedzierających się przez Bałkany i Może Śródziemne do Europy (21 proc. z nich stanowili wówczas Afgańczycy, a 8 proc. Irakijczycy), to obecnie są w wyraźniej mniejszości[4]. Teraz dominują wśród imigrantów muzułmanie z Czarnej Afryki, Bangladeszu i Pakistanu oraz Kurdowie. W ich masie są też zapewne członkowie Boko Haram (nigeryjski odłam Al-Kaidy) i MUJAO (Ruch na rzecz Jedności i Dżihadu w Afryce Zachodniej – afrykańska siatka Al-Kaidy). Tego nikt nie sprawdzi, tak jak nikt nie jest w stanie sprawdzić prawdziwej tożsamości i narodowości przybyszów, bo „uchodźcy” przeważnie nie mają paszportów. Po prostu je zgubili, chociaż jakoś dziwnie nie zgubili telefonów komórkowych. A jeśli nawet mają paszporty to niejednokrotnie fałszywe.

Media zachodnie i powiązane z nimi media polskie nie informują swoich odbiorców o kilku istotnych faktach. Po pierwsze, że fala imigracji muzułmańskiej zalewająca Europę Zachodnią od 2015 roku jest rezultatem politycznego zdemolowania przez Stany Zjednoczone całego regionu Afryki Północnej (tzw. „arabska wiosna” z 2011 roku), Syrii, Iraku, Jemenu i Afganistanu. Do 2011 roku zaporą dla imigracji z Afryki była Libia Muammara Kadafiego, który został obalony w wyniku brutalnego przewrotu wspieranego militarnie przez USA, Kanadę, Wielką Brytanię, Francję, Niemcy, Włochy, Hiszpanię, Holandię, Belgię, Norwegię i Danię. Po drugie, radykalizacja polityczna świata islamu, przejawiająca się w religijnym ekstremizmie i terroryzmie, stanowi rezultat nie tylko „kolorowych rewolucji” i amerykańskich „wojen o demokrację”, ale wyniszczenia gospodarczego – szczególnie krajów afrykańskich – przez importowany z Zachodu neoliberalizm. Po trzecie, kryzys migracyjny powinien rozwiązać ten kto go spowodował. Dlatego imigranci powinni być kierowani do placówek dyplomatycznych USA. Tak się jednak nie stanie z dwóch przyczyn. Dlatego, że USA odmówiły przyjmowania imigrantów z Azji i Afryki, a kosmopolityczne elity UE dostrzegły w islamskiej imigracji szansę na realizację planu likwidacji państw narodowych. O przyspieszeniu realizacji tego planu zadecydowała kanclerz Merkel – którą za względu na jej fascynację postacią Katarzyny II pozwoliłem sobie nazwać „carycą Europy” – kiedy stało się oczywiste wyjście Wielkiej Brytanii z UE.

To była z jej oraz biurokracji UE strony klasyczna „ucieczka do przodu”. Zdecydowano, że nie ma co czekać na wyjście kolejnych państw z UE lub upadek euro, tylko poprzez kryzys migracyjny przyspieszyć bieg historii.

Imigracja muzułmańska jest więc sterowaną inwazją i o tym nie są informowani odbiorcy mediów zachodnich i większości polskich mediów prywatnych. Ośrodków sterujących jest wiele i mają one różne interesy w kierowaniu milionowych mas ludzkich z Azji i Afryki do Europy. Inne interesy mają USA, biurokracja UE, sunnickie monarchie znad Zatoki Perskiej z Arabią Saudyjską na czele, a jeszcze inne globaliści pokroju George’a Sorosa. Owi „uchodźcy”, zanim dotrą do libijskich portów nad Morzem Śródziemnym – muszą pokonać steki lub tysiące kilometrów, m.in. przez Saharę. Jest raczej wątpliwe, że czynią to pieszo. Ktoś ich musi przewozić i brać za to pieniądze. Następnie „uchodźcy” muszą zapłacić organizatorom ich przerzutu do Europy po 11 tys. dolarów od głowy za przewiezienie ich łodziami przez Morze Śródziemne. Ktoś musi to zatem finansować, bo jest wątpliwe, że finansują to sami „uchodźcy” – przedstawiani w mediach jako ofiary wojny i biedy. Ktoś to finansuje i ktoś dobrze na tym zarabia.

Przepłynięcie łodzią lub pontonem z Libii do Włoch jest poważnym wyzwaniem (z Trypolisu do Lampedusy jest 297 km, do Syrakuz na Sycylii 504 km, a do Reggio di Calabria 623 km). Szalupy z imigrantami przeważnie jednak nie docierają do włoskich brzegów. Jeśli przepłyną kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeża Libii i znajdą się na wodach międzynarodowych – „uchodźców” przejmują okręty Frontexu lub włoskiej straży przybrzeżnej w ramach „misji ratunkowej”[5]. Frontex, czyli Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej, to instytucja UE mająca chronić zewnętrzne granice Unii (notabene jej siedziba mieści się w Warszawie przy placu Europejskim 6). W początkowej fazie kryzysu migracyjnego Frontex próbował powstrzymywać nielegalną imigrację, zwłaszcza na tzw. szlaku bałkańskim, ale spotkał się wówczas z ostrą krytyką ze strony Parlamentu Europejskiego i Human Right Watch. Przecież nikt nie domaga się strzelania do imigrantów. Wystarczyłoby jednak, gdyby okręty Frontexu i włoskiej straży przybrzeżnej zamiast do włoskich portów odwoziły ich z powrotem do Libii. To by w znaczący sposób powstrzymało nielegalną imigrację do Europy. Skoro dzieje się inaczej, to jest to decyzja polityczna, za którą kryje się określony cel polityczny.

Kluczową rolę w transferze imigrantów z Libii do Włoch odgrywają statki różnych „organizacji humanitarnych” i „prywatnych organizacji charytatywnych”. Nazwy tych organizacji wymienia raport holenderskiej fundacji „Gefira”, która zajmuje się analizami politycznymi. Są to m.in. francuska organizacja „Lekarze bez Granic”, niemieckie „Lifeboat”, „Jugend Rettet”, „Sea-Watch” i „Sea-Eye-eV”, holenderskie „Boot Refugee Foundtation” i „Save the Children”, hiszpańska „Proactiva Open Arms” oraz najpoważniejsza z nich – mająca siedzibę na Malcie – MOAS (Migrant Offshore Aid Station – Stacja Przybrzeżnej Pomocy Migrantom). Ciekawe jest kto stoi za tymi organizacjami. Nie zdziwiłbym się, gdyby byli to ci sami „dobroczyńcy”, którzy organizują cały łańcuch przerzutu imigrantów, poczynając od ich miejsca zamieszkania.

W grudniu 2016 roku fundacja Gefira ujawniła, że na libijskich wodach terytorialnych stale operuje „11 statków należących do licznych pozarządowych organizacji, a oczekujących w odległości 8-12 mil morskich od libijskiego wybrzeża (…). Migranci są zabierani na pokład jeszcze na libijskich wodach terytorialnych (tj. 12 mil morskich od brzegu) i zamiast trafiać do Zarzis w Tunezji, do portu, który znajduje się w odległości 60 mil, przewozi się ich całe 275 mil aż do Włoch (…). To właśnie organizacje pozarządowe organizują zasadniczą część podróży do Europy, bez nich cały proceder przerzucania ludzi przez Morze Śródziemne byłby niemożliwy (…). Bez tych organizacji zjawisko przemycania ludzi po prostu nie zaistniałoby (…)”. Następnie – jak czytamy w raporcie fundacji Gefira – „pozarządowe organizacje (…) porzucają tych ludzi na włoskim wybrzeżu mając przy tym „czyste sumienie”, że dokonały czegoś dobrego”[6]. Przybysze z Afryki są pozostawiani sami sobie i – o ile nie dostaną pomocy od włoskiego państwa – trafiają na ulice Rzymu, Paryża i do obozów pod Calais. Włoska prokuratura podejrzewa, że owe „organizacje pozarządowe” ściśle współpracują z przemytnikami imigrantów[7].

Tak wygląda techniczna strona „napływu uchodźców” do Europy. Mamy do czynienia z operacją sterowaną, której kolejnym elementem jest sterowana nieudolność i bezradność rządów, administracji, wymiaru sprawiedliwości, policji i służb specjalnych państw Europy Zachodniej wobec organizatorów przemytu ludzi, a także przestępstw kryminalnych oraz aktów przemocy i terroru popełnianych przez imigrantów.

O tym w zachodnich mediach się nie dyskutuje. W reakcji na kryzys migracyjny szuka się tam natomiast rasizmu i szowinizmu w Polsce. Za winnych pożaru roznieconego przez Angelę Merkel uznano cztery państwa Europy Środkowej, które przed tym pożarem mają odwagę się bronić. W świadomości przeciętnego rdzennego mieszkańca Europy Zachodniej tworzony jest obraz, z którego wynika, że za zalew jego kraju przez imigrantów, związane z tym akty przemocy i terroru, ponoszą winę kraje „nowej Unii”, a przede wszystkim Polska, jej „nacjonalistyczny” rząd i „rasistowskie” społeczeństwo. Bynajmniej nie Angela Merkel, która wedle sondaży odniesie przytłaczające zwycięstwo we wrześniowych wyborach i zostanie po raz czwarty kanclerzem Niemiec. No właśnie, pytanie czy Niemiec, czy już niemieckiego kalifatu?

[1] „Muzułmanka została opluta? Do akcji wkracza niemiecka prokuratura. Sprawa nabiera rozgłosu międzynarodowego”, http://www.niezlomni.com, 30.06.2017.

[2] „12 tysięcy uchodźców u brzegu Włoch. Premier: Dlaczego niektóre kraje UE odwracają głowę od tego dramatu”, http://www.wyborcza.pl, 28.06.2017.

[3] Zdesperowane Włochy szantażują UE: zamkniemy porty przed migrantami. „To działanie w panice”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 29.06.2017.

[4] „Obecny kryzys migracyjny”, http://www.uchodzcy.info, dostęp 1.07.2017; K. Zuchowicz, „Ilu Syryjczyków jest wśród Syryjczyków? Inne narody podszywają się, bo też chcą lepiej żyć. Europejczyk nie rozróżni”, http://www.natemat.pl, dostęp 1.07.2017.

[5] „Frontex: przemytnicy wykorzystują misje ratunkowe na Morzu Śródziemnym, aby szmuglować imigrantów do Włoch”, http://www.wpolityce.pl, 15.02.2017.

[6] „Flota pozarządowych organizacji krąży przy libijskim wybrzeżu”, http://www.gefira.org, dostęp 1.07.2017.

[7] K. Wójcik, „Uchodźcy: organizacje pozarządowe podejrzane o przemyt”, http://www.rp.pl, 26.03.2017; „Włochy: uchodźcy przypływają na Sycylię jachtami”, http://www.bankier.pl, 2.05.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 lipca 2016 r.

„Myśl Polska” nr 29-30 (2145/46), 16-23.07.2017, s. 14-15

W obliczu agresji

Ze zdumieniem obserwuję to co Unia Europejska i blisko związane z nią siły polityczne w Polsce robią w związku z odmową przez rząd Beaty Szydło zgodny na „relokację” tzw. „uchodźców”, czyli przyjęcie imigrantów – w większości ekonomicznych – z muzułmańskich krajów Bliskiego i Środkowego Wschodu oraz Afryki Północnej. Ze zdumieniem, ponieważ zdałem sobie sprawę, że Polska po raz pierwszy od 1939 roku stanęła w obliczu agresji. I to nie ze Wschodu – skąd spodziewa się jej obóz polskiej rusofobii – ale z Zachodu.

Nie można bowiem inaczej jak agresją właśnie nazwać gróźb padających ze strony Komisji Europejskiej, przewodniczącego Rady Europejskiej – pod którego rządami jeszcze niedawno Polska była „państwem teoretycznym”, jak to określił jeden z jego ministrów – ekstrawaganckiego prezydenta Francji i kanclerz Niemiec, w której gabinecie wisi portret Katarzyny II i której od 12 lat wydaje się, że jest carycą Europy – oraz całej rzeszy mniejszych i większych polityków zachodnioeuropejskich.

Nie można inaczej jak agresją nazwać potwornej nagonki medialnej, w którą zostały wprzęgnięte czołowe media zachodnioeuropejskie oraz powiązane z nimi polskie – te które przez ćwierć wieku popierały neoliberalną „transformację” i „prywatyzację” oraz zaciekle tępiły na każdym kroku „polski nacjonalizm”. Nagonka ta osiągnęła szczyt po wystąpieniu premier Szydło na uroczystościach 14 czerwca w Oświęcimiu, gdzie stwierdziła ona, iż „Auschwitz to lekcja tego, że należy uczynić wszystko, aby chronić swoich obywateli”. Rozjuszone media liberalne zaczęły krzyczeć, że premier Szydło „wykorzystuje pamięć o Holokauście, by straszyć uchodźcami”. Nikt w tych mediach nie zauważył, że uroczystości 14 czerwca (rocznica pierwszego transportu Polaków do KL Auschwitz) nie były poświęcone pamięci ofiar Holokaustu, ale pamięci Polaków deportowanych i zamordowanych w KL Auschwitz – czyli pamięci pierwszych chronologicznie ofiar tego obozu i drugich liczebnie.

Poziom i skala tej nagonki również przeszły moje oczekiwania, bo niemieckie media posunęły się do absurdalnego oskarżenia narodu polskiego o udział w zagładzie Żydów, a oskarżenie to natychmiast powielił rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar. To już nie jest zwykła nagonka medialna, ale wojna psychologiczna. A wojna psychologiczna jest zwykle częścią wojny rzeczywistej. Na razie Polsce grozi się sankcjami ekonomicznymi, ale nie jest to zapewne ostatnie słowo Berlina i Brukseli zważywszy, że Niemcy, Francja, Włochy i Hiszpania uruchomiły plan utworzenia sił zbrojnych UE, uśpiony w Traktacie Lizbońskim. Wymowne też jest, że z niezwykłym entuzjazmem na tę decyzję zareagował przewodniczący Rady Europejskiej[1]. Czyżby liczył na to, że siły zbrojne UE pomogą mu objąć urząd prezydenta RP po zakończeniu kadencji przewodniczącego Rady Europejskiej, czyli – mówiąc słownictwem jego środowiska – „uratują demokrację” w Polsce?

Nie można nie zauważyć, że gdyby doszło do wdrożenia sankcji ekonomicznych UE przeciw Polsce, to powstałaby bardzo ciekawa sytuacja polityczna. Polska byłaby bowiem drugim obok Rosji – która jest poza strukturami UE – państwem Europy objętym przez UE sankcjami ekonomicznymi z przyczyn politycznych. Oba te kraje – jako te przeciw którym została skierowana agresja polityczna UE i globalistów – znalazłyby się zatem na tej samej płaszczyźnie. Czy ktoś w obozie rządzącym to zauważył i potrafi z tego wyciągnąć wnioski? Czy ktoś ma tam świadomość, że należałoby zastanowić się nad prowadzoną przez PiS skrajnie antyrosyjską polityką i filozofią upatrującą niebezpieczeństwa agresji ze strony Rosji? Czy ktoś w obozie rządzącym potrafi wyciągnąć wniosek, że należałoby doprowadzić do deeskalacji stosunków z Rosją przynajmniej na poziomie neutralnym, bo życzliwość Rosji może być przydatna nie tylko w obliczu konfliktu z Zachodem, ale także w obliczu coraz bardziej agresywnych poczynań nacjonalistów ukraińskich. W polityce nie ma sentymentów i wiecznych wrogów, są tylko wieczne interesy. Męża stanu rozpoznaje się właśnie po tym, że o tym wie. Czy jest w Polsce taki mąż stanu?

Przyznam, że go nie widzę. Obóz rządzący przypomina swoich protoplastów z lat 1926-1939, którzy aż do marca 1939 roku mieli opracowany tylko plan wojny z ZSRR, gdy tymczasem pierwsze uderzenie przyszło z kierunku przeciwnego.

Znacznie gorzej jest z opozycją liberalną, która w całości przyłączyła się do politycznej agresji UE przeciw własnemu krajowi. Schetyna, Lewandowski, Liberadzki, Frasyniuk, Cimoszewicz i dziesiątki innych nazwisk. Tych samych nazwisk, które przez ostatnie ćwierćwiecze były wizytówkami kampanii i działań osłabiających Polskę – tzw. „prywatyzacji”, wielu nieudanych i szkodliwych „reform” oraz nieodłącznej walki z „polskim nacjonalizmem”. Ich wypowiedzi nawet nie warto cytować, by nie szarpać sobie nerwów. Obecnie znów walczą z „polskim nacjonalizmem”. Teraz jednak chcą zafundować narodowi coś znacznie gorszego niż „prywatyzację”, strukturalne bezrobocie, pauperyzację i emigrację zarobkową.

Mają tego pełną świadomość, bo trudno, żeby jej nie mieli, gdy od 2015 roku islamiści dokonali wielu zamachów terrorystycznych we Francji, Belgii, Holandii, Niemczech, Szwecji, Włoszech i Wielkiej Brytanii. Trudno, żeby nie mieli świadomości co chcą sprowadzić na Polskę po tym jak informacje o aktach terroru i przestępstwach kryminalnych ze strony zalewających Europę Zachodnią islamistów napływają już niemal każdego dnia. Mamy np. informację, że kierowca polskiego samochodu spłonął pod Calais w karambolu, do którego doszło z powodu ustawienia przez imigrantów na drodze blokady z pni drzew[2]. Ta informacja – jak i wiele jej podobnych – nie robi jednak żadnego wrażenia na panu Lisie, Michniku, Cimoszewiczu, Schetynie i innych uczestnikach kampanii na rzecz przyjmowania „uchodźców”. To jest rzeczywistość, jaką oni chcą zafundować narodowi. No bo nie sobie. Ich ta rzeczywistość przecież nie dotknie. Żyją bowiem w oderwaniu od narodu polskiego nie tylko w sensie politycznym, ale także codziennym – mieszkając w bezpiecznych, chronionych całodobowo rezydencjach, na zamkniętych i monitorowanych osiedlach, poruszając się w pancernych limuzynach i jadając w lokalach, do których „zwykli ludzie” nie mają dostępu. To nie oni będą ginąć od wybuchów bomb w metrze, pod kołami ciężarówek wjeżdżających w tłum na chodniku, ciosów noża na ulicy i strzałów karabinowych w restauracjach.

Zdumiewające jest również to, że do unijnej kampanii na rzecz „relokacji” islamskich imigrantów w Polsce dali się włączyć niektórzy hierarchowie Kościoła katolickiego z arcybiskupem Wojciechem Polakiem na czele.

Z obecnego kryzysu politycznego wypływa jeszcze jeden bardzo ważny wniosek. Zachód po raz kolejny w historii pokazał swoje nieprzyjazne Polsce i cyniczne oblicze. Wszyscy tam przecież wiedzą – od pani kanclerz Merkel poczynając, a na sprzedawczyni w supermarkecie kończąc – że polityka otwarcia w 2015 roku granic dla „uchodźców”, czyli imigrantów ze świata islamu, była straszliwym błędem. Była samobójstwem w sytuacji, gdy od początku było wiadome, że w morzu imigrantów przenikną „żołnierze” tzw. Państwa Islamskiego i innych struktur rewolucyjnego islamu, by przenieść „świętą wojnę” (dżihad) do Europy.

Gdy w połowie 2015 roku otwarto granice Europy Zachodniej dla islamskich imigrantów, prof. Bogusław Wolniewicz nazwał ich „nachodźcami”, ironicznie przekształcając nieadekwatne do skali zjawiska słowo „uchodźcy”, oraz stwierdził, że jest to zorganizowany najazd i bez rozlewu krwi się nie obejdzie. Stało się tak jak przepowiedział, chociaż za te słowa Stowarzyszenie „Otwarta Rzeczpospolita” nasłało na niego policję i groziło mu sądem.

Nie tutaj miejsce, by rozważać dlaczego caryca Merkel wpuściła masy islamskich imigrantów do Europy. Czy była to realizacja domniemanego planu George’a Sorosa likwidacji państw narodowych poprzez stworzenie w nich narodowościowej, kulturowej i religijnej mieszanki? Czy raczej stały za tym oczekiwania globalistów i ponadnarodowych korporacji na dopływ taniej, tzn. niewolniczej siły roboczej? To wymaga głębszych studiów i dostępu do wiarygodnych źródeł informacji. Faktem jest, że globaliści od dawna uważają państwo narodowe za swojego głównego wroga, a konieczność jego zniszczenia ideologowie globalizacji zapowiadali już wielokrotnie.

Bez względu na to, jakie były motywy działania pani, która jest przekonana, iż stanowi współczesne wcielenie Katarzyny II, oraz legionu jej podobnych polityków zachodnich – oderwanych od rzeczywistości i wyalienowanych ze swoich narodów – nie ulega wątpliwości, że Europa Zachodnia znalazła się w sytuacji krytycznej. Jej społeczeństwa płacą teraz straszną cenę za alienację swoich liberalnych elit, a także za wcześniejsze stulecia kolonializmu oraz dziesięciolecia neokolonializmu – wyniszczania krajów Trzeciego Świata przez neoliberalną „doktrynę szoku” i „wojny o demokrację”.

Dlaczego jednak tę cenę mają płacić Polska, Czechy, Słowacja i Węgry? Dlaczego współczesna Katarzyna II, zamiast przyznać się do błędu i porażki oraz ustąpić z urzędu – co podobno jest standardem liberalnej demokracji – chce przerzucić skutki swoich działań na kraje, które nie ponoszą winy za neokolonializm i neoliberalizm? Dlaczego dziwaczny prezydent Francji ultymatywnie żąda od tych krajów zgody na „relokację” głosząc przy tym, że woli imigrantów islamskich od polskich?[3]. Dlaczego wreszcie przedmiotem ich ataku, wspieranego przez panów Schetynę, Cimoszewicza, Lewandowskiego i innych, są tylko kraje tzw. „nowej Unii”?

Przecież nie tylko Polska, Czechy, Słowacja i Węgry odmówiły przyjmowania imigrantów. Uczyniły to także Izrael i Stany Zjednoczone. Premier Netanjahu oświadczył jesienią 2015 roku, że Izrael jest państwem za małym i przyjęcie imigrantów zagrozi jego politycznej egzystencji. Czy ktoś mu zarzucił rasizm i ksenofobię? Czy ktoś groził w związku z tym Izraelowi sankcjami, organizował medialne nagonki, straszył politycznymi konsekwencjami?

Stanowisko rządu PiS wobec próby zmuszenia Polski do zgody na „relokację” imigrantów nie tylko powinno, ale musi zostać poparte przez te środowiska patriotyczne, które z różnych względów są wobec tego rządu krytyczne. Dlaczego w ogóle rząd PiS zajął stanowisko negatywne w kwestii islamskich imigrantów? Dlatego, że jest to stanowisko zdecydowanej większości narodu – także wielu wyborców PO i SLD – i nie ma obecnie w Polsce szansy utrzymania się jakikolwiek rząd, który by woli tej większości nie uwzględnił. Po raz pierwszy od 1989 roku rząd zrobił coś zgodnie z wolą większości narodu i to musi budzić jeszcze większą wściekłość UE niż sam brak jego zgody na „relokację”.

Dlaczego jednak Polacy nie chcą u siebie islamskich imigrantów? Dlatego, że są rasistami, plemiennymi nacjonalistami i zaściankowymi ksenofobami, jak głoszą to media powiązane z Zachodem politycznie, kapitałowo i ideologicznie? Nie. Nigdy w naszej historii nie odmawialiśmy pomocy innym narodom będącym w potrzebie. Hasło „Za naszą i waszą wolność” jest częścią polskiego etosu narodowego. Ale przecież w wypadku imigrantów islamskich, których UE chce przerzucić do Europy Środkowej, nie chodzi o pomoc żadnym „uchodźcom” i o tym wszyscy wiedzą.

Nie godzimy się na to, ponieważ chcemy zachować własne państwo narodowe. Nie chcemy mieć u siebie znaczącej liczebnie mniejszości narodowej, która nigdy nie zintegruje się z polską kulturą, która w naszym państwie będzie stanowić element politycznie destrukcyjny, prowadząc z nim ideologiczną i religijną wojnę. Nie chcemy mieć u siebie ludzi po prostu nam całkowicie obcych i niejednokrotnie nam wrogich, którzy będą dla nas fizycznym zagrożeniem i ekonomicznym obciążeniem. Nie chcemy współobywateli, którzy nie będą dla naszego kraju pracować i nie poniosą na jego rzecz najmniejszej ofiary. Nie chcemy współobywateli, dla których polska historia i kultura będą nie tyle czymś obcym, co po prostu fikcją. Nie chcemy, by nasze miasta wyglądały tak jak szwedzkie Malmö, które opuściła duża część szwedzkiej ludności, ci, którzy pozostali boją się wychodzić ze swoich domów, a policja przestała przyjmować zgłoszenia o przestępstwach popełnianych przez gangi imigrantów[4]. Nie chcemy bać się chodzić wieczorem po ulicach. Nie chcemy, by wyjście w biały dzień na ulicę było – tak jak podczas okupacji niemieckiej – wyprawą w nieznane.

To nie jest rasizm i szowinizm. To jest nasze być i mieć. To jest polska racja stanu. Polska bowiem powinna trwać wiecznie – jak nam przykazał Wincenty Witos.

O ile rząd PiS w kwestii „relokacji” imigrantów islamskich zajmuje stanowisko zgodne z polską racją stanu, jak na razie dzielnie przeciwstawiając się UE, to nie można tego powiedzieć o jego stosunku do imigracji ukraińskiej, która liczy już 1,4 mln osób i rośnie. Ta cieszy się mianowicie zdecydowanym poparciem rządu. Wynika to z dwóch przyczyn. Z jednej strony mamy naiwne przekonanie, że dzięki przyjęciu imigracji ukraińskiej Bruksela odpuści nam islamistów, a z drugiej strony mamy w tej kwestii działania silnego w PiS (ale także w PO i obozie liberalnym) lobby ukraińskiego.

A przecież przyjęcie tej imigracji również oznacza, że przestajemy być państwem monoetnicznym, czyli pozbawionym konfliktów narodowościowych, co było jednym z największych atutów Polski po 1945 roku. Nie tylko przestaniemy być państwem monoetnicznym, ale będziemy mieli u siebie nawet wielomilionową mniejszość etniczną, która może być równie niebezpieczna jak mniejszość ukraińska w II RP. Współczesny naród ukraiński został bowiem zatruty rakiem tej samej ideologii, którą zatruwała go w latach 30. i 40. XX wieku Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów. Jej epigoni mają znaczące wpływy na pomajdanowej Ukrainie i nie są oni bynajmniej przyjaźnie nastawieni do Polski.

Tego niestety nie chcą widzieć elity w Warszawie, wśród których wciąż pokutują mity Giedroycia i prometeistów, mrzonki o Międzymorzu i sojuszu z Ukrainą przeciw Rosji.

Minęły już trzy miesiące od zamachu terrorystycznego na polski konsulat Łucku, który polski establishment polityczno-medialny tradycyjnie przypisał „rosyjskim służbom”. Strona ukraińska obiecała szybkie wykrycie sprawców, ale do dzisiaj tego nie uczyniła. Czy aby nie dlatego, że sprawcy ci wywodzą się z dominującej na zachodniej Ukrainie opcji neobanderowskiej? Od tamtego czasu miała miejsce próba podpalenia polskiej szkoły w Mościskach, polityczna nagonka neobanderowców na metropolitę lwowskiego – arcybiskupa Mieczysława Mokrzyckiego – oraz wstrzymanie przez stronę ukraińską na żądanie naobanderowców ekshumacji ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.

Skoro neobanderowcy mogą dokonywać ataków na polskie instytucje i miejsca pamięci narodowej na Ukrainie, to kto zagwarantuje, że przeniknąwszy w masie imigrantów do Polski, nie zorganizują tutaj zamachu terrorystycznego? Zwłaszcza, że PiS daje im zielone światło rezygnując z ustawowego zakazu propagowania w Polsce banderyzmu jako formy totalitaryzmu.

Na razie ze strony ukraińskiej padają żądania wprowadzenia ukraińskiego jako drugiego języka urzędowego we Wrocławiu[5]. Na razie utworzono w tym mieście tylko klub piłkarski (Dynamo Wrocław), dostępny wyłącznie dla Ukraińców[6]. Mówi się też o klasach ukraińskich w szkołach w Krakowie[7]. Jutro padną żądania postawienia w Polsce pomników Bandery i UPA, a Unia Europejska je poprze, bo przecież imigranci mają prawo do swojej tożsamości.

Zagrożeń ze strony imigracji ukraińskiej oficjalnie w Polsce się nie dostrzega, ponieważ krytyczne spojrzenie na Ukrainę jest tutaj tematem tabu i od razu rodzi podejrzenie o „agenturalność” na rzecz Rosji. Ponadto ze strony tych środowisk, które popierają przyjęcie w Polsce imigracji islamskiej, padają w kwestii imigracji ukraińskiej propozycje wręcz zdumiewające. Tak oto były wicenaczelny dziennika „Rzeczpospolita” żąda, by dla Ukraińców otworzyć „uczelnie [ma na myśli stanowiska naukowe – przyp. BP], zarządy firm, a nawet armię”, znieść dla nich opłaty za studia i ułatwiać im nabycie obywatelstwa. Zdaniem pana Talagi „potrzebna jest bardzo odważna decyzja, żeby otworzyć nie tylko polski rynek pracy dla Ukraińców, ale żeby w ogóle Polskę otworzyć dla Ukraińców i żeby otworzyć perspektywy przyznawania obywatelstwa polskiego[8].

Z kolei prezydent Wrocławia w wywiadzie dla portalu Onet ujawnił, iż jest szczęśliwy, że w jego mieście mieszka już 100 tys. Ukraińców i ma nadzieję, że pomogą mu oni w zwalczaniu „polskiego nacjonalizmu”. Zdaniem pana Dutkiewicza Ukraińcy mogą być „lekarstwem na polską ksenofobię, która jest groźnym zjawiskiem[9]. Trzeba przyznać, że Ukraińcy już raz zwalczali „polski nacjonalizm” i „polską ksenofobię” – w latach 30. i 40. XX wieku, m.in. na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

W wypowiedziach Dutkiewicza i Talagi pobrzmiewa echo koncepcji „Ukrpolu”, wysuniętej swego czasu przez Adama Michnika. Tylko, że taki Ukrpol to już jednak nie będzie Polska. O ile to do tego zmierza, bo może zmierzać w kierunku znacznie bardziej niebezpiecznym.

Dlaczego bowiem Ukraińcy osiedlają się akurat we Wrocławiu i na Ziemiach Zachodnich? Dlaczego właśnie tam mieliby też być kierowani islamscy „uchodźcy” w ramach „relokacji”? Może jednak polityka w sprawie imigrantów uprawiana przez grzejącą się w cieniu portretu Katarzyny II kanclerz Niemiec i carycę Europy wcale nie jest taka bezmyślna, jak się może na pierwszy rzut oka wydawać. Może kryje się za nią jakiś polityczny projekt. Po 1989 roku nie udało się w Polsce wykreować licznej mniejszości niemieckiej, chociaż czyniono w tym kierunku kosztowne zabiegi. Nie udało się też stworzyć „narodowości śląskiej”, mimo podjęcia zabiegów jeszcze kosztowniejszych. Może więc to o czym skrycie marzą niemieckie elity, ale czego głośno nie mówią i czego oficjalnie zdecydowanie się wypierają, uda się osiągnąć dzięki imigracji, zwłaszcza ukraińskiej. Szczególnie, że nacjonalizm ukraiński zawsze był proniemiecki.

Kiedy już imigranci z Ukrainy opanują katedry polskich uczelni i zarządy firm, a nawet armię, kiedy już uzyskają polskie obywatelstwo i własne szkolnictwo, to niewątpliwie stworzą też ukraińskie stowarzyszenia i partie polityczne, a ich przedstawiciele zasiądą w Sejmie i sejmikach wojewódzkich. Może w którymś z nich zdobędą większość. A wtedy mogliby zażądać np. secesji województwa dolnośląskiego i przyłączenia go do Niemiec. Mogliby nawet zorganizować w tej sprawie demokratyczny plebiscyt i go wygrać, gdyby wcześniej nastąpiła daleko idąca zmiana struktury etnicznej takiego województwa. Unia Europejska by to gorąco poparła, bo przecież w świetle jej ideologii mniejszości narodowe mają prawo do samostanowienia o sobie. Casus Kosowa jest tutaj precedensem.

Odejście od monoetniczności, które w Polsce właśnie się dokonuje – na razie na rzecz imigrantów z Ukrainy – zawsze niesie zagrożenia i faktu tego nie zmieni żaden poprawny politycznie bełkot.

[1] Unia zrobiła kolejny krok ku stworzeniu „niebieskich hełmów z żółtymi gwiazdkami”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 23.06.2017.

[2] „Kierowca polskiego auta spłonął pod Calais! Uderzył w blokadę drogi ustawioną przez imigrantów”, http://www.wpolityce.pl, 20.06.2017. Co ciekawe sprawcy prawdopodobnie nie poniosą kary, bo nie posiadają dokumentów i twierdzą, że mają mniej niż 16 lat, zob.: „Calais: imigranci z Erytrei, którzy przyczynili się do śmierci polskiego kierowcy mogą uniknąć kary”, http://www.pch24.pl, 22.06.2017.

[3] „Unijne elity dalej swoje… Macron woli pseudouchodźców od ciężko pracujących imigrantów”, http://www.wpolityce.pl, 22.06.2017.

[4] K. Zuchowicz, „Szwedzi milczą i ustępują im miejsca. Ten kraj niedługo się rozleci”. W Malmö boją się. Miasto mocno się zmieniło, http://www.natemat.pl, 25.01.2017. „Prawie co noc jest strzelanina. Ich gangi ciągle mają jakieś porachunki. Ciągle słyszymy o napadach na sklepy. Rozbijają się po mieście najlepszymi samochodami, nie zatrzymują się na wezwanie policji. Podpalają samochody. Słyszymy, że ludzie boją się wieczorami wychodzić z domów. Nawet policja czasem apeluje o niewychodzenie z domów – opowiada nam jeden z mieszkańców (…). Malmö bardzo się zmieniło. Niedawno przy wjeździe z Ystad stanął duży, podświetlany meczet. Kupili ziemię w najlepszym miejscu, na wzgórzu. I dziś ten meczet króluje nad Malmö (…). Jest niebezpiecznie, np. w grudniu zastrzelili mężczyznę, który przez pięć lat studiował w Polsce stomatologię, a w Szwecji dopiero zaczął pracę. Jest też poczucie, że wszystko imigrantom się należy i nic im nie pasuje” – czytamy w artykule Katarzyny Zuchowicz.

[5] „Wrocław: ukraiński drugim językiem?”, http://www.kresy.pl, 13.06.2017.

[6] „We Wrocławiu powstał klub piłkarski tylko dla Ukraińców”, http://www.kresy.pl, 2.11.2016.

[7] M. Kursa, „W Krakowie powstaną dwujęzyczne, polsko-ukraińskie klasy”, http://www.wyborcza.pl, 17.06.2017.

[8] Talaga w „Rzeczpospolitej”: otwórzmy nasze uczelnie i armię dla Ukraińców, http://www.kresy.pl, 14.06.2017.

[9] „Dutkiewicz: Ukraińcy we Wrocławiu są błogosławieństwem i lekarstwem na polską ksenofobię”, http://www.kresy.pl, 21.06.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 28 czerwca 2017 r.

„Myśl Polska” nr 27-28 (2143/44), 2-9.07.2017, s. 10-11

„Korygowanie” Trumpa

Jednym z głównych filarów kampanii wyborczej Donalda Trumpa były zapowiedzi odprężenia w stosunkach międzynarodowych, w tym odejścia od jednobiegunowej dominacji USA na rzecz „koncertu mocarstw”, a także deeskalacji stosunków amerykańsko-rosyjskich. Program ten otworzył Trumpowi drogę do Białego Domu, budząc jednocześnie irytację i niepokój rządzącej w USA oligarchii, na którą składają się establishment neokonserwatywny i neoliberalny, lobby proizraelskie (AIPAC, AJC, WJC), resorty siłowe (CIA, FBI, NSA) oraz kompleks militarno-przemysłowy. Ośrodki te nie tylko nie uznały swojej porażki, ale też nie zrezygnowały z prób podtrzymania dotychczasowego kursu polityki zagranicznej Imperium Americanum.

Wkrótce po wyborze Trumpa była sekretarz stanu USA Madeleine Albright – współtwórczyni agresywnej polityki amerykańskiej ostatniego ćwierćwiecza, odpowiedzialna m.in. za atak NATO na Jugosławię w 1999 roku – oświadczyła, że „Jeśli Trump podtrzyma swoje słowa o Ukrainie z kampanii wyborczej, to będzie to po prostu straszne. Nie wiemy, czy na stanowisku prezydenta będzie robił to, o czym mówił podczas kampanii wyborczej. Nie warto panikować, ponieważ nie wiemy, co będzie”. Jej zdaniem otoczenie Trumpa „powinno skorygować jego pozycję nie tylko w stosunku do Krymu, ale także do mińskich porozumień”[1].

To „korygowanie” Trumpa przez globalistyczny establishment rozpoczęło się jeszcze przed zaprzysiężeniem go na urząd prezydenta. Ustępująca administracja Obamy rozpętała histerię w związku z rzekomymi rosyjskimi atakami hakerskimi i rzekomym ingerowaniem Rosji w amerykańskie wybory prezydenckie. W oparciu o te oskarżenia wydalono z USA pod koniec 2016 roku 35 rosyjskich dyplomatów[2]. Celem tych działań było najprawdopodobniej utrudnienie nowemu prezydentowi nawiązania bezpośredniego dialogu z Moskwą.

Zapowiedziane przez Albright „skorygowanie pozycji” Trumpa w sprawie Krymu rzeczywiście nastąpiło. W czasie kampanii wyborczej Trump udzielił wywiadu telewizji ABC, w którym stwierdził, że „Stany Zjednoczone powinny uwzględnić wybór mieszkańców półwyspu”. Wywołał tymi słowami atak histerii ze strony establishmentu pomajdanowej Ukrainy i popierającego go establishmentu amerykańskiego[3]. 2 lutego 2017 roku – a więc w niecałe dwa tygodnie po objęciu urzędu prezydenta – Trump spotkał się z Julią Tymoszenko i tego samego dnia ambasador USA przy ONZ Nikki Haley zapowiedziała, że zniesienie sankcji wobec Rosji jest uzależnione od tego czy Moskwa zwróci Krym Ukrainie[4]. 14 lutego rzecznik prasowy Białego Domu Sean Spicer potwierdził, że wypowiedź ambasador Haley jest stanowiskiem administracji Donalda Trumpa i dodał, że prezydent oczekuje od Rosji zwrotu Krymu Ukrainie[5].

Wypowiedź ta pojawiła się w czasie pierwszego kryzysu politycznego w nowej administracji amerykańskiej, który doprowadził do dymisji doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego Michaela Flynna. Gen. Michael Flynn podał się do dymisji, gdy okazało się, że ukrył fakt prowadzenia rozmów z ambasadorem Rosji Siergiejem Kisljakiem na temat zniesienia amerykańskich sankcji wobec Rosji jeszcze przed ukonstytuowaniem się nowej administracji USA[6]. Być może nagłe zajęcie twardego stanowiska wobec Moskwy było formą zdystansowania się Trumpa od gen. Flynna. Bez względu na to jak wyglądały kulisy tej sprawy jest oczywiste, że „skorygowanie pozycji” Trumpa wobec Krymu – przynajmniej na chwilę obecną – nastąpiło.

Tuż przed objęciem władzy przez Trumpa do „korygowania” jego polityki na kierunku rosyjskim przystąpił senator John McCain – jeden z czołowych jastrzębi środowiska neokonserwatystów i liderów „partii wojny” w Waszyngtonie. Pod koniec 2016 roku złożył on oficjalną wizytę w krajach bałtyckich, podczas której nie stronił od wypowiedzi podważających linię polityczną proponowaną w czasie kampanii wyborczej przez nowego lokatora Białego Domu. W Tallinie McCain oświadczył m.in.: „Sądzę, że obecność amerykańskich żołnierzy, tu, w Estonii, jest sygnałem, że wierzymy w to, co wierzył Ronald Reagan, czyli w pokój poprzez siłę”. Dodał też, że amerykański kontyngent wojskowy powinien stacjonować w Estonii na stałe[7].

To wszystko jednak nie przesądzało jeszcze o odejściu przez Trumpa od zapowiadanych w czasie kampanii wyborczej zmian w polityce zagranicznej. O tym przesądziły wydarzenia w Syrii, gdzie Trump posunął się tak daleko jak nie posunęły się administracje Busha-juniora i Obamy, czyli do bezpośredniego ataku militarnego na Syrię.

Zdobycie przez wojska syryjskie Aleppo i zawarcie pod koniec 2016 roku rozejmu pomiędzy rządem prezydenta al-Asada i głównymi ugrupowaniami „zbrojnej opozycji” (z wyjątkiem Al-Kaidy) dawały nadzieję na zakończenie trwającego od 2011 roku dramatu syryjskiego – czyli agresji na ten kraj prowadzonej rękami dżihadystów przez USA, Wielką Brytanię, Francję, Turcję, Arabię Saudyjską i pozostałe sunnickie monarchie znad Zatoki Perskiej przy dyskretnym poparciu Izraela. W Astanie rozpoczęły się rozmowy pokojowe pomiędzy rządem syryjskim a „zbrojna opozycją”, natomiast armia syryjska skupiła się na walce z Państwem Islamskim i Al-Kaidą, odzyskując m.in. utraconą w grudniu 2016 roku Palmyrę.

Taki bieg wypadków najwyraźniej nie odpowiadał woli reżyserów dramatu syryjskiego, w tym m.in. „partii wojny” w USA. Niespodziewanie do „wojny domowej” w Syrii włączył się Izrael, który dotychczas jawnie w niej nie uczestniczył. W nocy z 16 na 17 marca 2017 roku samoloty izraelskie zaatakowały cele na terenie Syrii – pozycje armii syryjskiej i irańskiej milicji Hezbollah pod Palmyrą[8]. Atak został odparty przez syryjską obronę przeciwlotniczą, która zestrzeliła jeden z samolotów izraelskich[9]. Tak się dziwnie złożyło, że atak lotnictwa izraelskiego na pozycje syryjskie pod Palmyrą zbiegł się w czasie z działaniami ofensywnymi Państwa Islamskiego na tym kierunku.

W odpowiedzi minister obrony Izraela Awigdor Lieberman zagroził zniszczeniem syryjskiej obrony przeciwlotniczej, jeśli ta będzie próbowała przeszkodzić w akcjach izraelskiego lotnictwa przeciw Hezbollahowi na terenie Syrii[10].

4 kwietnia w wyniku użycia broni chemicznej (prawdopodobnie sarinu) zginęło 86 cywili, w tym 30 dzieci, w Chan Szajchun na terenie kontrolowanej przez dżihadystów prowincji Idlib. Zachód oskarżył o tę zbrodnię „reżim Asada”, natomiast strona syryjska i rosyjska temu zaprzeczyły twierdząc, że była to prowokacja dżihadystów. Zdaniem Damaszku i Moskwy do wycieku gazów bojowych mogło dojść podczas bombardowania przez lotnictwo syryjskie magazynów z bronią dżihadsytów lub dżihadyści mogli użyć gazów bojowych sami, jak podczas ubiegłorocznych walk w Aleppo[11].

Wokół całej sprawy jest wiele niejasności. Do zbrodni w Chan Szajchun doszło tuż po wizycie sekretarza stanu USA Rexa Tillersona w Ankarze. Turcja jako pierwsza poinformowała o ataku gazowym w Chan Szajchun – położonym przy granicy syryjsko-tureckiej – a zwłoki ofiar przewieziono na terytorium Turcji. Następnie Ankara jako pierwsza – wraz z Arabią Saudyjską i Izraelem – wyraziła poparcie dla amerykańskiego ataku „odwetowego” na syryjską bazę lotniczą w Shayrat (Asz Szai’rat) w prowincji Hims. Zerwała tym samym z pragmatyzmem wobec „wojny domowej” w Syrii, który przyjęła po próbie inspirowanego przez USA zamachu stanu w Turcji w lipcu 2016 roku. 11 kwietnia turecki minister spraw zagranicznych Haber Cavusoglu wezwał USA do obalenia Baszszara al-Asada[12]. Turcja była i jest jednym z czołowych protektorów i sponsorów różnych ugrupowań zbrojnych, które walczą z władzami Syrii. Nie jest tajemnicą, że Recep Tayyip Erdogan chciałby zająć miejsce lidera w nowym zdestabilizowanym Bliskim Wschodzie. Dlatego wspiera bunty ludności sunnickiej i ugrupowań islamistycznych przeciw świeckim przywódcom oraz domaga się interwencji NATO przeciw władzom Syrii.

Pierwsze informacje o ataku bronią chemiczną w Chan Szajchun zaczęły napływać przed zbombardowaniem 4 kwietnia przez lotnictwo syryjskie składów amunicji dżihadystów z Dżabhat Fath asz-Szam (Front Podboju Lewantu, dawniej Dżabhat an-Nusra – Front Obrony Ludności Lewantu), czyli syryjskiej siatki Al-Kaidy. Libańska dziennikarka Sarah Abdallah ujawniła ponadto, że Feras Keram – reporter związany z popierającą dżihadystów stacją Orient News z Dubaju – opublikował na Twitterze na dobę przed atakiem chemicznym w Chan Szajchun informację, że następnego dnia media zajmą się tematem nalotów na cywilów i użycia gazu bojowego[13].

Poza tym należy wspomnieć o ujawnionych przez organizacje SWEDHR (Szwedzcy Lekarze dla Praw Człowieka) i Human Rights Watch przypadkach wątpliwych ataków chemicznych podczas walk o Aleppo. Fejkowe nagrania tych ataków były rozpowszechniane m.in. przez „Białe Hełmy” – organizację, która deklaruje, że jej celem jest obrona ludności cywilnej Syrii przy zachowaniu neutralności politycznej i nieangażowaniu się w działania zbrojne[14].

Nie czekając na wyniki oficjalnego śledztwa ani nie proponując powołania międzynarodowej komisji śledczej, Waszyngton wskazał jako winnego zbrodni w Chan Szajchun „reżim Asada”. W zachodnich mediach, w tym w powiązanych z nimi mediach polskich, rozpętano kampanię grozy. Pojawiły się informacje o tym, że ataku dokonały „najprawdopodobniej syryjskie lub rosyjskie samoloty”. Pokazywano drastyczne zdjęcia ofiar, w tym zdjęcia ojca tulącego martwe niemowlęta. Towarzyszyły temu z reguły komentarze podbijające emocje odbiorców. USA, Wielka Brytania i Francja złożyły w Radzie Bezpieczeństwa ONZ projekt rezolucji potępiającej Syrię i oskarżającej Rosję o współodpowiedzialność za zbrodnię. Ambasador Nikki Haley – trzymając w rękach zdjęcia martwych dzieci – oświadczyła, że „Rosja nie może uciec od odpowiedzialności za to, co się wydarzyło”. Jednocześnie Donald Trump nazwał zbrodnię w Chan Szajchun „zniewagą dla ludzkości” i oświadczył, że atak na dzieci wywarł na niego „duże wrażenie”, a jego stosunek do Syrii i al-Asada „bardzo mocno się zmienił”. W ten sposób uzasadnił „skorygowanie” swojej polityki, a raczej swoich deklaracji z kampanii wyborczej. Rodzi się zatem pytanie, czy śmierć cywilów i dzieci w Chan Szajchun była warunkiem koniecznym tej „korekty”, a zwłaszcza wytłumaczenia jej przed amerykańską opinią publiczną.

W nocy z 6 na 7 kwietnia marynarka wojenna USA zaatakowała pociskami Tomahawk syryjską bazę lotniczą w Shayrat. Tuż przed tym atakiem Trump oświadczył, że „coś powinno się stać” z prezydentem Syrii Baszszarem al-Asadem. Natomiast Rex Tillerson oznajmił, że nie widzi „żadnej roli dla prezydenta Asada w rządzeniu narodem syryjskim”[15]. Nastąpiło więc odwrócenie o 180 stopni w stosunku do deklaracji składanych przez Trumpa wobec al-Asada w czasie kampanii wyborczej.

Amerykański atak na bazę w Shayrat dziwnie zbiegł się w czasie z działaniami ofensywnymi Państwa Islamskiego przeciwko armii syryjskiej, a także z atakami terrorystycznymi w Sztokholmie i Kairze, za które odpowiedzialność wzięło Państwo Islamskie. Równocześnie Trump zapowiedział możliwość wprowadzenia kolejnych sankcji przeciwko Rosji i Iranowi za popieranie Syrii, a ambasador Haley nie wykluczyła ponownych ataków amerykańskich na Syrię[16]. W odpowiedzi Rosja uznała atak na Shayrat za „agresję wobec suwerennego państwa” oraz zawiesiła obowiązywanie zawartego z USA memorandum o unikaniu incydentów i zapewnieniu bezpieczeństwa lotów w trakcie operacji w Syrii.

W dniach 11-12 kwietnia złożył wizytę w Moskwie Rex Tillerson. Podczas rozmów w rosyjskim MSZ Tillerson przekazał Siergiejowi Ławrowowi, że Rosja musi dokonać wyboru pomiędzy dobrymi stosunkami z USA i ich sojusznikami a wspieraniem Iranu, Hezbollahu i prezydenta Syrii[17].

Tak oto prezydent USA, który kilka miesięcy temu deklarował daleko idące odprężenie w stosunkach z Rosją zaostrzył je i posunął się w tej eskalacji dalej niż administracje Obamy i Busha-juniora. Zamiast realizacji swojego programu wyborczego realizuje program Hilary Clinton, a ściślej życzenia „partii wojny” w Waszyngtonie.

„Skorygowanie pozycji” Trumpa nie powinno dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę jego skrajnie proizraelskie deklaracje z okresu kampanii wyborczej – składane zarówno przed największymi organizacjami żydowskimi w USA (w tym AIPAC), jak i wobec władz Izraela – a także w dużej mierze fasadowy charakter amerykańskiej demokracji zdominowanej przez oligarchię i kompleks militarno-przemysłowy. Nie przypuszczam, żeby atak na bazę w Shayrat był przejawem „kissingerowskiego realizmu”, czyli negocjowania z pozycji siły[18]. Trump podlega i będzie podlegał potężnym naciskom ze strony tych skrajnych sił politycznych i grup interesów, które nie chcą się pogodzić z perspektywą końca świata jednobiegunowego, czyli rezygnacji USA z roli strażnika interesów ponadnarodowych korporacji. Środowiska te – określane umownie „partią wojny” – nie powstrzymają się przed najbardziej perfidnymi intrygami, a nawet działaniami radykalnymi.

[1] „Albright: Po raporcie służb specjalnych Trump zmieni swój stosunek do Ukrainy”, http://www.pl.sputniknews.com, 14.11.2016.

[2] „USA odpowiada na ataki hakerów. Wydalono 35 rosyjskich dyplomatów”, http://www.dorzeczy.pl, 29.12.2016.

[3] „Bezwstydne oświadczenie” ws. Krymu. Ukraina potępia Trumpa, http://www.tvn24.pl, 1.08.2016.

[4] „Haley: Rosja musi zwrócić Krym Ukrainie”, http://www.niezalezna.pl, 3.02.2017.

[5] M. Szafrańska, „Biały Dom zmienia ton w sprawie Rosji. Krym ma wrócić do Ukrainy”, http://www.money.pl, 15.02.2017.

[6] M. Orłowski, R. Seraficki, „Michael Flynn, doradca Trumpa, podał się do dymisji. Kłamał w sprawie kontaktów z Rosją”, http://www.wyborcza.pl, 14.02.2017.

[7] „McCain: Wojska USA powinny stacjonować w Estonii na stałe”, http://www.dorzeczy.pl, 27.12.2016.

[8] „Izraelskie samoloty ostrzelano z terytorium Syrii”, http://www.pl.sputniknews.com, 17.03.2017.

[9] „Zestrzelony izraelski samolot kierował się w stronę Pamiry”, http://www.pl.sputniknews.com, 17.03.2017.

[10] „Izrael grozi unicestwieniem syryjskiej obrony przeciwlotniczej”, http://www.defence24.pl, 20.03.2017.

[11] „Kto odpowie za atak chemiczny w Syrii?”, http://www.pl.sputniknews.com, 5.04.2017.

[12] „Turcja wzywa do interwencji w Syrii”, http://www.nowe.kresy.pl, 11.04.2017.

[13] „Syria: pro-rebeliancki reporter informował o użyciu gazu bojowego na dzień przed atakiem”, http://www.kresy.pl, 6.04.2017.

[14] „Aktywistów „Białych Hełmów” przyłapano na montowaniu fałszywych nagrań o Syrii”, http://www.pl.sputniknews.com, 10.04.2017; E. Rodriges, „Kulisy prowokacji w Chan Szajchun”, http://www.xportal.pl, 12.04.2017.

[15] Trump: „Coś powinno się stać” z syryjskim prezydentem, http://www.gazetaprawna.pl, 6.04.2017.

[16] „USA grożą kolejnymi atakami w Syrii. Rosjanie wysyłają fregatę rakietową”, http://www.wyborcza.pl, 7.04.2017; „Trump zastanawia się nad wprowadzeniem sankcji przeciwko Rosji”, http://www.pl.sputniknews.com, 9.04.2017.

[17] „Tillerson proponuje Rosji wybór: USA lub Asad”, http://www.pl.sputniknews.com, 11.04.2017.

[18] T. Matuszkiewicz, „Powrót Waszyngtonu do neokonserwatyzmu?”, http://www.konserwatyzm.pl, 8.04.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 kwietnia 2017 r.

Kto podjudza polskich rusofobów?

Koncepcja Intermarium (Międzymorza) została wysunięta przez Piłsudskiego podczas pierwszej wojny światowej i zakładała stworzenie po pokonaniu Rosji przez państwa centralne (Niemcy i Austro-Węgry) federacji obejmującej terytorium dawnej I Rzeczypospolitej w granicach z 1772 roku, której kluczowym elementem miała być Polska. Koncepcja ta już wtedy dziwnie korespondowała z powstałymi w tym samym czasie niemieckimi koncepcjami Mitteleuropy i wielkiego obszaru gospodarczego (Grosswirtschaftsraum), które przewidywały utworzenie na obszarach odebranych Rosji szeregu państw pozornie niepodległych, a faktycznie niemieckich protektoratów, których gospodarki pełniłyby rolę uzupełniającą wobec gospodarki niemieckiej (byłyby pozbawione nowoczesnego przemysłu ciężkiego oraz dostarczałyby gospodarce niemieckiej półproduktów i płodów rolnych). W przeciwieństwie do koncepcji Międzymorza koncepcja Mitteleuropy zakładała, że kluczowym państwem-protektoratem tak zorganizowanej niemieckiej strefy wpływów będzie nie Polska – która terytorialnie miała być mniejsza od utworzonego w 1815 roku Królestwa Polskiego – ale Ukraina – która miała obejmować terytoria od Chełmszczyzny po Kubań. To miał być główny spichlerz Rzeszy i najważniejszy protektorat niemiecki na Wschodzie.

Tak pojętą koncepcję Mitteleuropy Niemcy zrealizowały na drodze traktatu brzeskiego z 3 marca 1918 roku, w którym państwa centralne wymusiły na Rosji Radzieckiej oddanie pod ich kontrolę obszaru od Finlandii po Morze Czarne. Warto przypomnieć, że do rokowań pokojowych w Brześciu dopuszczono proklamowaną z inspiracji niemieckiej 25 stycznia 1918 roku Ukraińską Republikę Ludową, z którą Rosja Radziecka podpisała odrębny traktat pokojowy. Nie zaproszono natomiast do Brześcia delegacji Królestwa Polskiego, które w przeciwieństwie do Ukrainy nie było uważane przez Niemcy i Austro-Węgry za protektorat, ale za terytorium przez nich okupowane.

Osiem miesięcy później państwa centralne poniosły jednak klęskę na froncie zachodnim. W jej rezultacie Austro-Węgry całkowicie zniknęły z mapy Europy, a Niemcy – w których upadło cesarstwo i wybuchła rewolucja – musiały się zgodzić na redukujący ich terytorium i znaczenie polityczne traktat wersalski. Koncepcja Mitteleuropy nie odeszła jednak do lamusa. Polityka niemiecka powróciła do niej po 1989 roku, kiedy dzięki zakończeniu „zimnej wojny” i aneksji NRD przez RFN – błędnie nazywanej zjednoczeniem Niemiec – Berlin uzyskał za zgodą USA (wypowiedź Clintona z 1997 roku o wzięciu odpowiedzialności za Europę przez Niemcy) swobodę manewru politycznego w Europie.

Realizując współczesną koncepcję Mitteleuropy Niemcy powiązały ją ze strategicznymi celami polityki amerykańskiej wobec byłych państw socjalistycznych oraz państw obszaru poradzieckiego. Rozbicie i zniszczenie Jugosławii, transformacja ustrojowa byłych państw socjalistycznych, w wyniku której przede wszystkim w Polsce doprowadzono do deindustrializacji i powstania gospodarki uzupełniającej gospodarkę niemiecką w myśl koncepcji Grosswirtschaftsraum, włączenie do UE w latach 2004-2013 11 państw obszaru Międzymorza – które przeszły tak zaprojektowaną transformację – dalej przewroty polityczne na Ukrainie w 2004 i 2014 roku oraz kilkukrotne próby takich przewrotów na Białorusi i w Rosji – to wszystko są kolejne elementy realizacji przez Berlin współczesnego planu Mitteleuropy skorelowanego z geopolityką amerykańską. Tak samo jak 100 lat temu kluczowa jest w tym wszystkim rola Ukrainy, a nie Polski. Ukraina ma być zarówno najważniejszym ogniwem Grosswirtschaftsraum (głównie jako dostarczyciel taniej siły roboczej), jak i bazą eksportu „demokracji” do Rosji i pozostałych państw obszaru poradzieckiego.

Piłsudski próbował realizować koncepcję Międzymorza w latach 1919-1920, tocząc w tym celu wojnę z Rosją Radziecką. Według obowiązującej obecnie wersji historii á la IPN wojna ta była rezultatem „czerwonego marszu na Zachód”, który Trocki i Lenin mieli podjąć podobno już w listopadzie 1918 roku. W rzeczywistości jednak kampanie wojenne tak w 1919, jak i w 1920 roku zostały rozpoczęte przez Piłsudskiego w imię realizacji koncepcji Międzymorza. W świadomości historycznej Polaków funkcjonuje jedynie wiedza o wielkim z zwycięstwie z 1920 roku, kiedy Polska powstrzymała „najazd bolszewicki” (tzn. kontrofensywę Tuchaczewskiego) i miała podobno nawet ocalić Europę Zachodnią, chociaż armia Tuchaczewskiego była za słaba na podbój Zachodu ani nie stawiała sobie takiego celu. Nie funkcjonuje natomiast w świadomości historycznej Polaków wiedza o tym, że cel polityczny wojny z lat 1919-1920, jakim była federacja Międzymorza, nie tylko nie został przez Polskę osiągnięty – pomimo zwycięstwa nad armią Tuchaczewskiego – ale całkowicie pogrzebany w traktacie ryskim z 18 marca 1921 roku.

Dlaczego? Dlatego, że nacjonaliści ukraińscy i litewscy nie chcieli żadnej federacji z Polską. Zachodnioukraińska Republika Ludowa rozpoczęła wojnę z Polską o Lwów w listopadzie 1918 roku i zainicjowała – o czym mało kto pamięta – czystki etniczne na Polakach w Galicji Wschodniej, będące preludium ludobójstwa, które ćwierć wieku później stało się dziełem OUN-UPA. Wymuszony na Petlurze sojusz w 1920 roku był epizodem bez znaczenia, z którego obecnie próbuje się robić kamień węgielny Międzymorza, a który wtedy zakończył się dla Polski kompromitacją (wycofanie uznania Ukraińskiej Republiki Ludowej 12 października 1920 roku i internowanie wojskowych ukraińskich przez Polskę).

Mimo takiego biegu rzeczy koncepcja Międzymorza nie odeszła do lamusa. W okresie międzywojennym rozwijali ją prometeiści – już nie jako federację, ale wymierzony w ZSRR sojusz z nacjonalizmami wschodnioeuropejskimi – a w okresie „zimnej wojny” ośrodek paryskiej „Kultury”, który odegrał kluczową rolę w kształtowaniu polityki zagranicznej obozu solidarnościowego i postsolidarnościowego. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że prometeizm – mimo poparcia dla tego nurtu ze strony obozu piłsudczykowskiego – nie był tworem polskim. Ruch prometejski został zainicjowany przez Rząd Ukraińskiej Republiki Ludowej na Emigracji oraz emigracyjne rządy azerski, doński, kaukaski, krymski, ormiański i turkiestański. Podobnie koncepcje geopolityczne paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroycia były rozwijane pod wpływem emigracyjnego środowiska nacjonalistów ukraińskich skupionego w Antybolszewickim Bloku Narodów i kierowanego przez Jarosława Stećkę – hitlerowskiego kolaboranta i prowidnyka banderowskiej frakcji OUN na emigracji.

O ile zatem koncepcja Międzymorza z okresu pierwszej wojny światowej i wojny 1919-1920 była wytworem polskiej myśli politycznej i stanowiła próbę realizacji polityki polskiej – nie wnikając w tym momencie czy słusznej czy nie – to koncepcja Międzymorza rozwijana przez polskich prometeistów i paryską „Kulturę” wpisywała się już tylko w realizację obcych celów politycznych, które prometeiści i Giedroyć uważali za zbieżne z polską racją stanu albo po prostu tylko tak to przedstawiali propagandowo. Identycznie jest z polską polityką wschodnią po 1989 roku, której celem ma być oczywiście Międzymorze rozumiane jako blok państw pomiędzy Niemcami a Rosją pod przewodnictwem Polski. W rzeczywistości jest to utopia, ponieważ Polska jest państwem za słabym, żeby przewodzić takiemu blokowi i polskiego przewodnictwa nie oczekują oraz nie akceptują nie tylko Ukraina czy kraje Grupy Wyszehradzkiej, ale nawet Litwa i pozostałe państewka bałtyckie. Z państw tych Ukraina i Litwa prowadzą aktywną politykę depolonizacyjną wobec polskiej mniejszości narodowej, za każdym razem uderzają w polskie interesy gospodarcze, a od Polski oczekują jedynie jednostronnego wsparcia finansowego i wojskowego. Postsolidarnościowe siły polityczne realizują więc nie żadną koncepcję Międzymorza, ale niemieckie koncepcje Mitteleuropy i Grosswirtschaftsraum, amerykańskie koncepcje geopolityczne Heartlandu i Wielkiej Szachownicy oraz plany geopolityczne nacjonalistycznych środowisk ukraińskich zawarte w projekcie Unii Bałtycko-Czarnomorskiej, czyli takiej federacji Międzymorza, ale ze stolicą w Kijowie.

Elektorat PiS jest jednak utwierdzany w przekonaniu – głównie przez „Gazetę Polską” – że awanturnicza polityka polska na Wschodzie ma służyć właśnie budowaniu Międzymorza w myśl jego wersji piłsudczykowskiej względnie prometejskiej. Przypuszczam, że część drugiego, a nawet pierwszego garnituru politycznego PiS i PO może nawet naprawdę w to wierzyć, bo cóż potrafi lepiej połechtać ich próżnię – zwłaszcza intelektualną – jak nie wizja odbudowy I Rzeczypospolitej w ramach uwspółcześnionego mitu Międzymorza. W krzewieniu tego mitu „Gazeta Polska” wielokrotnie była trybuną George’a Friedmana – właściciela prywatnej agencji wywiadu Stratfor i reprezentanta najbardziej ekstremistycznego środowiska polityki amerykańskiej.

Ostatnio Friedman został nagłośniony przez portal onet.pl, któremu udzielił wywiadu[1]. Użył tam wprost określenia „Międzymorze”. Warto bliżej przyjrzeć się temu co powiedział, by zrozumieć źródła inspiracji myśli politycznej obozu postsolidarnościowego, a właściwie jej braku. Oto garść cytatów:

„Polska jest rosnącą potęgą. Macie zaufanych przyjaciół, jakimi są np. Stany Zjednoczone. Nie popełniajcie jednak błędu z 1938 roku, kiedy twierdziliście, że nie ma pośpiechu w konstruowaniu armii, bo Francuzi wam pomogą. Nawet teraz zanim w przypadku ewentualnego konfliktu przyszłaby pomoc, minęłyby miesiące”.

– „Drodzy Polacy, przestańcie myśleć, że kogokolwiek trzeba przekonywać do tego, żeby zwiększyli swoje nakłady na zbrojenia. Myślcie o sobie. Nikt o was nie zatroszczy się bardziej niż wy sami. Historia jest najlepszym tego dowodem”.

– „[W 2045 roku Polska] Będzie jednym z liderów Europy. Staniecie realnie na czele koalicji państw Europy Środkowo-Wschodniej, która będzie powstrzymywać Rosję. Polska mocarstwem regionalnym. To już się dzieje”.

– „Żyjemy w okresie zmierzchu Rosji, niepokojów w tym kraju, chociażby z powodu niskich cen ropy za baryłkę. Nie chodzi o okupację nowych terenów, ale budowę wpływów. Polska powinna kierować się na Wschód [podobnie uważał Adolf Hitler, który na przełomie 1938 i 1939 roku złożył władzom sanacyjnym określone propozycje w tej sprawie, idące jednak w kierunku przekształcenia Polski w państwo satelickie III Rzeszy – uwaga BP]”.

– „Polska może realnie myśleć o Międzymorzu – koncepcji strefy wpływów od Bałtyku aż po Morze Czarne. To koncepcja marszałka Józefa Piłsudskiego. Postulował on doprowadzenie do sojuszu państw Europy Środkowo-Wschodniej – obszaru między Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym [w rzeczywistości plan „Morza ABC”, czyli Adriatyku, Bałtyku i Morza Czarnego, to było Międzymorze w wersji prometeistów i Giedroycia; Piłsudskiemu chodziło tylko o dawne ziemie I Rzeczypospolitej – uwaga BP]. Moim zdaniem ta linia musi być podtrzymana. To Polska, Słowacja, Węgry, Rumunia i Bułgaria. To nie koalicja chętnych, ale przymierze zdolności i możliwości”.

– „Znajdując się między silniejszymi Rosją i Niemcami, Polska będzie miała szansę urosnąć na znaczeniu dzięki zasadzie „dwóch pięćdziesiątek”, czyli niemieckiemu eksportowi odpowiedzialnemu za 50 proc. PKB w RFN oraz 50 dolarów za baryłkę ropy. Spadek wartości eksportu, którego chiński rynek zbytu nie będzie mógł obsłużyć, będzie miał katastrofalne skutki dla niemieckiej gospodarki. W dłuższej perspektywie doprowadzi to do spadku pozycji Niemiec. Na takiej samej zasadzie zbyt niska cena ropy, w tym wypadku 50 dolarów za baryłkę, bardzo osłabi rosyjską gospodarkę bazującą na eksporcie zasobów energetycznych. W tym wypadku Polska wzmocni swoją pozycję, jeżeli będzie potrafiła zamanifestować swoją wartościowość [tak w oryg. – uwaga BP] jako wiarygodny partner Stanów Zjednoczonych, w kontekście osłabionej wiarygodności państw zachodu Europy. Wasz kraj może być liderem myślenia o przyszłym kształcie integracji europejskiej skupionej przede wszystkim na uwzględnianiu i realizowaniu interesów i celów państw członkowskich”.

Te cytaty wystarczająco dużo mówią o tym kto, jakimi hasłami i mirażami inspiruje nieodpowiedzialną politykę polską na Wschodzie. Nieodpowiedzialną z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że służy ona rozszerzaniu euroatlantyckiego obszaru geopolitycznego na Wschód, a tym samym pogłębianiu statusu Polski na tym obszarze, który socjologia definiuje mianem rozwoju zależnego. Po drugie dlatego, że polityka taka nieubłaganie prowadzi do konfrontacji z Rosją w sytuacji, gdy Rosja do takiej konfrontacji bezpośrednio nie zmierza.

A gdyby komuś było za mało to polecam publicystykę Klubu Jagiellońskiego i innych środowisk kontynuujących tradycje prometejskie, powiązanych z tymi kołami polityki amerykańskiej, które reprezentuje George Friedman i Stratfor. Na portalu jagiellonia.org możemy zapoznać się z jeszcze bardziej rozwiniętymi wizjami Friedmana i jego ludzi z kwietnia 2015 roku[2]. Dwuletnia perspektywa czasowa pozwala zrozumieć, że nic z tych prognoz się nie sprawdziło, że jest to szarlataneria polityczna tworzona tylko pod kątem podbechtywania Polaków przeciw Rosji. Oto cytaty:

„Prywatna agencja wywiadu Stratfor, nazywana „cieniem CIA”, opublikowała prognozę geopolityczną na najbliższą dekadę. Amerykańscy analitycy przewidują rozpad Federacji Rosyjskiej i wzmocnienie roli Polski w Europie”.

– „Jest mało prawdopodobne, że Federacja Rosyjska przetrwa w obecnej formie − wieszczą eksperci Stratforu”.

– „Rosja nie będzie w stanie utrzymać „narodowej infrastruktury”, zwłaszcza na peryferiach. To wszystko doprowadzi ją do powtórki z historii”.

– „FSB, której przywódcy zaangażowani są w gospodarkę, straci kontrolę nad tym, co się dzieje w kraju, nie będzie w stanie powstrzymać sił odśrodkowych, odpychających regiony w różne od Moskwy strony”.

– „Możliwość dalszej kontroli przez Rosję Kaukazu Północnego będzie się zmniejszała, w Azji Środkowej nastąpi destabilizacja. Republika Karelii zapragnie powrotu do Finlandii. Nadmorskie regiony na Dalekim Wschodzie, bardziej związane z Chinami, Japonią i USA niż z Moskwą, wybiją się na niepodległość. Inne regiony niekoniecznie będą poszukiwały autonomii, lecz będzie im ona narzucana”.

– „Jednocześnie wzmocni się pozycja Polski, dla której analitycy przewidują rolę lidera co najmniej Europy Środkowo-Wschodniej, w miejsce Niemiec. Stanie się to dzięki z jednej strony stabilnemu wzrostowi gospodarczemu i mniejszemu niż w innych krajach europejskich spadkowi demograficznemu w Polsce, z drugiej zaś spowolnieniu gospodarczemu RFN”.

– „Wzrosną także polskie wpływy na Ukrainie i Białorusi. Na wzrost znaczenia Warszawy w polityce międzynarodowej wpłynie też sojusz ze Stanami Zjednoczonymi. Polska stanie na czele antyrosyjskiej koalicji, która będzie jedną z dominujących geopolitycznych sił w Europie. Poza Ukrainą i Białorusią dołączą do niej inne państwa wschodnie”.

– „W pierwszej połowie tej dekady (do roku 2020 – red.) Polska zostanie liderem antyrosyjskiej koalicji, do której, co ważne, należeć będzie też Rumunia (…). W drugiej połowie dekady ten związek będzie odgrywał ważną rolę w zmianie rosyjskich granic i odzyskaniu utraconych terenów za pomocą środków formalnych i nieformalnych. Po osłabieniu Moskwy ten sojusz będzie wywierał dominujący wpływ nie tylko na Białoruś i Ukrainę, lecz także ruszy dalej na wschód, co przyczyni się do dalszego wzmocnienia Polski i jej sojuszników” – zapowiadają analitycy agencji”.

– „Utrata zdolności Mokwy do wsparcia i zarządzania krajem wytworzy próżnię. „To, co będzie w tej próżni istniało, to będą już oddzielne fragmenty Federacji Rosyjskiej” – przewidują analitycy, a wtedy Polska, Węgry i Rumunia zażądają odzyskania terenów, które swego czasu oddały Rosjanom”.

Z tych analiz Stratforu wynika jakie są zamiary tzw. neokonserwatystów amerykańskich wobec Rosji oraz jaką rolę przewidzieli w realizacji swoich planów dla Polski. Rolę zapałki wzniecającej pożar. Taką też rolę pełni polska polityka na Wschodzie co najmniej od pierwszego Majdanu w 2004 roku. Z przytoczonych cytatów wynika też jasne przesłanie dla nieodpowiedzialnych sił politycznych w Polsce: nie bójcie się Rosji, Rosja to kolos na glinianych nogach, który się rozpadnie, Niemcy zbankrutują, a Polska będzie europejskim mocarstwem. Więc śmiało – hajda na koń, szable w dłoń, bolszewika goń itd.

A gdyby jeszcze komuś było mało to polecam Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego – czołową postać współczesnego prometeizmu, mającą znaczący wpływ na politykę zagraniczną rządu PiS. W wywiadzie udzielonym tuż po ataku terrorystycznym na polski konsulat w Łucku Żurawski vel Grajewski zaczyna tradycyjnie od straszenia Rosją, bo czymże innym można lepiej Polaków – wychowywanych od 200 lat na tradycji romantycznej – postraszyć?

Dowiadujemy się zatem, że „w żywotnym, wręcz egzystencjalnym interesie Polski jest niedopuszczenie do odtworzenia rosyjskiego imperium w jego postimperialnej przestrzeni, bez względu na to, czy będzie to odrodzenie pod jedno-, czy trójkolorową flagą”. Zdaniem Żurawskiego vel Grajewskiego „po raz pierwszy od ponad 350 lat, od czasu ugody perejesławskiej (z krótką przerwą w latach 1917–1921), Ukraina funkcjonuje jako pełnoprawny, samodzielny byt państwowy dysponujący własnymi siłami zbrojnymi. Siłami, które dzisiaj walczą na Donbasie [jest to teza cyniczna i fałszywa; Ukraina była samodzielnym bytem państwowym od uzyskania niepodległości w 1991 roku, dzięki przewrotowi z 2014 roku samodzielnym bytem państwowym być przestała – uwaga BP]. Geopolityczna i jak najbardziej militarna gra już się toczy. W naszym interesie leży zwycięstwo Kijowa (…). Projekt Trójmorza jest atrakcyjny dla takich państw jak Rumunia, Chorwacja, kraje bałtyckie, Ukraina – nie musimy ograniczać się tylko do obecnego składu Grupy Wyszehradzkiej. Siłą tej koncepcji jest jej wielowymiarowość i poręczność w modyfikacji zgodnie ze zmieniającymi się warunkami i potrzebami natury geopolitycznej [potrzebami polityki amerykańskiej, czego Żurawski vel Grajewski nie dodał – uwaga BP]. (…) w interesie Polski leży, by wojsko ukraińskie w wypadku intensyfikacji działań zbrojnych Rosji na Ukrainie było w stanie skutecznie się im przeciwstawić i zadać agresorowi możliwe najwyższe straty. Jeśli możemy wesprzeć Kijów w osiągnięciu tego celu bez uszczerbku dla własnych zdolności bojowych, powinniśmy to uczynić”[3].

A zatem Żurawski vel Grajewski – podobnie jak Jerzy Targalski – wyraża niezadowolenie, że Polska jeszcze nie walczy na wschodzie Ukrainy, bynajmniej nie w rzekomej wojnie z Rosją, ale w wojnie domowej będącej rezultatem inspirowanego z zewnątrz przewrotu politycznego z 2014 roku.

Poziom intelektualny i moralny polskich uczniów George’a Friedmana pokazał Tomasz Sakiewicz w czasie manifestacji Klubów „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji w Warszawie 9 kwietnia 2017 roku. Oto najlepszy fragment jego przemówienia: „Dlaczego tu jesteśmy? Bo chcemy, żeby Putin i władze Rosji oddały wszystkie dowody zbrodni, pozwoliły na przesłuchanie świadków. A kiedy tak się stanie, chcemy, aby odpowiedzialni znaleźli się w więzieniu. Wczoraj jeszcze nam mówiono: Kto się przeciwstawi Rosji? Te 59 pocisków Tomahawk, które trafiło w syryjsko-rosyjską bazę pokazuje, że są ludzie na świecie, którzy nie boją się przeciwstawić Kremlowi. Polska armia się dziś rozbudowuje. Mamy dziś dużo większą, dużo lepiej wyposażoną armię. Widzimy też, że Ukraińcy stawiają dużo bardziej skuteczny opór. Rosjanie nie są w stanie zająć całej Ukrainy tylko dlatego, że dzisiaj Ukraińcy po prostu się bronią. Rosjanie nie są tacy silni, na jakich wyglądają. Są silni naszą słabością i swoją bezczelnością. Dlatego musimy twardo stawiać warunki. I zobaczycie, że tu wróci nie tylko wrak, ale też będzie tu Putin w kajdankach, który będzie musiał odpowiedzieć za to, co zrobił w Smoleńsku”[4].

Sakiewicz zatem otwarcie wezwał Polskę do wojny z Rosją. To jego podżeganie („Rosjanie nie są tacy silni, na jakich wyglądają”) jakoś dziwnie wychodzi naprzeciw oczekiwaniom najbardziej skrajnych sił na Ukrainie, sformułowanym pod koniec lutego br. w ofercie ukraińsko-polskiego sojuszu wojskowego, z jaką wystąpili deputowani ukraińscy Wiktor Romaniuk i Hanna Hopko[5]. Przypominam, że Sakiewicz został 11 listopada 2014 roku uhonorowany odznaczeniem przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy. Nie można też nie zauważyć, że liczny udział w manifestacji Klubów „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji wzięli Ukraińcy pod swoją flagą.

Źródłem inspirującym irracjonalną politykę wschodnią III RP są najbardziej ekstremalne siły polityczne w USA, dążące do globalnej dominacji tego mocarstwa, realizowanej nierzadko bezwzględnymi środkami. Owa „partia wojny” w USA jest wzorcem dla opcji proamerykańskiej, a właściwie agentury politycznej Waszyngtonu w Polsce, która stamtąd właśnie czerpie swoją demagogię i frazeologię, uzasadniając nią fałszywe przesłanki stawianych tez i cyniczne cele. Nie wolno też zapominać o ekstremalnych siłach na Ukrainie i związanej z nimi ukraińskiej agenturze wpływu w Polsce. Niestety po nowej administracji Białego Domu nie należy się spodziewać radyklanego uwolnienia polityki amerykańskiej od wpływu sił skrajnych. Już dzisiaj widać, że Donald Trump przegrywa w starciu z tamtejszą „partią wojny”.

Blisko 90 lat temu Roman Dmowski przestrzegał protoplastów obecnego obozu władzy przed udziałem w wyprawie komiwojażera (Zachodu) na Rosję. Dzisiaj chętnych do wzięcia udziału w wyprawie komiwojażera w Polsce nie brakuje. Jest to o tyle zdumiewające, że przecież muszą być oni świadomi, iż ewentualna konfrontacja militarna USA i Rosji rozegra się na terytorium Polski i Ukrainy, ponieważ mocarstwa te nie mają w Europie innego teatru wojny. A jeśli tak, to muszą być też świadomi, że chcą katastrofy dla swojego kraju. Nie mam wątpliwości, że polscy wspólnicy komiwojażera nie cofną się przed żadnym szaleństwem i dlatego naiwni zwolennicy obozu rządzącego nadal będą karmieni mirażem Międzymorza, o które ma toczyć się gra na Wielkiej Szachownicy. Do ostatniego Polaka, jak trzeba.

[1] „Polska regionalnym mocarstwem? George Friedman: nie popełnijcie jednego błędu”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 2.04.2017.

[2] „Stratfor: Rosję czeka upadek, Polskę rozkwit”, http://www.jagiellonia.org, 15.04.2015.

[3] „Żurawski vel Grajewski: nie chowajmy Giedroycia do szafy”, http://www.jagiellonski24.pl, 30.03.2017.

[4] Tomasz Sakiewicz: „Tu wróci nie tylko wrak, ale też będzie tu Putin w kajdankach”, http://www.niezalezna.pl, 9.04.2017.

[5] W. Romaniuk, H. Hopko, „Sojusz obronny z Ukrainą”, portal internetowy dziennika „Rzeczpospolita”, http://www.rp.pl, 27.02.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 kwietnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 17-18 (2133/34), 23-30.04.2017, s. 16-17

Trump „skorygowany”

W przeciwieństwie do nielicznych w Polsce środowisk realizmu politycznego – wiążących z osobą Donalda Trumpa ogromne nadzieje na odprężenie w stosunkach międzynarodowych i powstanie świata wielobiegunowego, a co za tym idzie również zmianę samobójczej polityki Warszawy wobec Rosji – ja od początku byłem sceptyczny. Mój sceptycyzm stał się jeszcze większy, kiedy kilka dni po wyborze Trumpa na prezydenta USA pani Madeleine Albright zapowiedziała „skorygowanie” jego „pozycji”. „Korygowanie” Trumpa przybrało na sile po objęciu przez niego władzy w styczniu 2017 roku. Najpierw – po histerycznej kampanii z ujawnieniem rzekomej ingerencji Rosji w amerykańskie wybory – z jego otoczenia zniknęli wszyscy doradcy i współpracownicy, którzy mieli być twarzą zapowiadanego odprężenia z Rosją. Potem była jednoznaczna deklaracja w sprawie Krymu, w której sformułowano żądanie oddania Ukrainie Półwyspu przez Rosję. Następnie administracja Trumpa posunęła się tak daleko jak nie posunęły się nawet administracje Busha-juniora i Obamy.

Po prowokacjach w Palmirze (atak lotnictwa izraelskiego na pozycje syryjskie) i Chan Szejkun (zbrodnia wojenna z użyciem gazu bojowego, przypisana przez USA armii syryjskiej), w nocy z 6 na 7 kwietnia marynarka wojenna USA zbombardowała rakietami Tomahawk syryjskie lotnisko Shayrat, co spowodowało po stronie syryjskiej poważne straty w sprzęcie lotniczym i ludziach. Amerykański atak na Syrię natychmiast poparły Turcja, Izrael i Arabia Saudyjska – a więc główni, dotąd pierwszoplanowi, aktorzy dramatu syryjskiego. „Skorygowanie” pozycji Trumpa mnie nie dziwi. Biorąc pod uwagę jego skrajnie filosemickie i proizraelskie deklaracje z okresu kampanii wyborczej – składane zarówno przed największymi organizacjami żydowskimi w USA (w tym AIPAC), jak i wobec władz Izraela – miałem od początku wątpliwości co do realizacji programu wyborczego Trumpa. Te wątpliwości były właśnie przyczyną mojego sceptycyzmu odnośnie zapowiadanej przez Trumpa rewizji dotychczasowej – dyktowanej Białemu Domowi przez neokonserwatystów – agresywnej polityki zagranicznej USA.

Od co najmniej lat 80. XX wieku o polityce zagranicznej, a nawet wewnętrznej USA nie decyduje wola takiego czy innego prezydenta, czy jednej z dwóch partii reprezentowanych w Kongresie. Decydują AIPAC (The American Israel Public Affairs Committee) i neokonserwatyści oraz pośrednio Izrael. Wszystkie „wojny o demokrację” i „kolorowe rewolucje” ostatniego ćwierćwiecza były podejmowane przez USA z inspiracji lobby proizraelskiego w USA i przeważnie w interesie Izraela. Nie inaczej jest z „wojną domową” w Syrii, w której Izrael formalnie nie bierze udziału, ale której jednym z najważniejszych, rzeczywistych celów – o czym wszyscy wiedzą, ale głośno o tym nie mówią – jest stworzenie Wielkiego Izraela od Morza Śródziemnego po Eufrat i Tygrys. Fakt, że Trump posunął się w tej sprawie znacznie dalej niż ośmieliła się to zrobić administracja Busha-juniora i Obamy świadczy tylko o tym, iż zapowiedziany w listopadzie 2016 roku przez Madeleine Albright proces jego „korygowania” zakończył się pełnym sukcesem.

Z tym co napisałem na temat rzeczywistego celu „wojny domowej” w Syrii jest zbieżne to, co na ten temat powiedział prezydent Baszszar al-Asad, komentując atak USA na Syrię[1].

[1] A. Wiejak, „Assad: Rozlew krwi w Syrii ma zabezpieczyć interesy Izraela i jego partnerów”, http://www.prawy.pl, 6.04.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 kwietnia 2017 r.

http://www.mysl-polska.pl/1207

Klęska Zachodu w Syrii

Wyzwolenie wschodniego Aleppo przez wojska wierne prezydentowi Baszszarowi al-Asadowi w połowie grudnia 2016 roku spowodowało przełom w wojnie syryjskiej. Nie piszę w „wojnie domowej”, ponieważ nie była to i nie jest żadna wojna domowa. Od 2011 roku mamy do czynienia z agresją zewnętrzną na ten kraj. Agresorami są mocarstwa zachodnie z USA na czele, wspierane w różnych okresach czasu przez Turcję, Arabię Saudyjską i Katar. Narzędziem agresji są natomiast dżihadyści, z których niemała część pochodzi spoza Syrii. Mamy zatem do czynienia z wojną, która do złudzenia przypomina tzw. wojnę domową w Hiszpanii (1936-1939), gdzie faktycznie walczyły między sobą Niemcy hitlerowskie i ZSRR, chociaż formalnie nie były wtedy w stanie wojny. Tak jak Hiszpania w latach 30. XX wieku stała się polem konfrontacji sił zewnętrznych, tak Syria w drugiej dekadzie XXI wieku stała się polem konfrontacji świata euro-atlantyckiego – dążącego do dominacji globalnej pod hasłami demokracji, wolnego rynku i praw człowieka – oraz Rosji, która zajęła stanowisko obrońcy suwerenności krajów zagrożonych globalizmem euro-atlantyckim.

Przełom spowodowany zdobyciem przez wojska rządowe największego miasta Syrii jest oczywisty i nie przesłoni go bolesna porażka, jakiej w tym samym czasie doznały siły prezydenta al-Aasada tracąc Palmyrę na rzecz dżihadystów z tzw. Państwa Islamskiego[1]. 29 grudnia 2016 roku Rosja ogłosiła, że zawarte zostało porozumienie o zawieszeniu broni pomiędzy legalnymi władzami syryjskimi a siedmioma ugrupowaniami tzw. umiarkowanej opozycji syryjskiej, liczącymi w sumie 62 tys. uzbrojonych ludzi[2]. Porozumienie weszło w życie 31 grudnia 2016 roku, a jego stronami są rząd Syryjskiej Republiki Arabskiej oraz następujące ugrupowania rebelianckie: Fajlakk asz-Szam, Ahrar asz-Szam, Dżajsz al-Islam, Suvar agi-Szam, Dżajsz al-Mudżahedin, Dżajsz Idlib oraz Dżabhat asz-Szamija. Strony porozumienia podpisały trzy dokumenty: o zawieszeniu broni na całym terytorium Syrii z dniem 29 grudnia 2016 roku, o działaniach mających na celu poszanowanie rozejmu i rozmieszczeniu wojsk rosyjskich w celu kontroli przestrzegania zawieszenia broni oraz oświadczenie o rozpoczęciu rozmów pokojowych w Astanie[3].

Porozumienie o wprowadzeniu rozejmu w Syrii zostało wypracowane dzięki współpracy Rosji, Turcji i Iranu, co bynajmniej nie oznacza podziału Syrii na strefy wpływów tych państw[4]. Jakiegokolwiek udziału w wypracowaniu porozumienia nie wzięły natomiast Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja oraz Unia Europejska. Amerykańska stacja telewizyjna CNN zauważyła w związku z tym, że Rosja i Turcja po prostu wyparły politycznie USA z Syrii. Natomiast stacja ABC News uznała, że mamy do czynienia ze wzrostem potęgi Rosji i słabnącymi pływami Waszyngtonu w świecie[5]. Droga do zawarcia pokoju jest jeszcze długa, o czym świadczą naruszenia rozejmu, które miały miejsce wkrótce po jego wejściu w życie[6]. Najprawdopodobniej jednak pokój w Syrii prędzej czy później zostanie osiągnięty. Zostały bowiem spełnione ku temu dwie przesłanki. Pierwszą jest wyłączenie z procesu dyplomatycznego bloku euro-atlantyckiego. Drugą natomiast rozbicie jedności dżihadystów, którzy zostali podzieleni na dwie wyraźne części: siedem ugrupowań popierających rozejm oraz dwie formacje, które go nie podpisały i które mniej lub bardziej jawnie realizują cele bloku euro-atlantyckiego. Te dwie formacje to Al-Kaida – występująca w Syrii pod nazwą Dżabhat an-Nusra, a obecnie Dżabhat Fath asz-Szam (Front Podboju Lewantu) – i tzw. Państwo Islamskie.

Na uwagę zasługuje fakt, że sygnatariuszem porozumienia o rozejmie w Syrii jest – wraz z Rosją i Iranem – Turcja, a więc formalnie członek NATO i sojusznik USA oraz uczestnik syryjskiej „wojny domowej”, wspierający „umiarkowaną opozycję” (owe siedem ugrupowań, które zawarły rozejm z al-Asadem). Ankara porzuciła w ten sposób ambicje, żeby stać się liderem świata sunnickiego i zdystansowała się od USA. Proces oziębiania stosunków na linii Ankara-Waszyngton rozpoczął się w maju 2013 roku, kiedy CIA po raz pierwszy podjęła próbę zorganizowania w Turcji „kolorowej rewolucji” w celu odsunięcia od władzy prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana. Ostatecznie proces ten przybrał na sile po nieudanej próbie puczu wojskowego w połowie lipca 2016 roku, który był nieoficjalnie inspirowany przez USA. Erdogan ma obecnie trzech przeciwników: USA i ich tureckich sprzymierzeńców z ruchu islamisty Fethullaha Güllena, kurdyjski ruch niepodległościowy z Partią Pracujących Kurdystanu na czele (sojusznicy prezydenta al-Asada) oraz sunnickich dżihadystów z tzw. Państwa Islamskiego. W tej sytuacji zbliżenie polityczne z Rosją było dla Erdogana jedynym realnym wyborem[7].

Rozejm w Syrii negocjowano przez dwa miesiące, a więc negocjacje rozpoczęto jeszcze przed syryjsko-rosyjską ofensywą na Aleppo. Na początku grudnia 2016 roku Katar wycofał się z wojny przeciw administracji prezydenta al-Asada w Syrii. Jednocześnie stał się udziałowcem Rosnieftu – jednego z największych koncernów petrochemicznych na świecie – i w tym należy upatrywać zmiany jego linii politycznej wobec Rosji i Syrii. Zabójstwo rosyjskiego ambasadora w Turcji Andrieja Karłowa 19 grudnia 2016 roku oraz bombardowanie rosyjskiej ambasady w Damaszku 28 i 29 grudnia 2016 roku były działaniami mającymi na celu storpedowanie rozejmu i rozerwanie sojuszu rosyjsko-tureckiego. Działaniami podjętymi niewątpliwie przez służby specjalne obozu euro-atlantyckiego. Nie można wykluczyć, że rezultatem tych działań mogła być też katastrofa samolotu rosyjskiego ministerstwa obrony pod Soczi 25 grudnia 2016 roku, w której zginął prawie cały Chór Aleksandrowa, chociaż władze rosyjskie oficjalnie wykluczyły zamach terrorystyczny.

Interesujące spojrzenie na okoliczności zawarcia rozejmu w Syrii – a więc klęski bloku euro-atlantyckiego – dał Thierry Meyssan, francuski niezależny publicysta, który ma znaczące zasługi dla naświetlenia rzeczywistych przyczyn i prawdziwego oblicza wojny przeciw Syrii. Pozwolę sobie zacytować obszerny fragment jego analizy:

„Moskwie udało się wyłączyć Katar i sprawić, że teraz jest on sojusznikiem. Miało to jednak swoją cenę. Zmiana postawy Kataru została przypieczętowana przez sprzedaż Katarowi przez Moskwę jednej piątej kapitału Rosnieftu, na początku grudnia, w Doha (…). Poprzez realizację tej transakcji, rzekomo w celu uporania się z deficytem budżetowym Rosji, Igor Sieczin i Władimir Putin nierozerwalnie zjednoczyli energie polityczne dwóch największych eksporterów gazu na świecie. De facto, Katar opuścił dżihadystów, choć od maja ubiegłego roku, emir utrzymuje swe stałe biuro w siedzibie NATO w Brukseli. Druga rewolucja nastąpiła w Turcji. Choć jako państwo pozostaje ona członkiem NATO, jej prezydent Recep Tayyip Erdogan stał się osobistym wrogiem Waszyngtonu. Od czasu wyborów powszechnych, Moskwa wspiera Erdogana w celu przerwania więzi między Turcją i Stanami Zjednoczonymi. Mimo, że jest to skomplikowany manewr, który może zająć trochę czasu, to Tel-Awiw wpadł w panikę i nakazał zamordowanie ambasadora Andrieja Karłowa w Ankarze – morderstwa, które zostało należycie potwierdzone i uczczone przez żydowską New York Daily News, czwartą co do wielkości gazetę w Stanach Zjednoczonych i trybunę najtwardszych syjonistycznych lobbystów (…). Pochwycenie zagranicznych funkcjonariuszy w bunkrze NATO we wschodnim Aleppo ilustruje ewolucję konfliktu. Schwytani tam mężczyźni to głównie Brytyjczycy, Amerykanie, Francuzi, Saudyjczycy i Turcy. Podając publicznie na forum ONZ niepełną listę ich 14 nazwisk, syryjski ambasador Baszar Dżafari uczynił NATO wprost odpowiedzialnym za ich obecność w Aleppo”[8].

Na naszych oczach zachodzą doniosłe zmiany geopolityczne. Zmiany, na które polskie podwórko polityczno-medialne nie tylko nie jest przygotowane, ale na temat których nie ma też nic ciekawego do powiedzenia. Dowodem tego jest chociażby nagłośniony przez „Gazetę Wyborczą” tzw. marsz solidarności z Berlina do Aleppo, którego organizatorką jest była dziennikarka „Wyborczej” Anna Alboth[9]. Z kim tak naprawdę wyrażają solidarność organizatorzy tego marszu? Z ofiarami wojny czy z pokonanymi dżihadystami? Po wyzwoleniu wschodniego Aleppo odkryto tam masowe groby z ciałami cywilów, którzy byli poddawani brutalnym torturom[10]. Tak wyglądały rządy wspieranej przez Zachód „demokratycznej opozycji”. Wtedy jednakże dziennikarka „Wyborczej” żadnych marszów solidarności do Aleppo nie urządzała. Niestety państwo należące do peryferii świata euro-atlantyckiego nie ma wiele do powiedzenia w polityce międzynarodowej, a jego establishment medialno-polityczny odgrywa jedynie teatralne role według scenariusza napisanego mu przez ośrodki globalistyczne. Zwykle są to role komiczne.

Wojna przeciw Syrii kosztowała dotąd życie około 300 tysięcy Syryjczyków, a około 4 miliony z nich zmusiła do ucieczki lub emigracji. Była to wojna zaplanowana i prowadzona przez służby specjalne USA, Wielkiej Brytanii, Francji i Izraela za pośrednictwem muzułmańskich ekstremistów i najemników, a finansowana przez sunnickie monarchie znad Zatoki Perskiej i do pewnego momentu także Turcję. Wojna, która w zamiarach jej sprawców miała być wstępem do wojny światowej z Rosją i której odpryskiem był krwawy przewrót polityczny na Ukrainie w 2014 roku, a następnie wojna w Donbasie. Blok euro-atlantycki poniósł jednak w niej klęskę i klęska ta być może będzie punktem zwrotnym w historii współczesnej – początkiem końca globalizmu. Taką przynajmniej mam nadzieję.

[1] K. K. Podgórski, „Klęska wojsk syryjskich, terroryści znów zdobyli starożytne miasto Palmira”, http://www.trybuna.eu, 25.12.2016.

[2] „Włodzimierz Putin ogłosił powszechne zawieszenie broni w Syrii”, http://www.voltairenet.org, 29.12.2016.

[3] „Rozejm w Syrii”, http://www.voltairenet.org, 31.12.2016.

[4] „Nigdy nie zgodzimy się na podział Syrii”, http://www.pl.sputniknews.com, 29.12.2016.

[5] „Pierwszy dzień rozejmu w Syrii i gorzkie rozczarowanie USA”, http://www.pl.sputniknews.com, 30.12.2016.

[6] „Rozejm w Syrii zagrożony. Po niecałych dwóch godzinach doszło do krwawych starć”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 30.12.2016; „W Latakii doszło do wybuchu”, http://www.pl.sputniknews.com, 5.01.2017.

[7] T. Meyssan, „Turecka wolta”, http://www.voltairenet.org, 3.01.2017.

[8] T. Meyssan, „Idlib i Aleppo”, http://www.voltairenet.org, 31.12.2016.

[9] „Ruszył marsz z Berlina do Aleppo. Ma przejść trasę, którą pokonują uchodźcy z Syrii. Organizatorką jest Polka”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 26.12.2016.

[10] M. Wojnarowska, „Masowe groby z ciałami cywilów odkryte w okolicach Aleppo w Syrii”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 27.12.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 11 stycznia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 3-4 (2119/20), 15-22.01.2017, s. 8

U progu świata wielobiegunowego

„Nie tylko Donald Trump może uznać drugi tydzień listopada za wyjątkowo udany. Władimir Putin także ma powody do zadowolenia. Zaledwie kilka dni po głosowaniu w USA nowych liderów zyskały: Bułgaria, Mołdawia i Estonia. Wszystkich łączy silna więź z Rosją oraz poglądy antyeuropejskie (…). W styczniu odbędą się wybory prezydenckie we Francji, gdzie obecnie faworytką jest prorosyjska Marine Le Pen z Frontu Narodowego. Na przełomie 2016 i 2017 rozpoczną się kampanie przed wyborami parlamentarnymi w Holandii. Tam także za faworyta uważa się Geerta Wildersa, znanego z ksenofobicznych wypowiedzi i prorosyjskich sympatii. Natomiast w Austrii 4 grudnia odbędzie się przełożona powtórka II tury wyborów prezydenckich, których wynik również może zbliżyć Unię Europejską do Putina. Pierwsza tura austriackich wyborów zakończyła się zwycięstwem Norberta Hofera z prawicowo-populistycznej Austriackiej Partii Wolności, który otwarcie mówi o swoim poparciu dla Putina” – donosiła alarmującym głosem „Gazeta Wyborcza” niespełna tydzień po zwycięstwie wyborczym Donalda Trumpa[1].

Kolejny tydzień przyniósł jeszcze smutniejsze wieści z punktu widzenia „Gazety Wyborczej”. Oto bowiem kontrkandydatem „prorosyjskiej” Marine Le Pen nie będzie zbrodniarz wojenny Nicolas Sarkozy, ale prawdopodobnie równie co ona „prorosyjski” François Fillon. On to bowiem wygrał z druzgocącą przewagą pierwszą fazę walki o nominację na kandydata w wyborach prezydenckich we Francji ze strony partii Republikanie (dawna Unia na rzecz Ruchu Ludowego). „Gazeta Wyborcza” jeszcze się pociesza, że może jednak nominację francuskich Republikanów otrzyma bliski współpracownik Sarkozy’ego Alain Juppé, który „byłby lepszy z punktu widzenia interesów Polski”. Dlaczego Fillon byłby gorszy, „Wyborcza” wyjaśnia tak: „Fillon nie ukrywa swoich sympatii do Rosji i osobiście do Władimira Putina. Może świetnie dogadywać się z Moskwą. Ewentualna druga tura wyborów prezydenckich w maju między Fillonem a Marine Le Pen byłaby wyścigiem dwojga kandydatów prorosyjskich”[2].

To rzeczywiście duże zmartwienie dla neoliberalnej frakcji obozu polskiej rusofobii, którego organem medialnym jest „Gazeta Wyborcza”. Do tego trzeba jeszcze dodać, że w Czechach, na Słowacji i Węgrzech też rządzą sympatycy Putina, co oznacza, że Polska faktycznie wypadła z Grupy Wyszehradzkiej. Jeśli ktoś by spróbował zbudować sobie obraz świata na podstawie narracji polskich mediów – zarówno tych reprezentujących neoliberalną, jak i prawicową frakcję obozu polskiej rusofobii – otrzymałby obraz dychotomiczny, w którym świat dzieli się na prorosyjski i antyrosyjski. Dziwaczny to podział, ale przecież został on stworzony przez media służące dość oryginalnej polityce, odwołującej się do jeszcze oryginalniejszych i dawno temu zdezaktualizowanych doktryn politycznych.

Obie frakcje obozu polskiej rusofobii, a ściślej obozu atlantyzmu, prometeizmu i giedroycizmu zdają się nie zauważać rzeczy oczywistej – że świat nagle zaczął się szybko zmieniać. Odchodzi oto bowiem w niebyt świat jednobiegunowy, który powstał po rozpadzie ZSRR i bloku socjalistycznego w latach 1989-1991. Świat, który charakteryzował się niekwestionowaną dominacją globalną USA w dziedzinie militarnej, politycznej, gospodarczej i ideologicznej. Świat, którego rytm życia wyznaczały kolejne wojny wszczynane przez USA w imię utrzymania i poszerzenia swoich wpływów pod płaszczykiem eksportu demokracji i praw człowieka. Rozbicie Jugosławii, Bośnia, Kosowo, Irak, Afganistan, Libia – to tylko najważniejsze punkty na długiej liście agresywnej polityki amerykańskiej w ćwierćwieczu 1991-2016. Ten świat odchodzi w przeszłość wraz ze swoimi kreatorami medialno-politycznymi, ideologią, pojęciami i frazeologią. Jego miejsce zajmie świat wielobiegunowy, w którym o zbiorowym bezpieczeństwie, międzynarodowym handlu i podziale wpływów będzie decydował – tak jak w wieku XVIII i XIX – tzw. „koncert mocarstw”.

Znaczącą rolę w tym „koncercie mocarstw” – ku przerażeniu polskich rusofobów – będzie odgrywać Rosja, o której jeszcze rok temu Rafał A. Ziemkiewicz pisał, że jest „zdychającym mocarstwem”[3]. To stwierdzenie tylko oddaje żałosny poziom ludzi, którzy w Polsce uważają się za elitę intelektualną i pretendują do pozycji narodowych mentorów. Ludzie ci nie widzą, że ich świat i pojęcia służące do jego opisu od dawna są już fikcją. Dominująca w polskim życiu publicznym post-Solidarność (post-KOR) nie potrafi się wyrwać ze świata fikcji, w którym żyje i zachowuje się tak jakby nie dostrzegała perspektywy nadchodzących zmian.

Skutek tego jest taki, że spodziewany szczyt Trump-Putin odbędzie się nie w Warszawie, ale w Pradze. To prezydent Czech Milosz Zeman wystąpił z propozycją zorganizowania takiego szczytu w czeskiej stolicy[4]. A przecież powinien wystąpić z taką inicjatywą prezydent Duda. To Polska powinna być pomostem pomiędzy Wschodem i Zachodem i odgrywać rolę języczka u wagi. Rozumiał to Edward Gierek organizując szczyt Giscard d’Estaing-Breżniew w Wilanowie w maju 1980 roku[5], ale zdają się tego nie rozumieć politycy wywodzący się z „Solidarności” i KOR oraz ich późniejszych wcieleń. Dla nich Gierek jest „sowieckim pachołkiem”, jednakże w przeciwieństwie do niego nie potrafią oni prowadzić polityki samodzielnej.

Wszystkie działania, jakie podejmowali i podejmują politycy postsolidarnościowi w polityce zagranicznej, a także wewnętrznej świadczą bowiem o tym, że jest to polityka daleko niesuwerenna, a do tego tradycyjnie po polsku szalona. Zamiast więc jakiejkolwiek refleksji krytycznej wobec zmiany w światowej polityce, którą zapowiada wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA, mamy ekshumacje smoleńskie i dalsze bezkrytyczne wspieranie Ukrainy. Graniczący z obłędem bełkot antyrosyjski i proukraiński takich osób jak Antoni Macierewicz, Witold Waszczykowski, Przemysław Żurawski vel Grajewski, Jerzy Targalski czy Maria Przełomiec nie tylko nie osłabł, ale jeszcze się nasilił po 8 listopada. Macierewicz publicznie ogłasza, że Wojska Obrony Terytorialnej tworzy do walki z rosyjskim specnazem, czyli, że przygotowuje się do wojny z Rosją. Minister Waszczykowski przytomnie zauważył, że o powrót Krymu do Ukrainy jako jedyna faktycznie upomina się już tylko Polska[6]. Niestety za tym spostrzeżeniem nie idzie żadna krytyczna refleksja na temat polityki wobec Ukrainy. Nadal linię tej polityki wyznaczają fanatycy prometeizmu i giedroycizmu. Rezultat tego jest taki, że z Warszawy płynie na Ukrainę wsparcie polityczne, finansowe i wojskowe, a odpowiedzią ze strony ukraińskiej są liczne akty wrogości w reakcji na film „Wołyń”, w tym procedowanie w ukraińskim parlamencie ustawy wysuwającej roszczenia terytorialne do Chełma, Przemyśla i Rzeszowa.

W sytuacji spodziewanej deeskalacji stosunków USA-Rosja pani Fotyga zgłasza w Parlamencie Europejskim rezolucję o przeciwdziałaniu „rosyjskiej propagandzie” w UE, w której porównuje się Rosję do Państwa Islamskiego[7]. Nie można tego odczytać inaczej, jak zdefiniowania linii polityki polskiej w nowej sytuacji geopolitycznej: nie chcemy deeskalacji stosunków z Rosją i będziemy temu przeciwdziałać gdzie się da i jak się da. Przyjęcie tej rezolucji przez Parlament Europejski jest nie tylko kompromitacją tej instytucji, ale groźną prowokacją wymierzoną w Trumpa i wszystkie te siły w świecie zachodnim, które chcą odrzucić dotychczasową politykę globalistyczną.

Panowie Waszczykowski i Macierewicz za jedyny temat w stosunkach polsko-rosyjskich uważają zwrot przez Rosję wraku samolotu rządowego, który rozbił się 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem oraz „wyjaśnienie” – jak to się określa w kręgu Klubów „Gazety Polskiej” – „zbrodni smoleńskiej”. Obaj panowie udają, iż nie rozumieją albo rzeczywiście nie rozumieją, że normalizacja stosunków z Rosją nie jest możliwa dopóki obóz rządzący w Polsce będzie oskarżał Rosję o spowodowanie katastrofy samolotu rządowego pod Smoleńskiem. Żaden poważny polityk na Zachodzie nie będzie w tym wspierał Warszawy.

Polityka Warszawy wydaje się całkowicie obojętna na wiatr wiejący od 8 listopada z Waszyngtonu. W kołach rządowych – po początkowej panice – prawdopodobnie wzięła górę taktyka oczekiwania na zmiękczenie Trumpa lub jego przeczekanie. Obóz postsolidarnościowy nie ma alternatywnej koncepcji polityki wobec nadchodzącego nieubłaganie przemodelowania świata z jednobiegunowego na wielobiegunowy. Prawdopodobnie nie wszyscy w tym obozie rozumieją, że najpierw Brexit, a potem zwycięstwo Trumpa oraz spodziewane zmiany polityczne we Francji, Niemczech i innych ważnych krajach Zachodu oznaczają przekreślenie polityki prowadzonej przez post-Solidarność od ćwierćwiecza, a sprowadzającej się do stopniowego wciągania w orbitę wpływów Zachodu byłych republik ZSRR, głównie Ukrainy. Politycy postsolidarnościowi nie tylko nie mogą powstrzymać upadku tej polityki, ale nie są i nie będą w stanie nic innego wymyślić poza tradycyjnymi sloganami o „drugiej Jałcie” i „zdradzie Zachodu”.

Nikt z nich nie wyobraża sobie normalnych, partnerskich stosunków z Rosją. Nikt z nich nie był przygotowany na zastąpienie świata jednobiegunowego przez „koncert mocarstw” i nikt z nich nie potrafi zdefiniować miejsca Polski w świecie, o którego obliczu będzie decydował „koncert mocarstw”. Zamiast podjąć działania samodzielne, oparte o realistyczną kalkulację, będą czekać na instrukcje z Waszyngtonu, a gdy te nie nadejdą albo będą inne od oczekiwanych, to przyjmą instrukcje nawet od Kijowa, który wpływa na polską politykę przez dwóch ambasadorów – Andrija Deszczycię w Warszawie i Jana Piekłę w Kijowie.

W sytuacji oderwania od rzeczywistości polityki polskiej Polska jest skazana na międzynarodową izolację. Rezultatem tej odrealnionej polityki będzie to, że jedynym bastionem antyputinowskim na kuli ziemskiej pozostanie tzw. „Międzymorze” (banderowska Ukraina, Litwa i Polska), w którym opanowane przez szowinistyczne siły Litwa i Ukraina będą stawały się coraz bardziej realnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski.

[1] „Dobry tydzień dla Putina. W Mołdawii, Bułgarii i Estonii wybrano nowych liderów sprzyjających Moskwie”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 14.11.2016.

[2] P. Moszyński, „Niespodzianka we Francji: Sarkozy wyeliminowany z wyścigu o prezydenturę”, http://www.wyborcza.pl, 21.11.2016.

[3] N. Durman, „Rafał Ziemkiewicz: Turcja rzuciła wyzwanie zdychającemu mocarstwu Putina”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 24.11.2015.

[4] „Czy prezydent Czech zorganizuje szczyt Trump-Putin?”, http://www.pl.sputnik.news.com, 13.11.2016.

[5] P. Bożyk (red.), „Dekada Gierka. Blaski i cienie”, Warszawa 2013.

[6] „Waszczykowski: już nikt, poza Polską, nie dopomina się o ukraiński Krym”, http://www.kresy.pl, 22.11.2016.

[7] „Anna Fotyga: ISIS jest równie skuteczne w działaniach propagandowych, co Rosja”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 24.11.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 30 listopada 2016 r.

http://www.mysl-polska.pl/1080

„Myśl Polska” nr 49-50 (2113/14), 4-11.12.2016, s. 6