Rzeź Nankinu

„15 grudnia: Rzeź cywilów jest przerażająca. Mógłbym zapełnić całe strony przypadkami gwałtu i brutalności ponad ludzkie pojęcie. 18 grudnia: Dziś mija szósty dzień współczesnego Piekła Dantego, wypisanego wielkimi zgłoskami krwi i gwałtu. Zbiorowych mordów i tysiąckrotnego gwałtu. Okrucieństwo, żądza i sadyzm oprawców zdają się nie mieć końca. Z początku starałem się być miły, aby nie podsycać ich gniewu, ale uśmiech stopniowo zamarł, i moje spojrzenie stało się w pełni tak chłodne i dziwaczne, jak ich spojrzenia. 19 grudnia: Kradną całe jedzenie ubogim, którzy wpadli w stan pełnej przerażenia, histerycznej paniki. Kiedy to się skończy?! Wigilia Bożego Narodzenia: Teraz mówią nam, że w strefie pozostaje ciągle dwadzieścia tysięcy żołnierzy (skąd biorą te liczby, nikt nie wie), których będą wyłapywać i rozstrzeliwać. Wszystkich, czyli każdego sprawnego mężczyznę w mieście w wieku od 18 do 50 lat. Jakże znów odważą się spojrzeć komukolwiek w twarz?” – pisał w grudniu 1937 roku w listach wysyłanych z Nankinu do rodziny w USA amerykański chirurg Robert O. Wilson (1904-1967)[1]. Był on jednym ze świadków tzw. masakry nankińskiej – zbrodni przeciw ludzkości popełnionej przez armię japońską na ludności chińskiej w Nankinie (ówczesnej stolicy Republiki Chińskiej, rządzonej przez Kuomintang).

Data 13 grudnia jest w Polsce kojarzona niemal wyłącznie z rocznicą stanu wojennego z 1981 roku. Zapewne dlatego 80. rocznica masakry nankińskiej nie była wiodącym tematem w polskich mediach. Poza sesją naukową zorganizowaną przez Instytut Historii UJ i informacjami na niektórych portalach rocznica ta nie odbiła się w Polsce szerszym echem. Także w innych krajach Europy wiedza na temat tego, co działo się w Nankinie od 13 grudnia 1937 roku do końca stycznia 1938 roku jest niewielka. Można powiedzieć, że Nankin stanowi wyłącznie chińską tragedię, z której traumą Chiny borykają się samotnie od 80 lat.

Masakra nankińska zasługuje na przypomnienie przynajmniej z dwóch powodów. Dlatego, że to mało znane Polakom wydarzenie jest bliskie tragicznej historii Polski, która rozegrała się niedługo potem – w czasie drugiej wojny światowej. Niewyobrażalny, barbarzyński mord popełniony na przełomie 1937 i 1938 roku przez armię japońską na chińskich cywilach oraz jeńcach wojennych był preludium epoki pogardy dla człowieka, którą stała się pożoga światowa rozpętana wkrótce przez III Rzeszę. Zbrodnię nankińską trzeba przypominać także dlatego, że po dziś dzień ogromna większość historyków japońskich przyjmuje, że Cesarska Armia Lądowa Wielkiej Japonii jakoby nie dopuściła się w Nankinie żadnej zbrodni przeciw ludzkości. Ci z nich, którzy mają odwagę mówić prawdę dostają listy z pogróżkami – w tym też groźbami śmierci – od prawicowych i nacjonalistycznych organizacji.

Japonia nie chce pamiętać

13 grudnia 2017 roku odbyła się w Nankinie coroczna ceremonia upamiętniająca około 300 tys. ofiar masakry nankińskiej. W tym roku, ze względu na okrągłą rocznicę, była szczególnie podniosła. Po raz pierwszy od trzech lat wziął w niej udział prezydent Xi Jinping. W przemówieniu, które wygłosił przewodniczący parlamentu chińskiego Yu Zhengsheng padły pod adresem Japonii słowa pojednawcze: „Tylko pamiętając o historii będziemy mogli zbudować lepszą przyszłość (…). Powinniśmy być przyjaznymi sobie sąsiadami i uczyć się od siebie wzajemnie oraz utrzymywać przyjacielskie relacje dyplomatyczne”[2]. Problem w tym, że Japonia nie chce pamiętać swoich zbrodni z okresu wojny chińsko-japońskiej (1937-1945) oraz drugiej wojny światowej, eksponując własne cierpienia doznane w wyniku ataku atomowego na Hiroszimę i Nagasaki. Kwestia uznania masakry nankińskiej za ludobójczą zbrodnię przeciw ludzkości oraz liczba jej ofiar do dzisiaj dzielą oba kraje. 12 grudnia 2017 roku w liczącym ponad 700 tys. mieszkańców japońskim mieście Shizuoka około 200 Japończyków przyszło na spotkanie poświęcone 80. rocznicy masakry nankińskiej, które zorganizował miejscowy uniwersytet i rodziny ocalałych z masakry Chińczyków[3]. Wydarzenie to jednak było wyjątkiem w Japonii, gdzie rewizjoniści historii stali się odważniejsi pod konserwatywnym rządem premiera Shinzo Abe.

Sześć tygodni horroru

Wydarzenia, które rozegrały się w ówczesnej stolicy Chin na przełomie 1937 i 1938 roku mogłyby zostać uznane za jedną z największych, jeśli nie największą zbrodnię wojenną drugiej wojny światowej, gdyby nie data. W okresie tym – przynajmniej według historiografii europejskiej – światowy konflikt jeszcze się nie zaczął. Tylko historiografia chińska oraz niektórzy historycy amerykańscy i australijscy są zdania, że początkiem drugiej wojny światowej był wybuch w 1937 roku wojny chińsko-japońskiej.

Bezpośrednim pretekstem do agresji Japonii na Chiny była japońska prowokacja z 7 lipca 1937 roku, która przeszła do historii pod nazwą incydentu na moście Marco Polo pod Pekinem. Wojna ze strony japońskiego agresora odznaczała się od początku dużą brutalnością. Japoński sztab planował pokonanie Chin w trzy miesiące. Armia chińska, dowodzona przez generalissimusa Czang Kaj-szeka, choć ustępująca japońskiej pod względem uzbrojenia, broniła się jednak zaciekle. Trzy miesiące zajęło Japończykom zdobycie samego tylko Szanghaju. To rozwścieczyło agresora i stało się jedną z przyczyn jego brutalności.

Czang Kaj-szek zarządził obronę stolicy. Powierzył ją jednak nieudolnemu generałowi Dang Shengshi. Silny atak japońskiego lotnictwa 7 grudnia 1937 roku spowodował paniczną ucieczkę z Nankinu chińskich władz, dowództwa, wojska, a na koniec rzesz cywilów. Kolejne naloty i ostrzał ciężkiej artylerii złamały gen. Shengshi, który wydał rozkaz odwrotu i w nocy z 11 na 12 grudnia 1937 roku sam zbiegł z miasta.

Nankin nie był pierwszym miastem chińskim, w którym agresor japoński dokonał masakry ludności. Do masakr takich doszło także w Szanghaju, Changzhou, Hangzhou, Jiaxing, Shaoxing, Suzhou i Wuxi. Według odtajnionych niedawno depesz dyplomatów amerykańskich miało w nich zginąć aż 500 tys. Chińczyków[4]. Wojskami, które zajęły Nankin, dowodził gen. Iwane Matsui – w 1948 roku skazany przez Trybunał Tokijski na karę śmierci. Faktycznie jednak podczas rzezi Nankinu Matsui był chory. W jego zastępstwie dowodzenie przejął książę Yasuhiko Asaka – wuj cesarza Hirohito – i to on ponosi główną odpowiedzialność za to co stało się w Nankinie. Kierowanie rzezią przez Asakę świadczy o tym, że decyzja o zagładzie chińskiej stolicy zapadła w najbliższym otoczeniu Hirohito, jeśli nie na jego rozkaz.

Ludobójstwo nankińskie rozpoczęło się od masowego mordowania chińskich jeńców. Podczas powojennych procesów japońscy zbrodniarze wojenni cynicznie tłumaczyli, że mord na jeńcach był spowodowany tym, że nie mieli ich czym żywić. Faktycznie jednak zagłada jeńców została podyktowana chęcią złamania ducha oporu armii chińskiej i narodu chińskiego. U jej podłoża leżały też przyczyny kulturowe. W dominującej wówczas w Japonii kulturze samurajskiej pokonanego przeciwnika uważano za pozbawionego honoru i nie traktowano jak człowieka.

Liczące 50 tys. żołnierzy japońskie siły inwazyjne wzięły do niewoli w Nankinie i okolicach około 90 tys. żołnierzy chińskich. Obiecywano im przetransportowanie do obozów jenieckich. Jednakże zostali podzieleni przez Japończyków na grupy i wymordowani. Rozstrzeliwano ich z karabinów maszynowych i dobijano bagnetami. Zdarzały się jednak przypadki urządzania przez japońskich wojskowych „zawodów” w ścinaniu chińskich jeńców samurajskimi mieczami. Z równym okrucieństwem zabijano też ludność cywilną przedmieść Nankinu i pobliskich wiosek. Największą jednorazową egzekucję Japończycy przeprowadzili koło góry Mufu, na północ od Nankinu. Rozstrzelali tam aż 57 tys. żołnierzy i cywilów chińskich. Zwłoki oblewano benzyną i podpalano. Gdy zabrakło benzyny, trupy wrzucano do rzeki Jangcy.

Jeśli podczas egzekucji jeńców Japończycy używali przeważnie broni palnej, to masakry w samym Nankinie cechowało niewyobrażalne zwyrodnienie. Ofiary zakopywano żywcem, czasem tylko po szyję i wówczas ścinano je mieczami. Natomiast zakopani w ziemi po pas byli rozszarpywani przez psy. Niejednokrotnie ćwiczono też na nich ciosy bagnetem. Innych tratowano końmi i czołgami, wieszano za języki na hakach, przybijano do drzew i słupów telegraficznych, oddzierano im pasy skóry, odcinano nosy i uszy, wyłupywano oczy. Niektóre ofiary gromadzono na dachach drewnianych przeważnie domów, które następnie podpalano benzyną od parteru. Ku uciesze oprawców ofiary te – tak jak sześć lat później Żydzi w getcie warszawskim – popełniały samobójstwo skacząc w dół. Dopóki nie zabrakło benzyny, palono też nankińczyków zbiorowo na placach i ulicach. Innych topiono w lodowatych wodach Jangcy. Orgii mordów towarzyszył rabunek mienia oraz palenie i niszczenie miasta. Ten koszmar trwał długie sześć tygodni.

Odrębnym i najbardziej przerażającym rozdziałem dramatu nankińskiego były masowe, sadystyczne gwałty na chińskich kobietach i dziewczynkach, które następnie były najczęściej okrutnie zabijane przez żołnierzy japońskich. Liczba ofiar tych gwałtów jest szacowana od 20 do 80 tys. Jedna trzecia z nich miała miejsce w biały dzień i na oczach rodzin. Być może był to największy gwałt zbiorowy w historii obok Bengalu Wschodniego, gdzie w 1971 roku zgwałcono ponad 200 tys. kobiet. Armia pakistańska potrzebowała na to jednak wtedy aż dziewięć miesięcy.

Sprawiedliwi z Nankinu

Na pomoc eksterminowanym mieszkańcom Nankinu pospieszyli obecni w stolicy Chin cudzoziemcy, dysponujący przeważnie immunitetem dyplomatycznym. Ocalenie mniej więcej połowy populacji Nankinu było zasługą 27 Europejczyków i Amerykanów – pracowników konsulatów, szpitali, szkół, organizacji charytatywnych i zagranicznych firm. Za zgodą władz japońskich, nawiązując do wcześniejszego precedensu z Szanghaju, utworzyli oni tzw. Nankińską Strefę Bezpieczeństwa, która dała schronienie 200-300 tys. cywilów, ale także ukrywającym się wśród nich jeńców. Na czele akcji ratunkowej stanął John Rabe (właśc. Heinrich Detlef Rabe, 1882-1950) – przedstawiciel Siemensa w Chinach i członek NSDAP. Nazwany przez Chińczyków „Żywym Buddą”, dosłownie wyrywał ofiary z rąk Japończyków, krążąc po mieście z opaską ze swastyką na ramieniu i podsuwając oprawcom pod nos znaczek partii hitlerowskiej. Było to jednak ryzykowne. Rabe kilkakrotnie ocierał się o śmierć. Wielu innych Niemców, mimo używania nazistowskich emblematów, zostało pobitych przez żołnierzy japońskich. Swoich podopiecznych Rabe strzegł w strefie, czuwając osobiście nawet nocami. Ogromną rolę odegrała także dwójka Amerykanów – wspomniany chirurg Robert O. Wilson oraz Wilhelmina („Minnie”) Vautrin – dziekan Ginling College, w której kampusie znalazło schronienie tysiące kobiet. Dramat nankiński spowodował ciężką depresję u Minnie Vautrin, z której już się nie podniosła. Po powrocie do USA popełniła samobójstwo w maju 1941 roku. Diariusze prowadzone przez Johna Rabe i Minnie Vautrin – bezpośrednich świadków masakry nankińskiej – stanowią bezcenne źródło historyczne i dowód japońskich zbrodni.

Liczba ofiar

Masakra nankińska była jedynie epizodem – choć niewątpliwie najkrwawszym – podczas wojny chińsko-japońskiej i japońskiej okupacji Chin, które pochłonęły około 20 mln ofiar chińskich. Współczesna historiografia chińska przyjmuje, że w masakrze nankińskiej zginęło co najmniej 300 tys. ofiar. Szacunki różnych historyków wahają się od 50 do 600 tys. ofiar. Trybunał Tokijski przyjął liczbę 260 tys. ofiar. Prawdopodobnie najbliższe prawdy są ustalenia amerykańskiej badaczki chińskiego pochodzenia Iris Chang (1968-2004). Bezwzględnie wiarygodne statystyki, pochodzące od chińskich organizacji charytatywnych oraz powołanych przez okupanta japońskiego władz miejskich, mówią o pogrzebaniu 227400 ciał. Do tej liczby Iris Chang dodała orientacyjne dane na temat zwłok grzebanych lub palonych na stosach przez samych Japończyków i oszacowała liczbę ofiar masakry nankińskiej na 335-400 tys. ofiar. Ponadto badaczka ta odnalazła w National Archives w Waszyngtonie rozszyfrowaną przez amerykański wywiad depeszę japońskiego ministra spraw zagranicznych Koki Hiroty z 17 stycznia 1938 roku (rzeź Nankinu wówczas jeszcze trwała) donoszącą, że „wymordowano nie mniej niż trzysta tysięcy chińskich cywilów, w wielu wypadkach z zimną krwią”. Jeśli nawet liczba ofiar masakry nankińskiej nie przekroczyła 260 tys. – podanych przez Trybunał Tokijski – to jest ona i tak prawie dwukrotnie wyższa od łącznej liczby zabitych w Hiroszimie i Nagasaki bezpośrednio w atakach nuklearnych (tzn. nie licząc zmarłych potem na chorobę popromienną) i od strat ludzkich jakiegokolwiek miasta w drugiej wojnie światowej.

Ostatnia ofiara

Iris Chang stała się ostatnią ofiarą masakry nankińskiej. Całą swoją działalność publicystyczną i badawczą poświęciła nagłaśnianiu japońskich zbrodni wojennych. Światową sławę przyniosła jej książka „Rzeź Nankinu. Historia zapomnianego ludobójstwa” (wyd. pol. 2013). Jej ogromną zasługą było opracowanie i opublikowanie w 1996 roku zapisków nankińskich Johna Rabe. W sierpniu 2004 roku, podczas pracy nad książką o bataańskim marszu śmierci, przeżyła załamanie nerwowe, które przerodziło się w depresję. Była przekonana, że jest przez kogoś inwigilowana. Najprawdopodobniej nie poradziła sobie psychicznie z tematyką, którą się zajmowała. Popełniła samobójstwo 9 listopada 2004 roku, mając 36 lat. Wkrótce potem jej pomnik stanął w mauzoleum masakry nankińskiej.

Zbrodnie popełnione w Nankinie – podobnie jak zbrodnie popełnione niedługo potem przez nazistów w Europie – zrodziła podobna nacjonalistyczna, militarystyczna i imperialistyczna ideologia. Japońska wersja faszyzmu, której oficjalnie faszyzmem nie nazywano, ale która faszyzmem była. Takie zbrodnie były możliwe dzięki temu, że ideologia odczłowieczała ofiary – w Europie Żydów i Słowian, na Dalekim Wschodzie – Chińczyków, Koreańczyków, Wietnamczyków i inne narody podbite przez Japonię. Wyhodowani na szowinistycznej ideologii sprawcy nie traktowali swoich ofiar jak ludzi, a czynów jako zbrodnię. Problem z Japonią jest tego typu, że z powodu Hiroszimy i Nagasaki uważa się ona nie za sprawcę ludobójstwa, ale za ofiarę drugiej wojny światowej. Japończycy widzą skutek, ale nie widzą przyczyny.

Jakub Polit – wybitny znawca historii Chin i Dalekiego Wschodu – w wydanej w 2002 roku książce „Smutny kontynent. Z dziejów Azji wschodniej w XX wieku” napisał: „Mimo podejmowanych w ostatnich latach, głównie przez diasporę chińską, prób nagłośnienia sprawy (wystawy fotograficzne, prezentacja dziennika Rabego, film Nancy Tong »W imieniu cesarza«), słowo »Nankin« pozostaje pustym dźwiękiem dla niemal wszystkich Europejczyków i Amerykanów. Symbolem martyrologii ludności Dalekiego Wschodu jest nadal Hiroszima – położony w kraju morderców filar ich przemysłu zbrojeniowego”.

[1] Cyt. za: I. Chang, Rzeź Nankinu. Historia zapomnianego ludobójstwa, Warszawa 2013, s. 148.

[2] Cyt. za: Apel o pokojowe relacje. Rocznica masakry nankińskiej, http://www.inforgmina.com, 13.12.2017; China marks 80th anniversary of Nanjing massacre, http://www.dw.com, 13.12.2017.

[3] Testimony meeting held in Japan’s Shizuoka in memory of 1937 Nanjing Massacre, http://www.news.xinhuanet.com, 13.12.2017.

[4] Archives reveal massacre of 500 000 Chinese by Japanese army, http://www.chinadaily.com.cn, 12.12.2007.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 26 stycznia 2018 r.

„Przegląd” nr 4 (942), 22-28.01.2018, s. 36-38

Reklamy

Barbarzyństwo

„Wystarczyło kilka minut, by mauzoleum żołnierzy radzieckich w Trzciance (woj. wielkopolskie) zamieniło się w kupę gruzu. W piątek na plac Pocztowy wjechały koparki i, mimo sprzeciwu Rosjan, wyburzyły lokalny symbol komunizmu” – cieszy się portal tvn24.pl[1].

„Wydarzenie wzbudziło wielkie zainteresowanie wśród mieszkańców. Ludzie stawali, kręcili filmy, robili zdjęcia i komentowali (…). – Bardzo dobrze, cieszę się, że tego doczekałem. Ostatni bastion komunizmu padł na pysk – nie krył radości Józef Janowicz” – czytamy dalej na portalu tvn24.pl. Kto ów Józef Janowicz, nie wiadomo. Domyślam się, że miejscowy „patriota”, bo raczej nie intelektualista.

Mauzoleum w Trzciance – jedno z najokazalszych upamiętnień żołnierzy radzieckich w Polsce – było przez kilkadziesiąt lat uznawane za cmentarz wojenny. Przestało być jednak za takowe uważane, kiedy burmistrz Trzcianki Krzysztof Czarnecki (PiS) zlecił badania archeologiczne. Badania te – przeprowadzone w „ostatnich tygodniach”, jak czytamy w relacji portalu tvn24.pl – wykazały, że pod mauzoleum nie ma rzekomo żadnych zwłok. Wówczas wojewoda wielkopolski (także z PiS) wykreślił obiekt z ewidencji grobów i cmentarzy wojennych, zmieniając jego stan prawny na pomnik. Następnie burmistrz Czarnecki zlecił jego natychmiastową rozbiórkę na mocy ustawy dekomunizacyjnej. Wyniki badań archeologicznych kwestionuje ambasada rosyjska, która wydała oświadczenie protestujące przeciw działaniom samorządu Trzcianki jako sprzecznym z rosyjsko-polską umową międzyrządową z 1994 roku o grobach i miejscach pamięci ofiar wojen i represji.

„Według dokumentów posiadanych przez Ambasadę pod mauzoleum nadal znajdują się groby żołnierzy Armii Czerwonej, co nadaje jeszcze bardziej nieprawny i niemoralny charakter akcji jego zburzenia” – napisała w oświadczeniu ambasada Rosji. Samorząd Trzcianki stoi na stanowisku, że szczątki żołnierzy radzieckich „prawdopodobnie przeniesiono na cmentarz w 1953 roku”. Nie ma jednak żadnych dokumentów potwierdzających przeprowadzenie takiej ekshumacji i nie wiadomo gdzie na miejscowym cmentarzu mieliby być pochowani żołnierze radzieccy. „Sprawdzają to pracownicy Muzeum Ziemi Nadnoteckiej” – informuje portal tvn24.pl.

Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Trzciance zburzone 8 września 2017 roku

Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Trzciance zburzone 8 września 2017 roku

Obok artykułu o zburzeniu mauzoleum w Trzciance portal tvn24.pl zamieścił – zapewne nieprzypadkowo – artykuł pt. „Mąż sprzedał Zofię Sowietom za wódkę, ratowali ją polscy żołnierze. I za to zginęli od kul w tył głowy”[2]. Widziałem ten tekst już kilkanaście razy w ciągu ostatnich pięciu lat na różnych portalach. Opisuje on zresztą wydarzenie, które miało mieć miejsce dwa lata po wojnie, a nie podczas wyzwalania Polski. Ten i inne podobne mu teksty oraz pojawiające się ostatnio jak grzyby po deszczu książki o „sowieckich gwałtach i grabieżach” są częścią kampanii propagandowej mającej uzasadnić to, co czyni się w Polsce z upamiętnieniami walk Armii Czerwonej z Niemcami hitlerowskimi w latach 1944-1945[3].

Niestety, ani portal tvn24.pl, ani żadne z innych mediów polskich nie poinformowały jakie krzywdy wyrządzili żołnierze radzieccy Polakom w Trzciance. Ano takie, że dzięki tym żołnierzom radzieckim Trzcianka – która w wyniku pierwszego rozbioru Polski znalazła się pod zaborem pruskim – ponownie po 173 latach stała się Trzcianką. W 1945 roku nazywała się bowiem Schönlanke i była miasteczkiem w stu procentach niemieckim, leżącym na terenie niemieckiej Prowincji Grenzmark Posen-Wetspreußen. To „Sowieci” przywrócili ją Polsce i dzisiaj leży w województwie wielkopolskim.

Zastanawiam się jak nazwać to, co stało się w Trzciance i stanie się wkrótce w dziesiątkach innych polskich miejscowości. Przychodzi mi na myśl tylko jedno słowo: barbarzyństwo. Barbarzyństwo wobec historii, wobec uczuć narodu rosyjskiego oraz wobec obecnych i przyszłych pokoleń Polaków.

Nigdzie poza Polską, pomajdanową Ukrainą – odwołującą się do tradycji banderowskiej – oraz państwami bałtyckimi, w których rządzą szowiniści będący niejednokrotnie epigonami kolaborantów z III Rzeszą, nie burzy się pomników upamiętniających żołnierzy radzieckich poległych w walkach z Niemcami, czyli upamiętniających pokonanie Niemiec hitlerowskich w drugiej wojnie światowej.

W mojej pamięci głęboko utkwił obraz pieczołowicie utrzymanego mauzoleum i cmentarza żołnierzy radzieckich w miejscowościach Svidnik na Słowacji. Spoczywa na nim 9 tys. spośród co najmniej 27 tys. żołnierzy radzieckich poległych w czasie operacji dukielsko-preszowskiej (8 września-30 listopada 1944). Ogromny monument został wzniesiony w 1954 roku w stylu tamtego okresu. Są tam czerwone gwiazdy, są godła ZSRR, są potężne rzeźby żołnierzy radzieckich, są płaskorzeźby w stylu socrealizmu. Wszystko starannie utrzymane. Nikomu na Słowacji nie przyszłoby do głowy, żeby to zburzyć. Co roku odbywają się pod tym pomnikiem – noszącym oficjalną nazwę Pomnika Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim – uroczystości z udziałem władz słowackich, upamiętniające operację dukielsko-preszowską, od której zaczęło się wyzwolenie Czechosłowacji.

Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim w Svidniku na Słowacji

Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim w Svidniku na Słowacji

We wsi Kapišová, przy drodze ze Svidnika do Barwinka, jest też niezwykły pomnik, na którym zastygły w walce dwa czołgi: radziecki T-34 z czerwoną gwiazdą i niemiecki PzKpfw IV z czarnym krzyżem. W tej samej miejscowości – w tzw. „dolinie śmierci” – stoją dwa T-34 z czerwonymi gwiazdami, a pomiędzy nimi znajduje się samotna mogiła czerwonoarmisty. Pomniki, których elementami są radzieckie czołgi można spotkać przy całej trasie ze Svidnika do Barwinka, liczącej 20 km. We wsi Nižný Komárnik, po słowackiej stronie Przełęczy Dukielskiej, znajdują się też radzieckie działa przeciwlotnicze i samolot szturmowy Ił-2 z czerwonymi gwiazdami. Dobrze utrzymane są nie tylko pomniki upamiętniające udział wojsk radzieckich w operacji dukielsko-preszowskiej, czechosłowacki cmentarz wojenny i memoriał w miejscowości Vyšný Komárnik, ale także niemiecki cmentarz wojenny w miejscowości Hunkovce.

Pomnik we wsi Kapišova na Słowacji

Pomnik we wsi Kapišova na Słowacji

Cmentarz żołnierzy niemieckich w Hunkovcach na Słowacji

Cmentarz żołnierzy niemieckich w Hunkovcach na Słowacji

Tak samo jest w Czechach i na Węgrzech, mimo przecież też niełatwych doświadczeń historycznych tych krajów z ZSRR. Wszędzie tam pieczołowicie dba się o „sowieckie pomniki”, które „pozostały w spadku po komunizmie”, jak głosi popularna w Polsce formułka propagandowa.

W centrum Wiednia na Schwarzenbergplatz stoi Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej, odsłonięty 19 sierpnia 1945 roku. Upamiętnia on 41 tys. żołnierzy radzieckich, którzy zginęli w czasie operacji wiedeńskiej (16 marca-13 kwietnia 1945). Pomnik ten ma kształt wyniosłej, smukłej kolumny marmurowej o wysokości 20 metrów, na której stoi 12-metrowy posąg z brązu, przedstawiający wyprostowanego żołnierz radzieckiego w złotym hełmie i z pepeszą. W prawej ręce żołnierz trzyma sztandar bojowy Armii Czerwonej, a w lewej pokaźnych rozmiarów godło ZSRR. Na cokole umieszczono rozkaz bojowy Stalina po rosyjsku oraz napis po rosyjsku i niemiecku, który głosi: „Pomnik ku chwale żołnierzy Armii Radzieckiej, którzy wyzwolili Austrię od faszyzmu. Kwiecień 1945”. Pomnik jest otoczony kolumnadą z 26 kolumn o wysokości 8 metrów oraz inskrypcją na belkowaniu: „Wieczna chwała bohaterom Armii Czerwonej, którzy polegli w walce z niemieckim faszystowskim najeźdźcą o wolność narodów Europy”. Jest to najokazalsze upamiętnienie żołnierzy radzieckich w Europie poza Rosją.

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-posąg żołnierza z godłem ZSRR

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-posąg żołnierza z godłem ZSRR

W ostatnich latach Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu był kilkakrotnie dewastowany przez nieznanych sprawców – neonazistów, albo licznie mieszkających w stolicy Austrii Czeczeńców, albo przybyszów z pomajdanowej Ukrainy, a może i nawet „polskich patriotów”. Zawsze jednak spotykało się to ze zdecydowanym potępieniem władz austriackich. Po zakończeniu okupacji Austrii przez cztery mocarstwa sojusznicze w 1955 roku żaden rząd austriacki – nawet w okresie nasilania się „zimnej wojny” – nie uznał tego pomnika za symbol „sowieckiego zniewolenia” mimo, że Austriacy nie mają powodów, żeby dobrze wspominać okupację radziecką Wiednia, Dolnej Austrii i Burgenlandu z lat 1945-1955. Elity polityczne Austrii rozumieją bowiem, że pomnik ten upamiętnia zwycięstwo koalicji antyhitlerowskiej nad Niemcami i wyzwolenie Austrii spod nazizmu. Zwycięstwo, które było w znaczącej mierze zasługą ZSRR. Polityczna świadomość tego faktu ma dla władz austriackich większe znaczenie od pretensji związanych z powojenną okupacją, zasłużoną zresztą przez Austriaków.

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-cokół z treścią rozkazu Stalina w języku rosyjskim

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-cokół z treścią rozkazu Stalina w języku rosyjskim

Tak samo zresztą niemieckie elity polityczne traktują Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten. Na pomniku tym też widnieją złote godła ZSRR i Armii Czerwonej oraz napisy, których treść przyprawiłaby polską prawicę o atak szału. Czy pani kanclerz Merkel uważa ten pomnik za „symbol zniewolenia” i „niechlubny spadek po komunizmie”? A może czuje się przez ten pomnik zniewolona? Nie, pani kanclerz Merkel buduje z Rosją kolejne gazociągi. Pomniki upamiętniające wkład Armii Czerwonej w zwycięstwo nad III Rzeszą znajdują się też we Frankfurcie nad Odrą, Pradze, Brnie, Ostrawie, Bratysławie, Budapeszcie i Sofii. Wszędzie tam uważa się, że są to pomniki ku czci żołnierzy jednej z armii koalicji antyhitlerowskiej, a nie „pomniki ku chwale komunizmu”.

Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten

Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten

Również w Norwegii znajdują się pomniki upamiętniające wyzwolenie przez Armię Czerwoną prowincji Finnmark jesienią 1944 roku. Nie można powiedzieć, że są one symbolem jakiegoś zniewolenia, ponieważ Norwegia nie była po wojnie ani okupowana przez ZSRR, ani nie znalazła się w radzieckiej strefie wpływów. Są one wyrazem wdzięczności Norwegów za wyzwolenie spod okupacji niemieckiej. We wszystkich tych państwach rozumie się znaczenie zwycięstwa koalicji antyhitlerowskiej nad III Rzeszą i znaczenie wyzwolenia spod okupacji niemieckiej przez wojska radzieckie.

Nie mogą tego jednak zrozumieć decydenci polityczni w Polsce – kraju, który w przeciwieństwie do Austrii, Czech, Słowacji, Norwegii czy Węgier został skazany przez Niemcy hitlerowskie na zagładę. Nie potrafią albo nie chcą zrozumieć tego, że okupacja niemiecka oznaczała dla narodu polskiego zagładę biologiczną, a Polska Ludowa nie. Nie potrafią albo nie chcą oddzielić faktu wyzwolenia Polski spod okupacji niemieckiej przez wojska radzieckie od polityki Stalina wobec Polski, także tej z lat 1939-1941. Nie rozumieją, że głosząc tezę o rzekomym przegraniu przez Polskę drugiej wojny światowej wypisują Polskę z koalicji antyhitlerowskiej i zapisują ją do satelitów III Rzeszy. Nie rozumieją, że głosząc, iż Polska Ludowa była podobno „kolonią sowiecką” podważają prawnomiędzynarodowe podstawy istnienia dzisiejszej Polski. Nie rozumieją znaczenia, jakie dla Rosjan ma pamięć o ofiarach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, w tym poległych żołnierzach radzieckich i że raniąc tę pamięć wykopują rów nie do zasypania pomiędzy narodami polskim i rosyjskim. A może świadomie chcą ten rów wykopać?

Decydenci polityczni w Polsce zachowują się tak jakby Rosja już nie istniała albo miała zaraz przestać istnieć. Nie zastanawiają się jakie skutki przyniosą ich działania dla stosunków nie pomiędzy państwami, ale pomiędzy narodami polskim i rosyjskim. Nie obchodzi ich jak będą wyglądać relacje przyszłych pokoleń Polaków i Rosjan w sytuacji, gdy zostaje boleśnie ugodzone jedno z najwrażliwszych miejsc rosyjskiej pamięci narodowej.

Czasem mam wrażenie, że władze w Polsce sprawują jacyś ekstremiści albo troglodyci, którzy nie rozumieją nic z polskiej i światowej historii. Podejrzewam też w tym wszystkim rękę obcą. Traktowanie działań wojennych Armii Czerwonej w Europie w latach 1944-1945 jako „podboju” i „zniewolenia” to jest przecież narracja historyczna najbardziej skrajnych sił politycznych w Niemczech i na Ukrainie. Widzę tutaj zatem realizację celów niemieckiej i ukraińskiej polityki historycznej. Niemcom, podejmującym wielkie projekty gospodarcze z Rosją, pewnych rzeczy robić nie wypada i być może właśnie te rzeczy robią za nich polscy podwykonawcy polityczni. Nie są też dla nikogo tajemnicą zażyłe stosunki z nacjonalistami ukraińskimi, jakie utrzymują od ponad ćwierć wieku postsolidarnościowe siły polityczne, a jakie przed 1989 rokiem utrzymywała ówczesna opozycja polityczna w PRL. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że niemały wpływ na skrajnie antyrosyjską politykę Warszawy, w tym politykę historyczną, muszą mieć ukraińskie środowiska nacjonalistyczne w Polsce i za granicą.

Nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że takie działania jak te w Trzciance mają charakter prowokacji obliczonej na całkowite zniszczenie stosunków polsko-rosyjskich. Być może ci prowokatorzy liczą na to, że Rosja w odwecie zburzy polskie mauzoleum w Katyniu. Doprowadzenie do takiej sytuacji jest chyba ukrytym celem obozu politycznej rusofobii w Polsce. Bo jeżeli jedna prowokacja nakręca drugą, jeszcze bardziej radyklaną, to jaki inny można z tego wyciągnąć wniosek?

Polityka musi mieć jakiś cel. Tymczasem polityka prowadzona przez obecną władzę nie ma celu żadnego. Sprowadza się ona do systematycznego pogarszania stosunków z Rosją i Niemcami oraz groźnego prężenia amerykańskich muskułów. Najprawdopodobniej decydenci polityczni w Polsce nie biorą przy tym pod uwagę tego, że za napinanie muskułów amerykańskich trzeba będzie USA zapłacić niemałą cenę, ponieważ mocarstwo to niczego nie robi bezinteresownie. Największe korzyści polityczne z antyrosyjskiej obsesji Warszawy – oprócz USA – wyciąga pomajdanowa Ukraina. Status Polski jako kraju nieustannie skłóconego z Niemcami i Rosją i zarazem niewiele znaczącego na arenie międzynarodowej jest z punktu widzenia interesów politycznych Kijowa rozwiązaniem najbardziej optymalnym. Ciągłe prowokowanie Rosji w pewnym momencie przekroczy jednak masę krytyczną i doprowadzi do sytuacji, od której nie będzie odwrotu.

Prof. Andrzej Friszke w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej” stwierdził, że polityka historyczna PiS jest zupełnie niezrozumiała poza granicami Polski, a w kraju służy wykluczaniu różnych środowisk i tradycji. Natomiast rozpoczęta przez rząd PiS wojna propagandowa w sprawie reparacji wojennych od Niemiec, nie mieści się w kategorii polityki historycznej[4].

Dodam, że również „wojna pomnikowa” z Rosją nie mieści się w ramach jakiejkolwiek polityki historycznej. To są działania polityczne obliczone na konfrontację, która nie wiadomo czemu ma służyć i do czego zmierzać.

Polska obecna coraz bardziej przypomina Ugandę pod rządami Idi Amina Dada (1971-1979), który ogłosił się feldmarszałkiem i „zdobywcą Imperium Brytyjskiego” oraz doprowadził do konfliktu z niemal wszystkimi sąsiadami, że o Cesarstwie Środkowoafrykańskim (1976-1979) Jeana-Bedela Bokassy nie wspomnę.

[1] W kilka minut zburzyli radzieckie mauzoleum. „Ostatni bastion komunizmu padł na pysk”, http://www.tvn24.pl, 9.09.2017.

[2] „Mąż sprzedał Zofię Sowietom za wódkę, ratowali ja polscy żołnierze. I za to zginęli od kul w tył głowy”, http://www.tvn24.pl, 15.06.2017.

[3] Np. Stanisław M. Jankowski, „Dawaj czasy! Czyli wyzwolenie po sowiecku”, Dom Wydawniczy „Rebis”, Poznań 2017. W reklamie tej książki na portalu księgarni Empik czytamy m.in.: „Żołnierze AK przyjęli ich jak sojuszników – oni potraktowali ich jak wrogów: kulą w głowę lub uwięzieniem. Przez cywilów byli witani kwiatami i chlebem – tyle że oni chcieli zegarków, wódki oraz kobiet. Biada tym, którzy odmówili…”, http://www.empik.com, 11.04.2017.

[4] J. Nizinkiewicz, „Friszke: samobójcza polityka historyczna PiS”, http://www.rp.pl, portal dziennika „Rzeczpospolita”, 10.09.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 11 września 2017 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2155/56), 24.09-1.10.2017, s. 6-7

Kohl a rozbicie Jugosławii

Zmarły 16 czerwca 2017 roku Helmut Kohl jest przedstawiany w mediach głównie jako „ojciec zjednoczenia Niemiec” i jeden ze współtwórców Unii Europejskiej. Rzadziej mówi się o tym, że uznał zachodnią granicę Polski dopiero pod naciskiem USA. Prawie wcale natomiast nie wspomina się, że jego drugą wielką rozgrywką polityczną – obok doprowadzenia do zjednoczenia Niemiec – było zapoczątkowanie rozbicia Jugosławii. Odpowiedzialności Kohla za doprowadzenie do krwawego rozpadu Jugosławii zaprzeczył po jego śmierci były polityk CDU Willy Wimmer[1].

Jedynym polskim autorem, który szerzej poruszył ten temat jest wybitny politolog – prof. Marek Waldenberg. Omawiając rolę polityki niemieckiej w zapoczątkowaniu rozbicia Jugosławii oparł się na relacjach polityków i dziennikarzy zachodnich.

Według prof. Waldenberga w latach 1990-1991 największy wpływ na los Jugosławii wywierały główne państwa Wspólnoty Europejskiej – RFN, Francja i Wielka Brytania. ZSRR – będący w przededniu upadku – zajęty był wówczas swoimi problemami, a USA pierwszoplanową rolę w dramacie jugosłowiańskim zaczęły odgrywać dopiero później. W okresie tym „zdecydowane działania zmierzające przede wszystkim do wspierania secesjonizmu słoweńskiego i chorwackiego, a w konsekwencji do rozbicia Jugosławii, prowadziły Austria i RFN, przy czym to ostatnie państwo odegrało oczywiście kluczową rolę”.

Działania RFN na rzecz rozbicia Jugosławii rozpoczęły się jeszcze przed 1990 rokiem. Andreas Zumach, niemiecki dziennikarz zajmujący się polityką międzynarodową, w artykule opublikowanym w 1995 roku utrzymywał, że wywiad RFN (Bundesnachrichtdienst – BND) już w latach 80. XX wieku działał na rzecz zaostrzenia konfliktów pomiędzy Zagrzebiem a Belgradem. Ponadto w tym czasie miały napływać z RFN do Chorwacji znaczne ilości uzbrojenia. Niejasne jest jedynie, czy działo się to za zgodą rządu niemieckiego. Natomiast Erich Schmidt-Eenboom w biografii politycznej niemieckiego ministra spraw zagranicznych Klausa Kinkela pisał, że już pod koniec lat 70. BND nawiązała współpracę z chorwackimi zwolennikami secesji. Niemiecki wywiad zaczął wówczas kształtować politykę bałkańską.

W latach 1990-1991 szczególną gorliwość w popieraniu secesjonizmu Słowenii i Chorwacji przejawiali minister spraw zagranicznych Austrii Alois Mock z Austriackiej Partii Ludowej (ÖVP) i lider tej partii Erhard Busek. Gorąco zachęcali oni separatystów słoweńskich i chorwackich do ogłoszenia secesji oraz przeciwdziałali na forum OBWE próbom utrzymania jedności Jugosławii. Mock doprowadził do tego, że Austria jako pierwsza uznała secesję Słowenii i Chorwacji. Przypisuje mu się także to, że wpłynął na stanowisko w sprawie secesji swojego niemieckiego przyjaciela Helmuta Kohla.

Secesjonizm słoweński i chorwacki znalazł też silne wsparcie w mediach austriackich i niemieckich. Towarzyszył mu wyraźny antyserbizm, który wkrótce stał się narracją większości mediów zachodnich, w tym polskich. Austriacki tygodnik „Profil” skomentował 22 lipca 1991 roku tę kampanie antyserbską jako bardzo spóźniony rewanż Austrii i Niemiec za pierwszą wojnę światową.

Austriacko-niemieckiej polityce wobec Jugosławii początkowo próbowała się przeciwstawiać Francja. Jej prezydent – François Mitterrand – często powtarzał w tym czasie „lubię Serbów”, ale ostatecznie musiał się wycofać, by uniknąć otwartego konfliktu francusko-niemieckiego w przededniu konferencji w Maastricht, która miała zadecydować o utworzeniu Unii Europejskiej. Już 19 listopada 1990 roku przewodniczący Prezydium Jugosławii Borisav Jović usłyszał od Mitterranda, że Francja nie popiera secesjonizmu Słowenii i Chorwacji, ale niewiele może uczynić. Do starcia pomiędzy Mitterrandem a Kohlem w sprawie uznania secesji tych dwóch republik jugosłowiańskich doszło 23 czerwca 1991 roku na posiedzeniu Rady Europejskiej. Jeszcze 15 listopada 1991 roku Mitterrand prosił Kohla w Berlinie, by nie uznawał niepodległości Chorwacji. Usłyszał jednak od kanclerza Niemiec, że musi to uczynić, ponieważ naciskają na niego w tej sprawie jego partia CDU/CSU, liberałowie z FDP, Kościół katolicki, media i 500 tys. Chorwatów mieszkających w Niemczech.

Za narzucenie Wspólnocie Europejskiej decyzji pospiesznego uznania Słowenii i Chorwacji odpowiada w pierwszym rzędzie Helmut Kohl. Niejednokrotnie powtarzane przez niego i ministra spraw zagranicznych RFN Hansa-Dietricha Genschera w rozmowach z partnerami zagranicznymi, m.in. z Mitterrandem, twierdzenie, że nie mogą oprzeć się wywieranym na nich w Niemczech naciskom, było najprawdopodobniej wygodnym wybiegiem.

To, że na ówczesnym rządzie RFN ciąży szczególnie wielka odpowiedzialność za tragedię narodów Jugosławii przyznali później różni politycy zachodni, dobrze zorientowani w sprawie. Byli to: sekretarze stanu USA James Baker i Warren Christopher, minister spraw zagranicznych Francji Roland Dumas, wysłannik sekretarza generalnego ONZ Cyrus Vance, brytyjski polityk David Owen i amerykański dyplomata Richard Holbrooke. Wedle ich relacji Kohl i Genscher przez wiele miesięcy naciskali na WE i USA, by uznały Chorwację. Biały Dom ostrzegał ich, iż uznanie niepodległości Chorwacji wywoła reakcję łańcuchową, na której końcu będzie krwawa wojna w Bośni i Hercegowinie – stanowiącej „Jugosławię w miniaturze”. Tak się też niestety stało. Kohl i Genscher byli jednak nieustępliwi i swoją Holzhammermethode (metoda drewnianego młota) dosłownie wymusili na Wspólnocie Europejskiej uznanie secesji Chorwacji.

Tragedia narodów Jugosławii była konsekwencją nie tylko tego, że państwo to zostało rozbite. Ogromny rozmiar dramatu jugosłowiańskiego był rezultatem sposobu, w jaki nastąpiło to rozbicie, czyli forsowanego przez RFN od lata 1991 roku pospiesznego uznania przez Zachód secesji Słowenii i Chorwacji.

Błędna jest spotykana niekiedy opinia, że Kohl i Genscher nie przewidzieli następstw rozbicia Jugosławii, a zwłaszcza tragicznych konsekwencji dla Bośni i Hercegowiny. Uprzedzał ich o tym m.in. przywódca bośniackich Muzułmanów Alija Izetbegović (pierwszy prezydent Bośni i Hercegowiny). Podczas swojej wizyty w RFN w listopadzie 1991 roku oświadczył on Kohlowi i Genscherowi, że „uznanie Chorwacji oznacza wojnę w Bośni. Nie może stać się inaczej. Uznajcie Słowenię, jeśli tak chcecie, ale nie uznawajcie Chorwacji”. Słowenia – w przeciwieństwie do Chorwacji i Bośni – nie posiadała bowiem problemów etnicznych.

Jakie były przyczyny polityki austriackiej i niemieckiej, zmierzającej w konsekwencji do zniszczenia Jugosławii? Wpływ na takie a nie inne stanowisko Austrii, a szczególnie Niemiec miało szereg czynników. Do najważniejszych z nich należały:

– Geopolityczna koncepcja uzależnienia ekonomicznego i politycznego od Niemiec całej Europy Środkowo-Wschodniej, z Bałkanami włącznie, obecna w niemieckiej myśli politycznej od pierwszej wojny światowej (tzw. plan Mitteleuropy). Z kilku względów możliwość uzależnienia całej Jugosławii uznano w 1990 roku za mało prawdopodobną, natomiast niepodległej Chorwacji i Słowenii za nieprzedstawiającą trudności. Wpływy ekonomiczne RFN i Austrii w tych republikach jugosłowiańskich były znaczne, a wiele przedsiębiorstw niemieckich, w tym tak dużych jak Siemens, poczyniło tam znaczące inwestycje.

– Niejednokrotnie sugerowana w literaturze zachodniej ciągłość między antyjugosłowiańską i antyserbską polityką RFN a polityką Austro-Węgier i Niemiec od drugiej połowy XIX wieku.

– Niekontrolowany wybuch długo tłumionych ambicji odgrywania przez Berlin samodzielnej i doniosłej roli w polityce międzynarodowej, pokazania, że zjednoczone Niemcy nie są – jak je niekiedy nazywano – „ekonomiczną potęgą, ale politycznym karłem”.

– Zadawnione, szeroko rozpowszechnione w Austrii i Niemczech, silne zwłaszcza w następstwie obu wojen światowych, resentymenty wobec Serbów i Jugosławii i diametralnie odmienne podejście do Chorwacji, która była częścią Austro-Węgier, a podczas drugiej wojny światowej satelitą Niemiec.

– Wpływ Watykanu, w którym działało silne lobby chorwackie. Nacisk na rząd RFN w sprawie uznania secesji Chorwacji i Słowenii wywierała też bawarska katolicka partia CSU.

– Presja licznej w RFN diaspory chorwackiej, składającej się m.in. ze środowisk politycznych o przeszłości ustaszowskiej.

Oprócz odegrania fatalnej roli w zapoczątkowaniu rozbicia Jugosławii polityka niemiecka przyczyniła się też do oderwania Kosowa od Serbii. Od wiosny 1998 roku największy wpływ na rozwój wydarzeń w Kosowie poza USA wywierały Niemcy. Przed 1998 rokiem w stopniu większym niż jakiekolwiek inne państwo wpływały one zakulisowo na przebieg wydarzeń w Kosowie oraz wspierały separatyzm albański. Podejrzewa się nawet, że rząd Kohla dążył do militarnego rozprawienia się z Jugosławią, co ostatecznie nastąpiło podczas interwencji NATO w 1999 roku (operacja Allied Force, 24 marca-20 czerwca 1999).

Zdaniem prof. Waldenberga polityka Helmuta Kohla wobec Jugosławii po 1990 roku zmierzała „konsekwentnie przede wszystkim do rozczłonkowania tego państwa, utworzenia na jego obszarze małych państw oraz politycznego i ekonomicznego uzależnienia ich od siebie. Ten zamysł stanowiłby ważny element projektu szerszego – uzyskania hegemonii w Europie Środkowo- i Południowo-Wschodniej, zapewniającej dominującą pozycję w Unii Europejskiej, w całej, z wyjątkiem Rosji, Europie”[2].

[1] Mit Helmut Kohl hätte es Jugoslawien-Krieg nicht gegeben: Willy Wimmer zum Tod des Altkanzlers, http://www.youtube.com, 16.06.2017.

[2] M. Waldenberg, Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki, t. I (1991-2202), t. II (2002-2004), Warszawa 2005, s. 86-97, 358-359, 397.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 lipca 2017 r.

„Przegląd” nr 29 (915), 17-23.07.2017, s. 40-41

Niemcy a islam

Wielu ludzi szokuje to, że caryca Europy Merkel masowo sprowadza muzułmanów do Niemiec i UE, a wśród nich ekstremistów, czyli reprezentantów islamu salafickiego i wahabickiego. Wielu ludzi szokuje to, że prezydent Niemiec publicznie świętuje ramadan, gdy w Niemczech nie wolno publicznie świętować Bożego Narodzenia i Wielkanocy, a za noszenie krzyżyka można zostać zwolnionym z pracy.

Być może nie wszyscy wiedzą, że polityczne związki Niemiec z islamem są bardzo bogate. II Rzesza przed 1914 rokiem ściśle współpracowała z osmańską Turcją, która walczyła po stronie Niemiec w pierwszej wojnie światowej. W Berlinie nazywano wtedy poufale Turcję „Prusami Orientu”. Niemieccy oficerowie – doradcy armii tureckiej – inspirowali tureckie ludobójstwo na chrześcijańskich Ormianach w 1915 roku. Także III Rzesza ściśle współpracowała z islamem. Hitler i Himmler spotkali się w 1941 roku z wielkim muftim Jerozolimy Muhammadem Aminem al-Husajnim i zawarli z nim antybrytyjski sojusz. Wielkie powstanie muzułmanów przeciw Brytyjczykom na Bliskim Wschodzie miało otworzyć armii hitlerowskiej drogę do Azji. Klęska Afrika Korps pod El Alamein pokrzyżowała te plany.

Po stronie Niemiec hitlerowskich walczyła w Jugosławii muzułmańska dywizja Waffen SS „Handschar” – jedna z najokrutniejszych dywizji SS. Dokonała ona wraz z chorwackimi ustaszami wielu bestialskich masakr na chrześcijańskiej ludności serbskiej. Dywizję „Handschar” współorganizowała prohitlerowska organizacja Młodzi Muzułmanie. Jej członkiem był Alija Izetbegović (1925-2003) – pierwszy prezydent Bośni i Hercegowiny – państwa wykrojonego w 1992 roku z Jugosławii po zainicjowanym przez Niemcy w 1991 roku rozbiciu tego kraju. Drugą muzułmańską dywizją Waffen-SS sformowaną z Bośniaków była dywizja górska „Kama”.

Niemcy wraz z USA doprowadziły w latach 1991-2006 do rozbicia i likwidacji Jugosławii oraz proklamowania na jej gruzach dwóch państw muzułmańskich – Bośni i Hercegowiny oraz Kosowa. Krzycząc o czystkach etnicznych dokonywanych przez Serbów same patronowały czystkom etnicznym dokonywanym przez muzułmanów na Serbach, zwłaszcza w Kosowie.

Po co więc Niemcy sprowadzają dzisiaj muzułmanów do Europy? W celu jej podboju, bo z podboju Europy Niemcy nigdy nie zrezygnowały. Kiedyś podbijały ją w imię niemieckiego nacjonalizmu i zdobycia „przestrzeni życiowej”, teraz czynią to w imię globalizacji i interesów globalnych korporacji. Temu podbojowi służy właśnie tzw. „mechanizm relokacji”.

Współczesnym celem politycznym Niemiec i stojących nad nimi globalistów jest polityczna, ekonomiczna i ideologiczna unifikacja państw UE, docelowo w kierunku likwidacji ich narodowego charakteru oraz pełnego podporządkowania centrum politycznemu i gospodarczemu w Berlinie. Waluta euro i strefa Schengen okazały się narzędziami zbyt słabymi dla osiągnięcia tego celu. W tej sytuacji uznano, że cel ten da się osiągnąć poprzez intensyfikację multikulturalizmu. Sięgnięto więc po muzułmanów – narzędzie polityczne, z którego Niemcy już wielokrotnie korzystały w swojej historii.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 29 czerwca 2016 r.

Przemysł kłamstwa

Informacje o rzekomej masakrze na cywilach w Aleppo, której miały się dopuścić wojska syryjskie przy wsparciu rosyjskim 13 grudnia 2016 roku – rozpowszechniane przez media zachodnie i powiązane z nimi media polskie – były od początku do końca spreparowane. Były po prostu fałszywe. Niedługo po pojawieniu się tzw. „nagrań z Aleppo” oficjalnie przyznała to brytyjska gazeta „The Independent”. Np. nagranie, na którym widać ruiny zburzonych budynków i dziewczynkę w sukience z czerwonymi plamami, wyglądającymi jak krew, kręcono w Port Said w Egipcie na terenie przeznaczonego do wyburzenia osiedla[1]. Takimi nagraniami posługiwali się – nie mam wątpliwości, że świadomie – dziennikarze, obrońcy praw człowieka oraz amerykańscy i zachodni politycy krzyczący o masakrze, a nawet rzezi cywilów w Aleppo.

Kadr z jednego z tzw. „nagrań z Aleppo”, który przedstawia dziewczynkę w sukience z czerwonymi plamami, wyglądającymi jak krew, na tle ruin. W rzeczywistości nagranie to wykonano na terenie wyburzanego osiedla w Port Said w Egipcie, a jego autorów aresztowała egipska policja. Fot.: www.kresy.pl

Kadr z jednego z tzw. „nagrań z Aleppo”, który przedstawia dziewczynkę w sukience z czerwonymi plamami, wyglądającymi jak krew, na tle ruin. W rzeczywistości nagranie to wykonano na terenie wyburzanego osiedla w Port Said w Egipcie, a jego autorów aresztowała egipska policja. Fot.: http://www.kresy.pl

Nie jest to dla mnie zaskoczeniem, albowiem tzw. media głównego nurtu, czyli media służące neoliberalnemu globalizmowi, od dawna nie zajmują się niczym innym jak dezinformacją i kreowaniem rzeczywistości. Nawet więcej. Dezinformacyjne działania tych mediów odgrywają kluczową rolę podczas konfliktów zbrojnych, wywołanych i prowadzonych w imię ustanowienia jednego neoliberalnego porządku światowego. Nie chodzi tu o znaną z przeszłości propagandę wojenną, której celem było oddziaływanie na społeczeństwo przeciwnika przy pomocy technik tzw. wojny psychologicznej. Obecnie poszło to znacznie dalej.

Obecnie media sterują prowadzeniem wojny. Nie generałowie – ci są na drugim planie – ale stacje telewizyjne i portale internetowe. Współczesne konflikty międzynarodowe są w znacznej mierze „wojnami medialnymi”, tzn. takimi, w których media nie tylko kreują przekaz propagandowy, ale wpływają na przebieg samego konfliktu. Pierwszą „wojną medialną” były wojna w Bośni i Hercegowinie (1992-1995) – największa z wojen będących rezultatem wykreowanego zakulisowo rozbicia Jugosławii i zarazem najkrwawszy konflikt zbrojny w Europie od zakończenia drugiej wojny światowej.

Na przykładzie wojen w Jugosławii (1991-1995), agresji NATO na Jugosławię (1999) i kryzysu w Kosowie (1996-2008) prof. Marek Waldenberg wyróżnił cztery cechy „wojny medialnej”: (1) wykreowanie przez media fałszywego obrazu przyczyn konfliktu, (2) nagłaśnianie fałszywego, jednostronnego i tendencyjnego obrazu przebiegu konfliktu, (3) wywieranie przez media presji eskalującej konflikt oraz (4) torpedowanie przez media planów pokojowego rozwiązania konfliktu uwzględniających w zbyt dużym stopniu stanowisko strony przeciwnej[2].

Temu wszystkiemu służy dezinformacja opinii publicznej, prowadzona przy pomocy najnowocześniejszych środków technicznych. Podczas wojen towarzyszących rozbiciu Jugosławii cały wysiłek mediów zachodnich został skierowany na wykreowanie Serbów jako jedynych winnych wybuchu konfliktu zbrojnego i jako jedynych sprawców zbrodni wojennych.

Najpierw była wojna chorwacko-serbska, gdzie podczas bitwy o Vukovar w 1991 roku szpitale ostrzeliwali tylko Serbowie i do cywilów też strzelali tylko Serbowie. Machina „wojny medialnej” rozkręciła się jednak na dobre dopiero w czasie wojny w Bośni. A więc mieliśmy sławną „Aleję Snajperów” w Sarajewie, gdzie polowania na cywilów urządzali oczywiście wyłącznie żołnierze serbscy, a także nie mniej sławne „obozy gwałtów”, oczywiście też serbskie. Jeszcze dzisiaj można poczytać sobie na portalu tvn24.pl o tym, że masowe „gwałty ludobójcze” (genocidal rape) na kobietach muzułmańskich były serbską taktyką wojenną i że były polski premier Tadeusz Mazowiecki jako wysłannik ONZ „otworzył światu oczy”[3]. W rzeczywistości większość informacji na temat owych „obozów gwałtu” – rozpowszechnianych m.in. przez Mazowieckiego – była nieprawdziwa.

Zachodnie media twierdziły podczas wojny w Bośni, że ofiarami „gwałtów ludobójczych”, które mieli popełniać głównie Serbowie na muzułmankach, padło 100 tys. kobiet. Dopiero wiele lat po wojnie liczba ta została skorygowana do 5 tys., przy czym sprawcami – tak samo jak i innych zbrodni wojennych popełnionych podczas wojen w Jugosławii – były wszystkie strony konfliktu. Tak pisał o tym prof. M. Waldenberg: „Dziennikarz, który w 1993 r. usiłował sprawdzić jedną z licznych informacji o masowych gwałtach popełnianych przez Serbów, i w tym celu udał się do Tuzli (pisano, iż jest tam ok. 4 tys. ofiar gwałtów), gdy był 20 km od miasta słyszał, że jest ich 400, gdy odległość wynosiła już tylko 10 km – liczba spadła do 40, a w mieście zdołał znaleźć tylko 4”[4].

Potem były wykreowane przez media zachodnie informacje na temat masakry w Srebrenicy (lipiec 1995 roku), okrzykniętej „największym ludobójstwem w Europie od czasów drugiej wojny światowej”. Zawyżono przede wszystkim liczbę ofiar, włączając do nich także osoby, które zginęły w walkach toczonych w tym czasie i wcześniej w okolicach Srebrenicy. Najważniejsze czego nie dowiedziała się opinia publiczna na Zachodzie to fakt, że masakra dokonana w lipcu 1995 roku przez paramilitarne oddziały Serbów na muzułmanach była trzecią z kolei masakrą w Srebrenicy. Dwie pierwsze miały miejsce w 1992 roku i zostały dokonane na Serbach przez bojówki muzułmańskie, którymi dowodził bośniacki watażka Naser Orić. Świat euro-atlantycki czci jednak do dzisiaj tylko ofiary trzeciej masakry w Srebrenicy, te muzułmańskie z lipca 1995 roku. Za trzecią masakrę w Srebrenicy Międzynarodowy Trybunał Karny dla byłej Jugosławii skazał Radovana Karadżicia i wkrótce skaże gen. Ratko Mladicia, podczas gdy Nasera Oricia uniewinnił.

Nagłośnienie i wyolbrzymienie trzeciej masakry w Srebrenicy umożliwiło mediom zachodnim przykrycie operacji „Oluja” (4-7 sierpnia 1995 roku), podczas której wojska chorwackie wypędziły od 150 do 200 tys. Serbów z Krajiny, co było rzeczywiście największą czystką etniczną w Europie od drugiej wojny światowej[5].

Następnie Serbowie mieli dokonać masowych czystek etnicznych o charakterze ludobójczym na Albańczykach w Kosowie. Informacje o tych rzekomych czystkach były formalną przyczyną agresji NATO na Jugosławię, czyli operacji „Allied Force” (24 marca – 20 czerwca 1999 roku), która zadała Jugosławii cios ostateczny. Zachodnia opinia publiczna jest do dzisiaj przekonana, że chodziło o obronę Albańczyków przed rzekomym serbskim ludobójstwem. Prawda jest jednak taka, że zbrodnie w Kosowie rzeczywiście miały miejsce, ale głównie na Serbach i dopuszczała się ich wspierana przez Zachód terrorystyczna Armia Wyzwolenia Kosowa (UCK).

Największą zbrodnią serbską w Kosowie miała być tzw. masakra w Raczaku, gdzie 16 stycznia 1999 roku odkryto grób zawierający 45 zwłok osób narodowości albańskiej. Późniejsze badania dowiodły jednak, że najprawdopodobniej była to albańska mistyfikacja. Dzień wcześniej doszło tam bowiem do starcia pomiędzy policją serbską a UCK, po czym UCK prawdopodobnie pochowała swoich poległych w jednym grobie i upozorowała egzekucję[6]. Wersję o egzekucji rozpowszechnił amerykański dyplomata i kierownik Misji Weryfikacyjnej OBWE William Walker. Media zachodnie świadomie i celowo przedstawiły tę mistyfikację jako fakt obiektywny. Domniemana masakra w Raczaku została m.in. wymieniona w akcie oskarżenia Slobodana Milosevicia przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym dla byłej Jugosławii.

„Diabolizowanie Serbów – pisał prof. M. Waldenberg – dokonywało się nie tylko przez ogromne nagłaśnianie rzeczywiście popełnionych przez nich zabójstw, „czystek etnicznych”, gwałtów, ale i przemilczanie takich czynów będących dziełem Chorwatów i Muzułmanów lub informowanie o nich nader dyskretnie (…). Stacje telewizyjne eksponowały odnośne materiały, emitując silnie oddziałujące na emocje zdjęcia, nieraz niemające nic wspólnego z treścią informacji”[7].

To diabolizowanie Serbów było dziełem m.in. firmy Ruder Finn Global Public Affairs, która świadczyła usługi public relations dla rządów w Sarajewie i Zagrzebiu. To ta firma na początku sierpnia 1992 roku błyskawicznie przekazała do mediów informację o utworzeniu przez bośniackich Serbów obozów koncentracyjnych, nie mając dowodów, że jest to prawda. W medialnej kampanii antyserbskiej uczestniczyły też wpływowe amerykańskie organizacje żydowskie, takie jak B’nai B’rith, Anti-Defamation League, American Jewish Committe i American Jewish Congress. Dyrektor firmy Ruder Finn, James Harff, stwierdził później, że „wejście do gry organizacji żydowskich po stronie Bośniaków było wspaniałym zagraniem pokerowym. Od razu mogliśmy w opinii publicznej połączyć Serbów i nazistów. (…) nikt nie rozumiał tego, co dokonywało się w Jugosławii i (…) duża większość Amerykanów pytała się, w jakim państwie afrykańskim znajduje się Bośnia, a my za jednym zamachem zdołaliśmy przedstawić sprawę, prostą historię, w której występują dobrzy i źli”[8].

Pisząc o wojnie kreowanej przez media nie sposób nie wspomnieć o Czeczenii. Chociażby dlatego, że oprócz Anny Politkowskiej i mediów zachodnich znaczącą rolę w kreowaniu jednostronnego obrazu dwóch wojen czeczeńskich (1994-1996, 1999-2009) – czyli obrazu stawiającego w negatywnym świetle wyłącznie Rosję – odegrały media polskie oraz publicyści polscy z Krystyną Kurczab-Redlich, Wojciechem Jagielskim i Mirosławem Kulebą na czele. O tym wszystkim pisałem już szerzej na łamach „Myśli Polskiej”, więc nie będę się powtarzał[9].

Któż nie pamięta Iraku i amerykańskiej agresji na to państwo 20 marca 2003 roku? Któż nie pamięta ówczesnej wrzawy medialnej? Któż nie pamięta nachalnie sączonych informacji o okrucieństwach „reżimu Saddama Husajna”, o irackiej broni atomowej, której rzekome istnienie stało się casus belli agresji zaplanowanej i przeprowadzonej przez USA i ich sojuszników pod dyktando tzw. neokonserwatystów. Za tę iracką broń atomową – gdy po wielu latach stało się jasne, że nigdy nie istniała i że było to ordynarne i świadome kłamstwo – musiał przepraszać były brytyjski premier Tony Blair[10].

Jednak ten sam Blair wkrótce po rozpoczęciu „operacji antyterrorystycznej” w Afganistanie jesienią 2001 roku powiedział: „Musimy zwyciężyć także w wojnie propagandowej, być może ważniejszej od wojny prawdziwej”[11].

Ale przed agresją USA i ich sojuszników na Irak w 2003 roku była przecież pierwsza wojna iracka w 1991 roku. Wtedy formalny casus belli stanowiła aneksja Kuwejtu przez Irak 2 sierpnia 1990 roku. Dla usprawiedliwienia amerykańsko-brytyjskiego ataku na Irak (operacja „Pustynna Burza”, 17 stycznia – 3 marca 1991 roku) rozpowszechniono w mediach kłamstwo o wyrzucaniu przez irackich żołnierzy niemowląt z inkubatorów na podłogę w jednym ze szpitali w Kuwejcie. Kłamstwo robiło wrażenie. Mało kto na świecie – poza przywódcą Organizacji Wyzwolenia Palestyny Jaserem Arafatem i przywódcą Libii Muammarem Kadafim – wyrażał wtedy solidarność z bombardowanym przez Amerykanów i ich aliantów Irakiem.

Tak o tym pisał publicysta Krzysztof Kęciek: „Agencja Hill & Knowlton przedstawiła film, w którym 15-letnia Najirah al Sabah, córka ambasadora Kuwejtu w USA, twierdziła, że widziała, jak żołnierze iraccy wyrzucali nowo narodzone dzieci z inkubatorów, by umierały na zimnej podłodze. Film ten wyemitowało 700 stacji telewizyjnych na świecie. Prezydent George Bush senior wspomniał ten „wstrząsający akt okrucieństwa” w pięciu przemówieniach. Dopiero po wojnie strzępy prawdy zaczęły wychodzić na światło dzienne. Mordowanie niemowląt przez Irakijczyków nigdy nie miało miejsca, za to amerykańskie bomby zmasakrowały 314 cywilów w bunkrze w Bagdadzie. Armia USA dokonała też krwawej łaźni wśród tysięcy żołnierzy irackich, uciekających drogą do Basry, którzy nie stawiali już żadnego oporu”[12].

Tak się dziwnie składa, że w świetle przekazu zachodnich mediów okrutne zbrodnie wojenne w ostatnim ćwierćwieczu popełniały wyłącznie państwa będące obiektem militarnej agresji USA i świata zachodniego. Media te natomiast nigdy nie zauważały zbrodni wojennych popełnianych przez USA lub ich sojuszników. Przykładem może być tutaj chociażby używanie przeciw cywilnej ludności palestyńskiej zabronionych przez prawo międzynarodowe pocisków z białym fosforem podczas izraelskiej ekspedycji karnej w Strefie Gazy (tzw. operacja „Płynny Ołów”, 27 grudnia 2008 – 18 stycznia 2009). Informacje na ten temat były blokowane w tzw. mediach głównego nurtu, a osoby próbujące się przebić z nimi do opinii publicznej (Norman G. Finkelstein, Ewa Jasiewicz) zostały oskarżone o antysemityzm i poddane represjom[13]. 31 maja 2010 roku na międzynarodowych wodach Morza Śródziemnego izraelska marynarka wojenna zaatakowała w ramach tzw. operacji „Morska Bryza” konwój z pomocą humanitarną dla Strefy Gazy zorganizowany przez niezależnych dziennikarzy i działaczy na rzecz obrony praw człowieka. W wyniku tego ataku zginęło 9 osób, a około 60 odniosło rany. Ten fakt również nie wzbudził oburzenia w mediach mainstreamowych.

Po demonizacji w mediach zachodnich Serbów, Saddama Husajna i Muammara Kadafiego przyszła kolej na demonizację Baszszara al-Asada i „reżimu syryjskiego”. Agresję mocarstw zachodnich i sunnickich monarchii z rejonu Zatoki Perskiej na Syrię nazwano „wojną domową”, a użytych do tej agresji dżihadystów z całego świata arabskiego „demokratyczną opozycją”. Tzw. „reżim” al-Asada oskarżano o wszelkie możliwe zbrodnie, w tym użycie broni chemicznej, m.in. 21 sierpnia 2013 roku podczas ataku na przedmieście Damaszku – Ghouta. Wiarygodność tych oskarżeń do dzisiaj stoi pod znakiem zapytania. Amerykański dziennikarz śledczy Seymour Hersh (ten sam, który ujawnił masakrę w My Lai podczas wojny wietnamskiej i tortury w amerykańskim więzieniu Abu Ghraib w Bagdadzie) po przeprowadzeniu niezależnego dochodzenia stwierdził, że podawana w mediach głównego nurtu wersja ataku chemicznego na 5 tys. cywilów w Ghouta jest kłamstwem Białego Domu. W rzeczywistości zbrodni tej dopuścili się dżihadyści, a nie wojska rządowe[14]. Oskarżenie „reżimu syryjskiego” o używanie broni chemicznej przeciw cywilom było potrzebne Barackowi Obamie jako pretekst do otwartej interwencji zbrojnej USA i NATO w Syrii. Interwencja ta nie doszła do skutku dzięki zdecydowanemu sprzeciwowi Rosji.

Wreszcie, kiedy klęska dżihadystów w Aleppo stała się oczywista, media zachodnie próbowały wykreować rzekomą masakrę w Aleppo i oskarżyć o nią „reżim” al-Asada. I tutaj niespodziewanie powinęła im się noga. Kłamstwo wyszło na jaw już 21 grudnia 2016 roku, a więc tydzień po rzekomej masakrze. Makabryczne obrazy były tylko na spreparowanych nagraniach, podczas gdy na ulicach zrujnowanego Aleppo wielotysięczny tłum świętował wyzwolenie spod okupacji dżihadystów[15]. Czy to tylko wypadek przy pracy, czy początek końca przemysłu kłamstwa?

[1] Egipt: aresztowano grupę osób – kręciły „nagrania z Aleppo”, http://www.kresy.pl, 21.12.2016.

[2] M. Waldenberg, „Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki”, t. I, Warszawa 2005, s. 186-193.

[3] „Gwałt jako taktyka wojenna. Dopiero polski premier otworzył światu oczy”, http://www.tvn24.pl, 11.07.2015.

[4] M. Waldenberg, „Rozbicie Jugosławii…”, s. 203.

[5] B. Piętka, Operacja „Oluja”, „Myśl Polska” nr 37-38 (2051/52), 13-20.09.2015, s. 8.

[6] B. Dobrzyński, „Historia pisana przez zwycięzców – wojna w Jugosławii”, http://www.geopolityka.org, 9.07.2011; P. Woźniak, „Kontrowersyjny pomnik w Raczaku”, http://www.rp.pl, 16.01.2016.

[7] M. Waldenberg, „Rozbicie Jugosławii…”, s. 188.

[8] J. Merlino, „Les vérités yougoslaves ne sont pas toutes bonnes á dire”, Paris 1993, s. 128-129; cyt. za: M. Waldenberg, „Rozbicie Jugosławii…”, s. 191.

[9] B. Piętka, „Czeczeńska pułapka”, „Myśl Polska” nr 35-36 (2049/50), 30.08-6.09.2015, s. 6-7.

[10] „Kulisy wojny w Iraku. Saddam Husajn nie miał broni, ale udawał”, http://www.konflikty.wp.pl, 10.03.2013; „W. Brytania: Blair przeprasza za wojnę w Iraku”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 6.07.2016; „Raport komisji Chilcota: czym Tony Blair zapłaci za wojnę w Iraku?”. http://www.pl.sputniknews.com, 6.07.2016.

[11] K. Kęciek, „Media, wojna i kłamstwa”, portal tygodnika „Przegląd”, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 22.10.2001.

[12] Tamże.

[13] N. G. Finkelstein, „Gaza – o jedną masakrę za daleko”, Warszawa 2010; E. Jasiewicz, „Podpalić Gazę”, Warszawa 2011; „Amnesty probes Israel’s use of white phosphorus in Gaza”, http://www.web.archive.org, AFP, 23.01.2009; „Ewa Jasiewicz o ataku na konwój z pomocą dla Strefy Gazy”, http://www.gazetaprawna.pl, 8.06.2010.

[14] „Syria o użyciu broni chemicznej: bezczelne kłamstwo”, http://www.wiadomosci.dziennik.pl, 27.04.2013; „MSZ Syrii: oskarżenia o użycie broni chemicznej są bezpodstawne”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 31.08.2013; R. Stefanicki, „Broni chemicznej w Syrii mogli użyć powstańcy, nie rząd”, http://www.wyborcza.pl, 19.12.2013.

[15] „Aleppo: po pięciu latach wojny powraca normalne życie”, portal polskiej redakcji Radia Watykańskiego, http://www.pl.radiovaticana.va, 1.02.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 lutego 2017 r.

„Myśl Polska” nr 7-8 (2123/24), 12-19.02.2017, s. 4-5

Klęska Zachodu w Syrii

Wyzwolenie wschodniego Aleppo przez wojska wierne prezydentowi Baszszarowi al-Asadowi w połowie grudnia 2016 roku spowodowało przełom w wojnie syryjskiej. Nie piszę w „wojnie domowej”, ponieważ nie była to i nie jest żadna wojna domowa. Od 2011 roku mamy do czynienia z agresją zewnętrzną na ten kraj. Agresorami są mocarstwa zachodnie z USA na czele, wspierane w różnych okresach czasu przez Turcję, Arabię Saudyjską i Katar. Narzędziem agresji są natomiast dżihadyści, z których niemała część pochodzi spoza Syrii. Mamy zatem do czynienia z wojną, która do złudzenia przypomina tzw. wojnę domową w Hiszpanii (1936-1939), gdzie faktycznie walczyły między sobą Niemcy hitlerowskie i ZSRR, chociaż formalnie nie były wtedy w stanie wojny. Tak jak Hiszpania w latach 30. XX wieku stała się polem konfrontacji sił zewnętrznych, tak Syria w drugiej dekadzie XXI wieku stała się polem konfrontacji świata euro-atlantyckiego – dążącego do dominacji globalnej pod hasłami demokracji, wolnego rynku i praw człowieka – oraz Rosji, która zajęła stanowisko obrońcy suwerenności krajów zagrożonych globalizmem euro-atlantyckim.

Przełom spowodowany zdobyciem przez wojska rządowe największego miasta Syrii jest oczywisty i nie przesłoni go bolesna porażka, jakiej w tym samym czasie doznały siły prezydenta al-Aasada tracąc Palmyrę na rzecz dżihadystów z tzw. Państwa Islamskiego[1]. 29 grudnia 2016 roku Rosja ogłosiła, że zawarte zostało porozumienie o zawieszeniu broni pomiędzy legalnymi władzami syryjskimi a siedmioma ugrupowaniami tzw. umiarkowanej opozycji syryjskiej, liczącymi w sumie 62 tys. uzbrojonych ludzi[2]. Porozumienie weszło w życie 31 grudnia 2016 roku, a jego stronami są rząd Syryjskiej Republiki Arabskiej oraz następujące ugrupowania rebelianckie: Fajlakk asz-Szam, Ahrar asz-Szam, Dżajsz al-Islam, Suvar agi-Szam, Dżajsz al-Mudżahedin, Dżajsz Idlib oraz Dżabhat asz-Szamija. Strony porozumienia podpisały trzy dokumenty: o zawieszeniu broni na całym terytorium Syrii z dniem 29 grudnia 2016 roku, o działaniach mających na celu poszanowanie rozejmu i rozmieszczeniu wojsk rosyjskich w celu kontroli przestrzegania zawieszenia broni oraz oświadczenie o rozpoczęciu rozmów pokojowych w Astanie[3].

Porozumienie o wprowadzeniu rozejmu w Syrii zostało wypracowane dzięki współpracy Rosji, Turcji i Iranu, co bynajmniej nie oznacza podziału Syrii na strefy wpływów tych państw[4]. Jakiegokolwiek udziału w wypracowaniu porozumienia nie wzięły natomiast Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja oraz Unia Europejska. Amerykańska stacja telewizyjna CNN zauważyła w związku z tym, że Rosja i Turcja po prostu wyparły politycznie USA z Syrii. Natomiast stacja ABC News uznała, że mamy do czynienia ze wzrostem potęgi Rosji i słabnącymi pływami Waszyngtonu w świecie[5]. Droga do zawarcia pokoju jest jeszcze długa, o czym świadczą naruszenia rozejmu, które miały miejsce wkrótce po jego wejściu w życie[6]. Najprawdopodobniej jednak pokój w Syrii prędzej czy później zostanie osiągnięty. Zostały bowiem spełnione ku temu dwie przesłanki. Pierwszą jest wyłączenie z procesu dyplomatycznego bloku euro-atlantyckiego. Drugą natomiast rozbicie jedności dżihadystów, którzy zostali podzieleni na dwie wyraźne części: siedem ugrupowań popierających rozejm oraz dwie formacje, które go nie podpisały i które mniej lub bardziej jawnie realizują cele bloku euro-atlantyckiego. Te dwie formacje to Al-Kaida – występująca w Syrii pod nazwą Dżabhat an-Nusra, a obecnie Dżabhat Fath asz-Szam (Front Podboju Lewantu) – i tzw. Państwo Islamskie.

Na uwagę zasługuje fakt, że sygnatariuszem porozumienia o rozejmie w Syrii jest – wraz z Rosją i Iranem – Turcja, a więc formalnie członek NATO i sojusznik USA oraz uczestnik syryjskiej „wojny domowej”, wspierający „umiarkowaną opozycję” (owe siedem ugrupowań, które zawarły rozejm z al-Asadem). Ankara porzuciła w ten sposób ambicje, żeby stać się liderem świata sunnickiego i zdystansowała się od USA. Proces oziębiania stosunków na linii Ankara-Waszyngton rozpoczął się w maju 2013 roku, kiedy CIA po raz pierwszy podjęła próbę zorganizowania w Turcji „kolorowej rewolucji” w celu odsunięcia od władzy prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana. Ostatecznie proces ten przybrał na sile po nieudanej próbie puczu wojskowego w połowie lipca 2016 roku, który był nieoficjalnie inspirowany przez USA. Erdogan ma obecnie trzech przeciwników: USA i ich tureckich sprzymierzeńców z ruchu islamisty Fethullaha Güllena, kurdyjski ruch niepodległościowy z Partią Pracujących Kurdystanu na czele (sojusznicy prezydenta al-Asada) oraz sunnickich dżihadystów z tzw. Państwa Islamskiego. W tej sytuacji zbliżenie polityczne z Rosją było dla Erdogana jedynym realnym wyborem[7].

Rozejm w Syrii negocjowano przez dwa miesiące, a więc negocjacje rozpoczęto jeszcze przed syryjsko-rosyjską ofensywą na Aleppo. Na początku grudnia 2016 roku Katar wycofał się z wojny przeciw administracji prezydenta al-Asada w Syrii. Jednocześnie stał się udziałowcem Rosnieftu – jednego z największych koncernów petrochemicznych na świecie – i w tym należy upatrywać zmiany jego linii politycznej wobec Rosji i Syrii. Zabójstwo rosyjskiego ambasadora w Turcji Andrieja Karłowa 19 grudnia 2016 roku oraz bombardowanie rosyjskiej ambasady w Damaszku 28 i 29 grudnia 2016 roku były działaniami mającymi na celu storpedowanie rozejmu i rozerwanie sojuszu rosyjsko-tureckiego. Działaniami podjętymi niewątpliwie przez służby specjalne obozu euro-atlantyckiego. Nie można wykluczyć, że rezultatem tych działań mogła być też katastrofa samolotu rosyjskiego ministerstwa obrony pod Soczi 25 grudnia 2016 roku, w której zginął prawie cały Chór Aleksandrowa, chociaż władze rosyjskie oficjalnie wykluczyły zamach terrorystyczny.

Interesujące spojrzenie na okoliczności zawarcia rozejmu w Syrii – a więc klęski bloku euro-atlantyckiego – dał Thierry Meyssan, francuski niezależny publicysta, który ma znaczące zasługi dla naświetlenia rzeczywistych przyczyn i prawdziwego oblicza wojny przeciw Syrii. Pozwolę sobie zacytować obszerny fragment jego analizy:

„Moskwie udało się wyłączyć Katar i sprawić, że teraz jest on sojusznikiem. Miało to jednak swoją cenę. Zmiana postawy Kataru została przypieczętowana przez sprzedaż Katarowi przez Moskwę jednej piątej kapitału Rosnieftu, na początku grudnia, w Doha (…). Poprzez realizację tej transakcji, rzekomo w celu uporania się z deficytem budżetowym Rosji, Igor Sieczin i Władimir Putin nierozerwalnie zjednoczyli energie polityczne dwóch największych eksporterów gazu na świecie. De facto, Katar opuścił dżihadystów, choć od maja ubiegłego roku, emir utrzymuje swe stałe biuro w siedzibie NATO w Brukseli. Druga rewolucja nastąpiła w Turcji. Choć jako państwo pozostaje ona członkiem NATO, jej prezydent Recep Tayyip Erdogan stał się osobistym wrogiem Waszyngtonu. Od czasu wyborów powszechnych, Moskwa wspiera Erdogana w celu przerwania więzi między Turcją i Stanami Zjednoczonymi. Mimo, że jest to skomplikowany manewr, który może zająć trochę czasu, to Tel-Awiw wpadł w panikę i nakazał zamordowanie ambasadora Andrieja Karłowa w Ankarze – morderstwa, które zostało należycie potwierdzone i uczczone przez żydowską New York Daily News, czwartą co do wielkości gazetę w Stanach Zjednoczonych i trybunę najtwardszych syjonistycznych lobbystów (…). Pochwycenie zagranicznych funkcjonariuszy w bunkrze NATO we wschodnim Aleppo ilustruje ewolucję konfliktu. Schwytani tam mężczyźni to głównie Brytyjczycy, Amerykanie, Francuzi, Saudyjczycy i Turcy. Podając publicznie na forum ONZ niepełną listę ich 14 nazwisk, syryjski ambasador Baszar Dżafari uczynił NATO wprost odpowiedzialnym za ich obecność w Aleppo”[8].

Na naszych oczach zachodzą doniosłe zmiany geopolityczne. Zmiany, na które polskie podwórko polityczno-medialne nie tylko nie jest przygotowane, ale na temat których nie ma też nic ciekawego do powiedzenia. Dowodem tego jest chociażby nagłośniony przez „Gazetę Wyborczą” tzw. marsz solidarności z Berlina do Aleppo, którego organizatorką jest była dziennikarka „Wyborczej” Anna Alboth[9]. Z kim tak naprawdę wyrażają solidarność organizatorzy tego marszu? Z ofiarami wojny czy z pokonanymi dżihadystami? Po wyzwoleniu wschodniego Aleppo odkryto tam masowe groby z ciałami cywilów, którzy byli poddawani brutalnym torturom[10]. Tak wyglądały rządy wspieranej przez Zachód „demokratycznej opozycji”. Wtedy jednakże dziennikarka „Wyborczej” żadnych marszów solidarności do Aleppo nie urządzała. Niestety państwo należące do peryferii świata euro-atlantyckiego nie ma wiele do powiedzenia w polityce międzynarodowej, a jego establishment medialno-polityczny odgrywa jedynie teatralne role według scenariusza napisanego mu przez ośrodki globalistyczne. Zwykle są to role komiczne.

Wojna przeciw Syrii kosztowała dotąd życie około 300 tysięcy Syryjczyków, a około 4 miliony z nich zmusiła do ucieczki lub emigracji. Była to wojna zaplanowana i prowadzona przez służby specjalne USA, Wielkiej Brytanii, Francji i Izraela za pośrednictwem muzułmańskich ekstremistów i najemników, a finansowana przez sunnickie monarchie znad Zatoki Perskiej i do pewnego momentu także Turcję. Wojna, która w zamiarach jej sprawców miała być wstępem do wojny światowej z Rosją i której odpryskiem był krwawy przewrót polityczny na Ukrainie w 2014 roku, a następnie wojna w Donbasie. Blok euro-atlantycki poniósł jednak w niej klęskę i klęska ta być może będzie punktem zwrotnym w historii współczesnej – początkiem końca globalizmu. Taką przynajmniej mam nadzieję.

[1] K. K. Podgórski, „Klęska wojsk syryjskich, terroryści znów zdobyli starożytne miasto Palmira”, http://www.trybuna.eu, 25.12.2016.

[2] „Włodzimierz Putin ogłosił powszechne zawieszenie broni w Syrii”, http://www.voltairenet.org, 29.12.2016.

[3] „Rozejm w Syrii”, http://www.voltairenet.org, 31.12.2016.

[4] „Nigdy nie zgodzimy się na podział Syrii”, http://www.pl.sputniknews.com, 29.12.2016.

[5] „Pierwszy dzień rozejmu w Syrii i gorzkie rozczarowanie USA”, http://www.pl.sputniknews.com, 30.12.2016.

[6] „Rozejm w Syrii zagrożony. Po niecałych dwóch godzinach doszło do krwawych starć”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 30.12.2016; „W Latakii doszło do wybuchu”, http://www.pl.sputniknews.com, 5.01.2017.

[7] T. Meyssan, „Turecka wolta”, http://www.voltairenet.org, 3.01.2017.

[8] T. Meyssan, „Idlib i Aleppo”, http://www.voltairenet.org, 31.12.2016.

[9] „Ruszył marsz z Berlina do Aleppo. Ma przejść trasę, którą pokonują uchodźcy z Syrii. Organizatorką jest Polka”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 26.12.2016.

[10] M. Wojnarowska, „Masowe groby z ciałami cywilów odkryte w okolicach Aleppo w Syrii”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 27.12.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 11 stycznia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 3-4 (2119/20), 15-22.01.2017, s. 8

Co dzieje się w Aleppo?

Zdobycie wschodniego Aleppo przez wojska syryjskie 13 grudnia 2016 roku wywołało prawdziwą histerię w świecie politycznym Zachodu i jego mediach. Powiązane z kapitałem zagranicznym media polskie już na tydzień przed klęską dżihadystów pisały o „drugiej Srebernicy”, która miałaby nastąpić po zdobyciu największego miasta Syrii przez siły rządowe. Gdy we wtorek 13 grudnia pojawiły się pierwsze informacje o tym, że wspierane przez Rosję wojska syryjskie kontrolują 98 proc. obszaru miasta, a dżihadyści zostali otoczeni, na Zachodzie wybuchła nieopisana histeria. W Polsce sygnał dała niezawodna w takich okolicznościach „Gazeta Wyborcza”, która za mediami zachodnimi rozpowszechniła informację o rzekomych masowych mordach dokonywanych w Aleppo przez siły rządowe. Podano nawet liczbę 82 ofiar, w tym 11 kobiet i 13 dzieci[1].

Pokazywano też tzw. „dramatyczne pocztówki” z Aleppo, czyli nagrania, na których jakaś kobieta lub mężczyzna mówili do kamery, że to ich ostatnia wiadomość i za chwilę zabiją ich żołnierze „reżimu Asada”. Po kilkunastu godzinach mrożące krew w żyłach informacje zostały zdjęte z pierwszych stron gazet oraz czołówek telewizji i portali internetowych. Rozpoczęła się oto bowiem ewakuacja kilkudziesięciu tysięcy ludzi ze wschodniego Aleppo oraz z dwóch szyickich miejscowości w prowincji Idlib. Była ona kilkakrotnie przerywana z winy dżihadystów, którzy próbowali się wydostać z miasta w tłumie cywilów. Ogółem ewakuowano na tereny kontrolowane przez dżihadystów 34 tys. osób spośród około 50 tys. znajdujących się we wschodnim Aleppo. Ewakuacja objęła wszystkich cywilów, którzy chcieli opuścić miasto oraz rannych dżihadystów.

Po kilku dniach informacje o Aleppo całkowicie zniknęły z mediów zachodnich i powiązanych z nimi mediów polskich. Nagle straciły one zainteresowanie rzekomym „kryzysem humanitarnym” w Aleppo. Nie zdementowały też najprawdopodobniej fałszywych informacji o zbrodniach, których miały się dopuścić wojska rządowe po zdobyciu miasta. Dwa dni po pojawieniu się tych informacji ekspert ds. Bliskiego Wschodu, dr Wojciech Szewko, stwierdził, że informacje o domniemanej masakrze na dżihadystach i cywilach są niewiarygodne, a ogromna większość zdjęć publikowanych w internecie jako materiały z Aleppo jest nieprawdziwa. Pochodzi bowiem z zupełnie innych miejsc i momentów[2].

Rzetelność informacji zachodnich mediów szybko zweryfikował też red. Bartosz Świderski: „Najpierw 70 ofiar. Ta liczba szybko wzrosła do 77, po chwili mówiono już o 82. Światowe media rozpisują się od wczoraj o czystce, którą w przejętym Aleppo urządziły cywilom siły Baszara el-Asada. Problem w tym, że punkt medyczny, w którym miało dojść do masakry, był już ewakuowany kilka dni wcześniej. Nie ma żadnych zdjęć, choć w Syrii fotografuje się wszystko. A raczej zdjęcia są, ale ani jedno nie jest prawdziwe (…)”. Jako dowody rzekomej masakry w Aleppo media zachodnie publikowały m.in. zdjęcia z teledysków[3].

Po upływie tygodnia w polskich mediach pojawiły się 22 grudnia informacje o przejęciu całkowitej kontroli nad Aleppo przez wojska syryjskie[4]. Tym samym wszystkie główne miasta Syrii – Damaszek, Aleppo, Homs, Hama i Latakia – znajdują się pod kontrolą legalnych władz. Oznacza to, że tzw. „wojna domowa” w Syrii – a ściślej zewnętrzna agresja na ten kraj – zmierza nieubłaganie do finału, którym będzie klęska dżihadystów, wspieranych oficjalnie przez USA, Wielką Brytanię, Francję, Turcję, Katar i Arabię Saudyjską, a nieoficjalnie także przez Izrael.

Czym należy tłumaczyć nagły brak zainteresowania sytuacją w Aleppo mediów zachodnich? Zaczęły one od mocnego uderzenia o rzekomej masakrze, a potem nagle umilkły. Co tak naprawdę dzieje się w tym mieście i czego media zachodnie nie chcą pokazać?

W związku z tym, że uparcie milczą, zdani jesteśmy na media rosyjskie. Na rosyjskich portalach internetowych pojawiły się informacje o tym, że wojska syryjskie pojmały po zdobyciu Aleppo zagranicznych „doradców wojskowych”. Ich liczba – według różnych przekazów – waha się od 14 do 130. Syryjczycy mieli pojmać oficerów amerykańskich, brytyjskich, francuskich, niemieckich, izraelskich, tureckich, jordańskich, marokańskich, katarskich i saudyjskich. „Po zdobyciu pozycji IS we wschodnim Aleppo syryjskie wojska rządowe nieźle się zdziwiły. W bunkrze milicji terrorystycznej przykucnęli w pozycji z rękoma za głową nie tylko dżihadyści, ale także 14 oficerów NATO, którzy wcześniej wspólnie walczyli z IS przeciwko armii syryjskiej” – relacjonował jeden z rosyjskich portali[5].

Informacje te nie zostały oficjalnie potwierdzone i nie można zweryfikować ich prawdziwości. Być może podawane liczby są przesadzone. Niemniej jednak znanym od dawna faktem jest obecność po stronie dżihadystów tzw. „doradców wojskowych” z Zachodu, Turcji, Kataru i Arabii Saudyjskiej. To oni tak naprawdę dowodzili dżihadystami („demokratyczną opozycją”) w „wojnie domowej” w Syrii. Przynajmniej częściowym potwierdzeniem prawdziwości informacji o ujęciu przez Syryjczyków zagranicznych „doradców wojskowych” mogą być wcześniejsze informacje mediów zachodnich o rzekomej masakrze dokonanej przez wojska rządowe w Aleppo. Nietrudno się domyśleć, że krzyk na cały świat o masakrowaniu przez „reżim Asada” kobiet i dzieci miał na celu spowodowanie amerykańskiej interwencji politycznej lub nawet militarnej. Nie w obronie kobiet i dzieci bynajmniej, ale właśnie „doradców wojskowych”. Także szybkie porozumienie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ w sprawie rozwiązania kryzysu wokół Aleppo[6] i nagła utrata zainteresowania tematem Aleppo przez media zachodnie dają podstawę do przypuszczeń, że z tym pojmaniem zagranicznych „doradców wojskowych” jest coś na rzeczy. Mając taką kartę przetargową dyplomacja rosyjska mogła zamknąć usta zachodnim politykom i mediom.

Na pewno jednak można zweryfikować inną informację podaną w sprawie Aleppo przez media rosyjskie i syryjskie. Otóż w Aleppo chrześcijanie po raz pierwszy od 2012 roku obchodzą Święta Bożego Narodzenia. Pod władzą popieranej przez Zachód „demokratycznej opozycji” – czyli dżihadystów – nie mieli takiej okazji, ponieważ za samo zidentyfikowanie kogoś jako chrześcijanina „demokratyczna opozycja” podrzynała gardło. Tego jednak odbiorcy „Gazety Wyborczej” i innych „wiodących” mediów w Polsce nigdy się nie dowiedzieli. Dowiedzieli się natomiast, że „reżim Asada” po zdobyciu Aleppo dopuścił się rzekomo masowych mordów. Prawda jest jednak taka, że to właśnie „reżim Asada” i Rosja położyły kres masowym mordom, ale popełnianym przez sprzymierzoną z Zachodem „demokratyczną opozycję”. To „reżim Asada” i Rosja przywróciły syryjskim chrześcijanom prawo do życia, odebrane im przez dżihadystycznych sojuszników Zachodu. „W Aleppo Syryjczycy świętują swoje wyzwolenie spod okupacji Al-Kaidy. Dlaczego wszyscy zachodni dziennikarze nie ustawiają się w kolejce, by to relacjonować?” – pyta libańska dziennikarka Sarah Abdallah[7].

Odpowiedź na postawione przeze mnie w tytule tego artykułu pytanie brzmi zatem: w Aleppo chrześcijanie publicznie obchodzą Boże Narodzenie. Pod ogromną choinką ustawioną na centralnym placu zrujnowanego przez wojnę miasta. To właśnie dzieje się w Aleppo i znajduje się poza całkowitą uwagą mediów świata zachodniego, który wspierał islamskich fanatyków w Syrii i który otwierając swoje granice przed tzw. uchodźcami sprowadził na Europę falę terroryzmu. Natomiast demonizowana powszechnie w zachodnich, a przede wszystkim w polskich mediach Rosja ocaliła w Syrii nie tylko „reżim Asada”, czyli legalne władze tego kraju, ale także tamtejszych chrześcijan.

[1] „Pilne! Żołnierze Asada w odbitym Aleppo chodzą od domu do domu. Mordują nawet dzieci”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 13.12.2016.

[2] „Dr Szewko o sytuacji w Aleppo: media są zalewane nieprawdziwymi informacjami”, http://www.kresy.pl, 15.12.2016.

[3] B. Świderski, „Ta dziewczynka nie ucieka z Aleppo – to kadr z teledysku. Toniemy w morzu fejkowych informacji z Syrii”, http://www.natemat.pl, 15.12.2016.

[4] „Armia Asada: przejęliśmy kontrolę nad Aleppo”, http://www.tvp.info, 22.12.2016.

[5] „Breaking:14 US-led coalition military advisers captured by Syrian special forces in Aleppo”, http://www.southfront.org, 17.12.2016; „Deutsche NATO-Offiziere in Aleppo verhaftet- Bundeswehr machte mit IS gemeinsame Sache”, http://www.anonymousnews.ru, 17.12.2016; „В Алеппо захвачены офицеры НАТО”, http://www.newsli.ru, 17.12.2016; „Сирийский спецназ взял в плен 130 офицеров НАТО”, http://www.eg.ru, 18.12.2016; „Большое количество офицеров НАТО захвачено правительственной армией в Алеппо”; http://www.arhano.ru, 19.12.2016.

[6] „Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła rezolucję w sprawie Aleppo”, http://www.wyborcza.pl, 19.12.2016.

[7] „Aleppo: pierwsze zapalenie choinki bożonarodzeniowej od 2012 roku, tłumy ludzi świętują”, http://www.kresy.pl, 21.12.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 24 grudnia 2016 r.

http://www.mysl-polska.pl/1107

„Myśl Polska” nr 1-2 (2117/18), 1-8.01.2017, s. 5

Trump, czyli ból głowy rusofobów

Tegoroczne wybory prezydenckie w USA, w których konkurowali oligarcha i playboy Donald Trump oraz zbrodniarka wojenna Hilary Clinton, przyciągnęły uwagę, jaką jeszcze nigdy dotąd nie cieszyła się elekcja szefa administracji amerykańskiej. Powodem był Donald Trump, a ściślej niestrawność głoszonych przez niego haseł dla amerykańskich neokonserwatystów, europejskich neoliberałów i ogólnie rzecz biorąc globalistów. Histeryczna reakcja liberalnych mediów i elit w Polsce na wybór Trumpa nie dziwi, jest bowiem odbiciem takiej samej reakcji pokrewnych im mediów i elit w Ameryce i Europie. Ciekawa jest natomiast reakcja polityków i mediów partii rządzącej. Wszyscy oni wyrazili zadowolenie z wyboru Trumpa, a Tomasz Sakiewicz nawet ucieszył się, że w USA zwyciężyła „konserwatywna rewolucja”. Jest to o tyle zdumiewające, że gdyby Trumpowi ta „konserwatywna rewolucja” się powiodła, to wspierany przez Sakiewicza obóz polityczny może nie tylko stracić władzę, ale nawet rację bytu politycznego. Oficjalną reakcję polityków i mediów PiS tłumaczę sobie tym, że zgodnie ze swoją orientacją musieli po prostu zadeklarować pełną lojalność polityczną wobec nowej władzy w USA, bez względu na to co to jest za władza. Nie mam natomiast wątpliwości, że decyzja polityczna, którą 8 listopada podjęli wyborcy amerykańscy, musi budzić w kierownictwie PiS niepokój równie głęboki, co w obozie liberalnym.

Największe nadzieje ze zmianą władzy w USA wiążą w Polsce te nieliczne środowiska, które opowiadają się za normalizacją stosunków z Rosją, zaprzestaniem wspierania neobanderowskiej Ukrainy oraz rezygnacją Polski z roli podwykonawcy polityki amerykańskiej na obszarze poradzieckim. Bycie podwykonawcą polityki amerykańskiej w Europie Środkowo-Wschodniej, w wypadku konfliktu zbrojnego USA-Rosja, musi automatycznie uczynić z terytorium Polski miejsce tego konfliktu, na co postsolidarnościowy establishment polityczny – zarówno ta jego część będąca aktualnie u władzy, jak i ta będąca obecnie w opozycji – pokornie się godzi. Nie ma na to jednak zgody nielicznych środowisk naprawdę patriotycznych i realistycznych.

Nasuwa się w związku z tym pytanie, czy te nadzieje wiązane z Donaldem Trumpem na zmianę sytuacji Polski, będącej pionkiem polityki amerykańskiej na obrzeżach świata euro-atlantyckiego, są realne? Żeby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba sobie zadać inne pytanie: kto jest suwerenem w USA? Czy jest nim naród, o którym w pierwszym zdaniu mówi Konstytucja USA, czy są nim wyborczy Donalda Trumpa, czy może jeszcze ktoś inny? Nie ulega wątpliwości, że suwerenem w USA są, a przynajmniej same za takowego się uważają różnego rodzaju grupy interesu i nacisku. Do najważniejszych należy zaliczyć lobby związane z przemysłem zbrojeniowym oraz AIPAC (American Israel Public Affairs Committee). To są prawdziwi kreatorzy polityki amerykańskiej.

Jeżeli zatem Trump rzeczywiście chce – jak głosił podczas kampanii wyborczej – przywrócić Amerykę Amerykanom, czyli przywrócić władzę suwerenowi wskazanemu w Konstytucji USA, to będzie musiał stoczyć walkę z rzeczywistym suwerenem amerykańskiej polityki. Pytanie zatem, czy się na to zdecyduje, a jeśli się zdecyduje, czy mu się to uda? Pragnę zwrócić uwagę, że 8 lat temu Barack Obama był równie niestrawny dla establishmentu neokonserwatywnego w USA i globalistów, jak dzisiaj Trump. Obama też deklarował zerwanie z imperialistyczną polityką eksportu „demokracji”. Na tych deklaracjach – za które zresztą otrzymał pokojową Nagrodę Nobla – się skończyło, ponieważ został bardzo szybko przywołany do porządku przez rzeczywistego suwerena amerykańskiej polityki i stał się jego narzędziem. Wielka zmiana – której oczekują polscy zwolennicy Trumpa – nie jest więc taka oczywista. Zanim Trump przystąpił do walki o prezydenturę, tak jak każdy kto chce coś znaczyć w życiu politycznym USA, złożył wizytę w AIPAC. Miało to miejsce 21 marca 2016 roku[1]. Zadeklarował tam pełne wsparcie polityczne dla Izraela, jeśli zostanie prezydentem, a jak wiadomo to właśnie bezkrytyczne wspieranie przez USA interesów politycznych Izraela było przyczyną zaangażowania się militarnego Waszyngtonu w Iraku, Syrii i Afryce Północnej. Jak więc Trump chce pogodzić polityczne, finansowe i militarne wspieranie Izraela z deklarowaną rezygnacją z agresywnej polityki amerykańskiej, w tym m.in. na Bliskim Wschodzie?

Wydaje się, że Trump należy do tej części establishmentu amerykańskiego, która na rzeczywistość patrzy realistycznie i widzi, że polityka neokonserwatystów – czy to w wydaniu republikanina George’a W. Busha czy demokraty Baracka Obamy – doprowadziła USA do ściany. Za tą ściana jest albo bankructwo gospodarcze albo wojna światowa z Rosją i Chinami. Trump proponuje własną wersję amerykańskiej pieriestrojki – zrobić krok w tył i wycofać wojenne fanfary, by Imperium Americanum mogło złapać drugi oddech, przede wszystkim gospodarczy. Punktem ciężkości tego planu jest chęć rozbicia sojuszu rosyjsko-chińskiego i przeciągnięcia Rosji na stronę USA. Dla Trumpa głównym wrogiem są Chiny i fakt ten wielokrotnie podkreślał w swoich wypowiedziach. Z mojego punktu widzenia nie jest wcale takie pewne, że Trump godzi się na zastąpienie świata jednobiegunowego przez wielobiegunowy (koncert mocarstw), co by przecież wychodziło naprzeciw oczekiwaniom Rosji i Chin. Nie mogę wykluczyć, że faktycznie będzie dążył do realizacji tych samych celów politycznych, które deklarowała jego kontrkandydatka, tylko bez wywoływania wojny światowej, ale poprzez poczynienie pewnych koncesji na rzecz Rosji (Ukraina?, państwa bałtyckie?) i przynajmniej zneutralizowania jej w obliczu rozgrywki z Chinami.

Żeby uświadomić sobie, w jakim momencie Trump obejmuje prezydenturę, trzeba też zobaczyć jak wygląda obecne oblicze polityki amerykańskiej. Pod koniec prezydentury Baracka Obamy zaczęto mówić w USA otwarcie o wojnie światowej z Rosją i Chinami. Na początku października br. podczas panelu w Association of the U.S. Army w Waszyngtonie scenariusz takiej wojny zarysował gen. William Hix, który ku zaskoczeniu światowej opinii publicznej całkiem otwarcie zdefiniował wrogów USA. Są nimi Rosja i Chiny. Zdaniem gen. Hix’ea i innych generałów amerykańskich biorących udział w tym panelu, wojna z Rosją i Chinami jest nieunikniona. Kiedy do niej dojdzie, „nie potrwa zbyt długo, ale będzie ekstremalnie zabójcza”[2]. Jeśli amerykańska generalicja jest przygotowana do niszczycielskiej (nuklearnej) wojny i mówi o tym publicznie, to oznacza, że takiej wojny chcą lobby przemysłu zbrojeniowego oraz te kręgi establishmentu amerykańskiego, które uznały, że najlepszą receptą na kryzys globalnego kapitalizmu jest właśnie krótka i „ekstremalnie zabójcza” wojna.

Potwierdzeniem takich tendencji w polityce amerykańskiej jest wypowiedź sekretarza generalnego NATO Jensa Stoltenberga, który w przeddzień wyborów prezydenckich w USA oświadczył, że „kilkaset tysięcy żołnierzy NATO będzie przygotowanych do szybkiej reakcji w razie agresji ze strony Rosji”. Sekretarz generalny NATO dodał, że ma to być „największe wzmocnienie naszego kolektywnego systemu obrony od końca zimnej wojny”. Stoltenberg po raz kolejny oskarżył przy tym Rosję o rzekome przygotowywanie takiej agresji w Europie[3].

Czy to jednak rzeczywiście Rosja stanowi największe zagrożenie dla światowego pokoju? Prawda jest taka, że na świecie pozostały już tylko 43 kraje, w których nie ma ani jednego amerykańskiego żołnierza. Ale i ta liczba ulegnie zmniejszeniu, gdy na początku 2017 roku w Polsce i krajach bałtyckich zostanie rozmieszczona tzw. szpica NATO. Bazy wojskowe USA oplatają świat niczym pajęczyna. Amerykańskie wojsko jest obecne na każdym kontynencie, nawet na Antarktydzie.

Według oficjalnego raportu przygotowanego przez amerykański Kongres, liczba zagranicznych baz wojskowych USA wynosi około 850. Jednakże jest wysoce prawdopodobne, że rzeczywista liczba jest większa niż oficjalna, ponieważ istnienie tajnych baz USA jest jedną z najbardziej strzeżonych tajemnic Waszyngtonu. To amerykańskie bazy wojskowe otaczają Rosję i Chiny, a nie rosyjskie i chińskie USA.

Tak potężne zaangażowanie militarne USA w świecie jest potrzebne dla utrzymywania jednobiegunowej dominacji Imperium Americanum, a to oznacza ciągłe wywoływanie wojen i „kolorowych rewolucji” pod hasłami krzewienia demokracji i praw człowieka, faktycznie mających na celu utrwalenie i poszerzenie dominacji Imperium Americanum. To jest rzeczywiste zagrożenie dla światowego pokoju.

I nagle ten świat ma się skończyć po wprowadzeniu się do Białego Domu Donalda Trumpa. Jest oczywiste, że suweren w postaci lobby wojskowo-przemysłowego i AIPAC tak po prostu nie zrezygnuje z obecnej pozycji Imperium Americanum, której prawdopodobnie nie da się już utrzymać bez „ekstremalnie zabójczej” wojny światowej. Alternatywą jest przecież tylko degradacja Imperium Americanum z jednobiegunowej pozycji mocarstwa globalnego na rzecz zajęcia miejsca we współczesnej wersji XVIII-wiecznego koncertu mocarstw.

Wielu dzisiaj pyta, czy zatem Trump zostanie amerykańskim Gorbaczowem i nie ulega wątpliwości, że będzie to zależało nie tylko od jego dobrych chęci w tym zakresie. Dużo będzie zależało m.in. od tego czy jego wyborcy nie pozostaną bierni i będą chcieli naprawdę odzyskać Amerykę dla Amerykanów, czyli stać się rzeczywistym suwerenem w miejsce różnych generałów Hixów, neokonserwatystów, potentatów przemysłu zbrojeniowego i wpływowych grup nacisku.

Pierwsze deklaracje prezydenta-elekta napawają optymizmem na to, że wielka zmiana w polityce światowej jest realna. W pierwszym po wyborach wywiadzie dla „Wall Street Journal” Trump powiedział, że otrzymał „piękny list” od Władimira Putina i odbędzie z nim wkrótce rozmowę. Zasugerował też możliwość odejścia przez USA od wspierania tzw. umiarkowanej opozycji syryjskiej, czyli różnego rodzaju najemników amerykańskich, brytyjskich i francuskich – głównie dżihadystów – walczących z rządem prezydenta Baszszara al-Asada. „Wspieramy rebeliantów walczących z Syrią, a nie mamy pojęcia kim są ci ludzie” – stwierdził Trump i dodał, że jego priorytetem będzie walka z tzw. Państwem Islamskim, a niekoniecznie odsunięcie od władzy prezydenta al-Asada[4]. Zarysowuje się więc perspektywa zakończenia tzw. wojny domowej w Syrii, a ściślej trwającej od 2011 roku zewnętrznej agresji przeciw temu krajowi, inspirowanej i finansowanej przez USA, Wielką Brytanię, Francję, Arabię Saudyjską, Katar i do pewnego momentu także Turcję.

W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że zaraz po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich w USA pragmatyczny prezydent Rosji wyciągnął rękę nie tylko do Trumpa, ale także do polityków z Warszawy, chociaż – wydawałoby się – to oni pierwsi powinni wystąpić z taką inicjatywą. Władimir Putin powiedział, przyjmując na Kremlu 9 listopada listy uwierzytelniające od nowego ambasadora RP w Rosji Włodzimierza Marciniaka, że odbudowanie dialogu politycznego z Polską jest możliwe na podstawie wzajemnego szacunku i pragmatyzmu. „Z naszej strony jesteśmy gotowi zrobić wszystko, żeby osiągnąć ten cel” – zapewnił[5]. Informacja ta została albo dyskretnie przemilczana przez większość polskich mediów, albo totalnie zmanipulowana, czego przykładem jest tekst Włodzimierza Szczepańskiego na portalu natemat.pl. Już sam tytuł tego tekstu można określić mianem Himalajów manipulacji: „Putin pokazuje Polakom, że stracili potężnego sojusznika z USA. Właśnie zrugał Polskę za brak szacunku do Rosji”. A zaczyna się ten tekst tak: „Jeszcze kurz bitewny kampanii wyborczej w USA nie opadł, a już Kreml pręży muskuły wobec Polski, która wraz z sukcesem Donalda Trumpa traci protekcję Waszyngtonu (…). Przywódca Kremla publicznie oznajmił Włodzimierzowi Marciniakowi, iż od rządu w Warszawie oczekuje szacunku”[6].

Ten dezinformujący czytelnika tekst, zamieszczony na portalu stworzonym przez Tomasza Lisa, dobitnie pokazuje, że w Polsce Putin nie ma z kim i o czym rozmawiać. Problem w tym, że wola do dialogu musi być po obu stronach, a po polskiej stronie jej nie ma. Żeby zrozumieć dlaczego, należy zadać pytanie, kto w Polsce jest suwerenem. Czy jest nim naród, albo – jak chcą inni – głosujący w wyborach obywatele? Nie. Suwerenem tym jest CIA, a w wersji łagodniejszej ambasada USA w Warszawie. To stamtąd jest dyktowana III i IV RP polityka wobec Rosji i całego obszaru poradzieckiego.

Jeżeli nowy prezydent USA doprowadzi do deeskalacji stosunków z Rosją, to prawdopodobnie będzie ona musiała nastąpić także na kierunku Warszawa-Moskwa. Jednakże jeśli tak się stanie, to nie dlatego, że będzie to suwerenny wybór sił politycznych, które sprawują w Polsce zewnętrzne znamiona władzy, ale dlatego, że zostanie im to podyktowane przez suwerena. A jak wiadomo Rosja liczy się tylko z suwerenem, a nie z posiadaczem zewnętrznych znamion władzy. Dzierżąca te znamiona post-Solidarność (post-KOR) nie jest zdolna do wykonania suwerennego wyboru w polityce wschodniej z jeszcze jednego powodu. Przekracza to jej możliwości działania i horyzonty myślenia, ponieważ mentalnie tkwi w XIX wieku, w oparach romantyzmu, mesjanizmu i prometeizmu, postrzegania Rosji jako tzw. wiecznego wroga itd. Słowo „pragmatyzm” stanowi dla tej formacji politycznej pojęcie puste. Poziom intelektualny jej szeregowych zwolenników – z którym można się zapoznać czytając chociażby wpisy na portalu niezalezna.pl, ale także gazeta.pl, natemat.pl, newsweek.pl, wpolityce.pl – napawa w kontekście reorientacji stosunków z Rosją jak największym pesymizmem.

Wielka zmiana w polityce światowej, którą może spowodować prezydentura Donalda Trumpa, nie dotrze zatem do Polski tak prędko. Panująca bowiem na polskiej scenie politycznej niepodzielnie post-Solidarność nie jest przygotowana na tę zmianę i inne możliwe przetasowania geopolityczne (skutki Brexitu, rozpad lub przekształcenie UE, dojście do władzy eurosceptyków we Francji i Niemczech).

[1] „Donald Trump Full Speech at AIPAC Policy Conference (3-21-16)”, http://www.youtube.com (dostęp 11.11.2016); „Read Donald Trump’s Speech to AIPAC”, http://www.time.com, 21.03.2016.

[2] „WWIII Warning. Third World War would be extremely lethal and fast. US Army chiefs reveal as the discuss taking out Russia and China”, http://www.thesun.co.uk (portal dziennika „The Sun”), 7.10.2016.

[3] „Times: NATO mobilizuje żołnierzy wobec ryzyka rosyjskiej agresji”, http://www.wiadomosci.onet, 7.11.2016.

[4] Pierwszy wywiad Donalda Trumpa dla „Wall Street Journal”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 12.11.2016.

[5] Putin: stosunki z Polską dalekie od zadowalających, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2016.

[6] W. Szczepański, „Putin pokazuje Polakom, że stracili potężnego sojusznika z USA. Właśnie zrugał Polskę za brak szacunku do Rosji”, http://www.natemat.pl, 9.11.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 listopada 2016 r.

http://www.mysl-polska.pl/1068

„Myśl Polska” nr 47-48 (2111/12), 20-27.11.2016, s. 4-5

Zagłada jeńców radzieckich

15 października 2016 roku w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau odbyła się sesja edukacyjna „75. rocznica deportacji jeńców radzieckich do Auschwitz”. Jej organizatorami były: Międzynarodowe Centrum Edukacji o Auschwitz i Holokauście w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau, Centralne Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 1941-1945 w Moskwie i Uniwersytet Pedagogiczny im. KEN w Krakowie przy współpracy Państwowego Muzeum na Majdanku i Centralnego Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach-Opolu. Gościem honorowym sesji był konsul generalny Federacji Rosyjskiej w Krakowie, Aleksander Minin.

Sesja edukacyjna w PMA-B poświęcona zagładzie jeńców radzieckich, 15.10.2016. Fot. Biuro Prasowe PMA-B.

Sesja edukacyjna w PMA-B poświęcona zagładzie jeńców radzieckich, 15.10.2016. Fot. Biuro Prasowe PMA-B.

Powodem zorganizowania sesji stała się 75. rocznica deportacji do KL Auschwitz 10 tys. radzieckich jeńców wojennych w październiku 1941 roku. Tematyka sesji wykroczyła jednakże daleko poza to wydarzenie i objęła swoim zakresem całość zagadnienia zagłady jeńców radzieckich podczas drugiej wojny światowej z uwzględnieniem ich deportacji do KL Auschwitz, KL Lublin (Majdanek) i obozu jenieckiego w Łambinowicach (Lamsdorf). Problematykę zagłady jeńców radzieckich przedstawił w pierwszym, wprowadzającym referacie („Losy jeńców radzieckich w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”) gen. mjr doc. dr Wiktor Skriabin – wicedyrektor Centralnego Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Moskwie i współautor wystawy obrazującej los obywateli ZSRR w KL Auschwitz („Tragedia. Męstwo. Wyzwolenie”), która została otwarta w 2013 roku w bloku 14 na terenie byłego obozu macierzystego KL Auschwitz I.

Na wstępie swojego wystąpienia Wiktor Skriabin podał różne liczby jeńców radzieckich, którzy dostali się do niewoli niemieckiej podczas drugiej wojny światowej. Wahają się one 4559000 do 5735000. Spośród nich zginęło – według szacunku historyka wojskowości Grigorija F. Kriwoszejewa – około 3396000, czyli około 64,5 proc. Jeńcy radzieccy stanowili zatem największy procent – zarówno wziętych do niewoli, jak i ofiar – ze wszystkich państw walczących w drugiej wojnie światowej. Dla porównania liczba jeńców amerykańskich podczas drugiej wojny światowej wyniosła 130200, z czego w niewoli japońskiej 36200. Wymownie na tle liczby ofiar jeńców radzieckich wyglądają też ofiary jeńców z innych państw. Liczba jeńców niemieckich, którzy zginęli w niewoli radzieckiej wyniosła 356700 Niemców i 10891 Austriaków. Natomiast liczba jeńców polskich, którzy nie przeżyli niewoli niemieckiej to 3128 osób, a francuskich 1325 osób.

Jeńcy radzieccy stali się ze strony III Rzeszy obiektem masowej eksterminacji wynikającej z realizacji teorii rasowych, które były skierowane przeciwko Słowianom i Żydom. Z drugiej strony byli obiektem zbrodni motywowanych antykomunizmem (Kommissarbefehl). Jednakże tzw. Kommissarbefehl – czyli rozkaz wydany w imieniu Hitlera przez marszałka Wilhelma Keitla 6 czerwca 1941 roku, nakazujący niezwłoczne rozstrzelanie wziętych do niewoli oficerów politycznych – niezależnie od podłoża ideologicznego stanowił także element eksterminacji narodów ZSRR, głównie Słowian, wynikającej z Generalnego Planu Wschodniego. Zdaniem W. Skriabina genocyd jeńców radzieckich znalazł odzwierciedlenie w zapaści demograficznej Rosji i innych państw wchodzących w skład ZSRR, która nastąpiła w latach 80. i 90. XX wieku.

Warto odnotować, że fakt dokonania przez III Rzeszę planowego ludobójstwa na jeńcach radzieckich potwierdził w swoim wystąpieniu z okazji 70. rocznicy zakończenia drugiej wojny światowej prezydent RFN Joachim Gauck. „Śmierć milionów żołnierzy radzieckich, którzy zmarli, będąc w rękach niemieckiego Wehrmachtu, była jedną z największych niemieckich zbrodni w drugiej wojnie światowej. Chociaż przez długi czas Niemcy to negowali, także Wehrmacht popełniał podczas wojny ciężkie zbrodnie” – powiedział wówczas prezydent Gauck[1].

W. Skriabin odniósł się do formalnego uzasadnienia, jakie stosowały władze III Rzeszy wobec traktowania jeńców radzieckich. Chodzi o to, że kierownictwo III Rzeszy motywowało nieprzestrzeganie wobec jeńców radzieckich zasad konwencji genewskiej z 29 lipca 1929 roku o traktowaniu jeńców wojennych tym, że ZSRR – w przeciwieństwie do Niemiec – jej nie ratyfikował. W. Skriabin zauważył, że brak ratyfikacji przez ZSRR konwencji genewskiej wynikał z rozbieżności co do punktu, który nakładał obowiązek selekcji jeńców według narodowości (delegacja radziecka uznała taki zapis za motywowany antysemityzmem). Jednak już w 1931 roku radziecki komisarz spraw zagranicznych Maksim Litwinow złożył deklarację, że ZSRR respektuje zasady konwencji genewskiej. Władze ZSRR potwierdziły to w deklaracjach z 1941 i 1942 roku.

Pozbawienie jeńców radzieckich wszelkich praw wynikało zatem nie z braku ratyfikacji przez ZSRR konwencji genewskiej, ale z planowej zagłady Słowian, która była celem wojny prowadzonej przeciw ZSRR przez Niemcy. Położenie jeńców radzieckich było sprzeczne z wszelkimi normami. Najgorzej traktowano ich w pierwszym okresie wojny niemiecko-radzieckiej (1941-1942), w którym przeważały cele eksterminacyjne nad pragmatycznymi, tj. wykorzystaniem jeńców jako niewolniczej siły roboczej. Rozstrzeliwania jeńców wykraczały daleko poza przypadki określone w Kommissarbefehl. Do tego dochodziło dobijanie rannych i wycieńczonych oraz niezwykle okrutne traktowanie.

Według danych Wehrmachtu do 1 maja 1942 roku zginęło 473 tys. jeńców radzieckich, z czego 78 tys. podczas transportu. Powszechne było masowe głodzenie jeńców. Normy żywieniowe dla jeńców niemieckich w niewoli radzieckiej były – zdaniem W. Skriabina – znacznie wyższe niż dla jeńców radzieckich w niewoli niemieckiej. Jeńcy-Żydzi podlegali natychmiastowej likwidacji, ewentualnie kierowano ich do obozów zagłady. Dlatego m.in. z tego powodu należy uznać agresję niemiecką na ZSRR w 1941 roku za początek zorganizowanej zagłady Żydów europejskich.

Około 16 proc. radzieckich jeńców wojennych skierowano do walki z ZSRR w formacjach ROA, SS-Galizien oraz jako tzw. dobrowolnych pomocników Wehrmachtu i Waffen-SS (tzw. hiwi od Hilfswillige). Np. w dywizji pancernej SS „Das Reich” 18 proc. stanu stanowili hiwi. Z drugiej strony jeńcy radzieccy uczestniczyli w międzynarodowym ruchu oporu w obozach zagłady (np. powstanie w Sobiborze). Najwięcej z ponad 3,3 mln jeńców radzieckich zginęło w obozach jenieckich Wehrmachtu, a nie w obozach koncentracyjnych podległych SS. Stąd na procesie norymberskim strona radziecka żądała – bezskutecznie zresztą – uznania Wehrmachtu za formację zbrodniczą na równi z SS.

W. Skriabin nie uniknął też tematu represji stalinowskich wobec tych jeńców radzieckich, którzy przeżyli wojnę. Zgodnie z rozkazem Stalina władze radzieckie uważały jeńców za dezerterów i zdrajców. Represjom poddawano nie tylko ocalonych jeńców, ale także ich rodziny, a mienie konfiskowano. Jeńców tych kierowano do obozów filtracyjnych NKWD lub karnych batalionów roboczych, które rozwiązano w 1946 roku. Spośród 1826000 wyzwolonych jeńców radzieckich 223000 (12 proc.) było sądzonych i skazanych przez NKWD. Zrehabilitowano ich i amnestionowano po odwilży w 1956 roku. Mieli jednak nadal ograniczone prawa obywatelskie, na co wpływał przede wszystkim punkt w ankiecie personalnej mówiący o dostaniu się do niewoli. Dopiero Borys Jelcyn w 1999 roku całkowicie zrehabilitował w Rosji byłych jeńców, którzy dostali się do niewoli niemieckiej.

Kończąc swoje wystąpienie Wiktor Skriabin wyraził wdzięczność Państwowemu Muzeum Auschwitz-Birkenau za to, że pomimo niełatwego czasu w stosunkach polsko-rosyjskich chroni pamięć o jeńcach radzieckich.

Drugi referat pt. „Los jeńców sowieckich w Lamsdorf” wygłosiła dr Renata Kobylarz-Buła – zastępca dyrektora Centralnego Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach-Opolu. Obóz dla jeńców radzieckich w Łambinowicach – według nomenklatury niemieckiej Stalag 318/VIII F (344) Lamsdorf – został założony wiosną 1941 roku jako jeden z wielu tzw. Russenlager. Podlegał VIII okręgowi wojskowemu Wehrmachtu. Pierwszy transport jeńców radzieckich przybył do niego pod koniec lipca 1941 roku. Do jesieni 1941 roku obóz ten funkcjonował jako Stalag 318, a następnie – Stalag VIII F Lamsdorf. W połowie 1943 roku zlikwidowano jego samodzielność i podporządkowano Stalagowi VIII B Lamsdorf, który z kolei pod koniec 1943 roku przemianowano na Stalag 344 Lamsdorf. Obóz ten dzielił się odtąd na dwie części: Russenlager (jeńcy radzieccy) i Britenlager, w którym przebywali jeńcy alianccy, a także powstańcy warszawscy.

Warunki w „obozie radzieckim” były dużo gorsze niż w „obozie brytyjskim”. Jeńcy radzieccy musieli znosić głód, choroby, zimno, mieszkać w wielkim stłoczeniu i pracować ponad siły. Doświadczali też wyjątkowo brutalnego traktowania. W grudniu 1941 roku przetrzymywano w Lamsdorf 73 tys. jeńców radzieckich. Potem było ich 24-34 tys., a przed wyzwoleniem 6 tys. Wyzwolenia doczekały 4 tys. tych jeńców. Przez cały okres funkcjonowania „obozu radzieckiego” w Lamsdorf, jak i innych Russenlager podległych Wehrmachtowi, istniała sprzeczność pomiędzy dążeniem do eksterminacji jeńców radzieckich – wynikającym z polityki III Rzeszy wobec Słowian – a tzw. pragmatyzmem, czyli wykorzystaniem jeńców radzieckich do uzupełnienia braku siły roboczej w gospodarce niemieckiej.

Do połowy 1942 roku przeważały cele eksterminacyjne. W tym czasie jeńcy – zaliczeni do grupy niepożądanych politycznie – byli mordowani lub wysyłani do obozów koncentracyjnych. W październiku 1941 roku 6 tys. jeńców radzieckich deportowano z Lamsdorf do KL Auschwitz, a 2,5 tys. do KL Gross-Rosen. Od połowy 1942 roku w traktowaniu jeńców radzieckich w Lamsdorf przeważał tzw. pragmatyzm. Kierowano ich do niewolniczej pracy przy budowie dróg oraz w przemyśle ciężkim Górnego Śląska (kopalnie, huty). Powstało ponad 1000 grup roboczych złożonych z jeńców radzieckich. Nie poprawiło to znacząco ich położenia, w tym stopnia śmiertelności. Wśród jeńców można wyróżnić następujące postawy wobec rzeczywistości obozowej: rezygnację, opór, przystosowanie i kolaborację. Ogółem przez Lamsdorf przeszło około 180-200 tys. jeńców radzieckich, z których zginęło 40 tys.

Trzeci referat – „Los jeńców sowieckich na Majdanku” – przedstawiła Beata Siwek-Ciupak z Państwowego Muzeum na Majdanku. Prelegentka zwróciła uwagę, że w obozach jenieckich na Lubelszczyźnie umieszczono około 400 tys. jeńców radzieckich, z których zginęło 250 tys. Pierwsze obozy w dystrykcie lubelskim z przeznaczeniem dla przyszłych jeńców radzieckich tworzono już w maju 1941 roku. Powstały one m.in. w Białej Podlaskiej, Chełmie, Zamościu, a także w wydzielonej części KL Lublin (Majdanek). Jeńcy radzieccy mieli pracować przy budowie ogromnego osiedla SS i obozu koncentracyjnego na Majdanku. Decyzja o ich wykorzystaniu przy budowie obozu zapadła w sierpniu 1941 roku. Formalnie obozy jeńców radzieckich w KL Lublin i KL Auschwitz utworzono w październiku 1941 roku. W KL Lublin obóz ten mieścił się na II Polu.

10 listopada 1941 roku przy życiu było około 500 jeńców radzieckich, z których 250 nie nadawało się do pracy. Tak jak i w innych obozach, jeńców z Armii Czerwonej traktowano w KL Lublin niezwykle okrutnie. Lepiej traktowano tylko Ukraińców w liczbie około 100, którzy dobrowolnie poddali się do niewoli niemieckiej. Dostawali oni chleb lepszej jakości, margarynę i mięso oraz objęli funkcje obozowe (kapo, blokowi). Ich położenie było na tyle dobre, że nie wzięli udziału w zbiorowej ucieczce 86 jeńców radzieckich z Majdanka w nocy z 14 na 15 lipca 1942 roku. Ze względu na to, że byli postrzegani przez pozostałych jeńców jako kolaboranci, nie zostali też przez nich prawdopodobnie wtajemniczeni w plan tej ucieczki. Lojalność jeńców-Ukraińców wobec władz obozowych nie uchroniła ich jednak przez śmiercią, kiedy 15 lipca 1942 roku komendant Majdanka Karl Koch w odwecie za ucieczkę jeńców, ale także dla ratowania swojej nadwątlonej już w tym czasie pozycji, kazał rozstrzelać tych jeńców, którzy nie brali udziału w ucieczce.

Od połowy 1942 roku nie napływały już do Majdanka transporty jeńców z frontu. Osadzano tam tylko zbiegów z innych obozów dla jeńców radzieckich (w sumie 222 jeńców). Ponadto na Majdanek kierowano z innych obozów jeńców-inwalidów i chorych (tzw. pieremieszczyków). Ich pierwsza grupa przybyła na Majdanek w maju 1943 roku. Ogółem w latach 1942-1944 na Majdanku przebywało około 6 tys. jeńców radzieckich: 2,5 tys. w obozie koncentracyjnym oraz 3462 pieremieszczyków w lazarecie, który formalnie nie podlegał administracji obozu. Z pierwszej grupy zginęli prawie wszyscy, a z drugiej co najmniej 1650 osób.

Następny referat pt. „Los jeńców sowieckich w Sobiborze” wygłosił dr Krzysztof Skwirowski z Muzeum Byłego Obozu Zagłady w Sobiborze. Przedstawił w nim historię udziału jeńców radzieckich-Żydów w ruchu oporu w obozie zagłady w Sobiborze oraz w buncie i zbiorowej ucieczce więźniów z tego obozu 14 października 1943 roku. Współorganizatorem buntu i masowej ucieczki był kpt. Aleksander Peczerski (1909-1990), który dostał się do niewoli niemieckiej ranny pod Wiaźmą. W obozie jenieckim w Borysowie wyszło na jaw jego żydowskie pochodzenie i dlatego został skierowany do getta i obozu pracy w Mińsku. Latem 1943 roku Niemcy deportowali do obozu w Sobiborze – na miejsce zamordowanych Żydów holenderskich – około 6 tys. Żydów z getta w Mińsku. W jednym z ostatnich transportów z Mińska przybył do Sobiboru Aleksander Peczerski wraz z grupą jeńców radzieckich-Żydów. Oni to odegrali kluczową rolę w buncie i ucieczce z Sobiboru, współdziałając z konspiracyjną grupą więźniów-Żydów polskich, którą kierował Leon Feldhendler (zamordowany po wyzwoleniu przez „żołnierzy wyklętych”). Obóz zagłady w Sobiborze – w którym zginęło około 170 tys. Żydów – przeżyło tylko 62 więźniów, z czego 54 było uczestnikami buntu i ucieczki z 14 października 1943 roku.

Jako ostatni prelegent sesji wystąpił dr Jacek Lachendro – zastępca kierownika Centrum Badań PMA-B – z referatem poświęconym jeńcom radzieckim w KL Auschwitz. W latach 1941-1944 trafiło do KL Auschwitz co najmniej 15 tys. jeńców radzieckich, z których 3 tys. zamordowano bez wprowadzania do ewidencji obozowej, a 12 tys. zarejestrowano i skierowano do pracy przy budowie obozu w Birkenau (Auschwitz II). Te 3 tys. zamordowanych bez rejestracji stanowili funkcjonariusze partii bolszewickiej i administracji państwowej oraz oficerowie polityczni, a więc przedstawiciele inteligencji. Zgodnie z rozkazami operacyjnymi szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy Reinharda Heydricha nr 8 i 9 z 17 i 21 lipca 1941 roku tacy jeńcy mieli być kierowani na natychmiastową egzekucję. Jeśli nie przeprowadzono jej niezwłocznie po wzięciu do niewoli, wysyłano ich celem uśmiercenia do obozu koncentracyjnego.

Pierwsza grupa jeńców radzieckich przeznaczonych na zagładę (w nomenklaturze hitlerowskiej „komisarzy”) – licząca 200-300 osób – przybyła do KL Auschwitz pod koniec lipca 1941 roku i została osadzona w bloku 11 obozu macierzystego KL Auschwitz I. Codziennie wyprowadzano tych jeńców do pracy na Żwirowisku. Tam byli bestialsko masakrowani przez niemieckich więźniów funkcyjnych (kapo) i esesmanów. Grupy jeńców przywożone w sierpniu 1941 roku rozstrzeliwano głównie na Żwirowisku.

3 września 1941 roku kolejna duża grupa jeńców radzieckich (około 600 osób) została wraz z polskimi więźniami politycznymi (około 250 osób) eksperymentalnie zagazowana Cyklonem B w podziemiach bloku 11 w obozie macierzystym. Było to pierwsze w historii KL Auschwitz masowe uśmiercenie ludzi Cyklonem B. Kolejne grupy tzw. „komisarzy” były gazowane w krematorium nr I w obozie macierzystym. Pierwsza grupa „komisarzy” – licząca około 900 jeńców – została tam zamordowana pod koniec września 1941 roku.

W drugiej połowie września 1941 roku wydzielono w obozie macierzystym 9 bloków dla jeńców radzieckich. Ich pierwszy transport zarejestrowano 7 października 1941 roku. Obejmował on 2014 jeńców skierowanych z obozu jenieckiego Stalag 308 w Neuhammer (Świętoszów). Ogółem w październiku 1941 roku przywieziono do KL Auschwitz z Neuhammer i Lamsdorf 10 tys. jeńców radzieckich. Zdecydowaną większość wśród nich stanowili Rosjanie. Byli też Ukraińcy, Gruzini i Uzbecy oraz co najmniej 31 Polaków z terenów wcielonych w 1939 roku do ZSRR. Jeńców rejestrowano w bloku 24 obozu macierzystego i kierowano ich do pracy przy budowie obozu w Birkenau. Nosili mundury z wymalowanymi na plecach czerwoną farbą literami SU (Sowjetunion). Otrzymali też odrębną serię numerową. Jako pierwsi więźniowie w historii KL Auschwitz byli też tatuowani.

Jeńcy radzieccy w KL Auschwitz. Fot. archiwum PMA-B.

Jeńcy radzieccy w KL Auschwitz. Fot. archiwum PMA-B.

Jeńcy radzieccy już w momencie przybycia do obozu znajdowali się w fatalnym stanie fizycznym i psychicznym. Otrzymywali mniejsze racje żywnościowe od pozostałych więźniów. Dziesiątkował ich tyfus plamisty, ale przede wszystkim byli okrutnie masakrowani przez niemieckich funkcyjnych i esesmanów podczas pracy w Birkenau. Średnio ginęło dziennie 50 jeńców radzieckich. Najwięcej – bo 352 – zginęło 4 listopada 1941 roku. Gdy w marcu 1942 roku przeniesiono ich na odcinek BIb obozu w Birkenau, z 10 tys. pozostało przy życiu 660. Latem jeńców radzieckich przeniesiono na odcinek BIId.

Obóz w Birkenau – pierwotnie projektowany jako obóz dla jeńców radzieckich i przez nich budowany – zmienił swój charakter i od marca 1942 roku stał się jednym z miejsc deportacji i zagłady Żydów europejskich, a od drugiej połowy 1943 roku centralnym miejscem ich zagłady.

W późniejszych latach liczba jeńców radzieckich w Birkenau nieco wzrosła, osiągając najwyższy stan w sierpniu 1944 roku (około 952 osoby). Na ostatnim apelu przed ewakuacją obozu w styczniu 1945 roku było ich 96. Ogółem w KL Auschwitz zginęło ponad 14 tys. jeńców radzieckich, kilkuset wywieziono do innych obozów, a kilkudziesięciu zbiegło.

Z okazji 75. rocznicy deportacji jeńców radzieckich do KL Auschwitz Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau wydało 11 tom serii „Głosy Pamięci” pt. „Jeńcy sowieccy w KL Auschwitz”, którego autorem jest Jacek Lachendro.

Głosy Pamięci, tom 11. Fot. strona internetowa PMA-B.

Głosy Pamięci, tom 11. Fot. strona internetowa PMA-B.

Po zakończeniu sesji jej uczestnicy udali się do Brzezinki, gdzie odbyła się uroczystość pod pomnikiem upamiętniającym miejsce pogrzebania zwłok około 8 tys. jeńców radzieckich, a następnie ich ekshumacji na polecenie Himmlera i spalenia na stosach. Uroczystość poprzedziła modlitwa, którą poprowadził ks. Józef Święcicki – proboszcz parafii Matki Bożej Królowej Polski w Brzezince. Następnie kwiaty złożyli konsul Aleksander Minin i gen. Wiktor Skriabin, przedstawiciele gminy Brzezinka oraz dyrektor Międzynarodowego Centrum Edukacji o Auschwitz i Holokauście, Andrzej Kacorzyk. Pod pomnikiem zapalono także znicze.

Ceremonia złożenia kwiatów pod pomnikiem na zbiorowej mogile jeńców radzieckich w Brzezince. Wieniec od PMA-B składa Andrzej Kacorzyk - dyrektor Międzynarodowego Centrum Edukacji o Auschwitz i Holokauście. Fot. Biuro Prasowe PMA-B.

Ceremonia złożenia kwiatów pod pomnikiem na zbiorowej mogile jeńców radzieckich w Brzezince. Wieniec od PMA-B składa Andrzej Kacorzyk – dyrektor Międzynarodowego Centrum Edukacji o Auschwitz i Holokauście. Fot. Biuro Prasowe PMA-B.

Wieniec od delegacji rosyjskiej składają Aleksander Minin - konsul generalny Rosji w Krakowie oraz gen. Wiktor Skriabin - wicedyrektor Centralnego Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Moskwie. Fot. Biuro Prasowe PMA-B.

Wieniec od delegacji rosyjskiej składają Aleksander Minin – konsul generalny Rosji w Krakowie oraz gen. Wiktor Skriabin – wicedyrektor Centralnego Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Moskwie. Fot. Biuro Prasowe PMA-B.

Zbiorowa mogiła jęńców radzieckich w Brzezince. Fot. Biuro Prasowe. PMA-B.

Zbiorowa mogiła jeńców radzieckich w Brzezince. Fot. Biuro Prasowe. PMA-B.

Tablica w języku rosyjskim na zbiorowej mogile jeńców radzieckich w Brzezince. Fot. Biuro Prasowe PMA-B.

Tablica w języku rosyjskim na zbiorowej mogile jeńców radzieckich w Brzezince. Fot. Biuro Prasowe PMA-B.

Po zakończeniu uroczystości Wiktor Skriabin wypowiedział się następująco: „Jesteśmy wdzięczni, że strona polska troskliwie chroni pamięć o radzieckich jeńcach wojennych, którzy zginęli w okupowanej Polsce w czasie drugiej wojny światowej. Konferencja to m.in. pamięć o pierwszym zagazowaniu radzieckich jeńców wojennych, które przeprowadzono we wrześniu 1941 roku tutaj, w bloku 11 w Auschwitz-Birkenau. Razem z radzieckimi jeńcami wojennymi ofiarami tej nieludzkiej akcji byli obywatele Polski – chorzy więźniowie. I ta wspólna pamięć powinna oczywiście być zachowana. Szczególne wrażenie wywarła na nas ceremonia złożenia kwiatów przed pomnikiem radzieckich jeńców wojennych, którzy zginęli w Auschwitz. Jest to znak dobrych relacji, relacji takiego formatu, jakie powinny być budowane między kulturami i placówkami muzealnymi naszych krajów. Jesteśmy wdzięczni polskim kolegom za wspaniałe przyjęcie i świetną organizację konferencji”.

[1] „Gauck: śmierć radzieckich jeńców jedną z największych zbrodni”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 7.05.2015.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 2 listopada 2016 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2111/12), 20-27.11.2016, s. 14-15

Irlandzki zryw a Polska

We wrześniu w wielu muzeach w Polsce były prezentowane wystawy poświęcone setnej rocznicy powstania wielkanocnego (24-30.04.1916 r.) w Irlandii. Wystawy te przygotowała Fundacja Kultury Irlandzkiej, a patronatem objęła je ambasada Irlandii w Polsce.

Powstanie wielkanocne jest otaczane w Irlandii kultem takim, jak polskie powstania narodowe z 1794, 1830, 1846, 1863 i 1944 roku. Pomiędzy powstaniem irlandzkim a wymienionymi powstaniami polskimi są liczne podobieństwa, ale są też różnice. Dlatego warto przybliżyć jego historię, by zorientować się także w różnicy pomiędzy kultywowaniem pamięci o przegranych zrywach powstańczych w Polsce i w Irlandii.

Irlandia dostała się pod polityczne wpływy Anglii już w średniowieczu. Od XVI wieku była faktycznie pod panowaniem angielskim. W 1541 roku Henryk VIII ogłosił się, jako pierwszy władca angielski, królem Irlandii. Formalne wcielenie Irlandii do Korony Brytyjskiej nastąpiło w 1801 roku, ale już w 1641 roku wybuchło pierwsze powstanie irlandzkie przeciw panowaniu angielskiemu. W jego rezultacie nastąpiło poluzowanie więzów z Anglią, jednakże w latach 1649-1652 wojska Olivera Cromwella krwawo spacyfikowały Irlandię. Kolejne powstania narodowe – w 1690 i 1867 roku – zakończyły się całkowitym niepowodzeniem.

W drugiej połowie XIX wieku w Irlandii, tak jak i w pozostałych krajach europejskich, kształtuje się nowoczesny nacjonalizm i tym samym ponownie rodzi się myśl o odzyskaniu niepodległości. W 1905 roku powstaje partia nacjonalistyczna Sinn Féin (My Sami), która wysuwa postulat autonomii Irlandii. Nieco wcześniej powstała Irlandzka Partia Socjalistyczno-Republikańska, która za swój cel postawiła sobie walkę o pełną niepodległość. Jej założycielem był James Connolly (1869-1916) – marksista i syndykalista, który w 1916 roku stanie się jednym z czołowych przywódców powstania wielkanocnego.

Przypomina to do złudzenia sytuację na ziemiach polskich, gdzie Polska Partia Socjalistyczna wysuwała w tym czasie hasło walki o niepodległość Polski połączonej z rewolucją społeczną, a Narodowa Demokracja stała na stanowisku osiągnięcia autonomii, a później niepodległości we współpracy politycznej z Rosją.

U progu pierwszej wojny światowej sytuacja polityczna w Irlandii była skomplikowana. Mieszkańcy północnej – protestanckiej – części wyspy (Ulsteru) nie chcieli słyszeć o jakiejkolwiek autonomii, a tym bardziej niezależności. Stali twardo na gruncie kontynuacji unii personalnej z Koroną Brytyjską, stąd nazywano ich unionistami. Ich przywódcą był Edward Carson (1854-1935) – prawnik szkockiego pochodzenia, zwany „niekoronowanym królem irlandzkich protestantów”. W 1912 roku unioniści doprowadzili przy poparciu brytyjskim do powołania formacji paramilitarnej o nazwie Ulsterscy Ochotnicy. Władze brytyjskie dobrze wyposażyły ich w broń.

Zupełnie inne nastroje panowały w pozostałej – katolickiej – części Irlandii. W odpowiedzi na powstanie Ulsterskich Ochotników nacjonaliści irlandzcy powołali w 1913 roku formację Irlandzkich Ochotników, a socjaliści utworzyli Irlandzką Armię Obywatelską. Obie formacje były znacznie słabiej uzbrojone od Ulsterskich Ochotników, nie mówiąc już o regularnym wojsku brytyjskim. W obozie nacjonalistów nie było jedności w obliczu wybuchłej w 1914 roku pierwszej wojny światowej. Większość z nich podzielała stanowisko, jakie zajął John Redmond (1856-1918) – przywódca irlandzkiej frakcji parlamentarnej w Izbie Gmin – który zadeklarował lojalność wobec Londynu i udział Irlandzkich Ochotników w wojnie po stronie Wielkiej Brytanii. Natomiast niewielka grupa nacjonalistów, której przewodził nauczyciel i poeta Patrick Pearse (1879-1916), chciała wykorzystać zaangażowanie Wielkiej Brytanii w wojnie do zorganizowania zbrojnego powstania. Doprowadziło to do rozłamu w szeregach Irlandzkich Ochotników na dwie części: większościową – Narodowych Ochotników Redmonda oraz mniejszościową – Irlandzkich Ochotników Pearse’a, którzy nawiązali współpracę z socjalistami i Irlandzką Armią Obywatelską.

Większość Irlandczyków poparła stanowisko Redmonda i zachowała lojalność wobec Londynu. Irlandczycy walczyli i ginęli w szeregach armii brytyjskiej na wszystkich frontach, gdzie toczyła ona walki.

Jedności nie było także w szeregach samych Ochotników Pearse’a. O planowanym powstaniu, które miało objąć całą Irlandię, nie poinformował on nawet Eiona MacNeilla (1867-1945) – szefa sztabu Ochotników, przeciwnego akcjom zbrojnym. Gdy sprawa wyszła na jaw, MacNeill odwołał poprzez ogłoszenie w gazecie ćwiczenia, które tak naprawdę miały być rzeczywistym powstaniem. Na jego decyzję wpłynęło fiasko misji Rogera Casementa (1864-1916) – poety, irlandzkiego nacjonalisty i zarazem brytyjskiego dyplomaty. Casement po wybuchu pierwszej wojny światowej zabiegał w Berlinie o poparcie dla planowanego przez irlandzkich radykałów powstania oraz o utworzenie u boku armii niemieckiej brygady złożonej z jeńców irlandzkich. Niemcy nie tylko odrzucili jego propozycje, ale umożliwili mu nielegalny powrót do Irlandii na pokładzie niemieckiego okrętu wojennego, by mógł powstrzymać powstanie. Casement wylądował na ziemi irlandzkiej 21 kwietnia 1916 roku – na trzy dni przed wybuchem powstania wielkanocnego – ale po kilku godzinach został schwytany przez Brytyjczyków i cztery miesiące później stracony.

Mamy zatem kolejne podobieństwa z powstaniami polskimi – brak jedności w obozie spiskowców, prowizoryczność przygotowań i najzwyklejszą nieodpowiedzialność garstki radykałów. Warto też przyjrzeć się najważniejszym postaciom powstania wielkanocnego. Obok wymienionych już Jamesa Connolly’ego i Patricka Pearse’a byli nimi: Éamonn Ceannt (1881-1916) – urzędnik, Thomas J. Clarke (1858-1916) – przedsiębiorca i działacz nacjonalistyczny, Con Colbert (1888-1916) – nauczyciel, Edward Daly (1891-1916) – rzemieślnik, Seán Heuston (1891-1916) – urzędnik, John MacBride (1868-1916) – oficer, Thomas MacDonagh (1878-1916) – poeta i dramaturg, Seán Mac Diarmada (1883-1916) – dziennikarz, Michael Mallin (1874-1916) – działacz związkowy i socjalista, Constance Markievicz (1868-1927) – z domu Gore-Booth, arystokratka, żona hr. Kazimierza Dunin-Markiewicza, Michael O’Hanrahan (1877-1916) – pisarz i dziennikarz, William Pearse (1881-1916) – rzeźbiarz i nauczyciel, Joseph Plunkett (1887-1916) – poeta i dziennikarz, oraz Éamon de Valera (1882-1975) – nauczyciel, późniejszy premier i prezydent Irlandii.

Wielu z nich należało do młodzieżowej organizacji nacjonalistycznej Fianna Éireann (Wojownik Irlandii), założonej w 1909 roku przez Johna Bulmera Hobsona (1883-1969) i Constance Markievicz. Byli to przedstawiciele młodej irlandzkiej inteligencji, wywodzącej się z różnych warstw społecznych, która weszła na scenę historii swojego kraju na przełomie XIX i XX wieku. Nasuwają się tutaj od razu skojarzenia z polskim powstaniem styczniowym i ruchem Czerwonych – pierwszym pokoleniem polskiej inteligencji o korzeniach drobnoszlacheckich i rzemieślniczych. Ich radykalizm i idealizm z kolei nasuwa skojarzenia z polskim romantyzmem.

24 kwietnia 1916 roku około 1250 członków Irlandzkich Ochotników i Irlandzkiej Armii Obywatelskiej opanowało najważniejsze budynki w centrum Dublina. Na siedzibę swojego dowództwa wybrali Pocztę Główną. Patrick Pearse, stojąc na schodach gmachu Poczty Głównej, odczytał Deklarację Niepodległości, która proklamowała powstanie niepodległej Republiki Irlandii z nim jako prezydentem. Powstańcy liczyli na powszechne poparcie społeczeństwa irlandzkiego, co miało im umożliwić przeniesienie powstania na pozostałe regiony kraju. Niestety spotkali się z obojętnością, a nawet niechęcią mieszkańców Dublina. Tutaj z kolei nasuwa się skojarzenie z Nocą Listopadową 1830 roku i podchorążymi Piotra Wysockiego, którzy w początkowej fazie zrywu bezskutecznie wyzwali mieszczan warszawskich do broni.

Brytyjczycy zareagowali błyskawicznie, ściągając do Dublina znaczne ilości wojska i ciężką artylerię. Rozpoczęło się mordercze bombardowanie centrum miasta ogniem artyleryjskim. Wkrótce z budynku Poczty Głównej zostały tylko zewnętrzne ściany. Po sześciu dniach walk i ostrzału artyleryjskiego okrążeni i osamotnieni powstańcy skapitulowali.

Wydawało się, że powstanie wielkanocne będzie epizodem bez wpływu na dalszy bieg wypadków politycznych. Tak się jednak nie stało za sprawą błędu, jaki popełnili sami Brytyjczycy. Mianowicie, po stłumieniu powstania wielkanocnego, rozpętali oni zbyt surowe i szerokie represje. Nie tylko stracili 16 czołowych przywódców powstania (egzekucji uniknęli jedynie Éamon de Valera, ponieważ był obywatelem amerykańskim oraz Contance Markievicz, ponieważ była kobietą), a 75 dalszych skazali na dożywocie, ale objęli represjami osoby i środowiska, które z powstaniem nie miały nic wspólnego. Głównym obiektem represji stała się partia Sinn Féin, na którą padło bezpodstawne podejrzenie władz brytyjskich o zorganizowanie powstania. Aresztowano 3509 Irlandczyków, z których 1400 zostało osadzonych w obozach internowania w Walii. Stała się wówczas rzecz nieoczekiwana. Społeczeństwo irlandzkie – dotychczas odnoszące się w większości z rezerwą do postulatu niepodległości i obwiniające powstańców za zniszczenia, jakich doznał Dublin – odwróciło swoje sympatie polityczne na rzecz radykałów. Powszechnym poparciem zaczęła się cieszyć partia Sinn Féin, która w tej sytuacji musiała przejąć od inicjatorów powstania wielkanocnego hasło walki o niepodległość. Powstańcy przegrali militarnie, ale wygrali politycznie.

Kiedy Brytyjczycy zorientowali się w swoim błędzie, było już za późno. Powstanie, które powinno być epizodem, stało się zaczynem ogólnonarodowego ruchu niepodległościowego. Nie ulega wątpliwości, że bez powstania wielkanocnego nie byłoby irlandzkiej wojny o niepodległość (1919-1921) i proklamowania Wolnego Państwa Irlandzkiego w 1922 roku. Podziały polityczne, widoczne w społeczeństwie irlandzkim już podczas pierwszej wojny światowej i powstania wielkanocnego, legły też u podłoża irlandzkiej wojny domowej (1922-1923).

Mam dwie refleksje w związku z uhonorowaniem w Polsce irlandzkiego zrywu niepodległościowego sprzed stu lat. Historia tego zrywu stanowi dla epigonów polskiego romantyzmu okazję do usprawiedliwienia kultu polskich powstań narodowych: nie tylko my organizowaliśmy beznadziejne i przegrane powstania i nie tylko my otaczamy je kultem. Należy jednak pamiętać, że między wspomnianymi na wstępie powstaniami polskimi a powstaniem irlandzkim z 1916 roku jest zasadnicza różnica. Powstanie irlandzkie, chociaż zakończone katastrofą militarną, w krótkiej perspektywie przyczyniło się do odzyskania niepodległości przez Irlandię. Największe powstania polskie natomiast, oprócz klęski militarnej, zawsze prowadziły do pogorszenia położenia politycznego narodu polskiego. Tak więc kult powstania wielkanocnego w Irlandii, a kult np. powstania styczniowego i warszawskiego w Polsce to są dwie różne kategorie. Ten pierwszy nie zmusza do refleksji i rozrachunków, a ten drugi powinien.

Druga refleksja dotyczy paraleli z powstaniem warszawskim. Podczas powstania wielkanocnego straty brytyjskie wyniosły 143 zabitych i 397 rannych, natomiast straty powstańców 66 zabitych i nieznaną liczbę rannych. Znacznie większe straty – sięgające co najmniej 260 zabitych i 2217 rannych – poniosła jednak ludność cywilna. Postępowanie Brytyjczyków było okrutne nie tylko po stłumieniu powstania, ale już podczas jego tłumienia. Siły pacyfikacyjne, dowodzone przez gen. Williama Lowe (1861-1944), wypierały powstańców z zajętych przez nich pozycji podpalając i burząc (przeważnie ogniem artylerii) budynek po budynku. Nie przejmowały się przy tym o los cywilów. Nasuwa się tutaj oczywiste skojarzenie z krwawą pacyfikacją Warszawy przez Niemców 28 lat później, przeprowadzoną rzecz jasna na nieporównywalnie większą skalę i przy liczbie ofiar sięgającej 200 tys. Nie wiem czy SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach-Zelewski i SS-Gruppenführer Heinz Reinefarth wzorowali się akurat na brytyjskim gen. Lowe, udoskonalając jego metody w kierunku jeszcze większego barbarzyństwa. Może być to jednak prawdopodobne chociażby dlatego, że obozy koncentracyjne też wynaleźli Brytyjczycy, a Niemcy je tylko udoskonalili.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 18 października 2016 r.

„Myśl Polska” nr 43-44 (2107/08), 23-30.10.2016, s. 9

Antykomunistyczny mit polskiej prawicy

Na portalu konserwatyzm.pl oraz w tygodniku „Najwyższy Czas” ukazał się artykuł prof. Adama Wielomskiego zatytułowany „O prawicowej fascynacji ustaszami, szaulisami, banderowcami i tym podobnymi, czyli o antykomunistycznym prohitlerzmie”. Tekst ten uważam za jeden z najważniejszych w polskiej (nie tylko prawicowej) publicystyce w ostatnim czasie. Porusza on problem fundamentalistycznego antykomunizmu, który polska prawica uważa niemal za swój mit założycielski. Niemniej jednak postawa taka nie jest charakterystyczna tylko dla prawicy. Są też w Polsce inne środowiska, które uważają dogmatyczny antykomunizm za składnik swojej tożsamości.

„Czy zawsze i wszędzie należy być na prawicy przeciwko lewicy? Czy zawsze należy być antykomunistą przeciw komunistom?” – pyta prof. Wielomski. I odważnie oraz – przyznam – mądrze odpowiada: „nie, nie zawsze należy popierać to, co prawicowe przeciw temu, co lewicowe i tego, co antykomunistyczne, przeciwko temu, co komunistyczne. Z nazbyt pochopnymi odpowiedziami trzeba być szczególnie ostrożnym w materii historycznej”.

„Dam bardzo prosty przykład – pisze dalej Wielomski – gdy nie należy popierać tego, co jest bardziej na prawo przeciwko temu, co jest na lewo: oceny historyczne dotyczące prawicowych reżimów w Europie środkowo-wschodniej w czasie II Wojny Światowej. Znam na polskiej prawicy licznych entuzjastów Słowacji x. Tiso, litewskich szaulisów („antykomunistyczna partyzantka litewska”), Żelaznej Gwardii Codreanu i gen. Antonescu w Rumunii, chorwackich nacjonalistów zwalczających „komunistyczną partyzantkę Tito”, etc.” Profesor przyznaje, że konserwatyście te reżimy polityczne mogą się wydawać ideowo bliskie, a nawet sympatyczne ze względu na ich skrajny antyliberalizm i antykomunizm. Mimo to zaleca ostrożność „z chwaleniem chorwackich, litewskich, łotewskich, słowackich czy rumuńskich nacjonalistów w okresie II Wojny Światowej, jeśli jest się Polakiem (podkreślenie moje)”.

Tłumaczy to w sposób dla mnie oczywisty i jasny: „(…) zawsze trzeba pamiętać o kontekście politycznym tych ruchów. Taki oto x. Tiso czy gen. Antonescu nie bytowali sobie w świecie idei i nie tworzyli oraz nie wcielali w życie swoich poglądów w oderwaniu od rzeczywistości politycznej. Rzeczywistość ta zaś była taka, że wszystkie wymienione ruchy były sojusznikami hitlerowskich Niemiec i chciały z Berlinem współtworzyć „Nową Europę”. Problem w tym, że w Berlinie nie przewidziano w „Nowej Europie” miejsca dla Polski i Polaków. Mieliśmy być zagazowani, wymordowani, wywiezieni na wschód, a resztki miały służyć niemieckiemu Herrenvolkowi w Generalnej Guberni lub na farmach niemieckich Bauerów”.

Chociaż to takie oczywiste, nie mogą tego pojąć Piotr Zychowicz i legiony jego zwolenników, traktujących książkę Zychowicza „Part Ribbentrop-Beck” jak biblijną księgę objawioną.

Dalej Wielomski uderza jeszcze odważniej: Każdy żołnierz antyhitlerowskiej koalicji (a więc także radziecki – podkreślenie i uzupełnienie moje), który zginął w walkach z tymi ruchami nacjonalistycznymi kolaborującymi z III Rzeszą, był naszym sojusznikiem. Możemy się zastanawiać czy polskie władze miały rację mówiąc NIE niemieckim roszczeniom i nie przyłączając się do Paktu Antykominternowskiego w 1939 roku na zasadzie „mniejszego zła”. Jest jednak faktem, że do Paktu tego Polska nie przystąpiła, stając się pierwszą ofiarą niemieckiej agresji. Nota bene, we IX 1939 roku od południa zostaliśmy nawet zaatakowani przez jednostki wojskowe słowackie. W okresie Wojny Polacy byli mordowani przez litewskich szaulisów, z których dziś niektórzy polscy prawicowcy robią „antykomunistyczną partyzantkę”. Rzecz ciekawa, że pośród tych wszystkich walecznych „antykomunistycznych partyzantów” nasi prawicowcy nigdy nie wymieniają żołnierzy ukraińskich, czyli UPA. Wszak UPA było ukraińską wersją litewskich szaulisów czy chorwackich nacjonalistów (…). Ruch banderowski to nic innego jak jedna z licznych w Europie Wschodniej proniemieckich konstrukcji o nacjonalistycznych i antykomunistycznych poglądach. Ich „antykomunistyczni” koledzy z Litwy też mordowali Polaków, a ich koledzy chorwaccy masowo eksterminowali Serbów, wszystkie zaś wymienione organizacje odpowiadają za ludobójstwo na Żydach”.

Swój wywód Profesor podsumowuje następująco: „Jeśli jedynym wyznacznikiem sympatii i antypatii, które powinniśmy mieć względem historycznych państw i ruchów politycznych miałby być antykomunizm (…), to wszyscy polscy prawicowcy myślący w tych kategoriach koniec końców powinni uznać, że w VIII 1939 roku powinniśmy byli wejść w sojusz z Hitlerem (…). Jeśli nasze oceny warunkowane miałyby być umiejscowieniem państw, partii i polityków na osi komunizm-antykomunizm, to trudno znaleźć bardziej zajadłego antykomunistę od Adolfa Hitlera (…). Niemiecki konserwatysta Carl Schmitt też tak myślał i zobaczył w Führerze Katechona, czyli zapowiedzianą przez św. Pawła moc, która powstrzyma Antychrysta, utożsamianego przezeń z bolszewizmem, co doprowadziło go do wstąpienia w szeregi NSDAP. Sympatia dla rozmaitych nacjonalistycznych ruchów prohitlerowskich czy też – otwarcie – do samego Adolfa Hitlera jest jednak ślepą uliczką. Przypomnę, że w latach 1939-45 Państwo Polskie było w koalicji antyhitlerowskiej, słusznie upatrując w Hitlerze – a nie w Stalinie – największego wroga polskości, którego celem była eksterminacja naszego narodu. Sympatyzowanie teraz czy to z samą III Rzeszą czy to z jej pomniejszymi konserwatywnymi i nacjonalistycznymi sojusznikami jest formą mentalnej zdrady Polski (podkreślenie moje)”.

Podpisuję się pod tymi słowami oburącz. Zacytowałem sporą część tekstu prof. Wielomskiego ze względu na jego doniosłość i ze względu na to, że w tym wypadku nic lepiej nie odda myśli Autora, jak ich dosłowne przytoczenie. W polskiej publicystyce prawicowej takie oceny są unikatem i zasługują na szczególne podkreślenie oraz uznanie. Coraz mniej bowiem zauważa się – a uwaga ta dotyczy w pierwszej kolejności tzw. polityki historycznej obecnej władzy – że głównym zagrożeniem dla Polski był nie sowiecki komunizm, ale niemiecki nazizm. Coraz mniej mówi się o tym, że to niemiecki nazizm dążył do biologicznej zagłady Polaków. Podczas drugiej wojny światowej najwięcej polskich ofiar – co najmniej dwa miliony – zginęło z rąk Niemiec hitlerowskich i ich kolaborantów (w tym nacjonalistów ukraińskich). Liczba polskich ofiar pod okupacją sowiecką (1939-1941), łącznie ze zbrodnią katyńską, wyniosła natomiast około 150 tys. Jeszcze drastyczniej przedstawiają się polskie straty materialne – najwyższe ze wszystkich krajów uczestniczących w drugiej wojnie światowej – które w ponad 90 proc. zostały spowodowane przez okupanta niemieckiego.

Na koniec jednak muszę się z Profesorem w pewnej sprawie nie zgodzić. Mianowicie jestem zmuszony zauważyć, że prof. Wielomski sam wpadł w pułapkę fundamentalistycznego antykomunizmu, o której tak rzeczowo pisze i którą słusznie wytyka polskiej prawicy. Mam na myśli nie stosunek do kolaborantów III Rzeszy, który – jak celnie podkreślił Profesor – dla Polaka nie może pozostawiać wątpliwości, ale do chilijskiego generała Augusto Pinocheta. Profesor nigdy nie ukrywał, że darzy go sympatią i uważa za „katechona”, który miał powstrzymać komunizm w Ameryce Południowej. Zaś stosowane przez niego metody terroru – przerażające swoim okrucieństwem – miały być tzw. mniejszym złem – ceną, jaką trzeba było zapłacić za powstrzymanie rewolucji marksistowskiej w Ameryce Łacińskiej.

Tak myśli wielu prawicowych publicystów w Polsce, reprezentujących radykalne środowiska antykomunistyczne. Od ponad 20 lat pojawiają się książki i artykuły powielające takie oceny wydarzeń w Chile w latach 70. XX wieku. Polska jest jednak jednym z nielicznych krajów świata, gdzie w ten sposób ocenia się Pinocheta. W samym Chile po śmierci generała w 2006 roku zdystansowali się bowiem od niego nawet sami pinochetyści i prawdopodobnie dzięki temu mogli przejściowo powrócić do władzy w latach 2010-2014.

Kluczowym problemem w wypadku Pinocheta są nie tyle zbrodnie jego junty w Chile – które jak na standardy proamerykańskich dyktatur w Ameryce Łacińskiej nawet nie pochłonęły tak dużo ofiar (ponad 3 tys.) – ale to, że jego dyktatura stała się wzorcem dla innych dyktatur południowoamerykańskich, w tym przede wszystkim dla najbardziej zbrodniczej z nich – junty wojskowej w Argentynie (1976-1983), której ofiary szacowane są na 30 tys. zamordowanych. Pinochet zapoczątkował wreszcie wspieraną przez CIA kampanię terroru w całej Ameryce Łacińskiej, która przeszła do historii pod nazwą operacji „Kondor”. Jej rozmiary (od 50 do 80 tys. zamordowanych, 400 tys. uwięzionych) przypominają już kampanie terroru organizowane przez samych komunistów w czasach stalinizmu.

Nasuwa się zatem pytanie, czy jeżeli nawet uważamy komunizm za zło, to można zwalczać to zło przy pomocy zła? Dla mnie jest oczywiste, że nie. „Ten, który walczy z demonami, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich. Kiedy spoglądasz w otchłań, ona również patrzy na ciebie” – pisał Nietsche. Inaczej jednak myślą fundamentalistyczni antykomuniści. Znam przynajmniej jednego znanego publicystę prawicowego w Polsce (nazwiska nie będę wymieniał), który wychodząc z antykomunizmu usprawiedliwia także terror junty argentyńskiej, powszechnie potępionej w świecie i przykładnie osądzonej w samej Argentynie.

Dla mnie usprawiedliwianie przy pomocy antykomunizmu terroryzmu państwowego, który stosowały dyktatury południowoamerykańskie jest niedopuszczalne z jeszcze jednego powodu. Mianowicie owe dyktatury – instalowane w latach 60. i 70. XX wieku przy współudziale służb USA – pełniły identyczną rolę, jak reżimy kolaboracyjne III Rzeszy podczas drugiej wojny światowej. Były to po prostu reżimy satelickie, służebne względem północnoamerykańskiego hegemona. Walka z domniemanym zagrożeniem komunistycznym stanowiła tylko przykrywkę dla działalności tych reżimów i uzasadnienie ich nierzadko zwyrodniałego okrucieństwa. O wiele ważniejsze dla tych reżimów od deklarowanej walki z komunizmem były inne cele, w tym przede wszystkim zapewnienie trwałości eksploatacji ekonomicznej krajów latynoamerykańskich przez północnoamerykańskie korporacje i rodzimą oligarchię. Były to więc typowe reżimy kompradorskie, podobne pod tym względem do tych, które zainstalowano na Ukrainie w 2004 i 2014 roku.

Nie można też nie zauważyć, że pod osłoną terroru dyktatur wojskowych w Chile, Argentynie oraz innych krajach latynoamerykańskich Chicago Boys testowali w latach 70. XX wieku neoliberalizm gospodarczy – wynalazek dla krajów i narodów drugiej kategorii. Wynalazku tego USA i inne państwa zachodnie użyły po 1989 roku jako narzędzia eksploatacji byłych krajów socjalistycznych w Europie Środkowej i Wschodniej. Polska prawica – poza środowiskiem Korwina-Mikke – bardzo nie lubi neoliberalizmu gospodarczego i na tym tle tym bardziej zdumiewająco wygląda fascynacja niektórych jej środowisk Pinochetem. Neoliberalizm gospodarczy wprowadzano w Ameryce Łacińskiej przy pomocy szwadronów śmierci i tajnych ośrodków tortur. Celem były powszechna prywatyzacja, likwidacja związków zawodowych i praw pracowniczych, a nie walka z domniemanym zagrożeniem rewolucją komunistyczną.

Neoliberalizm wyeksportowano w końcu na Ukrainę w rezultacie dwóch inspirowanych przez Zachód przewrotów państwowych i – o dziwo – po przewrocie z 2014 roku sięgnięto również i tam po terroryzm państwowy, podobny do tego, który funkcjonował pod rządami proamerykańskich dyktatur wojskowych w Ameryce Łacińskiej w drugiej połowie XX wieku. Neobanderowskie formacje zbrojne pełnią na pomajdanowej Ukrainie identyczną rolę jak bojówki Frontu Narodowego Ojczyzna i Wolność w Chile oraz Antykomunistycznego Sojuszu Argentyńskiego (Triple A). To są po prostu działające na rzecz reżimu szwadrony śmierci. Jak widać zatem przeciwstawny komunizmowi neoliberalizm w ostateczności również nie potrafi obejść się bez przemocy, która swoim okrucieństwem nie ustępuje bynajmniej terrorowi komunistycznemu w wydaniu stalinowskim.

Z tych właśnie powodów jest dla mnie nie do przyjęcia rozgrzeszanie przy pomocy antykomunizmu dyktatur latynoamerykańskich. Prof. Wielomski celnie zauważył, że rozgrzeszanie antykomunizmem kolaborantów III Rzeszy jest nie do przyjęcia, jeśli jest się Polakiem. A jeśli się nim nie jest, albo jeśli sprawa dotyczy odległej Ameryki Łacińskiej, to możemy już rozgrzeszać przy pomocy antykomunizmu zbrodnie przeciw ludzkości?

Bo to były zbrodnie przeciw ludzkości, których ofiarą padali niejednokrotnie ludzie niewinni. W tym miesiącu mija 40. rocznica jednej z najokrutniejszych zbrodni junty argentyńskiej, tzw. Nocy Ołówków. 16 września 1976 roku i w dniach następnych szwadrony śmierci uprowadziły w argentyńskim mieście La Plata 10 uczniów szkół średnich. Więziono ich i bestialsko torturowano w tajnych ośrodkach zatrzymań. Nie oszczędzono im niczego: rażenia prądem elektrycznym, wyrywania paznokci, bicia. Dziewczęta były wielokrotnie gwałcone (przemoc seksualna stanowiła regułę wobec więźniarek politycznych w Argentynie i Chile, wspomina o tym m.in. raport biskupa Sergio Valecha). Przeżyły tylko cztery z 10 ofiar Nocy Ołówków. Winą tych nastolatków było to, że w 1975 roku brali udział w strajku przeciw podwyżce ceny biletu uczniowskiego. Z tego powodu zostali uznani przez służby specjalne junty za „komunistycznych wywrotowców”. Dwa argentyńskie peso – o taką cenę biletu walczyli strajkujący uczniowie i tyle było warte życie tych dzieci dla generałów Jorge Rafaela Videli, Orlando Ramóna Agosti i admirała Emilio Eduarda Massery.

Jako jedyny publicysta w Polsce przypomniałem na swoim blogu i łamach tygodnika „Przegląd” tę zbrodnię i zarazem cały argentyński koszmar z lat 1976-1983, który zafundował Argentynie ówczesny sekretarz stanu USA Henry Kissinger. Zrobiłem to dlatego, że odczuwam solidarność z ofiarami wszystkich zbrodni popełnianych z motywów politycznych – bez względu na to przez kogo i w imię jakiej ideologii są popełniane. Po drugie dlatego, że w Polsce – zaczadzonej rozpamiętywaniem prawdziwych i fikcyjnych zbrodni komunizmu – nie ma prawie żadnej wiedzy na temat zbrodni, jakie w imieniu i w interesie Stanów Zjednoczonych Ameryki popełniano w Ameryce Łacińskiej, a niedawno też w Afganistanie, Iraku, Libii i Syrii. Po trzecie dlatego, że moją głęboką dezaprobatę budzi gloryfikowanie przez część polskiej prawicy wszystkiego co antykomunistyczne, nawet jeżeli są to zbrodnie przeciw ludzkości. I proszę radykalnych antykomunistów, by nie licytowali się tutaj ze mną liczbami ofiar, bo to nie zmienia stanu rzeczy.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 września 2016 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2103/04), 25.09-2.10.2016, s. 12

Bohater „Gazety Wyborczej” z Waffen-SS

Prof. Adam Wielomski trafnie zauważył, że nie można pochwalać antykomunistycznej działalności kolaborantów III Rzeszy, jeśli jest się Polakiem. Sympatia dla hitlerowskich kolaborantów stanowi ślepą uliczkę, ponieważ niektórzy z antykomunistycznych sojuszników Hitlera – jak litewscy szaulisi i nacjonaliści ukraińscy – dopuścili się podczas wojny zbrodni na Polakach, a ponadto „Państwo Polskie było w koalicji antyhitlerowskiej, słusznie upatrując w Hitlerze – a nie w Stalinie – największego wroga polskości, którego celem była eksterminacja naszego narodu. Sympatyzowanie teraz czy to z samą III Rzeszą czy to z jej pomniejszymi konserwatywnymi i nacjonalistycznymi sojusznikami jest formą mentalnej zdrady Polski”[1].

Swoje uwagi prof. Wielomski adresował do polskiej prawicy – tych jej środowisk, które z fundamentalistycznego antykomunizmu uczyniły niemal swoją religię i wyznacznik własnej tożsamości. Tak zdefiniowana tożsamość pchnęła te środowiska do fascynacji kolaboracją z III Rzeszą (Zychowicz) oraz rozgrzeszania przy pomocy antykomunizmu wszelkich działań, nawet zbrodniczych.

Postawa taka nie jest jednak charakterystyczna tylko dla części polskiej prawicy. Od momentu puczu na Majdanie i wybuchu konfliktu rosyjsko-ukraińskiego w ten sposób swoją tożsamość definiuje coraz częściej środowisko „Gazety Wyborczej”, które ma korzenie lewicowe i od prawicy zawsze się dystansowało. Dotychczas w swojej publicystyce historycznej „Wyborcza” relatywizowała i rozgrzeszała działalność UPA, ale ostatnio poszła dalej. Niemal równocześnie z publikacją tekstu prof. Wielomskiego, w weekendowym magazynie internetowym „Gazety Wyborczej” ukazał się artykuł Michała Gostkiewicza pt. „Żołnierz idealny. Walczył w trzech armiach. A w każdej po to, by bić się z rosyjskimi komunistami”[2]. Autor artykułu przedstawił się jako dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl, a wcześniej tygodnika „Newsweek” i działu zagranicznego „Dziennika”. „Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii” – czytamy w informacji pod artykułem.

Już sam tytuł jest wymowny, dzięki użyciu dwóch określeń: „żołnierz idealny” i „rosyjscy komuniści”. Mamy tu z góry założone rozgrzeszenie i sakralizację bohatera artykułu, który był „żołnierzem idealnym”, bo walczył w trzech armiach (jeszcze nie wiemy jakich) z „rosyjskimi komunistami”. Sugeruje to, że żołnierzem idealnym można zostać jedynie walcząc z rosyjskimi komunistami. Nie z sowieckimi, ale rosyjskimi. W podtekście nie chodzi tu o Związek Sowiecki, ale o Rosję właśnie. Żołnierz idealny zatem, to taki, który walczy z Rosją. Wszyscy inni są przypuszczalnie jacyś tacy mniej idealni, albo po prostu idealni nie są.

Któż był tym żołnierzem, stawianym przez pana Gostkiewicza za wzór idealizmu? To hitlerowski kolaborant z Finlandii Lauri Allan Törni. „Amerykanie mają na takich ludzi określenie „badass”. Po polsku powiedzielibyśmy „twardziel”. Bo Lauri Törni był żołnierzem, o którym marzy każdy generał. Wściekle odważny na polu bitwy, lubiany przez kolegów, z naturalnymi zdolnościami przywódczymi. Ale był przede wszystkim mistrzem tajnych operacji, działań na terenie wroga. Idealnym operatorem sił specjalnych, zanim stały się modne. W trzech armiach” – maluje obraz swojego idealnego bohatera Gostkiewicz.

W jakich armiach służył? Początkowo w fińskiej – podczas wojny zimowej (1939-1940), a potem tzw. wojny kontynuowanej (1941-1944). W 1944 roku jednak Finlandia zerwała sojusz z Hitlerem i zawarła zawieszenie broni, a potem pokój z ZSRR. Sojuszu z Hitlerem nie zerwał jednak Lauri Törni. Dlaczego? Bo chciał dalej walczyć z sowiecką Rosją. Ten szczytny zamiar całkowicie rozgrzesza w oczach Gostkiewicza fakt ochotniczego wstąpienia Törniego do Waffen-SS. Szkolenie w Waffen-SS Törni przeszedł jeszcze przed wybuchem wojny kontynuowanej, kiedy formalnie służył w armii fińskiej. W 1944 roku nie był zapewne jedynym Finem, który wstąpił ochotniczo do Waffen-SS.

Gostkiewicz nie wyraża najmniejszej dezaprobaty dla takiego wyboru. Udaje, że nie wie, iż w czasie procesu norymberskiego cała SS została uznana za formację zbrodniczą i z tego powodu tylko sama przynależność do SS była po wojnie zagrożona karą więzienia w wielu krajach Europy. Nie wydaje mu się też prawdopodobne, że Törni wstąpił do Waffen-SS przede wszystkim dlatego, że po prostu był fińskim faszystą. O tym, że mógł być faszystą świadczy także to, że oprócz akcesu do Waffen-SS współpracował także z – jak się wyraził autor artykułu – „bezpieką” Niemców, czyli prawdopodobnie Służbą Bezpieczeństwa (SD). Dla Gostkiewicza walka z komunizmem i Rosją była jednak tak szczytnym celem, że nie ma co się czepiać Waffen-SS i niemieckiej „bezpieki”. Twierdzi on, że Törni nie dał się „uwieść ideologii nazistów” i miał z nimi współpracować „niechętnie”. Ale na jakiej podstawie to twierdzi? Niemcy nie potrzebowali takich, którzy z nimi współpracowali niechętnie, więc jest to po prostu nieudolne usprawiedliwianie „idealnego żołnierza” z Finlandii.

Skoro wybór Törniego nie zasługuje na potępienie, bo Waffen-SS walczyła z komunizmem i Rosją, to „Gazeta Wyborcza” weszła na niebezpieczną ścieżkę. Z komunizmem i Rosją walczyła bowiem także SS-Totenkopfverbände, która w samym KL Auschwitz wykończyła w ramach tej walki około 15 tys. jeńców radzieckich. Przy okazji wykończyła też tam około miliona Żydów i kilkadziesiąt tysięcy Polaków. „Gazeta Wyborcza” była dotąd pionierem w tropieniu domniemanych neonazistów i chwalców nazizmu, jawnych i ukrytych. A teraz sama, jeśli nie wchodzi otwarcie na tę ścieżkę, to przynajmniej obok niej lawiruje. Wygląda na to, że środowisko „Wyborczej” przyznało sobie – obok pełnionej od dawna funkcji mentorskiej – także prawo pisania tego, co innym zajadle wytyka. Bo ja tekst Gostkiewicza tak właśnie odebrałem – nazizm nie był zły, jeśli walczył z komunizmem i Rosją, a współpraca z nim w tej walce też nie była zła.

Po wojnie Lauri Törni ucieka z brytyjskiego obozu jenieckiego i wraca do Finlandii i – o zgrozo – zostaje wpakowany do więzienia za służbę w Waffen-SS. Wychodzi po trzech latach i w związku z tym, że w Finlandii nie może już walczyć z komunizmem wyjeżdża w tym celu do USA. Tamtejsi specjaliści od walki z komunizmem – podobnie jak autor artykułu – fińskiego esesmana się nie brzydzą. „Były szef wywiadu USA, William H. Donovan, doskonale zdaje sobie sprawę, jakiej klasy wojskowy specjalista marnuje się w cywilu” – egzaltuje się Gostkiewicz. Trwa przecież tzw. zimna wojna, więc „ikona fińskiej armii” i hitlerowski kolaborant dostaje obywatelstwo USA i jako Larry Thorne zostaje przyjęty do armii USA, by „być na pierwszym froncie zmagań z sowiecką Rosją”. Chyba jednak w Wietnamie, panie Gostkiewicz, nie walczył on z „sowiecką Rosją”, ale z partyzantką i ludnością cywilną. Gostkiewicz być może nie wie, że jego bohater, który „uczestniczy w misjach patrolowych”, podczas tych „misji” atakuje z helikoptera przy pomocy pocisków i napalmu także cywili. Powszechnie dostępne są zdjęcia, które pokazują skutki takich ataków amerykańskich na ludność cywilną w Wietnamie.

Törni vel Thorne ginie w Wietnamie w listopadzie 1965 roku. „W filmie „Zielone Berety” rolę Svena Korniego, postaci inspirowanej życiem Thorne’a, gra sam John Wayne. Larry Thorne zostaje bohaterem kolejnych książek i innych publikacji. Dopiero w 1999 r. udaje się znaleźć szczątki żołnierza, który walczył w trzech armiach i który zdążył już za życia stać się legendą” – kończy Gostkiewicz z egzaltacją swój artykuł, który jest historycznie bezwartościowy, publicystycznie miałki, a moralnie co najmniej kontrowersyjny.

Te kolejne książki, które w USA wydawano na temat pana Törni vel Thorne, to pewnie były tzw. paperback books (powieści kieszonkowe), czyli literatura trzeciej kategorii. Taka właśnie literatura oraz drugorzędny film akcji zainspirowały mistrza publicystyki „Dziennika”, „Newsweeka” i „Gazety Wyborczej”.

Bohater Gazety Wyborczej w trzech odsłonach. „Żołnierz, o którym marzy każdy generał”. Fot. www.weekend.gazeta.pl

Bohater Gazety Wyborczej w trzech odsłonach. „Żołnierz, o którym marzy każdy generał”. Fot. http://www.weekend.gazeta.pl

Nasuwa się pytanie po co „Gazeta Wyborcza” opublikowała taki tekst. Domyślam się, że w ramach prania mózgów, które jest częścią globalnych przygotowań amerykańskich do ewentualnej wojny z Rosją i Chinami. Można to wyczytać między wierszami z następującego zdania Gostkiewicza: „Wiecie, co Polacy mają wspólnego z Finami? Ponad 100 lat w niewoli u Rosjan”. Wróg został zatem pokazany bez niedomówień. Nieustanne jątrzenie na odcinku rosyjskim osiągnęło w Polsce taki poziom, że „żołnierze wyklęci” i nacjonaliści ukraińscy już nie wystarczają jako wzorzec idealnego antykomunisty walczącego z Rosją. Tym wzorcem ma być teraz hitlerowski kolaborant i amerykański najemnik z Finlandii. Nawet lepiej pasuje do tego wzorca.

[1] A. Wielomski, „O prawicowej fascynacji ustaszami, szaulisami, banderowcami i tym podobnymi, czyli o antykomunistycznym prohitlerzmie”, http://www.konserwtyzm.pl, 9.09.2016.

[2] M. Gostkiewicz, „Żołnierz idealny. Walczył w trzech armiach. A w każdej po to, by bić się z rosyjskimi komunistami”, http://www.weekend.gazeta.pl, 12.09.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 września 2016 r.

Piętka: Bohater „Gazety Wyborczej” z Waffen-SS

http://www.prawica.net/5173

Noc Ołówków

Krótko po północy 16 września 1976 roku w mieście La Plata niedaleko Buenos Aires do kilku domów wtargnęli zamaskowani i uzbrojeni ludzie. Brutalnie pobili, a następnie uprowadzili sześciu uczniów szkół średnich. W ciągu następnych nocy porwano kolejne ofiary – w sumie dziesięć osób w wieku 16-18 lat. Wydarzenie to przeszło do historii Argentyny pod nazwą Noc Ołówków (La Noche de los Lápices) – taki bowiem kryptonim nadał „operacji specjalnej” dowódca argentyńskich szwadronów śmierci, gen. Ramón Camps (1927-1994).

Sześciu z uprowadzonych nigdy później nie odnaleziono. Stali się tzw. desaparecidos (dosłownie „zniknięci”). Terminem tym określano w Argentynie osoby skrytobójczo zamordowane z przyczyn politycznych podczas rządów junty wojskowej (1976-1983). Pierwszy przywódca junty, gen. Jorge Rafael Videla (1925-2013), na pytanie o los kilkudziesięciu tysięcy więźniów politycznych i osób porwanych przez służby specjalne odpowiedział w 1977 roku, że zniknęli, bo ich „ciała spłonęły w ogniu w czasie starć zbrojnych” lub zostali zabici przez innych „wywrotowców”[1].

W rzeczywistości desaparecidos byli zabijani podczas tortur w tajnych ośrodkach zatrzymań lub zrzucani z samolotów i helikopterów wprost do Oceanu Atlantyckiego. Dramat, jaki rozegrał się w La Plata pomiędzy 16 a 21 września 1976 roku, nie stanowił wyjątku. Zwłaszcza w pierwszym okresie dyktatury wojskowej (1976-1977) życiu Argentyńczyków towarzyszył ciągły strach. Gdy gdzieś pojawił się nieoznakowany samochód, mogli wyskoczyć z niego ludzie z bronią i w kominiarkach, wtargnąć do jakiegoś domu lub nawet uprowadzić człowieka wprost z ulicy, a po tej osobie najczęściej ginął wszelki ślad.

Argentyna do dzisiaj nie może doliczyć się swoich desaparecidos. Szacunki wahają się od trzynastu do trzydziestu tysięcy ofiar. W samym mieście La Plata „zaginęło” podczas dyktatury wojskowej około dwóch tysięcy osób. Około 250 ofiar zamordowanych przez juntę wojskową miało poniżej 18 lat. Zbrodnia, która przeszła do historii jako Noc Ołówków stała się symbolem wszystkich zbrodni popełnionych przez juntę. W 1986 roku reżyser Héctor Olivera przeniósł dramat argentyńskich uczniów na ekran filmowy. Mimo to poza samą Argentyną i ewentualnie Ameryką Łacińską jest to wydarzenie mało znane. Dlatego czterdziesta rocznica Nocy Ołówków jest dobrą okazją do przypomnienia nie tylko tej zbrodni, ale całego argentyńskiego koszmaru z lat 1976-1983.

Od peronizmu po „Proces Reorganizacji Narodowej”

Historia Argentyny w XX wieku upłynęła pod znakiem licznych wojskowych zamachów stanu oraz permanentnego kryzysu politycznego i gospodarczego. W 1946 roku do władzy doszedł gen. Juan Domingo Perón (1895-1974), który postawił sobie za cel zbudowanie systemu społeczno-politycznego będącego alternatywą tak dla kapitalizmu, jak i socjalizmu. Od tego czasu tzw. peronizm (lub justycjalizm) stał się ustrojowym fundamentem Argentyny. W rzeczywistości peronizm był rodzajem korporacjonizmu. Podobnie jak faszyzm charakteryzował się synkretyzmem politycznym – łączeniem elementów lewicowych i prawicowych – oraz silnym populizmem. Poszczególne punkty programu peronistowskiego niejednokrotnie wzajemnie się wykluczały i w praktyce okazały się niemożliwe do zrealizowania. Perón przeprowadził wiele reform, uważanych za postępowe społecznie. Ich koszty pogorszyły jednak sytuację gospodarczą Argentyny, co znacząco przyczyniło się do upadku dyktatury peronistowskiej w 1955 roku.

Sentyment Peróna do faszyzmu najpełniej wyrażał się w przyjmowaniu zbrodniarzy nazistowskich, uciekających z Europy po 1945 roku. Do 1944 roku Argentyna współpracowała wojskowo z Niemicami hitlerowskimi. Argentyński publicysta Uki Goni napisał, że „Argentyńscy wojskowi byli zafascynowani nazistami (…). Pokolenie wojskowych, które zrobiło zamach stanu w siedemdziesiątym szóstym roku dorastało i szkoliło się do wojaczki w czasach głębokiej współpracy między Argentyną i Trzecią Rzeszą. Mistrzami wojskowych nauczycieli pokolenia generałów Jorge Videli, Emilia Massery, Roberta Violi, Leopolda Galtieriego – przywódców junty – byli nazistowscy zbrodniarze[2].

W wyniku przewrotu wojskowego z 1955 roku Perón uciekł do Hiszpanii, a peronistów poddano represjom. Władzę objęły kręgi wojskowe, związane z konserwatystami i elitami ziemiańskimi. Peroniści nie zrezygnowali jednak z powrotu do władzy. Oprócz nich na radykalizację polityczną kraju miały wpływ rewolucja kubańska i rewolta studencka w Europie w 1968 roku. Pod koniec lat 60. powstały w Argentynie organizacje partyzanckie: lewicowo-nacjonalistyczny Peronistowski Ruch Montoneros, faszyzujący Nacjonalistyczny Ruch Tacura i trockistowska Rewolucyjna Armia Ludu (ERP). Nie mogąc opanować sytuacji, armia pozwoliła peronistom powrócić do rządów. W 1973 roku w wyniku wyborów doszedł do władzy lewicowy peronista Héctor José Cámpora. Umożliwił on Perónowi powrót z emigracji i ponowne objęcie władzy. Perón sprawował urząd prezydenta tylko przez dziewięć miesięcy. Zmarł 1 lipca 1974 roku i władzę po nim przejęła jego trzecia żona, Maria Estela Martinez de Perón (Isabelita) – pełniąca przy mężu funkcję wiceprezydenta. Podczas jej rządów doszli do głosu prawicowi peroniści, skupieni wokół ministra opieki społecznej José Lópeza Regi. Z jego inicjatywy utworzony został Antykomunistyczny Sojusz Argentyński (AAA), znany też pod nazwą Triple A – organizacja terrorystyczna, która za cel postawiła sobie fizyczną likwidację lewicowej oraz umiarkowanej opozycji. Szwadrony śmierci junty wojskowej, która 24 marca 1976 roku odsunęła od władzy Isabelitę Péron – występujące pod kryptonimem Batalion 601 – rekrutowały się w znacznej mierze z bojówek Triple A. Organizacja ta odegrała identyczną rolę jak faszyzujący Front Narodowy Ojczyzna i Wolność (Patria y Libertad) w Chile, który w 1973 roku dostarczył Pinochetowi kadr do szwadronów śmierci.

Równocześnie z przejęciem władzy generałowie Agosti, Galtieri, Videla, Viola i admirał Massera ogłosili tzw. Proces Reorganizacji Narodowej. Jego fundamentem stał się bezwzględny terror skierowany już nie tylko przeciw opozycji, ale potencjalnym kręgom opozycyjnym (robotnicy, studenci, uczniowie). W tym czasie podobną kampanię terroru realizowała junta Augusto Pinocheta w Chile oraz junty wojskowe w Brazylii, Boliwii, Paragwaju i Urugwaju. Państwa te wzięły udział w tzw. operacji Kondor, która była koordynowana przez CIA i której celem było gromadzenie informacji o opozycji politycznej oraz jej fizyczna eliminacja. U podłoża tych działań krył się strach USA, amerykańskiego kapitału oraz powiązanej z nim oligarchii w krajach południowoamerykańskich przed „czerwoną zarazą” z Kuby, czyli rozprzestrzenianiem się rewolucji marksistowskiej w Ameryce Łacińskiej.

W 2011 roku gen. Videla scharakteryzował cele puczu wojskowego z 1976 roku następująco: „Naszym celem było zdyscyplinowanie zanarchizowanego społeczeństwa. Chcieliśmy zerwać z peronistowskim populizmem, pójść w kierunku liberalizmu gospodarczego, zdyscyplinować związki zawodowe i niektórych kapitalistów”[3].

„Brudna wojna”

Junta argentyńska twierdziła, że prowadzi wojnę z lewicowymi terrorystami, którą z czasem nazwano „brudną wojną”. Faktycznie jednak była to wojna z narodem, której ofiarami padali niejednokrotnie ludzie politycznie niezaangażowani. Pierwsi desaparecidos pojawili się już w okresie rządów Isabelity Perón (1974-1976). W tym czasie „zaginęło” około 600 osób, a blisko 500 zostało zamordowanych. Za zbrodniami tymi stał głównie Triple A. Kiedy zatem 24 marca 1976 roku władzę przejęło wojsko, kampania terroru wobec osób podejrzewanych o lewicowość była już w toku. Cały kraj jeszcze przed zamachem stanu został podzielony na pięć stref operacji wojskowej. Dowódcy każdej ze stref na miesiące przed przewrotem otrzymali zadanie sporządzenia list z nazwiskami „czerwonych wywrotowców”. Przyszłe ofiary były wskazywane głównie przez wywiad wojskowy, ale sugerowali je także zaufani przedsiębiorcy, funkcjonariusze administracji państwowej, politycy, profesorowie uniwersytetów i członkowie organizacji studenckich.

W 1976 roku Maxwell Chaplin, sekretarz ambasady USA w Buenos Aires, pisał w depeszy do sekretarza stanu Henry Kissingera, że „liczby nielegalnie zatrzymanych przez służby Videli sięgają wielu tysięcy, wielu jest torturowanych i zamordowanych. Wiele ofiar to ludzie, którzy nie należeli ani do partyzantki ERP, ani do Montoneros[4]. USA jednak w pełni akceptowały działania argentyńskiej junty. Henry Kissinger grał zakulisową rolę w przewrotach wojskowych w Chile w 1973 i w Argentynie w 1976 roku. Zastępca Kissingera ds. Ameryki Łacińskiej, William Rogers, powiedział mu dwa dni po przewrocie z 24 marca 1976 roku, że „możemy się spodziewać wiele represji, prawdopodobnie sporo krwi popłynie w Argentynie zanim się tam uspokoi”[5].

„Walka, którą podjęliśmy nie zna granic moralnych” – stwierdził w 1977 roku jeden z funkcjonariuszy junty, płk. Hugo Pascarelli. Istotnie tak było. Ludzi porywano z ulic, a także w restauracjach, autobusach lub własnych domach. Znikali nocami, a nawet w biały dzień. Więziono ich i okrutnie torturowano w tajnych ośrodkach zatrzymań. Największe z nich znajdowały się w pobliżu Buenos Aires – w Szkole Mechaników Marynarki Wojennej (ESMA), gdzie komendantem był osławiony kpt. Alfredo Astiz („Anioł Śmierci”), oraz w bazie wojskowej Campo de Mayo. Więźniów torturowano najczęściej przy pomocy tzw. pikany – zmodyfikowanego urządzenia elektrycznego do poganiania bydła. Tego typu tortury junta argentyńska przejęła od junty Pinocheta w Chile. Tam nosiły one nazwę la parilla (dosłownie: grill).

Przywódcy junty argentyńskiej. Od lewej; admirał Emilio Eduardo Massera oraz generałowie Jorge Rafael Videla i Orlando Ramón Agosti. Fot. AFP.

Przywódcy junty argentyńskiej. Od lewej; admirał Emilio Eduardo Massera oraz generałowie Jorge Rafael Videla i Orlando Ramón Agosti. Fot. AFP.

W ramach Procesu Reorganizacji Narodowej – rozumianego przez juntę jako „obrona cywilizacji chrześcijańskiej przed komunizmem” – rozwiązano partie polityczne, związki zawodowe i organizacje społeczne, zakazano strajków oraz drastycznie ograniczono prawa pracownicze. Zamknięto nawet lokale nocne. Tak jak w III Rzeszy palono publicznie tysiące książek, w których miały być zawarte treści wywrotowe. Podejrzanych o lewicowość robotników, profesorów i studentów wyrzucano z pracy i uczelni. Potem czekały na wielu z nich tajne centra zatrzymań (CCD – centros clandestiones de detención), tortury prądem elektrycznym i niejednokrotnie „loty śmierci”. W całym kraju było ponad 340 CCD.

System polityczny Argentyny w latach 1974/1976-1983 jest często określany mianem terroryzmu państwowego. Za każdym razem przygotowania do „aresztowania” wyglądały tak samo. Najpierw ustalano dane „obiektu”. Później trafiały one do dowódcy operacyjnego, który wyznaczał grupę zadaniową. Było ich pięć: TF1 – kontrolowana przez policję federalną, TF2 – przez armię, TF3 – przez marynarkę wojenną, TF4 – przez siły powietrzne i STF – przez służby specjalne SIDE (Secretaria de Intelligencia del Estado). Funkcjonariusze reżimu czekali na ofiarę w zaparkowanych samochodach, za drzewami, na dachach domów lub w innym ukryciu. W odpowiednim momencie atakowali. Jeśli „aresztowany” stawiał opór, był zabijany na miejscu. Dla argentyńskiej armii nawet dzieci, ciężarne kobiety, ranni i chorzy byli podejrzani. Funkcjonariusze junty byli przekonani, że prawdę mogą odkryć tylko w salach tortur.

Po umieszczeniu w CCD więzień przestawał być człowiekiem. Tak samo jak w hitlerowskich obozach koncentracyjnych stawał się numerem. Tortury podczas przesłuchania stosowano zawsze, bez względu na to czy więzień chciał mówić czy nie. Do tortur należały m.in.: kłucie ościeniem wrażliwych części ciała, wieszanie za stopy, podtapianie, bicie w narządy płciowe, posypywanie ran solą i rażenie prądem elektrycznym.

Cena biletu szkolnego

Przez długi czas zastanawiano się, co mogło być powodem represjonowania przez juntę dziesięciu uczniów z La Platy. Za najbardziej prawdopodobne wytłumaczenie przyjęto ich udział w strajku szkolnym przeciwko podwyżce ceny biletu uczniowskiego. Strajk ten miał miejsce we wrześniu 1975 roku, a więc przed dojściem do władzy junty wojskowej. Nie uczestniczyła w nim jednak 17-letnia Patricia Miranda, uczennica Liceum Sztuk Pięknych w La Plata, która nie prowadziła też jakiejkolwiek działalności politycznej. Więziono ją i torturowano w CCD Arana, Pozo de Quilmes, Valentin Alsina i w więzieniu Devoto, gdzie pozostała aż do marca 1978 roku. Oprócz niej przeżyli Gustavo Calotti (17 lat), Pablo Diaz (18 lat) i Emilce Moler (17 lat). „Zaginęli” natomiast: Claudio de Acha (17 lat), Maria Clara Ciocchini (18 lat), Maria Claudia Falcone (16 lat), Francisco López Muntaner (16 lat), Daniel A. Racero (18 lat) i Horacio Ungaro (17 lat).

Śmiertelne ofiary Nocy Ołówków. Fot. www.cta-org-ar

Śmiertelne ofiary Nocy Ołówków. Fot. http://www.cta-org-ar

Strajk przeciw decyzji Ministerstwa Robot Publicznych o podwyżce ceny biletu uczniowskiego zorganizował Związek Uczniów Liceów (UES) La Platy. Uczniowie odnieśli sukces – podwyżkę cofnięto. Po dojściu do władzy w 1976 roku junta uznała UES za organizację „komunistyczną”, rzekomo powiązaną z partyzantką Montoneros. Sam strajk o cenę biletu uczniowskiego służby specjalne junty określiły mianem „komunistycznego przewrotu w szkołach”. Kluczowym momentem strajku szkolnego była manifestacja uczniów La Platy, zakończona starciami z policją. Podczas tej manifestacji agent policji politycznej Daniel Patotas robił zdjęcia jej najbardziej aktywnym uczestnikom. Prawdopodobnie na podstawie tych zdjęć wywiad wojskowy wytypował ofiary Nocy Ołówków. Szersze informacje na ich temat służby wojskowe pozyskały od współpracujących z juntą nauczycieli.

Przyczyną represji mogła być też przynależność do tajnej organizacji Montoneros Marii Clary Ciocchini i Marii Claudii Falcone. Obie dziewczyny mieszkały razem w domu ciotki Claudii Falcone. Nawet jeżeli obie należały do Montoneros, to nie ma przekonujących dowodów na to, że prowadziły działalność terrorystyczną. Podczas „aresztowania” miano znaleźć w łazience ich domu kilka pistoletów. Pytanie tylko czy rzeczywiście zostały tam znalezione, czy podrzucone przez funkcjonariuszy junty po wdarciu się do domu. Claudia Falcone była córką lekarza Jorge Ademara Falcone – burmistrza La Platy z okresu rządów Juana Pérona – i nauczycielki szkoły dla dzieci ze slumsów. Działała w UES i odegrała aktywną rolę w strajku szkolnym z 1975 roku. Oprócz tego jej „wywrotowa działalność” polegała na pracy społecznej na rzecz biednych w wydziale zdrowia La Platy. Pół roku po uprowadzeniu Claudii Falcone junta aresztowała także jej rodziców, ponieważ mieli odwagę oskarżyć władze o porwanie córki. Więziono ich do końca 1977 roku. Jorge Ademar Falcone zmarł na skutek zadanych mu tortur 45 dni po zwolnieniu z ośrodka zatrzymań. Maria Ciocchini, zanim związała się z radykalną lewicą, należała do katolickiego harcerstwa w Bahia Blanca. Ze względu na terror prawicowych bojówek Triple A i CNU (Concentration Universitaria Nacional) w tym mieście przeniosła się do Liceum Sztuk Pięknych w La Placie i dlatego zamieszkała u Claudii Falcone.

Oprócz działalności w UES, udziału w strajku o obniżenie ceny biletu uczniowskiego i domniemanej przynależności Marii Ciocchini i Claudii Falcone do Montoneros, kolejnym dowodem dla służb specjalnych junty na „działalność wywrotową” ofiar Nocy Ołówków mogło być ich zaangażowanie w wolontariat w biednych dzielnicach La Platy. W ramach tego wolontariatu m.in. uczyli dzieci ze slumsów czytania i pisania. Poza Claudią Falcone na rzecz biednych pracowali społecznie Pablo Diaz, Francisco López Muntaner, Daniel A. Racero i Horacio Ungaro. Wszyscy oni – z wyjątkiem Diaza – stali się desaparecidos. Daniel A. Racero był synem peronisty. Został porwany w domu Horacio Ungaro, który z kolei miał nieszczęście urodzić się w rodzinie prawdziwego komunisty. Claudio de Acha pochodził z rodziny robotniczej o lewicowych tradycjach. Po zwycięstwie wyborczym Héctora Cámpory w 1973 roku uczestniczył w demokratyzacji Colegio Nacional de La Plata. Francisco López Muntaner był synem robotnika naftowego, z przekonań peronisty. Pablo Diaz pochodził z rodziny nauczycielskiej. Chociaż był synem prawicowego peronisty, sam miał sympatie lewicowe i należał do młodzieżowej organizacji guevarystowskiej. Lewicowe sympatie miał też Gustavo Calotti – absolwent Colegio Nacional. Emilce Moler należała tylko do UES w Liceum Sztuk Pięknych w La Placie.

Cel operacyjny, jakim było uprowadzenie tych dziesięciu nastolatków, został zrealizowany przez osławiony Batalion 601 wywiadu wojskowego (faktycznie były to szwadrony śmierci) oraz policję prowincji Buenos Aires, która podlegała rozkazom gen. Rámona Campsa. Uprowadzonych nastolatków więziono i torturowano w CCD znajdujących się m.in. w Arana, Pozo de Banfield i Pozo de Quilmes oraz w obiektach kierownictwa policji prowincji Buenos Aires, w tym na policyjnym poligonie strzelniczym.

Emilce Moler tak opisała swoje przeżycia: „Grupa uzbrojonych mężczyzn wtargnęła do mojego domu, patrząc na mnie. Kiedy wyszłam z sypialni w koszuli nocnej, wydawali się bardzo zaskoczeni, ponieważ wyglądałam na znacznie młodszą niż 17 lat (…). Zaprowadzono nas do tajnego aresztu zwanego Arana w La Plata, gdzie cierpieliśmy najgorsze warunki, jakie może znieść człowiek. Torturowali nas z głębokim sadyzmem. Pamiętam, że byłam naga. Byłam kruchą, małą dziewczynką około 1,5 m wzrostu, ważącą 47 kg i zostałam pobita do nieprzytomności, przez co oceniłam, że torturujący mnie był ogromnym człowiekiem. Nawet nie zadawał mi spójnych pytań. Po około tygodniu spędzonym w pierwszym centrum zatrzymań, wszyscy zostaliśmy zabrani ciężarówką do innego miejsca. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się i kilku moich przyjaciół zostało zabranych. Są to ci, którzy zniknęli”. Z kolei Pablo Diaz zeznał, że „w Arana porazili prądem moje usta, dziąsła i genitalia. Wyrwali jeden z moich paznokci. Było najzwyklejszą rzeczą spędzić parę dni bez jedzenia”[6].

Pablo Diaz spotkał niektórych kolegów, w tym Claudię Falcone, w CCD Pozo de Banfield. Ostatni raz widział ją 28 grudnia 1976 roku, przed swoim przeniesieniem do CCD Pozo de Quilmes, kiedy pozwolono mu przez chwilę z nią porozmawiać. On został zwolniony 19 listopada 1980 roku dzięki zabiegom swojej rodziny. Ona nie. Nigdy nie dowiemy się jak i kiedy zginęła. W czasie krótkiej rozmowy, którą Diaz wybłagał u strażnika, Claudia Falcone powiedziała mu, że została wielokrotnie zgwałcona przez oprawców w ośrodkach zatrzymań. Zarówno w Chile, jak i w Argentynie więźniarki polityczne – oprócz tortur – poddawano też z reguły przemocy seksualnej. Dzieci urodzone przez takie więźniarki rabowali funkcjonariusze junty. Matki zabijano.

Przestroga

Ofiary Nocy Ołówków wcale nie były najmłodszymi. Wśród porywanych, torturowanych i mordowanych przez juntę byli też tacy „komuniści”, co mieli 13 lat. Ujawniło to śledztwo przeprowadzone w 1984 roku przez Narodową Komisję ds. Osób Zaginionych (CONADEP).

Sprawcy zbrodni z okresu rządów argentyńskiej junty przez ponad 20 lat cieszyli się bezkarnością. Zapewniły im je ustawy Punto Final (Koniec Kropka) i Obediencia Debida (Należne Posłuszeństwo), na które prezydent Raul Alfonsin musiał się zgodzić w latach 1986-1987 pod groźbą kolejnego przewrotu wojskowego. Następne amnestie – w 1989 i 1991 roku – ogłosił dla zbrodniarzy prezydent-neoliberał Carols Menem. Dopiero centrolewicowy prezydent Néstor Kirchner, pod naciskiem społecznym, anulował w 2003 roku amnestie wymuszone przez wojskowych. We wrześniu 2011 roku skazano za zbrodnie przeciw ludzkości ponad 20 funkcjonariuszy junty, którzy byli odpowiedzialni m.in. za Noc Ołówków. Znajdował się wśród nich 82-letni gen. Miguel Etchecolatz, odsiadujący już wyrok dożywocia za inne zbrodnie. W 1976 roku był on dyrektorem pionu dochodzeniowego policji w prowincji Buenos Aires. W okresie jego urzędowania na tym stanowisku od marca 1976 do końca 1977 roku prowincja Buenos Aires miała największą liczbę nielegalnych zatrzymań w kraju. Gen. Jorge Videla został skazany na dożywocie pod koniec 2010 roku, na dwa i pół roku przed śmiercią.

Ludzie, którzy w latach 70. XX wieku zgotowali piekło w Argentynie, ale także w Chile, Paragwaju, Urugwaju, Boliwii i innych krajach Ameryki Łacińskiej byli zwyrodniałymi wirtuozami przemocy. Skala terroryzmu państwowego i poziom jego okrucieństwa zależały tylko od chorej fantazji południowoamerykańskich dyktatorów, a nie od stopnia politycznego zagrożenia ze strony represjonowanych. Tragiczna historia tego kontynentu w XX wieku powinna być przestrogą, ale nią nie jest. Od ponad 20 lat w radykalnych kręgach polskiej prawicy – tych samych, które chciały Norymbergi dla Jaruzelskiego i które nieustannie krzyczą o zbrodniach komunizmu – gloryfikowany jest Augusto Pinochet, że wymienię tylko publikacje Łukasza Adamskiego, Tomasza Cukiernika, Wojciecha Klewca i Romana Konika. Polska przejęła z Chile i Argentyny jak na razie tylko Otwarte Fundusze Emerytalne – wynalazek Chicago Boys, testujących pod osłoną terroru junty Pinocheta neoliberalizm gospodarczy. Wystarczy jednak poczytać „patriotyczne” i antykomunistyczne portale, żeby przekonać się, że polska radykalna prawica chętnie sięgnęłaby też po inne doświadczenia chilijskie i argentyńskie z lat 70. XX wieku. Skorzystano przecież z tych doświadczeń na pomajdanowej Ukrainie, gdzie złożone z neobanderowców szwadrony śmierci działają jako struktura Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Pokusa sięgnięcia po terroryzm państwowy jako metodę pacyfikacji społeczeństwa i opozycji istnieje zawsze, zwłaszcza wśród samozwańczych zbawców ojczyzny. To się już raz wydarzyło, a zatem może się wydarzyć jeszcze raz.

[1] A. Domosławski, Gorączka latynoamerykańska, Warszawa 2014, s. 308.

[2] U. Goni, The Real Odessa, London-New York 2002, cyt. za: Wikipedia.

[3] Jorge Videla opowiada, jak zgładzono tysiące opozycjonistów, http://www.wiadomosci.wp.pl, 19.04.2012.

[4] Cyt. za: A. Domosławski, Gorączka…, s. 303.

[5] Cyt. za: On 30th Anniversary of Argentine Coup. New Declassified Details of Repression and U.S. Support for Military Dictatorship, http://www.nsarchive.gwu.edu (The National Security Archive), 23.03.2006.

[6] Cyt. za: V. Hernandez, Argentina marks Night of the Pencils, http://www.bbc.com (portal BBC Mundo, Buenos Aires), 16.09.2011.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 września 2016 r.

„Przegląd” nr 37 (871), 12-18.09.2016, s. 30-33

Noc Ołówków

Stepinac nie był bohaterem

W numerze 10/2016 tygodnika „wSieci” ukazał się artykuł prawicowego chorwackiego publicysty Gorana Andrijanicia pt. „Wstrzymana kanonizacja kardynała Stepinaca”. Porusza on temat zawieszenia przez papieża Franciszka kanonizacji kardynała Alojzije Stepinaca (1898-1960) z powodu sprzeciwu Serbskiej Cerkwi Prawosławnej. Jednocześnie autor przedstawił polskiemu czytelnikowi własną ocenę postaci kardynała Stepinaca – zgodną z tym, co od kilkudziesięciu lat głoszą chorwackie środowiska prawicowe i ultrakatolickie, będące spadkobiercami faszystowskiego ruchu ustaszy, ale niezgodną z prawdą historyczną. Polski czytelnik – mający przeważnie niewielkie pojęcie o historii tzw. Niepodległego Państwa Chorwackiego (NDH) z lat 1941-1945 – został wprowadzony przez redakcję „wSieci” w błąd. Przypuszczam, że całkiem świadomie. W środowisku prawicy kojarzonej z PiS wszystko bowiem, co antykomunistyczne jest dobre. Skoro środowisko to – co widzieliśmy w czasie debaty w Sejmie nad upamiętnieniem ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego – akceptuje narrację historyczną spadkobierców OUN-UPA, tym bardziej nie dziwi, że akceptuje też narrację historyczną pogrobowców ustaszy.

„Męczennik” Stepinac

Goran Andrijanić pisze: „Kiedy w lutym 2014 r. prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kard. Angelo Amato potwierdził, że komisja lekarska tej watykańskiej dykasterii uznała cudowne uzdrowienie za wstawiennictwem bł. Alojzego Stepinaca, w Chorwacji zapanowała nieopisana radość. Od dziesięcioleci kard. Stepinac jest dla Chorwatów bohaterem narodowym i duchowym wzorcem. Gdy w 1998 r. św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym, było to dla nich potwierdzenie tego, o czym już wiedzieli od dawna”.

W zacytowanym fragmencie mamy już pierwszą poważną dezinformację. To nieprawda, że Alojzije Stepinac jest dla Chorwatów (w domyśle wszystkich) bohaterem narodowym i duchowym wzorcem. Tak postrzegają go tylko ci, którzy odwołują się do tradycji chorwackiego nacjonalizmu i faszyzmu spod znaku ustaszy. Ze względu na to, że kultywowanie wprost ruchu ustaszowskiego – jako faszystowskiego i antysemickiego – jest z oczywistych względów niewygodne, współcześni epigoni ustaszy czynią to w sposób zakamuflowany. Właśnie poprzez kult postaci Stepinaca jako „komunistycznego męczennika”.

W dalszej części artykułu Goran Andrijanić poświęcił dużo miejsca opisowi domniemanego męczeństwa Stepinaca z rąk „reżimu Tito”. Polski czytelnik nie dowiaduje się od autora, że Stepinac był represjonowany za kolaborację z faszystowskim i prohitlerowskim reżimem ustaszy i że socjalistyczna Jugosławia mimo wszystko nie potraktowała go surowo. Pięć lat spędzonych w więzieniu, to naprawdę nie było dużo za osobistą kolaborację z reżimem ustaszy i za tolerowanie zbrodni, których w służbie NDH dopuścił się podległy mu kler katolicki.

Nieprawdą jest stwierdzenie Andrijanicia, że „w obliczu spotkań z władzami reżimu kolaborującego z III Rzeszą” Stepinac występował „odważnie i zdecydowanie”. Wręcz przeciwnie, otwarcie popierał ten reżim i jego zbrodniczą politykę w latach 1941-1942. Na ostrożną krytykę ustaszy pozwolił sobie dopiero, gdy stało się jasne, że hitlerowskie Niemcy, a razem z nimi faszystowska Chorwacja przegrają wojnę. Domniemana opozycyjność Stepinaca wobec ustaszy po 1942 roku była faktycznie jego osobistą rozterką pomiędzy umiarkowanym protestem a wspieraniem reżimu NDH, pomiędzy pochwalaniem jego celów a kwestionowaniem środków.

Andrijanić nic nie wspomina też o tym, że Stepinac ponownie poparł ustaszy w 1945 roku, kiedy stanął po stronie postustaszowskiej organizacji terrorystycznej Križari (Krzyżowcy). Wręcz szydercza – w świetle faktów historycznych – jest opinia Andrijanicia, że Stepinac stał się „symbolem wierności życia wiarą i miłością chrześcijańską pod rządami dwóch systemów totalitarnych: nazizmu i komunizmu”. Powołując się na nacjonalistycznego historyka chorwackiego – Miroslava Akmadžę – Andrijanić zaprzecza, że Stepinac wspierał utworzenie NDH, uczestniczył w budowaniu atmosfery nietolerancji wobec Serbów oraz popierał przymusową konwersję Serbów z prawosławia na katolicyzm. Całkowitym milczeniem pomija udział chorwackiego kleru katolickiego w ludobójstwie NDH na Serbach i akceptację tego stanu rzeczy przez ówczesnego arcybiskupa Zagrzebia.

Andrijanić dezinformuje polskiego czytelnika twierdząc, że Stepinac „otwarcie krytykował” reżim ustaszy, a jego zachowanie wobec reżimu było „przykładem czystości i odwagi”. Metamorfoza Stepinaca – polegająca na umiarkowanej krytyce reżimu NDH i selektywnej pomocy dla jego ofiar – miała miejsce dopiero od przełomu 1942/1943 roku. Jugosłowiański sąd w 1946 roku wziął pod uwagę tę metamorfozę jako okoliczność łagodzącą. Stepinacowi wymierzono karę 16 lat więzienia, z których odsiedział tylko pięć. Andrijanić przesadza rozwodząc się nad tym ile Stepinac zrobił dla ratowania Żydów, Serbów i Romów. Nie pisze, że początkowo zajmował postawę diametralnie inną i że te szlachetne gesty wobec ofiar faszyzmu miały z jego strony miejsce dopiero po wspomnianej metamorfozie politycznej. Nie pisze też o tym, że Instytut Yad Vashem w Jerozolimie odniósł się sceptycznie do domniemanych zasług Stepinaca w ratowaniu Żydów, dwukrotnie odmawiając przyznania mu Medalu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Chorwacki publicysta przede wszystkim całkowicie pominął działalność i postawę ówczesnego arcybiskupa Zagrzebia oraz podległego mu kleru katolickiego w latach 1941-1942, czyli w okresie apogeum chorwackiego ludobójstwa na Serbach.

„Auschwitz Bałkanów”

Prawda jest niestety taka, że chorwacki Kościół katolicki, kierowany przez Alojzije Stepinaca, miał niemały udział w krwawej łaźni, jaką Serbom sprawili chorwaccy ustasze po powstaniu NDH w 1941 roku. Szowinistyczny i faszystowski ruch ustaszy – utworzony 7 stycznia 1929 roku przez Ante Pavelicia (1889-1959) – swoim fanatyzmem i okrucieństwem dorównywał chyba tylko pokrewnemu mu ideologicznie nacjonalistycznemu ruchowi ukraińskiemu w wydaniu banderowskim. Podobnie jak nacjonaliści ukraińscy przeciw Polsce, ustasze prowadzili przed wybuchem drugiej wojny światowej działalność terrorystyczną przeciw Jugosławii, a po nazistowskiej agresji na Jugosławię w 1941 roku i utworzeniu NDH dopuścili się przerażającego swym okrucieństwem ludobójstwa na Serbach, Żydach i Romach.

Ruch ustaszowski cieszył się od początku szerokim poparciem Kościoła katolickiego. Chorwackie duchowieństwo katolickie aktywnie działało w jego strukturach. Kościół chorwacki jako instytucja ponosi odpowiedzialność za polityczny i ideologiczny kształt ruchu ustaszy. Niektórzy badacze nazywają ruch ustaszy oraz pokrewny mu ruch ludaków na Słowacji faszyzmem katolickim, albo klerofaszyzmem i nie ma w tych określeniach przesady.

Po utworzeniu NDH główny ideolog ustaszy, Mile Budak (1889-1945), zdefiniował następująco cele polityki wobec Serbów: „Część Serbów wybijemy, część wygnamy, a resztę, która musi przyjąć religię katolicką, włączymy do narodu chorwackiego”. W maju 1941 roku wprowadzono wzorowane na ustawach norymberskich ustawodawstwo antyserbskie i antyżydowskie, rozciągnięte później także na Romów. Tak samo jak w Niemczech elementy „niższe rasowo” zostały oznakowane. Serbowie nosili niebieską opaskę z literą „P” (Pravoslavac), a Żydzi gwiazdę Dawida. Biura, sklepy, restauracje i środki transportu publicznego otrzymały tabliczki z napisem: „Serbom, Żydom, koczownikom i psom wstęp wzbroniony”.

Czy arcybiskup Zagrzebia wtedy przeciw temu zaprotestował? Nie. Stepinac 16 kwietnia 1941 roku spotkał się z Paveliciem, oficjalnie poparł utworzenie NDH, a w swoim dzienniku z radością zapisał, że poglavnik Chorwacji „nie będzie tolerował cerkwi prawosławnej”. Było to zgodne szowinistyczną postawą, jaką Stepinac zajmował jeszcze przed wojną, kiedy pisał, że w prawosławiu nie ma „ani moralności, ani zasad, ani prawdy, ani sprawiedliwości, ani uczciwości”. Stepinac ocenił, ze Pavelić jest „szczerym katolikiem”, a od episkopatu Chorwacji wymagał lojalnej współpracy z ustaszami.

W całym kraju rozszalał się nieprawdopodobny terror. Wszędzie krążyły bojówki ustaszy dokonując straszliwych masakr na Serbach. Prawie zawsze towarzyszył im ksiądz katolicki, który nie tylko nie powstrzymywał morderców, ale ich podjudzał. Szczęśliwy był ten, kto ginął od kuli, bo najczęściej ginął w długich męczarniach.

15 kwietnia 1941 roku „Katolicki List” – oficjalny organ prasowy kurii arcybiskupiej w Zagrzebiu – wsparł ideę czystki etnicznej na prawosławnych Serbach. W wydanym wkrótce potem okólniku Stepinac uznał Serbów za „renegatów Kościoła katolickiego” i zaakceptował użycie przemocy przy nawracaniu ich na katolicyzm. 31 lipca 1941 roku „Katolicki List” domagał się „przyspieszenia procesu nawracania siłą”. Arcybiskup Zagrzebia nie unikał też przejmowania na rzecz Kościoła katolickiego własności Cerkwi prawosławnej i ostentacyjnego udziału w ceremoniach państwowych. Stepinac nie tylko wspierał rządy ustaszy, ale oficjalnie w nich uczestniczył, ponieważ Kościół katolicki uzyskał w NDH status kościoła państwowego. W latach 1942-1945 był wojskowym wikariuszem ustaszy, a w latach 1943-1945 posłem do parlamentu NDH. Jakoś nie usunięto go z tych stanowisk za domniemaną krytykę reżimu po 1942 roku.

Okrucieństwo ustaszy przerażało ich faszystowskich sojuszników z Niemiec i Włoch, w tym nawet esesmanów. Włoski dziennikarz ze zgrozą wspominał o półmisku pełnym wyłupanych serbskich oczu, który podczas oficjalnej rozmowy pokazał mu poglavnik Pavelić. Oczy wyłupywano Serbom przy pomocy specjalnie skonstruowanego noża, tzw. „serbosieka”. Ocalić życie mogli tylko ci z nich, którzy przeszli na katolicyzm. Przymusowe konwersje z prawosławia na katolicyzm objęły 240 tys. Serbów. Tych, którzy odmówili czekał los Branko Jungicia, 20-letniego Serba z miejscowości Grabovac pod Kozarą, któremu ustasze w 1942 roku oderżnęli głowę piłą do cięcia drzewa za to, że nie chciał dokonać konwersji z prawosławia na katolicyzm.

Ludobójstwo ustaszy pochłonęło co najmniej 350-370 tys. ofiar, w tym 300 tys. Serbów. Ponad 80 tys. z tych ofiar – w tym 48 tys. Serbów, 16 tys. Romów i 13 tys. Żydów – zamordowano w niezwykle okrutny sposób w obozie koncentracyjnym w Jasenovac, który uzyskał miano „Auschwitz Bałkanów”. Jego komendantem był franciszkański ksiądz Miroslav Filipović-Majstorović (1915-1946), nazywany przez więźniów „braciszkiem szatanem”. Służbę w kompleksie obozowym Jasenovac pełniło też wielu innych duchownych i zakonników katolickich. Jednym z nich był franciszkański zakonnik Petar „Pero” Brzica (1917-2010). Podczas urządzonych w obozie 28 sierpnia 1942 roku „zawodów” Brzica poderżnął gardło co najmniej 670 (sam twierdził, że 1360) nowo przybyłym więźniom w ciągu jednej nocy. Inne ofiary zarąbywano siekierami, roztrzaskiwano im głowy młotkami, wieszano na drzewach, rzadziej rozstrzeliwano. Kobietom odcinano piersi, a ciężarnym rozpruwano brzuchy. Zmasakrowane zwłoki Serbów wrzucano do rzeki Sawy, żeby płynęły do Belgradu[1]. To było genocidum atrox (ludobójstwo zwyrodniałe), którego podczas drugiej wojny światowej oprócz ustaszy dopuścili się tylko banderowcy wobec Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

Arcybiskup Zagrzebia o tym nie wiedział? Wiedział i do pewnego momentu akceptował. O tym, że obóz koncentracyjny w Jasenovac jest „plamą na honorze NDH” napisał do Pavelicia dopiero 24 lutego 1943 roku, kiedy ludobójstwo na Serbach weszło już w końcową fazę. Podczas pierwszych masakr Serbów w 1941 roku zdobył się tylko na to, żeby napisać poglavnikowi: „Przekonany jestem, że dzieje się tak poza Pańską wiedzą”. Dystansować od ustaszy zaczął się wtedy, gdy stało się jasne, że Niemcy przegrają wojnę i że za wspieranie NDH on sam poniesie odpowiedzialność. Z tego powodu Pavelić miał potajemnie zabiegać w Watykanie o usunięcie Stepinaca z urzędu arcybiskupa Zagrzebia. Jednakże poglavnik nie stracił do niego całkowicie zaufania, bo gdy w 1945 roku uciekał z Chorwacji zaproponował Stepinacowi, by ten stanął na czele rządu tymczasowego. Arcybiskup Zagrzebia nigdy nie zakwestionował ogólnych celów polityki NDH. Po 1942 roku napominał jedynie jego władze, by tę politykę realizowały łagodniejszymi środkami.

Rehabilitacja

Po proklamowaniu w 1991 roku niepodległej Chorwacji zaczęto w mniejszym lub większym stopniu nawiązywać do tradycji NDH jako tradycji rzekomo niepodległościowej. Całkiem otwarcie robił to Franjo Tudźman – pierwszy prezydent (1990-1999) niepodległej Chorwacji, zdeklarowany nacjonalista chorwacki i jeden z głównych sprawców rozbicia Jugosławii. W wybielaniu historii NDH posłużono się m.in. postacią Alojzije Stepinaca. 14 lutego 1992 roku parlament Chorwacji unieważnił proces Stepinaca z 1946 roku i wyrok skazujący. Rozpoczęła się państwowa gloryfikacja jego osoby. Wyolbrzymiono domniemaną empatię Stepinaca dla ofiar ustaszy po 1942 roku i fakt, że był „męczennikiem komunizmu”, ale pominięto milczeniem okres lat 1941-1942, kiedy arcybiskup Zagrzebia otwarcie popierał NDH i jego zbrodniczą politykę. Chorwacka prawica otoczyła Stepinaca niemal boskim kultem, czego wyrazem jest m.in. poświęcone mu mauzoleum we wnętrzu zagrzebskiej katedry.

Stepinac jest postacią łudząco podobną do Andrija Szeptyckiego (1865-1944) – grekokatolickiego metropolity Lwowa, który oficjalnie dziękował Hitlerowi za „wyzwolenie Ukrainy spod bolszewickiego jarzma”, nie zajął negatywnego stanowiska ani wobec pogromów lwowskich w 1941 roku ani wobec ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej oraz tolerował udział duchowieństwa grekokatolickiego w tym ludobójstwie. O ile jednak nacjonalistom ukraińskim nie udało się – jak dotąd – doprowadzić do beatyfikacji Szeptyckiego, to beatyfikacja Stepinaca nastąpiła 3 października 1998 roku. Dokonując jej Jan Paweł II kierował się nie tyle natchnieniem Ducha Świętego, co sugestiami płynącymi z Waszyngtonu. Był to akt czysto polityczny, stanowiący część operacji rozbicia Jugosławii, w której obok USA, Wielkiej Brytanii, Francji i RFN uczestniczył również Watykan. Nie muszę tłumaczyć, że był to wielki policzek dla Serbów. Beatyfikacja Stepinaca została odebrana przez nich jako rehabilitacja jego osoby i ustaszowskiego NDH. Nie tylko zresztą przez nich. Tak odebrano beatyfikację Stepinaca przede wszystkim w samej Chorwacji, bo taki zresztą był jej polityczny podtekst.

Faszyzacja peryferii

Najdalej w wybielaniu NDH poszedł Stjepan Razum – przewodniczący Archiwum Archidiecezjalnego w Zagrzebiu – który w swojej publikacji zanegował fakt ludobójstwa dokonanego w obozie koncentracyjnym w Jasenovac. Publikacja ta została oficjalnie potępiona w 2012 roku przez ówczesnego lewicowego prezydenta Chorwacji Ivo Josipovicia. Po objęciu władzy w 2015 roku przez Kolindrę Grabar-Kitarović – polityczną spadkobierczynię Franjo Tudźmana – powróciła ponownie sprawa kanonizacji Alojzije Stepinaca. Sama pani prezydent zabiegała w Watykanie o jej przyspieszenie. Papież Franciszek jednak proces kanonizacyjny zawiesił.

Chorwacja bynajmniej nie jest wyjątkiem wśród tych krajów Europy, w których podczas drugiej wojny światowej istniały silne ruchy faszystowskie lub antykomunistyczne, potem panował w nich ustrój socjalistyczny, a w latach 1989-1991 stały się peryferiami świata euro-atlantyckiego. Mniej lub bardziej zakamuflowany kult NDH w Chorwacji, reżimu księdza Tiso na Słowacji, strzałokrzyżowców na Węgrzech i Żelaznej Gwardii w Rumunii, państwowy kult OUN-UPA na Ukrainie, narodowych formacji SS w Estonii i na Łotwie, formacji kolaboracyjnych na Litwie oraz żołnierzy wyklętych w Polsce jest częścią szerszego procesu, który pozwoliłem sobie nazwać faszyzacją peryferii. Faszyzacja polityki historycznej krajów będących peryferiami świata euro-atlantyckiego jest nie tylko tolerowana przez hegemona zza Oceanu Atlantyckiego, ale stamtąd inspirowana. Stanowi bowiem jedno z narzędzi politycznej kontroli tych krajów, co wydaje się konieczne w sytuacji słabnącego przywództwa USA w świecie i możliwych przetasowań geopolitycznych.

[1] Więcej na temat obozu koncentracyjnego w Jasenovac piszę w artykule: B. Piętka, Jasenovac – „Auschwitz Bałkanów”, „Myśl Polska” nr 17-18 (2031/32), 26.04-3.05.2015, s. 14-15.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 10 lipca 2016 r.

Święty faszysta

„Myśl Polska” nr 35-36 (2099/2100), 28.08-4.09.2016, s. 16-17

Sprawiedliwość dla Hisséne Habré

30 maja 2016 roku Nadzwyczajny Trybunał Afrykański w Dakarze – specjalny sąd powołany w 2013 roku przez Unię Afrykańską i Senegal – skazał na karę dożywotniego więzienia byłego prezydenta Czadu Hisséne Habré. Został on uznany winnym zbrodni przeciwko ludzkości, w tym zlecania zabójstw i torturowania tysięcy przeciwników politycznych oraz członków wrogich mu grup etnicznych, zmuszania do pracy niewolniczej, porwań i nadużyć seksualnych. Wyrok zapadł w stolicy Senegalu dlatego, ponieważ Habré uciekł do tego kraju w 1990 roku. W świetle ustaleń komisji śledczej powołanej przez Czad w 1992 roku reżim Habré (1982-1990) zamordował ponad 40 tys. osób, a około 200 tys. było torturowanych. Wyrok wydany przez Nadzwyczajny Trybunał Afrykański zakończył 16-letnią kampanię o sprawiedliwość, toczoną przez krewnych ofiar reżimu Habré[1].

Jest to wydarzenie znaczące przede wszystkim dlatego, że wymierzona została sprawiedliwość, której nie udało się wymierzyć współczesnym Hisséne Habre dyktatorom z sąsiednich krajów regionu, takim jak Idi Amin w Ugandzie, czy Mengystu Hajle Marjam w Etiopii. Znacznie bardziej obciążonym od Habré, bo winnym ludobójstwa. Trybunał w Dakarze powstał jako odpowiedź na działalność Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze. Większość państw afrykańskich uznała, że trybunał haski nie powinien sądzić Afrykanów, a swoich zbrodniarzy osądzi sama.

W realiach neokolonializmu

Czad był częścią Francuskiej Afryki Równikowej – ustanowionej w 1910 roku federacji kolonii francuskich pomiędzy rzeką Kongo a Saharą. Uzyskał niepodległość w „roku Afryki” – 1960 – kiedy dekolonizacja objęła 17 kolonii francuskich, brytyjskich i belgijskich. Pierwszym prezydentem niepodległego Czadu został nauczyciel François (Ngarta) Tombalbaye – chrześcijanin, przeciwnik wpływów arabskich i zwolennik panafrykanizmu. Monopartyjne rządy kierowanej przez niego Czadyjskiej Partii Postępu doprowadziły do wybuchu w 1965 roku wojny domowej. Rebelia wybuchła w północnej – islamskiej – części państwa. Rebelianckie ugrupowanie FROLINAT (Front de Libération Nationale du Tchad) było wspierane przez Libię, która przeszkoliła i uzbroiła rebeliantów za pośrednictwem NRD. Tombalbaye zginął 13 kwietnia 1975 roku w zamachu zorganizowanym przez zbuntowane wojsko. Władzę po nim przejął gen. Félix Malloum.

Wojna domowa w Czadzie stała się świetną okazją dla Francji do ingerencji w wewnętrzne sprawy tego kraju w ramach polityki odzyskiwania wpływów w dawnych koloniach, czyli neokolonializmu. Polityka ta została przygotowana jeszcze w czasach kolonializmu. Główne mocarstwa kolonialne – Francja i Wielka Brytania – zdając sobie po drugiej wojnie światowej sprawę z nieuchronności upadku swoich imperiów kolonialnych zadbały o to, by w przyszłych państwach afrykańskich nie pojawiła się inteligencja, która mogłaby wyłonić niezależną elitę. Cały system awansu w kolonialnych armiach oraz kolonialny system edukacji zostały zorganizowane tak, żeby promować ludzi przeciętnych i posłusznych kolonialnej metropolii.

Kiedy na przełomie lat 50. i 60. XX wieku rozpoczęła się dekolonizacja Afryki nowe państwa – poza nielicznymi wyjątkami – nie miały wybitnych przywódców i cierpiały – jeszcze bardziej niż z powodu nędzy, głodu i analfabetyzmu – na brak elit. Dlatego do władzy dochodzili tacy ludzie jak Idi Amin w Ugandzie, Mobutu Sese Seko w Zairze (obecnie Kongo), Bokassa w Republice Środkowoafrykańskiej i Hisséne Habré w Czadzie. Byli to niscy rangą wojskowi armii kolonialnych.

Kryzys polityczny w Czadzie w latach 60. i 70. XX wieku jest przykładem tego, jak tragiczny bagaż pozostawił po sobie kolonializm. Kraj rozpadł się na dwie części – północ i południe. Dla muzułmańskiej północy ideałem była emancypacyjna i antyimperialistyczna polityka Muammara Kadafiego w Libii. W oczach północy chrześcijańskie południe – faworyzowane w dobie francuskiego kolonializmu – stanowiło domenę wpływów dawnej metropolii – Francji – oraz relikt kolonializmu. Z kolei chrześcijanie z południa postrzegali północ jako obszar wpływów arabskich.

Francja od początku wspierała prezydenta Tombalbaye, który bezskutecznie próbował tłumić powstanie FROLINAT przy pomocy wojsk francuskich. Człowiekiem do zadań specjalnych Paryża stał się Hisséne Habré. Urodził się on w 1942 roku w pasterskiej rodzinie z plemienia Toubou Daza – muzułmanów zamieszkujących północną część kraju. Po ukończeniu szkoły podstawowej służył na niskim szczeblu we francuskiej administracji wojskowej. W latach 60. otrzymał stypendium od czadyjskiego rządu i studiował politologię oraz administrację we Francji. W 1970 roku powrócił do kraju, by pracować dla jego władz. Prezydent Tombalbaye wysłał go na negocjacje z rebeliantami. Habré jednak wypowiedział mu posłuszeństwo i przystąpił do FROLINAT. Dlatego, że sam był muzułmaninem z północy, czy dlatego, że z takim zadaniem przebył do Czadu z Francji? Z perspektywy późniejszych wydarzeń bardziej prawdopodobna wydaje się ta druga możliwość. W 1972 roku Habré został dowódcą Sił Zbrojnych Północy (FAN) – wojskowego ramienia FROLINAT – nadal popieranego przez Libię i kraje socjalistyczne. W 1976 roku doszło do sporu pomiędzy nim a kierownictwem FROLINAT – właśnie na tle politycznej współpracy z Libią – w wyniku czego Habré wyemigrował do Sudanu.

Powrócił w sierpniu 1978 roku, kiedy FROLINAT rozpadł się na kilka grup. Trzy z nich panowały nad północną częścią kraju, a czwarta, pod kierownictwem Hisséne Habré, porozumiała się z władzami południa, w wyniku czego Habré otrzymał tekę premiera. Ugoda ta przetrwała zaledwie do lutego 1979 roku, kiedy prezydent Molloum został ostatecznie obalony przez oddziały wierne premierowi Habré.

Nowym prezydentem został w marcu 1979 roku Goukouni Oueddei – lider rebeliantów, zwolennik zbliżenia politycznego z Libią i neutralności wobec „zimnej wojny”. Kierowany przez niego Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej (GUNT) stanowił rezultat swoistego kompromisu, zawartego po długoletniej i wyniszczającej wojnie domowej. Zasiadali w nim zarówno zwolennicy współpracy z Libią, politycy umiarkowani, jak i zwolennicy współpracy z Zachodem, do których należał przede wszystkim minister obrony – Hisséne Habré. Polityczny skład GUNT był wyrazem skomplikowanej sytuacji politycznej w Czadzie, którą rozgrywały USA, Francja i Libia. Wojska Libii kontrolowały pogranicze czadyjsko-libijskie (strefa Aouzou), bogate w surowce mineralne, zwłaszcza złoża uranu, złota i platyny.

Habré od początku był głównym wrogiem prezydenta Goukouniego. Oskarżył go o to, że jest bezwolną marionetką przywódcy Libii – Maummara Kadafiego. Jako minister obrony zażądał też od Libii opuszczenia strefy Aouzou. Tymczasem Goukouni faktycznie uznał polityczne zwierzchnictwo Libii. Kadafi zaproponował połączenie Czadu i Libii w jedno państwo federalne. Żeby zrealizować ten plan, w 1980 roku do Czadu weszły wojska libijskie w liczbie 4 tys. żołnierzy. Zadecydowało to o klęsce oddziałów Habré, który został zdymisjonowany przez prezydenta Goukouniego i ponownie uciekł do Sudanu w grudniu 1980 roku[2]. Zaniepokojone sytuacją USA i Francja podjęły interwencję zbrojną. W 1981 roku w Czadzie wylądowały wojska francuskie, które częściowo wyparły Libijczyków i udzieliły wsparcia przeciwnikom kursu prolibijskiego. Z ich pomocą Habré zdobył 7 czerwca 1982 roku stolicę kraju – Ndżamenę – i obalił władzę GUNT[3].

Operacja osadzenia Habré w Ndżamenie była koordynowana przez służby francuskie i CIA. Ówczesny ambasador USA w Czadzie Don Norland powiedział wiele lat później, że USA wydały „pewnie z pół miliarda dolarów na doprowadzenie Habré’go do władzy i utrzymanie go przy niej przez osiem lat”[4].

Narzędzie Francji i USA

Habré od początku sprawował rządy dyktatorskie, utrzymując się dzięki poparciu Francji i USA. François Mitterrand i Ronald Reagan wspierali Habré, ponieważ był on ich narzędziem w walce ze znienawidzonym przywódcą Libii Muammarem Kadafim. W latach 1983-1984 ponownie doszło do bezpośredniej interwencji wojskowej Francji i USA w Czadzie. Francja wysłała spadochroniarzy i Legię Cudzoziemską, a USA tzw. instruktorów wojskowych oraz samoloty systemu kontroli powietrznej i ostrzegania AWACS. Z takim wsparciem Habré krwawo rozprawił się z prolibijską opozycją i wyparł wojska libijskie za 16 równoleżnik. Ostateczny cios armii libijskiej zadał w 1987 roku podczas tzw. wojny toyot (16 grudnia 1986 – 11 września 1987). Nazwa pochodzi od pick-upów Toyota Land Cruiser, które były używane przez żołnierzy czadyjskich jako pojazdy typu technical, zapewniając im wysoką mobilność w górzysto-pustynnym terenie. Na samochodach tych zainstalowano także wyrzutnie przeciwczołgowych pocisków kierowanych Milan, które siały spustoszenie wśród libijskich sił pancernych. Libijskie lotnictwo natomiast zostało zneutralizowane przez Francuskie Siły Powietrzne[5]. Zanim doszło do wojny toyot Habré przeciągnął na swoją stronę część ugrupowań, które wchodziły w skład GUNT. Rozłam w prolibijskiej opozycji był drugim znaczącym czynnikiem – oprócz wsparcia militarnego ze strony Francji i USA – który umożliwił Habré pokonanie Libii i odbicie strefy Aouzou. Ten ostatni sukces zresztą dokonał się wbrew woli Francji, chociaż przy życzliwości USA.

Myliłby się jednak ten, kto by przypuszczał, że Hisséne Habré był wybitnym mężem stanu, który uwolnił swój kraj od wpływów Libii i przywrócił mu polityczną jedność. Nigdy nie przestał być lokalnym watażką i marionetką mocarstw zachodnich. Swoją władzę w Czadzie zawdzięczał wyłącznie Francji oraz USA i z ich też woli tę władzę stracił.

Hisséne Habré i prezydent Francji F. Mitterrand w 1989 roku. Fot Reuters.

Hisséne Habré i prezydent Francji F. Mitterrand w 1989 roku. Fot. Reuters.

Wojna toyot wzbudziła poważne zainteresowanie Waszyngtonu, który rozważał możliwość użycia Habré w celu odsunięcia od władzy Muammara Kadafiego. W czasie wizyty Habré w USA administracja Reagana zadeklarowała wsparcie warte 32 mln dolarów (w tym m.in. pociski przeciwlotnicze Stinger). Wcześniej Biały Dom przekazał reżimowi w Ndżamenie co najmniej 182 mln dolarów. Koniec „zimnej wojny” spowodował jednak, że Habré stał się dla Waszyngtonu i Paryża niewygodny. Przede wszystkim ze względu na zbrodnie, w tym czystki etniczne, których dopuścił się podczas swoich rządów.

Hisséne Habré i wielki przyjaciel Solidarności - Ronald Reagan. Fot. www.democracynow.org

Hisséne Habré i wielki przyjaciel Solidarności – Ronald Reagan. Fot. http://www.democracynow.org

Zbrodnie

Habré sprawował władzę przy pomocy tajnej policji DDS (Documentation and Security Directorate). Jej ofiarami – zgodnie z logiką rządów dyktatorskich – byli nie tylko członkowie prolibijskiej opozycji, ale wszyscy, którzy z jakichkolwiek względów popadli w niełaskę dyktatora. Osoby aresztowane przez DDS były przesłuchiwane z użyciem tortur. Miejsca przesłuchań i tortur znajdowały się w całkowitej izolacji, niejednokrotnie na terenach górskich i pustynnych. Góry Tibesti na skalistym obszarze Sahary w północnym i wschodnim Czadzie kryją do dzisiaj ponure tajemnice rządów Habré. Odkrywane są w nich kolejne utajnione miejsca, w których DDS miała swoje ośrodki przesłuchań.

DDS była odpowiedzialna tylko przed prezydentem i faktycznie przez niego kierowana. Nie było pośredników pomiędzy DDS a Hisséne Habré.

Do tortur stosowanych przez DDS należały m.in.: przypalanie papierosami, rozpylanie gazu do oczu, nosa i uszu, podtapianie (słynny waterboarding, stosowany później przez CIA w więzieniu Abu Ghraib w Bagdadzie i obozie Guantanamo), duszenie przez zmuszanie przesłuchiwanych do trzymania ust wokół rur wydechowych uruchomionych samochodów oraz stopniowe spalanie ciała przesłuchiwanego w rezultacie tortur przy użyciu prądu elektrycznego. Ponurą sławę zdobyło tajne więzienie w Ndżamenie zwane „Piscine”, ponieważ był to przerobiony basen w dawnej kolonialnej rezydencji, w którym zamontowano klatki dla więźniów. Ci, którzy przeżyli, opowiadali o rażeniu prądem, duszeniu i torturach polegających na ściskaniu głowy między dwoma prętami. Strażnicy opróżniali cele-klatki z trupów dopiero wówczas, gdy umarło kilku więźniów. Niektórych więźniów celowo umieszczano w celach z rozkładającymi się zwłokami, innych wieszano za dłonie lub stopy lub krępowano im ręce i nogi. Miejsca tortur znajdowały się nawet w podziemiach pałacu prezydenckiego. Reżim Habré prowadził też czystki etniczne wobec takich plemion jak Sara (1984 rok), Hadjerai (1987 rok) i Zaghawa (lata 1989-1990)[6].

Torturowanie przy pomocy prądu elektrycznego przez DDS. Rys. www.afridocs.net

Torturowanie przy pomocy prądu elektrycznego przez DDS. Rys. http://www.afridocs.net

Pod rządami Habré Czad należał do najbiedniejszych krajów świata z rocznym dochodem narodowym w wysokości 200 dolarów na mieszkańca. On sam jednak opływał w luksusy. W 1990 roku uciekł do Senegalu z 11 milionami dolarów publicznych pieniędzy i żył tam sobie spokojnie przez następne 23 lata.

Upadek

Francja i USA porzuciły watażkę z Ndżameny, kiedy trzeba było posprzątać po „zimnej wojnie”. Deeskalacja konfliktu Wschód-Zachód spowodowała tymczasowe odłożenie przez Paryż i Waszyngton planu obalenia Muammara Kadafiego. Ponadto dla François Mitterranda i Ronalda Reagana – wielkich przyjaciół „Solidarności” i orędowników walki o prawa człowieka w bloku komunistycznym – dalsze popieranie Habré stało się kłopotliwie, kiedy zaczęły wychodzić na jaw jego zbrodnie. Problem w tym, że o tych zbrodniach wiedziano w Paryżu i Waszyngtonie od początku i je aprobowano, zgodnie ze spiżowym prawem amerykańskiej geopolityki: to jest skurwysyn, ale nasz skurwysyn. To wszystko działo się przecież na oczach francuskich i amerykańskich „doradców” wojskowych. To oni szkolili funkcjonariuszy DDS. Główny ośrodek tortur DDS w Ndżamenie znajdował się naprzeciw ambasady USA.

Porzucanie własnemu losowi skompromitowanych marionetek jest kluczowym elementem zachodniej, a zwłaszcza amerykańskiej kultury politycznej. Dyktator Czadu nie był w tym względzie pierwszym i nie jest ostatnim. 2 grudnia 1990 roku Habré został obalony przez swojego bliskiego współpracownika, gen. Idrissa Déby, któremu pomocy udzieliły Sudan i… Libia. Déby rządzi w Ndżamenie do dzisiaj. Jego rządy nie są już tak krwawe jak poprzednika, ale poza tym Czad jest nadal jednym z najbiedniejszych krajów Afryki i zajmuje 7 miejsce wśród najbardziej skorumpowanych państw świata[7].

Po ucieczce Habré do Kamerunu, a potem do Senegalu rozpoczęły się trwające ćwierć wieku starania o wymierzenie mu sprawiedliwości. W Czadzie zaocznie skazano go na karę śmierci. Dopiero jednak wystawienie międzynarodowego nakazu aresztowania przez Belgię w 2005 roku ruszyło sprawę do przodu i w 2013 roku były dyktator Czadu został aresztowany przez władze Senegalu, a następnie osądzony przez Unię Afrykańską.

Oczywiście reżim Hisséne Habré nie był najbardziej krwawy ze współczesnych mu reżimów afrykańskich. Okrutne rządy Idi Amina w Ugandzie (1971-1979) pochłonęły około 400 tys. ofiar. Fundamentalistyczni antykomuniści zaraz zwrócą uwagę, że Mengystu Hajle Marjam – marksistowski dyktator Etiopii (1977-1991) – odpowiada za śmierć nawet 1,5 mln ofiar. W porównaniu z nim prozachodni Habré nie był takim wielkim zbrodniarzem – powiedzą. Nie można jednak tak wartościować, gdyż 40 tys. zamordowanych i 200 tys. torturowanych na ówczesne 4,5 mln ludności Czadu to nie jest mało. Oznacza to, że brutalnym represjom został poddany co 18 mieszkaniec tego kraju.

Przykład Hisséne Habré jest kolejnym dowodem na to, że nie było czarno-białego obrazu „zimnej wojny” wedle schematu: po jednej stronie dobry i szlachetny Zachód ze swoimi sojusznikami, a po drugiej stronie źli i zbrodniczy komuniści. Jest to obraz całkowicie fałszywy. To co działo się w Czadzie, a także w tym samym czasie m.in. w Argentynie i Salwadorze, jest przecież całkowicie nieporównywalne z ówczesnymi realiami Libii Kadafiego, nie mówiąc już o stanie wojennym w Polsce, który wywołał tak wielkie oburzenie Zachodu.

Z lekcji Hisséne Habré powinni też wyciągnąć wniosek współcześni podwykonawcy strategicznych celów polityki amerykańskiej. W tym zwłaszcza Petro Poroszenko na Ukrainie, o którego rządach polskie media ukrywają prawdę. Dlatego polska opinia publiczna niewiele wie o oligarchicznym i kryminalnym charakterze władzy Poroszenki, o łamaniu porozumień mińskich przez stronę ukraińską i zbrodniach wojennych neobanderowskich formacji ochotniczych. W 2013 roku podobno nawet sam Barack Obama naciskał na władze Senegalu, by aresztowały Hisséne Habré. Cechą polityki amerykańskiej jest nie tylko porzucanie swoich marionetek, kiedy przestaną być potrzebne, ale zwracanie się przeciwko nim, czego najbardziej tragicznie doświadczył Saddam Husajn. Petro Poroszenko powinien o tym pamiętać i nie tylko on zresztą.

[1] Czad: dyktator Hisséne Habré został skazany, http://www.wiadomosci.onet.pl, 30.05.2016.

[2] S. Wilkosz. Wszystko o Afryce, Warszawa 1982, s. 232-233, 256.

[3] R. Bruce St. John, Libya – From Colony to Revolution, Oxford 2012, s. 189-190.

[4] R. Stefanicki, Afryka skazała dyktatora Czadu, http://www.wyborcza.pl, 30.05.2016.

[5] M. Azevedo, Roots of Violence. A History of War in Chad, Routledge 1998, s. 124-150.

[6] D. Farah, Chad’s Torture Victims Pursue habre in Court, http://www.washingtonpost.com (portal „The Washington Post”), 27.11.2000; Profile: Chad’s Hissene Habre, http://www.bbc.com (portal BBC), 30.05.2016.

[7] M. Staniul, Idriss Deby – prezydent Czadu, sojusznik Zachodu i… zamordysta, http://www.konflikty.wp.pl, 2.05.2013; Poznaj najbardziej skorumpowane państwa świata, http://www.wp.pl, 29.07.2009.

Piętka: Sprawiedliwość dla Hisséne Habré (komentarz do wyroku dożywotniego więzienia dla b. Prezydenta Czadu za zbrodnie przeciw ludzkości).

„Myśl Polska” nr 29-30 (2095/96), 17-24.07.2016 , s. 14-15

„Polityka Polska” nr 5-6 (13-14)/maj-czerwiec 2016, Warszawa 2016, s. 49-54

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 czerwca 2016 r.

„Kolorowa rewolucja” w Brazylii

Pierwsza połowa 2016 roku upłynęła w Brazylii pod znakiem ostrego kryzysu politycznego, który doprowadził do usunięcia z urzędu prezydent Dilmę Rousseff. 17 kwietnia Izba Deputowanych 342 głosami na 513 przegłosowała wszczęcie procedury impeachment wobec prezydent Rousseff, a 11 maja Senat 55 głosami na 77 zawiesił ją w pełnieniu urzędu. Formalnym powodem były bezprawne działania jej administracji, mające na celu domknięcie budżetu państwa i ukrycie powiększenia deficytu. Wydarzenia te poprzedziły masowe demonstracje i manifestacje uliczne.

„Gazeta Wyborcza”, zachowująca rezerwę wobec brazylijskiej prezydent, skomentowała jej odsunięcie następująco: „Jak na żenujące standardy panujące w brazylijskiej polityce przewiny Dilmy – jak potocznie zwą ją rodacy – są bardzo niewielkie. Zarzuca się jej oszustwa księgowe, które miały na celu ukrycie prawdziwego deficytu budżetowego w latach 2014-15. Jak twierdzą krytycy, lewicowa pani prezydent chciała, by dziura wydawała się mniejsza, niż była w rzeczywistości, ponieważ postanowiła – pomimo recesji gospodarczej – kontynuować kosztowne programy pomocy socjalnej. Zatem nawet jeśli istotnie dokonała cudu księgowego, to nie osiągnęła osobistych korzyści. Przynajmniej na razie nikt jej tego nie zarzuca. Parlamentarzyści, którzy ją potępiają, raczej nie są tak bezinteresowni. W kwietniu izba niższa głosowała za odsunięciem Dilmy z urzędu – 367 posłów było za, 136 przeciw. Jak wyliczył brazylijski magazyn „Piauí”, spośród 513 deputowanych, którzy głosowali, 299 postawiono zarzuty prokuratorskie bądź toczą się przeciwko nim śledztwa czy procesy sądowe. Ze wszystkich afer korupcyjnych najgłośniejsza dotyczy Petrobrasu, państwowego koncernu naftowego. Różne prywatne firmy masowo przekupywały polityków w nadziei, że w ten sposób załatwią sobie kontrakty i intratne zlecenia. W gronie podejrzanych jest nawet przewodniczący izby niższej Eduardo Cunha, jeden z najbardziej zaciekłych wrogów prezydent”[1].

Kryzys polityczny w największym kraju Ameryki Łacińskiej ma wszelkie znamiona „kolorowej rewolucji”. Chociaż nie otrzymała ona żadnej nazwy, nie ulega wątpliwości, że jest to „kolorowa rewolucja”. Kryzys ten – zapoczątkowany wielotygodniowymi manifestacjami ulicznymi – doprowadził bowiem do zmiany władzy, która nie cieszyła się sympatią międzynarodowej oligarchii finansowej i jej politycznej ekspozytury w Waszyngtonie. Jeśli zadamy pytanie, kto skorzystał na odsunięciu prezydent Rousseff, to odpowiedź musi brzmieć, że właśnie ponadnarodowe korporacje i światowa finansjera oraz USA. Bynajmniej nie skorzystało na tym natomiast społeczeństwo Brazylii, dla którego obalenie Rousseff oznacza w dłuższej perspektywie odejście od dotychczasowej polityki społeczno-gospodarczej, wspierającej biedniejsze warstwy społeczne.

„Kolorowa rewolucja” jako typ przewrotu politycznego charakteryzuje się przede wszystkim tym, że jest kierowana z zewnątrz, nie głosi żadnego pozytywnego programu społeczno-politycznego, swe prawdziwe cele ukrywa pod hasłami walki o demokrację, a do jej przeprowadzenia wykorzystuje się realne niezadowolenie i konflikty społeczno-polityczne występujące w danym kraju. Jako detonatora protestów społecznych używa się najczęściej zarzutu fałszowania wyborów, łamania demokracji lub uwikłania władzy w korupcję i afery. Nieodłącznym elementem „kolorowej rewolucji” jest również to, co Marek Waldenberg nazwał „wojną medialną”. Media nie tylko kreują przekaz propagandowy, ale bezpośrednio wpływają na przebieg konfliktu, np. poprzez nagłaśnianie fałszywego i jednostronnego obrazu wydarzeń, czy torpedowanie możliwości dojścia stron do kompromisu[2]. Z tym wszystkim mieliśmy do czynienia także podczas kryzysu politycznego w Brazylii.

Afera Petrobrasu

Jak wspomniano wyżej, Rousseff formalnie zarzucono nadużycie władzy polegające na ukryciu rzeczywistego deficytu budżetowego w latach 2014-2015 po to, by można było kontynuować programy socjalne. Detonatorem całego kryzysu stała się jednak tzw. afera Petrobrasu. Korupcja jest w Brazylii chlebem powszednim, ale afera ujawniona pod koniec 2014 roku przerosła w tej mierze wszystko, co było dotychczas. 23 prezesów i menedżerów państwowego monopolu naftowego Petrobras oraz dziewięciu wielkich koncernów było od 2006 roku uwikłanych w sieć korupcyjnych powiązań. Z zawyżanych kontraktów wyprowadzali (kradli) ogromne sumy na prywatne konta oraz do partyjnych kas rządzącej centrolewicowej Partii Pracujących (PT) i opozycyjnej Partii Socjaldemokratycznej Brazylii (PSDB, wbrew nazwie jest to neoliberalna partia centroprawicowa). Afera stała się tym bardziej bulwersująca, że korupcyjna sieć działała w czasie, gdy prezesem rady dyrektorów Petrobrasu była późniejsza prezydent Dilma Rousseff (lata 2003-2010)[3]. Zaprzeczyła ona, że posiadała wiedzę na temat korupcyjnej ośmiornicy, ale jej autorytet w społeczeństwie został nadszarpnięty. Rousseff nie została objęta dochodzeniem prokuratorskim, ale to na niej skupił się gniew uczestników protestów ulicznych, które miały miejsce w pierwszych miesiącach 2016 roku. Bezpośrednią przyczyną protestów była jednak pogarszająca się sytuacja gospodarcza kraju. Afera Petrobrasu i tzw. kreatywna księgowość administracji prezydenckiej stanowiły elementy uzupełniające obraz sytuacji kryzysowej.

Wówczas opozycja przeszła do ataku. Inicjatorem wszczęcia procedury impeachment wobec Rousseff był przewodniczący Izby Reprezentantów Eduardo Cunha. Problem w tym, że ciążą na nim podejrzenia o udział w aferze Petrobrasu, podobnie jak na kilku członkach komisji parlamentarnej, która zajmowała się wnioskiem o usunięcie Rousseff ze stanowiska. Nie można wykluczyć, że usunięcie Rousseff z urzędu miało na celu niedopuszczenie do wyjaśnienia przez nią afery Petrobrasu i ukarania winnych (co zadeklarowała) i że za protestami ulicznymi stały te same osoby i siły polityczne, które wszczęły wobec Rousseff procedurę impeachment. Dziennikarka TVN-24 Katarzyna Guzik zauważyła, że „dziennik „Correio Braziliense” opublikował zdjęcie, które zrobiło furorę w mediach społecznościowych. Widać na nim wybierającą się na protest parę młodych białych Brazylijczyków, za którymi kroczy ciemnoskóra niania pchająca wózek z ich córeczką. Dla niektórych ta fotografia stała się dowodem na to, że w demonstracjach biorą udział przedstawiciele wyższej klasy średniej, którzy nie chcą się dzielić swoim nagromadzonym bogactwem. (…) Brazylijska klasa średnia systematycznie się powiększa, bieda i nierówności społeczne pozostają poważnym problemem. Wiele osób wciąż ma w pamięci, że to właśnie Lula zrobił najwięcej, by tę sytuację zmienić, a za czasów rządów jego i Rousseff rzeszom obywateli przywrócona została godność i podmiotowość. Zdaniem ich obrońców uprzywilejowana, w większości biała część społeczeństwa o poglądach liberalnych i prawicowych wykorzystuje skandal w Petrobras, by odsunąć od władzy nielubianych przywódców i przejąć władzę”[4].

Sama Rousseff skomentowała usunięcie jej z urzędu krótko: „zostałam ukarana za zbrodnię, której nie popełniłam” i określiła przeprowadzoną procedurę impeachment jako „zamach stanu”[5]. Ma w tym niemało racji. Jej następcą jako p.o. prezydenta został Michel Temer – lider liberalnej Partii Ruchu Demokratycznego Brazylii (PMDB), powiązany z brazylijskim wielkim kapitałem agrarnym. Według serwisu WikiLeaks był on od 2006 roku informatorem ambasady USA w Brazylii[6]. Temer cieszy się poparciem sondażowym w wielkości 2 proc., a ze względu na ciążące na nim zarzuty korupcji miał zakaz kandydowania w wyborach do jakiejkolwiek funkcji publicznej. Został tymczasowym prezydentem, ponieważ był dotychczasowym wiceprezydentem. A był nim tylko dlatego, że PMDB weszła w 2014 roku w koalicję z PT, ale potem z tej koalicji wystąpiła i stała się wrogiem numer jeden dla rządu Rousseff.

Przejęcie prezydentury przez Temera oznacza odejście Brazylii od dotychczasowej polityki społecznej, wspierającej uboższe warstwy, oraz emancypacyjnej i antyamerykańskiej linii w polityce zagranicznej. W nowym gabinecie znaleźli się wyłącznie neoliberałowie, którzy nawet nie ukrywają, że reprezentują interesy rodzimej oligarchii i międzynarodowych, głównie amerykańskich korporacji, spoglądających z pożądaniem na brazylijskie zasoby, które niebawem zostaną poddane „prywatyzacji”. Siedmiu nowych ministrów ma zarzuty korupcyjne. Neoliberalna prawica zyskała dzięki wykorzystaniu sytuacji kryzysowej możliwość utworzenia rządu, który ze swoim programem drakońskich cieć budżetowych i wyprzedaży państwowych aktywów (m.in. ziemi amerykańskim korporacjom) nie miałby w Brazylii najmniejszych szans na zdobycie władzy w wyborach demokratycznych.

Polityczna uczennica Luli

Luiz Inácio Lula da Silva – współtwórca Partii Pracujących, prezydent Brazylii w latach 2003-2011, jedna z najważniejszych postaci współczesnej Ameryki Łacińskiej – może zostać śmiało określony mianem politycznego wychowawcy Dilmy Rousseff. Ameryka Łacińska po przejściu koszmaru proamerykańskich dyktatur wojskowych w latach 60. i 70. XX wieku oraz neoliberalnej „terapii szokowej” w latach 80. i 90. XX wieku, nieoczekiwanie weszła z początkiem XXI stulecia w okres emancypacji politycznej i ekonomicznej od potężnego mocarstwa z Północy. Emancypacji tej dokonały narodowo-lewicowe ruchy polityczne, odwołujące się do różnych nurtów lewicowości: marksizmu, socjaldemokracji, boliwarianizmu, lewicy chrześcijańskiej i teologii wyzwolenia, ale także do nacjonalizmu. Ich wspólnym mianownikiem był silny antyamerykanizm, odrzucenie neoliberalizmu oraz dążenie do szukania i budowania „trzeciej drogi”. Najbardziej radykalne oblicze przemiany te przyjęły w Wenezueli (Hugo Chávez), Brazylii (Lula da Silva) i Boliwii (Evo Morales). Mniej radykalny przebieg miały w Argentynie, Chile, Urugwaju, Peru, Ekwadorze, Salwadorze, Nikaragui i Hondurasie.

Dilma Rousseff jest córką Petyra Rusewa – działacza Bułgarskiej Partii Komunistycznej – który po przyjeździe do Brazylii w latach 30. XX wieku zmienił personalia na Pedro Rousseff i został drobnym przedsiębiorcą. W okresie dyktatury wojskowej (1964-1985) Dilma Rousseff brała udział w zbrojnym lewicowym ruchu oporu (Oddziały Wyzwolenia Narodowego). W latach 1970-1972 była z tego powodu więziona i torturowana. Legalną działalność polityczną rozpoczęła w latach 80. XX wieku, stając się z biegiem czasu znanym politykiem PT i bliską współpracowniczką Luli da Silvy. W jego gabinecie była początkowo ministrem górnictwa i energii, a od 2005 roku szefem kancelarii prezydenta. Ze wsparciem Luli wygrała też wybory prezydenckie w 2010 i 2014 roku. Swojemu politycznemu mentorowi odwdzięczyła się, kiedy w marcu 2016 roku wszczęto przeciwko Luli da Silvie śledztwo w związku z aferą w koncernie Petrobras[7]. Zaoferowała mu wówczas stanowisko ministra stanu oraz szefa swojej kancelarii, by mógł znaleźć się pod ochroną immunitetu. Rozmowa telefoniczna w tej sprawie pomiędzy nią a byłym prezydentem została nieoczekiwanie ujawniona przez media i odpowiednio przedstawiona opinii publicznej. Media – szczególnie prywatne – wyszły tutaj poza rolę informacyjną i stały się kreatorem kryzysu politycznego („kolorowej rewolucji”). Wspierany przez te media lider opozycyjnej PSDB Silvio Torres zarzucił władzom, że mianowanie Luli jest łamaniem prawa i narzędziem walki z demokracją, a na ulicach natychmiast znalazły się setki tysięcy manifestantów[8]. Uruchomiony został bieg wypadków, który doprowadził do usunięcia prezydent Rousseff ze stanowiska.

Nazwanie tych wydarzeń „kolorową rewolucją” lub „zamachem stanu” wydaje się zatem w pełni uprawnione. Sam impeachment jest bezpodstawny, ponieważ Rousseff nie udowodniono żadnego z przestępstw, które konstytucja Brazylii wymienia jako możliwe powody odsunięcia urzędującego prezydenta od władzy. Był to najzwyklejszy spisek opozycji, która zdołała zabezpieczyć wystarczającą liczbę głosów w parlamencie. Udało się jej to dlatego, że znaczna część brazylijskiej „klasy politycznej” była uwikłana w aferę Petrobrasu znacznie poważniej niż Rousseff i Lula, a obalenie Rousseff pozwoliło zniweczyć zainicjowane przez nią wielkie śledztwo antykorupcyjne pod kryptonimem „Lava Jato”. Ewentualny sukces tego śledztwa groził więzieniem setkom brazylijskich polityków wszystkich opcji.

Rzeczywistą przyczyną upadku lewicowej prezydent Brazylii nie była jednak wcale afera Petrobrasu, ani zarzucane jej ukrywanie deficytu budżetowego. Przyczyną był narastający kryzys gospodarczy, który coraz bardziej podkopywał fundamenty państwa socjalnego[9]. Do załamania państwa socjalnego doszło nie tylko w Brazylii, ale przede wszystkim w Wenezueli – liderce narodowo-lewicowej emancypacji Ameryki Łacińskiej u progu XXI wieku. Stało się tak na skutek gwałtownego spadku cen ropy naftowej. Największym mankamentem państwa socjalnego w Brazylii oraz „socjalizmu XXI wieku” w Wenezueli było bowiem to, że atrakcyjne dla warstw uboższych, rozbudowane programy socjalne oparto na dochodach ze sprzedaży ropy naftowej. Z chwilą załamania się cen ropy załamał się „socjalizm XXI wieku” w Wenezueli i stało się to jeszcze przed śmiercią Hugo Cháveza w marcu 2013 roku. Jego następca – Nicolás Maduro – nie był w stanie powstrzymać bankructwa państwa, co zaowocowało utratą władzy przez chavistów w grudniu 2015 roku. Załamanie gospodarcze w Brazylii nie było tak głębokie jak w Wenezueli, ale i tak doprowadziło w konsekwencji do kryzysu politycznego.

Rodzi się pytanie jak duży wpływ na spadek cen ropy naftowej miały działania międzynarodowych korporacji oraz mocarstwa z Północy? Nie ulega bowiem wątpliwości, że spadek cen ropy uderzył w gospodarki krajów, które na dochodach z przemysłu naftowego opierają zwłaszcza swoją politykę społeczną (Brazylia, Wenezuela, Rosja). Kraje te są postrzegane przez USA jako geopolityczni przeciwnicy, co daje podstawę do podejrzeń, że za spadkiem cen ropy nie stała tylko sama „niewidzialna ręka rynku”.

Lewicowy publicysta Jarosław Pietrzak uznał za główną przyczynę obalenia Rousseff to, że wypracowana przez Lulę da Silvę filozofia rządzenia „sprowadzała się do wprowadzania umiarkowanie postępowych reform i programów społecznych na tyle, na ile to możliwe bez konfrontacji z najpotężniejszymi rodzinami Brazylii i uderzania w interesy oligarchów. Opierała się na wierze, że można (stopniowo) rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa. Oczywiście, że nie można. Lula potrafił takim układem w miarę skutecznie zarządzać nie tylko dlatego, że ma ogromny talent polityczny (który rzeczywiście posiada; drugą kadencję zamknął z 85-procentowym poparciem społecznym). Także dlatego, że z jego rządami zbiegła się wspaniała międzynarodowa koniunktura na brazylijskie surowce i politykę umiarkowanej redystrybucji dało się finansować ze wzrostu gospodarczego i z bonanzy eksportowej, nie odbierając nic obscenicznie bogatym brazylijskim elitom. Koniunktura ta to już jednak pieśń przeszłości, a Brazylię dosięgły w końcu skutki światowego kryzysu. Oligarchiczne brazylijskie elity, których władzy i stopnia przywileju kilkanaście lat rządów PT nie próbowało nawet ograniczyć, postanowiły teraz tę władzę wykorzystać, żeby obalić rząd i za pomocą neoliberalnych reform przerzucić na biedniejszą większość Brazylijczyków koszty kryzysu ekonomicznego. Błędy i zaniechania, jeśli chodzi o politykę „nieruszania” oligarchów, widać szczególnie jaskrawo na przykładzie wielkich mediów. W Brazylii wszystkie one są prywatne i znajdują się w rękach właściwie pięciu rodzin (są też mniej lub bardziej prawicowe), a telewizyjna korporacja Globo jest prawdziwą potęgą i ma tradycję popierania prawicowej dyktatury, która rozpoczęła się zamachem stanu 1964 roku. PT nigdy nie odważyła się rozbić tych gigantów, które teraz były aktywnym uczestnikiem gry o obalenie Rousseff”[10].

Jest w tej opinii sporo prawdy. Próba trwałego wprowadzenia konsensusu, polegającego na godzeniu korzystnej dla biedniejszej części społeczeństwa redystrybucji dochodu narodowego z respektowaniem interesów rodzimej oligarchii, nie mogła wytrzymać sytuacji kryzysowej. Pytanie tylko czy PT mogła prowadzić politykę uderzającą bezpośrednio w materialną pozycję brazylijskiej oligarchii i amerykańskiego biznesu bez narażania się na otwarty konflikt Brazylii z mocarstwem z Północy?

Czyszczenie przedpola?

Wraz z upadkiem politycznej uczennicy Luli da Silvy i tymczasowym objęciem prezydentury przez Temera do władzy w Brazylii doszli neoliberałowie, reprezentujący tradycję polityczną całkowicie przeciwną tej, której wyrazicielami byli Lula i Rousseff. Tradycję tę najpełniej wyraził marszałek Humberto de Alencar Castelo Branco, który po przewrocie wojskowym z 31 marca 1964 roku powiedział, że „co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii”. Jest to tradycja miejscowej oligarchii, mającej oparcie głównie w wielkiej własności ziemskiej i powiązanej siecią zależności z amerykańskim kapitałem, która dla obrony własnych interesów jest gotowa uzgadniać priorytety polityki brazylijskiej z interesami Białego Domu oraz połączyć swoje siły z amerykańskimi korporacjami w dziele grabieży Brazylii z jej zasobów.

Zmiana władzy w Brazylii wpłynie na kształt świata w najbliższych latach. Jest to bowiem piąty najludniejszy kraj globu (207,8 mln mieszkańców), który przez kilkanaście lat rządów PT był jednym z najaktywniejszych podmiotów na arenie międzynarodowej. W 2003 roku Brazylia pomogła stworzyć G-20 i zorganizować szczyt IBSA (Indie-Brazylia-Afryka Południowa). W 2004 roku odegrała aktywną rolę w utworzeniu MINUSTAH (Misji Stabilizacyjnej Narodów Zjednoczonych na Haiti). Wraz z Indiami, Niemcami i Japonią utworzyła G-4, mającą na celu reformę Rady Bezpieczeństwa ONZ. W 2005 roku współorganizowała pierwszy Szczyt Państw Południowoamerykańskich i Arabskich. W 2006 roku współtworzyła Strukturalny Fundusz Konwergencyjny Mercosur, funkcjonujący jako fundusz transferów gotówkowych z Brazylii i Argentyny na wspieranie rozwoju mniejszych krajów, takich jak Paragwaj czy Urugwaj. W tym samym roku miał też miejsce pierwszy Szczyt Południowoamerykańsko-Afrykański. W 2007 roku Brazylia uczestniczyła w powołaniu Banco del Sur (Bank Południa) i zawarła strategiczne porozumienie z Unią Europejską. W 2008 roku podpisała Traktat Założycielski UNASUR (Unia Narodów Południowoamerykańskich).

W 2009 roku Brazylia zawarła porozumienia handlowe z Indiami, co wkrótce stało się podstawą zinstytucjonalizowania sojuszu BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, RPA). Brazylia zawarła też strategiczny sojusz z Francją, którego częścią jest daleko posunięta współpraca wojskowa. W 2010 roku miał miejsce pierwszy szczyt Ameryki Łacińskiej i Karaibów, w którym nie wzięły udziału USA, co pozwoliło na powołanie Wspólnoty Państw Ameryki Łacińskiej i Karaibów (CELAC), w czym dyplomacja brazylijska miała znaczący udział.

W okresie rządów Luli i Rousseff Brazylia stała się jedną z głównych sił na świecie stawiających opór Imperium Północnoamerykańskiemu. Wraz z innymi narodowo-lewicowymi rządami Ameryki Łacińskiej Brazylia odmówiła udziału w amerykańskiej „wojnie z terroryzmem” oraz krytykowała eskalację przemocy w stosunkach międzynarodowych. Swoim potencjałem militarnym chroniła też narodowo-lewicowe rządy w sąsiednich krajach przed realnym niebezpieczeństwem amerykańskich „interwencji”.

Jeśli neoliberalna prawica po obaleniu Rousseff utrzyma władzę w Brazylii, to kraj o tak ogromnym znaczeniu dołączy do grona bezkrytycznych sojuszników i wielbicieli USA, które ponadto odzyskają swobodę kształtowania całego regionu zgodnie z własnymi interesami. Ma to miejsce w momencie coraz większej nieprzewidywalności zawsze agresywnej polityki amerykańskiej.

Prawdopodobnie nie jest przypadkiem, że ambasadorem USA w Brazylii od 2013 roku jest Liliana Ayalde, ta sama, która kierowała ambasadą USA w Paragwaju, kiedy w identyczny sposób jak w Brazylii opozycja usunęła 22 czerwca 2012 roku tamtejszego prezydenta Fernando Lugo – równie niemile widzianego w Waszyngtonie jak Dilma Rousseff[11]. Nawet jeżeli nie da się dostrzec bezpośrednio udziału USA w brazylijskiej „kolorowej rewolucji”, to można się go domyśleć.

Nie jest przecież tajemnicą, że USA przygotowują się do geopolitycznej konfrontacji (możliwe, że zbrojnej) z Chinami, które są drugą, a mają ambicję stać się pierwszą gospodarką świata. Amerykańska geopolityka dzieli Eurazję („Wyspę Świata”) na Rimland (Obrzeża Lądu) i Heartland (Serce Lądu). Utrzymanie amerykańskiej dominacji politycznej i gospodarczej w świecie wymaga kontroli Rimlandu (Europa Zachodnia, Bliski Wschód, Azja Południowo-Wschodnia) i odpychania od niego mocarstw z Heartlandu (Rosja, Chiny). Wyeliminowanie lub zneutralizowanie Rosji ma dla Waszyngtonu znaczenie o tyle, że jest ona sojusznikiem Chin. Z kolei głównymi sojusznikami Rosji i Chin w Ameryce Łacińskiej – a więc na obszarze zawsze uważanym przez USA za ich bezpośrednie zaplecze i wyłączną strefę wpływu – są Wenezuela i Brazylia. Z tej roli właśnie wypadły. Wenezuela na skutek wyniszczającego kryzysu gospodarczego i utraty władzy przez chavistów, a Brazylia w wyniku obalenia prezydent Rousseff. Brazylię od dawna otaczał cały kordon amerykańskich baz wojskowych, rozlokowanych na Karaibach, w Kolumbii i Peru. Rządy PT były w Waszyngtonie postrzegane – czego nie ukrywano – jako zagrożenie dla neoliberalnego kursu i globalnego porządku określanego jako Pax Americana. Nagłe i bezpardonowe obalenie Dilmy Rousseff oznacza, że USA przystąpiły do rozbijania BRICS, a więc do czyszczenia przedpola przed konfrontacją z Chinami i Rosją.

[1] M. Zawadzki, Brazylia detronizuje prezydent Dilmę Rosusself, http://www.wyborcza.pl, 11.05.2016.

[2] R. Starosielec, Mechanizmy i istota „kolorowych rewolucji”, „Polityka Polska” nr 2 (10), Warszawa 2016, s. 75-78; M. Waldenberg, Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki, t. I, Warszawa 2005, s. 186-193.

[3] M. Stasiński, Brazylią wstrząsa gigantyczna afera korupcyjna, http://www.wyborcza.pl, 20.11.2014.

[4] K. Guzik, Skandal stulecia zaczął się od myjni samochodowej, http://www.tvn24.pl, dostęp 11.06.2016.

[5] Prezydent Brazylii oficjalnie zawieszona w obowiązkach. Dilma Rousseff: To zamach stanu, http://www.wiadomosci.dziennik.pl, 12.05.2016.

[6] J. Pietrzak, Michel Temer i Waszyngton, http://www.jaroslawpietrzak.com, dostęp 11.06.2016.

[7] Były prezydent Brazylii Luiz Inácio Lula da Silva aresztowany, http://www.rp.pl, 4.03.2016.

[8] J. Majewski, Czarne chmury zawisły nad Brazylią, http://www.pl.blastingnews.com, 22.03.2016.

[9] Polityczne trzęsienie ziemi w Brazylii, http://www.polskieradio.pl, Polskie Radio 24, 1.04.2016.

[10] J. Pietrzak, Zamach stanu, http://www.jaroslawpietrzak.com, dostęp 11.06.2016.

[11] Imperial Desings? Current US Ambassador to Brazil Served in Paraguay Prior to 2012 Coup, http://www.telesurtv.net, 14.05.2016.

http://www.prawica.net/4542

Piętka: „Kolorowa rewolucja” w Brazylii (obalenie Prezydent Dilmy Rouseff w interesie Amerykanów i wielkich plantatorów?)

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 czerwca 2016 r.

Pomiędzy Rimlandem a Heartlandem

W piątek 13 maja 2016 roku w Redzikowie koło Słupska rozpoczęto oficjalnie budowę amerykańskiej bazy wojskowej z wyrzutniami pocisków rakietowych SM-3 (RIM-161 Standard Missile 3 Block I B), która razem z już istniejącą bazą w Deveselu w Rumunii ma tworzyć tzw. „tarczę antyrakietową”. W uroczystości inauguracji amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce wzięli udział prezydent Andrzej Duda, ministrowie obrony narodowej i spraw zagranicznych oraz zastępca sekretarza obrony USA Robert Work. „To ważny dzień dla Polski, dla NATO, dla Europy. Rząd Beaty Szydło i formacja polityczna, którą reprezentuje, czekała na ten moment ponad 8 lat” – stwierdził w swoim przemówieniu minister Macierewicz. Z kolei prezydent Duda powiedział m.in.: „O ile my staliśmy się członkiem NATO przed laty, o tyle długo czekaliśmy, aby w sensie stałym Sojusz wszedł do Polski – dziś to się dzieje. To nie będą pociski wymierzone w kogokolwiek. One będą nam gwarantować bezpieczeństwo”. Wspomniał także o korzyściach, jakie odniosą mieszkańcy Redzikowa z faktu stacjonowania w ich miejscowości garnizonu amerykańskiego.

Niemal natychmiast zaprzeczył temu prezydent Słupska Robert Biedroń, który zwrócił uwagę, że baza będzie eksterytorialna i samowystarczalna. „Czujemy się oszukani. Jest na mapie Polski miejsce, w którym na jakąkolwiek większą budowę trzeba mieć zgodę rządu Baracka Obamy. Baza będzie samowystarczalna, więc nasi przedsiębiorcy nie zarobią jako lokalni dostawcy. Tych 300 amerykańskich żołnierzy to tyle, ile dziennie mamy turystów” – oświadczył prezydent Słupska[1]. Biedroń ujawnił, że rząd PO i PSL obiecywał zrekompensować straty, jakie poniesie region z tytułu budowy amerykańskiej bazy w Redzikowie. Miała być droga ekspresowa, drugi tor kolejowy, modernizacja portu w Ustce i lotnisko cywilne w Słupsku. Rząd PiS unieważnił jednak te plany. Ponadto Agencja Rozwoju Pomorza ujawniła, że przez amerykańską bazę samorząd regionu straci w ciągu 25 lat 2 mld 136 mln złotych z tytułu podatku od nieruchomości, PIT i nakładów inwestycyjnych. Ucierpią też trzy lokalne podstrefy ekonomiczne, a straty z utraconych tam inwestycji wyniosą 543 mln złotych. Nie można też będzie rozwijać energetyki wiatrowej, co spowoduje dla regionu stratę 157 mln złotych[2].

Ale nie tylko samorząd Słupska i Agencja Rozwoju Pomorza mogą czuć się oszukane w związku z instalacją amerykańskiej bazy w Redzikowie. Oszukani i zagrożeni powinni czuć się wszyscy obywatele Polski, z których wielu zapewne nie jest świadomych czemu ma służyć „tarcza antyrakietowa” i jakie niesie za sobą niebezpieczeństwo dla kraju.

Polska tarczą dla USA

Pierwsze pytanie, które należy zadać brzmi: przeciw komu jest „tarcza antyrakietowa”? Oficjalna odpowiedź – powtarzana w mediach od 9 lat – mówi, że przeciw zagrożeniu nuklearnemu ze strony Iranu i Korei Północnej. Przede wszystkim ani Iran ani Korea Północna nie mają takich środków przenoszenia broni jądrowej, które mogłyby zagrozić Europie i Ameryce Północnej. Ponadto 14 lipca 2015 roku zostało zawarte w Wiedniu porozumienie pomiędzy Iranem a USA, Rosją, Chinami, Wielką Brytania, Francją, Niemcami i Unią Europejską w sprawie kontroli irańskiego programu nuklearnego. Iran zgodził się na regularne inspekcje ONZ w swoich obiektach wojskowych i zadeklarował rozwijanie programu nuklearnego tylko dla celów niemilitarnych. Czy nadal więc ze strony Teheranu pochodzi zagrożenie nuklearne, przed którym ma bronić Europę i Amerykę baza z wyrzutniami w Redzikowie? Jeśli według oficjalnej propagandy „tarcza antyrakietowa” ma służyć obronie Europy przed pociskami krótkiego i średniego zasięgu, to tym bardziej w grę nie może wchodzić – ze względu na zasięg takich pocisków – ani Iran ani Korea Północna.

Od blisko dekady, kiedy temat „tarczy antyrakietowej” pojawił się w oficjalnym obiegu, dla nikogo nie jest tajemnicą, że głównym, jeśli nie jedynym celem kinetycznych pocisków antybalistycznych SM-3 Block I B z amerykańskich baz w Polsce i Rumunii będzie arsenał nuklearny Rosji. Chodzi tutaj o to, żeby rosyjska broń jądrowa przestała być groźna dla NATO, co oznacza faktyczną degradację Rosji z pozycji mocarstwa jądrowego, mimo faktycznego posiadania przez nią broni masowej zagłady. Prezydent Duda kłamie zatem nie tylko w sprawie korzyści ekonomicznych, jakie mają odnieść mieszkańcy regionu słupskiego z tytułu istnienia amerykańskiej bazy, ale także twierdząc, że amerykańskie rakiety nie będą wymierzone w kogokolwiek i rzekomo zagwarantują bezpieczeństwo Polski. Społeczeństwa polskiego nie informuje się o kilku istotnych faktach.

Po pierwsze, z chwilą uruchomienia w 2018 roku bazy w Redzikowie Polska może przestać być krajem wolnym od broni jądrowej, co było dotąd największym gwarantem jej bezpieczeństwa. W bazach zlokalizowanych na terenie Polski i Rumunii można zainstalować nie tylko antybalistyczne rakiety SM-3 Block I B, ale także rakiety z głowicami jądrowymi krótkiego i średniego zasięgu. Kto zagwarantuje, że tak się nie stanie? Z Redzikowa do Kaliningradu taka rakieta doleci w 20 sekund, a do Moskwy w 4 minuty. To za mało czasu, żeby Rosja uruchomiła swój system obrony przeciwrakietowej. W wypadku zainstalowania w Polsce i Rumunii amerykańskiej broni jądrowej Rosja będzie bezbronna.

Po drugie zatem, amerykańska „tarcza antyrakietowa” stanowi faktyczne złamanie układu INF o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych średniego zasięgu, który został podpisany 8 grudnia 1987 roku w Waszyngtonie przez USA i ZSRR. Moskwa już wielokrotnie ostrzegała, że w odpowiedzi na „tarczę antyrakietową” zainstaluje w obwodzie kaliningradzkim rakiety krótkiego zasięgu Iskander (dozwolone przez układ INF), a ich celowniki wymierzy w terytorium Polski. Prezydent Putin poszedł dalej i wkrótce po zakończeniu uroczystości w Redzikowie zasugerował odejście Rosji od układu INF, a więc powrót do nuklearnego wyścigu zbrojeń z okresu „zimnej wojny”. Powiedział on całkiem szczerze, że „tarcza antyrakietowa” w Polsce i Rumunii stanowi próbę przeniesienia nuklearnego potencjału uderzeniowego z terytorium USA na peryferie Rosji i że jest to „koniec względnego bezpieczeństwa sąsiadów Rosji”.

Po trzecie, nie ulega wątpliwości, że Rosja tak po prostu nie pogodzi się ani z utratą statusu mocarstwa nuklearnego ani z bezbronnością wobec amerykańskich rakiet krótkiego i średniego zasięgu, które ewentualnie mogłyby zostać rozmieszczone w bazach w Polsce i Rumunii. W odpowiedzi będzie rozwijała systemy broni jądrowej zdolne do przełamania „tarczy antyrakietowej”. Taką zdolność mają posiadać rakiety balistyczne R-30 i R-47 „Buława”. Rosja planuje wyposażyć w nie swoje siły zbrojne do 2020 roku.

Po czwarte, opinia publiczna w Polsce i Rumunii jest cynicznie okłamywana, że „tarcza antyrakietowa” ma służyć obronie i bezpieczeństwu tych krajów. Nie jest prawdą, że pociski SM-3 Block I B służą do zwalczania wyłącznie pocisków balistycznych krótkiego i średniego zasięgu w środkowej fazie lotu. Ich celem będą przede wszystkim rosyjskie rakiety dalekiego zasięgu, bazujące na Półwyspie Kolskim (Topol-M, Buława, Jars), które mogą uderzyć w USA i Europę Zachodnią. Polska i Rumunia natomiast staną się pierwszym celem rosyjskiego uderzenia nuklearnego – zarówno prewencyjnego jak i odwetowego. Będą „tarczą antyrakietową” USA i NATO w dosłownym tego słowa znaczeniu. Dzięki bazom w Redzikowie i Deveselu Waszyngton przesuwa cel pierwszego uderzenia jądrowego Rosji z terenu Ameryki Północnej i Europy Zachodniej na obszar swoich środkowoeuropejskich satelitów. Po wymianie pierwszych uderzeń jądrowych pomiędzy USA i Rosją (np. na terenie Polski i Białorusi) może nie dojść do następnych, ponieważ wkroczy do akcji dyplomacja. Tylko, że tysiącletnie dzieje narodu i państwa polskiego ulegną już wtedy trwałemu zakończeniu.

Anakonda-16 i szczyt NATO

W dniach 6-17 czerwca br. odbędą się w Polsce ćwiczenia NATO „Anakonda-16” z udziałem 31 tys. żołnierzy – głównie polskich, amerykańskich i brytyjskich. Będą to największe ćwiczenia wojskowe na terenie Polski od zakończenia „zimnej wojny”. Wojska NATO przećwiczą m.in. operację powietrzno-desantową w okolicach Torunia oraz budowę przepraw na Odrze i Wiśle celem szybkiego przerzucenia jednostek zmotoryzowanych i pancernych do krajów bałtyckich. Nie ulega zatem wątpliwości, że będzie ćwiczony scenariusz wojny z Rosją. Scenariusz takiej wojny ujawnił zresztą brytyjski gen. Richard Schirreff – były zastępca dowódcy sił NATO w Europie – w opublikowanej niedawno książce pt. „2017: War With Russia: An Urgent Warning From Senior Military Command” („2017: Wojna z Rosją: pilne ostrzeżenie od seniora dowództwa wojskowego”)[3].

Amerykańska geopolityka dzieli Eurazję („Wyspę Świata”) na dwie części – Rimland (Obrzeża Lądu) i Heartland (Serce Lądu). Rimland to Europa Zachodnia, Bliski Wschód i Azja Południowo-Wschodnia – obszary powiązane z USA politycznie i gospodarczo. Heartland – według teorii brytyjskiego geopolityka Halforda Johna Mackindera z 1904 roku – to obszar warunkujący panowanie nad resztą globu (Pivot Area – Obszar Osiowy), który obejmuje przede wszystkim Rosję, Chiny, Afganistan i Iran. Europa Środkowa leży na styku Rimlandu z Heartlandem i jest określana w języku amerykańskiej geopolityki jako Crash Zone (Strefa Zgniotu). Tutaj wybuchły pierwsza i druga wojna światowa, tutaj wybuchnie też trzecia. Przesunięcie teatru militarnej konfrontacji NATO-Rosja do Strefy Zgniotu – obejmującej Polskę, kraje bałtyckie, Białoruś i Ukrainę – pozwoli USA i Wielkiej Brytanii uniknąć zniszczenia własnego terytorium, zwłaszcza w pierwszej fazie konfrontacji jądrowej, po której – jak wskazałem powyżej – może nastąpić zawarcie pokoju.

Z tego, co od lat głoszą siły polityczne rządzące w Polsce wynika, że uważają one sojusz z USA i przynależność do NATO – czyli umiejscowienie Polski w Strefie Zgniotu – za swój największy sukces i fundament polskiej racji stanu. Jest kwestią dyskusyjną czy wynika to bardziej z ich niskiego poziomu intelektualnego i moralnego czy ze stopnia zależności politycznej od USA.

Swój proatlantycki entuzjazm władze polskie zamanifestują podczas szczytu NATO, który odbędzie się w Warszawie w dniach 8-9 lipca. Nie ukrywają, że chcą odejścia od układu paryskiego NATO-Rosja z 27 maja 1997 roku oraz trwałego rozmieszczenia w Polsce wojsk NATO, głównie amerykańskich. Podejrzewam, że stała obecność wojsk NATO jest potrzebna obecnej partii rządzącej nie tyle do obrony przed Rosją, co do umocnienia swojej władzy. Tak jak wojska radzieckie były gwarantem władzy PZPR, tak wojska amerykańskie będą gwarantem władzy PiS. 20 maja premier Szydło – przy okazji debaty nad ultimatum Komisji Europejskiej w sprawie Trybunału Konstytucyjnego – dała w Sejmie oratorski popis umiłowania suwerenności Polski. Tego samego dnia prezydent Duda podpisał nowelizację ustawy o zasadach pobytu oraz przemieszczania się wojsk obcych na terytorium Polski. Zakłada ona nadanie wojskom NATO uprawnień polskich sił zbrojnych. Takich uprawnień nie miała nawet Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej w PRL. Tak Prawo i Sprawiedliwość rozumie suwerenność Polski.

Rodzi się pytanie, czy status polskich sił zbrojnych jest potrzebny wojskom amerykańskim, brytyjskim lub niemieckim do obrony Polski przed Rosją czy np. do pacyfikacji antysystemowego buntu społecznego, który zostanie uznany za akt terrorystyczny lub część inspirowanej przez Rosję wojny hybrydowej?

Działania pacyfikacyjne już zresztą zostały podjęte. 18 maja został zatrzymany przez ABW, a następnie aresztowany pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji lub Chin Mateusz Piskorski – jedyny polski polityk, który publicznie manifestował swoją niechęć do USA. Władze i mainstreamowe media nawet nie ukrywały, że aresztowanie Piskorskiego jest elementem pacyfikacji „rosyjskiej agentury wpływu” i ma „zrobić wrażenie na Rosji”. Być może ma to związek z zapowiedzią prezydenta Dudy prowadzenia dialogu z Rosją z pozycji siły, złożoną tydzień wcześniej podczas jego wizyty w Kanadzie[4]. Zdaniem rosyjskiej dziennikarki Anny Redkiny Piskorski planował przeprowadzić podczas lipcowego szczytu NATO w Warszawie „kontrszczyt” – coś w rodzaju konferencji czy forum dyskusyjnego z udziałem antyamerykańskich organizacji politycznych z Czech, Polski, Rumunii, Słowacji i Węgier[5].

Na styku Rimlandu z Heartlandem

George Friedman – uwielbiany przez obóz polskiej rusofobii ideolog agresywnej polityki amerykańskiej – już wiele lat temu głosił, że celem polityki USA powinno być rozpętanie jak największej ilości konfliktów zbrojnych na obszarze Heartlandu, a właściwie na styku Rimlandu z Heartlandem. Do rozpętania takich konfliktów rzeczywiście doszło (Afganistan, Irak, Ukraina). Poważnie nadszarpnęły one międzynarodową pozycję USA. Osłabienie USA wykorzystały Chiny, które rozpoczęły szeroką ekspansję gospodarczą i polityczną na obszarze Heartlandu. Waszyngton poważnie obawia się, że rosnąca potęga polityczno-gospodarcza Chin zagrozi jego pozycji także w Rimlandzie, a nawet w rejonie Pacyfiku. To nie Rosja jest głównym wrogiem geopolitycznym USA, tylko Chiny. Nikt tego w Waszyngtonie nie mówi głośno, ale nie wyklucza się tam nawet konfrontacji militarnej z Chinami. Powtarzające się incydenty na Morzu Południowochińskim z udziałem sił zbrojnych obu mocarstw dowodzą, że groźba takiej konfrontacji jest realna.

W latach 90. XX wieku – czyli okresie największej potęgi USA w ich historii – polityka amerykańska wobec Heartlandu zakładała wszechstronną penetrację obszaru poradzieckiego, w tym okrążenie Rosji, a nawet jej rozbicie na mniejsze organizmy polityczne. Temu służyły m.in. „kolorowe rewolucje” w byłych republikach radzieckich i wojny w Czeczenii. Dzisiaj jest to już tylko wspomnienie. Obecnie pierwszorzędnym celem polityki amerykańskiej jest powstrzymywanie Chin, tak jak w okresie „zimnej wojny” było nim powstrzymywanie ZSRR. W tej grze geopolitycznej Waszyngton będzie dążył do rozerwania sojuszu rosyjsko-chińskiego i do przeciągnięcia Rosji na swoją stronę lub jej zneutralizowania, czyli odwrotnie jak podczas „zimnej wojny”, kiedy w połowie lat 70. XX wieku USA przeciągnęły na swoją stronę Chiny, co przyczyniło się do późniejszego upadku ZSRR.

Dał temu niedawno wyraz nestor amerykańskiej geopolityki – Zbigniew Brzeziński. W artykule „Toward a Global Realignment” („Ku globalnemu urealnieniu kursu”), opublikowanym 17 kwietnia na łamach „The American Interest”, Brzeziński proponuje wykreowanie nowej równowagi sił poprzez dopuszczenie Rosji i Chin do współpracy z USA w rozwiązywaniu „sytuacji konfliktowych na Bliskim Wschodzie”. Najważniejszym jednak elementem tej koncepcji jest rozluźnienie sojuszu rosyjsko-chińskiego. O ile w 1997 roku Brzeziński nazwał Rosję „czarną dziurą”, która powinna rozpaść się na trzy części, to obecnie uważa, że Rosja ma szansę stać się „wiodącym europejskim państwem narodowym, jeśli będzie działać rozsądnie”[6].

Nie można wykluczyć, że rzeczywistym celem wywołanej przez Waszyngton awantury politycznej na Ukrainie, budowania „tarczy antyrakietowej” w Polsce i Rumunii oraz tworzenia „szpicy NATO” na jego „wschodniej flance” jest właśnie skłonienie Rosji do „działań rozsądnych”, czyli przynajmniej neutralności na wypadek otwartego konfliktu amerykańsko-chińskiego. Niełatwo jest zgadnąć, jaką cenę Waszyngton byłby gotów zapłacić za „rozsądek” Rosji. Czy byłaby to cała Ukraina czy tylko podzielenie się w niej wpływami? Czy może także polityczne oraz wojskowe wycofanie się USA z Europy Środkowej i uczynienie z tego przesmyku łączącego Rimland z Heartlandem strefy buforowej. Cokolwiek by to było, już słyszę rozlegający się wśród polskich fundamentalistów rusofobii krzyk o nowej Jałcie i zdradzie Ameryki.

Jeśli natomiast Rosja nie wykaże „rozsądku” i w nadchodzącym konflikcie światowym opowie się po stronie Chin, to „wschodnia flanka NATO” – której „umocnienia” tak bardzo pragną politycy PiS i PO – może stać się polem wielkiej konfrontacji militarnej. Polska tkwi w Strefie Zgniotu bynajmniej nie ze względu na swoje położenie geograficzne, ale dlatego, że jej elity polityczne z różnych powodów nie są zdolne do prowadzenia polityki samodzielnej.

[1] A. Radomski, Co nam przyniesie tarcza antyrakietowa?, http://www.gp24.pl (serwis „Głosu Pomorza”), 25.05.2016.

[2] M. Walków, Robert Biedroń: „Czujemy się oszukani”, http://www.businessinsider.com.pl, portal Business Insider Polska, 22.05.2016.

[3] Były dowódca NATO stworzył scenariusz wojny z Rosją w 2017 roku, http://www.pl.sputniknews.com, 23.05.2016.

[4] Polska i Kanada będą rozmawiały z Rosją z pozycji siły, http://www.pl.sputniknews.com, 11.05.2016.

[5] Anna Redkina (Анна Редькина), В Польше арестован политик, выступавший за диалог с Россией, http://www.vesti.ru, 20.05.2016.

[6] Brzeziński: USA powinny stworzyć z Rosją i Chinami światowy triumwirat, http://www.pl.sputniknews.com, 28.04.2016.

http://www.konserwatyzm.pl/artykul/13727/pomiedzy-rimlandem-a-heartlandem

http://www.prawica.net/4398

http://mysl-polska.pl/894

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 maja 2016 r.

Faszyzacja peryferii

Podczas spotkania z delegacją z Ukrainy 5 marca br. minister stanu Krzysztof Szczerski oświadczył, że „Polska jest adwokatem europejskiego wyboru Ukrainy” i opowiedział się za jak najszybszym zniesieniem wiz dla Ukraińców. Ponadto Szczerski zadeklarował, że „Ukraina będzie obecna podczas szczytu NATO w Warszawie i chcemy, by ta obecność była istotna i by to posiedzenie rady miało istotne znaczenie dla gwarancji bezpieczeństwa i stabilności w tej części Europy”. Rozwijając tę myśl dodał, że Polska opowiada się za powrotem do Ukrainy Krymu i Donbasu, bo bez tego „nie ma gwarancji pokoju dla Europy”[1]. A zatem zdaniem ministra Szczerskiego gwarancją pokoju europejskiego jest kontynuowanie wojny w Donbasie, aż do ostatecznego ukraińskiego zwycięstwa.

Miarą dalekiego oderwania od rzeczywistości ministra Szczerskiego jest fakt, iż dwa dni wcześniej przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker oświadczył w Hadze, że „Ukraina z pewnością nie zostanie członkiem Unii w ciągu najbliższych 20-25 lat”. Dodał też, że Kijów nie powinien oczekiwać szybkiego przyjęcia do NATO[2]. Oderwanie od rzeczywistości stanowi niewątpliwie konstytutywną cechę polityki uprawianej przez obóz polskiej rusofobii, którego najtwardszym jądrem jest Prawo i Sprawiedliwość.

W tym czasie, gdy minister Szczerski mówił o wspieraniu przez Polskę „europejskiego wyboru Ukrainy” na Ukrainie po raz kolejny pokazano jak ten „europejski wybór” wygląda. 5 marca odbyły się tam huczne obchody 66. rocznicy śmierci Romana Szuchewycza – hitlerowskiego kolaboranta, twórcy i dowódcy Ukraińskiej Powstańczej Armii, czołowego inspiratora i organizatora ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. W uroczystościach ku czci Szuchewycza brały udział nie tylko władze państwowe i samorządowe oraz duchowieństwo. Włączono do nich także młodzież szkolną, która ubrana w czarne koszule i czerwone krawaty (barwy OUN-Banderowców) maszerowała z czerwono-czarnymi flagami OUN-B oraz portretami Bandery i Szuchewycza, śpiewając banderowskie pieśni. Przy okazji Poroszenko po raz kolejny nazwał zbrodniarzy z UPA „bohaterami”[3].

O tych faktach nie informowały wiodące polskie media i nie zauważył ich też minister Szczerski. Uporczywe niezauważanie postępującej faszyzacji Ukrainy jest bowiem kolejną konstytutywną cechą obozu polskiej rusofobii, do którego wybitnych przedstawicieli zalicza się niewątpliwie minister Szczerski.

Faszyzacja przestrzeni publicznej nie jest jednak rzeczywistością tylko i wyłącznie Ukrainy. Dotyczy ona także państw bałtyckich i innych krajów byłego bloku wschodniego, które po zmianie ustroju zostały poddane tzw. rozwojowi zależnemu.

Ku czci Waffen-SS

Mimo negatywnego stanowiska premiera Łotwy Marisa Kučinskisa władze Rygi wydały pozwolenie na zorganizowanie 16 marca marszu ku czci łotewskich esesmanów. Tego dnia na Łotwie obchodzony jest dzień pamięci Ochotniczego Legionu Łotewskiego Waffen-SS, utworzonego 16 marca 1943 roku[4]. Międzynarodowe protesty nie powstrzymały tegorocznego marszu weteranów Waffen-SS i ich epigonów w stolicy Łotwy, tak jak i nie powstrzymały podobnych marszy w latach poprzednich[5]. Podczas drugiej wojny światowej po stronie III Rzeszy walczyło około 150 tys. Łotyszy. Służyli oni w Ochotniczym Legionie Łotewskim Waffen-SS, składającym się z 15. i 19. Dywizji Grenadierów Waffen-SS (1. i 2. łotewska), Łotewskim Legionie Luftwaffe, dywizjach niemieckich oraz batalionach policyjnych[6]. Popełnili wiele zbrodni wojennych. Jedną z nich była zbrodnia w Podgajach z 2 lutego 1945 roku. Podczas walk na Wale Pomorskim, esesmani z grupy bojowej „Elster” – wchodzącej w skład 15. Dywizji Grenadierów Pancernych Waffen-SS „Lettland” (1. łotewskiej) – dokonali w Podgajach (niem. Flederborn) zbrodni na 32 jeńcach z 3. pułku piechoty 1. Dywizji WP, których związali drutem kolczastym i spalili żywcem w stodole[7]. Marsze ku czci łotewskich esesmanów są organizowane w Rydze regularnie od 1990 roku. W 1998 roku rocznica powstania Legionu Łotewskiego Waffen-SS została ustanowiona przez rząd Łotwy świętem narodowym. Po międzynarodowych protestach obniżono rangę tego święta w 2000 roku do narodowego dnia pamięci.

Nie inaczej jest w sąsiedniej Estonii. Tam z kolei podobnym świętem jest 28 sierpnia – rocznica rozpoczęcia przez niemieckie władze okupacyjne w 1942 roku werbunku do Estońskiego Ochotniczego Legionu Waffen-SS, który po wielu zmianach organizacyjnych przybrał ostatecznie formę 20. Dywizji Grenadierów Waffen-SS (1. estońskiej). Brała ona udział w walkach pod Narwą oraz na Dolnym Śląsku i w Czechach. Przedtem jednak estońscy esesmani uczestniczyli w akcjach antypartyzanckich na zapleczu frontu wschodniego, popełniając masowe zbrodnie na ludności cywilnej. Dowodził nimi wówczas SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach-Zelewski, późniejszy kat powstańczej Warszawy. Niezależnie od 30 tys. Estończyków służących w Waffen-SS dalsze tysiące służyły w pułkach straży granicznej SS, niemieckiej policji porządkowej i Wehrmachcie[8].

Na Litwie kultem otaczany jest tzw. Legion Plechavičusa (Litewski Korpus Lokalny – LVR) – zbrodnicza formacja kolaboracyjna w służbie III Rzeszy, a na Ukrainie 14. Ochotnicza Dywizja Grenadierów Waffen-SS „Galizien” (1. ukraińska), której rocznica utworzenia (27 kwietnia 1943 roku) jest od lat hucznie świętowana we Lwowie i innych miastach zachodniej Ukrainy. Gloryfikacja dywizji SS-Galizien obok gloryfikacji OUN-UPA stała się fundamentem, na którym budowana jest tożsamość narodowo-polityczna pomajdnowej Ukrainy.

W Chorwacji czci się ustaszy oraz esesmanów z 7. Ochotniczej Dywizji Górskiej „Prinz Eugen”, a w Bośni i Hercegowinie esesmanów z 13. Ochotniczej Bośniacko-Hercegowińskiej Dywizji Górskiej Waffen-SS „Handschar” (1. chorwacka, faktycznie muzułmańska). Na Węgrzech i w Rumunii nie są rzadkością rekonstrukcje historyczne i inne obchody upamiętniające udział tych państw w wojnie u boku Hitlera na froncie wschodnim.

Wreszcie na Litwie, Łotwie i w Estonii krzewi się kult tzw. „leśnych braci” (tamtejszych „żołnierzy wyklętych”), czyli antykomunistycznej partyzantki z lat 1944-1953, złożonej niejednokrotnie z byłych esesmanów i kolaborantów hitlerowskich.

Kreowanie wroga zastępczego

Czy kult OUN-UPA na Ukrainie, formacji SS w Estonii, na Łotwie i Ukrainie, formacji kolaboracyjnych na Litwie oraz ustaszy w Chorwacji stoi w sprzeczności z tzw. wartościami europejskimi, do których odwołuje się Unia Europejska i panująca w niej ideologia poprawności politycznej? Tylko pozornie. Faszyzacja przestrzeni publicznej tych krajów jest nie tylko tolerowana na Zachodzie, ale stamtąd inspirowana. Stanowi bowiem narzędzie politycznej kontroli społeczeństw krajów będących peryferiami świata euro-atlantyckiego. Cechą kraju peryferyjnego – czyli kraju podlegającego tzw. rozwojowi zależnemu albo zarządowi zewnętrznemu – jest to, że jego życie polityczne, ekonomiczne, kulturalne i społeczne zostało uwarunkowane przez dominację zewnętrznego ośrodka centralnego.

Kraj peryferyjny charakteryzuje się m.in. posiadaniem kompradorskiej i z reguły skorumpowanej elity, która jako jedyna jest dopuszczona do awansu materialnego, w zamian za co nie jest zainteresowana emancypacją od zewnętrznego ośrodka centralnego. Kwestią kluczową w kraju peryferyjnym jest pacyfikacja pozostałej części społeczeństwa, czyli utrzymywanie stałej kontroli jego zachowań i kanalizowanie potencjalnego niezadowolenia. Cel ten osiąga się poprzez odpowiednią indoktrynację (terror psychologiczny), której kluczowym elementem jest kreowanie wroga zastępczego. W ten sposób niezadowolenie społeczne, wynikające z pauperyzacji ekonomicznej, kierowane jest nie przeciw kompradorskiej elicie rządzącej i zewnętrznemu ośrodkowi centralnemu (UE, USA), ale przeciw wrogowi zastępczemu, którym z reguły jest Rosja, „rosyjska agentura”, „komuna”, „endokomuna”, „żydokomuna”, „lewactwo” itd.

Temu służy odpowiednie preparowanie historii oraz kult faszystowskich formacji i organizacji na Ukrainie, w Chorwacji i w krajach bałtyckich. Natomiast w Polsce w ten sam nurt wpisuje się kult tzw. żołnierzy wyklętych, który pełni podobną funkcję. Jest mianowicie elementem propagandy totalnie dyskredytującej PRL. Ta dyskredytacja wynika nie tylko z tego, że Polska po 1989 roku jest budowana na negacji PRL, ale także z tego, że im bardziej projekt III/IV RP okazuje się uciążliwy dla społeczeństwa tym bardziej trzeba mu obrzydzać PRL.

Chciałbym być dobrze zrozumiany. Ja nie etykietuję – wzorem propagandy PRL – powojennego podziemia zbrojnego jako „faszystów”. Chociaż gwoli sprawiedliwości trzeba przypomnieć, że tym mianem określał to podziemie także będący w zdecydowanej opozycji do komunistów niezależny polityk PPS, Zygmunt Zaremba[9]. Tzw. żołnierze wyklęci znaleźli się w jednym szeregu z UPA, litewskimi szaulisami oraz łotewskimi i estońskimi esesmanami nie dlatego, że tak jak tamci byli jawnymi faszystami, ale dlatego, że propaganda kreowana przez IPN i PiS ich tam postawiła. A Polskę postawiła równocześnie w gronie państw pokonanych w drugiej wojnie światowej.

Zamiast pokazać złożoność ówczesnej sytuacji politycznej, różnorodność postaw i skomplikowanych losów oraz tragizm wyborów moralnych, zamiast wyciągnąć z tej bolesnej lekcji historii jakieś wnioski na przyszłość stworzono infantylny mit o „wyklętych” i „niezłomnych”. Bo nie o wnioski z historii tu chodzi, ale o mit właśnie. Mit ten stanowi ważny element terroru psychologicznego, który obok terroru ekonomicznego (strukturalne bezrobocie, system podatkowy, emigracja zarobkowa) jest narzędziem pacyfikacji społeczeństw krajów peryferyjnych. W Polsce terror psychologiczny ma trzy cele: podtrzymywanie nieustannej nienawiści do Rosji utożsamianej z ZSRR, żeby zniweczyć w zarodku potencjalną alternatywę geopolityczną, całkowite zdyskredytowanie i wymazanie z historii PRL, żeby nie można było odwoływać się do tego okresu jako alternatywy dla rzeczywistości stworzonej po 1989 roku oraz kreowanie wroga zastępczego w postaci ludzi zdolnych do samodzielnego myślenia. To nie przeciw kompradorskiej władzy, ale przeciw takim ludziom – etykietowanym jako „lewacy”, „endokomuna”, „rosyjska agentura wpływu” itp. – ma się kierować agresja tłumu. Takim i tylko takim celom służy obecna polityka historyczna, w tym kult tzw. żołnierzy wyklętych.

Na marginesie warto zwrócić uwagę, że sama nazwa „żołnierze wyklęci” jest nazwą ahistoryczną. Została wymyślona w latach 90. XX wieku w kręgu działaczy marginalnej wówczas Ligi Republikańskiej. W latach 1945-1948 nikt nie używał określenia „żołnierze wyklęci”. Ich zwolennicy mówili o podziemiu albo konspiracji, zaś ich przeciwnicy o „leśnych bandach”. Przy czym do tych przeciwników, oprócz komunistów i funkcjonariuszy UB, należeli także Stanisław Mikołajczyk, Karol Popiel, Bolesław Piasecki, Zygmunt Zaremba i Zygmunt Żuławski oraz większość polityków byłego rządu na wychodźstwie w Londynie. Różne też były motywacje działalności „żołnierzy wyklętych”. Oprócz motywacji politycznej (czekanie na trzecią wojnę światową), zagrożenia represjami lub deportacją na Syberię, nierzadko miało też miejsce nieprzystosowanie do życia cywilnego, wynikające ze zdemoralizowania wojną.

Kreowanie członków polskiego podziemia antykomunistycznego na „niezłomnych bohaterów”, którzy ponoć jako jedyni zajęli właściwą postawę polityczną po 1945 roku, jest takim samym zabiegiem ahistorycznym jak kreowanie UPA na narodową partyzantkę ukraińską (podczas gdy było to tylko zbrojne ramię OUN), walczącą nie tylko z ZSRR, ale podobno też z Niemcami, czy kreowanie estońskich, łotewskich i ukraińskich formacji SS oraz litewskich formacji kolaboracyjnych na obrońców Europy przed „sowiecką zarazą”. Zabieg ten służy zresztą temu samemu celowi, wskazanemu powyżej.

Do niedawna wydawało się, że peryferyjnej polityki historycznej nie pozwoliła sobie narzucić Słowacja. Po próbach rehabilitacji Josefa Tiso i sprzymierzonego z Niemcami faszystowskiego państwa słowackiego (1939-1945) – podejmowanych w latach 1990-2006 – nastąpiło zdecydowane odrzucenie tych tendencji przez Roberta Fico i jego lewicowo-narodową partię SMER-SD. Przywrócono kult Słowackiego Powstania Narodowego (1944), które było i jest dyskredytowane przez słowacką prawicę jako „komunistyczne”. Jednakże trwałość polityki historycznej premiera Fico stawia pod znakiem zapytania niedawny sukces wyborczy Partii Ludowej Nasza Słowacja, której lider Marian Kotleba znany jest z gloryfikacji reżimu księdza Tiso i słowackiego udziału w wojnie po stronie Niemiec[10].

Peryferyjna polityka historyczna

Ahistoryczny kult podziemia antykomunistycznego w Polsce, połączony z tezą, że Polska w 1945 roku jakoby przegrała wojnę i przeszła pod drugą okupację oraz biadoleniem á la Zychowicz nad tym, że podczas wojny Polska nie była sojusznikiem III Rzeszy, ma daleko idące konsekwencje. Najważniejszą z nich jest ta, że Polska automatycznie wypisuje się ze zwycięskiej koalicji antyhitlerowskiej i wchodzi do obozu pokonanych kolaborantów III Rzeszy, gdzie zajmuje miejsce obok banderowców, estońskich, litewskich i łotewskich faszystów oraz chorwackich ustaszy. Widać to było doskonale podczas uroczystości 70. rocznicy zakończenia drugiej wojny światowej, zorganizowanych 7 maja (sic!) 2015 roku na Westerplatte, gdzie prezydent Komorowski zaprosił prawie wyłącznie przedstawicieli krajów, które były kolaborantami III Rzeszy i drugą wojnę światową rzeczywiście przegrały.

Nie wiem czy kreatorzy i zwolennicy takiej polityki historycznej wiedzą, że jedną z konsekwencji umieszczenia Polski w gronie państw pokonanych w drugiej wojnie światowej, są „polskie obozy koncentracyjne” i „polskie SS”, nagminnie pojawiające się w zachodnim przekazie medialnym i publicystycznym. Nie wiem czy odbiorcy tej propagandy wiedzą, że taką a nie inną politykę historyczną w Polsce i wspomnianych krajach Europy Środkowo-Wschodniej kreuje lobby niemieckie oraz że jest ona częścią operacji wybielania Niemiec i przerzucania odpowiedzialności za ich zbrodnie na inne kraje.

Pisząc to nie mam głębszej nadziei, że trafię do szerszego grona polskich umysłów przy obecnym natężeniu propagandy zamykającej historię Polski z lat 1939-1989 w oderwane od rzeczywistości klisze. Najwidoczniej w wyniku intensywnej tresury od 1989 roku Polacy polubili na tyle status społeczeństwa peryferyjnego, że nie są w stanie wyjść nie tylko poza ramy peryferyjnej polityki gospodarczej i zagranicznej, ale także poza ramy peryferyjnej polityki historycznej.

[1] Szczerski: „Polska jest adwokatem europejskiego wyboru Ukrainy”, http://www.kresy.pl, 5.03.2016.

[2] Jean-Claude Juncker: Ukraina nie wejdzie do Unii w ciągu najbliższych 20-25 lat, http://www.kresy.pl, 3.03.2016.

[3] Na Ukrainie uczczono pamięć kata Polaków, Romana Szuchewycza, http://www.kresy.pl, 5.03.2016; Batalion Azow uczcił pamięć mordercy Polaków podczas marszu ulicami Lwowa, http://www.kresy.pl, 6.03.2016; Украинские школьники (Бандеровцы) снова спели песню о Бандере на школьных соревнованиях!, http://www.youtube.com, 3.03.2016.

[4] Łotwa: jest zgoda na marsz ku czci Waffen-SS, http://www.kresy.pl, 6.03.2015.

[5] Marsz weteranów Waffen-SS w Rydze, http://www.fakty.interia.pl, 16.03.2016.

[6] Ch. Bishop, Dywizje Waffen-SS 1939-1945, Warszawa 2015, s. 142-143, 158-159.

[7] M. Maciejowski, Podgaje: niewyjaśniona zbrodnia, „Pamięć.pl” nr 2, Warszawa 2013, s. 53-55.

[8] R. Michaelis, Estończycy w Waffen-SS, Warszawa 2010.

[9] Z. Zaremba, Polska nie będzie się wstydzić swojego Podziemia, „Światło”, zeszyt 3-4, Paryż 1948.

[10] T. Maćkowiak, Szok na Słowacji. Świetny wynik faszystów, http://www.polityka.pl, 7.03.2016.

Faszyzacja peryferii

http://mysl-polska.pl/829

http://www.prawica.net/3895

Bohdan Piętka

Oświęcim, 24 marca 2016 r.

Skąd się wzięło „polskie SS”?

Tuż po zakończeniu obchodów 71. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz „Le Figaro” opublikował artykuł o procesie byłego esesmana, w którym użył określenia „polski obóz zagłady”. Wedle „Le Figaro” 93-letni Ernst Tremmel „jest oskarżony o to, że nadzorował trzy transporty Żydów deportowanych z Berlina, Drancy we Francji oraz Westerbork w Holandii. Kilku innych strażników SS w Auschwitz oraz w kolejnym polskim obozie zagłady – Majdanku także jest przedmiotem śledztwa, co pokazuje gotowość Niemiec do rozliczenia dawnych nazistów z ich zbrodni”[1]. Niemcy rozliczają dawnych nazistów za zbrodnie popełnione w polskich obozach – tego typu pisanie o niemieckich obozach koncentracyjnych jest już standardem w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej od co najmniej ćwierć wieku. Obecnie jednak operacja przerzucania odpowiedzialności za zbrodnie hitlerowskie z Niemiec na Polskę przeszła na wyższy etap.

Już nie „polskie obozy”, ale „polscy esesmani”

Ostatnio zasygnalizował to m.in. Joël Mergui – prezydent Centralnego Konsystorza Izraelskiego we Francji – który 6 stycznia 2016 roku na antenie francuskiej telewizji I-Télé stwierdził, że „w imię judaizmu wspólnota żydowska nigdy nie powstała ani żeby zniszczyć Hiszpanię, która ich (Żydów – uzup. BP) wypędziła, ani Polskę, która ich zagazowała”[2]. Cztery miesiące wcześniej irlandzki historyk z uniwersytetu w Cork (University College Cork) i zarazem doradca Muzeum Żydowskiego w Dublinie, dr Kevin McCarthy, napisał na łamach „Belfast Telegraph”, iż „Polacy nie mogą zaprzeczyć, że odegrali swoją rolę w tragedii Auschwitz”. Jego artykuł był odpowiedzią na protesty mieszkającej w Irlandii Polki Kaji Kazimierskiej wobec przypisywania Polsce odpowiedzialności za zagładę Żydów. „Technicznie rzecz biorąc – napisał McCarthy – Kaja Kazimierska mówi prawdę, kiedy stwierdza, że obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau znajdował się na terenie okupowanej przez Niemców Polski i nie był kontrolowany przez niezależny polski rząd. Ale powód ku temu jest prosty: naziści wiedzieli, że Polska ze swoim głęboko zakorzenionym antysemityzmem była najprawdopodobniej jedynym krajem pod kontrolą Niemiec, który zaakceptowałby zaistnienie takiego centrum eksterminacji”. Jego zdaniem „antysemityzm był historycznie tak mocno wrośnięty” w naród polski, że „4 lipca 1946 roku, zaledwie 16 miesięcy po wyzwoleniu obozu Auschwitz, rozwścieczona polska społeczność w Kielcach rozpoczęła serię brutalnych pogromów; w mieście zamordowanych zostało 50 osób ocalałych z Holocaustu”. W konkluzji McCarthy podkreślił, że „to wrodzone antysemickie poglądy na świat były powodem, dla którego naziści zlokalizowali obozy koncentracyjne w Polsce”[3].

Nie są to nowe kłamstwa i oszczerstwa zarazem. Pewną nowością jest natomiast u McCarthy’ego teoria o „wrodzonym antysemityzmie” Polaków. Dotychczas bowiem tak stanowczo propagował ją Jan T. Gross. Dlaczego antysemityzm jest „wrodzony” tylko u Polaków autorzy ci nie wyjaśniają.

Tzw. pedagogika wstydu, zapoczątkowana przez Jana T. Grossa na początku XXI wieku, także przeszła na poziom wyższy, w którym Polacy już nie są incydentalnymi współsprawcami zagłady Żydów, ale – obok Niemców – sprawcami głównymi. Zwieńczeniem pedagogiki wstydu, uprawianej kilkanaście lat przez Alinę Całą, Barbarę Engelking-Boni, Jana Grabowskiego, Jana T. Grossa, Pawła Śpiewaka i Andrzeja Żbikowskiego, stało się odkrycie – autoryzowane przez Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie – że Polacy podczas drugiej wojny światowej zamordowali jakoby od 120 do 200 tys. Żydów[4].

W ten nurt przerzucania odpowiedzialności za zagładę Żydów na Polskę i Polaków wpisał się też prezydent Bronisław Komorowski, który w liście z okazji 70. rocznicy mordu w Jedwabnem, odczytanym podczas uroczystości 10 lipca 2011 roku przez Tadeusza Mazowieckiego, stwierdził, że „naród ofiar… bywał także sprawcą”[5]. Tak mocno nie postawił sprawy w odniesieniu do Niemiec i Niemców żaden przywódca Republiki Federalnej Niemiec, ani nikt inny po 1945 roku. Mimo że nazizm cieszył się poparciem przytłaczającej większości Niemców od początku do końca istnienia III Rzeszy, nigdy nie oskarżano Niemców jako narodu o sprawstwo zbrodni popełnionych przez III Rzeszę. Od początku w tej kwestii oddzielano „hitlerowców” i „nazistów” od narodu niemieckiego. Z czasem oddzielono ich tak konsekwentnie, że obecnie na Zachodzie mało kto do rzeczownika „naziści” dodaje przymiotnik „niemieccy”. Tymczasem prezydent Komorowski stwierdził wprost, że za Jedwabne ponoszą winę Polacy jako naród i to poszło w świat.

Jeżeli zdaniem głowy państwa nie pojedyncze osoby, ale cały naród polski był sprawcą zagłady Żydów, to nie może dziwić, że znajduje to swoje odzwierciedlenie w publikacjach i wypowiedziach pojawiających się na Zachodzie. Oprócz wypowiedzi Kevina McCarthy’ego i Joëla Mergui pojawiła się ostatnio publikacja, gdzie jest mowa o „polskim SS”. Skoro były „polskie obozy”, a naziści byli bezprzymiotnikowi (w domyśle też „polscy”), to i musiało być „polskie SS”. Jeśli od kilkudziesięciu lat wszelkimi sposobami – na płaszczyźnie literackiej, publicystycznej, naukowej, medialnej i politycznej – nakręca się kampanię kreowania polskiej odpowiedzialności za Holokaust, to kampania ta musi podlegać regułom postępującej radykalizacji.

O „polskim SS” jest mowa na stronie 178 publikacji „Flight and Freedom. Stories of Escape to Canada”, wydanej we wrześniu 2015 roku przez kanadyjskie wydawnictwo „Between the Lines”. Autorami tej książki są Ratna Omidvar – adwokat i bojowniczka o prawa człowieka rodem z Indii, oraz Dana Wagner – pracownik naukowy Uniwersytetu Ryerson w Toronto, gdzie zajmuje się stosunkami międzynarodowymi. Ich publikacja jest zbiorem wywiadów z uchodźcami i ofiarami wojen, czystek etnicznych, ludobójstw i dyktatur. Autorki zgromadziły całą mozaikę, wrzucając do jednego worka ofiary różnych wojen w Afganistanie, Etiopii, Laosie, Salwadorze, Somalii, Sri Lance i Wietnamie, dyktatur w Chile, Myanmarze (Birmie), Iranie i Ugandzie, ludobójstw w Bośni i Hercegowinie, Kambodży, Rwandzie i Imperium Osmańskim. Nie zabrakło oczywiście rozdziału mówiącego o ofierze Holokaustu. Jest to rozdział 25 zatytułowany „Max Farber, Poland”[6]. Przedstawia on historię polskiego Żyda Maxa Farbera, którą opowiada jego syn Bernie M. Farber (ur. 1951) – dyrektor wykonawczy Instytutu Mojżeszowego (Mosaic Institute) w Toronto, wieloletni wysoki funkcjonariusz Kanadyjskiego Kongresu Żydowskiego oraz Centrum na Rzecz Spraw Izraelskich i Żydowskich (Centre for Israel and Jewish Affairs), znany m.in. z kampanii sprzeciwu wobec beatyfikacji papieża Piusa XII z powodu jego domniemanej obojętności wobec Holokaustu.

Strona tytułowa publikacji „Flight and Freedom. Stories of Escape to Canada”. Fot. www.btlbooks.com

Strona tytułowa publikacji „Flight and Freedom. Stories of Escape to Canada”. Fot. http://www.btlbooks.com

Z opowieści Berniego M. Farbera dowiadujemy się, że jego ojciec Max pochodził z okolic Sokołowa Podlaskiego, gdzie Żydzi żyli względnie spokojnie (relative calm) w okresie „sowieckiej Polski” (Soviet Poland – sic!), czyli w latach 1939-1941. Spokój ten zakłóciła dopiero agresja Niemiec na ZSRR 22 czerwca 1941 roku. Pierwsza żona Maxa Farbera, jego dwoje dzieci oraz siedmioro braci i sióstr zostało zamordowanych w ośrodku zagłady bezpośredniej w Treblince. Niestety czytelnik nie dowiaduje się, że zostali zamordowani przez Niemców i dlaczego Max Farber nie został zamordowany razem z nimi. Kto go ocalił? Jakim cudem znalazł się po wojnie w Kanadzie? Jest natomiast mowa o „polskim SS”[7].

Nie wierzę w to, że pan Bernie Farber oraz specjalistka od stosunków międzynarodowych Ryerson Univeristy nie wiedzą kto był sprawcą Holokaustu i że nie było żadnego „polskiego SS”. Nawet na Zachodzie są dostępne publikacje, z których można się dowiedzieć, że wśród 38 dywizji Waffen-SS znajdowały się dywizje złożone z Albańczyków, Austriaków, Azerów, Belgów, Białorusinów, Bośniaków, Chorwatów, Duńczyków, Estończyków, Finów, Francuzów, Holendrów, Łotyszy, Niemców, Norwegów, Rosjan, Tatarów krymskich, Ukraińców, Węgrów i Włochów. Nie było natomiast dywizji Waffen-SS ani żadnej innej formacji SS złożonej z Polaków[8]. Próby utworzenia przez Niemców polskiej formacji Waffen-SS, podejmowane w latach 1942-1944, zakończyły się niepowodzeniem z powodu braku większej ilości ochotników[9], co wydaje się dziwne chociażby w kontekście enuncjacji panów McCarthy’ego i Grossa na temat „wrodzonego antysemityzmu” Polaków. Informacje na ten temat można uzyskać nawet z Wikipedii. Zatem w wypadku Berniego Farbera, Ratny Omidvar i Dany Wagner najprawdopodobniej nie mamy do czynienia z ignorancją, ale ze świadomą dezinformacją, która została podyktowana udziałem tych osób w operacji kreowania Polski jako winowajcy zastępczego zagłady Żydów.

Podobnie jak działacze Reduty Dobrego Imienia-Polskiej Ligi przeciw Zniesławieniom uważam za niepoważne tłumaczenie autorek, że pisząc o „polskim SS” popełniły „błąd gramatyczny”[10]. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat w zachodnim piśmiennictwie nagromadziło się zbyt dużo tych „błędów gramatycznych” związanych z nazewnictwem obozów, formacji i zbrodni III Rzeszy Niemieckiej. Ich nagminne pojawianie się daje podstawę do wyciągnięcia wniosku, że jest to akcja celowa i odgórnie koordynowana.

Operacja kreowania winowajcy zastępczego

Nie jest tajemnicą, że „polskie obozy koncentracyjne” zostały wymyślone przez Alfreda Benzingera – w okresie drugiej wojny światowej sierżanta tajnej policji polowej Wehrmachtu (Geheime Feldpolizei), a po jej zakończeniu szefa Agencji 114 (Dienststelle 114). Była to tajna komórka zachodnioniemieckich służb wywiadowczych, służąca jako przykrywka dla działalności byłych nazistów w tych służbach. Początkowo wchodziła w skład tzw. Organizacji Gehlena – niemieckiej służby wywiadowczej utworzonej w 1945 roku z inicjatywy Amerykanów przez byłego generała Wehrmachtu Reinharda Gehlena, który podczas drugiej wojny światowej kierował specjalną służbą wywiadowczą o nazwie Obce Armie Wschód (formalnie był to XII Wydział Sztabu Generalnego Dowództwa Wojsk Lądowych). Po przyjęciu RFN do NATO w 1955 roku Organizację Gehlena przekształcono rok później w Federalną Służbę Wywiadowczą (Bundesnachrichtendienst-BND). Agencja 114 została włączona do BND dopiero w 1960 roku. Zajmowała się wywiadem wymierzonym w ZSRR oraz zwalczaniem krajowych ruchów lewicowych i pacyfistycznych.

Znacznie wcześniej, bo w 1956 roku, Agencja 114 zaprojektowała tajną operację wybielania niemieckiej odpowiedzialności za zbrodnie III Rzeszy. Benzinger zaproponował, żeby wprowadzić do obiegu medialnego określenie „polskie obozy koncentracyjne (zagłady)”, a zarzuty o kłamstwo i manipulację odpierać tłumaczeniem, że termin ten odnosi się do lokalizacji geograficznej. „Odrobina fałszu w historii po latach może łatwo przyczynić się do wybielenia historycznej odpowiedzialności Niemiec za Zagładę” – miał wówczas powiedzieć Benzinger[11].

Tak rozpoczęła się, trwająca już ponad pół wieku, kampania przerzucania odpowiedzialności za zagładę Żydów z Niemiec na Polskę. W kampanii tej bynajmniej nie uczestniczyły tylko zachodnioniemieckie służby wywiadowcze. Nie będę szerzej analizował dlaczego w operacji kreowania winowajcy zastępczego w postaci Polski tak szeroki udział brali i biorą dziennikarze, publicyści, reżyserzy, historycy i osoby publiczne narodowości żydowskiej lub pochodzenia żydowskiego. Bliżej to zagadnienie zostało omówione w publicystyce m.in. Pawła Lisickiego, Stanisława Michalkiewicza, Jerzego Roberta Nowaka, czy Bogusława Wolniewicza. Aczkolwiek trzeba też przyznać, że byli Żydzi protestujący przeciwko takiemu fałszowaniu historii i zniesławianiu Polski. Należał do nich m.in. były więzień Auschwitz i historyk, wieloletni dyrektor Instytutu Pamięci Yad Vashem, prof. Israel Gutman (1923-2013), który stwierdził, że używanie określenia „polskie obozy koncentracyjne” jest jedną z form negowania Holokaustu. Natomiast w 2005 roku Amerykański Kongres Żydowski uznał takie określenie niemieckich obozów za „mylące i szkodliwe”.

Po raz pierwszy o „polskich obozach śmierci” była mowa w sztuce Arthura Millera „Incydent w Vichy”, którą wystawiono w Nowym Jorku w 1964 roku. Od tamtego czasu termin ten był używany tysiące razy przez media, głównie zachodnie. Prawdziwa plaga pisania o „polskich obozach” nastąpiła po 1989 roku. Według polskiego MSZ tylko w 2009 roku określenie to pojawiło się 103 razy, w tym 20 razy w mediach niemieckich, po 16 razy w mediach amerykańskich i hiszpańskich, 8 razy w Austrii, 6 razy w Kanadzie, 5 razy we Francji oraz po jednym razie na Słowacji, w Serbii i Irlandii. Określenia „polskie obozy” używały dotychczas media amerykańskie (m.in. „Boston Globe”, „New York Times”, „New York Daily News”, ABC News, CBS News), brytyjskie (m.in. „The Guardian”, TV Channel 4 News), włoskie („Corriere della Sera”, „Il Sore 24 Ore”, „La Repubblica”, „La Stampa”, „L’Unitá”, agencja ANSA), francuskie (m.in. „Le Figaro”, „Le Monde”), belgijskie („Metro”), norweskie („Avisa Sor-Trondelag”), słowackie (TV TA3, STV), rosyjskie (m.in. RIA Novosti, RT), izraelskie (m.in. „Haaretz”), niemieckie („Bild”, „Der Spiegel”, „Der Tagesspiegel”, „Die Welt”, „Die Zeit”, „Focus”, „Junge Welt”, „Rheinische Post”, „Stern”, „Süddeutsche Zeitung”, „Thurgauer Zeitung”, „Westdeustche Zeitung”, agencja DPA, niemiecki Reuters), a także argentyńskie, australijskie, brazylijskie, bułgarskie, czeskie, fińskie, hiszpańskie, irlandzkie, kanadyjskie, luksemburskie, macedońskie, norweskie, portugalskie, słoweńskie, szwajcarskie, wenezuelskie i węgierskie[12]. Terminu „polskie obozy” użyło też kilkakrotnie Centrum Szymona Wiesenthala, które wydawałoby się powinno doskonale wiedzieć czyje były obozy istniejące podczas drugiej wojny światowej na okupowanych przez Niemcy ziemiach polskich. Określenia „polish death camp” użył 29 maja 2012 roku podczas oficjalnego wystąpienia z okazji pośmiertnego uhonorowania Jana Karskiego prezydent USA Barack Obama. Stosowali go też w swoich wypowiedziach inni politycy amerykańscy (m.in. senator Sam Brownback).

Wspomniane media zwykle uzasadniają używanie nazwy „polskie obozy” lokalizacją geograficzną największych obozów koncentracyjnych i ośrodków zagłady, stworzonych przez III Rzeszę. Takie stanowisko zajęła też m.in. norweska Rada Etyki Mediów uznając, że określenie „polski obóz koncentracyjny” nie narusza zasad dziennikarstwa[13]. Istnieją jednak przynajmniej dwa środowiska, które nie ukrywają, że o „polskich obozach” mówią dosłownie. Są to ślązakowcy i neobanderowcy, którzy głoszą, że Polska po 1945 roku jakoby dokonała masowych zbrodni na Ślązakach i Ukraińcach właśnie w „polskich obozach koncentracyjnych” (chodzi im m.in. o obozy internowania w Jaworznie i Świętochłowicach).

Stosowanie przez niektórych zachodnich autorów terminu „polskie obozy” niejednokrotnie zawiera wyraźny podtekst, że były one „polskie” bynajmniej nie ze względu na swoje położenie. Przykładem tego jest chociażby Alan M. Dershowitz – adwokat rabina Avrahama Weissa (organizatora prowokacji w oświęcimskim Karmelu w 1989 roku) – który w swojej książce „Hucpa” napisał, iż Żydów „zagazowano w olbrzymich polskich obozach zagłady w Auschwitz-Birkenau, Treblince, Bełżcu, Chełmnie i Sobiborze[14].

Niemiecki historyk Dieter Schenk w wypowiedzi dla Polskiego Radia w październiku 2013 roku uznał, że w jego kraju określenie „polskie obozy zagłady” używane jest celowo i jest to świadoma manipulacja. Wezwał też rząd polski do bezwzględnej walki z tego typu przekłamaniami[15]. Wkrótce organy polskiego państwa pokazały jak prowadzą taką walkę. Okazją ku temu był wniosek niemieckiej Polonii o ściganie przez polski wymiar sprawiedliwości niemieckiego dziennika „Rheinsche Post”, na którego łamach w sierpniu 2013 roku napisano o „polskich obozach” i „polskich gettach”. Wyciągnięcie konsekwencji prawnych wobec tej gazety uniemożliwiła prokurator Mariola Reda-Pieczeniewska z Prokuratury Rejonowej dla Warszawy-Mokotowa, która uznała, że autorzy publikacji nie mieli zamiaru znieważenia narodu polskiego, ponieważ podobno chcieli jedynie wskazać, iż obozy i getta były na ziemiach polskich[16].

Od „polskich obozów” do „Nazi Poland”

Z czasem obok używania nazwy „polskie obozy” jako rzekomego określenia ich lokalizacji geograficznej rozpoczęło się sugerowanie wprost polskiego udziału w zagładzie Żydów podczas drugiej wojny światowej. W popularnym amerykańskim serialu telewizyjnym „Holocaust” z 1978 roku krwawej pacyfikacji getta warszawskiego w 1943 roku dokonuje razem z SS oddział żołnierzy ubrany w polskie mundury i z orzełkami na rogatywkach (pierwowzór „polskiego SS”?). W wydanej rok później powieści amerykańskiego pisarza Williama Styrona „Wybór Zofii” (zekranizowanej przez Alana Pakulę w 1982 roku) plan zagłady Żydów opracowuje dla III Rzeszy Polak-profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. W tym nurcie sytuuje się też paszkwilanckie pisarstwo wielu autorów, głównie żydowskiego pochodzenia (m.in. Jerzy Kosiński), o których szerzej wspomniałem w swoim artykule „Kto neguje Holokaust?”, publikowanym na łamach „Myśli Polskiej”. Do tego nurtu zalicza się także tzw. pedagogika wstydu, czyli uznawana w niektórych kręgach za naukową publicystyka historyczna Jana Tomasza Grossa, Jana Grabowskiego i innych autorów.

Nie można zatem wykluczyć, że określenie „polskie SS” w publikacji „Flight and Freedom. Stories of Escape to Canada” jest fragmentem wyższego etapu operacji kreowania winowajcy zastępczego niemieckich zbrodni z okresu drugiej wojny światowej.

Bezpośredniego oskarżenia Polski o zagładę Żydów podczas drugiej wojny światowej dokonał po raz pierwszy w 1994 roku Norman F. Cantor – profesor historii na New York University – który w swojej książce „The Sacred Chain. The History of the Jews” napisał, że współudział Polaków w zagładzie Żydów „był znaczący i nie podlegający dyskusji (…). Polscy katolicy tysiącami pracowali w obozach koncentracyjnych i komandach śmierci (…). Polscy katolicy tysiącami uczestniczyli w obsłudze obozów koncentracyjnych i plutonów egzekucyjnych”[17]. W tym samym roku Andrew Kendall – redaktor naczelny największej kanadyjskiej gazety codziennej „The Toronto Star” – oskarżył Armię Krajową o masowe zbrodnie na Żydach, a rząd polski na uchodźstwie o rzekome opóźnianie informacji o zagładzie Żydów[18]. Drogę Cantorowi i Kendallowi utorował niewątpliwie Reuben Ainsztein – brytyjski publicysta żydowskiego pochodzenia – który w wydanej w 1974 roku w USA książce „Jewish resistance in Nazi-occupied Eastern Europe” napisał, że „wielu z polskich nazistów, to byli polscy oficerowie i jako takim dano im dowództwo nad oddziałami Armii Krajowej, gdzie robili wszystko, aby zintensyfikować antyżydowską nienawiść”[19].

W 2004 roku dziennikarz Hans-Wilhelm Steinfeld oskarżył Polaków w norweskiej telewizji NHK o dokonanie pogromów lwowskich w 1941 roku, których sprawcami faktycznie byli nacjonaliści ukraińscy. Użył przy tym określenia „polscy naziści we Lwowie”[20]. Efraim Zuroff – dyrektor wspomnianego Centrum Szymona Wiesenthala – w wywiadzie dla „Le Figaro” z 28 stycznia 2005 roku powiedział, że w Polsce istniał „reżim pronazistowski”[21].

Po „polskich obozach” przyszła kolej na „polskie getta” i „Nazi Poland” („nazistowska Polska”). Nic więc dziwnego, że musiało się też pojawić „polskie SS” i bynajmniej nie jest to „błąd gramatyczny”. Sformułowanie „polskie getta” – w odniesieniu do gett żydowskich w okupowanej przez Niemców Polsce – pojawiło się m.in. w kwietniu 2009 roku na internetowym portalu „Gazety Wyborczej” (gazeta.pl)[22]. Terminu „Nazi Poland” – jako rzekomego określenia Polski okupowanej przez Niemcy – używały kilkakrotnie m.in. „Los Angeles Times”, „San Francisco Chronicle”, czy hiszpańskie „Publico”[23]. Stał się on także tytułem książki Fay Walker i Leo Rosen – „Hidden. A Sister and Brother in Nazi Poland”, wydanej w 2002 roku przez Uniwersytet Stanowy Wisconsin. Redaktorem tej książki była Caren S. Neile, przedstawiana na stronie internetowej uniwersyteckiego wydawnictwa jako „zawodowa pisarka i wydawca”[24].

F. Kathleen Foley w recenzji sztuki teatralnej o Jerzym Kosińskim („More Lies About Jerzy”) napisała, że „Jerzy Kosiński wzbudził kontrowersje swoją powieścią „Malowany Ptak”, którą chętnie promował jako autobiograficzną relację ze swego dzieciństwa w nazistowskiej Polsce”[25]. W 2005 roku francuski dziennik „Le Progress” w serii artykułów poświęconych wizycie młodzieży z Lyonu w Muzeum Auschwitz-Birkenau podał m.in., że pierwsze obozy koncentracyjne były otwierane w 1940 roku przez Polaków i że „naziści znaleźli w Polsce warunki do rozwoju obozów”[26].

Nigdy nie zetknąłem się z tym, żeby o jakimkolwiek innym oprócz Polski kraju okupowanym przez III Rzeszę Niemiecką pisano, że był „nazistowski”. Nigdy też nie słyszałem, żeby ktoś nazwał Natzweiler obozem „francuskim”, Malines obozem „belgijskim”, Hertogenbosch obozem „holenderskim”, Terezin obozem „czeskim”, Mauthausen obozem „austriackim”, Kaiserwald obozem „łotewskim”, a Mały Trościeniec obozem „białoruskim” i uzasadniał to lokalizacją geograficzną. Dlaczego więc te „przejęzyczenia” i „błędy gramatyczne” nagminnie pojawiają się tylko w stosunku do Polski?

Nigdy również nie zetknąłem się z tym, żeby reżim Vichy we Francji, rząd Quislinga w Norwegii, albo reżim ludaków na Słowacji były opisywane jako nazistowskie, choć przecież były nazizmowi bliskie, a Francja-Vichy i Słowacja aktywnie współpracowały z III Rzeszą w zagładzie Żydów. Zazwyczaj mówi się w tym wypadku o „satelitach III Rzeszy”. Nigdy nie zetknąłem się, by ktoś mówił o nazistowskiej Danii, chociaż pod okupacją niemiecką działał duński rząd, a nawet parlament. Nigdy nie spotkałem się z określeniem „nazistowskie Węgry”, chociaż po odsunięciu od władzy Miklósa Horthy’ego w 1944 roku Niemcy zainstalowali w tym kraju jawnie nazistowski reżim strzałokrzyżowców. Nigdy nie zetknąłem się, by mówiono o nazistowskiej Rumunii, chociaż reżim Antonescu samodzielnie przeprowadził zagładę 265 tys. Żydów (43 proc. wszystkich Żydów rumuńskich)[27]. Ba, nawet w stosunku do chorwackich ustaszy i ich tzw. Niepodległego Państwa Chorwackiego rzadko pojawia się przymiotnik „nazistowski”, chociaż swoim fanatyzmem i okrucieństwem przewyższali nazistów niemieckich. Rzadko też spotykałem się z nazywaniem obozu zagłady w Jasenovac mianem obozu chorwackiego (najczęściej jest to obóz „faszystowski”), chociaż był to obóz chorwacki – jedyny podczas drugiej wojny światowej nazistowski obóz koncentracyjny założony w Europie przez państwo inne niż III Rzesza Niemiecka.

W przypadku tych państw nikt nigdy się nie „przejęzyczył”. Nie było nazistowskiej Francji, Rumunii i Słowacji oraz nazistowskich Węgier. Nie było nawet nazistowskich Niemiec. Była natomiast „nazistowska Polska” z „polskimi obozami” i „polskim SS”.

W 2007 roku hiszpańska dziennikarka i pisarka Pilar Rahola w słynnym artykule na łamach „El Pais” pt. „Polska wciąż budzi grozę” stwierdziła m.in., że „Kluczową rolę w Holokauście odegrali Polacy (…). Polacy wymyślili antysemityzm. Był w Polsce, zanim doszli do władzy faszyści (…). Zrobiłam analizę historii Żydów i Kościoła katolickiego. Rola, jaką odegrał ten Kościół, w tym też polski, w Holokauście jest zasadnicza”[28]. Można powiedzieć, że obłęd sięgnął zenitu.

Cena rozwoju zależnego

Operacja zapoczątkowana w 1956 roku przez służby specjalne RFN przybrała w ostatnich latach na sile i nieubłaganie zmierza do wykreowania Polski już nie na zastępczego i drugoplanowego, ale głównego winowajcę Holokaustu. Ta operacja jest prowadzona w różnych krajach i przez różne środowiska. Ma też różne cele. Jeden cel jednakże wydaje się wiodący, a jest nim moralna i polityczna degradacja Polski celem jej podporządkowania ośrodkom kreującym nowy porządek globalny.

Siły polityczne rządzące w Polsce po 1989 roku przez długi czas nie rozumiały powagi sytuacji, a na kampanię zniesławiania reagowały połowicznie, chaotycznie i niejednokrotnie bojaźliwie. Główni aktorzy polskiej sceny politycznej nie wyobrażają sobie funkcjonowania kraju w innej konstelacji geopolitycznej niż opcja euro-atlantycka, a ich daleko posunięta podległość wobec Zachodu niejednokrotnie stanowiła przeszkodę w skutecznej walce z kampanią oczerniania. Niestety realia są takie, że „polskie obozy”, „polskie SS” i „Nazi Poland” – tak jak deindustrializacja, depopulacja, emigracja zarobkowa, udział w „misjach pokojowych” w Iraku i Afganistanie oraz wspieranie pomajdanowej Ukrainy – są ceną, jaką trzeba płacić za funkcjonowanie w ramach opcji euro-atlantyckiej. Jest to cena – mówiąc językiem socjologii – rozwoju zależnego, a innymi słowy cena przynależności Polski do postmodernistycznej cywilizacji Zachodu, w której – zgodnie z założeniami konstruktywizmu – klasycznie pojmowana prawda i moralność nie istnieją.

[1] We francuskim dzienniku ‘Le Figaro” pojawił się zwrot „polski obóz zagłady”, http://www.kresy.pl, 11.02.2016.

[2] B. Piętka, „Kto neguje Holokaust?”, „Myśl Polska” nr 5-6 (2071/72), 31.01-7.02.2016, s. 17.

[3] Irlandzki historyk: Polacy nie mogą zaprzeczyć swojej roli w Auschwitz, http://www.onet.pl, 19.09.2015.

[4] To już chorobliwe! Jan Tomasz Gross w „Deutschlandfunk”: „Polacy zabili podczas okupacji dziesiątki tysięcy Żydów. Teraz znów idziemy w kierunku autorytaryzmu”, http://www.wpolityce.pl, 19.02.2016; Jan T. Gross: chcę rozświetlić ciemność, http://www.onet.pl, 20.02.2016; Prof. Żbikowski: z rąk Polaków mogło zginąć 150 tys. Żydów, http://www.wiadomosci24.pl, 26.04.2014; wywiad Pawła Śpiewaka dla „Rzeczpospolitej” (26-27.11.2011); wywiad Aliny Całej dla „Rzeczpospolitej” (25.05.2009) pt. „Polacy nie zdali egzaminu”.

[5] Prezydent Komorowski o Jedwabnem: „Naród ofiar musiał uznać tę niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą”. Czy to był „naród”?, http://www.wpolityce.pl, 10.07.2011.

[6] Flight and Freedom. Strories of Escape to Canada by Ratna Omidvar and Dana Wagner, http://www.btlbooks.com (dostęp 5.02.2016).

[7] „Polskie SS” w książce kanadyjskiego wydawnictwa. Ambasada reaguje, http://www.fakty.interia.pl, 5.02.2016; Refugee Stories: Flight and Freedom by Bernie Farber, http://www.nowtoronto.com (dostęp 5.02.2016), Max Farber, told by Bernie Farber, http://www.flightandfreedom.ca (dostęp 5.02.2016).

[8] Por. Ch. Bishop, „Waffen-SS Divisions 1939-45” (wyd. pol., „Dywizje Waffen-SS 1939-1945”, Warszawa 2015).

[9] J. Gdański, „Polacy po stronie Niemców”, „Inne Oblicza Historii” nr 02/2005; H. Kawka, „Polnische Wehrmacht”, „Inne Oblicza Historii” nr 02-03/2007; C. Madajczyk, „Polityka III Rzeszy w okupowanej Polsce”, t. I, Warszawa 1970, s. 462; S. Żerko, „Próba sformowania na Podhalu „Legionu Góralskiego” Waffen-SS”, „Przegląd Zachodni” nr 2 (284), Poznań 1997, s. 217-222.

[10] Autorki kanadyjskiej książki twierdzą, że „Polish SS” to… błąd gramatyczny. Reduta Dobrego Imienia interweniuje, http://www.natemat.pl (dostęp 22.02.2016).

[11] T. Formicki, Nazistowskie demony nad niemieckimi służbami specjalnymi, http://www.konserwtyzm.pl, 26.01.2012; M. Ziętek, Polityka historyczna, http://www.realitas.pl, 5.05.2012.

[12] Błędne nazewnictwo w mediach zagranicznych dotyczące obozów koncentracyjnych hitlerowskich Niemiec na terenach okupowanej Polski. Raport Departamentu Systemu Informacji MSZ (styczeń-marzec 2005 r.), http://www.msz.gov.pl (dostęp 23.02.2016).

[13] W Norwegii określenie „polskie obozy” nie narusza zasad, http://www.tvn24.pl, 26.11.2015.

[14] J. R. Nowak, Osaczanie Polski, „Niedziela” nr 7/2011, http://www.sunday.niedziela.pl (dostęp18.01.2016).

[15] Niemiecki historyk: Niemcy świadomie używają sformułowania „polskie obozy zagłady”. Nie ma mowy o lapsusie językowym, http://www.wpolityce.pl, 12.10.2013.

[16] Prokuratura: były polskie obozy koncentracyjne, http://www.gpcodziennie.pl, 13.12.2013; „Polskie obozy koncentracyjne” standardem również dla polskiej prokuratury?, http://www.wpolityce.pl, 13.12.2013; Prokuratura: zwrot „polskie obozy” nie znieważa Polaków, http://www.polskieradio.pl.

[17] N. F. Cantor, „The Sacred Chain. The Histoty of the Jews”. New York 1994, s. 345-346.

[18] „The Toronto Star” z 27.05.1994.

[19] R. Ainsztein, „Jewish resistance in Nazi-occupied Eastern Europe. With a historical survey of the Jew as fighter and soldier in the Diaspora”, New York 1974, s. 676.

[20] Błędne nazewnictwo w mediach zagranicznych dotyczące obozów koncentracyjnych…

[21] Tamże.

[22] Ponad 60 lat po wojnie odkryli, że przeżyli dokładnie to samo, http://www.gazeta.pl, 20.04.2009.

[23] A. Heller, „Murals from Nazi Poland see the light”, http://www.sfgate.com (strona internetowa „San Francisco Chronicle”), 23.02.2009; P. L. Woods, „Hellish days in Nazi Poland”, http://www.latimes.com (strona internetowa „The Los Angeles Times”), 24.05.2008.

[24] Hidden. A Sister and Brother in Nazi Poland, http://www.uwpress.wisc.edu (strona internetowa The University of Wisconsin Press), dostęp 23.02.2016.

[25] O „nazistowskiej Polsce” w „Los Angeles Times”, http://www.fronda.pl, 6.06.2010.

[26] Błędne nazewnictwo w mediach zagranicznych dotyczące obozów koncentracyjnych…

[27] D. Deletant, „Rumunia. Zapomniany sojusznik Hitlera”, Warszawa 2010.

[28] Hiszpańska dziennikarka znów oskarża nas o Holokaust, http://www.dziennik.pl, 12.10.2007.

Skąd się wzięło „polskie SS”?

http://www.mysl-polska.pl/814

„Myśl Polska” nr 11-12 (2077/78), 13-20.03.2016, s. 16-17

„Myśl Polska” nr 13-14 (2079/78), 27.03-3.04.2016, s. 16

Bohdan Piętka

Oświęcim, 23 lutego 2016 r.

Kto neguje Holokaust?

6 stycznia 2016 roku francuska telewizja I-Télé (należąca do grupy Canal+) wyemitowała program „Le Grand Décryptage”, poświęcony zamachom terrorystycznym w Paryżu z 13 listopada 2015 roku. Wystąpił w nim m.in. Joël Mergui – prezydent Centralnego Konsystorza Izraelskiego we Francji (Consistoire central israélite – CCI). Jest to organizacja założona w 1808 roku z inicjatywy Napoleona I, reprezentująca wyznawców judaizmu przed francuskimi władzami państwowymi. W dyskusji z prowadzącym program dziennikarzem Olivierem Galzi oprócz prezydenta Centralnego Konsystorza Izraelskiego uczestniczyli też rzecznik Episkopatu Francji, ks. Olivier Ribadeau Dumas oraz wiceprzewodniczący Francuskiej Rady Kultu Muzułmańskiego, Chems-Eddine Hafiz. Na postawioną przez prowadzącego program kwestię, czy za zamachy paryskie można winić religię, Joël Mergui odpowiedział, że „Żydzi nigdy nikogo nie skrzywdzili w imię Boga i wiary. To nas mordowano”. Dalej wypowiedział się następująco:

„Teraz chciałbym (…) przypomnieć, że Żydzi przeszli przez historię doznając różnego rodzaju nienawiści, różnego rodzaju masakr. I że w imię judaizmu wspólnota żydowska nigdy nie powstała ani żeby zniszczyć Hiszpanię, która ich wypędziła, ani Polskę, która ich zagazowała”[1].

Powyższe słowa nie spotkały się z żadną polemiczną reakcją ani ze strony księdza Dumas, ani ze strony pana Hafiza, ani ze strony prowadzącego program red. Galzi. Można z tego domniemywać, że albo we Francji jest już dla wszystkich oczywiste, iż to Polska zagazowała Żydów, albo jest tam oczywiste, że z tym co mówi Żyd się nie polemizuje, cokolwiek by powiedział. Podstawowy kanon ideologii tzw. poprawności politycznej (zwanej też ideologią społeczeństwa otwartego) głosi bowiem, że o Żydach mówi się tylko i wyłącznie dobrze albo wcale.

Należy raczej wątpić w to, że Joël Mergui jest jakimś totalnym ignorantem, niewykształconym i wyjątkowo tępym osobnikiem. Z informacji powszechnie dostępnych na jego temat wynika, że zdobył on solidne wykształcenie. Urodzony w 1958 roku w Maroku, ukończył medycynę na Université de Paris V i przez wiele lat prowadził praktykę lekarską. Głównym polem jego aktywności stała się jednak działalność polityczna w kręgu diaspory żydowskiej. Zanim został prezydentem CCI Mergui był prezydentem Konsystorza Paryskiego – największej gminy żydowskiej we Francji. W 2006 roku został odznaczony orderem Legii Honorowej. Był doradcą prezydentów Sarkozy’ego i Hollande’a do spraw socjalnych i opieki zdrowotnej. Po zamachu terrorystycznym na supermarket żywności koszernej w Paryżu 9 stycznia 2015 roku Mergui współorganizował ceremonię w paryskiej Wielkiej Synagodze. Wzięli w niej udział m.in. premier Izraela Benjamin Netanjahu, sekretarz stanu USA John Kerry i czołowi politycy francuscy.

Jest to zatem nie tylko czołowa postać społeczności żydowskiej we Francji, ale także jedna z ważniejszych postaci francuskiego życia politycznego. Należy wykluczyć, że prezydent CCI nie zna historii i nie wie co mówi. Można też przypuszczać, że z tą historią zapoznał się na miejscu, odwiedzając były obóz Auschwitz i inne miejsca martyrologii żydowskiej na ziemiach polskich. Wizyta w tych miejscach jest obowiązkowym elementem edukacji szkolnej każdego ucznia w Izraelu. Wielu Żydów traktuje podróż do miejsc zagłady tak jak muzułmanie pielgrzymkę do Mekki, więc co dopiero mówić o liderze diaspory żydowskiej największego państwa Europy Zachodniej.

Trzeba zatem z całą pewnością przyjąć, iż Joël Mergui powiedział, że Polska zagazowała Żydów z pełną świadomością tego co mówi i powiedział to celowo.

Jego wypowiedź – haniebna i porażająca, co należy podkreślić – jest kolejną odsłoną obsesyjnej kampanii nienawiści, jaką wpływowe koła żydowskie prowadzą wobec Polski od mniej więcej czterdziestu lat. Są podzielone zdania na temat tego, co jest przyczyną tej kampanii nienawiści. Jedni wskazują na żydowskie roszczenia majątkowe i słynną wypowiedź z 1996 roku ówczesnego sekretarza generalnego Światowego Kongresu Żydów Israela Singera, której następstwem była tzw. pedagogika wstydu wobec Polski, zapoczątkowana przez Jana T. Grossa. Inni wskazują na tajne porozumienia niemiecko-izraelskie z lat 50. XX wieku, w świetle których w zamian za ogromne odszkodowania wypłacone przez RFN Izraelowi i indywidualnym Żydom-ofiarom hitleryzmu strona żydowska miała się zobowiązać, że nie będzie mówić o niemieckich obozach koncentracyjnych i niemieckiej winie za zagładę Żydów. Dlatego najpierw pojawiły się nazistowskie, a potem „polskie” obozy koncentracyjne. Polsce przeznaczono rolę winowajcy zastępczego.

Bez względu na to jakie rzeczywiste motywy legły u podłoża wypowiedzi Joëla Mergui, były to motywy wynikające z brudnej polityki. Muszę w związku z tym zwrócić uwagę na dwie sprawy.

Po pierwsze, wypowiedź prezydenta CCI poszła znacznie dalej niż dotychczasowe enuncjacje o „polskich” obozach koncentracyjnych, pojawiające się regularnie w zachodnich mediach oraz pedagogika wstydu, uprawiana m.in. przez Alinę Całą, Barbarę Engelking-Boni, Jana Grabowskiego, Jana T. Grossa, Pawła Śpiewaka i Andrzeja Żbikowskiego, której zwieńczeniem stało się odkrycie – sygnowane autorytetem dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego, Pawła Śpiewaka – że Polacy podczas drugiej wojny światowej zamordowali jakoby od 120 do 200 tys. Żydów. U Joëla Mergui nie ma już mowy o jakichś polskich sąsiadach palących Żydów w stodole w jakimś miasteczku (Gross), czy o polskim udziale w Judenjagd-niemieckim polowaniu na Żydów (Grabowski). Jest mowa o Polsce jako państwie, które podczas drugiej wojny światowej dopuściło się ludobójstwa na Żydach, mordując ich w komorach gazowych. Stanowi to przesunięcie na jeszcze wyższy stopień antypolskiej kampanii, którą jej inicjatorzy i organizatorzy podnieśli z poziomu pedagogiki wstydu na poziom totalnej dyskredytacji. Zapowiedzią takiego postawienia sprawy był już niemiecki serial „Unsere Mütter, unsere Väter”. Czerwoną linię przekroczył jednak dopiero prezydent CCI. Być może uczynił to tylko w celu sprawdzenia stopnia polskiej reakcji, ale nie ulega wątpliwości, że za nim prędzej czy później pójdą następni.

Po drugie, wypowiedź Joëla Mergui jest nie tylko napluciem na Polskę i Polaków, ale także brutalną profanacją pamięci Żydów zamordowanych przez Niemcy hitlerowskie podczas drugiej wojny światowej. Wbrew pozorom największą szkodę pamięci ich męczeństwa wcale nie wyrządzają tzw. negacjoniści (m.in. John Bennet, Robert Faurisson, David Irving, Walter Lüftl, Germar Rudolf, Jerzy Ulicki-Rek, Udo Walendy i Ernst Zündel), ale właśnie ci, którzy sugerują polską odpowiedzialność za Holokaust. Dotychczas sugerowano to sformułowaniem „polskie” obozy koncentracyjne. Teraz pan Joël Mergui zasugerował to wprost. Uprawia on tym samym najbardziej bezczelną i groźną formę kłamstwa oświęcimskiego. Dlaczego najbardziej bezczelną i groźną?

Dlatego, że wyżej wymienionym negacjonistom chodzi nie tylko o oczyszczenie z winy Niemiec i Niemców, ale o rehabilitację nazizmu. W tym celu zadają sobie bardzo wiele trudu, by udowodnić, że np. nie było komór gazowych albo nie można było w nich zamordować tylu ludzi itp. Pan Mergui takiego trudu sobie nie zadaje, ale rehabilituje nazim swoim autorytetem przywódcy społeczności żydowskiej we Francji. Ma to wymowę o wiele poważniejszą niż najbardziej spektakularne enuncjacje Faurissona, Irvinga czy Zündela. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do nich nie będzie go ścigał wymiar sprawiedliwości, ponieważ zgodnie z ideologią poprawności politycznej Żydzi nie podlegają krytyce.

Pamięć o żydowskich ofiarach Auschwitz, Bełżca, Chełmna nad Nerem, Majdanka, Sobiboru i Treblinki – pieczołowicie pielęgnowana przez państwo polskie za pieniądze polskiego podatnika – jest najbardziej profanowana przez takich osobników jak pan Mergui, dla których te ofiary służą tylko i wyłącznie do robienia brudnej polityki i zarabiania kolejnych miliardów dolarów z odszkodowań i restytucji mienia żydowskiego.

Prowadzona od kilkudziesięciu lat na całym świecie kampania przerzucania odpowiedzialności za zagładę Żydów z Niemiec na Polskę przekracza kolejne czerwone linie. Najpierw była nowela Leona Urisa „Exodus” (1958) i jego powieść „Miła 18” (1961), ukazujące Polaków jako bezwzględnych prześladowców Żydów, sztuka Arthura Millera „Incydent w Vichy” (1964), gdzie po raz pierwszy była mowa o „polskich obozach śmierci” oraz powieść Williama Styrona „Wybór Zofii” (1979), przedstawiająca Polaka-profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego jako twórcę planu zagłady Żydów. Następnie był amerykański serial „Holocaust” (1978), gdzie m.in. oddział żołnierzy w polskich mundurach i z orzełkami na rogatywkach dokonuje na polecenie SS egzekucji Żydów w getcie warszawskim. Potem było m.in. paszkwilanckie pisarstwo Henryka Grynberga, Pawła Korca, Jerzego Kosińskiego, Shmula Krakowskiego, Artura Sandauera, Petera Silvermana, Celii Stopnickiej-Heller, Moshe Shonfelda, André Steina i in., film „Shoah” (1985) Claude’a Lanzmanna, nagminne „przejęzyczenia” z „polskimi” obozami koncentracyjnymi niemal na całym świecie (nawet w Czechach) oraz pedagogika wstydu zapoczątkowana przez Jana T. Grossa. Teraz mamy wypowiedź prezydenta CCI o zagazowaniu Żydów przez Polskę. Co będzie następne?

Realnym sposobem na powstrzymanie kampanii antypolonizmu jest wytaczanie przez państwo polskie procesów cywilnych jej inicjatorom i uczestnikom przed sądami krajów ich zamieszkania. Nawet jeżeli takie procesy zostaną przegrane, to dzięki nagłośnieniu sprawy odegrają swoją rolę jako forma obrony. Niestety reakcja na wypowiedź Joëla Mergui – sprowadzająca się tak jak i w poprzednich tego typu wypadkach do wysłania przez ambasadora Andrzeja Byrta listu z protestem do oszczercy – świadczy o tym, że państwo polskie nie jest zdolne do podjęcia takich działań. Podjęcie skuteczniejszych niż listy protestacyjne działań wydaje się jednak konieczne, bo prędzej czy później każą Polakom zapłacić odszkodowania za te komory gazowe.

Powyższy tekst zawiera tylko i wyłącznie moje prywatne opinie. Nie jest on w jakiejkolwiek mierze stanowiskiem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

[1] Cyt. za: http://www.citizengo.pl, 13.01.2016; Por. też Szef żydowskiej organizacji obraża Polaków we francuskiej telewizji. „Zagazowali Żydów”, http://www.wpolityce.pl, 14.01.2016.

http://www.mysl-polska.pl/759

http://konserwatyzm.pl/artykul/13427/kto-neguje-holokaust

„Myśl Polska” nr 5-6 (2071/72), 31.01-7.02.2016, s. 17

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 stycznia 2016 r.