Austriacka kultura pamięci

W dniach od 29 września do 2 października przebywałem w Górnej Austrii, biorąc udział w wyjeździe Stowarzyszenia Rodzin Polskich Ofiar Obozów Koncentracyjnych „Hartheim-2017. Zapal Znicz Pamięci”.

W ramach tego wyjazdu odwiedziłem tereny byłego obozu koncentracyjnego Mauthausen, jego podobozów Gusen I i Gusen II oraz zamek Hartheim w gminie Alkoven koło Linzu – jeden z głównych ośrodków tzw. akcji T4 – gdzie 1 października uczestniczyłem w uroczystości upamiętniającej zamordowane tam ofiary. Program wyjazdu obejmował też odsłonięcie tablicy upamiętniającej więźnia Stanisława Krzekotowskiego. Tablica ta została odsłonięta 29 września na rynku miasteczka Mauthausen obok kamiennej rzeźby przedstawiającej sarenkę, którą Stanisław Krzekotowski (z zawodu kamieniarz) wykonał w 1943 roku na polecenie komendanta obozu Gusen I. Ten swoisty pomnik będzie przypominał, że wśród więźniów Mauthausen-Gusen jednymi z najliczniejszych byli Polacy. W uroczystości wziął udział dyrektor miejskiego magistratu, który zapowiedział wsparcie ze strony władz samorządowych dla zachowania pamięci o KL Mauthausen.

Obóz ten był jednym z największych miejsc martyrologii polskiej podczas drugiej wojny światowej, o którym wiedza we współczesnej Polsce jest niewielka, a na Zachodzie również znikoma. Mauthausen obok Auschwitz odegrał kluczową rolę w eksterminacji polskiego „elementu przywódczego”. Łącznie Polacy i obywatele ZSRR stanowili 77 proc. (odpowiednio 39 i 38 proc.) wyzwolonych więźniów obozów Gusen I, II i III. Do 1944 roku obozy koncentracyjne na terenie Starej Rzeszy i Austrii były bowiem – zgodnie z zarządzeniem Himmlera – Judenfrei (wolne od Żydów). Liczba Polaków deportowanych do całego kompleksu Mauthausen wyniosła 51886 osób, co stanowi 27 proc. ogółu deportowanych. Spośród nich zginęło około 27 tys. (co najmniej 25308 osób), co stanowi około 30 proc. ogółu ofiar. Większość polskich więźniów – co najmniej 22092 osoby – zginęła w trzech podobozach mauthausenowskich Gusen, pracując niewolniczo m.in. w kamieniołomach i sztolniach Bergkristall. Łącznie przez Mauthausen przeszło około 190 tys. więźniów z blisko 40 narodowości, z czego 71 tys. przez obozy Gusen. Zginęło 80-90 tys. spośród nich, w tym 44 tys. w obozach Gusen.

Śmierć w obozach Gusen znaleźli m.in. Henryk Sławik – „polski Raul Wallenberg” – kompozytor Jan Sztwiertnia, poeta Konstanty Ćwierk, bł. Włodzimierz Laskowski, gen. Mieczysław Ryś-Trojanowski oraz wielu innych przedstawicieli inteligencji, duchownych, wojskowych i członków polskiej konspiracji. Znanymi polskimi więźniami Mauthausen-Gusen byli m.in. Józef Cyrankiewicz (po przeniesieniu z Auschwitz), Stanisław Dobosiewicz (autor monografii Mauthausen-Gusen), prof. Stanisław Leszczyński, pisarz Grzegorz Timofiejew, płk Kazimierz Heilman-Rawicz (po przeniesieniu z Auschwitz), ppłk. Franciszek Znamirowski i o. Marian Żelazek ze Zgromadzenia Słowa Bożego.

Trzy obozy Gusen – z których Gusen I znajdował się w odległości tylko 4 km od obozu głównego w Mauthausen – były największymi, ale nie jedynymi podobozami Mauthausen. W 1945 roku KL Mauthausen obejmował 56 podobozów rozrzuconych po całym terytorium Austrii (w latach 1938-1942 Marchii Wschodniej – Ostmark, a w latach 1942-1945 Alpejskich i Dunajskich Okręgów Rzeszy – Alpen- und Donau-Reichsgaue), a nawet Bawarii. Były to m.in. Ebensee, Enns, Gusen, Linz, Redl-Zipf i Wels w Górnej Austrii, Hirtenberg, Melk, Wiener Neudorf, Wiener Neustadt i Schwechat w Dolnej Austrii, Floridsdorf, Jedlesee i Saurerwerke w Wiedniu, Bretstein, Eisenerz, Graz i Peggau w Styrii, Klagenfurt-Lendorf i Loiblpass w Karyntii. Mittersill w Salzburgu oraz Lindau i Passau w Bawarii. Większość z nich była związana z produkcją zbrojeniową. Prawie w każdym z podobozów Mauthausen znajdowali się Polacy. Najbardziej tragicznie dla polskich więźniów zapisały się podobozy Gusen I i Gusen II-Bergkristall.

Dzisiaj sztolnie Bergkristall w Sankt Georgen an der Gusen są praktycznie niedostępne, poza czterema wybranymi dniami w roku. Chyba, że ktoś zdecyduje się zapłacić austriackiemu Ministerstwu Spraw Wewnętrznych 2000 euro za możliwość wejścia. Przypuszczam, że wysokość tej sumy ma na celu przede wszystkim zniechęcić do przyjazdu tam odwiedzających z Polski. Nie ma też śladu po trzech podobozach Gusen (Gusen I i Gusen II w gminie Langenstein oraz Gusen III w Lungitz). W ich miejscu powstały osiedla mieszkaniowe. Owszem, w Gusen jest pomnik – zbudowany staraniem byłych więźniów w połowie lat 60. XX wieku, a także izba pamięci – stworzona staraniem władz polskich (m.in. ówczesnej ambasador w Wiedniu Ireny Lipowicz z Unii Wolności) oraz międzynarodowego Komitetu Pamięci Gusen. Nie ma tam jednak państwowego muzeum. To znajduje się na terenie byłego obozu głównego Mauthausen i jako Urząd Federalny „Memoriał Mauthausen” jest finansowane ze środków austriackiego Federalnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Trzy podobozy w Gusen (Gusen I powstał w 1938, Gusen II i Gusen III w 1944 roku) miały odrębną administrację jako KL Gusen, własny system numeracji więźniów, księgę zgonów i krematorium. Kierowanych tam więźniów wyniszczano przez niewolniczą pracę. W pobliżu znajdowały się wielkie kamieniołomy: Bergkristall, Gusen, Kastenhofen i Pierbauer, eksploatowane przez należące do SS przedsiębiorstwo Deutsche Erd- und Steinwerke (DEST). Jego fila w Gusen nosiła nazwę DEST-Granitwerke Mauthausen. Z czasem więźniów Gusen zatrudniono przy produkcji zbrojeniowej, co spowodowało zwiększenie ich liczebności i utworzenie podobozów Gusen II i Gusen III.

Pracę więźniów tych podobozów wykorzystywały koncerny zbrojeniowe Steyr-Daimler-Puch oraz Messerschmitt GmbH. W obliczu nalotów alianckich, kosztem życia tysięcy ludzi, wydrążono ciągnący się kilometrami system podziemnych tuneli pod Górą Kryształową (Bergkristall), gdzie ukryto produkcję. W 1944 roku w podziemnych sztolniach Bergkristall powstała m.in. fabryka, w której produkowano myśliwce Messerschmitt Me 262 – pierwsze na świecie samoloty odrzutowe. Cały kompleks obozowy Mauthausen-Gusen zaklasyfikowano jako obóz trzeciej kategorii (Stufe III), o najcięższych warunkach, z najmniejszymi szansami na przeżycie (Auschwitz posiadał kategorię drugą). Podobno zdarzały się przypadki, że więźniowie polscy przeniesieni z Auschwitz do Mauthausen-Gusen prosili, by pozwolono im wrócić do Auschwitz.

Transportów polskich więźniów z Auschwitz do Mauthausen było wiele. Pierwszy, liczący 1000 więźniów, odszedł 9 czerwca 1942 roku. Kolejny – z 7 lipca 1942 roku – liczył 700 więźniów. Przywieziono w nim do Mauthausen m.in. wspomnianego płk. Kazimierza Heilmana-Rawicza (w obozie przebywał jako Jan Hilkner) – jednego z twórców polskiej konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz, współpracownika Witolda Pileckiego. 12 i 13 kwietnia 1943 roku wysłano z Auschwitz do Mauthausen-Gusen łącznie 2236 polskich więźniów politycznych. Kilka tygodni wcześniej przeniesiono też ponad 5 tys. polskich więźniów do Buchenwaldu, Flossenbürga, Gross-Rosen, Neuengamme i Sachsenhausen. Pozbycie się z Auschwitz tak dużej ilości więźniów polskich było z jednej strony środkiem przeciwdziałania aktywności polskiej konspiracji obozowej i przyobozowej, a z drugiej miało na celu dostarczenie obozom w Rzeszy niezbędnej siły roboczej.

Kolejne wielkie transporty do Mauthausen przybywają już po rozpoczęciu częściowej ewakuacji KL Auschwitz w połowie 1944 roku. Dalsze – we wrześniu i grudniu 1944 roku. Ostatni transport z Auschwitz do Mauthausen dotarł pod koniec stycznia 1945 roku. Obejmował on więźniów, którzy 18 stycznia 1945 roku wyruszyli w pieszy marsz ewakuacyjny z Auschwitz (tzw. marsz śmierci). Ci z nich, którzy zdołali przebyć pieszo 63 km do Wodzisławia Śląskiego (wówczas Loslau) zostali załadowani na odkryte wagony-węglarki i tak przez trzy dni wieziono ich w zimowych warunkach do Mauthausen. Wielu tego nie przeżyło. W tym transporcie ewakuacyjnym z Auschwitz dotarł do Mauthausen m.in. Józef Cyrankiewicz.

Tragiczna historia Mauthausen-Gusen dobiegła końca 5 maja 1945 roku. Tego dnia około godziny 17-tej obozy te zostały wyzwolone przez wojska amerykańskie. Następnego dnia Amerykanie wyzwolili podobóz mauthausenowski w Ebensee, którego więźniowie pracowali w podziemnych sztolniach przy produkcji rakiet V 2 (ich produkcję przeniesiono po zbombardowaniu przez RAF w sierpniu 1943 roku ośrodka w Peenemünde do fabryk przy podobozach Mauthausen w Ebensee, Redl-Zipf, Wien-Floridsdorf i Wiener Neustadt). Na dzień przed wyzwoleniem komendant Ebensee wydał rozkaz zgromadzenia wszystkich więźniów w sztolniach, prawdopodobnie w celu ich zamordowania. Zamiar ten uniemożliwił bunt więźniów – jeden z nielicznych udanych aktów oporu w niemieckich obozach koncentracyjnych.

Podobozy KL Mauthausen w Wiedniu i Dolnej Austrii zostały ewakuowane do obozu głównego w kwietniu 1945 roku w obliczu ofensywy wojsk radzieckich. Podczas marszów ewakuacyjnych dochodziło do mordów na więźniach. Esesmani zamordowali wtedy m.in. od 184 do 243 więźniów podobozu Wiener Neudorf. Zaraz po wyzwoleniu trzech podobozów Gusen ci z polskich więźniów, którym pozwalał na to stan fizyczny, udali się pieszo do kościoła w St. Georgen (odległego od Gusen I i II o 2 km, a od Gusen III o 4 km). Weszli do niego w czasie wieczornej mszy i według relacji będących w kościele Austriaków padli na twarz na posadzkę przed ołtarzem.

Wolność nie oznaczała końca gehenny więźniów. Kilka tysięcy z nich zmarło wkrótce po wyzwoleniu. Jedni byli tak wycieńczeni, że nie dało ich się już uratować w szpitalach alianckich. Inni znaleźli śmierć na skutek próby gwałtownego zaspokojenia głodu nie wiedząc, że zbyt duża dawka jedzenia będzie śmiertelna dla wygłodzonego organizmu.

Trudno szukać w muzeum Mauthausen informacji o tym, że około 30 proc. więźniów i ofiar tego obozu stanowili Polacy, których odsetek wśród więźniów podobozu Gusen I wynosił w 1940 roku 97 proc. Owszem, są pomniki – w tym polski i radziecki – a także tablice upamiętniające więźniów różnych narodowości, ale na trasie zwiedzania nie ma bezpośredniej informacji o strukturze narodowościowej więźniów i ofiar. Nie ma tablicy informującej, że na polu położonym poza wschodnim murem obozu głównego (wyjątkowo obóz ten nie był otoczony ogrodzeniem z drutu kolczastego, ale murami) znajdował się w październiku 1944 roku prowizoryczny obóz, w którym zamordowano około 2 tys. Polaków przywiezionych z Powstania Warszawskiego. Nie ma informacji o narodowości więźniów, którzy ginęli na Schodach Śmierci oraz na tzw. Ścianie Spadochroniarzy w pobliskim kamieniołomie Wiener Graben. Nie ma też informacji o narodowości sprawców, czyli członkach załogi SS, z których wielu pochodziło z Austrii. Poziom merytoryczny informacji przekazywanych przez przewodnika muzealnego był bardzo niski. Tak wygląda oficjalna austriacka kultura pamięci. Jest ona skoncentrowana na podtrzymywaniu mitu Austrii jako „pierwszej ofiary Hitlera”. Przemilcza się społeczne poparcie dla Anschlussu i dla nazizmu w Austrii. To jest dobrze widoczne m.in. w muzeum znajdującym się na terenie byłego obozu głównego w Mauthausen.

Oczywiście Niemcy i Austriacy byli nie tylko sprawcami, ale także pierwszymi ofiarami nazizmu – jako więźniowie obozów koncentracyjnych i jako ofiary akcji T4, której największy ośrodek eksterminacyjny znajdował się na zamku Hartheim koło Liznu. O tym również trzeba pamiętać. Ale w tymże zamku Hartheim oprócz upośledzonych umysłowo i nieuleczalnie chorych z Niemiec i Austrii zabijano też tlenkiem węgla wycieńczonych więźniów z obozów koncentracyjnych Dachau, Mauthausen, Buchenwald, Ravensbrück i Sachsenhausen. Był wśród nich m.in. Jan Włodarczyk (1895-1944) z Sosnowca, którego losy opisałem w artykule „Akcja Oderberg” („Zeszyty Oświęcimskie” nr 27/2012), a także wielu innych polskich więźniów. Poza tym mordowanie chorych umysłowo i upośledzonych to nie tylko sześć ośrodków eksterminacyjnych akcji T4 na terenie Starej Rzeszy i Austrii. To także zagłada pacjentów polskich szpitali psychiatrycznych w Owińskach, Kościanie, Świeciu, Chełmie, Otwocku, Kobierzynie i w wielu innych miejscach.

Z tą oficjalną austriacką kulturą pamięci pozytywnie kontrastuje działalność Komitetu Pamięci Gusen (Gedenkendienstkomitee Gusen) w Sankt Georgen an der Gusen, którego najbardziej prominentną postacią jest jego wieloletnia działaczka i przewodnicząca (od 2008 roku) – emerytowana nauczycielka i kierowniczka miejscowego muzeum krajoznawczego, Martha Gammer. Przybyła ona do pracy w St. Georgen w latach 70. XX wieku i od swoich uczniów dowiedziała się o tajemniczych podziemiach Bergkristall. Powoli zaczęła odkrywać prawdę o Gusen, która nie była wówczas w Austrii popularna. Oficjalna polityka historyczna, na którą znaczący wpływ mieli austriaccy komuniści i socjaldemokraci, za symbol męczeństwa i międzynarodowego (w domyśle lewicowego) ruchu oporu uznawała tylko obóz główny w Mauthausen. O Gusen natomiast zapomniano. Nie tylko zapomniano, ale także unicestwiono większość śladów po istniejących tam obozach.

Dewastacji terenów poobozowych dokonały już radzieckie władze okupacyjne. Natomiast po zakończeniu okupacji radzieckiej Górnej Austrii w 1955 roku na terenie byłych podobozów mauthausenowskich Gusen powstały osiedla mieszkaniowe. Zasiedlili je ludzie zatrudniający się w zakładach przemysłowych pobliskiego Linzu. Działki były atrakcyjne, tzn. tanie ze względu na to, że były to tereny poobozowe. Oburzeni byli więźniowie francuscy i włoscy wykupili na początku lat 60. XX wieku działkę z budynkiem krematorium obozowego, gdzie zbudowano pomnik i urządzono później miejsce pamięci. Dzięki temu zachował się do dzisiaj jeden z niewielu obiektów poobozowych. Inne zostały zniszczone lub znajdują się w rękach prywatnych, jak np. budynek komendantury KL Gusen (Jourhaus), w którego piwnicach dzisiaj podobno świetnie wegetują pieczarki.

Odbudowa pamięci o obozach w Gusen trwała bardzo długo i była zasługą głównie społeczników, takich jak Martha Gammer. Jej dziełem jest m.in. odnowienie pomnika w Gusen w 2002 roku, istniejące od 2004 roku centrum odwiedzających z izbą pamięci obozów Gusen i wiele publikacji na temat martyrologii ich więźniów. Każda wycieczka z Polski może liczyć na serdeczne przyjęcie z jej strony. Dlatego przybysze z Polski, chcący zapoznać się z historią KL Mauthausen i Gusen, powinni w pierwszej kolejności kierować się do pani Gammer w Sankt Georgen an der Gusen. Oprowadzając grupę z Polski po muzeum krajoznawczym w St. Georgen pani Gammer pokazuje m.in. papierową reprodukcję obrazu namalowanego przez jednego z byłych więźniów Mauthausen-Gusen. Obraz przedstawia powrót więźniów do obozu po dniu pracy w kamieniołomach. Widzimy na nim dwa wagoniki kolejki wąskotorowej do transportu urobku, które są zapełnione zwłokami więźniów zmarłych podczas morderczej pracy. Stojący obok więźniowie przechylają burty wagoników i wysypują zwłoki kolegów na ziemię. Austriackie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych przyjęło ten obraz od ofiarodawcy, ale schowało go głęboko w swoim archiwum uważając, że jest zbyt drastyczny, by go eksponować w muzeum obozu głównego Mauthausen. Opowiadając o tym pani Gammer nie kryje swojej dezaprobaty dla takiej postawy.

Za swoją działalność Martha Gammer została odznaczona przez polski rząd odznaką honorową „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Moim zdaniem jest to odznaczenie zbyt niskie. Bez wątpienia ta społeczniczka, tak przychylnie nastawiona do Polski i historii polskiej martyrologii w Gusen, zasłużyła co najmniej na Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP, a może nawet na wyższą klasę tego polskiego odznaczenia nadawanego cudzoziemcom. Wszyscy członkowie Komitetu Pamięci Gusen pracują jako wolontariusze. Dzięki ich staraniom władze Austrii podjęły w 2016 roku decyzję o wpisaniu nielicznych pozostałości po obozach Gusen do rejestru zabytków. Celem, jaki stawia sobie Komitet jest stworzenie na terenie byłego KL Gusen międzynarodowego centrum edukacji, skierowanego do młodych pokoleń. Austriacka kultura pamięci jest zatem jak dwie strony medalu. Tę uczciwą i godną najwyższego uznania reprezentuje Komitet Pamięci Gusen z Marthą Gammer na czele.

O polskiej martyrologii w Mauthausen-Gusen przypomina też wystawa czasowa „Gusen. Granit i śmierć. Pamięć i zapomnienie”, którą 2 października otwarto w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau, w salach wystaw czasowych w bloku 12 byłego obozu macierzystego KL Auschwitz I. Ekspozycję przygotowało Muzeum Historii Polski we współpracy z Fundacją Polsko-Niemieckie Pojednanie. Wystawa będzie czynna do 17 grudnia 2017 roku.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 października 2017 roku

„Myśl Polska” nr 43-44 (2159/60), 22-29.10.2017, s. 14-15

Reklamy

Kabaret prowincjonalny

Na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, który wyjątkowo odbył się w połowie września, wystąpił Jan Pietrzak z koncertem pod wymownym tytułem „Z PRL do Polski”. Podczas tego koncertu poruszył szereg tematów od Kuronia i Michnika przez bitwę warszawską i powstanie warszawskie po współczesność. Stwierdził m.in., że „Polacy walczyli zawsze o wolność waszą i naszą. W przeciwieństwie do Rosjan, którzy zawsze walczyli o zniewolenie innych narodów. Zawsze!”. Odniósł się również do ćwiczeń Zapad-2017: „Kiedy my sobie tutaj świętujemy 16 i 17 września, na wschodniej granicy oni przeprowadzają manewry, zbiry. ZBiR – Związek Białorusi i Rosji – to są manewry, żeby przeprowadzić napaść na Polskę”[1].

Rozpętywanie histerii w związku z białorusko-rosyjskimi manewrami Zapad-2017 osiągnęło szczyt w połowie września i wystąpienie Pietrzaka w Opolu wpisywało się tutaj w trend ogólny, tzn. taki, w którym wszyscy spadkobiercy etosu solidarnościowego – na co dzień śmiertelnie ze sobą skłóceni – mówili jednym głosem. Niczym zwierzęta w Boże Narodzenie. „Gazeta Polska Codziennie” dała 14 września tytuł na pierwszej stronie: „Putin szykuje inwazję na Polskę”[2]. A w tle zdjęcie rosyjskich czołgów T-14 podczas defilady na placu Czerwonym w Moskwie. Wtórował jej z przeciwnego bieguna politycznego portal tvn24.pl cytując czeskiego gen. Petra Pavela (szefa Komitetu Wojskowego NATO), wedle którego manewry Zapad-2017 „mogą być postrzegane jako przygotowanie do wielkiej wojny”[3]. A w telewizji TVN wystąpił niezawodny w takich sytuacjach pan Paweł Kowal, który stwierdził m.in., że społeczeństwo rosyjskie żyje „w cieniu wojny”, a „od stu lat Rosjanie z kimś walczą”, podczas gdy „społeczeństwa Zachodu żyją w pokoju”[4].

Identycznie wypowiedziała się 17 września 2015 roku na wiecu klubów „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji ukraińska nacjonalistka Natalia Panczenko, która stwierdziła, że podobno „nie było roku”, żeby Rosja na kogoś nie napadła[5].

Z kolei Polska Agencja Prasowa zacytowała pana Romualda Szeremietiewa, który przewidywał, że w następstwie ćwiczeń Zapad-2017 dojdzie do okupacji Białorusi przez Rosję oraz interwencji rosyjskiej na Litwie, Łotwie i Estonii[6].

Media te nie informują swoich odbiorców o kilku podstawowych faktach. Po pierwsze o tym, że manewrów Zapad nigdy by nie było, gdyby USA nie złamały w stosunku do Rosji ustaleń podjętych podczas konferencji 2 plus 4 w 1990 roku oraz zobowiązań wynikających z układu Rosja-NATO z 27 maja 1997 roku (tzw. układ paryski). Ustalenia te mówiły o tym, że NATO nie rozszerzy swojej infrastruktury wojskowej poza Łabę oraz, że nie będzie rozmieszczać broni jądrowej na terytorium nowych członków. Tymczasem infrastruktura wojskowa NATO nie tylko przekroczyła Łabę, ale weszła głęboko do Europy Środkowej i Południowej, w tym na tereny byłego ZSRR. Członkami NATO zostały: Czechy, Polska, Węgry (1999 r.), Bułgaria, Estonia, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia (2004 r.), Albania, Chorwacja (2009 r.) i Czarnogóra (2017 r.). USA ze swoimi wpływami politycznymi wdarły się daleko w głąb obszaru poradzieckiego, organizując „kolorowe rewolucje” na Ukrainie (2004 i 2014 r.) i Białorusi (2006 i 2010 r., nieudane) oraz w Gruzji (2003 r.) i Kirgistanie (2015 r.). Za prowokację wobec Rosji należy uznać nieoficjalną zapowiedź przyjęcia do NATO Ukrainy i Gruzji.

Złamane też zostało zobowiązanie do nierozmieszczania na terytorium nowych członków broni jądrowej, ponieważ w Polsce i Rumunii instaluje się bazy z wyrzutniami pocisków antybalistycznych SM-3. Wyrzutnie te mogą jednak posłużyć także do odpalania pocisków z głowicami jądrowymi. A z Polski i Rumunii takie rakiety mają do Rosji cztery minuty lotu. Za mało, by zostać zniszczone przez obronę antyrakietową.

Po drugie, media polskie nie informują swoich odbiorców, że Rosja nie prowadzi polityki imperialnej – o co jest nieustannie w tych mediach oskarżana – a aneksja Krymu była działaniem defensywnym. Rosja nie mogła dopuścić do tego, żeby po przewrocie na Ukrainie w 2014 roku została usunięta z Krymu baza Floty Czarnomorskiej i zastąpiła ją baza NATO. Byłaby to dla Rosji polityczna klęska. Przyznał to otwarcie Sephen F. Cohen – emerytowany profesor historii uniwersytetów Princeton i New York. W wywiadzie dla magazynu internetowego „Slate” stwierdził on, że gdyby Krym znalazł się pod kontrolą NATO, Putin musiałby albo ustąpić, albo zdecydować się na wojnę światową oraz, że obecna „zimna wojna” jest jeszcze bardziej niebezpieczna niż poprzednia. Fragmenty tego wywiadu przedrukował tygodnik „Przegląd”[7].

Po trzecie, do polskiej opinii publicznej nie dociera, że w tym samym czasie, gdy na Białorusi odbywały się ćwiczenia Zapad-2017, NATO zorganizowało ćwiczenia Aurora-17 na Bałtyku i Rapid Trident-2017 na Ukrainie, a w czerwcu odbyły się w Polsce manewry NATO Dragon-17, większe niż manewry Zapad. Jeśli zatem ktoś tutaj przygotowuje się do „wielkiej wojny”, to niekoniecznie są to Białoruś i Rosja.

Histeria antyrosyjska przypomina typową wojnę psychologiczną, która – jak wiadomo – jest częścią wojny rzeczywistej. Nakręcanie histerii przed ćwiczeniami Zapad-2017 rozpoczęło się już dwa tygodnie wcześniej. Prym w tych działaniach wiodła bynajmniej nie „Gazeta Polska”, ale tygodnik „Warszawska Gazeta”. Na czasopismo to zwróciłem uwagę już jakiś czas temu. Uderzył mnie jego niezwykle agresywny język, płytkość intelektualna, skrajne oceny i kreowanie obrazu rzeczywistości odległego nawet od rzeczywistości równoległej. „Warszawska Gazeta” nie tylko gloryfikuje jak nikt w Polsce tzw. „żołnierzy wyklętych”, ale po prostu zrzesza trzecie pokolenie „żołnierzy wyklętych”, którzy nadal niezłomnie walczą z komuną i Związkiem Sowieckim, chociaż komuny i Związku Sowieckiego od ponad ćwierć wieku już nie ma.

„Warszawska Gazeta” ukazuje się w nakładzie 100 tys. egzemplarzy, a jaj redaktorem naczelnym jest Piotr P. Bachusrki – Polak z USA. Określa się jako „pismo narodowe”, tzn. niby endeckie, politycznie zagospodarowujące tę część „narodowców”, którzy identyfikują się z tzw. Marszem Niepodległości (Ruch Narodowy, Młodzież Wszechpolska, ONR). Faktycznie „Warszawska Gazeta” – na której łamach bywają m.in. tacy politycy PiS jak Ryszard Czarnecki, Jarosław Gowin, Patryk Jaki, Zbigniew Kuźmiuk, Ryszard Legutko, Krystyna Pawłowicz, Janusz Wojciechowski i Anna Zalewska – jest pismem PiS-owskim, o wiele bardziej skrajnym od „Gazety Polskiej”. Jej publicystyka trafia do ludzi o nieskomplikowanym systemie myślenia i najogólniej sprowadza się do wyjaśniania wszelkich zawiłości świata poprzez konkluzję, że wszystkiemu winna jest m.in. Rosja.

Na łamach „Warszawskiej Gazety” również nie mogło zabraknąć tematyki rosyjskiej w kontekście zbliżających się ćwiczeń Zapad-2017. W numerze z 2 września na pierwszej stronie wielkimi literami krzyczał tytuł: „Polskie służby specjalne w pełnej gotowości. Czy Rosjanie wkroczą?”. Tytuł odsyłał do dwóch artykułów. Autorem pierwszego, pt. „Polska na celowniku Putina”, jest Robert Cheda – były oficer operacyjny i analityk Agencji Wywiadu. Obecnie ekspert od Rosji i Białorusi w Fundacji im. K. Pułaskiego, a także współpracownik portali Fronda.pl i Wirtualna Polska oraz takich pism jak „Polityka”, „Sprawy Polityczne” i „Uważam Rze Historia”. Natomiast drugi artykuł, pt. „Czy Rosjanie wkroczą 17 września?”, napisał dr Leszek Pietrzak – były pracownik IPN oraz były funkcjonariusz UOP i Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Obecnie publicysta Radia Maryja i redaktor naczelny miesięcznika „Służby Specjalne”. A zatem drżyjcie ludkowie, bo Ruscy są tuż, tuż i zaraz tu będą.

Ekspert Robert Cheda zaczyna swój artykuł tak: „Zamiast rozważać mniejsze lub większe prawdopodobieństwo scenariusza wojny z Rosją, pora przyjąć do wiadomości, że wszelkie okoliczności prowadzące do nieszczęścia już istnieją. Zegar tyka i odlicza czas, bo to nie państwa bałtyckie czy Białoruś, tylko Polska jest wymarzonym łupem Moskwy”. Potem – jak u Hitchcocka – napięcie cały czas rośnie. Dowiadujemy się zatem, że „Kreml zagnał Rosję w rozwojową pułapkę i aby przeżyć, musi eskalować sytuację międzynarodową”. Dlatego „prawdopodobnym wariantem przetrwania kremlowskich elit może być kolejne uderzenie hybrydowe”.

Jak będzie wyglądało? „Włączmy wyobraźnie – pisze Cheda – i przenieśmy się w 2021 r. Zima tego roku jest wyjątkowo chłodna, a to powoduje, że rośnie zapotrzebowanie na rosyjski gaz oraz ropę naftową”. Sytuacja jednak się komplikuje, ponieważ „anomalne w swojej sile sztormy na Bałtyku niszczą gazociąg North Stream”. Wówczas „Warszawa kategorycznie odrzuca projekt rozbudowy gazociągu jamalskiego, żądając na dodatek zmian własnościowych, które oznaczają faktyczną nacjonalizację już działającego gazociągu. Jakiekolwiek złagodzenie stanowiska nasze MSZ warunkuje zwrotem szczątków prezydenckiego samolotu oraz zmianą rosyjskiej polityki historycznej. (…) Za Warszawą podąża Kijów, który żąda zwrotu Krymu i powrotu pełnej jurysdykcji nad Donbasem. W takiej sytuacji Kreml wydaje rozkaz rozpoczęcia wojny hybrydowej”.

Coś jest na rzeczy, ponieważ podczas wrześniowej wizyty w Waszyngtonie minister Waszczykowski zapowiedział, że po 2022 roku Polska całkowicie odetnie dostawy gazu z Rosji. „Taka jest wola polityczna” – oświadczył[8]. Czyja? Waszyngtonu, to oczywiste. Polska – która najpierw zrezygnowała z zysków, jakie mógł przynieść tranzyt gazu rosyjskiego – teraz będzie kupować wielokrotnie droższy gaz amerykański. Takie są skutki „uniezależnienia się od Rosji” i uzależnienia się od USA. „Pokazujemy nasze zdolności mobilizacyjne regionu, aby przekonać prezydenta Trumpa do siebie” – stwierdził Waszczykowski, zachęcając amerykańskie koncerny, by otworzyły w Polsce „centra operacyjne”. Jeśli zatem ktoś tutaj wszczyna „wojnę gazową”, to znowu rodzi się pytanie – czy na pewno Rosja?

Jak będzie zdaniem Chedy wyglądać przewidywana przez niego „wojna hybrydowa”? Najpierw Moskwa zwróci się do „Unii pierwszej prędkości z apelem o wymuszenie na Polsce zgody na budowę eksterytorialnego gazociągu pod wspólnym zarządem europejsko-rosyjskim”. Ale po co? Przecież istnieje polska nitka gazociągu jamalskiego, o której zresztą Cheda wspomniał. Jego zdaniem zatem Rosja napadnie na Polskę po to, żeby zbudować na jej terytorium gazociąg do Europy Zachodniej. Od razu rodzi się wątpliwość, czy byłoby to na pewno działanie na szkodę Polski. Nie da się nie zauważyć, że taki wielki międzynarodowy gazociąg byłby pierwszą poważną inwestycją gospodarczą w Polsce od 1989 roku. Wszystkie bowiem inwestycje kapitału zachodniego, które zostały poczynione w ostatnim ćwierćwieczu, albo nie miały większego znaczenia gospodarczego albo zmierzały do deindustrializacji Polski.

„Jednocześnie Moskwa – pisze dalej Cheda – organizuje prowokację wyczerpującą kryteria casus belli. Do Polski przedostają się bojówkarze organizacji Nocne Wilki, dowodzeni przez kadrowych oficerów wywiadu wojskowego”. Kreml uruchamia też swoją agenturę w państwach zachodnich, w tym żyjących tam Rosjan, którzy przyjeżdżają do Warszawy i innych miast Polski, gdzie urządzają protesty „pod hasłem obrony godności czerwonoarmistów, których miejsca pamięci przez ostatnie lata Polska likwiduje”. W tym czasie Nocne Wilki wysadzają w powietrze pomniki Józefa Piłsudskiego i Jana Pawła II. Wtedy oburzeni Polacy zwracają się przeciwko Rosjanom przebywającym w Polsce – padają zabici i ranni. Polska zostaje na wniosek Rosji potępiona przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Potem do akcji wkraczają wojska rosyjskie Zachodniego Okręgu Wojskowego. Polska zostaje sparaliżowana atakiem cybernetycznym i punktowymi atakami rakietowymi. Część polskich F-16 ulega zniszczeniu, a reszta jest uziemiona z powodu „braku systemu obrony przeciwrakietowej”. Flota Bałtycka przy pomocy rakiet Kalibr niszczy gazoport im. Lecha Kaczyńskiego w Świnoujściu, a „jeden z plutonów OT, skoncentrowanych w okolicach Gołdapi, zostaje zmasakrowany przez zielone ludziki, czyli specnaz rosyjskiego wywiadu wojskowego”. Mamy więc jeszcze jakiś nowy Katyń.

W konsekwencji Polska zostaje pokonana w ciągu 48 godzin i przyjmuje rosyjskie ultimatum: wyraża zgodę na „eksterytorialny korytarz gazowy i naftowy, chroniony przez rosyjskie bazy wojskowe” oraz rezygnuje z członkostwa w NATO i UE. Mało tego – musi jeszcze „przystąpić do anty-NATO, czyli organizacji kolektywnego bezpieczeństwa ODKB oraz złożyć akces do Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej” [9]. W sumie, kto wie czy nie byłoby to bardziej korzystne od przynależności do UE „drugiej prędkości”?

Takie rzeczy wypisuje były analityk wywiadu. Nie ma wątpliwości, że pochodzący z zaciągu, który zastąpił zlikwidowane WSI. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że pan Cheda nie ma wątpliwości, iż NATO nie przyjdzie Polsce z pomocą, nie chcąc ryzykować wojny jądrowej. Otwarcie pisze, że sojusznicy z NATO ulegną „szantażowi militarnemu, składając okup w postaci Polski”. W ogóle w tym swoim scenariuszu rosyjskiej agresji nie wspomina jak zachowa się słynna szpica NATO, stacjonująca od stycznia 2017 roku w Polsce i państwach bałtyckich. Jakby jej wcale nie było. A może nie ma?

W podobnym duchu jest też utrzymany artykuł dr. Leszka Pietrzaka, który już w tytule straszy, że 17 września 2017 roku wkroczy agresor ze Wschodu[10]. Zdaniem autora nie można wykluczyć, że jakaś jednostka armii rosyjskiej, biorąca udział w ćwiczeniach Zapad-2017, wedrze się do Polski właśnie 17 września i to bynajmniej nie po to, by przyłączyć się do obchodów 78. rocznicy „agresji sowieckiej na Polskę”. Dlatego – jak ustalił dr Pietrzak – „od kilku tygodni nasze służby specjalne są postawione w stan podwyższonej gotowości”. W SKW, SWW, AW, a nawet w CBA wstrzymano wszystkie urlopy i wprowadzono „specjalne całodobowe dyżury”. „Nasze służby wojskowe są przekonane, że może wydarzyć się coś szczególnego” – straszył 2 września czytelników „Warszawskiej Gazety” dr Pietrzak. Ale 17 września 2017 roku minął i nic się nie wydarzyło.

Dr Pietrzak twierdzi, że jeśli Rosjanie „zechcą, to ich armia może bez problemu wkroczyć na polskie terytorium i nie zdąży nam pomóc w obronie ani NATO, ani amerykańska armia”. Jak to? Szpica stacjonująca w Legnicy, Powidzu i Żaganiu nie zdąży pomóc? To po co był ten cały teatr ze szpicą? A co z bazą rakietową w Redzikowie? Według red. Stanisława Michalkiewicza samo jej istnienie ma podobno spowodować, że Amerykanie natychmiast przystąpią do obrony Polski. A tu tak po prostu nie zdążą pomóc. „Zabrała gościa woda. Na dno poszedł jak kłoda. Na wieki się pogrążył, bo ratownik nie zdążył” – śpiewał w PRL pewien przebojowy wówczas muzyk.

Wychodząc z tezy, że nie zdążą pomóc dr Pietrzak proponuje, by „wymóc wreszcie na NATO przesunięcie znacznie większej części sił i instalacji wojskowych paktu do Polski”. Chodzi mu o to, żeby uwolnić Niemcy od wojsk amerykańskich i przesunąć je w całości do wschodniej Polski. Uwolnienie się od wojsk amerykańskich – które od 1945 roku stacjonują w zachodnich Niemczech – jest od dawna cichym celem polityki niemieckiej. Analityk „Warszawskiej Gazety” proponuje więc nic innego jak zrealizować ten cel polityki niemieckiej. W imię obrony niepodległości Polski przed Rosją oczywiście.

Polska prawica, która podjęła się roli podwykonawcy polityki amerykańskiej w Europie Środkowo-Wschodniej, pogrąża się w oparach coraz bardziej skrajnej rusofobii oraz głęboko tkwi mentalnie w XIX wieku, przygotowując kolejne powstanie narodowe przeciw Rosji, a ostatnio także przeciw Niemcom. To nie jest polityka, tylko kabaret prowincjonalny.

[1] „Opole 2017. Jan Pietrzak ostro popłynął. To nie była zwykła laurka dla PiS. Słowa o Moskwie i opozycji padły naprawdę”, http://www.plotek.pl, 17.09.2017.

[2] „Gazeta Polska Codziennie” z 14.09.2017.

[3] „Przedstawiciel NATO o manewrach Zapad-2017: mogą być przygotowaniem do wojny”, http://www.tvn24.pl, 17.09.2017.

[4] „Manewry wojskowe Zapad-2017”, wypowiedź Pawła Kowala na antenie TVN z 17.09.2017.

[5] B. Piętka, „Jak «niepodległościowcy» 17 września z banderowcami uczcili”, strona internetowa „Myśli Polskiej”, http://www.mysl-polska.pl, 21.09.2015.

[6] „Szeremietiew o Zapad-2017: wojsko ćwiczy po to, aby prowadzić wojnę”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 17.09.2017.

[7] „Krym-śpiący pies”, „Przegląd” nr 36 (922), 4-10.09.2017, s. 42-43.

[8] „Szef MSZ: Polska chciałaby za 5 lat całkowicie odciąć dostawy gazu z Rosji”, http://www.kresy.pl, 22.09.2017.

[9] R. Cheda, „Polska na celowniku Putina”, „Warszawska Gazeta” nr 35 (533), 1-7 września 2017 r., s. 16-17.

[10] L. Pietrzak, „Czy Rosjanie wkroczą 17 września?”, „Warszawska Gazeta” nr 35 (533), 1-7 września 2017 r., s. 30.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2157/58), 8-15.10.2017, s. 8

Fort Krzesławice – zapomniane miejsce polskiej martyrologii

9 września w ramach Dni Pamięci Ofiar Gestapo, zorganizowanych po raz jedenasty przez Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, zwiedziłem Fort 49-Krzesławice – miejsce kaźni więźniów gestapo. Od jesieni 1939 do jesieni 1941 roku rozstrzelano tam 440 Polaków, przywiezionych głównie z więzienia policyjnego przy ulicy Montelupich w Krakowie. Opiekunem tego miejsca pamięci jest Młodzieżowy Dom Kultury Fort 49-Krzesławice. Jego dyrektor – Franciszek Dziadoń – położył ogromne zasługi dla renowacji Fortu 49 oraz odnalezienia i upamiętnienia wszystkich miejsc egzekucji. Warszawa miała Palmiry, Łódź lasy lućmierskie, niewielkie Wadowice zagajnik Księża Barć, a Kraków Fort Krzesławice. Miejsca egzekucji ofiar gestapo można znaleźć w wielu miejscowościach Polski. Niektóre z nich są powszechnie znane, inne mniej, a inne niemal całkiem zapomniane.

Fort Krzesławice przez pewien czas należał do tych ostatnich. Groziło mu nawet całkowite wymazanie z mapy miejsc pamięci narodowej. Jaka jest jego historia?

Krzesławice, to dawna podkrakowska wieś nad rzeką Dłubnią, oddalona około 9 km na północny wschód od centrum Krakowa. Obecnie jest częścią Krakowa, wchodząc w skład Dzielnicy XVII-Wzgórza Krzesławickie. Historia Krzesławic sięga XII wieku. Wśród właścicieli wsi na przestrzeni wieków byli m.in. klasztor Bożogrobców w Miechowie, Akademia Krakowska, Hugo Kołłątaj i Jan Matejko. W latach 80-tych XIX wieku na północnym, granicznym wzgórzu wsi – Łysej Górze – Austriacy wznieśli Fort 49-Krzesławice. Był to jeden z elementów ufortyfikowania Krakowa trzema pierścieniami umocnień. Tzw. Twierdza Kraków stanowiła wówczas największy zespół obronny na ziemiach polskich i jeden z największych w Europie. Cały fort miał 19 obiektów, z których do dzisiaj zachowało się 16.

Służbę wojskową w Forcie Krzesławice przed 1914 rokiem odbywał m.in. Wincenty Witos. Fort 49 razem z sąsiednimi Fortami Dłubnia i Grębałów odegrał ważną rolę podczas pierwszej fazy tzw. bitwy o Kraków (16-25 listopada 1914 roku), kiedy wojska austro-węgierskie przy wsparciu części artylerii Twierdzy Kraków zatrzymały ofensywę wojsk rosyjskich na północ od miasta. W 1918 roku obiekty Twierdzy Kraków przejęło Wojsko Polskie, zmieniając jej nazwę na Obóz Warowny Kraków. W Forcie Krzesławice początkowo ulokowano magazyn amunicji, a następnie stację nasłuchu kontrwywiadu wojskowego, zbierającą m.in. materiały służące rozwiązaniu tajemnicy „Enigmy”. Była to jedna z siedmiu ówczesnych polskich stacji nasłuchowych, z których trzy były skierowane przeciw Niemcom.

Fort 49-Krzesławice, obecnie Młodzieżowy Dom Kultury. Fot. Wikipedia.

Fort 49-Krzesławice, obecnie Młodzieżowy Dom Kultury. Fot. Wikipedia.

Tragiczna historia Fortu 49-Krzesławice rozpoczęła się po zajęciu Krakowa przez wojska niemieckie 6 września 1939 roku. Już 13 września okupant przejął poaustriackie więzienie przy ulicy Montelupich 7, a niedługo potem więzienie przy ulicy Senackiej 3, mieszczące się w zabudowaniach dawnego klasztoru i kościoła św. Michała. Wkrótce więzienia te zapełniły się aresztowanymi Polakami – osobami uznanymi przez gestapo za należące do „warstwy przywódczej” i członkami pierwszych organizacji konspiracyjnych. Więźniów kierowano na śledztwo do siedziby gestapo w Domu Śląskim przy ulicy Pomorskiej 2. Po jego zakończeniu ofiary wywożono do obozów koncentracyjnych, a skazanych w parodii procesu przez policyjny sąd doraźny na egzekucję. W pierwszym roku okupacji, kiedy nie było jeszcze KL Auschwitz, miejscem deportacji więźniów politycznych z Krakowa były obozy koncentracyjne w tzw. „starej Rzeszy”. Natomiast na miejsce egzekucji ofiar sądu doraźnego gestapo wybrało Fort Krzesławice.

O wyborze zadecydowała przede wszystkim lokalizacja – z dala od osiedli miejskich – oraz specyfika tego miejsca. Grube mury i zabudowania forteczne pozwalały zamaskować egzekucję. We wrześniu 1939 roku wywieziono z fortu pozostałą po Wojsku Polskim amunicję, a 11 października skierowano tam pierwsze ofiary do rozstrzelania. Przywożono je krytymi samochodami ciężarowymi z więzienia przy ulicy Montelupich i z więzienia św. Michała. W dzień poprzedzający egzekucję kierowano też do fortu grupę około 25 więźniów, którzy musieli wykopać masowy grób dla ofiar. Następnie zawożono ich z powrotem do więzienia.

Egzekucje w Forcie Krzesławice odbywały się od 11 października 1939 do 7 listopada 1941 roku. W sumie przeprowadzono 12 egzekucji: trzy w 1939 roku, siedem w 1940 roku i dwie w 1941 roku. Rozstrzeliwań dokonywała policja ochronna (Schutzpolizei). Rodziny zamordowanych fałszywie informowano, że ich bliskich jakoby wywieziono na roboty do Rzeszy.

Jedną z pierwszych ofiar rozstrzelanych w forcie był Henryk Schabenbeck (1886-1939) – wybitny polski fotografik i operator filmowy, działacz Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” i Polskiego Związku Narciarskiego, od 1934 roku radny i wiceburmistrz Zakopanego. Z pochodzenia Austriak, z wyboru Polak. Za ten wybór i działalność społeczną zapłacił śmiercią z rąk gestapo. Jego syn Stefan także został aresztowany i osadzony w KL Auschwitz, a następnie w KL Sachsenhausen, gdzie zginął podczas nalotu alianckiego 15 marca 1945 roku.

Ważnym świadkiem tego, co działo się w Forcie Krzesławice stał się skoczek narciarski i olimpijczyk Stanisław Marusarz (1913-1993). Znajdował się on w grupie 25 więźniów, którym 28 czerwca 1940 roku żandarmi niemieccy polecili wykopać masowy grób na terenie fortu. Następnego dnia nad tym wykopem odbyła się egzekucja 35 osób (34 Polaków i jednego Żyda), aresztowanych 23 czerwca 1940 roku podczas tzw. „czarnej niedzieli” w Myślenicach. Marusarz podczas kopania grobu dla tych ofiar widział ślady krwi na murze podziurawionym kulami. Ponieważ otrzymał już wyrok śmierci policyjnego sądu doraźnego, nie miał wątpliwości, że zginie podczas następnej egzekucji, która odbyła się 2 lipca. Tego dnia wraz z kilkoma innymi więźniami podjął próbę ucieczki. Tylko jemu i Aleksandrowi Bugajskiemu udało się pokonać czterometrowy mur więzienia przy ulicy Montelupich i zasieki z drutu kolczastego. Pozostali zginęli od kul strażników.

Jedną z ofiar egzekucji z 2 lipca był Mieczysław Filk. W dniu poprzedzającym egzekucję zdążył nielegalnie wysłać z więzienia gryps do rodziny. Napisał w nim m.in.: „W tych dniach będę rozstrzelany, jakkolwiek wyroku jeszcze nie dostałem, lecz znajduję się w podobnej sytuacji, co czterdziestu pięciu [w rzeczywistości 35 – przyp. BP] przede mną rozstrzelanych 29 czerwca. Razem nas rozstrzelają około stu pięćdziesięciu. W większej części niewinnych. Zachowuję do ostatka pogodę ducha i nie załamuję się na razie. Prawdopodobnie mogiła moja będzie, jak czterdziestu pięciu poprzednich w forcie Krzesławice koło Mogiły. Do ostatnich chwil jeszcze łudziłem się nadzieją, lecz prawdopodobnie na próżno. Jest godzina 3-cia po południu – dwudziestu pięciu z nas pojechało groby kopać. Dziwicie się, że tak się o tym rozpisuję z lekkim sercem, ale naprawdę zbytnio nie przejmuję się tym. Wiem, że na tamtym świecie będzie mi naprawdę lepiej. Modlę się teraz często o lekką śmierć i szczęście wieczne. Jakkolwiek by Was zapewniali o nas, że żyjemy, nie wierzcie tym mordercom. Giniemy razem ze wszystkich stanów od robotnika i rolnika do profesorów i pułkowników, tak młodzi jak i starzy za rzeczy poważne i błahostki. Przykro mi po części żegnać się z tym światem i z Wami, lecz przecież kiedyś się spotkamy. Będzie to dla Was bolesny cios, lecz widocznie tak miałem przeznaczone – zginąć za Ojczyznę”[1].

Fort 49-Krzesławice-ściana śmierci pod kaponierą wschodnią. Fot. Zbigniew Zaczkowski.

Fort 49-Krzesławice-ściana śmierci pod kaponierą wschodnią. Fot. Zbigniew Zaczkowski.

Kolejna egzekucja miała miejsce 4 lipca 1940 roku. Jej ofiarą był min. 19-letni Jerzy Krokay, który w ostatnim grypsie z więzienia napisał: „Zawsze byłem ryzykantem i nim zostanę, kulki się nie obawiam, bo zginąć za Ojczyznę jest honorem każdego Polaka”[2].

Jerzy Krokay został rozstrzelany wraz ze swoim 50-letnim ojcem, majorem dypl. Walerym Alojzy Krokayem (1889-1940). Obu aresztowano w ramach Akcji AB. Walery Alojzy Krokay był bratem kpt. Walerego Mariana Krokaya (1914-1982) – cichociemnego i oficera 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK.

Do innych znanych ofiar rozstrzelanych w Forcie Krzesławice należeli: ppłk Piotr Sosialuk – były dowódca 73. pułku piechoty w Katowicach, nauczyciele Kazimierz Dutkiewicz, Irena Dzius, Jan Głębicki, Marian Głębicki, Wincenty Frączek, Marian Lubaczowski, Karol Święch, Józef Wawrzeczko, urzędnicy Józef Janta i Franciszek Ujczak, prawnicy – dr Emil Bicz, Antoni Burtan i Bolesław Karwaciński.

Łącznie w egzekucjach z 29 czerwca oraz 2 i 4 lipca 1940 roku rozstrzelano około 150 osób – ofiar „czarnej niedzieli” w Myślenicach, a także Akcji AB.

Jesienią 1941 roku gestapo zaprzestało egzekucji w Forcie Krzesławice. Od ponad roku funkcjonował już KL Auschwitz. Tam gestapo kierowało teraz swoje ofiary. Deportacja do obozu była równoznaczna z wyrokiem śmierci. Czasem ta śmierć następowała bardzo szybko, jak w wypadku 167 mieszkańców Krakowa, których 16 kwietnia 1942 roku aresztowano w Kawiarni Plastyków i podczas nocnej obławy w mieście. Byli to inteligenci, m.in. artyści i oficerowie. 24 i 25 kwietnia przywieziono ich do KL Auschwitz, a 27 maja rozstrzelano pod Ścianą Śmierci na dziedzińcu bloku 11 w obozie macierzystym. Ogółem w latach 1940-1944 deportowano do KL Auschwitz z więzienia policyjnego przy ulicy Montelupich w Krakowie około 17 tys. Polaków.

Po wojnie Główna Komisja Badania Zbrodni Niemieckich (później Hitlerowskich) w Polsce przystąpiła do zbadania terenu Fortu 49-Krzesławice. W okresie od 15 października do 6 grudnia 1945 roku przekopano cały teren ziemny fortu i odkryto 29 grobów, z których wydobyto 440 zwłok, w tym 18 kobiecych. Ustalono, że rozstrzeliwania miały miejsce na placu fortecznym, na dziedzińcu koszarowym, w fosach i przy kaponierach.

Zastosowany sposób badania uniemożliwił pominięcie jakiejkolwiek mogiły. W związku z tym, że zwłoki uległy znacznemu rozkładowi, tylko w 24 przypadkach rodziny z całą pewnością zidentyfikowały bliskich, a w 80 przypadkach identyfikacja stała się możliwa na podstawie znalezionych przy zwłokach dokumentów i przedmiotów, okazanych rodzinom w latach 1946-1947. Łącznie zidentyfikowano 104 osoby, a zwłoki 336 osób pozostały bezimienne. Wszystkie ofiary pochowano w zbiorowej mogile obok fortu.

W latach 60. XX wieku GKBZHwP prowadziła drugie śledztwo w sprawie Fortu Krzesławice, które miało na celu znalezienie bezpośrednich sprawców zbrodni. Niestety nie przyniosło ono rezultatów. Główną odpowiedzialność za zbrodnie popełnione w Forcie Krzesławice ponoszą komendanci SD i Policji Bezpieczeństwa w dystrykcie krakowskim. W latach 1939-1941 byli nimi: Bruno Müller, Walter Huppenkothen, Ludwig Hahn (późniejszy szef SD i Policji Bezpieczeństwa w dystrykcie warszawskim) i Max Grosskopf. Spośród nich zostali skazani Bruno Müller i Ludwig Hahn. Müller stanął w 1947 roku przed Brytyjskim Trybunałem Wojskowym w Hamburgu, który wymierzył mu 20 lat więzienia za zbrodnie popełnione pod koniec wojny. Jednakże już w 1953 roku mógł cieszyć się wolnością. Hahn został skazany w RFN w 1975 roku na dożywocie, ale tylko za deportacje Żydów do ośrodka zagłady w Treblince. Zwolniono go z więzienia po ośmiu latach. Za zbrodnie w Forcie Krzesławice nikogo zatem nie ukarano.

27 maja 1956 roku gen. Franciszek Księżarczyk w imieniu Rady Naczelnej ZBoWiD dokonał uroczystego odsłonięcia tablicy pamiątkowej na zbiorowej mogile ofiar. Znalazły się na niej błędne daty (1943-1945) dokonywanych w Forcie Krzesławice egzekucji. Natomiast 6 lipca 1957 roku pomnik ku czci rozstrzelanych w forcie Polaków odsłonił premier Józef Cyrankiewicz. W uroczystości tej wzięło udział około 20 tys. osób, w tym delegacje z NRD i Czechosłowacji.

Fort 49-Krzesławice-pomnik ofiar gestapo. Fot. Wikipedia.

Fort 49-Krzesławice-pomnik ofiar gestapo. Fot. Wikipedia.

Wkrótce jednak doszło do skandalicznej dewastacji i profanacji miejsca pamięci. W latach 60. XX wieku na południe od masowego grobu i pomnika rozpoczęto budowę bloków mieszkalnych. Wokół fortu zaczęły powstawać żywiołowo zakładane przez mieszkańców ogródki warzywne. Władze dzielnicy Nowa Huta przyzwoliły na to, żeby miejsce uświęcone męczeństwem Polaków zamienić na teren rekreacyjno-działkowy. W drugiej połowie lat 70. XX wieku wysadzono w powietrzę kaponierę zachodnią fortu oraz dwa schrony, a dwie pozostałe kaponiery zasypano. Duży fragment północno-wschodniej fosy zamieniono na wysypisko odpadów, które przywożono samochodami ciężarowymi. Likwidacja trzech kaponier fortu była tym bardziej skandaliczna, że zlikwidowano miejsca z autentycznymi ścianami śmierci, gdzie Niemcy rozstrzelali 363 Polaków z ogólnej liczby 440.

Kres dewastacji miejsca pamięci położyło przeniesienie w 1994 roku do Fortu Krzesławice Młodzieżowego Domu Kultury. Miejsce pamięci uzyskało gospodarza i opiekuna. Przez kilkanaście lat prowadzono prace remontowo-konserwatorskie, przywracające dawny wygląd fortu. Do dzisiaj udało się m.in. odsłonić – zasypaną wcześniej gruzem i odpadami – kaponierę wschodnią z jedyną zachowaną ścianą śmierci, na której znajdują się oryginalne ślady wystrzelonych pocisków. Ślady te świadczą o tym, że więźniów rozstrzeliwano z broni maszynowej.

Na ścianie śmierci przy kaponierze wschodniej odsłonięto 17 listopada 2014 roku tablicę pamięci, która stała się trzecim – bez wątpienia najważniejszym – miejscem upamiętnienia 440 patriotów polskich zamordowanych w Forcie Krzesławice.

[1] Cyt. za: „Czarna niedziela-fakty”, „Gazeta Myślenicka”, wydanie 24, 1 lipca 2010, http://www.gazeta.myslenice.pl, dostęp 13.09.2017.

[2] Cyt. za: „Prawda i pamięć”, Kraków 2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 6 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2157/58), 8-15.10.2017, s. 14-15

Taniec na linie, nad przepaścią

W związku z przypadającą 20 września br. 75. rocznicą utworzenia Narodowych Sił Zbrojnych Sejm przyjął uchwałę oddającą hołd tej formacji. Nie jest to pierwsza taka uchwała Sejmu. 9 listopada 2012 roku – w związku z 70. rocznicą powstania NSZ – Sejm również uczcił tę organizację podkreślając m.in., że jej historyczną zasługą było m.in. wysunięcie „postulatu powrotu Polski na Ziemie Zachodnie”. Z treści tamtej uchwały wynikało, że dotyczyła ona tej części NSZ, która weszła w skład „Sił Zbrojnych w Kraju podległych legalnym władzom RP na uchodźstwie”[1].

Jeśli bowiem mówimy o NSZ, to trzeba ustalić, o którym NSZ mówimy. Czy o tym, który wiosną 1944 roku scalił się z AK i jest określany w literaturze historycznej jako NSZ-AK, czy o tej jego części, która odmówiła podporządkowania się AK i jest określana przez historyków jako NSZ-ZJ (Związek Jaszczurczy) lub NSZ-ONR (Obóz Narodowo-Radykalny). Ten pierwszy miał na swoim koncie piękne karty walki z okupantem niemieckim, w tym zabicie gen. Wehrmachtu Kurta Rennera w zasadzce pod Ożarowem 26 sierpnia 1943 roku czy udział w Powstaniu Warszawskim. Drugi natomiast był infiltrowany przez niemieckie służby specjalne, a wywodząca się z niego Brygada Świętokrzyska uprawiała kolaborację z Niemcami. Nurt ten ponosi odpowiedzialność za walki bratobójcze, nie tylko z partyzantką AL, ale także za likwidowanie tych członków NSZ, którzy podporządkowali się akcji scaleniowej z AK.

Tymczasem uchwała Sejmu przyjęta przez aklamację 15 września 2017 roku dotyczy wszystkich nurtów NSZ. Jest w niej mowa o tym, że żołnierze NSZ walczyli „zarówno z okupantem niemieckim, jak i sowieckim”, biorąc udział m.in. w akcji „Burza” i Powstaniu Warszawskim, ale jest też mowa o Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ, która „przedostała się na Zachód” oraz o Narodowym Zjednoczeniu Wojskowym, które prowadziło walkę zbrojną z powojennymi władzami Polski. W konkluzji uchwała Sejmu „uznaje, że formacja ta dobrze zasłużyła się Ojczyźnie”[2].

Nie ma zatem wątpliwości, że uchwała Sejmu z 15 września 2017 roku dotyczy całości NSZ – czyli NSZ-AK i NSZ-ONR oraz powojennego NZW. Autorami projektu tej uchwały byli Karol Wołek i Leszek Żebrowski – prawicowi publicyści znani od dawna ze swoich radykalnych poglądów prawicowych oraz bezkrytycznego gloryfikowania NSZ.

Przeciwko honorowaniu NSZ, w takiej formie jak zrobił to Sejm, zaprotestowała m.in. żydowska organizacja B’nai B’rith (Synowie Przymierza). W liście skierowanym w jej imieniu do prezydenta Andrzeja Dudy Sergiusz Kowalski napisał: „Z bólem i niepokojem przyjęliśmy informację, że Sejm RP uczcił pamięć żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, a przede wszystkim Brygady Świętokrzyskiej. Działalność gloryfikowanej obecnie Brygady Świętokrzyskiej była potępiana jeszcze przez przedstawicieli Armii Krajowej, którzy piętnowali współpracę Brygady z gestapo. Jeszcze większym niepokojem napawać musi fakt, że Prezydent RP obejmuje swoim patronatem obchody ku czci NSZ z udziałem Leszka Żebrowskiego, znanego z licznych wypowiedzi i przedsięwzięć jawnie nacjonalistycznych i antysemickich oraz wsparcia udzielanego ONR”[3].

W duchu ignorancji historycznej, czyli w duchu uchwały Sejmu z 15 września 2015 roku, wypowiedzieli się też Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński. W liście do uczestników obchodów 75. rocznicy powstania Narodowych Sił Zbrojnych prezydent RP podkreślił, że żołnierze NSZ należeli do najwartościowszych bojowników o wyzwolenie Polski. „Walcząc mężnie przeciwko dwóm wrogom – napisał Andrzej Duda – stawali zarazem w obronie ludności przed infiltracją sowiecką i pospolitym bandytyzmem. Swoimi działaniami bojowymi zapisali chlubne karty podczas powstań – Warszawskiego i antykomunistycznego. Należeli do niezłomnych przeciwników powojennego reżimu, kontynuując jako Narodowe Zjednoczenie Wojskowe walkę z czerwonymi o Polskę biało-czerwoną (…)”. Prezydenta cieszy też, że „zwłaszcza młode pokolenie coraz chętniej odwołuje się do czynów NSZ dostrzegając w ich żołnierzach kontynuatorów najlepszych polskich tradycji patriotycznych i depozytariuszy naszej narodowej tożsamości”[4].

Z kolei Jarosław Kaczyński w liście do uczestników tychże uroczystości stwierdził, żeNSZ były drugą pod względem liczebności organizacją podziemną. To była wielka siła, nie tylko z powodu liczby żołnierzy, ale także – a może przede wszystkim – z racji potęgi ich ducha, mocy wiary i miłości do ojczyzny, ideowej spójności, żelaznej woli i ogromnej determinacji”[5].

Nie jest prawdą, że NSZ były drugą pod względem liczebności organizacją podziemną. Nawet jeżeli przyjmiemy za obecną propagandą historyczną, że oba nurty NSZ liczyły 100 tys. członków (w rzeczywistości około 70 tys.), to drugą najliczniejszą po AK organizacją Polski Podziemnej były zapomniane dzisiaj Bataliony Chłopskie, liczące 170 tys. ludzi.

Podobne treści zawierały też listy, które do uczestników obchodów 75-lecia NSZ skierowali prezes IPN Jarosław Szarek oraz Jan Józef Kasprzyk – szef Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Ten ostatni zakończył swój list stwierdzeniem, że „każdy, kto powiela czarną legendę NSZ jest kłamcą”[6].

Tę myśl szefa Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych rozwinął radykalny prawicowy publicysta historyczny Tadeusz M. Płużański – obecnie szef publicystyki w TVP Info. W agresywnej w formie wypowiedzi dla pisowskiego portalu wPolityce.pl odrzucił on jako „komunistyczną propagandę” oskarżenia pod adresem NSZ o kolaborację z Niemcami, antysemityzm i działania zbrodnicze. Takie oskarżenia są jego zdaniem „szarganiem munduru polskiego żołnierza, a co za tym idzie również polskich tradycji militarnych i patriotycznych”. Osoby, które nie zgadzają się na gloryfikację NSZ są zdaniem Płużańskiego spadkobiercami „czerwonych okupantów” oraz „przestępczych organizacji”, takich jak GL, AL, UB, SB, KBW i PZPR. Takie osoby Płużański proponuje pociągać do odpowiedzialności karnej[7].

Powiało zatem grozą i rzeczywistością orwellowską. Czyżby prawda historyczna w Polsce pisowskiej – identycznie jak w Związku Radzieckim – miała być prawdą polityczną, a za jej kwestionowanie miały grozić represje?

Przykładem manipulowania historią NSZ przez animatorów obecnej państwowej polityki historycznej jest artykuł zamieszczony przez Leszka Żebrowskiego w „Naszemu Dzienniku”[8]. Żebrowski zaczyna swoją narracje o NSZ następująco: „Była to jedyna – obok Armii Krajowej – profesjonalna organizacja ściśle wojskowa, z liczną kadrą oficerską”. Jak już wspomniałem powyżej – jest to nieprawda. Przytacza następnie takie fakty z historii NSZ jak program granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej, zabicie gen. Kurta Rennera, walki toczone z Niemcami przez NSZ-AK, w tym udział w Powstaniu Warszawskim, a także powojenna działalność Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Natomiast w ogóle pomija w swoim artykule działalność NSZ-ONR oraz Brygady Świętokrzyskiej. Nie dokonuje też rozróżnienia pomiędzy NSZ-AK i NSZ-ONR – cały czas pisze o NSZ. Za rozłam w NSZ wiosną 1944 roku czyni winnym dowództwo AK, co także jest niezgodne z prawdą historyczną. Zaprzecza też zbrodniom NSZ na Żydach podając argument, że polscy Żydzi służyli w partyzantce NSZ. Przytacza nazwisko najbardziej znanego z nich – Stanisława (Szmula) Ostwinda-Zuzgi, komendanta powiatowego NSZ-AK w powiecie węgrowskim.

Nie dowiemy się z artykułu Żebrowskiego, że nazwiska osób podejrzanych o działalność lewicową lub żydowskie pochodzenie były umieszczane przez kontrwywiad NSZ-ONR na listach proskrypcyjnych. W kwietniu 1944 roku na jednej z takich list zostali umieszczeni m.in. Irena Sendlerowa – jedna z najbardziej zasłużonych osób w akcji ratowania dzieci żydowskich oraz Aleksander Kamiński – redaktor naczelny „Biuletynu Informacyjnego” KG AK i autor „Kamieni na szaniec”. Przeznaczenie do likwidacji Kamińskiego uzasadniono następująco: „(…) żydofil, który zawsze skłaniał się do skrajnej lewicy-komuny. Niepewne pochodzenie matki (Żydówka lub Francuzka, wzgl. francuska Żydówka)”[9]. W rzeczywistości oboje rodzice Kamińskiego byli Polakami, a przyczyną skazania go na śmierć przez NSZ-ONR był – tak jak w wypadku Sendlerowej – udział w akcji ratowania Żydów.

Na innej liście proskrypcyjnej, liczącej 52 nazwiska, znalazł się prof. Ludwik Widerszal – szef Podwydziału „Z” (ziemie zachodnie i wschodnie) Biura Informacji i Propagandy KG AK – którego scharakteryzowano następująco: „Żyd, uczeń Handelsmana, historyk, komunista”. 13 czerwca 1944 roku Ludwik Widerszal został zamordowany, prawdopodobnie przez egzekutorów z NSZ-ONR, w swoim mieszkaniu w Warszawie[10].

Jednakże w NSZ, zwłaszcza w NSZ-AK, byli ludzie, którzy nie podzielali antysemityzmu i szowinizmu. Edward Kemnitz – komendant Okręgu Pomorskiego NSZ i oficer NSZ Sławomir Modzelewski zostali po wojnie odznaczeni przez Instytut Yad Vashem za ratowanie Żydów Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. O tym trzeba pamiętać.

Nie dowiemy się też z artykułu Żebrowskiego, że NSZ zostały utworzone przez Grupę „Szańca”, czyli działaczy przedwojennego ONR-ABC, odwołujących się do szowinistycznej, antydemokratycznej i w istocie totalitarnej ideologii. Wręcz przeciwnie – Żebrowski twierdzi, że „NSZ w swym założeniu miały być apolityczną armią”. Nie dowiemy się, że Grupa „Szańca” sprzeciwiała się wszelkim reformom społecznym, w tym reformie rolnej, za którą – niezależnie od PPR – opowiadała się większość stronnictw politycznych Polski Podziemnej. Szczytem absurdu jest jego stwierdzenie, że dysponowanie pionem zbrojnym przez pion polityczny w NSZ to były „zawiązki cywilnej kontroli nad armią”.

Nie dowiemy się od Żebrowskiego o konsekwencjach przyjęcia przez NSZ koncepcji walki z dwoma wrogami, z położeniem nacisku na zwalczanie ZSRR i komunizmu. Konsekwencją było rozpętanie walk bratobójczych, zapoczątkowanych przez zamordowanie 9 sierpnia 1943 roku koło Borowa w powiecie kraśnickim 26 członków GL przez oddział Pogotowia Akcji Specjalnej NSZ pod dowództwem Leonarda Zuba-Zdanowicza. Zdaniem historyka IPN Piotra Gontarczyka pod Borowem rozbito „grupę komunistyczną składająca się ze zbitek kilku oddziałów rabunkowych”, a oddziały GL „były rozbijane za bandytyzm”, a nie z przyczyn politycznych”[11]. Zaprzecza temu jednak emigracyjny historyk, prof. Jan M. Ciechanowski (1930-2016), wedle którego od końca 1943 roku NSZ występowały zarówno przeciw partyzantce komunistycznej, jak i członkom AK, usiłując rozpętać wojnę domową[12].

Nie dowiemy się od Żebrowskiego, że dowódca NSZ-AK – ppłk Albin Walenty Rak – został skazany przez NSZ-ONR na karę śmierci i był ścigany z polecenia dowódcy NSZ-ONR, mjr. Stanisława Nakoniecznikoffa-Klukowskiego, ps. „Kmicic”. Sam jednak Nakoniecznikoff-Klukowski zginął z rąk swoich ludzi 18 października 1944 roku, gdy po upadku Powstania Warszawskiego próbował podporządkować NSZ-ONR Armii Krajowej.

Nie dowiemy się od Żebrowskiego o infiltracji NSZ-ONR przez gestapo i SD, w tym o działalności Huberta Jury vel Herberta Junga-„Toma” i Otmara Wawrzkowicza. Ich siatka współpracowała z SS-Hauptsturmführerem Paulem Fuchsem – oficerem gestapo, który kierował zwalczaniem polskiego podziemia na terenie dystryktu radomskiego[13]. W willi przy ulicy Jasnogórskiej 25 w Częstochowie, którą Hubertowi Jurze udostępniło gestapo, byli bestialsko torturowani i mordowani nie tylko członkowie PPR, ale także żołnierze NSZ-AK, jak np. ppor. Władysław Pacholczyk[14]. Z rąk NSZ-ONR zginęli też m.in. kpt. Stanisław Żak – szef wywiadu okręgu częstochowskiego NSZ-AK oraz mjr Wiktor Gostomski, który był szefem Wydziału II Wywiadowczego Komendy Głównej NSZ-ONR i sprzeciwiał się współpracy z Niemcami. Nie cofali się zatem nawet przed likwidacją „niepokornych” we własnych szeregach. Działalność NSZ-ONR została potępiona przez naczelnego wodza, gen. Kazimierza Sosnkowskiego i wicepremiera rządu RP na uchodźstwie, Jana Kwapińskiego.

Hubert Jura – skazany przez AK i NSZ-AK na karę śmierci za kolaborację – pełnił w Brygadzie Świętokrzyskiej funkcję oficera do zadań specjalnych i wraz ze swoimi ludźmi pośredniczył w kontaktach jej dowództwa z gestapo i SD. Brygada Świętokrzyska – największy zwarty oddział NSZ podczas okupacji – została utworzona w sierpniu 1944 roku przez NSZ-ONR. Jej liczebność wahała się od 822 (grudzień 1944) do 1417 ludzi (maj 1945). Dowódcą był płk Antoni Szacki-„Bohun” (1902-1992). Największą akcją zbrojną Brygady Świętokrzyskiej było rozbicie pod Rząbcem koło Włoszczowej 8 września 1944 roku oddziału AL Tadeusza Grochala, wspieranego przez oddział spadochroniarzy radzieckich. Wsparcia Brygadzie Świętokrzyskiej w okrążeniu oddziału AL i oddziału radzieckiego udzieliły siły niemieckie. Po zakończeniu walki zamordowano 67 wziętych do niewoli spadochroniarzy radzieckich. Do walk Brygady z oddziałami AL i BCh doszło też w Działkach Nosowskich, pod Fanisławicami, Krzepinem, Olesznem, Sekurskiem, Skrobaczowem i Soborzycami.

Niemcy jesienią 1944 i zimą 1945 roku tolerowani działania Brygady, a do jej sporadycznych starć z Niemcami dochodziło tylko w tym pułku, w którym „Tom” był nieobecny. Od grudnia 1944 roku Brygada zawiesiła działania przeciw Niemcom, a w styczniu 1945 roku zawarła porozumienie z Wehrmachtem, zgodnie z którym mogła przejść za niemiecką linią frontu. Niemieckim oficerem łącznikowym w Brygadzie został wspomniany gestapowiec Paul Fuchs. Załatwił on dozbrojenie Brygady, zakwaterowanie dla jej żołnierzy oraz leczenie chorych i rannych w szpitalach niemieckich, a także popierał jej rozwój liczebny. Planował wykorzystanie Brygady przeciw ZSRR – w pierwszym rzędzie do dywersji i sabotażu na zapleczu frontu, a następnie do walki na froncie. W lutym 1945 roku Brygada Świętokrzyska dotarła przez Śląsk na teren Protektoratu Czech i Moraw. Tam po pewnym czasie została zakwaterowana na terenie poligonu Wehrmachtu w miejscowości Rozstání na Morawach.

7 lutego 1945 roku w ośrodku RSHA rozpoczęło się pod nadzorem Huberta Jury szkolenie około 70 ochotników z Brygady Świętokrzyskiej, którzy – uzbrojeni w niemiecką broń, wyposażeni w pieniądze, dokumenty i radiostacje – mieli być zrzuceni z samolotów na terytorium Polski celem prowadzenia dywersji i działań wywiadowczych na tyłach Armii Czerwonej. Łącznie do Polski przerzucono cztery grupy dywersyjne – 23 marca (dwie), 15 kwietnia i 28 kwietnia 1945 roku. Wszystkie zostały rozbite przez UB.

W drugiej połowie marca 1945 roku zastępca dowódcy Brygady, mjr Władysław Marcinkowski-„Jaxa”, wziął udział w międzynarodowej konferencji ruchów faszystowskich i kolaboracyjnych w Pradze, która miała doprowadzić do powstania wspólnego bloku antysowieckiego (Legii Antybolszewickiej) pod patronatem Niemców. Ostatecznie Marcinkowski odmówił przystąpienia do takiego bloku, zasłaniając się brakiem kompetencji. Niepowodzeniem ze strony niemieckiej zakończyły się też rozmowy prowadzone w Monachium w dniach 5-6 kwietnia 1945 roku z płk. Szackim. Strona niemiecka zaproponowała mu skierowanie Brygady na front, wysłanie do kraju dalszych grup dywersyjno-wywiadowczych oraz nawiązanie kontaktu z polskim rządem w Londynie celem skłonienia go do wspólnej walki z ZSRR. Szacki zgodził się tylko na wysyłanie do Polski grup dywersyjno-wywiadowczych, a odmowę skierowania Brygady na front uzasadnił jej charakterem jako jednostki partyzanckiej, a nie liniowej.

Zdaniem historyków i publicystów wybielających Brygadę Świętokrzyską postawa Szackiego miała na celu ocalenie Brygady, a wysyłanie do Polski grup dywersyjnych nie było kolaboracją, ale ceną za jej tolerowanie przez Niemców. Publicyści wybielający Brygadę Świętokrzyską eksponują też wyzwolenie przez nią 5 maja 1945 roku podobozu KL Flossenbürg w miejscowości Holýšov w zachodnich Czechach, z którego uwolniono około 700 więźniarek, w większości Żydówek. Było to jednak działanie mające uwiarygodnić Brygadę Świętokrzyską przed Amerykanami. Następnego dnia Brygada nawiązała bowiem kontakt z wojskami amerykańskimi, którym się podporządkowała.

Rząd polski w Londynie nie chciał mieć nic wspólnego z Brygadą Świętokrzyską, dlatego została ona w sierpniu 1945 roku rozformowana przez dowództwo amerykańskie. Część jej żołnierzy wcielono później do kompanii wartowniczych w amerykańskiej strefie okupacyjnej Niemiec. Niektórzy z nich zostali też wykorzystani w działaniach amerykańskich służb specjalnych przeciw Polsce Ludowej.

Inną drogą niż Żebrowski poszedł prof. Jan Żaryn – obecnie senator i jeden z głównych architektów polityki historycznej PiS. W książce „«Taniec na linie, nad przepaścią». Organizacja Polska na wychodźstwie i jej łączność z krajem w latach 1945-1955” (Warszawa 2011, 368 ss.) obszernie on pisze o NSZ-ONR i Brygadzie Świętokrzyskiej. Organizacja Polska była utajnioną nadbudówką powstałego w 1934 roku Obozu Narodowo-Radykalnego, a w czasie drugiej wojny światowej kierowała tą częścią NSZ, która w 1944 roku odmówiła scalenia z AK. Żarnyn chwali OP za to, że uznawała akcję „Burza” za „bezcelową, a nawet wręcz szkodliwą” i była przeciwna Powstaniu Warszawskiemu. Stoi to jednak w sprzeczności z tezami obecnej polityki historycznej, która nie dopuszcza jakiejkolwiek krytyki Powstania Warszawskiego.

Nie można też nie zauważyć, że przedostanie się Brygady Świętokrzyskiej do Europy Zachodniej podważa sens walki, jaką w Polsce podjęli po wojnie niektórzy epigoni AK i NSZ, nazywani obecnie „żołnierzami wyklętymi”. A przecież obecna polityka historyczna uważa ich wybór za najsłuszniejszy.

Zdaniem Żaryna Brygada Świętokrzyska była pierwszą, przed przyjęciem Polski do NATO, polską formacją wojskową współdziałającą z amerykańskim wywiadem wojskowym (czy tylko z amerykańskim?). Uważa on, że porozumienie Brygady z Niemcami miało charakter „taktyczny”. Fakt kolaboracji bagatelizuje stwierdzeniem, że „w różne relacje z Niemcami” wchodziły też wywiady AK i AL. Przytacza bezpodstawne twierdzenie byłych członków NSZ-ONR, że gestapowiec Paul Fuchs i jego ludzie mieli być „grupą niemiecką antyhitlerowską”. Bagatelizuje również problem antysemityzmu NSZ-ONR. „Margines bandytyzmu i wynikających z tego zabójstw Żydów w NSZ był zdecydowanie mniejszy niż np. w formacjach komunistycznych” – uważa prof. Żaryn[15].

Uczynienie z Fuchsa antyfaszysty to zabieg rzeczywiście karkołomny zważywszy, że ten „antyfaszysta” jako szef radomskiego gestapo deportował 14 tys. Polaków z dystryktu radomskiego do KL Auschwitz.

Żaryn wybrał zatem drogę wybielania i gloryfikacji NSZ-ONR oraz Brygady Świętokrzyskiej, przedstawiając ciemne karty z ich historii jako chwalebne. Parafrazując tytuł jego książki można powiedzieć, że rzeczywiście jest to taniec na linie, nad przepaścią. Ani Żaryn ani Żebrowski nie chcą zauważyć, że po klęsce stalingradzkiej Himmler dążył do neutralizacji polskiego podziemia niepodległościowego poprzez wciągnięcie go do współpracy pod hasłami antykomunizmu i walki z ZSRR. Strategia ta powiodła się tylko w wypadku NSZ-ONR i Brygady Świętokrzyskiej.

Skoro jednak NSZ miały same chlubne karty – jak twierdzą Płużański, Żaryn i Żebrowski – to skąd wzięła się niezwykle krytyczna opinia sformułowana niedługo po wojnie przez bezkompromisowego antykomunistę Zygmunta Zarembę – wybitnego działacza PPS-WRN i przewodniczącego Rady Jedności Narodowej. Otóż Zaremba wyraził się następująco: „NSZ tak samo, jak komuniści, i z podobnych powodów, zostali postawieni poza nawias Polski Podziemnej. Polska Podziemna przyjęła zasady demokracji i postępu społecznego i położyła je jako fundament niepodległości. NSZ wyznawał ideologię faszystowską, wrogą demokracji i postępowi społecznemu, komunizm niósł uzależnienie Polski od Rosji i metody polityczne tak bliźniaczo podobne do faszystowskich, że również nie mógł się znaleźć w organizacji, która kierowała walką narodu polskiego w czasie tej wojny”[16].

Nie ulega wątpliwości, że na taką ocenę NSZ ze strony Zaremby wpłynęła działalność NSZ-ONR. Zygmunt Zaremba postawił NSZ na jednej płaszczyźnie z PPR i GL/AL oraz poza nawiasem Polski Podziemnej. Natomiast Żaryn i Żebrowski stawiają NSZ w samym centrum Polski Podziemnej, na równi z AK, a może nawet wyżej niż AK.

Nie mniej krytycznie niż Zaremba wyrażał się o NSZ płk Jan Rzepecki – szef Biura Informacji i Propagandy w Komendzie Głównej AK, a po wojnie „żołnierz wyklęty” (zastępca komendanta organizacji „NIE” oraz założyciel Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość). Rzepecki był sceptyczny wobec scalenia NSZ z AK. W raporcie do gen. Bora-Komorowskiego tak uzasadnił swoje stanowisko:

„Opozycja faszystowska to przede wszystkim ONR. Cechuje ją brak skrupułów i demagogia, opieranie się na klasach posiadających, bezwzględna wrogość do radykalnej lewicy, którą całą traktuje jako agenturę lub straż przednią bolszewizmu i nie zadaje sobie trudu dojrzenia istotnych wśród niej różnic (…). Przyłączenie «opozycji faszystowskiej» (do AK) prawie na pewno wywoła odpadnięcie poważnej części lewicy rządowej, nadałoby temu obozowi piętno reakcyjne. Jestem głęboko przekonany, że w błyskawicznym tempie pociągnęłoby to za sobą dla Polski śmiertelną katastrofę wojny domowej, w której lewica walczyłaby pod komendą PPR, a prawica – ONR. AK przypadłaby rola obrońcy klas posiadających. Następstwem – wasalizacja lub wcielenie Polski do ZSRR. W świetle powyższego ostatni nasz «sukces» w postaci podporządkowania NSZ może mieć wysoce ujemne następstwa, jeśli nie sparaliżujemy ich umiejętną akcją wychowawczą”[17].

Język płk. Rzepeckiego z 1944 roku – określający NSZ wprost jako „opozycję faszystowską” – jakoś dziwnie przypomina późniejszą narrację propagandy PRL. A przecież pisał to – identycznie jak w wypadku Zaremby – zdecydowany antykomunista.

Jesienią 1944 roku komendant główny AK, gen. Leopold Okulicki, w meldunku do prezydenta RP na uchodźstwie napisał: „Należy się przeciwstawić w propagandzie próbom NSZ współpracy z Niemcami”[18]. Z kolei dowódca AK o pseudonimie „Mieczysław” meldował w tym samym czasie: „Działalność NSZ. D-cy kontaktują się i współpracują z Gestapo (…). Wyraźna współpraca z Niemcami”. W innym meldunku napisał: „W dniu 22 XI. W czasie przemarszu NSZ przez m. Oleszno, Niemcy ściągnęli posterunki. Rannych NSZ Niemcy proponują odstawić do szpitali niemieckich. Notowane są kontakty w Gestapo”[19].

W przeciwieństwie do Leszka Żebrowskiego i Jana Żaryna krytyczną ocenę NSZ-ONR sformułował prawicowy historyk, dr hab. Rafał Wnuk, który w swojej opinii pozostaje jednak osamotniony na tle tez obecnej polityki historycznej. W artykule pod znamiennym tytułem „Brygada Świętokrzyska. Zakłamana historia” Rafał Wnuk – obecnie pracownik naukowy KUL i Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku – wyraził się następująco:

„Powstałą po rozłamie konspirację określa się mianem NSZ-ONR. Jej przywódcy postanowili też pozbyć się głównych oponentów i wkrótce doszło do skrytobójczych mordów oficerów NSZ, którzy przeszli do AK. (…) Wbrew budowanemu dziś mitowi NSZ-ONR wcale nie bronił ciągłości II RP, ale przeciwnie – robił wiele, by zniszczyć autorytet legalnych władz, by na gruzach przedwojennego systemu zbudować nacjonalistyczną monopartyjną dyktaturę. Stawianie znaku równości między AK i NSZ-ONR jest manipulacją sugerującą, jakoby ta ostatnia była częścią składową Państwa Podziemnego. Nie była”[20].

We współczesnej Polsce coraz bardziej widać tendencję, by nauki humanistyczne zostały zaprzęgnięte do udowadniania tez państwowej polityki historycznej. Tworzy się sztuczną, ponieważ opartą na fałszu, pamięć historyczną, która ma posłużyć formacji społeczeństwa w duchu antykomunizmu i rusofobii. Dlatego NSZ oprawiono w ramki wraz z NSZ-ONR i Brygadą Świętokrzyską i wystawiono w galerii narodowych świętości. Podsycanie ognia antykomunizmu zmierza do całkowitego zdeprecjonowania Polski Ludowej, a szerzej do zanegowania całej polskiej tradycji lewicowej jako alternatywy historycznej i politycznej. Natomiast podsycanie płomienia rusofobii jest niezbędne w sytuacji, gdy polska prawica przyjęła rolę podwykonawcy polityki amerykańskiej w Europie Środkowo-Wschodniej.

[1] Uchwała Sejmu RP z 9 listopada 2012 r. w związku z 70. rocznicą powstania Narodowych Sił Zbrojnych, http://www.sejm.gov.pl, dostęp 21.09.2017.

[2] Uchwała Sejmu w sprawie upamiętnienia 75. rocznicy powstania NSZ – treść i zdjęcia, portal Narodowe Siły Zbrojne, http://www.nsz.com.pl, dostęp 21.09.2017; Sejm uczcił Narodowe Siły Zbrojne. W uchwale znalazła się Brygada Świętokrzyska, która kolaborowała z III Rzeszą, http://www.wyborcza.pl, 15.09.2017.

[3] B’nai B’rith przeciwko honorowaniu żołnierzy NSZ, http://www.kresy.pl, 21.09.2017.

[4] Prezydent Duda: Żołnierze NSZ należeli do najwartościowszych bojowników o wyzwolenie, http://www.wiadomości.dziennik.pl, 16.09.2017.

[5] Jarosław Kaczyński: Narodowe Siły Zbrojne były organizacją o wielkiej sile z racji potęgi ducha, mocy wiary i miłości do ojczyzny, http://www.wpolityce.pl, 16.09.2017.

[6] Tamże.

[7] Nasz wywiad. Płużański: „Jeżeli ktoś podnosi rękę na żołnierza NSZ, to powinien odpowiadać karnie”, http://www.wpolityce.pl, 15.09.2017.

[8] L. Żebrowski, Legion niezłomnych, http://www.naszdziennik.pl, portal „Naszego Dziennika”, 19.09.2017.

[9] T. Szarota, Karuzela na placu Krasińskich. Studia i szkice z lat wojny i okupacji, Warszawa 2007, s. 187-189.

[10] Tamże, s. 191-192.

[11] Spod czerwonej gwiazdy. O podziemiu komunistycznym – z Piotrem Gontarczykiem, Mariuszem Krzysztofińskim i Januszem Marszalcem rozmawia Barbara Polak, „Biuletyn IPN” nr 3-4 (62-63), marzec-kwiecień 2006, s. 19.

[12] J. Ciechanowski, Powstanie Warszawskie. Zarys podłoża politycznego i dyplomatycznego, Warszawa 2009, s. 85.

[13] J. Sobkowski, Makabryczna tajemnica willi przy Jasnogórskiej, http://www.czestochowa.wyborcza.pl, 18.02.2016.

[14] W. J. Muszyński, J. Mysiakowska-Muszyńska (red.), Lista strat działaczy obozu narodowego w latach 1939-1945, Warszawa 2010, t. 1, s. 243.

[15] Ważna i ciekawa książka prof. Jana Żaryna o Brygadzie Świętokrzyskiej: „Taniec na linie, nad przepaścią”, http://www.wpolityce.pl, 22.11.2011.

[16] Z. Zaremba, Polska nie będzie się wstydzić swojego Podziemia, „Światło”, zeszyt 3-4, Paryż, kwiecień 1948.

[17] J. Rzepecki, Raport dla generała Bora-Komorowskiego (marzec 1944), cyt. za: P. Lipiński, Raport Rzepeckiego, Warszawa 2005.

[18] Armia Krajowa w dokumentach. Październik 1944-lipiec 1945, t. 5, Wrocław 1991, s. 183.

[19] Tamże, s. 131.

[20] R. Wnuk, Brygada Świętokrzyska. Zakłamana legenda, „Ale Historia” nr 4, 25.01.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 6 października 2017 r.

„Przegląd” nr 40 (926), 2-8.10.2017, s. 12-17

Skazani na klęskę

11 września zamieściłem na Facebooku następujący wpis: „Ćwierć wieku temu podawano w Polsce, że w latach 1940-1941 deportowano z Kresów Wschodnich na Syberię od 1 do 1,7 mln Polaków, z których 900 tys. miało tam zginąć. Po przebadaniu archiwów radzieckich okazało się jednak, że cztery deportacje z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941 objęły w sumie około 320 tys. obywateli II RP. W tej liczbie znajdowało się około 25 tys. Ukraińców, 20 tys. Białorusinów i 70 tys. Żydów, procentowo dotkniętych wywózkami w równym stopniu jak Polacy (pozostałe 200-210 tys.). Do czasu amnestii, ogłoszonej przez ZSRR latem 1941 roku w następstwie układu Sikorski-Majski, śmiertelność wśród zesłańców wynosiła od 2,8% do 5,8% rocznie. Ile osób zmarło po tej dacie – nie sposób określić, z pewnością jednak przeżyło znacznie więcej osób niż to wynikało z wcześniejszych przypuszczeń. Oznacza to, że jednak dwa razy więcej Polaków – bo 400 tys. – deportowano do niemieckich obozów koncentracyjnych, gdzie 250 tys. z nich zginęło (70 tys. w samym Auschwitz). Im jednakże nikt nie urządza marszu pamięci na wzór Marszu Pamięci Zesłańców Sybiru, który odbędzie się 17 września”.

Prof. Stanisław Jan Ciesielski (Uniwersytet Wrocławski) w artykule „Deportacje obywateli polskich w głąb Związku Radzieckiego w latach 1940-1941”, opublikowanym na stronie internetowej Muzeum Pamięci Sybiru w Białymstoku, podał nawet dane niższe niż ja w swoim wpisie na FB. Z artykułu prof. Ciesielskiego można się dowiedzieć, że deportacje objęły od 307,8 do 313,8 tys. obywateli II RP, w tym najwyżej 184,7 tys. Polaków. W lutym 1940 roku deportowano do obwodu archangielskiego, Komi i na Syberię 137,8 tys. osób (114,2 tys. Polaków, 12,3 tys. Ukraińców, 11,3 tys. Białorusinów), w kwietniu 1940 roku deportowano do Kazachstanu około 60 tys. osób (42 tys. Polaków, 8 tys. Białorusinów, ponad 7 tys. Ukraińców, 2,4 tys. Żydów), w czerwcu 1940 roku deportowano do Komi i Kraju Ałtajskiego 76-78 tys. osób (63,8-65,5 tys. Żydów, 8,3-8,5 tys. Polaków, 3,8-3,9 tys. osób innych narodowości), a w maju i czerwcu 1941 roku 34-38 tys. osób (m.in. 20 tys. Polaków i 11 tys. Ukraińców)[1].

Mój wpis na FB wywołał niesamowitą agresję ze strony – jak się domyślam – zwolenników PiS i tych, którzy stoją na prawo od nich. Dowiedziałem się m.in., że jestem „oficerem prowadzącym”, który celowo przed 17 września rozpowszechnia takie teksty, „postkomunistycznym typem”, a także, że głoszę „nieśmiertelną propagandę ruską” oraz „chwałę oręża armii radzieckiej” (sic!). To i tak nieźle w porównaniu z reakcją na moją krytykę byłego prezesa Polskiej Organizacji Turystycznej, który w ramach umacniania polskiej tożsamości narodowej odradzał zagranicznym dziennikarzom wizyty w Muzeum Auschwitz. Dowiedziałem się wówczas, że jestem „łajdakiem” i „kanalią”.

Dziwne to, ponieważ nawet jeden z prawicowych portali historycznych potwierdził przytoczone przeze mnie dane. Czytamy na nim, że szacunki podające od 1 do 1,7 mln deportowanych „obarczone były tym samym błędem. Powstawały na bazie cząstkowych danych, głównie relacji samych deportowanych, którzy nie mieli całościowego oglądu represji i wyolbrzymiali ich skalę (…). Protestujący przeciwko «nowym» (już ponad dwudziestoletnim) ustaleniom zdają się uważać, że redukcja liczby deportowanych pomniejsza i bagatelizuje ich tragedię. Takie myślenie trzeba stanowczo odrzucić. Licytacja na represjonowanych, zmarłych i zabitych do niczego nie prowadzi, a wykreślenie z prac historycznych nieistniejących ofiar w żaden sposób nie wymazuje z naszej pamięci gehenny setek tysięcy zesłańców. Prawda zaś nie może być antypolska”[2].

Niby proste, ale całkowicie niezrozumiałe dla atakujących mnie. Sądzę, że znajdują się oni pod wpływem przekazu medialnego, który jest inspirowany polityką historyczną IPN. Na stronie internetowej IPN czytamy bowiem, że „według szacunków władz RP na emigracji, w wyniku wywózek zorganizowanych w latach 1940–1941 do syberyjskich łagrów trafiło około milion osób cywilnych, choć w dokumentach sowieckich mówi się o 320 tys. wywiezionych”[3]. Jest to pokłosie stanowiska tragicznie zmarłego prezesa IPN Janusza Kurtyki, który stwierdził, że chociaż IPN-owski projekt „Indeks Represjonowanych” doprowadził do ustalenia liczby około 320 tys. obywateli II RP deportowanych z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941, to „nadal liczba ta jest podważana przez część historyków, piszących o 700 tysiącach – milionie deportowanych”[4]. Są to głównie historycy z IPN, jak np. Piotr Szubarczyk – autor książki „Czerwona apokalipsa”, albo skrajni antykomuniści, jak Roger Moorhouse – autor książki „Pakt diabłów”.

Jednak w wydanej przez IPN w 2009 roku publikacji „Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami” (353 strony), pod redakcją profesorów Wojciecha Materskiego i Tomasza Szaroty, stwierdzono, że liczba ofiar śmiertelnych pod okupacją radziecką w latach 1939-1941, a także w okresie 1944-1945 wyniosła około 150 tys. obywateli polskich (Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Ormian, Żydów i in.). Liczba ta obejmuje ofiary zbrodni katyńskiej z 1940 roku (21768 ofiar), masakr więziennych NKWD w 1941 roku (20-30 tys. ofiar), ofiary innych aktów terroru, więzień, obozów karnych i obozów pracy, a także zmarłych w wyniku deportacji do Kazachstanu i na Syberię[5]. Z tego szacunku ofiar śmiertelnych okupacji radzieckiej – podanego w publikacji IPN – wynika, że nie mogło zginać 900 tys. spośród 1-1,7 mln obywateli II RP, którzy mieli być deportowani w głąb ZSRR.

Kwestionujący liczbę 320 tys. deportowanych z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941 nie odpowiadają na podstawowe pytanie, jakie od razu się nasuwa: po co NKWD miałoby fałszować własną dokumentację wewnętrzną? Ujawnienie dokumentów NKWD dotyczących ilości deportowanych w głąb ZSRR obywateli II RP doprowadziło w środowisku wojującego antykomunizmu i rusofobii do poważnych dysonansów poznawczych, których nie powinno być wśród normalnych historyków.

Np. brytyjski historyk Halik Kochanski w książce „Orzeł niezłomny. Polska i Polacy podczas II wojny światowej” (Dom Wydawniczy „Rebis”, Poznań 2013) pisze, że „Najpowszechniej podawanymi liczbami było 220 tysięcy cywilów wywiezionych w lutym 1940 r., 320 tysięcy w kwietniu 1940 r., 240 tysięcy w czerwcu 1940 r. i 200-300 tysięcy w czerwcu 1941 r. Łączna liczba około miliona wywiezionych była przyjmowana przez wiele lat. Jednak ostatnie badania oparte na danych z radzieckich archiwów pozwoliły zakwestionować tę liczbę. Opracowanie z 1997 r. oparte na dokumentach samego NKWD mówi o 140 tysiącach wywiezionych w lutym 1940 r., 60 tysiącach w kwietniu 1940 r., 80 tysiącach w czerwcu 1940 r. i 40 tysiącach w czerwcu 1941 r. Razem daje to 320 tysięcy wywiezionych – i tak ogromną liczbę. Podobne dane podano w opracowaniu opublikowanym w roku 2000, którego autorzy określają liczbę wywiezionych na 309-327 tysięcy”[6].

Żeby jednak uniknąć linczu ze strony „polskich patriotów” Kochanski robi następujące zastrzeżenie: „Naukowcy wciąż badają radzieckie archiwa i po dokładniejszych badaniach demograficznych oraz analizie danych dotyczących późniejszych deportacji liczba wywiezionych ponownie jest weryfikowana wzwyż. Choć nie osiąga ona szacunku rządu polskiego na uchodźstwie, wydaje się obecnie prawdopodobne, że w latach 1940-1941 wywiezionych zostało przynajmniej 500 tysięcy obywateli polskich. W tej liczbie 52 procent stanowili Polacy, 30 procent Żydzi, a około 18 procent Ukraińcy i Białorusini. Wszyscy oni w tym rozdziale uznawani będą za Polaków”[7].

Ja w przeciwieństwie do Kochanskiego uważam jednak, że Żydzi, Ukraińcy i Białorusini to nie Polacy. Po przeczytaniu jego wywodu nasuwa mi się tylko jedno pytanie: to w końcu co wynika z dokumentacji NKWD – że deportowano 320 czy 500 tys.? Poza tym jeśli Polaków było 52 proc. wśród zawyżonej przez autora w stosunku do źródeł liczby 500 tys. deportowanych obywateli II RP, to liczba wywiezionych Polaków wynosi 260 tys. Tak czy owak nie milion albo więcej.

Liczba 320 tys. obywateli II RP deportowanych z Kresów Wschodnich w głąb ZSRR od lutego 1940 do czerwca 1941 roku w jakikolwiek sposób nie neguje zbrodniczego charakteru polityki stalinowskiej wobec Polaków. Tak samo jak obniżenie liczby ofiar KL Auschwitz z 4 mln do 1,1 mln, liczby ofiar KL Lublin (Majdanek) z 250 tys. do 79 tys., czy liczby ofiar ośrodka zagłady w Chełmnie nad Nerem z 380 tys. do 200 tys. w niczym nie neguje ludobójczego charakteru polityki hitlerowskiej wobec Żydów, Polaków i innych narodowości. Naukowa weryfikacja pierwotnych danych – które były ustalane bez dostępu do źródeł, pod wpływem szoku spowodowanego przeżyciami wojennymi i z jedynie ogólną świadomością ogromu ofiar – jest rzeczą zupełnie normalną. Zwłaszcza w naukach historycznych.

Nie jest jednak rzeczą normalną dla polskiej prawicy, która w takiej weryfikacji od razu widzi polityczny spisek i podstępną rękę rosyjskiej lub niemieckiej agentury. Do dzisiaj w tym środowisku funkcjonuje niewielka grupka osób, która oprawiła w ramki liczbę 4 mln ofiar KL Auschwitz, jej naukową weryfikację uznaje za spisek niemiecki i wytrwale poszukuje dowodów na potwierdzenie swoich racji. Niestety wciąż nie może ich znaleźć. Znacznie gorzej jest jednak z próbą naukowej weryfikacji liczby ofiar stalinizmu, która zawsze wywołuje natychmiastową reakcję rzesz ofiar polityki historycznej IPN i PiS. Jedynym źródłem, z którego te ofiary czerpią swoją wiedzę jest propagandowa papka medialna oraz publikacje w stylu „Czarnej księgi komunizmu”.

Ofiary lansowanej w Polsce polityki historycznej są żywym dowodem tego, że polityka ta ma na celu uformowanie ludzi całkowicie niezdolnych do najprostszego myślenia krytycznego, wierzących w propagandowe formułki, traktujących tę wiarę jak wyznanie religijne oraz popadających w coraz większy fanatyzm. Jednakże tacy ludzie zawsze poniosą klęskę polityczną. Nie mam również wątpliwości, że klęskę poniesie obóz polityczny, który z rzesz bezmyślnych fanatyków uczynił swoje zaplecze.

[1] S. Ciesielski, „Deportacje obywateli polskich w głąb Związku Radzieckiego w latach 1940-1941”, http://www.sybir.com.pl, strona Muzeum Pamięci Sybiru (oddział Muzeum Wojska) w Białymstoku, dostęp 12.09.2017.

[2] R. Sidorski, „Stalin wcale nie wywiózł na Sybir milionów Polaków. Jakie są prawdziwe liczby i dlaczego trzeba o nich mówić?”, http://www.ciekawostkihistoryczne.pl, 20.03.2017.

[3] „Na nieludzką ziemię – sowieckie deportacje Polaków na Sybir”, http://www.ipn.gov.pl, strona Instytutu Pamięci Narodowej, dostęp 12.09.2017.

[4] Cyt. za: P. Szubarczyk, „Ilu Polaków Sowieci wywieźli?”, http://www.naszdziennik.pl, strona „Naszego Dziennika”, 10.02.2010.

[5] W. Materski, T. Szarota (red.), „Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami”, Warszawa 2009.

[6] Cyt. za: „Wstrząsające warunki życia Polaków deportowanych na Syberię i do Kazachstanu”, http://www.nowahistoria.interia.pl, 10.02.2014.

[7] Tamże.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 września 2017 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2155/56), 24.09-1.10.2017, s. 16

Barbarzyństwo

„Wystarczyło kilka minut, by mauzoleum żołnierzy radzieckich w Trzciance (woj. wielkopolskie) zamieniło się w kupę gruzu. W piątek na plac Pocztowy wjechały koparki i, mimo sprzeciwu Rosjan, wyburzyły lokalny symbol komunizmu” – cieszy się portal tvn24.pl[1].

„Wydarzenie wzbudziło wielkie zainteresowanie wśród mieszkańców. Ludzie stawali, kręcili filmy, robili zdjęcia i komentowali (…). – Bardzo dobrze, cieszę się, że tego doczekałem. Ostatni bastion komunizmu padł na pysk – nie krył radości Józef Janowicz” – czytamy dalej na portalu tvn24.pl. Kto ów Józef Janowicz, nie wiadomo. Domyślam się, że miejscowy „patriota”, bo raczej nie intelektualista.

Mauzoleum w Trzciance – jedno z najokazalszych upamiętnień żołnierzy radzieckich w Polsce – było przez kilkadziesiąt lat uznawane za cmentarz wojenny. Przestało być jednak za takowe uważane, kiedy burmistrz Trzcianki Krzysztof Czarnecki (PiS) zlecił badania archeologiczne. Badania te – przeprowadzone w „ostatnich tygodniach”, jak czytamy w relacji portalu tvn24.pl – wykazały, że pod mauzoleum nie ma rzekomo żadnych zwłok. Wówczas wojewoda wielkopolski (także z PiS) wykreślił obiekt z ewidencji grobów i cmentarzy wojennych, zmieniając jego stan prawny na pomnik. Następnie burmistrz Czarnecki zlecił jego natychmiastową rozbiórkę na mocy ustawy dekomunizacyjnej. Wyniki badań archeologicznych kwestionuje ambasada rosyjska, która wydała oświadczenie protestujące przeciw działaniom samorządu Trzcianki jako sprzecznym z rosyjsko-polską umową międzyrządową z 1994 roku o grobach i miejscach pamięci ofiar wojen i represji.

„Według dokumentów posiadanych przez Ambasadę pod mauzoleum nadal znajdują się groby żołnierzy Armii Czerwonej, co nadaje jeszcze bardziej nieprawny i niemoralny charakter akcji jego zburzenia” – napisała w oświadczeniu ambasada Rosji. Samorząd Trzcianki stoi na stanowisku, że szczątki żołnierzy radzieckich „prawdopodobnie przeniesiono na cmentarz w 1953 roku”. Nie ma jednak żadnych dokumentów potwierdzających przeprowadzenie takiej ekshumacji i nie wiadomo gdzie na miejscowym cmentarzu mieliby być pochowani żołnierze radzieccy. „Sprawdzają to pracownicy Muzeum Ziemi Nadnoteckiej” – informuje portal tvn24.pl.

Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Trzciance zburzone 8 września 2017 roku

Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Trzciance zburzone 8 września 2017 roku

Obok artykułu o zburzeniu mauzoleum w Trzciance portal tvn24.pl zamieścił – zapewne nieprzypadkowo – artykuł pt. „Mąż sprzedał Zofię Sowietom za wódkę, ratowali ją polscy żołnierze. I za to zginęli od kul w tył głowy”[2]. Widziałem ten tekst już kilkanaście razy w ciągu ostatnich pięciu lat na różnych portalach. Opisuje on zresztą wydarzenie, które miało mieć miejsce dwa lata po wojnie, a nie podczas wyzwalania Polski. Ten i inne podobne mu teksty oraz pojawiające się ostatnio jak grzyby po deszczu książki o „sowieckich gwałtach i grabieżach” są częścią kampanii propagandowej mającej uzasadnić to, co czyni się w Polsce z upamiętnieniami walk Armii Czerwonej z Niemcami hitlerowskimi w latach 1944-1945[3].

Niestety, ani portal tvn24.pl, ani żadne z innych mediów polskich nie poinformowały jakie krzywdy wyrządzili żołnierze radzieccy Polakom w Trzciance. Ano takie, że dzięki tym żołnierzom radzieckim Trzcianka – która w wyniku pierwszego rozbioru Polski znalazła się pod zaborem pruskim – ponownie po 173 latach stała się Trzcianką. W 1945 roku nazywała się bowiem Schönlanke i była miasteczkiem w stu procentach niemieckim, leżącym na terenie niemieckiej Prowincji Grenzmark Posen-Wetspreußen. To „Sowieci” przywrócili ją Polsce i dzisiaj leży w województwie wielkopolskim.

Zastanawiam się jak nazwać to, co stało się w Trzciance i stanie się wkrótce w dziesiątkach innych polskich miejscowości. Przychodzi mi na myśl tylko jedno słowo: barbarzyństwo. Barbarzyństwo wobec historii, wobec uczuć narodu rosyjskiego oraz wobec obecnych i przyszłych pokoleń Polaków.

Nigdzie poza Polską, pomajdanową Ukrainą – odwołującą się do tradycji banderowskiej – oraz państwami bałtyckimi, w których rządzą szowiniści będący niejednokrotnie epigonami kolaborantów z III Rzeszą, nie burzy się pomników upamiętniających żołnierzy radzieckich poległych w walkach z Niemcami, czyli upamiętniających pokonanie Niemiec hitlerowskich w drugiej wojnie światowej.

W mojej pamięci głęboko utkwił obraz pieczołowicie utrzymanego mauzoleum i cmentarza żołnierzy radzieckich w miejscowościach Svidnik na Słowacji. Spoczywa na nim 9 tys. spośród co najmniej 27 tys. żołnierzy radzieckich poległych w czasie operacji dukielsko-preszowskiej (8 września-30 listopada 1944). Ogromny monument został wzniesiony w 1954 roku w stylu tamtego okresu. Są tam czerwone gwiazdy, są godła ZSRR, są potężne rzeźby żołnierzy radzieckich, są płaskorzeźby w stylu socrealizmu. Wszystko starannie utrzymane. Nikomu na Słowacji nie przyszłoby do głowy, żeby to zburzyć. Co roku odbywają się pod tym pomnikiem – noszącym oficjalną nazwę Pomnika Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim – uroczystości z udziałem władz słowackich, upamiętniające operację dukielsko-preszowską, od której zaczęło się wyzwolenie Czechosłowacji.

Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim w Svidniku na Słowacji

Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim w Svidniku na Słowacji

We wsi Kapišová, przy drodze ze Svidnika do Barwinka, jest też niezwykły pomnik, na którym zastygły w walce dwa czołgi: radziecki T-34 z czerwoną gwiazdą i niemiecki PzKpfw IV z czarnym krzyżem. W tej samej miejscowości – w tzw. „dolinie śmierci” – stoją dwa T-34 z czerwonymi gwiazdami, a pomiędzy nimi znajduje się samotna mogiła czerwonoarmisty. Pomniki, których elementami są radzieckie czołgi można spotkać przy całej trasie ze Svidnika do Barwinka, liczącej 20 km. We wsi Nižný Komárnik, po słowackiej stronie Przełęczy Dukielskiej, znajdują się też radzieckie działa przeciwlotnicze i samolot szturmowy Ił-2 z czerwonymi gwiazdami. Dobrze utrzymane są nie tylko pomniki upamiętniające udział wojsk radzieckich w operacji dukielsko-preszowskiej, czechosłowacki cmentarz wojenny i memoriał w miejscowości Vyšný Komárnik, ale także niemiecki cmentarz wojenny w miejscowości Hunkovce.

Pomnik we wsi Kapišova na Słowacji

Pomnik we wsi Kapišova na Słowacji

Cmentarz żołnierzy niemieckich w Hunkovcach na Słowacji

Cmentarz żołnierzy niemieckich w Hunkovcach na Słowacji

Tak samo jest w Czechach i na Węgrzech, mimo przecież też niełatwych doświadczeń historycznych tych krajów z ZSRR. Wszędzie tam pieczołowicie dba się o „sowieckie pomniki”, które „pozostały w spadku po komunizmie”, jak głosi popularna w Polsce formułka propagandowa.

W centrum Wiednia na Schwarzenbergplatz stoi Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej, odsłonięty 19 sierpnia 1945 roku. Upamiętnia on 41 tys. żołnierzy radzieckich, którzy zginęli w czasie operacji wiedeńskiej (16 marca-13 kwietnia 1945). Pomnik ten ma kształt wyniosłej, smukłej kolumny marmurowej o wysokości 20 metrów, na której stoi 12-metrowy posąg z brązu, przedstawiający wyprostowanego żołnierz radzieckiego w złotym hełmie i z pepeszą. W prawej ręce żołnierz trzyma sztandar bojowy Armii Czerwonej, a w lewej pokaźnych rozmiarów godło ZSRR. Na cokole umieszczono rozkaz bojowy Stalina po rosyjsku oraz napis po rosyjsku i niemiecku, który głosi: „Pomnik ku chwale żołnierzy Armii Radzieckiej, którzy wyzwolili Austrię od faszyzmu. Kwiecień 1945”. Pomnik jest otoczony kolumnadą z 26 kolumn o wysokości 8 metrów oraz inskrypcją na belkowaniu: „Wieczna chwała bohaterom Armii Czerwonej, którzy polegli w walce z niemieckim faszystowskim najeźdźcą o wolność narodów Europy”. Jest to najokazalsze upamiętnienie żołnierzy radzieckich w Europie poza Rosją.

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-posąg żołnierza z godłem ZSRR

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-posąg żołnierza z godłem ZSRR

W ostatnich latach Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu był kilkakrotnie dewastowany przez nieznanych sprawców – neonazistów, albo licznie mieszkających w stolicy Austrii Czeczeńców, albo przybyszów z pomajdanowej Ukrainy, a może i nawet „polskich patriotów”. Zawsze jednak spotykało się to ze zdecydowanym potępieniem władz austriackich. Po zakończeniu okupacji Austrii przez cztery mocarstwa sojusznicze w 1955 roku żaden rząd austriacki – nawet w okresie nasilania się „zimnej wojny” – nie uznał tego pomnika za symbol „sowieckiego zniewolenia” mimo, że Austriacy nie mają powodów, żeby dobrze wspominać okupację radziecką Wiednia, Dolnej Austrii i Burgenlandu z lat 1945-1955. Elity polityczne Austrii rozumieją bowiem, że pomnik ten upamiętnia zwycięstwo koalicji antyhitlerowskiej nad Niemcami i wyzwolenie Austrii spod nazizmu. Zwycięstwo, które było w znaczącej mierze zasługą ZSRR. Polityczna świadomość tego faktu ma dla władz austriackich większe znaczenie od pretensji związanych z powojenną okupacją, zasłużoną zresztą przez Austriaków.

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-cokół z treścią rozkazu Stalina w języku rosyjskim

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-cokół z treścią rozkazu Stalina w języku rosyjskim

Tak samo zresztą niemieckie elity polityczne traktują Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten. Na pomniku tym też widnieją złote godła ZSRR i Armii Czerwonej oraz napisy, których treść przyprawiłaby polską prawicę o atak szału. Czy pani kanclerz Merkel uważa ten pomnik za „symbol zniewolenia” i „niechlubny spadek po komunizmie”? A może czuje się przez ten pomnik zniewolona? Nie, pani kanclerz Merkel buduje z Rosją kolejne gazociągi. Pomniki upamiętniające wkład Armii Czerwonej w zwycięstwo nad III Rzeszą znajdują się też we Frankfurcie nad Odrą, Pradze, Brnie, Ostrawie, Bratysławie, Budapeszcie i Sofii. Wszędzie tam uważa się, że są to pomniki ku czci żołnierzy jednej z armii koalicji antyhitlerowskiej, a nie „pomniki ku chwale komunizmu”.

Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten

Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten

Również w Norwegii znajdują się pomniki upamiętniające wyzwolenie przez Armię Czerwoną prowincji Finnmark jesienią 1944 roku. Nie można powiedzieć, że są one symbolem jakiegoś zniewolenia, ponieważ Norwegia nie była po wojnie ani okupowana przez ZSRR, ani nie znalazła się w radzieckiej strefie wpływów. Są one wyrazem wdzięczności Norwegów za wyzwolenie spod okupacji niemieckiej. We wszystkich tych państwach rozumie się znaczenie zwycięstwa koalicji antyhitlerowskiej nad III Rzeszą i znaczenie wyzwolenia spod okupacji niemieckiej przez wojska radzieckie.

Nie mogą tego jednak zrozumieć decydenci polityczni w Polsce – kraju, który w przeciwieństwie do Austrii, Czech, Słowacji, Norwegii czy Węgier został skazany przez Niemcy hitlerowskie na zagładę. Nie potrafią albo nie chcą zrozumieć tego, że okupacja niemiecka oznaczała dla narodu polskiego zagładę biologiczną, a Polska Ludowa nie. Nie potrafią albo nie chcą oddzielić faktu wyzwolenia Polski spod okupacji niemieckiej przez wojska radzieckie od polityki Stalina wobec Polski, także tej z lat 1939-1941. Nie rozumieją, że głosząc tezę o rzekomym przegraniu przez Polskę drugiej wojny światowej wypisują Polskę z koalicji antyhitlerowskiej i zapisują ją do satelitów III Rzeszy. Nie rozumieją, że głosząc, iż Polska Ludowa była podobno „kolonią sowiecką” podważają prawnomiędzynarodowe podstawy istnienia dzisiejszej Polski. Nie rozumieją znaczenia, jakie dla Rosjan ma pamięć o ofiarach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, w tym poległych żołnierzach radzieckich i że raniąc tę pamięć wykopują rów nie do zasypania pomiędzy narodami polskim i rosyjskim. A może świadomie chcą ten rów wykopać?

Decydenci polityczni w Polsce zachowują się tak jakby Rosja już nie istniała albo miała zaraz przestać istnieć. Nie zastanawiają się jakie skutki przyniosą ich działania dla stosunków nie pomiędzy państwami, ale pomiędzy narodami polskim i rosyjskim. Nie obchodzi ich jak będą wyglądać relacje przyszłych pokoleń Polaków i Rosjan w sytuacji, gdy zostaje boleśnie ugodzone jedno z najwrażliwszych miejsc rosyjskiej pamięci narodowej.

Czasem mam wrażenie, że władze w Polsce sprawują jacyś ekstremiści albo troglodyci, którzy nie rozumieją nic z polskiej i światowej historii. Podejrzewam też w tym wszystkim rękę obcą. Traktowanie działań wojennych Armii Czerwonej w Europie w latach 1944-1945 jako „podboju” i „zniewolenia” to jest przecież narracja historyczna najbardziej skrajnych sił politycznych w Niemczech i na Ukrainie. Widzę tutaj zatem realizację celów niemieckiej i ukraińskiej polityki historycznej. Niemcom, podejmującym wielkie projekty gospodarcze z Rosją, pewnych rzeczy robić nie wypada i być może właśnie te rzeczy robią za nich polscy podwykonawcy polityczni. Nie są też dla nikogo tajemnicą zażyłe stosunki z nacjonalistami ukraińskimi, jakie utrzymują od ponad ćwierć wieku postsolidarnościowe siły polityczne, a jakie przed 1989 rokiem utrzymywała ówczesna opozycja polityczna w PRL. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że niemały wpływ na skrajnie antyrosyjską politykę Warszawy, w tym politykę historyczną, muszą mieć ukraińskie środowiska nacjonalistyczne w Polsce i za granicą.

Nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że takie działania jak te w Trzciance mają charakter prowokacji obliczonej na całkowite zniszczenie stosunków polsko-rosyjskich. Być może ci prowokatorzy liczą na to, że Rosja w odwecie zburzy polskie mauzoleum w Katyniu. Doprowadzenie do takiej sytuacji jest chyba ukrytym celem obozu politycznej rusofobii w Polsce. Bo jeżeli jedna prowokacja nakręca drugą, jeszcze bardziej radyklaną, to jaki inny można z tego wyciągnąć wniosek?

Polityka musi mieć jakiś cel. Tymczasem polityka prowadzona przez obecną władzę nie ma celu żadnego. Sprowadza się ona do systematycznego pogarszania stosunków z Rosją i Niemcami oraz groźnego prężenia amerykańskich muskułów. Najprawdopodobniej decydenci polityczni w Polsce nie biorą przy tym pod uwagę tego, że za napinanie muskułów amerykańskich trzeba będzie USA zapłacić niemałą cenę, ponieważ mocarstwo to niczego nie robi bezinteresownie. Największe korzyści polityczne z antyrosyjskiej obsesji Warszawy – oprócz USA – wyciąga pomajdanowa Ukraina. Status Polski jako kraju nieustannie skłóconego z Niemcami i Rosją i zarazem niewiele znaczącego na arenie międzynarodowej jest z punktu widzenia interesów politycznych Kijowa rozwiązaniem najbardziej optymalnym. Ciągłe prowokowanie Rosji w pewnym momencie przekroczy jednak masę krytyczną i doprowadzi do sytuacji, od której nie będzie odwrotu.

Prof. Andrzej Friszke w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej” stwierdził, że polityka historyczna PiS jest zupełnie niezrozumiała poza granicami Polski, a w kraju służy wykluczaniu różnych środowisk i tradycji. Natomiast rozpoczęta przez rząd PiS wojna propagandowa w sprawie reparacji wojennych od Niemiec, nie mieści się w kategorii polityki historycznej[4].

Dodam, że również „wojna pomnikowa” z Rosją nie mieści się w ramach jakiejkolwiek polityki historycznej. To są działania polityczne obliczone na konfrontację, która nie wiadomo czemu ma służyć i do czego zmierzać.

Polska obecna coraz bardziej przypomina Ugandę pod rządami Idi Amina Dada (1971-1979), który ogłosił się feldmarszałkiem i „zdobywcą Imperium Brytyjskiego” oraz doprowadził do konfliktu z niemal wszystkimi sąsiadami, że o Cesarstwie Środkowoafrykańskim (1976-1979) Jeana-Bedela Bokassy nie wspomnę.

[1] W kilka minut zburzyli radzieckie mauzoleum. „Ostatni bastion komunizmu padł na pysk”, http://www.tvn24.pl, 9.09.2017.

[2] „Mąż sprzedał Zofię Sowietom za wódkę, ratowali ja polscy żołnierze. I za to zginęli od kul w tył głowy”, http://www.tvn24.pl, 15.06.2017.

[3] Np. Stanisław M. Jankowski, „Dawaj czasy! Czyli wyzwolenie po sowiecku”, Dom Wydawniczy „Rebis”, Poznań 2017. W reklamie tej książki na portalu księgarni Empik czytamy m.in.: „Żołnierze AK przyjęli ich jak sojuszników – oni potraktowali ich jak wrogów: kulą w głowę lub uwięzieniem. Przez cywilów byli witani kwiatami i chlebem – tyle że oni chcieli zegarków, wódki oraz kobiet. Biada tym, którzy odmówili…”, http://www.empik.com, 11.04.2017.

[4] J. Nizinkiewicz, „Friszke: samobójcza polityka historyczna PiS”, http://www.rp.pl, portal dziennika „Rzeczpospolita”, 10.09.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 11 września 2017 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2155/56), 24.09-1.10.2017, s. 6-7

Dekomunizacja Sendlerowej?

Narodowy Bank Polski nie chce wyemitować okolicznościowej monety, upamiętniającej 10. rocznicę śmierci Ireny Sendlerowej[1]. Jest to kolejna zdumiewająca decyzja obecnej władzy po zapowiedzi odradzania zagranicznym dziennikarzom wizyt w Muzeum Auschwitz, z którą wystąpił zdymisjonowany już prezes Polskiej Organizacji Turystycznej. Rodzi się pytanie – czy w końcu PiS chce walczyć ze stereotypem antysemickiej Polski, oskarżanej przez Grossa i Grabowskiego o udział w zagładzie Żydów, czy nie? Bo co innego mówi w tej sprawie senator Jan Żaryn, a co innego robi np. prezes NBP – „niezłomny prawicowiec” Adam Glapiński.

Domyślam się dlaczego Sendlerowa mogła nie przypaść do gustu prezesowi Glapińskiemu. Nie podejrzewam go o antysemityzm. Wiem natomiast, że jest radykalnym antykomunistą. No a Irena Sendlerowa była długoletnią członkinią Związku Polskiej Młodzieży Demokratycznej i PPS (do 1948 r.) oraz PZPR (1948-1968). A czy dla „niezłomnego prawicowca” może być coś gorszego od czyjegoś członkostwa w PZPR? Dla „niezłomnego prawicowca” członkostwo w PZPR przekreśla wszystko – nieważne co człowiek zrobił dla kraju i nieważne, że Sendlerowa była po wojnie wielokrotnie przesłuchiwana przez UB i tylko przez przypadek uniknęła aresztowania.

Członkowie PZPR byli jednak różni. Jedni dopuszczali się zbrodni i przestępstw, a inni pracowali jak najlepiej umieli na rzecz odbudowy i rozwoju kraju. Jedni wspierali sowietyzację, a inni rozumieli polskie sprawy i działali na rzecz polskiej racji stanu. Jedni wstępowali dla kariery, inni z konformizmu, a chyba najmniej zaliczało się tam do ideowych ludzi lewicy. Sendlerowa była właśnie autentycznym, ideowym człowiekiem lewicy. Najbardziej znana jest z tego, że podczas okupacji niemieckiej uratowała około 2,5 tys. dzieci żydowskich, w czym zresztą dopomógł jej m.in. Jan Dobraczyński – pisarz katolicki, związany przed wojną ze Stronnictwem Narodowym i ONR ABC, a po wojnie działacz Stowarzyszenia PAX i przewodniczący PRON, czyli dla obecnej władzy też „zdrajca”.

Jednakże to nie było jedyne pole działalności Ireny Sendlerowej. W latach 1932-1939 pracowała w Sekcji Opieki nad Matką i Dzieckiem Obywatelskiego Komitetu Pomocy Społecznej Wolnej Wszechnicy Polskiej, a od 1935 roku także w Wydziale Opieki Społecznej i Zdrowia Zarządu Miejskiego m.st. Warszawy. Została tam kierowniczką Referatu do Walki z Włóczęgostwem, Żebractwem i Prostytucją. Pracę w opiece społecznej kontynuowała też w PRL, gdzie doszła do stanowiska dyrektora departamentu w Ministerstwie Zdrowia i Opieki Społecznej. Przed wojną zajmowała się m.in. obroną bezrobotnych i biednych przed eksmisjami na bruk oraz pomocą prawną, psychologiczną i materialną dla ludzi wykluczonych społecznie, a więc rzeczami zupełnie niezrozumiałymi dla współczesnych neoliberałów, którzy uważają, że biedni i wykluczeni sami są winni swojej biedy i wykluczenia. Neoliberalizm gospodarczy jest przecież bliski obecnemu prezesowi NBP, który był nie tylko współzałożycielem Porozumienia Centrum, ale także warszawskiego oddziału Kongresu Liberalno-Demokratycznego i ministrem w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego w 1991 roku.

Należy dodać, że „niezłomnej prawicy” nie są obce tendencje do eksponowania postaci Sendlerowej jako przykładu polskiej postawy wobec losu Żydów podczas drugiej wojny światowej. W takim duchu pisał o niej m.in. tygodnik „Niedziela”, zatajając co prawda, że była człowiekiem lewicy[2]. Niemal za swoją uznała ją na Facebooku strona o nazwie „Antykomuna” – prezentująca skrajne treści antykomunistyczne i antylewicowe oraz ślepo gloryfikująca „żołnierzy niezłomnych”. Zwróciłem im uwagę na to, żeby nie afiszowali się Sendlerową, bo ona – socjalistka i długoletnia członkini PZPR – pewnie by sobie tego nie życzyła. W odpowiedzi spotkałem się oczywiście z agresją. Być może też nie życzyłaby sobie uhonorowania monetą NBP przez obecną władzę, która wszystko i wszystkich „dekomunizuje”, tzn. wymazuje pół wieku polskiej historii.

[1] A. Rogal, NBP odpowiada, czemu nie chce monety z Sendlerową: w 2009 r. byli już „Polacy ratujący Żydów”, http://www.tokfm.pl, 6.09.2017.

[2] S. Błaut, Egzamin z człowieczeństwa, „Niedziela” nr 21/2008, s. 35.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 września 2017 r.

W marszu z Banderą

24 sierpnia w Kijowie – z okazji święta niepodległości Ukrainy – odbyła się coroczna parada wojskowa. W tym roku wzięło w niej udział 4,5 tys. żołnierzy ukraińskich oraz 231 żołnierzy z 10 państw, z których osiem należy do NATO: USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Polski, Rumunii, Litwy, Łotwy, Estonii, Mołdawii i Gruzji. Oprócz szefa Pentagonu Jamesa Mattisa do Kijowa przyjechali ministrowie obrony Czarnogóry, Estonii, Gruzji, Litwy, Łotwy, Mołdawii, Polski i wiceminister obrony Wielkiej Brytanii[1].

Przed tym wydarzeniem pojawiły się informacje, że podczas parady w Kijowie odegrany zostanie marsz (hymn) Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i 29 polskich żołnierzy z 21. Brygady Strzelców Podhalańskich będzie maszerować do muzyki tego marsza[2]. Ostatecznie marsz OUN nie został odegrany, ale polski oddział maszerował na tle czerwono-czarnych flag OUN-Banderowców i razem z oddziałami ochotniczymi wywodzącymi się z Prawego Sektora. Jeden z defilujących oddziałów ukraińskich otrzymał na paradzie imię Jewhena Konowalca – twórcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, odpowiedzialnego za terrorystyczne działania wobec Polski w latach 30. XX wieku.

Minister obrony narodowej Antoni Macierewicz – gość honorowy kijowskiej parady – tego dyskretnie nie widział. Nie zauważył też, że odbierał defiladę organizacji paramilitarnych i politycznych Ukrainy z czerwono-czarnymi sztandarami upowskimi i portretami Stepana Bandery. To wszystko w żaden sposób mu nie przeszkadzało. Po zakończeniu parady minister Macierewicz spotkał się ze swoim odpowiednikiem Stepanem Połtorakiem oraz prezydentem Poroszenką i zadeklarował jednostronne wsparcie polityczne i wojskowe Polski dla Ukrainy. Pozwolił sobie przy tym na następujące stwierdzenia, które zacytowała służba prasowa administracji prezydenta Poroszenki: „Europa bez Ukrainy nie będzie pełnowartościowa ani w sensie politycznym, ani gospodarczym, ani wojskowym. Polska jest i pozostanie razem z Ukrainą, ponieważ wasz kraj broni Europy. (…) to na Ukrainę spada dzisiaj główny ciężar obrony Europy przed barbarzyństwem, które grozi całej Europie, ale przede wszystkim flance wschodniej”[3].

Są to twierdzenia całkowicie oderwane od rzeczywistości, których wypowiadanie nie przystoi członkowi rządu. Dowodzą one tylko, że polityka wschodnia prowadzona przez PiS i popierana przez opozycję liberalną nie ma żadnego celu, bo nie można za takowy uznać wykonywania zaleceń Starszego Brata zza Oceanu Atlantyckiego.

Polityka musi mieć jakiś cel – słuszny lub fałszywy. Jednakże tego, co robią Macierewicz i reszta jego obozu politycznego względem Ukrainy nie można nazwać polityką. To jest z jednej strony żyrowanie w ślepo wszystkiego co zrobi pomajdanowa władza w Kijowie, a z drugiej strony dążenie do budowania siły Ukrainy polskim kosztem i polskim wysiłkiem. Gdyby Polska prowadziła wobec Ukrainy politykę, tzn. zamiast wykonywać instrukcje płynące z ambasady USA przyjęłaby za punkt odniesienia swoją rację stanu, to jednostronne deklarowanie wobec Kijowa wsparcia politycznego, wojskowego i gospodarczego nie mogłoby mieć miejsca bez rozwiązania kwestii spornych, np. w dziedzinie polityki historycznej czy blokowania przez Ukrainę eksportu polskiego mięsa.

Żeby odpowiedzieć na pytanie jak powinna wyglądać polska suwerenna polityka wobec Ukrainy, trzeba zadać sobie pytanie jaki jest polski suwerenny interes na Wschodzie. Zgadzam się, iż w interesie Polski leży, żeby pomiędzy Polską a Rosją istniała strefa buforowa w postaci Ukrainy. Ale równocześnie w interesie Polski leży też, żeby na Ukrainie nie było renesansu banderowskiego oraz żeby Ukraina była słaba i trwale skonfliktowana z Rosją, a więc taka jak obecnie. Tymczasem minister Macierewicz deklaruje coś wręcz przeciwnego, a mianowicie polskie wsparcie dla budowania siły państwa, które odwołuje się do antypolskiej ideologii szowinistycznej, wskrzesza jej upiory i gloryfikuje sprawców ludobójstwa na narodzie polskim. Czyli państwa, które wcale nie rokuje nadziei na wzajemnie przyjazne ułożenie stosunków teraz i w przyszłości.

Ponadto poważny polityk suwerennego państwa nigdy nie nazwałby „barbarzyństwem” poważnego i liczącego się mocarstwa, nigdy nie mówiłby publicznie, że ze strony tego mocarstwa grozi Europie jakieś niebezpieczeństwo, nawet gdyby to była prawda i nigdy nie nazwałby oficjalnie swojego kraju „flanką wschodnią”.

W Kijowie, inaczej niż w Warszawie, potrafią myśleć w kategoriach racji stanu i tam wiedzą, że w interesie Ukrainy leży Polska trwale skonfliktowana z Niemcami i Rosją oraz skłócona wewnętrznie, którą można wykorzystywać do realizacji własnych celów politycznych i przeciwko której można będzie w przyszłości wystąpić np. w sojuszu z Niemcami. Takie cele polityki Kijowa wspiera silne lobby ukraińskie, które ma wpływy i w PiS, i w PO, i w różnych mediach. Narracja tego lobby jest traktowana przez polski mainstream polityczny poważnie i co najgorsze – jest przedstawiana społeczeństwu jako obiektywny polski punkt widzenia. Postsolidarnościowy mainstream polityczny przyjął narrację lobby ukraińskiego za swoją własną i uważa ją za realny opis rzeczywistości. Stąd narracja ta staje się coraz bardziej radykalna.

Przykładem radykalizacji lobby ukraińskiego jest ostatnia wypowiedź red. Andrzeja Talagi z dziennika „Rzeczpospolita”. Odnosząc się do informacji o planowanym odegraniu podczas parady w Kijowie hymnu OUN, postulował on na łamach „Rzeczypospolitej”, żeby Polska milczała w sprawie gloryfikacji OUN i UPA na Ukrainie. Zdaniem Talagi „racja stanu (…) nakazuje nam milczeć i budować jak najlepsze stosunki z Kijowem pomimo gloryfikacji OUN i UPA”. Żeby ten bulwersujący absurd uzasadnić, Talaga sięgnął po wypróbowaną strategię lobby ukraińskiego straszenia Polaków Rosją i uderza z grubej rury: „utrata Ukrainy na korzyść Kremla zasadniczo zmienia na niekorzyść strategiczne położenie Polski i powinniśmy robić wszystko, by uniknąć takiego scenariusza”.

Mamy tu dwie nieprawdy: kreowanie Rosji jako strony agresywnej, podczas gdy w rozgrywce politycznej na Ukrainie stroną agresywną od 2014 roku są USA i NATO, oraz kreowanie wizji odrodzenia imperializmu rosyjskiego, kiedy obecna polityka rosyjska faktycznie nie ma takich ambicji. Dąży ona mianowicie nie do odbudowy Imperium Rosyjskiego lub ZSRR, ale do zachowania status quo. Tzn. do to tego, by nie dopuścić do kolorowej rewolucji w Moskwie i rozpadu Federacji Rosyjskiej, co jest celem tzw. neokonserwatystów amerykańskich, którego nie ukrywali i nie ukrywają. Aneksja Krymu została podyktowana względami bezpieczeństwa Rosji w sytuacji przejścia Ukrainy po przewrocie w 2014 roku do strefy wpływów USA, a nie była przejawem imperializmu rosyjskiego. Talaga kreuje fałszywą rzeczywistość, bo przed Polską wcale nie stoi alternatywa marszu „z Banderą lub z Moskwą” – i tę fałszywą rzeczywistość przedstawia jako obiektywną.

Odegrawszy scenę straszenia Polaków Rosją Talaga proponuje, żeby „wziąć rozbieżności w ocenie działalności banderowców w nawias, tak aby nie wpływały na inne wspólne działania, uprawiać politykę proukraińską pomimo gloryfikacji UPA przez Kijów”. W konkluzji przekracza granicę nonsensu: „Ukraina z Banderą nie wejdzie do UE – to znany cytat obrazujący obecną postawę Polski. Niechaj wejdzie choćby i z samym diabłem, jeśli miałoby to poprawić bezpieczeństwo Polski”[4].

Konrad Rękas skomentował te wynurzenia następująco: „Talaga minął już Himalaje absurdu i zbliża się powoli do Księżyca w swojej drodze na Mars głupoty. Dobrze, że ktoś taki jak Talaga istnieje, bo artykułowanie wprost tak bzdurnych i szkodliwych poglądów otwiera ludziom oczy na ewidentne konsekwencje konotacji polityki obecnego rządu. A więc dobrze, że tego typu radykałowie i wariaci mówią głośno to, co Macierewicz, Waszczykowski i inni robią po cichu”[5].

Nie zgodzę się z tym, że red. Talaga jest głupcem. Moim zdaniem jest on przedstawicielem silnego w Polsce lobby ukraińskiego lub amerykańskiego, jak wielu innych publicystów oraz zinstytucjonalizowanych propagatorów doktryny Giedroycia i „wiary ukrainnej”. Natomiast prawdą jest, że polski mainstream polityczny uznaje takie poglądy za obiektywne i przyjmuje je za swój punkt widzenia, który niekoniecznie od razu wyraża głośno i otwarcie. Wszak jeszcze polska opinia publiczna nie została całkiem przerobiona w duchu „wiary ukrainnej”.

Należy zatem po raz kolejny zadać pytanie – dokąd postsolidarnościowy mainstream polityczny chce maszerować ze Stepanem Banderą, jak mu podpowiada red. Talaga. Stosunki polsko-ukraińskie wcale nie stały się lepsze pomimo chowania przez polskie władze głowy w piasek wobec polityki historycznej Kijowa, czyli wszechstronnej heroizacji OUN i UPA, oraz jednostronnego polskiego wsparcia dla Ukrainy na płaszczyźnie politycznej, wojskowej i gospodarczej. Pomajdanowa Ukraina, która swojej tożsamości historycznej szuka wyłącznie w tradycji banderowskiej i w tym celu doprowadziła do prawdziwego renesansu banderowskiego, jest partnerem, który bierze, ale nic nie daje w zamian. Popularne w kręgu „Gazety Polskiej” twierdzenie, że broni Polskę przed Rosją należy do kategorii tzw. humoru zeszytów albo humoru szkolnego.

Jest to partner, który na polskie wsparcie coraz bardziej odpowiada jawną wrogością. Ekshumacje na Wołyniu – nie tylko ofiar UPA, ale także legionistów Piłsudskiego poległych w 1916 roku pod Kostiuchnówką – po raz kolejny zostały zablokowane przez nacjonalistę ukraińskiego Światosława Szeremetę, który jest sekretarzem Państwowej Międzyresortowej Komisji ds. Wojen i Represji Politycznych[6]. O profanacjach polskich miejsc pamięci narodowej na Ukrainie, które miały miejsce w pierwszej połowie 2017 roku, już nie będę wspominał. Jak i o zamachu terrorystycznym na konsulat w Łucku. Polskiej opinii publicznej wyjaśniono, że były to „prowokacje rosyjskie”, ale do dzisiaj tych „prowokatorów” nikt nie wykrył. Polscy politycy nie są, bo nie chcą być świadomi tego z jakimi w rzeczywistości partnerami politycznymi mają do czynienia na Ukrainie.

Dziwne milczenie w PiS i jego mediach zapadło w sprawie ukraińskiej Fundacji Otwarty Dialog, której przewodniczący Bartosz Kramek upublicznił podczas antyrządowych manifestacji w lipcu plan prawdziwej wojny hybrydowej z rządem PiS. Najpierw próbowano przedstawić Fundację Otwarty Dialog jako „agenturę rosyjska”, później Ministerstwo Spraw Zagranicznych zapowiedziało kontrolę, a prokuratura śledztwo, a potem zapadła cisza. Przerwana informacją, że PO miała zaproponować Kramkowi miejsce na swoich listach wyborczych we Wrocławiu[7]. To jeszcze jeden ewidentny dowód na to jak lobby ukraińskie rozgrywa postsolidarnościową scenę polityczną.

Jakie są skutki masowego sprowadzania indoktrynowanych ideologią banderowską Ukraińców do Polski i po co są sprowadzani przez „polski biznes” pokazuje zeznanie jednego ze świadków przed sejmową komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji. Zeznał on mianowicie, że właściciel „zreprywatyzowanej” kamienicy przy ulicy Poznańskiej 14 w Warszawie umieścił w niej grupę ukraińskich robotników. Ci zastraszali lokatorów, żeby zgodnie z wolą właściciela zmusić ich do opuszczenia kamienicy. Wśród gróźb padających ze strony Ukraińców były także groźby pozbawienia życia. „Gdy zwróciłem im uwagę to powiedzieli, że mogą nam zrobić Wołyń” – zeznał świadek[8].

Ukraińcy są sprowadzani do Polski m.in. po to, żeby utrwalić jej status jako skansenu neoliberalizmu z niskimi płacami i odbiegającymi od europejskich standardami pracy oraz samowolą prywatnych właścicieli i pracodawców. Warto zwrócić uwagę na to, że przez 25 lat nie było w Polsce pracy dla Polaków, a praca dla Ukraińców znajduje się natychmiast. Uczelnie, tak oszczędne w przydzielaniu stypendiów polskim studentom i doktorantom, natychmiast znajdują środki na stypendia dla studentów z Ukrainy. Identycznie jak samorządy, które oferują imigrantom ukraińskim mieszkania.

Odpowiedź na pytanie dokąd postsolidarnościowy mainstream polityczny chce maszerować ze Stepanem Banderą pod rękę jest dwojaka. Marsz ten może doprowadzić do uwikłania Polski w wojnę Kijowa z separatystami w Donbasie lub nawet w wojnę ukraińsko-rosyjską. Celem rządu w Kijowie, którego nie ukrywa, jest doprowadzenie do umiędzynarodowienia konfliktu w Donbasie, a celem nacjonalistów ukraińskich i neokonserwatystów amerykańskich, którego też nie ukrywają, jest doprowadzenie do wojny ukraińsko-rosyjskiej. Ponadto maszerujący z Banderą mainstream postsolidarnościowy naraża kraj na problemy polityczne i ekonomiczne wynikające ze stworzenia w Polsce znaczącej liczebnie mniejszości ukraińskiej, złożonej z ludzi zindoktrynowanych ideologią nacjonalistyczną, nastawionych antypolsko i roszczeniowo. Ukraińcy nigdy nie potrafili zbudować swojego państwa, ale są mistrzami destabilizacji. Nie tylko własnego kraju. Czy trzeba przypominać historię działalności terrorystycznej OUN w II RP i czy trzeba jeszcze raz to przerabiać?

Marsz polskiego mainstreamu z Banderą jest więc drogą donikąd. Jest działaniem antypolskim. Będę to powtarzał do znudzenia. Nie mainstreamowi, ale tej części opinii publicznej w Polsce, która jeszcze potrafi myśleć.

[1] „W Kijowie odbyła się parada z udziałem wojsk NATO z okazji Dnia Niepodległości Ukrainy”, http://www.pl.sputniknews.com, 24.08.2017.

[2] „Polscy żołnierze będą maszerować do hymnu OUN. MON nic o tym nie wie”, http://www.kresy.pl, 17.08.2017.

[3] „Macierewicz: Polska stoi po stronie Ukrainy, bo broni ona Europy”, http://www.kresy.pl, 24.08.2017.

[4] „Talaga („Rzeczpospolita”): lepiej maszerować z Banderą niż z Moskwą”, http://www.kresy.pl, 23.08.2017.

[5] „Polska w złym towarzystwie”, http://www.pl.sputniknews.com, 25.08.2017.

[6] „IPN bezradny wobec złośliwości Ukrainy”, http://www.pl.sputniknews.com, 27.08.2017.

[7] A. Wiejak, „Nasz news: PO zaproponowała Bartoszowi Kramkowi miejsce na listach w przyszłych wyborach”, http://www.prawy.pl, 15.08.2017.

[8] Świadek komisji weryfikacyjnej: robotnicy z Ukrainy grozili, że „zrobią nam Wołyń”, http://www.kresy.pl, 30.08.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 września 2017 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2153/54), 10-17.09.2017, s. 1, 6-7

Sojuszniczy cios nożem w plecy

Współczesna polska publicystyka historyczna wykreowała określenie „cios nożem w plecy” wobec agresji ZSRR z 17 września 1939 roku. Tych ciosów nożem w plecy Polska otrzymała we wrześniu 1939 roku jednak więcej. 1 września 1939 roku taki cios zadała Rzeczypospolitej Słowacja – umożliwiając wojskom hitlerowskim zaatakowanie Polski ze swojego terytorium oraz biorąc czynny udział w tej agresji. 12 września 1939 roku cios nożem w plecy zadali natomiast nacjonaliści ukraińscy, wszczynając w porozumieniu z Berlinem działania, które przeszły do historii pod nazwą dywersji OUN na Kresach Wschodnich.

Na miano ciosu nożem w plecy zasługuje także postawa sojuszników Polski, czyli niewywiązanie się przez Francję i Wielką Brytanię ze zobowiązań sojuszniczych. Ten sojuszniczy cios nożem w plecy był chronologicznie pierwszy i stanowił ogromny szok dla społeczeństwa polskiego, które ówczesna propaganda państwowa utwierdzała w wierze w trwałość i niezawodność sojuszy. Przypominam o nim nie po to, żeby deprecjonować znaczenie innych przyczyn klęski wrześniowej – w tym działań podjętych przez ZSRR – ale dlatego, że postawa sojuszników zachodnich wobec samotnie walczącej z najazdem niemieckim Polski zasługuje na uwagę również w kontekście współczesnej polskiej polityki prozachodniej.

Odsunąć agresję niemiecką od Zachodu

II Rzeczpospolita od początku lat 20. XX wieku była związana sojuszem polityczno-wojskowym z Francją – najsilniejszym wówczas militarnie mocarstwem Europy Zachodniej. Polsko-francuska umowa sojusznicza została podpisana 19 lutego 1921 roku w Paryżu. Dopiero 19 maja 1939 roku – w sytuacji jawnego już zagrożenia napaścią Niemiec hitlerowskich na Polskę – Francja zgodziła się na odnowienie i uściślenie konwencji wojskowej do umowy sojuszniczej z 1921 roku. Nadający tej konwencji klauzulę ważności protokół polityczny dyplomacja francuska podpisała pod naciskiem Wielkiej Brytanii 4 września 1939 roku. Najważniejszym zobowiązaniem, jakie przyjęła na siebie Francja było rozpoczęcie ofensywy przeciw Niemcom w 15-tym dniu po ogłoszeniu mobilizacji powszechnej.

Drugim sojusznikiem II RP w 1939 roku stała się Wielka Brytania, która w reakcji na całkowitą likwidację Czechosłowacji przez Niemcy (14-15 marca 1939 r.) udzieliła Polsce 31 marca 1939 roku jednostronnej gwarancji niepodległości (ale nie integralności terytorialnej), obiecując pomoc wojskową w wypadku zagrożenia. Następstwem tego kroku było podpisanie 6 kwietnia 1939 roku w Londynie przez ministrów spraw zagranicznych Józefa Becka i lorda Halifaxa układu o dwustronnych gwarancjach polsko-brytyjskich, który stał się podstawą rokowań o zawarcie formalnego układu sojuszniczego między Polską a Wielką Brytanią. Na sfinalizowanie go Londyn zdecydował się dopiero 25 sierpnia 1939 roku, obawiając się, że po podpisaniu w Moskwie 23 sierpnia 1939 roku paktu Ribbentrop-Mołotow Polska może pójść na ustępstwa wobec Niemiec.

Układy polskie z Wielką Brytanią spowodowały wypowiedzenie przez Hitlera 28 kwietnia 1939 roku polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 roku. Droga do wojny została otwarta, ale do wojny ze wschodnim sąsiadem Niemiec. Do tego właśnie zmierzała polityka francuska i brytyjska – do odsunięcia agresji hitlerowskiej od Europy Zachodniej.

Celem gwarancji sojuszniczych udzielonych Polsce przez Paryż i Londyn w 1939 roku nie była jej obrona przed Niemcami. Francja i Wielka Brytania – w sytuacji załamania się polityki monachijskiej – nie chciały jedynie dopuścić do tego, by Polska poszła na polityczne ustępstwa wobec Niemiec, co spowodowałoby skierowanie agresji niemieckiej na Zachód.

Od euforii do ewakuacji

O tym, że gwarancje francuskie i brytyjskie są niepewne, polskie społeczeństwo nie wiedziało. Ówczesna elita władzy chciała wierzyć w niezawodność tych sojuszy mimo niechęci Paryża i Londynu do przyjęcia konkretnych zobowiązań natury wojskowej na wypadek wybuchu wojny. Wiarę tę krzewiła wszelkimi środkami w społeczeństwie, przygotowując je psychologicznie do wielkiego zwycięstwa razem z mocarstwami zachodnimi nad III Rzeszą.

29 sierpnia 1939 roku na łamach „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” można było przeczytać artykuły o następujących tytułach: „Nadzwyczajne posiedzenie parlamentu angielskiego”, „Francja pod znakiem mobilizacji”, „Anglia gotowa do starcia – tłumy modlą się w świątyniach”, „Nie oddamy niczego – walczymy o wolność ludzkości!”, „Ani rząd, ani naród brytyjski nie zgodzi się na rozwiązanie po linii Monachium”, „Berlin w nastroju ciężkiej depresji”, „Mocna decyzja i nieugiętość cechują Francję”, „Szwecja i Dania sympatyzują z Polską”[1]. O rzekomym ogłoszeniu mobilizacji przez Francję pisała też 28 sierpnia 1939 roku prosanacyjna „Gazeta Polska”[2].

IKC z 29 sierpnia 1939 roku

IKC z 29 sierpnia 1939 roku

Dzisiaj powiedzielibyśmy, że były to tzw. „fake news”. Francja i Wielka Brytania nie tylko nie ogłosiły mobilizacji, ale zmusiły władze polskie do odwołania 30 sierpnia ogłoszonej dzień wcześniej mobilizacji powszechnej. Stało się tak dlatego, że wbrew temu co twierdził „IKC” Paryż i Londyn do końca grały z Niemcami, licząc na powrót do polityki monachijskiej. Ponownie Polska ogłosiła mobilizację wieczorem 31 sierpnia. Opóźnienie mobilizacji spowodowało trudny do opanowania chaos. 1 września polskie jednostki liniowe osiągnęły 70 proc. gotowości bojowej, a wiele oddziałów nie dotarło już do miejsc zgrupowań z powodu ataków lotnictwa niemieckiego na linie kolejowe.

30 sierpnia 1939 roku „IKC” pisał m.in. o „katastrofalnej pozycji wyjściowej Niemiec w razie wywołania pożogi wojennej” oraz cytował list premiera Francji Édouarda Daladiera do Hitlera, w którym napisał on, że „Francja wiernie wypełni swe zobowiązania” wobec Polski. W centrum uwagi „IKC” znalazł się też gen. Maurice Gamelin – szef sztabu francuskiego, przyszły współautor tzw. „dziwnej wojny” i klęski Francji w 1940 roku. Wedle charakterystyki „IKC” był to „spokojny, pełen rozwagi oficer-arystokrata (…) i jeden z najbardziej utalentowanych wychowanków światowej sławy Akademii Wojskowej w St. Cyr”[3].

IKC z 31 sierpnia 1939 roku

IKC z 31 sierpnia 1939 roku

31 sierpnia 1939 roku „IKC” opatrzył pierwsza stronę krzyczącym tytułem: „Chamberlain oświadcza: Nie ustąpimy ani na krok!”. Zamieścił też zdjęcie imponującego działa polskiej artylerii zmotoryzowanej (sic!) z podpisem „Lawiną żelaza przyjmiemy wroga”. A na ósmej stronie dał najbardziej krzepiące tytuły: „Niemiecki żołnierz nie chce się bić z Polską i ucieka przez granicę” oraz „Pierwsza godzina wojny będzie hasłem do rewolucji w III Rzeszy”[4].

IKC z 31 sierpnia 1939 roku. Zdjęcie działa polskiej artylerii zmotoryzowanej

IKC z 31 sierpnia 1939 roku. Zdjęcie działa polskiej artylerii zmotoryzowanej

Szczytem polskiej euforii był 3 września 1939 roku, chociaż tego dnia wojska niemieckie zajęły już Górny Śląsk i Pomorze oraz przerwały front na południowym zachodzie i północy, a Luftwaffe od trzech dni dosłownie pustoszyła kraj. Ale właśnie 3 września Francja i Wielka Brytania wypowiedziały wojnę Niemcom. Nikt nie zastanawiał się nad tym, dlaczego dopiero 3 września. Manifestacja radości przed ambasadami Francji i Wielkiej Brytanii „wystrzeliła z serca, z wolnej woli Warszawy (…). Od skrzyżowania z alejami Jerozolimskimi po przecięcie z ul. Chmielną kolebał się potężny tłum. Nie policzyć ile tysięcy” – donosił „Kurier Poranny”. Wedle relacji tej gazety parkan otaczający budynek ambasady brytyjskiej przy ul. Smolnej został oblepiony ludźmi. Nie było końca owacjom, gdy na balkonie ambasady pojawili się ambasador brytyjski Howard W. Kennard i minister Beck, który stwierdził: „Anglia nie zawiedzie się na Polsce, tak, jak i Polska nie zawiedzie się na Anglii. Jeśli ktoś będzie miał rozczarowanie, to na pewno nie my”. Równie spontaniczna manifestacja odbyła się pod ambasadą Francji, która została zasypana kwiatami. Ambasador francuski Leon Noël oświadczył: „Nie jesteście już osamotnieni, lecz macie za sobą Francję oraz Imperium Brytyjskie wraz z ich niewyczerpanymi zasobami ludzkimi i materialnymi oraz całą ich potęgą”[5].

Tego też dnia płk Zygmunt Wenda – szef sztabu Obozu Zjednoczenia Narodowego – przyjął przedstawicieli opozycji, którzy w obliczu wojny zaproponowali poszerzenie bazy politycznej rządu. Pogardliwie oświadczył im, że nikt nie będzie się dzielił zwycięstwem nad Niemcami.

Jednak już następnego dnia – 4 września – kiedy szczyt euforii warszawskiej ulicy jeszcze nie opadł, rozpoczęła się ewakuacja ze stolicy prezydenta Ignacego Mościckiego i rządu gen. Felicjana Sławoja-Składkowskiego, a 6 września naczelnego wodza, marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza. 8 września do przedmieść Warszawy dotarł niemiecki XVI Korpus Pancerny.

Ulotki zamiast bomb

5 września 1939 roku popołudniówka „Czas-7 Wieczór” pisała o 30-tu polskich samolotach, które rzekomo zbombardowały Berlin. Przy czym „wszyscy lotnicy powrócili do swych baz”[6]. Tego samego 5 września „Express Poranny” pisał o rzekomym zbombardowaniu portów niemieckich przez lotnictwo brytyjskie oraz o wkroczeniu polskiej kawalerii do Prus Wschodnich[7]. 6 września „Goniec Warszawski” na pierwszej stronie dał tytuł: „Francuzi przeszli linię Zygfryda. Westerplatte, Gdynia, Hel – bronią się! Największy pancernik niemiecki zatopiony”. A na kolejnej stronie entuzjazmował się: „Przygnębienie w Berlinie” i „Niemcy w potrzasku”[8]. 13 września – a więc w dniu, w którym wojska niemieckie zamknęły pierścień okrążenia wokół Warszawy – „Express Poranny” informował o załamaniu się ofensywy niemieckiej na Polskę, powstaniach w zajętych przez Niemców miastach i zwycięskich atakach sprzymierzonych na froncie zachodnim[9].

„Czas-7 Wieczór” z 5 września 1939 roku

„Czas-7 Wieczór” z 5 września 1939 roku

„Express Poranny” z 5 września 1939 roku

„Express Poranny” z 5 września 1939 roku

„Express Poranny” z 13 września 1939 roku

„Express Poranny” z 13 września 1939 roku

Niestety, rzeczywistość była inna. Zamiast bomb samoloty brytyjskie zrzucały na Hamburg ulotki, z których Niemcy mogli się dowiedzieć, że „każda niemiecka ambicja może być spełniona w drodze przyjaznej negocjacji (…). Wy, naród niemiecki, jeżeli tylko chcecie, możecie nalegać na pokój w każdym czasie. My również pragniemy pokoju i jesteśmy gotowi do jego zawarcia z każdym miłującym pokój rządem niemieckim”[10]. Z zacytowanej treści otwarcie wyziera duch polityki monachijskiej. Mimo wypowiedzenia Niemcom wojny Londyn i Paryż wciąż miały nadzieję na udobruchanie Hitlera nowym Monachium. Tym razem z Polską w roli dania głównego. Dlatego właśnie RAF we wrześniu 1939 roku bombardował Niemcy ulotkami.

9 września gen. Tadeusz Kutrzeba na czele Armii „Poznań” i części Armii „Pomorze” rozpoczął kontrofensywę pod Łodzią, która przeszła do historii pod nazwą bitwy nad Bzurą. Polska kontrofensywa miałaby szanse powodzenia, gdyby w tym czasie Francja podjęła działania odciążające. Taka częściowa ofensywa była przewidziana przez polsko-francuską konwencję wojskową jeszcze przed ofensywą generalną, którą armia francuska miała rozpocząć 15 dni po rozpoczęciu mobilizacji. Zamiast częściowej ofensywy trzy armie francuskie rozpoczęły 7 września działania pozorowane na przedpolu Linii Zygfryda. Na froncie długości około 30 km weszły one na terytorium niemieckie na głębokość od 1 do 8 km, zajmując około 20 miejscowości. 12 września – w kluczowym momencie bitwy nad Bzurą – gen. Gamelin polecił wstrzymać „offensive pour la Pologne”, która kosztowała armię francuską 1575 zabitych i rannych, przy stratach niemieckich wynoszących 196 zabitych, 356 rannych i 144 zaginionych[11]. Tego samego dnia Międzysojusznicza Najwyższa Rada Wojenna z udziałem premierów Chamberlaina i Daladiera podjęła w Abbeville decyzję o zaprzestaniu wszelkich działań ofensywnych na froncie zachodnim. Oznaczało to złamanie zobowiązań sojuszniczych wobec Polski.

„Ofensywa na rzecz Polski – zauważył prof. Marian Zgórniak – od początku była traktowana jako działanie pozorne, wynikające z czysto formalnego obowiązku uczynienia jakiegoś gestu wobec i tak skazanego na zagładę sprzymierzeńca”[12].

Dopiero mając pewność, że nie dojdzie do generalnej ofensywy francuskiej, 17 września 1939 roku Stalin zdecydował się na zrealizowanie zobowiązań wynikających z tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow. Do tego czasu nie chciał bowiem ryzykować ewentualnej wojny z mocarstwami zachodnimi. Warto przypomnieć, że treść tego tajnego protokołu była znana rządowi USA już 24 sierpnia 1939 roku[13]. Natychmiast powiadomił on o niej rząd brytyjski, a ten z kolei francuski. Oba te rządy nie poinformowały jednak o tym polskiego sojusznika.

4 maja 1939 – wyrok na Polskę

Los Polski został przesądzony znacznie wcześniej. 4 maja 1939 roku zakończyły się trwające miesiąc brytyjsko-francuskie rozmowy sztabowe. W ich trakcie sztabowcy brytyjscy wykluczyli możliwość udzielenia Polsce pomocy wojskowej, cynicznie zakładając, że pomocy takiej udzielą jej wojska radzieckie. Cynizm i perfidia tego rozumowania polegały na tym, że tak w Londynie, jak i w Warszawie z góry wykluczano możliwość politycznego zbliżenia pomiędzy Polską i ZSRR. Sztaby mocarstw zachodnich jednomyślnie zgodziły się również, że sojusz Francji i Wielkiej Brytanii z Polską i Rumunią przedstawia małą wartość strategiczną ze względu na niewielkie potencjały wojskowe tych sojuszników. W końcowym stanowisku konferencji sztabów sprzymierzonych stwierdzono, że „Los Polski zależeć będzie od ostatecznego wyniku wojny, a ten, na odwrót, zależeć będzie od naszej zdolności zadania ewentualnej klęski Niemcom, a nie od naszej zdolności zmniejszenia nacisku na Polskę na początku”. Alianci zachodni zakładali unikanie wczesnej, totalnej konfrontacji z Niemcami, aby zyskać czas na rozbudowę własnych sił zbrojnych. Decyzja podjęta 4 maja 1939 roku przez sztaby generalne Francji i Wielkiej Brytanii o nieudzieleniu Polsce pomocy wojskowej podczas wojny z Niemcami miała klauzulę tajności[14].

Konsekwencją tej tajnej decyzji była postawa zajęta przez gen. Gamelina podczas rokowań z misją wojskową gen. Tadeusza Kasprzyckiego w Paryżu (14-19 maja 1939 r.) oraz przez brytyjską misję wojskową podczas rokowań z polskim Sztabem Głównym w Warszawie (20-30 maja 1939 r.). Obaj alianci unikali przyjmowania konkretnych zobowiązań co do zaangażowania rodzajów i ilości swoich wojsk po stronie Polski na wypadek wybuchu wojny z Niemcami. Przyjmowane ustalenia w sprawie pomocy wojskowej miały charakter ogólnikowy. W martwym punkcie utknęły też starania polskie o uzyskanie we Francji i Wielkiej Brytanii znaczących pożyczek na zakup uzbrojenia.

Jednocześnie alianci zachodni nie szczędzili Polsce gołosłownych zapewnień i słów otuchy. Prawdziwy festiwal takich obietnic odegrał przed prezydentem Mościckim, marszałkiem Śmigłym-Rydzem oraz ministrem Beckiem gen. Edmund Ironside – szef sztabu brytyjskiego – podczas swojej wizyty w Warszawie w dniach 17-21 lipca 1939 roku. W rozmowie z ministrem Beckiem roztaczał on m.in. fantastyczne wizje skierowania na front polski wojsk brytyjskich z Egiptu. Bajecznie brzmiące zapewnienie Ironside’a o tym, że „przyjdziemy do was przez Morze Czarne” minister Beck uznał za poważne, co jest o tyle zdumiewające, że sam był wojskowym (pułkownikiem dyplomowanym artylerii)[15]. Składając te i inne zapewnienia Ironside wiedział, że są fałszywe. W swoim dzienniku zanotował bowiem: „Francuzi okłamują Polaków mówiąc, że zamierzają przystąpić do ataku. Taka koncepcja w ogóle nie istnieje”[16].

Po powrocie Ironside’a do Londynu brytyjski komitet szefów sztabów, obradujący pod jego przewodnictwem, stanowczo wypowiedział się przeciwko udzielaniu Polsce pomocy przez siły lądowe i morskie. Półtora miesiąca później ten sam gen. Ironside informował ambasadora Edwarda Raczyńskiego, że Wielka Brytania nie podejmie działań zbrojnych na rzecz Polski i razem z gen. Gamelinem stał się czołowym strategiem tzw. „dziwnej wojny” na froncie zachodnim (1939-1940).

W tym czasie, gdy gen. Ironside bajał w Warszawie o desancie z Egiptu przez Morze Czarne, rząd brytyjski toczył tajne rozmowy z Niemcami na temat powrotu do polityki monachijskiej. Ze strony niemieckiej prowadził je Helmuth Wohlthat – bliski współpracownik Hermanna Göringa, a ze strony brytyjskiej doradca premiera Chamberlaina – Horace Wilson[17]. Tzw. misja Wohlthata przekonała Hitlera, że Wielka Brytania i Francja nie udzielą Polsce pomocy. Stąd skierowanie 80 proc. sił Wehrmachtu przeciw Polsce wcale nie było ze strony Hitlera przejawem hazardu.

Nie było alternatywy

Mimo krytyki, jakiej poddawana jest polityka zagraniczna obozu sanacyjnego w przededniu wojny, należy stwierdzić, że w 1939 roku nie było dla Polski innej alternatywy jak pisany na wodzie sojusz z Francją i Wielką Brytanią lub sojusz z ZSRR, oznaczający de facto przyjęcie w 1939 roku politycznego status quo z 1945 roku. Popularyzowane przez niektórych prawicowych publicystów (Rafał A. Ziemkiewicz, Piotr Zychowicz) wizje spełnienia przez Polskę żądań niemieckich odnośnie Gdańska i Korytarza oraz zawarcia sojuszu z Niemcami hitlerowskimi należy uznać za niepoważne. Gdyby Polska w 1939 roku rozpoczęła drugą wojnę światową jako satelita III Rzeszy, to w 1945 roku nie miałaby nie tylko ziem wschodnich, ale i zachodnich, a może nawet nie byłoby jej wcale.

Sojusz z mocarstwami zachodnimi nie był rozwiązaniem złym, pod warunkiem że wypełniłyby one swoje zobowiązania wobec Polski. Polska była przygotowana na wsparcie ofensywy francuskiej. W Wielkopolsce przygotowano całą sieć lotnisk, gdzie wahadłowo miały lądować bombowce francuskie, bombardujące Niemcy.

Niemiecki generał Alfred Jodl podczas procesu norymberskiego oświadczył, że alianci zachodni mogli w 1939 roku odnieść szybkie zwycięstwo nad szczupłymi siłami niemieckimi na froncie zachodnim. „W roku 1939 byliśmy oczywiście w stanie zniszczyć samotną Polskę, ale nigdy nie było w naszych możliwościach, ani w 1938 roku, ani w 1939, odparcie koncentrycznego ataku sojuszników. I jeżeli nie przegraliśmy już w 1939 roku, to tylko dlatego, że w czasie kampanii polskiej mniej więcej 110 francuskich i brytyjskich dywizji zachowało się kompletnie biernie, mając za przeciwnika jedynie 23 niemieckie dywizje” – powiedział Jodl[18].

Późniejszy marszałek Alphonse Juin tak scharakteryzował postawę Francji: „Można było wejść jak w masło w pozycje niemieckie, można było rozstrzygnąć wojnę w 1939 roku. Trochę zdecydowania i charakteru (…). Co za hańba, co za wstyd, co za głupota zarazem. To idealna sytuacja, wręcz modelowa, w której można było pobić przeciwnika wychodząc na jego odsłonięte tyły. Przy tym zdrada wiernego przyjaciela”[19].

Niestety tego charakteru zabrakło wówczas politykom zachodnim, tkwiącym nadal w bagnie polityki monachijskiej.

[1] „Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 238, Kraków, 29.08.1939.

[2] Stan mobilizacji we Francji, „Gazeta Polska” nr 239, Warszawa, 28.08.1939.

[3] „Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 239, Kraków, 30.08.1939.

[4] „Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 240, Kraków, 31.08.1939.

[5] J. Drużycki, Anglia i Francja wypowiedziały wojnę [Warszawa od ka do jot], http://www.salon24, 4.09.2009.

[6] 30 samolotów polskich zbombardowało Berlin. Wszyscy lotnicy powrócili do swych baz, „Czas-7 Wieczór”, 5.09.1939.

[7] Niemcy wzięci w dwa ognie. Porty niemieckie zbombardowane przez lotników angielskich. Kawaleria polska wkroczyła do Prus Wschodnich. Wojska francuskie rozpoczęły akcje na lądzie, morzu i powietrzu, „Express Poranny” nr 245, 5.09.1939.

[8] „Goniec Warszawski” nr 248, 6.09.1939.

[9] Ofensywa niemiecka na Polskę – załamana. Powstania w okupowanych miastach Polski. Zwycięskie ataki sprzymierzonych na froncie zachodnim; Wspólny atak przeciwniemiecki na obu frontach, „Express Poranny” nr 253, 13.09.1939.

[10] T. Osuch, II wojna światowa. Alianci bronili Polski… ulotkami, http://www.wiadomosci24.pl, 1.09.2010.

[11] M. Zgórniak, Europa w przededniu wojny. Sytuacja militarna w latach 1938-1939, Kraków 1993, s. 482.

[12] Tamże, s. 466.

[13] Hans von Herwarth, Między Hitlerem a Stalinem. Wspomnienia dyplomaty i oficera niemieckiego 1931-1945, Warszawa 1992, s. 260.

[14] J. Karski, Wielkie mocarstwa wobec Polski 1919-1945. Od Wersalu do Jałty, Warszawa 1992, s. 281; L. Wyszczelski, O czym nie wiedzieli Beck i Rydz-Śmigły, Warszawa 1989, s. 78-81.

[15] L. Wyszczelski, O czym nie wiedzieli…, s. 122-131.

[16] J. Karski, Wielkie mocarstwa wobec Polski…, s. 281.

[17] H. Batowski, Między dwiema wojnami 1919-1939. Zarys historii dyplomatycznej, Kraków 2001, s. 360-361; L. Wyszczelski, O czym nie wiedzieli…, s. 118-119.

[18] Cyt. za: 12 września 1939 r. Tajna konferencja w Abbeville, http://www.nowahistoria.interia.pl, 12.09.2015.

[19]  Op. cit.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 września 2017 r.

„Przegląd” nr 36 (922), 4-10.09.2017, s. 8-13

Ja, agent Kremla

Z portalu ukraińskiego Centrum Studiów Wojskowych, Przebudowy i Rozbrojenia dowiedziałem się, że jestem agentem Kremla. Z zamieszczonej tam charakterystyki agenta rosyjskiego można się dowiedzieć, że Bohdan Piętka „publikuje materiały w tygodniku społeczno-politycznym «Myśl Polska». Materiały te mają na celu wzmocnienie nastrojów antyukraińskich w społeczeństwie polskim poprzez spekulacje na tematy historyczne dotyczące wspólnej ukraińsko-polskiej przeszłości. W szczególności B. Piętka oskarża bojowników OUN-UPA o ludobójstwo na narodzie polskim w czasie drugiej wojny światowej, zaprzecza współczesnej agresji Rosji wobec Ukrainy, negatywnie ocenia konieczność wzmocnienia współpracy między Ukrainą i Polską. Na dzień dzisiejszy nie zostały ustalone związki B. Piętki z rosyjskimi służbami specjalnymi, organizacjami rządowymi i pozarządowymi. Jednak jego publikacje i oświadczenia są wykorzystywane przez media rosyjskie (RIA Novosti, kanał RT) w ramach działań informacyjnych Federacji Rosyjskiej zmierzających do tworzenia negatywnego wizerunku Ukrainy”[1].

Zdaniem Centrum Studiów Wojskowych, Przebudowy i Rozbrojenia w Polsce jest tylko pięciu groźnych agentów Kremla. Są to: Paweł Kukiz (oraz jego partia polityczna), Witold Listowski (oraz kierowany przez niego Patriotyczny Związek Organizacji Kresowych i Kombatanckich), Bohdan Piętka, Wojciech Smarzowski (reżyser filmu „Wołyń”) i Adam Śmiech[2].

W charakterystyce agenta rosyjskiego Adama Śmiecha czytamy, że „rozpowszechniał publikacje zawierające oskarżenia pod adresem kierownictwa Ukrainy o heroizację «przestępców» z OUN-UPA, propagowanie ideologii nazistowskiej w społeczeństwie ukraińskim, dokonywanie zbrodni wojennych w Donbasie. Wyraża opinie o odpowiedzialności strony ukraińskiej za zestrzelenie samolotu malezyjskiego «Boeing 777-200» (17 lipca 2014 roku). Brał udział w międzynarodowym okrągłym stole «Próba przepisania historii drugiej wojny światowej: historiograficzna konieczność czy polityczna koniunktura?» (Moskwa, marzec 2015 roku) oraz w międzynarodowej konferencji naukowej „Jałta 1945 – przeszłość, teraźniejszość i przyszłość” (Jałta, luty 2015 roku). Rozpowszechnia publikacje w mediach rosyjskich i polskich, zwłaszcza w wydaniach internetowych «Jednodniówka Narodowa» (jednodniowka.pl), «Kronika Narodowa» (kronikanarodowa.pl), «Myśl Polska» (mysl-polska.pl), «Konserwatyzm» (konserwatyzm.pl), «Novorossia Today» (novorossia.today). Redaktor naczelny internetowej edycji «Jednodniówki Narodowej», kierownik biblioteki slawistyki Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego”[3].

Czym jest Centrum Studiów Wojskowych, Konwersji i Rozbrojenia z siedzibą w Kijowie (Центр исследований армии, конверсии и разоружения – ukraiński skrót: ЦИАКР / CIAKR, angielski skrót: CACDS – Center for Army, Conversion and Disarmament Studies)? O sobie piszą, że są pozarządową organizacją badawczą, założoną „w 1999 roku w celu promowania rozwoju i pogłębienia demokratyzacji społeczeństwa ukraińskiego poprzez rozpowszechnianie wspólnych standardów w zakresie publicznej kontroli nad siłami bezpieczeństwa”. Dyrektorem CACDS od 1999 roku jest niejaki Walentin Badrak, urodzony w 1968 roku w Czerkasach. Absolwent Szkoły Oficerskiej Wojsk Powietrzno-Desantowych w Riazaniu (jeszcze w okresie ZSRR), Kijowskiego Narodowego Uniwersytetu Lingwistycznego i szkoły zarządzania na Uniwersytecie Harvarda. Jego praca doktorska była poświęcona wykorzystywaniu środków masowego przekazu w kampaniach wyborczych. Zajmuje się więc walką informacyjną.

Dalej CACDS podaje, że jest dobrowolnym stowarzyszeniem „specjalistów w dziedzinie profesjonalnej analizy procesu rozbrojenia i uzbrojenia (przezbrojenia) armii państw z regionu, reformy sił bezpieczeństwa, działania przemysłu obronnego i aktywności Ukrainy na międzynarodowym rynku broni. Ponadto CACDS zajmuje się tematem stosunków cywilno-wojskowych i cywilnej kontroli nad siłowymi strukturami władzy oraz rozwojem obronności i technologii podwójnego zastosowania na Ukrainie. Eksperci CACDS aktywnie pracują w dziedzinie badań udziału Ukrainy w międzynarodowej kontroli zbrojeń i technologiach krytycznych. W 2001 roku CACDS został założycielem firmy informacyjnej i konsultingowej Defense Express (pierwotnie agencji News Express Defense Express)”. Z dalszych informacji wynika, że interesują ich sprawy wojskowości, przemysłu obronnego i energetycznego, służb bezpieczeństwa i współpracy Ukrainy z NATO[4].

W ramach tajemniczo brzmiącego projektu OSINT zajęli się też demaskowaniem rosyjskiej agentury w całej Europie. W Polsce zdemaskowali pięć osób, jedną organizację (Patriotyczny Związek Organizacji Kresowych i Kombatanckich) i jedną partię (Kukiz 15), w Czechach siedem osób, jedną partię (Strana Prav Občanu – Partia Praw Obywateli prezydenta Miloša Zemana), jeden instytut (ISSTRAS – Instytut Strategicznych Studiów Słowiańskich) i jeden portal (eurodenik.cz), w Serbii osiem osób (w tym Stefan Stamenkovski, lider ruchu Zavetnici) i trzy organizacje, na Słowacji sześć osób (w tym wybitny polityk, były premier Jan Čarnogurský) i dwie organizacje, w Mołdawii siedem osób i cztery organizacje, na Litwie trzy osoby (w tym Waldemar Tomaszewski i Zbigniew Jedziński) oraz jedną partię (Akcja Wyborcza Polaków na Litwie), we Włoszech aż 11 osób (w tym Romano Prodi – były premier i były przewodniczący Komisji Europejskiej), dwie organizacje i jedną partię (Forza Nuova), w Niemczech trzy osoby (w tym Alexander Gauland z Alternatywy dla Niemiec), w Wielkiej Brytanii trzy osoby (w tym Anthony Russel Brenton z „The Times” oraz Stephanie Cockroft z „Daily Mail”) i jedną organizację, w Bułgarii pięć osób (w tym politycy Paweł Czerniew, Mitko Grozew i Nikołaj Malinow) i dwie organizacje.

W innych krajach europejskich agentura rosyjska jest o wiele skromniejsza. Ale też jest to nie byle kto. Np. we Francji jako czołowego agenta Kremla projekt OSINT wskazał Jacquesa Clostermanna – działacza Frontu Narodowego, blisko związanego z Marine Le Pen, który wziął udział w konferencji pt. „Wojna informacyjna przeciw Donieckiej Republice Ludowej”. Z kolei kataloński polityk Jose Enrique Folk został zakwalifikowany jako agent Putina, ponieważ powiedział rosyjskim mediom, że Katalonia jest gotowa uznać przynależność Krymu do Rosji i wystąpić przeciw antyrosyjskim sankcjom. Natomiast prof. Marius Vacarelu z Rumunii jest rosyjskim agentem, ponieważ podziela punkt widzenia polityki rosyjskiej wobec Ukrainy i współpracuje z Aleksandrem Duginem.

Kryterium zakwalifikowania do kremlowskiej agentury w wypadku wielu osób wymienionych przez projekt OSINT był ich udział w konferencji „Ukraina w centrum NATO, Rosja – prawdziwy cel”, jaka odbyła się 15 września 2016 roku w Monachium. Inne osoby (np. mnie) zakwalifikowano dlatego, że ich publicystyka lub działalność „godzi w wizerunek Ukrainy”[5].

Domyślam się, że projekt OSINT dotyczył tylko najgroźniejszej agentury kremlowskiej w Europie, stąd osoby i instytucje pominięte – czujące z tego powodu dyskomfort – powinny wykazać wyrozumiałość. Metodologia zakwalifikowania do grona kremlowskiej agentury, zastosowana w projekcie OSINT, do złudzenia przypomina metodologię stosowaną w Polsce np. przez Marcina Reya i Dawida Wildsteina w ich działalności demaskatorsko-delatorskiej. Przypomina, też filozofię polskiej prokuratury wobec aresztowanego w maju 2016 roku Mateusza Piskorskiego, wedle której jest on agentem Rosji, ponieważ jeździł na Krym i wypowiadał się negatywnie o puczu na Ukrainie. Przypomina wreszcie filozofię „Gazety Polskiej”, która agenta Kremla widzi w każdym kto krytykuje pucz kijowski z 2014 roku, pomajdanową Ukrainę i jej politykę, zwłaszcza historyczną.

Niestety prawda jest taka, że za negatywny wizerunek Ukrainy winę ponosi sama Ukraina. Państwo będące Somalią Europy, które przez ponad ćwierć wieku swojego istnienia nie było w stanie wygenerować żadnej narodowej elity, ani zbudować bytu narodowego, politycznego i gospodarczego w oparciu o jakiekolwiek wartości zbliżone do standardów europejskich. Nie było w stanie obronić swojej gospodarki, systematycznie rozkradanej i kolonizowanej przez oligarchię rodzimą i zachodnią. Nie było i nie jest w stanie odwołać się do tożsamości historycznej innej niż zbrodnicza tradycja banderowska.

Wizerunku tego nie poprawią ani publikowanie kolejnych wykazów domniemanej kremlowskiej agentury, ani represje wobec rzekomych agentów Putina. Ja wizerunku Ukrainy nie szargam. Ja tylko piszę to co myślę.

Tego jednakże nie mogą zrozumieć siły polityczne pomajdanowej Ukrainy i ich polscy sojusznicy. Jedni i drudzy mają bardzo prostą wizję świata, który dzielą dychotomicznie na „my i agenci Kremla”. Tylko co ta wizja ma wspólnego z rzeczywistością? Ktoś kto patrzy na świat w ten sposób nigdy nie będzie w stanie zrozumieć, że to co ja piszę nie wynika z tego, iż jestem rzekomym agentem Rosji, ale z samodzielnego i niezależnego myślenia oraz wartości, które wyznaję. Motywacją mojej publicystyki jest wyłącznie niezgoda na rehabilitację w 70 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej zbrodniczej ideologii, będącej ukraińską wersją faszyzmu, niezgoda na gloryfikację zbrodniczych organizacji odpowiedzialnych za ludobójstwo na narodzie polskim oraz ich przywódców, jak również niezgoda na negowanie na Ukrainie ludobójstwa popełnionego przez nacjonalistów ukraińskich na narodzie polskim oraz jego przemilczanie lub relatywizowanie w Polsce w imię dobrych stosunków z Ukrainą. Nigdy nie będzie dobrych stosunków z Ukrainą, jeśli polskie elity nie odejdą od takiego wypaczonego myślenia, a renesans nacjonalizmu ukraińskiego stanowi zagrożenie dla samej Ukrainy – czego wyrazem jest trwająca tam wojna domowa – oraz dla Polski, którą nacjonaliści ukraińscy zawsze postrzegali jako swojego głównego wroga. Pisałem o tym i pisał będę, bo tak czuję i uważam.

[1] www.http://posipaka.org/en/baza-posipak/personalii/bogdan-pientka-bohdan-pietka/, 29.04.2017.

[2] www.http://posipaka.org/category/stranyi/respublika-polsha/, dostęp 31.08.2017.

[3] www.http://posipaka.org/baza-posipak/personalii/adam-shmeh-adam-smiech/, 15.06.2017.

[4] www.http://cacds.org.ua/ru/about/, dostęp 31.08.2017.

[5] www.http://posipaka.org/category/baza-posipak/personalii/, dostęp 31.08.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 31 sierpnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2153/54), 10-17.09.2017, s. 16

Głupcy nie mogą być elitą narodu

Sądziłem, że wśród PiS-owców nie ma ludzi całkowicie pozbawionych rozumu. Ale i tu się pomyliłem. Moje wątpliwości rozwiał prezes państwowej agencji o nazwie Polska Organizacja Turystyczna, będący wcześniej prezesem uzdrowisk w Kołobrzegu i Świeradowie-Zdroju, a także dwukrotnym kandydatem na burmistrza Kamienia Pomorskiego z ramienia PiS. O jego wypowiedziach dla „Gazety Wyborczej” tak napisał portal onet.pl: „To polskie, a nie żydowskie elity zostały w czasie wojny zupełnie przeorane i zlikwidowane. Pamiętajmy, że kultura żydowska w praktyce cała przetrwała – twierdzi Marek Olszewski, szef Polskiej Organizacji Turystycznej na łamach „Gazety Wyborczej”. Dlatego z programów wizyt zagranicznych dziennikarzy, organizowanych przez POT, znika zwiedzanie KL Auschwitz czy Muzeum Żydów Polskich „Polin”. – Chcemy położyć nacisk na promowanie tego, co cenne w naszej własnej kulturze – podkreśla. (…) zwiedzania obozu na pewno nie zaproponuję dziennikarzowi z Chin, który po raz pierwszy przyjeżdża do Polski. Podczas krótkich studyjnych pobytów nie ma czasu na tłumaczenie skomplikowanej historii – przekonuje Olszewski (…)”[1].

Czy ten prezes wie o tym, że Auschwitz jest symbolem tak samo martyrologii żydowskiej jak i polskiej, romskiej, rosyjskiej, czeskiej itd? Tak zresztą jest to prezentowane w Muzeum Auschwitz-Birkenau. Czy prezes POT wie o tym, że Auschwitz był największym miejscem nie tylko żydowskiej, ale i polskiej martyrologii podczas drugiej wojny światowej? Że Polacy byli pierwszymi chronologicznie i drugimi liczebnie ofiarami tego obozu? Oprócz miliona Żydów zginęło tam 70 tysięcy Polaków. A w Mauthausen co najmniej 27 tysięcy (40 proc. ofiar tego obozu). W niemieckich obozach koncentracyjnych zginęło około 250 tys. Polaków. Ponad 10 razy więcej niż w wyniku zbrodni katyńskiej, eksponowanej obecnie ze względów politycznych. Najwięcej Polaków zginęło w takich obozach niemieckich jak Auschwitz, Mauthausen, Majdanek, Stutthof, Ravensbrück, Buchenwald, Gross-Rosen, Flossenbürg, Neuengamme i Dachau. Tam – a nie w Katyniu – dokonano największej zbrodni na narodzie polskim podczas drugiej wojny światowej.

Gdyby prezes POT nie blokował zagranicznym dziennikarzom dostępu do Muzeum Auschwitz, to mogliby się o tym wszystkim dowiedzieć. O Pileckim, polskiej konspiracji więźniarskiej, 70 tysiącach polskich ofiar tego obozu, transportach Polaków z powstania warszawskiego, egzekucjach polskich patriotów pod Ścianą Śmierci itd. Jeżeli PiS nie chce, żeby zagraniczni dziennikarze pisali o „polskich obozach koncentracyjnych”, to w pierwszej kolejności należy ich zawozić właśnie do Muzeum Auschwitz i uświadamiać prawdę historyczną o tym miejscu niemieckiego ludobójstwa, popełnionego na różnych narodach. To jest polska racja stanu.

Tymczasem prezes POT popisuje się antysemityzmem sądząc, że daje w ten sposób wyraz swojego patriotyzmu. Endecy pisali o Niemcach-nazistach, że „nawet tak piękną ideę jak antysemityzm potrafią splugawić”. Oczywiście nie uważam antysemityzmu za ideę piękną, jednak w jakiejś mierze to przekorne stwierdzenie do pana prezesa pasuje. Nikt nie ma obowiązku kochać Żydów, ale pamięć o ich cierpieniu i tragedii nie powinna mieć nic wspólnego z takim czy innym stosunkiem emocjonalnym do narodu żydowskiego. Ta pamięć jest wyrazem szacunku wobec niewinnych ofiar, bestialsko zamordowanych, a ten szacunek z kolei jest probierzem przynależności do cywilizacji europejskiej. Prezes POT myli się twierdząc, że żydowskie elity nie zostały „przeorane i zlikwidowane”, a żydowska kultura „w praktyce cała przetrwała”. Niemcy wymordowali 90 proc. polskich Żydów (2,9 mln spośród 3,2 mln). Co najmniej 438 polskich Żydów było też wśród ofiar zbrodni katyńskiej. Po żydowskiej kulturze poza krakowskim Kazimierzem i kilku innymi miejscami nie zostało praktycznie śladu. Nie ma dzisiaj wielu żydowskich synagog – wysadzonych przez Niemców w powietrze lub spalonych – jak w Katowicach, Będzinie, Dynowie, Warszawie i innych miejscowościach. To samo dotyczy innych żydowskich zabytków, celowo zniszczonych przez okupanta niemieckiego. Nikt nie ma prawa znieważać ofiary narodu żydowskiego i lekceważyć jego męczeństwa ze względu na jakiekolwiek swoje fobie i uprzedzenia polityczne. Bo to jest barbarzyństwo. A licytowanie się martyrologią jest głupotą. Zarówno ze strony polskiej, jak i żydowskiej.

Poza tym kultura polskich Żydów – wbrew temu co sugeruje prezes POT – jest częścią kultury polskiej. Co prezes POT chciałby osiągnąć przez amputowanie z polskiej historii i kultury 800 lat historii i kultury polskich Żydów? Co zawinili mu Berek Joselewicz, Józef Berkowicz, Dow Ber Meisels, Szymon Askenazy, Adolf Peretz, Marian Hemar, Roman Brandstaetter, Bernard Mond, Roman Kramsztyk, Jan Kiepura, Antoni Słonimski, Mieczysław Grydzewski i wielu innych polskich Żydów, którzy tak pięknie zapisali się w polskiej historii, literaturze, sztuce i nauce, także swoimi gorącymi polskimi sercami. Polscy Żydzi to nie tylko Jakub Berman, Józef Różański, Helena Wolińska i inni funkcjonariusze stalinowskiego aparatu terroru żydowskiego pochodzenia. A chyba ich tylko widzi prezes POT.

Pan prezes swoimi wypowiedziami dla „Gazety Wyborczej” dostarczył amunicji niechętnym lub nawet wrogim Polsce środowiskom żydowskim. Mają żywy dowód nieuleczalnego polskiego antysemityzmu, o który nieustannie oskarżają Polaków. Raczej przykład głupoty.

Głupcy nie mogą być elitą narodu, bo to doprowadzi do jego barbaryzacji. Niestety ta barbaryzacja w Polsce postępuje, co widać gołym okiem na każdym kroku

[1] „Gazeta Wyborcza”: KL Auschwitz i muzeum „Polin” znika z programów wizyt promujących Polskę, http://www.wiadomosci.onet.pl, 30.08.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 30 sierpnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2153/54), 10-17.09.2017, s. 7

Wielki Strajk Chłopski 1937 roku

15 sierpnia kojarzy się z rocznicą bitwy warszawskiej i świętem Wojska Polskiego, obchodzonym na jej pamiątkę w II RP i po 1989 roku. Rzadziej natomiast kojarzy się z Wielkim Strajkiem Chłopskim, którego 80. rocznica przypada w tym roku. Pamięć o tym strajku nie tylko koliduje z treściami, jakie co roku można usłyszeć 15 sierpnia, ale nie pasuje też do sielankowego wizerunku II Rzeczypospolitej, jaki od 28 lat propaguje się w przekazie medialnym, podręcznikach szkolnych i publikacjach historycznych. Wcale nie trzeba daleko sięgać, żeby zapoznać się z tym sielankowym wizerunkiem Polski międzywojennej. Wystarczy pójść do pierwszego z brzegu salonu prasowego, a tam znajdziemy kieszonkowe publikacje poświęcone dwudziestoleciu międzywojennym. Dowiemy się z nich o życiu arystokracji, salonach, modzie, skandalach towarzyskich, romansach i kulinariach wyższych sfer, tylko nie o bezrobociu, nędzy wsi i ówczesnych metodach rozwiązywania konfliktów społecznych.

Stąd też warto przypomnieć o Wielkim Strajku Chłopskim z 1937 roku, który bez wątpienia był największym wybuchem niezadowolenia społecznego w II Rzeczypospolitej.

Światowy kryzys gospodarczy z lat 1929-1933 trwał w zacofanej i biednej Polsce do roku 1935 i boleśnie uderzył m.in. w wieś. Kryzys w rolnictwie spowodował przede wszystkim spadek cen artykułów rolnych. W 1935 roku spadły one średnio o 65 proc. w porównaniu ze stanem z 1928 roku. Rolnik musiał w 1935 roku wyprodukować i sprzedać trzykrotnie większą liczbę produktów rolnych, żeby otrzymać za nie tę samą sumę pieniędzy co w 1928 roku. Mimo spadku opłacalności produkcji rolnicy nie mogli powstrzymać się od sprzedaży swoich produktów, ponieważ musieli płacić podatki, spłacać kredyty i kupować niezbędne wyroby przemysłowe. Zadłużenie wsi polskiej szacowano w 1932 roku na 4,3 mld złotych. Była to suma na owe czasy ogromna i niemożliwa do spłacenia, ponieważ wartość polskiej produkcji rolnej sprzedanej w 1933 roku wynosiła około 1,5 mld złotych.

Chcąc ratować swoją sytuację, rolnicy zwiększali produkcję rolną oraz ograniczali spożycie własne i rodziny. Było to tzw. zjawisko podaży głodowej, polegające na ukształtowaniu się wysokiej podaży artykułów rolnych – nadmiernej w porównaniu z kurczącym się popytem w miastach, który był wynikiem spadku zarobków robotników i rosnącego bezrobocia. Sytuacja ta powodowała ciągłe obniżanie cen płodów rolnych. Ceny artykułów rolnych spadały w stopniu o wiele większym niż ceny artykułów przemysłowych. W ekonomii nazywa się to rozwarciem nożyc cen.

Obóz sanacyjny po przewrocie majowym zablokował w interesie ziemiaństwa reformę rolną. Utrzymała się dzięki temu postfeudalna struktura agrarna, która – obok Wielkiego Kryzysu – stanowiła kluczową przyczynę nędzy wsi.

Postępująca pauperyzacja rolnictwa wpłynęła bezpośrednio na poziom życia rolników i ich rodzin, zwłaszcza w gospodarstwach mało- i średniorolnych. Takie istniały głównie w najuboższych regionach Polski południowej i wschodniej. Rolnicy przestali tam kupować węgiel, naftę, odzież, buty i inne niezbędne artykuły przemysłowe. Przysłowiowe dzielenie zapałki na czworo rzeczywiście niejednokrotnie miało wtedy miejsce na polskiej wsi.

Bieda powodowała narastanie niezadowolenia społecznego ludności wiejskiej. Na początku 1931 roku wybuchł strajk rolny w powiecie sanockim, a kilkanaście miesięcy później zastrajkowała cała służba dworska Rzeszowszczyzny. Od 21 czerwca do 9 lipca 1932 roku trwało wystąpienie ludności chłopskiej w Bieszczadach, które przeszło do historii pod nazwą powstania leskiego. Był to masowy protest przeciwko próbie wprowadzenia przez starostę leskiego nakazu pracy bez wynagrodzenia przy budowie dróg, co ludność wiejska odebrała jako przywrócenie pańszczyzny. W proteście uczestniczyło około 5 tys. rolników z 19 wsi. W wyniku starć od kul policji i wojska zginęło co najmniej siedmiu z nich, a kilkuset zostało rannych. Liczba aresztowanych wahała się od 260 do 800 osób.

Niezadowolenie wsi spowodowane kryzysem gospodarczym potęgowały represje polityczne władz sanacyjnych wobec Stronnictwa Ludowego, a zwłaszcza brutalne potraktowanie jego przywódcy, trzykrotnego premiera Wincentego Witosa. W 1930 roku został on wraz z innymi przywódcami opozycji osadzony w twierdzy brzeskiej, a następnie skazany w tzw. procesie brzeskim na 1,5 roku pozbawienia wolności. Chcąc uniknąć więzienia, udał się na emigrację do Czechosłowacji.

W 1935 roku – tuż przed śmiercią Piłsudskiego – obóz sanacyjny uchwalił, a właściwie narzucił nową autorytarną Konstytucję, nazwaną kwietniową. Opozycja zbojkotowała wybory parlamentarne we wrześniu 1935 roku, co skutkowało wyeliminowaniem jej z Sejmu i Senatu. Jedynym ugrupowaniem reprezentowanym w parlamencie – oprócz mniejszości narodowych – stał się obóz sanacyjny. W ten sposób dobiegła końca budowa ustroju autorytarnego w Polsce, rozpoczęta dziewięć lat wcześniej w wyniku przewrotu majowego. W maju 1936 roku – po kryzysie politycznym spowodowanym przetasowaniami w obozie sanacyjnym i krwawo stłumionymi wystąpieniami robotniczymi w Krakowie i Lwowie – sformowany został rząd gen. Felicjana Sławoja-Składkowskiego. Gabinet ten przyjął ostrą, konfrontacyjną wobec opozycji linię polityczną, czego wyrazem było bezwzględne tłumienie wystąpień społecznych.

Pierwszym ostrzeżeniem dla rządu, świadczącym o narastającym wybuchu społecznym na wsi, były oficjalne uroczystości w Nowosielcach koło Przeworska 29 czerwca 1936 roku. Zorganizowano je ku czci XVII-wiecznego wójta Michała Pyrza, który w 1624 roku obronił wieś przed Tatarami. Przybyły na nie władze sanacyjne z generalnym inspektorem sił zbrojnych Edwardem Śmigłym-Rydzem na czele. Oficjalne zgromadzenie było przewidziane na 50 tys. uczestników, ale na niejawne wezwanie Stronnictwa Ludowego przybyło ich o 150 tys. więcej. Doszło do nieprzewidzianych wystąpień działaczy ruchu ludowego, którzy domagali się powrotu do kraju emigrantów politycznych: Wincentego Witosa, Władysława Kiernika i Kazimierza Bagińskiego, amnestii dla więźniów brzeskich, demokratycznej Konstytucji, nowej ordynacji wyborczej do Sejmu i Senatu oraz natychmiastowych wyborów parlamentarnych i samorządowych. Śmigłemu-Rydzowi – wówczas jeszcze generałowi – wręczono rezolucję zawierającą takie właśnie żądania.

Na odpowiedź władzy nie trzeba było długo czekać. Trzy dni później w pobliskich Krzeczowicach policja stłumiła strajk płacowy w folwarku Polskiej Akademii Umiejętności. Od kul policji zginęło siedmiu robotników folwarcznych.

17 stycznia 1937 roku obradujący w Warszawie kongres Stronnictwa Ludowego zobowiązał władze partii do przeprowadzenia ogólnopolskiego strajku rolnego. Protest miał polegać na blokadzie dróg, wstrzymaniu dowozu żywności do miast oraz na rezygnacji z zakupów przez 10 dni. Na datę wyznaczono 15 sierpnia – dzień Czynu Chłopskiego, obchodzony przez ludowców w rocznicę bitwy warszawskiej 1920 roku, kiedy obroną kraju kierował rząd pod prezesurą Wincentego Witosa. W kolportowanych odezwach nie ukrywano politycznego i antysanacyjnego charakteru zapowiadanego strajku. Domagano się zmiany „systemu, który odsuwa masy ludowe od państwa” i wskazywano, że obóz sanacyjny nie jest w stanie rozwiązać problemów społecznych i gospodarczych, z którymi boryka się wieś.

Koncepcję strajku chłopskiego popierał przebywający na emigracji Wincenty Witos. Przeciwny był mu kierujący pracami SL w kraju Maciej Rataj, który jednakże dla swojego stanowiska nie znalazł większego poparcia w partii. W związku z tym kierowanie strajkiem, a tym samym i Stronnictwem Ludowym, przejął Stanisław Mikołajczyk.

Mimo braku formalnego współdziałania ludowców z PPS, socjaliści udzielili poparcia strajkowi chłopskiemu. Poparła go też nielegalna Komunistyczna Partia Polski. Zrozumienie dla postulatów ruchu ludowego wyraziła również część prasy prawicowej: „Kurier Warszawski”, „Polonia” (organ Chrześcijańskiej Demokracji) i „Zwrot” (organ Frontu Morges) oraz większość prasy katolickiej. Od działań ludowców zdecydowanie odcięło się Stronnictwo Narodowe. Już w czasie strajku, w obronie jego represjonowanych uczestników stanęły niezależne środowiska inteligenckie. Władze sanacyjne były zaskoczone działaniami ludowców. Z góry wykluczyły wszelki dialog i zdecydowały się na rozwiązanie siłowe.

W Wielkim Strajku Chłopskim, który miał miejsce w dniach 15-25 sierpnia 1937 roku, wzięło udział kilka milionów osób. Był to największy protest społeczny w Polsce przed 1980 rokiem. Został brutalnie stłumiony przez władze sanacyjne i nie przyniósł żadnych skutków natury politycznej.

Najostrzejszą formę strajk przybrał w województwie krakowskim oraz na Rzeszowszczyźnie (wówczas część województwa lwowskiego) – jednym z najbiedniejszych regionów kraju, gdzie rok wcześniej miało miejsce wspomniane masowe wystąpienie ludowców w Nowosielcach w obecności najwyższych władz państwowych. Już 17 sierpnia padła na ziemi rzeszowskiej pierwsza ofiara. Był nią rolnik Józef Szewc, zabity podczas rozpędzania przez policję wiecu w Grębowie w powiecie tarnobrzeskim. Pięć dalszych osób zostało rannych. W następnych dniach zginęli kolejni uczestnicy strajku. 18 sierpnia – dwie osoby w Harcie (powiat rzeszowski), 19 sierpnia – cztery osoby w Dydni (powiat brzozowski) i dwie w Kurowie koło Nowego Sącza, 21 sierpnia – dwie osoby w Melsztynie (powiat tarnowski) i siedem w Muninie (powiat jarosławski), 24 sierpnia – po jednej w Gnojnicach koło Ropczyc i Rdzawce (powiat nowotarski).

Początkowo nic nie zapowiadało tragicznych wydarzeń, do jakich doszło 23 sierpnia w Kasince Małej (powiat limanowski). Interwencja policji rozpoczęła się tam od użycia pałek wobec grupy chłopów, którą rozproszono. Następnie doszło jednak do starcia z główną grupą protestujących. Padły strzały, zginęło 9 osób. Jeszcze tragiczniejszy przebieg miała pacyfikacja policyjna w Majdanie Sieniawskim (powiat przeworski), gdzie 25 sierpnia zginęło aż 15 osób. Najpierw policja aresztowała tam sześciu przywódców strajku, których następnie wypuściła pod presją miejscowych chłopów. Do Jarosławia dotarł jednak nieprawdziwy meldunek o rzekomym rozbiciu w Majdanie posterunku policji. Wtedy do wsi skierowano specjalną kompanię policji ściągniętą z Centralnej Szkoły Policji Państwowej w Mostach Wielkich koło Sokala. Otworzyła ona ogień do zgromadzonej ludności z karabinu maszynowego. Wśród ofiar było m.in. kilkuletnie dziecko i jego babcia.

W innych regionach kraju strajk miał mniej dramatyczny przebieg. Np. w Szamotułach w województwie poznańskim policja dotkliwie pobiła strajkujących, którzy blokowali dostawy mleka do miasta, jak i łamistrajków. Obyło się jednak bez ofiar śmiertelnych. Ogółem zginęło w całym kraju 44 uczestników strajku, 5 tys. osób aresztowano, a 617 skazano później w procesach sądowych. Zapadały wyroki od ośmiu miesięcy do 3,5 roku pozbawienia wolności. Wśród skazanych byli m.in. Stanisław Mikołajczyk – prezes Stronnictwa Ludowego oraz Bruno Stanisław Gruszka (1881-1941) – adwokat i prezes SL na Małopolskę i Śląsk, organizator wielkiej antysanacyjnej manifestacji w Nowosielcach w 1936 roku.

Aresztowanych uczestników strajku policja brutalnie biła i maltretowała. Tzw. „ścieżki zdrowia” – wbrew temu co się dzisiaj twierdzi – nie były wcale wynalazkiem aparatu represji PRL, zastosowanym po stłumieniu strajków w Radomiu i Ursusie w 1976 roku. Na szeroką skalę ten sposób maltretowania aresztowanych stosowała też policja II RP w czasie tłumienia Wielkiego Strajku Chłopskiego w 1937 roku. Podczas pacyfikacji strajku wprowadzono także ostrą cenzurę prasy i całkowitą blokadę informacyjną w kraju.

W grudniu 1937 roku ksiądz Józef Lubelski – poseł obozu sanacyjnego, ale wcześniej działacz ruchu ludowego – złożył w Sejmie interpelację, poruszony brutalnością policji wobec strajkujących. Nie przyniosła ona jednak większego rezultatu.

Trzeba pamiętać o tych wydarzeniach nie po to, żeby jątrzyć, ale dlatego, że jest to historia narodu. Niestety mało kto chce o niej pamiętać w dzisiejszej Polsce. Oficjalna polityka historyczna gloryfikuje obecnie przywódców obozu sanacyjnego jako wielkich patriotów, a pomija milczeniem sprawy mniej chwalebne związane z ich rządami, takie jak autorytaryzm, proces brzeski, Bereza Kartuska i prowadzenie dialogu społecznego przy pomocy luf karabinowych.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 sierpnia 2017 r.

Niemieckie genocidium atrox w Warszawie 1944

Rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego jest w Polsce okazją do manifestowania powszechnego braku refleksji historycznej. Dla obecnego obozu władzy rocznica ta stanowi pretekst do nakręcania narracji antyrosyjskiej, co znalazło wyraz m.in. w wystąpieniu prezydenta Dudy, o przekazie mediów prorządowych nie wspominając. Nie da się też nie zauważyć, że kult powstania – do niedawna będący punktem ciężkości państwowej polityki historycznej – ustąpił już miejsca kultowi powojennej partyzantki antykomunistycznej, który teraz ma pierwszeństwo w kreowaniu antykomunistycznego i antyrosyjskiego modelu patriotyzmu. Powstańcy warszawscy są już tylko dodatkiem do tzw. żołnierzy wyklętych.

Być może tym należy tłumaczyć coraz bardziej zdumiewające wypowiedzi przedstawicieli establishmentu politycznego, wpisujące się w brak refleksji historycznej. Np. marszałek Sejmu stwierdził, że „Powstanie Warszawskie przyczyniło się do oparcia polskości na wierze katolickiej i ufności wobec Opatrzności Bożej”. Z kolei przewodniczący klubu parlamentarnego PiS uważa, że powstańcy walczyli nie tylko o niepodległość, ale i „za wiarę”. Nie mniej oderwany od rzeczywistości jest obóz kosmopolityczno-liberalny, czemu dała wyraz w wystąpieniu rocznicowym obecna prezydent Warszawy. Wedle niej powstańcy walczyli o demokrację i prawa człowieka i tę walkę musi podejmować od nowa każde pokolenie Polaków, co stanowiło wyraźną aluzję do niedawnych manifestacji ulicznych opozycji liberalnej przeciw reformie sądownictwa.

Oficjalna narracja historyczna na temat powstania przypomina tę, która jest prezentowana w Muzeum Powstania Warszawskiego i która najogólniej sprowadza się do eksponowania bohaterstwa i heroizmu powstańców. Brakuje w niej dwóch elementów: refleksji nad polityczną nieodpowiedzialnością dowództwa Armii Krajowej oraz przypomnienia i podkreślenia faktu, że podczas tłumienia powstania Niemcy dopuścili się aktu ludobójstwa na narodzie polskim. Nie ma w Muzeum Powstania Warszawskiego ekspozycji na temat niemieckiego genocidium atrox na Woli oraz deportacji warszawiaków z obozu przejściowego w Pruszkowie do obozów koncentracyjnych. Jest natomiast czerwona ściana, na której wiszą portrety członków PKWN. To oni mają być winni tragedii Warszawy. Przy takim rozłożeniu akcentów schodzi z pola widzenia odpowiedzialność niemiecka za zagładę stolicy.

Krytyczną analizę łańcucha decyzyjnego w dowództwie AK, który doprowadził do wybuchu powstania, przedstawili m.in. polscy historycy Jan Ciechanowski, Czesław Łuczak i Andrzej Leon Sowa. Dzisiaj warto także przypomnieć opinię historyka niemieckiego. W przetłumaczonej niedawno na język polski pracy o Powstaniu Warszawskim Hanns von Krannhals pisał pół wieku temu: „Z wojskowego punktu widzenia decyzja o wywołaniu powstania dowodzi braku wiedzy o przeciwniku. Nastąpiła ona bez uzgodnienia z Sowietami, niejednokrotnie wpływały na nią błędne raporty – a ponadto – w ostatniej chwili z przyczyn politycznych znalazła się pod presją czasu (było „za późno”). Rozkaz o powstaniu – lecz nie o powstaniu powszechnym – miał zatem na celu, niezależnie od tego, jak gorzko to zabrzmi, nie wyzwolenie ludności Warszawy spod jarzma niemieckiej okupacji, ale uwolnienie Armii Krajowej od nacisku wyznaczonego sobie samej zadania. Było to polityczne samousprawiedliwienie realizowane za pomocą niedostatecznych środków”[1].

Gen. Kazimierz Sosnkowski – naczelny wódz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie – był przeciwny rozpoczynaniu powstania w Warszawie. Dlatego w maju 1944 roku wysłał do Warszawy gen. Leopolda Okulickiego, by ten hamował dowódców AK. To jednak właśnie Okulicki – wbrew stanowisku Sosnkowskiego – doprowadził do wybuchu powstania. Gen. Władysław Anders nazwał wywołanie powstania w Warszawie „zbrodnią” i domagał się postawienia przed sądem wojennym dowództwa AK. Jan Nowak-Jeziorański, który na krótko przed wybuchem powstania dotarł z Londynu do Warszawy, oświadczył szefowi sztabu Komendy Głównej AK, gen. Tadeuszowi Pełczyńskiemu: „Nie orientuję się w całości sytuacji, nie znam waszych przesłanek wojskowych, ale jeżeli sobie wyobrażacie, że powstanie wywoła jakieś wielkie echa na Zachodzie, to muszę panu powiedzieć, że będzie to burza w szklance wody”. Warto o tym przypomnieć dzisiaj, kiedy bezmyślnie są gloryfikowane postacie Bora-Komorowskiego, Okulickiego, Pełczyńskiego, Chruściela.

W centralnym miejscu Muzeum Powstania Warszawskiego znajduje się tzw. dzwon „Montera”, upamiętniający płk. Antoniego Chruściela („Montera”) – dowódcę Okręgu Warszawskiego AK. „Monter”, obok Okulickiego i Pełczyńskiego, ponosi największą odpowiedzialność za wymuszenie na chwiejnym dowódcy AK decyzji o wybuchy powstania. Według płk. Kazimierza Pluty-Czachowskiego, „Monter” doprowadził do wybuchu powstania swoim rozkazem „przygotowania walki” z 27 lipca 1944 roku, a następnie fałszywym meldunkiem o pojawieniu się czołgów sowieckich pod Warszawą. Meldunek ten został negatywnie zweryfikowany przez szefa wywiadu AK, płk. Kazimierza Iranka-Osmeckiego, na dobę przed wybuchem powstania. Jednakże gen. Bór-Komorowski nie chciał już odwołać rozkazu walki. Dzisiaj na piedestał wynosi się tych, którzy przeforsowali decyzję o wybuchu powstania i doprowadzili tym samym do zagłady stolicy, a milczy się o Iranku-Osmeckim, Plucie-Czachowskim i płk. Januszu Bokszczaninie, który ostrzegał, że nieprzygotowana walka zakończy się dramatem[2].

Od lat wielkim nieobecnym kolejnych rocznic Powstania Warszawskiego jest płk. Jan Mazurkiewicz („Radosław”) – faktyczny dowódca powstania na Woli, Starym Mieście i Czerniakowie, dzięki któremu powstanie w ogóle się utrzymało. Powodem takiego ostracyzmu jest doprowadzenie przez „Radosława” do ujawnienia się większości podziemia poakowskiego w 1945 roku, a następnie przyjęcie po 1956 roku funkcji wiceprezesa Zarządu Głównego ZBoWiD oraz udzielenie poparcia gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu w stanie wojennym poprzez wejście do kierownictwa Frontu Jedności Narodu i PRON. Dla animatorów obecnej polityki historycznej nie ma przy tym znaczenia, że „Radosław” został skazany w okresie stalinowskim na dożywocie i w latach 1949-1956 przebywał w więzieniu oraz, że był jednym z inicjatorów budowy pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego na placu Krasińskich.

Powstanie w Warszawie nigdy nie powinno wybuchnąć, ale wybuchło i stało się dla III Rzeszy pretekstem do dokonania jednego z największych aktów ludobójstwa podczas drugiej wojny światowej. Gdyby dzisiejsza Polska miała normalną i sensowną politykę historyczną, to rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego byłaby obchodzona nie pod pomnikiem na placu Krasińskich, ale pod Pomnikiem Ofiar Rzezi Woli oraz Pomnikiem Polegli Niepokonani, pod którym zgromadzono 12 ton prochów ludzkich, co odpowiada liczbie 40-50 tys. zamordowanych Polaków. Sformułowanie „rzeź Woli” – identycznie jak w wypadku ludobójstwa ukraińskiego na Polakach, nazywanego „rzezią wołyńską” – jest sformułowaniem nieszczęśliwym i niewłaściwym, zamazującym rzeczywisty charakter tego wydarzenia. To nie była „rzeź”, to było ludobójstwo o charakterze genocidium atrox.

Hitler po wybuchu powstania w Warszawie wydał ustny rozkaz wymordowania wszystkich jej mieszkańców bez względu na płeć i wiek. Rozkaz ten i będące jego następstwem działania eksterminacyjne spełniają znamiona definicji ludobójstwa sformułowanej po wojnie przez Rafała Lemkina i przyjętej przez ONZ w 1948 roku. Definicja ta opisuje ludobójstwo jako zbrodnię przeciw ludzkości, obejmującą celowe wyniszczenie całości lub części narodów, grup etnicznych, rasowych i religijnych, zarówno przez fizyczne zabójstwa, jak i wstrzymanie urodzin, przymusowe odbieranie dzieci lub stworzenie warunków życia obliczonych na fizyczne wyniszczenie.

Zbrodnie popełnione przez niemieckie i kolaboracyjne formacje pacyfikujące powstanie na Woli, Ochocie, Starym Mieście i Czerniakowie miały charakter genocidium atrox – ludobójstwa szczególnie okrutnego, zwyrodniałego. Podczas drugiej wojny światowej popełniono na narodzie polskim dwukrotnie ludobójstwo typu genocidium atrox – podczas banderowskiej czystki etnicznej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943-1944 oraz podczas tłumienia przez Niemców i ich kolaborantów powstania w Warszawie. Wiedza o tym poza Polską jest znikoma, a obecna polityka historyczna – skoncentrowana na antykomunizmie i rusofobii – nie przyczynia się do upowszechniania jej w świecie.

Chociaż dowódca sił pacyfikujących powstanie – Erich von dem Bach-Zelewski – złagodził po kilku dniach ze względów pragmatycznych eksterminacyjny rozkaz Hitlera, nie powstrzymało to przerażającego ludobójstwa niemieckiego na Woli i Ochocie. To co stało się w tych dzielnicach w sierpniu 1944 roku można porównać tylko z masakrą nankińską, czyli ludobójstwem popełnionym przez armię japońską na chińskiej ludności Nankinu w grudniu 1937 i styczniu 1938 roku. Podczas drugiej wojny światowej zagłada Woli i Ochoty nie miały jednak precedensu.

W dniach 5-7 sierpnia 1944 roku na Woli zginęły całe wielopokoleniowe rodziny. Podpalano miotaczami płomieni dom po domu. Tych, którzy nie zginęli w płomieniach i nie zostali rozerwani granatami wrzucanymi do mieszkań i piwnic – rozstrzeliwano w zbiorowych egzekucjach. Rejon ulic Górczewskierj i Moczydła, fabryka „Ursus” przy ulicy Wolskiej 55, fabryka Franaszka przy ulicy Wolskiej 41/55, zajezdnia tramwajowa przy ulicy Młynarskiej 2, park Sowińskiego, plac przed kuźnią przy ulicy Wolskiej 122/124, ogród przy klasztorze karmelitanek przy ulicy Wolskiej 29, fabryka „Bramenco” przy ulicy Wolskiej 60, podwórza domów przy ulicy Wolskiej 120 i Staszica 15, cmentarz prawosławny przy ulicy Wolskiej 138, kościół św. Wawrzyńca przy ulicy Wolskiej 140 A – to najważniejsze miejsca egzekucji tylko w dniu 5 sierpnia 1944 roku. Egzekucji dokonywanych z niezwykłym okrucieństwem, wśród przerażających krzyków ofiar, gdzie na oczach matek rozstrzeliwano dzieci, proszących o litość ludzi brutalnie bito, a zwłoki zamordowanych palono na stosach.

Zbrodnie te były dziełem formacji policyjnej z Kraju Warty pod dowództwem Heinza Reinefartha oraz podporządkowanych mu jednostek: brygady SS Oskara Dirlewnagera (składającej się z batalionu sformowanego spośród niemieckich kryminalistów, tzw. batalionu rosyjskiego i wschodniomuzułmańskiego pułku SS, sformowanego z Azerów i Turkmenów), dwóch batalionów azerbejdżańskich oraz brygady SS-RONA, sformowanej z kolaborantów narodowości wschodniosłowiańskich, a dowodzonej przez rosyjskiego kolaboranta Bronisława Kamińskiego. Wspomnieć też należy o kilku kolaboracyjnych jednostkach kozackich oraz tzw. Ukraińskim Legionie Samoobrony (31. batalionie SD, znanym pod określeniem Legion Wołyński), złożonym z nacjonalistów ukraińskich, który brał udział w tłumieniu powstania na Czerniakowie we wrześniu 1944 roku. Dowódcą tej formacji był Petro Diaczenko, którego w 2015 roku Rada Najwyższa Ukrainy włączyła do panteonu ukraińskich bohaterów narodowych przy dyskretnym milczeniu polskiego MSZ i polskich mediów mainstreamowych. Po kapitulacji Górnego Czerniakowa wziętych do niewoli żołnierzy AK w większości wymordowano, a cywilów deportowano do KL Auschwitz w ostatnim transporcie pruszkowskim. Nie ulega wątpliwości, że w zbrodni tej musiał wziąć też udział Ukraiński Legion Samoobrony.

Największym zwyrodnieniem spośród wymienionych formacji wykazały się jednostki podległe Dirlewangerowi i Kamińskiemu. W czasie egzekucji członkowie tych formacji dopuszczali się wyjątkowych bestialstw, np. zabijając dzieci, w tym niemowlęta, na oczach rodziców albo paląc ludzi żywcem w kamienicach. W prawosławnym sierocińcu przy ulicy Wolskiej 149 dirlewngerowcy wymordowali kilkadziesiąt dzieci. Jeden z nich tak opisał tę zbrodnię: „Wysadziliśmy drzwi, chyba do szkoły. Dzieci stały w holu i na schodach. Dużo dzieci. Rączki w górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil, zanim wpadł Dirlewanger. Kazał zabić. Rozstrzelali je, a potem po nich chodzili i rozbijali główki kolbami. Krew ciekła po schodach”[3]. Ponadto podkomendni Dirlewangera i Kamińskiego dopuścili się tysięcy sadystycznych gwałtów na kobietach, porównywalnych pod względem stopnia zwyrodnienia tylko z tymi, które miały miejsce podczas masakry nankińskiej.

Bandyci od Reinefartha i Dirlewangera nie oszczędzili też wolskich szpitali. W Szpitalu Wolskim przy ulicy Płockiej 26 zamordowali 60 osób z personelu i około 300 pacjentów. Natomiast w szpitalu św. Łazarza zamordowano około 1200 osób. Zbrodni tej dokonali Azerowie i Turkmeni ze 111. azerbejdżańskiego batalionu piechoty Wehrmachtu i II. batalionu „Bergmann”. Personel szpitala, chorzy, ranni i szukający schronienia w szpitalu cywile byli zabijali strzałami w tył głowy, seriami z broni maszynowej i granatami. Ci, którzy nie zginęli od razu spłonęli w podpalonych po egzekucji budynkach szpitala.

Genocidium atrox na Woli pochłonęło w ciągu trzech dni od 40 do 50 tys. ofiar, na Ochocie około 10 tys. ofiar, a podczas egzekucji w tzw. „dzielnicy policyjnej” zamordowano od 5 do 10 tys. ofiar. To mniej więcej tyle ile zginęło od wybuchu bomby atomowej w Nagasaki. O Nagasaki wie jednak cały świat, podczas gdy o zagładzie Warszawy w 1944 roku poza Polską się nie mówi. Gdyby przyjąć szacunkową liczbę 50 tys. zamordowanych w ciągu trzech dni na Woli, okaże się, że średnio co godzinę mordowano 700 osób.

W sierpniu i we wrześniu 1944 roku zginęło ogółem od 150 do 180 tys. cywilnych mieszkańców Warszawy, 600 tys. zostało wypędzonych z miasta, a 55 tys. z nich deportowanych do obozów koncentracyjnych, gdzie przynajmniej połowa też zginęła. Kontynuacją genocidium atrox z Woli i Ochoty była zagłada Starego Miasta, gdzie na przełomie sierpnia i września 1944 roku na skutek ostrzału artyleryjskiego i egzekucji dokonywanych przez dirlewngerowców oraz głodu zginęło co najmniej 30 tys. cywilów. Znaczną ich część stanowili uchodźcy z Woli. Zbrodniarze niemieccy nie oszczędzili też szpitali powstańczych na Starym Mieście, mordując 3 tys. rannych.

Niemcy celowo pacyfikowali Warszawę tak, by spowodować jak największe straty wśród ludności cywilnej. Warszawiacy ginęli od wybuchów bomb lotniczych i pocisków z wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych typu Nebelwerfer, od ostrzału artyleryjskiego i granatów wrzucanych do piwnic, od ognia w podpalanych przez Niemców domach, od kul snajperów, pędzeni jako „żywe tarcze” przed niemieckimi czołgami na powstańcze barykady, czy po prostu z głodu i barku pomocy medycznej. Zbrodnie na cywilach były dokonywane do końca powstania. To była największa masakra cywilów, jaka miała miejsce w okupowanej przez Niemcy Europie. Zbrodnia ludobójstwa, za którą nikt nigdy nie odpowiedział przed żadnym sądem.

W 2008 roku pojawiła się szansa wymierzenia sprawiedliwości żyjącym jeszcze sprawcom warszawskiego genociduim atrox. W archiwach austriackiego Czerwonego Krzyża odnaleziono bowiem nieznane wcześniej dokumenty z danymi 85 dirlewangerowców. Dzięki pracy wolontariuszy z Muzeum Powstania Warszawskiego udało się ustalić, że 10 z nich nadal żyje w Niemczech. Do wytoczenia im procesów jednak nie doszło, ponieważ nie było dobrej woli niemieckich instytucji zajmujących się ściganiem zbrodni nazistowskich.

Rocznica Powstania Warszawskiego powinna być przede wszystkim okazją do przypominania o niemieckim genocidium atrox w stolicy. Nie po to, by budzić negatywne emocje w stosunku do Niemców i nie po to, by licytować się z kimkolwiek polską martyrologią. Życie narodu oraz stosunki z innymi narodami muszą być budowane na prawdzie, której nie można ukrywać ani w wypadku niemieckiego genocidium atrox w Warszawie ani w wypadku ukraińskiego genocidium atrox na Kresach Wschodnich.

Przypominanie prawdy o historii jest konieczne w sytuacji, gdy ukraińska polityka historyczna wprost neguje odpowiedzialność OUN-UPA za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie i sam fakt tego ludobójstwa, a niemiecka polityka historyczna zmierza do przerzucania odpowiedzialności za zbrodnie hitlerowskie z Niemiec na Polskę. Tendencje niemieckiej polityki historycznej widać szczególnie dobrze w stanowisku zajętym przez telewizję ZDF wobec wyroku polskiego sądu nakazującego tej telewizji przeproszenie za używanie określenia „polskie obozy zagłady”[4].

Niestety mam wrażenie, że polska polityka historyczna wychodzi naprzeciw oczekiwaniom ukraińskiej i niemieckiej polityce historycznej. Przy okazji dyskusji nad nową podstawą programową nauczania historii wyszło na jaw, że Ministerstwo Edukacji Narodowej chce powielać banderowską propagandę o „konflikcie polsko-ukraińskim” w stosunku do ludobójstwa OUN-UPA na Kresach Wschodnich. W wypowiedzi dla „Naszego Dziennika” rzeczniczka MEN Justyna Sedlak oświadczyła, że zrezygnowano z określenia „ludobójstwo”, ponieważ uznano je za „niewłaściwe”. Ponadto MEN jest także przeciwne „epatowaniu” młodzieży opisami okrucieństw UPA[5]. Widać tutaj, że dla PiS-u priorytetem jest nadal niedrażnienie Ukrainy.

Także narracja odnośnie Powstania Warszawskiego – nie tylko PiS, ale wszystkich formacji postsolidarnościowych – wychodzi naprzeciw oczekiwaniom niemieckiej polityki historycznej. Szokujące obrazy niemieckiego genocidium atrox w Warszawie są usuwane na dalszy plan. Wręcz giną wśród antykomunistycznej i antyrosyjskiej narracji, jaka od ponad ćwierć wieku towarzyszy w Polsce kolejnym rocznicom Powstania Warszawskiego. Samo powstanie i dyskurs wokół niego stały się jeszcze jednym elementem wojny historycznej i ideologicznej z Rosją oraz narzędziem delegitymizacji PRL. Skutkiem takiej narracji, a właściwie prania mózgów młodzieży, są m.in. powtarzające się dewastacje pomnika gen. Zygmunta Berlinga na Saskiej Kępie i żądania jego usunięcia. Co mają oznaczać czerwona farba, symbolizująca krew, na rękach monumentu Berlinga i jego portret na czerwonej „ścianie hańby” w Muzeum Powstania Warszawskiego[6]. Robił przecież co mógł, żeby iść na pomoc powstaniu i za to m.in. zapłacił usunięciem ze stanowiska dowódcy 1. Armii WP. Pomoc ta kosztował życie 2,5 tys. żołnierzy 1. Armii WP.

Czy ta antykomunistyczna i antyrosyjska narracja ma służyć zrzuceniu odpowiedzialności za wywołanie powstania z najważniejszych dowódców AK – dzisiaj bezkrytycznie gloryfikowanych? W tym kontekście zrozumiałe też jest dlaczego główny punkt ciężkości obecnej polityki historycznej odnośnie Powstania Warszawskiego nie spoczywa na niemieckim genocidium atrox w Warszawie. Bo byłoby to przecież równoznaczne z oskarżeniem o nieodpowiedzialne wywołanie powstania generałów Bora-Komorowskiego, Okulickiego, Pełczyńskiego i Chruściela.

[1] H. v. Krannhals, „Powstanie Warszawskie 1944”, Warszawa 2017, s. 140.

[2] W. Kowalski, Ten oficer robił wszystko, by wstrzymać decyzję o wybuchu powstania. „Mówił rzeczy, których nie chcieliśmy słyszeć”, http://www.natemat.pl, 1.08.2016.

[3] K. Jóźwiak, „Miasto rozstrzelane”, http://www.uwazamrze.pl (portal miesięcznika „Uważam Rze”), dostęp 3.08.2017.

[4] M. Kowalewski, ZDF kontratakuje. Nie chce przepraszać za „polskie obozy zagłady”, http://www.tvp.info, 25.07.2017.

[5] ND: Znikające „ludobójstwo” w kontekście Wołynia w projekcie podstawy programowej MEN z historii, http://www.kresy.pl, 2.08.2017.

[6] Pomnik Zygmunta Berlinga znowu pomalowany czerwoną farbą, http://www.warszawa.onet.pl, 4.08.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 8 sierpnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 33-34 (2149/50), 13-20.08.2017, s. 14-15

Bezkarni kaci Warszawy

„Generale Reinefarth, jest pan jedną z najbardziej znienawidzonych postaci w Polsce. Czy wie pan o tym? – Wiem. – Czy zna pan swój przydomek „kat Warszawy”? – Także jest mi znany. A czy panu jest znany fakt, że przewód sądowy w mojej sprawie trwał dwadzieścia lat i zostałem uniewinniony?”

Tak zaczyna się rozmowa polskiego dziennikarza Krzysztofa Kąkolewskiego (1930-2015) z Heinzem Reinefarthem (1903-1979), przeprowadzona w 1973 roku w Westerland na wyspie Sylt. Rozmowa odbyła się w kancelarii mecenasa Reinefartha, byłego burmistrza (w latach 1951-1964) kurortu Westerland oraz byłego SS-Gruppenführera i Generalleutnanta der Waffen-SS.

Podczas tłumienia Powstania Warszawskiego zginęło 150-180 tys. cywili, z których co najmniej 30 proc. stanowią ofiary egzekucji przeprowadzonych przez jednostki SS. Wypędzono z domów 550 tys. warszawiaków, 55 tys. z nich deportowano do obozów koncentracyjnych, gdzie co najmniej połowa zginęła. Na rozkaz Himmlera stolicę wyburzano i palono także po zakończeniu walk. Ilość gruzów pokrywających Warszawę oszacowano w 1945 roku na 20 milionów metrów sześciennych. Za te zbrodnie żaden z ich bezpośrednich sprawców nie poniósł kary.

Heinz Reinefarth w wywiadzie udzielonym Krzysztofowi Kąkolewskiemu nie miał sobie nic do zarzucenia. Jego podkomendni mordowali ludność cywilną? – Kobiety i dzieci też walczyły. Egzekucje na cywilach? – Potępiał je i odwoływał, gdy dochodziły do niego meldunki. Dlaczego osiadł na wyspie Sylt? – Bo po wojnie został mu tylko domek letniskowy w Westreland. Nie wierzył w podaną przez Kąkolewskiego liczbę 35 tys. ofiar zamordowanych na Woli – „bo to nawet technicznie było niemożliwe”. Zwierzył się, że długoletnie śledztwo sądowe było dla niego dużym stresem i dlatego miał zawał. Także jego żona i dzieci głęboko to przeżywały[1]. Należy podkreślić, że do tego śledztwa sądowego, zakończonego umorzeniem, prawdopodobnie by nie doszło, gdyby nie film dokumentalny „Urlop na Sylcie” („Urlaub auf Sylt”), zrealizowany w 1957 roku przez NRD-owską wytwórnię filmową DEFA.

Zaraz po wybuchu powstania Hitler wydał ustny rozkaz zrównania Warszawy z ziemią i wymordowania wszystkich jej mieszkańców. Dlatego doszło do ludobójczych masakr na Woli (5-7 sierpnia 1944 roku) i Ochocie (4-25 sierpnia), które pochłonęły łącznie co najmniej 50-60 tys. ofiar. Po zamordowanych i spalonych mieszkańcach Woli zebrano po wojnie 12 ton popiołów. Zbrodni tych dokonały jednostki SS dowodzone przez SS-Gruppenführera Heinza Reinefartha i SS-Oberführera Oskara Dirlewangera (1895-1945) oraz kolaboracyjna brygada SS-RONA (Rosyjska Ludowa Armia Wyzwoleńcza), dowodzona przez SS-Brigadeführera Bronisława Kamińskiego (1899-1944). Grupa Bojowa „Reinefarth” tłumiła też powstanie na Starym Mieście, gdzie dokonała masakry szpitali powstańczych (co najmniej 3 tys. ofiar), oraz na Powiślu. Cywili i wziętych do niewoli powstańców formacje SS zabijały do końca powstania.

Reinefarth urodził się w Gnieźnie w ówczesnej pruskiej Prowincji Poznańskiej. Przed pierwszą wojną światową jego rodzina przeniosła się do Cottbus (Chociebuż) na Łużycach. Zdobył wykształcenie prawnicze i pracował jako adwokat i notariusz. Już w 1932 roku wstąpił do NSDAP i SS. Walczył w kampanii wrześniowej, w kampanii francuskiej i na froncie wschodnim. Następnie m.in. kierował aparatem terroru w Kraju Warty jako wyższy dowódca SS i policji. W marcu 1944 roku witał na specjalnej uroczystości w Łodzi milionowego niemieckiego osadnika w Kraju Warty.

Wieczorem 5 sierpnia 1944 roku Reinefarth meldował dowódcy 9. Armii gen. Nikolausowi von Vormannowi, że ma „mniej amunicji niż jeńców”. Nie była to jego jedyna uwaga w tym duchu. Dwa dni potem Reinefarth w rozmowie z oficerem Wehrmachtu wskazał na tłum wypędzonych z domów warszawiaków mówiąc: „To nasz największy problem, rozumie pan? Nie mamy tyle amunicji, żeby ich wszystkich sprzątnąć”[2]. Po stłumieniu powstania otrzymał Krzyż Rycerski z Liśćmi Dębu – trzecią w hierarchii klasę najwyższego odznaczenia wojskowego III Rzeszy. To za te 12 ton popiołów ludzkich, które po wojnie odkopano na Woli.

W 1945 roku poddał się aliantom zachodnim. Przedstawił im się jako bojownik antyfaszystowskiego ruchu oporu, ponieważ tuż przed końcem wojny niemiecki trybunał wojskowy skazał go na karę śmierci za porzucenie obrony twierdzy Kostrzyn. Wszystkie próby ekstradycji Reinefartha do Polski spotykały się za sprzeciwem Amerykanów, dla których pracował jako doradca do spraw radzieckiej strategii wojskowej.

W przeciwieństwie do innych zbrodniarzy nazistowskich, z których wielu wybrało po wojnie karierę biznesową, Reinefarth postawił na politykę. Został działaczem rewizjonistycznej i nacjonalistycznej partii Blok Wszechniemiecki/Związek Wypędzonych z Ojczyzny i Pozbawionych Praw. Z jej ramienia przez 13 lat był burmistrzem Westrelandu, a w latach 1958-1967 także posłem do landatgu Szlezwiku-Holsztyna. Swoją bezkarność zawdzięcza „zimnej wojnie”. Uniknął odpowiedzialności, ponieważ zachodnioniemiecki wymiar sprawiedliwości nie miał woli sformułowania aktu oskarżenia[3].

Takiego happy endu nie było w wypadku dwóch najważniejszych pomocników Reinefartha – Dirlewangera i Kamińskiego. Ale też nie można powiedzieć, że ponieśli odpowiedzialność. Dirlewanger dowodził specjalną jednostką karną, złożoną z kryminalistów. Została ona utworzona w 1940 roku, początkowo jako batalion, następnie przekształcona w brygadę, a pod koniec wojny w dywizję Waffen-SS. Jej działalność to co najmniej 60 tys. ofiar, zamordowanych podczas ekspedycji karnych na Białorusi oraz tłumienia Powstania Warszawskiego i Słowackiego Powstania Narodowego. Według ustaleń polskich śledczych jednostka Dirlewnagera zamordowała w Warszawie około 30 tys. cywilów – na Woli, Starym Mieście, Powiślu i Górnym Czerniakowie.

Dirlewanger został aresztowany na początku czerwca 1945 roku we francuskiej strefie okupacyjnej Niemiec i po kilku dniach zmarł. Według oficjalnego aktu zgonu śmiercią naturalną. Istnieje też wersja, że śmiertelnie pobili go Polacy służący w armii francuskiej. Członków jego formacji nigdy nie ukarano. Śledztwo w sprawie udziału brygady Dirlewangera w zbrodniach podczas Powstania Warszawskiego wszczęła w 1963 roku prokuratura we Flensburgu przy okazji postepowania przygotowawczego przeciw Reinefarthowi. Jednak śledztwo to – identycznie jak w sprawie Reinefartha – nie potrafiło ustalić czyjejkolwiek odpowiedzialności. Raczej nie chciano jej ustalić.

Niebywałe okrucieństwo, połączone z gwałtami i grabieżami, cechowało też kolaboracyjną jednostkę Bronisława Kamińskiego. Jej dowódca – zwany „katem Ochoty” – należał do jednych z najbardziej ponurych postaci wśród kolaborantów III Rzeszy. Jego ojciec był Polakiem, matka Niemką, a sam uważał się za Rosjanina. Od 1941 roku kolaborował z Niemcami, stając na czele tzw. Republiki Łokockiej w obwodzie briańskim. Zorganizował najpierw prohitlerowską milicję, a następnie formację RONA. SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach-Zelewski (1899-1972) – dowódca sił pacyfikujących powstanie i kolejny bezkarny kat Warszawy – scharakteryzował Kamińskiego następująco: „Był awanturnikiem politycznym, wygłaszał do swych ludzi mowy propagandowe o wielkiej, faszystowskiej Rosji, której chciał być przywódcą-führerem (…). Pojęcie własności było mu obce, żadnego narodu nie nienawidził tak jak Polaków, których wspominał jedynie obelżywymi słowami”[4].

Po upadku powstania Kamiński został stracony przez Niemców za niesubordynację. Egzekucję dowódcy RONA przypisał sobie jako osobistą zasługę von dem Bach-Zelewski. Twierdził, że był to z jego strony rzekomo gest protestu wobec Himmlera. Uważał też, że ocalił tysiące warszawiaków, ponieważ złagodził eksterminacyjny rozkaz Hitlera. Najpierw 5 sierpnia 1944 roku zakazał zabijania kobiet i dzieci, a 12 sierpnia także mężczyzn-cywilów. Decyzja ta nie była jednak spowodowana względami humanitarnymi, ale pragmatycznymi. Masowe zbrodnie wzmacniały bowiem wolę oporu Polaków, a jednostki SS uczestniczące w mordach i grabieżach nie były w stanie prowadzić skutecznych działań przeciw powstańcom.

Mianowanie von dem Bacha dowódcą wojsk pacyfikujących powstanie nie było przypadkiem. Z ramienia Himmlera odpowiadał on bowiem za walkę z partyzantką w okupowanej Europie. Oprócz Warszawy miał na swoim koncie wiele innych zbrodni. W 1940 roku kierował wysiedlaniem Polaków z Żywiecczyzny i był pomysłodawcą utworzenia KL Auschwitz. Dowodził też akcjami pacyfikacyjnymi i ludobójczymi na okupowanych terenach ZSRR (m.in. zagładą 35 tys. Żydów w Rydze).

Po wojnie władze amerykańskie odmówiły ekstradycji von dem Bacha do Polski lub ZSRR, ponieważ był jednym z głównych świadków w procesie norymberskim. W 1961 roku skazano go w RFN na 4,5 roku więzienia za udział w „nocy długich noży”, a dwa lata później na dożywocie za morderstwo sześciu niemieckich komunistów z 1933 roku. Zbrodni ludobójstwa popełnionych przez niego na okupowanych terenach Polski i ZSRR akt oskarżenia nie objął.

W cieniu głównych katów powstańczej Warszawy pozostaje gen. Wehrmachtu Rainer Stahel (1892-1955). Tuż przed wybuchem powstania objął funkcję komendanta wojskowego Warszawy. Jego kwatera główna w Pałacu Saskim została odcięta przez powstańców 1 sierpnia 1944 roku. Himmler podporządkował go rozkazom von dem Bacha, a po odblokowaniu Pałacu Saskiego Stahel opuścił Warszawę 24 sierpnia. Mimo ograniczonego udział w tłumieniu powstania ponosi on odpowiedzialność za zbrodnie na ludności cywilnej. Z zeznań żołnierzy Wehrmachtu wynika, że Stahel wydał im 3 sierpnia rozkaz zabijania cywilów i palenia domów. Ponadto polecił rozstrzelać 600 polskich więźniów, przetrzymywanych w zakładzie karnym przy ulicy Rakowieckiej. Był też autorem pomysłu, by w walce z powstańcami używać jako „żywe tarcze” ludność cywilną. Stahel zmarł w niewoli radzieckiej i również nigdy nie odpowiedział za swoje zbrodnie. W 2014 roku jego wnuk Christoph Broszies groził Muzeum Powstania Warszawskiego procesem za umieszczenie na ekspozycji informacji, że Stahel był zbrodniarzem wojennym[5].

Najmniej znanym katem Warszawy był Petro Diaczenko (1895-1965) – dowódca Ukraińskiego Legionu Samoobrony (zwanego też Legionem Wołyńskim), formacji kolaboracyjnej złożonej z nacjonalistów ukraińskich. Podczas pierwszej wojny światowej Diaczenko służył w armii rosyjskiej, a następnie w wojsku Ukraińskiej Republiki Ludowej. W okresie międzywojennym był oficerem kontraktowym w Wojsku Polskim, ale już w latach 30. nawiązał współpracę z Abwehrą. Na czele Legionu Wołyńskiego stanął w 1943 roku. Formacja ta została skierowana we wrześniu 1944 roku do tłumienia powstania na Czerniakowie. W dniach 27-30 września 1944 roku podkomendni Diaczenki uczestniczyli w operacji rozbicia Grupy „Kampinos” Armii Krajowej. Na początku 1945 roku Legion Wołyński wcielono do 14. Dywizji Waffen-SS (1. ukraińskiej), czyli dywizji „Galizien”. W marcu 1945 roku Diaczenko został jednym z dowódców sformowanej u boku Niemiec hitlerowskich Ukraińskiej Armii Narodowej (UNA). Po zakończeniu wojny on i jemu podobni kolaboranci ukraińscy nie zostali wydani w ręce ZSRR dzięki interwencji gen. Władysława Andersa, który potwierdził przed władzami alianckimi ich polskie obywatelstwo. Dlatego Diaczenko mógł spokojnie udać się na emigrację do USA.

W lutym 2015 roku Rada Najwyższa Ukrainy włączyła Diaczenkę do panteonu ukraińskich bohaterów narodowych, ustanawiając na szczeblu państwowym obchody 120. rocznicy jego urodzin[6]. Faktu tego dyskretnie nie zauważyły elity polityczne III RP, wspierające bezkrytycznie pomajdanową Ukrainę.

[1] K. Kąkolewski, Co u pana słychać?, Warszawa 1975, s. 84-99.

[2] P. Gursztyn, Rzeź Woli. Zbrodnia nierozliczona, Warszawa 2014, s. 178-179; N. Sennerteg, Kat Warszawy, Warszawa 2009, s. 143.

[3] Ph. Marti, Sprawa Reinefartha. Kat powstania warszawskiego czy szacowny obywatel, Warszawa 2016, s. 218-305.

[4] J. Kirchmayer, Powstanie Warszawskie, Warszawa 1964, s. 244.

[5] Wnuk nazisty chce pozwać Muzeum Powstania Warszawskiego, http://www.wprost.pl, 5.11.2014.

[6] B. Piętka, Gloryfikacja ukraińskich zbrodniarzy, „Myśl Polska” nr 15-16 (2029/30), 12-19.04.2015, s. 14-15.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 8 sierpnia 2017 r.

„Przegląd”, nr 32 (918), 7-13.08.2017, s. 14-17

Rocznica genocidium atrox na Woli

Dzisiaj przypada 73. rocznica niemieckiego ludobójstwa na Woli. 5 sierpnia 1944 roku też była sobota, nazwana później „czarną” – i też była upalna. Wydarzenie to jest nazywane „rzezią Woli” i podobnie jak „rzeź wołyńska” jest to określenie niewłaściwe z naukowego punktu widzenia. Jedynym właściwym określeniem na to, co stało się na Woli w dniach 5-7 sierpnia 1944 roku oraz na to, co stało się w Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w 1943 i 1944 roku jest genocidium atrox – ludobójstwo zwyrodniałe, tzn. takie, gdzie ofiarom zadaje się śmierć w barbarzyński i okrutny sposób.

Naród polski w okresie drugiej wojny światowej dwukrotnie doświadczył genocidium atrox – ze strony nacjonalistów ukraińskich na Kresach Wschodnich oraz ze strony Niemców i ich kolaborantów w Warszawie w 1944 roku. Z genocidium atrox podczas drugiej wojny światowej mieliśmy też do czynienia w wypadku ludobójstwa, którego na Serbach dokonali chorwaccy ustasze oraz w wypadku działalności brygady Dirlewangera na okupowanej Białorusi, w wyniku której część jej obszaru została przekształcona w Wüstezone (teren pustynny). To była ta sama brygada Dirlewangera, która w Wüstezone przekształciła Wolę, a potem Stare Miasto i Powiśle, podpalając dom po domu, wrzucając granaty do mieszkań i piwnic, rozstrzeliwując całe wielopokoleniowe rodziny, błagających o litość przebijając bagnetami, mordując i paląc dzieci w sierocińcach oraz rannych i chorych w szpitalach, dokonując sadystycznych gwałtów i mordów na kobietach. Rocznica Powstania Warszawskiego powinna być przede wszystkim okazją do przypomnienia niemieckiego genocidium atrox na Woli. Nie po to, by budzić niechęć do Niemców, ale po to, by wiedział o tym cały świat, bo to było przecież ludobójstwo na narodzie polskim. To jest historia narodu, o której wiedzieć powinni wszyscy.

Tak jednak nie jest. Obchody genocidium atrox na Woli mają charakter lokalny, dzielnicowy. Nie bierze w nich udziału nawet prezydent Warszawy, nie mówiąc o prezydencie Polski. Dlaczego? To są jakieś gorsze ofiary, jak te z Wołynia i Małopolski Wschodniej? Po zamordowanych i spalonych na Woli Polakach zebrano po wojnie 12 ton popiołów, co odpowiada 40-50 tys. ofiar. Jeśli dodamy do tego ofiary cywilne zamordowane podczas Powstania Warszawskiego na Ochocie (10 tys.), Starym Mieście (30 tys.) i w „dzielnicy policyjnej” (5-10 tys.), to otrzymamy mniej więcej tyle ile zginęło od wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie. O ile jednak o Hiroszimie wie cały świat, to wiedza o niemieckim genocidium atrox w Warszawie nie jest bynajmniej powszechna. Pod Pomnikiem Polegli Niepokonani – wzniesionym na kurhanie, który kryje 12 ton prochów ofiar genocidium atrox na Woli – nie klękają prezydenci Polski i Niemiec.

Rocznicowa narracja czynników oficjalnych o Powstaniu Warszawskim przypomina tę z Muzeum Powstania Warszawskiego, w którym nie ma nawet ekspozycji poświęconej niemieckiemu genocidium atrox w Warszawie. W świetle tej narracji powstanie było wielkim zwycięstwem moralnym i fajną harcerską przygodą. Rozumiem, że eksponowanie genocidium atrox popełnionego przez Niemców na cywilnych mieszkańcach Warszawy prowokowałoby pytanie o sens powstania i odpowiedzialność gloryfikowanych dzisiaj dowódców AK. Podejrzewam również, że te ofiary z Woli – biednej robotniczej dzielnicy, podobnie jak ofiary z Wołynia (biedni, często niepiśmienni chłopi), są traktowane przez czynniki oficjalne po prostu jako ofiary gorsze ze względu na swoje pochodzenie socjalne. Tak chyba patrzyło też na nie inteligenckie dowództwo AK, które było gotowe „rzucić na stos” warszawski proletariat, a także młodzież i dzieci, by osiągnąć założony cel polityczny, niemożliwy wówczas do zrealizowania.

Bohdan Piętka                                                                  

Oświęcim, 5 sierpnia 2017 r.

Niechciane święto

W tym roku po raz pierwszy był obchodzony Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej – święto ustanowione na pamiątkę rocznicy Krwawej Niedzieli 11 lipca 1943 roku. Uchwała ustanawiająca to święto została rok temu dosłownie wyrwana PiS-owi z gardła przez kresowian i nie ma w tym stwierdzeniu przesady. Establishment polityczno-medialny III i IV RP – skłócony ze sobą śmiertelnie we wszystkich sprawach – nadal ma problem z pamięcią o ludobójstwie dokonanym na narodzie polskim przez banderowców. Problem ten wynika z uwikłania tego establishmentu w dyktowaną z Zachodu politykę wspierania Ukrainy za wszelką cenę.

W dniach 8-9 lipca byłem świadkiem obchodów społecznych, zorganizowanych w Warszawie przez Patriotyczny Związek Organizacji Kresowych i Kombatanckich. Mogę powiedzieć całkiem otwarcie, że widziałem dwa sprzeczne ze sobą światy: gorące polskie serca uczestników społecznych uroczystości oraz kompromitację establishmentu polityczno-medialnego.

Obchody społeczne Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa na Kresach Wschodnich II RP rozpoczęły się 8 lipca konferencją popularno-naukową „Należna pamięć – nie zemsta” w Muzeum Niepodległości. Referaty wygłosili m.in. ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, dr Lucyna Kulińska, prof. Jerzy Robert Nowak, prof. Włodzimierz Osadczy, Ewa Siemaszko, Stanisław Srokowski i dr hab. Andrzej Zapałowski.

Referat dr. Lucyny Kulińskiej dotyczył wypędzenia Polaków z Kresów Wschodnich. Omówiła w nim trzy rodzaje wypędzenia: deportacje sowieckie w latach 1939-1941, w których aparat NKWD był wspierany przez nacjonalistów ukraińskich i Żydów, ucieczki Polaków z Wołynia i Małopolski Wschodniej podczas ludobójstwa z lat 1943-1944 oraz tzw. repatriacje z lat 1944-1945 i wypędzenie ludności polskiej z tzw. Zakrezonia, dokonane przez UPA w latach 1945-1947. Prelegentka zwróciła uwagę, że temat polskich wypędzeń stał się po 70-ciu latach kartą przetargową w stosunkach polsko-ukraińskich. Günter Grass powiedział, że Niemcy utraciły swoje ziemie wschodnie, ponieważ rozpętały zbrodniczą wojnę. Polska natomiast została ograbiona ze swoich ziem wschodnich, a Ukraińcy zostali nagrodzeni za ludobójstwo. Swoje wystąpienie dr Kulińska zakończyła refleksją, że banderyzm musi zostać w Polsce potępiony, a Jan Piekło usunięty ze stanowiska ambasadora w Kijowie, ponieważ jest probanderowski.

Ewa Siemaszko rozpoczęła swój referat od stwierdzenia, że ludobójstwo wołyńsko-małopolskie jeszcze trwa. Trwa jego trzecia, pogenocydalna faza, która polega na zacieraniu śladów i zaprzeczaniu zbrodni. Zwróciła uwagę, że do genocidium atrox w latach 1943-1944 nie doszło nagle, pod wpływem jakiegoś bodźca. Zostało ono zaplanowane przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów w lach 30. XX wieku w celu utworzenia państwa ukraińskiego.

Omówiła następnie wszystkie fazy ludobójstwa ukraińskiego, poczynając od działalności terrorystycznej OUN w latach 30. XX wieku. Wedle badań Ewy Siemaszko genocidium atrox na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej pochłonęło około 130 tys. ofiar. Ukraińcy nie negowali, że Polacy są mordowani dlatego, że są Polakami. Demoniczny charakter nacjonalizmu ukraińskiego przejawiał się m.in. w radości z zadawania cierpienia ofiarom oraz w gloryfikacji zbrodni przez naród, dla którego zbrodnia była popełniania. Dużo miejsca w swoim wystąpieniu Ewa Siemaszko poświęciła postgenocydalnym problemom, w tym traumie ofiar oraz przemilczaniu zbrodni. Zwróciła uwagę, że wobec ocalałych ofiar ludobójstwa banderowskiego nie prowadzono żadnych działań terapeutycznych. Nie było wobec nich nawet opieki psychologicznej, jak w przypadku ocalałych ofiar Holokaustu.

Zdaniem Ewy Siemaszko w PRL miało miejsce przemilczanie ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego w imię dobrych stosunków z ZSRR; mówiono tylko o zbrodniach UPA w Bieszczadach. Nie do końca się z tym zgodzę, ponieważ o ludobójstwie na Wołyniu dowiedziałem się właśnie w PRL, na początku lat 80. XX wieku, z podręcznika historii do szkoły podstawowej (była tam podana liczba 40 tys. ofiar, ale taki był wówczas stan badań). W PRL nakręcono na temat zbrodni UPA dwa filmy fabularne („Ogniomistrz Kaleń” i „Zerwany most”). Ich akcja co prawda rozgrywa się po wojnie w Bieszczadach, ale zwłaszcza w „Zerwanym moście” jest pokazana z detalami zagłada polskiej wsi przez UPA, tak jak to miało miejsce na Wołyniu. W PRL wydano też co najmniej kilka pozycji książkowych na temat zbrodni UPA, w tym popełnionych na Wołyniu (np. wspomnienia Henryka Cybulskiego – „Czerwone noce”, wyd. Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1977).

Jaskrawo kontrastuje to z okresem III RP, gdzie temat ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego został całkowicie przemilczany w filmie (film „Wołyń” z 2016 roku zrealizowano za społeczne pieniądze wbrew czynnikom oficjalnym), a przez 15 lat nie było go też w podręcznikach szkolnych. Gdy w końcu trafił do podręczników, to w formie narracji banderowskiej – najpierw były rzekome prześladowania Ukraińców w II RP, a potem „tragiczne wydarzenia” na Wołyniu.

Zgodzę się więc z Ewą Siemaszko, że po 1989 roku miała miejsce państwowa polityka przemilczania zbrodni OUN-UPA. Celem tej polityki było ułożenie przyjaznych stosunków z państwem ukraińskim według koncepcji Jerzego Giedroycia. W podejściu elit intelektualnych Polski pookrągłostołowej do prawdy o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim Ewa Siemaszko wyróżniła trzy nurty: przemilczanie, tolerowanie i reglamentowanie. Od lat 2008-2013 nurt przemilczania zanika, co jest zasługą heroicznej walki o prawdę środowisk kresowych. Niemniej jednak nadal mamy do czynienia z oporem przed prawdą części elit politycznych oraz brakiem ustawodawstwa penalizującego banderyzm i negację zbrodni OUN-UPA. Na Ukrainie natomiast świadomie zaciera się prawdę o zbrodniczości UPA. Stąd poważnym zagrożeniem, na które zwróciła Ewa Siemaszko, jest napływ do Polski emigracji zbanderyzowanych młodych Ukraińców – wychowanych w duchu negacji zbrodni i kultu jej sprawców.

Pisarz Stanisław Srokowski poświęcił swoje wystąpienie m.in. pregenocydalnej fazie ludobójstwa we wrześniu 1939 roku. Szerzej wspomniał w tym kontekście m.in. o wymordowaniu przez bojówkę OUN 17 września 1939 roku polskiej wsi Sławentyn w województwie tarnopolskim. Odnosząc się do czasów współczesnych stwierdził, że kresowianie niczego sobie nie uzurpują – mają prawo do pamięci o swojej Polsce. Zwrócił uwagę na brak patronatu prezydenta RP nad obchodami społecznymi rocznicy ludobójstwa oraz brak udziału Kancelarii Prezydenta w uroczystościach społecznych. Czego prezydent się boi – zapytał Srokowski.

Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski omówił zagadnienie zagłady Ormian podczas ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Ormianie podzielili los Polaków nie tylko dlatego, że nacjonaliści ukraińscy zmierzali do usunięcia z terenu przyszłego państwa ukraińskiego wszystkich mniejszości narodowych, ale także dlatego, że byli mniejszością narodową najbardziej lojalną wobec państwa polskiego. Prof. Jerzy Robert Nowak przeanalizował zagadnienie zakłamywania prawdy o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim w mediach polskich. Dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem, iż z jego analizy wyszło, że „Gazeta Wyborcza” i „Gazeta Polska” mówią w tej sprawie jednym głosem, tzn. prezentują stanowisko ukraińskie.

Krytyce ukraińskiej polityki historycznej oraz polskiej polityki wobec Ukrainy zostały poświęcone dwa obszerne referaty, które wygłosili prof. Włodzimierz Osadczy i dr hab. Andrzej Zapałowski.

Wyraz głębokiemu rozczarowaniu oficjalnymi stosunkami polsko-ukraińskimi dał prof. Osadczy. Podniósł skandaliczny fakt skierowania do „zamrażarki sejmowej” ustawy o penalizacji banderyzmu. Dużo słów krytyki poświecił stronie ukraińskiej, w tym m.in. negacji na szczeblu państwowym ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, uprawianej przez Ukraiński IPN. Zacytował arcybiskupa-metropolitę lwowskiego Mieczysława Mokrzyckiego, który stwierdził, że owocami pojednania polsko-ukraińskiego stały się puste frazesy. Winę za to ponosi głównie strona ukraińska, w tym wspierający nacjonalistów ukraińskich Kościół greckokatolicki. Lwowski arcybiskup tego kościoła – Ihor Woźniak – święcił pomnik Bandery we Lwowie, stawiał Banderę za wzór do naśladowania i gloryfikował Szuchewycza. Z kolei kardynał Lubomyr Huzar skierował w 2006 roku list gratulacyjny do Kongresu Ukraińskich Nacjonalistów. Pisał w nim m.in. o rzekomo wysokim morale członków OUN i postawił ich za wzór. Postawę ukraińskiej hierarchii greckokatolickiej dobrze też oddaje jej sprzeciw wobec przypominania postaci bł. biskupa Grzegorza Chomyszyna (1867-1945) – przeciwnika nacjonalizmu ukraińskiego i orędownika pojednania polsko-ukraińskiego. Współczesny Kościół greckokatolicki jest przesiąknięty duchem nacjonalizmu ukraińskiego i z tego powodu – jak podkreślił prof. Osadczy – nie jest on partnerem do jakiegokolwiek dialogu.

Andrzej Zapałowski dokonał krytycznej analizy polskiej polityki wobec Ukrainy, poczynając od lat 70. XX wieku. Dwa ówczesne polskie ośrodki opozycyjne – emigracyjny w Paryżu i krajowy skupiony wokół KOR – zostały wykorzystane przez nacjonalistów ukraińskich dla postawienia znaku równania pomiędzy polską a ukraińską walką z Rosją oraz deprecjonowania ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Doprowadziło to do asymetrii w stosunkach polsko-ukraińskich po 1989 roku. Nałożyły się na to jeszcze polityka i interesy USA. Zdaniem Zapałowskiego banderyzm na Ukrainie odrodził się tak szybko, ponieważ w okresie „zimnej wojny” był wspierany przez Zachód w walce z ZSRR i blokiem wschodnim.

W polskich elitach politycznych – podkreślił Zapałowski – nie ma świadomości z jakim partnerem mają do czynienia na Ukrainie. Dominuje myślenie życzeniowe i ideologiczne. Nie ma wśród tych elit elementarnej wiedzy o współczesnej Ukrainie. Przede wszystkim o tym, że u podstaw budowy Ukrainy po 1991 roku leżała koncepcja państwa unitarnego sprowadzająca się do tego, że Ukraińcy zachodni mieli ukrainizować wschodnią, rosyjskojęzyczną cześć Ukrainy. Założono politykę konfrontacyjną jednej części Ukrainy w stosunku do drugiej, co w konsekwencji doprowadziło do rozpadu tego państwa po przewrocie z 2014 roku. Polskie elity nie znalazły sobie na Ukrainie innego partnera poza nacjonalistami i wspierają ich działania (ze swej strony dodam, że partnera tego znalazła im ambasada USA). Zdaniem Zapałowskiego polityka polska i polityka nacjonalistów ukraińskich faktycznie przyczynia się do realizacji polityki rosyjskiej, która po 2008 roku zmierza do wypchnięcia nacjonalistów z Ukrainy do zachodniej części tego państwa (teza do przemyślenia).

Zapałowski zauważył, że coraz bardziej realna jest konfrontacja na Ukrainie pomiędzy oligarchami i nacjonalistami. Po czyjej stronie stanie wówczas Polska – pytał (moim zdaniem po tej, którą wskaże ambasada USA). Zwrócił też uwagę, że Ukraina jest państwem eksploatowanym przez oligarchów, z budżetem na poziomie województwa mazowieckiego i PKB porównywalnym z najbiedniejszymi krajami afrykańskimi. Ma o 20 proc. wyższy niż Polska poziom najcięższych przestępstw kryminalnych. Czy to jest partner dla Polski – pytał.

W konkluzji swojego wystąpienia jeszcze raz podkreślił, że polskie elity nie mają realnej wiedzy na temat tego kraju. Poruszają się w kręgu własnych wyobrażeń i dawno przebrzmiałych mitów. Dlatego polska polityka wobec Ukrainy jest pozbawiona realizmu. Dlatego PiS miota się od ściany do ściany – z jednej strony mamy oświadczenie ministra Waszczykowskiego, że Ukraina z Banderą do UE nie wejdzie, a z drugiej strony utrzymuje się probanderowskiego ambasadora w Kijowie i dopuszcza do głosu lobby ukraińskie z „Gazety Polskiej”.

W niedzielę 9 lipca środowiska kresowe zorganizowały uroczystość przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Uczestniczyła w niej kompania honorowa Wojska Polskiego, ale ceną za jej obecność było odczytanie tzw. apelu smoleńskiego. Witold Listowski – prezes Patriotycznego Związku Organizacji Kresowych i Kombatanckich – oraz ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski dali w swoich wystąpieniach wyraz dezaprobacie wobec braku patronatu prezydenta RP nad obchodami społecznymi, o czym prezydent Andrzej Duda poinformował w oschłej formie organizatorów w ostatniej chwili. Ksiądz Isakowicz zapytał w związku z tym czy kresowianie są dziećmi gorszego prezydenta. Zwrócił uwagę, że 10 lipca na Krakowskim Przedmieściu – na tzw. miesięcznicy smoleńskiej – będzie obecny cały rząd i większość posłów PiS, a na uroczystość upamiętniającą ludobójstwo na narodzie polskim przybył jeden wiceminister. Z patriotycznymi przemówieniami przedstawicieli środowisk kresowych oraz posłów Roberta Winnickiego (niezrzeszony) i Piotra Zgorzelskiego (PSL) kontrastowały wystąpienia oficjalnych przedstawicieli władz. Byli nimi wiceminister obrony narodowej oraz pani w randze dyrektora departamentu, reprezentująca Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, a także poseł PiS Andrzej Melak, który odczytał list od marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego. List ten zaczynał się od tego, że Kresy Wschodnie były w XIX wieku pod zaborem rosyjskim. Kilka dni później dowiedziałem się, że kończył się słowami potępienia operacji „Wisła”, ale fragment ten w ostatniej chwili wykreślił prof. Jan Żaryn. Najwidoczniej marszałek Sejmu nie wiedział, że środowiska kresowe uważają operację „Wisła” za działanie zgodne z polską racją stanu, które położyło kres ludobójstwu ukraińskiemu na narodzie polskim.

Najbardziej zdumiewające było wystąpienie pani dyrektor z Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Po podejściu do mikrofonu pani ta stwierdziła, że nic nie może powiedzieć, ponieważ o wysłaniu ją na tę uroczystość dowiedziała się w ostatniej chwili. Następnie rozłożyła ręce, powiedziała „Cześć i chwała bohaterom” i na tym zakończyła swoje wystąpienie. Prawdopodobnie nie za bardzo wiedziała w jakiej uroczystości uczestniczy. Może skojarzyła ją sobie z licznymi celebrami na cześć tzw. żołnierzy wyklętych.

Wobec braku patronatu prezydenta RP nad uroczystościami społecznymi Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa banderowskiego patronat ten objęli marszałkowie województw mazowieckiego, dolnośląskiego i opolskiego. Na uroczystości przed Grobem Nieznanego Żołnierza był obecny marszałek województwa mazowieckiego Adam Struzik (PSL), a z bardziej znanych osobistości zaangażowanych w działalność kresową także gen. Mirosław Hermaszewski – ocalony jako dziecko z rzezi wołyńskiej.

Następnie odbył się Marsz Pamięci do katedry polowej Wojska Polskiego, w którym uczestniczyło kilkaset osób. Na Krakowskim Przedmieściu przywitała go pikieta Komitetu Obrony Demokracji z transparentem „Hitler-endek dwa bratanki”. Rozumiem, że było to oficjalne stanowisko szeroko rozumianej formacji liberalnej wobec święta 11 lipca.

Na mszy w katedrze polowej również zabrakło biskupa polowego WP. Odczytany w jego imieniu list zawierał sformułowania ostrożne i ogólnikowe.

Obchody społeczne Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa banderowskiego odbyły się poza Warszawą w wielu innych miastach Polski, m.in. we Wrocławiu, Lublinie, Żarach, Rzeszowie, Przemyślu, Gnieźnie, Krakowie, Oświęcimiu. Przeważnie z udziałem władz samorządowych. Wymowne było milczenie wobec tych uroczystości i samej rocznicy 11 lipca na łamach „Gazety Polskiej”.

11 lipca w Warszawie miały natomiast miejsce obchody państwowe przed Grobem Nieznanego Żołnierza i pod pomnikiem na Skwerze Wołyńskim. Niestety bez udziału prezydenta i premier Beaty Szydło, która wystosowała tylko zdawkowy list do uczestników. Jedynym pozytywnym akcentem było odsłonięcie tablicy informacyjnej przy pomniku na Skwerze Wołyńskim, na którym znalazło się słowo „ludobójstwo” – słowo, przed którym bardzo długie lata wzbraniał się establishment polityczno-medialny III RP, wykreślając go z uchwał i oficjalnych wystąpień, usuwając z publikacji, deprecjonując na łamach „Gazety Wyborczej”.

Tuż przed świętem 11 lipca prezydent Andrzej Duda udał się na urlop do Juraty. Najwidoczniej obawa przed oburzeniem opinii publicznej spowodowała, że tego dnia pojawił się jednak pod pomnikiem wołyńskim w Gdańsku, gdzie zorganizowano improwizowaną uroczystość z udziałem kilku urzędników i przewodniczącego NSZZ „Solidarność”. W krótkim wystąpieniu prezydent oświadczył, że „Jako naród, jako społeczeństwo, musimy o nich [ofiarach ludobójstwa – BP] pamiętać i musimy zawsze o tym przypominać – nie po to, by podsycać niechęć wobec narodu ukraińskiego, absolutnie nie po to. Wręcz przeciwnie – musimy pamiętać o tym, jako o ostrzeżeniu i musimy pamiętać o tym, jako o elemencie budowania dobrych relacji pomiędzy naszymi narodami, jak najlepszych. Musimy je budować na uczciwej pamięci i na nazywaniu spraw po imieniu, takimi, jakimi one rzeczywiście były, bo dobre relacje między narodami można budować tylko i wyłącznie na prawdzie”[1].

Problem w tym, że establishment polityczny III RP przed tą pamięcią nadal się broni, czego dowiodły pierwsze obchody Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa banderowskiego. Jest to nadal święto niechciane, wymuszone naciskiem społecznym i to widać w zachowaniu polityków partii rządzącej i samego prezydenta. Natomiast o budowaniu stosunków z Ukrainą opartych na pamięci i prawdzie nie ma mowy, ponieważ dzięki polityce wszystkich polskich rządów po 1989 roku do władzy na Ukrainie doszła opcja, która pamięć i prawdę o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim neguje. Władze pomajdanowej Ukrainy dały temu wyraz tuż przed świętem 11 lipca, odmawiając zgody na ekshumację ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, a jako warunek tej zgody stawiając żądanie postawienia w Polsce pomników UPA.

Prezydent wspomniał też w swoim wystąpieniu, że „ze strony polskiego podziemia były także akcje odwetowe prowadzone przez Armię Krajową. Zginęli także i ludzie narodowości ukraińskiej (…)”. Doprawdy nie wiem o co panu prezydentowi chodziło. W 1943 roku nie było na Wołyniu żadnej Armii Krajowej. Jej struktury zaczęto tam tworzyć dopiero po dokonaniu ludobójstwa przez banderowców. „Akcje odwetowe” prowadziły nieliczne polskie samoobrony, z największą w Przebrażu na czele. To historiografia banderowska w wyjątkowo bezczelny sposób określiła mianem „akcji odwetowych” rozpaczliwą obronę, która w wypadku Przebraża powiodła się – co ciągle jest przemilczane – dzięki pomocy partyzantki radzieckiej. Ten „odwet” polegał na tym, że garstka kilkunastu tysięcy niedobitków nie dała się wymordować, zadając straty bandytom z UPA.

Właśnie użycie przez prezydenta banderowskiego sformułowania o polskich „akcjach odwetowych” najlepiej świadczy o tym, że establishment III RP ma nadal problem z pamięcią i prawdą o Wołyniu oraz wymuszonym przez społeczeństwo świętem, którego nie chce. Będzie miał ten problem dopóki, dopóty będzie wyznawał tzw. wiarę ukrainną, czyli – jak to ujął Andrzej Zapałowski – patrzył na Ukrainę przez pryzmat własnych wyobrażeń i mitów, a nie faktów.

[1] „Prezydent: musimy pamiętać o ludobójstwie na Wołyniu i o nim przypominać”, http://www.prezydent.pl, 11.07.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 lipca 2017 r.

Ukraińcy wchodzą do gry

Aktywna politycznie część diaspory ukraińskiej w Polsce włącza się w pucz opozycji liberalnej przeciw rządowi PiS. Bartosz Kramek – przewodniczący rady Fundacji Otwarty Dialog, założonej przez nacjonalistkę ukraińską Lyudmylę Kozlovską, prywatnie jego żonę i prezesa zarządu Fundacji – ogłosił na Facebooku 16-punktowy plan obalenia rządu PiS, czyli zorganizowania przewrotu na wzór ukraińskiego Majdanu[1].

„Radykalne metody oporu z krajów wschodnich usprawiedliwiają wyjątkowe w historii III RP okoliczności. Władza, która przeprowadza destrukcję życia publicznego i ustroju państwa w stylu wschodnim, musi się liczyć z adekwatną i analogicznie inspirowaną reakcją społeczeństwa. Niniejsze opracowanie prezentuje 16 punktów opartych m.in. na doświadczeniach wyniesionych z misji obserwacji i wsparcia ukraińskiego Euromajdanu” – ogłosił publicznie Kramek.

Warto też zwrócić uwagę na to, że pan Kramek (urodzony w 1986 roku – jak sam podaje) pisze we wstępie do swojego elaboratu, że miał nadzieję, iż „historia Polski skończyła się wraz z upadkiem komunizmu oraz akcesją do NATO i UE”. Niestety rząd PiS zawiódł jego nadzieje na koniec historii Polski, który ma się sprowadzać do „sprawnego wykorzystywania funduszy unijnych, rozbudowy infrastruktury i modernizacji kraju”. Zarzuca Jarosławowi Kaczyńskiemu, że chce zostać „neoendeckim Piłsudskim”, a od elit politycznych w Polsce żąda „podążania za duchem czasu (…), a nie konfliktów o historię i symbole”. Temu „duchowi czasu” zagraża jego zdaniem „putinowska Rosja” oraz rząd PiS w Polsce. Ostrzega, że celem PiS-u jest „suwerenna demokracja w stylu Putina i Erdogana”. Pan Kramek podaje o sobie, że pochodzi z Bystrzycy Kłodzkiej. Nie wiem czy z rodziny ukraińskich wysiedleńców z operacji „Wisła” czy z rodziny polskiej, ale jego poglądy są bardzo znamienne. Przebija z nich nie tylko demoliberalny kosmopolityzm, ale i radykalny antypolonizm. Kramek ujawnia też, że był obecny „od samego początku” na ukraińskim Majdanie „wraz z grupą polskich parlamentarzystów”. Nie dowiadujemy się co tam robił, ale z następnego zdania, w którym pisze, że inspiracją jest dla niego „Niebiańska Sotnia” (czyli ofiary Majdanu, padłe głównie od strzałów w plecy ze strony jego organizatorów) wynika, że chyba nie roznosił tam kawy.

Ukraińska Fundacja Otwarty Dialog (w skrócie Open Dialog) została założona w 2009 roku w Warszawie przez nacjonalistów ukraińskich, ludzi powiązanych z dawną Unią Demokratyczną (Wolności) i lewaków z „Krytyki Politycznej”. Jej zadaniem jest organizowanie i wspieranie tzw. „kolorowych rewolucji” w krajach byłego ZSRR. Jest ściśle powiązana z Sorosem, michnikowszczyzną i Platformą Obywatelską. Liczne zdjęcia członków kierownictwa Fundacji Otwarty Dialog z Sorosem można bez trudu znaleźć w internecie. W radzie Open Dialog zasiadają m.in. były polityk Unii Demokratycznej (Wolności) Andrzej Wielowieyski i polityk PO Jacek Szymanderski. Aktywnego wsparcia działaniom Fundacji udzielali i udzielają m.in. polityk PO (a wcześniej sekretarz KC PZPR) Marcin Święcicki oraz skrajnie proukraiński działacz UD (UW) Henryk Wujec. Fundacja Otwarty Dialog najbardziej zasłynęła z organizowania nielegalnych zbiórek pieniędzy na zakup hełmów i kamizelek kuloodpornych dla banderowskich formacji paramilitarnych walczących w Donbasie oraz nielegalnej wysyłki tych komponentów uzbrojenia na Ukrainę. Prokuratura wszczęła w związku z tym śledztwo w 2014 roku przeciw Fundacji, ale sądy – które jak wiadomo pod rządami PO były niezawisłe – umorzyły postępowanie. Ponadto Open Dialog zajmuje się szkoleniem „działaczy demokratycznych”, czyli przygotowywaniem kadr dla przewrotów typu „kolorowych rewolucji” na obszarze poradzieckim. Przedmiotem jej zainteresowania oprócz Ukrainy były i są Białoruś, Mołdawia, Rosja, Gruzja, Kazachstan i inne kraje powstałe po rozpadzie ZSRR. Tajemnicą poliszynela – jak podaje m.in. portal prawy.pl – są powiązania Open Dialog ze Służbą Bezpieczeństwa Ukrainy[2].

Z Fundacją Otwarty Dialog jest ściśle związana Natalia Panczenko – liderka Euromajdanu Warszawa, która zasłynęła z otwartego manifestowania swoich banderowskich poglądów, w tym uwielbienia dla UPA, oraz żądania, by Polska zwróciła Gdańsk Niemcom a Przemyśl Ukrainie. Pani Panczenko była stałym gościem seansów nienawiści organizowanych przez Kluby „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji w dniach 17 września i 10 kwietnia. Wygłaszała tam nienawistne przemówienia, wzywając wprost do wojny polsko-rosyjskiej. Po jednym z takich wystąpień padła w objęcia obecnej posłanki PiS Anity Czerwińskiej, wówczas przewodniczącej warszawskiego Klubu „Gazety Polskiej”. Działalność Euromajdanu Warszawa i Fundacji Otwarty Dialog cieszyła się stałym wsparciem PiS-owskiej tuby medialnej – „Gazety Polskiej” – oraz skrajnie proukraińskiej posłanki PiS Małgorzaty Gosiewskiej. Nie muszę przypominać, że czołowi politycy PiS i dziennikarze jego mediów wspierali krwawy przewrót na Ukrainie w 2014 roku. I teraz oto przewodniczący rady Fundacji Otwarty Dialog ogłasza 16-punktowy plan obalenia rządu PiS.

Czy z tego faktu ktoś w PiS potrafi wyciągnąć polityczny wniosek? Chodzi mi o to czy ktoś w PiS jest świadomy tego, że to nie Rosja organizuje pucz w Warszawie, ale Zachód – Niemcy, USA i Soros przy udziale m.in. nacjonalistów ukraińskich. Fundacja Otwarty Dialog miała organizować „kolorowe rewolucje” na Wschodzie, a przyszło jej wspierać „kolorową rewolucję” w Polsce. Wrogiem rządu PiS jest Zachód i są nim też popierani przez PiS nacjonaliści ukraińscy. W tej sytuacji konieczna jest rewizja dotychczasowej polityki tej partii wobec Rosji. Polityki, która prowadzi donikąd, która doprowadziła do tego, że parlamenty Rosji i Izraela potępiły ustawę o likwidacji pomników radzieckich w Polsce. Skoro Rosja może przeciw rządowi PiS sprzymierzyć się z Izraelem, to może też stanąć (niekoniecznie jawnie) po stronie jego obecnych wrogów zewnętrznych. Koniecznym więc jest natychmiastowe znormalizowanie stosunków z Rosją i odejście od skrajnie rusofobicznej polityki, uprawianej przecież nie tylko w interesie USA, ale przede wszystkim nacjonalistów ukraińskich.

Jeżeli PiS tego nie zrozumie, to najpóźniej jesienią br. zniknie z powierzchni ziemi. Jego zewnętrzni przeciwnicy nie cofną się bowiem przed niczym i nie można walczyć z wszystkimi naraz – z Zachodem i Rosją. Nie jest tajemnicą, że wśród już podobno dwumilionowej imigracji ukraińskiej przeniknęło do Polski wielu nacjonalistów ukraińskich, w tym członków banderowskich formacji paramilitarnych walczących w Donbasie. Tajemnicą poliszynela jest, że razem z nimi nielegalnie przenikają do Polski duże ilości broni. W kwietniu br. na przejściu granicznym w Dorohusku zatrzymano dwie Ukrainki, które przemycały czterolufowe działo kaliber 30 mm, o szybkostrzelności 4000 pocisków na minutę[3]. Po co i komu jest potrzebna taka broń w Polsce?

W swoim 16-punktowym planie pan Kramek proponuje „wyłączyć rząd” w Polsce („Niech państwo stanie: wyłączmy rząd!”). To jest plan destrukcji państwa i puczu na wzór tego, który miał miejsce na Ukrainie na przełomie 2013/2014 roku. Pan Kramek proponuje m.in. powołanie Frontu Demokratycznego na wzór ukraińskiej Rady Majdanu i Sztabu Sprzeciwu Narodowego, włączenie w organizację puczu związków zawodowych, Polskiej Rady Biznesu, Business Centre Club i Konfederacji Lewiatan, obywatelską akcję powstrzymania się od płacenia podatków i innych należności na rzecz skarbu państwa pod hasłem „Nie płacę na PiS”, masowe manifestacje uliczne i miasteczka namiotowe z udziałem chronionych immunitetem posłów opozycji, strajk generalny nauczycieli i sędziów, blokowanie domów polityków PiS, prowokowanie Jarosława Kaczyńskiego celem jego kompromitacji i dążenie do rozbicia PiS na frakcje, szeroką akcję propagandową, w tym przede wszystkim w internecie, sabotowanie działań rządu przez samorządy prawnicze, włączenie do puczu opanowanych przez PO samorządów, w tym samorządu Warszawy, który mógłby wyłączyć prąd w Sejmie i Senacie, ministerstwach i siedzibie PiS.

W zakończeniu pan Kramek pisze, że „Prezes Kaczyński, premier Szydło, prezydent Duda, marszałkowie Sejmu i Senatu powinni zostać zasypani nie tylko stanowczymi pismami, ale i prośbami o pilne spotkania ze strony kluczowych polityków UE i ambasadorów najważniejszych państw. Podobnie na dywanik powinni być wzywani do lokalnych MSZ-ów i szefów rządów ambasadorowie Polski za granicą. (…) Sankcje międzynarodowe powinny być opcją w grze; być może udałoby się wykorzystać bądź stworzyć mechanizm sankcji personalnych wobec decydentów politycznych i urzędników łamiących prawo”.

To jest plan podpalenia Polski, identyczny z tym, który zrealizowano na Ukrainie zimą 2013/2014 roku. Z planem tym występuje zainstalowane w Polsce środowisko banderowskie, ściśle powiązane z Sorosem i PO. Nie jest tajemnicą, że różne podmioty ukraińskie są w Polsce częścią politycznego zaplecza PO i michnikowszczyzny. Teraz już widać po co w ostatnich miesiącach padały ze strony publicystów i polityków związanych z obozem liberalnym żądania „otwarcia Polski dla Ukraińców”, w tym nie tylko zintensyfikowania imigracji ukraińskiej do Polski, nie tylko zapewniania imigrantom ukraińskim mieszkań i pracy, ale przyspieszenia procedur nadawania im obywatelstwa oraz otwarcia dla nich stanowisk na uczelniach i w wojsku. Obóz kosmopolityczno-liberalny nie ukrywa, że chodzi mu o stworzenie swojego nowego elektoratu. Dał temu wyraz m.in. pan Dutkiewicz ogłaszając publicznie, że chce doprowadzić do daleko idącej zmiany składu narodowościowego Wrocławia na rzecz Ukraińców, których jest tam już 15 proc., by walczyć z „polskim nacjonalizmem”. Jeżeli Ukraińcy mają być w perspektywie elektoratem PO, to mogą też wziąć udział w puczu, którego scenariusz ogłosił pan Kramek. Jeśli będzie bowiem za mało chętnych ze strony etnicznych Polaków, to sięgnie się po diasporę ukraińską – tę starą i nową. Ona – a nie Polacy – posłucha w pierwszej kolejności Fundacji Otwarty Dialog. Poza tym będzie potem podstawa do szybkiego nadania obywatelstwa uczestnikom puczu z nowej diaspory ukraińskiej. Cóż bowiem bardziej predestynuje do nadania obywatelstwa jak nie udział w „walce o demokrację”?

Za jednym zamachem będzie można obalić „dyktatorską” władzę PiS i wdrożyć realizację planu Ukrpolu, ogłoszoną swego czasu przez Michnika. Tu nie chodzi o żaden sprzeciw wobec reformy sądów. Merkel i Soros muszą obalić rząd PiS ze względu na kryzys migracyjny w Europie Zachodniej. Tylko nowy „demokratyczny” rząd zagwarantuje im odzyskanie kontroli politycznej nad Polską i rozładowanie tego kryzysu poprzez przyjmowanie przez Polskę imigrantów z Afryki i Azji. Jeszcze raz podkreślę, że organizatorzy „obrony demokracji” w Polsce nie cofną się przed niczym. Jeśli plan pana Kramka nie zostanie zrealizowany teraz, to próba wprowadzenia go w życie będzie podjęta jesienią, kiedy po wrześniowych wyborach w RFN Angela Merkel odzyska swobodę manewru. Nie o demokrację tutaj chodzi, ale o niepodległość Polski i to trzeba sobie uświadomić bez względu na to co sądzimy o obecnej partii rządzącej.

[1] B. Kramek, „Niech państwo stanie: wyłączmy rząd!”, profil na Facebooku Bartosza Kramka, przewodniczącego rady Fundacji Otwarty Dialog, http://www.facebook.com/bartosz.kramek, 21.07.2017; Ujawniamy: 16 kroków, które mają sparaliżować Polskę i odsunąć PiS. Inżynierowie zbiorowej histerii mają chytry plan: „Wyłączmy rząd!”, http://www.wpolityce.pl, 22.07.2017.

[2] A. Wiejak, „Fundacja Otwarty Dialog publikuje instrukcję obalenia rządu w Polsce”, http://www.prawy.pl, 22.07.2017.

[3] Stanisław Michalkiewicz: niemieckie służby mogą wykorzystać Ukraińców w Polsce do obalenia rządu PiS, http://www.wprawo.pl, dostęp 21.07.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 lipca 2017 r.

Kohl a rozbicie Jugosławii

Zmarły 16 czerwca 2017 roku Helmut Kohl jest przedstawiany w mediach głównie jako „ojciec zjednoczenia Niemiec” i jeden ze współtwórców Unii Europejskiej. Rzadziej mówi się o tym, że uznał zachodnią granicę Polski dopiero pod naciskiem USA. Prawie wcale natomiast nie wspomina się, że jego drugą wielką rozgrywką polityczną – obok doprowadzenia do zjednoczenia Niemiec – było zapoczątkowanie rozbicia Jugosławii. Odpowiedzialności Kohla za doprowadzenie do krwawego rozpadu Jugosławii zaprzeczył po jego śmierci były polityk CDU Willy Wimmer[1].

Jedynym polskim autorem, który szerzej poruszył ten temat jest wybitny politolog – prof. Marek Waldenberg. Omawiając rolę polityki niemieckiej w zapoczątkowaniu rozbicia Jugosławii oparł się na relacjach polityków i dziennikarzy zachodnich.

Według prof. Waldenberga w latach 1990-1991 największy wpływ na los Jugosławii wywierały główne państwa Wspólnoty Europejskiej – RFN, Francja i Wielka Brytania. ZSRR – będący w przededniu upadku – zajęty był wówczas swoimi problemami, a USA pierwszoplanową rolę w dramacie jugosłowiańskim zaczęły odgrywać dopiero później. W okresie tym „zdecydowane działania zmierzające przede wszystkim do wspierania secesjonizmu słoweńskiego i chorwackiego, a w konsekwencji do rozbicia Jugosławii, prowadziły Austria i RFN, przy czym to ostatnie państwo odegrało oczywiście kluczową rolę”.

Działania RFN na rzecz rozbicia Jugosławii rozpoczęły się jeszcze przed 1990 rokiem. Andreas Zumach, niemiecki dziennikarz zajmujący się polityką międzynarodową, w artykule opublikowanym w 1995 roku utrzymywał, że wywiad RFN (Bundesnachrichtdienst – BND) już w latach 80. XX wieku działał na rzecz zaostrzenia konfliktów pomiędzy Zagrzebiem a Belgradem. Ponadto w tym czasie miały napływać z RFN do Chorwacji znaczne ilości uzbrojenia. Niejasne jest jedynie, czy działo się to za zgodą rządu niemieckiego. Natomiast Erich Schmidt-Eenboom w biografii politycznej niemieckiego ministra spraw zagranicznych Klausa Kinkela pisał, że już pod koniec lat 70. BND nawiązała współpracę z chorwackimi zwolennikami secesji. Niemiecki wywiad zaczął wówczas kształtować politykę bałkańską.

W latach 1990-1991 szczególną gorliwość w popieraniu secesjonizmu Słowenii i Chorwacji przejawiali minister spraw zagranicznych Austrii Alois Mock z Austriackiej Partii Ludowej (ÖVP) i lider tej partii Erhard Busek. Gorąco zachęcali oni separatystów słoweńskich i chorwackich do ogłoszenia secesji oraz przeciwdziałali na forum OBWE próbom utrzymania jedności Jugosławii. Mock doprowadził do tego, że Austria jako pierwsza uznała secesję Słowenii i Chorwacji. Przypisuje mu się także to, że wpłynął na stanowisko w sprawie secesji swojego niemieckiego przyjaciela Helmuta Kohla.

Secesjonizm słoweński i chorwacki znalazł też silne wsparcie w mediach austriackich i niemieckich. Towarzyszył mu wyraźny antyserbizm, który wkrótce stał się narracją większości mediów zachodnich, w tym polskich. Austriacki tygodnik „Profil” skomentował 22 lipca 1991 roku tę kampanie antyserbską jako bardzo spóźniony rewanż Austrii i Niemiec za pierwszą wojnę światową.

Austriacko-niemieckiej polityce wobec Jugosławii początkowo próbowała się przeciwstawiać Francja. Jej prezydent – François Mitterrand – często powtarzał w tym czasie „lubię Serbów”, ale ostatecznie musiał się wycofać, by uniknąć otwartego konfliktu francusko-niemieckiego w przededniu konferencji w Maastricht, która miała zadecydować o utworzeniu Unii Europejskiej. Już 19 listopada 1990 roku przewodniczący Prezydium Jugosławii Borisav Jović usłyszał od Mitterranda, że Francja nie popiera secesjonizmu Słowenii i Chorwacji, ale niewiele może uczynić. Do starcia pomiędzy Mitterrandem a Kohlem w sprawie uznania secesji tych dwóch republik jugosłowiańskich doszło 23 czerwca 1991 roku na posiedzeniu Rady Europejskiej. Jeszcze 15 listopada 1991 roku Mitterrand prosił Kohla w Berlinie, by nie uznawał niepodległości Chorwacji. Usłyszał jednak od kanclerza Niemiec, że musi to uczynić, ponieważ naciskają na niego w tej sprawie jego partia CDU/CSU, liberałowie z FDP, Kościół katolicki, media i 500 tys. Chorwatów mieszkających w Niemczech.

Za narzucenie Wspólnocie Europejskiej decyzji pospiesznego uznania Słowenii i Chorwacji odpowiada w pierwszym rzędzie Helmut Kohl. Niejednokrotnie powtarzane przez niego i ministra spraw zagranicznych RFN Hansa-Dietricha Genschera w rozmowach z partnerami zagranicznymi, m.in. z Mitterrandem, twierdzenie, że nie mogą oprzeć się wywieranym na nich w Niemczech naciskom, było najprawdopodobniej wygodnym wybiegiem.

To, że na ówczesnym rządzie RFN ciąży szczególnie wielka odpowiedzialność za tragedię narodów Jugosławii przyznali później różni politycy zachodni, dobrze zorientowani w sprawie. Byli to: sekretarze stanu USA James Baker i Warren Christopher, minister spraw zagranicznych Francji Roland Dumas, wysłannik sekretarza generalnego ONZ Cyrus Vance, brytyjski polityk David Owen i amerykański dyplomata Richard Holbrooke. Wedle ich relacji Kohl i Genscher przez wiele miesięcy naciskali na WE i USA, by uznały Chorwację. Biały Dom ostrzegał ich, iż uznanie niepodległości Chorwacji wywoła reakcję łańcuchową, na której końcu będzie krwawa wojna w Bośni i Hercegowinie – stanowiącej „Jugosławię w miniaturze”. Tak się też niestety stało. Kohl i Genscher byli jednak nieustępliwi i swoją Holzhammermethode (metoda drewnianego młota) dosłownie wymusili na Wspólnocie Europejskiej uznanie secesji Chorwacji.

Tragedia narodów Jugosławii była konsekwencją nie tylko tego, że państwo to zostało rozbite. Ogromny rozmiar dramatu jugosłowiańskiego był rezultatem sposobu, w jaki nastąpiło to rozbicie, czyli forsowanego przez RFN od lata 1991 roku pospiesznego uznania przez Zachód secesji Słowenii i Chorwacji.

Błędna jest spotykana niekiedy opinia, że Kohl i Genscher nie przewidzieli następstw rozbicia Jugosławii, a zwłaszcza tragicznych konsekwencji dla Bośni i Hercegowiny. Uprzedzał ich o tym m.in. przywódca bośniackich Muzułmanów Alija Izetbegović (pierwszy prezydent Bośni i Hercegowiny). Podczas swojej wizyty w RFN w listopadzie 1991 roku oświadczył on Kohlowi i Genscherowi, że „uznanie Chorwacji oznacza wojnę w Bośni. Nie może stać się inaczej. Uznajcie Słowenię, jeśli tak chcecie, ale nie uznawajcie Chorwacji”. Słowenia – w przeciwieństwie do Chorwacji i Bośni – nie posiadała bowiem problemów etnicznych.

Jakie były przyczyny polityki austriackiej i niemieckiej, zmierzającej w konsekwencji do zniszczenia Jugosławii? Wpływ na takie a nie inne stanowisko Austrii, a szczególnie Niemiec miało szereg czynników. Do najważniejszych z nich należały:

– Geopolityczna koncepcja uzależnienia ekonomicznego i politycznego od Niemiec całej Europy Środkowo-Wschodniej, z Bałkanami włącznie, obecna w niemieckiej myśli politycznej od pierwszej wojny światowej (tzw. plan Mitteleuropy). Z kilku względów możliwość uzależnienia całej Jugosławii uznano w 1990 roku za mało prawdopodobną, natomiast niepodległej Chorwacji i Słowenii za nieprzedstawiającą trudności. Wpływy ekonomiczne RFN i Austrii w tych republikach jugosłowiańskich były znaczne, a wiele przedsiębiorstw niemieckich, w tym tak dużych jak Siemens, poczyniło tam znaczące inwestycje.

– Niejednokrotnie sugerowana w literaturze zachodniej ciągłość między antyjugosłowiańską i antyserbską polityką RFN a polityką Austro-Węgier i Niemiec od drugiej połowy XIX wieku.

– Niekontrolowany wybuch długo tłumionych ambicji odgrywania przez Berlin samodzielnej i doniosłej roli w polityce międzynarodowej, pokazania, że zjednoczone Niemcy nie są – jak je niekiedy nazywano – „ekonomiczną potęgą, ale politycznym karłem”.

– Zadawnione, szeroko rozpowszechnione w Austrii i Niemczech, silne zwłaszcza w następstwie obu wojen światowych, resentymenty wobec Serbów i Jugosławii i diametralnie odmienne podejście do Chorwacji, która była częścią Austro-Węgier, a podczas drugiej wojny światowej satelitą Niemiec.

– Wpływ Watykanu, w którym działało silne lobby chorwackie. Nacisk na rząd RFN w sprawie uznania secesji Chorwacji i Słowenii wywierała też bawarska katolicka partia CSU.

– Presja licznej w RFN diaspory chorwackiej, składającej się m.in. ze środowisk politycznych o przeszłości ustaszowskiej.

Oprócz odegrania fatalnej roli w zapoczątkowaniu rozbicia Jugosławii polityka niemiecka przyczyniła się też do oderwania Kosowa od Serbii. Od wiosny 1998 roku największy wpływ na rozwój wydarzeń w Kosowie poza USA wywierały Niemcy. Przed 1998 rokiem w stopniu większym niż jakiekolwiek inne państwo wpływały one zakulisowo na przebieg wydarzeń w Kosowie oraz wspierały separatyzm albański. Podejrzewa się nawet, że rząd Kohla dążył do militarnego rozprawienia się z Jugosławią, co ostatecznie nastąpiło podczas interwencji NATO w 1999 roku (operacja Allied Force, 24 marca-20 czerwca 1999).

Zdaniem prof. Waldenberga polityka Helmuta Kohla wobec Jugosławii po 1990 roku zmierzała „konsekwentnie przede wszystkim do rozczłonkowania tego państwa, utworzenia na jego obszarze małych państw oraz politycznego i ekonomicznego uzależnienia ich od siebie. Ten zamysł stanowiłby ważny element projektu szerszego – uzyskania hegemonii w Europie Środkowo- i Południowo-Wschodniej, zapewniającej dominującą pozycję w Unii Europejskiej, w całej, z wyjątkiem Rosji, Europie”[2].

[1] Mit Helmut Kohl hätte es Jugoslawien-Krieg nicht gegeben: Willy Wimmer zum Tod des Altkanzlers, http://www.youtube.com, 16.06.2017.

[2] M. Waldenberg, Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki, t. I (1991-2202), t. II (2002-2004), Warszawa 2005, s. 86-97, 358-359, 397.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 lipca 2017 r.

„Przegląd” nr 29 (915), 17-23.07.2017, s. 40-41

Sterowana inwazja

W Europie Zachodniej wybuchła kolejna antypolska histeria. „Nacjonalistyczny polski rząd odmawia przyjęcia muzułmańskich uchodźców, argumentując, że nie pasują oni do w większości katolickiej społeczności” – ogłoszono na antenie BBC przy okazji relacji o domniemanych przykrościach, jakie miały spotkać muzułmańską wycieczkę w Polsce. Informacje na ten temat BBC podała za mediami niemieckimi, które przez kilka dni nagłaśniały sprawę domniemanej agresji wobec wycieczki muzułmańskiej młodzieży z Niemiec do Polski. Rasizm, szowinizm, nienawiść do cudzoziemców, ksenofobiczna katolicka Polska – taki obraz przedstawiły swoim odbiorcom. Z kolei niemiecka prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie dyskryminacji na tle narodowościowym i religijnym w Polsce uczestników wspomnianej wycieczki.

Lubelska policja, po przeanalizowaniu nagrań z monitoringu miejskiego, nie potwierdziła, że jedna z uczestniczek tej wycieczki miała zostać opluta i zwyzywana na ulicy. Wycieczka muzułmańskiej młodzieży miała też paść ofiarą dyskryminacji ze strony polskich Żydów, którzy nie wpuścili jej do synagogi. Oświadczenie w tej sprawie wydała warszawska Gmina Żydowska. Czytamy w nim, że „synagoga Jeszywas Chachmej Lublin, do której nie mogła wejść wycieczka z Niemiec, znajduje się w hotelu Ilan, który tego dnia był w całości zarezerwowany przez narodową reprezentację piłki nożnej jednego z europejskich państw i oddany do ich wyłącznej dyspozycji”[1]. Nie miało to jednak żadnego znaczenia dla niemieckich mediów, które rozpętały nieprawdopodobną histerię. Ich postawa zadziwia, jeśli przypomnieć, że po atakach muzułmanów na niemieckie kobiety w Kolonii i Hamburgu w noc sylwestrową 2015/2016 roku tamtejsze media głucho milczały przez wiele dni.

Należy z tego wyciągnąć wniosek, że kampania przeciw Polsce w związku z odmową przyjęcia „uchodźców” wchodzi w kolejną fazę. Z jednej strony stosuje się w niej taktykę publicznego piętnowania i upokarzania Polski na arenie międzynarodowej, czego przejawem jest akcja niemieckich mediów w związku z domniemaną dyskryminacją wycieczki muzułmanów. Z drugiej strony natomiast używa się opozycji liberalnej, która ostentacyjnie kontestuje stanowisko rządu, związanych z tą opozycją prezydentów 12 największych miast, którzy wydali deklarację w sprawie przyjmowania „uchodźców”, oraz kardynała Nycza, który zadeklarował ich przyjęcie w parafiach diecezji warszawskiej. Jeśli te dwa kierunki ataku nie złamią rządu, jeśli nie złamią go też zapowiadane sankcje ekonomiczne, UE niewątpliwie sięgnie po ostrzejsze środki nacisku. Jakie, jeszcze nie wiemy.

Jedyna nadzieja w tym, że Polska, Węgry, Czechy i Słowacja nie będą jedynymi krajami UE, które opierają się migracji muzułmańskiej. Promyk nadziei pojawił się, gdy nagle przeciwko przyjmowaniu „uchodźców” nieoczekiwanie zbuntowały się Włochy. Stało się to po tym, jak w ciągu tygodnia do włoskich portów dotarło ponad 12 tys. „uchodźców”. Tylko między 24 a 27 czerwca przybyły do Włoch 8863 osoby z Afryki Północnej, z czego 5 tys. 25 czerwca. W maju ta liczba wyniosła 22993 osoby. Włoski rząd zaczął rozważać zamknięcie portów przed imigrantami. Został jednak przywołany do porządku przez Komisję Europejską, która zarzuciła mu, że „działa w panice”. Promyk nadziei na stawienie przez rząd włoski oporu polityce migracyjnej UE zgasł tak szybko jak się pojawił. Premier Paolo Gentiloni znalazł bowiem winnego zgodnie z obowiązującą w Brukseli narracją. „Czas, żeby niektóre kraje europejskie przestały odwracać głowę. Tego już nie można tolerować” – oświadczył, wskazując na cztery niepokorne państwa Europy Środkowej. Jednocześnie rządząca Partia Demokratyczna (wywodząca się z ugrupowań powstałych z politycznego przekształcenia Włoskiej Partii Komunistycznej i chadecji) forsuje projekt nadania obywatelstwa urodzonym we Włoszech dzieciom imigrantów. Gdyby wszedł w życie, mogłoby z niego skorzystać 800 tys. wychowanych we Włoszech potomków imigrantów, których mieszka tam już 5 mln[2].

Przy okazji nie sposób nie odnieść się do rzetelności dziennikarstwa „Gazety Wyborczej”. W tekście informującym o buncie Włoch przeciw przyjmowaniu imigrantów internetowy portal „Gazety Wyborczej” podał na początku, że przez Morze Śródziemne przeprawiają się „ludzie uciekający przed wojną w Syrii”. Natomiast na końcu tego tekstu mamy następującą informację: „Wśród przybyłych, najwięcej jest Nigeryjczyków (15 proc.), następnie mieszkańców Bangladeszu (12 proc.), Co piąty z przybyłych to Gwinejczyk lub mieszkaniec Wybrzeża Kości Słoniowej”[3].

To ilu jest wśród nich Syryjczyków? Jeśli w 2015 roku stanowili oni blisko połowę imigrantów przedzierających się przez Bałkany i Może Śródziemne do Europy (21 proc. z nich stanowili wówczas Afgańczycy, a 8 proc. Irakijczycy), to obecnie są w wyraźniej mniejszości[4]. Teraz dominują wśród imigrantów muzułmanie z Czarnej Afryki, Bangladeszu i Pakistanu oraz Kurdowie. W ich masie są też zapewne członkowie Boko Haram (nigeryjski odłam Al-Kaidy) i MUJAO (Ruch na rzecz Jedności i Dżihadu w Afryce Zachodniej – afrykańska siatka Al-Kaidy). Tego nikt nie sprawdzi, tak jak nikt nie jest w stanie sprawdzić prawdziwej tożsamości i narodowości przybyszów, bo „uchodźcy” przeważnie nie mają paszportów. Po prostu je zgubili, chociaż jakoś dziwnie nie zgubili telefonów komórkowych. A jeśli nawet mają paszporty to niejednokrotnie fałszywe.

Media zachodnie i powiązane z nimi media polskie nie informują swoich odbiorców o kilku istotnych faktach. Po pierwsze, że fala imigracji muzułmańskiej zalewająca Europę Zachodnią od 2015 roku jest rezultatem politycznego zdemolowania przez Stany Zjednoczone całego regionu Afryki Północnej (tzw. „arabska wiosna” z 2011 roku), Syrii, Iraku, Jemenu i Afganistanu. Do 2011 roku zaporą dla imigracji z Afryki była Libia Muammara Kadafiego, który został obalony w wyniku brutalnego przewrotu wspieranego militarnie przez USA, Kanadę, Wielką Brytanię, Francję, Niemcy, Włochy, Hiszpanię, Holandię, Belgię, Norwegię i Danię. Po drugie, radykalizacja polityczna świata islamu, przejawiająca się w religijnym ekstremizmie i terroryzmie, stanowi rezultat nie tylko „kolorowych rewolucji” i amerykańskich „wojen o demokrację”, ale wyniszczenia gospodarczego – szczególnie krajów afrykańskich – przez importowany z Zachodu neoliberalizm. Po trzecie, kryzys migracyjny powinien rozwiązać ten kto go spowodował. Dlatego imigranci powinni być kierowani do placówek dyplomatycznych USA. Tak się jednak nie stanie z dwóch przyczyn. Dlatego, że USA odmówiły przyjmowania imigrantów z Azji i Afryki, a kosmopolityczne elity UE dostrzegły w islamskiej imigracji szansę na realizację planu likwidacji państw narodowych. O przyspieszeniu realizacji tego planu zadecydowała kanclerz Merkel – którą za względu na jej fascynację postacią Katarzyny II pozwoliłem sobie nazwać „carycą Europy” – kiedy stało się oczywiste wyjście Wielkiej Brytanii z UE.

To była z jej oraz biurokracji UE strony klasyczna „ucieczka do przodu”. Zdecydowano, że nie ma co czekać na wyjście kolejnych państw z UE lub upadek euro, tylko poprzez kryzys migracyjny przyspieszyć bieg historii.

Imigracja muzułmańska jest więc sterowaną inwazją i o tym nie są informowani odbiorcy mediów zachodnich i większości polskich mediów prywatnych. Ośrodków sterujących jest wiele i mają one różne interesy w kierowaniu milionowych mas ludzkich z Azji i Afryki do Europy. Inne interesy mają USA, biurokracja UE, sunnickie monarchie znad Zatoki Perskiej z Arabią Saudyjską na czele, a jeszcze inne globaliści pokroju George’a Sorosa. Owi „uchodźcy”, zanim dotrą do libijskich portów nad Morzem Śródziemnym – muszą pokonać steki lub tysiące kilometrów, m.in. przez Saharę. Jest raczej wątpliwe, że czynią to pieszo. Ktoś ich musi przewozić i brać za to pieniądze. Następnie „uchodźcy” muszą zapłacić organizatorom ich przerzutu do Europy po 11 tys. dolarów od głowy za przewiezienie ich łodziami przez Morze Śródziemne. Ktoś musi to zatem finansować, bo jest wątpliwe, że finansują to sami „uchodźcy” – przedstawiani w mediach jako ofiary wojny i biedy. Ktoś to finansuje i ktoś dobrze na tym zarabia.

Przepłynięcie łodzią lub pontonem z Libii do Włoch jest poważnym wyzwaniem (z Trypolisu do Lampedusy jest 297 km, do Syrakuz na Sycylii 504 km, a do Reggio di Calabria 623 km). Szalupy z imigrantami przeważnie jednak nie docierają do włoskich brzegów. Jeśli przepłyną kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeża Libii i znajdą się na wodach międzynarodowych – „uchodźców” przejmują okręty Frontexu lub włoskiej straży przybrzeżnej w ramach „misji ratunkowej”[5]. Frontex, czyli Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej, to instytucja UE mająca chronić zewnętrzne granice Unii (notabene jej siedziba mieści się w Warszawie przy placu Europejskim 6). W początkowej fazie kryzysu migracyjnego Frontex próbował powstrzymywać nielegalną imigrację, zwłaszcza na tzw. szlaku bałkańskim, ale spotkał się wówczas z ostrą krytyką ze strony Parlamentu Europejskiego i Human Right Watch. Przecież nikt nie domaga się strzelania do imigrantów. Wystarczyłoby jednak, gdyby okręty Frontexu i włoskiej straży przybrzeżnej zamiast do włoskich portów odwoziły ich z powrotem do Libii. To by w znaczący sposób powstrzymało nielegalną imigrację do Europy. Skoro dzieje się inaczej, to jest to decyzja polityczna, za którą kryje się określony cel polityczny.

Kluczową rolę w transferze imigrantów z Libii do Włoch odgrywają statki różnych „organizacji humanitarnych” i „prywatnych organizacji charytatywnych”. Nazwy tych organizacji wymienia raport holenderskiej fundacji „Gefira”, która zajmuje się analizami politycznymi. Są to m.in. francuska organizacja „Lekarze bez Granic”, niemieckie „Lifeboat”, „Jugend Rettet”, „Sea-Watch” i „Sea-Eye-eV”, holenderskie „Boot Refugee Foundtation” i „Save the Children”, hiszpańska „Proactiva Open Arms” oraz najpoważniejsza z nich – mająca siedzibę na Malcie – MOAS (Migrant Offshore Aid Station – Stacja Przybrzeżnej Pomocy Migrantom). Ciekawe jest kto stoi za tymi organizacjami. Nie zdziwiłbym się, gdyby byli to ci sami „dobroczyńcy”, którzy organizują cały łańcuch przerzutu imigrantów, poczynając od ich miejsca zamieszkania.

W grudniu 2016 roku fundacja Gefira ujawniła, że na libijskich wodach terytorialnych stale operuje „11 statków należących do licznych pozarządowych organizacji, a oczekujących w odległości 8-12 mil morskich od libijskiego wybrzeża (…). Migranci są zabierani na pokład jeszcze na libijskich wodach terytorialnych (tj. 12 mil morskich od brzegu) i zamiast trafiać do Zarzis w Tunezji, do portu, który znajduje się w odległości 60 mil, przewozi się ich całe 275 mil aż do Włoch (…). To właśnie organizacje pozarządowe organizują zasadniczą część podróży do Europy, bez nich cały proceder przerzucania ludzi przez Morze Śródziemne byłby niemożliwy (…). Bez tych organizacji zjawisko przemycania ludzi po prostu nie zaistniałoby (…)”. Następnie – jak czytamy w raporcie fundacji Gefira – „pozarządowe organizacje (…) porzucają tych ludzi na włoskim wybrzeżu mając przy tym „czyste sumienie”, że dokonały czegoś dobrego”[6]. Przybysze z Afryki są pozostawiani sami sobie i – o ile nie dostaną pomocy od włoskiego państwa – trafiają na ulice Rzymu, Paryża i do obozów pod Calais. Włoska prokuratura podejrzewa, że owe „organizacje pozarządowe” ściśle współpracują z przemytnikami imigrantów[7].

Tak wygląda techniczna strona „napływu uchodźców” do Europy. Mamy do czynienia z operacją sterowaną, której kolejnym elementem jest sterowana nieudolność i bezradność rządów, administracji, wymiaru sprawiedliwości, policji i służb specjalnych państw Europy Zachodniej wobec organizatorów przemytu ludzi, a także przestępstw kryminalnych oraz aktów przemocy i terroru popełnianych przez imigrantów.

O tym w zachodnich mediach się nie dyskutuje. W reakcji na kryzys migracyjny szuka się tam natomiast rasizmu i szowinizmu w Polsce. Za winnych pożaru roznieconego przez Angelę Merkel uznano cztery państwa Europy Środkowej, które przed tym pożarem mają odwagę się bronić. W świadomości przeciętnego rdzennego mieszkańca Europy Zachodniej tworzony jest obraz, z którego wynika, że za zalew jego kraju przez imigrantów, związane z tym akty przemocy i terroru, ponoszą winę kraje „nowej Unii”, a przede wszystkim Polska, jej „nacjonalistyczny” rząd i „rasistowskie” społeczeństwo. Bynajmniej nie Angela Merkel, która wedle sondaży odniesie przytłaczające zwycięstwo we wrześniowych wyborach i zostanie po raz czwarty kanclerzem Niemiec. No właśnie, pytanie czy Niemiec, czy już niemieckiego kalifatu?

[1] „Muzułmanka została opluta? Do akcji wkracza niemiecka prokuratura. Sprawa nabiera rozgłosu międzynarodowego”, http://www.niezlomni.com, 30.06.2017.

[2] „12 tysięcy uchodźców u brzegu Włoch. Premier: Dlaczego niektóre kraje UE odwracają głowę od tego dramatu”, http://www.wyborcza.pl, 28.06.2017.

[3] Zdesperowane Włochy szantażują UE: zamkniemy porty przed migrantami. „To działanie w panice”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 29.06.2017.

[4] „Obecny kryzys migracyjny”, http://www.uchodzcy.info, dostęp 1.07.2017; K. Zuchowicz, „Ilu Syryjczyków jest wśród Syryjczyków? Inne narody podszywają się, bo też chcą lepiej żyć. Europejczyk nie rozróżni”, http://www.natemat.pl, dostęp 1.07.2017.

[5] „Frontex: przemytnicy wykorzystują misje ratunkowe na Morzu Śródziemnym, aby szmuglować imigrantów do Włoch”, http://www.wpolityce.pl, 15.02.2017.

[6] „Flota pozarządowych organizacji krąży przy libijskim wybrzeżu”, http://www.gefira.org, dostęp 1.07.2017.

[7] K. Wójcik, „Uchodźcy: organizacje pozarządowe podejrzane o przemyt”, http://www.rp.pl, 26.03.2017; „Włochy: uchodźcy przypływają na Sycylię jachtami”, http://www.bankier.pl, 2.05.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 lipca 2016 r.

„Myśl Polska” nr 29-30 (2145/46), 16-23.07.2017, s. 14-15

Szorstka przyjaźń Kohla

16 czerwca 2017 r. w Ludwigshafen am Rhein zmarł Helmut Kohl (1930-2017) – przywódca Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU), w latach 1982-1998 kanclerz Republiki Federalnej Niemiec, zwany „ojcem zjednoczenia” Niemiec. Jego śmierć stała się w Polsce okazją do jednostronnych komentarzy, wychwalających zmarłego jako wybitnego europejskiego męża stanu i wielkiego przyjaciela Polski[1].

Zabrakło niestety w tych komentarzach informacji, że kanclerz Kohl opierał się w 1990 r. zawarciu traktatu granicznego z Polską, próbując podważyć ustalenia konferencji poczdamskiej (17.07-2.08.1945) i układu polsko-zachodnioniemieckiego z 1970 r.

Helmut Kohl pochodził z mieszczańsko-konserwatywnej rodziny wyznania katolickiego. Przyszły kanclerz Niemiec pod koniec wojny służył w Wehrmachcie. Od 1946 r. działał politycznie w CDU. W czasie studiów był już członkiem zarządu krajowego tej partii w Nadrenii-Palatynacie. Drogę do wielkiej kariery politycznej otworzył mu wybór do Landtagu Nadrenii-Palatynatu, gdzie od 1963 r. kierował frakcją CDU. Trzy lata później został przewodniczącym CDU w tym landzie, a w 1973 r. stanął na czele zachodnioniemieckiej chadecji. Zanim to się stało, w 1969 r. objął urząd premiera Nadrenii-Palatynatu, który sprawował przez cztery lata.

W latach 70. był liderem chadecko-konserwatywnej opozycji wobec socjalliberalnych rządów Willy’ego Brandta i Helmuta Schmidta. Podczas wyborów do Bundestagu w 1976 r. CDU/CSU po raz pierwszy wystawiła go jako kandydata na kanclerza. Funkcję tę objął jednakże dopiero 1 października 1982 r., kiedy liberalna FDP po zerwaniu koalicji z SPD utworzyła rząd z chadecją.

Kohl był szóstym z kolei kanclerzem RFN i pozostał na tym stanowisku przez cztery kadencje. Pierwszy okres jego rządów (do 1986 r.) przypadł na czas eskalacji napięcia pomiędzy USA i ZSRR, w tym nakręcania wyścigu zbrojeń. Kohl w pełni popierał tutaj politykę administracji Ronalda Reagana, co wiązało się m.in. z rozmieszczeniem na terytorium RFN rakiet manewrujących średniego zasięgu. Po wprowadzeniu w ZSRR polityki pierestrojki stał się jej gorącym zwolennikiem. Jeszcze przed przełomem politycznym lat 1989-1990 nawiązał tak bliskie stosunki z Michaiłem Gorbaczowem, że obaj byli ze sobą na „ty”.

Polityka historyczna realizowana w Polsce po 1989 r., a zwłaszcza obecnie, całkowicie delegitymizuje i deprecjonuje PRL jako formę państwowości polskiej. Stąd też zwolennikom tezy o wielkiej przyjaźni Kohla z Polską umyka z pola widzenia jego stosunek do Polski przed 1989 rokiem. Jeśli można tu mówić o przyjaźni, to tylko w stosunku do „Solidarności”, którą kanclerz RFN wspierał tak jak i inni przywódcy zachodni w tym czasie. Natomiast stosunki polsko-zachodnioniemieckie, po okresie ich normalizacji i ocieplenia za kadencji Willy’ego Brandta i Helmuta Schmidta, uległy ochłodzeniu pod rządami Kohla. Przyczyną był nie tylko stan wojenny w Polsce, ale wspomniane wyżej ponowne zaostrzenie „zimnej wojny” Wschód-Zachód oraz stosunek niemieckiej chadecji do granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Granicy uznanej przez socjaldemokratycznego kanclerza Brandta w układzie podpisanym w Warszawie 7 grudnia 1970 r.

Będąca wówczas w opozycji CDU/CSU powstrzymywała ratyfikację tego układu do 17 maja 1972 r. poprzez złożenie wniosku do Federalnego Trybunału Konstytucyjnego o uznanie go za niekonstytucyjny. Powoływano się na fikcję prawną, jaką było określenie w konstytucji RFN granic Niemiec według przebiegu granic III Rzeszy z 1937 r. Ostatecznie Federalny Trybunał Konstytucyjny orzekł 31 lipca 1973 r., że układ graniczny z PRL nie narusza konstytucji, ponieważ nie stanowi on uznania granicy na Odrze i Nysie, ale jest tylko przyjęciem przez RFN do wiadomości tego stanu rzeczy i deklaracją niepodejmowania działań zbrojnych w celu jego zmiany.

Taka właśnie interpretacja prawna układu Brandt-Cyrankiewicz z 1970 r. była przyjmowana przez chadecję po jej powrocie do władzy w 1982 r. Granicy na Odrze i Nysie nie podważano wprost, ale np. poprzez wspieranie działalności Związku Wypędzonych i skupionych w nim tzw. ziomkostw. Administracja Kohla w latach 80. XX wieku podnosiła też, że byłe ziemie niemieckie, które weszły w skład Polski powojennej znajdują się pod „tymczasową administracją polską”. Wsparcie udzielane przez Helmuta Kohla Związkowi Wypędzonych nie tylko po objęciu przez niego urzędu kanclerza, ale także na przestrzeni całej jego działalności w CDU, zostało docenione przyznaniem mu w październiku 1984 r. Honorowej Odznaki Związku Wypędzonych.

W przekazie medialnym za symbol stosunku Kohla do Polski uchodzi Msza Pojednania w Krzyżowej 12 listopada 1989 r., podczas której w czasie przekazania znaku pokoju Helmut Kohl i premier Tadeusz Mazowiecki wymownie objęli się. Ten gest, a także wydane w Krzyżowej wspólne oświadczenie obu rządów uznano za początek pojednania i współpracy polsko-niemieckiej. Jednakże wkrótce po wypuszczeniu z objęć Tadeusza Mazowieckiego Helmut Kohl powrócił do twardej polityki.

W maju 1990 r. rozpoczęła się konferencja dwa plus cztery w sprawie zjednoczenia Niemiec, czyli czterech mocarstw-zwycięzców drugiej wojny światowej i dwóch powojennych państw niemieckich. Uczestniczyła w niej też polska dyplomacja kierowana przez Krzysztofa Skubiszewskiego. Wcześniej jednak doszło do poważnego zgrzytu, ponieważ plan zjednoczenia (tzw. 10 punktów) został ogłoszony przez Kohla w Bundestagu pod koniec listopada 1989 r. bez konsultacji z kimkolwiek, nawet z USA. Wywołało to słuszne oburzenie czterech mocarstw, którym układ poczdamski z 1945 r. gwarantował prawo do współdecydowania w wypadku zjednoczenia Niemiec. Paryż i Londyn początkowo w ogóle nie chciały słyszeć o zjednoczeniu, obawiając się wzrostu znaczenia politycznego i gospodarczego Niemiec. Przeważyło stanowisko USA, które w zjednoczeniu dostrzegły szansę na zwiększenie swoich wpływów w Europie.

Rząd RFN zajął stanowisko, że zarówno postanowienia układu granicznego pomiędzy Polską a NRD z 6 lipca 1950 r., jaki z RFN z 7 grudnia 1970 r., nie mogą obowiązywać zjednoczonych Niemiec. Rząd Mazowieckiego natomiast chciał zapewnienia, że granica na Odrze i Nysie jest nienaruszalna jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec. Na to nie chciał się zgodzić Helmut Kohl, który proponował, by o granicy wypowiedział się dopiero ogólnoniemiecki parlament po zjednoczeniu. Było to z jego strony wyjście naprzeciw oczekiwaniom Związku Wypędzonych, który miał nadzieję, że po zjednoczeniu kwestia powrotu Śląska czy Pomorza do Niemiec będzie otwarta[2].

Przyjęcie stanowiska Kohla oznaczałoby, że kwestia uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej nie będzie warunkiem zjednoczenia Niemiec, a negocjacje w sprawie jej uznania słaba i pogrążona w kryzysie Polska będzie toczyć z silnymi zjednoczonymi Niemcami. Stanowisko polskie zostało jednak poparte przez USA, ZSRR, Wielką Brytanię i Francję. Nacisk na kanclerza RFN wywarli m.in. brytyjska premier Margaret Thatcher i prezydent Francji François Mitterrand. Polskę popierał też minister spraw zagranicznych NRD Markus Meckel, który proponował umowę graniczną jeszcze przed zjednoczeniem. Paryż chciał potwierdzenia granic także ze względu na Alzację[3].

Wysiłki polskiej dyplomacji w kierunku podpisania nowego układu granicznego możliwie wcześnie, tak aby wszedł on w życie jeszcze przed zjednoczeniem RFN i NRD, nie powiodły się właśnie z powodu opierania się kanclerza Kohla przed uznaniem granicy z Polską. Wgląd w dramatyzm sytuacji daje 67 dokumentów z lat 1989-1990 dotyczących relacji polsko-niemieckich, które polski MSZ upublicznił w 2015 r. Kohl nie chciał się zgodzić nawet na propozycję premiera Mazowieckiego, by traktat polsko-niemiecki został parafowany przed zjednoczeniem Niemiec, a podpisany po[4].

Doradca Kohla Horst Teltschik tłumaczył później, że kanclerz miał trudną sytuację wewnątrzpolityczną i obawiał się, że przed wyborami straci poparcie części CDU/CSU i Związku Wypędzonych. Jednakże zanim 9 listopada 1989 r. runął mur berliński dyplomaci z NRD ostrzegali polski MSZ, że Bonn chce najpierw wchłonąć wschodnie Niemcy, a potem odbudować Niemcy w granicach z 1937 r. Potwierdzeniem tego może być komentarz „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z grudnia 1989 r., którego autor domagał się, by kwestii granicy polsko-niemieckiej na razie nie ruszać, bo w przyszłości można będzie wytargować np. zwrot Szczecina. Kohl z jednej strony popierał rząd Mazowieckiego i zapewniał, że Niemcy nie mają pretensji do polskiego terytorium, a z drugiej strony na zjeździe Związku Wypędzonych mówił, że obowiązują „niemieckie pozycje prawne” (domniemane istnienie Rzeszy w granicach z 1937 r.), czyli że temat granicy wschodniej Niemiec jest otwarty[5].

Ostatecznie Kohla złamał prezydent USA. Amerykańsko-niemiecki historyk Konrad Jarausch opisał to następująco: „Administracja Busha jasno Kohlowi powiedziała: albo uznacie tę granicę, albo nici ze zjednoczenia. Kanclerz nie miał wyjścia. Uznał warunki i podpisał umowę graniczną, ale potem długo jednak czekał z jej ratyfikacją”[6]. Fakt ten potwierdził również prof. Jerzy Sułek – główny negocjator traktatów polsko-niemieckich. Wedle jego relacji na prezydenta Busha „naciskali przedstawiciele Polonii w USA, swój autorytet w tej sprawie zaangażował Jan Nowak-Jeziorański. Pomagali też w znalezieniu porozumienia Francuzi, szczególnie po – jedynej tego typu w historii – wizycie w Paryżu wielkiej trójki w marcu 1990 roku: postkomunistycznego prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego, solidarnościowego prezydenta Tadeusza Mazowieckiego oraz ministra spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego[7].

W przeciwieństwie do Kohla propolskie stanowisko zajmował natomiast rząd NRD, na którego czele stał premier Lothar de Maiziére. „To dzięki jego postawie – wspomina prof. Sułek – doszło do zupełnie nowego zjawiska, nastąpiło przełamanie linii w tradycyjnym podziale na „Polskę” i „Niemcy”, bo w procesie negocjacji demokratyczna NRD stała albo po stronie Polski, albo pomiędzy RP i „starą” RFN (w roli politycznego mediatora!). To zjawisko było wyraźne w odniesieniu do kilku najważniejszych kwestii spornych w negocjacjach, zwłaszcza w zakresie „sporu granicznego” (…). Na konferencji „2+4” delegacja NRD konsekwentnie wspierała Polskę. Przykładowo: opowiadała się za włączeniem RP do grona uczestników tej Konferencji (mimo ostrego sprzeciwu kanclerza Kohla); popierała wysiłki dyplomacji polskiej, by wynegocjować jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec postanowienia traktatowe o ostatecznym, nieodwracalnym charakterze O-N-Ł, jako granicy państwowej (…) zadbała i o to, by wspólna rezolucja parlamentów obu państw niemieckich, Izby Ludowej NRD i Bundestagu RFN z 21 czerwca 1990 r. zawierała sformułowania, które zostały pozytywnie ocenione przez Polskę (…)[8].

Spór z Kohlem był sprawą kluczową dla kwestii bezpieczeństwa Polski. Dyplomacja polska – jak pisze prof. Sułek – „nie chciała dopuścić do sytuacji, kiedy dojdzie do zjednoczenia Niemiec, a status zachodniej granicy Polski nie zostanie uregulowany. Z polskiej perspektywy chodziło więc o wykluczenie jakiejkolwiek możliwości ewentualnej rewizji granicy O-N-Ł w trakcie, lub po zjednoczeniu Niemiec”[9].

Tak też się stało. 21 czerwca 1990 r. Bundestag RFN i Izba Ludowa NRD przyjęły wspólną rezolucję, w której oświadczały, że obecny przebieg granicy polsko-niemieckiej jest ostateczny. 3 października 1990 r. nastąpiło zjednoczenie Niemiec, a 14 listopada 1990 r. ministrowie spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski i Hans-Dietrich Genscher podpisali w Warszawie polsko-niemiecki traktat graniczny. Uzupełnił go polsko-niemiecki traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17 czerwca 1991 r.

Helmut Kohl nie był zatem „przyjacielem Polski”, ale trudnym partnerem, który twardo stał na gruncie subiektywnie pojmowanego interesu narodowego Niemiec. Jego uporowi zawdzięczamy też to, że traktaty polsko-niemieckie z lat 1990-1991 nie uregulowały tak kluczowych spraw jak kwestia własności na polskich Ziemiach Zachodnich oraz status prawny polskiej diaspory w Niemczech. Sprawy te do dzisiaj stanowią ciągle powracający problem w stosunkach polsko-niemieckich.

[1] Por. np. Ojciec zjednoczenia, sympatyk Polski. Helmut Kohl nie żyje, http://www.wiadomosci.onet.pl, 16.06.2017.

[2] Granica jest nienaruszalna, http://www.wyborcza.pl, 18.06.2013.

[3] „Albo uznacie tę granicę, albo nici ze zjednoczenia”. Traktat „2+4” i polsko-niemiecka granica, http://www.dw.com, 3.10.2015.

[4] Dokumenty dyplomatyczne: kanclerz Kohl zwlekał z uznaniem granicy na Odrze i Nysie, http://www.dzieje.pl, 14.07.2015.

[5] Bartosz T. Wieliński, Baliśmy się zjednoczenia Niemiec. MSZ odtajnia dokumenty dyplomatyczne, http://www.wyborcza.pl, 2.10.2015.

[6] „Albo uznacie tę granicę, albo nici ze zjednoczenia”…

[7] Prof. Jerzy Sułek: traktaty polsko-niemieckie to były trudne rozmowy zakończone sukcesem, http://www.nto.rp.pl, 29.09.2010.

[8] J. Sułek, Traktat graniczny RP-RFN z 14 listopada 1990 roku jako ostateczne zamknięcie polsko-niemieckiego sporu o granicę po II wojnie światowej – ze wspomnień głównego negocjatora po 25 latach, (w:) A. Dragan, J. Engelgard, T. Skoczek (red.), Powrót nad Odrę i Bałtyk z perspektywy siedemdziesięciu lat. Materiały z konferencji zorganizowanej w dniu 24 października 2015 roku w Muzeum Niepodległości w Warszawie, Warszawa 2017, s. 102.

[9] Tamże, s. 110.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 lipca 2016 r.

„Przegląd” nr 27 (913), 3-9.07.2017, s. 32-34