Rosyjski rewizjonizm historyczny

„Kiedyś prezydent Rosji Władimir Putin honorował Polskę na Westerplatte i w Katyniu, teraz wyzywa od kolaborantów. Strach pomyśleć jaki będzie kolejny pisowski sukces” – napisał eurodeputowany Platformy Obywatelskiej, były minister spraw zagranicznych w rządzie PO-PSL Radosław Sikorski. Pisowski sukces? Ale przecież to jest także sukces Radosława Sikorskiego. Przecież w czasie przewrotu kijowskiego w 2014 roku był na Majdanie i patronował tam zawarciu porozumienia pomiędzy Janukowyczem a puczystami, które zostało zaraz zerwane przez tych drugich. Zanim we wrześniu 2014 roku przestał być szefem polskiej dyplomacji, stosunki z Rosją poświęcono już na rzecz „wspierania Ukrainy”. No ale tak to już jest, że klęska jest sierotą, a sukces ma wielu ojców. W tym wypadku ów „sukces” jest klęską, czyli sierotą.

O błędach polskiej polityki wschodniej i polskiej polityki historycznej wobec Rosji pisałem już wielokrotnie. Przyjrzę się więc teraz najnowszej rosyjskiej narracji historycznej. Po 20 grudnia 2019 roku pojawiły się w niej elementy nowe, które uzupełniły elementy dotychczas obecne. Te składniki dotychczas obecne to krytyka układu z Monachium oraz polskiej polityki wobec Czechosłowacji w 1938 roku. Sam wielokrotnie krytykowałem i jedno, i drugie. Podkreślałem, że Monachium oznaczało demontaż porządku wersalskiego, który gwarantował także istnienie Polski. Dlatego przyłączając się do tego demontażu Józef Beck działał przede wszystkim przeciw niepodległości Polski. To była ze strony polskiej polityka bezmyślna i wobec Czechów łajdacka, ale nie może być ona żadnym usprawiedliwieniem dla późniejszej polityki Stalina. W Rosji uważa się, że układ z Monachium usprawiedliwia pakt Ribbentrop-Mołotow, albo że pakt ten w świetle Monachium był bez znaczenia dla wybuchu drugiej wojny światowej. Takie stanowisko jest nie do przyjęcia.

Władimir Putin nie zauważa jednego drobnego szczegółu. Nawet jeżeli przyjmiemy, że pakt Ribbentrop-Mołotow nie był bezpośrednią przyczyną wybuchu drugiej wojny światowej, że bez tego układu Hitler i tak by wojnę wywołał (na co był zdecydowany od kwietnia 1939 roku), to z punktu widzenia prawa międzynarodowego tajny protokół do tego paktu był zbrodnią przeciwko pokojowi oraz niepodległości i integralności terytorialnej sześciu państw. Jest zatem kwestią drugorzędną czy Parlament Europejski i polski Sejm potępiłyby pakt Ribbentrop-Mołotow za to, że miał doprowadzić do wybuchu wojny czy za to, że był zbrodnią przeciwko pokojowi, suwerenności i integralności terytorialnej sześciu państw. To detal. Ponadto – co strona rosyjska przemilcza – realizacja celów strategicznych Moskwy odbywała się stalinowskimi, czyli zbrodniczymi metodami.

Starym elementem rosyjskiej polityki historycznej jest również narracja o „pakcie Piłsudski-Hitler” – jak się tam nazywa polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 roku – oraz „sojuszu polsko-niemieckim” w latach 1934-1939 i mającej z tego wynikać „odpowiedzialności Polski za wybuch wojny”. Najnowszemu wydaniu tej narracji towarzyszą ewidentne kłamstwa o „czystce etnicznej na Zaolziu”, której miała się tam jakoby dopuścić II Rzeczpospolita.

W związku z tym trzeba przypomnieć, że do 1935 roku partie komunistyczne w Europie kierowały się na polecenie Międzynarodówki Komunistycznej (czyli Józefa Stalina) doktryną tzw. „socjalfaszyzmu”. Doktryna ta zakazywała partiom komunistycznym współpracy politycznej z partiami socjaldemokratycznymi (określanymi w tej doktrynie jako „socjalfaszystowskie”). Doktryna „socjalfaszyzmu” doprowadziła do rozbicia wspólnego frontu KPD i SPD przeciw nazizmowi. Była to jedna z najważniejszych bezpośrednich przyczyn dojścia NSDAP do władzy w Niemczech i upadku Republiki Weimarskiej. Dopiero na VII kongresie Kominternu w 1935 roku Międzynarodówka Komunistyczna uznała swoją doktrynę „socjalfaszymu” za błędną. Rzucono wtedy hasło tworzenia „frontów ludowych” pod przewodnictwem komunistów. Kto zatem zapalił zielone światło Hitlerowi? Nie w 1938 roku, ale w 1924 roku? Wtedy bowiem na polecenie Stalina przyjęto w Kominternie doktrynę „socjalfaszyzmu” i nie wycofano się z niej nawet w obliczu wydarzeń w Niemczech w latach 1930-1933. Trzeba też przypomnieć o niemiecko-radzieckim układzie w Rapallo z 16 kwietnia 1922 roku oraz będącej jego następstwem niemiecko-radzieckiej współpracy wojskowej do roku 1933. Przyszła potęga militarna Niemiec była w tym czasie budowana na radzieckich poligonach i uczelniach wojskowych.

Nowym elementem rosyjskiej polityki historycznej – zaprezentowanym po wystąpieniach prezydenta Rosji z 20-24 grudnia 2019 roku – jest sugerowanie polsko-niemieckiej współpracy w przygotowaniu „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” już przed drugą wojną światową oraz podczas jej trwania. Strona rosyjska – wychodząc z taką narracją – niewątpliwie wykorzystała dwie rzeczy: fakt pogorszenia się stosunków polsko-izraelskich i polsko-żydowskich po nowelizacji ustawy o IPN w styczniu 2018 roku oraz osłabienie pozycji Polski w Unii Europejskiej za rządów PiS. To ma pozbawić Polskę ewentualnych sojuszników.

Po wystąpieniu prezydenta Rosji na temat tzw. notatki Lipskiego, podczas którego użył on słów „swołocz” i „antysemicka świnia”, pojawiły się w rosyjskich mediach programy i publikacje na temat polskiego przedwojennego i wojennego antysemityzmu. Nie jest to nowość, ponieważ już w kwietniu 2019 roku znany proputinowski dziennikarz Władimir Sołowiow ogłosił w telewizji Rossija 1, że podczas drugiej wojny światowej Polacy mieli wymordować więcej Żydów niż Niemcy oraz oskarżył Polaków, że nie chcą wypłacić Żydom rekompensat. Już wtedy padły słowa o „polskiej swołoczy”[1].

Nawet rosyjskojęzyczna Wikipedia podaje – omawiając obszernie spotkanie ambasadora Józefa Lipskiego z Hitlerem w Obersalzbergu 20 września 1938 roku – że w tym czasie Hitler był daleki od idei fizycznego unicestwienia Żydów i chodziło o tzw. „afrykański projekt”, który rosyjskojęzyczna Wikipedia definiuje jako „ideę żydowskiego państwa w Afryce”. Zupełnie inaczej niż Władimir Putin, który stwierdził, że chodziło o wysłanie Żydów do Afryki rzekomo na śmierć. Rosyjskojęzyczna Wikipedia cytuje też notatkę Lipskiego na podstawie opracowania Wacława Jędrzejewicza o Lipskim („Józef Lipski. Diplomat in Berlin, 1933-1939. Papers and Memoirs of Józef Lipski, Ambassador of Poland”, pod red. Wacława Jędrzejewicza, New York 1968, s. 679) oraz na podstawie rosyjskiej edycji źródłowej z 1981 roku pt. „Dokumenty i materiały w przededniu drugiej wojny światowej 1937-1939” („Документы и материалы кануна второй мировой войны 1937-1939”). Notatka Lipskiego brzmiała: „Gdyby mocarstwa zachodnie lepiej rozumiały wymagania Niemiec w kwestii kolonialnej, to on, Führer, zapewne zapewniłby w Afryce pewne terytorium, które można by wykorzystać do osiedlenia się nie tylko niemieckich, ale także polskich Żydów”. Było to zgodne z polityką polskiego rządu, który od 1935 roku dyskutował z władzami francuskimi oraz z udziałem palestyńskich syjonistów o planie przesiedlenia polskich Żydów na Madagaskar. Lipski wyraził aprobatę dla słów Hitlera: „… on (Hitler) wpadł na pomysł rozwiązania problemu żydowskiego poprzez emigrację do kolonii w porozumieniu z Polską, Węgrami, a może Rumunią (tutaj odpowiedziałem, że jeśli znajdzie rozwiązanie, to postawimy mu piękny pomnik w Warszawie …)”.

Nie chodziło zatem o mordowanie kogokolwiek, ani o wypędzanie kogokolwiek, tylko o uzyskanie od zachodnich mocarstw kolonialnych terenu osadniczego dla Żydów w Afryce (syjoniści postulowali wtedy Palestynę, gdzie 10 lat później rzeczywiście powstał Izrael). Na podstawie tej notatki nie można wyciągnąć takich wniosków, jakie wyciągnął prezydent Rosji (także odnośnie domniemanego antysemityzmu Lipskiego). Żaden historyk, cytujący notatkę Lipskiego, na taką narrację jak Putin nie poszedł. Nawet David Irving.

Każdy kto chce wiedzieć jak było z tzw. „planem Madagaskar” powinien przeczytać wydaną w 2019 roku przez Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie książkę Zofii Trębacz pt. „Nie tylko Palestyna. Polskie plany emigracji wobec Żydów 1935-1939”. Autorka pisze: „Wszystko wskazuje na to, że rozmowy prowadzone między przedstawicielami żydowskich organizacji a dyplomatami kolonialnego mocarstwa [czyli Francji – uzup. BP] okazały się owocne, gdyż na początku 1937 roku rząd polski rozpoczął w tej sprawie konkretne rozmowy z francuskimi politykami – premierem Leonem Blumem i ministrem kolonii Mariusem Moutetem. Obaj zaakceptowali plan w ogólnym zarysie i zasugerowali przeprowadzenie badań, które mogłyby dostarczyć więcej szczegółów. Moutet zaproponował nawet pomoc specjalistów”. W konsekwencji na Madagaskar udała się polska komisja, w której pracach brał udział m.in. Arkady Fiedler.

Jeśli Władimir Putin chce rozliczać Polskę z przedwojennego antysemityzmu, ro powinien sobie uświadomić, że Rosja w dziedzinie antysemityzmu ma znacznie większe osiągnięcia niż Polska. Wydane w 1903 roku w Petersburgu „Protokoły mędrców Syjonu” (biblia antysemityzmu) zostały spreparowane przez rosyjską Ochranę. Na przełomie XIX i XX wieku miały też miejsce w Imperium Rosyjskim masowe mordy na Żydach, inspirowane m.in. przez carską Ochranę. W latach 1881-1884 doszło w Rosji do około 250 pogromów na Żydach (od 224 do 284), zaś w okresie 1903-1906 pogromy Żydów miały miejsce w 64 miastach i 626 miasteczkach oraz wsiach. To były tysiące ofiar. „Plan Madagaskar” jako pierwsza też zrealizowała Rosja wysiedlając Żydów z zachodnich guberni (tzw. litewskich, stąd nazywano ich Litwakami) do Priwislinskiego Kraju – jak po powstaniu styczniowym nazywano Królestwo Polskie. Pojawienie się w Królestwie Polskim mas Litwaków – obcych polskiej kulturze, nie znających języka polskiego i niechętnych do integracji z Polakami – miało w intencji władz carskich wywołać antysemityzm wśród Polaków oraz zastąpić konflikt polsko-rosyjski konfliktem polsko-żydowskim. Litwacy propagowali wśród polskich Żydów separatyzm, a zwalczali asymilację narodową i kulturową. Byli też w rękach caratu narzędziem rusyfikacji.

Z kolei Józef Stalin swój Madagaskar dla Żydów utworzył w latach 1928-1934 na Dalekim Wschodzie (Żydowski Obwód Autonomiczny w Kraju Chabarowskim nad Amurem). Celem tego posunięcia Stalina było przeciwdziałanie szerzącemu się w ZSRR ruchowi syjonistycznemu. Zatem jedynym państwem, które w latach 30-tych XX wieku zrealizowało „plan Madagaskar” był tak naprawdę Związek Radziecki. W ogóle polityka narodowościowa II Rzeczypospolitej a polityka narodowościowa Stalina w ZSRR, to są dwa odrębne światy.

Po wystąpieniach Putina z 20-24 grudnia 2019 roku nie uruchomiono w Moskwie zwykle stojącego w takiej sytuacji na posterunku pana Władimira Żyrinowskiego. Uruchomiono natomiast pana Wiaczesława Nikonowa – wnuka Wiaczesława Mołotowa i syna nie mniej zasłużonego dla ZSRR Aleksieja Nikonowa – by ogłosił, światu że „Warszawa przebija dno, broniąc znanego antysemity!”, czyli ambasadora Lipskiego[2]. Taka wypowiedź wyraźnie koresponduje z wypowiedzią jego dziadka o Polsce jako „pokracznym bękarcie traktatu wersalskiego”. Notabene babka tego pana – czyli żona Mołotowa Polina Żemczużyna – została skazana w 1949 roku na 5 lat łagru za rzekome „szpiegostwo na rzecz syjonistów”. Czy nie był to przejaw antysemityzmu Stalina, którego broni pan Nikonow? Był to początek antyżydowskiej czystki w ZSRR, której Stalin nie zdołał już sfinalizować przed śmiercią. Nie zmienia tego fakt, że towarzyszka Żemczużyna do śmierci w 1970 roku pozostała fanatyczną zwolenniczką Stalina i w takim też duchu wychowała swoją jedyną córkę, a matkę pana Wiaczesława Nikonowa. Zabawy z historią PiS w Polsce bledną na tle takich zabaw z historią.

Z kolei pan senator Oleg Morozow (w latach 80-tych XX wieku zastępca szefa wydziału propagandy Komitetu Centralnego KPZR, później jeden z głównych ideologów Jednej Rosji i doradca Putina ds. polityki wewnętrznej) pozwolił sobie na stwierdzenia, że „Polska oficjalnie staje w jednym szeregu z nazistami i osobami zaangażowanymi w masową eksterminację Żydów” oraz że „współczesna Polska nie chce uznać zbrodni nazizmu przeciwko ludzkości i przeciwko Żydom”. Powodem takich opinii Morozowa stało się to, że prezydent Andrzej Duda postawił jako warunek swojego udziału w Międzynarodowym Forum Holocaustu w Izraelu możliwość publicznego udzielenia odpowiedzi na planowane tam wystąpienie Putina. Swoje oskarżenia Morozow uzupełnił stwierdzeniem, że Rosja (nie ZSRR, ale Rosja!) „uratowała naród żydowski od zagłady” (a pozostali alianci nic w tej sprawie nie zrobili?)[3].

Najnowsza narracja kremlowska o tym, że Rosja „uratowała naród żydowski od zagłady” jest co najwyżej półprawdą. Niemcy hitlerowskie dokonały zagłady Żydów europejskich w latach 1941-1944. Zginęło wtedy m.in. ponad 90 % Żydów polskich, zamordowanych w większości do połowy 1943 roku. W roku 1945 większość europejskich Żydów była już zamordowana i Armia Czerwona przed niczym ich nie ocaliła. Zasługą Armii Czerwonej – której kwestionować nie można – było natomiast wyzwolenie części niemieckich obozów koncentracyjnych. Spośród 13 znaczących niemieckich obozów koncentracyjnych 7 wyzwolili Amerykanie i Brytyjczycy, a 6 Armia Czerwona. Jeśli jednak mówimy o tej niekwestionowanej zasłudze Armii Czerwonej, to trzeba też powiedzieć o tym, że na miejscu wyzwolonych przez czerwonoarmistów hitlerowskich obozów koncentracyjnych natychmiast powstawały obozy NKWD. Na terenie wyzwolonego KL Auschwitz powstały dwa obozy NKWD i jeden obóz UB, które istniały do 1946 roku. To samo było na Majdanku, na Zamku Lubelskim i w innych katowniach gestapo, zamienianych natychmiast na katownie NKWD i UB. Oczywiście fakt powstania obozów NKWD na miejscu obozów hitlerowskich nie przekreśla ofiary czerwonoarmistów – jak tego chce polska polityka historyczna, ale też ofiara czerwonoarmistów nie może rozgrzeszać zbrodni stalinowskich – jak tego chce rosyjska polityka historyczna.

Z kolei 10 stycznia proputinowska „Rossijskaja Gazieta” napisała: „W jakiejkolwiek paralelnej rzeczywistości istniałby pan Duda, jak bardzo by kipieli oburzeniem polscy politycy i politolodzy niezadowoleni z tego, że kolejny raz pokazano im prawdę, trudno spierać się z tym, co mówią dokumenty. A one dobitne potwierdzają, że znaczna część społeczeństwa polskiego bezpośrednio uczestniczyła w zagładzie mieszkających w kraju Żydów”. Jakoś to do złudzenia koresponduje z tym co pisali dotychczas niektórzy autorzy (nie będę wymieniał nazwisk) i niektóre niszowe media na Zachodzie, czy mówili niektórzy drugoplanowi politycy izraelscy, jak Jair Lapid i Naftali Benett.

„Rossijskaja Gezieta” napisała też, że „po wojnie Polska przywłaszczyła sobie majątek Żydów, którzy zginęli w Holokauście” (notabene Związek Radziecki też to zrobił) i dalej, że „na każdego biorącego w zagładzie ludności żydowskiej niemieckiego oprawcę przypadało 10-15 dobrowolnych pomocników spośród miejscowych mieszkańców”, a Polacy obojętnie patrzyli na sytuację ludzi w warszawskim getcie, łupili sąsiadów, mordowali ich lub wydawali Niemcom. To już też słyszeliśmy z wieloletniego przekazu niektórych ośrodków na Zachodzie. Artykuł, w którym pojawiły się takie oskarżenia zatytułowano „Czego boi się Polska”, a jego autorem jest Jewgienij Szestakow. O martyrologii Polaków podczas drugiej wojny światowej Szestakow napisał z pogardą „Polokaust”. Jego zdaniem polskiej martyrologii nie było[4].

Po publikacji „Rossijskoj Geziety” (jedno z najważniejszych mediów kremlowskich) mniej więcej wiemy, w jakim kierunku może pójść wystąpienie Putina w Yad Vashem 23 stycznia. W kierunku, że Polska była sprawcą wybuchu wojny, a Polacy współpracowali z Niemcami w zagładzie Żydów, którą ambasador Lipski planował razem z Hitlerem już w 1938 roku.

Należy postawić tutaj pytanie, czy polska polityka historyczna – z gruntu błędna i chyba inspirowana w jakiejś mierze przez USA – jest jedynym czynnikiem, który sprowokował ze strony rosyjskiej to z czym mamy teraz do czynienia. Do postawienia takiego pytania skłania chociażby reakcja rosyjska na podpisanie przez prezydenta Czech Milosza Zemana ustawy ustanawiającej Dzień Pamięci o Inwazji 1968 roku i Późniejszej Okupacji Wojsk Układu Warszawskiego. Prezydent Zeman uchodził dotąd za jednego z bardziej prorosyjskich polityków w Europie. Teraz krytykujące go stanowisko rosyjskiego MSZ Zeman określił jako „absolutnie bezczelne”[5]. Rosyjska polityka historyczna w zasadzie nie odbiega daleko od ukraińskiej. W pierwszej mitem założycielskim jest mit Armii Czerwonej jako największego zwycięzcy nad faszyzmem, w drugiej fałszywy mit UPA jako „ruchu wyzwoleńczego”. Problem w tym, że tak sformułowany mit Armii Czerwonej – usuwający z pola widzenia politykę Stalina przed wybuchem wojny, w czasie wojny i po wojnie – musi prowadzić, jeśli nie do rehabilitacji, to do wybielenia stalinizmu.

Zwalczałem politykę antyrosyjską ekip postsolidarnościowych, ponieważ była częścią polityki amerykańskiej i narażała bezpieczeństwo Polski. Do tego towarzyszyło jej odkurzenie takich szkodliwych archaizmów politycznych jak prometeizm i Międzymorze, w imię których wspierano historycznie skrajnie antypolską orientację polityczną na Ukrainie. Nie mam jednak wątpliwości, że stosunki z Rosją muszą być oparte na Realpolitik, która uwzględnia polski i rosyjski potencjał, ale także polską rację stanu. Tą racją stanu jest mieć dobre stosunki z Rosją i unikać z nią konfliktów, zwłaszcza w obcym interesie. Ale nie za cenę przyjmowania narracji rosyjskiej w jakiejkolwiek sprawie i uwzględniania interesów polityki rosyjskiej. To już było i się nie sprawdziło.

Krytykowałem i krytykuję ukraińską i polską politykę historyczną. Z tych samych powodów krytykuję też rosyjską. Zwłaszcza tę, która pokazała swoje oblicze na przełomie 2019 i 2020 roku. Polityka historyczna a historia to są dwie rzeczywistości nie mające ze sobą wiele wspólnego. Historia nigdy nie jest czarno-biała. Zawsze jest skomplikowana i wielowątkowa. Polityka historyczna nigdy tego nie uwzględni. Zawsze będzie z wielowątkowej mozaiki wybierać pojedyncze obrazy i budować na nich przekaz propagandowy.

Ale nie o politykę historyczną w tym wszystkim chodzi. Ona jest tylko małym trybikiem w wielkiej maszynie. Oto co napisał na Facebooku 7 stycznia 2020 roku były pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji, funkcjonujący nadal w rosyjskim establishmencie politycznym:

„W Warszawie byli bardzo poważnie przestraszeni. Ponieważ zdali sobie sprawę, że tocząca się historyczna dyskusja na temat czasu wybuchu wojny może doprowadzić do zmiany statusu Polski, która może zasłużenie stać się krajem agresorem i inicjatorem (wraz z Niemcami) drugiej wojny światowej. A strach jest złym doradcą. Partia rządząca nie wymyśliła nic lepszego niż sporządzenie projektu ustawy chroniącej polską wizję historii [chodzi zapewne o nowelizację ustawy o IPN z 2018 roku – uwaga BP]. I więcej. Fakt, że druga wojna światowa rozpoczęła się w 1938 roku. Pisałem [o tym – uzup. BP] na długo przed Władimirem Putinem. Więc teraz nie bronię stanowiska Władimira Putina, ale mojego. Chociaż tak, cieszę się, że Władimir Putin był solidarny z tym stanowiskiem”.

Dalej ten autor pisze: „Polska ryzykuje, że stanie się krajem wyrzutkiem. Polski prezydent postanowił odmówić wyjazdu do Izraela na Światowe Forum Holokaustu, rzekomo z powodu planowanej obecności tam Władimira Putina. Prawdę mówiąc, trudniej wymyślić śmieszniejszy powód. Nie chodzi o Władimira Putina, ale o kompleksowe relacje polsko-izraelskie. I rzeczywiście Duda próbuje zwalić wszystko z chorej głowy na zdrową, czyli Władimira Putina. Tymczasem Warszawa ma niezwykle trudne relacje z Brukselą. Prawicowa Polska najwyraźniej nie dotrzymuje kroku Unii Europejskiej. Warszawa nie ma sojuszu regionalnego, wszyscy sąsiedzi Polski unikają. W przypadku Rosji sytuacja stała się ślepą uliczką. Zostają Stany Zjednoczone, jak uważają w Warszawie. Ale w USA lobby izraelskie jest wyjątkowo silne. A z odszkodowaniem za własność ofiar Holokaustu wszystko wygląda katastrofalnie. Tak oto Polska ryzykuje, że zostanie krajem wyrzutkiem. Prawicowa Polska”.

Do tego co napisał ten przedstawiciel rosyjskiej elity – były pracownik dyplomacji rosyjskiej, publicysta i czołowy działacz Euroazjatyckiego Frontu Ludowego (Евразийский народный фронт) – którego nazwiska nie będę ujawniał, nic dodawać już nie muszę. Tak wygląda teraz rosyjska polityka wobec Polski. Nie tylko historyczna. Taki jest jej charakter i takie są jej cele.

A z czym mamy do czynienia ze strony polskiej? Marszałek Senatu z PO spotkał się 16 grudnia 2019 roku z ambasadorem Rosji m.in. po to, by – jak sam powiedział – żądać „opuszczenia Ukrainy” przez Rosję (zapewne chodziło o Krym i Donbas). To jakaś choroba z tą Ukrainą. Naiwna wiara, że Ukraina będzie propolska i spełni rolę antyrosyjskiego „kordonu sanitarnego”. Nic w tym myśleniu nie zmieniło się od wyprawy kijowskiej Piłsudskiego w 1920 roku. Bezpieczeństwo Polski gwarantują NATO i UE. Po cóż więc jeszcze dodawać do tego tzw. Międzymorze vel Trójmorze? Te polityczne marzenia zostały po raz kolejny zweryfikowane 8 stycznia 2020 roku, kiedy ambasador Polski w Kijowie Bartosz Cichocki został wezwany na rozmowę do ukraińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tematem spotkania było niedawne wspólne oświadczenie ambasadorów Polski i Izraela w sprawie czczenia na Ukrainie osób związanych z nacjonalizmem ukraińskim. Jak napisano w komunikacie ukraińskiego MSZ ambasador Polski usłyszał, że jego niedawne wspólne oświadczenie z ambasadorem Joelem Lionem było kontrproduktywne i miało cechy publicznej dyskusji na temat wewnętrznej polityki ukraińskiej[6].

Na prowadzenie takiej polityki wschodniej, jakiej chcą PiS i PO, Polska po pierwsze nie ma potencjału. Ten brak własnego potencjału skazuje na uzależnienie się w tej sytuacji od potencjału amerykańskiego, a tym samym od celów politycznych USA. I uwaga ta nie dotyczy tylko polityki wschodniej. Po drugie – polityka taka zawsze będzie prowadzić do konfrontacji z Rosją. Nie można więc twierdzić, że jest podyktowana troską o bezpieczeństwo geopolityczne Polski. Właśnie powoduje dla tego bezpieczeństwa zagrożenie. Polityka realna polegałaby na utrzymywaniu równoległych stosunków z Moskwą, Kijowem i Mińskiem oraz unikaniu wchodzenia na Wschodzie w jakiekolwiek konflikty z kimkolwiek. Polegałaby też na współpracy z wschodnimi sąsiadami tam, gdzie jest to możliwe i ewentualnie korzystne. Niestety, czas na prowadzenie takiej Realpolitik się skończył. Teraz trzeba się bronić przed uczynieniem z Polski „kraju wyrzutka”, co stało się celem polityki rosyjskiej.

[1] W rosyjskiej telewizji oskarżono Polaków, że wymordowali więcej Żydów niż Niemcy i wzywano do czytania książek Grossa, http://www.kresy.pl, 5.04.2019.

[2] Wnuk Mołotowa dołącza do ataku na Polskę. „Warszawa przebija dno!”, http://www.natemat.pl, 29.12.2019.

[3] Rosyjski senator atakuje Andrzeja Dudę. „Polska staje w jednym szeregu z nazistami”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 4.01.2020.

[4] „Rossijskaja Gezieta” oskarża Polaków o udział w Holokauście. Uderza też w prezydenta Dudę, http://www.wprost.pl, 10.01.2020.

[5] Czechy. Prezydent Zeman o reakcji Rosji: Absolutna bezczelność, http://www.wiadomosci.wp.pl, 28.12.2019.

[6] Ukraińskie MSZ wezwało polskiego ambasadora z powodu wypowiedzi na temat OUN-UPA, http://www.kresy.pl, 8.01.2020.

Bohdan Piętka

15 stycznia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 3-4 (2275/2276), 19-26 stycznia 2020, s. 10-11

Odwet Putina

„To bydlak i antysemicka świnia, nie da się tego powiedzieć inaczej” – powiedział Władimir Putin na spotkaniu z kadrą Ministerstwa Obrony Rosji o Józefie Lipskim (1894-1958), ambasadorze polskim w Berlinie (1933-1939). Jakkolwiek nie oceniać polityki II RP wobec III Rzeszy w latach poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej, firmowanej m.in. przez Lipskiego, to ta „antysemicka świnia” walczyła jednak z hitlerowskimi Niemcami z bronią w ręku – najpierw w 1. Dywizji Grenadierów we Francji w 1940 roku, a potem w II Korpusie Polskim we Włoszech.

Prezydent Rosji wytoczył ciężkie działa przeciw Polsce 20 grudnia 2019 roku na forum przywódców Wspólnoty Niepodległych Państw w Sankt-Petersburgu. Polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy, podpisaną 26 stycznia 1934 roku w Berlinie przez Józefa Lipskiego i ówczesnego ministra spraw zagranicznych Niemiec Konstantina von Neuratha, Putin nazwał „paktem Piłsudski-Hitler” i stwierdził, że był do niego rzekomo dołączony tajny protokół, tak samo jak do paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku. Nie przedstawił jednak żadnego dowodu na istnienie takiego tajnego protokołu. Przedstawił natomiast notatkę ambasadora Lipskiego z 20 września 1938 roku, w której relacjonował on ministrowi Józefowi Beckowi swoją rozmowę z Adolfem Hitlerem.

Treść tej notatki Władimir Putin skomentował następująco: „Hitler proponował zesłać Żydów z krajów europejskich do Afryki. Faktycznie na wymieranie. To pierwszy krok do ludobójstwa, do tego, co dziś nazywamy holokaustem. Przedstawiciel Polski odpowiedział, napisał swemu ministrowi: »Ja odpowiedziałem, że jeśli tak się stanie, jeśli takie będzie rozwiązanie, to my postawimy Hitlerowi piękny pomnik w Warszawie«”. Komentarz ten Putin powtórzył na spotkaniu z generalicją rosyjską 24 grudnia, dodając zacytowane powyżej słowa o „bydlaku” i „antysemickiej świni”.

Cytat z notatki służbowej ambasadora Lipskiego z 20 września 1938 roku, którą w ten sposób skomentował prezydent Rosji, brzmi następująco (pisownia oryginalna): „[Hitlerowi – uzup. BP] przyświeca (…) myśl załatwienia, w drodze emigracji do kolonij, w porozumieniu z Polską, Węgrami, może i Rumunią, zagadnienia żydowskiego (w tym punkcie mu odpowiedziałem, że jeśli znajdzie solucję, postawimy mu piękny pomnik w Warszawie)”[1]. Z tego fragmentu jasno więc wynika, że rozmowa Lipskiego z Hitlerem dotyczyła emigracji Żydów z Europy, a nie ich zagłady. Takich planów jeszcze wtedy w Berlinie nie było. Wypowiedź ambasadora – jakkolwiek niefortunna – nie była stanowiskiem rządu polskiego. Do żadnych bowiem ustaleń pomiędzy rządami w Warszawie i Berlinie w sprawie emigracji Żydów z Europy nigdy nie doszło. Ważny jest czas i kontekst tej wypowiedzi. Lipski nie powiedział tego w epoce pieców i konferencji w Wannsee, ale we wrześniu 1938 roku, kiedy o ludobójstwie Żydów nie było jeszcze mowy. Nie ulega zatem wątpliwości, że Władimir Putin wypaczył treść źródła historycznego, do którego się odniósł. Nie ulega też wątpliwości, że zrobił to świadomie i celowo.

Warto przypomnieć, że Józef Lipski zaczął swoją karierę dyplomatyczną w sekcji prawnej Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu, gdzie został zatrudniony jako absolwent prawa na uniwersytecie w Lozannie, znający języki obce. Musiał zatem współpracować z Romanem Dmowskim podczas konferencji pokojowej w Paryżu. Od czerwca 1919 roku pracował w dyplomacji II RP, gdzie był m.in. naczelnikiem Wydziału Zachodniego Departamentu Politycznego MSZ. Jako ambasador II RP w Berlinie był rzecznikiem odprężenia polsko-niemieckiego, realizując politykę Józefa Becka (w dobie Monachium niewątpliwie błędną). Niemniej jednak polityka ta nie przekroczyła granicy otwartej współpracy z III Rzeszą czy wasalizacji Polski wobec Berlina.

Wypowiedź Putina jest największym ciosem dla tych nielicznych środowisk w Polsce, które w sytuacji załamania się stosunków polsko-rosyjskich po przewrocie na Ukrainie w 2014 roku i przyjęcia przez Warszawę ostrego kursu antyrosyjskiego w polityce zagranicznej i „historycznej”, próbowały te stosunki ratować, a przynajmniej łagodzić oficjalną antyrosyjską narrację establishmentu III RP. Środowiska te chyba nie spodziewały się tego, że także Putin wejdzie w rolę tropiciela polskiego antysemityzmu.

Z wypowiedzi rzeczniczki rosyjskiego MSZ Marii Zacharowej wynika, że prowokacyjna i kłamliwa wypowiedź Putina jest reakcją Rosji na polską politykę historyczną. „Pisanie historii na nowo i ciągłe przeinaczanie, rewizja historycznej rzeczywistości na potrzeby obecnej, współczesnej koniunktury – właśnie tę tezę cały czas powtarzaliśmy w wystąpieniach ministra [Ławrowa – uzup. BP] i naszych ambasadorów, którzy pracowali w Warszawie i w naszych przedstawicielstwach przy Unii Europejskiej” – powiedziała Zacharowa pytana o wypowiedź Putina o ambasadorze Lipskim (cyt. za: Sputnik Polska). Jej zdaniem teza o niedopuszczalności pisania historii na nowo na potrzeby politycznej koniunktury była podstawą budowania stosunków z Polską, ale nie została przyjęta w Warszawie. Czarę goryczy przelała rezolucja Parlamentu Europejskiego wskazująca na pakt Ribbentrop-Mołotow jako przyczynę wybuchu drugiej wojny światowej oraz zrównująca nazizm z komunizmem. Dlatego Putin postanowił ujawnić mniej przyjemne cechy rosyjskiego charakteru narodowego i na dodatek zrobił to jeszcze chyba nieprzypadkowo 24 grudnia. Podarował Polakom na Gwiazdkę pomnik Hitlera w Warszawie.

Mamy zatem do czynienia z rosyjską odpowiedzią na antyrosyjską politykę historyczną Warszawy, firmowaną przez epigonów piłsudczyzny i realizowaną z inspiracji USA. W tej odpowiedzi strona rosyjska uderzyła w stosunki polsko-żydowskie. Należy przypomnieć, że od lat kwitnie polityczny dialog pomiędzy Putinem a premierem Netanjahu. Dialog ten przyniósł obustronne owoce. W Moskwie otwarto Muzeum Żydowskie i Centrum Tolerancji, a w Jerozolimie odsłonięto pomniki Armii Czerwonej (na wzgórzu Herzla) i ofiar blokady Leningradu. Izrael uznał też historyczną rolę Armii Czerwonej w pokonaniu nazizmu. Natomiast z Warszawy płynie narracja o agresji sowieckiej i zbrodniach Armii Czerwonej, narracja negująca wyzwolenie w 1944/1945 roku, połączona z likwidacją pomników i tablic upamiętniających żołnierzy radzieckich, którzy zginęli na ziemiach polskich w latach 1944-1945.

Odpowiedzią rosyjską jest teraz narracja o przedwojennych politykach polskich jako wspólnikach Hitlera, bydlakach i antysemitach (antysemickich świniach). Takiej odpowiedzi chyba nikt się w Polsce nie spodziewał. I co istotne – w tej narracji poprą Putina nieprzychylne Polsce środowiska żydowskie w Izraelu i innych państwach oraz nie będzie znaczących głosów sprzeciwu ze strony Europy Zachodniej i USA, które narzuciły formacji Kaczyńskiego taki a nie inny model polityki historycznej, z jej skrajnie antyrosyjskim obliczem. Niestety, ze swoją polityką historyczną – uderzającą w Rosję, Niemcy, a także Żydów – obóz Kaczyńskiego był skazany na taki rezultat. Konfliktując się nieustannie z Rosją, także na tle Ukrainy, wypadł jeszcze gorzej niż jego piłsudczykowski pierwowzór.

Przed ślepą uliczką, w jaką prowadzi polska polityka wobec Rosji ostrzegał 10 lat temu prof. Bogusław Wolniewicz (1927-2017). 27 września 2009 roku prof. Wolniewicz powiedział w audycji na żywo w Radiu Maryja (po tej wypowiedzi już więcej go tam nie zaproszono) następujące słowa, które uzupełnił w publikacji na łamach „Myśli Polskiej”:

Chcę coś rzec w jednej tylko sprawie: o tych obchodach 70-lecia wybuchu drugiej wojny światowej, jakie 1 września odbyły się w Gdańsku; a dokładniej, o naszym stosunku do Rosji, jaki się na tle tych obchodów zarysował. (…) Nasza polityka wobec Rosji zdaje mi się z gruntu błędna – jednakowo ta rodem z PiS-u, i ta rodem z PO. (…) Błędność naszej polityki widać było jak na dłoni właśnie podczas tych obchodów. Istotę tej błędności ująłbym w dwa słowa: z jednej strony nadymanie się wobec Rosji, a z drugiej podszarpywanie tygrysa za ogon. Nie jestem, uchowaj Boże, rzecznikiem uniżoności wobec kogokolwiek; wobec Rosji oczywiście także nie. Ale cnota to jest zawsze – jak mówił Arystoteles – złoty środek między dwiema skrajnościami, między dwoma niecnotami.

Naszego stosunku do Rosji nie ma cechować ani uniżoność, ani nadęcie. Ma go cechować szacunek dla potęgi Rosji i poczucie proporcji – że my potęgą nie jesteśmy i nie będziemy. Ta proporcja ujawniła się najdobitniej w pewnym podstawowym fakcie historycznym: oni swoją wielką wojnę z Niemcami wygrali, a my naszą wielką wojnę z Niemcami przegraliśmy. Czas to zrozumieć. I czas zrozumieć, że gdy mały zaczepia dużego, to się dla małego nie może dobrze skończyć. Tej prawdy, najelementarniejszej z elementarnych, nie mogą jakoś pojąć nasi politycy, np. panowie Jarosław Kaczyński i Bronisław Komorowski. Oto dowody.

3 września dziennik »Rzeczpospolita« podaje informację: »Prezes PiS ocenia premiera Rosji. Jarosław Kaczyński skrytykował wystąpienie premiera Federacji Rosyjskiej Władimira Putina na Westerplatte. Głównie z tego powodu, że Putin nie przeprosił za wymordowanie Polaków w Katyniu. – Powstaje pytanie o sens zaproszenia Putina – stwierdził prezes Kaczyński«. Rozumiem te słowa J. Kaczyńskiego tak, że skoro premier Putin nie zamierzał nas przepraszać, to po co przyjeżdżał i po co go w ogóle zapraszano?

Gdy czytałem tę informację, przypomniało mi się wydarzenie sprzed czterech lat, z obchodów w Moskwie 60-lecia zwycięstwa nad Niemcami. Zjechali się tam wtedy notable z całego świata, a wśród nich minister spraw zagranicznych Holandii. W trakcie tych uroczystości tenże Holender zwrócił się do rosyjskiego ministra obrony Siergieja Iwanowa z pytaniem, czy Rosja nie powinna by jednak przeprosić zebranych za pakt Ribbentrop-Mołotow. A na to Iwanow odpowiedział mu: »Jeżeli ktoś chce, byśmy go przepraszali, to musi nas najpierw podbić«. I ten Holender zamknął natychmiast dziób, a za nim wszyscy inni. Premier Putin mógł był powiedzieć to samo na Westerplatte. Nie zrobił tego przez uprzejmość, której naszym politykom zabrakło; i zabrakło im poczucia proporcji.

Albo weźmy marszałka Sejmu p. Komorowskiego. Po tej pokrętnej uchwale naszego Sejmu na temat wkroczenia 17 września 1939 roku Armii Czerwonej na terytorium Polski, rosyjskie MSZ wydało oświadczenie, że uchwała ta »czyni poważną szkodę odbudowie dobrych stosunków między naszymi krajami«. Marszałek Komorowski skomentował to oświadczenie tak (Rz, 25.9.2009): »Kontestując uchwałę polskiego Sejmu, strona rosyjska dała świadectwo, że nie potrafi poradzić sobie z własną historią. (…) Rosyjscy politycy niepotrzebnie angażują się w obronę stalinizmu. – To jest tak, jakby Niemcy chcieli bronić przeszłości hitlerowskiej«.

Zdumiewa mnie beztroska pana marszałka w szastaniu takimi oświadczeniami. Bo poza wszelkimi innymi różnicami, w stosunku Niemców i Rosjan do mrocznych stron ich własnej przeszłości zachodzi znowu jedna różnica fundamentalna: polityka Hitlera doprowadziła III Rzeszę do druzgocącej klęski, a polityka Stalina doprowadziła Związek Radziecki do niebywałego triumfu. Poza grozą swoich czynów, Adolf Hitler okazał się jeszcze politycznym partaczem, a Józef Stalin okazał się – czy to się nam podoba, czy nie podoba – najskuteczniejszym politykiem XX wieku. Dlatego Niemcom stosunkowo łatwo przychodzi potępić swego byłego Führera, którego przedtem tak entuzjastycznie i tak powszechnie popierali. A Rosjanom wobec Stalina przychodzi to trudno, ich stosunek do tej postaci i do tego etapu ich dziejów nie może nie być ambiwalentny, dwoisty. I nie przez ich subiektywny upór, czy złą wolę – ta może też jest, ale to nie to jest istotą rzeczy.

To jest trudność obiektywna, przed którą musi stanąć każdy naród w ich położeniu. Myślę, że Chiny stoją teraz też przed tą trudnością w swoim stosunku do Mao Tse-tunga. A udzielanie przez p. Komorowskiego Rosjanom wskazówek, jak ten gigantyczny problem ideologiczny mają u siebie rozwiązywać, zdaje mi się głupie i prostackie.

Historycznie nasza rezerwa i nieufność wobec Rosji jest ze wszech miar uzasadniona. I przypuszczam, że oni są ją chyba w stanie zrozumieć. Niekiedy czynią nawet wobec nas pewne gesty pojednawcze, których my jakoś nie umiemy docenić, ani przyjąć tak, jak na to zasługują. Ostatnim takim gestem był właśnie przyjazd premiera Putina na uroczystości rocznicowe do Gdańska; przyjazd pozostający w jaskrawym kontraście z ostentacyjnym lekceważeniem, jakie okazał nam ten fircykowaty lewak z Waszyngtonu [Barack Obama – uzup. BP]. (…) Putin nie tylko zjawił się w Gdańsku osobiście, ale wystąpił tam w tonie powściągliwym i pojednawczym. Powiedział na Westerplatte (Rz, 2.9.2009): »Mój kraj uznaje błędy przeszłości. (…) Chcielibyśmy, aby stosunki polsko-rosyjskie były oddzielone od rozrachunków historycznych i oparte na zasadzie dobrosąsiedztwa«. A na konferencji prasowej w Grand Hotelu zaproponował nam wręcz powrót do umowy w sprawie tego rurociągu, który nas tak – słusznie zresztą – niepokoi.

A my co na to? Gderania i pretensje. I to nie tylko politycy, lecz i ludzie skądinąd bardzo rozumni. Tak np. prof. Zdzisław Krasnodębski pisał (tamże): »Generalnie jestem zawiedziony i rozczarowany tym, co powiedział premier Putin. Przede wszystkim – ani słowa o Katyniu«. Pytam: a dlaczego miał premier Putin mówić o tym na Westerplatte, jeżeli nie uznał tego za stosowne? (…).

Ale to jeszcze nic przy tym, co napisał red. Bronisław Wildstein – też jeden z tych, których rozumności nie byłbym w najmniejszym stopniu skłonny kwestionować. Mówi on (Rz 14.9.2009): »Niezależne organizacje (…) prowadzą walkę o odsłonięcie całej prawdy na temat (Katynia) i borykają się z oporem władz rosyjskich. Walczą również o symboliczne zadośćuczynienie za zbrodnie. Jeżeli zrezygnujemy z kategorii ludobójstwa, to nie mamy podstaw, aby żądać interwencji międzynarodowych czynników w tej sprawie«. Czy mu tutaj rozum odjęło? »Symboliczne zadośćuczynienie« – ale zapewne w rublach całkiem niesymbolicznych! I na jaką to »interwencję« i jakich »międzynarodowych czynników« red. Wildstein tu liczy? Kto się na świecie do tego kwapi, żeby z nami iść na Moskwę wymuszać jakieś »zadośćuczynienia«; szlakiem hetmana Stanisława Żółkiewskiego?

Powiedzmy wyraźnie dwie rzeczy. Sprawę Katynia jako problem polityczny między Polską i Rosją rozwiązał wielki, historyczny gest prezydenta Borysa Jelcyna z 14 października 1992 roku. W tym dniu przekazał on nam przez swojego osobistego wysłannika treść najtajniejszego dokumentu, w którym zawarta jest najgłówniejsza i dla Rosjan najstraszniejsza prawda o zbrodni katyńskiej. My powinniśmy byli uznać wtedy tę sprawę za tym samym ostatecznie wobec Rosji zamkniętą – i głośno to powiedzieć. Nie uczyniliśmy tego. Uważam, że to był nasz błąd. A wywlekanie nadal sprawy Katynia na forum polityczne jest już teraz tylko czystym jątrzeniem, jeżeli nie czymś jeszcze gorszym. To samo – po drugie – dotyczy paktu Ribbentrop-Mołotow i daty 17 września 1939 roku. W 54 lata później, 18 września 1993 roku, Rosjanie wycofali z Polski swoje ostatnie wojska. Wycofali je dobrowolnie, bez walki; nie została przelana ani jedna kropla polskiej krwi. I tak, bez przelewu krwi, została zwrócona nam suwerenność, którą przedtem nam zabrali. To był z ich strony drugi wielki gest – i my powinni byśmy znowu uznać, że sprawa ich wkroczenia w 1939 roku na nasze terytorium jako aktualny problem polityczny jest zamknięta.

A co robimy? Próbujemy – jedyni na świecie, samotni w tym jak palec – rozszerzać dziś propagandowo winę za rozpętanie drugiej wojny światowej i przesuwać ją z Niemców także na Rosjan. Równie dobrze jak rzec, że drogę do wojny otwarł pakt zawarty w Moskwie 23 sierpnia 1939 roku, można też rzec, że otworzył ją układ zawarty 29 września 1938 roku w Monachium. Dlaczego się mówi, że drogę do wojny otwierał układ Ribbentrop-Mołotow, a nie układ Hitler-Chamberlain? Putin wytknął to na Westerplatte i miał niestety rację.

Cała nasza polityka wobec Rosji po 1993 roku zdaje mi się jakaś bez sensu. Nie widzę, co myślimy nią osiągnąć. Pchamy palec między drzwi; rozumiem, że czasem trzeba robić nawet to, ale w tym wypadku nie rozumiem po co. Tyle powiedziałem w radio. Wielu wzięło mi to za złe, ale wielu też mnie poparło. Chciałbym tu swoją wypowiedź uzupełnić, zwłaszcza co do sprawy katyńskiej.

Katyń to cierń w duszy Rosji. Jak bardzo on Rosjanom dolega, pokazują bezradne manewry propagandowe, jakimi usiłują jego bolesne kłucie osłabić. Takim manewrem są podnoszone przez nich od niedawna losy bolszewickich jeńców wojennych w Polsce po wojnie 1920 roku, zwłaszcza wysoka ich śmiertelność w obozie internowania gdzieś koło Tucholi. Aluzja do niej znalazła się nawet w liście premiera Putina do Polaków z 31 sierpnia br., opublikowanym na łamach »Gazety Wyborczej«. Wymienił tam jednym tchem »zarówno cmentarze pamięci w Katyniu i Miednoje, podobnie jak tragiczne losy żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli podczas wojny 1920 roku«; jednak nie powtórzył już tego na Westerplatte, co należy zauważyć.

Katyń i Tuchola są to dwie sprawy niewspółmierne – i to absolutnie. Wysuwanie tej drugiej jako propagandowej »przeciwwagi« dla pierwszej jest tylko beznadziejną próbą obrony. Sprawę tego obozu pod Tucholą trzeba naturalnie zbadać historycznie i opisać z pełnym obiektywizmem. Ale i bez tego różnica jest oczywista: Katyń to był potworny mord z premedytacją, Tuchola to była karygodna nieudolność organizacyjna.

(…) Wszelkie próby, by umniejszyć wyjątkową grozę zbrodni katyńskiej, są z góry daremne. Tej zbrodni umniejszyć się nie da. Nie potrzeba też przyklejać do niej etykiety »ludobójstwa« ani żadnej innej, bo ona stoi ponad wszelkimi etykietami, jest sui generis. Sami jej tylko nie desakrujmy, czyniąc z niej obiekt przetargów politycznych lub zgoła tytuł do jakichś roszczeń materialnych. Rosja uznała swoją winę głębiej, niż ktokolwiek mógł był się spodziewać; zgodziła się także, by w miejscu zbrodni stanął krzyż. Nic więcej nie było tu do zrobienia, więc czego jeszcze od nich chcemy? Nie rozmieniajmy świętości narodowej na drobne.

Nie mieszajmy też tamtej sprawy ze sprawą 17 września 1939 roku. Co do tamtej Rosjanie czują się winni, co do tej zaś nie. Albowiem istotnie: to nie wkroczenie ich wojsk na terytorium Polski przesądziło wynik naszej walki z Niemcami. W połowie września, skoro nie ruszyła się Francja, wynik ów był już przesądzony i głupstwem jest dziś mówić o »ciosie w plecy«. Złem było nie samo to, że wkroczyli, lecz to, jak się potem wobec nas zachowali: od nikczemnej mowy Mołotowa poczynając, a na tamtej strasznej sprawie kończąc, na której zresztą jego podpis też figuruje.

Wszystkie owe zaszłości trzeba najstaranniej przechowywać w pamięci naszego narodu i opracowywać dalej historycznie. Nie ma natomiast żadnej potrzeby, by wciąż od nowa podtykać je Rosjanom pod nos. Pamiętać to nie to samo, co publicznie obnosić się ze swoimi żalami. Czy to nie jasne? (cyt. za: „Myśl Polska”, strona internetowa).

Tyle prof. Wolniewicz 10 lat temu. Niestety, nie było to jasne ani wtedy ani teraz dla polityków postsolidarnościowych i dlatego polsko-rosyjska wojna historyczna przybrała obrót, którego w Polsce nikt się nie spodziewał, a dla samej Polski groźny. Politycy III RP uczynili z historii problem polityki bieżącej w relacjach polsko-rosyjskich. Przywódca Rosji odpowiedział tym samym i to w sposób brutalny.

Wypowiedzi Putina z 20 i 24 grudnia 2019 roku są daleko niestosowne – zarówno wobec Józefa Lipskiego, który podczas drugiej wojny światowej walczył z Niemcami hitlerowskimi w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, jak i wobec władz II RP. Albowiem w korespondencji ambasadora z jego zwierzchnikiem nie zostało wyrażone stanowisko rządu. Notatka ambasadora Lipskiego z 20 września 1938 roku w żaden sposób nie dowodzi tego, że II RP planowała wspólnie z III Rzeszą zagładę Żydów. Dotyczyła on co najwyżej sprawy emigracji Żydów z Europy. Po pierwsze – w roku 1938 taka emigracja nie mogła oznaczać ich eksterminacji (nie było wówczas wojny, która stwarza warunki do takich dzialań i w III Rzeszy nie planowano jeszcze zagłady Żydów); po drugie – kwestię emigracji Żydów z Europy rozważano wtedy w wielu stolicach europejskich; po trzecie – emigrację Żydów europejskich, zwłaszcza do Palestyny, wspierał wtedy ruch syjonistyczny i zawarł w tej sprawie nawet umowę z III Rzeszą (tzw. Porozumienie Haavara z 25 sierpnia 1933 roku, na mocy którego w latach 1933-1935 wyjechało z Niemiec do Palestyny ponad 50 tys. Żydów).

Tym bardziej więc dziwi oświadczenie prezydenta Federacji Wspólnot Żydowskich Rosji (FEOR), rabina Aleksandra Borody, który wyraził Putinowi „głęboką wdzięczność za tak emocjonalną i sprawiedliwą reakcję na publikację nowych faktów dotyczących poparcia ze strony Polski dla polityki Niemiec w latach 30-tych i 40-tych” (cyt. za: Sputnik Polska). Notabene rabin powinien wiedzieć, że Polska „w latach 40-tych” nie popierała polityki Niemiec, ale była okupowana przez Niemcy hitlerowskie i Związek Radziecki, Polacy ginęli w wyniku terroru niemieckiego i radzieckiego, a polski rząd na uchodźstwie, siły zbrojne i konspiracja w okupowanym kraju prowadziły walkę z III Rzeszą.

Całkowitym nonsensem jest stwierdzenie rabina Borody, że ambasador Lipski zainspirował Hitlera „do zabójczych decyzji, poparł śmiercionośny plan w jego samym zarodku, tym samym dając mu siłę i energię”, a Polska „popierała nazistów na najwyższym poziomie” (cyt. za: Sputnik Polska). W 1938 roku – jak już powiedziałem – w Niemczech nie było jeszcze planu zagłady Żydów, takiego jaki narodził się tam na przełomie lat 1941 i 1942. Przed wybuchem drugiej wojny światowej kierownictwo hitlerowskie opowiadało się za emigracją Żydów z Europy. Plan ich przymusowego wysiedlenia skonkretyzował się w Berlinie – jako tzw. Madagaskar Plan – dopiero po pokonaniu przez Niemcy Francji w 1940 roku. Wedle Madagaskar Plan Żydzi (w pierwszej kolejności zachodnioeuropejscy) mieli być wysiedleni do kolonii francuskich podległych reżimowi Vichy. Dopiero w warunkach wojny taki plan wysiedlenia Żydów z Europy mógł być parawanem dla ich eksterminacji (jak „wysiedlenie” Ormian przez Turcję w 1915 roku). Jednakże po agresji Niemiec na ZSRR w 1941 roku Hitler – będąc przekonany, że wygrał już wojnę – zarzucił Madagaskar Plan na rzecz „ostatecznego rozwiązania”, czyli eksterminacji Żydów.

W ten sam ton co rabin Boroda uderzył natychmiast izraelski historyk Aaron Schneyer. Stwierdził on, że wypowiedź Putina była „dyplomatycznie nie całkiem poprawna, ale w istocie słuszna”. Zdaniem Schneyera źródeł Madagaskar Plan należy szukać nie w Berlinie, ale w Warszawie. Wyraził się następująco: „naziści wykorzystali polską ideę wysłania Żydów na Madagaskar. Kiedyś taka idea istniała jako taka (…). Ale nie została zrealizowana (…). W tamtym czasie Madagaskar był francuską kolonią i trzeba było jakoś dogadać się z Francją, no i realizacja wymagałaby dużych nakładów finansowych” (cyt. za: Sputnik Polska). Taki ton pobrzmiewa już w ukazujących się w Rosji publikacjach historycznych. Np. w artykule niemieckiego historyka z uniwersytetu w Ratyzbonie (Universität Regensburg) Waldemara Schmidta pt. „Antysemicki »Madagaskar Plan« i jego realizacja w przedwojennej Polsce w latach 1936-1939” („Aнтисемитский »Мадагаскарский план« и его реализация в предвоенной Польше в 1936–1939 годах”), który został opublikowany w numerze trzecim z 2018 roku „Magazynu Badań Historycznych” („Журнал исторических исследований”), wydawanego przez prokremlowską fundację „Pamięć historyczna” („Историческая память”).

Tu nie chodzi więc o Lipskiego. Putin sformułował publicznie tezę, że II RP znała ludobójcze plany III Rzeszy (rzekomo istniejące już w 1938 roku) i je akceptowała. Uruchomił następnie w tej sprawie niechętne Polsce środowiska żydowskie. O to tutaj chodzi. O Polskę jako rzekomego wspólnika Rzeszy w zagładzie Żydów, w takiej czy innej formie. Najmniejsze znaczenie ma w tym wszystkim prawda, czyli to, że Polska nigdy nie współpracowała z Niemcami hitlerowskimi przeciw Żydom.

Obóz rządzący w Polsce, prowokując Rosję m.in. swoją polityką historyczną, a zwłaszcza usuwaniem pomników Armii Czerwonej, być może przypuszczał, że ewentualny odwet rosyjski nastąpi wobec polskich miejsc pamięci w Katyniu i Miednoje (jeśli w ogóle martwił się perspektywą ewentualnego odwetu). Nie przewidział, że Putin w odwecie uderzy w piętę achillesową Polski, jaką są stosunki polsko-żydowskie. Tak jest dla niego jest i bezpiecznie, i wygodnie. A dla Polski jest to groźne. Nowa wersja historii przedstawiona przez Putina, wedle której Polska w 1938 roku znała i aprobowała rzekomo istniejące już wtedy plany Hitlera dotyczące zagłady Żydów, jest groźniejsza niż bajdurzenia zachodnich mediów o „polskich obozach zagłady”. Z takim przesłaniem Putin pojedzie w styczniu 2020 roku do Izraela na organizowane tam obchody 75-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz. Przypuszczam, że polscy rusofobi są jednak z tego zadowoleni nie mniej niż gdyby doszło do jakiegoś odwetu wobec polskich miejsc martyrologii w Rosji. W każdym razie też mogą powiedzieć – patrzcie, a nie mówiliśmy, to jest Rosja, sowiecki skansen, tak wygląda jej odwieczne antypolskie i azjatyckie oblicze.

Stosunki polsko-rosyjskie są już tak zabagnione, że ich odbudowa wydaje się perspektywą niesamowicie odległą. Zwłaszcza, że po obu stronach jest coraz mniej woli odbudowy tych stosunków, coraz więcej złych emocji i prowokacji. Będzie zatem dalsze obrzucanie się błotem. Oby tylko tyle. Obóz polityczny Jarosława Kaczyńskiego uczynił sobie z Rosji śmiertelnego wroga i zaczyna przegrywać z nią konfrontację polityczną (m.in. w sprawie Ukrainy) i historyczną. Stało się tak zgodnie z tym, co przewidział 10 lat temu prof. Bogusław Wolniewicz mówiąc o skutkach zaczepiania dużego przez małego, przy faktycznym osamotnieniu tego drugiego.

Prowokacyjny cel wypowiedzi Putina o ambasadorze Lipskim, wspartej natychmiast przez środowisko żydowskie w Rosji, jest oczywisty – wywołać antysemickie reakcje w Polsce, by pokazać światu, że to kraj chorobliwego antysemityzmu i w oskarżeniach o akceptację antyżydowskiej polityki III Rzeszy przez II RP jest coś na rzeczy. Jak znam polską rzeczywistość, to mogę przypuszczać, że znajdą się tacy, którzy będą chcieli palić kukłę Żyda – tym razem ucharakteryzowaną nie na Sorosa, ale Putina. Reakcja władz polskich oraz społeczeństwa na prowokację Putina pokaże na ile te władze i społeczeństwo są dojrzałe politycznie. Oby się znowu nie okazało, że dziecinnie niedojrzałe.

Natomiast nieliczne w Polsce środowiska przychylne Rosji – które w obliczu postępującej od 2010, a zwłaszcza 2014 roku katastrofy stosunków polsko-rosyjskich próbowały jednak budować mosty i były z tego powodu oskarżane przez ponadpartyjny obóz rusofobii o agenturalność – powinny dać jasny sygnał stronie rosyjskiej: wypowiedź Putina jest asymetryczną reakcją na polską politykę historyczną. Tak nie wolno. Nie tędy droga. Nawet jeżeli tego głosu po drugiej stronie nikt nie usłyszy.

[1] Cyt. za: Putin o polskim dyplomacie: bydlak i świnia. „Oskarżenia Putina to hipokryzja”, http://www.onet.pl, 24.12.2019.

Bohdan Piętka

4 stycznia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 1-2 (2273/2274), 5-12.01.2020, s. 1, 10-11

Narodowcy u Gomułki

Powrót do Polski w 1945 roku dawnych ziem piastowskich nad Odrą, Nysą Łużycką i Bałtykiem należy do jednych z najdonioślejszych wydarzeń w jej historii najnowszej. Wydarzenie to jest jednak wypierane ze świadomości społecznej, pomniejszane i dyskredytowane przez politykę historyczną powstałą po 1989 roku. Przykładowo ponad 10 lat temu prawicowy historyk Bogdan Musiał stwierdził, że „w ustanowieniu granicy na Odrze i Nysie, a także przy odniemczeniu tamtych terenów decydującą rolę odegrał sam Stalin, a nie jego polscy – niewątpliwie posłuszni i gorliwi – pomagierzy i agenci”[1]. Czy rzeczywiście?

Powrót Polski na ziemie nazywane dzisiaj niechętnie (a jeżeli już to w znaczeniu pejoratywnym) Ziemiami Odzyskanymi był faktem doniosłym przede wszystkim z tego powodu, że idea tego powrotu była obecna w polskiej myśli politycznej od przełomu XIX i XX wieku. Polska Partia Robotnicza, wbrew tradycji swojej poprzedniczki – Komunistycznej Partii Polski, wysunęła już w 1943 roku jako jeden ze swoich sztandarowych postulatów przesuniecie granicy polsko-niemieckiej na linię Odry. Również w deklaracji programowej Związku Patriotów Polskich z 1943 roku była mowa o granicy na Odrze oraz przyłączeniu całego Śląska[2]. Jednakże to nie PPR i ZPP były autorami tej terytorialnej i zarazem geopolitycznej koncepcji.

Postulat zerwania z tradycją wschodnią (jagiellońską) na rzecz zachodniej (piastowskiej) został sformułowany w obozie politycznym Narodowej Demokracji na przełomie XIX i XX wieku. Prekursorami polskiej myśli zachodniej stali się tacy politycy endeccy jak Jan Ludwik Popławski (1854-1908) i Bernard Chrzanowski (1861-1944), którzy uważali, że głównym wrogiem narodu polskiego są Niemcy, a powrót odrodzonej Polski na dawne ziemie piastowskie jest koniecznością. Ich stanowisko wpłynęło na poglądy wyrażone przez Romana Dmowskiego w słynnej książce „Niemcy, Rosja i kwestia polska” (1908)[3].

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku polską myśl zachodnią rozwijały takie ośrodki naukowe i organizacje społeczne jak Uniwersytet Poznański, Towarzystwo Naukowe w Toruniu, Instytut Bałtycki oraz Polski Związek Zachodni. Postacią łączącą okres międzywojenny z okresem po 1945 roku stał się prof. Zygmunt Wojciechowski (1900-1955). Już w latach 30-tych XX wieku wysunął on koncepcję „macierzystych ziem Polski”, które jego zdaniem obejmowały obszar od Odry do Bugu i od Bałtyku po Sudety[4]. Wojciechowski – wywodzący się z endecji, ale przed 1939 rokiem współpracujący także z sanacją – był łącznikiem między różnymi obozami politycznymi, a głównym motywem jego działania stała się realizacja założeń myśli zachodniej. Nie miało przy tym dla niego znaczenia jaki obóz polityczny zrealizuje ten program. Dlatego w 1945 roku opowiedział się po stronie PPR oraz jej programu granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej.

Podczas okupacji niemieckiej prof. Z. Wojciechowski działał w utworzonej na początku listopada 1939 roku w Poznaniu przez tamtejsze środowisko „starej endecji” Organizacji Ziem Zachodnich „Ojczyzna” (kryptonim Omega). We „Wskazaniach ideowych” tej organizacji z 1943 roku była mowa o Polsce narodowo-katolickiej „ze sprawiedliwym ustrojem społeczno-gospodarczym”, której zachodnia granica miała być oparta na Odrze i Nysie Łużyckiej. „Ojczyzna” podporządkowała się Delegaturze Rządu na Kraj oraz ZWZ/AK – wiosną 1940 roku jej kadry współtworzyły Okręg Poznański ZWZ oraz konspiracyjne biuro Głównego Delegata Rządu dla ziem wcielonych do Rzeszy. Po aresztowaniach w Kraju Warty w latach 1941-1942 kierownictwo „Ojczyzny” przeniosło się do Warszawy, gdzie zorganizowano Sekcję Zachodnią w Departamencie Informacji i Prasy Delegatury Rządu na Kraj oraz Biuro Ziem Zachodnich Delegatury[5]. Z inicjatywy kierownictwa „Ojczyzny” powstały takie instytucje konspiracyjne jak Uniwersytet Ziem Zachodnich, Instytut Zachodni i Zachodnia Agencja Prasowa. Wydawano też szereg pism konspiracyjnych, jak „Biuletyn Zachodni”, „Ziemie Zachodnie Rzeczypospolitej” i „Zachodnia Straż Rzeczypospolitej”, które redagował Edmund Męclewski (1913-1992).

Najważniejszymi komórkami konspiracyjnymi, w których rozwijano myśl zachodnią, były Instytut Zachodni (utworzony w grudniu 1944 roku) oraz Biuro Ziem Zachodnich Delegatury Rządu na Kraj. Początkowo zorganizowano w 1940 roku Biuro Zachodnie przy jednej z trzech Delegatur Rządu na Kraj dla ziem wcielonych do Rzeszy, którego pracami kierował ekonomista Witold Fryderyk Grott (1912-1943). Pod jego kierunkiem powstało dziesięć opracowań dokumentujących prawo Polski do przyszłych Ziem Zachodnich i Północnych oraz zawierających koncepcję ich zagospodarowania. Postulowano powrót do Polski Prus Wschodnich, byłego Wolnego Miasta Gdańska, Szczecina oraz terenów położonych na wschód od Odry i Nysy Łużyckiej. Koncepcje te prawdopodobnie wpłynęły na stanowisko rządu polskiego w Londynie, który pod koniec 1942 roku przedłożył rządowi brytyjskiemu memoriał w sprawie włączenie po wojnie do Polski „Prus Wschodnich, Śląska Opolskiego i Pomeranii” oraz przejściowej okupacji „dalszych terenów Niemiec”.

Po powstaniu konspiracyjnej instytucji Głównego Delegata Rządu dla ziem wcielonych do Rzeszy Biuro Zachodnie przekształcono w Biuro Ziem Nowych, a następnie w maju 1944 roku w Biuro Ziem Zachodnich Delegatury Rządu na Kraj. Ich kierownikiem był Władysław Czajkowski (1905-1947) – po 1945 roku wiceminister w Ministerstwie Ziem Odzyskanych. Pod jego przewodnictwem kontynuowano do końca okupacji niemieckiej prace studyjne nad koncepcją włączenia do Polski i zagospodarowania ziem nad Odrą, Nysą Łużycką i Bałtykiem.

Już 13 lutego 1945 roku Zygmunt Wojciechowski skierował na ręce premiera Rządu Tymczasowego Edwarda Osóbki-Morawskiego memoriał, w którym oferował usługi Instytutu Zachodniego w dziele zagospodarowania Ziem Zachodnich i Północnych. Natomiast 15 lipca 1945 roku – w rocznicę bitwy pod Grunwaldem – macierzysta organizacja Wojciechowskiego, czyli narodowo-katolicka „Ojczyzna”, podjęła decyzję o rozwiązaniu się, wyjściu z konspiracji i zaangażowaniu w legalną pracę na rzecz powrotu Polski nad Odrę i Bałtyk. Przekaz tego środowiska był jasny – sprzeciw wobec konspiracji i walki zbrojnej toczonej wówczas przez środowiska określane dzisiaj mianem „żołnierzy wyklętych”, natomiast „tak” dla pracy organicznej przy odbudowie kraju i zagospodarowaniu dawnych ziem piastowskich.

Tę spektakularną decyzję podjęła Rada Polityczna „Ojczyzny” w składzie: dr Zdzisław Jaroszewski, Maria Kiełczewska, Juliusz Kolipiński, ks. Karol Milik, Jan Jacek Nikisch, ks. Maksymilian Rode, Kirył Sosnowski, Stanisław Tabaczyński, Alojzy Targ i prof. Zygmunt Wojciechowski. Działacze „Ojczyzny” objęli wkrótce po ujawnieniu się szereg stanowisk w mediach, ruchu wydawniczym, Polskim Związku Zachodnim, Ministerstwie Ziem Odzyskanych, Ministerstwie Spraw Zagranicznych oraz szkolnictwie wyższym i średnim.

W 1945 roku Wojciechowski wydał pracę pt. „Polska – Niemcy. Dziesięć wieków zmagania”. Wyłożył w niej m.in. swój pogląd na znaczenie przejęcia przez Polskę dawnych ziem piastowskich nad Odrą i Bałtykiem: Jesteśmy dziś świadkami powrotu Polski na stary nadodrzański szlak piastowski, jesteśmy w możności wycięcia raka prusko-hitlerowskiego, który Polskę wiódł do zupełnej zagłady. W miejsce niemieckiego Drang nach Osten przychodzi epoka ponownego słowiańskiego marszu na zachód. Kto tego zjawiska nie rozumie, nie pojmuje nowej epoki, nie dostrzeże miejsca dla Polski w otaczającej rzeczywistości[6].

Sukcesem tych środowisk, angażujących się we współpracę z PPR w kwestii zagospodarowania Ziem Zachodnich i Północnych, było utworzenie 13 listopada 1945 roku Ministerstwa Ziem Odzyskanych z Władysławem Gomułką na czele. W powstaniu tego ministerstwa sam Gomułka widział korzyści propagandowe dla PPR, ale równocześnie traktował kwestię Ziem Zachodnich jak kluczowy element polskiej racji stanu. Polacy z dawnych Kresów Wschodnich osiedlający się na tych ziemiach traktowali PPR jako gwaranta obecności Polski na Ziemiach Odzyskanych. Wiedząc o tym kierownictwo PPR przywiązywało wielką wagę do idei propagowania obecności państwa polskiego na dawnych ziemiach piastowskich. Nie byłoby to w szybkim czasie możliwe bez wsparcia wspomnianych środowisk narodowo-katolickich i przedwojennych kadr intelektualnych.

Założony w konspiracji i kierowany przez Zygmunta Wojciechowskiego Instytut Zachodni stał się po 1945 roku czymś w rodzaju think-tanku dla nowej władzy. Zaraz po wojnie wznowiono też działalność wszystkich instytucji, które rozwijały myśl zachodnią w okresie międzywojennym, jak Instytut Bałtycki czy Polski Związek Zachodni. Działalność tych instytucji i organizacji miała ogromne znaczenie. Powojenna Polska obejmowała we władanie ogromne terytorium, na którym znajdowało się tysiące miejscowości, którym należało przywrócić dawne nazwy lub nadać nowe. Dokonano tego w błyskawicznym tempie, głównie dzięki zaangażowaniu poznańskiego środowiska naukowego – przed wojną sympatyzującego w większości ze Stronnictwem Narodowym. Jego przedstawiciele mieli pełną świadomość, że ich praca musi odbyć się legalnie, tzn. w oparciu o struktury państwa rządzonego przez PPR. Pomimo obcości ideologicznej uznali jednak, że kwestia powrotu Polski na Ziemie Zachodnie i Północne jest ważniejsza od sympatii politycznych. Rozumiano, że jest to wymóg polskiej racji stanu.

W aparacie MZO znalazła się dość liczna grupa działaczy związanych podczas wojny z Biurem Zachodnim Delegatury Rządu na Kraj. Byli to przede wszystkim ludzie wywodzący się z organizacji „Ojczyzna”: Władysław Czajkowski (1905-1947) – podczas wojny dyrektor Biura Zachodniego Delegatury Rządu, w MZO pełniący funkcję podsekretarza stanu (wiceministra); Edward Quirini (1899-1954) – pełniący w MZO funkcję dyrektora Departamentu Administracji Publicznej; Juliusz Kolipiński (1910-1991) – zastępca Głównego Inspektora Specjalnej Akcji Likwidacyjnej; wspomniany Edmund Męclewski (1913-1992) – w MZO dyrektor Biura Komitetu do Spraw Zagranicznych; Józef Guranowski – wicedyrektor Departamentu Ekonomiczno-Socjalnego; Leopold Gluck (1913-1989) – dyrektor Departamentu Ekonomiczno-Socjalnego, a po śmierci Władysława Czajkowskiego wiceminister; Tadeusz Kołodziej, Wiktor Leśniewski (1886-1963) i inni[7].

Udział wybitnego ekonomisty Leopolda Glucka w MZO ironicznie skomentował publicysta Stefan Kisielewski (1911-1991): endek poznański, w którym się zakochał Gomułka. Mianował go wiceministrem Ziem Odzyskanych, ponieważ Gluck był szalenie antyniemiecki i bardzo się podniecił sprawą Ziem Odzyskanych[8]. W swoich wspomnieniach L. Gluck podkreślił, że polityka kadrowa MZO zmierzała do pozostawienia w administracji tych wszystkich, którzy mogli uczestniczyć w sposób twórczy i uczciwy w organizowaniu życia polskiego na tych ziemiach w oparciu o zasady nowego ustroju, a także, że w ministerstwie kierowanym przez Gomułkę liczniejsi byli członkowie PPS niż PPR[9].

Największe zasługi MZO położyło na polu polityki ludnościowej i narodowościowej. W latach 1945-1948 na Ziemiach Zachodnich i Północnych osiedlono około 4,8 mln Polaków, w tym 1,5 mln z dawnych Kresów Wschodnich oraz około 100 tys. reemigrantów z Europy Zachodniej i Południowej. Pod koniec 1948 roku ziemie te zamieszkiwało już ponad 5,5 mln Polaków. Ważnym polem działalności MZO była akcja propagandowo-informacyjna, którą prowadzono w ścisłej współpracy z Instytutem Zachodnim, Instytutem Bałtyckim, Instytutem Śląskim, Instytutem Mazurskim i Polskim Związkiem Zachodnim. Ministerstwo wydawało m.in. ukazujący się w latach 1946-1948 dwutygodnik „Osadnik na Ziemiach Odzyskanych”, którego inicjatorem i redaktorem był przedwojenny działacz i publicysta Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga” Adolf Józef Reutt (1867-1950).

Ministerstwo, pomimo, niewątpliwych zasług, zakończyło swoją działalność przedwcześnie, co było rezultatem oskarżenia Gomułki przez frakcję stalinowską w 1948 roku o „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne” i usunięcia go z funkcji sekretarza generalnego KC PPR. Przerwanie prac MZO wywołało kilkuletni regres na Ziemiach Odzyskanych – m.in. wstrzymana została akcja uwłaszczeniowa, co spowodowało odpływ części osadników. Po aresztowaniu Gomułki przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego w 1951 roku stawiano mu m.in. zarzut zatrudniania w MZO byłych funkcjonariuszy Delegatury Rządu na Kraj, przeważnie o orientacji endeckiej[10]. Osoba Władysława Gomułki symbolizuje ewolucję stosunku komunistów polskich do zagadnienia dawnych ziem piastowskich, od negacji praw Polski do Pomorza i Śląska w okresie międzywojennym do pełnego przyjęcia koncepcji piastowskiej i współpracy po 1945 roku ze środowiskami niekomunistycznymi, które wcześniej rozwijały polską myśl zachodnią.

Dwa przeciwstawne sobie ideologicznie środowiska polityczne, które w działaniu na rzecz polskiej racji stanu współpracowały ze sobą w Ministerstwie Ziem Odzyskanych, ponownie podjęły tę współpracę po przełomie październikowym 1956 roku – w utworzonym 29 maja 1957 roku Towarzystwie Rozwoju Ziem Zachodnich. Powstanie tej organizacji – która w 1962 roku liczyła już 130 tys. członków – było oddolną inicjatywą dawnych działaczy Polskiego Związku Zachodniego i Związku Polaków w Niemczech, zaniepokojonych osłabieniem tempa osadnictwa na Ziemiach Odzyskanych, które nastąpiło po likwidacji MZO. Inicjatywie tej udzielił wsparcia Władysław Gomułka i ponownie w wielkiej pracy społecznej na rzecz zagospodarowania i repolonizacji ziem nad Odrą, Nysą i Bałtykiem spotkali się tacy ludzie jak Edmund Osmańczyk (1913-1989) – wybitny działacz Związku Polaków w Niemczech i współprojektant jego znaku graficznego „Rodła”, Leopold Gluck, Edmund Męclewski, prof. Czesław Pilichowski (1914-1984) – w okresie okupacji w „Ojczyźnie”, od 1946 roku członek PPR i później PZPR, prof. Stanisław Kulczyński (1895-1975) – były rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie (1936-1938), Uniwersytetu i Politechniki we Wrocławiu (1945-1951), podczas wojny delegat Rządu RP na Obszar Lwowski oraz komuniści z przedwojennym stażem: Józef Dubiel (były wiceminister ZO), Jan Izydorczyk, czy Jan Pietkiewicz. Większość sztandarowych działaczy TRZZ miała jednak korzenie endeckie lub chadeckie.

Środowiska niekomunistyczne, które podjęły współpracę z powojennymi władzami w ramach MZO i TRZZ rozumiały znaczenie powrotu Polski nad Odę i Bałtyk i był to dla nich świadomy wybór polityczny. Ci ludzie przenieśli swoje idee i dorobek naukowy do nowego państwa tworzonego od 1944/1945 roku przez obce im siły polityczne. Zdawali sobie sprawę z ograniczeń tego państwa i jego oblicza ideowego. Przeważyło jednak przekonanie o wykorzystaniu niepowtarzalnej okazji, jaką przyniosła największa w historii klęska Niemiec. Na oczach tych ludzi odwracała się karta historii – Polska sięgnęła po ziemie, którymi władała przed dziesięcioma wiekami.

To nie pasuje do skrajnie antykomunistycznej narracji historycznej o Polsce Ludowej, z jaką mamy do czynienia po 1989 roku, a zwłaszcza po 2015 roku. Dlatego narracja ta dyskredytuje powojenną odbudowę kraju i samo pojęcie Ziem Odzyskanych na rzecz mitu o „powstaniu antykomunistycznym” i „sowieckiej okupacji”. W wyniku takiej polityki historycznej znikają zupełnie zagospodarowanie i repolonizacja ziem przejętych przez Polskę w 1945 roku. Pozostaje tylko narracja o „okupacji sowieckiej”. W ten sposób wymazuje się ze świadomości społecznej pamięć o wielkim wysiłku pionierów przybywających na te ziemie po 1945 roku, a także to, że myśl zachodnia nie była proweniencji „komunistycznej”, ale powstała w Polsce na długo przed 1939 rokiem. Tak wykreowano w ciągu ostatniego ćwierćwiecza wielką białą plamę w historii najnowszej Polski.

[1] B. Musiał, Niewinny Stalin i źli Polacy, „Plus Minus”, http://www.rp.pl, 1.05.2008.

[2] G. Strauchold, Ku zachodowi, „Z Kresów na Kresy. Pomocnik historyczny POLITYKI”, s. 24-29.

[3] G. Łukomski, Myśl morska i zachodnia Bernarda Chrzanowskiego, „Kronika Miasta Poznania” nr 3/1989, s. 99-112; Tenże, Bernard Chrzanowski 1861-1944. Biografia Polaka zachodniokresowego, Poznań-Opalenica 2005, s. 77.

[4] A. Kwilecki, W. Tomaszewski, Poznań jako ośrodek myśli zachodniej, (w:) A. Kwilecki (red.), Polska myśl zachodnia w Poznaniu i Wielkopolsce. Jej rozwój i realizacja w wiekach XIX i XX, Warszawa-Poznań 1980, s. 141.

[5] A Pietrowicz, Sekcja Zachodnia Departamentu Informacji i Prasy Delegatury Rządu RP – zarys struktury organizacyjnej i działalności (wrzesień 1942-lipiec 1944 r.), „Pamięć i Sprawiedliwość”, nr 2(8), 2005, s. 269-294.

[6] Z. Wojciechowski, Polska – Niemcy. Dziesięć wieków zmagania, Poznań 1945, s. 262.

[7] J. Kruszewski, Leopold Gluck – pionier zagospodarowania Ziem Odzyskanych i reformator systemu bankowego w Polsce, (w:) H. Januszewska (red.), Oni odbudowali i rozwijali Polskę. Wielcy Polacy w Polsce Ludowej, Warszawa 2016, s. 68-75; M. Motas, Środowisko organizacji „Ojczyzna”, późniejszego Instytutu Zachodniego w obliczu politycznych decyzji lat 1944-1945, (w:) T. Sikorski, A Wątor (red.), Marzyciele i realiści. O roli tradycji w polskiej myśli politycznej od upadku powstania styczniowego do XXI wieku, Szczecin 2009, s. 388-398.

[8] S. Kisielewski, Abecadło Kisiela, Warszawa 1990, s. 27.

[9] L. Gluck, Od ziem postulowanych do ziem odzyskanych, Warszawa 1971, s. 117-118; L. Gluck, W oczach bezpartyjnego współpracownika, (w:) W. Namiotkiewicz (oprac.), Działalność Władysława Gomułki. Fakty. Wspomnienia. Opinie, Warszawa 1985, s. 260.

[10] R. Spałek, Komuniści przeciwko komunistom. Poszukiwanie wroga wewnętrznego w kierownictwie partii komunistycznej w Polsce w latach 1948-1956, Warszawa 2014, s. 767.

Bohdan Piętka

31 grudnia 2019 r.

„Przegląd”, nr 1 (1043), 30.12.2019-6.01.2020, s. 28-30

W kamiennym kręgu

Polskie życie polityczne jest od 30-tu lat do bólu przewidywalne, tzn. jest zamknięte w kamiennym kręgu tych samych pojęć, fobii, absurdów i tej samej przerażającej zaściankowości. Nic już tu nie może zaskoczyć i zdziwić. A jednak za każdym razem wywołuje to zdumienie i niesmak.

„Gazeta Wyborcza” w tekście „Polskie łowy neonazisty z Rosji” (nr 275/2019 – 9251, 26.11.2019, s. 6) z entuzjazmem informuje, że ABW wpisała na listę osób niepożądanych Konstantina B. – neonazistę z Rosji, który miał szukać kontaktu ze skrajną prawicą we Wrocławiu. Stało się to kilkanaście dni po tym jak cały establishment polityczno-medialny III RP, z „Gazetą Wyborczą” włącznie, stanął w obronie Ihora Mazura – wiceszefa UNA-UNSO, ściganego przez Interpol i Komitet Śledczy Rosji. Czyli rosyjski neonazista jest zły, a ukraiński neonazista dobry. Zwalczamy tylko neonazistów z Rosji, ci z Ukrainy są OK – taka jest linia polityczna państwa polskiego. O ile UNA-UNSO jest od dawna znaną autentyczną organizacją neonazistowską i to bardziej skrajną od pierwowzoru, jaki stanowi dla niej OUN-UPA, to Konstantin B. miał należeć – jak podała „Gazeta Wyborcza” – do organizacji neonazistowskiej o nazwie… Grupa Dziadka Mroza. Jak widać, neonazista neonaziście nierówny.

Do bólu przewidywalna jest też polska prawica. Przypomniała o tym wrzawa wokół wypowiedzi Włodzimierza Czarzastego w TVP, że Polskę wyzwoliły „dwie armie: jedna armia to była armia Wojska Polskiego, m.in. był w niej gen. Wojciech Jaruzelski, a druga armia to była armia, w której byli żołnierze rosyjscy bądź radzieccy, a byli i ukraińscy i różni. Nie mogli dać wolności ludzie, którzy tej wolności sami nie mieli, ale jeżeli ktokolwiek powie do mnie i obciąży żołnierzy radzieckich, którzy ginęli, to niech powie to matkom, które miały synów”. Wypowiedź ta – przywołująca oczywiste fakty – wywołała niesamowitą histerię prawicowych „autorytetów moralnych” oraz prawicowych hejterów internetowych. Wyglądało to tak jak byśmy się cofnęli do lat 50-tych XX wieku, tylko w drugą stronę.

Znany poseł PiS natychmiast zawiadomił prokuraturę, że Włodzimierz Czarzasty popełnił przestępstwo „propagowania ustroju totalitarnego” mówiąc, że Polskę wyzwolili w 1944/1945 roku żołnierze radzieccy i polscy. Przy okazji napisał: „Takimi jak Czarzasty i ich sowiecką propagandą zajmował się po 1945 roku mój dziadek, Komendant w NSZ i tysiące Wyklętych. Dziękuj Bogu Czarzasty, że żyjemy w czasach pokoju… A ja, wnuk Wyklętego składam zawiadomienie do prokuratury w sprawie promowania ustroju totalitarnego”.

Słowa potępienia wobec przewodniczącego SLD padły ze strony PiS, Konfederacji, PSL, a nawet Wiosny. Dość kuriozalnym realizmem politycznym popisała się Konfederacja, której posłowie zapowiedzieli złożenie zawiadomienia do prokuratury na Włodzimierza Czarzastego i wniosku o odwołanie go z funkcji wicemarszałka Sejmu w związku z domniemanym propagowaniem przez niego „zbrodniczego ustroju komunistycznego”.

„Mamy do czynienia z sytuację niecodzienną. Otóż wysoki funkcją w Sejmie polityk nazywa wkroczenie do Polski wojsk wrogo nastawionych do naszej państwowości, do naszej polskiej tradycji, wyzwoleniem. Ten spór toczy się nie od dziś. Nikt nie zaprzecza, że wkroczenie do Polski wojsk sowieckich położyło kres okupacji niemieckiej. Natomiast w normalnym języku, nienacechowanym ideologią, taką sytuację (…) nazywamy zajęciem danego terytorium, a nie wyzwoleniem” – powiedział polityczny spadkobierca endecji Krzysztof Bosak. Wsparli go Grzegorz Braun, Michał Urbaniak oraz Sławomir Mentzen, wiceprezes partii KORWiN.

Po raz kolejny okazało się, że to co w Polsce nazywa się prawicą jest wielką, wielką pustką polityczną, intelektualną i moralną, w której wszystko sprowadza się do jednego mianownika o nazwie antykomunizm i rusofobia. Poza tym nie ma już nic, żadnej myśli politycznej, żadnej idei. Dowodzi to tylko podległości owej prawicy celom politycznym hegemona zza Oceanu i niczego więcej.

W związku z rozpętaną przez prawicę staro-nową hucpą trzeba przypomnieć, że historia nigdy nie jest czarno-biała. Zwykle jest skomplikowana i to w stopniu przekraczającym wszelkie wyobrażenia osób wychowanych na „patriotycznych” czytankach. Żeby to jednak wiedzieć, trzeba się zetknąć ze źródłami historycznymi, a nie z propagandą.

Trzeba też przypomnieć, że ZSRR po drugiej wojnie światowej uzależnił politycznie Polskę i kilka innych państw Europy Środkowej. Ale równocześnie je wyzwolił spod okupacji niemieckiej. Jedno drugiego nie przekreśla i jedno drugiego nie unieważnia. Należy też mieć świadomość, że ZSRR uzależnił Europę Środkową politycznie, natomiast okupacja niemiecka dla Polski nie była uzależnieniem politycznym, tylko całkowitą likwidacją państwa polskiego oraz kultury i historii narodu polskiego, przekształceniem etnicznych Polaków w podludzi, z perspektywą ich całkowitej zagłady, ewentualnie germanizacji niewielkiej części. Zagłada polskich i europejskich Żydów była wstępem do dalszej depopulacji ziem polskich i wschodnioeuropejskich, czyli zagłady ich ludności słowiańskiej. Mordowanie polskiej inteligencji, szczególnie na ziemiach wcielonych do Rzeszy, a także eksterminacyjne wysiedlenia Polaków z ziem wcielonych do Rzeszy (1939-1941) oraz Zamojszczyzny (1942) były zapowiedzią tego co czekało Polaków po zwycięstwie Niemiec hitlerowskich. Likwidacja okupacji niemieckiej to było dalsze być albo nie być narodu polskiego.

Okupację niemiecką ziem polskich zlikwidowała Armia Czerwona wraz z utworzonym w ZSRR Wojskiem Polskim, co bardzo boli polską prawicę, ale faktu tego nic i nikt nie zmieni. Także prokuratura i sądy. W uporczywym negowaniu oczywistych faktów historycznych oraz zupełnie fałszywym i absurdalnym w świetle tych faktów stawianiu na jednej płaszczyźnie okupacji niemieckiej i powojennej rzeczywistości widzę jeśli nie tendencje faszyzujące, to brak samodzielności politycznej tutejszej prawicy. To co robi jest powielaniem narracji niemieckiego Związku Wypędzonych z lat 60-tych i 70-tych XX wieku.

Po wkroczeniu Niemców do Lwowa w 1941 roku grupa operacyjna hitlerowskiej Policji Bezpieczeństwa wymordowała kilkudziesięciu polskich profesorów – światowej sławy uczonych miejscowego uniwersytetu i politechniki. Po wkroczeniu (nie wyzwoleniu, tylko wkroczeniu – wedle nomenklatury IPN) Armii Czerwonej do Lublina w 1944 roku otwarto tam niemal natychmiast Katolicki Uniwersytet Lubelski i Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej. To były równoległe rzeczywistości? Trzeba mieć bardzo dużo złej woli albo nie mieć elementarnej wiedzy historycznej, żeby uznać za prawdziwą KOR-owską tezę o równorzędności okupacji niemieckiej i „okupacji sowieckiej” (w odniesieniu do okresu po 1944 roku), powielaną obecnie przez ogromną większość rodzimej prawicy.

Na koniec wypada zacytować to, co powiedział Jan Paweł II przy pomniku Ofiar Faszyzmu na terenie byłego KL Auschwitz 7 czerwca 1979 roku: „Przychodzę więc i klękam na tej Golgocie naszych czasów, na tych mogiłach w ogromnej mierze bezimiennych, jak gigantyczny grób nieznanego żołnierza. Klękam przy wszystkich po kolei tablicach… I jeszcze jedna tablica – wybrana… Tablica z napisem w języku rosyjskim. Nie dodaję żadnego komentarza. Wiemy, o jakim narodzie mówi ta tablica. Wiemy, jaki był udział tego narodu w ostatniej straszliwej wojnie o wolność ludów. I wobec tej tablicy nie wolno nam przejść obojętnie”. Czy Jan Paweł II również propagował „zbrodniczy ustrój komunistyczny”?

Do bólu przewidywalna jest też polska „polityka wschodnia”, a właściwie jej brak. Przypomniał o tym 26 listopada w wypowiedzi dla Salonu Politycznego Trójki w Polskim Radiu Michał Kamiński, obecnie senator z ramienia Polskiego Stronnictwa Ludowego: „Można cały czas mówić o Banderze i Wołyniu, tylko dzisiaj to ukraińscy żołnierze na wschodzie bronią Europy i Polski przed rosyjskim imperializmem. (…) Wczoraj mogłem o tym z dumą mówić, że jeżeli nawet polska scena polityczna bywa dzisiaj podzielona, a bywa, to w tej jednej sprawie – być może nie w jednej, ale jest tych spraw niewiele – rząd i opozycja mówią jednym głosem. To poparcie dla integralności terytorialnej Ukrainy, poparcie dla walki Ukraińców z rosyjskim imperializmem i poparcie dla ukraińskich aspiracji europejskich i atlantyckich”.

Który raz już słyszę to pustosłowie? Głowa od tego boli. Polscy mężowie stanu, którzy z takim heroizmem bronili wiceszefa UNA-UNSO przed listem gończym Interpolu i Komitetu Śledczego Rosji i tak heroicznie walczą o integralność terytorialną Ukrainy oraz jej aspiracje europejsko-atlantyckie, nie biorą w ogóle pod uwagę, że nie tylko prezydent Wołodymyr Zełenski i stojący za nim oligarcha Ihor Kołomojski mogą dogadać się z Rosją, ale mogą uczynić to także nacjonaliści ukraińscy. Rosja mogłaby wtedy udzielić wsparcia ich roszczeniom terytorialnym do tzw. Zakerzonia w zamian za ich rezygnację z roszczeń do Krymu i Donbasu. Tego w ogóle nie są w stanie sobie wyobrazić wyznawcy mgławicowej idei Międzymorza. A w polityce nie ma rzeczy niemożliwych.

Można by jeszcze dużo pisać o kamiennym kręgu polskiej miernoty politycznej, o „klasie politycznej” reprezentującej intelektualnie poziom przedszkola, ale po co. Nic to nie zmieni.

Bohdan Piętka

14 grudnia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 51-52 (2271/2272), 15-29.12.2019, s. 12

Jedność ponad podziałami

9 listopada w polskich mediach głównego nurtu rozpętała się burza. Od „Gazety Wyborczej” po „Gazetę Polską” i od TVN po TV Republika tutejsze główne media zgodnie poinformowały, że polska Straż Graniczna zatrzymała na przejściu granicznym w Dorohusku, na podstawie listu gończego wydanego przez Interpol na wniosek Rosji – „ukraińskiego aktywistę obywatelskiego i weterana wojny z Rosją”. Media red. T. Sakiewicza poinformowały nawet, że zatrzymany ma „propolskie poglądy”. Skoro to „aktywista obywatelski”, czyli taki jakby liberalny demokrata, to dlaczego w zorganizowanym w jego obronie proteście przed ambasadą polską w Kijowie uczestniczyli ludzie z symboliką banderowską i neonazistowską? Dlatego, że Ihor Mazur był i jest wiceszefem UNA-UNSO – najtwardszego jądra epigonów ideologii banderowskiej, faktycznie organizacji neonazistowskiej. Tego jednak nie podały polskie media, dla których Mazur stał się „aktywistą obywatelskim” i to jeszcze o poglądach „propolskich”. Poza niszowymi portalami nie poinformowano też, że Mazur jest podejrzewany o związek z  morderstwem białoruskiego dziennikarza Pawła Szeremeta. Do Polski jechał na zaproszenie posłanki PiS Beaty Mazurek jako pracownik sekretariatu Werchownej Rady ds. praw człowieka. Wydelegowano go do Warszawy na konferencję „poświęconą sprawom bezpieczeństwa i współdziałaniu Polski i Ukrainy wobec agresji Rosji”[1].

Ihor Mazur został bardzo szybko zwolniony z polskiego aresztu. Wystarczyło stanowcze oświadczenia ambasadora Ukrainy Andrija Deszczyci i w obronie zatrzymanego stanęła cala polska „klasa polityczna” – od Adama Bodnara po Tomasza Sakiewicza. Śmiertelnie skłócona, będąca od co najmniej dekady w stanie wojny domowej, wykazała imponującą i unikalną w polskich warunkach jedność ponad podziałami w obronie epigona Stepana Bandery i Romana Szuchewycza. Od działań Straży Granicznej publicznie odciął się minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz. Zewsząd sypnęły się głosy oburzenia: co za skandal, weteran pierwszej wojny czeczeńskiej i wojny w Donbasie, co to gromił Moskala nawet na Kaukazie, zatrzymany na wniosek Rosji przez polską Straż Graniczną. Toż to zdrada i profanacja! W tej sytuacji Ihor Mazur został natychmiast zwolniony z aresztu i w Święto Niepodległości 11 listopada paradował z biało-czerwonym kotylionem u boku konsula generalnego Ukrainy w Lublinie Wasyla Pawluka – notabene wieloletniego działacza neobanderowskiej partii Swoboda, który wielokrotnie wyrażał się publicznie z uznaniem o UPA. No cóż. Paryż wart jest mszy – powiedział przed wiekami francuski król Henryk IV. Najwidoczniej Zakerzonie też jest warte mszy, tzn. przypięcia sobie przed kamerami biało-czerwonego kotylionu.

Radości nie było końca. Samuel Pereira z TVP Info (wcześniej piszący w „Gazecie Polskiej”) zacytował następującą refleksję Ihora Mazura:  „Jestem patriotą. U steru władzy w Polsce też znajdują się patrioci. Co nas różni? Historia naszych narodów oraz rosyjska propaganda, której twórcy pragną nas skłócić. A kiedy Ukraińcy występują przeciw Polakom albo Polacy przeciw Ukraińcom, to wygrywa na tym Moskwa, która znowu chce stać się wielkim imperium. Niestety, władze Niemiec, Włoch, Francji, Holandii czasem Putinowi w tym pomagają. Tym, czego Rosja obawia się najbardziej, jest ukraińsko-polska przyjaźń!” Wielokrotnie o tym czytałem na gazetopolskim portalu Niezależna (niezalezna.pl). Dalej Mazur powiedział: „Jeśli Polsce i Ukrainie uda się w pierwszej kolejności stać się jednym geopolitycznym, ekonomicznym i wojskowym sojuszem państw, to we Wschodniej Europie będziemy mogli wspólnie dominować. Litwa, Estonia i Gruzja przyłączą się do nas z uwagi na rosyjskie zagrożenie. Oczywiście do tego dochodzi Rumunia, Chorwacja, Węgry, Czarnogóra… ale Międzymorze jest niemożliwe bez polsko-ukraińskiej przyjaźni”[2]. Bingo! Międzymorze. Ukochany temat Tomasza Sakiewicza i Jerzego Targalskiego. Ta wypowiedź ukraińskiego watażki stanowi jeszcze jeden dowód na to, że tzw. Międzymorze – lansowane od lat 90-tych przez obóz Kaczyńskiego i równocześnie obóz liberalny, a w latach 80-tych przez KPN Moczulskiego – nie jest wymysłem Jerzego Giedroycia ani przedwojennych piłsudczyków (nimi, niczym listkiem figowym, tylko się zasłaniają współcześni polscy propagatorzy idei Międzymorza), ale neobanderowców. To temat podsunięty postsolidarnościowej „klasie politycznej” przez nacjonalistów ukraińskich. To ich celom politycznym ma służyć i służy Polska w tej koncepcji. A tym celem politycznym jest Wielka Ukraina.

Tak oto ukraiński watażka stał się w jednym momencie nowym „autorytetem moralnym” polskiej „klasy politycznej”. Międzymorze! Nierozerwalna przyjaźń polsko-ukraińska i wspólna defilada z Kozakami w Moskwie – jak swego czasu marzył Jerzy Targalski. Nie można przy tym nie zauważyć, że gdyby w Polsce ktoś wykazywał takie afiliacje ideologiczne jak Ihor Mazur, to zostałby przez tzw. salon III RP zgodnie okrzyknięty nazistą (albo co najmniej faszystą), a pan Adam Bodnar żądałby natychmiast od prokuratury podjęcia działań represyjnych. Ale ukraiński neonazista i prawdopodobnie zbrodniarz wojenny Ihor Mazur jest dla salonu III RP i rządzącej prawicy „działaczem obywatelskim” i bojownikiem o „prawa człowieka”. Jedni i drudzy są gotowi rzucić się za niego w ogień – bo to jest dla nich kolejna okazja zamanifestowania swojej atawistycznej wrogości do Rosji i niezgody na linię polityczną Wołodymyra Zełenskiego. Niech żyje Ukraina banderowska – taki transparent mogłaby sobie powiesić cała polska „klasa polityczna” od Michnika po Sakiewicza.

Wniosek Interpolu i Komitetu Śledczego Rosji w sprawie Ihora Mazura powinien zostać w świetle prawa rozpatrzony przez niezwisły sąd polski. Wystarczyło jednak, że został rozpatrzony przez „Gazetę Wyborczą” i „Gazetę Polską”. Niezwisła prokuratura wycofała wniosek o rozpatrzenie sprawy Mauzra przed Sądem Okręgowym w Lublinie i tuż po polskim Święcie Niepodległości nowy „autorytet moralny” tutejszej „klasy politycznej” mógł powrócić na Ukrainę, owacyjnie żegnany przez chór zaprzysięgłych wrogów znienawidzonej Rosji. „Jest to niewielkie, ale jednak zwycięstwo w wojnie hybrydowej, którą prowadzi przeciwko nam Federacja Rosyjska” – podsumował całą sprawę wiceminister spraw wewnętrznych Ukrainy Anton Heraszczenko. Zwycięstwo odniesione – o czym już nie wspomniał – dzięki postsolidarnościowej „klasie politycznej”, która zdobyła się na heroiczną, histeryczną i historyczną jedność ponad podziałami[3].

Mylne jest jednak przekonanie, że ta sprawa jest kolejną odsłoną dość specyficznej polskiej polityki wschodniej. Wręcz przeciwnie – jest kolejnym dowodem na to, że Polska nie prowadzi żadnej polityki na Wschodzie. Prowadzi ją tam zupełnie kto inny. Jeszcze Ihor Mazur nie zdążył w glorii chwały wyjechać z Polski na Ukrainę, a tu nagle odezwał się oligarcha Ihor Kołomojski – główny sponsor tzw. „rewolucji godności”, czyli puczu na kijowskim Majdanie w 2014 roku, a także główny sponsor neobanderowskich formacji paramilitarnych walczących w Donbasie i główny sponsor kampanii prezydenckiej Wołodymyra Zełenskiego. Udzielił on mianowicie wywiadu dla „The New York Times”, którego polskie media głównego nurtu dyskretnie nie zauważyły.

Ihor Kołomojski jest nie tylko najbogatszym człowiekiem na Ukrainie, stale zresztą rezydującym w Szwajcarii, nie tylko pełni zaszczytną funkcję prezesa Zjednoczonej Wspólnoty Żydowskiej na Ukrainie, nie tylko posiada obywatelstwo ukraińskie, izraelskie i cypryjskie, ale i ma ogromne ambicje polityczne oraz szerokie horyzonty, o czym świadczy wspomniany wywiad dla „The New York Times”. W wywiadzie tym powiedział, że „już czas, żeby Ukraina dała sobie spokój z Zachodem i zwróciła się w stronę Rosji”. Dalej stwierdził: „Oni [Rosjanie] i tak są silniejsi. Musimy poprawić nasze relacje. Ludzie chcą pokoju, dobrego życia. A wy [Amerykanie] zmuszacie nas, byśmy byli w stanie wojny, nie dając nam nawet za to żadnych pieniędzy”. Kołomojski nie ma też wątpliwości, że Unia Europejska i NATO nigdy nie przyjmą Ukrainy do swojego grona. „Nie ma sensu tracić czasu na puste rozmowy. Podczas gdy Rosja bardzo chciałaby wciągnąć nas do nowego Paktu Warszawskiego” – powiedział otwarcie człowiek stojący za plecami prezydenta W. Zełenskiego. Odbudowanie więzi z Rosją – jego zdaniem – jest konieczne, żeby ukraińska gospodarka mogła przetrwać. „Weźmiemy od Rosjan 100 mld dolarów. Myślę, że z radością by je nam dziś dali. Jaka jest najszybsza droga do rozwiązania problemów i odbudowy relacji? Tylko pieniądze” – powiedział Kołomojski. Na koniec stwierdził: „Jeśli USA będą cwaniakować, to pójdziemy do Rosji. Rosyjskie czołgi będą stacjonować pod Krakowem i Warszawą, a NATO będzie robić w spodnie i kupować pampersy”[4].

Krótko mówiąc – to czy Międzymorze powstanie czy rozpłynie się we mgle zależy nie od geniuszu Jarosława Kaczyńskiego i Jerzego Targalskiego, ale od widzimisię i humoru Ihora Kołomojskiego. I dalsza zabawa w Banderę i UPA na Ukrainie, zwłaszcza zachodniej, też. Taka jest prawda o polskiej polityce wschodniej i Wielkiej Ukrainie epigonów Bandery.

Ale to jeszcze nie koniec tej prawdy. „Podczas przesłuchania w Izbie Reprezentantów w dochodzeniu ws. impeachmentu Donalda Trumpa podpułkownik Alexander Vindman zeznał, że władze Ukrainy trzy razy oferowały mu stanowisko ministra obrony. Ołeksandr Danyluk, ukraiński sekretarz Narodowej Rady Bezpieczeństwa i Obrony, który miał składać te propozycje, twierdzi, że żartował. (…) Ukraińskie propozycje Vindman ocenił jako »dość komiczne«. Jego zdaniem byłoby »zabawne«, gdyby podpułkownik armii USA otrzymał taką posadę” – poinformował portal kresy.pl[5].

Czy wśród czynników politycznych w Warszawie nie jest dla nikogo jasne, że strategicznym partnerem Polski na Wschodzie jest państwo komiczne, że cala koncepcja polskiej polityki wschodniej o to komiczne państwo się opiera i od niego zależy? Chyba, że Polska też jest państwem komicznym. Ale takie państwo polityki nie prowadzi. Jakiejkolwiek.

[1] Polska zatrzymała wiceszefa skrajnie nacjonalistycznej UNA-UNSO na wniosek Rosji, http://www.kresy.pl, 9.11.2019.

[2] „Polacy i Ukraińcy razem stanowią siłę!”. Kim jest Ihor Mazur, ścigany przez Rosję?, http://www.tvp.info, 10.11.2019.

[3] Ihor Mazur powrócił na Ukrainę. „To zwycięstwo w wojnie hybrydowej z Rosją”, http://www.tvp.info, 14.11.2019.

[4] Cyt. za: Kołomojski dla NYT: Jak USA będą cwaniakować, to Ukraina pójdzie do Rosji; rosyjskie czołgi będą pod Krakowem i Warszawą, http://www.kresy.pl, 13.11.2019.

[5] Ukraińcy oferowali podpułkownikowi armii USA posadę ministra obrony? Danyluk: to były żarty, http://www.kresy.pl, 19.11.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 listopada 2019 r.

„Myśl Polska” nr 49-50 (2269/2270), 1-8.12.2019, s. 12

Czciciele UPA

3 listopada 2019 roku grupa polskich i ukraińskich „aktywistów” odwiedziła Werchratę koło Horyńca-Zdroju (powiat lubaczowski), gdzie znajduje się nielegalne upamiętnienie UPA. „Aktywiści” przynieśli ze sobą materiały budowlane i częściowo odnowili nielegalny pomnik UPA w Werchracie. Postawili też przy nim dębowy „kozacki krzyż” z ukraińskim tryzubem. Przy odnowionym pomniku UPA odbyła się modlitwa prowadzona przez greckokatolickiego duchownego Iwana Tarapackiego oraz dominikanina o. Tomasza Dostatniego. Ta modlitwa może zdumiewać z tego powodu, że pomnik UPA w Werchracie, chociaż stoi na cmentarzu, jest nielegalnym upamiętnieniem symbolicznym i nie ma pod nim żadnej mogiły. Dlatego modlitwa o. Tomasza Dostatniego o „wskrzeszenie do życia w chwale” osób tam rzekomo pochowanych musiała mieć wymiar groteskowy. „Aktywiści” odwiedzili też pobliską górę Monasterz, gdzie znajduje się zbiorowy grób 62 członków OUN-UPA, poległych w walce z NKWD pod Gruszką i Mrzygłodami w marcu 1945 roku.

Tam również odbyła się uroczystość religijna, po czym odczytano apel o przywrócenie usuniętych w ostatnich latach przez lokalne samorządy nielegalnych upamiętnień UPA na Podkarpaciu. Apel ten – zatytułowany „Nie zapominajmy o zburzonych ukraińskich mogiłach w Polsce” – odczytywali kolejno następujący działacze: Jarosław Chołodecki, Danuta Kuroń, Bartosz Piechowicz, Rafał Suszek, Danuta Przywara i Izabella Chruślińska, a podpisali się pod nim tacy politycy (przeważnie byłej Unii Wolności) jak: Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Janusz Onyszkiewicz, Henryk Wujec i inni[1]. Już sam tytuł tego apelu jest manipulacją, ponieważ nikt w Polsce nie burzy żadnych ukraińskich mogił. Chodzi o nielegalne upamiętnienia banderowców, a to nie jest to samo. Stawianie znaku równania pomiędzy Ukraińcami a banderowcami jest typowe dla propagandy banderowskiej i – jak widać – także dla działaczy ze środowiska „Gazety Wyborczej” i byłej Unii Wolności, współpracujących ze Związkiem Ukraińców w Polsce. Ponadto Danuta Kuroń oświadczyła, że „polscy nacjonaliści nie chcą się pogodzić z tym, że te ziemie były ukraińskie”. Skrytykowała też „agresywną, antybanderowską politykę władzy”[2].

Wątpię czy wschodnia część dzisiejszego województwa podkarpackiego była kiedykolwiek ziemią ukraińską, chyba że w propagandzie nacjonalistów ukraińskich, dla których zachodnia granica „samostijnoj Ukrainy” miała się znajdować pod Krakowem. Ale nawet gdyby to były ziemie ukraińskie, to co? To znaczy, że nacjonaliści ukraińscy mieli prawo wyrzynać bezbronnych ludzi tylko dlatego, że byli Polakami?

W marcu 1945 roku UPA rozpoczęła antypolską ofensywę na Rzeszowszczyźnie. Podczas tej ofensywy UPA walczyła oczywiście z formacjami wojskowymi NKWD, polską Milicją Obywatelską i polskim wojskiem („niesłusznym”, tym „ludowym”), a nawet z działającą na Rzeszowszczyźnie polską partyzantką antykomunistyczną, ale mordowała przy tym cywilną ludność polską. Taki był bowiem cel tej ofensywy – usunięcie z Rzeszowszczyzny polskiej administracji („niesłusznej”, tej „komunistycznej”), a w dalszej perspektywie ludności polskiej. Doszło wtedy do największej masakry, jakiej dokonali na Polakach nacjonaliści ukraińscy w granicach powojennej Polski. Miała ona miejsce 17 kwietnia 1945 roku w Wiązownicy w powiecie jarosławskim. Dopuścił się jej kureń UPA pod dowództwem Iwana Szpontaka „Zalizniaka” (1919-1989), mordując co najmniej 91 mieszkańców Wiązownicy i paląc ponad 100 gospodarstw. Do następnych mordów na ludności polskiej doszło m.in. w Bruśnie, Cieszanowie, Goraju, Kowalówce i Rudce. To m.in. sprawcy tych zbrodni są pochowani na górze Monasterz koło Werchraty, to nad ich grobem modlili się i żądali ich upamiętnienia działacze i politycy związani z „Gazetą Wyborczą”[3].

Od Danuty Kuroń dowiedzieliśmy się także m.in., że „Większość Polaków częściowo lub całkowicie pochwala agresywną, antybanderowską retorykę władzy, a nawet akty wandalizmu przeciwko upowskim mogiłom” [czyli postawa antybanderowska jest zła, rozumiem z tego, że prawidłowa jest postawa probandrowska], „Na tablicy napisano, że chłopcy [członkowie UPA] zginęli w walkach przeciw NKWD za wolną Ukrainę. W żaden sposób nie wskazano, że to bohaterowie, ale to mało kogo martwi”. Oni są dla pani Danuty Kuroń bohaterami, a ich bezbronne i niewinne ofiary? Kim są dla pani Kuroń te ofiary? Z kolei Izabella Chruślińska – członkini Forum Polsko-Ukraińskiego i współzałożycielka w 2014 roku Komitetu Solidarności z Ukrainą – powiedziała: „Chcemy symbolicznie być w miejscach, gdzie zniszczono ukraińskie groby, że pamiętamy o obywatelach Polski, którzy byli częścią naszego społeczeństwa, II RP”[4]. Problem w tym, że nacjonaliści ukraińscy nie uznawali się za obywateli Polski, a II RP była dla nich „polską okupacją” (i jest nadal w ich narracji historycznej). Z II RP nacjonaliści ukraińscy prowadzili już w okresie międzywojennym otwartą i bezwzględną wojnę, dokonując licznych aktów terrorystycznych.

Jaka w tym wszystkim jest logika? Taka, że UPA ma zasługiwać na upamiętnienie w Polsce, mimo wymordowania 100-140 tys. Polaków, ponieważ walczyła z komunizmem i „Sowietami”, a antyrosyjska (czyli odwołująca się do tradycji UPA) Ukraina jest obecnie potrzebna Polsce do budowy tzw. Międzymorza – o którym marzą nie tylko turbopatrioci z „obozu niepodległościowego”, ale jak widać także środowiska byłej Unii Wolności. No ale przecież Wehrmacht i Waffen-SS też walczyły z komunizmem i „Sowietami” i miały w tej dziedzinie znacznie większe osiągnięcia niż UPA i „żołnierze wyklęci”. To może Wehrmachtowi i Waffen-SS należy postawić pomniki wdzięczności w miejsce usuniętych pomników wdzięczności Armii Czerwonej. Taka jest logika elit politycznych, które wyszły z „Solidarności”.

Akcja proukraińskich (a raczej probanderowskich) działaczy ze środowiska „Gazety Wyborczej” spotkała się z aplauzem Związku Ukraińców w Polsce oraz środowisk nacjonalistycznych na Ukrainie. Dla kogo ta akcja była politycznym wsparciem? Chyba z wystąpień wspomnianych działaczy jasno to wynika. Była wsparciem dla Ukrainy nawiązującej do banderowskich upiorów przeszłości, Ukrainy będącej historycznym skansenem ideologii faszystowskiej – bo tym był nacjonalizm ukraiński tak w wersji banderowskiej, jak i melnykowskiej – Ukrainy wiecznie skonfliktowanej z Rosją, Ukrainy odrzucającej demokratyczną i pokojową linię polityczną, którą zaproponował prezydent Wołodymyr Zełenski. Takiej Ukrainy chce zarówno środowisko „Gazety Wyborczej”, jak i środowisko PiS, takiej Ukrainy chce post-„Solidarność”. Przypuszczam, że rzeczywistym powodem akcji środowiska „Gazety Wyborczej” w Werchratej była nie tyle ich troska o groby UPA, co niepokój o kierunek polityczny Ukrainy pod prezydenturą Wołodymyra Zełenskiego, który zapoczątkował trudną drogę odchodzenia przez Ukrainę od upiorów banderowskich.

[1] Aktywiści odnowili pomnik UPA w Werchracie i wezwali do odnowienia mogił i pomników UPA w Polsce, http://www.kresy.pl, 4.11.2019.

[2] Danuta Kuroń przy obiekcie ku czci UPA na Podkarpaciu: te ziemie były ukraińskie, http://www.kresy.pl, 6.11.2019.

[3] Werchrata i Monastyr: pomniki dla morderców dzieci, http://www.suozun.org (portal Stowarzyszenia Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów we Wrocławiu).

[4] Cytaty za portalem kresy.pl.

Bohdan Piętka

14 października 2019 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2267/2268), 17-24.11.2019, s. 3

Daleko od Europy

17 października trzynastu deputowanych parlamentu ukraińskiego założyło międzyfrakcyjny zespół parlamentarny na rzecz – jak to określili – „kulturowego” i „społecznego” „powrotu ukraińskich etnicznych ziem do macierzy”. Inicjatorzy tego zespołu chcą zacząć od położonego w granicach Rosji Kubania, ale na uwadze mają także „inne regiony”. Szefem owego zespołu, któremu nadano nazwę „Kubań”, został Ołeksij Honczarenko – deputowany partii Europejska Solidarność (ugrupowania „majdanowego” prezydenta Petro Poroszenki), który został bohaterem polskich mediów po tym jak 1 marca 2015 roku rosyjska policja zatrzymała go w Moskwie w czasie marszu na cześć zamordowanego Borysa Niemcowa. W Rosji zarzuca się Honczarence przyczynienie się do pożaru Domu Związkowego w Odessie podczas zajść z 2 maja 2014 roku, kiedy zginęło co najmniej 40 przeciwników przewrotu na Majdanie.

„Naszym zadaniem jest opracowanie polityki odnośnie powrotu na pole kulturowe i społeczne ukraińskich etnicznych terytoriów i etnicznych Ukraińców. W pierwszej kolejności zajmiemy się Kubaniem. Ale inne regiony, w których mieszkają zwarcie Ukraińcy również będą pod naszą uwagą” – oświadczył Honczarenko.

W skład zespołu oprócz Honczarenki weszli: Andrij Parubij (Europejska Solidarność) – były przewodniczący Rady Najwyższej, czołowa postać współczesnego nacjonalizmu ukraińskiego i jedna z głównych postaci przewrotu kijowskiego z 2014 roku, Wołodymyr Arjew (ES), Artem Czyjhoz (ES), Sofija Fedyna (ES), Artur Herasynow (ES), Ołeh Syniutka (ES) – także znany nacjonalista ukraiński, były gubernator obwodu lwowskiego, Mykoła Wełczykowycz (ES), Ihor Huź (bezpartyjny), Julia Kłymenko (Hołos) i Oksana Sawczuk z neobanderowskiej partii Swoboda[1].

W kontekście powstania zespołu parlamentarnego „Kubań” należy przypomnieć, że w mniemaniu nacjonalistów ukraińskich, dawnych i obecnych, „ukraińskimi ziemiami etnicznymi” są także tereny południowo-wschodniej Polski, nazywane przez nich „Zakerzoniem”. Wielokrotnie o „ukraińskich ziemiach etnicznych w Polsce” mówił lider neobanderowskiej Swobody Ołeh Tiahnybok. Sformułowania tego użyła też niedawno służba prasowa Rady Miasta Lwowa. Echo tych poglądów zabrzmiało w ubiegłorocznej uchwale parlamentu ukraińskiego o rocznicy „deportacji autochtonicznych Ukraińców z Łemkowszczyzny, Nadsania, Chełmszczyzny, Podlasia, Lubaczowszczyzny i Zachodniej Bojkowszczyzny”, w której Polaków na tych ziemiach – obecnie wchodzących w skład województw lubelskiego, podkarpackiego i podlaskiego – nazwano „kolonizatorami”.

Nie ulega wątpliwości, że celem powstania zespołu parlamentarnego „Kubań” jest podkopywanie polityki prezydenta Wołodymyra Zełenskiego zmierzającej do zakończenia wojny w Donbasie czy zaprzestania blokowania ekshumacji i upamiętnienia polskich ofiar ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA. Celem jest jątrzenie w stosunkach z sąsiadami Ukrainy – bo to jest jedyne co nacjonaliści ukraińscy potrafili i potrafią nadal. Hucpa z zespołem parlamentarnym „Kubań” pokazuje przede wszystkim dwie rzeczy: (1) zaplecze polityczne Petro Poroszenki – odsuniętego od władzy na Ukrainie ulubieńca polskich elit – składa się głównie z epigonów nacjonalizmu ukraińskiego; (2) dopóki pogrobowcy Stepana Bandery i Dmytro Doncowa będą mieli cokolwiek do powiedzenia na Ukrainie, dopóki będą funkcjonować w życiu politycznym tego kraju – Ukraina nigdy nie stanie się państwem normalnym. Nigdy nie będzie mogła dobrze ułożyć stosunków z sąsiadami i stać się państwem odpowiadającym minimalnym standardom europejskim. Nacjonalizm ukraiński to jest kula u nogi, która zawsze będzie ciągnąć ten kraj na dno.

Celem puczu kijowskiego z 2014 roku – tak entuzjastycznie wspieranego przez polityków i media z Polski – było podobno skierowanie Ukrainy na drogę wiodącą do członkostwa w Unii Europejskiej. Otóż z zespołem parlamentarnym „Kubań” Ukraina nie może zmierzać do żadnej Unii Europejskiej i zmierzać nie będzie. Kpiną i typową dla nacjonalistów ukraińskich hucpą jest to, że inicjatorzy tego zespołu parlamentarnego są deputowanymi partii, która nazwała się Europejska Solidarność i która ma niby najsilniej na Ukrainie walczyć o członkostwo tego kraju w UE. Dzięki takiej Europejskiej Solidarności Ukraina będzie się tylko oddalać od UE i Europy jako takiej. Obecnie znajduje się daleko od Europy, a że tak jest świadczy chociażby inicjatywa deputowanych Kongresu USA, którzy wystąpili do Departamentu Stanu USA o uznanie pułku ochotniczego „Azow” za organizację terrorystyczną. Deputowani ci stwierdzili, że Specjalny Pododdział Ochrony Porządku Publicznego na Ukrainie „Azow” jest „ultranacjonalistyczną organizacją zwolenników dominacji białej rasy, która chętnie w swoje szeregi przyjmuje neonazistów”, co jest oczywiste od 2014 roku[2].

Rodzi się pytanie, dlaczego z taką oceną nigdy nie wystąpiły Sejm RP i polski MSZ? Dlaczego do formacji „Azow” czy „Ajdar” pielgrzymowali swego czasu politycy i dziennikarze związani z PiS? Czego tam szukali? Dlaczego powstanie zespołu parlamentarnego „Kubań” – jak i inne ekscesy nacjonalistów ukraińskich – są pomijane milczeniem polityków i mediów w Polsce? Kogo tak naprawdę polscy politycy popierają na Ukrainie? Bez pomocy np. ze strony Polski Ukraina nigdy nie uwolni się od nacjonalizmu Bandery i Doncowa i nigdy nie stanie się normalnym krajem europejskim. Ale na tę pomoc prezydent Zełenski nie ma co liczyć, ponieważ polski establishment polityczny faktycznie popiera tylko nacjonalistów ukraińskich (przefarbowanych w różne dekoracje typu Europejska Solidarność Poroszenki). Są oni bowiem jedyną realną siłą antyrosyjską na Ukrainie, a dla polskiego establishmentu politycznego sens ma istnienie tylko Ukrainy antyrosyjskiej. Powtarzam po raz kolejny – w ten sposób politycy polscy wyrządzają Ukrainie i Ukraińcom wielką krzywdę.

[1] W ukraińskim parlamencie powstał zespół ds. odzyskania ziem etnicznych, http://www.kresy.pl, 17.10.2019.

[2] Amerykanie chmurzą czoło. Tym razem z powodu pułku „Azow”, http://www.pl.sputniknews.com, 25.10.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 31 października 2019 r.

„Myśl Polska” nr 45-46 (2265/2266), 3-10.11.2019, s. 8

Wygrała formuła Steinmeiera

Trójstronna Grupa Kontaktowa – gremium złożone z przedstawicieli Ukrainy, Rosji i OBWE, działające na rzecz dyplomatycznego rozwiązania konfliktu w Donbasie – zaakceptowała tzw. formułę Steinmeiera, czyli zaproponowany jeszcze w 2016 roku przez ówczesnego szefa dyplomacji Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera plan zakończenia wojny na wschodzie Ukrainy. Po kilkumiesięcznych pertraktacjach Leonid Kuczma – przedstawiciel Ukrainy w Grupie Kontaktowej – parafował 1 października w Mińsku ukraińską zgodę na formułę Steinmeiera, która zakłada, że ukraiński parlament ma przegłosować ustawę nadającą tymczasowy specjalny status części obwodów donieckiego i Ługańskiego. Jednocześnie na tym terytorium miałyby się odbyć wybory samorządowe według ukraińskiego prawa. Cały proces ma obserwować OBWE, a gdy uzna, że wybory odpowiadały standardom demokratycznym, status ten ma obowiązywać na stałe.

Jeszcze 18 września Kuczma sprzeciwiał się w Mińsku takiemu rozwiązaniu żądając, by najpierw Rosja wycofała swoje wojska z Donbasu, a Ukraina uzyskała kontrolę nad granicą pomiędzy republikami ludowymi w Doniecku i Ługańsku a Rosją. Formalnie w Donbasie nie ma wojsk rosyjskich, więc to żądanie stawiało dalsze negocjacje w martwym punkcie. Prezydent Wołodymyr Zełenski jednak wycofał się z takiego stanowiska i porozumienie stało się możliwe. Jego zgoda na przyjęcie formuły Steinmeiera, zawieszenie broni i wycofanie sił ukraińskich z miejscowości Pietrowskoje i Zołotoje umożliwia przeprowadzenie szczytu „normandzkiej czwórki” (Francja, Niemcy, Ukraina, Rosja). Droga do zakończenia wojny w Donbasie została otwarta. Zełenski tym samym spełnił swoją podstawową obietnicę wyborczą, dzięki której został wybrany przez Ukraińców na prezydenta w kwietniu br. – obietnicę zakończenia wojny z rosyjskojęzyczną ludnością na wschodzie Ukrainy. Wojny będącej skutkiem przewrotu politycznego w Kijowie w 2014 roku.

Sam Zełenski przyznał, że konflikt w Donbasie zaczął się od „kwestii językowej” i że w obecnej sytuacji kraju „nie można koncentrować się na takich, dzielących ludzi kwestiach”[1]. Zaczął się od próby wykreowania nacjonalistycznej, antyrosyjskiej Ukrainy – co było celem puczu majdanowego w 2014 roku. Doprowadziło to w konsekwencji do rozpadu tego państwa, ponieważ rosyjskojęzyczna ludność Ukrainy nie chciała być społecznością drugiej kategorii w państwie budującym tożsamość narodowo-państwową na tradycji politycznej Stepana Bandery. Mieszkający na Ukrainie Rosjanie i rosyjskojęzyczni Ukraińcy – w sumie jedna trzecia obywateli tego kraju – postanowili w tej sytuacji przyłączyć się do Rosji. Dlatego wiosną 2014 roku odpadł od Ukrainy Krym – zamieszkały w większości przez Rosjan. Była to ich wola, a nie „rosyjska aneksja”, jak to podaje się w polskich mediach. Do tego samego zmierzał Donbas. Jednakże Rosja Donbasu nie chciała, a ekipa Poroszenki w Kijowie postanowiła go spacyfikować rękami nacjonalistów ukraińskich. Tak doszło do wojny, która wbrew narracji polskich mediów nie była „rosyjską agresja”, ale ukraińską wojną domową. Jej zakończenie stało się po pięciu latach wolą większości Ukraińców – zmęczonych rządami majdanowej ekipy Poroszenki. Ta ekipa przegrała i została odsunięta od władzy właśnie dlatego, że większość Ukraińców chciała i chce pokoju w swoim państwie.

Zaakceptowanie formuły Steinmeiera przez Ukrainę z zadowoleniem przyjęli kanclerz Angela Merkel, szef MSZ Niemiec Heiko Mass, szef MSZ Francji Jean Yves Le Drian i ministerstwo ds. europejskich Wielkiej Brytanii[2]. Tym samym stało się możliwe zniesienie sankcji przeciw Rosji, których Niemcy i Francja tak naprawdę nigdy nie chciały i zgodziły się na nie tylko pod naciskiem promajdanowej polityki amerykańskiej. Samemu Zełenskiemu bardzo zależy na spotkaniu z Władimirem Putinem. Ma nadzieję, że takie spotkanie przyspieszy ostateczne porozumienie[3].

To co stało się w Mińsku 1 października jest faktem bardzo doniosłym. Ostatecznie przegrała na Ukrainie majdanowa „partia wojny”, którą tworzą Batkiwszczyna, obóz Poroszenki i cała plejada epigonów banderyzmu od partii Swoboda i Prawego Sektora poczynając, a na neonazistowskim ruchu azowskim kończąc. Przegrał Majdan. Po ponad pięciu latach od tego wspieranego szczególnie przez Polskę przewrotu nastąpiła wielka klęska jego sprawców oficjalnych i zakulisowych. Przegrani wyszli na ulice. Szef ruchu azowskiego Andrij Biłecki nazwał porozumienie z Mińska „kapitulacją Ukrainy na warunkach Putina” i wezwał do protestów przed siedzibą prezydenta Zełenskiego. Wezwanie to poparł natychmiast Petro Poroszenko[4]. Z kolei pani Julia Tymoszenko oświadczyła, że uważa formułę Steimeiera za nie do przyjęcia, ponieważ „jej podpisanie w Mińsku to bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, integralności terytorialnej i suwerenności [Ukrainy]”[5]. Nie, proszę panią. To skutek firmowanej m.in. przez panią awanturniczej polityki. Trzeba umieć ponosić konsekwencje własnych działań.

Przeciwko przyjęciu formuły Steinmeiera zbuntowały się też zdominowane przez neobanderowską Swobodę rady obwodów lwowskiego i tarnopolskiego. W przyjętych jednogłośnie uchwałach epigoni Stepana Bandery z zachodniej Ukrainy stwierdzili, że porozumienie z Mińska jest niedopuszczalne i oznacza kapitulację przed Rosją. Szef lwowskiej Swobody Lubomyr Melnyczuk zagroził, że jeśli porozumienie będzie wdrażane, to władze w Kijowie „dostaną taką walkę, jakiej Ukraina jeszcze nie widziała”[6]. Na ulice Kijowa 2 października i w niedzielę 6 października wyszły tysiące ukraińskich nacjonalistów w proteście przeciw porozumieniu z Mińska. Ogłosili oni powołanie „Ruchu przeciwko kapitulacji”. Wśród jego sygnatariuszy znaleźli się m.in. były przywódca Prawego Sektora Dmytro Jarosz i były minister oświaty Serhij Kwit. Obaj są fanatycznymi banderowcami i nigdy tego nie ukrywali. Są to jednak już tylko żałosne zawodzenia przegranej „partii wojny”. Nacjonaliści ukraińscy po raz kolejny nie są w stanie zmienić biegu historii.

Z tym zawodzeniem obozu Poroszenki, Tymoszenko i nacjonalistów ukraińskich współbrzmi narracja wielu polskich mediów. Władze polskie zachowały wstrzemięźliwość wobec tego, co stało się w Mińsku 1 października. To, czego nie powiedzieli politycy polscy, powiedziały natomiast polskie media. Wymowne były już same tytuły doniesień o porozumieniu mińskim: „Rosja wygrała? Ukraina wstępnie zgodziła się na tzw. plan Steinmierea” (forsal.pl), „Ryzykowna gra Kijowa. Ekipa Zełenskiego wykonała pierwszy krok do legalizacji samozwańczych republik Donbasu” (dziennik.pl), „Formuła Steinmeiera i wybory w Donbasie. Ryzykowna gra, ale nie kapitulacja” (gazetaprawna.pl), „Czy Ukraina może jeszcze polegać na Europie? Zaproponowana przez Niemców formuła zakończenia konfliktu w Donbasie stawiałaby Ukrainę w niekorzystnym położeniu w stosunku do Rosji” (gosc.pl), „Nie kapitulacji!. W Kijowie protesty przeciwko »formule Steinmeiera«” – cieszy się belsat.eu, „Ukraina. Wstępna zgoda na legalizację samozwańczych republik Donbasu” (gazeta.pl). Kawę na ławę wyłożył bez ogródek pan Andrzej Łomanowski z działu zagranicznego dziennika „Rzeczpospolita”. Zacytuję jego felieton w całości.

„Wymęczone wojną społeczeństwo – pisze red. Łomanowski – zagłosowało na nowego przywódcę, który chciał ją zakończyć. Teraz jednak Wołodymyr Zełenski udowadnia prawdziwość powiedzenia, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Można mieć wątpliwości, czy prezydent Ukrainy zdaje sobie sprawę z konsekwencji swych gestów dobrej woli. Najpierw udało mu się doprowadzić do wymiany więźniów z Rosją. Tyle że skapitulował i uznał, że ukraińscy wojskowi marynarze, których Rosjanie zatrzymali w listopadzie 2018 r., nie są jeńcami wojennymi, ale zwykłymi więźniami. W dodatku milcząco uznał rosyjskie pretensje do kontrolowania całej Cieśniny Kerczeńskiej i oddał Rosji ukraińskiego obywatela, który był kluczowym świadkiem w sprawie zestrzelenia malezyjskiego boeinga nad Donbasem w lipcu 2014 r. Teraz zaś – by ruszyć z miejsca rozmowy pokojowe – Wołodymyr Zełenski znów przyjął rosyjskie warunki. Z tego, co wiadomo, Kreml będzie mógł przeprowadzić sobie na okupowanych terenach wybory (lokalne i na brakujące miejsca do ukraińskiego parlamentu). W ten sposób otrzyma to, do czego dążył, czyli silne prorosyjskie lobby w Kijowie, z prawem weta wobec strategicznych wyborów: członkostwa w UE i NATO. I będzie mógł rozszerzyć swoje wpływy nad Dnieprem, znacznie ograniczone z powodu agresji z 2014 r. Jeśli potwierdzą się informacje o szczegółach najnowszych porozumień z Mińska, będzie mogło to dla nas oznaczać zamrożenie współpracy z Ukrainą. W geopolitycznym sensie nasz sąsiad będzie stracony, co wraz z wchłanianiem Białorusi przez Rosję oznacza, że teraz my znajdziemy się na pierwszej linii konfliktu z Kremlem”[7].

Zamrożenie współpracy z Ukrainą… W geopolitycznym sensie nasz sąsiad jest stracony… Ach tak… Taka jest reakcja ponadpartyjnego obozu polskiej rusofobii wobec perspektywy pokoju na Ukrainie. Tutaj została pokazana cała „moralność” polskiej polityki. Powodem zamrożenia współpracy z Ukrainą nigdy nie stały się kult nacjonalizmu ukraińskiego i oficjalna negacja przez Kijów ludobójstwa OUN-UPA na Polakach. To nigdy polskiej „klasie politycznej” nie przeszkadzało i nie przeszkadza nadal. W geopolitycznym sensie Ukraina została stracona dla polskiej „klasy politycznej” dopiero wtedy, gdy zapragnęła pokoju ze swoimi obywatelami pochodzenia rosyjskiego i Rosją. Nie mogą już pójść „z Kozakami na Moskwę” – jak chciał pan Jerzy Targalski. Dlatego Ukraina jest dla nich geopolitycznie „stracona”.

Z felietonu red. Łomanowskiego wychodzi cały absurd polityki uprawianej od ćwierć wieku w Warszawie. Polityki opartej na historycznych sentymentach i uprzedzeniach, oderwanej od rzeczywistości, opartej na fałszywych przesłankach i będącej jedynie pomocniczym narzędziem realizacji interesów amerykańskich w Europie Środkowo-Wschodniej. Dla postsolidarnościowych elit politycznych istnienie Polski ma sens tylko wtedy, gdy szkodzi ona Rosji, a wspieranie Ukrainy ma sens także tylko wtedy, gdy szkodzi ona Rosji. Tak wygląda cała „mądrość” i „moralność” polskiej polityki wschodniej.

Odpowiedzialni za taką politykę są ludzie, którzy nie zdobyli podstawowej wiedzy historycznej i geopolitycznej oraz hołdują prometejskim mitom sprzed stu lat, które nie mają żadnego przełożenia na świat współcześnie istniejący. Nie rozumieją ci ludzie swojej śmieszności i faktu, że ich Międzymorze było i jest jedynie mitem, który musiał rozpłynąć się we mgle. Zamiast Międzymorza będzie zmodyfikowana do warunków współczesnych Mitteleuropa, ponieważ karty na Ukrainie rozdają Niemcy i Rosja, a nie Polska, która nie ma do tego własnej siły i ze względu na swoją dziwaczną politykę zagraniczną nie może być traktowana przez kogokolwiek poważnie. Antyrosyjska Ukraina zawsze była i zawsze będzie proniemiecka i w Berlinie, a nie w Warszawie będzie upatrywać swojego protektora. Żeby to jednak wiedzieć, trzeba przynajmniej ogólnie znać historię jako naukę, a nie bajki historyczne o Przedmurzu i Międzymorzu.

Zarysowujące się na Ukrainie porozumienie pokojowe jest klęską nie tylko ukraińskiej, ale także polskiej „partii wojny” oraz jej historycznych i ideologicznych mitów. I co teraz? Rosyjskie czołgi ruszą na Warszawę – jak to wynika konkluzji zawartej w felietonie red. Łomanowskiego. No to cała nadzieja w Fort Trump, który jednakże – jak sam prezydent Donald Trump powiedział – zostanie utworzony nie dlatego, że USA obawiają się agresji rosyjskiej w Europie, ale dlatego, że prezydent Duda o to go poprosił i zadeklarował sfinansowanie stacjonowania wojsk amerykańskich w Polsce. Panowie, naprawdę nie widzicie swojej śmieszności?

[1] Zełenski: konflikt w Donbasie zaczął się od kwestii językowej, http://www.kresy.pl, 10.10.2019.

[2] Merkel: porozumienie ws. Donbasu otwiera drogę do szczytu normandzkiej czwórki w Paryżu, http://www.kresy.pl, 3.10.2019.

[3] R. Szoszyn, Ukraina-Rosja: Przełom czy kapitulacja?, http://www.rp.pl, 2.10.2019.

[4] Ukraińscy nacjonaliści oburzeni porozumieniem ws. Donbasu wzywają do wyjścia na ulice, http://www.kresy.pl, 1.10.2019.

[5] Tymoszenko i Poroszenko oraz ich partie przeciwko porozumieniu ws. Donbasu według „formuły Steinmeiera”, http://www.kresy.pl, 2.10.2019.

[6] Ukraina: rady obwodów lwowskiego i tarnopolskiego przeciwko akceptacji „formuły Steinmeiera”, http://www.kresy.pl, 2.10.2019.

[7] Łomanowski: Dobre chęci Zełenskiego, http://www.rp.pl, 2.10.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 43-44 (2263/2264), 20-27.10.2019, s. 9

Odszedł Jacques Chirac (1932-2019)

26 września zmarł Jacques Chirac (1932-2019) – ostatni wychowanek szkoły politycznej Charles’a de Gaulle’a, który jako prezydent Francji zapisał się w historii przede wszystkim ze względu na swój bezkompromisowy sprzeciw wobec amerykańskiej agresji na Irak w 2003 roku. Na wieść, że Polska dołączyła do grupy państw popierających inwazję USA na Irak powiedział wtedy: „Stracili dobrą okazję, aby siedzieć cicho”. Polska „klasa polityczna” – święcie oburzona uwagą Chiraca – wielokrotnie traciła później okazję, żeby siedzieć cicho. Zwłaszcza w kwestii Ukrainy. Z mądrych rad trzeba umieć korzystać.

Jacques Chirac urodził się w zamożnej paryskiej rodzinie. Był synem odnoszącego sukcesy dyrektora prywatnej firmy lotniczej. Pierwszą pracę podjął po maturze, kiedy przez trzy miesiące służył na statku transportującym węgiel. Georges Clemenceau (1841-1929) powiedział, że „kto nie był za młodu socjalistą, ten będzie na starość kanalią”. Powiedzenie to można w jakiś sposób odnieść do Jacques’a Chiraca, który w młodości związał się z radykalną lewicą. Na początku lat 50-tych XX w. Chirac wstąpił do Francuskiej Partii Komunistycznej. Sprzedawał egzemplarze „L’Humanité” i brał udział w mitingach FPK. W 1950 roku podpisał nawet inspirowany przez ZSRR Apel Sztokholmski w sprawie zakazu produkcji broni atomowej. Doprowadziło to do jego przesłuchania przez służby amerykańskie, gdy po raz pierwszy złożył wniosek o wyjazd do USA.

Po ukończeniu w 1953 roku paryskiego Instytutu Nauk Politycznych wziął udział w kursie szkoły letniej Uniwersytetu Harvarda. Następnie rozpoczął studia w École nationale d’administracion (ENA – Narodowa Szkoła Administracji) – uczelni kształcącej elity polityczne Francji. W czasie studiów na tej uczelni przyjaźnił się z Michelem Rocardem (1930-2016) – znanym później liderem Partii Socjalistycznej i premierem Francji w latach 1988-1991. Chirac myślał nawet o wstąpieniu do Francuskiej Sekcji Międzynarodówki Robotniczej (od 1969 r. Partii Socjalistycznej). Ostatecznie jednak porzucił lewicę i żeby uwiarygodnić się w kręgach prawicowych zaczął deklarować poparcie dla utrzymania Algierii Francuskiej, a nawet zgłosił się ochotniczo do udziału w wojnie algierskiej (1954-1962) – ostatniej wojnie kolonialnej Francji, która skompromitowała Francję i pogrzebała francuskie imperium kolonialne.

Korzystając z rodzinnych koneksji zaciągnął się do kawalerii pancernej podczas decydującej fazy wojny algierskiej w latach 1957-1958. Miał problemy z uzyskaniem stopnia oficerskiego z powodu zastrzeżeń przełożonych do jego działalności w ruchu komunistycznym. Służbę w Algierii zakończył jednak jako podporucznik. W 1959 roku ukończył z wyróżnieniem ENA i został urzędnikiem w Trybunale Obrachunkowym. Związał się wtedy z ruchem gaullistowskim. Głównymi składnikami doktryny gaullizmu, czyli myśli politycznej Charlesa de Gaulle’a (1890-1970) – prezydenta V Republiki Francuskiej w latach 1959-1969 były: myśl chrześcijańska, konserwatyzm, liberalizm klasyczny w gospodarce, pragmatyzm polityczny i pewne elementy bonapartyzmu w nawiązaniu do chwalebnej historii Francji. Gen. de Gaulle serdecznie nie znosił USA, co skutkowało m.in. opuszczeniem przez Francję struktur wojskowych NATO w 1966 roku. W okresie nasilenia „zimnej wojny” w latach 60-tych XX w. mówił o „Europie ojczyzn” i „Europie od Atlantyku po Ural”. Odrzucał też radykalny nacjonalizm. To wszystko ukształtowało całe pokolenie polityków prawicy francuskiej, w tym Chiraca.

W kwietniu 1962 roku Chirac został szefem sztabu osobistego premiera Georges’a Pompidou (1911-1974) – najbliższego współpracownika gen. de Geulle’a i prezydenta Francji w latach 1969-1974. Odtąd Chirac był obecny w polityce francuskiej przez 45 lat. Pompidou uważał Chiraca za swojego protegowanego i nazwał go „moim buldożerem” ze względu na jego wysokie umiejętności w wykonywaniu powierzonych mu zadań. Przydomek „Le Bulldozer” przyjął się we francuskich kręgach politycznych jako synonim szorstkiego stylu bycia Chiraca. W 1995 roku anonimowy brytyjski dyplomata miał powiedzieć, że Chirac „przebija bzdury i dochodzi od razu do sedna … To orzeźwiające, chociaż musisz zapiąć pasy podczas pracy z nim”.

Za namową Pompidou Chirac wystartował jako gaullista w wyborach do Zgromadzenia Narodowego w 1967 roku. Został wybrany w swoim rodzinnym departamencie Corrèze – twierdzy lewicy. To zaskakujące zwycięstwo pozwoliło mu wejść do rządu w charakterze sekretarza stanu ds. pracy w ministerstwie spraw społecznych. W zdobyciu wysokiej pozycji w otoczeniu gen. de Gaulle’a pomogło Chiracowi małżeństwo z Bernadette Chodron de Courcel – siostrzenicą Geoffroy’a de Courcela, byłego adiutanta i jednego z najbliższych współpracowników gen. de Gaulle’a podczas drugiej wojny światowej. Chirac był jednak bardziej „pompidolianem” niż „gaullistą”. Jeszcze przed wydarzeniami 1968 roku objął stanowisko sekretarza stanu w ministerstwie ekonomii i finansów. Kiedy w maju 1968 roku wstrząsnęły Francją rozruchy społeczne, Chirac odegrał kluczową rolę w negocjowaniu kompromisu. W latach 1968–1971 ściśle współpracował z Valérym Giscardem d’Estaing (ur. 1926) – prezydentem Francji w latach 1974-1981, założycielem i przywódcą Unii na rzecz Demokracji Francuskiej (UDF) – który wtedy kierował ministerstwem gospodarki i finansów.

W 1972 roku Chirac otrzymał swoją pierwszą tekę ministerialną (rolnictwa) w gabinecie Pierre’a Messmera (1916-2007). Dwa lata później został w tym samym rządzie ministrem spraw wewnętrznych. Nagła śmierć prezydenta Pompidou sprawiła, że ruch gaullistowski pozostał bez lidera. Naturalnym kandydatem na prezydenta wydawał się były premier Jacques Chaban-Delmas (1915-2000) – lider lewicowych gaullistów. Jednakże 43 deputowanych prawicy gaullistowskiej wyłamało się i wysunęło kandydaturę Valéry’ego Giscarda d’Estaing. Na czele tego „puczu” stał Jacques Chirac. W rezultacie Chaban-Delmas zajął w powszechnych wyborach prezydenckich dopiero trzecie miejsce, za Giscardem d’Estaing i kandydatem lewicy François Mitterandem (1916-1996).

To otworzyło 42-letniemu Chiracowi drogę do stanowiska premiera i lidera ówczesnej partii gaullistowskiej Unia Demokratów na rzecz Republiki (UDR). Jako premier stanął wobec niechęci „baronów gaullizmu”, którzy nie mogli mu zapomnieć „puczu” wobec Chabana-Delmasa. Kontrowersje wobec niektórych reform społecznych i pierwszych planów integracji europejskiej spowodowały, że doszło do spięć pomiędzy Giscardem d’Estaing a Chiraciem, co zakończyło się jego dymisją ze stanowiska premiera w sierpniu 1976 roku. Pod koniec tego roku Chirac powołał własną partię gaullistowską – Zgromadzenie na rzecz Republiki (RPR). Z ramienia RPR z powodzeniem wystartował w wyborach na mera Paryża w 1977 roku. Pokonał wtedy hrabiego Michela d’Ornano (1924-1991) – bliskiego współpracownika Giscarda, którego skrytykował za zbytnią proeuropejskość. W 1978 roku Chirac otwarcie zaatakował proeuropejską politykę Giscarda. Był wtedy zdecydowanym przeciwnikiem integracji europejskiej.

Stanowisko mera Paryża Chirac zajmował aż do 1995 roku. Umożliwiło mu ono poszerzenie własnych wpływów politycznych. Jako mer Paryża z jednej strony realizował programy pomocy osobom starszym, niepełnosprawnym i samotnym matkom, a z drugiej tworzył zachęty podatkowe dla firm inwestujących w stolicy. W 1981 roku po raz pierwszy wystartował w wyborach na prezydenta Francji. Znalazł się na trzecim miejscu za Giscardem i Mitterrandem. Świadomie nie poparł wtedy Giscarda, co przyczyniło się do jego porażki i otworzyło Partii Socjalistycznej drogę do rządów we Francji. W 1986 roku wybory parlamentarne wygrała RDR i Chirac po raz drugi został premierem. Był to pierwszy przypadek w historii V Republiki, kiedy prezydent i premier wywodzili się z dwóch różnych obozów politycznych (tzw. pierwsza koabitacja). Gabinet Chiraca sprzedał wiele spółek publicznych, kontynuując neoliberalną politykę gospodarczą zapoczątkowaną przez socjalistyczny rząd Laurenta Fabiusa w latach 1984-1986 i zlikwidował podatek solidarnościowy od bogactwa (ISF). Rząd Chiraca utrzymał się dwa lata. Kiedy w 1988 roku wybory wygrali socjaliści, nowym premierem został jego kolega ze studiów Michel Rocard. W tym samym roku odbyły się wybory prezydenckie, w których Chirac zajął drugie miejsce za Mitterrandem.

RPR ponownie wygrała wybory parlamentarne w 1993 roku i doszło wtedy do drugiej koabitacji. Premierem został Édourad Balladur (ur. 1929), ponieważ Chirac intensywnie przygotowywał się do wyborów prezydenckich, które odbyły się za dwa lata. W 1995 roku skończyła się druga kadencja wielkiego socjalisty Mitterranda. Do walki o fotel prezydenta V Republiki przystąpili Chirac i lider socjalistów Lionel Jospin (ur. 1937). Chirac wygrał dopiero w drugiej turze i tym samym gaulliści odzyskali po 21 latach fotel prezydencki, który stracili głównie dzięki Chiracowi.

Wybory prezydenckie Chirac wygrał dzięki obietnicom stworzenia nowych miejsc pracy i „rozruszania” gospodarki. Obietnic tych nie spełnił, przez co w 1997 roku do rządu powrócili socjaliści z Jospinem jako premierem (trzecia koabitacja). W polityce zagranicznej rozpoczął natomiast od mocnego i ostro krytykowanego akcentu – wznowienia prób z bronią jądrową w Polinezji Francuskiej. Postanowił połączyć dziedzictwo prezydentów de Gaulle’a i Mitterranda. Znany wcześniej jako eurosceptyk (to było m.in. powodem jego konfliktu z Giscardem w 1976 r. i później), poparł integrację europejską. Uznał, że czasy się zmieniły i inaczej Francja nie utrzyma silnej pozycji na arenie międzynarodowej. W jego koncepcji integracja europejska miała służyć zachowaniu prymatu Francji i Niemiec w UE. Dlatego ściśle współpracował z kanclerzem Niemiec Gerhardem Schröderem (ur. 1944) – na wzór wcześniejszej współpracy Mitterranda i Helmuta Kohla (1930-2017). Zajmując stanowisko proniemieckie, Chirac poparł zbrojną interwencję NATO w Jugosławii w 1999 roku. Siły powietrzne Francji wzięły udział w tej interwencji (operacja Allied Force). Było to zerwanie z sięgającą jeszcze dwudziestolecia międzywojennego francuską polityką wspierania Jugosławii (Serbii).

Radykalne wsparcie przez Chiraca i gaullistów integracji europejskiej spowodowało ostry sprzeciw Frontu Narodowego. Jego lider Jean-Marie Le Pen (ur. 1928) stał się głównym przeciwnikiem Chiraca w wyborach prezydenckich 2002 roku. W pierwszej turze Le Pen pokonał Lionela Jospina, co było szokiem dla elit lewicowych i liberalnych we Francji i Europie. Jednak w drugiej turze Chirac bez problemu pokonał Le Pena, zdobywając 82% głosów. Były to głosy oddane nie tyle za Chiraciem, co przeciw Le Penowi.

Pokłosiem tej dramatycznej kampanii wyborczej był nieudany zamach na Chiraca, którego dokonał podczas parady wojskowej z okazji święta narodowego 14 lipca 2002 roku sympatyk Frontu Narodowego. Chirac zapytany potem, czy wie, że do niego strzelano, kiedy jechał odkrytym samochodem wojskowym, odpowiedział: „Naprawdę?”

W 2002 roku w miejsce RPR utworzono nową partię gaullistowską – Unię na rzecz Ruchu Ludowego (UMP). Chirac powołał na premiera jej działacza Jeana-Pierre’a Raffarin’a (ur. 1948). Wkrótce potem UMP znacząco wygrała wybory parlamentarne. Rząd Raffarin’a próbował wprowadzić liberalne reformy społeczno-gospodarcze, co wywołało masowe protesty społeczne, godzące w pozycję samego prezydenta. Należy zaznaczyć, ze Chirac zwykle opowiadał się za umiarkowanym liberalizmem gospodarczym. Był katolikiem, ale zgodnie z laicką tradycją republikańską we Francji sprzeciwiał się udziałowi religii w życiu publicznym. Jednak po śmierci papieża Jana Pawła II (1920-2005) ogłosił żałobę narodową, co spotkało się z ostra krytyką. Chociaż był przeciwny legalizacji przerywania ciąży, prawo zezwalające na aborcję zostało wprowadzone, gdy był premierem.

Najbardziej w polityce światowej Chirac zapisał się swoim stanowiskiem wobec kryzysu irackiego na przełomie 2002/2003 roku i agresji USA na Irak w 2003 roku (druga wojna w Zatoce Perskiej). Razem z Gerhardem Schröderem, Władimirem Putinem i przywódcą Chin Hu Jintao wyraził ostry sprzeciw wobec planowanej przez USA i Wielką Brytanię agresji na Irak. Prezydent USA George W. Bush i premier Wielkiej Brytanii Tony Blair zostali wtedy poddani przez Chiraca otwartej krytyce. Francja zagroziła zawetowaniem rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, która zezwalałaby na użycie siły wojskowej wobec Iraku. „Irak dzisiaj nie stanowi bezpośredniego zagrożenia, które uzasadnia natychmiastową wojnę” – powiedział Chirac 18 marca 2003 roku, na dwa dni przed rozpoczęciem ataku amerykańsko-brytyjskiego na Irak. Postawa Francji i Niemiec doprowadziła wówczas do znaczącego oziębienia stosunków amerykańsko-europejskich oraz spięć Francji w stosunkach z kandydującymi do członkostwa w Unii Europejskiej państwami Europy Środkowej, które poparły inwazję, głównie z Polską.

Chirac skrytykował też izraelską ofensywę w Libanie  w lipcu 2006 roku. Jednak izraelskie radio wojskowe poinformowało później, iż miał potajemnie powiedzieć izraelskiemu premierowi Ehudowi Olmertowi, że Francja poprze izraelską inwazję na Syrię i obalenie rządu prezydenta Baszszara al-Asada, obiecując zawetować wszelkie posunięcia przeciwko Izraelowi w ONZ lub Unii Europejskiej.

Na przełomie XX i XXI wieku Chirac opowiedział się za głęboką integracją europejską. Dlatego poparł w 2005 roku Traktat ustanawiający Konstytucję dla Europy (TCE) – podpisany 29 października 2004 roku w Rzymie przez państwa członkowskie UE – przekształcający de facto UE w quasi-państwo federalne. Współtwórcą TCE był dawny przyjaciel, a potem wróg polityczny Chiraca – Giscard d’Estaing – którego Chirac krytykował w latach 70-tych XX w. za rozpoczęcie procesu integracji (przekształcania EWG w UE). 29 maja 2005 roku odbyło się we Francji referendum w sprawie ratyfikacji TCE. Rezultatem było zwycięstwo kampanii „Non!” – 55% procent wyborców odrzuciło TCE przy frekwencji 69%, zadając druzgocący cios Chiracowi i UMP, a także części lewicy, która opowiedziała się za TCE. Po porażce referendum Chirac powołał nowego premiera, którym został Domenique de Villepin (ur. 1953). Jego rząd nie potrafił jednak poradzić sobie z kryzysem gospodarczym, czego rezultatem były gwałtowne protesty społeczne jesienią 2005 i wiosną 2006 roku.

W 2007 roku Chirac nie zdecydował się kandydować na trzecią kadencję (zmieniona konstytucja francuska dawała mu taką możliwość). „Całe moje życie poświęciłem służbie Francji i pokojowi” – oświadczył kończąc karierę polityczną. Jej nieprzyjemną puentą był proces o korupcję, jaki wytoczono byłemu prezydentowi Francji w 2011 roku. Chiraca oskarżono o nadużycia w okresie, gdy pełnił funkcję mera Paryża. Miał płacić członkom RPR i ich krewnym za pracę na rzecz miasta, która w rzeczywistości nie była wykonywana. 15 grudnia 2011 roku Chirac został uznany winnym defraudacji pieniędzy publicznych i skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu.

Umarł w okresie głębokiego kryzysu społeczno-politycznego we Francji, którego objawem są trwające od jesieni 2018 roku gwałtowne protesty uliczne tzw. ruchu żółtych kamizelek. Protesty przeciwko rosnącym kosztom życia, zwiększeniu obciążeń podatkowych oraz elitom politycznym Francji symbolizowanym przez prezydenta Emmanuela Macrona – zwolennika neoliberalizmu gospodarczego i federalizacji Europy. Droga, jaką poszedł Macron została mu wytyczona m.in. przez Jacques’a Chiraca.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 2 października 2019 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2261/2262), 6-13.10.2019, s. 13

Odejście Wjatrowycza

18 września został odwołany ze stanowiska szef Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wjatrowycz, który pełnił tę funkcję od 25 marca 2014 roku. W złożonym oświadczeniu Wjatrowycz stwierdził, że zdołał zrealizować większość celów, które przed sobą postawił. Wymienił usunięcie komunistycznej symboliki ze sfery publicznej, otwarcie archiwów KGB, „oddanie sprawiedliwości uczestnikom ruchu wyzwoleńczego”, czyli przyznanie praw kombatanckich członkom OUN i UPA (nawet tym, którzy brali czynny udział w zbrodniach przeciwko ludzkości), wznowienie „rehabilitacji ofiar represji”, a także przeprowadzenie szeroko zakrojonej akcji „popularyzacji ukraińskiej historii”. Ta akcja polegała głównie na propagowaniu sfałszowanej historii nacjonalizmu ukraińskiego i negacji jego zbrodni. Odwołany szef UIPN skromnie pominął swoje największe „osiągniecie” – zablokowanie możliwości ekshumacji Polaków zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich na dawnych Kresach Wschodnich II RP.

Wjatrowycz dodał, że otrzymał zapewnienie od ukraińskiego premiera Ołeksija Honczaruka, że UIPN zachowa status organu władzy i instrumenty prowadzenia „polityki pamięci”. „Będzie kontynuowany format i kierunki pracy” – stwierdził. Powodu zdymisjonowania Wjatrowycza trzeba doszukiwać się w tym, że ekipa Zełenskiego postrzegała go jako człowieka Poroszenki. Na razie nie ma bowiem sygnałów, by miała się zmienić ukraińska polityka historyczna. Jest wręcz przeciwnie.

18 lipca przewodniczący Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego Eduard Dolinsky poinformował, że w Samborze (obwód lwowski) odsłonięto w Alei Chwały pomnik Zinowija Terszakowca (1913-1948) – szefa Lwowskiego Krajowego Prowodu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów-Banderowców. Terszakowiec był m.in. odpowiedzialny za organizowanie w Połtawie w 1941 roku ukraińskiej policji pomocniczej, która wymordowała około 8 tys. tamtejszych Żydów. Ponosi też odpowiedzialność za późniejsze czystki etniczne na Polakach, ale także zbrodnie na Ukraińcach. Tylko w latach 1947-1948 podległe mu struktury OUN-B i UPA zamordowały w obwodzie lwowskim co najmniej 853 członków partii komunistycznej i bezpartyjnych cywili – głównie Ukraińców. Na rozkaz Terszakowca zamordowany został m.in. Hawryło Kostelnyk (1886-1948) – wybitny duchowny greckokatolicki, doktor filozofii, pisarz i poeta, zdecydowany przeciwnik nacjonalizmu ukraińskiego.

Z kolei 28 lipca na cmentarzu w miejscowości Czerwone pod Złoczowem (obwód lwowski) odbyła się uroczystość pochowania szczątków 29 esesmanów z 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS „Galizien” (1. ukraińskiej). W uroczystości tej wziął udział m.in. nowy wiceprzewodniczący Lwowskiej Obwodowej Administracji Państwowej Roman Fyłypiw. Pomimo zmiany władzy wpisał się on w retorykę poprzedniego kierownictwa Ukrainy, a ściślej w retorykę UIPN Wjatrowycza. „Na tym miejscu polegli ludzie, którzy mieli honor bronić naszego państwa. Dzisiaj mamy wielką odpowiedzialność, aby kontynuować tę walkę o wyzwolenie narodowe. Ona trwa nie tylko o terytorium, ale także o język ukraiński i wiarę. Dziś mamy silną ukraińską armię, która jest gotowa bronić naszego państwa, mamy także narodową pamięć i świadomość, która pomoże nam chronić nasze wartości” – powiedział Fyłypiw (cyt. za: „Pod Lwowem uroczyście pochowano szczątki 29 esesmanów”, http://www.kresy.pl, 29.07.2019).

To tylko dwa z wielu przykładów, które pokazują, że w polityce historycznej Ukrainy nie zaszły zmiany. Celem tej polityki, firmowanej dotychczas przez Wjatrowycza, było wykreowanie antyrosyjskiej Ukrainy poprzez budowanie świadomości państwowo-narodowej Ukraińców na tradycji nacjonalistyczno-banderowskiej. Towarzyszyło temu nie mające precedensu w dziejach najnowszych Europy fałszowanie historii.

Warto przypomnieć, że książka Wjatrowycza „Stosunek OUN do Żydów: formowanie stanowiska na tle katastrofy” została skrytykowana przez Johna-Paula Himkę, Tarasa Kuryło, Pera Andersa Rudlinga i Grzegorza Rossolińskiego-Liebe. W ich opinii praca ta zaprzecza antysemityzmowi OUN i zbrodniom nacjonalistów ukraińskich na Żydach, niewiele wnosi do poznania historii, natomiast w dużym stopniu przyczynia się do jej wypaczenia. Również książka Wjatrowycza „Druga wojna polsko-ukraińska 1942-1947” została ostro skrytykowana przez takich historyków jak Grzegorz Hryciuk, Ihor Iljuszyn, Grzegorz Motyka, Andrij Portnow, Per Anders Rudling, Grzegorz Rossoliński-Liebe, Andrzej Leon Sowa i Andrzej Zięba. Krytycy ci zwrócili uwagę, że już samo posługiwanie się terminem „wojna” dla opisu stosunków polsko-ukraińskich w latach 1939-1947 jest próbą ukrycia ludobójczej czystki etnicznej dokonanej na Polakach przez OUN-B i UPA. Według prof. A. Zięby książka Wjatrowycza jest pełna przemilczeń i fałszerstw wprowadzających czytelnika w błąd, mających na celu rozgrzeszenie sprawców zbrodni i skonsolidowanie Ukraińców wokół nacjonalistycznej mitologii. Andrzej L. Sowa i Per A. Rudling odmówili tej pracy jakiejkolwiek wartości naukowej. Natomiast niemiecka badaczka nacjonalizmu ukraińskiego Franziska Bruder już w 2011 roku wezwała świat naukowy do bojkotowania Wjatrowycza.

Niestety, wezwanie takie nigdy nie padło ze strony polskich władz, stających na stanowisku, że antyrosyjską Ukrainę trzeba wspierać za wszelką cenę. Prof. Włodzimierz Osadczy trafnie zauważył, że bez potępienia przez nowe władze Ukrainy działalności Wołodymyra Wjatrowycza, jego odwołanie nie powinno wzbudzać w Polsce entuzjazmu, a wręcz rozczarowanie, że nastąpiło z półrocznym opóźnieniem. Wjatrowycz odszedł, ale jego zatrute dziedzictwo pozostało i nic nie wskazuje na to, by miało zostać szybko usunięte z ukraińskiej przestrzeni publicznej.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 2 października 2019 r.

„Przegląd” nr 40 (1030), 30.09-6.10.2019, s. 31

Polska i Niemcy 80 lat później

Wobec niespodziewanej absencji na obchodach 80-tej rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej najważniejszego spodziewanego przez obóz władzy gościa – czyli Donalda Trumpa – a także nieobecności przywódców Francji i Wielkiej Brytanii, to prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier i kanclerz Angela Merkel nadali światową rangę tym uroczystościom. Bez wątpienia prezydent Niemiec wygłosił również najlepsze i najważniejsze przemówienia – w Wieluniu i przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

Warto przypomnieć co powiedział. Podczas uroczystości w Wieluniu stwierdził m.in: „(…) na Wieluń spadło piekło – rozpętane przez niemiecki rasistowski obłęd i żądzę zniszczenia. (…) Wieluń był zarzewiem, atakiem terrorystycznym niemieckiej Luftwaffe oraz zapowiedzią wszystkiego, co miało nastąpić w ciągu kolejnych sześciu lat. (…) Cynizm niemieckich agresorów był bezgraniczny, ich działania – nieludzkie, a skutki dla mieszkańców tego miasta – straszliwe. (…) Przyszedł czas, by Wieluń i wiele innych zrównanych z ziemią polskich miast i wsi znalazło swoje miejsce obok innych miejsc upamiętniających niemieckie zbrodnie – obok Guerniki, Lidic i Oradour – i abyśmy także w Niemczech i w Berlinie znaleźli nowe i godne sposoby upamiętnienia. Wieluń musi być obecny w naszych umysłach i w naszych sercach.

Tu w Wieluniu sąsiedztwo polsko-niemieckie zostało unicestwione z tak radykalną wolą zniszczenia, z taką siłą, że pamięć o tym boli jeszcze dzisiaj. Który Niemiec może patrzeć na Wieluń, na Warszawę czy Palmiry oraz Auschwitz i inne miejsca Shoah, nie odczuwając wstydu? To Niemcy dokonywali w Polsce zbrodni przeciw ludzkości. Kto twierdzi, że to przeszłość i że to się już skończyło, kto oświadcza, że panowanie nazistowskiego terroru nad Europą to tylko marginalia historii Niemiec, ten sam wydaje na siebie wyrok. Ta przeszłość nie przeminie. Mamy z nią do czynienia. »Każdy ma coś wspólnego z niemieckim losem […] i niemiecką winą, jeśli urodził się Niemcem« – ten, kto chce się powoływać na niemiecką historię, musi znieść także tę wypowiedź Tomasza Manna.

Przeszłość nie przeminie. I nasza odpowiedzialność nie przeminie. My to wiemy. Jako prezydent Niemiec chcę Państwa zapewnić: Nie zapomnimy! Chcemy i będziemy pamiętać. Bierzemy na siebie odpowiedzialność, którą nakłada na nas historia.

(…) Polska stawiła opór tej haniebnej próbie unicestwienia jej. (…) Państwo niemieckie zawsze będzie wdzięczne za to, że zostało ponownie przyjęte do grona Europejczyków po tym, co Niemcy wyrządzili mieszkańcom Wielunia oraz milionom ludzi na naszym kontynencie. Niemcy zawsze będą wdzięczne za walkę Polaków o wolność, która zerwała żelazną kurtynę i utorowała drogę do zjednoczonej Europy. Nie możemy cofnąć wyrządzonych krzywd i cierpień. Nie możemy ich też zliczyć. Jednak Polska wyciągnęła do Niemiec dłoń w geście pojednania. Mimo wszystko. Jesteśmy głęboko wdzięczni za tę wyciągniętą do nas dłoń, za gotowość Polski, by wspólnie podążać drogą pojednania[1].

Natomiast w Warszawie powiedział: „Ta wojna była zbrodnią niemiecką. Historia tego miejsca jest tego świadectwem. Już od pierwszego dnia wojny Niemcy ostrzeliwali Warszawę. Przez lata siali ogromne spustoszenie w tym mieście. Całe dzielnice miasta zrównali z ziemią. Deportowali jego mieszkańców. Mordowali mężczyzn, kobiety i dzieci. Polska, jej kultura, jej miasta, jej mieszkańcy – wszystko, co żywe, miało zostać unicestwione. (…) Nie ma drugiego takiego miejsca w Europie, w którym z takim trudem przychodziłoby mi zabrać głos. Jako prezydent Niemiec, wspólnie z kanclerz federalną Niemiec, mówię dzisiaj wszystkim Polkom i Polakom: nie zapomnimy. Nie zapomnimy ran, które Niemcy zadali Polakom. Nie zapomnimy cierpienia polskich rodzin, tak samo jak ich odwagi stawiania oporu. Nigdy nie zapomnimy”[2].

Wystąpienia prezydenta RFN w Wieluniu i w Warszawie uważam za wydarzenie bardzo doniosłe. Nie mniej doniosłe jak wystąpienie jego poprzednika podczas 50-tej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego w 1994 roku oraz wystąpienie Władimira Putina na Westerplatte w 2010 roku, który – o czym dzisiaj mało kto w Polsce pamięta – przyznał wtedy, że pakt Ribbentrop-Mołotow umożliwił III Rzeszy i ZSRR opanowanie Europy Środkowej. Reakcje obozu władzy i jego mediów na słowa prezydenta Steinmeiera były z pozoru pełne uznania, ponieważ nie mogły być inne. Z pozoru, bo nawet w tych reakcjach nie zabrakło charakterystycznej dla tej władzy buty.

Premier Morawiecki pozwolił sobie na komentarz, że przemówienie prezydenta Niemiec było „rzeczywiście przełomowe”, a następnie dodał, że tak jednoznaczne uznanie przez najwyższego przedstawiciela RFN win niemieckich wobec Polski jest „wielkim sukcesem polityki historycznej PiS” (sic!). Uniknął też odpowiedzi na pytanie, czy polski rząd odpowie na apel Steinmeiera, który w swojej wypowiedzi zawarł oczekiwanie wybaczenia ze strony polskiej. Natomiast według wicepremiera Piotra Glińskiego słowa prezydenta Niemiec oznaczają, że Polska ma „duże szanse na uzyskanie reparacji wojennych” od RFN. Premier Morawiecki dodał do tego, że „my teraz czekamy na analizy, które są prowadzone”[3]. Taka zatem jest reakcja władz polskich na ponową niemiecką prośbę o przebaczenie, wyartykułowaną do tego tak dobitnie. Iście mocarstwowa – jak za starych czasów księżycowej polityki Józefa Becka, którego epigonami są obecnie rządzący.

Z kolei na Westerplatte premier Morawiecki powiedział 1 września: „Trzeba domagać się zadośćuczynienia za drugą wojnę światową”. To powiedział szef rządu, który nie ma odwagi domagać się od Ukrainy uznania odpowiedzialności nacjonalistów ukraińskich za ludobójstwo na narodzie polskim oraz ekshumacji i upamiętnienia ofiar tego ludobójstwa. Dzień wcześniej prezydent Andrzej Duda poprosił prezydenta Ukrainy o zniesienie zakazu prowadzenia prac ekshumacyjnych na Wołyniu. Równocześnie ten sam prezydent w wywiadzie dla niemieckiego „Bilda” zapowiedział rychłe „wystawienie rachunku” Niemcom za drugą wojnę światową. Ukrainę proszą o anulowanie zakazu ekshumacji ofiar ludobójstwa UPA, a od Niemiec żądają odszkodowań wojennych. Taka to jest polityka mocarstwowa. Zatem od czasów Becka charakter polityki mocarstwowej w Polsce się nie zmienił.

W związku z 80-tą rocznicą Września 1939 roku temat reparacji wojennych od Niemiec został też podjęty w prorządowych mediach. Dlatego muszę wyjaśnić, że żądanie tych reparacji jest wielką pisowską hucpą. Z kilku co najmniej powodów. (1) Niemcy są państwem silnym i poważnym i otwarcie takiego tematu mogą potraktować także poważnie – tzn. jako powrót do dyskusji o granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, ponieważ niechętne uznanie tej granicy przez kanclerza Helmuta Kohla w 1990 roku było w rozumieniu Berlina formą reparacji wobec Polski za drugą wojnę światową. (2) Zostanie to odczytane nie tylko przez władze w Berlinie, ale i naród niemiecki jako akt nieprzyjazny. (3) Okazywanie wrogości Niemcom, czyli państwu, od którego sprawy polskie zależą bardzo wiele i to nie tylko w UE, przy jednoczesnym stąpaniu na paluszkach w kwestiach historycznych przed Ukrainą, od której w sprawie Polski nie zależy nic, podsumowuje całą pisowską politykę mocarstwową. (4) Jest to temat wywołany przez Kaczyńskiego głównie na użytek polityki wewnętrznej – w celu podtrzymywania gotowości bojowej elektoratu przez ciągłe jątrzenie, a to przeciw Niemcom, a to przeciw Rosji, a to przeciw „gorszemu sortowi” Polaków. (5) Tym bardziej pokazuje to irracjonalność polityki obecnego obozu władzy.

Na irracjonalność tej polityki zwrócił uwagę 4 września Gerhard Gnauck – warszawski korespondent „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Gnauck zauważył, że temat reparacji wprowadził do debaty publicznej latem 2017 roku prezes PiS Jarosław Kaczyński, poruszając go podczas wiecu partyjnego. „Od tego czasu politycy obozu rządzącego zapowiadają raz po raz, że wystawią Niemcom rachunek” – pisze Gnauck. Jeden z ministrów polskiego rządu wymienił sumę „840 mld euro”, prawicowi publicyści piszą o bilionach – czytamy w „FAZ”.

„Co jest właściwie celem polskiego rządu?” – pyta Gnauck zastrzegając, że od członków sejmowego zespołu ds. reparacji niewiele można się dowiedzieć. „Nie ma jasnych dowodów na to, że polscy przedstawiciele poruszyli ten temat wobec Niemiec na najwyższym szczeblu. Dyplomaci próbowali to zrobić, lecz natrafili w Berlinie, jak można usłyszeć, na mur milczenia” – pisze niemiecki dziennikarz. Na postawione pytanie sam sobie odpowiada, że przyczyną takich działań władz polskich mogą być wysuwane od lat przez organizacje żydowskie w USA żądania restytucji byłego mienia żydowskiego w Polsce. Zdaniem Gnaucka sytuacja prawna i presja moralna, to dwa różne aspekty tego „wielostronnego konfliktu”[4]. A zatem w Niemczech otwarcie zauważono, że polityka polska jest prowadzona od ściany do ściany.

Z punktu widzenia kuchni politycznej wystąpienia prezydenta Steinmeiera w Wieluniu i Warszawie były mistrzostwem politycznym na najwyższym poziomie. Wytrącił obozowi władzy w Polsce broń z ręki. Odtąd dalsze artykułowanie przez władze polskie żądania reparacji wojennych od Niemiec będzie postrzegane przez opinię międzynarodową jako działanie nieprzyjazne ze strony Polski.

W świetle przytoczonych wypowiedzi czołowych polityków polskich obawiam się, że kolejna niemiecka prośba o przebaczenie win – wyartykułowana tak mocno przez Franka-Waltera Steinmeiera – może zawisnąć w próżni. Nie ma dzisiaj żadnych przeszkód, żeby Polska budowała dobre i partnerskie stosunki z Niemcami i Rosją. Budowanie takich partnerskich stosunków nie oznacza przecież ani konieczności politycznego podporządkowania się Rosji, ani konieczności akceptacji niemieckich planów federalizacji Unii Europejskiej – jak to sugerują prorządowe media i zwolennicy obozu władzy. W ich narracji dalej mamy rok 1939, a współczesne Niemcy oraz Rosja są nadal III Rzeszą oraz Związkiem Radzieckim i przygotowują się do podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow. Wszystko zresztą obozowi władzy i jego akolitom się z tym paktem kojarzy – i rurociąg bałtycki, i wychodzące z Berlina postulaty zniesienia sankcji wobec Rosji, i jakakolwiek zbliżenie niemiecko-rosyjskie.

Przeszkodą w budowaniu normalnych stosunków z dwoma wielkimi sąsiadami jest to, że rządzą w  Polsce siły, które przyjęły rolę głównego reprezentanta interesów amerykańskich w Europie, co determinuje radykalnie antyrosyjski, ale także antyniemiecki kierunek polityki zagranicznej Warszawy. Celem polityki amerykańskiej jest bowiem niedopuszczenie do bliskich i partnerskich relacji pomiędzy UE i Rosją, a przez to redukcji amerykańskich wpływów w Europie. Narzędziami USA w tej grze są Polska, Ukraina, państwa bałtyckie i w mniejszym stopniu Rumunia. Rola Polski w polityce amerykańskiej determinuje charakter polskiej polityki historycznej, która zamiast szukać pojednania jątrzy stosunki polsko-rosyjskie i polsko-niemieckie. To dlatego prezydent Duda w swoim wystąpieniu z okazji 80-tej rocznicy agresji III Rzeszy na Polskę mówił o współczesnej Rosji, czyli nie na temat. Niestety, duża część Polaków podziela takie spojrzenie na historię, albo – poddawana ciągłemu naciskowi propagandowemu – niewiele już z historii swojego kraju rozumie. W odpowiedzi na empatię niemiecką nie widzę symetrycznej reakcji w społeczeństwie polskim. Widzę natomiast ciągłe pretensje historyczne do obu sąsiadów, niejednokrotnie przesadnie artykułowane. Pojednanie historyczne jest rzeczą trudną i zawsze będzie rezultatem kompromisu, który nikogo nie zadowoli, ponieważ każdy naród ma własną pamięć historyczną i własne emocje. W stosunkach Polski z Niemcami i Rosją, dla polskiej przyszłości – jest jednak konieczne. I możliwe.

[1] „Wystąpienie prezydenta Niemiec w Wieluniu. Chylę czoła i proszę o przebaczenie”, „Gazeta Wyborcza” nr 204 (9716), 2.09.2019, s. 12.

[2] „Stoję dzisiaj przed polskim narodem bosy, obarczony wielkim, historycznym brzemieniem”, http://www.tvn24.pl, 1.09.2019.

[3] Premier w Polsat News: przemówienie prezydenta Niemiec  przełomowe; ws. reparacji czekamy na analizy, http://www.polsatnews.pl, 4.09.2019.

[4] FAZ o reparacjach: dokąd zmierza polski rząd?, http://www.dw.com, 4.09.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 września 2019 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2259/2260), 22-29.09.2019, s. 9

Kto otworzył drogę Hitlerowi?

Pytanie, czy Polska mogła uniknąć losu, jaki spotkał ją we wrześniu 1939 roku, było stawiane od czasu zakończenia kampanii wrześniowej. Epigoni obozu sanacyjnego zwykle udzielali na nie fałszywych odpowiedzi – zrzucając odpowiedzialność wyłącznie na sygnatariuszy paktu Ribbentrop-Mołotow i mocarstwa zachodnie, tylko nie na politykę firmowaną przez Józefa Becka. Z kolei po 1989 roku w kręgach prawicowych zyskała popularność teza, że w 1939 roku należało stanąć po stronie III Rzeszy. Argumenty zwolenników tej tezy – będącej jednym z przejawów polskiego irracjonalizmu politycznego – zebrał Piotr Zychowicz w książce „Pakt Ribbentrop-Beck. Czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki” (Poznań 2012).

Nie pakt „Ribbentrop-Beck”, ale układ sojuszniczy pomiędzy Pragą i Warszawą był szansą na zatrzymanie rozpędzającej się agresji hitlerowskiej. Polska przegrała kampanię wrześniową rok wcześniej – we wrześniu 1938 roku – dopuszczając do rozbioru Czechosłowacji. Gorzko podsumował to wówczas Wojciech Korfanty (1873-1939): „Za dwa powiaty Zaolzia, które można było w inny sposób dziesięć razy odzyskać sprzedano bezpieczeństwo Polski”. Rozbiór, a następnie likwidacja Czechosłowacji w połowie marca 1939 roku doprowadziły do przejęcia przez III Rzeszę nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej i dobrze rozwiniętego czeskiego przemysłu zbrojeniowego. Spowodowało to wzmocnienie niemieckiego potencjału militarnego na tyle, że Niemcy hitlerowskie były gotowe do rozpoczęcia wojny z Polską już pod koniec lata 1939 roku. Z dzisiejszej perspektywy zdumiewa, że sternicy nawy państwowej II RP nie rozumieli jakie będą skutki geopolityczne i wojskowe rozbioru Czechosłowacji. Polską racją stanu było niedopuszczenie za wszelką cenę do kapitulacji Czechosłowacji przed dyktatem monachijskim. A cena była naprawdę niewielka – trzeba było tylko wznieść się ponad uprzedzenia polityczne wobec tego kraju.

Rok 1938 był kluczowy dla rozwoju późniejszych wydarzeń. To wtedy mocarstwa zachodnie zapaliły zielone światło Hitlerowi do rozpętania drugiej wojny światowej. To nie pakt Ribbentrop-Mołotow, ale układ monachijski doprowadził do zniszczenia ładu wersalskiego i pozwolił III Rzeszy na politykę dyktatu i podboju. Odpowiedzialność za to spada w pierwszej kolejności na Francję i Wielką Brytanię oraz ich politykę appeasementu (zaspokajania roszczeń Hitlera). Wątpliwości co do tego nie miał Winston Churchill: „W roku 1938 walka o Czechosłowację byłaby czymś jak najbardziej rozsądnym: armia niemiecka mogła wystawić zaledwie pół tuzina wyszkolonych dywizji na froncie zachodnim, podczas gdy Francja ze swoimi niemal 60 czy 70 dywizjami bez trudu mogła przekroczyć Ren i zająć Ruhrę”. A także dojść do Berlina i zakończyć istnienie brunatnej Rzeszy Hitlera, zanim ta podpaliła świat. W 1939 roku było już na to za późno.

W drugiej połowie września 1938 roku – w szczytowym momencie kryzysu sudeckiego – czechosłowacki prezydent Edvard Beneš skierował list do prezydenta Ignacego Mościckiego, w którym oferował Polsce rewizję granicy w zamian za neutralność Warszawy w kryzysie sudeckim. List ten dotarł do Warszawy z opóźnieniem i nie wywarł pozytywnego skutku ze względu na antyczeską zawziętość Józefa Becka – sternika polskiej polityki zagranicznej. Jego odpowiedzią na list Beneša były wysłane do Pragi pod koniec września 1938 roku noty dyplomatyczne, utrzymane w tonie nieprzyjaznym, w których Warszawa domagała się równolegle do załatwienia roszczeń niemieckich rewindykacji terytorialnej na Zaolziu. To wtedy II RP przegrała kampanię wrześniową z 1939 roku, a więc swój byt polityczny.

Józef Beck po objęciu w listopadzie 1932 roku stanowiska ministra spraw zagranicznych zablokował proces normalizacji stosunków polsko-czechosłowackich. Wobec Czechosłowacji kierował się on tezą Józefa Piłsudskiego, że istnienie tego państwa nie jest zjawiskiem trwałym. Wbrew stanowisku opozycji antysanacyjnej prowadził rozmyślną politykę pogorszenia stosunków z Pragą, czego wyrazem było niepowodzenie rozmów polsko-czechosłowackich w latach 1932-1934. Południowy sąsiad przestał być wtedy dla Becka poważnym partnerem.

Politykę Józefa Becka wobec Czechosłowacji w 1938 roku bezlitośnie podsumował prof. Henryk Batowski (1907-1999): „Błędna polityka polska w tym okresie łączyła się (…) z faktem, że Czechosłowacja była w sojuszu ze Związkiem Radzieckim, że tolerowała u siebie działalność partii komunistycznej, że udzielała pomocy polskiej opozycji. Oficjalnie upominano się o nie w pełni takie, jakie powinno być, traktowanie ludności polskiej na Zaolziu. Ale trzeba stwierdzić, że Beckowi nie tyle chodziło o sprawę Zaolzia, ile o cel znacznie szerszy: o zniszczenie Czechosłowacji jako takiej, gdyż nie mieściła się ona w koncepcji Europy Środkowej wytworzonej w polskim MSZ, opartej przede wszystkim na współpracy z Węgrami. Chciano dopomóc separatystom słowackim w zerwaniu z Pragą, a Czechów pozostawić ich własnemu losowi”[1]. Takie cele polityki polskiej były w tym czasie niestety bliskie celom polityki hitlerowskiej.

O ile przed 1989 rokiem w historiografii polskiej dominowało przekonanie, że Polska popełniła śmiertelny błąd biorąc udział w rozbiorze Czechosłowacji, to w III RP nastąpił powrót do prosanacyjnej wykładni dziejów. Sprowadza się to nie tylko do usprawiedliwiania zgubnej dla Polski polityki Józefa Becka, ale także jego gloryfikacji jako rzekomo przenikliwego męża stanu, który w 1938 roku zapobiegł zajęciu Zaolzia przez Niemców. Zwolennicy takiego punktu widzenia (m.in. Marek K. Kamiński, Leszek Moczulski, Romuald Szeremietiew) uważają, że całkowitą i wyłączną winę za fiasko jakiegokolwiek porozumienia Polski i Czechosłowacji w 1938 roku ponosił Edvard Beneš, który od 1918 roku prowadził politykę antypolską.

Z takim punktem widzenia już ponad pół wieku temu polemizował gen. Tadeusz Machalski (1893-1983) – w latach 1939-1945 attaché wojskowy w Atenach i Ankarze, po wojnie emigracyjny historyk wojskowości. W wydanej w Londynie w 1964 roku książce „Pod prąd. Światła i cienie kampanii wrześniowej 1939 roku” zauważył on, że zatargi z Pragą o Zaolzie „aczkolwiek ważne, nie powinny były zaciemniać nam obrazu rzeczywistości. Istnienie Czechosłowacji skracało naszą granicę narażoną na atak niemiecki, o całe 850 km i zapewniało bezpieczeństwo naszej południowo-zachodniej granicy na odcinku sięgającym od Karpat aż po Częstochowę włącznie. To było rzeczą najważniejszą, ważniejszą od tego, czy Benesz był sympatyczny czy nie (…). Rozwiązania problemu bezpieczeństwa naszej południowo-zachodniej granicy nie należało szukać we wspólnym z Hitlerem rozbiorze Czechosłowacji, ale wręcz przeciwnie, broniąc Czechosłowację [!] przed zaborczością Hitlera. Wtedy Hitler, widząc nas przeciwko sobie, prawdopodobnie namyśliłby się dwa razy przed podjęciem ryzykownej decyzji. Gdybyśmy w czasie kryzysu sudeckiego stanęli po stronie Czechosłowacji zamiast po stronie Niemiec, to możliwe, że do wojny tak w 1938, jak i w 1939 roku w ogóle by nie doszło, a gdyby pomimo wszystko wybuchła już w 1938 roku, to rozegrałaby się tak, jak to niemiecki sztab generalny przewidywał i zakończyłaby się katastrofą Niemiec. Ale nawet gdyby Francja i Anglia zawiodły, to i bez ich udziału, razem z Czechosłowacją, byliśmy silniejsi od Hitlera i dalibyśmy sobie z nim radę i to tym łatwiej, że pomógłby nam planowany przez generałów niemieckich zamach stanu”.

Niestety, tak się nie stało. Mentalność ekipy sanacyjnej – owładniętej obsesją antyczeską, bardzo długo lekceważącej zagrożenie niemieckie i ulegającej nierealnemu złudzeniu „polityki mocarstwowej” – doprowadziła do udziału II RP w rozbiorze Czechosłowacji, którego bezpośrednim skutkiem stała się agresja hitlerowska na Polskę rok później. Nie jest prawdą, że po stronie czechosłowackiej nie było partnera do zawarcia układu politycznego.

Poważne rozmowy na temat politycznego i wojskowego zbliżenia obu krajów były prowadzone już w latach 1924-1925 przez szefa polskiego Sztabu Generalnego, gen. Stanisława Hallera, oraz gen. Jana Syrový’ego – wówczas zastępcę naczelnika Sztabu Głównego armii czechosłowackiej, a we wrześniu 1938 roku premiera rządu czechosłowackiego, który został zmuszony przyjąć dyktat monachijski. Jeszcze po przewrocie majowym z 1926 roku w czeskich kołach wojskowych istniała gotowość zawarcia sojuszu z Polską. Jeden z czeskich sztabowców, płk Bartoš, stwierdził wówczas, że „istnieje bezwzględna konieczność jak najściślejszej współpracy obu naszych armii, wobec istnienia wspólnego nieprzyjaciela – Niemiec. Ta współpraca jest conditio sine qua non istnienia obu państw”[2].

W połowie lat 20-tych XX w. czescy i polscy sztabowcy kreślili plany wspólnego ataku na niemiecki Śląsk („klin śląski”), w przypadku zagrożenia obu państw przez Niemcy. Zawarcie wówczas wymierzonego w Berlin sojuszu polsko-czechosłowackiego zmieniłoby układ sił w Europie Środkowej na niekorzyść Niemiec, likwidując w pierwszej kolejności niebezpieczeństwo niemieckiego okrążenia Polski od południowego zachodu. Ponadto dobrze rozwinięty czeski przemysł zbrojeniowy stałby się cennym dostawcą broni dla Wojska Polskiego. Dlatego porozumienie polityczno-wojskowe z Czechosłowacją było celem, jaki postawił sobie w polityce zagranicznej trzeci rząd Wincentego Witosa – powołany 10 maja 1926 roku i obalony cztery dni później w wyniku wojskowego zamachu stanu Józefa Piłsudskiego. Historycy ruchu ludowego są przekonani, że jedną z głównych przyczyn przewrotu majowego był zamiar pokrzyżowania planów sojuszu polsko-czechosłowackiego, który nie leżał w interesie Niemiec i Wielkiej Brytanii.

Zamach majowy przerwał prace nad paktem polityczno-wojskowym z Pragą, a jednym z jego konsekwencji było osłabienie, a następnie zerwanie w 1934 roku kontaktów wojskowych między Polską a Czechosłowacją. Był to wielki błąd. Kierownictwo armii czechosłowackiej – złożone z byłych legionistów walczących z bolszewikami w Rosji w latach 1918-1919 – stanowiło najbardziej propolską część establishmentu czechosłowackiego. W oparciu o generalicję czechosłowacką można było zbudować polskie lobby polityczne w tym kraju, które mogło wpłynąć na niechętną Polsce politykę prezydentów Tomáša Masaryka i Edvarda Beneša. Tacy generałowie jak Ludvík Krejčí, Alois Eliáš, Lev Prachala, Jan Syrový, czy Siergiej Wojciechowski (z pochodzenia Polak) – przeciwnicy kapitulacji wobec dyktatu monachijskiego – mając polskie wsparcie podczas kryzysu sudeckiego, mogli się pokusić o obalenie ekipy prezydenta Edvarda Beneša na drodze zamachu stanu i stworzenie rządu, który razem z Polską byłby gotów podjąć walkę z Niemcami. Racją stanu Polski było utrzymanie z tymi propolskimi generałami kontaktów za wszelką cenę. Tymczasem ekipa sanacyjna zerwała z nimi wszelkie kontakty w połowie lat 30-tych – w sytuacji, gdy Niemcy hitlerowskie przystąpiły do demontażu ładu wersalskiego w Europie.

Armia czechosłowacka zmobilizowała w 1938 roku 45 dywizji wobec 47 niemieckich. Gdyby po stronie Czechosłowacji stanęła Polska, nie mówiąc o Francji, III Rzesza nie miałaby przewagi militarnej już na początku starcia zbrojnego.

Przedstawiciele czeskich kół wojskowych w latach 1937-1938, a nawet jeszcze jesienią 1938 roku, szukali kontaktu z Polską, jednakże ekipa sanacyjna nie miała zamiaru dogadać się z Czechosłowacją. Z inicjatywą rozmów pod adresem polskiego attaché wojskowego w Bukareszcie, ppłk. Tadeusza Zakrzewskiego, wystąpił już na początku grudnia 1937 roku jego czeski odpowiednik, ppłk Otokar Buda. Proponował on w imieniu gen. Ludvíka Krejčí – szefa czechosłowackiego Sztabu Głównego – odbycie zakonspirowanego spotkania przedstawicieli sztabów polskiego i czechosłowackiego w sprawie współdziałania obu państw przeciw Niemcom.

Jedyną reakcją na raport ppłk. T. Zakrzewskiego w tej sprawie była surowa reprymenda udzielona mu przez gen. Wacława Stachiewicza – szefa polskiego Sztabu Głównego – oraz płk. Tadeusza Pełczyńskiego – szefa Oddziału II, późniejszego generała i jednego ze sprawców tragedii powstania warszawskiego. Propozycję współpracy pod adresem strony polskiej ponowił w lutym 1938 roku czeski attaché wojskowy w Moskwie, ppłk Dastych. Sugerował on, że jeśli Polska stanie po stronie Czechosłowacji i zaproponuje układ sojuszniczy, to generalicja czechosłowacka odsunie od władzy ekipę Beneša[3]. Propozycja ta była jednak dla ekipy sanacyjnej niepożądana i kłopotliwa, więc ją zignorowano. To samo stało się z oficjalną propozycją czeską z czerwca 1938 roku dostaw surowców i sprzętu wojennego do Polski w zamian za zawarcie sojuszu wojskowego między oboma państwami.

Henryk Batowski ocenił takie działania strony polskiej następująco: „Błędność tej polityki wiązała się z całą ówczesną polityką obozu sanacji, jak i z określonymi cechami osobowości samego Becka, tj. jego arbitralnością, przekonaniem o własnej nieomylności, a także – last but not least – silną emocjonalną niechęcią do Czechów w ogóle i do Beneša w szczególności. Te wszystkie cechy, a zawłaszcza wszelkie emocjonalne uprzedzenia, są całkowicie niedopuszczalnymi motywami we wszystkich działaniach publicznych, tym bardziej wtedy, gdy chodzi o losy własnego kraju i narodu (…). Beck dążył do całkowitego rozbicia Czechosłowacji. Zamiast niej widział przede wszystkim wspólną granicę polsko-węgierską w Karpatach wschodnich (…) oraz niezależną bądź autonomiczną Słowację, związaną bądź z Polską, bądź z zaprzyjaźnionymi z Polską Węgrami, w każdym razie rozszerzającą – jak rozumowano wtedy w Warszawie – bezpieczeństwo Polski od południa na cały łańcuch Karpat”[4].

„Niezależną” Słowację proklamował jednak nie Beck, ale Hitler w marcu 1939 roku i z jej właśnie terytorium wyszło we wrześniu 1939 roku oskrzydlające Polskę od południa uderzenie niemiecko-słowackie.

Z analizy wypowiedzi czołowych polityków sanacyjnych – nie tylko Becka – wynika, że nie wierzyli oni w trwałość państwa czechosłowackiego, mieli pogardę do Czechów jako narodu oraz uważali, że rozbiór Czechosłowacji byłby dla Polski sprawą pożądaną i korzystną politycznie. Takie wypowiedzi były formułowane jeszcze na długo przed kryzysem sudeckim. Bez względu na geopolityczne uwarunkowania sytuacji Polski i Czechosłowacji w roku 1938 – na co powołują się obrońcy polityki Becka – los Czechosłowacji w myśleniu ekipy sanacyjnej był już przesądzony na długo przedtem. Polityka polska w 1938 roku wobec południowego sąsiada nie była zdeterminowana kwestią Zaolzia i mieszkającej tam ludności polskiej, lecz stanowiła realizację znacznie wcześniejszych planów ekipy sanacyjnej rozbicia Czechosłowacji. Trudno doprawdy pojąć to zaślepienie, ponieważ Czechosłowacja była, obok Polski, zwornikiem ładu wersalskiego w Europie, który przyniósł prawno-międzynarodowe uznanie obu państw. Każdy kto podkopywał system wersalski w Europie Środkowej – przyczyniał się do likwidacji niepodległego państwa polskiego.

Niestety, ale prawda jest taka, że zanim 23 sierpnia 1939 roku Ribbentrop i Mołotow ostatecznie złożyli do grobu system wersalski, grobową niszę wykopał mu m.in. minister Józef Beck we wrześniu i październiku 1938 roku. Polityka ekipy sanacyjnej w dobie Monachium sprawiła, że na salonach politycznych ówczesnej Europy podejrzewano nawet Polskę o jakąś tajemniczą zmowę z Niemcami. Wytrawnym politykom wydawało się bowiem dziwne, że ambitny minister dyplomacji nie rozumie dających się przewidzieć konsekwencji swoich działań.

[1] H. Batowski, „Między dwiema wojnami 1919-1939. Zarys historii dyplomatycznej”, Kraków 2001, s. 323.

[2] J. Engelgard, „Sojusz z Czechosłowacją – niewykorzystana szansa”, (w:) „Piłsudski i sanacja – błędy i zbrodnie. Konferencja historyczna, Warszawa, 15 września 2018”, Warszawa 2018, s. 48.

[3] Tamże, s. 52-54. Por. też: H. Bułhak, „Z dziejów stosunków wojskowych polsko-czechosłowackich w latach 1927-1936”, „Studia z dziejów ZSRR i Europy Środkowej”, t. XI, Warszawa 1975, s. 98-150; Tenże, „Czechosłowackie próby wznowienia rozmów na temat sojuszu wojskowego z Polską (1937-1938)”, „Studia z dziejów ZSRR i Europy Środkowej”, t. XII, Warszawa 1976, s. 203-210; M. Jarecki, „Dylematy i rozdroża czechosłowackiej polityki zagranicznej”, „Sborník prací Pedagogické fakulty Masarykovy univerzisty, řada společenských věd”, Brno 2017, s. 33-40.

[4] H. Batowski, „Rok 1938 – dwie agresje hitlerowskie”, Poznań 1985, s. 434-444.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 września 2019 r.

„Przegląd” nr 37 (1027), 9-15.09.2019, s. 34-37

Oni ocalili Kraków

Dzień 1 września jest w Polsce obchodzony jako rocznica wybuchu drugiej wojny światowej. Ale ta data mogła też symbolizować zupełnie inne wydarzenie – powstanie Armii Krajowej w Krakowie w 1944 roku. Powstanie, które stałoby się co najmniej taką samą hekatombą jak powstanie warszawskie. Nie ulega wątpliwości, że w wypadku wybuchu tego powstania nie tylko Kraków, ale i okoliczne miejscowości stałyby się ofiarą niemieckiego odwetu. Kraków był stolicą Generalnego Gubernatorstwa i siedzibą generalnego gubernatora Hansa Franka. Z tego powodu wzniecenie tam powstania zostałoby odczytane przez Niemców i samego Franka – znanego z nienawiści do Polaków – jako szczególnie bezczelna polska prowokacja. W obliczu słabości tamtejszych sił AK, które w żaden sposób nie mogły sprostać ogromnej przewadze niemieckiej w liczebności i uzbrojeniu, Kraków i jego okolice podzieliłyby los Woli, Ochoty i Starego Miasta w Warszawie. Auschwitz był niedaleko – zaledwie o 60 km – zatem techniczne rozwiązanie problemu likwidacji tych cywilów, których Niemcy nie zdołaliby zabić na miejscu, nie byłoby trudne.

Pod koniec sierpnia 1944 roku komendant główny AK gen. Tadeusz Bór-Komorowski wysłał do płk. Edwarda Godlewskiego „Gardy” – dowódcy krakowskiego Okręgu AK – depeszę z rozkazem wywołania powstania w Krakowie. Depesza Bora-Komorowskiego zaczynała się od słów: „Walka o Warszawę mimo dużych strat w ludziach i materiale daje nam potężny atut w rozgrywkach politycznych. Obecnie zależy mi bardzo by obok Warszawy nastąpiło silne uderzenie na Niemców jeszcze w Okręgu Muzeum [Kraków]. Drobne działania już nie mają znaczenia. W związku z tym: wykonajcie akcje na szerszą skalę przez opanowanie Krakowa lub w ostateczności Tarnowa. Czas i sposób wykonania pozostawiam wam”[1].

Powstanie miało zatem wybuchnąć nie tylko w Krakowie. Jeżeli w rozkazie Bora-Komorowskiego była mowa o odległym od Krakowa o 84 km Tarnowie, to należy założyć, że brał on pod uwagę także inne miejscowości Małopolski, leżące chociażby pomiędzy Krakowem a Tarnowem.

Ten rozkaz został wydany po wymordowaniu przez Niemców i ich wschodnich kolaborantów 50-60 tys. mieszkańców Woli i Ochoty, po wypędzeniu dalszych dziesiątek tysięcy warszawiaków do obozu w Pruszkowie i wywiezieniu części z nich 12 sierpnia 1944 roku w pierwszym transporcie pruszkowskim do KL Auschwitz, po tym jak Niemcy zaczęli masakrować mieszkańców pozostałych dzielnic Warszawy nalotami lotniczymi, ostrzałem artyleryjskim i pociskami wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych Nebelwerfel („ryczące krowy”), po tym jak powstańcy warszawscy toczyli już beznadziejną walkę w ruinach Starego Miasta, Śródmieścia, Powiśla, Mokotowa i na odciętym od pozostałych dzielnic Żoliborzu.

Bór-Komorowski wydał rozkaz wybuchu powstania w Krakowie mając pełną świadomość faktu, że sytuacja militarna Armii Krajowej w tym mieście była znacznie gorsza niż w Warszawie, gdzie powstańcy znajdowali się już w położeniu krytycznym. Siły, jakimi dysponował krakowski Okręg AK nie były w stanie przeciwstawić się 30-tysiecznemu garnizonowi niemieckiemu Krakowa, nie mówiąc o innych jednostkach niemieckich stacjonujących wtedy w Małopolsce – wówczas już strefie przyfrontowej. Jaki zatem sens miała następująca uwaga gen. Bora: „Oddziały Wasze muszą być silne, dobrze uzbrojone i odporne na walkę techniczną. Do akcji tej zgromadźcie jak największe zapasy amunicyj oraz zorganizujcie dobrze sieć dowodzenia /łączność radiową/, z góry rozmieszczając w poszczególnych dzielnicach miasta [oddziały] – zdolne  do samodzielnej i odosobnionej walki”?

Okręg Muzeum nie był silny i dobrze uzbrojony, nie miał wielkich zapasów amunicji, łączności radiowej i oddziałów zdolnych do samodzielnej i odosobnionej walki „technicznej” (czyli z przeciwnikiem dysponującym bronią pancerną, artylerią i lotnictwem). Czyżby gen. Bór sądził, że jego rozkaz będzie miał moc czarodziejskiej różdżki, której dotknięcie uzbroi krakowską AK tak, że będzie zdolna do walki z przeważającymi siłami wroga? Rozkaz gen. Bora był nie tylko skrajnie nieodpowiedzialny i wręcz zbrodniczy, ale stanowi ekstremalny przykład polskiego irracjonalizmu politycznego. Wiele też mówi o moralności i horyzontach myślowych generała, który stanął na czele powstania warszawskiego.

Te słowa – „walka o Warszawę mimo dużych strat w ludziach i materiale daje nam potężny atut w rozgrywkach politycznych” – mówią wszystko o dowództwie AK, o Borze-Komorowskim, Chruścielu, Okulickim, Pełczyńskim oraz Delegacie Rządu Janie Stanisławie Jankowskim. Dla nich życie mieszkańców Warszawy było warte niestety tyle samo co dla Niemców. Straty ludzkie nie miały znaczenia. Ważne były jedynie „rozgrywki polityczne”, czyli restytucja za wszelką cenę II RP i jej ustroju społeczno-ekonomicznego.

Taka jest prawda o powstaniu warszawskim, zagłuszana przez ryk propagandowy IPN i obecnego obozu władzy. Rodzi się w związku z tym pytanie, czy gdyby na przełomie sierpnia i września 1944 roku doszło zgodnie z wolą Bora-Komorowskiego do wybuchu powstania w Krakowie, to kto dzisiaj byłby obarczany winą za jego hekatombę? Także Sowieci, którzy znajdowali się wtedy pod Dębicą, w odległości 120 km od Krakowa?

Kraków ocaliła niesubordynacja płk. Edwarda Godlewskiego, którego wsparł metropolita krakowski Adam Sapieha (wówczas arcybiskup, od 18 lutego 1946 roku kardynał). Zamiast podporządkować się rozkazowi swojego przełożonego płk E. Godlewski wysłał 30 sierpnia 1944 roku na pomoc walczącej Warszawie Samodzielny Batalion Partyzancki „Skała” mjr. Jana Pańczakiewicza „Ziemowita” (1907-1968), a 11 września 1944 roku wydał rozkaz jedynie do prowadzenia ograniczonych działań w ramach akcji „Burza”. Batalion „Skała” zrezygnował z wykonania powierzonego mu zadania po walce z przeważającymi siłami niemieckimi pod Złotym Potokiem koło Częstochowy, którą stoczył również 11 września 1944 roku.

Płk Edward Godlewski »Garda« (1895-1945)

Płk Edward Godlewski »Garda« (1895-1945)

Być może jakimś tropem w próbie zrozumienia postawy dowódcy Okręgu AK Kraków jest to, że płk Edward Józef Godlewski „Garda” (1895-1945) nie był oficerem legionowym, jak chociażby Leopold Okulicki. Urodził się w zaborze rosyjskim – na Podlasiu. Pochodził z rodziny ziemiańskiej. W 1914 roku ukończył gimnazjum w Petersburgu i po wybuchu pierwszej wojny światowej znalazł się w szeregach armii rosyjskiej. Podczas walk z Niemcami został trzykrotnie ranny. W nagrodę za odwagę skierowano go do szkoły oficerskiej kawalerii, którą ukończył w lutym 1917 roku. Jesienią tego roku wstąpił do I Polskiego Korpusu Wschodniego gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego. Po rozwiązaniu tego Korpusu w 1918 roku przedostał się na Kubań, gdzie „biały” gen. Michaił Aleksiejew (1857-1918) tworzył Armię Ochotniczą. Dowódcą tej armii został jesienią 1918 roku gen. Anton Denikin (1872-1947). Edward Godlewski wstąpił tam do szwadronu polskiego, który dał początek 14. pułkowi ułanów jazłowiceckich. Pułk ten podporządkował się później 4. Dywizji Strzelców Polskich gen. Lucjana Żeligowskiego. Wraz z 14. pułkiem ułanów jazłowieckich E. Godlewski przekroczył 15 czerwca 1919 roku granicę Polski. Wziął następnie udział w wojnie polsko-bolszewickiej (1919-1920).

Po tej wojnie nadal służył w 14. pułku ułanów jazłowieckich. Został jego dowódcą w 1935 roku i dowodził nim też podczas kampanii wrześniowej 1939 roku w ramach Podolskiej Brygady Kawalerii, która wzięła udział w bitwie nad Bzurą. Podczas przebijania się przez Puszczę Kampinoską do oblężonej przez Niemców Warszawy płk E. Godlewski dowodził 19 września 1939 roku szarżą pod Wólką Węglową – ostatnią w historii polskiej jazdy szarżą wykonaną z udziałem całego pułku kawalerii. Wraz ze swym pułkiem wziął następnie udział w obronie Warszawy.

Po kapitulacji Warszawy przeszedł do walki konspiracyjnej. Od jesieni 1942 do marca 1944 roku był komendantem Obszaru AK Białystok. 15 marca 1944 roku Komenda Główna AK zlikwidowała Obszar Białystok, a płk E. Godlewski został mianowany w maju 1944 roku komendantem Okręgu AK Kraków. Płk „Garda” został aresztowany przez gestapo 19 października 1944 roku pod Kielcami. Pierwszym etapem jego męczeńskiej drogi było więzienie policyjne przy ulicy Montelupich w Krakowie, skąd na początku grudnia 1944 roku został deportowany do obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Stamtąd z kolei trafił w lutym 1945 roku do obozu koncentracyjnego Mauthausen. Zmarł z wycieńczenia tuż przed wyzwoleniem KL Mauthausen przez wojska amerykańskie, które nastąpiło 5 maja 1945 roku.

Podejmując decyzję w sprawie zignorowania rozkazu gen. Bora-Komorowskiego płk. „Garda” wiedział, że Niemcy ogólnie znają plany powstańcze AK. Prawdopodobnie też wiedział, że 25 sierpnia 1944 roku rząd polski na uchodźstwie i wódz naczelny gen. Kazimierz Sosnkowski nakazali ograniczyć powstanie do samej tylko Warszawy. Należy zaznaczyć, że młodzież w Krakowie – tak jak i wcześniej w Warszawie – też „rwała się do walki”. Na szczęście w Krakowie nie było płk. Antoniego Chruściela i gen. Leopolda Okulickiego. Był natomiast arcybiskup Adam Sapieha, który wymógł na oficerach Okręgu AK Kraków przyrzeczenie, że nie wywołają powstania. Płk. E. Godlewski uzyskał też wsparcie od miejscowych reprezentantów wszystkich sił politycznych Polski Podziemnej. Jednakże decyzję w sprawie ustosunkowania się do rozkazu gen. Bora-Komorowskiego podjął on sam jako dowódca Okręgu AK Kraków.

Książę kardynał Adam Stefan Sapieha (1867-1951), metropolita krakowski

Książę kardynał Adam Stefan Sapieha (1867-1951), metropolita krakowski

Książę kardynał Adam Stefan Sapieha (1867-1951) jest postacią na tyle znaną, że nie trzeba jej szerzej przedstawiać. Miał raczej z chłodny stosunek do piłsudczyzny, czego jednym z przejawów był tzw. konflikt wawelski z 1937 roku na tle przeniesienia trumny Józefa Piłsudskiego z krypty św. Leonarda pod Wieżę Srebrnych Dzwonów na Wawelu. Już podczas pierwszej wojny światowej powołał Książęco-Arcybiskupi Komitet Pomocy dla Dotkniętych Klęską Wojny. Natomiast podczas drugiej wojny światowej i okupacji niemieckiej był faktyczną głową Kościoła katolickiego w Generalnym Gubernatorstwie pod nieobecność przebywającego na uchodźstwie prymasa Augusta Hlonda. Utworzył Obywatelski Komitet Pomocy dla ofiar wojny i współpracował z Radą Główną Opiekuńczą. Kilkakrotnie interweniował u władz niemieckich w sprawie terroru hitlerowskiego wobec Polaków i Żydów. Był m.in. inicjatorem orędzia Episkopatu Polski do władz Generalnego Gubernatorstwa z czerwca 1943 roku w sprawie ograniczenia swobód Polaków. Ocalił najcenniejsze działa sztuki z Wawelu, podejmując pod koniec sierpnia 1939 roku decyzję o ich przeniesieniu i ukryciu w Pałacu Arcybiskupim. Odegrał, także ważną rolę w pomocy dla eksterminowanych przez okupanta Żydów, polecając udzielać potajemnie chrztu Żydom i wydawać im fałszywe metryki katolickie. Współpracował z rządem RP na uchodźstwie i strukturami Polski Podziemnej. Niestety, osoby tej miary co metropolita krakowski zabrakło pod koniec lipca 1944 roku w Warszawie, gdzie kolejny raz w historii Polski miał miejsce powstańczy szantaż ze strony garstki nieodpowiedzialnych ludzi.

Nie ulega wątpliwości, że to przede wszystkim tym dwóm osobom Kraków zawdzięcza to, że w 1944 roku nie stał się tak jak Warszawa morzem ruin, że 1 września nie jest w nim obchodzona rocznica „bohaterskiego powstania”, które mogło mieć skutki o wiele tragiczniejsze niż powstanie warszawskie i to dla całej Małopolski. Ponadto Kraków nie był jedynym miejscem, w którym gen. T. Bór-Komorowski chciał wywołać powstanie w sytuacji, gdy widział jakie były skutki powstania wywołanego w Warszawie – zarówno wojskowe (beznadziejna i nierówna walka AK), jak i polityczne (eksterminacja przez Niemców ludności cywilnej oraz brak pomocy ze strony ZSRR i aliantów zachodnich). Mimo decyzji rządu RP na uchodźstwie i gen. K. Sosnkowskiego z 25 sierpnia 1944 roku o ograniczeniu powstania do Warszawy, gen. T. Bór-Komorowski wydawał kolejne rozkazy podjęcia działań powstańczych poza Warszawą.

27 sierpnia 1944 roku polecił dowódcy Okręgu AK Kielce wykonanie akcji „na szerszą skalę przez opanowanie na przykład Radomia, Kielc lub większego kompleksu leśnego(…)”. 30 sierpnia wysłał rozkaz do dowódcy Okręgu AK Łódź, w którym stwierdził, że należy „przejść do działań na szerszą skalę. Na Waszym terenie przejawi się to przez opanowanie Piotrkowa lub jakiegoś większego kompleksu leśnego (…)”. We wszystkich tych rozkazach powtarzał z uporem maniaka: „Oddziały Wasze muszą być silne, dobrze uzbrojone i odporne na walkę techniczną”. Tak jakby nie wiedział jaka była liczebność i uzbrojenie sił AK w stosunku do sił niemieckich i ich możliwości technicznych na obszarach będących zapleczem frontu. Natomiast 1 września wysłał kolejne rozkazy do Okręgów AK Kielce, Łódź, Kraków i Śląsk, w których akcję „Burza” nakazywał „przeprowadzić w dużych zgrupowaniach [w innej wersji „w dywizyjnych zgrupowaniach” – uzup. BP]. W małych miastach walki ograniczyć tylko do samoobrony”. Notabene Okręg AK Śląsk był najsłabszym z okręgów Armii Krajowej, w którym nie było mowy o wystawieniu uzbrojonej kompanii, a co dopiero dywizji. Ponadto Bór-Komorowski w „depeszy alarmowej” do Londynu z 29 sierpnia 1944 roku zaprotestował przeciwko decyzji rządu i naczelnego wodza z 25 sierpnia o ograniczeniu powstania do Warszawy. Prof. Andrzej Leon Sowa skomentował to krótko: „Po nas choćby potop…”[2].

[1] Prof. Andrzej L. Sowa datuje ten rozkaz na 28 sierpnia 1944 r., natomiast red. Paweł Dybicz na 23 sierpnia 1944 r. Por.: P. Dybicz, „Zbrodniczy rozkaz”, „Przegląd” nr 32 (1022), 5-11.08.2019, s. 10-12.; A. L. Sowa, „Kto wydał wyrok na miasto? Plany operacyjne ZWZ-AK (1940-1944) i sposoby ich realizacji”, Kraków 2016, s. 632.

[2] A. L. Sowa, „Kto wydał wyrok na miasto?…”, s. 629-635.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 września 2019 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2257/2258), 8-15.09.2019, s. 14-15

Wytyczył drogę Zygmuntowi Berlingowi

Trzy dni po obchodach 75-tej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego grupa osób zniszczyła pomnik gen. Zygmunta Berlinga (1896-1980), znajdujący się obok mostu Łazienkowskiego w Warszawie. „Totalitarny monument zdrajcy Zygmunta Berlinga w Warszawie zniesiony społecznie przez antykomunistów” – ogłosił publicznie przywódca tej grupy. Czyn ten miał przyzwolenie władz, które w ramach tzw. dekomunizacji podjęły w maju decyzję o usunięciu tego pomnika do końca tego roku. Piszę „grupa osób”, mimo że ich szyld polityczny i nazwisko lidera są dobrze znane, ponieważ tych ludzi i ich przywódcy nikt za 20 lat nie będzie pamiętał. Ci ludzie stanowią polityczny margines, natomiast gen. Z. Berlinga z historii wymazać się nie da.

Rodzi się pytanie, za co Zygmuntowi Berlingowi zniszczono pomnik? Za to, że wyprowadził kilkadziesiąt tysięcy Polaków z Nieludzkiej Ziemi? Ci ludzie inaczej by tam zginęli lub siedzieli jeszcze co najmniej 10 lat do śmierci Stalina. Za to, że przeciwstawiał się kosmopolitycznym komunistom z Centralnego Biura Komunistów Polski z Wandą Wasilewską na czele? Za to, że pisał o nich do Stalina: „Na kolanach błagam Was, zabierzcie tę bandę trockistów!”?. Zapłacił za to zakończeniem swojej kariery politycznej w Polsce Ludowej, zanim się jeszcze rozpoczęła. Za to, że szedł na pomoc powstaniu warszawskiemu? Warszawski pomnik gen. Z. Berlinga był nie tylko jego pomnikiem, ale także pomnikiem 2393 żołnierzy 3. Dywizji Piechoty 1. Armii WP, którzy zginęli w beznadziejnej próbie pomocy bezsensownemu powstaniu. Oni też byli „zdrajcami”? Też zasłużyli na „dekomunizację”? Czy dowodem „zdrady” gen. Z. Berlinga jest także to, że będąc w latach 1948-1953, ciężkich latach stalinizmu, komendantem Akademii Sztabu Generalnego wprowadził do kadry naukowej tej uczelni wielu przedwojennych oficerów, również tych, którzy służyli w AK i Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie – takich jak gen. Heliodor Cepa, gen. Józef Kuropieska, płk Jan Rzepecki, czy płk Franciszek Skibiński?

Do PZPR Zygmunt Berling wstąpił dopiero w 1963 roku. Z przekonań był piłsudczykowskim socjalistą i takim pozostał także w okresie swojej działalności w ZSRR i w PRL. Był jednak politycznym realistą, który rozumiał, że najkrótsza droga do wyzwolenia Polski spod okupacji niemieckiej prowadzi z frontu wschodniego, że w wyniku trwającej wojny nie da się uniknąć wejścia Polski w obręb wpływów politycznych ZSRR, ale trzeba w tej nowej konstelacji geopolitycznej wywalczyć jak największą samodzielność i przede wszystkim granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej. O to są do niego pretensje ze strony obozu politycznego nawiązującego do powstańczego szantażu i insurekcyjnego szaleństwa XIX wieku, który zdominował polską prawicę po 1989 roku. Stąd zarzut o „zdradę”, bo zdradą dla tego obozu jest jakiekolwiek myślenie w kategoriach realizmu politycznego i jakakolwiek próba porozumienia się z Rosją bez względu na panujący w tym państwie ustrój.

Dlatego postać gen. Z. Berlinga stała się obiektem brutalnego ataku polityki historycznej III RP, a właściwie partyjnej polityki historycznej obecnego obozu władzy. W preparowanych jeszcze w latach 80-tych XX wieku życiorysach Generała czytamy zatem, że był on rzekomo „sowieckim agentem” już w okresie międzywojennym, a na pewno został nim w 1940 roku. Nic to, że w styczniu 1939 roku płk Stefan Rowecki – późniejszy dowódca Armii Krajowej – wystawił ppłk. Z. Berlingowi pozytywną opinię służbową i przedstawił go do awansu na pułkownika. Dogadywał się z Rosją – to musiał być „agentem” i „zdrajcą”.

Warto zatem przypomnieć co o Zygmuncie Berlingu napisał bardzo przecież niechętny komunistom i PRL publicysta Stefan Kisielewski (1911-1991): „Oburza mnie zawsze, gdy we wspomnieniach emigracyjnych oficerów czy polityków poniżany jest czy spotwarzany generał Berling. Wszak fakt, że ten, z legionowych wywodzący się formacji oficer, pozostał w Rosji i potrafił znaleźć wspólny język z komunistami, dla Polski ma większe znaczenie polityczne i praktyczne niż działalność najbardziej bohaterskich oficerów polskich na zachodzie”.

Z kolei ocalony z Katynia ksiądz Zdzisław Peszkowski herbu Jastrzębiec (1918-2007) powiedział: „Czułem, że jest on (Berling) częścią jakiegoś polskiego etosu rozdarcia”. Żeby to jednak dostrzec, trzeba naprawdę poważnie traktować etykę chrześcijańską, co wśród „niepodległościowej” prawicy jest postawą znikomą.

W obliczu zniszczenia warszawskiego pomnika gen. Z. Berlinga trzeba przypomnieć, że nie był on jedynym wyższym oficerem polskim, który już w 1940 roku zauważył konieczność walki z Niemcami u boku ZSRR. Po tej samej drodze próbował podążać, a można powiedzieć, że właściwie ją wytyczył – gen. Marian Żegota-Januszajtis (1889-1973).

W młodości związany z tajną organizacją narodową Związek Młodzieży Polskiej „Zet” w zaborze austriackim, a następnie z Organizacją Młodzieży Niepodległościowej „Zarzewie”. W 1914 roku podporządkował Polskie Drużyny Strzeleckie Józefowi Piłsudskiemu. Był najmłodszym pułkownikiem legionowym. W lipcu 1916 roku objął dowództwo I Brygady. I może po 1926 roku zrobiłby wielką karierę, może w 1935 roku zostałby następcą Piłsudskiego, gdyby podczas kryzysu przysięgowego w 1917 roku nie poszedł inną drogą niż większość legionistów. Zamiast iść z nimi do obozu internowania w Beniaminowie, wstąpił do Polnische Wehrmacht. W latach 1917-1918 był szefem Inspektoratu Wyszkolenia Polskiej Siły Zbrojnej oraz wicedyrektorem Komisji Wojskowej. Kierując Komisją Wojskową stworzył zawiązki przyszłego Sztabu Generalnego i Ministerstwa Spraw Wojskowych Polski niepodległej. Jego drogi z piłsudczykami rozeszły się ostatecznie, gdy zorganizował nieudany zamach stanu przeciw rządowi Jędrzeja Moraczewskiego 4/5 stycznia 1919 roku. W czasach legionowych przyjaźnił się z Michałem Żymierskim. Podczas wojny 1920 roku z sukcesem dowodził 12. Dywizją Piechoty. W latach 1924-1926 był wojewodą nowogródzkim. Od 1924 roku pozostawał już poza wojskiem – formalnie przeniesiono go w stan spoczynku w 1929 roku.

Jako działacz Centralnego Związku Osadników Wojskowych Marian Januszajtis położył duże zasługi dla osadnictwa polskiego na Wołyniu. W latach 30-tych XX wieku był członkiem Komitetu Głównego Stronnictwa Narodowego i jego Zarządu Okręgowego we Lwowie.

Podczas obrony Lwowa we wrześniu 1939 roku organizował Korpus Ochotniczy, a potem pierwszą konspirację antyradziecką na tym terenie (Polska Organizacja Walki o Wolność oraz organizacja wojskowa Stronnictwa Narodowego). Aresztowany przez NKWD 27 października 1939 roku, był więziony we Lwowie i na Łubiance w Moskwie. Tam podjął rozmowy z Ławrentijem Berią i Wsiewołodem Mierkułowem na temat ewentualnej przyszłej polsko-radzieckiej współpracy wojskowej, której możliwość widział niezależnie od stanowiska Rządu RP na uchodźstwie. Sugerował szefom NKWD złagodzenie polityki wobec Polaków i przestrzegał przed zagrożeniem niemieckim. Beria zorganizował w czerwcu 1940 roku wykład M. Januszajtisa dla 150 wyższych oficerów radzieckich o możliwości wybuchu wojny pomiędzy Niemcami a ZSRR. Został zwolniony z więzienia po układzie Sikorski-Majski, a gen. Władysław Sikorski już w sierpniu 1941 roku wezwał go do Londynu, żeby nie trafił do Armii Polskiej formowanej w ZSRR. Nie tylko nie było mowy, żeby Januszajtis został dowódcą tej Armii, ale nawet, żeby w niej służył. Wiedziano bowiem w Londynie, jaki jest jego punkt widzenia na współpracę z ZSRR.

Zygmunt Berling poszedł jednak drogą, którą chciał iść gen. Marian Żegota-Januszajtis. Nie była to droga „komunistycznej zdrady”, ale endeckiego realizmu. Nie zmieni tego faktu partyjna polityka historyczna i wynikające z niej niszczenie pomników.

Tą samą drogą poszedł też w czasie drugiej wojny światowej gen. Ludvik Svoboda (1895-1979) oraz czechosłowacki rząd na uchodźstwie. Żadna poważna siła polityczna w Czechach i na Słowacji nie uważa tego za „zdradę”. W obu tych państwach gen. L. Svoboda jest otaczany powszechnym szacunkiem mimo, że jako prezydent komunistycznej Czechosłowacji (1968-1975) skapitulował przed inwazją Układu Warszawskiego w sierpniu 1968 roku. Czesi i Słowacy – w przeciwieństwie do polskiego „obozu patriotycznego” – doceniają jednak polityczną wartość bycia w koalicji antyhitlerowskiej podczas drugiej wojny światowej, co zawdzięczają głównie I Czechosłowackiemu Korpusowi Armijnemu, walczącemu pod dowództwem gen. L. Svobody na froncie wschodnim. Nikt w Czechach i na Słowacji nie burzy pomników tego generała i żołnierzy tego korpusu. 26 listopada 2016 roku w rodzinnym Hrozantinie na Morawach, pod pomnikiem gen. L. Svobody, odbyły się uroczystości upamiętniające 121. rocznicę jego urodzin z udziałem delegacji państwowych Czech i Słowacji. Cóż jednak porównywać tamtejsze obyczaje polityczne z polskim piekłem.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 21 sierpnia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 35-36 (2255/2256), 25.08-1.09.2019, s. 16

Dlaczego czczą Brygadę Świętokrzyską?

Tuż po obchodach 75. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego część opinii publicznej została zbulwersowana informacją, że prezydent Andrzej Duda objął honorowy patronat nad 75. rocznicą utworzenia Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych. Dla ludzi, którzy nie są wyznawcami prawicowej polityki historycznej, jest to krok kontrowersyjny i niezrozumiały. Niewielką formację – będącą partyjną bojówką mniejszościowego odłamu Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ-ONR), który odmówił scalenia się z Armią Krajową i nie uznawał polskiego rządu na uchodźstwie ani władz Państwa Podziemnego – prawicowa polityka historyczna podniosła do rangi jednej z najważniejszych polskich formacji wojskowych podczas drugiej wojny światowej. Dlatego Brygada Świętokrzyska NSZ doczekała się państwowych obchodów 75. rocznicy swojego powstania pod patronatem prezydenta, organizowanych przez Urząd Kombatantów i Osób Represjonowanych, z mszą św. w katedrze polowej Wojska Polskiego i apelem pamięci na placu Piłsudskiego.

Po raz kolejny jesteśmy świadkami przejścia do porządku dziennego nad faktem kolaboracji Brygady Świętokrzyskiej z okupantem niemieckim oraz jej uwikłania w zwalczanie nie tylko partyzantki komunistycznej, ale także AKi BCh. Po raz kolejny kreowany jest mit, który ma niewiele wspólnego z prawdą historyczną. Tak wypowiedział się o tym prof. Rafał Wnuk: „Informacji i opinii dowódców AK i ludowców o NSZ nie da się zbyć stwierdzeniem, że to »komunistyczna propaganda«. W świetle tych przekazów Brygada nie chroniła polskiej wsi przed bandytami i Niemcami, lecz przeciwnie – to wieś trzeba było chronić przed partyzantami z tej jednostki”[1].

Przeciwko patronatowi prezydenta RP nad jubileuszem Brygady Świętokrzyskiej zaprotestowały osoby będące dziećmi oficerów Armii Krajowej z Kielecczyzny. W napisanym przez nie liście otwartym do prezydenta z 3 sierpnia czytamy: „ze zdziwieniem i przykrością dowiadujemy się o objęciu przez Pana swoim patronatem obchodów 75. rocznicy powstania Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych. Oddział ten, który nie podporządkował się akcji scaleniowej z Armią Krajową, przyjął taktykę walki z komunistami. Pierwszymi ofiarami tej taktyki byli jednak nie komuniści, a dwaj żołnierze Batalionów Chłopskich, zabici już 16 sierpnia 1944 roku. 24 sierpnia żołnierze Brygady zabili 2 AL-owców i gajowego, żołnierza Armii Krajowej. W kilku potyczkach zabito kilkudziesięciu partyzantów Armii Ludowej oraz skoczków i partyzantów sowieckich. Grupę AL-owców przekazano w ręce Gestapo. Bowiem Brygada Świętokrzyska swoją taktykę realizowała we współpracy z tą zbrodniczą nazistowską policją. Brygada Świętokrzyska miała też swojego oficera do zadań specjalnych, Herberta Junga zwanego też Hubertem Jurą o pseudonimie »Tom«. Był on agentem radomskiego gestapo podobnie jak co najmniej dwóch innych oficerów wywiadu Brygady: Wiktor Gostomski i Otmar Wawrzkowicz. »Tom« współpracował z komendantem radomskiego gestapo Paulem Fuchsem od 1943 przy likwidacji komunistów (…). »Tom« i Wawrzkowicz dokonali czystek w kierownictwie NSZ i zabili w Częstochowie oficerów nieprzychylnych współpracy z hitlerowcami. Był wśród nich dowódca NSZ, Stanisław Nakoniecznikoff-Klukowski oraz mianowany przez niego nowy dowódca Brygady Świętokrzyskiej Włodzimierz Żaba”.

List ten podpisali: Małgorzata Maria Ciesielska (córka ppor. c. w. Bolesława Ciesielskiego „Farysa-II”), Teresa Piwnik (córka Józefa Piwnika „Topoli” i bratanica płk. cc. Jana Piwnika „Ponurego”), Piotr Rachtan (syn por. c. w. Zdzisława Rachtana „Halnego”), Czesława Kaliszewska-Fandri (córka por. c. w. Zdzisława Rachtana „Halnego”), Joanna Świderska-Kita (córka mjr. Mariana Świderskiego „Dzika”) oraz Rafał Świderski (syn mjr. Mariana Świderskiego „Dzika”).

Odpowiedział im dr Wojciech Muszyński z IPN na łamach „Naszego Dziennika” z 6 sierpnia, w wywiadzie zatytułowanym „Powielanie komunistycznej propagandy”, w którym powielił znane mity prawicowej polityki historycznej na temat Brygady Świętokrzyskiej.

Animatorzy prawicowej polityki historycznej od dawna atakują – przeważnie dość agresywnie – każdego kto próbuje sprzeciwiać się kultowi Brygady Świętokrzyskiej lub przytacza udokumentowane fakty historyczne na jej temat. Przeinaczają lub ignorują prawdę historyczną, budując fałszywy mit formacji niezłomnej, bohaterskiej i działającej rzekomo w imieniu polskiej racji stanu. Ogólnie znane fakty historyczne na temat działalności Brygady Świętokrzyskiej, toczonych przez nią walk bratobójczych oraz kolaboracji z Niemcami hitlerowskimi przytoczyłem w artykule „Brygada Świętokrzyska. Hitlerowscy kolaboranci na sztandarach prawicy” („Przegląd” nr 40 (926), 2-8.10.2017, s. 12-17), napisanym w związku z przyjęciem przez większość sejmową 20 września 2017 roku uchwały oddającej hołd Narodowym Siłom Zbrojnym w 75. rocznicę ich powstania.

Teraz ograniczę się do przytoczenia kilku opinii na temat środowiska politycznego, z którego wywodziła się Brygada Świętokrzyska oraz jej samej autorstwa ludzi, którzy nie tylko nigdy nie byli komunistami, ale zaliczają się bezsprzecznie do obozu antykomunistycznego.

Płk Jan Rzepecki (1899-1983) – szef Biura Informacji i Propagandy w Komendzie Głównej AK – tak ocenił w 1944 roku scalenie części NSZ z AK w raporcie do gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego: „Opozycja faszystowska to przede wszystkim ONR. Cechuje ją brak skrupułów i demagogia, opieranie się na klasach posiadających, bezwzględna wrogość do radykalnej lewicy, którą całą traktuje jako agenturę lub straż przednią bolszewizmu i nie zadaje sobie trudu dojrzenia istotnych wśród niej różnic (…). Przyłączenie »opozycji faszystowskiej« [do AK] prawie na pewno wywoła odpadnięcie poważnej części lewicy rządowej, nadałoby temu obozowi piętno reakcyjne. Jestem głęboko przekonany, że w błyskawicznym tempie pociągnęłoby to za sobą dla Polski śmiertelną katastrofę wojny domowej, w której lewica walczyłaby pod komendą PPR, a prawica – ONR. AK przypadłaby rola obrońcy klas posiadających. Następstwem – wasalizacja lub wcielenie Polski do ZSRR. W świetle powyższego ostatni nasz »sukces« w postaci podporządkowania NSZ może mieć wysoce ujemne następstwa, jeśli nie sparaliżujemy ich umiejętną akcją wychowawczą”[2]

Komendant główny AK gen. Leopold Okulicki (1896-1946) napisał jesienią 1944 roku w meldunku do prezydenta RP na uchodźstwie: „Należy się przeciwstawić w propagandzie próbom NSZ współpracy z Niemcami”[3]. Z kolei dowódca AK o pseudonimie „Mieczysław” meldował w tym samym czasie: „Działalność NSZ. D-cy kontaktują się i współpracują z Gestapo (…). Wyraźna współpraca z Niemcami”. W innym meldunku napisał: „W dniu 22 XI. W czasie przemarszu NSZ przez m. Oleszno, Niemcy ściągnęli posterunki. Rannych NSZ Niemcy proponują odstawić do szpitali niemieckich. Notowane są kontakty w Gestapo”[4].

Zygmunt Zaremba (1895-1967) – czołowa postać antykomunistycznego skrzydła PPS – pisał o NSZ po wojnie: „NSZ tak samo, jak komuniści, i z podobnych powodów, zostali postawieni poza nawias Polski Podziemnej. Polska Podziemna przyjęła zasady demokracji i postępu społecznego i położyła je jako fundament niepodległości. NSZ wyznawał ideologię faszystowską, wrogą demokracji i postępowi społecznemu, komunizm niósł uzależnienie Polski od Rosji i metody polityczne tak bliźniaczo podobne do faszystowskich, że również nie mógł się znaleźć w organizacji, która kierowała walką narodu polskiego w czasie tej wojny”[5].

Wspomniany prof. Rafał Wnuk (ur. 1967) – w latach 90. XX w. jeden z prekursorów kultu „żołnierzy wyklętych” – zauważył: „Powstałą po rozłamie konspirację określa się mianem NSZ-ONR. Jej przywódcy postanowili też pozbyć się głównych oponentów i wkrótce doszło do skrytobójczych mordów oficerów NSZ, którzy przeszli do AK. (…) Wbrew budowanemu dziś mitowi NSZ-ONR wcale nie bronił ciągłości II RP, ale przeciwnie – robił wiele, by zniszczyć autorytet legalnych władz, by na gruzach przedwojennego systemu zbudować nacjonalistyczną monopartyjną dyktaturę. Stawianie znaku równości między AK i NSZ-ONR jest manipulacją sugerującą, jakoby ta ostatnia była częścią składową Państwa Podziemnego. Nie była”[6].

Najbardziej druzgocące świadectwo Brygadzie Świętokrzyskiej wystawił kpt. Józef Wyrwa, ps. „Furgalski”, „Stary” (1898-1970) – dowódca jednego z oddziałów NSZ na Kielecczyźnie. We wspomnieniach wydanych po wojnie we frankistowskiej Hiszpanii pisał: „Tylko nieliczne jednostki na emigracji orientują się należycie w działalności organizacji podziemnej i odróżniają tych z NSZ, którzy podporządkowali się dowództwu AK, od odłamu kolaborującego z Niemcami, który reprezentowała Brygada Świętokrzyska”[7]. O samej Brygadzie Świętokrzyskiej kpt. Józef Wyrwa wyraził się następująco: „Moralnym inspiratorem Brygady Świętokrzyskiej był – moim zdaniem – »Tom« (…). »Tom« służył Niemcom. Swój oddział stracił w Rudzisku. Tym bardziej przeto był zainteresowany utworzeniem większej jednostki »bojowej« (…). Niemcy nie ukrywali tego, że brygada jest na ich usługach, przeciwnie, rozgłaszali to i starali się wykazać jakie korzyści można osiągnąć współpracując z nimi. Brygada maszerowała w dzień przez miejscowości, w których byli Niemcy. Tylko ludzie, którzy mieli ścisły kontakt z Niemcami mogli sobie na to pozwolić. Według tego, co mówiła miejscowa ludność, Niemcy nie tylko nie atakowali brygady, ale przyglądali się spokojnie jej przemarszowi. (…). Brygada wycofała się z Polski razem z Niemcami, to znaczy pod ich opieką. Dowódcy brygady oświadczyli, że ich głównym celem jest walka z Rosją, z wrogiem niebezpieczniejszym od Niemców, jednakże postępowanie brygady nie było zgodne z tym twierdzeniem. Brygada nie walczyła z bolszewikami, ale z Polakami, którzy nie podzielali jej poglądów. (…). Rzeczywista działalność brygady w Polsce nie jest na emigracji znana. Dla odparcia zarzutów publikowanych czasem w prasie, dowódcy brygady posługują się wygodnymi argumentami, które również w innych okolicznościach na emigracji służą często za obronę: »To wszystko są komunistyczne kłamstwa«. W tym wypadku niestety nie kłamstwa (…). Brygada nie ma właściwie prawa podszywać się pod nazwę NSZ. Dokonała rozłamu w dobrze zorganizowanych Narodowych Siłach Zbrojnych, rozbiła ich solidarność, osłabiając w ten sposób jednolity front walki. Nie podporządkowała się naczelnemu dowództwu AK, wybrała natomiast współpracę z Niemcami.

Brygada dała komunistom niebezpieczną broń do ręki. Posiadając niezbite dowody współpracy brygady z Niemcami, nietrudno przyszło komunistom obarczać odpowiedzialnością całe NSZ, a nawet AK. Mało Polaków, szczególnie tu na emigracji, orientuje się, że istniały dwa odłamy NSZ. Rzeczywiste Narodowe Siły Zbrojne, które zachowując orientację polityczną podporządkowały się jednolitemu dowództwu Armii Krajowej, oraz odłam wywodzący się z ONR (Obóz Narodowo-Radykalny), który działał samowolnie, współpracując z Niemcami na szkodę Polski. Z winy brygady zginęło w więzieniu wielu wartościowych ludzi. Każdy członek NSZ był traktowany przez UB, jak kolaborant niemiecki. Szkody wyrządzone Polsce przez brygadę są wielkie”[8].

Warto przypomnieć, że jedną z osób, na którą NSZ-ONR wydały wyrok śmierci, jako na rzekomego „komunistę”, był gen. Antoni Heda „Szary” (1916-2008) – legendarny dowódca partyzancki AK i podziemia antykomunistycznego na Kielecczyźnie. Uniknął śmierci tylko dzięki temu, że został ostrzeżony przez swojego byłego podkomendnego Wacława Pryciaka „Sokoła”, który przeszedł z AK do NSZ, oraz właścicielkę restauracji w Iłży. „Szary” był też świadkiem kolaboracyjnej działalności Huberta Jury vel Herberta Junga „Toma” – zaocznie skazanego przez AK i NSZ-AK na karę śmierci za kolaborację – który pełnił w Brygadzie Świętokrzyskiej funkcję oficera do zadań specjalnych i wraz ze swoimi ludźmi pośredniczył w kontaktach jej dowództwa z gestapo i SD  oraz prowadził tajny ośrodek tortur w willi przy ulicy Jasnogórskiej 25 w Częstochowie, którą udostępniło mu gestapo. Mordowano tam nie tylko członków PPR, ale także żołnierzy NSZ-AK, jak np. ppor. Władysława Pacholczyka (1903-1944) [9].

Dlaczego zatem rządząca prawica czci Brygadę Świętokrzyską? Dlaczego włącza partyjną bojówkę NSZ-ONR do panteonu chwały Polskich Sił Zbrojnych podczas drugiej wojny światowej? Dlaczego tworzy mity o tym, że był to „pierwszy polski oddział w NATO” i o rzekomo „taktycznym” porozumieniu Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami w styczniu 1945 roku? Dlaczego bagatelizuje problem bandytyzmu i antysemityzmu NSZ-ONR? Wszystkie te mity zebrał ostatnio prawicowy publicysta Piotr Zychowicz, odpowiadając na list otwarty wspomnianych krewnych oficerów AK w tekście pod wymownym tytułem „Lepiej czcić Brygadę Świętokrzyską niż Ludowe Wojsko Polskie”. Z wywodu Zychowicza wynika, że antykomunizm Brygady Świętokrzyskiej rozgrzesza wszystkie jej czyny. Po raz kolejny zresztą potępił dowódców AK za to, że poprzez akcję „Burza” wzięli udział w „witaniu i pomaganiu wkraczającej do Polski Armii Czerwonej”[10].

Tekst Zychowicza odpowiada na postawione wyżej pytanie. Przyczyną państwowego kultu partyjnej bojówki NSZ-ONR jest fundamentalistyczny antykomunizm i antysowietyzm rządzącej prawicy, przesłaniający wyważone spojrzenie na rzeczywistość. Rząd polski w Londynie w maju 1945 roku nie uznał Brygady Świętokrzyskiej za część Polskich Sił Zbrojnych, co skutkowało jej rozformowaniem przez dowództwo amerykańskie. Dopiero w 1988 roku prezydent na uchodźstwie Kazimierz Sabbat uznał członków NSZ, łącznie z Brygadą Świętokrzyską, za kombatantów. Nastąpiło to pod wpływem skrajnie antykomunistycznej polityki prowadzonej wówczas przez administrację amerykańską Ronalda Reagana. W tę skrajnie antykomunistyczną linię wpisała się prawicowa polityka historyczna w Polsce po 1989 roku. Jej celem politycznym jest podtrzymywanie świętego ognia antykomunizmu i rusofobii. Stąd kult Brygady Świętokrzyskiej obok kultu „żołnierzy wyklętych”.

Jest jeszcze drugi powód polityczny czczenia Brygady Świętokrzyskiej przez obecny obóz władzy, a mianowicie próba wykreowania antyrosyjskiej endecji. Taką próbę po raz pierwszy podjęli piłsudczycy w 1937 roku, tworząc Obóz Zjednoczenia Narodowego i włączając do niego część działaczy Obozu Narodowo-Radykalnego. Będący obecnie przy władzy epigoni piłsudczyzny synchronizują swoją narrację w sprawie Brygady Świętokrzyskiej, czy np. Romualda Rajsa „Burego”, z narracją radykalnych środowisk nacjonalistycznych po to, by włączyć te środowiska w obręb swoich wpływów politycznych na płaszczyźnie antykomunistycznej i antyrosyjskiej.

Prowadząc taką politykę politycy PiS nie powinni być jednak zdziwieni np. stwierdzeniami o „polskich obozach koncentracyjnych” w niektórych zachodnich mediach. Patrząc bowiem na politykę historyczną tej partii, obserwatorzy zagraniczni mogą mieć naprawdę problemy z ustaleniem, po czyjej stronie walczyła Polska w drugiej wojnie światowej.

[1] Andrzej Duda objął patronatem święto Brygady Świętokrzyskiej. Tej, która kolaborowała z gestapo, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 2.08.2019.

[2] J. Rzepecki, Raport dla generała Bora-Komorowskiego (marzec 1944), cyt. za: P. Lipiński, Raport Rzepeckiego, Warszawa 2005.

[3] Armia Krajowa w dokumentach. Październik 1944-lipiec 1945, t. 5, Wrocław 1991, s. 183.

[4] Tamże, s. 131.

[5] Z. Zaremba, Polska nie będzie się wstydzić swojego Podziemia, „Światło”, zeszyt 3-4, Paryż, kwiecień 1948.

[6] R. Wnuk, Brygada Świętokrzyska. Zakłamana legenda, „Ale Historia” nr 4, 25.01.2016.

[7] J. Wyrwa „Furgalski” „Stary”, Pamiętniki partyzanta. Hubalczyka, legendarnego dowódcy oddziału partyzanckiego, który wszedł w skład NSZ, a później dołączył do 25. pp AK, Kraków 2014, s. 121.

[8] Tamże, s. 166-170.

[9] A. Heda-Szary, Wspomnienia „Szarego”, Warszawa 2016, s. 161-165; J. Sobkowski, Makabryczna tajemnica willi przy Jasnogórskiej, http://www.czestochowa.wyborcza.pl, 18.02.2016.

[10] Piotr Zychowicz: lepiej czcić Brygadę Świętokrzyską niż Ludowe Wojsko Polskie, http://www.dorzeczy.pl, 3.08.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 sierpnia 2019 r.

Odszedł Kazimierz Albin (1922-2019)

22 lipca br. zmarł Kazimierz Albin – ostatni więzień Pierwszego Transportu do KL Auschwitz, jeden z założycieli Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, jego długoletni wiceprezes i prezes, jedna z bardziej zasłużonych osób dla upamiętniania martyrologii więźniów KL Auschwitz. Urodził się 30 sierpnia 1922 roku w Krakowie, w rodzinie inteligenckiej. Do wybuchu wojny w 1939 roku ukończył czwartą klasę w elitarnym krakowskim Gimnazjum Nowodworskiego.

W Pierwszym Transporcie, który przybył do KL Auschwitz 14 czerwca 1940 roku, przywieziono z więzienia w Tarnowie 728 więźniów politycznych. Oprócz Polaków było wśród nich 10 Żydów. Otrzymali oni numery więźniarskie od 31 do 758 (numery od 1 do 30 otrzymali niemieccy kryminaliści, których przywieziono 20 maja 1940 roku z KL Sachsenhausen, żeby pełnili w Auschwitz rolę więźniów funkcyjnych – kapo i blokowych). Większość więźniów Pierwszego Transportu stanowiła patriotyczna młodzież polska.

Można wśród niej wyróżnić kilka grup. Do pierwszej należeli gimnazjaliści, studenci i młodzi żołnierze – nazwani przez gestapo „turystami”. Ujęto ich jesienią 1939 roku oraz zimą i wiosną 1940 roku w okolicach Zakopanego, Nowego Targu, Nowego Sącza, Muszyny, Krynicy, Bukowska, Sanoka i Baligrodu, kiedy podążali w kierunku granicy pomiędzy Generalnym Gubernatorstwem a Słowacją, z zamiarem jej nielegalnego przekroczenia i dotarcia przez Węgry do Francji, celem wstąpienia w szeregi formującego się tam Wojska Polskiego. Drugą grupę stanowili organizatorzy i uczestnicy akcji przerzutu na Węgry ochotników do Wojska Polskiego we Francji. Do trzeciej grupy należeli młodzi konspiratorzy z utworzonego jesienią 1939 roku Związku Walki Zbrojnej. W czwartej grupie znalazła się liczna młodzież z rodzin inteligenckich, aresztowana wiosną 1940 roku w ramach zarządzonej przez generalnego gubernatora Hansa Franka akcji A-B – wymierzonej w polską inteligencję. Piątą grupę stanowili harcerze, głównie z Chorągwi Krakowskiej, a szóstą osoby aresztowane podczas obław ulicznych.

Kazimierz Albin należał do licznej w Pierwszym Transporcie grupy „turystów”. W przeciwieństwie do większości owych „turystów” udało mu się w styczniu 1940 roku wraz z bratem Mieczysławem i kilkoma kolegami przekroczyć granicę pomiędzy GG a Słowacją. Przeszli na stronę słowacką pod Leluchowem po zamarzniętym Popradzie. Po raz pierwszy zostali zatrzymani w miejscowości Sabinov koło Preszowa przez policjanta słowackiego, który jednak, wykazując sympatię, zwolnił polskich „turystów”. Do aresztu trafili dopiero po zatrzymaniu przez policję w Preszowie. Po ucieczce z tego aresztu ponownie ujęto ich pod Koszycami. Tym razem policja słowacka postanowiła odstawić młodych Polaków na granicę w Leluchowie i przekazać ich w ręce niemieckie. Jednakże żołnierz słowacki, który miał doprowadzić Kazimierza Albina i jego współtowarzyszy do posterunku niemieckiej straży granicznej nie uczynił tego, umożliwiając im nielegalne przejście granicy i powrót przez Muszynę do Krynicy. Już w dwa dni później podjęli oni drugą próbę przedostania się na Słowację. Próba ta zakończyła się tym razem na stacji w Muszynie, gdzie zostali aresztowani przez gestapo.

Kazimierz Albin przeszedł przez śledztwo połączone z torturami w niemieckim areszcie policyjnym w Muszynie. Następnie trafił do więzień w Nowym Sączu i Tarnowie. 13 czerwca 1940 roku przeznaczonych do transportu więźniów wywołano z cel więzienia tarnowskiego. Nikt z nich nie wiedział, gdzie pojadą. Przewieziono ich samochodami ciężarowymi do łaźni żydowskiej (mykwy), gdzie zostali poddani kąpieli i dezynfekcji odzieży. O świcie 14 czerwca wyprowadzono ich z mykwy na plac pod Dębem (obecnie Bohaterów Getta), uformowano w kolumnę i pod silną eskortą policji niemieckiej poprowadzono wyludnionymi ulicami Wałową i Krakowską (mieszkańcom tych ulic zabroniono opuszczania domów i zablokowano ruch uliczny) w kierunku dworca kolejowego. Na dworcu w Tarnowie więźniów w pośpiechu wtłoczono do podstawionego pociągu, złożonego z wagonów osobowych trzeciej klasy.

W drodze do Oświęcimia pociąg zatrzymał się na Dworcu Głównym w Krakowie. Tak opisał to Kazimierz Albin: „Na widok starych wież Krakowa ogarnęło mnie głębokie wzruszenie. Zaledwie przed pół rokiem opuściliśmy z Mietkiem to miasto, a przecież tak wiele wydarzyło się w naszym życiu. Gdyby mama wiedziała, że dzieli nas tylko kilka ulic, no i oczywiście eskorta gestapo; dobrze się stało, że nie wiedziała. Dworzec krakowski wypełniony był pasażerami, przeważali Niemcy umundurowani i cywile, hałaśliwi i pewni siebie, schludni i eleganccy na tle szarego tłumu przyjezdnych, trwożnie przemykających się do wyjścia. Nasz transport nie wzbudził specjalnego zainteresowania, ja natomiast stojąc za plecami żandarma wychylającego się przez okno, z zazdrością obserwowałem wszystko, co znalazło się w zasięgu mojego wzroku. Megafony dworcowe rozbrzmiewały melodyjnymi piosenkami żołnierskimi (…). Nagle muzyka umilkła i wśród kompletnej ciszy rozległ się donośny głos spikera: Achtung! Achtung! Sondermeldung! Das Oberkommando der Wehrmacht gibt bekannt: Unsere tapfere Truppen haben heute Paris genommen [Uwaga! Uwaga! Komunikat specjalny! Naczelne Dowództwo Sił Zbrojnych podaje do wiadomości: Nasze dzielne wojska zajęły w dniu dzisiejszym Paryż]… dalsze słowa komunikatu utonęły w ogromnej wrzawie szalejących z radości Niemców. Grupa żołnierzy na peronie zaintonowała Englandlied, a słowa denn wir fahren, denn wir fahren gegen England [bo my ruszamy, bo my ruszamy na Anglię] – brzmiały złowrogo i przygnębiająco. Pod nami zapadła się ziemia, przecież cały naród wierzył w potęgę Francji (…). Pogrążeni w rozpaczy ocknęliśmy się kiedy pociąg opuszczał Kraków, kolebiąc się na rozjazdach, i nabierając pełnej szybkości”[1].

14 czerwca 1940 roku Niemcy zajęli Paryż bez walki. Francja nie chciała walczyć z III Rzeszą Niemiecką, a Francuzi nie chcieli bronić swojej stolicy. W obronie Francji chcieli natomiast walczyć młodzi Polacy, którzy tego dnia jechali za to do obozu śmierci. Na bocznicy kolejowej w Oświęcimiu czekali na nich esesmani z załogi KL Auschwitz, by ich „powitać” – krzykiem, biciem i szczuciem psami. Tak „witali” odtąd wszystkie kolejne transporty Polaków, przybywające do Auschwitz aż do września 1944 roku.

Kazimierz Albin otrzymał numer obozowy 118, a jego brat Mieczysław 116. W odwet za ucieczkę 27 lutego 1943 roku obu braci z obozu osadzono w KL Auschwitz ich matkę i siostrę. Siostrę wkrótce zwolniono, natomiast matka była do wyzwolenia więziona w Auschwitz i Ravensbrück. Na skutek przejść obozowych zmarła w 1950 roku wieku 52 lat.

W wywiadzie z 2011 roku Kazimierz Albin tak wspominał swój pobyt w obozie: „Na stacji kolejowej Auschwitz skierowano nas na bocznicę. Tam czekali esesmani oraz 30 kapo, których przywieziono z Sachsenhausen. W łapach pały, pejcze. Lagerführer powiedział: »To jest obóz koncentracyjny. Jako wrogowie Rzeszy zostaliście internowani. Zdrowi mężczyźni przeżyją tu trzy miesiące, księża miesiąc, a Żydzi tydzień«. 12 godzin brutalnego bicia i ganiania po placu. Kazali nam skakać żabką. Miałem wtedy 17 lat, byłem po sześciu miesiącach śledztwa i ciężkich więzieniach (…). W Auschwitz spędziłem trzy lata. Codziennie ocierałem się o śmierć. Przeżyłem, bo znałem niemiecki. Esesman w Auschwitz mógł bezkarnie zastrzelić więźnia, jeżeli ten nie zrozumiał wydanego przez niego rozkazu! W obozie widziałem rzeczy straszne. Góry ludzkich ciał przekładane warstwami nasączonego benzyną drewna. Dniem i nocą snuł się nad nimi gęsty, gryzący dym. Uciekłem. To było 27 lutego 1943 roku. Największa udana ucieczka z obozu. Siedem osób. Po wydostaniu się za druty przepłynęliśmy wpław Sołę, po której pływały bryły lodu. Ścigający nas Niemcy musieli się dostać do oddalonego o 3 kilometry mostu. Zyskaliśmy na czasie i udało nam się oddalić od obozu. Potem dostałem się do Krakowa (…). Zrealizowałem swój pierwotny zamiar i wstąpiłem do wojska. Skończyłem podziemną podchorążówkę i zostałem szefem dywersji bojowej Obwodu Kraków AK. Pamiętam, jak w 1944 roku wykonywaliśmy na ulicy wyrok na pewnym gestapowcu. Wyjątkowy bydlak. Nie będę ukrywał, że po tym, co przeżyłem w Auschwitz, miałem sporą satysfakcję”[2].

W Armii Krajowej walczył do końca okupacji niemieckiej jako szef dywersji bojowej III Odcinka Komendy Obwodu Kraków-Miasto. W 1944 roku otrzymał stopień podporucznika. Jak wszyscy żołnierze AK, miał problemy z nową rzeczywistością polityczną Polski po 1945 roku. Mimo ujawnienia się 3 października 1945 roku przed Komisją Likwidacyjną Obszaru Okręgu Kraków znajdował się przez długi czas pod obserwacją Urzędu Bezpieczeństwa. Maturę zdał w trybie przyspieszonym w czerwcu 1946 roku i podjął studia na Wydziale Lotniczym Politechniki Krakowskiej. Po ukończeniu studiów pracował w Biurze Projektów Energetycznych w Krakowie, następnie w latach 1952-1963 w Szybowcowym Zakładzie Doświadczalnym w Bielsku-Białej, a później w Zjednoczeniu Przemysłu Lotniczego w Warszawie. Od 1966 roku był ekspertem technicznym i handlowym w Centrali Handlu Zagranicznego Metalexport w Warszawie.

Po przejściu na emeryturę zaangażował się w działalność na rzecz upamiętnienia martyrologii więźniów KL Auschwitz. Robił to z wielką klasą, bez licytowania polskiej martyrologii z martyrologią innych narodów, z poszanowaniem wrażliwości różnych środowisk. Należał do grona twórców powołanego 25 stycznia 1983 roku Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – stowarzyszenia, którego statutowym celem stało się utrwalanie w pamięci społeczeństwa wiedzy o KL Auschwitz i przeciwdziałanie fałszowania prawdy o nim, a także zwalczanie przejawów nietolerancji, agresji, ksenofobii, rasizmu, antysemityzmu i przemocy. Idea utworzenia TOnO zrodziła się w połowie 1982 roku podczas spotkania byłych więźniów KL Auschwitz w siedzibie Związku Bojowników o Wolność i Demokrację w Warszawie. W spotkaniu tym obok Kazimierza Albina uczestniczyli: Józef Cyrankiewicz, Lucjan Motyka, Czesław Sowul, Józef Szajna, Edward Hałoń, Tomasz Sobański, Ignacy Golik, Jerzy Skowroński i Maria Mazurkiewicz[3].

Kazimierz Albin wchodził w skład władz naczelnych TOnO od I Krajowego Zjazdu tej organizacji, który odbył się 27 stycznia 1983 roku w Oświęcimiu, w 38. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz. Był długoletnim wiceprezesem, a w latach 1996-2002 prezesem Zarządu Głównego TOnO. Od 2000 roku przez trzy kadencje był też członkiem Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej przy Prezesie Rady Ministrów. Położył duże zasługi w przywróceniu pamięci historycznej postaci rotmistrza Witolda Pileckiego i innych polskich więźniów KL Auschwitz oraz popularyzowaniu historii obozu na łamach 41 „Biuletynów TOnO”, wydanych tylko do 2002 roku.

Wielką zasługą Kazimierza Albina była jego inicjatywa opracowania i wydania „Ksiąg Pamięci” Polaków deportowanych do KL Auschwitz. 19 tomów tych „Ksiąg Pamięci” – zawierających kilkadziesiąt tysięcy nazwisk oraz historie transportów Polaków do KL Auschwitz z dystryktów warszawskiego, krakowskiego, radomskiego i lubelskiego Generalnego Gubernatorstwa, a także Kraju Warty, Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie, rejencji ciechanowskiej i Okręgu Białystok – zostało opracowanych przez historyków Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau i wydanych w latach 2000-2013 przez Muzeum.

Pogrzeb Kazimierza Albina odbył się 6 sierpnia br. w Warszawie.

[1] K. Albin, „List gończy. Historia mojej ucieczki z Oświęcimia i działalności w konspiracji”, Warszawa 1989, s. 37-38.

[2] „Były więzień Auschwitz – rozmowa o historii”, „Rzeczpospolita”, http://www.rp.pl, 28.01.2011.

[3] K. Albin, „Postscriptum. Losy powojenne i powrót do Auschwitz”, Oświęcim 2013, s. 122-123.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 sierpnia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 33-34 (2253/2254), 11-18.08.2019, s. 12

Międzymorze odpływa

11 lipca – kiedy w Polsce obchodzono Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na obywatelach II RP – MSZ Ukrainy opublikowało oświadczenie, w którym przedstawiło swoją interpretację historii. Dowiedzieliśmy się z niego, że MSZ Ukrainy „jednoznacznie i zdecydowanie potępia” zbrodnie przeciw ludności cywilnej, wymieniając „Ukraińców, Polaków, Żydów, Czechów” – w tej właśnie kolejności. Dalej czytamy: „Jednocześnie nie możemy zgodzić się z jednostronną i upolitycznioną oceną tragicznych wydarzeń z lat 1943-1944 ze strony polskich polityków i dyplomatów”. Według MSZ Ukrainy, „prawda o ówczesnych wydarzeniach musi zostać ustalona na podstawie wiarygodnych materiałów archiwalnych”. Pouczono też stronę polską, że „próby manipulowania tragiczną historią, jej jednostronne traktowanie i wykorzystywanie do celów politycznych są niedopuszczalne”. Dodano, że „to tylko rozpala negatywne emocje między Ukraińcami i Polakami i nie sprzyja wyjaśnieniu prawdy”. Głos zabrał też pan Wołodymyr Wjatrowycz, który oświadczył, że warunkiem odblokowania ekshumacji szczątków Polaków pomordowanych na Kresach Wschodnich jest przywrócenie przez stronę polską przynajmniej jednego z nielegalnych upamiętnień UPA na terytorium Polski[1].

To wszystko pokazuje, że administracja Zełenskiego w polityce historycznej wobec Polski weszła w buty poprzedniej administracji Poroszenki, stając na gruncie kłamstwa i negacji zbrodni nacjonalizmu ukraińskiego oraz wpisując się w narrację polityczno-historyczną jego epigonów.

Należy zauważyć, że pouczenia ukraińskiego MSZ pod adresem polskich polityków są dla nich wysoce krzywdzące. Politycy ci bowiem stali i stoją na stanowisku, że Ukrainy nie należy drażnić i trzeba stosować wobec niej w kwestiach historycznych taryfę ulgową, przymykając oczy na odrodzenie i heroizację nacjonalizmu ukraińskiego. Jest rzeczą bardzo wymowną, że publicysta prorządowego tygodnika „Sieci” Jakub Maciejweski uczcił rocznicę Krwawej Niedzieli tekstem pt. „Do listy winnych za ludobójstwo na Wołyniu należy doliczyć Niemcy a także Rosję”[2]. Rosję, której wtedy nie było. Był ZSRR, a partyzantka radziecka ocaliła największą polską samoobronę w Przebrażu i udzieliła pomocy kilku innym polskim samoobronom. Ze strony AK i NSZ tej pomocy ofiary Wołynia się przecież nie doczekały. Jest też wymowne, że rocznicę 11 lipca przykrywano w rządowych mediach rocznicą obławy augustowskiej z 1945 roku, która bynajmniej nie była okrągła i przypadła 10 lipca. Mówiono zatem o zbrodniach NKWD (w podteście Rosji), a nie UPA.

Wszystko to oczywiście w imię budowy Międzymorza i wspierania za wszelką cenę antyrosyjskiej Ukrainy, bo „lepsza Ukraina banderowska niż sowiecka”, bo tylko w ten sposób można wypchnąć znienawidzoną Rosję z Europy. Ta wielka idée fixe PO i PiS właśnie sypie się w gruzy.

17 lipca przybył do Strasburga oligarcha Wiktor Medwedczuk – jeden z liderów prorosyjskiej Platformy Opozycyjnej – Za Życiem, czyli byłej Partii Regionów, której władzę brutalnie obalono w wyniku wspieranego przez USA i UE puczu kijowskiego w 2014 roku. Medwedczuk znany jest z zażyłych stosunków z Władimirem Putinem – prywatnie ojcem chrzestnym jego córki – i w przeszłości miał opinię głównego łącznika między Kremlem a ukraińską elitą polityczną. Spotkał się on w siedzibie Parlamentu Europejskiego z eurodeputowanymi reprezentującymi Wielką Brytanię, Niemcy, Hiszpanię, Belgię, Węgry, Słowację i Łotwę, którym przedstawił swój projekt planu pokojowego dla Donbasu. Wspomniani eurodeputowani dowiedzieli się od Medwedczuka, że jego partia uważa Krym za terytorium Ukrainy, ale jest to tylko stanowisko wyjściowe. Dalej zaproponował on szeroką autonomię dla Donbasu jako części Ukrainy. Wedle jego relacji, część eurodeputowanych miała wyrazić zadowolenie, iż został przełamany monopol „partii wojny” – kojarzonej z byłym prezydentem Poroszenką – na przekazywanie informacji o sytuacji na Ukrainie.

18 lipca Medwedczuk udał się ze Strasburga do Sankt Petersburga, gdzie spotkał się z prezydentem Rosji. Przyjazd Medwedczuka zbiegł się w czasie z końcem wizyty Aleksandra Łukaszenki, stąd jego rozmowa z Putinem odbyła się w obecności prezydenta Białorusi. Putin poparł przedstawiony przez ukraińskiego oligarchę plan dotyczący Donbasu i dodał, że rozwiązanie konfliktu jest możliwe wyłącznie w drodze bezpośredniego porozumienia władz w Kijowie z separatystami[3].

Ostatnie sondaże dają partii Medwedczuka drugie miejsce, za partią Zełenskiego Sługa Ludu, w wyborach parlamentarnych przewidzianych na 21 lipca. Nie można wykluczyć, że misja Medwedczuka do Strasburga i Sankt Petersburga odbyła się nie tylko za przyzwoleniem, ale z pełnym poparciem prezydenta Zełenskiego. Kogo miałby zresztą prezydent Ukrainy wysłać na negocjacje z Putinem, jak nie lidera partii prorosyjskiej, mającego na dodatek bliskie związki osobiste z prezydentem Rosji.

15 lipca, a więc zanim Medwedczuk przybył do Strasburga, proukraiński portal jagiellonia.org zamieścił obszerny materiał informacyjny pod jakże dramatycznym tytułem: „Pokój na warunkach Putina? Ukraiński oligarcha Wiktor Pinczuk zaproponował zapomnieć o aneksji Krymu i porzucić proces integracji z UE i NATO”. Wedle portalu jagiellonia.org, ukraiński oligarcha żydowskiego pochodzenia Wiktor Pinczuk (zięć byłego prezydenta Leonida Kuczmy) – z którym różne powiązania miał i chyba jeszcze ma pan Aleksander Kwaśniewski – zaproponował Ukrainie „bolesny kompromis dla pokoju” z Rosją. Napisał o tym otwarcie we własnej kolumnie na łamach „The Wall Street Journal”. Pinczuk proponuje przede wszystkim, żeby Ukraina zrezygnowała z zamiarów przystąpienia do UE i NATO. Jego zdaniem, „Krym nie powinien stać na drodze do porozumienia, które zakończy wojnę” w Donbasie, czyli Ukraina powinna uznać jego przyłączenie do Rosji. Przyznał, że konflikt na wschodzie Ukrainy został zainicjowany „z zagranicy” i nie jest wojną domową. Uważa również, że uczciwe wybory na separatystycznych terytoriach są niemożliwe, ale mimo to proponuje przeprowadzić wybory lokalne w Donbasie pod kontrolą Rosji i tamtejszych władz. Jego zdaniem, pokaże to „zaangażowanie Ukrainy w pokojowe zjednoczenie”. Według Pinczuka Kijów powinien również „wyjaśnić, że jesteśmy gotowi zaakceptować złagodzenie sankcji” wobec Federacji Rosyjskiej, co „przybliży nas do wolnej, zjednoczonej, pokojowej i bezpiecznej Ukrainy”. „Pod koniec maja ukraińscy dziennikarze kilkakrotnie zauważyli w pobliżu Administracji Prezydenta Ukrainy samochód multimiliardera Wiktora Pinczuka” – alarmuje jagiellonia.org. Warto przypomnieć, że Pinczuk w grudniu 2013 roku poparł pucz kijowski i prawdopodobnie był jednym z jego sponsorów.

Nie był to pierwszy tak alarmistyczny materiał informacyjny proukraińskiego portal jagiellonia.org – opoki prometeizmu, giedroycizmu i atlantyzmu. Wcześniej portal ten zamieścił tak dramatyczne materiały informacyjne jak: „Prorosyjskie siły chcą oszukać Ukraińców. Prezydent Zełenski i przyjaciel Putina Medwedczuk mówią jednym głosem w sprawie pokoju z Rosją” (29.05.2019), „Rosyjskie służby specjalne negocjowały z bliskim otoczeniem Zełenskiego na długo przed rozpoczęciem wyścigu [do] wyborów prezydenckich na Ukrainie” (6.07.2019) i „Prorosyjska Ukraina. Kreml przygotowuje operację geopolityczną, która dla Polski będzie oznaczała katastrofę” (6.07.2019).

Tak kończą się neoprometejskie i postgiedroyciowskie mrzonki „klasy politycznej” w Polsce o Międzymorzu i antyrosyjskiej Ukrainie, która będzie „kordonem sanitarnym” oddzielającym Rosję od Polski i Europy. Jedynymi rezultatami ślepego wspierania i uwielbiania Ukrainy przez kolejne ekipy rządzące w Warszawie są ogromna imigracja ukraińska do Polski, która stwarza coraz więcej problemów, oraz odrodzenie agresywnego nacjonalizmu ukraińskiego, który nigdy nie ukrywał swojego antypolskiego oblicza i z którym Kijów liczy się przede wszystkim w relacjach z Polską.

[1] MSZ Ukrainy: nie godzimy się na upolitycznianie „tragedii wołyńskiej”, http://www.kresy.pl, 12.07.2019.

[2] J. Maciejewski, „Do listy winnych za ludobójstwo na Wołyniu należy doliczyć Niemcy a także Rosję”, http://www.wpolityce.pl, 11.07.2019.

[3] Medwedczuk przedstawił w Parlamencie Europejskim, a potem Putinowi, swój plan pokojowy dla Donbasu, http://www.kresy.pl, 18.07.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 lipca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 31-32 (2251/2252), 28.07-4.08.2019, s. 4

Śmierć za pomoc Żydowi

Pod koniec czerwca br. nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka w Poznaniu ukazała się książka prof. Bogdana Musiała pt. „Kto dopomoże Żydowi…” (410 ss.). Tytuł książki nawiązuje do treści odezwy do Polaków z 17 grudnia 1941 roku niemieckiego starosty powiatowego w Łowiczu, dr. Heinza Wernera Schwendera, o karze śmierci za udzielanie pomocy Żydom. W odezwie tej czytamy: „Zwracam jeszcze raz uwagę na zarządzenie [generalnego gubernatora Hansa Franka z 15 października 1941 roku – uzup. BP], że kara śmierci grozi każdemu, który udzieli żydom opuszczającym miejsce odosobnienia bez zezwolenia Władz, lub też w inny sposób okaże żydom swą pomoc”[1].

Warto w tym miejscu dodać, że dr praw Heinz Werner Schwender (1909-1999) należał do ścisłego grona funkcjonariuszy III Rzeszy odpowiedzialnych za zagładę Żydów w dystrykcie warszawskim Generalnego Gubernatorstwa. Tworząc w maju 1940 roku getto żydowskie w Łowiczu, nadał mu charakter „wzorcowy” (było szczelnie odizolowane murami i ogrodzeniami). W styczniu 1941 roku rozpoczął deportację 18 tys. Żydów z tego getta do getta warszawskiego. Podzielili oni los mieszkańców getta warszawskiego, których w latach 1942-1943 Niemcy wymordowali w obozie zagłady w Treblince. Schwender z dumą zameldował Frankowi w lutym 1941 roku, że powiat łowicki jako jeden z pierwszych w Generalnym Gubernatorstwie stał się Judenfrei (wolny od Żydów). Nigdy nie poniósł za to żadnej odpowiedzialności. Trybunał denazyfikacyjny w brytyjskiej strefie okupacyjnej Niemiec uniewinnił go 9 października 1947 roku. W 1950 roku Schwender został radcą ministerialnym w Ministerstwie Mieszkalnictwa RFN. Pracował tam do emerytury, publikując też na temat prawa mieszkaniowego w literaturze fachowej. Nigdy nie zainteresowała się nim Centrala Badania Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu[2]. Jego powojenne losy są symboliczne dla wielu niemieckich zbrodniarzy nazistowskich.

Prof. Bogdan Musiał (ur. 1960 r. w Wielopolu, pow. Dabrowa Tarnowska) jest znanym historykiem niemieckim polskiego pochodzenia. W 1985 roku uzyskał azyl polityczny, a potem obywatelstwo w RFN. W latach 1990-1998 studiował historię, socjologię i politologię na uniwersytetach w Hanowerze i Manchesterze. W 1998 roku obronił doktorat na temat eksterminacji Żydów w okupowanej Polsce. Habilitację uzyskał natomiast w 2005 roku. W latach 1999-2004 pracował w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie, w latach 2007-2010 w Biurze Edukacji Publicznej IPN, a w latach 2010-2015 kierował Katedrą Studiów nad Europą Środkową i Wschodnią na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. W swojej publicystyce prezentuje radykalnie antykomunistyczny i antyradziecki punkt widzenia, stąd był i jest chętnie zapraszany do mediów związanych z obecnym obozem władzy w Polsce i był komentatorem takich filmów dokumentalnych jak „Towarzysz generał” i „Towarzysz generał idzie na wojnę”. Niewątpliwie można go uznać za jedną z ważnych postaci wpływających na kształt polityki historycznej w Polsce po 1989 roku.

Bogdan Musiał posiada jednak w swoim dorobku także wiele cennych prac, opartych na solidnej bazie źródłowej, dotyczącej różnych wątków okupacji niemieckiej i radzieckiej ziem polskich podczas drugiej wojny światowej. Do najważniejszych publikacji B. Musiała należą: „Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne! Brutalizacja wojny niemiecko-sowieckiej latem 1941 roku” (Warszawa 2001), „Na zachód po trupie Polski” (Warszawa 2009), „Przewrót majowy 1926 roku w oczach Kremla” (Warszawa 2009), „Wojna Stalina 1939-1945. Terror, grabież, demontaże” (Poznań 2012), „Geneza paktu Hitler-Stalin. Fakty i propaganda” (Warszawa 2012), „Sowieccy partyzanci 1941-1944. Mity i rzeczywistość” (Poznań 2014), „Deutsche Zivilverwaltung und Judenverfolgung im Generalgouvernement. Eine Fallstudie zum Distrikt Lublin 1939-1944” (Wiesbaden 1999), „Aktion Reinhardt. Der Völkermord an den Juden im Generalgouvernement 1941–1944” (Osnabrück 2004), „Genesis des Genozids. Polen 1939-1941” (razem z Klausem-Michaelem Mallmannem, Darmstadt 2004), „Kampfplatz Deutschland. Stalins Kriegspläne gegen den Westen” (Berlin 2008).

Bogdan Musiał należy niewątpliwie do znawców tematu zagłady Żydów przez III Rzeszę Niemiecką na okupowanych ziemiach polskich. Tego tematu dotyczyły zarówno jego doktorat, jak i habilitacja. W wywiadach udzielanych w związku z publikacją książki „Kto dopomoże Żydowi…” nie ukrywał, że publikacja ta stanowi jego polemikę ze stanowiskiem zajmowanym przez takich autorów jak Jan T. Gross, Jan Grabowski, Paweł Śpiewak i Barbara Engelking. Autorzy ci uważają, że negatywne postawy Polaków wobec Żydów podczas okupacji niemieckiej daleko przeważały nad postawami pozytywnymi i chęcią pomocy. Polacy mieli podczas okupacji niemieckiej zabić więcej Żydów niż ich uratować, niejednokrotnie aktywnie uczestnicząc w niemieckich zbrodniach na Żydach i grabieży ich mienia. Takie wnioski zawierają m.in. prace Jana T. Grossa – „Złote Żniwa. Recz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów” (Kraków 2011) i Jana Grabowskiego – „Judenjagd. Polowanie na Żydów 1942-1945. Studium z dziejów jednego powiatu” (Warszawa 2011) oraz wydana w 2018 roku pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego dwutomowa publikacja pt. „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”.

Prof. Paweł Śpiewak stwierdził wprost, że nie może znieść retoryki ratowania Żydów przez Polaków, reakcją Polaków na zagładę Żydów była wymuszona obojętność, bezsilność i często wrogość wobec Żydów, a Polacy uratowali za mało Żydów, ponieważ brak im było zwykłej empatii[3]. Dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego stwierdził ponadto, że „chodzi o to, żeby nie robić z siebie narodu wyjątkowego, wyjątkowo miłosiernego, dobrego” [4]. Można się z tym zgodzić, jednakże z drugiej strony chodzi też o to, żeby z narodu, który sam był ofiarą niemieckiego ludobójstwa nie robić narodu sprawców i współpracowników III Rzeszy w zagładzie innego narodu.

O to właśnie – jak się wydaje – chodzi natomiast Bogdanowi Musiałowi. W swojej publikacji porusza on takie zagadnienia jak: niemiecka polityka wobec Polaków i Żydów w okupowanej Polsce, warunki życia w getcie, zagładę Żydów i niemieckie polowanie na uciekinierów żydowskich, współudział Polaków w polowaniu na uciekinierów żydowskich, sankcje i represje za pomoc uciekinierom żydowskim w praktyce, penalizacja pomocy Żydom w innych krajach oraz powojenny los niemieckich sprawców. Bardzo cennym elementem pracy B. Musiała jest pełna edycja źródeł – dotychczas cytowanych w literaturze historycznej wyrywkowo lub nie publikowanych wcale – dotyczących niemieckiego prawodawstwa okupacyjnego na ziemiach polskich, w tym sankcji karnych za pomoc Żydom. Są to w sumie 34 urzędowe dokumenty okupacyjnych władz niemieckich – rozporządzenia, zarządzenia, obwieszczenia, odezwy do Polaków i pisma poufne. Publikację uzupełniają wywiady i polemiki B. Musiała dotyczące publicystyki Jana T. Grossa, stosunków polsko-żydowskich i niemieckiej polityki historycznej.

Wspomniana edycja źródeł obejmuje m.in. takie dokumenty jak: rozporządzenie generalnego gubernatora H. Franka z 31 października 1939 roku dotyczące zwalczania czynów gwałtu w Generalnym Gubernatorstwie, rozporządzenie H. Franka z 23 listopada 1939 roku o oznaczeniu Żydów i Żydówek w Generalnym Gubernatorstwie, zarządzenie Stadthauptmanna w Krakowie z 22 października 1940 roku o ograniczeniu pobytu Żydów, zarządzenie starosty warszawskiego Ludwiga Leista z 14 stycznia 1941 roku o utworzeniu dzielnicy żydowskiej w Warszawie, zarządzenie szefa dystryktu lubelskiego z 22 września 1941 roku o ograniczeniu miejsca pobytu Żydów na obszarze Okręgu Lubelskiego, trzecie rozporządzenie H. Franka z 15 października 1941 roku o ograniczeniach pobytu w Generalnym Gubernatorstwie, obwieszczenie starosty grójeckiego z 30 października 1941 roku o zakazie udzielania pomocy Żydom, obwieszczenie gubernatora warszawskiego Ludwiga Fischera z 10 listopada 1941 roku dotyczące kary śmierci za nieuprawnione opuszczenie żydowskich dzielnic mieszkaniowych, wspomniana odezwa Heinza W. Schwendera z 17 grudnia 1941 roku o karze śmierci za udzielenie pomocy Żydom, pismo Wydziału Sprawiedliwości przy Urzędzie Gubernatora dystryktu galicyjskiego z 13 stycznia 1944 roku do dyrektora Wydziału Głównego Sprawiedliwości rządu GG dotyczące wykonywania wyroków śmierci za pomoc Żydom i in.

Już tylko z tych dokumentów wynika, że tym co determinowało rozmiary polskiej pomocy dla Żydów podczas okupacji niemieckiej była ich izolacja w gettach oraz drakońskie kary, łącznie z karą śmierci, za opuszczanie gett przez Żydów i udzielanie im pomocy przez Polaków. Kluczowe jest tutaj trzecie rozporządzenie Hansa Franka z 15 października 1941 roku o ograniczeniach pobytu w Generalnym Gubernatorstwie. Czytamy w nim m.in.: „(1) Żydzi, którzy bez upoważnienia opuszczają wyznaczoną im dzielnicę podlegają karze śmierci. Tej samej karze podlegają osoby, które takim żydom świadomie dają kryjówkę. (2) Podżegacze i pomocnicy podlegają tej samej karze jak sprawca, czyn usiłowany karany będzie jak czyn dokonany. W lżejszych wypadkach można orzec ciężkie więzienie lub więzienie. (3). Zawyrokowanie następuje przez Sądy Specjalne”[5].

Chociażby w świetle tego rozporządzenia generalnego gubernatora rodzi się pytanie: skoro pomoc polska dla Żydów była tak niewielka – jak twierdzą obecnie niektórzy historycy i publicyści – to dlaczego była tak surowo karana? Skoro Polakom było brak empatii i uratowali za mało Żydów – jak twierdzi prof. P. Śpiewak – to dlaczego Hans Frank obawiał się, że jednak mają empatię i postanowił zapobiec skutkom tej empatii poprzez surowe kary?

Bogdan Musiał odpowiada na to następująco: „Opisane niemieckie prawodawstwo penalizujące wszelką pomoc prześladowanym Żydom oraz represje za objawy takiej pomocy w Polsce są wyjątkowe w okupowanej przez Niemców Europie. W żadnym innym kraju władze okupacyjne nie stosowały tak drastycznych sankcji oraz metod terroru. Wyjątkowa jest ich skala i fakt, że dotykały one przede wszystkim mieszkańców polskich wsi. (…). Nasuwa się więc pytanie, dlaczego akurat na polskiej prowincji niemieckie represje były tak drastyczne. Biorąc pod uwagę aktualny stan badań, można powiedzieć, że miało to związek z dużą skalą ucieczek z niezamkniętych przecież gett, przy początkowo wysokim stopniu gotowości udzielania pomocy przez polskich sąsiadów. (…) Jedno jest raczej pewne. Polskie społeczeństwo w swojej większości nie pozostawało obojętne, ani bierne wobec zagłady Żydów. Stopień gotowości do pomocy prześladowanym był najwidoczniej na tyle duży, że niemieccy okupanci czuli się zmuszeni stworzyć specjalne prawodawstwo penalizujące takie postawy oraz stosować drakońskie kary i represje. Ich celem było stworzenie atmosfery strachu, aby w ten sposób wyeliminować lub przynajmniej ograniczyć pomoc skazanym na śmierć Żydom. I to się w dużej mierze udało. Z dostępnych relacji wynika bowiem, że w czasie okupacji w Polsce panowała wręcz psychoza strachu wywołana niemieckim terrorem. (…) Tymczasem ton debacie na te trudne tematy często nadają autorzy, którzy albo nie znają, albo ignorują realia niemieckiej okupacji w Polsce, lub też tacy, którzy sami w chwili próby nie wykazali się hartem ducha i nienaganną postawą moralną. (…) Autorzy zajmujący się problemem ratowania Żydów w okupowanej Polsce powinni sobie najpierw zadać pytanie, czy zaryzykowaliby życie własnych dzieci dla pomocy innym”[6].

[1] B. Musiał, „Kto dopomoże Żydowi…”, Poznań 2019, s. 277-278. Pisownia oryginalna według wersji obwieszczenia odezwy niemieckiego starosty powiatowego w Łowiczu z 17 grudnia 1941 r. wydanej przez władze niemieckie w języku polskim.

[2] M. Roth, „Herrenmenschen. Die deutschen Kreishauptleute im besetzten Polen – Karrierewege, Herrschaftspraxis und Nachgeschichte”, Göttingen 2009, s. 182f, 187, 503.

[3] Prof. P. Śpiewak: podstawową reakcją na Zagładę była wymuszona obojętność, bezsilność, często wrogość wobec Żydów, http://www.dzieje.pl, 24.03.2018; Prof. Paweł Śpiewak: Polacy nie umieją poczuć się Żydem w lipcu 1942 roku, http://www.wiadomo.co, 25.02.2019; Dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego: Polacy uratowali tak mało Żydów, bo brakło im zwykłej empatii, http://www.dzienniknarodowy.pl, 26.02.2019; Skandaliczne słowa prof. Śpiewaka: „Nie mogę znieść retoryki ratowania Żydów przez Polaków”, http://www.dorzeczy.pl, 19.04.2019.

[4] Skandaliczne słowa prof. Śpiewaka: „Nie mogę znieść retoryki ratowania Żydów przez Polaków”, http://www.dorzeczy.pl, 19.04.2019.

[5] B. Musiał, „Kto dopomoże Żydowi…”, s. 269-270. Pisownia oryginalna według wersji rozporządzenia H. Franka wydanej przez władze niemieckie w języku polskim.

[6] Tamże, s. 277-228, 244.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 lipca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 29-30 (2249/2250), 14-21.07.2019, s. 17

Degrelle a polityka historyczna III RP

Na oficjalnym koncie na Twitterze Brygady Lubelskiej ONR pojawił się następujący wpis: „15 czerwca 1906 r. urodził się Leon Degrelle – jeden z największych narodowych rewolucjonistów. Oto prawdziwa wielka rewolucja, którą trzeba przeprowadzić. Rewolucja duchowa. Albo bankructwo epoki. Zbawienie świata spoczywa w woli dusz, które wierzą”.

Wpis ten wywołał słuszne oburzenie Rafała A. Ziemkiewicza, Konrada Świrskiego (członka zarządu i byłego wiceprezesa Polskiej Fundacji Narodowej) oraz Krzysztofa Bosaka.

Red. R. Ziemkiewicz stwierdził: „Co za chory, odrażający pomysł. Lubelski ONR właśnie napluł na grób zamęczonego w Auschwitz założyciela przedwojennego ONR Mosdorfa i licznych działaczy tej organizacji, którzy polegli i zostali zakatowani przez hitlerowców. Doradzam p***cie się w łeb i natychmiastowe przeprosiny”.

Natomiast Konrad Świrski napisał: „Ludzie z @ONRLublin albo zwariowali albo są po prostu ruską agenturą. Promują hitlerowskiego kolaboranta, dowódcę dywizji SS Walonien (…)”[1].

Ten chwyt z „ruską agenturą” – jakże charakterystyczny dla obozu władzy – musiał tak podziałać na lubelski ONR, że zaraz wpis o Degrelle’u skasował. Jednakże sprowadzanie wszystkiego do „ruskiej agentury” jest daleko idącym uproszczeniem.

Nie ulega wątpliwości, że jakiekolwiek pozytywne odniesienia do osoby SS-Standartenführera Leona Degrelle’a (1906-1994), hitlerowskiego kolaboranta i dowódcy 28. (1.walońskiej) Ochotniczej Dywizji Grenadierów Pancernych Waffen-SS „Wallonien” są kompromitujące dla każdego kto uważa się za Polaka. Są profanacją pamięci o polskich ofiarach nazizmu i bezczelną ignorancją faktu, że niemiecki nazizm skazał naród polski na zagładę. Są także kompromitacją dla każdego kto uważa się za katolika, ponieważ Degrelle został w lipcu 1943 roku ekskomunikowany przez hierarchów belgijskiego Kościoła katolickiego. W reakcji na ten akt ksiądz Michel Poncelet odmówił udzielenia mu sakramentu Eucharystii. Wówczas Degrelle na czele swoich zwolenników napadł na tego księdza w kościele. Został on przez nich pobity, wyrzucony z kościoła i zamknięty w grobowcu rodziny Degrelle’a. 12 kwietnia 1943 roku Degrelle zamordował też kochanka swojej żony i nigdy nie został za to ukarany. Jako nazistowski kolaborant był bowiem bezkarny. Odwoływanie się do takiej postaci jako rzekomego symbolu „tradycji katolickiej” i jej obrony ośmiesza każdego, kto to czyni.

Mimo to po skandalu w Lublinie pojawili się obrońcy postaci Degrelle’a, twierdzący, że jego kolaboracja z III Rzeszą to był tylko taki epizod, a poglądy wodza walońskich faszystów („chrześcijański rewolucjonizm”) były w porządku i świetnie nadają się dzisiaj dla radykalnej prawicy. Nie można twierdzić, że ceni się u Degrelle’a „chrześcijański rewolucjonizm” i ignorować fakt, że był nazistą. Ten „chrześcijański rewolucjonizm” zaprowadził Degrelle’a właśnie do nazizmu i kolaboracji z III Rzeszą. I tylko tam.

Nie jest też prawdą, że ta kolaboracja to był jakiś „realizm polityczny”, na który Degrelle zdecydował się po 1940 roku, żeby ocalić Belgów. Po pierwsze Belgom (poza belgijskimi Żydami) nie groziła ze strony III Rzeszy eksterminacja. Takie zamiary hitlerowskie Niemcy miały tylko wobec Żydów i Słowian. Generalny Plan Wschodni przewidywał biologiczną redukcję Polaków o 85%, Czechów o 50%, Ukraińców o 65%, a Białorusinów o 75%. Następni po Żydach byli przewidziani do zagłady właśnie Słowianie. Zagłada Żydów środkowo- i wschodnioeuropejskich była wstępem do depopulacji Europy Środkowej i Wschodniej. Tam – a nie w Belgii – miał powstać niemiecki Lebensraum, o który na froncie wschodnim walczył SS-Standartenführer Degrelle.

Po drugie Degrelle przeszedł na stronę faszyzmu i nazizmu na długo przed wkroczeniem 10 maja 1940 roku wojsk niemieckich do Belgii, Francji, Holandii i Luksemburga. W 1935 roku Degrelle wystąpił z Belgijskiej Partii Katolickiej i założył ultrakatolickie oraz radykalnie nacjonalistyczne ugrupowanie Christus Rex, Potocznie nazywano ten ruch reksistami, a jego ideologię reksizmem. Reksiści od początku dryfowali w kierunku faszyzmu i nazizmu. Degrelle był przed wojną regularnym gościem corocznych zjazdów NSDAP w Norymberdze, spotykał się z Josephem Goebbelsem i pobierał wsparcie finansowe od Benito Mussoliniego. Reksizm jako ideologia był kopią włoskiego faszyzmu, okraszoną frazeologią ultrakatolicką.

W 1940 roku Degrelle został wydalony przez Niemców wraz z tysiącem swoich zwolenników do Francji. Powrócił jednak do łask III Rzeszy, gdy przedstawił Berlinowi bardziej atrakcyjną ofertę kolaboracji niż wspierani początkowo przez hitlerowców separatyści flamandzcy. Ostatecznie Hitler postawił w Belgii na Degrelle’a i na katolickich faszystów walońskich (reksistów) i się nie zawiódł. Nie zabrakło ochotników do Legionu Walońskiego i stworzonych później na jego bazie Brygady Szturmowej SS „Walonia” oraz 28. Ochotniczej Dywizji Grenadierów Pancernych Waffen-SS „Wallonien”, rozbitej w lutym 1945 roku podczas walk na Pomorzu. Formacje te były używane na Wschodzie m.in. do walk z partyzantką radziecką i prawdopodobnie też polską, o czym warto członkom ONR przypomnieć. Degrelle został odznaczony wieloma odznaczeniami hitlerowskimi, w tym Krzyżem Rycerskim Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu (czwarta klasa Krzyża Rycerskiego Krzyża Żelaznego). Wręczając mu to odznaczenie na początku 1945 roku Hitler powiedział, że „gdybym miał syna, chciałbym by był taki jak ty”.

Degrelle dorobił się na wojnie i kolaboracji z Niemcami fortuny. Głównie na grabieży majątku po zamordowanych Żydach belgijskich. Za uzyskane w ten sposób pieniądze kupował nieruchomości w Cannes oraz wygodnie urządził się po wojnie w frankistowskiej Hiszpanii, nie przejmując się faktem, że w Belgii skazano go zaocznie za kolaborację z Niemcami na karę śmierci.

W 1977 roku, w wywiadzie dla „The New York Times”, Degrelle stwierdził: „byłem hitlerowcem, cięgle nim jestem i pozostanę nim do śmierci”. W wywiadzie z 1985 roku dla „The Washington Post” stwierdził natomiast, że komory gazowe w niemieckich obozach zagłady nigdy nie istniały, a Josef Mengele był w Auschwitz zwykłym lekarzem. Katolickim nacjonalistom w Polsce, którzy odwołują się do tej postaci, warto przypomnieć, że w 1979 roku Degrelle napisał bezczelny w formie i treści list do papieża Jana Pawła II, w którym sprzeciwiał się jego wizycie w byłym nazistowskim i niemieckim obozie KL Auschwitz. Otwarcie zanegował wtedy zbrodnie niemieckie popełnione w tym obozie.

Hubert Kuberski uważa, że transformacja Degrelle’a z katolickiego faszysty w nazistę miała miejsce na początku 1943 roku: „Przełom ideologiczny u Degrelle’a nastąpił 17 stycznia 1943 r. w brukselskim Palais des Sports, gdy doszło do oficjalnego powitania powracających legionistów przez tysiące zmobilizowanych specjalnie w tym celu ekstremistów walońskich. To tam Chef de Rex ogłosił zmianę kursu oraz rewelacje o »germańskich« korzeniach Walonów (mających wywodzić się od Burgundów) oraz włączeniu Walonii w skład III Rzeszy, tworzącej »Germańskie Imperium«. Tą deklaracją Degrelle osiągnął najwyższy poziom kolaboracji z Niemcami – jednocześnie okazywało się, że Rex i Légion stały się platformą stałego wzrostu osobistego znaczenia i ambicji swego lidera. (…) Dalszym krokiem ku ściślejszej kolaboracji był ponowny wyjazd Degrelle’a do Berlina wraz z Matthysem i Paulem Colinem. W ciągu dwóch tygodni Chef de Rex spotkał się z przedstawicielami Wehrmachtu i SS-Hauptamt, rozpoczynając serię rozmów na temat przeniesienia walońskiego legionu pod zwierzchnictwo Waffen SS. Poza najważniejszą kwestią wojskową Degrelle zdążył doprowadzić do spotkań na temat statusu Walonów w Reichsicherhauptamt, Reichsjugendführung, Propagandaministerium i Auswärtiges Amt. Wziął też udział w mityngu politycznym, przemawiając przed publicznością berlińskiego Reichssportfeld, złożoną z 2000 belgijskich robotników (ochotniczych i przymusowych) oraz legionistów. Wizyta okazała się sukcesem medialnym Degrelle’a, gdyż Hitler wydał 31 stycznia 1943 r. polecenie, które brzmiało: »wszelkimi sposobami musimy popierać Degrelle’a«. Wówczas zaczął kształtować się narodowosocjalistyczny Degrelle. Tymczasem rozwijał się front wewnętrzny w Walonii pod postacią kontrterroru, będącego odpowiedzią na zamachy organizowane przez belgijski Resistance zdominowany przez komunistów z PCB. Zakulisowo działający reksiści pod kierunkiem Charlesa Lambinona, w ramach Biura Informacji, Dochodzenia i Dokumentacji (Bureau d’information, de renseignements et de documentation – BIRD) przygotowywali listy proskrypcyjne potencjalnych i wytypowanych wrogów Reksa. Ostatecznie część informacji BIRD trafiła do niemieckiej policji, a pod koniec 1942 r. doszło do zaangażowania reksistów w akcje inwigilacyjne, np. w Charleroi. Już wkrótce, bo w styczniu 1943 r., doszło do serii ataków przemocy wobec osób utożsamianych z kręgami patriotycznymi lub probrytyjskimi”[2].

Tym, którym imponuje Degrelle jako „katolicki tradycjonalista” trzeba też uświadomić, że dekatolizacja i dechrystianizacja Europy Zachodniej nie zaczęła się od rewolucji obyczajowej w latach 60. XX wieku i późniejszej inwazji islamu. Zaczęła się od profaszystowskich i pronazistowskich afiliacji ruchów politycznych odwołujących się do tradycjonalistycznego katolicyzmu, takich jak reksiści w Belgii czy Croix-de feu (Ognisty Krzyż) we Francji.

To wszystko jest oczywiste. Powstaje jednak pytanie, dlaczego panowie Świrski i Ziemkiewicz zareagowali dopiero teraz na gloryfikację postaci Leona Degrelle’a wśród skrajnej prawicy w Polsce? Przecież ta gloryfikacja ma miejsce co najmniej od lat 90. XX wieku. Już wtedy bowiem wydano w Polsce po raz pierwszy „Płonące dusze” – czyli taki „Mein Kampf” Degrelle’a. Ostatnie polskie wydanie tej książki – nakładem wydawnictwa Rekonkwista – pochodzi z 2009 roku. Wydawnictwo Rekonkwista zostało założone przez pracownika IPN, dr. Mariusza Bechtę, którego prezydent Andrzej Duda odznaczył w 2016 roku Złotym Krzyżem Zasługi. Na polskim rynku wydawniczym jest też obecne od lat inne dzieło pisarskie Degrelle’a – „Front wschodni 1941-1945. Wspomnienia”, wydane w 2002 roku w Krakowie przez Wydawnictwo Arkadiusz Wingert. Publikacja ta zawiera skrajnie idealistyczny obraz armii hitlerowskiej na froncie wschodnim. Oficyna Wydawnicza Finna wydała w Polsce dwutomową publikację Degrelle’a pt. „Wiek Hitlera”, której drugi tom nosi tytuł „Hitler demokrata”, a wydawnictwo Carnivore apologetyczną książkę Degrelle’a pt. „Waffen SS”, która w styczniu 2018 roku była promowana na narodowo-radyklanym portalu Nacjonalista.pl. Nie wydawano by w Polsce takich książek, gdyby nie było na nie popytu. A ten popyt stworzyła skrajnie antykomunistyczna polityka historyczna. Heroiczne opowieści o „Łupaszce”, „Roju” i „Burym” pewnym ludziom nie wystarczyły. Sięgnęli więc po coś mocniejszego. Ostatecznie Degrelle zrealizował 70 lat wcześniej ich marzenie – marzenie o walce z Rosją, nie w jakiejś partyzantce, ale w wielkiej regularnej armii.

Złote myśli Degrelle’a, a także Davida Irvinga i Juliusa Evoli, były też rozpowszechniane na łamach periodyku „Templum Novum”, wydawanego i redagowanego przez wspomnianego pracownika IPN, dr. Mariusza Bechtę. W 2013 roku Bechta opublikował w języku polskim „Apel do młodych Europejczyków” Degrelle’a. Panowie Świrski i Ziemkiewicz wtedy tego nie zauważyli?

Nigdy wcześniej nie dostrzegli, że postać przywódcy walońskich katolickich faszystów była przez co najmniej 25 lat stale obecna w roli bohatera pozytywnego na różnych portalach nacjonalistycznych w Polsce i w tego typu niszowych publikacjach? Naprawdę dziwnie, jeśli nie śmiesznie, wygląda ich oburzenie w czerwcu 2019 roku.

W dzisiejszej Polsce działają także legalnie Ruch Christus Rex i Instytut Narodowo-Rojalistyczny Christus Rex, odwołujące się właśnie do ideologii reksizmu Degrelle’a. Z ich strony internetowej można się dowiedzieć, że są przeciwko komunizmowi i kapitalizmowi, opowiadają się za „narodowym państwem korporacyjnym” (to takie eleganckie określenie włoskiego faszyzmu), „integralnym rzymskim katolicyzmem”, „integralnym nacjonalizmem”, „narodowym solidaryzmem” (patrz: uwaga wyżej) i „monarchizmem narodowym”. Można tam przeczytać, że Degrelle był autorem „wzniosłych słów”, a oprócz jego dzieła „Płonące dusze” jest też propagowane dzieło „Droga legionisty” autorstwa Corneliu Zelea Codreanu (1899-1938) – rumuńskiego mistyka prawosławnego i ideologa rumuńskiego faszyzmu, przywódcy Legionu Michała Archanioła (późniejszej Żelaznej Gwardii). O tym panowie Świrski i Ziemkiewicz też nie wiedzą? Też powiedzą, że to „ruska agentura”? A może jednak nie „ruska”.

Podejrzewam, że nie chodzi tym panom o Degrelle’a, ale jedynie o powiedzenie ONR-owi, że jak chcą być przybudówką PiS-u to niech nie kompromitują swojego protektora tak bezpośrednio. Mogą czcić „Ognia” i „Burego”, ale nie SS-Standartenführera Degrelle’a.

Skąd się wziął w tego typu środowiskach kult postaci Degrelle’a? Z tego samego źródła, z którego wypłynął tendencyjny kult „żołnierzy wyklętych” i cała polska polityka historyczna po 1989 roku. Z wojującego antykomunizmu i antysowietyzmu (rozumianego jako antyrosyjskość). Gloryfikacja różnych Degrellów to była narracja propagandowa skrajnej prawicy na Zachodzie w okresie „zimnej wojny” (1946-1989). Wtedy to było tam tolerowane, bo wszystko co antykomunistyczne i antysowieckie uważano w tamtym okresie za dobre.

Ta idea, że wszystko co antykomunistyczne i antysowieckie (w znaczeniu antyrosyjskie) jest dobre, legła u podstaw polskiej polityki historycznej po 1989 roku i jeszcze bardziej pisowskiej polityki historycznej po 2015 roku. Oczywiście, że ta polityka historyczna nie przewidywała kultu SS-Standartenführera Degrelle’a, ale każda skrajność ma tę cechę, że inspiruje jeszcze większą skrajność. Dla części środowisk nacjonalistycznych postać Degrelle’a wpisała się w ramy państwowej antykomunistycznej polityki historycznej, czy też inaczej – ta polityka stała się parawanem ochronnym dla kultu takiej postaci. Afirmacja Degrelle’a pod płaszczykiem „chrześcijańskiego rewolucjonizmu” i czegoś tam jeszcze jest bowiem dla tych środowisk zastępczą formą afirmacji faszyzmu i nazizmu, do których wprost nie wypada się odwoływać. Afirmacja Degrelle’a i reksizmu w Polsce świadczy o zagubieniu politycznym młodego pokolenia, które jest skutkiem takiego a nie innego przebiegu transformacji ustrojowej oraz peryferyjnego i podrzędnego statusu Polski w bloku euro-atlantyckim.

Panowie Świrski i Ziemkiewicz – zaliczający się niewątpliwie do elity animatorów państwowej polityki historycznej – udają, że nie rozumieją, iż potępiają uboczny skutek tej polityki. Rozsądni ludzie ostrzegali, że wyjdzie z tego głupota i kompromitacja. I wyszła.

[1] Skandaliczny wpis lubelskiej brygady ONR. Ostra reakcja Ziemkiewicza, http://www.przybylski.dorzeczy.pl, 17.06.2019.

[2] H. Kuberski, „Wschodnioeuropejska odyseja Leona Degrelle’a. Walońscy ochotnicy Waffen SS (1943-1945) na froncie wschodnim”, „Studia z dziejów Rosji i Europy Środkowo-Wschodniej”, rocznik XLIX, zesz. 2, Warszawa 2014, s. 130-131.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 czerwca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 27-28 (2247/2248), 30.06-7.07.2019, s. 4-5

Jak to się stało?

4 czerwca minęła 30. rocznica wyborów parlamentarnych z 1989 roku, które położyły kres historii Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Rocznicę tę obchodziły głównie postsolidarnościowe elity polityczne i także te obchody odzwierciedliły śmiertelne skłócenie tych elit, z jakim mamy do czynienia z różnym stopniem nasilenia od pierwszej „wojny na górze” w 1990 roku. Brak powszechnego entuzjazmu społecznego w związku z tą rocznicą jest wymowny i w jakiejś mierze stanowi podsumowanie minionego 30-lecia, w którym dokonała się transformacja PRL w III RP.

Jeszcze przez wiele dziesięcioleci będzie zadawane pytanie: jak to się stało? Jedną z najciekawszych odpowiedzi na pytanie o przyczynę 4 czerwca 1989 roku udzielił skrajny dogmatyk partyjny Wsiewołod Wołczew (1929-1993) – syn bułgarskiego komunisty Wasiła Wyłczewa i Rosjanki, urodzony w Leningradzie. Zrządzenie losu spowodowało, że stał się obywatelem polskim (jego matka po śmierci męża – straconego w 1938 roku podczas Wielkiego Terroru – wyszła za mąż za Polaka i wyemigrowała z nim w 1946 roku do Polski). Wołczew został dr. hab. historii i wykładał na UMCS, Uniwersytecie Śląskim, Uniwersytecie Szczecińskim i w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR. Przede wszystkim jednak był kierownikiem Zakładu Badań Politycznych Śląskiego Instytutu Naukowego w Katowicach – głównego zaplecza naukowego partyjnego betonu z Komitetu Wojewódzkiego PZPR.

W latach 1981-1982 był jednym z przywódców Katowickiego Forum Partyjnego, które chciało powstrzymać ewolucję PZPR w stronę rewizjonizmu i które miało dostarczyć kadr do nowej ekipy PZPR na wypadek interwencji radzieckiej w Polsce. Po upadku Andrzeja Żabińskiego (1938-1988) – I sekretarza KW PZPR w Katowicach i lidera tej grupy – Katowickie Forum Partyjne zostało przekształcone w Katowickie Seminarium Marksistowsko-Leninowskie, które nie odegrało już żadnej roli politycznej. W 1990 roku Wołczew znalazł się na emeryturze. Zmarł trzy lata później. Na przełomie lutego i marca 1989 roku (a więc w okresie obrad Okrągłego Stołu) opublikował opracowanie pt. „Niektóre uwagi w kwestii źródeł i przesłanek aktualnego kryzysu światowego systemu socjalizmu”. Z jego analizy wynika, że III RP ma korzenie PRL-owskie i tylko PRL-owskie. Polski neokapitalizm wyrósł z polskiego socjalizmu i faktu tego nie zmieni żadna dekomunizacyjna polityka historyczna.

Swoją analizę streścił później następująco:

„Bezpośrednią siłą społeczną, która zadecydowała o przekształceniu rewolucji socjalistycznej w burżuazyjną kontrrewolucję była potężna uprzywilejowana warstwa zarządzająca. Swoje egoistyczne interesy realizowała ona kosztem mas pracujących i zahamowania rewolucji socjalistycznej. W sposób nieuchronny doprowadziło to do kryzysu gospodarczego oraz przegrania współzawodnictwa technologicznego i ekonomicznego z najbardziej rozwiniętymi krajami kapitalistycznymi. Usunięcie uprzywilejowanej warstwy zarządzającej, z uwagi na podporządkowanie jej całego systemu politycznego oraz brak zorganizowanych sił rewolucyjnych, okazało się niemożliwe. Ponieważ polityka uprzywilejowanej warstwy zarządzającej podważyła zaufanie mas do socjalizmu, nieuchronna okazała się otwarta restauracja kapitalizmu. (…) W Polsce uprzywilejowana warstwa zarządzająca podporządkowała sobie PZPR, związki zawodowe i wszystkie inne organizacje systemu politycznego, tolerowała istnienie opozycji antysocjalistycznej i wielokrotnie korzystała z poparcia Kościoła katolickiego. W rezultacie mieliśmy do czynienia z dwoma ośrodkami antysocjalistycznej kontrrewolucji. Jeden – skupiony był wokół tzw. oficjalnej opozycji antysocjalistycznej, a drugi – usadowiony był w oficjalnych strukturach władzy politycznej. Do formalnego porozumienia obu tych ośrodków antysocjalistycznych doszło przy »okrągłym stole«, choć faktycznie współpracowano wcześniej od wielu lat. Uprzywilejowana warstwa zarządzająca, najpełniej reprezentowana przez ekipę Jaruzelskiego, przekazała jawnej kontrrewolucji władzę polityczną w 1989 roku, a obecnie doradza i sekunduje ekipom solidarnościowym w rozkradaniu majątku narodowego i ograbianiu ludzi pracy z socjalno-ekonomicznych i politycznych zdobyczy”[1].

Analiza Wołczewa nie była analizą marksistowską, ale trockistowską. To wygnany w 1929 roku z ZSRR Lew Trocki (1879-1940) w swojej książce „Zdradzona rewolucja. Czym jest ZSRR i dokąd zmierza?” (pierwsze wydanie polskie w 1936 roku, drugie w 1991 roku) postawił tezę, że państwo to zostało opanowane przez pasożytniczą biurokratyczną kastę partyjno-państwową, a za wyraziciela jej interesów uznał Stalina i jego otoczenie. Ostrzegał, że owa warstwa biurokratyczno-zarządzająca w pewnym momencie uzna, iż w jej interesie leży zdemontowanie socjalizmu i restauracja kapitalizmu. Tezy te powielił jugosłowiański komunista, a potem dysydent Milovan Dżilas (1911-1995) w opublikowanej w 1957 roku w Londynie książce „Nowa klasa”. Pierwsze wydanie polskie tej książki, które miało miejsce także w 1957 roku w Instytucie Literackim w Paryżu, w tłumaczeniu Juliusza Mieroszewskiego (1906-1976), nosiło tytuł „Nowa klasa wyzyskiwaczy (analiza systemu komunistycznego)”.

Oczywiście sprowadzanie przyczyn upadku socjalizmu w ZSRR i państwach bloku radzieckiego do działań warstwy biurokratyczno-zarządzającej jest uproszczeniem. Był to zapewne splot wielu czynników, które wystąpiły równocześnie. Wpływ na rozwój wypadków w latach 80. XX wieku w krajach obozu socjalistycznego miały też porażka radzieckiej pieriestrojki, rozumianej jako próba całościowej reformy ZSRR, a nie jego likwidacji, kryzys gospodarki socjalistycznej, globalna ofensywa antykomunistyczna podjęta przez USA za prezydentury Reagana, przegranie wyścigu technologicznego i wyścigu zbrojeń przez ZSRR i jego blok z USA i blokiem kapitalistycznym (a co za tym idzie przegranie „zimnej wojny”), a w PRL dodatkowo 16 miesięcy powszechnego strajku rotacyjnego „Solidarności” w latach 1980-1981, istnienie opozycji antyustrojowej i silnego Kościoła katolickiego. W każdym z państw obozu radzieckiego występowały różne czynniki, wśród których nie można też lekceważyć roli służb specjalnych i ich powiązań zagranicznych. Ten czynnik odegrał przecież kluczową rolę w siłowym obaleniu ustroju socjalistycznego w Rumunii.

Inaczej wypadki potoczyły się w Chinach i Azji Południowo-Wschodniej, gdzie zachowana została autorytarna władza narodowych partii komunistycznych i dokonano restauracji kapitalizmu (a właściwie jego budowy od podstaw, bo tam nigdy wcześniej nie było rozwiniętego kapitalizmu), ale bez przyjmowania modelu neoliberalnego z ryzykiem pułapki rozwoju zależnego. Dodanie przymiotnika „narodowe”, jeśli mówi się o partiach komunistycznych w Chinach i krajach Azji Południowo-Wschodniej, jest konieczne, ponieważ tamtejszy ruch komunistyczny był ruchem narodowowyzwoleńczym i antykolonialnym, a przez to od początku nacjonalistycznym. W Chińskiej Republice Ludowej partia komunistyczna zachowała swoją władzę polityczną prawdopodobnie dzięki temu, że Deng Xiaoping (1904-1997) rozpoczął chińską pieriestrojkę o ponad sześć lat wcześniej niż Gorbaczow w ZSRR, bo w grudniu 1978 roku. Być może zatem warstwa biurokratyczno-zarządzająca w bloku radzieckim nie chciała iść w kierunku neoliberalnego kapitalizmu, ale w drugiej połowie lat 80. XX wieku nie miała innego wyjścia, ponieważ podjęła środki zaradcze za późno. Kryzys gospodarczy był już zbyt zaawansowany, a ZSRR i państwa jego bloku coraz słabsze politycznie.

Deng Xiaoping zreinterpretował chińską wersję marksizmu, czyli maoizm, w duchu konfucjańskim. Kluczową zasadą działania stał się pragmatyzm. Dlatego kierownictwo chińskie odrzuciło szaleństwa maoizmu, ale też nie przyjęło tego modelu transformacji gospodarczej, jaki zastosowano w Polsce i innych państwach obozu radzieckiego. Modelu thatcherowsko-neoliberlanego, który wpędził te kraje w to co socjologia nazywa rozwojem zależnym. Data 4 czerwca 1989 roku kojarzy się w Chinach z zupełnie czym innym niż w Polsce – z brutalnym i krwawym zmasakrowaniem na placu Tiananmen w Pekinie tych, którzy chcieli pójść drogą liberalnej demokracji i neoliberalnego kapitalizmu. Ta tragedia pokazuje, że wybór drogi polityczno-ekonomicznej w Chinach nie był sprawą łatwą i odbywał się w dramatycznych okolicznościach. Dlatego nad ofiarami z placu Tiananmen trzeba nisko pochylić głowę. Faktem jest jednak, że dzisiaj to chiński kapitalizm (zwany w oficjalnej propagandzie socjalistyczną gospodarką rynkową) prześciga neoliberalny kapitalizm północnoamerykański i zachodnioeuropejski, który po kryzysie finansowym z 2008 roku nie powrócił na dawne ścieżki szybkiego wzrostu. To z Chinami musi prezydent Trump toczyć dzisiaj wojny gospodarcze, żeby utrzymać słabnącą pozycję gospodarki amerykańskiej jako lidera światowego.

Równie ciekawą analizę jak Wołczew przeprowadził Józef Kossecki (1936-2015) – reprezentant nurtu politycznego w PRL, który złośliwie określano mianem endokomuny. Najpierw członek nielegalnej Ligi Narodowo-Demokratycznej, potem członek PZPR i Klubu Partyjnej Inteligencji Twórczej „Warszawa 80”, a w latach 80. sekretarz ds. propagandy Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald”. Wykładowca cybernetyki społecznej na Uniwersytecie Warszawskim, w Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR, Wojskowej Akademii Politycznej i Akademii Sztabu Generalnego. Jego zdaniem PRL przeszła w latach 1956-1989 ewolucję od państwa o ograniczonej suwerenności i ustroju autorytarnym do państwa niepodległego i demokratycznego. Ewolucja ta miała być zasługą sił reformatorskich w PZPR i jej otoczeniu, opozycji antyustrojowej i Kościoła katolickiego. Natomiast III RP przebyła ewolucję w kierunku odwrotnym.

Czym została spowodowana ta ewolucja w kierunku odwrotnym? Też nie ma na to odpowiedzi prostej i jednoznacznej. Też był to splot wielu czynników występujących równocześnie. Zapewne kluczową rolę odegrał przyjęty, czy też może narzucony Polsce przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy w 1989 roku model gospodarki neoliberalnej, który podporządkował III RP regułom tzw. rozwoju zależnego. M.in. dlatego nastąpiła utrata własnego przemysłu, a co za tym idzie samodzielności ekonomicznej. Z istniejących w 1988 roku około 6200 zakładów przemysłowych zatrudniających ponad 100 pracowników zlikwidowano 1675, w tym 681 zakładów zbudowanych w PRL, natomiast aż 994 istniejących przed 1949 rokiem, a więc powstałych w gospodarce rynkowej, a nie socjalistycznej. Powielana w mediach teza, że tak głęboka deindustrializacja była wynikiem nietrafnego zaprogramowania rozwoju przemysłu w PRL jest zatem fałszywym mitem. Likwidacji uległy całe gałęzie przemysłu, jak np. przemysł elektroniczny. Chociaż deindustrializacja była procesem zachodzącym w wielu krajach rozwiniętych na przełomie XX i XXI wieku, to jej skala w Polsce po 1989 roku była rekordowa w Europie. Zlikwidowano bowiem 33 proc. majątku przemysłowego[2].

Do tego należy dodać skandaliczną próbę prywatyzacji systemu emerytalnego, której mechanizm szczegółowo przeanalizowała prof. Leokadia Oręziak w książce „OFE. Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce” (Warszawa 2014), oraz trwającą ponad dwie dekady degradację polityki społecznej. Prof. Andrzej Karpiński – współautor książki „Od uprzemysłowienia w PRL do deindustrializacji kraju” (Warszawa 2015) oraz autor książki „Prawda i kłamstwa o przemyśle. Polska w obliczu III rewolucji przemysłowej” (Warszawa 2018) – uważa, że gdyby po 1989 roku nie doszło do masowej deindustrializacji, bezrobocie byłoby o 1,5 mln mniejsze, a zarobki o 1/3 wyższe. Z badań prof. A. Karpinskiego wynika, że za uzasadnioną ekonomicznie można uznać likwidację po 1989 roku 25-30% zakładów przemysłowych. „Z pozostałych 70-75% jedna trzecia to efekt spekulacji gruntami, a jedną czwartą stanowiły wrogie przejęcia. Niemałą rolę w procesie prywatyzacji odegrało dążenie wąskiej grupy społecznej techników i zarządzających do szybkiego wzbogacenia się” – uważa prof. A. Karpiński[3].

Po 30 latach od 4 czerwca 1989 roku Polska jest państwem politycznie słabym, stojącym z tego powodu przed o wiele większymi zagrożeniami niż masowa deindustrializacja, jaka dokonała się w wyniku transformacji ustrojowej. Reguły rozwoju zależnego doprowadziły też do tego, że III RP nie dorobiła się elity politycznej, która potrafiłaby zdefiniować kryteria interesu narodowego. Dzisiaj jeden z dwóch dominujących w Polsce obozów politycznych opowiada się za federalizmem i likwidacją państw narodowych w ramach UE oraz dalszą deindustrializacją (m.in. całkowitą likwidacją górnictwa węgla kamiennego), natomiast drugi rozwija utopijną koncepcję Trójmorza, a siłę państwa chce budować w oparciu o stałą bazę US Army i wsparcie polityczne USA.

Odpowiedź na pytanie, jak i dlaczego to się stało będzie szukana jeszcze długo i tym bardziej intensywnie im bardziej dramatycznie potoczą się losy kraju.

[1] Towarzysz. Życie i poglądy doc. dr. hab. Wsiewołoda Wołczewa, http://www.1917.net.pl, 24.12.2011.

[2] P. Dybicz, „Stracone szanse”, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 23.05.2016.

[3] Gdyby nie masowa likwidacja przemysłu po 1989 roku, dziś zarabialibyśmy o 1/3 więcej, http://www.forsal.pl, 24.05.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 czerwca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 25-26 (2245/2246), 16-23.06.2019, s. 16