Jak władze sanacyjne uciekały z Polski we wrześniu 1939 r.

Opuszczenie terytorium Polski przez władze II RP we wrześniu 1939 r. było jednym z najdramatyczniejszych epizodów wojny obronnej. W oczach większości społeczeństwa była to haniebna ucieczka, a nawet zdrada. Ocena ta wynikała z szoku i zaskoczenia, jakim stała się klęska wrześniowa. Naród polski był psychicznie przygotowany na zwycięstwo, które obiecywała mu propaganda sanacyjna. W myśl hasła „silni, zwarci, gotowi” sanacja wpajała społeczeństwu, że Polska ma silną armię oraz silnych i pewnych sojuszników. Bolesna konfrontacja tej propagandy z rzeczywistością we wrześniu 1939 r. zaważyła na politycznej i historycznej ocenie obozu sanacyjnego. Najbardziej jednak na tej ocenie zaważył styl, w jakim ówczesne władze opuściły kraj.

Późniejsi obrońcy sanacji argumentowali, że władze II RP musiały opuścić terytorium kraju zaatakowanego z zachodu, a później ze wschodu. Gdyby bowiem prezydent, premier, czy wódz naczelny dostali się do niewoli niemieckiej lub radzieckiej, mogliby zostać zmuszeni do podpisania aktu kapitulacji. To zaś byłaby dla Polski nieodwracalna katastrofa polityczna. Natomiast opuszczenie przez władze II RP terytorium zajmowanego przez agresorów kraju dawało szansę kontynuacji wojny u boku sojuszników na Zachodzie, a więc także kontynuacji polskiej państwowości. Polityczna zasadność decyzji o ewakuacji władz II RP – w świetle takiej argumentacji – nie ulega zatem wątpliwości.

Celność takiej obrony władz sanacyjnych osłabią jednak dwa fakty. Ich eksodus w kierunku południowo-wschodnim rozpoczął się już w pierwszym tygodniu wojny, natomiast decyzja o opuszczeniu kraju zapadła w dniach 9-10 września, a więc na tydzień przed agresją radziecką. Ponadto walczący kraj porzuciły władze, które narodowi obiecywały zwycięstwo, które publicznie mówiły o mocarstwowym państwie i potężnej armii. Ich ewakuacja przebiegała w pośpiechu i nieładzie oraz tajemnicy przed społeczeństwem.

Agresja niemiecka, która rozpoczęła się we wczesnych godzinach porannych 1 września 1939 r., bardzo szybko zweryfikowała mit Polsce mocarstwowej. Działania wojenne toczyły się od pierwszych godzin wojny przy miażdżącej przewadze wroga. Dominacja lotnictwa niemieckiego w powietrzu, koncentracja wojsk niemieckich na wybranych kierunkach operacyjnych oraz zastosowana przez nie taktyka blitzkiegu (wojny błyskawicznej) przesądziły o polskiej klęsce jeszcze w fazie bitwy granicznej (1-3 września). Szybkość, z jaką siły niemieckie zbliżały się do Warszawy, zaskoczyła nawet największych pesymistów w obozie władzy. Dlatego konieczność ewakuacji najwyższych władz cywilnych i wojskowych podnoszono już pierwszego dnia wojny, a ostateczną decyzję podjęto po kilku dniach.

Zanim jednak do tego doszło, jako pierwszy opuścił stolicę prezydent Ignacy Mościcki. Stało się to już 1 września, po pierwszym bombardowaniu niemieckim Warszawy (w tym Zamku Królewskiego – siedziby prezydenta RP) i po wydaniu przez prezydenta orędzia, w którym napisał, że cały naród skupiony wokół wodza naczelnego „pójdzie ramię przy ramieniu do boju i pełnego zwycięstwa”. Wieczorem pierwszego dnia wojny prezydent Mościcki potajemnie przeniósł się do podwarszawskiej miejscowości Błota, położonej na prawym brzegu Wisły (obecnie część warszawskiej dzielnicy Wawer), gdzie zamieszkał w willi jednego ze swoich znajomych.

Zachowanie prezydenta ostro ocenił po latach prawicowy publicysta Stanisław Cat-Mackiewicz, który w jednym ze swoich artykułów pytał czy obowiązkiem prezydenta nie było wtedy znaleźć się pomiędzy tłumami warszawiaków, którzy modlili się o zwycięstwo na ulicach (wobec braku miejsca w kościołach) i tym samym dać osobisty przykład władzom i społeczeństwu.

Przygotowania do ewakuacji najwyższych władz państwowych zarządził 3 września wódz naczelny, marszałek Edward Rydz-Śmigły. Tego dnia na jego polecenie zaczęto palić dokumenty państwowe. Na ulicach Warszawy manifestowały wówczas tłumy rozentuzjazmowane wiadomością o wypowiedzeniu wojny Niemcom przez Francję i Wielką Brytanię. Manifestujących radość warszawiaków pozdrawiał z balkonu ambasady brytyjskiej minister spraw zagranicznych Józef Beck. Natomiast prorządowa prasa nieustannie podawała kłamliwe informacje o błyskotliwych polskich zwycięstwach na froncie wojny z Niemcami (w tym o bombardowaniach Berlina przez polskie bombowce i polskiej kontrofensywie w Prusach Wschodnich). Rzekome wiadomości w takim stylu– przygotowane przez aparat propagandy państwowej prawdopodobnie przed wybuchem wojny – gazety podawały jeszcze 15 września.

6 września minister propagandy Michał Grażyński wezwał przez radio społeczeństwo do „wstrzymania się od niepotrzebnej, a nawet szkodliwej ewakuacji z miejsc zamieszkania”. Tego samego 6 września marszałek Rydz-Śmigły postanowił udać się ze swoim dowództwem i sztabem do Brześcia nad Bugiem. Potajemna ewakuacja rządu rozpoczęła się dwa dni wcześniej.

Jako pierwsze do ewakuacji przystąpiły 4 września Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Prezydium Rady Ministrów. Następnie kancelarie Sejmu i Senatu, Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz pozostałe ministerstwa i urzędy centralne. Ewakuowano też prezydenta Mościckiego i jego kancelarię. Mimo że plan takiej ewakuacji był już przygotowany przed wojną, przebiegała ona w pośpiechu i chaosie. Warszawy nie opuścił tylko jej komisaryczny prezydent Stefan Starzyński, chociaż miał jednoznaczny rozkaz Naczelnego Dowództwa w tej sprawie. Przystąpił on do organizowania cywilnej obrony miasta oraz Straży Obywatelskiej, która zajęła miejsce policji, także ewakuowanej ze stolicy. Na propozycję odlotu z Warszawy samolotem przysłanym przez marszałka Rydza-Śmigłego, prezydent Starzyński odpowiedział gen. Juliuszowi Rómmlowi: „Tak jak pan dzieli los swoich żołnierzy – tak i ja pozostanę wśród swoich”. Była to postawa wyjątkowa wśród wyższych urzędników sanacyjnych we wrześniu 1939 r.

Marszałek Rydz-Śmigły wyjechał z Warszawy do Brześcia potajemnie w nocy z 6 na 7 września. Prawdopodobnie zdawał sobie już sprawę, że wojna jest przegrana. Mając jeszcze nadzieję na pomoc sojuszników zachodnich, polskie dowództwo opracowało wariant tzw. przedmościa rumuńskiego, czyli obrony na Kresach południowo-wschodnich. Plan ten okazał się nierealny, ale w jego myśl najwyższe władze cywilne i wojskowe konsekwentnie podążały w kierunku granicy polsko-rumuńskiej.

W związku z koncepcją przedmościa rumuńskiego Rydz-Śmigły polecił 6 września wyjście z Warszawy i udanie się na wschód młodych mężczyzn zdolnych do walki. Apel taki przekazał przez radio w jego imieniu płk Roman Umiastowski – szef propagandy w Sztabie Naczelnego Wodza. Wtedy do świadomości mieszkańców stolicy dotarło, że Polska jednak nie wygrywa wojny. Po apelu Umiastowskiego Warszawę opuściło co najmniej 200 tys. ludzi. Przyczyniło się to do wzrostu nastrojów paniki i blokady dróg prowadzących na wschód.

Wyjeżdżając do Brześcia marszałek Rydz-Śmigły utracił łączność polową z walczącymi wojskami, ponieważ w pośpiechu i bałaganie jego sztabowcy nie zabrali koniecznych do komunikacji wojskowej kodów i szyfrów. Stąd dowódca Armii „Poznań”, gen. Tadeusz Kutrzeba, żeby uzyskać zgodę wodza naczelnego na rozpoczęcie operacji zaczepnej, która przeszła do historii jako bitwa nad Bzurą (9-22 września), musiał do niego zadzwonić z poczty głównej w Łodzi. To oczywiście spowodowało, że treść rozmowy od razu poznał wywiad niemiecki i jeszcze przed rozpoczęciem bitwy nad Bzurą gen. Kutrzeba utracił tak ważny atut militarny jak efekt zaskoczenia.

Kolejnymi etapami ewakuacji Naczelnego Dowództwa oraz najwyższych władz cywilnych były: Brześć (7-11 września), Włodzimierz Wołyński (12-13 września) oraz Kołomyja, Kniaże, Kosów, Kuty, Rożnów i Załucz na Pokuciu (14-17 września). Kwestia przeniesienia się władz RP na terytorium Francji została podniesiona po raz pierwszy 9 września 1939 r. w czasie rozmowy ambasadora Francji Léona Noëla z marszałkiem Rydzem-Śmigłym i ministrem Beckiem. Ambasador Noël sugerując taką możliwość powołał się na tzw. precedens belgijski z 1914 r., kiedy to władze Belgii pod naporem ofensywy niemieckiej udały się do Francji.

14 września wódz naczelny przeniósł się do Kołomyi – odległej od granicy z Rumunią tylko o 40 km. Jeszcze bliżej granicy z Rumunią, bo w odległym od niej o 12 km Kosowie, ulokował się premier Felicjan Sławoj-Składkowski z prezydium rządu oraz ministerstwami spraw wewnętrznych, spraw wojskowych, propagandy i skarbu. W pobliskim Rożnowie umieszczono ministerstwa komunikacji, oświaty, sprawiedliwości i poczty. Natomiast w Kniażach koło Śniatynia – położonych 30 km na wschód od Kosowa, ale przy granicy z Rumunią – znalazły miejsce ministerstwa opieki społecznej, przemysłu i handlu, rolnictwa, kancelarie Sejmu i Senatu, Najwyższa Izba Kontroli i Najwyższy Trybunał Administracyjny. Tuż przy samej granicy z Rumunią znaleźli się też prezydent Mościcki (w Załuczu koło Śniatynia) i minister Beck (w Kutach nad Czeremoszem). Taka dyslokacja najwyższych władz cywilnych i wojskowych na przylegającym do granicy rumuńskiej Pokuciu świadczy o tym, że kwestia opuszczenia kraju została przesądzona jeszcze przed agresją radziecką z 17 września 1939 r. Decyzja w tej sprawie zapadła najprawdopodobniej już w Brześciu, w dniach 9-10 września.

Wątpliwości co do intencji porzucenia walczącego kraju przez Naczelne Dowództwo nie miał płk Stanisław Kopański (późniejszy generał, bohater spod Tobruku), który 14 września w rozmowie z pułkownikami Józefem Jakliczem i Tadeuszem Klimeckim wyraził zaniepokojenie powstałą sytuacją. Kopański i podlegli mu oficerowie Oddziału III (operacyjnego) Sztabu Naczelnego Wodza uważali, że honor wojskowy nakazuje im przedostać się do walczących oddziałów, a nie chronić się na obcym terytorium.

Wejście Armii Czerwonej na wschodnie ziemie II RP spowodowało, że dalszy opór był już pozbawiony większego sensu. Nikt jednak w obozie władzy nie był świadomy zbliżającej się od wschodu katastrofy i nikt też nie zauważył zapowiadających ją oznak – tzn. gwałtownej kampanii antypolskiej, jaka rozpętała się w mediach radzieckich 14 września. Propaganda radziecka zaczęła wtedy głosić, że Polska poniosła całkowitą klęskę, a państwo polskie rozpadło się. Tezy te powtórzył 17 września Wiaczesław Mołotow, zarówno w nocie wręczonej przez jego zastępcę ambasadorowi Wacławowi Grzybowskiemu, jak i uzasadniając w przemówieniu radiowym agresję ZSRR na Polskę.

Ostatni akt ewakuacji władz polskich rozegrał się po południu 17 września. Decyzja o przekroczeniu granicy polsko-rumuńskiej zapadła około godz. 16-tej na naradzie marszałka Rydza-Śmigłego i rządu w Kutach nad Czeremoszem. Początkowo przyjęto koncepcję, że do Rumunii przejdą prezydent i rząd, a wódz naczelny dopiero, kiedy do Kut podejdą oddziały radzieckie. Wtedy jednak Wacław Żyborski – dyrektor Departamentu Politycznego MSW – otrzymał przez telefon informację od osoby podającej się za starostę śniatyńskiego, że Armia Czerwona zbliża się już do Śniatynia, odległego od Kut o około 40 km. Po tej informacji podjęto decyzję, że wraz z prezydentem i rządem zostanie ewakuowany do Rumunii także Rydz-Śmigły. Nigdy nie zweryfikowano kto tak naprawdę zadzwonił wtedy do Żyborskiego.

Wiadomość o rzekomym zbliżaniu się do Śniatynia Armii Czerwonej spowodowała, że prezydent Mościcki pod osłoną niepełnej kompanii wojska przejechał z Załucza do Kut. Podczas ostatniej narady z ministrem Beckiem, przygotowując orędzie, powiedział: „To już jasne, że idziemy w sieć! Ale innego wyjścia nie widzę: walczyć nie mamy czym, a poddać się nie możemy”. Wieczorem 17 września Mościcki przekroczył wraz z rządem granicę polsko-rumuńską. Marszałek Rydz-Śmigły uczynił to po północy 18 września. Do Rumunii ewakuowano następnie 30 tys. żołnierzy, a na Węgry 40 tys.

W okresie PRL twierdzono, że najwyżsi dygnitarze II RP przekroczyli granicę polsko-rumuńską na moście w Zaleszczykach nad Dniestrem – znajdujących się ponad 90 km na wschód od Kut nad Czeremoszem. Most w Zaleszczykach obrósł wtedy w prawdziwą legendę. W rzeczywistości w Zaleszczykach był tylko most kolejowy, a granicę przekroczono samochodami na moście drogowym w Kutach. Armia Czerwona weszła do tej miejscowości dopiero 21 września. Moskwa zrobiła to celowo, żeby przedstawić w propagandzie pospieszną ewakuację władz sanacyjnych jako ich paniczną ucieczkę z walczącego kraju.

Drogą z Kosowa do Kut, w ślad za najwyższymi dygnitarzami cywilnymi i wojskowymi, podążali oficerowie sztabowi oraz urzędnicy ministerstw z rodzinami, wreszcie wycofujący się z frontu żołnierze. Przewieziono tamtędy również skarbiec wawelski i transport z pożyczką złota na wojnę. Droga ta została całkowicie zatarasowana samochodami. Dystans około 12 km pokonywano w 12 godzin. Bałagan i dramat tej ewakuacji oddał literacko Emil Zegadłowicz w swoim ostatnim utworze – „Domek z kart. Dramat w trzech aktach”.

Najwyższe władze cywilne i wojskowe II RP przekroczyły granicę polsko-rumuńską w nocy 17 na 18 września 1939 r., ale jako pierwsze przekroczyły tę granicę już na początku września meble i antyki marszałka Rydza-Śmigłego. W dniu 30 sierpnia kpt. Gustaw Stachowicz (oficer ds. administracji Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych) otrzymał dyspozycje w sprawie wywiezienia majątku ruchomego wodza naczelnego pod Nowy Sącz, skąd tuż po wybuchu wojny majątek ten trafił do Rumunii. Czy to znaczy, że na dwa dni przed wybuchem wojny marszałek jednak nie wierzył w zapowiadane narodowi zwycięstwo?

„To nie koniec Polski, ale koniec pewnej koncepcji i pewnej Polski. Niemniej przeto chwila jest tragiczna. Zachowanie się rządu haniebne” – stwierdził wówczas gen. Władysław Sikorski. Tak odczuwał i myślał nie tylko on. W opinii dużej części społeczeństwa ucieczka z kraju wodza naczelnego oraz najwyższych władz państwowych potwierdzała rozkład elit sanacyjnych.

Władzom sanacyjnym nie dane już było kontynuować wojny z Niemcami. Na ich internowanie w Rumunii z jednej strony wpłynęły naciski niemieckie i radzieckie, a z drugiej strony francuskie, które były inspirowane przez opozycję antysanacyjną skupioną wokół gen. Sikorskiego. Zarówno po stronie polskiej opozycji, jak i po stronie rządu francuskiego uznano, że nadarzyła się świetna okazja do odsunięcia piłsudczyków od władzy, zwłaszcza nielubianego w Paryżu ministra Becka. Władze francuskie ponadto chciały uniknąć spotkania z Beckiem i Rydzem-Śmigłym, żeby nie tłumaczyć się z niewykonania zobowiązań sojuszniczych. Misję tworzenia polskich władz i sił zbrojnych we Francji podjął gen. Sikorski – będący w opozycji do sanacji i uchodzący z frankofila.

Klęska wrześniowa nie oznaczała końca Polski, ale doprowadziła do katastrofy politycznej obozu sanacyjnego. Na marszałku Rydzu-Śmigłym, prezydencie Mościckim, premierze Sławoju-Składkowskim i ministrze Becku spoczęła nie tylko odpowiedzialność polityczna i wojskowa za klęskę wrześniową. Wizerunek czołowych polityków sanacyjnych zdruzgotała przede wszystkim ich pospieszna i chaotyczna ucieczka z walczącego kraju. To w znaczący sposób utrudniłoby im kontynuację misji politycznej, nawet gdyby nie doszło do ich internowania w Rumunii.

Bohdan Piętka

20 września 2020 r.

„Przegląd” nr 38 (1080), 14-20.09.2020, s. 40-43

Upamiętnienie 1 Armii WP w Berlinie

20 sierpnia na stronie internetowej radia RMF FM (www.rmf.24.pl) pojawiła się informacja zatytułowana „W Berlinie stanie pomnik upamiętniający polskich żołnierzy”. Podano w niej co następuje: „W rocznicę wybuchu II wojny światowej na Charlottenburgu w Berlinie stanie pomnik upamiętniający polskich żołnierzy walczących o zdobycie Berlina. Monument w kształcie flagi stanie przy budynku politechniki, przy prowadzącej do Bramy Brandenburskiej ulicy 17 Czerwca. O ustawienie pomnika właśnie w tym miejscu zabiegali sami studenci Berlińskiego Uniwersytetu Technicznego, a miejsce nie jest przypadkowe. O budynek berlińskiej Politechniki na przełomie kwietnia i maja 1945 roku polskie oddziały toczyły zacięty bój z zajmującymi go SS-Manami. Polscy żołnierze mieli też w szturmie na Berlin inną rolę. Budowali przeprawy dla czołgów na Szprewie, rozminowywali trasę, którą miały przejechać sowieckie czołgi. Po pokonaniu broniących się w budynku politechniki oddziałów, 2 maja zatknęli biało-czerwoną flagę w ręce anioła na pobliskiej Kolumnie Zwycięstwa. Polskie oddziały są dużo lepiej wspominane w Berlinie od czerwonoarmistów. Po zdobyciu miasta Polacy zostali przez jakiś czas w Berlinie, pilnowali mostów przed wysadzeniem i dzielili się żywnością z cywilami”.

Starania o upamiętnienie żołnierzy polskich, którzy brali udział w walkach o Berlin w 1945 r., trwały osiem lat. Według informacji portalu radia Deutsche Welle, inicjatywa wyszła ze strony polityków Socjaldemokratycznej Partii Niemiec w radzie dzielnicy Charlottenburg, w tym jej burmistrza Reinharda Naumanna oraz berlińskiego oddziału Stowarzyszenia Ofiar Prześladowanych przez Reżim Nazistowski (VVN-BdA). Upamiętnienie ma kształt flagi osadzonej na trzymetrowym drzewcu i nawiązuje w ten sposób do biało-czerwonej flagi, którą polscy żołnierze zatknęli 2 maja 1945 r. na pruskiej Kolumnie Zwycięstwa w Berlinie.

Przy pomniku postawiono dodatkowo tablice opisujące w czterech językach (angielskim, niemieckim, polskim i rosyjskim) wkład żołnierzy polskich w „wyzwolenie Berlina”. Takie właśnie sformułowanie zwróciło uwagę autorki cytowanej powyżej informacji na portalu radia RMF FM – pani red. Anety Łuczkowskiej – która swój tekst zakończyła zdaniem: „Co ciekawe, niemieckie media nie piszą o zdobyciu Berlina, a o wyzwoleniu miasta z rąk nazistów”.

Zupełnie inaczej niż polskie media, prawda? Polskie media piszą bowiem nie o wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej w latach 1944-1945, ale o „zajęciu Polski” przez Armię Czerwoną, nie o wyzwoleniu Warszawy, ale o „zdobyciu Warszawy”, a w skrajnej wersji o „zniewoleniu Polski przez Sowietów” i „nowej okupacji”. Taka polska prawicowa narracja o zakończeniu drugiej wojny światowej jest zbliżona do narracji niemieckich neonazistów i nacjonalistów ukraińskich. Natomiast oficjalna narracja historyczna Republiki Federalnej Niemiec i środowisk demokratycznych w tym państwie jest inna. Tam – poza środowiskami neonazistowskimi i nacjonalistycznymi – mówi się o wyzwoleniu Niemiec w 1945 r. spod okupacji nazistowskiej. Tam dzień 8 maja, który w Polsce został zepchnięty na margines jako „rocznica zakończenia drugiej wojny światowej”, jest obchodzony jako święto wyzwolenia Niemiec spod rządów nazistowskich (w tym roku był to jednorazowo dzień wolny od pracy). Niezależnie od tego co działo się w Niemczech po wojnie – tzn. okupacji Niemiec przez aliantów do 1949 r., w tym brutalnego charakteru okupacji radzieckiej, a potem trwającego do 1990 r. podziału na NRD i RFN – uważa się tam, że kraj ten został wyzwolony w 1945 r. przez aliantów spod panowania hitlerowskiego.

Niemiecka polityka historyczna stoi na stanowisku, że rządy nazistowskie w latach 1933-1945 były czymś gorszym od tego co spotkało Niemcy po 1945 r. i co było konsekwencją wywołanej i przegranej przez Hitlera drugiej wojny światowej. Demokratyczne, czyli dominujące w RFN środowiska polityczne uważają nazizm za największe nieszczęście w historii Niemiec. Dlatego ci, którzy uwolnili Niemcy spod panowania Führera i NSDAP zasługują na niemiecką wdzięczność. Dlatego w Berlinie, w dzielnicy Tiergarten, stoi monumentalny pomnik wdzięczności Armii Czerwonej – wzniesiony wraz z kolumnadą z resztek muru po hitlerowskiej Kancelarii Rzeszy (drugi taki pomnik stoi w Treptower Park). Dlatego w 1972 r. w berlińskim Volkspark Friedrichshain odsłonięto Pomnik Żołnierza Polskiego i Niemieckiego Antyfaszysty. Po 1990 r. nie zdjęto z tego pomnika godeł PRL i NRD, co w dzisiejszej Polsce byłoby nie do pomyślenia. Dlatego w Berlinie stanął jeszcze jeden pomnik żołnierzy Wojska Polskiego utworzonego w ZSRR i walczącego w latach 1943-1945 na froncie wschodnim.

Odsłonięcie tego pomnika w dniu 1 września 2020 r. nie stało się główną informacją dnia polskich mediów. O uroczystości w berlińskiej dzielnicy Charlottenburg poinformowała jedynie Polska Agencja Prasowa w krótkiej notatce autorstwa red. Elżbiety Bieleckiej. Dowiedzieliśmy się z niej, że jest to pomnik „wdzięczności żołnierzom polskim biorącym udział w wyzwoleniu Berlina w 1945 r.”, a także, że trzymetrowa instalacja autorstwa rzeźbiarki Anny Kaufmann ma formę flagi z planem przedstawiającym walki żołnierzy polskich w czasie bitwy o Berlin oraz tekstem w językach niemieckim i polskim.

Napis w obu tych językach głosi: „Pamięci Żołnierzy i Kobiet-Żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego, uczestników bitwy o Berlin w 1945 r., walczących jako część Koalicji Antyhitlerowskiej w dzielnicach Charlottenburg i Tiergarten o wyzwolenie Polski i Europy od faszyzmu. Gmachy ówczesnej Politechniki, wyzwolonej 2 maja 1945 r. przez 1. Warszawską Dywizję Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, stanowiły jeden z najsilniejszych nazistowskich punktów oporu na drodze do Kancelarii Rzeszy”.

„Walczących jako część Koalicji Antyhitlerowskiej…” Tego nie potrafi zrozumieć polska polityka historyczna, która deprecjonuje tych żołnierzy. „Walczących o wyzwolenia Polski i Europy od faszyzmu…” Te słowa są wręcz policzkiem dla polskiego prawicowego antykomunizmu.

W uroczystości odsłonięcia pomnika wziął udział ambasador Polski w RFN Andrzej Przyłębski. Powiedział on m.in.: „Tablica pamięci, która przypomina, że polscy żołnierze odegrali tak ważną rolę w wyzwalaniu Berlina, jest dla nas czymś bardzo cennym”. Tak? To jak ta deklaracja pana ambasadora ma się do polityki historycznej rządu, który pan ambasador reprezentuje? W wyniku tej polityki historycznej także pamięć o Wojsku Polskim walczącym na froncie wschodnim stała się ofiarą przyjętej przez Zjednoczoną Prawicę tzw. ustawy dekomunizacyjnej, czyli ustawy z 1 kwietnia 2016 r. o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej. Na mocy tej ustawy zmieniono nazwy ulic noszących za patronów dowódców Wojska Polskiego na froncie wschodnim i zlikwidowano ich pomniki (przy czym np. pomnik gen. Zygmunta Berlinga w Warszawie zniszczyła grupa Adama Słomki za aprobatą władz).

Na portalu Warszawa-Nasze Miasto (www.warszawa.naszemiasto.pl) można było przeczytać 18 stycznia 2018 r.: „Pomnik kościuszkowców skończył 34 lata. I nadal budzi kontrowersje”. Chodziło o pomnik żołnierzy 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki na warszawskiej Pradze, będący od lat przedmiotem ataków ze strony dekomunizatorów. W takim z reguły tonie pisze się w Polsce o Wojsku Polskim na froncie wschodnim.

W maju 2019 r. radna PiS Olga Semeniuk zażądała usunięcia z warszawskiego Muranowa pomnika żołnierzy 1 Armii WP, którzy przecież szli na pomoc powstaniu warszawskiemu. W uzasadnieniu radna Semeniuk napisała: „Władze RP nazwały te jednostki formacjami powołanymi do życia przez Rząd Sowiecki pod polską nazwą, oddzielając polityczny wymiar ich wykorzystania przez Stalina od deklarowanego zrozumienia dla losu szeregowych żołnierzy”. Odwołując się do publicystyki IPN radna Semeniuk stwierdziła, że pomnik żołnierzy 1 Armii WP „nie jest związany z polskością” i powinien być, tak jak pomnik wdzięczności żołnierzom Armii Czerwonej w parku Skaryszeweskim „usunięty bądź przesunięty”.

Przykładów takich inicjatyw i takiego myślenia, także w publicystyce i działalności IPN, można by podać oczywiście więcej. Taki tok myślenia zapoczątkował wkrótce po 1989 r. były działacz Solidarności oraz Ruchu Wolność i Pokój Jacek Szymanderski, który jako mianowany przez rząd Mazowieckiego dyrektor Ośrodka Badania Opinii Publicznej wprowadził do obiegu termin „polskojęzyczne formacje Armii Czerwonej” na określenie Wojska Polskiego walczącego na froncie wschodnim. Kropkę nad i postawił jeden z głównych architektów polityki historycznej Zjednoczonej Prawicy dr hab. Sławomir Cenckiewicz – dyrektor Wojskowego Biura Historycznego, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej i członek Rady przy Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. W wywiadzie dla magazynu „Polska Zbrojna” z 7 marca 2016 r. Cenckiewicz powiedział:

„Naszą chlubą jest oczywiście okres I wojny, wojna z bolszewikami, boje o Lwów z Ukraińcami i Wilno z Litwinami, czas międzywojnia. II wojny światowej już tak jednoznacznie nie można ocenić. Nie myślę rzecz jasna o 2 Korpusie gen. Andersa, Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, AK czy NSZ-ecie, ale ze względu na wojsko, chciałem powiedzieć polskie, ale powinienem jednak powiedzieć ludowe Wojsko Polskie, które powołał Stalin w maju 1943 roku. Trudno mi uznać tę formację za część historii naszego oręża”.

Jak to wypowiedziane przez Cenckiewicza credo polityki historycznej Zjednoczonej Prawicy ma się do pięknych słów wypowiedzianych przez ambasadora Przyłębskiego podczas uroczystości odsłonięcia niemieckiego pomnika 1 Armii WP w Berlinie?

Poza słowami doceniającymi wkład 1 Armii WP w wyzwolenie Berlina ambasador Przyłębski stwierdził, że tablica upamiętniająca polskich żołnierzy powstała w tym miejscu, „choć wobec ówczesnej ludności Berlina ci żołnierze byli nastawieni właściwie wrogo”, a także odbierani byli jako wrogowie. Skąd pan ambasador może wiedzieć takie rzeczy? Jakie źródła historyczne potwierdzają, że żołnierze polscy byli nastawieni do ludności cywilnej Berlina „właściwie wrogo”? Zwłaszcza, że dalej pan ambasador powiedział, iż powstanie upamiętnienia żołnierzy 1 Armii WP w dzielnicy Charlottenburg „dowodzi, że mieszkańcy tej dzielnicy mimo wszystko miło ich wspominali”.

W bitwie o Berlin (23 kwietnia-2 maja 1945 r.) wzięło udział 12 tys. żołnierzy polskich z 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, 2 Brygady Artylerii Haubic, 1 Samodzielnej Brygady Moździerzy i 6 Samodzielnego Batalionu Pontonowo-Mostowego. W końcowej fazie walk o Berlin żołnierze ci uczestniczyli w szturmie centrum Berlina i Kancelarii III Rzeszy. Zdobyli 36 kwartałów miasta, 7 kompleksów fabrycznych, 4 stacje metra i większą część budynków politechniki. Wzięli do niewoli około 2550 jeńców. Tylko 1 Dywizja Piechoty straciła w bitwie o Berlin 539 zabitych i rannych – 8% stanu wyjściowego. Za wzorowe wypełnianie zadań bojowych 6 Samodzielny Batalion Pontonowo-Mostowy został uchwałą rządu ZSRR z 28 maja 1945 r. odznaczony Orderem Czerwonej Gwiazdy. Najwyższymi odznaczeniami polskimi i radzieckimi odznaczono też licznych oficerów i żołnierzy polskich biorących udział w walkach o Berlin.

Rankiem 2 maja 1945 r. żołnierze polscy zawiesili trzy biało-czerwone flagi na pruskiej Kolumnie Zwycięstwa w parku Grosser Tiergarten (upamiętniającej zwycięstwa Prus nad Danią w 1864 r., Austrią w 1866 r. i Francją w 1870 i 1871 r.). Trzecią z tych flag zawiesili ppor Mikołaj Troicki, plut. Kazimierz Otap, kpr. Antoni Jabłoński oraz kanonierzy Aleksander Kasprowicz i Eugeniusz Mierzejewski. Polskie flagi zawisły też, obok radzieckich, na Bramie Brandenburskiej. Tak Polska odniosła największe zwycięstwo w swojej historii – deprecjonowane i negowane przez politykę historyczną w Polsce po 1989 r., a szczególnie po 2015 r.

Fakt upamiętnienia przez Niemców żołnierzy 1 Armii WP pokazuje jaką drogę przebyły Niemcy i naród niemiecki od upadku reżimu hitlerowskiego w 1945 r. do czasów współczesnych oraz w jakim kierunku poszły Niemcy po zjednoczeniu w 1990 r. Polska po 1989 r. poszła w kierunku zupełnie przeciwnym.

Fot. PAP/Marcin Bielecki

Bohdan Piętka

13 września 2020 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2309/2310), 13-20.09.2020, s. 7

Drugie powstanie śląskie

19 sierpnia minęła setna rocznica drugiego powstania śląskiego. Rocznica ta znalazła się w cieniu obchodzonej z wielkim rozmachem setnej rocznicy bitwy warszawskiej. Tak było również w 1920 r., kiedy drugi zryw śląski przesłoniły wydarzenia rozgrywające się w sierpniu 1920 r. pod Warszawą.

Drugie powstanie śląskie miało jednak wyraźny związek z wojną polsko-bolszewicką. Bezpośrednią przyczyną wybuchu tego powstania stały się wypadki z 17 sierpnia 1920 r., kiedy po fałszywej informacji prasy niemieckiej o zdobyciu Warszawy przez wojska bolszewickie doszło do wielkiej manifestacji niemieckiej na Rynku w Katowicach. Wiadomość o rzekomym upadku państwa polskiego wywołała euforię wśród górnośląskich Niemców. Podczas tej manifestacji miały miejsce starcia Niemców z żołnierzami francuskimi, którzy chcieli powstrzymać przemieszczenie się agresywnego tłumu z Rynku w kierunku ul. Fryderyka (Friedrichstrasse, obecnie ul. Warszawska), gdzie mieściła się siedziba powiatowego inspektora Międzysojuszniczej Komisji Rządzącej i Plebiscytowej – płk. Blancharda.

Pod komendanturą Międzysojuszniczej Komisji żołnierze francuscy oddali strzały do napierających Niemców. Stało się to po tym, kiedy z domu stojącego naprzeciw budynku komendantury ktoś rzucił granat, co prawdopodobnie było prowokacją niemiecką. Od kul żołnierzy francuskich zginęło około 10 Niemców. W odwecie bojówki niemieckie zaatakowały dom polskiego działacza narodowego i lekarza Andrzeja Mielęckiego (1864-1920), który mieszkał niedaleko miejsca, gdzie wybuchł granat. Mielęckiego wywleczono na ulicę i w bestialski sposób zabito, porzucając zwłoki obok płynącej nieopodal rzeki Rawy. Inna wersja mówi, że Mielęcki sam wyszedł na ulicę, by opatrywać rannych Niemców i wtedy został zabity przez niemieckich bojówkarzy.

Doktor Andrzej Mielęcki był delegatem na Polski Sejm Dzielnicowy w Poznaniu w 1918 r. Wchodził też w skład Powiatowej Rady Ludowej w Katowicach, a w 1919 r. kierował konspiracyjnymi kursami sanitarnymi Polskiej Organizacji Wojskowej Górnego Śląska i sprowadzał broń z Polski na Górny Śląsk. W 1920 r. został członkiem polskiego Powiatowego Komisariatu Plebiscytowego w Katowicach.

Równocześnie z zabójstwem Mielęckiego bojówki niemieckie przystąpiły do demolowania polskich sklepów przy ul. Fryderyka. Francuska komendantura Międzysojuszniczej Komisji przy ul. Fryderyka 7 została otoczona przez Niemców. Siły francuskie liczyły tylko 30-40 żołnierzy i oficerów. Dlatego wieczorem – po negocjacjach z mjr. Hansem Dihrbergiem, komendantem niemieckiej Policji Bezpieczeństwa (Sicherheitspolizei – SiPo) w Katowicach – płk Blanchard zdecydował się na opuszczenie miasta. Francuzi opuścili budynek przy ul. Fryderyka 7 w pospiechu, nie zabierając ze sobą nawet dokumentacji. Około godz. 19.00 ich kolumna odmaszerowała z wozem pancernym na czele, w którym znajdował się płk Blanchard, chroniona od ataku tłumu przez szpaler niemieckich policjantów.

W momencie, kiedy szczupłe siły francuskie opuściły miasto, Niemcy zgromadzili się przed Niemieckim Komisariatem Plebiscytowym przy ul. Dworcowej. Następnie bojówki niemieckie zaatakowały siedzibę polskiego Powiatowego Komisariatu Plebiscytowego przy obecnej ul. Plebiscytowej (wówczas Heinzelstrasse). Budynek zdemolowano i podpalono. Zginęło pięciu Polaków. Wśród rannych był m.in. polski komisarz plebiscytowy i lekarz Henryk Jarczyk (1889-1949). Nocą trwały dewastacje polskich sklepów w centrum miasta. Tłumy Niemców – przekonanych o upadku Polski – manifestowały radość na ulicach wznosząc okrzyki przeciw Francuzom i Polakom.

Na terror niemiecki Polska Organizacja Wojskowa Górnego Śląska odpowiedziała powstaniem. Jego wybuch nastąpił w skrajnie niekorzystnych warunkach politycznych. Zagrożenie państwa polskiego przez kontrofensywę bolszewików, która doszła do Warszawy, nie dawało szans na wsparcie ze strony Polski. Dlatego 17 sierpnia polskie stronnictwa polityczne i związki zawodowe na Górnym Śląsku wezwały mimo wszystko do zachowania spokoju. Przeciwny wybuchowi powstania był Wojciech Korfanty (1973-1939) – Polski Komisarz Plebiscytowy na Górnym Śląsku. Przeciwne było mu także Dowództwo Główne POW GŚ. Drugie powstanie śląskie wybuchło pod naciskiem komendanta POW GŚ w powiecie katowickim Walentego Fojkisa (1894-1950), który w ten sposób chciał powstrzymać Niemców przed dalszymi atakami. On jako pierwszy ruszył ze swoim oddziałem do powstania.

18 sierpnia Korfanty uległ naciskowi Fojkisa i innych komendantów lokalnych POW GŚ (głównie z Zagłębia Dąbrowskiego) i wezwał Polaków najpierw do strajku generalnego. Wybuchł on od razu z dużą siłą. Wydobycie węgla kamiennego spadło w pierwszych dniach powstania nawet do jednej piątej wcześniejszego (ze 103 tys. ton do 18 tys. ton 23 sierpnia). Korfanty ostatecznie zgodził się na powstanie, ale w myśl jego zamierzeń miało być ono ograniczoną demonstracją zbrojną. Spowodowało to jego krytykę ze strony części dowódców POW GŚ niższego szczebla. Na tym tle doszło też do pierwszego konfliktu pomiędzy Korfantym a jego późniejszym oponentem – Michałem Grażyńskim (1890-1965), w latach 1926-1939 wojewodą śląskim z nadania Piłsudskiego.

Grażyński przyjechał na Górny Śląsk w przeddzień wybuchu drugiego powstania i spotkał się z reprezentującym Korfantego i potem wyznaczonym przez niego na dowódcę powstania kpt. Mieczysławem Paluchem (1888-1942, dowódcą pułku podczas powstania wielkopolskiego). Kiedy Korfanty zażądał zmian personalnych w POW GŚ, zostały one zablokowane przez szefa sztabu POW GŚ Alfonsa Zgrzebnioka (1891-1937) i jego zastępcę Grażyńskiego.

Terror niemiecki, który doprowadził do wybuchu drugiego powstania, narastał na długo przez wydarzeniami z 17 sierpnia 1920 r. i stawał się tym silniejszy im bardziej komplikowało się położenie militarne Polski na froncie wojny z Rosją bolszewicką. Przyczyną wściekłości nacjonalistów niemieckich było przejęcie władzy nad Górnym Śląskiem 11 lutego 1920 r. przez Międzysojuszniczą Komisję Rządzącą i Plebiscytową z siedzibą w Opolu oraz powołanie Polskiego Komisariatu Plebiscytowego. Już 12 kwietnia 1920 r. doszło do wystąpień niemieckich w Opolu przeciwko przejęciu władzy nad Górnym Śląskiem przez komisję aliancką. Do następnych wystąpień niemieckich doszło 28 kwietnia w Gliwicach. Polacy odpowiedzieli wiecami w Bytomiu, Gliwicach, Katowicach, Królewskiej Hucie (Chorzów), Mysłowicach, Pszczynie, Rudzie Śląskiej, Rybniku, Wodzisławiu i Zabrzu. Domagali się na nich likwidacji niemieckiej Policji Bezpieczeństwa, która wspomagała terror bojówek niemieckich.

3 maja 1920 r. bojówki niemieckie zaatakowały na Górnym Śląsku polskie manifestacje z okazji rocznicy Konstytucji 3 Maja. Odpowiedzią był polski strajk szkolny we wschodniej części Górnego Śląska. W nocy z 27 na 28 maja 1920 r. doszło do ataku bojówek niemieckich na Polski Komisariat Plebiscytowy w Hotelu Lomnitz w Bytomiu. Zdemolowano też siedziby powiatowych Polskich Komisariatów Plebiscytowych w Głogówku i Koźlu.

W miarę rozwoju niekorzystnej dla Polski sytuacji na froncie wojny z Rosją bolszewicką Niemcy byli coraz bardziej przekonani, że wojna ta rozstrzygnie o losach Górnego Śląska i z nadzieją oczekiwali klęski Polski. Pierwsze informacje o coraz bardziej dramatycznym położeniu wojsk polskich pojawiły się w prasie niemieckiej Górnego Śląska na początku lipca. Pisano nie tylko o polskich klęskach, ale też o jakoby powszechnym w Polsce głodzie. Kontrolowane przez niemieckich komunistów i socjaldemokratów związki zawodowe podjęły strajk i żądały, żeby wysyłany do Polski węgiel nie był używany do celów militarnych. Od początku sierpnia spodziewaną klęskę polską na froncie wschodnim Niemcy zaczęli coraz częściej otwarcie łączyć z kwestią górnośląską. Niemieckie związki zawodowe zagroziły oficjalnie 6 sierpnia strajkiem kolei w wypadku przejazdu przez Górny Śląsk transportów z pomocą materiałową dla Polski.

Już w styczniu 1920 r. minister gospodarki Rzeszy Niemieckiej Robert Schmidt (1864-1943) informował niemiecki MSZ o konieczności zacieśnienia stosunków gospodarczych z Rosją bolszewicką. W Berlinie panowało powszechne przekonanie, że Armia Czerwona po pokonaniu Polski nie przekroczy granicy Rzeszy Niemieckiej. Nie uważano tam bynajmniej, że Polska broni Europy (a więc i Niemiec) przed „nawałą bolszewicką” – jak to obecnie przedstawia polska polityka historyczna. Wręcz przeciwnie – życzono Polsce szybkiej klęski. Klęska Polski w wojnie z Rosją bolszewicką miała być tym sprzyjającym momentem, który dawał stronie niemieckiej pewność, że nie dojdzie w ogóle do plebiscytu na Górnym Śląsku, a opór miejscowych Polaków można będzie łatwo spacyfikować. Nadprezydent prowincji górnośląskiej Joseph Bitta (1856-1932) z satysfakcją informował w lipcu 1920 r. niemiecki MSZ, że gen. Henri Le Rond (1864-1949) – przewodniczący Międzysojuszniczej Komisji Rządzącej i Plebiscytowej Górnego Śląska – zgodził się, by uciekające przed bolszewikami oddziały polskie zostały internowane i rozbrojone przez wojska francusko-włoskie, podporządkowane mu jako szefowi Naczelnego Dowództwa Wojsk Sprzymierzonych na Górnym Śląsku.

Warto o tym przypomnieć dzisiaj, kiedy po 1989 r. osobę tego francuskiego generała otoczono na Górnym Śląsku jakimś przedziwnym kultem i nazwano jego imieniem główną ulicę w Dąbrówce Małej, dzielnicy Katowic. W Dąbrówce Małej mieściła się notabene siedziba dowództwa drugiego powstania śląskiego.

Wbrew nadziejom niemieckim Polska, dzięki ogromnej mobilizacji i ofiarności swojego społeczeństwa, nie poniosła jednak klęski w sierpniu 1920 r. Natomiast narastający na Górnym Śląsku terror niemiecki doprowadził do wybuchu drugiego powstania śląskiego (19 – 29 sierpnia 1920 r.). Powstanie wybuchło w nocy z 19 na 20 sierpnia 1920 r. Ogłoszono je w pięciu okręgach Polskiej Organizacji Wojskowej Górnego Śląska. Do 21 sierpnia ponad 2 tys. powstańców pod dowództwem ppor. Stanisława Krzyżowskiego (1893-1933) opanowało cały powiat pszczyński (z wyjątkiem Pszczyny, której celowo nie zajęto na rozkaz Dowództwa POW GŚ, ponieważ stacjonowały w niej wojska alianckie).

W pozostałej części Górnego Śląska powstańcy zdobyli takie m.in. miejscowości jak: Bogucice, Brzeziny Śląskie, Brzozowice-Kamień, Bytom, Czerwionka, Dąbrówka Mała, Dąbrówka Wielka, Giszowiec, Hołdunów, Janów, Miechowice, Mikołów, Murcki, Niewiadom, Nikiszowiec, Ochojec, Piekary Śląskie, Pszów, Radłów, Rozbark, Rydułtowy, Sośnica, Szopienice i Żory. Nie atakowano tylko dużych miast, w których stacjonowały wojska alianckie, jednak zajęto Hutę Baildon w Katowicach. W powiecie rybnickim powstańcy pod dowództwem Jana Wyględy (1894-1973) oraz Józefa (1900-1987) i Mikołaja Witczaków (1896-1976) opanowali teren do linii Pszów-Wodzisław Śląski-Godów. Następnie powstańcy pod dowództwem Józefa Michalskiego (1889-1947) zdobyli Wodzisław Śląski.

Cała wschodnia część Górnego Śląska, a także granica z Polską, znalazły się pod kontrolą powstańców już 20 sierpnia. Ogółem polskie powstanie objęło cały teren Górnego Śląska i wschodnią część Śląska Opolskiego. Jego sukces skłonił Międzysojuszniczą Komisję Rządzącą i Plebiscytową do rozwiązania 24 sierpnia niemieckiej Policji Bezpieczeństwa. W jej miejsce alianci postanowili utworzyć mieszaną, niemiecko-polską Policję Plebiscytową (Abstimmungspolizei – APO). W reakcji na to Korfanty wydał następnego dnia rozkaz o rozwiązaniu POW GŚ i podjął rozmowy ze stroną niemiecką w Bytomiu. 29 sierpnia ogłosił w specjalnym apelu do ludności polskiej zakończenie walk, deklarując, że cele powstania zostały osiągnięte. Zgodnie z jego intencją powstanie było ograniczoną demonstracją wojskową, która miała położyć kres terrorowi niemieckiemu na Górnym Śląsku i tak się stało.

Straty POW GŚ podczas drugiego powstania wyniosły od 150 do 180 poległych i były niższe niż podczas pierwszego powstania śląskiego w 1919 r. Niewątpliwie wpływ na to miała lepsza organizacja pomocy medycznej. W 1920 r. istniały już z góry przygotowane punkty opatrunkowe. W miastach opanowanych przez powstańców zorganizowano prowizoryczne lazarety, a część rannych powstańców ewakuowano do Polski, do Sosnowca, ambulansami Polskiego Czerwonego Krzyża. Polska – zajęta wojną z Rosją bolszewicką – nie mogła udzielić innej pomocy powstaniu i nie udzieliła żadnej pomocy wojskowej.

Drugie powstanie śląskie było jednym z sześciu zwycięskich powstań polskich obok dwóch powstań wielkopolskich z 1806 i 1918 r., powstania lwowskiego z listopada 1918 r., powstania sejneńskiego z sierpnia 1919 r. oraz trzeciego powstania śląskiego z 1921 r.

Bohdan Piętka

28 sierpnia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 35-36 (2307/2308), 30.08-6.09.2020, s. 13

Mikołajczyk w Polsce powojennej

Pod koniec czerwca 1945 r. powrócił do Warszawy Stanisław Mikołajczyk (1901-1966) – jeden z czołowych liderów ruchu ludowego w II RP, przywódca Wielkiego Strajku Chłopskiego w 1937 r., od lipca 1943 do listopada 1944 r. premier rządu RP na uchodźstwie. Jego powrót do kraju był rezultatem decyzji podjętych na konferencji w Moskwie (17-21 czerwca 1945 r.) w sprawie utworzenia Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, w której osobiście uczestniczył. W rządzie tym Mikołajczyk objął tekę premiera oraz ministra rolnictwa i reform rolnych, a związani z nim ludowcy – Władysław Kiernik i Czesław Wycech – objęli teki ministrów administracji publicznej oraz oświaty. W następstwie powrotu Mikołajczyka do Polski doszło 8 lipca 1945 r. do ujawnienia w Warszawie konspiracyjnego Stronnictwa Ludowego „Roch” – jednej z czterech głównych partii politycznych Polski Podziemnej – stojącego w opozycji do prokomunistycznego Stronnictwa Ludowego, które w 1944 r. weszło w skład PKWN, a potem Rządu Tymczasowego.

12 lipca 1945 r. powołano Tymczasowy Komitet Wykonawczy Stronnictwa Ludowego (niekomunistycznego), który wyłonił prezydium partii. Prezesem został nestor ruchu ludowego Wincenty Witos, a pierwszym wiceprezesem Stanisław Mikołajczyk. Wobec poważnego stanu zdrowia Witosa (zmarł 31 października 1945 r.) kierownictwo stronnictwa od początku spoczęło w rękach Mikołajczyka. Dla odróżnienia od Stronnictwa Ludowego współpracującego z PPR (zwanego przez oponentów „lubelskim”) i w związku z brakiem porozumienia z jego kierownictwem w sprawie zjednoczenia, niekomunistyczne Stronnictwo Ludowe przekształcono 22 sierpnia 1945 r. na konferencji w Krakowie w Polskie Stronnictwo Ludowe. Do jego szeregów przeszła większość członków „lubelskiego” SL. Formalnie Stanisław Mikołajczyk został wybrany na prezesa Rady Naczelnej PSL podczas I Kongresu tej partii, który obradował w Warszawie w dniach 19-22 stycznia 1946 r.

W listopadzie 1945 r. PSL zrzeszało już 200 tys. członków, w styczniu 1946 r. – 540 tys., a w maju 1946 r. – 800 tys., stając się najliczniejszą partią polityczną w ówczesnej Polsce. Wokół PSL skupiły się wszystkie siły opozycyjne wobec komunistów, które chciały działać legalnie w powojennej rzeczywistości politycznej. Stało się to powodem ataków i szyderstw ze strony propagandy PPR, która zarzucała PSL, że jest partią zrzeszającą „chłopów z Marszałkowskiej”. Władze komunistyczne zignorowały wniosek o legalizację Stronnictwa Narodowego, odmówiły zalegalizowania utworzonej w październiku 1945 r. przez Zygmunta Żuławskiego Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej oraz sprowokowały rozłam w Stronnictwie Pracy, co doprowadziło do zawieszenia 18 lipca 1946 r. działalności tej partii przez jej Zarząd Główny. PSL został wtedy jedyną partią legalnej opozycji politycznej.

Program PSL opierał się na ideologii agraryzmu, odwoływał do wartości chrześcijańskich i zakładał szukanie trzeciej drogi pomiędzy kapitalizmem a socjalizmem. Mikołajczyk i jego partia odrzucali też otwarcie dyktaturę proletariatu i tzw. kierowniczą rolę PPR. Z tego powodu od razu stali się przedmiotem ataków ze strony skupionego wokół PPR obozu władzy. Ataki te nasiliły się, kiedy 22 lutego 1946 r. Mikołajczyk odrzucił propozycję startu PSL w wyborach parlamentarnych z jednej listy razem z PPR i jej satelitami, co spowodowało opuszczenie przez PSL Centralnej Komisji Porozumiewawczej Stronnictw Demokratycznych.

Mikołajczykowskie PSL konsekwentnie stało na stanowisku realizacji postanowień jałtańskich w kwestii przeprowadzenia w Polsce demokratycznych wyborów oraz przestrzegania w państwie zasad praworządności. Dlatego domagało się likwidacji Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i wielokrotnie stanowczo sprzeciwiało się terrorowi UB, MO, KBW i ORMO. Ofiarami tego terroru stali się także członkowie PSL, z których kilkadziesiąt tysięcy zostało aresztowanych w latach 1945-1947, a co najmniej 146 skrytobójczo zamordowanych. Głośny był protest Stanisława Mikołajczyka wobec sfałszowania przez władze wyborów do Sejmu Ustawodawczego z 19 stycznia 1947 r. PSL otrzymało wówczas tylko 28 mandantów na 444. Unieważniono listy PSL w 10 okręgach na 52 i nie dopuszczono przedstawicieli PSL do 4,2 tys. na 5,5 tys. komisji wyborczych, co umożliwiło sfałszowanie wyborów. Podczas powyborczej konferencji prasowej, gdy Mikołajczyk mówił o fałszerstwach, sekretarz generalny KC PPR Władysław Gomułka odpowiedział mu szyderczo: „Leć pan na skargę do Churchilla”.

Omawiając sytuację polityczną w Polsce w latach 1945-1947 najczęściej przytacza się te fakty, czyli mówi się o tym przeciw czemu byli Stanisław Mikołajczyk i PSL. Byli przeciwko budowaniu w Polsce monopartyjnej dyktatury komunistycznej. Rzadziej zwraca się uwagę na to za czym byli, czyli w czym stanowisko Mikołajczyka i PSL było zbliżone do stanowiska Bloku Demokratycznego, a więc PPR i jej satelitów.

Przede wszystkim Mikołajczyk i PSL opowiadali się, tak jak i obóz skupiony wokół PPR, za granicą na Odrze i Nysie Łużyckiej. Podczas referendum z 30 czerwca 1946 r. PSL wezwał do głosowania „nie” jedynie na pierwsze pytanie dotyczące likwidacji Senatu. Nie wezwał natomiast – tak jak najbardziej radykalna część podziemia antykomunistycznego – do głosowania „nie” również na pytania drugie i trzecie dotyczące powojennych reform społecznych oraz granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej.

O wytyczeniu polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej zadecydowała ostatnia konferencja Wielkiej Trójki, która odbyła się Poczdamie w dniach 17 lipca-2 sierpnia 1945 r. W delegacji polskiej na konferencję w Poczdamie znaleźli się prezydent KRN Bolesław Bierut (formalnie bezpartyjny, faktycznie PPR), wiceprezydent KRN Stanisław Grabski (bezpartyjny, nestor endecji), premier Edward Osóbka-Morawski (PPS), wicepremier Władysław Gomułka (PPR), wicepremier Stanisław Mikołajczyk, minister spraw zagranicznych Wincenty Rzymowski (SD), wiceminister spraw zagranicznych Zygmunt Modzelewski (PPR) i marszałek Michał Rola-Żymierski. Wicepremier Mikołajczyk uczestniczył podczas konferencji poczdamskiej w kluczowych spotkaniach delegacji polskiej z przedstawicielami Wielkiej Trójki i był współautorem stanowiska Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej w sprawie polskiej granicy zachodniej. Stanowisko to – odwołujące się do praw historycznych – sprowadzało się do tezy, że granica Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej ze Szczecinem po stronie polskiej jest ważna nie tylko z ekonomicznego punktu widzenia, ale także z punktu widzenia wymogów bezpieczeństwa państwa.

Problem granicy zachodniej został rozstrzygnięty w Poczdamie pomyślnie dla Polski przede wszystkim dzięki nieugiętej postawie Stalina, który widział na Odrze i Nysie Łużyckiej zachodnią granicę bezpieczeństwa ZSRR, ale również dzięki jednomyślności i nieustępliwości delegacji polskiej.

Mikołajczyk popierał także szybkie zagospodarowanie Ziem Odzyskanych i scalenie ich z Polską. Na tym tle doszło jednak do ostrego sporu pomiędzy nim a PPR. Mikołajczykowski PSL sprzeciwił się powołaniu Ministerstwa Ziem Odzyskanych na czele z przywódcą PPR Władysławem Gomułką. Gdy resort ten został mimo to utworzony 13 listopada 1945 r., władze PSL domagały się jego likwidacji. Na niechęć ludowców do MZO wpływał z jednej strony fakt, iż ograniczało ono zakres działania Ministerstwa Administracji Publicznej, kierowanego przez polityka PSL Władysława Kiernika. Z gestii MAP wyłączono bowiem podległy mu dotychczas Państwowy Urząd Repatriacyjny. Z drugiej strony ludowcy Mikołajczyka zdawali sobie sprawę, że Ministerstwo Ziem Odzyskanych będzie w ręku PPR narzędziem kształtowania politycznego oblicza ziem nowo wcielonych do Polski. Dlatego w sytuacji zaostrzającej się walki pomiędzy PSL a PPR sprzeciwili się utworzeniu MZO, a potem żądali jego likwidacji. Nie zmienia to faktu, że w zagospodarowaniu Ziem Odzyskanych uczestniczyły także tysiące szeregowych członków PSL.

Mikołajczyk nie oponował również przeciw ustanowieniu wschodniej granicy Polski w oparciu o linię Curzona. 16 sierpnia 1945 r. uczestniczył w Moskwie wraz z premierem Osóbką-Morawskim, Bolesławem Bierutem i Hilarym Mincem w podpisaniu umowy granicznej pomiędzy Polską a ZSRR, która wytyczyła istniejącą do dzisiaj wschodnią granicę Polski.

Mikołajczykowskie PSL w zasadzie nie sprzeciwiało się dwóm kluczowym reformom społeczno-gospodarczym, jakie przeprowadzono w Polsce w latach 1944-1946, czyli reformie rolnej i nacjonalizacji przemysłu. Miało jednak inne wizje tych reform niż PPR. Reforma rolna była kluczowym postulatem różnych nurtów ruchu ludowego w dwudziestoleciu międzywojennym. Nie potrafiły jej jednak przeprowadzić władze II RP, zwłaszcza władze sanacyjne, które po 1926 r. całkowicie ją zarzuciły. Reformę rolną przeprowadził dopiero PKWN, w czym już w 1944 r. uzyskał poparcie części ruchu ludowego („lubelskiego” SL). Mikołajczyk i PSL rozumieli historyczną i społeczno-ekonomiczną doniosłość tego aktu, który oznaczał zerwanie z półfeudalną i antyrozwojową strukturą społeczną Polski przedwojennej. Dlatego parcelacja majątków ziemskich zyskała poparcie PSL. Krytykowano jedynie tworzenie zbyt małych gospodarstw. Mikołajczykowski PSL opowiadał się za tworzeniem silnych ekonomicznie gospodarstw rodzinnych o powierzchni 5-20 ha.

Pod ustawą Krajowej Rady Narodowej z 3 stycznia 1946 r. o przejęciu na własność państwa podstawowych gałęzi gospodarki narodowej znalazł się podpis m.in. wicepremiera Mikołajczyka. Program PSL opowiadał się bowiem za upaństwowieniem kluczowych gałęzi przemysłu. Postulował jednak wyłączenie z nacjonalizacji średnich przedsiębiorstw i niektórych dziedzin gospodarki. W tym różnił się od PPR, która zmierzała do jak najszerszej nacjonalizacji, urzeczywistnionej ostatecznie przez Hilarego Minca podczas tzw. bitwy o handel w latach 1947-1949.

„Głównym celem przebudowy społecznej – stwierdzał program PSL – jest zdobycie dla warstw ludowych wyższego poziomu dobrobytu przy swobodnym, wszechstronnym rozwoju kulturalnym. Monopolistyczna gospodarka państwowa może zmuszać robotników do godzenia się z niską stopą życiową i zagrażać im nowym przymusem i naciskiem ze strony państwowej administracji gospodarczej”. Prorocze to były słowa. Z kolei PSL-owska „Gazeta Ludowa” pisała w 1946 r.: „Jesteśmy za upaństwowieniem kluczowych przemysłów, mających podstawowe znaczenie dla gospodarstwa narodowego (…). Z rosnącym niepokojem patrzymy na ten rozmach etatystyczny, który prowadzi gospodarkę naszą na fałszywy tor, ułożony ze stosów urzędowych papierków na podkładach nędzy”.

Wicepremier Mikołajczyk sprzeciwiał się m.in. upaństwowieniu zakładów graficznych i drukarń, widząc w tym zagrożenie dla wolności słowa. Zamiast upaństwowienia przedsiębiorstw (poza przemysłem ciężkim, wydobywczym i energetycznym) PSL postulował ich uspołecznienie w ramach spółdzielczości i samorządu gospodarczego. Było to bliskie postulatom części ruchu socjalistycznego, zwłaszcza nielegalnej PPS-WRN. Niemożliwe jednak do realizacji w warunkach geopolitycznych Polski po 1945 r., które implikowały przyjęcie radzieckiego wzorca ustrojowego.

Propaganda PPR zarzucała Mikołajczykowi i PSL popieranie zbrojnego podziemia antykomunistycznego i utrzymywanie z nim bliskich związków. W rzeczywistości Mikołajczyk odrzucał linię polityczną podziemia zbrojnego, którą zwięźle wyrażała znana rymowanka: „Jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa. Druga mała, ale silna i wrócimy też do Wilna”. Na zjeździe wojewódzkim PSL w Warszawie pod koniec listopada 1945 r., w którym wzięło udział 2 tys. delegatów, Stanisław Mikołajczyk potępił bratobójcze mordy dokonywane przez czczone dzisiaj Narodowe Siły Zbrojne i nieprzejednaną postawę emigracji. Oświadczył też, że PSL pragnie sojuszu z ZSRR i współpracy ze wszystkimi partiami w kraju, ale na zasadzie równości.

Wymowne jest, że Mikołajczyk głosował na posiedzeniu rządu 26 września 1946 r. za uchwałami pozbawiającymi obywatelstwa polskiego gen. Władysława Andersa oraz 75 generałów i wyższych oficerów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, którzy wstąpili do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia. Mało tego – te uchwały były inicjatywą Mikołajczyka. Wypominał mu to później gen. Anders w swoich wspomnieniach.

W dniach 22-27 września 1947 r. odbyła się w Szklarskiej Porębie tajna konferencja dziewięciu partii komunistycznych i robotniczych, na której przedstawiciel WKP(b) Andriej Żdanow zarządził w imieniu Stalina zimnowojenną wrogość wobec Zachodu i komunistyczną dyscyplinę w bloku wschodnim. Był to początek stalinizmu w Polsce i innych krajach bloku. Na wstępie przystąpiono do rozprawy z partiami ruchu ludowego w Bułgarii, Czechosłowacji, Rumunii i na Węgrzech. W drugiej kolejności – do tzw. jednoczenia ruchu robotniczego, czyli likwidacji lub marginalizacji partii socjalistycznych i socjaldemokratycznych. Dla PSL w Polsce także nie było już miejsca.

W październiku 1947 r. Mikołajczyk otrzymał poufną informację, że wkrótce ma zostać pozbawiony immunitetu poselskiego i aresztowany. Prawdopodobnie ostrzegł go Bolesław Drobner z PPS. Oficjalnym powodem aresztowania miała być nota brytyjska skierowana rzekomo do Mikołajczyka podczas konferencji w Poczdamie. W nocie tej strona brytyjska miała popierać domaganie się przez Polskę Szczecina, a Mikołajczykowi miano zarzucić, że ją zataił. Najprawdopodobniej dokument ten spreparowały radzieckie służby specjalne. Dzięki pomocy ambasady USA Stanisław Mikołajczyk uciekł z Polski 21 października 1947 r.

Miesiąc później – 21 listopada 1947 r. – Rada Ministrów pozbawiła go obywatelstwa polskiego (rząd PRL przywrócił mu je pośmiertnie 15 marca 1989 r.). Za swoją działalność w Polsce w latach 1945-1947 był ostro atakowany na emigracji, zwłaszcza przez gen. Andersa i radykalnych antykomunistów. Najbardziej zajadłe kręgi emigracji nazywały go „kawalerem jałtańskim”. Zmarł 13 grudnia 1966 r. w Waszyngtonie. W 2000 r. jego prochy sprowadzono do Poznania i pochowano na Cmentarzu Zasłużonych Wielkopolan.

W 1945 r. Stanisław Mikołajczyk powiedział: „Jeśli miałbym wybierać między Polską komunistyczną i żadną, to wybiorę tę pierwszą jako mniejsze zło”. Z kolei w rozmowie z Williamem Averellem Harrimanem, ambasadorem USA w ZSRR, stwierdził: „To, czego chcę, to ocalenie pewnej porcji wolności, tak aby naród polski mógł przetrwać najgorszy okres, który mamy przed sobą”. W tych słowach wyrażał się jego realizm polityczny, który nakazał mu podjąć próbę działalności legalnej w warunkach Polski pojałtańskiej.

Czy jego klęska polityczna w 1947 r., nieunikniona w warunkach stalinizacji, świadczy o tym, że nie miał racji, że jego realizm był błędem? Nie, ponieważ nie chodziło mu o siebie, ale o naród polski, któremu dał w latach 1945-1947 polityczny drogowskaz. Gloryfikowana dzisiaj walka zbrojna powojennego podziemia była w ówczesnych realiach drogą donikąd, co najwyżej drogą do powtórzenia katastrofy powstania warszawskiego. Nie ona zadecydowała o losach Polski. Do ewolucyjnej transformacji PRL z państwa monopartyjnej dyktatury w państwo demokratyczne i z państwa podległego w niepodległe nie doprowadzili Żołnierze Wyklęci. Transformacja ta, trwająca od 1956 do 1989 r., była dziełem z jednej strony reformatorskiego skrzydła PZPR, a z drugiej strony demokratycznej opozycji z lat 70-tych i 80-tych XX w., której drogę wytyczył w latach 1945-1947 PSL Mikołajczyka.

Bohdan Piętka

23 sierpnia 2020 r.

„Przegląd” nr 34 (1076), 17-23.08.2020, s 36-38

Gotartowiccy bohaterowie Górnego Śląska

Gotartowice są dzisiaj dzielnicą Rybnika. Przez większą część swojej historii, sięgającej XIII w., były jednak samodzielną osadą rolniczą. Od 1792 r. we wsi rozwijało się hutnictwo. Początkowo dzięki inwestycjom państwa pruskiego, później przeszło w ręce prywatne – oczywiście niemieckie. Pod koniec XIX w. huta gotartowicka funkcjonowała pod nazwą Pierwsze Górnośląskie Zakłady Naczyń Emaliowanych. Ludność Gotartowic była od zawsze polska. Brała czynny udział we wszystkich trzech powstaniach śląskich. Według spisu przeprowadzonego 1 grudnia 1910 r., 88,9% mieszkańców Gotartowic posługiwało się językiem polskim.

Podczas plebiscytu 20 marca 1921 r. w Rybniku 71% uprawnionych do głosowania (4714 osób) głosowało za Niemcami. Jednakże w powiecie rybnickim 65% ważnych głosów (52347) oddano za przyłączeniem do Polski, natomiast 35% (27919) za pozostaniem w Niemczech. W Gotartowicach odsetek głosujących za Polską wyniósł 91,2% (488 na 535 ważnych głosów). Podczas III powstania śląskiego powstańcy wkroczyli do Rybnika wczesnym rankiem 3 maja 1921 r. W ciągu godziny cały Rybnik znalazł się w rękach polskich z wyjątkiem szpitala psychiatrycznego, gdzie Niemcy stawiali opór przez 11 dni. Duża część polskich powstańców w powiecie rybnickim pochodziła z Gotartowic.

3 lipca 1922 r. przed rybnickim starym ratuszem podpisane zostały dwa dokumenty – akt przejęcia przyznanej Polsce części Górnego Śląska oraz protokół dotyczący przekazania Rybnika i powiatu rybnickiego władzom polskim. 4 lipca 1922 r. do Rybnika i powiatu rybnickiego – jako ostatniej strefy obszaru plebiscytowego Górnego Śląska – wkroczyli żołnierze 3. Pułku Strzelców Podhalańskich.

Ponownie powiat rybnicki znalazł się w rękach niemieckich po agresji hitlerowskiej na Polskę 1 września 1939 r. Wkraczające do Rybnika oddziały Wehrmachtu były entuzjastycznie witane przez zhitleryzowaną ludność niemiecką, ale gorące polskie serca z Gotartowic wkrótce dały znać o sobie. Miejscowość ta zapisała męczeńską i bohaterską kartę w dziejach polskiego ruchu oporu podczas drugiej wojny światowej, która poza ziemią rybnicką jest mało znana.

W 1940 r. w Gotartowicach powstała Polska Tajna Organizacja Powstańcza. Jej założycielami byli młodzi robotnicy i harcerze z XIII Drużyny Harcerzy im. Witolda Regera w Gotartowicach, pochodzący z rodzin powstańców śląskich: Alojzy Frelich (pierwszy komendant), Ernest, Franciszek i Paweł Buchalikowie (Franciszek i Paweł nie byli ze sobą spokrewnieni), Paweł Holek, Alojzy Mura i in. To w gronie tej młodzieży – chłopców, którzy nie mieli jeszcze 20 lat (pierwszy komendant Alojzy Frelich miał 16 lat), wychowanych w patriotycznej szkole II RP i legendzie powstań śląskich – zapadła decyzja o zorganizowaniu wsparcia finansowego dla rodzin powstańców represjonowanych przez okupanta oraz wydawaniu konspiracyjnej gazetki „Zew Wolności”.

Konspiratorzy z własnych funduszy kupili nielegalnie aparat radiowy i powielacz, a maszynę do pisania wykradli z urzędu gminy w Kłokocinie. Pierwszy numer dwustronicowego „Zewu Wolności” powstał w mieszkaniu Frelicha i nosił datę 11 lipca 1941 r. „Ojczyzna nas woła i woła nas Bóg, by święte podnieść sztandary” – pisali młodociani konspiratorzy na łamach pierwszego numeru „Zewu Wolności”. Tajną redakcję zorganizowano w mieszkaniu rodziców Pawła Holka. Gazetka ukazywała się co tydzień lub dwa tygodnie w nakładzie od 200 do 240 egzemplarzy Zawierała uzyskane z radia londyńskiego informacje o sytuacji na frontach oraz odezwy do mieszkańców i prośby o pomoc materialną dla rodzin aresztowanych powstańców. Do czasu rozbicia organizacji przez gestapo wyszło kilkadziesiąt numerów tego pisma.

Zasięg działania PTOP obejmował powiaty rybnicki, pszczyński, Mikołów, a nawet Szczakową, Koźle i Gliwice. W Boguszowicach k. Rybnika komendantem PTOP był Edward Korduła, w Rybniku – Benedykt Stajer, w Żorach – Karol Słotny, w kopalni „Jankowice” i w hucie „Silesia” – Alojzy Holek. Z czasem organizacja została podzielona na komendantury powiatowe. Komendantem na powiat rybnicki został Ferdynand Neuman, przedwojenny oficer WP. W maju 1942 r. PTOP liczyła około 500 członków, skupionych w 50 placówkach. Podstawowe komórki organizacji liczyły od 3 do 6 ludzi i podlegały komendantom powiatowym oraz okręgowym.

Podstawowym zadaniem konspiracyjnym PTOP była pomoc finansowa dla rodzin aresztowanych przez gestapo powstańców śląskich. Od listopada 1941 do kwietnia 1942 r. opieką otoczono 109 rodzin powstańczych, w tym 30 najbiedniejszych, które otrzymywały miesięczne zapomogi w wysokości 30 marek. Fundusze pochodziły z dobrowolnego opodatkowania się na ten cel konspiratorów PTOP. Kolejnym zadaniem PTOP była rozbudowa sieci kolportażu „Zewu Wolności”. Kolportaż pisma, które szybko zdobyło uznanie ludności polskiej na ziemi rybnickiej i docierało nawet do Pszczyny i Bielska, organizowała młodzież harcerska i robotnicza, w tym m.in.: Ernest Buchalik, Jan Emrych, Paweł Holek, Paweł Juraszczyk, Bolesław Kocztorz, Edward Korduła, Sylwester Kula, Benedykt Stajer, Walenty Sojka i Bolesław Śpiewok (uczeń z Żor i młodociany poeta).

Ponadto PTOP prowadziła akcję propagandową wśród tysięcy polskich robotników zatrudnionych przy budowie niemieckich fabryk zbrojeniowych w Łabędach, Koźlu i Kędzierzynie oraz akcję sabotażową w przemyśle niemieckim, którą kierował Franciszek Buchalik. Akcja sabotażowa w przemyśle miała charakter ograniczony, żeby nie spowodować odwetowych represji niemieckich na ludności polskiej.

W styczniu 1941 r. powstał przy placówce PTOP w Gotartowicach zalążek oddziału partyzanckiego, liczącego 12 ludzi. Grupę tę tworzyły osoby zagrożone powołaniem do Wehrmachtu. Dowódcą oddziału został harcerz Jerzy Klejnot, który zginął wraz z innym partyzantem przy wysadzaniu mostu kolejowego na linii Rybnik-Żory. Nawiązano też kontakty konspiracyjne z mieszkańcami Szczakowej, by utworzyć siatkę przerzutową do Generalnego Gubernatorstwa dla dezerterów z armii niemieckiej.

We wrześniu 1941 r. jeden z egzemplarzy „Zewu Wolności” dostał się w ręce gestapo. Od tego czasu hitlerowska policja zaczęła szukać redakcji tajnego pisma. W nocy z 22 na 23 maja 1942 r. kordon policji niemieckiej otoczył Gotartowice, a do miejscowości wkroczyło gestapo. Podczas próby aresztowania, w wyniku wymiany strzałów, zginął ostatni komendant PTOP – 21-letni Paweł Holek. W obławie aresztowano 18 członków PTOP – 15 mężczyzn i trzy kobiety. W czasie rewizji w mieszkaniu rodziców Pawła Holka gestapo znalazło w skrytce na strychu wykaz części członków organizacji. To doprowadziło wkrótce do drugiej obławy, w wyniku której zatrzymano dalsze 62 osoby. Natomiast w trzeciej obławie ujęto 72 osoby. Ogółem 149 konspiratorów PTOP trafiło do zastępczego więzienia policyjnego w Mysłowicach, czyli śląskiego Pawiaka. Wielu z nich zginęło następnie w KL Auschwitz. Śmierć znaleźli tam m.in.: Ernest Buchalik, Paweł Juraszczyk, Bolesław Kocztorz, Sylwester Kula, Paweł Podleśny, Alojzy Smołka, Bolesław Śpiewok oraz rozstrzelani jako więźniowie policyjni pod Ścianą Śmierci: Jan Emrych, Edward Korduła, Walenty Sojka, Benedykt Stajer. Była to młodzież w wieku 16-21 lat.

27 lipca 1942 r. w godzinach porannych gestapo przywiozło z KL Auschwitz do Gotartowic Franciszka (ur. 15 grudnia 1920 r.) i Pawła (ur. 8 października 1922 r.) Buchalików, których niemiecki sąd doraźny skazał 2 lipca 1942 r. na karę śmierci. Powieszono ich publicznie w obecności ok. 5 tys. mieszkańców Gotartowic, Rybnika i okolicznych miejscowości, zmuszonych przez policję niemiecką do przyglądania się egzekucji. Przed śmiercią zdążyli krzyknąć „Niech żyje Polska!” i „Jeszcze Polska nie zginęła!”.

Brat Franciszka, Ernest Buchalik (ur. 7 września 1925 r.) – współzałożyciel PTOP, odpowiedzialny za kolportaż „Zewu Wolności” – został deportowany do KL Auschwitz 17 lipca 1942 r. Oznaczono go numerem więźniarskim 47692. Zginął w obozie 5 września 1942 r., na dwa dni przed siedemnastymi urodzinami. Matka Ernesta i Franciszka Buchalików – Franciszka – działaczka Towarzystwa Polek i uczestniczka konspiracji w PTOP – została deportowana do KL Auschwitz 15 września 1942 r. i oznaczona numerem więźniarskim 19714. Zginęła w obozie 16 października 1942 r. Ojciec Wilhelm (1897-1939) – uczestnik trzech powstań śląskich i działacz Związku Powstańców Śląskich – został aresztowany przez gestapo we wrześniu 1939 r. i wkrótce zamordowany.

W raporcie sporządzonym 26 października 1942 r. na polecenie szefa Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w Prowincji Górnośląskiej, SS-Obersturmbannführera Rudolfa Mildnera, napisano mi.in., że podczas rewizji w mieszkaniu rodziców Pawła Holka znaleziono pistolet wojskowy z ośmioma nabojami, części karabinu z nabojami, powielacz, maszynę do pisania, radio, paczkę bibuły, znaczną ilość gotowych egzemplarzy „Zewu Wolności” i 519 marek niemieckich. Wedle tego raportu niemiecki sąd doraźny skazał na karę śmierci także należących do PTOP robotników ze Szczakowej: Antoniego Marszałka, Jana Tekielaka, Mieczysława Tekielaka i Edwarda Wagnera. Rozstrzelano ich 2 lipca 1942 r. pod Ścianą Śmierci w KL Auschwitz. Ponadto 17 członków PTOP, którzy mieli obywatelstwo niemieckie, przekazano do postępowania specjalnego i również rozstrzelano w KL Auschwitz.

Pierwszy komendant organizacji – Alojzy Frelich – został ujęty 22 czerwca 1942 r. na terenie Austrii podczas próby przekroczenia granicy niemiecko-szwajcarskiej. Od marca 1942 r. ukrywał się przed poborem do Wehrmachtu, dzięki czemu uniknął schwytania podczas majowej obławy w Gotartowicach. Aresztowanie pod fałszywym nazwiskiem Kolecki ocaliło mu życie. Został osadzony w KL Flossenbürg (nr więźniarski 2251), a następnie w KL Mauthausen (nr więźniarski 56625) i KL Mauthausen-Gusen, gdzie doczekał wyzwolenia w dniu 5 maja 1945 r.

Po wyzwoleniu Frelich powrócił do Gotartowic. Przez pewien czas był inwigilowany i szykanowany przez aparat bezpieczeństwa. W końcu znalazł zatrudnienie w pionie inwestycyjnym Rybnickiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego. W latach 60-tych ukończył Technikum Budowlane w Raciborzu. Przez kilka kadencji pracował też w Zarządzie Związku Zawodowego Górników. Jako społecznik udzielał się m.in. w ZBOWiD.

Współtworzona przez niego Polska Tajna Organizacja Powstańcza była jedną z najważniejszych polskich organizacji konspiracyjnych na Górnym Śląsku podczas okupacji niemieckiej. W jej szeregach znalazła się młodzież robotnicza i harcerska, która pragnęła polskiego Górnego Śląska i za to pragnienie złożyła najwyższą ofiarę. Przypomina o tym dzisiaj pomnik w miejscu egzekucji Franciszka i Pawła Buchalików, odsłonięty 20 września 2003 r., oraz lotnisko Aeroklubu Rybnickiego Okręgu Węglowego w Gotartowicach nazwane ich imieniem.

Bohdan Piętka

„Myśl Polska” nr 33-34 (2305/2306), 16-23.08.2020, s. 13

Wielka Trójka a powstanie warszawskie

Wybitny historyk Paweł Jasienica napisał, że powstanie warszawskie było „militarnie skierowane przeciw Niemcom, politycznie przeciw ZSRR, faktycznie przeciw Polsce”. Pomyślane przez jego inicjatorów z Komendy Głównej AK jako krótkotrwała demonstracja zbrojna, która miała doprowadzić do uznania przez Stalina władz Polski Podziemnej, stało się największą polską klęską militarną i polityczną podczas drugiej wojny światowej oraz niewyobrażalną katastrofą humanitarną. Szanse na realizację wspomnianego wyżej celu politycznego w świetle polityki Wielkiej Trójki wobec Polski w latach 1943-1944 były znikome.

Punktem zwrotnym w anglo-amerykańsko-radzickiej polityce wobec Polski stała się konferencja w Teheranie (28 listopada-1grudnia 1943 r.). Doszło na niej do tajnego porozumienia przywódców trzech wielkich mocarstw odnośnie wschodniej granicy Polski. Porozumienie to realizowało postulat Moskwy oparcia tej granicy na kryterium etnicznym i wytyczenia jej na podstawie tzw. linii Curzona.

Premier Stanisław Mikołajczyk zdawał sobie sprawę, że bez aprobaty Stalina ani jego rząd, ani podziemie w kraju nie będą mogły funkcjonować na terenach wyzwolonych przez Armię Czerwoną. Wiedział jednak, że jego polityczni oponenci utratę połowy przedwojennego terytorium uznają za kolejny rozbiór Polski. W instrukcji dla podziemia z 27 października 1943 r. premier Mikołajczyk i naczelny wódz, gen. Kazimierz Sosnkowski, zalecali unikanie wszelkich konfliktów ze stroną radziecką i „przystąpienie do współpracy z dowódcami sowieckimi w razie wznowienia stosunków polsko-sowieckich”. Rozpoczęcie na początku 1944 r. przez dowództwo Armii Krajowej akcji „Burza”, czyli działań, które miały zamanifestować przed wkraczającą Armią Czerwoną praw Polski do Kresów Wschodnich oraz legalność władz podziemia podległych rządowi polskiemu w Londynie, było niezgodne ze wspomnianą instrukcją. Realizacja akcji „Burza” ujawniła jedynie wrogi stosunek Stalina do AK i zakończyła się politycznym fiaskiem tak na Wołyniu, jak i na Wileńszczyźnie (operacja „Ostra Brama”) i we Lwowie.

Premier Mikołajczyk jeszcze przed konferencją w Teheranie przedłożył rządom brytyjskiemu i amerykańskiemu memorandum, w którym stwierdził, że położenie polskiego podziemia niekomunistycznego stało się wręcz beznadziejne na skutek braku polsko-radzieckich stosunków dyplomatycznych (zerwanych przez ZSRR 25 kwietnia 1943 r. w związku z reakcją rządu polskiego na odkrycie przez Niemcy zbrodni katyńskiej).

W odpowiedzi na to memorandum premier Winston Churchill opowiadał się za wznowieniem stosunków polsko-radzieckich oraz ponownym uznaniem przez Moskwę polskiego rządu na uchodźstwie. Ceną za to musiało być jednak uznanie przez ten rząd linii Curzona za wschodnią granicę Polski. Stanowisko brytyjskie zostało zakomunikowane premierowi Mikołajczykowi, ministrowi spraw zagranicznych Tadeuszowi Romerowi i ambasadorowi Edwardowi Raczyńskiemu przez szefa brytyjskiej dyplomacji Anthony’ego Edena w dniach 20 grudnia 1943 r. i 11 stycznia 1944 r. W pierwszej rozmowie Eden powiedział politykom polskim, że on i Churchill „odnieśli w Teheranie wrażenie, że uda się coś niecoś uzyskać w sprawach polskich od rządu sowieckiego”. Odnieśli też „wrażenie”, że ZSRR będzie „obstawał” przy linii Curzona, ale z drugiej strony będzie dążył do tego, żeby Polska rozciągała się „wzdłuż całej” Odry i obejmowała Prusy Wschodnie oraz Gdańsk. W drugiej rozmowie Eden radził politykom polskim jak najszybsze zaakceptowanie żądań radzieckich. W przeciwnym razie, przestrzegał, Moskwa może ustanowić w Polsce konkurencyjny rząd (co się stało w lipcu 1944 r.).

W takiej formie strona brytyjska zakomunikowała rządowi polskiemu w Londynie ustalenia konferencji w Teheranie. Przywódcom polskim nie powiedziano wprost o brytyjskiej zgodzie na linię Curzona, ale mogli się tego domyśleć. Zwłaszcza po tym, kiedy o wiele bardziej autorytatywnie niż Eden wypowiedział się Churchill na spotkaniu z Mikołajczykiem, Romerem i Raczyńskim, do którego doszło 20 stycznia 1944 r. Premier brytyjski zażądał od polityków polskich wprost, aby natychmiast przystąpili do negocjacji z Moskwą i jeszcze zanim rozpoczną się te negocjacje zgodzili się na linię Curzona. Jeśli tego nie uczynią – przestrzegał Churchill – „możemy zostać zaskoczeni wydarzeniami, którym trudno będzie zaradzić”.

Swoją rozmowę z politykami polskimi Churchill opisał w telegramie do Stalina z 28 stycznia 1944 r. Stalin odpowiedział 4 lutego. Domagał się oficjalnej i jednomyślnej deklaracji rządu polskiego w sprawie uznania linii Curzona, postulował przyłączenie do ZSRR także Królewca oraz zażądał rekonstrukcji polskiego rządu na uchodźstwie. 22 lutego 1944 r. Churchill oświadczył w Izbie Gmin, że rząd brytyjski nigdy nie gwarantował „jakiejś określonej linii granicznej w Polsce” i stwierdził, że żądania radzieckie „nie wykraczają poza to, co rozsądnie słuszne”. Ponadto dodał, że Wielka Brytania nigdy nie aprobowała zajęcia przez Polaków Wilna w 1920 r., a w 1919 r. popierała linię Curzona.

Tak jak wcześniej gen. Władysław Sikorski, tak teraz premier Mikołajczyk nie potrafił poinformować albo uznał za nierozważne szersze informowanie kierownictwa Polski Podziemnej o dramatycznych konfliktach w stosunkach polsko-radzieckich, o zmieniających się postawach Wielkiej Brytanii i USA czy o własnej bezsilności.

Identyczne stanowisko jak władze brytyjskie zajęła administracja USA, o czym premier Mikołajczyk przekonał się podczas swojej wizyty w Waszyngtonie w czerwcu 1944 r. Zarówno podczas spotkania z sekretarzem stanu Edwardem Stettiniusem 6 czerwca, jak i spotkań z prezydentem Franklinem D. Rooseveltem w dniach 7 i 12 czerwca polski premier był namawiany do uznania linii Curzona i rekonstrukcji rządu zgodnie z sugestiami Stalina. Roosevelt także ostrzegł Mikołajczyka, że w przeciwnym wypadku mogą nastąpić jednostronne działania strony radzieckiej. Dla zjednania sobie polskiego premiera oświadczył jedynie, że to nie on, ale premier Wielkiej Brytanii zaakceptował wschodnią granicę Polski opartą na linii Curzona.

Wielkiej Brytanii i Stanom Zjednoczonym najbardziej zależało w tym czasie na rozpoczęciu ofensywy radzieckiej, która miała odciążyć wojska alianckie po ich lądowaniu w Normandii 6 czerwca 1944 r. To zasadniczo wpływało na ich stanowisko wobec Polski. Wielka ofensywa radziecka, która ostatecznie rozstrzygnęła o klęsce Niemiec, rozpoczęła się 22 czerwca 1944 r. Cztery fronty radzieckie liczące 2 mln żołnierzy runęły na niemiecką Grupę Armii „Środek”. Po jej zupełnym zdruzgotaniu Armia Czerwona przekroczyła 21 lipca przyszłą granicę wschodnią Polski na Bugu. Następnego dnia na antenie Radia Moskwa ogłoszono manifest kontrolowanego przez ZSRR Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Kiedy pod koniec lipca premier Mikołajczyk przybył do Moskwy, Armia Czerwona była na dalekich przedpolach Warszawy. „Jednostronne działania” strony radzieckiej, przed którymi ostrzegali Mikołajczyka Churchill i Roosevelt, stały się faktem.

14 lipca dowódca AK, gen. Tadeusz Bór-Komorowski, zakomunikował władzom polskim w Londynie, że podziemie nie może pozostać bezczynne „w wypadku cofania się Niemców, a wkraczania Sowietów lub w wypadku rozkładu sił niemieckich i zagrożenia okupacją sowiecką”. 25 lipca informował Londyn, że powstanie w Warszawie może wybuchnąć w każdej chwili. Rząd na uchodźstwie dał wówczas wolną rękę dowództwu AK i władzom Polski Podziemnej w sprawie decyzji o czasie i skali lokalnych działań militarnych skierowanych przeciw cofającym się wojskom niemieckim. Przywódcy podziemia i sam premier Mikołajczyk łudzili się, że powstanie w stolicy będzie politycznym atutem w jego ręku podczas rozmów w Moskwie (31 lipca-9 sierpnia 1944 r.).

Premier Mikołajczyk przekonał się, że tak nie będzie już podczas wstępnego spotkania z Mołotowem 31 lipca, kiedy usłyszał: „Po co Pan tu przyjechał? Co Pan ma do powiedzenia?”. Zamiast spotkania ze Stalinem Mołotow zaproponował Mikołajczykowi rozmowy z przedstawicielami PKWN. Stalin przyjął Mikołajczyka dopiero 3 sierpnia i oświadczył mu, że rząd radziecki uznaje PKWN, z którym Mikołajczyk powinien dojść do porozumienia. Stwierdził również, że nie ma mowy o kompromisie w sprawie linii Curzona. Tematu pomocy dla powstania Stalin nie podjął, a podczas drugiego spotkania w dniu 9 sierpnia oświadczył, że w Warszawie nie ma żadnego powstania.

Rozmowy Mikołajczyka ze Stalinem na początku sierpnia 1944 r. ujawniły, do jakiego stopnia błędne były wszelkie rachuby związane z powstaniem, które wybuchło 1 sierpnia w Warszawie. Powstanie nie tylko nie umocniło pozycji polskiego premiera w Moskwie, ale sprawiło, że stał się on pokornym petentem, ubiegającym się o niezbędną pomoc, którą mógł uzyskać lub nie. Z depeszy otrzymanej od Stalina 16 sierpnia Mikołajczyk dowiedział się, że powstanie warszawskie jest „nieprzemyślaną awanturą”, a „radzieckie dowództwo wycofuje się z warszawskiej awantury i nie przyjmuje za nią żadnej odpowiedzialności”.

Do rządu brytyjskiego wiadomość o wybuchu powstania w Warszawie dotarła dopiero 2 sierpnia wieczorem. Tego dnia premier Churchill wygłosił przemówienie w Izbie Gmin, z którego wynikało, iż strona brytyjska nie zdecyduje się na otwarte wsparcie polskiego rządu na uchodźstwie w jego sporze ze Stalinem. Brytyjski premier ponownie zachęcił rząd Mikołajczyka do porozumienia z Moskwą. „[Sowieci] ofiarują Polakom wolność, suwerenność i niepodległość. Domagają się, by Polska w przyszłości była przyjazna wobec Rosji. Wydaje mi się to uzasadnione” – powiedział wtedy Churchill.

Po dotarciu do władz brytyjskich informacji o wybuchu powstania warszawskiego wykazały one mało zaangażowania. Szef sztabu brytyjskiego Gabinetu Wojennego potrzebował aż pięciu dni, aby niezgodnie z prawdą oświadczyć, że kwestię użycia bombowców RAF w Polsce można rozpatrywać jedynie w połączeniu z oczekiwanym atakiem Armii Czerwonej. Użycie myśliwców uznał natomiast za nierealne. Z kolei gen. Bór-Komorowski został powiadomiony 2 sierpnia drogą radiową, że strona brytyjska uzależnia pomoc dla powstania w Warszawie od wyników rozmów moskiewskich premiera Mikołajczyka.

Ambasador Raczyński usłyszał od brytyjskiego MSZ, że dyplomaci brytyjscy będą interweniować w Moskwie, aby zapewnić maksimum współpracy. Stalin nie był jednak chętny do pomocy powstaniu, a Wielka Brytania i USA nie zamierzały drażnić swojego najważniejszego sojusznika. Brytyjska opinia publiczna była tego nieświadoma. 4 sierpnia gen. Bór-Komorowski musiał zgłosić dementi wobec audycji BBC, w której podano, że wojska radzieckie współpracują z powstańcami. Pomimo tego w mediach brytyjskich przez kilka dni pojawiały się informacje o tym, że żołnierze polskiego podziemia „walczą ramię w ramię z Rosjanami”.

8 sierpnia wicepremier Jan Kwapiński i ambasador Raczyński dyskutowali z ministrem Edenem o pomocy dla Warszawy. Szef brytyjskiej dyplomacji odczytał im telegram marszałka Johna Slessora, w którym ten napisał: „Operację zrzutów na Warszawę uważam za tak niebezpieczną i nie rokującą powodzenia, że odmawiam zgody na podjęcie jej przez podległe mi siły lotnicze. Zdania swego nie zmieniam. Wobec jednak zgłoszonej ze strony dywizjonów polskich woli podjęcia się tej ryzykownej operacji, nie widzę możności odmówienia podległemu mi dzielnemu dowódcy polskiemu mego zezwolenia”.

Jednak w wyniku rozkazu premiera Churchilla z 13 sierpnia także brytyjskie samoloty wzięły udział w akcji zrzutów dla Warszawy. Loty przeprowadzano jedynie z baz w południowych Włoszech. Ze względu na dużą odległość i silną niemiecką obronę przeciwlotniczą loty te pociągały za sobą znaczne straty. Licznym samolotom nie udało się dokonać zrzutów w wyznaczonych miejscach, a inne nie zdołały powrócić do baz. Brytyjskie załogi nie rozumiały też dlaczego podejmują tak wielkie ryzyko. Samoloty alianckie latające z Włoch zrzuciły nad Warszawą około 100 ton dostaw, z których tylko część została przejęta przez powstańców. Kosztowało to życie około 250 lotników.

W odpowiedzi na prośby Churchilla i Mikołajczyka Stalin odmówił 16 sierpnia zgody na lądowanie samolotów alianckich po dokonania zrzutów w Warszawie na terenach kontrolowanych przez stronę radziecką. Odmowę uzasadnił tym, że „rząd radziecki nie życzy sobie – aby pośrednio lub bezpośrednio – wiązano go z awanturą w Warszawie”.

Na wahadłową operację amerykańską z pomocą dla Warszawy Moskwa wyraziła zgodę dopiero 9 września. Dzięki temu 18 września nad Warszawą pojawiło się 107 amerykańskich Boeingów B-17, które zrzuciły powstańcom ok. 1300 zasobników z bronią, amunicją, żywnością i zaopatrzeniem medycznym. Pomoc ta jednak była spóźniona, a powstańcom udało się odebrać tylko 20% tego zrzutu. Natomiast lotnictwo radzieckie rozpoczęło zrzuty dla powstańców dopiero 14 września. Dokonywały je w nocy samoloty Po-2 o małym udźwigu, zrzucając broń i amunicję z małej wysokości bez spadochronów, co często kończyło się jej zniszczeniem.

1 września 1944 r. gen. Kazimierz Sosnkowski w rozkazie nr 19 dla AK napisał: „Pięć lat minęło od dnia, gdy Polska wysłuchawszy zachęty rządu brytyjskiego i otrzymawszy jego gwarancje, stanęła do samotnej walki z potęgą niemiecką (…). Warszawa czeka”. Brytyjczycy poczuli się urażeni tymi słowami. Dlatego 4 września minister Eden przekazał premierowi Mikołajczykowi do wiadomości, że strona brytyjska jest mocno poruszona oskarżeniami Sosnkowskiego. Ostrą kampanię przeciw Sosnkowskiemu rozpoczęła też prasa brytyjska. W tej sytuacji rząd Mikołajczyka zdecydował się wystosować 22 września do prezydenta Władysława Raczkiewicza żądanie zdymisjonowania gen. Sosnkowskiego ze stanowiska wodza naczelnego, co nastąpiło 30 września.

Władze brytyjskie i amerykańskie zwlekały również z decyzją o uznaniu żołnierzy AK za integralną cześć Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, co uchroniłoby ich przed śmiercią z rąk niemieckich w wypadku dostania się do niewoli. Deklarację w tej sprawie oba rządy złożyły dopiero 30 września. Również dopiero 10 września rząd brytyjski zdecydował się na potępienie zbrodni niemieckich na ludności cywilnej Warszawy.

Wobec braku wsparcia swojego stanowiska ze strony sojuszników zachodnich premier Mikołajczyk zaczął ustępować. 30 sierpnia zgodził się na ewentualne poszerzenie swojego rządu o przedstawicieli PPR. Trzy dni po upadku powstania warszawskiego, 5 października, premier Churchill i minister Eden udali się do Moskwy na rozmowy w sprawie granic w powojennej Europie. Powtórzyli tam swoje pozytywne stanowisko wobec linii Curzona. 11 października przybyła do Moskwy delegacja PKWN, a następnego dnia Mikołajczyk, Romer i przewodniczący Rady Narodowej Stanisław Grabski. Dopiero wtedy, podczas spotkania wszystkich stron w dniu 13 października, zakomunikowano oficjalnie Mikołajczykowi o ustaleniach konferencji w Teheranie. Wobec protestów polskiego premiera Churchill oświadczył mu: „Nie macie poczucia odpowiedzialności (…). Nie myślicie o przyszłości Europy, macie na myśli tylko swój własny, pożałowania godny interes (…). Nie wiem czy rząd brytyjski będzie was dalej uznawał”. W ten sposób premier Wielkiej Brytanii podsumował nie tylko politykę premiera Mikołajczyka, ale także powstanie warszawskie.

Dopiero wtedy polski premier zrozumiał, że ustępstwa są nieuchronne i wyraził zgodę na uznanie linii Curzona, choć jego decyzja nie miała mocy wiążącej i została odrzucona przez jego rząd. Ogromna ofiara powstania warszawskiego, która miała takiej decyzji zapobiec, okazała się daremna. Poświęcenie życia 200 tys. mieszkańców Warszawy, w tym kwiatu młodzieży inteligenckiej, dziedzictwa materialnego i kulturalnego stolicy, nie mogło zmienić sytuacji politycznej Polski w 1944 r., czego władze polskie w Londynie powinny być świadome już przed wybuchem powstania.

Bohdan Piętka

8 sierpnia 2020 r.

„Przegląd” nr 32 (1074), 3-9.08.2020, s. 40-43

Krwawa Środa w Olkuszu

31 lipca minie 80-ta rocznica Krwawej Środy w Olkuszu – jednej z wielu niemieckich zbrodni przeciw ludzkości popełnionych na ziemiach polskich w pierwszym okresie okupacji hitlerowskiej. Zbrodnia ta jest bliźniaczo podobna do zbrodni w Wawrze z 27 grudnia 1939 r. Pretekstem do zbrodni w Wawrze było zabójstwo na tle kryminalnym dwóch podoficerów Wehrmachtu. Tak samo w Olkuszu pretekstem do mordu na 20 Polakach w dniu 16 lipca 1940 r. i akcji represyjnej w dniu 31 lipca 1940 r. stało się dla Niemców zabójstwo niemieckiego policjanta, który zginął z ręki nieznanego sprawcy, prawdopodobnie kryminalisty.

Olkusz – miasto z bogatą historią, leżące w zachodniej części Ziemi Krakowskiej – w okresie II RP należało do województwa kieleckiego. 5 września 1939 r. Olkusz zajęły wojska niemieckie. Na mocy dekretów Hitlera z 8 i 12 października 1939 r. o podziale podbitych ziem polskich wschodnia część powiatu olkuskiego została włączona do Generalnego Gubernatorstwa, natomiast zachodnią część powiatu z Olkuszem włączono do Rzeszy Niemieckiej – czyli rejencji katowickiej w Prowincji Śląsk (od 1941 r. Prowincji Górny Śląsk). Olkusz stał się odtąd niemieckim miastem Olkusch, przemianowanym w 1941 r. na Ilkenau. Rządy w mieście objął aparat okupacyjny wsparty przez niewielką mniejszość niemiecką. Dla ludności polskiej Olkusza rozpoczął się czas bezwzględnego terroru, wymierzonego w pierwszej kolejności w miejscową inteligencję polską.

Landratem powiatu olkuskiego został Heinrich Groll, burmistrzem miasta Rudolf Skaletz, a szefem miejscowej komórki NSDAP – Karol Pokorny. Oni – obok rozbudowanego aparatu policyjnego – ponosili odpowiedzialność za germanizację miasta i terror wobec ludności polskiej. Ofiarą tego terroru padł m.in. lekarz Julian Łapiński, który jako przedstawiciel polskiej inteligencji został aresztowany i wywieziony do KL Dachau.

14 lipca 1940 r. do willi doktora Łapińskiego przy ulicy Kluczewskiej na olkuskim osiedlu Parcze wprowadził się wraz z rodziną niemiecki policjant Ernst Kaddatz. Willę nadal zamieszkiwały żona i córka Łapińskiego. Kaddatzowie zajęli pomieszczenia na parterze, gdzie kilka dni wcześniej miała miejsce próba włamania. W nocy z 15 na 16 lipca 1940 r. miał miejsce napad rabunkowy na willę Łapińskiego, podczas którego nieznany napastnik w ubraniu cywilnym zastrzelił Kaddatza, który obudzony hałasem próbował sięgnąć po służbowy pistolet. Tej samej nocy dokonano w Olkuszu jeszcze jednego napadu rabunkowego na dom prywatny, którego sprawcą był prawdopodobnie ten sam napastnik (lub napastnicy). Przeprowadzone przez policję niemiecką dochodzenie wykluczyło, by zabójstwa Kaddatza dokonano na tle politycznym. Do takiego samego wniosku doszedł również landrat Heinrich Groll.

Sprawca napadu na willę Łapińskiego i zabójstwa Kaddatza nigdy nie został wykryty. Policja niemiecka nawet nie próbowała go specjalnie szukać. Nie wiadomo więc czy był Polakiem, a nie np. jednym z mieszkających w Olkuszu Niemców (funkcjonariuszy aparatu okupacyjnego lub miejscowych volksdeutschów), którzy przecież w przeciwieństwie do Polaków posiadali broń palną. To jednak nie miało żadnego znaczenia dla niemieckich władz okupacyjnych. Pojawiła się dla nich świetna okazja do eskalacji terroru pod pretekstem odwetu. Dlatego już 16 lipca 1940 r. przybyła do Olkusza ekspedycja karna złożona z SS. Wszystkim przebywającym w mieście Niemcom polecono stawić się na rynku, gdzie wezwano również miejscowego lekarza Mariana Kiciarskiego. Stamtąd razem z esesmanami udali się na Parcze, gdzie w ich obecności spalono willę Łapińskiego.

W tym czasie w mieście policja niemiecka przy pomocy miejscowych volksdeutschów przeprowadziła aresztowania według przygotowanej wcześniej listy. Ujęto pięciu mężczyzn figurujących na liście. Kilku innych nie zastano w mieszkaniach, a przynajmniej jeden – ostrzeżony przez sąsiadów – uciekł. Do ujętej piątki dołączono 15 mężczyzn przywiezionych przez esesmanów z więzień policyjnych w Mysłowicach i Sosnowcu. Tego samego dnia około godz. 20:00 wszystkich 20 zakładników rozstrzelano pod spaloną willą Łapińskiego. Wszyscy rozstrzelani byli Polakami. Znajdowali się wśród nich m.in. Jerzy Stroński – właściciel olkuskiego kina „Rosa” oraz Jerzy Strzelecki – urzędnik z Olkusza. Według relacji Mariana Kciarskiego rozstrzeliwani zachowywali się godnie. Niektórzy przed śmiercią krzyczeli „Niech żyje Polska!”.

Ciała rozstrzelanych wywieziono samochodami ciężarowymi prawdopodobnie w kierunku Trzebini, czyli terenów w znacznej mierze zalesionych. Według jednego ze świadków do przenoszenia ciał zmuszono grupę Żydów. Los tych Żydów jest nieznany, co skłania do wniosku, że musieli oni prawdopodobnie także grzebać zwłoki rozstrzelanych Polaków w nieznanym do dzisiaj miejscu, po czym prawdopodobnie również zostali zamordowani przez esesmanów.

Po egzekucji zakładników Niemcy przez dwa tygodnie nie podejmowali żadnych działań wobec mieszkańców Olkusza. Jednakże w środę 31 lipca 1940 r. po północy przybyła do Olkusza silna ekspedycja karna, w skład której wchodzili funkcjonariusze gestapo i innych formacji policji niemieckiej oraz prawdopodobnie także żołnierze Wehrmachtu. Zablokowano wyloty ulic i od godziny 2:00 zaczęto wywlekać z mieszkań mężczyzn w wieku od 15 do 55 lat – bez wyjątku Polaków i Żydów (getto w Olkuszu utworzono dopiero we wrześniu 1941 r, do tego czasu Polacy i Żydzi nie byli odseparowani). Początkowo kazano im stać z rękoma do góry pod murami domów. W tym czasie policja niemiecka rewidowała mieszkania, przeważnie bijąc przebywających tam starców, kobiety i dzieci. Następnie zatrzymanych mężczyzn zaczęto gromadzić w różnych miejscach miasta, głównie na rynku oraz na czterech innych placach, w tym na tzw. „rynku czarnogórskim”. Ofiary legitymowano, po czym rozkazywano im położyć się twarzą do ziemi, z rękami wyciągniętymi wzdłuż ciała.

Leżących Niemcy obrzucali obelgami, kopali, bili, deptali butami po głowach i plecach. Wyjątkowo brutalnie potraktowano mężczyzn spędzonych na „rynek czarnogórski”. Najpierw zmuszono ich, by się czołgali i padali w znajdujące się tam bajora błota. Potem ustawiono ich w kolumnę, kazano maszerować i śpiewać pieśni żołnierskie. W tym czasie policjanci niemieccy bili maszerujących kolbami karabinów, bykowcami i kijami. Na przedzie kolumny Niemcy kazali nieść polską flagę, którą odnaleźli podczas rewizji na strychu jednego z domów. Niektóre ofiary zmuszano, by zanurzały się w pełnej fabrycznych ścieków rzeczce Babie, a następnie tarzały się w piachu i glinie.

Szczególnie brutalnie Niemcy znęcali się też nad olkuskimi Żydami. Nie tylko ich maltretowali, ale także kazali im dźwigać i rzucać do siebie dużych rozmiarów kamienie. Obiektem bardzo brutalnego traktowania i poniżania stał się dajan olkuskiej gminy żydowskiej – Moszek Joel Hagierman. W maltretowaniu ofiar uczestniczyli oprócz gestapowców i policjantów niemieckich także miejscowi urzędnicy niemieccy, w tym najważniejsi – landrat Groll, burmistrz Skaletz, ortsgruppenleiter NSDAP Pokorny i kierownik Kasy Chorych Kriest. Zdołali oni jednak uchronić od pobicia polskich lekarzy i niektórych polskich pracowników instytucji miejskich.

Krwawa Środa pociągnęła za sobą co najmniej trzy ofiary śmiertelne. Pierwszą był Tadeusz Lupa – 25-letni Polak zatrudniony jako elektryk w olkuskim magistracie. Został zastrzelony przez Niemców, gdy usiłował uciec z placu przy Kasie Chorych. Drugą ofiarą był Żyd posiadający obywatelstwo USA o nazwisku Majer lub Isaac Miller, który zmarł po kilku dniach na skutek odniesionych tortur. Trzecią ofiarą był proboszcz olkuskiej parafii św. Andrzeja Apostoła, ks. Piotr Mączka, który zmarł 10 sierpnia 1940 r. w wyniku zadanych mu tortur. Dwunastu najciężej skatowanych mężczyzn Niemcy wywieźli do więzienia policyjnego w Sosnowcu, gdzie prawdopodobnie zostali zamordowani. Kilkadziesiąt innych ofiar nie było w stanie wrócić do domów o własnych siłach. Ich leczenie trwało wiele miesięcy. Nie wiemy jednak ilu spośród tych wyleczonych żyło krócej na skutek okaleczenia fizycznego i psychicznego.

Krwawa Środa w Olkuszu była jednym z wielu aktów terroru hitlerowskiego podczas niemieckiej okupacji Polski. Takie akty terroru, z czasem coraz brutalniejsze, podejmowane najczęściej pod pretekstem odwetu, stały się dniem powszednim tej okupacji. Celem tego terroru było nie tylko zastraszenie ludności polskiej i obezwładnienie woli jej oporu, ale także jej stopniowa eliminacja fizyczna zgodnie z założeniami Generalnego Planu Wschodniego – opracowanego na polecenie Himmlera w 1941 r. w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy.

Podczas Krwawej Środy w Olkuszu oprawcy wykonali bogatą dokumentację fotograficzną swoich działań. Na wykonanych przez Niemców zdjęciach widać m.in. ofiary prowadzone na punkty zborne, legitymowanie zatrzymanych oraz mężczyzn leżących twarzą do ziemi na olkuskim rynku i „rynku czarnogórskim”. Po wojnie na Zachodzie zwrócono jednak uwagę tylko na jedno zdjęcie przedstawiające maltretowanego przez policjantów niemieckich dajana Moszka Joela Hagiermana. Zdjęcie to uznano za jeden z ważniejszych dokumentów Holokaustu. Przez długie lata poza granicami Polski panowało przekonanie, że ofiarami Krwawej Środy w Olkuszu byli wyłącznie Żydzi. Taka informacja znajdowała się m.in. na ekspozycjach muzealnych w Yad Vashem, muzeum w kibucu im. Bojowników Getta, Centrum Szymona Wiesenthala i Domu Konferencji w Wannsee. Powielano ją także w ukazujących się na Zachodzie publikacjach historycznych i edycjach źródeł, w tym m.in. w „Encyclopedia of Camps and Ghettos”, wydanej w 2012 r. przez Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie.

Pochodzący z Olkusza historyk, dr Adam Cyra, podejmował od 1993 r. interwencje w Domu Konferencji w Wannsee z prośbą o sprostowanie informacji o przebiegu Krwawej Środy. W nowej ekspozycji muzealnej otwartej na początku XXI w., a także na stronie internetowej Domu Konferencji w Wannsee, zmieniono podpisy pod zdjęciami przedstawiającymi wydarzenia olkuskie z 31 lipca 1940 r. w ten sposób, że podano, iż ofiarami akcji represyjnej padli także „nie-Żydzi”. W 2003 r. w wyniku interwencji innego olkuskiego historyka, Krzysztofa Kocjana, zmieniono opisy pod zdjęciami z Krwawej Środy na stronie internetowej kibucu im. Bojowników Getta. Natomiast w 2006 r. – po interwencji władz Olkusza, wspartej przez Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie – opis Krwawej Środy zmodyfikował na swojej stronie internetowej również instytut Yad Vashem.

Bohdan Piętka

2 sierpnia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 31-32 (2303/2304), 2-9.08.2020, s. 17

Politycy emigracji wobec powstania warszawskiego

„Sukces ma wielu ojców, tylko klęska jest sierotą” – głosi popularne powiedzenie. Dlatego powstanie warszawskie wywołało ostre polemiki w różnych środowiskach – ludzi kultury, publicystów i polityków. Jedna z najbardziej ożywionych debat toczyła się na emigracji, ponieważ tam pozostało po 1945 r. wielu polityków i wojskowych, w tym uczestników powstania, którzy nie chcieli lub nie mogli wrócić do kraju. Spór toczył się na kilku płaszczyznach – okoliczności i powodów podjęcia decyzji o wybuchu powstania, kierunku polskiej polityki podczas wojny oraz wpływu doświadczenia powstania na postrzeganie polskiej historii. Pomiędzy uczestnikami sporu nie było wyraźnej granicy politycznej. Krytyka powstania wychodziła zarówno z kręgów piłsudczykowskich, jak i endeckich. Sensu polityczno-militarnego powstania bronili głównie jego autorzy – generałowie Tadeusz Bór-Komorowski (1895-1966), Antoni Chruściel (1895-1960) i Tadeusz Pełczyński (1892-1985). Jednak po obu stronach sporu byli ludzie prawicy i lewicy emigracyjnej.

Spór o powstanie rozpoczął się jeszcze przed jego wybuchem. Gen. Kazimierz Sosnkowski (1885-1969) – czołowa postać obozu piłsudczykowskiego w „polskim Londynie” – przedstawił na spotkaniu z premierem Stanisławem Mikołajczykiem 3 lipca 1944 r. swoje zalecenia dla dowództwa Armii Krajowej. Stwierdził wówczas m.in.: „Powstanie bez uprzedniego porozumienia z ZSRR na godziwych podstawach byłoby politycznie nieusprawiedliwione, zaś bez uczciwego i prawdziwego współdziałania z Armią Czerwoną byłoby pod względem wojskowym niczym innym jak aktem rozpaczy”. Zarówno premier Mikołajczyk, jak i dowództwo AK postąpili wbrew temu zaleceniu i powstanie w stolicy stało się rzeczywiście aktem rozpaczy.

Postawę gen. Sosnkowskiego następująco ocenił emigracyjny historyk Zbigniew Siemaszko: „Generał Sosnkowski był najinteligentniejszym Polakiem, jaki żył podczas II wojny światowej. Była to postać wręcz olbrzymiego formatu. Doskonale rozumiał, że powstanie nie ma żadnego sensu, że spowoduje tylko olbrzymie cierpienia ludności cywilnej i doprowadzi do rozbicia Armii Krajowej. Nie potrafił jednak tego swojego zdania narzucić Komendzie Głównej AK. Był bowiem wielkim marzycielem, który wierzył w kompromisy, w konsensus, chciał przekonywać, a nie rozkazywać. W efekcie w lutym 1944 roku właściwie wypuścił dowodzenie z rąk i pozwolił, żeby ośrodek decyzyjny przeniósł się do kraju”.

Znacznie ostrzejszą ocenę sformułował Stanisław Cat-Mackiewicz (1896-1966) – polityk konserwatywny i wybitny publicysta. W wydanej w 1958 r. książce „Zielone oczy” stwierdził: „Sosnkowski w czasie Powstania, zamiast zająć jakieś heroiczne i wyraźne stanowisko, siedział we Włoszech i dekorował żołnierzy”.

Wyraźne stanowisko zajął wtedy natomiast gen. Władysław Anders. W liście do ppłk. Mariana Dorotycz-Malewicza „Hańczy” z 31 sierpnia 1944 r. napisał: „Byłem całkowicie zaskoczony wybuchem powstania w Warszawie. Uważam to za największe nieszczęście w naszej obecnej sytuacji. Nie miało ono najmniejszych szans powodzenia, a naraziło nie tylko naszą stolicę, ale i tę część Kraju, będącą pod okupacją niemiecką, na nowe straszliwe represje. (…) Chyba nikt uczciwy i nieślepy nie miał jednak złudzeń, że stanie się to, co się stało, to jest, że Sowiety nie tylko nie pomogą naszej ukochanej, bohaterskiej Warszawie, ale z największym zadowoleniem i radością będą czekać, aż się wyleje do dna najlepsza krew Narodu Polskiego. Byłem zawsze, a także wszyscy moi koledzy w Korpusie zdania, że w chwili, kiedy Niemcy wyraźnie się walą, kiedy bolszewicy tak samo wrogo weszli do Polski i niszczą tak jak w roku 1939 naszych najlepszych ludzi – powstanie w ogóle nie tylko nie miało żadnego sensu, ale było nawet zbrodnią”.

Pobrzmiewa w tych słowach echo tezy o „zdradzie Sowietów”, krzewionej później przez sprawców wybuchu powstania w celu odparcia oskarżeń o spowodowanie tragedii Warszawy. Jednakże poza tym gen. Anders wyraził się jednoznacznie – powstanie nie miało sensu politycznego i wojskowego.

Z kolei Karol Popiel (1887-1977) – podczas wojny minister w rządzie na uchodźstwie i przywódca Stronnictwa Pracy – w liście do inż. Jerzego Kulczyckiego z 9 kwietnia 1970 r. napisał: „Nie miałem wielkiego przekonania o człowieku, którego z całego tego środowiska najlepiej i najdłużej znałem, tj. o dawnym moim koledze partyjnym z okresu istnienia NPR [Narodowej Partii Robotniczej – BP], Delegacie Rządu Jankowskim. Krótki jego pobyt w Legionach w 1915 roku w kawalerii Beliny wyrobił w nim kompleks przesadnego pojęcia o fachowości wojskowych, któremu się ostatecznie podporządkował w decydującej chwili, chociaż nie wiemy i prawdopodobnie nigdy się już nie dowiemy, w jakich to nastąpiło okolicznościach”.

Do krytyków powstania należał także najbardziej znany historyk piłsudczykowski Władysław Pobóg-Malinowski (1899-1962). Swoją ocenę sformułował w trzecim tomie wydanej po wojnie w Londynie „Najnowszej historii politycznej Polski 1864-1945”. W publikacji tej rozprawił się z argumentami przebywających na emigracji dowódców AK, którymi ci usprawiedliwiali swoją decyzję o jego wybuchu. Zdaniem Poboga-Malinowskiego słaby był ich argument, że ludność cywilna mogła sama rzucić się na Niemców, ponieważ w pierwszych dniach walki znikła ona z ulic, chowając się w mieszkaniach, bramach domów i innych miejscach. Słaby był również argument, że ludność cywilna ulegnie wzywającej do powstania agitacji komunistycznej, skoro wpływ PPR na warszawską opinię publiczną był niewielki. Złudne też było przekonanie dowództwa AK, że skoro walka o Wilno i Lwów nie wywołała głębszego oddźwięku w świecie, to wystąpienie zbrojne w Warszawie je wywoła. Pobóg uważał, że Komenda Główna AK popełniła poważne błędy w ocenie sił i możliwości niemieckich na przedpolu Warszawy oraz, że do powstania nie doszłoby, gdyby decydować mógł uwięziony przez Niemców rok wcześniej gen. Stefan Rowecki lub gen. Sosnkowski.

Główna odpowiedzialność za powstanie – zdaniem Poboga-Malinowskiego – spada na premiera Mikołajczyka i Radę Ministrów, szefa sztabu gen. Stanisława Kopańskiego i częściowo prezydenta Władysława Raczkiewicza. Pobóg pytał, dlaczego z decyzją o powstaniu nie zaczekano do zapoznania się z wynikami rozmów Mikołajczyka na Kremlu na przełomie lipca i sierpnia 1944 r.? Wedle jego oceny, gen. Bór-Komorowski znał krytyczny stosunek gen. Sosnkowskiego (wodza naczelnego) do powstania, ale samowolnie postąpił wbrew jego zaleceniom. „Bór nie kierował swoim sztabem – prąca do walki część sztabu z Pełczyńskim, Okulickim, Chruścielem ciągnęła Bora za sobą” – pisał piłsudczykowski historyk.

Wymowną ocenę powstania dał również polityk piłsudczykowski Ignacy Matuszewski (1891-1946), który na lamach ukazującego się w Detroit „Dziennika Polskiego” napisał na krótko przed swoją śmiercią: „Wszystko, co w powstaniu było zwycięstwem, jest tryumfem tych, co w murach Warszawy walczyli. Wszystko, co w powstaniu warszawskim jest klęską, spada odpowiedzialnością na tych, co z daleka kazali powstańcom iść ku zgubie”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ta ocena koresponduje z ocenami powstania warszawskiego prezentowanymi w PRL, zwłaszcza po 1956 r.

Najbardziej ostre oceny powstania warszawskiego formułowali politycy i publicyści endeccy, co wynikało z jednej strony z ich niechęci do piłsudczykowskiego dowództwa AK, a z drugiej strony z endeckiej szkoły realizmu politycznego, krytycznej wobec powstań narodowych w XIX w. i polskiego romantyzmu politycznego.

Niedługo po upadku powstania – w listopadzie 1944 r. – warszawskie środowisko Młodzieży Wszechpolskiej wydało oświadczenie polityczne. Czytamy w nim: „Decyzję wybuchu powstania podjął gen. Bór-Komorowski i urzędujący Delegat Rządu bez przyzwolenia a nawet powiadomienia przedstawicielstwa społeczeństwa, tj. Rady Jedności Narodowej. Odpowiedzialność w pierwszym rzędzie ponosi Komenda Główna Armii Krajowej. Była ona emanacją sanacyjnej kliki wojskowej skompromitowanej już we wrześniu [19]39 roku. Trudno dziś orzec jakie motywy kierowały nią przy wywołaniu powstania, postępowanie jej musi być oceniane jednak jako lekkomyślne. Mimo to, ludzie ci próbują już dziś – podobnie jak w [19]39 roku – zrzucić z siebie odpowiedzialność za spowodowaną tragedię. Podają następujące przyczyny swego kroku: primo – że Bolszewicy dochodzili do Pragi. Stwierdzonym jest jednak, że wywiad AK orientował się w charakterze zbliżających się sił sowieckich. Były to jedynie podjazdy niezdolne do zajęcia stolicy”[1].

Ktoś nie znający autorów tego oświadczenia mógłby pomyśleć, że wydała je Polska Partia Robotnicza. Wydała jej jednak Młodzież Wszechpolska. Zadziwia to, że autorzy cytowanego dokumentu wiedzieli w listopadzie 1944 r. to, co później ustalili historycy – że wywiad AK orientował się w sytuacji militarnej na przedpolach stolicy. Fałszywe informacje na temat rzekomego wejścia do prawobrzeżnej Warszawy sił radzieckich rozpowszechniał natomiast 31 lipca 1944 r. płk Antoni Chruściel, żeby wymusić na Komendzie Głównej AK decyzję o wybuchu powstania.

2 października 1944 r. – w dniu kapitulacji Warszawy – znany działacz Stronnictwa Narodowego Adam Doboszyński (1904-1949) opublikował na łamach ukazującej się w Londynie „Wielkiej Polski” artykuł „Zmarnowany heroizm!”. Pisał w nim: „Nie byliśmy entuzjastami idei Powstania, wywołanego w dniu 1-szym sierpnia. Decyzja podjęcia każdej walki musi być w naszym pojęciu podyktowana racją polityczną i poczuciem odpowiedzialności za następstwa wszczętych działań”. Prawie rok wcześniej – w listopadzie 1943 r. – Doboszyński opublikował na lamach londyńskiej „Walki” artykuł „Ekonomia krwi”, w którym stwierdził: „Naczelnym naszym zawołaniem powinna dziś być ekonomia krwi (której tak mądry przykład dają nam w obecnej wojnie Brytyjczycy). Jeśli Naród nasz wyłoni się w dobrej kondycji z tej strasznej konwulsji dziejowej, czeka go wielka przyszłość. Jeśli się skrwawi powyżej dopuszczalnej granicy, braknie mu sił do odbudowy niepodległego bytu”.

Krytycznie o dowództwie AK pisał kolejny polityk endecki, Jan Kanty Matłachowski (1906-1989), w wydanej w 1978 r. w Londynie książce „Kulisy genezy Powstania Warszawskiego”. Doszedł w niej do następującej konkluzji: „Analiza Powstania Warszawskiego, jego przedwczesnej decyzji wykazuje niedomagania rygorów kompetencji i to tam, gdzie ich brak grozi katastrofą, oraz niedopuszczalne lekceważenie odpowiedzialności na wysokim szczeblu hierarchii i nieobliczalnych skutków decyzji. Ani mundur, ani wysoki szczebel nie zwalniają nikogo od nad wyraz poważnej odpowiedzialności, przeciwnie, powiększają odpowiedzialność człowieka za to, co czyni”.

Skrytykować dowództwa AK nie omieszkał również Jędrzej Giertych (1903-1992) – polityk i dyplomata, jeden z bardziej znanych działaczy Stronnictwa Narodowego na emigracji. W wydanej w 1986 r. w Londynie trzytomowej pracy „Tysiąc lat historii polskiego narodu” pisał: „Powstanie zostało wszczęte, bo życzyli go sobie wodzowie AK i życzył go sobie obóz polityczny, do którego należeli. Po pierwsze, byli oni wyznawcami ideologii powstańczej, wedle której, w imię irracjonalnych wyobrażeń i uczuć, każde pokolenie polskie powinno ozdobić swoje życie zrobieniem powstania; oni się szykowali do powstania od pięciu lat – i nagle okazuje się, że to powstanie jest w tej chwili niepotrzebne, a nawet szkodliwe; nie mogli tego znieść i powstanie musieli zrobić. Po wtóre, powstanie dawało im okazję do zrehabilitowania się po kompromitacji, jaką była kompromitacja wrześniowa, która przecież była przede wszystkim ich kompromitacją. Po trzecie, przez pięć lat wyobrażali sobie, że przez powstanie osiągną to, że nowy polski rząd utworzony będzie w kraju i będzie ich rządem, przez co usunięta będzie perspektywa, że wróci do kraju i obejmie władzę rząd emigracyjny, złożony przecież z polityków do niedawna opozycyjnych (…). Po czwarte, do wszczęcia powstania skłaniała ich myśl przeciwstawienia się nadchodzącej armii sowieckiej i idącej wraz z nią polskiej armii, politycznie zależnej od komunistycznego Związku Patriotów Polskich; powodowali się oni naiwną strategią objęcia w stolicy władzy zanim armia »trzeciej siły«, w danym razie armia sowiecka, przyjdzie i wyobrażeniem, że ich pierwszeństwo będzie przez nowych przybyszów uszanowane i uznawane”.

Z tego Giertych wyciągnął następujący wniosek: „Powstania nie należało robić. Nie mogło ono przynieść żadnych większych politycznych korzyści, przeciwnie, przyniosło tylko polityczną szkodę. Gdyby się Warszawa, objęta powstaniem, doczekała przybycia armii sowieckiej – co było nadzieją złudną – armia ta potrafiłaby rządy powstańcze w Warszawie skutecznie obezwładnić i usunąć. A powstanie na czas pewien wypaliło energię polskiego narodu. (…) Warszawa została po wojnie odbudowana. Jest wielką zasługa tych, co Polską od 1945 roku rządzili, że się na to wielkie dzieło zdobyli”.

Refleksja nad sensem powstania warszawskiego skłoniła go też do takich rozważań historiozoficznych: „Obrońcy powstań 1830 i 1863 roku twierdzili nieraz, że chociaż zakończone klęską, powstania te nie osłabiały nas, ale umacniały, gdyż podnosiły ducha narodu, a więc pozwalały nam lepiej przetrwać czas niewoli. Powstanie Warszawskie jest jeszcze jednym dowodem na to, jak dalece pogląd ten jest niesłuszny. Nieudane powstanie nie podnosi ducha narodu, ale istniejące w narodzie napięcie duchowe rozładowuje. A więc naród moralnie osłabia”.

Krytyczny wobec dowództwa AK i premiera Mikołajczyka był również Zbigniew Stypułkowski (1904-1979) – polityk endecki, odznaczony za udział w powstaniu Złotym Krzyżem Zasługi, w 1945 r. sądzony i skazany w procesie szesnastu w Moskwie. W wydanych po wojnie w Londynie wspomnieniach „Zaproszenie do Moskwy” napisał: „Kto miał świadomość, jaka katastrofa grozi stolicy w wypadku opanowania przez Niemców zbrojnego jej wystąpienia, winien był zawczasu zwrócić uwagę na kierowanie nastrojami mas. Przy pomocy prasy podziemnej, poprzez tajne organizacje, można było przestrzec przed groźbą prowokacji, zaapelować jeszcze raz do karności społecznej, odwołać się do zaufania, jakim cieszyły się władze narodowe. A już w żadnym razie nie wolno było samemu przyczynić się do podnoszenia temperatury, mobilizując młodzież na szereg dni przed powstaniem i trzymając ją zgromadzoną po mieszkaniach uzbrojoną i niecierpliwie wyczekującą hasła do walki. (…) Jak wielkim błędem była chęć podtrzymania premiera Mikołajczyka w jego pertraktacjach moskiewskich przez zbrojne uderzenie Warszawy na tyły niemieckie, wykazała historia. Mikołajczyk, zamiast toczyć walkę ze Stalinem o sprawę polską, musiał błagać i żebrać o pomoc dla powstańców”.

Krytycznych ocen powstania warszawskiego nie znajdziemy natomiast w publicystyce polityków lewicy emigracyjnej. Wynikało to stąd, że ideologia powstańcza i tradycja polskiego romantyzmu politycznego były częścią etosu głównego nurtu PPS (tzn. nurtu niepodległościowego i antykomunistycznego). Ponadto rząd na uchodźstwie, któremu od 29 listopada 1944 r. przewodził socjalista Tomasz Arciszewski (1877-1955) kontynuował linię polityczną dowódców powstania warszawskiego, co skończyło się wycofaniem mu uznania przez aliantów zachodnich na początku lipca 1945 r.

W publicystyce czołowych polityków emigracyjnej PPS – Tomasza Arciszewskiego („Moralno-polityczne znaczenie powstania warszawskiego”, Londyn 1949), Zygmunta Zaremby („Społeczne oblicze Powstania”, „Warszawa w ogniu powstania”), czy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego brakuje zatem refleksji krytycznej. Ich stanowisko było podobne do zajmowanego przez gen. Bora-Komorowskiego, Stefana Korbońskiego, czy antykomunistycznego pisarza Józefa Mackiewicza. Najogólniej sprowadzało się do konkluzji, że za wszystko winę ponoszą Sowieci.

Jednakże krytycznego rozrachunku z powstaniem dokonało środowisko paryskiej „Kultury”, którego liderzy – Jerzy Giedroyc (1906-2000) i Juliusz Mieroszewski (1906-1976) – ewoluowali w latach 50-tych i 60-tych XX w. w stronę demokratycznej lewicy. Najważniejszy tekst rozrachunkowy – „Powstanie Warszawskie i problem odpowiedzialności” autorstwa Tadeusza Sołowija – ukazał się na łamach paryskiej „Kultury” w 1951 r. (nr 48). Artykuł ten stanowił recenzję wspomnień gen. Bora-Komorowskiego pt. „Armia Podziemna” (Londyn 1951) oraz publikacji „Armia Krajowa” (trzeciego tomu serii „Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej”) wydanej przez Instytut Historyczny im. Gen. Sikorskiego (Londyn 1950). Sołowij doszedł do następującego wniosku: „Decyzję powstania podjęli w kraju i Londynie ludzie karmiący się złudzeniami, nie mającymi żadnego pokrycia w ówczesnej sytuacji międzynarodowej. Wykonano ją w momencie, który przesądził z góry o klęsce planu, któremu powstanie miało służyć”.

Krytyki formułowanej przez różne środowiska polityczne na emigracji nie przyjmował gen. Bór-Komorowski. Przykładem ignorowania tej krytyki są chociażby takie słowa dowódcy AK: „Wydałem rozkaz wszczęcia jawnej walki w Warszawie dnia pierwszego sierpnia 1944, w chwili gdy armia czerwona znajdowała się u samych wrót naszej stolicy [w rzeczywistości została odparta przez Niemców od Warszawy w dniach 25 lipca-5 sierpnia 1944 r. – BP] i kiedy wszystkie względy wojskowe zdawały się wskazywać, że chwila dojrzała do otwarcia bitwy na tym odcinku. Wydałem te rozkazy ufając, że bitwa rozpoczęta wewnątrz miasta przez nasze siły zostanie niezwłocznie poparta przez wojska sowieckie, przez wznowioną ofensywę, przez bombardowanie niemieckich obiektów wojskowych, przez rzucanie nam materiałów wojennych”[2].

Ta narracja, że winę za tragedię powstania ponosi ZSRR i nikt więcej była ciągle powielana przez gen. Bora w jego wywiadach i publikacjach po wojnie. Także w wydanym pośmiertnie opracowaniu jego autorstwa pt. „Powstanie Warszawskie”, gdzie napisał: „Za podjęciem akcji mającej na celu opanowanie Warszawy przed wkroczeniem do niej wojsk rosyjskich przemawiały względy natury wojskowej, politycznej i ideologicznej. Przygotowania niemieckie wskazywały, że Niemcy będą bronić Warszawy, że walki toczyć się będą na terenie stolicy o umocnione obiekty. W związku z tym miasto narażone będzie na poważne straty i zniszczenia. Jeżeli jednocześnie z uderzeniem rosyjskim od zewnątrz podjęta zostanie walka wewnątrz miasta, umożliwi to przyśpieszenie jej końca i uchroni stolicę od nadmiernych strat i zniszczeń”[3].

Jeszcze inaczej uzasadnił powstanie gen. Pełczyński: „Naród polski odczuwał potrzebę udziału w walce toczonej na jego ziemiach. Poczuwał się też do praw gospodarza na swoich ziemiach. Aby być gospodarzem na danym terenie, trzeba mieć w swym posiadaniu węzły komunikacyjne, a więc miasta. Stąd udział Armii Krajowej w walce o Wilno, o Lwów i o miasta Okręgu Lubelskiego”[4]. A zatem powstanie warszawskie było rzekomo wolą narodu, a nie kilku wyższych dowódców AK.

Po 1989 r., a zwłaszcza po 2004 r. (otwarcie Muzeum Powstania Warszawskiego) powstanie warszawskie stało się jednym z kluczowych elementów realizowanej w Polsce polityki historycznej. Stanowi dzisiaj ważną część antykomunistycznego i antyrosyjskiego mitu założycielskiego nowej Polski. Dla potrzeb kreacji tego mitu zaadaptowano narrację generałów Bora i Pełczyńskiego, a prawie zupełnie pomija się lub marginalizuje krytykę powstania. Także tę uprawianą przez prawicowych polityków i publicystów na emigracji.

[1] Cyt. za: J. Engledgard, M. Motas (red.), „W imię czego ta ofiara? Obóz Narodowy wobec Powstania Warszawskiego”, wyd. II, Warszawa 2017, s. 132-133.

[2] Cyt. za: A. Kunert (oprac.), „Tadeusz Bór-Komorowski w relacjach i dokumentach”, Warszawa 2000, s. 411.

[3] T. Bór-Komorowski, „Powstanie Warszawskie”, Warszawa 2004, s. 15.

[4] T. Pełczyński, przedmowa (w:) „Armia Krajowa w dokumentach 1939–1945”, Wrocław-Warszawa-Kraków 1991, s. XXXIII (33).

Bohdan Piętka

2 sierpnia 2020 r.

„Przegląd” nr 31 (1073), 27.07-2.08.2020, s. 24-28

Romanowskiego rozprawa z postsolidarnością

Nakładem wydawnictwa Universitas (Kraków 2019) ukazała się książka prof. Andrzeja Romanowskiego pt. „Antykomunizm, czyli upadek Polski. Publicystyka lat 1998-2019”. Autor (ur. 1951) jest literaturoznawcą, kierownikiem Katedry Kultury Literackiej Pogranicza na Wydziale Polonistyki UJ, pracownikiem naukowym Instytutu Historii PAN, redaktorem naczelnym „Polskiego Słownika Biograficznego” (od 2003 r.) i publicystą. W okresie PRL był związany z „Solidarnością”. W III RP wchodził w skład władz regionalnych i krajowych Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna, Unii Demokratycznej, Unii Wolności i Partii Demokratycznej.

Teza przewodnia publicystyki prof. A. Romanowskiego sprowadza się do konkluzji, że III RP – która jego zdaniem była „najlepszym państwem w polskich dziejach” (s. 5) – została zniszczona przez solidarnościowy antykomunizm i upolityczniony katolicyzm. Co do upolitycznionego katolicyzmu, to należy przypomnieć, że bliska prof. A. Romanowskiemu Unia Demokratyczna (Wolności) sama podczepiała się pod Kościół katolicki i wykorzystywała politycznie katolicyzm, tylko w innej formie i w innym celu niż szeroko rozumiana prawica.

Ciekawa jest natomiast krytyka postsolidarnościowego antykomunizmu w publicystyce prof. A. Romanowskiego. Tezę, że antykomunizm rozumiany jako delegalizacja PRL jest ideologią państwową III RP stawiał wielokrotnie prof. Bronisław Łagowski. Także ja zwracałem uwagę na to, że antykomunistyczna ideologia III RP ma w istocie charakter antypolski. III RP nie wzięła się bowiem z Kosmosu. Wyrosła z PRL – m.in. z jej kształtu terytorialnego i z pozostawionego przez nią majątku narodowego, który roztrwoniła. Dlatego chociażby wyszydzanie określenia Ziemie Odzyskane – pisanego przed dekomunizatorów w cudzysłowie – ma charakter antypolski. Taki sam charakter ma wymazywanie z historii nazwisk i osiągnięć ludzi, którzy działali w PRL na polu społecznym, kulturalnym, a nawet politycznym nie z powodu fascynacji marksizmem-leninizmem, ale w celu podtrzymania bytu narodowego oraz ciągłości politycznej państwa i narodu. W celu nadania temu państwu możliwie jak najbardziej polskiego charakteru.

III RP – wbrew temu co się wydaje szermierzom postsolidarnościowego antykomunizmu (nie tylko prawicowym, także tym z obozu liberalnego i lewicy) – jest polityczną (nie ustrojową) kontynuacją PRL, a nie II RP, której historia zakończyła się ostatecznie z chwilą kapitulacji powstania warszawskiego. Postsolidarnościowi antykomuniści biorąc w nawias okres PRL i ogłaszając się spadkobiercami i kontynuatorami wyłącznie II RP wybrali życie w Matriksie. Dodajmy – w groteskowym Matriksie.

Prof. A. Romanowski zasadniczo idzie tym tokiem myślenia. Jednakże upatrując przyczyn niepowodzenia projektu politycznego III RP w solidarnościowym antykomunizmie i upolitycznionym katolicyzmie nie zauważa neoliberalizmu, którego jest zwolennikiem. Sądzę, że akcenty rozkładają się nieco inaczej. Przyczyną wielostronnej degrengolady III RP jest właśnie neoliberalizm, a solidarnościowy antykomunizm i „polityczny katolicyzm” były tylko jego narzędziami.

Zgodzę się z prof. A. Romanowskim, że solidarnościowy antykomunizm musiał doprowadzić do PiS. Jednakże jego stwierdzenie, że III RP przestała istnieć w nocy z 2 na 3 grudnia 2015 r. „w momencie zaprzysiężenia przez prezydenta Andrzeja Dudę sędziów-dublerów Trybunału Konstytucyjnego” ociera się o groteskę. Zwłaszcza w kontekście świetnej publikacji na ten temat Lecha Mażewskiego – „Wiele hałasu o nic? Konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego w latach 2015-2016 w perspektywie rozważań modelowych” (Warszawa 2017).

Ogólnie jednak należy się zgodzić chociażby z taką tezą prof. A Romanowskiego: „Tak czy inaczej, zrozumienie historycznego dziedzictwa Polaków – to dla dzisiejszej prawicy zadanie zbyt intelektualnie wyczerpujące. A dla lewicy jałowe i nudne” (s. 119). Duża część dwudziestoletniej publicystyki prof. A. Romanowskiego jest poświęcona krytyce polityki historycznej III RP, firmowanej przez IPN i solidarnościową prawicę. To jej głównie zarzuca on brak zrozumienia i instrumentalizację historii. Ale potrafi skrytykować za to także ludzi wywodzących się ze swojego środowiska politycznego – np. Romana Graczyka.

To co pisze prof. A. Romanowski należy docenić, ponieważ pisze to człowiek „Solidarności”, a spojrzenie krytyczne na historię i rzeczywistość nie jest mocną stroną środowisk solidarnościowych, odwołujących się w większości do tradycji polskiego romantyzmu politycznego XIX w. i to w formie karykaturalnej. U prof. A. Romanowskiego wyraźny jest obiektywizm, gdy pisze on zgodnie z prawdą historyczną, że PRL była po 1956 r. państwem autorytarnym. Natomiast animatorzy polityki historycznej III RP zamknęli okres 1944-1989 klamrą z napisem „totalitaryzm”, rozciągając manipulacyjnie okres stalinizmu na cały okres PRL.

Prof. A. Romanowski odwołuje się do polskiej szkoły realizmu politycznego, gdy pisze: „Polacy w niewoli rzadko byli w sytuacji takiej, że nie mieli niczego. Ich podstawowe pytanie brzmiało nie: »bić się, czy nie bić«, lecz: umacniać czy nie umacniać te państwa, te organizmy, te autonomie – czasem quasi-niepodległe. A na to tym bardziej nie było jednej odpowiedzi (…). Kto jednak dobrze życzył Polsce, temu ugoda nie myliła się z kapitulacją. Każdy rozumiał, że ugoda – to targ i układ: coś za coś. (…) Przecież to dzięki temu, że Czartoryski trwał nie przy Napoleonie, lecz przy carze Aleksandrze, mógł potem, na kongresie wiedeńskim, wskrzesić Królestwo Polskie. I to dzięki temu, że Polacy ułożyli się z zaborcą austriackim, Galicja stała się z czasem »polskim Piemontem«, a Piłsudski mógł tu uzbroić swą Kadrówkę. Co by się stało, gdyby w latach napoleońskich Polska nie miała wariantu awaryjnego? I co by było, gdyby w roku 1866 Polacy wysunęli hasło powstańcze, dokonali próby oderwania Galicji od Austrii?” (s. 112-113).

Jest też do bólu obiektywny, gdy pisze: „PiS-owska »polityka historyczna« była w istocie wyzwaniem rzuconym Polsce i jej tradycji. Zarówno w Muzeum Powstania Warszawskiego, jak w wystąpieniach prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jak wreszcie w szerzonym przez Instytut Pamięci Narodowej kulcie powojennego »podziemia niepodległościowego«, »żołnierzy wyklętych« i »ostatnich leśnych«, liczyło się tak naprawdę tylko jedno: upływ krwi. To był ten jedyny miernik patriotyzmu – tym większą budzący satysfakcję i (sic!) radość, im mniej za nim stało politycznej kalkulacji, im bardziej tragiczne były jego skutki. Otóż takiego myślenia dotąd w Polsce nie znaliśmy. Owszem, w II RP czczono tradycję powstańczą i fetowano weteranów 1863 roku. Lecz przecież istniała wtedy zawsze możliwość konfrontacji postaw, dokonania odpowiedniego wyboru. (…) Z patriotyzmem powstańczym konkurował patriotyzm Narodowej Demokracji, dla którego »socjalistyczny« czyn Legionów był w istocie antynarodowy. Nie było też mowy o ograniczeniu patriotyzmu do któregokolwiek z segmentów sceny politycznej, ani o łączeniu go z porządkiem katolickim – nie pozwalały na to antyklerykalne i laickie korzenie ideologii Piłsudskiego, Dmowskiego i Witosa. Zresztą sami przywódcy, wychowani w latach niewoli, umieli wznieść się ponad historiozofię własnego obozu: znany jest szacunek, jaki kultywujący tradycję powstańczą Piłsudski żywił do największego wroga powstania – margrabiego Aleksandra Wielopolskiego” (s. 114).

I dalej: „Trzecia Rzeczpospolita miała szansę stać się państwem wielkiej ideowej syntezy. Powstała wszak w drodze układu z komunistami, ale jej aksjologia była antykomunistyczna. Jedno i drugie stanowiło wartość. Rzecz jednak w tym, że terminem »antykomunizm« ochrzczono u nas walkę nie z systemem czy ideologią, lecz z nieistniejącym PRL. Ba! Nawet nie z PRL, lecz z ludźmi PRL, a czasem nie z ludźmi PRL, lecz po prostu z aktualnym przeciwnikiem – jak nie byłym członkiem PZPR, to agentem, jak nie agentem, to człowiekiem o kontaktach wskazujących na to, że mógł być agentem… Ta postsolidarnościowa spirala wariactwa, widoczna w kolejnych bataliach o lustrację, dekomunizację i dezubekizację, rosła i potężniała z każdym rokiem” (s. 115).

A na koniec taka konkluzja: „(…) w dyskursie historycznym, prowadzonym pod hasłem »przywracania pamięci«, usuwano z tradycji wszystko, co wiązało się lewicą. Tradycja lewicowa – to była nieledwie tradycja zdrady. Czy trzeba przypominać, że obrażało to pamięć Józefa Piłsudskiego? I czy należało się godzić z kompletną społeczną nieświadomością, czym była niepodległościowa PPS? Z ignorancją faktu, że ostatnim uznawanym przez świat premierem rządu »londyńskiego« był socjalista, Tomasz Arciszewski? Z zapomnieniem, jakie stało się udziałem Kazimierza Pużaka, zmarłego w stalinowskim więzieniu? Ale amputowano nie tylko tradycję lewicową. Skoro przemilczeliśmy setną rocznicę rewolucji 1905, to znaczy, że za burtę wyrzuciliśmy całe już polityczne dziedzictwo: wszak w owym »czwartym powstaniu« udział miała nie tylko lewica, lecz i prawica: Narodowa Demokracja, Roman Dmowski… A cóż mówić o historii późniejszej. W publicznym dyskursie pominięto przecież 50. rocznicę Polskiego Października, eksponując z roku 1956 tylko Poznański Czerwiec – bo krwawy” (s. 118).

Ciekawe jest też spojrzenie prof. A. Romanowskiego na Rosję. Jego stosunek do Rosji Putina jest negatywny. Zarzuca jej to samo, co bliski mu obóz liberalny, który pod tym względem prawie nie różni się od przeważającej większości polskiej prawicy. Wytyka więc Moskwie eksterminację Czeczenów oraz podeptanie aksjomatu nienaruszalności granic w Gruzji i na Ukrainie. Aneksję Krymu porównuje z Anschlussem Austrii przez Hitlera itp. System polityczny stworzony przez Putina charakteryzuje jako „tyleż anachroniczny, co niebezpieczny: okcydentalistyczny, lecz w rozumieniu powrotu do środka Europy, żywiący się marzeniem o odbudowie utraconego imperium, więc stawiającym na armię i politykę siłową” (s. 360).

Jednakże i tutaj jego spojrzenie okazuje się wyważone. Nawiązując do sytuacji na Ukrainie po 2014 r. pisze bowiem o realiach historycznych: „Rosja czuje się spadkobiercą Rusi. Kijów jest kolebką Rusi, miastem świętym, nad którym Moskwa panuje w sposób faktyczny od połowy XVII wieku. Z kolei Doniecczyzna i Ługańszczyzna leżały na terenie państwa moskiewskiego również wtedy, gdy ukraińscy Kozacy dokonywali jej kolonizacji. Krym został zdobyty przez Rosję pod koniec XVIII wieku i został w większości zasiedlony przez Rosjan (Ukrainie podarowała go Moskwa zaledwie 60 lat temu). Sewastopol do dziś pozostaje symbolem rosyjskiego oręża” (s. 357).

Zauważa, że „minione ćwierćwiecze udowodniło, że Rosja jest gotowa przyjąć istnienie odrębnej Ukrainy. Wszak nawet w dniach »pomarańczowej rewolucji« prezydent Putin wykazał powściągliwość. Ale trudno sobie wyobrazić, by nie tylko Putin, ale i Gorbaczow, czy Borys Jelcyn, zgodzili się kiedykolwiek na pożeglowanie Ukrainy do świata zachodniego. Do Unii Europejskiej i do NATO, a przecież te cele stawiała przed sobą polityka ukraińska” (s. 358).

O polskiej odpowiedzialności za kryzys ukraiński w 2014 r. pisze następująco: „Nie da się zaprzeczyć, że Polska, podtrzymując dążenia Ukraińców do systemu »takiego jak na Zachodzie«, wspierała działania wymierzone w prezydenta Wiktora Janukowycza i – analogicznie jak w roku 2008 w Gruzji – opowiadała się za wszystkim, co tylko może zaszkodzić Rosji. Działania te niosły oczywiste ryzyko, ale taki ciężar polityk musi czasem podjąć. Rzecz w tym, czy były racjonalne. Bo czego właściwie się bano? Czy pod rządami Janukowycza Ukraina rzeczywiście stałaby się rosyjskim protektoratem? To wielkie i ludne państwo, zawieszone między Wschodem i Zachodem, przyjazne Rosji i Zachodowi (choć pewnie Rosji bardziej), zostałoby wtedy co prawda skazane na dryf, nie byłoby państwem marzeń zwłaszcza dla Ukraińców ze Lwowa, zarazem jednak zachowałoby terytorialną integralność i miałoby poczucie bezpieczeństwa” (s. 358-359). Dostrzegł, że Rosja nie może „odpuszczać” Ukrainy – „fundując sobie powstanie państwa jeszcze bardziej niż Polska antyrosyjskiego” (s. 363).

Pisząc krytycznie o systemie politycznym Putina zauważa równocześnie, że „Rosja przecież niejedno ma imię” i przywołuje wezwanie Norwida, by mieć w Rosji „swą partię”. „Aby jednak mieć taką partię – pisze – trzeba wpierw Rosję zrozumieć. (…) A jakkolwiek jest zróżnicowana polska opinia na temat Rosji, to najsilniej daje o sobie znać specyficzny polski patriotyzm. Specyficzny – bo myślowo prostacki. Jego imperatywem jest szkodzenie Rosji, gdzie tylko się da, w naiwnej wierze, że w ten sposób odepchnie się ją dalej od naszych granic (…)” (s. 360-361). W innym miejscu stwierdza wprost: „Bo rusofobia starcza teraz za całą polską myśl polityczną” (s. 377). Konkluzja prof. A. Romanowskiego także i w tym wypadku jest do bólu szczera: „Polska rusofobia nie ma oczywiście większego międzynarodowego znaczenia, ale dodatkowo jeszcze wzmacnia myślenie odwetowe na Kremlu” (s. 362).

W sierpniu 2014 r. – kiedy większość polityków i mediów polskich przemawiała w tonie triumfalizmu, niczym Piłsudski po powrocie z wyprawy kijowskiej – prof. A. Romanowski napisał, że Polska na Wschodzie przegrywa. Tak to uzasadnił: „Pokazaliśmy Rosji, że jej polityka otwarcia – rozpoczęta przez Gorbaczowa, kontynuowana przez Jelcyna i nawet jeszcze przez Putina, który pięć lat temu mówił na Westerplatte rzeczy dla rosyjskiego ucha rewolucyjne – jest drogą do politycznej zapaści. (…) Polska przecież – po osiągnięciu celów strategicznych, jakimi były członkostwo w NATO i w Unii Europejskiej – nie miała żadnego powodu, by przyjmować wobec Rosji postawę konfrontacyjną. Nie powinna być jastrzębiem – raczej gołębiem, raczej mediatorem. (…) Przegrywamy jednak nie dlatego, że nie doceniliśmy niebezpieczeństwa rosyjskiego. Przegrywamy dlatego, bo to niebezpieczeństwo przeceniliśmy. Bo przecież nie każdy krok Rosji był w przeszłości obliczony na konfrontację. Porównując (ustami Radosława Sikorskiego) rosyjsko-niemiecki kontrakt gazowy do paktu Ribbentrop-Mołotow, sami pozbawiliśmy się wiarygodności. Elity solidarnościowe, wzrosłe niegdyś w etosie walki, zawsze też wobec siebie bezkrytyczne, nie potrafią zmierzyć się z zagrożeniem, gdy stało się ono realne. Będą wykonywać gesty Rejtanowskie, protestować, piętnować i żądać sankcji, będą ścigać się w radykalizmie. Nie mają jednak pomysłu na Rosję, na dobrosąsiedzkie z nią stosunki – jak już niczego nie znajdą, to przynajmniej zażądają, by Katyń uznać za ludobójstwo. Bezpieczeństwa Polski i Ukrainy taka polityka nie wzmacnia” (s. 362-363).

Prof. Andrzej Romanowski wpisuje się zatem w podobny nurt myślenia krytycznego o Polsce postsolidarnościowej, co profesorowie Bronisław Łagowski i Andrzej Walicki. Nie mam wątpliwości, że i jego głos nie wywrze jakiegokolwiek wpływu na polska „klasę polityczną” i jej myślenie, tzn. jej niezdolność do myślenia. Nie mam też wątpliwości, że ze swoim stanowiskiem pozostanie osamotniony także, a może przede wszystkim w swoim obozie politycznym.

Bohdan Piętka

16 lipca 2020 r.

„Myśl Polska” nr 29-30 (2301/2302), 19-26.07.2020, s. 18.

Bunt przeciw generałowi Sikorskiemu

W lipcu 1940 r. doszło do próby obalenia przez piłsudczyków premiera polskiego rządu na uchodźstwie, gen. Władysława Sikorskiego (1881-1943). Genezy buntu przeciw gen. Sikorskiemu należy szukać w okolicznościach powstania jego rządu. Pomimo klęski wrześniowej sanacja zmierzała do zachowania władzy w swym ręku. Nie było to łatwe, ponieważ po przekroczeniu granicy polsko-rumuńskiej w nocy z 17 na 18 września 1939 r. najwyższe władze polskie zostały internowane w Rumunii pod naciskiem niemieckim. W tej sytuacji prezydent RP Ignacy Mościcki mianował swoim następcą gen. Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego – byłego adiutanta Józefa Piłsudskiego, kojarzonego z tzw. grupą pułkowników, wówczas ambasadora polskiego w Rzymie. Opozycja antysanacyjna miała jednak lepsze kontakty z rządem francuskim, który sprzeciwił się tej nominacji. Wtedy Mościcki mianował swoim następcą Władysława Raczkiewicza (1885-1947) – także piłsudczyka, byłego marszałka Senatu i ministra spraw wewnętrznych.

Raczkiewicz został zaprzysiężony w Paryżu 30 września 1939 r. i zamierzał powołać na stanowisko premiera rządu na uchodźstwie Augusta Zaleskiego (1883-1972) – polityka piłsudczykowskiego, ministra spraw zagranicznych w latach 1926-1932. Opozycja antysanacyjna nie dopuściła jednak do utworzenia rządu Zaleskiego. Miała w tym poparcie władz francuskich, u których przywódcy sanacyjni nie cieszyli się zaufaniem. Ponadto klęska wrześniowa spowodowała dalszą erozję autorytetu obozu sanacyjnego tak w kraju, jak i na emigracji – co osłabiło jego pozycję polityczną. Większość czołowych polityków sanacyjnych znajdowała się jeszcze w Rumunii lub na Węgrzech. Natomiast do Paryża zjechało wielu przedstawicieli opozycji z gen. Władysławem Sikorskim na czele, który uchodził za frankofila i posiadał liczne kontakty z czołowymi politykami francuskimi. Jego właśnie opozycja wysunęła na premiera. W tej sytuacji prezydent Raczkiewicz musiał pójść na kompromis i zgodzić się na nominację gen. Sikorskiego, która nastąpiła także 30 września 1939 r.

Wyrazem tego kompromisu była tzw. umowa paryska pomiędzy prezydentem Raczkiewiczem a stronnikami gen. Sikorskiego, która przewidywała, że Konstytucja kwietniowa – nie uznawana dotąd przez opozycję antysanacyjną – pozostanie w mocy, ale prezydent będzie korzystać z przysługujących mu prerogatyw tylko w porozumieniu z szefem rządu.

Gabinet gen. Sikorskiego miał charakter koalicyjny, a w jego skład weszli przedstawiciele głównych partii opozycji antysanacyjnej: Stronnictwa Narodowego, Stronnictwa Pracy, Stronnictwa Ludowego i Polskiej Partii Socjalistycznej. W rządzie znaleźli się także politycy sanacyjni – Zaleski jako minister spraw zagranicznych oraz jeden z czołowych piłsudczyków (odsunięty na „boczny tor” po śmierci Marszałka), gen. Kazimierz Sosnkowski (1885-1969), który objął funkcję przewodniczącego Komitetu Rady Ministrów ds. Kraju i komendanta głównego Związku Walki Zbrojnej. Ponadto prezydent Raczkiewicz mianowało go swoim następcą na wypadek śmierci. Piłsudczycy pragnęli także, by gen. Sosnkowski został mianowany Naczelnym Wodzem. Obóz zwolenników Sikorskiego również tym razem do tego nie dopuścił i prezydent Raczkiewicz musiał mianować 7 listopada 1939 r. Naczelnym Wodzem oraz Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych gen. Sikorskiego.

Piłsudczycy, pomimo kompromitacji związanej z klęską wrześniową, zachowali więc w swoim ręku trzy kluczowe pozycje, jakimi były urząd prezydenta RP na uchodźstwie, resort spraw zagranicznych i kontakty z okupowanym krajem. Wpływy ich wzmacniały się w miarę wzrostu liczby przedzierających się z okupowanego kraju oficerów i polityków. Otwarty konflikt piłsudczyków z premierem Sikorskim i próba odzyskania przez nich pełni władzy stały się zatem kwestią czasu.

Okazję ku temu stworzyła klęska Francji w czerwcu 1940 r. i konieczność przeniesienia się polskich władz na uchodźstwie do Wielkiej Brytanii. Kapitulacja Francji była wielkim zaskoczeniem i rozczarowaniem dla Sikorskiego, który wierzył w potęgę tego państwa. Upadek Francji oznaczał również utratę znacznej części odtworzonych Polskich Sił Zbrojnych. Spowodowało to krytykę ze strony przeciwników generała, rewanżujących się w ten sposób za krytykę, jakiej doświadczyli piłsudczycy po klęsce wrześniowej. Katastrofa Francji stawiała w nowym świetle klęskę polską we wrześniu 1939 r. Francja była przecież mocarstwem dysponującym liczną i silną armią. Jeśli ta armia została tak szybko rozbita to znaczy, że armia polska we Wrześniu nie działała tak źle – argumentowali podnoszący głowę piłsudczycy. Rehabilitacji żądali krytykowani i oskarżani przywódcy sanacji i generałowie Września.

18 czerwca 1940 r. gen. Sikorski udał się do Wielkiej Brytanii. Na wyspy brytyjskie ewakuowano 32 tys. oficerów i żołnierzy, tj. 40% stanu Polskich Sił Zbrojnych. Już następnego dnia Sikorski porozumiał się z brytyjskim premierem Winstonem Churchillem w sprawie wspólnego kontynuowania wojny. Miał na to pełne poparcie rządu i prezydenta.

Powodem ataku grupy piłsudczykowskiej na Sikorskiego stał się jego memoriał przedłożony rządowi brytyjskiemu, w którym przewidywał utworzenie 300-tysięcznej armii z Polaków przebywających w obozach jenieckich i miejscach zesłania w ZSRR. Propozycje te korespondowały z brytyjskimi zabiegami o względy Stalina oraz z memoriałem Stefana Litauera (1892-1959) – dziennikarza o powiązaniach lewicowych, wówczas korespondenta Polskiej Agencji Telegraficznej w Londynie. W krytycznym momencie przeniesienia rządu polskiego do Wielkiej Brytanii Litauer wystąpił z planem utworzenia w ZSRR 300-tysięcznej armii polskiej do walki z Niemcami, rewizji granicy polsko-radzieckiej na zasadzie etnograficznej i zgody rządu polskiego na przemarsz Armii Czerwonej przez ziemie polskie. Propozycje te natychmiast podchwycił dr Józef Retinger (1888-1960) – pisarz, wolnomularz i doradca Sikorskiego, który wydostał polskiego premiera z Francji. Zdaniem Normana Daviesa, także agent wywiadu brytyjskiego.

W rozmowie z szefem brytyjskiej dyplomacji lordem Halifaxem premier Sikorski przedstawił tezy memoriału Litauera w formie zmodyfikowanej – jedynie z propozycją utworzenia w ZSRR armii polskiej i wysłania przedstawiciela rządu RP do Moskwy. Posunięcia tego generał nie uzgodnił jednak z prezydentem Raczkiewiczem i ministrem spraw zagranicznych. Na takie uzgodnienie nie pozwalało stanowisko zajmowane po 17 września 1939 r. wobec ZSRR przez Raczkiewicza, Zaleskiego i ogół piłsudczyków. Uważali oni, że Polska jest w stanie wojny tak z Niemcami, jak i ze Związkiem Radzieckim i nie myśleli latem 1940 r. o szukaniu jakichś dróg porozumienia z Moskwą.

Fakt, że premier wyszedł sam z taką propozycją był kroplą, która przelała puchar goryczy. Z ostrą publiczną krytyką gen. Sikorskiego wystąpili natychmiast nie tylko Zaleski i były ambasador we Francji Juliusz Łukaszewicz, ale także odsunięci od wpływów i władzy politycy sanacyjni – gen. Stefan Dąb-Biernacki (internowany już we Francji w Ośrodku Oficerskim w Cerizay), Michał Grażyński, Marian Zyndram-Kościałkowski i in. Oponenci zarzucali Sikorskiemu bezkrytyczną wiarę w potęgę sojusznika francuskiego, zaprzepaszczenie armii polskiej we Francji, kumulowanie stanowisk, dzielenie oficerów na lepszych i gorszych oraz samowolę. Na fali tej nagonki prezydent Raczkiewicz zażądał od premiera Sikorskiego usunięcia z rządu ministrów Stanisława Kota i Henryka Strasburgera, których oskarżył o utratę części złota Banku Polskiego zdeponowanej w Dakarze pod kontrolą władz Vichy.

Sikorski odmówił i w związku z tym 18 lipca 1940 r. otrzymał z rąk prezydenta dymisję. Jego następcą Raczkiewicz mianował Augusta Zaleskiego. Wywołany przez piłsudczyków kryzys polityczny był niebezpieczny dla sprawy polskiej, ponieważ groził rządowi RP marginalizacją na arenie międzynarodowej. Gen. Sikorski odmówił przyjęcia dymisji powołując się na samoograniczenie Raczkiewicza w wykonywaniu niektórych uprawnień prezydenckich wynikające z umowy paryskiej. Wierni Sikorskiemu oficerowie z płk. Tadeuszem Klimeckim zagrozili Zaleskiemu „najdalej idącymi konsekwencjami” w przypadku przyjęcia przez niego nominacji na premiera. Po stronie Sikorskiego opowiedziała się też większość Rady Narodowej (polskiego parlamentu na uchodźstwie). Jako pośrednik wystąpił gen. Sosnkowski, któremu udało się rozładować kryzys.

20 lipca 1940 r. prezydent Raczkiewicz wycofał się z decyzji o zdymisjonowaniu premiera Sikorskiego. Grupa zbuntowanych oficerów z gen. Dębem-Biernackim na czele została izolowana i trafiła do obozu internowania Rothesay na wysepce Bute u zachodnich wybrzeży Szkocji. Memoriał w sprawie porozumienia z ZSRR został wycofany, a rząd powrócił do poprzedniego składu. Pozostał w nim jednak podział na zwolenników Sikorskiego z jednej, a Raczkiewicza i Zaleskiego z drugiej strony. Ponadto Sikorski stał się odtąd podejrzliwy i czuły na „spiski sanacyjne”.

Gen. Dąb-Biernacki stanął w październiku 1940 r. przed Sądem Polowym nr 3 w Londynie, który skazał go za przyczynienie się do klęski wrześniowej na karę dwóch lat i sześciu miesięcy pozbawienia wolności oraz degradację do stopnia szeregowca. Natomiast w kwietniu 1941 r. stanął przed Sądem Polowym nr 9 w Londynie pod zarzutem kierowania spiskiem przeciwko rządowi gen. Sikorskiego i został skazany na cztery lata pozbawienia wolności i degradację. W 1943 r. opuścił więzienie brytyjskie ze względu na stan zdrowia i wyjechał do Irlandii, gdzie zajmował się pszczelarstwem.

Trwały podział w rządzie na skrzydło zwolenników Sikorskiego i jego piłsudczykowskich oponentów doprowadził do kolejnego kryzysu politycznego rok później. Także na tle stosunku do ZSRR.

Po agresji III Rzeszy Niemieckiej i jej sojuszników na Związek Radziecki 22 czerwca 1941 r. premier Churchill zapowiedział udzielenie Moskwie wszelkiej pomocy. 12 lipca 1941 r. Wielka Brytania i ZSRR podpisały układ o wzajemnej współpracy. Tak położono pierwsze podwaliny pod Wielką Koalicję antyhitlerowską.

Polityczne znaczenie wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej rozumiał również gen. Sikorski, czemu dał wyraz 23 czerwca 1941 r. w przemówieniu radiowym do okupowanego kraju. Proroczo przewidział wówczas, że „Rosja pochłonie siły niemieckie” oraz wysunął przypuszczenie, że Kreml unieważni swoje układy z Niemcami z 1939 r. i powróci do zasad pokoju ryskiego z Polską.

Wkrótce jednak okazało się, że nie ma mowy o zgodzie Stalina na potwierdzenie polskiej granicy wschodniej z 1921 r. Nierealna okazała się też nadzieja na zagwarantowanie jej przez Wielką Brytanię i USA. Churchillowi zależało na szybkim zawarciu porozumienia ze Stalinem. Dlatego zaczął wywierać naciski w tej sprawie na polskiego premiera. Do wstępnych rozmów pomiędzy Sikorskim i ambasadorem radzieckim w Londynie Iwanem Majskim doszło już 5 lipca 1941 r. W negocjacjach polsko-radzieckich uczestniczył brytyjski dyplomata Alexander Cadogan, a potem także brytyjski minister spraw zagranicznych Anthony Eden. Ambasador Majski był od początku świadomy presji brytyjskiej na Sikorskiego i tym samym swojej mocnej pozycji w rokowaniach. Moskwa rozumiała, że Churchillowi bardziej zależało na sojuszu ze Stalinem, niż zagwarantowaniu Polsce korzystnej sytuacji po wojnie. Dlatego w sprawie granicy polsko-radzieckiej Kreml odpowiadał, że powinna zostać oparta na kryterium etnicznym.

Z kolei premierowi Sikorskiemu najbardziej zależało na poprawie losu Polaków, którzy znaleźli się na terenach okupowanych przez ZSRR i zostali wywiezieni w głąb tego kraju. Dlatego będąc dodatkowo pod presją brytyjską zgodził się 22 lipca 1941 r. na formułę unieważnienia radziecko-niemieckich traktatów rozbiorowych z 1939 r., która odkładała sprawę granicy na czas późniejszy. Prowadzone przez gen. Sikorskiego, przy pośrednictwie brytyjskim, rokowania ze stroną radziecką ponownie skonsolidowały przeciw niemu opozycję piłsudczykowską. Przewodzili jej tym razem gen. Sosnkowski oraz prezydent Raczkiewicz i minister Zaleski, który podczas negocjacji z Majskim był wręcz odsuwany od stołu obrad przez ministra Edena.

Po stronie piłsudczyków opowiedziało się również kierowane przez Tadeusza Bieleckiego Stronnictwo Narodowe, które w rządzie Sikorskiego reprezentował Marian Seyda. Grupa piłsudczykowska przejawiała nierealne nadzieje na obustronne wyniszczenie się Niemiec i ZSRR oraz odbudowę potężnej Polski. Dlatego uważała, że z podpisaniem ewentualnego układu że Stalinem należy się wstrzymać do czasu, kiedy militarne położenie ZSRR stanie się tak trudne, iż Moskwa będzie gotowa do ustępstw.

Minister Zaleski na posiedzeniach Rady Narodowej w dniach 15 i 21 lipca 1941 r. wystąpił z ostrą krytyką premiera. 25 lipca rząd opuścili Sosnkowski, Zaleski i Seyda. Prezydent Raczkiewicz próbował jeszcze powstrzymać premiera Sikorskiego odmawiając mu 29 lipca udzielenia pełnomocnictw do zawarcia układu z ZSRR. W tej sytuacji Sikorski zdecydował się na zawarcie porozumienia z Moskwą bez pełnomocnictwa prezydenta. Stał na stanowisku, że brak tego porozumienia osłabi międzynarodową pozycję polskiego rządu i nie można pozwolić na dalsze pozostawanie Polaków w więzieniach i obozach radzieckich.

Wobec takiej postawy Sikorskiego prezydent Raczkiewicz zagroził swoją dymisją. Dopiero 22 sierpnia 1941 r. zdecydował się pozostać na stanowisku i podpisał dekrety zwalniające ministrów: Seydę, Sosnkowskiego i Zaleskiego. Marian Seyda powrócił do rządu 13 lipca 1942 r. bez zgody Stronnictwa Narodowego, za co został usunięty z jego szeregów.

30 lipca 1941 r. został podpisany w Londynie, w obecności premiera Churchilla i ministra Edena, układ pomiędzy rządem RP na uchodźstwie a rządem ZSRR, który przeszedł do historii jako układ Sikorski-Majski Przywrócone zostały polsko-radzieckie stosunki dyplomatyczne, zerwane jednostronnie przez ZSRR w następstwie agresji z 17 września 1939 r. Strona radziecka godziła się na utworzenie armii polskiej w ZSRR i anulowanie układów z III Rzeszą z 1939 r., ale uchylała się od potwierdzenia granicy ryskiej. Mimo wszystkich kontrowersji, jakie wzbudził wówczas i później układ Sikorski-Majski, najważniejszym jego skutkiem politycznym stało się uwolnienie z radzieckich więzień, obozów i miejsc zesłania 381 220 obywateli polskich, w tym 26 160 jeńców.

„Sikorski dążył do porozumienia, ponieważ był świadomy, że odmowa rokowań prowadziłaby tylko do izolacji Polski” – powiedział w 1967 r. w Radiu Wolna Europa jeden z jego najbliższych współpracowników, gen. Marian Kukiel (1885-1973). Gdyby zamiast linii gen. Sikorskiego zwyciężyła linia polityczna piłsudczyków, rząd polski na uchodźstwie znalazłby się w międzynarodowej izolacji już w 1941 r., a setki tysięcy Polaków na Nieludzkiej Ziemi zostałyby pozostawione wtedy własnemu losowi.

Bohdan Piętka

16 lipca 2020 r.

„Przegląd” nr 29 (1071), 13-19.07.2020, s. 44-46

Prymas Wyszyński – wróg czy patriota PRL?

Kardynał Stefan Wyszyński (1901-1981), prymas Polski w latach 1948-1981, należy niewątpliwie do najwybitniejszych postaci w historii najnowszej Polski. Został mu poświęcony czerwcowy numer „Biuletynu IPN”. Powodem tego jest prawdopodobnie zbliżająca się beatyfikacja kardynała Wyszyńskiego, chociaż w tym roku przypada także 70-ta rocznica podpisania Porozumienia z 14 kwietnia 1950 r. pomiędzy rządem powojennej Polski a Episkopatem. Było to jedno z kluczowych wydarzeń w historii polskiego Kościoła w okresie Polski Ludowej. Niestety niczego nie dowiemy się o tym wydarzeniu z wprowadzającego artykułu „Antemurale christianis” prezesa IPN, dr. Jarosława Szarka. Już sam tytuł tego artykułu wskazuje, że prymas Wyszyński został przedstawiony jako niezłomny bojownik z komunizmem. Taki wizerunek prymasa jest też powielany w pozostałych artykułach tego numeru „Biuletynu IPN”. Obraz przywódcy polskiego Kościoła zawierającego porozumienie z komunistami najwyraźniej do tego wizerunku nie pasuje.

O Porozumieniu z kwietnia 1950 r. jest mowa dopiero w artykule dr. Bartłomieja Noszczaka pt. „(Nie)obecność Prymasa”, który dotyczy internowania kardynała Wyszyńskiego w latach 1953-1956. Dowiadujemy się tego, co głosi na ten temat polityka historyczna po 1989 r. Mianowicie, że „w 1949 r. ekipa Bolesława Bieruta, sterowana przez towarzyszy z Kremla, podjęła antykościelną ofensywę, która współgrała z wdrażaniem w Polsce stalinowskiej wersji komunizmu”. A więc, że Porozumienie zostało wymuszone przez władze komunistyczne, którym z pomocą przyszli „księża patrioci” i prezes Stowarzyszenia PAX Bolesław Piasecki. „Zgodnie ze strategią Józefa Stalina – stosowaną z sukcesem w Związku Sowieckim – władze próbowały rozbić Kościół od środka i we wrześniu 1949 r. animowały ruch »księży patriotów«. W sukurs przyszedł im tzw. postępowy laikat z grupy »Dziś i Jutro«, czyli późniejszego Stowarzyszenia PAX” – pisze dr B. Noszczak. Dlaczego późniejszego, skoro Stowarzyszenie PAX powstało w 1947 r.?

„W tej sytuacji Episkopat Polski szukał ratunku w dialogu” – wyjaśnia dr B. Noszczak. Czyli miał to być dialog wymuszony. Nie dowiemy się, że rozmowy prowadzące do zawarcia Porozumienia rozpoczęły się 6 lipca 1949 r. w ramach Komisji Mieszanej Rządu i Episkopatu z inicjatywy kardynała Wyszyńskiego. Nie dowiemy się, że inicjatorem podpisania porozumienia był sam prymas Wyszyński. Nie dowiemy się, że Porozumienie z kwietnia 1950 r. było bezprecedensowym aktem prawnym w całym bloku komunistycznym i stało się podstawą normalnego funkcjonowania Kościoła katolickiego w okresie Polski Ludowej. Nie dowiemy się, że Porozumienie gwarantowało Kościołowi w epoce głębokiego stalinizmu naukę religii w państwowych szkołach, funkcjonowanie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, stowarzyszeń katolickich, Caritasu (przekształconego w Zrzeszenie Katolików dla niesienia pomocy biednym i potrzebującym), prasy katolickiej oraz swobodę kultu publicznego (w tym pielgrzymek) i swobodę działalności zakonów. Nie dowiemy się, że na mocy Porozumienia powołano fundusz kościelny dla finansowania działalności Kościoła.

Tego wszystkiego nie uzyskał Kościół katolicki w żadnym innym państwie bloku wschodniego. W sąsiedniej Czechosłowacji Kościół katolicki był po prostu nielegalny, a metropolita Pragi jeszcze w latach 80-tych XX w. pracował jako palacz w kotłowni. Ze wspomnianego artykułu dowiemy się natomiast, że była to „kontrowersyjna umowa”, która „miała dla komunistów jedynie znaczenie propagandowe”, a prymas Wyszyński miał po podpisaniu Porozumienia szybko stracić złudzenia „co do możliwości ułożenia stosunków z komunistami”.

O Porozumieniu z kwietnia 1950 r. wspomina także Ewelina Ślązak w artykule „Prymas i biskup. Relacje kard. Stefana Wyszyńskiego z bp. Michałem Klepaczem”. Autorka cytuje zapiski kardynała Wyszyńskiego, w których czytamy: „Niemniej jednak od pierwszych zaraz tygodni zacząłem oswajać księży biskupów z zarysem swojego programu. Pragnąłem doprowadzić za wszelką cenę do stworzenia stałego ciała porozumiewawczego między Episkopatem a rządem, które później [1949 r.] powstało w postaci Komisji Mieszanej. Odtąd Komisja Mieszana jest zjawiskiem stałym w mej pracy”. A zatem doprowadzenie do kompromisu z władzami komunistycznymi, który umożliwiłby w miarę swobodne funkcjonowanie Kościoła katolickiego w Polsce Ludowej, było programem nowego prymasa Polski, z którym wystąpił zaraz po objęciu tej godności na przełomie 1948/1949 r[1].

Wymowny jest też ten fragment zapisków prymasa, gdzie mówi on, że „jeśli kiedyś Episkopat będzie oskarżany o Porozumienie, to prawda wymaga, by wiedziano, że sprawcą Porozumienia od strony Episkopatu jestem ja”. Dążenie do kompromisu, dodajmy mądrego kompromisu, z władzami powojennej Polski nie cieszy się jednak uznaniem polityki historycznej lansowanej przez IPN, która eksponuje jako najlepszą postawę Żołnierzy Wyklętych vel Niezłomnych. Dlatego autorka także nie mówi co zawierało Porozumienie i jakie miało znaczenie dla funkcjonowania polskiego Kościoła w całym okresie PRL.

Kolejny autor – dr Rafał Łatka – w artykule „Niekwestionowany przywódca” pisze „porozumienie” z małej litery i w cudzysłowie oraz informuje jedynie, że dokument krytycznie oceniła Stolica Apostolska oraz kardynał Adam Sapieha. A więc „wstydliwy” epizod w życiorysie prymasa, niewarty uwagi.

Piotr Kordyasz w artykule „Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego” informuje, że „po napisaniu Ślubów Jasnogórskich prymas był przekonany, że już nie wyjdzie na wolność, że przypłaci je wywiezieniem do moskiewskich Butyrek – ciężkiego więzienia KGB. Był na to gotowy”. Ale jak to się miało stać, skoro wkrótce nastąpił Październik 1956 r., który także prymasowi przyniósł zwolnienie z internowania?

Ciekawy jest artykuł księdza prof. Dominika Zamiatały – „Prymas Wyszyński wobec Ziem Zachodnich”. Czytamy w nim: „Prymas Polski Stefan Wyszyński interesował się każdym przejawem życia społecznego i religijnego na Ziemiach Zachodnich. Znał je dobrze, również dzięki częstym wizytom na tych terenach. I był świadomy roli, którą ma do odegrania Kościół w misji ich scalenia z Ojczyzną. Nie miał wątpliwości, że te ziemie należały się Polsce. (…) W przemówieniach i kazaniach krzepił mieszkańców Ziem Odzyskanych i dodawał otuchy. Apelował, aby trwali na dawnych ziemiach piastowskich oraz uwierzyli »w dziejową chwilę Narodu«”.

Z uznaniem należy podkreślić, że autor – wbrew trendom polityki historycznej III RP – używa określenia Ziemie Odzyskane oraz nie pisze go w cudzysłowie ani nie dodaje „tak zwane”, jak to się obecnie robi. No i podkreśla, że są to dawne ziemie piastowskie. Jednakże autor nie wyciąga już wniosku, że prymas Wyszyński swoją postawą wspierał politykę władz PRL wobec Ziem Odzyskanych na gruncie polskiej racji stanu. Czynił tak, pomimo podkopywanie jego autorytetu w tej sprawie przez komunistów, o czym wspomina ks. prof. Zamiatała w swoim artykule. Czynił tak, ponieważ uważał, że jest to zgodne z polskim patriotyzmem, interesem narodu polskiego i polskiego Kościoła.

Grzegorz Polak w artykule „Dlaczego prymas Wyszyński cierpiał za Wschód?” pisze o niejawnym wspieraniu przez prymasa kościołów wschodnich, w tym Kościoła grekokatolickiego. Jednak nie dowiemy się z tego artykułu, że kardynał Wyszyński krytycznie oceniał związki Kościoła grekokatolickiego z nacjonalistami ukraińskimi i dlatego sprzeciwiał się beatyfikacji metropolity Andrija Szeptyckiego. Znowu stanął na gruncie polskiej racji stanu i niejako w zgodzie ze stanowiskiem władz PRL. Znowu „wstydliwy” epizod w życiorysie?

Cykl artykułów poświęconych prymasowi Wyszyńskiemu w czerwcowym „Biuletynie IPN” zamyka tekst prof. Jana Żaryna pt. „Jak prymas Wyszyński przeprowadził Naród przez Morze Czerwone”. W artykule tym, pełnym religijnej egzaltacji, prof. J. Żaryn kreśli obraz Prymasa Tysiąclecia jako niezłomnego bojownika z komunizmem. „Komunizm w Polsce – pisze prof. J. Żaryn – zawalił się nie tylko za sprawą jednego człowieka, człowiek wielkiej wiary i ogromnej inteligencji – Prymasa Tysiąclecia. Zawalił się, gdyż prymasowi udało się uratować Kościół, jego instytucje i łączność ze Stolicą Apostolską (…). Zawalił się, bo dzięki utrzymaniu autonomii Kościoła, prymasowi i biskupom udało się wychować kolejne pokolenia kapłanów (…)”. Krótko mówiąc – prymas Wyszyński jest jeszcze jednym Żołnierzem Niezłomnym w panteonie IPN. Nie dowiemy się z tego artykułu jaki był stosunek kardynała Wyszyńskiego do Komitetu Obrony Robotników i „lewicy laickiej”. Nie dowiemy się jaki był jego stosunek do „Solidarności”. Nie dowiemy się, że do strajków w Sierpniu 1980 r. prymas Wyszyński odniósł się z rezerwą i nie pospieszył od razu z poparciem. Nie dowiemy się nawet jaki był stosunek prymasa do twórczości fetowanego w 1980 r. noblisty Czesława Miłosza. A to wiele mówi o prymasie jako polityku i Polaku.

Zupełnie odmienny obraz prymasa Wyszyńskiego przedstawił dr hab. Lech Mażewski w książce „Prymas Stefan Kardynał Wyszyński wobec Polski po 1944/1945 r. Elementy analizy ustrojoznawczej i geopolitycznej” (Warszawa 2020). W omówieniu tej książki dla „Przeglądu” (nr 23/2020) Lech Mażewski stwierdził: „Ta książka nie tylko jest niezgodna z polityką historyczną uprawianą przez IPN i większość czynników kościelnych, ale także jej tezy nie będą miały żadnego wsparcia wśród sił politycznych dominujących dziś w Polsce. Prymas Stefan Wyszyński, podobnie jak kard. August Hlond, jego poprzednik na stolicy arcybiskupiej w Gnieźnie i Warszawie, a tym samym prymas Polski, nie był żadnym zaprzysięgłym wrogiem Polski po 1944/1945 r. Obaj uznawali realia geopolityczne ukształtowane po zakończeniu II wojny światowej, a nawet oceniali je jako korzystne dla Polski, nie sprzeciwiali się przemianom społeczno-gospodarczym, w tym reformie rolnej i nacjonalizacji przemysłu, a później industrializacji na wielką skalę, stanowczo występowali jedynie przeciwko próbie narzucenia Polsce państwowego ateizmu. To ostatnie szczególnie dotyczyło prymasa Wyszyńskiego. Walka z państwowym ateizmem była jednym z celów w ramach Wielkiej Nowenny Milenium Chrztu Polski w latach 1957-1966 i samych uroczystości milenijnych w latach 1966-1967”.

Dalej Lech Mażewski wywodzi: „W 1965 r. kard. Wyszyński powiedział Januszowi Zabłockiemu, ówczesnemu posłowi Koła Poselskiego Znak, że wśród wielu rewindykacji wobec rządu »nie domagamy się zwrotu majątków kościelnych – ich strata stanowi dobrodziejstwo. Księża przestają być latyfundystami, są bliżej ludu«. W ogólnopaństwowej perspektywie prymas mówił w taki sam sposób w trakcie spotkania z redaktorami »Tygodnika Powszechnego« już w październiku 1952 r.: »Cokolwiek przyniesie przyszłość, trzeba pamiętać, że cały szereg tzw. zdobyczy społecznych ma charakter stałych zdobyczy. Do nich zaliczam przejęcie na własność społeczną ciężkiego przemysłu i wielkiej własności rolnej. Kościół w Polsce nie będzie walczył o zwrot majątków rolnych, sam też nie upomni się o swoje folwarki«. Dokładnie to samo stwierdził w rozmowie z Bolesławem Piaseckim, prezesem Stowarzyszenia PAX, odbytej 16 sierpnia 1953 r.: »’Przedwojenne’ nie wróci. (…) Ja osobiście nie chcę odbierać majątków prymasowskich; nie przyjąłbym zwrotu majątków kościelnych. Jestem zdania, że przemysł ciężki musi pozostać w ręku państwa, pod kontrolą instytucji związków zawodowych. Podobnie kopalnie itp.«”.

Zdaniem L. Mażewskiego prymas Wyszyński miał lewicowe poglądy społeczno-gospodarcze, był patriotą PRL, występującym przeciwko niej z pozycji wewnątrzsystemowych. „Przedmiotem jego kontestacji – mówi L. Mażewski – było głównie forsowanie przez władze państwowego ateizmu, a nie socjalistyczny model społeczno-gospodarczy, ograniczenia niepodległości państwa czy brak demokracji politycznej, aczkolwiek i tu miał wiele krytycznych uwag”. Trzeba przypomnieć. że Stefan Wyszyński był w okresie międzywojennym autorem 106 publikacji poświęconych głównie problemom ustroju gospodarczego, położeniu świata pracy i sprawiedliwości społecznej, a w 1937 r. został kapelanem chadeckiego Stronnictwa Pracy. W publikacjach tych nie szczędził krytyki kapitalizmu. Dlatego właśnie ze względu na swoje poglądy społeczno-gospodarcze – jak twierdzi L. Mażewski – biskup Wyszyński został wskazany w 1948 r. na następcę „przez umierającego prymasa Hlonda, co bez zbędnej zwłoki zaaprobował Pius XII”.

Podczas wizyty ad limina apostolorum w Watykanie w czerwcu i lipcu 1957 r. prymas Wyszyński oświadczył sekretarzowi stanu Stolicy Apostolskiej, kardynałowi Domenico Tardiniemu, że „w Polsce panuje »komunizm nacjonalistyczny«, który walczy o suwerenność Polski, broniąc jej przed Moskwą”. W ten sposób prymas solidaryzował się z Październikiem 1956 roku. Taki był jego stosunek do Polski Ludowej – oparty na realizmie politycznym i rozumieniu polskiej racji stanu. Kreowanie prymasa Wyszyńskiego na nieprzejednanego wroga PRL – co czyni polityka historyczna IPN – jest zupełnie fałszywe.

[1] Bulla nominacyjna Stefana Wyszyńskiego na arcybiskupa gnieźnieńskiego i warszawskiego (prymasa Polski) została podpisana przez papieża Piusa XII 16 listopada 1948 r., a ingres odbył się w Gnieźnie 2 lutego 1949 r.

Bohdan Piętka

3 lipca 2020 r.

„Myśl Polska” nr 27-28 (2299/2300), 5-12.07.2020, s. 9

Powstanie TRJN i jego konsekwencje

28 czerwca 1945 r. prezydent Krajowej Rady Narodowej Bolesław Bierut powołał Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej Rzeczypospolitej Polskiej. Był to rząd koalicyjny składający się ze stronnictw, które dotychczas tworzyły Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego i Rząd Tymczasowy w Warszawie oraz polityków skupionych wokół byłego premiera rządu RP na uchodźstwie Stanisława Mikołajczyka. Jego utworzenie było wynikiem porozumienia zawartego na konferencji w Moskwie, która odbył się w dniach 17-21 czerwca 1945 r. pomiędzy przedstawicielami KRN i Rządu Tymczasowego oraz grupą niekomunistycznych polityków krajowych i emigracyjnych ze Stanisławem Mikołajczykiem na czele. Powstanie TRJN stanowiło realizację postanowień Wielkiej Trójki na konferencji w Jałcie (4-11 lutego 1945 r.), przewidujących rekonstrukcję warszawskiego Rządu Tymczasowego „na szerszej podstawie politycznej” poprzez włączenie w jego skład akceptowanych przez Stalina polityków polskich z Londynu.

Edward Raczyński – ambasador rządu RP na uchodźstwie w Wielkiej Brytanii – określił TRJN mianem „ciała służalczego narzuconego Polsce z zewnątrz”. W przedłożonej przez Raczyńskiego nocie rządu RP na uchodźstwie do rządu brytyjskiego, protestującej przeciw uznaniu TRJN przez Wielką Brytanię, napisano m.in.: „W obecnej sytuacji źródłem władzy rządu z p. Osóbką-Morawskim na czele jest decyzja powzięta nie przez naród polski, lecz przez trzy obce mocarstwa, z których jedno przy pomocy swej armii i policji włada de facto całą administracją Polski. Podstawę prawną takiego rządu można jedynie porównać z podstawą prawną tzw. rządów ustanawianych w krajach okupowanych przez Niemcy w czasie wojny”.

W takim też duchu patrzy na TRJN współczesna polska (a ściślej prawicowa) polityka historyczna, podsumowująca okres 1944-1989 propagandowo-ideologicznym hasłem „okupacja sowiecka”.

Perfidią Stalina – zapewne zamierzoną – było to, że konferencja moskiewska w sprawie powołania TRJN odbyła się w tym samym czasie, kiedy w Moskwie odbywała się parodia procesu sądowego nad 16 czołowymi politykami Polski Podziemnej, aresztowanymi przez NKWD 27 marca 1945 r. i uprowadzonymi do ZSRR. Mało tego – tzw. proces szesnastu toczył się w dniach 18-21 czerwca 1945 r. w Domu Związków u wylotu Placu Czerwonego, bardzo blisko Kremla, gdzie w tym czasie odbywała się wspomniana konferencja.

„Szyderczym wyzwaniem rzuconym przez Kreml Polsce i światu – pisał Wojciech Roszkowski – był fakt, iż jednocześnie z rozmowami w sprawie TRJN rozpoczął się w Moskwie proces przywódców Polski Podziemnej. (…) Było rzeczą niezwykle symboliczną dla losów Polski (…), że wyrok w procesie przywódców Polski Podziemnej ogłoszono 21 VI, a wiec w dniu, gdy opublikowano też komunikat o porozumieniu moskiewskim w sprawie TRJN. Sprawa polska rozstrzygnęła się więc w Moskwie: niezależnych przywódców narodu, zdradziecko aresztowanych, zgromadzono na sali sądowej, by wysłuchali poniżającego wyroku, drugich zaś – marionetkowych zarządców komunistycznych i realistów ratujących resztki niepodległości – na Kremlu, gdzie uzgodnili formę władzy zależną od ZSRR. Na Zachodzie przyjęto rezultaty obu spotkań z ulgą. Ostatecznie polskich przywódców nie skazano na śmierć, a z rządem Arciszewskiego, który protestował, można się było już zupełnie nie liczyć”[1].

Formułując tak ostrą ocenę Wojciech Roszkowski pozwolił sobie jednak określić polityków niekomunistycznych uczestniczących w powołaniu TRJN mianem „realistów ratujących resztki niepodległości”. Należy sobie bowiem zadać pytanie – jaka była alternatywa polityczna dla powołania TRJN? Otóż w realiach geopolitycznych roku 1945 nie istniała alternatywa: Polska niepodległa albo Polska zależna od ZSRR. Istniała zupełnie inna alternatywa – Polska jako republika radziecka albo Polska formalnie istniejąca jako podmiot prawa międzynarodowego z własną symboliką narodową, pozostająca w geopolitycznej strefie wpływów ZSRR.

Do realizacji pierwszej alternatywy – czyli Polski jako republiki radzieckiej – mogli doprowadzić swoimi działaniami ci, których dzisiaj określa się patetycznym mianem Żołnierzy Wyklętych, dążący do wywołania powstania narodowego przeciw ZSRR, naiwnie wierzący w pomoc Zachodu lub szybki wybuch trzeciej wojny światowej, powielający bezmyślność polskiego XIX-wiecznego romantyzmu politycznego wyrażoną w powiedzeniu „wszystko albo nic”. Gdyby ich działalność uzyskała szerokie poparcie narodu polskiego, czyli gdyby doszło w 1945 r. do wybuchu powstania antyradzieckiego w Polsce, to oczywista klęska tego powstania położyłaby kres jakiejkolwiek państwowości polskiej. Drugą alternatywę – czyli kontynuację państwowości polskiej w realiach zależności politycznej od ZSRR, ale jednak państwowości polskiej – wybrali „marionetkowi zarządcy komunistyczni” i „realiści ratujący resztki niepodległości”, którzy uzgodnili w Moskwie formułę Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej.

Sprawa kształtu terytorialnego i geopolitycznego powojennej Polski została ostatecznie przesądzona przez trzy główne mocarstwa koalicji antyhitlerowskiej na konferencjach w Teheranie i Jałcie. Wielka Trójka podjęła decyzję, że akceptujący porozumienia jałtańskie politycy emigracyjni i niereprezentowani w Rządzie Tymczasowym politycy krajowi popierający Stanisława Mikołajczyka otrzymają 25% tek ministerialnych, odpowiednia liczbę wiceministrów oraz reprezentację w KRN i administracji państwowej. Przyjęte proporcje reprezentacji w rządzie koalicyjnym sił proradzieckich i prozachodnich w stosunku 75% do 25% były identyczne jak w wypadku zawartego w marcu 1945 r. porozumienia Josipa Broz-Tito z premierem emigracyjnego rządu Jugosławii Ivanem Šubašiciem. Wielka Brytania i USA nie zamierzały umierać za Polskę, ani rozpoczynać z jej powodu wojny z ZSRR, co dały do zrozumienia polskim politykom emigracyjnym już podczas powstania warszawskiego. Zadowoliły się jedynie zapewnieniem Stalina, że w Polsce odbędą się wolne wybory.

Wykonanie ustaleń jałtańskich przeciągało się na skutek nieustępliwości Stalina, który dopuszczał jedynie rozszerzenie Rządu Tymczasowego o wyznaczonych przez siebie polityków niekomunistycznych, oraz Churchilla, który opowiadał się za fuzją rządu londyńskiego z rządem działającym w Warszawie. Do kompromisu doprowadziła mediacja amerykańska. 26 maja 1945 r. przybył do Moskwy wysłannik prezydenta Trumana Harry Hopkins i wraz z ambasadorem Williamem A. Harrimanem przeprowadził rozmowy ze Stalinem. W ich rezultacie strona amerykańska przyjęła radziecką interpretację uchwał jałtańskich i nakłoniła do tego Churchilla. Następnie Komisja Trzech z udziałem Wiaczesława Mołotowa, Harrimana i ambasadora brytyjskiego w Moskwie Archibalda Clark-Kerra ustaliła 11 czerwca listę osób, które miały wziąć udział w konferencji moskiewskiej dotyczącej powołania TRJN.

Na rozmowy do Moskwy zaproszono prezydenta KRN Bolesława Bieruta, premiera Rządu Tymczasowego Edwarda Osóbkę-Morawskiego i wicepremiera tego rządu, sekretarza generalnego KC PPR Władysława Gomułkę. Ze strony krajowych polityków niekomunistycznych zaproszono nestora ruchu ludowego Wincentego Witosa, Zygmunta Żuławskiego (przedwojennego przewodniczącego Rady Naczelnej PPS, który pozostawał w opozycji zarówno do PPS-WRN, jak i „lubelskiej” PPS i komunistów), prof. Stanisława Kutrzebę (w 1919 r. uczestnika konferencji pokojowej w Paryżu i prac nad traktatem wersalskim), prof. Adama Krzyżanowskiego (przedwojennego posła BBWR, teoretyka polskiego libertarianizmu) i Henryka Kołodziejskiego (działacza spółdzielczego, przedwojennego dyrektora Biblioteki Sejmowej). Natomiast ze strony polityków emigracyjnych – Stanisława Mikołajczyka, działacza PPS Jana Stańczyka i Juliana Żakowskiego (architekta, bezpartyjnego wykładowcę z uniwersytetu w Liverpoolu).

Zanim rozpoczęły się rozmowy moskiewskie, zaprotestował przeciw nim rząd RP w Londynie, którego premierem od 29 listopada 1944 r. był socjalista Tomasz Arciszewski. W wydanym 15 czerwca 1945 r. oświadczeniu rząd Arciszewskiego napisał, że „w obliczu tych tragicznych realiów tworzenie legalnego i niezależnego rządu jedności narodowej, opartego na woli ludzi swobodnie wyrażonej, praktycznie jest niemożliwe jak długo Republika Polska jest okupowana przez sowiecką armię i sowiecką policję polityczną (NKWD) oraz jak długo Polska jest odcięta od swych Zachodnich Sprzymierzeńców i całego cywilizowanego świata”. Na zachodnich sprzymierzeńcach nie zrobiło to jednak jakiegokolwiek wrażenia.

Dwa dni po wydaniu przez rząd Arciszewskiego tego oświadczenia ambasador Harriman spotkał się w Moskwie z Bierutem i Osóbką-Morawskim. W rozmowie, która toczyła się przy obiedzie, Bierut i Osóbka-Morawski zadeklarowali utrzymanie dobrych stosunków nowej Polski z USA i wyrazili życzliwość dla ewentualnego udziału USA w odbudowie życia gospodarczego w Polsce. Przedstawili także ambasadorowi USA swoje stanowisko w sprawie polskiej granicy zachodniej, z którym Harriman ogólnie się zgodził. Ta rozmowa dowodzi, że administracja USA widziała partnera politycznego w proradzieckim obozie władzy w Polsce, a nie wśród polityków rządu Arciszewskiego.

W rozmowach rozpoczętych 17 czerwca w Moskwie wzięli udział wszyscy zaproszeni z wyjątkiem Wincentego Witosa, który wymówił się chorobą (zmarł 31 października 1945 r.) i został zastąpiony przez działacza ruchu ludowego Władysława Kiernika, oraz Żakowskiego, który odmówił i został zastąpiony przez mało znanego Antoniego Kołodzieja – komunistycznego działacza związku marynarzy w Wielkiej Brytanii. Ponadto reprezentacja krajowego obozu władzy została wzmocniona przez Stanisława Szwalbego z prokomunistycznej PPS. Rozmowy moskiewskie były trudne i dramatyczne. W najbardziej krytycznym momencie tych rozmów Gomułka oświadczył Mikołajczykowi: „Możecie stać się współgospodarzami Polski, jeśli zrozumiecie wasze błędy. (…) Porozumienia chcemy z całego serca. Lecz nie myślcie, że jest to warunek naszego istnienia. Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”.

Najwięcej zastrzeżeń i żądań zgłaszał Mikołajczyk. Próbował wtedy mediować ambasador Harriman, co świadczy o tym, że Waszyngton sprzyjał utworzeniu TRJN w stopniu bynajmniej nie mniejszym niż Moskwa. Stanom Zjednoczonym zależało wówczas na szybkim przystąpieniu ZSRR do wojny z Japonią i dlatego były gotowe do daleko idących ustępstw w sprawie polskiej. Harriman spotykał się ze wszystkimi grupami Polaków uczestniczących w konferencji moskiewskiej. M.in. 18 czerwca spotkał się na obiedzie z Żuławskim i Kutrzebą. Obaj nie ukrywali swojej niechęci do komunistów i przedstawiali w czarnych barwach obraz sytuacji w Polsce, jednakże według relacji Harrimana uznali, że polityka polska wobec ZSRR powinna być przyjazna i uwzględniać interesy bezpieczeństwa Związku Radzieckiego.

Co ciekawe – Bierut i Mikołajczyk zgodnie zaproponowali usunięcie z nazwy nowego rządu przymiotnika „tymczasowy”, jako obniżającego jego prestiż. Nie zgodził się na to Harriman, który po konsultacji ze stroną radziecką stwierdził, że takie były ustalenia Wielkiej Trójki w Jałcie.

Podpisane 21 czerwca 1945 r. porozumienie przewidywało powołanie w skład Prezydium KRN jako wiceprzewodniczących Wincentego Witosa i Stanisława Grabskiego – wybitnego polityka endeckiego, negocjatora traktatu ryskiego (1921 r.), przewodniczącego Rady Narodowej w Londynie (1942-1944), zwolennika porozumień jałtańskich, zafascynowanego faktem powrotu powojennej Polski na dawne ziemie piastowskie (co było wysuwanym jeszcze przed pierwszą wojną światową postulatem endecji). Natomiast w skład rządu – którego premierem pozostał Edward Osóbka-Morawski – zostali włączeni Stanisław Mikołajczyk jako wicepremier oraz związani z nim politycy: Władysław Kiernik, Jan Stańczyk, Mieczysław Thugutt (odmówił powrotu do kraju i objęcia stanowiska ministra poczt i telegrafów) i Czesław Wycech. Na ogólną liczbę 20 ministrów w nowym rządzie znalazło się sześć nowych osób. Uzgodniono również, że Krajowa Rada Narodowa zostanie rozszerzona tak, żeby stała się bardziej reprezentatywna politycznie.

29 czerwca 1945 r. Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej został uznany przez Francję i Szwecję. 5 lipca uznały go Wielka Brytania i USA, wycofując tym samym swoje uznanie dla rządu Arciszewskiego w Londynie. W dalszej kolejności TRJN uznały Chiny, Włochy Kanada i większość państw ówczesnego świata. Uznania odmówiły jedynie Watykan, frankistowska Hiszpania, Irlandia, Kuba, Liban, Portugalia i Salwador.

Uznanie TRJN za jedyny legalny rząd polski przez USA i Wielką Brytanię miało ogromne znaczenie w sytuacji, gdy wkrótce miała rozpocząć się konferencja Wielkiej Trójki w Poczdamie (17 lipca-2sierpnia 1945 r.), na której decydować miał się kształt polskiej granicy zachodniej. Na konferencji tej delegacja TRJN twardo obstawała przy wytyczeniu granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej i jej stanowisko – dzięki poparciu ZSRR – zostało przyjęte przez USA i Wielką Brytanię.

16 sierpnia 1945 r. TRJN zawarł umowę z ZSRR w sprawie wytyczenia granicy wschodniej Polski według nieznacznie zmodyfikowanej linii Curzona, w oparciu o porozumienie zawarte w tej sprawie 27 lipca 1944 r. przez PKWN i rząd ZSRR. 16 października 1945 r. TRJN podpisał Kartę Narodów Zjednoczonych, przez co Polska stała się członkiem-założycielem ONZ.

Utworzenie TRJN i wycofanie przez mocarstwa zachodnie poparcia dla rządu londyńskiego podważyło sens dalszej walki podziemia zbrojnego w kraju. Zrozumiał to płk Jan Rzepecki, który 6 sierpnia 1945 r. rozwiązał Delegaturę Sił Zbrojnych na Kraj. Po ogłoszeniu przez KRN 2 sierpnia dekretu o amnestii i apelu płk. Jana Mazurkiewicza z 8 września ujawniło się około 45 tys. żołnierzy podziemia poakowskiego. Walkę zbrojną z nową rzeczywistością polityczną kontynuowały dalej NSZ, Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i mniejsze organizacje.

Utworzenie TRJN umożliwiło przede wszystkim funkcjonowanie w latach 1945-1947 legalnej opozycji politycznej, jaką stało się powołane 22 sierpnia 1945 r. mikołajczykowskie Polskie Stronnictwo Ludowe i działające legalnie do 18 lipca 1946 r. chadeckie Stronnictwo Pracy. Warto jednak przypomnieć, że w istniejącym od 27 listopada 1945 do 11 stycznia 1949 r. Ministerstwie Ziem Odzyskanych, kierowanym przez Władysława Gomułkę, kluczowe stanowiska zajęli ludzie politycznie związani z endecją, a podczas okupacji niemieckiej z Biurem Zachodnim Delegatury Rządu na Kraj, popierający ideę powrotu Polski na dawne ziemie piastowskie nad Odrą i Bałtykiem (Władysław Czajkowski, Leopold Gluck, Józef Guranowski, Juliusz Kolipiński, Edmund Męclewski, Edward Quirini i in.). Nie byli oni jedynymi Polakami odległymi od komunizmu i lewicy w ogóle, którzy po powstaniu TRJN odrzucili postawę romantyczną na rzecz pozytywistycznej, czyli pracy nad odbudową i rozwojem kraju takiego, jaki zaistniał w warunkach geopolitycznych powstałych w tej części Europy w rezultacie drugiej wojny światowej. A inne państwo polskie w tych warunkach geopolitycznych zaistnieć wtedy nie mogło.

Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej działał do 6 lutego 1947 r., kiedy ustąpił po sfałszowanych przez komunistów wyborach do Sejmu Ustawodawczego z 19 stycznia 1947 r. Rząd ten nie przyniósł powojennej Polsce wolności i demokracji, ponieważ nie mógł jej przynieść w sytuacji, gdy władzę na Kremlu sprawował Józef Stalin. Zapoczątkował jednak to czego pragnęła w 1945 r. ogromna większość narodu polskiego – odbudowę zniszczonego przez wojnę kraju i zagospodarowanie Ziem Odzyskanych. Kontynuował popieraną również przez większość społeczeństwa reformę rolną i rozpoczął nacjonalizację przemysłu. Na pokojową walkę o wolność i demokrację przyszedł czas po 1956, a zwłaszcza po 1980 roku.

[1] Andrzej Albert (Wojciech Roszkowski), „Najnowsza historia Polski 1914-1993”, t. II, Warszawa 1995, s. 15, 19.

Bohdan Piętka

3 lipca 2020 r.

„Przegląd” nr 27 (1069), 29.06-5.07.2020, s. 32-35

Wyprawa kijowska i jej mitologia (5)

Kluczowym elementem mitologii wyprawy kijowskiej jest mit sojuszu polsko-ukraińskiego, czyli sojuszu Piłsudskiego z Petlurą. Mit ten z okazji 100-lecia kampanii wojennej 1920 r. powielił na łamach „Biuletynu IPN” ukraiński historyk Andrij Rukkas (ur. 1973 r.) z Wydziału Historycznego Kijowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Tarasa Szewczenki – autor wydanej przez IPN książki „Razem z Wojskiem Polskim. Armia Ukraińskiej Republiki Ludowej w 1920 roku” (Warszawa 2020).

We wstępie do tej publikacji Rukkas napisał: „Ukraińskie wojsko było scentralizowaną i zorganizowaną siłą z własnymi organami zarządzania, jednostkami bojowymi, służbami bezpieczeństwa, zaopatrzenia i uzupełnienia. Wiosną 1920 r. wojsko to dosłownie odrodziło się z popiołów po straszliwej katastrofie z jesieni poprzedniego roku, kiedy wydawało się, że armia ukraińska została ostatecznie rozbita i zniknęła na zawsze. Wielka w tym zasługa naszych sojuszników – Polaków, z którymi żołnierze ukraińscy wspólnie ruszyli wyzwolić swój kraj spod władzy bolszewików. (…) W utworzenie Armii URL w 1920 r. wielki wkład wnieśli polscy sojusznicy, którzy w miarę swoich sił zapewniali ukraińskim żołnierzom umundurowanie i uzbrojenie, zaopatrywali ich w niezbędne materiały, sprzęt techniczny, amunicję itd. Należy podkreślić, że wsparcie militarne ze strony polskiej nie zostało wstrzymane nawet po zawarciu zawieszenia broni z bolszewikami. Wielką zasługę na tym polu ma marszałek Józef Piłsudski, który mimo wszelkich przeszkód politycznych znajdował nowe formy i możliwości wspierania Ukraińców, począwszy od idei przymierza, z których osobiście nigdy nie zrezygnował. Nie zważając na niewielką, w porównaniu z Wojskiem Polskim, liczebność, Armia URL była aktywnym uczestnikiem wojny przeciwko Rosji bolszewickiej, kampanię wojenną 1920 r. należy zatem traktować jako wojnę polsko-ukraińsko-sowiecką”.

Czytając te patetyczne wywody „pomiędzy wierszami” można z nich wyciągnąć nieco prawdy. A prawda jest taka, że odtworzenie w 1920 r. armii URL było rzeczywiście dziełem strony polskiej, przede wszystkim Józefa Piłsudskiego i rzeczywiście była to armia nieliczna, która w kampanii wojennej odegrała drugoplanową rolę. Należy powiedzieć więcej – armia ta była polityczną i wojskową atrapą, dekoracją egzotycznego i fikcyjnego „sojuszu polsko-ukraińskiego”, a faktycznie sojuszu Piłsudskiego z częścią zwolenników Symona Petlury – wówczas już polityka przegranego. To w jakikolwiek sposób nie uprawnia do stawiania tezy, że kampanię wojenną 1920 r. należy traktować jako „wojnę polsko-ukraińsko-sowiecką”.

Nie mniej oryginalne tezy stawia Rukkas w opublikowanym na łamach „Biuletynu IPN” artykule „Armia Ukraińskiej Republiki Ludowej w 1920 roku”. Już początek zawiera tezę górnolotną: „Podczas ciężkich walk latem 1920 r., cofając się pod naporem wroga, wojska URL twardo utrzymały obronę na swoim odcinku frontu, czym skutecznie zabezpieczały południowe skrzydło całego polskiego zgrupowania na Ukrainie”.

Jednak w następnym zdaniu autor pisze: „Na początku grudnia 1919 r. ukraiński rząd [tzn. rząd petlurowski URL – BP] kontrolował jedynie niewielki obszar w południowo-zachodniej części guberni wołyńskiej. Jego granice przypominały trójkąt o bokach o długości 35-40 km, którego wierzchołkiem były miasta Lubar, Miropol i Ostropol. Na północy stały jednostki bolszewickie, na wschodzie i południu – siły białogwardzistów, na zachodzie wojska polskie, z którymi kilka miesięcy wcześniej porozumiano się w sprawie zawieszenia broni. W tym »trójkącie śmierci« była skoncentrowana cała Armia Czynna URL, która wskutek epidemii tyfusu szybko traciła zdolność bojową (śmiertelnie zachorował nawet jej dowódca Wasyl Tiutiunnyk). Przed katastrofą oddziały ukraińskie mogła uchronić jedynie pomoc z zewnątrz – wraz z równoczesnym przejściem do walki partyzanckiej”.

Taką to siłę obrał sobie Piłsudski za głównego sojusznika w rozprawie z Rosją bolszewicką. To miał być partner do realizacji „koncepcji federacyjnej”. Partner, który nie tylko nie reprezentował większości politycznej narodu ukraińskiego, ale władał niewielkim skrawkiem terytorium ukraińskiego i nie przedstawiał sobą żadnej siły militarnej. Tę siłę militarną dopiero budowała ukraińskiemu „sojusznikowi” strona polska. Taki był realizm polityczny Piłsudskiego i Leona Wasilewskiego.

„Dlatego przewodniczący Dyrektoriatu i Ataman Główny armii URL Symon Petlura wyjechał do Warszawy, a następnego dnia zdolne do walki jednostki na czele z nowym dowódcą Mychajłą Omelanowyczem-Pawłenką wyruszyły w tzw. pochód zimowy” – pisze Rukkas. Ciekawie mówi ukraiński historyk o samym sojuszu Piłsudskiego z Petlurą: „Sojusz polsko-ukraiński odpowiadał geopolitycznym planom Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego, który chciał osłabić Rosję poprzez rozcięcie jej po szwach narodowościowych i utworzenie pod egidą Polski bloku sprzymierzonych państw między Bałtykiem a Morzem Czarnym. Kluczowe miejsce w tej koncepcji przypadło Ukrainie. Piłsudski nie był w żadnym razie altruistą i nie zamierzał wspierać URL za darmo. Ukraińcy mieli zrzec się wszelkich praw do Galicji Wschodniej (kontrolowanej wówczas przez polskie wojska) i do zachodniego Wołynia. Petlura mógł przystać na polskie warunki albo pogodzić się z klęską. Wybrał pierwszy wariant”.

Tak, Piłsudski nie był altruistą. Ale altruistami nie byli też nacjonaliści ukraińscy – zarówno ci z rozgromionej przez Polskę Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej, jak i ci z otoczenia Petlury. Dla nich Galicja Wschodnia i Wołyń zawsze były ziemią ukraińską. Nierównoprawny politycznie sojusz Piłsudskiego z Petlurą, w którym strona polska wymuszała na słabszym partnerze zrzeczenie się tych ziem, był zasiewem pod konflikt polsko-ukraiński, który będzie trwał przez cały okres II RP, a swoje tragiczne dla narodu polskiego apogeum osiągnie w latach drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu.

Andrij Rukkas pisze otwarcie o tym, że armia URL była formowana pod protektoratem strony polskiej. Centrum jej formowania znajdowało się w Łańcucie. Wyposażenie, nie tylko w uzbrojeniu, ale łącznie z umundurowaniem, zapewniła strona polska. W Łańcucie, a potem w Brześciu jako pierwsza była formowana 6. Siczowa Dywizja Strzelców. Cóż to jednak była za dywizja, skoro dowodził nią nie generał, ale płk Marko Bezruczko (1893-1944) – współcześnie gloryfikowany przez politykę historyczną PiS i IPN jako wielki przyjaciel Polski (jego imieniem nazwano rondo we Wrocławiu).

Liczebność Armii Czynnej URL, która 25 kwietnia 1920 r. ruszyła u boku 60-tysięcznej armii polskiej na Kijów, Rukkas szacuje nie na 6 tys. – jak historycy polscy – ale na 5 tys. żołnierzy. Dowodził nimi płk Ołeksandr Udowyczenko (1887-1975). Uderzenie na Rosję z 5-tysięczną armią sojuszniczą dowodzoną przez pułkownika. Aż się prosi napisać, że to groteska, ale takiego wniosku oczywiście nie znajdziemy u Rukkasa i różnych polskich historyków krzewiących od 100 lat mitologię wyprawy kijowskiej.

Liczebność Armii Czynnej URL wzrosła o 955 oficerów i 8180 szeregowych po połączeniu się z siłami Omelanowycza-Pawłenki. Pod koniec maja 1920 r. zaczęto przeprowadzać mobilizację wśród Ukraińców w Galicji Wschodniej i na zajętych terenach Ukrainy naddnieprzańskiej. Dlatego Armia Czynna URL osiągnęła w połowie lipca liczebność 15 tys., a pod koniec sierpnia 1920 r. około 22 tys. oficerów i żołnierzy. Ale – jak pisze Rukkas – „Polacy zaczęli przysyłać sprzęt wojskowy, w ilości niewystarczającej jednak, by zaspokoić wszystkie potrzeby Ukraińców”. Krótko mówiąc – Piłsudski nie był w stanie uzbroić ukraińskiego sojusznika na takim poziomie, by umożliwić rozbudowę jego sił. Jak zatem sobie wyobrażał nie tylko wyparcie Rosji z Ukrainy, ale w ogóle utworzenie państwa ukraińskiego „sfederowanego” z Polską? Piłsudski wyznaczył Polsce cel polityczny i wojskowy, którego osiągnięcie przekraczało jej siły i możliwości. Wyprawa kijowska niosła ze sobą od początku zaczyn klęski, która nastąpiła w czerwcu i lipcu 1920 r. i o mało nie zakończyła się całkowitą katastrofą Polski w sierpniu 1920 r.

Rukkas nic nie pisze w cytowanym artykule na temat wartości bojowej sił ukraińskich. Oddajmy zatem głos źródłu historycznemu. Dowództwo polskiej 6. Armii – któremu wojska Petlury były podporządkowane operacyjnie – 21 maja 1920 r. raportowało: „Regularnych żołnierzy naddnieprzańskich prawie nie ma. Przeważnie służą jedynie dla rabunku. Celem każdej bitwy jest zajęcie jakiegoś miasteczka żydowskiego, by urządzić pogrom i rabować. Jeszcze 10 i 15 [maja] miały miejsce pogromy. Większość żołnierzy jeździ na wozach ze zrabowanymi rzeczami. Dyscypliny nie ma wcale. Posłuch oficerów tylko o tyle, o ile dany rozkaz się podoba i robi nadzieję na rabunek. Wobec bolszewików mściwi, z drugiej strony jednak równie wrogi nastrój wobec Polaków. Powszechnie mówi się, że Petlura sprzedał Ukrainę Polsce”.

Dalej dowiadujemy się z tego źródła, że wśród młodszych oficerów z Ukrainy naddnieprzańskiej „poczucia narodowego nie ma wcale”. Wielu z nich walczy „przede wszystkim i tylko dla rabunku. Są to prawie niepiśmienni chłopi”. Oficerowie i żołnierze pochodzący z Galicji Wschodniej byli narodowo świadomi, ale jednocześnie „do […] Petlury odnoszą się z nieufnością, do Polski wrogo”. Konkludowano: „By stworzyć regularną armię ukraińską, trzeba będzie większość tych ludzi zdemobilizować, gdyż są zdemoralizowani i do armii regularnej się nie nadają”.

Tak wyglądała w praktyce realizacja „idei federacyjnej” Piłsudskiego. Nie przyjmują tego do wiadomości ci, którzy poczynając od twórców ruchu prometejskiego, a na współczesnych epigonach piłsudczyzny z PiS kończąc, krzewią fałszywy obraz wojny 1920 r. i fałszywy mit genialnego ponoć planu geopolitycznego wielkiego Marszałka.

Rukkas nie pozostawia wątpliwości: „Armia Czynna URL, pozbawiona własnej bazy przemysłowej, mogła liczyć jedynie na polskie wsparcie (…). Od maja do lipca Ukraińcy otrzymali 53 działa, prawie 14 tys. rosyjskich karabinów, 205 kaemów, prawie 2,4 mln nabojów, 9 samochodów i prawie 3 tys. pełnych kompletów umundurowania. Oddzielnie zaopatrywano 6. Dywizję Strzelców, która do połowy lipca otrzymała 4 tys. mundurów, 3,6 tys. płaszczy, ponad 2 tys. czapek, 4,2 tys. par butów i 5,5 tys. koszul. W drugiej połowie lipca 1920 r. Polacy otrzymali od Rumunii 6,5 mln rosyjskich nabojów, które przekazali Ukraińcom”. A zatem w „sojuszu polsko-ukraińskim” strona ukraińska była całkowicie zależna nie tylko politycznie, ale i materialnie od strony polskiej.

„Układy ryskie – pisze Rukkas – związały ręce marsz. Piłsudskiemu, który już nie mógł jawnie wspierać Ukraińców. Czynił natomiast starania, by znaleźć nowych sojuszników dla wojsk URL. Do współpracy z nimi próbował skłonić jednostki białogwardyjskie znajdujące się na terytorium Polski. (…) Oprócz tego rozpoczęto formowanie z Polaków urodzonych na Ukrainie naddnieprzańskiej oddziału ochotniczego, który miał walczyć po stronie URL. Jego dowódcą został ppłk Walery Sławek. Nie rozwiązano jednak głównego problemu ukraińskiej armii – braku amunicji”.

Dlatego funkcjonująca w okolicach Kamieńca Podolskiego Ukraińska Republika Ludowa została ostatecznie unicestwiona przez Armię Czerwoną w listopadzie 1920 r., już po zawarciu rozejmu polsko-bolszewickiego.

„Na zachodnim brzegu Zbrucza – pisze dalej Rukkas – wojska ukraińskie znalazły się na terytorium kontrolowanym przez Polaków. Ukraińscy żołnierze wydali im broń, konie i wszelki sprzęt wojskowy. Łącznie Polacy internowali prawie 20 tys. żołnierzy Armii Czynnej URL i 10 tys. ich rosyjskich sprzymierzeńców. (…) W Polsce wojska ukraińskie zostały rozmieszczone w obozach dla internowanych, zachowując wewnętrzną organizację”. Najdłużej, bo do sierpnia 1924 r., funkcjonował obóz internowania dla byłych żołnierzy ukraińskich w Kaliszu.

Po „sojuszu polsko-ukraińskim” z 1920 r. pozostały po stronie ukraińskiej niesmak i rozgoryczenie, które stały się zaczynem wrogości ukraińskiej do Polski. Tego już jednak nie dowiemy się od Andrija Rukkasa i propiłsudczykowskich historyków polskich. 31 sierpnia 1920 r. – kiedy trwała jeszcze wojna polsko-bolszewicka – w Pradze, na I Zjeździe Zagranicznym Przedstawicieli Ukraińskich Organizacji Wojskowych, utworzona została Ukraińska Organizacja Wojskowa. Na jej czele stanął Jewhen Konowalec (1891-1938) – pułkownik Armii Czynnej URL i współpracownik Symona Petlury. Wywiadem UWO kierował inny pułkownik armii URL – Roman Suszko (1894-1944), ten sam, który we wrześniu 1939 r. będzie dowodził Legionem Ukraińskim walczącym po stronie hitlerowskiego Wehrmachtu przeciw Polsce. Ukraińska Organizacja Wojskowa za swojego sojusznika uznała Niemcy, a za głównego wroga Polskę. Od początku lat dwudziestych UWO siała terror na południowo-wschodnich ziemiach II Rzeczypospolitej. Jej pierwszą akcją był nieudany zamach 25 września 1921 r. na Józefa Piłsudskiego i wojewodę lwowskiego Kazimierza Grabowskiego (dokonał go były żołnierz Armii Czynnej URL Stepan Fedak, w 1941 r. uczestnik hitlerowskiej zbrodni na Żydach w Babim Jarze). Na bazie UWO powstała w Wiedniu 3 lutego 1929 r. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, odwołująca się do ideologii faszystowskiej. OUN wydała Polsce bezwzględną walkę, a jej banderowska frakcja dokonała podczas drugiej wojny światowej ludobójstwa na Polakach zamieszkujących Wołyń i Małopolskę Wschodnią. Takie były skutki ukraińskich mrzonek Józefa Piłsudskiego.

Bohdan Piętka

„Myśl Polska” nr 25-26 (2297/2298), 21-28.06.2020, s. 12

Wyprawa kijowska i jej mitologia (4)

Wywiad Anny Zechenter z prof. Andrzejem Nowakiem kończy się pytaniem: „Kiedy umarł ostatecznie pomysł budowy buforu między Polską a Rosją? Po traktacie ryskim?”. Na co prof. A. Nowak odpowiada: „To jest mit »zdrady ryskiej«. Kiedy Piłsudski odparł śmiertelnie niebezpieczny atak bolszewików na Warszawę i po bitwie niemeńskiej odrzucił dalej Armię Czerwoną, wszystkie polskie partie optowały we wrześniu 1920 r. za natychmiastowym przerwaniem działań wojennych. Endecja z wiadomych względów; PPS, bo robotnicy chcieli pokoju; PSL, żeby chłopi mogli wrócić do swych chat i na rolę. Wśród zwolenników Piłsudskiego byli tacy, którzy uważali, że trzeba walczyć dalej, iść za ciosem, ale on nie chciał. Dlaczego? Powiedział rok później swojemu adiutantowi, mjr. Kazimierzowi Świtalskiemu: »Zdobylibyśmy jeszcze Mińsk, poszlibyśmy jeszcze 50, 100 kilometrów na wschód… Wszystko to już było w roku 1919, 1920 – nic z tego nie wyniknęło«. A poza tym całe niemal polskie społeczeństwo było przeciwko. Jak walczyć wbrew całemu społeczeństwu o cele, które są nieosiągalne?”.

Prof. A. Nowak dystansuje się od mitu „zdrady ryskiej”, wedle którego delegacja zdominowana przez przedstawicieli endecji i ruchu ludowego wynegocjowała rzekomo niekorzystny dla Polski pokój z Rosją radziecką (18 marca 1921 r.). Jednakże w toku zacytowanego wyżej wywodu powiela ten mit w inny sposób – Piłsudski miał przeciw sobie wszystkich: prorosyjską endecję, socjalistów, ludowców i „niemal całe społeczeństwo”. Nikt nie rozumiał jego genialnych wizji politycznych i dlatego, gdy o mało nie spowodował katastrofy odrodzonej dwa lata wcześniej państwowości, musiał zakończyć wojnę z Rosją bolszewicką, zamiast ją kontynuować. W innej formie kontynuowali później tę wojnę jego najwytrwalsi wyznawcy, tworząc ruch prometejski, a potem epigoni piłsudczyzny, odgrzewając w latach 80-tych XX w. koncepcję Międzymorza i wprowadzając ją do polityki polskiej po 1989 r.

O tym, że wizje geopolityczne Piłsudskiego nie były genialne, a wręcz przeciwnie – opierały się na nierealistycznych mirażach – prof. A. Nowak powiedział całkiem szczerze kilka zdań wcześniej. Stwierdził mianowicie: „Nie docenił natomiast [Piłsudski] zdolności organizacyjnych bolszewików. Uważał, że tak straszna siła destrukcyjna, jaką byli, pogrąży Rosję w chaosie, a to będzie korzystne dla Polski – taka była jego cyniczna kalkulacja. Sądził, że coś się z tego chaosu wytworzy, może do władzy dojdzie Sawinkow, z którym dałoby się porozumieć. Piłsudski nie był przeciwko każdej Rosji, lecz przeciwko Rosji, która chciałaby utrzymać imperium jako zasadę swego istnienia. Zakładał, że Sawinkow będzie tym, który zaakceptuje Rosję bez Ukrainy, Białorusi, państw bałtyckich – bo to było dla niego minimum warunków trwałej zgody z Rosją”.

Takiej Rosji nie mógł jednak zaakceptować Denikin i dlatego współpraca z nim – najbardziej realistyczna z wojskowego punktu widzenia – była dla Piłsudskiego niemożliwa. W zacytowanym fragmencie mamy wyłożony cały irracjonalizm dawnego – piłsudczykowskiego – i nawiązującego do niego współczesnego – postsolidarnościowego – spojrzenia na Rosję. Możliwa do zaakceptowania Rosja to taka, która wyrzeknie się imperializmu, a zwłaszcza jakiegokolwiek wpływu na Ukrainę. Rosja, której przywódcą będzie taka postać jak Sawinkow – cieszący się poparciem zagranicznym, ale mający nikłą popularność w samej Rosji. Współczesnym Sawinkowem miałby być Chodorkowski albo Nawalny. Piękne, jednak nieosiągalne. Z oderwanego od realizmu myślenia nigdy nie wyłoni się realistyczna polityka. To był problem polityki wschodniej Piłsudskiego i jest to też problem współczesnej polskiej polityki wschodniej.

Znamienne jest też zakończenie wywiadu Anny Zechenter z prof. A. Nowakiem. Na pytanie: „Dlaczego zatem żywy jest ciąg skojarzeń: idea jagiellońska – idea federacyjna?” prof. A. Nowak odpowiada: „Działaniom Piłsudskiego nadano nazwę ex post, potraktowano ideę jagiellońską – a ten termin wprowadzili w 1919 r. Witold Kamieniecki i Oskar Halecki – jako wstęp do idei federalistycznej. Piłsudski, a on przecież kreował wówczas politykę, nie wychowywał się w tradycji idei jagiellońskiej, lecz Wielkiego Księstwa Litewskiego, a to nie do końca to samo. Później mówiono, że jest »jagiellończykiem«. Ostatni raz słyszałem tę myśl z ust nacjonalisty litewskiego, Vytautasa Landsbergisa, który zgodził się w 2018 r. złożyć kwiaty na grobie Piłsudskiego. Powiedział wtedy z przekąsem: »Widzicie, Polacy, to, co macie najlepszego, pochodzi z Litwy. Mieliście Jagiellonów i mieliście Piłsudskiego«”.

A zatem „idea federalistyczna” jest postrzegana współcześnie nie tym czym była w 1920 r., ale tym co ex post nadali temu pojęciu twórcy i epigoni prometeizmu oraz zagraniczni wrogowie Rosji, chętni do wykorzystania Polski w swojej polityce, ale niekoniecznie Polsce przychylni. Dlatego tworzy się mity historyczne, wśród których kluczową rolę odgrywa mit sojuszu polsko-ukraińskiego w 1920 r., a ściślej mit dobrych relacji polsko-ukraińskich na podbudowie antyrosyjskiej. Ma to korespondować ze współczesną polską polityką wschodnią i jej celami.

Przykładem konstruowania tego mitu jest opublikowany w tym samym numerze „Biuletynu IPN”, co wywiad z prof. A. Nowakiem, artykuł „Geneza sojuszu polsko-ukraińskiego w 1920 roku”. Jego autorem jest pracownik IPN, dr hab. Mirosław Szumiło. Już w pierwszym zdaniu pisze on: „Większość Polaków walczących przed stu laty o niepodległość wyobrażała sobie odrodzone państwo w granicach zbliżonych do terytorium Rzeczypospolitej sprzed rozbiorów w 1772 r.”. Na pewno nie większość ówczesnych Polaków, ale niewielka mniejszość ograniczona do Józefa Piłsudskiego i kilku jego najbliższych współpracowników z Leonem Wasilewskim na czele tak wyobrażała sobie granice odrodzonej Polski. Dalej czytamy: „Przywódca odrodzonej Polski Józef Piłsudski starał się pogodzić dążenia wyzwoleńcze narodu ukraińskiego z ideami odbudowy silnej Rzeczypospolitej i rozbicia Imperium Rosyjskiego”. Ładnie to brzmi, ale jest odległe od prawdy. W „koncepcji federacyjnej” Piłsudskiego okrojona terytorialnie Ukraina miała być państwem buforowym pomiędzy Polską i Rosją – a więc państwem pozbawionym samodzielności politycznej i gospodarczej. Piłsudski przecież tego nie ukrywał i ani on, ani nikt inny w Polsce nie traktował sojuszu z atamanem Petlurą jako równorzędnej relacji politycznej.

Dwa zdania dalej czytany: „W listopadzie 1917 r., po przewrocie bolszewickim w Rosji, w Kijowie proklamowano utworzenie niezależnego państwa – Ukraińskiej Republiki Ludowej, która w lutym 1918 r. oddała się faktycznie pod niemiecki protektorat”. Mamy tutaj pewną nieścisłość. W rzeczywistości tzw. III Uniwersał Ukraińskiej Centralnej Rady z 20 listopada 1917 r. proklamował niezależność Ukrainy, ale w federacji z Republiką Rosyjską. Dopiero IV Uniwersał z 22 stycznia 1918 r. – wobec rozwiązania przez bolszewików 19 stycznia 1918 r. rosyjskiej Konstytuanty – proklamował niepodległość Ukrainy. Zajęcie przez bolszewików Kijowa 8 lutego 1918 r. spowodowało, że rząd URL oddał się pod protektorat niemiecki. Dr hab. M. Szumiło nie kontynuuje tego wątku, dlatego przypomnę kluczowe fakty historyczne. W wyniku traktatu pokojowego zawartego przez państwa centralne 9 lutego 1918 r. z rządem URL Niemcy i Austro-Węgry odstępowały Ukrainie Chełmszczyznę i część Podlasia, a w tajnej klauzuli Austro-Węgry zobowiązały się do wyodrębnienia Galicji Wschodniej wraz ze Lwowem i Przemyślem jako autonomicznego kraju koronnego.

Zawarty przez państwa centralne i Rosję bolszewicką 3 marca 1918 r. traktat brzeski oddawał Ukrainę nie tyle pod protektorat, co pod okupację Niemiec. Było to zgodne z niemiecką koncepcją Mitteleuropy, wedle której pomiędzy Niemcami a Rosją miał powstać szereg państw formalnie niepodległych, a faktycznie niemieckich protektoratów. Fundamentem koncepcji Mitteleuropy była koncepcja ekonomiczna gospodarki wielkiego obszaru (Grosswirtschaftsraum), wedle której gospodarki protektoratów niemieckich w Europie Wschodniej miały pełnić funkcję uzupełniającą wobec gospodarki niemieckiej – tzn. dostarczać jej taniej siły roboczej i surowców oraz być tanim rynkiem zbytu dla produktów niemieckich.

Historia Ukrainy pomiędzy lutym a listopadem 1918 r. pokazuje jak Niemcy kajzerowskie traktowały swój protektorat. 19 lutego 1918 r. na teren URL wkroczyła 500-tysięczna armia niemiecka, której dowódcą był feldmarszałek Hermann von Eichhorn (1848-1918). Wbrew traktatowi zawartemu 9 lutego 1918 r. z rządem w Kijowie wojska niemieckie traktowały Ukrainę jako obszar podbity i okupowany. Od początku Niemcy prowadzili gospodarkę rabunkową, eksploatując Ukrainę niczym kolonię. Nie cieszyło się to przychylnością socjaldemokratycznego rządu URL, dlatego Niemcy postanowili ten rząd usunąć. Ich marionetką stał się gen. Pawło Skoropadski (1873-1945) – były adiutant generalny cara Mikołaja II. 18 kwietnia 1918 r. zostało zawarte tajne porozumienie pomiędzy ambasadorem Niemiec w Kijowie Adolfem Mummem i feldmarszałkiem von Eichhornem z jednej strony a Skoropadskim z drugiej w sprawie obalenia rządu URL.

Najpierw Niemcy aresztowali kilku członków rządu URL, z ministrem spraw wojskowych Ołeksandrem Żukowskim na czele, a następnie rozbroili kluczowe jednostki ukraińskie (dywizję tzw. Synożupannyków i oddziały Strzelców Siczowych). 28 kwietnia 1918 r. oddział niemiecki wkroczył na salę obrad Ukraińskiej Centralnej Rady, która właśnie uchwalała konstytucję URL. Dowódca tego oddziału zakomunikował Radzie, że jest rozwiązana przez władze niemieckie. Jednocześnie zwołany z poparciem niemieckim Ogólnoukraiński Zjazd Włościański ogłosił likwidację Ukraińskiej Republiki Ludowej i powołanie w jej miejsce Państwa Ukraińskiego z hetmanem Pawło Skoropadskim jako dyktatorem. Faktem jest, że niemiecki protektor zezwolił temu państwu na ukrainizację i rozbudowę szkolnictwa wyższego i średniego. Była to przemyślana i przebiegła polityka Berlina, której dalekosiężnym celem było jeszcze silniejsze związanie Ukrainy z Niemcami poprzez wykreowanie ukraińskiej, ale proniemieckiej elity.

Oczywiście Niemcy natrafili na opór, ale ze strony rosyjskiej. 30 lipca 1918 r. od wybuchu bomby rzuconej przez lewicowego eserowca, Rosjanina Borysa Donskiego (1894-1918), zginął w Kijowie feldmarszałek von Eichhorn wraz ze swoim adiutantem. Nie zachwiało to jednak władzą niemiecką na Ukrainie. Kres jej położyło dopiero zawieszenie broni na froncie zachodnim i upadek Cesarstwa Niemieckiego w listopadzie 1918 r. Co ciekawe, hetman Skoropadski opowiedział się wówczas za natychmiastowym zjednoczeniem Ukrainy z Rosją i wezwał do budowy „wszechrosyjskiej federacji”. Takie nieoczekiwane i radykalne zwroty są historyczną cechą polityki ukraińskiej, poczynając od Bohdana Chmielnickiego. Przypadek Skoropadskiego jako pierwszy pokazał, że najbardziej radykalne próby oderwania Ukrainy od Rosji i związania jej z Zachodem kończą się powrotem do związku z Rosją.

Kijowski hetman nie zrealizował tych zamierzeń, ponieważ 14 grudnia 1918 r. został obalony przez Symona Petlurę, który przywrócił Ukraińską Republikę Ludową. Dr hab. M. Szumiło w swoim artykule stawia tezę że „do sojuszu [polsko-ukraińskiego] doprowadziła przede wszystkim realistyczna ocena sytuacji przez dwóch przywódców: Piłsudskiego i Petlurę” i że „idea federacyjna” miała stanowić „kontynuację idei jagiellońskiej”. Jednakże i ten autor nie ukrywa, że przebieg rozmów z Petlurą „był starannie ukrywany przed opinią publiczną, a nawet przed komisją spraw zagranicznych sejmu”, współpracy z URL była niechętna „większość polskich ugrupowań parlamentarnych”, a Piłsudski doprowadził do zawieszenia broni z bolszewikami w 1919 r., ponieważ chciał porażki Denikina i jego programu odbudowy wielkiej Rosji.

Nie można oprzeć się wrażeniu, że „idea federacyjna” Piłsudskiego nie była nawiązaniem do „idei jagiellońskiej” – jak chcą przekonywać jego epigoni – ale naśladownictwem niemieckiej koncepcji Mitteleuropy. Petlura był dla Piłsudskiego – jeśli nie wprost marionetką, jak Skoropadski dla feldmarszałka von Eichhorna – to co najwyżej słabszym i ustępującym (np. w sprawie granic) partnerem politycznym. Został nawet, jak się wydaje, wytypowany do swej roli według podobnego kryterium. Skoropadski jako monarchista był bliski politycznie kajzerowskim Niemcom, a Petlura jako socjaldemokrata był bliski politycznie Piłsudskiemu. Jednakże jest jedna zasadnicza różnica. Mianowicie taka, że Polska w 1920 r. – w przeciwieństwie do Niemiec – nie miała siły politycznej i militarnej na realizację takiej polityki. To był sen o potędze, który nie miał żadnych realnych podstaw. Nie ma ich także współczesna wersja tego snu, czyli „idea Międzymorza”, która ze względu na siłę i znaczenie Polski (tzn. ich brak) może być tylko polskim wkładem w globalną politykę amerykańską.

Bohdan Piętka

7 czerwca 2020 r.

„Myśl Polska” nr 23-24 (2295/2296), 7-14.06.2020, s. 12

Wyprawa kijowska i jej mitologia (3)

„To wyjątkowa akcja! W Kijowie i Warszawie zabrzmią dzwony dla bohaterów 1920 roku. 9 maja kulminacyjny moment multimedialnej akcji Bobołowicza i Antoniuka, dziennikarzy Radia Wnet i Kuriera Galicyjskiego ze Lwowa, podróżujących już przez ponad tysiąc kilometrów przez Ukrainę. O 11 polskiego czasu zabrzmią dzwony w kijowskiej katedrze św. Aleksandra oraz w wielu kościołach z miejsc, gdzie zostały upamiętnione walki z 1920 roku. Również 9 maja w Kijowie, Paweł Bobołowicz wraz z Dmitriem Antoniukiem założą mundury żołnierzy Ukraińskiej Republiki Ludowej i Wojska Polskiego z 1920 r. oraz odbędą honorowy patrol ulicami Kijowa” – można było przeczytać 9 maja br., w setną rocznicę defilady polsko-ukraińskiej w Kijowie, na portalu „Kuriera Galicyjskiego”[1].

Mitologia wyprawy kijowskiej po upływie 100 lat od 1920 r. ma się dobrze jak nigdy dotąd. Jednym z najważniejszych elementów tej mitologii jest teza, że w 1919 r. nie było możliwe współdziałanie polsko-rosyjskie (czyli z białogwardzistami) przeciwko bolszewikom. Na pytanie red. A. Zechenter, czy próby porozumienia się Piłsudskiego z rosyjskimi antykomunistami, w tym z Borysem Sawinkowem (1879-1925), stanowiły alternatywę dla projektu federacyjnego – prof. A. Nowak odpowiada: „Trzeba było przekonać Zachód do szerszych granic Polski na wschodzie. Mocarstwa zachodnie mogłyby je zaakceptować, gdyby jacyś przedstawiciele Rosji – teraz na emigracji – wyrazili na to zgodę. Musieli to jednak być emigranci uznawani politycznie na zachodnich salonach dyplomatycznych. W kilkuosobowym rosyjskim komitecie politycznym na konferencji w Paryżu większość stanowili zaciekli wrogowie porozumienia z Polską. Akceptował taką możliwość tylko jeden jego członek, Borys Sawinkow – ongiś terrorysta, znany pisarz, uznawany przez Rosjan reprezentant Rządu Tymczasowego – bo ów paryski komitet polityczny był w pewnym sensie dyplomatyczną kontynuacją Rządu Tymczasowego, uznawanego wcześniej przez mocarstwa zachodnie”.

To Sawinkowa – eserowca i zwolennika wojny chłopskiej – prof. A. Nowak uważa za najpoważniejszego „białego” Rosjanina, z którym należało rozmawiać i omawia kontakty pomiędzy nim a Piłsudskim w 1920 r. Jednakże warunkiem jakiegokolwiek porozumienia z antykomunistami rosyjskimi miało być utrzymanie przez Ukrainę „niepodległości”. Tak o tym mówi prof. A. Nowak: „To jest punkt pierwszy i zasadniczy: najważniejsza geopolitycznie jest Ukraina. Rosja bez ukraińskiego zboża i przemysłu nie przetrwa jako agresywne imperium – takie było założenie. Jeśli Ukraina utrzyma się jako niepodległe państwo, związane układem geopolitycznym, który czyniłby z niej bufor Polski – bo taka była istota układu z kwietnia 1920 r. – można uczynić krok następny, czyli myśleć o zmianach w samej Rosji, o wejściu na scenę Sawinkowa. Wtedy też uda się, jak zapewne sądził Piłsudski, rozwiązać problem litewsko-białoruski przy użyciu siły”.

Warunkiem polskiego porozumienia z białą Rosją było więc – tak zresztą jak jest nim obecnie w rozumieniu epigonów piłsudczyzny – oderwanie od Rosji Ukrainy. Mamy zatem już wyjaśnione dlaczego nie powiodła się współpraca Piłsudskiego z „białymi” Rosjanami i jaki był w istocie charakter jego koncepcji „federacyjnej”. Nawet propiłsudczykowski prof. A. Nowak nie kryje, że „niepodległa Ukraina” miała być „buforem Polski”, a Litwa i Białoruś miały być włączone do „federacji” z Polską „przy użyciu siły”. Żeby jednak nie było wątpliwości, posłuchajmy dalej prof. A. Nowaka.

Mówi on: „Michał Römer w znakomitym szkicu analizującym politykę wschodnią napisał, że Piłsudski wyobrażał sobie przyszłość Polski jako swoistego imperium dominiów czy też polskiego imperium wschodniego [podkr. moje – BP], składającego się z trzech lub czterech części: Polski właściwej, Ukrainy i Litwy połączonej z Białorusią albo Litwy i Białorusi – każdej jako odrębnego członu”.

Czy trzeba dodawać coś więcej? Sen o szpadzie, sen o potędze. Polskie sarmackie imperium na Wschodzie, ale nie żadna „federacja”. Realizacja romantycznej wizji imperialnej Polski. „Imperium dominiów”. Wielka Brytania miała swoje dominia w Indiach i Kanadzie, Polska miała je mieć na Litwie, Białorusi i Ukrainie. Tak to miało wyglądać.

Prof. A. Nowak nie ukrywa, że „nieuznawany przez nikogo rząd białoruski” reprezentował „szczupłą garstkę nauczycielskiej elity białoruskiej”, a podwładni Piłsudskiego prowadzili w 1919 r. rozmowy z tym „rządem” tylko o autonomii kulturalnej. Nie wiadomo zatem dlaczego profesor wyciąga wniosek, że „Białorusini mogli stać się wehikułem odbudowy Wielkiego Księstwa Litewskiego w ramach tego imperium wschodniego”. Z dalszego wywodu A. Nowaka dowiadujemy się, że tym „wehikułem” miał być tak naprawdę tylko Stanisław Bułak-Bałachowicz (1883-1940). Sam prof. A. Nowak nazywa go „watażką”. Faktycznie był watażką i to niewiele znaczącym. Tak jak i Petlura.

Jedyną naprawdę realną siłę, z którą Piłsudski powinien związać się przeciw bolszewikom, reprezentował „biały” gen. Anton Denikin (1872-1947). Zaprzepaszczenie szansy tego sojuszu przez Piłsudskiego uważał za poważny błąd m.in. Józef Mackiewicz (1902-1985). Co ma o tym do powiedzenia prof. A. Nowak?

Oddajmy mu głos: „Denikin, stający się w 1919 r. głównym graczem po stronie »białych« Rosjan, wyraźnie mówił, podobnie jak jego poprzednik adm. Kołczak, że nie tylko Wilno ma być rosyjskim miastem, lecz i Lwów (…). Takie warunki wykluczały porozumienie z jakąkolwiek siłą polityczną w Polsce, bo nikt nie zaakceptowałby wieszania dwugłowych orłów we Lwowie lub w Wilnie przez Wojsko Polskie. Podczas rozmów w lipcu 1919 r. w Taganrogu, mających doprowadzić do porozumienia między Warszawą a Denikinem, generał nie chciał ustąpić nawet o centymetr (…). Zarzucanie Piłsudskiemu, że nie pomógł Denikinowi w sierpniu i we wrześniu 1919 r., kiedy ofensywa »białych« była 300 kilometrów na południe od Moskwy, wydaje mi się nieporozumieniem, nawiązane wówczas poufne rozmowy między przedstawicielami Piłsudskiego a reprezentantem Lenina, Julianem Marchlewskim, doprowadziły bowiem wyłącznie do przejściowego zawieszenia broni. Bolszewicy rzeczywiście zdjęli z frontu walk w przeciwko Polsce 40 tys. żołnierzy. W tamtym momencie Armia Czerwona liczyła 3,5 mln żołnierzy, a wszystkie armie »białych« – 550 tys. Można sobie zadać pytanie, czy przy takiej proporcji sił 40 tys. rzucone przeciw Denikinowi mogło zaważyć na losach frontu. Przypomnijmy też, że we wrześniu 1919 r. Piłsudski polecił premierowi Ignacemu Paderewskiemu, by sprawdził w Paryżu, czy mocarstwa zachodnie poprą finansowo polską akcję militarną na wielką skalę przeciw bolszewikom – akcję, która mogłaby pomóc Denikinowi. Paderewski spotkał się w Paryżu z lodowatym przyjęciem (…). Wyprawa na Moskwę nie rokowała chyba wielkich szans, nawet gdyby ententa dała na nią pieniądze”.

Nie ulega wątpliwości, że do współdziałania polskiego z Denikinem nie doszło z powodu „federacyjnego” planu Piłsudskiego. To była główna przeszkoda. Warunkiem współdziałania z »białą« Rosją – ale szczerze mówiąc z każdą Rosją – była rezygnacja przez Polskę z wielowiekowych pretensji do panowania nad Rusią (Ukrainą i Białorusią), czyli zgoda na wschodnią granicę na Bugu. To było dla Piłsudskiego nie do przyjęcia i nie do pomyślenia. Kres wielowiekowym zmaganiom polsko-rosyjskim o Ruś położył dopiero rok 1945. Wtedy nastąpił koniec państwa „okopanego” na Kresach, czyli Polski Jagiellońskiej. W jej miejsce wróciła Polska Piastowska. Ceną tego było znalezienie się w radzieckiej „strefie wpływów”. Wydaje się, że w 1919 r. cena byłaby mniejsza – byłoby nią ułożenie stosunków z białą Rosją na zasadach partnersko-sojuszniczych. Dla Piłsudskiego jednak partnerstwo z jakąkolwiek Rosją było nie do przyjęcia i jest nie do przyjęcia dla jego współczesnych epigonów. W rezygnacji Polski Ludowej z pretensji do panowania nad Rusią należy też upatrywać głównej przyczyny jej wszechstronnej delegitymizacji przez establishment III RP. Po 1989 r. epigoni piłsudczyzny różnych nurtów politycznych spowodowali bowiem powrót w zmienionej formule geopolitycznej do polsko-rosyjskich zmagań o Ruś, czyli do mitu Polski Jagiellońskiej.

[1] http://www.kuriergalicyjski,com, 9.05.2020.

Bohdan Piętka 

21 maja 2020 r.

„Myśl Polska” nr 21-22 (2293/2294), 24-31.05.2020, s. 12

Powojenna odbudowa Polski

Historia Polski po 1945 r. nie jest czarno-biała, jak tego chce polityka historyczna uprawiana po 1989 r., zwłaszcza w jej prawicowym wydaniu. Na obraz tej historii składa się wiele elementów. Eksponowana przez obecną politykę historyczną walka podziemia antykomunistycznego z nowym ustrojem i terror powojennej władzy wobec jej przeciwników politycznych są tylko jednym z nich. Obok tego podziemia, walki politycznej pomiędzy obozami skupionymi wokół PPR i PSL i sfałszowanych przez władze wyborów w styczniu 1947 r., kolejnymi elementami tego obrazu były doniosłe reformy społeczne przeprowadzone w latach 1944-1946 i powojenna odbudowa kraju.

Kult powojennego podziemia przybrał w polityce historycznej III RP formy niemal sakralne. Doprowadziło to do stworzenia mitologii historycznej, wedle której w latach 1944-1953 (w innej wersji 1944-1963) miało się toczyć na terenie Polski „powstanie antykomunistyczne”. Uczestniczyło w nim podobno – jak twierdzą chociażby autorzy „Atlasu polskiego podziemia antykomunistycznego 1944-1956” (Warszawa 2007) – od 120 do 180 tys. osób.

W 1946 r. Polska liczyła 24 mln mieszkańców. Nawet jeżeli przyjmiemy za bliską prawdy wątpliwą tezę, że w różnych formach działalności podziemia powojennego uczestniczyło 120-180 tys. osób, oznacza to, że w tym podziemiu działało od 0,5% do 0,75% ogółu obywateli. Postawa walki czynnej z nową rzeczywistością ustrojową była zatem nie dominującą, lecz marginalną postawą polityczną. Wynikało to m.in. stąd, że Polska – mimo zmiany ustrojowej i geopolitycznej – zachowała po 1945 r. własną państwowość z niemal niezmienioną symboliką narodową. Dzisiejsza polityka historyczna próbuje tę państwowość nazywać „okupacją sowiecką”, ale znacząca część ówczesnych Polaków tak nie myślała. Wielu z nich poparło przeprowadzone po wojnie reformy społeczne, a zwłaszcza reformę rolną, której nie potrafiła i nie chciała wdrożyć II RP. Ogromna większość była zmęczona wojną, miała świadomość hekatomby powstania warszawskiego i nie chciała dalej egzystować w obecności ciągłego zagrożenia śmiercią. Pragnęła po prostu normalnie żyć, uczyć się i pracować, a przede wszystkim odbudować zrujnowany wojną kraj. Tym właśnie, a nie gloryfikowaną dzisiaj walką partyzancką, zajęła się większość Polaków po 1945 r.

Podczas drugiej wojny światowej Polska poniosła procentowo nie tylko najwyższe spośród państw uczestniczących w tej wojnie straty ludzkie, ale i materialne. W ponad 90% straty te zostały spowodowane przez działania i politykę okupacyjną Niemiec hitlerowskich. Materialne straty wojenne poniosło ponad 13 mln obywateli polskich, w wyniku czego – jak obliczono w 2017 r. – poszkodowanym oraz ich spadkobiercom należałoby się 285 mld dolarów odszkodowań. Kwota ta wynika jednak z obliczenia strat spowodowanych zniszczeniami oraz grabieżami i nie uwzględnia strat wynikających z eksploatacji gospodarczej kraju przez okupanta, które dzisiaj są nie do oszacowania. Wojenne straty materialne Warszawy obliczono w 2004 r. na 54 mld dolarów[1]. Straty innych miast oszacowano w złotych. I tak przykładowo straty Łodzi obliczono w 2006 r. na 40 mld złotych, a Poznania na 11 mld złotych[2].

Biuro Odszkodowań Wojennych przy Prezydium Rady Ministrów oszacowano w 1947 r. straty majątku narodowego w czasie wojny na 38% stanu sprzed 1939 r. Objęły one 50% infrastruktury kolejowej i drogowej, 43% dóbr kulturalnych, 55% infrastruktury zdrowotnej, 64,5% przemysłu chemicznego, 64,3% poligraficznego, 59,7% elektrotechnicznego, 55,4% odzieżowego, 53,1% spożywczego, 48% metalowego. Ogółem Niemcy zniszczyli 14 tys. fabryk, 353 876 gospodarstw wiejskich, 199751 sklepów, 84436 warsztatów rzemieślniczych, 968223 gospodarstw domowych, 17 szkół wyższych, 271 szkół średnich, 4880 szkół powszechnych i 768 innych szkół. Straty w leśnictwie wyniosły około 400 tys. ha lasów[3]. Biuro Odszkodowań Wojennych określiło wartość tych strat na kwotę 258 mld złotych przedwojennych (50 mld dolarów z 1939 r.), co stanowiło trzynastokrotność dochodu narodowego Polski z 1938 r. W przeliczeniu na wartość z 2004 r. dało to 650-700 mld dolarów.

To był poziom, z którego startowała powojenna Polska – dzisiaj krzywdząco oskarżana o to, że to jej ustrój i wynikająca z niego polityka gospodarcza przyczyniły się do obecnych dysproporcji cywilizacyjnych z wysoko rozwiniętymi krajami Europy Zachodniej.

Polska w 1945 r. znajdowała się w ruinie, ale nie każdy współcześnie uświadamia sobie jak ta ruina wtedy realnie wyglądała. Zwłaszcza ferując o tamtym państwie tendencyjne wyroki polityczne. Tę ruinę widzieli jednak na własne oczy żyjący ówcześnie Polacy. Dlatego ogromna większość z nich przystąpiła do odbudowy wyzwolonego spod okupacji niemieckiej kraju. Ta ogólnospołeczna wola odbudowy zbiegła się z działaniami władzy – nazywanej dzisiaj „narzuconą” lub „obcą” – idącymi w tym samym kierunku. Władzy, od której wielu ówcześnie żyjących Polaków było odległych politycznie, nawet bardzo, ale której w dziele odbudowy kraju naród udzielił poparcia. Dlatego powojenna odbudowa stała się sprawą ogólnonarodową i ponadpartyjną.

Niektóre środowiska odległe od wszelkiej lewicy, ale stojące na gruncie realizmu politycznego uznały wtedy, że należy włączyć się w nurt życia legalnego. Po to, by zachować polski charakter tworzącego się państwa i odbudować w nim życie gospodarcze, kulturalne i naukowe. Środowiska te dostrzegały i rozumiały przede wszystkim niepowtarzalną szansę, jaką był powrót Polski po kilkuset latach na ziemie piastowskie nad Odrą, Nysą Łużycką i Bałtykiem. Takim środowiskiem była m.in. poznańska organizacja narodowo-katolicka „Ojczyzna” – jedna z bardziej zasłużonych organizacji podziemnych w Wielkopolsce podczas okupacji niemieckiej. W lipcu 1945 r. jej kierownictwo podjęło decyzję o wyjściu z podziemia i włączeniu się do pracy przy odbudowie kraju i zagospodarowaniu Ziem Odzyskanych. Działacze „Ojczyzny” objęli wkrótce po ujawnieniu się szereg stanowisk – w tym kierowniczych – w Ministerstwie Ziem Odzyskanych, Ministerstwie Spraw Zagranicznych, mediach, Polskim Związku Zachodnim oraz szkolnictwie wyższym i średnim na Ziemiach Zachodnich.

Identyczne stanowisko zajął jeden z czołowych przedwojennych polityków endeckich – Stanisław Grabski (1871-1949). Motywem jego powrotu z Londynu do kraju w 1945 r. i objęcia stanowiska wiceprzewodniczącego Krajowej Rady Narodowej było właśnie zrozumienie doniosłości przejęcia przez Polskę ziem nad Odrą i Bałtykiem oraz chęć wsparcia tego procesu.

Tego typu realizm polityczny reprezentował też przedwojenny wicepremier i bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego – Eugeniusz Kwiatkowski (1888-1974), który w latach 1945-1948 podjął współpracę z Tymczasowym Rządem Jedności Narodowej w dziedzinie odbudowy gospodarki morskiej jako szef Delegatury Rządu do Spraw Wybrzeża. Taką samą drogą poszedł prof. Stanisław Kulczyński (1895-1975) – przedwojenny rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie (1936-1938), a podczas wojny delegat Rządu RP na Obszar Lwowski. Po 1945 r. stał się on jedną z najbardziej zasłużonych osób w budowaniu od podstaw polskiej nauki na Ziemiach Odzyskanych jako rektor Uniwersytetu i Politechniki we Wrocławiu (1945-1951). Kulczyński ściągnął do Wrocławia najlepszych uczonych lwowskich, którzy przeżyli wojnę i utworzył tam wiodący ośrodek akademicki w kraju. Natomiast w latach 1957-1971 kierował Towarzystwem Rozwoju Ziem Zachodnich, bardzo zasłużonym dla rozwoju cywilizacyjnego tych ziem, a dzisiaj zapomnianym.

Emerytowany prof. Uniwersytetu Wrocławskiego Roman Duda – wobec ataków IPN na postać prof. S. Kulczyńskiego – tak ocenił w 2017 r. jego postawę: „Po wojnie mógł wyjechać do Włoch, gdzie oferowano mu posadę, ale wybrał służbę dla kraju. Został kierownikiem Grupy Naukowo-Kulturalnej, która już 9 maja 1945 roku przyjechała do zrujnowanego i płonącego jeszcze Wrocławia i tam ratował dobytek akademicki przed plądrującymi miasto krasnoarmiejcami i polskimi szabrownikami, a jednocześnie organizował polską uczelnię”[4]. Przekaz tych ludzi i środowisk był jasny: nie – dla konspiracji i gloryfikowanej dzisiaj walki zbrojnej z nową władzą, tak – dla pracy organicznej przy odbudowie kraju.

Tak myślało wielu. Urodzona we Lwowie Irena Szydłowska – podczas wojny więźniarka KL Ravensbrück, do którego trafiła w 1941 r. za działalność konspiracyjną w ZWZ – zaraz po wyzwoleniu podjęła pracę w wydziale osadniczym Urzędu Wojewódzkiego w Szczecinie. Swoje wspomnienia z tego okresu zatytułowała „Czułam się urzędniczką Ziem Odzyskanych”. Napisała w nich m.in.: „W obozie w Neubrandenburgu często rozmawiałyśmy o tym, że potrzeba będzie dużo ludzi do pracy na terenach, które zostaną przyłączone do Polski i że to właśnie my, więźniowie obozów koncentracyjnych, którzy na własnej skórze poznaliśmy Niemców, powinniśmy tam się osiedlać”[5].

Pionierzy Ziem Odzyskanych pochodzili z niemal wszystkich stron kraju i reprezentowali cały ówczesny przekrój klasowy i polityczny społeczeństwa polskiego. Byli to ludzie z Kresów Wschodnich, ze zrujnowanej Warszawy, z przedwojennej Polski centralnej, zachodniej i południowej oraz reemigranci z Europy Zachodniej. Znajdowali się wśród nich niedawni więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych i ci, którzy przeszli przez łagry i zesłanie na Nieludzkiej Ziemi, żołnierze Wojska Polskiego na Wschodzie i żołnierze, którzy walczyli na Zachodzie, prości chłopi i inteligenci, komuniści i ludzie o poglądach od komunizmu odległych albo mu przeciwnych, ale stojący na gruncie realizmu politycznego i polskiej racji stanu. Zagospodarowanie Ziem Odzyskanych było czynem ogólnonarodowym i jednym kluczowych zadań w dziele odbudowy kraju.

Ich szybkie zagospodarowanie nie byłoby możliwe bez działającego w latach 1945-1949 i kierowanego przez Władysława Gomułkę Ministerstwa Ziem Odzyskanych, w którego kierownictwie spotkali się ludzie PPR i PPS oraz narodowo-katolickiej „Ojczyzny”. Dzięki wysiłkowi MZO na Ziemiach Zachodnich i Północnych osiedlono w latach 1945-1948 około 4,8 mln Polaków, w tym 1,5 mln z dawnych Kresów Wschodnich oraz około 100 tys. reemigrantów z Europy Zachodniej i Południowej. Pod koniec 1948 r. ziemie te zamieszkiwało już ponad 5,5 mln Polaków.

Kolejnym kluczowym zadaniem w dziele odbudowy kraju była odbudowa zniszczonych wojną miast z Warszawą na czele. Już 22 stycznia 1945 r. gen. Marian Spychalski – powołany przez Rząd Tymczasowy na prezydenta Warszawy – utworzył Biuro Organizacji Odbudowy m.st. Warszawy pod kierunkiem wybitnego architekta Jana Zachwatowicza (1900-1983). Na mocy dekretu Krajowej Rady Narodowej z 14 lutego 1945 r. zostało ono przekształcone w Biuro Odbudowy Stolicy. Jego organizatorem też był gen. M. Spychalski, który w sprawozdaniu złożonym KRN 31 grudnia 1944 r. sprzeciwił się planom przeniesienia stolicy do Łodzi, Krakowa lub Lublina i nie odbudowywania Warszawy. W BOS pracowali architekci zarówno powiązani z powojennym obozem władzy (np. Roman Piotrowski i Józef Sigalin), jak i związani podczas wojny z obozem londyńskim (Piotr Biegański, Witold Plapis, Jan Zachwatowicz i in.). Odbudowa stolicy, tak samo jak i zagospodarowanie Ziem Odzyskanych, wywołała ogromny entuzjazm społeczny i stała się zadaniem ogólnonarodowym. Do pracy przy odbudowie Warszawy stanęli jej ocaleni mieszkańcy, ale także junacy z Powszechnej Organizacji „Służba Polsce” – dzisiaj przedstawiani w negatywnym świetle, w najlepszym wypadku zapomniani.

Kluczową rolę w powojennej odbudowie odegrała realizacja założeń Planu Odbudowy Gospodarczej, zwanego potocznie planem trzyletnim (1947-1949). Plan ten został opracowany przez Centralny Urząd Planowania, którego prezesem był w latach 1945-1948 Czesław Bobrowski (1904-1996) – piłsudczyk, przed wojną urzędnik Ministerstwa Przemysłu i Handlu oraz Ministerstwa Rolnictwa i Reform Rolnych, a także redaktor naczelny pisma „Gospodarka Narodowa”. W czasie wojny Bobrowski był członkiem zespołu studyjnego rządu RP na uchodźstwie, który przygotowywał plan powojennej odbudowy. Te prace studyjne stały się podstawą dla planu odbudowy opracowanego i wdrażanego pod jego kierunkiem w Polsce pojałtańskiej, do której Bobrowski powrócił z Londynu i związał się politycznie z PPS.

Plan trzyletni dawał pierwszeństwo w odbudowie przemysłu pracującego na potrzeby ludności. Jednakże w ostatnim roku realizacji planu priorytetem stała się odbudowa przemysłu wytwarzającego środki produkcji. Zadania planu trzyletniego w dziedzinie wzrostu produkcji przemysłowej zostały wykonane w ciągu dwóch lat i 10 miesięcy. W 1949 r. nastąpiło przekroczenie przedwojennej produkcji przemysłowej.

Nie tylko została przyspieszona odbudowa kraju, ale zapoczątkowano proces przekształcania Polski z kraju rolniczego w przemysłowo-rolniczy. Wzrost produkcji przemysłowej doprowadził do szybkiego zwiększenia zatrudnienia i likwidacji bezrobocia, którego potem nie znano w Polsce do 1990 r. Rozwój przemysłu zapoczątkował wielką migrację ludności ze wsi do miast, czyli zmianę struktury społecznej kraju oznaczającą dla ludności wiejskiej skok cywilizacyjny. Następnym etapem stała się zakrojona na szeroką skalę industrializacja wdrożona podczas planu sześcioletniego (1950-1955), dzisiaj wyszydzanego. Towarzyszyło temu upowszechnienie oświaty i nauki. To była prawdziwa rewolucja społeczna – przejście od dawnego społeczeństwa ekskluzywnego do inkluzywnego.

Powojenna Polska nie mogła z przyczyn geopolitycznych skorzystać z planu Marshalla. Dlatego będąc najbardziej zniszczonym podczas drugiej wojny światowej państwem Europy musiała dokonać odbudowy własnymi siłami. Nie byłoby to możliwe bez ofiarności i poświęcenia całego narodu – zarówno tych jego obywateli, którzy byli politycznie odlegli od powojennej władzy, jak i tych, którzy ją poparli, a w odbudowie kraju widzieli pierwszy etap tworzenia nowego ustroju. Niejednokrotnie nie pytano o zapłatę. Brygada Stanisława Sołdka pracowała przy budowie pierwszego powojennego statku pełnomorskiego dosłownie za miskę zupy. Szkoda, że dzisiaj takich ludzi się „dekomunizuje”.

Na historię Polski Ludowej trzeba patrzeć w sposób wyważony. Jej historię tworzyli po 1945 r. nie tylko komuniści i aparat represji z jednej strony oraz podziemie antykomunistyczne z drugiej, ale także szczerzy patrioci rozumiejący, że nie było wtedy innej możliwości kontynuacji polskiej państwowości. Ich szerokie rzesze włączyły się do odbudowy kraju i zagospodarowania Ziem Odzyskanych, a następnie w różne formy życia gospodarczego, kulturalnego, naukowego, a nawet politycznego nie w imię budowy socjalizmu, ale dla zachowania możliwie polskiego charakteru ówczesnego państwa i egzystencji narodu. Temu pokoleniu, jego patriotyzmowi i realizmowi politycznemu należy się dzisiaj wielki szacunek, a nie szufladkowanie według kryteriów abstrakcyjnej polityki historycznej i tworzenie mitów o „powojennym powstaniu antykomunistycznym”.

[1] W. Fałkowski i in., Raport o stratach wojennych Warszawy, Warszawa 2004.

[2] J. Baranowski, K. Baranowski, L. Berliński, A. Lech, F. Sitkiewicz, „Straty wojenne Łodzi” – raport z oszacowania strat i szkód poniesionych przez miasto Łódź wskutek wybuchu i trwania II wojny światowej oraz wynikłych z organizacji i funkcjonowania Litzmannstadt getto, Łódź 2006; A. Sakson, A. Skarżyński (red.), Raport o stratach wojennych Poznania 1939-1945, Poznań 2006.

[3] Sprawozdanie Biura Odszkodowań Wojennych w przedmiocie strat i szkód wojennych Polski w latach 1939–1945, Warszawa 1947.

[4] R. Duda, IPN dekomunizuje prof. Stanisława Kulczyńskiego, „Pauza Akademicka” nr 405, 7.12.2017.

[5] B. Halicka (red.), Mój dom nad Odrą. Pamiętniki osadników Ziem Zachodnich po 1945 roku, Universitas, Kraków 2016, s. 255.

Bohdan Piętka

21 maja 2020 r.

„Przegląd” nr 21 (1063), 18-24.05.2020, s. 44-46

Powstanie praskie 1945

5 maja 1945 r. wybuchło powstanie w Pradze – wtedy w dalszym ciągu stolicy okupowanych przez Niemcy hitlerowskie Czech, czyli Protektoratu Czech i Moraw. Między nim a powstaniem warszawskim istnieją podobieństwa i różnice. W wyzwolonej siłami AK Warszawie władze Polski Podziemnej miały wystąpić wobec ZSRR i jego sił zbrojnych w roli „politycznego gospodarza”. Politycznym celem powstania warszawskiego było zatem niedopuszczenie do znalezienia się kraju w powojennej strefie wpływów ZSRR, co było nierealne – pomijając aspekt militarny – chociażby ze względu na zapadłe już w tej sprawie decyzje Wielkiej Trójki. Powstanie praskie otwarcie nie stawiało sobie takiego celu, jednakże dla części jego przywódców najbardziej pożądane było doprowadzenie do wyzwolenia Pragi przez wojska amerykańskie.

Na początku maja 1945 r. najbliżej Pragi znaleźli się właśnie Amerykanie. 5 maja 1945 r. 3. Armia amerykańska gen. George’a S. Pattona weszła od południowego zachodu na ziemie czeskie, a następnego dnia wyzwoliła Pilzno (84 km od Pragi). W tym czasie na terenie Czech i Moraw nadal stacjonowała niemiecka Grupa Armii „Środek” feldmarszałka Ferdinanda Schörnera, licząca blisko milion żołnierzy. To ze strony tych licznych sił niemieckich wyszedł w drugiej połowie kwietnia 1945 r. atak na Łużyce, którego celem była odsiecz dla oblężonego przez wojska radzieckie Berlina i który musiała przyjąć na siebie 2. Armia WP podczas tzw. bitwy pod Budziszynem (21-30 kwietnia 1945 r.). Dopiero 9 maja 1945 r. 2. Armia WP dotarła do Bad Schandau. Stąd do Pragi były jeszcze 94 km.

26 kwietnia 1945 r. wojska radzieckie zajęły Brno (187 km od Pragi), a 30 kwietnia Ostrawę (278 km od Pragi). Front na wschodzie zatrzymał się jednak pod Ołomuńcem (210 km od Pragi), skąd ruszył dopiero 8 maja 1945 r. Ruchem oporu na terenie okupowanych Czech kierowała Czeska Rada Narodowa, w skład której wchodzili beneszowcy (tzw. narodowi socjaliści), ludowcy, socjaldemokraci i komuniści. Emigracyjny prezydent Eduard Beneš zawarł w grudniu 1943 r. porozumienie polityczne ze Stalinem. Jego rezultatem było utworzenie w wyzwolonych Koszycach 5 kwietnia 1945 r. koalicyjnego rządu czechosłowackiego (z udziałem stronnictw tworzących dotychczasowy rząd emigracyjny w Londynie oraz komunistów) pod przewodnictwem Zdenka Fierlingera (komunizującego socjaldemokraty powiązanego z Moskwą) i z Klementem Gottwaldem (przywódcą Komunistycznej Partii Czechosłowacji) jako wicepremierem.

Rząd Fierlingera przyjął tzw. Koszycki Program Rządowy (coś w rodzaju czechosłowackiego odpowiednika Manifestu PKWN), który zakładał odbudowę Czechosłowacji jako państwa demokratycznego dwóch równoprawnych narodów (formalnie odrzucono ideologię czechosłowakizmu), konfiskatę mienia kolaborantów i zdrajców, usunięcie przybyłych do kraju po 1938 r. Niemców i Węgrów, nacjonalizację kluczowych gałęzi przemysłu i banków oraz utrzymanie przyjaznych stosunków ZSRR.

Powstanie w Pradze było częścią tzw. majowego powstania ludu czeskiego, które wybuchło 1 maja 1945 r. i objęło 37 miast oraz 240 wsi. Do 11 maja wzięło w nim udział 130 tys. bojowników, z których około 10 tys. zginęło. Wspierało ich 14 tys. partyzantów, w większości radzieckich. Czeski ruch oporu zorganizował to powstanie w porozumieniu ze stroną radziecką celem przyspieszenia wyzwolenia ziem czeskich. Jednakże w Pilźnie 6 maja około 500 powstańców pomagało w wyzwoleniu miasta Amerykanom. Niekomunistyczna część kierownictwa Czeskiej Rady Narodowej brała pod uwagę, że do Pragi jako pierwsze dotrą wojska amerykańskie, co mogłoby zmienić powojenną sytuację geopolityczną kraju. Także większość powstańców i mieszkańców Pragi nie pragnęła nikogo innego w stolicy Czech, jak gen. G. Pattona. Nie doczekali się jednak wojsk amerykańskich, które po zajęciu Pilzna nie kontynuowały ofensywy w kierunku Pragi. Zgodnie z ustaleniami Wielkiej Trójki na konferencji w Teheranie Czechosłowacja znajdowała się w strefie działania Armii Czerwonej, a zatem w powojennej strefie wpływów ZSRR.

W powstaniu praskim wzięło udział około 30 tys. powstańców (w warszawskim około 50 tys.). Spontaniczne starcia ludności cywilnej z wojskami niemieckimi rozpoczęły się w Pradze już 4 maja. Powstanie wybuchło rano 5 maja. W okresie komunistycznej Czechosłowacji głoszono, że kierowali nim komuniści. Faktycznie jednak powstanie przygotowali i kierowali nim przedwojenni oficerowie i legioniści. Tacy m.in. jak: gen. Karel Kultvašr (1895-1961) – w 1949 r. skazany przez komunistów na dożywocie i zdegradowany; gen. František Slunečko „Alex” (1886-1963) – podczas okupacji niemieckiej jeden z dowódców Obrony Narodu (czeski odpowiednik Armii Krajowej), w 1950 r. zdegradowany przez komunistów i wysiedlony z Pragi; gen. Raimund Mrázek (1897-1972) – w 1949 r. skazany przez komunistów na 25 lat więzienia; gen. Zdeněk Novák (1891-1988) – w 1951 r. zdegradowany, a w 1954 r. skazany przez komunistów na 18 lat więzienia; ppłk František Bürger-Bartoš (1898-1964) – podczas okupacji niemieckiej również jeden z bohaterów Obrony Narodu, w 1950 r. zdegradowany przez komunistów i więziony do 1953 r.

Powstaniu praskiemu, tak jak i warszawskiemu, towarzyszył początkowo wielki entuzjazm. Jednakże jego sytuacja militarna, identycznie jak powstania warszawskiego, zaczęła się szybko komplikować z tego samego powodu – dysproporcji sił w stosunku do strony niemieckiej. Powstanie w Pradze wybuchło pięć dni po samobójstwie Hitlera i dwa dni po kapitulacji Berlina, ale Niemcy wcale nie zamierzali ustępować powstańcom. Do akcji wkroczyły liczące co najmniej 40 tys. ludzi, dobrze uzbrojone siły Wehrmachtu, Waffen-SS, policji niemieckiej, SA i innych formacji niemieckich. Mimo budowy około 1600 barykad powstańczych czołgi niemieckie wtargnęły do śródmieścia Pragi. Do akcji wkroczyły działa samobieżne, miotacze ognia i esesmani z pobliskiego poligonu w Benešovie tworzący Kampfgruppe Wallenstein. 6 i 7 maja w kilku miejscach Pragi doszło do masakr bezbronnych cywili. Na mniejszą skalę przypominało to sceny rozgrywające się podczas powstania warszawskiego w sierpniu 1944 r. na Woli i Ochocie. Niemieccy naziści mordowali do końca, nawet na 48 godzin przed kapitulacją III Rzeszy.

7 maja dowódca Waffen-SS w Protektoracie Czech i Moraw, SS-Gruppenführer Carl Friedrich von Pückler-Burghauss, wydał kierującemu pacyfikacją powstania gen. Rudolfowi Toussaintowi rozkaz zbombardowania „w najbrutalniejszy sposób” okolic placu Wacława, gdzie znajdowało się centrum oporu powstańców. W następstwie tego rozkazu Luftwaffe, która jeszcze nie była całkiem zniszczona, dokonała kilku nalotów bombowych na Pragę.

Sytuacja powstania stała się krytyczna. Jego dowództwo zwróciło się drogą radiową o pomoc do strony anglo-amerykańskiej i radzieckiej. Prezydent E. Beneš natychmiast po wybuchu powstania uznał Czeską Radę Narodową za swoje przedstawicielstwo i zaproponował władzom brytyjskim użycie czeskich załóg lotniczych do zrzutów broni. Prosił też władze USA o zrzuty broni i amunicji z bazy lotniczej Bari we Włoszech. Jego prośby zostały odrzucone przez Londyn i Waszyngton. Stało się tak pomimo tego, że 1 kwietnia 1945 r. brytyjski premier Winston Churchill powiedział do amerykańskiego gen. Dwighta Eisenhowera: „Uważam, że niezwykle ważne jest, aby podać Rosji rękę jak najdalej na wschodzie. Wiedeń jest dla nas stracony, ale Praga nie jest. Twoje postępy w dolinie Łaby, w tym w Pradze, są realistyczne za trzy tygodnie”. Natomiast w telegramie do prezydenta USA Harry’ego Trumana z 30 kwietnia 1945 r. Churchill napisał: „Nie ma wątpliwości, że wyzwolenie Pragi przez wojska amerykańskie spowodowałoby zmianę powojennej sytuacji i silnie wpłynęłoby na sytuację w krajach sąsiednich. Jeśli jednak Sprzymierzeni odegraliby jedynie nieznaczną rolę w wyzwoleniu, kraj podążyłby taką ścieżką, jak Jugosławia. Uważam, że niezwykle ważne jest wyjaśnienie Eisenhowerowi tego bardzo ważnego aspektu politycznego”.

Prawdopodobnie E. Beneš wiedział o planie Churchilla. Dlatego on i niekomunistyczni członkowie władz powstania chcieli umożliwić wojskom amerykańskim zajęcie Pragi, widząc w tym szansę na zmianę powojennego statusu geopolitycznego wyzwolonego kraju. Po stronie amerykańskiej zwolennikiem udzielenia pomocy powstaniu praskiemu był gen. G. Patton – znany z negatywnego stosunku do ZSRR i komunizmu. Mimo jego nalegań nie zgodził się jednak na to gen. Dwight Eisenhower – naczelny dowódca Alianckich Ekspedycyjnych Sił Zbrojnych w Europie. Truman i Eisenhower obawiali się awantury politycznej ze Stalinem. Stanom Zjednoczonym zależało na przystąpieniu ZSRR do wojny z Japonią i dlatego Biały Dom odrzucił plan Churchilla odnośnie Czechosłowacji. Eisenhower był gotowy pomóc w wyzwoleniu Pragi, ale tylko wtedy, gdy będzie tego chciał rząd Zdenka Fierlingera, czyli stojący za plecami tego polityka Józef Stalin. A ten nie chciał.

Amerykanie coś jednak dla powstańców zrobili. W późnych godzinach nocnych 7 maja dotarła do Pragi amerykańska misja wojskowa składająca się z pięciu samochodów pancernych, trzech jeepów, dwóch limuzyn sztabowych, radiostacji i karetki pogotowia. Celem misji nie była jednak Praga, ale uzdrowisko Velichovky koło Hradec Králové, gdzie znajdowała się kwatera główna dowódcy Grupy Armii „Środek”, feldmarszałka Ferdinanda Schörnera. Amerykańska misja wiozła mu kopię aktu bezwarunkowej kapitulacji Niemiec, którą 7 maja 1945 r. o godz. 02:41 w kwaterze gen. Eisenhowera w Reims podpisał gen. Alfred Jodl. Akt kapitulacji mówił o zaprzestaniu walki przez siły niemieckie 8 maja o godz. 23:01 czasu środkowoeuropejskiego. Stalin nie uznał tej kapitulacji i zażądał jej ponownego złożenia przez Niemcy. Doszło do tego 8 maja 1945 r. o godz. 23:01 w kwaterze marszałka Gieorgija Żukowa w dzielnicy Berlina Karlshorst, gdzie bezwarunkową kapitulację podpisał feldmarszałek Wilhelm Keitel.

Członkowie „misji velichowskiej”, podczas krótkiego postoju w Pradze, spotkali się z przedstawicielami powstańców i przekazali im słowa otuchy. To było wszystko co Amerykanie dla nich zrobili. Oczywiście kapitulacja III Rzeszy uratowała Pragę przed losem Warszawy, ale przede wszystkim uratowali ją Rosjanie – zarówno biali (czy może brunatni), jak i czerwoni.

W krytycznym momencie powstania Czeska Rada Narodowa zwróciła się o pomoc do walczących po stronie niemieckiej własowców, czyli 1. Dywizji Piechoty Sił Zbrojnych Komitetu Wyzwolenia Narodów Rosji pod dowództwem gen. Siergieja Buniaczenki (1902-1946). Dywizja ta liczyła 18 tys. dobrze uzbrojonych żołnierzy i przybyła do Pragi 6 maja. Prośba skierowana do gen. Buniaczenki spotkała się ze sprzeciwem przedstawiciela komunistów w komisji wojskowej Czeskiej Rady Narodowej – Václava Davida (późniejszego ministra spraw zagranicznych komunistycznej Czechosłowacji). Uważał on, że jedynym właściwym sojusznikiem jest Stalin i współpraca z własowcami może wywołać gniew wodza ZSRR. Z jego stanowiskiem nie zgodził się jednak gen. K. Kultvašr i dzięki temu doszło do współpracy powstańców z własowcami.

Dywizja Buniaczenki przeszła na stronę powstańców w nocy z 6 na 7 maja. Tej nocy jej żołnierze powstrzymali ataki sił niemieckich w zachodniej i południowej Pradze, a 7 maja rano zajęli lotnisko Ruzyně, wypierając z niego siły Luftwaffe. 1. pułk dywizji Buniaczenki przekroczył następnie Wełtawę i pomógł powstańcom odbić centrum Pragi. W nocy z 7 na 8 maja do powstańców dołączyły jej 3. i 4. pułk. Współczesna historiografia czeska nie ma wątpliwości, że to pomoc 1. Dywizji Piechoty Sił Zbrojnych KONR uniemożliwiła Niemcom stłumienie powstania praskiego w dniach 6 i 7 maja.

Ostatecznie jednak Czeska Rada Narodowa pod naciskiem komunistów zerwała współpracę z własowcami. Dlatego około godz. 23:00 7 maja dywizja Buniaczenki opuściła Pragę, by poddać się Amerykanom. Do dyspozycji powstańców gen. S. Buniaczenko pozostawił jednostkę artylerii liczącą 800 żołnierzy, która następnego dnia odegrała ważną rolę w powstrzymywaniu ataków niemieckich czołgów w zachodniej Pradze. Dywizja Buniaczenki dotarła do linii amerykańskich, ale już 15 maja 1945 r. Amerykanie wydali jej dowódcę i żołnierzy w ręce ZSRR. Gen. S. Buniaczenko został skazany na karę śmierci w tzw. procesie moskiewskim gen. Andrieja Własowa i powieszony 1 sierpnia 1946 r.

We wczesnych godzinach rannych 8 maja 1945 r. doszło do zmasowanego ataku sił niemieckich na Pragę przy użyciu czołgów i piechoty. Ponownie miały miejsce okrutne zbrodnie na ludności cywilnej. Esesmani pędzili przed czołgami cywilów jako żywe tarcze – identycznie jak w Warszawie w sierpniu 1944 r. W kilku miejscach Pragi dokonali egzekucji cywilów bez względu na ich wiek i płeć. Powstańcom udało się jednak zniszczyć wiele niemieckich czołgów dzięki zdobycznym granatnikom przeciwpancernym i pomocy wspomnianej jednostki artyleryjskiej z dywizji własowców. Walki były niezwykle zacięte. Zbliżająca się ostateczna kapitulacja Niemiec spowodowała, że doszło do rozmów pomiędzy Czeską Radą Narodową i dowództwem Wehrmachtu. Około godz. 16:00 gen. R. Toussaint podpisał umowę kapitulacyjną, na mocy której w nocy z 8 na 9 maja jednostki Wehrmachtu opuściły Pragę, kierując się w stronę pozycji amerykańskich pod Pilznem. To właśnie za zawarcie tej umowy dowódca powstania, gen. Karel Kutlvašr, został cztery lata później zdegradowany i skazany przez komunistów na dożywocie, a jego najbliższy współpracownik, kpt Jaromír Nechanský (1916-1950) – będący także oficerem łącznikowym z 3. Armią amerykańską – został skazany na karę śmierci i stracony.

Umowy Kutlvašr-Toussaint nie uznał SS-Gruppenführer Carl von Pückler-Burghauss. Dlatego podległe mu jednostki Waffen-SS kontynuowały walkę z powstańcami i opuściły Pragę dopiero rano 9 maja, wyparte przez wojska radzieckie. Następnie liczące 7 tys. żołnierzy praskie zgrupowanie Waffen-SS zostało otoczone przez wojska radzieckie na południe od Pragi i chcąc przebić się do Amerykanów stoczyło z Armią Czerwoną tzw. bitwę pod Slivicami. Była to ostatnia bitwa drugiej wojny światowej w Europie, która rozegrała się trzy dni po kapitulacji III Rzeszy. W rezultacie poniesionej klęski von Pückler skapitulował w nocy z 11 na 12 maja 1945 r. i kilkanaście godzin później popełnił samobójstwo. Wtedy dopiero zakończyła się wojna na terenie Czech, które były ostatnim krajem wyzwolonym spod okupacji hitlerowskiej.

Wyzwolenia tego dokonała ostatecznie Armia Czerwona. Wobec wybuchu powstania w Pradze, ewentualności jej wyzwolenia przez Amerykanów, a następnie krytycznego położenia powstańców, ofensywa radziecka w Czechach została przyspieszona. W dniach 6-8 maja od północy (z Dolnego Śląska i Łużyc) uderzyły w kierunku Pragi wojska 1. Frontu Ukraińskiego marszałka Iwana Koniewa, a od wschodu i południowego wschodu wojska 2. Frontu Ukraińskiego marszałka Rodiona Malinowskiego i 4. Frontu Ukraińskiego gen. Andrieja Jeriomienki. W składzie wojsk Koniewa działała 2. Armia WP, która zakończyła swój szlak bojowy 11 maja 1945 r. w mieście Mělník, 30 km na północ od Pragi. Jako pierwsza wkroczyła do Pragi we wczesnych godzinach rannych 9 maja 4. Gwardyjska Armia Pancerna, którą dowodził gen. Dmitrij Leluszenko.

Powstanie praskie było przedstawiane w okresie komunistycznej Czechosłowacji – niezgodnie z prawdą – jako wyłączne dzieło komunistów. Podkreślano wtedy rolę Armii Czerwonej w wyzwoleniu Pragi, a pomijano rolę własowców w ocaleniu powstania. Nie wspominano też o mniej chwalebnych dla strony radzieckiej aspektach wyzwolenia stolicy Czech. Gen. Pawieł Rybałko – dowódca 3. Gwardyjskiej Armii Pancernej – gdy dowiedział się, że po stronie powstańców walczyli własowcy, wpadł w furię. Groził zastrzeleniem przedstawicielowi komunistów w sztabie powstańczym, którym był Josef Smrkovský (1911-1974) – znany działacz KPCz, aresztowany w 1951 r. w związku ze sprawą Slánský’ego i skazany na 15 lat więzienia. Na prośbę przewodniczącego Czeskiej Rady Narodowej, prof. Alberta Pražáka (1880-1956), o humanitarne traktowanie własowców Rybałko odpowiedział: „Cóż, obiecuję, że nie zastrzelę ich wszystkich”. Niestety nie dotrzymał tej obietnicy. Wydał własowców, którzy brali udział w powstaniu praskim, w ręce NKWD. Kilkuset z nich zostało rozstrzelanych przez NKWD w Pradze-Jinonicach. Kolejnych 187 ciężko rannych własowców zostało zamordowanych przez NKWD w szpitalu w Pradze-Motolu. Własowcy ginęli z rąk NKWD także w innych miejscach Czech. Stalinowskie porządki nastały w Czechosłowacji dopiero po przewrocie komunistycznym z 25 lutego 1948 r., ale to było ich preludium.

Podczas powstania praskiego poległo 308 własowców walczących po stronie powstańców. Straty niemieckie w walkach o Pragę wyniosły około tysiąca zabitych, a radzieckie 692, z czego 30 poległych w samej Pradze. Po stronie czeskiej zginęło 3561 powstańców – w tym 2898 Czechów i 663 osoby innych narodowości (m.in. Austriacy, Bułgarzy, Francuzi, Polacy) – oraz co najmniej 4 tys. cywilów, w większości wymordowanych przez SS. Taka była cena za nadzieję wyzwolenia Pragi przez Amerykanów. To były straty bardzo duże jak na trzy dni walk. Uświadamiają nam one, że gdyby wojna potrwała dłużej Pragę czekał los Warszawy. Organizowanie powstań przeciwko III Rzeszy Niemieckiej było bardzo ryzykowne, nawet na trzy dni przed jej kapitulacją. Tę refleksję dedykuję tym, którzy gloryfikują powstanie warszawskie.

Bohdan Piętka

9 maja 2020 r.

Wyprawa kijowska i jej mitologia (2)

Setna rocznica wydarzeń z 1920 r. jest okazją dla politycznych epigonów piłsudczyzny i prometeizmu do powielania i utrwalania tendencyjnego przekazu historycznego, a przede wszystkim do uzasadniania ówczesnej polityki Piłsudskiego i tym samym nawiązującej do niej polityki wschodniej współczesnej Polski.

Temu został poświęcony m.in. noworoczny „Biuletyn IPN” – nr 1-2 (170-171), styczeń-luty 2020 – zatytułowany „Sojusznicy Polski w XX wieku”. Więcej niż połowa tego numeru dotyczy polityki i sojuszników Piłsudskiego w 1920 r. Są to następujące teksty: „Piłsudskiego projekt wschodni” (Andrzej Nowak w rozmowie z Anną Zechenter), „Geneza sojuszu polsko-ukraińskiego w 1920 roku” (Mirosław Szumiło), „Armia Ukraińskiej Republiki Ludowej w 1920 roku” (Andrij Rukkas), „Wywiad wojskowy Ukraińskiej Republiki Ludowej w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku” (Marek Kozubel), „Stanisław Bułak-Bałachowicz i jego żołnierze” (Kazimierz Krajewski), „Operacja »Zima«. Współpraca polsko-łotewska w wyzwoleniu Łatgalii na Łotwie” (Eriks Jekabsons), „Polska i Gruzja w 1920 roku” (Paweł Libera), „Borys Sawinkow. Polityk, który chciał wybawić Rosję od niej samej” (Łukasz Dryblak). Już same tytuły tych artykułów sugerują, że Piłsudski miał rzekomo w 1920 r. poważnych sojuszników, a jego projekt federacyjny był realny.

Prof. Andrzej Nowak tak widzi genezę federacyjnych planów Piłsudskiego: „Dorastał w świecie, mówiąc dzisiejszym językiem, wieloetnicznym i wielowyznaniowym, z tradycjami geopolitycznymi zakorzenionymi w odwiecznej walce z Moskwą. Z mlekiem matki wyssał przekonanie, że Litwa może przetrwać tylko w związku z Polską, czyli w unii”. Od razu nasuwa się refleksja, że było to przekonanie całkowicie subiektywne i wręcz irracjonalne. Zupełnie nie podzielali go w 1918 r. i później nacjonaliści litewscy, którzy swojego politycznego mentora widzieli w Niemczech, a nie w Polsce. Poza tym te „geopolityczne tradycje” Liwy zakorzenione w „odwiecznej walce z Moskwą” to mit. Chodzi tu głównie o powstanie styczniowe, wywołane przez obóz czerwonych wbrew wszelkiej logice politycznej, do którego na Litwie akces zgłosiła część zubożałej polskiej szlachty, ale bynajmniej nie Litwini.

Prof. A. Nowak uparcie pielęgnuje ten mit stwierdzając, że dziedzictwo powstania styczniowego, to „pamięć Rzeczypospolitej, którą próbowano odbudować na nowo w 1863 r. jako wspólnotę trzech narodów: Litwinów, Polaków i Rusinów. W pamięci Piłsudskiego zachowało się przeświadczenie, że te trzy nacje i tradycje gnębione przez moskiewski imperializm mogą razem tworzyć ogromną siłę. (…) Na Syberii mentorem młodego Piłsudskiego stał się Bronisław Szwarce, jeden z organizatorów Powstania Styczniowego, świadek epoki, podtrzymujący tradycje powstańcze. Obaj uważali, że do pokonania carskiej Rosji potrzebna jest współpraca wielu narodów”.

Prof. A. Nowak udaje, że nie wie, iż idea wskrzeszenia Polski w 1863 r. jako „Rzeczypospolitej Trojga Narodów” było zupełną abstrakcją polityczną, w którą nie wierzyli nawet co niektórzy przywódcy powstania styczniowego. Na pewno mało kto chciał o tym wówczas słyszeć spośród etnicznych Białorusinów, Litwinów i Ukraińców. Ta polityczna abstrakcja została przyswojona przez Piłsudskiego – ukształtowanego na fałszywym micie powstania styczniowego i polskiego romantyzmu politycznego – i legła u podstaw forsowanej przez niego w latach 1918-1920 „idei federacyjnej”. U podstaw tej idei nie było jakiegokolwiek realizmu politycznego. Opierała się ona jedynie na romantycznych marzeniach i niczym więcej, a to w polityce jest niedopuszczalne i niewybaczalne. Nikt – ani w 1863, ani w 1918 r. – nie oczekiwał na Litwie, Białorusi i Ukrainie powrotu pod płaszczykiem „idei federacyjnej” polskiego panowania, kojarzonego tam wyłącznie z władzą „polskich panów”, czyli obszarników ziemskich. Nikt też tam tego nie oczekiwał później i nie oczekuje dzisiaj, co warto za każdym razem uświadamiać obozowi politycznemu, z którym sympatyzuje prof. A. Nowak.

Pan profesor zresztą wcale nie ukrywa tego, jaki był rzeczywisty charakter „idei federacyjnej”. Mówi o tym wprost: „W przypadku Piłsudskiego nie warto mówić o ideach federacyjnych inaczej niż jako o narzędziu. Wyłącznie tak należy na to patrzeć. Nie, Piłsudski ideowym federacjonistą nie był. W znanym liście do Wasilewskiego z 1919 r. pisał, że modne są »doktrynki federacyjne«, więc trzeba mówić tym językiem”. Chodziło zatem tylko o język. Za parawanem tego języka o „federacji” kryła się faktycznie idea polskiego panowania na Wschodzie. Problem w tym, że tylko Piłsudskiemu wydawało się, a dzisiaj wydaje się to jego epigonom, iż polskie panowanie jest dla Białorusinów, Litwinów i Ukraińców lepsze od rosyjskiego. Takiego przekonania te narody wtedy jednak nie podzielały i nie podzielają go tym bardziej teraz. Jeśli już – to punktem odniesienia będzie dla nich Berlin, dzisiaj także Waszyngton, a nie Warszawa. Dlatego próba realizacji koncepcji Międzymorza – dziecka „idei federacyjnej” – w istocie zawsze będzie prowadziła do realizacji niemieckiej koncepcji Mitteleuropy, czyli wtłoczenia Polski w niemiecką strefę wpływów. Ewentualnie będzie – jak obecnie – narzędziem utrwalenia amerykańskiej dominacji politycznej nad tą częścią Europy.

Młode, a co za tym idzie agresywne nacjonalizmy litewski i ukraiński, które weszły na arenę dziejów pod koniec pierwszej wojny światowej dzięki protekcji Berlina i Wiednia, nie dążyły bynajmniej do jakiegokolwiek związku z Polską. Nie tylko dlatego, że były w latach 1917-1918 politycznym narzędziem Berlina i Wiednia, ale przede wszystkim dlatego, że historycznie postrzegały Polskę jako zaborcę (nie wnikam czy słusznie czy nie), a co za tym idzie wroga ich aspiracji niepodległościowych w stopniu znacznie większym niż Rosję. Czy tego epigoni piłsudczyzny naprawdę nie są w stanie dzisiaj pojąć? Nie tylko po stu latach od wydarzeń roku 1920, ale po późniejszych tragicznych doświadczeniach z nacjonalizmami litewskim i ukraińskim, zwłaszcza z okresu drugiej wojny światowej.

Również red. Piotr Zychowicz – drugi obok prof. A. Nowaka znany epigon piłsudczyzny i prometeizmu – pisze dzisiaj całkiem otwarcie o rzeczywistym charakterze „idei federacyjnej”. Tekst „Wielki plan Piłsudskiego”[1] Zychowicz zaczyna od stwierdzenia: „Federacja z Ukrainą miała być imperialną Rzecząpospolitą w nowej formule. Miała przywrócić Polsce hegemonię w regionie”.

Nie o federację sensu stricto zatem Piłsudskiemu chodziło, ale o „polskie imperium” nawiązujące do terytorialnego kształtu Polski przedrozbiorowej, o którym nadal śnią współcześni epigoni piłsudczyzny. Już w latach 1918-1920 nie był to bynajmniej wielki plan polityczny, a jedynie irracjonalne i niebezpieczne marzenia. W dodatku w Polsce nikt poza Piłsudskim i wąskim gronem jego najbliższych, fanatycznie oddanych mu wyznawców, w powodzenie tego planu nie wierzył. Ponadto status Ukrainy w tej „federacji” miał przypominać status Generalnego Gubernatorstwa w okresie okupacji niemieckiej podczas drugiej wojny światowej. To była woda na młyn młodego nacjonalizmu ukraińskiego i jego późniejszej atawistycznej nienawiści do Polaków. Rzeź wołyńsko-małopolska z lat 1943-1944 miała swoją praprzyczynę m.in. w „idei federacyjnej” Piłsudskiego, co w Polsce mało kto chce sobie dzisiaj uświadomić. Wreszcie 90% ukraińskich sił politycznych było wrogo nastawione do polityki Petlury i uważało jego umowę z Piłsudskim z kwietnia 1920 r. za zdradę narodu ukraińskiego. Tak wiec Zychowicz – pisząc, że „federacja” z Ukrainą miała przywrócić hegemonię Polski sprzed 300 lat na Wschodzie – uprawia klasyczne chciejstwo. Identyczne jak piłsudczycy i prometeiści w okresie II RP. Taka jest prawda o ich „polityce mocarstwowej” teraz i obecnie.

Prof. A. Nowak jest też świadomy, że Piłsudski wiedział, że jego „idee nie zostaną przyjęte w Paryżu – podobnie jak jakiekolwiek ambitniejsze plany polskie. Zachód przyzwyczaił się do kadłubowego Królestwa Polskiego utworzonego na kongresie wiedeńskim i kończącego się na Bugu. Taką Polskę miał na myśli prezydent USA Woodrow Wilson, umieszczając w orędziu do Kongresu słynny 13. punkt przewidujący powstanie niepodległej Polski. Miało to być państwo w granicach Królestwa Kongresowego z Galicją Zachodnią i jakimś dostępem do morza, może tylko z wolną żeglugą przez Wisłę. Mocarstwa zachodnie przewidywały maleńką Polskę, która nie przeszkadzałaby Rosji. Odbudowanej wielkiej Rosji”. Ani jednak Piłsudski, ani zafascynowany nim prof. A. Nowak, nie potrafili wyciągnąć z tych faktów wniosku co do szansy powodzenia „idei federacyjnej” i jej prometejskiej mutacji w postaci koncepcji Międzymorza. Albo bowiem myślimy kategoriami realizmu politycznego, albo uprawiamy marzycielstwo. Między jednym a drugim jest bardzo głęboka przepaść. Pan profesor nie jest też chyba świadomy tego, że próba realizacji „idei federacyjnej” zaważyła na klęsce Polski w 1939 r. 17 września 1939 r. miał swoje źródło m.in. w wydarzeniach 1920 r., podobnie jak i stanowisko mocarstw zachodnich zajęte wobec wschodniej granicy Polski na konferencjach w Teheranie (1943) i Jałcie (1945).

O tym jak Piłsudski traktował partnerów proponowanej przez siebie „federacji” świadczy też podjęta przez niego w 1919 r. próba zamachu stanu w Kownie. Wspomina o tym prof. A. Nowak: „Żołnierze polskiej konspiracji, czyli Polskiej Organizacji Wojskowej, mieli w końcu sierpnia 1919 r. obalić tam rząd i proklamować nowy – litewski, ale propolski. Przewrót się nie powiódł, zamachowców aresztowano, siedzieli później długie lata w twierdzy kowieńskiej. Po sierpniu o żadnym porozumieniu polsko-litewskim już oczywiście nie mogło być mowy. Jasne stało się, że Wilno można utrzymać przy Polsce tylko siłą, a Litwini uznali, że głównym zagrożeniem dla ich narodowości jest związek z Polską, a nie z Rosją”. Pan profesor nie wyciągnie już jednak wniosku, że Piłsudski robił w tej sytuacji to samo co bolszewicy. Jak bolszewicy obalali rządy w innych państwach i ustanawiali w ich miejsce swoje to źle, a jak Piłsudski robił coś takiego to dobrze? Tak wygląda to myślenie w „kategoriach mocarstwowych”?

Prof. A. Nowak szczerze też przyznał: „Ukraińcy z Galicji Wschodniej, najmocniej związani z wizją własnego państwa, widzieli sprawy inaczej. Ci, którzy najsilniej czuli się Ukraińcami, uważali Polskę za wroga. Galicja Wschodnia była zapewne ważniejsza dla Ukrainy niż Nicea dla Włoch. Także Ukraińcy znad Dniepru nie poparli w swojej masie Petlury, bo zaznali już od 1917 r. kilkunastu rządów, kolejnych rekwizycji, przemarszów wojsk. Byli po prostu śmiertelnie znużeni”. Nie dlatego. panie profesorze. Dlatego, że również myśleli kategoriami narodowymi i Petlura była dla nich zdrajcą. Po prostu nie widzieli różnicy pomiędzy Ukrainą będącą w „federacji” republik radzieckich, a będącą w „federacji” z Polską. Dlatego rachityczny „sojusz” Polski z Petlurą nie miał żadnego sensu i dlatego „wyprawa kijowska” zakończyła się fiaskiem i ściągnęła na Polskę śmiertelne niebezpieczeństwo ze Wschodu.

O planach tej „wyprawy” prof. A. Nowak mówi następująco: „Tuż przed rozpoczęciem operacji kijowskiej Piłsudski mówił dowódcy tego odcinka frontu, gen. Antoniemu Listowskiemu, że trzeba będzie dać osłonę Ukraińcom przynajmniej do końca lata. Zakładał, że będą oni mieli kilka miesięcy, by tam okrzepnąć. I że to oni pod dowództwem Petlury sami wywalczą sobie później drogę do Morza Czarnego”. Przecież to były surrealistyczne mrzonki. Dla pana profesora nie jest to oczywiste? Petlura miał tylko kilka tysięcy ludzi i nikt go na zajętych przez wojska polskie terenach Ukrainy nie poparł.

Także prof. A. Nowak mówi otwarcie o błędach militarnych Piłsudskiego: „Mylnie zakładał, że bolszewicy przyjmą walną bitwę na odcinku ukraińskim i że uda mu się ich tam pokonać w decydujący sposób. Bolszewicy tymczasem wycofali się z Kijowa, a on uderzył w próżnię. Wojsko Polskie zajęło miasto, ale wroga nie rozbiło. Piłsudski nie docenił też siły zapowiadanego natarcia [bolszewików] z północy, idącego przez Białoruś”. Taki los spotykał każdego kto atakował Rosję – bez względu na jej barwę polityczną – poczynając od Napoleona.

Lektura wydanych przez Polski Instytut Spraw Międzynarodowych „Polskich dokumentów dyplomatycznych 1919. Czerwiec-grudzień”[2], skłania do wniosku, że kwestia Rosji, a nie „federacji” Polski z Litwą i Ukrainą, była osią przewodnią nie tylko polityki wschodniej Zachodu, ale i ówczesnej polityki polskiego MSZ. W niemal wszystkich raportach i meldunkach polskiej dyplomacji dotyczących „białego generała” Antona Denikina podkreślano, że jest on do Polski nastawiony przychylnie, a poza tym jest antyniemiecki i słowianofilski. Pisali to nawet ludzie Piłsudskiego.

Polski MSZ opowiadał się raczej za rozmowami z Denikinem i przeciwko knowaniom z Petlurą, a urzędnik MSZ Marian Szumlakowski (notatka z 20 października 1919 r.) bardzo precyzyjnie proponował operację wojsk polskich w rejonie Kijowa w celu likwidacji zgrupowania bolszewickiego i pomocy Denikinowi. Wiceminister Władysław Skrzyński – sympatyzujący z endecją – napisał w jednym z raportów wprost, że bez polskiej pomocy Denikin nie zdobędzie Moskwy. Nawet gen. Aleksander Karnicki, szef polskiej misji przy Denikinie, zapatrzony naiwnie w Piłsudskiego, próbował przekonać go do polityki porozumienia z białą Rosją. W tym samym czasie Piłsudski dostawał jednak zupełnie inne raporty od swoich ludzi wysłanych w misji Karnickiego.

Piłsudskiemu całkowicie podlegała grupa dyplomatów, którzy byli lojalni wobec niego, a nie kierownictwa MSZ (Leon Wasilewski, Eustachy Sapieha, Michał Sokolnicki). Dzięki nim naczelnik państwa prowadził własną grę polityczną, która o mało nie zakończyła się katastrofą Polski w sierpniu 1920 r. Grupa piłsudczykowska w MSZ nie ukrywała satysfakcji z upadku białej Rosji. Satysfakcji tej towarzyszyło jednocześnie szydercze i zarazem lekkomyślne lekceważenie bolszewików. Skutkowało to odrzuceniem wszelkich sugestii o możliwości zawarcia z nimi pokoju na korzystnych terytorialnie warunkach. Dokumenty polskiego MSZ z drugiej połowy 1919 r. wyjaśniają dobitnie to, co stało się latem 1920 r.

Również gen. Tadeusz Rozwadowski wypowiedział się jednoznacznie o błędnej, motywowanej mirażem politycznym, strategii Piłsudskiego w kwietniu 1920 r. Nawiązując do operacji państw centralnych w roku 1914 (dowodził wtedy XII Brygadą Artylerii w 12. Dywizji Piechoty c. k. armii) gen. Rozwadowski napisał: „Tylko że o ile wykonanie takiej akcji w roku 1914 było pomimo licznych błędów austriackich ze strony Niemców wprost znakomitym, o tyle ta sama myśl, zdrowa w zasadzie, została u nas w kwietniu 1920 r. od razu spaczoną różnymi zamierzeniami natury politycznej, a wojskowo niestety tak nieudolnie przeprowadzoną, że to uprzedzające polskie natarcie na Kijów, mimo początkowych sukcesów, zakończyło się rezultatem wprost negatywnym. A bylibyśmy bez wątpienia osiągnęli korzyści na przyszłość wręcz decydujące, gdybyśmy się byli ograniczyli do celów czysto wojskowych, bez różnych ubocznych względów na Petlurę i wyimaginowaną przez niego państwowość, a równocześnie byli umieli należycie przeprowadzić samą akcję posiadającą tak niezmiernie wielką doniosłość”[3].

Politykiem, który szybko zdał sobie sprawę z niebezpieczeństwa polityki Piłsudskiego był Stanisław Grabski – wówczas jeden z liderów Związku Ludowo Narodowego, a w 1921 roku jeden z negocjatorów traktatu ryskiego. Jako jedyny próbował on też powstrzymać szaleńcze plany naczelnika państwa. Tak to opisał w swoich „Pamiętnikach”:

„Wtedy Piłsudski [w lutym 1920 r.] otwarcie już zapowiedział mi odepchnięcie Rosji poza Dniepr i utworzenie stolicy »samoistnej Ukrainy« w Kijowie. W odpowiedzi tłumaczyłem mu, że choć nie jestem strategiem, ale wiem, że zajmując militarnie Ukrainę po Dniepr – trzeba ją zająć i po Czarne Morze, bo nie ma innej naturalnej tam granicy od południa, a na zajęcie tak olbrzymiego terytorium 300 000 żołnierzy, których w tej chwili posiadamy, to stanowczo za mało. »Gdy utworzycie tak olbrzymi front – mówiłem mu – będzie to cieniutka niteczka, łatwa do przerwania, a co gorsze nie będziecie mieli zupełnie rezerw«.

Na to Piłsudski się uniósł: »Złapię armię bolszewicką i utopię ją w Dnieprze«. Ja znów replikowałem: »Nikt nigdy nie złapał armii rosyjskiej, ani Napoleon w 1812 r., ani Mackensen w wojnie ostatniej, umie się ona cofać nie gorzej od dawnych hord tatarskich i Wy jej też nie złapiecie, nie Wy ją wrzucicie do Dniepru, ale ona Was do niego wciągnie, a potem gdzieś go w najmniej spodziewanym miejscu przekroczy«. Piłsudskiego takie kwestionowanie przeze mnie, cywila, jego geniuszu militarnego doprowadziło do pasji. »Nikt – zawołał – z dotychczasowych przeciwników Rosji nie umiał prowadzić wojny stepowej, ale ja pokażę, jak ją prowadzić należy«. »Szaleństwo pychy« – powiedziałem sobie – tak, »szaleństwo pychy«, prawdziwa była przestroga”[4].

Takie były kategorie myślenia Józefa Piłsudskiego w 1920 r. Tego nigdy nie przyznają jego epigoni, którzy dzisiaj faszerują sfałszowaną historią kolejne pokolenie Polaków, by wykorzenić w nich jakikolwiek odruch myślenia realnego. Prawdopodobnie im się to udało. W 1920 r. Roman Dmowski i jego obóz polityczny uważali, że powstanie niepodległej (czyli proniemieckiej) Litwy, a tym bardziej Ukrainy, będzie dla Polski szkodliwe. Natomiast po przewrocie na Majdanie w 2014 r. nie było wśród polskiej „klasy politycznej” już nikogo kogo by nie ogarnął amok „gorączki ukraińskiej”.

[1] P. Zychowicz, „Wielki plan Piłsudskiego”, http://www.dorzeczy/historia, 23.04.2020.

[2] S. Dębski (red.), „Polskie dokumenty dyplomatyczne 1919. Czerwiec-grudzień”, Warszawa 2019.

[3] T. Rozwadowski, „Wspomnienia Wielkiej Wojny”, Warszawa 2015, s. 467-468.

[4] S. Grabski, „Pamiętniki”, t. II, Warszawa 1989, s. 139.

Bohdan Piętka

9 maja 2020 r.

„Myśl Polska” nr 19-20 (2291/2292), 10-17.05.2020, s. 12

Front wschodni i jego znaczenie

„Z czteroletnich zmagań z III Rzeszą Związek Sowiecki wyszedł zwycięsko. Złożyło się na to, rzecz jasna, wiele przyczyn. Niewątpliwie dużą rolę odegrała ogromna przestrzeń i zasoby ludzkie, potężny przemysł, co najmniej 15 lat nieprzerwanych zbrojeń, zdeterminowany i bezwzględny reżim. Należy też podkreślić wytrwałość żołnierza rosyjskiego i jego znikome potrzeby. Poza tym Rosji dopomagali prawie wszyscy, jak kto mógł. (…) Tak więc błędy Hitlera i dostawy amerykańsko-brytyjskie były głównymi przyczynami klęski niemieckiej na Wschodzie” – napisał gen. Władysław Anders (1892-1970) w zakończeniu swojej książki „Klęska Hitlera w Rosji”, wydanej po raz pierwszy w 1952 r. w Londynie[1]. Myślą przewodnią tego dzieła – opublikowanego w szczytowej fazie pierwszego okresu „zimnej wojny” – jest teza, że ZSRR pokonał Niemcy hitlerowskie tylko dzięki amerykańskim i brytyjskim dostawom wojennym oraz bombardowaniu III Rzeszy przez aliantów zachodnich. W podtekście autor – znany z antykomunizmu i antysowietyzmu – sugeruje, że ZSRR można pokonać, jeśli będzie on izolowany politycznie. Nie jest bez znaczenia, że Anders pisał to w okresie wojny koreańskiej (1950-1953) – pierwszego znaczącego konfliktu „zimnej wojny”.

Ta zimnowojenna optyka – umniejszająca rolę ZSRR w pokonaniu Niemiec hitlerowskich i w ogóle znaczenie frontu wschodniego drugiej wojny światowej – stała się dominującą w polskiej prawicowej publicystyce historycznej po 1989 r. Wspomniana książka Andersa i tak może jeszcze uchodzić za poważne źródło, na którym bazuje przekaz tej publicystyki. Gorzej, że środowiska skrajnie prawicowe budują narrację na temat frontu wschodniego i w ogóle drugiej wojny światowej na podstawie takich autorytetów jak np. przywódca walońskich faszystów i kolaborant hitlerowski Léon Degrelle. Jego książka „Front wschodni 1941-1945. Wspomnienia” – obok takich pozycji tego autora jak „Płonące dusze” czy „Wiek Hitlera” – znajduje od lat 90-tych poczesne miejsce w polityce wydawniczej tych środowisk. Studiując współczesną polską publicystykę antykomunistyczną można czasem odnieść wrażenie, że w drugiej dekadzie XXI w. Polska cofnęła się do okresu „zimnej wojny” (1946-1989), by tym razem walczyć propagandowo z ZSRR.

Współczesna polska polityka historyczna ignoruje znaczenie frontu wschodniego drugiej wojny światowej dla pokonania Niemiec hitlerowskich, a więc także dla biologicznego istnienia narodu polskiego. Przejawem tego jest chociażby likwidacja po 2015 r. pod hasłem „dekomunizacji” tych pomników żołnierzy radzieckich, których do tego czasu nie usunięto od 1989 r. Ci żołnierze byli żołnierzami koalicji antyhitlerowskiej, w której walczyła także Polska. Wypada zatem zadać pytanie, po jakiej stronie walczącej w drugiej wojnie światowej staje obecna polska polityka historyczna?

Poważni historycy i autorzy nie mają wątpliwości co do tego jakie znaczenie miał front wschodni podczas drugiej wojny światowej. Np. Norman Davies już we wstępie do swojej książki „Europa walczy” stwierdził: „Krótko mówiąc, o wynikach wojny w znacznej mierze przesądziły wydarzenia na froncie wschodnim i takie bitwy jak Stalingrad czy Kursk”[2].

Front wschodni był największym frontem nie tylko drugiej wojny światowej, ale największym frontem wojennym w dziejach, zarówno pod względem wielkości teatru działań wojennych, jak i zaangażowanych na nim sił. Obejmował obszary ZSRR od Morza Barentsa na północy po Morze Czarne i Kaukaz na południu. W dalszej części zmagań front wschodni objął tereny Polski, Słowacji, Rumunii, Węgier, Czech, wschodniej Austrii i Niemiec po Łabę. W inwazji państw Osi pod przewodnictwem III Rzeszy na ZSRR 22 czerwca 1941 r., będącej realizacją hitlerowskiego planu „Barbarossa”, wzięło udział 3 767 000 żołnierzy, w tym 3 050 000 niemieckich. Strona radziecka przeciwstawiła im wtedy na pierwszej linii 2 680 000 żołnierzy. Najwyższe stany liczebne siły walczących na froncie wschodnim osiągnęły w 1943 r. Po stronie Niemiec i ich satelitów walczyło wtedy 3 933 000 żołnierzy, a po stronie radzieckiej 6 800 000 żołnierzy. W 1945 r. siły niemieckie na froncie wschodnim stopniały do 1 960 000 żołnierzy, a liczebność sił walczących po stronie radzieckiej wyniosła 6 410 000 żołnierzy. W tym 334 tys. żołnierzy polskich i 60 tys. czechosłowackich, a po zmianie frontu przez Rumunię i Bułgarię w 1944 r. także 538 tys. rumuńskich i 290 tys. bułgarskich. Była to największa konfrontacja militarna w historii.

Inwazja państw Osi doprowadziła do zajęcia przez agresorów znaczących terytoriów europejskiej części ZSRR oraz ogromnych strat strony radzieckiej. Początkowe klęski Armii Czerwonej (czerwiec-październik 1941 r.) wynikały z zastosowanej przez agresorów strategii wojny błyskawicznej (Blitzkrieg), braku doświadczenia nowej kadry dowódczej Armii Czerwonej, która zastąpiła 70% dowódców wojskowych wymordowanych na polecenie Stalina w okresie Wielkiego Terroru (1937-1938), braku planów obrony kraju oraz z tego, że Stalin nie wierzył w możliwość agresji hitlerowskiej. Niemiecki Blitzkrieg został zniweczony podczas bitwy o Moskwę (2.10.1941-7.01.1942). Odtąd Niemcy i ich sojusznicy nie byli już w stanie prowadzić ofensywy na całej długości frontu. Latem 1942 r. podjęli ofensywę tylko w kierunku Kaukazu i Stalingradu, która zakończyła się druzgocącą klęską niemiecką pod Stalingradem w lutym 1943 r., uważaną za punkt zwrotny w drugiej wojnie światowej. Faktycznym punktem zwrotnym była jednak dopiero bitwa na kuku kurskim (5.07-23.08.1943) – największa bitwa lądowa w historii.

Po jej zwycięskim rozstrzygnięciu Armia Czerwona przejęła inicjatywę strategiczną na froncie wschodnim i utrzymała ją do końca wojny. Olbrzymie sukcesy stronie radzieckiej przyniósł rok 1944. Armii Czerwona odblokowała wtedy Leningrad i wyparła Niemców z państw bałtyckich, Białorusi, zachodniej Ukrainy, wschodniej Polski, wschodnich Węgier, Rumunii, Bułgarii i wschodniej Jugosławii. W 1945 r. kontynuowała zwycięski pochód, zajmując Prusy Wschodnie, wyzwalając zachodnią Polskę, Czechosłowację, zachodnie Węgry, wschodnią Austrię, zdobywając Berlin i dochodząc do Łaby. Podczas wielkich operacji strategicznych na froncie wschodnim ujawnił się talent takich dowódców radzieckich jak Gieorgij Żukow, Iwan Koniew, Konstanty Rokossowski, Nikołaj Watutin, Aleksander Wasilewski, Kiriłł Mierieckow, Wasilij Czujkow, Pawieł Rotmistrow i in.

Skoncentrowanie głównych zmagań drugiej wojny światowej na froncie wschodnim odciążyło aliantów zachodnich, którzy w tym czasie prowadzili działania na nieporównywalnie mniejszą skalę w Afryce Północnej (1941-1943) i Włoszech (1943-1945), a drugi front we Francji otworzyli 6 czerwca 1944 r.

Uderzenie Niemiec hitlerowskich i ich satelitów na ZSRR okazało się z późniejszej perspektywy decydującym momentem drugiej wojny światowej. Blitzkrieg na Wschodzie zamienił się w pułapkę, z której Hitler już nie wyszedł. Znaczenie tego co stało się 22 czerwca 1941 r. natychmiast zrozumiano w Londynie i Waszyngtonie. Atak Hitlera na ZSRR spowodował przewrót geopolityczny, w wyniku którego Józef Stalin i zdecydowany antykomunista Winston Churchill znaleźli się po jednej stronie.

Już 22 czerwca 1941 r. o godz. 21 Churchill na antenie BBC wyraził solidarność z napadniętym Związkiem Radzieckim. Wkrótce powiedział jednemu ze swoich ministrów: „Gdyby Hitler najechał piekło, udzieliłbym rekomendacji Lucyferowi”. 12 lipca 1941 r. Wielka Brytania i ZSRR podpisały akt o wzajemnej współpracy, zastąpiony 26 maja 1942 r. dwustronną umową o pomocy. 31 sierpnia 1941 r. dotarł do ZSRR pierwszy konwój brytyjski z zaopatrzeniem. 14 sierpnia 1941 r. przywódcy Wielkiej Brytanii i USA podpisali Kartę Atlantycką, a 7 października 1941 r. zostało zawarte porozumienie amerykańsko-radzieckie o dopuszczeniu ZSRR do dostaw wojennych w ramach Lend-Lease Act. 24 września 1941 r. Kartę Atlantycką podpisały ZSRR, dziewięć rządów emigracyjnych krajów okupowanych przez III Rzeszę, Australia i dominia brytyjskie (Indie, Kanada, Związek Południowej Afryki). Tak powstała Wielka Koalicja antyhitlerowska. Ostatnim aktem jej powstania było przystąpienie USA do wojny w wyniku ataku Japonii na Pearl Harbour 7 grudnia 1941 r. i wypowiedzenia wojny Amerykanom przez Niemcy i Włochy cztery dni później. Utworzenie Wielkiej Koalicji antyhitlerowskiej stało się początkiem końca Niemiec hitlerowskich.

Druga wojna światowa została rozstrzygnięta na froncie wschodnim. Pomoc aliantów zachodnich była ważnym czynnikiem wzmacniającym potencjał ZSRR. Jednakże ZSRR otrzymał tylko 1/5 dostaw w ramach Lend-Lease Act, gdy Wielka Brytania 3/5 tych dostaw. Według aktualnych szacunków historyków rosyjskich alianci zachodni wysłali do ZSRR 427 tys. samochodów, 22 tys. samolotów, 13 tys. czołgów, 9 tys. traktorów, 2 tys. lokomotyw, 11 tys. wagonów, 3 mln ton benzyny lotniczej, 350 tys. ton materiałów wybuchowych, 15 mln par butów, 70 mln m² tkanin ubraniowych, 4 mln opon oraz 200 tys. km drutu telefonicznego. Dla porównania, w latach 1941-1945 produkcja radziecka wyniosła ok. 265,6 tys. samochodów, 1087 wagonów towarowych i około 800 parowozów.

O klęsce Niemiec w drugiej wojny światowej nie zadecydowały jednak dostawy dla ZSRR w ramach Lend-Lease Act, ale ofiary poniesione przez narody tego państwa. Te zaś są porażające. Związek Radziecki stracił w wojnie z Niemcami hitlerowskimi 26,6 mln swoich obywateli, co stanowiło 13,7% populacji tego kraju. Z tej liczy 10,6 mln poległo w walkach na froncie, 10 mln zginęło w wyniku działań wojennych i niemieckich zbrodni przeciw ludzkości, a 6 mln zmarło w wyniku chorób i głodu spowodowanych wojną.

Największe straty poniosły: Rosyjska FSRR – 13 950 000 (6 750 000 poległych na froncie, 4,1 mln zabitych w wyniku działań wojennych i zbrodni niemieckich, 3,1 mln zmarłych z głodu i chorób), Ukraińska SRR – 6 850 000 (1 650 000 poległych, 3,7 mln zabitych w wyniku działań wojennych i zbrodni niemieckich, 1,5 mln zmarłych z głodu i chorób), Białoruska SRR – 2 290 000 (620 tys. poległych, 1 360 000 zabitych w wyniku działań wojennych i zbrodni niemieckich, 310 tys. zmarłych z głodu i chorób) i Kazachska SRR – 660 tys. (310 tys. poległych i 350 tys. zmarłych z głodu i chorób). Tylko sama blokada Leningradu (8.09.1941 – 27.01.1944) pochłonęła życie 876 612 żołnierzy Armii Czerwonej i 1 042 000 cywili, w tym 632 253 zmarłych z głodu. Straty aliantów zachodnich podczas drugiej wojny światowej były nieporównywalne z radzieckimi. W wypadku amerykańskich sił zbrojnych wyniosły 407 316 poległych, natomiast brytyjskich 383 786 (wliczając straty wojsk dominiów i kolonii brytyjskich – 580 497).

Ogromne straty po stronie radzieckiej spowodował terror hitlerowski i ludobójcza polityka niemiecka na okupowanych terenach ZSRR. Tylko na okupowanych ziemiach Polski i ZSRR niemiecka polityka okupacyjna miała charakter ludobójczy i zmierzała do stworzenia na Wschodzie „przestrzeni życiowej” (Lebensraum) dla Niemców. Za wojskami niemieckimi i satelickimi, które 22 czerwca 1941 r. zaatakowały ZSRR, podążały grupy operacyjne niemieckiej Policji Bezpieczeństwa (Einsatzgruppen), które mordowały Żydów i funkcjonariuszy aparatu partyjno-państwowego ZSRR. Do największej masakry na Żydach doszło w Babim Jarze koło Kijowa (29.09 – 3.10.1941, 33771 ofiar). Inne duże masakry dokonane przez Einsatzgruppen na Żydach w pierwszych miesiącach wojny niemiecko-radzieckiej miały miejsce w Odessie (35 tys. ofiar), lesie Rumbula pod Rygą (25 tys.), Równem (15 tys.), Charkowie (14 tys.) i Kownie (9,2 tys.). Łącznie Einsatzgruppen zamordowały około 2 mln obywateli ZSRR, w tym 900 tys. Żydów. Dalsza ich eksterminacja była kontynuowana w gettach i obozach zagłady. Także w tych obozach zagłady istniejących na okupowanych terenach ZSRR, jak Mały Trościeniec koło Mińska i Vaivara w Estonii.

Ludobójcza polityka hitlerowska najbardziej dotknęła Białoruś i Ukrainę, a pretekstem do popełnionych tam masowych zbrodni stało się dla okupanta niemieckiego zwalczanie partyzantki radzieckiej. Opracowany w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy tzw. Generalny Plan Wschodni przewidywał perspektywicznie wyniszczenie w drodze wysiedlenia lub eksterminacji bezpośredniej 51 mln Słowian, w tym 80-85% Polaków, 50-75% Czechów, 75% Rosjan i po 65% Białorusinów i Ukraińców. Oskar Dirlewanger – zanim zasłynął jako kat Woli, Starego Miasta i Powiśla podczas powstania warszawskiego – przekształcał razem ze swoją brygadą SS obszar okupowanej Białorusi w Wüstezone (teren pustynny). Podczas ekspedycji karnych Niemcy zniszczyli 5295 białoruskich wsi, w tym 628 wraz z całą ludnością lub jej częścią. Na Ukrainie taki los spotkał 671 wsi.

Osobny rozdział stanowiły niemieckie zbrodnie na jeńcach radzieckich. Na podstawie tzw. Kommissarbefehl (rozkaz o komisarzach) – wydanego 6 czerwca 1941 r. w imieniu Hitlera przez feldmarszałka Wilhelma Keitla – natychmiast po wzięciu do niewoli rozstrzeliwano oficerów politycznych Armii Czerwonej. Szacunkowe liczby czerwonoarmistów, którzy dostali się do niewoli niemieckiej wahają się od 4 559 000 do 5 735 000. Spośród nich zginęło w egzekucjach oraz w obozach koncentracyjnych i jenieckich – według ustaleń historyka Grigorija F. Kriwoszejewa – około 3 396 000, czyli 64,5%. Jeńcy radzieccy stanowili zatem największy procent – zarówno wziętych do niewoli, jak i ofiar – ze wszystkich państw walczących w drugiej wojnie światowej. Wojna, której celem było zdobycie „przestrzeni życiowej” dla Niemców na Wschodzie, miała być w zamyśle Hitlera wojną totalną, prowadzoną z największą bezwzględnością i bez jakiegokolwiek poszanowania prawa wojennego – i taką była.

Straty niemieckie na froncie wschodnim wyniosły 4 137 000 zabitych na ogólną liczbę strat niemieckich sił zbrojnych podczas wojny wynoszącą 5 318 000 poległych. W liczbie tej zawierają się też straty jednostek kolaboracyjnych, głównie Waffen-SS, złożonych z obywateli państw Europy Zachodniej, faszystów chorwackich i nacjonalistów ukraińskich. Czterech na pięciu żołnierzy niemieckich sił zbrojnych zginęło podczas drugiej wojny światowej na froncie wschodnim. Do niewoli radzieckiej dostało się od 2,7 do 3 mln żołnierzy niemieckich, z których zginęło około 500 tys. Straty wojsk węgierskich wyniosły 300 tys. zabitych, rumuńskich 281 tys., włoskich 82 tys., słowackich 2,5 tys., a fińskich 63 204 poległych. Zginęło też 215 tys. obywateli ZSRR, którzy walczyli po stronie Niemiec w różnych formacjach kolaboracyjnych oraz 5 tys. żołnierzy hiszpańskiej Błękitnej Dywizji. Ogółem straty wojsk Osi na froncie wschodnim wyniosły około 5 085 500 poległych.

Mówiąc o znaczeniu frontu wschodniego nie można pominąć polskiego udziału w toczonych tam zmaganiach wojennych. Obecna polityka historyczna nie chce dostrzegać tego, że najliczniejsze polskie formacje wojskowe, które walczyły w drugiej wojnie światowej poza kampanią wrześniową, powstały na froncie wschodnim. Było to Wojsko Polskie sformowane w ZSRR w latach 1943-1944, a później na terenach wyzwolonego kraju. Najpierw dywizja kościuszkowska, potem 1. Korpus Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, następnie 1. i 2. Armia Wojska Polskiego. 1 maja 1945 r. w szeregach tego wojska służyło 334 812 żołnierzy, w tym: w 1. Armii WP – 74 530, 2. Armii WP – 69 945, Siłach Powietrznych – 14 337, a w pozostałych jednostkach i instytucjach MON – 176 tys. W tej liczbie było: 35 974 oficerów, 74 939 podoficerów, 14 503 podchorążych szkół oficerskich oraz 209 396 szeregowców. Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie liczyły wtedy około 200 tys. żołnierzy.

Faktem jest, że 72% oficerów dywizji kościuszkowskiej pochodziło z Armii Czerwonej, a na początku 1945 r. służyło w Wojsku Polskim 18 966 oficerów Armii Czerwonej, w tym 36 generałów. Jednak aż 53,4% oficerów radzieckich oddelegowanych do Wojska Polskiego deklarowało narodowość polską. Uwzględniając te fakty historycy Henryk Stańczyk i Stefan Zwoliński – autorzy książki „Wojsko Berlinga i Żymierskiego 1943-1945” – scharakteryzowali polskie siły zbrojne utworzone w ZSRR następująco: „Życie wewnętrzne w 1. Dywizji Piechoty, a później w 1. Korpusie i 1. Armii Polskiej oparte zostało na wzorach wojska II Rzeczypospolitej. Dowódcą dywizji został zasłużony żołnierz Legionów Piłsudskiego, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. – Zygmunt Berling. Polskie umundurowanie, piastowski orzeł, obecność kapelanów, polski ceremoniał wojskowy, a także śpiewane pieśni wojskowe My Pierwsza Brygada i Rota, nadawały obozowi, w którym powstawała jako pierwsza 1. DP, narodowy charakter. (…) Żołnierze tego wojska wywodzili się w większości z obszarów wschodnich II Rzeczypospolitej i mieli świadomość, że po wojnie ich ojcowizna pozostanie poza granicami odrodzonego państwa, mimo to bili się mężnie o niepodległy byt narodu. Byli symbolem polskiej obecności na froncie wschodnim; otworzyli drogę do rodzinnego kraju swoim rodakom z posiołków Kazachstanu, syberyjskiej tajgi, lodowatej północy, Dalekiego Wschodu”[3].

W tym wojsku służyli nie tylko ci, którzy „nie zdążyli do Andersa”. Po nadejściu frontu na ziemie polskie nie zabrakło w szeregach 1. i 2. Armii także tych z AK, BCh i AL. Dlatego bardzo uproszczone i nieuczciwe jest nazywanie dzisiaj tego wojska przez niektórych ludzi prawicy „komunistycznym” albo „polskojęzycznym” oraz wykreślanie go z tradycji polskiego oręża, co oficjalnie uczynił Sławomir Cenckiewicz.

Najważniejszymi walkami stoczonymi przez 1. Armię WP były forsowanie Wisły pod Dęblinem i Puławami i walki na przyczółku warecko-magnuszewskim (sierpień-wrzesień 1944 r.), udział w bitwie o Pragę (wrzesień 1944 r.) i pomoc dla powstania warszawskiego, która kosztowała stratę 3764 żołnierzy (2297 poległych i 1467 rannych), udział w bitwie o Warszawę w styczniu 1945 r., następnie walki o przełamanie Wału Pomorskiego, udział w bitwie o Kołobrzeg (1266 poległych i 3138 rannych) i operacji berlińskiej (16.04-8.05.1945). 2. Armia WP – składająca się w większości z byłych żołnierzy AK – zapisała się tragicznym udziałem w operacji łużyckiej (16.04-4.05.1945), w której straciła 22% stanu wyjściowego, a następnie w operacji praskiej (5-11.05.1945).

Na szlaku bojowym od Lenino do Berlina i Łaby dywizja kościuszkowska, 1. Korpus PSZ i 1. Armia WP straciły 66 888 żołnierzy, w tym ponad 17 500 poległych, 9770 zaginionych bez wieści, 39 tys. rannych i 260 wziętych do niewoli niemieckiej. Natomiast 2. Armia WP straciła 18 232 żołnierzy, w tym około 5 tys. poległych, 2800 zaginionych i 10 500 rannych. Natomiast Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie straciły podczas wojny 43 500 żołnierzy, w tym 7608 poległych. Olbrzymi wysiłek organizacyjny i bojowy oraz ofiary poniesione przez Wojsko Polskie na froncie wschodnim stanowiły zatem znaczną część polskiego wkładu w zwycięstwo koalicji antyhitlerowskiej nad Niemcami. To spowodowało, że Polska znalazła się w czołówce państw tej koalicji. Bez tego nie byłyby możliwe powrót Polski nad Odrę, Nysę Łużycką i Bałtyk oraz zachowanie przez powojenną Polskę odrębności państwowej (chociaż nie ustrojowej) od ZSRR. Niech więc polityka historyczna III RP nie wypisuje Polski z koalicji antyhitlerowskiej w imię antykomunizmu i antysowietyzmu.

Polski wysiłek militarny na froncie wschodnim to nie tylko Wojsko Polskie sformowane w ZSRR i w wyzwalanym kraju, ale także Polscy służący i walczący w szeregach Armii Czerwonej. Trafili do niej z poboru na Kresach Wschodnich w latach 1939-1941 i 1944-1945 oraz z poboru w miejscach zesłania na terenie ZSRR. Nie jest znana ich dokładna liczba. Mogło być ich prawdopodobnie około 250 tys. Nie ulega natomiast wątpliwości, że Polacy byli największą walczącą w szeregach Armii Czerwonej grupą narodowościową, która przed 1939 r. posiadała własne państwo poza granicami Związku Radzieckiego[4].

Przemilczanie, niedocenianie lub znieważanie polskiego wysiłku na froncie wschodnim podczas drugiej wojny światowej – co z zaciekłością czyni od 30 lat prawicowa polityka historyczna – jest nie tylko krzywdzące i niesprawiedliwe. Jest działaniem antypolskim, ponieważ obniża, a wręcz neguje rzeczywisty wkład narodu polskiego w zwycięstwo nad niemieckim nazizmem. Żadne inne państwo na kuli ziemskiej nie prowadzi w tej mierze tak samobójczej polityki historycznej jak obecne państwo polskie.

Jakże inaczej patrzy na historię sekretarz obrony USA, który 25 kwietnia 2020 r. – w 75-tą rocznicę spotkania wojsk radzieckich i amerykańskich w Torgau nad Łabą – zamieścił na FB wpis o następującej treści: „Dziś mija 75. rocznica spotkania amerykańskich i radzieckich armii nad rzeką Łabą, wydarzenia, które zakończyło nazistowską agresję w Europie. Musimy na zawsze być czujni, aby bronić praw człowieka, wolności i praworządności”. Dedykuję ten wpis Marka Espera tym wszystkim, którzy ignorują znaczenie frontu wschodniego drugiej wojny światowej i rolę ZSRR w pokonaniu niemieckiego nazizmu.

[1] Cyt. za pierwszym wydaniem polskim – W. Anders, Klęska Hitlera w Rosji 1941-1945, Bellona, Warszawa 2014, s. 234.

[2] N. Davies, Europa walczy 1939-1945. Nie takie proste zwycięstwo, Znak, Karków 2008, s. 7.

[3] H. Stańczyk, S. Zwoliński, Wojsko Berlinga i Żymierskiego 1943-1945, Warszawa 2015, s. 349, 352.

[4] M. Więckowski, Narody nierosyjskie w Armii Czerwonej podczas II wojny światowej, „Poliarchia”, nr 1 (6), Kraków 2016, s. 100.

Bohdan Piętka

9 maja 2020 r.

„Przegląd” nr 19 (1061), 4-10.05.2020, s. 8-12

Wyprawa kijowska i jej mitologia (1)

25 kwietnia 1920 r. rozpoczęła się tzw. wyprawa kijowska. Wojska polskie, łamiąc ostatecznie faktyczny rozejm na froncie wojny polsko-bolszewickiej, uderzyły na zajęte przez bolszewików tereny Ukrainy. Stan liczebny wojsk polskich na początku ofensywy na Kijów wynosił około 60 tys. żołnierzy. Wspierała je Armia Czynna Ukraińskiej Republiki Ludowej w sile 3904 żołnierzy (556 oficerów i 3348 szeregowych). Udział sojuszniczych wojsk ukraińskich wynosił zatem około 6% w siłach biorących udział w uderzeniu na Kijów. Wyprawę kijowską poprzedziło zawarcie 21 kwietnia 1920 r. sojuszu polsko-ukraińskiego, czyli tzw. umowy warszawskiej. Jej podstawą było porozumienie pomiędzy naczelnikiem państwa Józefem Piłsudskim i prezydentem URL Symonem Petlurą. Umowa została podpisana przez ministrów spraw zagranicznych Polski i URL (Jana Dąbskiego i Andrija Liwyckiego) i miała charakter tajny. Strona polska uznawała istnienie URL i rezygnowała z roszczeń do dawnych ziem I Rzeczypospolitej w granicach z 1772 r. Natomiast strona ukraińska rezygnowała na rzecz Polski z Galicji Wschodniej oraz większości terenów Wołynia i Polesia. Częścią składową umowy stała się tajna konwencja wojskowa z 24 kwietnia 1920 r, podpisana przez ukraińskiego gen. Wołodymyra Sinklera oraz działających w imieniu Piłsudskiego oficerów sztabowych Walerego Sławka i Wacława Jędrzejewicza.

Wyprawa kijowska stanowiła realizację tzw. koncepcji federacyjnej Józefa Piłsudskiego (w dużej mierze autorstwa Leona Wasilewskiego), sprowadzającej się najogólniej do utworzenia na ziemiach dawnej I Rzeczypospolitej federacji państw narodowych z przewodnią rolą Polski („rozprucie Rosji po szwach narodowościowych”). Działania te poparł premier (wówczas prezydent ministrów) Leopold Skulski – stojący na czele koalicyjnego rządu Narodowego Zjednoczenia Ludowego, Związku Ludowo-Narodowego, Narodowej Partii Robotniczej, PSL „Wyzwolenie”, PSL „Piast” i Stronnictwa Pracy Konserwatywnej. Jednak przeciwna działaniom Piłsudskiego była większość sejmowa – zarówno popierająca rząd Skulskiego endecja, jak i opozycyjna Polska Partia Socjalistyczna.

7 maja 1920 r. wojska inwazyjne zajęły Kijów, w którym 9 maja odbyła się defilada polsko-ukraińska. Wkraczające do Kijowa oddziały polskie spotkały się z rezerwą większości mieszkańców, nie uznających Polaków za sojuszników i w większości nie akceptujących władz Ukraińskiej Republiki Ludowej. Natomiast w Warszawie powracającemu z frontu Piłsudskiemu zgotowano wielką owację. Entuzjastyczne nastroje udzieliły się nie tylko jego zwolennikom. Związany z endecją marszałek Sejmu Wojciech Trąmpczyński w emocjonalnym przemówieniu przed kościołem św. Aleksandra powiedział: „Sejm cały nasz przez usta moje wita Cię Wodzu Naczelny, wracający ze szlaku Bolesława Chrobrego. Od czasów Kircholmu i Chocimia naród polski takich triumfów oręża swego nie przeżywał. Czynem orężnym zaświadczyłeś nie tylko o dzielności polskiego ramienia, ale wyrwałeś z piersi narodu i zamieniłeś w sztandar jego najlepszą tęsknotę, jego rycerstwo w służbie wolności narodów. Dzisiaj wie i widzi cały świat: Polska nie jest bezbronna! Naczelnemu Wodzowi naszej armii cześć! (…) Historia nie widziała jeszcze kraju, który by w tak trudnych warunkach jak nasz tworzył swą państwowość. W takiej to chwili zwycięski twój pochód na Kijów dał narodowi poczucie własnej siły, wzmocnił wiarę w własną przyszłość, wzmógł jego dzielność duchową, a przede wszystkim stworzył podstawę do pomyślnego i stałego pokoju, którego wszyscy tak bardzo pragniemy”.

Niestety, 26 maja rozpoczęła się kontrofensywa bolszewicka, przed którą musiały ustąpić siły polskie. 8 czerwca Naczelne Dowództwo Wojska Polskiego wydało rozkaz odwrotu z Ukrainy. Siły polskie, wraz z nielicznymi ukraińskim sojusznikami, opuściły ostatecznie Kijów 13 czerwca 1920 r. Potem nastąpiło to co piłsudczykowska mitologia historyczna nazwała „agresją” albo „nawałą bolszewicką”, czyli kontynuacja kontrofensywy Tuchaczewskiego i Budionnego w kierunku etnicznych ziem polskich. Ofensywy, która dotarła pod Zamość, Warszawę i Toruń i której Piłsudski nie był w stanie powstrzymać. Ocalenie niedawno odrodzonego państwa – wbrew stworzonej później legendzie Piłsudskiego – nastąpiło dzięki umiejętnościom i zimnej krwi zawodowych generałów (Tadeusza Rozwadowskiego, Józefa Hallera, Władysława Sikorskiego) oraz heroicznej mobilizacji narodu.

Kontrofensywa Tuchaczewskiego i Budionnego – nazywana w polskich mediach niezgodnie z prawdą historyczną „agresją bolszewicką” – była nieunikniona w sytuacji, gdy wyprawa kijowska przyjęła taki a nie inny cel wojskowo-polityczny. Tym celem było stworzenie „samostijnej Ukrainy” i realizacja utopijnego programu federacyjnego. Dlatego zaatakowano nie tam, gdzie były skoncentrowane główne siły bolszewickie, co umożliwiło im przegrupowanie się i przejście do kontrofensywy na całym froncie.

Wyprawa kijowska została przygotowana przez Piłsudskiego w tajemnicy przed rządem, Sejmem i opinią publiczną, która była przeciwna programowi federacyjnemu naczelnika państwa i nie akceptowała jego układu z Petlurą. Sam Petlura, wchodząc w układ z Piłsudskim, nie reprezentował narodu ukraińskiego ani żadnej jego znaczącej siły politycznej. Układ ten odrzucały prawie wszystkie inne poza petlurowcami ukraińskie siły polityczne, uznając go za zdradziecki. Tak też traktuje go współcześnie ukraińska historiografia nacjonalistyczna.

Program federacyjny Piłsudskiego nie miał żadnych realnych przesłanek powodzenia. Bazował jedynie na naiwnej megalomanii samego Piłsudskiego, która przejawiała się w bezpodstawnym przekonaniu o własnej sile i lekceważeniu przeciwnika („Wyście trupy, Moskale, i biali, i czerwoni”). Kolejnym przejawem tej megalomanii było ignorowanie twardych realiów politycznych – tzn. antypolskiego charakteru nacjonalizmów ukraińskiego i litewskiego. Irracjonalizm programu federacyjnego pokazała nie tylko wyprawa kijowska. Tego irracjonalizmu dowiodła również postawa państw, które Piłsudski zamierzał włączyć do swojej federacji (Litwa. Łotwa, Estonia) i które w momencie, gdy wojska bolszewickie podchodziły pod Warszawę paktowały z Rosją bolszewicką i zawierały z nią układy pokojowe. Litwini nawet przyjęli w prezencie od bolszewików 6 sierpnia 1920 r. ukochane przez Piłsudskiego miasto Wilno. Nieco wcześniej wojska litewskie we współdziałaniu z bolszewikami przekroczyły tzw. Linię Focha (linia demarkacyjna pomiędzy Polską a Litwą, wytyczona 26 lipca 1919 r. w imieniu Ententy przez marszałka Ferdinanda Focha) i zaatakowały wojska polskie, zajmując Nowe Troki oraz stację kolejową Landwarowo. Pomogło to odciąć siłom polskim drogę odwrotu w kierunku Oran i Grodna. Czy nie był to już wtedy – w 1920 r. – wystarczający dowód bankructwa programu federacyjnego Piłsudskiego?

Wyprawa kijowska została przyjęta z niechęcią we Francji. Tamtejsze koła polityczno-wojskowe uważały, że Piłsudski powinien współpracować nie z Petlurą – watażką, o którym w Paryżu niewiele wiedziano – ale z „białym” generałem rosyjskim Antonem Denikinem. Jednakże rozmowy prowadzone na przełomie 1919 i 1920 r. w imieniu Piłsudskiego z Denikinem przez misję wojskową gen. Aleksandra Karnickiego zakończyły się niepowodzeniem. Wedle publicystyki propiłsudczykowskiej – z winy Denikina, który miał nie uznawać wolnej Polski. Faktycznie jednak na fiasku tych rozmów zaważyła niechęć Piłsudskiego do „białych” i przekonanie o słuszności swojego programu federacyjnego, któremu przeciwni byli zarówno dawni carscy generałowie, jak i bolszewicy.

W momencie rozpoczęcia wyprawy kijowskiej opinia publiczna Europy Zachodniej uznała, że Polska jest agresorem i prowadzi politykę imperialistyczną. Uważały tak nie tylko lewica (zarówno komunistyczna, jak i socjaldemokratyczna) i ruch robotniczy, ale niemała część odległych od lewicy elit politycznych Zachodu. Dlatego w krytycznych dniach sierpnia 1920 r. Polska nie mogła liczyć na znaczącą pomoc wojskową Zachodu. Publicystyka propiłsudczykowska podkreśla, że strajki przeciwko wojnie Polski z Rosją bolszewicką, które wybuchły w lipcu 1920 r. w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i Czechosłowacji, miały być inspirowane przez Komintern. Niezależnie od tego czy taka inspiracja rzeczywiście była czy nie, strajki te trafiły w antypolskie nastroje opinii publicznej w tych krajach.

Tylko i wyłącznie mitem stworzonym przez piłsudczyków – nieustannie w Polsce powielanym – jest twierdzenie, że w sierpniu 1920 r. Polska ocaliła Europę, a nawet cały świat przed „nawałą bolszewicką” (w egzaltowanej wersji „zarazą bolszewicką”). Bitwa warszawska nie była starciem milionowych armii, jak to sugeruje polska mitologia historyczna. Pod Warszawę dotarły stosunkowo szczupłe siły bolszewickie. Obie armie Tuchaczewskiego (3. i 16.), atakujące bezpośrednio Warszawę, liczyły na pierwszej linii zaledwie 30 tys. żołnierzy (razem z innymi jednostkami tyłowymi ok. 45 tys.), czyli niepełny stan trzech dywizji. Słynna 27. dywizja bolszewicka liczyła w polu 3 tys. ludzi, czyli miała siłę pułku. Jedna polska armia broniąca całego przedmościa Warszawy liczyła natomiast nieco pod 30 tys. ludzi. Na skutek mitologizacji kampanii wojennej 1920 r. powstało w Polsce przekonanie, że miał wtedy miejsce jakiś gigantyczny najazd jeśli nie milionów, to przynajmniej setek tysięcy bolszewików.

Często przytaczany rozkaz Tuchaczewskiego z lipca 1920 r., w którym była mowa, że przez trupa „białej Polski prowadzi droga ku ogólnoświatowej pożodze” nie jest bynajmniej dowodem realnej groźby podboju Europy przez bolszewików. Armia Tuchaczewskiego była wtedy za słaba, żeby podbić Europę Zachodnią. Tym bardziej nie mogła połączyć się z żadnymi tamtejszymi siłami rewolucyjnymi, ponieważ rewolucja socjalistyczna w Niemczech upadła rok wcześniej. Polska w 1920 r. ocaliła nie Europę, ale jedynie swoją niepodległość. Ocaliła ją dzięki słabości przeciwnika, męstwu polskiego żołnierza i zimnej krwi generała Rozwadowskiego, któremu Piłsudski sześć lat potem rzucił w twarz: „Bitwę warszawską wygrałem ja”. Bezpośrednią przyczyną pojawienia się wojsk bolszewickich pod Warszawą w sierpniu 1920 r. była nieudana wyprawa kijowska, czyli próba realizacji przez Józefa Piłsudskiego utopijnego programu federacyjnego.

To wszystko wydaje się oczywiste, ale nie jest oczywiste dla powstałej w II RP mitologii piłsudczykowskiej, która pod koniec XX w. i na początku XXI w. została przyswojona przez siły solidarnościowe i postsolidarnościowe. Mit o rzekomym ocaleniu przez Polskę w 1920 r. Europy przed „nawałą” vel „zarazą bolszewicką” i słuszności programu federacyjnego Piłsudskiego ciąży od 100 lat nie tylko nad polską historiografią, ale i nad polską polityką. Fałszywa historia jest nauczycielką fałszywej polityki. Wspomniany mit legł w dwudziestoleciu międzywojennym u podłoża koncepcji politycznych obozu prometejskiego, przejętych później w uproszczonej formie przez część polskiej emigracji politycznej po 1945 r. i opozycję korowsko-solidarnościową w PRL, a po 1989 r. przez wyrosłe z tej opozycji elity polityczne III RP. Głównym i nierealnym celem wyprawy kijowskiej było stworzenie antyrosyjskiej Ukrainy – państwa buforowego pomiędzy Polską i Rosją, które miało być albo polskim protektoratem, albo częścią planowanej przez Piłsudskiego „federacji”. Ta „federacja” w myśli obozu prometejskiego i jego epigonów przybrała kształt Intermarium (Międzymorza), czyli antyrosyjskiego bloku państw w Europie Wschodniej pod przewodem Polski. Irracjonalna wiara w powstanie zależnej od Polski i antyrosyjskiej Ukrainy, jak również Białorusi, Litwy, Łotwy i Estonii (Intermarium), od stulecia jest ideą przewodnią polskiej myśli „mocarstwowej”, a po 2014 r. przybrała w niektórych środowiskach postać szczególnie groteskową i zarazem niebezpieczną. Wiary tej nie zachwiały nawet tragiczne doświadczenia historyczne z nacjonalizmem ukraińskim i litewskim. Wydaje się, że nie zdoła nią zachwiać cokolwiek, bo sekciarstwo polityczne jest odporne na logikę.

Setna rocznica wydarzeń z 1920 r. jest okazją dla politycznych epigonów piłsudczyzny i prometeizmu do powielania i utrwalania tendencyjnego przekazu historycznego, a przede wszystkim do uzasadniania ówczesnej polityki Piłsudskiego i tym samym nawiązującej do niej polityki wschodniej współczesnej Polski.

Bohdan Piętka

22 kwietnia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 17-18 (2289/2290), 26.04-3.05.2020, s. 12