Czwarta obrona Birczy

Od połowy listopada Polskę rozpala sprawa Birczy. Sprawy tej oficjalnie nie ma, ponieważ nie zauważają jej tzw. media głównego nurtu. Zwrócił na to uwagę nawet red. Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”[1]. Sprawa jednak jest i wyzwala coraz większe emocje. Powstał Społeczny Ogólnopolski Komitet Pamięci i Dobrego Imienia Obrońców Birczy przed UPA, którego mam zaszczyt być członkiem. Zawiązał się on w celu „wsparcia działań władz samorządowych Gminy Bircza w obliczu bulwersującej sprawy usunięcia z tablic na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie nazwy miejscowości Bircza”[2].

„Usunięcie w przeddzień tegorocznego Święta Niepodległości napisu »Bircza 1945-1946« z tablicy na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie uważamy za czyn haniebny, niegodziwy i niezrozumiały. (…) Pamięci o bohaterskich obrońcach Birczy, którzy oddali życie i ocalili od pewnej śmierci wiele istnień ludzkich, w tym kobiet i dzieci, nie wolno niszczyć” – napisali 21 listopada w jednomyślnie przyjętej uchwale radni gminy Bircza[3].

O co chodzi? W przeddzień Święta Niepodległości minister obrony narodowej odsłonił na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie tablice z nazwami dwudziestu wsi i miasteczek na Wołyniu, Lubelszczyźnie i w Małopolsce Wschodniej, które stawiły opór bojówkom OUN i UPA podczas przeprowadzonej przez nie w latach 1943-1945 akcji ludobójstwa na ludności polskiej Kresów Wschodnich II RP i ziem południowo-wschodnich Polski powojennej. Odsłonięcie tych tablic było efektem wieloletnich starań rodzin ofiar UPA, organizacji kresowych, działaczy społecznych i kilku posłów. Zbiegło się ono jednak – najprawdopodobniej przypadkowo – z zapowiedzianą na początku listopada przez ministra Waszczykowskiego rewizją polskiej polityki wobec środowisk nacjonalistycznych i antypolskich na Ukrainie, której dotychczasowym rezultatem jest uznanie za persona non grata Wołodymyra Wiatrowycza i Światosława Szeremety. Odsłonięcie tablic na Grobie Nieznanego Żołnierza zostało więc odebrane przez środowiska kresowe jako przyłączenie się ministra Macierewicza do wolty politycznej ministra Waszczykowskiego.

Jakież było jednak zdumienie tych środowisk, gdy nagle okazało się, że z jednej z tablic zniknęła inskrypcja „Bircza 1945-1946”.

Dzisiaj już wiemy, że Bircza padła ofiarą wojny politycznej toczonej pomiędzy ministrem Macierewiczem a prezydentem Andrzejem Dudą, w otoczeniu którego znaleźli się ważni przedstawiciele lobby ukraińskiego w Polsce. Prezydent Duda nie wziął udziału w odsłonięciu tablic, a sama uroczystość została przesunięta z 11 na 10 listopada. Największym jednak zaskoczeniem było podmienienie tablic, które zostały zamontowane na Grobie Nieznanego Żołnierza kilka dni wcześniej. Jeszcze wieczorem 9 listopada Bircza była, a już następnego dnia jej nie było. Przedstawiciele MON i Kancelarii Prezydenta nie złożyli w tej sprawie rzeczowych wyjaśnień, mimo zapytań kierowanych przez kresowian i niektóre media[4].

Wyjaśnienia te złożył natomiast Wołodymyr Wiatrowycz. 9 listopada oświadczył on, że na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie „pojawiła się tablica na cześć polskich żołnierzy, którzy zginęli w walkach z UPA. Wśród tych, którzy zginęli na terenach Polski w walce z ukraińskimi powstańcami, najwięcej było przedstawicieli komunistycznej bezpieki. A więc od teraz w Polsce na szczeblu państwowym upamiętniani są czekiści wraz z tymi, którzy mają na rękach krew polskich patriotów”[5]. Wiatrowyczowi nie spodobało się upamiętnienie „tych, którzy zginęli na terenach Polski” (w obecnych granicach – uzup. BP), czyli obrońców Birczy. Ich właśnie nazwał „czekistami”. Oświadczenie Wiatrowycza – formalnie uznanego za persona non grata w Polsce – miało miejsce 9 listopada, a już następnego dnia jego życzeniu stało się zadość. Stawia to pod znakiem zapytania wiarygodność zapowiedzianej na początku listopada przez szefa MSZ rewizji polskiej polityki wobec gloryfikatorów banderyzmu na Ukrainie.

Nie ulega wątpliwości, że usunięcie Birczy nastąpiło pod presją strony ukraińskiej, a zwłaszcza szefa UINP Wiatrowycza, który zalicza się do czołówki negacjonistów ludobójstwa ukraińskiego na Polakach, Żydach i innych narodowościach zamieszkujących Kresy Wschodnie II RP. Dlaczego Bircza jest nie do zaakceptowania przez epigonów nacjonalizmu ukraińskiego? Dlatego, że upamiętnienie jej obrońców oznacza przyznanie im moralnej i politycznej racji oraz stawia UPA na pozycji agresora i zbrodniarza, przekreślając w ten sposób ostatecznie szansę na legalizację upamiętnień UPA w Polsce. A o to teraz strona ukraińska toczy zaciekłą walkę.

17 listopada Konstiantyn Jelisejew – zastępca szefa kancelarii prezydenta Ukrainy – oświadczył, że podczas spotkania Komitetu Konsultacyjnego Prezydentów Polski i Ukrainy w Krakowie uzgodniono, iż strona polska będzie dążyć do odbudowy i legalizacji upamiętnień UPA na terenie Polski. Oświadczenie to jest o tyle zdumiewające, że w oficjalnym komunikacie wydanym po spotkaniu w Krakowie nie poruszono sprawy pomników UPA[6]. Kancelaria Prezydenta zaprzeczyła słowom Jelisejewa[7]. Jednakże w odpowiedzi na jej dementi głos zabrał ambasador Andrij Deszczyca, który w wywiadzie dla agencji Ukrinform stwierdził, że strona polska zgodziła się podczas rozmów w Krakowie na odnowienie „ukraińskich miejsc pamięci na terenie Polski, które stały się celami aktów wandalizmu od 2014 roku”, czyli nielegalnych pomników UPA[8].

Zatem – albo Bircza na Grobie Nieznanego Żołnierza, albo pomniki UPA na Podkarpaciu. Trzeciej możliwości nie ma. Cała ta sprawa pokazuje, że obóz rządzący w swojej polityce ukraińskiej i polityce historycznej miota się od ściany do ściany i faktycznie zapędził się już w ślepy zaułek.

Jeśli chodzi o stronę historyczną sprawy Birczy, to należy podkreślić, że wbrew twierdzeniom neobanderowskiej historiografii miejscowości tej nie broniło ani UB, ani NKWD. Po stronie polskiej ataki UPA odpierali żołnierze 9. DP, 12. DP i 17. DP, wśród których było wielu weteranów 27. Wołyńskiej DP AK, a także funkcjonariusze MO, wśród których było wielu byłych żołnierzy AK i BCh. Wstąpili oni do MO – niejednokrotnie na polecenie powojennej konspiracji antykomunistycznej – by bronić ludności polskiej przed UPA. W trzech atakach UPA na Birczę od 22 października 1945 do 7 stycznia 1946 roku zginęło co najmniej 44 jej mieszkańców znanych z imienia i nazwiska oraz ponad siedemdziesięciu żołnierzy WP i milicjantów. Bircza nie dała się wyrżnąć zbrodniarzom z UPA i to jest teraz jej największa wina dla epigonów banderyzmu i ich polskich sojuszników.

Obecnie trwa czwarta obrona Birczy, w której mam honor uczestniczyć. To nie jest tylko walka z próbą banderyzacji polskiej przestrzeni publicznej, ale również jest to – przynajmniej w moim odbiorze – pierwszy poważny sprzeciw społeczny wobec realizowanej w Polsce polityki historycznej, zgubnej dla teraźniejszości i przyszłości narodu polskiego. Przecież w świetle tej polityki historycznej obrońcy Birczy byli przedstawicielami „sowieckiej władzy okupacyjnej”. Walczący tam z UPA żołnierze Wojska Polskiego zostali przez znanego historyka obecnego obozu władzy wykluczeni z tradycji oręża polskiego. Wielokrotnie różni przedstawiciele rządzącej prawicy nazywali to wojsko „polskojęzycznymi jednostkami Armii Czerwonej”, a IPN w ramach tzw. dekomunizacji usuwa pamięć o tym wojsku z przestrzeni publicznej. Na tej płaszczyźnie – wojującego antykomunizmu – państwowa polityka historyczna RP współgra z państwową polityką historyczną Ukrainy. Różnica między nimi jest jednak taka, że polska polityka historyczna wpisuje się w realizację antypolskich działań epigonów nacjonalizmu ukraińskiego.

[1] P. Wroński, „Klęska pod Birczą (jakby co, byłem przeciw)”, http://www.wyborcza.pl, 23.11.2017.

[2] A. Zapałowski, „Przywrócić dobre imię obrońców Birczy”, http://www.mysl-polska.pl, dostęp 23.11.2017.

[3] N. Ziętal, „Radni domagają się powrotu nazwy Bircza na tablicę przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie”, http://www.nowiny24.pl, 22.11.2017.

[4] T. Isakowicz-Zaleski, „Usunięto obrońców Birczy z Grobu Nieznanego Żołnierza. Żenada!”, http://www.rmf24.pl, 12.11.2017.

[5] „Prezes ukraińskiego IPN: nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza upamiętniają czekistów”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

[6] „Przedstawiciele Dudy obiecali Ukraińcom odbudowę pomników UPA?”, http://www.kresy.pl, 20.11.2017.

[7] „Tylko u nas. Minister Szczerski: Nie było zgody Kancelarii Prezydenta na odbudowę pomników UPA w Polsce”, http://www.wpolityce.pl, 22.11.2017.

[8] „Ambasador Ukrainy: Polska zgodziła się na odnowienie pomników UPA”, http://www.kresy.pl, 22.11.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 29 listopada 2017 r.

Reklamy

Zagłada Zamojszczyzny

„Zawada pod Zamościem. 5 grudnia 1942 roku o trzeciej nad ranem Niemcy otoczyli wioskę. Trzask wyłamywanych drzwi i ujadanie psów, wrzask gestapowców. W kilka minut wszyscy musieli opuścić domy. Zebrano nas na placu przy kościele w Wielączy (nasz dom był bliżej kościoła), skąd podwodami (wozami konnymi) zawieziono nas do Zamościa. W obozie przejściowym, przeznaczonym dla tysiąca osób, było nas kilkanaście tysięcy. Nędzne, drewniane baraki bez podłóg, niektóre nawet bez prycz. Na zewnątrz trzaskający mróz, wewnątrz błoto po kolana. Straszliwy głód. Badania rasowe, selekcja, oddzielanie dzieci od rodziców. Ja mam śniadą cerę, uznano więc mnie za Cygana. Razem z trzyletnią, bardzo chorą siostrą Grażyną trafiłem do najgorszej grupy. Byli tam tylko dzieci i starcy. Te dzieci nie nadawały się do germanizacji, a starcy do pracy. Ich przeznaczeniem, wcześniej czy później, miała być śmierć” – tak po kilkudziesięciu latach wspominał początek akcji wysiedleńczej na Zamojszczyźnie 10-letni wówczas Zdzisław Wróbel[1].

28 listopada 2017 roku przypada 75. rocznica rozpoczęcia wysiedleń Polaków z Zamojszczyzny. Ten region Polski – na który składają się powiaty biłgorajski, hrubieszowski, tomaszowski i zamojski – znajdował się w II RP na pograniczu Polski centralnej (Lubelszczyzny) i Kresów Wschodnich (Wołynia). Zapoczątkowana w listopadzie 1942 roku przez niemiecki aparat okupacyjny eksterminacja Polaków na Zamojszczyźnie była kontynuowana w latach 1943-1944 przez Ukraińską Powstańczą Armię, która przybyła tam w pościgu za Polakami uciekającymi przed ludobójczą czystką na Wołyniu.

Generalny Plan Wschodni

Niemiecka akcja wysiedleńcza na Zamojszczyźnie – podczas okupacji wchodzącej w skład dystryktu lubelskiego w Generalnym Gubernatorstwie – została podjęta w ramach realizacji Generalnego Planu Wschodniego (Generalplan Ost, GPO). Był to plan osiedleńczy i germanizacyjny Europy Środkowej i Wschodniej opracowany w 1941 roku w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy pod kierownictwem Heinricha Himmlera. Jego podstawę stanowiła nazistowska koncepcja zdobycia „przestrzeni życiowej” na Wschodzie, rzekomo należącej się niemieckiej „rasie panów”.

Teren objęty planem miał się rozciągać na wschód od granic III Rzeszy z 1939 roku – tj. od linii Jeziora Ładoga na północy do Morza Czarnego na południu. W tym celu zamierzano wysiedlić i wyniszczyć większość zamieszkującej te tereny ludności słowiańskiej (około 51 mln), a na jej miejsce osiedlić Niemców z Rzeszy, państw satelickich i okupowanych przez Niemcy. GPO przewidywał także eksterminację 5-6 mln Żydów zamieszkujących Europę Środkowo-Wschodnią, w tym głównie okupowane ziemie polskie. Dalekosiężnym celem GPO było ustanowienie Nowego Ładu w Europie, na który miały się składać hegemonia III Rzeszy od Atlantyku po Ural oraz eksterminacja Żydów i większości Słowian.

W stosunku do Rosjan autorzy GPO zalecali biologiczne unicestwienie metodą wstrzymania przyrostu naturalnego. Polacy mieli być w większości (80-85 proc.) eksterminowani bądź wysiedleni do Syberii Zachodniej, z wyjątkiem 3 do 4,8 milionów, które zamierzano pozostawić w charakterze niewolniczej siły roboczej. Wysiedleniem lub wyniszczeniem zamierzano też objąć 50 proc. Czechów, 65 proc. Ukraińców i 75 proc. Białorusinów. Na terenach przeznaczonych pod kolonizację planowano osiedlić 4 miliony Niemców w ciągu pierwszych 10 lat, a w dalszych latach jeszcze 6 milionów.

GPO składał się z kilkunastu dużych i kilkudziesięciu mniejszych planów realizowanych równocześnie. Podzielono je na dwie fazy: tzw. Mały Plan – realizowany podczas wojny, oraz tzw. Duży Plan – który miał być realizowany przez 30 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej.

Mały Plan był w znacznej mierze kontynuacją prowadzonej od początku okupacji niemieckiej eksterminacji polskiej inteligencji oraz osób zaangażowanych w II RP w działalność społeczną i polityczną lub znanych z antyniemieckiego nastawienia. Natomiast realizację Dużego Planu postanowiono przyspieszyć i rozpocząć ją jeszcze podczas wojny. Decyzja ta zapadła w otoczeniu Himmlera w czerwcu 1942 roku.

Pierwszą fazą realizacji Dużego Planu miało być wysiedlenie 110000 Polaków z Zamojszczyzny oraz tzw. ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej w Generalnym Gubernatorstwie (Akcja Reinhardt). Wysiedlenia na Zamojszczyźnie stanowiły kontynuację wysiedleń Polaków podjętych jesienią 1939 roku na tzw. ziemiach wcielonych do Rzeszy, w wyniku których wysiedlono (wypędzono) z tych terenów do GG oraz w ramach przesiedleń wewnętrznych i rugów 838878 Polaków i Żydów, w tym 625631 z Kraju Warty.

Akcja wysiedleńcza

20 lipca 1941 roku przybył do Zamościa Heinrich Himmler i wydał polecenie utworzenia na Zamojszczyźnie Niemieckiego Okręgu Osiedleńczego. Sam Zamość miał być przemianowany na Himmlerstadt. Ponieważ jednak dostrzeżono niezręczność sytuacji, w której Hitler nie miałby „swojego” miasta, natomiast Himmler tak, ostatecznie nazwy nie zmieniono.

W listopadzie 1941 roku niemiecki aparat terroru przeprowadził na Zamojszczyźnie ograniczoną akcję wysiedleńczą, której celem było zbadanie reakcji społeczeństwa polskiego. Przy współudziale kolonistów niemieckich z miejscowości Brody Duże (gmina Szczebrzeszyn) wysiedlono wówczas 2098 Polaków z sześciu podzamojskich wsi. Początkowo przetrzymywano ich w koszarach w Zamościu, a następnie przewieziono do sześciu nadbużańskich wsi w gminie Dubienka. Na miejsce wysiedlonych Polaków sprowadzono Niemców z Besarabii. Właściwa akcja wysiedleńcza rozpoczęła się rok później.

12 listopada 1942 roku Himmler wydał rozporządzenie nr 17 C, które wyznaczało obszar powiatów biłgorajskiego, hrubieszowskiego, tomaszowskiego i zamojskiego jako tzw. „pierwszy obszar osadniczy” w Generalnym Gubernatorstwie. Realizację zadania powierzono dowódcy SS i policji w dystrykcie lubelskim, którym był SS-Obergruppenführer Odilo Globocnik (1904-1945). Akcja wysiedleńcza objęła od 100 do 110 tys. Polaków, w tym 30 tys. dzieci. Na ich miejsce zamierzano osiedlić 60 tys. Niemców.

Pierwsze wysiedlenia w ramach realizacji Dużego Planu GPO nastąpiły w nocy z 27 na 28 listopada 1942 roku w miejscowości Skierbieszów w powiecie zamojskim. Wysiedlanym Polakom zezwalano tylko na zabranie bagażu podręcznego do 30 kg. Już na samym początku brutalnie rozdzielano rodziny i odbierano matkom dzieci. Wysiedleńców umieszczono w obozach przejściowych w Zamościu i Zwierzyńcu. Tragiczne warunki panujące w obozie w Zamościu zapamiętała m.in. 10-letnia wówczas Adela Pypa: „Z braku miejsca ulokowano nas na środku baraku, gdzie było dużo błota. Zorientowałam się, że bardzo dużo osób umiera. Śmierć była zjawiskiem rozplanowanego dnia. Z rana ludzie dawali znać blokowemu, ile osób zmarło. Jedzenie było bardzo skromne i niewystarczające. Ciągle byliśmy głodni. Rano czarna kawa, jeden bochenek chleba z dodatkiem trocin. Na obiad zupa ze zgniłek brukwi oraz »specjalny dodatek« – wszy, które się utopiły. Na kolację czarna kawa”[2].

Stanisław Czarnecki – zatrudniony w tym obozie jako furman – stwierdził w swojej relacji, że codziennie wywożono z obozu „około 30 trupów dzieci, które były chowane na cmentarzu bez trumien. Gdy była zaś ciemna noc, bez względu na pogodę, wywoziliśmy dzieci same bez rodziców i bez starszych osób do pociągu, który stał koło rampy buraczanej”[3]. Dzieci te kierowano prawdopodobnie do ośrodków germanizacyjnych w Rzeszy.

Internowanych w obozach przejściowych podzielono na cztery kategorie: osoby przeznaczone do „ponownego zniemczenia”, kierowane do specjalnego obozu w Łodzi na dalsze badania rasowe, osoby uznane za zdolne do pracy przymusowej i kierowane w tym celu do Rzeszy lub na Wschód, osoby powyżej 60 lat niezdolne do pracy i odebrane rodzicom dzieci do 14 lat, które kierowano do tzw. wiosek rentowych w powiatach garwolińskim, mińskim, siedleckim i sokołowskim, wreszcie osoby przeznaczone do eksterminacji w KL Auschwitz i KL Lublin (Majdanek).

Do KL Auschwitz deportowano z Zamojszczyzny około 1300 Polaków, których zarejestrowano jako więźniów. Wedle relacji niektórych polskich więźniów KL Auschwitz, do obozu tego przybywały też transporty z wysiedleńcami z Zamojszczyzny, których nie rejestrowano jako więźniów, ale zabijano w komorach gazowych tak samo jak transporty żydowskie. Relacje te jednak nie znajdują potwierdzenia w innych źródłach.

Zofia Bratro – polska więźniarka polityczna nr 27182 – zapamiętała, że wśród przywiezionych do Auschwitz z Zamojszczyzny „było dużo kobiet starych, kaleki i dziewczęta. Były to kobiety wiejskie. Niektóre z nich po raz pierwszy jechały pociągiem, po raz pierwszy zetknęły się z esesmanami, z obozem koncentracyjnym. Nie mogły w żaden sposób zrozumieć tego, co ich spotkało, nie umiały się dostosować do życia obozowego. Żyły w kompletnej abnegacji. Całymi godzinami siedziały na kojach i rozpaczały, rozmawiając o kurach, gęsiach, krowach i pozostawionym gospodarstwie. Nie posiadały żadnej odporności, ani psychicznej, ani fizycznej. Ginęły jak muchy”[4].

Matki z dziećmi i nieletnich do 14 roku życia esesmani zabijali zastrzykami fenolu. Obóz przeżyło było tylko pięciu chłopców i 41 dziewczynek. Spośród wysiedleńców z Zamojszczyzny deportowanych do KL Auschwitz i zarejestrowanych jako więźniów zginęło 80 proc[5].

W gronie wysiedleńców z Zamojszczyzny osadzonych w obozie koncentracyjnym na Majdanku znajdował się m.in. 9-letni wówczas Władysław Obirek. Tak zapamiętał pobyt w obozie: „Zanim nas wprowadzili do środka obozu, odbyło się oddzielanie kobiet od mężczyzn. Jęk, lament. Niemcy szczuli nas psami. (…) Cała nasza rodzina musiała się zmieścić na jednej pryczy. Ludzie leżeli też na ziemi. Wszędzie wszy, pluskwy. Kubeł na nieczystości zapełnił się w 20 minut. Potem jego zawartość się wylała”. Rodzina Obirków miała jednak szczęście, ponieważ została zwolniona z obozu 10 sierpnia 1943 roku w wyniku akcji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Zwolniono wtedy z Majdanka 85 rodzin wysiedleńców z Zamojszczyzny. „Moja mama ważyła tylko 25 kilogramów, ja miałem tyfus” – wspomina Władysław Obirek[6].

Do marca 1943 roku wysiedlono około 51000 Polaków. Na ich miejsce przybyło 9000 kolonistów niemieckich z Besarabii i Ukrainy oraz dalszych 4000 do końca 1943 roku. Wśród kolonistów tych byli m.in. rodzice późniejszego prezydenta Niemiec Horsta Köhlera, który urodził się w Skierbieszowie 22 lutego 1943 roku. Na miejsce 15000 Polaków wysiedlonych z 63 wsi powiatu hrubieszowskiego przesiedlono też około 7000 Ukraińców z powiatu zamojskiego w ramach realizowanej od połowy stycznia do marca 1943 roku tzw. Ukraineraktion. Celem tej akcji miało być stworzenie „pasa ochronnego” z ludności ukraińskiej, który osłaniałby kolonie niemieckie przed atakami polskiej partyzantki. Wedle hitlerowców Ukraińcy świetnie nadawali się do tej roli ze względu na ich wrogość do Polaków. W dalszych niemieckich planach także pobyt Ukraińców na Zamojszczyźnie miał być czasowy.

Na ratunek wysiedleńcom z Zamojszczyzny w miarę możliwości spontanicznie pospieszyło społeczeństwo polskie z tych regionów okupowanego kraju, do których kierowano wysiedlanych. Próbowano ratować przede wszystkim dzieci, których los był najtragiczniejszy. Zdzisław Wróbel opisał to następująco: „Kiedy 1 lutego pociąg wjechał na stację w Siedlcach, na peronie ułożono ponad 20 ciał. Zapamiętałem ten ogromny tłum. Ludzie dowiedzieli się, że przyjedzie pociąg z »dziećmi z Zamojszczyzny« i przyszli nas ratować… Było wiele pielęgniarek, lekarzy, kolejarzy i cywilów. Panował nieopisany bałagan. Ktoś poczęstował mnie zupą. Nigdy wcześniej i nigdy później zwykła zupa tak wspaniale mi nie smakowała. Tamtego dnia po raz ostatni widziałem Grażynkę żywą, prosto z dworca trafiła do szpitala. Mnie wraz z innymi umieszczono w gmachu RGO (Rady Głównej Opiekuńczej), skąd po kilku dniach zabrała mnie jakaś kobieta. Była to dość tęga pani o miłym, ciepłym uśmiechu. Wyciągnęła do mnie rękę i zapytała, czy nie zechciałbym z nią pójść. Chciałem. Nie miałem wyboru. Mąż tej kobiety był zdunem, w domu było kilkoro dzieci”[7].

Dzieci z transportów kierowanych do Rzeszy były wykupywane z rąk konwojentów niemieckich m.in. przez mieszkańców Warszawy. Warszawiacy zorganizowali też akcję dożywiania transportów dzieci z Zamojszczyzny.

Powstanie zamojskie

Wysiedlenia Polaków zostały przerwane w marcu 1943 roku na skutek spontanicznego i zorganizowanego oporu stawianego przez miejscową ludność oraz partyzantkę BCh, wspartą później przez GL i AK. Już w połowie grudnia 1942 roku na Zamojszczyznę przybył komendant główny BCh Franciszek Kamiński. Po naradzie z miejscowym kierownictwem BCh wydał rozkaz koncentracji sił partyzanckich BCh w Puszczy Solskiej i rozpoczęcie kontrataku. Akcję przeciwdziałania wysiedleniom ze strony polskiej partyzantki Niemcy nazwali „powstaniem zamojskim”. Rozpoczęło się ono 30 grudnia 1942 roku starciem pod Wojdą w powiecie zamojskim pomiędzy niemieckim batalionem do zadań specjalnych oraz odziałem BCh ppor. Jerzego Mara-Meÿera, wspartym przez oddział partyzantów radzieckich Wasyla Wołodina. Było to pierwsze w historii drugiej wojny światowej starcie partyzanckie o charakterze bitwy.

Największa bitwa powstania zamojskiego została stoczona 1 lutego 1943 roku pod Zaborecznem w powiecie tomaszowskim. Około 250 partyzantów BCh pod dowództwem kpt. Franciszka Bartłomowicza rozgromiło w zasadzce I Zmechanizowany Batalion Żandarmerii, liczący około 600 ludzi. Straty niemieckie wyniosły ponad 100 zabitych i nieznaną liczbę rannych przy stratach polskich wynoszących jednego zabitego i dwóch rannych. To po tej klęsce dowódca rozbitego batalionu niemieckiego – mjr Ernst Schwieger – użył jako pierwszy określenia „powstanie” wobec polskiego oporu na Zamojszczyźnie. Klęska Niemców pod Zaborecznem spowodowała wstrzymanie akcji wysiedleńczej na okres czterech miesięcy.

„Powstanie zamojskie” było dziełem głównie Batalionów Chłopskich – dzisiaj marginalizowanych przez państwową politykę historyczną. Nasuwa się w tym miejscu pytanie, dlaczego w obronie Zamojszczyzny nie wzięły udziału tak obecnie gloryfikowane Narodowe Siły Zbrojne – które pewien publicysta uważa za podobno drugą co do wielkości i najlepiej zorganizowaną formację zbrojną polskiego podziemia.

Celem stłumienia polskiego oporu od 23 czerwca do 15 sierpnia 1943 roku Niemcy przeprowadzili operację „Wehrwolf” (Wilkołak), do której zaangażowano duże siły policji, żandarmerii, SS, 10000 żołnierzy Wehrmachtu oraz ukraińską policję pomocniczą. Ta ostatnia była formacją kolaboracyjną złożoną z Ukraińców, przeważnie nacjonalistów, działającą na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Została powołana na mocy zarządzenia generalnego gubernatora Hansa Franka z 17 grudnia 1939 roku. Funkcjonariusze ukraińskiej policji pomocniczej brali aktywny udział m.in. w aresztowaniach polskiej inteligencji w Stanisławowie w 1941 roku oraz w mordach na ludności żydowskiej, w tym w likwidacji gett żydowskich. Pełnili także służbę w KL Lublin (Majdanek). Byli umundurowani w mundury SS, a na czapkach nosili okrągły znak z żółtym tryzubem na niebieskim tle.

W rezultacie operacji „Wehrwolf” wysiedlono ze 171 wsi ponad 60000 Polaków, których umieszczono w obozach przejściowych w Zamościu, Zwierzyńcu i Budzyniu. Większość z nich trafiła na roboty przymusowe do Rzeszy, a pozostali do KL Lublin (Majdanek), gdzie zginęło około 1000 osób. Podczas operacji „Wehrwolf” różne formacje niemieckie wspierane przez ukraińską policję pomocniczą przeprowadziły pacyfikacje i egzekucje w około 100 miejscowościach. Blisko 8000 aresztowanych wówczas Polaków zamordowano w Rotundzie Zamojskiej – specjalnym więzieniu gestapo.

Jeszcze przed rozpoczęciem operacji „Wehrwolf” doszło 1 czerwca 1943 roku do zagłady wsi Sochy w gminie Zwierzyniec (powiat zamojski). Zbrodni tej dokonali żołnierze Wehrmachtu przy współudziale lotnictwa niemieckiego. Ogółem zamordowanych zostało około 200 osób (po ekshumacji zidentyfikowano 88 mężczyzn, 45 dzieci i 52 kobiety). Ocalał tylko jeden dom. Reszta została spalona i zburzona. Sochy są zaliczane obok Michniowa na Kielecczyźnie, czeskich Lidic i francuskiego Oradour-sur-Glane do największych symboli niemieckiego barbarzyństwa podczas drugiej wojny światowej.

Wszystko jednak poszło nie pomyśli Himmlera i Globocnika. Opór polskiego podziemia był silniejszy niż się spodziewali. Dlatego ostatecznie zdecydowali się zawiesić akcję wysiedleńczą do końca wojny.

Ofensywa UPA

W drugiej połowie 1943 i pierwszej połowie 1944 roku Zamojszczyzna stała się ponadto obiektem zbrodniczej akcji Ukraińskiej Powstańczej Armii. W wyniku ofensywy UPA ludność polska (resztki pozostałe po wysiedleniach oraz uciekinierzy z Wołynia) została doszczętnie wyniszczona w części powiatów biłgorajskiego, hrubieszowskiego i tomaszowskiego. Działania UPA charakteryzowały bestialskie i zwyrodniałe metody, znane już z akcji ludobójczej na Wołyniu. Polska partyzantka rozpoczęła – tak samo jak rok wcześniej przed Niemcami – akcję samoobrony. To właśnie w ramach tej samoobrony doszło m.in. do polskiego ataku na bazę UPA i policji ukraińskiej w Sahryniu (powiat hrubieszowski) 10 marca 1944 roku. UPA dokończyła na Zamojszczyźnie dzieła zniszczenia rozpoczętego przez Niemców.

Ukraińska historiografia przedstawia ofensywę UPA na Zamojszczyźnie jako odwet za działania podjęte przez polską samoobronę i partyzantkę przeciw Ukraińcom, których Niemcy osiedlili na Zamojszczyźnie w ramach Ukraineraktion. Ponadto nacjonalistyczni historycy ukraińscy uważają, że ludobójstwo dokonane na Polakach na Wołyniu w 1943 roku miało być sprowokowane przez domniemane polskie ataki na osadników ukraińskich na Chełmszczyźnie (1942 r.) i Zamojszczyźnie (1943 r.). Historiografia polska wykazała absurdalność tej teorii w wypadku Chełmszczyzny, gdzie większość spośród około 400 ofiar ukraińskich zginęła z rąk niemieckich, a nie polskich.

W wypadku Zamojszczyzny polska akcja przeciw osadnikom ukraińskim rozpoczęła się później (maj 1943 r.) niż banderowskie ludobójstwo na Wołyniu (luty 1943 roku). Trudno więc uważać ją za przyczynę tego ludobójstwa. Głoszący takie tezy historycy i publicyści ukraińscy nie potrafią zauważyć, że ofiarami ludobójstwa – tak na Wołyniu jak i Zamojszczyźnie – stali się Polacy, a nie Ukraińcy.

Ofensywa UPA na Zamojszczyźnie pod koniec 1943 i w pierwszej połowie 1944 roku stanowiła kontynuację ludobójczej czystki etnicznej na Wołyniu i miała na celu w pierwszej kolejności wymordowanie tych Polaków, którzy uciekli tam z Wołynia, a w dalszej kolejności opanowanie Zamojszczyzny uważanej przez nacjonalistów ukraińskich za ziemię czysto ukraińską.

Bilans

Ogółem podczas dwóch akcji wysiedleńczych wysiedlono z Zamojszczyzny około 110000 Polaków z 297 wsi. 4454 dzieci wywieziono do Niemiec celem germanizacji. Ze względu na akcje zbrojne polskiej partyzantki i załamanie się frontu wschodniego hitlerowcy podjęli w połowie lipca 1943 roku decyzję o zawieszeniu akcji wysiedleńczej. Do końca okupacji już jej nie wznowili.

Kres eksterminacji Polaków na Zamojszczyźnie położyło wkroczenie na te tereny latem 1944 roku Armii Czerwonej i Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR. Dzisiaj nie nazywane już przez oficjalną politykę historyczną wyzwoleniem. Polacy, którzy przeżyli na Zamojszczyźnie tragiczne lata 1942-1944, nie mieli jednak wówczas wątpliwości, że było to wyzwolenie.

[1] „Nam nie wolno zapomnieć”, Szczecinek 2004, s. 107.

[2] „Nam nie wolno zapomnieć”…, s. 110.

[3] A. Jarczyńska, „Gehenna polskich dzieci”, „Historia Do Rzeczy” nr 2 (24)/2015.

[4] H. Kubica, „W piekle Auschwitz. Komory gazowe, zastrzyki fenolu i sadyzm strażników. Oto relacje deportowanych z Zamojszczyzny, którzy trafili do Auschwitz”, „Historia Do Rzeczy” nr 2 (24)/2015.

[5] H. Kubica, „Zagłada w KL Auschwitz Polaków wysiedlonych z Zamojszczyzny w latach 1942-1943, Oświęcim-Warszawa 2004, s. 7-32.

[6] M. Szlachetka, „Wspomnienia z piekła. Władysław Obirek opowiada o obozie na Majdanku”, http://www.kurierlubelski.pl, 22.07.2014.

[7] „Nam nie wolno zapomnieć”…, s. 108.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 listopada 2017 r.

„Przegląd” nr 48 (934), 27.11-3.12.2017, s. 38-41

Sprawiedliwość Zachodu

Międzynarodowy Trybunał Karny ONZ ds. Zbrodni Wojennych w byłej Jugosławii skazał 22 listopada 2017 roku gen. Ratko Mladicia na dożywocie. Głównie za Srebrenicę. Tym samym jeszcze raz dobitnie wybrzmiała narracja polityczna Zachodu, wedle której zbrodniarzami wojennymi w byłej Jugosławii byli tylko Serbowie. Ten czarny obraz Serbów stanowił jeden z kluczowych elementów wojen, które doprowadziły do rozbicia Jugosławii – wojen, w których Zachód nie był bezstronny i które wg prof. Marka Waldenberga były pierwszym w dziejach konfliktem zbrojnym kreowanym przez media.

Ten sam trybunał, który skazał Ratko Mladicia i Radovana Karadžicia, uniewinnił czołowych chorwackich zbrodniarzy wojennych odpowiedzialnych za tzw. operację „Oluja” („Burza”), w wyniku której w sierpniu 1995 roku zamordowano co najmniej kilkuset i trwale wypędzono około 150-200 tys. Serbów z Krajiny. Jeśli masakra w Srebrenicy, za którą miał być odpowiedzialny Mladić, była największą zbrodnią wojenną w Europie po 1945 roku, to operacja „Oluja” była największą zorganizowaną czystką etniczną współczesnej Europy. Ale odpowiedzialnych za tę czystkę etniczną uniewinniono, ponieważ byli sojusznikami USA, RFN i UE. Nigdy przed żadnym trybunałem nie stanął jej główny sprawca, nieżyjący już prezydent Chorwacji i epigon ustaszy Franjo Tudźman, który na cztery dni przed operacją „Oluja” powiedział, że „przeprowadzimy takie ataki, że Serbowie praktycznie znikną” („nanesemo takve udarce da Srbi prakticno nestanu”).

W artykule, który opublikowałem w „Myśli Polskiej” w 20. rocznicę operacji „Oluja” napisałem m.in.: „Chorwacki zbrodniarz wojenny Ante Gotovina, bezpośrednio odpowiedzialny za operację »Oluja«, został początkowo skazany na 24 lata pozbawienia wolności. Jednakże 16 listopada 2012 roku izba apelacyjna Trybunału Haskiego uwolniła go od wszelkich zarzutów. Razem z nim uniewinniono także innego chorwackiego generała, Mladena Markacza, skazanego w pierwszej instancji na 18 lat więzienia. Postawienia przed jakimkolwiek sądem nie doczekali się odpowiedzialni także za operację »Oluja« gen. Janko Bobetko i minister obrony Chorwacji Gojko Szuszak. W dzisiejszej Chorwacji Ante Gotovina jest uważany za największego bohatera narodowego, niemal chodzącego półboga. Niezależnie od odpowiedzialności za zbrodnie wojenne, popełnione podczas i po zakończeniu operacji »Oluja«, współczesny chorwacki bohater jawnie identyfikuje się z tradycją ustaszowską i ma przeszłość kryminalną (służył w Legii Cudzoziemskiej i jako najemnik w szwadronach śmierci w Ameryce Łacińskiej). To wszystko jednak nie przeszkadza demokratycznej i zjednoczonej Europie, której Chorwacja jest częścią”[1].

Dzisiaj dodam do tego, że przed żadnym trybunałem nie stanęli i nigdy nie staną najważniejsi sprawcy nieszczęść narodów byłej Jugosławii, czyli ci, którzy z zewnątrz doprowadzili do rozbicia Jugosławii. Nieżyjący już kanclerz RFN Helmut Kohl, także nieżyjący już ministrowie spraw zagranicznych Niemiec Hans-Dietrich Genscher i Austrii Alois Mock, kanclerz Austrii Franz Vranitzky, prezydenci USA George W. Bush senior i Bill Clinton oraz sekretarze stanu USA James Baker, Warren Christopher i Madeleine Albright. Taka jest bowiem sprawiedliwość Zachodu. Zgodnie z nią winni rozpadu Jugosławii i popełnionych w związku z tym zbrodni wojennych byli tylko Serbowie.

To samo odnosi się do dzisiejszej Ukrainy. Odpowiedzialnym za jej tragedię mają być wyłącznie Władimir Putin i przywódcy tzw. republik ludowych na wschodzie Ukrainy, ale bynajmniej już nie marionetka USA Petro Poroszenko oraz sprawcy palenia żywcem ludzi w Odessie, czy dowódcy i uczestnicy tzw. „operacji antyterrorystycznej” w Donbasie.

[1] B. Piętka, „Jak wygnano Serbów z Krajiny”, http://www.mysl-polska.pl, 12.09.2015; „Operacja »Oluja«”, „Myśl Polska” nr 37-38 (2051/52), 13-20.09.2015, s. 8.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 listopada 2017 r.

Ultimatum, czyli z ręką w nocniku

Wiceprezes IPN, prof. Krzysztof Szwagrzyk – który towarzyszył wicepremierowi Piotrowi Glińskiemu podczas jego wizyty na Ukrainie – ujawnił w wypowiedzi dla „Rzeczypospolitej”, że władze Ukrainy oczekują od Polski odbudowy nielegalnego pomnika UPA w Hruszowicach koło Przemyśla i ukarania winnych jego rozbiórki w kwietniu br. Sprawę tę Kijów postawił w formie ultymatywnej jako warunek zgody na wznowienie prac ekshumacyjno-poszukiwawczych na Wołyniu[1].

Dla strony ukraińskiej nie ma przy tym znaczenia, że nielegalny pomnik w Hruszowicach nie znajdował się na żadnej mogile i nie upamiętniał żadnych ofiar, ale terrorystów z UPA, którzy walczyli z powojenną Polską. Kijów kładzie na tej samej szali polskie ofiary ludobójstwa OUN-UPA oraz banderowców, którzy zarąbywali siekierami bezbronne polskie dzieci, kobiety i mężczyzn, a po wojnie walczyli z państwem polskim. Żądając upamiętnienia przez Polskę katów narodu polskiego, władze ukraińskie stawiają dalszy dialog polsko-ukraiński pod ścianą, ponieważ coś takiego jest dla społeczeństwa polskiego całkowicie nie do przyjęcia.

Takie ultimatum ze strony ukraińskiej obnażyło bankructwo polskiego strategicznego sojuszu z Ukrainą i bezkrytycznego wspierania pomajdanowej Ukrainy za wszelką cenę. Polska opinia publiczna, przekonywana od 2014 roku przez mainstream polityczno-medialny o konieczności wspierania Ukrainy, a także o tym, że stosunki polsko-ukraińskie są idealne pod każdym względem, nagle zobaczyła, że król jest nagi.

To zapewne wywołało reakcję ministra Witolda Waszczykowskiego, który oświadczył 2 listopada, że osoby znane na Ukrainie z gloryfikacji nacjonalizmu ukraińskiego oraz utrudniania polskich ekshumacji i upamiętnień zostaną objęte administracyjnym zakazem wjazdu do Polski[2]. Minister Waszczykowski zasugerował też, że może rekomendować prezydentowi Dudzie odwołanie grudniowej wizyty na Ukrainie. Łatwo się domyśleć, że do grona osób, które minister spraw zagranicznych miał na myśli, należy m.in. Wołodymyr Wiatrowycz – przewodniczący Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej (UINP) – ponieważ to przede wszystkim on wraz ze Światosławem Szeremetą doprowadził do wstrzymania prac ekshumacyjno-poszukiwawczych na Wołyniu. 9 listopada „Dziennik Gazeta Prawna” poinformował, że MSZ pozbawił właśnie Wiatrowycza jako pierwszego prawa wjazdu do Polski[3].

Dlaczego jednak zaczęto od niego? Czy nie należało zacząć od byłego prezydenta Wiktora Juszczenki i obecnego prezydenta Petro Poroszenki? Przecież to oni odpowiadają w pierwszej kolejności za renesans banderowski na Ukrainie, który nastąpił w wyniku przewrotów politycznych z 2004 i 2014 roku. Ponadto prezydent Poroszenko odpowiada politycznie i prawnie za działania podległych mu urzędników, a więc także za blokowanie polskich ekshumacji i upamiętnień przez Wiatrowycza i Szeremetę.

Nieoczekiwanie również podsekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej, Michał Dworczyk, zapowiedział odsłonięcie na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie tablic upamiętniających walki polskich samoobron i żołnierzy Wojska Polskiego z UPA w Hucie Stepańskiej, Wyrce, Przebrażu, Pańskiej Dolinie, Rybczy, Zasmykach, Jagodzinie-Rymaczach, Kupiczowie, Hanaczowie, Stanisłówce, Łukowcu Wiszniowskim, Łukowcu Żurawskim, Puzowie-Stężarzycach, Korytnicy, Biłce Królewskiej, Biłce Szlacheckiej, Narolu, Posadowie, Rzeczycy i Birczy. Inicjatorem takiego uhonorowania polskiej obrony przed UPA jest poseł Tomasz Rzymkowski. Nagle jego zabiegi uzyskały przychylność ministra Antoniego Macierewicza – dotychczas raczej wstrzemięźliwego wobec eksponowania polskich ofiar nacjonalizmu ukraińskiego i polskiej walki z UPA[4].

Niezwykle bezczelnie na zapowiedź odsłonięcia tych tablic zareagował przewodniczący UINP, negacjonista wołyński Wołodymyr Wiatrowycz. Pozwolił on sobie na stwierdzenie, że „teraz w Polsce na szczeblu państwowym upamiętniani są czekiści”[5].

Ta wypowiedź ostatecznie dyskwalifikuje Wiatrowycza jako partnera do jakichkolwiek rozmów i pokazuje, że ze stroną ukraińską w sprawach pamięci historycznej nie ma o czym rozmawiać. Obłędny kult UPA, który uczyniono na pomajdanowej Ukrainie podstawą tożsamości narodowo-państwowej, uniemożliwia dialog z tym państwem oraz wyklucza upamiętnienie polskich ofiar ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

Musiał to w końcu zauważyć też prezes polskiego IPN Jarosław Szarek. Udzielił on prawicowym mediom jednoznacznej wypowiedzi, w której stwierdził, że IPN ma „fatalne relacje ze stroną ukraińską”, pomiędzy IPN i UINP ma miejsce „tak naprawdę zimna wojna”, a „bez gestu ze strony Ukrainy nie będzie przełomu w naszych relacjach”. Szef polskiego IPN nie pozostawił wątpliwości jak postrzega gloryfikację OUN i UPA: „Ukraina musi jedno wziąć pod uwagę, że taka droga gloryfikacji tych formacji jest całkowicie ahistoryczna. (…) UPA była zbrojną organizacją jednej z partii, nawet jednej z frakcji partyjnych”[6].

Jarosław Szarek skrytykował ponadto skandaliczną wypowiedź byłego prezydenta Wiktora Juszczenki, który postawił na jednej płaszczyźnie UPA i AK oraz Banderę i Piłsudskiego. W kontekście tej wypowiedzi prezes IPN zauważył, że kierowana przez niego instytucja wielokrotnie pokazywała dobrą wolę wobec strony ukraińskiej, ale „teraz wyczerpaliśmy chęć porozumienia. Nie widzę możliwości dalszej współpracy w jakimkolwiek celu, jeśli Ukraina nie pokaże swojej dobrej woli (…) i nie poda ręki z konkretną propozycją”[7].

Na koniec głos zabrał prezydent Andrzej Duda. „Oczekuję od pana prezydenta Petro Poroszenki i od jego współpracowników, od pana premiera Hrojsmana, że ludzie, którzy otwarcie głoszą poglądy nacjonalistyczne i antypolskie nie będą zajmowali ważnych miejsc w ukraińskiej polityce, ponieważ tacy ludzie nie budują relacji pomiędzy naszymi krajami, oni je burzą. Więc tacy ludzie w wielkiej polityce, w polityce, która ma międzynarodowe znaczenie, nie powinni mieć od strony ukraińskiej miejsca” – powiedział prezydent Duda 7 listopada wywiadzie dla TV Trwam i Radia Maryja[8].

Z czym mamy tutaj do czynienia? Czy rządząca prawica nagle przejrzała na oczy i zaczęła rewidować swą fatalną i w gruncie rzeczy antypolską politykę wobec Ukrainy? Myślę, że raczej bliskie prawdy będzie stwierdzenie, że obóz rządzący – bezkrytycznie wspierający Ukrainę politycznie i finansowo – znalazł się po prostu z ręką w nocniku. Za przyjmowanie masowej migracji ukraińskiej, za finansowanie ukraińskiego systemu emerytalnego, za objęcie imigrantów ukraińskich programem 500 plus i wiele innych dobrodziejstw, finansowanych przez polskiego podatnika, mamy z drugiej strony szalony kult OUN i UPA oraz groźne pohukiwania Wiatrowycza, Szeremety, Michalczyszyna, Tiahnyboka i innych epigonów Stepana Bandery. Trzeba więc ratować twarz przed polską opinią publiczną i z tego najprawdopodobniej wynikają ruchy podjęte przez ministrów Waszczykowskiego oraz Macierewicza.

Odpowiedzi na ukraińskie ultimatum ze strony ministrów Waszczykowskiego i Macierewicza nie można traktować jako zmianę dotychczasowej polityki PiS wobec Ukrainy. Gdyby rzeczywiście była to zmiana polityki, to pierwszym posunięciem ministra spraw zagranicznych powinno być odwołanie z Kijowa ambasadora Jana Piekły– chyba najbardziej radykalnego, a przynajmniej jednego z najbardziej radyklanych wyznawców prometeizmu i giedroycizmu, którego postawa symbolizuje właśnie dotychczasową uległą politykę polską wobec Ukrainy. Politykę sprowadzającą się, najogólniej rzecz biorąc, do chowania głowy w piasek w obliczu renesansu banderowskiego na Ukrainie. Następnym krokiem powinno być poparcie sprzeciwu Węgier i Rumunii wobec ukraińskiej ustawy językowej oraz stanowiska Węgier wobec zablokowania szczytu NATO-Ukraina.

Nic takiego nie nastąpiło. Mało tego. 8 listopada Sejm, głosami Zjednoczonej Prawicy, po raz kolejny odrzucił projekt ustawy o penalizacji banderyzmu na terytorium Polski[9]. Podważa to wiarygodność działań, czy raczej gestów, które miały miejsce ze strony ministrów Waszczykowskiego i Macierewicza.

Bo też te gesty nie były skierowane przeciw Ukrainie i tamtejszym środowiskom banderowskim, ale do polskiej opinii publicznej ze szczególnym uwzględnieniem elektoratu kresowego PiS. Nie mamy zatem do czynienia z rewizją szkodliwej polityki wobec Ukrainy, ale z próbą zachowania wiarygodności PiS wobec elektoratu kresowego. Z elektoratem tym, w większości prawicowym, obóz rządzący musi się bowiem liczyć. W przeciwieństwie do obozu liberalnego, który żadnego elektoratu kresowego nie posiada i dlatego zareagował krytycznie, a miejscami z oburzeniem, na działania obu ministrów. Tak czy inaczej, postsolidarnościowe elity polityczne – zarówno będące obecnie u władzy, jak i znajdujące się teraz w opozycji – nie zmienią swojego zasadniczego stanowiska wobec pomajdanowej Ukrainy. To bowiem wymagałoby przebudowy całej konstrukcji politycznej, którą od 30 lat budowały te elity, sytuującej Polskę w roli głównego podwykonawcy polityki amerykańskiej w Europie Środkowej i na obszarze poradzieckim.

[1] Kijów żąda odbudowy nielegalnego „pomnika” ku czci UPA w Hruszowicach i ukarania „winnych”, http://www.kresy.pl, 27.10.2017.

[2] Waszczykowski: Ludzie, którzy ostentacyjnie zakładają mundury SS Galizien do Polski nie wjadą, http://www.kresy.pl, 2.11.2017.

[3] „Dziennik Gazeta Prawna”: szef ukraińskiego IPN nie wjedzie do Polski, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

[4] Nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza. „Zostaną umieszczone z inicjatywy szefa MON”, http://www.rmf24.pl, 8.11.2017.

[5] Prezes ukraińskiego IPN: nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza upamiętniają czekistów, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

[6] Prezes IPN bez złudzeń: Instytut ma fatalne relacje ze stroną ukraińską; to jest tak naprawdę zimna wojna, http://www.wpolityce.pl, 26.10.2017.

[7] Dr Szarek: Nie widzę możliwości dalszej współpracy z Ukrainą. Muszą wyciągnąć rękę, http://www.telewizjarepublika.pl, 26.10.2017.

[8] Prezydent Duda: Oczekuję do prezydenta Ukrainy, że ludzie o antypolskich poglądach nie będą w ukraińskiej polityce, http://www.magnapolonia.org, 7.11.2017.

[9] Rzymkowski: PiS po raz kolejny blokuje ustawę o penalizacji banderyzmu, http://www.dorzeczy.pl, 9.11.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 listopada 2017 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2163/64), 19-26.11.2017, s. 7

Historia według Wiatrowycza

Po przewrocie kijowskim w 2014 roku polska opinia publiczna była przekonywana przez establishment polityczno-medialny, że stosunki polsko-ukraińskie są bardzo dobre, a strategiczne partnerstwo z pomajdanową Ukrainą stanowi fundament polskiej racji stanu. Okazało się nagle, że te stosunki nie są jednak tak dobre, a nawet są złe i można już mówić o „zimnej wojnie” polsko-ukraińskiej. Minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski zapowiedział 2 listopada br., że zostaną uruchomione procedury uniemożliwiające wjazd do Polski tym Ukraińcom, którzy zajmują antypolskie stanowisko, np. zakładając mundury dywizji Waffen-SS „Galizien”. Nagle szef polskiej dyplomacji zauważył to czego dotychczas on i jego poprzednicy długo nie dostrzegali. Przecież gloryfikacja ukraińskiej dywizji SS i UPA miały miejsce na Ukrainie jeszcze przed przewrotem z 2014 roku.

Oświadczenie ministra Waszczykowskiego stanowi w dużej mierze pokłosie wojny, jaką toczy od dawna polski Instytut Pamięci Narodowej ze swoim ukraińskim odpowiednikiem. Powodem konfliktu jest polityka historyczna pomajdanowej Ukrainy. Dotychczas była ona dyskretnie niezauważana przez wiele środowisk politycznych w Polsce, ale obecnie nie da się już ukryć, że budowanie przez Ukrainę swojej tożsamości na fundamencie nacjonalizmu ukraińskiego jest poważną przeszkodą we wzajemnych stosunkach. Doszły one do ściany, kiedy Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej (UINP) zablokował prace zespołu badawczego polskiego IPN na Ukrainie, które miały na celu ustalenie miejsc spoczynku m.in. ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego i doprowadzenie do ich ekshumacji. Dlatego w oświadczeniu ministra Waszczykowskiego znalazła się groźba, że konsekwencje poniosą również te osoby ze strony ukraińskiej, które uniemożliwiają ekshumacje ofiar UPA i NKWD oraz renowację polskich miejsc pamięci. Jak głęboka jest przepaść dzieląca polskie i ukraińskie postrzeganie historii, pokazała też polsko-ukraińska konferencja w Czerkasach.

Konferencja w Czerkasach

W dniach 19-22 października 2017 r. odbyło się w Czerkasach na Ukrainie V Polsko-Ukraińskie Forum Historyków. Konferencję zorganizowały UINP i polski IPN. Wiodącym tematem obrad były wydarzenia na Chełmszczyźnie w latach 1942-1944 w kontekście ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Chodzi o zabójstwa przez polskie podziemie w 1942 r. Ukraińców, którzy zostali przesiedleni na wschodnią Lubelszczyznę w ramach prowadzonej za zgodą Hansa Franka ukrainizacji ziemi chełmskiej. Zabójstwa te – zdaniem nacjonalistycznej historiografii ukraińskiej – miały być przyczyną ludobójczych działań UPA wobec ludności polskiej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

Szef pionu naukowego polskiego IPN, dr hab. Mirosław Szumiło, w wypowiedzi dla PAP, skomentował wyniki konferencji następująco: „Historycy ukraińscy twierdzą, że mordy dokonane przez polskie podziemie na Ukraińcach na Chełmszczyźnie w 1942 r. były przyczyną antypolskiej akcji UPA na Wołyniu w 1943 r. Ich zdaniem liczba ofiar ukraińskich na Chełmszczyźnie miała wynosić kilkaset osób, co spowodowało, że ukraińscy uciekinierzy z tego terenu zanieśli na Wołyń informacje o rzekomych polskich zbrodniach. W polskich referatach pokazaliśmy jednak, że twierdzenia te nie znajdują potwierdzenia w faktach”.

Należy w tym miejscu podkreślić, że punkt widzenia nacjonalistycznej historiografii ukraińskiej w tej sprawie został już wcześniej podważony przez takich polskich historyków jak Grzegorz Motyka i Ryszard Torzecki, których trudno posądzić o nastawienie antyukraińskie. Grzegorz Motyka stwierdził na podstawie dostępnych źródeł, że w 1942 r. w całym dystrykcie lubelskim z rąk polskiego podziemia w wyniku pojedynczych egzekucji zginęło około 30 Ukraińców, a nie 400 – jak twierdzi strona ukraińska[1]. Z kolei Ryszard Torzecki zaprzeczył, że najbardziej znany z zabitych wówczas Ukraińców – przedwojenny senator Iwan Pasternak (1876-1943) – zginął z „wyroku sądu AK czy delegatury”. Zdaniem Torzeckiego Pasternak „został śmiertelnie postrzelony (umarł w szpitalu) z rąk nieznanych sprawców, jak to określiło niemieckie śledztwo” i był to „akt wojennego bandytyzmu”[2].

Ustalenia Grzegorza Motyki potwierdził uczestniczący w konferencji w Czerkasach prof. Igor Hałagida – naczelnik Oddziałowego Biura Badań Historycznych IPN w Gdańsku, z pochodzenia Ukrainiec. Badacz ten zaprezentował statystykę strat ukraińskich w dystrykcie lubelskim, z której wynika, że w 1942 r. zabito na tym terenie 388 Ukraińców, z czego aż 319 zginęło z rąk Niemców. Tylko w przypadku dwóch ofiar są dowody, że zginęły z rąk AK, dwie dalsze ofiary zginęły prawdopodobnie z rąk partyzantki komunistycznej, a w przypadku 65 osób sprawcy zabójstw są nieznani. Część z nich mogła zginąć w wyniku akcji polskiego podziemia, ale większość prawdopodobnie padła ofiarą zwykłych band rabunkowych. „W związku z tym możemy stwierdzić, że wydarzenia na Chełmszczyźnie w 1942 r. nie miały wpływu na rozpętanie antypolskiej akcji UPA na Wołyniu w 1943 r.” – podsumował Mirosław Szumiło.

Stanowiska tego nie przyjmuje jednak strona ukraińska, która konsekwentnie zaprzecza ludobójczemu charakterowi zbrodni na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943-1944, neguje odpowiedzialność OUN-UPA za zbrodnie wobec ludności polskiej oraz lansuje tezę o rzekomej „wojnie polsko-ukraińskiej”, którą miała rozpocząć strona polska w 1942 r. Tezę tę powielała najpierw nacjonalistyczna historiografia ukraińska w Kanadzie, współcześnie jej orędownikiem stał się m.in. Wołodymyr Wiatrowycz. Urodzony w 1977 r. we Lwowie, nigdy nie ukrywał swoich nacjonalistycznych poglądów i fascynacji ruchem banderowskim. Jego działalność naukową można śmiało uznać za bezkrytyczną gloryfikację OUN-UPA. Dawał temu wyraz zarówno jako dyrektor Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego we Lwowie – instytucji powołanej w celu gloryfikacji ukraińskiego nacjonalizmu, dyrektor Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, członek rady nadzorczej lwowskiego muzeum „Więzienie przy Łąckiego”, a od marca 2014 r. jako przewodniczący UINP.

Spóźniona reakcja

Być może nie byłoby dzisiaj takich problemów, gdyby nie długoletnie pobłażanie przez stronę polską wobec ukraińskiej polityki historycznej, a nawet jej usprawiedliwianie. Ekshumacje na Wołyniu – nie tylko ofiar UPA, ale także legionistów Piłsudskiego poległych w 1916 r. pod Kostiuchnówką – wielokrotnie blokował m.in. Światosław Szeremeta, sekretarz Państwowej Międzyresortowej Komisji ds. Wojen i Represji Politycznych oraz zdeklarowany nacjonalista ukraiński. Nie było jednak reakcji strony polskiej, gdy tenże Szeremeta w 2016 r. wywoływał incydenty podczas marszu ukraińskiego w Przemyślu oraz brał udział w uroczystym pogrzebie szczątków ukraińskich esesmanów z dywizji „Galizien” na górze Żbyr koło Brodów w obwodzie lwowskim.

Nie było reakcji, gdy Petro Tyma – prezes Związku Ukraińców w Polsce – w odpowiedzi na likwidację pomnika UPA w Hruszowicach napisał, że „W sprawie Hruszowic prowokatorzy triumfują. Oczywiście zapomnieli czym skończył się polski triumf w 1938 roku nad cerkwiami Chełmszczyzny”. Cóż miały znaczyć te słowa? Według propagandy nacjonalistów ukraińskich polska akcja rewindykacji cerkwi prawosławnych z 1938 r. skutkowała „akcją antypolską UPA” z 1943 r., czyli ludobójstwem typu genocidum atrox na Wołyniu. Zacytowana wypowiedź była więc ze strony Petro Tymy zawoalowaną groźbą.

Nie było też zdecydowanej reakcji polskiego MSZ, gdy pod koniec kwietnia br. Wiatrowycz zapowiedział po raz pierwszy „wstrzymanie wydawania pozwoleń na prace poszukiwawcze pochówków i porządkowanie polskich miejsc pamięci na Ukrainie” oraz zwrócił się do władz lokalnych na zachodniej Ukrainie z apelem o wstrzymanie decyzji „odnośnie wydawania pozwoleń na wniosek polskich instytucji publicznych, osób lub organizacji społecznych, na zainstalowanie nowych polskich pomników lub renowację istniejących”.

Dominowało wtedy myślenie doradcy MSZ Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, który uważał, że pamięć o zbrodni wołyńskiej jest „sprawą drugo czy trzeciorzędną”, a środowiska kresowe są „zupełnie oderwane od rzeczywistości” i rzekomo idą „oczekiwanym przez Rosję tropem”.

Dopiero teraz przeciwko gloryfikacji nacjonalizmu ukraińskiego przez UINP, a także niedawnej wypowiedzi byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki, który postawił na jednej płaszczyźnie UPA i AK oraz Banderę i Piłsudskiego, zaprotestował prezes IPN Jarosław Szarek. Oświadczył on, że IPN ma „fatalne relacje ze stroną ukraińską”, pomiędzy IPN i UINP ma miejsce „tak naprawdę zimna wojna”, a „bez gestu ze strony Ukrainy nie będzie przełomu w naszych relacjach”. „Ukraina musi jedno wziąć pod uwagę, że taka droga gloryfikacji tych formacji [OUN i UPA – BP] jest całkowicie ahistoryczna. (…) UPA była zbrojną organizacją jednej z partii, nawet jednej z frakcji partyjnych” – stwierdził szef polskiego IPN w wypowiedzi dla prawicowego portalu wPolityce.pl.

Komentując natomiast wypowiedź Wiktora Juszczenki, Jarosław Szarek powiedział w TV Republika, że IPN wielokrotnie pokazywał dobrą wolę, ale „teraz wyczerpaliśmy chęć porozumienia. Nie widzę możliwości dalszej współpracy w jakimkolwiek celu, jeśli Ukraina nie pokaże swojej dobrej woli (…) i nie poda ręki z konkretną propozycją”.

Powstaje pytanie, dlaczego IPN i polski minister spraw zagranicznych tak późno zajęli tak jednoznaczne stanowisko wobec ukraińskiej polityki historycznej? Przecież gloryfikacja OUN i UPA ma miejsce na Ukrainie co najmniej od czasu pomarańczowej rewolucji w 2004 r., a po przewrocie z 2014 r. uznano tam nacjonalizm ukraiński, także ten w wersji banderowskiej, za fundament budowy tożsamości państwowo-narodowej. Oba przewroty ukraińskie – z 2004 i 2014 r. – były aktywnie wspierane przez cały polski establishment polityczny. Obecnie gloryfikacja nacjonalizmu ukraińskiego osiągnęła taki poziom, że na podanie ręki przez Ukrainę z „konkretną propozycją” nie ma co liczyć. Wymownie świadczy o tym chociażby żądanie strony ukraińskiej, żeby w zamian za możliwość upamiętnienia polskich ofiar OUN-UPA na Ukrainie mogły istnieć na terenie Polski upamiętnienia ku czci UPA. Według relacji wiceprezesa IPN, prof. Krzysztofa Szwagrzyka, który towarzyszył wicepremierowi Piotrowi Glińskiemu podczas niedawnej wizyty na Ukrainie, władze ukraińskie postawiły stronie polskiej wprost ultimatum, przedstawiając żądanie odbudowania usuniętego w kwietniu br. nielegalnego pomnika UPA w Hruszowicach koło Przemyśla jako warunek zgody na wznowienie prac poszukiwawczo-ekshumacyjnych na Wołyniu.

Nie ma przy tym znaczenia dla strony ukraińskiej, że pomnik w Hruszowicach nie stał na żadnej mogile i nie upamiętniał żadnych ofiar, ale walkę UPA z powojenną Polską. Kijów stawia zatem na jednej płaszczyźnie bezbronne polskie ofiary ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA oraz nacjonalistów ukraińskich walczących z państwem polskim, których czczenie na ziemi polskiej jest nie do przyjęcia dla społeczeństwa polskiego.

W kontekście takiego stanowiska strony ukraińskiej dziwi oburzenie ministra Waszczykowskiego z powodu informacji historycznej w muzeum „Więzienie na Łąckiego”. Minister spraw zagranicznych Polski demonstracyjnie odwrócił się spod drzwi tego muzeum na widok tablicy mówiącej o „polskiej okupacji”. Polakom byłe więzienie przy ul Łąckiego we Lwowie kojarzy się głównie z istniejącym tam w latach 1939-1941 więzieniem NKWD i masakrami więziennymi NKWD w czerwcu 1941 r. Ukraińcy jednak eksponują fakt, że w latach 1935-1939 mieściło się tam więzienie śledcze, w którym przetrzymywano członków nielegalnej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów oskarżonych o działalność terrorystyczną (według narracji ukraińskiej „wyzwoleńczą”) przeciw II RP. Podczas procesu sądowego działaczy OUN w 1936 r. w więzieniu tym przebywali m.in. Stepan Bandera, Jarosław Stećko i Mykoła Łebedź. Stąd obecna narracja ukraińska o „polskiej okupacji”, która tak oburzyła ministra Waszczykowskiego.

Czyżby nie kojarzył on tego, że ukraińska polityka historyczna jest rezultatem przemian politycznych na Ukrainie, gorąco wspieranych przez cały postsolidarnościowy establishment polityczny z jego partią na czele? Przecież to właśnie ze środowiska szeroko rozumianej prawicy wielokrotnie słyszeliśmy, że „lepsza Ukraina banderowska od moskiewskiej”. Niedawno tezę tę powtórzył Andrzej Talaga – stały publicysta „Rzeczypospolitej” – który zaproponował, by „wziąć UPA w nawias” i postawić „rację stanu ponad racją moralną”. Skoro tak, to rozdzieranie szat teraz wygląda bardzo nieszczerze.

To nie likwidacja nielegalnego i obrażającego Polaków pomnika UPA w Hruszowicach jest przyczyną wstrzymania przez stronę ukraińską legalizacji polskich ekshumacji i upamiętnień na Ukrainie. Na upamiętnienie polskiej martyrologii na Wołyniu nie ma miejsca dlatego, ponieważ stoi to w sprzeczności z obłędną heroizacją UPA. Ukraina banderowska nie okazała się lepsza od „moskiewskiej”.

Pierwszy rycerz nacjonalizmu

Przekaz o „polskiej okupacji” w lwowskim muzeum jest zasługą m.in. Wołodymyra Wiatrowycza, członka rady nadzorującej to muzeum. Przewodniczący UINP wyrasta dzisiaj na czołowego kreatora ukraińskiej polityki historycznej, opartej na afirmacji nacjonalizmu ukraińskiego jako rzekomego nurtu narodowowyzwoleńczego oraz gloryfikacji OUN-UPA.

Pseudohistoryczna działalność Wiatrowycza nasiliła się zwłaszcza w roku 2017, proklamowanym przez współczesnych epigonów nacjonalizmu ukraińskiego „rokiem UPA”. Dotychczas ukraińska historiografia nacjonalistyczna przedstawiała UPA jako rzekomy „ruch narodowowyzwoleńczy”. Wiatrowycz poszedł dalej i 8 lutego br. zainaugurował w Kijowie „kampanię informacyjną”, która przedstawiła UPA jako główną siłę oporu wobec okupacji niemieckiej, walczącą rzekomo z Niemcami hitlerowskimi. Walkę tę miała podobno zainicjować w lutym 1943 r. sotnia Hryhorija Perehijniaka, która rzeczywiście wtedy zainicjowała, ale ludobójstwo na ludności polskiej na Wołyniu.

Innym przykładem podejścia Wiatrowycza do historii jest promocja postaci Ołeny Telihy (1906-1942) – nacjonalistki z melnykowskiej frakcji OUN i hitlerowskiej kolaborantki. 25 lutego br. z udziałem najwyższych władz Ukrainy oraz Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego odsłonięto jej pomnik w Babim Jarze – miejscu jednej z największych zbrodni niemieckich na Żydach, popełnionej w dniach 29 września-3 października 1941 r. Rozstrzelano tam wówczas 33 771 Żydów. W zbrodni tej brał udział także Kijowski Kureń OUN, który w rzeczywistości był formacją ukraińskiej policji pomocniczej pod dowództwem Petra Żachwałyńskiego. To z tą kolaboracyjną formacją przybyła do Kijowa w 1941 r. Ołena Teliha. W 1942 r., w związku z konfliktem pomiędzy banderowską i melnykowską frakcją OUN, została zadenuncjowana przez banderowców na gestapo pod zarzutem machinacji finansowych i też została prawdopodobnie rozstrzelana przez Niemców w Babim Jarze. Nie jest to jednak do końca pewne, ponieważ Łeontij Forostywśkyj – ukraiński kolaborant i burmistrz Kijowa podczas okupacji niemieckiej – w wydanej w Buenos Aires w 1952 r. książce pt. „Kyjiw pid worożymy okupacijamy” twierdził, że Teliha podcięła sobie żyły w areszcie gestapo na ulicy Władymirskiej w Kijowie. Okoliczności jej działalności politycznej, aresztowania i śmierci nie stanowiły jednak dla UINP problemu, by zrobić z niej ofiarę nazizmu.

Pominięto przy tym fakt, że 5 października 1941 r. – a więc tuż po egzekucjach Żydów w Babim Jarze – Teliha zamieściła na łamach kolaboracyjnej gazety „Wołyń” artykuł pt. „Rozsypują się mury”, w którym wyrażała radość, że Niemcy kazali „opuścić” Żydom Kijów. Prowadziła też w okupowanym przez Niemców Kijowie restaurację, którą przejęła w ramach „aryzacji mienia żydowskiego”.

Skandaliczne sympozjum w Paryżu

Szczególnie bulwersującym przejawem działalności Wiatrowycza było sympozjum międzynarodowe „Shoah na Ukrainie. Nieszczęścia XX wieku w nowej perspektywie”, które zorganizowano na Uniwersytecie Paryż II Panthéon Assas w marcu br. Nie zaproszono na nie znanych i niezależnych badaczy historii nacjonalizmu ukraińskiego, takich jak John-Paul Himka, Per Anders Rudling, Marco Carynnyk, Grzegorz Rossoliński-Liebe i Iwan Kaczanowski. Dopuszczono tylko Wiatrowycza i współpracujących z nim historyków ukraińskich. Organizatorami sympozjum byli Philippe de Lara z Uniwersytetu Paryż II i Galina Ackerman – emigrantka z ZSRR, doktor historii na Sorbonie, znana z antyrosyjskiej publicystyki i wspierania pomajdanowej Ukrainy, m.in. w ramach Europejskiego Forum dla Ukrainy.

Organizatorzy sympozjum umożliwili delegacji ukraińskiej z Wiatrowyczem na czele głoszenie oczywistych kłamstw. Z wystąpień większości członków delegacji ukraińskiej można się było dowiedzieć o „czarnej legendzie ukraińskiego antysemityzmu”, którą wymyśliła „moskiewska propaganda”. Można było też usłyszeć tezy negujące udział nacjonalistów ukraińskich w Holokauście. Naukowcy zachodni i nieliczni działacze żydowscy protestujący przeciw udziale w konferencji Wiatrowycza (m.in. Eduard Doliński – dyrektor Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego z Kijowa) zostali przedstawieni jako „przeciwnicy dekomunizacji” albo sojusznicy-agenci-poplecznicy Kremla. Organizatorzy konferencji pochwalili Wiatrowycza właśnie za ową „dekomunizację historii” oraz zgodzili się z nim, że historia Holokaustu jest „zakłamana”, a jej odkłamanie polegać ma na likwidacji „sowieckich stereotypów” na temat antysemityzmu nacjonalistów ukraińskich.

„Przeciwdziałanie środowisk prokremlowskich dowodzi tylko, że my [jesteśmy] — na właściwym szlaku. Musimy kontynuować walkę o porozumienie między Ukraińcami i Żydami” – stwierdziła Galina Ackerman.

Dlaczego wtedy nie protestował polski IPN? Dlaczego nie wydał lub nie wsparł wydania publikacji ukazującej prawdę o roli nacjonalistów ukraińskich w zagładzie Żydów? Opracowanie takiej publikacji wziął na siebie zespół pod red. prof. Andrzeja A. Zięby – kierownika Zakładu Stosunków Etnicznych w Europie Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Doprowadził on do wydania monumentalnej pracy (998 stron i 52 strony wstępu) pt. „OUN, UPA i zagłada Żydów” (Kraków 2016, faktycznie książka ukazała się w sierpniu 2017 r.).

Dzieło to zawiera 36 artykułów badaczy nacjonalizmu ukraińskiego, w tym tak znakomitych jak: Marko Carynnyk, Aleksandr Diukow, Frank Golczewski, Sofia Graczowa, John-Paul Himka, Iwan Kaczanowski, Lucyna Kulińska, Grzegorz Motyka, Grzegorz Rossoliński-Liebe, Per Anders Rudling, Ewa Siemaszko, Władysław Siemaszko i Andrzej Zapałowski. Ich artykuły dotyczą antysemityzmu w ideologii OUN, udziału OUN i UPA w zagładzie Żydów oraz pamięci o tych zbrodniach. Publikacja ta ma ogromne znaczenie w sytuacji, kiedy ukraińska polityka historyczna, sterowana przez Wiatrowycza, neguje udział nacjonalistów ukraińskich w zagładzie Żydów.

 Gorzka prawda

Niemiecki politolog i historyk Andreas Umland napisał w sieciach społecznościowych, że skrót Ukraiński IPN (UINP) można śmiało odczytywać jako „Ukraiński Instytut Naparzania (pokrzywą) Polski”, ponieważ ta instytucja wraz z lwowskim Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego wyrządza najwięcej szkód relacjom polsko-ukraińskim. Jednakże przez bardzo długi czas strona polska przymykała na to oczy. Polityka historyczna pomajdanowej Ukrainy była długo bagatelizowana przez polski establishment polityczno-medialny. Polską opinię publiczną próbowano przekonywać, że renesans nacjonalizmu ukraińskiego, połączony z negacjonizmem jego zbrodni, stanowił na Ukrainie jakoby zjawisko marginalne. Niestety, jest wręcz przeciwnie.

Po upadku ZSRR i powstaniu niepodległej Ukrainy nacjonalistyczna diaspora ukraińska w Kanadzie, USA i RFN na nowo podjęła wojnę, którą UPA przegrała ponad siedemdziesiąt lat temu. W tę walkę włożono olbrzymi wysiłek organizacyjny i finansowy. Dla epigonów Stepana Bandery nie miało i nie ma znaczenia, że doprowadzili do konfliktu wewnętrznego na Ukrainie oraz konfliktu z Rosją, a teraz rozniecają konflikt z Polską. Liczył się tylko jeden cel – „Ukraina dla Ukraińców” pod nacjonalistyczną władzą. Dlatego zaoferowali swoje usługi Zachodowi w obaleniu legalnych władz ukraińskich w 2004 i 2014 roku w zamian za możliwość wejścia na scenę polityczną Ukrainy. Kult nacjonalizmu w wydaniu banderowskim był obecny w życiu zachodniej Ukrainy od ponad dwudziestu lat, ale po przewrotach z 2004 i 2014 roku został przeniesiony na resztę Ukrainy z fatalnymi dla tego kraju skutkami politycznymi.

Polska polityka uległości wobec Ukrainy od początku była błędem wynikającym z niezrozumienia przez postsolidarnościowe elity polityczne – zaślepione rusofobią oraz dawno przebrzmiałymi ideami prometeizmu – z jakim partnerem mają do czynienia. Elity te opierały się i niestety nadal w niemałej mierze jeszcze się opierają na własnych wyobrażeniach o Ukrainie, lekceważąc jednoznaczną wymowę faktów. Polityka historyczna uprawiana przez pomajdanową Ukrainę jest najlepszym dowodem tego, że nie warto stać po stronie takiego partnera. Nie tylko nie warto, ale nawet jest to niebezpieczne.

[1] G. Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943-1947, Kraków 2011.

[2] R. Torzecki, Polacy i Ukraińcy. Sprawa ukraińska w czasie II wojny światowej na terenie II Rzeczypospolitej, Warszawa 1993.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 listopada 2017 r.

„Przegląd” nr 46 (932), 13-19.11.2017, s. 8-12

Stado prowadzone na rzeź

60 tys. młodych ludzi zostało 11 listopada wyprowadzonych na ulice Warszawy pod hasłem „My chcemy Boga”. Co to hasło konkretnie miało znaczyć, nie wiadomo, bo religia w Polsce nie jest prześladowana i nie była prześladowana już nawet w tym okresie PRL, który ja pamiętam. Jeszcze trudniej zrozumieć hasło „My chcemy Boga” w kontekście haseł i symboli towarzyszących tegorocznemu Marszowi Niepodległości. Chodzi mi o hasała „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” oraz „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”.

Komunizm jest ideologią martwą mniej więcej od 1975 roku, kiedy zachodnioeuropejskie partie komunistyczne odrzuciły marksizm-leninizm, a dekadę później odrzuciła go także partia komunistyczna w ZSRR i większość jej partii „sojuszniczych” w tzw. bloku wschodnim. Komuniści chińscy natomiast odrzucili maoizm (tamtejszy komunizm) w 1978 roku, kiedy Deng Xiaoping wkroczył na drogę „socjalistycznej gospodarki rynkowej”. A więc przynajmniej od przełomu lat 70. i 80. XX wieku jest to ideologia martwa. Ostatnim polskim komunistą był Kazimierz Mijal, który za założenie w 1965 roku nielegalnej Komunistycznej Partii Polski został najpierw uwięziony przez Władysława Gomułkę, a w 1966 roku wygnany do Albanii. Jeśli zatem ktoś w 2017 roku odwołuje się do radykalnego antykomunizmu rodem z „zimnej wojny”, definiując tak swoją tożsamość polityczną, to znaczy, że w ten sposób kamufluje coś zupełnie innego, czego otwarcie nie chce z różnych względów ujawniać.

Co w takim razie jest kamuflowane pod płaszczykiem radykalnego antykomunizmu? Antydemokratyzm? Antyliberalizm? Autorytaryzm? Antysemityzm? Rasizm? Atlantyzm? Rusofobia? A może antypolonizm? Bo w kontekście ostatnich wyczynów Instytutu Pamięci Narodowej, dekomunizującego żołnierzy, którzy zdobywali dla Polski Ziemie Zachodnie i Północne jasno widać, że pod nachalnym antykomunizmem kryją się antypolonizm i opcja proniemiecka. Wysuwanie haseł antykomunistycznych obecnie nie ma jakiegokolwiek sensu, ponieważ przyczyną problemów społecznych współczesnej Polski nie jest komunizm, tylko powstały w drodze tzw. transformacji ustrojowej neokapitalizm. Jeśli zatem ktoś krzyczy „raz sierpem, raz młotem”, to znaczy, że nie rozumie jakie są współczesne problemy społeczne i polityczne. To znaczy, że albo jest politycznym analfabetą, albo afirmuje reprywatyzację i prywatyzację, zapaść służby zdrowia, pauperyzację dużej części społeczeństwa, brak polskiego sektora bankowego i ogólnie brak suwerenności gospodarczej.

Trudno też zrozumieć hasło „My chcemy Boga” w połączeniu z symboliką krzyża celtyckiego, która ma otwarcie antykatolicki wydźwięk. Dla ruchów skrajnie prawicowych i neonazistowskich w Europie Zachodniej krzyż celtycki symbolizuje bowiem wyższość ludów germańskich o protestanckim rodowodzie nad innymi narodami. Dla niektórych ruchów white pride, odrzucających chrześcijaństwo jako „religię żydowską”, krzyż celtycki jest też symbolem neopogańskim, identycznie jak wcześniej swastyka.

Więcej o politycznej kuchni Marszu Niepodległości powie nam jednak inne hasło na nim prezentowane. Mianowicie hasło „Biała Europa braterskich narodów”. Ale tylko wtedy, gdy zestawimy to hasło z ukraińskimi nacjonalistami, którzy maszerowali w tegorocznym Marszu Niepodległości pod niebiesko-żółtymi flagami Ukrainy. Nie jest tajemnicą, że np. dla Narodowego Odrodzenia Polski to „braterstwo narodów” białej Europy sprowadza się do braterstwa z banderowcami. NOP od dawna z nimi współpracuje. Do kontaktów z „ukraińskimi narodowcami” przyznał się też swego czasu Krzysztof Bosak z Ruchu Narodowego i Młodzieży Wszechpolskiej. Ktoś w każdym razie Ukraińców na Marsz Niepodległości zaprosił, bo raczej sami się nie zaprosili.

No i w końcu kwestia identyfikacji politycznej uczestników Marszu Niepodległości jako „narodowców”. Dziwne to słowo, dziwnie brzmiące w języku polskim. Mnie się kojarzy z rosyjskimi narodnikami, czyli XIX-wiecznymi socjalistami agrarnymi z organizacji Ziemla i Wola. W języku polskim są słowa nacjonalizm i nacjonaliści. Czy nacjonaliści ukrywający się pod dziwnym określeniem „narodowcy” wstydzą się tego, że są nacjonalistami, czy znowu chcą zakamuflować jakąś inną treść? Pytanie to wymusza kolejne: czy hasła i treści głoszone podczas Marszu Niepodległości mają coś wspólnego z polską myślą narodową, czy w ogóle owi „narodowcy” z MW i ONR do tej myśli się odwołują?

Myślę, że odpowiedź na to nie jest trudna. Powiem krótko i zwięźle: te kilkadziesiąt tysięcy ludzi wyprowadzanych co roku na ulice Warszawy w tzw. Marszu Niepodległości, to jest stado prowadzone na rzeź. Jeżeli ktoś występuje z hasłem „My chcemy Boga” i dokłada do tego „raz sierpem, raz młotem”, to znaczy, że w ogóle nie potrafi sformułować żadnego programu politycznego. Nie potrafi zidentyfikować przyczyn swojego położenia społecznego i powiązać tego z konkretnym programem politycznym. Jest po prostu politycznym analfabetą. Takim właśnie ludziom podsuwane są hasła i treści stojące w jaskrawej sprzeczności z tym hasłem przewodnim, jak i całą narodowo-patriotyczną dekoracją.

Podsuwają im je ci, którzy stoją za plecami organizatorów Marszu Niepodległości i którzy – nie mam co do tego wątpliwości – nie są żadnymi „antysystemowcami” (kolejny potworek słowny), ale ludźmi odpowiedzialnymi za obecny stan Polski. Autentyczne niezadowolenie i frustracja młodzieży zdegradowanej przez tzw. transformację ustrojową, na swój sposób patriotycznej, ale pogrążonej w politycznym analfabetyzmie, są prowadzone na polityczne manowce, w kierunku niegroźnym dla tych, przeciwko którym to niezadowolenie mogłoby być skierowane.

Tak oto cyniczni reżyserzy tego widowiska wiodą stado na rzeź. Zwykle ta rzeź następuje co cztery lata przy urnach wyborczych, dzięki czemu cięgle jest tak jak było. Gorzej, gdy w końcu będzie to rzeź autentyczna, gdy ci ludzie zostaną pchnięci do jakichś działań antypolskich z wojną na Wschodzie włącznie.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 listopada 2017 r.

 

Ukrpol zamiast Intermarium

W Rosji gościła z oficjalną wizytą prezydent Chorwacji Kolindra Grabar-Kitarović. 18 października spotkała się w Soczi z Władimirem Putinem. Rozmowy dotyczyły głównie spraw gospodarczych. Grabar-Kitarović zadeklarowała, że Chorwacja chciałaby rozszerzyć współpracę gospodarczą z Rosją i opowiada się za uchyleniem unijnych sankcji nałożonych na ten kraj[1]. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że Chorwacja jest uważana za kluczowy kraj tzw. bloku Trójmorza, którego orędownikiem jest obóz rządzący w Polsce. W lipcu, podczas szczytu Trójmorza w Warszawie i wizyty Donalda Trumpa, zwracano uwagę na znaczenie terminalu LNG, który ma powstać na chorwackiej wyspie Krk. Uznano, że razem z gazoportem w Świnoujściu będzie on stanowił kluczowy element w doprowadzeniu do uniezależnienia energetycznego Europy Środkowej od Rosji.

Tymczasem deklaracja prezydent Grabar-Kitarović o poszerzeniu współpracy gospodarczej z Rosją, w sytuacji gdy Gazprom zapewnia połowę zapotrzebowania Chorwacji na gaz, stawia tę sprawę w zupełnie innym świetle. Podczas wystąpienia na konferencji prasowej po spotkaniu z prezydentem Putinem Grabar-Kitarović podkreśliła, że Trójmorze nie zamyka drogi do współpracy z Rosją.

„Inicjatywa Trójmorza jest nieformalną platformą polityczną państw Europy Środkowej i Wschodniej, za pomocą której promowane są więzi europejskie i współpraca ekonomiczna, poprzez budowę infrastruktury transportowej i energetycznej (…)” – tłumaczyła Grabar-Kitarović.

„Chciałam podkreślić, że ta inicjatywa jest przede wszystkim »dla«, a nie »przeciw«. Została zaprojektowana dla wzmacniania więzi. Międzymorze jest bardzo często oskarżane o bycie inicjatywą skierowaną przeciw Rosji, jednak samo w sobie nie jest tak antyrosyjskie czy antyniemieckie” – dodała następnie prezydent Chorwacji.

„Trójmorze nie jest koniem trojańskim Stanów Zjednoczonych. Ta inicjatywa jest otwarta na współpracę wszystkich krajów, w tym wielu państw trzecich jak Chiny czy inne kraje Unii Europejskiej, które zdążyły już wyrazić pragnienie dołączenia do tego projektu. Dlaczego nie może wśród nich być Rosji?” – zapytała prezydent Chorwacji.

„Rosja jest niepomijalnym partnerem przy rozwiązywaniu różnych problemów czy dyskusji na temat światowego bezpieczeństwa. Jako członek Unii Europejskiej i NATO Chorwacja popiera otwarty dialog pomiędzy Rosją i Ukrainą” – podkreśliła Grabar-Kitarović[2].

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na to, że pani Grabar-Kitarović wywodzi się z Chorwackiej Wspólnoty Demokratycznej – partii założonej w 1989 roku przez Franjo Tudźmana, będącej przynajmniej w latach 90. XX wieku epigonem ruchu ustaszowskiego. Epigoni ustaszy potrafią zatem realistycznie spojrzeć na Rosję. Nie są natomiast do tego zdolni epigoni piłsudczyzny w Polsce.

To co powiedziała w Soczi Kolindra Grabar-Kitarović jest szokujące przede wszystkim dla obozu rządzącego w Polsce. Milczenie ze strony jego polityków i mediów w tej sprawie dowodzi tylko wysokiego poziomu tego szoku. Wizja Trójmorza, zaproponowana przez prezydent Chorwacji, jest całkowicie sprzeczna z wizją polityków polskich – zarówno z PiS, jak i opozycji liberalnej – postrzegających rzeczywistość przez pryzmat prometeizmu i giedroycizmu. Trójmorze (Międzymorze, Intermarium) w rozumieniu prezydenta Dudy, premier Szydło, Jarosława Kaczyńskiego, ministra Waszczykowskiego, Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, „Gazety Polskiej”, Klubu Jagiellońskiego, ale także „Nowej Europy Wschodniej” i innych think-tanków związanych z obozem liberalnym ma być właśnie koniem trojańskim Stanów Zjednoczonych w Europie.

Miałby to być blok pod przewodnictwem Polski, powiązany gospodarczo i militarnie z USA, skierowany politycznie przeciw Rosji i Niemcom, działający na rzecz osłabienia dominacji Niemiec w UE, dążący do wyparcia Gazpromu z Europy Środkowej na rzecz dostaw gazu z USA, wspierający i realizujący politykę amerykańską na obszarze poradzieckim, zmierzającą do wypchnięcia Rosji z tego obszaru (głównie z Ukrainy). A więc zupełnie przeciwnie niż to zadeklarowała prezydent Grabar-Kitarović.

Politycy polscy wyobrażają sobie Trójmorze na wzór dominacji dynastii Jagiellonów w Europie Środkowo-Wschodniej w drugiej połowie XV wieku, kiedy Jagiellonowie panowali w Polsce, na Litwie, Węgrzech i w Czechach. Wizja ta jest im od kilkunastu lat podsuwana przez George’a Friedmana – właściciela i dyrektora generalnego agencji Stratfor. Konsekwentnie buduje on w swoich publikacjach i wystąpieniach miraż polskiej mocarstwowości, tak miły dla polskiej próżności. Polscy politycy chętnie takie miraże przyjmują, ponieważ nadal żyją w wieku XIX i przygotowują się do kolejnego powstania przeciw Rosji.

Jednakże pani Grabar-Kitarović, a także Viktor Orban wyobrażają sobie Trójmorze zupełnie inaczej. Nie jako blok polityczny ściśle związany z USA i narzędzie polskiej dominacji mocarstwowej w Europie Środkowej, ale jako płaszczyznę suwerennej współpracy i wzajemnego wsparcia państw tego obszaru. Nie jako amerykańskie ostrze wymierzone w Rosję, ale jako platformę współpracy gospodarczej, a niewykluczone, że i politycznej z Rosją i Chinami. Dla nich – w przeciwieństwie do Warszawy – kryzys ukraiński jest tylko przejściowym epizodem w relacjach europejsko-rosyjskich, a nie powodem do izolacji Rosji.

Żaden z przywódców europejskich nie zintensyfikował ostatnio wzajemnych kontaktów z Moskwą tak jak Viktor Orban – wciąż jeszcze komplementowany przez obóz rządzący w Polsce. O ile polska prawica zamroziła wszelkie stosunki z Rosją, podejmując w tym celu nawet radykalne działania w dziedzinie pamięci historycznej, to Orban działa w kierunku całkowicie przeciwnym. Utrzymanie antyrosyjskich sankcji, a nawet ich rozszerzenie, stanowi fundament polskiej polityki wobec Rosji, gdy tymczasem Orban, Grabar-Kitarović, czy przywódcy Czech i Słowacji – od dawna postulują ich zniesie.

Wzmocnienia tendencji prorosyjskich na obszarze Trójmorza należy się spodziewać patrząc na wyniki październikowych wyborów parlamentarnych w Austrii i Czechach. W krajach tych umocnili swoją pozycję politycy postrzegani jako prorosyjscy (Sebastian Kurz, Andrej Babisz). Kurz wzywał do cofnięcia sankcji wobec Rosji, a jego ewentualny koalicjant – Heinz-Christan Strache (lider Wolnościowej Partii Austrii) – uznaje Krym za rosyjski. Zauważył to z przerażeniem Jerzy Targalski – jeden z czołowych mentorów obozu polskiej rusofobii – w wywiadzie udzielonym Dorocie Kani. „Rosja próbuje zostać »przywódcą« ruchów prawicowych i centrowych na świecie, pokazując że jest opoką, na której można się wesprzeć przeciwko degeneratom z lewicy” – stwierdził Targalski, postrzegając wybory w Austrii i Czechach w kategoriach spisku rosyjskiego[3]. Gdyby ludzie z „Gazety Polskiej” nie udzielali wywiadów tylko w swoim gronie, to może potrafiliby zauważyć też coś innego.

Na izolację Polski z powodu jej polityki antyrosyjskiej zwrócił uwagę Leszek Miller – jedyny polski uczestnik XIV sesji Klubu Wałdajskiego w Soczi. „Rusofobia stała się oficjalną doktryną państwową, ustały kontakty na wszystkich piętrach władz, a straszenie Rosją stało się obowiązkową codziennością. Moskwa z kolei nie widzi Polski z wysokości Kremla i nie umieszcza jej w swojej globalnej strategii. Nikt z występujących oficjeli i ekspertów nie odnosił się do naszego kraju i nikt o nic nie pytał” – tak opisał swoje refleksje Leszek Miller po powrocie z Soczi[4].

Wypowiedzi Millera nikt w obozie prawicowym nie zrozumiał, o czym świadczą już same tytuły z prawicowych mediów: „Co robił Leszek Miller w Rosji?” (portal Międzymorza Jagiellonia oraz Fronda.pl), „Leszek Miller z wizytą w Moskwie. Oskarżenia wobec Polski i ciepłe słowa o Putinie” (PCh24.pl), „Leszek Miller chwali w Moskwie Władimira Putina” (rp.pl), „Miller się pogrąża (w Rosji)” („Gazeta Polska Codziennie”).

„Ciągnie wilka do lasu. Ostatnia wizyta Leszka Millera w Rosji i to, co o niej wiadomo, pokazuje, że nie ma dla byłych komunistycznych działaczy miejsca bardziej komfortowego niż otoczenie kremlowskich notabli, rosyjskiego oligarchatu i ludzi ze środowiska postsowieckich służb specjalnych” – zaczyna tradycyjną mantrę gazetopolską Wojciech Mucha w „GPC”[5]. Krótko mówiąc: agent Rosji. Tyle ma do powiedzenia i tyle zawsze będzie mieć do powiedzenia rządząca prawica o każdym kto spróbuje zwrócić uwagę na sprawy oczywiste w stosunkach polsko-rosyjskich.

W świetle powyższych faktów nie ulega wątpliwości, że odpływa w dal wizja Trójmorza jako narzędzia polskiej mocarstwowości w konfrontacji z Rosją i Niemcami. Poza Polską i państwami bałtyckimi nikt bowiem na obszarze Trójmorza nie podziela polskiej rusofobii. Nie powinno dziwić zatem, że ze strony Warszawy nastąpiła ostatnio intensyfikacja relacji z Ukrainą i Litwą. Proukraińskiej i prolitewskiej linii polityki polskiej nie jest w stanie powstrzymać nawet antypolska polityka Litwy i Ukrainy.

MSW Litwy właśnie opracowuje plan nowego podziału administracyjnego i zamierza zlikwidować samorząd wileński – jeden z dwóch największych polskich samorządów na Litwie[6]. Nic to. Warszawa nadal grzecznie nie wspomina w oficjalnych kontaktach o dyskryminacji mniejszości polskiej na Litwie.

Znacznie gorzej ta asymetria przedstawia się w stosunkach z Ukrainą. W październiku wizyty w Kijowie złożyli wicemarszałek Senatu i wicepremier Gliński. Z nowymi deklaracjami proukraińskimi wystąpił też minister Waszczykowski. W zamian otrzymali sprzeciw Kijowa wobec ekshumacji ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.

Portal Kresy.pl ustalił, że znajdujący się w trudnej sytuacji ekonomicznej ZUS będzie wypłacał emerytury pracującym w Polsce Ukraińcom także za czas pracy na Ukrainie[7]. Pieniądze przeznaczone na emerytury dla Ukraińców będą w całości pochodziły z polskich składek i nie zostaną w żaden sposób zrekompensowane przez stronę ukraińską. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przyznało też, że dopłaca do minimalnych emerytur Ukraińcom pracującym w Polsce[8]. Tym samym Polska wzięła na siebie utrzymanie systemu emerytalnego na Ukrainie, który tam faktycznie zbankrutował z powodu rozgrabienia go przez oligarchów. Politycy PiS, którzy robią Ukraińcom taki prezent równocześnie radzą strajkującym lekarzom, żeby wyjeżdżali z Polski lub pracowali dla idei. Przepompowywanie pieniędzy polskiego podatnika na Ukrainę, mające miejsce co najmniej od 2014 roku, przestaje być już tajemnicą poliszynela.

Polski IPN konferuje ze swoim ukraińskim odpowiednikiem (V Polsko-Ukraińskie Forum Historyków w Czerkasach, 19-22.10.2017) w sytuacji, gdy strona ukraińska neguje lub relatywizuje ludobójstwo wołyńsko-małopolskie, uniemożliwia jego upamiętnienie i gloryfikuje jego sprawców. Właściwie nie wiadomo o czym z takim partnerem można debatować. O przystosowaniu się do ukraińskiej polityki historycznej? Przytomnie zauważył to prezes polskiego IPN[9]. Nie chce jednak tego widzieć obóz rządzący.

Oficjalnie nie widzi się problemów, jakie stwarza rosnąca imigracja ukraińska do Polski, w tym coraz bardziej drastycznych przypadków przestępstw kryminalnych ze strony imigrantów ukraińskich. Nie dostrzega się tego, że nie integrują się oni z Polakami, a wielu z nich – zindoktrynowanych ideologią nacjonalistyczną – jest do Polski nastawionych wrogo. Sejmowa większość blokuje inicjatywy ustawodawcze zmierzające do zakazania propagowania na terytorium Polski ideologii banderowskiej. Padają – zwłaszcza ze strony obozu liberalnego – nieodpowiedzialne propozycje przyznania imigrantom ukraińskim obywatelstwa, uznania języka ukraińskiego za drugi język urzędowy we Wrocławiu i w Poznaniu, a nawet nadania Ukraińcom płacącym w Polsce podatki prawa głosu w wyborach samorządowych[10]. Najwyraźniej PO liczy na to, że ukraińscy imigranci staną się jej elektoratem.

Ani ze strony PiS, ani PO nie ma żadnej refleksji historycznej. A historia pokazuje, że Ukraińcy nigdy nie potrafili stworzyć i utrzymać swojego państwa. Byli natomiast mistrzami destabilizacji innych państw, zwłaszcza II RP i Polski powojennej. Wymowny jest zwłaszcza stosunek Warszawy do ukraińskiej ustawy oświatowej, która dyskryminuje mniejszości narodowe. Węgry i Rumunia uznały tę ustawę za uderzenie w szkolnictwo swoich mniejszości narodowych i zapowiedziały blokadę integracji Ukrainy z UE. Warszawa nie tylko się do nich nie przyłączyła, ale uznała, że prawa polskiej mniejszości na Ukrainie nie są jakoby zagrożone przez reformę oświaty. Jeśli do tego dodać, że Warszawa nie sprzeciwia się też wyraźnie gloryfikacji oprawców z OUN i UPA na Ukrainie i nie żąda wyjaśnienia antypolskich incydentów z pierwszej połowy tego roku, to można z całą pewnością przyznać, że klęczy na kolanach przed Kijowem.

Odpowiedzią ze strony ukraińskiej na wszystkie dobrodziejstwa strony polskiej są peany prezydenta Poroszenki na cześć UPA z okazji święta państwowego 14 października, odmowa zgody na przeprowadzenie ekshumacji ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego oraz skandaliczny wywiad byłego prezydenta Juszczenki dla RMF FM, w którym postawił na jednej płaszczyźnie AK i UPA, Banderę i Piłsudskiego oraz pogroził, żeby nie pouczano Ukraińców, kto ma być ich bohaterem[11].

Poroszenko z kolei dał jasno do zrozumienia jak ceni sobie partnerstwo z Polską, kiedy uroczyście otworzył w czerwcu ruch bezwizowy pomiędzy Ukrainą a UE na przejściu granicznym ze Słowacją.

Wygląda zatem na to, że zamiast mocarstwowej koncepcji Intermarium rządzącej prawicy przyszło realizować koncepcję Ukrpolu Adama Michnika jako Intermarium zastępczego. Tę koncepcję rusofobiczna prawica też sobie przyswoiła i też ubrała ją w mocarstwowy kostium. Na jej portalach można bowiem dużo poczytać o rzekomej konieczności odbudowy Rzeczypospolitej Obojga Narodów itp. Już teraz widać jednak, że będzie to Ukrpol ze stolicą w Kijowie, w którym Polska będzie podporządkowana Ukrainie i przez nią eksploatowana, a nie odwrotnie.

[1] Spotkanie prezydentów Chorwacji i Rosji w Soczi. Zagrzeb chce rozszerzyć współpracę gospodarczą, http://www.kresy.pl, 20.10.2017.

[2] Prezydent Chorwacji do Putina: Trójmorze może współpracować z Rosją, http://www.kresy.pl, 22.10.2017.

[3] Dr Targalski o wyborach w Austrii i Czechach: ujawniają się tendencje prorosyjskie, http://www.polskieradio.pl, 14.10.2017.

[4] Leszek Miller: Moskwa nie widzi Polski z wysokości Kremla, http://www.pl.sputniknews.com, 24.10.2017.

[5] W. Mucha, „Miller się pogrąża (w Rosji)”, „Gazeta Polska Codziennie” nr 1862 z 26.10.2017.

[6] Litwa zamierza zlikwidować jeden z dwóch samorządów rządzonych przez polską mniejszość, http://www.kresy.pl, 23.10.2017.

[7] ZUS potwierdza: polscy podatnicy sfinansują Ukraińcom emerytury za lata przepracowane na Ukrainie. Rząd nabiera wody w usta, http://www.kresy.pl, 17.10.2017.

[8] Sejm: ministerstwo przyznaje, że ZUS dopłaca do minimalnych emerytur dla Ukraińców pracujących w Polsce., http://www.kresy.pl, 26.10.2017.

[9] Dr Szarek: nie widzę możliwości dalszej współpracy z Ukrainą, http://www.magnapolonia.org, 26.10.2017.

[10] D. Patrejko, „Do czego prowadzi logika ukrainofilów”, http://www.prawy.pl, 23.10.2017.

[11] Juszczenko: niech Polacy nie pouczają Ukraińców, kto ma być ich bohaterem, http://www.kresy.pl, 23.10.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 1 listopada 2017 r.

„Myśl Polska” nr 45-46 (2161/62), 5-12.11.2017, s. 6-7

Odszedł Antoni Mariański (1927-2017)

Nie miałem okazji poznać Go osobiście, ale mieliśmy kontakt mailowy. Antoni Mariański (1927-2017) walczył z UPA całe życie. Najpierw w 27. Wołyńskiej Dywizji AK. Potem jako nieugięty obrońca prawdy o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim.

W swoich artykułach i książkach pokazywał prawdziwe oblicze nacjonalizmu ukraińskiego i przestrzegał przed jego odrodzeniem, demaskował rzeczywistą działalność mniejszości ukraińskiej w Polsce oraz rewizjonistyczny i negacjonistyczny charakter publicystyki jej organu prasowego – „Naszego Słowa”. Publikował m.in. w kwartalniku „Wołyń i Polesie”, gdzie ja też publikowałem. Wiem, że podobało mu się to, co pisałem i mnie również podobały się Jego artykuły.

Po śmierci redaktor naczelnej Haliny Ziółkowskiej-Modły (1924-2015) przesłał mi kilka swoich tekstów mając nadzieję, że ja będę kontynuował wydawanie kwartalnika. Niestety przerastało to moje możliwości. Wtedy zaczął publikować w „Myśli Polskiej”, gdzie ja również publikowałem. Tak oto nie znając się osobiście byliśmy nadal razem. Po tej samej stronie, walcząc w tej samej Sprawie. Wydaje się dzisiaj, że przegranej – patrząc na renesans banderowski na Ukrainie oraz bezmyślną, szkodliwą i antypolską politykę wiodących sił politycznych w Polsce i ich mediów. Ale wiedzieliśmy, że mimo, iż nasz głos jest głosem wołającego na puszczy, musimy trwać na posterunku walki o Pamięć męczeństwa ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.

Walki przeciw relatywizacji, zakłamywaniu i negowaniu tej zbrodni, walki z odradzającymi się dzisiaj upiorami przeszłości, walki z bezmyślnością tych, którzy mówią, że wolą Ukrainę banderowską od „sowieckiej”. Antoni Mariański wytrwał w tej walce do końca. Zmarł 27 października 2017 roku. 31 października w Dąbrowie Niemodlińskiej w powiecie opolskim miał miejsce Jego pogrzeb.

Był synem Leona (1892-1967) i Bronisławy z Sakowiczów (1902-1993) – rolników ze wsi Zasmyki, położonej 15 kilometrów na południe od Kowla. Miał liczne rodzeństwo: dwóch braci i trzy siostry. Rodzina ta miała szczęście, bo w całości przeżyła ludobójstwo ukraińskie na Wołyniu, ale koszmar wydarzeń, które rozgrywały się na jej oczach, zostawił szczególnie trwały ślad w pamięci dwóch braci Mariańskich. Antoni Mariański ukończył po wojnie Politechnikę Warszawską i osiadł w Nysie, a potem w Opolu. Prowadził renowację obiektów sakralnych i budował nowe świątynie na Dolnym Śląsku. Był m.in. głównym budowniczym kościoła pod wezwaniem bł. Czesława w opolskiej dzielnicy Zaodrze oraz Drukarni św. Krzyża w Opolu.

Najważniejsza część Jego publicystyki z „Myśli Polskiej”, „Na Rubieży”, „Naszego Dziennika”, „Wołynia i Polesia” oraz innych periodyków, a także wspomnień, została opublikowana w ośmiu tomach zatytułowanych „Niechciana prawda” (wydanych własnymi środkami). W przedmowie do czwartego tomu „Niechcianej prawdy” napisał, że „(…) na przestrzeni tych ponad sześćdziesięciu lat nastąpiły wprost niewyobrażalne zmiany faktów z czasów II wojny światowej. Świadkowie z czasów wojny ze zdumieniem patrzą na przekręty i fałszerstwa dokonane przez rządzących”.

To jest testament, który pozostawił Antoni Mariański – świadek ludobójstwa banderowskiego na narodzie polskim, żołnierz 27. Wołyńskiej Dywizji AK i publicysta kresowy. Ta publicystyka jest dowodem ogromnego zaangażowania Antoniego Mariańskiego w dokumentowanie zbrodni banderowskich na Kresach Wschodnich II RP. Wydaje się niewiarygodne, że inżynier budowlaniec wykonał taki ogrom pracy historycznej, popularyzatorskiej i polemicznej. Pracy, którą powinni wykonać zawodowi historycy – pracownicy uniwersytetów i IPN. Są to publikacje napisane z pasją i z ogromnym talentem publicystyczno-polemicznym.

Antoni Mariański dołączył tym samym do grona wybitnie zasłużonych strażników pamięci o zagładzie Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, takich jak Wiktor Poliszczuk, Czesław Partacz, Ewa i Władysław Siemaszkowie, Mieczysław Samborski, Szczepan Siekierka, czy Lucyna Kulińska. Bez ich ogromnej pracy prawda o ludobójstwie na Kresach byłaby o wiele łatwiejsza do przemilczenia i zakłamania.

Antoni Mariański pisał swoje teksty w czasach, gdy zamazywano prawdę o zbrodniach banderowców na Wołyniu, gdy ówczesne władze polskie unikały jak ognia obarczania nacjonalistów ukraińskich winą za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie. Miał odwagę podjąć odważną polemikę z ukraińskim periodykiem „Nasze Słowo”, a także ze stanowiskiem ministrów spraw zagranicznych Polski Radosława Sikorskiego i Grzegorza Schetyny oraz wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jacka Protasiewicza.

Wybitnym publicystą kresowym był również Jego brat – Leon Mariański (1923-2002), autor książki „Od Zasmyk do Skrobowa. Przeciw UPA na śmierć i życie. Wołyń – w szponach trzech wrogów. Wspomnienia żołnierza z oddziału »Jastrzębia«, który przeszedł szlak z 27. Wołyńską Dywizją Piechoty AK od samoobrony w Zasmykach do rozbrojenia w Skrobowie” (wydanie pierwsze, Opole 1994). Tę obszerną (488 stron), ilustrowaną unikatowymi fotografiami publikację wydał pod nazwiskiem Leon Karłowicz. Takie nazwisko przyjął w 1945 roku w Lublinie, aby ukryć swoją akowską przeszłość i działalność konspiracyjną na Wołyniu.

Leon Mariański pod nazwiskiem Karłowicz ukończył Katolicki Uniwersytet Lubelski i przez ponad 35 lat uczył historii i języka polskiego w Technikum Pszczelarskim w Pszczelej Woli koło Lublina. Oprócz wymienionej publikacji był autorem 25 książek historyczno-wspomnieniowych i tomików wierszy oraz dwóch rozpraw naukowych o pszczelarstwie.

Antoni Mariański z synami Krzysztofem (ur. 1958 r.) i Stanisławem (ur. 1960 r. ). Fot. www.plus.nto.pl

Antoni Mariański z synami Krzysztofem (ur. 1958 r.) i Stanisławem (ur. 1960 r. ). Fot. http://www.plus.nto.pl

Leon Mariański (pierwszy z lewej), jego żona Alicja ze Scelinów, teściowa (siedzi) Maria Scelinowa (1904-1973) oraz Wanda (lwowianka) i jej mąż Tadeusz Scelina, dyrektor Fabryki Silników „Besel” w Brzegu. Brzeg, 1948 r. Fot. www.plus.nto.pl

Leon Mariański (pierwszy z lewej), jego żona Alicja ze Scelinów, teściowa (siedzi) Maria Scelinowa (1904-1973) oraz Wanda (lwowianka) i jej mąż Tadeusz Scelina, dyrektor Fabryki Silników „Besel” w Brzegu. Brzeg, 1948 r. Fot. http://www.plus.nto.pl

Antoni Mariański w ostatnich latach życia. Fot. www.isakowicz.pl

Antoni Mariański w ostatnich latach życia. Fot. http://www.isakowicz.pl

 

To dzięki takim ludziom ja Leon Mariański i Antoni Mariański przetrwała prawda o 27. Wołyńskiej Dywizji AK oraz nie powiódł się różnym siłom politycznym w Polsce zamiar przemilczenia i zakłamania prawdy o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim. Pamięć o Ich zasługach jest naszym drugim obowiązkiem obok kontynuowania testamentu Ich życia – walki o Pamięć ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 31 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2163/64), 19-26.11.2017, s. 19

Odpowiedź na atak Leszka Żebrowskiego

Mój artykuł „Brygada Świętokrzyska. Hitlerowscy kolaboranci na sztandarach prawicy” („Przegląd” nr 40/2017; na moim blogu pt. „Taniec na linie, nad przepaścią”) wywołał reakcję Leszka Żebrowskiego – prawicowego publicysty, który od wielu lat zajmuje się gloryfikacją NSZ. Reakcji tej nie można nazwać polemiką. Jest to agresywny atak i w związku z tym nie powinienem na to odpowiadać. Odpowiem jednak, ponieważ język i filozofia tego publicysty nie są przypadkiem odosobnionym. Stanowią standard dla salonu IV RP i dlatego warto je przybliżyć. 5 października na swoim profilu na Facebooku Żebrowski zamieścił bardzo długi i siermiężny tekst pt. „Historyk Bohdan Piętka histerycznie w piętkę goni. Jak elementarna nieznajomość historii czyni pożytecznego (lub, jak kto woli – szkodliwego) idiotę”.

W tekście tym żmudnie wyliczył przykłady mojej nieznajomości historii, a raczej przykłady mijania się przeze mnie z interpretacją historii właściwą dla jego środowiska politycznego. Nazwał mnie pieszczotliwie „członkiem”, a mój artykuł „wypracowaniem” oraz stwierdził, że wolę „widzieć wyłącznie własne pięty, nie sięgając umysłem dalej”. Na koniec zdemaskował pisma, w których publikuję. „Przegląd” – zdaniem Żebrowskiego – został założony przez „czołowego propagandystę PRL Mieczysława F. Rakowskiego” z „pieniędzy kradzionych przez komunę nie mającym nic do powiedzenia Polakom”. Natomiast „Myśl Polska” jest „klasycznym przykładem chamokomuny” (frakcji moczarowskiej). Wiadomo już zatem kim jestem – epigonem Mieczysława F. Rakowskiego i moczarowskiej chamokomuny.

Pod tekstem Żebrowskiego pojawiło się kilkadziesiąt wpisów, podpisanych imieniem i nazwiskiem, przeważnie agresywnych. Bezczelny postbolszewik, komunistyczny bełkot, śmieć, bydlak, swołocz, cham, – to pierwsze z brzegu przykłady określeń, jakie zostały wobec mnie użyte przez czytelników Żebrowskiego. „Przegląd” został nazwany „gniazdem żydobolszewii”. Ktoś zasugerował, że jestem wnukiem morderców żołnierzy NSZ. Większość komentujących domagała się postawienia mnie przed sądem za szarganie dobrego imienia „polskich patriotów”. Wtórował im Żebrowski, który stwierdził, że „potrzebne są prawdziwe sądy i zdrowy system prawny” oraz „bierzmy się wszyscy do pracy, bo chamokomuna wyłazi z czerwonego podziemia!”. Były też propozycje radykalniejsze. Pewna pani napisała, że „nie ma mu kto przyłożyć z liścia”, a pewien pan, że chciałby „dopaść osobiście takiego skurwiela”.

Wywołanie takiej agresji w stosunku do mnie przez Żebrowskiego może dziwić zważywszy, że mój artykuł z „Przeglądu” jest wyważony. Starałem się w nim pokazać również pozytywne karty z działalności NSZ, w tym także jeśli chodzi o stosunek niektórych członków tej organizacji do Żydów, odbiegający od oficjalnej ideologii Grupy „Szańca”. Z mojego tekstu jasno wynika, że kolaboracja z Niemcami była dziełem mniejszościowego odłamu NSZ. O wiele ostrzejsze oceny od moich sformułował Adam Śmiech w artykule „Problem NSZ i obóz narodowy”, którego pierwsza część została opublikowana w numerze 43-44/2017 „Myśli Polskiej” – organu prasowego chamokomuny, albo – jak się wyrażają inni przedstawiciele „obozu patriotycznego” – endokomuny.

Naprawdę więc zdumiewa stwierdzenie Żebrowskiego, że jakoby piszę o NSZ „gorzej niż sługusy Stalina”, a mój artykuł to „prostacki paszkwil”. Swój ostrzał tego „prostackiego paszkwilu” zaczyna od zdjęć. Wyjaśnić trzeba w tym miejscu, że to redakcja „Przeglądu” dokonała ich wyboru i opatrzyła je podpisami. Zdaniem Żebrowskiego zdjęcie przedstawiające żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej na kursie spadochronowym zorganizowanym przez Niemców w Pradze to „cios w starym sprawdzonym, stalinowskim stylu”. Jego zdaniem zdjęcie to nie zostało zrobione w marcu 1945 roku w Pradze i nie przedstawia uczestników wspomnianego kursu spadochronowego. Niestety sam nie podaje gdzie zostało zrobione i co przedstawia poza żołnierzami NSZ, których nazwiska wymienia. Jego furię budzą też zdjęcia przedstawiające Huberta Jurę „Toma” i ofiary zbrodni NSZ w Wierzchowinach. Pisze, że ustalenie tożsamości Huberta Jury „Toma” zostało „żywcem wzięte z zatęchłych elaboratów bezpieki”. Nie wyjaśnia jednak dlaczego tak twierdzi. Neguje też odpowiedzialność NSZ za mord w Wierzchowinach, co jest o tyle ciekawe, że wątpliwości co do sprawstwa tej zbrodni zgrupowania NSZ Mieczysława Pazderskiego „Szarego” nie mają ani IPN, ani prof. Grzegorz Motyka i dr Mariusz Zajączkowski z PAN.

Żebrowski zarzuca mi „ględzenie o «walkach bratobójczych» z Armią Ludową”. Swoje stanowisko formułuje w stylu zdradzającym dość specyficzne poglądy polityczne i historyczne: „Czy komunistyczni zdrajcy, nieuznający w ogóle Polskiego Państwa Podziemnego (…), pospolici złodzieje świń i ubrań damskich oraz ubranek dziecięcych, to byli «bracia»? Dla kogo? (…). Jeśli komunę można nazwać «braćmi», to mogą to czynić niemieccy naziści, z racji ideologicznego pokrewieństwa. No i bezkrytyczni miłośnicy sowieckiej okupacji i popełnionych wówczas masowych zbrodni ludobójstwa”. Ja zapewne zaliczam się do tych drugich.

Wściekłość Żebrowskiego wzbudziło też to, że za drugą największą organizację podziemną w okupowanej Polsce uważam nie NSZ, ale Bataliony Chłopskie. Sugeruje, że podając ich liczebność w wysokości 170 tys. ludzi oparłem się podobno na Wikipedii, czyli „specyficznym źródle wiedzy”, które dyskwalifikuje historyka i dlatego nie powołałem się na nie otwarcie. Niezupełnie, bo także „Wielka Encyklopedia PWN” z 2001 roku podaje, że BCh „liczyły ok. 170 tys. żołnierzy i były drugą pod względem wielkości organizacją zbrojną pol. konspiracji”. Liczbę tę podaje również „Słownik historii Polski i świata” autorstwa m.in. prof. Ryszarda Kaczmarka i prof. Marka Paździory oraz dr hab. Kazimierza Miroszewskiego i dr hab. Piotra Greinera (Katowice 2005).

Dla Żebrowskiego nagle stają się wiarygodni historycy ruchu ludowego z okresu PRL, którzy nie podawali wtedy liczby 170 tys. żołnierzy BCh (żeby nie umniejszać znaczenia AL). Najbardziej jednak wiarygodny jest dla niego hitlerowski gen. Reinhard Gehlen (1902-1979), który wystawił niepochlebną opinię BCh i bardzo pochlebną NSZ („najsprawniej zorganizowany i najbardziej sprężyście dowodzony nielegalny polski związek zbrojny”). Żebrowski nie informuje przy tym swoich czytelników, że Reinhard Gehlen był w Sztabie Generalnym Wehrmachtu szefem wydziału Obce Armie Wschód, który odpowiadał m.in. za współpracę z kolaborantami na wschodnim kierunku operacyjnym. Jego pozytywna opinia o NSZ potwierdza tylko zainteresowanie tą formacją ze strony niemieckich służb specjalnych pod kątem wciągnięcia jej do walki z ZSRR.

Tak pogardzane przez Żebrowskiego Bataliony Chłopskie powstrzymały niemiecką akcję wysiedleńczą na Zamojszczyźnie, realizowaną według założeń Generalnego Planu Wschodniego. Niemcy nazwali przeciwdziałanie wysiedleniu Polaków na Zamojszczyźnie ze strony polskiej partyzantki powstaniem zamojskim. BCh stoczyły wtedy z Niemcami dwie duże i zwycięskie bitwy po Wojdą (30 grudnia 1942 r.) i Zaborecznem (1 lutego 1943 r.). Skoro NSZ były podobno drugą największą organizacją polskiego podziemia, to dlaczego nie wzięły udziału w powstaniu zamojskim? Dlaczego NSZ nie wzięły też udziału w największych walkach stoczonych z Niemcami przez polską partyzantkę – pod Rąblowem (14 maja 1944 r.), w Lasach Janowskich (11-15 czerwca 1944 r.) i Puszczy Solskiej (16-26 czerwca 1944 r.)?

Szydzi Żebrowski, że zacytowałem opinię na temat NSZ płk. Jana Rzepeckiego, który „poszedł na całkowitą współpracę z komuną” (ale nie dodaje, że dopiero podczas śledztwa w MBP). Nie zauważa przy tym, że cytuję także opinię Zygmunta Zaremby oraz meldunki gen. Leopolda Okulickiego i lokalnego dowódcy AK o współpracy NSZ z Niemcami.

Ma do mnie pretensje o to, że wytknąłem mu, iż w artykule zamieszczonym w „Naszym Dzienniku” nie wspomniał o tym, że NSZ wywodziły się z Grupy „Szańca”, czyli ONR-ABC. Zaraz potem dodaje, że tacy członkowie Tymczasowej Narodowej Rady Politycznej (organ zwierzchni NSZ) jak Zbigniew Stypułkowski, August Michałowski i Ignacy Oziewicz nie byli działaczami ONR. Ale byli nimi Jerzy Olgierd Zawisza-Iłłakowicz, Otmar Wawrzkowicz i Stanisław Kasznica. Jeden z współtwórców i czołowych ideologów NSZ – prof. Karol Stojanowski (1895-1947) – był natomiast radykalnym antysemitą i zwolennikiem eugeniki.

W jednym się z Żebrowskim zgodzę. Niepotrzebnie wyodrębniłem „dobre” NSZ-AK i „złe” NSZ-ONR, ponieważ próbowałem doszukiwać się pozytywnych elementów w NSZ. Faktycznie przecież całe NSZ, przed i po rozłamie, wyznawały tę samą ideologię. Jaka to była ideologia, możemy się dowiedzieć z lektury numeru 3 (94) pisma „Szaniec” z 29 stycznia 1943 roku. Autor zamieszczonego tam tekstu („Jak w mądrym Rzymie”) ubolewa, że po wojnie „nie wymordujemy i nie przepędzimy” wszystkich mniejszości narodowych. Proponuje zatem „odrzucić bezwzględnie niedorzeczną równość obywatelską” i obywatelstwo przyznawać tylko wyselekcjonowanym członkom mniejszości narodowych. Uważa jednak, że Żydów „musimy się pozbyć bez wyjątku”[1]. Tak pisano w konspiracyjnej prasie NSZ, kiedy dymiły kominy i doły spaleniskowe Auschwitz, Stutthof, Majdanka, Chełmna nad Nerem, Bełżca, Treblinki i Sobiboru. Taka była ideologia i dojrzałość polityczna NSZ.

Szaniec nr 3 (94)-1

Szaniec nr 3 (94)-2

Nie jest też prawdą, że Edwarda Kemnitza i Sławomira Modzelewskiego – oficerów NSZ wyróżnionych po wojnie Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata – przypisałem do NSZ-AK. Albo pan Żebrowski nie przeczytał dokładnie, albo nie zrozumiał.

Najcięższym jego zarzutem jest to, że podobno idę „utartym szlakiem propagandy komunistycznej (i nie tylko) o rzekomych listach proskrypcyjnych działaczy lewicowych i ludzi żydowskiego pochodzenia”. Pyta się czy widziałem te listy proskrypcyjne i czy znam „konkretne przypadki likwidacji z takich pobudek”. Zaprzecza przy tym odpowiedzialności NSZ-ONR za mord na Ludwiku Widerszalu. Twierdzi również, że „Piętka zżyna obficie z komunistycznych propagandystów, a nawet idzie znacznie dalej” pisząc o współpracy Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami.

Oryginały list proskrypcyjnych, o które pyta Żebrowski, znajdują się w Archiwum Akt Nowych, w aktach Delegatury Rządu RP na Kraj (teczka o sygn. 202/II-43). Jeśli pan Żebrowski uważa, że kontrwywiad NSZ nie sporządzał list proskrypcyjnych, albo sporządzał je dla żartu, Hubert Jura „Tom” był postacią bajkową, a kolaborację części NSZ z Niemcami wymyślił „tow. Demko vel Moczar”, to polecam mu lekturę wspomnień gen. Antoniego Hedy „Szarego” (1916-2008) – legendarnego dowódcy AK i podziemia powojennego na Kielecczyźnie. W swoich wspomnieniach pisze on, że NSZ wydały na niego wyrok śmierci jako na rzekomego komunistę. Uniknął śmierci tylko dzięki temu, że został ostrzeżony przez swojego byłego podkomendnego Wacława Pryciaka „Sokoła”, który przeszedł z AK do NSZ, oraz właścicielkę restauracji w Iłży. Następnie w okolicy stacjonowania oddziału „Szarego” w Puszczy Starachowickiej pojawił się nierozpoznany oddział, podający się za oddział AK, umundurowany w przedwojenne polskie mundury i dobrze uzbrojony. Jego dowódcą – jak się później okazało – był Hubert Jura. Próbował on doprowadzić do spotkania z „Szarym”, ten jednak zachował ostrożność i wycofał się[2].

Antoni Heda tak opisał finał tej historii: „Nagle doszły do nas wiadomości wręcz przerażające. Otóż ten nierozpoznany oddział pomaszerował na Powiśle za Ostrowiec, do leśnych okolic w Łysowodach. Mając wcześniejsze rozpoznanie, przeprowadził tam aresztowania, głównie wśród robotników leśnych, uchodzących za lewicowych, jakoby z GL. Na tych ludziach (około 17 osób) dokonano mordu, stosując dodatkowe tortury. Z wiadomości, jakie do nas dotarły, wynikało, że był to oddział NSZ z dowódcą – kolaborantem «Tomem» (…). Sztab zaś tego oddziału – jak stwierdzono – przebywał w tym czasie w hotelu w Ostrowcu. Niestety zbrodniarze nie wracali przez nasz teren, gdzie czekaliśmy z zasadzką. Przemaszerowali w biały dzień, przez Skarżysko, a żandarmi i Wehrmacht przez ten czas pochowali się (…). Żołnierze tego oddziału nie orientowali się w poczynaniach dowódcy i grupy morderców”[3].

wspomnienia-szarego

Natomiast o kolaboracji Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami pisze obszernie kpt. Józef Wyrwa, ps. „Furgalski”, „Stary” (1898-1970) – dowódca jednego z oddziałów NSZ na Kielecczyźnie. Swoje wspomnienia wydał po wojnie we frankistowskiej Hiszpanii, więc nie można go posądzić o pisanie pod dyktando komunistycznych władz w Polsce. Powiedzenie prawdy o NSZ nie było dla niego łatwe, o czym świadczy następujący fragment jego książki:

„Tylko nieliczne jednostki na emigracji orientują się należycie w działalności organizacji podziemnej i odróżniają tych z NSZ, którzy podporządkowali się dowództwu AK, od odłamu kolaborującego z Niemcami, który reprezentowała Brygada Świętokrzyska. Nie chciałem, żeby mnie ktokolwiek do nich zaliczył. Z tych powodów okres współpracy z NSZ przemilczałem. W drugim wydaniu lukę uzupełniam”[4].

Józef Wyrwa szeroko pisze m.in. o kolaboracji Huberta Jury z Niemcami: „Po przybyciu do powiatu opatowskiego zakwaterowaliśmy – zdaje mi się w majątku Łyse Wody. Tu dowiedzieliśmy się o ścisłej współpracy «Toma» z Niemcami. Moi chłopcy rozbroili i zaprowadzili do «Toma» dwóch Niemców idących do majątku. Po rozmowie z «Tomem» zwrócono im broń i zostali wypuszczeni na wolność (…). Sytuacja wyjaśniła się całkowicie kilka godzin później. «Tom» urządził w ciągu dnia obławę w okolicznych wsiach, rzekomo na komunistów. Czy posiadał jakąś listę otrzymaną od Niemców, nie wiem, w każdym bądź razie obława urządzona była w ścisłym porozumieniu z Niemcami. W tym prawdopodobnie celu przybyli do majątku wspomniani dwaj Niemcy, aby uzgodnić szczegóły. Zaaresztowano wiele ludzi [tak w oryg. – BP]. «Tom» przeprowadzał badania. Zastosowano metodę gestapowską. Kazał bić tak długo dopóki katowani nie zeznali to co on chciał. Z każdym przesłuchiwanym spisano protokół, zapewne wysłany potem Niemcom (…). «Tom» kazał rozstrzelać około dwudziestu ludzi (…). «Tom» był jednym z najniebezpieczniejszych zdrajców Polski. Ma on na sumieniu, jeżeli nie setki to dziesiątki Polaków”[5].

Józef Wyrwa

O Brygadzie Świętokrzyskiej Józef Wyrwa pisze następująco: „Moralnym inspiratorem Brygady Świętokrzyskiej był – moim zdaniem – «Tom» (…). «Tom» służył Niemcom. Swój oddział stracił w Rudzisku. Tym bardziej przeto był zainteresowany utworzeniem większej jednostki «bojowej». Nie była to sprawa trudna. Ludzi nie brakowało, a broń dostarczyli Niemcy. Wielu żołnierzy z brygady nie orientowało się zapewne w polityce dowództwa (…). Niemcy nie ukrywali tego, że brygada jest na ich usługach, przeciwnie, rozgłaszali to i starali się wykazać jakie korzyści można osiągnąć współpracując z nimi.

Brygada maszerowała w dzień przez miejscowości, w których byli Niemcy. Tylko ludzie, którzy mieli ścisły kontakt z Niemcami mogli sobie na to pozwolić. Według tego, co mówiła miejscowa ludność, Niemcy nie tylko nie atakowali brygady, ale przyglądali się spokojnie jej przemarszowi.

W grudniu 1944 roku, kiedy kwaterowaliśmy w Kłócku (wieś w powiecie koneckim) przybył do naszego oddziału «Jaksa» (Władysław Marcinkowski), szef sztabu brygady. Ubrany był po cywilnemu. Starał się mnie namówić do przystąpienia z oddziałem do brygady. Opierał się na argumentacji, że Rosja jest wrogiem niebezpieczniejszym od prawie pokonanych już Niemców, a więc przeciw niej powinniśmy się obrócić, by uchronić Europę przed zalewem komunizmu. Tym samym argumentem posługiwali się też Niemcy, ale niestety w innym celu niż należało to robić.

Oświadczyłem «Jaksie» wprost, że brygada współpracuje z Niemcami. «Jaksa» zaprzeczył. Zapytałem jak to jest możliwe, że brygada maszeruje w dzień obok posterunku żandarmerii i żandarmi patrzą spokojnie jakby to ich wojsko maszerowało.

«Jaksa» odpowiedział, że Niemcy boją się i dlatego nie atakują. Tłumaczenie naiwne. Na mój zarzut, że «Tom», znany zdrajca, współpracuje z brygadą, «Jaksa» zmieszał się, ale nie zaprzeczył (…). Brygada wycofała się z Polski razem z Niemcami, to znaczy pod ich opieką. Dowódcy brygady oświadczyli, że ich głównym celem jest walka z Rosją, z wrogiem niebezpieczniejszym od Niemców, jednakże postępowanie brygady nie było zgodne z tym twierdzeniem. Brygada nie walczyła z bolszewikami, ale z Polakami, którzy nie podzielali jej poglądów. Gdy Armia Czerwona zbliżała się, brygada zamiast potwierdzić czynem głoszone idee, ratowała się ucieczką przy pomocy Niemców. Ubiegała się o przyłączenie mojego oddziału, żeby wzmocnić swoje siły w czasie ucieczki (…).

Rzeczywista działalność brygady w Polsce nie jest na emigracji znana. Dla odparcia zarzutów publikowanych czasem w prasie, dowódcy brygady posługują się wygodnymi argumentami, które również w innych okolicznościach na emigracji służą często za obronę: «To wszystko są komunistyczne kłamstwa». W tym wypadku niestety nie kłamstwa (…).

Brygada nie ma właściwie prawa podszywać się pod nazwę NSZ. Dokonała rozłamu w dobrze zorganizowanych Narodowych Siłach Zbrojnych, rozbiła ich solidarność, osłabiając w ten sposób jednolity front walki. Nie podporządkowała się naczelnemu dowództwu AK, wybrała natomiast współpracę z Niemcami.

Brygada dała komunistom niebezpieczną broń do ręki. Posiadając niezbite dowody współpracy brygady z Niemcami, nietrudno przyszło komunistom obarczać odpowiedzialnością całe NSZ, a nawet AK. Mało Polaków, szczególnie tu na emigracji, orientuje się, że istniały dwa odłamy NSZ. Rzeczywiste Narodowe Siły Zbrojne, które zachowując orientację polityczną podporządkowały się jednolitemu dowództwu Armii Krajowej, oraz odłam wywodzący się z ONR (Obóz Narodowo-Radykalny), który działał samowolnie, współpracując z Niemcami na szkodę Polski. Z winy brygady zginęło w więzieniu wielu wartościowych ludzi. Każdy członek NSZ był traktowany przez UB, jak kolaborant niemiecki. Szkody wyrządzone Polsce przez brygadę są wielkie”[6].

Józef Wyrwa (1898-1970) - żołnierz wojny obronnej 1939 roku i oddziału partyzanckiego mjr. Henryka Dobrzańskiego-Hubala (1939-1940). Od jesieni 1942 r. dowódca oddziału partyzanckiego NSZ, który 4.10.1944 r. wszedł w skład 25 pp AK. W styczniu 1945 r. aresztowany przez wojskowe władze radzieckie i po wielu perypetiach osadzony w więzieniu kieleckim. Uwolniony został z niego 5.08.1945 r. w wyniku akcji oddziału ROAK pod dowództwem Antoniego Hedy-Szarego. Ukrywał się do marca 1947 r., po czym zbiegł z Polski. Najpierw osiedlił się w USA, a w 1952 r. w Hiszpanii. Fot. www.nsz.com.pl

Józef Wyrwa (1898-1970) – żołnierz wojny obronnej 1939 roku i oddziału partyzanckiego mjr. Henryka Dobrzańskiego-Hubala (1939-1940). Od jesieni 1942 r. dowódca oddziału partyzanckiego NSZ, który 4.10.1944 r. wszedł w skład 25 pp AK. W styczniu 1945 r. aresztowany przez wojskowe władze radzieckie i po wielu perypetiach osadzony w więzieniu kieleckim. Uwolniony został z niego 5.08.1945 r. w wyniku akcji oddziału ROAK pod dowództwem Antoniego Hedy-Szarego. Ukrywał się do marca 1947 r., po czym zbiegł z Polski. Najpierw osiedlił się w USA, a w 1952 r. w Hiszpanii. Fot. http://www.nsz.com.pl

Tak pisał o Brygadzie Świętokrzyskiej oraz NSZ-ONR niedługo po wojnie oficer NSZ Józef Wyrwa, który zmarł w 1970 roku w Madrycie. Niechże zatem pan Żebrowski jego stawia pośmiertnie przed sądem, nie mnie.

[1] „Jak w mądrym Rzymie”, „Szaniec” nr 3 (94), 29.01.1943, s. 6-7.

[2] A. Heda-Szary, Wspomnienia „Szarego”, Warszawa 2016, s. 161-165.

[3] Tamże, s. 165.

[4] J. Wyrwa „Furgalski” „Stary”, Pamiętniki partyzanta. Hubalczyka, legendarnego dowódcy oddziału partyzanckiego, który wszedł w skład NSZ, a później dołączył do 25. pp AK, Kraków 2014, s. 121.

[5] Tamże, s. 158, 159, 164.

[6] Tamże, s. 166-170.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 23 października 2017 r.

Austriacka kultura pamięci

W dniach od 29 września do 2 października przebywałem w Górnej Austrii, biorąc udział w wyjeździe Stowarzyszenia Rodzin Polskich Ofiar Obozów Koncentracyjnych „Hartheim-2017. Zapal Znicz Pamięci”.

W ramach tego wyjazdu odwiedziłem tereny byłego obozu koncentracyjnego Mauthausen, jego podobozów Gusen I i Gusen II oraz zamek Hartheim w gminie Alkoven koło Linzu – jeden z głównych ośrodków tzw. akcji T4 – gdzie 1 października uczestniczyłem w uroczystości upamiętniającej zamordowane tam ofiary. Program wyjazdu obejmował też odsłonięcie tablicy upamiętniającej więźnia Stanisława Krzekotowskiego. Tablica ta została odsłonięta 29 września na rynku miasteczka Mauthausen obok kamiennej rzeźby przedstawiającej sarenkę, którą Stanisław Krzekotowski (z zawodu kamieniarz) wykonał w 1943 roku na polecenie komendanta obozu Gusen I. Ten swoisty pomnik będzie przypominał, że wśród więźniów Mauthausen-Gusen jednymi z najliczniejszych byli Polacy. W uroczystości wziął udział dyrektor miejskiego magistratu, który zapowiedział wsparcie ze strony władz samorządowych dla zachowania pamięci o KL Mauthausen.

Obóz ten był jednym z największych miejsc martyrologii polskiej podczas drugiej wojny światowej, o którym wiedza we współczesnej Polsce jest niewielka, a na Zachodzie również znikoma. Mauthausen obok Auschwitz odegrał kluczową rolę w eksterminacji polskiego „elementu przywódczego”. Łącznie Polacy i obywatele ZSRR stanowili 77 proc. (odpowiednio 39 i 38 proc.) wyzwolonych więźniów obozów Gusen I, II i III. Do 1944 roku obozy koncentracyjne na terenie Starej Rzeszy i Austrii były bowiem – zgodnie z zarządzeniem Himmlera – Judenfrei (wolne od Żydów). Liczba Polaków deportowanych do całego kompleksu Mauthausen wyniosła 51886 osób, co stanowi 27 proc. ogółu deportowanych. Spośród nich zginęło około 27 tys. (co najmniej 25308 osób), co stanowi około 30 proc. ogółu ofiar. Większość polskich więźniów – co najmniej 22092 osoby – zginęła w trzech podobozach mauthausenowskich Gusen, pracując niewolniczo m.in. w kamieniołomach i sztolniach Bergkristall. Łącznie przez Mauthausen przeszło około 190 tys. więźniów z blisko 40 narodowości, z czego 71 tys. przez obozy Gusen. Zginęło 80-90 tys. spośród nich, w tym 44 tys. w obozach Gusen.

Śmierć w obozach Gusen znaleźli m.in. Henryk Sławik – „polski Raul Wallenberg” – kompozytor Jan Sztwiertnia, poeta Konstanty Ćwierk, bł. Włodzimierz Laskowski, gen. Mieczysław Ryś-Trojanowski oraz wielu innych przedstawicieli inteligencji, duchownych, wojskowych i członków polskiej konspiracji. Znanymi polskimi więźniami Mauthausen-Gusen byli m.in. Józef Cyrankiewicz (po przeniesieniu z Auschwitz), Stanisław Dobosiewicz (autor monografii Mauthausen-Gusen), prof. Stanisław Leszczyński, pisarz Grzegorz Timofiejew, płk Kazimierz Heilman-Rawicz (po przeniesieniu z Auschwitz), ppłk. Franciszek Znamirowski i o. Marian Żelazek ze Zgromadzenia Słowa Bożego.

Trzy obozy Gusen – z których Gusen I znajdował się w odległości tylko 4 km od obozu głównego w Mauthausen – były największymi, ale nie jedynymi podobozami Mauthausen. W 1945 roku KL Mauthausen obejmował 56 podobozów rozrzuconych po całym terytorium Austrii (w latach 1938-1942 Marchii Wschodniej – Ostmark, a w latach 1942-1945 Alpejskich i Dunajskich Okręgów Rzeszy – Alpen- und Donau-Reichsgaue), a nawet Bawarii. Były to m.in. Ebensee, Enns, Gusen, Linz, Redl-Zipf i Wels w Górnej Austrii, Hirtenberg, Melk, Wiener Neudorf, Wiener Neustadt i Schwechat w Dolnej Austrii, Floridsdorf, Jedlesee i Saurerwerke w Wiedniu, Bretstein, Eisenerz, Graz i Peggau w Styrii, Klagenfurt-Lendorf i Loiblpass w Karyntii. Mittersill w Salzburgu oraz Lindau i Passau w Bawarii. Większość z nich była związana z produkcją zbrojeniową. Prawie w każdym z podobozów Mauthausen znajdowali się Polacy. Najbardziej tragicznie dla polskich więźniów zapisały się podobozy Gusen I i Gusen II-Bergkristall.

Dzisiaj sztolnie Bergkristall w Sankt Georgen an der Gusen są praktycznie niedostępne, poza czterema wybranymi dniami w roku. Chyba, że ktoś zdecyduje się zapłacić austriackiemu Ministerstwu Spraw Wewnętrznych 2000 euro za możliwość wejścia. Przypuszczam, że wysokość tej sumy ma na celu przede wszystkim zniechęcić do przyjazdu tam odwiedzających z Polski. Nie ma też śladu po trzech podobozach Gusen (Gusen I i Gusen II w gminie Langenstein oraz Gusen III w Lungitz). W ich miejscu powstały osiedla mieszkaniowe. Owszem, w Gusen jest pomnik – zbudowany staraniem byłych więźniów w połowie lat 60. XX wieku, a także izba pamięci – stworzona staraniem władz polskich (m.in. ówczesnej ambasador w Wiedniu Ireny Lipowicz z Unii Wolności) oraz międzynarodowego Komitetu Pamięci Gusen. Nie ma tam jednak państwowego muzeum. To znajduje się na terenie byłego obozu głównego Mauthausen i jako Urząd Federalny „Memoriał Mauthausen” jest finansowane ze środków austriackiego Federalnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Trzy podobozy w Gusen (Gusen I powstał w 1938, Gusen II i Gusen III w 1944 roku) miały odrębną administrację jako KL Gusen, własny system numeracji więźniów, księgę zgonów i krematorium. Kierowanych tam więźniów wyniszczano przez niewolniczą pracę. W pobliżu znajdowały się wielkie kamieniołomy: Bergkristall, Gusen, Kastenhofen i Pierbauer, eksploatowane przez należące do SS przedsiębiorstwo Deutsche Erd- und Steinwerke (DEST). Jego fila w Gusen nosiła nazwę DEST-Granitwerke Mauthausen. Z czasem więźniów Gusen zatrudniono przy produkcji zbrojeniowej, co spowodowało zwiększenie ich liczebności i utworzenie podobozów Gusen II i Gusen III.

Pracę więźniów tych podobozów wykorzystywały koncerny zbrojeniowe Steyr-Daimler-Puch oraz Messerschmitt GmbH. W obliczu nalotów alianckich, kosztem życia tysięcy ludzi, wydrążono ciągnący się kilometrami system podziemnych tuneli pod Górą Kryształową (Bergkristall), gdzie ukryto produkcję. W 1944 roku w podziemnych sztolniach Bergkristall powstała m.in. fabryka, w której produkowano myśliwce Messerschmitt Me 262 – pierwsze na świecie samoloty odrzutowe. Cały kompleks obozowy Mauthausen-Gusen zaklasyfikowano jako obóz trzeciej kategorii (Stufe III), o najcięższych warunkach, z najmniejszymi szansami na przeżycie (Auschwitz posiadał kategorię drugą). Podobno zdarzały się przypadki, że więźniowie polscy przeniesieni z Auschwitz do Mauthausen-Gusen prosili, by pozwolono im wrócić do Auschwitz.

Transportów polskich więźniów z Auschwitz do Mauthausen było wiele. Pierwszy, liczący 1000 więźniów, odszedł 9 czerwca 1942 roku. Kolejny – z 7 lipca 1942 roku – liczył 700 więźniów. Przywieziono w nim do Mauthausen m.in. wspomnianego płk. Kazimierza Heilmana-Rawicza (w obozie przebywał jako Jan Hilkner) – jednego z twórców polskiej konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz, współpracownika Witolda Pileckiego. 12 i 13 kwietnia 1943 roku wysłano z Auschwitz do Mauthausen-Gusen łącznie 2236 polskich więźniów politycznych. Kilka tygodni wcześniej przeniesiono też ponad 5 tys. polskich więźniów do Buchenwaldu, Flossenbürga, Gross-Rosen, Neuengamme i Sachsenhausen. Pozbycie się z Auschwitz tak dużej ilości więźniów polskich było z jednej strony środkiem przeciwdziałania aktywności polskiej konspiracji obozowej i przyobozowej, a z drugiej miało na celu dostarczenie obozom w Rzeszy niezbędnej siły roboczej.

Kolejne wielkie transporty do Mauthausen przybywają już po rozpoczęciu częściowej ewakuacji KL Auschwitz w połowie 1944 roku. Dalsze – we wrześniu i grudniu 1944 roku. Ostatni transport z Auschwitz do Mauthausen dotarł pod koniec stycznia 1945 roku. Obejmował on więźniów, którzy 18 stycznia 1945 roku wyruszyli w pieszy marsz ewakuacyjny z Auschwitz (tzw. marsz śmierci). Ci z nich, którzy zdołali przebyć pieszo 63 km do Wodzisławia Śląskiego (wówczas Loslau) zostali załadowani na odkryte wagony-węglarki i tak przez trzy dni wieziono ich w zimowych warunkach do Mauthausen. Wielu tego nie przeżyło. W tym transporcie ewakuacyjnym z Auschwitz dotarł do Mauthausen m.in. Józef Cyrankiewicz.

Tragiczna historia Mauthausen-Gusen dobiegła końca 5 maja 1945 roku. Tego dnia około godziny 17-tej obozy te zostały wyzwolone przez wojska amerykańskie. Następnego dnia Amerykanie wyzwolili podobóz mauthausenowski w Ebensee, którego więźniowie pracowali w podziemnych sztolniach przy produkcji rakiet V 2 (ich produkcję przeniesiono po zbombardowaniu przez RAF w sierpniu 1943 roku ośrodka w Peenemünde do fabryk przy podobozach Mauthausen w Ebensee, Redl-Zipf, Wien-Floridsdorf i Wiener Neustadt). Na dzień przed wyzwoleniem komendant Ebensee wydał rozkaz zgromadzenia wszystkich więźniów w sztolniach, prawdopodobnie w celu ich zamordowania. Zamiar ten uniemożliwił bunt więźniów – jeden z nielicznych udanych aktów oporu w niemieckich obozach koncentracyjnych.

Podobozy KL Mauthausen w Wiedniu i Dolnej Austrii zostały ewakuowane do obozu głównego w kwietniu 1945 roku w obliczu ofensywy wojsk radzieckich. Podczas marszów ewakuacyjnych dochodziło do mordów na więźniach. Esesmani zamordowali wtedy m.in. od 184 do 243 więźniów podobozu Wiener Neudorf. Zaraz po wyzwoleniu trzech podobozów Gusen ci z polskich więźniów, którym pozwalał na to stan fizyczny, udali się pieszo do kościoła w St. Georgen (odległego od Gusen I i II o 2 km, a od Gusen III o 4 km). Weszli do niego w czasie wieczornej mszy i według relacji będących w kościele Austriaków padli na twarz na posadzkę przed ołtarzem.

Wolność nie oznaczała końca gehenny więźniów. Kilka tysięcy z nich zmarło wkrótce po wyzwoleniu. Jedni byli tak wycieńczeni, że nie dało ich się już uratować w szpitalach alianckich. Inni znaleźli śmierć na skutek próby gwałtownego zaspokojenia głodu nie wiedząc, że zbyt duża dawka jedzenia będzie śmiertelna dla wygłodzonego organizmu.

Trudno szukać w muzeum Mauthausen informacji o tym, że około 30 proc. więźniów i ofiar tego obozu stanowili Polacy, których odsetek wśród więźniów podobozu Gusen I wynosił w 1940 roku 97 proc. Owszem, są pomniki – w tym polski i radziecki – a także tablice upamiętniające więźniów różnych narodowości, ale na trasie zwiedzania nie ma bezpośredniej informacji o strukturze narodowościowej więźniów i ofiar. Nie ma tablicy informującej, że na polu położonym poza wschodnim murem obozu głównego (wyjątkowo obóz ten nie był otoczony ogrodzeniem z drutu kolczastego, ale murami) znajdował się w październiku 1944 roku prowizoryczny obóz, w którym zamordowano około 2 tys. Polaków przywiezionych z Powstania Warszawskiego. Nie ma informacji o narodowości więźniów, którzy ginęli na Schodach Śmierci oraz na tzw. Ścianie Spadochroniarzy w pobliskim kamieniołomie Wiener Graben. Nie ma też informacji o narodowości sprawców, czyli członkach załogi SS, z których wielu pochodziło z Austrii. Poziom merytoryczny informacji przekazywanych przez przewodnika muzealnego był bardzo niski. Tak wygląda oficjalna austriacka kultura pamięci. Jest ona skoncentrowana na podtrzymywaniu mitu Austrii jako „pierwszej ofiary Hitlera”. Przemilcza się społeczne poparcie dla Anschlussu i dla nazizmu w Austrii. To jest dobrze widoczne m.in. w muzeum znajdującym się na terenie byłego obozu głównego w Mauthausen.

Oczywiście Niemcy i Austriacy byli nie tylko sprawcami, ale także pierwszymi ofiarami nazizmu – jako więźniowie obozów koncentracyjnych i jako ofiary akcji T4, której największy ośrodek eksterminacyjny znajdował się na zamku Hartheim koło Liznu. O tym również trzeba pamiętać. Ale w tymże zamku Hartheim oprócz upośledzonych umysłowo i nieuleczalnie chorych z Niemiec i Austrii zabijano też tlenkiem węgla wycieńczonych więźniów z obozów koncentracyjnych Dachau, Mauthausen, Buchenwald, Ravensbrück i Sachsenhausen. Był wśród nich m.in. Jan Włodarczyk (1895-1944) z Sosnowca, którego losy opisałem w artykule „Akcja Oderberg” („Zeszyty Oświęcimskie” nr 27/2012), a także wielu innych polskich więźniów. Poza tym mordowanie chorych umysłowo i upośledzonych to nie tylko sześć ośrodków eksterminacyjnych akcji T4 na terenie Starej Rzeszy i Austrii. To także zagłada pacjentów polskich szpitali psychiatrycznych w Owińskach, Kościanie, Świeciu, Chełmie, Otwocku, Kobierzynie i w wielu innych miejscach.

Z tą oficjalną austriacką kulturą pamięci pozytywnie kontrastuje działalność Komitetu Pamięci Gusen (Gedenkendienstkomitee Gusen) w Sankt Georgen an der Gusen, którego najbardziej prominentną postacią jest jego wieloletnia działaczka i przewodnicząca (od 2008 roku) – emerytowana nauczycielka i kierowniczka miejscowego muzeum krajoznawczego, Martha Gammer. Przybyła ona do pracy w St. Georgen w latach 70. XX wieku i od swoich uczniów dowiedziała się o tajemniczych podziemiach Bergkristall. Powoli zaczęła odkrywać prawdę o Gusen, która nie była wówczas w Austrii popularna. Oficjalna polityka historyczna, na którą znaczący wpływ mieli austriaccy komuniści i socjaldemokraci, za symbol męczeństwa i międzynarodowego (w domyśle lewicowego) ruchu oporu uznawała tylko obóz główny w Mauthausen. O Gusen natomiast zapomniano. Nie tylko zapomniano, ale także unicestwiono większość śladów po istniejących tam obozach.

Dewastacji terenów poobozowych dokonały już radzieckie władze okupacyjne. Natomiast po zakończeniu okupacji radzieckiej Górnej Austrii w 1955 roku na terenie byłych podobozów mauthausenowskich Gusen powstały osiedla mieszkaniowe. Zasiedlili je ludzie zatrudniający się w zakładach przemysłowych pobliskiego Linzu. Działki były atrakcyjne, tzn. tanie ze względu na to, że były to tereny poobozowe. Oburzeni byli więźniowie francuscy i włoscy wykupili na początku lat 60. XX wieku działkę z budynkiem krematorium obozowego, gdzie zbudowano pomnik i urządzono później miejsce pamięci. Dzięki temu zachował się do dzisiaj jeden z niewielu obiektów poobozowych. Inne zostały zniszczone lub znajdują się w rękach prywatnych, jak np. budynek komendantury KL Gusen (Jourhaus), w którego piwnicach dzisiaj podobno świetnie wegetują pieczarki.

Odbudowa pamięci o obozach w Gusen trwała bardzo długo i była zasługą głównie społeczników, takich jak Martha Gammer. Jej dziełem jest m.in. odnowienie pomnika w Gusen w 2002 roku, istniejące od 2004 roku centrum odwiedzających z izbą pamięci obozów Gusen i wiele publikacji na temat martyrologii ich więźniów. Każda wycieczka z Polski może liczyć na serdeczne przyjęcie z jej strony. Dlatego przybysze z Polski, chcący zapoznać się z historią KL Mauthausen i Gusen, powinni w pierwszej kolejności kierować się do pani Gammer w Sankt Georgen an der Gusen. Oprowadzając grupę z Polski po muzeum krajoznawczym w St. Georgen pani Gammer pokazuje m.in. papierową reprodukcję obrazu namalowanego przez jednego z byłych więźniów Mauthausen-Gusen. Obraz przedstawia powrót więźniów do obozu po dniu pracy w kamieniołomach. Widzimy na nim dwa wagoniki kolejki wąskotorowej do transportu urobku, które są zapełnione zwłokami więźniów zmarłych podczas morderczej pracy. Stojący obok więźniowie przechylają burty wagoników i wysypują zwłoki kolegów na ziemię. Austriackie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych przyjęło ten obraz od ofiarodawcy, ale schowało go głęboko w swoim archiwum uważając, że jest zbyt drastyczny, by go eksponować w muzeum obozu głównego Mauthausen. Opowiadając o tym pani Gammer nie kryje swojej dezaprobaty dla takiej postawy.

Za swoją działalność Martha Gammer została odznaczona przez polski rząd odznaką honorową „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Moim zdaniem jest to odznaczenie zbyt niskie. Bez wątpienia ta społeczniczka, tak przychylnie nastawiona do Polski i historii polskiej martyrologii w Gusen, zasłużyła co najmniej na Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP, a może nawet na wyższą klasę tego polskiego odznaczenia nadawanego cudzoziemcom. Wszyscy członkowie Komitetu Pamięci Gusen pracują jako wolontariusze. Dzięki ich staraniom władze Austrii podjęły w 2016 roku decyzję o wpisaniu nielicznych pozostałości po obozach Gusen do rejestru zabytków. Celem, jaki stawia sobie Komitet jest stworzenie na terenie byłego KL Gusen międzynarodowego centrum edukacji, skierowanego do młodych pokoleń. Austriacka kultura pamięci jest zatem jak dwie strony medalu. Tę uczciwą i godną najwyższego uznania reprezentuje Komitet Pamięci Gusen z Marthą Gammer na czele.

O polskiej martyrologii w Mauthausen-Gusen przypomina też wystawa czasowa „Gusen. Granit i śmierć. Pamięć i zapomnienie”, którą 2 października otwarto w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau, w salach wystaw czasowych w bloku 12 byłego obozu macierzystego KL Auschwitz I. Ekspozycję przygotowało Muzeum Historii Polski we współpracy z Fundacją Polsko-Niemieckie Pojednanie. Wystawa będzie czynna do 17 grudnia 2017 roku.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 października 2017 roku

„Myśl Polska” nr 43-44 (2159/60), 22-29.10.2017, s. 14-15

Kabaret prowincjonalny

Na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, który wyjątkowo odbył się w połowie września, wystąpił Jan Pietrzak z koncertem pod wymownym tytułem „Z PRL do Polski”. Podczas tego koncertu poruszył szereg tematów od Kuronia i Michnika przez bitwę warszawską i powstanie warszawskie po współczesność. Stwierdził m.in., że „Polacy walczyli zawsze o wolność waszą i naszą. W przeciwieństwie do Rosjan, którzy zawsze walczyli o zniewolenie innych narodów. Zawsze!”. Odniósł się również do ćwiczeń Zapad-2017: „Kiedy my sobie tutaj świętujemy 16 i 17 września, na wschodniej granicy oni przeprowadzają manewry, zbiry. ZBiR – Związek Białorusi i Rosji – to są manewry, żeby przeprowadzić napaść na Polskę”[1].

Rozpętywanie histerii w związku z białorusko-rosyjskimi manewrami Zapad-2017 osiągnęło szczyt w połowie września i wystąpienie Pietrzaka w Opolu wpisywało się tutaj w trend ogólny, tzn. taki, w którym wszyscy spadkobiercy etosu solidarnościowego – na co dzień śmiertelnie ze sobą skłóceni – mówili jednym głosem. Niczym zwierzęta w Boże Narodzenie. „Gazeta Polska Codziennie” dała 14 września tytuł na pierwszej stronie: „Putin szykuje inwazję na Polskę”[2]. A w tle zdjęcie rosyjskich czołgów T-14 podczas defilady na placu Czerwonym w Moskwie. Wtórował jej z przeciwnego bieguna politycznego portal tvn24.pl cytując czeskiego gen. Petra Pavela (szefa Komitetu Wojskowego NATO), wedle którego manewry Zapad-2017 „mogą być postrzegane jako przygotowanie do wielkiej wojny”[3]. A w telewizji TVN wystąpił niezawodny w takich sytuacjach pan Paweł Kowal, który stwierdził m.in., że społeczeństwo rosyjskie żyje „w cieniu wojny”, a „od stu lat Rosjanie z kimś walczą”, podczas gdy „społeczeństwa Zachodu żyją w pokoju”[4].

Identycznie wypowiedziała się 17 września 2015 roku na wiecu klubów „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji ukraińska nacjonalistka Natalia Panczenko, która stwierdziła, że podobno „nie było roku”, żeby Rosja na kogoś nie napadła[5].

Z kolei Polska Agencja Prasowa zacytowała pana Romualda Szeremietiewa, który przewidywał, że w następstwie ćwiczeń Zapad-2017 dojdzie do okupacji Białorusi przez Rosję oraz interwencji rosyjskiej na Litwie, Łotwie i Estonii[6].

Media te nie informują swoich odbiorców o kilku podstawowych faktach. Po pierwsze o tym, że manewrów Zapad nigdy by nie było, gdyby USA nie złamały w stosunku do Rosji ustaleń podjętych podczas konferencji 2 plus 4 w 1990 roku oraz zobowiązań wynikających z układu Rosja-NATO z 27 maja 1997 roku (tzw. układ paryski). Ustalenia te mówiły o tym, że NATO nie rozszerzy swojej infrastruktury wojskowej poza Łabę oraz, że nie będzie rozmieszczać broni jądrowej na terytorium nowych członków. Tymczasem infrastruktura wojskowa NATO nie tylko przekroczyła Łabę, ale weszła głęboko do Europy Środkowej i Południowej, w tym na tereny byłego ZSRR. Członkami NATO zostały: Czechy, Polska, Węgry (1999 r.), Bułgaria, Estonia, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia (2004 r.), Albania, Chorwacja (2009 r.) i Czarnogóra (2017 r.). USA ze swoimi wpływami politycznymi wdarły się daleko w głąb obszaru poradzieckiego, organizując „kolorowe rewolucje” na Ukrainie (2004 i 2014 r.) i Białorusi (2006 i 2010 r., nieudane) oraz w Gruzji (2003 r.) i Kirgistanie (2015 r.). Za prowokację wobec Rosji należy uznać nieoficjalną zapowiedź przyjęcia do NATO Ukrainy i Gruzji.

Złamane też zostało zobowiązanie do nierozmieszczania na terytorium nowych członków broni jądrowej, ponieważ w Polsce i Rumunii instaluje się bazy z wyrzutniami pocisków antybalistycznych SM-3. Wyrzutnie te mogą jednak posłużyć także do odpalania pocisków z głowicami jądrowymi. A z Polski i Rumunii takie rakiety mają do Rosji cztery minuty lotu. Za mało, by zostać zniszczone przez obronę antyrakietową.

Po drugie, media polskie nie informują swoich odbiorców, że Rosja nie prowadzi polityki imperialnej – o co jest nieustannie w tych mediach oskarżana – a aneksja Krymu była działaniem defensywnym. Rosja nie mogła dopuścić do tego, żeby po przewrocie na Ukrainie w 2014 roku została usunięta z Krymu baza Floty Czarnomorskiej i zastąpiła ją baza NATO. Byłaby to dla Rosji polityczna klęska. Przyznał to otwarcie Sephen F. Cohen – emerytowany profesor historii uniwersytetów Princeton i New York. W wywiadzie dla magazynu internetowego „Slate” stwierdził on, że gdyby Krym znalazł się pod kontrolą NATO, Putin musiałby albo ustąpić, albo zdecydować się na wojnę światową oraz, że obecna „zimna wojna” jest jeszcze bardziej niebezpieczna niż poprzednia. Fragmenty tego wywiadu przedrukował tygodnik „Przegląd”[7].

Po trzecie, do polskiej opinii publicznej nie dociera, że w tym samym czasie, gdy na Białorusi odbywały się ćwiczenia Zapad-2017, NATO zorganizowało ćwiczenia Aurora-17 na Bałtyku i Rapid Trident-2017 na Ukrainie, a w czerwcu odbyły się w Polsce manewry NATO Dragon-17, większe niż manewry Zapad. Jeśli zatem ktoś tutaj przygotowuje się do „wielkiej wojny”, to niekoniecznie są to Białoruś i Rosja.

Histeria antyrosyjska przypomina typową wojnę psychologiczną, która – jak wiadomo – jest częścią wojny rzeczywistej. Nakręcanie histerii przed ćwiczeniami Zapad-2017 rozpoczęło się już dwa tygodnie wcześniej. Prym w tych działaniach wiodła bynajmniej nie „Gazeta Polska”, ale tygodnik „Warszawska Gazeta”. Na czasopismo to zwróciłem uwagę już jakiś czas temu. Uderzył mnie jego niezwykle agresywny język, płytkość intelektualna, skrajne oceny i kreowanie obrazu rzeczywistości odległego nawet od rzeczywistości równoległej. „Warszawska Gazeta” nie tylko gloryfikuje jak nikt w Polsce tzw. „żołnierzy wyklętych”, ale po prostu zrzesza trzecie pokolenie „żołnierzy wyklętych”, którzy nadal niezłomnie walczą z komuną i Związkiem Sowieckim, chociaż komuny i Związku Sowieckiego od ponad ćwierć wieku już nie ma.

„Warszawska Gazeta” ukazuje się w nakładzie 100 tys. egzemplarzy, a jaj redaktorem naczelnym jest Piotr P. Bachusrki – Polak z USA. Określa się jako „pismo narodowe”, tzn. niby endeckie, politycznie zagospodarowujące tę część „narodowców”, którzy identyfikują się z tzw. Marszem Niepodległości (Ruch Narodowy, Młodzież Wszechpolska, ONR). Faktycznie „Warszawska Gazeta” – na której łamach bywają m.in. tacy politycy PiS jak Ryszard Czarnecki, Jarosław Gowin, Patryk Jaki, Zbigniew Kuźmiuk, Ryszard Legutko, Krystyna Pawłowicz, Janusz Wojciechowski i Anna Zalewska – jest pismem PiS-owskim, o wiele bardziej skrajnym od „Gazety Polskiej”. Jej publicystyka trafia do ludzi o nieskomplikowanym systemie myślenia i najogólniej sprowadza się do wyjaśniania wszelkich zawiłości świata poprzez konkluzję, że wszystkiemu winna jest m.in. Rosja.

Na łamach „Warszawskiej Gazety” również nie mogło zabraknąć tematyki rosyjskiej w kontekście zbliżających się ćwiczeń Zapad-2017. W numerze z 2 września na pierwszej stronie wielkimi literami krzyczał tytuł: „Polskie służby specjalne w pełnej gotowości. Czy Rosjanie wkroczą?”. Tytuł odsyłał do dwóch artykułów. Autorem pierwszego, pt. „Polska na celowniku Putina”, jest Robert Cheda – były oficer operacyjny i analityk Agencji Wywiadu. Obecnie ekspert od Rosji i Białorusi w Fundacji im. K. Pułaskiego, a także współpracownik portali Fronda.pl i Wirtualna Polska oraz takich pism jak „Polityka”, „Sprawy Polityczne” i „Uważam Rze Historia”. Natomiast drugi artykuł, pt. „Czy Rosjanie wkroczą 17 września?”, napisał dr Leszek Pietrzak – były pracownik IPN oraz były funkcjonariusz UOP i Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Obecnie publicysta Radia Maryja i redaktor naczelny miesięcznika „Służby Specjalne”. A zatem drżyjcie ludkowie, bo Ruscy są tuż, tuż i zaraz tu będą.

Ekspert Robert Cheda zaczyna swój artykuł tak: „Zamiast rozważać mniejsze lub większe prawdopodobieństwo scenariusza wojny z Rosją, pora przyjąć do wiadomości, że wszelkie okoliczności prowadzące do nieszczęścia już istnieją. Zegar tyka i odlicza czas, bo to nie państwa bałtyckie czy Białoruś, tylko Polska jest wymarzonym łupem Moskwy”. Potem – jak u Hitchcocka – napięcie cały czas rośnie. Dowiadujemy się zatem, że „Kreml zagnał Rosję w rozwojową pułapkę i aby przeżyć, musi eskalować sytuację międzynarodową”. Dlatego „prawdopodobnym wariantem przetrwania kremlowskich elit może być kolejne uderzenie hybrydowe”.

Jak będzie wyglądało? „Włączmy wyobraźnie – pisze Cheda – i przenieśmy się w 2021 r. Zima tego roku jest wyjątkowo chłodna, a to powoduje, że rośnie zapotrzebowanie na rosyjski gaz oraz ropę naftową”. Sytuacja jednak się komplikuje, ponieważ „anomalne w swojej sile sztormy na Bałtyku niszczą gazociąg North Stream”. Wówczas „Warszawa kategorycznie odrzuca projekt rozbudowy gazociągu jamalskiego, żądając na dodatek zmian własnościowych, które oznaczają faktyczną nacjonalizację już działającego gazociągu. Jakiekolwiek złagodzenie stanowiska nasze MSZ warunkuje zwrotem szczątków prezydenckiego samolotu oraz zmianą rosyjskiej polityki historycznej. (…) Za Warszawą podąża Kijów, który żąda zwrotu Krymu i powrotu pełnej jurysdykcji nad Donbasem. W takiej sytuacji Kreml wydaje rozkaz rozpoczęcia wojny hybrydowej”.

Coś jest na rzeczy, ponieważ podczas wrześniowej wizyty w Waszyngtonie minister Waszczykowski zapowiedział, że po 2022 roku Polska całkowicie odetnie dostawy gazu z Rosji. „Taka jest wola polityczna” – oświadczył[8]. Czyja? Waszyngtonu, to oczywiste. Polska – która najpierw zrezygnowała z zysków, jakie mógł przynieść tranzyt gazu rosyjskiego – teraz będzie kupować wielokrotnie droższy gaz amerykański. Takie są skutki „uniezależnienia się od Rosji” i uzależnienia się od USA. „Pokazujemy nasze zdolności mobilizacyjne regionu, aby przekonać prezydenta Trumpa do siebie” – stwierdził Waszczykowski, zachęcając amerykańskie koncerny, by otworzyły w Polsce „centra operacyjne”. Jeśli zatem ktoś tutaj wszczyna „wojnę gazową”, to znowu rodzi się pytanie – czy na pewno Rosja?

Jak będzie zdaniem Chedy wyglądać przewidywana przez niego „wojna hybrydowa”? Najpierw Moskwa zwróci się do „Unii pierwszej prędkości z apelem o wymuszenie na Polsce zgody na budowę eksterytorialnego gazociągu pod wspólnym zarządem europejsko-rosyjskim”. Ale po co? Przecież istnieje polska nitka gazociągu jamalskiego, o której zresztą Cheda wspomniał. Jego zdaniem zatem Rosja napadnie na Polskę po to, żeby zbudować na jej terytorium gazociąg do Europy Zachodniej. Od razu rodzi się wątpliwość, czy byłoby to na pewno działanie na szkodę Polski. Nie da się nie zauważyć, że taki wielki międzynarodowy gazociąg byłby pierwszą poważną inwestycją gospodarczą w Polsce od 1989 roku. Wszystkie bowiem inwestycje kapitału zachodniego, które zostały poczynione w ostatnim ćwierćwieczu, albo nie miały większego znaczenia gospodarczego albo zmierzały do deindustrializacji Polski.

„Jednocześnie Moskwa – pisze dalej Cheda – organizuje prowokację wyczerpującą kryteria casus belli. Do Polski przedostają się bojówkarze organizacji Nocne Wilki, dowodzeni przez kadrowych oficerów wywiadu wojskowego”. Kreml uruchamia też swoją agenturę w państwach zachodnich, w tym żyjących tam Rosjan, którzy przyjeżdżają do Warszawy i innych miast Polski, gdzie urządzają protesty „pod hasłem obrony godności czerwonoarmistów, których miejsca pamięci przez ostatnie lata Polska likwiduje”. W tym czasie Nocne Wilki wysadzają w powietrze pomniki Józefa Piłsudskiego i Jana Pawła II. Wtedy oburzeni Polacy zwracają się przeciwko Rosjanom przebywającym w Polsce – padają zabici i ranni. Polska zostaje na wniosek Rosji potępiona przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Potem do akcji wkraczają wojska rosyjskie Zachodniego Okręgu Wojskowego. Polska zostaje sparaliżowana atakiem cybernetycznym i punktowymi atakami rakietowymi. Część polskich F-16 ulega zniszczeniu, a reszta jest uziemiona z powodu „braku systemu obrony przeciwrakietowej”. Flota Bałtycka przy pomocy rakiet Kalibr niszczy gazoport im. Lecha Kaczyńskiego w Świnoujściu, a „jeden z plutonów OT, skoncentrowanych w okolicach Gołdapi, zostaje zmasakrowany przez zielone ludziki, czyli specnaz rosyjskiego wywiadu wojskowego”. Mamy więc jeszcze jakiś nowy Katyń.

W konsekwencji Polska zostaje pokonana w ciągu 48 godzin i przyjmuje rosyjskie ultimatum: wyraża zgodę na „eksterytorialny korytarz gazowy i naftowy, chroniony przez rosyjskie bazy wojskowe” oraz rezygnuje z członkostwa w NATO i UE. Mało tego – musi jeszcze „przystąpić do anty-NATO, czyli organizacji kolektywnego bezpieczeństwa ODKB oraz złożyć akces do Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej” [9]. W sumie, kto wie czy nie byłoby to bardziej korzystne od przynależności do UE „drugiej prędkości”?

Takie rzeczy wypisuje były analityk wywiadu. Nie ma wątpliwości, że pochodzący z zaciągu, który zastąpił zlikwidowane WSI. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że pan Cheda nie ma wątpliwości, iż NATO nie przyjdzie Polsce z pomocą, nie chcąc ryzykować wojny jądrowej. Otwarcie pisze, że sojusznicy z NATO ulegną „szantażowi militarnemu, składając okup w postaci Polski”. W ogóle w tym swoim scenariuszu rosyjskiej agresji nie wspomina jak zachowa się słynna szpica NATO, stacjonująca od stycznia 2017 roku w Polsce i państwach bałtyckich. Jakby jej wcale nie było. A może nie ma?

W podobnym duchu jest też utrzymany artykuł dr. Leszka Pietrzaka, który już w tytule straszy, że 17 września 2017 roku wkroczy agresor ze Wschodu[10]. Zdaniem autora nie można wykluczyć, że jakaś jednostka armii rosyjskiej, biorąca udział w ćwiczeniach Zapad-2017, wedrze się do Polski właśnie 17 września i to bynajmniej nie po to, by przyłączyć się do obchodów 78. rocznicy „agresji sowieckiej na Polskę”. Dlatego – jak ustalił dr Pietrzak – „od kilku tygodni nasze służby specjalne są postawione w stan podwyższonej gotowości”. W SKW, SWW, AW, a nawet w CBA wstrzymano wszystkie urlopy i wprowadzono „specjalne całodobowe dyżury”. „Nasze służby wojskowe są przekonane, że może wydarzyć się coś szczególnego” – straszył 2 września czytelników „Warszawskiej Gazety” dr Pietrzak. Ale 17 września 2017 roku minął i nic się nie wydarzyło.

Dr Pietrzak twierdzi, że jeśli Rosjanie „zechcą, to ich armia może bez problemu wkroczyć na polskie terytorium i nie zdąży nam pomóc w obronie ani NATO, ani amerykańska armia”. Jak to? Szpica stacjonująca w Legnicy, Powidzu i Żaganiu nie zdąży pomóc? To po co był ten cały teatr ze szpicą? A co z bazą rakietową w Redzikowie? Według red. Stanisława Michalkiewicza samo jej istnienie ma podobno spowodować, że Amerykanie natychmiast przystąpią do obrony Polski. A tu tak po prostu nie zdążą pomóc. „Zabrała gościa woda. Na dno poszedł jak kłoda. Na wieki się pogrążył, bo ratownik nie zdążył” – śpiewał w PRL pewien przebojowy wówczas muzyk.

Wychodząc z tezy, że nie zdążą pomóc dr Pietrzak proponuje, by „wymóc wreszcie na NATO przesunięcie znacznie większej części sił i instalacji wojskowych paktu do Polski”. Chodzi mu o to, żeby uwolnić Niemcy od wojsk amerykańskich i przesunąć je w całości do wschodniej Polski. Uwolnienie się od wojsk amerykańskich – które od 1945 roku stacjonują w zachodnich Niemczech – jest od dawna cichym celem polityki niemieckiej. Analityk „Warszawskiej Gazety” proponuje więc nic innego jak zrealizować ten cel polityki niemieckiej. W imię obrony niepodległości Polski przed Rosją oczywiście.

Polska prawica, która podjęła się roli podwykonawcy polityki amerykańskiej w Europie Środkowo-Wschodniej, pogrąża się w oparach coraz bardziej skrajnej rusofobii oraz głęboko tkwi mentalnie w XIX wieku, przygotowując kolejne powstanie narodowe przeciw Rosji, a ostatnio także przeciw Niemcom. To nie jest polityka, tylko kabaret prowincjonalny.

[1] „Opole 2017. Jan Pietrzak ostro popłynął. To nie była zwykła laurka dla PiS. Słowa o Moskwie i opozycji padły naprawdę”, http://www.plotek.pl, 17.09.2017.

[2] „Gazeta Polska Codziennie” z 14.09.2017.

[3] „Przedstawiciel NATO o manewrach Zapad-2017: mogą być przygotowaniem do wojny”, http://www.tvn24.pl, 17.09.2017.

[4] „Manewry wojskowe Zapad-2017”, wypowiedź Pawła Kowala na antenie TVN z 17.09.2017.

[5] B. Piętka, „Jak «niepodległościowcy» 17 września z banderowcami uczcili”, strona internetowa „Myśli Polskiej”, http://www.mysl-polska.pl, 21.09.2015.

[6] „Szeremietiew o Zapad-2017: wojsko ćwiczy po to, aby prowadzić wojnę”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 17.09.2017.

[7] „Krym-śpiący pies”, „Przegląd” nr 36 (922), 4-10.09.2017, s. 42-43.

[8] „Szef MSZ: Polska chciałaby za 5 lat całkowicie odciąć dostawy gazu z Rosji”, http://www.kresy.pl, 22.09.2017.

[9] R. Cheda, „Polska na celowniku Putina”, „Warszawska Gazeta” nr 35 (533), 1-7 września 2017 r., s. 16-17.

[10] L. Pietrzak, „Czy Rosjanie wkroczą 17 września?”, „Warszawska Gazeta” nr 35 (533), 1-7 września 2017 r., s. 30.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2157/58), 8-15.10.2017, s. 8

Fort Krzesławice – zapomniane miejsce polskiej martyrologii

9 września w ramach Dni Pamięci Ofiar Gestapo, zorganizowanych po raz jedenasty przez Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, zwiedziłem Fort 49-Krzesławice – miejsce kaźni więźniów gestapo. Od jesieni 1939 do jesieni 1941 roku rozstrzelano tam 440 Polaków, przywiezionych głównie z więzienia policyjnego przy ulicy Montelupich w Krakowie. Opiekunem tego miejsca pamięci jest Młodzieżowy Dom Kultury Fort 49-Krzesławice. Jego dyrektor – Franciszek Dziadoń – położył ogromne zasługi dla renowacji Fortu 49 oraz odnalezienia i upamiętnienia wszystkich miejsc egzekucji. Warszawa miała Palmiry, Łódź lasy lućmierskie, niewielkie Wadowice zagajnik Księża Barć, a Kraków Fort Krzesławice. Miejsca egzekucji ofiar gestapo można znaleźć w wielu miejscowościach Polski. Niektóre z nich są powszechnie znane, inne mniej, a inne niemal całkiem zapomniane.

Fort Krzesławice przez pewien czas należał do tych ostatnich. Groziło mu nawet całkowite wymazanie z mapy miejsc pamięci narodowej. Jaka jest jego historia?

Krzesławice, to dawna podkrakowska wieś nad rzeką Dłubnią, oddalona około 9 km na północny wschód od centrum Krakowa. Obecnie jest częścią Krakowa, wchodząc w skład Dzielnicy XVII-Wzgórza Krzesławickie. Historia Krzesławic sięga XII wieku. Wśród właścicieli wsi na przestrzeni wieków byli m.in. klasztor Bożogrobców w Miechowie, Akademia Krakowska, Hugo Kołłątaj i Jan Matejko. W latach 80-tych XIX wieku na północnym, granicznym wzgórzu wsi – Łysej Górze – Austriacy wznieśli Fort 49-Krzesławice. Był to jeden z elementów ufortyfikowania Krakowa trzema pierścieniami umocnień. Tzw. Twierdza Kraków stanowiła wówczas największy zespół obronny na ziemiach polskich i jeden z największych w Europie. Cały fort miał 19 obiektów, z których do dzisiaj zachowało się 16.

Służbę wojskową w Forcie Krzesławice przed 1914 rokiem odbywał m.in. Wincenty Witos. Fort 49 razem z sąsiednimi Fortami Dłubnia i Grębałów odegrał ważną rolę podczas pierwszej fazy tzw. bitwy o Kraków (16-25 listopada 1914 roku), kiedy wojska austro-węgierskie przy wsparciu części artylerii Twierdzy Kraków zatrzymały ofensywę wojsk rosyjskich na północ od miasta. W 1918 roku obiekty Twierdzy Kraków przejęło Wojsko Polskie, zmieniając jej nazwę na Obóz Warowny Kraków. W Forcie Krzesławice początkowo ulokowano magazyn amunicji, a następnie stację nasłuchu kontrwywiadu wojskowego, zbierającą m.in. materiały służące rozwiązaniu tajemnicy „Enigmy”. Była to jedna z siedmiu ówczesnych polskich stacji nasłuchowych, z których trzy były skierowane przeciw Niemcom.

Fort 49-Krzesławice, obecnie Młodzieżowy Dom Kultury. Fot. Wikipedia.

Fort 49-Krzesławice, obecnie Młodzieżowy Dom Kultury. Fot. Wikipedia.

Tragiczna historia Fortu 49-Krzesławice rozpoczęła się po zajęciu Krakowa przez wojska niemieckie 6 września 1939 roku. Już 13 września okupant przejął poaustriackie więzienie przy ulicy Montelupich 7, a niedługo potem więzienie przy ulicy Senackiej 3, mieszczące się w zabudowaniach dawnego klasztoru i kościoła św. Michała. Wkrótce więzienia te zapełniły się aresztowanymi Polakami – osobami uznanymi przez gestapo za należące do „warstwy przywódczej” i członkami pierwszych organizacji konspiracyjnych. Więźniów kierowano na śledztwo do siedziby gestapo w Domu Śląskim przy ulicy Pomorskiej 2. Po jego zakończeniu ofiary wywożono do obozów koncentracyjnych, a skazanych w parodii procesu przez policyjny sąd doraźny na egzekucję. W pierwszym roku okupacji, kiedy nie było jeszcze KL Auschwitz, miejscem deportacji więźniów politycznych z Krakowa były obozy koncentracyjne w tzw. „starej Rzeszy”. Natomiast na miejsce egzekucji ofiar sądu doraźnego gestapo wybrało Fort Krzesławice.

O wyborze zadecydowała przede wszystkim lokalizacja – z dala od osiedli miejskich – oraz specyfika tego miejsca. Grube mury i zabudowania forteczne pozwalały zamaskować egzekucję. We wrześniu 1939 roku wywieziono z fortu pozostałą po Wojsku Polskim amunicję, a 11 października skierowano tam pierwsze ofiary do rozstrzelania. Przywożono je krytymi samochodami ciężarowymi z więzienia przy ulicy Montelupich i z więzienia św. Michała. W dzień poprzedzający egzekucję kierowano też do fortu grupę około 25 więźniów, którzy musieli wykopać masowy grób dla ofiar. Następnie zawożono ich z powrotem do więzienia.

Egzekucje w Forcie Krzesławice odbywały się od 11 października 1939 do 7 listopada 1941 roku. W sumie przeprowadzono 12 egzekucji: trzy w 1939 roku, siedem w 1940 roku i dwie w 1941 roku. Rozstrzeliwań dokonywała policja ochronna (Schutzpolizei). Rodziny zamordowanych fałszywie informowano, że ich bliskich jakoby wywieziono na roboty do Rzeszy.

Jedną z pierwszych ofiar rozstrzelanych w forcie był Henryk Schabenbeck (1886-1939) – wybitny polski fotografik i operator filmowy, działacz Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” i Polskiego Związku Narciarskiego, od 1934 roku radny i wiceburmistrz Zakopanego. Z pochodzenia Austriak, z wyboru Polak. Za ten wybór i działalność społeczną zapłacił śmiercią z rąk gestapo. Jego syn Stefan także został aresztowany i osadzony w KL Auschwitz, a następnie w KL Sachsenhausen, gdzie zginął podczas nalotu alianckiego 15 marca 1945 roku.

Ważnym świadkiem tego, co działo się w Forcie Krzesławice stał się skoczek narciarski i olimpijczyk Stanisław Marusarz (1913-1993). Znajdował się on w grupie 25 więźniów, którym 28 czerwca 1940 roku żandarmi niemieccy polecili wykopać masowy grób na terenie fortu. Następnego dnia nad tym wykopem odbyła się egzekucja 35 osób (34 Polaków i jednego Żyda), aresztowanych 23 czerwca 1940 roku podczas tzw. „czarnej niedzieli” w Myślenicach. Marusarz podczas kopania grobu dla tych ofiar widział ślady krwi na murze podziurawionym kulami. Ponieważ otrzymał już wyrok śmierci policyjnego sądu doraźnego, nie miał wątpliwości, że zginie podczas następnej egzekucji, która odbyła się 2 lipca. Tego dnia wraz z kilkoma innymi więźniami podjął próbę ucieczki. Tylko jemu i Aleksandrowi Bugajskiemu udało się pokonać czterometrowy mur więzienia przy ulicy Montelupich i zasieki z drutu kolczastego. Pozostali zginęli od kul strażników.

Jedną z ofiar egzekucji z 2 lipca był Mieczysław Filk. W dniu poprzedzającym egzekucję zdążył nielegalnie wysłać z więzienia gryps do rodziny. Napisał w nim m.in.: „W tych dniach będę rozstrzelany, jakkolwiek wyroku jeszcze nie dostałem, lecz znajduję się w podobnej sytuacji, co czterdziestu pięciu [w rzeczywistości 35 – przyp. BP] przede mną rozstrzelanych 29 czerwca. Razem nas rozstrzelają około stu pięćdziesięciu. W większej części niewinnych. Zachowuję do ostatka pogodę ducha i nie załamuję się na razie. Prawdopodobnie mogiła moja będzie, jak czterdziestu pięciu poprzednich w forcie Krzesławice koło Mogiły. Do ostatnich chwil jeszcze łudziłem się nadzieją, lecz prawdopodobnie na próżno. Jest godzina 3-cia po południu – dwudziestu pięciu z nas pojechało groby kopać. Dziwicie się, że tak się o tym rozpisuję z lekkim sercem, ale naprawdę zbytnio nie przejmuję się tym. Wiem, że na tamtym świecie będzie mi naprawdę lepiej. Modlę się teraz często o lekką śmierć i szczęście wieczne. Jakkolwiek by Was zapewniali o nas, że żyjemy, nie wierzcie tym mordercom. Giniemy razem ze wszystkich stanów od robotnika i rolnika do profesorów i pułkowników, tak młodzi jak i starzy za rzeczy poważne i błahostki. Przykro mi po części żegnać się z tym światem i z Wami, lecz przecież kiedyś się spotkamy. Będzie to dla Was bolesny cios, lecz widocznie tak miałem przeznaczone – zginąć za Ojczyznę”[1].

Fort 49-Krzesławice-ściana śmierci pod kaponierą wschodnią. Fot. Zbigniew Zaczkowski.

Fort 49-Krzesławice-ściana śmierci pod kaponierą wschodnią. Fot. Zbigniew Zaczkowski.

Kolejna egzekucja miała miejsce 4 lipca 1940 roku. Jej ofiarą był min. 19-letni Jerzy Krokay, który w ostatnim grypsie z więzienia napisał: „Zawsze byłem ryzykantem i nim zostanę, kulki się nie obawiam, bo zginąć za Ojczyznę jest honorem każdego Polaka”[2].

Jerzy Krokay został rozstrzelany wraz ze swoim 50-letnim ojcem, majorem dypl. Walerym Alojzy Krokayem (1889-1940). Obu aresztowano w ramach Akcji AB. Walery Alojzy Krokay był bratem kpt. Walerego Mariana Krokaya (1914-1982) – cichociemnego i oficera 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK.

Do innych znanych ofiar rozstrzelanych w Forcie Krzesławice należeli: ppłk Piotr Sosialuk – były dowódca 73. pułku piechoty w Katowicach, nauczyciele Kazimierz Dutkiewicz, Irena Dzius, Jan Głębicki, Marian Głębicki, Wincenty Frączek, Marian Lubaczowski, Karol Święch, Józef Wawrzeczko, urzędnicy Józef Janta i Franciszek Ujczak, prawnicy – dr Emil Bicz, Antoni Burtan i Bolesław Karwaciński.

Łącznie w egzekucjach z 29 czerwca oraz 2 i 4 lipca 1940 roku rozstrzelano około 150 osób – ofiar „czarnej niedzieli” w Myślenicach, a także Akcji AB.

Jesienią 1941 roku gestapo zaprzestało egzekucji w Forcie Krzesławice. Od ponad roku funkcjonował już KL Auschwitz. Tam gestapo kierowało teraz swoje ofiary. Deportacja do obozu była równoznaczna z wyrokiem śmierci. Czasem ta śmierć następowała bardzo szybko, jak w wypadku 167 mieszkańców Krakowa, których 16 kwietnia 1942 roku aresztowano w Kawiarni Plastyków i podczas nocnej obławy w mieście. Byli to inteligenci, m.in. artyści i oficerowie. 24 i 25 kwietnia przywieziono ich do KL Auschwitz, a 27 maja rozstrzelano pod Ścianą Śmierci na dziedzińcu bloku 11 w obozie macierzystym. Ogółem w latach 1940-1944 deportowano do KL Auschwitz z więzienia policyjnego przy ulicy Montelupich w Krakowie około 17 tys. Polaków.

Po wojnie Główna Komisja Badania Zbrodni Niemieckich (później Hitlerowskich) w Polsce przystąpiła do zbadania terenu Fortu 49-Krzesławice. W okresie od 15 października do 6 grudnia 1945 roku przekopano cały teren ziemny fortu i odkryto 29 grobów, z których wydobyto 440 zwłok, w tym 18 kobiecych. Ustalono, że rozstrzeliwania miały miejsce na placu fortecznym, na dziedzińcu koszarowym, w fosach i przy kaponierach.

Zastosowany sposób badania uniemożliwił pominięcie jakiejkolwiek mogiły. W związku z tym, że zwłoki uległy znacznemu rozkładowi, tylko w 24 przypadkach rodziny z całą pewnością zidentyfikowały bliskich, a w 80 przypadkach identyfikacja stała się możliwa na podstawie znalezionych przy zwłokach dokumentów i przedmiotów, okazanych rodzinom w latach 1946-1947. Łącznie zidentyfikowano 104 osoby, a zwłoki 336 osób pozostały bezimienne. Wszystkie ofiary pochowano w zbiorowej mogile obok fortu.

W latach 60. XX wieku GKBZHwP prowadziła drugie śledztwo w sprawie Fortu Krzesławice, które miało na celu znalezienie bezpośrednich sprawców zbrodni. Niestety nie przyniosło ono rezultatów. Główną odpowiedzialność za zbrodnie popełnione w Forcie Krzesławice ponoszą komendanci SD i Policji Bezpieczeństwa w dystrykcie krakowskim. W latach 1939-1941 byli nimi: Bruno Müller, Walter Huppenkothen, Ludwig Hahn (późniejszy szef SD i Policji Bezpieczeństwa w dystrykcie warszawskim) i Max Grosskopf. Spośród nich zostali skazani Bruno Müller i Ludwig Hahn. Müller stanął w 1947 roku przed Brytyjskim Trybunałem Wojskowym w Hamburgu, który wymierzył mu 20 lat więzienia za zbrodnie popełnione pod koniec wojny. Jednakże już w 1953 roku mógł cieszyć się wolnością. Hahn został skazany w RFN w 1975 roku na dożywocie, ale tylko za deportacje Żydów do ośrodka zagłady w Treblince. Zwolniono go z więzienia po ośmiu latach. Za zbrodnie w Forcie Krzesławice nikogo zatem nie ukarano.

27 maja 1956 roku gen. Franciszek Księżarczyk w imieniu Rady Naczelnej ZBoWiD dokonał uroczystego odsłonięcia tablicy pamiątkowej na zbiorowej mogile ofiar. Znalazły się na niej błędne daty (1943-1945) dokonywanych w Forcie Krzesławice egzekucji. Natomiast 6 lipca 1957 roku pomnik ku czci rozstrzelanych w forcie Polaków odsłonił premier Józef Cyrankiewicz. W uroczystości tej wzięło udział około 20 tys. osób, w tym delegacje z NRD i Czechosłowacji.

Fort 49-Krzesławice-pomnik ofiar gestapo. Fot. Wikipedia.

Fort 49-Krzesławice-pomnik ofiar gestapo. Fot. Wikipedia.

Wkrótce jednak doszło do skandalicznej dewastacji i profanacji miejsca pamięci. W latach 60. XX wieku na południe od masowego grobu i pomnika rozpoczęto budowę bloków mieszkalnych. Wokół fortu zaczęły powstawać żywiołowo zakładane przez mieszkańców ogródki warzywne. Władze dzielnicy Nowa Huta przyzwoliły na to, żeby miejsce uświęcone męczeństwem Polaków zamienić na teren rekreacyjno-działkowy. W drugiej połowie lat 70. XX wieku wysadzono w powietrzę kaponierę zachodnią fortu oraz dwa schrony, a dwie pozostałe kaponiery zasypano. Duży fragment północno-wschodniej fosy zamieniono na wysypisko odpadów, które przywożono samochodami ciężarowymi. Likwidacja trzech kaponier fortu była tym bardziej skandaliczna, że zlikwidowano miejsca z autentycznymi ścianami śmierci, gdzie Niemcy rozstrzelali 363 Polaków z ogólnej liczby 440.

Kres dewastacji miejsca pamięci położyło przeniesienie w 1994 roku do Fortu Krzesławice Młodzieżowego Domu Kultury. Miejsce pamięci uzyskało gospodarza i opiekuna. Przez kilkanaście lat prowadzono prace remontowo-konserwatorskie, przywracające dawny wygląd fortu. Do dzisiaj udało się m.in. odsłonić – zasypaną wcześniej gruzem i odpadami – kaponierę wschodnią z jedyną zachowaną ścianą śmierci, na której znajdują się oryginalne ślady wystrzelonych pocisków. Ślady te świadczą o tym, że więźniów rozstrzeliwano z broni maszynowej.

Na ścianie śmierci przy kaponierze wschodniej odsłonięto 17 listopada 2014 roku tablicę pamięci, która stała się trzecim – bez wątpienia najważniejszym – miejscem upamiętnienia 440 patriotów polskich zamordowanych w Forcie Krzesławice.

[1] Cyt. za: „Czarna niedziela-fakty”, „Gazeta Myślenicka”, wydanie 24, 1 lipca 2010, http://www.gazeta.myslenice.pl, dostęp 13.09.2017.

[2] Cyt. za: „Prawda i pamięć”, Kraków 2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 6 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2157/58), 8-15.10.2017, s. 14-15

Taniec na linie, nad przepaścią

W związku z przypadającą 20 września br. 75. rocznicą utworzenia Narodowych Sił Zbrojnych Sejm przyjął uchwałę oddającą hołd tej formacji. Nie jest to pierwsza taka uchwała Sejmu. 9 listopada 2012 roku – w związku z 70. rocznicą powstania NSZ – Sejm również uczcił tę organizację podkreślając m.in., że jej historyczną zasługą było m.in. wysunięcie „postulatu powrotu Polski na Ziemie Zachodnie”. Z treści tamtej uchwały wynikało, że dotyczyła ona tej części NSZ, która weszła w skład „Sił Zbrojnych w Kraju podległych legalnym władzom RP na uchodźstwie”[1].

Jeśli bowiem mówimy o NSZ, to trzeba ustalić, o którym NSZ mówimy. Czy o tym, który wiosną 1944 roku scalił się z AK i jest określany w literaturze historycznej jako NSZ-AK, czy o tej jego części, która odmówiła podporządkowania się AK i jest określana przez historyków jako NSZ-ZJ (Związek Jaszczurczy) lub NSZ-ONR (Obóz Narodowo-Radykalny). Ten pierwszy miał na swoim koncie piękne karty walki z okupantem niemieckim, w tym zabicie gen. Wehrmachtu Kurta Rennera w zasadzce pod Ożarowem 26 sierpnia 1943 roku czy udział w Powstaniu Warszawskim. Drugi natomiast był infiltrowany przez niemieckie służby specjalne, a wywodząca się z niego Brygada Świętokrzyska uprawiała kolaborację z Niemcami. Nurt ten ponosi odpowiedzialność za walki bratobójcze, nie tylko z partyzantką AL, ale także za likwidowanie tych członków NSZ, którzy podporządkowali się akcji scaleniowej z AK.

Tymczasem uchwała Sejmu przyjęta przez aklamację 15 września 2017 roku dotyczy wszystkich nurtów NSZ. Jest w niej mowa o tym, że żołnierze NSZ walczyli „zarówno z okupantem niemieckim, jak i sowieckim”, biorąc udział m.in. w akcji „Burza” i Powstaniu Warszawskim, ale jest też mowa o Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ, która „przedostała się na Zachód” oraz o Narodowym Zjednoczeniu Wojskowym, które prowadziło walkę zbrojną z powojennymi władzami Polski. W konkluzji uchwała Sejmu „uznaje, że formacja ta dobrze zasłużyła się Ojczyźnie”[2].

Nie ma zatem wątpliwości, że uchwała Sejmu z 15 września 2017 roku dotyczy całości NSZ – czyli NSZ-AK i NSZ-ONR oraz powojennego NZW. Autorami projektu tej uchwały byli Karol Wołek i Leszek Żebrowski – prawicowi publicyści znani od dawna ze swoich radykalnych poglądów prawicowych oraz bezkrytycznego gloryfikowania NSZ.

Przeciwko honorowaniu NSZ, w takiej formie jak zrobił to Sejm, zaprotestowała m.in. żydowska organizacja B’nai B’rith (Synowie Przymierza). W liście skierowanym w jej imieniu do prezydenta Andrzeja Dudy Sergiusz Kowalski napisał: „Z bólem i niepokojem przyjęliśmy informację, że Sejm RP uczcił pamięć żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, a przede wszystkim Brygady Świętokrzyskiej. Działalność gloryfikowanej obecnie Brygady Świętokrzyskiej była potępiana jeszcze przez przedstawicieli Armii Krajowej, którzy piętnowali współpracę Brygady z gestapo. Jeszcze większym niepokojem napawać musi fakt, że Prezydent RP obejmuje swoim patronatem obchody ku czci NSZ z udziałem Leszka Żebrowskiego, znanego z licznych wypowiedzi i przedsięwzięć jawnie nacjonalistycznych i antysemickich oraz wsparcia udzielanego ONR”[3].

W duchu ignorancji historycznej, czyli w duchu uchwały Sejmu z 15 września 2015 roku, wypowiedzieli się też Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński. W liście do uczestników obchodów 75. rocznicy powstania Narodowych Sił Zbrojnych prezydent RP podkreślił, że żołnierze NSZ należeli do najwartościowszych bojowników o wyzwolenie Polski. „Walcząc mężnie przeciwko dwóm wrogom – napisał Andrzej Duda – stawali zarazem w obronie ludności przed infiltracją sowiecką i pospolitym bandytyzmem. Swoimi działaniami bojowymi zapisali chlubne karty podczas powstań – Warszawskiego i antykomunistycznego. Należeli do niezłomnych przeciwników powojennego reżimu, kontynuując jako Narodowe Zjednoczenie Wojskowe walkę z czerwonymi o Polskę biało-czerwoną (…)”. Prezydenta cieszy też, że „zwłaszcza młode pokolenie coraz chętniej odwołuje się do czynów NSZ dostrzegając w ich żołnierzach kontynuatorów najlepszych polskich tradycji patriotycznych i depozytariuszy naszej narodowej tożsamości”[4].

Z kolei Jarosław Kaczyński w liście do uczestników tychże uroczystości stwierdził, żeNSZ były drugą pod względem liczebności organizacją podziemną. To była wielka siła, nie tylko z powodu liczby żołnierzy, ale także – a może przede wszystkim – z racji potęgi ich ducha, mocy wiary i miłości do ojczyzny, ideowej spójności, żelaznej woli i ogromnej determinacji”[5].

Nie jest prawdą, że NSZ były drugą pod względem liczebności organizacją podziemną. Nawet jeżeli przyjmiemy za obecną propagandą historyczną, że oba nurty NSZ liczyły 100 tys. członków (w rzeczywistości około 70 tys.), to drugą najliczniejszą po AK organizacją Polski Podziemnej były zapomniane dzisiaj Bataliony Chłopskie, liczące 170 tys. ludzi.

Podobne treści zawierały też listy, które do uczestników obchodów 75-lecia NSZ skierowali prezes IPN Jarosław Szarek oraz Jan Józef Kasprzyk – szef Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Ten ostatni zakończył swój list stwierdzeniem, że „każdy, kto powiela czarną legendę NSZ jest kłamcą”[6].

Tę myśl szefa Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych rozwinął radykalny prawicowy publicysta historyczny Tadeusz M. Płużański – obecnie szef publicystyki w TVP Info. W agresywnej w formie wypowiedzi dla pisowskiego portalu wPolityce.pl odrzucił on jako „komunistyczną propagandę” oskarżenia pod adresem NSZ o kolaborację z Niemcami, antysemityzm i działania zbrodnicze. Takie oskarżenia są jego zdaniem „szarganiem munduru polskiego żołnierza, a co za tym idzie również polskich tradycji militarnych i patriotycznych”. Osoby, które nie zgadzają się na gloryfikację NSZ są zdaniem Płużańskiego spadkobiercami „czerwonych okupantów” oraz „przestępczych organizacji”, takich jak GL, AL, UB, SB, KBW i PZPR. Takie osoby Płużański proponuje pociągać do odpowiedzialności karnej[7].

Powiało zatem grozą i rzeczywistością orwellowską. Czyżby prawda historyczna w Polsce pisowskiej – identycznie jak w Związku Radzieckim – miała być prawdą polityczną, a za jej kwestionowanie miały grozić represje?

Przykładem manipulowania historią NSZ przez animatorów obecnej państwowej polityki historycznej jest artykuł zamieszczony przez Leszka Żebrowskiego w „Naszemu Dzienniku”[8]. Żebrowski zaczyna swoją narracje o NSZ następująco: „Była to jedyna – obok Armii Krajowej – profesjonalna organizacja ściśle wojskowa, z liczną kadrą oficerską”. Jak już wspomniałem powyżej – jest to nieprawda. Przytacza następnie takie fakty z historii NSZ jak program granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej, zabicie gen. Kurta Rennera, walki toczone z Niemcami przez NSZ-AK, w tym udział w Powstaniu Warszawskim, a także powojenna działalność Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Natomiast w ogóle pomija w swoim artykule działalność NSZ-ONR oraz Brygady Świętokrzyskiej. Nie dokonuje też rozróżnienia pomiędzy NSZ-AK i NSZ-ONR – cały czas pisze o NSZ. Za rozłam w NSZ wiosną 1944 roku czyni winnym dowództwo AK, co także jest niezgodne z prawdą historyczną. Zaprzecza też zbrodniom NSZ na Żydach podając argument, że polscy Żydzi służyli w partyzantce NSZ. Przytacza nazwisko najbardziej znanego z nich – Stanisława (Szmula) Ostwinda-Zuzgi, komendanta powiatowego NSZ-AK w powiecie węgrowskim.

Nie dowiemy się z artykułu Żebrowskiego, że nazwiska osób podejrzanych o działalność lewicową lub żydowskie pochodzenie były umieszczane przez kontrwywiad NSZ-ONR na listach proskrypcyjnych. W kwietniu 1944 roku na jednej z takich list zostali umieszczeni m.in. Irena Sendlerowa – jedna z najbardziej zasłużonych osób w akcji ratowania dzieci żydowskich oraz Aleksander Kamiński – redaktor naczelny „Biuletynu Informacyjnego” KG AK i autor „Kamieni na szaniec”. Przeznaczenie do likwidacji Kamińskiego uzasadniono następująco: „(…) żydofil, który zawsze skłaniał się do skrajnej lewicy-komuny. Niepewne pochodzenie matki (Żydówka lub Francuzka, wzgl. francuska Żydówka)”[9]. W rzeczywistości oboje rodzice Kamińskiego byli Polakami, a przyczyną skazania go na śmierć przez NSZ-ONR był – tak jak w wypadku Sendlerowej – udział w akcji ratowania Żydów.

Na innej liście proskrypcyjnej, liczącej 52 nazwiska, znalazł się prof. Ludwik Widerszal – szef Podwydziału „Z” (ziemie zachodnie i wschodnie) Biura Informacji i Propagandy KG AK – którego scharakteryzowano następująco: „Żyd, uczeń Handelsmana, historyk, komunista”. 13 czerwca 1944 roku Ludwik Widerszal został zamordowany, prawdopodobnie przez egzekutorów z NSZ-ONR, w swoim mieszkaniu w Warszawie[10].

Jednakże w NSZ, zwłaszcza w NSZ-AK, byli ludzie, którzy nie podzielali antysemityzmu i szowinizmu. Edward Kemnitz – komendant Okręgu Pomorskiego NSZ i oficer NSZ Sławomir Modzelewski zostali po wojnie odznaczeni przez Instytut Yad Vashem za ratowanie Żydów Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. O tym trzeba pamiętać.

Nie dowiemy się też z artykułu Żebrowskiego, że NSZ zostały utworzone przez Grupę „Szańca”, czyli działaczy przedwojennego ONR-ABC, odwołujących się do szowinistycznej, antydemokratycznej i w istocie totalitarnej ideologii. Wręcz przeciwnie – Żebrowski twierdzi, że „NSZ w swym założeniu miały być apolityczną armią”. Nie dowiemy się, że Grupa „Szańca” sprzeciwiała się wszelkim reformom społecznym, w tym reformie rolnej, za którą – niezależnie od PPR – opowiadała się większość stronnictw politycznych Polski Podziemnej. Szczytem absurdu jest jego stwierdzenie, że dysponowanie pionem zbrojnym przez pion polityczny w NSZ to były „zawiązki cywilnej kontroli nad armią”.

Nie dowiemy się od Żebrowskiego o konsekwencjach przyjęcia przez NSZ koncepcji walki z dwoma wrogami, z położeniem nacisku na zwalczanie ZSRR i komunizmu. Konsekwencją było rozpętanie walk bratobójczych, zapoczątkowanych przez zamordowanie 9 sierpnia 1943 roku koło Borowa w powiecie kraśnickim 26 członków GL przez oddział Pogotowia Akcji Specjalnej NSZ pod dowództwem Leonarda Zuba-Zdanowicza. Zdaniem historyka IPN Piotra Gontarczyka pod Borowem rozbito „grupę komunistyczną składająca się ze zbitek kilku oddziałów rabunkowych”, a oddziały GL „były rozbijane za bandytyzm”, a nie z przyczyn politycznych”[11]. Zaprzecza temu jednak emigracyjny historyk, prof. Jan M. Ciechanowski (1930-2016), wedle którego od końca 1943 roku NSZ występowały zarówno przeciw partyzantce komunistycznej, jak i członkom AK, usiłując rozpętać wojnę domową[12].

Nie dowiemy się od Żebrowskiego, że dowódca NSZ-AK – ppłk Albin Walenty Rak – został skazany przez NSZ-ONR na karę śmierci i był ścigany z polecenia dowódcy NSZ-ONR, mjr. Stanisława Nakoniecznikoffa-Klukowskiego, ps. „Kmicic”. Sam jednak Nakoniecznikoff-Klukowski zginął z rąk swoich ludzi 18 października 1944 roku, gdy po upadku Powstania Warszawskiego próbował podporządkować NSZ-ONR Armii Krajowej.

Nie dowiemy się od Żebrowskiego o infiltracji NSZ-ONR przez gestapo i SD, w tym o działalności Huberta Jury vel Herberta Junga-„Toma” i Otmara Wawrzkowicza. Ich siatka współpracowała z SS-Hauptsturmführerem Paulem Fuchsem – oficerem gestapo, który kierował zwalczaniem polskiego podziemia na terenie dystryktu radomskiego[13]. W willi przy ulicy Jasnogórskiej 25 w Częstochowie, którą Hubertowi Jurze udostępniło gestapo, byli bestialsko torturowani i mordowani nie tylko członkowie PPR, ale także żołnierze NSZ-AK, jak np. ppor. Władysław Pacholczyk[14]. Z rąk NSZ-ONR zginęli też m.in. kpt. Stanisław Żak – szef wywiadu okręgu częstochowskiego NSZ-AK oraz mjr Wiktor Gostomski, który był szefem Wydziału II Wywiadowczego Komendy Głównej NSZ-ONR i sprzeciwiał się współpracy z Niemcami. Nie cofali się zatem nawet przed likwidacją „niepokornych” we własnych szeregach. Działalność NSZ-ONR została potępiona przez naczelnego wodza, gen. Kazimierza Sosnkowskiego i wicepremiera rządu RP na uchodźstwie, Jana Kwapińskiego.

Hubert Jura – skazany przez AK i NSZ-AK na karę śmierci za kolaborację – pełnił w Brygadzie Świętokrzyskiej funkcję oficera do zadań specjalnych i wraz ze swoimi ludźmi pośredniczył w kontaktach jej dowództwa z gestapo i SD. Brygada Świętokrzyska – największy zwarty oddział NSZ podczas okupacji – została utworzona w sierpniu 1944 roku przez NSZ-ONR. Jej liczebność wahała się od 822 (grudzień 1944) do 1417 ludzi (maj 1945). Dowódcą był płk Antoni Szacki-„Bohun” (1902-1992). Największą akcją zbrojną Brygady Świętokrzyskiej było rozbicie pod Rząbcem koło Włoszczowej 8 września 1944 roku oddziału AL Tadeusza Grochala, wspieranego przez oddział spadochroniarzy radzieckich. Wsparcia Brygadzie Świętokrzyskiej w okrążeniu oddziału AL i oddziału radzieckiego udzieliły siły niemieckie. Po zakończeniu walki zamordowano 67 wziętych do niewoli spadochroniarzy radzieckich. Do walk Brygady z oddziałami AL i BCh doszło też w Działkach Nosowskich, pod Fanisławicami, Krzepinem, Olesznem, Sekurskiem, Skrobaczowem i Soborzycami.

Niemcy jesienią 1944 i zimą 1945 roku tolerowani działania Brygady, a do jej sporadycznych starć z Niemcami dochodziło tylko w tym pułku, w którym „Tom” był nieobecny. Od grudnia 1944 roku Brygada zawiesiła działania przeciw Niemcom, a w styczniu 1945 roku zawarła porozumienie z Wehrmachtem, zgodnie z którym mogła przejść za niemiecką linią frontu. Niemieckim oficerem łącznikowym w Brygadzie został wspomniany gestapowiec Paul Fuchs. Załatwił on dozbrojenie Brygady, zakwaterowanie dla jej żołnierzy oraz leczenie chorych i rannych w szpitalach niemieckich, a także popierał jej rozwój liczebny. Planował wykorzystanie Brygady przeciw ZSRR – w pierwszym rzędzie do dywersji i sabotażu na zapleczu frontu, a następnie do walki na froncie. W lutym 1945 roku Brygada Świętokrzyska dotarła przez Śląsk na teren Protektoratu Czech i Moraw. Tam po pewnym czasie została zakwaterowana na terenie poligonu Wehrmachtu w miejscowości Rozstání na Morawach.

7 lutego 1945 roku w ośrodku RSHA rozpoczęło się pod nadzorem Huberta Jury szkolenie około 70 ochotników z Brygady Świętokrzyskiej, którzy – uzbrojeni w niemiecką broń, wyposażeni w pieniądze, dokumenty i radiostacje – mieli być zrzuceni z samolotów na terytorium Polski celem prowadzenia dywersji i działań wywiadowczych na tyłach Armii Czerwonej. Łącznie do Polski przerzucono cztery grupy dywersyjne – 23 marca (dwie), 15 kwietnia i 28 kwietnia 1945 roku. Wszystkie zostały rozbite przez UB.

W drugiej połowie marca 1945 roku zastępca dowódcy Brygady, mjr Władysław Marcinkowski-„Jaxa”, wziął udział w międzynarodowej konferencji ruchów faszystowskich i kolaboracyjnych w Pradze, która miała doprowadzić do powstania wspólnego bloku antysowieckiego (Legii Antybolszewickiej) pod patronatem Niemców. Ostatecznie Marcinkowski odmówił przystąpienia do takiego bloku, zasłaniając się brakiem kompetencji. Niepowodzeniem ze strony niemieckiej zakończyły się też rozmowy prowadzone w Monachium w dniach 5-6 kwietnia 1945 roku z płk. Szackim. Strona niemiecka zaproponowała mu skierowanie Brygady na front, wysłanie do kraju dalszych grup dywersyjno-wywiadowczych oraz nawiązanie kontaktu z polskim rządem w Londynie celem skłonienia go do wspólnej walki z ZSRR. Szacki zgodził się tylko na wysyłanie do Polski grup dywersyjno-wywiadowczych, a odmowę skierowania Brygady na front uzasadnił jej charakterem jako jednostki partyzanckiej, a nie liniowej.

Zdaniem historyków i publicystów wybielających Brygadę Świętokrzyską postawa Szackiego miała na celu ocalenie Brygady, a wysyłanie do Polski grup dywersyjnych nie było kolaboracją, ale ceną za jej tolerowanie przez Niemców. Publicyści wybielający Brygadę Świętokrzyską eksponują też wyzwolenie przez nią 5 maja 1945 roku podobozu KL Flossenbürg w miejscowości Holýšov w zachodnich Czechach, z którego uwolniono około 700 więźniarek, w większości Żydówek. Było to jednak działanie mające uwiarygodnić Brygadę Świętokrzyską przed Amerykanami. Następnego dnia Brygada nawiązała bowiem kontakt z wojskami amerykańskimi, którym się podporządkowała.

Rząd polski w Londynie nie chciał mieć nic wspólnego z Brygadą Świętokrzyską, dlatego została ona w sierpniu 1945 roku rozformowana przez dowództwo amerykańskie. Część jej żołnierzy wcielono później do kompanii wartowniczych w amerykańskiej strefie okupacyjnej Niemiec. Niektórzy z nich zostali też wykorzystani w działaniach amerykańskich służb specjalnych przeciw Polsce Ludowej.

Inną drogą niż Żebrowski poszedł prof. Jan Żaryn – obecnie senator i jeden z głównych architektów polityki historycznej PiS. W książce „«Taniec na linie, nad przepaścią». Organizacja Polska na wychodźstwie i jej łączność z krajem w latach 1945-1955” (Warszawa 2011, 368 ss.) obszernie on pisze o NSZ-ONR i Brygadzie Świętokrzyskiej. Organizacja Polska była utajnioną nadbudówką powstałego w 1934 roku Obozu Narodowo-Radykalnego, a w czasie drugiej wojny światowej kierowała tą częścią NSZ, która w 1944 roku odmówiła scalenia z AK. Żarnyn chwali OP za to, że uznawała akcję „Burza” za „bezcelową, a nawet wręcz szkodliwą” i była przeciwna Powstaniu Warszawskiemu. Stoi to jednak w sprzeczności z tezami obecnej polityki historycznej, która nie dopuszcza jakiejkolwiek krytyki Powstania Warszawskiego.

Nie można też nie zauważyć, że przedostanie się Brygady Świętokrzyskiej do Europy Zachodniej podważa sens walki, jaką w Polsce podjęli po wojnie niektórzy epigoni AK i NSZ, nazywani obecnie „żołnierzami wyklętymi”. A przecież obecna polityka historyczna uważa ich wybór za najsłuszniejszy.

Zdaniem Żaryna Brygada Świętokrzyska była pierwszą, przed przyjęciem Polski do NATO, polską formacją wojskową współdziałającą z amerykańskim wywiadem wojskowym (czy tylko z amerykańskim?). Uważa on, że porozumienie Brygady z Niemcami miało charakter „taktyczny”. Fakt kolaboracji bagatelizuje stwierdzeniem, że „w różne relacje z Niemcami” wchodziły też wywiady AK i AL. Przytacza bezpodstawne twierdzenie byłych członków NSZ-ONR, że gestapowiec Paul Fuchs i jego ludzie mieli być „grupą niemiecką antyhitlerowską”. Bagatelizuje również problem antysemityzmu NSZ-ONR. „Margines bandytyzmu i wynikających z tego zabójstw Żydów w NSZ był zdecydowanie mniejszy niż np. w formacjach komunistycznych” – uważa prof. Żaryn[15].

Uczynienie z Fuchsa antyfaszysty to zabieg rzeczywiście karkołomny zważywszy, że ten „antyfaszysta” jako szef radomskiego gestapo deportował 14 tys. Polaków z dystryktu radomskiego do KL Auschwitz.

Żaryn wybrał zatem drogę wybielania i gloryfikacji NSZ-ONR oraz Brygady Świętokrzyskiej, przedstawiając ciemne karty z ich historii jako chwalebne. Parafrazując tytuł jego książki można powiedzieć, że rzeczywiście jest to taniec na linie, nad przepaścią. Ani Żaryn ani Żebrowski nie chcą zauważyć, że po klęsce stalingradzkiej Himmler dążył do neutralizacji polskiego podziemia niepodległościowego poprzez wciągnięcie go do współpracy pod hasłami antykomunizmu i walki z ZSRR. Strategia ta powiodła się tylko w wypadku NSZ-ONR i Brygady Świętokrzyskiej.

Skoro jednak NSZ miały same chlubne karty – jak twierdzą Płużański, Żaryn i Żebrowski – to skąd wzięła się niezwykle krytyczna opinia sformułowana niedługo po wojnie przez bezkompromisowego antykomunistę Zygmunta Zarembę – wybitnego działacza PPS-WRN i przewodniczącego Rady Jedności Narodowej. Otóż Zaremba wyraził się następująco: „NSZ tak samo, jak komuniści, i z podobnych powodów, zostali postawieni poza nawias Polski Podziemnej. Polska Podziemna przyjęła zasady demokracji i postępu społecznego i położyła je jako fundament niepodległości. NSZ wyznawał ideologię faszystowską, wrogą demokracji i postępowi społecznemu, komunizm niósł uzależnienie Polski od Rosji i metody polityczne tak bliźniaczo podobne do faszystowskich, że również nie mógł się znaleźć w organizacji, która kierowała walką narodu polskiego w czasie tej wojny”[16].

Nie ulega wątpliwości, że na taką ocenę NSZ ze strony Zaremby wpłynęła działalność NSZ-ONR. Zygmunt Zaremba postawił NSZ na jednej płaszczyźnie z PPR i GL/AL oraz poza nawiasem Polski Podziemnej. Natomiast Żaryn i Żebrowski stawiają NSZ w samym centrum Polski Podziemnej, na równi z AK, a może nawet wyżej niż AK.

Nie mniej krytycznie niż Zaremba wyrażał się o NSZ płk Jan Rzepecki – szef Biura Informacji i Propagandy w Komendzie Głównej AK, a po wojnie „żołnierz wyklęty” (zastępca komendanta organizacji „NIE” oraz założyciel Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość). Rzepecki był sceptyczny wobec scalenia NSZ z AK. W raporcie do gen. Bora-Komorowskiego tak uzasadnił swoje stanowisko:

„Opozycja faszystowska to przede wszystkim ONR. Cechuje ją brak skrupułów i demagogia, opieranie się na klasach posiadających, bezwzględna wrogość do radykalnej lewicy, którą całą traktuje jako agenturę lub straż przednią bolszewizmu i nie zadaje sobie trudu dojrzenia istotnych wśród niej różnic (…). Przyłączenie «opozycji faszystowskiej» (do AK) prawie na pewno wywoła odpadnięcie poważnej części lewicy rządowej, nadałoby temu obozowi piętno reakcyjne. Jestem głęboko przekonany, że w błyskawicznym tempie pociągnęłoby to za sobą dla Polski śmiertelną katastrofę wojny domowej, w której lewica walczyłaby pod komendą PPR, a prawica – ONR. AK przypadłaby rola obrońcy klas posiadających. Następstwem – wasalizacja lub wcielenie Polski do ZSRR. W świetle powyższego ostatni nasz «sukces» w postaci podporządkowania NSZ może mieć wysoce ujemne następstwa, jeśli nie sparaliżujemy ich umiejętną akcją wychowawczą”[17].

Język płk. Rzepeckiego z 1944 roku – określający NSZ wprost jako „opozycję faszystowską” – jakoś dziwnie przypomina późniejszą narrację propagandy PRL. A przecież pisał to – identycznie jak w wypadku Zaremby – zdecydowany antykomunista.

Jesienią 1944 roku komendant główny AK, gen. Leopold Okulicki, w meldunku do prezydenta RP na uchodźstwie napisał: „Należy się przeciwstawić w propagandzie próbom NSZ współpracy z Niemcami”[18]. Z kolei dowódca AK o pseudonimie „Mieczysław” meldował w tym samym czasie: „Działalność NSZ. D-cy kontaktują się i współpracują z Gestapo (…). Wyraźna współpraca z Niemcami”. W innym meldunku napisał: „W dniu 22 XI. W czasie przemarszu NSZ przez m. Oleszno, Niemcy ściągnęli posterunki. Rannych NSZ Niemcy proponują odstawić do szpitali niemieckich. Notowane są kontakty w Gestapo”[19].

W przeciwieństwie do Leszka Żebrowskiego i Jana Żaryna krytyczną ocenę NSZ-ONR sformułował prawicowy historyk, dr hab. Rafał Wnuk, który w swojej opinii pozostaje jednak osamotniony na tle tez obecnej polityki historycznej. W artykule pod znamiennym tytułem „Brygada Świętokrzyska. Zakłamana historia” Rafał Wnuk – obecnie pracownik naukowy KUL i Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku – wyraził się następująco:

„Powstałą po rozłamie konspirację określa się mianem NSZ-ONR. Jej przywódcy postanowili też pozbyć się głównych oponentów i wkrótce doszło do skrytobójczych mordów oficerów NSZ, którzy przeszli do AK. (…) Wbrew budowanemu dziś mitowi NSZ-ONR wcale nie bronił ciągłości II RP, ale przeciwnie – robił wiele, by zniszczyć autorytet legalnych władz, by na gruzach przedwojennego systemu zbudować nacjonalistyczną monopartyjną dyktaturę. Stawianie znaku równości między AK i NSZ-ONR jest manipulacją sugerującą, jakoby ta ostatnia była częścią składową Państwa Podziemnego. Nie była”[20].

We współczesnej Polsce coraz bardziej widać tendencję, by nauki humanistyczne zostały zaprzęgnięte do udowadniania tez państwowej polityki historycznej. Tworzy się sztuczną, ponieważ opartą na fałszu, pamięć historyczną, która ma posłużyć formacji społeczeństwa w duchu antykomunizmu i rusofobii. Dlatego NSZ oprawiono w ramki wraz z NSZ-ONR i Brygadą Świętokrzyską i wystawiono w galerii narodowych świętości. Podsycanie ognia antykomunizmu zmierza do całkowitego zdeprecjonowania Polski Ludowej, a szerzej do zanegowania całej polskiej tradycji lewicowej jako alternatywy historycznej i politycznej. Natomiast podsycanie płomienia rusofobii jest niezbędne w sytuacji, gdy polska prawica przyjęła rolę podwykonawcy polityki amerykańskiej w Europie Środkowo-Wschodniej.

[1] Uchwała Sejmu RP z 9 listopada 2012 r. w związku z 70. rocznicą powstania Narodowych Sił Zbrojnych, http://www.sejm.gov.pl, dostęp 21.09.2017.

[2] Uchwała Sejmu w sprawie upamiętnienia 75. rocznicy powstania NSZ – treść i zdjęcia, portal Narodowe Siły Zbrojne, http://www.nsz.com.pl, dostęp 21.09.2017; Sejm uczcił Narodowe Siły Zbrojne. W uchwale znalazła się Brygada Świętokrzyska, która kolaborowała z III Rzeszą, http://www.wyborcza.pl, 15.09.2017.

[3] B’nai B’rith przeciwko honorowaniu żołnierzy NSZ, http://www.kresy.pl, 21.09.2017.

[4] Prezydent Duda: Żołnierze NSZ należeli do najwartościowszych bojowników o wyzwolenie, http://www.wiadomości.dziennik.pl, 16.09.2017.

[5] Jarosław Kaczyński: Narodowe Siły Zbrojne były organizacją o wielkiej sile z racji potęgi ducha, mocy wiary i miłości do ojczyzny, http://www.wpolityce.pl, 16.09.2017.

[6] Tamże.

[7] Nasz wywiad. Płużański: „Jeżeli ktoś podnosi rękę na żołnierza NSZ, to powinien odpowiadać karnie”, http://www.wpolityce.pl, 15.09.2017.

[8] L. Żebrowski, Legion niezłomnych, http://www.naszdziennik.pl, portal „Naszego Dziennika”, 19.09.2017.

[9] T. Szarota, Karuzela na placu Krasińskich. Studia i szkice z lat wojny i okupacji, Warszawa 2007, s. 187-189.

[10] Tamże, s. 191-192.

[11] Spod czerwonej gwiazdy. O podziemiu komunistycznym – z Piotrem Gontarczykiem, Mariuszem Krzysztofińskim i Januszem Marszalcem rozmawia Barbara Polak, „Biuletyn IPN” nr 3-4 (62-63), marzec-kwiecień 2006, s. 19.

[12] J. Ciechanowski, Powstanie Warszawskie. Zarys podłoża politycznego i dyplomatycznego, Warszawa 2009, s. 85.

[13] J. Sobkowski, Makabryczna tajemnica willi przy Jasnogórskiej, http://www.czestochowa.wyborcza.pl, 18.02.2016.

[14] W. J. Muszyński, J. Mysiakowska-Muszyńska (red.), Lista strat działaczy obozu narodowego w latach 1939-1945, Warszawa 2010, t. 1, s. 243.

[15] Ważna i ciekawa książka prof. Jana Żaryna o Brygadzie Świętokrzyskiej: „Taniec na linie, nad przepaścią”, http://www.wpolityce.pl, 22.11.2011.

[16] Z. Zaremba, Polska nie będzie się wstydzić swojego Podziemia, „Światło”, zeszyt 3-4, Paryż, kwiecień 1948.

[17] J. Rzepecki, Raport dla generała Bora-Komorowskiego (marzec 1944), cyt. za: P. Lipiński, Raport Rzepeckiego, Warszawa 2005.

[18] Armia Krajowa w dokumentach. Październik 1944-lipiec 1945, t. 5, Wrocław 1991, s. 183.

[19] Tamże, s. 131.

[20] R. Wnuk, Brygada Świętokrzyska. Zakłamana legenda, „Ale Historia” nr 4, 25.01.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 6 października 2017 r.

„Przegląd” nr 40 (926), 2-8.10.2017, s. 12-17

Skazani na klęskę

11 września zamieściłem na Facebooku następujący wpis: „Ćwierć wieku temu podawano w Polsce, że w latach 1940-1941 deportowano z Kresów Wschodnich na Syberię od 1 do 1,7 mln Polaków, z których 900 tys. miało tam zginąć. Po przebadaniu archiwów radzieckich okazało się jednak, że cztery deportacje z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941 objęły w sumie około 320 tys. obywateli II RP. W tej liczbie znajdowało się około 25 tys. Ukraińców, 20 tys. Białorusinów i 70 tys. Żydów, procentowo dotkniętych wywózkami w równym stopniu jak Polacy (pozostałe 200-210 tys.). Do czasu amnestii, ogłoszonej przez ZSRR latem 1941 roku w następstwie układu Sikorski-Majski, śmiertelność wśród zesłańców wynosiła od 2,8% do 5,8% rocznie. Ile osób zmarło po tej dacie – nie sposób określić, z pewnością jednak przeżyło znacznie więcej osób niż to wynikało z wcześniejszych przypuszczeń. Oznacza to, że jednak dwa razy więcej Polaków – bo 400 tys. – deportowano do niemieckich obozów koncentracyjnych, gdzie 250 tys. z nich zginęło (70 tys. w samym Auschwitz). Im jednakże nikt nie urządza marszu pamięci na wzór Marszu Pamięci Zesłańców Sybiru, który odbędzie się 17 września”.

Prof. Stanisław Jan Ciesielski (Uniwersytet Wrocławski) w artykule „Deportacje obywateli polskich w głąb Związku Radzieckiego w latach 1940-1941”, opublikowanym na stronie internetowej Muzeum Pamięci Sybiru w Białymstoku, podał nawet dane niższe niż ja w swoim wpisie na FB. Z artykułu prof. Ciesielskiego można się dowiedzieć, że deportacje objęły od 307,8 do 313,8 tys. obywateli II RP, w tym najwyżej 184,7 tys. Polaków. W lutym 1940 roku deportowano do obwodu archangielskiego, Komi i na Syberię 137,8 tys. osób (114,2 tys. Polaków, 12,3 tys. Ukraińców, 11,3 tys. Białorusinów), w kwietniu 1940 roku deportowano do Kazachstanu około 60 tys. osób (42 tys. Polaków, 8 tys. Białorusinów, ponad 7 tys. Ukraińców, 2,4 tys. Żydów), w czerwcu 1940 roku deportowano do Komi i Kraju Ałtajskiego 76-78 tys. osób (63,8-65,5 tys. Żydów, 8,3-8,5 tys. Polaków, 3,8-3,9 tys. osób innych narodowości), a w maju i czerwcu 1941 roku 34-38 tys. osób (m.in. 20 tys. Polaków i 11 tys. Ukraińców)[1].

Mój wpis na FB wywołał niesamowitą agresję ze strony – jak się domyślam – zwolenników PiS i tych, którzy stoją na prawo od nich. Dowiedziałem się m.in., że jestem „oficerem prowadzącym”, który celowo przed 17 września rozpowszechnia takie teksty, „postkomunistycznym typem”, a także, że głoszę „nieśmiertelną propagandę ruską” oraz „chwałę oręża armii radzieckiej” (sic!). To i tak nieźle w porównaniu z reakcją na moją krytykę byłego prezesa Polskiej Organizacji Turystycznej, który w ramach umacniania polskiej tożsamości narodowej odradzał zagranicznym dziennikarzom wizyty w Muzeum Auschwitz. Dowiedziałem się wówczas, że jestem „łajdakiem” i „kanalią”.

Dziwne to, ponieważ nawet jeden z prawicowych portali historycznych potwierdził przytoczone przeze mnie dane. Czytamy na nim, że szacunki podające od 1 do 1,7 mln deportowanych „obarczone były tym samym błędem. Powstawały na bazie cząstkowych danych, głównie relacji samych deportowanych, którzy nie mieli całościowego oglądu represji i wyolbrzymiali ich skalę (…). Protestujący przeciwko «nowym» (już ponad dwudziestoletnim) ustaleniom zdają się uważać, że redukcja liczby deportowanych pomniejsza i bagatelizuje ich tragedię. Takie myślenie trzeba stanowczo odrzucić. Licytacja na represjonowanych, zmarłych i zabitych do niczego nie prowadzi, a wykreślenie z prac historycznych nieistniejących ofiar w żaden sposób nie wymazuje z naszej pamięci gehenny setek tysięcy zesłańców. Prawda zaś nie może być antypolska”[2].

Niby proste, ale całkowicie niezrozumiałe dla atakujących mnie. Sądzę, że znajdują się oni pod wpływem przekazu medialnego, który jest inspirowany polityką historyczną IPN. Na stronie internetowej IPN czytamy bowiem, że „według szacunków władz RP na emigracji, w wyniku wywózek zorganizowanych w latach 1940–1941 do syberyjskich łagrów trafiło około milion osób cywilnych, choć w dokumentach sowieckich mówi się o 320 tys. wywiezionych”[3]. Jest to pokłosie stanowiska tragicznie zmarłego prezesa IPN Janusza Kurtyki, który stwierdził, że chociaż IPN-owski projekt „Indeks Represjonowanych” doprowadził do ustalenia liczby około 320 tys. obywateli II RP deportowanych z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941, to „nadal liczba ta jest podważana przez część historyków, piszących o 700 tysiącach – milionie deportowanych”[4]. Są to głównie historycy z IPN, jak np. Piotr Szubarczyk – autor książki „Czerwona apokalipsa”, albo skrajni antykomuniści, jak Roger Moorhouse – autor książki „Pakt diabłów”.

Jednak w wydanej przez IPN w 2009 roku publikacji „Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami” (353 strony), pod redakcją profesorów Wojciecha Materskiego i Tomasza Szaroty, stwierdzono, że liczba ofiar śmiertelnych pod okupacją radziecką w latach 1939-1941, a także w okresie 1944-1945 wyniosła około 150 tys. obywateli polskich (Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Ormian, Żydów i in.). Liczba ta obejmuje ofiary zbrodni katyńskiej z 1940 roku (21768 ofiar), masakr więziennych NKWD w 1941 roku (20-30 tys. ofiar), ofiary innych aktów terroru, więzień, obozów karnych i obozów pracy, a także zmarłych w wyniku deportacji do Kazachstanu i na Syberię[5]. Z tego szacunku ofiar śmiertelnych okupacji radzieckiej – podanego w publikacji IPN – wynika, że nie mogło zginać 900 tys. spośród 1-1,7 mln obywateli II RP, którzy mieli być deportowani w głąb ZSRR.

Kwestionujący liczbę 320 tys. deportowanych z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941 nie odpowiadają na podstawowe pytanie, jakie od razu się nasuwa: po co NKWD miałoby fałszować własną dokumentację wewnętrzną? Ujawnienie dokumentów NKWD dotyczących ilości deportowanych w głąb ZSRR obywateli II RP doprowadziło w środowisku wojującego antykomunizmu i rusofobii do poważnych dysonansów poznawczych, których nie powinno być wśród normalnych historyków.

Np. brytyjski historyk Halik Kochanski w książce „Orzeł niezłomny. Polska i Polacy podczas II wojny światowej” (Dom Wydawniczy „Rebis”, Poznań 2013) pisze, że „Najpowszechniej podawanymi liczbami było 220 tysięcy cywilów wywiezionych w lutym 1940 r., 320 tysięcy w kwietniu 1940 r., 240 tysięcy w czerwcu 1940 r. i 200-300 tysięcy w czerwcu 1941 r. Łączna liczba około miliona wywiezionych była przyjmowana przez wiele lat. Jednak ostatnie badania oparte na danych z radzieckich archiwów pozwoliły zakwestionować tę liczbę. Opracowanie z 1997 r. oparte na dokumentach samego NKWD mówi o 140 tysiącach wywiezionych w lutym 1940 r., 60 tysiącach w kwietniu 1940 r., 80 tysiącach w czerwcu 1940 r. i 40 tysiącach w czerwcu 1941 r. Razem daje to 320 tysięcy wywiezionych – i tak ogromną liczbę. Podobne dane podano w opracowaniu opublikowanym w roku 2000, którego autorzy określają liczbę wywiezionych na 309-327 tysięcy”[6].

Żeby jednak uniknąć linczu ze strony „polskich patriotów” Kochanski robi następujące zastrzeżenie: „Naukowcy wciąż badają radzieckie archiwa i po dokładniejszych badaniach demograficznych oraz analizie danych dotyczących późniejszych deportacji liczba wywiezionych ponownie jest weryfikowana wzwyż. Choć nie osiąga ona szacunku rządu polskiego na uchodźstwie, wydaje się obecnie prawdopodobne, że w latach 1940-1941 wywiezionych zostało przynajmniej 500 tysięcy obywateli polskich. W tej liczbie 52 procent stanowili Polacy, 30 procent Żydzi, a około 18 procent Ukraińcy i Białorusini. Wszyscy oni w tym rozdziale uznawani będą za Polaków”[7].

Ja w przeciwieństwie do Kochanskiego uważam jednak, że Żydzi, Ukraińcy i Białorusini to nie Polacy. Po przeczytaniu jego wywodu nasuwa mi się tylko jedno pytanie: to w końcu co wynika z dokumentacji NKWD – że deportowano 320 czy 500 tys.? Poza tym jeśli Polaków było 52 proc. wśród zawyżonej przez autora w stosunku do źródeł liczby 500 tys. deportowanych obywateli II RP, to liczba wywiezionych Polaków wynosi 260 tys. Tak czy owak nie milion albo więcej.

Liczba 320 tys. obywateli II RP deportowanych z Kresów Wschodnich w głąb ZSRR od lutego 1940 do czerwca 1941 roku w jakikolwiek sposób nie neguje zbrodniczego charakteru polityki stalinowskiej wobec Polaków. Tak samo jak obniżenie liczby ofiar KL Auschwitz z 4 mln do 1,1 mln, liczby ofiar KL Lublin (Majdanek) z 250 tys. do 79 tys., czy liczby ofiar ośrodka zagłady w Chełmnie nad Nerem z 380 tys. do 200 tys. w niczym nie neguje ludobójczego charakteru polityki hitlerowskiej wobec Żydów, Polaków i innych narodowości. Naukowa weryfikacja pierwotnych danych – które były ustalane bez dostępu do źródeł, pod wpływem szoku spowodowanego przeżyciami wojennymi i z jedynie ogólną świadomością ogromu ofiar – jest rzeczą zupełnie normalną. Zwłaszcza w naukach historycznych.

Nie jest jednak rzeczą normalną dla polskiej prawicy, która w takiej weryfikacji od razu widzi polityczny spisek i podstępną rękę rosyjskiej lub niemieckiej agentury. Do dzisiaj w tym środowisku funkcjonuje niewielka grupka osób, która oprawiła w ramki liczbę 4 mln ofiar KL Auschwitz, jej naukową weryfikację uznaje za spisek niemiecki i wytrwale poszukuje dowodów na potwierdzenie swoich racji. Niestety wciąż nie może ich znaleźć. Znacznie gorzej jest jednak z próbą naukowej weryfikacji liczby ofiar stalinizmu, która zawsze wywołuje natychmiastową reakcję rzesz ofiar polityki historycznej IPN i PiS. Jedynym źródłem, z którego te ofiary czerpią swoją wiedzę jest propagandowa papka medialna oraz publikacje w stylu „Czarnej księgi komunizmu”.

Ofiary lansowanej w Polsce polityki historycznej są żywym dowodem tego, że polityka ta ma na celu uformowanie ludzi całkowicie niezdolnych do najprostszego myślenia krytycznego, wierzących w propagandowe formułki, traktujących tę wiarę jak wyznanie religijne oraz popadających w coraz większy fanatyzm. Jednakże tacy ludzie zawsze poniosą klęskę polityczną. Nie mam również wątpliwości, że klęskę poniesie obóz polityczny, który z rzesz bezmyślnych fanatyków uczynił swoje zaplecze.

[1] S. Ciesielski, „Deportacje obywateli polskich w głąb Związku Radzieckiego w latach 1940-1941”, http://www.sybir.com.pl, strona Muzeum Pamięci Sybiru (oddział Muzeum Wojska) w Białymstoku, dostęp 12.09.2017.

[2] R. Sidorski, „Stalin wcale nie wywiózł na Sybir milionów Polaków. Jakie są prawdziwe liczby i dlaczego trzeba o nich mówić?”, http://www.ciekawostkihistoryczne.pl, 20.03.2017.

[3] „Na nieludzką ziemię – sowieckie deportacje Polaków na Sybir”, http://www.ipn.gov.pl, strona Instytutu Pamięci Narodowej, dostęp 12.09.2017.

[4] Cyt. za: P. Szubarczyk, „Ilu Polaków Sowieci wywieźli?”, http://www.naszdziennik.pl, strona „Naszego Dziennika”, 10.02.2010.

[5] W. Materski, T. Szarota (red.), „Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami”, Warszawa 2009.

[6] Cyt. za: „Wstrząsające warunki życia Polaków deportowanych na Syberię i do Kazachstanu”, http://www.nowahistoria.interia.pl, 10.02.2014.

[7] Tamże.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 września 2017 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2155/56), 24.09-1.10.2017, s. 16

Barbarzyństwo

„Wystarczyło kilka minut, by mauzoleum żołnierzy radzieckich w Trzciance (woj. wielkopolskie) zamieniło się w kupę gruzu. W piątek na plac Pocztowy wjechały koparki i, mimo sprzeciwu Rosjan, wyburzyły lokalny symbol komunizmu” – cieszy się portal tvn24.pl[1].

„Wydarzenie wzbudziło wielkie zainteresowanie wśród mieszkańców. Ludzie stawali, kręcili filmy, robili zdjęcia i komentowali (…). – Bardzo dobrze, cieszę się, że tego doczekałem. Ostatni bastion komunizmu padł na pysk – nie krył radości Józef Janowicz” – czytamy dalej na portalu tvn24.pl. Kto ów Józef Janowicz, nie wiadomo. Domyślam się, że miejscowy „patriota”, bo raczej nie intelektualista.

Mauzoleum w Trzciance – jedno z najokazalszych upamiętnień żołnierzy radzieckich w Polsce – było przez kilkadziesiąt lat uznawane za cmentarz wojenny. Przestało być jednak za takowe uważane, kiedy burmistrz Trzcianki Krzysztof Czarnecki (PiS) zlecił badania archeologiczne. Badania te – przeprowadzone w „ostatnich tygodniach”, jak czytamy w relacji portalu tvn24.pl – wykazały, że pod mauzoleum nie ma rzekomo żadnych zwłok. Wówczas wojewoda wielkopolski (także z PiS) wykreślił obiekt z ewidencji grobów i cmentarzy wojennych, zmieniając jego stan prawny na pomnik. Następnie burmistrz Czarnecki zlecił jego natychmiastową rozbiórkę na mocy ustawy dekomunizacyjnej. Wyniki badań archeologicznych kwestionuje ambasada rosyjska, która wydała oświadczenie protestujące przeciw działaniom samorządu Trzcianki jako sprzecznym z rosyjsko-polską umową międzyrządową z 1994 roku o grobach i miejscach pamięci ofiar wojen i represji.

„Według dokumentów posiadanych przez Ambasadę pod mauzoleum nadal znajdują się groby żołnierzy Armii Czerwonej, co nadaje jeszcze bardziej nieprawny i niemoralny charakter akcji jego zburzenia” – napisała w oświadczeniu ambasada Rosji. Samorząd Trzcianki stoi na stanowisku, że szczątki żołnierzy radzieckich „prawdopodobnie przeniesiono na cmentarz w 1953 roku”. Nie ma jednak żadnych dokumentów potwierdzających przeprowadzenie takiej ekshumacji i nie wiadomo gdzie na miejscowym cmentarzu mieliby być pochowani żołnierze radzieccy. „Sprawdzają to pracownicy Muzeum Ziemi Nadnoteckiej” – informuje portal tvn24.pl.

Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Trzciance zburzone 8 września 2017 roku

Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Trzciance zburzone 8 września 2017 roku

Obok artykułu o zburzeniu mauzoleum w Trzciance portal tvn24.pl zamieścił – zapewne nieprzypadkowo – artykuł pt. „Mąż sprzedał Zofię Sowietom za wódkę, ratowali ją polscy żołnierze. I za to zginęli od kul w tył głowy”[2]. Widziałem ten tekst już kilkanaście razy w ciągu ostatnich pięciu lat na różnych portalach. Opisuje on zresztą wydarzenie, które miało mieć miejsce dwa lata po wojnie, a nie podczas wyzwalania Polski. Ten i inne podobne mu teksty oraz pojawiające się ostatnio jak grzyby po deszczu książki o „sowieckich gwałtach i grabieżach” są częścią kampanii propagandowej mającej uzasadnić to, co czyni się w Polsce z upamiętnieniami walk Armii Czerwonej z Niemcami hitlerowskimi w latach 1944-1945[3].

Niestety, ani portal tvn24.pl, ani żadne z innych mediów polskich nie poinformowały jakie krzywdy wyrządzili żołnierze radzieccy Polakom w Trzciance. Ano takie, że dzięki tym żołnierzom radzieckim Trzcianka – która w wyniku pierwszego rozbioru Polski znalazła się pod zaborem pruskim – ponownie po 173 latach stała się Trzcianką. W 1945 roku nazywała się bowiem Schönlanke i była miasteczkiem w stu procentach niemieckim, leżącym na terenie niemieckiej Prowincji Grenzmark Posen-Wetspreußen. To „Sowieci” przywrócili ją Polsce i dzisiaj leży w województwie wielkopolskim.

Zastanawiam się jak nazwać to, co stało się w Trzciance i stanie się wkrótce w dziesiątkach innych polskich miejscowości. Przychodzi mi na myśl tylko jedno słowo: barbarzyństwo. Barbarzyństwo wobec historii, wobec uczuć narodu rosyjskiego oraz wobec obecnych i przyszłych pokoleń Polaków.

Nigdzie poza Polską, pomajdanową Ukrainą – odwołującą się do tradycji banderowskiej – oraz państwami bałtyckimi, w których rządzą szowiniści będący niejednokrotnie epigonami kolaborantów z III Rzeszą, nie burzy się pomników upamiętniających żołnierzy radzieckich poległych w walkach z Niemcami, czyli upamiętniających pokonanie Niemiec hitlerowskich w drugiej wojnie światowej.

W mojej pamięci głęboko utkwił obraz pieczołowicie utrzymanego mauzoleum i cmentarza żołnierzy radzieckich w miejscowościach Svidnik na Słowacji. Spoczywa na nim 9 tys. spośród co najmniej 27 tys. żołnierzy radzieckich poległych w czasie operacji dukielsko-preszowskiej (8 września-30 listopada 1944). Ogromny monument został wzniesiony w 1954 roku w stylu tamtego okresu. Są tam czerwone gwiazdy, są godła ZSRR, są potężne rzeźby żołnierzy radzieckich, są płaskorzeźby w stylu socrealizmu. Wszystko starannie utrzymane. Nikomu na Słowacji nie przyszłoby do głowy, żeby to zburzyć. Co roku odbywają się pod tym pomnikiem – noszącym oficjalną nazwę Pomnika Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim – uroczystości z udziałem władz słowackich, upamiętniające operację dukielsko-preszowską, od której zaczęło się wyzwolenie Czechosłowacji.

Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim w Svidniku na Słowacji

Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim w Svidniku na Słowacji

We wsi Kapišová, przy drodze ze Svidnika do Barwinka, jest też niezwykły pomnik, na którym zastygły w walce dwa czołgi: radziecki T-34 z czerwoną gwiazdą i niemiecki PzKpfw IV z czarnym krzyżem. W tej samej miejscowości – w tzw. „dolinie śmierci” – stoją dwa T-34 z czerwonymi gwiazdami, a pomiędzy nimi znajduje się samotna mogiła czerwonoarmisty. Pomniki, których elementami są radzieckie czołgi można spotkać przy całej trasie ze Svidnika do Barwinka, liczącej 20 km. We wsi Nižný Komárnik, po słowackiej stronie Przełęczy Dukielskiej, znajdują się też radzieckie działa przeciwlotnicze i samolot szturmowy Ił-2 z czerwonymi gwiazdami. Dobrze utrzymane są nie tylko pomniki upamiętniające udział wojsk radzieckich w operacji dukielsko-preszowskiej, czechosłowacki cmentarz wojenny i memoriał w miejscowości Vyšný Komárnik, ale także niemiecki cmentarz wojenny w miejscowości Hunkovce.

Pomnik we wsi Kapišova na Słowacji

Pomnik we wsi Kapišova na Słowacji

Cmentarz żołnierzy niemieckich w Hunkovcach na Słowacji

Cmentarz żołnierzy niemieckich w Hunkovcach na Słowacji

Tak samo jest w Czechach i na Węgrzech, mimo przecież też niełatwych doświadczeń historycznych tych krajów z ZSRR. Wszędzie tam pieczołowicie dba się o „sowieckie pomniki”, które „pozostały w spadku po komunizmie”, jak głosi popularna w Polsce formułka propagandowa.

W centrum Wiednia na Schwarzenbergplatz stoi Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej, odsłonięty 19 sierpnia 1945 roku. Upamiętnia on 41 tys. żołnierzy radzieckich, którzy zginęli w czasie operacji wiedeńskiej (16 marca-13 kwietnia 1945). Pomnik ten ma kształt wyniosłej, smukłej kolumny marmurowej o wysokości 20 metrów, na której stoi 12-metrowy posąg z brązu, przedstawiający wyprostowanego żołnierz radzieckiego w złotym hełmie i z pepeszą. W prawej ręce żołnierz trzyma sztandar bojowy Armii Czerwonej, a w lewej pokaźnych rozmiarów godło ZSRR. Na cokole umieszczono rozkaz bojowy Stalina po rosyjsku oraz napis po rosyjsku i niemiecku, który głosi: „Pomnik ku chwale żołnierzy Armii Radzieckiej, którzy wyzwolili Austrię od faszyzmu. Kwiecień 1945”. Pomnik jest otoczony kolumnadą z 26 kolumn o wysokości 8 metrów oraz inskrypcją na belkowaniu: „Wieczna chwała bohaterom Armii Czerwonej, którzy polegli w walce z niemieckim faszystowskim najeźdźcą o wolność narodów Europy”. Jest to najokazalsze upamiętnienie żołnierzy radzieckich w Europie poza Rosją.

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-posąg żołnierza z godłem ZSRR

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-posąg żołnierza z godłem ZSRR

W ostatnich latach Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu był kilkakrotnie dewastowany przez nieznanych sprawców – neonazistów, albo licznie mieszkających w stolicy Austrii Czeczeńców, albo przybyszów z pomajdanowej Ukrainy, a może i nawet „polskich patriotów”. Zawsze jednak spotykało się to ze zdecydowanym potępieniem władz austriackich. Po zakończeniu okupacji Austrii przez cztery mocarstwa sojusznicze w 1955 roku żaden rząd austriacki – nawet w okresie nasilania się „zimnej wojny” – nie uznał tego pomnika za symbol „sowieckiego zniewolenia” mimo, że Austriacy nie mają powodów, żeby dobrze wspominać okupację radziecką Wiednia, Dolnej Austrii i Burgenlandu z lat 1945-1955. Elity polityczne Austrii rozumieją bowiem, że pomnik ten upamiętnia zwycięstwo koalicji antyhitlerowskiej nad Niemcami i wyzwolenie Austrii spod nazizmu. Zwycięstwo, które było w znaczącej mierze zasługą ZSRR. Polityczna świadomość tego faktu ma dla władz austriackich większe znaczenie od pretensji związanych z powojenną okupacją, zasłużoną zresztą przez Austriaków.

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-cokół z treścią rozkazu Stalina w języku rosyjskim

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-cokół z treścią rozkazu Stalina w języku rosyjskim

Tak samo zresztą niemieckie elity polityczne traktują Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten. Na pomniku tym też widnieją złote godła ZSRR i Armii Czerwonej oraz napisy, których treść przyprawiłaby polską prawicę o atak szału. Czy pani kanclerz Merkel uważa ten pomnik za „symbol zniewolenia” i „niechlubny spadek po komunizmie”? A może czuje się przez ten pomnik zniewolona? Nie, pani kanclerz Merkel buduje z Rosją kolejne gazociągi. Pomniki upamiętniające wkład Armii Czerwonej w zwycięstwo nad III Rzeszą znajdują się też we Frankfurcie nad Odrą, Pradze, Brnie, Ostrawie, Bratysławie, Budapeszcie i Sofii. Wszędzie tam uważa się, że są to pomniki ku czci żołnierzy jednej z armii koalicji antyhitlerowskiej, a nie „pomniki ku chwale komunizmu”.

Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten

Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten

Również w Norwegii znajdują się pomniki upamiętniające wyzwolenie przez Armię Czerwoną prowincji Finnmark jesienią 1944 roku. Nie można powiedzieć, że są one symbolem jakiegoś zniewolenia, ponieważ Norwegia nie była po wojnie ani okupowana przez ZSRR, ani nie znalazła się w radzieckiej strefie wpływów. Są one wyrazem wdzięczności Norwegów za wyzwolenie spod okupacji niemieckiej. We wszystkich tych państwach rozumie się znaczenie zwycięstwa koalicji antyhitlerowskiej nad III Rzeszą i znaczenie wyzwolenia spod okupacji niemieckiej przez wojska radzieckie.

Nie mogą tego jednak zrozumieć decydenci polityczni w Polsce – kraju, który w przeciwieństwie do Austrii, Czech, Słowacji, Norwegii czy Węgier został skazany przez Niemcy hitlerowskie na zagładę. Nie potrafią albo nie chcą zrozumieć tego, że okupacja niemiecka oznaczała dla narodu polskiego zagładę biologiczną, a Polska Ludowa nie. Nie potrafią albo nie chcą oddzielić faktu wyzwolenia Polski spod okupacji niemieckiej przez wojska radzieckie od polityki Stalina wobec Polski, także tej z lat 1939-1941. Nie rozumieją, że głosząc tezę o rzekomym przegraniu przez Polskę drugiej wojny światowej wypisują Polskę z koalicji antyhitlerowskiej i zapisują ją do satelitów III Rzeszy. Nie rozumieją, że głosząc, iż Polska Ludowa była podobno „kolonią sowiecką” podważają prawnomiędzynarodowe podstawy istnienia dzisiejszej Polski. Nie rozumieją znaczenia, jakie dla Rosjan ma pamięć o ofiarach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, w tym poległych żołnierzach radzieckich i że raniąc tę pamięć wykopują rów nie do zasypania pomiędzy narodami polskim i rosyjskim. A może świadomie chcą ten rów wykopać?

Decydenci polityczni w Polsce zachowują się tak jakby Rosja już nie istniała albo miała zaraz przestać istnieć. Nie zastanawiają się jakie skutki przyniosą ich działania dla stosunków nie pomiędzy państwami, ale pomiędzy narodami polskim i rosyjskim. Nie obchodzi ich jak będą wyglądać relacje przyszłych pokoleń Polaków i Rosjan w sytuacji, gdy zostaje boleśnie ugodzone jedno z najwrażliwszych miejsc rosyjskiej pamięci narodowej.

Czasem mam wrażenie, że władze w Polsce sprawują jacyś ekstremiści albo troglodyci, którzy nie rozumieją nic z polskiej i światowej historii. Podejrzewam też w tym wszystkim rękę obcą. Traktowanie działań wojennych Armii Czerwonej w Europie w latach 1944-1945 jako „podboju” i „zniewolenia” to jest przecież narracja historyczna najbardziej skrajnych sił politycznych w Niemczech i na Ukrainie. Widzę tutaj zatem realizację celów niemieckiej i ukraińskiej polityki historycznej. Niemcom, podejmującym wielkie projekty gospodarcze z Rosją, pewnych rzeczy robić nie wypada i być może właśnie te rzeczy robią za nich polscy podwykonawcy polityczni. Nie są też dla nikogo tajemnicą zażyłe stosunki z nacjonalistami ukraińskimi, jakie utrzymują od ponad ćwierć wieku postsolidarnościowe siły polityczne, a jakie przed 1989 rokiem utrzymywała ówczesna opozycja polityczna w PRL. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że niemały wpływ na skrajnie antyrosyjską politykę Warszawy, w tym politykę historyczną, muszą mieć ukraińskie środowiska nacjonalistyczne w Polsce i za granicą.

Nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że takie działania jak te w Trzciance mają charakter prowokacji obliczonej na całkowite zniszczenie stosunków polsko-rosyjskich. Być może ci prowokatorzy liczą na to, że Rosja w odwecie zburzy polskie mauzoleum w Katyniu. Doprowadzenie do takiej sytuacji jest chyba ukrytym celem obozu politycznej rusofobii w Polsce. Bo jeżeli jedna prowokacja nakręca drugą, jeszcze bardziej radyklaną, to jaki inny można z tego wyciągnąć wniosek?

Polityka musi mieć jakiś cel. Tymczasem polityka prowadzona przez obecną władzę nie ma celu żadnego. Sprowadza się ona do systematycznego pogarszania stosunków z Rosją i Niemcami oraz groźnego prężenia amerykańskich muskułów. Najprawdopodobniej decydenci polityczni w Polsce nie biorą przy tym pod uwagę tego, że za napinanie muskułów amerykańskich trzeba będzie USA zapłacić niemałą cenę, ponieważ mocarstwo to niczego nie robi bezinteresownie. Największe korzyści polityczne z antyrosyjskiej obsesji Warszawy – oprócz USA – wyciąga pomajdanowa Ukraina. Status Polski jako kraju nieustannie skłóconego z Niemcami i Rosją i zarazem niewiele znaczącego na arenie międzynarodowej jest z punktu widzenia interesów politycznych Kijowa rozwiązaniem najbardziej optymalnym. Ciągłe prowokowanie Rosji w pewnym momencie przekroczy jednak masę krytyczną i doprowadzi do sytuacji, od której nie będzie odwrotu.

Prof. Andrzej Friszke w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej” stwierdził, że polityka historyczna PiS jest zupełnie niezrozumiała poza granicami Polski, a w kraju służy wykluczaniu różnych środowisk i tradycji. Natomiast rozpoczęta przez rząd PiS wojna propagandowa w sprawie reparacji wojennych od Niemiec, nie mieści się w kategorii polityki historycznej[4].

Dodam, że również „wojna pomnikowa” z Rosją nie mieści się w ramach jakiejkolwiek polityki historycznej. To są działania polityczne obliczone na konfrontację, która nie wiadomo czemu ma służyć i do czego zmierzać.

Polska obecna coraz bardziej przypomina Ugandę pod rządami Idi Amina Dada (1971-1979), który ogłosił się feldmarszałkiem i „zdobywcą Imperium Brytyjskiego” oraz doprowadził do konfliktu z niemal wszystkimi sąsiadami, że o Cesarstwie Środkowoafrykańskim (1976-1979) Jeana-Bedela Bokassy nie wspomnę.

[1] W kilka minut zburzyli radzieckie mauzoleum. „Ostatni bastion komunizmu padł na pysk”, http://www.tvn24.pl, 9.09.2017.

[2] „Mąż sprzedał Zofię Sowietom za wódkę, ratowali ja polscy żołnierze. I za to zginęli od kul w tył głowy”, http://www.tvn24.pl, 15.06.2017.

[3] Np. Stanisław M. Jankowski, „Dawaj czasy! Czyli wyzwolenie po sowiecku”, Dom Wydawniczy „Rebis”, Poznań 2017. W reklamie tej książki na portalu księgarni Empik czytamy m.in.: „Żołnierze AK przyjęli ich jak sojuszników – oni potraktowali ich jak wrogów: kulą w głowę lub uwięzieniem. Przez cywilów byli witani kwiatami i chlebem – tyle że oni chcieli zegarków, wódki oraz kobiet. Biada tym, którzy odmówili…”, http://www.empik.com, 11.04.2017.

[4] J. Nizinkiewicz, „Friszke: samobójcza polityka historyczna PiS”, http://www.rp.pl, portal dziennika „Rzeczpospolita”, 10.09.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 11 września 2017 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2155/56), 24.09-1.10.2017, s. 6-7

Dekomunizacja Sendlerowej?

Narodowy Bank Polski nie chce wyemitować okolicznościowej monety, upamiętniającej 10. rocznicę śmierci Ireny Sendlerowej[1]. Jest to kolejna zdumiewająca decyzja obecnej władzy po zapowiedzi odradzania zagranicznym dziennikarzom wizyt w Muzeum Auschwitz, z którą wystąpił zdymisjonowany już prezes Polskiej Organizacji Turystycznej. Rodzi się pytanie – czy w końcu PiS chce walczyć ze stereotypem antysemickiej Polski, oskarżanej przez Grossa i Grabowskiego o udział w zagładzie Żydów, czy nie? Bo co innego mówi w tej sprawie senator Jan Żaryn, a co innego robi np. prezes NBP – „niezłomny prawicowiec” Adam Glapiński.

Domyślam się dlaczego Sendlerowa mogła nie przypaść do gustu prezesowi Glapińskiemu. Nie podejrzewam go o antysemityzm. Wiem natomiast, że jest radykalnym antykomunistą. No a Irena Sendlerowa była długoletnią członkinią Związku Polskiej Młodzieży Demokratycznej i PPS (do 1948 r.) oraz PZPR (1948-1968). A czy dla „niezłomnego prawicowca” może być coś gorszego od czyjegoś członkostwa w PZPR? Dla „niezłomnego prawicowca” członkostwo w PZPR przekreśla wszystko – nieważne co człowiek zrobił dla kraju i nieważne, że Sendlerowa była po wojnie wielokrotnie przesłuchiwana przez UB i tylko przez przypadek uniknęła aresztowania.

Członkowie PZPR byli jednak różni. Jedni dopuszczali się zbrodni i przestępstw, a inni pracowali jak najlepiej umieli na rzecz odbudowy i rozwoju kraju. Jedni wspierali sowietyzację, a inni rozumieli polskie sprawy i działali na rzecz polskiej racji stanu. Jedni wstępowali dla kariery, inni z konformizmu, a chyba najmniej zaliczało się tam do ideowych ludzi lewicy. Sendlerowa była właśnie autentycznym, ideowym człowiekiem lewicy. Najbardziej znana jest z tego, że podczas okupacji niemieckiej uratowała około 2,5 tys. dzieci żydowskich, w czym zresztą dopomógł jej m.in. Jan Dobraczyński – pisarz katolicki, związany przed wojną ze Stronnictwem Narodowym i ONR ABC, a po wojnie działacz Stowarzyszenia PAX i przewodniczący PRON, czyli dla obecnej władzy też „zdrajca”.

Jednakże to nie było jedyne pole działalności Ireny Sendlerowej. W latach 1932-1939 pracowała w Sekcji Opieki nad Matką i Dzieckiem Obywatelskiego Komitetu Pomocy Społecznej Wolnej Wszechnicy Polskiej, a od 1935 roku także w Wydziale Opieki Społecznej i Zdrowia Zarządu Miejskiego m.st. Warszawy. Została tam kierowniczką Referatu do Walki z Włóczęgostwem, Żebractwem i Prostytucją. Pracę w opiece społecznej kontynuowała też w PRL, gdzie doszła do stanowiska dyrektora departamentu w Ministerstwie Zdrowia i Opieki Społecznej. Przed wojną zajmowała się m.in. obroną bezrobotnych i biednych przed eksmisjami na bruk oraz pomocą prawną, psychologiczną i materialną dla ludzi wykluczonych społecznie, a więc rzeczami zupełnie niezrozumiałymi dla współczesnych neoliberałów, którzy uważają, że biedni i wykluczeni sami są winni swojej biedy i wykluczenia. Neoliberalizm gospodarczy jest przecież bliski obecnemu prezesowi NBP, który był nie tylko współzałożycielem Porozumienia Centrum, ale także warszawskiego oddziału Kongresu Liberalno-Demokratycznego i ministrem w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego w 1991 roku.

Należy dodać, że „niezłomnej prawicy” nie są obce tendencje do eksponowania postaci Sendlerowej jako przykładu polskiej postawy wobec losu Żydów podczas drugiej wojny światowej. W takim duchu pisał o niej m.in. tygodnik „Niedziela”, zatajając co prawda, że była człowiekiem lewicy[2]. Niemal za swoją uznała ją na Facebooku strona o nazwie „Antykomuna” – prezentująca skrajne treści antykomunistyczne i antylewicowe oraz ślepo gloryfikująca „żołnierzy niezłomnych”. Zwróciłem im uwagę na to, żeby nie afiszowali się Sendlerową, bo ona – socjalistka i długoletnia członkini PZPR – pewnie by sobie tego nie życzyła. W odpowiedzi spotkałem się oczywiście z agresją. Być może też nie życzyłaby sobie uhonorowania monetą NBP przez obecną władzę, która wszystko i wszystkich „dekomunizuje”, tzn. wymazuje pół wieku polskiej historii.

[1] A. Rogal, NBP odpowiada, czemu nie chce monety z Sendlerową: w 2009 r. byli już „Polacy ratujący Żydów”, http://www.tokfm.pl, 6.09.2017.

[2] S. Błaut, Egzamin z człowieczeństwa, „Niedziela” nr 21/2008, s. 35.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 września 2017 r.

W marszu z Banderą

24 sierpnia w Kijowie – z okazji święta niepodległości Ukrainy – odbyła się coroczna parada wojskowa. W tym roku wzięło w niej udział 4,5 tys. żołnierzy ukraińskich oraz 231 żołnierzy z 10 państw, z których osiem należy do NATO: USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Polski, Rumunii, Litwy, Łotwy, Estonii, Mołdawii i Gruzji. Oprócz szefa Pentagonu Jamesa Mattisa do Kijowa przyjechali ministrowie obrony Czarnogóry, Estonii, Gruzji, Litwy, Łotwy, Mołdawii, Polski i wiceminister obrony Wielkiej Brytanii[1].

Przed tym wydarzeniem pojawiły się informacje, że podczas parady w Kijowie odegrany zostanie marsz (hymn) Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i 29 polskich żołnierzy z 21. Brygady Strzelców Podhalańskich będzie maszerować do muzyki tego marsza[2]. Ostatecznie marsz OUN nie został odegrany, ale polski oddział maszerował na tle czerwono-czarnych flag OUN-Banderowców i razem z oddziałami ochotniczymi wywodzącymi się z Prawego Sektora. Jeden z defilujących oddziałów ukraińskich otrzymał na paradzie imię Jewhena Konowalca – twórcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, odpowiedzialnego za terrorystyczne działania wobec Polski w latach 30. XX wieku.

Minister obrony narodowej Antoni Macierewicz – gość honorowy kijowskiej parady – tego dyskretnie nie widział. Nie zauważył też, że odbierał defiladę organizacji paramilitarnych i politycznych Ukrainy z czerwono-czarnymi sztandarami upowskimi i portretami Stepana Bandery. To wszystko w żaden sposób mu nie przeszkadzało. Po zakończeniu parady minister Macierewicz spotkał się ze swoim odpowiednikiem Stepanem Połtorakiem oraz prezydentem Poroszenką i zadeklarował jednostronne wsparcie polityczne i wojskowe Polski dla Ukrainy. Pozwolił sobie przy tym na następujące stwierdzenia, które zacytowała służba prasowa administracji prezydenta Poroszenki: „Europa bez Ukrainy nie będzie pełnowartościowa ani w sensie politycznym, ani gospodarczym, ani wojskowym. Polska jest i pozostanie razem z Ukrainą, ponieważ wasz kraj broni Europy. (…) to na Ukrainę spada dzisiaj główny ciężar obrony Europy przed barbarzyństwem, które grozi całej Europie, ale przede wszystkim flance wschodniej”[3].

Są to twierdzenia całkowicie oderwane od rzeczywistości, których wypowiadanie nie przystoi członkowi rządu. Dowodzą one tylko, że polityka wschodnia prowadzona przez PiS i popierana przez opozycję liberalną nie ma żadnego celu, bo nie można za takowy uznać wykonywania zaleceń Starszego Brata zza Oceanu Atlantyckiego.

Polityka musi mieć jakiś cel – słuszny lub fałszywy. Jednakże tego, co robią Macierewicz i reszta jego obozu politycznego względem Ukrainy nie można nazwać polityką. To jest z jednej strony żyrowanie w ślepo wszystkiego co zrobi pomajdanowa władza w Kijowie, a z drugiej strony dążenie do budowania siły Ukrainy polskim kosztem i polskim wysiłkiem. Gdyby Polska prowadziła wobec Ukrainy politykę, tzn. zamiast wykonywać instrukcje płynące z ambasady USA przyjęłaby za punkt odniesienia swoją rację stanu, to jednostronne deklarowanie wobec Kijowa wsparcia politycznego, wojskowego i gospodarczego nie mogłoby mieć miejsca bez rozwiązania kwestii spornych, np. w dziedzinie polityki historycznej czy blokowania przez Ukrainę eksportu polskiego mięsa.

Żeby odpowiedzieć na pytanie jak powinna wyglądać polska suwerenna polityka wobec Ukrainy, trzeba zadać sobie pytanie jaki jest polski suwerenny interes na Wschodzie. Zgadzam się, iż w interesie Polski leży, żeby pomiędzy Polską a Rosją istniała strefa buforowa w postaci Ukrainy. Ale równocześnie w interesie Polski leży też, żeby na Ukrainie nie było renesansu banderowskiego oraz żeby Ukraina była słaba i trwale skonfliktowana z Rosją, a więc taka jak obecnie. Tymczasem minister Macierewicz deklaruje coś wręcz przeciwnego, a mianowicie polskie wsparcie dla budowania siły państwa, które odwołuje się do antypolskiej ideologii szowinistycznej, wskrzesza jej upiory i gloryfikuje sprawców ludobójstwa na narodzie polskim. Czyli państwa, które wcale nie rokuje nadziei na wzajemnie przyjazne ułożenie stosunków teraz i w przyszłości.

Ponadto poważny polityk suwerennego państwa nigdy nie nazwałby „barbarzyństwem” poważnego i liczącego się mocarstwa, nigdy nie mówiłby publicznie, że ze strony tego mocarstwa grozi Europie jakieś niebezpieczeństwo, nawet gdyby to była prawda i nigdy nie nazwałby oficjalnie swojego kraju „flanką wschodnią”.

W Kijowie, inaczej niż w Warszawie, potrafią myśleć w kategoriach racji stanu i tam wiedzą, że w interesie Ukrainy leży Polska trwale skonfliktowana z Niemcami i Rosją oraz skłócona wewnętrznie, którą można wykorzystywać do realizacji własnych celów politycznych i przeciwko której można będzie w przyszłości wystąpić np. w sojuszu z Niemcami. Takie cele polityki Kijowa wspiera silne lobby ukraińskie, które ma wpływy i w PiS, i w PO, i w różnych mediach. Narracja tego lobby jest traktowana przez polski mainstream polityczny poważnie i co najgorsze – jest przedstawiana społeczeństwu jako obiektywny polski punkt widzenia. Postsolidarnościowy mainstream polityczny przyjął narrację lobby ukraińskiego za swoją własną i uważa ją za realny opis rzeczywistości. Stąd narracja ta staje się coraz bardziej radykalna.

Przykładem radykalizacji lobby ukraińskiego jest ostatnia wypowiedź red. Andrzeja Talagi z dziennika „Rzeczpospolita”. Odnosząc się do informacji o planowanym odegraniu podczas parady w Kijowie hymnu OUN, postulował on na łamach „Rzeczypospolitej”, żeby Polska milczała w sprawie gloryfikacji OUN i UPA na Ukrainie. Zdaniem Talagi „racja stanu (…) nakazuje nam milczeć i budować jak najlepsze stosunki z Kijowem pomimo gloryfikacji OUN i UPA”. Żeby ten bulwersujący absurd uzasadnić, Talaga sięgnął po wypróbowaną strategię lobby ukraińskiego straszenia Polaków Rosją i uderza z grubej rury: „utrata Ukrainy na korzyść Kremla zasadniczo zmienia na niekorzyść strategiczne położenie Polski i powinniśmy robić wszystko, by uniknąć takiego scenariusza”.

Mamy tu dwie nieprawdy: kreowanie Rosji jako strony agresywnej, podczas gdy w rozgrywce politycznej na Ukrainie stroną agresywną od 2014 roku są USA i NATO, oraz kreowanie wizji odrodzenia imperializmu rosyjskiego, kiedy obecna polityka rosyjska faktycznie nie ma takich ambicji. Dąży ona mianowicie nie do odbudowy Imperium Rosyjskiego lub ZSRR, ale do zachowania status quo. Tzn. do to tego, by nie dopuścić do kolorowej rewolucji w Moskwie i rozpadu Federacji Rosyjskiej, co jest celem tzw. neokonserwatystów amerykańskich, którego nie ukrywali i nie ukrywają. Aneksja Krymu została podyktowana względami bezpieczeństwa Rosji w sytuacji przejścia Ukrainy po przewrocie w 2014 roku do strefy wpływów USA, a nie była przejawem imperializmu rosyjskiego. Talaga kreuje fałszywą rzeczywistość, bo przed Polską wcale nie stoi alternatywa marszu „z Banderą lub z Moskwą” – i tę fałszywą rzeczywistość przedstawia jako obiektywną.

Odegrawszy scenę straszenia Polaków Rosją Talaga proponuje, żeby „wziąć rozbieżności w ocenie działalności banderowców w nawias, tak aby nie wpływały na inne wspólne działania, uprawiać politykę proukraińską pomimo gloryfikacji UPA przez Kijów”. W konkluzji przekracza granicę nonsensu: „Ukraina z Banderą nie wejdzie do UE – to znany cytat obrazujący obecną postawę Polski. Niechaj wejdzie choćby i z samym diabłem, jeśli miałoby to poprawić bezpieczeństwo Polski”[4].

Konrad Rękas skomentował te wynurzenia następująco: „Talaga minął już Himalaje absurdu i zbliża się powoli do Księżyca w swojej drodze na Mars głupoty. Dobrze, że ktoś taki jak Talaga istnieje, bo artykułowanie wprost tak bzdurnych i szkodliwych poglądów otwiera ludziom oczy na ewidentne konsekwencje konotacji polityki obecnego rządu. A więc dobrze, że tego typu radykałowie i wariaci mówią głośno to, co Macierewicz, Waszczykowski i inni robią po cichu”[5].

Nie zgodzę się z tym, że red. Talaga jest głupcem. Moim zdaniem jest on przedstawicielem silnego w Polsce lobby ukraińskiego lub amerykańskiego, jak wielu innych publicystów oraz zinstytucjonalizowanych propagatorów doktryny Giedroycia i „wiary ukrainnej”. Natomiast prawdą jest, że polski mainstream polityczny uznaje takie poglądy za obiektywne i przyjmuje je za swój punkt widzenia, który niekoniecznie od razu wyraża głośno i otwarcie. Wszak jeszcze polska opinia publiczna nie została całkiem przerobiona w duchu „wiary ukrainnej”.

Należy zatem po raz kolejny zadać pytanie – dokąd postsolidarnościowy mainstream polityczny chce maszerować ze Stepanem Banderą, jak mu podpowiada red. Talaga. Stosunki polsko-ukraińskie wcale nie stały się lepsze pomimo chowania przez polskie władze głowy w piasek wobec polityki historycznej Kijowa, czyli wszechstronnej heroizacji OUN i UPA, oraz jednostronnego polskiego wsparcia dla Ukrainy na płaszczyźnie politycznej, wojskowej i gospodarczej. Pomajdanowa Ukraina, która swojej tożsamości historycznej szuka wyłącznie w tradycji banderowskiej i w tym celu doprowadziła do prawdziwego renesansu banderowskiego, jest partnerem, który bierze, ale nic nie daje w zamian. Popularne w kręgu „Gazety Polskiej” twierdzenie, że broni Polskę przed Rosją należy do kategorii tzw. humoru zeszytów albo humoru szkolnego.

Jest to partner, który na polskie wsparcie coraz bardziej odpowiada jawną wrogością. Ekshumacje na Wołyniu – nie tylko ofiar UPA, ale także legionistów Piłsudskiego poległych w 1916 roku pod Kostiuchnówką – po raz kolejny zostały zablokowane przez nacjonalistę ukraińskiego Światosława Szeremetę, który jest sekretarzem Państwowej Międzyresortowej Komisji ds. Wojen i Represji Politycznych[6]. O profanacjach polskich miejsc pamięci narodowej na Ukrainie, które miały miejsce w pierwszej połowie 2017 roku, już nie będę wspominał. Jak i o zamachu terrorystycznym na konsulat w Łucku. Polskiej opinii publicznej wyjaśniono, że były to „prowokacje rosyjskie”, ale do dzisiaj tych „prowokatorów” nikt nie wykrył. Polscy politycy nie są, bo nie chcą być świadomi tego z jakimi w rzeczywistości partnerami politycznymi mają do czynienia na Ukrainie.

Dziwne milczenie w PiS i jego mediach zapadło w sprawie ukraińskiej Fundacji Otwarty Dialog, której przewodniczący Bartosz Kramek upublicznił podczas antyrządowych manifestacji w lipcu plan prawdziwej wojny hybrydowej z rządem PiS. Najpierw próbowano przedstawić Fundację Otwarty Dialog jako „agenturę rosyjska”, później Ministerstwo Spraw Zagranicznych zapowiedziało kontrolę, a prokuratura śledztwo, a potem zapadła cisza. Przerwana informacją, że PO miała zaproponować Kramkowi miejsce na swoich listach wyborczych we Wrocławiu[7]. To jeszcze jeden ewidentny dowód na to jak lobby ukraińskie rozgrywa postsolidarnościową scenę polityczną.

Jakie są skutki masowego sprowadzania indoktrynowanych ideologią banderowską Ukraińców do Polski i po co są sprowadzani przez „polski biznes” pokazuje zeznanie jednego ze świadków przed sejmową komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji. Zeznał on mianowicie, że właściciel „zreprywatyzowanej” kamienicy przy ulicy Poznańskiej 14 w Warszawie umieścił w niej grupę ukraińskich robotników. Ci zastraszali lokatorów, żeby zgodnie z wolą właściciela zmusić ich do opuszczenia kamienicy. Wśród gróźb padających ze strony Ukraińców były także groźby pozbawienia życia. „Gdy zwróciłem im uwagę to powiedzieli, że mogą nam zrobić Wołyń” – zeznał świadek[8].

Ukraińcy są sprowadzani do Polski m.in. po to, żeby utrwalić jej status jako skansenu neoliberalizmu z niskimi płacami i odbiegającymi od europejskich standardami pracy oraz samowolą prywatnych właścicieli i pracodawców. Warto zwrócić uwagę na to, że przez 25 lat nie było w Polsce pracy dla Polaków, a praca dla Ukraińców znajduje się natychmiast. Uczelnie, tak oszczędne w przydzielaniu stypendiów polskim studentom i doktorantom, natychmiast znajdują środki na stypendia dla studentów z Ukrainy. Identycznie jak samorządy, które oferują imigrantom ukraińskim mieszkania.

Odpowiedź na pytanie dokąd postsolidarnościowy mainstream polityczny chce maszerować ze Stepanem Banderą pod rękę jest dwojaka. Marsz ten może doprowadzić do uwikłania Polski w wojnę Kijowa z separatystami w Donbasie lub nawet w wojnę ukraińsko-rosyjską. Celem rządu w Kijowie, którego nie ukrywa, jest doprowadzenie do umiędzynarodowienia konfliktu w Donbasie, a celem nacjonalistów ukraińskich i neokonserwatystów amerykańskich, którego też nie ukrywają, jest doprowadzenie do wojny ukraińsko-rosyjskiej. Ponadto maszerujący z Banderą mainstream postsolidarnościowy naraża kraj na problemy polityczne i ekonomiczne wynikające ze stworzenia w Polsce znaczącej liczebnie mniejszości ukraińskiej, złożonej z ludzi zindoktrynowanych ideologią nacjonalistyczną, nastawionych antypolsko i roszczeniowo. Ukraińcy nigdy nie potrafili zbudować swojego państwa, ale są mistrzami destabilizacji. Nie tylko własnego kraju. Czy trzeba przypominać historię działalności terrorystycznej OUN w II RP i czy trzeba jeszcze raz to przerabiać?

Marsz polskiego mainstreamu z Banderą jest więc drogą donikąd. Jest działaniem antypolskim. Będę to powtarzał do znudzenia. Nie mainstreamowi, ale tej części opinii publicznej w Polsce, która jeszcze potrafi myśleć.

[1] „W Kijowie odbyła się parada z udziałem wojsk NATO z okazji Dnia Niepodległości Ukrainy”, http://www.pl.sputniknews.com, 24.08.2017.

[2] „Polscy żołnierze będą maszerować do hymnu OUN. MON nic o tym nie wie”, http://www.kresy.pl, 17.08.2017.

[3] „Macierewicz: Polska stoi po stronie Ukrainy, bo broni ona Europy”, http://www.kresy.pl, 24.08.2017.

[4] „Talaga („Rzeczpospolita”): lepiej maszerować z Banderą niż z Moskwą”, http://www.kresy.pl, 23.08.2017.

[5] „Polska w złym towarzystwie”, http://www.pl.sputniknews.com, 25.08.2017.

[6] „IPN bezradny wobec złośliwości Ukrainy”, http://www.pl.sputniknews.com, 27.08.2017.

[7] A. Wiejak, „Nasz news: PO zaproponowała Bartoszowi Kramkowi miejsce na listach w przyszłych wyborach”, http://www.prawy.pl, 15.08.2017.

[8] Świadek komisji weryfikacyjnej: robotnicy z Ukrainy grozili, że „zrobią nam Wołyń”, http://www.kresy.pl, 30.08.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 września 2017 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2153/54), 10-17.09.2017, s. 1, 6-7

Sojuszniczy cios nożem w plecy

Współczesna polska publicystyka historyczna wykreowała określenie „cios nożem w plecy” wobec agresji ZSRR z 17 września 1939 roku. Tych ciosów nożem w plecy Polska otrzymała we wrześniu 1939 roku jednak więcej. 1 września 1939 roku taki cios zadała Rzeczypospolitej Słowacja – umożliwiając wojskom hitlerowskim zaatakowanie Polski ze swojego terytorium oraz biorąc czynny udział w tej agresji. 12 września 1939 roku cios nożem w plecy zadali natomiast nacjonaliści ukraińscy, wszczynając w porozumieniu z Berlinem działania, które przeszły do historii pod nazwą dywersji OUN na Kresach Wschodnich.

Na miano ciosu nożem w plecy zasługuje także postawa sojuszników Polski, czyli niewywiązanie się przez Francję i Wielką Brytanię ze zobowiązań sojuszniczych. Ten sojuszniczy cios nożem w plecy był chronologicznie pierwszy i stanowił ogromny szok dla społeczeństwa polskiego, które ówczesna propaganda państwowa utwierdzała w wierze w trwałość i niezawodność sojuszy. Przypominam o nim nie po to, żeby deprecjonować znaczenie innych przyczyn klęski wrześniowej – w tym działań podjętych przez ZSRR – ale dlatego, że postawa sojuszników zachodnich wobec samotnie walczącej z najazdem niemieckim Polski zasługuje na uwagę również w kontekście współczesnej polskiej polityki prozachodniej.

Odsunąć agresję niemiecką od Zachodu

II Rzeczpospolita od początku lat 20. XX wieku była związana sojuszem polityczno-wojskowym z Francją – najsilniejszym wówczas militarnie mocarstwem Europy Zachodniej. Polsko-francuska umowa sojusznicza została podpisana 19 lutego 1921 roku w Paryżu. Dopiero 19 maja 1939 roku – w sytuacji jawnego już zagrożenia napaścią Niemiec hitlerowskich na Polskę – Francja zgodziła się na odnowienie i uściślenie konwencji wojskowej do umowy sojuszniczej z 1921 roku. Nadający tej konwencji klauzulę ważności protokół polityczny dyplomacja francuska podpisała pod naciskiem Wielkiej Brytanii 4 września 1939 roku. Najważniejszym zobowiązaniem, jakie przyjęła na siebie Francja było rozpoczęcie ofensywy przeciw Niemcom w 15-tym dniu po ogłoszeniu mobilizacji powszechnej.

Drugim sojusznikiem II RP w 1939 roku stała się Wielka Brytania, która w reakcji na całkowitą likwidację Czechosłowacji przez Niemcy (14-15 marca 1939 r.) udzieliła Polsce 31 marca 1939 roku jednostronnej gwarancji niepodległości (ale nie integralności terytorialnej), obiecując pomoc wojskową w wypadku zagrożenia. Następstwem tego kroku było podpisanie 6 kwietnia 1939 roku w Londynie przez ministrów spraw zagranicznych Józefa Becka i lorda Halifaxa układu o dwustronnych gwarancjach polsko-brytyjskich, który stał się podstawą rokowań o zawarcie formalnego układu sojuszniczego między Polską a Wielką Brytanią. Na sfinalizowanie go Londyn zdecydował się dopiero 25 sierpnia 1939 roku, obawiając się, że po podpisaniu w Moskwie 23 sierpnia 1939 roku paktu Ribbentrop-Mołotow Polska może pójść na ustępstwa wobec Niemiec.

Układy polskie z Wielką Brytanią spowodowały wypowiedzenie przez Hitlera 28 kwietnia 1939 roku polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 roku. Droga do wojny została otwarta, ale do wojny ze wschodnim sąsiadem Niemiec. Do tego właśnie zmierzała polityka francuska i brytyjska – do odsunięcia agresji hitlerowskiej od Europy Zachodniej.

Celem gwarancji sojuszniczych udzielonych Polsce przez Paryż i Londyn w 1939 roku nie była jej obrona przed Niemcami. Francja i Wielka Brytania – w sytuacji załamania się polityki monachijskiej – nie chciały jedynie dopuścić do tego, by Polska poszła na polityczne ustępstwa wobec Niemiec, co spowodowałoby skierowanie agresji niemieckiej na Zachód.

Od euforii do ewakuacji

O tym, że gwarancje francuskie i brytyjskie są niepewne, polskie społeczeństwo nie wiedziało. Ówczesna elita władzy chciała wierzyć w niezawodność tych sojuszy mimo niechęci Paryża i Londynu do przyjęcia konkretnych zobowiązań natury wojskowej na wypadek wybuchu wojny. Wiarę tę krzewiła wszelkimi środkami w społeczeństwie, przygotowując je psychologicznie do wielkiego zwycięstwa razem z mocarstwami zachodnimi nad III Rzeszą.

29 sierpnia 1939 roku na łamach „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” można było przeczytać artykuły o następujących tytułach: „Nadzwyczajne posiedzenie parlamentu angielskiego”, „Francja pod znakiem mobilizacji”, „Anglia gotowa do starcia – tłumy modlą się w świątyniach”, „Nie oddamy niczego – walczymy o wolność ludzkości!”, „Ani rząd, ani naród brytyjski nie zgodzi się na rozwiązanie po linii Monachium”, „Berlin w nastroju ciężkiej depresji”, „Mocna decyzja i nieugiętość cechują Francję”, „Szwecja i Dania sympatyzują z Polską”[1]. O rzekomym ogłoszeniu mobilizacji przez Francję pisała też 28 sierpnia 1939 roku prosanacyjna „Gazeta Polska”[2].

IKC z 29 sierpnia 1939 roku

IKC z 29 sierpnia 1939 roku

Dzisiaj powiedzielibyśmy, że były to tzw. „fake news”. Francja i Wielka Brytania nie tylko nie ogłosiły mobilizacji, ale zmusiły władze polskie do odwołania 30 sierpnia ogłoszonej dzień wcześniej mobilizacji powszechnej. Stało się tak dlatego, że wbrew temu co twierdził „IKC” Paryż i Londyn do końca grały z Niemcami, licząc na powrót do polityki monachijskiej. Ponownie Polska ogłosiła mobilizację wieczorem 31 sierpnia. Opóźnienie mobilizacji spowodowało trudny do opanowania chaos. 1 września polskie jednostki liniowe osiągnęły 70 proc. gotowości bojowej, a wiele oddziałów nie dotarło już do miejsc zgrupowań z powodu ataków lotnictwa niemieckiego na linie kolejowe.

30 sierpnia 1939 roku „IKC” pisał m.in. o „katastrofalnej pozycji wyjściowej Niemiec w razie wywołania pożogi wojennej” oraz cytował list premiera Francji Édouarda Daladiera do Hitlera, w którym napisał on, że „Francja wiernie wypełni swe zobowiązania” wobec Polski. W centrum uwagi „IKC” znalazł się też gen. Maurice Gamelin – szef sztabu francuskiego, przyszły współautor tzw. „dziwnej wojny” i klęski Francji w 1940 roku. Wedle charakterystyki „IKC” był to „spokojny, pełen rozwagi oficer-arystokrata (…) i jeden z najbardziej utalentowanych wychowanków światowej sławy Akademii Wojskowej w St. Cyr”[3].

IKC z 31 sierpnia 1939 roku

IKC z 31 sierpnia 1939 roku

31 sierpnia 1939 roku „IKC” opatrzył pierwsza stronę krzyczącym tytułem: „Chamberlain oświadcza: Nie ustąpimy ani na krok!”. Zamieścił też zdjęcie imponującego działa polskiej artylerii zmotoryzowanej (sic!) z podpisem „Lawiną żelaza przyjmiemy wroga”. A na ósmej stronie dał najbardziej krzepiące tytuły: „Niemiecki żołnierz nie chce się bić z Polską i ucieka przez granicę” oraz „Pierwsza godzina wojny będzie hasłem do rewolucji w III Rzeszy”[4].

IKC z 31 sierpnia 1939 roku. Zdjęcie działa polskiej artylerii zmotoryzowanej

IKC z 31 sierpnia 1939 roku. Zdjęcie działa polskiej artylerii zmotoryzowanej

Szczytem polskiej euforii był 3 września 1939 roku, chociaż tego dnia wojska niemieckie zajęły już Górny Śląsk i Pomorze oraz przerwały front na południowym zachodzie i północy, a Luftwaffe od trzech dni dosłownie pustoszyła kraj. Ale właśnie 3 września Francja i Wielka Brytania wypowiedziały wojnę Niemcom. Nikt nie zastanawiał się nad tym, dlaczego dopiero 3 września. Manifestacja radości przed ambasadami Francji i Wielkiej Brytanii „wystrzeliła z serca, z wolnej woli Warszawy (…). Od skrzyżowania z alejami Jerozolimskimi po przecięcie z ul. Chmielną kolebał się potężny tłum. Nie policzyć ile tysięcy” – donosił „Kurier Poranny”. Wedle relacji tej gazety parkan otaczający budynek ambasady brytyjskiej przy ul. Smolnej został oblepiony ludźmi. Nie było końca owacjom, gdy na balkonie ambasady pojawili się ambasador brytyjski Howard W. Kennard i minister Beck, który stwierdził: „Anglia nie zawiedzie się na Polsce, tak, jak i Polska nie zawiedzie się na Anglii. Jeśli ktoś będzie miał rozczarowanie, to na pewno nie my”. Równie spontaniczna manifestacja odbyła się pod ambasadą Francji, która została zasypana kwiatami. Ambasador francuski Leon Noël oświadczył: „Nie jesteście już osamotnieni, lecz macie za sobą Francję oraz Imperium Brytyjskie wraz z ich niewyczerpanymi zasobami ludzkimi i materialnymi oraz całą ich potęgą”[5].

Tego też dnia płk Zygmunt Wenda – szef sztabu Obozu Zjednoczenia Narodowego – przyjął przedstawicieli opozycji, którzy w obliczu wojny zaproponowali poszerzenie bazy politycznej rządu. Pogardliwie oświadczył im, że nikt nie będzie się dzielił zwycięstwem nad Niemcami.

Jednak już następnego dnia – 4 września – kiedy szczyt euforii warszawskiej ulicy jeszcze nie opadł, rozpoczęła się ewakuacja ze stolicy prezydenta Ignacego Mościckiego i rządu gen. Felicjana Sławoja-Składkowskiego, a 6 września naczelnego wodza, marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza. 8 września do przedmieść Warszawy dotarł niemiecki XVI Korpus Pancerny.

Ulotki zamiast bomb

5 września 1939 roku popołudniówka „Czas-7 Wieczór” pisała o 30-tu polskich samolotach, które rzekomo zbombardowały Berlin. Przy czym „wszyscy lotnicy powrócili do swych baz”[6]. Tego samego 5 września „Express Poranny” pisał o rzekomym zbombardowaniu portów niemieckich przez lotnictwo brytyjskie oraz o wkroczeniu polskiej kawalerii do Prus Wschodnich[7]. 6 września „Goniec Warszawski” na pierwszej stronie dał tytuł: „Francuzi przeszli linię Zygfryda. Westerplatte, Gdynia, Hel – bronią się! Największy pancernik niemiecki zatopiony”. A na kolejnej stronie entuzjazmował się: „Przygnębienie w Berlinie” i „Niemcy w potrzasku”[8]. 13 września – a więc w dniu, w którym wojska niemieckie zamknęły pierścień okrążenia wokół Warszawy – „Express Poranny” informował o załamaniu się ofensywy niemieckiej na Polskę, powstaniach w zajętych przez Niemców miastach i zwycięskich atakach sprzymierzonych na froncie zachodnim[9].

„Czas-7 Wieczór” z 5 września 1939 roku

„Czas-7 Wieczór” z 5 września 1939 roku

„Express Poranny” z 5 września 1939 roku

„Express Poranny” z 5 września 1939 roku

„Express Poranny” z 13 września 1939 roku

„Express Poranny” z 13 września 1939 roku

Niestety, rzeczywistość była inna. Zamiast bomb samoloty brytyjskie zrzucały na Hamburg ulotki, z których Niemcy mogli się dowiedzieć, że „każda niemiecka ambicja może być spełniona w drodze przyjaznej negocjacji (…). Wy, naród niemiecki, jeżeli tylko chcecie, możecie nalegać na pokój w każdym czasie. My również pragniemy pokoju i jesteśmy gotowi do jego zawarcia z każdym miłującym pokój rządem niemieckim”[10]. Z zacytowanej treści otwarcie wyziera duch polityki monachijskiej. Mimo wypowiedzenia Niemcom wojny Londyn i Paryż wciąż miały nadzieję na udobruchanie Hitlera nowym Monachium. Tym razem z Polską w roli dania głównego. Dlatego właśnie RAF we wrześniu 1939 roku bombardował Niemcy ulotkami.

9 września gen. Tadeusz Kutrzeba na czele Armii „Poznań” i części Armii „Pomorze” rozpoczął kontrofensywę pod Łodzią, która przeszła do historii pod nazwą bitwy nad Bzurą. Polska kontrofensywa miałaby szanse powodzenia, gdyby w tym czasie Francja podjęła działania odciążające. Taka częściowa ofensywa była przewidziana przez polsko-francuską konwencję wojskową jeszcze przed ofensywą generalną, którą armia francuska miała rozpocząć 15 dni po rozpoczęciu mobilizacji. Zamiast częściowej ofensywy trzy armie francuskie rozpoczęły 7 września działania pozorowane na przedpolu Linii Zygfryda. Na froncie długości około 30 km weszły one na terytorium niemieckie na głębokość od 1 do 8 km, zajmując około 20 miejscowości. 12 września – w kluczowym momencie bitwy nad Bzurą – gen. Gamelin polecił wstrzymać „offensive pour la Pologne”, która kosztowała armię francuską 1575 zabitych i rannych, przy stratach niemieckich wynoszących 196 zabitych, 356 rannych i 144 zaginionych[11]. Tego samego dnia Międzysojusznicza Najwyższa Rada Wojenna z udziałem premierów Chamberlaina i Daladiera podjęła w Abbeville decyzję o zaprzestaniu wszelkich działań ofensywnych na froncie zachodnim. Oznaczało to złamanie zobowiązań sojuszniczych wobec Polski.

„Ofensywa na rzecz Polski – zauważył prof. Marian Zgórniak – od początku była traktowana jako działanie pozorne, wynikające z czysto formalnego obowiązku uczynienia jakiegoś gestu wobec i tak skazanego na zagładę sprzymierzeńca”[12].

Dopiero mając pewność, że nie dojdzie do generalnej ofensywy francuskiej, 17 września 1939 roku Stalin zdecydował się na zrealizowanie zobowiązań wynikających z tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow. Do tego czasu nie chciał bowiem ryzykować ewentualnej wojny z mocarstwami zachodnimi. Warto przypomnieć, że treść tego tajnego protokołu była znana rządowi USA już 24 sierpnia 1939 roku[13]. Natychmiast powiadomił on o niej rząd brytyjski, a ten z kolei francuski. Oba te rządy nie poinformowały jednak o tym polskiego sojusznika.

4 maja 1939 – wyrok na Polskę

Los Polski został przesądzony znacznie wcześniej. 4 maja 1939 roku zakończyły się trwające miesiąc brytyjsko-francuskie rozmowy sztabowe. W ich trakcie sztabowcy brytyjscy wykluczyli możliwość udzielenia Polsce pomocy wojskowej, cynicznie zakładając, że pomocy takiej udzielą jej wojska radzieckie. Cynizm i perfidia tego rozumowania polegały na tym, że tak w Londynie, jak i w Warszawie z góry wykluczano możliwość politycznego zbliżenia pomiędzy Polską i ZSRR. Sztaby mocarstw zachodnich jednomyślnie zgodziły się również, że sojusz Francji i Wielkiej Brytanii z Polską i Rumunią przedstawia małą wartość strategiczną ze względu na niewielkie potencjały wojskowe tych sojuszników. W końcowym stanowisku konferencji sztabów sprzymierzonych stwierdzono, że „Los Polski zależeć będzie od ostatecznego wyniku wojny, a ten, na odwrót, zależeć będzie od naszej zdolności zadania ewentualnej klęski Niemcom, a nie od naszej zdolności zmniejszenia nacisku na Polskę na początku”. Alianci zachodni zakładali unikanie wczesnej, totalnej konfrontacji z Niemcami, aby zyskać czas na rozbudowę własnych sił zbrojnych. Decyzja podjęta 4 maja 1939 roku przez sztaby generalne Francji i Wielkiej Brytanii o nieudzieleniu Polsce pomocy wojskowej podczas wojny z Niemcami miała klauzulę tajności[14].

Konsekwencją tej tajnej decyzji była postawa zajęta przez gen. Gamelina podczas rokowań z misją wojskową gen. Tadeusza Kasprzyckiego w Paryżu (14-19 maja 1939 r.) oraz przez brytyjską misję wojskową podczas rokowań z polskim Sztabem Głównym w Warszawie (20-30 maja 1939 r.). Obaj alianci unikali przyjmowania konkretnych zobowiązań co do zaangażowania rodzajów i ilości swoich wojsk po stronie Polski na wypadek wybuchu wojny z Niemcami. Przyjmowane ustalenia w sprawie pomocy wojskowej miały charakter ogólnikowy. W martwym punkcie utknęły też starania polskie o uzyskanie we Francji i Wielkiej Brytanii znaczących pożyczek na zakup uzbrojenia.

Jednocześnie alianci zachodni nie szczędzili Polsce gołosłownych zapewnień i słów otuchy. Prawdziwy festiwal takich obietnic odegrał przed prezydentem Mościckim, marszałkiem Śmigłym-Rydzem oraz ministrem Beckiem gen. Edmund Ironside – szef sztabu brytyjskiego – podczas swojej wizyty w Warszawie w dniach 17-21 lipca 1939 roku. W rozmowie z ministrem Beckiem roztaczał on m.in. fantastyczne wizje skierowania na front polski wojsk brytyjskich z Egiptu. Bajecznie brzmiące zapewnienie Ironside’a o tym, że „przyjdziemy do was przez Morze Czarne” minister Beck uznał za poważne, co jest o tyle zdumiewające, że sam był wojskowym (pułkownikiem dyplomowanym artylerii)[15]. Składając te i inne zapewnienia Ironside wiedział, że są fałszywe. W swoim dzienniku zanotował bowiem: „Francuzi okłamują Polaków mówiąc, że zamierzają przystąpić do ataku. Taka koncepcja w ogóle nie istnieje”[16].

Po powrocie Ironside’a do Londynu brytyjski komitet szefów sztabów, obradujący pod jego przewodnictwem, stanowczo wypowiedział się przeciwko udzielaniu Polsce pomocy przez siły lądowe i morskie. Półtora miesiąca później ten sam gen. Ironside informował ambasadora Edwarda Raczyńskiego, że Wielka Brytania nie podejmie działań zbrojnych na rzecz Polski i razem z gen. Gamelinem stał się czołowym strategiem tzw. „dziwnej wojny” na froncie zachodnim (1939-1940).

W tym czasie, gdy gen. Ironside bajał w Warszawie o desancie z Egiptu przez Morze Czarne, rząd brytyjski toczył tajne rozmowy z Niemcami na temat powrotu do polityki monachijskiej. Ze strony niemieckiej prowadził je Helmuth Wohlthat – bliski współpracownik Hermanna Göringa, a ze strony brytyjskiej doradca premiera Chamberlaina – Horace Wilson[17]. Tzw. misja Wohlthata przekonała Hitlera, że Wielka Brytania i Francja nie udzielą Polsce pomocy. Stąd skierowanie 80 proc. sił Wehrmachtu przeciw Polsce wcale nie było ze strony Hitlera przejawem hazardu.

Nie było alternatywy

Mimo krytyki, jakiej poddawana jest polityka zagraniczna obozu sanacyjnego w przededniu wojny, należy stwierdzić, że w 1939 roku nie było dla Polski innej alternatywy jak pisany na wodzie sojusz z Francją i Wielką Brytanią lub sojusz z ZSRR, oznaczający de facto przyjęcie w 1939 roku politycznego status quo z 1945 roku. Popularyzowane przez niektórych prawicowych publicystów (Rafał A. Ziemkiewicz, Piotr Zychowicz) wizje spełnienia przez Polskę żądań niemieckich odnośnie Gdańska i Korytarza oraz zawarcia sojuszu z Niemcami hitlerowskimi należy uznać za niepoważne. Gdyby Polska w 1939 roku rozpoczęła drugą wojnę światową jako satelita III Rzeszy, to w 1945 roku nie miałaby nie tylko ziem wschodnich, ale i zachodnich, a może nawet nie byłoby jej wcale.

Sojusz z mocarstwami zachodnimi nie był rozwiązaniem złym, pod warunkiem że wypełniłyby one swoje zobowiązania wobec Polski. Polska była przygotowana na wsparcie ofensywy francuskiej. W Wielkopolsce przygotowano całą sieć lotnisk, gdzie wahadłowo miały lądować bombowce francuskie, bombardujące Niemcy.

Niemiecki generał Alfred Jodl podczas procesu norymberskiego oświadczył, że alianci zachodni mogli w 1939 roku odnieść szybkie zwycięstwo nad szczupłymi siłami niemieckimi na froncie zachodnim. „W roku 1939 byliśmy oczywiście w stanie zniszczyć samotną Polskę, ale nigdy nie było w naszych możliwościach, ani w 1938 roku, ani w 1939, odparcie koncentrycznego ataku sojuszników. I jeżeli nie przegraliśmy już w 1939 roku, to tylko dlatego, że w czasie kampanii polskiej mniej więcej 110 francuskich i brytyjskich dywizji zachowało się kompletnie biernie, mając za przeciwnika jedynie 23 niemieckie dywizje” – powiedział Jodl[18].

Późniejszy marszałek Alphonse Juin tak scharakteryzował postawę Francji: „Można było wejść jak w masło w pozycje niemieckie, można było rozstrzygnąć wojnę w 1939 roku. Trochę zdecydowania i charakteru (…). Co za hańba, co za wstyd, co za głupota zarazem. To idealna sytuacja, wręcz modelowa, w której można było pobić przeciwnika wychodząc na jego odsłonięte tyły. Przy tym zdrada wiernego przyjaciela”[19].

Niestety tego charakteru zabrakło wówczas politykom zachodnim, tkwiącym nadal w bagnie polityki monachijskiej.

[1] „Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 238, Kraków, 29.08.1939.

[2] Stan mobilizacji we Francji, „Gazeta Polska” nr 239, Warszawa, 28.08.1939.

[3] „Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 239, Kraków, 30.08.1939.

[4] „Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 240, Kraków, 31.08.1939.

[5] J. Drużycki, Anglia i Francja wypowiedziały wojnę [Warszawa od ka do jot], http://www.salon24, 4.09.2009.

[6] 30 samolotów polskich zbombardowało Berlin. Wszyscy lotnicy powrócili do swych baz, „Czas-7 Wieczór”, 5.09.1939.

[7] Niemcy wzięci w dwa ognie. Porty niemieckie zbombardowane przez lotników angielskich. Kawaleria polska wkroczyła do Prus Wschodnich. Wojska francuskie rozpoczęły akcje na lądzie, morzu i powietrzu, „Express Poranny” nr 245, 5.09.1939.

[8] „Goniec Warszawski” nr 248, 6.09.1939.

[9] Ofensywa niemiecka na Polskę – załamana. Powstania w okupowanych miastach Polski. Zwycięskie ataki sprzymierzonych na froncie zachodnim; Wspólny atak przeciwniemiecki na obu frontach, „Express Poranny” nr 253, 13.09.1939.

[10] T. Osuch, II wojna światowa. Alianci bronili Polski… ulotkami, http://www.wiadomosci24.pl, 1.09.2010.

[11] M. Zgórniak, Europa w przededniu wojny. Sytuacja militarna w latach 1938-1939, Kraków 1993, s. 482.

[12] Tamże, s. 466.

[13] Hans von Herwarth, Między Hitlerem a Stalinem. Wspomnienia dyplomaty i oficera niemieckiego 1931-1945, Warszawa 1992, s. 260.

[14] J. Karski, Wielkie mocarstwa wobec Polski 1919-1945. Od Wersalu do Jałty, Warszawa 1992, s. 281; L. Wyszczelski, O czym nie wiedzieli Beck i Rydz-Śmigły, Warszawa 1989, s. 78-81.

[15] L. Wyszczelski, O czym nie wiedzieli…, s. 122-131.

[16] J. Karski, Wielkie mocarstwa wobec Polski…, s. 281.

[17] H. Batowski, Między dwiema wojnami 1919-1939. Zarys historii dyplomatycznej, Kraków 2001, s. 360-361; L. Wyszczelski, O czym nie wiedzieli…, s. 118-119.

[18] Cyt. za: 12 września 1939 r. Tajna konferencja w Abbeville, http://www.nowahistoria.interia.pl, 12.09.2015.

[19]  Op. cit.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 września 2017 r.

„Przegląd” nr 36 (922), 4-10.09.2017, s. 8-13

Ja, agent Kremla

Z portalu ukraińskiego Centrum Studiów Wojskowych, Przebudowy i Rozbrojenia dowiedziałem się, że jestem agentem Kremla. Z zamieszczonej tam charakterystyki agenta rosyjskiego można się dowiedzieć, że Bohdan Piętka „publikuje materiały w tygodniku społeczno-politycznym «Myśl Polska». Materiały te mają na celu wzmocnienie nastrojów antyukraińskich w społeczeństwie polskim poprzez spekulacje na tematy historyczne dotyczące wspólnej ukraińsko-polskiej przeszłości. W szczególności B. Piętka oskarża bojowników OUN-UPA o ludobójstwo na narodzie polskim w czasie drugiej wojny światowej, zaprzecza współczesnej agresji Rosji wobec Ukrainy, negatywnie ocenia konieczność wzmocnienia współpracy między Ukrainą i Polską. Na dzień dzisiejszy nie zostały ustalone związki B. Piętki z rosyjskimi służbami specjalnymi, organizacjami rządowymi i pozarządowymi. Jednak jego publikacje i oświadczenia są wykorzystywane przez media rosyjskie (RIA Novosti, kanał RT) w ramach działań informacyjnych Federacji Rosyjskiej zmierzających do tworzenia negatywnego wizerunku Ukrainy”[1].

Zdaniem Centrum Studiów Wojskowych, Przebudowy i Rozbrojenia w Polsce jest tylko pięciu groźnych agentów Kremla. Są to: Paweł Kukiz (oraz jego partia polityczna), Witold Listowski (oraz kierowany przez niego Patriotyczny Związek Organizacji Kresowych i Kombatanckich), Bohdan Piętka, Wojciech Smarzowski (reżyser filmu „Wołyń”) i Adam Śmiech[2].

W charakterystyce agenta rosyjskiego Adama Śmiecha czytamy, że „rozpowszechniał publikacje zawierające oskarżenia pod adresem kierownictwa Ukrainy o heroizację «przestępców» z OUN-UPA, propagowanie ideologii nazistowskiej w społeczeństwie ukraińskim, dokonywanie zbrodni wojennych w Donbasie. Wyraża opinie o odpowiedzialności strony ukraińskiej za zestrzelenie samolotu malezyjskiego «Boeing 777-200» (17 lipca 2014 roku). Brał udział w międzynarodowym okrągłym stole «Próba przepisania historii drugiej wojny światowej: historiograficzna konieczność czy polityczna koniunktura?» (Moskwa, marzec 2015 roku) oraz w międzynarodowej konferencji naukowej „Jałta 1945 – przeszłość, teraźniejszość i przyszłość” (Jałta, luty 2015 roku). Rozpowszechnia publikacje w mediach rosyjskich i polskich, zwłaszcza w wydaniach internetowych «Jednodniówka Narodowa» (jednodniowka.pl), «Kronika Narodowa» (kronikanarodowa.pl), «Myśl Polska» (mysl-polska.pl), «Konserwatyzm» (konserwatyzm.pl), «Novorossia Today» (novorossia.today). Redaktor naczelny internetowej edycji «Jednodniówki Narodowej», kierownik biblioteki slawistyki Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego”[3].

Czym jest Centrum Studiów Wojskowych, Konwersji i Rozbrojenia z siedzibą w Kijowie (Центр исследований армии, конверсии и разоружения – ukraiński skrót: ЦИАКР / CIAKR, angielski skrót: CACDS – Center for Army, Conversion and Disarmament Studies)? O sobie piszą, że są pozarządową organizacją badawczą, założoną „w 1999 roku w celu promowania rozwoju i pogłębienia demokratyzacji społeczeństwa ukraińskiego poprzez rozpowszechnianie wspólnych standardów w zakresie publicznej kontroli nad siłami bezpieczeństwa”. Dyrektorem CACDS od 1999 roku jest niejaki Walentin Badrak, urodzony w 1968 roku w Czerkasach. Absolwent Szkoły Oficerskiej Wojsk Powietrzno-Desantowych w Riazaniu (jeszcze w okresie ZSRR), Kijowskiego Narodowego Uniwersytetu Lingwistycznego i szkoły zarządzania na Uniwersytecie Harvarda. Jego praca doktorska była poświęcona wykorzystywaniu środków masowego przekazu w kampaniach wyborczych. Zajmuje się więc walką informacyjną.

Dalej CACDS podaje, że jest dobrowolnym stowarzyszeniem „specjalistów w dziedzinie profesjonalnej analizy procesu rozbrojenia i uzbrojenia (przezbrojenia) armii państw z regionu, reformy sił bezpieczeństwa, działania przemysłu obronnego i aktywności Ukrainy na międzynarodowym rynku broni. Ponadto CACDS zajmuje się tematem stosunków cywilno-wojskowych i cywilnej kontroli nad siłowymi strukturami władzy oraz rozwojem obronności i technologii podwójnego zastosowania na Ukrainie. Eksperci CACDS aktywnie pracują w dziedzinie badań udziału Ukrainy w międzynarodowej kontroli zbrojeń i technologiach krytycznych. W 2001 roku CACDS został założycielem firmy informacyjnej i konsultingowej Defense Express (pierwotnie agencji News Express Defense Express)”. Z dalszych informacji wynika, że interesują ich sprawy wojskowości, przemysłu obronnego i energetycznego, służb bezpieczeństwa i współpracy Ukrainy z NATO[4].

W ramach tajemniczo brzmiącego projektu OSINT zajęli się też demaskowaniem rosyjskiej agentury w całej Europie. W Polsce zdemaskowali pięć osób, jedną organizację (Patriotyczny Związek Organizacji Kresowych i Kombatanckich) i jedną partię (Kukiz 15), w Czechach siedem osób, jedną partię (Strana Prav Občanu – Partia Praw Obywateli prezydenta Miloša Zemana), jeden instytut (ISSTRAS – Instytut Strategicznych Studiów Słowiańskich) i jeden portal (eurodenik.cz), w Serbii osiem osób (w tym Stefan Stamenkovski, lider ruchu Zavetnici) i trzy organizacje, na Słowacji sześć osób (w tym wybitny polityk, były premier Jan Čarnogurský) i dwie organizacje, w Mołdawii siedem osób i cztery organizacje, na Litwie trzy osoby (w tym Waldemar Tomaszewski i Zbigniew Jedziński) oraz jedną partię (Akcja Wyborcza Polaków na Litwie), we Włoszech aż 11 osób (w tym Romano Prodi – były premier i były przewodniczący Komisji Europejskiej), dwie organizacje i jedną partię (Forza Nuova), w Niemczech trzy osoby (w tym Alexander Gauland z Alternatywy dla Niemiec), w Wielkiej Brytanii trzy osoby (w tym Anthony Russel Brenton z „The Times” oraz Stephanie Cockroft z „Daily Mail”) i jedną organizację, w Bułgarii pięć osób (w tym politycy Paweł Czerniew, Mitko Grozew i Nikołaj Malinow) i dwie organizacje.

W innych krajach europejskich agentura rosyjska jest o wiele skromniejsza. Ale też jest to nie byle kto. Np. we Francji jako czołowego agenta Kremla projekt OSINT wskazał Jacquesa Clostermanna – działacza Frontu Narodowego, blisko związanego z Marine Le Pen, który wziął udział w konferencji pt. „Wojna informacyjna przeciw Donieckiej Republice Ludowej”. Z kolei kataloński polityk Jose Enrique Folk został zakwalifikowany jako agent Putina, ponieważ powiedział rosyjskim mediom, że Katalonia jest gotowa uznać przynależność Krymu do Rosji i wystąpić przeciw antyrosyjskim sankcjom. Natomiast prof. Marius Vacarelu z Rumunii jest rosyjskim agentem, ponieważ podziela punkt widzenia polityki rosyjskiej wobec Ukrainy i współpracuje z Aleksandrem Duginem.

Kryterium zakwalifikowania do kremlowskiej agentury w wypadku wielu osób wymienionych przez projekt OSINT był ich udział w konferencji „Ukraina w centrum NATO, Rosja – prawdziwy cel”, jaka odbyła się 15 września 2016 roku w Monachium. Inne osoby (np. mnie) zakwalifikowano dlatego, że ich publicystyka lub działalność „godzi w wizerunek Ukrainy”[5].

Domyślam się, że projekt OSINT dotyczył tylko najgroźniejszej agentury kremlowskiej w Europie, stąd osoby i instytucje pominięte – czujące z tego powodu dyskomfort – powinny wykazać wyrozumiałość. Metodologia zakwalifikowania do grona kremlowskiej agentury, zastosowana w projekcie OSINT, do złudzenia przypomina metodologię stosowaną w Polsce np. przez Marcina Reya i Dawida Wildsteina w ich działalności demaskatorsko-delatorskiej. Przypomina, też filozofię polskiej prokuratury wobec aresztowanego w maju 2016 roku Mateusza Piskorskiego, wedle której jest on agentem Rosji, ponieważ jeździł na Krym i wypowiadał się negatywnie o puczu na Ukrainie. Przypomina wreszcie filozofię „Gazety Polskiej”, która agenta Kremla widzi w każdym kto krytykuje pucz kijowski z 2014 roku, pomajdanową Ukrainę i jej politykę, zwłaszcza historyczną.

Niestety prawda jest taka, że za negatywny wizerunek Ukrainy winę ponosi sama Ukraina. Państwo będące Somalią Europy, które przez ponad ćwierć wieku swojego istnienia nie było w stanie wygenerować żadnej narodowej elity, ani zbudować bytu narodowego, politycznego i gospodarczego w oparciu o jakiekolwiek wartości zbliżone do standardów europejskich. Nie było w stanie obronić swojej gospodarki, systematycznie rozkradanej i kolonizowanej przez oligarchię rodzimą i zachodnią. Nie było i nie jest w stanie odwołać się do tożsamości historycznej innej niż zbrodnicza tradycja banderowska.

Wizerunku tego nie poprawią ani publikowanie kolejnych wykazów domniemanej kremlowskiej agentury, ani represje wobec rzekomych agentów Putina. Ja wizerunku Ukrainy nie szargam. Ja tylko piszę to co myślę.

Tego jednakże nie mogą zrozumieć siły polityczne pomajdanowej Ukrainy i ich polscy sojusznicy. Jedni i drudzy mają bardzo prostą wizję świata, który dzielą dychotomicznie na „my i agenci Kremla”. Tylko co ta wizja ma wspólnego z rzeczywistością? Ktoś kto patrzy na świat w ten sposób nigdy nie będzie w stanie zrozumieć, że to co ja piszę nie wynika z tego, iż jestem rzekomym agentem Rosji, ale z samodzielnego i niezależnego myślenia oraz wartości, które wyznaję. Motywacją mojej publicystyki jest wyłącznie niezgoda na rehabilitację w 70 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej zbrodniczej ideologii, będącej ukraińską wersją faszyzmu, niezgoda na gloryfikację zbrodniczych organizacji odpowiedzialnych za ludobójstwo na narodzie polskim oraz ich przywódców, jak również niezgoda na negowanie na Ukrainie ludobójstwa popełnionego przez nacjonalistów ukraińskich na narodzie polskim oraz jego przemilczanie lub relatywizowanie w Polsce w imię dobrych stosunków z Ukrainą. Nigdy nie będzie dobrych stosunków z Ukrainą, jeśli polskie elity nie odejdą od takiego wypaczonego myślenia, a renesans nacjonalizmu ukraińskiego stanowi zagrożenie dla samej Ukrainy – czego wyrazem jest trwająca tam wojna domowa – oraz dla Polski, którą nacjonaliści ukraińscy zawsze postrzegali jako swojego głównego wroga. Pisałem o tym i pisał będę, bo tak czuję i uważam.

[1] www.http://posipaka.org/en/baza-posipak/personalii/bogdan-pientka-bohdan-pietka/, 29.04.2017.

[2] www.http://posipaka.org/category/stranyi/respublika-polsha/, dostęp 31.08.2017.

[3] www.http://posipaka.org/baza-posipak/personalii/adam-shmeh-adam-smiech/, 15.06.2017.

[4] www.http://cacds.org.ua/ru/about/, dostęp 31.08.2017.

[5] www.http://posipaka.org/category/baza-posipak/personalii/, dostęp 31.08.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 31 sierpnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2153/54), 10-17.09.2017, s. 16

Głupcy nie mogą być elitą narodu

Sądziłem, że wśród PiS-owców nie ma ludzi całkowicie pozbawionych rozumu. Ale i tu się pomyliłem. Moje wątpliwości rozwiał prezes państwowej agencji o nazwie Polska Organizacja Turystyczna, będący wcześniej prezesem uzdrowisk w Kołobrzegu i Świeradowie-Zdroju, a także dwukrotnym kandydatem na burmistrza Kamienia Pomorskiego z ramienia PiS. O jego wypowiedziach dla „Gazety Wyborczej” tak napisał portal onet.pl: „To polskie, a nie żydowskie elity zostały w czasie wojny zupełnie przeorane i zlikwidowane. Pamiętajmy, że kultura żydowska w praktyce cała przetrwała – twierdzi Marek Olszewski, szef Polskiej Organizacji Turystycznej na łamach „Gazety Wyborczej”. Dlatego z programów wizyt zagranicznych dziennikarzy, organizowanych przez POT, znika zwiedzanie KL Auschwitz czy Muzeum Żydów Polskich „Polin”. – Chcemy położyć nacisk na promowanie tego, co cenne w naszej własnej kulturze – podkreśla. (…) zwiedzania obozu na pewno nie zaproponuję dziennikarzowi z Chin, który po raz pierwszy przyjeżdża do Polski. Podczas krótkich studyjnych pobytów nie ma czasu na tłumaczenie skomplikowanej historii – przekonuje Olszewski (…)”[1].

Czy ten prezes wie o tym, że Auschwitz jest symbolem tak samo martyrologii żydowskiej jak i polskiej, romskiej, rosyjskiej, czeskiej itd? Tak zresztą jest to prezentowane w Muzeum Auschwitz-Birkenau. Czy prezes POT wie o tym, że Auschwitz był największym miejscem nie tylko żydowskiej, ale i polskiej martyrologii podczas drugiej wojny światowej? Że Polacy byli pierwszymi chronologicznie i drugimi liczebnie ofiarami tego obozu? Oprócz miliona Żydów zginęło tam 70 tysięcy Polaków. A w Mauthausen co najmniej 27 tysięcy (40 proc. ofiar tego obozu). W niemieckich obozach koncentracyjnych zginęło około 250 tys. Polaków. Ponad 10 razy więcej niż w wyniku zbrodni katyńskiej, eksponowanej obecnie ze względów politycznych. Najwięcej Polaków zginęło w takich obozach niemieckich jak Auschwitz, Mauthausen, Majdanek, Stutthof, Ravensbrück, Buchenwald, Gross-Rosen, Flossenbürg, Neuengamme i Dachau. Tam – a nie w Katyniu – dokonano największej zbrodni na narodzie polskim podczas drugiej wojny światowej.

Gdyby prezes POT nie blokował zagranicznym dziennikarzom dostępu do Muzeum Auschwitz, to mogliby się o tym wszystkim dowiedzieć. O Pileckim, polskiej konspiracji więźniarskiej, 70 tysiącach polskich ofiar tego obozu, transportach Polaków z powstania warszawskiego, egzekucjach polskich patriotów pod Ścianą Śmierci itd. Jeżeli PiS nie chce, żeby zagraniczni dziennikarze pisali o „polskich obozach koncentracyjnych”, to w pierwszej kolejności należy ich zawozić właśnie do Muzeum Auschwitz i uświadamiać prawdę historyczną o tym miejscu niemieckiego ludobójstwa, popełnionego na różnych narodach. To jest polska racja stanu.

Tymczasem prezes POT popisuje się antysemityzmem sądząc, że daje w ten sposób wyraz swojego patriotyzmu. Endecy pisali o Niemcach-nazistach, że „nawet tak piękną ideę jak antysemityzm potrafią splugawić”. Oczywiście nie uważam antysemityzmu za ideę piękną, jednak w jakiejś mierze to przekorne stwierdzenie do pana prezesa pasuje. Nikt nie ma obowiązku kochać Żydów, ale pamięć o ich cierpieniu i tragedii nie powinna mieć nic wspólnego z takim czy innym stosunkiem emocjonalnym do narodu żydowskiego. Ta pamięć jest wyrazem szacunku wobec niewinnych ofiar, bestialsko zamordowanych, a ten szacunek z kolei jest probierzem przynależności do cywilizacji europejskiej. Prezes POT myli się twierdząc, że żydowskie elity nie zostały „przeorane i zlikwidowane”, a żydowska kultura „w praktyce cała przetrwała”. Niemcy wymordowali 90 proc. polskich Żydów (2,9 mln spośród 3,2 mln). Co najmniej 438 polskich Żydów było też wśród ofiar zbrodni katyńskiej. Po żydowskiej kulturze poza krakowskim Kazimierzem i kilku innymi miejscami nie zostało praktycznie śladu. Nie ma dzisiaj wielu żydowskich synagog – wysadzonych przez Niemców w powietrze lub spalonych – jak w Katowicach, Będzinie, Dynowie, Warszawie i innych miejscowościach. To samo dotyczy innych żydowskich zabytków, celowo zniszczonych przez okupanta niemieckiego. Nikt nie ma prawa znieważać ofiary narodu żydowskiego i lekceważyć jego męczeństwa ze względu na jakiekolwiek swoje fobie i uprzedzenia polityczne. Bo to jest barbarzyństwo. A licytowanie się martyrologią jest głupotą. Zarówno ze strony polskiej, jak i żydowskiej.

Poza tym kultura polskich Żydów – wbrew temu co sugeruje prezes POT – jest częścią kultury polskiej. Co prezes POT chciałby osiągnąć przez amputowanie z polskiej historii i kultury 800 lat historii i kultury polskich Żydów? Co zawinili mu Berek Joselewicz, Józef Berkowicz, Dow Ber Meisels, Szymon Askenazy, Adolf Peretz, Marian Hemar, Roman Brandstaetter, Bernard Mond, Roman Kramsztyk, Jan Kiepura, Antoni Słonimski, Mieczysław Grydzewski i wielu innych polskich Żydów, którzy tak pięknie zapisali się w polskiej historii, literaturze, sztuce i nauce, także swoimi gorącymi polskimi sercami. Polscy Żydzi to nie tylko Jakub Berman, Józef Różański, Helena Wolińska i inni funkcjonariusze stalinowskiego aparatu terroru żydowskiego pochodzenia. A chyba ich tylko widzi prezes POT.

Pan prezes swoimi wypowiedziami dla „Gazety Wyborczej” dostarczył amunicji niechętnym lub nawet wrogim Polsce środowiskom żydowskim. Mają żywy dowód nieuleczalnego polskiego antysemityzmu, o który nieustannie oskarżają Polaków. Raczej przykład głupoty.

Głupcy nie mogą być elitą narodu, bo to doprowadzi do jego barbaryzacji. Niestety ta barbaryzacja w Polsce postępuje, co widać gołym okiem na każdym kroku

[1] „Gazeta Wyborcza”: KL Auschwitz i muzeum „Polin” znika z programów wizyt promujących Polskę, http://www.wiadomosci.onet.pl, 30.08.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 30 sierpnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2153/54), 10-17.09.2017, s. 7