Bilans drugiej wojny światowej

Druga wojna światowa była największym z dotychczasowych konfliktów zbrojnych w dziejach ludzkości. Nie tylko pod względem ilości zaangażowanych w ten konflikt państw, liczebności walczących armii, rozmiarów terytoriów objętych walkami i okupacjami, ale także poniesionych strat ludzkich. W wojnie tej zginęło około 70 mln ludzi, co stanowiło ponad 3% spośród 2,3 mld ówczesnej populacji świata. W większości były to straty cywilne będące rezultatem działań wojennych, głodu i epidemii spowodowanych wojną oraz terroru i eksterminacji. Tym przede wszystkim druga wojna światowa różniła się od poprzednich wojen, a zwłaszcza pierwszej wojny światowej.

W konflikcie światowym z lat 1914-1918 (nazywanym do 1939 r. Wielką Wojną), na około 14 mln jego ofiar, od 8,5 do 9,5 mln stanowiły straty walczących armii. Większość spośród co najmniej 5 mln ofiar cywilnych zginęła w wyniku głodu i chorób zakaźnych, aczkolwiek już podczas pierwszej wojny światowej miały miejsce ofiary będące rezultatem bombardowań artyleryjskich miast i eksterminacji (ludobójstwo Ormian). Natomiast w konflikcie światowym z lat 1939-1945 straty walczących armii szacowane są na co najmniej 21 mln poległych, ofiary będące wynikiem działań zbrojnych i eksterminacji na co najmniej 29 mln, a ofiary zmarłe w wyniku głodu i chorób związanych z wojną na co najmniej 19 mln.

Największe straty ludnościowe podczas drugiej wojny światowej w Europie poniosły Polska i ZSRR. Wynikało to nie tylko z tego, że front wschodni stał się największym teatrem działań wojennych w Europie, ale także z celów polityki okupacyjnej Niemiec hitlerowskich na zajętych obszarach Europy Środkowej i Wschodniej. Polityka ta, zdefiniowana w 1941 r. w Generalnym Planie Wschodnim, zmierzała do depopulacji okupowanych terenów Polski i ZSRR poprzez eksterminację bezpośrednią i pośrednią (wysiedlenia, degradacja społeczno-ekonomiczna) mieszkającej tam ludności. Celem perspektywicznym było stworzenie Lebensraumu (przestrzeni życiowej) dla Niemców na uwolnionych od rdzennej ludności obszarach Europy Środkowej i Wschodniej.

Straty polskie oszacował na początku lat 90-tych XX w. prof. Czesław Łuczak, opierając się na źródłach ze Statistisches Bundesamt w Wiesbaden. Wedle jego badań podczas drugiej wojny światowej zginęło ponad 2 mln etnicznych Polaków, w tym 1,3 mln w Generalnym Gubernatorstwie (bez Dystryktu Galicja), 250 tys. na ziemiach wcielonych do Rzeszy i 500 tys. na byłych Kresach Wschodnich – łącznie z ofiarami okupacji radzieckiej oraz nacjonalistów ukraińskich i litewskich. Straty mniejszości narodowych w II RP (poza Żydami) Łuczak oszacował na około 1 mln, co łącznie ze stratami polskich Żydów (około 2,9 mln) daje około 6 mln obywateli polskich, którzy stracili życie podczas wojny.

Straty poniesione podczas drugiej wojny światowej przez polskie siły zbrojne i konspirację wojskową wyniosły najprawdopodobniej około 240 tys. zabitych, z tego 140 tys. żołnierzy regularnego wojska i 100 tys. żołnierzy konspiracji.

Związek Radziecki stracił w wojnie z Niemcami hitlerowskimi (1941-1945) 26,6 mln swoich obywateli. Z tej liczy 10,6 mln poległo w walkach na froncie, 10 mln zginęło w wyniku działań wojennych i niemieckich zbrodni przeciw ludzkości, a 6 mln zmarło w wyniku chorób i głodu spowodowanych wojną. Jednakże wbrew twierdzeniom radzieckiej i rosyjskiej polityki historycznej udział ZSRR w drugiej wojnie światowej nie rozpoczął się 22 czerwca 1941 r. Dlatego do strat radzieckich w drugiej wojnie światowej powinny być też wliczane straty Armii Czerwonej w wojnie z Polską (17 września-6 października 1939 r., co najmniej 1475 poległych) i tzw. wojnie zimowej z Finlandią (30 listopada 1939-13 marca 1940 r., co najmniej 126 875 poległych i zaginionych).

Największe straty spośród republik wchodzących w skład ZSRR poniosły: Rosyjska FSRR – 13 950 000 (6 750 000 poległych na froncie, 4,1 mln zabitych w wyniku działań wojennych i zbrodni niemieckich, 3,1 mln zmarłych z głodu i chorób), Ukraińska SRR – 6 850 000 (1 650 000 poległych, 3,7 mln zabitych w wyniku działań wojennych i zbrodni niemieckich, 1,5 mln zmarłych z głodu i chorób), Białoruska SRR – 2 290 000 (620 tys. poległych, 1 360 000 zabitych w wyniku działań wojennych i zbrodni niemieckich, 310 tys. zmarłych z głodu i chorób) i Kazachska SRR – 660 tys. (310 tys. poległych i 350 tys. zmarłych z głodu i chorób). Tylko sama blokada Leningradu (8.09.1941 – 27.01.1944) pochłonęła życie 876 612 żołnierzy Armii Czerwonej i 1 042 000 cywili, w tym 632 253 zmarłych z głodu.

Duże straty podczas wojny w Europie poniosła także Jugosławia. Narody przedwojennej Jugosławii straciły od 1 mln do 1,7 mln ofiar. W tej liczbie mieszczą się zarówno straty kolaborującego z III Rzeszą tzw. Niezależnego Państwa Chorwackiego, jak i okupowanych przez Niemcy i Włochy Słowenii, Serbii i Czarnogóry. Straty ludności cywilnej wyniosły według różnych szacunków od 581 tys. do 1,4 mln, w tym co najmniej 350-370 tys. osób (z czego około 300 tys. Serbów) padło ofiarą ludobójczych działań chorwackich ustaszy. Znaczne były też straty Grecji – 35 tys. żołnierzy oraz od 500 do 771 tys. cywili (z czego od 300 do 600 tys. zmarło z głodu i chorób). Przyczyną tak dużych strat ludności cywilnej była brutalna reakcja okupanta niemieckiego na działania greckiego ruchu oporu oraz zagłada Żydów greckich.

Straty Czech (okupowanych przez Niemcy) oraz Słowacji (w latach 1939-1944 kolaborującej z Niemcami) wyniosły łącznie ponad 350 tys. ofiar, z czego około 300 tys. przypadło na ludność cywilną. Generalny Plan Wschodni przewidywał depopulację także narodu czeskiego. Po zamachu na Reinharda Heydricha w maju 1942 r. doszło do odwetowych działań terrorystycznych wobec Czechów (m.in. zagłada Lidic), na nieporównywalnie jednak mniejszą skalę niż podobne działania niemieckie w okupowanej Polsce.

Straty aliantów zachodnich podczas drugiej wojny światowej były znacznie niższe niż narodów Europy Środkowej, Wschodniej i Południowo-Wschodniej. Wynikało to z faktu, że fronty, na których walczyli alianci zachodni, absorbowały nieporównywalnie mniejszą liczbę sił i środków niż front wschodni. Ponadto polityka okupacyjna Niemiec w Europie Zachodniej nie miała charakteru eksterminacyjnego (z wyjątkiem Żydów i uczestników narodowych ruchów oporu). W wypadku USA straty wyniosły 407 316 poległych żołnierzy oraz 12100 zabitych cywili, Wielkiej Brytanii – 383 786 żołnierzy (wliczając straty wojsk dominiów i kolonii brytyjskich – 580 497) i 67200 cywili, Francji wraz z walczącymi po jej stronie koloniami – 210 tys. żołnierzy i 390 tys. cywili, Belgii – 12 tys. żołnierzy i 76 tys. cywili, Holandii – 6700 żołnierzy i 202 tys. cywili, Norwegii – 2 tys. żołnierzy i 8200 cywili, Danii – 6 tys. cywili.

W wojnie na Dalekim Wschodzie największe straty poza Japonią poniosły Chiny, Holenderskie Indie Wschodnie, Indochiny Francuskie, Filipiny i Birma Brytyjska. Chiny straciły podczas wojny z Japonią (1937-1945) od 15 do 20 mln ofiar, z czego 80% przypada na straty ludności cywilnej będące rezultatem japońskich zbrodni przeciw ludzkości (sama rzeź Nankinu pochłonęła około 300 tys. ofiar) oraz głodu i epidemii chorób spowodowanych przez warunki wojny i okupacji. Japońska polityka okupacyjna doprowadziła też do śmierci około 4 mln osób w Holenderskich Indiach Wschodnich (obecnie Indonezja), od 1 mln do 2,2 mln osób w Indochinach Francuskich (obecnie Wietnam, Laos i Kambodża), 500 tys. osób na Filipinach (wówczas protektorat USA) oraz 250 tys. osób w Birmie Brytyjskiej (obecnie Mjanma).

Japońskie zbrodnie przeciw ludzkości nie ominęły nawet Korei, która od 1910 r. była kolonią japońską. Podczas drugiej wojny światowej zginęło w wyniku terroru japońskiego od 483 do 533 tys. mieszkańców Generalnego Gubernatorstwa Korei.

Duże straty poniosły również Indie Brytyjskie (obejmujące obecne Indie, Pakistan, Nepal i Bangladesz), które jako terytorium zależne Wielkiej Brytanii uczestniczyły w wojnie od 3 września 1939 r. Na frontach drugiej wojny światowej w Europie i Azji zginęło 87 tys. żołnierzy pochodzących z Indii Brytyjskich, a 3 mln mieszkańców tej kolonii zginęło w wyniku klęski głodu, jaka miała miejsce w Bengalu w latach 1940-1944. Głód ten został spowodowany z jednej strony przez japońską inwazję na Birmę Brytyjską, która odcięła szlaki handlowe i spowodowała napływ znacznej ilości uchodźców do Bengalu. Z drugiej strony przyczyną głodu były działania kolonialnych władz brytyjskich, które przy słabych zbiorach rekwirowały żywność na potrzeby armii oraz poleciły zniszczyć w regionach graniczących z Birmą wszystko co mogło pomóc Japończykom w dalszej inwazji (m.in. linie kolejowe i łodzie rybackie, co unicestwiło lokalny handel i rybołówstwo).

Procentowo największą liczbę ludności spośród państw biorących udział w drugiej wojnie światowej straciła Polska – około 17,22%. Wskaźnik ten w wypadku ZSRR wyniósł – 13,7%, Grecji – 11,17%, Jugosławii – 10,97 %, Węgier – 10,56%, Niemiec – 8,23%, Japonii – 4,34%, Chin – 3,86%, Rumunii – 3,13%, Czechosłowacji – 2,43 %, Holandii – 2,41 %, Francji – 1,44 %, Włoch – 1,06%, Belgii – 1,05 %, Wielkiej Brytanii – 0,94 %, Nowej Zelandii – 0,72%, Australii – 0,58%, Norwegii – 0,35 %, USA – 0,32 %, Danii – 0,16 %.

Odrębną grupę strat wojennych stanowią ofiary Holocaustu, czyli zagłady około 6 mln spośród 7,3 mln Żydów europejskich przeprowadzonej przez Niemcy przy współudziale niektórych ich sojuszników (Słowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria) i kolaborantów (reżimu Vichy we Francji, reżimu Quislinga w Norwegii, chorwackich ustaszy, nacjonalistów litewskich i ukraińskich). Zagładę Żydów europejskich Niemcy hitlerowskie skoncentrowały na okupowanych terenach Polski i ZSRR. Przyczyną tego było m.in. to, że na tym obszarze mieszkała większość europejskich Żydów, a ich zagłada była wstępem do depopulacji Europy Środkowo-Wschodniej w myśl założeń Generalnego Planu Wschodniego. Procentowo największe straty ponieśli Żydzi będący obywatelami przedwojennej Holandii – 91,5%, Jugosławii – 89%, Litwy – 88,1%, Polski (w granicach z 1939 r.) – 87,7%, Grecji – 86,3%, Czech (podczas okupacji Protektoratu Czech i Moraw oraz Kraju Sudetów) – 84,4%, Łotwy – 74,7%, Węgier (w granicach z 1940 r.) – 73,9%, Słowacji – 73,6%, Norwegii – 47,1%, Rumunii (w granicach z 1940 r.) – 46,3%, Belgii – 45%, Luksemburga – 42,9%, Estonii – 38%, ZSRR (w granicach z 1939 r.) – 31,9%, Austrii – 30,1%, Francji – 29,2%, Niemiec – 24,5%.

Liczba ofiar dokonanej przez Niemcy zagłady Romów wyniosła od 130 do ponad 285 tys. spośród około 947 tys. osób tej narodowości mieszkających przed wojną w państwach Europy. Niemcy zamordowali też od 3 do 3,39 mln jeńców radzieckich. Natomiast liczba jeńców niemieckich, którzy zginęli w niewoli radzieckiej wyniosła 356 700 Niemców i 10891 Austriaków.

Spośród państw Osi największe straty poniosły Niemcy (wraz z anektowaną w 1938 r. Austrią) – od 6,9 do 7,4 mln, co stanowi od 8,26 do 8,86% populacji przedwojennej. Niemieckie straty militarne objęły od 4,44 do 5,31 mln poległych, z czego ponad 4,1 mln przypada na front wschodni. Japonia straciła od 2,5 do 3,1 mln ludzi (od 3,5 do 4,34% populacji), z czego około 2,3 mln wyniosły straty wojskowe. Straty Włoch wyniosły ponad 492 tys. (w tym 340 tys. żołnierzy), Rumunii – 500 tys. (w tym 300 tys. żołnierzy), Węgier – od 564 do 964 tys. (w tym 300 tys. żołnierzy), Finlandii – od 85 do 95 tys. (w tym o najmniej 83 tys. żołnierzy), Bułgarii – 21,5 tys. (w tym 18,5 tys. żołnierzy).

Odrębnym zagadnieniem są straty materialne spowodowane przez drugą wojnę światową, które do dzisiaj są trudne do oszacowania. Największy dotychczasowy konflikt światowy kosztował prawdopodobnie równowartość 12 bln współczesnych dolarów. Straty materialne Polski i to tylko pod okupacją niemiecką zostały oszacowane w 1947 r. przez Biuro Odszkodowań Wojennych przy Prezydium Rady Ministrów na kwotę 258 mld złotych przedwojennych (50 mld dolarów z 1939 r.), co stanowiło trzynastokrotność dochodu narodowego Polski z 1938 r. W przeliczeniu na wartość z 2018 r. daje to 886 mld dolarów. Wojenne straty Warszawy obliczono w 2004 r. na 54 mld dolarów. Polska poniosła największe straty materialne spośród państw biorących udział w drugiej wojnie światowej, sięgające 38% stanu majątku narodowego sprzed 1939 r.

Bohdan Piętka

„Przegląd”, nr 19 (1165), 2-8.05.2020, s. 30-32

ZSRR a upadek muru berlińskiego

12 czerwca 1987 r. prezydent USA Ronald Reagan w swoim przemówieniu pod Bramą Brandenburską w Berlinie Zachodnim, wygłoszonym z okazji obchodów 750-lecia Berlina, wezwał przywódcę ZSRR Michaiła Gorbaczowa do zburzenia zbudowanego w 1961 r. muru berlińskiego – będącego symbolem podziału Europy i świata na dwa antagonistyczne bloki polityczno-militarne. „Panie Gorbaczow, otwórz tę bramę! Panie Gorbaczow, zburz pan ten mur!” – wołał wtedy Reagan. Prawdopodobnie nikt z wiwatujących mu wtedy mieszkańców Berlina Zachodniego nie podejrzewał, że mur berliński – a wraz z nim tzw. blok wschodni – upadną już dwa lata później. Stało się to możliwe dzięki przemianom politycznym, jakie następowały w ZSRR od połowy lat 80-tych, określanych jako pieriestrojka (przebudowa), uskorienie (przyspieszenie) i głasnost (jawność).

Kilkanaście dni przed wystąpieniem Reagana w Berlinie Zachodnim, na przełomie maja i czerwca 1987 r., odbył się we wschodniej części Berlina, czyli w stolicy NRD, szczyt Układu Warszawskiego. Michaił Gorbaczow i minister spraw zagranicznych ZSRR Eduard Szewardnadze odbyli podczas tego szczytu rozmowę na osobności z przywódcą NRD. Zaskoczony Erich Honecker usłyszał od nich, że mur berliński stał się zbędny. Potwierdziło się to, czego Honecker obawiał się od dłuższego czasu i co zdążył już skrytykować: ZSRR obrał nowy kurs polityczny, zmierzający do otwierania się na Europę Zachodnią i przechodzenia od napięć zimnowojennych do partnerstwa. Jednym z elementów nowej polityki było m.in. odejście od tzw. doktryny Breżniewa. Gorbaczow uznał, że ZSRR nie może ingerować w wewnętrzne sprawy państw obozu socjalistycznego – tak jak to było w 1956 r. na Węgrzech i w 1968 r. w Czechosłowacji. Rok później Erich Honecker zabronił rozpowszechniania w NRD „Sputnika” i innych czasopism radzieckich. Był to bezprecedensowy przypadek cenzurowania prasy radzieckiej w państwie satelickim ZSRR. Ale nawet taki krok nie powstrzymał biegu historii.

Nowy kurs polityczny w ZSRR, zapoczątkowany częściowo w latach 1982-1984 przez Jurija Andropowa i wdrażany od wiosny 1985 r. przez Michaiła Gorbaczowa, miał doprowadzić do przezwyciężenia problemów Związku Radzieckiego – począwszy od niewydolnej gospodarki planowej po brak społecznego zaufania do władz. Głównymi elementami nowej polityki Moskwy na niwie międzynarodowej stały się kolejne propozycje rozbrojeniowe, dążenie do stopniowego wycofania wojsk radzieckich z Afganistanu oraz dążenie do nawiązania ściślejszej współpracy pomiędzy Radą Wzajemnej Pomocy Gospodarczej a Europejską Wspólnotą Gospodarczą. Przyczyną takiej zmiany wektorów w polityce zagranicznej był w dużej mierze stan gospodarki radzieckiej. Żeby uratować gospodarkę od całkowitego załamania, co musiałoby skutkować także utratą lub przynajmniej znacznym osłabieniem pozycji politycznej ZSRR jako supermocarstwa, należało odciążyć ją od znaczących wydatków militarnych oraz pozyskać nowe inwestycje i technologie. Te zaś mógł dostarczyć tylko Zachód.

Celem Gorbaczowa nie było zatem doprowadzenie do rozpadu ZSRR, ale jego modernizacja. Przebudowa miała objąć nie tylko stosunki wewnętrzne w ZSRR i jego relacje zewnętrzne ze światem zachodnim, ale także relacje z „bratnimi krajami” obozu socjalistycznego. Pierwszym zwiastunem zmian było zakomunikowanie przez Gorbaczowa w kwietniu 1985 r. przywódcom państw bloku, że „każda z bratnich partii samodzielnie określa swoją politykę i jest za nią odpowiedzialna przed swoim narodem”.

Konieczność przemodelowania stosunków z państwami obozu socjalistycznego Gorbaczow uzasadnił względami gospodarczymi i politycznymi. Na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPZR 3 lipca 1986 r. oświadczył: „Wszyscy zdaliśmy sobie sprawę, że relacje z państwami socjalistycznymi weszły w inny etap. Metody, które stosowano w odniesieniu do Czechosłowacji i Węgier, są niedopuszczalne”. I dalej: „Nie możemy naśladować przeżytków Kominternu… »administracyjne metody kierowania przyjaciółmi«. (…) niepotrzebne nam to – takie »kierownictwo«. To oznacza brać ich na swój kark. Przede wszystkim – gospodarka”.

Te słowa Gorbaczowa z lipca 1986 r. pozwalają zrozumieć stanowisko zajęte przez Związek Radziecki wobec wydarzeń Jesieni Ludów trzy lata później. Nowy model relacji pomiędzy Moskwą a jej dotychczasowymi satelitami Gorbaczow przedstawił po raz pierwszy przywódcom państw obozu socjalistycznego na szczycie RWPG w listopadzie 1986 r. Formalnie przyjęto go tam pozytywnie. Jednak wkrótce okazało się, że niezupełnie. Jako pierwszy z krytyką pieriestrojki wystąpił na przełomie 1986 i 1987 r. Erich Honecker. Zarzucił on towarzyszom z Moskwy, że wdrażane w ZSRR reformy gospodarcze rzekomo przypominają rozwiązania przyjęte 30 lat wcześniej w Jugosławii (w rzeczywistości szły znacznie dalej). Nie podobały mu się też rehabilitacja dysydenta Andrieja Sacharowa i polityka jawności w życiu publicznym. Natomiast przywódca Bułgarii Todor Żiwkow obawiał się, że polityka Gorbaczowa przyniesie podobne skutki jak destalinizacja zapoczątkowana przez Nikitę Chruszczowa na XX Zjeździe KPZR w 1956 r. Ostrzegał przed powtórzeniem się scenariusza znanego z rewolucji węgierskiej w 1956 r.

Gorbaczow był świadomy doniosłości zmian zachodzących wówczas w Europie Zachodniej, zwłaszcza po tym jak 17 lutego 1986 r. podpisano w Luksemburgu Jednolity Akt Europejski, który otworzył drogę do powstania siedem lat później Unii Europejskiej. Wyobrażał sobie, że Europa Środkowa stanie się dla ZSRR pomostem do integrującego się gospodarczo i politycznie Zachodu. Chciał się przy tym zabezpieczyć przed sytuacją, w której kolejny kryzys na miarę tych z lat 1956 (Węgry), 1968 (Czechosłowacja) i 1980-81 (Polska) spowoduje ryzyko zrujnowania relacji ZSRR z Zachodem. Dał temu wyraz mówiąc do swoich współpracowników wprost: „W naszym interesie leży, aby nie obciążano nas odpowiedzialnością za to, co się u nich dzieje, i za to co się może wydarzyć”. Takie podejście było czymś dotąd niespotykanym w praktyce politycznej ZSRR. Oznaczało perspektywę radykalnej zmiany położenia dotychczasowych satelitów ZSRR i co najmniej ograniczenie ich zależności politycznej od Moskwy. Już w 1987 r. rozważano na Kremlu częściowe wycofanie wojsk radzieckich z Europy Środkowej.

Bieg historii przyspieszył po tym jak w drugiej połowie 1987 r. prezydent Reagan zgodził się na propozycje Gorbaczowa odnośnie rozbrojenia. 8 grudnia 1987 r. przywódcy USA i ZSRR podpisali w Waszyngtonie traktat o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu (INF Treaty). Był to początek końca „zimnej wojny”. Natomiast w czerwcu 1988 r. zostało zawarte porozumienie pomiędzy RWPG i EWG, otwierające drogę do ściślejszej współpracy gospodarczej i politycznej. Nieco wcześniej, bo na przełomie maja i czerwca tego roku, miała miejsce historyczna wizyta prezydenta Reagana w Moskwie, podczas której wymieniono dokumenty ratyfikacyjne traktatu INF. Za Reaganem do Moskwy podążyli inni przywódcy zachodni. Na Zachodzie zaczęła narastać tzw. „gorbimania”. Gorbaczow stał się ulubieńcem tamtejszych mediów oraz cieszył się sympatią nie tylko polityków, ale dużej części społeczeństw zachodnich. Coraz bardziej popularne stawało się hasło „wspólnego europejskiego domu” – powtarzane tak przez Gorbaczowa, jak i przywódców zachodnioeuropejskich. 15 lutego 1989 r. rozpoczęło się ostateczne wycofanie wojsk radzieckich z Afganistanu. Nawet dla postronnych obserwatorów stało się oczywiste, że w skali globalnej dokonują się doniosłe przemiany geopolityczne.

Tymczasem za tymi przemianami nie nadążała większość dotychczasowych satelitów ZSRR. Lokalne wersje pieriestrojki w państwach bloku – poza Polską i Węgrami – ograniczały się do ogólnikowych deklaracji i ograniczonych zmian personalnych, a w NRD i Rumunii pieriestrojka była oficjalnie bojkotowana. Paradoksalnie sytuację Gorbaczowa w relacjach z dotychczasowymi satelitami komplikował ogłoszony przez niego wcześniej koniec mieszania się Kremla w ich wewnętrzne sprawy. Ponadto stan gospodarki radzieckiej nie pozwalał na utrzymanie dotychczasowego modelu wzajemnych relacji gospodarczych. Dlatego w kierownictwie radzieckim pojawiła się nagle narracja, że ZSRR ze szkodą dla siebie wspiera gospodarczo państwa bloku (zwłaszcza dostawami surowców), a te zadłużają się na Zachodzie i żyją na kredyt. W marcu 1988 r. Gorbaczow miał stwierdzić wprost: „W relacjach z RWPG musimy się przede wszystkim troszczyć o nasz naród”.

W tym samym czasie przywódca ZSRR musiał się również mierzyć z narastającymi problemami wewnętrznymi. W radzieckiej partii komunistycznej pojawił się opór wobec pieriestrojki, a na czoło konserwatystów wysunął się Jegor Ligaczow. Równocześnie przeciwstawne skrzydło, którego liderem stał się z czasem Borys Jelcyn (lider organizacji partyjnej w Moskwie), domagało się dalej idących zmian wewnętrznych. Zaczęło narastać wrzenie w republikach związkowych, gdzie ujawniły się skrywane dotąd antagonizmy narodowościowe (konflikt azersko-ormiański w Górnym Karabachu) oraz wysunięto żądania większej autonomii, a nawet niepodległości (republiki bałtyckie, Ukraina, Gruzja). Symbolem tych napięć stały się tzw. bałtycki łańcuch z 23 sierpnia 1989 r. (manifestacja z udziałem dwóch milionów mieszkańców republik bałtyckich w 50-tą rocznicę podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow) oraz wielka demonstracja niepodległościowa Gruzinów w Tbilisi 9 kwietnia 1989 r., zmasakrowana przez wojska Zakaukaskiego Okręgu Wojskowego.

Reakcją Gorbaczowa na te problemy była tzw. „ucieczka do przodu”. W wymiarze wewnętrznym było to dalsze stopniowe odchodzenie od gospodarki planowej oraz wybory na Zjazd Deputowanych Ludowych w marcu 1989 r. (pierwsze częściowo demokratyczne wybory w ZSRR). Natomiast w polityce zagranicznej Gorbaczow kontynuował ofensywę dyplomatyczną. Na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ zapowiedział jednostronną redukcję wojsk radzieckich w Europie o 500 tys. żołnierzy i wycofanie z Czechosłowacji, NRD i Węgier 5 tys. czołgów (czyli głównej siły uderzeniowej). Natomiast 6 czerwca 1989 r. na forum Rady Europy w Strasburgu zapowiedział jeszcze dalej idące rozbrojenie oraz budowę „wspólnego europejskiego domu”, w którym każdy kraj będzie mógł wybrać taki ustrój polityczny i gospodarczy, jaki mu odpowiada.

Zmiany polityczne, które w tym czasie zachodziły w Polsce i na Węgrzech, przywódca radziecki przyjmował ze spokojem. Po wyborach czerwcowych w Polsce dyplomaci radzieccy gratulowali zwycięstwa przywódcom Solidarności, a Adama Michnika zaproszono do Moskwy. Po utworzeniu rządu Tadeusza Mazowieckiego we wrześniu 1989 r. Eduard Szewardnadze oświadczył, że „nie ma też granicy tolerancji dla zachodzących w Polsce przemian”, a Związek Radziecki „nie ustanawia porządku dla innych państw”. Była to oficjalna odpowiedź radziecka na stanowisko rumuńskiego przywódcy Nicolae Ceauşescu, który podczas spotkania Doradczego Komitetu Politycznego Państw Stron Układu Warszawskiego 14 sierpnia 1989 r. domagał się interwencji wojskowej w Polsce celem ratowania upadającego socjalizmu.

7 października 1989 r. Gorbaczow uczestniczył w stolicy NRD w obchodach 40-tej rocznicy powstania NRD. Miesiąc później – 9 listopada 1989 r. – po kilku tygodniach masowych demonstracji, runął mur berliński. Zaraz potem rozpoczął się szybki proces zjednoczenia Niemiec, polegający de facto na wchłonięciu NRD przez RFN. Upadek muru berlińskiego stał się impulsem dla „aksamitnej rewolucji” w Czechosłowacji (17 listopada-29 grudnia 1989 r.) i krwawego obalenia Ceauşescu w Rumunii (16-27 grudnia 1989 r.). Są rozbieżne oceny na temat roli Gorbaczowa w tych wydarzeniach. „Z jednej strony nie chciał wspierać chwiejącego się już reżimu Honeckera, ale z drugiej nie chciał dystansować się od NRD jako osobnego niemieckiego państwa” – stwierdził były prezes IPN Łukasz Kamiński. Jego zdaniem nieprzekraczalną granicą zmian politycznych w Europie Środkowej miało być pozostanie NRD w radzieckiej strefie wpływów, a dopiero masowe manifestacje w głównych miastach NRD „skłoniły Kreml do rezygnacji z jakichkolwiek ograniczeń”[1].

Nie wydaje się to prawdopodobne chociażby w świetle tego co później ujawnił Eduard Szewardnadze. Z jego relacji wynika, że w najbliższym otoczeniu Gorbaczowa już od 1987 r. rozważano opcję zjednoczenia Niemiec. Posunięcie to miało umożliwić ZSRR funkcjonowanie w świecie już niepodzielonym na dwa antagonistyczne bloki poprzez partnerstwo rosyjsko-niemieckie w polityce światowej i europejskiej. Dlatego bardziej prawdopodobne wydaje się spostrzeżenie prof. Andrzeja Werblana – wyniesione przez niego z międzynarodowej konferencji „Polska 1986-1989: koniec systemu” – że przemiany 1989 r. miały swój „wewnętrzny napęd” tylko w Polsce i na Węgrzech. Natomiast w pozostałych państwach bloku „Związek Radziecki użył własnych wpływów, żeby je pobudzić. W NRD po prostu zorganizował antyhoneckerowski pucz. A przedtem zdestabilizował, w porozumieniu z Węgrami, sytuację wewnętrzną w NRD, umożliwiając emigrację poprzez Węgry. (…) wzięto kurs na zjednoczenie Niemiec i musiano w tym celu usunąć w NRD twardy reżim i zastąpić go bardziej otwartym. Takie aksamitne przejście udało się wszędzie, z wyjątkiem Rumunii i Jugosławii. Czyli z wyjątkiem dwóch krajów, które były najbardziej niezależne”[2].

Niezależnie do tego jak było naprawdę nie ulega dzisiaj wątpliwości, że Jesień Ludów 1989 r. była możliwa tylko dzięki pieriestrojce Gorbaczowa oraz jego polityce zagranicznej zmierzającej do rozbrojenia, deeskalacji i likwidacji dwubiegunowego podziału świata. Takie zakończenie „zimnej wojny” miało umożliwić Związkowi Radzieckiemu wyjście z wyścigu zbrojeń, w którym coraz wyraźniej przegrywał ze względu na swoją sytuację gospodarczą w latach 80-tych XX w., oraz zastąpienie konfrontacji ze światem zachodnim – partnerstwem. Było to w optyce Gorbaczowa konieczne, by ZSRR mógł mierzyć się z wyzwaniami gospodarczymi i politycznymi współczesności. Stało się inaczej i dwa lata po demontażu obozu socjalistycznego upadł także Związek Radziecki. Dlaczego tak się stało – jest tematem na odrębne rozważania.

[1] Ł. Kamiński, Jak Michaił Gorbaczow przegrał Europę Środkową, http://www.tygodnikpowszechny.pl, 4.11.2019.

[2] R. Walenciak, 4 czerwca 1989: tajne porozumienie Kremla i Białego Domu, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 31.05.2021.

Bohdan Piętka

„Przegląd”, nr 47 (1141), 15-21.11.2021, s. 36-38

Dlaczego doszło do wojny niemiecko-radzieckiej w 1941 r.

22 czerwca 1941 r. o godz. 3:15 czasu środkowoeuropejskiego rozpoczęła się operacja „Barbarossa”, czyli agresja państw Osi na Związek Radziecki. Liczebność sił niemieckich zaangażowanych w operację „Barbarossa” wynosiła ponad 3 mln żołnierzy. Pierwszego dnia agresji Niemców wsparła tylko 300-tysieczna armia rumuńska. Następnego dnia do walki włączyły się wojska słowackie, 26 czerwca fińskie, a 27 czerwca węgierskie. W lipcu 1941 r. na froncie wschodnim pojawił się też Włoski Korpus Ekspedycyjny. Ogółem na froncie rozciągającym się od Finlandii po Karpaty agresorzy zaangażowali siły liczące 4 733 990 żołnierzy, skoncentrowanych w 164 dywizjach – 135 niemieckich i 29 sprzymierzonych. Ich uzbrojenie stanowiło m.in. 3612 czołgów, 12686 dział i moździerzy oraz 2937 samolotów. Była to największa operacja sił lądowych w historii.

W okresie późniejszym wojska niemieckie zostały wsparte przez ochotników belgijskich, holenderskich, norweskich, francuskich, a nawet hiszpańskich (Błękitna Dywizja), chociaż Hiszpania oficjalnie pozostała neutralna. Dlatego propaganda hitlerowska przedstawiała wojnę z ZSRR jako wielką krucjatę antykomunistyczną narodów Europy pod przewodnictwem III Rzeszy. Odrębnym rozdziałem jest udział w tej wojnie po stronie Niemiec faszystów i kolaborantów estońskich, litewskich, łotewskich, białoruskich, ukraińskich i rosyjskich. W agresji na ZSRR nie wzięła udziału Bułgaria, chociaż należała do grona sojuszników III Rzeszy.

Agresja Niemiec i ich sojuszników na ZSRR była z jednym z przełomowych momentów drugiej wojny światowej. Hitler wszedł 22 czerwca 1941 r. na drogę, która doprowadziła go do druzgocącej klęski. Kampania zaprojektowana przez jego feldmarszałków i generałów na kilka miesięcy przerodziła się, po początkowych oszałamiających sukcesach niemieckich, w długą i wyniszczającą wojnę. Już pierwszego dnia wojny niemiecko-radzieckiej Winston Churchill, uważany dotąd za nieprzejednanego antykomunistę, zaoferował Stalinowi pomoc i sojusz. 12 lipca 1941 r. został podpisany w Moskwie przez komisarza spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa i ambasadora brytyjskiego Richarda Stafforda Crippsa układ brytyjsko-radziecki o wzajemnych zobowiązaniach w walce przeciwko Niemcom. To był początek koalicji antyhitlerowskiej, do której dołączyły później Stany Zjednoczone i rządy innych państw, w tym okupowanych przez Niemcy. Jej powstanie stało się wielkim ciosem politycznym dla III Rzeszy.

Dlaczego zatem Hitler wykonał 22 czerwca 1941 r. ruch wojskowo-polityczny, który przyniósł mu, co prawda nie od razu, tak katastrofalne skutki? Odpowiedź na to pytanie jest krótka: wojna niemiecko-radziecka wybuchła dlatego, ponieważ wybuchnąć musiała. Była logiczną konsekwencją całej ideologii i polityki hitlerowskiej zmierzającej do stworzenia niemieckiego Lebensraumu (przestrzeni życiowej) na Wschodzie.

Ostatecznym celem Hitlera – pisał brytyjski historyk Paul Johnson – było stworzenie 250-milionowego niemieckiego Volku. Na rozległych równinach na zachód od Uralu zamierzał osiedlić 100 mln Niemców. (…) Na niezmierzonych obszarach Ukrainy i południowej części europejskiej Rosji powstać miała nowa cywilizacja. Oto jak opisał ją Hitler: „Tereny te muszą utracić charakter azjatyckiego stepu. Muszą zostać zeuropeizowane! (…) »Chłop z Rzeszy« będzie mieszkał w pięknych osadach. Niemieckie agendy oraz władze będą miały siedziby we wspaniałych budynkach, w gubernatorskich pałacach. Pierścień uroczych wiosek będzie otaczał w promieniu 30 lub 40 kilometrów każde miasto (…) powstaną niemieckie miasta, jak perły nanizane na sznur, a wokół tych miast rozłożone będą niemieckie osady. Bo nie otworzymy przed sobą Lebensraumu, zagrzebując się w starych, nędznych, rosyjskich dziurach! Niemieckie osiedla muszą być na zdecydowanie wyższym poziomie”[1].

Nie jest zatem przypadkiem, że właśnie w 1941 r. powstał w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy pod kierunkiem Heinricha Himmlera Generalny Plan Wschodni. Z tego co o nim wiemy ze źródeł pośrednich (oryginały planu zniszczono przed klęską III Rzeszy) wynika, że hitlerowcy zakładali depopulację (w drodze eksterminacji bezpośredniej i akcji wysiedleńczej, tylko w niewielkim stopniu germanizacji) terenów Czech i Moraw, Polski, krajów bałtyckich, Białorusi, Ukrainy i Krymu. Tam miał powstać niemiecki Lebensraum.

Cel ten realizowano od pierwszych dni wojny z ZSRR. Za przekraczającymi granicę niemiecko-radziecką jednostkami Wermachtu posuwały się grupy operacyjne Policji Bezpieczeństwa (Einsatzgruppen), które dokonywały masowych mordów na Żydach, komunistach i osobach posądzanych o bycie komunistami (ale także na inteligencji polskiej we Lwowie i Stanisławowie). Do zwiększenia skali eksterminacji na zajmowanych terenach radzieckich przyczynił się również Kommissarbefehl (rozkaz o komisarzach), wydany 6 czerwca 1941 r. w imieniu Hitlera przez feldmarszałka Wilhelma Keitla, nakazujący Wehrmachtowi natychmiastowe rozstrzeliwanie wziętych do niewoli radzieckich komisarzy politycznych. Masowe zbrodnie dokonane przez Einsatzgruppen i Wehrmacht latem 1941 r. były wstępem do depopulacji Europy Wschodniej. Agresja niemiecka na ZSRR oznaczała ludobójstwo na nieznaną dotąd w historii skalę od pierwszych godzin tej wojny.

Równolegle do terroru hitlerowskiego w pierwszych tygodniach wojny nakręcała się spirala terroru stalinowskiego. W masakrach więziennych dokonywanych przez NKWD zginęły dziesiątki tysięcy więźniów politycznych. Mordowano ich na rozkaz komisarza spraw wewnętrznych Ławrientija Berii z 24 czerwca 1941 r., nakazujący rozstrzelanie wszystkich więźniów politycznych w zachodnich obwodach ZSRR, których ewakuacja była niemożliwa. Nie chciano, by jako świadkowie zbrodni stalinowskich wpadli w ręce niemieckie. Dalsze tysiące więźniów politycznych i kryminalnych zginęły w „marszach śmierci”, gnane na wschód przez konwojentów z NKWD. Realia życia pod reżimem stalinowskim, w tym wszechobecne w ZSRR terror i zastraszenie, spowodowały niespotykaną gdzie indziej reakcję ludności terenów zajmowanych przez wojska niemieckie. W wielu miejscowościach Litwy, Łotwy i Estonii, zachodniej Białorusi i zachodniej Ukrainy witano entuzjastycznie (w tym kwiatami, chlebem i solą) wkraczające jednostki Wehrmachtu. Czynili to nie tylko nacjonaliści ukraińscy i antykomuniści. Szybko jednak zorientowano się co niesie ze sobą okupacja hitlerowska.

Znaczące sukcesy niemieckiego Blitzkriegu w pierwszych tygodniach kampanii niemiecko-radzieckiej utwierdziły Hitlera w przekonaniu, że pomyślne dla niego zakończenie drugiej wojny światowej nie ulega wątpliwości i jest bliskie. To z kolei przyspieszyło jego decyzję o zagładzie Żydów europejskich, która zapadła w ścisłym gronie kierownictwa III Rzeszy najprawdopodobniej już w lipcu 1941 r.

Celem agresji na ZSRR było także uzyskanie przez Niemcy dostępu do potrzebnych im surowców, zwłaszcza ropy naftowej, jak również unicestwienie komunizmu. Zniszczenie bolszewizmu Hitler postawił przed ruchem nazistowskim jako jeden z najważniejszych celów politycznych jeszcze w 1924 r. Agresję hitlerowską próbowali skierować na Wschód pod koniec lat 30-tych politycy brytyjscy i francuscy i taki był podtekst ich polityki appeasementu, czyli zaspokajania roszczeń niemieckich w latach 1938-1939. Polityka historyczna współczesnej Rosji uzasadnia, a ściślej rozgrzesza tym zawarcie paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 r. Wedle tej narracji miało to być rzekomo genialne posunięcia Stalina, które pozwoliło mu zyskać dwa lata czasu na przygotowanie się do wojny z Niemcami i „poprawić położenie strategiczne” Związku Radzieckiego, czyli dokonać zaboru części terytoriów Polski, Finlandii i Rumunii oraz całości Litwy, Łotwy i Estonii.

Pakt Ribbentrop-Mołotow nie był jednak genialnym posunięciem, ale poważnym błędem politycznym Stalina, za które ZSRR zapłacił agresją hitlerowską z 22 czerwca 1941 r. i 27 mln ofiar swoich obywateli. Agresją, której Stalin nie przewidział ani w 1939, ani w 1941 r., uważając że układy zawarte z Niemcami 23 sierpnia i 28 września 1939 r. wystarczająco zabezpieczają bezpieczeństwo Związku Radzieckiego. Po współpracy z III Rzeszą, zwłaszcza gospodarczej, Stalin wiele sobie zresztą obiecywał, czego dowodem jest chociażby to, że ostatnie pociągi radzieckie z dostawami różnych surowców dla Niemiec przekraczały granicę niemiecko-radziecką w nocy z 21 na 22 czerwca 1941 r.

Hitler tymczasem traktował układy ze Stalinem jako rozwiązanie przejściowe, mające mu pomóc w rozstrzygnięciu wojny na Zachodzie. Klęska Francji w 1940 r. zaskoczyła wszystkich, także Stalina, a Hitlera wprawiła w euforię. Właśnie dlatego, pomimo iż nie została rozstrzygnięta wojna z Wielką Brytanią, wydał Naczelnemu Dowództwu Wehrmachtu 31 lipca 1940 r. wytyczne w sprawie opracowania planu „Barbarossa”. Plan ten Hitler zatwierdził dyrektywą nr 21 z 18 grudnia 1940 r. Jej pierwsze zdanie głosiło: „Jeszcze przed zakończeniem wojny przeciwko Anglii niemieckie siły zbrojne muszą być przygotowane do pokonania Rosji radzieckiej w krótkotrwałej kampanii”. Kampania ta miała trwać najwyżej 5 miesięcy, a siły niemieckie miały uderzyć na trzech kierunkach: północnym (Leningrad), centralnym (Smoleńsk, Moskwa) i południowym (Kijów). Datę ataku wyznaczono na 15 maja 1941 r. Została jednak przesunięta na 22 czerwca 1941 r. ze względu na zaangażowanie wojsk niemieckich w kampanię bałkańską (Jugosławia, Grecja). Opóźnienie niemieckiego ataku i wczesny początek wschodnioeuropejskiej zimy w 1941 r. prawdopodobnie uratowały Związek Radziecki przed całkowitą klęską.

Hitler kierując opracowaniem planu „Barbarossa” był przekonany o słabości przeciwnika i dlatego uznał, że kampanię uda się rozstrzygnąć w okresie od 3 do 5 miesięcy. Przesłanką do niskiej oceny wartości bojowej Armii Czerwonej była prawdopodobnie wiedza Hitlera o rozmiarach czystek stalinowskich wśród radzieckiej kadry oficerskiej oraz kompromitacja militarna ZSRR w tzw. wojnie zimowej z Finlandią (30 listopada 1939-13 marca 1940). Fakt, że wojskom radzieckim nie udało się podbić Finlandii i poniosły znaczne straty w tej wojnie (ponad 126 tys. zabitych i zaginionych wobec 30 tys. poległych Finów) najprawdopodobniej utwierdził Hitlera i jego generalicję w przekonaniu, że Armia Czerwona nie będzie dla Wehrmachtu trudnym przeciwnikiem.

Drugim czynnikiem, który przyspieszył decyzję Hitlera o ataku na ZSRR była wizyta Wiaczesława Mołotowa w Berlinie, w dniach 12-13 listopada 1940 r. Od szefa radzieckiej dyplomacji Hitler i Ribbentrop usłyszeli m.in., że „Związek Radziecki zainteresowany jest uporządkowaniem Europy na nowo. W szczególności zależy mu na tempie i formie kształtowania na nowo Europy”. Zaprezentowane przez Mołotowa stanowisko było nie do przyjęcia dla Hitlera. Wódz III Rzeszy uważał, że w Europie tylko Niemcy są gospodarzami. Dlatego nie mógł pogodzić się z przedstawionymi przez Mołotowa ekspansjonistycznymi celami ZSRR odnośnie Bułgarii, kontroli przejścia z Morza Czarnego na Morze Śródziemne (w tym radzieckich baz w Turcji) czy swobody przejścia przez cieśniny duńskie. W reakcji Hitler próbował skierować zainteresowanie swojego rozmówcy na rejon Zatoki Perskiej i Oceanu Indyjskiego, bezskutecznie oferował ZSRR przystąpienie do Paktu Trzech (czyli Osi) i udział w rozbiorze Imperium Brytyjskiego. Władimir Pawłow, radziecki tłumacz, opisał później te rozmowy jako „meczące i wyraźnie pozbawione sensu”. Stało się wtedy dla Hitlera oczywiste, że więzi między obydwoma mocarstwami, nawiązane przez pakt Ribbentrop-Mołotow, wyraźnie pękają.

Fiasko rozmów z Mołotowem w Berlinie stanowiło jednak tylko pretekst do agresji hitlerowskiej na ZSRR. Analizując wojenne poczynania Hitlera można założyć, że bez względu na bieg wypadków nie zboczyłby z ideologicznej ścieżki wyłożonej w „Mein Kampf” i dążyłby do zniszczenia ZSRR nawet wtedy, gdyby wizyta Mołotowa zakończyła się z niemieckiego punktu widzenia pomyślnie.

W mediach zachodnich i polskich od dawna popularyzowane są tezy głoszone przez publicystów Wiktora Suworowa i Marka Sołonina, że ZSRR latem 1941 r. przygotowywał się do ataku na Niemcy i agresja hitlerowska jedynie uprzedziła ten atak. Autorzy ci dowodzą, że państwo Stalina od co najmniej dekady prowadziło intensywne zbrojenia, a Armia Czerwona swoim potencjałem znacząco przewyższała siłę Wehrmachtu. Miażdżąca po stronie radzieckiej była zwłaszcza przewaga liczebna w broni pancernej, jednak w 1941 r. większość z około 20 tys. czołgów radzieckich stanowiły przestarzałe T-26, T-28, BT-5 i BT-7. Miał istnieć plan „Burza” (albo plan mobilizacyjny MP-41), czyli domniemany plan ataku ZSRR na III Rzeszę, opracowany w 1940 r., który zakładał uderzenie na Niemcy, gdy będą one zaangażowane w inwazję na Wielką Brytanię (inwazja ta została jednak odłożona na czas nieokreślony po porażce Niemiec w bitwie lotniczej o Anglię w 1940 r.). Zdaniem Sołonina operacyjne rozwinięcie Armii Czerwonej do natarcia na Europę miało się rozpocząć 19 lub 20 czerwca 1941 r.[2]

Tezy te nie są wystarczająco udokumentowane źródłowo i nie można ich traktować jako pewnych. Do agresji hitlerowskiej na ZSRR doszło niezależnie od tego czy istniał plan ataku radzieckiego na Niemcy i czy rzeczywiście w 1941 r. czyniono przygotowania do wprowadzenia go w życie. Stąd agresji niemieckiej z 22 czerwca 1941 r. nie można w żadnym wypadku przedstawiać jako „ataku prewencyjnego”, jak czynią to chętnie powołujące się na pisarstwo Suworowa niektóre prawicowe media polskie. Wojna z ZSRR wybuchła, ponieważ Hitler uznał, że doprowadził do wystarczającego rozstrzygnięcia militarnego na Zachodzie i dojrzał czas, by mógł zrealizować swój najważniejszy cel polityczny, a więc zdobyć dla Niemiec Lebensraum na Wschodzie. Zajęcie Europy Wschodniej, czyli rozbicie ZSRR, było dla Hitlera celem strategicznym. Wojna z Zachodem, zwłaszcza z Wielką Brytanią, była tylko środkiem do tego celu.

[1] P. Johnson, Historia świata od roku 1917 do lat 90-tych, Londyn 1992, s. 22-23.

[2] M. Sołonin, 22 czerwca 1941, czyli jak zaczęła się Wielka Wojna Ojczyźniana, Poznań 2007, s. 30.

Bohdan Piętka

6 lipca 2021 r.

„Przegląd” nr 27 (1121), 28.06-4.07.2021, s. 36-38

Napoleoński amok Polaków

5 maja minęła dwusetna rocznica śmierci Napoleona Bonaparte (właść. Napoleone di Bonaparte, gdyż miał pochodzenie włoskie), czyli cesarza Francuzów Napoleona I. Cesarza nie Francji, ale właśnie Francuzów – „cesarza ludu”. Zmarł on 5 maja 1821 r. o godz. 17:49, nie ukończywszy jeszcze 52 lat. Miejscem jego śmierci była posiadłości Longwood na Wyspie św. Heleny. Jest to niewielka wyspa wulkaniczna, licząca 420 km2 powierzchni, położona na południowym Atlantyku, 2800 km na południe od Zatoki Gwinejskiej i 1900 km na zachód od południowo-wschodniego wybrzeża Afryki. Tak wówczas jak i obecnie – kolonia brytyjska. Tam właśnie Napoleon spędził na zesłaniu ostatnie sześć lat życia, po tym jak po klęsce pod Waterloo 18 czerwca 1815 r. oddał się w ręce Anglików.

Był to niewątpliwie najgorszy okres jego życia. Podczas zesłania na Wyspie św. Heleny Napoleon nie był już tytułowany cesarzem, jak w czasie pierwszego zesłania na Elbie (kwiecień 1814 – luty 1815 r.), ale „generałem Bonaparte”. Brytyjski gubernator Hudson Lowe nie szczędził „generałowi Bonaparte” licznych upokorzeń. Stąd prawdopodobnie wzięła się opinia o otruciu Napoleona przez Brytyjczyków. Liczne pogłoski głosiły, że więzień gubernatora Lowe miał być podtruwany od 1816 r. arszenikiem, który w niewielkich ilościach podawano mu do jedzenia. Hipoteza ta wzięła się także stąd, że po ekshumacji i sprowadzeniu zwłok Napoleona do Paryża w 1840 r. stwierdzono, że są one dobrze zachowane, bowiem arszenik jest jednocześnie znakomitym środkiem konserwującym. Francesco Antommarchi – lekarz reprezentujący rząd brytyjski i szef zespołu badającego zwłoki Napoleona po jego śmierci w 1821 r. – uznał, że zmarł on na raka żołądka, co zostało zapisane w akcie zgonu.

Autopsję dokonaną przez Antommarchiego potwierdził w latach 2005-2007 międzynarodowy zespół naukowców z USA, Kanady i Szwajcarii. Po przeprowadzeniu badań szczątków Napoleona i przeanalizowaniu opisów sporządzonych przez jego lekarzy oraz relacji osób, które towarzyszyły mu w ostatnich miesiącach życia badacze ci stwierdzili, że Napoleon cierpiał na zaawansowanego raka żołądka. Najprawdopodobniej wpływ na rozwinięcie się tej choroby u Napoleona miały czynniki dziedziczne. Rak żołądka był bowiem przyczyną śmierci również jego ojca, brata Ludwika i siostry Pauliny. Wpływ na rozwój choroby mogła mieć też nieprawidłowa dieta cesarza Francuzów, o którą trudno mu było zadbać w czasie licznych kampanii wojennych. A może jednak miał na to wpływ także arszenik?

W 2001 r. Pascal Kintz ze Strasbourg Forensic Institute zbadał poziom arszeniku w zachowanym puklu włosów Napoleona i stwierdził, że był on 7-38 razy wyższy niż normalny. Taką samą koncentrację arszeniku wykazały jednak próbki jego włosów z lat 1805, 1814 i 1821. Skłania to do wniosku, że Napoleon otrzymywał w różnych okresach swojego życia duże, ale nie zabójcze, dawki arszeniku. Przed odkryciem antybiotyków arszenik był jedynym znanym środkiem walki z kiłą i był też używany w pomadzie do włosów, której używał Napoleon. Zdaniem Ivana Ricordela – toksykologa z policji paryskiej – gdyby arszenik miał być przyczyną śmierci Napoleona, zgon musiałby nastąpić na wiele lat przed rokiem 1821.

Z całą pewnością nie da się wykluczyć czy Napoleon został otruty przez Brytyjczyków obawiających się, że jakimś sposobem wydostanie się on z Wyspy św. Heleny i dotrze do Europy albo do uwalniającej się wtedy z kolonializmu hiszpańskiego i portugalskiego Ameryki Południowej i tym samym ponownie przysporzy poważnych problemów politycznych Świętemu Przymierzu. Nie ulega wątpliwości, że ostatnie lata jego życia spędzone w pawilonie ogrodowym Briars, w posiadłości Longwood House, były okresem nie tylko cierpienia fizycznego, ale i psychicznego, które zawsze jest udziałem człowieka przegranego. Okresem gorzkiej refleksji nad dokonaniami krótkiego, ale jakże bogatego życia.

Nie dowiemy się jak tak refleksja wyglądała, ponieważ Napoleon nie spisał pamiętników. Może nie zdążył, może nie zamierzał ich w ogóle pisać. Dzisiaj musi nas nurtować pytanie, w jaki sposób rozmyślał nad przyczynami swojej klęski podczas spacerów po nadbrzeżu skalistej wyspy, patrząc na bezkresny Atlantyk. Czy pomyślał wtedy o tym, że atak na Rosję w 1812 r. był błędem? Nie tylko politycznym, ale przede wszystkim błędem niedocenienia przeciwnika. Czy pomyślał o tym, że błędem było pozostawienie w 1807 r. szczątkowych Prus, zamiast ich całkowite zniszczenie? Być może inaczej potoczyłaby się wtedy kampania roku 1813 i być może inaczej wyglądałaby cała historia Europy w XIX i XX w.

Czy pomyślał wreszcie o „swoich Polakach”? „Zostawcie to Polakom!” – powiedział Napoleon, gdy rankiem 30 listopada 1808 r. gen. Louis Montbrun zameldował mu, że szarża kawalerii francuskiej wprost na armaty hiszpańskie w wąwozie Somosierra nie jest możliwa. Kiedy polscy szwoleżerowie przełamali pozycje hiszpańskie i otworzyli armii napoleońskiej drogę na Madryt, Napoleon podsumował to krótko: „Dla moich Polaków nie ma rzeczy niemożliwych”. 2 grudnia 1808 r., na postoju w okolicach Madrytu, Napoleon podyktował treść XIII Biuletynu Armii. Ku zaskoczeniu „swoich Polaków” główną zasługę w przełamaniu obrony hiszpańskiej pod Somosierrą oddał nie płk. Kozietulskiemu, ale gen. Montbrunowi, który przecież nie chciał tam w ogóle atakować i który notabene zakończył swoje życie 7 września 1812 r. prowadząc fatalną szarżę kawalerii francuskiej w bitwie pod Borodino.

Ale nawet to nie zachwiało wiarą w Napoleona tych Polaków, którzy przy nim stali. Wiarą tzw. orientacji francuskiej nie zachwiała ani tragedia Legionów Polskich, które Napoleon wysłał w 1803 r. na zagładę w walce z antyfrancuskim powstaniem niewolników murzyńskich na Haiti (wówczas San Domingo), ani podarowanie Polakom przez cesarza Francuzów kadłubowego i marionetkowego Księstwa Warszawskiego, ani używanie wojsk polskich do ujarzmienia Hiszpanii. Wierni mu Polacy stali przy nim do końca. Osłaniając odwrót z Rosji resztek Wielkiej Armii podczas dramatycznej bitwy nad Berezyną (26-29 listopada 1812 r.), w Bitwie Narodów pod Lipskiem (16-19 października 1813 r.), czy podczas zesłania na Elbie, gdzie Napoleonowi towarzyszył szwadron polskich szwoleżerów rotmistrza (późniejszego generała) Jana Jerzmanowskiego, który walczył także pod Waterloo.

Polska wiara w Napoleona została uwieczniona w drugiej zwrotce „Mazurka Dąbrowskiego”. Wyznawcy orientacji francuskiej mieli nadzieję, że zwycięstwo Napoleona nad Rosją doprowadzi do wskrzeszenia Polski przedrozbiorowej. Tak się nie stało. Ale czy tylko z powodu klęski Wielkiej Armii w Rosji? Czy na Wyspie św. Heleny Napoleon pomyślał o tym, że jedną z przyczyn jego klęski mogło być instrumentalne traktowanie sprawy polskiej i lekceważenie polskich nadziei? Po rozpoczęciu inwazji Wielkiej Armii na Rosję w czerwcu 1812 r. do prawie 100 tys. wojsk polskich pod dowództwem księcia Józefa Poniatowskiego dołączyło 20 tys. polskich ochotników z Litwy. Ilu więcej mogłoby dołączyć, gdyby po wkroczeniu Wielkiej Armii do Wilna Napoleon ogłosił odnowienie Królestwa Polskiego? Czy pomyślał on o tym, że te co najmniej kilkadziesiąt tysięcy polskich bagnetów i szabel więcej mogło przechylić szalę na stronę francuską w nierozstrzygniętej bitwie pod Borodino (5-7 września 1812 r.)?

Ostatecznie Królestwo Polskie wskrzesił nie Napoleon, ale car Aleksander I. W 1815 r. na mapie Europy pojawiło się Królestwo Polskie, okrojone terytorialnie i pozostające w unii dynastycznej z Rosją. Na decyzję Aleksandra I o jego utworzeniu wpłynęło m.in. to, że po klęsce wojsk napoleońskich w 1812 r. książę Józef Poniatowski dotrzymał z resztkami swojego wojska wierności Napoleonowi. Imperator Rosji wyciągnął z tego wniosek, że wojsko polskie będzie wierne także jemu jako królowi Polski. Zatem polska wierność Napoleonowi, przez wielu uważana za bezmyślną, opłaciła się politycznie. Polska krew przelana w wojnach napoleońskich nie poszła na marne, a to, że szansa jaką było Królestwo Polskie z 1815 r. została później zmarnowana przez politykę polską jest tematem na odrębny artykuł.

Po wejściu Wielkiej Armii do Wilna w czerwcu 1812 r. przedstawiono Napoleonowi profesorów tamtejszego uniwersytetu. Podobno, gdy przedstawiano mu prof. Euzebiusza Słowackiego (ojca wieszcza Juliusza Słowackiego) i poinformowano, że jest to profesor literatury polskiej (faktycznie kierownik Katedry Wymowy i Poezji) Napoleon miał zapytać: „To Polacy mają literaturę?”. Jeśli zdarzenie to rzeczywiście było prawdziwe, można z niego wyciągnąć wniosek, że oparty na ignorancji i lekceważeniu stosunek Zachodu do Polski miał miejsce także ponad 200 lat temu. Jest więc już zatem pewną tradycją polityczną.

„Jeżeli już macie pić, to pijcie jak Polacy”, „Pijcie jak Polacy, ale bądźcie równie dzielni jak oni” – te, potwierdzone już źródłowo, wypowiedzi Napoleona też pokazują jak postrzegał on „swoich wiernych Polaków”. Wielu historyków i publicystów twierdzi, że Napoleon Polaków cynicznie oszukał, że wykorzystywał polskie nadzieje i polską krew. Trzeba jednak obiektywnie stwierdzić, że chociaż nie odbudował Polski i nie miał takiego zamiaru, to tworząc w 1807 r. Księstwo Warszawskie zapoczątkował długi i dramatyczny proces odbudowy polskiej państwowości. Nadając Księstwu Warszawskiemu konstytucję wzorowaną na francuskich rozwiązaniach ustrojowych, znosząc w Księstwie Warszawskim poddaństwo chłopów i wprowadzając Kodeks Napoleona przyspieszył też proces przejścia od feudalizmu do kapitalizmu na ziemiach polskich.

A napoleoński amok Polaków? Cóż, jest on widać polską urodą. Jego echa pobrzmiewały w naiwnej wierze przyjścia z pomocą przez Francję bezsensownym polskim powstaniom w 1830 i 1863 r. i w ogóle w szeroko rozumianej polskiej w wierze w Zachód w XIX i XX w., która nie znalazła odwzajemnienia, tak jak i wiara w Napoleona. Mimo to wiara w Zachód (symbolizowany współcześnie już nie przez Francję, ale USA) trwa w Polsce do dzisiaj i wydaje się niezłomna.

Oceniając Napoleona historyk Marceli Handelsman (1882-1945) napisał: „Prawdziwe znaczenie Napoleona polega na tym, iż on dopiero umożliwił i przyspieszył rozwój narodów XIX stulecia. (…) był także i u nas wskrzesicielem życia narodowego przez instytucje, które narzucił, przez rolę, jaką w duszy zbiorowej narodu odegrał. Stworzył warunki wewnętrzne, organizacyjne, oraz zewnętrzne, polityczne, w których odrodzony naród mógł wzmocnić swą świadomość, zespolić się i zjednoczyć, mógł rzucić podwaliny pod dalszy swój byt duchowy i w czynie zamknąć dowody swej żywotności”. Oczywiście można się z tą opinią nie zgodzić, ale na historię trzeba zawsze patrzeć w sposób wyważony i nawet oceniając negatywnie napoleoński amok Polaków należy unikać ocen czarno-białych.

W tym kontekście warto przypomnieć jeszcze jedną wypowiedź Napoleona: „Historia jest wersją przeszłych wypadków, na którą ludzie zdecydowali się zgodzić”. Powiedział on jednak również: „Aby pisać historię, trzeba być więcej niż człowiekiem, ponieważ autor trzymający pióro wielkiego sędziego powinien być wolny od wszelkich uprzedzeń, interesów lub próżności”.

Bohdan Piętka

6 lipca 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 23-24 (2347/2348), 6-13.06.2021, s. 14

Odszedł Valéry Giscard d’Estaing (1926-2020)

2 grudnia 2020 r. zmarł na COVID-19 w wieku 94 lat Valéry Marie René Georges Giscard d’Estaing – trzeci prezydent V Republiki Francuskiej, założyciel i długoletni przywódca Unii na rzecz Demokracji Francuskiej (Union pour la démocratie française, UDF) – postgaullistowskiej, centro-prawicowej partii politycznej, działającej w latach 1978-2007.

Giscard d’Estaing urodził się w rodzinie arystokratycznej. Jego ojcem był Jean Edmond Lucien Giscard d’Estaing, a matką Marthe Clémence Jacqueline Marie Bardoux. Po matce był wnukiem senatora Achille Octave Marie Jacques’a Bardoux i praprawnukiem republikańskiego polityka Agénora Bardoux. Miał trzy siostry i brata Oliviera Anne Marie Bernarda Giscard d’Estaing (ur. 1927 r.) – polityka Niezależnych Republikanów, a w latach 1965-1977 mera gminy Estaing w regionie Oksytania (departament Aveyron). Valéry Giscard d’Estaing urodził się w niemieckiej Koblencji (Nadrenia), gdzie jego ojciec pracował po pierwszej wojnie światowej we francuskiej administracji okupacyjnej.

Podczas okupacji niemieckiej Francji (1940-1944) Giscard działał we francuskim Ruchu Oporu (La Résistance intérieure française, RIF). Jako 18-latek brał udział w powstaniu paryskim w sierpniu 1944 r. i wyzwoleniu Paryża. Miał wówczas za zadanie chronić Alexandre’a Parodi (1901-1979) – znanego francuskiego dyplomatę, w 1944 r. delegata Francuskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Następnie wstąpił do 1. Armii Francuskiej „Ren i Dunaj” gen. (pośmiertnie marszałka) Jeana de Lattre de Tassigny i walczył w jej szeregach do końca drugiej wojny światowej. Za zasługi wojenne został odznaczony Croix de guerre 1939-1945. Uczył się w elitarnej szkole średniej – Lycée Louis-le-Grand w Paryżu, następnie studiował na paryskiej politechnice, a w latach 1949-1951 ukończył Narodową Szkołę Administracji (École nationale d’administration, ENA) – kuźnię francuskich elit politycznych.

Początkowo pracował w inspekcji finansowej, a w 1955 r. został zastępcą dyrektora gabinetu premiera IV Republiki Edgara Faure. W 1956 r. po raz pierwszy wybrano Giscarda do Zgromadzenia Narodowego jako kandydata niezależnego. Po wyborach wstąpił do Narodowego Centrum Niezależnych i Chłopów (Centre National des Indépendants et Paysans, CNI) – konserwatywnej partii politycznej premiera Antoine’a Pinay. Partia ta poparła w 1958 r. gen. Charlesa de Gaulle’a i utworzenie V Republiki. W 1962 r. postanowiła jednak przejść do opozycji wobec rządów gaullistowskich, co doprowadziło do jej rozłamu. Szeregi CNI opuścił m.in. Giscard d’Estaing, który już wcześniej stał się zdeklarowanym gaullistą. Dlatego w 1959 r. objął stanowisko sekretarza stanu ds. finansów w rządzie gaullisty Michaela Debré. Był nim do 1962 r. Następnie do 1966 r. był ministrem finansów i gospodarki w dwóch pierwszych gabinetach Georges’a Pompidou. Uzyskiwał reelekcję do izby niższej francuskiego parlamentu w latach 1958, 1962, 1967, 1968 i 1973.

Podczas kryzysu politycznego w 1962 r. Giscard d’Estaing powołał wspierający gaullistów ruch polityczny niezależnych republikanów, który w 1966 r. przekształcił w partię polityczną o nazwie Narodowa Federacja Niezależnych Republikanów (Fédération nationale des républicains indépendants, FNRI). W 1969 r. poparł wraz z FNRI kandydaturę Georges’a Pompidou na urząd prezydenta Francji i po jego zwycięstwie powrócił do rządu. Od czerwca 1969 do maja 1974 r. Giscard był ministrem finansów i gospodarki w gabinetach Jacques’a Chaban-Delmasa i Pierre’a Messmera (od marca 1974 r. w randze ministra stanu). W latach 1967-1974 zajmował też stanowisko mera gminy Chamaliéres w regionie Owernia-Rodan-Alpy (departament Puy-de-Dôme), a od 1958 do 1974 r. był radnym departamentu Puy-de-Dôme.

Po śmierci Georges’a Pompidou w 1974 r. Giscard wystartował w wyborach prezydenckich. Nastąpił wtedy rozpad ruchu gaullistowskiego. Jego konkurentami w walce o fotel prezydenta V Republiki byli Jacques Chaban-Delmas – reprezentujący główny nurt gaullistowski, czyli Unię Demokratów na rzecz Republiki (Union des démocrates pour la République, UDR) oraz François Mitterrand z Partii Socjalistycznej. W pierwszej turze Giscard zajął drugie miejsce z wynikiem 32,6 %. Natomiast 19 maja 1974 r. pokonał Mitterranda stosunkiem 50,81 do 49,19 % głosów.

Początkowo prezydent Giscard d’Estaing kontynuował tradycję gaullistowską, czego wyrazem było powołanie przez niego na premiera Jacques’a Chiraca. Po dwóch latach prezydentury rozpoczął się jednak skręt Giscarda w kierunku centrum i liberalizmu – tak politycznego, jak i gospodarczego. Wyrazem tego było powołanie przez niego w 1976 r. nowego rządu, na czele którego stanął liberał Raymond Barre (1924-2007). Odtąd Barre stał się najbliższym współpracownikiem Giscarda. Obaj doprowadzili do utworzenia w 1978 r. nowej partii władzy, czyli Unii na rzecz Demokracji Francuskiej. Była to formacja postgaullistowska w tym sensie, że w dużej mierze odeszła od gaullizmu. W skład UDF weszły takie podmioty polityczne jak: centroprawicowa Partia Republikańska, centrowo-chadeckie Centrum Demokratów Społecznych (CDS), centrowo-liberalna Partia Radykalna i socjalliberalny Ruch Demokratycznych Socjalistów Francji (MDSF). Płaszczyzną polityczną tych podmiotów, a zarazem ideologią UDF stały się liberalizm polityczny i gospodarczy oraz program szybkiej integracji europejskiej.

W polityce zagranicznej Giscard opowiedział się za polepszeniem stosunków Francji z USA, rozluźnionych przez prezydentów de Gaulle’a i Pompidou, oraz pogłębieniem integracji europejskiej. Wraz z kanclerzem RFN Helmutem Schmidtem położył podwaliny pod przyszłą Unię Europejską i przewodzący jej dzisiaj tandem niemiecko-francuski (przyczynił się m.in. do powstania Parlamentu Europejskiego i Rady Europejskiej). Będąc katolikiem Giscard doprowadził do zalegalizowania we Francji przerywania ciąży (legalizację aborcji umieścił w swoim programie wyborczym z 1974 r.). Zainicjował też proces zniesienia kary śmierci. Za jego kadencji wykonano we Francji w 1977 r. trzy ostatnie wyroki śmierci. Giscard otworzył także Francję na imigrację siły roboczej z państw islamskich (byłych kolonii francuskich w Afryce). To również Giscard d’Estaing był jednym z głównych sprawców odejścia Zachodu od wynegocjowanego w lipcu 1944 r. systemu walutowego z Bretton Woods, czyli oparcia walut narodowych na parytecie złota. W latach 1976-1978 r. Międzynarodowy Fundusz Walutowy ostatecznie zniósł w ramach tzw. porozumienia jamalskiego złote parytety walut. Umożliwiło to finansowanie wydatków państwa poprzez zaciąganie długu publicznego, co Giscard praktykował już od 1971 r., jeszcze jako minister finansów.

W polityce gospodarczej duet Giscard-Barre postawił na wschodzący wówczas neoliberalizm. Francuzi nie byli na to przygotowani, dlatego w 1981 r. Giscard przegrał wybory prezydenckie z socjalistą Mitterrandem. Wygrał co prawda pierwszą turę uzyskując 28,32 % głosów, ale w drugiej turze Jacques Chirac celowo nie poparł Giscarda, przez co 10 maja 1981 r. ten przegrał wybory uzyskując 48,24 % głosów.

20 maja 1981 r. Giscard odszedł ze stanowiska prezydenta V Republiki, ale cztery lata później powrócił do czynnej polityki. W 1984 r. po raz siódmy zdobył mandat deputowanego do izby niższej francuskiego parlamentu (uzyskał reelekcję w 1986, 1988, 1993 i 1997 r.). Od 1988 do 1996 r. był liderem UDF i doprowadził do zbliżenia politycznego pomiędzy UDF i gaullistowskim Zgromadzeniem na rzecz Republiki (Rassemblement pour la République, RPR). Owocem zbliżenia pomiędzy UDF i RPR było poparcie przez Giscarda w wyborach prezydenckich w 1995 r. swojego dawnego przeciwnika Jacques’a Chiraca – wówczas już też polityka postgaullistowskiego.

Większość swojego wysiłku politycznego w dwudziestoleciu 1984-2004 Giscard poświecił na budowanie Unii Europejskiej, a później forsowanie niedoszłego projektu federalizacji europejskiej. Od 1989 do 1993 r. zasiadał w Parlamencie Europejskim, w którym do 1991 r. był przewodniczącym Grupy Liberalnej, Demokratycznej i Reformatorskiej. W tym czasie doszło do utworzenia Unii Europejskiej, która powstała 1 listopada 1993 r. na mocy traktatu z Maastricht z 7 lutego 1992 r. Śmiało można powiedzieć, że Giscard był jednym z jej ojców założycieli, chociaż to nie on, ale prezydent Mitterrand podpisywał ze strony Francji traktat z Maastricht.

W grudniu 2001 r. Giscard stanął na czele Konwentu w Sprawie Przyszłości Europy, zwanego potocznie Konwentem Europejskim – ciała ustanowionego przez Radę Europejską jako rezultat Deklaracji z Laeken, którego celem było opracowanie i sfinalizowanie zasad federalizacji europejskiej. Konwent pod przewodnictwem Giscarda pracował do lipca 2003 r., a owocem jego prac stał się projekt Traktatu ustanawiającego Konstytucję dla Europy. Traktat ten został podpisany przez państwa członkowskie UE 29 października 2004 r. w Rzymie. Jednakże Konstytucja dla Europy nie weszła w życie, ponieważ została odrzucona w referendach we Francji 29 maja 2005 r. (54,87 % głosów przeciw) i w Holandii 1 czerwca 2005 r. (61,6 % głosów przeciw).

Konstytucję dla Europy poparły we Francji UDF, Unia na rzecz Ruchu Ludowego (Union pour un mouvement populaire, UMP) i Partia Socjalistyczna, a przeciwne jej były gaullistowski Ruch dla Francji (Mouvement pour la France, MPF), Front Narodowy i Francuska Partia Komunistyczna. Odrzucenie Konstytucji dla Europy przez Francuzów stało się osobistą porażką Giscarda i prezydenta Chiraca. Kierunek na rzecz przekształcenia Unii Europejskiej w państwo federalne został jednak wytyczony i jest przecież dzisiaj kontynuowany przez prezydenta Emmanuela Macrona – pilnego ucznia Giscarda.

W 2004 r. Giscard przegrał też wybory regionalne i po 18 latach opuścił urząd przewodniczącego regionu Owernia. 78-letni mąż stanu zrezygnował wtedy z dalszej działalności politycznej. Pełnił jednak nadal funkcję honorowego przewodniczącego Rady Gmin i Regionów Europy (CEMR) – ciała działającego m.in. na rzecz federalizmu europejskiego.

Od 17 grudnia 1952 r. Giscard był żonaty z arystokratką Anne-Aymone Sauvage de Brantes i miał z nią czworo dzieci. Został odznaczony najwyższymi odznaczeniami francuskimi i zagranicznymi, w tym m.in. Wielką Wstęgą Orderu Zasługi PRL w 1975 r. Podobno miał jakieś związki z masonerią, co nigdy nie zostało potwierdzone i co nie jest niczym niezwykłym w wypadku kultury politycznej Francji.

W czasie, kiedy Giscard był prezydentem V Republiki (1974-1981) jego partnerami politycznymi na niwie międzynarodowej byli m.in. Jimmy Carter, Giulio Andreotti, Margaret Thatcher, Helmut Schmidt, Edward Gierek i Leonid Breżniew. Przywódca PRL Edward Gierek – wychowany we Francji i biegle władający językiem francuskim – utrzymywał z Giscardem szczególnie intensywne kontakty. Owocem tych kontaktów był szczyt warszawski 19 maja 1980 r. Kiedy 25 grudnia 1979 r. Związek Radziecki dokonał inwazji na Afganistan, skończył się trwający przez prawie całe lata 70-te okres odwilży pomiędzy Wschodem i Zachodem. Stosunki pomiędzy dwoma antagonistycznymi blokami ustrojowymi i militarnymi ponownie powróciły do stanu wrogości, czyli „zimnej wojny”. Gierek postanowił wówczas odegrać rolę arbitra w konflikcie Wschód-Zachód. Sądził, że pomoże mu w tym jego „przyjaciel” Giscard.

Przywódca PRL wpadł na pomysł zorganizowania szczytu Wschód-Zachód w Warszawie z udziałem Giscarda i Leonida Breżniewa. Nakłonił do tego Breżniewa przekonując go, że ma doskonałe stosunki z prezydentem Francji. 19 maja 1980 r. miało miejsce w Warszawie jedno z ważniejszych wydarzeń w historii PRL. Do polskiej stolicy zjechała liczna delegacja radziecka z Leonidem Breżniewem na czele, przygotowana merytorycznie do rozmów na kluczowe tematy. Delegacja francuska – ku zaskoczeniu Breżniewa i samego Gierka – była jednak nieliczna i nie chciała przyjmować żadnych wiążących deklaracji. Jak powiedział to po latach sam Giscard d’Estaing – jadąc do Warszawy nie zabrał ze sobą nawet pióra, żeby niczego nie podpisać. Wystawne spotkanie Giscarda z Breżniewem w pałacu w Wilanowie, połączone ze wspólnym obiadem, zakończyło się zupełnym fiaskiem. Nie tylko nie spowodowało żadnego ocieplenia stosunków na linii Wschód-Zachód, ale stało się jedną z przyczyn upadku Edwarda Gierka, do którego doszło w sierpniu 1980 r. Fiasko szczytu warszawskiego przede wszystkim skompromitowało w oczach Kremla jego inicjatora – czyli przywódcę PRL. Marzenie Gierka o staniu się europejskim arbitrem i umocnieniu swojego znaczenia politycznego w obozie socjalistycznym rozwiało się, a Breżniew wyjeżdżał z Warszawy wściekły. W pierwszej kolejności na Gierka, dopiero w drugiej na Giscarda.

Ani Breżniew, ani Gierek nie byli świadomi, że Giscard oraz inni przywódcy zachodni położyli już wtedy krzyżyk na Związku Radzieckim i obozie socjalistycznym, że w następnym dziesięcioleciu Zachód pójdzie w kierunku rozwalenia ZSRR i jego bloku, eskalując „zimną wojnę” i wspierając antykomunistyczne ruchy dysydenckie.

W osobie Giscarda d’Estaing niewątpliwie odszedł jeden z najważniejszych francuskich mężów stanu w XX w., który wywarł daleko znaczący wpływ na kształt polityczny obecnej Francji, a także Europy. Przynajmniej Zachodniej.

Bohdan Piętka

1 stycznia 2021 r.

„Myśl Polska” nr 1-2 (2325/2326), 3-10.01.2021, s. 9

Powstanie praskie 1945

5 maja 1945 r. wybuchło powstanie w Pradze – wtedy w dalszym ciągu stolicy okupowanych przez Niemcy hitlerowskie Czech, czyli Protektoratu Czech i Moraw. Między nim a powstaniem warszawskim istnieją podobieństwa i różnice. W wyzwolonej siłami AK Warszawie władze Polski Podziemnej miały wystąpić wobec ZSRR i jego sił zbrojnych w roli „politycznego gospodarza”. Politycznym celem powstania warszawskiego było zatem niedopuszczenie do znalezienia się kraju w powojennej strefie wpływów ZSRR, co było nierealne – pomijając aspekt militarny – chociażby ze względu na zapadłe już w tej sprawie decyzje Wielkiej Trójki. Powstanie praskie otwarcie nie stawiało sobie takiego celu, jednakże dla części jego przywódców najbardziej pożądane było doprowadzenie do wyzwolenia Pragi przez wojska amerykańskie.

Na początku maja 1945 r. najbliżej Pragi znaleźli się właśnie Amerykanie. 5 maja 1945 r. 3. Armia amerykańska gen. George’a S. Pattona weszła od południowego zachodu na ziemie czeskie, a następnego dnia wyzwoliła Pilzno (84 km od Pragi). W tym czasie na terenie Czech i Moraw nadal stacjonowała niemiecka Grupa Armii „Środek” feldmarszałka Ferdinanda Schörnera, licząca blisko milion żołnierzy. To ze strony tych licznych sił niemieckich wyszedł w drugiej połowie kwietnia 1945 r. atak na Łużyce, którego celem była odsiecz dla oblężonego przez wojska radzieckie Berlina i który musiała przyjąć na siebie 2. Armia WP podczas tzw. bitwy pod Budziszynem (21-30 kwietnia 1945 r.). Dopiero 9 maja 1945 r. 2. Armia WP dotarła do Bad Schandau. Stąd do Pragi były jeszcze 94 km.

26 kwietnia 1945 r. wojska radzieckie zajęły Brno (187 km od Pragi), a 30 kwietnia Ostrawę (278 km od Pragi). Front na wschodzie zatrzymał się jednak pod Ołomuńcem (210 km od Pragi), skąd ruszył dopiero 8 maja 1945 r. Ruchem oporu na terenie okupowanych Czech kierowała Czeska Rada Narodowa, w skład której wchodzili beneszowcy (tzw. narodowi socjaliści), ludowcy, socjaldemokraci i komuniści. Emigracyjny prezydent Eduard Beneš zawarł w grudniu 1943 r. porozumienie polityczne ze Stalinem. Jego rezultatem było utworzenie w wyzwolonych Koszycach 5 kwietnia 1945 r. koalicyjnego rządu czechosłowackiego (z udziałem stronnictw tworzących dotychczasowy rząd emigracyjny w Londynie oraz komunistów) pod przewodnictwem Zdenka Fierlingera (komunizującego socjaldemokraty powiązanego z Moskwą) i z Klementem Gottwaldem (przywódcą Komunistycznej Partii Czechosłowacji) jako wicepremierem.

Rząd Fierlingera przyjął tzw. Koszycki Program Rządowy (coś w rodzaju czechosłowackiego odpowiednika Manifestu PKWN), który zakładał odbudowę Czechosłowacji jako państwa demokratycznego dwóch równoprawnych narodów (formalnie odrzucono ideologię czechosłowakizmu), konfiskatę mienia kolaborantów i zdrajców, usunięcie przybyłych do kraju po 1938 r. Niemców i Węgrów, nacjonalizację kluczowych gałęzi przemysłu i banków oraz utrzymanie przyjaznych stosunków ZSRR.

Powstanie w Pradze było częścią tzw. majowego powstania ludu czeskiego, które wybuchło 1 maja 1945 r. i objęło 37 miast oraz 240 wsi. Do 11 maja wzięło w nim udział 130 tys. bojowników, z których około 10 tys. zginęło. Wspierało ich 14 tys. partyzantów, w większości radzieckich. Czeski ruch oporu zorganizował to powstanie w porozumieniu ze stroną radziecką celem przyspieszenia wyzwolenia ziem czeskich. Jednakże w Pilźnie 6 maja około 500 powstańców pomagało w wyzwoleniu miasta Amerykanom. Niekomunistyczna część kierownictwa Czeskiej Rady Narodowej brała pod uwagę, że do Pragi jako pierwsze dotrą wojska amerykańskie, co mogłoby zmienić powojenną sytuację geopolityczną kraju. Także większość powstańców i mieszkańców Pragi nie pragnęła nikogo innego w stolicy Czech, jak gen. G. Pattona. Nie doczekali się jednak wojsk amerykańskich, które po zajęciu Pilzna nie kontynuowały ofensywy w kierunku Pragi. Zgodnie z ustaleniami Wielkiej Trójki na konferencji w Teheranie Czechosłowacja znajdowała się w strefie działania Armii Czerwonej, a zatem w powojennej strefie wpływów ZSRR.

W powstaniu praskim wzięło udział około 30 tys. powstańców (w warszawskim około 50 tys.). Spontaniczne starcia ludności cywilnej z wojskami niemieckimi rozpoczęły się w Pradze już 4 maja. Powstanie wybuchło rano 5 maja. W okresie komunistycznej Czechosłowacji głoszono, że kierowali nim komuniści. Faktycznie jednak powstanie przygotowali i kierowali nim przedwojenni oficerowie i legioniści. Tacy m.in. jak: gen. Karel Kultvašr (1895-1961) – w 1949 r. skazany przez komunistów na dożywocie i zdegradowany; gen. František Slunečko „Alex” (1886-1963) – podczas okupacji niemieckiej jeden z dowódców Obrony Narodu (czeski odpowiednik Armii Krajowej), w 1950 r. zdegradowany przez komunistów i wysiedlony z Pragi; gen. Raimund Mrázek (1897-1972) – w 1949 r. skazany przez komunistów na 25 lat więzienia; gen. Zdeněk Novák (1891-1988) – w 1951 r. zdegradowany, a w 1954 r. skazany przez komunistów na 18 lat więzienia; ppłk František Bürger-Bartoš (1898-1964) – podczas okupacji niemieckiej również jeden z bohaterów Obrony Narodu, w 1950 r. zdegradowany przez komunistów i więziony do 1953 r.

Powstaniu praskiemu, tak jak i warszawskiemu, towarzyszył początkowo wielki entuzjazm. Jednakże jego sytuacja militarna, identycznie jak powstania warszawskiego, zaczęła się szybko komplikować z tego samego powodu – dysproporcji sił w stosunku do strony niemieckiej. Powstanie w Pradze wybuchło pięć dni po samobójstwie Hitlera i dwa dni po kapitulacji Berlina, ale Niemcy wcale nie zamierzali ustępować powstańcom. Do akcji wkroczyły liczące co najmniej 40 tys. ludzi, dobrze uzbrojone siły Wehrmachtu, Waffen-SS, policji niemieckiej, SA i innych formacji niemieckich. Mimo budowy około 1600 barykad powstańczych czołgi niemieckie wtargnęły do śródmieścia Pragi. Do akcji wkroczyły działa samobieżne, miotacze ognia i esesmani z pobliskiego poligonu w Benešovie tworzący Kampfgruppe Wallenstein. 6 i 7 maja w kilku miejscach Pragi doszło do masakr bezbronnych cywili. Na mniejszą skalę przypominało to sceny rozgrywające się podczas powstania warszawskiego w sierpniu 1944 r. na Woli i Ochocie. Niemieccy naziści mordowali do końca, nawet na 48 godzin przed kapitulacją III Rzeszy.

7 maja dowódca Waffen-SS w Protektoracie Czech i Moraw, SS-Gruppenführer Carl Friedrich von Pückler-Burghauss, wydał kierującemu pacyfikacją powstania gen. Rudolfowi Toussaintowi rozkaz zbombardowania „w najbrutalniejszy sposób” okolic placu Wacława, gdzie znajdowało się centrum oporu powstańców. W następstwie tego rozkazu Luftwaffe, która jeszcze nie była całkiem zniszczona, dokonała kilku nalotów bombowych na Pragę.

Sytuacja powstania stała się krytyczna. Jego dowództwo zwróciło się drogą radiową o pomoc do strony anglo-amerykańskiej i radzieckiej. Prezydent E. Beneš natychmiast po wybuchu powstania uznał Czeską Radę Narodową za swoje przedstawicielstwo i zaproponował władzom brytyjskim użycie czeskich załóg lotniczych do zrzutów broni. Prosił też władze USA o zrzuty broni i amunicji z bazy lotniczej Bari we Włoszech. Jego prośby zostały odrzucone przez Londyn i Waszyngton. Stało się tak pomimo tego, że 1 kwietnia 1945 r. brytyjski premier Winston Churchill powiedział do amerykańskiego gen. Dwighta Eisenhowera: „Uważam, że niezwykle ważne jest, aby podać Rosji rękę jak najdalej na wschodzie. Wiedeń jest dla nas stracony, ale Praga nie jest. Twoje postępy w dolinie Łaby, w tym w Pradze, są realistyczne za trzy tygodnie”. Natomiast w telegramie do prezydenta USA Harry’ego Trumana z 30 kwietnia 1945 r. Churchill napisał: „Nie ma wątpliwości, że wyzwolenie Pragi przez wojska amerykańskie spowodowałoby zmianę powojennej sytuacji i silnie wpłynęłoby na sytuację w krajach sąsiednich. Jeśli jednak Sprzymierzeni odegraliby jedynie nieznaczną rolę w wyzwoleniu, kraj podążyłby taką ścieżką, jak Jugosławia. Uważam, że niezwykle ważne jest wyjaśnienie Eisenhowerowi tego bardzo ważnego aspektu politycznego”.

Prawdopodobnie E. Beneš wiedział o planie Churchilla. Dlatego on i niekomunistyczni członkowie władz powstania chcieli umożliwić wojskom amerykańskim zajęcie Pragi, widząc w tym szansę na zmianę powojennego statusu geopolitycznego wyzwolonego kraju. Po stronie amerykańskiej zwolennikiem udzielenia pomocy powstaniu praskiemu był gen. G. Patton – znany z negatywnego stosunku do ZSRR i komunizmu. Mimo jego nalegań nie zgodził się jednak na to gen. Dwight Eisenhower – naczelny dowódca Alianckich Ekspedycyjnych Sił Zbrojnych w Europie. Truman i Eisenhower obawiali się awantury politycznej ze Stalinem. Stanom Zjednoczonym zależało na przystąpieniu ZSRR do wojny z Japonią i dlatego Biały Dom odrzucił plan Churchilla odnośnie Czechosłowacji. Eisenhower był gotowy pomóc w wyzwoleniu Pragi, ale tylko wtedy, gdy będzie tego chciał rząd Zdenka Fierlingera, czyli stojący za plecami tego polityka Józef Stalin. A ten nie chciał.

Amerykanie coś jednak dla powstańców zrobili. W późnych godzinach nocnych 7 maja dotarła do Pragi amerykańska misja wojskowa składająca się z pięciu samochodów pancernych, trzech jeepów, dwóch limuzyn sztabowych, radiostacji i karetki pogotowia. Celem misji nie była jednak Praga, ale uzdrowisko Velichovky koło Hradec Králové, gdzie znajdowała się kwatera główna dowódcy Grupy Armii „Środek”, feldmarszałka Ferdinanda Schörnera. Amerykańska misja wiozła mu kopię aktu bezwarunkowej kapitulacji Niemiec, którą 7 maja 1945 r. o godz. 02:41 w kwaterze gen. Eisenhowera w Reims podpisał gen. Alfred Jodl. Akt kapitulacji mówił o zaprzestaniu walki przez siły niemieckie 8 maja o godz. 23:01 czasu środkowoeuropejskiego. Stalin nie uznał tej kapitulacji i zażądał jej ponownego złożenia przez Niemcy. Doszło do tego 8 maja 1945 r. o godz. 23:01 w kwaterze marszałka Gieorgija Żukowa w dzielnicy Berlina Karlshorst, gdzie bezwarunkową kapitulację podpisał feldmarszałek Wilhelm Keitel.

Członkowie „misji velichowskiej”, podczas krótkiego postoju w Pradze, spotkali się z przedstawicielami powstańców i przekazali im słowa otuchy. To było wszystko co Amerykanie dla nich zrobili. Oczywiście kapitulacja III Rzeszy uratowała Pragę przed losem Warszawy, ale przede wszystkim uratowali ją Rosjanie – zarówno biali (czy może brunatni), jak i czerwoni.

W krytycznym momencie powstania Czeska Rada Narodowa zwróciła się o pomoc do walczących po stronie niemieckiej własowców, czyli 1. Dywizji Piechoty Sił Zbrojnych Komitetu Wyzwolenia Narodów Rosji pod dowództwem gen. Siergieja Buniaczenki (1902-1946). Dywizja ta liczyła 18 tys. dobrze uzbrojonych żołnierzy i przybyła do Pragi 6 maja. Prośba skierowana do gen. Buniaczenki spotkała się ze sprzeciwem przedstawiciela komunistów w komisji wojskowej Czeskiej Rady Narodowej – Václava Davida (późniejszego ministra spraw zagranicznych komunistycznej Czechosłowacji). Uważał on, że jedynym właściwym sojusznikiem jest Stalin i współpraca z własowcami może wywołać gniew wodza ZSRR. Z jego stanowiskiem nie zgodził się jednak gen. K. Kultvašr i dzięki temu doszło do współpracy powstańców z własowcami.

Dywizja Buniaczenki przeszła na stronę powstańców w nocy z 6 na 7 maja. Tej nocy jej żołnierze powstrzymali ataki sił niemieckich w zachodniej i południowej Pradze, a 7 maja rano zajęli lotnisko Ruzyně, wypierając z niego siły Luftwaffe. 1. pułk dywizji Buniaczenki przekroczył następnie Wełtawę i pomógł powstańcom odbić centrum Pragi. W nocy z 7 na 8 maja do powstańców dołączyły jej 3. i 4. pułk. Współczesna historiografia czeska nie ma wątpliwości, że to pomoc 1. Dywizji Piechoty Sił Zbrojnych KONR uniemożliwiła Niemcom stłumienie powstania praskiego w dniach 6 i 7 maja.

Ostatecznie jednak Czeska Rada Narodowa pod naciskiem komunistów zerwała współpracę z własowcami. Dlatego około godz. 23:00 7 maja dywizja Buniaczenki opuściła Pragę, by poddać się Amerykanom. Do dyspozycji powstańców gen. S. Buniaczenko pozostawił jednostkę artylerii liczącą 800 żołnierzy, która następnego dnia odegrała ważną rolę w powstrzymywaniu ataków niemieckich czołgów w zachodniej Pradze. Dywizja Buniaczenki dotarła do linii amerykańskich, ale już 15 maja 1945 r. Amerykanie wydali jej dowódcę i żołnierzy w ręce ZSRR. Gen. S. Buniaczenko został skazany na karę śmierci w tzw. procesie moskiewskim gen. Andrieja Własowa i powieszony 1 sierpnia 1946 r.

We wczesnych godzinach rannych 8 maja 1945 r. doszło do zmasowanego ataku sił niemieckich na Pragę przy użyciu czołgów i piechoty. Ponownie miały miejsce okrutne zbrodnie na ludności cywilnej. Esesmani pędzili przed czołgami cywilów jako żywe tarcze – identycznie jak w Warszawie w sierpniu 1944 r. W kilku miejscach Pragi dokonali egzekucji cywilów bez względu na ich wiek i płeć. Powstańcom udało się jednak zniszczyć wiele niemieckich czołgów dzięki zdobycznym granatnikom przeciwpancernym i pomocy wspomnianej jednostki artyleryjskiej z dywizji własowców. Walki były niezwykle zacięte. Zbliżająca się ostateczna kapitulacja Niemiec spowodowała, że doszło do rozmów pomiędzy Czeską Radą Narodową i dowództwem Wehrmachtu. Około godz. 16:00 gen. R. Toussaint podpisał umowę kapitulacyjną, na mocy której w nocy z 8 na 9 maja jednostki Wehrmachtu opuściły Pragę, kierując się w stronę pozycji amerykańskich pod Pilznem. To właśnie za zawarcie tej umowy dowódca powstania, gen. Karel Kutlvašr, został cztery lata później zdegradowany i skazany przez komunistów na dożywocie, a jego najbliższy współpracownik, kpt Jaromír Nechanský (1916-1950) – będący także oficerem łącznikowym z 3. Armią amerykańską – został skazany na karę śmierci i stracony.

Umowy Kutlvašr-Toussaint nie uznał SS-Gruppenführer Carl von Pückler-Burghauss. Dlatego podległe mu jednostki Waffen-SS kontynuowały walkę z powstańcami i opuściły Pragę dopiero rano 9 maja, wyparte przez wojska radzieckie. Następnie liczące 7 tys. żołnierzy praskie zgrupowanie Waffen-SS zostało otoczone przez wojska radzieckie na południe od Pragi i chcąc przebić się do Amerykanów stoczyło z Armią Czerwoną tzw. bitwę pod Slivicami. Była to ostatnia bitwa drugiej wojny światowej w Europie, która rozegrała się trzy dni po kapitulacji III Rzeszy. W rezultacie poniesionej klęski von Pückler skapitulował w nocy z 11 na 12 maja 1945 r. i kilkanaście godzin później popełnił samobójstwo. Wtedy dopiero zakończyła się wojna na terenie Czech, które były ostatnim krajem wyzwolonym spod okupacji hitlerowskiej.

Wyzwolenia tego dokonała ostatecznie Armia Czerwona. Wobec wybuchu powstania w Pradze, ewentualności jej wyzwolenia przez Amerykanów, a następnie krytycznego położenia powstańców, ofensywa radziecka w Czechach została przyspieszona. W dniach 6-8 maja od północy (z Dolnego Śląska i Łużyc) uderzyły w kierunku Pragi wojska 1. Frontu Ukraińskiego marszałka Iwana Koniewa, a od wschodu i południowego wschodu wojska 2. Frontu Ukraińskiego marszałka Rodiona Malinowskiego i 4. Frontu Ukraińskiego gen. Andrieja Jeriomienki. W składzie wojsk Koniewa działała 2. Armia WP, która zakończyła swój szlak bojowy 11 maja 1945 r. w mieście Mělník, 30 km na północ od Pragi. Jako pierwsza wkroczyła do Pragi we wczesnych godzinach rannych 9 maja 4. Gwardyjska Armia Pancerna, którą dowodził gen. Dmitrij Leluszenko.

Powstanie praskie było przedstawiane w okresie komunistycznej Czechosłowacji – niezgodnie z prawdą – jako wyłączne dzieło komunistów. Podkreślano wtedy rolę Armii Czerwonej w wyzwoleniu Pragi, a pomijano rolę własowców w ocaleniu powstania. Nie wspominano też o mniej chwalebnych dla strony radzieckiej aspektach wyzwolenia stolicy Czech. Gen. Pawieł Rybałko – dowódca 3. Gwardyjskiej Armii Pancernej – gdy dowiedział się, że po stronie powstańców walczyli własowcy, wpadł w furię. Groził zastrzeleniem przedstawicielowi komunistów w sztabie powstańczym, którym był Josef Smrkovský (1911-1974) – znany działacz KPCz, aresztowany w 1951 r. w związku ze sprawą Slánský’ego i skazany na 15 lat więzienia. Na prośbę przewodniczącego Czeskiej Rady Narodowej, prof. Alberta Pražáka (1880-1956), o humanitarne traktowanie własowców Rybałko odpowiedział: „Cóż, obiecuję, że nie zastrzelę ich wszystkich”. Niestety nie dotrzymał tej obietnicy. Wydał własowców, którzy brali udział w powstaniu praskim, w ręce NKWD. Kilkuset z nich zostało rozstrzelanych przez NKWD w Pradze-Jinonicach. Kolejnych 187 ciężko rannych własowców zostało zamordowanych przez NKWD w szpitalu w Pradze-Motolu. Własowcy ginęli z rąk NKWD także w innych miejscach Czech. Stalinowskie porządki nastały w Czechosłowacji dopiero po przewrocie komunistycznym z 25 lutego 1948 r., ale to było ich preludium.

Podczas powstania praskiego poległo 308 własowców walczących po stronie powstańców. Straty niemieckie w walkach o Pragę wyniosły około tysiąca zabitych, a radzieckie 692, z czego 30 poległych w samej Pradze. Po stronie czeskiej zginęło 3561 powstańców – w tym 2898 Czechów i 663 osoby innych narodowości (m.in. Austriacy, Bułgarzy, Francuzi, Polacy) – oraz co najmniej 4 tys. cywilów, w większości wymordowanych przez SS. Taka była cena za nadzieję wyzwolenia Pragi przez Amerykanów. To były straty bardzo duże jak na trzy dni walk. Uświadamiają nam one, że gdyby wojna potrwała dłużej Pragę czekał los Warszawy. Organizowanie powstań przeciwko III Rzeszy Niemieckiej było bardzo ryzykowne, nawet na trzy dni przed jej kapitulacją. Tę refleksję dedykuję tym, którzy gloryfikują powstanie warszawskie.

Bohdan Piętka

9 maja 2020 r.

Front wschodni i jego znaczenie

„Z czteroletnich zmagań z III Rzeszą Związek Sowiecki wyszedł zwycięsko. Złożyło się na to, rzecz jasna, wiele przyczyn. Niewątpliwie dużą rolę odegrała ogromna przestrzeń i zasoby ludzkie, potężny przemysł, co najmniej 15 lat nieprzerwanych zbrojeń, zdeterminowany i bezwzględny reżim. Należy też podkreślić wytrwałość żołnierza rosyjskiego i jego znikome potrzeby. Poza tym Rosji dopomagali prawie wszyscy, jak kto mógł. (…) Tak więc błędy Hitlera i dostawy amerykańsko-brytyjskie były głównymi przyczynami klęski niemieckiej na Wschodzie” – napisał gen. Władysław Anders (1892-1970) w zakończeniu swojej książki „Klęska Hitlera w Rosji”, wydanej po raz pierwszy w 1952 r. w Londynie[1]. Myślą przewodnią tego dzieła – opublikowanego w szczytowej fazie pierwszego okresu „zimnej wojny” – jest teza, że ZSRR pokonał Niemcy hitlerowskie tylko dzięki amerykańskim i brytyjskim dostawom wojennym oraz bombardowaniu III Rzeszy przez aliantów zachodnich. W podtekście autor – znany z antykomunizmu i antysowietyzmu – sugeruje, że ZSRR można pokonać, jeśli będzie on izolowany politycznie. Nie jest bez znaczenia, że Anders pisał to w okresie wojny koreańskiej (1950-1953) – pierwszego znaczącego konfliktu „zimnej wojny”.

Ta zimnowojenna optyka – umniejszająca rolę ZSRR w pokonaniu Niemiec hitlerowskich i w ogóle znaczenie frontu wschodniego drugiej wojny światowej – stała się dominującą w polskiej prawicowej publicystyce historycznej po 1989 r. Wspomniana książka Andersa i tak może jeszcze uchodzić za poważne źródło, na którym bazuje przekaz tej publicystyki. Gorzej, że środowiska skrajnie prawicowe budują narrację na temat frontu wschodniego i w ogóle drugiej wojny światowej na podstawie takich autorytetów jak np. przywódca walońskich faszystów i kolaborant hitlerowski Léon Degrelle. Jego książka „Front wschodni 1941-1945. Wspomnienia” – obok takich pozycji tego autora jak „Płonące dusze” czy „Wiek Hitlera” – znajduje od lat 90-tych poczesne miejsce w polityce wydawniczej tych środowisk. Studiując współczesną polską publicystykę antykomunistyczną można czasem odnieść wrażenie, że w drugiej dekadzie XXI w. Polska cofnęła się do okresu „zimnej wojny” (1946-1989), by tym razem walczyć propagandowo z ZSRR.

Współczesna polska polityka historyczna ignoruje znaczenie frontu wschodniego drugiej wojny światowej dla pokonania Niemiec hitlerowskich, a więc także dla biologicznego istnienia narodu polskiego. Przejawem tego jest chociażby likwidacja po 2015 r. pod hasłem „dekomunizacji” tych pomników żołnierzy radzieckich, których do tego czasu nie usunięto od 1989 r. Ci żołnierze byli żołnierzami koalicji antyhitlerowskiej, w której walczyła także Polska. Wypada zatem zadać pytanie, po jakiej stronie walczącej w drugiej wojnie światowej staje obecna polska polityka historyczna?

Poważni historycy i autorzy nie mają wątpliwości co do tego jakie znaczenie miał front wschodni podczas drugiej wojny światowej. Np. Norman Davies już we wstępie do swojej książki „Europa walczy” stwierdził: „Krótko mówiąc, o wynikach wojny w znacznej mierze przesądziły wydarzenia na froncie wschodnim i takie bitwy jak Stalingrad czy Kursk”[2].

Front wschodni był największym frontem nie tylko drugiej wojny światowej, ale największym frontem wojennym w dziejach, zarówno pod względem wielkości teatru działań wojennych, jak i zaangażowanych na nim sił. Obejmował obszary ZSRR od Morza Barentsa na północy po Morze Czarne i Kaukaz na południu. W dalszej części zmagań front wschodni objął tereny Polski, Słowacji, Rumunii, Węgier, Czech, wschodniej Austrii i Niemiec po Łabę. W inwazji państw Osi pod przewodnictwem III Rzeszy na ZSRR 22 czerwca 1941 r., będącej realizacją hitlerowskiego planu „Barbarossa”, wzięło udział 3 767 000 żołnierzy, w tym 3 050 000 niemieckich. Strona radziecka przeciwstawiła im wtedy na pierwszej linii 2 680 000 żołnierzy. Najwyższe stany liczebne siły walczących na froncie wschodnim osiągnęły w 1943 r. Po stronie Niemiec i ich satelitów walczyło wtedy 3 933 000 żołnierzy, a po stronie radzieckiej 6 800 000 żołnierzy. W 1945 r. siły niemieckie na froncie wschodnim stopniały do 1 960 000 żołnierzy, a liczebność sił walczących po stronie radzieckiej wyniosła 6 410 000 żołnierzy. W tym 334 tys. żołnierzy polskich i 60 tys. czechosłowackich, a po zmianie frontu przez Rumunię i Bułgarię w 1944 r. także 538 tys. rumuńskich i 290 tys. bułgarskich. Była to największa konfrontacja militarna w historii.

Inwazja państw Osi doprowadziła do zajęcia przez agresorów znaczących terytoriów europejskiej części ZSRR oraz ogromnych strat strony radzieckiej. Początkowe klęski Armii Czerwonej (czerwiec-październik 1941 r.) wynikały z zastosowanej przez agresorów strategii wojny błyskawicznej (Blitzkrieg), braku doświadczenia nowej kadry dowódczej Armii Czerwonej, która zastąpiła 70% dowódców wojskowych wymordowanych na polecenie Stalina w okresie Wielkiego Terroru (1937-1938), braku planów obrony kraju oraz z tego, że Stalin nie wierzył w możliwość agresji hitlerowskiej. Niemiecki Blitzkrieg został zniweczony podczas bitwy o Moskwę (2.10.1941-7.01.1942). Odtąd Niemcy i ich sojusznicy nie byli już w stanie prowadzić ofensywy na całej długości frontu. Latem 1942 r. podjęli ofensywę tylko w kierunku Kaukazu i Stalingradu, która zakończyła się druzgocącą klęską niemiecką pod Stalingradem w lutym 1943 r., uważaną za punkt zwrotny w drugiej wojnie światowej. Faktycznym punktem zwrotnym była jednak dopiero bitwa na kuku kurskim (5.07-23.08.1943) – największa bitwa lądowa w historii.

Po jej zwycięskim rozstrzygnięciu Armia Czerwona przejęła inicjatywę strategiczną na froncie wschodnim i utrzymała ją do końca wojny. Olbrzymie sukcesy stronie radzieckiej przyniósł rok 1944. Armii Czerwona odblokowała wtedy Leningrad i wyparła Niemców z państw bałtyckich, Białorusi, zachodniej Ukrainy, wschodniej Polski, wschodnich Węgier, Rumunii, Bułgarii i wschodniej Jugosławii. W 1945 r. kontynuowała zwycięski pochód, zajmując Prusy Wschodnie, wyzwalając zachodnią Polskę, Czechosłowację, zachodnie Węgry, wschodnią Austrię, zdobywając Berlin i dochodząc do Łaby. Podczas wielkich operacji strategicznych na froncie wschodnim ujawnił się talent takich dowódców radzieckich jak Gieorgij Żukow, Iwan Koniew, Konstanty Rokossowski, Nikołaj Watutin, Aleksander Wasilewski, Kiriłł Mierieckow, Wasilij Czujkow, Pawieł Rotmistrow i in.

Skoncentrowanie głównych zmagań drugiej wojny światowej na froncie wschodnim odciążyło aliantów zachodnich, którzy w tym czasie prowadzili działania na nieporównywalnie mniejszą skalę w Afryce Północnej (1941-1943) i Włoszech (1943-1945), a drugi front we Francji otworzyli 6 czerwca 1944 r.

Uderzenie Niemiec hitlerowskich i ich satelitów na ZSRR okazało się z późniejszej perspektywy decydującym momentem drugiej wojny światowej. Blitzkrieg na Wschodzie zamienił się w pułapkę, z której Hitler już nie wyszedł. Znaczenie tego co stało się 22 czerwca 1941 r. natychmiast zrozumiano w Londynie i Waszyngtonie. Atak Hitlera na ZSRR spowodował przewrót geopolityczny, w wyniku którego Józef Stalin i zdecydowany antykomunista Winston Churchill znaleźli się po jednej stronie.

Już 22 czerwca 1941 r. o godz. 21 Churchill na antenie BBC wyraził solidarność z napadniętym Związkiem Radzieckim. Wkrótce powiedział jednemu ze swoich ministrów: „Gdyby Hitler najechał piekło, udzieliłbym rekomendacji Lucyferowi”. 12 lipca 1941 r. Wielka Brytania i ZSRR podpisały akt o wzajemnej współpracy, zastąpiony 26 maja 1942 r. dwustronną umową o pomocy. 31 sierpnia 1941 r. dotarł do ZSRR pierwszy konwój brytyjski z zaopatrzeniem. 14 sierpnia 1941 r. przywódcy Wielkiej Brytanii i USA podpisali Kartę Atlantycką, a 7 października 1941 r. zostało zawarte porozumienie amerykańsko-radzieckie o dopuszczeniu ZSRR do dostaw wojennych w ramach Lend-Lease Act. 24 września 1941 r. Kartę Atlantycką podpisały ZSRR, dziewięć rządów emigracyjnych krajów okupowanych przez III Rzeszę, Australia i dominia brytyjskie (Indie, Kanada, Związek Południowej Afryki). Tak powstała Wielka Koalicja antyhitlerowska. Ostatnim aktem jej powstania było przystąpienie USA do wojny w wyniku ataku Japonii na Pearl Harbour 7 grudnia 1941 r. i wypowiedzenia wojny Amerykanom przez Niemcy i Włochy cztery dni później. Utworzenie Wielkiej Koalicji antyhitlerowskiej stało się początkiem końca Niemiec hitlerowskich.

Druga wojna światowa została rozstrzygnięta na froncie wschodnim. Pomoc aliantów zachodnich była ważnym czynnikiem wzmacniającym potencjał ZSRR. Jednakże ZSRR otrzymał tylko 1/5 dostaw w ramach Lend-Lease Act, gdy Wielka Brytania 3/5 tych dostaw. Według aktualnych szacunków historyków rosyjskich alianci zachodni wysłali do ZSRR 427 tys. samochodów, 22 tys. samolotów, 13 tys. czołgów, 9 tys. traktorów, 2 tys. lokomotyw, 11 tys. wagonów, 3 mln ton benzyny lotniczej, 350 tys. ton materiałów wybuchowych, 15 mln par butów, 70 mln m² tkanin ubraniowych, 4 mln opon oraz 200 tys. km drutu telefonicznego. Dla porównania, w latach 1941-1945 produkcja radziecka wyniosła ok. 265,6 tys. samochodów, 1087 wagonów towarowych i około 800 parowozów.

O klęsce Niemiec w drugiej wojny światowej nie zadecydowały jednak dostawy dla ZSRR w ramach Lend-Lease Act, ale ofiary poniesione przez narody tego państwa. Te zaś są porażające. Związek Radziecki stracił w wojnie z Niemcami hitlerowskimi 26,6 mln swoich obywateli, co stanowiło 13,7% populacji tego kraju. Z tej liczy 10,6 mln poległo w walkach na froncie, 10 mln zginęło w wyniku działań wojennych i niemieckich zbrodni przeciw ludzkości, a 6 mln zmarło w wyniku chorób i głodu spowodowanych wojną.

Największe straty poniosły: Rosyjska FSRR – 13 950 000 (6 750 000 poległych na froncie, 4,1 mln zabitych w wyniku działań wojennych i zbrodni niemieckich, 3,1 mln zmarłych z głodu i chorób), Ukraińska SRR – 6 850 000 (1 650 000 poległych, 3,7 mln zabitych w wyniku działań wojennych i zbrodni niemieckich, 1,5 mln zmarłych z głodu i chorób), Białoruska SRR – 2 290 000 (620 tys. poległych, 1 360 000 zabitych w wyniku działań wojennych i zbrodni niemieckich, 310 tys. zmarłych z głodu i chorób) i Kazachska SRR – 660 tys. (310 tys. poległych i 350 tys. zmarłych z głodu i chorób). Tylko sama blokada Leningradu (8.09.1941 – 27.01.1944) pochłonęła życie 876 612 żołnierzy Armii Czerwonej i 1 042 000 cywili, w tym 632 253 zmarłych z głodu. Straty aliantów zachodnich podczas drugiej wojny światowej były nieporównywalne z radzieckimi. W wypadku amerykańskich sił zbrojnych wyniosły 407 316 poległych, natomiast brytyjskich 383 786 (wliczając straty wojsk dominiów i kolonii brytyjskich – 580 497).

Ogromne straty po stronie radzieckiej spowodował terror hitlerowski i ludobójcza polityka niemiecka na okupowanych terenach ZSRR. Tylko na okupowanych ziemiach Polski i ZSRR niemiecka polityka okupacyjna miała charakter ludobójczy i zmierzała do stworzenia na Wschodzie „przestrzeni życiowej” (Lebensraum) dla Niemców. Za wojskami niemieckimi i satelickimi, które 22 czerwca 1941 r. zaatakowały ZSRR, podążały grupy operacyjne niemieckiej Policji Bezpieczeństwa (Einsatzgruppen), które mordowały Żydów i funkcjonariuszy aparatu partyjno-państwowego ZSRR. Do największej masakry na Żydach doszło w Babim Jarze koło Kijowa (29.09 – 3.10.1941, 33771 ofiar). Inne duże masakry dokonane przez Einsatzgruppen na Żydach w pierwszych miesiącach wojny niemiecko-radzieckiej miały miejsce w Odessie (35 tys. ofiar), lesie Rumbula pod Rygą (25 tys.), Równem (15 tys.), Charkowie (14 tys.) i Kownie (9,2 tys.). Łącznie Einsatzgruppen zamordowały około 2 mln obywateli ZSRR, w tym 900 tys. Żydów. Dalsza ich eksterminacja była kontynuowana w gettach i obozach zagłady. Także w tych obozach zagłady istniejących na okupowanych terenach ZSRR, jak Mały Trościeniec koło Mińska i Vaivara w Estonii.

Ludobójcza polityka hitlerowska najbardziej dotknęła Białoruś i Ukrainę, a pretekstem do popełnionych tam masowych zbrodni stało się dla okupanta niemieckiego zwalczanie partyzantki radzieckiej. Opracowany w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy tzw. Generalny Plan Wschodni przewidywał perspektywicznie wyniszczenie w drodze wysiedlenia lub eksterminacji bezpośredniej 51 mln Słowian, w tym 80-85% Polaków, 50-75% Czechów, 75% Rosjan i po 65% Białorusinów i Ukraińców. Oskar Dirlewanger – zanim zasłynął jako kat Woli, Starego Miasta i Powiśla podczas powstania warszawskiego – przekształcał razem ze swoją brygadą SS obszar okupowanej Białorusi w Wüstezone (teren pustynny). Podczas ekspedycji karnych Niemcy zniszczyli 5295 białoruskich wsi, w tym 628 wraz z całą ludnością lub jej częścią. Na Ukrainie taki los spotkał 671 wsi.

Osobny rozdział stanowiły niemieckie zbrodnie na jeńcach radzieckich. Na podstawie tzw. Kommissarbefehl (rozkaz o komisarzach) – wydanego 6 czerwca 1941 r. w imieniu Hitlera przez feldmarszałka Wilhelma Keitla – natychmiast po wzięciu do niewoli rozstrzeliwano oficerów politycznych Armii Czerwonej. Szacunkowe liczby czerwonoarmistów, którzy dostali się do niewoli niemieckiej wahają się od 4 559 000 do 5 735 000. Spośród nich zginęło w egzekucjach oraz w obozach koncentracyjnych i jenieckich – według ustaleń historyka Grigorija F. Kriwoszejewa – około 3 396 000, czyli 64,5%. Jeńcy radzieccy stanowili zatem największy procent – zarówno wziętych do niewoli, jak i ofiar – ze wszystkich państw walczących w drugiej wojnie światowej. Wojna, której celem było zdobycie „przestrzeni życiowej” dla Niemców na Wschodzie, miała być w zamyśle Hitlera wojną totalną, prowadzoną z największą bezwzględnością i bez jakiegokolwiek poszanowania prawa wojennego – i taką była.

Straty niemieckie na froncie wschodnim wyniosły 4 137 000 zabitych na ogólną liczbę strat niemieckich sił zbrojnych podczas wojny wynoszącą 5 318 000 poległych. W liczbie tej zawierają się też straty jednostek kolaboracyjnych, głównie Waffen-SS, złożonych z obywateli państw Europy Zachodniej, faszystów chorwackich i nacjonalistów ukraińskich. Czterech na pięciu żołnierzy niemieckich sił zbrojnych zginęło podczas drugiej wojny światowej na froncie wschodnim. Do niewoli radzieckiej dostało się od 2,7 do 3 mln żołnierzy niemieckich, z których zginęło około 500 tys. Straty wojsk węgierskich wyniosły 300 tys. zabitych, rumuńskich 281 tys., włoskich 82 tys., słowackich 2,5 tys., a fińskich 63 204 poległych. Zginęło też 215 tys. obywateli ZSRR, którzy walczyli po stronie Niemiec w różnych formacjach kolaboracyjnych oraz 5 tys. żołnierzy hiszpańskiej Błękitnej Dywizji. Ogółem straty wojsk Osi na froncie wschodnim wyniosły około 5 085 500 poległych.

Mówiąc o znaczeniu frontu wschodniego nie można pominąć polskiego udziału w toczonych tam zmaganiach wojennych. Obecna polityka historyczna nie chce dostrzegać tego, że najliczniejsze polskie formacje wojskowe, które walczyły w drugiej wojnie światowej poza kampanią wrześniową, powstały na froncie wschodnim. Było to Wojsko Polskie sformowane w ZSRR w latach 1943-1944, a później na terenach wyzwolonego kraju. Najpierw dywizja kościuszkowska, potem 1. Korpus Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, następnie 1. i 2. Armia Wojska Polskiego. 1 maja 1945 r. w szeregach tego wojska służyło 334 812 żołnierzy, w tym: w 1. Armii WP – 74 530, 2. Armii WP – 69 945, Siłach Powietrznych – 14 337, a w pozostałych jednostkach i instytucjach MON – 176 tys. W tej liczbie było: 35 974 oficerów, 74 939 podoficerów, 14 503 podchorążych szkół oficerskich oraz 209 396 szeregowców. Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie liczyły wtedy około 200 tys. żołnierzy.

Faktem jest, że 72% oficerów dywizji kościuszkowskiej pochodziło z Armii Czerwonej, a na początku 1945 r. służyło w Wojsku Polskim 18 966 oficerów Armii Czerwonej, w tym 36 generałów. Jednak aż 53,4% oficerów radzieckich oddelegowanych do Wojska Polskiego deklarowało narodowość polską. Uwzględniając te fakty historycy Henryk Stańczyk i Stefan Zwoliński – autorzy książki „Wojsko Berlinga i Żymierskiego 1943-1945” – scharakteryzowali polskie siły zbrojne utworzone w ZSRR następująco: „Życie wewnętrzne w 1. Dywizji Piechoty, a później w 1. Korpusie i 1. Armii Polskiej oparte zostało na wzorach wojska II Rzeczypospolitej. Dowódcą dywizji został zasłużony żołnierz Legionów Piłsudskiego, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. – Zygmunt Berling. Polskie umundurowanie, piastowski orzeł, obecność kapelanów, polski ceremoniał wojskowy, a także śpiewane pieśni wojskowe My Pierwsza Brygada i Rota, nadawały obozowi, w którym powstawała jako pierwsza 1. DP, narodowy charakter. (…) Żołnierze tego wojska wywodzili się w większości z obszarów wschodnich II Rzeczypospolitej i mieli świadomość, że po wojnie ich ojcowizna pozostanie poza granicami odrodzonego państwa, mimo to bili się mężnie o niepodległy byt narodu. Byli symbolem polskiej obecności na froncie wschodnim; otworzyli drogę do rodzinnego kraju swoim rodakom z posiołków Kazachstanu, syberyjskiej tajgi, lodowatej północy, Dalekiego Wschodu”[3].

W tym wojsku służyli nie tylko ci, którzy „nie zdążyli do Andersa”. Po nadejściu frontu na ziemie polskie nie zabrakło w szeregach 1. i 2. Armii także tych z AK, BCh i AL. Dlatego bardzo uproszczone i nieuczciwe jest nazywanie dzisiaj tego wojska przez niektórych ludzi prawicy „komunistycznym” albo „polskojęzycznym” oraz wykreślanie go z tradycji polskiego oręża, co oficjalnie uczynił Sławomir Cenckiewicz.

Najważniejszymi walkami stoczonymi przez 1. Armię WP były forsowanie Wisły pod Dęblinem i Puławami i walki na przyczółku warecko-magnuszewskim (sierpień-wrzesień 1944 r.), udział w bitwie o Pragę (wrzesień 1944 r.) i pomoc dla powstania warszawskiego, która kosztowała stratę 3764 żołnierzy (2297 poległych i 1467 rannych), udział w bitwie o Warszawę w styczniu 1945 r., następnie walki o przełamanie Wału Pomorskiego, udział w bitwie o Kołobrzeg (1266 poległych i 3138 rannych) i operacji berlińskiej (16.04-8.05.1945). 2. Armia WP – składająca się w większości z byłych żołnierzy AK – zapisała się tragicznym udziałem w operacji łużyckiej (16.04-4.05.1945), w której straciła 22% stanu wyjściowego, a następnie w operacji praskiej (5-11.05.1945).

Na szlaku bojowym od Lenino do Berlina i Łaby dywizja kościuszkowska, 1. Korpus PSZ i 1. Armia WP straciły 66 888 żołnierzy, w tym ponad 17 500 poległych, 9770 zaginionych bez wieści, 39 tys. rannych i 260 wziętych do niewoli niemieckiej. Natomiast 2. Armia WP straciła 18 232 żołnierzy, w tym około 5 tys. poległych, 2800 zaginionych i 10 500 rannych. Natomiast Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie straciły podczas wojny 43 500 żołnierzy, w tym 7608 poległych. Olbrzymi wysiłek organizacyjny i bojowy oraz ofiary poniesione przez Wojsko Polskie na froncie wschodnim stanowiły zatem znaczną część polskiego wkładu w zwycięstwo koalicji antyhitlerowskiej nad Niemcami. To spowodowało, że Polska znalazła się w czołówce państw tej koalicji. Bez tego nie byłyby możliwe powrót Polski nad Odrę, Nysę Łużycką i Bałtyk oraz zachowanie przez powojenną Polskę odrębności państwowej (chociaż nie ustrojowej) od ZSRR. Niech więc polityka historyczna III RP nie wypisuje Polski z koalicji antyhitlerowskiej w imię antykomunizmu i antysowietyzmu.

Polski wysiłek militarny na froncie wschodnim to nie tylko Wojsko Polskie sformowane w ZSRR i w wyzwalanym kraju, ale także Polscy służący i walczący w szeregach Armii Czerwonej. Trafili do niej z poboru na Kresach Wschodnich w latach 1939-1941 i 1944-1945 oraz z poboru w miejscach zesłania na terenie ZSRR. Nie jest znana ich dokładna liczba. Mogło być ich prawdopodobnie około 250 tys. Nie ulega natomiast wątpliwości, że Polacy byli największą walczącą w szeregach Armii Czerwonej grupą narodowościową, która przed 1939 r. posiadała własne państwo poza granicami Związku Radzieckiego[4].

Przemilczanie, niedocenianie lub znieważanie polskiego wysiłku na froncie wschodnim podczas drugiej wojny światowej – co z zaciekłością czyni od 30 lat prawicowa polityka historyczna – jest nie tylko krzywdzące i niesprawiedliwe. Jest działaniem antypolskim, ponieważ obniża, a wręcz neguje rzeczywisty wkład narodu polskiego w zwycięstwo nad niemieckim nazizmem. Żadne inne państwo na kuli ziemskiej nie prowadzi w tej mierze tak samobójczej polityki historycznej jak obecne państwo polskie.

Jakże inaczej patrzy na historię sekretarz obrony USA, który 25 kwietnia 2020 r. – w 75-tą rocznicę spotkania wojsk radzieckich i amerykańskich w Torgau nad Łabą – zamieścił na FB wpis o następującej treści: „Dziś mija 75. rocznica spotkania amerykańskich i radzieckich armii nad rzeką Łabą, wydarzenia, które zakończyło nazistowską agresję w Europie. Musimy na zawsze być czujni, aby bronić praw człowieka, wolności i praworządności”. Dedykuję ten wpis Marka Espera tym wszystkim, którzy ignorują znaczenie frontu wschodniego drugiej wojny światowej i rolę ZSRR w pokonaniu niemieckiego nazizmu.

[1] Cyt. za pierwszym wydaniem polskim – W. Anders, Klęska Hitlera w Rosji 1941-1945, Bellona, Warszawa 2014, s. 234.

[2] N. Davies, Europa walczy 1939-1945. Nie takie proste zwycięstwo, Znak, Karków 2008, s. 7.

[3] H. Stańczyk, S. Zwoliński, Wojsko Berlinga i Żymierskiego 1943-1945, Warszawa 2015, s. 349, 352.

[4] M. Więckowski, Narody nierosyjskie w Armii Czerwonej podczas II wojny światowej, „Poliarchia”, nr 1 (6), Kraków 2016, s. 100.

Bohdan Piętka

9 maja 2020 r.

„Przegląd” nr 19 (1061), 4-10.05.2020, s. 8-12

Dwa oblicza wyzwolenia

27 stycznia 1945 r. trzy radzieckie dywizje z 60. Armii I Frontu Ukraińskiego oskrzydliły Oświęcim. Wyzwolenie obozu macierzystego KL Auschwitz I, obozu KL Auschwitz II-Birkenau i obozu KL Auschwitz III-Monowitz przypadło w udziale 100. lwowskiej dywizji strzeleckiej ze 106. korpusu 60. Armii. Wolności w tych obozach doczekało tylko około 7 tys. więźniów – w większości ciężko chorych i wycieńczonych, którzy byli niezdolni do wyruszenia w ewakuacyjne „marsze śmierci”, jakimi 10 dni wcześniej objęto 58 tys. więźniów KL Auschwitz i jego podobozów. Los więźniów pozostałych w obozach Auschwitz I, Birkenau i Monowitz do końca nie był niepewny. Wkraczając do tych obozów żołnierze Armii Czerwonej znaleźli zwłoki około 600 więźniów, zamordowanych w ostatnich dniach przez esesmanów lub zmarłych z wycieńczenia. Wyzwolenie miasta Oświęcimia i głównego kompleksu KL Auschwitz kosztowało życie ponad 230 żołnierzy radzieckich.

Dowódcą 100. lwowskiej dywizji, która wyzwoliła KL Auschwitz, był gen. mjr Fiodor M. Krasawin (1896-1948) – ofiara Wielkiego Terroru (1937-1938). Latem 1938 r. został aresztowany przez NKWD i skazany pod fałszywymi zarzutami na karę 12 lat pozbawienia wolności w obozach pracy przymusowej. W czerwcu 1940 r. Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego ZSRR złagodziło mu ten wyrok do 5 lat. Był jedną z tysięcy ofiar represji stalinowskich, jakie w tym czasie dotknęły i zdziesiątkowały kadrę dowódczą Armii Czerwonej. Agresja III Rzeszy na ZSRR 22 czerwca 1941 r. i kompromitujące klęski Armii Czerwonej w pierwszym etapie wojny radziecko-niemieckiej zmusiły Stalina do sięgnięcia po żyjące jeszcze w GUŁagu stare kadry oficerskie. Tak płk Krasawin odzyskał wolność w lutym 1942 r. i od razu został skierowany na front.

Najpierw dowodził 263. dywizją piechoty na froncie karelskim, a od 28 stycznia 1944 r. 100. dywizją, która pod jego komendą otrzymała miano „lwowskiej” za zasługi w zdobyciu Lwowa. Musiał dowodzić dobrze, tzn. osiągać sukcesy operacyjne. Inaczej w każdej chwili mógł wrócić w ręce NKWD. Wyroku skazującego przecież nie anulowano. Rehabilitacji doczekał się dopiero pośmiertnie – w 1968 r. Jego dywizja nie tylko otrzymała miano „lwowskiej”, ale została odznaczona orderem Czerwonego Sztandaru. Jej dowódca awansował w listopadzie 1944 r. na stopień generalski.

100. dywizja została sformowana w marcu 1942 r, w północnej Rosji. Walczyła najpierw na froncie woroneskim, a potem pierwszym ukraińskim. Jej żołnierze reprezentowali bogatą mozaikę narodowościową ZSRR. Nieznacznie przeważali wśród nich Rosjanie, ale nie brakowało też Ukraińców, Tatarów, Komiaków i in. Swój szlak bojowy dywizja zakończyła w maju 1945 r. w Pradze. Najważniejszy na tym szlaku był niewątpliwie KL Auschwitz. Jest w tym coś niesamowicie symbolicznego, że wyzwoleniem największego niemiecko-nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady kierował były więzień GUŁagu. To było rzeczywiście zetknięcie się dwóch totalitaryzmów, ale w zupełnie innym sensie niż się o tym zwykle mówi, zwłaszcza w narracji tzw. polityki historycznej. Historia potrafi stwarzać niezwykłe sytuacje i dawać lekcje pokory.

Gen. Krasawin zmarł trzy lata po wojnie w Kazaniu, gdzie wcześniej objął stanowisko dowódcy garnizonu. Zmarł z powodu niewydolności serca w wieku 52 lat. Czy skrócił mu życie czteroletni pobyt w GUŁagu, czy trudy wojny i stres związany z dowodzeniem dywizją, czy jedno i drugie, czy może zupełnie coś innego – nie wiem. On i jego żołnierze jako wyzwoliciele KL Auschwitz zasługują na najwyższy szacunek.

Fiodor M. Krasawin (1896-1948) – dowódca dywizji, która wyzwoliła KL Auschwitz

Fiodor M. Krasawin (1896-1948) – dowódca dywizji, która wyzwoliła KL Auschwitz.  Ofiara represji stalinowskich. Fot. domena publiczna.

Powiedział o tym otwarcie 27 stycznia 2015 r., podczas międzynarodowej uroczystości 70-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz, prezydent Bronisław Komorowski. „Stoimy w miejscu, gdzie w bestialski sposób wymordowano ponad milion ludzi – w przytłaczającej większości Żydów z nieomal całej Europy, jak również Polaków, Romów, jeńców sowieckich – i wielu, wielu innych… Stoimy w miejscu przypominającym o zbrodniczej nazistowskiej ideologii, która podważyła filary świata. Dokładnie o tej porze 70 lat temu obóz oswobodzili żołnierze 60. Armii Pierwszego Frontu Ukraińskiego Armii Czerwonej. Tego dnia, po południu 100. Lwowska Dywizja Piechoty wkroczyła do głównej części obozu. Z wdzięcznością i szacunkiem myślimy dzisiaj o tych żołnierzach” – powiedział wówczas prezydent Komorowski[1].

Tych słów chyba wtedy nie zauważono w Rosji, ale także w Polsce i gdzie indziej. Zauważono natomiast to, co 22 stycznia 2015 r. powiedział w programie I Polskiego Radia Grzegorz Schetyna o domniemanym wyzwoleniu obozu przez Ukraińców.

Była jednak też druga strona wyzwolenia Polski spod okupacji niemieckiej, którą chętnie dostrzega deprecjonująca to wyzwolenia polska polityka historyczna, a nie dostrzega jej zupełnie gloryfikująca z kolei Armię Czerwoną rosyjska polityka historyczna.

W wyzwolonym KL Auschwitz szybko powstał Szpital Obozowy Polskiego Czerwonego Krzyża. Do ratowania chorych i wycieńczonych więźniów przystąpiła też radziecka wojskowa służba medyczna. Ale wkrótce na terenie byłego KL Auschwitz powstały dwa obozy NKWD – łagier nr 22 i łagier nr 78 – w których więziono 25 tys. osób, w tym jeńców niemieckich, ale też osoby cywilne z Górnego Śląska i Podbeskidzia. Ich przeznaczeniem była deportacja w głąb ZSRR. Uwięzionym udało się potajemnie poinformować wojewodę Aleksandra Zawadzkiego, że w obozach NKWD w Oświęcimiu i Brzezince przebywa 12 tys. Polaków – osób cywilnych i jeńców byłej armii niemieckiej. Dzięki interwencji gen. Zawadzkiego u marsz. Konstantego Rokossowskiego Rosjanie zwolnili około 10 tys. osób internowanych w obozach NKWD na terenie byłego KL Auschwitz. Warto było o tym pamiętać, gdy „dekomunizowano” ulice Aleksandra Zawadzkiego. Przecież ryzykował co najmniej karierę polityczną podejmując tę oraz inne interwencje – jak np. w sprawie wywożonych do ZSRR górników i maszyn. Taka jest historia – nigdy czarno-biała.

Tego samego 27 stycznia 1945 r., kiedy czerwonoarmiści pod dowództwem gen. Krasawina otwierali bramy Auschwitz inni czerwonoarmiści dokonywali zbrodni wojennych w Przyszowicach i Miechowicach na pobliskim Górnym Śląsku. Żołnierze radzieccy wkroczyli do Przyszowic od strony Gliwic, myląc kierunki. Sądzili prawdopodobnie, że znajdują się na terytorium przedwojennych Niemiec i mogą się już mścić za to co hitlerowcy wyrządzili ZSRR. Znaleźli się jednak w ostatniej polskiej wsi przed przedwojenną granicą polsko-niemiecką, w której mieszkali m.in. powstańcy śląscy. Z rąk czerwonoarmistów zginęło tam co najmniej 61 lub 69 osób w wieku od 10 do 78 lat, w tym kilku byłych więźniów KL Auschwitz – Żydów z Węgier i Włoch, których ukryli Polacy z Przyszowic podczas marszu ewakuacyjnego.

W jednej z relacji na temat tej zbrodni czytamy: „Przy kurniku znaleźliśmy ciało Brzóski. Potem opowiedział mi Adolf Krzysteczko o tym, jak Franciszek Brzóska zginął. Oni witali nadjeżdżających żołnierzy radzieckich. Jeden z nich kazał Brzósce oddać zegarek. Gdy ten odmówił, jeden z Rosjan zastrzelił go strzałem z samochodu. Samochód się zatrzymał. Rosjanin zszedł na dół i zabrał ten zegarek”[2].

Oto inna relacja dotycząca zbrodni w Przyszowicach: „W sobotę 27 stycznia 1945 r., gdy walki we wsi ucichły, około 11.00 do naszej piwnicy weszli żołnierze radzieccy. Z tego, co słyszałam, oni pozabierali nam wszystkie zegarki, a następnie wyszli. Po około 30 minutach do piwnicy weszło kolejnych kilku Rosjan. Jeden z nich, który po dystynkcjach wyglądał na oficera, czystą niemczyzną stwierdził na widok ojca i brata, że nie powinno ich tam być, bo Niemcy wszystkich zabrali do wojska. W naszej piwnicy oprócz ww. był jeszcze Nikodem Kocur, lat około 45 – to był mąż cioci Emilii. Nadto jako czwarty Emil Smołka – brat Matyldy, żony Jana. […] Rosjanie kazali wyjść wszystkim z piwnicy. Kobiety i dzieci zaprowadzili do jednego pokoju, mężczyzn wyprowadzili na podwórko. Poza nimi wyprowadzili babcię Eufemię (matkę mojego ojca), wówczas lat 81. Żołnierze radzieccy kazali babci przyglądać się egzekucji. Jej przebieg znamy z opowieści babci Eufemii. Rosjanie po kolei kładli mężczyzn na plecach na ziemi. Ręce kładzionych butami przytrzymywali żołnierze radzieccy, a następnie strzałem w tętnice szyjną zabijano tak trzymanego. Babcia opowiadała, że to była taka przemyślana egzekucja, postrzelony umierał z upływu krwi. Babcia nie podała kolejności egzekucji”[3].

I jeszcze ta relacja: „W chwili wkroczenia Armii Czerwonej do wsi wszyscy ukryliśmy się u sąsiadów Lomaniów w piwnicy. W naszym domu nie było piwnicy. Tam ukrywaliśmy się około dwóch dni. Na zewnątrz trwały zacięte walki. W pewnym momencie do piwnicy wszedł żołnierz radziecki i wyprowadził Annę Lomanię. Ten żołnierz gdzieś z nią chodził, chyba szukał innych dziewczyn. Gdy wrócił do domu, Ania zaczęła krzyczeć »ratunku« i wołała brata Roberta. Padł jeden strzał i usłyszeliśmy, jak coś pada na klapę wejściową do piwnicy. Od razu zaczęła kapać krew spomiędzy desek, krew ciekła do beczki z kiszoną kapustą”[4].

Zbiorowa mogiła ofiar masakry w Przyszowicach 27 stycznia 1945 roku. Fot. domena publiczna

Zbiorowa mogiła ofiar masakry w Przyszowicach 27 stycznia 1945 r. Fot. domena publiczna.

W Miechowicach (obecnie dzielnica Bytomia) z rąk Armii Czerwonej zginęło w dniach 25-27 stycznia 1945 r. około 380 cywilnych mieszkańców – Niemców i Ślązaków. Też w tym samym czasie, gdy ich koledzy wyzwalali KL Auschwitz. Ustalono, że na Górnym Śląsku z rąk Armii Czerwonej zginęło co najmniej 2 tys. cywilów, w tym około 800 w Gliwicach i okolicy. Czasem był to odwet za próbę stawiania oporu przez cywilów-Niemców, przeważnie jednak dochodziło do odwetu na bezbronnych ludziach za zbrodnie dokonywane przez Niemców na Wschodzie. Ofiarą tego odwetu obok ludności niemieckiej padała też ludność słowiańska Górnego Śląska. W skomplikowaną tematykę mozaiki narodowościowej tego regionu strona radziecka nie wchodziła.

Mówiąc o wyzwoleniu KL Auschwitz trzeba też widzieć zbrodnie Armii Czerwonej na pobliskim Górnym Śląsku. Trzeba mówić i o jednym, i o drugim. Nie po to, żeby cokolwiek podważać, ale żeby obraz opowieści był prawdziwy. Taka jest historia. Nie jest czarno-biała. Jest trudna, złożona, wymagająca wysiłku myśli i woli. Ta trudna historia sprzed 75 i więcej lat jest dzisiaj przedmiotem walki polityk historycznych Polski i Rosji, przedmiotem narastającej wrogości pomiędzy oboma krajami, a powinna być przedmiotem zadumy i pokory. Nie historycznego odwetu z jednej strony i unikania prawdy z drugiej, ale wzajemnej zadumy i pokory.

Zbrodnie wojenne Armii Czerwonej na słowiańskiej ludności Górnego Śląska nie powinny unieważniać faktu wyzwolenia przez tę armię ziem polskich spod okupacji niemieckiej. Negacja faktu tego wyzwolenia ma bowiem m.in. i taki skutek polityczny, że wypisujemy Polskę z koalicji antyhitlerowskiej, w której Polska była razem z ZSRR – czy nam się to podoba czy nie. Z drugiej strony czyny chwalebne Armii Czerwonej – jak np. wyzwolenie KL Auschwitz – nie mogą unieważniać jej czynów haniebnych i rozgrzeszać polityki Stalina przed wojną, w jej czasie i po wojnie. Wydaje się to proste, ale nie dla polityków, którzy w miejsce historii mającej uczyć i wychowywać stworzyli politykę historyczną, by jątrzyć i dzielić.

Polacy i Rosjanie, ale też Polacy i Ukraińcy muszą ze sobą dojść do pojednania w prawdzie wbrew nieodpowiedzialnym ludziom po obu stronach, którzy używają historii do jątrzenia i wywołują upiory przeszłości. Muszą to uczynić wbrew swoim politykom, na których nie mają w tej mierze co liczyć.

[1] Cyt. za: Wystąpienie prezydenta na uroczystości w 70. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz-Birkenau, http://www.prezydent.pl, 27.01.2015.

[2] K. Banaś, „Zbrodnia na ludności cywilnej Przyszowic w świetle zeznań świadków”, (w:) D. Niesler (red.), „Tragedia w cieniu wyzwolenia. Górny Śląsk w 1945 roku”, Katowice 2015, s. 27.

[3] Tamże, s. 31.

[4] Tamże, s. 30.

Bohdan Piętka

29 stycznia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 5-6 (2277/2278), 2-9.02.2020, s. 10

Prawda o Auschwitz jest wezwaniem

27 stycznia 1945 r. żołnierze Armii Czerwonej otworzyli bramy obozu KL Auschwitz – największego niemieckiego i nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady. Przynieśli wolność około 7 tys. więźniów – w większości chorych i wycieńczonych, którzy nie zostali objęci ewakuacją i którym w każdej chwili groziła śmierć ze strony esesmanów. Niestety, dzień ten nie oznaczał końca gehenny dla 58 tys. więźniów KL Auschwitz, których w dniach 17-21 stycznia 1945 r. niemieccy esesmani wyprowadzili z obozu w ewakuacyjnych „marszach śmierci”. Od 9 do 15 tys. z nich zginęło na wiodących przez Górny Śląsk trasach „marszów śmierci”. Kolejni ginęli podczas transportu – przeważnie odkrytymi wagonami towarowymi-węglarkami, w ciężkich warunkach zimowych – do KL Mauthausen, KL Buchenwald, KL Flossenbürg i innych niemieckich obozów koncentracyjnych. Potem ginęli w tych obozach i podczas ich ewakuacji wiosną 1945 r. Więźniów KL Auschwitz nie zabrakło także wśród ofiar tragedii, która rozegrała się 3 maja 1945 r. na wodach Zatoki Lubeckiej. W wyniku omyłkowego ataku lotnictwa alianckiego zginęło wówczas około 7 tys. więźniów obozów koncentracyjnych, których Niemcy umieścili na statkach „Cap Arcona” i „Thielbeck”. Było wśród nich wielu Polaków, w tym ok. 400 mających za sobą wieloletni pobyt w KL Auschwitz.

Jednakże to dzień wyzwolenia największego niemieckiego i nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady stał się symboliczną datą końca epoki hitlerowskiej pogardy dla człowieka. Rocznica wyzwolenia KL Auschwitz jest od wielu lat podniośle obchodzona w Polsce i na całym świecie jako dzień pamięci o ofiarach Holokaustu i zbrodni nazistowskich. Zawsze była to rocznica ważna, jeśli nie najważniejsza, dla byłych więźniów, którzy przeżyli piekło tego i innych obozów hitlerowskich.

W okresie PRL obchody rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz w Oświęcimiu nie miały charakteru międzynarodowego i nie uczestniczyli w nich też przedstawiciele najwyższych władz państwowych. Uroczystości te odbywały się z udziałem organizacji zrzeszających byłych polskich więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych. Przez wiele lat współorganizatorem tych uroczystości było m.in. Towarzystwo Opieki nad Oświęcimiem – założone przez byłych polskich więźniów w 1983 roku. Chociaż nie eksponowano wtedy tematyki Holokaustu tak jak obecnie, nie była ona jednak całkiem pomijana w ówczesnej polskiej polityce historycznej.

Wielkim wydarzeniem tego okresu, w którym wzięli udział przedstawiciele najwyższych władz PRL, było natomiast odsłonięcie 16 kwietnia 1967 r. na terenie byłego obozu KL Auschwitz II-Birkenau Międzynarodowego Pomnika Ofiar Faszyzmu. W uroczystości tej uczestniczyło około 200 tys. osób, wśród nich premier PRL i były więzień KL Auschwitz Józef Cyrankiewicz oraz uczestniczący w wyzwoleniu obozu radziecki gen. Wasilij Pietrenko. W swoim przemówieniu premier Cyrankiewicz powiedział m.in.: „Oddajmy hołd wszystkim tutaj zamordowanym, budując wedle swoich sił i umiejętności nowe życie wolnych, współżyjących ze sobą narodów, aby zmazać tę hańbę z ludzkości, jaką było to, co działo się w Oświęcimiu. Aby już nigdy więcej! Tylko wtedy będzie to pomnik nie tylko pamięci, ostrzeżenia i czujności, ale i pojednania ludzi i narodów, idących tą samą drogą do tych samych celów”. Odsłonięciu Pomnika towarzyszyła premiera oratorium „Dies Irae (Dzień Gniewu)” Krzysztofa Pendereckiego.

Miejsce byłego KL Auschwitz odwiedzały jednak przed 1989 rokiem – poza obchodami rocznicy wyzwolenia – liczne delegacje zagraniczne. Hołd ofiarom tego obozu składali m.in. tacy przywódcy jak prezydent USA Gerald Ford w 1975 r., kanclerz RFN Helmut Schmidt, prezydent Jugosławii Josip Broz-Tito, czy cesarz Etiopii Hajle Syllasie I. Znaczącym wydarzeniem była wizyta w byłym KL Auschwitz w listopadzie 1977 r. kanclerza RFN Helmuta Schmidta. Była to pierwsza wizyta zachodnioniemieckiego przywódcy w tym miejscu. „Właściwie to miejsce nakazuje milczeć. Ale jestem pewien, że niemiecki kanclerz nie może tutaj milczeć” – powiedział wtedy Schmidt. Przywódca RFN mówił następnie o cierpieniach Polaków oraz o niemieckiej odpowiedzialności i winie. Stwierdził również, że „polityka potrzebuje moralnego fundamentu i obyczajowej orientacji”. Polska telewizja państwowa transmitowała to przemówienie na żywo.

Jeszcze bardziej doniosłym wydarzeniem była wizyta w miejscu byłego KL Auschwitz papieża Jana Pawła II 7 czerwca 1979 r. W wygłoszonej wtedy homilii papież-Polak powiedział m.in.: „Przychodzę więc i klękam na tej Golgocie naszych czasów, na tych mogiłach w ogromnej mierze bezimiennych, jak gigantyczny grób nieznanego żołnierza. Klękam przy wszystkich po kolei tablicach Brzezinki, na których napisane jest wspomnienie ofiar Oświęcimia (…). Za wojnę są odpowiedzialni nie tylko ci, którzy ją bezpośrednio wywołują, ale również ci, którzy nie czynią wszystkiego, co leży w ich mocy, aby jej przeszkodzić. (…) Nigdy jeden naród nie może rozwijać się kosztem drugiego, nie może rozwijać się za cenę drugiego, za cenę jego uzależnienia, podboju, zniewolenia, za cenę jego eksploatacji, za cenę jego śmierci”. Powiedział również: „I jeszcze jedna tablica – wybrana… Tablica z napisem w języku rosyjskim. Nie dodaję żadnego komentarza. Wiemy, o jakim narodzie mówi ta tablica. Wiemy, jaki był udział tego narodu w ostatniej straszliwej wojnie o wolność ludów. I wobec tej tablicy nie wolno nam przejść obojętnie”.

Jego następcy – Benedykt XVI i Franciszek – złożyli wizyty w byłym KL Auschwitz w 2006 i 2016 r.

Pierwsze międzynarodowe obchody rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz odbyły się w 1995 r., w 50-tą rocznicę wyzwolenia obozu. Uczestniczył w nich prezydent Lech Wałęsa oraz liczne państwowe delegacje zagraniczne i delegacje społeczności żydowskich z Izraela, USA i Europy. Organizatorem tych uroczystości była Rada Pamięci Walk i Męczeństwa, której sekretarzem generalnym był wówczas Andrzej Przewoźnik (1963-2010).

Do 50-tej rocznicy wyzwolenia obozu odniósł się również 29 stycznia 1995 r. papież Jan Paweł II w rozważaniu podczas modlitwy Anioł Pański: „50-ta rocznica wyzwolenia więźniów obozu w Oświęcimiu przypomina o jednym z najbardziej mrocznych i tragicznych momentów historii. W Oświęcimiu, podobnie jak w innych obozach koncentracyjnych, zginęło wielu niewinnych ludzi różnej narodowości. Zwłaszcza synowie i córki narodu żydowskiego, skazanego na planową zagładę przez reżim hitlerowski, przeszli przez dramatyczne doświadczenie Holokaustu. Był to przejaw zaćmienia rozumu, sumienia i serca. Wspomnienie tego triumfu zła musi budzić w nas głęboką gorycz i braterską solidarność z tymi, którzy noszą niezatarte znamię tej tragedii”.

Wpływ na umiędzynarodowienie obchodów rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz miało niewątpliwie ustanowienie 1 listopada 2005 r. przez Zgromadzenie Ogólne ONZ dnia 27 stycznia Międzynarodowym Dniem Pamięci o Ofiarach Holokaustu. 27 stycznia tego roku – w 60-tą rocznice wyzwolenia obozu – odbyły się pod Pomnikiem Ofiar Faszyzmu na terenie byłego obozu Birkenau kolejne wielkie uroczystości międzynarodowe. Wzięło w nich udział ponad tysiąc żyjących jeszcze wtedy byłych więźniów KL Auschwitz z Polski, Izraela, Rosji, Francji, USA, Niemiec i innych krajów oraz delegacje z ponad 40 państw – w tym prezydenci Polski – Aleksander Kwaśniewski, Izraela – Mosze Kacaw, Rosji – Władimir Putin, Francji – Jacques Chirac, Niemiec – Horst Köhler, Ukrainy – Wiktor Juszczenko i wiceprezydent USA Dick Cheney. Do uczestników uroczystości swoje przesłanie skierował papież Jan Paweł II. W przesłaniu tym – odczytanym przez nuncjusza apostolskiego abpa Józefa Kowalczyka – zwierzchnik Kościoła katolickiego podkreślił, że nie wolno nikomu przejść obojętnie wobec tragedii Shoa, a prawda o Auschwitz jest wezwaniem dla współczesnego pokolenia do odpowiedzialności za kształt historii.

Przemawiający w imieniu byłych więźniów Władysław Bartoszewski oświadczył, że więźniowie mają prawo wierzyć, że ich cierpienie i śmierć ich bliskich miały znaczący sens dla lepszej przyszłości wszystkich ludzi. Z naciskiem podkreślił, że żadne państwo świata nie zareagowało odpowiednio na płynące z Polski wieści o tym co dzieje się w obozie Auschwitz, a adekwatna odpowiedź na te doniesienia mogłaby ocalić życie przynajmniej części ofiar.

„Musimy mówić, pamiętać i krzyczeć: tu było piekło na Ziemi! (…) Wciąż nie możemy zapomnieć, że to »ludzie ludziom zgotowali ten los«” – powiedział wtedy prezydent A. Kwaśniewski. Z kolei prezydent Rosji Władimir Putin zaznaczył, że „trzeba wyraźnie i jednoznaczne powiedzieć: wszelkie próby rewidowania historii, stawiania w jednym szeregu ofiar i katów, wyzwolicieli i okupantów, są amoralne i nie do przyjęcia”. Ponadto przywódca Rosji stwierdził, że „jesteśmy zobowiązani ogłosić jednym głosem obecnemu i przyszłym pokoleniom: nikt nie może i nie ma prawa być obojętnym wobec antysemityzmu, nacjonalizmu, ksenofobii, rasowej i religijnej nietolerancji”. Dodał, że jest mu wstyd za występujący w Rosji antysemityzm.

Mosze Kacaw zwrócił uwagę, że aktu zagłady dokonał naród, który wydał z siebie najwspanialszych naukowców, muzyków. Jak mówił, wielu z nich wiedziało o morderstwie, lecz pozostali obojętni. „Świat wiedział o zagładzie i milczał” – powiedział Kacaw.

Uroczystości w byłym obozie Birkenau poprzedziło Forum „Pozwólcie żyć narodowi mojemu”, które odbyło się tego samego dnia w Teatrze Słowackiego w Krakowie z udziałem przywódców państw, intelektualistów, artystów, byłych więźniów i weteranów Armii Czerwonej, którzy wyzwalali obóz.

Od przełomu pierwszej i drugiej dekady XXI wieku uroczystości rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz i Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu mają wyłącznie charakter międzynarodowy. Uczestniczą w nich premier polskiego rządu lub przedstawiciel Kancelarii Prezydenta RP oraz ambasadorowie Izraela, Niemiec, Rosji i USA, a podczas rocznic „półokrągłych” i „okrągłych” także delegacje państwowe na najwyższym szczeblu. Tak było podczas 65-tej rocznicy wyzwolenia obozu w 2010 r. z udziałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Donalda Tuska, premiera Izraela Binjamina Netanjahu i delegacji Knesetu, ministra edukacji i nauki Rosji Andrieja Fursenki, przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka i kilkudziesięciu delegacji państwowych. Na obchody 70-tej rocznicy wyzwolenia obozu w 2015 r. przybyły delegacje z ponad 40 państw. Polskę reprezentował prezydent Bronisław Komorowski, Niemcy – prezydent Joachim Gauck, Francję – prezydent Frnçois Hollande, Ukrainę –prezydent Petro Poroszenko, Litwę – prezydent Dalia Grybauskaite, Słowację – prezydent Andrej Kiska, Czechy – premier Bohuslav Sobotka, Belgię – król Filip I, Holandię – król Willem-Alexander, USA – sekretarz skarbu Jack Lew, Izrael – przewodniczący Rady Yad Vashem rabin Meir Lau, a Stolicę Apostolską – kard. Stanisław Dziwisz. Nie przybył prezydent USA Barack Obama, który przesłał jedynie oświadczenie. Zapewnił w nim, że „nigdy nie zapomnimy o ofiarach Holokaustu i obiecujemy, że nigdy więcej nic podobnego się nie powtórzy”. Nie przybył również Władimir Putin, który twierdził, że go nie zaproszono, ale faktycznie zbojkotował uroczystość w Polsce. Już wtedy przywódca Rosji próbował organizować konkurencyjne obchody rocznicy wyzwolenia Auschwitz z udziałem Wiaczesława Mosze Kantora i prezydenta Czech Miloša Zemana w Pradze i na terenie byłego obozu koncentracyjnego w Terezinie. W związku z niepowodzeniem zorganizowania przez Rosję takich obchodów alternatywnych, na uroczystość 70-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz przybyła jednak do Oświęcimia i Brzezinki delegacja rosyjska z szefem administracji prezydenta Rosji Siergiejem Iwanowem na czele.

Prezydent Bronisław Komorowski w swoim przemówieniu 27 stycznia 2015 r. podczas międzynarodowej uroczystości w byłym obozie Birkenau podkreślił m.in., że „dokładnie o tej porze, 70 lat temu, obóz oswobodzili żołnierze 60. Armii Pierwszego Frontu Ukraińskiego Armii Czerwonej”, a „po południu 100. Lwowska Dywizja Piechoty wkroczyła do głównej części obozu. Z wdzięcznością i szacunkiem myślimy dzisiaj o tych żołnierzach”.

W uroczystości wzięło udział około 300 żyjących jeszcze byłych więźniów KL Auschwitz – głównie z Polski i Izraela. W imieniu byłych więźniów polskich przemówił Kazimierz Albin, a w imieniu byłych więźniów żydowskich przemówili Halina Birenbaum i Roman Kent. Kazimierz Albin przypomniał, że w obozie i wokół niego istniał zorganizowany ruch oporu kierowany przez AK, Polską Partię Socjalistyczną i Bataliony Chłopskie, a „ofiarność ludności polskiej ze strefy przyobozowej była bezcenna”. Natomiast Roman Kent mówił o próbach negowania Holokaustu. Jego zdaniem „wraz z upływem czasu wyraźniej widać, że ideologiczni spadkobiercy sprawców tej zbrodni, podobnie jak negacjoniści, ludzie niedouczeni (…) próbują wygładzić Shoah”.

Ważna uroczystość odbyła się również podczas obchodów 68-mej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz 27 stycznia 2013 r. Miało wtedy miejsce odsłonięcie rosyjskiej wystawy narodowej w bloku 14 byłego obozu macierzystego KL Auschwitz I. Wystawa ta – na której pokazane są m.in. męczeństwo jeńców radzieckich i martyrologia obywateli ZSRR w KL Auschwitz oraz rola Armii Czerwonej w wyzwoleniu obozu – została przygotowana przez Ministerstwo Kultury Federacji Rosyjskiej oraz Centralne Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Moskwie. W jej otwarciu uczestniczyli przewodniczący Dumy Państwowej Rosji Siergiej Naryszkin, wicemarszałek Sejmu RP Jerzy Wenderlich, ministrowie kultury Rosji i Polski Władimir Medinski i Bogdan Zdrojewski oraz żyjący weterani Armii Czerwonej, którzy wyzwalali obóz.

Tegoroczne międzynarodowe obchody 75-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz będą prawdopodobnie jednymi z ostatnich, w których wezmą udział ostatni żyjący byli więźniowie tego obozu. Po ich odejściu trudna rola strażników pamięci spadnie na tych, którzy rozumieją znaczenie pamięci i prawdy historycznej o zbrodniach nazistowskich w zapobieganiu powtórzeniu się koszmaru, jaki miał miejsce w KL Auschwitz i innych niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych i obozach zagłady.

Bohdan Piętka

29 stycznia 2020 r.

„Przegląd” nr 5 (1047), 27.01-2.02.2020, s. 18-20

Rosyjski rewizjonizm historyczny

„Kiedyś prezydent Rosji Władimir Putin honorował Polskę na Westerplatte i w Katyniu, teraz wyzywa od kolaborantów. Strach pomyśleć jaki będzie kolejny pisowski sukces” – napisał eurodeputowany Platformy Obywatelskiej, były minister spraw zagranicznych w rządzie PO-PSL Radosław Sikorski. Pisowski sukces? Ale przecież to jest także sukces Radosława Sikorskiego. Przecież w czasie przewrotu kijowskiego w 2014 roku był na Majdanie i patronował tam zawarciu porozumienia pomiędzy Janukowyczem a puczystami, które zostało zaraz zerwane przez tych drugich. Zanim we wrześniu 2014 roku przestał być szefem polskiej dyplomacji, stosunki z Rosją poświęcono już na rzecz „wspierania Ukrainy”. No ale tak to już jest, że klęska jest sierotą, a sukces ma wielu ojców. W tym wypadku ów „sukces” jest klęską, czyli sierotą.

O błędach polskiej polityki wschodniej i polskiej polityki historycznej wobec Rosji pisałem już wielokrotnie. Przyjrzę się więc teraz najnowszej rosyjskiej narracji historycznej. Po 20 grudnia 2019 roku pojawiły się w niej elementy nowe, które uzupełniły elementy dotychczas obecne. Te składniki dotychczas obecne to krytyka układu z Monachium oraz polskiej polityki wobec Czechosłowacji w 1938 roku. Sam wielokrotnie krytykowałem i jedno, i drugie. Podkreślałem, że Monachium oznaczało demontaż porządku wersalskiego, który gwarantował także istnienie Polski. Dlatego przyłączając się do tego demontażu Józef Beck działał przede wszystkim przeciw niepodległości Polski. To była ze strony polskiej polityka bezmyślna i wobec Czechów łajdacka, ale nie może być ona żadnym usprawiedliwieniem dla późniejszej polityki Stalina. W Rosji uważa się, że układ z Monachium usprawiedliwia pakt Ribbentrop-Mołotow, albo że pakt ten w świetle Monachium był bez znaczenia dla wybuchu drugiej wojny światowej. Takie stanowisko jest nie do przyjęcia.

Władimir Putin nie zauważa jednego drobnego szczegółu. Nawet jeżeli przyjmiemy, że pakt Ribbentrop-Mołotow nie był bezpośrednią przyczyną wybuchu drugiej wojny światowej, że bez tego układu Hitler i tak by wojnę wywołał (na co był zdecydowany od kwietnia 1939 roku), to z punktu widzenia prawa międzynarodowego tajny protokół do tego paktu był zbrodnią przeciwko pokojowi oraz niepodległości i integralności terytorialnej sześciu państw. Jest zatem kwestią drugorzędną czy Parlament Europejski i polski Sejm potępiłyby pakt Ribbentrop-Mołotow za to, że miał doprowadzić do wybuchu wojny czy za to, że był zbrodnią przeciwko pokojowi, suwerenności i integralności terytorialnej sześciu państw. To detal. Ponadto – co strona rosyjska przemilcza – realizacja celów strategicznych Moskwy odbywała się stalinowskimi, czyli zbrodniczymi metodami.

Starym elementem rosyjskiej polityki historycznej jest również narracja o „pakcie Piłsudski-Hitler” – jak się tam nazywa polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 roku – oraz „sojuszu polsko-niemieckim” w latach 1934-1939 i mającej z tego wynikać „odpowiedzialności Polski za wybuch wojny”. Najnowszemu wydaniu tej narracji towarzyszą ewidentne kłamstwa o „czystce etnicznej na Zaolziu”, której miała się tam jakoby dopuścić II Rzeczpospolita.

W związku z tym trzeba przypomnieć, że do 1935 roku partie komunistyczne w Europie kierowały się na polecenie Międzynarodówki Komunistycznej (czyli Józefa Stalina) doktryną tzw. „socjalfaszyzmu”. Doktryna ta zakazywała partiom komunistycznym współpracy politycznej z partiami socjaldemokratycznymi (określanymi w tej doktrynie jako „socjalfaszystowskie”). Doktryna „socjalfaszyzmu” doprowadziła do rozbicia wspólnego frontu KPD i SPD przeciw nazizmowi. Była to jedna z najważniejszych bezpośrednich przyczyn dojścia NSDAP do władzy w Niemczech i upadku Republiki Weimarskiej. Dopiero na VII kongresie Kominternu w 1935 roku Międzynarodówka Komunistyczna uznała swoją doktrynę „socjalfaszymu” za błędną. Rzucono wtedy hasło tworzenia „frontów ludowych” pod przewodnictwem komunistów. Kto zatem zapalił zielone światło Hitlerowi? Nie w 1938 roku, ale w 1924 roku? Wtedy bowiem na polecenie Stalina przyjęto w Kominternie doktrynę „socjalfaszyzmu” i nie wycofano się z niej nawet w obliczu wydarzeń w Niemczech w latach 1930-1933. Trzeba też przypomnieć o niemiecko-radzieckim układzie w Rapallo z 16 kwietnia 1922 roku oraz będącej jego następstwem niemiecko-radzieckiej współpracy wojskowej do roku 1933. Przyszła potęga militarna Niemiec była w tym czasie budowana na radzieckich poligonach i uczelniach wojskowych.

Nowym elementem rosyjskiej polityki historycznej – zaprezentowanym po wystąpieniach prezydenta Rosji z 20-24 grudnia 2019 roku – jest sugerowanie polsko-niemieckiej współpracy w przygotowaniu „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” już przed drugą wojną światową oraz podczas jej trwania. Strona rosyjska – wychodząc z taką narracją – niewątpliwie wykorzystała dwie rzeczy: fakt pogorszenia się stosunków polsko-izraelskich i polsko-żydowskich po nowelizacji ustawy o IPN w styczniu 2018 roku oraz osłabienie pozycji Polski w Unii Europejskiej za rządów PiS. To ma pozbawić Polskę ewentualnych sojuszników.

Po wystąpieniu prezydenta Rosji na temat tzw. notatki Lipskiego, podczas którego użył on słów „swołocz” i „antysemicka świnia”, pojawiły się w rosyjskich mediach programy i publikacje na temat polskiego przedwojennego i wojennego antysemityzmu. Nie jest to nowość, ponieważ już w kwietniu 2019 roku znany proputinowski dziennikarz Władimir Sołowiow ogłosił w telewizji Rossija 1, że podczas drugiej wojny światowej Polacy mieli wymordować więcej Żydów niż Niemcy oraz oskarżył Polaków, że nie chcą wypłacić Żydom rekompensat. Już wtedy padły słowa o „polskiej swołoczy”[1].

Nawet rosyjskojęzyczna Wikipedia podaje – omawiając obszernie spotkanie ambasadora Józefa Lipskiego z Hitlerem w Obersalzbergu 20 września 1938 roku – że w tym czasie Hitler był daleki od idei fizycznego unicestwienia Żydów i chodziło o tzw. „afrykański projekt”, który rosyjskojęzyczna Wikipedia definiuje jako „ideę żydowskiego państwa w Afryce”. Zupełnie inaczej niż Władimir Putin, który stwierdził, że chodziło o wysłanie Żydów do Afryki rzekomo na śmierć. Rosyjskojęzyczna Wikipedia cytuje też notatkę Lipskiego na podstawie opracowania Wacława Jędrzejewicza o Lipskim („Józef Lipski. Diplomat in Berlin, 1933-1939. Papers and Memoirs of Józef Lipski, Ambassador of Poland”, pod red. Wacława Jędrzejewicza, New York 1968, s. 679) oraz na podstawie rosyjskiej edycji źródłowej z 1981 roku pt. „Dokumenty i materiały w przededniu drugiej wojny światowej 1937-1939” („Документы и материалы кануна второй мировой войны 1937-1939”). Notatka Lipskiego brzmiała: „Gdyby mocarstwa zachodnie lepiej rozumiały wymagania Niemiec w kwestii kolonialnej, to on, Führer, zapewne zapewniłby w Afryce pewne terytorium, które można by wykorzystać do osiedlenia się nie tylko niemieckich, ale także polskich Żydów”. Było to zgodne z polityką polskiego rządu, który od 1935 roku dyskutował z władzami francuskimi oraz z udziałem palestyńskich syjonistów o planie przesiedlenia polskich Żydów na Madagaskar. Lipski wyraził aprobatę dla słów Hitlera: „… on (Hitler) wpadł na pomysł rozwiązania problemu żydowskiego poprzez emigrację do kolonii w porozumieniu z Polską, Węgrami, a może Rumunią (tutaj odpowiedziałem, że jeśli znajdzie rozwiązanie, to postawimy mu piękny pomnik w Warszawie …)”.

Nie chodziło zatem o mordowanie kogokolwiek, ani o wypędzanie kogokolwiek, tylko o uzyskanie od zachodnich mocarstw kolonialnych terenu osadniczego dla Żydów w Afryce (syjoniści postulowali wtedy Palestynę, gdzie 10 lat później rzeczywiście powstał Izrael). Na podstawie tej notatki nie można wyciągnąć takich wniosków, jakie wyciągnął prezydent Rosji (także odnośnie domniemanego antysemityzmu Lipskiego). Żaden historyk, cytujący notatkę Lipskiego, na taką narrację jak Putin nie poszedł. Nawet David Irving.

Każdy kto chce wiedzieć jak było z tzw. „planem Madagaskar” powinien przeczytać wydaną w 2019 roku przez Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie książkę Zofii Trębacz pt. „Nie tylko Palestyna. Polskie plany emigracji wobec Żydów 1935-1939”. Autorka pisze: „Wszystko wskazuje na to, że rozmowy prowadzone między przedstawicielami żydowskich organizacji a dyplomatami kolonialnego mocarstwa [czyli Francji – uzup. BP] okazały się owocne, gdyż na początku 1937 roku rząd polski rozpoczął w tej sprawie konkretne rozmowy z francuskimi politykami – premierem Leonem Blumem i ministrem kolonii Mariusem Moutetem. Obaj zaakceptowali plan w ogólnym zarysie i zasugerowali przeprowadzenie badań, które mogłyby dostarczyć więcej szczegółów. Moutet zaproponował nawet pomoc specjalistów”. W konsekwencji na Madagaskar udała się polska komisja, w której pracach brał udział m.in. Arkady Fiedler.

Jeśli Władimir Putin chce rozliczać Polskę z przedwojennego antysemityzmu, ro powinien sobie uświadomić, że Rosja w dziedzinie antysemityzmu ma znacznie większe osiągnięcia niż Polska. Wydane w 1903 roku w Petersburgu „Protokoły mędrców Syjonu” (biblia antysemityzmu) zostały spreparowane przez rosyjską Ochranę. Na przełomie XIX i XX wieku miały też miejsce w Imperium Rosyjskim masowe mordy na Żydach, inspirowane m.in. przez carską Ochranę. W latach 1881-1884 doszło w Rosji do około 250 pogromów na Żydach (od 224 do 284), zaś w okresie 1903-1906 pogromy Żydów miały miejsce w 64 miastach i 626 miasteczkach oraz wsiach. To były tysiące ofiar. „Plan Madagaskar” jako pierwsza też zrealizowała Rosja wysiedlając Żydów z zachodnich guberni (tzw. litewskich, stąd nazywano ich Litwakami) do Priwislinskiego Kraju – jak po powstaniu styczniowym nazywano Królestwo Polskie. Pojawienie się w Królestwie Polskim mas Litwaków – obcych polskiej kulturze, nie znających języka polskiego i niechętnych do integracji z Polakami – miało w intencji władz carskich wywołać antysemityzm wśród Polaków oraz zastąpić konflikt polsko-rosyjski konfliktem polsko-żydowskim. Litwacy propagowali wśród polskich Żydów separatyzm, a zwalczali asymilację narodową i kulturową. Byli też w rękach caratu narzędziem rusyfikacji.

Z kolei Józef Stalin swój Madagaskar dla Żydów utworzył w latach 1928-1934 na Dalekim Wschodzie (Żydowski Obwód Autonomiczny w Kraju Chabarowskim nad Amurem). Celem tego posunięcia Stalina było przeciwdziałanie szerzącemu się w ZSRR ruchowi syjonistycznemu. Zatem jedynym państwem, które w latach 30-tych XX wieku zrealizowało „plan Madagaskar” był tak naprawdę Związek Radziecki. W ogóle polityka narodowościowa II Rzeczypospolitej a polityka narodowościowa Stalina w ZSRR, to są dwa odrębne światy.

Po wystąpieniach Putina z 20-24 grudnia 2019 roku nie uruchomiono w Moskwie zwykle stojącego w takiej sytuacji na posterunku pana Władimira Żyrinowskiego. Uruchomiono natomiast pana Wiaczesława Nikonowa – wnuka Wiaczesława Mołotowa i syna nie mniej zasłużonego dla ZSRR Aleksieja Nikonowa – by ogłosił, światu że „Warszawa przebija dno, broniąc znanego antysemity!”, czyli ambasadora Lipskiego[2]. Taka wypowiedź wyraźnie koresponduje z wypowiedzią jego dziadka o Polsce jako „pokracznym bękarcie traktatu wersalskiego”. Notabene babka tego pana – czyli żona Mołotowa Polina Żemczużyna – została skazana w 1949 roku na 5 lat łagru za rzekome „szpiegostwo na rzecz syjonistów”. Czy nie był to przejaw antysemityzmu Stalina, którego broni pan Nikonow? Był to początek antyżydowskiej czystki w ZSRR, której Stalin nie zdołał już sfinalizować przed śmiercią. Nie zmienia tego fakt, że towarzyszka Żemczużyna do śmierci w 1970 roku pozostała fanatyczną zwolenniczką Stalina i w takim też duchu wychowała swoją jedyną córkę, a matkę pana Wiaczesława Nikonowa. Zabawy z historią PiS w Polsce bledną na tle takich zabaw z historią.

Z kolei pan senator Oleg Morozow (w latach 80-tych XX wieku zastępca szefa wydziału propagandy Komitetu Centralnego KPZR, później jeden z głównych ideologów Jednej Rosji i doradca Putina ds. polityki wewnętrznej) pozwolił sobie na stwierdzenia, że „Polska oficjalnie staje w jednym szeregu z nazistami i osobami zaangażowanymi w masową eksterminację Żydów” oraz że „współczesna Polska nie chce uznać zbrodni nazizmu przeciwko ludzkości i przeciwko Żydom”. Powodem takich opinii Morozowa stało się to, że prezydent Andrzej Duda postawił jako warunek swojego udziału w Międzynarodowym Forum Holocaustu w Izraelu możliwość publicznego udzielenia odpowiedzi na planowane tam wystąpienie Putina. Swoje oskarżenia Morozow uzupełnił stwierdzeniem, że Rosja (nie ZSRR, ale Rosja!) „uratowała naród żydowski od zagłady” (a pozostali alianci nic w tej sprawie nie zrobili?)[3].

Najnowsza narracja kremlowska o tym, że Rosja „uratowała naród żydowski od zagłady” jest co najwyżej półprawdą. Niemcy hitlerowskie dokonały zagłady Żydów europejskich w latach 1941-1944. Zginęło wtedy m.in. ponad 90 % Żydów polskich, zamordowanych w większości do połowy 1943 roku. W roku 1945 większość europejskich Żydów była już zamordowana i Armia Czerwona przed niczym ich nie ocaliła. Zasługą Armii Czerwonej – której kwestionować nie można – było natomiast wyzwolenie części niemieckich obozów koncentracyjnych. Spośród 13 znaczących niemieckich obozów koncentracyjnych 7 wyzwolili Amerykanie i Brytyjczycy, a 6 Armia Czerwona. Jeśli jednak mówimy o tej niekwestionowanej zasłudze Armii Czerwonej, to trzeba też powiedzieć o tym, że na miejscu wyzwolonych przez czerwonoarmistów hitlerowskich obozów koncentracyjnych natychmiast powstawały obozy NKWD. Na terenie wyzwolonego KL Auschwitz powstały dwa obozy NKWD i jeden obóz UB, które istniały do 1946 roku. To samo było na Majdanku, na Zamku Lubelskim i w innych katowniach gestapo, zamienianych natychmiast na katownie NKWD i UB. Oczywiście fakt powstania obozów NKWD na miejscu obozów hitlerowskich nie przekreśla ofiary czerwonoarmistów – jak tego chce polska polityka historyczna, ale też ofiara czerwonoarmistów nie może rozgrzeszać zbrodni stalinowskich – jak tego chce rosyjska polityka historyczna.

Z kolei 10 stycznia proputinowska „Rossijskaja Gazieta” napisała: „W jakiejkolwiek paralelnej rzeczywistości istniałby pan Duda, jak bardzo by kipieli oburzeniem polscy politycy i politolodzy niezadowoleni z tego, że kolejny raz pokazano im prawdę, trudno spierać się z tym, co mówią dokumenty. A one dobitne potwierdzają, że znaczna część społeczeństwa polskiego bezpośrednio uczestniczyła w zagładzie mieszkających w kraju Żydów”. Jakoś to do złudzenia koresponduje z tym co pisali dotychczas niektórzy autorzy (nie będę wymieniał nazwisk) i niektóre niszowe media na Zachodzie, czy mówili niektórzy drugoplanowi politycy izraelscy, jak Jair Lapid i Naftali Benett.

„Rossijskaja Gezieta” napisała też, że „po wojnie Polska przywłaszczyła sobie majątek Żydów, którzy zginęli w Holokauście” (notabene Związek Radziecki też to zrobił) i dalej, że „na każdego biorącego w zagładzie ludności żydowskiej niemieckiego oprawcę przypadało 10-15 dobrowolnych pomocników spośród miejscowych mieszkańców”, a Polacy obojętnie patrzyli na sytuację ludzi w warszawskim getcie, łupili sąsiadów, mordowali ich lub wydawali Niemcom. To już też słyszeliśmy z wieloletniego przekazu niektórych ośrodków na Zachodzie. Artykuł, w którym pojawiły się takie oskarżenia zatytułowano „Czego boi się Polska”, a jego autorem jest Jewgienij Szestakow. O martyrologii Polaków podczas drugiej wojny światowej Szestakow napisał z pogardą „Polokaust”. Jego zdaniem polskiej martyrologii nie było[4].

Po publikacji „Rossijskoj Geziety” (jedno z najważniejszych mediów kremlowskich) mniej więcej wiemy, w jakim kierunku może pójść wystąpienie Putina w Yad Vashem 23 stycznia. W kierunku, że Polska była sprawcą wybuchu wojny, a Polacy współpracowali z Niemcami w zagładzie Żydów, którą ambasador Lipski planował razem z Hitlerem już w 1938 roku.

Należy postawić tutaj pytanie, czy polska polityka historyczna – z gruntu błędna i chyba inspirowana w jakiejś mierze przez USA – jest jedynym czynnikiem, który sprowokował ze strony rosyjskiej to z czym mamy teraz do czynienia. Do postawienia takiego pytania skłania chociażby reakcja rosyjska na podpisanie przez prezydenta Czech Milosza Zemana ustawy ustanawiającej Dzień Pamięci o Inwazji 1968 roku i Późniejszej Okupacji Wojsk Układu Warszawskiego. Prezydent Zeman uchodził dotąd za jednego z bardziej prorosyjskich polityków w Europie. Teraz krytykujące go stanowisko rosyjskiego MSZ Zeman określił jako „absolutnie bezczelne”[5]. Rosyjska polityka historyczna w zasadzie nie odbiega daleko od ukraińskiej. W pierwszej mitem założycielskim jest mit Armii Czerwonej jako największego zwycięzcy nad faszyzmem, w drugiej fałszywy mit UPA jako „ruchu wyzwoleńczego”. Problem w tym, że tak sformułowany mit Armii Czerwonej – usuwający z pola widzenia politykę Stalina przed wybuchem wojny, w czasie wojny i po wojnie – musi prowadzić, jeśli nie do rehabilitacji, to do wybielenia stalinizmu.

Zwalczałem politykę antyrosyjską ekip postsolidarnościowych, ponieważ była częścią polityki amerykańskiej i narażała bezpieczeństwo Polski. Do tego towarzyszyło jej odkurzenie takich szkodliwych archaizmów politycznych jak prometeizm i Międzymorze, w imię których wspierano historycznie skrajnie antypolską orientację polityczną na Ukrainie. Nie mam jednak wątpliwości, że stosunki z Rosją muszą być oparte na Realpolitik, która uwzględnia polski i rosyjski potencjał, ale także polską rację stanu. Tą racją stanu jest mieć dobre stosunki z Rosją i unikać z nią konfliktów, zwłaszcza w obcym interesie. Ale nie za cenę przyjmowania narracji rosyjskiej w jakiejkolwiek sprawie i uwzględniania interesów polityki rosyjskiej. To już było i się nie sprawdziło.

Krytykowałem i krytykuję ukraińską i polską politykę historyczną. Z tych samych powodów krytykuję też rosyjską. Zwłaszcza tę, która pokazała swoje oblicze na przełomie 2019 i 2020 roku. Polityka historyczna a historia to są dwie rzeczywistości nie mające ze sobą wiele wspólnego. Historia nigdy nie jest czarno-biała. Zawsze jest skomplikowana i wielowątkowa. Polityka historyczna nigdy tego nie uwzględni. Zawsze będzie z wielowątkowej mozaiki wybierać pojedyncze obrazy i budować na nich przekaz propagandowy.

Ale nie o politykę historyczną w tym wszystkim chodzi. Ona jest tylko małym trybikiem w wielkiej maszynie. Oto co napisał na Facebooku 7 stycznia 2020 roku były pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji, funkcjonujący nadal w rosyjskim establishmencie politycznym:

„W Warszawie byli bardzo poważnie przestraszeni. Ponieważ zdali sobie sprawę, że tocząca się historyczna dyskusja na temat czasu wybuchu wojny może doprowadzić do zmiany statusu Polski, która może zasłużenie stać się krajem agresorem i inicjatorem (wraz z Niemcami) drugiej wojny światowej. A strach jest złym doradcą. Partia rządząca nie wymyśliła nic lepszego niż sporządzenie projektu ustawy chroniącej polską wizję historii [chodzi zapewne o nowelizację ustawy o IPN z 2018 roku – uwaga BP]. I więcej. Fakt, że druga wojna światowa rozpoczęła się w 1938 roku. Pisałem [o tym – uzup. BP] na długo przed Władimirem Putinem. Więc teraz nie bronię stanowiska Władimira Putina, ale mojego. Chociaż tak, cieszę się, że Władimir Putin był solidarny z tym stanowiskiem”.

Dalej ten autor pisze: „Polska ryzykuje, że stanie się krajem wyrzutkiem. Polski prezydent postanowił odmówić wyjazdu do Izraela na Światowe Forum Holokaustu, rzekomo z powodu planowanej obecności tam Władimira Putina. Prawdę mówiąc, trudniej wymyślić śmieszniejszy powód. Nie chodzi o Władimira Putina, ale o kompleksowe relacje polsko-izraelskie. I rzeczywiście Duda próbuje zwalić wszystko z chorej głowy na zdrową, czyli Władimira Putina. Tymczasem Warszawa ma niezwykle trudne relacje z Brukselą. Prawicowa Polska najwyraźniej nie dotrzymuje kroku Unii Europejskiej. Warszawa nie ma sojuszu regionalnego, wszyscy sąsiedzi Polski unikają. W przypadku Rosji sytuacja stała się ślepą uliczką. Zostają Stany Zjednoczone, jak uważają w Warszawie. Ale w USA lobby izraelskie jest wyjątkowo silne. A z odszkodowaniem za własność ofiar Holokaustu wszystko wygląda katastrofalnie. Tak oto Polska ryzykuje, że zostanie krajem wyrzutkiem. Prawicowa Polska”.

Do tego co napisał ten przedstawiciel rosyjskiej elity – były pracownik dyplomacji rosyjskiej, publicysta i czołowy działacz Euroazjatyckiego Frontu Ludowego (Евразийский народный фронт) – którego nazwiska nie będę ujawniał, nic dodawać już nie muszę. Tak wygląda teraz rosyjska polityka wobec Polski. Nie tylko historyczna. Taki jest jej charakter i takie są jej cele.

A z czym mamy do czynienia ze strony polskiej? Marszałek Senatu z PO spotkał się 16 grudnia 2019 roku z ambasadorem Rosji m.in. po to, by – jak sam powiedział – żądać „opuszczenia Ukrainy” przez Rosję (zapewne chodziło o Krym i Donbas). To jakaś choroba z tą Ukrainą. Naiwna wiara, że Ukraina będzie propolska i spełni rolę antyrosyjskiego „kordonu sanitarnego”. Nic w tym myśleniu nie zmieniło się od wyprawy kijowskiej Piłsudskiego w 1920 roku. Bezpieczeństwo Polski gwarantują NATO i UE. Po cóż więc jeszcze dodawać do tego tzw. Międzymorze vel Trójmorze? Te polityczne marzenia zostały po raz kolejny zweryfikowane 8 stycznia 2020 roku, kiedy ambasador Polski w Kijowie Bartosz Cichocki został wezwany na rozmowę do ukraińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tematem spotkania było niedawne wspólne oświadczenie ambasadorów Polski i Izraela w sprawie czczenia na Ukrainie osób związanych z nacjonalizmem ukraińskim. Jak napisano w komunikacie ukraińskiego MSZ ambasador Polski usłyszał, że jego niedawne wspólne oświadczenie z ambasadorem Joelem Lionem było kontrproduktywne i miało cechy publicznej dyskusji na temat wewnętrznej polityki ukraińskiej[6].

Na prowadzenie takiej polityki wschodniej, jakiej chcą PiS i PO, Polska po pierwsze nie ma potencjału. Ten brak własnego potencjału skazuje na uzależnienie się w tej sytuacji od potencjału amerykańskiego, a tym samym od celów politycznych USA. I uwaga ta nie dotyczy tylko polityki wschodniej. Po drugie – polityka taka zawsze będzie prowadzić do konfrontacji z Rosją. Nie można więc twierdzić, że jest podyktowana troską o bezpieczeństwo geopolityczne Polski. Właśnie powoduje dla tego bezpieczeństwa zagrożenie. Polityka realna polegałaby na utrzymywaniu równoległych stosunków z Moskwą, Kijowem i Mińskiem oraz unikaniu wchodzenia na Wschodzie w jakiekolwiek konflikty z kimkolwiek. Polegałaby też na współpracy z wschodnimi sąsiadami tam, gdzie jest to możliwe i ewentualnie korzystne. Niestety, czas na prowadzenie takiej Realpolitik się skończył. Teraz trzeba się bronić przed uczynieniem z Polski „kraju wyrzutka”, co stało się celem polityki rosyjskiej.

[1] W rosyjskiej telewizji oskarżono Polaków, że wymordowali więcej Żydów niż Niemcy i wzywano do czytania książek Grossa, http://www.kresy.pl, 5.04.2019.

[2] Wnuk Mołotowa dołącza do ataku na Polskę. „Warszawa przebija dno!”, http://www.natemat.pl, 29.12.2019.

[3] Rosyjski senator atakuje Andrzeja Dudę. „Polska staje w jednym szeregu z nazistami”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 4.01.2020.

[4] „Rossijskaja Gezieta” oskarża Polaków o udział w Holokauście. Uderza też w prezydenta Dudę, http://www.wprost.pl, 10.01.2020.

[5] Czechy. Prezydent Zeman o reakcji Rosji: Absolutna bezczelność, http://www.wiadomosci.wp.pl, 28.12.2019.

[6] Ukraińskie MSZ wezwało polskiego ambasadora z powodu wypowiedzi na temat OUN-UPA, http://www.kresy.pl, 8.01.2020.

Bohdan Piętka

15 stycznia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 3-4 (2275/2276), 19-26 stycznia 2020, s. 10-11

Kto otworzył drogę Hitlerowi?

Pytanie, czy Polska mogła uniknąć losu, jaki spotkał ją we wrześniu 1939 roku, było stawiane od czasu zakończenia kampanii wrześniowej. Epigoni obozu sanacyjnego zwykle udzielali na nie fałszywych odpowiedzi – zrzucając odpowiedzialność wyłącznie na sygnatariuszy paktu Ribbentrop-Mołotow i mocarstwa zachodnie, tylko nie na politykę firmowaną przez Józefa Becka. Z kolei po 1989 roku w kręgach prawicowych zyskała popularność teza, że w 1939 roku należało stanąć po stronie III Rzeszy. Argumenty zwolenników tej tezy – będącej jednym z przejawów polskiego irracjonalizmu politycznego – zebrał Piotr Zychowicz w książce „Pakt Ribbentrop-Beck. Czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki” (Poznań 2012).

Nie pakt „Ribbentrop-Beck”, ale układ sojuszniczy pomiędzy Pragą i Warszawą był szansą na zatrzymanie rozpędzającej się agresji hitlerowskiej. Polska przegrała kampanię wrześniową rok wcześniej – we wrześniu 1938 roku – dopuszczając do rozbioru Czechosłowacji. Gorzko podsumował to wówczas Wojciech Korfanty (1873-1939): „Za dwa powiaty Zaolzia, które można było w inny sposób dziesięć razy odzyskać sprzedano bezpieczeństwo Polski”. Rozbiór, a następnie likwidacja Czechosłowacji w połowie marca 1939 roku doprowadziły do przejęcia przez III Rzeszę nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej i dobrze rozwiniętego czeskiego przemysłu zbrojeniowego. Spowodowało to wzmocnienie niemieckiego potencjału militarnego na tyle, że Niemcy hitlerowskie były gotowe do rozpoczęcia wojny z Polską już pod koniec lata 1939 roku. Z dzisiejszej perspektywy zdumiewa, że sternicy nawy państwowej II RP nie rozumieli jakie będą skutki geopolityczne i wojskowe rozbioru Czechosłowacji. Polską racją stanu było niedopuszczenie za wszelką cenę do kapitulacji Czechosłowacji przed dyktatem monachijskim. A cena była naprawdę niewielka – trzeba było tylko wznieść się ponad uprzedzenia polityczne wobec tego kraju.

Rok 1938 był kluczowy dla rozwoju późniejszych wydarzeń. To wtedy mocarstwa zachodnie zapaliły zielone światło Hitlerowi do rozpętania drugiej wojny światowej. To nie pakt Ribbentrop-Mołotow, ale układ monachijski doprowadził do zniszczenia ładu wersalskiego i pozwolił III Rzeszy na politykę dyktatu i podboju. Odpowiedzialność za to spada w pierwszej kolejności na Francję i Wielką Brytanię oraz ich politykę appeasementu (zaspokajania roszczeń Hitlera). Wątpliwości co do tego nie miał Winston Churchill: „W roku 1938 walka o Czechosłowację byłaby czymś jak najbardziej rozsądnym: armia niemiecka mogła wystawić zaledwie pół tuzina wyszkolonych dywizji na froncie zachodnim, podczas gdy Francja ze swoimi niemal 60 czy 70 dywizjami bez trudu mogła przekroczyć Ren i zająć Ruhrę”. A także dojść do Berlina i zakończyć istnienie brunatnej Rzeszy Hitlera, zanim ta podpaliła świat. W 1939 roku było już na to za późno.

W drugiej połowie września 1938 roku – w szczytowym momencie kryzysu sudeckiego – czechosłowacki prezydent Edvard Beneš skierował list do prezydenta Ignacego Mościckiego, w którym oferował Polsce rewizję granicy w zamian za neutralność Warszawy w kryzysie sudeckim. List ten dotarł do Warszawy z opóźnieniem i nie wywarł pozytywnego skutku ze względu na antyczeską zawziętość Józefa Becka – sternika polskiej polityki zagranicznej. Jego odpowiedzią na list Beneša były wysłane do Pragi pod koniec września 1938 roku noty dyplomatyczne, utrzymane w tonie nieprzyjaznym, w których Warszawa domagała się równolegle do załatwienia roszczeń niemieckich rewindykacji terytorialnej na Zaolziu. To wtedy II RP przegrała kampanię wrześniową z 1939 roku, a więc swój byt polityczny.

Józef Beck po objęciu w listopadzie 1932 roku stanowiska ministra spraw zagranicznych zablokował proces normalizacji stosunków polsko-czechosłowackich. Wobec Czechosłowacji kierował się on tezą Józefa Piłsudskiego, że istnienie tego państwa nie jest zjawiskiem trwałym. Wbrew stanowisku opozycji antysanacyjnej prowadził rozmyślną politykę pogorszenia stosunków z Pragą, czego wyrazem było niepowodzenie rozmów polsko-czechosłowackich w latach 1932-1934. Południowy sąsiad przestał być wtedy dla Becka poważnym partnerem.

Politykę Józefa Becka wobec Czechosłowacji w 1938 roku bezlitośnie podsumował prof. Henryk Batowski (1907-1999): „Błędna polityka polska w tym okresie łączyła się (…) z faktem, że Czechosłowacja była w sojuszu ze Związkiem Radzieckim, że tolerowała u siebie działalność partii komunistycznej, że udzielała pomocy polskiej opozycji. Oficjalnie upominano się o nie w pełni takie, jakie powinno być, traktowanie ludności polskiej na Zaolziu. Ale trzeba stwierdzić, że Beckowi nie tyle chodziło o sprawę Zaolzia, ile o cel znacznie szerszy: o zniszczenie Czechosłowacji jako takiej, gdyż nie mieściła się ona w koncepcji Europy Środkowej wytworzonej w polskim MSZ, opartej przede wszystkim na współpracy z Węgrami. Chciano dopomóc separatystom słowackim w zerwaniu z Pragą, a Czechów pozostawić ich własnemu losowi”[1]. Takie cele polityki polskiej były w tym czasie niestety bliskie celom polityki hitlerowskiej.

O ile przed 1989 rokiem w historiografii polskiej dominowało przekonanie, że Polska popełniła śmiertelny błąd biorąc udział w rozbiorze Czechosłowacji, to w III RP nastąpił powrót do prosanacyjnej wykładni dziejów. Sprowadza się to nie tylko do usprawiedliwiania zgubnej dla Polski polityki Józefa Becka, ale także jego gloryfikacji jako rzekomo przenikliwego męża stanu, który w 1938 roku zapobiegł zajęciu Zaolzia przez Niemców. Zwolennicy takiego punktu widzenia (m.in. Marek K. Kamiński, Leszek Moczulski, Romuald Szeremietiew) uważają, że całkowitą i wyłączną winę za fiasko jakiegokolwiek porozumienia Polski i Czechosłowacji w 1938 roku ponosił Edvard Beneš, który od 1918 roku prowadził politykę antypolską.

Z takim punktem widzenia już ponad pół wieku temu polemizował gen. Tadeusz Machalski (1893-1983) – w latach 1939-1945 attaché wojskowy w Atenach i Ankarze, po wojnie emigracyjny historyk wojskowości. W wydanej w Londynie w 1964 roku książce „Pod prąd. Światła i cienie kampanii wrześniowej 1939 roku” zauważył on, że zatargi z Pragą o Zaolzie „aczkolwiek ważne, nie powinny były zaciemniać nam obrazu rzeczywistości. Istnienie Czechosłowacji skracało naszą granicę narażoną na atak niemiecki, o całe 850 km i zapewniało bezpieczeństwo naszej południowo-zachodniej granicy na odcinku sięgającym od Karpat aż po Częstochowę włącznie. To było rzeczą najważniejszą, ważniejszą od tego, czy Benesz był sympatyczny czy nie (…). Rozwiązania problemu bezpieczeństwa naszej południowo-zachodniej granicy nie należało szukać we wspólnym z Hitlerem rozbiorze Czechosłowacji, ale wręcz przeciwnie, broniąc Czechosłowację [!] przed zaborczością Hitlera. Wtedy Hitler, widząc nas przeciwko sobie, prawdopodobnie namyśliłby się dwa razy przed podjęciem ryzykownej decyzji. Gdybyśmy w czasie kryzysu sudeckiego stanęli po stronie Czechosłowacji zamiast po stronie Niemiec, to możliwe, że do wojny tak w 1938, jak i w 1939 roku w ogóle by nie doszło, a gdyby pomimo wszystko wybuchła już w 1938 roku, to rozegrałaby się tak, jak to niemiecki sztab generalny przewidywał i zakończyłaby się katastrofą Niemiec. Ale nawet gdyby Francja i Anglia zawiodły, to i bez ich udziału, razem z Czechosłowacją, byliśmy silniejsi od Hitlera i dalibyśmy sobie z nim radę i to tym łatwiej, że pomógłby nam planowany przez generałów niemieckich zamach stanu”.

Niestety, tak się nie stało. Mentalność ekipy sanacyjnej – owładniętej obsesją antyczeską, bardzo długo lekceważącej zagrożenie niemieckie i ulegającej nierealnemu złudzeniu „polityki mocarstwowej” – doprowadziła do udziału II RP w rozbiorze Czechosłowacji, którego bezpośrednim skutkiem stała się agresja hitlerowska na Polskę rok później. Nie jest prawdą, że po stronie czechosłowackiej nie było partnera do zawarcia układu politycznego.

Poważne rozmowy na temat politycznego i wojskowego zbliżenia obu krajów były prowadzone już w latach 1924-1925 przez szefa polskiego Sztabu Generalnego, gen. Stanisława Hallera, oraz gen. Jana Syrový’ego – wówczas zastępcę naczelnika Sztabu Głównego armii czechosłowackiej, a we wrześniu 1938 roku premiera rządu czechosłowackiego, który został zmuszony przyjąć dyktat monachijski. Jeszcze po przewrocie majowym z 1926 roku w czeskich kołach wojskowych istniała gotowość zawarcia sojuszu z Polską. Jeden z czeskich sztabowców, płk Bartoš, stwierdził wówczas, że „istnieje bezwzględna konieczność jak najściślejszej współpracy obu naszych armii, wobec istnienia wspólnego nieprzyjaciela – Niemiec. Ta współpraca jest conditio sine qua non istnienia obu państw”[2].

W połowie lat 20-tych XX w. czescy i polscy sztabowcy kreślili plany wspólnego ataku na niemiecki Śląsk („klin śląski”), w przypadku zagrożenia obu państw przez Niemcy. Zawarcie wówczas wymierzonego w Berlin sojuszu polsko-czechosłowackiego zmieniłoby układ sił w Europie Środkowej na niekorzyść Niemiec, likwidując w pierwszej kolejności niebezpieczeństwo niemieckiego okrążenia Polski od południowego zachodu. Ponadto dobrze rozwinięty czeski przemysł zbrojeniowy stałby się cennym dostawcą broni dla Wojska Polskiego. Dlatego porozumienie polityczno-wojskowe z Czechosłowacją było celem, jaki postawił sobie w polityce zagranicznej trzeci rząd Wincentego Witosa – powołany 10 maja 1926 roku i obalony cztery dni później w wyniku wojskowego zamachu stanu Józefa Piłsudskiego. Historycy ruchu ludowego są przekonani, że jedną z głównych przyczyn przewrotu majowego był zamiar pokrzyżowania planów sojuszu polsko-czechosłowackiego, który nie leżał w interesie Niemiec i Wielkiej Brytanii.

Zamach majowy przerwał prace nad paktem polityczno-wojskowym z Pragą, a jednym z jego konsekwencji było osłabienie, a następnie zerwanie w 1934 roku kontaktów wojskowych między Polską a Czechosłowacją. Był to wielki błąd. Kierownictwo armii czechosłowackiej – złożone z byłych legionistów walczących z bolszewikami w Rosji w latach 1918-1919 – stanowiło najbardziej propolską część establishmentu czechosłowackiego. W oparciu o generalicję czechosłowacką można było zbudować polskie lobby polityczne w tym kraju, które mogło wpłynąć na niechętną Polsce politykę prezydentów Tomáša Masaryka i Edvarda Beneša. Tacy generałowie jak Ludvík Krejčí, Alois Eliáš, Lev Prachala, Jan Syrový, czy Siergiej Wojciechowski (z pochodzenia Polak) – przeciwnicy kapitulacji wobec dyktatu monachijskiego – mając polskie wsparcie podczas kryzysu sudeckiego, mogli się pokusić o obalenie ekipy prezydenta Edvarda Beneša na drodze zamachu stanu i stworzenie rządu, który razem z Polską byłby gotów podjąć walkę z Niemcami. Racją stanu Polski było utrzymanie z tymi propolskimi generałami kontaktów za wszelką cenę. Tymczasem ekipa sanacyjna zerwała z nimi wszelkie kontakty w połowie lat 30-tych – w sytuacji, gdy Niemcy hitlerowskie przystąpiły do demontażu ładu wersalskiego w Europie.

Armia czechosłowacka zmobilizowała w 1938 roku 45 dywizji wobec 47 niemieckich. Gdyby po stronie Czechosłowacji stanęła Polska, nie mówiąc o Francji, III Rzesza nie miałaby przewagi militarnej już na początku starcia zbrojnego.

Przedstawiciele czeskich kół wojskowych w latach 1937-1938, a nawet jeszcze jesienią 1938 roku, szukali kontaktu z Polską, jednakże ekipa sanacyjna nie miała zamiaru dogadać się z Czechosłowacją. Z inicjatywą rozmów pod adresem polskiego attaché wojskowego w Bukareszcie, ppłk. Tadeusza Zakrzewskiego, wystąpił już na początku grudnia 1937 roku jego czeski odpowiednik, ppłk Otokar Buda. Proponował on w imieniu gen. Ludvíka Krejčí – szefa czechosłowackiego Sztabu Głównego – odbycie zakonspirowanego spotkania przedstawicieli sztabów polskiego i czechosłowackiego w sprawie współdziałania obu państw przeciw Niemcom.

Jedyną reakcją na raport ppłk. T. Zakrzewskiego w tej sprawie była surowa reprymenda udzielona mu przez gen. Wacława Stachiewicza – szefa polskiego Sztabu Głównego – oraz płk. Tadeusza Pełczyńskiego – szefa Oddziału II, późniejszego generała i jednego ze sprawców tragedii powstania warszawskiego. Propozycję współpracy pod adresem strony polskiej ponowił w lutym 1938 roku czeski attaché wojskowy w Moskwie, ppłk Dastych. Sugerował on, że jeśli Polska stanie po stronie Czechosłowacji i zaproponuje układ sojuszniczy, to generalicja czechosłowacka odsunie od władzy ekipę Beneša[3]. Propozycja ta była jednak dla ekipy sanacyjnej niepożądana i kłopotliwa, więc ją zignorowano. To samo stało się z oficjalną propozycją czeską z czerwca 1938 roku dostaw surowców i sprzętu wojennego do Polski w zamian za zawarcie sojuszu wojskowego między oboma państwami.

Henryk Batowski ocenił takie działania strony polskiej następująco: „Błędność tej polityki wiązała się z całą ówczesną polityką obozu sanacji, jak i z określonymi cechami osobowości samego Becka, tj. jego arbitralnością, przekonaniem o własnej nieomylności, a także – last but not least – silną emocjonalną niechęcią do Czechów w ogóle i do Beneša w szczególności. Te wszystkie cechy, a zawłaszcza wszelkie emocjonalne uprzedzenia, są całkowicie niedopuszczalnymi motywami we wszystkich działaniach publicznych, tym bardziej wtedy, gdy chodzi o losy własnego kraju i narodu (…). Beck dążył do całkowitego rozbicia Czechosłowacji. Zamiast niej widział przede wszystkim wspólną granicę polsko-węgierską w Karpatach wschodnich (…) oraz niezależną bądź autonomiczną Słowację, związaną bądź z Polską, bądź z zaprzyjaźnionymi z Polską Węgrami, w każdym razie rozszerzającą – jak rozumowano wtedy w Warszawie – bezpieczeństwo Polski od południa na cały łańcuch Karpat”[4].

„Niezależną” Słowację proklamował jednak nie Beck, ale Hitler w marcu 1939 roku i z jej właśnie terytorium wyszło we wrześniu 1939 roku oskrzydlające Polskę od południa uderzenie niemiecko-słowackie.

Z analizy wypowiedzi czołowych polityków sanacyjnych – nie tylko Becka – wynika, że nie wierzyli oni w trwałość państwa czechosłowackiego, mieli pogardę do Czechów jako narodu oraz uważali, że rozbiór Czechosłowacji byłby dla Polski sprawą pożądaną i korzystną politycznie. Takie wypowiedzi były formułowane jeszcze na długo przed kryzysem sudeckim. Bez względu na geopolityczne uwarunkowania sytuacji Polski i Czechosłowacji w roku 1938 – na co powołują się obrońcy polityki Becka – los Czechosłowacji w myśleniu ekipy sanacyjnej był już przesądzony na długo przedtem. Polityka polska w 1938 roku wobec południowego sąsiada nie była zdeterminowana kwestią Zaolzia i mieszkającej tam ludności polskiej, lecz stanowiła realizację znacznie wcześniejszych planów ekipy sanacyjnej rozbicia Czechosłowacji. Trudno doprawdy pojąć to zaślepienie, ponieważ Czechosłowacja była, obok Polski, zwornikiem ładu wersalskiego w Europie, który przyniósł prawno-międzynarodowe uznanie obu państw. Każdy kto podkopywał system wersalski w Europie Środkowej – przyczyniał się do likwidacji niepodległego państwa polskiego.

Niestety, ale prawda jest taka, że zanim 23 sierpnia 1939 roku Ribbentrop i Mołotow ostatecznie złożyli do grobu system wersalski, grobową niszę wykopał mu m.in. minister Józef Beck we wrześniu i październiku 1938 roku. Polityka ekipy sanacyjnej w dobie Monachium sprawiła, że na salonach politycznych ówczesnej Europy podejrzewano nawet Polskę o jakąś tajemniczą zmowę z Niemcami. Wytrawnym politykom wydawało się bowiem dziwne, że ambitny minister dyplomacji nie rozumie dających się przewidzieć konsekwencji swoich działań.

[1] H. Batowski, „Między dwiema wojnami 1919-1939. Zarys historii dyplomatycznej”, Kraków 2001, s. 323.

[2] J. Engelgard, „Sojusz z Czechosłowacją – niewykorzystana szansa”, (w:) „Piłsudski i sanacja – błędy i zbrodnie. Konferencja historyczna, Warszawa, 15 września 2018”, Warszawa 2018, s. 48.

[3] Tamże, s. 52-54. Por. też: H. Bułhak, „Z dziejów stosunków wojskowych polsko-czechosłowackich w latach 1927-1936”, „Studia z dziejów ZSRR i Europy Środkowej”, t. XI, Warszawa 1975, s. 98-150; Tenże, „Czechosłowackie próby wznowienia rozmów na temat sojuszu wojskowego z Polską (1937-1938)”, „Studia z dziejów ZSRR i Europy Środkowej”, t. XII, Warszawa 1976, s. 203-210; M. Jarecki, „Dylematy i rozdroża czechosłowackiej polityki zagranicznej”, „Sborník prací Pedagogické fakulty Masarykovy univerzisty, řada společenských věd”, Brno 2017, s. 33-40.

[4] H. Batowski, „Rok 1938 – dwie agresje hitlerowskie”, Poznań 1985, s. 434-444.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 września 2019 r.

„Przegląd” nr 37 (1027), 9-15.09.2019, s. 34-37

Degrelle a polityka historyczna III RP

Na oficjalnym koncie na Twitterze Brygady Lubelskiej ONR pojawił się następujący wpis: „15 czerwca 1906 r. urodził się Leon Degrelle – jeden z największych narodowych rewolucjonistów. Oto prawdziwa wielka rewolucja, którą trzeba przeprowadzić. Rewolucja duchowa. Albo bankructwo epoki. Zbawienie świata spoczywa w woli dusz, które wierzą”.

Wpis ten wywołał słuszne oburzenie Rafała A. Ziemkiewicza, Konrada Świrskiego (członka zarządu i byłego wiceprezesa Polskiej Fundacji Narodowej) oraz Krzysztofa Bosaka.

Red. R. Ziemkiewicz stwierdził: „Co za chory, odrażający pomysł. Lubelski ONR właśnie napluł na grób zamęczonego w Auschwitz założyciela przedwojennego ONR Mosdorfa i licznych działaczy tej organizacji, którzy polegli i zostali zakatowani przez hitlerowców. Doradzam p***cie się w łeb i natychmiastowe przeprosiny”.

Natomiast Konrad Świrski napisał: „Ludzie z @ONRLublin albo zwariowali albo są po prostu ruską agenturą. Promują hitlerowskiego kolaboranta, dowódcę dywizji SS Walonien (…)”[1].

Ten chwyt z „ruską agenturą” – jakże charakterystyczny dla obozu władzy – musiał tak podziałać na lubelski ONR, że zaraz wpis o Degrelle’u skasował. Jednakże sprowadzanie wszystkiego do „ruskiej agentury” jest daleko idącym uproszczeniem.

Nie ulega wątpliwości, że jakiekolwiek pozytywne odniesienia do osoby SS-Standartenführera Leona Degrelle’a (1906-1994), hitlerowskiego kolaboranta i dowódcy 28. (1.walońskiej) Ochotniczej Dywizji Grenadierów Pancernych Waffen-SS „Wallonien” są kompromitujące dla każdego kto uważa się za Polaka. Są profanacją pamięci o polskich ofiarach nazizmu i bezczelną ignorancją faktu, że niemiecki nazizm skazał naród polski na zagładę. Są także kompromitacją dla każdego kto uważa się za katolika, ponieważ Degrelle został w lipcu 1943 roku ekskomunikowany przez hierarchów belgijskiego Kościoła katolickiego. W reakcji na ten akt ksiądz Michel Poncelet odmówił udzielenia mu sakramentu Eucharystii. Wówczas Degrelle na czele swoich zwolenników napadł na tego księdza w kościele. Został on przez nich pobity, wyrzucony z kościoła i zamknięty w grobowcu rodziny Degrelle’a. 12 kwietnia 1943 roku Degrelle zamordował też kochanka swojej żony i nigdy nie został za to ukarany. Jako nazistowski kolaborant był bowiem bezkarny. Odwoływanie się do takiej postaci jako rzekomego symbolu „tradycji katolickiej” i jej obrony ośmiesza każdego, kto to czyni.

Mimo to po skandalu w Lublinie pojawili się obrońcy postaci Degrelle’a, twierdzący, że jego kolaboracja z III Rzeszą to był tylko taki epizod, a poglądy wodza walońskich faszystów („chrześcijański rewolucjonizm”) były w porządku i świetnie nadają się dzisiaj dla radykalnej prawicy. Nie można twierdzić, że ceni się u Degrelle’a „chrześcijański rewolucjonizm” i ignorować fakt, że był nazistą. Ten „chrześcijański rewolucjonizm” zaprowadził Degrelle’a właśnie do nazizmu i kolaboracji z III Rzeszą. I tylko tam.

Nie jest też prawdą, że ta kolaboracja to był jakiś „realizm polityczny”, na który Degrelle zdecydował się po 1940 roku, żeby ocalić Belgów. Po pierwsze Belgom (poza belgijskimi Żydami) nie groziła ze strony III Rzeszy eksterminacja. Takie zamiary hitlerowskie Niemcy miały tylko wobec Żydów i Słowian. Generalny Plan Wschodni przewidywał biologiczną redukcję Polaków o 85%, Czechów o 50%, Ukraińców o 65%, a Białorusinów o 75%. Następni po Żydach byli przewidziani do zagłady właśnie Słowianie. Zagłada Żydów środkowo- i wschodnioeuropejskich była wstępem do depopulacji Europy Środkowej i Wschodniej. Tam – a nie w Belgii – miał powstać niemiecki Lebensraum, o który na froncie wschodnim walczył SS-Standartenführer Degrelle.

Po drugie Degrelle przeszedł na stronę faszyzmu i nazizmu na długo przed wkroczeniem 10 maja 1940 roku wojsk niemieckich do Belgii, Francji, Holandii i Luksemburga. W 1935 roku Degrelle wystąpił z Belgijskiej Partii Katolickiej i założył ultrakatolickie oraz radykalnie nacjonalistyczne ugrupowanie Christus Rex, Potocznie nazywano ten ruch reksistami, a jego ideologię reksizmem. Reksiści od początku dryfowali w kierunku faszyzmu i nazizmu. Degrelle był przed wojną regularnym gościem corocznych zjazdów NSDAP w Norymberdze, spotykał się z Josephem Goebbelsem i pobierał wsparcie finansowe od Benito Mussoliniego. Reksizm jako ideologia był kopią włoskiego faszyzmu, okraszoną frazeologią ultrakatolicką.

W 1940 roku Degrelle został wydalony przez Niemców wraz z tysiącem swoich zwolenników do Francji. Powrócił jednak do łask III Rzeszy, gdy przedstawił Berlinowi bardziej atrakcyjną ofertę kolaboracji niż wspierani początkowo przez hitlerowców separatyści flamandzcy. Ostatecznie Hitler postawił w Belgii na Degrelle’a i na katolickich faszystów walońskich (reksistów) i się nie zawiódł. Nie zabrakło ochotników do Legionu Walońskiego i stworzonych później na jego bazie Brygady Szturmowej SS „Walonia” oraz 28. Ochotniczej Dywizji Grenadierów Pancernych Waffen-SS „Wallonien”, rozbitej w lutym 1945 roku podczas walk na Pomorzu. Formacje te były używane na Wschodzie m.in. do walk z partyzantką radziecką i prawdopodobnie też polską, o czym warto członkom ONR przypomnieć. Degrelle został odznaczony wieloma odznaczeniami hitlerowskimi, w tym Krzyżem Rycerskim Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu (czwarta klasa Krzyża Rycerskiego Krzyża Żelaznego). Wręczając mu to odznaczenie na początku 1945 roku Hitler powiedział, że „gdybym miał syna, chciałbym by był taki jak ty”.

Degrelle dorobił się na wojnie i kolaboracji z Niemcami fortuny. Głównie na grabieży majątku po zamordowanych Żydach belgijskich. Za uzyskane w ten sposób pieniądze kupował nieruchomości w Cannes oraz wygodnie urządził się po wojnie w frankistowskiej Hiszpanii, nie przejmując się faktem, że w Belgii skazano go zaocznie za kolaborację z Niemcami na karę śmierci.

W 1977 roku, w wywiadzie dla „The New York Times”, Degrelle stwierdził: „byłem hitlerowcem, cięgle nim jestem i pozostanę nim do śmierci”. W wywiadzie z 1985 roku dla „The Washington Post” stwierdził natomiast, że komory gazowe w niemieckich obozach zagłady nigdy nie istniały, a Josef Mengele był w Auschwitz zwykłym lekarzem. Katolickim nacjonalistom w Polsce, którzy odwołują się do tej postaci, warto przypomnieć, że w 1979 roku Degrelle napisał bezczelny w formie i treści list do papieża Jana Pawła II, w którym sprzeciwiał się jego wizycie w byłym nazistowskim i niemieckim obozie KL Auschwitz. Otwarcie zanegował wtedy zbrodnie niemieckie popełnione w tym obozie.

Hubert Kuberski uważa, że transformacja Degrelle’a z katolickiego faszysty w nazistę miała miejsce na początku 1943 roku: „Przełom ideologiczny u Degrelle’a nastąpił 17 stycznia 1943 r. w brukselskim Palais des Sports, gdy doszło do oficjalnego powitania powracających legionistów przez tysiące zmobilizowanych specjalnie w tym celu ekstremistów walońskich. To tam Chef de Rex ogłosił zmianę kursu oraz rewelacje o »germańskich« korzeniach Walonów (mających wywodzić się od Burgundów) oraz włączeniu Walonii w skład III Rzeszy, tworzącej »Germańskie Imperium«. Tą deklaracją Degrelle osiągnął najwyższy poziom kolaboracji z Niemcami – jednocześnie okazywało się, że Rex i Légion stały się platformą stałego wzrostu osobistego znaczenia i ambicji swego lidera. (…) Dalszym krokiem ku ściślejszej kolaboracji był ponowny wyjazd Degrelle’a do Berlina wraz z Matthysem i Paulem Colinem. W ciągu dwóch tygodni Chef de Rex spotkał się z przedstawicielami Wehrmachtu i SS-Hauptamt, rozpoczynając serię rozmów na temat przeniesienia walońskiego legionu pod zwierzchnictwo Waffen SS. Poza najważniejszą kwestią wojskową Degrelle zdążył doprowadzić do spotkań na temat statusu Walonów w Reichsicherhauptamt, Reichsjugendführung, Propagandaministerium i Auswärtiges Amt. Wziął też udział w mityngu politycznym, przemawiając przed publicznością berlińskiego Reichssportfeld, złożoną z 2000 belgijskich robotników (ochotniczych i przymusowych) oraz legionistów. Wizyta okazała się sukcesem medialnym Degrelle’a, gdyż Hitler wydał 31 stycznia 1943 r. polecenie, które brzmiało: »wszelkimi sposobami musimy popierać Degrelle’a«. Wówczas zaczął kształtować się narodowosocjalistyczny Degrelle. Tymczasem rozwijał się front wewnętrzny w Walonii pod postacią kontrterroru, będącego odpowiedzią na zamachy organizowane przez belgijski Resistance zdominowany przez komunistów z PCB. Zakulisowo działający reksiści pod kierunkiem Charlesa Lambinona, w ramach Biura Informacji, Dochodzenia i Dokumentacji (Bureau d’information, de renseignements et de documentation – BIRD) przygotowywali listy proskrypcyjne potencjalnych i wytypowanych wrogów Reksa. Ostatecznie część informacji BIRD trafiła do niemieckiej policji, a pod koniec 1942 r. doszło do zaangażowania reksistów w akcje inwigilacyjne, np. w Charleroi. Już wkrótce, bo w styczniu 1943 r., doszło do serii ataków przemocy wobec osób utożsamianych z kręgami patriotycznymi lub probrytyjskimi”[2].

Tym, którym imponuje Degrelle jako „katolicki tradycjonalista” trzeba też uświadomić, że dekatolizacja i dechrystianizacja Europy Zachodniej nie zaczęła się od rewolucji obyczajowej w latach 60. XX wieku i późniejszej inwazji islamu. Zaczęła się od profaszystowskich i pronazistowskich afiliacji ruchów politycznych odwołujących się do tradycjonalistycznego katolicyzmu, takich jak reksiści w Belgii czy Croix-de feu (Ognisty Krzyż) we Francji.

To wszystko jest oczywiste. Powstaje jednak pytanie, dlaczego panowie Świrski i Ziemkiewicz zareagowali dopiero teraz na gloryfikację postaci Leona Degrelle’a wśród skrajnej prawicy w Polsce? Przecież ta gloryfikacja ma miejsce co najmniej od lat 90. XX wieku. Już wtedy bowiem wydano w Polsce po raz pierwszy „Płonące dusze” – czyli taki „Mein Kampf” Degrelle’a. Ostatnie polskie wydanie tej książki – nakładem wydawnictwa Rekonkwista – pochodzi z 2009 roku. Wydawnictwo Rekonkwista zostało założone przez pracownika IPN, dr. Mariusza Bechtę, którego prezydent Andrzej Duda odznaczył w 2016 roku Złotym Krzyżem Zasługi. Na polskim rynku wydawniczym jest też obecne od lat inne dzieło pisarskie Degrelle’a – „Front wschodni 1941-1945. Wspomnienia”, wydane w 2002 roku w Krakowie przez Wydawnictwo Arkadiusz Wingert. Publikacja ta zawiera skrajnie idealistyczny obraz armii hitlerowskiej na froncie wschodnim. Oficyna Wydawnicza Finna wydała w Polsce dwutomową publikację Degrelle’a pt. „Wiek Hitlera”, której drugi tom nosi tytuł „Hitler demokrata”, a wydawnictwo Carnivore apologetyczną książkę Degrelle’a pt. „Waffen SS”, która w styczniu 2018 roku była promowana na narodowo-radyklanym portalu Nacjonalista.pl. Nie wydawano by w Polsce takich książek, gdyby nie było na nie popytu. A ten popyt stworzyła skrajnie antykomunistyczna polityka historyczna. Heroiczne opowieści o „Łupaszce”, „Roju” i „Burym” pewnym ludziom nie wystarczyły. Sięgnęli więc po coś mocniejszego. Ostatecznie Degrelle zrealizował 70 lat wcześniej ich marzenie – marzenie o walce z Rosją, nie w jakiejś partyzantce, ale w wielkiej regularnej armii.

Złote myśli Degrelle’a, a także Davida Irvinga i Juliusa Evoli, były też rozpowszechniane na łamach periodyku „Templum Novum”, wydawanego i redagowanego przez wspomnianego pracownika IPN, dr. Mariusza Bechtę. W 2013 roku Bechta opublikował w języku polskim „Apel do młodych Europejczyków” Degrelle’a. Panowie Świrski i Ziemkiewicz wtedy tego nie zauważyli?

Nigdy wcześniej nie dostrzegli, że postać przywódcy walońskich katolickich faszystów była przez co najmniej 25 lat stale obecna w roli bohatera pozytywnego na różnych portalach nacjonalistycznych w Polsce i w tego typu niszowych publikacjach? Naprawdę dziwnie, jeśli nie śmiesznie, wygląda ich oburzenie w czerwcu 2019 roku.

W dzisiejszej Polsce działają także legalnie Ruch Christus Rex i Instytut Narodowo-Rojalistyczny Christus Rex, odwołujące się właśnie do ideologii reksizmu Degrelle’a. Z ich strony internetowej można się dowiedzieć, że są przeciwko komunizmowi i kapitalizmowi, opowiadają się za „narodowym państwem korporacyjnym” (to takie eleganckie określenie włoskiego faszyzmu), „integralnym rzymskim katolicyzmem”, „integralnym nacjonalizmem”, „narodowym solidaryzmem” (patrz: uwaga wyżej) i „monarchizmem narodowym”. Można tam przeczytać, że Degrelle był autorem „wzniosłych słów”, a oprócz jego dzieła „Płonące dusze” jest też propagowane dzieło „Droga legionisty” autorstwa Corneliu Zelea Codreanu (1899-1938) – rumuńskiego mistyka prawosławnego i ideologa rumuńskiego faszyzmu, przywódcy Legionu Michała Archanioła (późniejszej Żelaznej Gwardii). O tym panowie Świrski i Ziemkiewicz też nie wiedzą? Też powiedzą, że to „ruska agentura”? A może jednak nie „ruska”.

Podejrzewam, że nie chodzi tym panom o Degrelle’a, ale jedynie o powiedzenie ONR-owi, że jak chcą być przybudówką PiS-u to niech nie kompromitują swojego protektora tak bezpośrednio. Mogą czcić „Ognia” i „Burego”, ale nie SS-Standartenführera Degrelle’a.

Skąd się wziął w tego typu środowiskach kult postaci Degrelle’a? Z tego samego źródła, z którego wypłynął tendencyjny kult „żołnierzy wyklętych” i cała polska polityka historyczna po 1989 roku. Z wojującego antykomunizmu i antysowietyzmu (rozumianego jako antyrosyjskość). Gloryfikacja różnych Degrellów to była narracja propagandowa skrajnej prawicy na Zachodzie w okresie „zimnej wojny” (1946-1989). Wtedy to było tam tolerowane, bo wszystko co antykomunistyczne i antysowieckie uważano w tamtym okresie za dobre.

Ta idea, że wszystko co antykomunistyczne i antysowieckie (w znaczeniu antyrosyjskie) jest dobre, legła u podstaw polskiej polityki historycznej po 1989 roku i jeszcze bardziej pisowskiej polityki historycznej po 2015 roku. Oczywiście, że ta polityka historyczna nie przewidywała kultu SS-Standartenführera Degrelle’a, ale każda skrajność ma tę cechę, że inspiruje jeszcze większą skrajność. Dla części środowisk nacjonalistycznych postać Degrelle’a wpisała się w ramy państwowej antykomunistycznej polityki historycznej, czy też inaczej – ta polityka stała się parawanem ochronnym dla kultu takiej postaci. Afirmacja Degrelle’a pod płaszczykiem „chrześcijańskiego rewolucjonizmu” i czegoś tam jeszcze jest bowiem dla tych środowisk zastępczą formą afirmacji faszyzmu i nazizmu, do których wprost nie wypada się odwoływać. Afirmacja Degrelle’a i reksizmu w Polsce świadczy o zagubieniu politycznym młodego pokolenia, które jest skutkiem takiego a nie innego przebiegu transformacji ustrojowej oraz peryferyjnego i podrzędnego statusu Polski w bloku euro-atlantyckim.

Panowie Świrski i Ziemkiewicz – zaliczający się niewątpliwie do elity animatorów państwowej polityki historycznej – udają, że nie rozumieją, iż potępiają uboczny skutek tej polityki. Rozsądni ludzie ostrzegali, że wyjdzie z tego głupota i kompromitacja. I wyszła.

[1] Skandaliczny wpis lubelskiej brygady ONR. Ostra reakcja Ziemkiewicza, http://www.przybylski.dorzeczy.pl, 17.06.2019.

[2] H. Kuberski, „Wschodnioeuropejska odyseja Leona Degrelle’a. Walońscy ochotnicy Waffen SS (1943-1945) na froncie wschodnim”, „Studia z dziejów Rosji i Europy Środkowo-Wschodniej”, rocznik XLIX, zesz. 2, Warszawa 2014, s. 130-131.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 czerwca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 27-28 (2247/2248), 30.06-7.07.2019, s. 4-5

Operacja Allied Force, czyli unicestwienie Jugosławii

24 marca minęła 20. rocznica agresji NATO na Jugosławię (operacja Allied Force – Siły Sprzymierzone). Polska – przyjęta do NATO 12 marca 1999 roku – uczestniczyła w tej agresji tylko formalnie, ale jej ówczesne władze udzieliły pełnego poparcia działaniom zbrojnym i politycznym NATO przeciw Jugosławii. To samo powtórzyło się w 2008 roku, kiedy władze Polski uznały niepodległości Kosowa niemal natychmiast po jej jednostronnym proklamowaniu. Nie było hucznych obchodów rocznicy agresji NATO na Jugosławię ani w Polsce, ani w USA i na Zachodzie. Najwidoczniej nie jest to powód do dumy. Służba prasowa NATO poinformowała jedynie, że operacja Allied Force została przeprowadzona, aby „powstrzymać katastrofę humanitarną” w Kosowie. „Ta decyzja została podjęta po ponad roku walk w Kosowie i kilku nieudanych próbach ONZ i grup kontaktowych, w których uczestniczyła też Rosja, znalezienia pokojowego dyplomatycznego rozwiązania tego kryzysu. Użycie siły przez NATO było konieczne i legalne” – ogłosiła służba prasowa NATO w 20. rocznicę agresji na Jugosławię (cyt. za: http://www.pl.sputniknews.com, 30.03.2019). Nie jest to prawda. Użycie siły przez NATO było w pełni nielegalne, ponieważ nastąpiło bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ. Celem agresji nie było powstrzymanie „katastrofy humanitarnej” w Kosowie, którą USA i Zachód same wywołały sponsorując terrorystów z Armii Wyzwolenia Kosowa (UÇK). Celem było obalenie Slobodana Miloševicia i dalsza dezintegracja terytorialna Jugosławii poprzez oderwanie od niej Kosowa – kolebki państwowości serbskiej.

To co stało się 24 marca 1999 roku było powodem i początkiem rozejścia się dróg USA i Rosji. Propaganda zachodnia, także polska, wielokrotnie oskarżała Władimira Putina o „zerwanie z Zachodem”, ale to zerwanie nastąpiło jeszcze przed objęciem władzy przez Putina (został premierem Rosji 8 sierpnia 1999 roku, a prezydentem 31 grudnia 1999 roku) i powodem tego była właśnie agresja NATO na Jugosławię. W Moskwie zrozumiano wtedy do czego zmierzają USA i Zachód, chociaż powinni byli to zrozumieć już podczas pierwszej wojny czeczeńskiej (1994-1996). Nieśmiały flirt Rosji z Zachodem, rozpoczęty przez Michaiła Gorbaczowa i kontynuowany przez Borysa Jelcyna, skończył się właśnie 24 marca 1999 roku.

Oficjalnym powodem agresji NATO na Jugosławię miało być doprowadzenie do „zakończenia czystek etnicznych na terenie Kosowa”, jak nazywano wówczas w języku propagandy zachodniej zwalczanie przez Jugosławię (Serbię i Czarnogórę) albańskich terrorystów z Armii Wyzwolenia Kosowa. Rzeczywisty powód – jak już powiedziałem – był inny. Tym powodem było dążenie Zachodu do unicestwienia Jugosławii jako wyrazicielki idei Wielkiej Serbii. Tym powodem było zanegowanie suwerenności państwowej w imię fałszywie rozumianej ideologii „praw człowieka”. Tym powodem była wynikająca z ideologii amerykańskich neokonserwatystów „wojna o demokrację”, czyli urządzanie przez USA jednobiegunowego świata. Po Jugosławii, która zniknęła z mapy świata w latach 2003-2006, przyszła kolej na Afganistan, Irak, Libię, Syrię i „kolorowe rewolucje” z Ukrainą na czele. Scenariusz przećwiczony w 1999 roku w Jugosławii został niemal dokładnie skopiowany w Libii i Syrii w 2011 roku: najpierw uzbrajamy jakąś grupę, która podejmuje działania terrorystyczne, a potem próbę zwalczania tych działań przez suwerenne państwo nazywamy „czystką etniczną” lub „zbrodnią przeciw ludzkości” i mamy powód do „wojny o demokrację i prawa człowieka”. Tak się obecnie nazywa imperialistyczną agresję na suwerenne państwo – „wojna o demokrację i prawa człowieka”.

Od 24 marca do 20 czerwca 1999 roku – przez 78 dni i nocy – najnowocześniejsze samoloty bojowe (głównie amerykańskie, brytyjskie i francuskie) bombardowały Belgrad i inne miasta Jugosławii. To była bodajże trzecia po pierwszej wojnie irackiej z 1991 roku i wojnie bośniackiej (1992-1995) „wojna medialna” – wojna dosłownie transmitowana przez różne stacje telewizyjne i kreowana przez media zachodnie, które tym razem stworzyły obraz „czystek etnicznych w Kosowie” dokonywanych przez „krwawy reżim Miloševicia”. W trwającej przez 78 dni ofensywie lotniczej NATO użyło w pierwszej fazie od 350 do 400 samolotów różnych typów, kilkaset helikopterów i dronów oraz 30 okrętów, w tym podwodnych, z których wystrzeliwano rakiety manewrujące Tomahawk. W końcowej fazie agresji na Jugosławię NATO użyło 1022 samolotów (w tym 731 amerykańskich). Liczba nalotów na dobę wahała się od 150 na początku agresji do 740 w końcu maja 1999 roku. Przeciętnie było to 486 akcji bojowych na dobę. Na Jugosławię (Serbię, Czarnogórę i Kosowo) zrzucono 25 tys. bomb i rakiet. Lotnictwo amerykańskie użyło jednak m.in. 1100 bomb rozszczepialnych, które zawierały ponad 200 tys. elementów wybuchowych.

Podczas operacji „Allied Force” NATO straciło 21 dronów, dwa helikoptery AH-64 Apache oraz trzy samoloty – dwa F-16 oraz jeden „niewykrywalny dla radarów” i „niezniszczalny” F-117 A Nighthawk, który został zestrzelony 27 marca 1999 roku przez jugosłowiańską obronę przeciwlotniczą koło wsi Budanovci w Wojwodinie. Według oficjalnej wersji NATO samolot ten uległ awarii i rozbił się. Straty osobowe NATO wyniosły tylko dwóch zabitych (piloci helikopterów AH-64 Apache). Natomiast Jugosławia straciła całe swoje lotnictwo wojskowe – 121 samolotów, ponadto 120 spośród 1270 czołgów, 220 spośród 825 pojazdów opancerzonych, 450 spośród 1400 dział oraz od 956 do 1200 zabitych, 52 zaginionych i 5173 rannych żołnierzy. Większość zabitych po stronie jugosłowiańskiej stanowiły jednak osoby cywilne, w tym dzieci. Wedle danych rządu w Belgradzie zginęło około 5700 cywilów (także Albańczyków), w tym 3 dyplomatów chińskich. Natomiast różne źródła zachodnie (m.in. Human Rights Watch) podają, że zginęło od 489 do 528 cywilów jugosłowiańskich. Straty materialne poniesione przez Jugosławię w wyniku bombardowań NATO wyniosły 29,6 bilionów dolarów.

W tej wojnie Jugosławia nie miała szans. Musiała skapitulować i zgodzić się na wycofanie swoich sił wojskowych i policyjnych z Kosowa oraz wprowadzenie w ich miejsce tzw. sił pokojowych NATO (KFOR), a także na powrót do Kosowa uchodźców, czyli przeważnie terrorystów z UÇK. Tym samym została otwarta droga do likwidacji Jugosławii w latach 2003-2006 oraz powstania tzw. niepodległego Kosowa, które proklamowano 17 lutego 2008 roku. Zanim to się stało, albańscy ekstremiści wypędzili z Kosowa tysiące Serbów, zagrabili ich majątek oraz spalili prawie wszystkie tamtejsze kościoły prawosławne. Na tę czystkę etniczną nie było jednak żadnej reakcji ani ze strony sił pokojowych KFOR, ani ze strony NATO.

Celem ofensywy powietrznej NATO przeciw Jugosławii w 1999 roku miały być wyłącznie obiekty wojskowe, do których zaliczono też obiekty administracji publicznej oraz niektóre obiekty infrastruktury (np. elektrownie). Niestety w wyniku „pomyłek” natowskich pilotów celem bomb i rakiet stały się także obiekty typowo cywilne, w tym domy mieszkalne, zabytki historii i kultury, szpitale, obiekty kultu religijnego i elementy infrastruktury komunikacyjnej, a także ambasada Chińskiej Republiki Ludowej w Belgradzie. 12 kwietnia 1999 roku dwa pociski wystrzelone z samolotu NATO trafiły „omyłkowo” w pociąg pasażerski na wiadukcie w miejscowości Grdelica zabijając 55 pasażerów i raniąc 26 (źródła zachodnie podają, że miało być rzekomo tylko 10 ofiar). Bomby i rakiety zniszczyły też historyczny Most Waradyński w Nowym Sadzie i rafinerię w Pančevie, zburzyły domy mieszkalne w Belgradzie i wielu innych miastach, ale też w niedużych miejscowościach jak Aleksinac, Nogovac, Orahovac, czy Vranje. Od bomb i rakiet natowskich ginęli również Albańczycy, których NATO miało niby ratować przed domniemaną czystką etniczną ze strony Serbów. 14 kwietnia 1999 roku „omyłkowo” zbombardowano kolumnę uchodźców albańskich na drodze Djakovica-Prizren, a następnie obóz uchodźców albańskich w Gjakovej w zachodnim Kosowie. Bomby dosięgły też siedziby radia i telewizji serbskiej. Ofiarą „pomyłki” natowskich pilotów padła nawet fabryka samochodów Zastava w Kragujevacu – największa fabryka motoryzacyjna na Bałkanach. Cóż, w Polsce takie fabryki wtedy „prywatyzowano”, a tam bombardowano. Inny sposób usunięcia konkurencji.

W bombach i rakietach, jakimi NATO atakowało Jugosławię, był stosowany zubożony uran, który jest substancją toksyczną i radioaktywną. Długo temu zaprzeczano, ale prawda w końcu wyszła na jaw. Pełną odpowiedzialność za operację Allied Force ponoszą prezydent USA Bill Clinton, sekretarz stanu USA Madeleine Albright (inicjatorka całego przedsięwzięcia), premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Robin Cook, sekretarz generalny NATO Javier Solana oraz amerykańscy generałowie Wesley Clark, John W. Hendrix, Rupert Smith i admirał James O. Ellis, Jr.

Genezę agresji NATO na Jugosławię oraz jej przebieg wyczerpująco przedstawił nieżyjący już prof. Marek Waldenberg w „niepoprawnej politycznie” (tj. oficjalnie potępionej przez „Gazetę Wyborczą”) pracy naukowej pt. „Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki” (tom I: 1991-2002, tom II: 2002-2004, Warszawa 2005). Zainteresowanych szczegółami odsyłam do tej publikacji, a także do 57-minutowego filmu dokumentalnego czeskiego dziennikarza Václava Dvořáka pt. „Skradzione Kosowo” („Uloupené Kosovo) z 2008 roku. Emisji tego filmu odmówiono w telewizji czeskiej. Jako oficjalny powód takiej decyzji podano że film jest rzekomo proserbski przez co „ton dokumentu mógłby wywołać negatywne emocje”. Potem zakazano rozpowszechniać go także w mediach publicznych na terenie Unii Europejskiej. Film można jednak obejrzeć na kanale YouTube.

W pracy prof. M. Waldenberga zostały szczegółowo omówione m.in. antyjugosłowiańska (antyserbska) kampania medialna, jaka poprzedziła atak NATO na Jugosławię, konferencja w Rambouillet (takie nowe Monachium) oraz parcie Madeleine Albright do wojny. Prof. M. Waldenberg pisał wprost o „symbiozie dziennikarzy ze służbami informacyjnymi NATO”. Nie był to bynajmniej jego wymysł. Powołał się na „Gazetę Wyborczą”, której korespondent napisał 29 marca 1999 roku: „(…) Świat musi wiedzieć, że operacja rozwija się »zgodnie z planem« (którego nikt prócz NATO do końca nie zna)”. Tej konstatacji towarzyszyła uwaga, że „trudno czasem zresztą dociec, kto na kogo wpływa: NATO na media czy odwrotnie”. Chwaląc służbę prasową NATO za to, że precyzyjnie „niszczy” wątpliwości co do słuszności bombardowań, korespondent „Gazety Wyborczej” nie krył, iż podawane informacje „są oczywiście starannie wyselekcjonowane”.

Propaganda zachodnia nie wahała się przed porównywaniem losu Albańczyków w Kosowie do Holokaustu, często przywołując Auschwitz. „Dążenie do pełnego zablokowania informacji i opinii negujących lub tylko podważających to, co podawane było przez rzeczników agresji jako jedyna i cała prawda, znalazło jaskrawy wyraz w brutalnej krytyce takich dziennikarzy, bardzo zresztą nielicznych, którzy ośmielali się kwestionować obowiązujący manichejski, czaro-biały obraz wydarzeń” – pisał prof. M. Waldenberg.

Oskarżenie Serbów przez propagandę zachodnią o spowodowanie katastrofy humanitarnej w Kosowie było mocno naciągane, jeśli nie całkowicie fałszywe. Do masakr „ludności albańskiej” w Kosowie miało dojść m.in. w Raczaku (Račak), Drenicy, Juniku, Donje Obrinje, Likosane, Podujevie, czy Pastriku. Największą z nich miała być masakra w Raczaku, gdzie 15 stycznia 1999 roku z rąk serbskiej policji miało zginąć 45 Albańczyków (doszło tam na pewno do walki policji jugosłowiańskiej z terrorystami z UÇK). Faktycznie Raczak stał się casus belli. Władze w Belgradzie od początku twierdziły, że była to „albańska inscenizacja”. Do takiej tezy przychyliła się nawet część wysokich urzędników OBWE. Pełne wyniki prac z ekshumacji, przeprowadzonej przez lekarzy serbskich, białoruskich i fińskich pod kierownictwem fińskiej lekarki Heleny Ranty, nigdy nie zostały opublikowane. W marcu 2000 roku „Berliner Zeitung” znalazł się w posiadaniu kopii 40 protokołów sekcji zwłok przeprowadzonych przez lekarzy z Finlandii. Znajdowały się w nich twierdzenia, iż okaleczenia zwłok nie miały miejsca, ofiary nie zginęły od strzałów z bardzo małej odległości, zaś tezę, iż wszyscy zabici byli cywilami i zostali zamordowani w Raczaku należy uznać za „nieudowodnioną”. Najprawdopodobniej więc w Raczaku odkryto zwłoki poległych w walce terrorystów z UÇK. W styczniu 2001 roku ta sama gazeta podała, że dotarła do opracowania sporządzonego przez trzech spośród ekspertów fińskich, którzy stwierdzili w nim, iż nie ma dowodów, by ciała odnalezione w Raczaku były zwłokami cywilów.

W 2008 roku Helena Ranta ujawniła w swojej biografii, że zarówno szef misji OBWE William Walker, jak i urzędnicy fińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych usiłowali wpłynąć na treść raportu jej zespołu, tak, by bardziej zdecydowanie potępiał on Serbów. Raportu – jak już powiedziałem – nigdy nie ujawniono, natomiast 17 marca 1999 roku Helena Ranta stwierdziła na konferencji prasowej, iż nie ma podstaw, by odrzucić wersję o zamordowaniu w Raczaku bezbronnych cywilów. Tydzień później na Jugosławię zaczęły spadać bomby i rakiety.

Zacytuję na koniec jeszcze raz Marka Waldenberga: „To, że wojna ta będzie miała opłakane następstwa, można było, podobnie jak wcześniejsze etapy jugosłowiańskiej tragedii, przewidzieć, zanim do niej doszło. I czyniono to, ostrzegano, by jej nie wszczynać. Opinie takie, wprawdzie nieliczne, pojawiały się w mediach zachodnich, w Polsce były one zupełnie odosobnione. Wskazywano m.in. na to, że wojna ta oznaczać będzie złamanie prawa międzynarodowego, w szczególności Karty Narodów Zjednoczonych, że stanowić będzie bardzo niebezpieczny precedens, że nie rozwiąże istniejącego konfliktu etnicznego, lecz go spotęguje, że nie przyczyni się do zabezpieczenia pokoju na Bałkanach, lecz je znacznie zdestabilizuje, że nie przyniesie chwały NATO”.

Dzisiaj stoimy przed perspektywą kolejnej „wojny o demokrację i prawa człowieka”, czyli przed perspektywą agresji USA i Izraela (być może też pod szyldem NATO) na Iran, która może być początkiem wojny światowej. Dzisiaj głosy ostrzegające przed takim posunięciem także są nieliczne i odosobnione.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 kwietnia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 15-16 (2235/2236), 7-14.04.2019, s. 8

Generał, który chciał zatrzymać Hitlera. Gen. Ludvík Krejčí (1890-1972)

80. rocznica dyktatu monachijskiego jest okazją do przypomnienia postaci gen. Ludvíka Krejčí – głównodowodzącego armią czechosłowacką w 1938 roku. Człowieka, który do końca bronił wtedy honoru, suwerenności i całości terytorialnej Czechosłowacji. Postaci, która mogła zmienić bieg historii.

Gen. Ludvík Krejčí (1890-1972). Fot. www.iDNES.cz

Gen. Ludvík Krejčí (1890-1972). Fot. http://www.iDNES.cz

Ludvík Krejčí urodził się 17 sierpnia 1890 roku w Turzanach koło Brna (Tuřany u Brna, obecnie jest to część Brna), w rodzinie chłopskiej, jako najmłodszy z ośmiorga dzieci. Ukończył gimnazjum w Wyszkowie (Vyškov), a następnie podjął studia w Wyższej Szkole Leśnej w Pisku (Písek). Po ukończeniu nauki w 1910 roku odbył służbę wojskową w armii austro-węgierskiej jako jednoroczny ochotnik w 8. pułku piechoty w Brnie. W 1911 roku został leśnym adiunktem lasów państwowych w Nusztar (Nuštar) w Bośni i Hercegowinie – wówczas jednej z prowincji Austro-Węgier.

Jego życie, tak jak i milionów ówczesnych Europejczyków, na zawsze zmieniła pierwsza wojna światowa. Jeszcze przed ogłoszeniem mobilizacji 28 lipca 1914 roku został skierowany do rezerwy zapasowej 4. pułku piechoty cesarsko-królewskiej armii Austro-Węgier. Walczył w jego szeregach w Serbii, Czarnogórze i Albanii. W maju 1916 roku został na krótko przeniesiony na front włoski, a następnie – już jako dowódca kompanii – trafił do Siedmiogrodu na front rosyjski. Tam, po stabilizacji frontu w ramach wojny pozycyjnej, dostał się w maju 1917 roku do niewoli rosyjskiej w rejonie Odobesti (Odobeşti) niedaleko Fokszan (Focşani).

W niewoli nie pozostał długo, gdyż już w czerwcu 1917 roku wstąpił do Korpusu Czechosłowackiego (zwanego też Legionem Czechosłowackim) w Rosji. Większość kadry oficerskiej przyszłej armii czechosłowackiej wywodziła się z tej formacji lub Legionu Czechosłowackiego we Francji. Były to jednostki ochotnicze – złożone z Czechów i Słowaków (dezerterów z armii austro-węgierskiej i jeńców) – walczące po stronie Ententy. Dzięki staraniom Tomasza Masaryka (Tomáš Garrigue Masaryk) zostały one w grudniu 1917 roku uznane przez Ententę za siłę sojuszniczą jako Armia Czechosłowacka, co miało ogromne znaczenie polityczne dla powstania Czechosłowacji w październiku 1918 roku.

20 lipca 1917 roku Ludvík Krejčí został skierowany na kurs oficerski w Boryspolu koło Kijowa. Po jego ukończeniu otrzymał stopień kapitana sztabowego i przydział do 6. pułku strzelców hanackich Korpusu Czechosłowackiego w Rosji. 9 marca 1918 roku – podczas bitwy o węzeł kolejowy Bachmacz koło Czernihowa – jednostka ta zatrzymała chwilowo postępy wojsk niemieckich zajmujących Ukrainę w następstwie traktatu brzeskiego, co umożliwiło ewakuację wycofujących się wojsk czechosłowackich. Ludvík Krejčí brał też udział w dalszych walkach – tym razem już z bolszewikami – podczas odwrotu z Ukrainy na Syberię. Dowódca Korpusu Czechosłowackiego, gen. Radol Gajda (1892-1948), zdecydował się wesprzeć w rosyjskiej wojnie domowej wojska wierne adm. Aleksandrowi Kołczakowi i początkowo stanął na czele jego armii. W 1919 roku Ludvík Krejčí – już w randze pułkownika – został dowódcą 2. Dywizji Strzelców, która osłaniała przed atakami Armii Czerwonej ostatnią część transportów Korpusu Czechosłowackiego do Władywostoku. Ewakuacja była dramatyczna. Żeby ją umożliwić, dowództwo Korpusu Czechosłowackiego wydało adm. Kołczaka w ręce rządu eserowsko-mienszewickiego, co zakończyło się jego egzekucją. Korpus Czechosłowacki utrudnił też równoległy transport polskiej 5. Dywizji Syberyjskiej, w wyniku czego została ona odcięta przez bolszewików.

W kwietniu 1920 roku Ludvík Krejčí ostatecznie opuścił Rosję i wrócił do ojczyzny – teraz już Czechosłowacji. Trzy miesiące później objął jako pułkownik stanowisko dowódcy 6. Dywizji Piechoty w Brnie. W lipcu 1923 roku został awansowany na generała brygady i wysłany na studia do elitarnej Wyższej Szkoły Wojennej w Paryżu (École Supérieure de Guerre). Prawdopodobnie poznał studiujących tam w tym samym czasie wyższych oficerów polskich (m.in. Władysław Anders, Wacław Stachiewicz, Michał Żymierski i in.). Po ukończeniu studiów w 1925 roku został dowódcą 4. Dywizji Piechoty w Hradcu Králove. W maju 1928 roku awansował na generała dywizji, a w 1934 roku – w wieku 44 lat – na generała armii.

30 listopada 1933 roku prezydent Masaryk mianował gen. Ludvíka Krejčí szefem Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Czechosłowacji. Przypadło mu zadanie przygotowania armii czechosłowackiej do wojny wobec rosnącego coraz bardziej zagrożenia niemieckiego. Z zadania tego gen. Krejčí wywiązał się bardziej niż wzorowo. Stworzył nowoczesny system dowodzenia i przeprowadził szybką modernizację technologiczną wojska czechosłowackiego, wprowadzając na jego uzbrojenie samoloty i czołgi. Poza Czechosłowacją tylko w Niemczech hitlerowskich rozumiano wówczas znaczenie lotnictwa i broni pancernej w nadchodzącej wojnie. 20 marca 1935 roku została powołana dyrekcja prac fortyfikacyjnych, a gen. Krejčí objął stanowisko przewodniczącego jej rady – kierowniczego organu dla budowy fortyfikacji w Czechosłowacji. W bardzo krótkim czasie zbudowano czeski odpowiednik Linii Maginota w Sudetach.

Podczas kryzysu sudeckiego w 1938 roku gen. Krejčí był zdecydowanym zwolennikiem stawienia zbrojnego oporu agresji niemieckiej na Czechosłowację. Postawę taką podzielała zdecydowana większość generalicji czechosłowackiej, korpusu oficerskiego i społeczeństwa. Żołnierz czechosłowacki chciał walczyć w obronie ojczyzny, wbrew swoim politykom i proniemieckim nacjonalistom słowackim. Od marca do września 1938 roku gen. Krejčí przeprowadzał kolejne częściowe mobilizacje. W odpowiedzi na koncentrację wojsk niemieckich w Austrii, Saksonii i na Śląsku przeprowadził też wielkie manewry wojskowe, trwające od 22 maja do 13 czerwca 1938 roku. W lipcu 1938 roku wprowadził nowy plan mobilizacyjny, który został zrealizowany wzorowo podczas mobilizacji generalnej 23 września 1938 roku.

Na początku września 1938 roku gen. Krejčí skierował memorandum do prezydenta Edvarda Beneša i pozostałych polityków czechosłowackich. Ostrzegał w nim przed jakimikolwiek ustępstwami politycznymi i terytorialnymi na rzecz III Rzeszy. Już 17 września żądał od prezydenta Beneša ogłoszenia mobilizacji generalnej. Próbował bezskutecznie wpływać na prezydenta poprzez francuskiego gen. Maurice’a Gemelin’ea. Dopiero gdy zagroził dymisją prezydent Beneš ogłosił mobilizację powszechną 23 września 1938 roku. Mobilizacja ta została przeprowadzona bardzo sprawnie w ciągu trzech dni. Pod bronią stanęło 1250000 żołnierzy czechosłowackich, uzbrojonych w najnowocześniejszą broń. Czechosłowacja była gotowa do wojny z Niemcami.

Mało kto wiedział wówczas w Europie, że do wojny nie były gotowe same Niemcy, które przy pomocy Francji i Wielkiej Brytanii wymusiły swoje żądania terytorialne i polityczne na Czechosłowacji. Hitler podczas kryzysu sudeckiego i konferencji monachijskiej blefował. Jego generałowie mówili mu otwarcie, że Wehrmacht nie jest jeszcze przygotowany do wojny. Dopiero ostateczna likwidacja Czechosłowacji w marcu 1939 roku i przejęcie nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej (głównie broni pancernej) wzmocniły na tyle potencjał militarny Wehrmachtu, że mógł rozpocząć wojnę z Polską 1 września 1939 roku.

Gdyby pod koniec września 1938 roku obok 1250000 żołnierzy czechosłowackich stanęło 1200000 żołnierzy polskich (takie były polskie możliwości mobilizacyjne), to już sama liczebność obu armii mogła przekroczyć ówczesny potencjał mobilizacyjny Wehrmachtu. Gdyby jeszcze do takiego sojuszu odważnie dołączyła Francja, nie byłoby koszmaru sześciu lat drugiej wojny światowej

Niestety nikt tego nie pojmował ani w Warszawie, ani w Paryżu. Polska przeprowadziła wtedy mobilizację 36-tysięcznej Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Śląsk”, ale nie po to by iść na pomoc Czechosłowacji, tylko zająć Zaolzie – dwa powiaty w Beskidzie Śląsko-Morawskim. Tak Józef Beck i Edward Rydz-Śmigły rozumieli wtedy polską rację stanu.

W dramatycznych dniach 29-30 września 1938 roku gen. Krejčí nalegał na prezydenta Beneša, żeby nie kapitulować. Rankiem 30 września w siedzibie prezydenta na Hradczanach stawili się generałowie Krejčí, Vojtěch Luža, Lev Prchala i Siergiej Wojciechowski (Sergej Vojcechovský). Prezydent Beneš zanotował później w swoim pamiętniku: „To była wzruszająca rozmowa. Widziałem łzy w oczach niektórych generałów i słyszałem słowa błagań, ostrzeżeń i gróźb z ich ust. Nigdy nie przekroczyli ustalonej granicy w swojej postawie generałów wobec naczelnego wodza, ale żądania i ostrzeżenia były bardzo silne”. Gen. Krejčí pytał Beneša: „Po co z takim trudem budowaliśmy armię? Przecież przygotowaliśmy ją po to, żebyśmy mogli bronić republiki”.

W południe 30 września kierownictwo polityczne Czechosłowacji przyjęło jednak dyktat monachijski. Prezydent Beneš uznał, że wobec zdrady Francji i Wielkiej Brytanii oraz proniemieckiej i wrogiej wobec Czechosłowacji postawy Polski i Węgier samotna walka nie ma sensu. To był wyrok śmierci na Czechosłowację, która tracąc wtedy 40 proc. terytorium wraz z fortyfikacjami granicznymi, straciła też możliwość dalszej obrony. Dlatego Hitler mógł bezproblemowo przeprowadzić w dniach 14-15 marca 1939 roku ostateczną likwidację tego państwa, łamiąc układ monachijski, który wedle słów brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina miał ocalić pokój w Europie. Nie ocalił pokoju, ale otworzył Hitlerowi drogę do wojny światowej.

Gdyby wymienieni generałowie czechosłowaccy mieli w godzinach porannych 30 września 1938 roku jasny sygnał, że Polska jest gotowa udzielić pomocy zbrojnej Czechosłowacji, mogliby się zdecydować na przeprowadzenie zamachu stanu i obalenie prezydenta Beneša. Szczęście sprzyja mądrym i odważnym. Można sobie więc wyobrazić, że przy odrobinie szczęścia Hitler byłby skończony już jesienią 1938 roku, a w Berlinie miałaby miejsce polsko-czechosłowacka parada zwycięstwa. Do takiej polityki zabrakło jednak najmniejszej wyobraźni polskim politykom sanacyjnym. W 1938 roku prowadzili oni konsekwentną politykę proniemiecką i antyczeską, wydając wyrok śmierci na Polskę.

Po przyjęciu dyktatu monachijskiego gen. Krejčí przypadła bolesna rola przeprowadzenia demobilizacji armii czechosłowackiej, a następnie – na żądanie Berlina – jej redukcji i zniesienia ochrony granic. Pod naciskiem hitlerowców gen. Krejčí został 1 marca 1939 roku odwołany ze stanowiska szefa Sztabu Generalnego i usunięty z wojska. Dwa tygodnie później wojska niemieckie wkroczyły do Czech i Moraw, a nacjonaliści słowaccy proklamowali utworzenie satelickiego wobec III Rzeszy państwa słowackiego.

Po rozpoczęciu okupacji niemieckiej generał mieszkał w Pradze, ale szybko został zmuszony do przeniesienia się do miejsca zamieszkania rodziny swojej żony w Jabłonnem nad Orlicą (Jablonné nad Orlicí) koło Pardubic. Jego dwie próby opuszczenia Protektoratu Czech i Moraw zakończyły się niepowodzeniem. 14 października 1941 roku został aresztowany przez gestapo i osadzony w Małej Twierdzy w Terezinie. Zwolniono go stamtąd w lipcu 1942 roku. Kilkakrotne próby wciągnięcia generała do kolaboracji z Niemcami lub wykorzystania go propagandowo przez okupanta zakończyły się niepowodzeniem. Mimo ciągłej obserwacji przez gestapo, wspierał organizację ruchu oporu kierowaną przez Jaroslava Kvapila (1868-1950), czyli tzw. Przygotowawczy Narodowy Komitet Rewolucyjny (Přípravný národně revoluční výbor).

Zaraz po wyzwoleniu w 1945 roku gen. Krejčí ponownie zgłosił się do służby. Przyjęto go jednak dopiero w styczniu 1947 roku, a już z dniem 1 lutego tego roku przeniesiono na emeryturę. Być może zadecydowała o tym niechęć do jego osoby ze strony prezydenta Beneša. Po przewrocie komunistycznym w Czechosłowacji w lutym 1948 roku gen. Krejčí stał się – tak jak wielu innych przedstawicieli przedwojennej elity czechosłowackiej – ofiarą represji politycznych. W lipcu 1950 roku został zdegradowany do stopnia szeregowca, a maju 1953 roku odebrano mu emeryturę. Mając 63 lata musiał podjąć pracę zarobkową, żeby utrzymać się przy życiu. Pracował jako pomocniczy robotnik w Jabłonnem nad Orlicą, w znacjonalizowanej fabryce, która należała wcześniej do rodziny jego żony. Dopiero w 1969 roku, gdy miał już 79 lat, władze komunistycznej Czechosłowacji przyznały mu – w wyniku interwencji marszałka ZSRR Iwana Koniewa – niewielką rentę. Zmarł trzy lata później – 9 lutego 1972 roku – w szpitalu w Usti nad Orlicą (Ústí nad Orlicí).

Pochowano go w rodzinnych Turzanach z pocztami Korpusu Czechosłowackiego. Było to zgodne z jego wolą wyrażoną w dramatycznych dniach pod koniec września 1938 roku, kiedy powiedział, że jeśli zginie w walce, to chce być pochowany obok grobu rodziców. Tej walki, której wtedy pragnął całym sercem gorącego czeskiego patrioty, nie dane mu było stoczyć. Niewątpliwie była to największa tragedia jego życia.

Stopień generalski przywrócono mu pośmiertnie w 1990 roku. Natomiast 28 października 2017 roku – w 99. rocznicę powstania Czechosłowacji – prezydent Czech Milosz Zeman odznaczył go pośmiertnie najwyższym odznaczeniem państwowym – Orderem Lwa Białego.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 października 2018 r.

„Myśl Polska” nr 43-44 (2211/2212), 21-28.10.2018, s. 17

Największy błąd Józefa Becka

80. rocznica konferencji w Monachium (29-30 września 1938 roku) skłania do przypomnienia polityki Józefa Becka wobec Czechosłowacji w dobie kryzysu sudeckiego. Polityka ta jest obecnie powszechnie rozgrzeszana przez epigonów sanacji, chociaż Lech Kaczyński 1 września 2009 roku na Westerplatte powiedział, że potrafimy przyznać się do swoich błędów i przeprosił Czechów za zajęcie Zaolzia w 1938 roku. Nie wywołało to jednak wtedy głębszej refleksji w obozie politycznym grupy rekonstrukcyjnej sanacji, czyli Prawa i Sprawiedliwości i jego okolic. Mało tego – pojawiły się wtedy nawet głosy krytyki wobec wypowiedzi prezydenta Kaczyńskiego, wychodzące z tego obozu i przypominające wszystkie tezy broniące polityki Becka.

A mianowicie, że za złe stosunki polsko-czechosłowackie w dwudziestoleciu międzywojennym ponosiła winę rzekomo tylko Czechosłowacja, że Polska miała uzasadnione prawa do Zaolzia, które Czesi wydarli Polsce podstępem najpierw w drodze agresji w 1919 roku, a potem uzyskując korzystny dla siebie arbitraż międzynarodowy w sytuacji, gdy Armia Czerwona zbliżała się latem 1920 roku do Warszawy, że Praga prowadziła podstępną czechizację zaolziańskich Polaków metodami administracyjnymi i że zajęcie Zaolzia uchroniło tamtejszą ludność – w większości polską – przed wcześniejszą okupacją niemiecką.

Są to argumenty fałszywe, ponieważ Beckowi w 1938 roku wcale nie chodziło o Zaolzie i tamtejszych Polaków. Prowadził on wtedy politykę konsekwentnie proniemiecką i antyczeską nie z powodu Zaolzia, ale dlatego, że postrzegał Czechosłowację jako wroga Polski. Działo się tak z czterech powodów: (1) ponieważ osobiście nienawidził Czechów i prezydenta Edvarda Beneša, (2) ponieważ Czechosłowacja była sojusznikiem ZSRR, z którym podpisała traktat sojuszniczy w 1935 roku, a w Czechosłowacji działała legalnie partia komunistyczna, (3) ponieważ Czechosłowacja udzieliła schronienia polskim politykom opozycyjnym prześladowanym przez sanację (Wincenty Witos, Wojciech Korfanty i in.), (4) ponieważ z powodu nr 2 Czechosłowacja stała na drodze do utworzenia sojuszu państw Europy Środkowej pod egidą Polski, czyli sławnego także dzisiaj Międzymorza.

Beck jednakże nie wiedział, że Berlin znał jego plany odnośnie tzw. Międzymorza i skutecznie im przeciwdziałał. Już w czasie kryzysu czechosłowackiego Niemcy przeciągnęły na swoją stronę Węgry i Rumunię, czyniąc z nich – jeszcze wtedy dyskretnie – swoich przyszłych satelitów. Hitler łatwo zrozumiał, że Beck prowadzi politykę proniemiecką i antyczeską w celu realizacji planu w rzeczywistości antyniemieckiego, o którym nie informuje niemieckiego partnera. Już wtedy wódz III Rzeszy musiał nabrać przekonania, że sanacyjna Polska nie będzie dla niego wiarygodnym partnerem, co jest bardzo istotne w kontekście głoszonych współcześnie fantasmagorii na temat rzekomej konieczności „paktu Ribbentrop-Beck” i rzekomych korzyści, jakie Polsce miał przynieść status satelity III Rzeszy.

Proniemiecka polityka Becka miała znaczący wpływ na przebieg całego kryzysu czechosłowackiego (sudeckiego), który rozpoczął się wkrótce po aneksji Austrii przez III Rzeszę w marcu 1938 roku. Przede wszystkim wpływała na stanowisko Francji, gdzie przy całej niechęci, jaką w Paryżu darzono Józefa Becka, początkowo liczono na pozytywny stosunek Polski do Czechosłowacji. Francja, której nowy premier Édourad Daladier znajdował się pod wpływem brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina i jego polityki appeasementu (zaspokajania roszczeń Hitlera), od początku nie była zdecydowana udzielać pomocy zbrojnej Czechosłowacji. Ale na rozterki Paryża w tej sprawie – obok polityki brytyjskiej – wpływało też niewątpliwie stanowisko Warszawy. Rząd Daladiera rozumiał, że jakakolwiek pomoc francuska dla Czechosłowacji spotka się nie tylko z negatywnym stanowiskiem, ale nawet z przeciwdziałaniem Polski, która prowadzi politykę antyczeską i proniemiecką.

Radziecko-czechosłowacki traktat sojuszniczy z 1935 roku zawierał klauzulę, że ZSRR udzieli Pradze pomocy wojskowej tylko wtedy, gdy uczyni to Francja, z którą Czechosłowacja też była związana sojuszem politycznym. Ponadto ewentualna pomoc radziecka dla Czechosłowacji była niemożliwa z tego powodu, że oba państwa nie posiadały wspólnej granicy, a na przemarsz Armii Czerwonej przez swoje terytoria nie zgodziły się Polska i Rumunia.

Doprowadzenie do hańby Monachium było dziełem brytyjskiego premiera Chamberlaina. Jego główną troskę stanowiło odsunięcie agresji hitlerowskiej od Europy Zachodniej i niedopuszczenie do wybuchu wojny w Europie. Najbardziej obawiał się tego, że ZSRR mimo wszystko udzieli pomocy wojskowej Czechosłowacji i wojna w Europie jednak wybuchnie. Żeby do tego nie dopuścić – poświęcił Czechosłowację w Monachium. Kuriozum tej konferencji polegało nie tylko na tym, że cztery mocarstwa zadecydowały o terytorium i suwerenności innego państwa europejskiego. Polegało także na tym, że Hitler i Mussolini umówili się wcześniej, iż włoski dyktator przedstawi żądania niemieckie jako „włoskie propozycje kompromisowe”. Chamberlain i Daladier tak bardzo obawiali się fiaska konferencji, że przyjęli te „włoskie propozycje kompromisowe” już po północy 30 września 1938 roku. Czechosłowacja straciła około 40 proc. swojego terytorium i fortyfikacje graniczne w Sudetach. Wobec Niemiec była już bezbronna, a jaj dalszy los przesądzony.

Została otwarta droga nie do pokoju w Europie, ale do drugiej wojny światowej. Kiedy w marcu 1939 roku Niemcy hitlerowskie dokonały aneksji Czech i Moraw, ich potencjał militarny został znacząco wzmocniony przez przejęcie nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej oraz mocy produkcyjnych dobrze rozwiniętego przemysłu czeskiego, przede wszystkim zbrojeniowego. Bez tego wzmocnienia własnego potencjału militarnego III Rzesza nie byłaby w stanie rozpocząć wojny z Polską już 1 września 1939 roku. Tego jednakże nie pojmowano rok wcześniej ani w Londynie, ani w Paryżu, ani w Warszawie.

Prezydent Beneš i jego otoczenie uznali, że walka bez sojuszników nie ma sensu i dlatego przyjęli dyktat monachijski w południe 30 września 1938 roku. Innego zdania była generalicja czechosłowacka z głównodowodzącym armii gen. Ludvíkiem Krejčí (1890-1972) na czele. Armia czechosłowacka bardzo sprawnie przeprowadziła mobilizację pod koniec września 1938 roku. Mimo że nacjonaliści słowaccy zapowiedzieli już miesiąc wcześniej, że nie będą walczyć w obronie Czechosłowacji, szanse na skuteczną obronę nie były małe. Gen. Krejčí i jego sztab wierzyli w siłę fortyfikacji czeskich w Sudetach. Gdyby w tym czasie (29-30 września 1938 roku) Polska zadeklarowała, że udzieli Czechosłowacji pomocy zbrojnej, historia prawdopodobnie potoczyłaby się inaczej. Nietrudno sobie wyobrazić, że wtedy generałowie czescy po prostu dokonaliby zamachu stanu i odsunęli ekipę Beneša od władzy. Wehrmacht nie był jeszcze gotowy do wojny we wrześniu 1938 roku. Sama koncentracja Wojska Polskiego przy granicy niemieckiego Śląska mogła podziałać na Niemcy ostudzająco, nie mówiąc już o ewentualnym uderzeniu polsko-czeskim na Wrocław. Gdyby jeszcze wtedy militarnie wystąpiła przeciw Niemcom Francja, los III Rzeszy byłby przesądzony jesienią 1938 roku.

Wojsko Polskie istotnie skoncentrowało swoje siły pod koniec września 1938 roku przy południowo-zachodniej granicy, ale nie po to, żeby udzielić pomocy Czechosłowacji. Cele 35-tysięcznej Grupy Operacyjnej „Śląsk” były diametralnie inne. Konferencja w Monachium ubodła mocarstwowe ambicje Józefa Becka, ponieważ zadecydowano tam, że polskie roszczenia wobec Zaolzia będą przedmiotem odrębnej konferencji międzynarodowej. Dlatego sanacyjna Polska musiała natychmiast pokazać światu swoją mocarstwowość. List prezydenta Beneša do prezydenta Ignacego Mościckiego z 22 września 1938 roku, zawierający propozycję uregulowania sporu o Zaolzie w zamian za neutralność Polski wobec konfliktu czechosłowacko-niemieckiego, pozostał bez odpowiedzi na skutek intryg Becka. Przed północą 30 września rząd w Pradze otrzymał polskie ultimatum w sprawie Zaolzia z terminem odpowiedzi w ciągu 12 godzin. Brak odpowiedzi lub jej odmowa oznaczały wojnę. Rząd czechosłowacki przyjął polskie ultimatum 1 października 1938 roku. Następnego dnia żołnierze polscy przekroczyli Olzę. Propaganda sanacyjna uderzyła w pompatyczne i pełne patriotycznej egzaltacji tony. Zdezorientowane przez nią społeczeństwo polskie dało się porwać tym nastrojom. U Czechów natomiast pozostał głęboki uraz do Polski i Polaków.

Ten entuzjazm był podzielany tylko w Polsce. Aneksja Zaolzia wywołała bardzo krytyczne reakcje i nastroje wobec Warszawy w całej Europie poza Niemcami hitlerowskimi, które ją poparły i przedstawiły propagandowo jako polskie współdziałanie wobec Czechosłowacji. Najbardziej krytycznie oceniono polską akcję w Paryżu i w Moskwie. Beck jeszcze wtedy nie wiedział, że daje Stalinowi wzorzec działania, który ten zastosuje wobec Polski 17 września 1939 roku.

Szef polskiej dyplomacji nie dostrzegał wtedy jednak spraw najbardziej kluczowych. Jakoś dziwnie nie zauważył on, że dodatkowa klauzula układu monachijskiego mówiła o zwołaniu nowej konferencji międzynarodowej nie tylko w sprawie rozstrzygnięcia kwestii Zaolzia, ale także kwestii przynależności państwowej Wolnego Miasta Gdańska. Skutki antyczeskiej i proniemieckiej polityki Becka obróciły się przeciw Polsce bardzo szybko. Ledwo żołnierze gen. Władysława Bortnowskiego zajęli Zaolzie, a już 24 października 1938 roku Niemcy hitlerowskie sformułowały pierwsze żądania wobec Polski w sprawie przyłączenia Wolnego Miasta Gdańska do III Rzeszy i „korytarza” na polskim Pomorzu. Stało się oczywiste, że Polska będzie następną ofiarą agresji Hitlera. Od marca 1939 roku – po aneksji przez III Rzeszę Czech i Moraw oraz utworzeniu satelickiego państwa słowackiego – otoczona przez Niemcy z trzech stron, bez szans na skuteczną obronę, tak jak Czechosłowacja najpierw oszukana, a potem zdradzona przez Francję i Wielką Brytanię. Polityka Becka zakończyła się katastrofą nie we wrześniu 1939 roku, ale już w październiku 1938 roku.

Tę katastrofę pogłębiła jeszcze polityka Becka wobec faszyzujących nacjonalistów słowackich. Z jednej strony Warszawa – dążąc do zniszczenia Czechosłowacji – popierała separatyzm słowacki, a z drugiej strony zraziła do siebie szowinistów słowackich (tzw. ludaków) rewindykacjami terytorialnymi na Spiszu, Orawie i ziemi czadeckiej oraz popieraniem węgierskich rewindykacji terytorialnych wobec Słowacji. Tym samym Beck otworzył drogę do współdziałania niemiecko-słowackiego przeciw Polsce we wrześniu 1939 roku. Zrozumiał to chyba dopiero wtedy, gdy pod koniec sierpnia 1939 roku wojska niemieckie za zgodą rządu w Bratysławie wkroczyły na Słowację. Niemiecko-słowackie uderzenie na Polskę od południa 1 września 1939 roku znacząco przyspieszyło polską klęskę podczas kampanii wrześniowej.

Ambasador Francji w Warszawie Leon Noël tak ocenił politykę polską wobec Czechosłowacji w 1938 roku: „Skoro Czechosłowacja zobowiązała się formalnie przyznać Polakom status innej mniejszości najbardziej uprzywilejowanej, to wzywałem rząd polski, aby zachował przynajmniej ścisłą neutralność w sporze niemiecko-czeskim oraz w ewentualnej wojnie. Wszystko na próżno. Półurzędowa prasa, czyli w rzeczywistości prawie wszystkie dzienniki, nie była ani mniej niesprawiedliwa, ani mniej napastliwa niż prasa Rzeszy. Prowadziła gwałtowną kampanię przeciwko małemu słowiańskiemu krajowi zagrożonemu przez potęgę niemiecką. Żadne rozumowanie, żaden argument nie działały na Becka i tych, którzy szli za jego wskazówkami. Było widoczne, że Polska urzędowa życzy sobie rozkładu Czechosłowacji, w nadziei, że wyciągnie z tego korzyści”.

28 września 1938 roku ambasador Noël powiedział szefowi polskiej dyplomacji: „Jeśli przystąpicie do wojny przeciwko Czechosłowacji, zobaczycie wkrótce pociągi z wojskiem niemieckim przejeżdżające przez dworzec warszawski z zachodu na wschód, a kraj wasz stanie się polem bitew (…)”. Tak się niestety stało.

Kiedy myślę o katastrofalnej polityce polskiej wobec Czechosłowacji w 1938 roku, myślę o obecnej katastrofalnej polityce polskiej wobec Ukrainy i zastanawiam się do jak daleko posuniętej katastrofy państwowości polskiej ona w przyszłości doprowadzi.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 3 października 2018 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2209/2210), 7-14.10.2018, s. 12

Hańba Monachium

30 września 1938 roku w hotelu „Cztery Pory Roku” w Monachium przywódcy Francji, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Włoch podpisali układ dotyczący suwerenności i podziału terytorium Czechosłowacji, bez udziału jej przedstawicieli. Był to fakt bez precedensu w ówczesnych stosunkach międzynarodowych. Przynajmniej w Europie, bo tak mocarstwa europejskie postępowały wtedy co najwyżej w stosunku do kolonii w Afryce.

Wielka Brytania i Francja wyrażając zgodę na zaspokojenie żądań terytorialnych Hitlera wobec Czechosłowacji otworzyły III Rzeszy drogę do nowej wojny światowej. Cynizmowi polityków zachodnioeuropejskich towarzyszyło zagubienie opinii publicznej ich krajów. Premier Francji Édourad Daladier był witany w Paryżu po powrocie z Monachium przez wiwatujące tłumy. Podobnie witano na londyńskim lotnisku Heston jego brytyjskiego kolegę Neville’ea Chamberlain’ea, który wzniósł rękę z kartką papieru i wypowiedział słowa: „Przywożę wam pokój”. Tylko Winston Churchill zdobył się wówczas na komentarz: „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”.

Czechosłowacja – druga ofiara Hitlera

Po aneksji Austrii w marcu 1938 roku następną ofiarą III Rzeszy stała się Czechosłowacja. W działaniach przeciwko temu państwu Berlin mógł liczyć na Węgry, które były teraz sąsiadem Rzeszy i mogły korzystać z jej pomocy wojskowej, a także na separatystów słowackich. W ułatwieniu międzynarodowej izolacji Czechosłowacji Hitler wiązał też nadzieje z Polską, której polityka zagraniczna pod rządami ekipy sanacyjnej miała m.in. oblicze antyczeskie. Niestety w swoich rachubach wódz III Rzeszy nie zawiódł się.

Kluczową rolę w wywołaniu kryzysu czechosłowackiego odegrała mniejszość niemiecka w Czechosłowacji licząca, według spisu powszechnego z 1930 roku, 3,2 mln osób (22,3 proc. ogółu mieszkańców). Niemcy czesko-morawscy w ogromnej większości sympatyzowali z radykalnie nacjonalistyczną i pronazistowską Partią Sudeckoniemiecką, kierowaną przez Konrada Henleina. To właśnie Henlein wygłosił 24 kwietnia 1938 roku przemówienie w Karlovych Varach (niem. Karlsbad), w którym przedstawił ośmiopunktowy tzw. program karlsbadzki. Jego istotą było żądanie autonomii dla Niemców czesko-morawskich oraz wolności wyznawania przez nich „niemieckiego światopoglądu”, czyli po prostu ideologii nazistowskiej. Wystąpienie Henleina rozpoczęło tzw. kryzys sudecki, który od razu został przeniesiony na płaszczyznę międzynarodową.

Zarówno prezydent Czechosłowacji Edvard Beneš, jak i jej premier – Słowak Milan Hodža, nie doceniali aż do wybuchu tego kryzysu zagrożenia niemieckiego i potrzeby podjęcia radykalnych kroków w kierunku całościowego uregulowania problemów narodowościowych Czechosłowacji w ten sposób, by zaspokoić przynajmniej część oczekiwań niezadowolonych mniejszości narodowych. Najważniejszą sprawą byłoby dojście do porozumienia ze Słowakami, których większość domagała się równego statusu z Czechami i przekształcenia Czechosłowacji w państwo dualistyczne. Takie rozwiązanie stałoby jednak w sprzeczności z wyznawaną przez obóz prezydenta Beneša ideą tzw. czechosłowakizmu, czyli koncepcją uznającą istnienie jednego narodu czechosłowackiego, wyrażoną w preambule konstytucji z 29 lutego 1920 roku.

Początek kryzysu sudeckiego zbiegł się w czasie z niekorzystnymi zmianami politycznymi we Francji, gdzie 8 kwietnia 1938 roku upadł rząd Frontu Ludowego pod prezesurą Léona Bluma. W nowym gabinecie Édourada Daladiera – powołanym 10 kwietnia – kierownictwo polityki zagranicznej objął Georges Bonnet – zwolennik polityki appeasementu (zaspokajania roszczeń niemieckich), niechętny wobec zobowiązań Francji w Europie Środkowej i zdecydowany stosować się do stanowiska Londynu. A to stanowisko było jednoznaczne – premier Chamberlain nie był zainteresowany losem Czechosłowacji i odżegnywał się od pomagania Francji, gdyby ta pospieszyła temu krajowi z pomocą.

Czechosłowacja była związana sojuszami z Francją i ZSRR. Na początku kryzysu sudeckiego poseł czechosłowacki w Moskwie Zdeněk Fierlinger zwrócił się do władz radzieckich z zapytaniem o ich stanowisko. Od zastępcy ludowego komisarza spraw zagranicznych Władimira Potiomkina usłyszał, że ZSRR spełni swoje zobowiązania sojusznicze, jeśli uczyni to także Francja. Takie zresztą rozwiązanie przewidywał traktat czechosłowacko-radziecki z 1935 roku. Trudność polegała jednak na tym, że oba państwa nie posiadały wspólnej granicy. Udzielenie przez ZSRR pomocy wojskowej Pradze byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby Polska i Rumunia zgodziły się na przemarsz Armii Czerwonej przez swoje terytoria, na co oba te państwa nie chciały się zgodzić. Ewentualna koalicja Francji, Czechosłowacji i ZSRR stanowiłaby skuteczną zaporę dla planów Hitlera. Wszystko jednak rozbijało się o stanowisko Francji, której generalicja przyjęła w 1936 roku defensywną doktrynę obronną, opartą na istnieniu Linii Maginota. Francja nie po to wydała 3 mld ówczesnych franków na budowę Linii Maginota, żeby poza nią wychodzić.

Na stanowisko Francji wpływała też niestety ówczesna polityka polska i to bez względu na niechęć, jaką w Paryżu wzbudzała osoba polskiego ministra spraw zagranicznych Józefa Becka. Wyraźna współpraca polsko-niemiecka – także w odniesieniu do Czechosłowacji – stawiała dyplomację francuską w delikatnym położeniu, ponieważ ewentualna pomoc dla Pragi mogła się spotkać z przeciwdziałaniem ze strony polskiej. Sanacyjne kierownictwo II RP popierało roszczenia węgierskie do ziem słowackich i zarazem przychylnie odnosiło się do faszyzujących nacjonalistów ze Słowackiej Partii Ludowej Andreja Hlinki (HSLS, tzw. ludacy), żądających najpierw autonomii, a potem separacji Słowacji od Czech. Ówczesną politykę polską wobec Pragi determinowały trzy czynniki: osobista, bardzo emocjonalna niechęć Józefa Becka do Czechów i do prezydenta Beneša, negatywny stosunek do sojuszu czechosłowacko-radzieckiego i do faktu, że w Czechosłowacji legalnie działała partia komunistyczna, a także udzielenie przez Czechosłowację schronienia polskim politykom opozycyjnym – w tym przede wszystkim Wincentemu Witosowi i Wojciechowi Korfantemu – co w Warszawie odbierano jako akt wrogości.

Przywódcy II RP łudzili się – tak samo jak w wypadku Austrii – że zwrócenie się ekspansji niemieckiej przeciw innemu państwu oddali zagrożenie niemieckie od Polski. Było wręcz przeciwnie – agresja hitlerowska na południowego sąsiada to zagrożenie właśnie przybliżała. Zrozumiano to jednak w Warszawie dopiero w marcu 1939 roku, po ostatecznej likwidacji państwa czechosłowackiego przez III Rzeszę.

Czechosłowacja, mając do czynienia z wrogością trzech sąsiadów: Niemiec, Polski i Węgier, zagrożona separatyzmem słowackim i irredentą mniejszości niemieckiej, oddalona od swoich sojuszników, znalazła się w położeniu bardzo trudnym.

Kryzys majowy

Po wspomnianym wystąpieniu Henleina w Karlovych Varach wypadki potoczyły się szybko. Od początku kryzysu sudeckiego celem Francji i Wielkiej Brytanii nie było powstrzymanie agresji Hitlera, ale wywieranie nacisku na Czechosłowację w kierunku zaspokojenia żądań niemieckich oraz niedopuszczenie do ewentualnej interwencji ZSRR. 7 maja 1938 roku doszło w Pradze do formalnego wystąpienia posłów francuskiego i brytyjskiego, którzy nalegali na rząd czechosłowacki, by uwzględnił żądania Henleina. Poseł brytyjski zaznaczył przy tym, że w razie wojny pomiędzy Niemcami a Czechosłowacją Wielka Brytania nie udzieli Pradze żadnej pomocy.

Wobec koncentracji wojsk niemieckich w rejonach przygranicznych oraz terrorystycznych działań bojówek henleinowskich przed zapowiedzianymi na 22 maja wyborami samorządowymi rząd w Pradze ogłosił 20 maja częściową mobilizację. W Berlinie uznano ją za całkowitą i wysunięto zarzut, że to Czechosłowacja chce dokonać agresji na Niemcy. Jednocześnie henleinowcy wystąpili z nowymi żądaniami przekształcenia Czechosłowacji w państwo związkowe, złożone z autonomicznych terytoriów zamieszkanych przez poszczególne narodowości, z własnymi rządami i parlamentami. W Berlinie wiedziano, że są to żądania nie do przyjęcia dla rządu w Pradze, ale Hitler nie chciał rokować, tylko dyktować. 9 czerwca przedstawiciele dyplomatyczni Francji i Wielkiej Brytanii złożyli w praskim MSZ noty zalecające maksymalne uwzględnienie nowych żądań niemieckich, określając je jako… umiarkowane.

Misja Runcimana

W rozmowach z rządem premiera Hodžy henleinowcy odrzucali wszelkie propozycje kompromisu, ponieważ tak polecono im z Berlina. W lipcu strona brytyjska zaproponowała rządowi czechosłowackiemu swoje pośrednictwo w rozmowach z mniejszością niemiecką. W imieniu rządu brytyjskiego podjął się tej roli 3 sierpnia lord Walter Runciman, mający w przeszłości kontakty gospodarcze z Niemcami, ale całkowicie nie zorientowany w sprawach czechosłowackich. Jego misja zakończyła się niepowodzeniem, za które obciążył odpowiedzialnością wyłącznie rząd w Pradze. 7 września londyński „The Times” zamieścił artykuł doradzający rządowi czechosłowackiemu, by w imię pokoju w Europie odstąpił III Rzeszy przygraniczne rejony zamieszkane przez mniejszość niemiecką. Tego samego dnia doszło do zamieszek w Ostrawie, które stały się dla henleinowców pretekstem do zerwania rozmów z rządem praskim. W opracowanym dla rządu brytyjskiego raporcie Runciman stwierdził, że dalsze współżycie Czechów i Niemców czesko-morawskich w jednym państwie jest niemożliwe.

Zdrada w Monachium

Rząd brytyjski stał na stanowisku, że należy doprowadzić do porozumienia za wszelką cenę, by nie doszło do wojny z III Rzeszą, którą uważał za katastrofę dla Europy. Dla Londynu to porozumienie oznaczało zgodę rządu czechosłowackiego na kapitulację i rozbiór państwa. Położenie Pragi na początku września 1938 roku pogorszyła ponadto irredenta nacjonalistów słowackich. Ludacy zapowiedzieli wprost, że w razie wojny z Niemcami nie będą bronić państwa czechosłowackiego.

Na zjeździe NSDAP w Norymberdze 12 września Hitler wygłosił mowę atakującą komunizm i ład wersalski, ale przede wszystkim zawierającą groźbę, że rząd niemiecki weźmie w obronę swoich „uciskanych” rodaków w Czechosłowacji. Wystąpienie to stało się sygnałem dla partii Henleina do wzmożenia akcji sabotażowo-terrorystycznych, co z kolei zmusiło rząd czechosłowacki do wprowadzenia w rejonach przygranicznych stanu wyjątkowego. Przywódcy Partii Sudeckoniemieckiej schronili się w Bawarii, gdzie Henlein ogłosił 15 września, że tereny zamieszkałe w Czechosłowacji przez Niemców muszą zostać włączone do Rzeszy.

W reakcji na te wydarzenia rządy Francji i Wielkiej Brytanii postanowiły podjąć się pośrednictwa, którego ofiarą miała być wyłącznie Czechosłowacja. Głównym zmartwieniem premiera Chamberlaina nie był los Czechosłowacji, ale możliwość ewentualnej interwencji ZSRR w jej obronie i wybuchu wojny w Europie. 15 września Chamberlain przybył do Niemiec i spotkał się z Hitlerem w Berchtesgaden. W odpowiedzi na ordynarne zachowanie swojego rozmówcy i jego groźby wojenne brytyjski premier obiecał, że rządy zachodnie będą naciskały na Czechów w duchu spełnienia żądań niemieckich.

Zarys przyszłego układu monachijskiego pojawił się 18 września podczas spotkania w Londynie Daladiera i Bonneta z Chamberlainem i brytyjskim ministrem spraw zagranicznych lordem Halifaxem. Politycy zachodni uradzili, że należy zaproponować rządowi w Pradze odstąpienie III Rzeszy wszystkich terenów pogranicznych zamieszkanych przez ponad 50 proc. ludności niemieckiej. Nowym granicom Czechosłowacji rządy zachodnie miały udzielić gwarancji. Oznaczałoby to anulowanie sojuszów tego państwa z Francją i ZSRR, co było jednym z żądań Hitlera.

Tego samego dnia propozycje te oba mocarstwa przekazały kanałami dyplomatycznymi prezydentowi Benešowi nie kryjąc, że nie spodziewają się ich odrzucenia. Był to wielki wstrząs dla Beneša, który dotąd niezachwianie wierzył w ład wersalski i sojusz z Francją. Nastroje społeczeństwa czeskiego były przeciwne wszelkiej kapitulacji, ogólne zapewnienie o możliwości pomocy wojskowej nadeszło też z Moskwy. Dlatego 20 września minister spraw zagranicznych Kamil Krofta przekazał mocarstwom zachodnim odpowiedź odmowną.

Wywołało to oburzenie w Paryżu i Londynie. Oba mocarstwa wzmogły nacisk na rząd w Pradze, któremu dano do zrozumienia, że odrzucenie żądań spowoduje zbrojną agresję Niemiec, a w wojnie tej Francja udziału nie weźmie. Było to ultimatum, przed którym Beneš i Hodža ustąpili. 22 września, podczas drugiego spotkania z Chamberlainem w Bad Godesberg, Hitler w brutalnej formie przedstawił jeszcze dalej idące żądania terytorialne wobec Czechosłowacji. Początkowo oba rządy zachodnie uznały je za nie do przyjęcia i doradziły rządowi czechosłowackiemu ogłoszenie mobilizacji, która została przeprowadzona bardzo szybko i sprawnie. Jednakże w Londynie i Paryżu górę wzięła ostatecznie chęć uniknięcia wojny za wszelką cenę. W tym duchu odbyła się kolejna narada rządowa brytyjsko-francuska w Londynie 25 września. Dwa dni później premier Chamberlain wygłosił przemówienie, w którym padły znamienne słowa: „nie możemy w żadnym razie postępować tak, by wciągnąć całe Imperium Brytyjskie do wojny z powodu tego narodu, (…) ludzi, o których nic nie wiemy”.

Pomysł rozstrzygnięcia sprawy Czechosłowacji na konferencji mocarstw został wysunięty 27 września przez prezydenta USA Franklina D. Roosevelta. Chamberlain zrealizował go jednak po swojemu, tzn. bez udziału Czechosłowacji i przeciw niej. O pośrednictwo w rozmowach z Niemcami poprosił faszystowskiego dyktatora Włoch Benito Mussoliniego. Przed konferencją czterech mocarstw w Monachium, która rozpoczęła się 29 września, Hitler spotkał się z Mussolinim i poprosił go, by ten przedstawił stanowisko niemieckie jako włoskie propozycje kompromisowe. Chamberlain i Daladier bardzo bali się fiaska konferencji, dlatego zasadnicze żądania Hitlera z Bad Godesberg przyjęli już po północy 30 września.

Nowy rząd czeski, na czele którego od 22 września stał gen. Jan Syrový, musiał teraz podjąć decyzję w sprawie zaakceptowania lub odrzucenia dyktatu monachijskiego. Głównodowodzący armią gen. Ludvík Krejčí apelował do prezydenta Beneša i rządu, by nie kapitulować. Wierzył w siłę sudeckich fortyfikacji. Beneš, Syrový i Krofta byli jednak zdania, że wojna bez sojuszników jest beznadziejna. W południe 30 września Krofta zakomunikował przedstawicielom dyplomatycznym Francji i Wielkiej Brytanii, że Czechosłowacja przyjmuje dyktat monachijski. Na koniec dodał: „Na pewno nie jesteśmy ostatni, po nas spotka to innych”.

W wyniku układu monachijskiego przyłączono do Rzeszy prawie 40 proc. terytorium Czechosłowacji. W miejsce dotychczasowego państwa czechosłowackiego powołana została federacyjna Republika Czesko-Słowacka z autonomiczną Ukrainą Karpacką. Pozbawiona fortyfikacji sudeckich była bezbronna wobec III Rzeszy.

Aneksja Zaolzia i błędna polityka polska

Kryzys sudecki został w Warszawie uznany za okazję do rozwiązania sporu o Śląsk Cieszyńskie (Zaolzie) oraz pograniczne tereny na Orawie i Spiszu. Latem 1920 roku, podczas pogarszającej się dla Polski sytuacji na froncie wojny z Rosją Radziecką, Czechosłowacja uzyskała korzystny dla siebie arbitraż mocarstw zachodnich w sprawie spornego terytorium. Mimo formalnego poszanowania praw ludności polskiej na Zaolziu, władze czeskie poprzez różne działania administracyjne prowadziły czechizację tamtejszych Polaków.

W styczniu i lutym 1938 roku podczas niemiecko-polskich rozmów na najwyższym szczeblu strona polska została poufnie poinformowana, że III Rzesza dąży do konfrontacji z Czechosłowacją. Chociaż nie doszło do decyzji o ewentualnej współpracy, polityka polska zajmowała podczas kryzysu sudeckiego stanowisko proniemieckie, a przynajmniej niechętne Czechosłowacji. Zadecydowała o tym wspomniana postawa Józefa Becka, osobiście darzącego Czechów ogromną niechęcią, czy wręcz nienawiścią.

Prezydent Beneš próbował rozbić współpracę polsko-niemiecką oferując Polsce rewizję granicy w zamian za neutralność w sporze między Pragą i Berlinem. Jego list w tej sprawie do prezydenta Ignacego Mościckiego z 22 września 1938 roku dotarł z opóźnieniem i nie wywarł żadnego skutku wobec antyczeskiej zapiekłości Becka. List ten był dla szefa polskiej dyplomacji niedogodny, ponieważ on sam chciał dyktować warunki, a nie pertraktować. 20 września ambasador Józef Lipski poinformował Hitlera, że Polska czterokrotnie odrzuciła prośby mocarstw zachodnich o pomoc w rozładowaniu kryzysu czechosłowackiego. Wódz III Rzeszy odwdzięczył się zapewnieniem, że na wypadek konfliktu polsko-czeskiego Niemcy staną po stronie Polski.

Pod koniec września 1938 roku rząd polski wysłał do Pragi noty, utrzymane w tonie nieprzyjaznym, w których domagał się równolegle do załatwienia roszczeń niemieckich rozwiązania problemu ludności polskiej na Zaolziu, co oznaczało rewindykację terytorialną. Konferencja w Monachium ubodła mocarstwowe ambicje Becka i zrodziła krok, który poza Berlinem oceniono w Europie negatywnie. Przed północą 30 września zostało złożone w Pradze polskie ultimatum z żądaniem przekazania Zaolzia. Termin odpowiedzi ustalono na 12 godzin, a jej brak lub odmowa oznaczały interwencję zbrojną ze strony polskiej. Żądania polskie rząd czeski zaakceptował 1 października. Pomiędzy 2 a 11 października Samodzielna Grupa Operacyjna „Śląsk” gen. Władysława Bortnowskiego, do której marszałek Edward Rydz-Śmigły skierował pełną egzaltacji odezwę zakończoną pompatycznym „Maszerować”, zajęła Zaolzie.

Dla rządu w Pradze był to po katastrofie monachijskiej dodatkowy cios i nietrudno jest zrozumieć ówczesne rozgoryczenie Czechów do Polski. Przywódcy sanacyjni dołożyli swoją cegiełkę do hańby Monachium. Nie warto było. Przez ten krok Polska straciła w 1945 roku Zaolzie na zawsze.

Rodzi się pytanie czy w 1938 roku był możliwy sojusz polsko-czechosłowacki przeciw Niemcom hitlerowskim? Sojusz taki był wskazany nie tylko ze względów geopolitycznych, ale także dlatego, że Niemcy nie były we wrześniu 1938 roku gotowe do wojny z Czechosłowacją i Polską, a tym bardziej do wojny z Francją. Niemiecki potencjał wojenny znacząco wzmocnił się dopiero, kiedy po zajęciu przez III Rzeszę w marcu 1939 roku Czech i Moraw nastąpiło przejęcie nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej i tamtejszego dobrze rozwiniętego przemysłu zbrojeniowego. To w znaczący sposób przyspieszyło wybuch drugiej wojny światowej.

Obrońcy sanacji odpowiadali i odpowiadają na to pytanie, że sojusz taki nie był możliwy z winy Czechosłowacji i jej rzekomo antypolskiej polityki w dwudziestoleciu międzywojennym, w tym prób czechizacji Polaków na Zaolziu. Jest to odpowiedź fałszywa. Powodem wrogiego stosunku Becka i innych polityków sanacyjnych do Czechosłowacji nie było Zaolzie, ale to, że postrzegali ten kraj jako państwo nieprzyjazne ze względu na jego sojusz z ZSRR oraz udzielanie pomocy polskiej opozycji. Dążyli do rozbicia Czechosłowacji także dlatego, że uważali ją za przeszkodę w stworzeniu w Europie Środkowej bloku państw pod egidą Polski (tzw. Międzymorza). Tylko, że plany te były znane Niemcom hitlerowskim i zostały przez nie skutecznie powstrzymane przez wciągniecie Węgier i Rumunii w swoją orbitę wpływów.

Na konieczność sojuszu polsko-czechosłowackiego wskazywał Wincenty Witos wkrótce po objęciu po raz trzeci teki premiera 10 maja 1926 roku. Jego gabinet jednak dwa dni potem stał się ofiarą zamachu stanu Józefa Piłsudskiego. Za sojuszem takim opowiadali się też niektórzy publicyści endeccy. Józefowi Beckowi i pozostałym politykom sanacyjnym zabrakło wyobraźni politycznej. W 1938 roku prowadzili politykę bardzo krótkowzroczną. Nie potrafili zrozumieć, że rozbiór Czechosłowacji jeszcze bardziej niż aneksja Austrii wzmocni potencjał militarny Niemiec i że jest to śmiertelnie niebezpieczne dla Polski.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 3 października 2018 r.

„Przegląd” nr 40 (978), 1-7.10.2018, s. 36-39

Rzeź Nankinu

„15 grudnia: Rzeź cywilów jest przerażająca. Mógłbym zapełnić całe strony przypadkami gwałtu i brutalności ponad ludzkie pojęcie. 18 grudnia: Dziś mija szósty dzień współczesnego Piekła Dantego, wypisanego wielkimi zgłoskami krwi i gwałtu. Zbiorowych mordów i tysiąckrotnego gwałtu. Okrucieństwo, żądza i sadyzm oprawców zdają się nie mieć końca. Z początku starałem się być miły, aby nie podsycać ich gniewu, ale uśmiech stopniowo zamarł, i moje spojrzenie stało się w pełni tak chłodne i dziwaczne, jak ich spojrzenia. 19 grudnia: Kradną całe jedzenie ubogim, którzy wpadli w stan pełnej przerażenia, histerycznej paniki. Kiedy to się skończy?! Wigilia Bożego Narodzenia: Teraz mówią nam, że w strefie pozostaje ciągle dwadzieścia tysięcy żołnierzy (skąd biorą te liczby, nikt nie wie), których będą wyłapywać i rozstrzeliwać. Wszystkich, czyli każdego sprawnego mężczyznę w mieście w wieku od 18 do 50 lat. Jakże znów odważą się spojrzeć komukolwiek w twarz?” – pisał w grudniu 1937 roku w listach wysyłanych z Nankinu do rodziny w USA amerykański chirurg Robert O. Wilson (1904-1967)[1]. Był on jednym ze świadków tzw. masakry nankińskiej – zbrodni przeciw ludzkości popełnionej przez armię japońską na ludności chińskiej w Nankinie (ówczesnej stolicy Republiki Chińskiej, rządzonej przez Kuomintang).

Data 13 grudnia jest w Polsce kojarzona niemal wyłącznie z rocznicą stanu wojennego z 1981 roku. Zapewne dlatego 80. rocznica masakry nankińskiej nie była wiodącym tematem w polskich mediach. Poza sesją naukową zorganizowaną przez Instytut Historii UJ i informacjami na niektórych portalach rocznica ta nie odbiła się w Polsce szerszym echem. Także w innych krajach Europy wiedza na temat tego, co działo się w Nankinie od 13 grudnia 1937 roku do końca stycznia 1938 roku jest niewielka. Można powiedzieć, że Nankin stanowi wyłącznie chińską tragedię, z której traumą Chiny borykają się samotnie od 80 lat.

Masakra nankińska zasługuje na przypomnienie przynajmniej z dwóch powodów. Dlatego, że to mało znane Polakom wydarzenie jest bliskie tragicznej historii Polski, która rozegrała się niedługo potem – w czasie drugiej wojny światowej. Niewyobrażalny, barbarzyński mord popełniony na przełomie 1937 i 1938 roku przez armię japońską na chińskich cywilach oraz jeńcach wojennych był preludium epoki pogardy dla człowieka, którą stała się pożoga światowa rozpętana wkrótce przez III Rzeszę. Zbrodnię nankińską trzeba przypominać także dlatego, że po dziś dzień ogromna większość historyków japońskich przyjmuje, że Cesarska Armia Lądowa Wielkiej Japonii jakoby nie dopuściła się w Nankinie żadnej zbrodni przeciw ludzkości. Ci z nich, którzy mają odwagę mówić prawdę dostają listy z pogróżkami – w tym też groźbami śmierci – od prawicowych i nacjonalistycznych organizacji.

Japonia nie chce pamiętać

13 grudnia 2017 roku odbyła się w Nankinie coroczna ceremonia upamiętniająca około 300 tys. ofiar masakry nankińskiej. W tym roku, ze względu na okrągłą rocznicę, była szczególnie podniosła. Po raz pierwszy od trzech lat wziął w niej udział prezydent Xi Jinping. W przemówieniu, które wygłosił przewodniczący parlamentu chińskiego Yu Zhengsheng padły pod adresem Japonii słowa pojednawcze: „Tylko pamiętając o historii będziemy mogli zbudować lepszą przyszłość (…). Powinniśmy być przyjaznymi sobie sąsiadami i uczyć się od siebie wzajemnie oraz utrzymywać przyjacielskie relacje dyplomatyczne”[2]. Problem w tym, że Japonia nie chce pamiętać swoich zbrodni z okresu wojny chińsko-japońskiej (1937-1945) oraz drugiej wojny światowej, eksponując własne cierpienia doznane w wyniku ataku atomowego na Hiroszimę i Nagasaki. Kwestia uznania masakry nankińskiej za ludobójczą zbrodnię przeciw ludzkości oraz liczba jej ofiar do dzisiaj dzielą oba kraje. 12 grudnia 2017 roku w liczącym ponad 700 tys. mieszkańców japońskim mieście Shizuoka około 200 Japończyków przyszło na spotkanie poświęcone 80. rocznicy masakry nankińskiej, które zorganizował miejscowy uniwersytet i rodziny ocalałych z masakry Chińczyków[3]. Wydarzenie to jednak było wyjątkiem w Japonii, gdzie rewizjoniści historii stali się odważniejsi pod konserwatywnym rządem premiera Shinzo Abe.

Sześć tygodni horroru

Wydarzenia, które rozegrały się w ówczesnej stolicy Chin na przełomie 1937 i 1938 roku mogłyby zostać uznane za jedną z największych, jeśli nie największą zbrodnię wojenną drugiej wojny światowej, gdyby nie data. W okresie tym – przynajmniej według historiografii europejskiej – światowy konflikt jeszcze się nie zaczął. Tylko historiografia chińska oraz niektórzy historycy amerykańscy i australijscy są zdania, że początkiem drugiej wojny światowej był wybuch w 1937 roku wojny chińsko-japońskiej.

Bezpośrednim pretekstem do agresji Japonii na Chiny była japońska prowokacja z 7 lipca 1937 roku, która przeszła do historii pod nazwą incydentu na moście Marco Polo pod Pekinem. Wojna ze strony japońskiego agresora odznaczała się od początku dużą brutalnością. Japoński sztab planował pokonanie Chin w trzy miesiące. Armia chińska, dowodzona przez generalissimusa Czang Kaj-szeka, choć ustępująca japońskiej pod względem uzbrojenia, broniła się jednak zaciekle. Trzy miesiące zajęło Japończykom zdobycie samego tylko Szanghaju. To rozwścieczyło agresora i stało się jedną z przyczyn jego brutalności.

Czang Kaj-szek zarządził obronę stolicy. Powierzył ją jednak nieudolnemu generałowi Dang Shengshi. Silny atak japońskiego lotnictwa 7 grudnia 1937 roku spowodował paniczną ucieczkę z Nankinu chińskich władz, dowództwa, wojska, a na koniec rzesz cywilów. Kolejne naloty i ostrzał ciężkiej artylerii złamały gen. Shengshi, który wydał rozkaz odwrotu i w nocy z 11 na 12 grudnia 1937 roku sam zbiegł z miasta.

Nankin nie był pierwszym miastem chińskim, w którym agresor japoński dokonał masakry ludności. Do masakr takich doszło także w Szanghaju, Changzhou, Hangzhou, Jiaxing, Shaoxing, Suzhou i Wuxi. Według odtajnionych niedawno depesz dyplomatów amerykańskich miało w nich zginąć aż 500 tys. Chińczyków[4]. Wojskami, które zajęły Nankin, dowodził gen. Iwane Matsui – w 1948 roku skazany przez Trybunał Tokijski na karę śmierci. Faktycznie jednak podczas rzezi Nankinu Matsui był chory. W jego zastępstwie dowodzenie przejął książę Yasuhiko Asaka – wuj cesarza Hirohito – i to on ponosi główną odpowiedzialność za to co stało się w Nankinie. Kierowanie rzezią przez Asakę świadczy o tym, że decyzja o zagładzie chińskiej stolicy zapadła w najbliższym otoczeniu Hirohito, jeśli nie na jego rozkaz.

Ludobójstwo nankińskie rozpoczęło się od masowego mordowania chińskich jeńców. Podczas powojennych procesów japońscy zbrodniarze wojenni cynicznie tłumaczyli, że mord na jeńcach był spowodowany tym, że nie mieli ich czym żywić. Faktycznie jednak zagłada jeńców została podyktowana chęcią złamania ducha oporu armii chińskiej i narodu chińskiego. U jej podłoża leżały też przyczyny kulturowe. W dominującej wówczas w Japonii kulturze samurajskiej pokonanego przeciwnika uważano za pozbawionego honoru i nie traktowano jak człowieka.

Liczące 50 tys. żołnierzy japońskie siły inwazyjne wzięły do niewoli w Nankinie i okolicach około 90 tys. żołnierzy chińskich. Obiecywano im przetransportowanie do obozów jenieckich. Jednakże zostali podzieleni przez Japończyków na grupy i wymordowani. Rozstrzeliwano ich z karabinów maszynowych i dobijano bagnetami. Zdarzały się jednak przypadki urządzania przez japońskich wojskowych „zawodów” w ścinaniu chińskich jeńców samurajskimi mieczami. Z równym okrucieństwem zabijano też ludność cywilną przedmieść Nankinu i pobliskich wiosek. Największą jednorazową egzekucję Japończycy przeprowadzili koło góry Mufu, na północ od Nankinu. Rozstrzelali tam aż 57 tys. żołnierzy i cywilów chińskich. Zwłoki oblewano benzyną i podpalano. Gdy zabrakło benzyny, trupy wrzucano do rzeki Jangcy.

Jeśli podczas egzekucji jeńców Japończycy używali przeważnie broni palnej, to masakry w samym Nankinie cechowało niewyobrażalne zwyrodnienie. Ofiary zakopywano żywcem, czasem tylko po szyję i wówczas ścinano je mieczami. Natomiast zakopani w ziemi po pas byli rozszarpywani przez psy. Niejednokrotnie ćwiczono też na nich ciosy bagnetem. Innych tratowano końmi i czołgami, wieszano za języki na hakach, przybijano do drzew i słupów telegraficznych, oddzierano im pasy skóry, odcinano nosy i uszy, wyłupywano oczy. Niektóre ofiary gromadzono na dachach drewnianych przeważnie domów, które następnie podpalano benzyną od parteru. Ku uciesze oprawców ofiary te – tak jak sześć lat później Żydzi w getcie warszawskim – popełniały samobójstwo skacząc w dół. Dopóki nie zabrakło benzyny, palono też nankińczyków zbiorowo na placach i ulicach. Innych topiono w lodowatych wodach Jangcy. Orgii mordów towarzyszył rabunek mienia oraz palenie i niszczenie miasta. Ten koszmar trwał długie sześć tygodni.

Odrębnym i najbardziej przerażającym rozdziałem dramatu nankińskiego były masowe, sadystyczne gwałty na chińskich kobietach i dziewczynkach, które następnie były najczęściej okrutnie zabijane przez żołnierzy japońskich. Liczba ofiar tych gwałtów jest szacowana od 20 do 80 tys. Jedna trzecia z nich miała miejsce w biały dzień i na oczach rodzin. Być może był to największy gwałt zbiorowy w historii obok Bengalu Wschodniego, gdzie w 1971 roku zgwałcono ponad 200 tys. kobiet. Armia pakistańska potrzebowała na to jednak wtedy aż dziewięć miesięcy.

Sprawiedliwi z Nankinu

Na pomoc eksterminowanym mieszkańcom Nankinu pospieszyli obecni w stolicy Chin cudzoziemcy, dysponujący przeważnie immunitetem dyplomatycznym. Ocalenie mniej więcej połowy populacji Nankinu było zasługą 27 Europejczyków i Amerykanów – pracowników konsulatów, szpitali, szkół, organizacji charytatywnych i zagranicznych firm. Za zgodą władz japońskich, nawiązując do wcześniejszego precedensu z Szanghaju, utworzyli oni tzw. Nankińską Strefę Bezpieczeństwa, która dała schronienie 200-300 tys. cywilów, ale także ukrywającym się wśród nich jeńców. Na czele akcji ratunkowej stanął John Rabe (właśc. Heinrich Detlef Rabe, 1882-1950) – przedstawiciel Siemensa w Chinach i członek NSDAP. Nazwany przez Chińczyków „Żywym Buddą”, dosłownie wyrywał ofiary z rąk Japończyków, krążąc po mieście z opaską ze swastyką na ramieniu i podsuwając oprawcom pod nos znaczek partii hitlerowskiej. Było to jednak ryzykowne. Rabe kilkakrotnie ocierał się o śmierć. Wielu innych Niemców, mimo używania nazistowskich emblematów, zostało pobitych przez żołnierzy japońskich. Swoich podopiecznych Rabe strzegł w strefie, czuwając osobiście nawet nocami. Ogromną rolę odegrała także dwójka Amerykanów – wspomniany chirurg Robert O. Wilson oraz Wilhelmina („Minnie”) Vautrin – dziekan Ginling College, w której kampusie znalazło schronienie tysiące kobiet. Dramat nankiński spowodował ciężką depresję u Minnie Vautrin, z której już się nie podniosła. Po powrocie do USA popełniła samobójstwo w maju 1941 roku. Diariusze prowadzone przez Johna Rabe i Minnie Vautrin – bezpośrednich świadków masakry nankińskiej – stanowią bezcenne źródło historyczne i dowód japońskich zbrodni.

Liczba ofiar

Masakra nankińska była jedynie epizodem – choć niewątpliwie najkrwawszym – podczas wojny chińsko-japońskiej i japońskiej okupacji Chin, które pochłonęły około 20 mln ofiar chińskich. Współczesna historiografia chińska przyjmuje, że w masakrze nankińskiej zginęło co najmniej 300 tys. ofiar. Szacunki różnych historyków wahają się od 50 do 600 tys. ofiar. Trybunał Tokijski przyjął liczbę 260 tys. ofiar. Prawdopodobnie najbliższe prawdy są ustalenia amerykańskiej badaczki chińskiego pochodzenia Iris Chang (1968-2004). Bezwzględnie wiarygodne statystyki, pochodzące od chińskich organizacji charytatywnych oraz powołanych przez okupanta japońskiego władz miejskich, mówią o pogrzebaniu 227400 ciał. Do tej liczby Iris Chang dodała orientacyjne dane na temat zwłok grzebanych lub palonych na stosach przez samych Japończyków i oszacowała liczbę ofiar masakry nankińskiej na 335-400 tys. ofiar. Ponadto badaczka ta odnalazła w National Archives w Waszyngtonie rozszyfrowaną przez amerykański wywiad depeszę japońskiego ministra spraw zagranicznych Koki Hiroty z 17 stycznia 1938 roku (rzeź Nankinu wówczas jeszcze trwała) donoszącą, że „wymordowano nie mniej niż trzysta tysięcy chińskich cywilów, w wielu wypadkach z zimną krwią”. Jeśli nawet liczba ofiar masakry nankińskiej nie przekroczyła 260 tys. – podanych przez Trybunał Tokijski – to jest ona i tak prawie dwukrotnie wyższa od łącznej liczby zabitych w Hiroszimie i Nagasaki bezpośrednio w atakach nuklearnych (tzn. nie licząc zmarłych potem na chorobę popromienną) i od strat ludzkich jakiegokolwiek miasta w drugiej wojnie światowej.

Ostatnia ofiara

Iris Chang stała się ostatnią ofiarą masakry nankińskiej. Całą swoją działalność publicystyczną i badawczą poświęciła nagłaśnianiu japońskich zbrodni wojennych. Światową sławę przyniosła jej książka „Rzeź Nankinu. Historia zapomnianego ludobójstwa” (wyd. pol. 2013). Jej ogromną zasługą było opracowanie i opublikowanie w 1996 roku zapisków nankińskich Johna Rabe. W sierpniu 2004 roku, podczas pracy nad książką o bataańskim marszu śmierci, przeżyła załamanie nerwowe, które przerodziło się w depresję. Była przekonana, że jest przez kogoś inwigilowana. Najprawdopodobniej nie poradziła sobie psychicznie z tematyką, którą się zajmowała. Popełniła samobójstwo 9 listopada 2004 roku, mając 36 lat. Wkrótce potem jej pomnik stanął w mauzoleum masakry nankińskiej.

Zbrodnie popełnione w Nankinie – podobnie jak zbrodnie popełnione niedługo potem przez nazistów w Europie – zrodziła podobna nacjonalistyczna, militarystyczna i imperialistyczna ideologia. Japońska wersja faszyzmu, której oficjalnie faszyzmem nie nazywano, ale która faszyzmem była. Takie zbrodnie były możliwe dzięki temu, że ideologia odczłowieczała ofiary – w Europie Żydów i Słowian, na Dalekim Wschodzie – Chińczyków, Koreańczyków, Wietnamczyków i inne narody podbite przez Japonię. Wyhodowani na szowinistycznej ideologii sprawcy nie traktowali swoich ofiar jak ludzi, a czynów jako zbrodnię. Problem z Japonią jest tego typu, że z powodu Hiroszimy i Nagasaki uważa się ona nie za sprawcę ludobójstwa, ale za ofiarę drugiej wojny światowej. Japończycy widzą skutek, ale nie widzą przyczyny.

Jakub Polit – wybitny znawca historii Chin i Dalekiego Wschodu – w wydanej w 2002 roku książce „Smutny kontynent. Z dziejów Azji wschodniej w XX wieku” napisał: „Mimo podejmowanych w ostatnich latach, głównie przez diasporę chińską, prób nagłośnienia sprawy (wystawy fotograficzne, prezentacja dziennika Rabego, film Nancy Tong »W imieniu cesarza«), słowo »Nankin« pozostaje pustym dźwiękiem dla niemal wszystkich Europejczyków i Amerykanów. Symbolem martyrologii ludności Dalekiego Wschodu jest nadal Hiroszima – położony w kraju morderców filar ich przemysłu zbrojeniowego”.

[1] Cyt. za: I. Chang, Rzeź Nankinu. Historia zapomnianego ludobójstwa, Warszawa 2013, s. 148.

[2] Cyt. za: Apel o pokojowe relacje. Rocznica masakry nankińskiej, http://www.inforgmina.com, 13.12.2017; China marks 80th anniversary of Nanjing massacre, http://www.dw.com, 13.12.2017.

[3] Testimony meeting held in Japan’s Shizuoka in memory of 1937 Nanjing Massacre, http://www.news.xinhuanet.com, 13.12.2017.

[4] Archives reveal massacre of 500 000 Chinese by Japanese army, http://www.chinadaily.com.cn, 12.12.2007.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 26 stycznia 2018 r.

„Przegląd” nr 4 (942), 22-28.01.2018, s. 36-38

Barbarzyństwo

„Wystarczyło kilka minut, by mauzoleum żołnierzy radzieckich w Trzciance (woj. wielkopolskie) zamieniło się w kupę gruzu. W piątek na plac Pocztowy wjechały koparki i, mimo sprzeciwu Rosjan, wyburzyły lokalny symbol komunizmu” – cieszy się portal tvn24.pl[1].

„Wydarzenie wzbudziło wielkie zainteresowanie wśród mieszkańców. Ludzie stawali, kręcili filmy, robili zdjęcia i komentowali (…). – Bardzo dobrze, cieszę się, że tego doczekałem. Ostatni bastion komunizmu padł na pysk – nie krył radości Józef Janowicz” – czytamy dalej na portalu tvn24.pl. Kto ów Józef Janowicz, nie wiadomo. Domyślam się, że miejscowy „patriota”, bo raczej nie intelektualista.

Mauzoleum w Trzciance – jedno z najokazalszych upamiętnień żołnierzy radzieckich w Polsce – było przez kilkadziesiąt lat uznawane za cmentarz wojenny. Przestało być jednak za takowe uważane, kiedy burmistrz Trzcianki Krzysztof Czarnecki (PiS) zlecił badania archeologiczne. Badania te – przeprowadzone w „ostatnich tygodniach”, jak czytamy w relacji portalu tvn24.pl – wykazały, że pod mauzoleum nie ma rzekomo żadnych zwłok. Wówczas wojewoda wielkopolski (także z PiS) wykreślił obiekt z ewidencji grobów i cmentarzy wojennych, zmieniając jego stan prawny na pomnik. Następnie burmistrz Czarnecki zlecił jego natychmiastową rozbiórkę na mocy ustawy dekomunizacyjnej. Wyniki badań archeologicznych kwestionuje ambasada rosyjska, która wydała oświadczenie protestujące przeciw działaniom samorządu Trzcianki jako sprzecznym z rosyjsko-polską umową międzyrządową z 1994 roku o grobach i miejscach pamięci ofiar wojen i represji.

„Według dokumentów posiadanych przez Ambasadę pod mauzoleum nadal znajdują się groby żołnierzy Armii Czerwonej, co nadaje jeszcze bardziej nieprawny i niemoralny charakter akcji jego zburzenia” – napisała w oświadczeniu ambasada Rosji. Samorząd Trzcianki stoi na stanowisku, że szczątki żołnierzy radzieckich „prawdopodobnie przeniesiono na cmentarz w 1953 roku”. Nie ma jednak żadnych dokumentów potwierdzających przeprowadzenie takiej ekshumacji i nie wiadomo gdzie na miejscowym cmentarzu mieliby być pochowani żołnierze radzieccy. „Sprawdzają to pracownicy Muzeum Ziemi Nadnoteckiej” – informuje portal tvn24.pl.

Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Trzciance zburzone 8 września 2017 roku

Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Trzciance zburzone 8 września 2017 roku

Obok artykułu o zburzeniu mauzoleum w Trzciance portal tvn24.pl zamieścił – zapewne nieprzypadkowo – artykuł pt. „Mąż sprzedał Zofię Sowietom za wódkę, ratowali ją polscy żołnierze. I za to zginęli od kul w tył głowy”[2]. Widziałem ten tekst już kilkanaście razy w ciągu ostatnich pięciu lat na różnych portalach. Opisuje on zresztą wydarzenie, które miało mieć miejsce dwa lata po wojnie, a nie podczas wyzwalania Polski. Ten i inne podobne mu teksty oraz pojawiające się ostatnio jak grzyby po deszczu książki o „sowieckich gwałtach i grabieżach” są częścią kampanii propagandowej mającej uzasadnić to, co czyni się w Polsce z upamiętnieniami walk Armii Czerwonej z Niemcami hitlerowskimi w latach 1944-1945[3].

Niestety, ani portal tvn24.pl, ani żadne z innych mediów polskich nie poinformowały jakie krzywdy wyrządzili żołnierze radzieccy Polakom w Trzciance. Ano takie, że dzięki tym żołnierzom radzieckim Trzcianka – która w wyniku pierwszego rozbioru Polski znalazła się pod zaborem pruskim – ponownie po 173 latach stała się Trzcianką. W 1945 roku nazywała się bowiem Schönlanke i była miasteczkiem w stu procentach niemieckim, leżącym na terenie niemieckiej Prowincji Grenzmark Posen-Wetspreußen. To „Sowieci” przywrócili ją Polsce i dzisiaj leży w województwie wielkopolskim.

Zastanawiam się jak nazwać to, co stało się w Trzciance i stanie się wkrótce w dziesiątkach innych polskich miejscowości. Przychodzi mi na myśl tylko jedno słowo: barbarzyństwo. Barbarzyństwo wobec historii, wobec uczuć narodu rosyjskiego oraz wobec obecnych i przyszłych pokoleń Polaków.

Nigdzie poza Polską, pomajdanową Ukrainą – odwołującą się do tradycji banderowskiej – oraz państwami bałtyckimi, w których rządzą szowiniści będący niejednokrotnie epigonami kolaborantów z III Rzeszą, nie burzy się pomników upamiętniających żołnierzy radzieckich poległych w walkach z Niemcami, czyli upamiętniających pokonanie Niemiec hitlerowskich w drugiej wojnie światowej.

W mojej pamięci głęboko utkwił obraz pieczołowicie utrzymanego mauzoleum i cmentarza żołnierzy radzieckich w miejscowościach Svidnik na Słowacji. Spoczywa na nim 9 tys. spośród co najmniej 27 tys. żołnierzy radzieckich poległych w czasie operacji dukielsko-preszowskiej (8 września-30 listopada 1944). Ogromny monument został wzniesiony w 1954 roku w stylu tamtego okresu. Są tam czerwone gwiazdy, są godła ZSRR, są potężne rzeźby żołnierzy radzieckich, są płaskorzeźby w stylu socrealizmu. Wszystko starannie utrzymane. Nikomu na Słowacji nie przyszłoby do głowy, żeby to zburzyć. Co roku odbywają się pod tym pomnikiem – noszącym oficjalną nazwę Pomnika Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim – uroczystości z udziałem władz słowackich, upamiętniające operację dukielsko-preszowską, od której zaczęło się wyzwolenie Czechosłowacji.

Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim w Svidniku na Słowacji

Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim w Svidniku na Słowacji

We wsi Kapišová, przy drodze ze Svidnika do Barwinka, jest też niezwykły pomnik, na którym zastygły w walce dwa czołgi: radziecki T-34 z czerwoną gwiazdą i niemiecki PzKpfw IV z czarnym krzyżem. W tej samej miejscowości – w tzw. „dolinie śmierci” – stoją dwa T-34 z czerwonymi gwiazdami, a pomiędzy nimi znajduje się samotna mogiła czerwonoarmisty. Pomniki, których elementami są radzieckie czołgi można spotkać przy całej trasie ze Svidnika do Barwinka, liczącej 20 km. We wsi Nižný Komárnik, po słowackiej stronie Przełęczy Dukielskiej, znajdują się też radzieckie działa przeciwlotnicze i samolot szturmowy Ił-2 z czerwonymi gwiazdami. Dobrze utrzymane są nie tylko pomniki upamiętniające udział wojsk radzieckich w operacji dukielsko-preszowskiej, czechosłowacki cmentarz wojenny i memoriał w miejscowości Vyšný Komárnik, ale także niemiecki cmentarz wojenny w miejscowości Hunkovce.

Pomnik we wsi Kapišova na Słowacji

Pomnik we wsi Kapišova na Słowacji

Cmentarz żołnierzy niemieckich w Hunkovcach na Słowacji

Cmentarz żołnierzy niemieckich w Hunkovcach na Słowacji

Tak samo jest w Czechach i na Węgrzech, mimo przecież też niełatwych doświadczeń historycznych tych krajów z ZSRR. Wszędzie tam pieczołowicie dba się o „sowieckie pomniki”, które „pozostały w spadku po komunizmie”, jak głosi popularna w Polsce formułka propagandowa.

W centrum Wiednia na Schwarzenbergplatz stoi Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej, odsłonięty 19 sierpnia 1945 roku. Upamiętnia on 41 tys. żołnierzy radzieckich, którzy zginęli w czasie operacji wiedeńskiej (16 marca-13 kwietnia 1945). Pomnik ten ma kształt wyniosłej, smukłej kolumny marmurowej o wysokości 20 metrów, na której stoi 12-metrowy posąg z brązu, przedstawiający wyprostowanego żołnierz radzieckiego w złotym hełmie i z pepeszą. W prawej ręce żołnierz trzyma sztandar bojowy Armii Czerwonej, a w lewej pokaźnych rozmiarów godło ZSRR. Na cokole umieszczono rozkaz bojowy Stalina po rosyjsku oraz napis po rosyjsku i niemiecku, który głosi: „Pomnik ku chwale żołnierzy Armii Radzieckiej, którzy wyzwolili Austrię od faszyzmu. Kwiecień 1945”. Pomnik jest otoczony kolumnadą z 26 kolumn o wysokości 8 metrów oraz inskrypcją na belkowaniu: „Wieczna chwała bohaterom Armii Czerwonej, którzy polegli w walce z niemieckim faszystowskim najeźdźcą o wolność narodów Europy”. Jest to najokazalsze upamiętnienie żołnierzy radzieckich w Europie poza Rosją.

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-posąg żołnierza z godłem ZSRR

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-posąg żołnierza z godłem ZSRR

W ostatnich latach Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu był kilkakrotnie dewastowany przez nieznanych sprawców – neonazistów, albo licznie mieszkających w stolicy Austrii Czeczeńców, albo przybyszów z pomajdanowej Ukrainy, a może i nawet „polskich patriotów”. Zawsze jednak spotykało się to ze zdecydowanym potępieniem władz austriackich. Po zakończeniu okupacji Austrii przez cztery mocarstwa sojusznicze w 1955 roku żaden rząd austriacki – nawet w okresie nasilania się „zimnej wojny” – nie uznał tego pomnika za symbol „sowieckiego zniewolenia” mimo, że Austriacy nie mają powodów, żeby dobrze wspominać okupację radziecką Wiednia, Dolnej Austrii i Burgenlandu z lat 1945-1955. Elity polityczne Austrii rozumieją bowiem, że pomnik ten upamiętnia zwycięstwo koalicji antyhitlerowskiej nad Niemcami i wyzwolenie Austrii spod nazizmu. Zwycięstwo, które było w znaczącej mierze zasługą ZSRR. Polityczna świadomość tego faktu ma dla władz austriackich większe znaczenie od pretensji związanych z powojenną okupacją, zasłużoną zresztą przez Austriaków.

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-cokół z treścią rozkazu Stalina w języku rosyjskim

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-cokół z treścią rozkazu Stalina w języku rosyjskim

Tak samo zresztą niemieckie elity polityczne traktują Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten. Na pomniku tym też widnieją złote godła ZSRR i Armii Czerwonej oraz napisy, których treść przyprawiłaby polską prawicę o atak szału. Czy pani kanclerz Merkel uważa ten pomnik za „symbol zniewolenia” i „niechlubny spadek po komunizmie”? A może czuje się przez ten pomnik zniewolona? Nie, pani kanclerz Merkel buduje z Rosją kolejne gazociągi. Pomniki upamiętniające wkład Armii Czerwonej w zwycięstwo nad III Rzeszą znajdują się też we Frankfurcie nad Odrą, Pradze, Brnie, Ostrawie, Bratysławie, Budapeszcie i Sofii. Wszędzie tam uważa się, że są to pomniki ku czci żołnierzy jednej z armii koalicji antyhitlerowskiej, a nie „pomniki ku chwale komunizmu”.

Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten

Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten

Również w Norwegii znajdują się pomniki upamiętniające wyzwolenie przez Armię Czerwoną prowincji Finnmark jesienią 1944 roku. Nie można powiedzieć, że są one symbolem jakiegoś zniewolenia, ponieważ Norwegia nie była po wojnie ani okupowana przez ZSRR, ani nie znalazła się w radzieckiej strefie wpływów. Są one wyrazem wdzięczności Norwegów za wyzwolenie spod okupacji niemieckiej. We wszystkich tych państwach rozumie się znaczenie zwycięstwa koalicji antyhitlerowskiej nad III Rzeszą i znaczenie wyzwolenia spod okupacji niemieckiej przez wojska radzieckie.

Nie mogą tego jednak zrozumieć decydenci polityczni w Polsce – kraju, który w przeciwieństwie do Austrii, Czech, Słowacji, Norwegii czy Węgier został skazany przez Niemcy hitlerowskie na zagładę. Nie potrafią albo nie chcą zrozumieć tego, że okupacja niemiecka oznaczała dla narodu polskiego zagładę biologiczną, a Polska Ludowa nie. Nie potrafią albo nie chcą oddzielić faktu wyzwolenia Polski spod okupacji niemieckiej przez wojska radzieckie od polityki Stalina wobec Polski, także tej z lat 1939-1941. Nie rozumieją, że głosząc tezę o rzekomym przegraniu przez Polskę drugiej wojny światowej wypisują Polskę z koalicji antyhitlerowskiej i zapisują ją do satelitów III Rzeszy. Nie rozumieją, że głosząc, iż Polska Ludowa była podobno „kolonią sowiecką” podważają prawnomiędzynarodowe podstawy istnienia dzisiejszej Polski. Nie rozumieją znaczenia, jakie dla Rosjan ma pamięć o ofiarach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, w tym poległych żołnierzach radzieckich i że raniąc tę pamięć wykopują rów nie do zasypania pomiędzy narodami polskim i rosyjskim. A może świadomie chcą ten rów wykopać?

Decydenci polityczni w Polsce zachowują się tak jakby Rosja już nie istniała albo miała zaraz przestać istnieć. Nie zastanawiają się jakie skutki przyniosą ich działania dla stosunków nie pomiędzy państwami, ale pomiędzy narodami polskim i rosyjskim. Nie obchodzi ich jak będą wyglądać relacje przyszłych pokoleń Polaków i Rosjan w sytuacji, gdy zostaje boleśnie ugodzone jedno z najwrażliwszych miejsc rosyjskiej pamięci narodowej.

Czasem mam wrażenie, że władze w Polsce sprawują jacyś ekstremiści albo troglodyci, którzy nie rozumieją nic z polskiej i światowej historii. Podejrzewam też w tym wszystkim rękę obcą. Traktowanie działań wojennych Armii Czerwonej w Europie w latach 1944-1945 jako „podboju” i „zniewolenia” to jest przecież narracja historyczna najbardziej skrajnych sił politycznych w Niemczech i na Ukrainie. Widzę tutaj zatem realizację celów niemieckiej i ukraińskiej polityki historycznej. Niemcom, podejmującym wielkie projekty gospodarcze z Rosją, pewnych rzeczy robić nie wypada i być może właśnie te rzeczy robią za nich polscy podwykonawcy polityczni. Nie są też dla nikogo tajemnicą zażyłe stosunki z nacjonalistami ukraińskimi, jakie utrzymują od ponad ćwierć wieku postsolidarnościowe siły polityczne, a jakie przed 1989 rokiem utrzymywała ówczesna opozycja polityczna w PRL. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że niemały wpływ na skrajnie antyrosyjską politykę Warszawy, w tym politykę historyczną, muszą mieć ukraińskie środowiska nacjonalistyczne w Polsce i za granicą.

Nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że takie działania jak te w Trzciance mają charakter prowokacji obliczonej na całkowite zniszczenie stosunków polsko-rosyjskich. Być może ci prowokatorzy liczą na to, że Rosja w odwecie zburzy polskie mauzoleum w Katyniu. Doprowadzenie do takiej sytuacji jest chyba ukrytym celem obozu politycznej rusofobii w Polsce. Bo jeżeli jedna prowokacja nakręca drugą, jeszcze bardziej radyklaną, to jaki inny można z tego wyciągnąć wniosek?

Polityka musi mieć jakiś cel. Tymczasem polityka prowadzona przez obecną władzę nie ma celu żadnego. Sprowadza się ona do systematycznego pogarszania stosunków z Rosją i Niemcami oraz groźnego prężenia amerykańskich muskułów. Najprawdopodobniej decydenci polityczni w Polsce nie biorą przy tym pod uwagę tego, że za napinanie muskułów amerykańskich trzeba będzie USA zapłacić niemałą cenę, ponieważ mocarstwo to niczego nie robi bezinteresownie. Największe korzyści polityczne z antyrosyjskiej obsesji Warszawy – oprócz USA – wyciąga pomajdanowa Ukraina. Status Polski jako kraju nieustannie skłóconego z Niemcami i Rosją i zarazem niewiele znaczącego na arenie międzynarodowej jest z punktu widzenia interesów politycznych Kijowa rozwiązaniem najbardziej optymalnym. Ciągłe prowokowanie Rosji w pewnym momencie przekroczy jednak masę krytyczną i doprowadzi do sytuacji, od której nie będzie odwrotu.

Prof. Andrzej Friszke w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej” stwierdził, że polityka historyczna PiS jest zupełnie niezrozumiała poza granicami Polski, a w kraju służy wykluczaniu różnych środowisk i tradycji. Natomiast rozpoczęta przez rząd PiS wojna propagandowa w sprawie reparacji wojennych od Niemiec, nie mieści się w kategorii polityki historycznej[4].

Dodam, że również „wojna pomnikowa” z Rosją nie mieści się w ramach jakiejkolwiek polityki historycznej. To są działania polityczne obliczone na konfrontację, która nie wiadomo czemu ma służyć i do czego zmierzać.

Polska obecna coraz bardziej przypomina Ugandę pod rządami Idi Amina Dada (1971-1979), który ogłosił się feldmarszałkiem i „zdobywcą Imperium Brytyjskiego” oraz doprowadził do konfliktu z niemal wszystkimi sąsiadami, że o Cesarstwie Środkowoafrykańskim (1976-1979) Jeana-Bedela Bokassy nie wspomnę.

[1] W kilka minut zburzyli radzieckie mauzoleum. „Ostatni bastion komunizmu padł na pysk”, http://www.tvn24.pl, 9.09.2017.

[2] „Mąż sprzedał Zofię Sowietom za wódkę, ratowali ja polscy żołnierze. I za to zginęli od kul w tył głowy”, http://www.tvn24.pl, 15.06.2017.

[3] Np. Stanisław M. Jankowski, „Dawaj czasy! Czyli wyzwolenie po sowiecku”, Dom Wydawniczy „Rebis”, Poznań 2017. W reklamie tej książki na portalu księgarni Empik czytamy m.in.: „Żołnierze AK przyjęli ich jak sojuszników – oni potraktowali ich jak wrogów: kulą w głowę lub uwięzieniem. Przez cywilów byli witani kwiatami i chlebem – tyle że oni chcieli zegarków, wódki oraz kobiet. Biada tym, którzy odmówili…”, http://www.empik.com, 11.04.2017.

[4] J. Nizinkiewicz, „Friszke: samobójcza polityka historyczna PiS”, http://www.rp.pl, portal dziennika „Rzeczpospolita”, 10.09.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 11 września 2017 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2155/56), 24.09-1.10.2017, s. 6-7

Kohl a rozbicie Jugosławii

Zmarły 16 czerwca 2017 roku Helmut Kohl jest przedstawiany w mediach głównie jako „ojciec zjednoczenia Niemiec” i jeden ze współtwórców Unii Europejskiej. Rzadziej mówi się o tym, że uznał zachodnią granicę Polski dopiero pod naciskiem USA. Prawie wcale natomiast nie wspomina się, że jego drugą wielką rozgrywką polityczną – obok doprowadzenia do zjednoczenia Niemiec – było zapoczątkowanie rozbicia Jugosławii. Odpowiedzialności Kohla za doprowadzenie do krwawego rozpadu Jugosławii zaprzeczył po jego śmierci były polityk CDU Willy Wimmer[1].

Jedynym polskim autorem, który szerzej poruszył ten temat jest wybitny politolog – prof. Marek Waldenberg. Omawiając rolę polityki niemieckiej w zapoczątkowaniu rozbicia Jugosławii oparł się na relacjach polityków i dziennikarzy zachodnich.

Według prof. Waldenberga w latach 1990-1991 największy wpływ na los Jugosławii wywierały główne państwa Wspólnoty Europejskiej – RFN, Francja i Wielka Brytania. ZSRR – będący w przededniu upadku – zajęty był wówczas swoimi problemami, a USA pierwszoplanową rolę w dramacie jugosłowiańskim zaczęły odgrywać dopiero później. W okresie tym „zdecydowane działania zmierzające przede wszystkim do wspierania secesjonizmu słoweńskiego i chorwackiego, a w konsekwencji do rozbicia Jugosławii, prowadziły Austria i RFN, przy czym to ostatnie państwo odegrało oczywiście kluczową rolę”.

Działania RFN na rzecz rozbicia Jugosławii rozpoczęły się jeszcze przed 1990 rokiem. Andreas Zumach, niemiecki dziennikarz zajmujący się polityką międzynarodową, w artykule opublikowanym w 1995 roku utrzymywał, że wywiad RFN (Bundesnachrichtdienst – BND) już w latach 80. XX wieku działał na rzecz zaostrzenia konfliktów pomiędzy Zagrzebiem a Belgradem. Ponadto w tym czasie miały napływać z RFN do Chorwacji znaczne ilości uzbrojenia. Niejasne jest jedynie, czy działo się to za zgodą rządu niemieckiego. Natomiast Erich Schmidt-Eenboom w biografii politycznej niemieckiego ministra spraw zagranicznych Klausa Kinkela pisał, że już pod koniec lat 70. BND nawiązała współpracę z chorwackimi zwolennikami secesji. Niemiecki wywiad zaczął wówczas kształtować politykę bałkańską.

W latach 1990-1991 szczególną gorliwość w popieraniu secesjonizmu Słowenii i Chorwacji przejawiali minister spraw zagranicznych Austrii Alois Mock z Austriackiej Partii Ludowej (ÖVP) i lider tej partii Erhard Busek. Gorąco zachęcali oni separatystów słoweńskich i chorwackich do ogłoszenia secesji oraz przeciwdziałali na forum OBWE próbom utrzymania jedności Jugosławii. Mock doprowadził do tego, że Austria jako pierwsza uznała secesję Słowenii i Chorwacji. Przypisuje mu się także to, że wpłynął na stanowisko w sprawie secesji swojego niemieckiego przyjaciela Helmuta Kohla.

Secesjonizm słoweński i chorwacki znalazł też silne wsparcie w mediach austriackich i niemieckich. Towarzyszył mu wyraźny antyserbizm, który wkrótce stał się narracją większości mediów zachodnich, w tym polskich. Austriacki tygodnik „Profil” skomentował 22 lipca 1991 roku tę kampanie antyserbską jako bardzo spóźniony rewanż Austrii i Niemiec za pierwszą wojnę światową.

Austriacko-niemieckiej polityce wobec Jugosławii początkowo próbowała się przeciwstawiać Francja. Jej prezydent – François Mitterrand – często powtarzał w tym czasie „lubię Serbów”, ale ostatecznie musiał się wycofać, by uniknąć otwartego konfliktu francusko-niemieckiego w przededniu konferencji w Maastricht, która miała zadecydować o utworzeniu Unii Europejskiej. Już 19 listopada 1990 roku przewodniczący Prezydium Jugosławii Borisav Jović usłyszał od Mitterranda, że Francja nie popiera secesjonizmu Słowenii i Chorwacji, ale niewiele może uczynić. Do starcia pomiędzy Mitterrandem a Kohlem w sprawie uznania secesji tych dwóch republik jugosłowiańskich doszło 23 czerwca 1991 roku na posiedzeniu Rady Europejskiej. Jeszcze 15 listopada 1991 roku Mitterrand prosił Kohla w Berlinie, by nie uznawał niepodległości Chorwacji. Usłyszał jednak od kanclerza Niemiec, że musi to uczynić, ponieważ naciskają na niego w tej sprawie jego partia CDU/CSU, liberałowie z FDP, Kościół katolicki, media i 500 tys. Chorwatów mieszkających w Niemczech.

Za narzucenie Wspólnocie Europejskiej decyzji pospiesznego uznania Słowenii i Chorwacji odpowiada w pierwszym rzędzie Helmut Kohl. Niejednokrotnie powtarzane przez niego i ministra spraw zagranicznych RFN Hansa-Dietricha Genschera w rozmowach z partnerami zagranicznymi, m.in. z Mitterrandem, twierdzenie, że nie mogą oprzeć się wywieranym na nich w Niemczech naciskom, było najprawdopodobniej wygodnym wybiegiem.

To, że na ówczesnym rządzie RFN ciąży szczególnie wielka odpowiedzialność za tragedię narodów Jugosławii przyznali później różni politycy zachodni, dobrze zorientowani w sprawie. Byli to: sekretarze stanu USA James Baker i Warren Christopher, minister spraw zagranicznych Francji Roland Dumas, wysłannik sekretarza generalnego ONZ Cyrus Vance, brytyjski polityk David Owen i amerykański dyplomata Richard Holbrooke. Wedle ich relacji Kohl i Genscher przez wiele miesięcy naciskali na WE i USA, by uznały Chorwację. Biały Dom ostrzegał ich, iż uznanie niepodległości Chorwacji wywoła reakcję łańcuchową, na której końcu będzie krwawa wojna w Bośni i Hercegowinie – stanowiącej „Jugosławię w miniaturze”. Tak się też niestety stało. Kohl i Genscher byli jednak nieustępliwi i swoją Holzhammermethode (metoda drewnianego młota) dosłownie wymusili na Wspólnocie Europejskiej uznanie secesji Chorwacji.

Tragedia narodów Jugosławii była konsekwencją nie tylko tego, że państwo to zostało rozbite. Ogromny rozmiar dramatu jugosłowiańskiego był rezultatem sposobu, w jaki nastąpiło to rozbicie, czyli forsowanego przez RFN od lata 1991 roku pospiesznego uznania przez Zachód secesji Słowenii i Chorwacji.

Błędna jest spotykana niekiedy opinia, że Kohl i Genscher nie przewidzieli następstw rozbicia Jugosławii, a zwłaszcza tragicznych konsekwencji dla Bośni i Hercegowiny. Uprzedzał ich o tym m.in. przywódca bośniackich Muzułmanów Alija Izetbegović (pierwszy prezydent Bośni i Hercegowiny). Podczas swojej wizyty w RFN w listopadzie 1991 roku oświadczył on Kohlowi i Genscherowi, że „uznanie Chorwacji oznacza wojnę w Bośni. Nie może stać się inaczej. Uznajcie Słowenię, jeśli tak chcecie, ale nie uznawajcie Chorwacji”. Słowenia – w przeciwieństwie do Chorwacji i Bośni – nie posiadała bowiem problemów etnicznych.

Jakie były przyczyny polityki austriackiej i niemieckiej, zmierzającej w konsekwencji do zniszczenia Jugosławii? Wpływ na takie a nie inne stanowisko Austrii, a szczególnie Niemiec miało szereg czynników. Do najważniejszych z nich należały:

– Geopolityczna koncepcja uzależnienia ekonomicznego i politycznego od Niemiec całej Europy Środkowo-Wschodniej, z Bałkanami włącznie, obecna w niemieckiej myśli politycznej od pierwszej wojny światowej (tzw. plan Mitteleuropy). Z kilku względów możliwość uzależnienia całej Jugosławii uznano w 1990 roku za mało prawdopodobną, natomiast niepodległej Chorwacji i Słowenii za nieprzedstawiającą trudności. Wpływy ekonomiczne RFN i Austrii w tych republikach jugosłowiańskich były znaczne, a wiele przedsiębiorstw niemieckich, w tym tak dużych jak Siemens, poczyniło tam znaczące inwestycje.

– Niejednokrotnie sugerowana w literaturze zachodniej ciągłość między antyjugosłowiańską i antyserbską polityką RFN a polityką Austro-Węgier i Niemiec od drugiej połowy XIX wieku.

– Niekontrolowany wybuch długo tłumionych ambicji odgrywania przez Berlin samodzielnej i doniosłej roli w polityce międzynarodowej, pokazania, że zjednoczone Niemcy nie są – jak je niekiedy nazywano – „ekonomiczną potęgą, ale politycznym karłem”.

– Zadawnione, szeroko rozpowszechnione w Austrii i Niemczech, silne zwłaszcza w następstwie obu wojen światowych, resentymenty wobec Serbów i Jugosławii i diametralnie odmienne podejście do Chorwacji, która była częścią Austro-Węgier, a podczas drugiej wojny światowej satelitą Niemiec.

– Wpływ Watykanu, w którym działało silne lobby chorwackie. Nacisk na rząd RFN w sprawie uznania secesji Chorwacji i Słowenii wywierała też bawarska katolicka partia CSU.

– Presja licznej w RFN diaspory chorwackiej, składającej się m.in. ze środowisk politycznych o przeszłości ustaszowskiej.

Oprócz odegrania fatalnej roli w zapoczątkowaniu rozbicia Jugosławii polityka niemiecka przyczyniła się też do oderwania Kosowa od Serbii. Od wiosny 1998 roku największy wpływ na rozwój wydarzeń w Kosowie poza USA wywierały Niemcy. Przed 1998 rokiem w stopniu większym niż jakiekolwiek inne państwo wpływały one zakulisowo na przebieg wydarzeń w Kosowie oraz wspierały separatyzm albański. Podejrzewa się nawet, że rząd Kohla dążył do militarnego rozprawienia się z Jugosławią, co ostatecznie nastąpiło podczas interwencji NATO w 1999 roku (operacja Allied Force, 24 marca-20 czerwca 1999).

Zdaniem prof. Waldenberga polityka Helmuta Kohla wobec Jugosławii po 1990 roku zmierzała „konsekwentnie przede wszystkim do rozczłonkowania tego państwa, utworzenia na jego obszarze małych państw oraz politycznego i ekonomicznego uzależnienia ich od siebie. Ten zamysł stanowiłby ważny element projektu szerszego – uzyskania hegemonii w Europie Środkowo- i Południowo-Wschodniej, zapewniającej dominującą pozycję w Unii Europejskiej, w całej, z wyjątkiem Rosji, Europie”[2].

[1] Mit Helmut Kohl hätte es Jugoslawien-Krieg nicht gegeben: Willy Wimmer zum Tod des Altkanzlers, http://www.youtube.com, 16.06.2017.

[2] M. Waldenberg, Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki, t. I (1991-2202), t. II (2002-2004), Warszawa 2005, s. 86-97, 358-359, 397.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 lipca 2017 r.

„Przegląd” nr 29 (915), 17-23.07.2017, s. 40-41

Niemcy a islam

Wielu ludzi szokuje to, że caryca Europy Merkel masowo sprowadza muzułmanów do Niemiec i UE, a wśród nich ekstremistów, czyli reprezentantów islamu salafickiego i wahabickiego. Wielu ludzi szokuje to, że prezydent Niemiec publicznie świętuje ramadan, gdy w Niemczech nie wolno publicznie świętować Bożego Narodzenia i Wielkanocy, a za noszenie krzyżyka można zostać zwolnionym z pracy.

Być może nie wszyscy wiedzą, że polityczne związki Niemiec z islamem są bardzo bogate. II Rzesza przed 1914 rokiem ściśle współpracowała z osmańską Turcją, która walczyła po stronie Niemiec w pierwszej wojnie światowej. W Berlinie nazywano wtedy poufale Turcję „Prusami Orientu”. Niemieccy oficerowie – doradcy armii tureckiej – inspirowali tureckie ludobójstwo na chrześcijańskich Ormianach w 1915 roku. Także III Rzesza ściśle współpracowała z islamem. Hitler i Himmler spotkali się w 1941 roku z wielkim muftim Jerozolimy Muhammadem Aminem al-Husajnim i zawarli z nim antybrytyjski sojusz. Wielkie powstanie muzułmanów przeciw Brytyjczykom na Bliskim Wschodzie miało otworzyć armii hitlerowskiej drogę do Azji. Klęska Afrika Korps pod El Alamein pokrzyżowała te plany.

Po stronie Niemiec hitlerowskich walczyła w Jugosławii muzułmańska dywizja Waffen SS „Handschar” – jedna z najokrutniejszych dywizji SS. Dokonała ona wraz z chorwackimi ustaszami wielu bestialskich masakr na chrześcijańskiej ludności serbskiej. Dywizję „Handschar” współorganizowała prohitlerowska organizacja Młodzi Muzułmanie. Jej członkiem był Alija Izetbegović (1925-2003) – pierwszy prezydent Bośni i Hercegowiny – państwa wykrojonego w 1992 roku z Jugosławii po zainicjowanym przez Niemcy w 1991 roku rozbiciu tego kraju. Drugą muzułmańską dywizją Waffen-SS sformowaną z Bośniaków była dywizja górska „Kama”.

Niemcy wraz z USA doprowadziły w latach 1991-2006 do rozbicia i likwidacji Jugosławii oraz proklamowania na jej gruzach dwóch państw muzułmańskich – Bośni i Hercegowiny oraz Kosowa. Krzycząc o czystkach etnicznych dokonywanych przez Serbów same patronowały czystkom etnicznym dokonywanym przez muzułmanów na Serbach, zwłaszcza w Kosowie.

Po co więc Niemcy sprowadzają dzisiaj muzułmanów do Europy? W celu jej podboju, bo z podboju Europy Niemcy nigdy nie zrezygnowały. Kiedyś podbijały ją w imię niemieckiego nacjonalizmu i zdobycia „przestrzeni życiowej”, teraz czynią to w imię globalizacji i interesów globalnych korporacji. Temu podbojowi służy właśnie tzw. „mechanizm relokacji”.

Współczesnym celem politycznym Niemiec i stojących nad nimi globalistów jest polityczna, ekonomiczna i ideologiczna unifikacja państw UE, docelowo w kierunku likwidacji ich narodowego charakteru oraz pełnego podporządkowania centrum politycznemu i gospodarczemu w Berlinie. Waluta euro i strefa Schengen okazały się narzędziami zbyt słabymi dla osiągnięcia tego celu. W tej sytuacji uznano, że cel ten da się osiągnąć poprzez intensyfikację multikulturalizmu. Sięgnięto więc po muzułmanów – narzędzie polityczne, z którego Niemcy już wielokrotnie korzystały w swojej historii.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 29 czerwca 2016 r.