Wygrała formuła Steinmeiera

Trójstronna Grupa Kontaktowa – gremium złożone z przedstawicieli Ukrainy, Rosji i OBWE, działające na rzecz dyplomatycznego rozwiązania konfliktu w Donbasie – zaakceptowała tzw. formułę Steinmeiera, czyli zaproponowany jeszcze w 2016 roku przez ówczesnego szefa dyplomacji Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera plan zakończenia wojny na wschodzie Ukrainy. Po kilkumiesięcznych pertraktacjach Leonid Kuczma – przedstawiciel Ukrainy w Grupie Kontaktowej – parafował 1 października w Mińsku ukraińską zgodę na formułę Steinmeiera, która zakłada, że ukraiński parlament ma przegłosować ustawę nadającą tymczasowy specjalny status części obwodów donieckiego i Ługańskiego. Jednocześnie na tym terytorium miałyby się odbyć wybory samorządowe według ukraińskiego prawa. Cały proces ma obserwować OBWE, a gdy uzna, że wybory odpowiadały standardom demokratycznym, status ten ma obowiązywać na stałe.

Jeszcze 18 września Kuczma sprzeciwiał się w Mińsku takiemu rozwiązaniu żądając, by najpierw Rosja wycofała swoje wojska z Donbasu, a Ukraina uzyskała kontrolę nad granicą pomiędzy republikami ludowymi w Doniecku i Ługańsku a Rosją. Formalnie w Donbasie nie ma wojsk rosyjskich, więc to żądanie stawiało dalsze negocjacje w martwym punkcie. Prezydent Wołodymyr Zełenski jednak wycofał się z takiego stanowiska i porozumienie stało się możliwe. Jego zgoda na przyjęcie formuły Steinmeiera, zawieszenie broni i wycofanie sił ukraińskich z miejscowości Pietrowskoje i Zołotoje umożliwia przeprowadzenie szczytu „normandzkiej czwórki” (Francja, Niemcy, Ukraina, Rosja). Droga do zakończenia wojny w Donbasie została otwarta. Zełenski tym samym spełnił swoją podstawową obietnicę wyborczą, dzięki której został wybrany przez Ukraińców na prezydenta w kwietniu br. – obietnicę zakończenia wojny z rosyjskojęzyczną ludnością na wschodzie Ukrainy. Wojny będącej skutkiem przewrotu politycznego w Kijowie w 2014 roku.

Sam Zełenski przyznał, że konflikt w Donbasie zaczął się od „kwestii językowej” i że w obecnej sytuacji kraju „nie można koncentrować się na takich, dzielących ludzi kwestiach”[1]. Zaczął się od próby wykreowania nacjonalistycznej, antyrosyjskiej Ukrainy – co było celem puczu majdanowego w 2014 roku. Doprowadziło to w konsekwencji do rozpadu tego państwa, ponieważ rosyjskojęzyczna ludność Ukrainy nie chciała być społecznością drugiej kategorii w państwie budującym tożsamość narodowo-państwową na tradycji politycznej Stepana Bandery. Mieszkający na Ukrainie Rosjanie i rosyjskojęzyczni Ukraińcy – w sumie jedna trzecia obywateli tego kraju – postanowili w tej sytuacji przyłączyć się do Rosji. Dlatego wiosną 2014 roku odpadł od Ukrainy Krym – zamieszkały w większości przez Rosjan. Była to ich wola, a nie „rosyjska aneksja”, jak to podaje się w polskich mediach. Do tego samego zmierzał Donbas. Jednakże Rosja Donbasu nie chciała, a ekipa Poroszenki w Kijowie postanowiła go spacyfikować rękami nacjonalistów ukraińskich. Tak doszło do wojny, która wbrew narracji polskich mediów nie była „rosyjską agresja”, ale ukraińską wojną domową. Jej zakończenie stało się po pięciu latach wolą większości Ukraińców – zmęczonych rządami majdanowej ekipy Poroszenki. Ta ekipa przegrała i została odsunięta od władzy właśnie dlatego, że większość Ukraińców chciała i chce pokoju w swoim państwie.

Zaakceptowanie formuły Steinmeiera przez Ukrainę z zadowoleniem przyjęli kanclerz Angela Merkel, szef MSZ Niemiec Heiko Mass, szef MSZ Francji Jean Yves Le Drian i ministerstwo ds. europejskich Wielkiej Brytanii[2]. Tym samym stało się możliwe zniesienie sankcji przeciw Rosji, których Niemcy i Francja tak naprawdę nigdy nie chciały i zgodziły się na nie tylko pod naciskiem promajdanowej polityki amerykańskiej. Samemu Zełenskiemu bardzo zależy na spotkaniu z Władimirem Putinem. Ma nadzieję, że takie spotkanie przyspieszy ostateczne porozumienie[3].

To co stało się w Mińsku 1 października jest faktem bardzo doniosłym. Ostatecznie przegrała na Ukrainie majdanowa „partia wojny”, którą tworzą Batkiwszczyna, obóz Poroszenki i cała plejada epigonów banderyzmu od partii Swoboda i Prawego Sektora poczynając, a na neonazistowskim ruchu azowskim kończąc. Przegrał Majdan. Po ponad pięciu latach od tego wspieranego szczególnie przez Polskę przewrotu nastąpiła wielka klęska jego sprawców oficjalnych i zakulisowych. Przegrani wyszli na ulice. Szef ruchu azowskiego Andrij Biłecki nazwał porozumienie z Mińska „kapitulacją Ukrainy na warunkach Putina” i wezwał do protestów przed siedzibą prezydenta Zełenskiego. Wezwanie to poparł natychmiast Petro Poroszenko[4]. Z kolei pani Julia Tymoszenko oświadczyła, że uważa formułę Steimeiera za nie do przyjęcia, ponieważ „jej podpisanie w Mińsku to bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, integralności terytorialnej i suwerenności [Ukrainy]”[5]. Nie, proszę panią. To skutek firmowanej m.in. przez panią awanturniczej polityki. Trzeba umieć ponosić konsekwencje własnych działań.

Przeciwko przyjęciu formuły Steinmeiera zbuntowały się też zdominowane przez neobanderowską Swobodę rady obwodów lwowskiego i tarnopolskiego. W przyjętych jednogłośnie uchwałach epigoni Stepana Bandery z zachodniej Ukrainy stwierdzili, że porozumienie z Mińska jest niedopuszczalne i oznacza kapitulację przed Rosją. Szef lwowskiej Swobody Lubomyr Melnyczuk zagroził, że jeśli porozumienie będzie wdrażane, to władze w Kijowie „dostaną taką walkę, jakiej Ukraina jeszcze nie widziała”[6]. Na ulice Kijowa 2 października i w niedzielę 6 października wyszły tysiące ukraińskich nacjonalistów w proteście przeciw porozumieniu z Mińska. Ogłosili oni powołanie „Ruchu przeciwko kapitulacji”. Wśród jego sygnatariuszy znaleźli się m.in. były przywódca Prawego Sektora Dmytro Jarosz i były minister oświaty Serhij Kwit. Obaj są fanatycznymi banderowcami i nigdy tego nie ukrywali. Są to jednak już tylko żałosne zawodzenia przegranej „partii wojny”. Nacjonaliści ukraińscy po raz kolejny nie są w stanie zmienić biegu historii.

Z tym zawodzeniem obozu Poroszenki, Tymoszenko i nacjonalistów ukraińskich współbrzmi narracja wielu polskich mediów. Władze polskie zachowały wstrzemięźliwość wobec tego, co stało się w Mińsku 1 października. To, czego nie powiedzieli politycy polscy, powiedziały natomiast polskie media. Wymowne były już same tytuły doniesień o porozumieniu mińskim: „Rosja wygrała? Ukraina wstępnie zgodziła się na tzw. plan Steinmierea” (forsal.pl), „Ryzykowna gra Kijowa. Ekipa Zełenskiego wykonała pierwszy krok do legalizacji samozwańczych republik Donbasu” (dziennik.pl), „Formuła Steinmeiera i wybory w Donbasie. Ryzykowna gra, ale nie kapitulacja” (gazetaprawna.pl), „Czy Ukraina może jeszcze polegać na Europie? Zaproponowana przez Niemców formuła zakończenia konfliktu w Donbasie stawiałaby Ukrainę w niekorzystnym położeniu w stosunku do Rosji” (gosc.pl), „Nie kapitulacji!. W Kijowie protesty przeciwko »formule Steinmeiera«” – cieszy się belsat.eu, „Ukraina. Wstępna zgoda na legalizację samozwańczych republik Donbasu” (gazeta.pl). Kawę na ławę wyłożył bez ogródek pan Andrzej Łomanowski z działu zagranicznego dziennika „Rzeczpospolita”. Zacytuję jego felieton w całości.

„Wymęczone wojną społeczeństwo – pisze red. Łomanowski – zagłosowało na nowego przywódcę, który chciał ją zakończyć. Teraz jednak Wołodymyr Zełenski udowadnia prawdziwość powiedzenia, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Można mieć wątpliwości, czy prezydent Ukrainy zdaje sobie sprawę z konsekwencji swych gestów dobrej woli. Najpierw udało mu się doprowadzić do wymiany więźniów z Rosją. Tyle że skapitulował i uznał, że ukraińscy wojskowi marynarze, których Rosjanie zatrzymali w listopadzie 2018 r., nie są jeńcami wojennymi, ale zwykłymi więźniami. W dodatku milcząco uznał rosyjskie pretensje do kontrolowania całej Cieśniny Kerczeńskiej i oddał Rosji ukraińskiego obywatela, który był kluczowym świadkiem w sprawie zestrzelenia malezyjskiego boeinga nad Donbasem w lipcu 2014 r. Teraz zaś – by ruszyć z miejsca rozmowy pokojowe – Wołodymyr Zełenski znów przyjął rosyjskie warunki. Z tego, co wiadomo, Kreml będzie mógł przeprowadzić sobie na okupowanych terenach wybory (lokalne i na brakujące miejsca do ukraińskiego parlamentu). W ten sposób otrzyma to, do czego dążył, czyli silne prorosyjskie lobby w Kijowie, z prawem weta wobec strategicznych wyborów: członkostwa w UE i NATO. I będzie mógł rozszerzyć swoje wpływy nad Dnieprem, znacznie ograniczone z powodu agresji z 2014 r. Jeśli potwierdzą się informacje o szczegółach najnowszych porozumień z Mińska, będzie mogło to dla nas oznaczać zamrożenie współpracy z Ukrainą. W geopolitycznym sensie nasz sąsiad będzie stracony, co wraz z wchłanianiem Białorusi przez Rosję oznacza, że teraz my znajdziemy się na pierwszej linii konfliktu z Kremlem”[7].

Zamrożenie współpracy z Ukrainą… W geopolitycznym sensie nasz sąsiad jest stracony… Ach tak… Taka jest reakcja ponadpartyjnego obozu polskiej rusofobii wobec perspektywy pokoju na Ukrainie. Tutaj została pokazana cała „moralność” polskiej polityki. Powodem zamrożenia współpracy z Ukrainą nigdy nie stały się kult nacjonalizmu ukraińskiego i oficjalna negacja przez Kijów ludobójstwa OUN-UPA na Polakach. To nigdy polskiej „klasie politycznej” nie przeszkadzało i nie przeszkadza nadal. W geopolitycznym sensie Ukraina została stracona dla polskiej „klasy politycznej” dopiero wtedy, gdy zapragnęła pokoju ze swoimi obywatelami pochodzenia rosyjskiego i Rosją. Nie mogą już pójść „z Kozakami na Moskwę” – jak chciał pan Jerzy Targalski. Dlatego Ukraina jest dla nich geopolitycznie „stracona”.

Z felietonu red. Łomanowskiego wychodzi cały absurd polityki uprawianej od ćwierć wieku w Warszawie. Polityki opartej na historycznych sentymentach i uprzedzeniach, oderwanej od rzeczywistości, opartej na fałszywych przesłankach i będącej jedynie pomocniczym narzędziem realizacji interesów amerykańskich w Europie Środkowo-Wschodniej. Dla postsolidarnościowych elit politycznych istnienie Polski ma sens tylko wtedy, gdy szkodzi ona Rosji, a wspieranie Ukrainy ma sens także tylko wtedy, gdy szkodzi ona Rosji. Tak wygląda cała „mądrość” i „moralność” polskiej polityki wschodniej.

Odpowiedzialni za taką politykę są ludzie, którzy nie zdobyli podstawowej wiedzy historycznej i geopolitycznej oraz hołdują prometejskim mitom sprzed stu lat, które nie mają żadnego przełożenia na świat współcześnie istniejący. Nie rozumieją ci ludzie swojej śmieszności i faktu, że ich Międzymorze było i jest jedynie mitem, który musiał rozpłynąć się we mgle. Zamiast Międzymorza będzie zmodyfikowana do warunków współczesnych Mitteleuropa, ponieważ karty na Ukrainie rozdają Niemcy i Rosja, a nie Polska, która nie ma do tego własnej siły i ze względu na swoją dziwaczną politykę zagraniczną nie może być traktowana przez kogokolwiek poważnie. Antyrosyjska Ukraina zawsze była i zawsze będzie proniemiecka i w Berlinie, a nie w Warszawie będzie upatrywać swojego protektora. Żeby to jednak wiedzieć, trzeba przynajmniej ogólnie znać historię jako naukę, a nie bajki historyczne o Przedmurzu i Międzymorzu.

Zarysowujące się na Ukrainie porozumienie pokojowe jest klęską nie tylko ukraińskiej, ale także polskiej „partii wojny” oraz jej historycznych i ideologicznych mitów. I co teraz? Rosyjskie czołgi ruszą na Warszawę – jak to wynika konkluzji zawartej w felietonie red. Łomanowskiego. No to cała nadzieja w Fort Trump, który jednakże – jak sam prezydent Donald Trump powiedział – zostanie utworzony nie dlatego, że USA obawiają się agresji rosyjskiej w Europie, ale dlatego, że prezydent Duda o to go poprosił i zadeklarował sfinansowanie stacjonowania wojsk amerykańskich w Polsce. Panowie, naprawdę nie widzicie swojej śmieszności?

[1] Zełenski: konflikt w Donbasie zaczął się od kwestii językowej, http://www.kresy.pl, 10.10.2019.

[2] Merkel: porozumienie ws. Donbasu otwiera drogę do szczytu normandzkiej czwórki w Paryżu, http://www.kresy.pl, 3.10.2019.

[3] R. Szoszyn, Ukraina-Rosja: Przełom czy kapitulacja?, http://www.rp.pl, 2.10.2019.

[4] Ukraińscy nacjonaliści oburzeni porozumieniem ws. Donbasu wzywają do wyjścia na ulice, http://www.kresy.pl, 1.10.2019.

[5] Tymoszenko i Poroszenko oraz ich partie przeciwko porozumieniu ws. Donbasu według „formuły Steinmeiera”, http://www.kresy.pl, 2.10.2019.

[6] Ukraina: rady obwodów lwowskiego i tarnopolskiego przeciwko akceptacji „formuły Steinmeiera”, http://www.kresy.pl, 2.10.2019.

[7] Łomanowski: Dobre chęci Zełenskiego, http://www.rp.pl, 2.10.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 43-44 (2263/2264), 20-27.10.2019, s. 9

Reklamy

Odszedł Jacques Chirac (1932-2019)

26 września zmarł Jacques Chirac (1932-2019) – ostatni wychowanek szkoły politycznej Charles’a de Gaulle’a, który jako prezydent Francji zapisał się w historii przede wszystkim ze względu na swój bezkompromisowy sprzeciw wobec amerykańskiej agresji na Irak w 2003 roku. Na wieść, że Polska dołączyła do grupy państw popierających inwazję USA na Irak powiedział wtedy: „Stracili dobrą okazję, aby siedzieć cicho”. Polska „klasa polityczna” – święcie oburzona uwagą Chiraca – wielokrotnie traciła później okazję, żeby siedzieć cicho. Zwłaszcza w kwestii Ukrainy. Z mądrych rad trzeba umieć korzystać.

Jacques Chirac urodził się w zamożnej paryskiej rodzinie. Był synem odnoszącego sukcesy dyrektora prywatnej firmy lotniczej. Pierwszą pracę podjął po maturze, kiedy przez trzy miesiące służył na statku transportującym węgiel. Georges Clemenceau (1841-1929) powiedział, że „kto nie był za młodu socjalistą, ten będzie na starość kanalią”. Powiedzenie to można w jakiś sposób odnieść do Jacques’a Chiraca, który w młodości związał się z radykalną lewicą. Na początku lat 50-tych XX w. Chirac wstąpił do Francuskiej Partii Komunistycznej. Sprzedawał egzemplarze „L’Humanité” i brał udział w mitingach FPK. W 1950 roku podpisał nawet inspirowany przez ZSRR Apel Sztokholmski w sprawie zakazu produkcji broni atomowej. Doprowadziło to do jego przesłuchania przez służby amerykańskie, gdy po raz pierwszy złożył wniosek o wyjazd do USA.

Po ukończeniu w 1953 roku paryskiego Instytutu Nauk Politycznych wziął udział w kursie szkoły letniej Uniwersytetu Harvarda. Następnie rozpoczął studia w École nationale d’administracion (ENA – Narodowa Szkoła Administracji) – uczelni kształcącej elity polityczne Francji. W czasie studiów na tej uczelni przyjaźnił się z Michelem Rocardem (1930-2016) – znanym później liderem Partii Socjalistycznej i premierem Francji w latach 1988-1991. Chirac myślał nawet o wstąpieniu do Francuskiej Sekcji Międzynarodówki Robotniczej (od 1969 r. Partii Socjalistycznej). Ostatecznie jednak porzucił lewicę i żeby uwiarygodnić się w kręgach prawicowych zaczął deklarować poparcie dla utrzymania Algierii Francuskiej, a nawet zgłosił się ochotniczo do udziału w wojnie algierskiej (1954-1962) – ostatniej wojnie kolonialnej Francji, która skompromitowała Francję i pogrzebała francuskie imperium kolonialne.

Korzystając z rodzinnych koneksji zaciągnął się do kawalerii pancernej podczas decydującej fazy wojny algierskiej w latach 1957-1958. Miał problemy z uzyskaniem stopnia oficerskiego z powodu zastrzeżeń przełożonych do jego działalności w ruchu komunistycznym. Służbę w Algierii zakończył jednak jako podporucznik. W 1959 roku ukończył z wyróżnieniem ENA i został urzędnikiem w Trybunale Obrachunkowym. Związał się wtedy z ruchem gaullistowskim. Głównymi składnikami doktryny gaullizmu, czyli myśli politycznej Charlesa de Gaulle’a (1890-1970) – prezydenta V Republiki Francuskiej w latach 1959-1969 były: myśl chrześcijańska, konserwatyzm, liberalizm klasyczny w gospodarce, pragmatyzm polityczny i pewne elementy bonapartyzmu w nawiązaniu do chwalebnej historii Francji. Gen. de Gaulle serdecznie nie znosił USA, co skutkowało m.in. opuszczeniem przez Francję struktur wojskowych NATO w 1966 roku. W okresie nasilenia „zimnej wojny” w latach 60-tych XX w. mówił o „Europie ojczyzn” i „Europie od Atlantyku po Ural”. Odrzucał też radykalny nacjonalizm. To wszystko ukształtowało całe pokolenie polityków prawicy francuskiej, w tym Chiraca.

W kwietniu 1962 roku Chirac został szefem sztabu osobistego premiera Georges’a Pompidou (1911-1974) – najbliższego współpracownika gen. de Geulle’a i prezydenta Francji w latach 1969-1974. Odtąd Chirac był obecny w polityce francuskiej przez 45 lat. Pompidou uważał Chiraca za swojego protegowanego i nazwał go „moim buldożerem” ze względu na jego wysokie umiejętności w wykonywaniu powierzonych mu zadań. Przydomek „Le Bulldozer” przyjął się we francuskich kręgach politycznych jako synonim szorstkiego stylu bycia Chiraca. W 1995 roku anonimowy brytyjski dyplomata miał powiedzieć, że Chirac „przebija bzdury i dochodzi od razu do sedna … To orzeźwiające, chociaż musisz zapiąć pasy podczas pracy z nim”.

Za namową Pompidou Chirac wystartował jako gaullista w wyborach do Zgromadzenia Narodowego w 1967 roku. Został wybrany w swoim rodzinnym departamencie Corrèze – twierdzy lewicy. To zaskakujące zwycięstwo pozwoliło mu wejść do rządu w charakterze sekretarza stanu ds. pracy w ministerstwie spraw społecznych. W zdobyciu wysokiej pozycji w otoczeniu gen. de Gaulle’a pomogło Chiracowi małżeństwo z Bernadette Chodron de Courcel – siostrzenicą Geoffroy’a de Courcela, byłego adiutanta i jednego z najbliższych współpracowników gen. de Gaulle’a podczas drugiej wojny światowej. Chirac był jednak bardziej „pompidolianem” niż „gaullistą”. Jeszcze przed wydarzeniami 1968 roku objął stanowisko sekretarza stanu w ministerstwie ekonomii i finansów. Kiedy w maju 1968 roku wstrząsnęły Francją rozruchy społeczne, Chirac odegrał kluczową rolę w negocjowaniu kompromisu. W latach 1968–1971 ściśle współpracował z Valérym Giscardem d’Estaing (ur. 1926) – prezydentem Francji w latach 1974-1981, założycielem i przywódcą Unii na rzecz Demokracji Francuskiej (UDF) – który wtedy kierował ministerstwem gospodarki i finansów.

W 1972 roku Chirac otrzymał swoją pierwszą tekę ministerialną (rolnictwa) w gabinecie Pierre’a Messmera (1916-2007). Dwa lata później został w tym samym rządzie ministrem spraw wewnętrznych. Nagła śmierć prezydenta Pompidou sprawiła, że ruch gaullistowski pozostał bez lidera. Naturalnym kandydatem na prezydenta wydawał się były premier Jacques Chaban-Delmas (1915-2000) – lider lewicowych gaullistów. Jednakże 43 deputowanych prawicy gaullistowskiej wyłamało się i wysunęło kandydaturę Valéry’ego Giscarda d’Estaing. Na czele tego „puczu” stał Jacques Chirac. W rezultacie Chaban-Delmas zajął w powszechnych wyborach prezydenckich dopiero trzecie miejsce, za Giscardem d’Estaing i kandydatem lewicy François Mitterandem (1916-1996).

To otworzyło 42-letniemu Chiracowi drogę do stanowiska premiera i lidera ówczesnej partii gaullistowskiej Unia Demokratów na rzecz Republiki (UDR). Jako premier stanął wobec niechęci „baronów gaullizmu”, którzy nie mogli mu zapomnieć „puczu” wobec Chabana-Delmasa. Kontrowersje wobec niektórych reform społecznych i pierwszych planów integracji europejskiej spowodowały, że doszło do spięć pomiędzy Giscardem d’Estaing a Chiraciem, co zakończyło się jego dymisją ze stanowiska premiera w sierpniu 1976 roku. Pod koniec tego roku Chirac powołał własną partię gaullistowską – Zgromadzenie na rzecz Republiki (RPR). Z ramienia RPR z powodzeniem wystartował w wyborach na mera Paryża w 1977 roku. Pokonał wtedy hrabiego Michela d’Ornano (1924-1991) – bliskiego współpracownika Giscarda, którego skrytykował za zbytnią proeuropejskość. W 1978 roku Chirac otwarcie zaatakował proeuropejską politykę Giscarda. Był wtedy zdecydowanym przeciwnikiem integracji europejskiej.

Stanowisko mera Paryża Chirac zajmował aż do 1995 roku. Umożliwiło mu ono poszerzenie własnych wpływów politycznych. Jako mer Paryża z jednej strony realizował programy pomocy osobom starszym, niepełnosprawnym i samotnym matkom, a z drugiej tworzył zachęty podatkowe dla firm inwestujących w stolicy. W 1981 roku po raz pierwszy wystartował w wyborach na prezydenta Francji. Znalazł się na trzecim miejscu za Giscardem i Mitterrandem. Świadomie nie poparł wtedy Giscarda, co przyczyniło się do jego porażki i otworzyło Partii Socjalistycznej drogę do rządów we Francji. W 1986 roku wybory parlamentarne wygrała RDR i Chirac po raz drugi został premierem. Był to pierwszy przypadek w historii V Republiki, kiedy prezydent i premier wywodzili się z dwóch różnych obozów politycznych (tzw. pierwsza koabitacja). Gabinet Chiraca sprzedał wiele spółek publicznych, kontynuując neoliberalną politykę gospodarczą zapoczątkowaną przez socjalistyczny rząd Laurenta Fabiusa w latach 1984-1986 i zlikwidował podatek solidarnościowy od bogactwa (ISF). Rząd Chiraca utrzymał się dwa lata. Kiedy w 1988 roku wybory wygrali socjaliści, nowym premierem został jego kolega ze studiów Michel Rocard. W tym samym roku odbyły się wybory prezydenckie, w których Chirac zajął drugie miejsce za Mitterrandem.

RPR ponownie wygrała wybory parlamentarne w 1993 roku i doszło wtedy do drugiej koabitacji. Premierem został Édourad Balladur (ur. 1929), ponieważ Chirac intensywnie przygotowywał się do wyborów prezydenckich, które odbyły się za dwa lata. W 1995 roku skończyła się druga kadencja wielkiego socjalisty Mitterranda. Do walki o fotel prezydenta V Republiki przystąpili Chirac i lider socjalistów Lionel Jospin (ur. 1937). Chirac wygrał dopiero w drugiej turze i tym samym gaulliści odzyskali po 21 latach fotel prezydencki, który stracili głównie dzięki Chiracowi.

Wybory prezydenckie Chirac wygrał dzięki obietnicom stworzenia nowych miejsc pracy i „rozruszania” gospodarki. Obietnic tych nie spełnił, przez co w 1997 roku do rządu powrócili socjaliści z Jospinem jako premierem (trzecia koabitacja). W polityce zagranicznej rozpoczął natomiast od mocnego i ostro krytykowanego akcentu – wznowienia prób z bronią jądrową w Polinezji Francuskiej. Postanowił połączyć dziedzictwo prezydentów de Gaulle’a i Mitterranda. Znany wcześniej jako eurosceptyk (to było m.in. powodem jego konfliktu z Giscardem w 1976 r. i później), poparł integrację europejską. Uznał, że czasy się zmieniły i inaczej Francja nie utrzyma silnej pozycji na arenie międzynarodowej. W jego koncepcji integracja europejska miała służyć zachowaniu prymatu Francji i Niemiec w UE. Dlatego ściśle współpracował z kanclerzem Niemiec Gerhardem Schröderem (ur. 1944) – na wzór wcześniejszej współpracy Mitterranda i Helmuta Kohla (1930-2017). Zajmując stanowisko proniemieckie, Chirac poparł zbrojną interwencję NATO w Jugosławii w 1999 roku. Siły powietrzne Francji wzięły udział w tej interwencji (operacja Allied Force). Było to zerwanie z sięgającą jeszcze dwudziestolecia międzywojennego francuską polityką wspierania Jugosławii (Serbii).

Radykalne wsparcie przez Chiraca i gaullistów integracji europejskiej spowodowało ostry sprzeciw Frontu Narodowego. Jego lider Jean-Marie Le Pen (ur. 1928) stał się głównym przeciwnikiem Chiraca w wyborach prezydenckich 2002 roku. W pierwszej turze Le Pen pokonał Lionela Jospina, co było szokiem dla elit lewicowych i liberalnych we Francji i Europie. Jednak w drugiej turze Chirac bez problemu pokonał Le Pena, zdobywając 82% głosów. Były to głosy oddane nie tyle za Chiraciem, co przeciw Le Penowi.

Pokłosiem tej dramatycznej kampanii wyborczej był nieudany zamach na Chiraca, którego dokonał podczas parady wojskowej z okazji święta narodowego 14 lipca 2002 roku sympatyk Frontu Narodowego. Chirac zapytany potem, czy wie, że do niego strzelano, kiedy jechał odkrytym samochodem wojskowym, odpowiedział: „Naprawdę?”

W 2002 roku w miejsce RPR utworzono nową partię gaullistowską – Unię na rzecz Ruchu Ludowego (UMP). Chirac powołał na premiera jej działacza Jeana-Pierre’a Raffarin’a (ur. 1948). Wkrótce potem UMP znacząco wygrała wybory parlamentarne. Rząd Raffarin’a próbował wprowadzić liberalne reformy społeczno-gospodarcze, co wywołało masowe protesty społeczne, godzące w pozycję samego prezydenta. Należy zaznaczyć, ze Chirac zwykle opowiadał się za umiarkowanym liberalizmem gospodarczym. Był katolikiem, ale zgodnie z laicką tradycją republikańską we Francji sprzeciwiał się udziałowi religii w życiu publicznym. Jednak po śmierci papieża Jana Pawła II (1920-2005) ogłosił żałobę narodową, co spotkało się z ostra krytyką. Chociaż był przeciwny legalizacji przerywania ciąży, prawo zezwalające na aborcję zostało wprowadzone, gdy był premierem.

Najbardziej w polityce światowej Chirac zapisał się swoim stanowiskiem wobec kryzysu irackiego na przełomie 2002/2003 roku i agresji USA na Irak w 2003 roku (druga wojna w Zatoce Perskiej). Razem z Gerhardem Schröderem, Władimirem Putinem i przywódcą Chin Hu Jintao wyraził ostry sprzeciw wobec planowanej przez USA i Wielką Brytanię agresji na Irak. Prezydent USA George W. Bush i premier Wielkiej Brytanii Tony Blair zostali wtedy poddani przez Chiraca otwartej krytyce. Francja zagroziła zawetowaniem rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, która zezwalałaby na użycie siły wojskowej wobec Iraku. „Irak dzisiaj nie stanowi bezpośredniego zagrożenia, które uzasadnia natychmiastową wojnę” – powiedział Chirac 18 marca 2003 roku, na dwa dni przed rozpoczęciem ataku amerykańsko-brytyjskiego na Irak. Postawa Francji i Niemiec doprowadziła wówczas do znaczącego oziębienia stosunków amerykańsko-europejskich oraz spięć Francji w stosunkach z kandydującymi do członkostwa w Unii Europejskiej państwami Europy Środkowej, które poparły inwazję, głównie z Polską.

Chirac skrytykował też izraelską ofensywę w Libanie  w lipcu 2006 roku. Jednak izraelskie radio wojskowe poinformowało później, iż miał potajemnie powiedzieć izraelskiemu premierowi Ehudowi Olmertowi, że Francja poprze izraelską inwazję na Syrię i obalenie rządu prezydenta Baszszara al-Asada, obiecując zawetować wszelkie posunięcia przeciwko Izraelowi w ONZ lub Unii Europejskiej.

Na przełomie XX i XXI wieku Chirac opowiedział się za głęboką integracją europejską. Dlatego poparł w 2005 roku Traktat ustanawiający Konstytucję dla Europy (TCE) – podpisany 29 października 2004 roku w Rzymie przez państwa członkowskie UE – przekształcający de facto UE w quasi-państwo federalne. Współtwórcą TCE był dawny przyjaciel, a potem wróg polityczny Chiraca – Giscard d’Estaing – którego Chirac krytykował w latach 70-tych XX w. za rozpoczęcie procesu integracji (przekształcania EWG w UE). 29 maja 2005 roku odbyło się we Francji referendum w sprawie ratyfikacji TCE. Rezultatem było zwycięstwo kampanii „Non!” – 55% procent wyborców odrzuciło TCE przy frekwencji 69%, zadając druzgocący cios Chiracowi i UMP, a także części lewicy, która opowiedziała się za TCE. Po porażce referendum Chirac powołał nowego premiera, którym został Domenique de Villepin (ur. 1953). Jego rząd nie potrafił jednak poradzić sobie z kryzysem gospodarczym, czego rezultatem były gwałtowne protesty społeczne jesienią 2005 i wiosną 2006 roku.

W 2007 roku Chirac nie zdecydował się kandydować na trzecią kadencję (zmieniona konstytucja francuska dawała mu taką możliwość). „Całe moje życie poświęciłem służbie Francji i pokojowi” – oświadczył kończąc karierę polityczną. Jej nieprzyjemną puentą był proces o korupcję, jaki wytoczono byłemu prezydentowi Francji w 2011 roku. Chiraca oskarżono o nadużycia w okresie, gdy pełnił funkcję mera Paryża. Miał płacić członkom RPR i ich krewnym za pracę na rzecz miasta, która w rzeczywistości nie była wykonywana. 15 grudnia 2011 roku Chirac został uznany winnym defraudacji pieniędzy publicznych i skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu.

Umarł w okresie głębokiego kryzysu społeczno-politycznego we Francji, którego objawem są trwające od jesieni 2018 roku gwałtowne protesty uliczne tzw. ruchu żółtych kamizelek. Protesty przeciwko rosnącym kosztom życia, zwiększeniu obciążeń podatkowych oraz elitom politycznym Francji symbolizowanym przez prezydenta Emmanuela Macrona – zwolennika neoliberalizmu gospodarczego i federalizacji Europy. Droga, jaką poszedł Macron została mu wytyczona m.in. przez Jacques’a Chiraca.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 2 października 2019 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2261/2262), 6-13.10.2019, s. 13

Odejście Wjatrowycza

18 września został odwołany ze stanowiska szef Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wjatrowycz, który pełnił tę funkcję od 25 marca 2014 roku. W złożonym oświadczeniu Wjatrowycz stwierdził, że zdołał zrealizować większość celów, które przed sobą postawił. Wymienił usunięcie komunistycznej symboliki ze sfery publicznej, otwarcie archiwów KGB, „oddanie sprawiedliwości uczestnikom ruchu wyzwoleńczego”, czyli przyznanie praw kombatanckich członkom OUN i UPA (nawet tym, którzy brali czynny udział w zbrodniach przeciwko ludzkości), wznowienie „rehabilitacji ofiar represji”, a także przeprowadzenie szeroko zakrojonej akcji „popularyzacji ukraińskiej historii”. Ta akcja polegała głównie na propagowaniu sfałszowanej historii nacjonalizmu ukraińskiego i negacji jego zbrodni. Odwołany szef UIPN skromnie pominął swoje największe „osiągniecie” – zablokowanie możliwości ekshumacji Polaków zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich na dawnych Kresach Wschodnich II RP.

Wjatrowycz dodał, że otrzymał zapewnienie od ukraińskiego premiera Ołeksija Honczaruka, że UIPN zachowa status organu władzy i instrumenty prowadzenia „polityki pamięci”. „Będzie kontynuowany format i kierunki pracy” – stwierdził. Powodu zdymisjonowania Wjatrowycza trzeba doszukiwać się w tym, że ekipa Zełenskiego postrzegała go jako człowieka Poroszenki. Na razie nie ma bowiem sygnałów, by miała się zmienić ukraińska polityka historyczna. Jest wręcz przeciwnie.

18 lipca przewodniczący Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego Eduard Dolinsky poinformował, że w Samborze (obwód lwowski) odsłonięto w Alei Chwały pomnik Zinowija Terszakowca (1913-1948) – szefa Lwowskiego Krajowego Prowodu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów-Banderowców. Terszakowiec był m.in. odpowiedzialny za organizowanie w Połtawie w 1941 roku ukraińskiej policji pomocniczej, która wymordowała około 8 tys. tamtejszych Żydów. Ponosi też odpowiedzialność za późniejsze czystki etniczne na Polakach, ale także zbrodnie na Ukraińcach. Tylko w latach 1947-1948 podległe mu struktury OUN-B i UPA zamordowały w obwodzie lwowskim co najmniej 853 członków partii komunistycznej i bezpartyjnych cywili – głównie Ukraińców. Na rozkaz Terszakowca zamordowany został m.in. Hawryło Kostelnyk (1886-1948) – wybitny duchowny greckokatolicki, doktor filozofii, pisarz i poeta, zdecydowany przeciwnik nacjonalizmu ukraińskiego.

Z kolei 28 lipca na cmentarzu w miejscowości Czerwone pod Złoczowem (obwód lwowski) odbyła się uroczystość pochowania szczątków 29 esesmanów z 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS „Galizien” (1. ukraińskiej). W uroczystości tej wziął udział m.in. nowy wiceprzewodniczący Lwowskiej Obwodowej Administracji Państwowej Roman Fyłypiw. Pomimo zmiany władzy wpisał się on w retorykę poprzedniego kierownictwa Ukrainy, a ściślej w retorykę UIPN Wjatrowycza. „Na tym miejscu polegli ludzie, którzy mieli honor bronić naszego państwa. Dzisiaj mamy wielką odpowiedzialność, aby kontynuować tę walkę o wyzwolenie narodowe. Ona trwa nie tylko o terytorium, ale także o język ukraiński i wiarę. Dziś mamy silną ukraińską armię, która jest gotowa bronić naszego państwa, mamy także narodową pamięć i świadomość, która pomoże nam chronić nasze wartości” – powiedział Fyłypiw (cyt. za: „Pod Lwowem uroczyście pochowano szczątki 29 esesmanów”, http://www.kresy.pl, 29.07.2019).

To tylko dwa z wielu przykładów, które pokazują, że w polityce historycznej Ukrainy nie zaszły zmiany. Celem tej polityki, firmowanej dotychczas przez Wjatrowycza, było wykreowanie antyrosyjskiej Ukrainy poprzez budowanie świadomości państwowo-narodowej Ukraińców na tradycji nacjonalistyczno-banderowskiej. Towarzyszyło temu nie mające precedensu w dziejach najnowszych Europy fałszowanie historii.

Warto przypomnieć, że książka Wjatrowycza „Stosunek OUN do Żydów: formowanie stanowiska na tle katastrofy” została skrytykowana przez Johna-Paula Himkę, Tarasa Kuryło, Pera Andersa Rudlinga i Grzegorza Rossolińskiego-Liebe. W ich opinii praca ta zaprzecza antysemityzmowi OUN i zbrodniom nacjonalistów ukraińskich na Żydach, niewiele wnosi do poznania historii, natomiast w dużym stopniu przyczynia się do jej wypaczenia. Również książka Wjatrowycza „Druga wojna polsko-ukraińska 1942-1947” została ostro skrytykowana przez takich historyków jak Grzegorz Hryciuk, Ihor Iljuszyn, Grzegorz Motyka, Andrij Portnow, Per Anders Rudling, Grzegorz Rossoliński-Liebe, Andrzej Leon Sowa i Andrzej Zięba. Krytycy ci zwrócili uwagę, że już samo posługiwanie się terminem „wojna” dla opisu stosunków polsko-ukraińskich w latach 1939-1947 jest próbą ukrycia ludobójczej czystki etnicznej dokonanej na Polakach przez OUN-B i UPA. Według prof. A. Zięby książka Wjatrowycza jest pełna przemilczeń i fałszerstw wprowadzających czytelnika w błąd, mających na celu rozgrzeszenie sprawców zbrodni i skonsolidowanie Ukraińców wokół nacjonalistycznej mitologii. Andrzej L. Sowa i Per A. Rudling odmówili tej pracy jakiejkolwiek wartości naukowej. Natomiast niemiecka badaczka nacjonalizmu ukraińskiego Franziska Bruder już w 2011 roku wezwała świat naukowy do bojkotowania Wjatrowycza.

Niestety, wezwanie takie nigdy nie padło ze strony polskich władz, stających na stanowisku, że antyrosyjską Ukrainę trzeba wspierać za wszelką cenę. Prof. Włodzimierz Osadczy trafnie zauważył, że bez potępienia przez nowe władze Ukrainy działalności Wołodymyra Wjatrowycza, jego odwołanie nie powinno wzbudzać w Polsce entuzjazmu, a wręcz rozczarowanie, że nastąpiło z półrocznym opóźnieniem. Wjatrowycz odszedł, ale jego zatrute dziedzictwo pozostało i nic nie wskazuje na to, by miało zostać szybko usunięte z ukraińskiej przestrzeni publicznej.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 2 października 2019 r.

„Przegląd” nr 40 (1030), 30.09-6.10.2019, s. 31

Polska i Niemcy 80 lat później

Wobec niespodziewanej absencji na obchodach 80-tej rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej najważniejszego spodziewanego przez obóz władzy gościa – czyli Donalda Trumpa – a także nieobecności przywódców Francji i Wielkiej Brytanii, to prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier i kanclerz Angela Merkel nadali światową rangę tym uroczystościom. Bez wątpienia prezydent Niemiec wygłosił również najlepsze i najważniejsze przemówienia – w Wieluniu i przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

Warto przypomnieć co powiedział. Podczas uroczystości w Wieluniu stwierdził m.in: „(…) na Wieluń spadło piekło – rozpętane przez niemiecki rasistowski obłęd i żądzę zniszczenia. (…) Wieluń był zarzewiem, atakiem terrorystycznym niemieckiej Luftwaffe oraz zapowiedzią wszystkiego, co miało nastąpić w ciągu kolejnych sześciu lat. (…) Cynizm niemieckich agresorów był bezgraniczny, ich działania – nieludzkie, a skutki dla mieszkańców tego miasta – straszliwe. (…) Przyszedł czas, by Wieluń i wiele innych zrównanych z ziemią polskich miast i wsi znalazło swoje miejsce obok innych miejsc upamiętniających niemieckie zbrodnie – obok Guerniki, Lidic i Oradour – i abyśmy także w Niemczech i w Berlinie znaleźli nowe i godne sposoby upamiętnienia. Wieluń musi być obecny w naszych umysłach i w naszych sercach.

Tu w Wieluniu sąsiedztwo polsko-niemieckie zostało unicestwione z tak radykalną wolą zniszczenia, z taką siłą, że pamięć o tym boli jeszcze dzisiaj. Który Niemiec może patrzeć na Wieluń, na Warszawę czy Palmiry oraz Auschwitz i inne miejsca Shoah, nie odczuwając wstydu? To Niemcy dokonywali w Polsce zbrodni przeciw ludzkości. Kto twierdzi, że to przeszłość i że to się już skończyło, kto oświadcza, że panowanie nazistowskiego terroru nad Europą to tylko marginalia historii Niemiec, ten sam wydaje na siebie wyrok. Ta przeszłość nie przeminie. Mamy z nią do czynienia. »Każdy ma coś wspólnego z niemieckim losem […] i niemiecką winą, jeśli urodził się Niemcem« – ten, kto chce się powoływać na niemiecką historię, musi znieść także tę wypowiedź Tomasza Manna.

Przeszłość nie przeminie. I nasza odpowiedzialność nie przeminie. My to wiemy. Jako prezydent Niemiec chcę Państwa zapewnić: Nie zapomnimy! Chcemy i będziemy pamiętać. Bierzemy na siebie odpowiedzialność, którą nakłada na nas historia.

(…) Polska stawiła opór tej haniebnej próbie unicestwienia jej. (…) Państwo niemieckie zawsze będzie wdzięczne za to, że zostało ponownie przyjęte do grona Europejczyków po tym, co Niemcy wyrządzili mieszkańcom Wielunia oraz milionom ludzi na naszym kontynencie. Niemcy zawsze będą wdzięczne za walkę Polaków o wolność, która zerwała żelazną kurtynę i utorowała drogę do zjednoczonej Europy. Nie możemy cofnąć wyrządzonych krzywd i cierpień. Nie możemy ich też zliczyć. Jednak Polska wyciągnęła do Niemiec dłoń w geście pojednania. Mimo wszystko. Jesteśmy głęboko wdzięczni za tę wyciągniętą do nas dłoń, za gotowość Polski, by wspólnie podążać drogą pojednania[1].

Natomiast w Warszawie powiedział: „Ta wojna była zbrodnią niemiecką. Historia tego miejsca jest tego świadectwem. Już od pierwszego dnia wojny Niemcy ostrzeliwali Warszawę. Przez lata siali ogromne spustoszenie w tym mieście. Całe dzielnice miasta zrównali z ziemią. Deportowali jego mieszkańców. Mordowali mężczyzn, kobiety i dzieci. Polska, jej kultura, jej miasta, jej mieszkańcy – wszystko, co żywe, miało zostać unicestwione. (…) Nie ma drugiego takiego miejsca w Europie, w którym z takim trudem przychodziłoby mi zabrać głos. Jako prezydent Niemiec, wspólnie z kanclerz federalną Niemiec, mówię dzisiaj wszystkim Polkom i Polakom: nie zapomnimy. Nie zapomnimy ran, które Niemcy zadali Polakom. Nie zapomnimy cierpienia polskich rodzin, tak samo jak ich odwagi stawiania oporu. Nigdy nie zapomnimy”[2].

Wystąpienia prezydenta RFN w Wieluniu i w Warszawie uważam za wydarzenie bardzo doniosłe. Nie mniej doniosłe jak wystąpienie jego poprzednika podczas 50-tej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego w 1994 roku oraz wystąpienie Władimira Putina na Westerplatte w 2010 roku, który – o czym dzisiaj mało kto w Polsce pamięta – przyznał wtedy, że pakt Ribbentrop-Mołotow umożliwił III Rzeszy i ZSRR opanowanie Europy Środkowej. Reakcje obozu władzy i jego mediów na słowa prezydenta Steinmeiera były z pozoru pełne uznania, ponieważ nie mogły być inne. Z pozoru, bo nawet w tych reakcjach nie zabrakło charakterystycznej dla tej władzy buty.

Premier Morawiecki pozwolił sobie na komentarz, że przemówienie prezydenta Niemiec było „rzeczywiście przełomowe”, a następnie dodał, że tak jednoznaczne uznanie przez najwyższego przedstawiciela RFN win niemieckich wobec Polski jest „wielkim sukcesem polityki historycznej PiS” (sic!). Uniknął też odpowiedzi na pytanie, czy polski rząd odpowie na apel Steinmeiera, który w swojej wypowiedzi zawarł oczekiwanie wybaczenia ze strony polskiej. Natomiast według wicepremiera Piotra Glińskiego słowa prezydenta Niemiec oznaczają, że Polska ma „duże szanse na uzyskanie reparacji wojennych” od RFN. Premier Morawiecki dodał do tego, że „my teraz czekamy na analizy, które są prowadzone”[3]. Taka zatem jest reakcja władz polskich na ponową niemiecką prośbę o przebaczenie, wyartykułowaną do tego tak dobitnie. Iście mocarstwowa – jak za starych czasów księżycowej polityki Józefa Becka, którego epigonami są obecnie rządzący.

Z kolei na Westerplatte premier Morawiecki powiedział 1 września: „Trzeba domagać się zadośćuczynienia za drugą wojnę światową”. To powiedział szef rządu, który nie ma odwagi domagać się od Ukrainy uznania odpowiedzialności nacjonalistów ukraińskich za ludobójstwo na narodzie polskim oraz ekshumacji i upamiętnienia ofiar tego ludobójstwa. Dzień wcześniej prezydent Andrzej Duda poprosił prezydenta Ukrainy o zniesienie zakazu prowadzenia prac ekshumacyjnych na Wołyniu. Równocześnie ten sam prezydent w wywiadzie dla niemieckiego „Bilda” zapowiedział rychłe „wystawienie rachunku” Niemcom za drugą wojnę światową. Ukrainę proszą o anulowanie zakazu ekshumacji ofiar ludobójstwa UPA, a od Niemiec żądają odszkodowań wojennych. Taka to jest polityka mocarstwowa. Zatem od czasów Becka charakter polityki mocarstwowej w Polsce się nie zmienił.

W związku z 80-tą rocznicą Września 1939 roku temat reparacji wojennych od Niemiec został też podjęty w prorządowych mediach. Dlatego muszę wyjaśnić, że żądanie tych reparacji jest wielką pisowską hucpą. Z kilku co najmniej powodów. (1) Niemcy są państwem silnym i poważnym i otwarcie takiego tematu mogą potraktować także poważnie – tzn. jako powrót do dyskusji o granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, ponieważ niechętne uznanie tej granicy przez kanclerza Helmuta Kohla w 1990 roku było w rozumieniu Berlina formą reparacji wobec Polski za drugą wojnę światową. (2) Zostanie to odczytane nie tylko przez władze w Berlinie, ale i naród niemiecki jako akt nieprzyjazny. (3) Okazywanie wrogości Niemcom, czyli państwu, od którego sprawy polskie zależą bardzo wiele i to nie tylko w UE, przy jednoczesnym stąpaniu na paluszkach w kwestiach historycznych przed Ukrainą, od której w sprawie Polski nie zależy nic, podsumowuje całą pisowską politykę mocarstwową. (4) Jest to temat wywołany przez Kaczyńskiego głównie na użytek polityki wewnętrznej – w celu podtrzymywania gotowości bojowej elektoratu przez ciągłe jątrzenie, a to przeciw Niemcom, a to przeciw Rosji, a to przeciw „gorszemu sortowi” Polaków. (5) Tym bardziej pokazuje to irracjonalność polityki obecnego obozu władzy.

Na irracjonalność tej polityki zwrócił uwagę 4 września Gerhard Gnauck – warszawski korespondent „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Gnauck zauważył, że temat reparacji wprowadził do debaty publicznej latem 2017 roku prezes PiS Jarosław Kaczyński, poruszając go podczas wiecu partyjnego. „Od tego czasu politycy obozu rządzącego zapowiadają raz po raz, że wystawią Niemcom rachunek” – pisze Gnauck. Jeden z ministrów polskiego rządu wymienił sumę „840 mld euro”, prawicowi publicyści piszą o bilionach – czytamy w „FAZ”.

„Co jest właściwie celem polskiego rządu?” – pyta Gnauck zastrzegając, że od członków sejmowego zespołu ds. reparacji niewiele można się dowiedzieć. „Nie ma jasnych dowodów na to, że polscy przedstawiciele poruszyli ten temat wobec Niemiec na najwyższym szczeblu. Dyplomaci próbowali to zrobić, lecz natrafili w Berlinie, jak można usłyszeć, na mur milczenia” – pisze niemiecki dziennikarz. Na postawione pytanie sam sobie odpowiada, że przyczyną takich działań władz polskich mogą być wysuwane od lat przez organizacje żydowskie w USA żądania restytucji byłego mienia żydowskiego w Polsce. Zdaniem Gnaucka sytuacja prawna i presja moralna, to dwa różne aspekty tego „wielostronnego konfliktu”[4]. A zatem w Niemczech otwarcie zauważono, że polityka polska jest prowadzona od ściany do ściany.

Z punktu widzenia kuchni politycznej wystąpienia prezydenta Steinmeiera w Wieluniu i Warszawie były mistrzostwem politycznym na najwyższym poziomie. Wytrącił obozowi władzy w Polsce broń z ręki. Odtąd dalsze artykułowanie przez władze polskie żądania reparacji wojennych od Niemiec będzie postrzegane przez opinię międzynarodową jako działanie nieprzyjazne ze strony Polski.

W świetle przytoczonych wypowiedzi czołowych polityków polskich obawiam się, że kolejna niemiecka prośba o przebaczenie win – wyartykułowana tak mocno przez Franka-Waltera Steinmeiera – może zawisnąć w próżni. Nie ma dzisiaj żadnych przeszkód, żeby Polska budowała dobre i partnerskie stosunki z Niemcami i Rosją. Budowanie takich partnerskich stosunków nie oznacza przecież ani konieczności politycznego podporządkowania się Rosji, ani konieczności akceptacji niemieckich planów federalizacji Unii Europejskiej – jak to sugerują prorządowe media i zwolennicy obozu władzy. W ich narracji dalej mamy rok 1939, a współczesne Niemcy oraz Rosja są nadal III Rzeszą oraz Związkiem Radzieckim i przygotowują się do podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow. Wszystko zresztą obozowi władzy i jego akolitom się z tym paktem kojarzy – i rurociąg bałtycki, i wychodzące z Berlina postulaty zniesienia sankcji wobec Rosji, i jakakolwiek zbliżenie niemiecko-rosyjskie.

Przeszkodą w budowaniu normalnych stosunków z dwoma wielkimi sąsiadami jest to, że rządzą w  Polsce siły, które przyjęły rolę głównego reprezentanta interesów amerykańskich w Europie, co determinuje radykalnie antyrosyjski, ale także antyniemiecki kierunek polityki zagranicznej Warszawy. Celem polityki amerykańskiej jest bowiem niedopuszczenie do bliskich i partnerskich relacji pomiędzy UE i Rosją, a przez to redukcji amerykańskich wpływów w Europie. Narzędziami USA w tej grze są Polska, Ukraina, państwa bałtyckie i w mniejszym stopniu Rumunia. Rola Polski w polityce amerykańskiej determinuje charakter polskiej polityki historycznej, która zamiast szukać pojednania jątrzy stosunki polsko-rosyjskie i polsko-niemieckie. To dlatego prezydent Duda w swoim wystąpieniu z okazji 80-tej rocznicy agresji III Rzeszy na Polskę mówił o współczesnej Rosji, czyli nie na temat. Niestety, duża część Polaków podziela takie spojrzenie na historię, albo – poddawana ciągłemu naciskowi propagandowemu – niewiele już z historii swojego kraju rozumie. W odpowiedzi na empatię niemiecką nie widzę symetrycznej reakcji w społeczeństwie polskim. Widzę natomiast ciągłe pretensje historyczne do obu sąsiadów, niejednokrotnie przesadnie artykułowane. Pojednanie historyczne jest rzeczą trudną i zawsze będzie rezultatem kompromisu, który nikogo nie zadowoli, ponieważ każdy naród ma własną pamięć historyczną i własne emocje. W stosunkach Polski z Niemcami i Rosją, dla polskiej przyszłości – jest jednak konieczne. I możliwe.

[1] „Wystąpienie prezydenta Niemiec w Wieluniu. Chylę czoła i proszę o przebaczenie”, „Gazeta Wyborcza” nr 204 (9716), 2.09.2019, s. 12.

[2] „Stoję dzisiaj przed polskim narodem bosy, obarczony wielkim, historycznym brzemieniem”, http://www.tvn24.pl, 1.09.2019.

[3] Premier w Polsat News: przemówienie prezydenta Niemiec  przełomowe; ws. reparacji czekamy na analizy, http://www.polsatnews.pl, 4.09.2019.

[4] FAZ o reparacjach: dokąd zmierza polski rząd?, http://www.dw.com, 4.09.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 września 2019 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2259/2260), 22-29.09.2019, s. 9

Kto otworzył drogę Hitlerowi?

Pytanie, czy Polska mogła uniknąć losu, jaki spotkał ją we wrześniu 1939 roku, było stawiane od czasu zakończenia kampanii wrześniowej. Epigoni obozu sanacyjnego zwykle udzielali na nie fałszywych odpowiedzi – zrzucając odpowiedzialność wyłącznie na sygnatariuszy paktu Ribbentrop-Mołotow i mocarstwa zachodnie, tylko nie na politykę firmowaną przez Józefa Becka. Z kolei po 1989 roku w kręgach prawicowych zyskała popularność teza, że w 1939 roku należało stanąć po stronie III Rzeszy. Argumenty zwolenników tej tezy – będącej jednym z przejawów polskiego irracjonalizmu politycznego – zebrał Piotr Zychowicz w książce „Pakt Ribbentrop-Beck. Czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki” (Poznań 2012).

Nie pakt „Ribbentrop-Beck”, ale układ sojuszniczy pomiędzy Pragą i Warszawą był szansą na zatrzymanie rozpędzającej się agresji hitlerowskiej. Polska przegrała kampanię wrześniową rok wcześniej – we wrześniu 1938 roku – dopuszczając do rozbioru Czechosłowacji. Gorzko podsumował to wówczas Wojciech Korfanty (1873-1939): „Za dwa powiaty Zaolzia, które można było w inny sposób dziesięć razy odzyskać sprzedano bezpieczeństwo Polski”. Rozbiór, a następnie likwidacja Czechosłowacji w połowie marca 1939 roku doprowadziły do przejęcia przez III Rzeszę nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej i dobrze rozwiniętego czeskiego przemysłu zbrojeniowego. Spowodowało to wzmocnienie niemieckiego potencjału militarnego na tyle, że Niemcy hitlerowskie były gotowe do rozpoczęcia wojny z Polską już pod koniec lata 1939 roku. Z dzisiejszej perspektywy zdumiewa, że sternicy nawy państwowej II RP nie rozumieli jakie będą skutki geopolityczne i wojskowe rozbioru Czechosłowacji. Polską racją stanu było niedopuszczenie za wszelką cenę do kapitulacji Czechosłowacji przed dyktatem monachijskim. A cena była naprawdę niewielka – trzeba było tylko wznieść się ponad uprzedzenia polityczne wobec tego kraju.

Rok 1938 był kluczowy dla rozwoju późniejszych wydarzeń. To wtedy mocarstwa zachodnie zapaliły zielone światło Hitlerowi do rozpętania drugiej wojny światowej. To nie pakt Ribbentrop-Mołotow, ale układ monachijski doprowadził do zniszczenia ładu wersalskiego i pozwolił III Rzeszy na politykę dyktatu i podboju. Odpowiedzialność za to spada w pierwszej kolejności na Francję i Wielką Brytanię oraz ich politykę appeasementu (zaspokajania roszczeń Hitlera). Wątpliwości co do tego nie miał Winston Churchill: „W roku 1938 walka o Czechosłowację byłaby czymś jak najbardziej rozsądnym: armia niemiecka mogła wystawić zaledwie pół tuzina wyszkolonych dywizji na froncie zachodnim, podczas gdy Francja ze swoimi niemal 60 czy 70 dywizjami bez trudu mogła przekroczyć Ren i zająć Ruhrę”. A także dojść do Berlina i zakończyć istnienie brunatnej Rzeszy Hitlera, zanim ta podpaliła świat. W 1939 roku było już na to za późno.

W drugiej połowie września 1938 roku – w szczytowym momencie kryzysu sudeckiego – czechosłowacki prezydent Edvard Beneš skierował list do prezydenta Ignacego Mościckiego, w którym oferował Polsce rewizję granicy w zamian za neutralność Warszawy w kryzysie sudeckim. List ten dotarł do Warszawy z opóźnieniem i nie wywarł pozytywnego skutku ze względu na antyczeską zawziętość Józefa Becka – sternika polskiej polityki zagranicznej. Jego odpowiedzią na list Beneša były wysłane do Pragi pod koniec września 1938 roku noty dyplomatyczne, utrzymane w tonie nieprzyjaznym, w których Warszawa domagała się równolegle do załatwienia roszczeń niemieckich rewindykacji terytorialnej na Zaolziu. To wtedy II RP przegrała kampanię wrześniową z 1939 roku, a więc swój byt polityczny.

Józef Beck po objęciu w listopadzie 1932 roku stanowiska ministra spraw zagranicznych zablokował proces normalizacji stosunków polsko-czechosłowackich. Wobec Czechosłowacji kierował się on tezą Józefa Piłsudskiego, że istnienie tego państwa nie jest zjawiskiem trwałym. Wbrew stanowisku opozycji antysanacyjnej prowadził rozmyślną politykę pogorszenia stosunków z Pragą, czego wyrazem było niepowodzenie rozmów polsko-czechosłowackich w latach 1932-1934. Południowy sąsiad przestał być wtedy dla Becka poważnym partnerem.

Politykę Józefa Becka wobec Czechosłowacji w 1938 roku bezlitośnie podsumował prof. Henryk Batowski (1907-1999): „Błędna polityka polska w tym okresie łączyła się (…) z faktem, że Czechosłowacja była w sojuszu ze Związkiem Radzieckim, że tolerowała u siebie działalność partii komunistycznej, że udzielała pomocy polskiej opozycji. Oficjalnie upominano się o nie w pełni takie, jakie powinno być, traktowanie ludności polskiej na Zaolziu. Ale trzeba stwierdzić, że Beckowi nie tyle chodziło o sprawę Zaolzia, ile o cel znacznie szerszy: o zniszczenie Czechosłowacji jako takiej, gdyż nie mieściła się ona w koncepcji Europy Środkowej wytworzonej w polskim MSZ, opartej przede wszystkim na współpracy z Węgrami. Chciano dopomóc separatystom słowackim w zerwaniu z Pragą, a Czechów pozostawić ich własnemu losowi”[1]. Takie cele polityki polskiej były w tym czasie niestety bliskie celom polityki hitlerowskiej.

O ile przed 1989 rokiem w historiografii polskiej dominowało przekonanie, że Polska popełniła śmiertelny błąd biorąc udział w rozbiorze Czechosłowacji, to w III RP nastąpił powrót do prosanacyjnej wykładni dziejów. Sprowadza się to nie tylko do usprawiedliwiania zgubnej dla Polski polityki Józefa Becka, ale także jego gloryfikacji jako rzekomo przenikliwego męża stanu, który w 1938 roku zapobiegł zajęciu Zaolzia przez Niemców. Zwolennicy takiego punktu widzenia (m.in. Marek K. Kamiński, Leszek Moczulski, Romuald Szeremietiew) uważają, że całkowitą i wyłączną winę za fiasko jakiegokolwiek porozumienia Polski i Czechosłowacji w 1938 roku ponosił Edvard Beneš, który od 1918 roku prowadził politykę antypolską.

Z takim punktem widzenia już ponad pół wieku temu polemizował gen. Tadeusz Machalski (1893-1983) – w latach 1939-1945 attaché wojskowy w Atenach i Ankarze, po wojnie emigracyjny historyk wojskowości. W wydanej w Londynie w 1964 roku książce „Pod prąd. Światła i cienie kampanii wrześniowej 1939 roku” zauważył on, że zatargi z Pragą o Zaolzie „aczkolwiek ważne, nie powinny były zaciemniać nam obrazu rzeczywistości. Istnienie Czechosłowacji skracało naszą granicę narażoną na atak niemiecki, o całe 850 km i zapewniało bezpieczeństwo naszej południowo-zachodniej granicy na odcinku sięgającym od Karpat aż po Częstochowę włącznie. To było rzeczą najważniejszą, ważniejszą od tego, czy Benesz był sympatyczny czy nie (…). Rozwiązania problemu bezpieczeństwa naszej południowo-zachodniej granicy nie należało szukać we wspólnym z Hitlerem rozbiorze Czechosłowacji, ale wręcz przeciwnie, broniąc Czechosłowację [!] przed zaborczością Hitlera. Wtedy Hitler, widząc nas przeciwko sobie, prawdopodobnie namyśliłby się dwa razy przed podjęciem ryzykownej decyzji. Gdybyśmy w czasie kryzysu sudeckiego stanęli po stronie Czechosłowacji zamiast po stronie Niemiec, to możliwe, że do wojny tak w 1938, jak i w 1939 roku w ogóle by nie doszło, a gdyby pomimo wszystko wybuchła już w 1938 roku, to rozegrałaby się tak, jak to niemiecki sztab generalny przewidywał i zakończyłaby się katastrofą Niemiec. Ale nawet gdyby Francja i Anglia zawiodły, to i bez ich udziału, razem z Czechosłowacją, byliśmy silniejsi od Hitlera i dalibyśmy sobie z nim radę i to tym łatwiej, że pomógłby nam planowany przez generałów niemieckich zamach stanu”.

Niestety, tak się nie stało. Mentalność ekipy sanacyjnej – owładniętej obsesją antyczeską, bardzo długo lekceważącej zagrożenie niemieckie i ulegającej nierealnemu złudzeniu „polityki mocarstwowej” – doprowadziła do udziału II RP w rozbiorze Czechosłowacji, którego bezpośrednim skutkiem stała się agresja hitlerowska na Polskę rok później. Nie jest prawdą, że po stronie czechosłowackiej nie było partnera do zawarcia układu politycznego.

Poważne rozmowy na temat politycznego i wojskowego zbliżenia obu krajów były prowadzone już w latach 1924-1925 przez szefa polskiego Sztabu Generalnego, gen. Stanisława Hallera, oraz gen. Jana Syrový’ego – wówczas zastępcę naczelnika Sztabu Głównego armii czechosłowackiej, a we wrześniu 1938 roku premiera rządu czechosłowackiego, który został zmuszony przyjąć dyktat monachijski. Jeszcze po przewrocie majowym z 1926 roku w czeskich kołach wojskowych istniała gotowość zawarcia sojuszu z Polską. Jeden z czeskich sztabowców, płk Bartoš, stwierdził wówczas, że „istnieje bezwzględna konieczność jak najściślejszej współpracy obu naszych armii, wobec istnienia wspólnego nieprzyjaciela – Niemiec. Ta współpraca jest conditio sine qua non istnienia obu państw”[2].

W połowie lat 20-tych XX w. czescy i polscy sztabowcy kreślili plany wspólnego ataku na niemiecki Śląsk („klin śląski”), w przypadku zagrożenia obu państw przez Niemcy. Zawarcie wówczas wymierzonego w Berlin sojuszu polsko-czechosłowackiego zmieniłoby układ sił w Europie Środkowej na niekorzyść Niemiec, likwidując w pierwszej kolejności niebezpieczeństwo niemieckiego okrążenia Polski od południowego zachodu. Ponadto dobrze rozwinięty czeski przemysł zbrojeniowy stałby się cennym dostawcą broni dla Wojska Polskiego. Dlatego porozumienie polityczno-wojskowe z Czechosłowacją było celem, jaki postawił sobie w polityce zagranicznej trzeci rząd Wincentego Witosa – powołany 10 maja 1926 roku i obalony cztery dni później w wyniku wojskowego zamachu stanu Józefa Piłsudskiego. Historycy ruchu ludowego są przekonani, że jedną z głównych przyczyn przewrotu majowego był zamiar pokrzyżowania planów sojuszu polsko-czechosłowackiego, który nie leżał w interesie Niemiec i Wielkiej Brytanii.

Zamach majowy przerwał prace nad paktem polityczno-wojskowym z Pragą, a jednym z jego konsekwencji było osłabienie, a następnie zerwanie w 1934 roku kontaktów wojskowych między Polską a Czechosłowacją. Był to wielki błąd. Kierownictwo armii czechosłowackiej – złożone z byłych legionistów walczących z bolszewikami w Rosji w latach 1918-1919 – stanowiło najbardziej propolską część establishmentu czechosłowackiego. W oparciu o generalicję czechosłowacką można było zbudować polskie lobby polityczne w tym kraju, które mogło wpłynąć na niechętną Polsce politykę prezydentów Tomáša Masaryka i Edvarda Beneša. Tacy generałowie jak Ludvík Krejčí, Alois Eliáš, Lev Prachala, Jan Syrový, czy Siergiej Wojciechowski (z pochodzenia Polak) – przeciwnicy kapitulacji wobec dyktatu monachijskiego – mając polskie wsparcie podczas kryzysu sudeckiego, mogli się pokusić o obalenie ekipy prezydenta Edvarda Beneša na drodze zamachu stanu i stworzenie rządu, który razem z Polską byłby gotów podjąć walkę z Niemcami. Racją stanu Polski było utrzymanie z tymi propolskimi generałami kontaktów za wszelką cenę. Tymczasem ekipa sanacyjna zerwała z nimi wszelkie kontakty w połowie lat 30-tych – w sytuacji, gdy Niemcy hitlerowskie przystąpiły do demontażu ładu wersalskiego w Europie.

Armia czechosłowacka zmobilizowała w 1938 roku 45 dywizji wobec 47 niemieckich. Gdyby po stronie Czechosłowacji stanęła Polska, nie mówiąc o Francji, III Rzesza nie miałaby przewagi militarnej już na początku starcia zbrojnego.

Przedstawiciele czeskich kół wojskowych w latach 1937-1938, a nawet jeszcze jesienią 1938 roku, szukali kontaktu z Polską, jednakże ekipa sanacyjna nie miała zamiaru dogadać się z Czechosłowacją. Z inicjatywą rozmów pod adresem polskiego attaché wojskowego w Bukareszcie, ppłk. Tadeusza Zakrzewskiego, wystąpił już na początku grudnia 1937 roku jego czeski odpowiednik, ppłk Otokar Buda. Proponował on w imieniu gen. Ludvíka Krejčí – szefa czechosłowackiego Sztabu Głównego – odbycie zakonspirowanego spotkania przedstawicieli sztabów polskiego i czechosłowackiego w sprawie współdziałania obu państw przeciw Niemcom.

Jedyną reakcją na raport ppłk. T. Zakrzewskiego w tej sprawie była surowa reprymenda udzielona mu przez gen. Wacława Stachiewicza – szefa polskiego Sztabu Głównego – oraz płk. Tadeusza Pełczyńskiego – szefa Oddziału II, późniejszego generała i jednego ze sprawców tragedii powstania warszawskiego. Propozycję współpracy pod adresem strony polskiej ponowił w lutym 1938 roku czeski attaché wojskowy w Moskwie, ppłk Dastych. Sugerował on, że jeśli Polska stanie po stronie Czechosłowacji i zaproponuje układ sojuszniczy, to generalicja czechosłowacka odsunie od władzy ekipę Beneša[3]. Propozycja ta była jednak dla ekipy sanacyjnej niepożądana i kłopotliwa, więc ją zignorowano. To samo stało się z oficjalną propozycją czeską z czerwca 1938 roku dostaw surowców i sprzętu wojennego do Polski w zamian za zawarcie sojuszu wojskowego między oboma państwami.

Henryk Batowski ocenił takie działania strony polskiej następująco: „Błędność tej polityki wiązała się z całą ówczesną polityką obozu sanacji, jak i z określonymi cechami osobowości samego Becka, tj. jego arbitralnością, przekonaniem o własnej nieomylności, a także – last but not least – silną emocjonalną niechęcią do Czechów w ogóle i do Beneša w szczególności. Te wszystkie cechy, a zawłaszcza wszelkie emocjonalne uprzedzenia, są całkowicie niedopuszczalnymi motywami we wszystkich działaniach publicznych, tym bardziej wtedy, gdy chodzi o losy własnego kraju i narodu (…). Beck dążył do całkowitego rozbicia Czechosłowacji. Zamiast niej widział przede wszystkim wspólną granicę polsko-węgierską w Karpatach wschodnich (…) oraz niezależną bądź autonomiczną Słowację, związaną bądź z Polską, bądź z zaprzyjaźnionymi z Polską Węgrami, w każdym razie rozszerzającą – jak rozumowano wtedy w Warszawie – bezpieczeństwo Polski od południa na cały łańcuch Karpat”[4].

„Niezależną” Słowację proklamował jednak nie Beck, ale Hitler w marcu 1939 roku i z jej właśnie terytorium wyszło we wrześniu 1939 roku oskrzydlające Polskę od południa uderzenie niemiecko-słowackie.

Z analizy wypowiedzi czołowych polityków sanacyjnych – nie tylko Becka – wynika, że nie wierzyli oni w trwałość państwa czechosłowackiego, mieli pogardę do Czechów jako narodu oraz uważali, że rozbiór Czechosłowacji byłby dla Polski sprawą pożądaną i korzystną politycznie. Takie wypowiedzi były formułowane jeszcze na długo przed kryzysem sudeckim. Bez względu na geopolityczne uwarunkowania sytuacji Polski i Czechosłowacji w roku 1938 – na co powołują się obrońcy polityki Becka – los Czechosłowacji w myśleniu ekipy sanacyjnej był już przesądzony na długo przedtem. Polityka polska w 1938 roku wobec południowego sąsiada nie była zdeterminowana kwestią Zaolzia i mieszkającej tam ludności polskiej, lecz stanowiła realizację znacznie wcześniejszych planów ekipy sanacyjnej rozbicia Czechosłowacji. Trudno doprawdy pojąć to zaślepienie, ponieważ Czechosłowacja była, obok Polski, zwornikiem ładu wersalskiego w Europie, który przyniósł prawno-międzynarodowe uznanie obu państw. Każdy kto podkopywał system wersalski w Europie Środkowej – przyczyniał się do likwidacji niepodległego państwa polskiego.

Niestety, ale prawda jest taka, że zanim 23 sierpnia 1939 roku Ribbentrop i Mołotow ostatecznie złożyli do grobu system wersalski, grobową niszę wykopał mu m.in. minister Józef Beck we wrześniu i październiku 1938 roku. Polityka ekipy sanacyjnej w dobie Monachium sprawiła, że na salonach politycznych ówczesnej Europy podejrzewano nawet Polskę o jakąś tajemniczą zmowę z Niemcami. Wytrawnym politykom wydawało się bowiem dziwne, że ambitny minister dyplomacji nie rozumie dających się przewidzieć konsekwencji swoich działań.

[1] H. Batowski, „Między dwiema wojnami 1919-1939. Zarys historii dyplomatycznej”, Kraków 2001, s. 323.

[2] J. Engelgard, „Sojusz z Czechosłowacją – niewykorzystana szansa”, (w:) „Piłsudski i sanacja – błędy i zbrodnie. Konferencja historyczna, Warszawa, 15 września 2018”, Warszawa 2018, s. 48.

[3] Tamże, s. 52-54. Por. też: H. Bułhak, „Z dziejów stosunków wojskowych polsko-czechosłowackich w latach 1927-1936”, „Studia z dziejów ZSRR i Europy Środkowej”, t. XI, Warszawa 1975, s. 98-150; Tenże, „Czechosłowackie próby wznowienia rozmów na temat sojuszu wojskowego z Polską (1937-1938)”, „Studia z dziejów ZSRR i Europy Środkowej”, t. XII, Warszawa 1976, s. 203-210; M. Jarecki, „Dylematy i rozdroża czechosłowackiej polityki zagranicznej”, „Sborník prací Pedagogické fakulty Masarykovy univerzisty, řada společenských věd”, Brno 2017, s. 33-40.

[4] H. Batowski, „Rok 1938 – dwie agresje hitlerowskie”, Poznań 1985, s. 434-444.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 września 2019 r.

„Przegląd” nr 37 (1027), 9-15.09.2019, s. 34-37

Oni ocalili Kraków

Dzień 1 września jest w Polsce obchodzony jako rocznica wybuchu drugiej wojny światowej. Ale ta data mogła też symbolizować zupełnie inne wydarzenie – powstanie Armii Krajowej w Krakowie w 1944 roku. Powstanie, które stałoby się co najmniej taką samą hekatombą jak powstanie warszawskie. Nie ulega wątpliwości, że w wypadku wybuchu tego powstania nie tylko Kraków, ale i okoliczne miejscowości stałyby się ofiarą niemieckiego odwetu. Kraków był stolicą Generalnego Gubernatorstwa i siedzibą generalnego gubernatora Hansa Franka. Z tego powodu wzniecenie tam powstania zostałoby odczytane przez Niemców i samego Franka – znanego z nienawiści do Polaków – jako szczególnie bezczelna polska prowokacja. W obliczu słabości tamtejszych sił AK, które w żaden sposób nie mogły sprostać ogromnej przewadze niemieckiej w liczebności i uzbrojeniu, Kraków i jego okolice podzieliłyby los Woli, Ochoty i Starego Miasta w Warszawie. Auschwitz był niedaleko – zaledwie o 60 km – zatem techniczne rozwiązanie problemu likwidacji tych cywilów, których Niemcy nie zdołaliby zabić na miejscu, nie byłoby trudne.

Pod koniec sierpnia 1944 roku komendant główny AK gen. Tadeusz Bór-Komorowski wysłał do płk. Edwarda Godlewskiego „Gardy” – dowódcy krakowskiego Okręgu AK – depeszę z rozkazem wywołania powstania w Krakowie. Depesza Bora-Komorowskiego zaczynała się od słów: „Walka o Warszawę mimo dużych strat w ludziach i materiale daje nam potężny atut w rozgrywkach politycznych. Obecnie zależy mi bardzo by obok Warszawy nastąpiło silne uderzenie na Niemców jeszcze w Okręgu Muzeum [Kraków]. Drobne działania już nie mają znaczenia. W związku z tym: wykonajcie akcje na szerszą skalę przez opanowanie Krakowa lub w ostateczności Tarnowa. Czas i sposób wykonania pozostawiam wam”[1].

Powstanie miało zatem wybuchnąć nie tylko w Krakowie. Jeżeli w rozkazie Bora-Komorowskiego była mowa o odległym od Krakowa o 84 km Tarnowie, to należy założyć, że brał on pod uwagę także inne miejscowości Małopolski, leżące chociażby pomiędzy Krakowem a Tarnowem.

Ten rozkaz został wydany po wymordowaniu przez Niemców i ich wschodnich kolaborantów 50-60 tys. mieszkańców Woli i Ochoty, po wypędzeniu dalszych dziesiątek tysięcy warszawiaków do obozu w Pruszkowie i wywiezieniu części z nich 12 sierpnia 1944 roku w pierwszym transporcie pruszkowskim do KL Auschwitz, po tym jak Niemcy zaczęli masakrować mieszkańców pozostałych dzielnic Warszawy nalotami lotniczymi, ostrzałem artyleryjskim i pociskami wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych Nebelwerfel („ryczące krowy”), po tym jak powstańcy warszawscy toczyli już beznadziejną walkę w ruinach Starego Miasta, Śródmieścia, Powiśla, Mokotowa i na odciętym od pozostałych dzielnic Żoliborzu.

Bór-Komorowski wydał rozkaz wybuchu powstania w Krakowie mając pełną świadomość faktu, że sytuacja militarna Armii Krajowej w tym mieście była znacznie gorsza niż w Warszawie, gdzie powstańcy znajdowali się już w położeniu krytycznym. Siły, jakimi dysponował krakowski Okręg AK nie były w stanie przeciwstawić się 30-tysiecznemu garnizonowi niemieckiemu Krakowa, nie mówiąc o innych jednostkach niemieckich stacjonujących wtedy w Małopolsce – wówczas już strefie przyfrontowej. Jaki zatem sens miała następująca uwaga gen. Bora: „Oddziały Wasze muszą być silne, dobrze uzbrojone i odporne na walkę techniczną. Do akcji tej zgromadźcie jak największe zapasy amunicyj oraz zorganizujcie dobrze sieć dowodzenia /łączność radiową/, z góry rozmieszczając w poszczególnych dzielnicach miasta [oddziały] – zdolne  do samodzielnej i odosobnionej walki”?

Okręg Muzeum nie był silny i dobrze uzbrojony, nie miał wielkich zapasów amunicji, łączności radiowej i oddziałów zdolnych do samodzielnej i odosobnionej walki „technicznej” (czyli z przeciwnikiem dysponującym bronią pancerną, artylerią i lotnictwem). Czyżby gen. Bór sądził, że jego rozkaz będzie miał moc czarodziejskiej różdżki, której dotknięcie uzbroi krakowską AK tak, że będzie zdolna do walki z przeważającymi siłami wroga? Rozkaz gen. Bora był nie tylko skrajnie nieodpowiedzialny i wręcz zbrodniczy, ale stanowi ekstremalny przykład polskiego irracjonalizmu politycznego. Wiele też mówi o moralności i horyzontach myślowych generała, który stanął na czele powstania warszawskiego.

Te słowa – „walka o Warszawę mimo dużych strat w ludziach i materiale daje nam potężny atut w rozgrywkach politycznych” – mówią wszystko o dowództwie AK, o Borze-Komorowskim, Chruścielu, Okulickim, Pełczyńskim oraz Delegacie Rządu Janie Stanisławie Jankowskim. Dla nich życie mieszkańców Warszawy było warte niestety tyle samo co dla Niemców. Straty ludzkie nie miały znaczenia. Ważne były jedynie „rozgrywki polityczne”, czyli restytucja za wszelką cenę II RP i jej ustroju społeczno-ekonomicznego.

Taka jest prawda o powstaniu warszawskim, zagłuszana przez ryk propagandowy IPN i obecnego obozu władzy. Rodzi się w związku z tym pytanie, czy gdyby na przełomie sierpnia i września 1944 roku doszło zgodnie z wolą Bora-Komorowskiego do wybuchu powstania w Krakowie, to kto dzisiaj byłby obarczany winą za jego hekatombę? Także Sowieci, którzy znajdowali się wtedy pod Dębicą, w odległości 120 km od Krakowa?

Kraków ocaliła niesubordynacja płk. Edwarda Godlewskiego, którego wsparł metropolita krakowski Adam Sapieha (wówczas arcybiskup, od 18 lutego 1946 roku kardynał). Zamiast podporządkować się rozkazowi swojego przełożonego płk E. Godlewski wysłał 30 sierpnia 1944 roku na pomoc walczącej Warszawie Samodzielny Batalion Partyzancki „Skała” mjr. Jana Pańczakiewicza „Ziemowita” (1907-1968), a 11 września 1944 roku wydał rozkaz jedynie do prowadzenia ograniczonych działań w ramach akcji „Burza”. Batalion „Skała” zrezygnował z wykonania powierzonego mu zadania po walce z przeważającymi siłami niemieckimi pod Złotym Potokiem koło Częstochowy, którą stoczył również 11 września 1944 roku.

Płk Edward Godlewski »Garda« (1895-1945)

Płk Edward Godlewski »Garda« (1895-1945)

Być może jakimś tropem w próbie zrozumienia postawy dowódcy Okręgu AK Kraków jest to, że płk Edward Józef Godlewski „Garda” (1895-1945) nie był oficerem legionowym, jak chociażby Leopold Okulicki. Urodził się w zaborze rosyjskim – na Podlasiu. Pochodził z rodziny ziemiańskiej. W 1914 roku ukończył gimnazjum w Petersburgu i po wybuchu pierwszej wojny światowej znalazł się w szeregach armii rosyjskiej. Podczas walk z Niemcami został trzykrotnie ranny. W nagrodę za odwagę skierowano go do szkoły oficerskiej kawalerii, którą ukończył w lutym 1917 roku. Jesienią tego roku wstąpił do I Polskiego Korpusu Wschodniego gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego. Po rozwiązaniu tego Korpusu w 1918 roku przedostał się na Kubań, gdzie „biały” gen. Michaił Aleksiejew (1857-1918) tworzył Armię Ochotniczą. Dowódcą tej armii został jesienią 1918 roku gen. Anton Denikin (1872-1947). Edward Godlewski wstąpił tam do szwadronu polskiego, który dał początek 14. pułkowi ułanów jazłowiceckich. Pułk ten podporządkował się później 4. Dywizji Strzelców Polskich gen. Lucjana Żeligowskiego. Wraz z 14. pułkiem ułanów jazłowieckich E. Godlewski przekroczył 15 czerwca 1919 roku granicę Polski. Wziął następnie udział w wojnie polsko-bolszewickiej (1919-1920).

Po tej wojnie nadal służył w 14. pułku ułanów jazłowieckich. Został jego dowódcą w 1935 roku i dowodził nim też podczas kampanii wrześniowej 1939 roku w ramach Podolskiej Brygady Kawalerii, która wzięła udział w bitwie nad Bzurą. Podczas przebijania się przez Puszczę Kampinoską do oblężonej przez Niemców Warszawy płk E. Godlewski dowodził 19 września 1939 roku szarżą pod Wólką Węglową – ostatnią w historii polskiej jazdy szarżą wykonaną z udziałem całego pułku kawalerii. Wraz ze swym pułkiem wziął następnie udział w obronie Warszawy.

Po kapitulacji Warszawy przeszedł do walki konspiracyjnej. Od jesieni 1942 do marca 1944 roku był komendantem Obszaru AK Białystok. 15 marca 1944 roku Komenda Główna AK zlikwidowała Obszar Białystok, a płk E. Godlewski został mianowany w maju 1944 roku komendantem Okręgu AK Kraków. Płk „Garda” został aresztowany przez gestapo 19 października 1944 roku pod Kielcami. Pierwszym etapem jego męczeńskiej drogi było więzienie policyjne przy ulicy Montelupich w Krakowie, skąd na początku grudnia 1944 roku został deportowany do obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Stamtąd z kolei trafił w lutym 1945 roku do obozu koncentracyjnego Mauthausen. Zmarł z wycieńczenia tuż przed wyzwoleniem KL Mauthausen przez wojska amerykańskie, które nastąpiło 5 maja 1945 roku.

Podejmując decyzję w sprawie zignorowania rozkazu gen. Bora-Komorowskiego płk. „Garda” wiedział, że Niemcy ogólnie znają plany powstańcze AK. Prawdopodobnie też wiedział, że 25 sierpnia 1944 roku rząd polski na uchodźstwie i wódz naczelny gen. Kazimierz Sosnkowski nakazali ograniczyć powstanie do samej tylko Warszawy. Należy zaznaczyć, że młodzież w Krakowie – tak jak i wcześniej w Warszawie – też „rwała się do walki”. Na szczęście w Krakowie nie było płk. Antoniego Chruściela i gen. Leopolda Okulickiego. Był natomiast arcybiskup Adam Sapieha, który wymógł na oficerach Okręgu AK Kraków przyrzeczenie, że nie wywołają powstania. Płk. E. Godlewski uzyskał też wsparcie od miejscowych reprezentantów wszystkich sił politycznych Polski Podziemnej. Jednakże decyzję w sprawie ustosunkowania się do rozkazu gen. Bora-Komorowskiego podjął on sam jako dowódca Okręgu AK Kraków.

Książę kardynał Adam Stefan Sapieha (1867-1951), metropolita krakowski

Książę kardynał Adam Stefan Sapieha (1867-1951), metropolita krakowski

Książę kardynał Adam Stefan Sapieha (1867-1951) jest postacią na tyle znaną, że nie trzeba jej szerzej przedstawiać. Miał raczej z chłodny stosunek do piłsudczyzny, czego jednym z przejawów był tzw. konflikt wawelski z 1937 roku na tle przeniesienia trumny Józefa Piłsudskiego z krypty św. Leonarda pod Wieżę Srebrnych Dzwonów na Wawelu. Już podczas pierwszej wojny światowej powołał Książęco-Arcybiskupi Komitet Pomocy dla Dotkniętych Klęską Wojny. Natomiast podczas drugiej wojny światowej i okupacji niemieckiej był faktyczną głową Kościoła katolickiego w Generalnym Gubernatorstwie pod nieobecność przebywającego na uchodźstwie prymasa Augusta Hlonda. Utworzył Obywatelski Komitet Pomocy dla ofiar wojny i współpracował z Radą Główną Opiekuńczą. Kilkakrotnie interweniował u władz niemieckich w sprawie terroru hitlerowskiego wobec Polaków i Żydów. Był m.in. inicjatorem orędzia Episkopatu Polski do władz Generalnego Gubernatorstwa z czerwca 1943 roku w sprawie ograniczenia swobód Polaków. Ocalił najcenniejsze działa sztuki z Wawelu, podejmując pod koniec sierpnia 1939 roku decyzję o ich przeniesieniu i ukryciu w Pałacu Arcybiskupim. Odegrał, także ważną rolę w pomocy dla eksterminowanych przez okupanta Żydów, polecając udzielać potajemnie chrztu Żydom i wydawać im fałszywe metryki katolickie. Współpracował z rządem RP na uchodźstwie i strukturami Polski Podziemnej. Niestety, osoby tej miary co metropolita krakowski zabrakło pod koniec lipca 1944 roku w Warszawie, gdzie kolejny raz w historii Polski miał miejsce powstańczy szantaż ze strony garstki nieodpowiedzialnych ludzi.

Nie ulega wątpliwości, że to przede wszystkim tym dwóm osobom Kraków zawdzięcza to, że w 1944 roku nie stał się tak jak Warszawa morzem ruin, że 1 września nie jest w nim obchodzona rocznica „bohaterskiego powstania”, które mogło mieć skutki o wiele tragiczniejsze niż powstanie warszawskie i to dla całej Małopolski. Ponadto Kraków nie był jedynym miejscem, w którym gen. T. Bór-Komorowski chciał wywołać powstanie w sytuacji, gdy widział jakie były skutki powstania wywołanego w Warszawie – zarówno wojskowe (beznadziejna i nierówna walka AK), jak i polityczne (eksterminacja przez Niemców ludności cywilnej oraz brak pomocy ze strony ZSRR i aliantów zachodnich). Mimo decyzji rządu RP na uchodźstwie i gen. K. Sosnkowskiego z 25 sierpnia 1944 roku o ograniczeniu powstania do Warszawy, gen. T. Bór-Komorowski wydawał kolejne rozkazy podjęcia działań powstańczych poza Warszawą.

27 sierpnia 1944 roku polecił dowódcy Okręgu AK Kielce wykonanie akcji „na szerszą skalę przez opanowanie na przykład Radomia, Kielc lub większego kompleksu leśnego(…)”. 30 sierpnia wysłał rozkaz do dowódcy Okręgu AK Łódź, w którym stwierdził, że należy „przejść do działań na szerszą skalę. Na Waszym terenie przejawi się to przez opanowanie Piotrkowa lub jakiegoś większego kompleksu leśnego (…)”. We wszystkich tych rozkazach powtarzał z uporem maniaka: „Oddziały Wasze muszą być silne, dobrze uzbrojone i odporne na walkę techniczną”. Tak jakby nie wiedział jaka była liczebność i uzbrojenie sił AK w stosunku do sił niemieckich i ich możliwości technicznych na obszarach będących zapleczem frontu. Natomiast 1 września wysłał kolejne rozkazy do Okręgów AK Kielce, Łódź, Kraków i Śląsk, w których akcję „Burza” nakazywał „przeprowadzić w dużych zgrupowaniach [w innej wersji „w dywizyjnych zgrupowaniach” – uzup. BP]. W małych miastach walki ograniczyć tylko do samoobrony”. Notabene Okręg AK Śląsk był najsłabszym z okręgów Armii Krajowej, w którym nie było mowy o wystawieniu uzbrojonej kompanii, a co dopiero dywizji. Ponadto Bór-Komorowski w „depeszy alarmowej” do Londynu z 29 sierpnia 1944 roku zaprotestował przeciwko decyzji rządu i naczelnego wodza z 25 sierpnia o ograniczeniu powstania do Warszawy. Prof. Andrzej Leon Sowa skomentował to krótko: „Po nas choćby potop…”[2].

[1] Prof. Andrzej L. Sowa datuje ten rozkaz na 28 sierpnia 1944 r., natomiast red. Paweł Dybicz na 23 sierpnia 1944 r. Por.: P. Dybicz, „Zbrodniczy rozkaz”, „Przegląd” nr 32 (1022), 5-11.08.2019, s. 10-12.; A. L. Sowa, „Kto wydał wyrok na miasto? Plany operacyjne ZWZ-AK (1940-1944) i sposoby ich realizacji”, Kraków 2016, s. 632.

[2] A. L. Sowa, „Kto wydał wyrok na miasto?…”, s. 629-635.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 września 2019 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2257/2258), 8-15.09.2019, s. 14-15

Wytyczył drogę Zygmuntowi Berlingowi

Trzy dni po obchodach 75-tej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego grupa osób zniszczyła pomnik gen. Zygmunta Berlinga (1896-1980), znajdujący się obok mostu Łazienkowskiego w Warszawie. „Totalitarny monument zdrajcy Zygmunta Berlinga w Warszawie zniesiony społecznie przez antykomunistów” – ogłosił publicznie przywódca tej grupy. Czyn ten miał przyzwolenie władz, które w ramach tzw. dekomunizacji podjęły w maju decyzję o usunięciu tego pomnika do końca tego roku. Piszę „grupa osób”, mimo że ich szyld polityczny i nazwisko lidera są dobrze znane, ponieważ tych ludzi i ich przywódcy nikt za 20 lat nie będzie pamiętał. Ci ludzie stanowią polityczny margines, natomiast gen. Z. Berlinga z historii wymazać się nie da.

Rodzi się pytanie, za co Zygmuntowi Berlingowi zniszczono pomnik? Za to, że wyprowadził kilkadziesiąt tysięcy Polaków z Nieludzkiej Ziemi? Ci ludzie inaczej by tam zginęli lub siedzieli jeszcze co najmniej 10 lat do śmierci Stalina. Za to, że przeciwstawiał się kosmopolitycznym komunistom z Centralnego Biura Komunistów Polski z Wandą Wasilewską na czele? Za to, że pisał o nich do Stalina: „Na kolanach błagam Was, zabierzcie tę bandę trockistów!”?. Zapłacił za to zakończeniem swojej kariery politycznej w Polsce Ludowej, zanim się jeszcze rozpoczęła. Za to, że szedł na pomoc powstaniu warszawskiemu? Warszawski pomnik gen. Z. Berlinga był nie tylko jego pomnikiem, ale także pomnikiem 2393 żołnierzy 3. Dywizji Piechoty 1. Armii WP, którzy zginęli w beznadziejnej próbie pomocy bezsensownemu powstaniu. Oni też byli „zdrajcami”? Też zasłużyli na „dekomunizację”? Czy dowodem „zdrady” gen. Z. Berlinga jest także to, że będąc w latach 1948-1953, ciężkich latach stalinizmu, komendantem Akademii Sztabu Generalnego wprowadził do kadry naukowej tej uczelni wielu przedwojennych oficerów, również tych, którzy służyli w AK i Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie – takich jak gen. Heliodor Cepa, gen. Józef Kuropieska, płk Jan Rzepecki, czy płk Franciszek Skibiński?

Do PZPR Zygmunt Berling wstąpił dopiero w 1963 roku. Z przekonań był piłsudczykowskim socjalistą i takim pozostał także w okresie swojej działalności w ZSRR i w PRL. Był jednak politycznym realistą, który rozumiał, że najkrótsza droga do wyzwolenia Polski spod okupacji niemieckiej prowadzi z frontu wschodniego, że w wyniku trwającej wojny nie da się uniknąć wejścia Polski w obręb wpływów politycznych ZSRR, ale trzeba w tej nowej konstelacji geopolitycznej wywalczyć jak największą samodzielność i przede wszystkim granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej. O to są do niego pretensje ze strony obozu politycznego nawiązującego do powstańczego szantażu i insurekcyjnego szaleństwa XIX wieku, który zdominował polską prawicę po 1989 roku. Stąd zarzut o „zdradę”, bo zdradą dla tego obozu jest jakiekolwiek myślenie w kategoriach realizmu politycznego i jakakolwiek próba porozumienia się z Rosją bez względu na panujący w tym państwie ustrój.

Dlatego postać gen. Z. Berlinga stała się obiektem brutalnego ataku polityki historycznej III RP, a właściwie partyjnej polityki historycznej obecnego obozu władzy. W preparowanych jeszcze w latach 80-tych XX wieku życiorysach Generała czytamy zatem, że był on rzekomo „sowieckim agentem” już w okresie międzywojennym, a na pewno został nim w 1940 roku. Nic to, że w styczniu 1939 roku płk Stefan Rowecki – późniejszy dowódca Armii Krajowej – wystawił ppłk. Z. Berlingowi pozytywną opinię służbową i przedstawił go do awansu na pułkownika. Dogadywał się z Rosją – to musiał być „agentem” i „zdrajcą”.

Warto zatem przypomnieć co o Zygmuncie Berlingu napisał bardzo przecież niechętny komunistom i PRL publicysta Stefan Kisielewski (1911-1991): „Oburza mnie zawsze, gdy we wspomnieniach emigracyjnych oficerów czy polityków poniżany jest czy spotwarzany generał Berling. Wszak fakt, że ten, z legionowych wywodzący się formacji oficer, pozostał w Rosji i potrafił znaleźć wspólny język z komunistami, dla Polski ma większe znaczenie polityczne i praktyczne niż działalność najbardziej bohaterskich oficerów polskich na zachodzie”.

Z kolei ocalony z Katynia ksiądz Zdzisław Peszkowski herbu Jastrzębiec (1918-2007) powiedział: „Czułem, że jest on (Berling) częścią jakiegoś polskiego etosu rozdarcia”. Żeby to jednak dostrzec, trzeba naprawdę poważnie traktować etykę chrześcijańską, co wśród „niepodległościowej” prawicy jest postawą znikomą.

W obliczu zniszczenia warszawskiego pomnika gen. Z. Berlinga trzeba przypomnieć, że nie był on jedynym wyższym oficerem polskim, który już w 1940 roku zauważył konieczność walki z Niemcami u boku ZSRR. Po tej samej drodze próbował podążać, a można powiedzieć, że właściwie ją wytyczył – gen. Marian Żegota-Januszajtis (1889-1973).

W młodości związany z tajną organizacją narodową Związek Młodzieży Polskiej „Zet” w zaborze austriackim, a następnie z Organizacją Młodzieży Niepodległościowej „Zarzewie”. W 1914 roku podporządkował Polskie Drużyny Strzeleckie Józefowi Piłsudskiemu. Był najmłodszym pułkownikiem legionowym. W lipcu 1916 roku objął dowództwo I Brygady. I może po 1926 roku zrobiłby wielką karierę, może w 1935 roku zostałby następcą Piłsudskiego, gdyby podczas kryzysu przysięgowego w 1917 roku nie poszedł inną drogą niż większość legionistów. Zamiast iść z nimi do obozu internowania w Beniaminowie, wstąpił do Polnische Wehrmacht. W latach 1917-1918 był szefem Inspektoratu Wyszkolenia Polskiej Siły Zbrojnej oraz wicedyrektorem Komisji Wojskowej. Kierując Komisją Wojskową stworzył zawiązki przyszłego Sztabu Generalnego i Ministerstwa Spraw Wojskowych Polski niepodległej. Jego drogi z piłsudczykami rozeszły się ostatecznie, gdy zorganizował nieudany zamach stanu przeciw rządowi Jędrzeja Moraczewskiego 4/5 stycznia 1919 roku. W czasach legionowych przyjaźnił się z Michałem Żymierskim. Podczas wojny 1920 roku z sukcesem dowodził 12. Dywizją Piechoty. W latach 1924-1926 był wojewodą nowogródzkim. Od 1924 roku pozostawał już poza wojskiem – formalnie przeniesiono go w stan spoczynku w 1929 roku.

Jako działacz Centralnego Związku Osadników Wojskowych Marian Januszajtis położył duże zasługi dla osadnictwa polskiego na Wołyniu. W latach 30-tych XX wieku był członkiem Komitetu Głównego Stronnictwa Narodowego i jego Zarządu Okręgowego we Lwowie.

Podczas obrony Lwowa we wrześniu 1939 roku organizował Korpus Ochotniczy, a potem pierwszą konspirację antyradziecką na tym terenie (Polska Organizacja Walki o Wolność oraz organizacja wojskowa Stronnictwa Narodowego). Aresztowany przez NKWD 27 października 1939 roku, był więziony we Lwowie i na Łubiance w Moskwie. Tam podjął rozmowy z Ławrentijem Berią i Wsiewołodem Mierkułowem na temat ewentualnej przyszłej polsko-radzieckiej współpracy wojskowej, której możliwość widział niezależnie od stanowiska Rządu RP na uchodźstwie. Sugerował szefom NKWD złagodzenie polityki wobec Polaków i przestrzegał przed zagrożeniem niemieckim. Beria zorganizował w czerwcu 1940 roku wykład M. Januszajtisa dla 150 wyższych oficerów radzieckich o możliwości wybuchu wojny pomiędzy Niemcami a ZSRR. Został zwolniony z więzienia po układzie Sikorski-Majski, a gen. Władysław Sikorski już w sierpniu 1941 roku wezwał go do Londynu, żeby nie trafił do Armii Polskiej formowanej w ZSRR. Nie tylko nie było mowy, żeby Januszajtis został dowódcą tej Armii, ale nawet, żeby w niej służył. Wiedziano bowiem w Londynie, jaki jest jego punkt widzenia na współpracę z ZSRR.

Zygmunt Berling poszedł jednak drogą, którą chciał iść gen. Marian Żegota-Januszajtis. Nie była to droga „komunistycznej zdrady”, ale endeckiego realizmu. Nie zmieni tego faktu partyjna polityka historyczna i wynikające z niej niszczenie pomników.

Tą samą drogą poszedł też w czasie drugiej wojny światowej gen. Ludvik Svoboda (1895-1979) oraz czechosłowacki rząd na uchodźstwie. Żadna poważna siła polityczna w Czechach i na Słowacji nie uważa tego za „zdradę”. W obu tych państwach gen. L. Svoboda jest otaczany powszechnym szacunkiem mimo, że jako prezydent komunistycznej Czechosłowacji (1968-1975) skapitulował przed inwazją Układu Warszawskiego w sierpniu 1968 roku. Czesi i Słowacy – w przeciwieństwie do polskiego „obozu patriotycznego” – doceniają jednak polityczną wartość bycia w koalicji antyhitlerowskiej podczas drugiej wojny światowej, co zawdzięczają głównie I Czechosłowackiemu Korpusowi Armijnemu, walczącemu pod dowództwem gen. L. Svobody na froncie wschodnim. Nikt w Czechach i na Słowacji nie burzy pomników tego generała i żołnierzy tego korpusu. 26 listopada 2016 roku w rodzinnym Hrozantinie na Morawach, pod pomnikiem gen. L. Svobody, odbyły się uroczystości upamiętniające 121. rocznicę jego urodzin z udziałem delegacji państwowych Czech i Słowacji. Cóż jednak porównywać tamtejsze obyczaje polityczne z polskim piekłem.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 21 sierpnia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 35-36 (2255/2256), 25.08-1.09.2019, s. 16

Dlaczego czczą Brygadę Świętokrzyską?

Tuż po obchodach 75. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego część opinii publicznej została zbulwersowana informacją, że prezydent Andrzej Duda objął honorowy patronat nad 75. rocznicą utworzenia Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych. Dla ludzi, którzy nie są wyznawcami prawicowej polityki historycznej, jest to krok kontrowersyjny i niezrozumiały. Niewielką formację – będącą partyjną bojówką mniejszościowego odłamu Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ-ONR), który odmówił scalenia się z Armią Krajową i nie uznawał polskiego rządu na uchodźstwie ani władz Państwa Podziemnego – prawicowa polityka historyczna podniosła do rangi jednej z najważniejszych polskich formacji wojskowych podczas drugiej wojny światowej. Dlatego Brygada Świętokrzyska NSZ doczekała się państwowych obchodów 75. rocznicy swojego powstania pod patronatem prezydenta, organizowanych przez Urząd Kombatantów i Osób Represjonowanych, z mszą św. w katedrze polowej Wojska Polskiego i apelem pamięci na placu Piłsudskiego.

Po raz kolejny jesteśmy świadkami przejścia do porządku dziennego nad faktem kolaboracji Brygady Świętokrzyskiej z okupantem niemieckim oraz jej uwikłania w zwalczanie nie tylko partyzantki komunistycznej, ale także AKi BCh. Po raz kolejny kreowany jest mit, który ma niewiele wspólnego z prawdą historyczną. Tak wypowiedział się o tym prof. Rafał Wnuk: „Informacji i opinii dowódców AK i ludowców o NSZ nie da się zbyć stwierdzeniem, że to »komunistyczna propaganda«. W świetle tych przekazów Brygada nie chroniła polskiej wsi przed bandytami i Niemcami, lecz przeciwnie – to wieś trzeba było chronić przed partyzantami z tej jednostki”[1].

Przeciwko patronatowi prezydenta RP nad jubileuszem Brygady Świętokrzyskiej zaprotestowały osoby będące dziećmi oficerów Armii Krajowej z Kielecczyzny. W napisanym przez nie liście otwartym do prezydenta z 3 sierpnia czytamy: „ze zdziwieniem i przykrością dowiadujemy się o objęciu przez Pana swoim patronatem obchodów 75. rocznicy powstania Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych. Oddział ten, który nie podporządkował się akcji scaleniowej z Armią Krajową, przyjął taktykę walki z komunistami. Pierwszymi ofiarami tej taktyki byli jednak nie komuniści, a dwaj żołnierze Batalionów Chłopskich, zabici już 16 sierpnia 1944 roku. 24 sierpnia żołnierze Brygady zabili 2 AL-owców i gajowego, żołnierza Armii Krajowej. W kilku potyczkach zabito kilkudziesięciu partyzantów Armii Ludowej oraz skoczków i partyzantów sowieckich. Grupę AL-owców przekazano w ręce Gestapo. Bowiem Brygada Świętokrzyska swoją taktykę realizowała we współpracy z tą zbrodniczą nazistowską policją. Brygada Świętokrzyska miała też swojego oficera do zadań specjalnych, Herberta Junga zwanego też Hubertem Jurą o pseudonimie »Tom«. Był on agentem radomskiego gestapo podobnie jak co najmniej dwóch innych oficerów wywiadu Brygady: Wiktor Gostomski i Otmar Wawrzkowicz. »Tom« współpracował z komendantem radomskiego gestapo Paulem Fuchsem od 1943 przy likwidacji komunistów (…). »Tom« i Wawrzkowicz dokonali czystek w kierownictwie NSZ i zabili w Częstochowie oficerów nieprzychylnych współpracy z hitlerowcami. Był wśród nich dowódca NSZ, Stanisław Nakoniecznikoff-Klukowski oraz mianowany przez niego nowy dowódca Brygady Świętokrzyskiej Włodzimierz Żaba”.

List ten podpisali: Małgorzata Maria Ciesielska (córka ppor. c. w. Bolesława Ciesielskiego „Farysa-II”), Teresa Piwnik (córka Józefa Piwnika „Topoli” i bratanica płk. cc. Jana Piwnika „Ponurego”), Piotr Rachtan (syn por. c. w. Zdzisława Rachtana „Halnego”), Czesława Kaliszewska-Fandri (córka por. c. w. Zdzisława Rachtana „Halnego”), Joanna Świderska-Kita (córka mjr. Mariana Świderskiego „Dzika”) oraz Rafał Świderski (syn mjr. Mariana Świderskiego „Dzika”).

Odpowiedział im dr Wojciech Muszyński z IPN na łamach „Naszego Dziennika” z 6 sierpnia, w wywiadzie zatytułowanym „Powielanie komunistycznej propagandy”, w którym powielił znane mity prawicowej polityki historycznej na temat Brygady Świętokrzyskiej.

Animatorzy prawicowej polityki historycznej od dawna atakują – przeważnie dość agresywnie – każdego kto próbuje sprzeciwiać się kultowi Brygady Świętokrzyskiej lub przytacza udokumentowane fakty historyczne na jej temat. Przeinaczają lub ignorują prawdę historyczną, budując fałszywy mit formacji niezłomnej, bohaterskiej i działającej rzekomo w imieniu polskiej racji stanu. Ogólnie znane fakty historyczne na temat działalności Brygady Świętokrzyskiej, toczonych przez nią walk bratobójczych oraz kolaboracji z Niemcami hitlerowskimi przytoczyłem w artykule „Brygada Świętokrzyska. Hitlerowscy kolaboranci na sztandarach prawicy” („Przegląd” nr 40 (926), 2-8.10.2017, s. 12-17), napisanym w związku z przyjęciem przez większość sejmową 20 września 2017 roku uchwały oddającej hołd Narodowym Siłom Zbrojnym w 75. rocznicę ich powstania.

Teraz ograniczę się do przytoczenia kilku opinii na temat środowiska politycznego, z którego wywodziła się Brygada Świętokrzyska oraz jej samej autorstwa ludzi, którzy nie tylko nigdy nie byli komunistami, ale zaliczają się bezsprzecznie do obozu antykomunistycznego.

Płk Jan Rzepecki (1899-1983) – szef Biura Informacji i Propagandy w Komendzie Głównej AK – tak ocenił w 1944 roku scalenie części NSZ z AK w raporcie do gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego: „Opozycja faszystowska to przede wszystkim ONR. Cechuje ją brak skrupułów i demagogia, opieranie się na klasach posiadających, bezwzględna wrogość do radykalnej lewicy, którą całą traktuje jako agenturę lub straż przednią bolszewizmu i nie zadaje sobie trudu dojrzenia istotnych wśród niej różnic (…). Przyłączenie »opozycji faszystowskiej« [do AK] prawie na pewno wywoła odpadnięcie poważnej części lewicy rządowej, nadałoby temu obozowi piętno reakcyjne. Jestem głęboko przekonany, że w błyskawicznym tempie pociągnęłoby to za sobą dla Polski śmiertelną katastrofę wojny domowej, w której lewica walczyłaby pod komendą PPR, a prawica – ONR. AK przypadłaby rola obrońcy klas posiadających. Następstwem – wasalizacja lub wcielenie Polski do ZSRR. W świetle powyższego ostatni nasz »sukces« w postaci podporządkowania NSZ może mieć wysoce ujemne następstwa, jeśli nie sparaliżujemy ich umiejętną akcją wychowawczą”[2]

Komendant główny AK gen. Leopold Okulicki (1896-1946) napisał jesienią 1944 roku w meldunku do prezydenta RP na uchodźstwie: „Należy się przeciwstawić w propagandzie próbom NSZ współpracy z Niemcami”[3]. Z kolei dowódca AK o pseudonimie „Mieczysław” meldował w tym samym czasie: „Działalność NSZ. D-cy kontaktują się i współpracują z Gestapo (…). Wyraźna współpraca z Niemcami”. W innym meldunku napisał: „W dniu 22 XI. W czasie przemarszu NSZ przez m. Oleszno, Niemcy ściągnęli posterunki. Rannych NSZ Niemcy proponują odstawić do szpitali niemieckich. Notowane są kontakty w Gestapo”[4].

Zygmunt Zaremba (1895-1967) – czołowa postać antykomunistycznego skrzydła PPS – pisał o NSZ po wojnie: „NSZ tak samo, jak komuniści, i z podobnych powodów, zostali postawieni poza nawias Polski Podziemnej. Polska Podziemna przyjęła zasady demokracji i postępu społecznego i położyła je jako fundament niepodległości. NSZ wyznawał ideologię faszystowską, wrogą demokracji i postępowi społecznemu, komunizm niósł uzależnienie Polski od Rosji i metody polityczne tak bliźniaczo podobne do faszystowskich, że również nie mógł się znaleźć w organizacji, która kierowała walką narodu polskiego w czasie tej wojny”[5].

Wspomniany prof. Rafał Wnuk (ur. 1967) – w latach 90. XX w. jeden z prekursorów kultu „żołnierzy wyklętych” – zauważył: „Powstałą po rozłamie konspirację określa się mianem NSZ-ONR. Jej przywódcy postanowili też pozbyć się głównych oponentów i wkrótce doszło do skrytobójczych mordów oficerów NSZ, którzy przeszli do AK. (…) Wbrew budowanemu dziś mitowi NSZ-ONR wcale nie bronił ciągłości II RP, ale przeciwnie – robił wiele, by zniszczyć autorytet legalnych władz, by na gruzach przedwojennego systemu zbudować nacjonalistyczną monopartyjną dyktaturę. Stawianie znaku równości między AK i NSZ-ONR jest manipulacją sugerującą, jakoby ta ostatnia była częścią składową Państwa Podziemnego. Nie była”[6].

Najbardziej druzgocące świadectwo Brygadzie Świętokrzyskiej wystawił kpt. Józef Wyrwa, ps. „Furgalski”, „Stary” (1898-1970) – dowódca jednego z oddziałów NSZ na Kielecczyźnie. We wspomnieniach wydanych po wojnie we frankistowskiej Hiszpanii pisał: „Tylko nieliczne jednostki na emigracji orientują się należycie w działalności organizacji podziemnej i odróżniają tych z NSZ, którzy podporządkowali się dowództwu AK, od odłamu kolaborującego z Niemcami, który reprezentowała Brygada Świętokrzyska”[7]. O samej Brygadzie Świętokrzyskiej kpt. Józef Wyrwa wyraził się następująco: „Moralnym inspiratorem Brygady Świętokrzyskiej był – moim zdaniem – »Tom« (…). »Tom« służył Niemcom. Swój oddział stracił w Rudzisku. Tym bardziej przeto był zainteresowany utworzeniem większej jednostki »bojowej« (…). Niemcy nie ukrywali tego, że brygada jest na ich usługach, przeciwnie, rozgłaszali to i starali się wykazać jakie korzyści można osiągnąć współpracując z nimi. Brygada maszerowała w dzień przez miejscowości, w których byli Niemcy. Tylko ludzie, którzy mieli ścisły kontakt z Niemcami mogli sobie na to pozwolić. Według tego, co mówiła miejscowa ludność, Niemcy nie tylko nie atakowali brygady, ale przyglądali się spokojnie jej przemarszowi. (…). Brygada wycofała się z Polski razem z Niemcami, to znaczy pod ich opieką. Dowódcy brygady oświadczyli, że ich głównym celem jest walka z Rosją, z wrogiem niebezpieczniejszym od Niemców, jednakże postępowanie brygady nie było zgodne z tym twierdzeniem. Brygada nie walczyła z bolszewikami, ale z Polakami, którzy nie podzielali jej poglądów. (…). Rzeczywista działalność brygady w Polsce nie jest na emigracji znana. Dla odparcia zarzutów publikowanych czasem w prasie, dowódcy brygady posługują się wygodnymi argumentami, które również w innych okolicznościach na emigracji służą często za obronę: »To wszystko są komunistyczne kłamstwa«. W tym wypadku niestety nie kłamstwa (…). Brygada nie ma właściwie prawa podszywać się pod nazwę NSZ. Dokonała rozłamu w dobrze zorganizowanych Narodowych Siłach Zbrojnych, rozbiła ich solidarność, osłabiając w ten sposób jednolity front walki. Nie podporządkowała się naczelnemu dowództwu AK, wybrała natomiast współpracę z Niemcami.

Brygada dała komunistom niebezpieczną broń do ręki. Posiadając niezbite dowody współpracy brygady z Niemcami, nietrudno przyszło komunistom obarczać odpowiedzialnością całe NSZ, a nawet AK. Mało Polaków, szczególnie tu na emigracji, orientuje się, że istniały dwa odłamy NSZ. Rzeczywiste Narodowe Siły Zbrojne, które zachowując orientację polityczną podporządkowały się jednolitemu dowództwu Armii Krajowej, oraz odłam wywodzący się z ONR (Obóz Narodowo-Radykalny), który działał samowolnie, współpracując z Niemcami na szkodę Polski. Z winy brygady zginęło w więzieniu wielu wartościowych ludzi. Każdy członek NSZ był traktowany przez UB, jak kolaborant niemiecki. Szkody wyrządzone Polsce przez brygadę są wielkie”[8].

Warto przypomnieć, że jedną z osób, na którą NSZ-ONR wydały wyrok śmierci, jako na rzekomego „komunistę”, był gen. Antoni Heda „Szary” (1916-2008) – legendarny dowódca partyzancki AK i podziemia antykomunistycznego na Kielecczyźnie. Uniknął śmierci tylko dzięki temu, że został ostrzeżony przez swojego byłego podkomendnego Wacława Pryciaka „Sokoła”, który przeszedł z AK do NSZ, oraz właścicielkę restauracji w Iłży. „Szary” był też świadkiem kolaboracyjnej działalności Huberta Jury vel Herberta Junga „Toma” – zaocznie skazanego przez AK i NSZ-AK na karę śmierci za kolaborację – który pełnił w Brygadzie Świętokrzyskiej funkcję oficera do zadań specjalnych i wraz ze swoimi ludźmi pośredniczył w kontaktach jej dowództwa z gestapo i SD  oraz prowadził tajny ośrodek tortur w willi przy ulicy Jasnogórskiej 25 w Częstochowie, którą udostępniło mu gestapo. Mordowano tam nie tylko członków PPR, ale także żołnierzy NSZ-AK, jak np. ppor. Władysława Pacholczyka (1903-1944) [9].

Dlaczego zatem rządząca prawica czci Brygadę Świętokrzyską? Dlaczego włącza partyjną bojówkę NSZ-ONR do panteonu chwały Polskich Sił Zbrojnych podczas drugiej wojny światowej? Dlaczego tworzy mity o tym, że był to „pierwszy polski oddział w NATO” i o rzekomo „taktycznym” porozumieniu Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami w styczniu 1945 roku? Dlaczego bagatelizuje problem bandytyzmu i antysemityzmu NSZ-ONR? Wszystkie te mity zebrał ostatnio prawicowy publicysta Piotr Zychowicz, odpowiadając na list otwarty wspomnianych krewnych oficerów AK w tekście pod wymownym tytułem „Lepiej czcić Brygadę Świętokrzyską niż Ludowe Wojsko Polskie”. Z wywodu Zychowicza wynika, że antykomunizm Brygady Świętokrzyskiej rozgrzesza wszystkie jej czyny. Po raz kolejny zresztą potępił dowódców AK za to, że poprzez akcję „Burza” wzięli udział w „witaniu i pomaganiu wkraczającej do Polski Armii Czerwonej”[10].

Tekst Zychowicza odpowiada na postawione wyżej pytanie. Przyczyną państwowego kultu partyjnej bojówki NSZ-ONR jest fundamentalistyczny antykomunizm i antysowietyzm rządzącej prawicy, przesłaniający wyważone spojrzenie na rzeczywistość. Rząd polski w Londynie w maju 1945 roku nie uznał Brygady Świętokrzyskiej za część Polskich Sił Zbrojnych, co skutkowało jej rozformowaniem przez dowództwo amerykańskie. Dopiero w 1988 roku prezydent na uchodźstwie Kazimierz Sabbat uznał członków NSZ, łącznie z Brygadą Świętokrzyską, za kombatantów. Nastąpiło to pod wpływem skrajnie antykomunistycznej polityki prowadzonej wówczas przez administrację amerykańską Ronalda Reagana. W tę skrajnie antykomunistyczną linię wpisała się prawicowa polityka historyczna w Polsce po 1989 roku. Jej celem politycznym jest podtrzymywanie świętego ognia antykomunizmu i rusofobii. Stąd kult Brygady Świętokrzyskiej obok kultu „żołnierzy wyklętych”.

Jest jeszcze drugi powód polityczny czczenia Brygady Świętokrzyskiej przez obecny obóz władzy, a mianowicie próba wykreowania antyrosyjskiej endecji. Taką próbę po raz pierwszy podjęli piłsudczycy w 1937 roku, tworząc Obóz Zjednoczenia Narodowego i włączając do niego część działaczy Obozu Narodowo-Radykalnego. Będący obecnie przy władzy epigoni piłsudczyzny synchronizują swoją narrację w sprawie Brygady Świętokrzyskiej, czy np. Romualda Rajsa „Burego”, z narracją radykalnych środowisk nacjonalistycznych po to, by włączyć te środowiska w obręb swoich wpływów politycznych na płaszczyźnie antykomunistycznej i antyrosyjskiej.

Prowadząc taką politykę politycy PiS nie powinni być jednak zdziwieni np. stwierdzeniami o „polskich obozach koncentracyjnych” w niektórych zachodnich mediach. Patrząc bowiem na politykę historyczną tej partii, obserwatorzy zagraniczni mogą mieć naprawdę problemy z ustaleniem, po czyjej stronie walczyła Polska w drugiej wojnie światowej.

[1] Andrzej Duda objął patronatem święto Brygady Świętokrzyskiej. Tej, która kolaborowała z gestapo, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 2.08.2019.

[2] J. Rzepecki, Raport dla generała Bora-Komorowskiego (marzec 1944), cyt. za: P. Lipiński, Raport Rzepeckiego, Warszawa 2005.

[3] Armia Krajowa w dokumentach. Październik 1944-lipiec 1945, t. 5, Wrocław 1991, s. 183.

[4] Tamże, s. 131.

[5] Z. Zaremba, Polska nie będzie się wstydzić swojego Podziemia, „Światło”, zeszyt 3-4, Paryż, kwiecień 1948.

[6] R. Wnuk, Brygada Świętokrzyska. Zakłamana legenda, „Ale Historia” nr 4, 25.01.2016.

[7] J. Wyrwa „Furgalski” „Stary”, Pamiętniki partyzanta. Hubalczyka, legendarnego dowódcy oddziału partyzanckiego, który wszedł w skład NSZ, a później dołączył do 25. pp AK, Kraków 2014, s. 121.

[8] Tamże, s. 166-170.

[9] A. Heda-Szary, Wspomnienia „Szarego”, Warszawa 2016, s. 161-165; J. Sobkowski, Makabryczna tajemnica willi przy Jasnogórskiej, http://www.czestochowa.wyborcza.pl, 18.02.2016.

[10] Piotr Zychowicz: lepiej czcić Brygadę Świętokrzyską niż Ludowe Wojsko Polskie, http://www.dorzeczy.pl, 3.08.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 sierpnia 2019 r.

Odszedł Kazimierz Albin (1922-2019)

22 lipca br. zmarł Kazimierz Albin – ostatni więzień Pierwszego Transportu do KL Auschwitz, jeden z założycieli Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, jego długoletni wiceprezes i prezes, jedna z bardziej zasłużonych osób dla upamiętniania martyrologii więźniów KL Auschwitz. Urodził się 30 sierpnia 1922 roku w Krakowie, w rodzinie inteligenckiej. Do wybuchu wojny w 1939 roku ukończył czwartą klasę w elitarnym krakowskim Gimnazjum Nowodworskiego.

W Pierwszym Transporcie, który przybył do KL Auschwitz 14 czerwca 1940 roku, przywieziono z więzienia w Tarnowie 728 więźniów politycznych. Oprócz Polaków było wśród nich 10 Żydów. Otrzymali oni numery więźniarskie od 31 do 758 (numery od 1 do 30 otrzymali niemieccy kryminaliści, których przywieziono 20 maja 1940 roku z KL Sachsenhausen, żeby pełnili w Auschwitz rolę więźniów funkcyjnych – kapo i blokowych). Większość więźniów Pierwszego Transportu stanowiła patriotyczna młodzież polska.

Można wśród niej wyróżnić kilka grup. Do pierwszej należeli gimnazjaliści, studenci i młodzi żołnierze – nazwani przez gestapo „turystami”. Ujęto ich jesienią 1939 roku oraz zimą i wiosną 1940 roku w okolicach Zakopanego, Nowego Targu, Nowego Sącza, Muszyny, Krynicy, Bukowska, Sanoka i Baligrodu, kiedy podążali w kierunku granicy pomiędzy Generalnym Gubernatorstwem a Słowacją, z zamiarem jej nielegalnego przekroczenia i dotarcia przez Węgry do Francji, celem wstąpienia w szeregi formującego się tam Wojska Polskiego. Drugą grupę stanowili organizatorzy i uczestnicy akcji przerzutu na Węgry ochotników do Wojska Polskiego we Francji. Do trzeciej grupy należeli młodzi konspiratorzy z utworzonego jesienią 1939 roku Związku Walki Zbrojnej. W czwartej grupie znalazła się liczna młodzież z rodzin inteligenckich, aresztowana wiosną 1940 roku w ramach zarządzonej przez generalnego gubernatora Hansa Franka akcji A-B – wymierzonej w polską inteligencję. Piątą grupę stanowili harcerze, głównie z Chorągwi Krakowskiej, a szóstą osoby aresztowane podczas obław ulicznych.

Kazimierz Albin należał do licznej w Pierwszym Transporcie grupy „turystów”. W przeciwieństwie do większości owych „turystów” udało mu się w styczniu 1940 roku wraz z bratem Mieczysławem i kilkoma kolegami przekroczyć granicę pomiędzy GG a Słowacją. Przeszli na stronę słowacką pod Leluchowem po zamarzniętym Popradzie. Po raz pierwszy zostali zatrzymani w miejscowości Sabinov koło Preszowa przez policjanta słowackiego, który jednak, wykazując sympatię, zwolnił polskich „turystów”. Do aresztu trafili dopiero po zatrzymaniu przez policję w Preszowie. Po ucieczce z tego aresztu ponownie ujęto ich pod Koszycami. Tym razem policja słowacka postanowiła odstawić młodych Polaków na granicę w Leluchowie i przekazać ich w ręce niemieckie. Jednakże żołnierz słowacki, który miał doprowadzić Kazimierza Albina i jego współtowarzyszy do posterunku niemieckiej straży granicznej nie uczynił tego, umożliwiając im nielegalne przejście granicy i powrót przez Muszynę do Krynicy. Już w dwa dni później podjęli oni drugą próbę przedostania się na Słowację. Próba ta zakończyła się tym razem na stacji w Muszynie, gdzie zostali aresztowani przez gestapo.

Kazimierz Albin przeszedł przez śledztwo połączone z torturami w niemieckim areszcie policyjnym w Muszynie. Następnie trafił do więzień w Nowym Sączu i Tarnowie. 13 czerwca 1940 roku przeznaczonych do transportu więźniów wywołano z cel więzienia tarnowskiego. Nikt z nich nie wiedział, gdzie pojadą. Przewieziono ich samochodami ciężarowymi do łaźni żydowskiej (mykwy), gdzie zostali poddani kąpieli i dezynfekcji odzieży. O świcie 14 czerwca wyprowadzono ich z mykwy na plac pod Dębem (obecnie Bohaterów Getta), uformowano w kolumnę i pod silną eskortą policji niemieckiej poprowadzono wyludnionymi ulicami Wałową i Krakowską (mieszkańcom tych ulic zabroniono opuszczania domów i zablokowano ruch uliczny) w kierunku dworca kolejowego. Na dworcu w Tarnowie więźniów w pośpiechu wtłoczono do podstawionego pociągu, złożonego z wagonów osobowych trzeciej klasy.

W drodze do Oświęcimia pociąg zatrzymał się na Dworcu Głównym w Krakowie. Tak opisał to Kazimierz Albin: „Na widok starych wież Krakowa ogarnęło mnie głębokie wzruszenie. Zaledwie przed pół rokiem opuściliśmy z Mietkiem to miasto, a przecież tak wiele wydarzyło się w naszym życiu. Gdyby mama wiedziała, że dzieli nas tylko kilka ulic, no i oczywiście eskorta gestapo; dobrze się stało, że nie wiedziała. Dworzec krakowski wypełniony był pasażerami, przeważali Niemcy umundurowani i cywile, hałaśliwi i pewni siebie, schludni i eleganccy na tle szarego tłumu przyjezdnych, trwożnie przemykających się do wyjścia. Nasz transport nie wzbudził specjalnego zainteresowania, ja natomiast stojąc za plecami żandarma wychylającego się przez okno, z zazdrością obserwowałem wszystko, co znalazło się w zasięgu mojego wzroku. Megafony dworcowe rozbrzmiewały melodyjnymi piosenkami żołnierskimi (…). Nagle muzyka umilkła i wśród kompletnej ciszy rozległ się donośny głos spikera: Achtung! Achtung! Sondermeldung! Das Oberkommando der Wehrmacht gibt bekannt: Unsere tapfere Truppen haben heute Paris genommen [Uwaga! Uwaga! Komunikat specjalny! Naczelne Dowództwo Sił Zbrojnych podaje do wiadomości: Nasze dzielne wojska zajęły w dniu dzisiejszym Paryż]… dalsze słowa komunikatu utonęły w ogromnej wrzawie szalejących z radości Niemców. Grupa żołnierzy na peronie zaintonowała Englandlied, a słowa denn wir fahren, denn wir fahren gegen England [bo my ruszamy, bo my ruszamy na Anglię] – brzmiały złowrogo i przygnębiająco. Pod nami zapadła się ziemia, przecież cały naród wierzył w potęgę Francji (…). Pogrążeni w rozpaczy ocknęliśmy się kiedy pociąg opuszczał Kraków, kolebiąc się na rozjazdach, i nabierając pełnej szybkości”[1].

14 czerwca 1940 roku Niemcy zajęli Paryż bez walki. Francja nie chciała walczyć z III Rzeszą Niemiecką, a Francuzi nie chcieli bronić swojej stolicy. W obronie Francji chcieli natomiast walczyć młodzi Polacy, którzy tego dnia jechali za to do obozu śmierci. Na bocznicy kolejowej w Oświęcimiu czekali na nich esesmani z załogi KL Auschwitz, by ich „powitać” – krzykiem, biciem i szczuciem psami. Tak „witali” odtąd wszystkie kolejne transporty Polaków, przybywające do Auschwitz aż do września 1944 roku.

Kazimierz Albin otrzymał numer obozowy 118, a jego brat Mieczysław 116. W odwet za ucieczkę 27 lutego 1943 roku obu braci z obozu osadzono w KL Auschwitz ich matkę i siostrę. Siostrę wkrótce zwolniono, natomiast matka była do wyzwolenia więziona w Auschwitz i Ravensbrück. Na skutek przejść obozowych zmarła w 1950 roku wieku 52 lat.

W wywiadzie z 2011 roku Kazimierz Albin tak wspominał swój pobyt w obozie: „Na stacji kolejowej Auschwitz skierowano nas na bocznicę. Tam czekali esesmani oraz 30 kapo, których przywieziono z Sachsenhausen. W łapach pały, pejcze. Lagerführer powiedział: »To jest obóz koncentracyjny. Jako wrogowie Rzeszy zostaliście internowani. Zdrowi mężczyźni przeżyją tu trzy miesiące, księża miesiąc, a Żydzi tydzień«. 12 godzin brutalnego bicia i ganiania po placu. Kazali nam skakać żabką. Miałem wtedy 17 lat, byłem po sześciu miesiącach śledztwa i ciężkich więzieniach (…). W Auschwitz spędziłem trzy lata. Codziennie ocierałem się o śmierć. Przeżyłem, bo znałem niemiecki. Esesman w Auschwitz mógł bezkarnie zastrzelić więźnia, jeżeli ten nie zrozumiał wydanego przez niego rozkazu! W obozie widziałem rzeczy straszne. Góry ludzkich ciał przekładane warstwami nasączonego benzyną drewna. Dniem i nocą snuł się nad nimi gęsty, gryzący dym. Uciekłem. To było 27 lutego 1943 roku. Największa udana ucieczka z obozu. Siedem osób. Po wydostaniu się za druty przepłynęliśmy wpław Sołę, po której pływały bryły lodu. Ścigający nas Niemcy musieli się dostać do oddalonego o 3 kilometry mostu. Zyskaliśmy na czasie i udało nam się oddalić od obozu. Potem dostałem się do Krakowa (…). Zrealizowałem swój pierwotny zamiar i wstąpiłem do wojska. Skończyłem podziemną podchorążówkę i zostałem szefem dywersji bojowej Obwodu Kraków AK. Pamiętam, jak w 1944 roku wykonywaliśmy na ulicy wyrok na pewnym gestapowcu. Wyjątkowy bydlak. Nie będę ukrywał, że po tym, co przeżyłem w Auschwitz, miałem sporą satysfakcję”[2].

W Armii Krajowej walczył do końca okupacji niemieckiej jako szef dywersji bojowej III Odcinka Komendy Obwodu Kraków-Miasto. W 1944 roku otrzymał stopień podporucznika. Jak wszyscy żołnierze AK, miał problemy z nową rzeczywistością polityczną Polski po 1945 roku. Mimo ujawnienia się 3 października 1945 roku przed Komisją Likwidacyjną Obszaru Okręgu Kraków znajdował się przez długi czas pod obserwacją Urzędu Bezpieczeństwa. Maturę zdał w trybie przyspieszonym w czerwcu 1946 roku i podjął studia na Wydziale Lotniczym Politechniki Krakowskiej. Po ukończeniu studiów pracował w Biurze Projektów Energetycznych w Krakowie, następnie w latach 1952-1963 w Szybowcowym Zakładzie Doświadczalnym w Bielsku-Białej, a później w Zjednoczeniu Przemysłu Lotniczego w Warszawie. Od 1966 roku był ekspertem technicznym i handlowym w Centrali Handlu Zagranicznego Metalexport w Warszawie.

Po przejściu na emeryturę zaangażował się w działalność na rzecz upamiętnienia martyrologii więźniów KL Auschwitz. Robił to z wielką klasą, bez licytowania polskiej martyrologii z martyrologią innych narodów, z poszanowaniem wrażliwości różnych środowisk. Należał do grona twórców powołanego 25 stycznia 1983 roku Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – stowarzyszenia, którego statutowym celem stało się utrwalanie w pamięci społeczeństwa wiedzy o KL Auschwitz i przeciwdziałanie fałszowania prawdy o nim, a także zwalczanie przejawów nietolerancji, agresji, ksenofobii, rasizmu, antysemityzmu i przemocy. Idea utworzenia TOnO zrodziła się w połowie 1982 roku podczas spotkania byłych więźniów KL Auschwitz w siedzibie Związku Bojowników o Wolność i Demokrację w Warszawie. W spotkaniu tym obok Kazimierza Albina uczestniczyli: Józef Cyrankiewicz, Lucjan Motyka, Czesław Sowul, Józef Szajna, Edward Hałoń, Tomasz Sobański, Ignacy Golik, Jerzy Skowroński i Maria Mazurkiewicz[3].

Kazimierz Albin wchodził w skład władz naczelnych TOnO od I Krajowego Zjazdu tej organizacji, który odbył się 27 stycznia 1983 roku w Oświęcimiu, w 38. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz. Był długoletnim wiceprezesem, a w latach 1996-2002 prezesem Zarządu Głównego TOnO. Od 2000 roku przez trzy kadencje był też członkiem Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej przy Prezesie Rady Ministrów. Położył duże zasługi w przywróceniu pamięci historycznej postaci rotmistrza Witolda Pileckiego i innych polskich więźniów KL Auschwitz oraz popularyzowaniu historii obozu na łamach 41 „Biuletynów TOnO”, wydanych tylko do 2002 roku.

Wielką zasługą Kazimierza Albina była jego inicjatywa opracowania i wydania „Ksiąg Pamięci” Polaków deportowanych do KL Auschwitz. 19 tomów tych „Ksiąg Pamięci” – zawierających kilkadziesiąt tysięcy nazwisk oraz historie transportów Polaków do KL Auschwitz z dystryktów warszawskiego, krakowskiego, radomskiego i lubelskiego Generalnego Gubernatorstwa, a także Kraju Warty, Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie, rejencji ciechanowskiej i Okręgu Białystok – zostało opracowanych przez historyków Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau i wydanych w latach 2000-2013 przez Muzeum.

Pogrzeb Kazimierza Albina odbył się 6 sierpnia br. w Warszawie.

[1] K. Albin, „List gończy. Historia mojej ucieczki z Oświęcimia i działalności w konspiracji”, Warszawa 1989, s. 37-38.

[2] „Były więzień Auschwitz – rozmowa o historii”, „Rzeczpospolita”, http://www.rp.pl, 28.01.2011.

[3] K. Albin, „Postscriptum. Losy powojenne i powrót do Auschwitz”, Oświęcim 2013, s. 122-123.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 sierpnia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 33-34 (2253/2254), 11-18.08.2019, s. 12

Międzymorze odpływa

11 lipca – kiedy w Polsce obchodzono Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na obywatelach II RP – MSZ Ukrainy opublikowało oświadczenie, w którym przedstawiło swoją interpretację historii. Dowiedzieliśmy się z niego, że MSZ Ukrainy „jednoznacznie i zdecydowanie potępia” zbrodnie przeciw ludności cywilnej, wymieniając „Ukraińców, Polaków, Żydów, Czechów” – w tej właśnie kolejności. Dalej czytamy: „Jednocześnie nie możemy zgodzić się z jednostronną i upolitycznioną oceną tragicznych wydarzeń z lat 1943-1944 ze strony polskich polityków i dyplomatów”. Według MSZ Ukrainy, „prawda o ówczesnych wydarzeniach musi zostać ustalona na podstawie wiarygodnych materiałów archiwalnych”. Pouczono też stronę polską, że „próby manipulowania tragiczną historią, jej jednostronne traktowanie i wykorzystywanie do celów politycznych są niedopuszczalne”. Dodano, że „to tylko rozpala negatywne emocje między Ukraińcami i Polakami i nie sprzyja wyjaśnieniu prawdy”. Głos zabrał też pan Wołodymyr Wjatrowycz, który oświadczył, że warunkiem odblokowania ekshumacji szczątków Polaków pomordowanych na Kresach Wschodnich jest przywrócenie przez stronę polską przynajmniej jednego z nielegalnych upamiętnień UPA na terytorium Polski[1].

To wszystko pokazuje, że administracja Zełenskiego w polityce historycznej wobec Polski weszła w buty poprzedniej administracji Poroszenki, stając na gruncie kłamstwa i negacji zbrodni nacjonalizmu ukraińskiego oraz wpisując się w narrację polityczno-historyczną jego epigonów.

Należy zauważyć, że pouczenia ukraińskiego MSZ pod adresem polskich polityków są dla nich wysoce krzywdzące. Politycy ci bowiem stali i stoją na stanowisku, że Ukrainy nie należy drażnić i trzeba stosować wobec niej w kwestiach historycznych taryfę ulgową, przymykając oczy na odrodzenie i heroizację nacjonalizmu ukraińskiego. Jest rzeczą bardzo wymowną, że publicysta prorządowego tygodnika „Sieci” Jakub Maciejweski uczcił rocznicę Krwawej Niedzieli tekstem pt. „Do listy winnych za ludobójstwo na Wołyniu należy doliczyć Niemcy a także Rosję”[2]. Rosję, której wtedy nie było. Był ZSRR, a partyzantka radziecka ocaliła największą polską samoobronę w Przebrażu i udzieliła pomocy kilku innym polskim samoobronom. Ze strony AK i NSZ tej pomocy ofiary Wołynia się przecież nie doczekały. Jest też wymowne, że rocznicę 11 lipca przykrywano w rządowych mediach rocznicą obławy augustowskiej z 1945 roku, która bynajmniej nie była okrągła i przypadła 10 lipca. Mówiono zatem o zbrodniach NKWD (w podteście Rosji), a nie UPA.

Wszystko to oczywiście w imię budowy Międzymorza i wspierania za wszelką cenę antyrosyjskiej Ukrainy, bo „lepsza Ukraina banderowska niż sowiecka”, bo tylko w ten sposób można wypchnąć znienawidzoną Rosję z Europy. Ta wielka idée fixe PO i PiS właśnie sypie się w gruzy.

17 lipca przybył do Strasburga oligarcha Wiktor Medwedczuk – jeden z liderów prorosyjskiej Platformy Opozycyjnej – Za Życiem, czyli byłej Partii Regionów, której władzę brutalnie obalono w wyniku wspieranego przez USA i UE puczu kijowskiego w 2014 roku. Medwedczuk znany jest z zażyłych stosunków z Władimirem Putinem – prywatnie ojcem chrzestnym jego córki – i w przeszłości miał opinię głównego łącznika między Kremlem a ukraińską elitą polityczną. Spotkał się on w siedzibie Parlamentu Europejskiego z eurodeputowanymi reprezentującymi Wielką Brytanię, Niemcy, Hiszpanię, Belgię, Węgry, Słowację i Łotwę, którym przedstawił swój projekt planu pokojowego dla Donbasu. Wspomniani eurodeputowani dowiedzieli się od Medwedczuka, że jego partia uważa Krym za terytorium Ukrainy, ale jest to tylko stanowisko wyjściowe. Dalej zaproponował on szeroką autonomię dla Donbasu jako części Ukrainy. Wedle jego relacji, część eurodeputowanych miała wyrazić zadowolenie, iż został przełamany monopol „partii wojny” – kojarzonej z byłym prezydentem Poroszenką – na przekazywanie informacji o sytuacji na Ukrainie.

18 lipca Medwedczuk udał się ze Strasburga do Sankt Petersburga, gdzie spotkał się z prezydentem Rosji. Przyjazd Medwedczuka zbiegł się w czasie z końcem wizyty Aleksandra Łukaszenki, stąd jego rozmowa z Putinem odbyła się w obecności prezydenta Białorusi. Putin poparł przedstawiony przez ukraińskiego oligarchę plan dotyczący Donbasu i dodał, że rozwiązanie konfliktu jest możliwe wyłącznie w drodze bezpośredniego porozumienia władz w Kijowie z separatystami[3].

Ostatnie sondaże dają partii Medwedczuka drugie miejsce, za partią Zełenskiego Sługa Ludu, w wyborach parlamentarnych przewidzianych na 21 lipca. Nie można wykluczyć, że misja Medwedczuka do Strasburga i Sankt Petersburga odbyła się nie tylko za przyzwoleniem, ale z pełnym poparciem prezydenta Zełenskiego. Kogo miałby zresztą prezydent Ukrainy wysłać na negocjacje z Putinem, jak nie lidera partii prorosyjskiej, mającego na dodatek bliskie związki osobiste z prezydentem Rosji.

15 lipca, a więc zanim Medwedczuk przybył do Strasburga, proukraiński portal jagiellonia.org zamieścił obszerny materiał informacyjny pod jakże dramatycznym tytułem: „Pokój na warunkach Putina? Ukraiński oligarcha Wiktor Pinczuk zaproponował zapomnieć o aneksji Krymu i porzucić proces integracji z UE i NATO”. Wedle portalu jagiellonia.org, ukraiński oligarcha żydowskiego pochodzenia Wiktor Pinczuk (zięć byłego prezydenta Leonida Kuczmy) – z którym różne powiązania miał i chyba jeszcze ma pan Aleksander Kwaśniewski – zaproponował Ukrainie „bolesny kompromis dla pokoju” z Rosją. Napisał o tym otwarcie we własnej kolumnie na łamach „The Wall Street Journal”. Pinczuk proponuje przede wszystkim, żeby Ukraina zrezygnowała z zamiarów przystąpienia do UE i NATO. Jego zdaniem, „Krym nie powinien stać na drodze do porozumienia, które zakończy wojnę” w Donbasie, czyli Ukraina powinna uznać jego przyłączenie do Rosji. Przyznał, że konflikt na wschodzie Ukrainy został zainicjowany „z zagranicy” i nie jest wojną domową. Uważa również, że uczciwe wybory na separatystycznych terytoriach są niemożliwe, ale mimo to proponuje przeprowadzić wybory lokalne w Donbasie pod kontrolą Rosji i tamtejszych władz. Jego zdaniem, pokaże to „zaangażowanie Ukrainy w pokojowe zjednoczenie”. Według Pinczuka Kijów powinien również „wyjaśnić, że jesteśmy gotowi zaakceptować złagodzenie sankcji” wobec Federacji Rosyjskiej, co „przybliży nas do wolnej, zjednoczonej, pokojowej i bezpiecznej Ukrainy”. „Pod koniec maja ukraińscy dziennikarze kilkakrotnie zauważyli w pobliżu Administracji Prezydenta Ukrainy samochód multimiliardera Wiktora Pinczuka” – alarmuje jagiellonia.org. Warto przypomnieć, że Pinczuk w grudniu 2013 roku poparł pucz kijowski i prawdopodobnie był jednym z jego sponsorów.

Nie był to pierwszy tak alarmistyczny materiał informacyjny proukraińskiego portal jagiellonia.org – opoki prometeizmu, giedroycizmu i atlantyzmu. Wcześniej portal ten zamieścił tak dramatyczne materiały informacyjne jak: „Prorosyjskie siły chcą oszukać Ukraińców. Prezydent Zełenski i przyjaciel Putina Medwedczuk mówią jednym głosem w sprawie pokoju z Rosją” (29.05.2019), „Rosyjskie służby specjalne negocjowały z bliskim otoczeniem Zełenskiego na długo przed rozpoczęciem wyścigu [do] wyborów prezydenckich na Ukrainie” (6.07.2019) i „Prorosyjska Ukraina. Kreml przygotowuje operację geopolityczną, która dla Polski będzie oznaczała katastrofę” (6.07.2019).

Tak kończą się neoprometejskie i postgiedroyciowskie mrzonki „klasy politycznej” w Polsce o Międzymorzu i antyrosyjskiej Ukrainie, która będzie „kordonem sanitarnym” oddzielającym Rosję od Polski i Europy. Jedynymi rezultatami ślepego wspierania i uwielbiania Ukrainy przez kolejne ekipy rządzące w Warszawie są ogromna imigracja ukraińska do Polski, która stwarza coraz więcej problemów, oraz odrodzenie agresywnego nacjonalizmu ukraińskiego, który nigdy nie ukrywał swojego antypolskiego oblicza i z którym Kijów liczy się przede wszystkim w relacjach z Polską.

[1] MSZ Ukrainy: nie godzimy się na upolitycznianie „tragedii wołyńskiej”, http://www.kresy.pl, 12.07.2019.

[2] J. Maciejewski, „Do listy winnych za ludobójstwo na Wołyniu należy doliczyć Niemcy a także Rosję”, http://www.wpolityce.pl, 11.07.2019.

[3] Medwedczuk przedstawił w Parlamencie Europejskim, a potem Putinowi, swój plan pokojowy dla Donbasu, http://www.kresy.pl, 18.07.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 lipca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 31-32 (2251/2252), 28.07-4.08.2019, s. 4

Śmierć za pomoc Żydowi

Pod koniec czerwca br. nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka w Poznaniu ukazała się książka prof. Bogdana Musiała pt. „Kto dopomoże Żydowi…” (410 ss.). Tytuł książki nawiązuje do treści odezwy do Polaków z 17 grudnia 1941 roku niemieckiego starosty powiatowego w Łowiczu, dr. Heinza Wernera Schwendera, o karze śmierci za udzielanie pomocy Żydom. W odezwie tej czytamy: „Zwracam jeszcze raz uwagę na zarządzenie [generalnego gubernatora Hansa Franka z 15 października 1941 roku – uzup. BP], że kara śmierci grozi każdemu, który udzieli żydom opuszczającym miejsce odosobnienia bez zezwolenia Władz, lub też w inny sposób okaże żydom swą pomoc”[1].

Warto w tym miejscu dodać, że dr praw Heinz Werner Schwender (1909-1999) należał do ścisłego grona funkcjonariuszy III Rzeszy odpowiedzialnych za zagładę Żydów w dystrykcie warszawskim Generalnego Gubernatorstwa. Tworząc w maju 1940 roku getto żydowskie w Łowiczu, nadał mu charakter „wzorcowy” (było szczelnie odizolowane murami i ogrodzeniami). W styczniu 1941 roku rozpoczął deportację 18 tys. Żydów z tego getta do getta warszawskiego. Podzielili oni los mieszkańców getta warszawskiego, których w latach 1942-1943 Niemcy wymordowali w obozie zagłady w Treblince. Schwender z dumą zameldował Frankowi w lutym 1941 roku, że powiat łowicki jako jeden z pierwszych w Generalnym Gubernatorstwie stał się Judenfrei (wolny od Żydów). Nigdy nie poniósł za to żadnej odpowiedzialności. Trybunał denazyfikacyjny w brytyjskiej strefie okupacyjnej Niemiec uniewinnił go 9 października 1947 roku. W 1950 roku Schwender został radcą ministerialnym w Ministerstwie Mieszkalnictwa RFN. Pracował tam do emerytury, publikując też na temat prawa mieszkaniowego w literaturze fachowej. Nigdy nie zainteresowała się nim Centrala Badania Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu[2]. Jego powojenne losy są symboliczne dla wielu niemieckich zbrodniarzy nazistowskich.

Prof. Bogdan Musiał (ur. 1960 r. w Wielopolu, pow. Dabrowa Tarnowska) jest znanym historykiem niemieckim polskiego pochodzenia. W 1985 roku uzyskał azyl polityczny, a potem obywatelstwo w RFN. W latach 1990-1998 studiował historię, socjologię i politologię na uniwersytetach w Hanowerze i Manchesterze. W 1998 roku obronił doktorat na temat eksterminacji Żydów w okupowanej Polsce. Habilitację uzyskał natomiast w 2005 roku. W latach 1999-2004 pracował w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie, w latach 2007-2010 w Biurze Edukacji Publicznej IPN, a w latach 2010-2015 kierował Katedrą Studiów nad Europą Środkową i Wschodnią na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. W swojej publicystyce prezentuje radykalnie antykomunistyczny i antyradziecki punkt widzenia, stąd był i jest chętnie zapraszany do mediów związanych z obecnym obozem władzy w Polsce i był komentatorem takich filmów dokumentalnych jak „Towarzysz generał” i „Towarzysz generał idzie na wojnę”. Niewątpliwie można go uznać za jedną z ważnych postaci wpływających na kształt polityki historycznej w Polsce po 1989 roku.

Bogdan Musiał posiada jednak w swoim dorobku także wiele cennych prac, opartych na solidnej bazie źródłowej, dotyczącej różnych wątków okupacji niemieckiej i radzieckiej ziem polskich podczas drugiej wojny światowej. Do najważniejszych publikacji B. Musiała należą: „Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne! Brutalizacja wojny niemiecko-sowieckiej latem 1941 roku” (Warszawa 2001), „Na zachód po trupie Polski” (Warszawa 2009), „Przewrót majowy 1926 roku w oczach Kremla” (Warszawa 2009), „Wojna Stalina 1939-1945. Terror, grabież, demontaże” (Poznań 2012), „Geneza paktu Hitler-Stalin. Fakty i propaganda” (Warszawa 2012), „Sowieccy partyzanci 1941-1944. Mity i rzeczywistość” (Poznań 2014), „Deutsche Zivilverwaltung und Judenverfolgung im Generalgouvernement. Eine Fallstudie zum Distrikt Lublin 1939-1944” (Wiesbaden 1999), „Aktion Reinhardt. Der Völkermord an den Juden im Generalgouvernement 1941–1944” (Osnabrück 2004), „Genesis des Genozids. Polen 1939-1941” (razem z Klausem-Michaelem Mallmannem, Darmstadt 2004), „Kampfplatz Deutschland. Stalins Kriegspläne gegen den Westen” (Berlin 2008).

Bogdan Musiał należy niewątpliwie do znawców tematu zagłady Żydów przez III Rzeszę Niemiecką na okupowanych ziemiach polskich. Tego tematu dotyczyły zarówno jego doktorat, jak i habilitacja. W wywiadach udzielanych w związku z publikacją książki „Kto dopomoże Żydowi…” nie ukrywał, że publikacja ta stanowi jego polemikę ze stanowiskiem zajmowanym przez takich autorów jak Jan T. Gross, Jan Grabowski, Paweł Śpiewak i Barbara Engelking. Autorzy ci uważają, że negatywne postawy Polaków wobec Żydów podczas okupacji niemieckiej daleko przeważały nad postawami pozytywnymi i chęcią pomocy. Polacy mieli podczas okupacji niemieckiej zabić więcej Żydów niż ich uratować, niejednokrotnie aktywnie uczestnicząc w niemieckich zbrodniach na Żydach i grabieży ich mienia. Takie wnioski zawierają m.in. prace Jana T. Grossa – „Złote Żniwa. Recz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów” (Kraków 2011) i Jana Grabowskiego – „Judenjagd. Polowanie na Żydów 1942-1945. Studium z dziejów jednego powiatu” (Warszawa 2011) oraz wydana w 2018 roku pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego dwutomowa publikacja pt. „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”.

Prof. Paweł Śpiewak stwierdził wprost, że nie może znieść retoryki ratowania Żydów przez Polaków, reakcją Polaków na zagładę Żydów była wymuszona obojętność, bezsilność i często wrogość wobec Żydów, a Polacy uratowali za mało Żydów, ponieważ brak im było zwykłej empatii[3]. Dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego stwierdził ponadto, że „chodzi o to, żeby nie robić z siebie narodu wyjątkowego, wyjątkowo miłosiernego, dobrego” [4]. Można się z tym zgodzić, jednakże z drugiej strony chodzi też o to, żeby z narodu, który sam był ofiarą niemieckiego ludobójstwa nie robić narodu sprawców i współpracowników III Rzeszy w zagładzie innego narodu.

O to właśnie – jak się wydaje – chodzi natomiast Bogdanowi Musiałowi. W swojej publikacji porusza on takie zagadnienia jak: niemiecka polityka wobec Polaków i Żydów w okupowanej Polsce, warunki życia w getcie, zagładę Żydów i niemieckie polowanie na uciekinierów żydowskich, współudział Polaków w polowaniu na uciekinierów żydowskich, sankcje i represje za pomoc uciekinierom żydowskim w praktyce, penalizacja pomocy Żydom w innych krajach oraz powojenny los niemieckich sprawców. Bardzo cennym elementem pracy B. Musiała jest pełna edycja źródeł – dotychczas cytowanych w literaturze historycznej wyrywkowo lub nie publikowanych wcale – dotyczących niemieckiego prawodawstwa okupacyjnego na ziemiach polskich, w tym sankcji karnych za pomoc Żydom. Są to w sumie 34 urzędowe dokumenty okupacyjnych władz niemieckich – rozporządzenia, zarządzenia, obwieszczenia, odezwy do Polaków i pisma poufne. Publikację uzupełniają wywiady i polemiki B. Musiała dotyczące publicystyki Jana T. Grossa, stosunków polsko-żydowskich i niemieckiej polityki historycznej.

Wspomniana edycja źródeł obejmuje m.in. takie dokumenty jak: rozporządzenie generalnego gubernatora H. Franka z 31 października 1939 roku dotyczące zwalczania czynów gwałtu w Generalnym Gubernatorstwie, rozporządzenie H. Franka z 23 listopada 1939 roku o oznaczeniu Żydów i Żydówek w Generalnym Gubernatorstwie, zarządzenie Stadthauptmanna w Krakowie z 22 października 1940 roku o ograniczeniu pobytu Żydów, zarządzenie starosty warszawskiego Ludwiga Leista z 14 stycznia 1941 roku o utworzeniu dzielnicy żydowskiej w Warszawie, zarządzenie szefa dystryktu lubelskiego z 22 września 1941 roku o ograniczeniu miejsca pobytu Żydów na obszarze Okręgu Lubelskiego, trzecie rozporządzenie H. Franka z 15 października 1941 roku o ograniczeniach pobytu w Generalnym Gubernatorstwie, obwieszczenie starosty grójeckiego z 30 października 1941 roku o zakazie udzielania pomocy Żydom, obwieszczenie gubernatora warszawskiego Ludwiga Fischera z 10 listopada 1941 roku dotyczące kary śmierci za nieuprawnione opuszczenie żydowskich dzielnic mieszkaniowych, wspomniana odezwa Heinza W. Schwendera z 17 grudnia 1941 roku o karze śmierci za udzielenie pomocy Żydom, pismo Wydziału Sprawiedliwości przy Urzędzie Gubernatora dystryktu galicyjskiego z 13 stycznia 1944 roku do dyrektora Wydziału Głównego Sprawiedliwości rządu GG dotyczące wykonywania wyroków śmierci za pomoc Żydom i in.

Już tylko z tych dokumentów wynika, że tym co determinowało rozmiary polskiej pomocy dla Żydów podczas okupacji niemieckiej była ich izolacja w gettach oraz drakońskie kary, łącznie z karą śmierci, za opuszczanie gett przez Żydów i udzielanie im pomocy przez Polaków. Kluczowe jest tutaj trzecie rozporządzenie Hansa Franka z 15 października 1941 roku o ograniczeniach pobytu w Generalnym Gubernatorstwie. Czytamy w nim m.in.: „(1) Żydzi, którzy bez upoważnienia opuszczają wyznaczoną im dzielnicę podlegają karze śmierci. Tej samej karze podlegają osoby, które takim żydom świadomie dają kryjówkę. (2) Podżegacze i pomocnicy podlegają tej samej karze jak sprawca, czyn usiłowany karany będzie jak czyn dokonany. W lżejszych wypadkach można orzec ciężkie więzienie lub więzienie. (3). Zawyrokowanie następuje przez Sądy Specjalne”[5].

Chociażby w świetle tego rozporządzenia generalnego gubernatora rodzi się pytanie: skoro pomoc polska dla Żydów była tak niewielka – jak twierdzą obecnie niektórzy historycy i publicyści – to dlaczego była tak surowo karana? Skoro Polakom było brak empatii i uratowali za mało Żydów – jak twierdzi prof. P. Śpiewak – to dlaczego Hans Frank obawiał się, że jednak mają empatię i postanowił zapobiec skutkom tej empatii poprzez surowe kary?

Bogdan Musiał odpowiada na to następująco: „Opisane niemieckie prawodawstwo penalizujące wszelką pomoc prześladowanym Żydom oraz represje za objawy takiej pomocy w Polsce są wyjątkowe w okupowanej przez Niemców Europie. W żadnym innym kraju władze okupacyjne nie stosowały tak drastycznych sankcji oraz metod terroru. Wyjątkowa jest ich skala i fakt, że dotykały one przede wszystkim mieszkańców polskich wsi. (…). Nasuwa się więc pytanie, dlaczego akurat na polskiej prowincji niemieckie represje były tak drastyczne. Biorąc pod uwagę aktualny stan badań, można powiedzieć, że miało to związek z dużą skalą ucieczek z niezamkniętych przecież gett, przy początkowo wysokim stopniu gotowości udzielania pomocy przez polskich sąsiadów. (…) Jedno jest raczej pewne. Polskie społeczeństwo w swojej większości nie pozostawało obojętne, ani bierne wobec zagłady Żydów. Stopień gotowości do pomocy prześladowanym był najwidoczniej na tyle duży, że niemieccy okupanci czuli się zmuszeni stworzyć specjalne prawodawstwo penalizujące takie postawy oraz stosować drakońskie kary i represje. Ich celem było stworzenie atmosfery strachu, aby w ten sposób wyeliminować lub przynajmniej ograniczyć pomoc skazanym na śmierć Żydom. I to się w dużej mierze udało. Z dostępnych relacji wynika bowiem, że w czasie okupacji w Polsce panowała wręcz psychoza strachu wywołana niemieckim terrorem. (…) Tymczasem ton debacie na te trudne tematy często nadają autorzy, którzy albo nie znają, albo ignorują realia niemieckiej okupacji w Polsce, lub też tacy, którzy sami w chwili próby nie wykazali się hartem ducha i nienaganną postawą moralną. (…) Autorzy zajmujący się problemem ratowania Żydów w okupowanej Polsce powinni sobie najpierw zadać pytanie, czy zaryzykowaliby życie własnych dzieci dla pomocy innym”[6].

[1] B. Musiał, „Kto dopomoże Żydowi…”, Poznań 2019, s. 277-278. Pisownia oryginalna według wersji obwieszczenia odezwy niemieckiego starosty powiatowego w Łowiczu z 17 grudnia 1941 r. wydanej przez władze niemieckie w języku polskim.

[2] M. Roth, „Herrenmenschen. Die deutschen Kreishauptleute im besetzten Polen – Karrierewege, Herrschaftspraxis und Nachgeschichte”, Göttingen 2009, s. 182f, 187, 503.

[3] Prof. P. Śpiewak: podstawową reakcją na Zagładę była wymuszona obojętność, bezsilność, często wrogość wobec Żydów, http://www.dzieje.pl, 24.03.2018; Prof. Paweł Śpiewak: Polacy nie umieją poczuć się Żydem w lipcu 1942 roku, http://www.wiadomo.co, 25.02.2019; Dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego: Polacy uratowali tak mało Żydów, bo brakło im zwykłej empatii, http://www.dzienniknarodowy.pl, 26.02.2019; Skandaliczne słowa prof. Śpiewaka: „Nie mogę znieść retoryki ratowania Żydów przez Polaków”, http://www.dorzeczy.pl, 19.04.2019.

[4] Skandaliczne słowa prof. Śpiewaka: „Nie mogę znieść retoryki ratowania Żydów przez Polaków”, http://www.dorzeczy.pl, 19.04.2019.

[5] B. Musiał, „Kto dopomoże Żydowi…”, s. 269-270. Pisownia oryginalna według wersji rozporządzenia H. Franka wydanej przez władze niemieckie w języku polskim.

[6] Tamże, s. 277-228, 244.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 lipca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 29-30 (2249/2250), 14-21.07.2019, s. 17

Degrelle a polityka historyczna III RP

Na oficjalnym koncie na Twitterze Brygady Lubelskiej ONR pojawił się następujący wpis: „15 czerwca 1906 r. urodził się Leon Degrelle – jeden z największych narodowych rewolucjonistów. Oto prawdziwa wielka rewolucja, którą trzeba przeprowadzić. Rewolucja duchowa. Albo bankructwo epoki. Zbawienie świata spoczywa w woli dusz, które wierzą”.

Wpis ten wywołał słuszne oburzenie Rafała A. Ziemkiewicza, Konrada Świrskiego (członka zarządu i byłego wiceprezesa Polskiej Fundacji Narodowej) oraz Krzysztofa Bosaka.

Red. R. Ziemkiewicz stwierdził: „Co za chory, odrażający pomysł. Lubelski ONR właśnie napluł na grób zamęczonego w Auschwitz założyciela przedwojennego ONR Mosdorfa i licznych działaczy tej organizacji, którzy polegli i zostali zakatowani przez hitlerowców. Doradzam p***cie się w łeb i natychmiastowe przeprosiny”.

Natomiast Konrad Świrski napisał: „Ludzie z @ONRLublin albo zwariowali albo są po prostu ruską agenturą. Promują hitlerowskiego kolaboranta, dowódcę dywizji SS Walonien (…)”[1].

Ten chwyt z „ruską agenturą” – jakże charakterystyczny dla obozu władzy – musiał tak podziałać na lubelski ONR, że zaraz wpis o Degrelle’u skasował. Jednakże sprowadzanie wszystkiego do „ruskiej agentury” jest daleko idącym uproszczeniem.

Nie ulega wątpliwości, że jakiekolwiek pozytywne odniesienia do osoby SS-Standartenführera Leona Degrelle’a (1906-1994), hitlerowskiego kolaboranta i dowódcy 28. (1.walońskiej) Ochotniczej Dywizji Grenadierów Pancernych Waffen-SS „Wallonien” są kompromitujące dla każdego kto uważa się za Polaka. Są profanacją pamięci o polskich ofiarach nazizmu i bezczelną ignorancją faktu, że niemiecki nazizm skazał naród polski na zagładę. Są także kompromitacją dla każdego kto uważa się za katolika, ponieważ Degrelle został w lipcu 1943 roku ekskomunikowany przez hierarchów belgijskiego Kościoła katolickiego. W reakcji na ten akt ksiądz Michel Poncelet odmówił udzielenia mu sakramentu Eucharystii. Wówczas Degrelle na czele swoich zwolenników napadł na tego księdza w kościele. Został on przez nich pobity, wyrzucony z kościoła i zamknięty w grobowcu rodziny Degrelle’a. 12 kwietnia 1943 roku Degrelle zamordował też kochanka swojej żony i nigdy nie został za to ukarany. Jako nazistowski kolaborant był bowiem bezkarny. Odwoływanie się do takiej postaci jako rzekomego symbolu „tradycji katolickiej” i jej obrony ośmiesza każdego, kto to czyni.

Mimo to po skandalu w Lublinie pojawili się obrońcy postaci Degrelle’a, twierdzący, że jego kolaboracja z III Rzeszą to był tylko taki epizod, a poglądy wodza walońskich faszystów („chrześcijański rewolucjonizm”) były w porządku i świetnie nadają się dzisiaj dla radykalnej prawicy. Nie można twierdzić, że ceni się u Degrelle’a „chrześcijański rewolucjonizm” i ignorować fakt, że był nazistą. Ten „chrześcijański rewolucjonizm” zaprowadził Degrelle’a właśnie do nazizmu i kolaboracji z III Rzeszą. I tylko tam.

Nie jest też prawdą, że ta kolaboracja to był jakiś „realizm polityczny”, na który Degrelle zdecydował się po 1940 roku, żeby ocalić Belgów. Po pierwsze Belgom (poza belgijskimi Żydami) nie groziła ze strony III Rzeszy eksterminacja. Takie zamiary hitlerowskie Niemcy miały tylko wobec Żydów i Słowian. Generalny Plan Wschodni przewidywał biologiczną redukcję Polaków o 85%, Czechów o 50%, Ukraińców o 65%, a Białorusinów o 75%. Następni po Żydach byli przewidziani do zagłady właśnie Słowianie. Zagłada Żydów środkowo- i wschodnioeuropejskich była wstępem do depopulacji Europy Środkowej i Wschodniej. Tam – a nie w Belgii – miał powstać niemiecki Lebensraum, o który na froncie wschodnim walczył SS-Standartenführer Degrelle.

Po drugie Degrelle przeszedł na stronę faszyzmu i nazizmu na długo przed wkroczeniem 10 maja 1940 roku wojsk niemieckich do Belgii, Francji, Holandii i Luksemburga. W 1935 roku Degrelle wystąpił z Belgijskiej Partii Katolickiej i założył ultrakatolickie oraz radykalnie nacjonalistyczne ugrupowanie Christus Rex, Potocznie nazywano ten ruch reksistami, a jego ideologię reksizmem. Reksiści od początku dryfowali w kierunku faszyzmu i nazizmu. Degrelle był przed wojną regularnym gościem corocznych zjazdów NSDAP w Norymberdze, spotykał się z Josephem Goebbelsem i pobierał wsparcie finansowe od Benito Mussoliniego. Reksizm jako ideologia był kopią włoskiego faszyzmu, okraszoną frazeologią ultrakatolicką.

W 1940 roku Degrelle został wydalony przez Niemców wraz z tysiącem swoich zwolenników do Francji. Powrócił jednak do łask III Rzeszy, gdy przedstawił Berlinowi bardziej atrakcyjną ofertę kolaboracji niż wspierani początkowo przez hitlerowców separatyści flamandzcy. Ostatecznie Hitler postawił w Belgii na Degrelle’a i na katolickich faszystów walońskich (reksistów) i się nie zawiódł. Nie zabrakło ochotników do Legionu Walońskiego i stworzonych później na jego bazie Brygady Szturmowej SS „Walonia” oraz 28. Ochotniczej Dywizji Grenadierów Pancernych Waffen-SS „Wallonien”, rozbitej w lutym 1945 roku podczas walk na Pomorzu. Formacje te były używane na Wschodzie m.in. do walk z partyzantką radziecką i prawdopodobnie też polską, o czym warto członkom ONR przypomnieć. Degrelle został odznaczony wieloma odznaczeniami hitlerowskimi, w tym Krzyżem Rycerskim Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu (czwarta klasa Krzyża Rycerskiego Krzyża Żelaznego). Wręczając mu to odznaczenie na początku 1945 roku Hitler powiedział, że „gdybym miał syna, chciałbym by był taki jak ty”.

Degrelle dorobił się na wojnie i kolaboracji z Niemcami fortuny. Głównie na grabieży majątku po zamordowanych Żydach belgijskich. Za uzyskane w ten sposób pieniądze kupował nieruchomości w Cannes oraz wygodnie urządził się po wojnie w frankistowskiej Hiszpanii, nie przejmując się faktem, że w Belgii skazano go zaocznie za kolaborację z Niemcami na karę śmierci.

W 1977 roku, w wywiadzie dla „The New York Times”, Degrelle stwierdził: „byłem hitlerowcem, cięgle nim jestem i pozostanę nim do śmierci”. W wywiadzie z 1985 roku dla „The Washington Post” stwierdził natomiast, że komory gazowe w niemieckich obozach zagłady nigdy nie istniały, a Josef Mengele był w Auschwitz zwykłym lekarzem. Katolickim nacjonalistom w Polsce, którzy odwołują się do tej postaci, warto przypomnieć, że w 1979 roku Degrelle napisał bezczelny w formie i treści list do papieża Jana Pawła II, w którym sprzeciwiał się jego wizycie w byłym nazistowskim i niemieckim obozie KL Auschwitz. Otwarcie zanegował wtedy zbrodnie niemieckie popełnione w tym obozie.

Hubert Kuberski uważa, że transformacja Degrelle’a z katolickiego faszysty w nazistę miała miejsce na początku 1943 roku: „Przełom ideologiczny u Degrelle’a nastąpił 17 stycznia 1943 r. w brukselskim Palais des Sports, gdy doszło do oficjalnego powitania powracających legionistów przez tysiące zmobilizowanych specjalnie w tym celu ekstremistów walońskich. To tam Chef de Rex ogłosił zmianę kursu oraz rewelacje o »germańskich« korzeniach Walonów (mających wywodzić się od Burgundów) oraz włączeniu Walonii w skład III Rzeszy, tworzącej »Germańskie Imperium«. Tą deklaracją Degrelle osiągnął najwyższy poziom kolaboracji z Niemcami – jednocześnie okazywało się, że Rex i Légion stały się platformą stałego wzrostu osobistego znaczenia i ambicji swego lidera. (…) Dalszym krokiem ku ściślejszej kolaboracji był ponowny wyjazd Degrelle’a do Berlina wraz z Matthysem i Paulem Colinem. W ciągu dwóch tygodni Chef de Rex spotkał się z przedstawicielami Wehrmachtu i SS-Hauptamt, rozpoczynając serię rozmów na temat przeniesienia walońskiego legionu pod zwierzchnictwo Waffen SS. Poza najważniejszą kwestią wojskową Degrelle zdążył doprowadzić do spotkań na temat statusu Walonów w Reichsicherhauptamt, Reichsjugendführung, Propagandaministerium i Auswärtiges Amt. Wziął też udział w mityngu politycznym, przemawiając przed publicznością berlińskiego Reichssportfeld, złożoną z 2000 belgijskich robotników (ochotniczych i przymusowych) oraz legionistów. Wizyta okazała się sukcesem medialnym Degrelle’a, gdyż Hitler wydał 31 stycznia 1943 r. polecenie, które brzmiało: »wszelkimi sposobami musimy popierać Degrelle’a«. Wówczas zaczął kształtować się narodowosocjalistyczny Degrelle. Tymczasem rozwijał się front wewnętrzny w Walonii pod postacią kontrterroru, będącego odpowiedzią na zamachy organizowane przez belgijski Resistance zdominowany przez komunistów z PCB. Zakulisowo działający reksiści pod kierunkiem Charlesa Lambinona, w ramach Biura Informacji, Dochodzenia i Dokumentacji (Bureau d’information, de renseignements et de documentation – BIRD) przygotowywali listy proskrypcyjne potencjalnych i wytypowanych wrogów Reksa. Ostatecznie część informacji BIRD trafiła do niemieckiej policji, a pod koniec 1942 r. doszło do zaangażowania reksistów w akcje inwigilacyjne, np. w Charleroi. Już wkrótce, bo w styczniu 1943 r., doszło do serii ataków przemocy wobec osób utożsamianych z kręgami patriotycznymi lub probrytyjskimi”[2].

Tym, którym imponuje Degrelle jako „katolicki tradycjonalista” trzeba też uświadomić, że dekatolizacja i dechrystianizacja Europy Zachodniej nie zaczęła się od rewolucji obyczajowej w latach 60. XX wieku i późniejszej inwazji islamu. Zaczęła się od profaszystowskich i pronazistowskich afiliacji ruchów politycznych odwołujących się do tradycjonalistycznego katolicyzmu, takich jak reksiści w Belgii czy Croix-de feu (Ognisty Krzyż) we Francji.

To wszystko jest oczywiste. Powstaje jednak pytanie, dlaczego panowie Świrski i Ziemkiewicz zareagowali dopiero teraz na gloryfikację postaci Leona Degrelle’a wśród skrajnej prawicy w Polsce? Przecież ta gloryfikacja ma miejsce co najmniej od lat 90. XX wieku. Już wtedy bowiem wydano w Polsce po raz pierwszy „Płonące dusze” – czyli taki „Mein Kampf” Degrelle’a. Ostatnie polskie wydanie tej książki – nakładem wydawnictwa Rekonkwista – pochodzi z 2009 roku. Wydawnictwo Rekonkwista zostało założone przez pracownika IPN, dr. Mariusza Bechtę, którego prezydent Andrzej Duda odznaczył w 2016 roku Złotym Krzyżem Zasługi. Na polskim rynku wydawniczym jest też obecne od lat inne dzieło pisarskie Degrelle’a – „Front wschodni 1941-1945. Wspomnienia”, wydane w 2002 roku w Krakowie przez Wydawnictwo Arkadiusz Wingert. Publikacja ta zawiera skrajnie idealistyczny obraz armii hitlerowskiej na froncie wschodnim. Oficyna Wydawnicza Finna wydała w Polsce dwutomową publikację Degrelle’a pt. „Wiek Hitlera”, której drugi tom nosi tytuł „Hitler demokrata”, a wydawnictwo Carnivore apologetyczną książkę Degrelle’a pt. „Waffen SS”, która w styczniu 2018 roku była promowana na narodowo-radyklanym portalu Nacjonalista.pl. Nie wydawano by w Polsce takich książek, gdyby nie było na nie popytu. A ten popyt stworzyła skrajnie antykomunistyczna polityka historyczna. Heroiczne opowieści o „Łupaszce”, „Roju” i „Burym” pewnym ludziom nie wystarczyły. Sięgnęli więc po coś mocniejszego. Ostatecznie Degrelle zrealizował 70 lat wcześniej ich marzenie – marzenie o walce z Rosją, nie w jakiejś partyzantce, ale w wielkiej regularnej armii.

Złote myśli Degrelle’a, a także Davida Irvinga i Juliusa Evoli, były też rozpowszechniane na łamach periodyku „Templum Novum”, wydawanego i redagowanego przez wspomnianego pracownika IPN, dr. Mariusza Bechtę. W 2013 roku Bechta opublikował w języku polskim „Apel do młodych Europejczyków” Degrelle’a. Panowie Świrski i Ziemkiewicz wtedy tego nie zauważyli?

Nigdy wcześniej nie dostrzegli, że postać przywódcy walońskich katolickich faszystów była przez co najmniej 25 lat stale obecna w roli bohatera pozytywnego na różnych portalach nacjonalistycznych w Polsce i w tego typu niszowych publikacjach? Naprawdę dziwnie, jeśli nie śmiesznie, wygląda ich oburzenie w czerwcu 2019 roku.

W dzisiejszej Polsce działają także legalnie Ruch Christus Rex i Instytut Narodowo-Rojalistyczny Christus Rex, odwołujące się właśnie do ideologii reksizmu Degrelle’a. Z ich strony internetowej można się dowiedzieć, że są przeciwko komunizmowi i kapitalizmowi, opowiadają się za „narodowym państwem korporacyjnym” (to takie eleganckie określenie włoskiego faszyzmu), „integralnym rzymskim katolicyzmem”, „integralnym nacjonalizmem”, „narodowym solidaryzmem” (patrz: uwaga wyżej) i „monarchizmem narodowym”. Można tam przeczytać, że Degrelle był autorem „wzniosłych słów”, a oprócz jego dzieła „Płonące dusze” jest też propagowane dzieło „Droga legionisty” autorstwa Corneliu Zelea Codreanu (1899-1938) – rumuńskiego mistyka prawosławnego i ideologa rumuńskiego faszyzmu, przywódcy Legionu Michała Archanioła (późniejszej Żelaznej Gwardii). O tym panowie Świrski i Ziemkiewicz też nie wiedzą? Też powiedzą, że to „ruska agentura”? A może jednak nie „ruska”.

Podejrzewam, że nie chodzi tym panom o Degrelle’a, ale jedynie o powiedzenie ONR-owi, że jak chcą być przybudówką PiS-u to niech nie kompromitują swojego protektora tak bezpośrednio. Mogą czcić „Ognia” i „Burego”, ale nie SS-Standartenführera Degrelle’a.

Skąd się wziął w tego typu środowiskach kult postaci Degrelle’a? Z tego samego źródła, z którego wypłynął tendencyjny kult „żołnierzy wyklętych” i cała polska polityka historyczna po 1989 roku. Z wojującego antykomunizmu i antysowietyzmu (rozumianego jako antyrosyjskość). Gloryfikacja różnych Degrellów to była narracja propagandowa skrajnej prawicy na Zachodzie w okresie „zimnej wojny” (1946-1989). Wtedy to było tam tolerowane, bo wszystko co antykomunistyczne i antysowieckie uważano w tamtym okresie za dobre.

Ta idea, że wszystko co antykomunistyczne i antysowieckie (w znaczeniu antyrosyjskie) jest dobre, legła u podstaw polskiej polityki historycznej po 1989 roku i jeszcze bardziej pisowskiej polityki historycznej po 2015 roku. Oczywiście, że ta polityka historyczna nie przewidywała kultu SS-Standartenführera Degrelle’a, ale każda skrajność ma tę cechę, że inspiruje jeszcze większą skrajność. Dla części środowisk nacjonalistycznych postać Degrelle’a wpisała się w ramy państwowej antykomunistycznej polityki historycznej, czy też inaczej – ta polityka stała się parawanem ochronnym dla kultu takiej postaci. Afirmacja Degrelle’a pod płaszczykiem „chrześcijańskiego rewolucjonizmu” i czegoś tam jeszcze jest bowiem dla tych środowisk zastępczą formą afirmacji faszyzmu i nazizmu, do których wprost nie wypada się odwoływać. Afirmacja Degrelle’a i reksizmu w Polsce świadczy o zagubieniu politycznym młodego pokolenia, które jest skutkiem takiego a nie innego przebiegu transformacji ustrojowej oraz peryferyjnego i podrzędnego statusu Polski w bloku euro-atlantyckim.

Panowie Świrski i Ziemkiewicz – zaliczający się niewątpliwie do elity animatorów państwowej polityki historycznej – udają, że nie rozumieją, iż potępiają uboczny skutek tej polityki. Rozsądni ludzie ostrzegali, że wyjdzie z tego głupota i kompromitacja. I wyszła.

[1] Skandaliczny wpis lubelskiej brygady ONR. Ostra reakcja Ziemkiewicza, http://www.przybylski.dorzeczy.pl, 17.06.2019.

[2] H. Kuberski, „Wschodnioeuropejska odyseja Leona Degrelle’a. Walońscy ochotnicy Waffen SS (1943-1945) na froncie wschodnim”, „Studia z dziejów Rosji i Europy Środkowo-Wschodniej”, rocznik XLIX, zesz. 2, Warszawa 2014, s. 130-131.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 czerwca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 27-28 (2247/2248), 30.06-7.07.2019, s. 4-5

Jak to się stało?

4 czerwca minęła 30. rocznica wyborów parlamentarnych z 1989 roku, które położyły kres historii Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Rocznicę tę obchodziły głównie postsolidarnościowe elity polityczne i także te obchody odzwierciedliły śmiertelne skłócenie tych elit, z jakim mamy do czynienia z różnym stopniem nasilenia od pierwszej „wojny na górze” w 1990 roku. Brak powszechnego entuzjazmu społecznego w związku z tą rocznicą jest wymowny i w jakiejś mierze stanowi podsumowanie minionego 30-lecia, w którym dokonała się transformacja PRL w III RP.

Jeszcze przez wiele dziesięcioleci będzie zadawane pytanie: jak to się stało? Jedną z najciekawszych odpowiedzi na pytanie o przyczynę 4 czerwca 1989 roku udzielił skrajny dogmatyk partyjny Wsiewołod Wołczew (1929-1993) – syn bułgarskiego komunisty Wasiła Wyłczewa i Rosjanki, urodzony w Leningradzie. Zrządzenie losu spowodowało, że stał się obywatelem polskim (jego matka po śmierci męża – straconego w 1938 roku podczas Wielkiego Terroru – wyszła za mąż za Polaka i wyemigrowała z nim w 1946 roku do Polski). Wołczew został dr. hab. historii i wykładał na UMCS, Uniwersytecie Śląskim, Uniwersytecie Szczecińskim i w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR. Przede wszystkim jednak był kierownikiem Zakładu Badań Politycznych Śląskiego Instytutu Naukowego w Katowicach – głównego zaplecza naukowego partyjnego betonu z Komitetu Wojewódzkiego PZPR.

W latach 1981-1982 był jednym z przywódców Katowickiego Forum Partyjnego, które chciało powstrzymać ewolucję PZPR w stronę rewizjonizmu i które miało dostarczyć kadr do nowej ekipy PZPR na wypadek interwencji radzieckiej w Polsce. Po upadku Andrzeja Żabińskiego (1938-1988) – I sekretarza KW PZPR w Katowicach i lidera tej grupy – Katowickie Forum Partyjne zostało przekształcone w Katowickie Seminarium Marksistowsko-Leninowskie, które nie odegrało już żadnej roli politycznej. W 1990 roku Wołczew znalazł się na emeryturze. Zmarł trzy lata później. Na przełomie lutego i marca 1989 roku (a więc w okresie obrad Okrągłego Stołu) opublikował opracowanie pt. „Niektóre uwagi w kwestii źródeł i przesłanek aktualnego kryzysu światowego systemu socjalizmu”. Z jego analizy wynika, że III RP ma korzenie PRL-owskie i tylko PRL-owskie. Polski neokapitalizm wyrósł z polskiego socjalizmu i faktu tego nie zmieni żadna dekomunizacyjna polityka historyczna.

Swoją analizę streścił później następująco:

„Bezpośrednią siłą społeczną, która zadecydowała o przekształceniu rewolucji socjalistycznej w burżuazyjną kontrrewolucję była potężna uprzywilejowana warstwa zarządzająca. Swoje egoistyczne interesy realizowała ona kosztem mas pracujących i zahamowania rewolucji socjalistycznej. W sposób nieuchronny doprowadziło to do kryzysu gospodarczego oraz przegrania współzawodnictwa technologicznego i ekonomicznego z najbardziej rozwiniętymi krajami kapitalistycznymi. Usunięcie uprzywilejowanej warstwy zarządzającej, z uwagi na podporządkowanie jej całego systemu politycznego oraz brak zorganizowanych sił rewolucyjnych, okazało się niemożliwe. Ponieważ polityka uprzywilejowanej warstwy zarządzającej podważyła zaufanie mas do socjalizmu, nieuchronna okazała się otwarta restauracja kapitalizmu. (…) W Polsce uprzywilejowana warstwa zarządzająca podporządkowała sobie PZPR, związki zawodowe i wszystkie inne organizacje systemu politycznego, tolerowała istnienie opozycji antysocjalistycznej i wielokrotnie korzystała z poparcia Kościoła katolickiego. W rezultacie mieliśmy do czynienia z dwoma ośrodkami antysocjalistycznej kontrrewolucji. Jeden – skupiony był wokół tzw. oficjalnej opozycji antysocjalistycznej, a drugi – usadowiony był w oficjalnych strukturach władzy politycznej. Do formalnego porozumienia obu tych ośrodków antysocjalistycznych doszło przy »okrągłym stole«, choć faktycznie współpracowano wcześniej od wielu lat. Uprzywilejowana warstwa zarządzająca, najpełniej reprezentowana przez ekipę Jaruzelskiego, przekazała jawnej kontrrewolucji władzę polityczną w 1989 roku, a obecnie doradza i sekunduje ekipom solidarnościowym w rozkradaniu majątku narodowego i ograbianiu ludzi pracy z socjalno-ekonomicznych i politycznych zdobyczy”[1].

Analiza Wołczewa nie była analizą marksistowską, ale trockistowską. To wygnany w 1929 roku z ZSRR Lew Trocki (1879-1940) w swojej książce „Zdradzona rewolucja. Czym jest ZSRR i dokąd zmierza?” (pierwsze wydanie polskie w 1936 roku, drugie w 1991 roku) postawił tezę, że państwo to zostało opanowane przez pasożytniczą biurokratyczną kastę partyjno-państwową, a za wyraziciela jej interesów uznał Stalina i jego otoczenie. Ostrzegał, że owa warstwa biurokratyczno-zarządzająca w pewnym momencie uzna, iż w jej interesie leży zdemontowanie socjalizmu i restauracja kapitalizmu. Tezy te powielił jugosłowiański komunista, a potem dysydent Milovan Dżilas (1911-1995) w opublikowanej w 1957 roku w Londynie książce „Nowa klasa”. Pierwsze wydanie polskie tej książki, które miało miejsce także w 1957 roku w Instytucie Literackim w Paryżu, w tłumaczeniu Juliusza Mieroszewskiego (1906-1976), nosiło tytuł „Nowa klasa wyzyskiwaczy (analiza systemu komunistycznego)”.

Oczywiście sprowadzanie przyczyn upadku socjalizmu w ZSRR i państwach bloku radzieckiego do działań warstwy biurokratyczno-zarządzającej jest uproszczeniem. Był to zapewne splot wielu czynników, które wystąpiły równocześnie. Wpływ na rozwój wypadków w latach 80. XX wieku w krajach obozu socjalistycznego miały też porażka radzieckiej pieriestrojki, rozumianej jako próba całościowej reformy ZSRR, a nie jego likwidacji, kryzys gospodarki socjalistycznej, globalna ofensywa antykomunistyczna podjęta przez USA za prezydentury Reagana, przegranie wyścigu technologicznego i wyścigu zbrojeń przez ZSRR i jego blok z USA i blokiem kapitalistycznym (a co za tym idzie przegranie „zimnej wojny”), a w PRL dodatkowo 16 miesięcy powszechnego strajku rotacyjnego „Solidarności” w latach 1980-1981, istnienie opozycji antyustrojowej i silnego Kościoła katolickiego. W każdym z państw obozu radzieckiego występowały różne czynniki, wśród których nie można też lekceważyć roli służb specjalnych i ich powiązań zagranicznych. Ten czynnik odegrał przecież kluczową rolę w siłowym obaleniu ustroju socjalistycznego w Rumunii.

Inaczej wypadki potoczyły się w Chinach i Azji Południowo-Wschodniej, gdzie zachowana została autorytarna władza narodowych partii komunistycznych i dokonano restauracji kapitalizmu (a właściwie jego budowy od podstaw, bo tam nigdy wcześniej nie było rozwiniętego kapitalizmu), ale bez przyjmowania modelu neoliberalnego z ryzykiem pułapki rozwoju zależnego. Dodanie przymiotnika „narodowe”, jeśli mówi się o partiach komunistycznych w Chinach i krajach Azji Południowo-Wschodniej, jest konieczne, ponieważ tamtejszy ruch komunistyczny był ruchem narodowowyzwoleńczym i antykolonialnym, a przez to od początku nacjonalistycznym. W Chińskiej Republice Ludowej partia komunistyczna zachowała swoją władzę polityczną prawdopodobnie dzięki temu, że Deng Xiaoping (1904-1997) rozpoczął chińską pieriestrojkę o ponad sześć lat wcześniej niż Gorbaczow w ZSRR, bo w grudniu 1978 roku. Być może zatem warstwa biurokratyczno-zarządzająca w bloku radzieckim nie chciała iść w kierunku neoliberalnego kapitalizmu, ale w drugiej połowie lat 80. XX wieku nie miała innego wyjścia, ponieważ podjęła środki zaradcze za późno. Kryzys gospodarczy był już zbyt zaawansowany, a ZSRR i państwa jego bloku coraz słabsze politycznie.

Deng Xiaoping zreinterpretował chińską wersję marksizmu, czyli maoizm, w duchu konfucjańskim. Kluczową zasadą działania stał się pragmatyzm. Dlatego kierownictwo chińskie odrzuciło szaleństwa maoizmu, ale też nie przyjęło tego modelu transformacji gospodarczej, jaki zastosowano w Polsce i innych państwach obozu radzieckiego. Modelu thatcherowsko-neoliberlanego, który wpędził te kraje w to co socjologia nazywa rozwojem zależnym. Data 4 czerwca 1989 roku kojarzy się w Chinach z zupełnie czym innym niż w Polsce – z brutalnym i krwawym zmasakrowaniem na placu Tiananmen w Pekinie tych, którzy chcieli pójść drogą liberalnej demokracji i neoliberalnego kapitalizmu. Ta tragedia pokazuje, że wybór drogi polityczno-ekonomicznej w Chinach nie był sprawą łatwą i odbywał się w dramatycznych okolicznościach. Dlatego nad ofiarami z placu Tiananmen trzeba nisko pochylić głowę. Faktem jest jednak, że dzisiaj to chiński kapitalizm (zwany w oficjalnej propagandzie socjalistyczną gospodarką rynkową) prześciga neoliberalny kapitalizm północnoamerykański i zachodnioeuropejski, który po kryzysie finansowym z 2008 roku nie powrócił na dawne ścieżki szybkiego wzrostu. To z Chinami musi prezydent Trump toczyć dzisiaj wojny gospodarcze, żeby utrzymać słabnącą pozycję gospodarki amerykańskiej jako lidera światowego.

Równie ciekawą analizę jak Wołczew przeprowadził Józef Kossecki (1936-2015) – reprezentant nurtu politycznego w PRL, który złośliwie określano mianem endokomuny. Najpierw członek nielegalnej Ligi Narodowo-Demokratycznej, potem członek PZPR i Klubu Partyjnej Inteligencji Twórczej „Warszawa 80”, a w latach 80. sekretarz ds. propagandy Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald”. Wykładowca cybernetyki społecznej na Uniwersytecie Warszawskim, w Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR, Wojskowej Akademii Politycznej i Akademii Sztabu Generalnego. Jego zdaniem PRL przeszła w latach 1956-1989 ewolucję od państwa o ograniczonej suwerenności i ustroju autorytarnym do państwa niepodległego i demokratycznego. Ewolucja ta miała być zasługą sił reformatorskich w PZPR i jej otoczeniu, opozycji antyustrojowej i Kościoła katolickiego. Natomiast III RP przebyła ewolucję w kierunku odwrotnym.

Czym została spowodowana ta ewolucja w kierunku odwrotnym? Też nie ma na to odpowiedzi prostej i jednoznacznej. Też był to splot wielu czynników występujących równocześnie. Zapewne kluczową rolę odegrał przyjęty, czy też może narzucony Polsce przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy w 1989 roku model gospodarki neoliberalnej, który podporządkował III RP regułom tzw. rozwoju zależnego. M.in. dlatego nastąpiła utrata własnego przemysłu, a co za tym idzie samodzielności ekonomicznej. Z istniejących w 1988 roku około 6200 zakładów przemysłowych zatrudniających ponad 100 pracowników zlikwidowano 1675, w tym 681 zakładów zbudowanych w PRL, natomiast aż 994 istniejących przed 1949 rokiem, a więc powstałych w gospodarce rynkowej, a nie socjalistycznej. Powielana w mediach teza, że tak głęboka deindustrializacja była wynikiem nietrafnego zaprogramowania rozwoju przemysłu w PRL jest zatem fałszywym mitem. Likwidacji uległy całe gałęzie przemysłu, jak np. przemysł elektroniczny. Chociaż deindustrializacja była procesem zachodzącym w wielu krajach rozwiniętych na przełomie XX i XXI wieku, to jej skala w Polsce po 1989 roku była rekordowa w Europie. Zlikwidowano bowiem 33 proc. majątku przemysłowego[2].

Do tego należy dodać skandaliczną próbę prywatyzacji systemu emerytalnego, której mechanizm szczegółowo przeanalizowała prof. Leokadia Oręziak w książce „OFE. Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce” (Warszawa 2014), oraz trwającą ponad dwie dekady degradację polityki społecznej. Prof. Andrzej Karpiński – współautor książki „Od uprzemysłowienia w PRL do deindustrializacji kraju” (Warszawa 2015) oraz autor książki „Prawda i kłamstwa o przemyśle. Polska w obliczu III rewolucji przemysłowej” (Warszawa 2018) – uważa, że gdyby po 1989 roku nie doszło do masowej deindustrializacji, bezrobocie byłoby o 1,5 mln mniejsze, a zarobki o 1/3 wyższe. Z badań prof. A. Karpinskiego wynika, że za uzasadnioną ekonomicznie można uznać likwidację po 1989 roku 25-30% zakładów przemysłowych. „Z pozostałych 70-75% jedna trzecia to efekt spekulacji gruntami, a jedną czwartą stanowiły wrogie przejęcia. Niemałą rolę w procesie prywatyzacji odegrało dążenie wąskiej grupy społecznej techników i zarządzających do szybkiego wzbogacenia się” – uważa prof. A. Karpiński[3].

Po 30 latach od 4 czerwca 1989 roku Polska jest państwem politycznie słabym, stojącym z tego powodu przed o wiele większymi zagrożeniami niż masowa deindustrializacja, jaka dokonała się w wyniku transformacji ustrojowej. Reguły rozwoju zależnego doprowadziły też do tego, że III RP nie dorobiła się elity politycznej, która potrafiłaby zdefiniować kryteria interesu narodowego. Dzisiaj jeden z dwóch dominujących w Polsce obozów politycznych opowiada się za federalizmem i likwidacją państw narodowych w ramach UE oraz dalszą deindustrializacją (m.in. całkowitą likwidacją górnictwa węgla kamiennego), natomiast drugi rozwija utopijną koncepcję Trójmorza, a siłę państwa chce budować w oparciu o stałą bazę US Army i wsparcie polityczne USA.

Odpowiedź na pytanie, jak i dlaczego to się stało będzie szukana jeszcze długo i tym bardziej intensywnie im bardziej dramatycznie potoczą się losy kraju.

[1] Towarzysz. Życie i poglądy doc. dr. hab. Wsiewołoda Wołczewa, http://www.1917.net.pl, 24.12.2011.

[2] P. Dybicz, „Stracone szanse”, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 23.05.2016.

[3] Gdyby nie masowa likwidacja przemysłu po 1989 roku, dziś zarabialibyśmy o 1/3 więcej, http://www.forsal.pl, 24.05.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 czerwca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 25-26 (2245/2246), 16-23.06.2019, s. 16

Klęska na własne życzenie

Amerykańska ustawa Act 447, podpisana przez Donalda Trumpa w maju 2018 roku, przestała być w Polsce tematem tabu. Stało się to dzięki sekretarzowi stanu USA Mike’owi Pompeo, który w lutym tego roku na konferencji bliskowschodniej w Warszawie zażądał od władz polskich uczynienia „postępów” w restytucji mienia żydowskiego, czyli stworzenia podstaw prawnych do restytucji mienia bezspadkowego. Tego bowiem dotyczy Act 447, wbrew różnym glosom zaprzeczającym. Potem wydarzenia potoczyły się już lawinowo.

Ambasador USA Georgette Mosbacher – wobec rosnącego zaniepokojenia opinii publicznej w Polsce – oświadczyła w mediach, że Act 447 dotyczy tylko przygotowania „raportu dla Kongresu, który nie będzie zawierał żadnych prawnych czy finansowych zobowiązań dla kogokolwiek”[1]. Oczywiście, ale ten raport ma zostać przygotowany w konkretnym celu – właśnie po to, żeby administracja USA mogła podjąć działania zmierzające do wyegzekwowania prawnych i finansowych zobowiązań wynikających z podpisanej 30 czerwca 2009 roku przez rząd Donalda Tuska Deklaracji Terezińskiej, na którą powołuje się Act 447. O tym, że Act 447 dotyczy głównie Polski – chociaż nie jest ona tam wymieniona – można przeczytać nawet w anglojęzycznej Wikipedii pod hasłem „JUST Act 447”.

Niemal natychmiast ambasador Mosbacher zakwestionowała umowę indeminizacyjną z 16 lipca 1960 roku: „W lipcu 1960 Stany Zjednoczone podpisały umowę z Polską, na mocy której rząd polski przejął odpowiedzialność za wypłatę odszkodowań dla obywateli amerykańskich, którzy byli obywatelami amerykańskimi w czasie, gdy ich majątek w Polsce był upaństwowiony przez ówczesny rząd komunistyczny. Obywatele polscy, których majątek został zajęty w czasach Holocaustu, a którzy później wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych i stali się obywatelami amerykańskimi lub których potomkowie stali się obywatelami amerykańskimi, nie są objęci umową z 1960 roku”[2]

Czyli administracja USA występuje w sprawie praw majątkowych byłych obywateli polskich. Na podstawie jakich przepisów prawa międzynarodowego?

Nie zabrakło też głosu z brytyjskiej Izby Lordów. Baronessa Ruth Deech, posiadająca według Jewish News korzenie żydowskie, podczas debaty dotyczącej zwracania dzieł sztuki potomkom ich dawnych właścicieli przywołała Deklarację Terezińską i stwierdziła co następuje: „Najbardziej bezczelnym przestępcą jest Polska, która rozsiadła się na własności trzech milionów ofiar nazistów, jedyny kraj we współczesnej Europie, który odmówił ustanowienia systemu odszkodowań. Jest to kolejny przykład jak Polska podchodzi do rządów prawa i europejskich zobowiązań”[3].

Od raz nasuwa się pytanie, na jakiej własności trzech milionów ofiar nazizmu „rozsiadła się” Polska? Czy chodzi może o ruiny Warszawy? Czy baronessa Deetch domaga się od Polaków zapłacenia za odbudowanie Warszawy i dziesiątek innych miast polskich, w których były nieruchomości żydowskie? A może baronessa Deetch chce płacenia przez Polskę za odebranie jej w 1945 roku – przy wsparciu rządów amerykańskiego i brytyjskiego – Kresów Wschodnich? Tam bowiem mieszkała połowa ludności żydowskiej II Rzeczpospolitej. Obecnie są to terytoria Litwy, Białorusi i Ukrainy. Z tej wypowiedzi kolejny raz wynika, że wspierane przez USA, Izrael i baronessę Deech roszczenia World Jewish Restitution Organization (WJRO) wobec Polski dotyczą tzw. mienia bezspadkowego Żydów-obywateli polskich wymordowanych przez III Rzeszę Niemiecką. W świetle polskiego prawa cywilnego i międzynarodowego prawa prywatnego są to roszczenia całkowicie bezprawne.

Bezprawność tych roszczeń nie przeszkodziła rządowi Izraela w wysłaniu do Warszawy 13 maja – bez uprzedzenia polskiego MSZ o temacie rozmów – delegacji Ministerstwa Równości Społecznej pod przewodnictwem Avi Cohena-Scali. Jego przełożona – minister Gila Gamliel – nie pozostawiła wątpliwości o czym miała rozmawiać wysłana przez nią do Warszawy delegacja: „Rząd Izraela uważa przywrócenie własności żydowskiej i promowanie praw ocalałych z Holokaustu za moralny imperatyw państwa żydowskiego, a żaden czynnik polityczny lub antysemicki nie powstrzyma nas przed wypełnieniem tego ważnego obowiązku”[4] Odmowa przyjęcia delegacji izraelskiej w polskim MSZ spowodowała fizyczny atak na ambasadora polskiego w Tel Awiwie dwa dni później.

16 maja amerykańskie media podały, że działacze żydowscy w USA podjęli lobbing u prezydenta Trumpa i w Kongresie na rzecz zablokowania budowy w Polsce tzw. Fortu Trump (stałej bazy amerykańskiej), dopóki Polska nie zapłaci WJRO za mienie bezspadkowe[5]. Jeden z urzędników amerykańskich stwierdził w związku z tym, że „Departament Stanu będzie nadal angażował urzędników w Polsce, a także innych w regionie, w celu omówienia restytucji mienia z czasów Holokaustu, odszkodowań, edukacji o Holokauście oraz tego, jak najlepiej chronić ważne żydowskie miejsca dziedzictwa”[6].

Premier Mateusz Morawiecki oświadczył 17 maja, że nie ma zgody jego rządu na spełnienie roszczeń do bezspadkowego mienia żydowskiego. Dodał przy tym: „Jeśli kiedykolwiek by do tego doszło, że zamieniony zostałby kat i ofiara, to urągałoby to jakimkolwiek zasadom prawa międzynarodowego, ale byłoby to również pośmiertnym zwycięstwem Hitlera. I dlatego nigdy na to nie pozwolimy”. To oświadczenie wywołało szereg gwałtownych reakcji. Anonimowy autor w „The Jerusalem Post” napisał: „Izrael nie może milczeć w obliczu tak skandalicznych prób unikania odpowiedzialności za zbrodnie z przeszłości. Morawiecki musi zostać pociągnięty do odpowiedzialności”[7]. Polska ma zatem zapłacić za zbrodnie z przeszłości. Rodzi się pytanie, czyje? Po raz pierwszy sprawa roszczeń do mienia bezspadkowego Żydów polskich została przedstawiona jako kontrybucja, którą Polska ma zapłacić za wojnę wywołaną przez III Rzeszę Niemiecką i popełnione przez nią zbrodnie.

„Uwagi polskiego premiera Mateusza Morawieckiego są antysemickie i nieakceptowalne” – stwierdziła z kolei wiceminister spraw zagranicznych Izraela Cippi Chotoweli[8]. Natomiast Ronald S. Lauder – przewodniczący Światowego Kongresu Żydów – określił wypowiedź premiera Morawieckiego jako „naganną” i „skrajnie niepokojącą” oraz wezwał szefa rządu polskiego do wycofania się ze swoich słów. Pozwolił sobie też na stwierdzenie, że „brak odpowiedniej konfrontacji Polski z tragedią milionów jej żydowskich obywateli, którzy mieli być unicestwieni przez Niemców, jest szczególnie niepokojący”[9]. W ten sam ton uderzyła Polska Rada Chrześcijan i Żydów, która w wydanym oświadczeniu napisała, że „Szczególne kontrowersje budzi zagadnienie mienia bezspadkowego. Uważamy też, że pełne rekompensaty byłyby zbytnim obciążeniem dla Polski. Jednakże uważamy zarazem, że nieuwzględnianie faktu utraty własności z powodu wymordowania całych rodzin w ramach wojennej Zagłady jest sprzeczne z poczuciem sprawiedliwości. (…) Nasze przygnębienie budzi fakt, że obecne reakcje w Polsce przekraczają granicę między protestowaniem we własnym interesie a całościową postawą antyżydowską. Uważamy, że jest to nie do przyjęcia i przywodzi na myśl najmniej chwalebne okresy relacji polsko-żydowskich”[10].

Mam w związku z tym dwa pytania do panów Ronalda S. Laudera i Gideona Taylora (przewodniczącego WJRO). Pytanie pierwsze jest takie, czy wiedzą co robią? Rozpoczynają mianowicie od początku drugą wojnę światową – wojnę rozpoczętą 1 września 1939 roku agresją Niemiec hitlerowskich na Polskę. Chcą w tej wojnie Polskę pokonać i obciążyć kontrybucjami za zbrodnie Niemiec hitlerowskich. Pytanie drugie jest takie, kto zapłaci za polski majątek narodowy utracony podczas drugiej wojny światowej i polską martyrologię? Bo nikt nie zapłacił. Nikt do dzisiaj nie zapłacił za 38% majątku narodowego utraconego przez Polskę w wyniku agresji i okupacji III Rzeszy Niemieckiej i Związku Radzieckiego. Nikt nie zapłacił za zniszczony przemysł, zniszczone i zrabowane dobra kultury. Nikt nie zapłacił za starte z powierzchni ziemi miasta z Warszawą na czele. Nikt nie zapłacił za ekspedycje karne policji niemieckiej, w wyniku których zostało spalonych i wymordowanych ponad 800 wsi polskich. Kto zapłaci za spalonych żywcem Polaków oraz ich mienie w takich miejscowościach jak Michniów, Sochy, Ochotnica Dolna, Józefów Duży, Krasowo-Częstki, Aleksandrów, że wymienię najbardziej znane?

Kto zapłaci za rzeź Woli i Ochoty podczas powstania warszawskiego, za dziesiątki tysięcy wymordowanych przez Niemców w wyniku Intelligenzaktion polskich prawników, lekarzy, inżynierów, nauczycieli, księży i ziemian? Kto zapłaci za wymordowanych przez Niemców profesorów lwowskich? Za spalone uniwersytety i szkoły? Kto zapłaci za setki tysięcy Polaków wypędzonych z ziem wcielonych do Rzeszy i ich mienie, które przejęli koloniści niemieccy? Kto zapłaci za cierpienia i mienie Polaków wysiedlonych przez okupanta niemieckiego z Zamojszczyzny? Kto zapłaci za męczeństwo 400 tys. Polaków deportowanych do niemieckich obozów koncentracyjnych, za męczeństwo polskich więźniów Pawiaka, Radogoszcza, Fortu VII, Potulic, Montelupich, Krzesławic, zamku lubelskiego? Kto zapłaci za mienie i dziedzictwo kulturalne pozostawione przez Polskę na odebranych jej w wyniku decyzji USA, Wielkiej Brytanii i ZSRR Kresach Wschodnich? Kto zapłaci za ludobójstwo dokonane na Polakach z Kresów Wschodnich przez nacjonalistów ukraińskich? Kto zapłaci za wymordowanych w Katyniu, Charkowie, Twerze, Bykowni i Kuropatach? Kto zapłaci za męczeństwo 260 tys. Polaków deportowanych przez NKWD na Nieludzką Ziemię? Kto zapłaci za zamarznięte na śmierć podczas tych deportacji polskie dzieci i niemowlęta, których zwłoki konwojenci NKWD wyrzucali z bydlęcych wagonów i których nie miał kto pogrzebać?

Pan Gideon Taylor (przewodniczący WJRO) niejako odpowiedział na te pytania. W rozmowie z „Jewish Standard” stwierdził mianowicie, że „Narracje są potężnymi narzędziami zarówno dla krajów, jak i dla instytucji. (…) Polska jest zasadniczo jedynym krajem z dawnego bloku komunistycznego, który nie przeprowadził żadnych restytucji, i chociaż są tu jeszcze inne powody, to częściowo jest to związane z narodową narracją, według której Polska była ofiarą”[11]. Trzeba więc Polsce zmienić narrację, żeby z ofiary stała się sprawcą zbrodni niemieckich. Nad tym pracują od dawna pewni historycy i publicyści, których nazwisk wymieniał nie będę, a przynajmniej od przełomu lat 70. i 80. XX wieku pracuje się też nad tym w niektórych mediach zachodnich. Ostatnio narrację historyczną zmieniał Polsce czołowy polityk izraelski Jair Lapid, który w wywiadzie dla dziennikarza izraelskiego Nissana Tzura stwierdził, że „Polacy współpracowali przy tworzeniu i prowadzeniu obozów zagłady, Polacy wydawali Żydów Niemcom i tym samym wysyłali ich na śmierć. (…) Nie przypadkiem hitlerowcy stworzyli swoje centrum zagłady w Polsce. Wiedzieli, że ludność polska im pomoże”[12].

O zmianę Polsce narracji historycznej zatroszczył się też ostatnio anonimowy redaktor anglojęzycznej Wikipedii, który zamieścił nową edycję hasła dotyczącego kolaboracji Żydów z Niemcami hitlerowskimi podczas drugiej wojny światowej. Zmienił po prostu narodowość kolaborantów z żydowskiej na polską. I tak oto Chaim Mordechaj Rumkowski (1877-1944) – jeden z najgroźniejszych kolaborantów żydowskich w okupowanej przez III Rzeszę Polsce, „król” getta łódzkiego i współsprawca zagłady własnego narodu – stał się Polakiem. Anglojęzyczny czytelnik Wikipedii dowie się teraz, że to nie Żyd-kolaborant Rumkowski, ale Polak Rumkowski wysyłał transporty Żydów z getta łódzkiego do obozu zagłady (oczywiście „polskiego”) w Chełmnie nad Nerem. Również Mojżesz Merin (1905-1943) – groźny kolaborant działający jako przewodniczący Centrali Żydowskich Rad Starszych na Wschodnim Górnym Śląsku – stał się w anglojęzycznej Wikipedii Polakiem[13].

Czy następnym zabiegiem redaktora anglojęzycznej Wikipedii będzie zamieszczenie informacji, że Adolf Hitler był Polakiem, a III Rzesza Niemiecka państwem polskim?

Mam jeszcze pytanie do amerykańskiego establishmentu politycznego z Donaldem Trumpem na czele. Mianowicie, dlaczego administracja USA dopiero teraz zatroszczyła się o życie i mienie Żydów polskich? Dlaczego nie uczyniła tego podczas drugiej wojny światowej? Fakty historyczne są bowiem w tej sprawie bezlitosne.

28 lipca 1943 roku emisariusz Polski Podziemnej Jan Karski został przyjęty przez prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta. Karski przekazał mu dramatyczną prośbę polskich Żydów o ratunek. Proponował wystosowanie ultimatum wielkich mocarstw wobec Niemiec, że jeżeli nie zaprzestaną mordu na Żydach, zbombardowane zostaną ich miasta. Proponował też zbombardowanie linii kolejowych do obozów zagłady lub dostarczanie broni, pieniędzy oraz paszportów partyzantom i uciekającym przed zagładą Żydom. Podczas tego spotkania w pewnym momencie prezydent Roosevelt przerwał polskiemu emisariuszowi i powiedział: „Policzymy się z Niemcami po wojnie. Panie Karski, proszę mnie ewentualnie wyprowadzić z błędu, ale czy Polska jest krajem rolniczym? Czy nie potrzebujecie koni do uprawy waszej ziemi?”. Jan Karski spotkał się w USA z wieloma wybitnymi osobistościami, takimi jak Felix Frankfurter, Cordell Hull, William Joseph Donovan, Samuel Stritch czy Stephen Wise. Przedstawiał swój „raport” wszędzie, gdzie udało mu się dotrzeć – politykom, biskupom, przedstawicielom mediów i przemysłu filmowego z Hollywood oraz artystom. Wyuczył się go na pamięć i potrafił streścić w 18 minut. Jednak nigdzie nie znalazł zainteresowania dokonywaną w tym czasie przez III Rzeszę Niemiecką zagładą Żydów europejskich.

Zainteresowanie tym tematem powstało w USA dopiero ponad 35 lat wojnie – na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Od tamtego czasu w mediach i kulturze masowej tego kraju na głównego winowajcę zagłady Żydów podczas drugiej wojny światowej zaczęto lansować Polskę i Polaków. Od początku lat 90. XX wieku dodano do tego narrację o „mieniu ery Holokaustu”, które miała przywłaszczyć sobie Polska.

Niestety, ale przyjęcie przez USA Act 447 i posunięcie się wraz z Izraelem do dyktatu wobec Polski w sprawie zaspokojenia bezprawnych roszczeń WJRO ma charakter wspierania obcej agresji wobec państwa polskiego. Agresji realizowanej środkami niemilitarnymi, ale przypominającej niektóre cechy wojny hybrydowej. Rodzi się w związku z tym pytanie o wartość i charakter sojuszu Polski z USA, na którym po 1989 roku oparto całą polską strategię geopolityczną. Powiem wprost: czy ten sojusz ma taki sam charakter jak relacje polsko-rosyjskie za panowania Katarzyny II albo przymierze polsko-pruskie z 1790 roku?

Odrębnym zagadnieniem jest brak właściwej reakcji obozu postsolidarnościowego na tę agresję, która była przecież przygotowywana od lat 90. XX wieku. Nie można uciec od pytania, po co i dlaczego rząd Donalda Tuska podpisał 30 czerwca 2009 roku Deklarację Terezińską, na którą jako podstawę prawną powołuje się Act 447? Nie można uciec od pytania o przyczynę braku solidarności polityków PO z zacytowaną powyżej wypowiedzią premiera Morawieckiego.

Nie można nie zauważyć, że aż do lutego 2019 roku PiS negował publicznie zagrożenie płynące z Act 447. Uprawnione jest też przypuszczenie, że PiS szuka możliwości realizacji roszczeń WJRO poprzez uzyskanie odszkodowań wojennych od Niemiec i dlatego od 2016 roku władze polskie występują z tą kwestią wobec rządu w Berlinie. Jest to ogromny błąd polityczny. Dlaczego – wyjaśnił prof. Bronisław Łagowski. Oto fragment jego wypowiedzi: „Takie żądanie 74 lata po wojnie jest aktem nieprzyjaznym i to wobec kogo? Wobec najbliższego sąsiada, alianta (na wypadek wojny) i kraju, od którego dobrej woli jest Polska zależna w wielu kwestiach i z którym powiązana jest gospodarczo. Tych żądań nie da się ukryć przed społeczeństwem niemieckim, przed ludnością niemiecką. Nie trzeba tłumaczyć, jak to usposobi Niemców do Polaków i jak te pogorszone stosunki wpłyną na moralną spójność NATO i UE. Rząd, który z palcem na ustach odnosi się do Ukrainy, od której w najmniejszym stopniu na razie nie zależy, występuje z bezczelnymi żądaniami wobec potężnego sąsiada, którego życzliwość będzie Polsce w różnych sytuacjach niezbędna i który prowadzi w stosunku do nas wiarygodną politykę pojednania. (…) Żądanie odszkodowań wojennych przez PiS nie pojawia się po raz pierwszy. Poprzednim razem wiceprzewodniczący PO poseł Neumann krzyknął na rząd, że jest połowiczny w swoich roszczeniach, bo nie domaga się odszkodowań od Rosji”[14].

Politycy postsolidarnościowi zamiast zdecydowanie i bez wchodzenia w żadne negocjacje odrzucić roszczenia World Jewish Restitution Organization oraz dyktat USA i Izraela w tej sprawie, zamiast zabiegać o wsparcie RFN jako następcy prawnego III Rzeszy Niemieckiej, pogarszają stosunki z tym państwem. PiS chce reparacji wojennych od Niemiec, a PO od Rosji. Po co? Nietrudno domyśleć się, że po to, żeby zaspokoić roszczenia WJRO. Jest to krok komplikujący relacje z dwoma poważnymi sąsiadami i skazujący Polskę na izolację polityczną wobec dyktatu Act 447. Przypomnę, że gdy 27 stycznia 2018 roku Izrael i USA zaatakowały nowelizację ustawy o IPN, co spowodowało po kilku miesiącach wycofanie się rządu PiS z tej nowelizacji, kanclerz Angela Merkel oświadczyła, że Niemcy ponoszą wyłączną odpowiedzialność za Holokaust i to samo powiedział jej ambasador w Warszawie[15]. Natomiast Rosja wtedy wręcz poparła nowelizację ustawy o IPN w części dotyczącej negowania zbrodni nacjonalizmu ukraińskiego[16].

To był jasny sygnał ze strony Berlina i Moskwy, że są gotowe poprzeć Polskę w jej konflikcie ze stroną izraelsko-żydowsko-amerykańską. Oczywiście pod warunkiem rozluźnienia „strategicznego sojuszu” z USA i racjonalizacji polskiej polityki zagranicznej. Tematu tego w Warszawie nikt nie podjął. Pojednanie i utrzymywanie dobrych stosunków z Niemcami i Rosją jest polską racją stanu. Tego jednakże postsolidarnościowi politycy nie rozumieją, przedkładając ponad wszystko swój egzotyczny sojusz z USA i mrzonki o Trójmorzu. Zamiast twardo dać do zrozumienia USA, Izraelowi i WJRO, że Act 447 jest próbą kontynuowania drugiej wojny światowej przeciwko Polsce i poradzić im, żeby nie otwierali puszki Pandory, sami chcą otwierać puszkę Pandory w stosunkach z Niemcami i Rosją. Spostrzeżenie prof. Łagowskiego, że żądanie reparacji wojennych od Niemiec zostanie tam odebrane jako akt wrogi zostało ostatnio potwierdzone w publikacji „Die Welt”[17].

Jest jeszcze jedna kwestia związana z dyktatem w sprawie Act 447, najważniejsza. Ten dyktat wynika z jednej strony z przyjętego po 1989 roku charakteru stosunków z USA, a z drugiej strony z przyjętej wtedy polityki historycznej i w związku z tym jest klęską na własne życzenie. Gdyby po 1989 roku nie przyjęto skrajnie antykomunistycznej narracji historycznej, która doprowadziła do daleko idącej dyskredytacji i delegalizacji PRL, z tezą o „sowieckiej okupacji” na czele, to dzisiaj prawdopodobnie byłoby o wiele łatwiej walczyć z dyktatem Act 447. Może nawet nikt nie wysuwałby jakichkolwiek roszczeń. Ponadto obecne działania WJRO byłyby utrudnione, albo wręcz niemożliwe, gdyby w Polsce po 1989 roku nie atakowano z niesamowitą zaciekłością stanu prawnego pozostawionego przez PRL w kwestiach własnościowych, gdyby nie występowano z nieodpowiedzialnymi inicjatywami „reprywatyzacji” majątku komunalnego, gdyby nie ulegano dyktatowi Banku Światowego w sprawie „prywatyzacji”, czyli likwidacji całych gałęzi przemysłu, gdyby nie prowadzono nieodpowiedzialnej i jednostronnej polityki zagranicznej.

Sprzeciw wobec Act 447 – z jakim ostro wystąpiła podczas kampanii do Parlamentu Europejskiego radyklana prawica – nie ma żadnego sensu bez uznania legalności Polski Ludowej i obrony tej legalności. Bez zajęcia stanowiska, że Deklaracja Terezińska godzi w ciągłość prawną państwa polskiego. Ale na to braunowcy, korwinowcy i narodowocy nigdy się nie zgodzą, tak samo jak pisowcy. Sprzeciw ten wymagałby też przyznania, że delegitymizująca PRL polityka historyczna była i jest ogromnym błędem i musi zostać porzucona raz na zawsze. Jednakże na taki krok nie pójdą czciciele „żołnierzy wyklętych” zarówno z Ruchu Narodowego i „Najwyższego Czasu”, jak i z PiS i PO. Tym pierwszym zostaje zatem narracja o spisku żydowskim, która z punktu widzenia taktyki politycznej Izraela i World Jewish Restitution Organization jest bardzo korzystna. Uwiarygodnia bowiem tezę o nieuleczalnym polskim antysemityzmie – bardzo przydatną przy próbie realizacji roszczeń.

[1] Mosbacher: w ustawie 447 nie ma nic, czego można się obawiać, http://www.tvp.info, 15.05.2019.

[2] Amerykańska ambasador kwestionuje umowę indeminizacyjną z Polską z 1960 roku. Po raz pierwszy pada słowo „sankcje”, http://www.nczas.com, 15.05.2019.

[3] W Izbie Lordów nazwano Polskę „bezczelnym przestępcą”, który „rozsiadł się” na żydowskim mieniu, http://www.kresy.pl, 15.05.2019.

[4] Izraelska minister wprost o przejęciu polskiego mienia: „Antysemickie elementy nie powstrzymają nas przed spełnieniem tego obowiązku”, http://www.nczas.com, 13.05.2019.

[5] No U.S. Military Base for Poland Until It Pays for Holocaust Victims, http://www.freebeacon.com, 15.05.2019.

[6] Amerykańskie media: budowa Fortu Trump uzależniona od kwestii roszczeń żydowskich, http://www.onet.pl, 16.05.2019.

[7] Obrzydliwy atak na Polskę w „Jerusalem Post”. Premier przedstawiony jako nacjonalista odpowiedzialny za wzmacnianie antysemityzmu, http://www.wpolityce.pl, 16.05.2019.

[8] Wiceminister spraw zagranicznych Izraela o wypowiedzi Morawieckiego: „antysemicka i nieakceptowalna”, http://www.gazeta.pl, 20.05.2019.

[9] Światowy Kongres Żydów o słowach Morawieckiego: naganne, http://www.rp.pl, 21.05.2019; Mateusz Morawiecki mówi o „pośmiertnym zwycięstwie Hitlera”. Reakcja Światowego Kongresu Żydów, http://www.gazeta.pl, 21.05.2019.

[10] Oświadczenie: Wierzymy we wspólnotę polskich chrześcijan i Żydów, http://www.gazeta.pl, 15.05.2019.

[11] Gideon Taylor: To błąd, że Polskę traktuje się jak ofiarę II wojny światowej, http://www.fronda.pl, 10.05.2019.

[12] Izraelski polityk oskarżył Polaków o stworzenie obozów zagłady wspólnie z Niemcami, http://www.kresy.pl, 10.05.2019.

[13] Anglojęzyczna Wikipedia usuwa wzmianki o żydowskim pochodzeniu nazistowskich kolaborantów, http://www.kresy.pl, 23.05.2019.

[14] B. Łagowski, Polskie porachunki z sąsiadami, „Przegląd” nr 20/2019, 13.05.2019.

[15] Angela Merkel: Odpowiedzialność za Holokaust ponoszą Niemcy, http://www.polskatimes.pl, 10.02.2018.

[16] Odsiecz dla Polski w sprawie ustawy o IPN przybyła ze Wschodu. Nie są to jednak oczekiwani sojusznicy, http://www.natemat.pl, 2.02.2018.

[17] „Die Welt”: Przez reparacje Polacy mogą stracić możliwość zarobkowania w RFN, http://www.rmf24.pl, 21.05.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 czerwca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 23-24 (2243/2244), 2-9.06.2019, s. 8;

„Myśl Polska” nr 25-26 (2245/2246), 16-23.06.2019, s. 8

Przemilczana rocznica zbrodni w Odessie

2 maja minęła rocznica, o której nie wspomniano w polskich mediach głównego nurtu – piąta rocznica zbrodni w Odessie. Jak napisał red. Krzysztof Podgórski na Facebooku: „Zbrodnia w Odessie – 5 lat nie wykryto, nie ukarano sprawców. 5 lat temu jako jedyny polski dziennikarz, na łamach Dziennika Trybuna, opisałem tę przerażającą zbrodnię. Środek Europy, Odessa i ukraińscy nacjonaliści i kibole palą żywcem 48 rosyjskojęzycznych mieszkańców – 2 maja 2014. W polskich mediach głównego nurtu to tabu. Ta zbrodnia kładzie się cieniem na współczesnej Ukrainie i kłaść się będzie dopóki winni nie zostaną wykryci i ukarani. Sankcji przeciwko Ukrainie nie było…”.

Ten komentarz w zupełności wystarczy. Nic do niego dodawać nie trzeba. Chyba tylko to, że zbrodnia w Odessie była jednym z dwóch aktów założycielskich pomajdanowej Ukrainy. Pierwszym była masakra na kijowskim Majdanie 20 lutego 2014 roku. Dzisiaj już wiemy, że prowokatorami i sprawcami tej masakry byli nacjonaliści ukraińscy, którzy w przewrocie politycznym na Ukrainie w 2014 roku odegrali kluczową rolę, a nie formacja milicyjna „Berkut”, jak podały wtedy polskie media.

Tragiczne zajścia w Odessie – tak samo jak secesja Krymu i Donbasu – stanowiły pokłosie przewrotu na Majdanie oraz pierwszych decyzji nowych władz ukraińskich wymierzonych w ludność rosyjskojęzyczną Ukrainy, w tym próby delegalizacji języka rosyjskiego. Zajścia zaczęły się od przemarszu bojówkarzy Prawego Sektora i klubu sportowego Metalist Charków, którzy przyjechali do Odessy autokarami z Kijowa i Charkowa, oraz bojówkarzy klubu sportowego Czornomoreć Odessa. W sumie około 2 tys. osób. Po zakończonym meczu zorganizowali oni wspólny marsz wznosząc nacjonalistyczne hasła. Zachowywali się agresywnie, byli uzbrojeni w pałki, noże, siekiery, tzw. koktajle Mołotowa, a także w broń palną. W tym czasie miała też miejsce manifestacja aktywistów tzw. Antymajdanu na Ołeksandrowskim prospekcie. Z kolei na placu Kulikowe Pole funkcjonowało tzw. miasteczko namiotowe Antymajdanu – czyli zwolenników federalizacji Ukrainy, sympatyzujących z proklamowanymi właśnie republikami ludowymi w Doniecku i Ługańsku.

Najpierw manifestacja Antymajdanu została zaatakowana o godz. 14:40 EET przez nieznanego mężczyznę. Następnie przemarsz nacjonalistów został zaatakowany przez osoby w czerwonych opaskach i ze znakami prorosyjskich sił separatystycznych. Zza kordonu milicji oraz z dachów budynków osoby te rzucały w nacjonalistów kamieniami i granatami hukowymi. Wyglądało to tak, że w odwecie za atak na manifestację Antymajdanu antymajdanowcy zaatakowali przemarsz nacjonalistów. Najprawdopodobniej była to jednak prowokacja, której okoliczności do dzisiaj nie wyjaśniono. Środowiska prorosyjskie zaprzeczają, że miały cokolwiek wspólnego z atakiem na przemarsz nacjonalistów. Ich zdaniem za atakiem tym stały ukraińskie służby specjalne, a odpowiedzialność za to i doprowadzenie do tragicznych zajść w Odessie ponosi Andrij Parubij – wówczas sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony, a obecnie przewodniczący Rady Najwyższej Ukrainy. W 1991 roku współtwórca nacjonalistycznej partii „Swoboda”, a po przewrocie z 2004 roku polityk Naszej Ukrainy Juszczenki i Batkiwszczyny Tymoszenko, jeden z przywódców „pomarańczowej rewolucji” z 2004 roku (jako komendant Ukraińskiego Domu) i puczu kijowskiego z 2013/2014 roku (jako komendant Euromajdanu i koordynator Samoobrony Majdanu).

Bojówkarze Prawego Sektora oraz klubów sportowych – będąc przekonani, że zostali zaatakowani przez antymajdanowców – ruszyli w kierunku placu Kulikowe Pole z zamiarem rozbicia miasteczka namiotowego Antymajdanu. Doszło do starć, w których zginęły cztery osoby. Antymajdanowcy nie mieli szans w starciu z wyszkolonymi wojskowo bojówkarzami Prawego Sektora, weteranami przewrotu w Kijowie. Zostali wyparci przez nacjonalistów wznoszących okrzyki „Sława Ukrainie, herojam sława” oraz „Sława nacji, śmierć wrogom”, pochodzące z repertuaru OUN i UPA. Schronili się następnie w Domu Związków Zawodowych. Coraz bardziej agresywni nacjonaliści spalili miasteczko namiotowe Antymajdanu i otoczyli budynek Domu Związków Zawodowych, w którym schroniło się około 200-300 osób, w tym kobiety i dzieci. Bojówkarze nacjonalistyczni wdarli się także i tam. Wiele osób ciężko pobili. Jedną z kobiet, będącą w siódmym miesiącu ciąży, pobili kijem i udusili kablem. Wieczorem bojówkarze podpalili budynek Domu Związków Zawodowych, używając do tego butelek z benzyną. Zachował się film, na którym widać młode kobiety, towarzyszące bojówkarzom nacjonalistycznym, rozlewające benzynę do butelek po piwie. Rzucający tymi butelkami nacjonaliści krzyczeli „Spalić Moskali”. Celowo podpalili główne wejście oraz pozostałe wejścia, aby uniemożliwić ofiarom wydostanie się z budynku.

Według relacji Jurija Kaurowa – jednego z osaczonych w budynku Domu Związków Zawodowych – ludzie, którzy próbowali uciec przez okna byli ostrzeliwani z broni krótkiej, a tłum krzyczał „Płońcie Rosjanie”. Strzelających do okien podpalonego budynku bojówkarzy można też obejrzeć na zachowanym filmie, dostępnym na kanale YouTube. Ludzie, którzy pomimo ostrzału wyskakiwali z okien byli bici lub zabijani. Akcja ratunkowa milicji, straży pożarnej i pogotowia ratunkowego była przez pewien czas blokowana przez bojówkarzy nacjonalistycznych, którzy zrywali węże strażackie i uniemożliwiali stawianie drabin.

Ogółem w tragicznych zajściach zginęło 48 osób, w tym 40 aktywistów Antymajdanu, a 214 osób odniosło rany. W pożarze budynku Domu Związków Zawodowych zginęły 42 osoby, z których 10 zginęło wyskakując z okien, a 32 osoby zmarły w wyniku poparzeń lub zatrucia tlenkiem węgla. Wśród ofiar było siedem kobiet i jeden nieletni.

Według Służby Bezpieczeństwa Ukrainy wśród aktywistów Antymajdanu mieli znajdować się Rosjanie i obywatele separatystycznego Naddniestrza, a zajścia w Odessie miały być koordynowane przez grupy dywersyjne z Rosji, które miał finansować obalony w wyniku przewrotu kijowskiego prezydent Wiktor Janukowycz. Taką lub zbliżoną narrację powielono też w większości polskich mediów. M.in. portal tvn24.pl zamieścił 3 maja 2014 roku informację pt. „SBU: zamieszki koordynowali Rosjanie, wśród uczestników separatyści z Naddniestrza”. Post ten wisi na portalu tvn24.pl do dzisiaj. Jest tam mowa o tym, że w zajściach w Odessie uczestniczyły „nielegalne ugrupowania zbrojne z Naddniestrza”, a zamieszki koordynowały „grupy dywersyjne z Federacji Rosyjskiej”. Dalej czytamy, że „W ocenie SBU starcia między prorosyjskimi separatystami a zwolennikami jedności Ukrainy zostały sfinansowane przez byłych członków rządu obalonego w lutym prezydenta Wiktora Janukowycza, b. wicepremiera Serhija Arbuzowa i b. ministra dochodów Ołeksandra Kłymenkę”. Następnie mamy informację o ataku „prorosyjskich demonstrantów” na „pochód zwolenników władz w Kijowie” i zaraz potem informację o „pożarze w siedzibie związków zawodowych”, który podobno „był sztabem sił prorosyjskich”. Nie wiadomo co to za pożar i jak do niego doszło. Materiał tvn24.pl kończą wywody niejakiego Dmytro Tymczuka z organizacji „Informacyjny Opór” na temat rzekomego przybycia do Naddniestrza licznych jednostek wojska rosyjskiego i specnazu GRU. Jest też mowa o tym, że „turyści Putina” planują zająć 9 maja 2014 roku budynki lokalnych organów władzy w Odessie. Materiał został wzbogacony o mapkę, na której można zobaczyć jak blisko Odessy znajduje się Naddniestrze (część Mołdawii, która w 1990 roku ogłosiła secesję, uznawana przez Abchazję i Osetię Południową).

Tragedia w Odessie pokazała oblicze współczesnego nacjonalizmu ukraińskiego. Na Zachodzie mało znane, ale w Polsce dobrze znane z przeszłości. Nacjonalizm nawiązujący do tradycji banderowskich, niezależnie od rzeczywistego poparcia społecznego, jest na Ukrainie olbrzymią siłą i po 2014 roku zdobył w tym państwie znaczące wpływy. Dopóki jego siła i wpływy nie znikną, Ukraina nigdy nie stanie się państwem normalnym.

W piątą rocznicę tragedii w Odessie uroczystości żałobne – nadzorowane przez służby podległe Ministerstwu Spraw Wewnętrznych Ukrainy – odbyły się tylko w tym mieście. Do dzisiaj władze Ukrainy nie spieszą się z wyjaśnieniem okoliczności tej zbrodni i ukaraniem jej sprawców. Nikt też w Unii Europejskiej tego od nich nie oczekuje. Jedynie działająca na Ukrainie misja monitoringowa praw człowieka ONZ skrytykowała władze w Kijowie za brak woli przeprowadzenia rzetelnego śledztwa.

„Misja monitoringowa do spraw praw człowieka z niepokojem odnotowuje, że władze nie zrobiły wszystkiego, co konieczne dla zapewnienia szybkiego, niezależnego i bezstronnego śledztwa w sprawie śmierci i morderstw, do których doszło podczas zajść z 2 maja 2014 roku oraz dla postępowania karnego związanego z tymi działaniami” – głosi oświadczenie misji ONZ, które zacytowała agencja Interfax-Ukraina. Misja zwróciła przede wszystkim uwagę na to, że pięć lat od zajść w Odessie nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności: „Niektóre śledztwa, zarejestrowane po tych tragicznych wydarzeniach, zatrzymały się na etapie postępowania przedprocesowego, inne na etapie postępowania procesowego, co pozwala przypuszczać, że ze strony władz nie ma realnego zainteresowania zapewnieniem sprawiedliwość ofiarom i pociągnięciem winnych do odpowiedzialności”.

Misja ONZ druzgocąco oceniła także postępowania, które toczą się w związku z tragicznymi zajściami Odessie i w których oskarżono prawie wyłącznie aktywistów Antymajdanu. „Spośród 29 osób, wobec których wysunięto oskarżenia w związku z wyżej wspomnianymi zajściami, 28 jest zwolennikami federalizacji (Ukrainy). W tym samym czasie policja nie ustaliła konkretnych osób odpowiedzialnych za pożar w Domu Związków Zawodowych” – podkreślono w raporcie misji ONZ[1].

Bohdan Piętka

Oświęcim, 9 maja 2019 r.

[1] ONZ krytykuje Kijów: Postępowanie w sprawie Odessy prowadzone jest wybiórczo, http://www.rmf24.pl, 2.05.2019.

Klęska giedroycizmu

31 marca i 21 kwietnia odbyły się wybory prezydenckie na Ukrainie. W obu turach przy wysokiej frekwencji wygrał je Wołodymyr Zełenski, uzyskując 30,24 % oraz 73,22 % głosów. Dotychczasowy prezydent Petro Proszenko dostał 15,95 % oraz 24,35 % głosów. Wysoką wygraną Zełenskiego od dawna zapowiadały sondaże przedwyborcze.

Nowy prezydent Ukrainy, który obejmie urząd na początku czerwca, do niedawna był postacią bardziej znaną w show-biznesie niż w polityce. Wiadomo, że za nim i jego bezideową partią Sługa Ludu stoi oligarcha Ihor Kołomojski – jeden z głównych inicjatorów i sponsorów przewrotu politycznego na Ukrainie z przełomu 2013/2014 roku, skonfliktowany z Poroszenką. Wybory prezydenckie na Ukrainie były zatem rywalizacją dwóch klanów oligarchicznych – Poroszenki i Kołomojskiego. Pod tym względem ich wynik nie zapowiada żadnej zasadniczej zmiany. W kraju tym, po upadku ZSRR, wykształcił się patologiczny ustrój oligarchiczny, przypominający stosunki panujące na ziemiach dzisiejszej Ukrainy w okresie Rzeczypospolitej Obojga Narodów (1569-1795). Faktyczna władza należała tam wówczas do tzw. „królewiąt kresowych”, czyli spolonizowanej ruskiej magnaterii. Wynik wyborów niczego też nie zmieni w położeniu geopolitycznym Ukrainy. Nadal pozostanie ona w euro-atlantyckiej strefie wpływów i nadal będzie traktowana przez skrajne kręgi polityczne w USA jako ważny czynnik politycznej destabilizacji obszaru poradzieckiego.

„Żydowski komik miażdżąco wygrywa ukraiński wyścig prezydencki” („Jewish comedian Zelenskiy wins Ukrainian presidential race by landslide”) – skomentował wybór Zełenskiego izraelski dziennik „The Jerusalem Post”. Na jeszcze bardziej dosadny komentarz pozwolił sobie Eduard Dolinski – dyrektor generalny Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego – który stwierdził, że „Ukraina to jedyny kraj na świecie, oprócz Izraela, w którym prezydent i premier (Wołodymyr Hrojsman – uzup. BP) mają żydowskie pochodzenie”. Także więc i tutaj mamy do czynienia z kontynuacją i wzmocnieniem pewnych tendencji politycznych zapoczątkowanych na Ukrainie po przewrocie w 2014 roku.

Jednakże pomimo to wynik ukraińskich wyborów prezydenckich jest przełomem politycznym. Należy bowiem zastanowić się czym jest przegrana Petro Poroszenki.

Ukraińscy wyborcy opowiadając się tak zdecydowanie przeciwko Poroszence opowiedzieli się przeciwko temu wszystkiemu co Poroszenko sobą symbolizował – przeciągającemu się konfliktowi w Donbasie (rezultat przewrotu politycznego z 2014 roku), korupcji, biedzie, masowej emigracji, rozpadowi gospodarki. Przede wszystkim pokazali czerwoną kartkę skupionej wokół Poroszenki „partii wojny” – wspieranej przez Waszyngton i skrajne siły nacjonalistyczne na Ukrainie. Nie można na dzień dzisiejszy stanowczo stwierdzić, że Zełenski nie wpadnie w sidła „partii wojny”, jednakże zadeklarował on wolę wznowienia rozmów pokojowych w ramach formatu normandzkiego (Ukraina, Rosja, Niemcy, Francja) oraz w ramach procesu mińskiego (OBWE, Ukraina, Rosja). Zapowiedział też „wojnę informacyjną” na rzecz wstrzymania walk w Donbasie. Zełenski wygrał właśnie dlatego, że złożył takie deklaracje. Ukraińcy chcą pokoju z Rosją, nie wojny. Jeśli zatem Zełenski wejdzie w buty „partii wojny”, szybko straci ich poparcie.

W drugiej turze wyborów Poroszenko wygrał tylko w obwodzie lwowskim (w pierwszej turze – także w iwanofrankiwskim i tarnopolskim). Te trzy obwody dawnej Galicji Wschodniej – należącej przed 1939 rokiem do II RP – stanowią dzisiaj twierdzę odrodzonego nacjonalizmu ukraińskiego. Okazało się, że neobanderowcy byli jedynym elektoratem Poroszenki, który wspierał odrodzenie nacjonalizmu ukraińskiego, bazował na poparciu większości środowisk szowinistycznych, rehabilitował szowinizm ukraiński w ramach swojej polityki historycznej oraz budował na takim podłożu tożsamość państwowo-narodową pomajdanowej Ukrainy. W drugiej turze okazało się, że poparcie dla Poroszenki słabnie także wśród neobanderowców. Zełenski nie tylko wygrał w obwodach iwanofrankiwskim (w II RP województwie stanisławowskim) i tarnopolskim, ale nawet w rodzinnej wsi Stepana Bandery – Uhrynowie Starym koło Stanisławowa (obecnie Iwano-Frankiwsk), gdzie uzyskał 59 % głosów.

Podczas kampanii wyborczej Zełenski wypowiadał się w sposób ostrożny na temat nacjonalizmu ukraińskiego. Stwierdził m.in., że akceptuje fakt gloryfikowania Bandery we Lwowie. Warto przypomnieć, że obalony w 2014 roku Wiktor Janukowycz też akceptował ten fakt. Nie można zatem z całą pewnością powiedzieć, że pod rządami Zełenskiego znikną z życia publicznego Ukrainy Parubije i Wiatrowycze. Być może jednak nastąpi osłabienie ich wpływów. Większość Ukraińców głosując na Zełenskiego zamanifestowała bowiem swój sprzeciw wobec renesansu nacjonalizmu ukraińskiego i polityki nacjonalistycznej. Okazało się, że pomimo intensywnej banderyzacji w latach 2004-2010 oraz po 2014 roku większość Ukraińców odrzuca ideologię wywodzącą się wprost z faszyzmu oraz gloryfikację OUN i UPA, które uprawiały kolaborację z Niemcami hitlerowskimi i odpowiadają za zbrodnie o charakterze ludobójstwa, popełnione przecież także na Ukraińcach.

25 kwietnia parlament ukraiński przyjął w drugim czytaniu ustawę o języku ukraińskim jako jedynym języku państwowym. Przygotowana przez administrację Poroszenki ustawa o „totalnej ukrainizacji” w kraju, gdzie co najmniej 30 % ludności posługuje się językiem rosyjskim jako ojczystym, także była jedną z przyczyn jego klęski. Idąca w takim kierunku polityka była zresztą główną przyczyną odpadnięcia od Ukrainy w 2014 roku Krymu i Donbasu. Zdumiewa, że Poroszenko nie wyciągnął z tego żadnych wniosków. Być może uwierzył we własną propagandę o „rosyjskim spisku” i „rosyjskiej agresji”. Zełenski, który sam posługuje się językiem rosyjskim, a po ukraińsku nie mówi płynnie, stwierdził, że popiera status ukraińskiego jako jedynego języka państwowego. Jednocześnie zasugerował, że ustawa o „totalnej ukrainizacji” nie konsoliduje społeczeństwa i zapowiedział przeprowadzenie jej „rzetelnej analizy”.

Porażka Poroszenki jest wreszcie druzgocącą klęską polskiej polityki wschodniej opartej na mrzonkach giedroycizmu. Tej polityki, która nakazywała PiS i PO wspierać Poroszenkę za wszelką cenę, pomimo prowadzenia przez niego radykalnie antypolskiej polityki historycznej. Tej polityki, w imię której usłyszeliśmy od pana Wóycickiego, że Roman Szuchewycz powinien być dla Polaków „postacią o cechach bohatera”. Tej polityki, w imię której usłyszeliśmy od pana Żurawskiego vel Grajewskiego, że Stepan Bandera jest odpowiedzialny za śmierć rzekomo tylko jednego Polaka. Tej polityki, w imię której usłyszeliśmy od pana Sakiewicza, że „lepsza Ukraina banderowska niż sowiecka”. Tej polityki, która kazała PiS i PO nie tylko tolerować, ale wspierać renesans banderowski na Ukrainie w imię kreowania antyrosyjskiej Ukrainy. Tej polityki, która kazała PiS i PO wspierać szemraną Fundację Otwarty Dialog. Tej polityki, która w miejsce realiów wstawiała fantasmagorie o Międzymorzu vel Trójmorzu, krzewione latami przez „Gazetę Polską”, Klub Jagielloński itp. środowiska. Większość Ukraińców głosując na Zełenskiego powiedziała PiS i PO, że nie chce antyrosyjskiej Ukrainy opartej na fundamencie neobanderowkim.

Tak jak w 2010 roku klęską polityki giedroycizmu okazał się Juszczenko, tak teraz okazał się nią Poroszenko. Z faktu tego należałoby w Warszawie wyciągnąć wnioski, ale na razie nie ma ich kto wyciągnąć. W gratulacjach, jakie złożył Zełenskiemu prezydent Duda znalazło się zapewnienie, że „Polska jest gotowa do dalszej wszechstronnej pomocy Ukrainie w sferze bezpieczeństwa (tzn. kontynuowania wojny w Donbasie – BP) i reform państwowych”. Z kolei były minister Waszczykowski napisał, że nowy prezydent Ukrainy „to czysta karta polityczna jak się wydaje. Oby jak najszybciej została zapisana w Polsce zanim zaczną go urabiać Rosjanie przeciw nam i Europie”. Te dwie wypowiedzi świadczą o tym, że „klasa polityczna” III RP nie rozumie faktu klęski swojej polityki na kierunku ukraińskim. Polska jest najbardziej uzależnionym od USA ogniwem obozu atlantyckiego i de facto realizuje na kierunku wschodnim politykę amerykańską, a nie własną. Realizuje ją jednak w sposób skrajnie przesadny, dodając do tego radykalne elementy dawno przebrzmiałej mitomanii polskiej mocarstwowości. Klęska giedroycizmu jest faktem już od dłuższego czasu i dalsze brnięcie w jego koleiny skazuje „politykę wschodnią” POPiS na izolację w Europie.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 1 maja 2019 r.

„Myśl Polska” nr 19-20 (2239/2240), 5-12.05.2019, s. 4

Nowa odsłona dramatu Libii

„Prorosyjski generał prze na stolicę. Stany Zjednoczone »głęboko zaniepokojone« – taki nagłówek zamieścił 8 kwietnia tvn24.pl. Żeby nikt nie miał wątpliwości, że ów generał jest „prorosyjski”, pokazano też jego zdjęcie w rosyjskiej czapce uszance. Notabene zupełnie nieprzydatnej w klimacie podzwrotnikowym. „Stany Zjednoczone są »głęboko zaniepokojone« walkami w pobliżu Trypolisu i wzywają do natychmiastowego zakończenia ofensywy tzw. Libijskiej Armii Narodowej dowodzonej przez generała Cahlifę Haftara” – zacytował sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo tvn24.pl. Dalej wyjaśniono, że „Libijska Armia Narodowa, dowodzona przez prorosyjskiego generała Haftara, w ubiegły czwartek ruszyła na Trypolis. Przejęła kontrolę m.in. nad miastem Gharjan ok. 70 km na południe od stolicy, po czym wdała się w walki z wojskami rządowymi na terenach wiejskich w pobliżu Trypolisu. Od czwartku w starciach zginęły co najmniej 23 osoby. W obliczu eskalacji walk w Libii Rada Bezpieczeństwa ONZ zaapelowała do Haftara o zaprzestanie zbrojnego marszu na Trypolis. O natychmiastowe uspokojenie sytuacji w Libii zaapelowały we wspólnym oświadczeniu USA, Wielka Brytania, Włochy oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie”.

Nie mniej dramatyczny nagłówek zamieścił 6 kwietnia dziennik.pl: „Prorosyjski generał ruszył na Trypolis. Moskwa ostrzega inne państwa przed interwencją w Libii”. Dowiadujemy się, że przebywający z wizytą w Kairze szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow „wezwał w sobotę wszystkie strony konfliktu w Libii do znalezienia porozumienia. Ostrzegł przed ingerowaniem zagranicznych sił w sprawy libijskie. (…) Pogrążona w chaosie po obaleniu dyktatury Muammara Kadafiego w 2011 roku Libia jest rozdarta między dwoma rywalizującymi ośrodkami władzy: na zachodzie jest rząd jedności narodowej Mustafy as-Saradża [właśc. Fajiz as-Sarradż – BP] ustanowiony w 2015 roku w Trypolisie i popierany przez społeczność międzynarodową, a na wschodzie – rząd Libijskiej Armii Narodowej w Bengazi, którego szefem ogłosił się Haftar”.

I na koniec wyborcza.pl z 7 kwietnia: „Wojna domowa w Libii. Wspierany po cichu przez Rosję generał Chalifa Haftar wyruszył na Trypolis”. Czytamy: „Armia kierowana przez najsilniejszego watażkę ze wschodu Libii próbuje zdobyć Trypolis i obalić rząd uznawany przez ONZ. Z rejonu walk uciekło już 2,8 tys. ludzi. W czwartek gen. Chalifa Haftar wydał rozkaz swojej Libijskiej Armii Narodowej, by zajęła stolicę. Według ostatnich doniesień z frontu oddziały Haftara zajmują kolejne miasta wzdłuż szosy do Trypolisu i zbliżyły się nawet na 20 km od rogatek miasta. W sobotę pochwaliły się zajęciem lotniska międzynarodowego, choć rząd w Trypolisie przekonuje, że odparł atak. Trypolis łatwo się nie podda. Na pomoc tamtejszemu rządowi ruszyła wprawiona w bojach milicja z Misraty. Obie strony dokonują nalotów”.

Co się stało? Skąd ten dramatyczny ton w mediach „głównego nurtu”? Dlaczego Chalifa Haftar – tytułowany przez te media „generałem”, chociaż sam tytułuje się „marszałkiem polnym” – stał się nagle „prorosyjski”? Przecież od 1987 roku był proamerykański i w 2011 roku z woli CIA obalał Muammara Kadafiego. Na pierwszy rzut oka Chalifa Haftar jest człowiekiem nieskromnym. O ile Kadafi po przewrocie z 1969 roku awansował się z kapitana na pułkownika i przy tym stopniu pozostał do śmierci, to Haftar – który zakończył w 1987 roku służbę w armii Kadafiego jako pułkownik – po przerzuceniu go przez CIA do Libii w 2011 roku zaczął się tytułować generałem porucznikiem, a na koniec marszałkiem polnym Libijskiej Armii Narodowej. Drugą jego cechą wydaje się skłonność do koniunkturalnej zmiany frontu.

Chalifa Haftar urodził się w 1943 roku. Uczestniczył w przewrocie wojskowym, który został dokonany 1 września 1969 roku przez grupę młodych oficerów skupionych wokół Muammara Kadafiego i który stanowił faktyczne odzyskanie niepodległości przez Libię. Potem brał udział w wojnie Jom Kippur (6-26.10.1973), czyli wojnie koalicji państw arabskich pod przewodnictwem Egiptu i Syrii z Izraelem. Służył wiernie Kadafiemu do 1987 roku, kiedy wraz z 700 swoimi żołnierzami został wzięty do niewoli przez wojska Czadu. Haftar jako pułkownik dowodził siłami libijskimi w wojnie z Czadem (tzw. „wojna toyot”, 16.12.1986-11.09.1987), która zakończyła się dla Libii sromotną porażką. Po dostaniu się do niewoli zaoferował swoje usługi służbom specjalnym Czadu i USA. Przerzucono go wraz grupą oficerów libijskich najpierw do ówczesnego Zairu, a potem do Kenii. Tam utworzyli Narodowy Front Ocalenia Libii, którego zbrojnym ramieniem została Libijska Armia Narodowa pod dowództwem Haftara. Ich celem miał być udział u boku USA w obaleniu Kadafiego. Stało się to możliwe dopiero w 2011 roku.

W tym miejscu trzeba wyjaśnić dlaczego Kadafi został wrogiem USA. Po przewrocie z 1969 roku z Libii usunięto obce bazy wojskowe i znacjonalizowano przemysł naftowy, który stał się kołem napędowym gospodarki. Dochody z eksploatacji ropy naftowej i innych bogactw naturalnych umożliwiły Kadafiemu stworzenie egalitarnego systemu społecznego. Libijczycy cieszyli się szerokim katalogiem praw socjalnych. Należały do nich: bezpłatne użytkowanie wody i energii elektrycznej przez wszystkich obywateli, brak oprocentowania pożyczek (banki zostały znacjonalizowane, a Kadafi zakazał lichwy), dotowanie przez państwo mieszkań dla młodych małżeństw, wysoka wyprawka dla dziecka oraz bezpłatna edukacja i opieka zdrowotna. Państwo dotowało nie tylko artykuły dziecięce, żywność i ceny benzyny, ale nawet zakupy przez obywateli samochodów i dóbr luksusowych. Pokrywało też koszty leczenia obywateli za granicą i fundowało studentom stypendia zagraniczne. Libia przestała być krajem analfabetów – co czwarty obywatel miał wyższe wykształcenie, niejednokrotnie zdobyte za granicą. Wprowadzono pełne równouprawnienie kobiet (zlikwidowane po „demokratycznym” przewrocie z 2011 roku). Ponadto Kadafi przeprowadził największy na świecie projekt irygacyjny oraz zbudował nowoczesną infrastrukturę miejską i komunikacyjną.

To nie podobało się Zachodowi, jednak uznanie Kadafiego za „tyrana” i wroga „wolnego świata” spowodowała dopiero jego polityka zagraniczna – silnie antyamerykańska i antyizraelska. W okresie „zimnej wojny” Libia razem z Jugosławią tworzyła tzw. Ruch Państw Niezaangażowanych, utrzymując równocześnie ożywione kontakty polityczne i gospodarcze z blokiem radzieckim. Kadafi wspierał ruchy antykolonialne i narodowowyzwoleńcze w Afryce, Ameryce Łacińskiej oraz w Europie (IRA i ETA). Działał na rzecz jedności arabskiej. Przede wszystkim jednak popierał Organizację Wyzwolenia Palestyny i różne inne palestyńskie formacje zbrojne. To z tego powodu, już dekadę przed zamachem nad Lockerbie, przywódca Libii został uznany za „światowego terrorystę”. Kadafi nie krył swojej niechęci do Izraela, występując wielokrotnie z oryginalnymi pomysłami przeniesienia państwa żydowskiego na Alaskę lub do Kalifornii.

Dlatego Ronald Reagan, rozpoczynając w 1981 roku światową „krucjatę przeciw komunizmowi”, rozpoczął także brutalną kampanię przeciw Libii. Kulminacją trwających od 1981 roku prowokacji i incydentów zbrojnych był atak powietrzny na Libię, przeprowadzony przez USA przy poparciu Wielkiej Brytanii 15 kwietnia 1986 roku. Do walki z Kadafim Waszyngton zaangażował też dyktatora Czadu Hisséne Habré, który w związku z tym w przekazie propagandy amerykańskiej stał się nawet „demokratycznym przywódcą”. Stąd wspomniana „wojna toyot”. Odwetem ze strony Libii był zamach terrorystyczny na samolot linii Pan Am nad Lockerbie 21 grudnia 1988 roku.

Koniec „zimnej wojny” przyniósł stopniową deeskalację i normalizację stosunków pomiędzy Libią a Zachodem. Dlatego Chalifa Haftar i jego ludzie zostali w 1990 roku wycofani z Kenii do USA. Na razie byli niepotrzebni. Kadafi nie zrezygnował jednak z prowadzenia samodzielnej polityki, w tym bezkompromisowej krytyki USA i Izraela, przez co ponownie stał się wrogiem „wolnego świata”. Przypomniano sobie wtedy w Waszyngtonie o Haftarze. W 1996 roku CIA przerzuciła go po raz pierwszy do wschodniej Libii, gdzie organizował nieudaną rebelię przeciw Kadafiemu.

W odpowiedzi na to Kadafi nawiązał bliskie stosunki z Chinami oraz zrezygnował z panarabizmu na rzecz panafrykanizmu. Libia została członkiem-założycielem Wspólnoty Państw Sahelu i Sahary (1999) i Unii Afrykańskiej (2002). W czerwcu 2005 roku przystąpiła też do Wspólnego Rynku Afryki Północnej i Południowej (COMESA). Działania te podważały m.in. rozwijaną przez Francję koncepcją tzw. Unii Śródziemnomorskiej. Oprócz tego na forum Unii Afrykańskiej przywódca Libii wystąpił z inicjatywą wprowadzenia międzynarodowej waluty – opartej na libijskich rezerwach złota – do rozliczeń na rynku ropy. Ta złota waluta miała obowiązywać początkowo na obszarze Afryki Północnej i wyprzeć dolara amerykańskiego z transakcji na światowym rynku naftowym. W tym momencie Kadafi ostatecznie przekroczył czerwoną linię, a jego panafrykańskie idee i złote plany musiały zostać zbombardowane i podpalone w 2011 roku w sensie dosłownym. Na dodatek z całą Afryką Północną.

Wtedy CIA ponownie sięgnęła po wiekowego już Chalifę Haftara. Podczas wspieranej przez NATO rewolty, która zakończyła się obaleniem i zamordowaniem Kadafiego, Haftar był początkowo głównodowodzącym sił puczystów. Jednakże kierująca puczem Narodowa Rada Tymczasowa usunęła go z tego stanowiska i w hierarchii najwyższych dowódców rebelii zajął dopiero trzecie miejsce. Prawdopodobnie z tego właśnie powodu Chalifa Haftar przestał być proamerykański. Zrozumiał, że nie zostanie nowym Kadafim pod parasolem Waszyngtonu.

Libia – po puczu i agresji NATO z 2011 roku – rozpadła się na trzy części: uznawane przez Zachód Izbę Reprezentantów i rząd w Tobruku, nieuznawany Powszechny Kongres Narodowy i rząd w Trypolisie oraz Państwo Islamskie. Krajobrazu Libii jako państwa upadłego dopełniały inne poza Państwem Islamskim organizacje terrorystyczne, jak Ansar al-Sharia, czy Brygady Rafallaha al-Sahatiego, zbuntowane milicje Berberów i Tuaregów oraz Libijska Armia Narodowa sędziwego marszałka Haftara, którego nikt w Libii nie chciał. 14 lutego 2104 roku Haftar podjął pierwsza próbę zamachu stanu ogłaszając, że „zawiesza” opanowany przez islamistów Powszechny Kongres Narodowy i jego rząd. 16 maja 2014 roku podległe mu oddziały zaatakowały islamistów w Benghazi. Jednakże to nie on był wtedy głównym rozgrywającym w dramacie libijskim, ale USA. Dzięki wsparciu USA, Włoch, Kataru i Turcji w marcu 2016 roku powstał w Trypolisie Rząd Zgody Narodowej, na którego czele stanął Fajiz as-Sarradż. Jego pozycję wzmocnił upadek Powszechnego Kongresu Narodowego, ale władza Rządu Zgody Narodowej ograniczyła się tylko do Trypolisu i okolic.

Tymczasem Haftar w 2017 roku, z pomocą francuską i egipską, wyrzucił z Benghazi Państwo Islamskie. Samozwańczy marszałek samozwańczej Libijskiej Armii Narodowej zdobył wtedy prawie całość libijskich pól naftowych, co zapewniło mu szeroką, choć dyskretną pomoc międzynarodową. Francja, która była głównym pomysłodawcą obalenia Kadafiego uznała, że Haftar zostanie jego posłusznym odpowiednikiem. Przy tym Haftar sam zapewniał, że zrobi w kraju porządek i przyniesie stabilizację. Dlatego Francja dozbroiła go i wysłała mu swoje siły specjalne. Wpływ na stanowisko Paryża miało też zaangażowanie po stronie Haftara Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Egiptu i Arabii Saudyjskiej, które są ważnymi nabywcami francuskiej broni (m.in. celem bombardowania Jemenu) i uzależniały dalsze zakupy od francuskiej aktywności w Libii. Do tego grona zwolenników Haftara dołączyła na końcu Rosja.

4 kwietnia 2019 roku popierany przez Egipt, Arabię Saudyjską, ZEA, Francję i Rosję samozwańczy marszałek samozwańczej Libijskiej Armii Narodowej wydał rozkaz zajęcia Trypolisu, nazywając swoje działania „uzasadnioną operacją antyterrorystyczną przeciwko islamistom”. Francja i Rosja wzywają do pokoju i nieingerowania w wewnętrzne sprawy Libii, ale nie ulega wątpliwości, że życzą sobie szybkiego upadku proamerykańskiego rządu as-Sarradża w Trypolisie. Paryż zapewne liczy na to, że samozwańczy marszałek jako „silny człowiek w Trypolisie” zatrzyma migrację z Afryki do Europy. Natomiast dla Rosji jest to jakaś forma odbudowy swoich wpływów, utraconych po obaleniu Kadafiego.

Jedną z głównych przyczyn tzw. arabskiej wiosny z 2011 roku, w tym obalenia Kadafiego i tzw. wojny domowej w Syrii (2011-2019), była konieczność przemodelowania przez USA Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu w związku z planowanym od dawna przez Izrael atakiem na Iran. Już dzisiaj widać, że to przemodelowanie – mimo zdewastowania kilkunastu państw – nie powiodło się.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 kwietnia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 17-18 (2237/2238), 21-28.04.2019, s. 6

Operacja Allied Force, czyli unicestwienie Jugosławii

24 marca minęła 20. rocznica agresji NATO na Jugosławię (operacja Allied Force – Siły Sprzymierzone). Polska – przyjęta do NATO 12 marca 1999 roku – uczestniczyła w tej agresji tylko formalnie, ale jej ówczesne władze udzieliły pełnego poparcia działaniom zbrojnym i politycznym NATO przeciw Jugosławii. To samo powtórzyło się w 2008 roku, kiedy władze Polski uznały niepodległości Kosowa niemal natychmiast po jej jednostronnym proklamowaniu. Nie było hucznych obchodów rocznicy agresji NATO na Jugosławię ani w Polsce, ani w USA i na Zachodzie. Najwidoczniej nie jest to powód do dumy. Służba prasowa NATO poinformowała jedynie, że operacja Allied Force została przeprowadzona, aby „powstrzymać katastrofę humanitarną” w Kosowie. „Ta decyzja została podjęta po ponad roku walk w Kosowie i kilku nieudanych próbach ONZ i grup kontaktowych, w których uczestniczyła też Rosja, znalezienia pokojowego dyplomatycznego rozwiązania tego kryzysu. Użycie siły przez NATO było konieczne i legalne” – ogłosiła służba prasowa NATO w 20. rocznicę agresji na Jugosławię (cyt. za: http://www.pl.sputniknews.com, 30.03.2019). Nie jest to prawda. Użycie siły przez NATO było w pełni nielegalne, ponieważ nastąpiło bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ. Celem agresji nie było powstrzymanie „katastrofy humanitarnej” w Kosowie, którą USA i Zachód same wywołały sponsorując terrorystów z Armii Wyzwolenia Kosowa (UÇK). Celem było obalenie Slobodana Miloševicia i dalsza dezintegracja terytorialna Jugosławii poprzez oderwanie od niej Kosowa – kolebki państwowości serbskiej.

To co stało się 24 marca 1999 roku było powodem i początkiem rozejścia się dróg USA i Rosji. Propaganda zachodnia, także polska, wielokrotnie oskarżała Władimira Putina o „zerwanie z Zachodem”, ale to zerwanie nastąpiło jeszcze przed objęciem władzy przez Putina (został premierem Rosji 8 sierpnia 1999 roku, a prezydentem 31 grudnia 1999 roku) i powodem tego była właśnie agresja NATO na Jugosławię. W Moskwie zrozumiano wtedy do czego zmierzają USA i Zachód, chociaż powinni byli to zrozumieć już podczas pierwszej wojny czeczeńskiej (1994-1996). Nieśmiały flirt Rosji z Zachodem, rozpoczęty przez Michaiła Gorbaczowa i kontynuowany przez Borysa Jelcyna, skończył się właśnie 24 marca 1999 roku.

Oficjalnym powodem agresji NATO na Jugosławię miało być doprowadzenie do „zakończenia czystek etnicznych na terenie Kosowa”, jak nazywano wówczas w języku propagandy zachodniej zwalczanie przez Jugosławię (Serbię i Czarnogórę) albańskich terrorystów z Armii Wyzwolenia Kosowa. Rzeczywisty powód – jak już powiedziałem – był inny. Tym powodem było dążenie Zachodu do unicestwienia Jugosławii jako wyrazicielki idei Wielkiej Serbii. Tym powodem było zanegowanie suwerenności państwowej w imię fałszywie rozumianej ideologii „praw człowieka”. Tym powodem była wynikająca z ideologii amerykańskich neokonserwatystów „wojna o demokrację”, czyli urządzanie przez USA jednobiegunowego świata. Po Jugosławii, która zniknęła z mapy świata w latach 2003-2006, przyszła kolej na Afganistan, Irak, Libię, Syrię i „kolorowe rewolucje” z Ukrainą na czele. Scenariusz przećwiczony w 1999 roku w Jugosławii został niemal dokładnie skopiowany w Libii i Syrii w 2011 roku: najpierw uzbrajamy jakąś grupę, która podejmuje działania terrorystyczne, a potem próbę zwalczania tych działań przez suwerenne państwo nazywamy „czystką etniczną” lub „zbrodnią przeciw ludzkości” i mamy powód do „wojny o demokrację i prawa człowieka”. Tak się obecnie nazywa imperialistyczną agresję na suwerenne państwo – „wojna o demokrację i prawa człowieka”.

Od 24 marca do 20 czerwca 1999 roku – przez 78 dni i nocy – najnowocześniejsze samoloty bojowe (głównie amerykańskie, brytyjskie i francuskie) bombardowały Belgrad i inne miasta Jugosławii. To była bodajże trzecia po pierwszej wojnie irackiej z 1991 roku i wojnie bośniackiej (1992-1995) „wojna medialna” – wojna dosłownie transmitowana przez różne stacje telewizyjne i kreowana przez media zachodnie, które tym razem stworzyły obraz „czystek etnicznych w Kosowie” dokonywanych przez „krwawy reżim Miloševicia”. W trwającej przez 78 dni ofensywie lotniczej NATO użyło w pierwszej fazie od 350 do 400 samolotów różnych typów, kilkaset helikopterów i dronów oraz 30 okrętów, w tym podwodnych, z których wystrzeliwano rakiety manewrujące Tomahawk. W końcowej fazie agresji na Jugosławię NATO użyło 1022 samolotów (w tym 731 amerykańskich). Liczba nalotów na dobę wahała się od 150 na początku agresji do 740 w końcu maja 1999 roku. Przeciętnie było to 486 akcji bojowych na dobę. Na Jugosławię (Serbię, Czarnogórę i Kosowo) zrzucono 25 tys. bomb i rakiet. Lotnictwo amerykańskie użyło jednak m.in. 1100 bomb rozszczepialnych, które zawierały ponad 200 tys. elementów wybuchowych.

Podczas operacji „Allied Force” NATO straciło 21 dronów, dwa helikoptery AH-64 Apache oraz trzy samoloty – dwa F-16 oraz jeden „niewykrywalny dla radarów” i „niezniszczalny” F-117 A Nighthawk, który został zestrzelony 27 marca 1999 roku przez jugosłowiańską obronę przeciwlotniczą koło wsi Budanovci w Wojwodinie. Według oficjalnej wersji NATO samolot ten uległ awarii i rozbił się. Straty osobowe NATO wyniosły tylko dwóch zabitych (piloci helikopterów AH-64 Apache). Natomiast Jugosławia straciła całe swoje lotnictwo wojskowe – 121 samolotów, ponadto 120 spośród 1270 czołgów, 220 spośród 825 pojazdów opancerzonych, 450 spośród 1400 dział oraz od 956 do 1200 zabitych, 52 zaginionych i 5173 rannych żołnierzy. Większość zabitych po stronie jugosłowiańskiej stanowiły jednak osoby cywilne, w tym dzieci. Wedle danych rządu w Belgradzie zginęło około 5700 cywilów (także Albańczyków), w tym 3 dyplomatów chińskich. Natomiast różne źródła zachodnie (m.in. Human Rights Watch) podają, że zginęło od 489 do 528 cywilów jugosłowiańskich. Straty materialne poniesione przez Jugosławię w wyniku bombardowań NATO wyniosły 29,6 bilionów dolarów.

W tej wojnie Jugosławia nie miała szans. Musiała skapitulować i zgodzić się na wycofanie swoich sił wojskowych i policyjnych z Kosowa oraz wprowadzenie w ich miejsce tzw. sił pokojowych NATO (KFOR), a także na powrót do Kosowa uchodźców, czyli przeważnie terrorystów z UÇK. Tym samym została otwarta droga do likwidacji Jugosławii w latach 2003-2006 oraz powstania tzw. niepodległego Kosowa, które proklamowano 17 lutego 2008 roku. Zanim to się stało, albańscy ekstremiści wypędzili z Kosowa tysiące Serbów, zagrabili ich majątek oraz spalili prawie wszystkie tamtejsze kościoły prawosławne. Na tę czystkę etniczną nie było jednak żadnej reakcji ani ze strony sił pokojowych KFOR, ani ze strony NATO.

Celem ofensywy powietrznej NATO przeciw Jugosławii w 1999 roku miały być wyłącznie obiekty wojskowe, do których zaliczono też obiekty administracji publicznej oraz niektóre obiekty infrastruktury (np. elektrownie). Niestety w wyniku „pomyłek” natowskich pilotów celem bomb i rakiet stały się także obiekty typowo cywilne, w tym domy mieszkalne, zabytki historii i kultury, szpitale, obiekty kultu religijnego i elementy infrastruktury komunikacyjnej, a także ambasada Chińskiej Republiki Ludowej w Belgradzie. 12 kwietnia 1999 roku dwa pociski wystrzelone z samolotu NATO trafiły „omyłkowo” w pociąg pasażerski na wiadukcie w miejscowości Grdelica zabijając 55 pasażerów i raniąc 26 (źródła zachodnie podają, że miało być rzekomo tylko 10 ofiar). Bomby i rakiety zniszczyły też historyczny Most Waradyński w Nowym Sadzie i rafinerię w Pančevie, zburzyły domy mieszkalne w Belgradzie i wielu innych miastach, ale też w niedużych miejscowościach jak Aleksinac, Nogovac, Orahovac, czy Vranje. Od bomb i rakiet natowskich ginęli również Albańczycy, których NATO miało niby ratować przed domniemaną czystką etniczną ze strony Serbów. 14 kwietnia 1999 roku „omyłkowo” zbombardowano kolumnę uchodźców albańskich na drodze Djakovica-Prizren, a następnie obóz uchodźców albańskich w Gjakovej w zachodnim Kosowie. Bomby dosięgły też siedziby radia i telewizji serbskiej. Ofiarą „pomyłki” natowskich pilotów padła nawet fabryka samochodów Zastava w Kragujevacu – największa fabryka motoryzacyjna na Bałkanach. Cóż, w Polsce takie fabryki wtedy „prywatyzowano”, a tam bombardowano. Inny sposób usunięcia konkurencji.

W bombach i rakietach, jakimi NATO atakowało Jugosławię, był stosowany zubożony uran, który jest substancją toksyczną i radioaktywną. Długo temu zaprzeczano, ale prawda w końcu wyszła na jaw. Pełną odpowiedzialność za operację Allied Force ponoszą prezydent USA Bill Clinton, sekretarz stanu USA Madeleine Albright (inicjatorka całego przedsięwzięcia), premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Robin Cook, sekretarz generalny NATO Javier Solana oraz amerykańscy generałowie Wesley Clark, John W. Hendrix, Rupert Smith i admirał James O. Ellis, Jr.

Genezę agresji NATO na Jugosławię oraz jej przebieg wyczerpująco przedstawił nieżyjący już prof. Marek Waldenberg w „niepoprawnej politycznie” (tj. oficjalnie potępionej przez „Gazetę Wyborczą”) pracy naukowej pt. „Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki” (tom I: 1991-2002, tom II: 2002-2004, Warszawa 2005). Zainteresowanych szczegółami odsyłam do tej publikacji, a także do 57-minutowego filmu dokumentalnego czeskiego dziennikarza Václava Dvořáka pt. „Skradzione Kosowo” („Uloupené Kosovo) z 2008 roku. Emisji tego filmu odmówiono w telewizji czeskiej. Jako oficjalny powód takiej decyzji podano że film jest rzekomo proserbski przez co „ton dokumentu mógłby wywołać negatywne emocje”. Potem zakazano rozpowszechniać go także w mediach publicznych na terenie Unii Europejskiej. Film można jednak obejrzeć na kanale YouTube.

W pracy prof. M. Waldenberga zostały szczegółowo omówione m.in. antyjugosłowiańska (antyserbska) kampania medialna, jaka poprzedziła atak NATO na Jugosławię, konferencja w Rambouillet (takie nowe Monachium) oraz parcie Madeleine Albright do wojny. Prof. M. Waldenberg pisał wprost o „symbiozie dziennikarzy ze służbami informacyjnymi NATO”. Nie był to bynajmniej jego wymysł. Powołał się na „Gazetę Wyborczą”, której korespondent napisał 29 marca 1999 roku: „(…) Świat musi wiedzieć, że operacja rozwija się »zgodnie z planem« (którego nikt prócz NATO do końca nie zna)”. Tej konstatacji towarzyszyła uwaga, że „trudno czasem zresztą dociec, kto na kogo wpływa: NATO na media czy odwrotnie”. Chwaląc służbę prasową NATO za to, że precyzyjnie „niszczy” wątpliwości co do słuszności bombardowań, korespondent „Gazety Wyborczej” nie krył, iż podawane informacje „są oczywiście starannie wyselekcjonowane”.

Propaganda zachodnia nie wahała się przed porównywaniem losu Albańczyków w Kosowie do Holokaustu, często przywołując Auschwitz. „Dążenie do pełnego zablokowania informacji i opinii negujących lub tylko podważających to, co podawane było przez rzeczników agresji jako jedyna i cała prawda, znalazło jaskrawy wyraz w brutalnej krytyce takich dziennikarzy, bardzo zresztą nielicznych, którzy ośmielali się kwestionować obowiązujący manichejski, czaro-biały obraz wydarzeń” – pisał prof. M. Waldenberg.

Oskarżenie Serbów przez propagandę zachodnią o spowodowanie katastrofy humanitarnej w Kosowie było mocno naciągane, jeśli nie całkowicie fałszywe. Do masakr „ludności albańskiej” w Kosowie miało dojść m.in. w Raczaku (Račak), Drenicy, Juniku, Donje Obrinje, Likosane, Podujevie, czy Pastriku. Największą z nich miała być masakra w Raczaku, gdzie 15 stycznia 1999 roku z rąk serbskiej policji miało zginąć 45 Albańczyków (doszło tam na pewno do walki policji jugosłowiańskiej z terrorystami z UÇK). Faktycznie Raczak stał się casus belli. Władze w Belgradzie od początku twierdziły, że była to „albańska inscenizacja”. Do takiej tezy przychyliła się nawet część wysokich urzędników OBWE. Pełne wyniki prac z ekshumacji, przeprowadzonej przez lekarzy serbskich, białoruskich i fińskich pod kierownictwem fińskiej lekarki Heleny Ranty, nigdy nie zostały opublikowane. W marcu 2000 roku „Berliner Zeitung” znalazł się w posiadaniu kopii 40 protokołów sekcji zwłok przeprowadzonych przez lekarzy z Finlandii. Znajdowały się w nich twierdzenia, iż okaleczenia zwłok nie miały miejsca, ofiary nie zginęły od strzałów z bardzo małej odległości, zaś tezę, iż wszyscy zabici byli cywilami i zostali zamordowani w Raczaku należy uznać za „nieudowodnioną”. Najprawdopodobniej więc w Raczaku odkryto zwłoki poległych w walce terrorystów z UÇK. W styczniu 2001 roku ta sama gazeta podała, że dotarła do opracowania sporządzonego przez trzech spośród ekspertów fińskich, którzy stwierdzili w nim, iż nie ma dowodów, by ciała odnalezione w Raczaku były zwłokami cywilów.

W 2008 roku Helena Ranta ujawniła w swojej biografii, że zarówno szef misji OBWE William Walker, jak i urzędnicy fińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych usiłowali wpłynąć na treść raportu jej zespołu, tak, by bardziej zdecydowanie potępiał on Serbów. Raportu – jak już powiedziałem – nigdy nie ujawniono, natomiast 17 marca 1999 roku Helena Ranta stwierdziła na konferencji prasowej, iż nie ma podstaw, by odrzucić wersję o zamordowaniu w Raczaku bezbronnych cywilów. Tydzień później na Jugosławię zaczęły spadać bomby i rakiety.

Zacytuję na koniec jeszcze raz Marka Waldenberga: „To, że wojna ta będzie miała opłakane następstwa, można było, podobnie jak wcześniejsze etapy jugosłowiańskiej tragedii, przewidzieć, zanim do niej doszło. I czyniono to, ostrzegano, by jej nie wszczynać. Opinie takie, wprawdzie nieliczne, pojawiały się w mediach zachodnich, w Polsce były one zupełnie odosobnione. Wskazywano m.in. na to, że wojna ta oznaczać będzie złamanie prawa międzynarodowego, w szczególności Karty Narodów Zjednoczonych, że stanowić będzie bardzo niebezpieczny precedens, że nie rozwiąże istniejącego konfliktu etnicznego, lecz go spotęguje, że nie przyczyni się do zabezpieczenia pokoju na Bałkanach, lecz je znacznie zdestabilizuje, że nie przyniesie chwały NATO”.

Dzisiaj stoimy przed perspektywą kolejnej „wojny o demokrację i prawa człowieka”, czyli przed perspektywą agresji USA i Izraela (być może też pod szyldem NATO) na Iran, która może być początkiem wojny światowej. Dzisiaj głosy ostrzegające przed takim posunięciem także są nieliczne i odosobnione.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 kwietnia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 15-16 (2235/2236), 7-14.04.2019, s. 8

Co zawdzięczamy PRL?

„Rozwój gospodarczy w Polsce sabotowały elity postszlacheckie. Strukturę społeczną wyrównał dopiero PRL. Gdyby nie PRL, nie byłoby polskiego kapitalizmu”.

Kto to powiedział? Wbrew temu co mogliby sądzić działacze Klubów Gazety Polskiej, nie powiedział tego żaden stary ubek, wegetujący na zredukowanej przez PiS emeryturze, ani żaden dinozaur PZPR. To powiedział Marcin Piątkowski, urodzony w 1975 roku, doktor nauk ekonomicznych, starszy ekonomista Banku Światowego w Pekinie, wcześniej adiunkt w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie i wizytujący ekonomista w Centrum Studiów Europejskich na Uniwersytecie Harvarda.

Już w grudniu 2014 roku dr Piątkowski udzielił wywiadu polskiemu „Newsweekowi”, w którym stwierdził, że „przez 500 lat byliśmy na europejskich peryferiach, »niewolnictwo pańszczyźniane« nie pozwalało na rozwój. Teraz w ciągu 25 lat nadrobiliśmy dystans do Zachodu”. Jednakże zdaniem Piątkowskiego nadrobienie tego dystansu nie byłoby możliwe bez dokonań PRL. To wręcz heretycka teza w kontekście solidarnościowej propagandy, która od 1989 roku głosi, że PRL („okupacja sowiecka”) był najczarniejszym okresem w dziejach Polski i że nastąpiło wtedy rzekomo głębokie cofnięcie cywilizacyjne kraju.

Swoją heretycką tezę dr Piątkowski wyłożył w książce „Europe’s Growth Champion. Insights from the Economic Rise of Poland” („Mistrz wzrostu w Europie. Spostrzeżenia z gospodarczego wzrostu Polski”), która została wydana w 2018 roku przez Oxford University Press (dotychczas nie przetłumaczono jej na język polski i wątpię czy prędko się to stanie). Najważniejsze poglądy sformułowane w tej książce dr Piątkowski zreferował w wywiadach, jakich udzielił 11 czerwca 2018 roku i 7 marca 2019 roku portalowi Obserwator Finansowy (Obserwtorfinansowy.pl).

Pozwolę sobie zacytować kilka wypowiedzi Marcina Piątkowskiego z tych wywiadów.

„Często bezwiednie zakłada się, że gdyby po 1945 r. Polska nie dostała się w sferę wpływu ZSRR, to jako kraj kapitalistyczny rozwinęłaby się jak nigdy dotąd. Sądzę jednak, że sukces takiej alternatywnej Polski wcale nie byłby pewny, z tych samych powodów dla których nasza gospodarka nie potrafiła dogonić Zachodu przez 500 lat wcześniej. Głównym hamulcem rozwoju był oligarchiczny system społeczno-gospodarczy, który służył tylko wąskim elitom i blokował rozwój większości społeczeństwa. Taka szkodliwa struktura społeczna byłaby najprawdopodobniej odtworzona po 1945 roku, tak jak ją odtworzono po 1918 roku. Dopiero PRL dokonał społecznej rewolucji, wyeliminował stare, oligarchiczne i często jeszcze feudalne elity i po raz pierwszy w historii stworzył społeczeństwo inkluzywne, dając wszystkim, szczególnie tym najsłabszym, szanse na rozwój.

(…) II RP to wielki sukces patriotyczny, ale porażka gospodarcza, bo poziom dochodu Polaka w stosunku do Zachodu w 1938 roku był niższy niż w 1913 rokiem. Praktycznie nigdy nie mieliśmy też rodzimych przedsiębiorców, a w czasie II RP nie powstała żadna duża firma prywatna. (…) Realny socjalizm świetnie sobie radził przez pierwsze 15 lat istnienia. Do 1960 roku Polska rozwijała się równie szybko, jak na przykład Hiszpania. Dopiero później PRL wpadł w stagnację i skończył się gospodarczą katastrofą. (…) PRL miał jednak jedną wielką zaletę: otworzył na oścież polskie społeczeństwo, zlikwidował przywileje klasowe, wyedukował, uprzemysłowił i unowocześnił społeczeństwo. Dla przykładu, już w 1960 roku na uniwersytetach studiowało 7 proc. Polaków, prawie tyle samo, ile w kilkakrotnie bogatszej Francji. PRL również oderwał od archaicznego rolnictwa prawie 30 proc. społeczeństwa i przeniósł do przemysłu (…). Krótko mówiąc, PRL stworzył inkluzywne, otwarte, egalitarne społeczeństwo, które stało się fundamentem polskiego bezprecedensowego sukcesu po 1989 roku”.

Dla mnie to wszystko zawsze było i jest oczywiste, ale jednak czytając takie wypowiedzi doznaję szoku. Takiego samego szoku, jaki doznaje człowiek zamknięty w śmierdzącej i ciemnej celi, do której ktoś nagle otworzy okno wpuszczając światło i czyste powietrze. To okno do zatęchłej i ciemnej celi propagandy uprawianej w Polsce od 30 lat otworzył nie jakiś radykalny działacz lewicowy (notabene wielu z nich też odcina się od PRL), ale neokapitalistyczny ekonomista pracujący dla chińskiej centrali Banku Światowego.

Kolejny cytat z dr. Piątkowskiego: „(…) przejście od społeczeństwa oligarchicznego, które hamuje rozwój, do społeczeństwa inkluzywnego, które go wspiera, na przestrzeni wieków wymagało radykalnych, krwawych i siłą narzucanych zmian społecznych. To jednak nie jest wiedza powszechna”. Od razu nasuwa mi się tutaj refleksja, że przecież „żołnierze wyklęci” walczyli o zachowanie właśnie społeczeństwa oligarchicznego II RP (kontynuatorki Polski przedrozbiorowej), które hamuje rozwój. Powrotu do takiego społeczeństwa chce też ogromna większość polskiej prawicy – od Tuska i Kaczyńskiego po Korwina-Mikke i Brauna. I to trzeba sobie uświadomić. Głównie temu celowi służy polityka historyczna III RP, czyli jarmarczny i jasełkowy patriotyzm oparty na kulcie powstania warszawskiego i „powstania antykomunistycznego”, jak nazywa się powojenną partyzantkę.

Następny cytat z dr. Piątkowskiego: „(…) w państwach biednych potrzeba raczej strategii małych kroków, np. wspierania masowej edukacji, podnoszenia podatków dla bogatych, demonopolizacji rynków, a także wiary, że kiedyś suma tych działań zadziała. Warto też uważać, żeby nie paść ofiarą propagandy części elit Zachodu, które we własnym interesie promują retorykę niskich podatków, wąskiej roli państwa, braku regulacji. To szkodliwe idee, utrwalające podziały i nierówności”.

To też jest dla mnie oczywiste, ale też brzmi szokująco dla człowieka zamkniętego od 30 lat w głuchej celi neoliberalizmu i neokonserwatyzmu. Retoryka niskich podatków, ograniczania roli państwa i deregulacji – tak ulubiona przez Korwina-Mikke i jego wyznawców, ale też środowisko PO – jest oszustwem Zachodu, które ma na calu utrwalić podziały i nierówności w krajach peryferyjnych. Tego nie powiedział Piotr Ikonowicz z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. To powiedział Marcin Piątkowski z Banku Światowego.

Mam też cytat z dr. Piątkowskiego dla licznych na polskiej prawicy zwolenników Donalda Trumpa: „Trump robi ze Stanów społeczeństwo oligarchiczne. Oszukał Amerykanów. (…) Przekonując swoich wyborców, że obniżki podatków będą dla ich dobra, a nie dla dobra tylko 1 proc. czy 10 proc. najbogatszych Amerykanów. Obniżki podatków utrwalą katastrofalny model amerykańskiego rozwoju, w ramach którego od 40 lat prawie cały wzrost PKB jest przejmowany przez 10 proc. najbogatszych, a dochody biedniejszej połowy społeczeństwa się nie zmieniają”.

Marcin Piątkowski docenia nie tylko rolę PRL dla sukcesu polskiego neokapitalizmu, ale w ogóle rolę socjalizmu dla sukcesu neokapitalizmu w byłych państwach socjalistycznych, zwłaszcza Chinach (wciąż formalnie państwie socjalistycznym, ale tylko formalnie). Twierdzi: „Oczywiście, nijak nie można usprawiedliwić ofiar »rewolucji kulturalnej« i »wielkiego skoku naprzód«, ale trzeba odnotować fakt, że to Mao zniszczył wielowiekowe instytucje oligarchiczne, które hamowały chiński rozwój i położył podwaliny pod największy w historii cud gospodarczy: w ciągu ostatnich 40 lat Chiny pomnożyły dochód na mieszkańca ponad 25 razy”.

I jeszcze jeden cytat z autora książki „Europe’s Growth Champion. Insights from the Economic Rise of Poland”: „Mimo swoich fundamentalnych wad, PRL podłożył podwaliny pod polski sukces gospodarczy po 1989 roku, bo po 1945 roku zlikwidował stare, feudalne, ekstraktywne struktury społeczne, oparte na supremacji wąskich elit, które uniemożliwiły Polsce rozwój przez długie stulecia i skazały nas na gospodarcze zacofanie i peryferyjność aż do 1939 roku. Wąskie, oligarchiczne elity, stworzyły bowiem antyrozwojowy system, który działał tylko na korzyść tychże elit, a zamykał możliwości rozwoju dla reszty społeczeństwa. Chłopi przez stulecia nie mieli żadnych praw i de facto niewiele różnili się od niewolników. Zniesienie pańszczyzny przez zaborców, zresztą wbrew chęciom szlachty, i tak niewiele zmieniło, bo możliwości awansu społecznego były dalej zamknięte. Podobnie było z niewolnikami na południu USA, gdzie mimo przegrania Wojny Secesyjnej, elity blokowały prawa uwolnionych niewolników aż do lat 60. XX wieku. Polskie elity zablokowały również rozwój polskiego mieszczaństwa i biznesu, co było widać np. po niedorozwoju miast: w 1750 roku w Polsce były tylko dwa miasta, które miały ponad 10 tys. mieszkańców, a we Francji było ich 55. I po braku polskich elit biznesowych aż do 1939 roku. Oligarchiczne elity nie chciały się zajmować biznesem, bo uważały to za zajęcie poniżej swojego honoru. Gdy popatrzymy na nazwy działających w II RP prywatnych przedsiębiorstw, ciężko znaleźć polskobrzmiące. W ciągu całego tego okresu nie powstało też ani jedno duże prywatne przedsiębiorstwo. Stworzyliśmy wzór ekstraktywnej gospodarki, rządzonej przez nielicznych na korzyść nielicznych, a nie gospodarki inkluzywnej, rządzonej przez wielu w interesie wielu. Gospodarki ekstraktywne, co dobrze pokazuje Daron Acemoglu i James Robinson w bestselerze »Dlaczego narody przegrywają«, nie rozwijają się, a inkluzywne tak”.

Cytat ten dedykuję wszystkim zwolennikom „dekomunizacji” i „reprywatyzacji”, czyli zwolennikom restytucji ustrojowej, gospodarczej, społecznej i majątkowej II RP. Do tego co powiedział dr. Piątkowski pragnę też dodać, że obecne państwo polskie zawdzięcza PRL nie tylko inkluzywne społeczeństwo, które mimo wszystkich przeszkód stworzonych przez neoliberałów, stało się dźwignią polskiego sukcesu po 1989 roku. Zawdzięcza mu też ogromny majątek – głównie przemysłowy – bez „prywatyzacji” którego nie byłoby możliwe utrzymanie płynności finansowej państwa po 1989 roku i wykreowanie nowej oligarchii, która chce powrotu do antyrozwojowej gospodarki ekstraktywnej.

O tym majątku można sobie poczytać w unikalnej publikacji pt. „Zbiór danych o zakładach przemysłowych istniejących w Polsce Ludowej w świetle wartości ich produkcji i majątku oraz zatrudnienia. Stan w roku 1988” pod red. Andrzeja Karpińskiego, Stanisława Paradysza, Bartłomieja Skrzypka, Pawła Soroki i Wiesława Żółtkowskiego (Warszawa 2018). Publikacja ta omawia 6549 zakładów przemysłowych, które istniały w Polsce w 1988 roku. To był punkt startu polskiego neokapitalizmu, spadek, jaki PRL mu pozostawiła. Spadek częściowo roztrwoniony.

Odsyłam do całości obu wywiadów dr. Marcina Piątkowskiego oraz jego książki w języku angielskim, dostępnej w księgarni internetowej PWN. Wniosek z postawionych przez niego tez jest taki, że im dalej Polak przebywa od Polski tym bardziej jest normalny i myśli logicznie. Może dr Piątkowski jest także dowodem na to, że wielu ludzi mojego pokolenia myśli logicznie, a nie ideologicznie. Niestety – biorąc pod uwagę historię Polski – wątpię czy zostaną dopuszczeni do głosu i zrozumiani.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 marca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 13-14 (2233/2234), 24-31.03.2019, s. 18

Ukraińskie ofiary OUN i UPA

Ukraiński ruch nacjonalistyczny, w tym także jego banderowski odłam – najbliższy ideowo-politycznie niemieckiemu nazizmowi – są przedstawiane na Ukrainie od lat 90. XX wieku jako ruch narodowowyzwoleńczy. W taki też sposób były i są przedstawiane przez ukraińską propagandę nacjonalistyczną od lat 40. XX wieku. Utworzona w 1929 roku Organizacja Nacjonalistów Ukraińskich za głównego wroga uważała Polaków i II Rzeczpospolitą. W jej materiałach propagandowych na drugim po Polakach miejscu wymieniano Żydów, a na trzecim ZSRR („moskiewską komunę”). Dlatego ofiarami działalności terrorystycznej OUN przed 1939 roku byli prawie wyłącznie Polacy. Wyjątek stanowił tylko radziecki konsul we Lwowie Aleksiej Majłow – zastrzelony 21 października 1933 r. w gmachu konsulatu przez bojówkarza OUN. W 1941 roku – kiedy w agresji na ZSRR wzięły udział złożone z nacjonalistów ukraińskich bataliony „Nachtigall” i „Roland” oraz tzw. grupy pochodne OUN – ostrze ich terroru skierowało się przeciwko Żydom. Doszło wtedy do dwóch wielkich pogromów na Żydach we Lwowie (30 czerwca-2 lipca oraz 25-27 lipca 1941 r.), w których zginęło 7 tys. ofiar, oraz kilkudziesięciu pogromów w innych miejscowościach. Wsparcia Niemcom w zagładzie Żydów udzieliły też w latach 1941-1942 formacje ukraińskiej policji pomocniczej, do których zaciągali się głównie członkowie OUN. Największą zbrodnią nacjonalistów ukraińskich – popełnioną w latach 1943-1944 przez banderowską frakcję OUN i utworzoną przez nią Ukraińską Powstańczą Armię – było ludobójstwo na Polakach zamieszkujących Wołyń i Małopolskę Wschodnią (100-130 tys. ofiar).

Jednakże ofiarami OUN i UPA – o czym ich gloryfikatorzy nie chcą pamiętać – stali się także Ukraińcy. Nie mogło być inaczej, ponieważ rzeczywistym celem inspirowanego ideologią faszystowską ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego było utworzenie państwa totalitarnego, monopartyjnego i homogenicznego narodowościowo. Państwa o hierarchicznej strukturze społecznej podporządkowanej wodzowi. Tak samo jak we włoskim i niemieckim pierwowzorze. To wcale nie miała być niepodległa (samostijna) Ukraina – tym hasłem tylko szermowano dla zdobycia poparcia naiwnych – ale faszystowska. Oba odłamy OUN – banderowski i melnykowski – nie miały przy tym nic przeciw temu, by taka Ukraina była niemieckim protektoratem. Na drodze do osiągnięcia tego celu zginąć więc musieli także ci Ukraińcy, którzy mu się sprzeciwiali (komuniści, antyfaszyści).

Ukraińskie ofiary OUN i UPA zawsze należały do najbardziej skrywanych tajemnic ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego. Zarówno podczas wojny, jak i później – kiedy ukraińska emigracja nacjonalistyczna w Kanadzie przystąpiła do tworzenia mitu „walki narodowowyzwoleńczej”. Główne dzieło tej emigracji – wielotomowe wydanie „Litopysu” („Kroniki”) UPA – zwiera jedynie materiały propagandowe i wspomnienia kombatantów UPA, gloryfikujących i fałszujących swoją działalność. To samo można powiedzieć o twórczości „naukowej” banderowskich kombatantów, czyli takich dziełach jak „Ukrajińska powstańśka armija” Petro Mirczuka, „UPA” Mykoły Łebedia, czy „Istorija ukraińśkoho wijska” Łwa Szankowśkiego. Podają one tylko wybrane przykłady „heroiki” OUN i UPA, gdzie ginęli wyłącznie czerwoni partyzanci i „enkawudziści”, ale bynajmniej nie popełniano jakichkolwiek zbrodni na cywilach. Ten nurt dominuje obecnie w historiografii i polityce historycznej Ukrainy, zwłaszcza od pierwszego przewrotu w 2004 roku.

Terror jako metoda uprawiania polityki przez nacjonalistów ukraińskich uderzył także w ich własne szeregi. Po agresji Niemiec na ZSRR 22 czerwca 1941 r. melnykowcy – jako konkurenci do władzy na samostijnej Ukrainie – stali się ofiarami krwawej łaźni urządzonej im przez banderowców. Mordy popełniane wtedy przez banderowców na melnykowcach, których ofiarą padło około 300 osób, stały się jedną z przyczyn internowania przez Niemców w KL Sachsenhausen Stepana Bandery, Jarosława Stećki i kilku innych czołowych banderowców. Przebywali tam do września 1944 roku jako więźniowie uprzywilejowani w odizolowanym od reszty obozu oddziale (tzw. Zellenbau).

Ponownie melnykowcy stali się obiektem agresji ze strony banderowców w 1943 roku, kiedy frakcja melnykowska OUN zaczęła formować swoją partyzantkę – tzw. Wojskowe Oddziały OUN-M. Ich żywot był krótki. Po nieudanych próbach przeciągnięcia melnykowców do banderowskiej OUN oddziały UPA pod dowództwem Iwana Kłymyszyna „Kruka”i Petro Olijnyka „Eneja” rozbiły 7 lipca 1943 r. trzy sformowane na Wołyniu sotnie WO, natomiast czwartą rozbroiły w sierpniu 1943 roku. Ich kadrę dowódczą – jeśli odmówiła podporządkowania się UPA – wymordowano.

Podobny los spotkał w 1943 roku również Sicz Poleską, czyli tzw. pierwszą UPA – niezależną od banderowców nacjonalistyczną partyzantkę ukraińską utworzoną przez Tarasa Bulbę-Borowcia. Tak o tym pisał po wojnie Bulba-Boroweć w swojej książce „Armia bez państwa”: „Z każdym dniem wzrastał masowy terror łebediowskiej atamanii przeciwko swemu własnemu narodowi. Wszystkich, którzy nie podzielali poglądów Łebedia i jego programu, jak niezdarny on by nie był, poddawali różnym bardzo ostrym represjom. Ogłaszali, że są »zdrajcami ukraińskiej nacji«, »sabotażystami ukraińskiego ładu«. Karali za to wyciorami i rozstrzeliwaniem”. Z rąk banderowców zginęła m.in. żona dowódcy Siczy Poleskiej – Anna Opoczenska-Boroweć.

Powszechnie znanym faktem jest również mordowanie przez banderowców podczas akcji ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej tych Ukraińców, którzy sprzeciwiali się udziałowi w zbrodni lub ostrzegali Polaków oraz Ukraińców z rodzin mieszanych, którzy odmawiali zabijania polskich członków rodziny.

Odrębnym zagadnieniem jest mordowanie przez nacjonalistów ukraińskich – zwłaszcza w okresie powojennym – Ukraińców-komunistów lub uznanych za wspierających władzę radziecką. Dla poruszania tego tematu nie było i nie ma na Ukrainie klimatu politycznego. Eksponowaniu tej tematyki nie sprzyjały władze Ukraińskiej SRR i Komunistycznej Partii Ukrainy obawiając się, że zagrozi to polityce jedności narodowej. Natomiast po 1991 roku nastąpiło zupełne wyrugowanie z przestrzeni publicznej Ukrainy sprawy zbrodni popełnionych przez OUN i UPA na Ukraińcach. Nie tylko dlatego, że rozpoczął się wtedy proces (nasilony po przewrotach w 2004 i 2014 roku) rehabilitacji i heroizacji nacjonalizmu ukraińskiego, ale także dlatego, że odrodzone organizacje nacjonalistyczne groziły historykom i świadkom terrorystycznej działalności OUN i UPA. Przykładem może być tutaj los lwowskiego historyka Witalija Masłowskiego (1935-1999), którego znaleziono 26 października 1999 roku na klatce schodowej jego bloku nieprzytomnego i z roztrzaskaną głową (zmarł następnego dnia). Jego żona, przerażona groźbami śmierci pod adresem męża, oświadczyła, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych i odmówiła zgody na wszczęcie śledztwa.

Masłowski stał się obiektem prześladowań już pod koniec istnienia ZSRR, kiedy opublikował książkę o zbrodniach UPA pt. „Ziemia oskarża”. W 1990 roku zwolniono go za to z pracy w Instytucie Nauk Społecznych zachodnioukraińskiego oddziału Akademii Nauk Ukrainy. Pozostawał odtąd bezrobotnym, żyjąc z renty inwalidy wojennego. Nie zaprzestał jednak badań naukowych, których rezultatem stała się praca pt. „Z kim i przeciw komu walczyli nacjonaliści ukraińscy w latach II wojny światowej”, wydana w Moskwie w 1999 roku[1]. Publikacja ta spowodowała gwałtowną reakcję wobec autora ze strony epigonów nacjonalizmu ukraińskiego. Przez media ukraińskie przetoczyła się zakrojona na szeroką skalę kampania, której celem było zdyskredytowanie naukowca jako działającego rzekomo na zlecenie Rosji. Zaczął też otrzymywać anonimowe pogróżki, w tym pozbawienia życia. Przed śmiercią zdążył jeszcze przygotować pracę poświęconą udziałowi nacjonalistów ukraińskich w zagładzie Żydów. Została ona wydana w 2005 roku przez Żydowską Fundację Ukrainy pt. „Holokaust Żydów Ukrainy. Początek. Galicja”.

Masłowski, w oparciu dane ukraińskiego MSW, oszacował liczbę ofiar zamordowanych po agresji niemieckiej na ZSRR w 1941 roku przez członków OUN lub z ich bezpośrednim udziałem na około 40 tys. Większość z tych ofiar stanowili Żydzi. Według ustaleń różnych historyków (Jeffrey Kopfstein, Kai Struve, Ahron Weiss, Andrzej Żbikowski) na zachodniej Ukrainie miało miejsce w tym czasie od 35 do 140 pogromów na Żydach z udziałem nacjonalistów ukraińskich. Dieter Pohl oszacował liczbę ofiar tych pogromów w przedziale 13-35 tys., Kai Struve na 11309 w samej tylko Galicji Wschodniej, a Aleksander Krugłow na 38-39 tys. zamordowanych[2]. Jednakże oprócz zbrodni na Żydach nacjonaliści ukraińscy obu frakcji OUN (banderowskiej i melnykowskiej) dopuścili się już wtedy – na znacznie mniejszą skalę – także zbrodni na Polakach (była to pregenocydalna faza ludobójstwa z lat 1943-1944) i Ukraińcach. Wśród ofiar ukraińskich znaleźli się członkowie Komunistycznej Partii Ukrainy, Komunistycznego Związku Młodzieży Ukrainy, związków zawodowych i innych organizacji, funkcjonariusze urzędów radzieckich, wojskowi, którzy nie zdążyli się ewakuować oraz osoby podejrzewane o sprzyjanie ZSRR. Część z nich straciła życie wraz z rodzinami.

Działające u boku wojsk niemieckich tzw. grupy pochodne OUN-B i OUN-M dysponowały listami proskrypcyjnymi osób przeznaczonych do zamordowania. Masłowski cytuje zeznanie jednego z członków OUN-B o nazwisku Stecyszyn, który stwierdził, że Niemcom wkraczającym do jednej ze wsi obwodu lwowskiego miejscowi chłopi „ofiarowali na wyszywanym ręczniku chleb i sól, niemiecki kapitan powiedział »gut«, »gut« i zorganizowana maszyna nacjonalistyczna ruszyła pracować. Dosłownie od pierwszej minuty zaczęło się polowanie na ludzi, którzy figurowali na »czarnej liście« (…). Już na drugi dzień zaczęła funkcjonować Komenda OUN (…). Piwnice banderowskiej policji były wypełnione chłopami. Aresztowanych okrutnie katowano (…)”.

Masłowski podał też – na podstawie źródeł z Państwowego Archiwum Obwodu Lwowskiego – przykłady zbrodni na Ukraińcach, popełnionych przez nacjonalistów ukraińskich po agresji niemieckiej na ZSRR: „(…) W wiosce Suchodół rejonu Bóbrka zamordowali przewodniczącego Rady Wiejskiej Repeta, odcięli mu uszy, nos, wykłuli oczy i tak wyglądającego oprowadzali po wsi. Zabili też sekretarza wiejskiego komitetu wykonawczego Łabasa. W wiosce Czechy zamordowali dwudziestu aktywistów i urządzili »uroczystość« po dokonaniu krwawej akcji. W wioskach Gaje i Głuchowicze banderowcy rozstrzelali 50 czerwonoarmistów i siekierami zarąbali wiejskich aktywistów. Przewodniczącego miejscowego kołchozu H. A. Kmetia prowadzili po wsi z czerwonym sztandarem, a następnie wykłuli oczy i porąbali ciało na strzępy”.

Dziesiątki tysięcy cywilnych Ukraińców zginęły z rąk OUN i UPA w okresie powojennym. Nacjonalistyczna historiografia ukraińska stoi na stanowisku, że większość tych ofiar to byli „enkawudziści”. Jednakże – jak zauważył Masłowski – banderowskie podziemie na Ukrainie skierowało swoją powojenną działalność terrorystyczną głównie „przeciwko miejscowej wiejskiej ludności (…). Wykorzystując taktykę szybkich napadów (którą sami nazywają »partyzancką«), rabowali i palili pomieszczenia rad wiejskich, szkół, klubów, bibliotek, czytelni wiejskich, sklepów, domy aktywistów radzieckiej władzy, a nawet i całe wioski”. Np. w rejonie Kamionka Strumiłowa i sąsiednich rejonach obwodu lwowskiego wiele takich napadów dokonał oddział nadrejonowego prowidnyka Służby Bezpieczeństwa OUN-B Dmytro Kupiaka „Kleja”. Postać Kupiaka – który uciekł do Kanady i uniknął odpowiedzialności za zbrodnie na Polakach i Ukraińcach – opisał żołnierz AK i więzień łagrów radzieckich Bronisław Szeremeta w publikacji „Watażka – jego zbrodnie i zakłamane wspomnienia” (wyd. 1996, 2000).

Tylko w miesiącach październik-grudzień 1944 r. banderowcy zamordowali w obwodzie tarnopolskim 707 osób, w tym 436 chłopów, 53 wojskowych, 169 przedstawicieli aktywu partyjnego i 48 przewodniczących rad wiejskich. Dalsze 159 osób uprowadzili ze sobą do lasu i najprawdopodobniej też zamordowali. Spalili ponadto 214 gospodarstw wiejskich, 58 pomieszczeń rad wiejskich, 6 mleczarń, 5 gorzelni i 21 mostów. Ograbili 345 gospodarstw, zniszczyli 18 traktorów i 22 samochody oraz zrabowali 216 sztuk bydła. Czy to była walka z władzą radziecką, czy jednak z narodem ukraińskim?

W samym 1945 roku podziemie banderowskie przeprowadziło w zachodnich obwodach Ukraińskiej SRR 3424 akcje terrorystyczne. Na podstawie danych – przytaczanych przez Masłowskiego – wiadomo, że od lipca do końca 1944 r. banderowskie podziemie zamordowało 2725 osób w obwodzie stanisławowskim. Natomiast od lata 1944 do maja 1946 r. z rąk banderowców zginęło 5088 osób w obwodzie lwowskim, w tym m.in.: 44 nauczycieli, 218 przewodniczących rad wiejskich i ich zastępców, 406 żołnierzy oddziałów grup samoobrony (przeważnie miejscowej młodzieży) oraz 3105 chłopów (w tym 497 dzieci).

„Otóż spośród 5088 tych, którzy zginęli – zauważył Masłowski – na »enkawudzistów« i »bolszewików« przypada zaledwie 1315 ludzi. To kategorycznie przeczy tym kłamstwom nacjonalistów, rozpowszechnianym przez nich często, że jakoby OUN-UPA »walczyła« tylko z »enkawudzistami« i przedstawicielami partyjnych radzieckich organów”. Z takim zakłamywaniem historii można się spotkać m.in. w słynnym filmie „Zalizna sotnia” („Żelazna sotnia”) Ołesia Janczuka z 2004 roku. Możemy w tym filmie zobaczyć polskich partyzantów i żołnierzy radzieckich napadających na ukraińskie wsie, mordujących Ukraińców i gwałcących ukraińskie dziewczęta. Natomiast ludzie z sotni UPA „Hromenki” (Mychajło Dudy) nikogo nie mordują, tylko bronią naród ukraiński przed polskimi i sowieckimi „najeźdźcami”. Wziętego do niewoli żołnierza radzieckiego po ojcowsku edukują politycznie i czynią z niego prawdziwego ukraińskiego patriotę. W rzeczywistości sotnia „Hromenki” prowadziła działalność terrorystyczną w powojennej Polsce. Brała udział m.in. w pierwszym ataku UPA na Birczę 22 października 1945 r.

Tezę postawioną przez Masłowskiego potwierdzają dane, które w 1996 roku podał amerykański historyk Jeffrey Burds. Wedle niego UPA zabiła na terenie Galicji Wschodniej od lutego 1944 do grudnia 1946 r. 11725 osób. Wśród nich było 6250 cywilów, a jeśli uwzględnimy członków tzw. batalionów niszczycielskich (Istriebitielnyje Bataliony – IB) – czyli formacji samoobrony tworzonych z ludności wiejskiej – 6980[3].

Sposoby mordowania przez UPA ofiar ukraińskich nie różniły się niczym od sposobów mordowania ofiar polskich i żydowskich. Pokazuje je jeden z przykładów przytoczonych w książce Masłowskiego: „7 lutego 1945 r. banderowcy złapali we wsi Staszewicze rejonu Stary Sambor w Lwowskiem nauczycielkę-aktywistkę Katerynę Szewczenko. Wyciągnęli ją na podwórze, przestrzelili obydwie nogi, żeby nie uciekła, a potem zaczęli torturować. Bandyci wykłuli jej oczy, po kawałeczku obcinali ręce, uszy, wargi, wyrwali z piersi serce, rozbili kolbą głowę, a potem ją oderżnęli”.

Do takich zbrodni popychały nacjonalistów ukraińskich idee „twórczego terroru” Dmytro Doncowa i Stepana Bandery. Celem banderowców była nie tylko likwidacja Ukraińców-komunistów i uważanych przez nich za zwolenników ZSRR, ale – zgodnie z ideą „twórczego terroru” – terroryzowanie szerokich rzesz ludności. Stąd tak duża liczba ofiar wśród cywilnych Ukraińców.

Najbardziej znaną ofiarą spośród inteligencji ukraińskiej był Jarosław Hałan (1902-1949) – pisarz, dramaturg i publicysta związany z ruchem komunistycznym, ostry krytyk OUN i Kościoła grekokatolickiego. Zginął w swoim gabinecie we Lwowie od 11 ciosów siekierą, zadanych mu przed dwóch egzekutorów z OUN.

Według raportu Komitet Bezpieczeństwa Państwowego Ukraińskiej SRR z 1973 roku z rąk banderowców zginęło w latach 1944-1953 30676 osób, w tym m.in. 8340 funkcjonariuszy NKWD, NKGB, MWD, żołnierzy wojsk wewnętrznych i żołnierzy batalionów niszczycielskich, 1454 członków rad wiejskich, 314 przewodniczących kołchozów, 15355 chłopów i pracowników kołchozów, 676 robotników, 1931 przedstawicieli inteligencji, 50 duchownych różnych wyznań, 860 dzieci, starców i gospodyń domowych. Ponadto od 1944 do 1947 roku banderowskie podziemie zabiło 1225 osób na terenie Białoruskiej SRR.

Masłowski nie zgodził się z liczbą 30676 ofiar UPA na Ukrainie, która jego zdaniem mogła być nawet trzykrotnie wyższa. Jednakże współcześni badacze nacjonalizmu ukraińskiego (np. Grzegorz Motyka, Grzegorz Rossoliński-Liebe) – opierając się na danych KGB z 1973 roku – przyjmują, że w latach 40. i 50. XX wieku zginęło z rąk UPA na Ukrainie radzieckiej około 30 tys. osób (ponad 20 tys. cywilów i około 10 tys. funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa państwowego, żołnierzy radzieckich oraz członków IB). Większość ofiar cywilnych – co podkreślił m.in. Rossoliński-Liebe – stanowili pracownicy kołchozów i chłopi oskarżeni przez banderowców o popieranie władz radzieckich.

Drugą stroną tragedii, jaką była powojenna działalność terrorystyczna UPA na Ukrainie radzieckiej, są ofiary represji stalinowskich spowodowanych przez tę działalność. Według dokumentów radzieckich i szacunków historyków (m.in. Katrin Boeckh, Stanisław Ciesielski, G. Motyka,) radzieckie organa bezpieczeństwa i siły zbrojne zabiły po wojnie w związku z działalnością UPA około 153 tys. osób, aresztowały kolejne 134 tys. i deportowały – głównie do obozów pracy na Syberii – 203 tys. osób. Spośród 203 tys. deportowanych z zachodnich obwodów Ukrainy 171 tys. stanowiły osoby oskarżone przez władze radzieckie o przynależność do OUN i UPA albo ich wspieranie lub bycie krewnym członka podziemia nacjonalistycznego. A zatem – jak zauważył G. Rossoliński-Liebe – do 1953 roku około 490 tys. zachodnich Ukraińców ucierpiało na skutek różnych form represji spowodowanych głównie przez terrorystyczną działalność UPA[4].

Dzisiaj na Ukrainie eksponuje się wyłącznie te ofiary – bez refleksji, że były pokłosiem terrorystycznej działalności UPA – i przykrywa nimi ukraińskie ofiary banderowców.

Charakter powojennej działalność OUN i UPA na Ukrainie radzieckiej oraz liczba jej ofiar wśród cywilnych Ukraińców dowodzą tego, że nacjonaliści ukraińscy nie walczyli o „wyzwolenie Ukrainy”, ale o zdobycie władzy nad narodem ukraińskim i popełniali zbrodnie przeciw ludzkości także na tym narodzie. Nacjonaliści ukraińscy nie mieli żadnego wpływu na powstanie niepodległej Ukrainy w 1991 roku. Oni i ich ideologia byli i są – jak to powiedział Wiktor Poliszczuk – chorobą nieuleczalną. Bez zrozumienia tego faktu Ukraina nigdy nie stanie się państwem normalnym.

[1] W. Masłowski, Z kim przeciw komu walczyli nacjonaliści ukraińscy w latach II wojny światowej?, Wrocław 2001.

[2] G. Rossoliński-Liebe, Stepan Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty, Warszawa 2018, s. 334.

[3] J. Burds, AGENTURA: Soviet Informants’ Network and the Ukrainian Underground in Galicia, 1944-1948, „East European Politics and Societies”, t. 11, nr 1 (1996), s. 89-130.

[4] K. Boekh, Stalinismus in der Ukraine. Die Rekonstruktion des sowjetischen Systems nach dem Zweiten Weltkrieg, Wiesbaden 2007, s. 366-367; G. Motyka, Ukraińska partyzantka 1942-1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Warszawa 2006, s. 502, 528, 650, 649; G. Rossoliński-Liebe, Stepan Bandera…, s. 446-468.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 marca 2019 r.

„Przegląd” nr 11 (1001), 11-17.03.2019, s. 28-31