Żołnierze Zapomniani i Żołnierze Niechciani

18 marca minęła 72. rocznica zdobycia Kołobrzegu przez 1. Armię Wojska Polskiego. Była to jedna z największych bitew miejskich Wojska Polskiego podczas drugiej wojny światowej. Uczestniczyły w niej trzy dywizje polskie i pułk czołgów – łącznie 29 tys. żołnierzy. Bitwa, która zadecydowała o powrocie Polski na Pomorze Zachodnie. Rokrocznie odbywają się w Kołobrzegu obchody jej rocznicy, co jest zasługą głównie społeczności lokalnej. Mimo pięknej oprawy są to jednak uroczystości lokalne. Żołnierze 1. Armii WP nie należą bowiem do bohaterów obecnej polityki historycznej, lansowanej przez IPN i władze państwowe. Ta na piedestał stawia innych żołnierzy, którym przypisano przymiotnik „wyklęci”. Pompowanie na siłę ich kultu usuwa w cień cały polski wysiłek zbrojny podczas drugiej wojny światowej, z którego ponadto wyklucza się z przyczyn politycznych Wojsko Polskie sformowane na Wschodzie. Żołnierze tego wojska stają się w świetle lansowanej w Polsce polityki historycznej coraz bardziej Żołnierzami Zapomnianymi.

Wojsko Polskie w walkach o Kołobrzeg w marcu 1945 roku

Wojsko Polskie w walkach o Kołobrzeg w marcu 1945 roku

Zapomnienie nie grozi natomiast ich przeciwnikom z 1945 roku, to znaczy łotewskim esesmanom z 15. Dywizji Grenadierów Waffen-SS (1. łotewskiej) „Lettland”, która wchodziła w skład Legionu Łotewskiego Waffen-SS. To ta właśnie kolaboracyjna formacja – obok jednostek niemieckich – walczyła z 1. Armią WP w lutym i marcu 1945 roku, broniąc upadającej Rzeszy Hitlera. Najpierw na Wale Pomorskim, a potem w Festung Kolberg. Łotewscy esesmani zapisali się szczególnie źle w pamięci żołnierzy 1. Armii WP, dopuszczając się m.in. bestialskiej zbrodni wojennej w okolicach wsi Podgaje. Tam właśnie w dniach 31 stycznia – 2 lutego 1945 roku zamordowali około 160 żołnierzy polskich pojmanych lub rannych podczas walk, z których 32 spalili żywcem w stodole.

W 1998 roku rząd Łotwy – kraju aspirującego wówczas do Unii Europejskiej – ustanowił 16 marca świętem narodowym ku czci esesmanów z Legionu Łotewskiego. Po protestach międzynarodowej opinii publicznej zmieniono w 2000 roku status tego święta z narodowego na Dzień Pamięci Legionu Łotewskiego Waffen-SS. Nie zmienia to jednak faktu, że na Łotwie – państwie członkowskim UE – czci się kolaborantów, esesmanów i zbrodniarzy, a ich dzień pamięci jest jednym z najważniejszych świąt obchodzonych publicznie w tym kraju.

Tak oto w dwóch państwach europejskich w tym samym czasie funkcjonują dwie rocznice. W Polsce 18 marca – rocznica zdobycia Kołobrzegu przez 1. Armię WP, obchodzona lokalnie i bez rozgłosu, jakby wstydliwie. Natomiast na Łotwie 16 marca – Dzień Pamięci Legionu Łotewskiego Waffen-SS, czyli tych którzy zaciekle bronili w 1945 roku upadających Niemiec hitlerowskich na Wale Pomorskim i w Kołobrzegu. Jest to święto obchodzone hucznie w Rydze co roku. Nie inaczej było i w tym roku. W stolicy Łotwy znowu maszerowali żyjący jeszcze weterani Legionu Łotewskiego wśród tłumów Łotyszy, w tym młodzieży[1].

Weterani Legionu Łotewskiego Waffen-SS na marszu w Rydze w 2016 r. Fot. onet.pl

Weterani Legionu Łotewskiego Waffen-SS na marszu w Rydze w 2016 r. Fot. onet.pl

Warto odnotować, że obchody ku czci Legionu Łotewskiego SS cieszą się, jeśli nie sympatią, to przynajmniej tolerancją „Strefy Wolnego Słowa” red. Tomasza Sakiewicza. Świadczy o tym notatka na portalu niezalezna.pl z 2016 roku, w której z oburzeniem informowano nie o fakcie uczczenia marszem łotewskich esesmanów w Rydze, ale o tym, że dziennikarz telewizji Russia Today Graham Phillips próbował ten marsz zakłócić. Wymowny już był sam tytuł tej notatki. Nie np. „Uroczystości ku czci byłych esesmanów” albo „Dziennikarz protestował przeciw marszowi byłych esesmanów”, ale „Propagandzista zatrzymany na Łotwie”[2]. Rozumiem, że ta takie właśnie rozłożenie akcentów i pobłażliwość mediów gazetopolskich wobec kultu łotewskich formacji SS, podobnie jak i pobłażliwość tego środowiska wobec kultu OUN-UPA na Ukrainie, zostały podyktowane wiarą w ideę Intermarium oraz wspieraniem amerykańskich interesów geopolitycznych.

Gloryfikacja kolaboracyjnych formacji SS na Łotwie, Litwie, Ukrainie i w Estonii oraz OUN-UPA na Ukrainie – którym w każdym z tych krajów przypisano skandaliczne w świetle faktów historycznych określenie „ruch narodowowyzwoleńczy” – została bowiem podyktowana interesami amerykańskiej geopolityki w tej części Europy.

Kult nazistowskich i ultra-nacjonalistycznych formacji z terenu byłego ZSRR i bloku wschodniego, które walczyły z „Sowietami”, jest potrzebny przede wszystkim do krzewienia rusofobii, a ta z kolei jest potrzebna do umocnienia panowania USA na peryferiach euro-atlantyckich i wypierania Rosji z obszaru poradzieckiego. W związku z tym, że w Polsce nie było dywizji Waffen-SS, to ten sam efekt osiąga się poprzez kult i kreowanie na siłę legendy „żołnierzy wyklętych”.

Z punktu widzenia takiej polityki historycznej – dyktowanej peryferiom euro-atlantyckim przez amerykańskiego hegemona – nie ma miejsca na właściwą pamięć o żołnierzach 1. i 2. Armii WP, którzy siłą rzeczy muszą stać się Żołnierzami Zapomnianymi. Ale ta sama polityka historyczna wyklucza też całkowicie pamięć o żołnierzach Armii Czerwonej, którzy walczyli z nazistowskimi Niemcami, czyniąc z nich Żołnierzy Niechcianych.

Żołnierzy Niechcianych najpierw napiętnowano, odmawiając im miana wyzwolicieli i przypisując łatkę okupantów, a nawet agresorów. Najpierw odebrano im w świadomości społecznej dobre imię, potem pozbawiono ich pomników, a na koniec podniesiono rękę na ich groby.

Profanacja, która miała ostatnio miejsce na Cmentarzu Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Warszawie nie jest przecież pierwszą i nie jest ostatnią[3]. Oczywiście nie jest pewne czy profanacji tej dokonała gimbaza wyhodowana na polityce historycznej IPN i PiS, czy np. zbanderyzowani Ukraińcy, których przecież w Polsce jest niemało wśród miliona ukraińskich emigrantów i tutejszej mniejszości ukraińskiej. Przypuszczam też, że czynniki oficjalne zamkną sprawę tradycyjnym już w takiej sytuacji stwierdzeniem o „rosyjskiej prowokacji”.

Swastyka na tle izraelskiej flagi i odcisków stóp namalowana przed centralnym obeliskiem na Cmentarzu Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Warszawie. Fot. dziennik.pl

Swastyka na tle izraelskiej flagi i odcisków stóp namalowana przed centralnym obeliskiem na Cmentarzu Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Warszawie. Fot. dziennik.pl

Tym razem nie było napisów „Katyń” i „17 września”. Tym razem były swastyki. Profanatorzy – malując na cmentarzu żołnierzy radzieckich swastyki – moim zdaniem dali wyraz przesłaniu, które wynika z lansowanej w Polsce polityki historycznej, chociaż nie jest wprost tak formułowane. Ale polityka ta – całkowicie dyskredytując wyzwolenie ziem polskich przez Armię Czerwoną i delegitymizując PRL – daje przecież do zrozumienia, że lepsza niż brane w cudzysłów wyzwolenie w 1945 roku była okupacja niemiecka i pewnie lepiej by było, żeby ona trwała, żeby dalej dymiły piece Auschwitz niż żeby był PRL.

Akt profanacji na cmentarzu żołnierzy radzieckich w Warszawie. Fot. dziennik.pl

Akt profanacji na cmentarzu żołnierzy radzieckich w Warszawie. Fot. dziennik.pl

Takie myślenie historyczne wytyczył już przed ćwierćwieczem drugi z kolei premier III RP, który w 1991 roku na forum ekonomicznym w Davos powiedział, że podobno PRL bardziej zniszczył Polskę niż okupacja niemiecka.

Taka polityka historyczna jest profanacją historii i jako ideowa podstawa polityki bieżącej – wewnętrznej i zewnętrznej – jest drogą donikąd. Służy jedynie utrwalaniu podrzędnego statusu krajów będących peryferiami świata euro-atlantyckiego.

[1] „W Rydze odbywa się marsz ku czci legionistów SS”, http://www.pl.sputniknews.com, 16.03.2017; „Marsz sławiący łotewski legion Waffen SS”, http://www.prawy.pl, 17.03.2017.

[2] „Propagandzista zatrzymany na Łotwie”, http://www.niezalezna.pl, 16.03.2016.

[3] „Warszawa: wandale zniszczyli cmentarz żołnierzy radzieckich”, http://www.warszawa.onet.pl, 21.03.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 23 marca 2017 r.

http://mysl-polska.pl/1194

Profanacje we Lwowie i Podkamieniu w cieniu Intermarium

Próba utrącenia przez PiS kandydatury Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej zakończyła się kompromitacją rządu RP. Porażka ta pokazała przede wszystkim jaką bzdurą jest tzw. koncepcja Międzymorza (Trójmorza) – wymyślona w okresie międzywojennym przez prometeistów, a lansowana w czasie „zimnej wojny” przez Giedroycia, a obecnie przez PiS. Koncepcja Międzymorza (Trójmorza) sprowadza się najogólniej do tego, że pomiędzy Niemcami a Rosją miałaby powstać „trzecia siła” – czyli blok państw położonych między Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym pod przewodnictwem Polski. No i okazało się, że podczas głosowania kandydatury Tuska wszystkie państwa tego postulowanego przez neo-prometeistów bloku głosowały przeciw rządowi w Warszawie. Wszystkie: państwa bałtyckie, Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria, Austria, Słowenia i Chorwacja. Poparcia Tuskowi udzieliła też będąca poza UE Ukraina. Wystarczył prawdopodobnie jeden telefon Merkel do Poroszenki. Jasno zatem widać, że Międzymorze (Trójmorze) to fikcja, śmieszna chimera. Polska jest krajem za słabym, by komukolwiek przewodzić w Europie. W UE rządzą Niemcy, a w Europie Wschodniej jedynym realnym bytem politycznym jest Rosja. Opieranie polityki zagranicznej na takiej chimerze – co w praktyce sprowadza się do bezkrytycznego wspierania przez Warszawę Ukrainy i rozniecania histerii antyrosyjskiej – to kompromitacja i szaleństwo.

Jakby tego było mało, niemal natychmiast chimera Intermarium została zweryfikowana na Ukrainie, która jest najtwardszym jądrem całej tej koncepcji, czyli „strategicznym partnerem” Polski w sojuszu antyrosyjskim. Miały tam bowiem miejsce kolejne po Hucie Pieniackiej i Bykowni profanacje miejsc polskiej pamięci narodowej. 10 marca ukraiński portal Zaxid.net poinformował o profanacji pomnika polskich profesorów zamordowanych 4 lipca 1941 roku we Lwowie przez Einsaztkommando „Galizien”. Jest to już druga profanacja lwowskiego pomnika na Wzgórzach Wuleckich. Pierwsza miała miejsce w nocy z 9 na 10 maja 2009 roku. Na istniejącym tam wówczas monumencie namalowano czerwoną farbą swastyki i napis „Śmierć Lachom”. W 2011 roku odsłonięto nowy pomnik na Wzgórzach Wuleckich, na którym – co bardzo znamienne i wymowne – władze ukraińskie nie pozwoliły napisać jakiej narodowości byli zamordowani profesorowie. Obecna profanacja jest dokładną kopią tamtej z 2009 roku. Też namalowano czerwoną farba swastykę i napis „Śmierć Lachom”. Dwa dni później dokonano profanacji pomnika polskich ofiar UPA w Podkamieniu w obwodzie lwowskim (w II RP w województwie tarnopolskim). Tablice z nazwiskami ofiar zostały oblane czerwoną farbą, a na betonowym krzyżu namalowano czarną farbą swastykę i napis „Śmierć Lachom”[1].

Profanacja w Podkamieniu została dokonana dokładnie w 73. rocznicę bestialskiej napaści kurenia UPA pod dowództwem Maksyma Skorupśkiego i ukraińskich esesmanów z 4. pułku policyjnego SS (tego samego, który dokonał zbrodni w Hucie Pieniackiej) na tamtejszy klasztor dominikański, w którym schroniła się miejscowa ludność polska. Po podstępnym wymordowaniu Polaków ukrywających się w klasztorze i obrabowaniu klasztoru (wartość zrabowanego przez Ukraińców mienia wyniosła kilka milionów dolarów) sprawcy przez kilka dni kontynuowali pogromy na terenie miasteczka Podkamień. Łącznie w dniach 12-16 marca 1944 roku zginęło w Podkamieniu około 600 Polaków, spośród których ustalono nazwiska 122 ofiar. 12 marca 1944 roku ukraińscy esesmani z 4. pułku policyjnego SS, bojówki UPA i SKW zamordowały też 365 Polaków w Palikrowach koło Podkamienia.

Profanacje w Hucie Pieniackiej, Kijowie-Bykowni, Lwowie i Podkamieniu powinny uświadomić nawet średnio rozgarniętemu obserwatorowi, że gwałtownie odradzający się po Majdanie nacjonalizm ukraiński uderzył w Polskę – co było do przewidzenia od początku – oraz że koncepcja Międzymorza (Trójmorza) legła w gruzach na najważniejszym dla niej odcinku ukraińskim.

Niestety z reakcji oficjalnych czynników polskich – a właściwie jej braku – wynika, że wszystko to spłynęło po rządzącej partii PiS i szerzej całym establishmencie postsolidarnościowym jak woda po kaczce. Jan Piekło – polski ambasador Ukrainy w Kijowie – wypowiedział się następująco: „To mniej więcej ten sam scenariusz: czerwona farba, litery SS i napis „Śmierć Lachom”. We Lwowie bardzo szybko zareagowała na to miejscowa administracja. Pomnik profesorów lwowskich został błyskawicznie oczyszczony. Mamy do czynienia ze wzmożeniem takich zjawisk, co świadczy o pewnej bezradności i determinacji strony, która to prowokuje”[2]. Identycznie ambasador Piekło wypowiedział się w lutym, kiedy na murze polskiego konsulatu we Lwowie pojawił się napis „Nasza ziemia”, a ściany konsulatu ochlapano czerwoną farbą[3].

Tym razem Piekło nie powiedział wprost – jak po incydentach w Hucie Pieniackiej i Kijowie-Bykowni – że to „rosyjska prowokacja”, ale z jego wypowiedzi faktycznie to wynika. Tylko czy „ten sam scenariusz” od razu wskazuje na Rosję? Rozumiem, że na nacjonalistów ukraińskich wskazywać nie może, bo ich – zdaniem polskich mediów – w ogóle nie ma, a przypisywanie im antypolonizmu przeczy koncepcji Intermarium. Więc sprawcą może być tylko Rosja, która chce zakłócić idealne podobno stosunki polsko-ukraińskie.

W taki też ton uderzył minister spraw zagranicznych Ukrainy Pawło Klimkin, który na Twitterze napisał: „Potępiam kolejne akty wandalizmu na Lwowszczyźnie odnośnie polskich pomników. Widać charakter pisma trzeciej strony, jakiej wspólnie dajemy zdecydowany odpór”.

A więc sprawcą zdaniem Klimkina jest Rosja, chociaż nie została przez niego wymieniona z nazwy. Wypowiedź tę skomentował następująco dr Iwan Kaczanowski: „Minister spraw zagranicznych Ukrainy przypisuje „trzeciej stronie”, bez żadnych dowodów, ostatnie akty profanacji lwowskiego pomnika polskich profesorów zabitych przez nazistów oraz pomnika ofiar policyjnego pułku SS-Galizien i UPA w Podkamieniu. Tym samym natychmiast i bez żadnego śledztwa oczyszcza radykalnych nacjonalistów i neonazistowskie organizacje, które wyrażają otwarcie ideologiczną wrogość wobec takich pomników. Tak samo poprzednio dokonywano politycznie wygodnego określania bezczeszczenia polskich pomników jako rosyjskiej operacji „pod fałszywą flagą” bez żadnych dowodów i śledztw. Ukraińskie władze zawsze zaprzeczają udziałowi skrajnej prawicy, podczas gdy sprawców tych ataków nigdy się nie wykrywa”[4].

W wypowiedzi Klimkina zdumiewają dwie rzeczy. Po pierwsze, że pan minister bez cienia wątpliwości zidentyfikował „charakter pisma trzeciej strony” (czyżby sprawcą napisów był osobiście Putin?). Po drugie, że zdaniem pana ministra Polska i Ukraina wspólnie dają „zdecydowany odpór” owej „trzeciej stronie”. To rzeczywiście nowość, bo sądziłem, że Polska jednak nie bierze udziału w „wojnie z Rosją” na wschodzie Ukrainy. Widzę tutaj pewne paralele z artykułem, który opublikowali 27 lutego w „Rzeczypospolitej” ukraińscy deputowani Hanna Hopko (przewodnicząca Komisji Spraw Zagranicznych Werchownej Rady) i Wiktor Romaniuk. Zaproponowali oni wprost „zawarcie umowy wojskowo-politycznej między Ukrainą a Polską (…) na podstawie której atak na każdy z krajów uważany byłby za agresję na oba państwa” i w oparciu o którą miałby powstać „regionalny sojusz obronny”[5]. Nikt bardziej otwarcie ze strony ukraińskiej nie sformułował dotąd chęci wciągnięcia Polski do wojny z Rosją.

Czy trzeba więcej, by zrozumieć na jakie grząskie bagno wywiodła Polskę koncepcja Międzymorza? Na forum UE widać to jaskrawo, a na kierunku ukraińskim jeszcze jaskrawiej. Ukrainie bardzo zależy na tym, by umiędzynarodowić konflikt w Donbasie. Propozycja pani Hopko i pana Romaniuka idzie właśnie w tym kierunku. Nie jest też przypadkiem, że taka propozycja pada ze strony ukraińskiej właśnie pod adresem Polski. Na zapleczu politycznym partii PiS, ale także w ośrodkach związanych z PO i ogólnie obozem liberalnym, funkcjonuje bowiem wpływowe lobby, które postrzega rzeczywistość właśnie poprzez koncepcję Międzymorza, ożywioną przed laty przez politykę amerykańską w celu wykorzystania Polski w rozgrywce geopolitycznej z Rosją.

Jaki kontakt z rzeczywistością ma to lobby najlepiej dowodzi fakt, że jeden z jego najbardziej znaczących przedstawicieli – Jerzy Targalski – otwarcie ubolewał niedawno, że Polacy jeszcze nie walczą w Donbasie. Podobnie zapewne myślą pozostali wyznawcy koncepcji Międzymorza, do których należą m.in. działający na niwie polityki zagranicznej Przemysław Żurawski vel Grajewski i Jan Piekło.

W kontekście profanacji w Hucie Pieniackiej, Kijowie-Bykowni, Lwowie i Podkamieniu, towarzyszącej im narracji władz ukraińskich i ich polskich sojuszników o „rosyjskiej prowokacji” oraz propozycji „sojuszu obronnego” ogłoszonej oficjalnie przez deputowanych Hopko i Romaniuka zastanawia czy profanacje te nie są prowokacją ukraińską, która miałaby docelowo doprowadzić nawet do zaangażowania się militarnego Polski na wschodzie Ukrainy. Bo gdyby nagle pojawiły się dowody, że za tymi profanacjami stoi Rosja, to przecież byłby idealny pretekst do zerwania stosunków dyplomatycznych Polski z Rosją. A potem to już można sobie wyobrażać różne scenariusze.

Dotychczas byłem przekonany, że PiS bezmyślnie prowadzi politykę nieodpowiedzialną, której szkodliwości nie rozumie jego elektorat, mamiony patriotyczną frazeologią oraz faszerowany kultem smoleńskim i kultem „żołnierzy wyklętych”. Teraz nabieram coraz większej pewności, że polityka ta jest obozowi rządzącemu dyktowana. Jak bowiem inaczej skomentować to, że na wniosek marszałka Karczewskiego senatorowie wycofali z Sejmu własny projekt noweli do ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego, rozszerzający działanie tej ustawy na nacjonalizm ukraiński i litewski? „Nie możemy pozwolić sobie na psucie stosunków z sąsiadami” – oświadczył jeden z senatorów, który wcześniej podpisał się pod wycofanym nagle projektem.

Natomiast senator Jerzy Czerwiński w swoim wystąpieniu oświadczył, że wycofanie projektu miało związek „z interwencją ambasadora Ukrainy, o której pisały portale internetowe. Jeśli to prawda uważam to za bardzo naganne. To by świadczyło, że dawniej słuchaliśmy się przez długi czas Moskwy, potem kilkanaście lat Berlina, a teraz Kijowa”[6].

Nasuwa się więc pytanie, kto tutaj pociąga za sznurki? Ambasada USA, fundacja Sorosa, czy przede wszystkim jednak coraz silniejsze lobby ukraińskie, mające wpływy tak w partii rządzącej jak i w obecnej opozycji? Nie sądzę bowiem, by wszystkie zdumiewające posunięcia polskiej polityki zagranicznej były li tylko rezultatem geniuszu politycznego Jarosława Kaczyńskiego.

Ta polityka na kierunku wschodnim zmierza do katastrofy. Pytaniem pozostają tylko rozmiary i skutki tej nieuchronnej w bliższej lub dalszej przyszłości katastrofy oraz liczba ofiar. Na razie ofiarami koncepcji Międzymorza (Trójmorza) są pomniki upamiętniające Polaków zamordowanych ponad 70 lat temu przez prekursorów dzisiejszej pomajdanowej Ukrainy. Na razie.

[1] „Ukraina: Sprofanowano polskie pomniki we Lwowie i Podkamieniu”, http://www.kresy.pl, 12.03.2017.

[2] „Ukraina: oczyszczono sprofanowane polskie pomniki”, http://www.onet.pl, 12.03.2017.

[3] „Ambasador Jan Piekło: incydent we Lwowie wpisuje się w szereg antypolskich prowokacji”, http://www.polskieradio.pl, 8.02.2017.

[4] Szef MSZ Ukrainy: za profanacjami polskich pomników stoi „trzecia siła”, http://www.kresy.pl, 13.03.2017.

[5] H. Hopko, W. Romaniuk, „Sojusz obronny z Ukrainą”, http://www.rp.pl, 27.02.2017.

[6] „Senat wycofał projekt ustawy zakazującej propagowania ukraińskiego i litewskiego nacjonalizmu”, http://www.kresy.pl, 7.03.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 marca 2017 r.

http://mysl-polska.pl/1188

„Myśl Polska” nr 13-14 (2129/30), 26.03-2.04.2017, s. 8

W odpowiedzi na polemikę p. Mariusza Matuszewskiego dotyczącą zbrodni Józefa Kurasia-Ognia

Mój artykuł „Negacja zbrodni żołnierzy wyklętych”, w którym wspomniałem o dwóch znanych zbrodniach popełnionych na rozkaz Józefa Kursia-Ognia, spowodował polemikę ze strony p. Mariusza Matuszewskiego. W artykule pt. „O rzekomych zbrodniach „Ognia” – w odpowiedzi na tekst p. Bohdana Piętki” podważył on fakt popełnienia jednej ze wspomnianych przeze mnie zbrodni na rozkaz „Ognia”, a drugą ze zbrodni usprawiedliwił, oraz powtórzył wszystkie znane mi od dawna argumenty, które powtarzają środowiska uprawiające kult „żołnierzy wyklętych”. Kult noszący wszelkie znamiona wiary religijnej i to bynajmniej nie „świeckiej religii”, ale religii jak najbardziej autentycznej – posiadającej własne prawdy objawione, dogmaty oraz panteon bóstw i świątków. W panteonie tym Józef Kuraś-Ogień zajmuje miejsce jednego z bóstw naczelnych, toteż jakiekolwiek poddawanie w wątpliwość jego świętości zawsze powoduje negatywną reakcję wyznawców.

Na polemikę p. Mariusza Matuszewskiego odpowiadać nie powinienem, ponieważ polemizowanie z wiarą religijną nie ma sensu. Mój adwersarz jest wyznawcą religii „żołnierzy wyklętych”, a ja nie jestem. W związku z tym żaden mój argument nie trafi mu do przekonania, ani na odwrót. Żaden z nas drugiego nie przekona i tym bardziej nie nawróci. Każdy podany przeze mnie fakt, także w niniejszym tekście, zostanie przez p. Matuszewskiego odrzucony lub zanegowany jako przeczący jego wierze.

Z wiarą zatem polemizował nie będę, natomiast muszę się ustosunkować do pewnych stwierdzeń p. Matuszewskiego ze względu na możliwość dezinformacji Czytelnika.

Zacznijmy zatem od usprawiedliwienia przez mojego adwersarza zbrodni na rodzinie Zagatów-Łatanków z Gronkowa. Deprecjonuje on fakty podane w relacji krewnego ofiar – księdza dr. hab. Władysława Zarębczana – jako przykład „subiektywnej opowieści krewnego zabitych”. Dlaczego subiektywnej? Ja takiego wrażenia nie odniosłem. Zdaniem p. Matuszewskiego „Ogień” miał prawo zamordować czterech braci Zagatów-Łatanków, ponieważ byli to „bandyci i złodzieje (znani m.in. z kradzieży bydła)”. Mój adwersarz jest bardzo dobrze poinformowany w przeciwieństwie do księdza Zarębczana, który w swej relacji wyraźnie powiedział, że on i inni mieszkańcy Gronkowa chcieliby się dowiedzieć po kilkudziesięciu latach dlaczego popełniono tę zbrodnię. Niestety mój adwersarz nie ujawnił źródła swojej informacji odnośnie przynależności ofiar „Ognia” z Gronkowa do świata przestępczego. Domyślam się, że tym źródłem jest hagiograf „Ognia” – dr Maciej Korkuć z krakowskiego Oddziału IPN. Rozumiem też, że takie właśnie przedstawianie tej tragedii jest jednym z dogmatów boskiego kultu „partyzanta z Podhala” i zastosowano tutaj ten sam szablon, który stosuje się także w przypadku zbrodni oddziału Romualda Rajsa-Burego na ludności białoruskiej – winne są ofiary, rzekomo współpracujące z władzą komunistyczną. Ten sam szablon stosują również apologeci Ukraińskiej Powstańczej Armii, którzy za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie bynajmniej nie obwiniają sprawców, ale ofiary – polskich chłopów z Wołynia, Podola i Pokucia, którzy w obronie przed UPA czasem współpracowali z partyzantką sowiecką i tym właśnie, zdaniem obecnych apologetów UPA, zawinili.

Bracia Łatankowie byli „bandytami i złodziejami”? A może było inaczej? Może było tak jak w przypadku mordów dokonanych przez oddział „Ognia” na słowackich wsiach polskiego Spisza – ofiary po prostu nie chciały wspierać materialnie oddziału „Ognia”. Nie dlatego, że sympatyzowały z władzą komunistyczną, ale dlatego, że nie miały z czego i po sześciu latach wojny pragnęły po prostu zaznać świętego spokoju. Może zatem zbrodnia popełniona w Gronkowie miała właśnie taki cel „pedagogiczny” – pokazanie kto tu rządzi i zastraszenie miejscowej ludności, niechętnej aprowizacji oddziału „Ognia”.

Humorystycznie brzmi stwierdzenie p. Matuszewskiego, że zbrodnia w Gronkowie miała „wszelkie znamiona egzekucji wyroku, wydanego w warunkach wojennych, a bazującego na upoważnieniu władz RP”. „Ogień” reprezentował jakiś rząd RP? Chyba, że sam go stworzył. Przyznam, że to jakiś nowy, nieznany mi dotąd dogmat wiary w „wyklętych”. Może jakieś nowe objawienie.

W przypadku zbrodni popełnionej na Katarzynie Kościelnej z Ostrowska (wg Bolesława Derenia była to Helena Luberda-Kościelny) i jej nienarodzonym dziecku p. Matuszewki – zapewne opierając się na książce Bolesława Derenia („Józef Kuraś „Ogień”. Partyzant Podhala”) – zanegował jakąkolwiek odpowiedzialność „Ognia”, sugerując, że jest to wymysł Stanisława Wałacha, a zbrodni tej dokonał kto inny. Niezupełnie. O tej i o innych zbrodniach „Ognia” wspominają także żołnierze 1. Pułku Strzelców Podhalańskich Armii Krajowej, którzy złożyli na ten temat relację 16 marca 1990 roku, przysięgając na Biblię w obecności ówczesnego proboszcza parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Nowym Targu, ks. prałata Franciszka Juraszka. Ci żołnierze AK to Włodzimierz Budarkiewicz, ps. „Podkowa”, Tadeusz Czubernat, ps. „Płomień”, Jan Kacwin, ps. „Juhas”, Franciszek Kieta, ps. „Limba”, Władysław Sowa, ps. „Celiński-Dunin”, Jan Sral, ps. „Krasny”, Bronisław Wielkiewicz, ps. „Skok” i Władysław Zagardowicz, ps. „Kukułka”. Wymienili on cały katalog zbrodni popełnionych przez „Ognia” lub jego ludzi. Stwierdzili m.in., że u „Ognia” istniał „patologiczny, odbiegający od normy, popęd płciowy. Wzywał imiennie do siebie w Gorce przez gońców kobiety, zmuszał je do uległości, a broniące się gwałcił”. Podali nazwisko jednej z tych kobiet, która po dokonaniu na niej gwałtu przez „Ognia” i jednego z jego podkomendnych została przez tegoż podkomendnego zastrzelona.

Dopóki żyli ci i inni świadkowie, dopóty jakikolwiek kult „Ognia” na Podhalu był niemożliwy. Dopiero gdy bezpośredni świadkowie zaczęli wymierać, w 2006 roku postawiono „Ogniowi” pomnik w Zakopanem. Jest to znamienne, że właśnie w Zakopanem, gdzie „Ogień” nigdy nie działał i w związku z tym nie było protestów miejscowej społeczności. W jego rodzinnym Ostrowsku do dzisiaj nie chcą słyszeć o żadnym pomniku. Podobnie jak w Waksmundzie i Nowym Targu. Rodzina „Ognia” ufundowała mu drugi pomnik na prywatnej działce w Gorcach. Dlaczego? Ludzie z Ostrowska i Nowego Targu też naczytali się Machejka i Wałacha, czy może tak jak wymienieni powyżej AK-owcy po prostu znają prawdę?

Istotą kultu religijnego „żołnierzy wyklętych”, a zwłaszcza kultu „Ognia” jest negacja popełnionych przez nich zbrodni, której nieodłącznie towarzyszy ignorowanie faktów.

Apologeci „Ognia” ignorują to, że zbrodnie ich idola zostały potwierdzone nawet przez jego hagiografów. Np. największy hagiograf „Ognia” – dr Maciej Korkuć z krakowskiego oddziału IPN – nie neguje faktu zamordowania na tle rabunkowym przez ludzi „Ognia” 3 maja 1946 roku w okolicach Krościenka 12 osób cywilnych narodowości żydowskiej, w tym dzieci. Bezpośrednim świadkiem tej zbrodni był wspomniany wyżej oficer 1. PSP AK – kpt. Jan Kacwin-Juhas. Człowiek, który położył wielkie i niedoceniane zasługi na polu poznawania historii ruchu oporu na Podhalu i utrwalania pamięci o nim. Społecznik działający na niwie Oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego w Nowym Targu i Komisji Historii Wojskowości przy tym Oddziale, której był założycielem. Do swojej śmierci w 2011 roku próbował on – jak dzisiaj widać bezskutecznie – przeciwdziałać lansowanemu odgórnie kultowi „Ognia”.

Ta i inne zbrodnie na Żydach (łącznie oddział „Ognia” zabił 53 Żydów, w większości cywilów) były powodem protestów ambasady Izraela wobec odsłonięcia pomnika „Ognia” w Zakopanem. Protestowała też ambasada Słowacji i mniejszość słowacka w Polsce. Słowacki IPN, po przeprowadzeniu własnego śledztwa, uznał „Ognia” winnym zbrodni na ludności słowackiej zamieszkującej polską cześć Spisza. Dla polskiego IPN „Ogień” jest bohaterem narodowym, a dla słowackiego IPN zbrodniarzem. Apologetów „partyzanta Podhala” ta dychotomia nie dziwi i im nie przeszkadza? Oni mają odpowiedź z góry przewidywalną – winne są ofiary, bo rzekomo popierały stronę komunistyczną, a to, że wśród tych polskich, słowackich i żydowskich ofiar cywilnych były też dzieci to niewarty uwagi drobiazg.

Apologeci „Ognia” – uparcie tytułujący go „majorem” – nie chcą też wiedzieć w jaki sposób ich idol, któremu podczas służby w UB komuniści potwierdzili stopień porucznika, tymże majorem został. Także minister Macierewicz, który wydał kuriozalną decyzję uznającą „Ogniowi” ten stopień, udaje, że tego nie wie. To może trzeba przypomnieć.

„Ogień” po przejściu do podziemia wobec władzy komunistycznej postanowił się awansować, ale chciał to zrobić formalnie. Dowiedział się wówczas, że oryginalne blankiety nominacyjne – podpisane in blanco przez dowódcę 1. PSP AK, mjr. Adama Stabrawę-Borowego – posiada Franciszek Zapała z Niedźwiedzia, brat mjr. Juliana Zapały-Lamparta, który był dowódcą IV. batalionu w 1. PSP AK. „Ogień” po prostu zastrzelił wezwanego do siebie Franciszka Zapałę i przejął blankiety nominacyjne. Mając blankiety rozwiązanej już wówczas Armii Krajowej awansował siebie i swoich ludzi. Kilka tych nominacji, nadanych przez „Ognia” w latach 1945-1947, zachowało się, ponieważ byli „ogniowcy” zgłaszali się z nimi potem celem weryfikacji do komunistycznego ZBoWiD-u. Fakty te opisali w swojej relacji z 1990 roku wymieni przez mnie AK-owcy, ale są one uparcie ignorowane przez apologetów „Ognia”.

Mój adwersarz neguje fakt przynależności „Ognia” do Armii Ludowej i bagatelizuje epizod jego służby na stanowisku szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Targu twierdząc, że trwała rzekomo „niecałe 3 tygodnie” (ale wcześniej był też komendantem powiatowym MO). Powtarza przy tym za Maciejem Korkuciem popularną w środowisku apologetów „Ognia” tezę, że jakoby ten „nawiązał kontakt z AL, oddziałami Armii Czerwonej, a także wstąpił do bezpieki” rzekomo na polecenie podziemia niepodległościowego („przełożonych z ruchu ludowego”). Kłamliwie pisze, że z AK odszedł „w konsekwencji konfliktu z przełożonymi”. Tymczasem nawet Korkuć nie neguje tego, że w Armii Krajowej – gdzie „Ogień” miał stopień plutonowego – wydano na niego wyrok śmierci za samowolne opuszczenie pod koniec 1943 roku obozowiska partyzanckiego, w wyniku czego zostało ono zaatakowane przez Niemców.

„Ogień” nie nawiązał kontaktu z AL, ale wstąpił w jej szeregi. 1 grudnia 1944 roku złożył na ręce dowódcy oddziału AL „Za Wolną Ojczyznę” Izaaka Gutmana-Zygfryda (po wojnie Bruno Skuteli) pisemne oświadczenie, w którym deklarował poparcie dla programu i uznanie zwierzchnictwa PKWN oraz operacyjne podporządkowanie swojego oddziału. Wstąpił następnie w szeregi Polskiej Partii Robotniczej. Nawiązał też współpracę z sowieckim oddziałem partyzanckim, którym dowodził oficer NKWD Iwan Zołotar – winny sprowokowania niemieckiej pacyfikacji Ochotnicy Dolnej (tzw. Krwawa Wigilia 1944 roku), a po przejściu frontu jeden z tropicieli miejscowych żołnierzy AK.

Być może p. Matuszewski o tym nie wie, ale już w 1990 roku Światowy Związek Żołnierzy AK publicznie odciął się od „Ognia”. Natomiast od 21 stycznia 2016 roku Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Oddziale IPN w Krakowie prowadzi śledztwo przeciw „Ogniowi” w związku z podejrzeniem popełnienia przez niego zbrodni komunistycznej. Znowu jakaś dziwna dychotomia: w tym samym Oddziale IPN w Krakowie pracują dr Maciej Korkuć, który uważa „Ognia” za bohatera walki z władzą komunistyczną oraz prokurator Marcin Nowotny, który prowadzi śledztwo w sprawie popełnienia przez „Ognia” zbrodni komunistycznej[1]. W związku z polityką historyczną obecnego obozu rządzącego mam obawy o rzetelność tego śledztwa. Niemniej jednak faktem jest, że takie śledztwo pion śledczy krakowskiego IPN formalnie prowadzi.

Wszczęto je na wniosek, który w październiku 2015 roku złożyli w IPN Marek Zapała – krewny wspomnianego mjr. Juliana Zapały-Lamparta oraz Tadeusz Morawa – syn Tadeusza Morawy, ps. „44”, żołnierza 1. PSP AK i działacza Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, który w komunistycznych więzieniach spędził 10 lat. Wnioskodawcy zarzucili „Ogniowi” udział w zbrodni komunistycznej, która polegała na udzielaniu funkcjonariuszom NKWD pomocy w aresztowaniach, przesłuchiwaniu, torturowaniu i wywózce na Syberię żołnierzy AK z Podhala. Zdaniem wnioskodawców „Józef Kuraś „Ogień” wprowadził terror, całkowicie podporządkowując w tym okresie swoje działania NKWD, będąc informatorem NKWD, sporządzał listy żołnierzy z 1. Pułku Strzelców Podhalańskich Armii Krajowej przeznaczonych do aresztowania i przyczynił się wraz z podkomendnymi do ich represji i aresztowań, a w następstwie wywiezienia do łagrów sowieckich w miejscowości m.in. Bałanasz w swierdłowskiej obłasti na Uralu (…)”[2].

Szczególnie tropiony przez NKWD i UB, podczas szefowania przez „Ognia” nowotarskiej MO, a potem PUBP, był jego dowódca z AK – por. Krystian Więckowski-Zawisza, który spowodował wydanie na „Ognia” w 1944 roku wyroku śmierci. Do dzisiaj w archiwum Oddziału Światowego Związku Żołnierzy AK w Nowym Targu są przechowywane relacje Franciszka Kiety-Limby i Władysława Zagardowicza-Kukułki – AK-owców wywiezionych w 1945 roku na Syberię – w których obwiniają oni „Ognia” i podległych mu milicjantów o udział w ich aresztowaniu i przesłuchiwaniu. Dokładnie nie wiadomo ilu ludzi trafiło przez „Ognia” na Syberię. Wspomniani krewni AK-owców wiedzą, że co najmniej kilku.

W grudniu 2016 roku do Rady Miasta Zakopane wpłynął wniosek o usunięcie pomnika „Ognia”, który podpisało siedmiu członków rodzin nieżyjących już żołnierzy AK i WiN. 20 stycznia br. Komisja Kultury Rady Miasta Zakopane nie podjęła jednak żadnej decyzji, ponieważ na jej posiedzenie przybyli licznie obrońcy „Ognia” z Grupy Rekonstrukcji Historycznych jego imienia i zaistniała groźba poważnej awantury. Nie ulega dla mnie raczej wątpliwości, że dopóki w Polsce będzie rządzić obecna władza, dopóty zakopiańskiemu pomnikowi „Ognia” nic się nie stanie. To wszystko pokazuje jednak jak bardzo postać „Ognia” i jego ocena dzieli społeczeństwo Podhala po upływie 70 lat od tamtych wydarzeń. Te podziały będą się zaostrzać, jeśli historia nadal będzie zakładnikiem polityki, a nie sądzę, żeby w najbliższej przyszłości coś się w tej materii zmieniło.

W tekście p. Matuszewskiego – oprócz obrony jego wiary w „żołnierzy wyklętych” – widzę jeszcze przejaw tzw. cenzury patriotycznej. Ja cenzurze patriotycznej poddawać się nie zamierzam. „Ogień”, „Bury”, czy „Łupaszka” nigdy nie będą dla mnie bohaterami. Niekoniecznie należy od razu nazywać ich bandytami, ale też absurdalne jest kreowanie ich na bohaterów narodowych i rycerzy bez skazy. To były postacie tragiczne, uwikłane w skomplikowaną sytuację polityczną. Tak właśnie, w wyważony sposób, powinni być postrzegani i być może tak byliby postrzegani, gdyby obecna partia rządząca nie uczyniła z historii narzędzia swojej bieżącej polityki.

Dla mnie bohaterami natomiast są ppłk. Adam Stabrawa-Borowy, kpt. Jan Kacwin-Juhas i inni podhalańscy żołnierze AK, którzy nigdy nie splamili honoru polskiego munduru. Dla mnie bohaterem jest płk Franciszek Faix-Limanowski (1896-1953), dowódca 3. Pułku Strzelców Podhalańskich AK i zastępca dowódcy Grupy Operacyjnej AK „Śląsk Cieszyński”, więzień KL Auschwitz i ofiara terroru stalinowskiego, którego prawie zapomnianą postać przywróciłem przed laty pamięci historycznej. Dla mnie bohaterem jest ppłk. Stanisław Dąbrowa-Kostka – żołnierz AK i WiN oraz pisarz, którego miałem zaszczyt poznać osobiście i który umożliwił mi przywrócenie pamięci o płk. Faix-Limanowskim na łamach redagowanych przez siebie „Zeszytów Historycznych” Stowarzyszenia Żołnierzy Armii Krajowej w Krakowie.

Nie mam wątpliwości, że kult „Ognia” i innych „wyklętych” będzie narastał, a nawet najbardziej stonowane głosy rozsądku i sprzeciwu zostaną zagłuszone cynicznymi oskarżeniami i szantażem moralnym. Kult ten bowiem, którego największą ofiarą jest prawda historyczna, służy określonym celom politycznym. Są nimi: podtrzymywanie anachronicznej w ćwierć wieku po upadku ustroju socjalistycznego ideologii antykomunizmu, narzucanie społeczeństwu deprecjonującej i uproszczonej oceny PRL jako „sowieckiej okupacji” oraz – co się z tym wiąże – konserwowanie rusofobii. Identycznym celom jak kult „żołnierzy wyklętych” w Polsce służy też kult UPA na Ukrainie, „leśnych braci” i szaulisów w krajach bałtyckich, ustaszy w Chorwacji, strzałkorzyżowców na Węgrzech, Żelaznej Gwardii w Rumunii, czy ludaków na Słowacji. Cele te zostały wyznaczone polskiej „prawicy” oraz jej odpowiednikom w wymienionych krajach przez politykę amerykańską pod kątem utrzymania dominacji polityczno-ekonomicznej USA na peryferiach euro-atlantyckich oraz wykorzystania tych peryferii w działaniach dezintegracyjnych wobec Rosji.

Kult „wyklętych” – lekceważący fakty historyczne i z góry wykluczający jakąkolwiek dyskusję – jest negatywnym przykładem kreowania na siłę mitologii historycznej dla potrzeb bieżącej polityki. Jako działanie skrajne będzie z jednej strony budził opór i sprzeciw, którego nie powstrzymają zapowiadane już działania represyjne wobec „osobników szkalujących”[3], a z drugiej strony przyniesie szkodę samym „wyklętym”, czyniąc z pamięci historycznej o nich szopkę. Historia powinna uczyć przyszłe pokolenia, by mogły wyciągać wnioski z błędów i tragedii. Taka jest jej funkcja. Nie powinna natomiast służyć kreowaniu polityki prowadzącej do powtórzenia tych samych błędów i tragedii.

[1] „Bohater z Podhala był współwinnym zbrodni?!”, http://www.fakt.pl, 25.02.2016.

[2] L. Konarski, „Bandyta na pomnikach”, „Przegląd” nr 9 (895), 27.02-5.03.2017, s. 8-12.

[3] Płużański: „Należy pozywać osobników szkalujących Żołnierzy Wyklętych”. Sprawdź kto podpadł historykowi, a komu się upiekło, http://www.wolnosc24.pl, 4.03.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 marca 2017 r.

Moje trzy grosze o dniu pamięci „żołnierzy wyklętych”

Miałem już nic więcej nie pisać o dniu „żołnierzy wyklętych”, ale muszę dodać jeszcze trzy grosze.

Grosz pierwszy.

W przeddzień święta tzw. „żołnierzy wyklętych” przypada rocznica zagłady Huty Pieniackiej (28 lutego). Apologeci nacjonalizmu ukraińskiego głoszą, że ukraińscy esesmani i UPA mieli prawo wymordować około 1000 Polaków z Huty Pieniackiej – w większości spalonych żywcem – ponieważ tamtejsza polska samoobrona współpracowała z partyzantką sowiecką (co jest prawdą). Z kolei apologeci „żołnierzy wyklętych” głoszą, że Romuald Rajs-Bury miał prawo zabijać i palić żywcem białoruskich chłopów w Zaleszanach, Zaniach, Szpakach i Puchałach Starych, ponieważ ci podobno sympatyzowali z władzą komunistyczną i współpracowali z UB. W obu przypadkach w ten sam sposób – czyli przy pomocy frazeologii antykomunistycznej, obwiniając ofiary o współpracę z „komunistami” – usprawiedliwia się bestialską zbrodnię na bezbronnej ludności cywilnej. Czymże więc różnią się apologeci UPA i apologeci „żołnierzy wyklętych” typu „Burego” i „Ognia”. Ano niczym. W obu przypadkach identyczny jest zarówno ich szowinistyczny światopogląd, jak i polityczny cel kultu zbrodniarzy, wyznaczony przez politykę amerykańską i zmierzający najogólniej do utrwalenia dominacji USA/Zachodu na peryferiach euro-atlantyckich.

Grosz drugi.

Niektórych dziwi to, że święto „żołnierzy wyklętych” jest obchodzone huczniej niż święta narodowe 3 Maja i 11 Listopada. W Opolu obchody potrwają podobno dwa tygodnie. Gdzie indziej też co najmniej kilka dni. Żeby to zrozumieć, trzeba sobie uświadomić jakiemu celowi politycznemu służy to święto. Oficjalnie uhonorowaniu tych, którzy walczyli o niepodległość Polski po 1945 roku, a raczej wydawało im się, że o to walczą. Trzeba przypomnieć, że święto „żołnierzy wyklętych” zostało uchwalone przez Sejm w 2011 roku jednomyślnie, także głosami SLD. Taką jednomyślność polska scena polityczna, łącznie z SLD, osiąga tylko na polecenie ambasady amerykańskiej. W tym roku minister Macierewicz szczególnie podkreślił udział w obchodach święta „wyklętych” żołnierzy amerykańskich, których pierwszy kontyngent od sześciu tygodni stacjonuje w Żaganiu. I tutaj dochodzimy do właściwego celu politycznego ustanowienia tego święta. Ze względu na konotacje historyczne (powojenne podziemie czekało na III wojnę światową i Amerykanów) oraz współczesne (Polska w roli „wschodniej flanki” bloku euro-atlantyckiego) jest to bowiem święto podległości Polski rzekomo niepodległej. Taki współczesny 22 Lipca.

Grosz trzeci

Czytam na onet.pl, że Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych ustanowiono 1 marca podobno dlatego, że 1 marca 1951 roku stracono w więzieniu mokotowskim siedmiu członków IV. Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” z mjr. Łukaszem Cieplińskim na czele[1]. Ale to nie byli „żołnierze wyklęci”, ponieważ Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji „Wolność i Niezawisłość” (zwany też Zrzeszeniem „Wolność i Niezawisłość”) – niezależnie od tego, że prowadził ograniczoną działalność zbrojną – był z założenia nielegalną, cywilno-wojskową organizacją opozycji politycznej, a nie podziemia zbrojnego. Straceni WiN-owcy byli ofiarami represji stalinowskich, tak jak i gen. „Nil” oraz Pilecki, ale nie „wyklętymi”. WiN nie można w całości zaliczyć do podziemia zbrojnego, ale – razem z legalnym PSL, półlegalnym Stronnictwem Pracy, nielegalną PPS-WRN i nielegalnym Stronnictwem Narodowym – organizację tę trzeba widzieć jako część powojennej opozycji politycznej.

Czy zatem nie byłoby właściwe obchodzić zamiast dnia „żołnierzy wyklętych” dzień pamięci ofiar represji stalinowskich (komunistycznych)? Wśród tych ofiar byli przecież także „wyklęci”, czyli powojenne podziemie zbrojne. Otóż z punktu widzenia lansowanej przez IPN narracji historycznej jest to niemożliwe, no bo ofiarami represji stalinowskich – oprócz przedwojennych oficerów WP, żołnierzy AK, BCh, NSZ, powojennego podziemia, działaczy PSL, PPS-WRN, ludzi Kościoła etc. – byli także żołnierze Armii Ludowej i członkowie PPR (PZPR) oskarżeni po 1948 roku o tzw. „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”. Takie (uczciwe) spojrzenie na historię jednak IPN-owi i decydentom politycznym nie odpowiada, więc lansuje się tylko „żołnierzy wyklętych” (podziemie zbrojne), do których dopisywane są wybrane według kryterium politycznego ofiary represji stalinowskich (Fieldorf-Nil, Pilecki, WiN etc.). Tak rozumiany kult „wyklętych” (podziemia zbrojnego) ma służyć m.in. utrwaleniu fatalnego w polskiej historii etosu insurekcyjnego, ale zamazuje pamięć o wszystkich ofiarach represji stalinowskich.

[1] „1 marca – Dzień Żołnierzy Wyklętych”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 1.03.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 2 marca 2017 r.

http://mysl-polska.pl/1179

„Myśl Polska” nr 11-12 (2127/28), 12-19.03.2017, s. 15

Gorzka prawda

Pochodzący z Wołynia Iwan Morozowski – uczestnik rewolty na Majdanie i świadek masakry z 20 lutego 2014 roku, podczas której został ranny – potwierdził, że uczestnicy Majdanu posiadali broń palną i korzystali z niej. W tragicznych wydarzeniach z 20 lutego 2014 roku brali udział snajperzy, którzy strzelali zarówno do uczestników Majdanu, jak i do funkcjonariuszy milicyjnej formacji „Berkut”[1]. „Broń była i u nich, i u nas. (…) kostką brukową z automatami nie podyskutujesz. Broni było dość: u kogoś własna, komuś wydawali sami komendanci. Automaty [broń automatyczną] i karabiny snajperskie dostawali tylko specjalnie wyszkoleni, którzy strzelali zza naszych pleców. Jak się okazało – nam w plecy” – powiedział Morozowski.

Takie oświadczenie Morozowskiego opublikował ukraiński portal volynnews.com, należący do lokalnego oligarchy z klanu Ihora Kołomojskiego – jednego z głównych organizatorów i sponsorów Majdanu, który następnie popadł w konflikt z Poroszenką i został przez niego odsunięty od władzy i wpływów. Morozowski powiedział także, że na Majdanie dochodziło do „podziału stref wpływów” i kradzieży środków finansowych.

„Usunąwszy od władzy jeden dyktatorski reżim, wynieśliśmy do władzy inny” – stwierdził Morozowski. Według jego relacji „ogień był z trzech stron. Oczywiście, strzelał Berkut, strzelali również protestujący, ale byli też tacy, którzy strzelali i do jednych i do drugich – to fakt. Uwierzcie człowiekowi, który widział to na własne oczy”. Jeszcze bardziej ciekawe jest to, co Morozowski powiedział na temat zachowania milicji: „[jej] większa część podporządkowała się Janukowyczowi, ale byli tacy, którzy podporządkowali się opozycji – i właśnie na nich spoczywa odpowiedzialność za pierwsze ofiary na Majdanie. Mam na myśli Nihojana i [Michaiła] Żyzniewskiego”.

Odnośnie roli, jaką odegrali obecny prezydent Proszenko i Andrij Parubij – obecny przewodniczący parlamentu Ukrainy, a wówczas „koordynator Samoobrony Majdanu” – Morozowski powiedział: „Wśród ludzi, którzy byli najbliżej ówczesnej opozycji mówiono o tym, że z Domu Związków Zawodowych prowadzony był główny ostrzał przez snajperów Poroszenki-Parubija”. Ujawnił też, że funkcjonariusze „Berkutu”, ujęci przez „majdanowców”, zagadkowo zniknęli, a z głównej trybuny Majdanu przemawiali „specjalnie wyszkoleni ludzie”, którzy głosili „populistyczne hasła”.

Jego zdaniem „wszystko finansowali zagraniczni inwestorzy” oraz oligarchowie ukraińscy, którzy przekazywali „olbrzymie kwoty”. Środki te miały później zostać zdefraudowane przez „Jaceniuka i kompanię”. „Wszystkie dowody rzeczowe szybko zniknęły, zniknęli berkutowcy, którzy strzelali, zniknęli snajperzy, nawet broni nie można znaleźć; w ciągu godzin ścięli drzewa, dzięki którym mogli wyznaczyć trajektorię lotu kul” – podsumował Morozowski.

To co powiedział nie jest żadną sensacją, chociażby w świetle tego, co ustalił dotychczas dr Iwan Kaczanowski z Kanady, wedle którego „była to operacja typu „false flag”, pod fałszywą flagą, przeprowadzona przez część przywódców Majdanu ze stronnictw oligarchicznych i skrajnie prawicowych. Jej celem było zabicie ludzi stojących po tej samej stronie, którzy nie byli świadomi tego, że zginęli zastrzeleni przez własnych strzelców”[2]. Nie jest to też sensacją w świetle informacji przekazanych dotychczas przez innych świadków, np. uczestnika Majdanu Iwana Bubenczuka, który potwierdził, że strzelał 20 lutego 2014 roku do „Berkutu”[3], anonimowego uczestnika Majdanu, który powiedział o tym samym BBC[4], dziennikarzy śledczych „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, którzy w dwóch oddzielnych śledztwach ustalili, że „opozycyjni demonstranci na kijowskim Majdanie strzelali do milicji 20 lutego 2014 roku, co było preludium do masakry”[5], byłego szefa administracji prezydenckiej Andrija Klujewa i byłego premiera Mykoły Azarowa, którzy twierdzą, że dysponują protokołem przesłuchania gruzińskiego snajpera strzelającego na Majdanie rankiem 20 lutego 2014 roku[6], rannego uczestnika Majdanu Pawło Onufrijiwa, który zeznał, że strzelało do niego dwóch snajperów z Hotelu „Ukraina” oraz Pałacu Październikowego, po drugiej stronie ulicy Instytuckiej[7], rannego uczestnika Majdanu Światosława Kolesznikowa, który zeznał, że postrzelił go snajper z okna Hotelu „Ukraina”[8], dowodów ukraińskiej prokuratury potwierdzających, że uczestniczący w protestach na Majdanie Polak Leonid Polański został zabity przez snajpera z Hotelu „Ukraina”[9] oraz ustaleń zastępcy szefa Departamentu Śledczego MSW Ukrainy Witalija Sakala, który w styczniu 2015 roku ujawnił, że „ukraińska milicja nie dysponuje takimi rodzajami broni jak te, z których oddano śmiertelne strzały [na Majdanie]”[10].

O tym, że w masakrę sprzed trzech lat na Majdanie byli zaangażowani „ludzie, którzy dziś są przy władzy” – czyli Poroszenko i jego otoczenie – powiedziała niedawno otwarcie na antenie telewizji „112 Ukraina” wiceprzewodnicząca parlamentu ukraińskiego Oksana Syrojid[11].

W świetle tych i innych dowodów jest od dawna oczywiste, że masakra na Majdanie 20 lutego 2014 roku – po której prezydent Janukowycz musiał ustąpić ze stanowiska, zmuszony do tego przez zachodnie rządy i zszokowaną międzynarodową opinię publiczną – nie była dziełem funkcjonariuszy formacji milicyjnej „Berkut” i nie została dokonana na rozkaz prezydenta Janukowycza. Zbrodnia ta była dziełem oligarchów Poroszenki i Kołomojskiego, którzy finansowali i organizowali pucz na Majdanie oraz doszli do władzy w jego następstwie.

Nie jest to natomiast oczywiste dla polskiej opinii publicznej, przed którą powyższe informacje są ukrywane przez tzw. media głównego nurtu i która jest przez te media regularnie okłamywana co do charakteru wydarzeń na Ukrainie – zarówno puczu z 2014 roku, wojny domowej w Donbasie, stopnia gloryfikacji banderyzmu na pomajdanowej Ukrainie oraz rzeczywistego (tj. skorumpowanego i przestępczego) oblicza pomajdanowych ekip rządzących. Przed polską opinią publiczną ukrywa się nawet to, że udział tajemniczych snajperów w masakrze z 20 lutego 2014 roku został potwierdzony przez ukraińską prokuraturę, a dowody w tej sprawie dopuszczone w toczącym się obecnie w Kijowie postępowaniu sądowym. Polska opinia publiczna jest systematycznie karmiona kłamstwami i bzdurami na temat „rewolucji godności”, rzekomego demokratycznego charakteru tego przewrotu, rzekomego demokratycznego oblicza pomajdanowej Ukrainy, rzekomej „agresji rosyjskiej” wobec Ukrainy itd.

Doniosłą rolę w dezinformowaniu opinii publicznej w Polsce odgrywają czołowi polscy politycy, dla których Poroszenko jest nie tylko partnerem politycznym, ale wzorem demokratycznego przywódcy, przeciwstawianym Putinowi i którzy poprzez różne gesty i zachowania manifestują poparcie dla kłamstw pomajdanowego reżimu oraz legitymizują go. Mam tutaj na myśli chociażby manifestacyjne składanie kwiatów pod pomnikiem „Niebiańskiej Sotni” w Kijowie (czyli ofiar masakry z 20 lutego 2014 roku, zabitych niby przez „Berkut”) przez prezydenta Dudę i innych oficjeli polskich.

24 lutego br. Jan Piekło – ambasador Polski na Ukrainie, chociaż bardziej zasadne byłoby powiedzieć, że polski ambasador Ukrainy w Kijowie – następująco skomentował niedawną wypowiedź prezesa PiS, w której ten stwierdził, że z Banderą Ukraina do Europy nie wejdzie: To historia. Historia jest ważna dla Polaków i dla Ukraińców. Ale jest też przyszłość, a przyszłość jest ważniejsza. Musimy myśleć o przyszłości. Kaczyński też myśli o przyszłości. Wielu już, na pewno, zapomniało, jak on podczas Rewolucji Godności był na Majdanie i krzyczał „Sława Ukrainie!”. To jaskrawy przykład tego, że jest nastawiony proukraińsko, a nie odwrotnie[12]. Piekło dodał też, że gloryfikacja Stepana Bandery na Ukrainie na pewno nie wpłynie na relacje obu państw.

Nie wpłynie… No proszę. Ciekawe, że postsolidarnościowe elity polityczne nie myślą tak przyszłościowo w kontekście trudnej historii o stosunkach polsko-rosyjskich, gdzie ciągle wysuwają jakieś pretensje historyczne mimo, że w Rosji nie są gloryfikowani ani Stalin, ani Beria, ani NKWD, a władze rosyjskie wielokrotnie przepraszały za zbrodnię katyńską i pozwoliły na jej godne upamiętnienie, czego nie można powiedzieć o upamiętnieniu (a właściwie jego braku) ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego na Ukrainie. Nikt w tych elitach nie zastanawia się nad tym jak taka dychotomia w traktowaniu trudnej historii odnośnie Rosji i Ukrainy jest postrzegana i oceniana już nie tyle na Kremlu, co wśród narodu rosyjskiego. Nie mówiąc już, żeby w gronie owych elit ktoś odczuwał wstyd z tego powodu, bo wstydu nie czują one nawet wobec własnego narodu.

Polityka uprawiana przez postsolidarnościowe elity na kierunku ukraińskim, a szerzej wschodnim, dowodzi tylko, że w stosunku do tych elit zostały w pełni zrealizowane postanowienia uchwały Krajowego Prowidu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów z 22 czerwca 1990 roku, gdzie m.in. czytamy: „należy przenikać do polskich organizacji tam, gdzie jest to możliwe i lansować nasz punkt widzenia cierpliwie ale uparcie, zyskiwać zwolenników wśród Polaków, a tam, gdzie to najbardziej celowe, nie żałować środków z Funduszu Wyzwolenia Ukrainy. Kupować audycje w polskim radiu oraz miejsca w polskich gazetach. Wchodzić do polskich zespołów redakcyjnych. Dyskusje prowadzić w duchu heroizmu UPA (…) należy popierać w Polsce wszystkimi siłami wszystko co ma posmak antyrosyjski. Katyń, wywózki na Sybir, zbrodnie NKWD i UB. Taki stan rzeczy odwraca uwagę Polaków od UPA, którą polscy komuniści przedstawili narodowi polskiemu kłamliwie nie jako zbrojny ruch narodowo-wyzwoleńczy, lecz jako bandy. Podkreślać z całą mocą, że pełne wyzwolenie Polski nie jest możliwe bez samostijnej Ukrainy (…). Oznacza to pełne zaufanie Polaków do antymoskiewskiej polityki Ukraińców, pozwoli na ich zupełny bezkrytycyzm i na pełne ich zaangażowanie po naszej stronie. Zaangażowanie to ma pomóc do umocnienia pozycji Ukrainy i osłabienia Polski, co pozwoli w przyszłości podporządkować państwo polskie ukraińskim interesom narodowym”[13].

Taka jest gorzka prawda.

[1] „Uczestnik Majdanu potwierdza: mieliśmy broń, snajperzy strzelali do protestujących”, http://www.kresy.pl, 24.02.2017.

[2] Dr Kaczanowski dla Kresów.pl: masakra na Majdanie była operacją typu „false flag”, http://www.kresy.pl, 8.03.2016; „Nowa analiza dr. Iwana Kaczanowskiego: większość zabitych na Majdanie to ofiary uzbrojonych aktywistów”, http://www.kresy.pl, 23.02.2015; „Kto odpowiada za masakrę na Majdanie? Publikujemy cały raport dra Kaczanowskiego”, http://www.kresy.pl, 28.10.2014.

[3] „Aktywista Euromajdanu dla portalu Bird In Flight: strzelałem do Berkutu na Majdanie”, http://www.kresy.pl, 19.02.2016; „Strzelec z Majdanu w filmie dokumentalnym: zastrzeliłem dwóch berkutowców”, http://www.kresy.pl, 20.02.2016.

[4] „BBC ujawnia świadectwo snajpera, który strzelał do milicjantów na Majdanie”, http://www.kresy.pl, 15.02.2015.

[5] „Frankfurter Allgemeine Zeitung ujawnia przyczyny masakry na Majdanie”, http://www.kresy.pl, 18.02.2015.

[6] „Byli współpracownicy Janukowycza: na Majdanie strzelał gruziński snajper”, http://www.kresy.pl, 30.11.2016.

[7] „Zeznania kolejnego świadka potwierdzają obecność strzelców w Hotelu Ukraina podczas masakry na Majdanie”, http://www.kresy.pl, 12.11.2016.

[8] „Ukraina: nowe dowody na obecność snajperów w Hotelu Ukraina podczas masakry na Majdanie”, http://www.kresy.pl, 5.11.2016.

[9] „Polak zastrzelony z Hotelu Ukraina – nowe dowody ujawnione w procesie ws. masakry na Majdanie”, http://www.kresy.pl, 4.10.2016.

[10] „Śledczy z ukraińskiego MSW: pierwsze ofiary majdanu nie zginęły z rąk milicji”, http://www.kresy.pl, 26.01.2015.

[11] „Wiceszefowa ukraińskiego parlamentu: przedstawiciele władz mogli być zamieszani w masakrę na Majdanie”, http://www.kresy.pl, 25.02.2017.

[12] „Polski ambasador w Kijowie bagatelizuje gloryfikację Bandery na Ukrainie”, http://www.kresy.pl, 24.02.2017.

[13] Cyt. za: W. Poliszczuk, „Gorzka prawda – zbrodniczość OUN-UPA”, Toronto 1995, s. 372-379.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 26 lutego 2017 r.

„Myśl Polska” nr 11-12 (2127/28), 12-19.03.2017, s. 7

Negacja zbrodni „żołnierzy wyklętych”

Paweł Kukiz bardzo szybko został przywołany do porządku w związku ze swoją wypowiedzią na facebooku, gdzie ostrożnie i delikatnie zwrócił uwagę, że kult „żołnierzy wyklętych” – którego on bynajmniej nie jest przeciwnikiem – nie powinien prowadzić do gloryfikacji tych spośród członków podziemia antykomunistycznego, którzy dokonywali zbrodni na ludności cywilnej. Od razu uderzyła w niego potężna fala potępienia, porównywalna do nagonek na heretyków organizowanych przez inkwizycję. Wypaczono sens jego wypowiedzi, czepiając się wątku UPA, chociaż Kukiz wyraźnie zaznaczył, że nie porównuje UPA z polskim podziemiem antykomunistycznym. Przede wszystkim jednak głównym powodem oburzenia czcicieli „żołnierzy wyklętych” stało się naruszenie przez Kukiza tabu ich wiary, czyli dogmatu niepokalania Bohaterów Niezłomnych. W świetle tego dogmatu oni nie mogli popełniać żadnych zbrodni. Walczyli przecież z „komunizmem” i „okupantem”, a w związku z tym ich czyny same z siebie były chwalebne i nie podlegają ocenie moralnej.

Kukiz został przywołany do porządku, tzn. zmuszony do przeproszenia – nie „żołnierzy wyklętych” bynajmniej, ale rodziny „Ognia”[1] – lecz rozpętana przeciw niemu nagonka nie umilkła. Wśród atakujących nieszczęsnego posła znalazła się min. rodzina Józefa Kurasia-„Ognia” (1915-1947), który zanim został „żołnierzem wyklętym” zdążył zaliczyć wszystkie możliwe organizacje (Konfederacja Tatrzańska, Armia Krajowa, Bataliony Chłopskie, Armia Ludowa) oraz współpracę z Armią Czerwoną i służbę w UB na stanowisku szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Targu. Mimo to wyznawcy kultu „żołnierzy wyklętych” uważają go za jednego z największych Bohaterów Niezłomnych – obok „Łupaszki, „Burego”, „Roja”, czy „Zapory” – jeśli nie największego. Oczywiście pozbawionego jakichkolwiek cech negatywnych, wolnego od skazy i opisywanego według kanonów średniowiecznych żywotów świętych.

Tak się składa, że dzisiaj – 22 lutego – mija 70. rocznica śmierci „Ognia”. Nie było moją intencją pisanie czegokolwiek o „Ogniu” ani o „żołnierzach wyklętych”. Nie chciałem poruszać tego tematu zdając sobie sprawę, że we współczesnej Polsce jest to kopanie się z koniem, że jakakolwiek dyskusja na ten temat ze „środowiskami patriotycznymi i niepodległościowymi” jest z góry niemożliwa, a nawet niebezpieczna, że ujawnienie innego poglądu w tej sprawie od urzędowo zadekretowanego przez IPN powoduje natychmiastowy atak i ostracyzm.

Niestety muszę się na ten temat wypowiedzieć. Po raz ostatni. Zaznaczam też, że na wszelkie polemiki i ataki odpowiadał nie będę. Muszę się wypowiedzieć, ponieważ ze względu na swój światopogląd, wyznawane zasady oraz miejsce, w którym pracuję jestem szczególnie wrażliwy na negowanie lub usprawiedliwianie zbrodni. Jakiejkolwiek zbrodni, przez kogokolwiek popełnionej, w imię jakichkolwiek racji politycznych. Do zabrania głosu sprowokowały mnie enuncjacje jednego z członków rodziny „Ognia”[2].

Powiem – parafrazując byłego prezydenta Francji Jacquesa Chiraca – że rodzina „Ognia” straciła okazję, żeby siedzieć cicho. Zdaniem Bartłomieja Kurasia – stryjecznego prawnuka – „Ogień” tylko „karał w swoim oddziale niesubordynację i samowolę swoich żołnierzy”. No to muszę przypomnieć temu panu i fanatykom kultu „żołnierzy wyklętych”, że „Ogień” „karał niesubordynację” – i to bynajmniej nie tylko w swoim oddziale – m.in. wieszając na słupie ciężarną kobietę (Katarzyna Kościelna z Ostrowska) za to, że przy sąsiadce nazwała go bandytą[3] oraz mordując czterech braci Zagatów-Łatanków z Gronkowa, którzy przecież do jego oddziału nie należeli ani nie wspierali władzy komunistycznej i nie wiadomo do dzisiaj czym zawinili.

Tak opisał to ksiądz dr hab. Władysław Zarębczan: „Mój dziadek, Władysław Zagata-Łatanek, otrzymał strzał w tył głowy w chwili, kiedy wskazywał „Ogniowi”, gdzie mieszkają jego sąsiedzi, Kudasikowie. Był sylwestrowy wieczór roku 1945. W chwili śmierci dziadek miał 36 lat. Zostawił żonę i czworo dzieci. Najmłodsze z nich miało zaledwie 2 lata. Ludzie „Ognia” poszli dalej przez wieś w stronę Ostrowska. U Wojciecha Barana zatrzymali następnych dwóch gronkowian. Jednym z nich był Stanisław Haręza, a drugim brat mojego dziadka, Stanisław Zagata-Łatanek. Pierwszego z nich przepędzono, a drugiego zamordowano na progu. Miał 32 lata. Od Barana oddział poszedł do Szewczyków. Tam wyciągnięto z domu Józefa Szewczyka, który właśnie spożywał wieczerzę z żoną i trójką dzieci. Zastrzelono go pod jabłonią. Miał 34 lata. Od Szewczyków ludzie „Ognia” idą dalej. U Grońskiego-„Pocfy” gra muzyka, bawią się młodzi w oczekiwaniu na Nowy Rok. Strzał w powałę jest znakiem, że szykuje się coś niedobrego. Przybyli pytają o Leona Zagatę-Łatanka. Wyczytany wysuwa się do przodu. Prowadzą go na dwór, gdzie ginie od kul. Miał niecałe 18 lat. Scenie tej przyglądał się jeszcze jeden Zagata-Łatanek, Bronisław, lat 21. Według naocznych świadków miał uderzyć „Ognia” w twarz i krzyknąć: „Za co zamordowałeś mi brata?”. Zginął od kul całego oddziału, posiekany tak, że nie można było rozpoznać jego twarzy.

Ale to jeszcze nie koniec tragedii w Gronkowie w pamiętną noc sylwestrową 1945 roku. Na końcu wsi, wśród owiec, został jeszcze zastrzelony Władysław Krzystyniak, lat 28. Kiedy do wsi wracał brat i ojciec zastrzelonych Zagatów-Łatanków, ludzie ostrzegli ich, aby uciekali, informując ich o straszliwej tragedii, która dopiero co się dokonała. Owej nocy miało zginąć jeszcze więcej gronkowian, ale szczęśliwym zbiegiem okoliczności ludzie „Ognia” nie zastali ich w domu. Do dziś nieznane są przyczyny tej tragedii. Gronkowscy partyzanci – to znaczy ci z nich, którzy przeżyli – zawsze woleli unikać tego tematu, bojąc się zemsty ze strony krewnych ofiar. Może ktoś wreszcie powie nam prawdę!? (…).

Po zamordowanych zostały płaczące matki, żony i dzieci. Do dziś opowiadają starsi gronkowianie o matce zamordowanych Łatanków, która do samej śmierci opłakiwała utratę swoich czterech synów (kilka lat wcześniej zmarł na gruźlicę jeszcze jeden jej syn, student Franciszek). Ludzie z daleka obchodzili jej dom, gdyż, zwłaszcza wieczorami, słychać było jej płacz przechodzący w skowyt. Po kilku latach zmarła z bólu. Po wykonaniu wyroków śmierci na gronkowianach, ludzie „Ognia” zagrozili, że spalą całą wieś, jeśli ktoś pójdzie na pogrzeb pomordowanych. Tak samo grożono śmiercią przeklinającym ich żonom i krewnym pomordowanych. Nie trzeba dodawać, że tragedia ta spowodowała zubożenie tych rodzin i ból, którego wystarczy na kilka pokoleń. Do ofiar nocy sylwestrowej roku 1945 trzeba dodać jeszcze kilkunastu gronkowian, którzy zginęli z rąk ludzi „Ognia”, zarówno w czasie wojny, jak i w następnych latach”[4].

Zacytowany opis nie jest relacją towarzysza Władysława Machejka, ale księdza Władysława Zarębczana – członka rodziny Zagatów-Łatanków, wieloletniego redaktora sekcji polskiej Radia Watykańskiego i kierownika archiwum watykańskiej Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów. To nie jest „komunistyczna propaganda”, ale relacja krewnego ofiar, znającego fakty z pierwszej ręki. A przecież takich relacji – pochodzących nie od członków PPR i funkcjonariuszy UB – ale od przeciwnych „Ogniowi” żołnierzy AK i znających prawdę mieszkańców Podhala jest więcej. Zbrodnia w Gronkowie 31 grudnia 1945 roku nie była bowiem jedyną, jakiej dopuścił się oddział „Ognia” – zarówno podczas swojej wojennej, jak i prawie dwuletniej powojennej działalności. Tak właśnie – jak to opisał ksiądz Zarębczan – wyglądała walka oddziału „Ognia” z „komunizmem”.

Instytucje państwowe, organizacje polityczne i społeczne oraz środowiska propagujące z przyczyn politycznych kult „żołnierzy wyklętych” są tego w pełni świadome. Mając świadomość czynów zbrodniczych popełnionych przez podziemie antykomunistyczne gloryfikują je i stosują szantaż moralny polegający na szufladkowaniu jako „pogrobowców komunizmu”, „sowieckich pachołków” etc. wszystkich, którzy kwestionują standardy merytoryczne i moralne tak sformułowanej polityki historycznej.

Ja w tym krótkim komentarzu nie podejmuję oceny politycznych racji działalności podziemia antykomunistycznego. Zwracam tylko uwagę na to, że polityka historyczna gloryfikująca „żołnierzy wyklętych” – bez wchodzenia w głębszą materię skomplikowanej sytuacji powojennej – prowadzi najkrótszą drogą do negacji zbrodni podziemia antykomunistycznego, a tam gdzie ich zanegować się nie da – do ich usprawiedliwiania. Najczęściej usprawiedliwia się te zbrodnie stwierdzeniem, że druga strona też popełniała zbrodnie. Stawianie sprawy w ten sposób jest niezgodne z etyką chrześcijańską i – jak przypuszczam – apologeci „żołnierzy wyklętych”, niejednokrotnie manifestacyjnie identyfikujący się z katolicyzmem, są tego także świadomi.

Negacja lub usprawiedliwianie zbrodni – nieważne w imię jakich racji politycznych popełnionej – zwykle prowadzi do jej powtórzenia. Nie można więc uciec od podejrzeń, że taka edukacja historyczna, jaką proponują czciciele „Ognia” i innych „żołnierzy wyklętych” ma na celu ugruntowanie w młodym pokoleniu przekonania, iż w „pewnych okolicznościach” mordowanie rzeczywistych lub domniemanych przeciwników politycznych jest dopuszczalne. Bo na pewno ma na celu podtrzymywanie etosu romantyczno-insurekcyjnego, który fatalnie zaciążył nad historią Polski w XIX i XX wieku. Dlatego na koniec pójdę znacznie dalej niż Kukiz i powiem wprost, że polityka historyczna abstrahująca od faktów oraz kreująca fikcję jako prawdę jest zatruwaniem duszy narodu i trzeba się modlić, żeby jej skutki nie były tragiczne.

[1] Kukiz przeprasza za słowa o Wyklętych. „Wyrządziłem krzywdę rodzinie”, http://www.fakt.pl, 21.02.2017.

[2] Rodzina „Ognia” odpowiada na wpis Kukiza: „Nie ma zgody by imię oficera było szargane przez niedouczonych ludzi karmiących się propagandą”, http://www.wpolityce.pl, 20.02.2017.

[3] L. Konarski, „Ogień był bandytą”, http://www.przeglad.tygodnik-pl, 4.06.2012.

[4] Cyt. za: list ks. dr. hab. Władysława Zarębczana do „Gazety Krakowskiej” z 6 października 2006 r. („Władysław Zarębczan: mój dziadek otrzymał strzał w tył głowy”, http://www.zolnierzeprzekleci.wordpress.com, dostęp 22.02.2017).

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 lutego 2017 r.

Ziemia Kłodzka nie jest ziemią niczyją

12 lutego na międzynarodowym festiwalu filmowym w Berlinie odbyła się premiera filmu Agnieszki Holland pt. „Pokot”. Film ten jest ekranizacją powieści Olgi Tokarczuk z 2009 roku pt. „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Akcja filmu i powieści rozgrywa się w Kotlinie Kłodzkiej, którą Tokarczuk nazywa „Hrabstwem Kłodzkim” (była to oficjalna nazwa czeska, a potem niemiecka funkcjonująca w latach 1459-1816). Główną bohaterką jest Janina Duszejko – emerytowana nauczycielka, która z Wrocławia przeniosła się na kłodzką prowincję i tam prowadzi prywatną wojnę z myśliwymi i kłusownikami. W pewnym momencie myśliwi i kłusownicy padają ofiarami serii morderstw. Duszejko rozpoczyna prywatne śledztwo, po czym ogłasza, że morderstw dokonały zwierzęta żądne zemsty na swoich oprawcach.

Z recenzji tej powieści na łamach „Gazety Wyborczej” można się dowiedzieć, że „Tokarczuk m.in. zawzięcie polemizuje z katolickim poglądem na temat zwierząt jako istot podrzędnych, pozbawionych rzekomo duszy. Sugestywne zrównanie ambony, z której głosi się kazania, z amboną łowiecką, z której się strzela do niewinnych zwierząt, a tych dwóch z wieżyczkami z obozów to mocne ujęcie. Uczynienie z miejscowego księdza i zarazem kapelana myśliwych jednego z łotrów zasługujących na śmierć to także mocny wątek”[1].

Polska prowincja personifikowana przez pomyloną staruszkę, życiowych nieudaczników (jeden z nich nosi sympatyczne imię Dyzio), myśliwych i kłusowników, naturalistycznie pokazane okrucieństwo wobec zwierząt, równie okrutne morderstwa na ludziach, ksiądz-zwolennik zabijania zwierząt, zestawienie kościelnej ambony z amboną myśliwską i wieżyczkami obozów koncentracyjnych (czyli holokaustem) oraz przeciwstawienie temu koszmarnemu polskiemu obrazowi w kilku miejscach sąsiedniej Republiki Czeskiej jako „raju”, a Czechów jako najszczęśliwszego narodu regionu. Tak z grubsza wygląda fabuła powieści i filmu. Rozumiem, że jest to taka nowa wersja „Malowanego ptaka”.

Przy okazji berlińskiej premiery filmu obie panie nieoczekiwanie wypowiedziały się na temat polskości Kotliny Kłodzkiej. Olga Tokarczuk scharakteryzowała Ziemię Kłodzką następująco: „Ten malutki, trochę zapomniany ogonek południowej granicy Polski, który w jakimś sensie przypomina nam, że jesteśmy w środku Europy. Ten region stał się polski dopiero po Jałcie. Wcześniej był czeski, potem pruski. Dla mnie to ważna metafora Europy, zwłaszcza Środkowej”. Agnieszka Holland poszła znacznie dalej i stwierdziła, że niektóre rejony „nie przyjęły się” do Polski po 1945 roku. Jej zdaniem Kotlina Kłodzka to „trochę ziemia niczyja – zwierzęta zresztą też nie mają ojczyzny. Nie przypadkiem czują się tu dobrze takie osoby jak Duszejko czy Dyzio. Nie muszą udowadniać, że mają prawo tu żyć”[2].

Wypowiedzi te wymagają pewnego komentarza. Pani Tokarczuk – zarówno w swojej powieści, jak i wypowiedzi na premierze filmu „Pokot” – podkreśliła czeskie i niemieckie dziedzictwo Ziemi Kłodzkiej, z położeniem nacisku na niemieckie. Nie jest to do końca prawda, ponieważ Ziemia Kłodzka stała się częścią Korony Czeskiej ostatecznie w 1336 roku, kiedy piastowski książę Bolko II Ziębicki złożył – wzorem większości Piastów śląskich – hołd lenny królowi Czech Janowi I Luksemburskiemu. Natomiast wcześniej – na przełomie X i XI wieku – Ziemia Kłodzka była we władaniu Mieszka I i Bolesława Chrobrego. Od 990 do 1137 roku toczyły się o nią wielokrotnie walki polsko-czeskie i przechodziła z rąk do rąk, by ostatecznie przypaść Czechom. Jednakże w 1278 roku Ziemię Kłodzką odzyskał książę wrocławski Henryk IV Probus. Niestety upadek polskiej państwowości na Śląsku w pierwszej połowie XIV wieku spowodował, że losy tego regionu podzieliła również Ziemia Kłodzka stając się częścią Czech. Następnie wraz z Czechami przeszła pod władanie Habsburgów austriackich, by po pierwszej wojnie śląskiej (1740-1742) zostać w 1742 roku częścią Prus, a w 1871 roku zjednoczonych Niemiec.

Przez 900 lat (IX/X – XVIII wiek) historia Śląska i Ziemi Kłodzkiej była zatem historią słowiańską (polską albo czeską). Czysto niemiecka historia tych ziem to raptem 200 lat (1742-1945).

Pani Olga Tokarczuk myli się także kojarząc polskość Ziemi Kłodzkiej z Jałtą i rokiem 1945. Polskość tej ziemi nie została bowiem zniszczona całkowicie, mimo stuleci germanizacji. Jeszcze w 1905 roku niemiecki spis powszechny wykazał, że w Kłodzku mieszkało 651 Polaków, którzy mieli odwagę się do tego przyznać, w Bystrzycy Kłodzkiej 132, a w Nowej Rudzie 118[3]. Liczba Polaków mieszkających wtedy w okolicznych wsiach była zapewne wyższa. Przed 1945 rokiem najliczniejsza na Dolnym Śląsku była Polonia wrocławska, która stanowiła ważne ogniwo Związku Polaków w Niemczech i Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”[4]. To nie jest tak, że wysiedleńcy z Kresów Wschodnich i przybysze z Polski centralnej byli w 1945 roku pierwszymi Polakami, którzy po kilku stuleciach pojawili się na Dolnym Śląsku i Ziemi Kłodzkiej.

Ponadto w okresie III Rzeszy ciężkie więzienie w Twierdzy Kłodzkiej zostało uświęcone krwią wielu polskich patriotów – działaczy Związku Polaków w Niemczech i innych organizacji polskich. Jednym z nich był Władysław Planetorz (1910-1944), pochodzący z Ciska na Opolszczyźnie. Wzorowy absolwent Gimnazjum Polskiego w Bytomiu i student slawistyki na Uniwersytecie Wrocławskim, działacz Związku Akademików Polskich w Niemczech i naczelnik Związku Harcerstwa Polskiego w Niemczech na Prusy Wschodnie. Aresztowany przez gestapo w 1941 roku i skazany w tzw. procesie wrocławskim działaczy polonijnych w Niemczech. Więziony w KL Auschwitz i KL Mauthausen-Gusen, a na koniec okrutnie zamęczony w Twierdzy Kłodzkiej właśnie.

Z rąk hitlerowców zginął także jego młodszy brat Damian (1914-1945). Bracia Planetorzowie byli synami Józefa Planetorza (1882-1956) – działacza oświatowego i plebiscytowego na Górnym Śląsku oraz powstańca śląskiego, osadzonego przez hitlerowców w KL Buchenwald. Po wybuchu drugiej wojny światowej rodzina Planetorzów została wysiedlona do Generalnego Gubernatorstwa, a jej majątek skonfiskowany. A przecież nie była to jedyna polska rodzina, która pomimo kilkusetletniej germanizacji ostała się na Górnym i Dolnym Śląsku, przypominając swoją postawą o polskich prawach do tych piastowskich niegdyś ziem.

To są dzisiaj postacie zapomniane i nie można liczyć na to, że pani Tokarczuk napisze o nich książkę, albo pani Holland zrobi o nich film. Obie panie – czego same nie ukrywają i co w ich środowisku uchodzi za przejaw nowoczesności oraz dowód przynależności do „Europy” – polskość uważają za coś archaicznego i są od niej raczej odległe.

Wypowiedzi Holland i Tokarczuk należy widzieć w kontekście szerszym – a mianowicie stosunku wywodzących się z „Solidarności” elit politycznych i intelektualnych do Ziem Zachodnich i Północnych, których bynajmniej nie chcą one już nazywać Ziemiami Odzyskanymi albo piastowskimi.

Negacja polskości tych ziem po 1989 roku odbywa się dwutorowo. Ta „europejska” część dawnego obozu solidarnościowego, która występowała pod szyldem Unii Demokratycznej i Kongresu Liberalno-Demokratycznego, a potem Unii Wolności i Platformy Obywatelskiej neguje polskość Ziem Odzyskanych właśnie poprzez taką narrację, jaką zaprezentowały Holland i Tokarczuk – że są to ziemie przyłączone do Polski prawem kaduka w wyniku Jałty, ziemie „poniemieckie”, podobno bez tożsamości, właściwie niczyje, zamieszkałe przez „ludzi znikąd” (dosłowny cytat z „Gazety Wyborczej” z 1990 roku). Nacisk w tej narracji kładzie się na „europejskość” tych ziem, z obowiązkowym podkreśleniem wkładu Niemiec w ich rozwój cywilizacyjny.

Natomiast ta „patriotyczna” część obozu solidarnościowego, która używa obecnie szyldu Prawo i Sprawiedliwość (a ogólnie identyfikuje się jako „prawica”), neguje polskość Ziem Odzyskanych poprzez tezę o „sowieckim zniewoleniu” – zaprzeczającą faktowi wyzwolenia ziem polskich spod okupacji niemieckiej – i równorzędną z nią tezę o „okupacji sowieckiej” po 1945 roku oraz poprzez delegitymizację i agresywne deprecjonowanie Polski Ludowej, która te ziemie odbudowała i zagospodarowała.

Na to wszystko nakłada się narracja tworu o nazwie Ruch Autonomii Śląska, wedle której powstania śląskie były „wojną domową”, obrona polskiej części Śląska w 1939 roku to wymysł komunistycznej propagandy, a ludność autochtoniczna doznała największych cierpień rzekomo dopiero po 1945 roku.

W świetle powyższego nie jest chyba przypadkiem, że dorobek PRL – w postaci nowoczesnego przemysłu, infrastruktury, instytucji kultury, a nawet nazewnictwa – został w wyniku tzw. transformacji ustrojowej najbardziej dotkliwie zniweczony właśnie na Ziemiach Zachodnich i Północnych. Jeżeli zatem pani Holland widzi tam „ziemię niczyją”, czy chce ją tam widzieć, to jest to pokłosie tego, że po 1989 roku wiele uczyniono, by Kresy Zachodnie Polski stały się ziemią niczyją.

[1] D. Nowacki, „Prowadź swój pług przez kości umarłych, Tokarczuk, Olga”, http://www.wyborcza.pl, 29.11.2009.

[2] „Ziemia Kłodzka nie przystaje do reszty Polski. To taka ziemia niczyja” – mówią A. Holland i O. Tokarczuk, http://www.kresy.pl, 13.02.2017.

[3] F. Zahn, „Die Volkszählung 1905”, „Jahrbücher für Nationalökonomie und Statistik“, nr 1 (1906), s. 63-75; „Polskość Dolnego Śląska“, http://www.historycy.org, 2.07.2009.

[4] „Trudne losy wrocławskiej Polonii – plebiscyt, propaganda, represje”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 22.08.2014.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 21 lutego 2017 r.

„Myśl Polska” nr 9-10 (2125/26), 26.02-5.03.2017, s. 16

Rok UPA

8 lutego 2017 roku w Kijowie negacjonista wołyński Wołodymyr Wiatrowycz zainaugurował wielką „kampanię informacyjną” w związku z obchodami 75. rocznicy powstania UPA, która przypada w bieżącym roku. Ukraiński IPN, któremu przewodzi Wiatrowycz, ogłosił 2017 rok „rokiem Ukraińskiej Powstańczej Armii”. Ja myślę, że obchody „roku UPA” zostały zainaugurowane już w styczniu, kiedy „nieznani sprawcy” najpierw wysadzili w powietrze pomnik Polaków zamordowanych przez ukraińskich esesmanów w Hucie Pieniackiej, a następnie zniszczyli pomnik polskich ofiar NKWD w Kijowie-Bykowni.

W oficjalnej inauguracji „roku UPA”, oprócz Wiatrowycza, wziął udział kwiat preparatorów heroicznej historii OUN-UPA oraz epigonów ideologii Doncowa i Bandery. A mianowicie: Andrij Kohut – dyrektor Oddziałowego Archiwum Państwowego Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, Iwan Patryliak – dziekan wydziału historii Kijowskiego Uniwersytetu Narodowego im. T. Szewczenki i członek Rady Naukowej Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego, Pyłyp Ilienko – szef Państwowej Agencji Ukrainy ds. Filmu oraz Serhij Kwit – przewodniczący Rady Naukowej Uniwersytetu Kijowsko-Mohylańska Akademia, jedna z czołowych postaci przewrotu politycznego z 2014 roku.

Wiatrowycz nie pozostawił najmniejszej wątpliwości wokół jakiego tematu będą ogniskować się obchody „roku UPA”. Oczywiście tematem wiodącym będzie domniemana walka UPA z Niemcami hitlerowskimi. Tym razem nie z „Sowietami”, ale z nazistowskimi Niemcami właśnie. Można z ukraińskich faszystów i kolaborantów Hitlera zrobić bojowników z hitleryzmem? Można. Wszak banderowska historiografia – emigracyjna i krajowa – nie robi nic innego od 1945 roku.

Dowiedzieliśmy się zatem od Wiatrowycza, że przez UPA przeszło ponad sto tysięcy osób (w rzeczywistości 25-35 tys.), a za przynależność do niej lub jej wspieranie represjonowano w ZSRR pół miliona ludzi (liczba grubo zawyżona). UPA – zdaniem Wiatrowycza – walczyła z Niemcami, Sowietami i – a jakże – z Polakami na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Nie mordowała bezbronnej ludności cywilnej. Po prostu walczyła z Polakami.

Czołowy falsyfikator historii UPA i kreator ukraińskiej polityki historycznej wyjaśnił też dlaczego „rok UPA” zainaugurowano 8 lutego. Ano dlatego, że 8 lutego 1943 roku UPA miała podobno przejść swój chrzest bojowy w walce z Niemcami. Tego dnia sotnia UPA pod dowództwem Hryhoryja Perehijniaka („Dowbeszki-Korobki”) rzekomo zapoczątkowała walkę nacjonalistów ukraińskich z Niemcami w miasteczku Włodzimierzec na Wołyniu.

Jest to legenda spreparowana po wojnie przez banderowską emigrację w Kanadzie. Faktycznie sotnia „Dowbeszki-Korobki” napadła w nocy z 7 na 8 lutego 1943 roku na posterunek ukraińskiej policji pomocniczej we Włodzimierzcu. Według mitologii banderowskiej była to wielka bitwa, w której UPA zabiła 63 Niemców i wzięła 19 jeńców. W rzeczywistości oddział Perehijniaka zabił wtedy czterech funkcjonariuszy policji. Był wśród nich tylko jeden żandarm-Niemiec i trzech Kozaków z ukraińskiej policji pomocniczej. Do niewoli ludzie Perehijniaka wzięli natomiast sześciu Kozaków, których następnie zarąbali siekierami. Celem ataku na posterunek policji we Włodzimierzcu nie była walka z Niemcami hitlerowskimi, ale zdobycie broni w związku z planowanym ludobójstwem na Polakach. Następnego dnia bowiem – 9 lutego 1943 roku – sotnia „Dowbeszki-Korobki” zainaugurowała ludobójstwo wołyńsko-małopolskie, dokonując zagłady Polaków w miejscowości Parośle I w gminie Antonówka na terenie powiatu sarneńskiego przedwojennego województwa wołyńskiego.

9 lutego 1943 roku oddział „Dowbeszki-Korobki” wszedł do Parośli, przedstawiając się jako rzekomy oddział partyzantki radzieckiej. Po drodze do Parośli sotnia spotkała w lesie pięciu Polaków z kolonii Wydymer rąbiących drzewo. Wszyscy zostali zamordowani. Sotnia Perehijniaka otoczyła Parośle i zatrzymywała każdego kto chciał wejść do wsi. Następnie upowcy rozstawili straże w pobliżu polskich gospodarstw, weszli do odmów i zażądali podania sobie obiadu. W domu rodziny Kołodyńskich, gdzie rozlokowało się dowództwo sotni, przesłuchali i zamordowali siekierami sześciu Kozaków wziętych do niewoli podczas ataku na posterunek we Włodzimierzcu. Po zjedzeniu obiadu rzekomi partyzanci radzieccy oznajmili, że Parośla zostanie niedługo napadnięta przez Niemców i w związku z tym muszą zabezpieczyć ludność przed ich zemstą za udzielenie pomocy partyzantom. Zażądali w związku z tym, by wszyscy Polacy położyli się na ziemi i pozwolili się związać, co miało dowieść, że zostali zmuszeni do wsparcia partyzantki.

Mieszkańcy wsi zgodzili się na to lub zostali do tego zmuszeni. Związanych i bezbronnych Polaków upowcy zabili przy pomocy noży i siekier. Zginęło od 149 do 173 osób, w tym kobiety i dzieci. Ocalało tylko 12 rannych osób. Ze szczególnym okrucieństwem zamordowano Walentego Sawickiego – komendanta miejscowego Związku Strzeleckiego. Po odejściu z Parośli oddział Perehijniaka zamordował 15 Polaków w Toptach. Tak wyglądał początek ludobójstwa banderowskiego na Wołyniu. W 74. rocznicę tej zbrodni Wiatrowycz zainaugurował obchody „roku UPA”, kamuflując to incydentalną potyczką sotni Perhijniaka z ukraińską policją pomocniczą w służbie niemieckiej. Sam Perehijniak był bliskim współpracownikiem Stepana Bandery. Razem z nim siedział przed wojną w więzieniu, skazany za zamordowanie sołtysa-Polaka[1].

Incydentalna potyczka sotni Perehijniaka z ukraińską policją pomocniczą, przy przemilczeniu równoczesnej zagłady Polaków w Parośli, ma w zamyśle Wiatrowycza przedstawić UPA jako „główną siłę antynazistowską” na Ukrainie. „Dlatego w tych dniach to właśnie anty-nazistowski front UPA znalazł się w centrum uwagi Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej” – oświadczył Wiatrowycz na konferencji inaugurującej „rok UPA”. Jego zdaniem „UPA była fenomenem i armią podziemną, która walczyła z totalitaryzmem najdłużej w Europie”. Oświadczył następnie, że w trakcie całego 2017 roku „zaplanowano udostępnianie informacji o głównych frontach walki UPA – antynazistowskim i antykomunistycznym”. Tych tematów mają dotyczyć wystawy i międzynarodowa konferencja naukowa.

Jakiego typu będą to informacje nie pozostawił wątpliwości Andrij Kohut, który oznajmił, że SBU przygotowała specjalną kolekcję dokumentów pt. „Antynazistowski front UPA”, mających dowodzić rzekomego wkładu UPA w walkę z Niemcami. Wtórował mu Iwan Patryliak, wedle którego „Ruch powstańczy przez długi czas miał bezsprzecznie antyniemiecki charakter. Głównym celem OUN-owców było wyzwolenia Ukrainy od najeźdźców, i tylko przebieg wojny dyktował przynależność [narodową] wroga. Gdy terytoria znajdowały się pod okupacją niemiecką – ukraińscy nacjonaliści prowadzili metodyczną, dobrze zaplanowaną walkę przeciwko nazistom”. Zdaniem Patryliaka mordowanie Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej było „walką z kolonializmem”.

Patryliak ustalił, że „to właśnie ukraińskich nacjonalistów naziści postrzegali jako największe zagrożenie dla swego panowania w kraju. UPA wykonała maksymalny wysiłek, na jaki w takiej sytuacji stać armię partyzancką bez żadnego wsparcia z zewnątrz”.

Z kolei Pyłyp Ilienko zapowiedział stworzenie kolekcji filmów poświęconych UPA, która ma być zaprezentowana przy pomocy mobilnego festiwalu filmowego oraz w internecie. Wreszcie Serhij Kwit przypomniał, że w świetle przyjętej w 2015 roku „Koncepcji narodowo-patriotycznego wychowania dzieci i młodzieży” – „Nasze szkoły w tym roku także będą zwracać uwagę na uroczystości rocznicowe UPA, ponieważ u podstaw tego dokumentu znalazła się idea wychowania narodowo-patriotycznego i obywatelskiego. Tak więc wychowanie narodowo-patriotyczne jest częścią wychowania obywatelskiego. Oznacza to, że ta data ukraińskiej historii adresowana jest nie tylko do Ukraińców, ale do wszystkich obywateli Ukrainy”[2].

Do wypowiedzi Serhija Kwita należy dodać, że młodzież ukraińska jest poddawana nie tylko wyjątkowemu praniu mózgów – porównywanemu tylko z indoktrynacją hitlerowską lub stalinowską. Indoktrynacja ta jest jeszcze uzupełniana przez działania, których wymowa przeraża. Już dwa lata temu przystąpiono bowiem na Ukrainie do tworzenia czegoś w rodzaju neobanderowskiego Hitlerjugend. Oto bowiem w obwodzie iwano-frakowskim sformowano wtedy dziecięcy batalion „Sokół”, który nawiązywał do neobanderowskich formacji „Azow”, „Ajdar” itp., pacyfikujących Donbas. Na nagraniu wideo z inauguracji dziecięcego batalionu „Sokół” można zobaczyć dzieci w wyszywankach, trzymające banderowskie flagi i śpiewające: „Sława Ukrainie! – Herojam Sława! – Moskalom śmierć!”[3].

Tak wygląda polityka historyczna pomajdanowej Ukrainy. Czy Kijów może dopuszczać się aż takiej manipulacji i kłamstwa? Może, bo ma potężnych protektorów w USA i nie tylko. 10 stycznia, a wiec na miesiąc przed zainaugurowanym przez Wiatrowycza w Kijowie „rokiem UPA”, ministrem spraw zagranicznych Kanady została Chrystia Freeland – znana dotychczas z energicznego wspierania Majdanu i oligarchów ukraińskich, prywatnie wnuczka nacjonalisty ukraińskiego i kolaboranta nazistowskiego Mychajło Chomiaka. Dziadek pani Freeland wydawał w latach 1940-1944 roku w Krakowie, w porozumieniu z administracją Hansa Franka, ukraiński dziennik „Krakivsky Vesti”. Gazetę tę drukowano na sprzęcie zarekwirowanym wydawanej do 2 września 1939 roku żydowskiej gazecie „Nowy Dziennik”. Niemcy ufali Chomiakowi, a jego gazeta miała większą autonomię niż jakakolwiek inna gazeta ukraińska wydawana w tym czasie w Generalnym Gubernatorstwie.

Pani Freeland wielokrotnie chwaliła się publicznie swoim dziadkiem, Mychajło Chomiakiem, opisując go jako wielkiego ukraińskiego patriotę. Pomijała jednak starannie jego działalność w latach 1940-1945[4]. Czy w świetle nowej wersji historii nacjonalizmu ukraińskiego nazistowski kolaborant Chomiak też bohatersko walczył z nazistowskimi Niemcami? Mając takich sojuszników i protektorów Wiatrowycz może spokojnie głosić swoje kłamstwa bez obawy, że jakieś czynniki polityczne na Zachodzie wyrażą sprzeciw.

Hucpę Wiatrowycza jako pierwszy skrytykował dr Iwan Kaczanowski – ukraiński politolog z uniwersytetu w Ottawie, który zdemaskował jako fałszywą oficjalną wersję propagandową masakry na Majdanie 20 lutego 2014 roku. Kaczanowski skomentował „rok UPA” następująco: „Ukraiński IPN kierowany przez Wiatrowycza zaczyna kampanię propagandową, by świętować fałszywą rocznicę utworzenia UPA w październiku 1942 roku i by przedstawiać OUN i UPA jako główne siły antynazistowskie na Ukrainie w czasie drugiej wojny światowej. Studia akademickie prowadzone przez zachodnich badaczy, w tym moje własne, dotyczące kolaboracji OUN-UPA z nazistowskimi Niemcami na początku i pod koniec wojny, a także udział OUN-UPA w masowych mordach Żydów, Polaków, Ukraińców i Rosjan są atakowane lub ignorowane”[5].

Fakty podane przez Wiatrowycza zanegował też natychmiast szwedzki historyk Per Anders Rudling – wybitny badacz historii nacjonalizmu ukraińskiego. Uznał on za wątpliwe dane zawarte w książce Patryliaka z 2012 roku, gdzie ten podał, iż UPA miała w latach 1942-1944 przeprowadzić 2526 akcji antyniemieckich, w których zginęło 12427 Niemców, 2047 zostało rannych, a 2448 wzięto do niewoli, sama natomiast miała stracić 2251 zabitych, 475 rannych i 536 wziętych do niewoli. „W książce Patryliaka z 2012 roku nie ma przypisów i nie wydaje się, aby dane te zostały zweryfikowane. Jego niezwykłe twierdzenie, że chronicznie niedostatecznie wyposażone [oddziały] OUN(b)-UPA zabiły 12427 niemieckich okupantów, przy własnych stratach wynoszących 2251 osób, jest skrajnie mało prawdopodobne” – podsumował Rudling. Wedle jego ustaleń źródłem Patryliaka była wydana w 2008 roku dwutomowa książka Ołeksandra Denyszczuka – działacza neobanderowskiego z obwodu rówieńskiego, z zawodu terapeuty. Książka ta była sponsorowana przez lidera neobanderowskiej partii „Swoboda” Ołeha Tiahnyboka. W związku z tym szwedzki historyk poprosił stronę ukraińską o przedstawienie mu dokumentów – nie tych spreparowanych przez SBU – ale oryginalnych, dowodzących starć UPA z siłami niemieckimi[6].

Reakcji na proklamowanie „roku UPA” zabrakło natomiast ze strony historyków, dziennikarzy i polityków polskich. Ci tradycyjnie milczą, gdy odsłania się kompromitujące oblicze nacjonalizmu ukraińskiego. Co prawda niespodziewanie krytyczna wobec kultu OUN-UPA na Ukrainie wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego z końca stycznia sugerowała jakiś przełom, ale nadzieje z tym związane rozwiały wystąpienia sejmowe ministra Witolda Waszczykowskiego i posłanki Małgorzaty Gosiewskiej, stojące na gruncie dotychczasowego ślepego wspierania Ukrainy przez stronę polską.

Kaczyńskiemu natomiast pogroził obecny lider frakcji melnykowskiej OUN, Bohdan Czerwak. Oświadczył on dosłownie: „Jego [Jarosława Kaczyńskiego] stanowisko odnośnie OUN i UPA niczym nie różni się od stanowiska Kremla. Kreml naszą odpowiedź dostaje w Donbasie. Konkretnie – pod Awdijiwką. Kaczyński jest albo ślepy, albo głupi, skoro tego nie widzi. Myśli, że istnieje jakaś siła, która może zmienić nastawienie Ukraińców do OUN, UPA, Konowalca, Melnyka, Bandery, Olżycza, Szuchewycza. Taka siła nie istnieje. O czym przekonali się Moskale. Polacy też chcą się przekonać?”[7].

Została więc sformułowana otwarta groźba, którą jakże dyskretnie przemilczano w mediach polskich, zwłaszcza w „Strefie Wolnego Słowa” red. Sakiewicza. Niejako w uzupełnieniu gróźb Czerwaka i hucpy Wiatrowycza epigoni banderyzmu z organizacji o nazwie „Czarny Komitet” zawiesili 16 lutego portret Stepana Bandery na płocie ambasady polskiej w Kijowie. Ambasador Jan Piekło incydent ten zbagatelizował twierdząc, że portret był „mały” i sugerując, że to była – a jakże – rosyjska prowokacja. Należy w to wątpić zważywszy na to, że lider owego „Czarnego Komitetu” – niejaki Bogdan Tyckij – protestując przeciw „antyukraińskim oświadczeniom najwyższych urzędników w Polsce” niemal dosłownie zacytował poglądy Jana Piekły, Tomasza Sakiewicza, Jerzego Targalskiego, Kazimierza Wóycickiego, czy Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego: „polityka antyukraińska Polski zawsze sprzyjała temu, że Imperium Rosyjskie podbijało i Polskę i Ukrainę”. Znajomo brzmi? Znajomo. „Strefa Wolnego Słowa” powtarza to na okrągło. Dalej ze strony pana Tyckiego padły już pogróżki: „Nie powtarzajcie swoich błędów! Jeśli ukraińskie ministerstwo spraw zagranicznych nie jest w stanie obronić naszych interesów, to zajmiemy się tym sami. Nie mamy za co przepraszać! Nasz kraj – nasi bohaterowie!”[8].

Kompromitująca polityka Piekły i Waszczykowskiego doprowadzi na koniec do tego, że portret Bandery zawiśnie w polskim Sejmie. Tym samym Sejmie, który lekką ręką przeznaczył w zeszłym roku 30 mln złotych na „współpracę rozwojową” z Ukrainą, czym chwalił się publicznie minister Waszczykowski[9]. Jakiego rodzaju „współpraca rozwojowa” może mieć miejsce z państwem upadłym, istniejącym coraz bardziej tylko w teorii, oczekującym od Polski wsparcia bez wzajemności i prowadzącym antypolską politykę historyczną?

Z polityków polskich tylko Leszek Miller potrafił powiedzieć: „Rozkwit ukraińskiego nacjonalizmu i faszyzmu ma miejsce w okolicznościach, gdy zdecydowana większość ofiar rzezi wołyńskiej nie ma swoich grobów. Ich kości porozsypywane są po polach, lasach i drogach Wołynia, a świadkowie tamtych wydarzeń, którzy mogliby coś powiedzieć, milczą. Wolą być cicho, bo specjalna ustawa przewiduje karanie więzieniem wszystkich, którzy okazywaliby lekceważenie dla weteranów zbrodniczych organizacji lub negowali celowość ich walki. Dotyczy to także cudzoziemców (…)”[10].

Ze strony proukraińsko nastawionych polityków z obozu solidarnościowego na taką wypowiedź nie ma szans. Podstawowy problem, jaki mają polscy ukrainofile z przyjęciem do wiadomości agresji antypolskiej na Ukrainie wynika z kilku przyczyn. Cynicznego karierowiczostwa i związanego z tym lekceważącego stosunku do spraw polskich, agenturalności części z nich – czyli otwartej zdrady, ale przede wszystkim z politycznego analfabetyzmu, którego objawem jest bezwarunkowa miłość do Ukrainy manifestowana zewnętrznie poprzez nawiązywanie do prometeizmu, idei Międzymorza itd. „Oni nie mogą nam tego zrobić, bo my ich wspieramy” – tak myśli szczerze wielu polskich ukrainofilów. Wychodzi z tego tylko ich wielka historyczna ignorancja, albowiem ludobójstwo wołyńsko-małopolskie z lat 1943-1944 zostało zorganizowane właśnie na obszarze sanacyjnego proukraińskiego eksperymentu politycznego. W nocy z 10 na 11 lipca 1943 roku koło wsi Kustycze na Wołyniu UPA rozerwała końmi przecież nie jakiegoś potomka księcia Jaremy, ale polskiego poetę i oficera, wychowanego w empatii dla ukraińskich „dążeń niepodległościowych” i hołdującego proukraińskiej linii wojewody Henryka Józewskiego. Coś takiego właśnie jakby ponownie zaczynało się na tamtych ziemiach.

[1] G. Motyka, „Ukraińska partyzantka 1942-1960”, Warszawa 2006, s. 187; W. Siemaszko, E. Siemaszko, „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”, t. I, Warszawa 2000, s. 739, 741; „74. rocznica masakry mieszkańców Parośli na Wołyniu przez UPA”, http://www.kresy.pl, 9.02.2017.

[2] Ukraina: w Kijowie zainaugurowano obchody 75. rocznicy UPA i wielką „kampanię informacyjną”, http://www.kresy.pl, 8.02.2017.

[3] Ukraina: sformowano dziecięcy batalion „Sokół”, http://www.kresy.pl, 19.09.2014.

[4] S. Balcerac, „Nowa minister spraw zagranicznych Kanady Chrystia Freeland – dumna wnuczka kolaboranta!”, http://www.warszawskagazeta.pl, 8.02.2017.

[5] Ukraina: w Kijowie zainaugurowano obchody 75. rocznicy UPA…

[6] I. Patryliak, „Перший бій УПА проти „німецьких варварів” і подальша боротьба з нацистами”, http://www.istpravda.com.ua, 8.02.2017; P. A. Rudling, post na portalu: http://www.historians.in.ua, 10.02.2017.

[7] Lider OUN grozi Polakom użyciem siły. „Moskale już się przekonali, Polacy też chcą?”, http://www.kresy.pl, 7.02.2017.

[8] „Portret Bandery na ogrodzeniu Ambasady Polski w Kijowie”, http://www.pl.sputniknews.com, 16.02.2017; Ukraina: na parkanie ambasady RP zawieszono portret Bandery z podpisem „Nasza ziemia, nasi bohaterowie”; http://www.kresy.pl, 16.02.2017.

[9] „MSZ: Polska przekazała 30 mln złotych na współpracę rozwojową z Ukrainą”, http://www.wpolityce.pl, 17.02.2017.

[10] „Leszek Miller: UPA w natarciu”, http://www.se.pl, 15.02.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 21 lutego 2017 r.

„Kresowy Serwis Informacyjny” nr 3 (70)/2017, s. 15-16

Kim był Hryhoryj Perehijniak?

Inaugurując 8 lutego 2017 roku „kampanię informacyjną” w związku z obchodami 75. (domniemanej) rocznicy powstania UPA Wołodymyr Wiatrowycz wykreował legendę o rzekomej walce UPA z Niemcami, której początek miała dać 7 lutego 1943 roku sotnia Hryhoryja Perehijniaka. Tym samym szef ukraińskiego IPN wylansował nowego bohatera narodowego Ukrainy i zarazem bohatera walki z okupantem niemieckim, jaką miała zdaniem Wiatrowycza toczyć UPA. Kim jednak naprawdę był Perehijniak?

Otóż był on – tak jak i pozostali współcześni mu nacjonaliści ukraińscy – niemieckim kolaborantem i na dodatek uczestnikiem zbrodni holokaustu. Dowiadujemy się o tym z artykułu biograficznego Parehijniaka, który opublikowali obecni epigoni spuścizny Stepana Bandery. Autorką tego biogramu jest Ljubow Iwaniuk i został on zamieszczony 10 lutego 2012 roku na ukraińskiej stronie internetowej „Portal nacjonalistyczny” (Націоналістичний портал) pod adresem: http://www.ukrnationalism.com.

Z biogramu – pod egzaltowanym tytułem „Hryhoryj Perehijniak – dowódca pierwszej sotni UPA” (Григорій Перегіняк – командир першої сотні УПА) – dowiadujemy się, że Perehijniak urodził się 7 lutego 1910 roku w Uhrynowie Starym w powiecie kałuskim (województwo stanisławowskie), a więc w tej samej miejscowości, w której rok wcześniej (1 stycznia 1909 roku) urodził się Stepan Bandera, a także jego bracia Wasyl i Ołeksandr. Bandera wywarł największy wpływ na życie i osobowość Perehijniaka, który był nim zafascynowany. Późniejszy przywódca „rewolucyjnego” skrzydła Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów był nie tylko sąsiadem Perehijniaka, ale stał się jego nauczycielem i przewodnikiem życiowym, a nawet współtowarzyszem w celi więziennej. Perehijniak siedział w polskim więzieniu razem z Banderą i innymi znanymi członkami OUN (Jarosław Karpyneć, Mykoła Kłymyszyn), którzy poddali go tam intensywnej obróbce ideowej. Można powiedzieć, że to był „uniwersytet” Perehijniaka. Odnotowuje to autorka jego hagiograficznego biogramu, gdzie czytamy, że w więziennej celi „Najbardziej wybijał się Perehijniak. On chłonął w siebie, jak gąbka, wszystko, co mu powiedziano. I pojmował wszystko z wielką łatwością… ”

Hryhoryj Perehijniak, ps. „Dowbeszka-Korobka” (1910-1943), dowódca pierwszego oddziału banderowskiej UPA, sprawca ludobójczej zagłady polskiej kolonii Parośle I w powiecie sarneńskim. Fot.: ukraińska Wikipedia.

Hryhoryj Perehijniak, ps. „Dowbeszka-Korobka” (1910-1943), dowódca pierwszego oddziału banderowskiej UPA, sprawca ludobójczej zagłady polskiej kolonii Parośle I w powiecie sarneńskim. Fot.: ukraińska Wikipedia.

Życiorys tego watażki był typowy dla jego rówieśników z pierwszego pokolenia członków OUN. Z zawodu był kowalem, na początku lat 30. XX wieku wstąpił do OUN i wkrótce stał się terrorystą. Jego pierwszą akcją terrorystyczną było zabójstwo w 1935 roku Polaka, który zajmował stanowisko sołtysa Uhrynowa Starego. Za ten czyn Perehijniak trafił najpierw przed oblicze polskiego sądu, który skazał go na dożywocie, a potem do polskich więzień na Świętym Krzyżu i we Wronkach.

O kolaboranckiej przeszłości Perehijniaka świadczy następujący fragment panegiryku pani Iwaniuk: „Po uwolnieniu (w wyniku najazdu III Rzeszy na Polskę w 1939 roku – uzup. BP) Hryć przedostaje się do Krakowa, gdzie dołącza do zwolenników OUN pod kierownictwem Stepana Bandery. W tym czasie był już dobrze wyszkolony. Dużo czytał, zajmował się samokształceniem i przeszedł trzy kursy szkolenia wojskowego OUN, rekrucki, dla podoficerów młodszych i podoficerów starszych. Jak stwierdza Kłymyszyn, w 1940 roku spotkał się z Perehijniakiem w Krakowie. W tym czasie Hryć był w Starachowicach, gdzie stacjonowały oddziały ochraniające (niemieckie – uzup. BP) obiekty wojskowe. Od lata 1941 roku Hryć znalazł się w szeregach jednej z grup marszowych OUN, a w latach 1941-1942 służył w szeregach (ukraińskiej – uzup. BP) policji pomocniczej „Schutzmannschaft”, której pododdziały z czasem zostały przerzucone na Wołyń i Polesie. Dostrzegając negatywny, a z czasem wrogi do siebie stosunek, OUN w 1942 roku wydała rozkaz swoim członkom, którzy z pewnych względów taktycznych przebywali w niemieckich oddziałach policyjnych, przejść do podziemia i rozpoczęcia walki zbrojnej przeciwko nazistom. Starszy sierżant policji ukraińskiej Hryhorij Perehijniak porzucił służbę i zostaje żołnierzem w pierwszych oddziałach wojskowych na Wołyniu. Z biegiem czasu otrzymuje coraz więcej i więcej obowiązków, a w październiku 1942 roku formuje jeden z pierwszych oddziałów UPA”.

Faktycznie oddział ten został sformowany na początku lutego 1943 roku i był to pierwszy oddział banderowskiej UPA. Teza o tym, że UPA powstała jakoby 14 października 1942 roku jest bowiem wymysłem banderowskiej propagandy, przyjmowanym obecnie na Ukrainie. Droga życiowa Perehijniaka nie różniła się zatem od innych nacjonalistów ukraińskich i była naznaczona kolaboracją z Niemcami hitlerowskimi – ich najbardziej pożądanym sojusznikiem. Najpierw więc była służba dla niemieckich władz okupacyjnych w Generalnym Gubernatorstwie w latach 1939-1941 i szkolenia wojskowe pod okiem Niemców. Potem jedna z tzw. grup pochodnych (marszowych) OUN, z którą w wyniku agresji Niemiec na ZSRR Perehijniak wkroczył w 1941 roku do Małopolski Wschodniej i – czego pani Iwaniuk nie pisze – brał udział w aktach ludobójstwa (pogromy na Żydach, mordy na Polakach). Dalej była służba w sformowanej przez okupanta niemieckiego ukraińskiej policji pomocniczej, która pomagała Niemcom w deportacjach miejscowych Żydów do obozu zagłady w Bełżcu i współdziała z Niemcami w egzekucjach na ludności żydowskiej. Na koniec Perehijniak uczestniczył w zbiorowej dezercji policjantów ukraińskich w styczniu 1943 roku, której rezultatem było utworzenie banderowskiej UPA. Stał się następnie specyficznym symbolem ukraińskiego nacjonalizmu – on pierwszy rozpoczął genocicum atrox na narodzie polskim.

Heroizację Perehijniaka („Dowbeszki-Korobki”) – uczestnika niemieckiego ludobójstwa na Żydach – zauważył rosyjskojęzyczny portal IzRus w Izraelu (adres: http://www.izrus.co.il) w notatce pt. „Nazistowski pomocnik stał się przykładem bohaterstwa dla Ukraińców?” (Нацистский прихвостень стал примером героизма для украинцев?). Faktu tego nie zauważyło natomiast żadne z mediów w Polsce, gdzie w kwestii przemilczania gloryfikacji banderowskich zbrodniarzy na Ukrainie panuje świadoma dyscyplina.

Należy przypomnieć, że pod koniec 1942 roku w pobliżu Lwowa odbyła się konferencja referentów wojskowych lokalnych struktur Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów-Banderowców (OUN-B), na której postanowiono utworzyć formację partyzancką pod nazwą Wojskowe Oddziały OUN-SD (Samostijnikiw Derżawnikiw, faktycznie OUN-B). Pierwszym oddziałem WO OUN-SD była właśnie sotnia Hryhorija Perehijniaka, ps. „Dowbeszka-Korobka”, utworzona na polecenie Iwana Łytwynczuka, ps. „Dubowyj”, zapewne w pierwszych dniach lutego 1943 roku. Tak więc był to oddział OUN-SD (OUN-B). Nazwa Ukraińska Powstańcza Armia pojawiła się później i została przez banderowców skradziona opozycyjnej wobec Bandery formacji Tarasa Bulby-Borowcia (tzw. Pierwsza UPA, określana w historiografii jako Sicz Poleska, od sierpnia 1943 roku Ukraińska Armia Ludowo-Rewolucyjna). To dlatego ludność polska Wołynia identyfikowała na początku (mniej więcej do czerwca 1943 roku) swoich morderców omyłkowo jako „bulbowców”, a nie banderowców.

Fragment propagandowej planszy przygotowanej przez ukraiński IPN z informacją o ataku sotni Perehijniaka na posterunek policji niemiecko-ukraińskiej w miejscowości Włodzimierzec. Fot.: www.izrus.co.il

Fragment propagandowej planszy przygotowanej przez ukraiński IPN z informacją o ataku sotni Perehijniaka na posterunek policji niemiecko-ukraińskiej w miejscowości Włodzimierzec. Fot.: http://www.izrus.co.il

Sotnia „Dowbeszki-Korobki” w nocy z 7 na 8 lutego 1943 roku zaatakowała posterunek policji w miasteczku Włodzimierzec, który był broniony przez siedmiu niemieckich żandarmów i dziewięciu Kozaków z ukraińskiej policji pomocniczej. Po co go zaatakowała? Po to, by rozpocząć bohaterską walkę banderowskiej UPA z Niemcami hitlerowskimi, jak twierdzi Wiatrowycz? Nie! Posterunek policji zaatakowano tylko po to, by uniemożliwić jakąkolwiek pomoc ze strony miejscowej policji dla polskiej ludności kolonii Parośle I, którą sotnia „Dowbeszki-Korobki” wymordowała 9 lutego 1943 roku. Atak na posterunek policji we Włodzimierzcu – który w historiografii banderowskiej uchodzi za wielką bitwę z Niemcami (miano zabić 63 Niemców i 19 ranić, w rzeczywistości zabito jednego Niemca i trzech Kozaków, sześciu Kozaków wzięto do niewoli i zamordowano później w Parośli) – został dokonany wyłącznie pod kątem zdobycia broni i odcięcia jakiejkolwiek pomocy dla Polaków z Parośli, a także usunięcia potencjalnych świadków ich zagłady.

Tak naprawdę wyglądał początek lansowanej przez Wiatrowycza walki UPA z Niemcami pod dowództwem bohatera narodowego Ukrainy – Perehijniaka.

W związku z tym pragnę przypomnieć panu Wiatrowyczowi oraz funkcjonariuszom Związku Ukraińców w Polsce, którzy – jak słyszę – zapowiedzieli kierowanie do sądów pozwów przeciw osobom oskarżającym UPA o zbrodnie, opis zagłady Polaków w Parośli. Jej autorem jest gen. Czesław Piotrowski (1926-2005) – mieszkaniec Wołynia ocalony z ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, żołnierz samoobrony polskiej przed UPA, później żołnierz 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK i zawodowy oficer ludowego Wojska Polskiego, gdzie doszedł do stanowiska szefa wojsk inżynieryjnych. W opublikowanej w 2002 roku przez Światowy Związek Żołnierzy AK pracy pt. „Zniszczone i zapomniane osiedla polskie oraz kościoły na Wołyniu” Czesław Piotrowski tak opisał zagładę Parośli:

Uzbrojona banda ukraińska z okolic Włodzimierca, udająca radzieckich partyzantów, weszła z rana do kolonii i rozmieściła się we wszystkich domach, by po południu podstępnie wszystkich powiązać i na umówiony sygnał zamordować, zabijając ostrymi narzędziami, przeważnie siekierami, nie oszczędzając nikogo. Zamordowano 173 osoby, tylko 11 osób, przeważnie dzieci, ciężko okaleczone, zostały potem uratowane. Jak zwykle czyniły to bandy, po dokonanym morderstwie gospodarstwa ograbiono, zabierając cały dobytek i żywy inwentarz. Późniejsze oględziny pomordowanych wykazały szczególne okrucieństwo oprawców. Niemowlęta były przybijane do stołów nożami kuchennymi, kilku mężczyzn było obdartych ze skóry pasami, niektórzy mieli wyrywane żyły od pachwiny do stóp, kobiety były nie tylko gwałcone, lecz wiele z nich miało poobcinane piersi. Wielu pomordowanych miało poobcinane uszy, nosy, wargi, oczy powyjmowane, głowy często poobcinane. Po dokonaniu rzezi mordercy urządzili libację w domu sołtysa. Po odejściu oprawców, wśród resztek jedzenia i butelek po samogonie znaleziono martwe dziecko około 12-miesięczne, przybite bagnetem do stołu, a w ustach dziecka włożony był niedojedzony kawałek kiszonego ogórka”.

Wspomniane dziecko zostało tak przybite bagnetem albo nożem do stołu, że świadkowie, którzy przyszli do Parośli po odejściu sotni „Dowbeszki-Korobki”, nie byli w stanie wyjąć tego narzędzia z ciała dziecka. Ofiary były rąbane siekierami na kawałki, główki dzieci miażdżone obuchami siekier. Według relacji świadków, ciało Walentego Sawickiego było porąbane „na sieczkę”. Oprawców rozjuszył fakt, że przed wojną był on komendantem miejscowej organizacji Związku Strzeleckiego. Te – według różnych relacji – 8 do 12 rannych ofiar, które odratowano, do końca życia pozostało inwalidami.

Tablica pamiątkowa w miejscu byłej kolonii Parośle I ku czci Polaków zamordowanych 9 lutego 1943 roku przez sotnię Perehijniaka. Fot.: Wikipedia.

Tablica pamiątkowa w miejscu byłej kolonii Parośle I ku czci Polaków zamordowanych 9 lutego 1943 roku przez sotnię Perehijniaka. Fot.: Wikipedia.

Tak wyglądała „walka z Niemcami” sotni Perehijniaka vel „Dowbeszki-Korobki” panie Wiatrowycz i panie Tyma – prezesie Związku Ukraińców w Polsce, który grozi dzisiaj pozwami sądowymi tym, którzy będą przypominać o zbrodniach UPA.

Opis ten dedykuję również tym wszystkim polskim przyjaciołom Ukrainy – a faktycznie sojusznikom pogrobowców zbrodniczego nacjonalizmu ukraińskiego – dzięki którym Perehijniak może być dzisiaj bohaterem Ukrainy i patronem zakłamanej historii głoszonej przez ukraiński IPN. Tym wszystkim Michnikom, Sakiewiczom, Wóycickim, Targalskim, Smoleńskim, Piekłom, Żurawskim vel Grajewskim itd. Dzisiaj plujecie jadem na każdego kto śmie upominać się o pamięć niewinnych ofiar, kto nie godzi się na politykę sojuszu z pogrobowcami ich morderców maskowaną górnolotnymi sloganami o integracji europejskiej Ukrainy, Międzymorzu i diabli wiedzą czym jeszcze. Ale to nie swoim oponentom plujecie w twarz, ale temu polskiemu dziecku przybitemu bagnetem do stołu. Piszecie w historii Polski kolejny rozdział hańby domowej i to wyłącznie tę hańbę domową zapamiętają wam na zawsze przyszłe pokolenia, jeśli Polska będzie w przyszłości istnieć.

Zbiorowa mogiła Polaków zamordowanych w Parośli. Fot.: Wikipedia.

Zbiorowa mogiła Polaków zamordowanych w Parośli. Fot.: Wikipedia.

Sam „Dowbeszka-Korobka” zginął niecałe dwa tygodnie po zagładzie Parośli – 22 lutego 1943 roku. Według banderowskiej historiografii miał zginąć – a jakże – w walce z Niemcami pod Wysockiem (około 60 km na północ do Parośli). Faktycznie okoliczności jego śmierci nie są dokładnie znane. Różne sprzeczne relacje dają podstawę do przypuszczeń, że Perehijniak mógł zostać zlikwidowany przez Służbę Bezpeky OUN-B w ramach wewnętrznych porachunków, albo po prostu dla pozbycia się sprawcy-świadka ludobójstwa, którego negację banderowcy rozpoczęli równocześnie z jego popełnianiem.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 18 lutego 2017 r.

http://www.mysl-polska.pl/1165

Z Kozakami na Kremlu

Nagłe złamanie przez Ukrainę porozumień mińskich i wznowienie działań wojennych w Donbasie najwidoczniej podziałało bojowo na Jerzego Targalskiego-juniora – jednego z czołowych publicystów „Gazety Polskiej”, który obecnie jest także szefem think-tanku przy Akademii Sztuki Wojennej (taką nazwę wymyślił Macierewicz dla Akademii Obrony Narodowej, wcześniej Akademii Sztabu Generalnego).

Otóż Targalski-junior udzielił wywiadu portalowi niezalezna.pl, czyli samemu sobie, w którym stwierdził: „Operacja Putina i agentury Putina w Polsce, której celem było skierowanie Polski przeciwko Ukrainie odniesie sukces, ponieważ propaganda antyukraińska skierowana do środowisk narodowych i kresowych oraz moczarowskich spotkała się z tak szerokim odzewem u większości społeczeństwa, że walka z tzw. banderyzmem, potępianie Ukraińców i eskalowanie żądań stało się przedmiotem licytacji w walce o poparcie wyborców. A ta licytacja przekreśla współpracę”.

Targalski-junior nie dopuszcza oczywiście nawet do podświadomości, że może istnieć coś takiego jak demokratyczna opinia publiczna, a brak poparcia z jej strony dla proukraińsakiej polityki PiS nie wynika bynajmniej z propagandy sterowanych ponoć przez Putina „środowisk narodowych i kresowych oraz moczarowskich”, ale z tego, że żyją jeszcze w Polsce ludzie potrafiący myśleć samodzielnie. Tak jak Jerzy Targalski-senior widział wszędzie zdradziecką rękę zachodniego kapitalizmu, tak Jerzy Targalski-junior widzi wszędzie podstępne działania Putina i tajnych służb Rosji. Takie postrzeganie rzeczywistości jest ponadto wzmacniane przez środowisko gazetopolskie, w którym Targalski-junior uchodzi za autorytet moralny i które wszelkie zawiłości świata i Wszechświata objaśnia wyłącznie zakulisowymi działaniami rosyjskich służb specjalnych. Że jest to uproszczona, a zatem nieprawdziwa wizja rzeczywistości – nie szkodzi. Wszak skierowana jest do czytelników „Gazety Polskiej”, czyli twardego elektoratu PiS, a ten traktuje to jako credo swojej wiary.

Tym razem jednak Targalski-junior nie ograniczył się do wylania pomyj na „środowiska narodowe, kresowe i moczarowskie”, ale poszedł znacznie dalej. Obwieścił mianowicie, że UPA co prawda dokonała „rzezi wołyńskiej”, jednak potem „przez 15 lat walczyła przeciw Sowietom o niepodległą Ukrainę”. Te rzekome 15 lat walki UPA „przeciw Sowietom” (czyli niby do 1960 roku) jest taką samą fałszywą, bezczelnie spreparowaną legendą jak datowanie przez polski IPN na 1962 rok (czemu nie na 2015?) zakończenia zmagań tzw. „żołnierzy wyklętych” z „komuną”. Ale mniejsza o to. Istotne jest co innego, a mianowicie to, że dla Targalskiego walka „przeciw Sowietom” rozgrzesza UPA z ludobójstwa popełnionego na narodzie polskim. Innymi słowy – nie ma o co kruszyć kopii. Należy przyjąć, że nic się nie stało. Ba, nawet uznać, że UPA miała prawo wymordować Polaków na Kresach południowo-wschodnich, bo walczyła „przeciw Sowietom”.

Targalski nie pozostawia co do tego najmniejszej wątpliwości: „Jeśli żądamy potępienia UPA od Ukraińców, to oznacza, że domagamy się nie tylko osądzenia za ludobójstwo, ale również za walkę z Sowietami. Jest to nie do przyjęcia. Ukraińcy tak samo nie chcą, byśmy wybierali im bohaterów jak my nie chcemy, by nam wybierali ich Niemcy czy Rosjanie (…)”. I dalej: „Większość Polaków będzie grała w rosyjskim teatrze marionetek zadowolona, że może potępiać Ukraińców. A to jest cel strategiczny Rosji, by wszystkie narody regionu walczyły między sobą”. Większość Polaków to ruscy agenci? No to niedobrze. Targalski jest tego całkiem pewny i wali wprost: „Ciekawe, że jakoś Polacy nie są tacy odważni wobec Rosji, która wymordowała 10 razy więcej naszych rodaków niż UPA [liczba wzięta z sufitu – przyp. BP], jak wobec Ukrainy. W obliczu Rosji odwaga ulatnia się i pojawiają się brednie o niedrażnieniu, balansowaniu itp. Widocznie ofiary rosyjskie nie mają tych praw co ukraińskie dla hurapatriotów[1].

Te pohukiwania czołowego obok Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego eksperta środowiska „Gazety Polskiej” od polityki wschodniej wywołały zachwyt Wołodymyra Wiatrowycza – negacjonisty wołyńskiego i głównego kreatora polityki historycznej pomajdanowej Ukrainy, który co prawda jest na razie tylko szefem ukraińskiego IPN, ale ma ambicję zostać współczesnym wcieleniem Stepana Bandery. Nie jest bowiem tajemnicą, że środowiska banderowskie typują Wiatrowycza na prezydenta Ukrainy, kiedy już rozstrzelają w piwnicy zużytego politycznie Poroszenkę, jak to zapowiedział pół roku temu pewnemu pisowskiemu tygodnikowi rzecznik Prawego Sektora Artiom Skoropadski[2].

Oto zachwycony Wiatrowycz oznajmił: „Ostatnimi czasy nieczęsto da się słyszeć tak wyważoną opinię polskich ekspertów”, a poniżej wkleił cytat z Targalskiego, że żądanie od Ukraińców potępienia UPA, która „przez 15 walczyła przeciwko Sowietom”, jest nie do przyjęcia[3].

Nie po raz pierwszy prominentny neobanderowiec zachwyca się Jerzym Targalskim. Wypowiedzi szefa think-tanku Akademii Sztuki Wojennej już wcześniej budziły aplauz środowiska pogrobowców Stepana Bandery i Romana Szuchewycza na Ukrainie. Wystarczy przypomnieć wypowiedź z gorących dni Majdanu, kiedy Targalski stwierdził: „W tej chwili paliwem, które żywi np. Prawy Sektor jest walka z Rosją. I tutaj należy ich wesprzeć. (…) Żeby oni nie doszli do wniosku, że oni walczą z Rosją, a Polacy im wbijają nóż w plecy”. Albo: „W Polsce nazwisko Bandery budzi grozę, jednak obecnie Bandera jest traktowany na Ukrainie jako symbol walki z Rosją, a same marsze nie mają wymowy antypolskiej[4]. Z równym entuzjazmem co Targalski wypowiadał się o epigonach Stepana Bandery tylko Kazimierz Wóycicki, stojący po drugiej stronie barykady, tzn. polskiej sceny politycznej.

W przeciwieństwie do Wiatrowycza połajanki Targalskiego nie wzbudziły jednak zachwytu wywołanych przezeń do tablicy „hurapatriotów”, czyli tych służących rzekomo Putinowi „środowisk narodowych, kresowych i moczarowskich”. Owi „hurapatrioci” próbowali podjąć polemikę z Targalskim na portalu niezalezna.pl, co okazało się o tyle owocne, że ujawniło poglądy szefa think-tanku Akademii Sztuki Wojennej na sztukę wojenną właśnie.

Jak na specjalistę od sztuki wojennej przystało dał on zdecydowany odpór „hurapatriotom”. Natychmiast zdemaskował ich jako tych, którzy pracują dla Putina. Zarzucił im, że „przed Rosją rura mięknie, tylko wobec Kijowa odwaga rośnie”. W stosunku do prezydenta Rosji użył zresztą pieszczotliwego określenia „Chujło”, popularnego na Ukrainie w kręgach zbliżonych do Prawego Sektora i pułku „Azow”. Pytał więc swoich krytyków szef think-tanku Akademii Sztuki Wojennej, ile im „Chujło” płaci i czy na wódkę starcza. Na koniec zdemaskował adwersarzy jako funkcjonariuszy z Łubianki i pogroził im palcem:Byliśmy już dwa razy u ciebie Iwan i jeszcze będziemy z Kozakami”. Skąd taka pewność? Ano stąd, że jak wyjaśnił szef think-tanku Akademii Sztuki Wojennej: „Rosja atakuje tylko słabych, tylko kastraci i eunuchy bredzą o niedrażnieniu. Silny może drażnić i Moskwa będzie ślepa i głucha. Słaby może być potulny i tak knuty dostanie, dla zasady, bo mu się za słabość i tchórzostwo należą, taki jego los”[5].

No dobrze, ale czy Targalski kiedykolwiek zastanawiał się nad tym, co będzie po tym, kiedy sformowane przez Macierewicza „do walki z rosyjskim specnazem” Wojska Obrony Terytorialnej razem z „Kozakami” zdobędą Kreml, a „Chujło” zawiśnie na Baszcie Spasskiej? Czy Ukraina, która zajęłaby wówczas miejsce Rosji jako mocarstwa, na dodatek atomowego, nie byłaby dla Polski groźniejsza od Rosji? Jeśli się nad tym nie zastanawiał to – gdyby uprzejmie założyć, że jest zdrowy psychicznie – należy powziąć podejrzenie, iż wraz z całym środowiskiem gazetopolskim zalicza się do ukraińskiej agentury wpływu w Polsce, co zresztą jasno wynika z jego wypowiedzi.

Słuchając Jerzego Targalskiego można bez trudu zrozumieć przyczyny wszystkich polskich klęsk w XIX wieku. To właśnie tacy ludzie, hołdujący takiemu profilowi myślenia i takiej postawie, byli sprawcami ówczesnych katastrofalnych spisków i powstań.

Ktoś może na to wszystko wzruszyć ramionami i powiedzieć, że wypowiedzi szefa think-tanku Akademii Sztuki Wojennej to wynurzenia pacjenta z Tworek. Otóż nie! Tak wygląda polska myśl polityczna drugiej dekady XXI wieku. To jest w prosty sposób wyłożona na ławę myśl polityczna wpływowego środowiska obecnego obozu rządzącego. Chodzi o środowisko skupione wokół „Gazety Polskiej”, którego Targalski jest prominentnym przedstawicielem. Tak myślą ludzie tworzący to środowisko, a przede wszystkim sprawujący w nim przywództwo Antoni Macierewicz i Tomasz Sakiewicz. Jerzy Targalski powiedział tylko w szczerych słowach to co o wiele bardziej dyplomatycznie wyrażają albo nawet skrywają w myślach Antoni Macierewicz, Witold Waszczykowski, Przemysław Żurawski vel Grajewski i Tomasz Sakiewicz. Dokąd ci ludzie chcą zaprowadzić kraj? Bynajmniej nie pod mury Kremla, ale do Tworek właśnie.

Nie jest jednak przypadkiem, że Targalski powiedział to co powiedział w tym właśnie momencie. Jego wystąpienie było reakcją środowiska „Gazety Polskiej” na wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego pod koniec stycznia w Rzeszowie, w której prezes PiS postawił pod znakiem zapytania stosunki polsko-ukraińskie w związku z nasilającym się kultem OUN-UPA na Ukrainie[6]. Wystąpienie Targalskiego poprzedziło też wywiad Kaczyńskiego dla tygodnika „Do Rzeczy”, który został opublikowany 6 lutego i którego treść mogła być znana wcześniej np. Macierewiczowi. Kaczyński zajął w tym wywiadzie jeszcze bardziej jednoznaczne stanowisko niż w wypowiedzi dla mediów rzeszowskich, zarysowując perspektywę rewizji polityki wobec Ukrainy.

Prezes PiS powiedział m.in.: „Nie możemy przez lata zgadzać się, by na Ukrainie budowano kult ludzi, którzy wobec Polaków dopuścili się ludobójstwa, i to takiego, że choć trudno było przebić w okrucieństwie Niemców, to oni ich przebili (…). Powiedziałem wyraźnie panu prezydentowi Poroszence, że z Banderą to oni do Europy nie wejdą. To jest sprawa dla mnie jasna, bo wykazaliśmy ogromną cierpliwość, ale są jej granice[7].

Wypowiedzi Kaczyńskiego wywołały ostrą reakcję m.in. Wiatrowycza, który właśnie nie bez powodu równocześnie komplementował Targalskiego, wskazując tym samym na środowisko obozu twardej rusofobii z „Gazety Polskiej” jako najbardziej pożądanego partnera dla pomajdanowych epigonów nacjonalizmu ukraińskiego.

Obóz fundamentalistycznej rusofobii i ukrainofilstwa skupiony wokół „Gazety Polskiej”, a kierowany przez Antoniego Macierewicza, powiedział zatem zdecydowane „nie” jakiejkolwiek rewizji polityki wschodniej. Dotychczas wewnątrzpartyjna opozycja fundamentalistycznego skrzydła PiS pod przewodnictwem Macierewicza wobec Kaczyńskiego stanowiła tajemnicę poliszynela. Teraz została ujawniona. W obozie rządzącym zarysowało się pęknięcie, którego nie sposób nie dostrzec. Kaczyński będzie musiał albo wycofać się z próby rewizji polityki wschodniej albo stoczyć walkę z Macierewiczem, czyli w konsekwencji pozbyć się go. Wydaje się, że w dłuższej perspektywie pozostanie mu tylko to drugie wyjście, bo inaczej Macierewicz i „Gazeta Polska” pozbędą się jego.

[1] „Wołodymyr Wiatrowycz zachwycony wypowiedziami Targalskiego nt. UPA”, http://www.kresy.pl, 3.02.2017.

[2] „Artiom Skoropadski dla „Do Rzeczy”: wrogów będziemy wieszać”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 26.08.2016.

[3] „Wołodymyr Wiatrowycz zachwycony…”

[4] Tamże.

[5] Targalski zapowiada zbrojne zajęcie Moskwy przez Polaków – wspólnie z „Kozakami”, http://www.kresy.pl, 4.02.2017.

[6] „Jarosław Kaczyński o Ukrainie i propozycjach PO”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 30.01.2017.

[7] „Kaczyński: Ukraina z Banderą do Europy nie wejdzie”, http://www.kresy.pl, 7.02.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 10 lutego 2017 r.

http://mysl-polska.pl/1161

PRL a totalitaryzm

Święte oburzenie „wszystkich opcji parlamentarnych”, w tym przede wszystkim prawicy (PiS i Kukiz), wywołała opinia prof. Marka Chmaja – kierownika Katedry Prawa Publicznego i Praw Człowieka na Wydziale Prawa University of Social Sciences and Humanities – że „ustroju panującego w Polsce w latach 1944-1990 nie można nazwać totalitarnym”. Na profesora ruszyli do ataku strażnicy świętej wiary antykomunistycznej, powtarzając dogmaty swojej wiary i nie ustosunkowując się w swoich pohukiwaniach do meritum sprawy. Tak np. poseł Adam Andruszkiewicz z Kukiz-15 (były prezes Młodzieży Wszechpolskiej) wie, że PRL był totalitarny stąd, że odbył „wiele spotkań z Żołnierzami Wyklętymi, którzy byli torturowani”. Z kolei wiceszef PiS Ryszard Czarnecki stwierdził, że „pogrobowcy PRL-u są znowu w natarciu”. Dla niego opinia prof. Chmaja jest bezwartościowa już tylko z tego względu, że zamówiła ją była wicemarszałek Sejmu z PO Małgorzata Kidawa-Błońska.

„Gazeta Polska” natychmiast przystąpiła do lustracji prof. Chmaja. Jest z tym jednak problem, bo ten urodził się w 1969 roku i w związku z tym nie można mu znaleźć ani teczki w SB ani legitymacji w PZPR. Nie da się też z niego zrobić „resortowego dziecka”. Jedyne co mu znaleźli śledczy z „Gazety Polskiej” to przyjęcie odznaczenia od prezydenta Komorowskiego oraz pozostawanie w „kręgu towarzyskim” SLD i PO. Nieco za mało, żeby uzasadnić tezę o „pogrobowcu PRL”.

O to czy PRL był totalitarny można się spierać. Moim zdaniem był totalitarny, ale tylko w latach 1948-1956. W okresie 1944-1948, pomimo terroru MBP i NKWD oraz faktycznie toczącej się wtedy wojny domowej, działała jednak legalna opozycja. O totalitaryzmie – którego jedną z cech jest monopartyjność – można więc mówić dopiero po likwidacji PSL i PPS. Natomiast po 1956 roku było to państwo autorytarne, w którym stopniowo postępował proces demokratyzacji aż do wprowadzenia pełnej demokracji parlamentarnej na przełomie lat 80. i 90. XX wieku.

Opinia prof. Chmaja jest zgodna właśnie z taką oceną ustroju politycznego PRL. W wypowiedzi dla portalu onet.pl tak uzasadnił on swoje stanowisko: „Traktując kwestię naukowo, ustrój PRL mógłby być ewentualnie uznany za totalitarny w latach 1950 do 1955, natomiast w projekcie ustawy opiniowanym przeze mnie była mowa o ustroju totalitarnym w latach 1944-1990. Zatem takie określenie jest niezgodne z ustaleniami nauki, ponieważ ustrój PRL można nazwać autorytarnym, bądź autorytaryzmem socjalistycznym, natomiast w latach 70, 80 nie było totalitaryzmu. (…) w państwie totalitarnym występuje jedna ideologia, partia rządząca, nie ma opozycji, nie ma niezależnych organizacji. Jeżeli istnieje opozycja w państwie totalitarnym, jest to z reguły prowokacja służb bezpieczeństwa. Skoro u nas był wolny, niezależny od państwa Kościół, były organizacje opozycyjne: Solidarność, KOR, ROPCiO, to nie można uznać tego systemu za system totalitarny. Powtarzam: to był system autorytarny, niedemokratyczny, oparty na przemocy, natomiast zgodnie z teorią totalitaryzmu takie systemy istniały w III Rzeszy, Związku Radzieckim, czy Korei Północnej”[1].

Dla wyznawców świętej wiary antykomunistycznej totalitarny charakter PRL nie podlega jednak żadnej dyskusji. Zasada jest prosta – kto się z nami nie zgadza to zdrajca, renegat i wróg. Z wypowiedzi krytykujących prof. Chmaja polityków PiS, funkcjonariuszy „Gazety Polskiej” i użytkowników portalu niezalezna.pl nie ulega wątpliwości, że są to ludzie o totalitarnej świadomości.

Cytuję jednego z czytelników „Gazety Polskiej” i portalu niezalezna.pl: „Kim on jest? Natychmiast, ale to natychmiast wyrzucić na zbity pysk z wszelkich instytucji państwowych i samorządowych! On nie może dostać ani złotówki z pieniędzy polskich podatników! Ani jednej złotówki w żadnej formie (wynagrodzenie, emerytura, renta). Nie może również korzystać z bezpłatnej opieki zdrowotnej!”[2].

Teza o tym, że PRL jest państwem totalitarnym została wykuta w latach 70. XX wieku (a więc w okresie „liberalizmu gierkowskiego”) przez Jana Józefa Lipskiego (1926-1991) – współtwórcę trockistowskiego KOR i odrodzonej Polskiej Partii Socjalistycznej. To był protoplasta poglądów na temat historii najnowszej głoszonych obecnie przez tzw. polską prawicę. J. J. Lipski – z zawodu historyk literatury – prowadził badania nad ideologią RNR-Falanga oraz myślą polityczną Bolesława Piaseckiego – którego nie darzył sympatią (czego nie ukrywał) – i wyszło mu, że postulowana przez Piaseckiego przed wojną Organizacja Polityczna Narodu to miała być partia totalitarna. W prosty sposób skojarzył następnie jej program i strukturę z ideologią i strukturą PPR/PZPR, stawiając prosty znak równania pomiędzy doktryną narodowego radykalizmu a marksizmem-leninizmem. J. J. Lipski był też prekursorem tezy o równorzędności „dwóch totalitaryzmów”, stawiającej prosty znak równania pomiędzy III Rzeszą i ZSRR oraz zbrodniami niemieckimi i stalinowskimi, zanim stała się ona popularna na Zachodzie. Jego motywowane ideologicznym antykomunizmem spojrzenie na historię najnowszą było uproszczone, czego jak sądzę był świadomy i świadomi są dzisiaj także jego epigoni. Przynajmniej niektórzy. Dlatego ich święte oburzenie na prof. Marka Chmaja jest hipokryzją.

Natomiast drugim fundamentem obok dogmatów J. J. Lipskiego – na jakim opiera się światopogląd prawicy kojarzonej głównie z PiS – jest „wiara ukrainna” Jerzego Giedroycia, wedle której niepodległość i bezpieczeństwo Polski są zdeterminowane przez sojusz z antypolskimi w istocie nacjonalizmami ukraińskim, litewskim i białoruskim.

Jest jeszcze trzeci filar światopoglądu prawicowego á la PiS, dotyczący sfery polityki gospodarczej, a sprowadzający się najogólniej do umiłowania etatyzmu gospodarczego. Dla przeciętnego wyborcy PiS najbardziej idealny model gospodarczy to taki, w którym państwo nie tylko daje zasiłki na dzieci, ale też buduje fabryki i tworzy miejsca pracy. Model ten do złudzenia przypomina „totalitarny” PRL. Pytanie więc dlaczego owi prawicowcy tak bardzo nienawidzą tego PRL i ciągle krzyczą „precz z komuną”? Ano dlatego, że PRL był – w ich mniemaniu – sowiecki, czyli po prostu „ruski” i „kacapski”.

A jeśli tak, to musiał być „sowiecką okupacją”, musiał być „totalitarny”, niezgodny z „tradycją narodową” itd. Nic pozytywnego w nim nie można znaleźć, nawet Ziem Odzyskanych. Nie wolno też przyznać mu żadnych osiągnięć ani pozytywów, ani tym bardziej uznawać go za państwo polskie. Okrzyk „precz z komuną” oznacza w istocie „precz z jakimkolwiek ułożeniem stosunków z Rosją”. Sensem istnienia Polski jest bowiem w tym środowisku „misja cywilizacyjna na Wschodzie”, czyli ciągła walka z Rosją.

Gdyby PRL przyjechał na amerykańskich czołgach, nie byłoby problemu. Ale niestety przyjechał na „ruskich” tankach. To dla gazetopolskiej prawicy jest nie do przyjęcia, bo nienawiść do Rosji (jakiejkolwiek) stanowi klucz do jej światopoglądu. Nienawiść ta była też podstawą dogmatyki politycznej J. J. Lipskiego, który wielokrotnie pisał przed 1989 rokiem, że za wszystkie nieszczęścia Polski ponosi winę Rosja – carska i sowiecka. Była i jest też fundamentem „wiary ukrainnej”, gdzie sojusz z antyrosyjskimi, ale i antypolskimi nacjonalizmami wschodnimi ma służyć właśnie odseparowaniu Polski od Rosji „kordonem sanitarnym”.

W świetle powyższego nie powinno być problemu ze zrozumieniem dlaczego w Polsce nastąpił całkowity upadek myśli politycznej oraz dlaczego Polska prowadzona przez ową prawicę drogą wyznaczoną przez dogmaty J. J. Lipskiego oraz „wiarę ukrainną” J. Giedroycia ulega coraz większej marginalizacji. A mimo to większość społeczeństwa i owej prawicy tego nie rozumie.

[1] Kontrowersje wokół słów prof. Marka Chmaja. „PRL nie był systemem totalitarnym”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 7.02.2017.

[2] Nie do wiary! Znany prawnik wydał opinię: ustroju PRL „nie można nazwać totalitarnym”, http://www.niezalezna.pl, 5.02.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 lutego 2017 r.

http://mysl-polska.pl/1160

Przemysł kłamstwa

Informacje o rzekomej masakrze na cywilach w Aleppo, której miały się dopuścić wojska syryjskie przy wsparciu rosyjskim 13 grudnia 2016 roku – rozpowszechniane przez media zachodnie i powiązane z nimi media polskie – były od początku do końca spreparowane. Były po prostu fałszywe. Niedługo po pojawieniu się tzw. „nagrań z Aleppo” oficjalnie przyznała to brytyjska gazeta „The Independent”. Np. nagranie, na którym widać ruiny zburzonych budynków i dziewczynkę w sukience z czerwonymi plamami, wyglądającymi jak krew, kręcono w Port Said w Egipcie na terenie przeznaczonego do wyburzenia osiedla[1]. Takimi nagraniami posługiwali się – nie mam wątpliwości, że świadomie – dziennikarze, obrońcy praw człowieka oraz amerykańscy i zachodni politycy krzyczący o masakrze, a nawet rzezi cywilów w Aleppo.

Kadr z jednego z tzw. „nagrań z Aleppo”, który przedstawia dziewczynkę w sukience z czerwonymi plamami, wyglądającymi jak krew, na tle ruin. W rzeczywistości nagranie to wykonano na terenie wyburzanego osiedla w Port Said w Egipcie, a jego autorów aresztowała egipska policja. Fot.: www.kresy.pl

Kadr z jednego z tzw. „nagrań z Aleppo”, który przedstawia dziewczynkę w sukience z czerwonymi plamami, wyglądającymi jak krew, na tle ruin. W rzeczywistości nagranie to wykonano na terenie wyburzanego osiedla w Port Said w Egipcie, a jego autorów aresztowała egipska policja. Fot.: http://www.kresy.pl

Nie jest to dla mnie zaskoczeniem, albowiem tzw. media głównego nurtu, czyli media służące neoliberalnemu globalizmowi, od dawna nie zajmują się niczym innym jak dezinformacją i kreowaniem rzeczywistości. Nawet więcej. Dezinformacyjne działania tych mediów odgrywają kluczową rolę podczas konfliktów zbrojnych, wywołanych i prowadzonych w imię ustanowienia jednego neoliberalnego porządku światowego. Nie chodzi tu o znaną z przeszłości propagandę wojenną, której celem było oddziaływanie na społeczeństwo przeciwnika przy pomocy technik tzw. wojny psychologicznej. Obecnie poszło to znacznie dalej.

Obecnie media sterują prowadzeniem wojny. Nie generałowie – ci są na drugim planie – ale stacje telewizyjne i portale internetowe. Współczesne konflikty międzynarodowe są w znacznej mierze „wojnami medialnymi”, tzn. takimi, w których media nie tylko kreują przekaz propagandowy, ale wpływają na przebieg samego konfliktu. Pierwszą „wojną medialną” były wojna w Bośni i Hercegowinie (1992-1995) – największa z wojen będących rezultatem wykreowanego zakulisowo rozbicia Jugosławii i zarazem najkrwawszy konflikt zbrojny w Europie od zakończenia drugiej wojny światowej.

Na przykładzie wojen w Jugosławii (1991-1995), agresji NATO na Jugosławię (1999) i kryzysu w Kosowie (1996-2008) prof. Marek Waldenberg wyróżnił cztery cechy „wojny medialnej”: (1) wykreowanie przez media fałszywego obrazu przyczyn konfliktu, (2) nagłaśnianie fałszywego, jednostronnego i tendencyjnego obrazu przebiegu konfliktu, (3) wywieranie przez media presji eskalującej konflikt oraz (4) torpedowanie przez media planów pokojowego rozwiązania konfliktu uwzględniających w zbyt dużym stopniu stanowisko strony przeciwnej[2].

Temu wszystkiemu służy dezinformacja opinii publicznej, prowadzona przy pomocy najnowocześniejszych środków technicznych. Podczas wojen towarzyszących rozbiciu Jugosławii cały wysiłek mediów zachodnich został skierowany na wykreowanie Serbów jako jedynych winnych wybuchu konfliktu zbrojnego i jako jedynych sprawców zbrodni wojennych.

Najpierw była wojna chorwacko-serbska, gdzie podczas bitwy o Vukovar w 1991 roku szpitale ostrzeliwali tylko Serbowie i do cywilów też strzelali tylko Serbowie. Machina „wojny medialnej” rozkręciła się jednak na dobre dopiero w czasie wojny w Bośni. A więc mieliśmy sławną „Aleję Snajperów” w Sarajewie, gdzie polowania na cywilów urządzali oczywiście wyłącznie żołnierze serbscy, a także nie mniej sławne „obozy gwałtów”, oczywiście też serbskie. Jeszcze dzisiaj można poczytać sobie na portalu tvn24.pl o tym, że masowe „gwałty ludobójcze” (genocidal rape) na kobietach muzułmańskich były serbską taktyką wojenną i że były polski premier Tadeusz Mazowiecki jako wysłannik ONZ „otworzył światu oczy”[3]. W rzeczywistości większość informacji na temat owych „obozów gwałtu” – rozpowszechnianych m.in. przez Mazowieckiego – była nieprawdziwa.

Zachodnie media twierdziły podczas wojny w Bośni, że ofiarami „gwałtów ludobójczych”, które mieli popełniać głównie Serbowie na muzułmankach, padło 100 tys. kobiet. Dopiero wiele lat po wojnie liczba ta została skorygowana do 5 tys., przy czym sprawcami – tak samo jak i innych zbrodni wojennych popełnionych podczas wojen w Jugosławii – były wszystkie strony konfliktu. Tak pisał o tym prof. M. Waldenberg: „Dziennikarz, który w 1993 r. usiłował sprawdzić jedną z licznych informacji o masowych gwałtach popełnianych przez Serbów, i w tym celu udał się do Tuzli (pisano, iż jest tam ok. 4 tys. ofiar gwałtów), gdy był 20 km od miasta słyszał, że jest ich 400, gdy odległość wynosiła już tylko 10 km – liczba spadła do 40, a w mieście zdołał znaleźć tylko 4”[4].

Potem były wykreowane przez media zachodnie informacje na temat masakry w Srebrenicy (lipiec 1995 roku), okrzykniętej „największym ludobójstwem w Europie od czasów drugiej wojny światowej”. Zawyżono przede wszystkim liczbę ofiar, włączając do nich także osoby, które zginęły w walkach toczonych w tym czasie i wcześniej w okolicach Srebrenicy. Najważniejsze czego nie dowiedziała się opinia publiczna na Zachodzie to fakt, że masakra dokonana w lipcu 1995 roku przez paramilitarne oddziały Serbów na muzułmanach była trzecią z kolei masakrą w Srebrenicy. Dwie pierwsze miały miejsce w 1992 roku i zostały dokonane na Serbach przez bojówki muzułmańskie, którymi dowodził bośniacki watażka Naser Orić. Świat euro-atlantycki czci jednak do dzisiaj tylko ofiary trzeciej masakry w Srebrenicy, te muzułmańskie z lipca 1995 roku. Za trzecią masakrę w Srebrenicy Międzynarodowy Trybunał Karny dla byłej Jugosławii skazał Radovana Karadżicia i wkrótce skaże gen. Ratko Mladicia, podczas gdy Nasera Oricia uniewinnił.

Nagłośnienie i wyolbrzymienie trzeciej masakry w Srebrenicy umożliwiło mediom zachodnim przykrycie operacji „Oluja” (4-7 sierpnia 1995 roku), podczas której wojska chorwackie wypędziły od 150 do 200 tys. Serbów z Krajiny, co było rzeczywiście największą czystką etniczną w Europie od drugiej wojny światowej[5].

Następnie Serbowie mieli dokonać masowych czystek etnicznych o charakterze ludobójczym na Albańczykach w Kosowie. Informacje o tych rzekomych czystkach były formalną przyczyną agresji NATO na Jugosławię, czyli operacji „Allied Force” (24 marca – 20 czerwca 1999 roku), która zadała Jugosławii cios ostateczny. Zachodnia opinia publiczna jest do dzisiaj przekonana, że chodziło o obronę Albańczyków przed rzekomym serbskim ludobójstwem. Prawda jest jednak taka, że zbrodnie w Kosowie rzeczywiście miały miejsce, ale głównie na Serbach i dopuszczała się ich wspierana przez Zachód terrorystyczna Armia Wyzwolenia Kosowa (UCK).

Największą zbrodnią serbską w Kosowie miała być tzw. masakra w Raczaku, gdzie 16 stycznia 1999 roku odkryto grób zawierający 45 zwłok osób narodowości albańskiej. Późniejsze badania dowiodły jednak, że najprawdopodobniej była to albańska mistyfikacja. Dzień wcześniej doszło tam bowiem do starcia pomiędzy policją serbską a UCK, po czym UCK prawdopodobnie pochowała swoich poległych w jednym grobie i upozorowała egzekucję[6]. Wersję o egzekucji rozpowszechnił amerykański dyplomata i kierownik Misji Weryfikacyjnej OBWE William Walker. Media zachodnie świadomie i celowo przedstawiły tę mistyfikację jako fakt obiektywny. Domniemana masakra w Raczaku została m.in. wymieniona w akcie oskarżenia Slobodana Milosevicia przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym dla byłej Jugosławii.

„Diabolizowanie Serbów – pisał prof. M. Waldenberg – dokonywało się nie tylko przez ogromne nagłaśnianie rzeczywiście popełnionych przez nich zabójstw, „czystek etnicznych”, gwałtów, ale i przemilczanie takich czynów będących dziełem Chorwatów i Muzułmanów lub informowanie o nich nader dyskretnie (…). Stacje telewizyjne eksponowały odnośne materiały, emitując silnie oddziałujące na emocje zdjęcia, nieraz niemające nic wspólnego z treścią informacji”[7].

To diabolizowanie Serbów było dziełem m.in. firmy Ruder Finn Global Public Affairs, która świadczyła usługi public relations dla rządów w Sarajewie i Zagrzebiu. To ta firma na początku sierpnia 1992 roku błyskawicznie przekazała do mediów informację o utworzeniu przez bośniackich Serbów obozów koncentracyjnych, nie mając dowodów, że jest to prawda. W medialnej kampanii antyserbskiej uczestniczyły też wpływowe amerykańskie organizacje żydowskie, takie jak B’nai B’rith, Anti-Defamation League, American Jewish Committe i American Jewish Congress. Dyrektor firmy Ruder Finn, James Harff, stwierdził później, że „wejście do gry organizacji żydowskich po stronie Bośniaków było wspaniałym zagraniem pokerowym. Od razu mogliśmy w opinii publicznej połączyć Serbów i nazistów. (…) nikt nie rozumiał tego, co dokonywało się w Jugosławii i (…) duża większość Amerykanów pytała się, w jakim państwie afrykańskim znajduje się Bośnia, a my za jednym zamachem zdołaliśmy przedstawić sprawę, prostą historię, w której występują dobrzy i źli”[8].

Pisząc o wojnie kreowanej przez media nie sposób nie wspomnieć o Czeczenii. Chociażby dlatego, że oprócz Anny Politkowskiej i mediów zachodnich znaczącą rolę w kreowaniu jednostronnego obrazu dwóch wojen czeczeńskich (1994-1996, 1999-2009) – czyli obrazu stawiającego w negatywnym świetle wyłącznie Rosję – odegrały media polskie oraz publicyści polscy z Krystyną Kurczab-Redlich, Wojciechem Jagielskim i Mirosławem Kulebą na czele. O tym wszystkim pisałem już szerzej na łamach „Myśli Polskiej”, więc nie będę się powtarzał[9].

Któż nie pamięta Iraku i amerykańskiej agresji na to państwo 20 marca 2003 roku? Któż nie pamięta ówczesnej wrzawy medialnej? Któż nie pamięta nachalnie sączonych informacji o okrucieństwach „reżimu Saddama Husajna”, o irackiej broni atomowej, której rzekome istnienie stało się casus belli agresji zaplanowanej i przeprowadzonej przez USA i ich sojuszników pod dyktando tzw. neokonserwatystów. Za tę iracką broń atomową – gdy po wielu latach stało się jasne, że nigdy nie istniała i że było to ordynarne i świadome kłamstwo – musiał przepraszać były brytyjski premier Tony Blair[10].

Jednak ten sam Blair wkrótce po rozpoczęciu „operacji antyterrorystycznej” w Afganistanie jesienią 2001 roku powiedział: „Musimy zwyciężyć także w wojnie propagandowej, być może ważniejszej od wojny prawdziwej”[11].

Ale przed agresją USA i ich sojuszników na Irak w 2003 roku była przecież pierwsza wojna iracka w 1991 roku. Wtedy formalny casus belli stanowiła aneksja Kuwejtu przez Irak 2 sierpnia 1990 roku. Dla usprawiedliwienia amerykańsko-brytyjskiego ataku na Irak (operacja „Pustynna Burza”, 17 stycznia – 3 marca 1991 roku) rozpowszechniono w mediach kłamstwo o wyrzucaniu przez irackich żołnierzy niemowląt z inkubatorów na podłogę w jednym ze szpitali w Kuwejcie. Kłamstwo robiło wrażenie. Mało kto na świecie – poza przywódcą Organizacji Wyzwolenia Palestyny Jaserem Arafatem i przywódcą Libii Muammarem Kadafim – wyrażał wtedy solidarność z bombardowanym przez Amerykanów i ich aliantów Irakiem.

Tak o tym pisał publicysta Krzysztof Kęciek: „Agencja Hill & Knowlton przedstawiła film, w którym 15-letnia Najirah al Sabah, córka ambasadora Kuwejtu w USA, twierdziła, że widziała, jak żołnierze iraccy wyrzucali nowo narodzone dzieci z inkubatorów, by umierały na zimnej podłodze. Film ten wyemitowało 700 stacji telewizyjnych na świecie. Prezydent George Bush senior wspomniał ten „wstrząsający akt okrucieństwa” w pięciu przemówieniach. Dopiero po wojnie strzępy prawdy zaczęły wychodzić na światło dzienne. Mordowanie niemowląt przez Irakijczyków nigdy nie miało miejsca, za to amerykańskie bomby zmasakrowały 314 cywilów w bunkrze w Bagdadzie. Armia USA dokonała też krwawej łaźni wśród tysięcy żołnierzy irackich, uciekających drogą do Basry, którzy nie stawiali już żadnego oporu”[12].

Tak się dziwnie składa, że w świetle przekazu zachodnich mediów okrutne zbrodnie wojenne w ostatnim ćwierćwieczu popełniały wyłącznie państwa będące obiektem militarnej agresji USA i świata zachodniego. Media te natomiast nigdy nie zauważały zbrodni wojennych popełnianych przez USA lub ich sojuszników. Przykładem może być tutaj chociażby używanie przeciw cywilnej ludności palestyńskiej zabronionych przez prawo międzynarodowe pocisków z białym fosforem podczas izraelskiej ekspedycji karnej w Strefie Gazy (tzw. operacja „Płynny Ołów”, 27 grudnia 2008 – 18 stycznia 2009). Informacje na ten temat były blokowane w tzw. mediach głównego nurtu, a osoby próbujące się przebić z nimi do opinii publicznej (Norman G. Finkelstein, Ewa Jasiewicz) zostały oskarżone o antysemityzm i poddane represjom[13]. 31 maja 2010 roku na międzynarodowych wodach Morza Śródziemnego izraelska marynarka wojenna zaatakowała w ramach tzw. operacji „Morska Bryza” konwój z pomocą humanitarną dla Strefy Gazy zorganizowany przez niezależnych dziennikarzy i działaczy na rzecz obrony praw człowieka. W wyniku tego ataku zginęło 9 osób, a około 60 odniosło rany. Ten fakt również nie wzbudził oburzenia w mediach mainstreamowych.

Po demonizacji w mediach zachodnich Serbów, Saddama Husajna i Muammara Kadafiego przyszła kolej na demonizację Baszszara al-Asada i „reżimu syryjskiego”. Agresję mocarstw zachodnich i sunnickich monarchii z rejonu Zatoki Perskiej na Syrię nazwano „wojną domową”, a użytych do tej agresji dżihadystów z całego świata arabskiego „demokratyczną opozycją”. Tzw. „reżim” al-Asada oskarżano o wszelkie możliwe zbrodnie, w tym użycie broni chemicznej, m.in. 21 sierpnia 2013 roku podczas ataku na przedmieście Damaszku – Ghouta. Wiarygodność tych oskarżeń do dzisiaj stoi pod znakiem zapytania. Amerykański dziennikarz śledczy Seymour Hersh (ten sam, który ujawnił masakrę w My Lai podczas wojny wietnamskiej i tortury w amerykańskim więzieniu Abu Ghraib w Bagdadzie) po przeprowadzeniu niezależnego dochodzenia stwierdził, że podawana w mediach głównego nurtu wersja ataku chemicznego na 5 tys. cywilów w Ghouta jest kłamstwem Białego Domu. W rzeczywistości zbrodni tej dopuścili się dżihadyści, a nie wojska rządowe[14]. Oskarżenie „reżimu syryjskiego” o używanie broni chemicznej przeciw cywilom było potrzebne Barackowi Obamie jako pretekst do otwartej interwencji zbrojnej USA i NATO w Syrii. Interwencja ta nie doszła do skutku dzięki zdecydowanemu sprzeciwowi Rosji.

Wreszcie, kiedy klęska dżihadystów w Aleppo stała się oczywista, media zachodnie próbowały wykreować rzekomą masakrę w Aleppo i oskarżyć o nią „reżim” al-Asada. I tutaj niespodziewanie powinęła im się noga. Kłamstwo wyszło na jaw już 21 grudnia 2016 roku, a więc tydzień po rzekomej masakrze. Makabryczne obrazy były tylko na spreparowanych nagraniach, podczas gdy na ulicach zrujnowanego Aleppo wielotysięczny tłum świętował wyzwolenie spod okupacji dżihadystów[15]. Czy to tylko wypadek przy pracy, czy początek końca przemysłu kłamstwa?

[1] Egipt: aresztowano grupę osób – kręciły „nagrania z Aleppo”, http://www.kresy.pl, 21.12.2016.

[2] M. Waldenberg, „Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki”, t. I, Warszawa 2005, s. 186-193.

[3] „Gwałt jako taktyka wojenna. Dopiero polski premier otworzył światu oczy”, http://www.tvn24.pl, 11.07.2015.

[4] M. Waldenberg, „Rozbicie Jugosławii…”, s. 203.

[5] B. Piętka, Operacja „Oluja”, „Myśl Polska” nr 37-38 (2051/52), 13-20.09.2015, s. 8.

[6] B. Dobrzyński, „Historia pisana przez zwycięzców – wojna w Jugosławii”, http://www.geopolityka.org, 9.07.2011; P. Woźniak, „Kontrowersyjny pomnik w Raczaku”, http://www.rp.pl, 16.01.2016.

[7] M. Waldenberg, „Rozbicie Jugosławii…”, s. 188.

[8] J. Merlino, „Les vérités yougoslaves ne sont pas toutes bonnes á dire”, Paris 1993, s. 128-129; cyt. za: M. Waldenberg, „Rozbicie Jugosławii…”, s. 191.

[9] B. Piętka, „Czeczeńska pułapka”, „Myśl Polska” nr 35-36 (2049/50), 30.08-6.09.2015, s. 6-7.

[10] „Kulisy wojny w Iraku. Saddam Husajn nie miał broni, ale udawał”, http://www.konflikty.wp.pl, 10.03.2013; „W. Brytania: Blair przeprasza za wojnę w Iraku”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 6.07.2016; „Raport komisji Chilcota: czym Tony Blair zapłaci za wojnę w Iraku?”. http://www.pl.sputniknews.com, 6.07.2016.

[11] K. Kęciek, „Media, wojna i kłamstwa”, portal tygodnika „Przegląd”, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 22.10.2001.

[12] Tamże.

[13] N. G. Finkelstein, „Gaza – o jedną masakrę za daleko”, Warszawa 2010; E. Jasiewicz, „Podpalić Gazę”, Warszawa 2011; „Amnesty probes Israel’s use of white phosphorus in Gaza”, http://www.web.archive.org, AFP, 23.01.2009; „Ewa Jasiewicz o ataku na konwój z pomocą dla Strefy Gazy”, http://www.gazetaprawna.pl, 8.06.2010.

[14] „Syria o użyciu broni chemicznej: bezczelne kłamstwo”, http://www.wiadomosci.dziennik.pl, 27.04.2013; „MSZ Syrii: oskarżenia o użycie broni chemicznej są bezpodstawne”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 31.08.2013; R. Stefanicki, „Broni chemicznej w Syrii mogli użyć powstańcy, nie rząd”, http://www.wyborcza.pl, 19.12.2013.

[15] „Aleppo: po pięciu latach wojny powraca normalne życie”, portal polskiej redakcji Radia Watykańskiego, http://www.pl.radiovaticana.va, 1.02.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 lutego 2017 r.

„Myśl Polska” nr 7-8 (2123/24), 12-19.02.2017, s. 4-5

Znaki zapytania

Profanacje polskich miejsc martyrologii w Hucie Pieniackiej i Kijowie-Bykowni oraz skandal z zakazem wjazdu na Ukrainę dla prezydenta Przemyśla doczekały się w końcu komentarza ze strony lidera partii rządzącej, nazywanego w pewnych kręgach „naczelnikiem państwa”. 30 stycznia Jarosław Kaczyński obwieścił w Polskim Radiu Rzeszów co następuje: „Relacje polsko-ukraińskie to dziś znak zapytania. Jest ciągle niepewne, czy Ukraina pójdzie w stronę, która w Polsce będzie nie do zaakceptowania, czyli oparcia swojej historycznej legitymacji o tradycje UPA, o tradycje organizacji, które dopuściły się potwornych zbrodni na Polakach, czy też z tej drogi zrezygnuje”[1].

Są to słowa jaskrawo kontrastujące z wypowiedziami innych polityków i publicystów PiS, którzy temat profanacji polskich pomników na Ukrainie i negatywnych działań Służby Bezpieczeństwa Ukrainy wobec prezydenta Przemyśla zamknęli symboliczną dla tego środowiska tezą o „rosyjskiej prowokacji”. Prezes PiS zauważył, że relacje polsko-ukraińskie stoją pod znakiem zapytania, co musi zdumiewać chociażby na tle propagandy wiodących mediów, w tym związanych z jego partią, wedle których relacje te są wzorcowe i jako takie stanowią fundament polskiej polityki zagranicznej na Wschodzie. Z tego m.in. powodu trafne postawienie przez Kaczyńskiego stosunków polsko-ukraińskich pod znakiem zapytania musi skłaniać do postawienia pod znakiem zapytania szczerości jego wypowiedzi.

Każdy kto jest odległy od idei prometejsko-giedroyciowskich i obserwuje z pozycji realizmu politycznego szaleńczą politykę polską na Wschodzie, życzyłby sobie jej zmiany. Czy jednak wypowiedź Kaczyńskiego tę zmianę zapowiada? Moim zdaniem nie.

Wbrew pozorom w tej krótkiej wypowiedzi nie można się jeszcze doszukiwać symptomów zmiany linii politycznej PiS na Wschodzie – czyli odejścia od tzw. doktryny Giedroycia, anachronicznej idei Międzymorza itd. Nie padła bowiem deklaracja o uzależnieniu dalszego wspierania Ukrainy od zmiany jej polityki historycznej. Nie zasugerowano też wycofania polskiego poparcia dla ukraińskiego stanowiska wobec Krymu i Donbasu oraz odejścia od dotowania Związku Ukraińców w Polsce i Ukraińców studiujących na polskich uczelniach, a także rewizji polityki otwartych drzwi dla ukraińskiej imigracji.

Jarosław Kaczyński myli się także twierdząc, że nie jest pewne czy Ukraina pójdzie w stronę kultu OUN-UPA czy z niego zrezygnuje. To jest już pewne od 2004 roku – czyli od czasu aktywnie wspieranej przez PiS tzw. pomarańczowej rewolucji. Od tamtego czasu – z krótką przerwą za prezydentury Wiktora Janukowycza (2010-2014) – Ukraina poszła w stronę oparcia swojej tożsamości państwowo-narodowej na doktrynie nacjonalizmu ukraińskiego w wersji Doncowa i Bandery oraz na kulcie zmitologizowanej pseudohistorii OUN-UPA. Pucz z 2014 roku – również gorąco wspierany przez PiS i samego Kaczyńskiego – tendencje te tylko umocnił i przyspieszył. Reakcją polskich „elit politycznych” z Kaczyńskim na czele było przymykanie przez długie lata oczu na oczywiste fakty. Poza tym początkowo niejawnie, a potem całkiem jawnie prowadzono otwarty flirt z neobanderowcami („Gazeta Wyborcza”, „Gazeta Polska”, Sakiewicz, Żurawski vel Grajewski, Wóycicki i in.).

Jarosław Kaczyński o tym nie wie? Zapomniał o tym, co robił w Kijowie w grudniu 2013 roku? Jakie hasła wtedy wykrzykiwał? Zapomniał obok kogo wtedy stał na kijowskim Majdanie? Obok lidera neobanderowców Ołeha Tiahnyboka – tego samego, który teraz mówi o konieczności rewizji granic Ukrainy, m.in. z Polską. Prezes PiS i inni politycy polscy nie potrafili przewidzieć wtedy, że właśnie takie a nie inne będą rezultaty ich działań? Dla każdego kto posiada wiedzę na temat historii i oblicza nacjonalizmu ukraińskiego było to przecież oczywiste od początku.

Dlatego moim zdaniem wypowiedź Kaczyńskiego należy traktować jako skierowaną na „użytek wewnętrzny” – celem uspokojenia tych środowisk w Polsce, które czują się zaniepokojone rosnącą agresywnością odrodzonego nacjonalizmu ukraińskiego, ujawnioną przy okazji profanacji w Hucie Pieniackiej i Kijowie-Bykowni. Być może ta wypowiedź jest także próbą zatarcia przez prezesa PiS własnej odpowiedzialności za doprowadzenie do renesansu banderowskiego na Ukrainie w imię giedroyciowsko-prometejskich mrzonek o Międzymorzu i podwykonawstwa antyrosyjskiej polityki amerykańskiej na obszarze poradzieckim.

Jedna jaskółka wiosny nie czyni. Rewizja polityki polskiej wobec Ukrainy jest konieczna wobec jej bankructwa. Przede wszystkim konieczne jest zajęcie przez polskie władze zdecydowanego stanowiska wobec profanacji miejsc polskiej martyrologii oraz rosnącego w siłę kultu OUN-UPA i formacji SS-Galizien na Ukrainie, a tego stanowiska nadal nie ma.

[1] „Jarosław Kaczyński o Ukrainie i propozycjach PO”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 30.01.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 lutego 2017 r.

Łajdactwo

Były prezydent Bronisław Komorowski stwierdził, że zbrodnie OUN-UPA na Polakach miały miejsce „dawno temu” i w związku z tym – jak należy się domyślać – nie powinny być przeszkodą dla rozkwitu przyjaźni polsko-ukraińskiej (banderowskiej) obecnie. Słowa te padły 27 stycznia na antenie telewizji Polsat News podczas dyskusji pomiędzy Komorowskim a byłym premierem i liderem SLD Leszkiem Millerem. Były lider SLD – komentując obecne stosunki polsko-ukraińskie – powiedział: „Nie zapominajmy o mnożących się przypadkach dewastacji polskich pomników na Ukrainie, co bierze się z procesu wychowania młodzieży ukraińskiej, gdzie spotkania byłych żołnierzy SS-Galizien urastają do rangi uroczystości narodowej. To wszystko się dzieje za przyzwoleniem władz ukraińskich i powinno spotkać się z protestem władz polskich (…). Czas pobłażania i zamykania oczu na to co tam się dzieje, powinien minąć. Szef ukraińskiego IPN pisze historię od nowa, pisze historię antypolską i nikt z władz nie reaguje”. Na koniec dodał: „Mówimy przecież o ludobójstwie”. Tę wypowiedź Millera Komorowski skwitował stwierdzeniem: „Ale to było dawno temu” [1].

Ten sam Komorowski nigdy by nie wypowiedział się w taki sposób o holokauście, który wydarzył się w tym samym czasie co ludobójstwo wołyńsko-małopolskie, czyli też „dawno temu”. Mimo to jest nieustannie przypominany i czczony, m.in. przez Komorowskiego.

To za rządów prezydenta Komorowskiego sfinalizowano w Warszawie budowę Muzeum Historii Żydów Polskich, którego zadaniem jest m.in. kultywowanie pamięci o zagładzie Żydów podczas drugiej wojny światowej. Ten sam prezydent Komorowski nie był natomiast zainteresowany utworzeniem Muzeum Kresów Wschodnich, które kultywowałoby pamięć m.in. o zbrodniach OUN-UPA na narodzie polskim, ani Muzeum Historii Polski. Ówczesny minister kultury Bogdan Zdrojewski uzasadnił tę odmowę cynicznym stwierdzeniem, że w Polsce jest za dużo muzeów. Z kolei partia PO, z której wywodzą się Komorowski i Zdrojewski, doprowadziła w 2008 roku do likwidacji Instytutu Kresowego[2]. Oficjalnie dlatego, że cele jego działalności „wykraczały poza zadania miasta stołecznego Warszawy”. A nieoficjalnie dlatego, że takie było życzenie Związku Ukraińców w Polsce.

Warto też przypomnieć, że w 2008 roku Komorowski – jeszcze jako marszałek Sejmu – zanegował w oficjalnej wypowiedzi odpowiedzialność OUN-UPA za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie. Jego ówczesnym zdaniem ludobójstwa tego dopuścili się „Sowieci”. Teraz – gdy m.in. dzięki filmowi „Wołyń” wiedza społeczna na temat sprawców tego ludobójstwa z OUN-UPA stała się powszechna – twierdzi, że to się wydarzyło „dawno temu”, a więc machnijmy ręką w imię przyjaźni z Ukrainą.

Profanacje w Hucie Pieniackiej i Bykowni są – według Komorowskiego – rezultatem pogarszającej się za rządów PiS pozycji Polski w UE. Bo za rządów PO Polska miała jego zdaniem silniejszą pozycję w UE i mogła „działać więcej na rzecz Ukrainy”, przez co Ukraina bardziej kochała Polskę. To jeszcze ciekawsze wyjaśnienie od tezy o „rosyjskiej prowokacji”, propagowanej przez polityków PiS.

Jawny antypolonizm polityków wywodzących się z „Solidarności” przeraża, a ich głupota, brak elementarnych zasad moralnych i brak wyczucia sytuacji poraża. Sam już nie wiem co o tym wszystkim sądzić. Byłoby wskazane, gdyby świadoma politycznie część narodu doprowadziła do trwałego odsunięcia elit politycznych działających od 1989 roku. Inaczej ich dalsze funkcjonowanie na scenie politycznej zakończy się dla kraju nieszczęściem.

[1] „Komorowski o ludobójstwie na Wołyniu: To było dawno…”, http://www.kresy.pl, 27.01.2017.

[2] „Instytut Kresowy zlikwidowany”, http://www.kresy.pl, 19.12.2008.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 30 stycznia 2017 r.

http://www.mysl-polska.pl/1151

PiS-owska negacja banderowskiego antypolonizmu

Klub Przyjaciół Ukrainy – którego najtwardszym jądrem jest PiS – w odpowiedzi na jawny antypolonizm pomajdanowej Ukrainy, pokazany przy okazji profanacji w Hucie Pieniackiej i Bykowni oraz incydentu z wydaniem zakazu wjazdu na Ukrainę dla prezydenta Przemyśla, przyjął taktykę zamykania oczu na rzeczywistość, czyli negowania banderowskiego antypolonizmu przy pomocy tezy o „rosyjskiej agenturze”.

Oto poseł Dworczyk z PiS wyjaśnił przyczyny zakazu wjazdu dla prezydenta Przemyśla na Ukrainę, rosnącego kultu OUN-UPA na Ukrainie oraz zakazu projekcji filmu „Wołyń” na Ukrainie. To wszystko były według niego „rosyjskie prowokacje”[1]. Nacjonaliści ukraińscy mają jego zdaniem powiązania z Moskwą. A więc wielbiony przez „Gazetę Wyborczą” stary banderowiec Jurij Szuchewycz – który właśnie zgłosił projekt ustawy penalizującej krytykę nacjonalizmu ukraińskiego i przypominanie o jego zbrodniach – to rosyjski agent. A Bandera był rzekomo sowieckim agentem, bo oczywiście nacjonaliści ukraińscy nie mogli się dopuścić ludobójstwa. To była robota „sowieckiej agentury” w OUN-UPA, co już dawno temu obwieściła m.in. „Gazeta Polska”, a jako pewnik przyjął prezydent Bronisław Komorowski.

W ten sposób kręgi pisowskie będą wyjaśniać każde negatywne wobec Polski działanie Ukrainy w przeszłości i obecnie. Właśnie przy pomocy sloganu o „rosyjskiej agenturze” ukrytej za plecami ukraińskich władz i sterującej Służbą Bezpieczeństwa Ukrainy oraz nacjonalistami ukraińskimi. Utrzymywanie przez Ukrainę embarga na polskie mięso to pewnie też rezultat zakulisowych działań „rosyjskiej agentury”. Wysuwanie roszczeń terytorialnych wobec Polski przez neobanderowców to także rzekome działanie „rosyjskiej agentury”. Czegokolwiek negatywnego Ukraina nie zrobi, nawet jeżeli w rezultacie znowu padną polskie ofiary, usłyszymy od PiS, że to robota „rosyjskiej agentury”.

Ktoś może powiedzieć, że w związku z bankructwem tzw. polityki wschodniej prowadzonej przez post-Solidarność od 1989 roku PiS chwyta się jak tonący brzytwy sloganu o „rosyjskiej agenturze”. Sprawa jest jednak poważniejsza, ponieważ usprawiedliwiając przy pomocy tego sloganu antypolonizm nacjonalistów ukraińskich PiS daje neobanderowcom wolną rękę wobec Polski. Dla każdego myślącego samodzielnie człowieka musi się w tej sytuacji stać jasne, że PiS jest siłą antypolską i to tym groźniejszą, że posługującą się radykalnie patriotyczną frazeologią oraz pozującą na obrońcę interesu narodowego. Dalsza kontynuacja przez Klub Przyjaciół Ukrainy kursu obliczonego na wspieranie w ślepo pomajdanowej, czyli neobanderowskiej Ukrainy oraz usprawiedliwianie jej antypolonizmu tezą o „rosyjskiej agenturze” zakończy się tragicznie. Dla narodu polskiego, nie dla PiS.

[1] „Dworczyk (PiS): zakaz dla prezydenta Przemyśla mógł być prowokacją rosyjskiej agentury w szeregach SBU”, http://www.kresy.pl, 28.01.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 29 stycznia 2017 r.

http://www.mysl-polska.pl/1150

Profanacja w Bykowni

W nocy z 24 na 25 stycznia 2017 roku sprofanowano cmentarz ofiar totalitaryzmu w Bykowni (dzielnica Kijowa), na którym spoczywa 3435 polskich ofiar zbrodni katyńskiej. Na pomniku z nazwiskami polskich ofiar figurujących na ukraińskiej liście katyńskiej wymalowano czerwoną farbą ogromny napis „SS Hałyczyna”. Napis „SS” pojawił się też na jednej z kolumn u wejścia do polskiej części cmentarza, która została podważona łomem. Natomiast w ukraińskiej części cmentarza pojawiły się napisy „OUN-UPA” i „k…”[1].

Zdjęcia sprofanowanego cmentarza w Kijowie-Bykowni pochodzą z portalu www.kresy.pl

Zdjęcia sprofanowanego cmentarza w Kijowie-Bykowni pochodzą z portalu http://www.kresy.pl

Tak jak w przypadku wcześniejszej o dwa tygodnie profanacji i dewastacji w Hucie Pieniackiej zwraca uwagę wstrzemięźliwość komentarzy tzw. mediów głównego nurtu w Polsce. Z kolei w mediach ukraińskich nie pojawiła się żadna poważniejsza wzmianka o incydencie.

Tym razem jednak głos zabrała premier polskiego rządu. Beata Szydło powiedziała m.in.: „Musimy przede wszystkim, muszę się dowiedzieć, czy była to prowokacja, jakie te działania miały charakter (…)”[2]. A więc mamy kontynuację wątku „rosyjskiej prowokacji”, którym przykryto w Polsce medialnie i politycznie wcześniejszą o dwa tygodnie profanację i dewastację pomnika Polaków zamordowanych w Hucie Pieniackiej. W ten sposób niepodzielnie panujący na polskiej scenie politycznej Klub Przyjaciół Ukrainy, do którego należy zarówno rządząca partia PiS jak i jej liberalni oraz lewicowi oponenci, będzie tłumaczył każde antypolskie wystąpienie ze strony ukraińskiej. Nie mam wątpliwości, że gdy siły neobanderowskie doprowadzą na końcu do ponownego rozlewu polskiej krwi, to ze strony postsolidarnościowego Klubu Przyjaciół Ukrainy usłyszymy, iż jest to „rosyjska prowokacja”.

W zasadzie można byłoby już nic więcej nie pisać, ale mimo to napiszę. Profanacja w Bykowni jest konsekwencją braku zdecydowanej reakcji władz w Warszawie na profanację i dewastację w Hucie Pieniackiej, a w szerszym spojrzeniu jest konsekwencją antypolskiej polityki wschodniej prowadzonej przez Klub Przyjaciół Ukrainy od 1990 roku (symboliczną datą jest tutaj uchwała Senatu o potępieniu operacji „Wisła”).

Należy zwrócić uwagę, że niemal w przededniu profanacji w Bykowni Klub Przyjaciół Ukrainy dał kolejny płomienny dowód niezmienności swoich przekonań. 23 stycznia szef MSZ Witold Waszczykowski, sekretarz stanu Krzysztof Szczerski i ambasador Polski (a raczej Ukrainy) w Kijowie Jan Piekło zainaugurowali Polsko-Ukraińskie Forum Partnerstwa, które będzie pełnić rolę „konsultacyjno-doradczą” przy MSZ. Przewodniczącym Forum został kierownik Studium Europy Wschodniej UW Jan Malicki, który podkreślił, że wszyscy jego członkowie są „miłośnikami Ukrainy”. To nie ulega najmniejszej wątpliwości, jeśli spojrzy się na kształt personalny Forum, w którym oprócz Malickiego i Piekły zasiadają m.in. Zygmunt Berdychowski, Sławomir Dębski (dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych), Adam Eberhardt (dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich), Aleksandra Hnatiuk, Grzegorz Motyka, Maria Przełomiec, Jarosław Szarek (prezes IPN) oraz Przemysław Żurawski vel Grajewski.

W przemówieniu inaugurującym działalność Forum minister Waszczykowski powiedział m.in.: „Na Ukrainie przenikają się dwa kompletnie przeciwne paradygmaty społeczno-polityczne: europejski, czy też zachodnioeuropejski, i rosyjski. Celem politycznym Europy jest przekształcenie Ukrainy w stabilne europejskie państwo”. Jego zdaniem Rosja działa na zahamowanie tego procesu[3].

Każdy kto zna historię i jest wolny od propagandowego schematu w spojrzeniu na rzeczywistość pomajdanowej Ukrainy wie, że to co Waszczykowski nazywa „paradygmatem zachodnioeuropejskim” na Ukrainie jest w istocie odrodzonym nacjonalizmem ukraińskim w wersji banderowskiej. Innych sił prozachodnich (proniemieckich i proamerykańskich) poza banderowcami na Ukrainie nigdy nie było i nie ma. A polityka, którą firmuje Waszczykowski – czy szerzej Klub Przyjaciół Ukrainy – jest podwykonawstwem polityki niemieckiej i amerykańskiej w Europie Środkowej i Wschodniej. Ze względu na to, że banderyzm zawsze był i będzie antypolski jest to polityka antypolska, godząca w bezpieczeństwo narodowe, czyli polską rację stanu.

Spójrzmy tylko na przykłady „paradygmatu zachodnioeuropejskiego” na Ukrainie z ostatniego tygodnia. 24 stycznia deputowany Partii Radykalnej Jurij Szuchewycz – wielokrotnie promowany przez „Gazetę Wyborczą” – przedłożył projekt ustawy, która przewiduje karanie grzywną i więzieniem za negowanie „zasadności walki o niepodległość Ukrainy w XX wieku”, czyli za krytykę OUN i UPA. Indywidualni krytycy mają być karani grzywną 850 hrywien lub sześcioma miesiącami więzienia, a krytycy działający w „grupie zorganizowanej” (np. redakcja gazety) lub w warunkach recydywy grzywną 170 tys. hrywien lub karą pięciu lat pozbawienia wolności[4].

22 stycznia prezydent Poroszenko odznaczył wysokim ukraińskim odznaczeniem, Orderem Wolności, Wasyla Kwasnowskiego – autora publikacji, które na euroatlantyckiem obszarze geopolitycznym są ścigane prawnie jako antysemityzm i mowa nienawiści. Kwasnowski jest autorem m.in. dzieła pod wymownym tytułem „Z ciemności do światła. Moskiewsko-żydowski syndrom ukraińskiego Holokaustu”, gdzie propaguje tezę, że zbrodnie stalinowskie zostały popełnione przez Żydów[5]. Co ciekawe, uhonorowanie takiego autora przez prezydenta Ukrainy nie wzbudziło jakiejkolwiek reakcji „Gazety Wyborczej” oraz pokrewnych jej ośrodków w Polsce, Europie Zachodniej i USA, tak czułych na punkcie ścigania domniemanego antysemityzmu. Czyżby pomajdanowa Ukraina dostała od George’a Sorosa koncesję na antysemityzm?

Przy okazji obchodzonego 22 stycznia święta państwowego o nazwie Dzień Jedności Ukrainy (rocznica zjednoczenia URL i ZURL w 1919 roku) na ulice ukraińskich miast ponownie wyszły pochody neobanderowców z czerwono-czarnymi flagami i pochodniami. Ich przywódca – Ołeh Tiahnybok – powiedział podczas publicznego wystąpienia, że terytorium Ukrainy było w przeszłości 1,6 razy większe niż obecnie i że poza granicami kraju znalazły się, oprócz Krymu i Donbasu, również inne „odwieczne, etnicznie ukraińskie ziemie”[6]. Te „odwieczne” i „etnicznie ukraińskie” terytoria to m.in. tzw. Zakerzonie, czyli obecna południowo-wschodnia Polska. Takie słowa nie padają po raz pierwszy. Wystąpienia o podobnym charakterze ze strony reprezentantów „paradygmatu zachodnioeuropejskiego” na Ukrainie powtarzają się od wielu lat.

Klub Przyjaciół Ukrainy nie zmieni swoich poglądów i swojej polityki. Będzie przy niej nieugięcie trwał bez względu na to, co zrobią epigoni Stepana Bandery. Profanacje w Hucie Pieniackiej i Bykowni były z ich strony testem na to jak daleko mogą się posunąć w antypolonizmie. Od Klubu Przyjaciół Ukrainy dostali sygnał, że mogą przekraczać kolejne bariery. Bykownia nie będzie zatem ich ostatnim słowem.

Na zmianę polityki obozu postsolidarnościowego wobec Ukrainy szans nie ma. Ta część społeczeństwa polskiego, która wykazuje się polityczną odpowiedzialnością musi się w tej sprawie wyzbyć złudzeń. Chociaż może wydawać się to niemożliwe, trwałe odsunięcie od władzy Klubu Przyjaciół Ukrainy staje się pilną koniecznością. Inaczej prędzej czy później padną polskie ofiary, bo z epigonami Stepana Bandery i Romana Szuchewycza żartów nie ma.

[1] „Ukraina: sprofanowano polski cmentarz w Bykowni”, http://www.kresy.pl, 25.01.2017; Napisy „SS Galizien”, „OUN-UPA k…” na cmentarzu w Bykowni, http://www.polsatnews.pl, 25.01.2017.

[2] „Premier Beata Szydło komentuje wydarzenia w Bykowni”, http://www.wiadmosci.onet.pl, 25.01.2017.

[3] Powstało Polsko-Ukraińskie Forum Partnerstwa. „Jesteśmy miłośnikami Ukrainy”, http://www.kresy.pl, 25.01.2017.

[4] „Шухевич предложил ВР наказывать за непризнание правомерности борьбы за независимость Украины в XX веке”, http://112.ua/politika/shuhevich-predlozhil-vr-nakazyvat-za-nepriznanie-pravomernosti-borby-za-nezavisimost-ukrainy-v-xx-veke-367303.htm, 24.01.2017.

[5] „Украина: высшая награда автору книги о происках сионизма”, http://izrus.co.il, 23.01.2017.

[6] „Poza granicami Ukrainy są nasze odwieczne, etnicznie ukraińskie terytoria”, http://www.kresy24.pl, 23.01.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 26 stycznia 2017 r.

http://www.mysl-polska.pl/1146

Polonobanderowcy

8 stycznia 2017 roku „nieznani sprawcy” zniszczyli pomnik upamiętniający Polaków zamordowanych w Hucie Pieniackiej. Duży marmurowy krzyż – stanowiący centralną część pomnika – został najprawdopodobniej wysadzony przy pomocy materiału wybuchowego (strona ukraińska twierdzi, że rozbity kilofami), natomiast na tablicach z nazwiskami ofiar wymalowano barwy Ukrainy i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów-Banderowców oraz symbol niemieckiej formacji nazistowskiej SS[1].

Pomnik w Hucie Pieniackiej upamiętniał około 1000 ofiar zbrodni dokonanej 28 lutego 1944 roku przez ukraińskich esesmanów z 4. pułku policyjnego 1. ukraińskiej dywizji SS „Galizien” („Hałyczyna”) przy współudziale lokalnych struktur UPA. Spalenie Huty Pieniackiej i wymordowanie jej mieszkańców bez względu na wiek i płeć było największą zbrodnią popełnioną przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w Małopolsce Wschodniej – i jedną z największych obok Janowej Doliny, Ostrówek i Woli Ostrowieckiej – podczas całego ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego (1943-1944).

Upamiętniający tę zbrodnię pomnik powstał jesienią 2005 roku, a inicjatorem jego wzniesienia był Andrzej Przewoźnik (1963-2010) – ówczesny sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, zasłużony w upamiętnianiu martyrologii Polaków na Wschodzie. W 65. rocznicę zbrodni – 28 lutego 2009 roku – pomnik w Hucie Pieniackiej został uroczyście odsłonięty przez Lecha Kaczyńskiego i Wiktora Juszczenkę. Wydarzenie to nagłośniono wówczas jako symboliczny akt pojednania polsko-ukraińskiego. Jednak właśnie to co działo się wokół tego pomnika przez następne lata dobitnie świadczy o tym, że to pojednanie jest całkowitą fikcją. Pomnik w Hucie Pieniackiej od początku był solą w oku neobanderowców z partii „Swoboda”, sprawujących władzę na dawnych polskich ziemiach południowo-wschodnich, czyli dzisiejszej zachodniej Ukrainie. Uroczystości rocznicowe z udziałem potomków pomordowanych Polaków były regularnie zakłócane przez członków partii „Swoboda”. Organizowali oni podczas polskich uroczystości wiece, na których wygłaszali nienawistne przemówienia i wznosili antypolskie hasła. Próbowali też nie dopuścić do składania przez polskie delegacje kwiatów pod pomnikiem oraz agresywnie zaczepiali i słownie atakowali uczestników polskich uroczystości.

Najczęściej organizatorem tych wystąpień był Rostysław Nowożeniec (ur. 1956) – ukraiński polityk nacjonalistyczny i deputowany lwowskiej rady obwodowej z ramienia Bloku Julii Tymoszenko, a także działacz partii Batkiwszczyna – a więc partii, z którą Prawo i Sprawiedliwość podpisało przed laty umowę o współpracy partnerskiej. Nowożeniec był m.in. pomysłodawcą nadania stadionowi zbudowanemu we Lwowie na Euro 2012 imienia Stepana Bandery. Kierowana przez niego fundacja „Ukraina-Ruś” wydała w 2010 roku przewodnik pt. „Ukraińskie miejsca w Polsce”, gdzie stwierdzono m.in., że plemię Polan było plemieniem ukraińskim, Zygmunt II August, Stanisław August Poniatowski oraz Juliusz Słowacki byli Ukraińcami, a Kraków jest staroukraińskim grodem, który dostał się pod okupację Polaków. Na manifestacji z okazji Dnia Jedności Ukrainy 22 stycznia 2011 roku (święto obchodzone w rocznicę zjednoczenia URL i ZURL w 1919 roku) Nowożeniec razem z Jurijem Szuchewyczem żądał przyłączenia do Ukrainy Łemkowszczyzny, Nadsania, Chełmszczyzny i Podlasia, a także Naddniestrza, południowej Bukowiny oraz ziem wchodzących w skład Białorusi i Rosji (m.in. Kubania)[2].

Żądał też odszkodowania od Rosji w wysokości 10,5 trylionów hrywien za śmierć milionów Ukraińców z rąk „rosyjskich oprawców”. Tuż przed uroczystością odsłonięcia pomnika w Hucie Pieniackiej Nowożeniec zażądał jego demontażu[3]. Z inicjatywy Nowożeńca obok pomnika zainstalowano, wkrótce po jego oficjalnym odsłonięciu, „tablicę informacyjną” o treści negującej ukraińskie sprawstwo zbrodni z 28 lutego 1944 roku.

W lutym 2014 roku, w 70. rocznicę zbrodni, polskie uroczystości pod pomnikiem w Hucie Pieniackiej nie odbyły się. Oficjalnie z powodu mającego wówczas miejsce krwawego przewrotu politycznego w Kijowie, który był aktywnie wspierany przez polskich polityków i polskie media. Nieoficjalnie dlatego, że władze obwodu lwowskiego nie wyraziły na nie zgody, a nacjonaliści ukraińscy grozili polskim uczestnikom uroczystości fizyczną agresją.

Neobanderowcy wielokrotnie nawoływali, m.in. w mediach społecznościowych, do zniszczenia pomnika w Hucie Pieniackiej. Barbarzyński akt z 8 stycznia br. miał miejsce po kolejnej fali publicznej gloryfikacji banderyzmu na Ukrainie. Zapoczątkowały ją już tradycyjnie 1 stycznia – w rocznicę urodzin Stepana Bandery – marsze szowinistów ukraińskich we wszystkich większych miastach Ukrainy, nawiązujące formą do marszów SA i NSDAP z lat 20. i 30. XX wieku[4]. Ponownie w ukraińskiej przestrzeni publicznej wylało się morze słów nienawiści, m.in. pod adresem Polski. Padły też propozycje zbudowania w Kijowie wielkiego pomnika Stepana Bandery, który będzie budził „grozę wśród wrogów Ukrainy”.

W kontekście takiej właśnie atmosfery publicznej i nasilającej się od przewrotu w 2014 roku heroizacji banderyzmu miało miejsce zniszczenie pomnika w Hucie Pieniackiej. Na zachodniej Ukrainie zbudowano kilkadziesiąt pomników, odsłonięto wiele tablic pamiątkowych i otwarto co najmniej kilka muzeów ku czci sprawców ludobójstwa na Polakach – Stepana Bandery, Romana Szuchewycza i Dmytro Kłaczkiwskiego. W tej sytuacji i w tej atmosferze pomnik w Hucie Pieniackiej po prostu przeszkadzał naobanderowcom i najzwyczajniej nie pasował do panującej na pomajdanowej Ukrainie polityki historycznej i ideologii państwowej, które gloryfikują OUN i UPA jako rzekomy „ruch wyzwoleńczy”. Sprawstwo tego czynu ze strony pogrobowców ideologii Stepana Bandery nie ulega dla mnie wątpliwości i nie powinno ulegać wątpliwości dla każdego myślącego człowieka. Tym bardziej dziwią więc reakcje osób i środowisk uchodzących w Polsce za opiniotwórcze. Reakcje te nie pozostawiają wątpliwości, że w głównym nurcie życia politycznego i medialnego w Polsce dominuje coś, co po imieniu nazwać trzeba polonobanderyzmem.

Zwraca uwagę przede wszystkim zepchnięcie w polskich mediach informacji o zniszczeniu pomnika w Hucie Pieniackiej na odległy plan i ważenie każdego słowa. Np. w informacji podanej przez Wirtualną Polskę jest mowa, że pomnik został „zdewastowany”, a krzyż – stanowiący jego główny element – „rozbity”, ale broń Boże nie wysadzony w powietrze[5]. Podobną wstrzemięźliwość wykazały polskie media po zabiciu przez pijanego ukraińskiego kierowcę w noc sylwestrową dwóch nastolatek w Jeleniej Górze. Przez wiele godzin po tej tragedii media nie chciały podać narodowości sprawcy. Najwyraźniej w wiodących mediach polskich obowiązuje instrukcja nakazująca pisać o Ukrainie i Ukraińcach tylko pozytywnie.

Następnie zwraca uwagę wstrzemięźliwość polskiej dyplomacji. Ambasador Jan Piekło dopiero po dwóch dniach od zniszczenia pomnika poinformował, że MSZ przygotowuje notę w tej sprawie do władz Ukrainy[6]. Sam nie zdobył się na żadne oświadczenie, co jeszcze raz potwierdza, że Ukraina ma w relacjach z Polską dwóch ambasadorów – Andrija Deszczycię w Warszawie i Jana Piekłę w Kijowie. W nocie MSZ, zamiast zażądać od Ukrainy definitywnego wyrzeczenia się kultu OUN-UPA, minister Waszczykowski wezwał jedynie do ustalenia sprawców dewastacji pomnika i ich ukarania[7]. Na koniec zwraca uwagę milczenie prezydenta Andrzeja Dudy – wielkiego orędownika „strategicznego sojuszu” z Ukrainą i nieugiętego bojownika o powrót Krymu do Ukrainy. Wyraźnie zatem widać, że zniszczenie pomnika w Hucie Pieniackiej w niczym temu strategicznemu sojuszowi, podtrzymywanemu jednostronnie przez Warszawę, nie zaszkodziło.

To zdumiewa najbardziej. Pomnik w Hucie Pieniackiej był bowiem pomnikiem szczególnym. Podobnie jak inne pomniki polskich ofiar OUN-UPA na Ukrainie nie zawierał informacji o sprawcach zbrodni, ponieważ władze ukraińskie nie pozwalają tego napisać. Jednakże na tle pozostałych upamiętnień – nielicznych i skromnych (przeważnie w formie krzyża) – pełnił nieoficjalnie funkcję pomnika wszystkich ofiar ludobójstwa dokonanego na Polakach przez OUN-UPA i formację SS-Galizien. Jego zniszczenie ma zatem zupełnie inną rangę. To tak jakby wysadzono w powietrze pomnik ofiar w Katyniu. Czy wtedy prezydent Duda też by milczał?

Nie można nie zauważyć, że kilka tygodni wcześniej jeden okrzyk (prawdopodobnie prowokatora) podczas Marszu ku czci Orląt Przemyskich i Lwowskich został nagłośniony do niespotykanych rozmiarów przez ukraińskie władze i media. Ambasador Ukrainy natychmiast reagował, wystosowując ostrą notę do polskiego rządu i domagając się publicznie wyjaśnień. Z apelem do władz o przeciwstawienie się rzekomej wrogości wobec ludności ukraińskiej wystąpił też Związek Ukraińców w Polsce. W przeciwieństwie do tego polskie reakcje na dewastację w Hucie Pieniackiej są bojaźliwe i żenujące.

Najbardziej zdumiewa i przeraża jednak postawa zajęta przez polski mainstream polityczno-medialny wobec wyjaśnienia sprawy zniszczenia pomnika. Sprawcę znaleziono natychmiast i jest nim oczywiście Władimir Putin. Wkrótce po pojawieniu się pierwszych informacji o dewastacji w Hucie Pieniackiej szef ukraińskiego IPN – negacjonista wołyński Wołodymyr Wiatrowycz – oraz Związek Ukraińców w Polsce oświadczyli, że to rosyjska prowokacja i narrację tę natychmiast przyjął świat polskiej polityki i mediów. To wygląda tak jakby po prostu polski mainstream polityczno-medialny otrzymał instrukcję od panów Wiatrowycza i Tymy. Gdyby jej nie otrzymał, to pewnie by nie wiedział co myśli.

Najdalej poszedł po tej linii red. Tomasz Sakiewicz – lider mediów rządzącej partii – który powołał się nie na Wiatrowycza i Tymę, ale od razu na rzecznika Prawego Sektora Artioma Skoropadskiego. „Strefa Wolnego Słowa” zacytowała swojego współpracownika, obecnie korespondenta TVP Info w Kijowie, Pawła Bobołowicza: „Rzecznik Prawego Sektora Artiom Skoropadski wyklucza możliwość, że pomnik mogli zniszczyć jego działacze. Prawy Sektor uznaje Polskę za strategicznego sojusznika. Według rzecznika akcja może być prowokacją rosyjskich służb specjalnych, które chcą poróżnić Polskę i Ukrainę”[8]. I to w zupełności wystarczy red. Sakiewiczowi, który – co należy przypomnieć – został przed ponad dwoma laty kawalerem odznaczenia nadanego mu przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy oraz jest częstym gościem różnych „paneli dyskusyjnych” na Ukrainie, gdzie wspólnie z pogrobowcami Stepana Bandery rozwija wizję tzw. Międzymorza.

Czołowy miłośnik nacjonalizmu ukraińskiego z „Gazety Wyborczej” – Paweł Smoleński –usprawiedliwił dewastację w Hucie Pieniackiej tym, że „po polskiej stronie Bugu zdewastowano kilka ukraińskich cmentarzy z II wojny światowej (…), zaatakowano procesję grekokatolicką w Przemyślu maszerującą na miejsce pochówku Strzelców Siczowych, krzyczano do przemyskich Ukraińców „Śmierć Ukrainie!” (…). W ubiegłym roku w Sejmie przyjęto poniżającą Ukraińców uchwałę dotyczącą zbrodni wołyńskiej i niemal równolegle wyszydzono gest prezydenta Petra Poroszenki, klękającego przed pomnikiem polskich ofiar Wołynia. Film „Wołyń”, operujący najprostszymi stereotypami w opisie powikłanej polsko-ukraińskiej historii, nazwano „gestem pojednania” między oboma narodami. W polskiej polityce wschodniej powoli zwycięża endecka, nacjonalistyczna narracja (…)”[9].

A zatem zdaniem Smoleńskiego winny dewastacji w Hucie Pieniackiej jest tradycyjny wróg „Gazety Wyborczej” – endecy, którzy podobno opanowali polską politykę, przyjęli w Sejmie uchwałę w sprawie upamiętnienia ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, nakręcili film „Wołyń”, dewastowali nielegalne pomniki UPA i krzyczeli „Śmierć Ukraińcom” w Przemyślu. Smoleński sugeruje też – powołując się na „ukraińskich badaczy” – że ukraińskie formacje SS i UPA nie brały udziału w zbrodni w Hucie Pieniackiej. Któż zatem wymordował tamtejszych Polaków? Pewnie zamordowali się sami.

Z kolei czołowy architekt polityki wschodniej PiS – doradca MSZ Przemysław Żurawski vel Grajewski – w rozmowie z ukraińską agencją informacyjną Ukrinform powiedział, iż pewne okoliczności „jednoznacznie wskazują, że źródłem tego wszystkiego jest Moskwa”. Te okoliczności to fakt, że jako pierwsza o dewastacji w Hucie Pieniackiej poinformowała rosyjska agencja informacyjna Regnum oraz pomyłki językowe w opisie nagrania zamieszczonego w internecie[10].

Inny znany ukrainofil – Łukasz Adamski (m.in. gloryfikator postaci nestora ukraińskiej historiografii nacjonalistycznej, Mychajło Hruszewskiego), nomen omen pracownik Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia – w wypowiedzi dla Polskiego Radia stwierdził, że podobnie jak Wiatrowycz uważa dewastację w Hucie Pieniackiej za prowokację rosyjskich służb specjalnych, a dowodzą tego błędy ortograficzne i rusycyzmy w ukraińskich napisach pozostawionym przez sprawców[11].

Obaj panowie – posiadający tytuły doktorów nauk humanistycznych (Żurawski vel Grajewski nawet doktora habilitowanego) – udają że nie wiedzą, albo rzeczywiście nie wiedzą, że język ukraiński jest sztucznym tworem XIX-wiecznych lingwistów niemieckich, którzy stworzyli go na zamówienie polityczne w oparciu o lokalne gwary małorusińskie z dodatkiem polonizmów i germanizmów. Większość Ukraińców posługuje się językiem rosyjskim, a tzw. czystym językiem ukraińskim nie mówi nikt – nawet na zachodniej Ukrainie – ponieważ nic takiego nie istnieje. Ponadto ze względów politycznych współczesny „język ukraiński” podlega ciągłym zmianom i udziwnieniom sprowadzającym się do jego „odruszczania”. Argument o niepoprawnym posługiwaniu się językiem ukraińskim przez sprawców dewastacji w Hucie Pieniackiej – co ma dowodzić ich rosyjskiego pochodzenia – jest zatem więcej niż niepoważny.

W przeciwieństwie do zacytowanych powyżej osób wątpię czy rzeczywiście w Hucie Pieniackiej miała miejsce prowokacja rosyjska celem zepsucia stosunków polsko-ukraińskich. Zacytowane wypowiedzi jasno dowodzą bowiem, że stosunków tych zepsuć się nie da, a autorzy tych wypowiedzi nawet z banderowską siekierą w głowie będą krzyczeć, że to prowokacja Putina. Skoro ja to wiem, to rosyjskie służby specjalne też to wiedzą.

Poza tym pomajdanowa Ukraina – mając takich adwokatów jak zacytowani powyżej – może sobie pozwolić w stosunkach z Polską na wszystko. Jestem pewien, że gdyby np. epigoni Stepana Bandery i Romana Szuchewycza, którzy mogą łatwo przeniknąć do Polski w masie co najmniej miliona emigrantów ekonomicznych z Ukrainy, zorganizowali ataki terrorystyczne na Polaków – chór polonobanderowców krzyczałby, że to rosyjska prowokacja. Tym określeniem-wytrychem można wyjaśnić wszystko i rozgrzeszyć wszystko. Czynią to z upodobaniem przede wszystkim władze pomajdanowej Ukrainy. Np. ambasador Ukrainy w Izraelu – ustosunkowując się publicznie do haseł antysemickich wznoszonych przez uczestników marszów banderowskich na Ukrainie 1 stycznia 2017 roku – stwierdził, że była to prowokacja sił, które nie chcą dopuścić do „zbudowania na Ukrainie demokratycznego i tolerancyjnego społeczeństwa”, czyli w domyśle prowokacja Rosji[12].

O tym jak daleko sięga sympatia polskiego mainstreamu polityczno-medialnego dla nacjonalizmu ukraińskiego świadczy m.in. skandaliczny artykuł niejakiego Piotra Kaszuwary pt. „Ukraińscy Spartanie z pułku Azow. Żadnych prezentów dla Putina”, opublikowany w połowie grudnia 2016 roku na portalu onet.pl[13]. Już samo nazwanie „Spartanami” formacji militarnej, która jawnie (m.in. w symbolice) odwołuje się do nazizmu i którą m.in. Amnesty International oskarża o zbrodnie wojenne mówi wszystko o autorze tego tekstu. Stanowi on wielką gloryfikacją jednej z najgroźniejszych formacji neonazistowskich na Ukrainie, które wyrosły z puczu na Majdanie i zostały użyte przez reżim Poroszenki do pacyfikacji Donbasu. Autor tego panegiryku nie zauważa, że pułk „Azow” jest typowym „szwadronem śmierci”, nie zauważa nazistowskiej symboliki i ideologii oraz zbrodni wojennych. Nie przeszkadza mu, że jego rozmówca z pułku „Azow” nosi pseudonim „Szuchewycz”. Warto nadmienić, że na szkolenie „Azowa” przez armię amerykańską nie wyraziła zgody Izba Reprezentantów USA, uzasadniając swoją odmowę właśnie neonazistowskim obliczem tej formacji. To oblicze nie przeszkadza jednak panu Kaszuwarze, więc jak można określić jego postawę? Jako polonobanderyzm, nie inaczej. „Dziś pułk ma swoich ludzi w ukraińskim parlamencie, rządzie i policji” – cieszy się Kaszuwara. Skoro tak, to znaczy, że wbrew twierdzeniom polskiego mainstreamu polityczno-medialnego jednak siły neonazistowskie nie są marginesem na pomajdanowej Ukrainie. Czy zatem dewastacja w Hucie Pieniackiej nie mogła być ich dziełem?

Czy media i politycy w Polsce nie wiedzą o obłędnym kulcie OUN-UPA i ukraińskiej dywizji SS, który na pomajdanowej Ukrainie został podniesiony do rangi ideologii państwowej? O indoktrynacji szowinizmem młodzieży ukraińskiej? Nie wiedzą o tym, że nie dalej jak pod koniec sierpnia ubiegłego roku minister rządu ukraińskiego – znany z antypolonizmu nacjonalista Światosław Szeremeta – zorganizował uroczysty pogrzeb państwowy właśnie esesmanom z dywizji „Hałyczyna” („Galizien”)[14]? Czy polscy politycy i ich media nie wiedzą, że ten uroczysty pogrzeb miał miejsce w mauzoleum dywizji SS-Galizien i że to mauzoleum znajduje się na górze Żbyr koło miejscowości Jaseniw, pięć kilometrów od Huty Pieniackiej? Mauzoleum katów sąsiaduje z pomnikiem ich ofiar (a właściwie nad nim góruje). Epigoni dywizji SS-Galizien, którzy na zachodniej Ukrainie sprawują władzę polityczną, sąsiedztwa pomnika ofiar od początku nie chcieli i dawali temu wyraz publicznie.

Polityka historyczna pomajdanowego reżimu musiała przynieść tragiczne konsekwencje. Bo wbrew temu, co twierdzi np. pani Ewa Stankiewicz nacjonalizm ukraiński nie jest wyłącznie antyrosyjski. Ideologia banderowska była zawsze przede wszystkim antypolska, a wbrew temu co twierdzą np. panie Agnieszka Romaszewska-Guzy czy Maria Przełomiec jest ona groźna nie dla Rosji – mocarstwa atomowego bądź co bądź – ale dla Polski właśnie. To realne niebezpieczeństwo potęguje nieodpowiedzialna polityka wspierania, obłaskawiania i kokietowania nacjonalizmu ukraińskiego. Incydent w Hucie Pieniackiej jest ostatnim dzwonkiem ostrzegawczym. Na razie zniszczony został pomnik, ale kto może zaręczyć czy jutro nie padną polskie ofiary w Przemyślu, Rzeszowie czy Lublinie.

Na koniec zdumiewa, że do chóru polonobanderowców dołączyła zasłużona dla walki o pamięć ofiar OUN-UPA Ewa Siemaszko. Ona też dostrzegła „rosyjskie łapki” w dewastacji pomnika w Hucie Pieniackiej, powtarzając słowo w słowo tezy wygłoszone przez Żurawskiego vel Grajewskiego i Bobołowicza[15]. To niestety daje broń polonobanderowom i ich sojusznikom na Ukrainie. Czy stanowisko pani Siemaszko jest spowodowane strachem części środowisk kresowych przed nazywaniem ich „rosyjską agenturą” czy jeszcze czymś innym – nie wiem.

W tę samą nutę uderzył też Związek Polaków na Ukrainie. W opublikowanym w języku ukraińskim oświadczeniu organizacja ta stwierdziła, że dewastacji nie dokonali Ukraińcy, ponieważ rzekomo żadna z sił politycznych na zachodniej Ukrainie nie identyfikuje się z nazistowskim symbolem SS, a Ukraińcy nie mają w zwyczaju niszczenia krzyży[16]. Treść i forma tego oświadczenia skłania mnie do wątpliwości czy to jest rzeczywiście Związek Polaków czy też Związek p.o. Polaków na Ukrainie.

Ruiny pomnika w Hucie Pieniackiej są ruinami polskiej polityki wschodniej. To jest ostatni dzwonek, żeby wyciągnąć z tego wniosek i zrewidować tę politykę zanim poleje się polska krew, zanim sfrustrowani klęską na Krymie i w Donbasie szowiniści ukraińscy skierują swoją agresję ponownie przeciw Polsce. Nikt przecież nie kontroluje znaczącej liczebnie migracji ukraińskiej do Polski oraz tych mas broni, które w następstwie kryzysu politycznego na Ukrainie trafiły w ręce m.in. neobanderowców. Niestety nie mam złudzeń, że dojdzie do takiego otrzeźwienia i rewizji szkodliwej polityki wobec Ukrainy, ponieważ polityka ta jest z jednej strony kreowana przez jawnych wrogów i zdrajców Polski, a z drugiej strony przez polityków, którzy mają krótką smycz. A właściwie trzy krótkie smycze założone im przez Waszyngton, Berlin i Kijów.

[1] „На Украине злодеи осквернили памятник убитым СС «Галичина» и УПА полякам. Неизвестные лица взорвали мемориал в память мирных жителей села Гута Пеняцкая”, http://www.regnum.ru, 9.01.2017; „Wysadzono pomnik ofiar SS Galizien w Hucie Pieniackiej”, http://www.studiowschod.pl, 9.01.2017.

[2] „Ukraina: nacjonaliści chcą zwrotu ziem od Polski”, http://www.newsweek.pl, 22.01.2011.

[3] Ukraińscy nacjonaliści chcą uczcić pamięć ofiar „polskich szowinistów”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 26.02.2009.

[4] W. Tokarczuk, „Faszystowskie i antysemickie hasła na marszu banderowców w Kijowie”, http://www.isakowicz.pl, 4.01.2017.

[5] „Ukraina: zdewastowano pomnik Polaków z Huty Pieniackiej”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 10.01.2017.

[6] „Польша решила направить Украине ноту протеста из-за уничтожения памятника”, http://www.vz.ru, 10.01.2017.

[7] A. Wiejak, „MSZ Polski nadal nie domaga się od Ukraińców odejścia od banderyzmu”, http://www.prawy.pl, 10.01.2017.

[8] „Zniszczono pomnik w Hucie Pieniackiej. Prowokacja Rosjan?!”, http://www.niezalezna.pl, 10.01.2017.

[9] P. Smoleński, „Zniszczono cmentarz w Hucie Pieniackiej. Gdzie dwóch się kłóci, tam Rosja korzysta”, http://www.wyborcza.pl, 10.01.2017.

[10] „Doradca Waszczykowskiego obwinia Moskwę o zniszczenie pomnika w Hucie Pieniackiej”, http://www.kresy.pl, 10.01.2017.

[11] Dewastacja pomnika w Hucie Pieniackiej. „Celem tej prowokacji jest zepsucie stosunków polsko-ukraińskich”, http://www.polskieradio.pl, 10.01.2017.

[12] „Заява Посольства з приводу проявів антисемітизму у ході маршу на честь С. Бандери”, http://www.israel.mfa.gov.ua, 5.01.2017.

[13] P. Kaszuwara, „Ukraińscy Spartanie z pułku Azow. Żadnych prezentów dla Putina”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 15.12.2016.

[14] A. Szycht, „Ukraiński minister oddaje hołd poległym esesmanom!”, http://www.prawy.pl, 30.08.2016.

[15] „Ewa Siemaszko o zniszczeniu pomnika w Hucie Pieniackiej: Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na „łapki” rosyjskie”, http://www.wpolityce.pl, 10.01.2017.

[16] „Władze Ukrainy zapowiedziały odbudowę pomnika w Hucie Pieniackiej”, http://www.kresy.pl, 11.01.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 stycznia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 5-6 (2121/22), 29.01-5.02.2017, s. 14-15

http://mysl-polska.pl/1144

Pojednanie z banderyzmem nie jest możliwe

Miejsce po wsi Huta Pieniacka – spalonej i wymordowanej przez ukraińskich esesmanów i UPA 28 lutego 1944 roku – znajduje się tylko kilka kilometrów od miejscowości Jaseniw (niegdyś Jasionów). Nieopodal tej miejscowości na wzgórzu Żbyr wzniesiono w 2008 roku mauzoleum ku czci esesmanów z 14. (1. ukraińskiej) Dywizji Grenadierów Waffen-SS „Galizien” („Hałyczyna”). Dlaczego właśnie tam? Dlatego, że na pobliskich polach między Jasionowem a Brodami ukraińska dywizja SS została rozbita przez Armię Czerwoną w czasie bitwy pod Brodami (13-22 lipca 1944 roku). Po tym pogromie dywizja „Hałyczyna” musiała być formowana na nowo. Mauzoleum na górze Żbyr niemalże sąsiaduje ze zniszczonym niedawno pomnikiem w Hucie Pieniackiej. Memoriał ku czci katów sąsiaduje z pomnikiem ich ofiar, a właściwie nad nim góruje. Ten fakt – w kontekście kultu nacjonalizmu ukraińskiego, który na pomajdanowej Ukrainie stał się fundamentem polityki historycznej i tożsamości państwowo-narodowej – wyjaśnia dlaczego pomnik w Hucie Pieniackiej musiał zostać zniszczony. Zwolennikom tezy o „rosyjskiej prowokacji” – której nie poparto jakimikolwiek dowodami – zadaję pytanie czy mauzoleum na górze Żbyr oraz kult formacji SS-Galizien i OUN-UPA to też jest „rosyjska prowokacja”?

Memoriał SS-Galizien na górze Żbyr

Memoriał SS-Galizien na górze Żbyr

Pod mauzoleum na górze Żbyr co roku w lipcu odbywają się uroczystości – a ściślej rzecz biorąc banderowsko-nazistowskie sabaty. Biorą w nich udział – oprócz żyjących weteranów dywizji SS „Galizien”, a więc bezkarnych zbrodniarzy (w świetle wyroku Trybunału Norymberskiego sama przynależność do SS jest karalną zbrodnią) – „grupy rekonstrukcyjne” w mundurach Waffen-SS. To dzieje się w kraju, który aspiruje do członkostwa w Unii Europejskiej i którego aspiracje „europejskie” są wspierane m.in. przez Polskę. To dzieje się przy całkowitym milczeniu tejże UE i ślepych na odradzający się szowinizm ukraiński władz polskich. Aktywny udział w sabatach na górze Żbyr biorą też Kościół grekokatolicki i przedstawiciele władz ukraińskich. Przed laty był tam obecny m.in. działacz neobanderowskiej partii „Swoboda” Ołeh Pankewycz – ten sam, który wynajmował pokój w hotelu „Ukraina”, z którego okna niezidentyfikowany snajper strzelał 20 lutego 2014 roku do zgromadzonych na Majdanie ludzi. O masakrę tę fałszywie oskarżono milicyjną formację „Berkut”, co stało się bezpośrednią przyczyną upadku prezydenta Wiktora Janukowycza.

Jedna z uroczystości na górze Żbyr

Jedna z uroczystości na górze Żbyr

Uroczystość ku czci SS-Galizien - warta honorowa w mundurach Waffen-SS

Uroczystość ku czci SS-Galizien – warta honorowa w mundurach Waffen-SS

W lipcu 2016 roku pod mauzoleum na górze Żbyr odbył się uroczysty pogrzeb ekshumowanych szczątków esesmanów z dywizji „Hałyczyna”, w którym brał udział minister Światosław Szeremeta (szef Państwowej Komisji ds. Uczczenia Pamięci Uczestników Operacji Antyterrorystycznej, Ofiar Wojen i Represji Politycznych, czyli ukraińskiego odpowiednika Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Polsce) – znany mieszkańcom Przemyśla z prowokacyjnego zachowania podczas manifestacji miejscowych Ukraińców w czerwcu 2016 roku. Tak wygląda polityka historyczna pomajdanowej Ukrainy i tak kształtowana jest świadomość historyczno-narodowa jej mieszkańców. Nie ulega wątpliwości, że w tej sytuacji jakikolwiek dialog polsko-ukraiński jest niemożliwy, a tym bardziej pojednanie. Możliwe jest tylko tolerowanie banderowsko-nazistowskiej narracji historycznej – co czynią w imię polityki antyrosyjskiej władze w Warszawie – albo jej akceptacja, co w imię idei Międzymorza i czegoś tam jeszcze czynią ośrodki polityczne skupione wokół „Gazety Wyborczej” i „Gazety Polskiej”, albo jej odrzucenie i potępienie, co czynią w Polsce nieliczne odważne środowiska patriotyczne i – jak przypuszczam – milcząco większość Polaków. Ale dialog na poziomie narodów, a ściślej tzw. zwykłych ludzi nie jest możliwy, bo o czym można dialogować z epigonami SS-Galizien i UPA?

Jedno z wielu na Ukrainie upamiętnień ukraińskiej dywizji Waffen-SS

Jedno z wielu na Ukrainie upamiętnień ukraińskiej dywizji Waffen-SS

Będzie więc kwitła oficjalna „przyjaźń” na szczeblu polityczno-medialnym, natomiast przepaść między narodami polskim i ukraińskim będzie się coraz bardziej pogłębiać w miarę postępującego renesansu banderowskiego na Ukrainie i rehabilitacji zbrodniczych formacji przez jej władze. Ta przepaść – czyli wrogość – nie jest jeszcze rzeczą najgorszą. Najgorsze jest to, że wywołane na Ukrainie upiory przeszłości mogą doprowadzić do powtórki tejże tragicznej przeszłości, czyli w pierwszej kolejności nowych polskich ofiar. Bo z banderyzmem i nazizmem żartów nie ma.

Na YouTube jest dostępny film pokazujący sabat na górze Żbyr z 2013 roku, a więc jeszcze sprzed Majdanu[1]. Można na nim zobaczyć pełne fanatyzmu mowy przedstawicieli władz ukraińskich i Kościoła grekokatolickiego oraz zaczadzoną szowinizmem młodzież w mundurach Waffen-SS, pozbawioną jakiejkolwiek refleksji krytycznej. To tę właśnie młodzież ukraińską chcą masowo sprowadzać do Polski rząd i „pracodawcy”[2].

[1] https://www.youtube.com/watch?v=YXj7JByNfoI, dostęp 18.01.2016.

[2] „Więcej pracy dla Ukraińców? Rząd szykuje zmiany”, http://www.money.pl, 18.01.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 stycznia 2017 r.

http://mysl-polska.pl/1139

Klęska Zachodu w Syrii

Wyzwolenie wschodniego Aleppo przez wojska wierne prezydentowi Baszszarowi al-Asadowi w połowie grudnia 2016 roku spowodowało przełom w wojnie syryjskiej. Nie piszę w „wojnie domowej”, ponieważ nie była to i nie jest żadna wojna domowa. Od 2011 roku mamy do czynienia z agresją zewnętrzną na ten kraj. Agresorami są mocarstwa zachodnie z USA na czele, wspierane w różnych okresach czasu przez Turcję, Arabię Saudyjską i Katar. Narzędziem agresji są natomiast dżihadyści, z których niemała część pochodzi spoza Syrii. Mamy zatem do czynienia z wojną, która do złudzenia przypomina tzw. wojnę domową w Hiszpanii (1936-1939), gdzie faktycznie walczyły między sobą Niemcy hitlerowskie i ZSRR, chociaż formalnie nie były wtedy w stanie wojny. Tak jak Hiszpania w latach 30. XX wieku stała się polem konfrontacji sił zewnętrznych, tak Syria w drugiej dekadzie XXI wieku stała się polem konfrontacji świata euro-atlantyckiego – dążącego do dominacji globalnej pod hasłami demokracji, wolnego rynku i praw człowieka – oraz Rosji, która zajęła stanowisko obrońcy suwerenności krajów zagrożonych globalizmem euro-atlantyckim.

Przełom spowodowany zdobyciem przez wojska rządowe największego miasta Syrii jest oczywisty i nie przesłoni go bolesna porażka, jakiej w tym samym czasie doznały siły prezydenta al-Aasada tracąc Palmyrę na rzecz dżihadystów z tzw. Państwa Islamskiego[1]. 29 grudnia 2016 roku Rosja ogłosiła, że zawarte zostało porozumienie o zawieszeniu broni pomiędzy legalnymi władzami syryjskimi a siedmioma ugrupowaniami tzw. umiarkowanej opozycji syryjskiej, liczącymi w sumie 62 tys. uzbrojonych ludzi[2]. Porozumienie weszło w życie 31 grudnia 2016 roku, a jego stronami są rząd Syryjskiej Republiki Arabskiej oraz następujące ugrupowania rebelianckie: Fajlakk asz-Szam, Ahrar asz-Szam, Dżajsz al-Islam, Suvar agi-Szam, Dżajsz al-Mudżahedin, Dżajsz Idlib oraz Dżabhat asz-Szamija. Strony porozumienia podpisały trzy dokumenty: o zawieszeniu broni na całym terytorium Syrii z dniem 29 grudnia 2016 roku, o działaniach mających na celu poszanowanie rozejmu i rozmieszczeniu wojsk rosyjskich w celu kontroli przestrzegania zawieszenia broni oraz oświadczenie o rozpoczęciu rozmów pokojowych w Astanie[3].

Porozumienie o wprowadzeniu rozejmu w Syrii zostało wypracowane dzięki współpracy Rosji, Turcji i Iranu, co bynajmniej nie oznacza podziału Syrii na strefy wpływów tych państw[4]. Jakiegokolwiek udziału w wypracowaniu porozumienia nie wzięły natomiast Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja oraz Unia Europejska. Amerykańska stacja telewizyjna CNN zauważyła w związku z tym, że Rosja i Turcja po prostu wyparły politycznie USA z Syrii. Natomiast stacja ABC News uznała, że mamy do czynienia ze wzrostem potęgi Rosji i słabnącymi pływami Waszyngtonu w świecie[5]. Droga do zawarcia pokoju jest jeszcze długa, o czym świadczą naruszenia rozejmu, które miały miejsce wkrótce po jego wejściu w życie[6]. Najprawdopodobniej jednak pokój w Syrii prędzej czy później zostanie osiągnięty. Zostały bowiem spełnione ku temu dwie przesłanki. Pierwszą jest wyłączenie z procesu dyplomatycznego bloku euro-atlantyckiego. Drugą natomiast rozbicie jedności dżihadystów, którzy zostali podzieleni na dwie wyraźne części: siedem ugrupowań popierających rozejm oraz dwie formacje, które go nie podpisały i które mniej lub bardziej jawnie realizują cele bloku euro-atlantyckiego. Te dwie formacje to Al-Kaida – występująca w Syrii pod nazwą Dżabhat an-Nusra, a obecnie Dżabhat Fath asz-Szam (Front Podboju Lewantu) – i tzw. Państwo Islamskie.

Na uwagę zasługuje fakt, że sygnatariuszem porozumienia o rozejmie w Syrii jest – wraz z Rosją i Iranem – Turcja, a więc formalnie członek NATO i sojusznik USA oraz uczestnik syryjskiej „wojny domowej”, wspierający „umiarkowaną opozycję” (owe siedem ugrupowań, które zawarły rozejm z al-Asadem). Ankara porzuciła w ten sposób ambicje, żeby stać się liderem świata sunnickiego i zdystansowała się od USA. Proces oziębiania stosunków na linii Ankara-Waszyngton rozpoczął się w maju 2013 roku, kiedy CIA po raz pierwszy podjęła próbę zorganizowania w Turcji „kolorowej rewolucji” w celu odsunięcia od władzy prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana. Ostatecznie proces ten przybrał na sile po nieudanej próbie puczu wojskowego w połowie lipca 2016 roku, który był nieoficjalnie inspirowany przez USA. Erdogan ma obecnie trzech przeciwników: USA i ich tureckich sprzymierzeńców z ruchu islamisty Fethullaha Güllena, kurdyjski ruch niepodległościowy z Partią Pracujących Kurdystanu na czele (sojusznicy prezydenta al-Asada) oraz sunnickich dżihadystów z tzw. Państwa Islamskiego. W tej sytuacji zbliżenie polityczne z Rosją było dla Erdogana jedynym realnym wyborem[7].

Rozejm w Syrii negocjowano przez dwa miesiące, a więc negocjacje rozpoczęto jeszcze przed syryjsko-rosyjską ofensywą na Aleppo. Na początku grudnia 2016 roku Katar wycofał się z wojny przeciw administracji prezydenta al-Asada w Syrii. Jednocześnie stał się udziałowcem Rosnieftu – jednego z największych koncernów petrochemicznych na świecie – i w tym należy upatrywać zmiany jego linii politycznej wobec Rosji i Syrii. Zabójstwo rosyjskiego ambasadora w Turcji Andrieja Karłowa 19 grudnia 2016 roku oraz bombardowanie rosyjskiej ambasady w Damaszku 28 i 29 grudnia 2016 roku były działaniami mającymi na celu storpedowanie rozejmu i rozerwanie sojuszu rosyjsko-tureckiego. Działaniami podjętymi niewątpliwie przez służby specjalne obozu euro-atlantyckiego. Nie można wykluczyć, że rezultatem tych działań mogła być też katastrofa samolotu rosyjskiego ministerstwa obrony pod Soczi 25 grudnia 2016 roku, w której zginął prawie cały Chór Aleksandrowa, chociaż władze rosyjskie oficjalnie wykluczyły zamach terrorystyczny.

Interesujące spojrzenie na okoliczności zawarcia rozejmu w Syrii – a więc klęski bloku euro-atlantyckiego – dał Thierry Meyssan, francuski niezależny publicysta, który ma znaczące zasługi dla naświetlenia rzeczywistych przyczyn i prawdziwego oblicza wojny przeciw Syrii. Pozwolę sobie zacytować obszerny fragment jego analizy:

„Moskwie udało się wyłączyć Katar i sprawić, że teraz jest on sojusznikiem. Miało to jednak swoją cenę. Zmiana postawy Kataru została przypieczętowana przez sprzedaż Katarowi przez Moskwę jednej piątej kapitału Rosnieftu, na początku grudnia, w Doha (…). Poprzez realizację tej transakcji, rzekomo w celu uporania się z deficytem budżetowym Rosji, Igor Sieczin i Władimir Putin nierozerwalnie zjednoczyli energie polityczne dwóch największych eksporterów gazu na świecie. De facto, Katar opuścił dżihadystów, choć od maja ubiegłego roku, emir utrzymuje swe stałe biuro w siedzibie NATO w Brukseli. Druga rewolucja nastąpiła w Turcji. Choć jako państwo pozostaje ona członkiem NATO, jej prezydent Recep Tayyip Erdogan stał się osobistym wrogiem Waszyngtonu. Od czasu wyborów powszechnych, Moskwa wspiera Erdogana w celu przerwania więzi między Turcją i Stanami Zjednoczonymi. Mimo, że jest to skomplikowany manewr, który może zająć trochę czasu, to Tel-Awiw wpadł w panikę i nakazał zamordowanie ambasadora Andrieja Karłowa w Ankarze – morderstwa, które zostało należycie potwierdzone i uczczone przez żydowską New York Daily News, czwartą co do wielkości gazetę w Stanach Zjednoczonych i trybunę najtwardszych syjonistycznych lobbystów (…). Pochwycenie zagranicznych funkcjonariuszy w bunkrze NATO we wschodnim Aleppo ilustruje ewolucję konfliktu. Schwytani tam mężczyźni to głównie Brytyjczycy, Amerykanie, Francuzi, Saudyjczycy i Turcy. Podając publicznie na forum ONZ niepełną listę ich 14 nazwisk, syryjski ambasador Baszar Dżafari uczynił NATO wprost odpowiedzialnym za ich obecność w Aleppo”[8].

Na naszych oczach zachodzą doniosłe zmiany geopolityczne. Zmiany, na które polskie podwórko polityczno-medialne nie tylko nie jest przygotowane, ale na temat których nie ma też nic ciekawego do powiedzenia. Dowodem tego jest chociażby nagłośniony przez „Gazetę Wyborczą” tzw. marsz solidarności z Berlina do Aleppo, którego organizatorką jest była dziennikarka „Wyborczej” Anna Alboth[9]. Z kim tak naprawdę wyrażają solidarność organizatorzy tego marszu? Z ofiarami wojny czy z pokonanymi dżihadystami? Po wyzwoleniu wschodniego Aleppo odkryto tam masowe groby z ciałami cywilów, którzy byli poddawani brutalnym torturom[10]. Tak wyglądały rządy wspieranej przez Zachód „demokratycznej opozycji”. Wtedy jednakże dziennikarka „Wyborczej” żadnych marszów solidarności do Aleppo nie urządzała. Niestety państwo należące do peryferii świata euro-atlantyckiego nie ma wiele do powiedzenia w polityce międzynarodowej, a jego establishment medialno-polityczny odgrywa jedynie teatralne role według scenariusza napisanego mu przez ośrodki globalistyczne. Zwykle są to role komiczne.

Wojna przeciw Syrii kosztowała dotąd życie około 300 tysięcy Syryjczyków, a około 4 miliony z nich zmusiła do ucieczki lub emigracji. Była to wojna zaplanowana i prowadzona przez służby specjalne USA, Wielkiej Brytanii, Francji i Izraela za pośrednictwem muzułmańskich ekstremistów i najemników, a finansowana przez sunnickie monarchie znad Zatoki Perskiej i do pewnego momentu także Turcję. Wojna, która w zamiarach jej sprawców miała być wstępem do wojny światowej z Rosją i której odpryskiem był krwawy przewrót polityczny na Ukrainie w 2014 roku, a następnie wojna w Donbasie. Blok euro-atlantycki poniósł jednak w niej klęskę i klęska ta być może będzie punktem zwrotnym w historii współczesnej – początkiem końca globalizmu. Taką przynajmniej mam nadzieję.

[1] K. K. Podgórski, „Klęska wojsk syryjskich, terroryści znów zdobyli starożytne miasto Palmira”, http://www.trybuna.eu, 25.12.2016.

[2] „Włodzimierz Putin ogłosił powszechne zawieszenie broni w Syrii”, http://www.voltairenet.org, 29.12.2016.

[3] „Rozejm w Syrii”, http://www.voltairenet.org, 31.12.2016.

[4] „Nigdy nie zgodzimy się na podział Syrii”, http://www.pl.sputniknews.com, 29.12.2016.

[5] „Pierwszy dzień rozejmu w Syrii i gorzkie rozczarowanie USA”, http://www.pl.sputniknews.com, 30.12.2016.

[6] „Rozejm w Syrii zagrożony. Po niecałych dwóch godzinach doszło do krwawych starć”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 30.12.2016; „W Latakii doszło do wybuchu”, http://www.pl.sputniknews.com, 5.01.2017.

[7] T. Meyssan, „Turecka wolta”, http://www.voltairenet.org, 3.01.2017.

[8] T. Meyssan, „Idlib i Aleppo”, http://www.voltairenet.org, 31.12.2016.

[9] „Ruszył marsz z Berlina do Aleppo. Ma przejść trasę, którą pokonują uchodźcy z Syrii. Organizatorką jest Polka”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 26.12.2016.

[10] M. Wojnarowska, „Masowe groby z ciałami cywilów odkryte w okolicach Aleppo w Syrii”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 27.12.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 11 stycznia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 3-4 (2119/20), 15-22.01.2017, s. 8

Mitologia paktu Ribbentrop-Mołotow

Przypuszczam, że w związku z pojawieniem się wojsk amerykańskich w Polsce postawiono przed tzw. mediami głównego nurtu zadanie podsycenia świętego ognia w świątyni nienawiści do Rosji. Tym też tłumaczę sobie to, że w artykule Konrada Kołodziejskiego pt. „Jak lewica z kłamstwa uczyniła narzędzie polityki” m.in. przypomniana została teza, iż „Związek Sowiecki zapisał się w historii jako przeciwnik i pogromca Trzeciej Rzeszy, choć przecież wojna wybuchła dzięki wcześniejszemu sojuszowi obu totalitarnych państw” („Rzeczpospolita. Plus Minus”, http://www.rp.pl, 5.01.2017).

Teza o wybuchu drugiej wojny światowej dzięki „sojuszowi dwóch totalitarnych państw” stanowi klasykę indoktrynacji mającej na celu podtrzymanie nastrojów rusofobicznych w Polsce. W podtekście tej tezy jest też ukryte rozgrzeszenie Niemiec hitlerowskich za wywołanie wojny. Druga wojna światowa nie wybuchła jednak wyłącznie dzięki „sojuszowi dwóch totalitaryzmów” – jak się potocznie określa pakt Ribbentrop-Mołotow. Jest to daleko idące uproszczenie. Hitler uparcie dążył do wojny i wybuchłaby ona i tak bez względu na to czy doszłoby do paktu Ribbentrop-Mołotow czy nie. Może pół roku, może rok później, ale wybuchłaby. Wywołanie tej wojny zostało postawione jako cel polityki niemieckiej już z chwilą klęski Niemiec w pierwszej wojnie światowej w listopadzie 1918 roku przez te siły, które nie zgadzały się z tą klęską. Te siły to najogólniej rzecz biorąc niemieccy nacjonaliści – wyznawcy idei Wielkich Niemiec (wówczas w wersji Mitteleuropy, później w radykalnej wersji hitlerowskiej) oraz wielki kapitał powiązany z produkcją zbrojeniową, który został narażony na poważne straty finansowe w związku z drastycznymi ograniczeniami, jakie Traktat Wersalski nałożył na niemieckie siły zbrojne. Hitler był najbardziej radykalnym wytworem tych sił i najbardziej szczerym wyrazicielem ich dążeń. Dla uzasadnienia zbrojnej rewizji rezultatów pierwszej wojny światowej stworzono w Niemczech mit o „zdradzieckim ciosie nożem w plecy” (chodziło rewolucję niemiecką z lat 1918-1919). Mit ten – co należy podkreślić – powstał na długo przed dojściem Hitlera do władzy, bo rewizja Traktatu Wersalskiego – o czym się zapomina – była nieoficjalnym celem politycznym także Republiki Weimarskiej.

Z chwilą dojścia Hitlera do władzy w 1933 roku gospodarka niemiecka została przestawiona na tory tzw. gospodarki wojennej, czyli gospodarki skoncentrowanej wyłącznie na produkcji zbrojeniowej. „Armaty zamiast masła” – to był hasło eksponowane wówczas na pierwszym miejscu przez propagandę III Rzeszy, wyrażające precyzyjniej niż jakakolwiek analiza naukowa istotę gospodarki wojennej. Hasło to należy odczytywać następująco: „produkcja zbrojeniowa zamiast konsumpcji”. Mankamentem gospodarki wojennej jest to, że na dłuższą metę prowadzi ona do kryzysu spowodowanego tym, iż wszystkie rezerwy i większość dochodu narodowego idą na zbrojenia i spłatę kredytów zaciągniętych na ten cel. Wzrost produkcji zbrojeniowej odbywa się kosztem ograniczenia produkcji dóbr konsumpcyjnych, zwiększenia zadłużenia państwa oraz nadmiernego zwiększenia obciążeń fiskalnych i deficytu budżetowego. Pole manewru jest niewielkie i sprowadza się do wyboru pomiędzy dalszym zadłużaniem państwa albo ograniczeniem dochodów i konsumpcji obywateli. A więc po pewnym czasie następuje stagnacja, a nawet spadek płac, stagnacja, a nawet spadek zatrudnienia, spadek podaży dóbr luksusowych, a nawet dóbr codziennego użytku, trudności w aprowizacji itd.

Symptomy tego kryzysu gospodarka niemiecka zaczęła objawiać w latach 1937-1938, a wedle poufnych prognoz ministra gospodarki Rzeszy Hjalmara Schachta w roku 1940 mógł nastąpić krach gospodarczy[1]. Chociażby tylko z tego powodu – pomijając cel polityczny wytyczony przez pokonany imperializm niemiecki w 1918 roku oraz ruch nazistowski – Hitler musiał tę wojnę wywołać. Wielka grabież podbijanych krajów oraz przekształcenie ich obywateli w tanią, a właściwie niewolniczą siłę roboczą miały w pierwszej kolejności zniwelować negatywne skutki nazistowskiej gospodarki wojennej. Ponadto w czasie wojny nie spłaca się kredytów, a faszerowana „patriotyczną” propagandą ludność nie zadaje pytań dlaczego są kartki na żywność, odzież i buty, dlaczego nie ma opału zimą itd. Wszak wszyscy muszą się poświęcić dla ojczyzny oraz realizacji wizji Wielkich Niemiec – narodowosocjalistycznego raju na ziemi dla niemieckiego „narodu panów”. Hitler wywołał drugą wojnę światową, żeby zrealizować tę ideologiczną wizję i uciec od problemów wewnętrznych spowodowanych nadmiernie nakręconą gospodarką wojenną. Natomiast pakt Ribbentrop-Mołotow, a wcześniej traktat w Rapallo oraz współpraca wojskowa Republiki Weimarskiej i ZSRR, to były skutki niemieckiego dążenia do wojny, a nie jej przyczyny. Nie dyskredytuję znaczenia tych faktów i polityki Stalina dla przyspieszenia wybuchu drugiej wojny światowej. Nie można jednak tracić z pola widzenia istoty rzeczy – czyli, że bez szalonego parcia Hitlera do wywołania tej wojny nie byłoby paktu Ribbentrop-Mołotow.

Teza, że bez paktu Ribbentrop-Mołotow nie doszłoby do wybuchu drugiej wojny światowej oraz pokonania Polski we wrześniu 1939 roku jest tym bardziej nie do obrony, że Hitler miał plan awaryjny na wypadek, gdyby Stalin nie przyjął jego oferty lub nie wypełnił zobowiązań wynikających z tego paktu. Tym planem awaryjnym była rewolta nacjonalistów ukraińskich na Kresach Wschodnich, przygotowana i kierowana przez Abwehrę. Do rewolty tej i tak przecież doszło 12 września 1939 roku, jednakże została ona wstrzymana w związku z tym, że ZSRR wypełnił 17 września 1939 roku zobowiązania wynikające z tajnego protokołu do niemiecko-radzieckiego paktu a o nieagresji z 23 sierpnia 1939 roku. Gdyby więc „ciosu nożem w plecy” nie zadali Sowieci, zadaliby go nacjonaliści ukraińscy „spuszczeni z łańcucha” przez Berlin.

[1] G. Aly, „Państwo Hitlera”, Gdańsk 2006; A. Piński, „Mit gospodarczego sukcesu III Rzeszy”, http://www.obserwtorfinansowy.pl, 8.09.2012.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 8 stycznia 2017 r.

http://www.mysl-polska.pl/1123