Historia jedna z wielu

7 czerwca br. Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga Przeciw Zniesławieniom wydała oświadczenie, w którym protestuje przeciw działalności historyka Jana Grabowskiego, reprezentującego w sprawie stosunków polsko-żydowskich pod okupacją niemiecką stanowisko zbieżne z Janem Tomaszem Grossem i Barbarą Engelking[1]. Ze swej strony dodam, że również tę sama metodologię badawczą, polegającą nie tylko na tendencyjnym wyborze źródeł, ale manipulacji nimi, co osobiście mu wytknąłem odnośnie znanych mi źródeł z akt gestapo ciechanowskiego[2].

Sygnatariusze oświadczenia zarzucają Grabowskiemu m.in., że „nie przestrzega podstawowych zasad rzetelności badacza, używając obrazowych i zdecydowanie przerysowanych określeń bardziej w celu budowania konstrukcji propagandowych niż pokazania rzetelnego obrazu. I tak nazywa „morzem zła” liczbę 1015 udokumentowanych żydowskich ofiar zamordowanych przez jednostki zdemoralizowane okrutną i nieludzką okupacją, a jednocześnie pomija wiele tysięcy osób ocalonych z Zagłady przez najczęściej bezimiennych bohaterów. Warto przypomnieć, że 6706 Polaków uhonorowanych zostało tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Przy tym możliwości pomagania Żydom były ograniczone także tym, że 85 % przedwojennej ludności żydowskiej nie władało językiem polskim, występowała więc bariera komunikacyjna”.

Jest oczywiste, że te 6706 Polaków uhonorowanych na dzień dzisiejszy przez Instytut Yad Vashem to tylko mała część tych, którzy ratowali Żydów podczas okupacji niemieckiej. Uhonorowaniu większości z nich stoją na przeszkodzie przede wszystkim rygorystyczne kryteria stosowane przez Yad Vashem (świadectwo ocalonego Żyda lub potwierdzenie w dokumentach wytworzonych przez okupanta niemieckiego). Ponadto – co wykażę w niniejszym artykule – ze strony Yad Vashem mamy niejednokrotnie do czynienia z brakiem świadomości realiów okupacji niemieckiej oraz z brakiem świadomości tego, że jedną osobę narodowości żydowskiej ratowało z reguły kilku, a nawet kilkunastu Polaków.

Jednym z miejsc polskiej pomocy dla Żydów był KL Auschwitz – od 1942 roku jeden z ważniejszych ośrodków ich deportacji i zagłady, a od 1943 roku centralny ośrodek zagłady Żydów europejskich. Różnorodnej pomocy żydowskim więźniom KL Auschwitz udzielali polscy współwięźniowie – zarówno indywidualnie, jak i działający w konspiracji więźniarskiej. Pomoc dla więźniów żydowskich była jednym z priorytetów działalności polskiej konspiracji więźniarskiej. Wielką zasługą tej konspiracji było przekazywanie informacji o zagładzie Żydów i innych zbrodniach niemieckich w obozie do stosownych komórek Polskiego Państwa Podziemnego. Dzięki temu Rząd Polski na Wychodźstwie mógł szeroko informować aliantów o tym co działo się w KL Auschwitz. Ponadto pomocy więźniom-Żydom udzielali polscy robotnicy cywilni, pracujący w zakładach przemysłowych, w których zatrudniano więźniów KL Auschwitz. Piękną kartę zapisali też Polacy-mieszkańcy Górnego Śląska, ratujący więźniów żydowskich podczas pieszej ewakuacji KL Auschwitz w styczniu 1945 roku.

Większość Polaków, którzy pomagali żydowskim więźniom KL Auschwitz nie została uhonorowana przez Instytut Yad Vashem tytułem i Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Instytut Yad Vashem najwyraźniej nie posiada też wiedzy o tym, że jednemu więźniowi-Żydowi pomagało czasem wiele osób. Przykładem tego może być chociażby przypadek uratowania Roberta Wolfa (Duba) – więźnia żydowskiego nr 68735, pochodzącego z Ołomuńca w przedwojennej Czechosłowacji, a deportowanego do KL Auschwitz 19 października 1942 roku z KL Buchenwald. Więzień ten zbiegł 15 lipca 1944 roku z obozu KL Auschwitz III w Monowicach[3]. Za jego uratowanie Instytut Yad Vashem odznaczył w 1993 roku Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata Wojciecha Basika – polskiego rolnika z Korbielowa, którego Robert Wolf miał spotkać po swojej ucieczce z obozu na stacji Jeleśnia w powiecie żywieckim i który ukrywał go aż do wyzwolenia[4]. Wynikałoby z tego, że Wolf samodzielnie pokonał dystans 50 kilometrów dzielący Monowice od Jeleśni, nie mając dokumentów, pieniędzy i na dodatek będąc ubrany w więźniarski pasiak.

Jest oczywiste, że było to niemożliwe. Nigdy nie zdarzyło się, żeby któryś z więźniów zbiegł z obozu „w czasie wymarszu do pracy” – jak opisuje to „Encyklopedia Sprawiedliwych” w historii Wojciecha Basika i Roberta Wolfa. Dystans pomiędzy bramą obozu KL Auschwitz III a fabryką IG Farbenindustrie w Monowicach, gdzie pracowali więźniowie, wynosił tylko 300 metrów. Po obu stronach drogi łączącej obóz z fabryką znajdowały się liczne posterunki uzbrojonych esesmanów. Poza tym, gdyby jakimś przedziwnym zrządzeniem losu uciekający w takiej sytuacji więzień nie zginął od razu, to chcąc wydostać się ze strefy przyobozowej musiałby jeszcze ujść z życiem – co wydaje się całkiem nieprawdopodobne – od kul esesmanów pełniących straż na wieżach wartowniczych stojących wzdłuż ogrodzenia fabryki i obozu oraz pokonać tzw. drugi łańcuch straży SS.

W rzeczywistości historia ucieczki Roberta Wolfa z KL Auschwitz III wyglądała zupełnie inaczej niż to przedstawia „Encyklopedia Sprawiedliwych”. W ucieczce tej pomogli Wolfowi dwaj polscy robotnicy cywilni z zakładów IG Farbenindustrie – Franciszek Gnaciński i Henryk Wierzbicki, z którymi żydowski więzień zaprzyjaźnił się podczas pracy w fabryce. To oni przemycili i ukryli na terenie fabryki ubranie cywilne, perukę oraz sfałszowaną przepustkę. Bez tego Wolf – ubrany w więźniarski pasiak i z ogoloną głową – nie miałby szansy nawet na przejście przez posterunek kontrolny.

W dniu zaplanowanej ucieczki Wolf najpierw przebrał się w fabryce w ubranie cywilne. Następnie udał się razem z Gnacińskim i Wierzbickim do bramy fabryki. Kiedy Gnaciński odwrócił uwagę wartowników, Wierzbicki wraz z Wolfem przeszli bezpiecznie przez posterunek kontrolny. Po pokonaniu kilku kilometrów dotarli do pobliskiej stacji kolejowej w Dworach. Wierzbicki kupił Wolfowi bilet i towarzyszył mu wraz z Gnacińskim w dalszej podróży do Jeleśni – z przesiadkami w Spytkowicach, Wadowicach i Suchej Beskidzkiej. Obecność Wierzbickiego i Gnacińskiego podczas tej podróży była niezbędna. Wolf nie znał bowiem języka polskiego i w każdej chwili mógł zostać rozpoznany przez przypadkowego Niemca – esesmana, policjanta, żołnierza Luftwaffe z obrony przeciwlotniczej fabryki IG Farbenindustrie lub któregoś z licznych na tym terenie kolonistów niemieckich, a nawet niemieckiego konduktora w pociągu.

W miejscowości Hucisko – ostatnim przystanku kolejowym przed Jeleśnią – do pociągu, w którym podróżował żydowski uciekinier z KL Auschwitz wraz z dwoma polskimi opiekunami dosiadł się Rudolf Basik – brat Wojciecha. Został on wcześniej poproszony o pomoc w planowanej ucieczce Roberta Wolfa z obozu i jego ukryciu. Prośbę tę przekazał Rudolfowi Basikowi Franciszek Gnaciński za pośrednictwem matki swojej narzeczonej, a po uzyskaniu jego zgody osobiście spotkał się z nim w mieszkaniu narzeczonej Jadwigi Miodońskiej w Żywcu i omówił szczegóły. Rudolf Basik był mieszkańcem Korbielowa i pracował w szpitalu miejskim w Żywcu, gdzie zajmował się zaopatrywaniem szpitala w żywność, paleniem w piecach i innymi pracami technicznymi. Poleciła go Gnacińskiemu matka Jadwigi Miodońskiej jako osobę godną zaufania, co okazało się prawdą.

Po wejściu do pociągu Rudolf Basik przekazał Wolfowi dokument tożsamości, tzw. „palcówkę”[5], który musieli posiadać Polacy na ziemiach wcielonych do Rzeszy i który jako jedyny był respektowany przez niemieckie władze policyjne w powiecie żywieckim. Był to oryginalny dokument na nazwisko Józefa Krzesaka (osoby prawdziwej, ale już wówczas nieżyjącej), który Rudolf Basik skradł z niemieckiego urzędu w 1939 roku, wykorzystując chwilową nieobecność niemieckiego urzędnika.

Po opuszczeniu pociągu na stacji w Jeleśni nieufny Wolf nie zastosował się jednak do polecenia Rudolfa Basika i zamiast „palcówki” pokazał niemieckim żandarmom Ausweis, który otrzymał od Gnacińskiego i który nie był respektowany przez niemiecką policję na terenie powiatu żywieckiego. Został w związku z tym zatrzymany razem z Wierzbickim. Ukarano ich karą porządkową, która polegała na wielogodzinnej pracy przy oczyszczaniu przykopu, po odbyciu której mieli powrócić do podanych w ich dokumentach miejscowości zamieszkania. W tym czasie Rudlof Basik wynajął furmankę od jednego z mieszkańców miejscowości Krzyżowa, a po zwolnieniu przez żandarmów Wolfa i Wierzbickiego dyskretnie przejął Wolfa i pojechał z nim furmanką do Korbielowa. Podczas tej podróży byli dwukrotnie kontrolowani przez żandarmów – w Krzyżowej i Korbielowie. Za każdym razem Wolf okazywał już jednak żandarmom właściwy dokument, czyli wspomnianą „palcówkę”.

W Korbielowie Rudolf Basik najpierw udał się ze zbiegiem do domu swojego brata Franciszka Basika i dopiero wieczorem przeprowadził Wolfa do domu, w którym mieszkali jego bracia Wojciech i Bronisław oraz siostra Wiktoria. Wojciech Basik nie był zorientowany w sprawie i o niczym uprzedzony, ale bez wahania zgodził się na ukrycie żydowskiego zbiega z Auschwitz.

Tak opowiedział o tym w swojej powojennej relacji: „Aby zrozumieć moją postawę, muszę swoją opowieść rozpocząć od jesieni 1939 roku. W czasie trwania kampanii wrześniowej ja, mój brat Rudolf Basik oraz koledzy z tej samej miejscowości, tzn. Józef Mocek, Wincenty Juraszek i Wincenty Jankowski, pomagaliśmy polskim żołnierzom, którzy znaleźli się w lasach na Pilsku. Donosiliśmy im żywność, a następnie pomagaliśmy im się rozmundurować, ukryć broń oraz wydostać się z wymienionego rejonu”. Za pomoc polskim żołnierzom Wojciech Basik został wówczas zatrzymany przez żandarmerię niemiecką i był torturowany, ale nikogo nie wydał.

Wolf nie chciał, żeby przeprowadzić go na stronę słowacką i po kilku dniach poprosił rodzinę Basików o dalsze ukrywanie. Jego prośba została spełniona. Ukryto go w stodole, w długim tunelu wydrążonym w słomie.

Niedługo po ukryciu Wolfa w gospodarstwie swojego brata Wojciecha Rudolf Basik został wywieziony na roboty przymusowe do Kraju Sudeckiego w rejon Karlowvych Varów. Zbiegł stamtąd przed Bożym Narodzeniem 1944 roku i powrócił nielegalnie do Korbielowa. Wówczas dowiedział się, że Wolf nieopatrznie ujawnił miejsce swojego ukrycia przed żoną mieszkańca Korbielowa Franciszka Niewdana i był przez niego szantażowany. „Wiedząc o tym porozmawiałem z Niewdanem i wręcz zagroziłem mu, że jeśli ośmieli się zrealizować swoje pogróżki, to powiesimy go jak psa w jego własnej stajni” – stwierdził w swojej relacji Rudolf Basik. Ryzyko ukrywania Wolfa zwiększył też fakt stacjonowania od jesieni 1944 roku wojsk niemieckich w Korbielowie. Niemiecka żandarmeria wojskowa przeprowadzała odtąd częste rewizje w domach w poszukiwaniu osób ukrywających się i partyzantów.

W tej sytuacji Rudolf Basik zdecydował o przeniesieniu Wolfa do wsi Krzyżowa i umieszczeniu go u rodziny Władysława Cudzicha. Po ofensywie styczniowej wojsk radzieckich front zatrzymał się w lutym 1945 roku na Żywiecczyźnie tak, że Krzyżowa i Korbielów nadal znajdowały się pod okupacją niemiecką. Wówczas Wolf na swoją prośbę został przeprowadzony na radziecką stronę frontu przez Marię Jędrzejas. Niestety w miejscowości Przyborów został zatrzymany przez żołnierzy radzieckich i przekazany w ręce kontrwywiadu wojskowego Smiersz, który posądził go o szpiegostwo na rzecz Niemiec. Wtedy po raz kolejny uratowali go Basikowie. Po wyzwoleniu Korbielowa zjawiło się u nich trzech oficerów Smiersz z aresztowanym Wolfem. Dzięki potwierdzeniu przez Basików jego tożsamości oraz faktu, że jest byłym więźniem Auschwitz został uwolniony i ocalony w ten sposób najprawdopodobniej od egzekucji albo przynajmniej deportacji na Syberię. Wolf ponownie zamieszkał u Wojciecha Basika w Korbielowie, a rodzina Basików jeszcze raz wybawiła go od kłopotów potwierdzając jego tożsamość, kiedy tym razem został zatrzymany przez funkcjonariuszy MO.

Po zakończeniu wojny Robert Wolf wyjechał do Pragi. Kilka miesięcy później powrócił jeszcze do Krzyżowej, by zabrać ze sobą Stanisławę Cudzich – siostrę Władysława Cudzicha – z którą się ożenił.

W ocaleniu Roberta Wolfa uczestniczyło co najmniej dwunastu Polaków, przy czym rodzina Basików ratowała go przynajmniej czterokrotnie – po zatrzymaniu Wolfa przez żandarmerię w Jeleśni, po odmowie Wolfa przeprowadzenia go na Słowację, po realnym niebezpieczeństwie denuncjacji pod koniec 1944 roku i po aresztowaniu go przez Smiersz.

Według relacji Wojciecha Basika największe zasługi w ukrywaniu i ocaleniu Roberta Wolfa miał jego brat Rudolf. Niestety ani Franciszek Gnaciński ani Henryk Wierzbicki, którzy zorganizowali i przeprowadzili ucieczkę Roberta Wolfa z Auschwitz, ani Rudolf Basik, który najbardziej przyczynił się do jego ocalenia, ani inne osoby zaangażowane poza Wojciechem Basikiem w ukrywanie Wolfa i pomoc dla niego, czyli Franciszek, Bronisław i Wiktoria Basikowie oraz rodzina Cudzichów, Maria Jędrzejas, Jadwiga Miodońska i jej matka nie zostali w jakikolwiek sposób uhonorowani przez Instytut Yad Vashem[6].

Opisana przeze mnie historia nie była przypadkiem odosobnionym. Była jedną z wielu historii heroicznej polskiej pomocy dla Żydów, skazanych przez hitlerowskie Niemcy na zagładę. Jan Grabowski usilnie propaguje m.in. tezę o tzw. „Judenjagd” – „polowaniu na Żydów”, które po likwidacji gett i deportacji większości Żydów do ośrodków zagłady mieli urządzić Polacy w stosunku do ukrywających się Żydów. Grabowski opisał ów „Judenjagd” na podstawie odosobnionego przykładu działania polskiej policji granatowej i wiejskich straży nocnych z powiatu Dąbrowa Tarnowska („Judenjagd. Polowanie na Żydów. Studium dziejów pewnego powiatu”, Warszawa 2011), ale uważa, że było to zjawisko niemal powszechne. Stąd zresztą wzięła się skandaliczna teza bliskiego mu Jana T. Grossa, że Polacy jakoby zgładzili podczas okupacji niemieckiej więcej Żydów niż zabili Niemców. Książka Grabowskiego „Polowanie na Żydów. Zdrada i morderstwo w okupowanej przez Niemcy Polsce” została uhonorowana w 2014 roku nagrodą Instytutu Yad Vashem.

Skoro tak, to należy zadać pytanie, dlaczego tego „Judenjagd” nie było w Korbielowie na Żywiecczyźnie? Dlaczego tam ratowano Żyda, na dodatek pochodzącego z obcego kraju? Dlaczego zorganizowano temu obcemu człowiekowi ucieczkę z KL Auschwitz i z narażeniem życia wielu osób ukrywano go? Przecież nie dla pieniędzy, bo tych jako więzień KL Auschwitz nie posiadał. Nie mógł też obiecać swoim wybawicielom żadnej innej korzyści materialnej, bo cały jego majątek Niemcy skonfiskowali mu jeszcze przed deportacją do KL Buchenwald. Korbielów był jakimś wyjątkiem? Mieszkali w nim tacy sami chłopi jak w innych miejscowościach i regionach Polski, o takim samym poziomie wykształcenia i statusie materialnym, wyznający tę samą religię. Otóż Korbielów nie był wyjątkiem, był regułą.

Tego jednak nie wiedzą zachodni odbiorcy publikacji Jana Grabowskiego i innych autorów propagujących tezę o polskim współudziale w zagładzie Żydów dokonanej przez III Rzeszę Niemiecką. Zachodnia opinia publiczna otrzymuje od nich przekaz, że w okupowanej przez Niemcy Polsce znacznie wzmógł się antysemityzm, który już przed wojną miał być duży, a Polacy w swej większości byli zadowoleni z nieszczęścia, jakie spotkało Żydów oraz korzystali na nim materialnie przejmując mienie żydowskie.

Truizmem wydaje się stwierdzenie, że próba przypisania Polakom współodpowiedzialności za niemieckie zbrodnie z okresu drugiej wojny światowej, w tym przede wszystkim za zagładę Żydów, stanowi działanie na szkodę Polski. To już nie jest zwykłe działanie na szkodę, to nie jest zwyczajne naruszanie dobrego imienia i deformowanie obrazu historii. To jest po prostu polityczna agresja. Dobrze przygotowana i sprawnie prowadzona z wielkim rozmachem. Niestety dotychczasowe próby przeciwstawienia się tej agresji ze strony polskiej należy uznać za nieudolne. Świat dzisiaj ma wiedzę na temat stosunku Polaków do Żydów w czasie drugiej wojny światowej na podstawie obrazu, który narysowali m.in. Jan T. Gross i Jan Grabowski.

[1] „Stanowczo sprzeciwiamy się działalności i wypowiedziom Jana Grabowskiego”. Oświadczenie, http://www.wpolityce.pl, 7.06.2017.

[2] B. Piętka, recenzja publikacji: A. Namysło (red.), „Zagłada Żydów na polskich terenach wcielonych do Rzeszy” (Warszawa 2008), „Zeszyty Oświęcimskie” nr 26, Oświęcim 2010, s. 320, 322-326.

[3] D. Czech, „Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz”, Oświęcim 1992, s. 711.

[4] S. Bender, I. Gutman (red.), „The Encyclopedia of the Righteous Among the Nations. Rescuers of Jews during the Holocaust”, S. Bender, S. Krakowski, „Poland”, Jerusalem 2004, t. I, s. 80-81.

[5] Anmeldung zur polizeilichen Einwohnererfassung (Zgłoszenie celem policyjnego stwierdzenia ludności) – dwustronny dokument z odciskiem palca (Fingerabdruck), stąd nazwa „palcówka”.

[6] Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Zespół Wspomnienia, t. 141, k. 71-89, wspomnienia Henryka Wierzbickiego; Zespół Oświadczenia, t. 88a, k. 87, relacja byłego więźnia Arnošta Taubera; t. 88a, k. 131-137, relacja byłego więźnia Roberta Duba (w obozie Wolfa); t. 88a, k. 164, relacja byłego więźnia Karela Minca; t. 100, k. 2-23, relacja Henryka Wierzbickiego; t. 124, k. 14-23, relacja Rudolfa Basika; t. 124, k. 24-28, relacja Wojciecha Basika; Zbiór korespondencji. Korespondencja nr 5941/86 dot. Roberta Wolfa (Duba); Häftlings-Personal-Karte. Sygn. D-Au I-3a/1685-1950, nr inw. 174174, t. 8, k. 348-349, karta personalna więźnia Roberta Wolfa; IZ-8/Gestapo Łódź/4a, nr inw. 155917, t. 6, mikr. 90/200-201, telegram o ucieczce więźnia Roberta Wolfa.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 czerwca 2017 r.

„Myśl Polska” nr 25-26 (2141/42), 18-25.06.2017, s. 14-15

Po stronie Ententy (w 100-lecie utworzenia Armii Polskiej we Francji)

Polski wysiłek zbrojny podczas pierwszej wojny światowej kojarzony jest najczęściej z walczącymi po stronie państw centralnych Legionami Polskimi, a zwłaszcza z legendą I. Brygady Legionów, która stała się fundamentem mitu piłsudczykowskiego. Jednakże najliczniejsze polskie formacje wojskowe walczyły po stronie Ententy. Były to I, II i III Korpus Polski w Rosji oraz Armia Polska we Francji, nazywana potocznie od koloru mundurów Błękitną Armią.

Pierwszą próbę tworzenia polskich jednostek wojskowych walczących po stronie Rosji podjął Bonawentura Snarski. Sformowany z jego inicjatywy oddział 200 ochotników polskich walczył z Niemcami w okolicach Kłobucka we wrześniu 1914 roku. Miesiąc później został rozbity i rozformowany. Kolejną, tym razem udaną próbę, podjął ziemianin i działacz „Sokoła” Witold Ostoja-Gorczyński. Zapoczątkował on tworzenie formacji zbrojnej, która przeszła do historii pod nazwą Legionu Puławskiego (I Legion Polski, 739. Nowoaleksandryjska Drużyna). Polityczny patronat nad tą jednostką objął Komitet Narodowy Polski – organizacja polityczna grupująca endecję i część ruchu ludowego, utworzona w listopadzie 1914 roku w Warszawie. Równocześnie z tworzeniem Legionu Puławskiego – wobec napływu dużej liczby ochotników – rozpoczęto formowanie Legionu Lubelskiego (II Legion Polski, 740. Drużyna Lubelska). Nieprzychylność otoczenia cara Mikołaja II spowodowała jednak powstrzymanie rozwoju tych formacji. W walkach z Niemcami wziął udział tylko Legion Puławski, liczący około tysiąca żołnierzy. Oba legiony zostały rozformowane w październiku 1915 roku. Na ich bazie utworzono Brygadę Strzelców Polskich, liczącą około 8 tys. żołnierzy, która walczyła z Niemcami w 1916 roku na Nowogródczyźnie. W styczniu 1917 roku została wycofana na Ukrainę i przeformowana w Dywizję Strzelców Polskich.

W tym czasie podjęto również próbę tworzenia polskich formacji wojskowych u boku Francji. W sierpniu 1914 roku ochotnicy polscy przystąpili do formowania w Bayonne tzw. Legionu Bajończyków. Do utworzenia legionu jednak nie doszło, ponieważ akcja werbunkowa została wstrzymana po proteście ambasady rosyjskiej. Ostatecznie utworzono oddział w sile 200 żołnierzy, który wcielono do 1. pułku Legii Cudzoziemskiej jako 2. kompanię batalionu C. Wśród ochotników był m.in. syn historyka Józefa Szujskiego – Władysław, a także Xawery Dunikowski i pisarz Jan Żyznowski, którzy zaprojektowali sztandar kompanii wręczony 21 września 1914 roku Polakom przez mera Bayonne. Kompanię skierowano na front 22 października 1914 roku. Walczyła w Szampanii, w tym w krwawej bitwie pod Arras w maju 1915 roku. Po tej bitwie zostało przy życiu około 50 bajończyków. Wobec śmierci kolejnych żołnierzy w dalszych walkach oddział rozwiązano. Część bajończyków zaciągnęła się do jednostek francuskich lub polskich formacji wojskowych w Rosji. Zdecydowana większość wstąpiła w 1917 roku do Błękitnej Armii.

Drugą kompanię polską – liczącą około 250 ochotników – sformowano w miejscowości Rueil pod Paryżem. Po zakończeniu szkolenia jej żołnierzy wcielono do różnych pododdziałów 3. pułku Legii Cudzoziemskiej, a potem 2. pułku marszowego. Patronat nad tworzeniem tych formacji sprawował Komitet Ochotników Polskich dla Służby w Armii Francuskiej – organizacja Polonii francuskiej powstała w celu werbunku ochotników do walki przeciw Niemcom.

Powodem niepowodzenia utworzenia większych polskich formacji wojskowych na froncie zachodnim było negatywne stanowisko Rosji, która się temu zdecydowanie sprzeciwiała widząc w polskim wojsku przejaw dążeń niepodległościowych. Dopiero rewolucja lutowa i upadek caratu spowodowały przełom w tworzeniu polskich sił zbrojnych walczących po stronie Ententy. Odezwa rosyjskiego Rządu Tymczasowego do Polaków z 30 marca 1917 roku (zwana potocznie proklamacją księcia Gieorgija Lwowa), uznająca prawo Polski do niepodległości, rozwiązała polityczny problem tworzenia wojska polskiego walczącego po stronie Ententy.

W czerwcu 1917 roku powstał w Piotrogrodzie Polski Naczelny Komitet Wojskowy (Naczpol) pod prezesurą Władysława Raczkiewicza, który objął patronat nad formowaniem wojska polskiego w Rosji. Powołano trzy korpusy polskie. Na Białorusi powstał I Korpus Polski pod dowództwem gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego, który osiągnął liczebność około 30 tys. żołnierzy. Wsławił się zajęciem Bobrujska w lutym 1918 roku. Wtedy też podporządkował się Radzie Regencyjnej, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wszedł w skład odrodzonego Wojska Polskiego.

Pod koniec 1917 roku w Besarabii powstał II Korpus Polski. Pierwszym jego dowódcą został gen. Sylwester Stankiewicz. W połowie lutego 1918 roku część Polskiego Korpusu Posiłkowego (formacja wojskowa utworzona 20 września 1916 roku przez Austro-Węgry z Legionów Polskich), po otrzymaniu informacji o traktacie brzeskim, wypowiedziała posłuszeństwo dowództwu austriackiemu i przebiła się przez front pod Rarańczą. Było to około 100 oficerów i 1500 żołnierzy z byłej II Brygady Legionów pod dowództwem brygadiera Józefa Hallera i ppłk. Michała Żymierskiego. W marcu 1918 roku dołączyli oni do II Korpusu Polskiego i wtedy też Haller objął jego dowództwo. II Korpus osiągnął wówczas stan około 8 tys. żołnierzy. Gdy na Ukrainę – zgodnie z postanowieniami traktatu brzeskiego – wkroczyły wojska niemieckie, ich dowództwo zażądało od II Korpusu złożenia broni. Wobec odmowy Niemcy rozbili polską jednostkę w krwawej bitwie pod Kaniowem 11 maja 1918 roku. Większość żołnierzy II Korpusu dostała się do niewoli niemieckiej, jednak gen. Haller zdołał przedostać się do Moskwy, a następnie przez Murmańsk do Francji, gdzie stanął na czele Błękitnej Armii.

Na Ukrainie sformowano też na przełomie 1917 i 1918 roku liczący 3 tys. żołnierzy III Korpus Polski, którym dowodził gen. Eugeniusz de Henning-Michaelis. Korpus ten walczył z bolszewikami, a w czerwcu 1918 roku został rozbrojony przez Austriaków.

W tym samym czasie, kiedy rozpoczęto formowanie wojska polskiego w Rosji, do tworzenia polskich formacji wojskowych przystąpiła też Francja. Straty, jakie poniosła armia francuska podczas wiosennej ofensywy gen. Roberta Nivelle’a w 1917 roku skłoniły dowództwo francuskie do szukania dodatkowego rekruta. Na początku czerwca 1917 roku zaczęły co prawda przybywać do Francji dywizje amerykańskie, ale do walki weszły dopiero w październiku 1917 roku. W tej sytuacji podjęto decyzję o utworzeniu 100-tysiecznej Armii Polskiej. Inicjatywa jej sformowania wyszła ze strony rządu francuskiego i rosyjskiego bez konsultacji z polskimi czynnikami politycznymi. Francuzi liczyli, że do polskiego wojska zgłoszą się Polacy służący w armii francuskiej, należący do zbuntowanych brygad rosyjskich internowanych po rewolucji lutowej we Francji oraz Polacy z oddziałów rosyjskich w Salonikach. Ponadto zakładali, że Rosja przyśle kadrę oficerską złożoną z Polaków służących w armii rosyjskiej.

20 maja 1917 roku utworzono Francusko-Polską Misję Wojskową, na czele której 6 czerwca 1917 roku stanął francuski gen. Louis Archinard – pierwszy dowódca Błękitnej Armii. Dwa dni wcześniej – 4 czerwca 1917 roku – prezydent Francji Raymond Poincaré wydał dekret o rozpoczęciu formowania Armii Polskiej we Francji.

7 lipca 1917 roku otwarto pierwszy obóz zbiorczy w Sillé-le-Guillaume (departament Sarthe), a jego komendantem został kpt. armii francuskiej Władysław Jagniątkowski – przez długi czas jedyny oficer Błękitnej Armii mówiący po polsku. O ile kadra oficerska korpusów polskich tworzonych w Rosji składała się z Polaków służących w armii rosyjskiej, to korpus oficerski Błękitnej Armii był w większości francuski. Żołnierze Armii Polskiej we Francji nosili francuskie mundury polowe koloru błękitno-szarego i rogatywki z orzełkami. Ze względu na bardzo małą liczbę chętnych (do 1 października 1917 roku zgłosiło się 832 ochotników) zwrócono uwagę na Amerykę Północną. To właśnie Polonia amerykańska – zwłaszcza ta zrzeszona w ruchu sokolskim – przyczyniła się do zwiększenia tempa tworzenia armii.

Formowanie przez Francję polskich sił zbrojnych było główną przyczyną zawiązania w Lozannie 15 sierpnia 1917 roku Komitetu Narodowego Polskiego z Romanem Dmowskim i Ignacym Janem Paderewskim na czele. Za swoje najważniejsze zadania KNP uznał reprezentowanie narodu polskiego wobec Ententy, objęcie patronatu politycznego nad Błękitną Armią oraz zmianę jej statusu z wojska stowarzyszonego z armią francuską na równorzędną armię koalicyjną. W skład KNP, który za swoją siedzibę obrał Paryż, wchodzili politycy Narodowej Demokracji i Stronnictwa Polityki Realnej. Komitet został uznany za oficjalną reprezentację narodu polskiego przez Francję (20 września 1917), Wielką Brytanię (15 października), Włochy (30 października ) i USA (10 listopada). 28 września 1918 roku KNP uzyskał pełną kontrolę polityczną nad Błękitną Armią, która została uznana przez Ententę za „jedyną, samodzielną, sojuszniczą i współwalczącą armię polską”.

Do Błękitnej Armii zgłaszali się ochotnicy-Polacy z USA, Kanady, Argentyny, Wielkiej Brytanii i Holandii, jeńcy polscy z armii niemieckiej i austro-węgierskiej, Polacy służący w armii francuskiej oraz Polacy z brygad rosyjskich we Francji i Salonikach. Zdarzały się też bohaterskie przypadki, jak por. Jana Laudygi-Laskowskiego, który przeszedł z armii niemieckiej na francuską stronę frontu z planami ofensywy swojej byłej dywizji. Do końca lutego 1918 roku Błękitna Armia liczyła już 10 tys. ochotników, z których utworzono w Laval i Mayenne 1., 2. i 3. Pułk Strzelców Polskich. Dowódcą 1. PSP został skierowany z armii francuskiej ppłk Julian Jasieński, który nie znał języka polskiego. To właśnie ta jednostka, w rocznicę dekretu Poincarégo, została wysłana na front. W walkach z Niemcami latem i jesienią 1918 roku wzięła udział tylko 1. Dywizja Strzelców Polskich, którą dowodził francuski gen. Joseph Ecochard. Wchodzący w jej skład 1. PSP walczył od lipca 1918 roku w Szampanii, a w połowie października 1918 roku cała dywizja zajęła odcinek frontu w Wogezach. Udział żołnierzy Błękitnej Armii w walkach z Niemcami miał ogromne znaczenie polityczne. Walka u boku aliantów postawiła odrodzoną w listopadzie 1918 roku Polskę w gronie zwycięskiej koalicji i zapewniła jej miejsce wśród zwycięzców Wielkiej Wojny na konferencji pokojowej w Wersalu.

Od momentu utworzenia Błękitnej Armii szukano dla niej polskiego dowódcy. Początkowo był brany pod uwagę Eugeniusz de Henning-Michaelis – polski generał z armii rosyjskiej i dowódca III Korpusu Polskiego w Rosji. Ostatecznie wybór KNP padł na gen. Józefa Hallera, który 13 lipca 1918 roku dotarł z Murmańska do Paryża. 28 lipca 1918 roku KNP podjął uchwałę o powierzeniu Hallerowi działu wojskowego. Do mianowania go dowódcą Błękitnej Armii, za zgoda rządu francuskiego, doszło 4 października 1918 roku.

Józef Haller von Hallenburg urodził się w 1873 roku w Jurczycach koło Skawiny w polskiej rodzinie ziemiańskiej o korzeniach niemieckich. Jego ojciec był uczestnikiem powstania styczniowego, a dziadek prezesem Senatu Rządzącego Wolnego Miasta Krakowa. W latach 1895-1911 Haller pełnił zawodową służbę wojskową w armii austro-węgierskiej jako oficer artylerii. Od 1912 roku działał w Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół” i był komendantem Polowych Drużyn Sokolich. W latach 1914-1917 służył w Legionach Polskich, walczących po stronie Austro-Węgier. Od lipca 1916 roku dowodził II Brygadą Legionów. Przełomem w jego karierze był bunt Polskiego Korpusu Posiłkowego w lutym 1918 roku, w wyniku którego po przebiciu się przez front austriacko-rosyjski żołnierze byłej II Brygady Legionów połączyli się z II Korpusem Polskim na Ukrainie. Warto dodać, że bunt ten został zainicjowany przez ppłk. Michała Żymierskiego – późniejszego marszałka Polski i dowódcę ludowego Wojska Polskiego. W ten sposób Haller został najpierw dowódcą II Korpusu Polskiego, a potem – po przedarciu się do Francji – Błękitnej Armii.

Zakończenie działań wojennych na froncie zachodnim w listopadzie 1918 roku przyspieszyło rozwój organizacyjny Błękitnej Armii. Możliwe stało się wtedy wcielenie w jej szeregi 25 tys. polskich jeńców z armii austro-węgierskiej, wziętych do niewoli na froncie włoskim. Za wyposażenie armii odpowiadał rząd francuski, dzięki czemu została ona bardzo dobrze uzbrojona, m.in. w 98 samolotów Breguet XIV A2, Salmson 2 i Spad VIIC1 oraz 120 nowoczesnych czołgów. Utworzony w ramach Błękitnej Armii 1. Pułk Czołgów zapoczątkował powstanie polskiej broni pancernej, a siedem eskadr lotniczych – noszących numery 39, 59, 66, 162, 580, 581 i 582 – rozwój polskiego lotnictwa wojskowego.

W kwietniu 1919 roku – kiedy rozpoczął się przerzut Błękitnej Armii do Polski – liczyła ona ponad 70 tys. żołnierzy. Stała się najlepiej uzbrojoną i wyszkoloną częścią tworzącego się Wojska Polskiego, co miało ogromne znaczenie w obliczu toczącej się wojny polsko-ukraińskiej oraz wojny polsko-radzieckiej. Na dzień 1 kwietnia 1919 roku Błękitna Armia składała się z trzech korpusów. Dowódcą I Korpusu był gen. Dominique Joseph Odry, a w jego skład wchodziły 1., 2. i 3. Dywizja Strzelców Polskich, dowodzone przez generałów Josepha Jeana Bernarda, Louisa Modelona i Eugéne Auguste Petitdemange. III Korpus – dowodzony przez gen. André Josepha Emmanuela Masseneta – obejmował 6. i 7. Dywizję Strzelców Polskich pod dowództwem generałów Denisa Champeaux i Laurenta Bonina. Natomiast w skład II Korpusu weszły dwie polskie dywizje sformowane w Rosji. Były to 4. i 5. Dywizja Strzelców Polskich. Pierwsza z nich – dowodzona przez gen. Lucjana Żeligowskiego – została sformowana jesienią 1918 roku na Kubaniu głównie spośród żołnierzy II Korpusu Polskiego, którzy uniknęli niewoli niemieckiej. Początkowo walczyła ona z bolszewikami na Ukrainie w ramach francuskiego korpusu interwencyjnego, a następnie przebiła się przez Besarabię do Galicji Wschodniej i wzięła udział latem 1919 roku w polskiej ofensywie przeciw Zachodnioukraińskiej Republice Ludowej.

5. Dywizją Strzelców Polskich dowodził początkowo płk Kazimierz Rumsza, a potem płk Walerian Czuma – późniejszy generał i dowódca obrony Warszawy we wrześniu 1939 roku. Zorganizowano ją spośród polskich ochotników na Syberii w początkach 1919 roku, stąd jej potoczna nazwa „Dywizja Syberyjska”. W szczytowym okresie liczyła 16,5 tys. żołnierzy. 5. Dywizja Syberyjska walczyła z bolszewikami wspólnie z wojskami Białych admirała Aleksandra Kołczaka, Korpusem Czechosłowackim i wojskami interwencyjnymi Ententy. Skapitulowała w styczniu 1920 roku, otoczona przez Armię Czerwoną w rejonie Krasnojarska.

Przerzut Błękitnej Armii wraz z wyposażeniem z Francji do Polski trwał od kwietnia do czerwca 1919 roku. Pierwszym pociągiem przyjechał gen. Haller wraz ze sztabem. W swoich pamiętnikach dowódca Błękitnej Armii napisał później: „20 kwietnia dojechaliśmy do ówczesnej stacji granicznej Leszna. Wojsko polskie było witane okrzykami i łzami. Następna stacja – Ostrów Wielkopolski. Oficjalne powitanie władz i wojska polskiego. Żołnierze z Francji całowali ziemię polską”.

Już w maju 1919 roku jednostki Błękitnej Armii wzięły udział w ofensywie na froncie polsko-ukraińskim w Galicji Wschodniej i na Wołyniu. Walczyły następnie w wojnie polsko-radzieckiej. Gen. Haller objął dowództwo Frontu Południowo-Zachodniego, który został utworzony 15 czerwca 1919 roku na wypadek wojny z Niemcami. W październiku 1919 roku powierzono mu dowództwo Frontu Pomorskiego, utworzonego w celu zajęcia części Pomorza przyznanej Polsce na mocy postanowień Traktatu Wersalskiego. Pomimo kilku incydentów, wśród których były próby stawiania zbrojnego oporu przez Niemców i sabotażu, podległe Hallerowi wojska zajęły Pomorze do 11 lutego 1920 roku. Dzień wcześniej – 10 lutego 1920 roku – Haller przybył do Pucka, gdzie wraz z ministrem spraw wewnętrznych Stanisławem Wojciechowskim i administracją województwa pomorskiego dokonał symbolicznych zaślubin Polski z morzem. Podczas kontrofensywy Tuchaczewskiego na Warszawę w 1920 roku Haller położył duże zasługi dla organizacji Armii Ochotniczej, a w czasie bitwy warszawskiej dowodził Frontem Północnym.

Później pełnił funkcję m.in. generalnego inspektora artylerii. W 1926 roku skrytykował przewrót majowy Piłsudskiego, co spowodowało zakończenie jego kariery wojskowej. Ale nie politycznej i społecznej. Ta była nie mniej bogata niż działalność wojskowa. Ciemną plamę w działalności politycznej gen. Hallera stanowi niewątpliwie rola jaką odegrał przy eskalacji kryzysu politycznego po wyborze Gabriela Narutowicza na prezydenta. Kryzys ten zakończył się zabójstwem pierwszego prezydenta II RP. Hallera posądzano też o radykalne poglądy nacjonalistyczne i przypisywano mu odpowiedzialność za rozruchy antyżydowskie w Częstochowie w 1919 roku, w których wzięli udział niektórzy żołnierze Błękitnej Armii. Szczytem jego kariery politycznej były lata 1936-1939, kiedy współtworzył opozycyjny wobec sanacji Front Morges i chadeckie Stronnictwo Pracy. Podczas drugiej wojny światowej pełnił funkcję ministra oświaty w Rządzie RP na Wychodźstwie. Zmarł w Londynie 4 czerwca 1960 roku – w 43. rocznicę utworzenia Błękitnej Armii. W 1993 roku jego prochy spoczęły w kościele garnizonowym w Krakowie.

Do historii przeszedł jednak głównie jako dowódca Błękitnej Armii i najważniejszy uczestnik pierwszych zaślubin Polski z Bałtykiem. Błękitna Armia w końcowych miesiącach pierwszej wojny światowej nie stoczyła wielkich bitew i nie odniosła wielkich zwycięstw militarnych. Te przypadły w udziale wojskom francuskim, brytyjskim i amerykańskim. Wojsko polskie sformowane we Francji, dowodzone przez francuskich oficerów, a pozostające pod politycznym patronatem endecji odniosło jednak największe polskie zwycięstwo polityczne podczas Wielkiej Wojny. Zwycięstwo, którego stawką było miejsce w gronie państw, które tę wojnę wygrały i stały się beneficjentami Traktatu Wersalskiego. To zwycięstwo bynajmniej nie było udziałem obozu piłsudczykowskiego, który aż do 1917 roku orientował się na państwa centralne i który sobie przypisał największe zasługi w odzyskaniu niepodległości przez Polskę. Niewiele było w polskiej historii takich zwycięstw, odniesionych za cenę tak niewielkich ofiar.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 czerwca 2017 r.

 

Antypolonizm pod płaszczykiem antykomunizmu

W kraju trwa tzw. dekomunizacja. Oprócz dekomunizacji prowadzonej na polecenie IPN poszczególne samorządy występują z własnymi inicjatywami w tej mierze, niejednokrotnie wychodząc przed szereg. Moją uwagę zwróciła m.in. uchwała radnych Szczecina, podjęta na wniosek klubu PiS, pozbawiająca honorowego obywatelstwa miasta następujące osoby: prezydenta RP i I sekretarza KC PZPR Bolesława Bieruta, I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułkę, premiera Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej Edwarda Osóbkę-Morawskiego, marszałka ZSRR i Polski Konstantego Rokossowskiego, I sekretarza KC KPZR Nikitę Chruszczowa, gen. Pawła Batowa – radzieckiego dowódcę wojskowego, który w 1945 roku zdobył Szczecin i radzieckiego generała-Gruzina Władimira Dżandżgawę, który walczył w 1945 roku pod Szczecinem. Radni podkreślili w uzasadnieniu, że honorowe obywatelstwa wspomnianym osobom przyznano w okresie PRL, kiedy ich zdaniem „Polska nie była suwerennym krajem, zaś władzę w niej sprawowali całkowicie zależni od Związku Sowieckiego dygnitarze”. Zdaniem radnych Szczecina honorowe obywatelstwa nadawano wtedy „ewidentnie pod naciskiem okoliczności i politycznej atmosfery tamtego czasu”[1].

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że uchwała szczecińskich radnych także, a raczej przede wszystkim została podjęta pod naciskiem okoliczności i atmosfery politycznej panującej w państwie PiS. Świadczy o tym poniższy, najbardziej kuriozalny fragment uzasadnienia uchwały Rady Miasta Szczecina, w którym stwierdzono, że nadawanie tytułów honorowych w PRL „nastąpiło bądź to osobom, które dopuściły się wielu czynów, jakimi działały na szkodę Narodu Polskiego i Niepodległego bytu Państwa Polskiego, albo też dotyczyło osób, które uczestniczyły w odbywających się w toku działań wojennych działaniach polegających na zajmowaniu miasta wiosną 1945 r. dającego początek kilkudziesięcioletniej sowieckiej dominacji na Pomorzu Zachodnim”.

Najbardziej porażająca jest druga część tego zdania. Radni Szczecina, którzy podobno są Polakami i członkami partii Prawo i Sprawiedliwość – która na każdym kroku zastrzega sobie monopol na patriotyzm – piszą, że mają pretensje do Rokossowskiego, Batowa i Dżandżgawy o to, że wiosną 1945 roku „zajęli Szczecin” i dali tym samym początek „kilkudziesięcioletniej sowieckiej dominacji na Pomorzu Zachodnim”. Nie będę się dłużej rozwodził nad tym, że sformułowanie o „sowieckiej dominacji” jako egzemplifikacja historii PRL jest sformułowaniem propagandowym, do bólu dogmatycznym i nieprawdziwym. Skupię się nad tym, co tak naprawdę napisali polscy radni Szczecina. Cóż bowiem w rzeczywistości oznacza zarzut pod adresem wymienionych dowódców radzieckich, że „zajmując Szczecin” dali początek „sowieckiej dominacji”? Oznacza, że polscy radni mają pretensje, iż owi dowódcy radzieccy położyli kres niemieckiej dominacji na Pomorzu Zachodnim.

Takie przesłanie wynika też z pierwszej części zacytowanego fragmentu uzasadnienia do uchwały Rady Miasta Szczecina, gdzie jest mowa o osobach, które dopuściły się „czynów, jakimi działały na szkodę Narodu Polskiego i Niepodległego bytu Państwa Polskiego”. Jakich to konkretnie czynów – zwłaszcza w odniesieniu do Pomorza Zachodniego  – które stanowiły szkodę dla „Narodu Polskiego i Niepodległego bytu Państwa Polskiego”, dopuścili się Bolesław Bierut, Edward Osóbka-Morawski i Władysław Gomułka?

Bierut i Osóbka-Morawski – kierując polską delegacją na konferencji Wielkiej Trójki w Poczdamie (17 lipca-2 sierpnia 1945 roku) – twardo zabiegali o to, żeby Szczecin został przyłączony do Polski. Rządy USA i Wielkiej Brytanii były temu niechętne, obawiając się zbyt dużego okrojenia terytorialnego Niemiec i tym samym wzmocnienia pozycji politycznej ZSRR oraz pozostającej w orbicie jego wpływów Polski. Przyłączenie Szczecina do Polski było wynikiem twardej i nieustępliwej postawy Stalina w tej sprawie, ale także Bieruta i Osóbki-Morawskiego. Z kolei Władysław Gomułka – stojąc od listopada 1945 do stycznia 1949 roku na czele Ministerstwa Ziem Odzyskanych – położył ogromne zasługi dla odbudowy i scalenia tych ziem z Polską. Współdziałał w tej dziedzinie m.in. z Eugeniuszem Kwiatkowskim – piłsudczykiem i przedwojennym wicepremierem – który w latach 1945-1947 był członkiem Krajowej Rady Narodowej i pełnomocnikiem rządu ds. odbudowy Gdyni, a w latach 1947-1952 posłem na Sejm Ustawodawczy. Oczywiście do Bieruta, Osóbki-Morawskiego i Gomułki można mieć różne pretensje natury politycznej, ale nie można odmawiać im zasług w przywróceniu Polsce dawnych ziem piastowskich nad Odrą i Bałtykiem.

Dla mnie z uchwały Rady Miasta Szczecina i jej uzasadnienia wynika jasny przekaz: to źle, że Szczecin wrócił w 1945 roku do Polski. To źle, że znalazł się pod „sowiecką dominacją” zamiast pozostać pod dominacją niemiecką. Myślę, że w ten sam sposób odczytali to również sąsiedzi zza Odry, którym uchwała szczecińskich radnych musiała sprawić ogromną satysfakcję i której na pewno nie omieszkają wykorzystać politycznie w przyszłości. Z uchwały szczecińskiej Rady Miasta wyłania się jawny antypolonizm nieudolnie maskowany antykomunizmem i antysowietyzmem. Zwłaszcza, że szczecińscy radni jakoś dziwnie zapomnieli pozbawić honorowego obywatelstwa Szczecina Adolfa Hitlera, Hermanna Göringa, Wilhelma Fricka i Paula von Hindenburga. Ich twierdzenie, że jakoby „odcinają się od niemieckich honorowych obywatelstw i uznają je za nieistniejące, ponieważ były nadawane w zupełnie innym niż obecny porządku prawnym” jest obłudne i z punktu widzenia prawa bezskuteczne.

Kolejnym przykładem antypolonizmu uprawianego pod parawanem antykomunizmu jest „dekomunizacja” przez IPN ulic noszących imię Stanisława Sołdka. W uzasadnieniu na stronie internetowej IPN czytamy, że Stanisław Sołdek (1916-1970) był działaczem komunistycznym, członkiem władz wojewódzkich PZPR w Gdańsku i że został „w komunistycznej propagandzie nagłośniony jako wzór stoczniowego przodownika pracy”. Tak wygląda jego „zbrodnia” w świetle kazuistyki IPN. W dalszej części swojego uzasadnienia do „dekomunizacji” ulic Sołdka IPN uraczył czytelników m.in. elaboratem o ruchu stachanowskim w „bolszewickiej Rosji”. Ani słowa o tym, że inżynier Sołdek położył znaczące zasługi dla odbudowy, a właściwie budowy od podstaw polskiego przemysłu okrętowego po 1945 roku. Przemysłu, który został lekką ręką unicestwiony przez „wolną Polskę” po 1989 roku. Może i Sołdek był komunistą, ale niewątpliwie był też polskim patriotą, który tak jak miliony ówczesnych Polaków różnych orientacji politycznych i światopoglądów zaangażował się z entuzjazmem w odbudowę kraju. Takiego, jaki wtedy był, bo bez względu na to jaki on był to był Polską. Nie wiem ile jest prawdy w opowieściach o tym, że kierowana przez Stanisława Sołdka brygada traserska pracowała przy odbudowie Stoczni Gdańskiej i budowie pierwszego statku za miskę zupy. Ale znając realia powojenne – kraj wyszedł z wojny zrujnowany jak żaden inny w Europie – może być to bliskie prawdy.

Dla IPN Sołdek jednak nie jest bohaterem odbudowy kraju, ale krzewicielem komunizmu, a jego upamiętnianie – jak czytamy na stronie IPN – wypełnia „normę art. 1 Ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej”. Dla IPN jedyną bowiem powojenną postawą możliwą do zaakceptowania była postawa „żołnierzy wyklętych”. Wszyscy pozostali, którzy włączyli się w odbudowę kraju, to właściwie byli krzewicielami komunizmu i sowieckimi kolaborantami. To nie jest aberracja i przejaskrawiony antykomunizm. To jest świadomy antypolonizm maskowany antykomunizmem. Ja przynajmniej nie mam co do tego wątpliwości.

Jeśli ktoś ma jednak nadal wątpliwości co do antypolonizmu postsolidarnościowych kręgów politycznych, to polecam artykuł Piotra Zychowicza pt. „Małpowanie bolszewików” (nr 5/2017 miesięcznika „Historia Do Rzeczy”). Zychowicz pisze tam m.in.: „Konflikt między komunistami a UPA – dwoma wrogami Polaków – jest mi obojętny. Oczywiście doceniam to, że ukraińskie podziemie stawiało opór bolszewikom. Tak jak nasi żołnierze wyklęci”.

Zdaniem Zychowicza zatem w latach 1944-1947 w południowo-wschodniej Polsce mieliśmy do czynienia nie z agresją UPA przeciw narodowi polskiemu, ale z konfliktem „między komunistami a UPA”. W świetle faktów historycznych „konflikt” UPA z komunistami przejawiał się głównie w mordowaniu polskiej ludności cywilnej, jak np. w Wiązownicy 17 kwietnia 1945 roku i innych miejscowościach Rzeszowszczyzny. To co pisze Zychowicz jest więc propagowaniem banderowskiej – antypolskiej – narracji historycznej. Nie pozostawia on co do tego najmniejszej wątpliwości pisząc w następnym zdaniu, że docenia to, iż „ukraińskie podziemie stawiało opór bolszewikom” jak polscy „żołnierze wyklęci”. Zychowicz zatem docenia to, że UPA wymordowała 19 marca 1946 roku około 60 bezbronnych żołnierzy i milicjantów ze strażnicy WOP w Jasielu, dokonała pogromu Polaków w Baligrodzie 6 sierpnia 1944 roku, masakry Polaków w Mucznem 16 sierpnia 1944 roku, wspomnianej masakry w Wiązownicy, masakry Polaków w Cisnej 11 stycznia 1946 roku i wielu innych zbrodni. Zbrodnie te polegały na paleniu żywcem cywilnych Polaków bez względu na płeć i wiek, zarąbywaniu ich siekierami, obcinaniu uszu i genitaliów, wyłupywaniu oczu. Tak wyglądało „stawianie oporu bolszewikom” przez UPA w powojennej Polsce. Za to właśnie Zychowicz jest wdzięczny UPA.

Rodzi się więc pytanie czy to jest antykomunizm czy antypolonizm? Bez wątpienia antypolonizm i to świadomy. Problem dlaczego postsolidarnościowe kręgi polityczne uprawiają antypolonizm i w czyim interesie to robią wymaga głębszego opracowania. Ten artykuł może być do tego co najwyżej przyczynkiem. Chciałbym przede wszystkim zauważyć, że antypolonizm uprawiany pod płaszczykiem antykomunizmu i przy akompaniamencie patriotycznej egzaltacji jest szczególnie niebezpieczny. Właśnie dlatego, że udaje rzekomo heroiczny patriotyzm.

[1] „Szczecin: Bierut, Gomułka i Chruszczow pozbawieni honorowego obywatelstwa miasta”, http://www.rp.pl, 28.03.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 30 maja 2017 r.

„Myśl Polska” nr 23-24 (2139/40), 4-11.06.2017, s. 16

Sprawa sumienia polskiego

Kiedy po przewrocie majowym na polecenie Piłsudskiego uwięziono w ramach zemsty politycznej w III. Wojskowym Więzieniu Śledczym na Antokolu w Wilnie generałów Tadeusza Rozwadowskiego, Włodzimierza Zagórskiego, Juliusza Malczewskiego i Bolesława Jaźwińskiego, wystąpił w ich obronie piłsudczyk – prof. Marian Zdziechowski (1861-1938). To właśnie ten wybitny uczony – historyk idei i literatury, filolog, filozof, krytyk literacki i publicysta, w latach 1919-1932 kierownik katedry literatur europejskich na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, a w latach 1925-1927 rektor tegoż uniwersytetu – opublikował wiosną 1927 roku broszurę pt. „Sprawa sumienia”. Ujął się w niej za aresztowanymi generałami, których więziono bez postawienia im jakichkolwiek zarzutów w warunkach urągających ich pozycji i elementarnej godności człowieka. Wystąpienie prof. Zdziechowskiego przyczyniło się w znaczący sposób do zwolnienia uwięzionych generałów, z których co prawda gen. Zagórski został wkrótce po uwolnieniu skrytobójczo zamordowany, a gen. Rozwadowski zmarł w następstwie ciężkich warunków stworzonych mu w więzieniu, ale na to autor „Sprawy sumienia” nie miał już wpływu.

Warto w tym miejscu nadmienić, że Marian Zdziechowski należał w maju 1926 roku do ścisłego otoczenia Józefa Piłsudskiego. Był wtedy jednym z trzech kandydatów Piłsudskiego – obok Artura Śliwińskiego i księcia Zdzisława Lubomirskiego – na urząd prezydenta RP. Kandydatura wybranego ostatecznie Ignacego Mościckiego pojawiła się dopiero po odrzuceniu tych trzech kandydatur. Zaraz po przewrocie majowym Piłsudski specjalnie przyjechał do Wilna, by osobiście zaproponować Zdziechowskiemu objęcie urzędu prezydenta. Ten jednakże uzależnił swoją zgodę od spełnienia przez Piłsudskiego szeregu etyczno-politycznych postulatów, w tym zwolnienia aresztowanych generałów i innych więźniów politycznych. Będąc piłsudczykiem Zdziechowski wystąpił w obronie swoich przeciwników politycznych, których poddano bezprawnym represjom. Położył na szali swoją pozycję i karierę polityczną oraz wykazał wielką klasę jako polityk, naukowiec i człowiek.

Przypominam tę historię w kontekście sprawy dr. Mateusza Piskorskiego – lidera partii „Zmiana”, sekretarza Europejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych i dziekana Wydziału Nauk Politycznych Wyższej Szkoły Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki w Warszawie. 18 maja 2016 roku – w dniu swoich 39. urodzin – został on zatrzymany przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a następnie tymczasowo aresztowany. Od tego czasu przebywa w areszcie śledczym, który jest każdorazowo przedłużany po upływie trzech miesięcy przez sąd na wniosek prokuratury. Kolejną decyzję o przedłużeniu aresztu Piskorskiego dyspozycyjny politycznie wymiar sprawiedliwości podjął 11 maja br.

Kiedy w maju 2016 roku aresztowano Mateusza Piskorskiego, media „głównego nurtu” informowały, że postawiono mu zarzut szpiegostwa na rzecz wywiadu rosyjskiego i chińskiego. „Gazeta Wyborcza” twierdziła, że ABW zarzuciła Piskorskiemu, iż w latach 2013-2016 brał udział w „działalności rosyjskiego wywiadu cywilnego, skierowanej przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej, poprzez uczestniczenie w spotkaniach operacyjnych z osobami stanowiącymi kontakty służb wywiadu, przyjmowanie zadań operacyjnych celem propagowania rosyjskich interesów i manipulowania nastrojami polskiego społeczeństwa, pobierając na tę działalność środki finansowe i wynagrodzenie”, a założona przez Piskorskiego partia „Zmiana” i ECAG miały być użyte przez Rosję „do realizacji zadań operacyjnych, mających na celu wywołanie antyukraińskich reakcji w Polsce i antagonizowanie stosunków polsko-ukraińskich”[1].

A więc jesteśmy w domu. Piskorskiego tak naprawdę aresztowano za krytykę pomajdanowej Ukrainy („wywołanie antyukraińskich reakcji i antagonizowanie stosunków polsko-ukraińskich”). Nasuwają się więc pytania, czy Piskorski tak naprawdę został aresztowany z inicjatywy ABW czy jednak Służby Bezpieczeństwa Ukrainy oraz czy o przetrzymywaniu go w areszcie nie decyduje aby przede wszystkim wola ambasady Ukrainy?

Nie są to pytania abstrakcyjne. Otóż wspomniana „Gazeta Wyborcza” – powołując się na ABW i prokuraturę – przytoczyła w maju 2016 roku następujące dowody „szpiegowskiej” działalności Piskorskiego: „wielokrotnie odbywał spotkania operacyjne z reprezentantami rosyjskich organizacji pozarządowych, którzy w rzeczywistości byli kontaktami służb wywiadowczych (…) w marcu 2014 r. brał udział w międzynarodowej misji obserwatorów pod szyldem Europejskiego Obserwatorium Demokracji i Wyborów w celu przedstawienia opinii publicznej referendum na Krymie w sposób oczekiwany przez władze rosyjskie. Według śledczych zarówno Zmiana, jak i związane z nią stowarzyszenia zajmujące się dawnymi Kresami RP i Ukrainą miały być kontrolowane i finansowane przez służby rosyjskie oraz wykorzystywane do realizacji zadań operacyjnych. Piskorski miał też organizować w lutym 2015 r. wyjazd Zmiany na Ukrainę i kierować prowokacją polegającą na dokonaniu przez aktywistów jego partii dewastacji pomnika Bandery i malowaniu antyukraińskich napisów (…)”[2]. Dodać do tego trzeba jeszcze, że otwarcie sprzeciwiał się obecności wojsk NATO w Polsce oraz krytykował członkostwo Polski w UE i NATO.

A zatem głównie, jeśli nie wyłącznie, chodziło o Ukrainę. Szpiegowska działalność Piskorskiego miała polegać na udziale w jawnej misji obserwatorów zagranicznych na Krymie, która przedstawiła na temat referendum krymskiego raport sprzeczny z narracją polskich i zachodnich mediów „głównego nurtu”, oraz na zniszczeniu pomnika Bandery. Co zaś się tyczy spotkań operacyjnych z „reprezentantami rosyjskich organizacji pozarządowych”, a w rzeczywistości jakoby „kontaktami” służb wywiadowczych Rosji, to politycy PiS i PO odbywają regularnie takie spotkania, tyle że z reprezentantami amerykańskich, niemieckich, izraelskich i innych organizacji pozarządowych, co w ich języku nie nazywa się szpiegostwem, ale lobbingiem. Wiele z tych zachodnich organizacji pozarządowych ma w Warszawie swoje filie, a nawet centrale i ABW jakoś nie sprawdza czy są one „kontaktami” obcych służb wywiadowczych, a utrzymujący z nimi relacje politycy polscy nie są obcą „agenturą wpływu”.

To pisano rok temu. Przez ten rok media „głównego nurtu” straciły zainteresowanie sprawą przetrzymywanego w areszcie śledczym Mateusza Piskorskiego. Stało się tak dlatego, że przez rok prokuratura nie potrafiła przytoczonych wyżej zarzutów przekuć w akt oskarżenia. Sprawę więc medialnie wyciszono. Poza polskojęzycznym portalem rosyjskiej Agencji Informacyjnej i Radia Sputnik nie podano też w Polsce informacji o tym, że 25 kwietnia 2017 roku Mateusz Piskorski został dotkliwie pobity przez funkcjonariusza ABW podczas przewożenia go z aresztu do prokuratury, ponieważ powołując się na zalecenie lekarskie żądał, by założono mu kajdanki z przodu, a nie zakuwano mu rąk na plecach.

Sprawy Piskorskiego w mediach „głównego nurtu” zatem nie ma, ale sprawa jest. Od roku człowiek przebywa w areszcie bez postawienia mu oficjalnych zarzutów. Śledztwo i tym samym wysuwane przez prokuraturę oskarżenia zostały utajnione. Wygląda to na tzw. areszt wydobywczy – czyli sytuację, w której dąży się do złamania psychicznego osoby aresztowanej, by ta samodzielnie dostarczyła dowodów swojej winy. Wbrew obiegowej opinii nie jest to wcale wynalazek ministra Ziobry ani NKWD, tylko Świętej Inkwizycji, której działalności teoria prawa zawdzięcza sentencję „confessio est regina probationum” (przyznanie się do winy jest królową dowodów). Tylko, że inkwizycja wymuszała przyznanie się do winy przy pomocy tortur, a peryferyjne demokracje świata euro-atlantyckiego preferują w tym względzie presję psychologiczną.

Nie ulega zatem wątpliwości, że w sprawie Piskorskiego mamy do czynienia z bezprawiem – z represjonowaniem wbrew Konstytucji za poglądy polityczne i jawną działalność publiczną. To bezprawie okryła zasłona milczenia. Nie znalazł się obecnie nikt na miarę Mariana Zdziechowskiego – ani w obozie rządzącym, ani w parlamentarnej opozycji – który by przeciw temu bezprawiu zaprotestował. Sprawa Piskorskiego nie poruszyła też wrażliwości powołanych do tego instytucji – Komitetu Helsińskiego i Rzecznika Praw Obywatelskich, który ostatnio przejawia nadwrażliwość wobec domniemanych cierpień Ukraińców podczas operacji „Wisła” sprzed siedemdziesięciu laty. Nie poruszyła także świata nauki – do którego Piskorski przecież należał – świata kultury i sztuki, „niezależnych” mediów oraz „autorytetów moralnych”. Dlaczego?

Wiceprzewodniczący partii „Zmiana” Jarosław Augustyniak wyjaśnił to następująco: „przyjaciele i współpracownicy Piskorskiego, zbierają od jakiegoś czasu podpisy pod poręczeniami, by w ten sposób zastąpić areszt, który jest najcięższym środkiem zapobiegawczym, i który co do zasady powinien być stosowany wyjątkowo i bardzo ostrożnie. Niech się ta cała „sprawa” toczy dalej, ale niech i Piskorski bierze w niej udział z wolnej stopy. Zbieranie podpisów wśród zwykłych ludzi szło całkiem dobrze. Pomysłodawcy zbierania podpisów słusznie jednak doszli do wniosku, że dobrze by było, gdyby wśród poręczycieli znalazły się jakieś osobistości, jacyś utytułowani ludzie ze świata kultury i nauki. W tym celu inicjatorzy skontaktowali się telefonicznie z uczelnią (Wyższa Szkoła Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki), na której wykładał Mateusz Piskorski. Otrzymali stamtąd obietnicę złożenia podpisu pod tym dokumentem przez rektora i innych pracowników uczelni. Kilka dni później jednak poręczenia odmówili. Otóż wkrótce po telefonicznej rozmowie przyszło na uczelnię wezwanie na przesłuchanie do ABW. Po tym przesłuchaniu, na którym nie wiadomo jakich gróźb i szantaży użyto, uczelnia wycofała się z poręczenia za Piskorskiego. Ostatnio straciła też budynek, w którym miała swoją siedzibę. Zburzono budynek „Uniwersalu” wraz z „Rotundą” i po szkole, w której Piskorski pracował, nie pozostał kamień na kamieniu. Czy ma to związek ze sprawą? Kto wie? Tu jest IV RP, a zemsta PiS nie zna granic logiki ani przyzwoitości. Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku profesora Jerzego Sielskiego, który przed laty był promotorem pracy doktorskiej Piskorskiego. Ten również początkowo bardzo zdecydowanie potwierdził swoją gotowość do poręczenia. Jednak kilka dni później, mocno przestraszony przeprosił, że jednak tego podpisu złożyć nie może. Jego również, zaraz po telefonicznej rozmowie, odwiedzili smutni panowie z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W tym samym czasie, jego szkoła, Akademia im. Jana Długosza w Częstochowie, gdzie wykłada politologię, zawiesiła jego profesurę. Oczywiście nikt tego nie podał za powód zawieszenia, tylko po prostu zawieszenia się zdarzają w naszym kraju tak samo jak seryjni samobójcy. Takich przypadków było zapewne więcej. Niestety nie o wszystkich się dowiemy. Strach o utratę możliwości zarobkowania ma paraliżującą siłę przekonywania. Przeraża też poziom stosowanej inwigilacji społeczeństwa przez tajne służby. Bo jeśli tylko w rozmowie telefonicznej pada nazwisko Piskorskiego, a chwilę po tym zjawią się u rozmówcy pracownicy ABW, to żyjemy już chyba w państwie policyjnym?”[3].

Potwierdzeniem tego, co napisał Jarosław Augustyniak jest reakcja portalu niezalezna.pl – a więc portalu „Gazety Polskiej” – na kolejne przedłużenie rocznego już aresztu tymczasowego Mateusza Piskorskiego. Bo nie jest do końca prawdą, że media „głównego nurtu” tę sprawę przemilczały. „Gazeta Polska” – a więc główny organ medialny partii rządzącej – tego nie przemilczała, ale wyraziła nieskrywaną radość z tego, że „lider prorosyjskiej partii Zmiana pozostanie w areszcie jeszcze przez co najmniej kilka miesięcy”. W krótkiej notatce „Gazeta Polska” szczerze napisała też co stanowi winę Piskorskiego, używając przy tym propagandowych sformułowań nieprawdziwie opisujących kryzys ukraiński. Otóż wina Piskorskiego według „Gazety Polskiej” polega na tym, że ten „był wielokrotnie bohaterem publikacji Niezalezna.pl. Aktywny stał się zwłaszcza po ataku Rosji na Ukrainę. Jeździł nawet na tereny zajęte przez terrorystów okupujących tereny Donbasu i chwalił się zdjęciami z przedstawicielami tzw. Donieckiej Republiki Ludowej”[4]. Za to właśnie siedzi od roku bez aktu oskarżenia i wyroku sądu.

A gdyby ktoś miał co do tego wątpliwości, to rozwieją je wpisy czytelników portalu niezalezna.pl – czyli najwierniejszych zwolenników PiS. Zacytuję kilka najbardziej charakterystycznych (zachowałem oryginalną pisownię): (1) „Jak dla mnie może zdechnąć w tym kiciu i im więcej takie proruskie ścierwo ma obrońców tym bardziej bym go trzymał w zamknięciu”, (2) „dzięki takim jak on Szczecin i Pomorze Środkowe śmierdzi ruskiem już od rogatek Poznania”, (3) „Takie kanalie powinny siedzieć w Berezie Kartuskiej – dożywotnio”, (4) „Nie chce zeznawać??? Co, nie mają tam prądu w gniazdkach???”[5].

Te wypowiedzi ostatecznie pozwalają zrozumieć dlaczego w środowiskach postsolidarnościowych nie znalazł się nikt na miarę prof. Mariana Zdziechowskiego, który by podniósł „sprawę sumienia polskiego”. III RP w przeciwieństwie do uważanej za jej pierwowzór II RP sumienia najwidoczniej nie ma i jeszcze dojdzie do tego, że dyktatura sanacji w porównaniu z rządami PiS będzie uważana za przykład demokracji. Nie jest w tym kontekście przypadkiem, że na łamach „Gazety Polskiej” jej wicenaczelna – Katarzyna Gójska-Hejke – wyzwała niedawno do powołania „polskiej komisji McCarthy’ego”.

Sprawa Piskorskiego pokazuje przede wszystkim dwie rzeczy. Po pierwsze, że nie jest możliwa nawet najdrobniejsza rewizja fatalnej i zgubnej polityki wschodniej, prowadzonej przez Warszawę od początku lat 90. XX wieku. Piskorski opowiadał się właśnie za dokonaniem takiej rewizji – za odejściem od „wiary ukrainnej” i deeskalacją stosunków z Rosją. Oczywiście opowiadał się też za zmianą geopolityczną, za Europą opartą na równorzędnej współpracy poszczególnych podmiotów w miejsce dominacji euro-atlantyckiej. Ale do zastosowania wobec niego represji wystarczyły tylko jego działania skierowane przeciw polityce proukraińskiej III RP.

Po drugie, sprawa Piskorskiego kompromituje solidarnościową Polskę i jej odwołania do tzw. etosu walki o prawa człowieka w PRL. To już od dawna jest tylko pustosłowie. Piskorski stał się współczesnym Józefem K. z powieści Franza Kafki pt. „Proces”. Do takiej właśnie demokracji doszli spadkobiercy solidarnościowego etosu.

[1] M. Jałoszewski, „ABW: Partię Zmiana założyli Rosjanie”, http://www.wyborcza.pl, 25.05.2016.

[2] Tamże.

[3] J. Augustyniak, „Pomagasz Piskorskiemu? Oczekuj wizyty ABW”, http://www.pl.sputniknews.com, 7.05.2017.

[4] „Bez pobłażania dla Mateusza P. Lider partii Zmiana pozostanie w areszcie”, http://www.niezalezna.pl, 11.05.2017.

[5] Tamże.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 maja 2017 r.

„Myśl Polska” nr 21-22 (2137/38), 21-28.05.2017, s. 4-5

Czy Polska przegrała wojnę?

Odpowiedź na pytanie postawione w tytule powinna wydawać się oczywista. Polska wyszła zwycięsko z drugiej wojny światowej, ponieważ walczyła z Niemcami hitlerowskimi od pierwszego do ostatniego dnia tej wojny w zwycięskiej Wielkiej Koalicji i to polscy żołnierze z 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki – kapral Antoni Jabłoński, kanonier Aleksander Karpowicz, kanonier Eugeniusz Mierzejewski, plutonowy Kazimierz Otap i podporucznik Mikołaj Troicki – zawiesili 2 maja 1945 roku biało-czerwoną flagę na pruskiej Kolumnie Zwycięstwa w parku Grosser Tiergarten w Berlinie. Niestety żyjemy w czasach coraz bardziej powszechnego rewizjonizmu historycznego, w których ten – wydawałoby się oczywisty fakt historyczny – jest kwestionowany. W prawicowej publicystyce od lat przejawia się tendencja do deprecjonowania zwycięskiego dla Polski zakończenia największej dotąd wojny w historii. Podnosi się, że Polska wyszła z tej wojny jako kraj niesuwerenny, że nastąpiła „zamiana jednej okupacji na drugą” i doszło do utraty Kresów Wschodnich.

Jako jeden z pierwszych taką ocenę wydarzeń roku 1945 przedstawił gen. Władysław Anders w wydanych w 1949 roku wspomnieniach „Bez ostatniego rozdziału”. Stwierdził tam m.in.: „Zwycięstwo, do którego przyczyniliśmy się tak wielką ilością przelanej krwi i tyloletnią męką narodu polskiego, nie było naszym udziałem. Dla Polski V-Day jeszcze nie nadszedł”. Takie stanowisko gen. Anders uzasadnił tym, że „wschodnia połowa państwa z Lwowem i Wilnem, ziemie od 600 lat związane z Polską, na których w ogóle nie było i nie ma ludności rosyjskiej mają być zagarnięte przez Rosję (…) polskie prawo państwowe znikało, prawny rząd polski, który przez całą wojnę współdziałał ze sprzymierzonymi, ma być odsunięty, a rząd, osadzony w Polsce przez Rosję, ma być trzonem nowego rządu, tworzonego w Moskwie”. W memoriale do marszałka Harolda Alexandra z 24 sierpnia 1945 roku Anders napisał wprost: „Jeśli chodzi o samą Polskę, to mimo osiągnięcia przez sojuszników pełnego zwycięstwa, znajduje się ona w niewoli, i to w niewoli o wiele gorszej niż za czasów okupacji niemieckiej”[1].

Tak tendencyjne oceny – zwłaszcza w przypadku uznania powojennej rzeczywistości Polski za jakoby gorszą do okupacji niemieckiej – były wówczas udziałem nie tylko gen. Andersa. Wynikały z niezgody na polityczny kształt powojennej Polski i związanej z tym osobistej frustracji. Można to po ludzku zrozumieć. Trudniej jest zrozumieć to, że są one dzisiaj uważane za obiektywne przez mającą ambicję być poważną historiografię i publicystykę.

Proces deprecjonowania kształtu ustrojowego Polski po 1945 roku i co za tym idzie również polskiego zwycięstwa w drugiej wojnie światowej przybiera niejednokrotnie formy skrajne. W tym roku minie pięć lat od publikacji książki, której autor twierdził, że Polska mogła wygrać wojnę, gdyby najpierw w sojuszu z Niemcami hitlerowskimi pokonała ZSRR, a następnie odwróciła sojusze i wspólnie z aliantami zachodnimi pokonała Niemcy[2]. Z oryginalnych tez stawianych przez Piotra Zychowicza (i nie tylko przez niego) wynika zatem, że główną przyczyną tego, że Polska nie wygrała drugiej wojny światowej jest mocarstwo ze Wschodu i rola, jaką odegrało ono wobec Polski w 1939 roku oraz w latach 1943-1945.

Nie ulega wątpliwości, że funkcjonowanie powojennej Polski w geopolitycznej orbicie wpływów ZSRR pociągnęło za sobą określone konsekwencje co do jej suwerenności i oblicza ustrojowego. To jednakże nie usprawiedliwia wysuwania tez skrajnych, stojących w opozycji do faktów historycznych.

Żeby odpowiedzieć na pytanie, czy Polska wygrała drugą wojnę światową trzeba odpowiedzieć na pytanie o co w tej wojnie walczył naród polski. Nie państwo, taki czy inny rząd oraz określone opcje polityczne, ale właśnie naród. Czy Polacy walczyli w tej wojnie o takie czy inne granice, ustrój polityczny i gospodarczy? Czy może jednak o coś bardziej fundamentalnego?

Cel, o który walczył w drugiej wojnie światowej naród polski został mu narzucony przez Adolfa Hitlera, który podczas narady w Obersalzbergu 22 sierpnia 1939 roku zakomunikował wyższym dowódcom Wehrmachtu, że „zadaniem naszym jest zniszczenie żywych sił nieprzyjaciela, a nie dotarcie do określonej linii (…). Nie miejcie litości, bądźcie brutalni! (…) Dlatego na razie wysłałem na wschód tylko moje „Totenkopfstandarte” z rozkazem zabijania bez litości i pardonu wszystkich mężczyzn, kobiety i dzieci polskiego języka (…). Polska zostanie wyludniona i skolonizowana przez Niemców”[3].

W świetle tej wypowiedzi Hitlera, która miała miejsce na dzień przed zawarciem paktu Ribbentrop-Mołotow i na tydzień przed agresją niemiecką na Polskę, wynika zatem, że naród polski walczył w drugiej wojnie światowej o biologiczne przetrwanie. O to czy będzie dalej fizycznie istniał, czy nie.

Wytyczne, które wydał Hitler 22 sierpnia 1939 roku były realizowane od pierwszego dnia wojny, kiedy to za jednostkami Wehrmachtu wkroczyły do Polski grupy operacyjne Policji Bezpieczeństwa (Einsatzgruppen). Dysponowały one przygotowanymi już przed wojną listami proskrypcyjnymi (tzw. Sondernfahndungsbuch Polen) z nazwiskami 61 tys. Polaków aktywnych politycznie, społecznie i naukowo oraz znanych z działalności antyniemieckiej. Ludzi tych rozstrzeliwano podczas kampanii wrześniowej i po jej zakończeniu do końca 1939 roku w ramach tzw. operacji Tannenberg.

Terror niemiecki nie był jednakże skierowany tylko przeciw elitom społecznym. Jego ofiarą były wszystkie warstwy ówczesnego społeczeństwa polskiego. Hitlerowcy nie zamierzali germanizować ludzi, ale ziemię. Stąd wysiedlenie, a właściwie wypędzenie około 800 tys. Polaków z ziem wcielonych do Rzeszy. Wstępem do depopulacji ziem polskich była też zagłada Żydów.

Rozwinięcie nazistowskiej polityki germanizacyjnej stanowił Generalny Plan Wschodni, który powstał pod kierunkiem Heinricha Himmlera w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy w 1941 roku. Z tego co wiemy na temat Generalnego Planu Wschodniego z dokumentów pośrednich (oryginały tego planu nie zachowały się), Niemcy zamierzały przeprowadzić po zwycięskiej dla nich wojnie likwidację – w drodze eksterminacji bezpośredniej, pośredniej i wysiedlenia na zachodnią Syberię – 85 proc. etnicznej ludności polskiej. Pozostałe 15 proc. (ok. 4 mln) Polaków zamierzano zachować w Generalnym Gubernatorstwie jako niewolniczą siłę roboczą lub zgermanizować. Wstępem do realizacji Generalnego Planu Wschodniego były wysiedlenia z Zamojszczyzny, które w latach 1942-1943 objęły około 110 tys. Polaków. Nie ulega wątpliwości, że gdyby Niemcy wygrały wojnę Polacy jako naród przestaliby istnieć.

Świadczą o tym straty polskie pod okupacją niemiecką. Według szacunków Instytutu Pamięci Narodowej – będących rezultatem prac nad programem „Starty osobowe i ofiary represji pod okupacją niemiecką” – z rąk okupanta niemieckiego zginęło około 2,77 mln Polaków oraz od 2,7 do 3 mln (najprawdopodobniej 2,9 mln) polskich Żydów. Podana przez IPN liczba ofiar polskich (2,7 mln) nie obejmuje tych Polaków, którzy zginęli z rąk przedwojennych mniejszości narodowych (nacjonaliści ukraińscy i litewscy). Natomiast spośród ofiar żydowskich co najmniej 500 tys. zginęło w gettach i obozach pracy, 200 tys. zamordowały Einsatzgruppen, a 1,86 mln zabito w ośrodkach zagłady bezpośredniej i obozach koncentracyjnych[4]. Dodać do tego należy, że w niemieckich obozach koncentracyjnych zginęło około 250 tys. etnicznych Polaków, z czego co najmniej 70 tys. w KL Auschwitz, 30 tys. w KL Ravensbrück i 27 tys. w KL Mauthausen.

Niższy szacunek od IPN przyjął na początku lat 90. prof. Czesław Łuczak, opierając się na źródłach ze Statistisches Bundesamt w Wiesbaden. Wedle jego szacunku podczas drugiej wojny światowej zginęło ponad 2 mln etnicznych Polaków, w tym 1,3 mln w Generalnym Gubernatorstwie (bez Dystryktu Galicja), 250 tys. na ziemiach wcielonych do Rzeszy i 500 tys. na byłych Kresach Wschodnich – łącznie z ofiarami okupacji radzieckiej oraz nacjonalistów ukraińskich i litewskich. Straty mniejszości narodowych w II RP (poza Żydami) oszacował na 1 mln, co łącznie ze stratami Żydów (2,9 mln) daje około 6 mln obywateli polskich, którzy stracili życie podczas wojny[5].

IPN oszacował też, że w latach 1939-1941 i 1944-1945 z rąk radzieckich zginęło 150 tys. obywateli polskich, w większości Polaków. Straty, jakie ponieśli Polacy pod okupacją radziecką (1939-1941) i w okresie działań represyjnych NKWD na tyłach frontu (1944-1945) są zatem zbliżone do strat, jakie podczas wojny zadali im łącznie nacjonaliści ukraińscy (według IPN 100 tys., według Ewy Siemaszko 130 tys. ofiar) i litewscy (około 25 tys. ofiar). W przypadku represji na Wschodzie historyk IPN, prof. Wojciech Materski, podkreślił że „Sowieci nie podejmowali się planowanej eksterminacji całych narodowości (wyjątek zrobiono dla polskich elit), a skala ofiar była spowodowana bardziej warunkami życia będącymi konsekwencjami represji”[6]. Inaczej natomiast było na terenie okupacji niemieckiej, gdzie skala ofiar – tak polskich, jak i żydowskich – była rezultatem bezpośrednich działań eksterminacyjnych, wynikających z celów realizowanej polityki okupacyjnej.

Procentowo Polska straciła największą liczbę ludności spośród państw biorących udział w drugiej wojnie światowej – około 17,22 proc. Dla porównania wskaźnik procentowy strat ludzkich wyniósł w wypadku ZSRR – 13,7 proc., Grecji – 11,17 proc., Jugosławii – 10,97 proc., Czechosłowacji – 2,43 proc., Holandii – 2,41 proc., Francji – 1,44 proc., Belgii – 1,05 proc., Wielkiej Brytanii – 0,94 proc., Norwegii – 0,35 proc., USA – 0,32 proc., a Danii – 0,16 proc.

Jeszcze bardziej niż straty ludzkie o eksterminacyjnym charakterze okupacji niemieckiej świadczą straty materialne. 90 proc. z nich zostało spowodowane nie działaniami wojennymi, ale polityką okupacyjną Niemiec. Straty majątku narodowego pod okupacją niemiecką oszacowano w 1947 roku na 38 proc. stanu sprzed 1939 roku. Był to najwyższy wskaźnik strat materialnych spośród państw okupowanych przez Niemcy. Poza Polską tak barbarzyńską politykę eksterminacyjną hitlerowcy prowadzili tylko na okupowanych ziemiach ZSRR.

W świetle tych faktów nie ulega zatem wątpliwości, że Polska wygrała drugą wojnę światową, ponieważ dzięki klęsce Niemiec hitlerowskich została ocalona dalsza egzystencja biologiczna narodu polskiego. Powojenna rzeczywistość, wbrew temu co twierdzą zwolennicy tezy o „drugiej okupacji”, takiego zagrożenia już nie stanowiła.

Rozważając czy Polska wygrała tę wojnę nie można też pominąć polskiego wkładu w zwycięstwo nad III Rzeszą w ramach koalicji antyhitlerowskiej. We wrześniu 1939 roku Polska zdobyła się na ogromny wysiłek, mobilizując prawie milion żołnierzy i wystawiając osiem armii liczących 39 dywizji piechoty, 11 brygad kawalerii i dwie brygady zmotoryzowane. W samotnej walce zginęło 66 tys. żołnierzy polskich, zdradzonych przez sojuszników zachodnich. Straty zadane Niemcom podczas kampanii wrześniowej, zwłaszcza w sprzęcie, uniemożliwiły Wehrmachtowi podjęcie ofensywy na froncie zachodnim do wiosny 1940 roku. Po klęsce wrześniowej w walce z Niemcami uczestniczyły wszystkie nurty polityczne i wojskowe polskiego podziemia oraz Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie i Wojsko Polskie sformowane na Wschodzie. Polski wysiłek zbrojny miał miejsce na wszystkich frontach tej wojny i niewątpliwie był znaczący wśród państw koalicji antyhitlerowskiej.

Siły zbrojne podległe Rządowi RP na Wychodźstwie wzięły udział w kampanii norweskiej i francuskiej, bitwie o Anglię, bitwie o Atlantyk, kampanii północnoafrykańskiej, kampanii włoskiej i walkach na froncie zachodnim. Z chwilą zakończenia wojny Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie liczyły 210 tys. żołnierzy, a przed rozformowaniem w 1946 roku 240 tys. Do ich najbardziej legendarnych działań należały udział w bitwach o Narwik i Tobruk, w bitwie pod Falaise, przełamanie Linii Gustawa (bitwa o Monte Cassino) oraz tragiczny udział w operacji Market Garden.

Równie wielki wkład w zwycięstwo nad hitleryzmem wniosło Wojsko Polskie sformowane na Wschodzie w latach 1943-1944. Pod koniec wojny 1. Armia WP liczyła 77 tys., a 2. Armia WP 90 tys. żołnierzy. Najkrwawszymi epizodami 1. Armii WP na szlaku bojowym od Lenino do Berlina i Łaby były udział w pomocy dla powstania warszawskiego, przełamanie Wału Pomorskiego i zdobycie Kołobrzegu. 2. Armia WP – składająca się w większości z byłych żołnierzy AK – zapisała się tragicznym udziałem w operacji łużyckiej, w której straciła 22 proc. stanu wyjściowego.

Polski wysiłek zbrojny to także działania wywiadu PSZ na Zachodzie i wywiadu AK, których największymi sukcesami były złamanie szyfru Enigmy i rozpracowanie niemieckiego projektu broni rakietowej V-1 i V-2.

Polski zbrojny ruch oporu obejmował Armię Krajową (około 400 tys. zaprzysiężonych członków), Bataliony Chłopskie (130 tys.), Narodowe Siły Zbrojne (70 tys.) i Armię Ludową (30 tys.). W sumie formacje te liczyły ponad 600 tys. członków, co stawia polski ruch oporu w szeregu jednego z największych w Europie. Ponadto Polacy brali udział w walce podziemnej w innych krajach okupowanych przez Niemcy – najliczniej we Francji i Jugosławii.

Straty poniesione przez wszystkie polskie formacje zbrojne, w tym konspiracji wojskowej, podczas drugiej wojny światowej są trudne do oszacowania. Najprawdopodobniej wyniosły one około 240 tys. zabitych, z tego 140 tys. żołnierzy regularnego wojska i 100 tys. żołnierzy zbrojnego ruchu oporu[7]. Oznacza to, że polski wysiłek zbrojny był większy niż np. Francji, która straciła 210 tys. żołnierzy regularnego wojska i ruchu oporu[8]. Ponadto według „Sprawozdania w przedmiocie strat i szkód wojennych Polski w latach 1939-1945”, opracowanego przez Biuro Odszkodowań Wojennych w 1947 roku, straty polskiej ludności cywilnej na skutek bezpośrednich działań wojennych wyniosły 521 tys. zabitych.

Najważniejszym teatrem wojny był od 1941 roku front wschodni. Fakt, że na tym kierunku działań wojennych również nie zabrakło żołnierza polskiego miał ogromne znaczenie polityczne. Niestety coraz mniej się to obecnie rozumie. Wojsko Polskie walczące na froncie wschodnim jest coraz częściej marginalizowane, a nawet piętnowane przez historiografię i publicystykę inspirowaną antykomunizmem i antysowietyzmem. Utytułowany historyk, pełniący funkcję dyrektora Centralnego Archiwum Wojskowego, pozwolił sobie nawet na stwierdzenie, że „Wojsko Polskie, które powołał Stalin w maju 1943 roku” nie jest częścią historii oręża polskiego[9]. Tego typu pogląd znajduje obecnie odzwierciedlenie w licznych publikacjach. Przykładem może być chociażby publikacja „Janczarzy Berlinga” autorstwa Tadeusza A. Kisielewskiego. Twórców Wojska Polskiego na Wschodzie przedstawiono tam jako „grupę renegatów”, a jego pierwszego dowódcę nazwano „modelowym wręcz oportunistą”[10]. Jest to spojrzenie ideologiczne, pozbawione realizmu.

Realizm każe bowiem przyznać, że „janczarom Berlinga” – którzy wkroczyli do Berlina –Polska zawdzięcza w niemałej mierze nie tylko powojenną granicę zachodnią, ale także to, że nie stała się 17. republiką radziecką. W sytuacji geopolitycznej roku 1945 nie istniała bowiem alternatywa Polska Ludowa – Polska niepodległa. Alternatywą była tylko 17. republika. Poza tym „Polska niepodległa” – czyli wyzwolona przez aliantów zachodnich i pozostająca w orbicie wpływów Zachodu – na pewno nie miałaby granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej i nie jest pewne czy w sytuacji rosnącej agresji nacjonalizmu ukraińskiego i litewskiego utrzymałaby Kresy Wschodnie. A nawet gdyby je utrzymała, to po 1989 roku albo wcześniej miałaby tam swoje Kosowo i swoją Bośnię. Powojenne zmiany terytorialne zaowocowały brakiem konfliktu narodowościowego oraz przesunięciem Polski bliżej centrum i Zachodu Europy. Argumentacja, że te zmiany terytorialne były klęską narodową jest krótkowzrocznością.

Terytorialny i ustrojowy kształt Polski w 1945 roku, to było maksimum, które w tamtych warunkach geopolitycznych można było osiągnąć. W stanowisku odrzucającym taki punkt widzenia pobrzmiewa infantylne credo polskiej XIX-wiecznej tradycji romantycznej: wszystko albo nic.

Pisząc o poniżaniu ze względów ideologicznych żołnierzy Wojska Polskiego walczącego na froncie wschodnim nie sposób nie wspomnieć o stosunku antykomunistycznej i rusofobicznej historiografii do żołnierzy Armii Czerwonej. Przykładem skrajnych i zafałszowanych ocen może być np. publikacja „Czerwona zaraza” autorstwa Dariusza Kalińskiego. Z opisu tej książki na portalu Ciekawostki Historyczne można się dowiedzieć, że „żołdacy Stalina” na ziemiach polskich zajmowali się wyłącznie grabieżami i gwałtami. Zamiast wyzwolicieli nadeszli „bezwzględni zbrodniarze i złoczyńcy. Nikt nie mógł czuć się bezpieczny w zetknięciu z czerwoną szarańczą. Żołdacy Stalina zamordowali dziesiątki tysięcy Polaków (…). Kobiety nie były dla nich ludźmi, ale wyłącznie łupem (…). Sowieci demontowali nasze fabryki, grabili majątek pokoleń, rozebrali tysiące kilometrów torów kolejowych (…). Została po nich tylko spalona ziemia. I bilans strat idący w setki miliardów dolarów”[11].

No proszę, a ja myślałem, że spalona ziemia i straty idące w setki miliardów dolarów zostały po okupacji niemieckiej. Może jestem przewrażliwiony, ale zacytowana powyżej poetyka przypomina mi styl publicystyki na temat Armii Czerwonej na łamach „Nowego Kuriera Warszawskiego” – gazety wydawanej przez Niemców w języku polskim w Generalnym Gubernatorstwie.

Autorzy skrajnych ocen nie potrafią odróżnić radzieckich żołnierzy frontowych od polityki Stalina oraz działań NKWD i Smiersz. Jest oczywiste, że ci żołnierze nie mogli przynieść Polsce pełnej wolności, ponieważ sami nie mieli jej w swojej ojczyźnie. Przynieśli jednak – co by o nim nie powiedzieć – wyzwolenie spod okupacji niemieckiej, której dalsze trwanie oznaczało dla narodu polskiego zagładę biologiczną. I z tego chociażby powodu ich ofiara zasługuje na szacunek.

Motywowane ideologicznie i politycznie spojrzenie na historię ma określone konsekwencje. W mediach raczej nie można się już spotkać z określeniem 8 maja jako Dnia Zwycięstwa. Najczęściej jest mowa o „dniu zakończenia drugiej wojny światowej w Europie”. O polityce historycznej III RP w tej kwestii wiele mówią obchody 70. rocznicy zakończenia – no właśnie nie zwycięstwa, ale zakończenia drugiej wojny światowej – które władze państwowe zorganizowały w 2015 roku na Westerplatte. Zaproszono na nie przywódców głównie państw drugorzędnych, w tym takich, które kolaborowały z Niemcami hitlerowskimi (Bułgaria, Chorwacja, Estonia, Litwa, Rumunia, Słowacja, Ukraina). Widać w tym jakąś upiorną chęć – odzwierciedloną w publicystyce m.in. Piotra Zychowicza[12] – wypisania na siłę Polski z koalicji antyhitlerowskiej i postawienia jej w gronie kolaborantów i satelitów III Rzeszy.

Jeżeli siły polityczne obecnej Polski nie chcą uznawać faktu polskiego zwycięstwa w drugiej wojnie światowej, to mogłyby przynajmniej wykorzystać rocznicę klęski III Rzeszy nie do podbijania bębenka rusofobii, ale do przypomnienia światu ofiary, jaką w tej wojnie poniósł naród polski z ręki hitlerowskich Niemiec. Jest to o tyle ważne, że ofiara ta jest przemilczana na Zachodzie albo niewiele się tam o niej wie. Natomiast coraz bardziej widoczne są tendencje – idące z różnych stron – do przerzucania odpowiedzialności za wywołanie drugiej wojny światowej i zbrodnie niemieckie z Niemiec hitlerowskich na Polskę.

[1] W. Anders, „Bez ostatniego rozdziału. Wspomnienia z lat 1939-1946”, Bydgoszcz 1989, s. 308, 332, 350.

[2] P. Zychowicz, „Pakt Ribbentrop-Beck, czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki”, Poznań 2012.

[3] Cyt. za: T. Cyprian, J. Sawicki, „Agresja na Polskę w świetle dokumentów”, Warszawa 1946, t. II, s. 139-142.

[4] W. Materski, T. Szarota (red.), „Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami”, Warszawa 2009.

[5] C. Łuczak, „Szanse i trudności bilansu demograficznego Polski w latach 1939-1945”, „Dzieje Najnowsze” nr 2, Warszawa 1994, s. 9-14.

[6] „IPN: Polska poniosła największe straty osobowe w II wojny światowej”, http://www.wyborcza.pl, 28.08.2014.

[7] M. Gniazdowski, „Losses Inflicted on Poland by Germany during World War II. Assessments and Estimates – an Outline”, „The Polish Quarterly of International Affairs” nr 1/2007, s. 94-126.

[8] G. Frumkin, „Population Changes in Europe Since 1939, Genewa 1951, s. 58-59.

[9] „Cenckiewicz: Żołnierze I i II Armii WP nie są częścią polskiego oręża”, http://www.trybuna.eu, 10.03.2016.

[10] T. A. Kisielewski, „Janczarzy Berlinga. 1. Armia Wojska Polskiego 1943-1945”, Poznań 2014, s. 35, 37.

[11] D. Kaliński, „Czerwona zaraza. Jak naprawdę wyglądało wyzwolenie Polski?”, Warszawa 2017; „Czerwona zaraza. Jak naprawdę wyglądało wyzwolenie Polski?”, http://www.ciekawostkihistoryczne.pl, 3.04.2017.

[12] P. Zychowicz, „Opcja niemiecka. Czyli jak polscy antykomuniści próbowali porozumieć się z Trzecią Rzeszą”, Poznań 2014.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 11 maja 2017 r.

„Przegląd” nr 19 (905), 8-14.05.2017, s. 8-13

Koniec żartów z Ukrainą

„W sprawie Hruszowic prowokatorzy triumfują. Oczywiście zapomnieli czym skończył się polski triumf w 1938 roku nad cerkwiami Chełmszczyzny” – napisał na swoim profilu na facebooku Petro Tyma, prezes Związku Ukraińców w Polsce, kilka godzin po rozbiórce nielegalnego pomnika UPA w Hruszowicach[1]. Pomnik gloryfikujący bandy UPA („Chwała bohaterom UPA, bojownikom o wolną Ukrainę”) w Hruszowicach (gmina Stubno, powiat przemyski) został zlikwidowany 26 kwietnia – jak stwierdził portal plus.nowiny24.pl – „po 23 latach urzędniczej niemocy i braku reakcji na samowolę budowlaną”[2]. Wywołało to histeryczną reakcję nacjonalistów ukraińskich, której pierwszym akordem była zacytowana powyżej wypowiedź Tymy. Wypowiedź ta przeszła jakimś dziwnym trafem bez echa w wiodących mediach polskich. A przecież te media wraz z aparatem państwowym są bardzo wrażliwe na najmniejsze przejawy tzw. mowy nienawiści.

Np. człowiek, który podczas manifestacji we Wrocławiu przeciw przyjmowaniu imigrantów z krajów islamu spalił „kukłę Żyda” został najpierw medialnie zlinczowany, a potem skazany przez sąd na 10 miesięcy bezwzględnego więzienia. Jego nazwisko i wizerunek obiegły cały świat i stały się w najważniejszych mediach zagranicznych symbolem polskiego szowinizmu[3]. Reakcja taka nie grozi natomiast znanemu z sentymentu do UPA prezesowi Związku Ukraińców w Polsce, który przecież otwarcie zagroził Polakom powtórzeniem ludobójstwa z lat 1943-1944.

Cóż bowiem znaczą słowa Tymy, że Polacy „zapomnieli czym skończył się polski triumf w 1938 roku nad cerkwiami Chełmszczyzny”? Według propagandy nacjonalistów ukraińskich akcja rewindykacji cerkwi prawosławnych z 1938 roku skutkowała „akcją antypolską UPA” z 1943 roku, czyli ludobójstwem typu genocidum atrox na Wołyniu. Wymordowanie w zwyrodniały sposób kilkudziesięciu tysięcy ludzi było zdaniem banderowskiej historiografii słusznym odwetem za rozbiórkę przez polskie władze w 1938 roku od 91 do 127 cerkwi prawosławnych na Podlasiu i Chełmszczyźnie, w większości nieczynnych, z których część służyła Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów za tajne magazyny broni (co było jedną z przyczyn akcji rewindykacyjnej).

Tyma – nawiązując do interpretacji tych wydarzeń przez banderowską propagandę – powiedział zatem otwartym tekstem między wierszami, że ukraińskim odwetem za likwidację nielegalnego pomnika UPA w Hruszowicach będzie nowe genocidum atrox na wzór tego z Wołynia i Małopolski Wschodniej. I ta wypowiedź przeszła w Polsce bez echa. Nie skomentował jej żaden dziennikarz mediów wrażliwych na mowę nienawiści i nie ustosunkował się do niej żaden polityk, żaden sędzia ani żaden urzędnik państwa, które hojnie dotuje Związek Ukraińców w Polsce.

Wypowiedź Tymy była kamieniem, który uruchomił lawinę. Na demontaż pomnika UPA w Hruszowicach natychmiast zareagował też przewodniczący Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej, nacjonalista ukraiński i negacjonista wołyński Wołodymyr Wiatrowycz. W oświadczeniu wydanym 27 kwietnia UIPN oskarżył stronę polską o „niszczenie śladów po narodzie ukraińskim”. W związku z tym instytucja kierowana przez Wiatrowycza zapowiedziała „wstrzymanie wydawania pozwoleń na prace poszukiwawcze pochówków i porządkowanie polskich miejsc pamięci na Ukrainie”. Wiatrowycz zwrócił się do władz lokalnych z apelem o wstrzymanie decyzji „odnośnie wydawania pozwoleń na wniosek polskich instytucji publicznych, osób lub organizacji społecznych, na zainstalowanie nowych polskich pomników lub renowację istniejących”[4]. Zapowiedziane przez Wiatrowycza wstrzymanie legalizacji dotyczy około 105 pomników, upamiętniających polskie ofiary ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego[5].

Także Ministerstwo Spraw Zagranicznych Ukrainy wyraziło „oburzenie” w związku z likwidacją nielegalnego pomnika UPA na terytorium Polski. Zdaniem ukraińskiego MSZ demontaż pomnika w Hruszowicach to „jawna prowokacja w przededniu obchodów zbrodniczej akcji „Wisła”, zorganizowana w oczywistym celu odwrócenia uwagi od tej straszliwej daty”[6].

Na koniec głos zabrał Arsenij Jaceniuk – były premier Ukrainy i lider Frontu Narodowego – który zwrócił się z apelem do polskich władz o „powstrzymanie rozpalania przez antyukraińskie siły atmosfery nienawiści wobec Ukrainy, naszej historii i pamięci”[7].

Histeryczna i bezczelna reakcja strony ukraińskiej na demontaż nielegalnego pomnika UPA pokazała, że wbrew temu co twierdziły dotychczas polskie czynniki oficjalne oraz większość polskich mediów nacjonalizm ukraiński nie jest na Ukrainie marginesem, a gloryfikacja zbrodniczej UPA stanowi fundament ideologii państwowej pomajdanowej Ukrainy. Nie jest też ta gloryfikacja – co wielokrotnie słyszeliśmy – skierowana rzekomo tylko przeciw Rosji. Wystarczyło usunięcie bezprawnie postawionego pomnika UPA na podprzemyskiej wsi, by nacjonalizm ukraiński pokazał swoje antypolskie oblicze, by znowu pojawiły się znane z historii groźby i szowinistyczna narracja.

Żarty z Ukrainą skończyły się. Pomajdanowy reżim nie tylko nie zamierza rezygnować z budowania tożsamości państwowo-narodowej Ukrainy na kulcie UPA, ale żąda uznania tego faktu przez Polskę. Na temat polityki historycznej Ukrainy nie będzie z Polską żadnej dyskusji – takie jest przesłanie wynikające z reakcji oficjalnych czynników ukraińskich na demontaż banderowskiego pomnika w Hruszowicach. Po przewrocie z 2014 roku taktyka nacjonalistów ukraińskich chwilowo wyciszyła antypolskie treści w oficjalnej narracji. Teraz ich antypolonizm został pokazany otwarcie.

Dowody na banderowskie oblicze pomajdanowej Ukrainy przynosi niemal każdy dzień. Tylko, że niestety wobec tego faktu większość polskich polityków i mediów przyjęła strategię chowania głowy w piasek. Najnowszym, porażającym dowodem banderyzacji Ukrainy jest uchwała zdominowanej przez neobanderowską partię „Swoboda” Rady Obwodowej Wołynia o ustanowieniu roku 2017 Rokiem UPA na Wołyniu, przyjęta w połowie kwietnia większością 46 spośród 53 głosów. Uchwała ta przewiduje, że w ramach Roku UPA na Wołyniu nastąpi: odnowienie pomników UPA, naprawa dróg dojazdowych i rozstawienie znaków, które pomogą trafić do miejsc „chwały bojowej” UPA, wypłacenie miesięcznego dodatku do emerytury dla weteranów UPA mieszkających na Wołyniu, ułatwienie weteranom UPA dostępu do leczenia i otwarcie dla nich dwóch ośrodków sanatoryjnych, zebranie wspomnień i dokumentów potwierdzających heroiczną wersję historii UPA oraz zorganizowanie wystaw gloryfikujących UPA[8].

W świetle tej uchwały Rady Obwodowej Wołynia – podjętej na dwa tygodnie przed demontażem pomnika UPA w Hruszowicach – jasno widać, że na upamiętnienie polskiej martyrologii na Wołyniu nie ma miejsca, ponieważ upamiętnienie to stoi w sprzeczności z obłędną heroizacją UPA. Nie ulega zatem wątpliwości, że Hruszowice nie są przyczyną gróźb Wiatrowycza o wstrzymaniu legalizacji polskich pochówków i upamiętnień na Ukrainie, ale wygodnym pretekstem, by tę legalizację – stojącą w sprzeczności z pomajdanową polityką historyczną – wstrzymać.

Tradycją pomajdanowej Ukrainy stały się marsze z pochodniami ku czci UPA, przypominające scenerią marsze hitlerowskich bojówek SA z lat 20. i 30. XX wieku. Ostatnio taki marsz odbył się w Drohobyczu ku czci działaczy OUN-UPA: Dmytra Hrycaja-„Perebijnisa” i Zenona Kossaka-„Tarnawskiego”. Pochód rozpoczął się pod pomnikiem Tarasa Szewczenki a zakończył pod pomnikiem Stepana Bandery odczytaniem „Modlitwy ukraińskiego nacjonalisty”[9]. Z kolei huczne świętowanie 27 kwietnia rocznicy utworzenia ukraińskiej dywizji SS „Galizien” stało się już rokroczną tradycją nie tylko na zachodniej Ukrainie.

Po upadku ZSRR i powstaniu niepodległej Ukrainy neobanderowska diaspora w Kanadzie, USA i RFN na nowo podjęła wojnę, którą przegrała ponad siedemdziesiąt lat temu. W tę walkę włożono olbrzymi wysiłek organizacyjny i finansowy. Dla epigonów Stepana Bandery nie miało i nie ma znaczenia, że doprowadzili do konfliktu wewnętrznego na Ukrainie oraz konfliktu z Rosją. Liczył się tylko jeden cel – „Ukraina dla Ukraińców” pod neobanderowską władzą. Neobanderowcy zaoferowali swoje usługi Zachodowi w obaleniu legalnych władz ukraińskich w 2004 i 2014 roku w zamian za możliwość wejścia na scenę polityczną Ukrainy. Ale już na długo przed tymi przewrotami przystąpili do zatruwania ukraińskiej młodzieży wirusem banderowskiego szowinizmu.

Kult Bandery jest obecny w życiu zachodniej Ukrainy od ponad dwudziestu lat, a po przewrotach z 2004 i 2014 roku został przeniesiony na resztę Ukrainy. Efekty dwóch dekad wychowania młodzieży ukraińskiej w duchu szowinistycznej ideologii są coraz bardziej porażające. W lutym na ulicy we Lwowie pobito publicystę Ołeha Hrynczuka za to, że rozmawiał przez telefon komórkowy po polsku. Napastnicy domagali się, by przestał mówić po polsku[10]. 20 kwietnia na ulicy w Kijowie trzykrotnie pchnięto nożem Stanisława Serhijenkę – działacza społecznego, który był jedynym Ukraińcem mającym odwagę wypowiedzieć się pod swoim nazwiskiem przeciwko działalności Wołodymyra Wiatrowycza w głośnym artykule Josha Cohena na łamach „Foreign Policy”[11].

To są tylko przykłady pierwsze z brzegu. Nikt w Polsce nie zastanawia się nad tym, że zatruta banderowskim szowinizmem młodzież stanowi pokaźną część podobno już dwumilionowej ukraińskiej emigracji do Polski. Czy to właśnie na tę zbanderyzowaną młodzież emigrującą do Polski liczy Petro Tyma grożąc, że Polacy „zapomnieli czym skończył się polski triumf w 1938 roku nad cerkwiami Chełmszczyzny”?

Polityka uległości wobec Ukrainy jest błędem, a ukraińska reakcja na demontaż pomnika UPA w Hruszowicach stanowi kolejny dowód na to, że nie warto stać po stronie pomajdanowej Ukrainy. Niestety wśród zaślepionych polityków polskich nadal dominuje w tej kwestii myślenie doradcy MSZ Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, który raczył ostatnio obwieścić, że pamięć o zbrodni wołyńskiej jest „sprawą drugo czy trzeciorzędną”, a środowiska kresowe są „zupełnie oderwane od rzeczywistości” i rzekomo idą „oczekiwanym przez Rosję tropem”[12].

[1] „To prowokacja. Takie jest zdanie Związku Ukraińców w Polsce na temat rozbiórki pomnika w Hruszowicach”, http://www.portalprzemyski.pl, 28.04.2017.

[2] K. Janiga, „Pomnik UPA w Hruszowicach został rozebrany”, http://www.kresy.pl, 26.04.2017; N. Ziętal, „Rozebrali nielegalny pomnik UPA w Hruszowicach”, http://www.plus.nowiny24.pl, 27.04.2017.

[3] „Spalił kukłę Żyda, idzie do więzienia”, portal „Gazety Wrocławskiej”, http://www.gazetawroclawska.pl, 23.11.2016.

[4] „Wiatrowycz zapowiada odwet. Zabronią poszukiwania szczątków ofiar UPA na Ukrainie”, http://www.kresy24.pl, 28.04.2017.

[5] A. Świst, „Zemsta Ukraińców: zdemontujemy wam pomniki”, http://www.pl.sputniknews.com, 28.04.2017.

[6] „MSZ Ukrainy oburzone demontażem pomnika UPA w Hruszowicach”, http://www.fakty.interia.pl, 27.04.2017.

[7] „Jaceniuk do Polaków: Powstrzymajcie podżeganie do nienawiści wobec Ukrainy”, http://www.pl.sputniknews.com, 29.04.2017.

[8] „Na Wołyniu rok 2017 będzie rokiem UPA. Deputowani Swobody przeforsowali uchwałę”, http://www.wprost.pl, 16.04.2017.

[9] „W Drohobyczu odbył się marsz z pochodniami ku czci działaczy OUN-UPA”, http://www.kresy.pl, 5.04.2017.

[10] „Publicysta pobity we Lwowie za używanie języka polskiego”, http://www.forum.nowiny.24.pl, 7.02.2017.

[11] „Kijów: antybanderowski działacz trzykrotnie ugodzony nożem”, http://www.kresy.pl, 21.04.2017.

[12] „Doradca MSZ: Wołyń jest sprawą drugo czy trzeciorzędną”, http://www.kresy.pl, 22.04.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 maja 2017 r.

„Myśl Polska” nr 19-20 (2135/36), 7-14.05.2017, s. 6

„Korygowanie” Trumpa

Jednym z głównych filarów kampanii wyborczej Donalda Trumpa były zapowiedzi odprężenia w stosunkach międzynarodowych, w tym odejścia od jednobiegunowej dominacji USA na rzecz „koncertu mocarstw”, a także deeskalacji stosunków amerykańsko-rosyjskich. Program ten otworzył Trumpowi drogę do Białego Domu, budząc jednocześnie irytację i niepokój rządzącej w USA oligarchii, na którą składają się establishment neokonserwatywny i neoliberalny, lobby proizraelskie (AIPAC, AJC, WJC), resorty siłowe (CIA, FBI, NSA) oraz kompleks militarno-przemysłowy. Ośrodki te nie tylko nie uznały swojej porażki, ale też nie zrezygnowały z prób podtrzymania dotychczasowego kursu polityki zagranicznej Imperium Americanum.

Wkrótce po wyborze Trumpa była sekretarz stanu USA Madeleine Albright – współtwórczyni agresywnej polityki amerykańskiej ostatniego ćwierćwiecza, odpowiedzialna m.in. za atak NATO na Jugosławię w 1999 roku – oświadczyła, że „Jeśli Trump podtrzyma swoje słowa o Ukrainie z kampanii wyborczej, to będzie to po prostu straszne. Nie wiemy, czy na stanowisku prezydenta będzie robił to, o czym mówił podczas kampanii wyborczej. Nie warto panikować, ponieważ nie wiemy, co będzie”. Jej zdaniem otoczenie Trumpa „powinno skorygować jego pozycję nie tylko w stosunku do Krymu, ale także do mińskich porozumień”[1].

To „korygowanie” Trumpa przez globalistyczny establishment rozpoczęło się jeszcze przed zaprzysiężeniem go na urząd prezydenta. Ustępująca administracja Obamy rozpętała histerię w związku z rzekomymi rosyjskimi atakami hakerskimi i rzekomym ingerowaniem Rosji w amerykańskie wybory prezydenckie. W oparciu o te oskarżenia wydalono z USA pod koniec 2016 roku 35 rosyjskich dyplomatów[2]. Celem tych działań było najprawdopodobniej utrudnienie nowemu prezydentowi nawiązania bezpośredniego dialogu z Moskwą.

Zapowiedziane przez Albright „skorygowanie pozycji” Trumpa w sprawie Krymu rzeczywiście nastąpiło. W czasie kampanii wyborczej Trump udzielił wywiadu telewizji ABC, w którym stwierdził, że „Stany Zjednoczone powinny uwzględnić wybór mieszkańców półwyspu”. Wywołał tymi słowami atak histerii ze strony establishmentu pomajdanowej Ukrainy i popierającego go establishmentu amerykańskiego[3]. 2 lutego 2017 roku – a więc w niecałe dwa tygodnie po objęciu urzędu prezydenta – Trump spotkał się z Julią Tymoszenko i tego samego dnia ambasador USA przy ONZ Nikki Haley zapowiedziała, że zniesienie sankcji wobec Rosji jest uzależnione od tego czy Moskwa zwróci Krym Ukrainie[4]. 14 lutego rzecznik prasowy Białego Domu Sean Spicer potwierdził, że wypowiedź ambasador Haley jest stanowiskiem administracji Donalda Trumpa i dodał, że prezydent oczekuje od Rosji zwrotu Krymu Ukrainie[5].

Wypowiedź ta pojawiła się w czasie pierwszego kryzysu politycznego w nowej administracji amerykańskiej, który doprowadził do dymisji doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego Michaela Flynna. Gen. Michael Flynn podał się do dymisji, gdy okazało się, że ukrył fakt prowadzenia rozmów z ambasadorem Rosji Siergiejem Kisljakiem na temat zniesienia amerykańskich sankcji wobec Rosji jeszcze przed ukonstytuowaniem się nowej administracji USA[6]. Być może nagłe zajęcie twardego stanowiska wobec Moskwy było formą zdystansowania się Trumpa od gen. Flynna. Bez względu na to jak wyglądały kulisy tej sprawy jest oczywiste, że „skorygowanie pozycji” Trumpa wobec Krymu – przynajmniej na chwilę obecną – nastąpiło.

Tuż przed objęciem władzy przez Trumpa do „korygowania” jego polityki na kierunku rosyjskim przystąpił senator John McCain – jeden z czołowych jastrzębi środowiska neokonserwatystów i liderów „partii wojny” w Waszyngtonie. Pod koniec 2016 roku złożył on oficjalną wizytę w krajach bałtyckich, podczas której nie stronił od wypowiedzi podważających linię polityczną proponowaną w czasie kampanii wyborczej przez nowego lokatora Białego Domu. W Tallinie McCain oświadczył m.in.: „Sądzę, że obecność amerykańskich żołnierzy, tu, w Estonii, jest sygnałem, że wierzymy w to, co wierzył Ronald Reagan, czyli w pokój poprzez siłę”. Dodał też, że amerykański kontyngent wojskowy powinien stacjonować w Estonii na stałe[7].

To wszystko jednak nie przesądzało jeszcze o odejściu przez Trumpa od zapowiadanych w czasie kampanii wyborczej zmian w polityce zagranicznej. O tym przesądziły wydarzenia w Syrii, gdzie Trump posunął się tak daleko jak nie posunęły się administracje Busha-juniora i Obamy, czyli do bezpośredniego ataku militarnego na Syrię.

Zdobycie przez wojska syryjskie Aleppo i zawarcie pod koniec 2016 roku rozejmu pomiędzy rządem prezydenta al-Asada i głównymi ugrupowaniami „zbrojnej opozycji” (z wyjątkiem Al-Kaidy) dawały nadzieję na zakończenie trwającego od 2011 roku dramatu syryjskiego – czyli agresji na ten kraj prowadzonej rękami dżihadystów przez USA, Wielką Brytanię, Francję, Turcję, Arabię Saudyjską i pozostałe sunnickie monarchie znad Zatoki Perskiej przy dyskretnym poparciu Izraela. W Astanie rozpoczęły się rozmowy pokojowe pomiędzy rządem syryjskim a „zbrojna opozycją”, natomiast armia syryjska skupiła się na walce z Państwem Islamskim i Al-Kaidą, odzyskując m.in. utraconą w grudniu 2016 roku Palmyrę.

Taki bieg wypadków najwyraźniej nie odpowiadał woli reżyserów dramatu syryjskiego, w tym m.in. „partii wojny” w USA. Niespodziewanie do „wojny domowej” w Syrii włączył się Izrael, który dotychczas jawnie w niej nie uczestniczył. W nocy z 16 na 17 marca 2017 roku samoloty izraelskie zaatakowały cele na terenie Syrii – pozycje armii syryjskiej i irańskiej milicji Hezbollah pod Palmyrą[8]. Atak został odparty przez syryjską obronę przeciwlotniczą, która zestrzeliła jeden z samolotów izraelskich[9]. Tak się dziwnie złożyło, że atak lotnictwa izraelskiego na pozycje syryjskie pod Palmyrą zbiegł się w czasie z działaniami ofensywnymi Państwa Islamskiego na tym kierunku.

W odpowiedzi minister obrony Izraela Awigdor Lieberman zagroził zniszczeniem syryjskiej obrony przeciwlotniczej, jeśli ta będzie próbowała przeszkodzić w akcjach izraelskiego lotnictwa przeciw Hezbollahowi na terenie Syrii[10].

4 kwietnia w wyniku użycia broni chemicznej (prawdopodobnie sarinu) zginęło 86 cywili, w tym 30 dzieci, w Chan Szajchun na terenie kontrolowanej przez dżihadystów prowincji Idlib. Zachód oskarżył o tę zbrodnię „reżim Asada”, natomiast strona syryjska i rosyjska temu zaprzeczyły twierdząc, że była to prowokacja dżihadystów. Zdaniem Damaszku i Moskwy do wycieku gazów bojowych mogło dojść podczas bombardowania przez lotnictwo syryjskie magazynów z bronią dżihadsytów lub dżihadyści mogli użyć gazów bojowych sami, jak podczas ubiegłorocznych walk w Aleppo[11].

Wokół całej sprawy jest wiele niejasności. Do zbrodni w Chan Szajchun doszło tuż po wizycie sekretarza stanu USA Rexa Tillersona w Ankarze. Turcja jako pierwsza poinformowała o ataku gazowym w Chan Szajchun – położonym przy granicy syryjsko-tureckiej – a zwłoki ofiar przewieziono na terytorium Turcji. Następnie Ankara jako pierwsza – wraz z Arabią Saudyjską i Izraelem – wyraziła poparcie dla amerykańskiego ataku „odwetowego” na syryjską bazę lotniczą w Shayrat (Asz Szai’rat) w prowincji Hims. Zerwała tym samym z pragmatyzmem wobec „wojny domowej” w Syrii, który przyjęła po próbie inspirowanego przez USA zamachu stanu w Turcji w lipcu 2016 roku. 11 kwietnia turecki minister spraw zagranicznych Haber Cavusoglu wezwał USA do obalenia Baszszara al-Asada[12]. Turcja była i jest jednym z czołowych protektorów i sponsorów różnych ugrupowań zbrojnych, które walczą z władzami Syrii. Nie jest tajemnicą, że Recep Tayyip Erdogan chciałby zająć miejsce lidera w nowym zdestabilizowanym Bliskim Wschodzie. Dlatego wspiera bunty ludności sunnickiej i ugrupowań islamistycznych przeciw świeckim przywódcom oraz domaga się interwencji NATO przeciw władzom Syrii.

Pierwsze informacje o ataku bronią chemiczną w Chan Szajchun zaczęły napływać przed zbombardowaniem 4 kwietnia przez lotnictwo syryjskie składów amunicji dżihadystów z Dżabhat Fath asz-Szam (Front Podboju Lewantu, dawniej Dżabhat an-Nusra – Front Obrony Ludności Lewantu), czyli syryjskiej siatki Al-Kaidy. Libańska dziennikarka Sarah Abdallah ujawniła ponadto, że Feras Keram – reporter związany z popierającą dżihadystów stacją Orient News z Dubaju – opublikował na Twitterze na dobę przed atakiem chemicznym w Chan Szajchun informację, że następnego dnia media zajmą się tematem nalotów na cywilów i użycia gazu bojowego[13].

Poza tym należy wspomnieć o ujawnionych przez organizacje SWEDHR (Szwedzcy Lekarze dla Praw Człowieka) i Human Rights Watch przypadkach wątpliwych ataków chemicznych podczas walk o Aleppo. Fejkowe nagrania tych ataków były rozpowszechniane m.in. przez „Białe Hełmy” – organizację, która deklaruje, że jej celem jest obrona ludności cywilnej Syrii przy zachowaniu neutralności politycznej i nieangażowaniu się w działania zbrojne[14].

Nie czekając na wyniki oficjalnego śledztwa ani nie proponując powołania międzynarodowej komisji śledczej, Waszyngton wskazał jako winnego zbrodni w Chan Szajchun „reżim Asada”. W zachodnich mediach, w tym w powiązanych z nimi mediach polskich, rozpętano kampanię grozy. Pojawiły się informacje o tym, że ataku dokonały „najprawdopodobniej syryjskie lub rosyjskie samoloty”. Pokazywano drastyczne zdjęcia ofiar, w tym zdjęcia ojca tulącego martwe niemowlęta. Towarzyszyły temu z reguły komentarze podbijające emocje odbiorców. USA, Wielka Brytania i Francja złożyły w Radzie Bezpieczeństwa ONZ projekt rezolucji potępiającej Syrię i oskarżającej Rosję o współodpowiedzialność za zbrodnię. Ambasador Nikki Haley – trzymając w rękach zdjęcia martwych dzieci – oświadczyła, że „Rosja nie może uciec od odpowiedzialności za to, co się wydarzyło”. Jednocześnie Donald Trump nazwał zbrodnię w Chan Szajchun „zniewagą dla ludzkości” i oświadczył, że atak na dzieci wywarł na niego „duże wrażenie”, a jego stosunek do Syrii i al-Asada „bardzo mocno się zmienił”. W ten sposób uzasadnił „skorygowanie” swojej polityki, a raczej swoich deklaracji z kampanii wyborczej. Rodzi się zatem pytanie, czy śmierć cywilów i dzieci w Chan Szajchun była warunkiem koniecznym tej „korekty”, a zwłaszcza wytłumaczenia jej przed amerykańską opinią publiczną.

W nocy z 6 na 7 kwietnia marynarka wojenna USA zaatakowała pociskami Tomahawk syryjską bazę lotniczą w Shayrat. Tuż przed tym atakiem Trump oświadczył, że „coś powinno się stać” z prezydentem Syrii Baszszarem al-Asadem. Natomiast Rex Tillerson oznajmił, że nie widzi „żadnej roli dla prezydenta Asada w rządzeniu narodem syryjskim”[15]. Nastąpiło więc odwrócenie o 180 stopni w stosunku do deklaracji składanych przez Trumpa wobec al-Asada w czasie kampanii wyborczej.

Amerykański atak na bazę w Shayrat dziwnie zbiegł się w czasie z działaniami ofensywnymi Państwa Islamskiego przeciwko armii syryjskiej, a także z atakami terrorystycznymi w Sztokholmie i Kairze, za które odpowiedzialność wzięło Państwo Islamskie. Równocześnie Trump zapowiedział możliwość wprowadzenia kolejnych sankcji przeciwko Rosji i Iranowi za popieranie Syrii, a ambasador Haley nie wykluczyła ponownych ataków amerykańskich na Syrię[16]. W odpowiedzi Rosja uznała atak na Shayrat za „agresję wobec suwerennego państwa” oraz zawiesiła obowiązywanie zawartego z USA memorandum o unikaniu incydentów i zapewnieniu bezpieczeństwa lotów w trakcie operacji w Syrii.

W dniach 11-12 kwietnia złożył wizytę w Moskwie Rex Tillerson. Podczas rozmów w rosyjskim MSZ Tillerson przekazał Siergiejowi Ławrowowi, że Rosja musi dokonać wyboru pomiędzy dobrymi stosunkami z USA i ich sojusznikami a wspieraniem Iranu, Hezbollahu i prezydenta Syrii[17].

Tak oto prezydent USA, który kilka miesięcy temu deklarował daleko idące odprężenie w stosunkach z Rosją zaostrzył je i posunął się w tej eskalacji dalej niż administracje Obamy i Busha-juniora. Zamiast realizacji swojego programu wyborczego realizuje program Hilary Clinton, a ściślej życzenia „partii wojny” w Waszyngtonie.

„Skorygowanie pozycji” Trumpa nie powinno dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę jego skrajnie proizraelskie deklaracje z okresu kampanii wyborczej – składane zarówno przed największymi organizacjami żydowskimi w USA (w tym AIPAC), jak i wobec władz Izraela – a także w dużej mierze fasadowy charakter amerykańskiej demokracji zdominowanej przez oligarchię i kompleks militarno-przemysłowy. Nie przypuszczam, żeby atak na bazę w Shayrat był przejawem „kissingerowskiego realizmu”, czyli negocjowania z pozycji siły[18]. Trump podlega i będzie podlegał potężnym naciskom ze strony tych skrajnych sił politycznych i grup interesów, które nie chcą się pogodzić z perspektywą końca świata jednobiegunowego, czyli rezygnacji USA z roli strażnika interesów ponadnarodowych korporacji. Środowiska te – określane umownie „partią wojny” – nie powstrzymają się przed najbardziej perfidnymi intrygami, a nawet działaniami radykalnymi.

[1] „Albright: Po raporcie służb specjalnych Trump zmieni swój stosunek do Ukrainy”, http://www.pl.sputniknews.com, 14.11.2016.

[2] „USA odpowiada na ataki hakerów. Wydalono 35 rosyjskich dyplomatów”, http://www.dorzeczy.pl, 29.12.2016.

[3] „Bezwstydne oświadczenie” ws. Krymu. Ukraina potępia Trumpa, http://www.tvn24.pl, 1.08.2016.

[4] „Haley: Rosja musi zwrócić Krym Ukrainie”, http://www.niezalezna.pl, 3.02.2017.

[5] M. Szafrańska, „Biały Dom zmienia ton w sprawie Rosji. Krym ma wrócić do Ukrainy”, http://www.money.pl, 15.02.2017.

[6] M. Orłowski, R. Seraficki, „Michael Flynn, doradca Trumpa, podał się do dymisji. Kłamał w sprawie kontaktów z Rosją”, http://www.wyborcza.pl, 14.02.2017.

[7] „McCain: Wojska USA powinny stacjonować w Estonii na stałe”, http://www.dorzeczy.pl, 27.12.2016.

[8] „Izraelskie samoloty ostrzelano z terytorium Syrii”, http://www.pl.sputniknews.com, 17.03.2017.

[9] „Zestrzelony izraelski samolot kierował się w stronę Pamiry”, http://www.pl.sputniknews.com, 17.03.2017.

[10] „Izrael grozi unicestwieniem syryjskiej obrony przeciwlotniczej”, http://www.defence24.pl, 20.03.2017.

[11] „Kto odpowie za atak chemiczny w Syrii?”, http://www.pl.sputniknews.com, 5.04.2017.

[12] „Turcja wzywa do interwencji w Syrii”, http://www.nowe.kresy.pl, 11.04.2017.

[13] „Syria: pro-rebeliancki reporter informował o użyciu gazu bojowego na dzień przed atakiem”, http://www.kresy.pl, 6.04.2017.

[14] „Aktywistów „Białych Hełmów” przyłapano na montowaniu fałszywych nagrań o Syrii”, http://www.pl.sputniknews.com, 10.04.2017; E. Rodriges, „Kulisy prowokacji w Chan Szajchun”, http://www.xportal.pl, 12.04.2017.

[15] Trump: „Coś powinno się stać” z syryjskim prezydentem, http://www.gazetaprawna.pl, 6.04.2017.

[16] „USA grożą kolejnymi atakami w Syrii. Rosjanie wysyłają fregatę rakietową”, http://www.wyborcza.pl, 7.04.2017; „Trump zastanawia się nad wprowadzeniem sankcji przeciwko Rosji”, http://www.pl.sputniknews.com, 9.04.2017.

[17] „Tillerson proponuje Rosji wybór: USA lub Asad”, http://www.pl.sputniknews.com, 11.04.2017.

[18] T. Matuszkiewicz, „Powrót Waszyngtonu do neokonserwatyzmu?”, http://www.konserwatyzm.pl, 8.04.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 kwietnia 2017 r.

Kto podjudza polskich rusofobów?

Koncepcja Intermarium (Międzymorza) została wysunięta przez Piłsudskiego podczas pierwszej wojny światowej i zakładała stworzenie po pokonaniu Rosji przez państwa centralne (Niemcy i Austro-Węgry) federacji obejmującej terytorium dawnej I Rzeczypospolitej w granicach z 1772 roku, której kluczowym elementem miała być Polska. Koncepcja ta już wtedy dziwnie korespondowała z powstałymi w tym samym czasie niemieckimi koncepcjami Mitteleuropy i wielkiego obszaru gospodarczego (Grosswirtschaftsraum), które przewidywały utworzenie na obszarach odebranych Rosji szeregu państw pozornie niepodległych, a faktycznie niemieckich protektoratów, których gospodarki pełniłyby rolę uzupełniającą wobec gospodarki niemieckiej (byłyby pozbawione nowoczesnego przemysłu ciężkiego oraz dostarczałyby gospodarce niemieckiej półproduktów i płodów rolnych). W przeciwieństwie do koncepcji Międzymorza koncepcja Mitteleuropy zakładała, że kluczowym państwem-protektoratem tak zorganizowanej niemieckiej strefy wpływów będzie nie Polska – która terytorialnie miała być mniejsza od utworzonego w 1815 roku Królestwa Polskiego – ale Ukraina – która miała obejmować terytoria od Chełmszczyzny po Kubań. To miał być główny spichlerz Rzeszy i najważniejszy protektorat niemiecki na Wschodzie.

Tak pojętą koncepcję Mitteleuropy Niemcy zrealizowały na drodze traktatu brzeskiego z 3 marca 1918 roku, w którym państwa centralne wymusiły na Rosji Radzieckiej oddanie pod ich kontrolę obszaru od Finlandii po Morze Czarne. Warto przypomnieć, że do rokowań pokojowych w Brześciu dopuszczono proklamowaną z inspiracji niemieckiej 25 stycznia 1918 roku Ukraińską Republikę Ludową, z którą Rosja Radziecka podpisała odrębny traktat pokojowy. Nie zaproszono natomiast do Brześcia delegacji Królestwa Polskiego, które w przeciwieństwie do Ukrainy nie było uważane przez Niemcy i Austro-Węgry za protektorat, ale za terytorium przez nich okupowane.

Osiem miesięcy później państwa centralne poniosły jednak klęskę na froncie zachodnim. W jej rezultacie Austro-Węgry całkowicie zniknęły z mapy Europy, a Niemcy – w których upadło cesarstwo i wybuchła rewolucja – musiały się zgodzić na redukujący ich terytorium i znaczenie polityczne traktat wersalski. Koncepcja Mitteleuropy nie odeszła jednak do lamusa. Polityka niemiecka powróciła do niej po 1989 roku, kiedy dzięki zakończeniu „zimnej wojny” i aneksji NRD przez RFN – błędnie nazywanej zjednoczeniem Niemiec – Berlin uzyskał za zgodą USA (wypowiedź Clintona z 1997 roku o wzięciu odpowiedzialności za Europę przez Niemcy) swobodę manewru politycznego w Europie.

Realizując współczesną koncepcję Mitteleuropy Niemcy powiązały ją ze strategicznymi celami polityki amerykańskiej wobec byłych państw socjalistycznych oraz państw obszaru poradzieckiego. Rozbicie i zniszczenie Jugosławii, transformacja ustrojowa byłych państw socjalistycznych, w wyniku której przede wszystkim w Polsce doprowadzono do deindustrializacji i powstania gospodarki uzupełniającej gospodarkę niemiecką w myśl koncepcji Grosswirtschaftsraum, włączenie do UE w latach 2004-2013 11 państw obszaru Międzymorza – które przeszły tak zaprojektowaną transformację – dalej przewroty polityczne na Ukrainie w 2004 i 2014 roku oraz kilkukrotne próby takich przewrotów na Białorusi i w Rosji – to wszystko są kolejne elementy realizacji przez Berlin współczesnego planu Mitteleuropy skorelowanego z geopolityką amerykańską. Tak samo jak 100 lat temu kluczowa jest w tym wszystkim rola Ukrainy, a nie Polski. Ukraina ma być zarówno najważniejszym ogniwem Grosswirtschaftsraum (głównie jako dostarczyciel taniej siły roboczej), jak i bazą eksportu „demokracji” do Rosji i pozostałych państw obszaru poradzieckiego.

Piłsudski próbował realizować koncepcję Międzymorza w latach 1919-1920, tocząc w tym celu wojnę z Rosją Radziecką. Według obowiązującej obecnie wersji historii á la IPN wojna ta była rezultatem „czerwonego marszu na Zachód”, który Trocki i Lenin mieli podjąć podobno już w listopadzie 1918 roku. W rzeczywistości jednak kampanie wojenne tak w 1919, jak i w 1920 roku zostały rozpoczęte przez Piłsudskiego w imię realizacji koncepcji Międzymorza. W świadomości historycznej Polaków funkcjonuje jedynie wiedza o wielkim z zwycięstwie z 1920 roku, kiedy Polska powstrzymała „najazd bolszewicki” (tzn. kontrofensywę Tuchaczewskiego) i miała podobno nawet ocalić Europę Zachodnią, chociaż armia Tuchaczewskiego była za słaba na podbój Zachodu ani nie stawiała sobie takiego celu. Nie funkcjonuje natomiast w świadomości historycznej Polaków wiedza o tym, że cel polityczny wojny z lat 1919-1920, jakim była federacja Międzymorza, nie tylko nie został przez Polskę osiągnięty – pomimo zwycięstwa nad armią Tuchaczewskiego – ale całkowicie pogrzebany w traktacie ryskim z 18 marca 1921 roku.

Dlaczego? Dlatego, że nacjonaliści ukraińscy i litewscy nie chcieli żadnej federacji z Polską. Zachodnioukraińska Republika Ludowa rozpoczęła wojnę z Polską o Lwów w listopadzie 1918 roku i zainicjowała – o czym mało kto pamięta – czystki etniczne na Polakach w Galicji Wschodniej, będące preludium ludobójstwa, które ćwierć wieku później stało się dziełem OUN-UPA. Wymuszony na Petlurze sojusz w 1920 roku był epizodem bez znaczenia, z którego obecnie próbuje się robić kamień węgielny Międzymorza, a który wtedy zakończył się dla Polski kompromitacją (wycofanie uznania Ukraińskiej Republiki Ludowej 12 października 1920 roku i internowanie wojskowych ukraińskich przez Polskę).

Mimo takiego biegu rzeczy koncepcja Międzymorza nie odeszła do lamusa. W okresie międzywojennym rozwijali ją prometeiści – już nie jako federację, ale wymierzony w ZSRR sojusz z nacjonalizmami wschodnioeuropejskimi – a w okresie „zimnej wojny” ośrodek paryskiej „Kultury”, który odegrał kluczową rolę w kształtowaniu polityki zagranicznej obozu solidarnościowego i postsolidarnościowego. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że prometeizm – mimo poparcia dla tego nurtu ze strony obozu piłsudczykowskiego – nie był tworem polskim. Ruch prometejski został zainicjowany przez Rząd Ukraińskiej Republiki Ludowej na Emigracji oraz emigracyjne rządy azerski, doński, kaukaski, krymski, ormiański i turkiestański. Podobnie koncepcje geopolityczne paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroycia były rozwijane pod wpływem emigracyjnego środowiska nacjonalistów ukraińskich skupionego w Antybolszewickim Bloku Narodów i kierowanego przez Jarosława Stećkę – hitlerowskiego kolaboranta i prowidnyka banderowskiej frakcji OUN na emigracji.

O ile zatem koncepcja Międzymorza z okresu pierwszej wojny światowej i wojny 1919-1920 była wytworem polskiej myśli politycznej i stanowiła próbę realizacji polityki polskiej – nie wnikając w tym momencie czy słusznej czy nie – to koncepcja Międzymorza rozwijana przez polskich prometeistów i paryską „Kulturę” wpisywała się już tylko w realizację obcych celów politycznych, które prometeiści i Giedroyć uważali za zbieżne z polską racją stanu albo po prostu tylko tak to przedstawiali propagandowo. Identycznie jest z polską polityką wschodnią po 1989 roku, której celem ma być oczywiście Międzymorze rozumiane jako blok państw pomiędzy Niemcami a Rosją pod przewodnictwem Polski. W rzeczywistości jest to utopia, ponieważ Polska jest państwem za słabym, żeby przewodzić takiemu blokowi i polskiego przewodnictwa nie oczekują oraz nie akceptują nie tylko Ukraina czy kraje Grupy Wyszehradzkiej, ale nawet Litwa i pozostałe państewka bałtyckie. Z państw tych Ukraina i Litwa prowadzą aktywną politykę depolonizacyjną wobec polskiej mniejszości narodowej, za każdym razem uderzają w polskie interesy gospodarcze, a od Polski oczekują jedynie jednostronnego wsparcia finansowego i wojskowego. Postsolidarnościowe siły polityczne realizują więc nie żadną koncepcję Międzymorza, ale niemieckie koncepcje Mitteleuropy i Grosswirtschaftsraum, amerykańskie koncepcje geopolityczne Heartlandu i Wielkiej Szachownicy oraz plany geopolityczne nacjonalistycznych środowisk ukraińskich zawarte w projekcie Unii Bałtycko-Czarnomorskiej, czyli takiej federacji Międzymorza, ale ze stolicą w Kijowie.

Elektorat PiS jest jednak utwierdzany w przekonaniu – głównie przez „Gazetę Polską” – że awanturnicza polityka polska na Wschodzie ma służyć właśnie budowaniu Międzymorza w myśl jego wersji piłsudczykowskiej względnie prometejskiej. Przypuszczam, że część drugiego, a nawet pierwszego garnituru politycznego PiS i PO może nawet naprawdę w to wierzyć, bo cóż potrafi lepiej połechtać ich próżnię – zwłaszcza intelektualną – jak nie wizja odbudowy I Rzeczypospolitej w ramach uwspółcześnionego mitu Międzymorza. W krzewieniu tego mitu „Gazeta Polska” wielokrotnie była trybuną George’a Friedmana – właściciela prywatnej agencji wywiadu Stratfor i reprezentanta najbardziej ekstremistycznego środowiska polityki amerykańskiej.

Ostatnio Friedman został nagłośniony przez portal onet.pl, któremu udzielił wywiadu[1]. Użył tam wprost określenia „Międzymorze”. Warto bliżej przyjrzeć się temu co powiedział, by zrozumieć źródła inspiracji myśli politycznej obozu postsolidarnościowego, a właściwie jej braku. Oto garść cytatów:

„Polska jest rosnącą potęgą. Macie zaufanych przyjaciół, jakimi są np. Stany Zjednoczone. Nie popełniajcie jednak błędu z 1938 roku, kiedy twierdziliście, że nie ma pośpiechu w konstruowaniu armii, bo Francuzi wam pomogą. Nawet teraz zanim w przypadku ewentualnego konfliktu przyszłaby pomoc, minęłyby miesiące”.

– „Drodzy Polacy, przestańcie myśleć, że kogokolwiek trzeba przekonywać do tego, żeby zwiększyli swoje nakłady na zbrojenia. Myślcie o sobie. Nikt o was nie zatroszczy się bardziej niż wy sami. Historia jest najlepszym tego dowodem”.

– „[W 2045 roku Polska] Będzie jednym z liderów Europy. Staniecie realnie na czele koalicji państw Europy Środkowo-Wschodniej, która będzie powstrzymywać Rosję. Polska mocarstwem regionalnym. To już się dzieje”.

– „Żyjemy w okresie zmierzchu Rosji, niepokojów w tym kraju, chociażby z powodu niskich cen ropy za baryłkę. Nie chodzi o okupację nowych terenów, ale budowę wpływów. Polska powinna kierować się na Wschód [podobnie uważał Adolf Hitler, który na przełomie 1938 i 1939 roku złożył władzom sanacyjnym określone propozycje w tej sprawie, idące jednak w kierunku przekształcenia Polski w państwo satelickie III Rzeszy – uwaga BP]”.

– „Polska może realnie myśleć o Międzymorzu – koncepcji strefy wpływów od Bałtyku aż po Morze Czarne. To koncepcja marszałka Józefa Piłsudskiego. Postulował on doprowadzenie do sojuszu państw Europy Środkowo-Wschodniej – obszaru między Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym [w rzeczywistości plan „Morza ABC”, czyli Adriatyku, Bałtyku i Morza Czarnego, to było Międzymorze w wersji prometeistów i Giedroycia; Piłsudskiemu chodziło tylko o dawne ziemie I Rzeczypospolitej – uwaga BP]. Moim zdaniem ta linia musi być podtrzymana. To Polska, Słowacja, Węgry, Rumunia i Bułgaria. To nie koalicja chętnych, ale przymierze zdolności i możliwości”.

– „Znajdując się między silniejszymi Rosją i Niemcami, Polska będzie miała szansę urosnąć na znaczeniu dzięki zasadzie „dwóch pięćdziesiątek”, czyli niemieckiemu eksportowi odpowiedzialnemu za 50 proc. PKB w RFN oraz 50 dolarów za baryłkę ropy. Spadek wartości eksportu, którego chiński rynek zbytu nie będzie mógł obsłużyć, będzie miał katastrofalne skutki dla niemieckiej gospodarki. W dłuższej perspektywie doprowadzi to do spadku pozycji Niemiec. Na takiej samej zasadzie zbyt niska cena ropy, w tym wypadku 50 dolarów za baryłkę, bardzo osłabi rosyjską gospodarkę bazującą na eksporcie zasobów energetycznych. W tym wypadku Polska wzmocni swoją pozycję, jeżeli będzie potrafiła zamanifestować swoją wartościowość [tak w oryg. – uwaga BP] jako wiarygodny partner Stanów Zjednoczonych, w kontekście osłabionej wiarygodności państw zachodu Europy. Wasz kraj może być liderem myślenia o przyszłym kształcie integracji europejskiej skupionej przede wszystkim na uwzględnianiu i realizowaniu interesów i celów państw członkowskich”.

Te cytaty wystarczająco dużo mówią o tym kto, jakimi hasłami i mirażami inspiruje nieodpowiedzialną politykę polską na Wschodzie. Nieodpowiedzialną z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że służy ona rozszerzaniu euroatlantyckiego obszaru geopolitycznego na Wschód, a tym samym pogłębianiu statusu Polski na tym obszarze, który socjologia definiuje mianem rozwoju zależnego. Po drugie dlatego, że polityka taka nieubłaganie prowadzi do konfrontacji z Rosją w sytuacji, gdy Rosja do takiej konfrontacji bezpośrednio nie zmierza.

A gdyby komuś było za mało to polecam publicystykę Klubu Jagiellońskiego i innych środowisk kontynuujących tradycje prometejskie, powiązanych z tymi kołami polityki amerykańskiej, które reprezentuje George Friedman i Stratfor. Na portalu jagiellonia.org możemy zapoznać się z jeszcze bardziej rozwiniętymi wizjami Friedmana i jego ludzi z kwietnia 2015 roku[2]. Dwuletnia perspektywa czasowa pozwala zrozumieć, że nic z tych prognoz się nie sprawdziło, że jest to szarlataneria polityczna tworzona tylko pod kątem podbechtywania Polaków przeciw Rosji. Oto cytaty:

„Prywatna agencja wywiadu Stratfor, nazywana „cieniem CIA”, opublikowała prognozę geopolityczną na najbliższą dekadę. Amerykańscy analitycy przewidują rozpad Federacji Rosyjskiej i wzmocnienie roli Polski w Europie”.

– „Jest mało prawdopodobne, że Federacja Rosyjska przetrwa w obecnej formie − wieszczą eksperci Stratforu”.

– „Rosja nie będzie w stanie utrzymać „narodowej infrastruktury”, zwłaszcza na peryferiach. To wszystko doprowadzi ją do powtórki z historii”.

– „FSB, której przywódcy zaangażowani są w gospodarkę, straci kontrolę nad tym, co się dzieje w kraju, nie będzie w stanie powstrzymać sił odśrodkowych, odpychających regiony w różne od Moskwy strony”.

– „Możliwość dalszej kontroli przez Rosję Kaukazu Północnego będzie się zmniejszała, w Azji Środkowej nastąpi destabilizacja. Republika Karelii zapragnie powrotu do Finlandii. Nadmorskie regiony na Dalekim Wschodzie, bardziej związane z Chinami, Japonią i USA niż z Moskwą, wybiją się na niepodległość. Inne regiony niekoniecznie będą poszukiwały autonomii, lecz będzie im ona narzucana”.

– „Jednocześnie wzmocni się pozycja Polski, dla której analitycy przewidują rolę lidera co najmniej Europy Środkowo-Wschodniej, w miejsce Niemiec. Stanie się to dzięki z jednej strony stabilnemu wzrostowi gospodarczemu i mniejszemu niż w innych krajach europejskich spadkowi demograficznemu w Polsce, z drugiej zaś spowolnieniu gospodarczemu RFN”.

– „Wzrosną także polskie wpływy na Ukrainie i Białorusi. Na wzrost znaczenia Warszawy w polityce międzynarodowej wpłynie też sojusz ze Stanami Zjednoczonymi. Polska stanie na czele antyrosyjskiej koalicji, która będzie jedną z dominujących geopolitycznych sił w Europie. Poza Ukrainą i Białorusią dołączą do niej inne państwa wschodnie”.

– „W pierwszej połowie tej dekady (do roku 2020 – red.) Polska zostanie liderem antyrosyjskiej koalicji, do której, co ważne, należeć będzie też Rumunia (…). W drugiej połowie dekady ten związek będzie odgrywał ważną rolę w zmianie rosyjskich granic i odzyskaniu utraconych terenów za pomocą środków formalnych i nieformalnych. Po osłabieniu Moskwy ten sojusz będzie wywierał dominujący wpływ nie tylko na Białoruś i Ukrainę, lecz także ruszy dalej na wschód, co przyczyni się do dalszego wzmocnienia Polski i jej sojuszników” – zapowiadają analitycy agencji”.

– „Utrata zdolności Mokwy do wsparcia i zarządzania krajem wytworzy próżnię. „To, co będzie w tej próżni istniało, to będą już oddzielne fragmenty Federacji Rosyjskiej” – przewidują analitycy, a wtedy Polska, Węgry i Rumunia zażądają odzyskania terenów, które swego czasu oddały Rosjanom”.

Z tych analiz Stratforu wynika jakie są zamiary tzw. neokonserwatystów amerykańskich wobec Rosji oraz jaką rolę przewidzieli w realizacji swoich planów dla Polski. Rolę zapałki wzniecającej pożar. Taką też rolę pełni polska polityka na Wschodzie co najmniej od pierwszego Majdanu w 2004 roku. Z przytoczonych cytatów wynika też jasne przesłanie dla nieodpowiedzialnych sił politycznych w Polsce: nie bójcie się Rosji, Rosja to kolos na glinianych nogach, który się rozpadnie, Niemcy zbankrutują, a Polska będzie europejskim mocarstwem. Więc śmiało – hajda na koń, szable w dłoń, bolszewika goń itd.

A gdyby jeszcze komuś było mało to polecam Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego – czołową postać współczesnego prometeizmu, mającą znaczący wpływ na politykę zagraniczną rządu PiS. W wywiadzie udzielonym tuż po ataku terrorystycznym na polski konsulat w Łucku Żurawski vel Grajewski zaczyna tradycyjnie od straszenia Rosją, bo czymże innym można lepiej Polaków – wychowywanych od 200 lat na tradycji romantycznej – postraszyć?

Dowiadujemy się zatem, że „w żywotnym, wręcz egzystencjalnym interesie Polski jest niedopuszczenie do odtworzenia rosyjskiego imperium w jego postimperialnej przestrzeni, bez względu na to, czy będzie to odrodzenie pod jedno-, czy trójkolorową flagą”. Zdaniem Żurawskiego vel Grajewskiego „po raz pierwszy od ponad 350 lat, od czasu ugody perejesławskiej (z krótką przerwą w latach 1917–1921), Ukraina funkcjonuje jako pełnoprawny, samodzielny byt państwowy dysponujący własnymi siłami zbrojnymi. Siłami, które dzisiaj walczą na Donbasie [jest to teza cyniczna i fałszywa; Ukraina była samodzielnym bytem państwowym od uzyskania niepodległości w 1991 roku, dzięki przewrotowi z 2014 roku samodzielnym bytem państwowym być przestała – uwaga BP]. Geopolityczna i jak najbardziej militarna gra już się toczy. W naszym interesie leży zwycięstwo Kijowa (…). Projekt Trójmorza jest atrakcyjny dla takich państw jak Rumunia, Chorwacja, kraje bałtyckie, Ukraina – nie musimy ograniczać się tylko do obecnego składu Grupy Wyszehradzkiej. Siłą tej koncepcji jest jej wielowymiarowość i poręczność w modyfikacji zgodnie ze zmieniającymi się warunkami i potrzebami natury geopolitycznej [potrzebami polityki amerykańskiej, czego Żurawski vel Grajewski nie dodał – uwaga BP]. (…) w interesie Polski leży, by wojsko ukraińskie w wypadku intensyfikacji działań zbrojnych Rosji na Ukrainie było w stanie skutecznie się im przeciwstawić i zadać agresorowi możliwe najwyższe straty. Jeśli możemy wesprzeć Kijów w osiągnięciu tego celu bez uszczerbku dla własnych zdolności bojowych, powinniśmy to uczynić”[3].

A zatem Żurawski vel Grajewski – podobnie jak Jerzy Targalski – wyraża niezadowolenie, że Polska jeszcze nie walczy na wschodzie Ukrainy, bynajmniej nie w rzekomej wojnie z Rosją, ale w wojnie domowej będącej rezultatem inspirowanego z zewnątrz przewrotu politycznego z 2014 roku.

Poziom intelektualny i moralny polskich uczniów George’a Friedmana pokazał Tomasz Sakiewicz w czasie manifestacji Klubów „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji w Warszawie 9 kwietnia 2017 roku. Oto najlepszy fragment jego przemówienia: „Dlaczego tu jesteśmy? Bo chcemy, żeby Putin i władze Rosji oddały wszystkie dowody zbrodni, pozwoliły na przesłuchanie świadków. A kiedy tak się stanie, chcemy, aby odpowiedzialni znaleźli się w więzieniu. Wczoraj jeszcze nam mówiono: Kto się przeciwstawi Rosji? Te 59 pocisków Tomahawk, które trafiło w syryjsko-rosyjską bazę pokazuje, że są ludzie na świecie, którzy nie boją się przeciwstawić Kremlowi. Polska armia się dziś rozbudowuje. Mamy dziś dużo większą, dużo lepiej wyposażoną armię. Widzimy też, że Ukraińcy stawiają dużo bardziej skuteczny opór. Rosjanie nie są w stanie zająć całej Ukrainy tylko dlatego, że dzisiaj Ukraińcy po prostu się bronią. Rosjanie nie są tacy silni, na jakich wyglądają. Są silni naszą słabością i swoją bezczelnością. Dlatego musimy twardo stawiać warunki. I zobaczycie, że tu wróci nie tylko wrak, ale też będzie tu Putin w kajdankach, który będzie musiał odpowiedzieć za to, co zrobił w Smoleńsku”[4].

Sakiewicz zatem otwarcie wezwał Polskę do wojny z Rosją. To jego podżeganie („Rosjanie nie są tacy silni, na jakich wyglądają”) jakoś dziwnie wychodzi naprzeciw oczekiwaniom najbardziej skrajnych sił na Ukrainie, sformułowanym pod koniec lutego br. w ofercie ukraińsko-polskiego sojuszu wojskowego, z jaką wystąpili deputowani ukraińscy Wiktor Romaniuk i Hanna Hopko[5]. Przypominam, że Sakiewicz został 11 listopada 2014 roku uhonorowany odznaczeniem przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy. Nie można też nie zauważyć, że liczny udział w manifestacji Klubów „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji wzięli Ukraińcy pod swoją flagą.

Źródłem inspirującym irracjonalną politykę wschodnią III RP są najbardziej ekstremalne siły polityczne w USA, dążące do globalnej dominacji tego mocarstwa, realizowanej nierzadko bezwzględnymi środkami. Owa „partia wojny” w USA jest wzorcem dla opcji proamerykańskiej, a właściwie agentury politycznej Waszyngtonu w Polsce, która stamtąd właśnie czerpie swoją demagogię i frazeologię, uzasadniając nią fałszywe przesłanki stawianych tez i cyniczne cele. Nie wolno też zapominać o ekstremalnych siłach na Ukrainie i związanej z nimi ukraińskiej agenturze wpływu w Polsce. Niestety po nowej administracji Białego Domu nie należy się spodziewać radyklanego uwolnienia polityki amerykańskiej od wpływu sił skrajnych. Już dzisiaj widać, że Donald Trump przegrywa w starciu z tamtejszą „partią wojny”.

Blisko 90 lat temu Roman Dmowski przestrzegał protoplastów obecnego obozu władzy przed udziałem w wyprawie komiwojażera (Zachodu) na Rosję. Dzisiaj chętnych do wzięcia udziału w wyprawie komiwojażera w Polsce nie brakuje. Jest to o tyle zdumiewające, że przecież muszą być oni świadomi, iż ewentualna konfrontacja militarna USA i Rosji rozegra się na terytorium Polski i Ukrainy, ponieważ mocarstwa te nie mają w Europie innego teatru wojny. A jeśli tak, to muszą być też świadomi, że chcą katastrofy dla swojego kraju. Nie mam wątpliwości, że polscy wspólnicy komiwojażera nie cofną się przed żadnym szaleństwem i dlatego naiwni zwolennicy obozu rządzącego nadal będą karmieni mirażem Międzymorza, o które ma toczyć się gra na Wielkiej Szachownicy. Do ostatniego Polaka, jak trzeba.

[1] „Polska regionalnym mocarstwem? George Friedman: nie popełnijcie jednego błędu”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 2.04.2017.

[2] „Stratfor: Rosję czeka upadek, Polskę rozkwit”, http://www.jagiellonia.org, 15.04.2015.

[3] „Żurawski vel Grajewski: nie chowajmy Giedroycia do szafy”, http://www.jagiellonski24.pl, 30.03.2017.

[4] Tomasz Sakiewicz: „Tu wróci nie tylko wrak, ale też będzie tu Putin w kajdankach”, http://www.niezalezna.pl, 9.04.2017.

[5] W. Romaniuk, H. Hopko, „Sojusz obronny z Ukrainą”, portal internetowy dziennika „Rzeczpospolita”, http://www.rp.pl, 27.02.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 kwietnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 17-18 (2133/34), 23-30.04.2017, s. 16-17

Trump „skorygowany”

W przeciwieństwie do nielicznych w Polsce środowisk realizmu politycznego – wiążących z osobą Donalda Trumpa ogromne nadzieje na odprężenie w stosunkach międzynarodowych i powstanie świata wielobiegunowego, a co za tym idzie również zmianę samobójczej polityki Warszawy wobec Rosji – ja od początku byłem sceptyczny. Mój sceptycyzm stał się jeszcze większy, kiedy kilka dni po wyborze Trumpa na prezydenta USA pani Madeleine Albright zapowiedziała „skorygowanie” jego „pozycji”. „Korygowanie” Trumpa przybrało na sile po objęciu przez niego władzy w styczniu 2017 roku. Najpierw – po histerycznej kampanii z ujawnieniem rzekomej ingerencji Rosji w amerykańskie wybory – z jego otoczenia zniknęli wszyscy doradcy i współpracownicy, którzy mieli być twarzą zapowiadanego odprężenia z Rosją. Potem była jednoznaczna deklaracja w sprawie Krymu, w której sformułowano żądanie oddania Ukrainie Półwyspu przez Rosję. Następnie administracja Trumpa posunęła się tak daleko jak nie posunęły się nawet administracje Busha-juniora i Obamy.

Po prowokacjach w Palmirze (atak lotnictwa izraelskiego na pozycje syryjskie) i Chan Szejkun (zbrodnia wojenna z użyciem gazu bojowego, przypisana przez USA armii syryjskiej), w nocy z 6 na 7 kwietnia marynarka wojenna USA zbombardowała rakietami Tomahawk syryjskie lotnisko Shayrat, co spowodowało po stronie syryjskiej poważne straty w sprzęcie lotniczym i ludziach. Amerykański atak na Syrię natychmiast poparły Turcja, Izrael i Arabia Saudyjska – a więc główni, dotąd pierwszoplanowi, aktorzy dramatu syryjskiego. „Skorygowanie” pozycji Trumpa mnie nie dziwi. Biorąc pod uwagę jego skrajnie filosemickie i proizraelskie deklaracje z okresu kampanii wyborczej – składane zarówno przed największymi organizacjami żydowskimi w USA (w tym AIPAC), jak i wobec władz Izraela – miałem od początku wątpliwości co do realizacji programu wyborczego Trumpa. Te wątpliwości były właśnie przyczyną mojego sceptycyzmu odnośnie zapowiadanej przez Trumpa rewizji dotychczasowej – dyktowanej Białemu Domowi przez neokonserwatystów – agresywnej polityki zagranicznej USA.

Od co najmniej lat 80. XX wieku o polityce zagranicznej, a nawet wewnętrznej USA nie decyduje wola takiego czy innego prezydenta, czy jednej z dwóch partii reprezentowanych w Kongresie. Decydują AIPAC (The American Israel Public Affairs Committee) i neokonserwatyści oraz pośrednio Izrael. Wszystkie „wojny o demokrację” i „kolorowe rewolucje” ostatniego ćwierćwiecza były podejmowane przez USA z inspiracji lobby proizraelskiego w USA i przeważnie w interesie Izraela. Nie inaczej jest z „wojną domową” w Syrii, w której Izrael formalnie nie bierze udziału, ale której jednym z najważniejszych, rzeczywistych celów – o czym wszyscy wiedzą, ale głośno o tym nie mówią – jest stworzenie Wielkiego Izraela od Morza Śródziemnego po Eufrat i Tygrys. Fakt, że Trump posunął się w tej sprawie znacznie dalej niż ośmieliła się to zrobić administracja Busha-juniora i Obamy świadczy tylko o tym, iż zapowiedziany w listopadzie 2016 roku przez Madeleine Albright proces jego „korygowania” zakończył się pełnym sukcesem.

Z tym co napisałem na temat rzeczywistego celu „wojny domowej” w Syrii jest zbieżne to, co na ten temat powiedział prezydent Baszszar al-Asad, komentując atak USA na Syrię[1].

[1] A. Wiejak, „Assad: Rozlew krwi w Syrii ma zabezpieczyć interesy Izraela i jego partnerów”, http://www.prawy.pl, 6.04.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 kwietnia 2017 r.

http://www.mysl-polska.pl/1207

Polityka historyczna Wiatrowycza

W tym samym czasie, kiedy doszło do profanacji pomnika polskich profesorów zamordowanych przez Niemców we Lwowie w 1941 roku oraz pomnika Polaków zamordowanych przez ukraińskich esesmanów i UPA w Podkamieniu (10-12 marca 2017 r.) doszło też do ponownej profanacji pomnika w Hucie Pieniackiej. „Nieznani sprawcy” namalowali na nim m.in. napis „Śmierć Lachom”, barwy OUN-B, symbole swastyki i wilczego haka (symbol używany przez Waffen-SS, a współcześnie przez neobanderowski pułk „Azow”)[1]. Po pierwszej profanacji w Hucie Pieniackiej (wówczas wysadzono pomnik w powietrze) oraz profanacjach w Kijowie-Bykowni, Lwowie i Podkamieniu jest to już piąty w ciągu dwóch miesięcy atak na polskie miejsca pamięci narodowej na Ukrainie. Niestety i tym razem zabrakło stosownej reakcji władz polskich. Trzy najnowsze ataki na pomniki polskich ofiar niemieckiego i ukraińskiego nazizmu nie przeszkodziły ministrowi Waszczykowskiemu nie tylko w spotkaniu się w Warszawie z jego odpowiednikiem – ministrem Klimkinem – ale i w zainaugurowaniu Polsko-Ukraińskiego Forum Partnerstwa oraz złożeniu deklaracji, w której wezwał Rosję do „zaprzestania agresji na Ukrainie, do zwrotu zagarniętych ziem i powrotu do współpracy z Ukrainą”[2].

Ta deklaracja oraz stwierdzenie Waszczykowskiego, że do formatu normandzkiego należy włączyć USA dowodzi po raz kolejny, iż tzw. polska polityka wschodnia jest wyłącznie odzwierciedleniem interesów geopolitycznych USA i tylko to ma na uwadze. Klimkin spotkał się także z prezydentem Dudą i marszałkiem Senatu. Również i na tych spotkaniach akcentowano polskie poparcie dla „europejskich aspiracji” Ukrainy oraz domagano się „pokojowego rozwiązania konfliktu” rzekomo „wszczętego na terytorium tego kraju przez Rosję”.

Prezydent Duda i minister Waszczykowski – jak sądzę – doskonale zdają sobie sprawę z tego, że nie wspierają żadnych „europejskich aspiracji” Ukrainy, bo o tym w UE nikt już poważnie nie myśli, ani tym bardziej żadnej demokracji na Ukrainie, bo za takową nie można uznać oligarchiczno-nacjonalistycznego reżimu w Kijowie. Wspierają wyłącznie nacjonalizm ukraiński. Wśród postsolidarnościowego establishmentu zakorzeniło się bowiem przekonanie, że popieranie nacjonalizmu ukraińskiego jest polską racją stanu.

Skutkiem tego poparcia są jednak sprofanowane miejsca pamięci polskich ofiar nacjonalizmu ukraińskiego na zachodzie Ukrainy. Być może po styczniowych profanacjach w Hucie Pieniackiej i Kijowie-Bykowni nie byłoby następnych, gdyby nie nieodpowiedzialna wypowiedź ambasadora Jana Piekły, który stwierdził bez jakichkolwiek dowodów, że profanacje te były rzekomo „rosyjską prowokacją”. To ośmieliło rzeczywistych sprawców – czyli epigonów Stepana Bandery i Romana Szuchewycza – do kolejnych ataków na miejsca pamięci polskich ofiar OUN-UPA i SS-Galizien.

Znamienna jest również reakcja na ostatnie profanacje we Lwowie, Podkamieniu i Hucie Pieniackiej mediów PiS, czyli „Strefy Wolnego Słowa” red. Sakiewicza, który przed trzema laty został odznaczony przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy. W krótkiej notatce na ten temat – sugerującej już w tytule, że profanacje były czyjąś „prowokacją” – portal niezalezna.pl zacytował czołowego lwowskiego banderowca Światosława Szeremetę, znanego z zeszłorocznych awantur w Przemyślu i gloryfikacji ukraińskich esesmanów poległych w bitwie pod Brodami. Otóż pan Szeremeta poinformował portal niezalezna.pl, że profanacje we Lwowie i Podkamieniu „to jest system prowokacji na Ukrainie”[3]. Czyich prowokacji? Oczywiście rosyjskich – to czytelnicy portalu niezalezna.pl po latach tresury wiedzą już sami. Nie można oprzeć się wrażeniu, że  „Strefa Wolnego Słowa” służy już tylko do prezentacji narracji ukraińskiej, żeby nie wyrazić tego dosadniej.

Ale narrację ukraińską prezentuje większość mediów mainstreamowych w Polsce. A jeśli z oczywistych względów prezentować jej nie można, to kompromitujące pomajdanową Ukrainę informacje po prostu się wycisza. Taka zmowa milczenia w mediach mainstreamowych w Polsce panuje m.in. nad polityką historyczną Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej i jego szefa Wołodymyra Wiatrowycza. Warto przyjrzeć się tej polityce w kontekście ostatnich wydarzeń.

Neobanderowcy ogłosili rok 2017 „rokiem UPA” w zachodnich obwodach Ukrainy[4]. Wiatrowycz chce, by „rok UPA” był obchodzony również na szczeblu centralnym i popierają go w tym środowiska nacjonalistyczne, m.in. deputowani Frontu Ludowego Jaceniuka oraz partii Batkiwszczyna Julii Tymoszenko[5]. Dla potrzeb „roku UPA” Wiatrowycz zaprezentował nową spreparowaną historię tej zbrodniczej formacji.

Dotychczas neobanderowska historiografia przedstawiała UPA jako rzekomy „ruch narodowowyzwoleńczy”. 8 lutego br. Wiatrowycz poszedł dalej i zainaugurował w Kijowie „kampanię informacyjną”, która przedstawia UPA jako główną siłę oporu wobec okupacji niemieckiej, walczącą rzekomo z Niemcami hitlerowskimi. Walkę tę miała podobno zainicjować w lutym 1943 roku sotnia Perehijniaka, która rzeczywiście wtedy zainicjowała, ale ludobójstwo na ludności polskiej na Wołyniu[6]. Czy można zrobić z ukraińskich kolaborantów i nazistów (bo do nurtu nazistowskiego właśnie zalicza się tzw. „integralny nacjonalizm” ukraiński) bojowników i męczenników walki z III Rzeszą? Okazuje się, że można.

Kolejnym tego przykładem jest promocja postaci Ołeny Telihy – ukraińskiej nacjonalistki z melnykowskiej frakcji OUN. 25 lutego na ulicy jej imienia u wejścia do miejsca rozstrzelania kilkudziesięciu tysięcy Żydów w Babim Jarze – doprowadzonych tam przez ukraińskich policjantów, głównie członków OUN-M – odsłonięto pomnik Telihy. Uroczystość uświetnili swoją obecnością lider OUN Bohdan Czerwak (ten sam, który niedawno formułował groźby wobec Polski), mer Kijowa Witalij Kliczko, wicepremier Paweł Rozienko, minister kultury Jewhenij Niszczuk oraz Filaret – patriarcha Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego. Z ich wystąpień wynikało, że działaczka OUN-M rzekomo walczyła z Niemcami i za to została rozstrzelana przez gestapo w Babim Jarze w 1942 roku (po egzekucjach Żydów w 1941 roku było to miejsce egzekucji więźniów politycznych).

Wicepremier Rozienko powiedział m.in.: „Tutaj, dzisiaj, na tym miejscu, my wszyscy razem odpowiadamy na te sowieckie, a dzisiaj rosyjskie stereotypy o roli i stanowisku ukraińskich patriotów. Jeszcze raz powtarzam, w tej ziemi leżą pochowane setki ukraińskich patriotów, w tym także z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, którzy zostali zamęczeni przez niemieckich okupantów”[7].

A więc kolaboracja OUN z Niemcami to są – w świetle obecnej ukraińskiej polityki historycznej – „sowieckie i rosyjskie stereotypy”. Tak na pomajdanowej Ukrainie fałszuje się historię. Z kolaborantki robi się ofiarę i stawia się ją na równi z rzeczywistymi ofiarami zamordowanymi w Babim Jarze, profanując to miejsce męczeństwa. Kim bowiem była Ołena Teliha? Ta działaczka OUN-M przybyła do Kijowa 22 października 1941 roku wraz z wojskami niemieckimi i tzw. Bukowińskim Kureniem OUN. Na bazie Bukowińskiego Kurenia OUN utworzono we wrześniu 1941 roku tzw. Kijowski Kureń OUN, który w rzeczywistości był formacją ukraińskiej policji pomocniczej pod dowództwem Petra Żachwałyńskiego. To ta właśnie formacja brała udział w wymordowaniu 33771 Żydów w Babim Jarze w dniach 29 września-3 października 1941 roku (w zbrodni tej uczestniczyło 1200 ukraińskich policjantów-melnykowców i 300 Niemców z SS-Sonderkommando 4a). Teliha była zatem nazistowską kolaborantką i członkiem zbrodniczej formacji, a nie bojowniczką z niemieckim nazizmem. W 1942 roku w związku z konfliktem pomiędzy banderowską i melnykowską frakcją OUN została zadenuncjowana przez banderowców na gestapo pod zarzutem machinacji finansowych. Taka jest prawda o jej rzekomym męczeństwie.

Zanim to się stało Teliha stanęła na czele kolaboracyjnego Związku Pisarzy Ukraińskich i współpracowała z redakcją wydawanej za zgodą okupacyjnych władz niemieckich gazety „Ukraińskie Słowo”. Ta właśnie gazeta wzywała swoich ukraińskich czytelników do wydawania Żydów w ręce Niemców. Teliha prowadziła też w okupowanym przez Niemców Kijowie restaurację, którą przejęła w ramach „aryzacji mienia żydowskiego”. 2 października 1941 roku, kiedy trwały egzekucje Żydów w Babim Jarze, „Ukraińskie Słowo” zamieściło artykuł pod wymownym tytułem „Główny wróg narodu – Żyd”. Teliha była m.in. autorką artykułu pt. „Rozsypują się mury”, zamieszczonego 5 października 1941 roku na łamach kolaboracyjnej gazety „Wołyń”, w którym wyrażała radość, że Niemcy kazali „opuścić” Żydom Kijów. „Każda godzina przynosi coraz normalniejsze życie w mieście (zajętym przez Niemców – uzup. BP). Uwolniony od wschodnich barbarzyńców Kijów – zaczyna oddychać pełną piersią, zaczyna żyć nowym życiem” – pisała w tym artykule rzekoma bohaterka walki z nazizmem.

Adresatem poezji miłosnej Ołeny Telihy był przed wojną czołowy ideolog nacjonalizmu ukraińskiego Dmytro Doncow. Ale oprócz tego typu poezji pani Teliha tworzyła też nacjonalistyczną publicystykę. Na łamach wydawanego legalnie w Polsce ukraińskiego periodyku „Literaturno-Naukowyj Wisnyk”, w numerze 9 z 1937 roku, napisała ona znamienne słowa w artykule pod znamiennym tytułem „Z błyskiem drapieżnego zwierza”: „Zadaniem naszej współczesnej inteligencji i młodzieży powinno być dążenie do stania na czele szeregów takich młodych zabójców”. Nie jest też pewne czy rzeczywiście została rozstrzelana przez Niemców w Babim Jarze w 1942 roku. Łeontij Forostywśkyj – ukraiński kolaborant i burmistrz Kijowa podczas okupacji niemieckiej – w wydanej w Buenos Aires w 1952 roku książce pt. „Kyjiw pid worożymy okupacijamy” twierdził na s. 76, że Teliha podcięła sobie żyły w areszcie gestapo na ulicy Władymirskiej w Kijowie.

Taką to właśnie osobę – przedstawianą jako rzekomą bojowniczkę z nazizmem – władze pomajdanowej Ukrainy upamiętniły pokaźnych rozmiarów pomnikiem u wejścia do kompleksu memorialnego w Babim Jarze.

Jeszcze bardziej perfidne oblicze ukraińskiej polityki historycznej pokazało sympozjum międzynarodowe „Shoah na Ukrainie. Nieszczęścia XX wieku w nowej perspektywie”, które zorganizowano na Uniwersytecie Paryż II Panthéon Assas w dniach 9-11 marca. Na konferencję tę zaproszono Wiatrowycza, natomiast nie zaproszono znanych i niezależnych badaczy historii nacjonalizmu ukraińskiego, takich jak John-Paul Himka, Per Anders Rudling, Marco Carynnyk, Grzegorz Rossoliński-Liebe i Iwan Kaczanowski. Patronem sympozjum była Fondation pour la Mémoire de la Shoah[8].

Przeciwko udziałowi Wiatrowycza w tym sympozjum protestowało ze strony żydowskiej niewiele osób, wśród których najbardziej znaczący był głos Eduarda Dolińskiego – dyrektora Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego z Kijowa. Natomiast organizatorzy sympozjum – Philippe de Lara (Uniwersytet Paris-2) i Galina Ackerman (Europejskie Forum dla Ukrainy) – nie tylko umożliwili udział w sympozjum delegacji ukraińskiej z Wiatrowyczem na czele, ale przystali na głoszenie przez nią oczywistych kłamstw. Z wystąpień większości członków delegacji ukraińskiej można się było zatem dowiedzieć o „czarnej legendzie ukraińskiego antysemityzmu”, którą wymyśliła „moskiewska propaganda”. Można było też usłyszeć tezy negujące udział nacjonalistów ukraińskich w Holokauście. Od takiego stanowiska zdystansował się tylko Jarosław Hrycak. Naukowcy zachodni i nieliczni działacze żydowscy protestujący przeciw udziale w konferencji Wiatrowycza zostali przedstawieni jako „przeciwnicy dekomunizacji” albo sojusznicy-agenci-poplecznicy Kremla. Organizatorzy konferencji pochwalili Wiatrowycza właśnie za ową „dekomunizację historii” oraz zgodzili się z nim, że historia Holokaustu jest „zakłamana”, a jej odkłamanie polegać ma na likwidacji „sowieckich stereotypów” na temat antysemityzmu nacjonalistów ukraińskich.

„Przeciwdziałanie środowisk pro-kremlowskich dowodzi tylko, że my [jesteśmy] — na właściwym szlaku. Musimy kontynuować walkę o porozumienie między Ukraińcami i Żydami” – stwierdziła główna organizatorka paryskiego sympozjum, pisarka i dziennikarka Galina Ackerman[9].

Narrację Wiatrowycza popierają zatem te same środowiska żydowskie, które m.in. oskarżają naród polski o rzekomy udział w Holokauście, propagując publicystykę Jana T. Grossa itp. autorów. Sympozjum paryskie miało najwidoczniej na celu oczyszczenie nacjonalistów ukraińskich z odpowiedzialności za udział w Holokauście. Jak wiadomo, odpowiedzialność ta jest od 30 lat konsekwentnie przerzucana przez wpływowe organizacje żydowskie na Zachodzie wyłącznie na naród polski.

Dlaczego nie było żadnych protestów z Polski? Dlaczego milczą polskie uniwersytety i polskie środowiska naukowe? Dlaczego milczy prezydent Duda wobec wystąpienia jego serdecznego przyjaciela – prezydenta Poroszenki – w dniu 17 marca w Narodowym Muzeum Historii Ukrainy z okazji 100-lecia tzw. „ukraińskiej rewolucji”. Poroszenko wyraził tam wdzięczność „znaczącym postaciom tamtego czasu”, wśród których wymienił twórców zbrodniczego nacjonalizmu ukraińskiego – Jewhena Konowalca i Dmytro Doncowa[10].

Neobanderowska polityka historyczna pomajdanowej Ukrainy – tak jak i inne przejawy ekstremizmu politycznego ze strony współczesnych nacjonalistów ukraińskich – jest bagatelizowana przez mainstream polityczno-medialny w Polsce. Polską opinię publiczną próbuje się przekonywać, że neobanderyzm jest jakoby marginesem życia politycznego Ukrainy. Niestety jest wręcz przeciwnie. Władze pomajdanowej Ukrainy są zakładnikami neobanderowców, którzy odegrali kluczową rolę podczas przewrotu politycznego w 2014 roku.

Postępujący rozpad gospodarki ukraińskiej może doprowadzić do kolejnego kryzysu, który do władzy wyniesie już jawnych neobanderowców. Były deputowany Partii Regionów Wołodymyr Olejnik ujawnił na początku marca, że Poroszenko potajemnie transferuje swój majątek do Hiszpanii, obawiając się nagłego odsunięcia od władzy[11]. Informację tę natychmiast uznano w Polsce – jak wszystko co jest niewygodne dla wizerunku pomajdanowej Ukrainy – za „rosyjską propagandę”. Jednakże o realnej możliwości nowego przewrotu w Kijowie i dojścia do władzy neobanderowców świadczy wydarzenie, które miało miejsce 16 marca. Tego dnia największe ugrupowania neobanderowskie i neonazistowskie – tj. partia „Swoboda”, Prawy Sektor, Nacjonalny Korpus, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, Kongres Ukraińskich Nacjonalistów i młodzieżowe ugrupowanie neonazistowskie „C14” – przyjęły w Kijowie „Nacjonalny Manifest”. To nic innego jak program polityczny na wypadek przejęcia władzy, które najwidoczniej radykalni spadkobiercy idei banderowskich uważają za realne. Pod dokumentem podpisali się m.in. Ołeh Tiahnybok, Andrij Tarasenko i Andrij Biłećkyj – czołowe postacie przewrotu politycznego z 2014 roku, w obecności których Jarosław Kaczynski krzyczał na Majdanie „Sława Ukrainie!” i których polskojęzyczne media przedstawiały wtedy jako bohaterów walki z „reżimem Janukowycza”.

I cóż czytamy w owym „Nacjonalnym Manifeście”? Na pierwszym miejscu wysunięto postulat utworzenia „Unii Bałtycko-Czarnomorskiej”, o której w zeszłym roku red. Sakiewicz debatował z neobandeorowcami we Lwowie. Tutaj jak na dłoni widać, że tzw. „Międzymorze” w wersji współczesnej to nie jest pomysł przedwojennych prometeistów, ale współczesnych banderowców, propagowany w Polsce przez środowiska proukraińskie z „Gazetą Polską” na czele. Dalej w „Nacjonalnym Manifeście” znalazły się m.in. postulaty zerwania stosunków z Rosją, odebrania Krymu i Donbasu, ustanowienia ukraińskiego jedynym językiem urzędowym, odsunięcia od władzy Poroszenki, odebrania majątków oligarchom i odzyskania przez Ukrainę „prawa do posiadania broni atomowej”[12].

Ten program polityczny – którego autorzy w sprzyjających okolicznościach mogą przejąć władzę w Kijowie – jest rezultatem m.in. bezmyślnej i szkodliwej polityki polskiej. O tym, że igranie z banderowskim ogniem skończy się dla Polski źle pisałem już wielokrotnie. Wspierając oligarchiczno-nacjonalistyczną Ukrainę i ignorując renesans banderowski w imię hasła, że „lepsza Ukraina banderowska niż sowiecka” (sic!) postsolidarnościowe elity polityczne dolały nie tyle oliwy, co benzyny do ognia. I dolewają dalej.

[1] „Pilne: odnowiony pomnik w Hucie Pieniackiej został ponownie zdewastowany”, http://www.kresy.pl, 14.03.2017.

[2] „Waszczykowski po spotkaniu z ukraińskim MSZ: niech Rosja zwróci Krym”, http://www.rp.pl, 15.03.2017.

[3] Znowu obrzydliwa prowokacja. Swastyka i napis „śmierć Lachom” na nagrobkach, http://www.niezalezna.pl, 12.03.2017.

[4] „Rok 2017 ogłoszono rokiem UPA w obwodzie iwanofranowskim na Ukrainie”, http://www.kresy.pl, 16.03.2017.

[5] „Ukraińskie władze chcą ogłosić rok 2017 rokiem UPA”, http://www.kresy.pl, 21.12.2016.

[6] Ukraina: w Kijowie zainaugurowano obchody 75. rocznicy UPA i wielką „kampanię informacyjną”, http://www.kresy.pl, 8.02.2017.

[7] http://www.istpravda.com.ua, 25.02.2017.

[8] „La Shoah en Ukraine”, Fondation pour la Mémoire de la Shoah, Paris 2017.

[9] http://www.m.tyzhden.ua, 14.03.2017; http://www.m.day.kyiv.ua, 16.03.2017.

[10] „Ukraińcy świętują 100-lecie tzw. Ukraińskiej Rewolucji. Poroszenko uczcił m.in. Konowalca i Doncowa”, http://www.kresy.pl, 17.03.2017.

[11] Prezydent „nowej Ukrainy” Wołodymyr Olejnik: Poroszenko wywozi majątek za granicę, przygotowuje się do ucieczki, http://www.kresy24.pl, 2.03.2017.

[12] „Ukraińscy nacjonaliści we wspólnym manifeście: chcemy bomby atomowej”, http://www.kresy.pl, 16.03.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 kwietnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 15-16 (2131/32), 9-16.04.2017, s. 16-17

Intermarium po banderowsku

29 marca po północy został ostrzelany z granatnika konsulat polski w Łucku. Pocisk trafił w ostatnie piętro, zostawiając około 70-centymetrowy otwór. Konsul generalny RP w Łucku Krzysztof Sawicki stwierdził, że „był to akt terroru, chcieli zabić ludzi”. Zanim ambasador Piekło zdążył tradycyjnie wyjaśnić, że była to „rosyjska prowokacja”, z wyjaśnieniem takim pospieszył były polityk PiS Michał Kamiński. Stwierdził on m.in., że spodziewał się „najrozmaitszych prowokacji na odcinku polsko-ukraińskim. Pamiętam z czasów, kiedy pracowałem w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego, myśmy dostawali bardzo dużo sygnałów dotyczących rosyjskich prowokacji, które będą zmierzać do tego, żeby pokłócić Polaków i Ukraińców, i mieliśmy dowody na to w tym czasie”. Z kolei marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który po interwencji ambasady Ukrainy wycofał senacką inicjatywę ustawodawczą w sprawie zakazu propagowania w Polsce nacjonalizmu ukraińskiego, oświadczył, że „relacje z władzami Ukrainy są na dobrym poziomie, podobnie jak kontakty obywatelskie”[1]. Oznacza to, że pieniądze z Polski na Ukrainę wraz z bezwarunkowym poparciem politycznym będą płynąć dalej, mimo ataku zbrojnego na polski Konsulat Generalny. Po ostatniej wizycie ministra Klimkina w Warszawie rząd PiS podarował Ukrainie kolejne 100 mln euro, a przecież i to nie jest ostatnie słowo[2].

Również Jerzy Targalski – kluczowa postać środowiska „Gazety Polskiej” – nie ma wątpliwości, że groźny incydent w Łucku należy do „serii prowokacji, którą urządza Putin”[3]. W duchu „rosyjskiej prowokacji” wypowiedział się też szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. „Znamy kontekst, jest agresja Rosji przeciwko Ukrainie” – stwierdził Paweł Soloch, używając przy tym propagandowej narracji ukraińskiej o „agresji Rosji przeciw Ukrainie” jako narracji rzekomo obiektywnej[4]. Niestety – tak jak i w przypadku poprzednich incydentów – ani strona polska ani ukraińska nie przedstawiły jakichkolwiek dowodów lub chociażby poszlak potwierdzających prawdopodobieństwo „rosyjskiej prowokacji”.

Nie można nie zauważyć, że coś za dużo tych „rosyjskich prowokacji” jak na tak krótki okres czasu. W ciągu dwóch miesięcy zaatakowano polskie miejsca pamięci narodowej w Hucie Pieniackiej, Kijowie-Bykowni, Lwowie i Podkamieniu, przy czym w Hucie Pieniackiej dwukrotnie. W tym czasie zaatakowano też ambasadę polską w Kijowie, wieszając na jej ogrodzeniu portret Bandery oraz konsulat polski we Lwowie, malując na jego ogrodzeniu napis „Nasza ziemia” i obrzucając budynek butelkami z czerwoną farbą. Ponadto miały miejsce liczne marsze i mityngi gloryfikujące ideologię banderowską i OUN-UPA oraz nowe upamiętnienia Bandery i Szuchewycza na zachodniej Ukrainie. To też były „rosyjskie prowokacje”?

Gdyby powtarzające się od początku tego roku antypolskie incydenty na Ukrainie rzeczywiście były prowokacjami rosyjskich służb specjalnych, to władze w Kijowie na pewno nie straciłyby okazji, by je zdemaskować i wykorzystać politycznie oraz propagandowo. Skoro jednak za każdym razem nie mogą wykryć sprawców, to znaczy, że sprawcami muszą być neobanderowcy – silni politycznie od przewrotu na Majdanie i kontrolujący w znacznej mierze resorty siłowe ze Służbą Bezpieczeństwa Ukrainy włącznie. Te incydenty potwierdzają też, że władze w Kijowie nie panują nad sytuacją w kraju, a przede wszystkim nie potrafią odzyskać znacznych ilości broni, które w następstwie puczu i wojny domowej dostały się w ręce środowisk skrajnych i kryminalnych.

16 marca nacjonaliści ukraińscy przyjęli „Nacjonalny Manifest”, w którym zapowiedzieli, że ich celem nie jest orientowanie się ani na Wschód ani na Zachód, tylko „utworzenie nowego ciała: Unii Bałtycko-Czarnomorskiej”[5]. O owej „Unii Bałtycko-Czarnomorskiej” bredził w czasie swoich ubiegłorocznych wizyt na Ukrainie pan Sakiewicz, kojarząc ją z ideą Intermarium w wydaniu panów Targalskiego i Żurawskiego vel Grajewskiego. Jednakże „Unia Bałtycko-Czarnomorska” w rozumieniu nacjonalistów ukraińskich to nic innego jak „Wielka Ukraina”, o której śnili Doncow i Bandera. To nie Warszawa – jak się wydaje Sakiewiczowi, Targalskiemu i Żurawskiemu vel Grajewskiemu – ale Kijów ma być podmiotem dominującym tej „unii”. Polska, Białoruś i kraje bałtyckie mają zostać politycznie podporządkowane Ukrainie – tak wyobrażają sobie „Unię Bałtycko-Czarnomorską” współcześni nacjonaliści ukraińscy.

To co sobie wyobrażają – realizują. Dla wszystkich z wyjątkiem polskich mediów „głównego nurtu” jest oczywiste, że pomajdanowa Ukraina coraz bardziej rozpada się politycznie i gospodarczo. Efektem tego rozpadu jest m.in. realizowanie przez nacjonalistów ukraińskich – i to już nie tylko na zachodniej Ukrainie – własnej polityki, niezależnej od zdania władz w Kijowie. Przejawem tej samodzielnej polityki nacjonalistów ukraińskich są m.in. działania zdominowanego przez nich Związku Ukraińców w Polsce, w tym zapowiedziane stworzenie na bazie ukraińskiego Domu Narodowego w Przemyślu Centrum Ukraińskiej Kultury Ziem Przygranicznych oraz zorganizowanie trzeciego światowego Kongresu Ukraińców w Przemyślu jako centralnego punktu obchodów 70. rocznicy operacji „Wisła”[6].

Przejawem samodzielnej polityki nacjonalistów ukraińskich są również kolejne „rosyjskie prowokacje”, czyli ataki na polskie miejsca pamięci narodowej oraz placówki dyplomatyczne na Ukrainie. Jest to z ich strony jednoznaczne postawienie sprawy, kto ma kogo słuchać w „Unii Bałtycko-Czarnomorskiej”, czyj interes ma w niej dominować i jakiej polityce ma ona służyć. Pan Piekło być może tego jeszcze nie wie, ale jedną z kolejnych „rosyjskich prowokacji” będzie wysadzenie w powietrze ambasady polskiej w Kijowie razem z nim. Taka jest logika Intermarium w wydaniu banderowskim.

Dominujące w Polsce siły polityczne nie przyjmują do wiadomości, że neobanderowcy prowadzą antypolską politykę i podejmują w związku z tym coraz bardziej agresywne działania. Nie dziwi mnie to. Taka postawa polskiej „klasy politycznej” jest bowiem rezultatem jej politycznego ubezwłasnowolnienia wobec ośrodków globalistycznych na Zachodzie. Dlatego w wypadku kolejnych aktów agresji neobanderowskiej, kompromitujących proukraińską politykę Warszawy, słyszymy o „rosyjskiej prowokacji”. Równie dobrze mogłaby to być prowokacja marsjańska. Pewien były minister rządu PO, a wcześniej współtwórca zapomnianego już dzisiaj Ruchu Wolność i Pokój, który w latach 80. XX wieku postulował „wolność w świecie bez granic”, stwierdził trzy lata temu, że „Państwo polskie istnieje tylko teoretycznie. Praktycznie nie istnieje (…)”. Rzeczywiście.

[1] „Ukraina: w nocy ostrzelano polski konsulat w Łucku”, http://www.waidomosci.onet.pl, 29.03.2017; „Siedziba Konsulatu Generalnego RP w Łucku ostrzelana z granatnika”, http://www.rmf24.pl, 29.03.2017.

[2] „100 mln euro na remonty dróg. Polski rząd po raz kolejny pożyczył pieniądze Ukrainie”, http://www.pch24.pl, 22.03.2017.

[3] „Targalski: Atak na polski konsulat w Łucku to prowokacja Putina”, http://www.kresy.pl, 29.03.2017.

[4] „Szef BBN Paweł Soloch o incydencie w Łucku: Niewątpliwie jest to prowokacja”, http://www.rmf24.pl, 29.03.2017.

[5] „Nacjonaliści ukraińscy we wspólnym manifeście: chcemy bomby atomowej”, http://www.kresy.pl, 16.03.2017.

[6] „Piotr Tyma: chcemy stworzyć Centrum Ukraińskiej Kultury Ziem Przygranicznych w Przemyślu”, http://www.kresy.pl, 27.03.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 30 marca 2017 r.

http://mysl-polska.pl/1199

Żołnierze Zapomniani i Żołnierze Niechciani

18 marca minęła 72. rocznica zdobycia Kołobrzegu przez 1. Armię Wojska Polskiego. Była to jedna z największych bitew miejskich Wojska Polskiego podczas drugiej wojny światowej. Uczestniczyły w niej trzy dywizje polskie i pułk czołgów – łącznie 29 tys. żołnierzy. Bitwa, która zadecydowała o powrocie Polski na Pomorze Zachodnie. Rokrocznie odbywają się w Kołobrzegu obchody jej rocznicy, co jest zasługą głównie społeczności lokalnej. Mimo pięknej oprawy są to jednak uroczystości lokalne. Żołnierze 1. Armii WP nie należą bowiem do bohaterów obecnej polityki historycznej, lansowanej przez IPN i władze państwowe. Ta na piedestał stawia innych żołnierzy, którym przypisano przymiotnik „wyklęci”. Pompowanie na siłę ich kultu usuwa w cień cały polski wysiłek zbrojny podczas drugiej wojny światowej, z którego ponadto wyklucza się z przyczyn politycznych Wojsko Polskie sformowane na Wschodzie. Żołnierze tego wojska stają się w świetle lansowanej w Polsce polityki historycznej coraz bardziej Żołnierzami Zapomnianymi.

Wojsko Polskie w walkach o Kołobrzeg w marcu 1945 roku

Wojsko Polskie w walkach o Kołobrzeg w marcu 1945 roku

Zapomnienie nie grozi natomiast ich przeciwnikom z 1945 roku, to znaczy łotewskim esesmanom z 15. Dywizji Grenadierów Waffen-SS (1. łotewskiej) „Lettland”, która wchodziła w skład Legionu Łotewskiego Waffen-SS. To ta właśnie kolaboracyjna formacja – obok jednostek niemieckich – walczyła z 1. Armią WP w lutym i marcu 1945 roku, broniąc upadającej Rzeszy Hitlera. Najpierw na Wale Pomorskim, a potem w Festung Kolberg. Łotewscy esesmani zapisali się szczególnie źle w pamięci żołnierzy 1. Armii WP, dopuszczając się m.in. bestialskiej zbrodni wojennej w okolicach wsi Podgaje. Tam właśnie w dniach 31 stycznia – 2 lutego 1945 roku zamordowali około 160 żołnierzy polskich pojmanych lub rannych podczas walk, z których 32 spalili żywcem w stodole.

W 1998 roku rząd Łotwy – kraju aspirującego wówczas do Unii Europejskiej – ustanowił 16 marca świętem narodowym ku czci esesmanów z Legionu Łotewskiego. Po protestach międzynarodowej opinii publicznej zmieniono w 2000 roku status tego święta z narodowego na Dzień Pamięci Legionu Łotewskiego Waffen-SS. Nie zmienia to jednak faktu, że na Łotwie – państwie członkowskim UE – czci się kolaborantów, esesmanów i zbrodniarzy, a ich dzień pamięci jest jednym z najważniejszych świąt obchodzonych publicznie w tym kraju.

Tak oto w dwóch państwach europejskich w tym samym czasie funkcjonują dwie rocznice. W Polsce 18 marca – rocznica zdobycia Kołobrzegu przez 1. Armię WP, obchodzona lokalnie i bez rozgłosu, jakby wstydliwie. Natomiast na Łotwie 16 marca – Dzień Pamięci Legionu Łotewskiego Waffen-SS, czyli tych którzy zaciekle bronili w 1945 roku upadających Niemiec hitlerowskich na Wale Pomorskim i w Kołobrzegu. Jest to święto obchodzone hucznie w Rydze co roku. Nie inaczej było i w tym roku. W stolicy Łotwy znowu maszerowali żyjący jeszcze weterani Legionu Łotewskiego wśród tłumów Łotyszy, w tym młodzieży[1].

Weterani Legionu Łotewskiego Waffen-SS na marszu w Rydze w 2016 r. Fot. onet.pl

Weterani Legionu Łotewskiego Waffen-SS na marszu w Rydze w 2016 r. Fot. onet.pl

Warto odnotować, że obchody ku czci Legionu Łotewskiego SS cieszą się, jeśli nie sympatią, to przynajmniej tolerancją „Strefy Wolnego Słowa” red. Tomasza Sakiewicza. Świadczy o tym notatka na portalu niezalezna.pl z 2016 roku, w której z oburzeniem informowano nie o fakcie uczczenia marszem łotewskich esesmanów w Rydze, ale o tym, że dziennikarz telewizji Russia Today Graham Phillips próbował ten marsz zakłócić. Wymowny już był sam tytuł tej notatki. Nie np. „Uroczystości ku czci byłych esesmanów” albo „Dziennikarz protestował przeciw marszowi byłych esesmanów”, ale „Propagandzista zatrzymany na Łotwie”[2]. Rozumiem, że ta takie właśnie rozłożenie akcentów i pobłażliwość mediów gazetopolskich wobec kultu łotewskich formacji SS, podobnie jak i pobłażliwość tego środowiska wobec kultu OUN-UPA na Ukrainie, zostały podyktowane wiarą w ideę Intermarium oraz wspieraniem amerykańskich interesów geopolitycznych.

Gloryfikacja kolaboracyjnych formacji SS na Łotwie, Litwie, Ukrainie i w Estonii oraz OUN-UPA na Ukrainie – którym w każdym z tych krajów przypisano skandaliczne w świetle faktów historycznych określenie „ruch narodowowyzwoleńczy” – została bowiem podyktowana interesami amerykańskiej geopolityki w tej części Europy.

Kult nazistowskich i ultra-nacjonalistycznych formacji z terenu byłego ZSRR i bloku wschodniego, które walczyły z „Sowietami”, jest potrzebny przede wszystkim do krzewienia rusofobii, a ta z kolei jest potrzebna do umocnienia panowania USA na peryferiach euro-atlantyckich i wypierania Rosji z obszaru poradzieckiego. W związku z tym, że w Polsce nie było dywizji Waffen-SS, to ten sam efekt osiąga się poprzez kult i kreowanie na siłę legendy „żołnierzy wyklętych”.

Z punktu widzenia takiej polityki historycznej – dyktowanej peryferiom euro-atlantyckim przez amerykańskiego hegemona – nie ma miejsca na właściwą pamięć o żołnierzach 1. i 2. Armii WP, którzy siłą rzeczy muszą stać się Żołnierzami Zapomnianymi. Ale ta sama polityka historyczna wyklucza też całkowicie pamięć o żołnierzach Armii Czerwonej, którzy walczyli z nazistowskimi Niemcami, czyniąc z nich Żołnierzy Niechcianych.

Żołnierzy Niechcianych najpierw napiętnowano, odmawiając im miana wyzwolicieli i przypisując łatkę okupantów, a nawet agresorów. Najpierw odebrano im w świadomości społecznej dobre imię, potem pozbawiono ich pomników, a na koniec podniesiono rękę na ich groby.

Profanacja, która miała ostatnio miejsce na Cmentarzu Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Warszawie nie jest przecież pierwszą i nie jest ostatnią[3]. Oczywiście nie jest pewne czy profanacji tej dokonała gimbaza wyhodowana na polityce historycznej IPN i PiS, czy np. zbanderyzowani Ukraińcy, których przecież w Polsce jest niemało wśród miliona ukraińskich emigrantów i tutejszej mniejszości ukraińskiej. Przypuszczam też, że czynniki oficjalne zamkną sprawę tradycyjnym już w takiej sytuacji stwierdzeniem o „rosyjskiej prowokacji”.

Swastyka na tle izraelskiej flagi i odcisków stóp namalowana przed centralnym obeliskiem na Cmentarzu Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Warszawie. Fot. dziennik.pl

Swastyka na tle izraelskiej flagi i odcisków stóp namalowana przed centralnym obeliskiem na Cmentarzu Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Warszawie. Fot. dziennik.pl

Tym razem nie było napisów „Katyń” i „17 września”. Tym razem były swastyki. Profanatorzy – malując na cmentarzu żołnierzy radzieckich swastyki – moim zdaniem dali wyraz przesłaniu, które wynika z lansowanej w Polsce polityki historycznej, chociaż nie jest wprost tak formułowane. Ale polityka ta – całkowicie dyskredytując wyzwolenie ziem polskich przez Armię Czerwoną i delegitymizując PRL – daje przecież do zrozumienia, że lepsza niż brane w cudzysłów wyzwolenie w 1945 roku była okupacja niemiecka i pewnie lepiej by było, żeby ona trwała, żeby dalej dymiły piece Auschwitz niż żeby był PRL.

Akt profanacji na cmentarzu żołnierzy radzieckich w Warszawie. Fot. dziennik.pl

Akt profanacji na cmentarzu żołnierzy radzieckich w Warszawie. Fot. dziennik.pl

Takie myślenie historyczne wytyczył już przed ćwierćwieczem drugi z kolei premier III RP, który w 1991 roku na forum ekonomicznym w Davos powiedział, że podobno PRL bardziej zniszczył Polskę niż okupacja niemiecka.

Taka polityka historyczna jest profanacją historii i jako ideowa podstawa polityki bieżącej – wewnętrznej i zewnętrznej – jest drogą donikąd. Służy jedynie utrwalaniu podrzędnego statusu krajów będących peryferiami świata euro-atlantyckiego.

[1] „W Rydze odbywa się marsz ku czci legionistów SS”, http://www.pl.sputniknews.com, 16.03.2017; „Marsz sławiący łotewski legion Waffen SS”, http://www.prawy.pl, 17.03.2017.

[2] „Propagandzista zatrzymany na Łotwie”, http://www.niezalezna.pl, 16.03.2016.

[3] „Warszawa: wandale zniszczyli cmentarz żołnierzy radzieckich”, http://www.warszawa.onet.pl, 21.03.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 23 marca 2017 r.

http://mysl-polska.pl/1194

Profanacje we Lwowie i Podkamieniu w cieniu Intermarium

Próba utrącenia przez PiS kandydatury Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej zakończyła się kompromitacją rządu RP. Porażka ta pokazała przede wszystkim jaką bzdurą jest tzw. koncepcja Międzymorza (Trójmorza) – wymyślona w okresie międzywojennym przez prometeistów, a lansowana w czasie „zimnej wojny” przez Giedroycia, a obecnie przez PiS. Koncepcja Międzymorza (Trójmorza) sprowadza się najogólniej do tego, że pomiędzy Niemcami a Rosją miałaby powstać „trzecia siła” – czyli blok państw położonych między Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym pod przewodnictwem Polski. No i okazało się, że podczas głosowania kandydatury Tuska wszystkie państwa tego postulowanego przez neo-prometeistów bloku głosowały przeciw rządowi w Warszawie. Wszystkie: państwa bałtyckie, Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria, Austria, Słowenia i Chorwacja. Poparcia Tuskowi udzieliła też będąca poza UE Ukraina. Wystarczył prawdopodobnie jeden telefon Merkel do Poroszenki. Jasno zatem widać, że Międzymorze (Trójmorze) to fikcja, śmieszna chimera. Polska jest krajem za słabym, by komukolwiek przewodzić w Europie. W UE rządzą Niemcy, a w Europie Wschodniej jedynym realnym bytem politycznym jest Rosja. Opieranie polityki zagranicznej na takiej chimerze – co w praktyce sprowadza się do bezkrytycznego wspierania przez Warszawę Ukrainy i rozniecania histerii antyrosyjskiej – to kompromitacja i szaleństwo.

Jakby tego było mało, niemal natychmiast chimera Intermarium została zweryfikowana na Ukrainie, która jest najtwardszym jądrem całej tej koncepcji, czyli „strategicznym partnerem” Polski w sojuszu antyrosyjskim. Miały tam bowiem miejsce kolejne po Hucie Pieniackiej i Bykowni profanacje miejsc polskiej pamięci narodowej. 10 marca ukraiński portal Zaxid.net poinformował o profanacji pomnika polskich profesorów zamordowanych 4 lipca 1941 roku we Lwowie przez Einsaztkommando „Galizien”. Jest to już druga profanacja lwowskiego pomnika na Wzgórzach Wuleckich. Pierwsza miała miejsce w nocy z 9 na 10 maja 2009 roku. Na istniejącym tam wówczas monumencie namalowano czerwoną farbą swastyki i napis „Śmierć Lachom”. W 2011 roku odsłonięto nowy pomnik na Wzgórzach Wuleckich, na którym – co bardzo znamienne i wymowne – władze ukraińskie nie pozwoliły napisać jakiej narodowości byli zamordowani profesorowie. Obecna profanacja jest dokładną kopią tamtej z 2009 roku. Też namalowano czerwoną farba swastykę i napis „Śmierć Lachom”. Dwa dni później dokonano profanacji pomnika polskich ofiar UPA w Podkamieniu w obwodzie lwowskim (w II RP w województwie tarnopolskim). Tablice z nazwiskami ofiar zostały oblane czerwoną farbą, a na betonowym krzyżu namalowano czarną farbą swastykę i napis „Śmierć Lachom”[1].

Profanacja w Podkamieniu została dokonana dokładnie w 73. rocznicę bestialskiej napaści kurenia UPA pod dowództwem Maksyma Skorupśkiego i ukraińskich esesmanów z 4. pułku policyjnego SS (tego samego, który dokonał zbrodni w Hucie Pieniackiej) na tamtejszy klasztor dominikański, w którym schroniła się miejscowa ludność polska. Po podstępnym wymordowaniu Polaków ukrywających się w klasztorze i obrabowaniu klasztoru (wartość zrabowanego przez Ukraińców mienia wyniosła kilka milionów dolarów) sprawcy przez kilka dni kontynuowali pogromy na terenie miasteczka Podkamień. Łącznie w dniach 12-16 marca 1944 roku zginęło w Podkamieniu około 600 Polaków, spośród których ustalono nazwiska 122 ofiar. 12 marca 1944 roku ukraińscy esesmani z 4. pułku policyjnego SS, bojówki UPA i SKW zamordowały też 365 Polaków w Palikrowach koło Podkamienia.

Profanacje w Hucie Pieniackiej, Kijowie-Bykowni, Lwowie i Podkamieniu powinny uświadomić nawet średnio rozgarniętemu obserwatorowi, że gwałtownie odradzający się po Majdanie nacjonalizm ukraiński uderzył w Polskę – co było do przewidzenia od początku – oraz że koncepcja Międzymorza (Trójmorza) legła w gruzach na najważniejszym dla niej odcinku ukraińskim.

Niestety z reakcji oficjalnych czynników polskich – a właściwie jej braku – wynika, że wszystko to spłynęło po rządzącej partii PiS i szerzej całym establishmencie postsolidarnościowym jak woda po kaczce. Jan Piekło – polski ambasador Ukrainy w Kijowie – wypowiedział się następująco: „To mniej więcej ten sam scenariusz: czerwona farba, litery SS i napis „Śmierć Lachom”. We Lwowie bardzo szybko zareagowała na to miejscowa administracja. Pomnik profesorów lwowskich został błyskawicznie oczyszczony. Mamy do czynienia ze wzmożeniem takich zjawisk, co świadczy o pewnej bezradności i determinacji strony, która to prowokuje”[2]. Identycznie ambasador Piekło wypowiedział się w lutym, kiedy na murze polskiego konsulatu we Lwowie pojawił się napis „Nasza ziemia”, a ściany konsulatu ochlapano czerwoną farbą[3].

Tym razem Piekło nie powiedział wprost – jak po incydentach w Hucie Pieniackiej i Kijowie-Bykowni – że to „rosyjska prowokacja”, ale z jego wypowiedzi faktycznie to wynika. Tylko czy „ten sam scenariusz” od razu wskazuje na Rosję? Rozumiem, że na nacjonalistów ukraińskich wskazywać nie może, bo ich – zdaniem polskich mediów – w ogóle nie ma, a przypisywanie im antypolonizmu przeczy koncepcji Intermarium. Więc sprawcą może być tylko Rosja, która chce zakłócić idealne podobno stosunki polsko-ukraińskie.

W taki też ton uderzył minister spraw zagranicznych Ukrainy Pawło Klimkin, który na Twitterze napisał: „Potępiam kolejne akty wandalizmu na Lwowszczyźnie odnośnie polskich pomników. Widać charakter pisma trzeciej strony, jakiej wspólnie dajemy zdecydowany odpór”.

A więc sprawcą zdaniem Klimkina jest Rosja, chociaż nie została przez niego wymieniona z nazwy. Wypowiedź tę skomentował następująco dr Iwan Kaczanowski: „Minister spraw zagranicznych Ukrainy przypisuje „trzeciej stronie”, bez żadnych dowodów, ostatnie akty profanacji lwowskiego pomnika polskich profesorów zabitych przez nazistów oraz pomnika ofiar policyjnego pułku SS-Galizien i UPA w Podkamieniu. Tym samym natychmiast i bez żadnego śledztwa oczyszcza radykalnych nacjonalistów i neonazistowskie organizacje, które wyrażają otwarcie ideologiczną wrogość wobec takich pomników. Tak samo poprzednio dokonywano politycznie wygodnego określania bezczeszczenia polskich pomników jako rosyjskiej operacji „pod fałszywą flagą” bez żadnych dowodów i śledztw. Ukraińskie władze zawsze zaprzeczają udziałowi skrajnej prawicy, podczas gdy sprawców tych ataków nigdy się nie wykrywa”[4].

W wypowiedzi Klimkina zdumiewają dwie rzeczy. Po pierwsze, że pan minister bez cienia wątpliwości zidentyfikował „charakter pisma trzeciej strony” (czyżby sprawcą napisów był osobiście Putin?). Po drugie, że zdaniem pana ministra Polska i Ukraina wspólnie dają „zdecydowany odpór” owej „trzeciej stronie”. To rzeczywiście nowość, bo sądziłem, że Polska jednak nie bierze udziału w „wojnie z Rosją” na wschodzie Ukrainy. Widzę tutaj pewne paralele z artykułem, który opublikowali 27 lutego w „Rzeczypospolitej” ukraińscy deputowani Hanna Hopko (przewodnicząca Komisji Spraw Zagranicznych Werchownej Rady) i Wiktor Romaniuk. Zaproponowali oni wprost „zawarcie umowy wojskowo-politycznej między Ukrainą a Polską (…) na podstawie której atak na każdy z krajów uważany byłby za agresję na oba państwa” i w oparciu o którą miałby powstać „regionalny sojusz obronny”[5]. Nikt bardziej otwarcie ze strony ukraińskiej nie sformułował dotąd chęci wciągnięcia Polski do wojny z Rosją.

Czy trzeba więcej, by zrozumieć na jakie grząskie bagno wywiodła Polskę koncepcja Międzymorza? Na forum UE widać to jaskrawo, a na kierunku ukraińskim jeszcze jaskrawiej. Ukrainie bardzo zależy na tym, by umiędzynarodowić konflikt w Donbasie. Propozycja pani Hopko i pana Romaniuka idzie właśnie w tym kierunku. Nie jest też przypadkiem, że taka propozycja pada ze strony ukraińskiej właśnie pod adresem Polski. Na zapleczu politycznym partii PiS, ale także w ośrodkach związanych z PO i ogólnie obozem liberalnym, funkcjonuje bowiem wpływowe lobby, które postrzega rzeczywistość właśnie poprzez koncepcję Międzymorza, ożywioną przed laty przez politykę amerykańską w celu wykorzystania Polski w rozgrywce geopolitycznej z Rosją.

Jaki kontakt z rzeczywistością ma to lobby najlepiej dowodzi fakt, że jeden z jego najbardziej znaczących przedstawicieli – Jerzy Targalski – otwarcie ubolewał niedawno, że Polacy jeszcze nie walczą w Donbasie. Podobnie zapewne myślą pozostali wyznawcy koncepcji Międzymorza, do których należą m.in. działający na niwie polityki zagranicznej Przemysław Żurawski vel Grajewski i Jan Piekło.

W kontekście profanacji w Hucie Pieniackiej, Kijowie-Bykowni, Lwowie i Podkamieniu, towarzyszącej im narracji władz ukraińskich i ich polskich sojuszników o „rosyjskiej prowokacji” oraz propozycji „sojuszu obronnego” ogłoszonej oficjalnie przez deputowanych Hopko i Romaniuka zastanawia czy profanacje te nie są prowokacją ukraińską, która miałaby docelowo doprowadzić nawet do zaangażowania się militarnego Polski na wschodzie Ukrainy. Bo gdyby nagle pojawiły się dowody, że za tymi profanacjami stoi Rosja, to przecież byłby idealny pretekst do zerwania stosunków dyplomatycznych Polski z Rosją. A potem to już można sobie wyobrażać różne scenariusze.

Dotychczas byłem przekonany, że PiS bezmyślnie prowadzi politykę nieodpowiedzialną, której szkodliwości nie rozumie jego elektorat, mamiony patriotyczną frazeologią oraz faszerowany kultem smoleńskim i kultem „żołnierzy wyklętych”. Teraz nabieram coraz większej pewności, że polityka ta jest obozowi rządzącemu dyktowana. Jak bowiem inaczej skomentować to, że na wniosek marszałka Karczewskiego senatorowie wycofali z Sejmu własny projekt noweli do ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego, rozszerzający działanie tej ustawy na nacjonalizm ukraiński i litewski? „Nie możemy pozwolić sobie na psucie stosunków z sąsiadami” – oświadczył jeden z senatorów, który wcześniej podpisał się pod wycofanym nagle projektem.

Natomiast senator Jerzy Czerwiński w swoim wystąpieniu oświadczył, że wycofanie projektu miało związek „z interwencją ambasadora Ukrainy, o której pisały portale internetowe. Jeśli to prawda uważam to za bardzo naganne. To by świadczyło, że dawniej słuchaliśmy się przez długi czas Moskwy, potem kilkanaście lat Berlina, a teraz Kijowa”[6].

Nasuwa się więc pytanie, kto tutaj pociąga za sznurki? Ambasada USA, fundacja Sorosa, czy przede wszystkim jednak coraz silniejsze lobby ukraińskie, mające wpływy tak w partii rządzącej jak i w obecnej opozycji? Nie sądzę bowiem, by wszystkie zdumiewające posunięcia polskiej polityki zagranicznej były li tylko rezultatem geniuszu politycznego Jarosława Kaczyńskiego.

Ta polityka na kierunku wschodnim zmierza do katastrofy. Pytaniem pozostają tylko rozmiary i skutki tej nieuchronnej w bliższej lub dalszej przyszłości katastrofy oraz liczba ofiar. Na razie ofiarami koncepcji Międzymorza (Trójmorza) są pomniki upamiętniające Polaków zamordowanych ponad 70 lat temu przez prekursorów dzisiejszej pomajdanowej Ukrainy. Na razie.

[1] „Ukraina: Sprofanowano polskie pomniki we Lwowie i Podkamieniu”, http://www.kresy.pl, 12.03.2017.

[2] „Ukraina: oczyszczono sprofanowane polskie pomniki”, http://www.onet.pl, 12.03.2017.

[3] „Ambasador Jan Piekło: incydent we Lwowie wpisuje się w szereg antypolskich prowokacji”, http://www.polskieradio.pl, 8.02.2017.

[4] Szef MSZ Ukrainy: za profanacjami polskich pomników stoi „trzecia siła”, http://www.kresy.pl, 13.03.2017.

[5] H. Hopko, W. Romaniuk, „Sojusz obronny z Ukrainą”, http://www.rp.pl, 27.02.2017.

[6] „Senat wycofał projekt ustawy zakazującej propagowania ukraińskiego i litewskiego nacjonalizmu”, http://www.kresy.pl, 7.03.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 marca 2017 r.

http://mysl-polska.pl/1188

„Myśl Polska” nr 13-14 (2129/30), 26.03-2.04.2017, s. 8

W odpowiedzi na polemikę p. Mariusza Matuszewskiego dotyczącą zbrodni Józefa Kurasia-Ognia

Mój artykuł „Negacja zbrodni żołnierzy wyklętych”, w którym wspomniałem o dwóch znanych zbrodniach popełnionych na rozkaz Józefa Kursia-Ognia, spowodował polemikę ze strony p. Mariusza Matuszewskiego. W artykule pt. „O rzekomych zbrodniach „Ognia” – w odpowiedzi na tekst p. Bohdana Piętki” podważył on fakt popełnienia jednej ze wspomnianych przeze mnie zbrodni na rozkaz „Ognia”, a drugą ze zbrodni usprawiedliwił, oraz powtórzył wszystkie znane mi od dawna argumenty, które powtarzają środowiska uprawiające kult „żołnierzy wyklętych”. Kult noszący wszelkie znamiona wiary religijnej i to bynajmniej nie „świeckiej religii”, ale religii jak najbardziej autentycznej – posiadającej własne prawdy objawione, dogmaty oraz panteon bóstw i świątków. W panteonie tym Józef Kuraś-Ogień zajmuje miejsce jednego z bóstw naczelnych, toteż jakiekolwiek poddawanie w wątpliwość jego świętości zawsze powoduje negatywną reakcję wyznawców.

Na polemikę p. Mariusza Matuszewskiego odpowiadać nie powinienem, ponieważ polemizowanie z wiarą religijną nie ma sensu. Mój adwersarz jest wyznawcą religii „żołnierzy wyklętych”, a ja nie jestem. W związku z tym żaden mój argument nie trafi mu do przekonania, ani na odwrót. Żaden z nas drugiego nie przekona i tym bardziej nie nawróci. Każdy podany przeze mnie fakt, także w niniejszym tekście, zostanie przez p. Matuszewskiego odrzucony lub zanegowany jako przeczący jego wierze.

Z wiarą zatem polemizował nie będę, natomiast muszę się ustosunkować do pewnych stwierdzeń p. Matuszewskiego ze względu na możliwość dezinformacji Czytelnika.

Zacznijmy zatem od usprawiedliwienia przez mojego adwersarza zbrodni na rodzinie Zagatów-Łatanków z Gronkowa. Deprecjonuje on fakty podane w relacji krewnego ofiar – księdza dr. hab. Władysława Zarębczana – jako przykład „subiektywnej opowieści krewnego zabitych”. Dlaczego subiektywnej? Ja takiego wrażenia nie odniosłem. Zdaniem p. Matuszewskiego „Ogień” miał prawo zamordować czterech braci Zagatów-Łatanków, ponieważ byli to „bandyci i złodzieje (znani m.in. z kradzieży bydła)”. Mój adwersarz jest bardzo dobrze poinformowany w przeciwieństwie do księdza Zarębczana, który w swej relacji wyraźnie powiedział, że on i inni mieszkańcy Gronkowa chcieliby się dowiedzieć po kilkudziesięciu latach dlaczego popełniono tę zbrodnię. Niestety mój adwersarz nie ujawnił źródła swojej informacji odnośnie przynależności ofiar „Ognia” z Gronkowa do świata przestępczego. Domyślam się, że tym źródłem jest hagiograf „Ognia” – dr Maciej Korkuć z krakowskiego Oddziału IPN. Rozumiem też, że takie właśnie przedstawianie tej tragedii jest jednym z dogmatów boskiego kultu „partyzanta z Podhala” i zastosowano tutaj ten sam szablon, który stosuje się także w przypadku zbrodni oddziału Romualda Rajsa-Burego na ludności białoruskiej – winne są ofiary, rzekomo współpracujące z władzą komunistyczną. Ten sam szablon stosują również apologeci Ukraińskiej Powstańczej Armii, którzy za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie bynajmniej nie obwiniają sprawców, ale ofiary – polskich chłopów z Wołynia, Podola i Pokucia, którzy w obronie przed UPA czasem współpracowali z partyzantką sowiecką i tym właśnie, zdaniem obecnych apologetów UPA, zawinili.

Bracia Łatankowie byli „bandytami i złodziejami”? A może było inaczej? Może było tak jak w przypadku mordów dokonanych przez oddział „Ognia” na słowackich wsiach polskiego Spisza – ofiary po prostu nie chciały wspierać materialnie oddziału „Ognia”. Nie dlatego, że sympatyzowały z władzą komunistyczną, ale dlatego, że nie miały z czego i po sześciu latach wojny pragnęły po prostu zaznać świętego spokoju. Może zatem zbrodnia popełniona w Gronkowie miała właśnie taki cel „pedagogiczny” – pokazanie kto tu rządzi i zastraszenie miejscowej ludności, niechętnej aprowizacji oddziału „Ognia”.

Humorystycznie brzmi stwierdzenie p. Matuszewskiego, że zbrodnia w Gronkowie miała „wszelkie znamiona egzekucji wyroku, wydanego w warunkach wojennych, a bazującego na upoważnieniu władz RP”. „Ogień” reprezentował jakiś rząd RP? Chyba, że sam go stworzył. Przyznam, że to jakiś nowy, nieznany mi dotąd dogmat wiary w „wyklętych”. Może jakieś nowe objawienie.

W przypadku zbrodni popełnionej na Katarzynie Kościelnej z Ostrowska (wg Bolesława Derenia była to Helena Luberda-Kościelny) i jej nienarodzonym dziecku p. Matuszewki – zapewne opierając się na książce Bolesława Derenia („Józef Kuraś „Ogień”. Partyzant Podhala”) – zanegował jakąkolwiek odpowiedzialność „Ognia”, sugerując, że jest to wymysł Stanisława Wałacha, a zbrodni tej dokonał kto inny. Niezupełnie. O tej i o innych zbrodniach „Ognia” wspominają także żołnierze 1. Pułku Strzelców Podhalańskich Armii Krajowej, którzy złożyli na ten temat relację 16 marca 1990 roku, przysięgając na Biblię w obecności ówczesnego proboszcza parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Nowym Targu, ks. prałata Franciszka Juraszka. Ci żołnierze AK to Włodzimierz Budarkiewicz, ps. „Podkowa”, Tadeusz Czubernat, ps. „Płomień”, Jan Kacwin, ps. „Juhas”, Franciszek Kieta, ps. „Limba”, Władysław Sowa, ps. „Celiński-Dunin”, Jan Sral, ps. „Krasny”, Bronisław Wielkiewicz, ps. „Skok” i Władysław Zagardowicz, ps. „Kukułka”. Wymienili on cały katalog zbrodni popełnionych przez „Ognia” lub jego ludzi. Stwierdzili m.in., że u „Ognia” istniał „patologiczny, odbiegający od normy, popęd płciowy. Wzywał imiennie do siebie w Gorce przez gońców kobiety, zmuszał je do uległości, a broniące się gwałcił”. Podali nazwisko jednej z tych kobiet, która po dokonaniu na niej gwałtu przez „Ognia” i jednego z jego podkomendnych została przez tegoż podkomendnego zastrzelona.

Dopóki żyli ci i inni świadkowie, dopóty jakikolwiek kult „Ognia” na Podhalu był niemożliwy. Dopiero gdy bezpośredni świadkowie zaczęli wymierać, w 2006 roku postawiono „Ogniowi” pomnik w Zakopanem. Jest to znamienne, że właśnie w Zakopanem, gdzie „Ogień” nigdy nie działał i w związku z tym nie było protestów miejscowej społeczności. W jego rodzinnym Ostrowsku do dzisiaj nie chcą słyszeć o żadnym pomniku. Podobnie jak w Waksmundzie i Nowym Targu. Rodzina „Ognia” ufundowała mu drugi pomnik na prywatnej działce w Gorcach. Dlaczego? Ludzie z Ostrowska i Nowego Targu też naczytali się Machejka i Wałacha, czy może tak jak wymienieni powyżej AK-owcy po prostu znają prawdę?

Istotą kultu religijnego „żołnierzy wyklętych”, a zwłaszcza kultu „Ognia” jest negacja popełnionych przez nich zbrodni, której nieodłącznie towarzyszy ignorowanie faktów.

Apologeci „Ognia” ignorują to, że zbrodnie ich idola zostały potwierdzone nawet przez jego hagiografów. Np. największy hagiograf „Ognia” – dr Maciej Korkuć z krakowskiego oddziału IPN – nie neguje faktu zamordowania na tle rabunkowym przez ludzi „Ognia” 3 maja 1946 roku w okolicach Krościenka 12 osób cywilnych narodowości żydowskiej, w tym dzieci. Bezpośrednim świadkiem tej zbrodni był wspomniany wyżej oficer 1. PSP AK – kpt. Jan Kacwin-Juhas. Człowiek, który położył wielkie i niedoceniane zasługi na polu poznawania historii ruchu oporu na Podhalu i utrwalania pamięci o nim. Społecznik działający na niwie Oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego w Nowym Targu i Komisji Historii Wojskowości przy tym Oddziale, której był założycielem. Do swojej śmierci w 2011 roku próbował on – jak dzisiaj widać bezskutecznie – przeciwdziałać lansowanemu odgórnie kultowi „Ognia”.

Ta i inne zbrodnie na Żydach (łącznie oddział „Ognia” zabił 53 Żydów, w większości cywilów) były powodem protestów ambasady Izraela wobec odsłonięcia pomnika „Ognia” w Zakopanem. Protestowała też ambasada Słowacji i mniejszość słowacka w Polsce. Słowacki IPN, po przeprowadzeniu własnego śledztwa, uznał „Ognia” winnym zbrodni na ludności słowackiej zamieszkującej polską cześć Spisza. Dla polskiego IPN „Ogień” jest bohaterem narodowym, a dla słowackiego IPN zbrodniarzem. Apologetów „partyzanta Podhala” ta dychotomia nie dziwi i im nie przeszkadza? Oni mają odpowiedź z góry przewidywalną – winne są ofiary, bo rzekomo popierały stronę komunistyczną, a to, że wśród tych polskich, słowackich i żydowskich ofiar cywilnych były też dzieci to niewarty uwagi drobiazg.

Apologeci „Ognia” – uparcie tytułujący go „majorem” – nie chcą też wiedzieć w jaki sposób ich idol, któremu podczas służby w UB komuniści potwierdzili stopień porucznika, tymże majorem został. Także minister Macierewicz, który wydał kuriozalną decyzję uznającą „Ogniowi” ten stopień, udaje, że tego nie wie. To może trzeba przypomnieć.

„Ogień” po przejściu do podziemia wobec władzy komunistycznej postanowił się awansować, ale chciał to zrobić formalnie. Dowiedział się wówczas, że oryginalne blankiety nominacyjne – podpisane in blanco przez dowódcę 1. PSP AK, mjr. Adama Stabrawę-Borowego – posiada Franciszek Zapała z Niedźwiedzia, brat mjr. Juliana Zapały-Lamparta, który był dowódcą IV. batalionu w 1. PSP AK. „Ogień” po prostu zastrzelił wezwanego do siebie Franciszka Zapałę i przejął blankiety nominacyjne. Mając blankiety rozwiązanej już wówczas Armii Krajowej awansował siebie i swoich ludzi. Kilka tych nominacji, nadanych przez „Ognia” w latach 1945-1947, zachowało się, ponieważ byli „ogniowcy” zgłaszali się z nimi potem celem weryfikacji do komunistycznego ZBoWiD-u. Fakty te opisali w swojej relacji z 1990 roku wymieni przez mnie AK-owcy, ale są one uparcie ignorowane przez apologetów „Ognia”.

Mój adwersarz neguje fakt przynależności „Ognia” do Armii Ludowej i bagatelizuje epizod jego służby na stanowisku szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Targu twierdząc, że trwała rzekomo „niecałe 3 tygodnie” (ale wcześniej był też komendantem powiatowym MO). Powtarza przy tym za Maciejem Korkuciem popularną w środowisku apologetów „Ognia” tezę, że jakoby ten „nawiązał kontakt z AL, oddziałami Armii Czerwonej, a także wstąpił do bezpieki” rzekomo na polecenie podziemia niepodległościowego („przełożonych z ruchu ludowego”). Kłamliwie pisze, że z AK odszedł „w konsekwencji konfliktu z przełożonymi”. Tymczasem nawet Korkuć nie neguje tego, że w Armii Krajowej – gdzie „Ogień” miał stopień plutonowego – wydano na niego wyrok śmierci za samowolne opuszczenie pod koniec 1943 roku obozowiska partyzanckiego, w wyniku czego zostało ono zaatakowane przez Niemców.

„Ogień” nie nawiązał kontaktu z AL, ale wstąpił w jej szeregi. 1 grudnia 1944 roku złożył na ręce dowódcy oddziału AL „Za Wolną Ojczyznę” Izaaka Gutmana-Zygfryda (po wojnie Bruno Skuteli) pisemne oświadczenie, w którym deklarował poparcie dla programu i uznanie zwierzchnictwa PKWN oraz operacyjne podporządkowanie swojego oddziału. Wstąpił następnie w szeregi Polskiej Partii Robotniczej. Nawiązał też współpracę z sowieckim oddziałem partyzanckim, którym dowodził oficer NKWD Iwan Zołotar – winny sprowokowania niemieckiej pacyfikacji Ochotnicy Dolnej (tzw. Krwawa Wigilia 1944 roku), a po przejściu frontu jeden z tropicieli miejscowych żołnierzy AK.

Być może p. Matuszewski o tym nie wie, ale już w 1990 roku Światowy Związek Żołnierzy AK publicznie odciął się od „Ognia”. Natomiast od 21 stycznia 2016 roku Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Oddziale IPN w Krakowie prowadzi śledztwo przeciw „Ogniowi” w związku z podejrzeniem popełnienia przez niego zbrodni komunistycznej. Znowu jakaś dziwna dychotomia: w tym samym Oddziale IPN w Krakowie pracują dr Maciej Korkuć, który uważa „Ognia” za bohatera walki z władzą komunistyczną oraz prokurator Marcin Nowotny, który prowadzi śledztwo w sprawie popełnienia przez „Ognia” zbrodni komunistycznej[1]. W związku z polityką historyczną obecnego obozu rządzącego mam obawy o rzetelność tego śledztwa. Niemniej jednak faktem jest, że takie śledztwo pion śledczy krakowskiego IPN formalnie prowadzi.

Wszczęto je na wniosek, który w październiku 2015 roku złożyli w IPN Marek Zapała – krewny wspomnianego mjr. Juliana Zapały-Lamparta oraz Tadeusz Morawa – syn Tadeusza Morawy, ps. „44”, żołnierza 1. PSP AK i działacza Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, który w komunistycznych więzieniach spędził 10 lat. Wnioskodawcy zarzucili „Ogniowi” udział w zbrodni komunistycznej, która polegała na udzielaniu funkcjonariuszom NKWD pomocy w aresztowaniach, przesłuchiwaniu, torturowaniu i wywózce na Syberię żołnierzy AK z Podhala. Zdaniem wnioskodawców „Józef Kuraś „Ogień” wprowadził terror, całkowicie podporządkowując w tym okresie swoje działania NKWD, będąc informatorem NKWD, sporządzał listy żołnierzy z 1. Pułku Strzelców Podhalańskich Armii Krajowej przeznaczonych do aresztowania i przyczynił się wraz z podkomendnymi do ich represji i aresztowań, a w następstwie wywiezienia do łagrów sowieckich w miejscowości m.in. Bałanasz w swierdłowskiej obłasti na Uralu (…)”[2].

Szczególnie tropiony przez NKWD i UB, podczas szefowania przez „Ognia” nowotarskiej MO, a potem PUBP, był jego dowódca z AK – por. Krystian Więckowski-Zawisza, który spowodował wydanie na „Ognia” w 1944 roku wyroku śmierci. Do dzisiaj w archiwum Oddziału Światowego Związku Żołnierzy AK w Nowym Targu są przechowywane relacje Franciszka Kiety-Limby i Władysława Zagardowicza-Kukułki – AK-owców wywiezionych w 1945 roku na Syberię – w których obwiniają oni „Ognia” i podległych mu milicjantów o udział w ich aresztowaniu i przesłuchiwaniu. Dokładnie nie wiadomo ilu ludzi trafiło przez „Ognia” na Syberię. Wspomniani krewni AK-owców wiedzą, że co najmniej kilku.

W grudniu 2016 roku do Rady Miasta Zakopane wpłynął wniosek o usunięcie pomnika „Ognia”, który podpisało siedmiu członków rodzin nieżyjących już żołnierzy AK i WiN. 20 stycznia br. Komisja Kultury Rady Miasta Zakopane nie podjęła jednak żadnej decyzji, ponieważ na jej posiedzenie przybyli licznie obrońcy „Ognia” z Grupy Rekonstrukcji Historycznych jego imienia i zaistniała groźba poważnej awantury. Nie ulega dla mnie raczej wątpliwości, że dopóki w Polsce będzie rządzić obecna władza, dopóty zakopiańskiemu pomnikowi „Ognia” nic się nie stanie. To wszystko pokazuje jednak jak bardzo postać „Ognia” i jego ocena dzieli społeczeństwo Podhala po upływie 70 lat od tamtych wydarzeń. Te podziały będą się zaostrzać, jeśli historia nadal będzie zakładnikiem polityki, a nie sądzę, żeby w najbliższej przyszłości coś się w tej materii zmieniło.

W tekście p. Matuszewskiego – oprócz obrony jego wiary w „żołnierzy wyklętych” – widzę jeszcze przejaw tzw. cenzury patriotycznej. Ja cenzurze patriotycznej poddawać się nie zamierzam. „Ogień”, „Bury”, czy „Łupaszka” nigdy nie będą dla mnie bohaterami. Niekoniecznie należy od razu nazywać ich bandytami, ale też absurdalne jest kreowanie ich na bohaterów narodowych i rycerzy bez skazy. To były postacie tragiczne, uwikłane w skomplikowaną sytuację polityczną. Tak właśnie, w wyważony sposób, powinni być postrzegani i być może tak byliby postrzegani, gdyby obecna partia rządząca nie uczyniła z historii narzędzia swojej bieżącej polityki.

Dla mnie bohaterami natomiast są ppłk. Adam Stabrawa-Borowy, kpt. Jan Kacwin-Juhas i inni podhalańscy żołnierze AK, którzy nigdy nie splamili honoru polskiego munduru. Dla mnie bohaterem jest płk Franciszek Faix-Limanowski (1896-1953), dowódca 3. Pułku Strzelców Podhalańskich AK i zastępca dowódcy Grupy Operacyjnej AK „Śląsk Cieszyński”, więzień KL Auschwitz i ofiara terroru stalinowskiego, którego prawie zapomnianą postać przywróciłem przed laty pamięci historycznej. Dla mnie bohaterem jest ppłk. Stanisław Dąbrowa-Kostka – żołnierz AK i WiN oraz pisarz, którego miałem zaszczyt poznać osobiście i który umożliwił mi przywrócenie pamięci o płk. Faix-Limanowskim na łamach redagowanych przez siebie „Zeszytów Historycznych” Stowarzyszenia Żołnierzy Armii Krajowej w Krakowie.

Nie mam wątpliwości, że kult „Ognia” i innych „wyklętych” będzie narastał, a nawet najbardziej stonowane głosy rozsądku i sprzeciwu zostaną zagłuszone cynicznymi oskarżeniami i szantażem moralnym. Kult ten bowiem, którego największą ofiarą jest prawda historyczna, służy określonym celom politycznym. Są nimi: podtrzymywanie anachronicznej w ćwierć wieku po upadku ustroju socjalistycznego ideologii antykomunizmu, narzucanie społeczeństwu deprecjonującej i uproszczonej oceny PRL jako „sowieckiej okupacji” oraz – co się z tym wiąże – konserwowanie rusofobii. Identycznym celom jak kult „żołnierzy wyklętych” w Polsce służy też kult UPA na Ukrainie, „leśnych braci” i szaulisów w krajach bałtyckich, ustaszy w Chorwacji, strzałkorzyżowców na Węgrzech, Żelaznej Gwardii w Rumunii, czy ludaków na Słowacji. Cele te zostały wyznaczone polskiej „prawicy” oraz jej odpowiednikom w wymienionych krajach przez politykę amerykańską pod kątem utrzymania dominacji polityczno-ekonomicznej USA na peryferiach euro-atlantyckich oraz wykorzystania tych peryferii w działaniach dezintegracyjnych wobec Rosji.

Kult „wyklętych” – lekceważący fakty historyczne i z góry wykluczający jakąkolwiek dyskusję – jest negatywnym przykładem kreowania na siłę mitologii historycznej dla potrzeb bieżącej polityki. Jako działanie skrajne będzie z jednej strony budził opór i sprzeciw, którego nie powstrzymają zapowiadane już działania represyjne wobec „osobników szkalujących”[3], a z drugiej strony przyniesie szkodę samym „wyklętym”, czyniąc z pamięci historycznej o nich szopkę. Historia powinna uczyć przyszłe pokolenia, by mogły wyciągać wnioski z błędów i tragedii. Taka jest jej funkcja. Nie powinna natomiast służyć kreowaniu polityki prowadzącej do powtórzenia tych samych błędów i tragedii.

[1] „Bohater z Podhala był współwinnym zbrodni?!”, http://www.fakt.pl, 25.02.2016.

[2] L. Konarski, „Bandyta na pomnikach”, „Przegląd” nr 9 (895), 27.02-5.03.2017, s. 8-12.

[3] Płużański: „Należy pozywać osobników szkalujących Żołnierzy Wyklętych”. Sprawdź kto podpadł historykowi, a komu się upiekło, http://www.wolnosc24.pl, 4.03.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 marca 2017 r.

Moje trzy grosze o dniu pamięci „żołnierzy wyklętych”

Miałem już nic więcej nie pisać o dniu „żołnierzy wyklętych”, ale muszę dodać jeszcze trzy grosze.

Grosz pierwszy.

W przeddzień święta tzw. „żołnierzy wyklętych” przypada rocznica zagłady Huty Pieniackiej (28 lutego). Apologeci nacjonalizmu ukraińskiego głoszą, że ukraińscy esesmani i UPA mieli prawo wymordować około 1000 Polaków z Huty Pieniackiej – w większości spalonych żywcem – ponieważ tamtejsza polska samoobrona współpracowała z partyzantką sowiecką (co jest prawdą). Z kolei apologeci „żołnierzy wyklętych” głoszą, że Romuald Rajs-Bury miał prawo zabijać i palić żywcem białoruskich chłopów w Zaleszanach, Zaniach, Szpakach i Puchałach Starych, ponieważ ci podobno sympatyzowali z władzą komunistyczną i współpracowali z UB. W obu przypadkach w ten sam sposób – czyli przy pomocy frazeologii antykomunistycznej, obwiniając ofiary o współpracę z „komunistami” – usprawiedliwia się bestialską zbrodnię na bezbronnej ludności cywilnej. Czymże więc różnią się apologeci UPA i apologeci „żołnierzy wyklętych” typu „Burego” i „Ognia”. Ano niczym. W obu przypadkach identyczny jest zarówno ich szowinistyczny światopogląd, jak i polityczny cel kultu zbrodniarzy, wyznaczony przez politykę amerykańską i zmierzający najogólniej do utrwalenia dominacji USA/Zachodu na peryferiach euro-atlantyckich.

Grosz drugi.

Niektórych dziwi to, że święto „żołnierzy wyklętych” jest obchodzone huczniej niż święta narodowe 3 Maja i 11 Listopada. W Opolu obchody potrwają podobno dwa tygodnie. Gdzie indziej też co najmniej kilka dni. Żeby to zrozumieć, trzeba sobie uświadomić jakiemu celowi politycznemu służy to święto. Oficjalnie uhonorowaniu tych, którzy walczyli o niepodległość Polski po 1945 roku, a raczej wydawało im się, że o to walczą. Trzeba przypomnieć, że święto „żołnierzy wyklętych” zostało uchwalone przez Sejm w 2011 roku jednomyślnie, także głosami SLD. Taką jednomyślność polska scena polityczna, łącznie z SLD, osiąga tylko na polecenie ambasady amerykańskiej. W tym roku minister Macierewicz szczególnie podkreślił udział w obchodach święta „wyklętych” żołnierzy amerykańskich, których pierwszy kontyngent od sześciu tygodni stacjonuje w Żaganiu. I tutaj dochodzimy do właściwego celu politycznego ustanowienia tego święta. Ze względu na konotacje historyczne (powojenne podziemie czekało na III wojnę światową i Amerykanów) oraz współczesne (Polska w roli „wschodniej flanki” bloku euro-atlantyckiego) jest to bowiem święto podległości Polski rzekomo niepodległej. Taki współczesny 22 Lipca.

Grosz trzeci

Czytam na onet.pl, że Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych ustanowiono 1 marca podobno dlatego, że 1 marca 1951 roku stracono w więzieniu mokotowskim siedmiu członków IV. Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” z mjr. Łukaszem Cieplińskim na czele[1]. Ale to nie byli „żołnierze wyklęci”, ponieważ Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji „Wolność i Niezawisłość” (zwany też Zrzeszeniem „Wolność i Niezawisłość”) – niezależnie od tego, że prowadził ograniczoną działalność zbrojną – był z założenia nielegalną, cywilno-wojskową organizacją opozycji politycznej, a nie podziemia zbrojnego. Straceni WiN-owcy byli ofiarami represji stalinowskich, tak jak i gen. „Nil” oraz Pilecki, ale nie „wyklętymi”. WiN nie można w całości zaliczyć do podziemia zbrojnego, ale – razem z legalnym PSL, półlegalnym Stronnictwem Pracy, nielegalną PPS-WRN i nielegalnym Stronnictwem Narodowym – organizację tę trzeba widzieć jako część powojennej opozycji politycznej.

Czy zatem nie byłoby właściwe obchodzić zamiast dnia „żołnierzy wyklętych” dzień pamięci ofiar represji stalinowskich (komunistycznych)? Wśród tych ofiar byli przecież także „wyklęci”, czyli powojenne podziemie zbrojne. Otóż z punktu widzenia lansowanej przez IPN narracji historycznej jest to niemożliwe, no bo ofiarami represji stalinowskich – oprócz przedwojennych oficerów WP, żołnierzy AK, BCh, NSZ, powojennego podziemia, działaczy PSL, PPS-WRN, ludzi Kościoła etc. – byli także żołnierze Armii Ludowej i członkowie PPR (PZPR) oskarżeni po 1948 roku o tzw. „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”. Takie (uczciwe) spojrzenie na historię jednak IPN-owi i decydentom politycznym nie odpowiada, więc lansuje się tylko „żołnierzy wyklętych” (podziemie zbrojne), do których dopisywane są wybrane według kryterium politycznego ofiary represji stalinowskich (Fieldorf-Nil, Pilecki, WiN etc.). Tak rozumiany kult „wyklętych” (podziemia zbrojnego) ma służyć m.in. utrwaleniu fatalnego w polskiej historii etosu insurekcyjnego, ale zamazuje pamięć o wszystkich ofiarach represji stalinowskich.

[1] „1 marca – Dzień Żołnierzy Wyklętych”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 1.03.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 2 marca 2017 r.

http://mysl-polska.pl/1179

„Myśl Polska” nr 11-12 (2127/28), 12-19.03.2017, s. 15

Gorzka prawda

Pochodzący z Wołynia Iwan Morozowski – uczestnik rewolty na Majdanie i świadek masakry z 20 lutego 2014 roku, podczas której został ranny – potwierdził, że uczestnicy Majdanu posiadali broń palną i korzystali z niej. W tragicznych wydarzeniach z 20 lutego 2014 roku brali udział snajperzy, którzy strzelali zarówno do uczestników Majdanu, jak i do funkcjonariuszy milicyjnej formacji „Berkut”[1]. „Broń była i u nich, i u nas. (…) kostką brukową z automatami nie podyskutujesz. Broni było dość: u kogoś własna, komuś wydawali sami komendanci. Automaty [broń automatyczną] i karabiny snajperskie dostawali tylko specjalnie wyszkoleni, którzy strzelali zza naszych pleców. Jak się okazało – nam w plecy” – powiedział Morozowski.

Takie oświadczenie Morozowskiego opublikował ukraiński portal volynnews.com, należący do lokalnego oligarchy z klanu Ihora Kołomojskiego – jednego z głównych organizatorów i sponsorów Majdanu, który następnie popadł w konflikt z Poroszenką i został przez niego odsunięty od władzy i wpływów. Morozowski powiedział także, że na Majdanie dochodziło do „podziału stref wpływów” i kradzieży środków finansowych.

„Usunąwszy od władzy jeden dyktatorski reżim, wynieśliśmy do władzy inny” – stwierdził Morozowski. Według jego relacji „ogień był z trzech stron. Oczywiście, strzelał Berkut, strzelali również protestujący, ale byli też tacy, którzy strzelali i do jednych i do drugich – to fakt. Uwierzcie człowiekowi, który widział to na własne oczy”. Jeszcze bardziej ciekawe jest to, co Morozowski powiedział na temat zachowania milicji: „[jej] większa część podporządkowała się Janukowyczowi, ale byli tacy, którzy podporządkowali się opozycji – i właśnie na nich spoczywa odpowiedzialność za pierwsze ofiary na Majdanie. Mam na myśli Nihojana i [Michaiła] Żyzniewskiego”.

Odnośnie roli, jaką odegrali obecny prezydent Proszenko i Andrij Parubij – obecny przewodniczący parlamentu Ukrainy, a wówczas „koordynator Samoobrony Majdanu” – Morozowski powiedział: „Wśród ludzi, którzy byli najbliżej ówczesnej opozycji mówiono o tym, że z Domu Związków Zawodowych prowadzony był główny ostrzał przez snajperów Poroszenki-Parubija”. Ujawnił też, że funkcjonariusze „Berkutu”, ujęci przez „majdanowców”, zagadkowo zniknęli, a z głównej trybuny Majdanu przemawiali „specjalnie wyszkoleni ludzie”, którzy głosili „populistyczne hasła”.

Jego zdaniem „wszystko finansowali zagraniczni inwestorzy” oraz oligarchowie ukraińscy, którzy przekazywali „olbrzymie kwoty”. Środki te miały później zostać zdefraudowane przez „Jaceniuka i kompanię”. „Wszystkie dowody rzeczowe szybko zniknęły, zniknęli berkutowcy, którzy strzelali, zniknęli snajperzy, nawet broni nie można znaleźć; w ciągu godzin ścięli drzewa, dzięki którym mogli wyznaczyć trajektorię lotu kul” – podsumował Morozowski.

To co powiedział nie jest żadną sensacją, chociażby w świetle tego, co ustalił dotychczas dr Iwan Kaczanowski z Kanady, wedle którego „była to operacja typu „false flag”, pod fałszywą flagą, przeprowadzona przez część przywódców Majdanu ze stronnictw oligarchicznych i skrajnie prawicowych. Jej celem było zabicie ludzi stojących po tej samej stronie, którzy nie byli świadomi tego, że zginęli zastrzeleni przez własnych strzelców”[2]. Nie jest to też sensacją w świetle informacji przekazanych dotychczas przez innych świadków, np. uczestnika Majdanu Iwana Bubenczuka, który potwierdził, że strzelał 20 lutego 2014 roku do „Berkutu”[3], anonimowego uczestnika Majdanu, który powiedział o tym samym BBC[4], dziennikarzy śledczych „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, którzy w dwóch oddzielnych śledztwach ustalili, że „opozycyjni demonstranci na kijowskim Majdanie strzelali do milicji 20 lutego 2014 roku, co było preludium do masakry”[5], byłego szefa administracji prezydenckiej Andrija Klujewa i byłego premiera Mykoły Azarowa, którzy twierdzą, że dysponują protokołem przesłuchania gruzińskiego snajpera strzelającego na Majdanie rankiem 20 lutego 2014 roku[6], rannego uczestnika Majdanu Pawło Onufrijiwa, który zeznał, że strzelało do niego dwóch snajperów z Hotelu „Ukraina” oraz Pałacu Październikowego, po drugiej stronie ulicy Instytuckiej[7], rannego uczestnika Majdanu Światosława Kolesznikowa, który zeznał, że postrzelił go snajper z okna Hotelu „Ukraina”[8], dowodów ukraińskiej prokuratury potwierdzających, że uczestniczący w protestach na Majdanie Polak Leonid Polański został zabity przez snajpera z Hotelu „Ukraina”[9] oraz ustaleń zastępcy szefa Departamentu Śledczego MSW Ukrainy Witalija Sakala, który w styczniu 2015 roku ujawnił, że „ukraińska milicja nie dysponuje takimi rodzajami broni jak te, z których oddano śmiertelne strzały [na Majdanie]”[10].

O tym, że w masakrę sprzed trzech lat na Majdanie byli zaangażowani „ludzie, którzy dziś są przy władzy” – czyli Poroszenko i jego otoczenie – powiedziała niedawno otwarcie na antenie telewizji „112 Ukraina” wiceprzewodnicząca parlamentu ukraińskiego Oksana Syrojid[11].

W świetle tych i innych dowodów jest od dawna oczywiste, że masakra na Majdanie 20 lutego 2014 roku – po której prezydent Janukowycz musiał ustąpić ze stanowiska, zmuszony do tego przez zachodnie rządy i zszokowaną międzynarodową opinię publiczną – nie była dziełem funkcjonariuszy formacji milicyjnej „Berkut” i nie została dokonana na rozkaz prezydenta Janukowycza. Zbrodnia ta była dziełem oligarchów Poroszenki i Kołomojskiego, którzy finansowali i organizowali pucz na Majdanie oraz doszli do władzy w jego następstwie.

Nie jest to natomiast oczywiste dla polskiej opinii publicznej, przed którą powyższe informacje są ukrywane przez tzw. media głównego nurtu i która jest przez te media regularnie okłamywana co do charakteru wydarzeń na Ukrainie – zarówno puczu z 2014 roku, wojny domowej w Donbasie, stopnia gloryfikacji banderyzmu na pomajdanowej Ukrainie oraz rzeczywistego (tj. skorumpowanego i przestępczego) oblicza pomajdanowych ekip rządzących. Przed polską opinią publiczną ukrywa się nawet to, że udział tajemniczych snajperów w masakrze z 20 lutego 2014 roku został potwierdzony przez ukraińską prokuraturę, a dowody w tej sprawie dopuszczone w toczącym się obecnie w Kijowie postępowaniu sądowym. Polska opinia publiczna jest systematycznie karmiona kłamstwami i bzdurami na temat „rewolucji godności”, rzekomego demokratycznego charakteru tego przewrotu, rzekomego demokratycznego oblicza pomajdanowej Ukrainy, rzekomej „agresji rosyjskiej” wobec Ukrainy itd.

Doniosłą rolę w dezinformowaniu opinii publicznej w Polsce odgrywają czołowi polscy politycy, dla których Poroszenko jest nie tylko partnerem politycznym, ale wzorem demokratycznego przywódcy, przeciwstawianym Putinowi i którzy poprzez różne gesty i zachowania manifestują poparcie dla kłamstw pomajdanowego reżimu oraz legitymizują go. Mam tutaj na myśli chociażby manifestacyjne składanie kwiatów pod pomnikiem „Niebiańskiej Sotni” w Kijowie (czyli ofiar masakry z 20 lutego 2014 roku, zabitych niby przez „Berkut”) przez prezydenta Dudę i innych oficjeli polskich.

24 lutego br. Jan Piekło – ambasador Polski na Ukrainie, chociaż bardziej zasadne byłoby powiedzieć, że polski ambasador Ukrainy w Kijowie – następująco skomentował niedawną wypowiedź prezesa PiS, w której ten stwierdził, że z Banderą Ukraina do Europy nie wejdzie: To historia. Historia jest ważna dla Polaków i dla Ukraińców. Ale jest też przyszłość, a przyszłość jest ważniejsza. Musimy myśleć o przyszłości. Kaczyński też myśli o przyszłości. Wielu już, na pewno, zapomniało, jak on podczas Rewolucji Godności był na Majdanie i krzyczał „Sława Ukrainie!”. To jaskrawy przykład tego, że jest nastawiony proukraińsko, a nie odwrotnie[12]. Piekło dodał też, że gloryfikacja Stepana Bandery na Ukrainie na pewno nie wpłynie na relacje obu państw.

Nie wpłynie… No proszę. Ciekawe, że postsolidarnościowe elity polityczne nie myślą tak przyszłościowo w kontekście trudnej historii o stosunkach polsko-rosyjskich, gdzie ciągle wysuwają jakieś pretensje historyczne mimo, że w Rosji nie są gloryfikowani ani Stalin, ani Beria, ani NKWD, a władze rosyjskie wielokrotnie przepraszały za zbrodnię katyńską i pozwoliły na jej godne upamiętnienie, czego nie można powiedzieć o upamiętnieniu (a właściwie jego braku) ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego na Ukrainie. Nikt w tych elitach nie zastanawia się nad tym jak taka dychotomia w traktowaniu trudnej historii odnośnie Rosji i Ukrainy jest postrzegana i oceniana już nie tyle na Kremlu, co wśród narodu rosyjskiego. Nie mówiąc już, żeby w gronie owych elit ktoś odczuwał wstyd z tego powodu, bo wstydu nie czują one nawet wobec własnego narodu.

Polityka uprawiana przez postsolidarnościowe elity na kierunku ukraińskim, a szerzej wschodnim, dowodzi tylko, że w stosunku do tych elit zostały w pełni zrealizowane postanowienia uchwały Krajowego Prowidu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów z 22 czerwca 1990 roku, gdzie m.in. czytamy: „należy przenikać do polskich organizacji tam, gdzie jest to możliwe i lansować nasz punkt widzenia cierpliwie ale uparcie, zyskiwać zwolenników wśród Polaków, a tam, gdzie to najbardziej celowe, nie żałować środków z Funduszu Wyzwolenia Ukrainy. Kupować audycje w polskim radiu oraz miejsca w polskich gazetach. Wchodzić do polskich zespołów redakcyjnych. Dyskusje prowadzić w duchu heroizmu UPA (…) należy popierać w Polsce wszystkimi siłami wszystko co ma posmak antyrosyjski. Katyń, wywózki na Sybir, zbrodnie NKWD i UB. Taki stan rzeczy odwraca uwagę Polaków od UPA, którą polscy komuniści przedstawili narodowi polskiemu kłamliwie nie jako zbrojny ruch narodowo-wyzwoleńczy, lecz jako bandy. Podkreślać z całą mocą, że pełne wyzwolenie Polski nie jest możliwe bez samostijnej Ukrainy (…). Oznacza to pełne zaufanie Polaków do antymoskiewskiej polityki Ukraińców, pozwoli na ich zupełny bezkrytycyzm i na pełne ich zaangażowanie po naszej stronie. Zaangażowanie to ma pomóc do umocnienia pozycji Ukrainy i osłabienia Polski, co pozwoli w przyszłości podporządkować państwo polskie ukraińskim interesom narodowym”[13].

Taka jest gorzka prawda.

[1] „Uczestnik Majdanu potwierdza: mieliśmy broń, snajperzy strzelali do protestujących”, http://www.kresy.pl, 24.02.2017.

[2] Dr Kaczanowski dla Kresów.pl: masakra na Majdanie była operacją typu „false flag”, http://www.kresy.pl, 8.03.2016; „Nowa analiza dr. Iwana Kaczanowskiego: większość zabitych na Majdanie to ofiary uzbrojonych aktywistów”, http://www.kresy.pl, 23.02.2015; „Kto odpowiada za masakrę na Majdanie? Publikujemy cały raport dra Kaczanowskiego”, http://www.kresy.pl, 28.10.2014.

[3] „Aktywista Euromajdanu dla portalu Bird In Flight: strzelałem do Berkutu na Majdanie”, http://www.kresy.pl, 19.02.2016; „Strzelec z Majdanu w filmie dokumentalnym: zastrzeliłem dwóch berkutowców”, http://www.kresy.pl, 20.02.2016.

[4] „BBC ujawnia świadectwo snajpera, który strzelał do milicjantów na Majdanie”, http://www.kresy.pl, 15.02.2015.

[5] „Frankfurter Allgemeine Zeitung ujawnia przyczyny masakry na Majdanie”, http://www.kresy.pl, 18.02.2015.

[6] „Byli współpracownicy Janukowycza: na Majdanie strzelał gruziński snajper”, http://www.kresy.pl, 30.11.2016.

[7] „Zeznania kolejnego świadka potwierdzają obecność strzelców w Hotelu Ukraina podczas masakry na Majdanie”, http://www.kresy.pl, 12.11.2016.

[8] „Ukraina: nowe dowody na obecność snajperów w Hotelu Ukraina podczas masakry na Majdanie”, http://www.kresy.pl, 5.11.2016.

[9] „Polak zastrzelony z Hotelu Ukraina – nowe dowody ujawnione w procesie ws. masakry na Majdanie”, http://www.kresy.pl, 4.10.2016.

[10] „Śledczy z ukraińskiego MSW: pierwsze ofiary majdanu nie zginęły z rąk milicji”, http://www.kresy.pl, 26.01.2015.

[11] „Wiceszefowa ukraińskiego parlamentu: przedstawiciele władz mogli być zamieszani w masakrę na Majdanie”, http://www.kresy.pl, 25.02.2017.

[12] „Polski ambasador w Kijowie bagatelizuje gloryfikację Bandery na Ukrainie”, http://www.kresy.pl, 24.02.2017.

[13] Cyt. za: W. Poliszczuk, „Gorzka prawda – zbrodniczość OUN-UPA”, Toronto 1995, s. 372-379.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 26 lutego 2017 r.

„Myśl Polska” nr 11-12 (2127/28), 12-19.03.2017, s. 7

Negacja zbrodni „żołnierzy wyklętych”

Paweł Kukiz bardzo szybko został przywołany do porządku w związku ze swoją wypowiedzią na facebooku, gdzie ostrożnie i delikatnie zwrócił uwagę, że kult „żołnierzy wyklętych” – którego on bynajmniej nie jest przeciwnikiem – nie powinien prowadzić do gloryfikacji tych spośród członków podziemia antykomunistycznego, którzy dokonywali zbrodni na ludności cywilnej. Od razu uderzyła w niego potężna fala potępienia, porównywalna do nagonek na heretyków organizowanych przez inkwizycję. Wypaczono sens jego wypowiedzi, czepiając się wątku UPA, chociaż Kukiz wyraźnie zaznaczył, że nie porównuje UPA z polskim podziemiem antykomunistycznym. Przede wszystkim jednak głównym powodem oburzenia czcicieli „żołnierzy wyklętych” stało się naruszenie przez Kukiza tabu ich wiary, czyli dogmatu niepokalania Bohaterów Niezłomnych. W świetle tego dogmatu oni nie mogli popełniać żadnych zbrodni. Walczyli przecież z „komunizmem” i „okupantem”, a w związku z tym ich czyny same z siebie były chwalebne i nie podlegają ocenie moralnej.

Kukiz został przywołany do porządku, tzn. zmuszony do przeproszenia – nie „żołnierzy wyklętych” bynajmniej, ale rodziny „Ognia”[1] – lecz rozpętana przeciw niemu nagonka nie umilkła. Wśród atakujących nieszczęsnego posła znalazła się min. rodzina Józefa Kurasia-„Ognia” (1915-1947), który zanim został „żołnierzem wyklętym” zdążył zaliczyć wszystkie możliwe organizacje (Konfederacja Tatrzańska, Armia Krajowa, Bataliony Chłopskie, Armia Ludowa) oraz współpracę z Armią Czerwoną i służbę w UB na stanowisku szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Targu. Mimo to wyznawcy kultu „żołnierzy wyklętych” uważają go za jednego z największych Bohaterów Niezłomnych – obok „Łupaszki, „Burego”, „Roja”, czy „Zapory” – jeśli nie największego. Oczywiście pozbawionego jakichkolwiek cech negatywnych, wolnego od skazy i opisywanego według kanonów średniowiecznych żywotów świętych.

Tak się składa, że dzisiaj – 22 lutego – mija 70. rocznica śmierci „Ognia”. Nie było moją intencją pisanie czegokolwiek o „Ogniu” ani o „żołnierzach wyklętych”. Nie chciałem poruszać tego tematu zdając sobie sprawę, że we współczesnej Polsce jest to kopanie się z koniem, że jakakolwiek dyskusja na ten temat ze „środowiskami patriotycznymi i niepodległościowymi” jest z góry niemożliwa, a nawet niebezpieczna, że ujawnienie innego poglądu w tej sprawie od urzędowo zadekretowanego przez IPN powoduje natychmiastowy atak i ostracyzm.

Niestety muszę się na ten temat wypowiedzieć. Po raz ostatni. Zaznaczam też, że na wszelkie polemiki i ataki odpowiadał nie będę. Muszę się wypowiedzieć, ponieważ ze względu na swój światopogląd, wyznawane zasady oraz miejsce, w którym pracuję jestem szczególnie wrażliwy na negowanie lub usprawiedliwianie zbrodni. Jakiejkolwiek zbrodni, przez kogokolwiek popełnionej, w imię jakichkolwiek racji politycznych. Do zabrania głosu sprowokowały mnie enuncjacje jednego z członków rodziny „Ognia”[2].

Powiem – parafrazując byłego prezydenta Francji Jacquesa Chiraca – że rodzina „Ognia” straciła okazję, żeby siedzieć cicho. Zdaniem Bartłomieja Kurasia – stryjecznego prawnuka – „Ogień” tylko „karał w swoim oddziale niesubordynację i samowolę swoich żołnierzy”. No to muszę przypomnieć temu panu i fanatykom kultu „żołnierzy wyklętych”, że „Ogień” „karał niesubordynację” – i to bynajmniej nie tylko w swoim oddziale – m.in. wieszając na słupie ciężarną kobietę (Katarzyna Kościelna z Ostrowska) za to, że przy sąsiadce nazwała go bandytą[3] oraz mordując czterech braci Zagatów-Łatanków z Gronkowa, którzy przecież do jego oddziału nie należeli ani nie wspierali władzy komunistycznej i nie wiadomo do dzisiaj czym zawinili.

Tak opisał to ksiądz dr hab. Władysław Zarębczan: „Mój dziadek, Władysław Zagata-Łatanek, otrzymał strzał w tył głowy w chwili, kiedy wskazywał „Ogniowi”, gdzie mieszkają jego sąsiedzi, Kudasikowie. Był sylwestrowy wieczór roku 1945. W chwili śmierci dziadek miał 36 lat. Zostawił żonę i czworo dzieci. Najmłodsze z nich miało zaledwie 2 lata. Ludzie „Ognia” poszli dalej przez wieś w stronę Ostrowska. U Wojciecha Barana zatrzymali następnych dwóch gronkowian. Jednym z nich był Stanisław Haręza, a drugim brat mojego dziadka, Stanisław Zagata-Łatanek. Pierwszego z nich przepędzono, a drugiego zamordowano na progu. Miał 32 lata. Od Barana oddział poszedł do Szewczyków. Tam wyciągnięto z domu Józefa Szewczyka, który właśnie spożywał wieczerzę z żoną i trójką dzieci. Zastrzelono go pod jabłonią. Miał 34 lata. Od Szewczyków ludzie „Ognia” idą dalej. U Grońskiego-„Pocfy” gra muzyka, bawią się młodzi w oczekiwaniu na Nowy Rok. Strzał w powałę jest znakiem, że szykuje się coś niedobrego. Przybyli pytają o Leona Zagatę-Łatanka. Wyczytany wysuwa się do przodu. Prowadzą go na dwór, gdzie ginie od kul. Miał niecałe 18 lat. Scenie tej przyglądał się jeszcze jeden Zagata-Łatanek, Bronisław, lat 21. Według naocznych świadków miał uderzyć „Ognia” w twarz i krzyknąć: „Za co zamordowałeś mi brata?”. Zginął od kul całego oddziału, posiekany tak, że nie można było rozpoznać jego twarzy.

Ale to jeszcze nie koniec tragedii w Gronkowie w pamiętną noc sylwestrową 1945 roku. Na końcu wsi, wśród owiec, został jeszcze zastrzelony Władysław Krzystyniak, lat 28. Kiedy do wsi wracał brat i ojciec zastrzelonych Zagatów-Łatanków, ludzie ostrzegli ich, aby uciekali, informując ich o straszliwej tragedii, która dopiero co się dokonała. Owej nocy miało zginąć jeszcze więcej gronkowian, ale szczęśliwym zbiegiem okoliczności ludzie „Ognia” nie zastali ich w domu. Do dziś nieznane są przyczyny tej tragedii. Gronkowscy partyzanci – to znaczy ci z nich, którzy przeżyli – zawsze woleli unikać tego tematu, bojąc się zemsty ze strony krewnych ofiar. Może ktoś wreszcie powie nam prawdę!? (…).

Po zamordowanych zostały płaczące matki, żony i dzieci. Do dziś opowiadają starsi gronkowianie o matce zamordowanych Łatanków, która do samej śmierci opłakiwała utratę swoich czterech synów (kilka lat wcześniej zmarł na gruźlicę jeszcze jeden jej syn, student Franciszek). Ludzie z daleka obchodzili jej dom, gdyż, zwłaszcza wieczorami, słychać było jej płacz przechodzący w skowyt. Po kilku latach zmarła z bólu. Po wykonaniu wyroków śmierci na gronkowianach, ludzie „Ognia” zagrozili, że spalą całą wieś, jeśli ktoś pójdzie na pogrzeb pomordowanych. Tak samo grożono śmiercią przeklinającym ich żonom i krewnym pomordowanych. Nie trzeba dodawać, że tragedia ta spowodowała zubożenie tych rodzin i ból, którego wystarczy na kilka pokoleń. Do ofiar nocy sylwestrowej roku 1945 trzeba dodać jeszcze kilkunastu gronkowian, którzy zginęli z rąk ludzi „Ognia”, zarówno w czasie wojny, jak i w następnych latach”[4].

Zacytowany opis nie jest relacją towarzysza Władysława Machejka, ale księdza Władysława Zarębczana – członka rodziny Zagatów-Łatanków, wieloletniego redaktora sekcji polskiej Radia Watykańskiego i kierownika archiwum watykańskiej Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów. To nie jest „komunistyczna propaganda”, ale relacja krewnego ofiar, znającego fakty z pierwszej ręki. A przecież takich relacji – pochodzących nie od członków PPR i funkcjonariuszy UB – ale od przeciwnych „Ogniowi” żołnierzy AK i znających prawdę mieszkańców Podhala jest więcej. Zbrodnia w Gronkowie 31 grudnia 1945 roku nie była bowiem jedyną, jakiej dopuścił się oddział „Ognia” – zarówno podczas swojej wojennej, jak i prawie dwuletniej powojennej działalności. Tak właśnie – jak to opisał ksiądz Zarębczan – wyglądała walka oddziału „Ognia” z „komunizmem”.

Instytucje państwowe, organizacje polityczne i społeczne oraz środowiska propagujące z przyczyn politycznych kult „żołnierzy wyklętych” są tego w pełni świadome. Mając świadomość czynów zbrodniczych popełnionych przez podziemie antykomunistyczne gloryfikują je i stosują szantaż moralny polegający na szufladkowaniu jako „pogrobowców komunizmu”, „sowieckich pachołków” etc. wszystkich, którzy kwestionują standardy merytoryczne i moralne tak sformułowanej polityki historycznej.

Ja w tym krótkim komentarzu nie podejmuję oceny politycznych racji działalności podziemia antykomunistycznego. Zwracam tylko uwagę na to, że polityka historyczna gloryfikująca „żołnierzy wyklętych” – bez wchodzenia w głębszą materię skomplikowanej sytuacji powojennej – prowadzi najkrótszą drogą do negacji zbrodni podziemia antykomunistycznego, a tam gdzie ich zanegować się nie da – do ich usprawiedliwiania. Najczęściej usprawiedliwia się te zbrodnie stwierdzeniem, że druga strona też popełniała zbrodnie. Stawianie sprawy w ten sposób jest niezgodne z etyką chrześcijańską i – jak przypuszczam – apologeci „żołnierzy wyklętych”, niejednokrotnie manifestacyjnie identyfikujący się z katolicyzmem, są tego także świadomi.

Negacja lub usprawiedliwianie zbrodni – nieważne w imię jakich racji politycznych popełnionej – zwykle prowadzi do jej powtórzenia. Nie można więc uciec od podejrzeń, że taka edukacja historyczna, jaką proponują czciciele „Ognia” i innych „żołnierzy wyklętych” ma na celu ugruntowanie w młodym pokoleniu przekonania, iż w „pewnych okolicznościach” mordowanie rzeczywistych lub domniemanych przeciwników politycznych jest dopuszczalne. Bo na pewno ma na celu podtrzymywanie etosu romantyczno-insurekcyjnego, który fatalnie zaciążył nad historią Polski w XIX i XX wieku. Dlatego na koniec pójdę znacznie dalej niż Kukiz i powiem wprost, że polityka historyczna abstrahująca od faktów oraz kreująca fikcję jako prawdę jest zatruwaniem duszy narodu i trzeba się modlić, żeby jej skutki nie były tragiczne.

[1] Kukiz przeprasza za słowa o Wyklętych. „Wyrządziłem krzywdę rodzinie”, http://www.fakt.pl, 21.02.2017.

[2] Rodzina „Ognia” odpowiada na wpis Kukiza: „Nie ma zgody by imię oficera było szargane przez niedouczonych ludzi karmiących się propagandą”, http://www.wpolityce.pl, 20.02.2017.

[3] L. Konarski, „Ogień był bandytą”, http://www.przeglad.tygodnik-pl, 4.06.2012.

[4] Cyt. za: list ks. dr. hab. Władysława Zarębczana do „Gazety Krakowskiej” z 6 października 2006 r. („Władysław Zarębczan: mój dziadek otrzymał strzał w tył głowy”, http://www.zolnierzeprzekleci.wordpress.com, dostęp 22.02.2017).

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 lutego 2017 r.

Ziemia Kłodzka nie jest ziemią niczyją

12 lutego na międzynarodowym festiwalu filmowym w Berlinie odbyła się premiera filmu Agnieszki Holland pt. „Pokot”. Film ten jest ekranizacją powieści Olgi Tokarczuk z 2009 roku pt. „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Akcja filmu i powieści rozgrywa się w Kotlinie Kłodzkiej, którą Tokarczuk nazywa „Hrabstwem Kłodzkim” (była to oficjalna nazwa czeska, a potem niemiecka funkcjonująca w latach 1459-1816). Główną bohaterką jest Janina Duszejko – emerytowana nauczycielka, która z Wrocławia przeniosła się na kłodzką prowincję i tam prowadzi prywatną wojnę z myśliwymi i kłusownikami. W pewnym momencie myśliwi i kłusownicy padają ofiarami serii morderstw. Duszejko rozpoczyna prywatne śledztwo, po czym ogłasza, że morderstw dokonały zwierzęta żądne zemsty na swoich oprawcach.

Z recenzji tej powieści na łamach „Gazety Wyborczej” można się dowiedzieć, że „Tokarczuk m.in. zawzięcie polemizuje z katolickim poglądem na temat zwierząt jako istot podrzędnych, pozbawionych rzekomo duszy. Sugestywne zrównanie ambony, z której głosi się kazania, z amboną łowiecką, z której się strzela do niewinnych zwierząt, a tych dwóch z wieżyczkami z obozów to mocne ujęcie. Uczynienie z miejscowego księdza i zarazem kapelana myśliwych jednego z łotrów zasługujących na śmierć to także mocny wątek”[1].

Polska prowincja personifikowana przez pomyloną staruszkę, życiowych nieudaczników (jeden z nich nosi sympatyczne imię Dyzio), myśliwych i kłusowników, naturalistycznie pokazane okrucieństwo wobec zwierząt, równie okrutne morderstwa na ludziach, ksiądz-zwolennik zabijania zwierząt, zestawienie kościelnej ambony z amboną myśliwską i wieżyczkami obozów koncentracyjnych (czyli holokaustem) oraz przeciwstawienie temu koszmarnemu polskiemu obrazowi w kilku miejscach sąsiedniej Republiki Czeskiej jako „raju”, a Czechów jako najszczęśliwszego narodu regionu. Tak z grubsza wygląda fabuła powieści i filmu. Rozumiem, że jest to taka nowa wersja „Malowanego ptaka”.

Przy okazji berlińskiej premiery filmu obie panie nieoczekiwanie wypowiedziały się na temat polskości Kotliny Kłodzkiej. Olga Tokarczuk scharakteryzowała Ziemię Kłodzką następująco: „Ten malutki, trochę zapomniany ogonek południowej granicy Polski, który w jakimś sensie przypomina nam, że jesteśmy w środku Europy. Ten region stał się polski dopiero po Jałcie. Wcześniej był czeski, potem pruski. Dla mnie to ważna metafora Europy, zwłaszcza Środkowej”. Agnieszka Holland poszła znacznie dalej i stwierdziła, że niektóre rejony „nie przyjęły się” do Polski po 1945 roku. Jej zdaniem Kotlina Kłodzka to „trochę ziemia niczyja – zwierzęta zresztą też nie mają ojczyzny. Nie przypadkiem czują się tu dobrze takie osoby jak Duszejko czy Dyzio. Nie muszą udowadniać, że mają prawo tu żyć”[2].

Wypowiedzi te wymagają pewnego komentarza. Pani Tokarczuk – zarówno w swojej powieści, jak i wypowiedzi na premierze filmu „Pokot” – podkreśliła czeskie i niemieckie dziedzictwo Ziemi Kłodzkiej, z położeniem nacisku na niemieckie. Nie jest to do końca prawda, ponieważ Ziemia Kłodzka stała się częścią Korony Czeskiej ostatecznie w 1336 roku, kiedy piastowski książę Bolko II Ziębicki złożył – wzorem większości Piastów śląskich – hołd lenny królowi Czech Janowi I Luksemburskiemu. Natomiast wcześniej – na przełomie X i XI wieku – Ziemia Kłodzka była we władaniu Mieszka I i Bolesława Chrobrego. Od 990 do 1137 roku toczyły się o nią wielokrotnie walki polsko-czeskie i przechodziła z rąk do rąk, by ostatecznie przypaść Czechom. Jednakże w 1278 roku Ziemię Kłodzką odzyskał książę wrocławski Henryk IV Probus. Niestety upadek polskiej państwowości na Śląsku w pierwszej połowie XIV wieku spowodował, że losy tego regionu podzieliła również Ziemia Kłodzka stając się częścią Czech. Następnie wraz z Czechami przeszła pod władanie Habsburgów austriackich, by po pierwszej wojnie śląskiej (1740-1742) zostać w 1742 roku częścią Prus, a w 1871 roku zjednoczonych Niemiec.

Przez 900 lat (IX/X – XVIII wiek) historia Śląska i Ziemi Kłodzkiej była zatem historią słowiańską (polską albo czeską). Czysto niemiecka historia tych ziem to raptem 200 lat (1742-1945).

Pani Olga Tokarczuk myli się także kojarząc polskość Ziemi Kłodzkiej z Jałtą i rokiem 1945. Polskość tej ziemi nie została bowiem zniszczona całkowicie, mimo stuleci germanizacji. Jeszcze w 1905 roku niemiecki spis powszechny wykazał, że w Kłodzku mieszkało 651 Polaków, którzy mieli odwagę się do tego przyznać, w Bystrzycy Kłodzkiej 132, a w Nowej Rudzie 118[3]. Liczba Polaków mieszkających wtedy w okolicznych wsiach była zapewne wyższa. Przed 1945 rokiem najliczniejsza na Dolnym Śląsku była Polonia wrocławska, która stanowiła ważne ogniwo Związku Polaków w Niemczech i Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”[4]. To nie jest tak, że wysiedleńcy z Kresów Wschodnich i przybysze z Polski centralnej byli w 1945 roku pierwszymi Polakami, którzy po kilku stuleciach pojawili się na Dolnym Śląsku i Ziemi Kłodzkiej.

Ponadto w okresie III Rzeszy ciężkie więzienie w Twierdzy Kłodzkiej zostało uświęcone krwią wielu polskich patriotów – działaczy Związku Polaków w Niemczech i innych organizacji polskich. Jednym z nich był Władysław Planetorz (1910-1944), pochodzący z Ciska na Opolszczyźnie. Wzorowy absolwent Gimnazjum Polskiego w Bytomiu i student slawistyki na Uniwersytecie Wrocławskim, działacz Związku Akademików Polskich w Niemczech i naczelnik Związku Harcerstwa Polskiego w Niemczech na Prusy Wschodnie. Aresztowany przez gestapo w 1941 roku i skazany w tzw. procesie wrocławskim działaczy polonijnych w Niemczech. Więziony w KL Auschwitz i KL Mauthausen-Gusen, a na koniec okrutnie zamęczony w Twierdzy Kłodzkiej właśnie.

Z rąk hitlerowców zginął także jego młodszy brat Damian (1914-1945). Bracia Planetorzowie byli synami Józefa Planetorza (1882-1956) – działacza oświatowego i plebiscytowego na Górnym Śląsku oraz powstańca śląskiego, osadzonego przez hitlerowców w KL Buchenwald. Po wybuchu drugiej wojny światowej rodzina Planetorzów została wysiedlona do Generalnego Gubernatorstwa, a jej majątek skonfiskowany. A przecież nie była to jedyna polska rodzina, która pomimo kilkusetletniej germanizacji ostała się na Górnym i Dolnym Śląsku, przypominając swoją postawą o polskich prawach do tych piastowskich niegdyś ziem.

To są dzisiaj postacie zapomniane i nie można liczyć na to, że pani Tokarczuk napisze o nich książkę, albo pani Holland zrobi o nich film. Obie panie – czego same nie ukrywają i co w ich środowisku uchodzi za przejaw nowoczesności oraz dowód przynależności do „Europy” – polskość uważają za coś archaicznego i są od niej raczej odległe.

Wypowiedzi Holland i Tokarczuk należy widzieć w kontekście szerszym – a mianowicie stosunku wywodzących się z „Solidarności” elit politycznych i intelektualnych do Ziem Zachodnich i Północnych, których bynajmniej nie chcą one już nazywać Ziemiami Odzyskanymi albo piastowskimi.

Negacja polskości tych ziem po 1989 roku odbywa się dwutorowo. Ta „europejska” część dawnego obozu solidarnościowego, która występowała pod szyldem Unii Demokratycznej i Kongresu Liberalno-Demokratycznego, a potem Unii Wolności i Platformy Obywatelskiej neguje polskość Ziem Odzyskanych właśnie poprzez taką narrację, jaką zaprezentowały Holland i Tokarczuk – że są to ziemie przyłączone do Polski prawem kaduka w wyniku Jałty, ziemie „poniemieckie”, podobno bez tożsamości, właściwie niczyje, zamieszkałe przez „ludzi znikąd” (dosłowny cytat z „Gazety Wyborczej” z 1990 roku). Nacisk w tej narracji kładzie się na „europejskość” tych ziem, z obowiązkowym podkreśleniem wkładu Niemiec w ich rozwój cywilizacyjny.

Natomiast ta „patriotyczna” część obozu solidarnościowego, która używa obecnie szyldu Prawo i Sprawiedliwość (a ogólnie identyfikuje się jako „prawica”), neguje polskość Ziem Odzyskanych poprzez tezę o „sowieckim zniewoleniu” – zaprzeczającą faktowi wyzwolenia ziem polskich spod okupacji niemieckiej – i równorzędną z nią tezę o „okupacji sowieckiej” po 1945 roku oraz poprzez delegitymizację i agresywne deprecjonowanie Polski Ludowej, która te ziemie odbudowała i zagospodarowała.

Na to wszystko nakłada się narracja tworu o nazwie Ruch Autonomii Śląska, wedle której powstania śląskie były „wojną domową”, obrona polskiej części Śląska w 1939 roku to wymysł komunistycznej propagandy, a ludność autochtoniczna doznała największych cierpień rzekomo dopiero po 1945 roku.

W świetle powyższego nie jest chyba przypadkiem, że dorobek PRL – w postaci nowoczesnego przemysłu, infrastruktury, instytucji kultury, a nawet nazewnictwa – został w wyniku tzw. transformacji ustrojowej najbardziej dotkliwie zniweczony właśnie na Ziemiach Zachodnich i Północnych. Jeżeli zatem pani Holland widzi tam „ziemię niczyją”, czy chce ją tam widzieć, to jest to pokłosie tego, że po 1989 roku wiele uczyniono, by Kresy Zachodnie Polski stały się ziemią niczyją.

[1] D. Nowacki, „Prowadź swój pług przez kości umarłych, Tokarczuk, Olga”, http://www.wyborcza.pl, 29.11.2009.

[2] „Ziemia Kłodzka nie przystaje do reszty Polski. To taka ziemia niczyja” – mówią A. Holland i O. Tokarczuk, http://www.kresy.pl, 13.02.2017.

[3] F. Zahn, „Die Volkszählung 1905”, „Jahrbücher für Nationalökonomie und Statistik“, nr 1 (1906), s. 63-75; „Polskość Dolnego Śląska“, http://www.historycy.org, 2.07.2009.

[4] „Trudne losy wrocławskiej Polonii – plebiscyt, propaganda, represje”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 22.08.2014.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 21 lutego 2017 r.

„Myśl Polska” nr 9-10 (2125/26), 26.02-5.03.2017, s. 16

Rok UPA

8 lutego 2017 roku w Kijowie negacjonista wołyński Wołodymyr Wiatrowycz zainaugurował wielką „kampanię informacyjną” w związku z obchodami 75. rocznicy powstania UPA, która przypada w bieżącym roku. Ukraiński IPN, któremu przewodzi Wiatrowycz, ogłosił 2017 rok „rokiem Ukraińskiej Powstańczej Armii”. Ja myślę, że obchody „roku UPA” zostały zainaugurowane już w styczniu, kiedy „nieznani sprawcy” najpierw wysadzili w powietrze pomnik Polaków zamordowanych przez ukraińskich esesmanów w Hucie Pieniackiej, a następnie zniszczyli pomnik polskich ofiar NKWD w Kijowie-Bykowni.

W oficjalnej inauguracji „roku UPA”, oprócz Wiatrowycza, wziął udział kwiat preparatorów heroicznej historii OUN-UPA oraz epigonów ideologii Doncowa i Bandery. A mianowicie: Andrij Kohut – dyrektor Oddziałowego Archiwum Państwowego Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, Iwan Patryliak – dziekan wydziału historii Kijowskiego Uniwersytetu Narodowego im. T. Szewczenki i członek Rady Naukowej Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego, Pyłyp Ilienko – szef Państwowej Agencji Ukrainy ds. Filmu oraz Serhij Kwit – przewodniczący Rady Naukowej Uniwersytetu Kijowsko-Mohylańska Akademia, jedna z czołowych postaci przewrotu politycznego z 2014 roku.

Wiatrowycz nie pozostawił najmniejszej wątpliwości wokół jakiego tematu będą ogniskować się obchody „roku UPA”. Oczywiście tematem wiodącym będzie domniemana walka UPA z Niemcami hitlerowskimi. Tym razem nie z „Sowietami”, ale z nazistowskimi Niemcami właśnie. Można z ukraińskich faszystów i kolaborantów Hitlera zrobić bojowników z hitleryzmem? Można. Wszak banderowska historiografia – emigracyjna i krajowa – nie robi nic innego od 1945 roku.

Dowiedzieliśmy się zatem od Wiatrowycza, że przez UPA przeszło ponad sto tysięcy osób (w rzeczywistości 25-35 tys.), a za przynależność do niej lub jej wspieranie represjonowano w ZSRR pół miliona ludzi (liczba grubo zawyżona). UPA – zdaniem Wiatrowycza – walczyła z Niemcami, Sowietami i – a jakże – z Polakami na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Nie mordowała bezbronnej ludności cywilnej. Po prostu walczyła z Polakami.

Czołowy falsyfikator historii UPA i kreator ukraińskiej polityki historycznej wyjaśnił też dlaczego „rok UPA” zainaugurowano 8 lutego. Ano dlatego, że 8 lutego 1943 roku UPA miała podobno przejść swój chrzest bojowy w walce z Niemcami. Tego dnia sotnia UPA pod dowództwem Hryhoryja Perehijniaka („Dowbeszki-Korobki”) rzekomo zapoczątkowała walkę nacjonalistów ukraińskich z Niemcami w miasteczku Włodzimierzec na Wołyniu.

Jest to legenda spreparowana po wojnie przez banderowską emigrację w Kanadzie. Faktycznie sotnia „Dowbeszki-Korobki” napadła w nocy z 7 na 8 lutego 1943 roku na posterunek ukraińskiej policji pomocniczej we Włodzimierzcu. Według mitologii banderowskiej była to wielka bitwa, w której UPA zabiła 63 Niemców i wzięła 19 jeńców. W rzeczywistości oddział Perehijniaka zabił wtedy czterech funkcjonariuszy policji. Był wśród nich tylko jeden żandarm-Niemiec i trzech Kozaków z ukraińskiej policji pomocniczej. Do niewoli ludzie Perehijniaka wzięli natomiast sześciu Kozaków, których następnie zarąbali siekierami. Celem ataku na posterunek policji we Włodzimierzcu nie była walka z Niemcami hitlerowskimi, ale zdobycie broni w związku z planowanym ludobójstwem na Polakach. Następnego dnia bowiem – 9 lutego 1943 roku – sotnia „Dowbeszki-Korobki” zainaugurowała ludobójstwo wołyńsko-małopolskie, dokonując zagłady Polaków w miejscowości Parośle I w gminie Antonówka na terenie powiatu sarneńskiego przedwojennego województwa wołyńskiego.

9 lutego 1943 roku oddział „Dowbeszki-Korobki” wszedł do Parośli, przedstawiając się jako rzekomy oddział partyzantki radzieckiej. Po drodze do Parośli sotnia spotkała w lesie pięciu Polaków z kolonii Wydymer rąbiących drzewo. Wszyscy zostali zamordowani. Sotnia Perehijniaka otoczyła Parośle i zatrzymywała każdego kto chciał wejść do wsi. Następnie upowcy rozstawili straże w pobliżu polskich gospodarstw, weszli do odmów i zażądali podania sobie obiadu. W domu rodziny Kołodyńskich, gdzie rozlokowało się dowództwo sotni, przesłuchali i zamordowali siekierami sześciu Kozaków wziętych do niewoli podczas ataku na posterunek we Włodzimierzcu. Po zjedzeniu obiadu rzekomi partyzanci radzieccy oznajmili, że Parośla zostanie niedługo napadnięta przez Niemców i w związku z tym muszą zabezpieczyć ludność przed ich zemstą za udzielenie pomocy partyzantom. Zażądali w związku z tym, by wszyscy Polacy położyli się na ziemi i pozwolili się związać, co miało dowieść, że zostali zmuszeni do wsparcia partyzantki.

Mieszkańcy wsi zgodzili się na to lub zostali do tego zmuszeni. Związanych i bezbronnych Polaków upowcy zabili przy pomocy noży i siekier. Zginęło od 149 do 173 osób, w tym kobiety i dzieci. Ocalało tylko 12 rannych osób. Ze szczególnym okrucieństwem zamordowano Walentego Sawickiego – komendanta miejscowego Związku Strzeleckiego. Po odejściu z Parośli oddział Perehijniaka zamordował 15 Polaków w Toptach. Tak wyglądał początek ludobójstwa banderowskiego na Wołyniu. W 74. rocznicę tej zbrodni Wiatrowycz zainaugurował obchody „roku UPA”, kamuflując to incydentalną potyczką sotni Perhijniaka z ukraińską policją pomocniczą w służbie niemieckiej. Sam Perehijniak był bliskim współpracownikiem Stepana Bandery. Razem z nim siedział przed wojną w więzieniu, skazany za zamordowanie sołtysa-Polaka[1].

Incydentalna potyczka sotni Perehijniaka z ukraińską policją pomocniczą, przy przemilczeniu równoczesnej zagłady Polaków w Parośli, ma w zamyśle Wiatrowycza przedstawić UPA jako „główną siłę antynazistowską” na Ukrainie. „Dlatego w tych dniach to właśnie anty-nazistowski front UPA znalazł się w centrum uwagi Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej” – oświadczył Wiatrowycz na konferencji inaugurującej „rok UPA”. Jego zdaniem „UPA była fenomenem i armią podziemną, która walczyła z totalitaryzmem najdłużej w Europie”. Oświadczył następnie, że w trakcie całego 2017 roku „zaplanowano udostępnianie informacji o głównych frontach walki UPA – antynazistowskim i antykomunistycznym”. Tych tematów mają dotyczyć wystawy i międzynarodowa konferencja naukowa.

Jakiego typu będą to informacje nie pozostawił wątpliwości Andrij Kohut, który oznajmił, że SBU przygotowała specjalną kolekcję dokumentów pt. „Antynazistowski front UPA”, mających dowodzić rzekomego wkładu UPA w walkę z Niemcami. Wtórował mu Iwan Patryliak, wedle którego „Ruch powstańczy przez długi czas miał bezsprzecznie antyniemiecki charakter. Głównym celem OUN-owców było wyzwolenia Ukrainy od najeźdźców, i tylko przebieg wojny dyktował przynależność [narodową] wroga. Gdy terytoria znajdowały się pod okupacją niemiecką – ukraińscy nacjonaliści prowadzili metodyczną, dobrze zaplanowaną walkę przeciwko nazistom”. Zdaniem Patryliaka mordowanie Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej było „walką z kolonializmem”.

Patryliak ustalił, że „to właśnie ukraińskich nacjonalistów naziści postrzegali jako największe zagrożenie dla swego panowania w kraju. UPA wykonała maksymalny wysiłek, na jaki w takiej sytuacji stać armię partyzancką bez żadnego wsparcia z zewnątrz”.

Z kolei Pyłyp Ilienko zapowiedział stworzenie kolekcji filmów poświęconych UPA, która ma być zaprezentowana przy pomocy mobilnego festiwalu filmowego oraz w internecie. Wreszcie Serhij Kwit przypomniał, że w świetle przyjętej w 2015 roku „Koncepcji narodowo-patriotycznego wychowania dzieci i młodzieży” – „Nasze szkoły w tym roku także będą zwracać uwagę na uroczystości rocznicowe UPA, ponieważ u podstaw tego dokumentu znalazła się idea wychowania narodowo-patriotycznego i obywatelskiego. Tak więc wychowanie narodowo-patriotyczne jest częścią wychowania obywatelskiego. Oznacza to, że ta data ukraińskiej historii adresowana jest nie tylko do Ukraińców, ale do wszystkich obywateli Ukrainy”[2].

Do wypowiedzi Serhija Kwita należy dodać, że młodzież ukraińska jest poddawana nie tylko wyjątkowemu praniu mózgów – porównywanemu tylko z indoktrynacją hitlerowską lub stalinowską. Indoktrynacja ta jest jeszcze uzupełniana przez działania, których wymowa przeraża. Już dwa lata temu przystąpiono bowiem na Ukrainie do tworzenia czegoś w rodzaju neobanderowskiego Hitlerjugend. Oto bowiem w obwodzie iwano-frakowskim sformowano wtedy dziecięcy batalion „Sokół”, który nawiązywał do neobanderowskich formacji „Azow”, „Ajdar” itp., pacyfikujących Donbas. Na nagraniu wideo z inauguracji dziecięcego batalionu „Sokół” można zobaczyć dzieci w wyszywankach, trzymające banderowskie flagi i śpiewające: „Sława Ukrainie! – Herojam Sława! – Moskalom śmierć!”[3].

Tak wygląda polityka historyczna pomajdanowej Ukrainy. Czy Kijów może dopuszczać się aż takiej manipulacji i kłamstwa? Może, bo ma potężnych protektorów w USA i nie tylko. 10 stycznia, a wiec na miesiąc przed zainaugurowanym przez Wiatrowycza w Kijowie „rokiem UPA”, ministrem spraw zagranicznych Kanady została Chrystia Freeland – znana dotychczas z energicznego wspierania Majdanu i oligarchów ukraińskich, prywatnie wnuczka nacjonalisty ukraińskiego i kolaboranta nazistowskiego Mychajło Chomiaka. Dziadek pani Freeland wydawał w latach 1940-1944 roku w Krakowie, w porozumieniu z administracją Hansa Franka, ukraiński dziennik „Krakivsky Vesti”. Gazetę tę drukowano na sprzęcie zarekwirowanym wydawanej do 2 września 1939 roku żydowskiej gazecie „Nowy Dziennik”. Niemcy ufali Chomiakowi, a jego gazeta miała większą autonomię niż jakakolwiek inna gazeta ukraińska wydawana w tym czasie w Generalnym Gubernatorstwie.

Pani Freeland wielokrotnie chwaliła się publicznie swoim dziadkiem, Mychajło Chomiakiem, opisując go jako wielkiego ukraińskiego patriotę. Pomijała jednak starannie jego działalność w latach 1940-1945[4]. Czy w świetle nowej wersji historii nacjonalizmu ukraińskiego nazistowski kolaborant Chomiak też bohatersko walczył z nazistowskimi Niemcami? Mając takich sojuszników i protektorów Wiatrowycz może spokojnie głosić swoje kłamstwa bez obawy, że jakieś czynniki polityczne na Zachodzie wyrażą sprzeciw.

Hucpę Wiatrowycza jako pierwszy skrytykował dr Iwan Kaczanowski – ukraiński politolog z uniwersytetu w Ottawie, który zdemaskował jako fałszywą oficjalną wersję propagandową masakry na Majdanie 20 lutego 2014 roku. Kaczanowski skomentował „rok UPA” następująco: „Ukraiński IPN kierowany przez Wiatrowycza zaczyna kampanię propagandową, by świętować fałszywą rocznicę utworzenia UPA w październiku 1942 roku i by przedstawiać OUN i UPA jako główne siły antynazistowskie na Ukrainie w czasie drugiej wojny światowej. Studia akademickie prowadzone przez zachodnich badaczy, w tym moje własne, dotyczące kolaboracji OUN-UPA z nazistowskimi Niemcami na początku i pod koniec wojny, a także udział OUN-UPA w masowych mordach Żydów, Polaków, Ukraińców i Rosjan są atakowane lub ignorowane”[5].

Fakty podane przez Wiatrowycza zanegował też natychmiast szwedzki historyk Per Anders Rudling – wybitny badacz historii nacjonalizmu ukraińskiego. Uznał on za wątpliwe dane zawarte w książce Patryliaka z 2012 roku, gdzie ten podał, iż UPA miała w latach 1942-1944 przeprowadzić 2526 akcji antyniemieckich, w których zginęło 12427 Niemców, 2047 zostało rannych, a 2448 wzięto do niewoli, sama natomiast miała stracić 2251 zabitych, 475 rannych i 536 wziętych do niewoli. „W książce Patryliaka z 2012 roku nie ma przypisów i nie wydaje się, aby dane te zostały zweryfikowane. Jego niezwykłe twierdzenie, że chronicznie niedostatecznie wyposażone [oddziały] OUN(b)-UPA zabiły 12427 niemieckich okupantów, przy własnych stratach wynoszących 2251 osób, jest skrajnie mało prawdopodobne” – podsumował Rudling. Wedle jego ustaleń źródłem Patryliaka była wydana w 2008 roku dwutomowa książka Ołeksandra Denyszczuka – działacza neobanderowskiego z obwodu rówieńskiego, z zawodu terapeuty. Książka ta była sponsorowana przez lidera neobanderowskiej partii „Swoboda” Ołeha Tiahnyboka. W związku z tym szwedzki historyk poprosił stronę ukraińską o przedstawienie mu dokumentów – nie tych spreparowanych przez SBU – ale oryginalnych, dowodzących starć UPA z siłami niemieckimi[6].

Reakcji na proklamowanie „roku UPA” zabrakło natomiast ze strony historyków, dziennikarzy i polityków polskich. Ci tradycyjnie milczą, gdy odsłania się kompromitujące oblicze nacjonalizmu ukraińskiego. Co prawda niespodziewanie krytyczna wobec kultu OUN-UPA na Ukrainie wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego z końca stycznia sugerowała jakiś przełom, ale nadzieje z tym związane rozwiały wystąpienia sejmowe ministra Witolda Waszczykowskiego i posłanki Małgorzaty Gosiewskiej, stojące na gruncie dotychczasowego ślepego wspierania Ukrainy przez stronę polską.

Kaczyńskiemu natomiast pogroził obecny lider frakcji melnykowskiej OUN, Bohdan Czerwak. Oświadczył on dosłownie: „Jego [Jarosława Kaczyńskiego] stanowisko odnośnie OUN i UPA niczym nie różni się od stanowiska Kremla. Kreml naszą odpowiedź dostaje w Donbasie. Konkretnie – pod Awdijiwką. Kaczyński jest albo ślepy, albo głupi, skoro tego nie widzi. Myśli, że istnieje jakaś siła, która może zmienić nastawienie Ukraińców do OUN, UPA, Konowalca, Melnyka, Bandery, Olżycza, Szuchewycza. Taka siła nie istnieje. O czym przekonali się Moskale. Polacy też chcą się przekonać?”[7].

Została więc sformułowana otwarta groźba, którą jakże dyskretnie przemilczano w mediach polskich, zwłaszcza w „Strefie Wolnego Słowa” red. Sakiewicza. Niejako w uzupełnieniu gróźb Czerwaka i hucpy Wiatrowycza epigoni banderyzmu z organizacji o nazwie „Czarny Komitet” zawiesili 16 lutego portret Stepana Bandery na płocie ambasady polskiej w Kijowie. Ambasador Jan Piekło incydent ten zbagatelizował twierdząc, że portret był „mały” i sugerując, że to była – a jakże – rosyjska prowokacja. Należy w to wątpić zważywszy na to, że lider owego „Czarnego Komitetu” – niejaki Bogdan Tyckij – protestując przeciw „antyukraińskim oświadczeniom najwyższych urzędników w Polsce” niemal dosłownie zacytował poglądy Jana Piekły, Tomasza Sakiewicza, Jerzego Targalskiego, Kazimierza Wóycickiego, czy Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego: „polityka antyukraińska Polski zawsze sprzyjała temu, że Imperium Rosyjskie podbijało i Polskę i Ukrainę”. Znajomo brzmi? Znajomo. „Strefa Wolnego Słowa” powtarza to na okrągło. Dalej ze strony pana Tyckiego padły już pogróżki: „Nie powtarzajcie swoich błędów! Jeśli ukraińskie ministerstwo spraw zagranicznych nie jest w stanie obronić naszych interesów, to zajmiemy się tym sami. Nie mamy za co przepraszać! Nasz kraj – nasi bohaterowie!”[8].

Kompromitująca polityka Piekły i Waszczykowskiego doprowadzi na koniec do tego, że portret Bandery zawiśnie w polskim Sejmie. Tym samym Sejmie, który lekką ręką przeznaczył w zeszłym roku 30 mln złotych na „współpracę rozwojową” z Ukrainą, czym chwalił się publicznie minister Waszczykowski[9]. Jakiego rodzaju „współpraca rozwojowa” może mieć miejsce z państwem upadłym, istniejącym coraz bardziej tylko w teorii, oczekującym od Polski wsparcia bez wzajemności i prowadzącym antypolską politykę historyczną?

Z polityków polskich tylko Leszek Miller potrafił powiedzieć: „Rozkwit ukraińskiego nacjonalizmu i faszyzmu ma miejsce w okolicznościach, gdy zdecydowana większość ofiar rzezi wołyńskiej nie ma swoich grobów. Ich kości porozsypywane są po polach, lasach i drogach Wołynia, a świadkowie tamtych wydarzeń, którzy mogliby coś powiedzieć, milczą. Wolą być cicho, bo specjalna ustawa przewiduje karanie więzieniem wszystkich, którzy okazywaliby lekceważenie dla weteranów zbrodniczych organizacji lub negowali celowość ich walki. Dotyczy to także cudzoziemców (…)”[10].

Ze strony proukraińsko nastawionych polityków z obozu solidarnościowego na taką wypowiedź nie ma szans. Podstawowy problem, jaki mają polscy ukrainofile z przyjęciem do wiadomości agresji antypolskiej na Ukrainie wynika z kilku przyczyn. Cynicznego karierowiczostwa i związanego z tym lekceważącego stosunku do spraw polskich, agenturalności części z nich – czyli otwartej zdrady, ale przede wszystkim z politycznego analfabetyzmu, którego objawem jest bezwarunkowa miłość do Ukrainy manifestowana zewnętrznie poprzez nawiązywanie do prometeizmu, idei Międzymorza itd. „Oni nie mogą nam tego zrobić, bo my ich wspieramy” – tak myśli szczerze wielu polskich ukrainofilów. Wychodzi z tego tylko ich wielka historyczna ignorancja, albowiem ludobójstwo wołyńsko-małopolskie z lat 1943-1944 zostało zorganizowane właśnie na obszarze sanacyjnego proukraińskiego eksperymentu politycznego. W nocy z 10 na 11 lipca 1943 roku koło wsi Kustycze na Wołyniu UPA rozerwała końmi przecież nie jakiegoś potomka księcia Jaremy, ale polskiego poetę i oficera, wychowanego w empatii dla ukraińskich „dążeń niepodległościowych” i hołdującego proukraińskiej linii wojewody Henryka Józewskiego. Coś takiego właśnie jakby ponownie zaczynało się na tamtych ziemiach.

[1] G. Motyka, „Ukraińska partyzantka 1942-1960”, Warszawa 2006, s. 187; W. Siemaszko, E. Siemaszko, „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”, t. I, Warszawa 2000, s. 739, 741; „74. rocznica masakry mieszkańców Parośli na Wołyniu przez UPA”, http://www.kresy.pl, 9.02.2017.

[2] Ukraina: w Kijowie zainaugurowano obchody 75. rocznicy UPA i wielką „kampanię informacyjną”, http://www.kresy.pl, 8.02.2017.

[3] Ukraina: sformowano dziecięcy batalion „Sokół”, http://www.kresy.pl, 19.09.2014.

[4] S. Balcerac, „Nowa minister spraw zagranicznych Kanady Chrystia Freeland – dumna wnuczka kolaboranta!”, http://www.warszawskagazeta.pl, 8.02.2017.

[5] Ukraina: w Kijowie zainaugurowano obchody 75. rocznicy UPA…

[6] I. Patryliak, „Перший бій УПА проти „німецьких варварів” і подальша боротьба з нацистами”, http://www.istpravda.com.ua, 8.02.2017; P. A. Rudling, post na portalu: http://www.historians.in.ua, 10.02.2017.

[7] Lider OUN grozi Polakom użyciem siły. „Moskale już się przekonali, Polacy też chcą?”, http://www.kresy.pl, 7.02.2017.

[8] „Portret Bandery na ogrodzeniu Ambasady Polski w Kijowie”, http://www.pl.sputniknews.com, 16.02.2017; Ukraina: na parkanie ambasady RP zawieszono portret Bandery z podpisem „Nasza ziemia, nasi bohaterowie”; http://www.kresy.pl, 16.02.2017.

[9] „MSZ: Polska przekazała 30 mln złotych na współpracę rozwojową z Ukrainą”, http://www.wpolityce.pl, 17.02.2017.

[10] „Leszek Miller: UPA w natarciu”, http://www.se.pl, 15.02.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 21 lutego 2017 r.

„Kresowy Serwis Informacyjny” nr 3 (70)/2017, s. 15-16

Kim był Hryhoryj Perehijniak?

Inaugurując 8 lutego 2017 roku „kampanię informacyjną” w związku z obchodami 75. (domniemanej) rocznicy powstania UPA Wołodymyr Wiatrowycz wykreował legendę o rzekomej walce UPA z Niemcami, której początek miała dać 7 lutego 1943 roku sotnia Hryhoryja Perehijniaka. Tym samym szef ukraińskiego IPN wylansował nowego bohatera narodowego Ukrainy i zarazem bohatera walki z okupantem niemieckim, jaką miała zdaniem Wiatrowycza toczyć UPA. Kim jednak naprawdę był Perehijniak?

Otóż był on – tak jak i pozostali współcześni mu nacjonaliści ukraińscy – niemieckim kolaborantem i na dodatek uczestnikiem zbrodni holokaustu. Dowiadujemy się o tym z artykułu biograficznego Parehijniaka, który opublikowali obecni epigoni spuścizny Stepana Bandery. Autorką tego biogramu jest Ljubow Iwaniuk i został on zamieszczony 10 lutego 2012 roku na ukraińskiej stronie internetowej „Portal nacjonalistyczny” (Націоналістичний портал) pod adresem: http://www.ukrnationalism.com.

Z biogramu – pod egzaltowanym tytułem „Hryhoryj Perehijniak – dowódca pierwszej sotni UPA” (Григорій Перегіняк – командир першої сотні УПА) – dowiadujemy się, że Perehijniak urodził się 7 lutego 1910 roku w Uhrynowie Starym w powiecie kałuskim (województwo stanisławowskie), a więc w tej samej miejscowości, w której rok wcześniej (1 stycznia 1909 roku) urodził się Stepan Bandera, a także jego bracia Wasyl i Ołeksandr. Bandera wywarł największy wpływ na życie i osobowość Perehijniaka, który był nim zafascynowany. Późniejszy przywódca „rewolucyjnego” skrzydła Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów był nie tylko sąsiadem Perehijniaka, ale stał się jego nauczycielem i przewodnikiem życiowym, a nawet współtowarzyszem w celi więziennej. Perehijniak siedział w polskim więzieniu razem z Banderą i innymi znanymi członkami OUN (Jarosław Karpyneć, Mykoła Kłymyszyn), którzy poddali go tam intensywnej obróbce ideowej. Można powiedzieć, że to był „uniwersytet” Perehijniaka. Odnotowuje to autorka jego hagiograficznego biogramu, gdzie czytamy, że w więziennej celi „Najbardziej wybijał się Perehijniak. On chłonął w siebie, jak gąbka, wszystko, co mu powiedziano. I pojmował wszystko z wielką łatwością… ”

Hryhoryj Perehijniak, ps. „Dowbeszka-Korobka” (1910-1943), dowódca pierwszego oddziału banderowskiej UPA, sprawca ludobójczej zagłady polskiej kolonii Parośle I w powiecie sarneńskim. Fot.: ukraińska Wikipedia.

Hryhoryj Perehijniak, ps. „Dowbeszka-Korobka” (1910-1943), dowódca pierwszego oddziału banderowskiej UPA, sprawca ludobójczej zagłady polskiej kolonii Parośle I w powiecie sarneńskim. Fot.: ukraińska Wikipedia.

Życiorys tego watażki był typowy dla jego rówieśników z pierwszego pokolenia członków OUN. Z zawodu był kowalem, na początku lat 30. XX wieku wstąpił do OUN i wkrótce stał się terrorystą. Jego pierwszą akcją terrorystyczną było zabójstwo w 1935 roku Polaka, który zajmował stanowisko sołtysa Uhrynowa Starego. Za ten czyn Perehijniak trafił najpierw przed oblicze polskiego sądu, który skazał go na dożywocie, a potem do polskich więzień na Świętym Krzyżu i we Wronkach.

O kolaboranckiej przeszłości Perehijniaka świadczy następujący fragment panegiryku pani Iwaniuk: „Po uwolnieniu (w wyniku najazdu III Rzeszy na Polskę w 1939 roku – uzup. BP) Hryć przedostaje się do Krakowa, gdzie dołącza do zwolenników OUN pod kierownictwem Stepana Bandery. W tym czasie był już dobrze wyszkolony. Dużo czytał, zajmował się samokształceniem i przeszedł trzy kursy szkolenia wojskowego OUN, rekrucki, dla podoficerów młodszych i podoficerów starszych. Jak stwierdza Kłymyszyn, w 1940 roku spotkał się z Perehijniakiem w Krakowie. W tym czasie Hryć był w Starachowicach, gdzie stacjonowały oddziały ochraniające (niemieckie – uzup. BP) obiekty wojskowe. Od lata 1941 roku Hryć znalazł się w szeregach jednej z grup marszowych OUN, a w latach 1941-1942 służył w szeregach (ukraińskiej – uzup. BP) policji pomocniczej „Schutzmannschaft”, której pododdziały z czasem zostały przerzucone na Wołyń i Polesie. Dostrzegając negatywny, a z czasem wrogi do siebie stosunek, OUN w 1942 roku wydała rozkaz swoim członkom, którzy z pewnych względów taktycznych przebywali w niemieckich oddziałach policyjnych, przejść do podziemia i rozpoczęcia walki zbrojnej przeciwko nazistom. Starszy sierżant policji ukraińskiej Hryhorij Perehijniak porzucił służbę i zostaje żołnierzem w pierwszych oddziałach wojskowych na Wołyniu. Z biegiem czasu otrzymuje coraz więcej i więcej obowiązków, a w październiku 1942 roku formuje jeden z pierwszych oddziałów UPA”.

Faktycznie oddział ten został sformowany na początku lutego 1943 roku i był to pierwszy oddział banderowskiej UPA. Teza o tym, że UPA powstała jakoby 14 października 1942 roku jest bowiem wymysłem banderowskiej propagandy, przyjmowanym obecnie na Ukrainie. Droga życiowa Perehijniaka nie różniła się zatem od innych nacjonalistów ukraińskich i była naznaczona kolaboracją z Niemcami hitlerowskimi – ich najbardziej pożądanym sojusznikiem. Najpierw więc była służba dla niemieckich władz okupacyjnych w Generalnym Gubernatorstwie w latach 1939-1941 i szkolenia wojskowe pod okiem Niemców. Potem jedna z tzw. grup pochodnych (marszowych) OUN, z którą w wyniku agresji Niemiec na ZSRR Perehijniak wkroczył w 1941 roku do Małopolski Wschodniej i – czego pani Iwaniuk nie pisze – brał udział w aktach ludobójstwa (pogromy na Żydach, mordy na Polakach). Dalej była służba w sformowanej przez okupanta niemieckiego ukraińskiej policji pomocniczej, która pomagała Niemcom w deportacjach miejscowych Żydów do obozu zagłady w Bełżcu i współdziała z Niemcami w egzekucjach na ludności żydowskiej. Na koniec Perehijniak uczestniczył w zbiorowej dezercji policjantów ukraińskich w styczniu 1943 roku, której rezultatem było utworzenie banderowskiej UPA. Stał się następnie specyficznym symbolem ukraińskiego nacjonalizmu – on pierwszy rozpoczął genocicum atrox na narodzie polskim.

Heroizację Perehijniaka („Dowbeszki-Korobki”) – uczestnika niemieckiego ludobójstwa na Żydach – zauważył rosyjskojęzyczny portal IzRus w Izraelu (adres: http://www.izrus.co.il) w notatce pt. „Nazistowski pomocnik stał się przykładem bohaterstwa dla Ukraińców?” (Нацистский прихвостень стал примером героизма для украинцев?). Faktu tego nie zauważyło natomiast żadne z mediów w Polsce, gdzie w kwestii przemilczania gloryfikacji banderowskich zbrodniarzy na Ukrainie panuje świadoma dyscyplina.

Należy przypomnieć, że pod koniec 1942 roku w pobliżu Lwowa odbyła się konferencja referentów wojskowych lokalnych struktur Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów-Banderowców (OUN-B), na której postanowiono utworzyć formację partyzancką pod nazwą Wojskowe Oddziały OUN-SD (Samostijnikiw Derżawnikiw, faktycznie OUN-B). Pierwszym oddziałem WO OUN-SD była właśnie sotnia Hryhorija Perehijniaka, ps. „Dowbeszka-Korobka”, utworzona na polecenie Iwana Łytwynczuka, ps. „Dubowyj”, zapewne w pierwszych dniach lutego 1943 roku. Tak więc był to oddział OUN-SD (OUN-B). Nazwa Ukraińska Powstańcza Armia pojawiła się później i została przez banderowców skradziona opozycyjnej wobec Bandery formacji Tarasa Bulby-Borowcia (tzw. Pierwsza UPA, określana w historiografii jako Sicz Poleska, od sierpnia 1943 roku Ukraińska Armia Ludowo-Rewolucyjna). To dlatego ludność polska Wołynia identyfikowała na początku (mniej więcej do czerwca 1943 roku) swoich morderców omyłkowo jako „bulbowców”, a nie banderowców.

Fragment propagandowej planszy przygotowanej przez ukraiński IPN z informacją o ataku sotni Perehijniaka na posterunek policji niemiecko-ukraińskiej w miejscowości Włodzimierzec. Fot.: www.izrus.co.il

Fragment propagandowej planszy przygotowanej przez ukraiński IPN z informacją o ataku sotni Perehijniaka na posterunek policji niemiecko-ukraińskiej w miejscowości Włodzimierzec. Fot.: http://www.izrus.co.il

Sotnia „Dowbeszki-Korobki” w nocy z 7 na 8 lutego 1943 roku zaatakowała posterunek policji w miasteczku Włodzimierzec, który był broniony przez siedmiu niemieckich żandarmów i dziewięciu Kozaków z ukraińskiej policji pomocniczej. Po co go zaatakowała? Po to, by rozpocząć bohaterską walkę banderowskiej UPA z Niemcami hitlerowskimi, jak twierdzi Wiatrowycz? Nie! Posterunek policji zaatakowano tylko po to, by uniemożliwić jakąkolwiek pomoc ze strony miejscowej policji dla polskiej ludności kolonii Parośle I, którą sotnia „Dowbeszki-Korobki” wymordowała 9 lutego 1943 roku. Atak na posterunek policji we Włodzimierzcu – który w historiografii banderowskiej uchodzi za wielką bitwę z Niemcami (miano zabić 63 Niemców i 19 ranić, w rzeczywistości zabito jednego Niemca i trzech Kozaków, sześciu Kozaków wzięto do niewoli i zamordowano później w Parośli) – został dokonany wyłącznie pod kątem zdobycia broni i odcięcia jakiejkolwiek pomocy dla Polaków z Parośli, a także usunięcia potencjalnych świadków ich zagłady.

Tak naprawdę wyglądał początek lansowanej przez Wiatrowycza walki UPA z Niemcami pod dowództwem bohatera narodowego Ukrainy – Perehijniaka.

W związku z tym pragnę przypomnieć panu Wiatrowyczowi oraz funkcjonariuszom Związku Ukraińców w Polsce, którzy – jak słyszę – zapowiedzieli kierowanie do sądów pozwów przeciw osobom oskarżającym UPA o zbrodnie, opis zagłady Polaków w Parośli. Jej autorem jest gen. Czesław Piotrowski (1926-2005) – mieszkaniec Wołynia ocalony z ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, żołnierz samoobrony polskiej przed UPA, później żołnierz 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK i zawodowy oficer ludowego Wojska Polskiego, gdzie doszedł do stanowiska szefa wojsk inżynieryjnych. W opublikowanej w 2002 roku przez Światowy Związek Żołnierzy AK pracy pt. „Zniszczone i zapomniane osiedla polskie oraz kościoły na Wołyniu” Czesław Piotrowski tak opisał zagładę Parośli:

Uzbrojona banda ukraińska z okolic Włodzimierca, udająca radzieckich partyzantów, weszła z rana do kolonii i rozmieściła się we wszystkich domach, by po południu podstępnie wszystkich powiązać i na umówiony sygnał zamordować, zabijając ostrymi narzędziami, przeważnie siekierami, nie oszczędzając nikogo. Zamordowano 173 osoby, tylko 11 osób, przeważnie dzieci, ciężko okaleczone, zostały potem uratowane. Jak zwykle czyniły to bandy, po dokonanym morderstwie gospodarstwa ograbiono, zabierając cały dobytek i żywy inwentarz. Późniejsze oględziny pomordowanych wykazały szczególne okrucieństwo oprawców. Niemowlęta były przybijane do stołów nożami kuchennymi, kilku mężczyzn było obdartych ze skóry pasami, niektórzy mieli wyrywane żyły od pachwiny do stóp, kobiety były nie tylko gwałcone, lecz wiele z nich miało poobcinane piersi. Wielu pomordowanych miało poobcinane uszy, nosy, wargi, oczy powyjmowane, głowy często poobcinane. Po dokonaniu rzezi mordercy urządzili libację w domu sołtysa. Po odejściu oprawców, wśród resztek jedzenia i butelek po samogonie znaleziono martwe dziecko około 12-miesięczne, przybite bagnetem do stołu, a w ustach dziecka włożony był niedojedzony kawałek kiszonego ogórka”.

Wspomniane dziecko zostało tak przybite bagnetem albo nożem do stołu, że świadkowie, którzy przyszli do Parośli po odejściu sotni „Dowbeszki-Korobki”, nie byli w stanie wyjąć tego narzędzia z ciała dziecka. Ofiary były rąbane siekierami na kawałki, główki dzieci miażdżone obuchami siekier. Według relacji świadków, ciało Walentego Sawickiego było porąbane „na sieczkę”. Oprawców rozjuszył fakt, że przed wojną był on komendantem miejscowej organizacji Związku Strzeleckiego. Te – według różnych relacji – 8 do 12 rannych ofiar, które odratowano, do końca życia pozostało inwalidami.

Tablica pamiątkowa w miejscu byłej kolonii Parośle I ku czci Polaków zamordowanych 9 lutego 1943 roku przez sotnię Perehijniaka. Fot.: Wikipedia.

Tablica pamiątkowa w miejscu byłej kolonii Parośle I ku czci Polaków zamordowanych 9 lutego 1943 roku przez sotnię Perehijniaka. Fot.: Wikipedia.

Tak wyglądała „walka z Niemcami” sotni Perehijniaka vel „Dowbeszki-Korobki” panie Wiatrowycz i panie Tyma – prezesie Związku Ukraińców w Polsce, który grozi dzisiaj pozwami sądowymi tym, którzy będą przypominać o zbrodniach UPA.

Opis ten dedykuję również tym wszystkim polskim przyjaciołom Ukrainy – a faktycznie sojusznikom pogrobowców zbrodniczego nacjonalizmu ukraińskiego – dzięki którym Perehijniak może być dzisiaj bohaterem Ukrainy i patronem zakłamanej historii głoszonej przez ukraiński IPN. Tym wszystkim Michnikom, Sakiewiczom, Wóycickim, Targalskim, Smoleńskim, Piekłom, Żurawskim vel Grajewskim itd. Dzisiaj plujecie jadem na każdego kto śmie upominać się o pamięć niewinnych ofiar, kto nie godzi się na politykę sojuszu z pogrobowcami ich morderców maskowaną górnolotnymi sloganami o integracji europejskiej Ukrainy, Międzymorzu i diabli wiedzą czym jeszcze. Ale to nie swoim oponentom plujecie w twarz, ale temu polskiemu dziecku przybitemu bagnetem do stołu. Piszecie w historii Polski kolejny rozdział hańby domowej i to wyłącznie tę hańbę domową zapamiętają wam na zawsze przyszłe pokolenia, jeśli Polska będzie w przyszłości istnieć.

Zbiorowa mogiła Polaków zamordowanych w Parośli. Fot.: Wikipedia.

Zbiorowa mogiła Polaków zamordowanych w Parośli. Fot.: Wikipedia.

Sam „Dowbeszka-Korobka” zginął niecałe dwa tygodnie po zagładzie Parośli – 22 lutego 1943 roku. Według banderowskiej historiografii miał zginąć – a jakże – w walce z Niemcami pod Wysockiem (około 60 km na północ do Parośli). Faktycznie okoliczności jego śmierci nie są dokładnie znane. Różne sprzeczne relacje dają podstawę do przypuszczeń, że Perehijniak mógł zostać zlikwidowany przez Służbę Bezpeky OUN-B w ramach wewnętrznych porachunków, albo po prostu dla pozbycia się sprawcy-świadka ludobójstwa, którego negację banderowcy rozpoczęli równocześnie z jego popełnianiem.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 18 lutego 2017 r.

http://www.mysl-polska.pl/1165