Powrót Chicago Boys

28 października br. na prezydenta Brazylii został wybrany Jair Messias Bolsonaro (ur. 1955 r.). W pierwszej turze zdobył 46,4 proc. głosów, a w drugiej 55,2 proc. głosów, pokonując Fernando Haddada z Partii Pracujących. Wybory te odbyły się w sytuacji głębokiego kryzysu politycznego i gospodarczego Brazylii, co nie jest obojętne dla świata, ponieważ największe państwo Ameryki Łacińskiej jest piątym co do wielkości i szóstym na świecie pod względem liczby ludności. Wynik tych wyborów oznacza nie tylko upadek rządów Partii Pracujących, ale także koniec brazylijskiej wersji boliwarianizmu – czyli socjalizmu XXI wieku – oraz powrót w jego miejsce wydawałoby się już doszczętnie skompromitowanego neoliberalizmu. Zwycięstwo Bolsonaro oznacza również odzyskanie przez USA kontroli nad największym państwem i największą gospodarką Ameryki Łacińskiej.

Nie będę przeprowadzał szczegółowej analizy przyczyn załamania się w Brazylii rządów Partii Pracujących oraz analizy przyczyn i okoliczności obalenia przez proamerykański establishment dwóch charyzmatycznych lewicowych prezydentów tego kraju – Luiza Inácio Luli da Silvy (2003-2011) oraz Dilmy Rousseff (2011-2016) – którzy wyciągnęli miliony Brazylijczyków ze skrajnej biedy i znacząco zmniejszyli zależność ekonomiczną tego kraju od północnoamerykańskich korporacji. Szczegółowe analizy na ten temat przeprowadził w ostatnich latach Jarosław Pietrzak. Odsyłam zatem do jego publicystyki. Jako jej podsumowanie zacytuję tylko najważniejsze tezy jego artykułu pt. „Jair Bolsonaro i upadek Partii Pracowników”, który został opublikowany 3 listopada na portalu strajk.eu.

Red. Pietrzak określił Jaira Bolsonaro jako „faszystę”, który jeszcze dwa lata temu był elementem politycznego folkloru. Można dyskutować nad tym czy Bolsonaro rzeczywiście jest faszystą, czy nie. Faktem jest jednak, że Bolsonaro w swoich populistycznych i demagogicznych wypowiedziach wielokrotnie pochwalał przemoc wobec przeciwników politycznych, w tym proamerykańskie dyktatury w Ameryce Łacińskiej, z dyktaturą Augusto Pinocheta (1973-1990) na czele, a także szczycił się, że jego pradziadek był „żołnierzem Hitlera”. Zapowiedział też krwawą rozprawę z lewicą, nazywając jej przedstawicieli „czerwonymi śmieciami”. Takie wypowiedzi miał również w przeszłości. W 1999 roku stwierdził np., że należy rozwiązać parlament i wprowadzić dyktaturę, a jedynym rozwiązaniem problemów kraju jest natychmiastowe wymordowanie 30 tys. ludzi. Uważa także, że Pinochet wymordował za mało ofiar. 63-letni Bolsonaro nie ukrywa też uwielbienia dla Donalda Trumpa oraz Izraela i wzorem prezydenta USA chce po objęciu rządów natychmiast przenieść ambasadę Brazylii do Jerozolimy.

Istotne jest spostrzeżenie Pietrzaka, że prezydent-elekt Brazylii był „finansowany przez wielką własność ziemską i przemysły ekstraktywne, obiecał im wolną rękę w ich wymarzonej grabieży Amazonii, co niewątpliwie przyspieszy i pogłębi katastrofę klimatyczną. Jego zwycięstwo oznacza też najprawdopodobniej rychły upadek lub kapitulację pozostałych na polu walki lewicowych projektów politycznych w Ameryce Południowej. Bolsonaro reprezentuje militarystyczną (był wojskowym) brazylijską tradycję polityczną, która głosiła, że »co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii« i dumnie uczestniczyła w Operacji Kondor mającej na celu brutalne wyniszczenie lewicy w całej Ameryce Łacińskiej”.

Dlaczego jednak połowa brazylijskich wyborców go wybrała? Zdaniem Jarosława Pietrzaka decydującą rolę w jego wyborze „odegrała wielkomiejska, głównie biała, klasa średnia, która ma największą skłonność do elitarystycznego kręcenia nosem, że Bolsonaro i Partia Pracowników (Partido dos Trabalhadores, PT) to samo zło. Mogą sobie pozwolić na taką »estetyczną« postawę, bo to nie oni zapłacą prawdziwą cenę za dojście Bolsonaro do władzy. Oprócz wszystkiego, co o nim wyżej powiedziałem, jest on jednocześnie skrajnym neoliberałem, zwolennikiem prywatyzacji i deregulacji wszystkiego, a także demontażu prawa pracy i państwowego systemu emerytalnego. Dlatego tak już go polubiły mityczne »rynki światowe«, a giełda brazylijska wpadła po wyborach w euforię”.

Przyczyną klęski kandydata PT – zdaniem Pietrzaka – „jest oczywiście to, że oligarchom udało się, przy pomocy lojalnego wobec nich systemu sprawiedliwości, wsadzić w kwietniu br. do więzienia najpopularniejszego kandydata, Lulę właśnie, rzekomo za korupcję. Lula bez dwóch zdań wygrałby te wybory. Przypomnę, że jedyną udowodnioną winą byłego prezydenta jest to, że jeden z wielkich koncernów budowlanych podarował mu luksusowy apartament z widokiem na ocean, a jedynym dowodem, że Lula ten prezent przyjął, są zeznania samych łapówkodawców, którzy w zamian za to świadectwo sami zostali zwolnieni od odpowiedzialności. Żadnych dokumentów ani innych dowodów materialnych, że Lula kiedykolwiek ten »prezent« przyjął, że postawił tam stopę – nie przedstawiono. Jakby komuś tego było mało na dowód, że wyrok motywowany był wyłącznie politycznie, interesem oligarchów, Lulę poddano takiemu rygorowi, że prasa nie ma do niego dostępu – w kraju, w którym skazani szefowie gangów narkotykowych nie doświadczali takich obostrzeń. A jakby i tego było mało, to Bolsonaro właśnie zaoferował odpowiedzialnemu za śledztwo Lava Jato sędziemu Sergio Moro, który doprowadził do uwięzienia Luli, polityczną nagrodę: tekę ministra sprawiedliwości”.

Przyczyn klęski PT red. Pietrzak upatruje dalej w tym, że jej długoletnie rządy obudziły „nadzieje na gruntowną przebudowę brazylijskiego społeczeństwa, jednego z najbardziej niesprawiedliwych na świecie, ale [prezydent Lula da Silva] liczył na to, że uda się tego dokonać wyłącznie drobnymi reformami redystrybucyjnymi. W dodatku dotyczyły one jedynie bieżącego dochodu (a nie np. ziemi), a w gruncie rzeczy była to redystrybucja samego wzrostu gospodarczego. Ten ostatni na dodatek oparty był w znacznym stopniu na hossie surowcowej, która nigdy nie trwa wiecznie. Ale to nieprawda, że wszystko rozbiło się o ropę, że PT wpadła w tarapaty i skończyła tam, gdzie jest dzisiaj, tylko dlatego, że jej ceny się załamały. Chodzi o to, że Lula chciał rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa. Chciał zlikwidować biedę, nie odbierając niczego oligarchom. Dlatego nie ruszył latyfundystów (żadnej reformy rolnej), nie ruszył finansjery (utrzymał absurdalnie wysokie stopy procentowe, jedne z najwyższych na świecie), nie ruszył wielkich mediów (nie rozbił monopoli, nie znacjonalizował choćby części Globo, nie założył telewizji publicznej), przemysłowcom zapewnił rządowe kontrakty, a wojskowym poczucie, że Brazylia znowu jest mocarstwem, a więc i oni są ważni (…). Gdy jednak do Brazylii dotarł w końcu kryzys, oligarchia użyła całej zachowanej władzy, by uniknąć, choćby po trupach, zapłacenia za niego choćby części rachunku. Użyła barier klasowych strzegących dostępu do prestiżowych zawodów, które zapewniają, że ostatecznie sędziami zostają tylko dzieci bogatych, dzieci ich lub ich klientów, by wsadzić Lulę do więzienia. Użyła kolosalnie wysokich finansowych progów dostępu do zawodowej polityki, by mieć pewność, że w Kongresie będzie dość ludzi na jej pasku, żeby przegłosować impeachment Dilmy Rousseff pomimo braku podstaw prawnych. A potem, by zapewnić, że Brazylijczycy nie będą nigdy mieli żadnego prawdziwego outsidera jako alternatywy, wpadną więc w sidła takiego błazna jak Bolsonaro. Użyła swoich nienaruszonych monopoli medialnych, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za kryzys, pomimo iż to właśnie polityka PT zdołała w rzeczywistości opóźnić jego uderzenie o kilka dobrych lat. Użyła ich, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za brazylijską korupcję, pomimo iż to PT uruchomiła zmiany w prawie i jego egzekwowaniu, które spowodowały, że korupcję zaczęto w ogóle poważnie traktować (…). Strategia PT polegająca na tym, żeby rozwiązać problem biedy, nie dotykając problemu bogactwa, a więc nie antagonizując oligarchii, miała wysoką cenę. Rezygnując z zadania zmiany struktury brazylijskich stosunków władzy, ograniczając się głównie do usuwania i minimalizowania jej szkód, PT musiała się dostosować do obowiązujących w tej strukturze zasad postępowania i coraz bardziej upodobniła się do reszty klasy politycznej”.

Jarosław Pietrzak zwrócił też uwagę na ciekawe okoliczności obalenia przez oligarchię brazylijską prezydent Dilmy Rousseff w 2016 roku: „Dziwnym zbiegiem okoliczności ambasadorką Stanów Zjednoczonych w Asunción w momencie impeachmentu paragwajskiego i w Brasilii w momencie impeachmentu brazylijskiego była ta sama Liliana Ayalde, którą najwyraźniej po udanej operacji w małym kraju przeniesiono do większego, w tym samym celu. Michel Temer, zdradziecki wiceprezydent Dilmy z ramienia Brazylijskiego Ruchu Demokratycznego (kolejna nazwa bez znaczenia), który dzięki jej usunięciu został prezydentem, był od 2006 r. informatorem amerykańskiej ambasady. CIA i Departament Stanu służyły pomocą zarówno w obaleniu Rousseff, jak i w uwięzieniu Luli”.

W kontekście tego co pisze Jarosław Pietrzak trzeba zauważyć, że Prawo i Sprawiedliwość w Polsce jest formacją nieco podobną do brazylijskiej Partii Pracujących. Nie dlatego, że prezydent Lula da Silva bardzo cenił Lecha Kaczyńskiego i uważał go za socjalistę, ale dlatego, że PiS – identycznie jak PT – chce poprzez redystrybucję wzrostu gospodarczego „rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa”. Dlatego PiS powinien wyciągnąć wnioski z analizy red. Pietrzaka na temat przyczyn upadku rządów PT.

Mówiąc o Partii Pracujących i boliwarianizmie trzeba mieć zawsze na uwadze to, że czym innym jest lewica w Europie, a czym innym w Ameryce Łacińskiej. Na latynoamerykańskim obszarze geopolitycznym ruchy lewicowe zawsze były narodowymi ruchami emancypacyjnymi, walczącymi o wyrwanie ich krajów z ekonomicznych i politycznych kleszczy potężnego mocarstwa północnoamerykańskiego i północnoamerykańskich korporacji. Ta próba emancypacji politycznej i ekonomicznej – po początkowych obiecujących sukcesach – załamała się właśnie w Brazylii i załamuje się w Wenezueli – dwóch krajach Ameryki Łacińskiej najbardziej zaawansowanych w realizacji eksperymentu boliwariańskiego (socjalizmu XXI wieku).

Trudno sobie wyobrazić, że Jair Bolsonaro powróci – jak zapowiadał – do najczarniejszego okresu historii Ameryki Łacińskiej, czyli wychwalanych przez niego zbrodniczych dyktatur wojskowych z lat 60., 70. i 80 XX wieku, które gwarantowały dominację USA i północnoamerykańskiego kapitału na tym obszarze geopolitycznym oraz testowały na sterroryzowanych narodach latynoamerykańskich neoliberalizm – wynalazek „Chicago Boys” – zanim zaczęto go testować w Wielkiej Brytanii pod rządami Margaret Thatcher, a po 1989 roku w państwach byłego obozu socjalistycznego. Powrót Bolsonaro do praktyk Pinocheta, junty argentyńskiej (1976-1983), czy nawet junty brazylijskiej (1964-1985), oznaczałby moim zdaniem wojnę domową.

Być może jednak Bolsonaro jej pragnie, bo jego zdaniem przemoc jest najlepszym sposobem rozwiązywania problemów politycznych. Desygnowany przez niego na ministra finansów Paulo Guedes złożył wkrótce po wyborach szokujące oświadczenie: „będziemy wzorować się na neoliberalnym modelu wdrażanym przez Augusto Pinocheta i jego doradców z Chicago”. Guedes zamierza „na dobry początek” „sprywatyzować” 147 państwowych przedsiębiorstw brazylijskich. Nietrudno się domyśleć, że przejmie je kapitał z Ameryki Północnej, który niewątpliwie zainwestował ogromne pieniądze w obalenie rządów PT i zwycięstwo Bolsonaro. Żeby ta inwestycja zwróciła się i przyniosła zyski północnoamerykańskim korporacjom oraz administracji w Waszyngtonie, Bolsonaro i Guedes będą musieli teraz prywatyzować wszystko co nie lata i nie ucieka na drzewa, z systemem emerytalnym włącznie. Wizja w Polsce bardzo miła dla korwinistów, którzy powitali zmianę polityczną w Brazylii z ogromnym entuzjazmem.

To co stało się w Brazylii pokazuje, że Stany Zjednoczone Ameryki nie mają do zaproponowania krajom, które znajdą się w zależności polityczno-ekonomicznej od nich, niczego innego poza neoliberalizmem – systemem idealnym dla nowoczesnego neokolonializmu. Zwycięstwo Bolsonaro oznacza jeszcze jedno – koniec BRICS – czyli nieformalnego bloku politycznego Brazylii, Rosji, Chin, Indii i Republiki Południowej Afryki, którego inicjatorem zresztą był uwięziony obecnie Lula da Silva. Brazylia z tego bloku automatycznie wypada. Bolsonaro będzie śpiewał tak, jak zagrają mu w Białym Domu, a tam nie życzą sobie wpływów rosyjskich w Ameryce Łacińskiej. Główny strateg polityki USA – doradca Białego Domu ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton – ogłosił, że Bolsonaro jest „promotorem wolności” w Ameryce Łacińskiej i razem z Ivánem Duque z Kolumbii stanowi „wielką nadzieję przyszłości” całego regionu. Bolton zapowiedział też obranie „ostrego kursu” wobec Wenezueli, Kuby i Nikaragui, gdzie jeszcze utrzymują się przy władzy rządy niezależne od USA.

Przejęcie Brazylii jest zatem największym sukcesem polityki waszyngtońskiej od przejęcia w 2014 roku Ukrainy i tak jak przejęcie Ukrainy jest częścią strategii otaczania i osaczania Rosji. Strategię tę administracja Donalda Trumpa realizuje równie konsekwentnie jak jej poprzednicy.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 18 października 2018 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2215/2216), 18-25.11.2018, s. 8

Reklamy

To miała być Polska Szklanych Domów

„Biła godzina wpół do pierwszej, kiedy na murach sądu okręgowego w Lublinie został przyklejony pierwszy afisz, ogłaszający po tylu latach powstanie Polski naprawdę Wolnej. Jak to los czasem człowiekowi sprzyja. Niegdyś w więzieniu na katordze, snując marzenia na przyszłość, myślałem o tym, aby doczekać tej chwili kiedy zacznie się ogłaszanie Polski Niepodległej i oto wypadło mi samemu przykleić na murze pierwszy afisz, ogłaszający Narodowi, iż jest Wolny w Wolnej Ojczyźnie” – tak wspominał wydarzenia nocy z 6 na 7 listopada 1918 r. w Lublinie Marian Malinowski (1876-1948), działacz Polskiej Partii Socjalistycznej i członek Organizacji Bojowej PPS, kilkakrotnie skazany i więziony przez władze carskie za działalność niepodległościową, minister robót publicznych w rządzie Ignacego Daszyńskiego i minister bez teki w rządzie Jędrzeja Moraczewskiego.

Jednym z ważniejszych epizodów wydarzeń listopada 1918 roku na ziemiach polskich było utworzenie tzw. rządu lubelskiego, czyli Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej w Lublinie. W dziejach odradzającej się Polski rząd ten odegrał szczególna rolę nie ze względu na swoją działalność – zaledwie kilkudniową, która nie wykraczała poza Lublin – ale program społeczno-polityczny, jaki ogłosił.

Rząd lubelski nie był pierwszym, który aspirował do władzy nad całym krajem, a więc nad odzyskującą niepodległość po 123 latach zaborów Polską. Pierwszą próbę stworzenia rządu ogólnonarodowego podjęła Rada Regencyjna – polski organ władzy zwierzchniej Królestwa Polskiego, powołany 12 września 1917 roku przez okupantów niemieckiego i austro-węgierskiego.

W sytuacji, gdy 5 października 1918 r. nowy rząd niemiecki księcia Maximiliana von Badena zwrócił się do prezydenta USA Woodrowa W. Wilsona z prośbą o zawieszenie broni, Rada Regencyjna postanowiła zdystansować się od Niemiec i wymóc na okupantach przekazanie jej rzeczywistej władzy nad choćby częścią ziem polskich. Dlatego 7 października 1918 r. Rada Regencyjna ogłosiła niepodległość Polski, a 23 października 1918 r. powołała rząd pod prezesurą ziemianina i endeka Józefa Świeżyńskiego. Był to pierwszy rząd Królestwa Polskiego, który nie starał się o akceptację władz okupacyjnych niemieckich i austro-węgierskich. Tworzący ten rząd przedstawiciele endecji rozumieli niestosowność działań u boku Rady Regencyjnej, która reprezentowała orientację sprzeczną z polityką endecji i Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu. Dlatego 3 listopada 1918 r. próbowali obalić Radę Regencyjną i przejąć władzę jako Rząd Narodowy. Próba zamachu stanu została jednak udaremniona, a rząd Świeżyńskiego zdymisjonowany 4 listopada 1918 r. Tym samym przejęcie władzy nad odradzającą się Polską przez prawicę zakończyło się chwilowym niepowodzeniem.

W tym czasie rozpadły się Austro-Węgry (28-31 października 1918 r.), a 3 listopada 1918 r. bunt marynarzy w Kilonii dał początek rewolucji socjalistycznej w Niemczech, która w przeciągu sześciu dni zakończyła żywot II Rzeszy Niemieckiej. Rozpad Austro-Węgier oznaczał koniec władzy austriackiej w Galicji i w okupowanej przez Austriaków części Królestwa Polskiego. Do zwierzchności nad tymi terenami aspirowała powołana w Krakowie 31 października 1918 r. Polska Komisja Likwidacyjna Galicji i Śląska Cieszyńskiego, na czele której stanęli Wincenty Witos (1874-1945) – przywódca prawicowego odłamu ruchu ludowego i polityk endecki hrabia Aleksander Skarbek (1874-1922).

Rewolucja listopadowa w Niemczech nie pozostała bez wpływu na sytuację odradzającej się Polski. Wraz z rozbrajaniem wojsk austro-węgierskich na terenie Generalnego Gubernatorstwa Lubelskiego radykalna lewica (SDKPiL i PPS-Lewica) przystąpiła do tworzenia rad delegatów robotniczych. Największe z nich powstały w Lublinie (5 listopada) i Zagłębiu Dąbrowskim, gdzie po rozbrojeniu wojsk okupacyjnych radykalna lewica utworzyła też Czerwoną Gwardię. Ogółem w listopadzie 1918 roku powstało na ziemiach polskich ponad 100 rad delegatów robotniczych. 6 listopada 1918 r. na 30-tysięcznym wiecu chłopskim w Tarnobrzegu uchwalono usunięcie władz mianowanych przez Polską Komisję Likwidacyjną i powołanie własnych władz – tzw. Republiki Tarnobrzeskiej. Na jej czele stanęli komunista Tomasz Dąbal (1890-1937) i ksiądz Eugeniusz Okoń (1881-1949). Głównym postulatem władz republiki było przekazanie ziemi obszarniczej chłopom. Republika Tarnobrzeska została uznana przez władze odrodzonej Polski za niebezpieczną anarchię i zlikwidowana przez Wojsko Polskie na początku 1919 roku. W czasie pacyfikacji zabito kilkanaście osób, a Dąbal i Okoń zostali aresztowani.

Podobnie było w niedalekim Pińczowie, gdzie z kolei powstała tzw. Republika Pińczowska – kierowana przez działacza SDKPiL Jana Lisowskiego. Zrewoltowani chłopi dokonali tam napadów na Działoszyce i Wodzisław oraz dopuścili się rabunków na okolicznych ziemianach. Jeszcze nie powstała niepodległa Polska, a już zaczęła jej grozić wojna domowa.

W nocy z 1 na 2 listopada 1918 r. w warszawskim mieszkaniu Artura Śliwińskiego (1877-1953) – działacza umiarkowanie lewicowego i propiłsudczykowskiego Stronnictwa Niezawisłości Narodowej – odbyło się zebranie działaczy niepodległościowych. Podjęto na nim decyzję o utworzeniu rządu ogólnokrajowego przeciw środowiskom konserwatywnym Rady Regencyjnej. Na siedzibę tego rządu wybrano Lublin z uwagi na spodziewaną likwidację okupacji austro-węgierskiej. W dniu 6 listopada większość członków mającego powstać rządu przybyła do wolnego od okupanta Lublina, gdzie poprzedniego dnia SDKPiL utworzyła już Radę Delegatów Robotniczych.

Tak oto w nocy z 6 na 7 listopada 1918 r. powołany został Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej pod prezesurą Ignacego Daszyńskiego (1866-1936) – przywódcy Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska Cieszyńskiego, długoletniego posła do parlamentu austriackiego, jednego z najwybitniejszych polityków polskich z Galicji. Platformę polityczną tego rządu stanowiły PPSD, PPS, PSL „Wyzwolenie” oraz Stronnictwo Niezawisłości Narodowej. Faktycznie za powołaniem rządu lubelskiego stał Konwent Organizacji A (lewica piłsudczykowska).

Afisz informujący o utworzeniu Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej. Fot. domena publiczna.

Afisz informujący o utworzeniu Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej. Fot. domena publiczna.

Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej nie zamierzał dokonywać w Polsce rewolucji na wzór bolszewicki lub niemiecki. Wszelkie przemiany społeczne miały zostać zrealizowane na drodze reform parlamentarnych. Dlatego w swoim manifeście rząd lubelski proklamował utworzenie niepodległego i demokratycznego państwa polskiego o ustroju republikańskim. Za najważniejsze zadanie w tej mierze uznał przeprowadzenie demokratycznych pięcioprzymiotnikowych wyborów do Sejmu Ustawodawczego, który miał wyłonić prezydenta. Ponadto zapowiadał całkowite polityczne i obywatelskie równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy pochodzenia społecznego, wyznania religijnego i narodowości, wolność sumienia, druku, słowa, zgromadzeń, pochodów, zrzeszeń, tworzenia związków zawodowych i strajków.

Przyjęty przez rząd lubelski program społeczny był jednak bardzo radykalny i korespondował z niektórymi hasłami rewolucji rosyjskiej i niemieckiej. Postulował przede wszystkim przeprowadzenie reformy rolnej bez odszkodowania dla właścicieli ziemskich poprzez przymusowe wywłaszczenie i zniesienie wielkiej i średniej własności ziemskiej oraz oddanie jej w ręce „ludu pracującego” pod kontrolą państwową, nacjonalizację donacji i majoratów, a także lasów prywatnych i dawnych rządowych, nacjonalizację kopalń, przemysłu naftowego, dróg komunikacyjnych oraz innych działów przemysłu, gdzie da się to od razu uczynić, udział robotników w administracji tych zakładów przemysłowych, które nie zostaną od razu upaństwowione, konfiskatę kapitałów powstałych w czasie wojny w wyniku spekulacji artykułami pierwszej potrzeby i dostaw dla wojska, wprowadzenie ustawodawstwa o ochronie pracy oraz ubezpieczeń od bezrobocia, chorobowych i emerytalnych, wprowadzenie 8-godzinnego dnia pracy w przemyśle, rzemiosłach i handlu, wprowadzenie powszechnego, obowiązkowego i bezpłatnego świeckiego nauczania szkolnego.

Tak radykalny program społeczny przyjął później tylko Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego w 1944 roku. Program rządu lubelskiego wyrażał dążenia polskich socjalistów do stworzenia demokratycznego państwa polskiego, które będzie oparte na ustroju sprawiedliwości społecznej. To był program Polski Szklanych Domów. To określenie z powieści „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego chyba najlepiej oddaje jego charakter. Dzisiaj – po 30 latach eksperymentów neoliberalnych – większość z tych postulatów brzmi jak straszna herezja. Stąd o rządzie Daszyńskiego raczej nie wspomina się obszernie przy okazji rocznic odzyskania niepodległości.

Rząd Daszyńskiego był pierwszym organem władzy na wyzwalających się spod zaborów ziemiach polskich, który oficjalnie ogłosił się rządem ogólnopolskim, narodowym. W jego składzie – oprócz Daszyńskiego – zasiadło wielu później wybitnych polityków II RP: Tomasz Arciszewski, Medard Downarowicz, Marian Malinowski, Jędrzej Moraczewski, Juliusz Poniatowski, Edward Rydz-Śmigły, Wacław Sieroszewski, Stanisław Thugutt i Bronisław Ziemięcki. Udziału w rządzie odmówili – ze względu na jego radykalnie lewicowy charakter – Wincenty Witos i Gabriel Dubiel, którzy wtedy sympatyzowali politycznie z endecją.

Epizod rządu lubelskiego natychmiast zakończył Józef Piłsudski po swoim powrocie z Magdeburga do Warszawy 10 listopada 1918 r. Jego przedstawicielowi – Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu – oświadczył 11 listopada: „wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”. Piłsudski wysiadał już wtedy z czerwonego tramwaju na przystanku niepodległość, o czym jego lewicowi zwolennicy jeszcze nie wiedzieli. 12 listopada 1918 r. Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej złożył dymisję na ręce Piłsudskiego. Powołany w jego miejsce 17 listopada 1918 r. rząd Jędrzeja Moraczewskiego (pierwszy rząd II RP, używający nadal nazwy Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej) z reform rządu lubelskiego utrzymał tylko 8-godzinny dzień pracy oraz legalność związków zawodowych i prawo do strajku. Wprowadził też obowiązkowe ubezpieczenia chorobowe i inspekcję pracy. Dla endecji i tak był to rząd zbyt radykalny, co spowodowało jego upadek i powołanie 16 stycznia 1919 r. „ponadpartyjnego” rządu Ignacego Jana Paderewskiego.

Jedną z głównych trosk władz II Rzeczypospolitej – także władz sanacyjnych po przewrocie majowym 1926 roku – było niedopuszczenie do realizacji najbardziej radykalnych postulatów programu rządu lubelskiego, a zwłaszcza reformy rolnej polegającej na parcelacji majątków obszarniczych. Na zjeździe arystokracji polskiej w Nieświeżu 25 października 1926 r. Józef Piłsudski obiecał, że radykalna reforma rolna nie zostanie przeprowadzona i obietnicy tej dotrzymał. Utrzymanie półfeudalnej struktury własności ziemskiej na wsi stanowiło jedną ze znaczących przyczyn zacofania gospodarczego II RP i pauperyzacji ludności wiejskiej. 11 listopada 2018 r. zostanie odsłonięty pomnik Ignacego Daszyńskiego na placu na Rozdrożu w Warszawie. Daszyński w pełni sobie na to zasłużył. Nie tylko ze względu na swoją działalność niepodległościową i program rządu lubelskiego, ale także obronę demokracji po 1926 roku.

Ignacy Daszyński (1866-1936)

Ignacy Daszyński (1866-1936) 

Bohdan Piętka

Oświęcim, 9 listopada 2018 r.

Antypolski sojusz

Węgiersko-ukraiński konflikt związany z dyskryminacją mniejszości węgierskiej na Ukrainie na tle ustawy językowej oraz wydawania węgierskich paszportów obywatelom Ukrainy doprowadził do obustronnego wydalenia dyplomatów i bardzo ostrych wypowiedzi pod adresem Kijowa ze strony władz węgierskich. Minister spraw zagranicznych Węgier Peter Szijjarto oświadczył, że Ukraina nieustannie łamie podstawowe normy i wartości, a także narusza zobowiązania międzynarodowe. Jego myśli rozwinął prawicowy publicysta Zsolt Bayer, który stwierdził, że „obecne kierownictwo ukraińskie to bez wyjątku łajdacy”. Zdaniem Bayera ograniczanie praw mniejszości narodowych na Ukrainie jest skierowane przeciw Rosjanom, ale w kraju tym żyją także przecież Węgrzy, Rumuni, Polacy i inne mniejszości. „Świetlany Zachód – napisał Bayer – natomiast siedzi jak mysz pod miotłą, bo uważa za dopuszczalne pozbawianie rosyjskiej mniejszości praw. Ale nas to nie interesuje. Nie tylko z powodu Węgrów zakarpackich. Uważamy za niedopuszczalne także naruszanie praw tamtejszych Rosjan czy Rumunów. Właśnie dlatego trzeba łajdackiemu ukraińskiemu kierownictwu jasno powiedzieć: w takich warunkach niech nawet nie marzą o członkostwie w NATO czy UE. Niech najpierw się nauczą jeść nożem i widelcem i zachowywać jak homo sapiens”[1].

Słowa te nie wywołały żadnego rezonansu wśród głównych sił politycznych w Polsce i ich mediów. Natomiast Stany Zjednoczone i Kanada natychmiast stanęły po stronie Ukrainy. Od Kay Bailey Hutchinson – ambasador USA przy NATO – usłyszeliśmy znaną od dawna narrację: „Ukraina jest jednym z kluczowych partnerów, naszych sojuszników (…). Rosjanie się temu sprzeciwiają. Chcemy być silni i myślę, że chce tego całe NATO, aby pomóc Ukraińcom uzyskać niepodległość, którą oni już rozpoczęli dla siebie zdobywać. Na Majdanie w sposób cudowny zwrócono się do narodu, aby być w Unii Europejskiej i NATO i chcemy zrobić wszystko, aby pomóc w tej misji”. Od Węgier pani Hutchinson zażądała, żeby nie blokowały pracy Komisji NATO-Ukraina.

Brak oficjalnej reakcji polskiego rządu i MSZ oznaczał pełne poparcie w tej sprawie dla amerykańskiego sojusznika, co nie dziwi, ponieważ tzw. polska polityka wschodnia – uzasadniana propagandowo majaczeniem o Polsce jagiellońskiej i Trójmorzu – polega na pełnym podporzadkowaniu celom politycznym USA, co sprowadza się do bezwarunkowego wspierania pomajdanowej Ukrainy.

Że tak jest, dowiodło spotkanie ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza ze swoim ukraińskim odpowiednikiem Pawlo Klimkinem w dniu 23 października w Warszawie. W oficjalnym komunikacie MSZ czytamy, że przedmiotem tych rozmów były kwestie „wsparcia Polski na rzecz suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy, sytuacji na nielegalnie anektowanym przez Rosję Półwyspie Krymskim oraz pokojowego rozwiązania konfliktu na wschodzie kraju, a także zagadnienia z zakresu relacji dwustronnych (…). Minister Jacek Czaputowicz ogłosił także przyznanie ukraińskiemu reżyserowi Ołehowi Sencowowi nagrody Pro Dignitate Humana”. Warto w tym miejscu przypomnieć, że ów Ołeh Sencow to nacjonalista ukraiński i członek Prawego Sektora, w którego szeregach uczestniczył w puczu na Majdanie, skazany w Rosji za planowanie działań terrorystycznych. „Tytuł tej nagrody: »Na Rzecz Godności Ludzkiej« w pełni oddaje ideały, o które walczy Ołeh Sencow. Jego gotowość do poświęcenia swojego zdrowia i życia w celu zwrócenia uwagi świata na to, co dzieje się na Krymie, zasługuje na nasz najwyższy szacunek” – podkreślił minister Czaputowicz. Takich bohaterów promuje polski rząd. Przedtem na taki „najwyższy szacunek” polskiego rządu zasługiwała Nadia Sawczenko – obecnie już zapomniana, bo siedząca w ukraińskim więzieniu pod zarzutem współpracy z Rosją.

W komunikacie MSZ czytamy dalej: „Będziemy niezmiennie podnosić kwestie nielegalnej aneksji Krymu i rosyjskiej zbrojnej agresji na wschodzie kraju na forach organizacji międzynarodowych, których jesteśmy członkami – Rady Bezpieczeństwa ONZ, UE i NATO – zapewnił minister Czaputowicz. Strona polska zadeklarowała dalsze popieranie euroatlantyckich aspiracji Ukrainy i jej wysiłków na rzecz reform, których celem jest gruntowna modernizacja państwa i gospodarki kraju. Rozmówcy odnotowali pozytywne trendy we współpracy dwustronnej, począwszy od sfery obronności po rosnącą wymianę towarową i obecność w Polsce bardzo licznej grupy studentów i pracowników z Ukrainy. – Obecność w naszym kraju ponad miliona obywateli Ukrainy jest pozytywnym zjawiskiem dla obu państw. Chcemy, żeby Ukraińcy dobrze się czuli w naszym kraju – powiedział szef polskiej dyplomacji. Podczas rozmów poruszono również trudne kwestie dotyczące przeszłości obu narodów, w tym potrzeby umożliwienia prowadzenia poszukiwań i ekshumacji szczątków Polaków – ofiar wojen i represji politycznych na terytorium Ukrainy, polskiego dziedzictwa kulturowego na Ukrainie oraz sytuacji miejsc pamięci narodowej po obu stronach granicy”[2].

Od razu zwraca uwagę sformułowanie „szczątków Polaków – ofiar wojen i represji politycznych na terytorium Ukrainy”, a przecież chodzi o ofiary ludobójstwa, którego na Polakach dokonali nacjonaliści ukraińscy. Takie sformułowanie jest dla MSZ widocznie nie do przyjęcia, czyli mamy do czynienia z przyjęciem narracji historycznej strony ukraińskiej. Z komunikatu MSZ nie wynika, by Ukraina zmieniła swoje negatywne stanowisko w sprawie ekshumacji ofiar ludobójstwa popełnionego przez OUN i UPA na Polakach oraz ich upamiętnienia. Natomiast sformułowanie, że „rozmawiano o sytuacji miejsc pamięci narodowej po obu stronach granicy” świadczy o tym, że Ukraina nie zrezygnowała ze swojego stanowiska polegającego na szantażu: zgodzimy się na upamiętnienie polskich ofiar OUN i UPA, jeśli Polska zgodzi się na istnienie na swoim terytorium pomników ku czci UPA.

Tyle Ukraina zaoferowała polskiemu rządowi w zamian za bezwarunkowe wsparcie polityczne na arenie międzynarodowej oraz za wsparcie ekonomiczne, polegające m.in. na tworzeniu w Polsce setek tysięcy miejsc pracy dla Ukraińców oraz bezpłatnym kształceniu dziesiątków tysięcy Ukraińców na polskich uczelniach. Tak wygląda w praktyce budowanie „Trójmorza” i „polityka jagiellońska”.

Z komunikatu MSZ nie wynika również, by – w przeciwieństwie do Węgier – strona polska miała jakieś zastrzeżenia do ukraińskiej ustawy językowej. „Radykalizm przyjętej ustawy świadczy o tym, że to parcie ukraińskiego nacjonalizmu, które widzimy niemal codziennie, coraz bardziej się potęguje i nie liczy się z żadnymi uwarunkowaniami i przeszłością” – stwierdził prof. Włodzimierz Osadczy, kierownik Centrum Ucrainicum KUL. W wypowiedzi dla portalu kresy.pl prof. Osadczy zauważył również, że „wszystko co dzieje się w kierunku banderyzacji Ukrainy jest absolutnie sprzeczne z wartościami europejskimi”. Ze strony UE „to, co dzieje się na Ukrainie jest absolutnie pomijane i zbywane milczeniem, panuje na to przyzwolenie. Podczas gdy nacjonalizm zatacza na Ukrainie coraz szersze kręgi”. Ustawa językowa „została zupełnie pominięta, a nawet pochwalona przez USA, a społeczność europejska, deklarująca wrażliwość na sprawy mniejszościowe, również to przeoczyła. To pokazuje, że panuje całkowite przyzwolenie, a nawet zachęcanie strony ukraińskiej do tego, by podążać w tym kierunku”.

Prof. Osadczy zwrócił dalej uwagę, że uchwalenie na Ukrainie szowinistycznej ustawy językowej zbiegło się w czasie z przyjęciem ustawy oficjalnie wprowadzającej do ukraińskiej armii i policji banderowskie pozdrowienie „Sawa Ukrainie! Herojam Sława!”. „Mamy dążenie do konfrontacji – zauważył prof. Osadczy – i żadnych możliwości ustępstw ze strony władz ukraińskich nie ma. Jest silna determinacja i świadomość bezkarności, przyzwolenia na wszystko, co będzie się działo”.

Podkreślił również, że „elity polskie są zupełnie niewrażliwe na sprawy mniejszości polskiej”, a „za sprawą planowej polityki polskich rządów od 1991 roku, mniejszość polska na Ukrainie została de facto zniszczona”. Swoją wypowiedź prof. Osadczy zakończył taką refleksją: „Nieliczne pozostałości mniejszości polskiej zostały zupełnie wyzute z cech polskości. Zostały zdepolonizowane. A co gorsza, przy milczącej zgodzie władz w Warszawie, uległy też potężnemu wpływowi banderyzmu. Niestety, mamy również do czynienia ze zjawiskiem bardzo smutnym, jak osoby polskiego pochodzenia, które hołdują nacjonalizmowi ukraińskiemu (…). Warszawa jest zresztą stolicą przodującą w przyzwoleniu, a nawet zachęcaniu strony ukraińskiej do tego, co jest przez nią obecnie realizowane”[3]

O stosunku władz polskich do poczynań pomajdanowej Ukrainy świadczy chociażby brak ich reakcji na interwencję ambasadora Ukrainy w Pradze, który chciał zablokować emisję filmu „Wołyń” w czeskiej telewizji. Ani ze strony USA i UE – gdzie indziej wrażliwych na przejawy szowinizmu i neonazizmu – ani tym bardziej ze strony Polski nie było też żadnej reakcji na „marsz chwały UPA”, który przeszedł ulicami Kijowa 14 października. Uczestniczyło w nim 10-15 tys. młodych ludzi z zakrytymi twarzami i płonącymi petardami w rękach. Wśród nich było wielu uczestników pacyfikacji Donbasu i członków organizacji ultranacjonalistycznych.

Organizatorem tego marszu były banderowska partia „Swoboda”, Prawy Sektor, Korpus Narodowy, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, neonazistowska organizacja C14, „Tryzub” Stepana Bandery i Kongres Nacjonalistów Ukraińskich. Wznoszono takie hasła jak: „Ukraina ponad wszystko”, „Chwała narodowi – śmierć wrogom”, „Moskala na gałąź”, „Bandera i Szuchewycz naszymi bohaterami” i „Przywrócimy Ukrainę Ukraińcom”. Na Placu Europejskim – gdzie miały miejsce oba tzw. Majdany z 2004 i 2014 roku – odbyło się bicie rekordu w masowym wykonaniu hymnu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów[4]. W tej hucpie uczestniczyli też jako goście ukraińskich nacjonalistów neonaziści z Niemiec. Tego polskie władze też nie dostrzegają i nie chcą wyciągnąć jakiegokolwiek wniosku.

Dla nikogo nie powinno być tajemnicą jakie jest oblicze pomajdanowej Ukrainy i kto nią rządzi oraz jakim celom polityki amerykańskiej służy kreowanie i utrzymywanie neobanderowskiego skansenu w tej części Europy. Zsolt Bayer wyraził to ostro, ale szczerze. W pełni świadome są tego również władze polskie i to akceptują w imię podległości swojej polityki celom polityki amerykańskiej. Przedstawiciele obozu rządzącego Polską przestali już nawet ukrywać to, że uważają nacjonalistów ukraińskich za swoich sojuszników przeciw Rosji i akceptują banderowską Ukrainę.

Następnego dnia po neobanderowskiej, a właściwie neonazistowskiej manifestacji w Kijowie odbyła się w stolicy Ukrainy konferencja poświęcona tematyce tzw. Międzymorza. Organizatorem tej konferencji była ultranacjonalistyczna partia Korpus Narodowy, która wyrosła z neobanderowskiego szwadronu śmierci nazywanego oficjalnie pułkiem „Azow” i jest uważana za neonazistowską. To daje wiele do myślenia i przede wszystkim uświadamia, że współczesne Międzymorze (Trójmorze) nie jest polską koncepcją geopolityczną mającą cokolwiek wspólnego z dawnymi koncepcjami piłsudczyków i Giedroycia o tej samej nazwie, ale pomysłem nacjonalistów ukraińskich, który oni podsuwają polskiej prawicy.

Gośćmi tej konferencji byli dr Jerzy Targalski – publicysta „Gazety Polskiej” i kierownik Studiów Przestrzeni Postsowieckiej Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie, Damian Duda – dowódca Legii Akademickiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Dariusz Materniak – autor książki o litewsko-polsko-ukraińskiej brygadzie LITPOLUKRBRIG, Michał Marek z Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Mariusz Patey – dyrektor Instytutu im. Romana Rybarskiego.

Jerzy Targalski wygłosił referat pt. „Trójkąt Polska-Ukraina-Rumunia jako ważny element bezpieczeństwa regionalnego”. Postulował w nim, by Polska i Ukraina stworzyły strukturę konkurencyjną dla Unii Europejskiej. Stwierdził wprost, że „jest dla nas korzystne stworzyć swoją konkurencyjną Unię dla obrony interesów państw Europy Wschodniej”[5].

W czyim imieniu Targalski to powiedział? Przecież nie w imieniu swoim, tylko w imieniu środowiska „Gazety Polskiej”, które stanowi najtwardsze jądro rządzącej w Polsce partii Prawo i Sprawiedliwość. Damian Duda mówił o polskich doświadczeniach związanych z tworzeniem formacji paramilitarnych, Dariusz Materniak o perspektywach projektu LITPOLUKRBRIG, a Michał Marek o polsko-ukraińskim projekcie modernizacji technologicznej sił zbrojnych Ukrainy. O czym mówił dr Mariusz Patey – przedstawiciel środowiska powołującego się na spuściznę polityczną Romana Dmowskiego, co musi zdumiewać, a nawet szokować – portal kresy.pl dyskretnie przemilczał.

Ze strony wpływowego w obozie władzy środowiska „Gazety Polskiej” mamy już zatem do czynienia z otwartym sojuszem nie z łajdakami rządzącymi Ukrainą, ale z pogrobowcami nazizmu ukraińskiego. Za ten sojusz przyjdzie prędzej czy później zapłacić wysoką cenę społeczeństwu polskiemu, czyli tzw. zwykłym Polakom, żyjącym tu i teraz. Dzisiaj jeszcze nie wiemy jak wysoką. Mam jednak też nadzieję – chociaż może nie powinienem jej mieć – że odpowiedzialność za ten sojusz i jego skutki poniesie też partia Prawo i Sprawiedliwość wraz z kibicującymi jej w tej sprawie oponentami z Platformy Obywatelskiej.

[1] Cyt. za: „Ostre słowa szefa węgierskiego MSZ na temat Ukrainy”, http://www.rmf24.pl, 11.10.2018.

[2] „Rozmowy ministra Jacka Czaputowicza z ministrem spraw zagranicznych Ukrainy Pawło Klimkinem”, http://www.msz.gov.pl, 23.10.2018.

[3] „Ukraina przyjmuje totalitarne ustawy mając świadomość bezkarności, przy poparciu polskich władz”, http://www.kresy.pl, 5.10.2018.

[4] Marsz nacjonalistów na ulicach Kijowa. „Moskala na gałąź”, http://www.tvn24.pl, 15.10.2018; Ulicami Kijowa przeszedł „marsz UPA”, http://www.krersy.pl, 14.10.2018.

[5] „Targalski gościem Azowa”, http://www.kresy.pl, 15.10.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 9 listopada 2018 r.

„Myśl Polska” nr 45-46 (2213/2214), 4-11.11.2018, s. 7

Generał, który chciał zatrzymać Hitlera. Gen. Ludvík Krejčí (1890-1972)

80. rocznica dyktatu monachijskiego jest okazją do przypomnienia postaci gen. Ludvíka Krejčí – głównodowodzącego armią czechosłowacką w 1938 roku. Człowieka, który do końca bronił wtedy honoru, suwerenności i całości terytorialnej Czechosłowacji. Postaci, która mogła zmienić bieg historii.

Gen. Ludvík Krejčí (1890-1972). Fot. www.iDNES.cz

Gen. Ludvík Krejčí (1890-1972). Fot. http://www.iDNES.cz

Ludvík Krejčí urodził się 17 sierpnia 1890 roku w Turzanach koło Brna (Tuřany u Brna, obecnie jest to część Brna), w rodzinie chłopskiej, jako najmłodszy z ośmiorga dzieci. Ukończył gimnazjum w Wyszkowie (Vyškov), a następnie podjął studia w Wyższej Szkole Leśnej w Pisku (Písek). Po ukończeniu nauki w 1910 roku odbył służbę wojskową w armii austro-węgierskiej jako jednoroczny ochotnik w 8. pułku piechoty w Brnie. W 1911 roku został leśnym adiunktem lasów państwowych w Nusztar (Nuštar) w Bośni i Hercegowinie – wówczas jednej z prowincji Austro-Węgier.

Jego życie, tak jak i milionów ówczesnych Europejczyków, na zawsze zmieniła pierwsza wojna światowa. Jeszcze przed ogłoszeniem mobilizacji 28 lipca 1914 roku został skierowany do rezerwy zapasowej 4. pułku piechoty cesarsko-królewskiej armii Austro-Węgier. Walczył w jego szeregach w Serbii, Czarnogórze i Albanii. W maju 1916 roku został na krótko przeniesiony na front włoski, a następnie – już jako dowódca kompanii – trafił do Siedmiogrodu na front rosyjski. Tam, po stabilizacji frontu w ramach wojny pozycyjnej, dostał się w maju 1917 roku do niewoli rosyjskiej w rejonie Odobesti (Odobeşti) niedaleko Fokszan (Focşani).

W niewoli nie pozostał długo, gdyż już w czerwcu 1917 roku wstąpił do Korpusu Czechosłowackiego (zwanego też Legionem Czechosłowackim) w Rosji. Większość kadry oficerskiej przyszłej armii czechosłowackiej wywodziła się z tej formacji lub Legionu Czechosłowackiego we Francji. Były to jednostki ochotnicze – złożone z Czechów i Słowaków (dezerterów z armii austro-węgierskiej i jeńców) – walczące po stronie Ententy. Dzięki staraniom Tomasza Masaryka (Tomáš Garrigue Masaryk) zostały one w grudniu 1917 roku uznane przez Ententę za siłę sojuszniczą jako Armia Czechosłowacka, co miało ogromne znaczenie polityczne dla powstania Czechosłowacji w październiku 1918 roku.

20 lipca 1917 roku Ludvík Krejčí został skierowany na kurs oficerski w Boryspolu koło Kijowa. Po jego ukończeniu otrzymał stopień kapitana sztabowego i przydział do 6. pułku strzelców hanackich Korpusu Czechosłowackiego w Rosji. 9 marca 1918 roku – podczas bitwy o węzeł kolejowy Bachmacz koło Czernihowa – jednostka ta zatrzymała chwilowo postępy wojsk niemieckich zajmujących Ukrainę w następstwie traktatu brzeskiego, co umożliwiło ewakuację wycofujących się wojsk czechosłowackich. Ludvík Krejčí brał też udział w dalszych walkach – tym razem już z bolszewikami – podczas odwrotu z Ukrainy na Syberię. Dowódca Korpusu Czechosłowackiego, gen. Radol Gajda (1892-1948), zdecydował się wesprzeć w rosyjskiej wojnie domowej wojska wierne adm. Aleksandrowi Kołczakowi i początkowo stanął na czele jego armii. W 1919 roku Ludvík Krejčí – już w randze pułkownika – został dowódcą 2. Dywizji Strzelców, która osłaniała przed atakami Armii Czerwonej ostatnią część transportów Korpusu Czechosłowackiego do Władywostoku. Ewakuacja była dramatyczna. Żeby ją umożliwić, dowództwo Korpusu Czechosłowackiego wydało adm. Kołczaka w ręce rządu eserowsko-mienszewickiego, co zakończyło się jego egzekucją. Korpus Czechosłowacki utrudnił też równoległy transport polskiej 5. Dywizji Syberyjskiej, w wyniku czego została ona odcięta przez bolszewików.

W kwietniu 1920 roku Ludvík Krejčí ostatecznie opuścił Rosję i wrócił do ojczyzny – teraz już Czechosłowacji. Trzy miesiące później objął jako pułkownik stanowisko dowódcy 6. Dywizji Piechoty w Brnie. W lipcu 1923 roku został awansowany na generała brygady i wysłany na studia do elitarnej Wyższej Szkoły Wojennej w Paryżu (École Supérieure de Guerre). Prawdopodobnie poznał studiujących tam w tym samym czasie wyższych oficerów polskich (m.in. Władysław Anders, Wacław Stachiewicz, Michał Żymierski i in.). Po ukończeniu studiów w 1925 roku został dowódcą 4. Dywizji Piechoty w Hradcu Králove. W maju 1928 roku awansował na generała dywizji, a w 1934 roku – w wieku 44 lat – na generała armii.

30 listopada 1933 roku prezydent Masaryk mianował gen. Ludvíka Krejčí szefem Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Czechosłowacji. Przypadło mu zadanie przygotowania armii czechosłowackiej do wojny wobec rosnącego coraz bardziej zagrożenia niemieckiego. Z zadania tego gen. Krejčí wywiązał się bardziej niż wzorowo. Stworzył nowoczesny system dowodzenia i przeprowadził szybką modernizację technologiczną wojska czechosłowackiego, wprowadzając na jego uzbrojenie samoloty i czołgi. Poza Czechosłowacją tylko w Niemczech hitlerowskich rozumiano wówczas znaczenie lotnictwa i broni pancernej w nadchodzącej wojnie. 20 marca 1935 roku została powołana dyrekcja prac fortyfikacyjnych, a gen. Krejčí objął stanowisko przewodniczącego jej rady – kierowniczego organu dla budowy fortyfikacji w Czechosłowacji. W bardzo krótkim czasie zbudowano czeski odpowiednik Linii Maginota w Sudetach.

Podczas kryzysu sudeckiego w 1938 roku gen. Krejčí był zdecydowanym zwolennikiem stawienia zbrojnego oporu agresji niemieckiej na Czechosłowację. Postawę taką podzielała zdecydowana większość generalicji czechosłowackiej, korpusu oficerskiego i społeczeństwa. Żołnierz czechosłowacki chciał walczyć w obronie ojczyzny, wbrew swoim politykom i proniemieckim nacjonalistom słowackim. Od marca do września 1938 roku gen. Krejčí przeprowadzał kolejne częściowe mobilizacje. W odpowiedzi na koncentrację wojsk niemieckich w Austrii, Saksonii i na Śląsku przeprowadził też wielkie manewry wojskowe, trwające od 22 maja do 13 czerwca 1938 roku. W lipcu 1938 roku wprowadził nowy plan mobilizacyjny, który został zrealizowany wzorowo podczas mobilizacji generalnej 23 września 1938 roku.

Na początku września 1938 roku gen. Krejčí skierował memorandum do prezydenta Edvarda Beneša i pozostałych polityków czechosłowackich. Ostrzegał w nim przed jakimikolwiek ustępstwami politycznymi i terytorialnymi na rzecz III Rzeszy. Już 17 września żądał od prezydenta Beneša ogłoszenia mobilizacji generalnej. Próbował bezskutecznie wpływać na prezydenta poprzez francuskiego gen. Maurice’a Gemelin’ea. Dopiero gdy zagroził dymisją prezydent Beneš ogłosił mobilizację powszechną 23 września 1938 roku. Mobilizacja ta została przeprowadzona bardzo sprawnie w ciągu trzech dni. Pod bronią stanęło 1250000 żołnierzy czechosłowackich, uzbrojonych w najnowocześniejszą broń. Czechosłowacja była gotowa do wojny z Niemcami.

Mało kto wiedział wówczas w Europie, że do wojny nie były gotowe same Niemcy, które przy pomocy Francji i Wielkiej Brytanii wymusiły swoje żądania terytorialne i polityczne na Czechosłowacji. Hitler podczas kryzysu sudeckiego i konferencji monachijskiej blefował. Jego generałowie mówili mu otwarcie, że Wehrmacht nie jest jeszcze przygotowany do wojny. Dopiero ostateczna likwidacja Czechosłowacji w marcu 1939 roku i przejęcie nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej (głównie broni pancernej) wzmocniły na tyle potencjał militarny Wehrmachtu, że mógł rozpocząć wojnę z Polską 1 września 1939 roku.

Gdyby pod koniec września 1938 roku obok 1250000 żołnierzy czechosłowackich stanęło 1200000 żołnierzy polskich (takie były polskie możliwości mobilizacyjne), to już sama liczebność obu armii mogła przekroczyć ówczesny potencjał mobilizacyjny Wehrmachtu. Gdyby jeszcze do takiego sojuszu odważnie dołączyła Francja, nie byłoby koszmaru sześciu lat drugiej wojny światowej

Niestety nikt tego nie pojmował ani w Warszawie, ani w Paryżu. Polska przeprowadziła wtedy mobilizację 36-tysięcznej Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Śląsk”, ale nie po to by iść na pomoc Czechosłowacji, tylko zająć Zaolzie – dwa powiaty w Beskidzie Śląsko-Morawskim. Tak Józef Beck i Edward Rydz-Śmigły rozumieli wtedy polską rację stanu.

W dramatycznych dniach 29-30 września 1938 roku gen. Krejčí nalegał na prezydenta Beneša, żeby nie kapitulować. Rankiem 30 września w siedzibie prezydenta na Hradczanach stawili się generałowie Krejčí, Vojtěch Luža, Lev Prchala i Siergiej Wojciechowski (Sergej Vojcechovský). Prezydent Beneš zanotował później w swoim pamiętniku: „To była wzruszająca rozmowa. Widziałem łzy w oczach niektórych generałów i słyszałem słowa błagań, ostrzeżeń i gróźb z ich ust. Nigdy nie przekroczyli ustalonej granicy w swojej postawie generałów wobec naczelnego wodza, ale żądania i ostrzeżenia były bardzo silne”. Gen. Krejčí pytał Beneša: „Po co z takim trudem budowaliśmy armię? Przecież przygotowaliśmy ją po to, żebyśmy mogli bronić republiki”.

W południe 30 września kierownictwo polityczne Czechosłowacji przyjęło jednak dyktat monachijski. Prezydent Beneš uznał, że wobec zdrady Francji i Wielkiej Brytanii oraz proniemieckiej i wrogiej wobec Czechosłowacji postawy Polski i Węgier samotna walka nie ma sensu. To był wyrok śmierci na Czechosłowację, która tracąc wtedy 40 proc. terytorium wraz z fortyfikacjami granicznymi, straciła też możliwość dalszej obrony. Dlatego Hitler mógł bezproblemowo przeprowadzić w dniach 14-15 marca 1939 roku ostateczną likwidację tego państwa, łamiąc układ monachijski, który wedle słów brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina miał ocalić pokój w Europie. Nie ocalił pokoju, ale otworzył Hitlerowi drogę do wojny światowej.

Gdyby wymienieni generałowie czechosłowaccy mieli w godzinach porannych 30 września 1938 roku jasny sygnał, że Polska jest gotowa udzielić pomocy zbrojnej Czechosłowacji, mogliby się zdecydować na przeprowadzenie zamachu stanu i obalenie prezydenta Beneša. Szczęście sprzyja mądrym i odważnym. Można sobie więc wyobrazić, że przy odrobinie szczęścia Hitler byłby skończony już jesienią 1938 roku, a w Berlinie miałaby miejsce polsko-czechosłowacka parada zwycięstwa. Do takiej polityki zabrakło jednak najmniejszej wyobraźni polskim politykom sanacyjnym. W 1938 roku prowadzili oni konsekwentną politykę proniemiecką i antyczeską, wydając wyrok śmierci na Polskę.

Po przyjęciu dyktatu monachijskiego gen. Krejčí przypadła bolesna rola przeprowadzenia demobilizacji armii czechosłowackiej, a następnie – na żądanie Berlina – jej redukcji i zniesienia ochrony granic. Pod naciskiem hitlerowców gen. Krejčí został 1 marca 1939 roku odwołany ze stanowiska szefa Sztabu Generalnego i usunięty z wojska. Dwa tygodnie później wojska niemieckie wkroczyły do Czech i Moraw, a nacjonaliści słowaccy proklamowali utworzenie satelickiego wobec III Rzeszy państwa słowackiego.

Po rozpoczęciu okupacji niemieckiej generał mieszkał w Pradze, ale szybko został zmuszony do przeniesienia się do miejsca zamieszkania rodziny swojej żony w Jabłonnem nad Orlicą (Jablonné nad Orlicí) koło Pardubic. Jego dwie próby opuszczenia Protektoratu Czech i Moraw zakończyły się niepowodzeniem. 14 października 1941 roku został aresztowany przez gestapo i osadzony w Małej Twierdzy w Terezinie. Zwolniono go stamtąd w lipcu 1942 roku. Kilkakrotne próby wciągnięcia generała do kolaboracji z Niemcami lub wykorzystania go propagandowo przez okupanta zakończyły się niepowodzeniem. Mimo ciągłej obserwacji przez gestapo, wspierał organizację ruchu oporu kierowaną przez Jaroslava Kvapila (1868-1950), czyli tzw. Przygotowawczy Narodowy Komitet Rewolucyjny (Přípravný národně revoluční výbor).

Zaraz po wyzwoleniu w 1945 roku gen. Krejčí ponownie zgłosił się do służby. Przyjęto go jednak dopiero w styczniu 1947 roku, a już z dniem 1 lutego tego roku przeniesiono na emeryturę. Być może zadecydowała o tym niechęć do jego osoby ze strony prezydenta Beneša. Po przewrocie komunistycznym w Czechosłowacji w lutym 1948 roku gen. Krejčí stał się – tak jak wielu innych przedstawicieli przedwojennej elity czechosłowackiej – ofiarą represji politycznych. W lipcu 1950 roku został zdegradowany do stopnia szeregowca, a maju 1953 roku odebrano mu emeryturę. Mając 63 lata musiał podjąć pracę zarobkową, żeby utrzymać się przy życiu. Pracował jako pomocniczy robotnik w Jabłonnem nad Orlicą, w znacjonalizowanej fabryce, która należała wcześniej do rodziny jego żony. Dopiero w 1969 roku, gdy miał już 79 lat, władze komunistycznej Czechosłowacji przyznały mu – w wyniku interwencji marszałka ZSRR Iwana Koniewa – niewielką rentę. Zmarł trzy lata później – 9 lutego 1972 roku – w szpitalu w Usti nad Orlicą (Ústí nad Orlicí).

Pochowano go w rodzinnych Turzanach z pocztami Korpusu Czechosłowackiego. Było to zgodne z jego wolą wyrażoną w dramatycznych dniach pod koniec września 1938 roku, kiedy powiedział, że jeśli zginie w walce, to chce być pochowany obok grobu rodziców. Tej walki, której wtedy pragnął całym sercem gorącego czeskiego patrioty, nie dane mu było stoczyć. Niewątpliwie była to największa tragedia jego życia.

Stopień generalski przywrócono mu pośmiertnie w 1990 roku. Natomiast 28 października 2017 roku – w 99. rocznicę powstania Czechosłowacji – prezydent Czech Milosz Zeman odznaczył go pośmiertnie najwyższym odznaczeniem państwowym – Orderem Lwa Białego.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 października 2018 r.

„Myśl Polska” nr 43-44 (2211/2212), 21-28.10.2018, s. 17

Znieważane Platerówki

75. rocznica utworzenia Wojska Polskiego, które w latach 1943-1945 walczyło na froncie wschodnim o wyzwolenie Polski spod okupacji niemieckiej, jest okazją do przypomnienia historii 1. Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater. Przede wszystkim dlatego, że pododdział ten stał się po 1989 roku obiektem niewybrednych ataków, których celem jest dyskredytacja Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR.

1.  SBK został utworzony 19 sierpnia 1943 r. w Sielcach nad Oką i wszedł w skład powołanego 10 sierpnia 1943 r. 1. Korpusu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR. Batalion kobiecy na dzień 30 września 1943 r. liczył 740 oficerów, podoficerów i szeregowych i składał się z dwóch kompanii fizylierek, dwóch kompanii strzeleckich, kompanii rusznic przeciwpancernych oraz kompanii ciężkich karabinów maszynowych. Ponadto w jego składzie znajdowały się plutony moździerzy, zwiadu, łączności, sanitarny, saperów i gospodarczy oraz szkoła podoficerska.

Wraz z dywizją kościuszkowską wyruszyła na front 1. kompania fizylierek 1. SBK. Podczas bitwy pod Lenino (12-14.10.1943 r.) kompania ta pełniła służbę wartowniczą przy sztabie dywizji, natomiast jedną jej drużynę włączono do plutonu sanitarnego 2. pułku piechoty, który zajmował się wynoszeniem rannych z pola walki.

Bohaterską śmiercią zginęła wówczas szer. Aniela Krzywoń (1925-1943) – przydzielona do ochrony ciężarówki z dokumentami sztabowymi. Kiedy samochód trafiony niemiecką bombą stanął w płomieniach, Aniela Krzywoń, nie zważając na płomienie i ostrzał nieprzyjaciela, uratowała skrzynię z dokumentami oraz dwóch rannych żołnierzy. Sama jednak zginęła w płomieniach. Pośmiertnie odznaczono ją Krzyżem Orderu Wojennego Virtuti Militari V klasy oraz Orderem Lenina. Przyznano jej też tytuł Bohatera Związku Radzieckiego wraz ze Złotą Gwiazdą. Była jedyną kobietą nagrodzoną tym tytułem, która nie miała obywatelstwa ZSRR.

W bitwie pod Lenino zostały ciężko ranne i zmarły w szpitalach polowych także Stanisława Kołodziej, Lidia Karczewska, Maria Mikuć, Helena Szyszko, Stefania Wejman i Wanda Zakirowa.

W styczniu 1944 r. batalion kobiecy przerzucono do wsi Łuczynka na ziemi smoleńskiej, później do obwodu żytomierskiego i Kiwerc. W lipcu 1944 r. przekroczył Bug, pełniąc służbę wartowniczą w jednostkach tyłowych. Od 12 października batalion zajmował się utrzymaniem porządku publicznego i zabezpieczeniem mienia na wyzwolonej przez 1. Armię WP Pradze, a po wyzwoleniu stolicy objął posterunki w lewobrzeżnej Warszawie. To żołnierki batalionu kobiecego zaciągnęły wartę honorową przy ruinach Grobu Nieznanego Żołnierza 17 stycznia 1945 r.

Jednakże cześć „platerówek” po pięciomiesięcznym kursie oficerskim w Riazaniu trafiła do jednostek frontowych Wojska Polskiego na niższe stanowiska dowódcze. Brały udział w ciężkich walkach m.in. na przyczółku warceko-magnuszewskim, podczas ofensywy zimowej, na Wale Pomorskim i o Kołobrzeg.

Najwięcej „platerówek” zasiliło 3. Dywizję Piechoty im. Romualda Traugutta. Były to: ppor. Janina Błaszczak – dowódca kompanii moździerzy, chor. Aleksandra Gołębiewska i chor. Paulina Podgórska – dowodzące plutonami strzeleckimi, chor. Maria Górniak, chor. Irena Kruszewska, chor. Helena Junkiewicz i chor. Irena Waszczuk – dowodzące plutonami ckm, chor. Larysa Krupicz i chor. Zofia Włoch – dowodzące plutonami moździerzy oraz chor. Aniela Pielech – dowódca plutonu rusznic ppnc. Do 2. DP trafiły chor. Anna Dawidowska na dowódcę plutonu moździerzy, chor. Władysława Drzazga na dowódcę plutonu fizylierów, chor. Maria Linkiewicz na dowódcę plutonu strzeleckiego, chor. Stefania Mastalerz na oficera łącznikowego i chor. Janina Zarzycka na zastępcę dowódcy kompanii fizylierek. Natomiast do 4. DP trafiły chor. Emilia Gierczak na dowódcę plutonu fizylierów oraz chor. Czesława Wulf i chor. Janina Szuba-Jabłońska na stanowiska dowódców plutonów moździerzy.

Chor. Helena Junkiewicz (1923-1944) zginęła 19 września 1944 r. podczas próby forsowania Wisły, idąc na pomoc powstaniu warszawskiemu w szeregach 3. DP. Jej droga na pole chwały wiodła przez obóz pracy w Kraju Krasnojarskim na Syberii. Ppor. Emilia Gierczak (1925-1945) zginęła bohatersko w walkach o Kołobrzeg 17 marca 1945 r. Pochodziła z Wołynia. Po pierwszej deportacji Polaków z Kresów Wschodnich w lutym 1940 r. trafiła z rodziną pod koło polarne – do kołchozu w obwodzie archangielskim.

Stan osobowy batalionu kobiecego w dniu 7 kwietnia 1945 r. wynosił 533 osoby, ale w przeddzień zakończenia wojny w szeregach Wojska Polskiego na froncie wschodnim służyło około 9,3 tys. żołnierzy-kobiet. 1. SBK rozformowano 25 maja 1945 r. Część zdemobilizowanych żołnierek osiedliła się na Ziemiach Odzyskanych, tworząc osiedle Platerowo koło Lubania.

Kpt. Stanisława Drzewiecka (1920-2000) – najpierw zastępca dowódcy 1. kompanii fizylierek w batalionie kobiecym, a następnie oficer polityczny w 3. Brygadzie Artylerii Haubic, ranna na polu walki – scharakteryzowała „platerówki” jako „dziewczęta i kobiety w wieku od piętnastu do trzydziestu pięciu lat, które w większości pochodziły z terenów wschodnich przedwojennej Polski. Stamtąd też w latach 1940-1941 zostały deportowane lub ewakuowane w głąb Związku Radzieckiego. Od chwili gdy znalazły się na obczyźnie do czasu podjęcia służby wojskowej pracowały w kołchozach, sowchozach, w fabrykach, przy wyrębie syberyjskich lasów, w kopalniach. Dorastały w trudnych warunkach bytowania na zapleczu wojennym, wiele pogrzebało w stepie i w tajdze rodziców, rodzeństwo. Głodowały i marzły. I marzyły o powrocie do Polski (…)”.

Takie były marzenia wszystkich żołnierzy, którzy w 1943 roku trafili do Wojska Polskiego formowanego w Sielcach nad Oką. To byli przeważnie Polacy z Kresów Wschodnich, o gorących polskich sercach, ofiary deportacji stalinowskich z lat 1940-1941. Ich jedynym pragnieniem była walka o wyzwolenie kraju spod okupacji niemieckiej i powrót do Polski jakakolwiek ona będzie. O tym zapominają ci, którzy dzisiaj ich znieważają.

Szkoda, że w prawicowej prasie można dzisiaj o „platerówkach” przeczytać tylko takie artykuły jak np. „Seks w armii Berlinga” pióra Tadeusza A. Kisielewskiego (autora książki pod wymownym tytułem „Janczarzy Berlinga. 1. Armia Wojska Polskiego 1943-1945”), czy „Stalinówki i Platerówki od drugiej strony. Przechodnie polowe żony” autorstwa Tadeusza M. Płużańskiego. Bazujące na znanych rewelacjach Henryka Piecucha i Andrzeja Zasiecznego, którzy nie cofają się ani przed jednostronną interpretacją, ani przed generalizowaniem przywoływanych przez siebie źródeł.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 11 października 2019 r.

„Przegląd” nr 41 (979), 8-14.10.2018, s. 46-47

Największy błąd Józefa Becka

80. rocznica konferencji w Monachium (29-30 września 1938 roku) skłania do przypomnienia polityki Józefa Becka wobec Czechosłowacji w dobie kryzysu sudeckiego. Polityka ta jest obecnie powszechnie rozgrzeszana przez epigonów sanacji, chociaż Lech Kaczyński 1 września 2009 roku na Westerplatte powiedział, że potrafimy przyznać się do swoich błędów i przeprosił Czechów za zajęcie Zaolzia w 1938 roku. Nie wywołało to jednak wtedy głębszej refleksji w obozie politycznym grupy rekonstrukcyjnej sanacji, czyli Prawa i Sprawiedliwości i jego okolic. Mało tego – pojawiły się wtedy nawet głosy krytyki wobec wypowiedzi prezydenta Kaczyńskiego, wychodzące z tego obozu i przypominające wszystkie tezy broniące polityki Becka.

A mianowicie, że za złe stosunki polsko-czechosłowackie w dwudziestoleciu międzywojennym ponosiła winę rzekomo tylko Czechosłowacja, że Polska miała uzasadnione prawa do Zaolzia, które Czesi wydarli Polsce podstępem najpierw w drodze agresji w 1919 roku, a potem uzyskując korzystny dla siebie arbitraż międzynarodowy w sytuacji, gdy Armia Czerwona zbliżała się latem 1920 roku do Warszawy, że Praga prowadziła podstępną czechizację zaolziańskich Polaków metodami administracyjnymi i że zajęcie Zaolzia uchroniło tamtejszą ludność – w większości polską – przed wcześniejszą okupacją niemiecką.

Są to argumenty fałszywe, ponieważ Beckowi w 1938 roku wcale nie chodziło o Zaolzie i tamtejszych Polaków. Prowadził on wtedy politykę konsekwentnie proniemiecką i antyczeską nie z powodu Zaolzia, ale dlatego, że postrzegał Czechosłowację jako wroga Polski. Działo się tak z czterech powodów: (1) ponieważ osobiście nienawidził Czechów i prezydenta Edvarda Beneša, (2) ponieważ Czechosłowacja była sojusznikiem ZSRR, z którym podpisała traktat sojuszniczy w 1935 roku, a w Czechosłowacji działała legalnie partia komunistyczna, (3) ponieważ Czechosłowacja udzieliła schronienia polskim politykom opozycyjnym prześladowanym przez sanację (Wincenty Witos, Wojciech Korfanty i in.), (4) ponieważ z powodu nr 2 Czechosłowacja stała na drodze do utworzenia sojuszu państw Europy Środkowej pod egidą Polski, czyli sławnego także dzisiaj Międzymorza.

Beck jednakże nie wiedział, że Berlin znał jego plany odnośnie tzw. Międzymorza i skutecznie im przeciwdziałał. Już w czasie kryzysu czechosłowackiego Niemcy przeciągnęły na swoją stronę Węgry i Rumunię, czyniąc z nich – jeszcze wtedy dyskretnie – swoich przyszłych satelitów. Hitler łatwo zrozumiał, że Beck prowadzi politykę proniemiecką i antyczeską w celu realizacji planu w rzeczywistości antyniemieckiego, o którym nie informuje niemieckiego partnera. Już wtedy wódz III Rzeszy musiał nabrać przekonania, że sanacyjna Polska nie będzie dla niego wiarygodnym partnerem, co jest bardzo istotne w kontekście głoszonych współcześnie fantasmagorii na temat rzekomej konieczności „paktu Ribbentrop-Beck” i rzekomych korzyści, jakie Polsce miał przynieść status satelity III Rzeszy.

Proniemiecka polityka Becka miała znaczący wpływ na przebieg całego kryzysu czechosłowackiego (sudeckiego), który rozpoczął się wkrótce po aneksji Austrii przez III Rzeszę w marcu 1938 roku. Przede wszystkim wpływała na stanowisko Francji, gdzie przy całej niechęci, jaką w Paryżu darzono Józefa Becka, początkowo liczono na pozytywny stosunek Polski do Czechosłowacji. Francja, której nowy premier Édourad Daladier znajdował się pod wpływem brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina i jego polityki appeasementu (zaspokajania roszczeń Hitlera), od początku nie była zdecydowana udzielać pomocy zbrojnej Czechosłowacji. Ale na rozterki Paryża w tej sprawie – obok polityki brytyjskiej – wpływało też niewątpliwie stanowisko Warszawy. Rząd Daladiera rozumiał, że jakakolwiek pomoc francuska dla Czechosłowacji spotka się nie tylko z negatywnym stanowiskiem, ale nawet z przeciwdziałaniem Polski, która prowadzi politykę antyczeską i proniemiecką.

Radziecko-czechosłowacki traktat sojuszniczy z 1935 roku zawierał klauzulę, że ZSRR udzieli Pradze pomocy wojskowej tylko wtedy, gdy uczyni to Francja, z którą Czechosłowacja też była związana sojuszem politycznym. Ponadto ewentualna pomoc radziecka dla Czechosłowacji była niemożliwa z tego powodu, że oba państwa nie posiadały wspólnej granicy, a na przemarsz Armii Czerwonej przez swoje terytoria nie zgodziły się Polska i Rumunia.

Doprowadzenie do hańby Monachium było dziełem brytyjskiego premiera Chamberlaina. Jego główną troskę stanowiło odsunięcie agresji hitlerowskiej od Europy Zachodniej i niedopuszczenie do wybuchu wojny w Europie. Najbardziej obawiał się tego, że ZSRR mimo wszystko udzieli pomocy wojskowej Czechosłowacji i wojna w Europie jednak wybuchnie. Żeby do tego nie dopuścić – poświęcił Czechosłowację w Monachium. Kuriozum tej konferencji polegało nie tylko na tym, że cztery mocarstwa zadecydowały o terytorium i suwerenności innego państwa europejskiego. Polegało także na tym, że Hitler i Mussolini umówili się wcześniej, iż włoski dyktator przedstawi żądania niemieckie jako „włoskie propozycje kompromisowe”. Chamberlain i Daladier tak bardzo obawiali się fiaska konferencji, że przyjęli te „włoskie propozycje kompromisowe” już po północy 30 września 1938 roku. Czechosłowacja straciła około 40 proc. swojego terytorium i fortyfikacje graniczne w Sudetach. Wobec Niemiec była już bezbronna, a jaj dalszy los przesądzony.

Została otwarta droga nie do pokoju w Europie, ale do drugiej wojny światowej. Kiedy w marcu 1939 roku Niemcy hitlerowskie dokonały aneksji Czech i Moraw, ich potencjał militarny został znacząco wzmocniony przez przejęcie nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej oraz mocy produkcyjnych dobrze rozwiniętego przemysłu czeskiego, przede wszystkim zbrojeniowego. Bez tego wzmocnienia własnego potencjału militarnego III Rzesza nie byłaby w stanie rozpocząć wojny z Polską już 1 września 1939 roku. Tego jednakże nie pojmowano rok wcześniej ani w Londynie, ani w Paryżu, ani w Warszawie.

Prezydent Beneš i jego otoczenie uznali, że walka bez sojuszników nie ma sensu i dlatego przyjęli dyktat monachijski w południe 30 września 1938 roku. Innego zdania była generalicja czechosłowacka z głównodowodzącym armii gen. Ludvíkiem Krejčí (1890-1972) na czele. Armia czechosłowacka bardzo sprawnie przeprowadziła mobilizację pod koniec września 1938 roku. Mimo że nacjonaliści słowaccy zapowiedzieli już miesiąc wcześniej, że nie będą walczyć w obronie Czechosłowacji, szanse na skuteczną obronę nie były małe. Gen. Krejčí i jego sztab wierzyli w siłę fortyfikacji czeskich w Sudetach. Gdyby w tym czasie (29-30 września 1938 roku) Polska zadeklarowała, że udzieli Czechosłowacji pomocy zbrojnej, historia prawdopodobnie potoczyłaby się inaczej. Nietrudno sobie wyobrazić, że wtedy generałowie czescy po prostu dokonaliby zamachu stanu i odsunęli ekipę Beneša od władzy. Wehrmacht nie był jeszcze gotowy do wojny we wrześniu 1938 roku. Sama koncentracja Wojska Polskiego przy granicy niemieckiego Śląska mogła podziałać na Niemcy ostudzająco, nie mówiąc już o ewentualnym uderzeniu polsko-czeskim na Wrocław. Gdyby jeszcze wtedy militarnie wystąpiła przeciw Niemcom Francja, los III Rzeszy byłby przesądzony jesienią 1938 roku.

Wojsko Polskie istotnie skoncentrowało swoje siły pod koniec września 1938 roku przy południowo-zachodniej granicy, ale nie po to, żeby udzielić pomocy Czechosłowacji. Cele 35-tysięcznej Grupy Operacyjnej „Śląsk” były diametralnie inne. Konferencja w Monachium ubodła mocarstwowe ambicje Józefa Becka, ponieważ zadecydowano tam, że polskie roszczenia wobec Zaolzia będą przedmiotem odrębnej konferencji międzynarodowej. Dlatego sanacyjna Polska musiała natychmiast pokazać światu swoją mocarstwowość. List prezydenta Beneša do prezydenta Ignacego Mościckiego z 22 września 1938 roku, zawierający propozycję uregulowania sporu o Zaolzie w zamian za neutralność Polski wobec konfliktu czechosłowacko-niemieckiego, pozostał bez odpowiedzi na skutek intryg Becka. Przed północą 30 września rząd w Pradze otrzymał polskie ultimatum w sprawie Zaolzia z terminem odpowiedzi w ciągu 12 godzin. Brak odpowiedzi lub jej odmowa oznaczały wojnę. Rząd czechosłowacki przyjął polskie ultimatum 1 października 1938 roku. Następnego dnia żołnierze polscy przekroczyli Olzę. Propaganda sanacyjna uderzyła w pompatyczne i pełne patriotycznej egzaltacji tony. Zdezorientowane przez nią społeczeństwo polskie dało się porwać tym nastrojom. U Czechów natomiast pozostał głęboki uraz do Polski i Polaków.

Ten entuzjazm był podzielany tylko w Polsce. Aneksja Zaolzia wywołała bardzo krytyczne reakcje i nastroje wobec Warszawy w całej Europie poza Niemcami hitlerowskimi, które ją poparły i przedstawiły propagandowo jako polskie współdziałanie wobec Czechosłowacji. Najbardziej krytycznie oceniono polską akcję w Paryżu i w Moskwie. Beck jeszcze wtedy nie wiedział, że daje Stalinowi wzorzec działania, który ten zastosuje wobec Polski 17 września 1939 roku.

Szef polskiej dyplomacji nie dostrzegał wtedy jednak spraw najbardziej kluczowych. Jakoś dziwnie nie zauważył on, że dodatkowa klauzula układu monachijskiego mówiła o zwołaniu nowej konferencji międzynarodowej nie tylko w sprawie rozstrzygnięcia kwestii Zaolzia, ale także kwestii przynależności państwowej Wolnego Miasta Gdańska. Skutki antyczeskiej i proniemieckiej polityki Becka obróciły się przeciw Polsce bardzo szybko. Ledwo żołnierze gen. Władysława Bortnowskiego zajęli Zaolzie, a już 24 października 1938 roku Niemcy hitlerowskie sformułowały pierwsze żądania wobec Polski w sprawie przyłączenia Wolnego Miasta Gdańska do III Rzeszy i „korytarza” na polskim Pomorzu. Stało się oczywiste, że Polska będzie następną ofiarą agresji Hitlera. Od marca 1939 roku – po aneksji przez III Rzeszę Czech i Moraw oraz utworzeniu satelickiego państwa słowackiego – otoczona przez Niemcy z trzech stron, bez szans na skuteczną obronę, tak jak Czechosłowacja najpierw oszukana, a potem zdradzona przez Francję i Wielką Brytanię. Polityka Becka zakończyła się katastrofą nie we wrześniu 1939 roku, ale już w październiku 1938 roku.

Tę katastrofę pogłębiła jeszcze polityka Becka wobec faszyzujących nacjonalistów słowackich. Z jednej strony Warszawa – dążąc do zniszczenia Czechosłowacji – popierała separatyzm słowacki, a z drugiej strony zraziła do siebie szowinistów słowackich (tzw. ludaków) rewindykacjami terytorialnymi na Spiszu, Orawie i ziemi czadeckiej oraz popieraniem węgierskich rewindykacji terytorialnych wobec Słowacji. Tym samym Beck otworzył drogę do współdziałania niemiecko-słowackiego przeciw Polsce we wrześniu 1939 roku. Zrozumiał to chyba dopiero wtedy, gdy pod koniec sierpnia 1939 roku wojska niemieckie za zgodą rządu w Bratysławie wkroczyły na Słowację. Niemiecko-słowackie uderzenie na Polskę od południa 1 września 1939 roku znacząco przyspieszyło polską klęskę podczas kampanii wrześniowej.

Ambasador Francji w Warszawie Leon Noël tak ocenił politykę polską wobec Czechosłowacji w 1938 roku: „Skoro Czechosłowacja zobowiązała się formalnie przyznać Polakom status innej mniejszości najbardziej uprzywilejowanej, to wzywałem rząd polski, aby zachował przynajmniej ścisłą neutralność w sporze niemiecko-czeskim oraz w ewentualnej wojnie. Wszystko na próżno. Półurzędowa prasa, czyli w rzeczywistości prawie wszystkie dzienniki, nie była ani mniej niesprawiedliwa, ani mniej napastliwa niż prasa Rzeszy. Prowadziła gwałtowną kampanię przeciwko małemu słowiańskiemu krajowi zagrożonemu przez potęgę niemiecką. Żadne rozumowanie, żaden argument nie działały na Becka i tych, którzy szli za jego wskazówkami. Było widoczne, że Polska urzędowa życzy sobie rozkładu Czechosłowacji, w nadziei, że wyciągnie z tego korzyści”.

28 września 1938 roku ambasador Noël powiedział szefowi polskiej dyplomacji: „Jeśli przystąpicie do wojny przeciwko Czechosłowacji, zobaczycie wkrótce pociągi z wojskiem niemieckim przejeżdżające przez dworzec warszawski z zachodu na wschód, a kraj wasz stanie się polem bitew (…)”. Tak się niestety stało.

Kiedy myślę o katastrofalnej polityce polskiej wobec Czechosłowacji w 1938 roku, myślę o obecnej katastrofalnej polityce polskiej wobec Ukrainy i zastanawiam się do jak daleko posuniętej katastrofy państwowości polskiej ona w przyszłości doprowadzi.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 3 października 2018 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2209/2210), 7-14.10.2018, s. 12

Hańba Monachium

30 września 1938 roku w hotelu „Cztery Pory Roku” w Monachium przywódcy Francji, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Włoch podpisali układ dotyczący suwerenności i podziału terytorium Czechosłowacji, bez udziału jej przedstawicieli. Był to fakt bez precedensu w ówczesnych stosunkach międzynarodowych. Przynajmniej w Europie, bo tak mocarstwa europejskie postępowały wtedy co najwyżej w stosunku do kolonii w Afryce.

Wielka Brytania i Francja wyrażając zgodę na zaspokojenie żądań terytorialnych Hitlera wobec Czechosłowacji otworzyły III Rzeszy drogę do nowej wojny światowej. Cynizmowi polityków zachodnioeuropejskich towarzyszyło zagubienie opinii publicznej ich krajów. Premier Francji Édourad Daladier był witany w Paryżu po powrocie z Monachium przez wiwatujące tłumy. Podobnie witano na londyńskim lotnisku Heston jego brytyjskiego kolegę Neville’ea Chamberlain’ea, który wzniósł rękę z kartką papieru i wypowiedział słowa: „Przywożę wam pokój”. Tylko Winston Churchill zdobył się wówczas na komentarz: „Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak”.

Czechosłowacja – druga ofiara Hitlera

Po aneksji Austrii w marcu 1938 roku następną ofiarą III Rzeszy stała się Czechosłowacja. W działaniach przeciwko temu państwu Berlin mógł liczyć na Węgry, które były teraz sąsiadem Rzeszy i mogły korzystać z jej pomocy wojskowej, a także na separatystów słowackich. W ułatwieniu międzynarodowej izolacji Czechosłowacji Hitler wiązał też nadzieje z Polską, której polityka zagraniczna pod rządami ekipy sanacyjnej miała m.in. oblicze antyczeskie. Niestety w swoich rachubach wódz III Rzeszy nie zawiódł się.

Kluczową rolę w wywołaniu kryzysu czechosłowackiego odegrała mniejszość niemiecka w Czechosłowacji licząca, według spisu powszechnego z 1930 roku, 3,2 mln osób (22,3 proc. ogółu mieszkańców). Niemcy czesko-morawscy w ogromnej większości sympatyzowali z radykalnie nacjonalistyczną i pronazistowską Partią Sudeckoniemiecką, kierowaną przez Konrada Henleina. To właśnie Henlein wygłosił 24 kwietnia 1938 roku przemówienie w Karlovych Varach (niem. Karlsbad), w którym przedstawił ośmiopunktowy tzw. program karlsbadzki. Jego istotą było żądanie autonomii dla Niemców czesko-morawskich oraz wolności wyznawania przez nich „niemieckiego światopoglądu”, czyli po prostu ideologii nazistowskiej. Wystąpienie Henleina rozpoczęło tzw. kryzys sudecki, który od razu został przeniesiony na płaszczyznę międzynarodową.

Zarówno prezydent Czechosłowacji Edvard Beneš, jak i jej premier – Słowak Milan Hodža, nie doceniali aż do wybuchu tego kryzysu zagrożenia niemieckiego i potrzeby podjęcia radykalnych kroków w kierunku całościowego uregulowania problemów narodowościowych Czechosłowacji w ten sposób, by zaspokoić przynajmniej część oczekiwań niezadowolonych mniejszości narodowych. Najważniejszą sprawą byłoby dojście do porozumienia ze Słowakami, których większość domagała się równego statusu z Czechami i przekształcenia Czechosłowacji w państwo dualistyczne. Takie rozwiązanie stałoby jednak w sprzeczności z wyznawaną przez obóz prezydenta Beneša ideą tzw. czechosłowakizmu, czyli koncepcją uznającą istnienie jednego narodu czechosłowackiego, wyrażoną w preambule konstytucji z 29 lutego 1920 roku.

Początek kryzysu sudeckiego zbiegł się w czasie z niekorzystnymi zmianami politycznymi we Francji, gdzie 8 kwietnia 1938 roku upadł rząd Frontu Ludowego pod prezesurą Léona Bluma. W nowym gabinecie Édourada Daladiera – powołanym 10 kwietnia – kierownictwo polityki zagranicznej objął Georges Bonnet – zwolennik polityki appeasementu (zaspokajania roszczeń niemieckich), niechętny wobec zobowiązań Francji w Europie Środkowej i zdecydowany stosować się do stanowiska Londynu. A to stanowisko było jednoznaczne – premier Chamberlain nie był zainteresowany losem Czechosłowacji i odżegnywał się od pomagania Francji, gdyby ta pospieszyła temu krajowi z pomocą.

Czechosłowacja była związana sojuszami z Francją i ZSRR. Na początku kryzysu sudeckiego poseł czechosłowacki w Moskwie Zdeněk Fierlinger zwrócił się do władz radzieckich z zapytaniem o ich stanowisko. Od zastępcy ludowego komisarza spraw zagranicznych Władimira Potiomkina usłyszał, że ZSRR spełni swoje zobowiązania sojusznicze, jeśli uczyni to także Francja. Takie zresztą rozwiązanie przewidywał traktat czechosłowacko-radziecki z 1935 roku. Trudność polegała jednak na tym, że oba państwa nie posiadały wspólnej granicy. Udzielenie przez ZSRR pomocy wojskowej Pradze byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby Polska i Rumunia zgodziły się na przemarsz Armii Czerwonej przez swoje terytoria, na co oba te państwa nie chciały się zgodzić. Ewentualna koalicja Francji, Czechosłowacji i ZSRR stanowiłaby skuteczną zaporę dla planów Hitlera. Wszystko jednak rozbijało się o stanowisko Francji, której generalicja przyjęła w 1936 roku defensywną doktrynę obronną, opartą na istnieniu Linii Maginota. Francja nie po to wydała 3 mld ówczesnych franków na budowę Linii Maginota, żeby poza nią wychodzić.

Na stanowisko Francji wpływała też niestety ówczesna polityka polska i to bez względu na niechęć, jaką w Paryżu wzbudzała osoba polskiego ministra spraw zagranicznych Józefa Becka. Wyraźna współpraca polsko-niemiecka – także w odniesieniu do Czechosłowacji – stawiała dyplomację francuską w delikatnym położeniu, ponieważ ewentualna pomoc dla Pragi mogła się spotkać z przeciwdziałaniem ze strony polskiej. Sanacyjne kierownictwo II RP popierało roszczenia węgierskie do ziem słowackich i zarazem przychylnie odnosiło się do faszyzujących nacjonalistów ze Słowackiej Partii Ludowej Andreja Hlinki (HSLS, tzw. ludacy), żądających najpierw autonomii, a potem separacji Słowacji od Czech. Ówczesną politykę polską wobec Pragi determinowały trzy czynniki: osobista, bardzo emocjonalna niechęć Józefa Becka do Czechów i do prezydenta Beneša, negatywny stosunek do sojuszu czechosłowacko-radzieckiego i do faktu, że w Czechosłowacji legalnie działała partia komunistyczna, a także udzielenie przez Czechosłowację schronienia polskim politykom opozycyjnym – w tym przede wszystkim Wincentemu Witosowi i Wojciechowi Korfantemu – co w Warszawie odbierano jako akt wrogości.

Przywódcy II RP łudzili się – tak samo jak w wypadku Austrii – że zwrócenie się ekspansji niemieckiej przeciw innemu państwu oddali zagrożenie niemieckie od Polski. Było wręcz przeciwnie – agresja hitlerowska na południowego sąsiada to zagrożenie właśnie przybliżała. Zrozumiano to jednak w Warszawie dopiero w marcu 1939 roku, po ostatecznej likwidacji państwa czechosłowackiego przez III Rzeszę.

Czechosłowacja, mając do czynienia z wrogością trzech sąsiadów: Niemiec, Polski i Węgier, zagrożona separatyzmem słowackim i irredentą mniejszości niemieckiej, oddalona od swoich sojuszników, znalazła się w położeniu bardzo trudnym.

Kryzys majowy

Po wspomnianym wystąpieniu Henleina w Karlovych Varach wypadki potoczyły się szybko. Od początku kryzysu sudeckiego celem Francji i Wielkiej Brytanii nie było powstrzymanie agresji Hitlera, ale wywieranie nacisku na Czechosłowację w kierunku zaspokojenia żądań niemieckich oraz niedopuszczenie do ewentualnej interwencji ZSRR. 7 maja 1938 roku doszło w Pradze do formalnego wystąpienia posłów francuskiego i brytyjskiego, którzy nalegali na rząd czechosłowacki, by uwzględnił żądania Henleina. Poseł brytyjski zaznaczył przy tym, że w razie wojny pomiędzy Niemcami a Czechosłowacją Wielka Brytania nie udzieli Pradze żadnej pomocy.

Wobec koncentracji wojsk niemieckich w rejonach przygranicznych oraz terrorystycznych działań bojówek henleinowskich przed zapowiedzianymi na 22 maja wyborami samorządowymi rząd w Pradze ogłosił 20 maja częściową mobilizację. W Berlinie uznano ją za całkowitą i wysunięto zarzut, że to Czechosłowacja chce dokonać agresji na Niemcy. Jednocześnie henleinowcy wystąpili z nowymi żądaniami przekształcenia Czechosłowacji w państwo związkowe, złożone z autonomicznych terytoriów zamieszkanych przez poszczególne narodowości, z własnymi rządami i parlamentami. W Berlinie wiedziano, że są to żądania nie do przyjęcia dla rządu w Pradze, ale Hitler nie chciał rokować, tylko dyktować. 9 czerwca przedstawiciele dyplomatyczni Francji i Wielkiej Brytanii złożyli w praskim MSZ noty zalecające maksymalne uwzględnienie nowych żądań niemieckich, określając je jako… umiarkowane.

Misja Runcimana

W rozmowach z rządem premiera Hodžy henleinowcy odrzucali wszelkie propozycje kompromisu, ponieważ tak polecono im z Berlina. W lipcu strona brytyjska zaproponowała rządowi czechosłowackiemu swoje pośrednictwo w rozmowach z mniejszością niemiecką. W imieniu rządu brytyjskiego podjął się tej roli 3 sierpnia lord Walter Runciman, mający w przeszłości kontakty gospodarcze z Niemcami, ale całkowicie nie zorientowany w sprawach czechosłowackich. Jego misja zakończyła się niepowodzeniem, za które obciążył odpowiedzialnością wyłącznie rząd w Pradze. 7 września londyński „The Times” zamieścił artykuł doradzający rządowi czechosłowackiemu, by w imię pokoju w Europie odstąpił III Rzeszy przygraniczne rejony zamieszkane przez mniejszość niemiecką. Tego samego dnia doszło do zamieszek w Ostrawie, które stały się dla henleinowców pretekstem do zerwania rozmów z rządem praskim. W opracowanym dla rządu brytyjskiego raporcie Runciman stwierdził, że dalsze współżycie Czechów i Niemców czesko-morawskich w jednym państwie jest niemożliwe.

Zdrada w Monachium

Rząd brytyjski stał na stanowisku, że należy doprowadzić do porozumienia za wszelką cenę, by nie doszło do wojny z III Rzeszą, którą uważał za katastrofę dla Europy. Dla Londynu to porozumienie oznaczało zgodę rządu czechosłowackiego na kapitulację i rozbiór państwa. Położenie Pragi na początku września 1938 roku pogorszyła ponadto irredenta nacjonalistów słowackich. Ludacy zapowiedzieli wprost, że w razie wojny z Niemcami nie będą bronić państwa czechosłowackiego.

Na zjeździe NSDAP w Norymberdze 12 września Hitler wygłosił mowę atakującą komunizm i ład wersalski, ale przede wszystkim zawierającą groźbę, że rząd niemiecki weźmie w obronę swoich „uciskanych” rodaków w Czechosłowacji. Wystąpienie to stało się sygnałem dla partii Henleina do wzmożenia akcji sabotażowo-terrorystycznych, co z kolei zmusiło rząd czechosłowacki do wprowadzenia w rejonach przygranicznych stanu wyjątkowego. Przywódcy Partii Sudeckoniemieckiej schronili się w Bawarii, gdzie Henlein ogłosił 15 września, że tereny zamieszkałe w Czechosłowacji przez Niemców muszą zostać włączone do Rzeszy.

W reakcji na te wydarzenia rządy Francji i Wielkiej Brytanii postanowiły podjąć się pośrednictwa, którego ofiarą miała być wyłącznie Czechosłowacja. Głównym zmartwieniem premiera Chamberlaina nie był los Czechosłowacji, ale możliwość ewentualnej interwencji ZSRR w jej obronie i wybuchu wojny w Europie. 15 września Chamberlain przybył do Niemiec i spotkał się z Hitlerem w Berchtesgaden. W odpowiedzi na ordynarne zachowanie swojego rozmówcy i jego groźby wojenne brytyjski premier obiecał, że rządy zachodnie będą naciskały na Czechów w duchu spełnienia żądań niemieckich.

Zarys przyszłego układu monachijskiego pojawił się 18 września podczas spotkania w Londynie Daladiera i Bonneta z Chamberlainem i brytyjskim ministrem spraw zagranicznych lordem Halifaxem. Politycy zachodni uradzili, że należy zaproponować rządowi w Pradze odstąpienie III Rzeszy wszystkich terenów pogranicznych zamieszkanych przez ponad 50 proc. ludności niemieckiej. Nowym granicom Czechosłowacji rządy zachodnie miały udzielić gwarancji. Oznaczałoby to anulowanie sojuszów tego państwa z Francją i ZSRR, co było jednym z żądań Hitlera.

Tego samego dnia propozycje te oba mocarstwa przekazały kanałami dyplomatycznymi prezydentowi Benešowi nie kryjąc, że nie spodziewają się ich odrzucenia. Był to wielki wstrząs dla Beneša, który dotąd niezachwianie wierzył w ład wersalski i sojusz z Francją. Nastroje społeczeństwa czeskiego były przeciwne wszelkiej kapitulacji, ogólne zapewnienie o możliwości pomocy wojskowej nadeszło też z Moskwy. Dlatego 20 września minister spraw zagranicznych Kamil Krofta przekazał mocarstwom zachodnim odpowiedź odmowną.

Wywołało to oburzenie w Paryżu i Londynie. Oba mocarstwa wzmogły nacisk na rząd w Pradze, któremu dano do zrozumienia, że odrzucenie żądań spowoduje zbrojną agresję Niemiec, a w wojnie tej Francja udziału nie weźmie. Było to ultimatum, przed którym Beneš i Hodža ustąpili. 22 września, podczas drugiego spotkania z Chamberlainem w Bad Godesberg, Hitler w brutalnej formie przedstawił jeszcze dalej idące żądania terytorialne wobec Czechosłowacji. Początkowo oba rządy zachodnie uznały je za nie do przyjęcia i doradziły rządowi czechosłowackiemu ogłoszenie mobilizacji, która została przeprowadzona bardzo szybko i sprawnie. Jednakże w Londynie i Paryżu górę wzięła ostatecznie chęć uniknięcia wojny za wszelką cenę. W tym duchu odbyła się kolejna narada rządowa brytyjsko-francuska w Londynie 25 września. Dwa dni później premier Chamberlain wygłosił przemówienie, w którym padły znamienne słowa: „nie możemy w żadnym razie postępować tak, by wciągnąć całe Imperium Brytyjskie do wojny z powodu tego narodu, (…) ludzi, o których nic nie wiemy”.

Pomysł rozstrzygnięcia sprawy Czechosłowacji na konferencji mocarstw został wysunięty 27 września przez prezydenta USA Franklina D. Roosevelta. Chamberlain zrealizował go jednak po swojemu, tzn. bez udziału Czechosłowacji i przeciw niej. O pośrednictwo w rozmowach z Niemcami poprosił faszystowskiego dyktatora Włoch Benito Mussoliniego. Przed konferencją czterech mocarstw w Monachium, która rozpoczęła się 29 września, Hitler spotkał się z Mussolinim i poprosił go, by ten przedstawił stanowisko niemieckie jako włoskie propozycje kompromisowe. Chamberlain i Daladier bardzo bali się fiaska konferencji, dlatego zasadnicze żądania Hitlera z Bad Godesberg przyjęli już po północy 30 września.

Nowy rząd czeski, na czele którego od 22 września stał gen. Jan Syrový, musiał teraz podjąć decyzję w sprawie zaakceptowania lub odrzucenia dyktatu monachijskiego. Głównodowodzący armią gen. Ludvík Krejčí apelował do prezydenta Beneša i rządu, by nie kapitulować. Wierzył w siłę sudeckich fortyfikacji. Beneš, Syrový i Krofta byli jednak zdania, że wojna bez sojuszników jest beznadziejna. W południe 30 września Krofta zakomunikował przedstawicielom dyplomatycznym Francji i Wielkiej Brytanii, że Czechosłowacja przyjmuje dyktat monachijski. Na koniec dodał: „Na pewno nie jesteśmy ostatni, po nas spotka to innych”.

W wyniku układu monachijskiego przyłączono do Rzeszy prawie 40 proc. terytorium Czechosłowacji. W miejsce dotychczasowego państwa czechosłowackiego powołana została federacyjna Republika Czesko-Słowacka z autonomiczną Ukrainą Karpacką. Pozbawiona fortyfikacji sudeckich była bezbronna wobec III Rzeszy.

Aneksja Zaolzia i błędna polityka polska

Kryzys sudecki został w Warszawie uznany za okazję do rozwiązania sporu o Śląsk Cieszyńskie (Zaolzie) oraz pograniczne tereny na Orawie i Spiszu. Latem 1920 roku, podczas pogarszającej się dla Polski sytuacji na froncie wojny z Rosją Radziecką, Czechosłowacja uzyskała korzystny dla siebie arbitraż mocarstw zachodnich w sprawie spornego terytorium. Mimo formalnego poszanowania praw ludności polskiej na Zaolziu, władze czeskie poprzez różne działania administracyjne prowadziły czechizację tamtejszych Polaków.

W styczniu i lutym 1938 roku podczas niemiecko-polskich rozmów na najwyższym szczeblu strona polska została poufnie poinformowana, że III Rzesza dąży do konfrontacji z Czechosłowacją. Chociaż nie doszło do decyzji o ewentualnej współpracy, polityka polska zajmowała podczas kryzysu sudeckiego stanowisko proniemieckie, a przynajmniej niechętne Czechosłowacji. Zadecydowała o tym wspomniana postawa Józefa Becka, osobiście darzącego Czechów ogromną niechęcią, czy wręcz nienawiścią.

Prezydent Beneš próbował rozbić współpracę polsko-niemiecką oferując Polsce rewizję granicy w zamian za neutralność w sporze między Pragą i Berlinem. Jego list w tej sprawie do prezydenta Ignacego Mościckiego z 22 września 1938 roku dotarł z opóźnieniem i nie wywarł żadnego skutku wobec antyczeskiej zapiekłości Becka. List ten był dla szefa polskiej dyplomacji niedogodny, ponieważ on sam chciał dyktować warunki, a nie pertraktować. 20 września ambasador Józef Lipski poinformował Hitlera, że Polska czterokrotnie odrzuciła prośby mocarstw zachodnich o pomoc w rozładowaniu kryzysu czechosłowackiego. Wódz III Rzeszy odwdzięczył się zapewnieniem, że na wypadek konfliktu polsko-czeskiego Niemcy staną po stronie Polski.

Pod koniec września 1938 roku rząd polski wysłał do Pragi noty, utrzymane w tonie nieprzyjaznym, w których domagał się równolegle do załatwienia roszczeń niemieckich rozwiązania problemu ludności polskiej na Zaolziu, co oznaczało rewindykację terytorialną. Konferencja w Monachium ubodła mocarstwowe ambicje Becka i zrodziła krok, który poza Berlinem oceniono w Europie negatywnie. Przed północą 30 września zostało złożone w Pradze polskie ultimatum z żądaniem przekazania Zaolzia. Termin odpowiedzi ustalono na 12 godzin, a jej brak lub odmowa oznaczały interwencję zbrojną ze strony polskiej. Żądania polskie rząd czeski zaakceptował 1 października. Pomiędzy 2 a 11 października Samodzielna Grupa Operacyjna „Śląsk” gen. Władysława Bortnowskiego, do której marszałek Edward Rydz-Śmigły skierował pełną egzaltacji odezwę zakończoną pompatycznym „Maszerować”, zajęła Zaolzie.

Dla rządu w Pradze był to po katastrofie monachijskiej dodatkowy cios i nietrudno jest zrozumieć ówczesne rozgoryczenie Czechów do Polski. Przywódcy sanacyjni dołożyli swoją cegiełkę do hańby Monachium. Nie warto było. Przez ten krok Polska straciła w 1945 roku Zaolzie na zawsze.

Rodzi się pytanie czy w 1938 roku był możliwy sojusz polsko-czechosłowacki przeciw Niemcom hitlerowskim? Sojusz taki był wskazany nie tylko ze względów geopolitycznych, ale także dlatego, że Niemcy nie były we wrześniu 1938 roku gotowe do wojny z Czechosłowacją i Polską, a tym bardziej do wojny z Francją. Niemiecki potencjał wojenny znacząco wzmocnił się dopiero, kiedy po zajęciu przez III Rzeszę w marcu 1939 roku Czech i Moraw nastąpiło przejęcie nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej i tamtejszego dobrze rozwiniętego przemysłu zbrojeniowego. To w znaczący sposób przyspieszyło wybuch drugiej wojny światowej.

Obrońcy sanacji odpowiadali i odpowiadają na to pytanie, że sojusz taki nie był możliwy z winy Czechosłowacji i jej rzekomo antypolskiej polityki w dwudziestoleciu międzywojennym, w tym prób czechizacji Polaków na Zaolziu. Jest to odpowiedź fałszywa. Powodem wrogiego stosunku Becka i innych polityków sanacyjnych do Czechosłowacji nie było Zaolzie, ale to, że postrzegali ten kraj jako państwo nieprzyjazne ze względu na jego sojusz z ZSRR oraz udzielanie pomocy polskiej opozycji. Dążyli do rozbicia Czechosłowacji także dlatego, że uważali ją za przeszkodę w stworzeniu w Europie Środkowej bloku państw pod egidą Polski (tzw. Międzymorza). Tylko, że plany te były znane Niemcom hitlerowskim i zostały przez nie skutecznie powstrzymane przez wciągniecie Węgier i Rumunii w swoją orbitę wpływów.

Na konieczność sojuszu polsko-czechosłowackiego wskazywał Wincenty Witos wkrótce po objęciu po raz trzeci teki premiera 10 maja 1926 roku. Jego gabinet jednak dwa dni potem stał się ofiarą zamachu stanu Józefa Piłsudskiego. Za sojuszem takim opowiadali się też niektórzy publicyści endeccy. Józefowi Beckowi i pozostałym politykom sanacyjnym zabrakło wyobraźni politycznej. W 1938 roku prowadzili politykę bardzo krótkowzroczną. Nie potrafili zrozumieć, że rozbiór Czechosłowacji jeszcze bardziej niż aneksja Austrii wzmocni potencjał militarny Niemiec i że jest to śmiertelnie niebezpieczne dla Polski.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 3 października 2018 r.

„Przegląd” nr 40 (978), 1-7.10.2018, s. 36-39

Guzika nie oddamy

Hasła „nie oddamy nawet guzika” oraz „silni, zwarci, gotowi” miały przekonywać Polaków o sile militarnej II RP w obliczu nadchodzącej pod koniec lat 30. XX wieku konfrontacji z Niemcami hitlerowskimi oraz mobilizować ich do wyrzeczeń i ofiar na rzecz modernizacji sił zbrojnych. Społeczeństwo polskie aż do wybuchu wojny autentycznie wierzyło w zapewnienia władz o sile swojego państwa oraz niezawodności jego sojuszy. Dlatego klęska wrześniowa stała się dla niego nieprawdopodobnym szokiem.

Stwierdzenie, że „nie oddamy guzika” padło na cztery lata przed wrześniem 1939 roku. Wypowiedział je 6 sierpnia 1935 roku na XII Zjeździe Związku Legionistów Polskich Edward Śmigły-Rydz, wtedy jeszcze generał dywizji. W swoim przemówieniu stwierdził on m.in.: „Płonne są rachuby na słabość Polski jej wrogów. (…) Nie tylko nie damy całej Polski, ale nawet guzika”.

Wypowiedź ta została sprowokowana przez pojawiające się już wtedy sugestie niemieckie, że Polska powinna wyrazić zgodę na przeprowadzenie przez swoją część Pomorza eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej łączącej Niemcy z Prusami Wschodnimi (tzw. Korytarz). Cztery lata później te sugestie przekształciły się w otwarte żądania niemieckie.

Stanisław Cat-Mackiewicz w książce „O jedenastej – powiada aktor – sztuka jest skończona. Polityka Józefa Becka” (Londyn 1942) następująco skomentował słowa Śmigłego-Rydza: „Polacy są jak piękna kobieta kochająca się w durniach. Człowiek inteligentny jest u nas z reguły nielubiany i nie budzi zaufania. Natomiast iluż ludzi zupełnie niemądrych korzystało w Polsce z ogromnego autorytetu osobistego. (…) Rydz mówił: »nie oddamy nawet guzika«, mając na myśli Gdańsk, ale nie miał zielonego pojęcia o technice politycznej i dyplomatycznej, która by mogła nam Gdańsk zabezpieczyć. W tych sprawach Rydz był naiwny, jak nowo narodzone dziecię, lub cielę średniej wielkości. Nie lubił i nie dowierzał Niemcom, nie lubił i nie dowierzał Beckowi, o jakichś rozmowach z Rosjanami również nie chciał słyszeć. Był to więc system przepełniony najlepszymi życzeniami i uczuciami. Ponieważ mówił to, czego wszyscy chcieli, więc Polacy mieli do niego zaufanie, jako do wielkiego polityka. Zjawisko stale dające się obserwować w naszym narodzie”.

W 1935 roku Edward Śmigły-Rydz był już Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych. Mianowany został na to stanowisko w nocy z 12 na 13 maja 1935 roku, zaraz po śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego. Buławę marszałkowską otrzymał od prezydenta Ignacego Mościckiego 10 listopada 1936 roku. Jednocześnie – zgodnie ze sprzecznym z Konstytucją okólnikiem premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego z 13 lipca 1936 roku – został uznany za drugą, po prezydencie, osobę w państwie.

Należy przypomnieć, że sam Józef Piłsudski nie ocenia Śmigłego-Rydza wysoko. Tak pisał o swoim następcy: „Nie dałby sobie rady w obecnym czasie z rozkapryszonymi przerośniętymi ambicjami generałów, nie jestem pewien jego zdolności operacyjnych w zakresie prac Naczelnego Wodza i umiejętności mierzenia sił nie czysto wojskowych, lecz całego państwa swego i nieprzyjacielskiego”.

Posiadając silną pozycję w państwie i obozie władzy marszałek Śmigły-Rydz przyjął na siebie główną odpowiedzialność nie tylko za przygotowania obronne kraju, ale też jego politykę. Zarówno III Rzesza, jak i ZSRR rozpoczęły swoje przygotowania wojenne znacznie wcześniej niż Polska i prowadziły je o wiele skuteczniej. Nie było to winą Śmigłego-Rydza, ale jego poprzednika, który nie rozumiał konieczności modernizacji armii. Nie bez znaczenia były też ograniczone w tym zakresie możliwości ekonomiczne II RP. Spóźnione o wiele lat przygotowania obronne zostały jednak naznaczone błędami, za które odpowiedzialność ponosił już tylko sam marszałek Śmigły.

Na rok przed swoją śmiercią – w kwietniu 1934 roku – Józef Piłsudski zwołał w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych naradę najwyższych dowódców. Wzięło w niej udział 15 generałów i czterech pułkowników. Piłsudski postawił im tylko jedno pytanie: które z państw jest bardziej niebezpieczne dla Polski – ZSRR czy Niemcy? Na odpowiedź wyrażoną na piśmie bez wzajemnej konsultacji i z uzasadnieniem dał im miesiąc czasu. Tylko trzech zapytanych – wśród nich Śmigły-Rydz – wskazało na ZSRR, trzech nie miało wyrobionego zdania, a trzynastu stwierdziło, że największym zagrożeniem są Niemcy hitlerowskie.

Zgodnie ze swoim przekonaniem, objąwszy władzę nad wojskiem po Piłsudskim, Śmigły-Rydz wydał w maju 1936 roku wytyczne do opracowania planu operacyjnego „Wschód”, czyli planu wojny obronnej z ZSRR. Projekt tego planu był gotowy w lutym 1939 roku. Dopiero 4 marca 1939 roku szef Sztabu Głównego gen. Wacław Stachiewicz otrzymał od marszałka Śmigłego wytyczne do opracowania planu „Zachód”, czyli planu wojny obronnej z Niemcami. Zagrożenie ze strony Niemiec było już wtedy oczywiste – w październiku 1938 i styczniu 1939 roku Berlin oficjalnie wystąpił wobec Polski z żądaniami terytorialnymi, a 15 marca 1939 roku wojska hitlerowskie wkroczyły do Pragi. Plan „Zachód” ograniczono tylko do przygotowania pierwszej fazy działań wojennych na zachodzie kraju. Faz następnych nie opracowano nigdy.

Płk Tadeusz Szumowski – w latach trzydziestych oficer Oddziału Operacyjnego Sztabu Głównego – skomentował to później następująco: „Gdy od 1935 r. niebezpieczeństwo ze strony Niemiec zaczęło wyraźnie narastać, Rydz-Śmigły, jako formalista, nie zdecydował się na odwrócenie kolejności opracowywania planów. (…) Mimo błyskawic anschlussu i Sudetów nie zwracał uwagi na czarną chmurę na zachodzie, lecz systematycznie, miarowo – powiedzielibyśmy wg harmonogramu – wykańczał do marca 1939 swój plan »Wschód«, chociaż politycznie stawał się on zupełnie nieaktualny. Nawiasem warto zaznaczyć, że w porównaniu do szybkości, z jaką Hitler opracowywał swoje plany, termin trzyletni na opracowanie jednego planu wydaje się co najmniej przesadny”.

Zdaniem płk. Szumowskiego rozkazy Śmigłego-Rydza dla wyższych dowódców wojskowych, wydane po ogłoszeniu 23 marca 1939 roku pierwszej mobilizacji alarmowej, nie podawały żadnych danych odnośnie przewidywanego zgrupowania wojsk niemieckich oraz kierunków ich natarcia. Rozkazy Rydza nie zawierały też żadnej oceny położenia własnego ani planu działania w następnej fazie wojny, kiedy do akcji miały wejść odwody Naczelnego Wodza.

Według oceny historyków wojskowości koncepcje obronne Rydza grzeszyły podstawowym błędem. Zamiast silnych skrzydeł w rejonie Śląska i Krakowa z jednej, a Prus Wschodnich z drugiej strony oraz słabego centrum w Wielkopolsce zostały wystawione słabe skrzydła i bardzo silne centrum w Wielkopolsce. Taka dyslokacja wojsk pozwoliła Niemcom z łatwością rozbić oba skrzydła i okrążyć główne siły polskie w kolanie Wisły. Wycofanie ich na czas było z góry skazane na niepowodzenie ze względu na prawie całkowity brak wojsk zmotoryzowanych po stronie polskiej.

Polskie posunięcia obronne były dodatkowo paraliżowane przez działania sojuszników zachodnich. Kiedy w połowie sierpnia 1939 roku polscy saperzy zaminowali ważny strategicznie most w Tczewie, który powinien być wysadzony w powietrze w pierwszych minutach wojny, u marszałka Śmigłego natychmiast zjawił się ambasador brytyjski Howard Kennard żądając odwołania rozkazu. „Gdyby przez przypadek most ten wyleciał w powietrze, razem z nim wyleciałby w powietrze i pokój Europy” – oświadczył Rydzowi mało uprzejmie ambasador Kennard.

Słowa Kennarda zdumiewają, ponieważ w tym samym czasie ambasador Francji Leon Noël powiadomił ministra Becka, że według informacji wywiadu francuskiego Hitler postanowił rozwiązać sprawę Gdańska jeszcze przed 1 września 1939 roku. Natomiast ambasador Francji w Berlinie Robert Coulondre donosił o pełnej mobilizacji sił zbrojnych III Rzeszy, której wojska lądowe osiągnęły stan 2 mln żołnierzy. Mimo to Francja i Wielka Brytania wymogły na władzach polskich odwołanie mobilizacji powszechnej, jaką te ogłosiły 29 sierpnia 1939 roku. Ponowne ogłoszenie tej mobilizacji wieczorem 31 sierpnia 1939 roku spowodowało, że odbywała się ona już w warunkach chaosu wojennego, kiedy lotnictwo niemieckie bombardowało linie kolejowe i drogi.

Józef Piłsudski przed swoją śmiercią dał kilka wytycznych odnośnie przygotowania się do nadchodzącej wojny światowej. Pierwsza z nich mówiła, że należy zrobić wszystko, żeby Polska weszła do wojny jako ostatnia. Druga, że nie należy opierać strategii bezpieczeństwa wyłącznie na sojuszu z mocarstwami zachodnimi. Józef Beck jako szef dyplomacji zrobił dokładnie odwrotnie. Pierwsze z zaleceń Piłsudskiego rozumiał jako tzw. „politykę równowagi” albo „politykę balansowania” pomiędzy Niemcami i ZSRR, która miała polegać na tym, żeby stosunki z jednym z tych sąsiadów nie były gorsze od stosunków z drugim z nich. Uzupełnieniem „polityki równowagi” miał być sojusz z Wielką Brytanią i Francją.

Ekipa Śmigłego-Rydza nie rozumiała, że obu tym państwom nie zależało na bezpieczeństwie i obronie Polski, ale na odsunięciu niebezpieczeństwa agresji niemieckiej od swoich granic i skierowania go w innym kierunku. Temu służyły ich gwarancje sojusznicze dla Polski. Ponadto Londyn i Paryż nie były przygotowane do wojny. Wielka Brytania miała w Europie armię lądową słabszą od polskiej, ponieważ większość jej sił zbrojnych była rozrzucona w koloniach. Brytyjczycy imponowali tylko siłą swojej floty morskiej, która jednakże Polsce w niczym pomóc nie mogła. Francja dysponowała armią porównywalną z niemiecką, jednakże część z niej także była rozproszona w koloniach. Poza tym Francuzi nie po to budowali nakładem ogromnych środków Linię Maginota, żeby poza nią wychodzić.

„Polityka równowagi” Józefa Becka wyczerpała swoje możliwości już jesienią 1938 roku, kiedy po rozbiorze Czechosłowacji Hitler postawił swoje żądania wobec Polski. W sytuacji presji niemieckiej na Polskę Wielka Brytania udzieliła Warszawie 31 marca 1939 roku jednostronnej gwarancji niepodległości, która jednakże nie dotyczyła integralności terytorialnej. Jej konsekwencją było podpisanie 6 kwietnia 1939 roku w Londynie przez ministrów spraw zagranicznych Józefa Becka i lorda Halifaxa układu o dwustronnych gwarancjach polsko-brytyjskich. Na zawarcie formalnego sojuszu z Polską Londyn zdecydował się jednak dopiero 25 sierpnia 1939 roku w obawie, że po podpisaniu w Moskwie 23 sierpnia 1939 roku paktu Ribbentrop-Mołotow Polska może pójść na ustępstwa wobec Niemiec. Równie ostrożna była Francja, która 19 maja 1939 roku odnowiła konwencję wojskową do umowy sojuszniczej z Polską z 1921 roku. Protokół polityczny do tej konwencji, nadający jej klauzulę ważności, Francja podpisała dopiero 4 września 1939 roku i to pod naciskiem brytyjskim.

Władze II RP nie rozumiały, że oba mocarstwa zachodnie po konferencji monachijskiej nadal prowadzą politykę appeasementu, a jej kolejną ofiarą po Czechosłowacji zostanie Polska. Dzwonkiem ostrzegawczym dla polityków sanacyjnych nie stały się ani trudności w wynegocjowaniu z sojusznikami zachodnimi konkretnych zobowiązań wojskowych na wypadek wybuchu wojny, ani jeszcze większe trudności w uzyskaniu od nich pożyczek na zakup uzbrojenia. Łudzono się gołosłownymi zapewnieniami, jak te, które złożył Śmigłemu-Rydzowi i Beckowi w lipcu 1939 roku szef sztabu brytyjskiego gen. Edmund Ironside. Zapewniał on wtedy swoich rozmówców, że „przyjdziemy do was przez Morze Czarne”. W Warszawie nie wiedziano jednak, że francuscy i brytyjscy sztabowcy już na początku maja 1939 roku wykluczyli możliwość udzielenia Polsce pomocy militarnej na wypadek zaatakowania jej przez III Rzeszę.

Te ustalenia zaowocowały najpierw pozorowaną ofensywą francuską na przedpolu Linii Zygfryda (7-12 września 1939 roku) – podjętą zamiast przyrzeczonej Polsce ofensywy częściowej – a następnie decyzją Międzysojuszniczej Najwyższej Rady Wojennej w Abbeville z 12 września 1939 roku o wstrzymaniu wszelkich działań ofensywnych na froncie zachodnim. W tym czasie marszałek Śmigły i jego otoczenie nadal liczyli, że zgodnie z umowami sojuszniczymi Francja podejmie ofensywę generalną 15 dnia po rozpoczęciu mobilizacji, czyli 17 września 1939 roku. Jednak tego właśnie dnia Stalin – mając już pewność, że nie dojdzie do ofensywy generalnej na froncie zachodnim – przystąpił do realizacji zobowiązań wynikających z tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow. Treść owego protokołu była znana rządowi USA już 24 sierpnia 1939 roku, a wkrótce potem też rządom brytyjskiemu i francuskiemu. Londyn i Paryż nie poinformowały jednak o tym polskiego sojusznika.

Niemiecko-radziecki pakt o nieagresji z 23 sierpnia 1939 roku został zignorowany przez Warszawę, mimo że podpisujące go państwa nie miały wspólnej granicy. Mogły ją utworzyć tylko po rozbiorze Polski. Kierownictwo II RP w ogóle nie brało pod uwagę zagrożenia ze Wschodu, chociaż nawet „The Daily Telegraph” opisywał skalę mobilizacji Armii Czerwonej przy polskiej granicy wschodniej. Do świadomości marszałka Śmigłego-Rydza, prezydenta Mościckiego i ministra Becka po prostu nie docierała perspektywa możliwości zawarcia antypolskiego porozumienia pomiędzy Hitlerem a Stalinem.

Wbrew temu co twierdzą współcześnie niektórzy prawicowi publicyści, alternatywą dla sojuszu z Wielką Brytanią i Francją przeciw Niemcom nie było bynajmniej spełnienie żądań niemieckich odnośnie Gdańska i Korytarza oraz zawarcie sojuszu z III Rzeszą. Przyjęcie roli satelity III Rzeszy byłoby politycznym samobójstwem, najprostszą drogą do tego, by w 1945 roku zostać pozbawionym nie tylko ziem wschodnich, ale i zachodnich. Ryzykowny politycznie był również sojusz z ZSRR przeciw Niemcom, ponieważ mógł doprowadzić do przyjęcia w 1939 roku politycznego i terytorialnego status quo z 1945 roku. Aczkolwiek możliwość takiego sojuszu rozważał całkiem poważnie ppłk (późniejszy gen.) Stefan Mossor (1896-1957). Reakcją jego zwierzchników było odsunięcie go w marcu 1939 roku od pracy sztabowej i planowania operacyjnego.

Władze II RP zupełnie nie wzięły pod uwagę możliwości sojuszu z Czechosłowacją w sytuacji zagrożenia tego państwa przez Niemcy w 1938 roku. Kryzys sudecki i rozbiór Czechosłowacji w Monachium minister Beck wykorzystał natomiast do załatwienia z Pragą porachunków o Zaolzie z lat 1919-1920. Prezydent Czechosłowacji Edvard Beneš pisał później do gen. Władysława Sikorskiego, że „fakt, iż Polska uchyliła się od porozumienia z Czechosłowacją w 1938 r., które kilkakrotnie proponowałem, iż na swój rozpaczliwy list zamiast odpowiedzi płk Beck przysłał mi ultimatum i kilka dywizji na naszą granicę, zadecydowało o tym, że Czechosłowacja nie podjęła wojny z Niemcami”.

Polityków obozu rządzącego Polską ogarnęła na przełomie września i października 1938 roku idea przywrócenia Macierzy 120 tys. Polaków mieszkających na Zaolziu. Nie potrafili oni dostrzec tego, że aneksja Zaolzia przeprowadzona w momencie, kiedy Niemcy dokonywały rozbioru Czechosłowacji, była posunięciem fatalnym wizerunkowo i politycznie. Najwidoczniej nie rozumieli nie tylko politycznego i wojskowego znaczenia rozbioru Czechosłowacji przez Niemcy, ale nie przewidzieli także skutków całkowitej likwidacji tego państwa przez Hitlera w marcu 1939 roku oraz utworzenia proniemieckiego i faszyzującego państwa słowackiego. Rząd w Warszawie popełnił poważny błąd, domagając się w 1938 roku nie tylko aneksji Zaolzia, lecz także niewielkich części terytorium Słowacji (ziemia czadecka, Jaworzyna, część Orawy i Spiszu). Zrealizowanie tych żądań przyspieszyło proces umacniania się wpływów niemieckich na Słowacji. W efekcie Słowacja udostępniła wojskom niemieckim 28 sierpnia 1939 roku swoje terytorium do ataku na Polskę od południa oraz sama wzięła udział w tej agresji.

Kompromitacją hasła „nie damy nawet guzika” było przygotowanie już w pierwszych dniach wojny planu ewakuacji władz państwowych i naczelnego dowództwa do Rumunii. Realizacja tego planu rozpoczęła się 4 września 1939 roku w wypadku prezydenta i rządu oraz 6 września w wypadku Wodza Naczelnego. Odtąd najwyższe władze II RP konsekwentnie zmierzały ku granicy południowo-wschodniej, przez Brześć, Kołomyję, Kosów i Kuty, tracąc łączność z walczącymi wojskami. Ewakuacja do Rumunii nastąpiła w nocy z 17 na 18 września 1939 roku, niemal natychmiast po przekroczeniu granicy wschodniej przez Armię Czerwoną. Było to nawiązanie do precedensów Belgii i Serbii z pierwszej wojny światowej – przeniesienia władz państwowych na emigrację. Jednakże przywódcy sanacyjni nie zdawali sobie sprawy, że klęska wrześniowa przesądziła o załamaniu się systemu ich rządów w Polsce. Przekonali się o tym boleśnie zaraz po znalezieniu się na terytorium rumuńskim, kiedy zostali internowani przez władze Rumunii na życzenie Francji, która nie chciała ich widzieć jako partnerów politycznych.

W czasie, gdy Wódz Naczelny, prezydent i rząd konsekwentnie zmierzali do granicy z Rumunią nadal trwała w polskich mediach kłamliwa propaganda siły. „Polska Zachodnia” informowała 1 września 1939 roku o zajęciu Gdańska przez wojska polskie oraz zwycięskiej kontrofensywie polskiej na Pomorzu. Jakże ucieszyliby się z tego obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku i obrońcy Westerplatte, gdyby to była prawda. „Czas. 7 wieczór” opisał 5 września rzekomy nalot 30 polskich bombowców na Berlin. W rzeczywistości polskie lotnictwo we wrześniu 1939 roku przeprowadziło tylko dwa ataki na terytorium Niemiec: 2 września na fabrykę w Oławie (Ohlau) i 4 września na dworzec kolejowy w Białej Piskiej (Gehlenburg). Każdy z tych celów atakował pojedynczy samolot.

Tę samą informację o nalocie na Berlin powieliła 6 września lwowska „Chwila”, dodając jeszcze o przełamaniu przez wojska francuskie Linii Zygfryda w siedmiu punktach oraz ucieczce w popłochu wojsk niemieckich. Faktycznie ograniczona ofensywa francuska na froncie zachodnim zaczęła się dopiero następnego dnia. „Ilustrowany Kuryer Codzienny” donosił 10 września, że „za 4 dni padnie Linia Zygfryda, a wtedy błyskawiczna ofensywa zmiecie Niemców”. Faktycznie za dwa dni została wstrzymana ograniczona ofensywa wojsk francuskich na przedpolu Linii Zygfryda. „Wieczór Warszawski” informował 12 września, że Niemcy ustępują spod Warszawy. Akurat następnego dnia zamknęli wokół stolicy pierścień okrążenia.

„Express Poranny” informował 13 września – a więc na drugi dzień po tym jak alianci zachodni zadecydowali, że nie udzielą Polsce pomocy – o rzekomym załamaniu ofensywy niemieckiej na Polskę, powstaniach w okupowanych przez Niemcy miastach oraz zwycięskich atakach sprzymierzonych na froncie zachodnim. „Ilustrowany Goniec Warszawski” z 17 września informował o polskim natarciu pod Kutnem i towarzyszących mu wielkich stratach wojsk niemieckich. Faktycznie natarcie to (tzw. bitwa nad Bzurą) rozpoczęło się 9 września i uległo załamaniu 13 września. Poza tym gazeta ta podała 17 września tak fantastyczne informacje jak: „Polskie samoloty bombardują Berlin. Brawurowy nalot nocny”, „Nalot Anglików na Rzeszę. Ucieczka Niemców z Saary” oraz „Mussolini zrywa z Hitlerem”.

Nie znajdziemy we wrześniowych gazetach żadnej wzmianki o ewakuacji i internowaniu władz II RP. Ta żenująca propaganda musiała jeszcze bardziej pogłębiać w społeczeństwie polskim psychologiczny wymiar druzgocącej klęski, jaką Polska doznawała od pierwszych godzin wojny.

W trzy miesiące po klęsce wrześniowej marszałek Śmigły napisał w swoim diariuszu: „Rozpoczynając wojnę, rozumiałem dobrze, że będzie ona z konieczności przegrana na froncie polskim, który uważałem za jeden z odcinków wielkiego frontu antyniemieckiego; zaczynając w niebywałych warunkach walkę – czułem się też jak dowódca odcinka, który ma być poświęcony, aby dać czas i możliwość organizacji i przygotowania innym”. Szkoda, że nie poinformował o tym wcześniej społeczeństwa polskiego, które było karmione niepoważną propagandą o sile militarnej państwa i pewności jego sojuszy, któremu ta propaganda czyniła nadzieje na rychłą defiladę zwycięstwa w Berlinie wraz z wojskami francuskimi i brytyjskimi.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 1 września 2018 r.

„Przegląd” nr 36 (973), 27.08-2.09.2018, s. 8-12

Kolejny „bohater” Ukrainy

Obłędny kult zbrodniarzy i ludobójców z UPA jest na Ukrainie codziennością. Zdołaliśmy już przywyknąć do pomników Bandery, Szuchewycza i Kłaczkiwskiego. Ale w ten sposób czci się tam także pomniejszych watażków OUN i UPA – bezpośrednich wykonawców zbrodni.

Tak na przykład w Czortkowie w obwodzie tarnopolskim upamiętniono Petro Chamczuka „Bystrego” (1919-1947 albo 1948), który najpierw służył w Armii Czerwonej, następnie był funkcjonariuszem Schutzmannschaften – ochotniczych oddziałów policji pomocniczej działających na okupowanych przez Niemcy terenach ZSRR i przeznaczonych do wykonywania akcji pacyfikacyjno-eksterminacyjnych – a na końcu został dowódcą sotni UPA „Szare Wilki” oraz kurenia UPA „Bystry”. Kureń ten dokonał zagłady wielu polskich wsi w Małopolsce Wschodniej, w tym m.in. wsi Barysz w województwie tarnopolskim.

Okazały pomnik Chamczuka postawiono w Czortkowie jesienią 2014 roku, ale dopiero teraz sprawa ta została nagłośniona w mediach przez społeczność żydowską na Ukrainie.

Oddział Schutzmannschaft, w którym służył Chamczuk, zajmował się w latach 1941-1943 zwalczaniem partyzantki sowieckiej oraz eksterminacją Żydów na zachodniej Ukrainie i Białorusi. Chamczuk służył w nim od 1941 do końca 1943 roku, kiedy zdezerterował do UPA. Trzeba podkreślić, że Schutzmannschaften – złożone głównie z nacjonalistów ukraińskich – stanowiły jeden z kluczowych instrumentów realizacji niemieckiej polityki okupacyjnej na Ukrainie, w tym także polityki zagłady Żydów. Do ich zadań należały m.in. pilnowanie gett i obozów dla Żydów oraz udział w ekspedycjach karnych, podczas których palono i mordowano wsie w odwecie za działalność partyzantki antyniemieckiej. Tego nie dowiemy się ani z inskrypcji na pomniku Chamczuka w Czortkowie ani z poświęconej mu książki, którą wydano na Ukrainie i która wychwala go jako bojownika z partyzantką sowiecką.

Najbardziej znaną zbrodnią popełnioną na Polakach przez kureń UPA pod dowództwem Chamczuka była zbrodnia w Baryszu. Ludność Barysza liczyła przed wojną 7 tys. mieszkańców, w tym 2/3 Polaków, którzy mieszkali w osiedlu Mazury. Od początku okupacji niemieckiej byli oni prześladowani i mordowani przez nacjonalistów ukraińskich. Już w lipcu 1941 roku aktywiści OUN aresztowali i przekazali Niemcom 10 Polaków z Barysza, którzy zostali rozstrzelani 5 sierpnia 1941 roku w Buczaczu. Niezależnie od tego członkowie OUN zamordowali w sierpniu 1941 roku w Baryszu kilkunastu Polaków. W latach 1942-1944 z rąk nacjonalistów ukraińskich i policjantów ukraińskich w służbie niemieckiej zginęło 36 Polaków z Barysza.

W 1944 roku, po zajęciu tych ziem przez Armię Czerwoną, Polaków-mężczyzn powołano do Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR. W ten sposób pozbawiono polskie wsie samoobrony. W jej miejsce władze sowieckie powołały tzw. Istriebitielnyje Bataliony (bataliony niszczycielskie) – formację pomocniczą do obrony przed UPA. Posterunek IB w Baryszu liczył ponad 100 ludzi, z czego około połowa należała wcześniej do AK. Jego dowódcą był Ukrainiec Iwanienko, a zastępcą dowódcy Polak Józef Krowicki. Oddział ten brał udział w walkach z UPA na terenie powiatu buczackiego.

Pod koniec 1944 roku dawne województwo tarnopolskie stanęło w ogniu. Tylko w grudniu 1944 roku bandy UPA napadły na polskie wsie 55 razy. Do najkrwawszych ataków doszło w dwóch miejscowościach powiatu tarnopolskiego: 24 grudnia w Ihrownicy (89 polskich ofiar) oraz w nocy z 28 na 29 grudnia w Łozowej (od 106 do 131 ofiar). Oba ataki przeprowadziła sotnia z kurenia „Burłaky” pod dowództwem Iwana Szemczyszyna „Czornyja”.

W styczniu 1945 roku UPA rozszerzyła akcję eksterminacyjną na powiaty borszczowski, buczacki i zaleszczycki. Doszło wówczas do napadów na Błyszczankę, Głęboczek, Latacz, Majdan, Uhryńkowce i Uście Zielone, w których zginęło co najmniej kilkuset Polaków.

W nocy z 2 na 3 lutego 1945 roku kureń czortkowski „Bystry” pod dowództwem Petro Chamczuka dokonał napadu na Czerwonogród w powiecie zaleszczyckim. Do ataku wyznaczono sotnie „Szare Wilki” (dowodzona osobiście przez Chamczuka) i „Czarnomorcy”. Wsi, w której schroniło się około 1500 osób z okolicznych miejscowości, bronił 100-osobowy oddział IB. Upowcy w białych, maskujących ubraniach wdzierali się do domów, gdzie zabijali nożami i siekierami napotkane osoby bez względu na płeć i wiek. Drewniane zabudowania podpalali. Ci, którym udało się ujść przed UPA schronili się w zamku, kościele i Domu Ludowym, gdzie byli bronieni przez IB. Zginęło od 49 do 60 Polaków i 7 żołnierzy IB. Straty UPA wyniosły 2 zabitych i 4 rannych.

Do pierwszej próby wymordowania Polaków z Barysza doszło w styczniu 1945 roku. Podczas ukraińskiego ataku na przysiołek Tysów zginęło wówczas 21 osób narodowości polskiej. Atak kurenia UPA pod dowództwem Petro Chamczuka nastąpił w nocy z 5 na 6 lutego 1945 roku. Upowcy zaatakowali 5 lutego około godz. 22.00 osiedle Mazury. Wsparła ich miejscowa ludność ukraińska. Siły napastników wynosiły co najmniej 300 ludzi. Napotkanych Polaków zabijano bez względu na płeć i wiek, a zabudowania palono. Według relacji ocalonych, ludzi wyciągano z domów siłą i zabijano ciosami siekier i noży. Przy pomocy granatów podpalano drewniane zabudowania, a do uciekających strzelano lub także zabijano ich ostrymi narzędziami.

Wsi broniło tylko 10 żołnierzy IB, ponieważ większość z nich na dzień przed zbrodnią wezwano do Buczacza. Był to prawdopodobnie podstęp ukraiński. Część polskiej ludności cywilnej – wsparta przez nielicznych żołnierzy IB – przez pięć godzin zaciekle broniła się w murowanych budynkach szkoły i kościoła, mimo rażącej dysproporcji sił. W wyniku ataku UPA osiedle Mauzry zostało całkowicie spalone. Zginęło 135 Polaków. Ci, którzy przeżyli dokonali pochówku zamordowanych, po czym po kilku dniach przeniesiono ich do Buczacza, a stamtąd przesiedlono do pojałtańskiej Polski. Tak zakończyła się depolonizacja Barysza.

Zanim to się jednak stało kureń „Bystry” dokonał kolejnej zbrodni we wsi Zelesie Koropieckie. Podkomendni Chamczuka zajęli tę miejscowość 7 lutego 1945 roku. Przed wojną mieszkało w niej około 200 Polaków i 450 Ukraińców. Na kilka godzin przed zbrodnią we wsi pojawili się umundurowani oficerowie sowieccy, którzy przekazali mieszkańcom informację, że są bezpieczni i mogą spać w domach. Najprawdopodobniej byli to upowcy przebrani za oficerów sowieckich – być może był wśród nich sam kurinnyj Chamczuk. Po zajęciu wsi przez upowców nikogo z niej nie wypuszczono. Polaków przejeżdżających przez Zalesie, bądź przybyłych do miejscowego młyna, zatrzymywano. Polskie kobiety z dziećmi zamknięto w jednym z domów i poddano przesłuchaniu połączonemu z torturami. Chciano od nich wydobyć informacje o polskiej samoobronie w Puźnikach. Po przesłuchaniu ofiary zamordowano siekierami. Według innej relacji, zostały one spalone żywcem w miejscowej suszarni tytoniu. Zginęło od 60 do 70 Polaków. Domy zamordowanych Polaków upowcy spalili. Uprowadzili też Ukraińca Sławomira Danielewicza – właściciela młyna, który sprzeciwił się udziałowi w mordzie na Polakach. Jego zmasakrowane ciało odnaleziono kilka dni później.

Los taki spotkał wiele polskich miejscowości w byłym województwie tarnopolskim, w czym m.in. Petro Chamczuk miał osobistą zasługę. Do okrutnych masakr ludności polskiej doszło tam m.in. w Bobulińcach, Byczkowcach, Korościatynie, Markowej, Puźnikach i Szklanej Hucie. W Puźnikach (powiat buczacki) kureń Chamczuka wymordował w nocy z 12 na 13 lutego 1945 roku od 50 do 120 Polaków. Ogółem w lutym 1945 roku UPA i wspierająca ją ludność ukraińska wymordowały na terenie byłego województwa tarnopolskiego ponad 1000 Polaków, paląc ponad 50 zamieszkanych przez nich wsi.

Zagładę Polaków w Małopolsce Wschodniej (województwa lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie) nacjonaliści ukraińscy rozpoczęli w drugiej połowie 1943 roku, kiedy zamordowali tam co najmniej 2924 osoby narodowości polskiej. W 1944 roku nacjonaliści ukraińscy dokonali napadów na 1550 miejscowości w Małopolsce Wschodniej, mordując co najmniej 32 tys. Polaków. Natomiast w roku 1945 zaatakowali 611 miejscowości na tym obszarze, a liczba zamordowanych po stronie polskiej wyniosła co najmniej 5,9 tys. osób. Najprawdopodobniej jednak z rąk nacjonalistów ukraińskich zginęło w Małopolsce Wschodniej w latach 1939-1948 ponad 70 tys. Polaków[1].

Najbardziej znaną zbrodnią nacjonalistów ukraińskich na Polakach w Małopolsce Wschodniej była zagłada Huty Pieniackiej w byłym województwie lwowskim (28 lutego 1944 roku, od 850 do 1000 ofiar). Ale w tym samym czasie, w nocy z 28 na 29 lutego 1944 roku, UPA bestialsko wymordowała 156 Polaków – w tym kilkanaście dzieci w wieku od 4 do 12 lat – w Korościatynie koło Monasterzysk (dawne województwo tarnopolskie). To było zaplanowane, bezwzględne i zwyrodniałe ludobójstwo.

Niestety w przeciwieństwie do Chamczuka na pomnik od władz ukraińskich nie mogą liczyć jego ofiary wymordowane w Baryszu i innych miejscowościach. Skromny pomniczek na zbiorowej mogile, znajdującej się na cmentarzu w Baryszu, ufundowali w 2012 roku krewni zamordowanych. Władze ukraińskie tradycyjnie nie pozwoliły na nim napisać z czyjej ręki zginęły te ofiary. Jest tam napisane, że „zginęli tragicznie w nocy z 5 na 6 lutego 1945 roku”. Utopili się? A może popełnili zbiorowe samobójstwo?

Informacji o udziale Chamczuka w zbrodniach przeciw ludzkości na Polakach i Żydach nie znajdziemy w jego notce biograficznej zamieszczonej w ukraińskiej Wikipedii. Znajdziemy tam natomiast zupełnie fantastyczne opowieści o rzekomych bitwach sotni Chamczuka „Szare Wilki” z Niemcami (w jednej z nich miało zginąć aż 300 Niemców). W ten sposób współcześni hagiografowie UPA kamuflują zbrodnie nacjonalistów ukraińskich popełnione na cywilnej ludności polskiej. Ta banderowska narracja o rzekomych walkach UPA z Niemcami oraz jej walkach z ZSRR jest uparcie od lat powtarzana w polskich mediach. Prawdy jednak zatrzeć się nie da – bandyci i zbrodniarze nigdy nie staną się bohaterami. Nacjonaliści ukraińscy nie walczyli z Niemcami. Ich głównym celem była depolonizacja Kresów południowo-wschodnich i tego dokonali w sposób barbarzyński.

Elity III RP – także te, które są bardzo wrażliwe na punkcie antysemityzmu – dyskretnie nie zauważają kogo czci się na Ukrainie. Czyżby nie był im znany fakt, że nacjonaliści ukraińscy – zanim przystąpili do eksterminacji Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej – pomagali Niemcom w zagładzie Żydów? Najwidoczniej Ukraina dostała od giedroyciowców i od Waszyngtonu koncesję na czczenie faszyzmu i antysemityzmu oraz kolaboracji z III Rzeszą.

Jeden z czołowych przedstawicieli środowiska proukraińskiego w Polsce – Kazimierz Wóycicki – napisał w 2014 roku, że twórca i dowódca UPA Roman Szuchewycz „jest i powinien być również dla Polaków postacią o cechach bohatera”. Czy Petro Chamczuk też jest dla niego postacią o cechach bohatera? Czy bohaterami są dla Wóycickiego także podkomendni Chamczuka, którzy mordowali nożami i siekierami oraz palili żywcem bezbronnych ludzi?

[1] E. Siemaszko, „Bilans zbrodni”, „Biuletyn IPN” nr 7-8 (116-117), lipiec-sierpień 2010, s. 77-94.

Pomnik Petro Chamczuka w Czortkowie. Fot. www.politnavigator.net

Pomnik Petro Chamczuka w Czortkowie. Fot. http://www.politnavigator.net

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 sierpnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 35-36 (2203/2204), 26.08-2.09.2018, s. 16

Powstanie Warszawskie w poezji Anny Świrszczyńskiej

Nikt bardziej nie oddał tragedii, hekatomby i bezsensu Powstania Warszawskiego niż poetka Anna Świrszczyńska (1909-1984). Tomik jej wierszy poświęconych powstaniu – „Budowałam barykadę” (Czytelnik, Warszawa 1974) – jest najbardziej wstrząsającym aktem oskarżenia wobec tych, którzy do powstania doprowadzili i którzy nigdy nie zdobyli się na jakąkolwiek refleksję nad swoją odpowiedzialnością za zagładę stolicy. Wręcz przeciwnie – chodzili w aureoli chwały, na którą nie zasłużyli. Tak też są dzisiaj przedstawiani przez swoich gloryfikatorów i politycznych epigonów.

Anna Świrszczyńska była córką malarza, rzeźbiarza i etnografa Jana Świerczyńskiego i Stanisławy z Bojarskich. Nazwisko Świrszczyńska powstało w wyniku błędnego zapisu w księdze metrykalnej, który nigdy nie został sprostowany. Jej rodzice żyli skromnie, dlatego po zdaniu matury w warszawskim gimnazjum Janiny Tymińskiej w 1927 roku nie podjęła – z braku środków – planowanych studiów artystycznych. Wybrała polonistykę i została poetką, także dramatopisarką i prozaiczką. Tworzyła utwory przeznaczone głównie dla dzieci.

Łatwo jest dzisiaj dyskredytować Świrszczyńską, ponieważ była człowiekiem lewicy. Tak czynią – co stwierdziłem z niesmakiem – zwolennicy obecnego obozu władzy. W latach 30. XX wieku Świrszczyńska była związana z pismem młodzieżowym „Płomyk” (wydawanym przez lewicowy Związek Nauczycielstwa Polskiego) oraz pismem lewicowej inteligencji „Wiadomości Literackie”. W 1936 roku została członkiem Związku Zawodowego Literatów Polskich, a w latach 1936-1939 pracowała w Związku Nauczycielstwa Polskiego, m.in. jako redaktorka „Małego Płomyczka”. W tymże 1936 roku wzięła też udział w słynnym strajku nauczycieli przeciw zwieszeniu Zarządu Głównego ZNP, który władze sanacyjne oskarżyły o propagowanie komunizmu i sympatie prosowieckie.

Współcześni kalumniatorzy Świrszczyńskiej z lubością przywołują podpisanie przez nią rezolucji krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich z 8 lutego 1953 roku, wyrażającej poparcie dla władz PRL po skazaniu w procesie pokazowym duchownych kurii krakowskiej. List ten podpisali m.in. Jan Błoński, Karol Bunsch (legionista Piłsudskiego i weteran wojny polsko-bolszewickiej), Władysław Dobrowolski (także weteran wojny polsko-bolszewickiej), Leszek Herdegen, Jalu Kurek, Sławomir Mrożek, Stefan Otwinowski i Wisława Szymborska.

Tylko czy w oparciu o ten epizod z życiorysu można dyskredytować twórczość Świrszczyńskiej, a zwłaszcza to co miała do powiedzenia o Powstaniu Warszawskim? Przecież to jest zabieg typowo bolszewicki – ocena człowieka w oparciu o wybrane fragmenty jego życiorysu, które mają go kompromitować według z góry przyjętych kryteriów.

Świrszczyńska pisała o Powstaniu Warszawskim nie z pozycji komunistycznej propagandy, ale z pozycji świadka – uczestniczyła w nim jako sanitariuszka AK. Widać to w niemal w każdym jej wierszu. Krytyka Świrszczyńskiej koresponduje nie z propagandą komunistyczną, ale z krytyką Powstania Warszawskiego, jaką uprawiali np. gen. Władysław Anders, Stanisław Cat-Mackiewicz, czy pisarze i publicyści obozu narodowego (Jan Dobraczyński, Jędrzej Giertych, Jan Matłachowski i in.).

Jednym z najbardziej oskarżycielskich pod adresem dowództwa AK wierszy Świrszczyńskiej jest wiersz „Żołnierz mówi do generała”:

„Chodź ze mną, generale.

Pójdziemy razem

zdobywać pięściami

karabiny maszynowe i armaty.

Kazałeś mi przecież zdobywać pięściami

karabiny maszynowe i armaty”.

Bohaterem tego wiersza jest gen. Antoni Chruściel „Monter” (1895-1960) – dowódca Okręgu Warszawskiego AK, uhonorowany za powstanie trzecim krzyżem Orderu Virtuti Militari oraz Dzwonem „Monter” w Muzeum Powstania Warszawskiego. „Monter” wymusił wybuch powstania fabrykując i rozpowszechniając po południu 31 lipca 1944 roku fałszywy meldunek o rzekomym pojawieniu się czołgów sowieckich w miejscowościach podwarszawskich, a nawet na Pradze.

Sytuacja przedstawiona w wierszu „Żołnierz mówi do generała” odnosi się do odprawy dowództwa Okręgu Warszawskiego AK z 27 lipca 1944 roku. Antoni Chruściel „Monter” zażądał na niej wykonania zadań, jakie w związku z planowanym powstaniem wyznaczył Obwodom, a dowódcy Obwodów oświadczyli, że zadania te są niewykonalne z powodu braku broni i amunicji. Wówczas „Monter” rozkazał, by nieuzbrojonym żołnierzom AK zostały wydane siekiery, kilofy i łomy. Przy pomocy takiego sprzętu mieli atakować przeciwnika uzbrojonego w broń maszynową, granaty, miotacze płomieni, moździerze i artylerię (później także czołgi, lotnictwo i broń rakietową). Tym, którzy tego rozkazu nie wykonają „Monter” groził sądem wojennym.

Tadeusz Prus-Maciński – uczestnik powstania w batalionie NOW-AK „Gustaw” – następująco skomentował rozkaz „Montera” w 1992 roku: „Chruściel skompromitował się wobec dowódców Obwodów, bo wszak drogę natarć toruje się (ułatwia): przygotowaniem artyleryjskim, bombardowaniem lotniczym, bronią pancerną, ewentualnie – w fazie szturmu – ładunkami wybuchowymi, wiązkami granatów, ale na miłość Boską – nie siekierami!”[1].

Wydaje się to oczywiste, ale bynajmniej nie dla współczesnych gloryfikatorów generała „Montera”.

Wielkim i szokująco wymownym oskarżeniem Świrszczyńskiej pod adresem dowództwa AK jest też wiersz „Niech liczą trupy”:

„Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki

niech policzą teraz nasze trupy.

Niech pójdą przez ulice

których nie ma

przez miasto

którego nie ma

niech liczą przez tygodnie przez miesiące

niech liczą aż do śmierci

nasze trupy”.

To nie jest komunistyczna propaganda. To jest wypowiedź świadka. Świrszczyńska widziała po kapitulacji powstania to miasto, którego nie ma i szła przez ulice, których nie ma. Czy tylko ona jedyna życzyła sobie wtedy, by ten widok zobaczyli sprawcy powstania? By uklękli wśród tych ruin i liczyli trupy? Stosunek ludności cywilnej – skazanej w ogarniętej powstaniem Warszawie na cierpienie i zagładę – był jednoznaczny nie tylko do dowództwa, ale nawet do żołnierzy AK. Najczęściej wyrażały go słowa „bandyci” i „mordercy naszych dzieci”. Tego jednakże też nie dowiemy się od współczesnych gloryfikatorów Powstania Warszawskiego.

Świrszczyńska jest w swoich wierszach świadkiem oraz obserwatorem rzeczy i wydarzeń przerażających. Obserwatorem, który najczęściej nie wydaje sądów i ocen, pozostawiając czytelnika samego z makabrycznym obrazem. Przypomina to styl opowiadań obozowych Tadeusza Borowskiego, za który też był krytykowany.

Taki makabryczny obraz, przemawiający do czytelnika samą grozą, mamy np. w wierszu „Major powiedział”:

„ – Rozkaz ma być doręczony w ciągu godziny –

powiedział major.

– To niemożliwe, tam piekło –

powiedział podporucznik.

Poszło pięć łączniczek,

jedna doszła.

Rozkaz był doręczony w ciągu godziny”.

Od razu nasuwa się pytanie: po co, w imię czego była ta ofiara? Co chcieli osiągnąć sprawcy powstania rzucając na bezsensowną śmierć tysiące, dziesiątki tysięcy wartościowej inteligenckiej młodzieży? Ci ludzie mogli przecież zostać nauczycielami, naukowcami, lekarzami, inżynierami, prawnikami, pisarzami, aktorami. Wielu z nich nie ma do dzisiaj nawet swoich mogił. Tych ludzi zabrakło w Polsce po 1956 roku. To oni mogli wtedy zmieniać oblicze kraju, a nie „komandosi” wywodzący się z hufca walterowskiego.

Jeszcze większą grozą przemawia wiersz „Z granatem na gniazdo cekaemów”:

„Przestali strzelać, poruczniku,

dajcie mi granat, ja pójdę pierwsza,

ja najmniejsza, mnie nie zobaczą,

jak kot na brzuchu, dajcie mi granat.

Jak kot na brzuchu przez kałużę,

granat w garści, wolno powoli

serce tak wali, jeszcze usłyszą,

pomóż mi Boże, wolno powoli,

jak kot na brzuchu, bliżej bliżej,

Boże, jeszcze, jeszcze bliżej,

teraz, odbezpiecz granat, skok.

Skoczyła. Niemcy

puścili serię”.

Pokazane w tym wierszu realia powstania są jakże niemiłe dla jego współczesnych gloryfikatorów oraz dla tych, którzy biegając z biało-czerwonymi opaskami 1 sierpnia myślą, że to była fajna harcerska przygoda.

To samo mamy w wierszu „Szli kanałami”:

„Szli kanałami

niosła go na plecach

po piersi w śmierdzącym kale

w ciemności bez powietrza

potykała się o trupy

tych co się potopili

czepiała się śliskich ścian

po których pełzały szczury

mówiła: poruczniku

niech pan się trzyma za szyję

to już niedługo.

Szli kanałami błądzili

niosła go na plecach

dziesięć godzin.

Gdy wyszła na ulicę

pod niebo czystej nocy

sanitariuszki powiedziały:

przyniosłaś trupa”.

Świrszczyńska jako sanitariuszka musiała być bezpośrednim świadkiem tej sceny. Może to nawet ona powiedziała koleżance, że przyniosła trupa.

I wreszcie tragiczny obraz klęski, przegranej po dwóch miesiącach walki, której nie można był od początku wygrać. Wiersz „To już koniec”:

„Tej nocy

zrozumieli wszyscy, że to już koniec.

Zabrakło wody

i sił, żeby szukać wody,

od trzech dni

nie ma łyżki gotowanego jęczmienia,

na brudnych bandażach

śmierdzi ropa i krew,

oczy, które tydzień nie spały,

zamykają się nawet na posterunku

bojowym, pod ostrzałem,

nogi, co się wlokły kanałami,

zmęczone jak kamienie,

wypada z ręki

pusty pistolet.

Więc kiedy usłyszeli o świcie

grzmot czołgów wroga idących do nowego ataku,

zrozumieli, że to koniec.

Tego ataku

już nie odeprą”.

Ileż treści ma ten wiersz. Łyżka gotowanego jęczmienia jako dzienna racja żywnościowa walczącego żołnierza AK, brak wody, brak sił, brudne bandaże, śmierdząca ropa i krew, brak snu, brak broni i amunicji – wypadający z ręki pusty pistolet. Tak wyglądało Powstanie Warszawskie, a nie tak jak to jest przedstawione w Muzeum Powstania Warszawskiego – miejscu kultu Antoniego Chruściela „Montera” i największej składnicy broni w Polsce.

Polecam tomik „Budowałam barykadę” Anny Świrszczyńskiej wszystkim tym, którzy potrafią myśleć bez ideologicznych uprzedzeń i którzy poszukują prawdy historycznej.

[1] Cyt. za: J. Engelgard, M. Motas, „W imię czego ta ofiara? Obóz Narodowy wobec Powstania Warszawskiego”, Warszawa 2017, wyd. II, s. 99.

Anna Świrszczyńska podczas Powstania Warszawskiego. Fot. domena publiczna

Anna Świrszczyńska podczas Powstania Warszawskiego. Fot. domena publiczna

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 sierpnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 35-36 (2203/2204), 26.08-2.09.2018, s. 10-11

Jan Bytnar a ONR

Padające tu i ówdzie postulaty delegalizacji Obozu Narodowo-Radykalnego poparł działacz PiS Patryk Jaki. Spotkała go za to ostra krytyka m.in. ze strony Rafała A. Ziemkiewicza, który stwierdził, że do ONR jakoby należał Jan Bytnar „Rudy” (1921-1943) – legendarny żołnierz Grup Szturmowych Szarych Szeregów, opisany przez Aleksandra Kamińskiego w powieści „Kamienie na szaniec”. Stwierdzenie Ziemkiewicza nie jest nowością, ponieważ informacja o domniemanej przynależności „Rudego” do ONR jest od dawna rozpowszechniana w części środowisk prawicowych.

Podstawowe źródło życiorysu „Rudego” stanowi książka Aleksandra Kamińskiego. Pierwsze dwa wydania tej książki miały miejsce w podziemiu podczas okupacji niemieckiej (1943, 1944), a więc poza cenzurą komunistyczną. Dlaczego więc Kamiński nie wspomniał, że Bytnar miał jakoby należeć do ONR?

Jan Bytnar „Rudy” na pewno należał do 12. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej im. Bolesława Chrobrego, Szarych Szeregów i ZWZ/AK. Jedyną organizacją polityczną, do której Bytnar przystąpił w październiku 1939 i należał do grudnia 1939 roku była lewicowa Polska Ludowa Akcja Niepodległościowa. Twórcą PLAN był adwokat Wacław Barcikowski (1887-1981) – związany z lewicującym Stronnictwem Demokratycznym, w latach 1945-1956 pierwszy prezes Sądu Najwyższego, także zastępca przewodniczącego Rady Państwa, wicemarszałek Sejmu Ustawodawczego oraz działacz Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Jako odpowiedzialny za degradację sądownictwa w okresie stalinowskim został usunięty z życia politycznego w 1956 roku. Szefem Wydziału Bojowego PLAN był natomiast Kazimierz Kott, który pochodził z inteligenckiej zasymilowanej rodziny żydowskiej. Oczywiście była to inteligencja lewicowa. Czy Bytnar jako ONR-wiec mógł się tak po prostu związać politycznie z takimi ludźmi? Nawet na dwa miesiące?

Działając w PLAN Bytnar był pomysłodawcą naklejania na plakatach niemieckich – informujących o utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa – karteczek o treści: „Komendant Piłsudski powiedziałby: a my was w d… mamy”. Powoływanie się na legendę i autorytet Piłsudskiego jakoś nie pasuje do ideologii ONR.

Legendę o tym, że Jan Bytnar miał być jakoby członkiem Grup Szkolnych ONR rozpowszechniał w mediach pięć lat temu Robert Winnicki. Źródłem tej legendy był działacz ONR i żołnierz NSZ Gustaw Potworowski (1915-2002), który pod koniec życia rozpowszechniał informację o ONR-owskiej przeszłości „Rudego”. Relację Potworowskiego powielił w 2002 roku Sebastian Bojemski w książce „Poszli w skier powodzi… Narodowe Siły Zbrojne w Powstaniu Warszawskim”. W 2012 roku informację o rzekomej przynależności „Rudego” do ONR powielał z kolei Wojciech J. Muszyński na łamach „Naszej Polski”.

Przypisywaniu „Rudemu” związków z ONR przeczą jednak fakty. Ojciec „Rudego” – nauczyciel i społecznik Stanisław Bytnar (1897-1945) – był legionistą Piłsudskiego, działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej i lewicowego Związku Nauczycielstwa Polskiego (oskarżonego w 1936 roku przez władze sanacyjne o sympatie prosowieckie). W warszawskim Państwowym Gimnazjum im. Stefana Batorego „Rudy” blisko przyjaźnił się z Krzysztofem Kamilem Baczyńskim (1921-1944) – wówczas liderem półlegalnego Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej „Spartakus”. A więc znowu lewica i to radykalna, bo w utworzonym w 1935 roku „Spartakusie” dominowały tendencje trockistowskie i takie też były ówczesne poglądy Baczyńskiego. Jak na ONR-owca „Rudy” obracał się zatem towarzysko i rodzinnie w kręgach dość odległych politycznie i ideologicznie od ONR.

Historycy Sebastian Bojemski i Wojciech J. Muszyński nigdy nie kryli swojego przywiązania do radykalnej prawicy. Ich wypowiedzi na tematy historyczne można było spotkać m.in. na łamach „Frondy” i „Naszego Dziennika”. Nie to jednak dyskredytuje ich twierdzenia o przynależności „Rudego” do ONR, ale fakt, że jedynym źródłem tych twierdzeń była i jest relacja Gustawa Potworowskiego. Jest to jedyna taka relacja, której nie potwierdza żadne inne źródło. Z punktu widzenia naukowych zasad krytyki źródła historycznego to za mało, by uznać ją za wiarygodną.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 sierpnia 2018 r.

Szantaż moralny jako podstawa polskiej kultury politycznej

Kiedy myślę o Powstaniu Warszawskim, myślę o rzezi Woli – eksterminacji od 30 do 65 tys. mieszkańców tej dzielnicy w dniach 5-7 sierpnia 1944 roku. Pod względem barbarzyństwa mordu porównywalnej tylko z masakrą nankińską.

Temat zagłady Woli i Ochoty został w moim odczuciu zmarginalizowany na ekspozycji w Muzeum Powstania Warszawskiego. Są tam co prawda eksponowane powojenne protokoły ekshumacyjne PCK, ale dokumenty te niewiele mówią osobie, która nie posiada wiedzy na temat zbrodni niemieckich popełnionych podczas tłumienia powstania. Nie sposób też dowiedzieć się czegokolwiek w tym muzeum o transportach warszawiaków z obozu przejściowego w Pruszkowie do KL Auschwitz i innych niemieckich obozów koncentracyjnych.

Zwiedzający Muzeum Powstania Warszawskiego jest przytłoczony ogromem eksponowanej tam różnego rodzaju broni. Co ma oznaczać ta ekspozycja? Jak jej wymowa ma się do wyliczeń Jerzego Kirchmayera, że uzbrojenie Okręgu Warszawskiego AK w chwili wybuchu powstania wystarczało dla 10 proc. stanu bojowego na dwa dni walki? Całą prawdę o aspektach politycznych powstania ma wyrażać epatująca czerwienią ekspozycja „Polska Lubelska”, z potężnym sierpem i młotem, portretami członków Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego i Związku Patriotów Polskich oraz dowódców Wojska Polskiego sformowanego na Wschodzie. To oni wraz ze Stalinem mają być winni tragedii powstania.

Zdumiewa taka postawa wobec niemieckiej zbrodni ludobójstwa popełnionej w Warszawie w sytuacji, gdy ze strony środowisk wspierających PiS słyszymy narzekania na brak wiedzy w świecie, zwłaszcza zachodnim, o polskiej martyrologii podczas drugiej wojny światowej. Cóż stoi na przeszkodzie, żeby to zmienić i powiedzieć światu np. o zagładzie Woli? Na przeszkodzie stoją narracja o „zwycięstwie moralnym” i gloryfikacja dowództwa AK.

Kiedy myślę o Powstaniu Warszawskim, nie widzę „zwycięstwa moralnego” oraz infantylnego obrazu harcerskiej przygody, jaki wyłania się ze niektórych wspomnień, eksponowanych w Muzeum Powstania Warszawskiego. Jan Ciechanowski – jeden z najwybitniejszych historyków Powstania Warszawskiego, który w nim uczestniczył jako 14-latek – wspominał po latach, że kobiety krzyczały do żołnierzy AK: „Ty morderco naszych dzieci!”. Tak wyglądało to „zwycięstwo moralne”.

Najbardziej brzemiennym w skutkach rezultatem Powstania Warszawskiego było stworzenie okazji dla Niemców i ich kolaborantów do eksterminacji mieszkańców stolicy. Skutek ten przewidział zresztą jeden z generałów AK, którzy wymusili decyzję o podjęciu walki – Tadeusza Pełczyński „Grzegorz”. Podczas wieczornej odprawy Komendy Głównej AK 31 lipca 1944 roku, na pytanie Delegata Rządu o to „co będzie jak Rosjanie staną” gen. Pełczyński nonszalancko odpowiedział, że „wtedy Niemcy nas wyrżną”.

I wyrżnęli. Ale nie generalicję z KG AK, tylko cywili. Wacława Szlacheta, mieszkanka kamienicy przy ul. Wolskiej 129 wspominała: „Wyszłam z mieszkania z mężem, dwoma synami i dwiema córkami. Razem z innymi mieszkańcami domu żandarmi kazali nam wyjść na ulicę Wolską, przejść jezdnię i zatrzymać się przy parku Sowińskiego. Odłączono mężczyzn od kobiet oraz oddzielono od matek chłopców w wieku od 14 lat. (…) Zobaczyłam, iż na rogu ul. Wolskiej i Ordona stoi na podstawie karabin maszynowy, a przy naszym domu w odległości ok. 10 m od ul. Ordona, w kierunku Prądzyńskiego, stoi drugi karabin maszynowy. (…) Z tych karabinów żołnierze niemieccy dali do nas salwy. Upadłam na ziemię. Nie byłam ranna. Na moje nogi padały zwłoki. Żyła jeszcze leżąca przy mnie moja najmłodsza córka Alina”. Wacława Szlacheta zauważyła też, jak jeden z Niemców zastrzelił leżące w wózku bliźnięta jej sąsiadki.

Henryk Haboszewski, mieszkaniec domu przy ul. Elekcyjnej 8: „Wypędzono nas z piwnic i pognano pod park na Ulrychowie, do przechodzących strzelano, żonę zabito na miejscu, dziecko nasze ranne wołało matkę, wkrótce podszedł Ukrainiec i zabił moje dwuletnie dziecko jak psa. Następnie razem z Niemcami zbliżył się do mnie, stanął mi na piersiach, patrząc, czy żyję. Udawałem trupa. (…) Tworzył się zwał niezliczonych trupów. Tych, co jeszcze dawali oznaki życia, dobijano. Zostałem przywalony jakimiś ciałami, tak że się prawie dusiłem. Egzekucje trwały do piątej po południu”.

Jan Grabowski, mieszkaniec domu przy ul. Wolskiej 123: „Niemcy zaczęli strzelać z karabinu maszynowego i karabinów ręcznych, a także rzucać granaty w tłum leżących ludzi. Po jakimś czasie (…) zobaczyłem, iż Niemcy przypędzili nową grupę. (…) Strzelanina trwała z przerwami na dobijanie co najmniej sześć godzin. (…) Słyszałem, jak żandarm mówił, by zabić mego pięciomiesięcznego synka, który płakał, po czym posłyszałem strzał i dziecko ucichło. Leżąc, udawałem zabitego”. Potem Niemcy kazali nosić Grabowskiemu zwłoki rozstrzelanych, które palili na stosach. „Trupy nosiliśmy na dwie kupy aż do zmroku. Jeden stos miał długość ok. 20 m, drugi 15 m, szerokość ok. 10 m, wysokość ok. 1,5 m” – wspominał Jan Grabowski.

Mathi Schenk, Belg służący w brygadzie Dirlewangera, tak zapamiętał wymordowanie polskich dzieci z prawosławnego sierocińca przy ulicy Wolskiej 149: „Wysadziliśmy drzwi, chyba do szkoły. Dzieci stały w holu i na schodach. Dużo dzieci. Rączki w górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil, zanim wpadł Dirlewanger. Kazał zabić. Rozstrzelali je, a potem po nich chodzili i rozbijali główki kolbami. Krew ciekła po schodach”. Pan Schenk prawdopodobnie sam uczestniczył w tej zbrodni, ale żaden prokurator III RP nie pomyślał w 2004 roku, kiedy Schenk opowiedział o tym „Gazecie Wyborczej”, żeby go chociaż przesłuchać w charakterze podejrzanego. Schenk opisał też ze szczegółami sadystyczne gwałty i morderstwa dokonywane na Polkach przez esesmanów z brygady Dirlewangera.

Mordercy z SS i Wehrmachtu – wspierani przez Ukraińców z formacji Hifswillige (tzw. hiwisi) oraz Azerów ze 111. Azerbejdżańskiego Batalionu Polowego i batalionu „Bergmann” – dokonali największych egzekucji 5 i 6 sierpnia 1944 roku w rejonie ulic Górczewskiej i Moczydła (10-12 tys. ofiar), w fabryce Ursus przy ul. Wolskiej 55 (7,5 tys.), w fabryce Franaszka przy ul. Wolskiej 41/45 (7 tys.), w fabryce Kirchmayera i Marczewskiego przy ul. Wolskiej 79/81 (2 tys.), w parku Sowińskiego (1,5 tys.) oraz w zajezdni tramwajowej przy ul. Młynarskiej (1 tys.). Wymordowali też personel medyczny w Szpitalu Wolskim i w Szpitalu św. Łazarza przy ul. Leszno 36.

Adwokat Stanisław Wojciech Talikowski: „Po obu stronach ulicy jeszcze płonęły lub dogasały domy. (…) Pełno trupów. Tu leży kilku mężczyzn, tam kobieta naga do pasa już zastygła, niektóre trupy rozjechane przez samochody, odrzucone na bok jak łachmany. Ślady rabunku, jakieś walizki porozbijane, stosy banknotów, fruwające na wietrze, na które nikt nie zwracał uwagi. Co chwila słychać wrzaski rozdzierające i strzały. To oddziały policji Dirlewangera mordowały ludzi, strzelając do nich na naszych oczach. Miejscami stąpaliśmy po kałużach świeżej krwi”.

Wanda Felicja Lurie o egzekucji w fabryce Ursus przy ulicy Wolskiej 55: „Naszą grupę skierowano w kierunku przejścia między budynkami. Leżały tam już trupy. Gdy pierwsza czwórka dochodziła do miejsca, gdzie leżały trupy, strzelali Niemcy i Ukraińcy w kark od tyłu. Zabici padali, podchodziła następna czwórka, by tak samo zginąć. (…) Podeszłam więc w ostatniej czwórce razem z trojgiem dzieci do miejsca egzekucji, trzymając prawą ręką dwie rączki młodszych dzieci, lewą – rączkę starszego synka. Dzieci szły, płacząc i modląc się. Starszy, widząc zabitych, wołał, że i nas zabiją. W pewnym momencie Ukrainiec stojący za nami strzelił najstarszemu synkowi w tył głowy, następne strzały ugodziły młodsze dzieci i mnie. Przewróciłam się na prawy bok. Strzał oddany do mnie nie był śmiertelny. Kula trafiła w kark z lewej strony i przeszła przez dolną część czaszki, wychodząc przez prawy policzek. Dostałam krwotoku ciążowego. Wraz z kulą wyplułam kilka zębów. Czułam odrętwienie lewej części głowy i ciała. Byłam jednak przytomna i leżąc wśród trupów, widziałam prawie wszystko, co się działo dokoła. Obserwowałam dalsze egzekucje. Wprowadzono nową partię mężczyzn, których trupy padały i na mnie. (…) Wprowadzono dalszą partię kobiet i dzieci – i tak grupa za grupą rozstrzeliwano aż do późnego wieczoru”.

Tuż przed egzekucją Wanda Lurie błagała o pomoc Ukraińca z oddziału hiwisów. Dała mu trzy złote pierścionki. Niemieckiemu żandarmowi przypominała o honorze oficera. Po egzekucji – kiedy ciężko ranna udawała nieżywą – mordercy zdjęli jej z ręki zegarek.

20 sierpnia 1944 roku Wanda Lurie urodziła w obozie przejściowym w Pruszkowie syna Mścisława. Dr Mścisław Lurie – syn warszawskiej Niobe – zmarł w Warszawie 22 czerwca 2018 roku. Przeżył rzeź Woli jako dziecko nienarodzone, ocalony przez matkę. Tak jak jego matka, był niezwykłym symbolem. Takie symbole trzeba eksponować w Muzeum Powstania Warszawskiego, a nie opowieści o tym jak wzniosły duch miał panować na barykadach i jak działała harcerska poczta powstańcza albo radiostacja „Błyskawica”.

To tylko obrazki z jednego dnia niemieckiego ludobójstwa w Warszawie. A przecież to piekło – będące dziełem Niemców i ich kolaborantów – rozgrywało się na Woli także w następnych dniach, a później na Ochocie, Starym Mieście, Mokotowie. Kiedy widzę te obrazy, widzę bezkarnych sprawców tych zbrodni z ich dowódcą Heinzem Reinefarthem na czele. Zapewnienie temu zbrodniarzowi bezkarności i tolerowanie jego powojennej kariery politycznej jest największą hańbą, jaka okryła Republikę Federalną Niemiec. Hańbą, której zmazać się nie da, chociaż niewielu obywateli RFN i mieszkańców Europy Zachodniej o niej wie.

Reinefarth i jemu podobni wykonywali rozkaz Hitlera o zagładzie Warszawy mając świadomość, że przecież Niemcy przegrają wojnę, a właściwie już ją przegrały. Nie bali się jednak, że mogą zostać pociągnięci do odpowiedzialności. I rzeczywiście nie zostali. Ich gotowość do wykonania najbardziej zbrodniczego rozkazu i pogarda dla ofiar są porażające.

Powstanie Warszawskie nie było harcerską przygodą i „zwycięstwem moralnym”. To była przeprowadzana dzień po dniu ludobójcza eksterminacja ludności cywilnej. O atomowej zagładzie Hiroszimy i Nagasaki, która pochłonęła 150 tys. ofiar, wie cały świat. O zagładzie 180 tys. cywili w Warszawie wie mało kto poza Polską. Kto ponosi za to winę? Narracja historyczna o „zwycięstwie moralnym”.

Ale taka narracja jest nieunikniona, jeśli celem polityki historycznej, której ta narracja służy, jest rozgrzeszenie dowództwa AK i rządu RP w Londynie. Fakt bezprecedensowej w XX wieku zagłady stolicy europejskiego kraju wymusza przecież także pytanie o to kto poza bezpośrednimi sprawcami jest za nią odpowiedzialny.

Nie sposób nie pomyśleć tutaj o dniu 31 lipca 1944 roku. Tego dnia w godzinach porannych odbyła się kolejna odprawa Komendy Głównej AK. Płk Antoni Chruściel zameldował, że „nie ma czym nacierać”. Generał Leopold Okulicki odpowiedział mu na to, że „broń zdobywa się na nieprzyjacielu”. Po burzliwej dyskusji zdecydowano nie podejmować na razie powstania w stolicy. Trzy głosy były „za”, cztery „przeciw”. Zdenerwowany Okulicki powiedział do gen. Bora-Komorowskiego, że jeśli nie podejmie decyzji o wybuchu powstania będzie „drugim Skrzyneckim”. Ale i to nie wymusiło rozkazu podjęcia walki. Wczesnym popołudniem 31 lipca 1944 roku najwyższe władze wojskowe i polityczne podziemia nie liczyły się jeszcze z wybuchem powstania w Warszawie 1 sierpnia. Sytuacja zmieniła się radykalnie na drugiej odprawie KG AK około godziny 18.

Jej uczestnicy wiedzieli już o wylocie premiera Stanisława Mikołajczyka na rozmowy ze Stalinem do Moskwy oraz zostali wcześniej poinformowani przez płk. Chruściela o rzekomej „obecności oddziałów sowieckich w Radości, Wołominie i Radzyminie”. Była to jednak informacja nie sprawdzona i – jak się później okazało – fałszywa. Płk Chruściel wyraził opinię, że walkę o Warszawę należy rozpocząć bezzwłocznie. Delegat Rządu Jan Stanisław Jankowski – po uzyskaniu wspomnianej odpowiedzi od gen. Pełczyńskiego, że jeśli Rosjanie nie wejdą to „wtedy Niemcy nas wyrżną” oraz po uzyskaniu informacji od płk. Chruściela o brakach w broni i amunicji – zwrócił się do gen. Bora-Komorowskiego ze słowami: „Niech pan zaczyna”. Wtedy dowódca AK wydał rozkaz płk. Chruścielowi rozpoczęcia powstania w Warszawie następnego dnia o godz. 17.00.

Około pół godziny po zakończeniu tej odprawy u gen. Bora-Komorowskiego zameldował się płk Kazimierz Iranek-Osmecki – szef wywiadu AK. Oświadczył on dowódcy AK, że Sowieci zostali odrzuceni od Warszawy, a Niemcy przygotowują się do dalszego kontrataku. W dniach 30-31 lipca 1944 roku walki niemiecko-sowieckie toczyły się dokładnie o te same miejscowości podwarszawskie co w 1920 roku podczas wojny polsko-bolszewickiej. Sowieci, tak jak w 1920 roku, przegrali bitwę na przedpolach Warszawy i było oczywiste, że w najbliższych dniach, a może i tygodniach nie będą próbować ponownie zdobywać stolicy z marszu. O tym właśnie poinformował gen. Bora-Komorowskiego płk Iranek-Osmecki wieczorem 31 lipca 1944 roku.

Bór-Komorowski odpowiedział mu jednak, że na odwołanie rozkazu wybuchu powstania jest już za późno, co nie było prawdą. Do „godziny W” pozostały jeszcze około 20 godzin – wystarczająco dużo, żeby odwołać rozkaz powstania. Wychodząc z lokalu konspiracyjnego, Bór-Komorowski spotkał na schodach płk. Kazimierza Plutę-Czachowskiego – zastępcę szefa sztabu KG AK odpowiedzialnego za łączność – który zameldował, że „rozpoczęło się niemieckie przeciwuderzenie od Modlina”. Na to Bór-Komorowski odpowiedział: „Rozkaz został wydany. Zmieniać nie będę”. Wiedział, że rozkaz wybuchu powstania jest w tej sytuacji przedwczesny i że z wojskowego punktu widzenia należy go odwołać, ale tego nie uczynił.

Wybuchowi powstania w Warszawie był przeciwny Wódz Naczelny, gen. Kazimierz Sosnkowski – przebywający od 11 lipca 1944 roku we Włoszech na inspekcji II Korpusu Polskiego. W depeszy do władz polskich w Londynie z 31 lipca 1944 roku gen. Sosnkowski napisał, że „powstanie zbrojne byłoby aktem pozbawionym politycznego sensu, mogącym za sobą pociągnąć niepotrzebne ofiary”. Z polecenia prezydenta Władysława Raczkiewicza depesza ta jednak nie została wysłana do Warszawy. Zadecydowało o tym najprawdopodobniej stanowisko premiera Stanisława Mikołajczyka, który liczył na to, że podczas rozmów w Moskwie skłoni Stalina przy po mocy argumentu powstania w Warszawie do wycofania poparcia dla PKWN. Na Stalinie powstanie w Warszawie nie zrobiło jednak oczekiwanego wrażenia. Ponadto gen. Sosnkowski nie wydał dowództwu AK stanowczego rozkazu zakazującego podejmowania powstania.

W pierwszej depeszy, wysłanej do Londynu po wybuchu powstania, Delegat Rządu i dowódca AK napisali: „Wobec rozpoczęcia walk o opanowanie Warszawy prosimy o spowodowanie pomocy sowieckiej przez natychmiastowe uderzenie z zewnątrz”.

Jak można było oczekiwać natychmiastowego uderzenia wojsk sowieckich w sytuacji ich odparcia przez Niemców spod Warszawy, o czym Bór-Komorowski wiedział wieczorem 31 lipca 1944 roku? No i jak można było oczekiwać pomocy od tych, przeciwko którym politycznie zostało wymierzone powstanie? Czego przecież nie ukrywano. Gdzie tu było jakiekolwiek myślenie wojskowe i polityczne?

W relacji, którą na ręce Jana Matłachowskiego złożył 23 października 1972 roku płk Kazimierz Pluta-Czachowski jest mowa o tym, że Bór-Komorowski nie kazał sprawdzić informacji rozpowszechnianych po południu 31 lipca 1944 roku przez płk. Chruściela o rzekomej obecności Armii Czerwonej w miejscowościach podwarszawskich i rychłym zajęciu przez nią Pragi. Informacji zweryfikowanych negatywnie jeszcze tego samego dnia przez płk. Iranka-Osmeckiego i samego Plutę-Czachowskiego. W relacji Pluty-Czachowskiego jest też mowa o tym, że Bór-Komorowski przewidywał „po wyjściu Niemców z Warszawy utworzenie w rejonie Politechniki bastionu, na którym chciał stoczyć ostatnią walkę, tym razem z wojskami radzieckimi. Ta koncepcja okopów Świętej Trójcy nie była decyzją wojskową, nic nie miała wspólnego z wojskowym sposobem myślenia”.

Kiedy to czytam, znowu przychodzi mi na myśl Muzeum Powstania Warszawskiego, które jest nie tylko największą składnicą broni w Polsce, ale także miejscem jakiegoś przedziwnego kultu osoby Antoniego Chruściela „Montera” – dowódcy Okręgu Warszawskiego AK, awansowanego we wrześniu 1944 roku na stopień generalski, głównego – obok gen. Leopolda Okulickiego – sprawcy wybuchu Powstania Warszawskiego. Na ekspozycji muzealnej znajdują się jego mundur generalski oraz m.in. trzy Krzyże Orderu Wojennego Virtuti Militari, w tym jeden, jaki dostał za Powstanie Warszawskie. W centralnej części Muru Pamięci przy muzeum zainstalowano dzwon „Monter” z podobizną Antoniego Chruściela, który bije zawsze 1 sierpnia o godz. 17.00.

Dzwon ten bije jakby na trwogę wymordowanym i spalonym mieszkańcom Woli, zapomnianym w tym muzeum, znajdującym się przecież na Woli. Odgłos tego dzwonu musi też być chyba jakimś szyderstwem z żołnierzy AK, którym „Monter” powiedział na odprawie przed powstaniem, że mają zdobyć broń na Niemcach pięściami i kijami, a kto tego nie uczyni pójdzie pod sąd wojenny.

Odpowiedziała mu na to po latach uczestniczka powstania, poetka Anna Świrszczyńska (1909-1984), w wierszu „Żołnierz mówi do generała”:

Chodź ze mną, generale.

Pójdziemy razem

zdobywać pięściami

karabiny maszynowe i armaty.

Kazałeś mi przecież zdobywać pięściami

karabiny maszynowe i armaty.

Jan Matłachowski (1906-1989) w swoim studium „Kulisy genezy Powstania Warszawskiego” (Londyn 1978) napisał: „Prawda o Powstaniu Warszawskim unaocznia skutki niewłaściwego funkcjonowania mechanizmu selekcji i doboru, odnośnie stawiania właściwego człowieka na właściwym miejscu. Te wady naszego organizmu narodowego są schorzeniami zadawnionymi, powstałymi przez zaniedbywanie na przestrzeni całych stuleci zasad umiejętnego rządzenia się”.

Czy tylko? Data 5 sierpnia przywołuje nie tylko rzeź Woli. Przywołuje także egzekucję 5 sierpnia 1864 roku Romualda Traugutta i czterech innych członków przedostatniego Rządu Narodowego w Powstaniu Styczniowym. Po co Traugutt w ogóle angażował się w to powstanie? Przecież był mu przeciwny i był przeciwny Czerwonym, którzy je wywołali. Ponadto jako zawodowy oficer doskonale zdawał sobie sprawę, że osobnicy z kosami, pikami, strzelbami i chorągwiami kościelnymi nie pokonają największej armii ówczesnej Europy. Dokładną powtórką tego szaleństwa stało się 80 lat później Powstanie Warszawskie, którego sprawcy i uczestnicy zostali wychowani na kulcie Powstania Styczniowego. Jeżeli ludzie rozumni i rozsądni – których w Polsce zawsze było i jest mało – zamiast powiedzieć NIE, przyłączają się do szaleństwa w imię „patriotycznej” solidarności z szaleńcami lub ulegając szantażowi szaleńców – to o czym to świadczy?

Świadczy to o tym, że polską mentalność i kulturę polityczną od ponad dwóch stuleci kształtuje szantaż moralny. Nie wolno powiedzieć, że Walerian Łukasiński, Piotr Wysocki, Maurycy Mochnacki, czy Stefan Bobrowski byli przestępcami i szkodnikami, którzy pogrzebali szansę odbudowy polskiej państwowości już w XIX wieku. Należy powiedzieć, że to byli wielcy patrioci i zachwycać się ich cierpieniem dla Ojczyzny. Kto sądzi inaczej – nie jest godzien miana Polaka. Nie wolno powiedzieć, że Tadeusz Bór-Komorowski, Tadeusz Pełczyński, Leopold Okulicki, Antoni Chruściel, Jan Stanisław Jankowski i Stanisław Mikołajczyk byli zbrodniarzami, którzy sprowadzili straszne nieszczęście na własny naród. Kto by się ośmielił tak twierdzić – jest sowieckim albo rosyjskim agentem, któremu od razu najlepiej prześwietlić życiorys, zgodnie z bolszewickim zwyczajem przyswojonym w całości przez polską prawicę.

Tak działa szantaż moralny, który skutkuje tym, że wtłaczana do głów fałszywa historia kreuje fałszywą politykę. W ten sposób od ponad dwustu lat wykorzenia się w Polsce elementarną kulturę polityczną, tępi w zarodku logiczne myślenie oraz wysuwa na elitę ludzi miałkich, bez charakteru i wizji. W ten sposób doprowadza się do tego, że Polacy kierują się w swoich ocenach i działaniach wyłącznie emocjami. Sztuka rządzenia Polakami stała się sztuką wzniecania i wykorzystywania emocji. Obecny kult Powstania Warszawskiego, a także kult „żołnierzy wyklętych” („powstania antykomunistycznego”) są niczym innym jak narzędziami tego właśnie szantażu moralnego, który ma powstrzymywać Polaków przed samodzielnym myśleniem w kategoriach politycznych.

Kiedy myślę o Powstaniu Warszawskim, myślę też o niemal równoległym do niego Słowackim Powstaniu Narodowym (SNP, 29 sierpnia – 28 października 1944). Powstanie słowackie miało polityczne poparcie Stalina, a na pomoc spieszyły mu 1. i 4. Front Ukraiński Armii Czerwonej oraz Czechosłowacki Korpus Armijny – zatrzymane przez Niemców w krwawej bitwie na Przełęczy Dukielskiej (8 września – 30 listopada 1944). Wynika z tego prosty wniosek, że polityczne poparcie Stalina i militarne wsparcie Armii Czerwonej nie mogą być uznane za warunek konieczny i rozstrzygający dla wygrania jakiegokolwiek powstania. W SNP walczyła regularna armia słowacka (około 50 tys. żołnierzy), wsparta przez desant 2. Czechosłowackiej Samodzielnej Brygady Desantowej. Na lotnisku „Tri duby” („Trzy Dęby”) w Kotlinie Zwoleńskiej lądowały amerykańskie i radzieckie samoloty z zaopatrzeniem i bronią. A mimo to powstanie słowackie upadło.

Jest jeszcze jedna zasadnicza różnica pomiędzy Powstaniem Warszawskim a SNP. Straty. Po stronie polskiej zginęło 17 tys. żołnierzy AK i około 180 tys. mieszkańców Warszawy. Ponadto spośród 55 tys. warszawiaków deportowanych do niemieckich obozów koncentracyjnych prawdopodobnie zginęła połowa. Nieznana jest liczba ofiar śmiertelnych wśród pozostałych około 500 tys. warszawiaków wypędzonych przez Niemców ze stolicy. Straty Niemców i ich kolaborantów wyniosły – według meldunku von dem Bacha do Himmlera z 5 października 1944 roku – 1570 zabitych. Natomiast w powstaniu słowackim zginęło 1720 Słowaków (12 tys. w walkach partyzanckich toczonych do wiosny 1945 roku), a po stronie niemieckiej było 4,2 tys. zabitych. Nawet przegrane powstania trzeba umieć robić.

Bohdan Piętka 

Oświęcim, 8 sierpnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 33-34 (2201/2202), 12-19.08.2018, s. 14-15

Niech policzą nasze trupy. Elity intelektualne a Powstanie Warszawskie

Powstanie Warszawskie było największą – obok kampanii wrześniowej – polską klęską podczas drugiej wojny światowej. Zginęło w nim ok. 17 tys. powstańców oraz 150-200 tys. cywilów. Do tego trzeba dodać 55 tys. warszawiaków wywiezionych do niemieckich obozów koncentracyjnych, z których przynajmniej połowa nie dożyła końca wojny. Nie znamy i prawdopodobnie nigdy nie poznamy dokładnej liczby tych spośród 600 tys. cywilów wypędzonych z Warszawy, którzy zginęli podczas wojennej poniewierki. Straty materialne poniesione w wyniku powstania przez Warszawę oszacowano w 2004 roku na co najmniej 45,3 mld dolarów amerykańskich.

Przeciwnikiem powstania w Warszawie był m.in. dowódca II Korpusu Polskiego, gen. Władysław Anders. W liście do ppłk. Mariana Dorotycz-Malewicza „Hańczy” z 31 sierpnia 1944 roku nie szczędził ostrej krytyki dowództwu AK: „Byłem całkowicie zaskoczony wybuchem powstania w Warszawie. Uważam to za największe nieszczęście w naszej obecnej sytuacji. Nie miało ono najmniejszych szans powodzenia, a naraziło nie tylko naszą stolicę, ale i tę część Kraju, będącą pod okupacją niemiecką, na nowe straszliwe represje. (…) powstanie w ogóle nie tylko nie miało żadnego sensu, ale było nawet zbrodnią”[1].

Rację gen. Andersowi przyznał po latach emigracyjny historyk, prof. Jan Ciechanowski (1930-2016) – autor opracowań naukowych o Powstaniu Warszawskim krytycznych wobec dowództwa AK. Sam Ciechanowski walczył w powstaniu i został dwukrotnie ranny. Pod koniec życia wspominał, że matki krzyczały do żołnierzy AK: „Ty morderco naszych dzieci!”. „Tak naprawdę do wybuchu przez swoje naciski doprowadził gen. Okulicki, który chciał, abyśmy zajęli Warszawę. Ale myśmy jej zdobyć nie mogli! Mój pluton, który miał nacierać na Sejm posiadał 7 pistoletów, 3 karabiny i 40 granatów na 40 ludzi” – tłumaczył Ciechanowski.

Fakt nieprzygotowania militarnego i politycznego walki podjętej przez AK o stolicę oraz wynikające z tego skutki dostrzegli także ludzie ówczesnej elity intelektualnej. Niektórzy z nich zdobyli się na wyrażenie ostrej krytyki, pretensji, osobistego bólu. Ich świadectwo – wydane w czasie powstania, jak i po wojnie – przeczy współczesnej oficjalnej narracji o Powstaniu Warszawskim, która w najbardziej skrajnej wersji przedstawia je jako wielkie zwycięstwo moralne.

Wstrząsające swoją wymową oskarżenie pod adresem dowództwa AK sformułowała poetka Anna Świrszczyńska (1909-1984) – uczestnicząca w powstaniu jako sanitariuszka. W jej wierszu „Żołnierz mówi do generała” pojawia się zdumiewający obraz żołnierza AK, który wzywa generała, żeby razem wykonali rozkaz zdobycia pięściami karabinów i armat.

Tomasz Łubieński w wydanym po raz pierwszy w 2004 roku eseju „Ani tryumf, ani zgon. Szkice o Powstaniu Warszawskim” tak wyjaśnił motyw tego wiersza: „Dowódcy Powstania [gen. Antoniemu Chruścielowi „Monterowi”– uzup. BP] przypisywane są słowa wypowiedziane na jakiejś odprawie, które brzmią nieprawdopodobnie w ustach wojskowego: »Musicie sobie zdobyć broń, idąc nawet z kijami i pałkami, a ci, którzy są do tego niezdolni, pójdą pod sąd«. Odpowiedziała, może to nawet osobiście »Monterowi«, uczestniczka Powstania poetka Anna Świrszczyńska. W tomiku wierszy Budowałam barykadę jest bowiem taki fragment: »Generale, chodźmy gołymi pięściami zdobywać karabiny maszynowe i armaty«. Dowództwo Powstania, które popełniło tak wiele błędów, mogłoby zachowując żołnierską twardość przemawiać bardziej po ludzku, spuścić z tonu”.

Czytelne oskarżenie zawiera też wiersz Świrszczyńskiej pt. „Niech liczą trupy”:

Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki

niech policzą teraz nasze trupy.

Niech pójdą przez ulice

których nie ma

przez miasto

którego nie ma

niech liczą przez tygodnie przez miesiące

niech liczą aż do śmierci

nasze trupy.

Z tym wierszem koresponduje inna refleksja Tomasza Łubieńskiego, który uznał za smutne to, że dowódcy powstania aż do śmierci „nie dopuścili do siebie żadnej samokrytycznej refleksji, jakiegoś prywatnego pytania, czy jednak mieli dość racji robiąc Powstanie? Pozostali do końca, mówiąc romantycznie aż po grób, wierni swojej decyzji, mimo że pomyłka w rachubach czy nadzieja okazała się druzgocąca. Mało, że się pomylili, to jeszcze z wierności swojej pomyłce uczynili swój święty obowiązek”.

Ogrom cierpień walczącej stolicy realistycznie oddaje notatnik prowadzony podczas powstania przez 80-letnią Marię Rodziewiczównę (1864-1944), która zmarła miesiąc po kapitulacji Warszawy. Pod datą 25 sierpnia 1944 roku czytamy: „Stare Miasto zburzone i spalone, ale trwa AK w ruinach”. Natomiast pod datą 17 września 1944 roku pisarka informuje: „Warszawa bez kropli wody – po gardło w kale i moczu, i w plwocinach”.

„Jakaś kobieta ciężko ranna dwa tygodnie leżała w piwnicy, odżywiając się olejem i wodą. Kiedy jej dano coś do zjedzenia, zwymiotowała i zaraz umarła” – odnotował z kolei 27 września 1944 roku pisarz i dziennikarz Eugeniusz Szermentowski (właśc. Schummer, 1904-1970). Wspomniał też o szokujących okrucieństwem zbrodniach formacji kolaboracyjnej Bronisława Kamińskiego. Pisarka Larysa Zajączkowska-Mitznerowa (1918-1987) – politycznie związana z PPS – wybuch powstania powitała z entuzjazmem: „Dziś się rozpoczęło. Przyszło to, o czym się marzyło (…)”. Ale jest to jedyny tak optymistyczny zapis w jej diariuszu. Potem z każdym dniem jest już tylko gorzej. Nie ma prądu i wody. Ludność cywilna jest barbarzyńsko masakrowana przez Niemców. Ci, którzy nie zginą z ręki wroga – umierają na tyfus, grypę i czerwonkę. Albo po prostu z głodu. Wszędzie śmierdzą rowy kloaczne.

Leopold Buczkowski (1905-1989) – prozaik, poeta, artysta grafik i rzeźbiarz oraz żołnierz powstania – też nie cofnął się przed krytyką dowództwa AK za wydanie rozkazu walki. Poszedł jednak dalej i w swoim dzienniku, zatytułowanym „Powstanie na Żoliborzu”, nie oszczędził słów potępienia aliantom zachodnim oraz papieżowi. Pisał z irytacją: „Co autorytety na to? Co znaczy papież? Co znaczy każdy inny autorytet? Gówno – wszystko zbombardowane – mordują masowo Polaków od granicy wschodniej po zachodnią. Co to się dzieje? Czy to nie granda międzynarodowa? Dlaczego dopiero teraz zastanawiają się, czy uznać AK za kombatantów? (…) Porównaj wysiłek naszego chłopca z AK – drobnego, niedożywionego przez 5 lat, z pistoletem, pełniącego służbę bojową 20-kilka dni bez odpoczynku? A żołnierz brytyjski? A inny? Nie bądźcie świniami szanowni panowie! Zbłaźnicie się historycznie!”

Zaskakująco odmiennie patrzyła na kwestie polityczne w swoich zapiskach z tego okresu Maria Dąbrowska (1889-1965). Jej oceny były niemal zbieżne ze stanowiskiem dowództwa AK. Tak jak generałowie AK, Dąbrowska nie życzyła sobie 27 lipca 1944 roku wyzwolenia Warszawy przez Armię Czerwoną: „Przechodząc Alejami Jerozolimskimi, musiałam długo czekać, aby móc przejść przez jezdnię, gdyż wojsko i armaty szły bez końca na Pragę, znów tak jak w 1941 r. – na wschód. Podobno Niemcy pchnęli na front warszawski nowe 10 dywizji. O losie nasz tragiczny, że musimy to słyszeć z ulgą – i raczej się z tego cieszyć. Myśl o inwazji bolszewickiej jest najzupełniejszym koszmarem”.

Dwa ostatnie zdania szokują, ale jeszcze bardziej szokująca jest informacja zawarta w zacytowanym fragmencie „Dzienników” wielkiej polskiej pisarki. Skoro nawet Maria Dąbrowska potrafiła pod koniec lipca 1944 roku zauważyć, że Niemcy opanowali początkową panikę i ściągnęli do Warszawy świeże siły, to jak to się stało, że nie zauważyła tego generalicja AK, wydając rozkaz walki w najmniej sprzyjającym momencie?

Kiedy jednak koszmarem stało się rozpoczęte w Warszawie powstanie, mające przecież w intencji jego inicjatorów nie dopuścić właśnie do „inwazji bolszewickiej”, Dąbrowska – tak jak dowództwo AK – zaczęła wyrażać pretensje pod adresem Stalina, że do „inwazji bolszewickiej” nie doszło. Pisała: „Wszyscy komentują łajdacką postawę Moskali, którzy umyślnie zatrzymali swoje wejście do Warszawy, aby Niemcy mogli nas grzebać. Ich lotnictwo, które nas tak przedtem nękało terrorystycznymi nalotami, męczącymi całe dzielnice, nie przyszło nam z pomocą. Ani jeden samolot sowiecki od wybuchu powstania nie pojawił się nad miastem. Zapewne Stalin używa tego jako atutu wobec Mikołajczyka”.

Niektórzy uczestnicy i świadkowie Powstania Warszawskiego z kręgu elit intelektualnych pokusili się o jego głębszą analizę polityczną. Pisarz i krytyk sztuki Zbigniew Florczak (1923-2005) – w 1944 roku żołnierz powstania – na łamach londyńskich „Wiadomości” w 1947 roku postawił tezę, że do powstania nie należało dopuścić tak ze względów politycznych, jak i wojskowych. Jego zdaniem „błąd był w intencji samej, a błędy wykonania były jedynie konsekwentną zemstą wypadków, tak lekkomyślnie sprowokowanych”. Swoje rozważania zakończył oskarżeniem: „Kiedy się ogarnia wspomnieniem tę gigantyczną improwizację, przychodzi na myśl, że była ona śmiertelną zniewagą i nadużyciem zaufania całego kraju, pogrążonego od pięciu lat w konspiracji. Bo Kraj wierzył w dokładny, cudownie precyzyjny jak mechanizm zegarka plan akcji i miał prawo w taki plan wierzyć”.

Uczestnikiem powstania, podczas którego został ranny, był też Stefan Kisielewski (1911-1991) – pisarz i publicysta, który w PRL nie ukrywał swojej niechęci do panującego ustroju. Po raz pierwszy Kisielewski ocenił powstanie we wrześniu 1945 roku na łamach „Tygodnika Powszechnego”: „Powstanie warszawskie nie było aktem dojrzałej męskości: było aktem zniecierpliwienia, młodzieńczej niepowściągliwości. I dlatego przyniosło szkodę podstawowemu aksjomatowi patriotyzmu, jakim jest – istnienie narodu ponad wszystko. Walka o honor kosztem 30% polskiego potencjału kulturalnego i gospodarczego była poniekąd aktem psychicznego egoizmu, krótkowzroczności, nieopanowania i – nieprzemyślenia”. Po raz drugi Kisielewski wrócił do tego tematu w 1949 roku. Napisał wówczas w „Tygodniku Powszechnym”: „Istotą myśli politycznej, jaka stała u założeń Powstania Warszawskiego, była próba realizowania – niemożliwości. (…) Jeśli polityka jest realizowaniem możliwości, to w założeniach Powstania Warszawskiego polityki nie było: był to czyn – antypolityczny, antykonstruktywny, jałowy, niszczycielski gest, to na pewno nie jest polityka”.

Podobnie krytyczną ocenę sformułował Jan Dobraczyński (1910-1994) – pisarz i działacz polityczny związany przed wojną i podczas wojny ze Stronnictwem Narodowym, a w Polsce Ludowej ze Stowarzyszeniem PAX, oficer AK i uczestnik powstania. W artykule „List do nieobecnego”, opublikowanym w sierpniu 1947 roku na łamach PAX-owskiego tygodnika „Dziś i Jutro”, pisał: „Wiedzieliśmy, że stoimy wobec czegoś co pachnie tragedią (…). Nie to było grzechem organizatorów powstań, że »mierzyli siły na zamiary«, ale to, że zamiary ich nie były mądre, a właściwie nawet, że zapytani o swe zamiary, nie umieli dać odpowiedzi, bo nie wiedzieli dobrze do czego dążą”.

Czesław Miłosz (1911-2004) nie uczestniczył w Powstaniu Warszawskim, ale był jego bezpośrednim świadkiem. W eseju biograficznym „Rodzinna Europa” (Paryż 1958) dał bardzo osobistą i zarazem jedną z najbardziej wstrząsających ocen powstania, za którą był wielokrotnie krytykowany: „Powstanie było przedsięwzięciem karygodnie lekkomyślnym, jakkolwiek dwieście tysięcy trupów zawsze waży na szali i nie da się odgadnąć, jak legenda, przekształcając się, działa w ciągu następnych dziesięcioleci i stuleci. Być może, gdyby mi dano sposób, wysadziłbym ten kraj w powietrze, żeby matki nie opłakiwały już zabitych na barykadach siedemnastoletnich synów i córek (…). Bo jest gatunek litości, którego nie można udźwignąć, i wtedy wysadza się jej przedmiot w powietrze przynajmniej subiektywnie, tj. owłada nami jedno jedyne pragnienie: żeby nie patrzeć”.

Krytyków Powstania Warszawskiego nie zabrakło również wśród tych intelektualistów, którzy nie byli jego uczestnikami lub bezpośrednimi świadkami, ale zewnętrznymi obserwatorami.

Pisarz i historyk Paweł Jasienica (właśc. Leon Lech Beynar, 1909-1970) uczestniczył w lipcu 1944 roku jako oficer AK w Operacji „Ostra Brama” – wystąpieniu bliźniaczo podobnym do Powstania Warszawskiego – nazywanym też czasem „powstaniem wileńskim”. Po wojnie krótko walczył w partyzantce antykomunistycznej. Następnie zabiegał o wyjście młodych ludzi z podziemia i w swojej publicystyce zwalczał u Polaków romantyczne podejście do rzeczywistości. W tym właśnie duchu sformułował w 1949 roku na łamach „Tygodnika Powszechnego” negatywną i wymowną opinię o zrywie powstańczym w Warszawie: „Jakżeby inaczej wyglądało dziś życie w Polsce, gdyby nie warszawskie cmentarzysko. Nie ma takiej dziedziny życia narodowego, która by tego ciężaru nie czuła. Powstanie warszawskie było wymierzone militarnie przeciwko Niemcom, politycznie przeciwko Sowietom, demonstracyjnie przeciw Anglosasom, a faktycznie przeciw Polsce”.

Publicysta, dyplomata i polityk Ignacy Matuszewski (1891-1946) – politycznie związany z obozem piłsudczykowskim – w artykule opublikowanym 1 sierpnia 1946 roku (na dwa dni przed swoją śmiercią) na łamach wychodzącego w Detroit „Dziennika Polskiego”, jako jeden z pierwszych dokonał rozróżnienia pomiędzy heroizmem walczącej Warszawy, a przywódcami, którzy spowodowali klęskę. „Wszystko, co w powstaniu było zwycięstwem, jest tryumfem tych, co w murach Warszawy walczyli. Wszystko, co w powstaniu warszawskim jest klęską, spada odpowiedzialnością na tych, co z daleka powstańcom kazali iść ku zgubie” – pisał Matuszewski.

Pisarz i eseista Andrzej Bobkowski (1913-1961) w opublikowanym w 1957 roku przez Instytut Literacki w Paryżu eseju biograficznym „Szkice piórkiem (Francja 1940-1944)” także nie oszczędził gorzkich słów Powstaniu Warszawskiemu: „Boję się wymówić słowo »bezsens«, ale samo podsuwa się na każdym kroku, gdy o tym myślę. Drugie słowo, którego się boję, a które też ciągle brzęczy w głowie to »prowokacja«. Na czyj rozkaz i po co Warszawa zerwała się do walki? Największe bohaterstwo, gdy jest bezcelowe, budzi gorzkie politowanie i nic więcej. Mówi się o nim jak o bohaterstwie szaleńca, który rzuca się pod pociąg, by go zatrzymać”.

Krytycznie do powstania odnosił się twórca paryskiej „Kultury” – Jerzy Giedroyć (1906-2000). W 1944 roku – jako żołnierz II Korpusu Polskiego – uznał zryw powstańczy w Warszawie za „katastrofę pogłębiającą beznadziejną sytuację Polski”. Na łamach paryskiej „Kultury” została w 1951 roku opublikowana recenzja książki gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego pt. „Armia Podziemna” oraz trzeciego tomu wydawnictwa „Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej”. Jej autor – Tadeusz Sołowij – wyraził się następująco: „Decyzję powstania podjęli w Kraju i Londynie ludzie karmiący się złudzeniami, nie mającymi żadnego pokrycia w ówczesnej sytuacji międzynarodowej. Wykonano ją w momencie, który przesądził z góry o klęsce planu, któremu powstanie miało służyć”.

Do Powstania Warszawskiego zaraz po wojnie odniósł się pisarz Stanisław Cat-Mackiewicz (1896-1966) – jeden z najbardziej znanych publicystów emigracyjnych występujących z pozycji realizmu politycznego. W opublikowanym w 1945 roku eseju „Lata nadziei. 17 września 1939 – 5 lipca 1945” nie szczędził słów krytyki rządowi londyńskiemu i dowództwu AK: „(…) ostatecznie nie byłoby powstania Warszawy, gdyby nasz rząd i nasze władze wojskowe w Londynie i w Warszawie nie chciały tego powstania. W tej sprawie nie ma winnego, są tylko winni i współwinni”.

Krytykę powstania z pozycji realizmu politycznego uprawiali po wojnie również liczni autorzy o orientacji endeckiej. Wśród nich znajdował się m.in. polityk i pisarz Jędrzej Giertych (1903-1992). W wydanej w 1986 roku w Londynie książce „Tysiąc lat historii polskiego narodu” Giertych postrzegał Powstanie Warszawskie jako dzieło ludzi będących „wyznawcami ideologii powstańczej, wedle której, w imię irracjonalnych wyobrażeń i uczuć, każde pokolenie polskie powinno ozdobić swoje życie zrobieniem powstania (…)”. Zwrócił uwagę, że powstaniu „były przeciwne zarówno kierownicze czynniki polityczne i rządowe polskie w Londynie, jak przeważna część patriotycznego społeczeństwa w kraju, rozumiejąca, że powstanie to żadnego pożytku Polsce nie przyniesie”. Argumentował, że podjęcie walki w stolicy „przyniosło tylko polityczną szkodę. Gdyby się Warszawa, objęta powstaniem, doczekała przybycia armii sowieckiej – co było nadzieją złudną – armia ta potrafiłaby rządy powstańcze w Warszawie skutecznie obezwładnić i usunąć”. Potrafił też zauważyć, że „Warszawa została po wojnie odbudowana. Jest wielką zasługą tych, co Polską od 1945 roku rządzili, że się na to wielkie dzieło zdobyli”.

Z powyższymi opiniami współbrzmią współcześnie oceny filozofa, prof. Bogusława Wolniewicza (1927-2017), które sformułował pod koniec życia: „Powstanie Warszawskie to była straszliwa katastrofa, którą przywódcy polscy – ci na emigracji i ci w kraju – ściągnęli na własny naród. 30 lipca Mikołajczyk przybył do Moskwy na rozmowy ze Stalinem. Uroił sobie, że mając w Warszawie zwycięskie powstanie będzie mógł z nim rozmawiać z pozycji siły. Sosnkowski, wódz naczelny, tchórzliwie zrobił unik i pojechał na inspekcję do Włoch, jakby to wtedy była sprawa najpilniejsza. Decyzję co do wybuchu zwalili na Komorowskiego, Jankowskiego, Pełczyńskiego i Okulickiego, a ci rozumem nie błysnęli – ani politycznym, ani strategicznym, ani żadnym innym”.

Wspomniany Tomasz Łubieński wyraził pogląd, że klęska powstania „zwiększyła groźbę zamienienia Polski w 17. republikę (gdyby taki plan miał być urzeczywistniony). Upływ najlepszej krwi osłabił wolę świadomego oporu”.

W ostatniej dekadzie do krytyków Powstania Warszawskiego dołączyli niektórzy prawicowi publicyści i historycy, znani z radykalnego antykomunizmu i krzewienia mitu „żołnierzy wyklętych”. Autorzy ci – posiłkując się krytyką Powstania Warszawskiego z pozycji realizmu politycznego – kreują jednocześnie mit powojennego „powstania antykomunistycznego”, politycznie przecież bardziej nierealistycznego niż zryw w stolicy z sierpnia 1944 roku. W ich narracji AK staje się powoli formacją mniej liczną niż „żołnierze wyklęci” i niewygodną politycznie, ponieważ walczącą z Niemcami, a nie z ZSRR i komunizmem. Trudno się w związku z tym oprzeć refleksji, że historia w Polsce nie uczy życia i myślenia politycznego ludzi aspirujących do bycia elitą polityczną.

Literatura:

S. Cat-Mackiewicz, Lata nadziei. 17 września 1939 – 5 lipca 1945, Kraków 2012.

Ciołkoszowa: powstańcze obrachunki, „Krytyka Polityczna”, http://www.krytykapolityczna.pl, 11.08.2013.

M. Dąbrowska, Dzienniki 1914-1965, t. 5 (1942-1947), Warszawa 2009.

J. Engelgard, M. Motas (red.), W imię czego ta ofiara? Obóz Narodowy wobec Powstania Warszawskiego, wyd. II, Warszawa 2017.

T. Łubieński, Ani tryumf, ani zgon. Szkice o Powstaniu Warszawskim, Warszawa 2009.

Z. Pasiewicz (oprac.), Dzienniki z Powstania Warszawskiego, Warszawa 2004.

Odpowiedzialni za Powstanie powinni byli stanąć przed sądem wojennym. Z prof. Bogusławem Wolniewiczem rozmawiają Rafał Pazio i Tomasz Sommer, http://www.nczas.com, 1.08.2014.

A. Świrszczyńska, Budowałam barykadę, Warszawa 1974.

[1] Cyt. za: N. Davies, Powstanie’44, Kraków 2004, s. 466.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 1 sierpnia 2018 r.

Przegląd” nr 31 (969), 30.07-5.08.2018, s. 8-13.

Poroszenko kreuje anty-Wołyń

8 lipca 2018 roku, kiedy prezydent Andrzej Duda oddawał hołd ofiarom ludobójstwa OUN i UPA na Wołyniu, Petro Poroszenko demonstracyjnie przyjechał do Sahrynia w powiecie hrubieszowskim, by oddać hołd… No właśnie, jakim ofiarom? Bynajmniej nie ofiarom „polskiej czystki etnicznej” – jak chce ukraińska historiografia nacjonalistyczna.

Co takiego stało się w Sahryniu podczas drugiej wojny światowej? 10 marca 1944 roku oddziały Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich dokonały uderzenia odwetowo-wyprzedzającego na bazy UPA w Łaskowie, Miętkiem, Modryniu, Sahryniu, Szychowicach i Turkowicach. Wszystkie te miejscowości znajdują się w powiecie hrubieszowskim, w gminach Mircze i Werbkowice. Skąd i po co wzięła się tam UPA w 1944 roku? Oddziały UPA przybyły na Zamojszczyznę na przełomie 1943 i 1944 roku z Wołynia. Ich celem była kontynuacja krwawego dzieła rozpoczętego na Wołyniu w 1943 roku – czyli ludobójczej czystki etnicznej na Polakach. Na Zamojszczyźnie jednak nie udała się UPA powtórka ludobójstwa z Wołynia, ponieważ istniało tam dobrze zorganizowane podziemie polskie, które rok wcześniej w wyniku tzw. powstania zamojskiego zmusiło okupanta niemieckiego do wstrzymania akcji wysiedleńczej ludności polskiej.

Polska akcja z 10 marca 1944 roku miała charakter wyprzedzający uderzenie ukraińskie, a jej celem było przede wszystkim zniszczenie baz UPA na ziemi hrubieszowskiej, by zapobiec powtórce ludobójstwa z Wołynia. Cel ten osiągnięto. W Sahryniu zginęło jednak kilkuset cywilów ukraińskich. Według Mariusza Zajączkowskiego – 234, a według ukraińskiego historyka Igora Hałagidy – 606. Trzeba przypomnieć, że na Wołyniu cywilni Ukraińcy byli wykorzystywani przez UPA do popełniania mordów na Polakach. Najprawdopodobniej właśnie dlatego AK potraktowała ich w Sahryniu na równi z UPA – czyli jak wroga. Winę za ich śmierć – tak samo jak winę za operację „Wisła” w 1947 roku – ponosi wyłącznie UPA, która przeniosła rozpaloną przez siebie pożogę z Wołynia na Zamojszczyznę i do Małopolski Wschodniej, a następnie na Rzeszowszczyznę i w Bieszczady. Nie można winić zagrożonych ludobójstwem Polaków o to, że nie dali się wymordować i nie można uznawać ukraińskich ofiar polskiej samoobrony za zabite w „czystce etnicznej”.

Dla nacjonalistycznej historiografii ukraińskiej i jej polskich sojuszników z szeroko pojętego obozu giedroyciowskiego Sahryń uchodzi jednak – wbrew elementarnym faktom – właśnie za symbol polskiej „czystki etnicznej” na Ukraińcach. Ma stanowić dowód na to, że nie było zamierzonego przez nacjonalistów ukraińskich ludobójstwa na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, że rzekomo miał tam miejsce „konflikt polsko-ukraiński”, ewentualnie „wojna chłopska”, z ofiarami po obu stronach. Oczywiście za sznurki mieli pociągać „Sowieci”, bo któż inny? Natomiast wina za doprowadzenie do „konfliktu” ma spoczywać wyłącznie na Polakach, którzy mieli gnębić Ukraińców poczynając od pańszczyzny i wojen kozackich w Polsce przedrozbiorowej, a na polityce narodowościowej II RP kończąc.

Tak wygląda ukraińsko-giedroyciowska narracja historyczna i w takie też tony uderzył w 75. rocznicę ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego Petro Poroszenko wraz z podległym mu aparatem państwowym, odpowiedzialnym za kreowanie ukraińskiej polityki historycznej. Nie ma oczywiście dla strony ukraińskiej i jej giedroyciowskich sojuszników znaczenia fakt, że już tylko sama dysproporcja ofiar – kilkaset ofiar ukraińskich w Sahryniu oraz od 100 do 130 tys. ofiar polskich na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej – czyni z Sahrynia symbol fałszywy jako przeciwwagę ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Jeszcze bardziej wymowny jest fakt, że prezydent Duda złożył wieniec w szczerym polu, w miejscu gdzie przed 75 laty istniała starta z powierzchni ziemi przez nacjonalistów ukraińskich polska wieś Kolonia Pokuta. Do dzisiaj nie ma tam – jak i w innych miejscach polskiego męczeństwa na Wołyniu – żadnego upamiętnienia, ponieważ na takowe uparcie nie wyraża zgody Ukraina. W przeciwieństwie do polskiego prezydenta pan Poroszenko urządził sobie uroczystość pod pomnikiem upamiętniającym ofiary ukraińskie, na którego powstanie w Sahryniu strona polska wyraziła zgodę.

Fakty i prawda są stale lekceważone przez stronę ukraińską. Usłyszeliśmy zatem od ukraińskiego prezydenta w Sahryniu krytykę „upolityczniania historii”. Poroszenko jednak nie sprecyzował kogo ma na myśli. „Jakiekolwiek próby wykorzystania przez jakiekolwiek siły polityczne pamięci historycznej dla podniesienia swoich notowań, są absolutnie niedopuszczalne. Mierzenie się przelaną krwią naszych narodów i zdobywanie dywidend politycznych na tragedii jest haniebne, jest nie do przyjęcia. Ta droga prowadzi donikąd. Uważam, że jest to zdrada pamięci niewinnych ofiar naszej wspólnej tragedii” – pouczał Poroszenko.

Do kogo zostały skierowane te słowa? Nie mam wątpliwości, że była to krytyka prezydenta Dudy, którego wyjazd na Wołyń miała przykryć właśnie impreza w Sahryniu. Oligarcha Poroszenko nie odpowiedział na podstawowe pytanie, którego zresztą w Polsce nikt mu nie odważył się zadać: dlaczego Ukraina nie przyzna, że nacjonaliści ukraińscy dopuścili się ludobójstwa na narodzie polskim i nie potępi tych zbrodni? Przecież to raz na zawsze zamknęłoby wszelkie „spory historyczne” i umożliwiłoby budowanie normalnych stosunków pomiędzy narodami polskim i ukraińskim. Oczywiście odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta. Ukraina nie może tego przyznać, ponieważ buduje swoją antyrosyjską tożsamość właśnie na kulcie i heroizacji nacjonalizmu ukraińskiego. A to oznacza negację jego zbrodni oraz kreowanie fałszywej narracji historycznej. Reżim kijowski ma w tym wsparcie zarówno ze strony pogrobowców nacjonalizmu ukraińskiego, jak i tych sił na Zachodzie i w USA, które od ćwierćwiecza mozolnie kreują antyrosyjską Ukrainę. No i oczywiście obozu giedroyciowskiego w Polsce.

Impreza w Sahryniu z udziałem prezydenta-oligarchy Poroszenki była niczym innym jak manifestacją pogardy dla polskich ofiar ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Podczas tej uroczystości kilkakrotnie wznoszono okrzyk „Sława Ukrajini – herojam sława!”, który był oficjalnym pozdrowieniem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów-Banderowców. Pierwotnie pozdrowieniu temu towarzyszył też faszystowski gest podniesionej ręki. Jakim „herojam” sława? Ano tym, którzy rąbali siekierami, kroili nożami, przecinali piłami, przybijali gwoździami do drzwi i ścian, rozrywali końmi oraz palili żywcem bezbronnych ludzi bez względu na wiek i płeć.

W Sahryniu oligarcha Poroszenko użył banderowskiego pozdrowienia „Sława Ukrajini – herojam sława!”, gdy tylko wysiadł ze swojej limuzyny. Pozdrowienie OUN-B padło też po wykonaniu hymnu ukraińskiego oraz po przemówieniu Poroszenki.

Po tym przemówieniu zabrał głos Grzegorz Kuprianowicz – prezes Towarzystwa Ukraińskiego w Lublinie. Usłyszeliśmy od niego, że Ukraińcy w Sahryniu mieli zginąć dlatego, że „mówili w innym niż większość języku i byli innego wyznania”. Oskarżył też Armię Krajową o dokonanie w Sahryniu „zbrodni przeciwko ludzkości”. Jeszcze dalej poszedł Petro Tyma – prezes Związku Ukraińców w Polsce. Domagał się on, żeby w polityce Ukrainy wobec Polski było miejsce „na tradycję i specyfikę Ukraińców pogranicza”. Chodziło mu o upamiętnienie „znanych Ukraińców wywodzących się z ziemi chełmskiej i przemyskiej”, w tym żołnierzy URL. Ale przecież także bojówkarzy OUN i UPA, czyż nie? „Jesteśmy gotowi do ofensywy, żeby te sprawy wynieść na wyższy poziom” – oświadczył Petro Tyma. Nie po raz pierwszy prezes Związku Ukraińców w Polsce zapowiada gotowość do ofensywy. Wymowna jest też odpowiedź, jaką uzyskał od Poroszenki: „Nic nas więcej nie rozdzieli, żadna granica” (wszystkie cytaty za: http://www.kresy.pl).

Po powrocie na Ukrainę Poroszenko udał się do miejscowości Gończy Bród na Wołyniu, gdzie wziął udział w kolejnej uroczystości upamiętniającej „Ukraińców – ofiary polsko-ukraińskiego konfliktu”. Według strony ukraińskiej Polacy służący w jakiejś niemieckiej formacji policyjnej mieli w tej miejscowości zabić w lutym 1944 roku kilkudziesięciu Ukraińców. Żaden poważny historyk nie zweryfikował tej informacji. W uroczystości w Gończym Brodzie wzięli udział m.in. żyjący jeszcze weterani UPA, a towarzyszyła jej banderowska symbolika z czerwono-czarnymi flagami OUN-B na czele.

Nie sposób nie zauważyć, że w 75. rocznicę ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego Petro Poroszenko wziął udział w obchodach wydarzeń nie związanych w jakikolwiek sposób ani z ludobójstwem nacjonalistów ukraińskich na narodzie polskim ani z samą rocznicą Krwawej Niedzieli 11 lipca 1943 roku. Co to oznacza? To oznacza, że w odpowiedzi na polskie obchody tej rocznicy oraz podnoszenie przez różne środowiska w Polsce sprawy odpowiedzialności nacjonalistów ukraińskich za wołyńsko-małopolskie genocidium atrox „czekoladowy król” Ukrainy rozpoczął polityczną operację kreowania „anty-Wołynia”.

Takie działania nie stanowią nowości w polityce. Nie jest dzisiaj tajemnicą, że ujawniając w 1990 roku zbrodnię katyńską Michaił Gorbaczow polecił – jeszcze wówczas historykom radzieckim – szukać „anty-Katynia”. A ci znaleźli 17-20 tys. jeńców bolszewickich, którzy zmarli w polskiej niewoli w latach 1919-1921. Tak samo postąpili Chorwaci, którzy wobec ogromu zbrodni popełnionych przez ustaszy na Serbach – w tym m.in. w obozie koncentracyjnym w Jasenovac (określanym jako „Auschwitz Bałkanów”) – znaleźli „anty-Jasenovac” w postaci masakry w Bleiburgu, popełnionej w maju 1945 roku przez Jugosłowiańską Armię Ludową na uciekających do Austrii ustaszach.

Jednakże kreowanie przez Poroszenkę Sahrynia i jakiegoś Gończego Brodu na „anty-Wołyń” nie posiada nawet takich pozorów autentyczności jak radziecki/rosyjski „anty-Katyń” i chorwacki „anty-Jasenovac”. To jest zabieg całkowicie karkołomny, nacechowany wyłącznie cyniczną kpiną z polskich ofiar ukraińskiego ludobójstwa. Po prostu najzwyklejsza hucpa. To jeszcze raz pokazuje, że pomajdanowa Ukraina jest państwem głęboko upadłym, o najniższych standardach afrykańskich, a nie partnerem do budowy tzw. Międzymorza, na co ciągle liczy obóz giedroyciowski w Polsce.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku pojawiło się w Rosji agresywne i głośne medialnie środowisko, które rozpoczęło szeroko zakrojoną kampanię cynicznego negowania zbrodni katyńskiej, w tym szukania „nowych dowodów” potwierdzających rzekomo niemieckie sprawstwo tej zbrodni. Środowisko to było skupione wokół wnuka Stalina – Jewgienija Dżugaszwili (1936-2016) – oraz jego adwokata Siergieja Strygina (1960-2017), który przedstawiał się też jako „historyk”. Znanymi postaciami tego środowiska byli również m.in. prawnik i publicysta Leonid Żura oraz dziennikarz i publicysta Jurij Muchin – lider stalinowsko-nacjonalistycznej organizacji Armia Woli Narodu.

Oprócz szeregu publikacji i wystąpień w mediach, negujących odpowiedzialność NKWD za zbrodnię katyńską, a także pisania protestów do najwyższych władz Rosji i Rosyjskiej Akademii Nauk – Strygin i Żura złożyli w imieniu Jewgienija Dżugaszwili wiele pozwów sądowych przeciw autorom i wydawcom podręczników, różnym mediom i dziennikarzom, a nawet Dumie Państwowej. Domagali się w nich wysokich odszkodowań pieniężnych za obciążanie Stalina i ZSRR odpowiedzialnością za zbrodnię katyńską i inne zbrodnie. Sądy rosyjskie odrzuciły jednak wszystkie ich pozwy, a władze rosyjskie nie podjęły tematu negacji zbrodni stalinowskich, w tym zbrodni katyńskiej. W listopadzie 2010 roku Duma Państwowa przyjęła uchwałę, w której stwierdziła, że zbrodnia katyńska jest zbrodnią reżimu stalinowskiego i została dokonana na bezpośredni rozkaz Stalina i innych przywódców radzieckich tego okresu. Takie jest oficjalne stanowisko Rosji.

Na Ukrainie natomiast negacja ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego stanowi podstawowy fundament państwowej polityki historycznej, bez którego nie jest możliwa heroizacja OUN i UPA, będąca warunkiem koniecznym w budowaniu antyrosyjskiej Ukrainy. Ta polityka historyczna jest prowadzona przez pomajdanowe władze w Kijowie wielopłaszczyznowo i z nakładem ogromnych środków. Obecnie polityka ta przeszła już w fazę kreowania „anty-Wołynia” z bezpośrednim udziałem Poroszenki. Nie da się ukryć antypolskiego charakteru takich działań i nie da się nad tym faktem przejść do porządku dziennego, chociaż obóz giedroyciowski – włącznie z jego skrzydłem w PiS – jest gotów to uczynić w imię budowania „Międzymorza”, czyli podtrzymywania przy życiu antyrosyjskiej Ukrainy.

O tendencjach panujących w obozie giedroyciowskim – przede wszystkim w jego najtwardszym jądrze, jakim jest Platforma Obywatelska – najlepiej świadczy wypowiedź Donalda Tuska, będąca zakamuflowaną krytyką rocznicowej wizyty prezydenta Dudy na Wołyniu. Na drugi dzień po hucpie Poroszenki w Sahryniu przewodniczący Rady Europejskiej wezwał do „załagodzenia napięć pomiędzy Polską a Ukrainą”. Wezwał oczywiście jedynie Warszawę, chociaż nie powiedział tego wprost. „Tylko pełna solidarność pomiędzy Ukrainą i Polską może nas uchronić w przyszłości przed powtórką z tragicznej historii. Niezawisłość Ukrainy, bezpieczeństwo Polski i całego regionu zależą w ogromnej mierze od relacji między Kijowem a Warszawą. Ostatnie napięcia pokazują, że nie wszyscy odrobili swoje lekcje z historii” – powiedział Tusk (cyt. za: http://www.newsweek.pl).

Nihil novi. To jest katechizm giedroycizmu w pigułce. Nie domagajcie się od Ukrainy rozliczeń historycznych i nie przeszkadzajcie Poroszence w kreowaniu „anty-Wołynia”, bo bez istnienia antyrosyjskiej Ukrainy nie będzie istnieć Polska, którą natychmiast zajmą wojska rosyjskie razem z połową Europy. Tak należy przetłumaczyć Donalda Tuska.

Minister spraw zagranicznych Węgier Péter Szijjártó powiedział 18 lipca 2018 roku w wywiadzie dla ukraińskiego portalu Europejska Prawda: „(…) nie jest mi potrzebna ani Rosja, ani Ukraina, ani jakikolwiek inny kraj, żeby określić naszą strategię co do węgierskojęzycznej mniejszości. Jesteśmy dostatecznie dojrzali, żeby podejmować decyzje samodzielnie. Węgry nie są prorosyjskie ani proamerykańskie. Są prowęgierskie” (cyt.za: http://www.kresy.pl).

W Polsce jakoś nikt nie potrafi zrozumieć, że należy prowadzić politykę propolską, a nie antyrosyjską.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 26 lipca 2018 r.

„Myśl Polska” nr 31-32 (2199/2200), 29.07-5.08.2018, s. 4-5

Kto zdenazyfikuje Ukrainę?

1 lipca Petro Poroszenko złożył najlepsze życzenia państwu, które uznał za „najbardziej szczerego przyjaciela Ukrainy”. Cóż to jest za państwo? Może to najbliższy zachodni sąsiad Ukrainy? Tak mogłoby się wydawać zważywszy, że władze w Warszawie od 1991 roku nieustannie wspierają Ukrainę. A to poprzez „pożyczki spreadowe” z rezerwy Narodowego Banku Polskiego, a to wyrażając sprzeciw wobec gazociągu jamalskiego, a teraz Nord Stream 2, ponieważ godzą one w interesy Ukrainy, a to żądając na forum UE w interesie Ukrainy nowych sankcji wobec Rosji itd. Nie mówiąc już o utrzymywaniu ekonomicznym Ukrainy przez Polskę – w tym finansowaniu przez polski budżet ukraińskiego systemu emerytalnego – oraz przyjmowaniu w Polsce ogromnej imigracji ukraińskiej, której daje się pracę i mieszkania, zapewnia bezpłatne studia, a nawet bezpłatne przejazdy komunikacją miejską. Tak wygląda polityka III RP wobec Ukrainy. Można ją podsumować znanym sloganem Tadeusza Mazowieckiego o „postawie służebnej”.

Ale to niestety nie Polskę miał na myśli władający Ukrainą oligarcha Poroszenko. „Nie ma na świecie drugiego tak szczerego przyjaciela Ukrainy jak Kanada” – napisał Poroszenko z okazji przypadającego 1 lipca święta narodowego tego państwa. W związku z tym życzył Kanadzie, „w której żyją tacy wspaniali ludzie”, przede wszystkim „szczęścia i rozkwitu”[1].

To zupełnie oczywiste. Kanada przyjęła po drugiej wojnie światowej prawie całą banderowską diasporę – większość zbrodniarzy z OUN, UPA i dywizji Waffen-SS „Galizien”, którzy dzięki wstawiennictwu za nimi u aliantów gen. Władysława Andersa uniknęli wydania w ręce ZSRR. Dzięki wsparciu Kanady wielu z nich mogło robić kariery naukowe historyków i politologów, pisać i rozpowszechniać w języku angielskim publikacje o UPA jako „ruchu wyzwoleńczym” i „armii nieśmiertelnych”, negujące jej kolaborację z III Rzeszą i jej ludobójcze zbrodnie. Banderowski skansen w Kanadzie odegrał kluczową rolę w przeszczepieniu dżumy nacjonalizmu Doncowa i Bandery na niepodległą Ukrainę po 1991 roku i sprowadzeniu tego kraju na polityczne manowce w wyniku przewrotów z 2004 i 2014 roku. Pielęgnująca na swojej ziemi banderowskie chwasty Kanada jako pierwsza wprowadziła w 2014 roku antyrosyjskie sankcje, ubiegając tym krokiem USA i UE. Jako pierwsza rozpoczęła też dostawy broni na pomajdanową Ukrainę. Z ukraińskiej diaspory – liczącej tam 1,3 mln osób – rekrutowali się także liczni ochotnicy do banderowskich bojówek na Majdanie i paramilitarnych formacji pacyfikujących Donbas. Z kolei ukraińska ambasada w Kanadzie zamieszczała w Internecie mapy, na których południowo-wschodnie tereny Polski były zaznaczone jako ziemie ukraińskie. Oczywiście bez reakcji ze strony władz kanadyjskich.

Wdzięczność oligarchy Poroszenki wobec Kanady jest więc całkowicie zrozumiała. Ostentacyjna manifestacja tej wdzięczności ze strony Poroszenki pokazuje, że pamajdanowa Ukraina ma na świecie większych i możniejszych przyjaciół niż Polska i dlatego na polskiej przyjaźni nie musi jej zależeć. I nie zależy.

Oligarcha Poroszenko bynajmniej nie zapomniał w tych dniach także o Polsce. 75. rocznica banderowskiego ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej oraz zapowiedziane w Warszawie podniosłe społeczne obchody tej rocznicy skłoniły reżim w Kijowie do działania. Rząd Ukrainy zapowiedział zorganizowanie 6 lipca uroczystości, która ma być przeciwwagą dla uroczystości wołyńskich w Warszawie. Wicepremier Ukrainy Pawło Rozenko oraz szef Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wiatrowycz wybierają się 6 lipca do miejscowości Rudka Kozińska na Wołyniu, by uczcić rzekome wymordowanie w tej wsi 17 Ukraińców przez „300 uzbrojonych ludzi, przeważnie Polaków” 9 lipca 1943 roku. Ukraina będzie więc czcić na wołyńskiej ziemi w rocznicę ludobójstwa banderowskiego na narodzie polskim rzekomy mord polski na 17 Ukraińcach. Na tak bezczelną ukraińską prowokację w przededniu rocznicy Krwawej Niedzieli, prowokację w typowo banderowskim stylu, ze strony władz w Warszawie nie ma tradycyjnie żadnej reakcji[2].

To na władzach w Warszawie – nie tylko zresztą na władzach, ale też na opozycji, na całej „klasie politycznej” – spoczywa obowiązek ultymatywnego żądania od Ukrainy zaprzestania negacji ludobójstwa OUN-UPA na Polakach i gloryfikacji jego sprawców. Dopóki Ukraina nie zmieni swojej polityki historycznej, powinna być ze strony polskiej izolowana na arenie międzynarodowej. Państwo nazywające się Rzeczpospolitą Polską ma moralny obowiązek ze względu na co najmniej 130 tys. Polaków wymordowanych w latach 1943-1944 przez banderowców na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, którym pomajdanowa Ukraina odmawia do tej pory chrześcijańskiego pochówku i upamiętnienia, domagać się na arenie międzynarodowej politycznego i gospodarczego bojkotu reżimu w Kijowie. Państwo nazywające się Rzeczpospolitą Polską ma także moralny obowiązek ostrzegać społeczność międzynarodową przed demonami przeszłości, które doszły do głosu na Ukrainie po 2004 i 2014 roku. A co robi to państwo? Kogo wspierają, kogo reprezentują i komu służą jego elity? Tak rządowe, jak i opozycyjne?

Polityka polska ponosi ogromną odpowiedzialność za – trzeba to nazwać po imieniu – nazyfikację Ukrainy, jaka ma miejsce od przewrotu kijowskiego w 2014 roku. Oczywiście osoby takie jak Jerzy Targalski czy Przemysław Żurawski vel Grajewski stanowczo zaprzeczają takiemu nazwaniu rzeczy po imieniu, a każdego kto tak nazywa rzecz po imieniu mianują od razu „agentem Rosji”. To jednak w niczym nie zmienia stanu rzeczy. A stan rzeczy jest taki, że Ukraina brunatnieje.

Przykładów tego jak demony przeszłości, wyciągnięte z trumien w 2004 i 2014 roku, hulają sobie po Ukrainie można podać wiele. Odwołam się do najnowszych przykładów ze Lwowa.

W marcu tego roku departament oświaty i nauki Lwowskiej Obwodowej Państwowej Administracji (a więc centralnej administracji rządowej, nie lokalnego samorządu) zorganizował konkurs plastyczny dla młodzieży na temat „Ukraińscy ochotnicy w szeregach dywizji Galicja 1943-1945”. Oczywiście chodzi – czego w nazwie konkursu kłamliwie nie podano – o ukraińską dywizję Waffen-SS „Galizien” („Hałyczyna”), odpowiedzialną za zbrodnie na ludności polskiej oraz udział w tłumieniu Słowackiego Powstania Narodowego (1944) i walki z partyzantką jugosłowiańską. Uczeń lub student, który zdobył pierwsze miejsce w tym konkursie mógł wygrać trzy tysiące hrywien. Dla pozostałych przewidziano nagrody po dwa tysiące i tysiąc hrywien, dyplomy, książki i koszulki.

Wręczenie nagród odbyło się 28 kwietnia podczas dorocznego marszu nacjonalistów i neonazistów ukraińskich we Lwowie ku czci rocznicy – w tym roku 75-tej – powstania dywizji Waffen-SS „Galizien”. Dotychczas obchody tej rocznicy organizowały różne formacje postbanderowskie, neobanderowska partia „Swoboda” i zdominowany przez nią samorząd Lwowa. W tym roku po raz pierwszy w obchody rocznicy powstania galicyjskiej dywizji SS włączyły się władze państwowe Ukrainy, które ambasador Jan Piekło, polski rząd i polskie media mainstreamowe bronią do upadłego przed oskarżeniami o związki z nacjonalizmem ukraińskim, a co dopiero z nazizmem. Z inicjatywy Lwowskiej Obwodowej Państwowej Administracji – czyli administracji podległej „demokratycznemu” rządowi Wołodymyra Hrojsmana – zorganizowano w tym roku wystawę ku czci dywizji Waffen-SS „Galizien”. „Ponad 80 tysięcy ochotników z Zachodniej Ukrainy zgłosiło się do naboru do dywizji, która w perspektywie miała stać się główną armią niezależnej Ukrainy” – napisała w anonsie owej wystawy ukraińska administracja państwowa we Lwowie[3]. Miała stać się nazistowską armią nazistowskiej Ukrainy u boku Niemiec hitlerowskich – taka jest prawda historyczna.

Na wystawie tej, otwartej z wielką pompą w samym centrum Lwowa, zaprezentowano umundurowanie i uzbrojenie dywizji Waffen-SS „Galizien” oraz przedstawiono jej kłamliwie spreparowaną historią. Nie było oczywiście ani słowa o zbrodniach ukraińskich esesmanów. Partnerami administracji państwowej we Lwowie w uczczeniu 75. rocznicy powstania dywizji Waffen-SS „Galizien” były Korpus Narodowy – neobanderowska, a właściwie neonazistowska partia polityczna utworzona przez weteranów pułku ochotniczego „Azow” (tego, który używa jako emblematu „wilczego haka” dywizji Waffen-SS „Das Reich”) – oraz neobanderowski batalion „Ajdar”, który swego czasu spotkał się z wielką sympatią ze strony „Gazety Polskiej” oraz posłanki PiS Małgorzaty Gosiewskiej[4]. Warto przypomnieć, że brytyjski dziennik „Guardian” już trzy lata temu potwierdził, że batalion „Ajdar” odwoływał się do symboliki nazistowskiej – m.in. używając emblematu 36. Dywizji Grenadierów Waffen-SS „Dirlewanger”[5].

Steki ludzi paradowały 28 kwietnia 2018 roku po ulicach Lwowa w mundurach SS – formacji uznanej przez Trybunał Norymberski za zbrodniczą, której wychwalanie jest karane w wielu krajach świata. Tego w Warszawie, Waszyngtonie, Brukseli, Londynie, Berlinie i Paryżu nikt nie widzi? Czy jest do pomyślenia, żeby np. władze państwowe Niemiec zorganizowały obchody rocznicy powstania jakiejś dywizji SS, żeby uczciły ją konkursem plastycznym dla młodzieży i wystawą plenerową oraz marszem ludzi w mundurach SS w centrum jakiegoś dużego niemieckiego miasta? Jaka wtedy byłaby reakcja świata? W wypadku Ukrainy takiej reakcji niema. Dlaczego? Dlatego, że Ukraina dostała koncesję na rehabilitację nazizmu? Jeśli tak, to od kogo ją dostała? Od USA, czy także od RFN? No i po co ją dostała? Jaki jest cel perspektywiczny instalowania neonazistowskiego skansenu na Ukrainie przy dyskretnym milczeniu Zachodu?

Nikt nie zastanawia się też, zwłaszcza w Warszawie, jaki wpływ na wychowanie, osobowość i świadomość ukraińskiej młodzieży będzie miało formowanie jej charakterów na tego typu treściach? Przecież tak zindoktrynowana młodzież ukraińska – wychowana na kłamstwie historycznym, negacji i trywializacji zbrodni oraz ideologii nienawiści opakowanej w papierek „patriotyzmu”– masowo przyjeżdża do Polski. Nikt nie zastanawia się do czego ta młodzież może zostać użyta, na Ukrainie lub gdziekolwiek indziej? Przecież to jest doskonały materiał dla wszelkich organizacji terrorystycznych i ruchów ekstremistycznych.

Jak wygląda wychowanie współczesnej młodzieży ukraińskiej, pokazała afera Marjany Batiuk. Pani Marjana Batiuk ma tylko 28 lat, ale do niedawna była nauczycielką historii i wicedyrektorką szkoły miejskiej nr 100 we Lwowie. Taki awans zawdzięczała w tak młodym wieku niewątpliwie przynależności do neobanderowskiej partii „Swoboda”, z której ramienia zasiada w Radzie Miasta Lwowa. Jako radna lwowskiego samorządu pani Batiuk zasłynęła dotychczas inicjatywą w sprawie wywieszania flagi OUN-UPA na równi z flagą państwową, projektem uchwały w sprawie zakazu śpiewania piosenek po rosyjsku, czy przyozdobieniem mównicy w lwowskim ratuszu wraz z innymi radnymi „Swobody” flagą banderowską. 20 kwietnia br. – w 129. rocznicę urodzin Adolfa Hitlera – pani Batiuk zamieściła na swoim koncie na Facebooku zdjęcie wodza III Rzeszy z podpisem: „Wielki człowiek, jakby nie patrzeć…”. Dołączyła do tego symbol serca i dwa cytaty z „Mein Kampf”[6].

Jej wpis na Facebooku został bardzo szybko rozpowszechniony przez internautów na całym świecie i wywołał międzynarodowy skandal. To spowodowało, że mer Lwowa Andrij Sadowy zwolnił po kilku dniach panią Marjanę Batiuk z pracy. „Nie dopuścimy do tego, by we lwowskich szkołach pracowali ludzie, którzy chwalą tych, którzy zabili miliony Ukraińców” – ogłosił publicznie mer Lwowa i zarazem przywódca „umiarkowanie nacjonalistycznej” partii „Samopomoc”[7].

Oczywiście pan Andrij Sadowy wykazał się wielką obłudą, ponieważ pani Marjana Batiuk zamieszczała tego typu treści na Facebooku od wielu lat. Internauci udostępnili screeny innych wpisów na tym portalu społecznościowym, w których radna „Swobody” wyrażała się pozytywnie o III Rzeszy lub wyciągała rękę w hitlerowskim pozdrowieniu. Jakoś nie budziło to wtedy sprzeciwu pana mera Sadowego ani władz szkolnych we Lwowie. Nie było też ich sprzeciwu jak Batiuk pochwalała na Facebooku neonazistowską symbolikę pułku „Azow” i Korpusu Narodowego, ani jak chwaliła się, że jej uczniowie bawili się w akcję rekrutacyjną do dywizji Waffen-SS „Galizien”, ani jak zamieściła swoją fotografię z podpisem: „Jestem banderowcem, czym się szczycę”. To wszystko było w porządku, dopóki nie wybuchła afera międzynarodowa z powodu jej wpisu z okazji rocznicy urodzin Hitlera.

Ale przecież dwa dni wcześniej – 18 kwietnia – pani Batiuk oficjalnie uczestniczyła razem ze swoimi uczniami w prezentacji umundurowania i broni dywizji Waffen-SS „Galizien” na wspomnianej wystawie plenerowej, którą zorganizowała lwowska administracja państwowa. W otwarciu tej wystawy uczestniczył także pan mer Andrij Sadowy. Może zatem siebie powinien zwolnić on w pierwszej kolejności. O tym, jakie panują nastroje wśród Ukraińców we Lwowie najlepiej świadczy fakt, że 27 kwietnia w obronie Marjany Batiuk „spontanicznie” demonstrowało w tym mieście około 200 osób – jej uczniów, rodziców tych uczniów i działaczy neobanderowskiej „Swobody”[8].

Zachowało się w Internecie zdjęcie z wizyty Marjany Batiuk i jej uczniów na wystawie plenerowej ku czci dywizji Waffen-SS „Galizien”. Widzimy na nim pięciu chłopców w wieku 10-14 lat, którzy pozują z niemiecką bronią z okresu drugiej wojny światowej. Za nimi stoi ich koleżanka oraz czterech mężczyzn w mundurach esesmańskich. Obok uśmiecha się młoda kobieta o ciemnoblond włosach, w czerwonej kurtce i dżinsach. To Marjana Batiuk. Na innym zdjęciu z jej konta na Facebooku widzimy czterech jej uczniów, którzy mają chyba niewiele ponad 10 lat, stojących z wykonanymi przez siebie emblematami dywizji Waffen-SS „Galizien” oraz z rękami wyciągniętymi w hitlerowskim pozdrowieniu. Tak Marjana Batiuk uczyła ich historii. Tak się na Ukrainie – państwie stowarzyszonym z Unią Europejską – uczy młodzież historii.

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Musi się tutaj zrodzić pytanie o to kim będą w przyszłości uczniowie Marjany Batiuk. Co wyrośnie z tych dzieci zatrutych kultem kolaboracyjnej, hitlerowskiej i zbrodniczej formacji, wychowanych na kłamstwie oraz relatywizacji dobra i zła? Do czego ci chłopcy zostaną użyci, gdy jako dorośli otrzymają broń do ręki od epigonów Stepana Bandery i Romana Szuchewycza?

Tych pytań nikt sobie w Warszawie nie stawia, bo w Warszawie miarodajne są tylko pytania stawiane przez ambasadę USA. Przypadek pani Batjuk nie jest odosobniony i nie dotyczy tylko sytemu edukacji na Ukrainie. W połowie maja tego roku wyszło na jaw, że konsul Ukrainy w Hamburgu Wasyl Maruszczyneć od lat zamieszczał na swoim profilu na Facebooku skrajnie szowinistyczne treści wobec Polaków, Żydów, Węgrów, Romów i innych narodowości. Zapowiadał wyzwolenie siłą ziem ukraińskich aż „do Warty. Albo nawet do Odry-Nysy!”. Twierdził, że Aryjczycy to „najbardziej starodawna nazwa dawnych Ukraińców, która jest nam znana. Pierwsi oracze świata. Udomowili konia, wynaleźli koło i pług. Pierwsi na świecie uprawiali żyto, pszenicę i proso. Swoje umiejętności uprawy roli i rzemiosła zanieśli do Chin, Indii, Mezopotamii, Palestyny, Egiptu, Północnych Włoch, na Bałkany, do Zachodniej Europy i Skandynawii” (to jest parafraza tekstu z „Mein Kampf” Hitlera, jakby ktoś nie wiedział). Maruszczyneć zamieścił też mapę przyszłego aryjskiego imperium ukraińskiego, które będzie graniczyć z Niemcami po podziale ziem polskich. „Niech żyje teutońsko-aryjska (dzisiaj niemiecko-ukraińska) przyjaźń!” – podpisał tę mapę Maruszczyneć[9].

To nie jest kolejny odosobniony przypadek. To jest oblicze ideowo-polityczne ludzi, którzy doszli do władzy na Ukrainie w wyniku brutalnego przewrotu z 2014 roku, wspieranego przez USA i Zachód. Tak wyglądają ludzie, którzy stoją za plecami Poroszenki i Hrojsmana. To są partnerzy polityczni i antyrosyjscy sojusznicy polskiej „klasy politycznej”. Zarówno tej jej części, której patronuje „Gazeta Polska”, jak i tej, której patronuje „Gazeta Wyborcza”. Ideowo-politycznego oblicza tych partnerów nie da się ukryć, choćby nie wiem jak głośno polska „klasa polityczna” wyzywała od „agentów Rosji” każdego kto to upiorne oblicze jej ukraińskich partnerów odsłoni.

Rodzi się pytanie, czy polska „klasa polityczna” rzeczywiście nie rozumie, że jej ukraińscy partnerzy nie zamierzają budować razem z nią żadnego „Trójmorza” ani czegokolwiek innego. To nie był, nie jest i nigdy nie będzie ich cel polityczny.

Pisałem już kiedyś, że z nacjonalizmem ukraińskim w wersji banderowskiej, czyli nazistowskiej, żartów nie ma. Dlatego rodzi się też pytanie o to, kto zdenazyfikuje Ukrainę. Na pewno nie zrobią tego Stany Zjednoczone Ameryki, które nigdy nie troszczyły się, nie troszczą i nie będą się troszczyć o wielowymiarowe skutki swojej polityki destabilizacji kolejnych państw i obszarów geopolitycznych.

Kto zdenazyfikuje Ukrainę i ile ofiar będzie to kosztować, w tym też ofiar polskich?

[1] „Poroszenko pisze o najbardziej szczerym przyjacielu Ukrainy”, http://www.kresy.pl, 3.07.2018.

[2] „Ukraina organizuje wołyńskie kontrobchody”, http://www.kresy.pl, 5.07.2018.

[3] „Lwów: państwowe władze zorganizowały konkurs dla młodzieży z okazji 75-lecia SS Galizien”, http://www.kresy.pl, 24.04.2018.

[4] „We Lwowie prezentowano mundury i uzbrojenie Waffen-SS Galizien”, http://www.kresy.pl, 20.04.2018.

[5] „The Guardian potwierdza: dirlewangerowcy w szeregach ukraińskich ochotników”, http://www.kresy.pl, 7.03.2015.

[6] „Radna Swobody ze Lwowa o Hitlerze: wielki człowiek”, http://www.kresy.pl, 20.04.2018.

[7] „Ukraińską radną, która chwaliła Hitlera, zwolniono z pracy w szkole”, http://www.kresy.pl, 25.04.2018.

[8] „Lwów: »spontaniczny protest« w obronie radnej Swobody, która wychwalała Hitlera”, http://www.kresy.pl, 28.04.2018.

[9] „Konsul Ukrainy wzywał do odebrania »ukraińskich ziem« Polsce? MSZ Ukrainy wyjaśnia”, http://www.kresy.pl, 14.05.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 lipca 2018 r.

„Myśl Polska” nr 29-30 (2197/98), 15-22.07.2018, s. 4-5

Bez poczucia winy. Przyczyny fałszowania historii OUN i UPA na Ukrainie

Na przełomie 2013 i 2014 roku polskie elity polityczne powszechnie poparły brutalny przewrót polityczny na Ukrainie. Poparciu temu towarzyszył, widoczny zwłaszcza w mediach, graniczący z euforią entuzjazm. Jak zwykle w polskiej polityce, zabrakło chłodnej refleksji. Nie przyjmowano wtedy do wiadomości nielicznych głosów ostrzegających przed widocznymi na kijowskim Majdanie upiorami przeszłości w postaci osób i organizacji odwołujących się do tradycji i symboliki nacjonalizmu ukraińskiego. Wręcz przeciwnie, z „Gazety Polskiej” można się było wtedy dowiedzieć, że dopiero z „wolnymi ludźmi” można będzie prowadzić dialog na „trudne tematy” przeszłości.

Dzisiaj wiemy, że ten dialog jest prawie niemożliwy. Dzisiaj strona ukraińska nie przyjmuje do wiadomości nie tylko oczywistych faktów historycznych dotyczących zbrodniczej działalności Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, ale nawet wyników ekshumacji w Hruszowicach. Dzisiaj jest już oczywiste, że pomajdanowa Ukraina nie chce historycznego rozliczenia ze zbrodniczą przeszłością formacji, których pamięć kultywuje i uznaje za fundament ukraińskiej tożsamości narodowej. Nie chce przede wszystkim dopuścić do upamiętnienia ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, ich ekshumacji i godnego pochówku.

Od czasu pierwszego przewrotu politycznego na Ukrainie z 2004 roku rozszerza się w przestrzeni publicznej tego kraju kult najbardziej ponurych postaci symbolizujących nacjonalizm ukraiński, jak Stepan Bandera, Roman Szuchewycz, Dmytro Doncow, Jarosław Stećko, Mykoła Łebedź, Dmytro Klaczkiwski, Petro Diaczenko i in. Czci się tam dzisiaj każdy przejaw antypolskiego szowinizmu od rzezi humańskiej po rzeź wołyńską. Skrajnym przejawem takich działań były ubiegłoroczne obchody Roku UPA na Wołyniu, zainicjowane przez tamtejszą Radę Obwodową.

Przyznanie się do zbrodni i ich potępienie oznaczałoby konieczność odrzucenia tradycji nacjonalistycznej i niemożliwość budowania w oparciu o nią antyrosyjskiej tożsamości Ukrainy. Ze strony polskich środowisk proukraińskich słychać niekiedy usprawiedliwiające głosy, że Ukraina nie ma innej tradycji historycznej, na której mogłaby wykreować antyrosyjską tożsamość. To niech jej nie kreuje.

Nacjonalizm ukraiński nie był czymś wyjątkowym w europejskich realiach lat 30. i 40. XX wieku. Na tle podobnych mu ruchów – wzorujących się na faszyzmie bądź nazizmie, bazujących na szowinizmie i populizmie – wyróżniał się jednak radykalizmem doktryny i okrucieństwem zbrodni. Prof. Bogumił Grott scharakteryzował ideologię nacjonalizmu ukraińskiego następująco: Filozofia ta świetnie nadawała się do konstrukcji państwa totalitarnego i była używana do usprawiedliwiania, a nawet zachęcania do wszelkiej eksterminacji. Taką też rolę spełniła w stosunku do zamieszkujących południowo-wschodnie Kresy II Rzeczypospolitej Polaków, Żydów, a nawet i mających inne poglądy Ukraińców[1].

Nacjonalizm ukraiński był zatem wytworem swojej epoki. Jednakże nie zniknął wraz ze swoją epoką. Przetrwał po drugiej wojnie światowej na emigracji w RFN, Kanadzie i USA, skąd był stopniowo przeszczepiany po 1991 roku na niepodległą Ukrainę.

Ukraiński historyk Wiktor Poliszczuk (1925-2008) wielokrotnie podkreślał, że nigdy nie powstanie wolna i demokratyczna Ukraina bez właściwej oceny tego czym był i jest nacjonalizm ukraiński. Oceny prowadzącej do jego całkowitego odrzucenia jako podstawy, na której można cokolwiek budować. W swojej pracy „Ludobójstwo nagrodzone. Problem nacjonalizmu ukraińskiego w Polsce w zarysie” Poliszczuk ostrzegał: Ktokolwiek broni nacjonalizmu ukraińskiego, tym samym broni faszyzmu i jego ukraińskiej odmiany, jego zbrodni ludobójstwa. (…) Wobec niezmienności zasad ideologicznych i założeń programowych nacjonalizmu ukraińskiego, nie można lekceważyć zagrożenia, jakie może płynąć ze strony tego nacjonalizmu dla Polski, jak też dla Ukrainy[2]. Natomiast w książce „Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa” Poliszczuk stwierdził wprost, że „nacjonalizm ukraiński jest chorobą nieuleczalną”[3].

Ta choroba 80-70 lat temu objęła mniejszość narodu ukraińskiego i zrodziła wówczas ludobójstwo. Dzisiaj próbuje się w oparciu o nią kształtować tożsamość historyczną antyrosyjskiej Ukrainy. Nie można tego czynić inaczej, bo po prostu się nie da, bez zafałszowania historii OUN i UPA, w tym przede wszystkim bez negacji odpowiedzialności tych formacji za zbrodnie popełnione głównie na narodzie polskim.

Ludobójstwo popełnione przez formacje OUN-B (banderowców) i UPA na Polakach w latach 1943-1944 pochłonęło według różnych szacunków od 100 do 130 tys. ofiar. Prof. Ryszard Szawłowski sklasyfikował zbrodnie banderowskie wyżej od niemieckich i radzieckich jako specjalnie kwalifikowaną zbrodnię ludobójstwa, którą określił łacińskim terminem genocidium atrox (ludobójstwo dzikie, okrutne, zwyrodniałe). Powodem takiego zakwalifikowania ludobójstwa banderowskiego jest to, że było to ludobójstwo „totalne” (całościowe) połączone przeważnie ze stosowaniem najbardziej barbarzyńskich tortur wobec zabijanych ofiar[4].

Rehabilitacja OUN i UPA nie zaczęła się na Ukrainie dopiero po przewrotach z 2004 i 2014 roku. W zbrodni ludobójstwa bardzo ważna jest jego faza pogenocydalna, która polega na zacieraniu śladów zbrodni i jej negacji. Rozpoczyna się ona wraz z fazą genocydalną – kiedy sprawcy negują zbrodnię jednocześnie z jej popełnianiem. W wypadku ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego faza pogenocydalna rozpoczęła się w połowie 1943 roku, a wiec w momencie apogeum genocidium atrox na Wołyniu. Wtedy właśnie kierownictwo OUN-B po raz pierwszy oficjalnie zaprzeczyło swojej odpowiedzialności za szokujące poziomem barbarzyństwa masowe mordy na ludności polskiej[5]. Równocześnie wydano rozkaz preparowania dowodów mających zrzucić odpowiedzialność za pogromy na Żydach z 1941 roku na Niemców i Polaków[6].

W październiku 1943 roku kierownictwo OUN-B ogłosiło, że „ani naród ukraiński, ani Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów” nie mają nic wspólnego z tym, co stało się z Polakami na Wołyniu. W wydanym wówczas oświadczeniu OUN-B nazwało „wydarzenia, które miały miejsce w ostatnich miesiącach na ukraińskich ziemiach” obopólną „rzeźnią”, w której brały udział osoby działające w interesie niemieckim lub radzieckim. Winą za te „wydarzenia” obarczono Polaków, wskazując na cztery rzekome przyczyny: napięte stosunki pomiędzy Polakami a Ukraińcami z powodu rzekomo „eksterminacyjnej” polityki antyukraińskiej II RP, rzekome rozpoczęcie przez Polaków planowanego niszczenia ukraińskiej populacji ziemi chełmińskiej i hrubieszowskiej, rzekome wspomaganie przez Polaków okupanta niemieckiego i partyzantki radzieckiej w „akcjach antyukraińskich” oraz „systematyczne pogromy” dokonywane rzekomo na Ukraińcach przez Polaków służących w policji niemieckiej[7].

Ta narracja funkcjonuje w niezmienionej formie do dzisiaj w kręgach epigonów ruchu banderowskiego oraz w polityce historycznej pomajdanowej Ukrainy, kreowanej przez Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej. Istotą tej narracji jest zrzucenie odpowiedzialności za „wydarzenia wołyńskie” na Polaków i II RP oraz zakłamanie ich charakteru jako rzekomej „wojny chłopskiej” lub „drugiej wojny polsko-ukraińskiej” (pierwsza miała miejsce w latach 1918-1919). Niekiedy też dodatkowo ma miejsce wskazywanie jako sprawców bezpośrednich ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego partyzantki radzieckiej lub „sowieckiej agentury wpływu”. Echa takiej narracji znajdujemy m.in. w wypowiedziach niektórych proukraińskich polityków polskich, jak np. Bronisława Komorowskiego z lipca 2008 roku, że „za Wołyń odpowiadają Sowieci” oraz w wypowiedzi Antoniego Macierewicza z lipca 2016 roku, że „wrogiem, który rozpoczął, i który użył ukraińskich sił nacjonalistycznych do tej straszliwej zbrodni ludobójstwa jest Rosja. To tam jest źródło tego straszliwego nieszczęścia”[8].

Kluczową rolę w zapoczątkowaniu procesu negacji ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego – odegrali jego sprawcy: Mykoła Łebedź i Roman Szuchewycz. Na początku 1944 roku Szuchewycz wydał rozkaz preparowania fałszywych dowodów mających zrzucić winę za genocidium atrox na Wołyniu na „komunistyczna partyzantkę”, czyli partyzantkę radziecką, która nota bene udzieliła daleko idącej pomocy polskim samoobronom na Wołyniu, zwłaszcza samoobronie Przebraża. Podczas zjazdu tzw. Ukraińskiej Głównej Rady Wyzwoleńczej (UHWR) w lipcu 1944 roku proponowano odpowiedzialność za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie „zwalić na Niemców, na bolszewicką partyzantkę, wojnę itp.”[9]. Zasadnicze tezy propagandy banderowskiej, zrzucające winę za ludobójstwo na Polaków i wprowadzające do obiegu zupełnie kłamliwe określenie „konflikt polsko-ukraiński”, powstały tuż po zakończeniu wojny[10].

Milowe kroki w kierunku negacji zbrodni OUN i UPA wytyczyła książka Mykoły Łebedzia z 1946 roku (wyd. II, Suchastnist 1987) pt. „UPA-Ukrainśka povstanśka armia. Ji heneza, rist i dii u vyzvolinii borotbi ukrainśkoho narodu za ukrainśku samostiinu sobornu derzhavu” („UPA-Ukraińska Powstańcza Armia. Jej geneza, rozwój i działania w walce wyzwoleńczej narodu ukraińskiego o niepodległe samorządne państwo ukraińskie”). Łebedź – „główny herszt ukraińskiego ludobójstwa na Polakach”, jak go określił Ryszard Szawłowski – zupełnie zakłamał historię UPA, przedstawiając ją przede wszystkim jako rzekomy „ruch narodowowyzwoleńczy”[11]. W ten sam sposób preparowali historię inni kombatanci OUN i UPA, którzy po 1945 roku rozpoczęli kariery historyków i politologów na zachodnich uniwersytetach, głównie w Kanadzie. W tym gronie należy wymienić przede wszystkim takie postacie jak Taras Hunczak, Wołodymyr Kosyk (uważany za czołowego apologetę OUN i UPA), Petro Mirczuk, Petro Poticzny (autor tezy o „wzajemnych polsko-ukraińskich rzeziach” na Wołyniu), czy Jewhen Sztendera. Wspierali ich swoją publicystyką pseudohistoryczną liderzy banderowskiej emigracji na Zachodzie, jak Iwan Hrynioch, Wołodymyr Kubijowycz i Jarosław Stećko. Narracja tego środowiska szła dwutorowo: gloryfikacji OUN i UPA towarzyszyło zawsze eksponowanie ukraińskiej martyrologii pod władzą ZSRR (Hołodomor, czystki stalinowskie). To był i jest zabieg mający ułatwić przemilczenie zbrodni nacjonalistów ukraińskich.

Po początkowej izolacji, z jaką spotykała się na Zachodzie banderowska propaganda pseudohistoryczna, na początku lat 70. XX wieku w ukraińskiej historiografii emigracyjnej doszło do głosu pokolenie publicystów i historyków używających języka „poprawności politycznej”, wpisujących się w falę „ethnic studies” i politykę „wielokulturowości”, ale wzorujących się na publikacjach weteranów OUN-UPA. Zdaniem Pera Andersa Rudlinga przyczyniło się to do wprowadzenia ich zakłamanej wizji historii do naukowego obiegu zachodniej historiografii. Historycy ci nie traktowali nacjonalistycznych bohaterów jako przedmiotu badań, ale zajęli się naukowym potwierdzaniem mitów, na których zostali wychowani[12].

W ten nurt wpisują się współcześnie m.in. Wołodymyr Wiatrowycz, Iwan Patrylak, Bohdan Hudź, czy Wołodymyr Serhijczuk ze swoimi tezami o UPA jako „ruchu wyzwoleńczym” oraz „konflikcie polsko-ukraińskim” na Wołyniu. Wedle ich narracji „konflikt polsko-ukraiński” mieli spowodować w 1942 roku Polacy od domniemanego wyniszczania ukraińskiej inteligencji na Chełmszczyźnie. Następnie, zgodnie z „teorią domina”, miał nastąpić ukraiński odwet na Wołyniu, potem zaś „walki polsko-ukraińskie w Galicji”. Tak przedstawił to m.in. czołowy kreator ukraińskiej polityki historycznej – Wołodymyr Wiatrowycz – w pracy pod absurdalnym tytułem „Druga wojna polsko-ukraińska” (wydanie polskie 2013). Prof. Bohdan Hudź z Lwowskiego Uniwersytetu Narodowego im Iwana Franki w książce „Ukraińcy i Polacy w Naddnieprzu, Wołyniu i Galicji Wschodniej w XIX i pierwszej połowie XX wieku” twierdzi, że „to, co się zdarzyło w latach 1942-1943 na Wołyniu, było wynikiem polityki carskich rządów, a później Rosji bolszewickiej i ukraińskich nacjonalistów”. Jego zdaniem „wrogość między Polakami i Ukraińcami” spowodowały „sowieckie grupy dywersyjne”, wysyłane w latach 20. i 30. XX wieku do II RP, w tym na Wołyń. Takie wytłumaczenie jest miłe m.in. dla polskich środowisk rusofobicznych, stąd też nic dziwnego, że tezy prof. Hudzia promował portal jegiellonia.org[13].

Twierdzeniom negacjonistów zbrodni OUN i UPA przeczą dokumenty źródłowe opracowane przez takich historyków jak Marko Carynnyk, Aleksandr Diukow, Frank Golczewski, John-Paul Himka, Grzegorz Motyka, Wiktor Poliszczuk, Grzegorz Rossoliński-Liebe, Per Anders Rudling i in. Uczeni ci zwracają uwagę na to, że polityka historyczna współczesnej Ukrainy neguje nie tylko fakt ludobójstwa nacjonalistów ukraińskich na Polakach, ale także ich udział w zagładzie Żydów. Kilkadziesiąt artykułów naukowych na ten temat zostało zebranych w obszernej publikacji pod redakcją prof. Andrzeja A. Zięby pt. „OUN, UPA i zagłada Żydów” (Kraków 2016).

Osoby odpowiedzialne po 2014 roku na Ukrainie za politykę historyczną – jak Wiatrowycz czy Światosław Szeremeta – są jawnymi zwolennikami nacjonalizmu ukraińskiego. Dr Wasyl Rasewycz z Wydziału Historii Najnowszej Ukraińskiej Akademii Nauk w artykule „Aby pamiętali”, opublikowanym na ukraińskim portalu zaxid.net, następująco podsumował politykę historyczną pomajdanowej Ukrainy: Największym problemem współczesnej polityki historycznej Ukrainy jest to, że – przez niepohamowaną chęć wybielenia OUN – Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej zatapia Ukrainę. Niszczy jej autorytet międzynarodowy i z całą energią nie tylko pozbawia sprzymierzeńców w świecie, ale także przekształca w pariasa. (…) A u nas, argumentujemy, trwa wojna, dlatego nasza polityka pamięci podyktowana jest przez okoliczności wojenne. Tak więc do podniesienia ducha bojowego potrzebujemy takich bohaterów historycznych, którzy walczyli o niepodległość Ukrainy z bronią w rękach. (…) Ale cały problem polega na tym, że w czasie II wojny światowej, w tym strasznym kotle Ukrainy zachodniej, wśród ludzi trzymających broń w rękach – bohaterów nie było. A to, na co kreatorzy ukraińskiej polityki historycznej proponują zamknąć oczy, w normalnym systemie wartości moralno-etycznych zasługuje często na wieczne potępienie[14].

Trudno się z tym nie zgodzić. Jest to jednak głos na współczesnej Ukrainie odosobniony. Rasewycz podkreśla, że władze w Kijowie chcą wmówić społeczeństwu, iż konflikt w Donbasie („wojna z Rosją”, według ich nomenklatury) jest kontynuacją walki, jaką w latach 40. XX wieku prowadziła UPA przeciw ZSRR. Temu przede wszystkim służy heroizacja nacjonalizmu ukraińskiego.

Prof. Jarosław Hrycak z Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie otwarcie przyznał, że połowa Ukraińców w ogóle nic nie wie o wydarzeniach na Wołyniu, a ci, którzy wiedzą utrzymują w świadomości bohaterski obraz UPA[15]. To są skutki polityki historycznej prowadzonej na Ukrainie co najmniej od 2004 roku.

Postsolidarnościowe siły polityczne III RP – odwołując się do tradycji przedwojennego prometeizmu, piłsudczykowskich koncepcji Międzymorza (Trójmorza) oraz myśli politycznej Jerzego Giedroycia – uznały na początku lat 90 XX wieku, że polską racją stanu na Wschodzie jest wspieranie Ukrainy, która obierze antyrosyjski kierunek. Taka polityka Warszawy korespondowała z amerykańską polityką wobec poradzieckiego obszaru geopolitycznego. Jednakże przyjęcie antyrosyjskiego kierunku przez Ukrainę musiało być równoznaczne z odrodzeniem i rehabilitacją nacjonalizmu ukraińskiego. Przez ponad ćwierć wieku polskie elity polityczne bagatelizowały ten fakt. Stąd wynikło ich długoletnie milczenie oraz granicząca z panicznym lękiem niechęć do nazwania po imieniu ludobójstwa z lat 1943-1944, a także jego inspiratorów i sprawców. Ta niechęć połączyła wszystkie główne siły polityczne III RP, które w innych kwestiach były śmiertelnie skłócone.

Nie chciano widzieć, że w politycznym zapleczu Wiktora Juszczenki znaczącą rolę odgrywały organizacje nacjonalistyczne kultywujące pamięć Stepana Bandery i UPA. Nie chciano widzieć banderowskiej symboliki Prawego Sektora na Majdanie w 2014 roku. Nie chciano widzieć pomników i muzeów Bandery, Szuchewycza i innych zbrodniarzy, które wyrosły jak grzyby po deszczu na pomajdanowej Ukrainie. Zbagatelizowano ukraińskie ustawodawstwo z kwietnia 2015 roku, które stworzyło prawne ramy dla polityki historycznej gloryfikującej OUN i UPA. Próbowano pacyfikować środowiska kresowe, by nie domagały się prawdy historycznej od Ukrainy. Niektórzy publicyści i politycy polscy popierali nawet wybielanie zbrodniczej historii nacjonalizmu ukraińskiego oraz bagatelizowali jego radykalnie antypolski charakter.

Powszechny na pomajdanowej Ukrainie kult OUN i UPA oraz niezdolność tego państwa do rozliczenia się ze zbrodniczej historii tych formacji jest zatem w niemałej mierze zasługą także polityki polskiej.

 

[1] B. Grott, Ukraiński nacjonalizm a polska polityka wobec Ukrainy i Ukraińców, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” nr 7-8 (116-117), Warszawa 2010 (lipiec-sierpień), s. 34-40.

[2] W. Poliszczuk, Ludobójstwo nagrodzone. Problem nacjonalizmu ukraińskiego w Polsce w zarysie, Toronto 2003, s. 137.

[3] W. Poliszczuk, Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa, Warszawa 2006, s. 374.

[4] R. Szawłowski, Kwalifikacja prawna tzw. akcji antypolskiej na Kresach Wschodnich w latach czterdziestych XX wieku jako ludobójstwa, (w:) R. Niedzielko (red.), Wołyń 1943-rozliczenie. Materiały przeglądowej konferencji naukowej „W 65. rocznicę eksterminacji ludności polskiej na Kresach Wschodnich dokonanej przez nacjonalistów ukraińskich”, Warszawa 10 lipca 2008 („Konferencje IPN”, t. 41), Warszawa 2010, s. 48-62.

[5] K. Łada, Creative Forgetting: Polish and Ukrainian historiographies on the Campaign of Ethnic Cleansing against the Poles in Volhynia during World War II, (w:) C. Partacz, B. Polak, W. Handke (red.), Wołyń i Małopolska Wschodnia 1943-1944, Koszalin-Leszno 2004, s. 283-284.

[6] G. Rossoliński-Liebe, Debating, obfuscating and disciplining the Holocaust: post-Soviet historical discourses on the OUN–UPA and other nationalist movements, „East European Jewish Affairs”, Vol. 42, No. 3, Routledge 2012, s. 204.

[7] W. Filar, Wydarzenia wołyńskie 1939-1944, Toruń 2008, s. 377-396.

[8] C. Gmyz, Za Wołyń odpowiadają Sowieci, http://www.rp.pl, portal dziennika „Rzeczpospolita”, 24.07.2008; B. Piętka, Macierewicz jak wielbiciele UPA, „Przegląd” nr 30 (864), 25-31.07.2016, s. 38-40; B. Piętka, Hańba domowa III RP, http://www.mysl-polska.pl, 13.07.2016.

[9] G. Motyka, Ukraińska partyzantka 1942-1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Warszawa 2006, s. 380.

[10] Andrzej L. Sowa, recenzja książek Wołodymyra Wiatrowycza – Polśko-ukrainśki stosunki w 1942-1947 rokach u dokumantach OUN ta UPA oraz Druha polśko-ukrainśka wijna 1942-1947, (w:), „Pamięć i Sprawiedliwość” nr 1 (21), Warszawa 2013, s. 457-459.

[11] R. Szawłowski, Przedmowa, (w:) W. Siemaszko, E. Siemaszko, Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945, t. I, Warszawa 2000, s. 16-17.

[12] Per A. Rudling, The OUN, the UPA and the Holocaust. A Study of the Manufacturing of Historical Myths, „The Carl Beck Papers in Russian and Est European Studies”, No. 2107, 2011, s. 20, 56.

[13] Prof. Bohdan Hudź: Rosja dolała oliwy do ognia konfliktu na Wołyniu’43, http://www.jagiellonia.org, 15.11.2015.

[14] Wasyl Rasewycz: Ukraiński IPN zatapia Ukrainę, pozbawia sprzymierzeńców w świecie i przekształca w pariasa, http://www.kresy24.pl, 19.11.2017.

[15] Prof. Hrycak: UPA jest dla wielu siłą walcząca przeciw dwóm totalitaryzmom, http://www.dzieje.pl, 26.09.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 lipca 2018 r.

„Przegląd” nr 28 (966), 9-15.07.2018, s. 8-12

W obronie obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza

W numerze 19-20 (6-13.05.2018) „Myśli Polskiej” został opublikowany mój artykuł pt. „Czy Józef Cyrankiewicz popełnił nikczemne czyny?” Ustosunkowałem się w nim do dyskredytowania obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza przez antykomunistyczną publicystykę prawicową. Bezpośrednią przyczyną napisania tego artykułu było przywołanie tez tej publicystyki przez Magdalenę Ziętek-Wielomską w jej artykule pt. „Mieczysław F. Rakowski: polityczny emisariusz pomiędzy Warszawą a Berlinem”, który ukazał się w numerze 15-16 (8-15.04.2018) „Myśli Polskiej”.

Wiem, że Autorka odebrała mój artykuł jako polemikę z nią samą i jej krytykę. Jej mąż, prof. Adam Wielomski, napisał na facebooku: „Cóż, moja Żona wcale nie pomawiała Cyrankiewicza o taką agenturalność, a jedynie napisała, że krążą takie tezy, które potwierdzałyby tezę z jej tekstu. Czy Cyrankiewicz był niemieckim agentem, to nie wiem i zupełnie nie mam pojęcia. Ale, że takie pogłoski czy wręcz zapewnienia chodzą w rozmaitych publikacjach, to akurat rzecz jak najbardziej prawdziwa i nie wiem z czym tu polemizować? A już zarzucać jej sympatie do obozu »prawdziwych patriotów«, to wręcz skrajna przesada!!!”

Nie zarzucam i nigdy nie zarzucałem pani Magdalenie Ziętek-Wielomskiej sympatii do obozu „prawdziwych patriotów” (użyłem określenia radykalna prawica „niepodległościowa”). Odniosłem się jedynie do tego, że pani Magdalena zacytowała w swoim artykule najważniejsze niedorzeczności (delikatnie rzecz nazywając), które to środowisko rozpowszechnia od wielu lat na temat obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza. Nie wnikałem w to czy pani Magdalena zacytowała je w dobrej wierze czy nie. Nie polemizowałem w tym artykule z Autorką na temat obozowej działalności Cyrankiewicza, ale z przywołanymi przez nią tezami, których autorów zidentyfikowałem (podałem trzy reprezentatywne nazwiska). Wyjaśniłem też dlaczego poruszyłem sprawę dyfamacji obozowej przeszłości Cyrankiewicza przez hunwejbinów dekomunizacji.

Tu nie chodzi o postać późniejszego premiera PRL, ale o historię polskiego, obozowego ruchu oporu. To dobre imię tej – wyjątkowej w skali okupowanej Europy – konspiracji (Cyrankiewicz stanął w 1944 roku na czele całości obozowej konspiracji) jest profanowane bezpodstawnymi i cynicznymi zarzutami pod adresem samego Cyrankiewicza. Nie dziwmy się potem, że Polsce czy Polakom są przypisywane na Zachodzie zbrodnie nazistowskie. Tu rzecz idzie nie o „pogłoski”, które „chodzą w rozmaitych publikacjach” (należy uzupełnić, że wyłącznie w publikacjach prasowych, a także w prawicowym Internecie), ale o fakty historyczne ustalone przez historyków zajmujących się profesjonalnie przez kilkadziesiąt lat historią KL Auschwitz i historią obozowego ruchu oporu. Dwóch z nich – mających największe zasługi w tej dziedzinie – obszernie zacytowałem.

W odbiorze skrajnych środowisk antykomunistycznych Cyrankiewicz po prostu przeszkadza współczesnemu kultowi Witolda Pileckiego. Należy podkreślić, że kultowi coraz bardziej przejaskrawionemu i nawet już groteskowemu (pojawiła się m.in. w tych środowiskach inicjatywa beatyfikacji i kanonizacji Pileckiego). Dlatego skrajnie antykomunistyczna prawica uznała, że trzeba po prostu unicestwić przeszłość obozową Cyrankiewicza, która jest piękną kartą polskiej konspiracji w Auschwitz. To jednak już dla tych ludzi nie ma znaczenia.

Komentarze, jakie pojawiły się w prawicowym Internecie na temat mojego artykułu, broniącego dobrego imienia Józefa Cyrankiewicza, pokazują jak ciężko jest przebić się do świadomości „obozu patriotycznego” z oczywistymi i udokumentowanymi faktami. Dowiedziałem się zatem, że „lewicowe zwichnięcie autora determinuje go do tendencyjnego kreowania historii”, jestem „chamokomuchem”, a mój artykuł to „typowa reakcja komuchów na próbę oceny komunistycznego aparatczyka”. Jedna z czytelniczek wyraziła zdziwienie, że „w PRL byli suwerenni i solidni historycy, którzy naukowo i obiektywnie zbadali dzieje obozowej przeszłości najdłużej piastującego swe stanowisko peerelowskiego premiera”. Odpowiadam: tak – w PRL i później byli w Oświęcimiu suwerenni i solidni historycy, którzy rzetelnie zbadali nie tylko dzieje obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza. Adam Cyra – jeden z badaczy historii konspiracji więźniarskiej w Auschwitz, który wykluczył możliwość współpracy Cyrankiewicza z Niemcami – był w PRL działaczem „Solidarności”, a także pierwszym biografem Pileckiego i przywrócił jego postać pamięci historycznej. Ponadto działał wtedy także suwerenny (bezpartyjny) dyrektor oświęcimskiego muzeum – były więzień Auschwitz i Mauthausen Kazimierz Smoleń (1920-2012).

Mnie interesuje tylko prawda, a nie taka czy inna polityka historyczna. Dlatego bronię i będę bronił obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza. Unicestwianie tej przeszłości ma charakter wielowymiarowy. W poprzednim artykule odniosłem się tylko do pomawiania Cyrankiewicza o rzekomą współpracę z gestapo w obozie oraz rzekomy współudział w śmierci Pileckiego. Jednakże fantazja jego kalumniatorów jest bardzo bogata, a środki dyfamacji nieprzebrane. Sądzę, że opracowania Adama Cyry i Henryka Świebockiego na temat konspiracji więźniarskiej w Auschwitz oraz opracowanie prof. Ireny Paczyńskiej na temat grypsów wysyłanych z obozu przez Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego obecnie już nie wystarczą. W sytuacji trwającego nieustannie odbierania Cyrankiewiczowi dobrego imienia potrzebne będzie jeszcze bardziej dogłębne opracowanie naukowe jego losów obozowych i działalności konspiracyjnej w obozie.

Wśród kłamstw preparowanych przez różnych prawicowych autorów na temat przeszłości późniejszego premiera PRL nie mogło zabraknąć oczywiście także tego, że Cyrankiewicz był Żydem i rzekomo nazywał się Cymerman. W rzeczywistości pochodził z polskiej, katolickiej, patriotycznej i dobrze sytuowanej rodziny. Ojciec Józefa Cyrankiewicza – także Józef – prowadził firmę geodezyjną, która świadczyła usługi przy budowie dróg i mostów oraz regulacji rzek. Rodzina Cyrankiewiczów nigdy nie skłaniała się ku lewicy. Ojciec przyszłego premiera PRL początkowo sympatyzował z endecją i Chrześcijańską Demokracją, a potem ze Stronnictwem Pracy[1]. Brat Józefa Cyrankiewicza – lekarz Jerzy Cyrankiewicz (1920-1960) – był podczas studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim działaczem Młodzieży Wszechpolskiej. W czasie drugiej wojny światowej walczył w szeregach Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich (m.in. w Tobruku) i 2. Korpusie Polskim. Po wojnie nie powrócił do Polski. Osiadł w Wielkiej Brytanii, gdzie zmarł tragicznie w wieku 40 lat.

Józef Cyrankiewicz związał się jednak z lewicą, ale przecież z lewicą demokratyczną i niepodległościową. W 1933 roku został członkiem Polskiej Partii Socjalistycznej. Jego politycznymi mentorami byli tacy działacze PPS jak Adam Ciołkosz, Ignacy Daszyński, Zygmunt Marek i Zygmunt Żuławski. Sam Cyrankiewicz jeszcze przed wojną stał się znanym politykiem PPS. W 1935 roku, gdy miał 24 lata, wybrano go sekretarzem Okręgowego Komitetu Robotniczego w Krakowie. Podczas kampanii wrześniowej 1939 roku walczył jako dowódca baterii artylerii konnej w szeregach Armii „Kraków”. Po klęsce wrześniowej uciekł z transportu jenieckiego razem z późniejszym dyrektorem Radia Wolna Europa, Janem Nowakiem-Jeziorańskim, co ten opisał w swoich wspomnieniach[2].

O pięknych kartach konspiracyjnej działalności Cyrankiewicza w PPS-WRN i ZWZ/AK oraz w konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz pisałem szerzej w poprzednim artykule. Dodać do tego należy, że w latach 1939-1941 Cyrankiewicz był bliskim współpracownikiem Kazimierza Pużaka (1883-1950), najwybitniejszego obok Zygmunta Zaremby polskiego socjalisty niepodległościowego i antykomunistycznego. Gdyby nie aresztowanie i deportacja do KL Auschwitz, Cyrankiewicz zostałby zastępcą Delegata Rządu na Kraj z ramienia PPS-WRN i kto wie jak potoczyłyby się jego losy. Być może w 1945 roku zasiadałby na ławie oskarżonych w moskiewskim procesie szesnastu razem z Pużakiem, Janem Stanisławem Jankowskim i Leopoldem Okulickim.

Jan Karski, którego Cyrankiewicz w 1940 roku uratował z rąk gestapo, wspominał że przyszły premier PRL „był wówczas najinteligentniejszym z polskich przywódców, z Sikorskim włącznie. Mądry, spokojny, przewidujący. Widziałem w nim wschodzącą gwiazdę socjalizmu”[3].

W KL Auschwitz Cyrankiewicz początkowo kierował konspiracją polskich więźniów-socjalistów, czyli Organizacją Bojową PPS. Oprócz niego czołową rolę w tej strukturze odgrywali Adam Kuryłowicz i Konstanty Jagiełło, potem także Tadeusz Hołuj i Lucjan Motyka. Po pewnym czasie z grupą polskich więźniów-socjalistów nawiązała kontakt grupa austriackich więźniów-komunistów, takich jak Ernst Burger, Franz Danimann, Heinrich Dürmayer, Rudolf Friemel, Hermann Langbein i Ludwig Vesely. W ten sposób w maju 1943 roku powstała Grupa Bojowa Oświęcim (Kampfgruppe Auschwitz), druga w tym czasie obok Związku Organizacji Wojskowej-Armii Krajowej największa organizacja konspiracji więźniarskiej w obozie.

Od tego też czasu zaczyna się stopniowa ewolucja Cyrankiewicza od socjalizmu demokratycznego w kierunku lewicy komunistycznej. Nie od razu jednak przyszły premier PRL stał się komunistą i przyjacielem ZSRR. W Kampfrgruppe Auschwitz działali więźniowie-Polacy (także ci, którzy nie reprezentowali poglądów lewicowych), Austriacy, Czesi, Francuzi, Niemcy i Żydzi. W obozie istniała też grupa konspiracyjna więźniów radzieckich, którą kierował oficer polityczny Armii Czerwonej, mjr Aleksander Lebiediew (więzień nr 88349). Niechętny do współpracy z więźniami radzieckimi był jednak Józef Cyrankiewicz. Wedle relacji złożonej w 1990 roku przez Ukraińca Władimira Wiazmitinowa (więzień nr 181953), który z polecenia Lebiediewa nawiązał w pierwszej połowie 1944 roku kontakt konspiracyjny z Cyrankiewiczem, przyszły premier PRL odrzucił możliwość współpracy oświadczając: „My wam Katynia nigdy nie zapomnimy”[4]. Taki był wówczas stosunek Cyrankiewicza do ZSRR.

Katalog niedorzeczności wygłaszanych w Polsce po 1989 roku na temat działalności konspiracyjnej Cyrankiewicza w KL Auschwitz jest długi i w tym artykule będę mógł podać tylko najbardziej reprezentatywne przykłady tych oszczerstw. Oskarża się np. Cyrankiewicza o to, że ponoć zadenuncjował przed obozowym gestapo 54 członków kierownictwa ZOW-AK w obozie, którzy zostali następnie rozstrzelani 11 października 1943 roku pod Ścianą Śmierci na dziedzińcu bloku 11 w obozie macierzystym KL Auschwitz I. Adam Cyra ustalił jednak, że denuncjacji kierownictwa ZOW-AK dokonali agenci obozowego gestapo – Jerzy Krzyżanowski i Stefan Olpiński. „Jerzy Krzyżanowski uciekł z obozu i pod przybranym nazwiskiem Jerzy Czerniawski pojechał do Warszawy, gdzie skontaktował się z rodzinami osób uwięzionych w Auschwitz, które obdarzyły go zaufaniem i wtajemniczyły w sprawy związane z konspiracją obozową. Po powtórnym aresztowaniu wrócił do Auschwitz pod nazwiskiem Mieczysław Jelec i stał się niebezpiecznym konfidentem, który przyczynił się do egzekucji 54 więźniów, w tym przywódców ZOW, 11 października 1943 r. Potwierdzają to w powojennych wspomnieniach byli więźniowie obozu, np. dr Rudolf Diem” – stwierdził Adam Cyra[5].

Należy podkreślić, że to właśnie Józef Cyrankiewicz przekazał w grypsie-meldunku nr 44 informację o egzekucji kierownictwa ZOW-AK do wiadomości komitetu Pomoc Więźniom Obozów Koncentracyjnych w Krakowie (była to komórka AK kierowana przez Teresę Lasocką-Estreicher i działacza PPS-WRN Adama Rysiewicza). Dwa miesiące po tej egzekucji Cyrankiewicz sam trafił do aresztu obozowego w bloku 11 (Bloku Śmierci) na skutek donosu konfidentów obozowej placówki gestapo Stanisława Dorosiewicza i Stanisława Wierusza-Kowalskiego. O mało nie został wtedy rozstrzelany pod Ścianą Śmierci. Życie uratowała mu zmiana na stanowisku komendanta obozu.

Tadeusz M. Płużański rozpowszechniał informację zasłyszaną od dr. Rafała Brzeskiego, którą ten z kolei słyszał od przedwojennego PPS-owca Timofieja Jarugi, że znany działacz PPS Stanisław Dubois (więzień nr 3904, w obozie jako Stanisław Dębski) rzekomo twierdził, iż „Tor” (jeden z pseudonimów Cyrankiewicza) miał być widziany podczas rozmowy z szefem wydziału politycznego (obozowa placówka gestapo), Maximilianem Grabnerem, bez wiedzy dowództwa konspiracji więźniarskiej. Problem w tym, że Dubois został rozstrzelany pod Ścianą Śmierci 21 sierpnia 1942 roku, a Cyrankiewicz przybył do obozu 4 września 1942 roku.

Witold Pilecki – wedle opowiadań Timofieja Jarugi – miał dać do zrozumienia „Torowi”, że wie o jego denuncjacjach do wydziału politycznego. Jednakże Cyrankiewicz i Pilecki nigdy nie spotkali się w obozie. Ponadto, gdyby Pilecki rzeczywiście coś wiedział o współpracy Cyrankiewicza z obozowym gestapo, to napisałby o tym w słynnym „Raporcie Witolda”, a nie opowiadał po wojnie bliżej nieznanemu Timofiejowi Jarudze. Wspomniane wyżej oskarżenie Cyrankiewicza o spowodowanie egzekucji kierownictwa ZOW-AK w Auschwitz także pochodzi z domniemanej relacji Jarugi. „To są jakieś absurdy, jakby autorzy nie czytali niczego o Auschwitz” – skomentował współczesne rozpowszechnianie tych opowieści Adam Cyra[6].

„Gazeta Polska” rozpowszechniała w 1995 roku relację niejakiego Antoniego Gładysza, który twierdził, że Cyrankiewicz każdego dnia zachęcał „sędziów, księży i posłów, ministrów i działaczy społecznych” do ucieczki z obozu, a gdy ci zebrali się w nocy na umówionym miejscu – odprowadzał ich do komory gazowej, a Lucjan Motyka palił ich zwłoki. Pomijając już absurdalność tej historii należy dodać, że Antoni Gładysz nigdy nie był więźniem KL Auschwitz, tylko KL Gross-Rosen[7].

„Gazeta Polska”, „Wprost”, „Nasza Polska” oraz „wSieci” rozpowszechniały rzekomą relację działacza PPS Tadeusza Kochanowicza, którą miał od niego zasłyszeć aresztowany w 1948 roku przez UB działacz Stronnictwa Demokratycznego i minister Włodzimierz Lechowicz. Otóż według Kochanowicza Cyrankiewicz cały wolny czas w Auschwitz przeznaczał na „handel walutą i kruszcem”. Prawicowi publicyści dopowiedzieli do tego, że to musiała być przyczyna skazania po wojnie na śmierć i egzekucji Pileckiego, który mógł wiedzieć o tym procederze Cyrankiewicza. Jednakże ów Kochanowicz także nigdy nie był więźniem KL Auschwitz, a wojnę spędził jako więzień sowieckich łagrów w Republice Komi i na Uralu. Ponadto jakąkolwiek wiarygodność rzekomej relacji Kochanowicza podważa fakt, że Lechowicz opowiadał o niej podczas przesłuchań prowadzonych przez funkcjonariuszy stalinowskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Dorota Kania znalazła ubeckie protokoły przesłuchań Lechowicza w archiwum IPN i potraktowała tego typu materiały jako niepodważalną krynicę prawdy, co jest zdumiewające i żenujące[8].

Wychodząc od rzekomej relacji Kochanowicza prof. Wiesław J. Wysocki sformułował hipotezę, że Cyrankiewicz kradł złoto i walutę z tzw. „Kanady”, czyli znajdujących się w obozie w Birkenau (KL Auschwitz II) magazynów mienia zrabowanego zamordowanym przez SS transportom żydowskim. Hipotezę tę prof. Wysocki powielał na łamach tygodnika „Wprost”. Zapewne nie wiedział on o tym, że Cyrankiewicz nie mógł przebywać w obozie w Birkenau, ponieważ posiadał status więźnia politycznego o szczególnym stopniu zagrożenia. Tacy więźniowie byli oznaczeni literami IL (im Lager) i czerwonym kołem, naszytymi na obozowy pasiak. To oznaczało, że nie mogli opuszczać obozu macierzystego KL Auschwitz I.

Prof. Wysocki twierdził też na łamach „Naszej Polski”, że dowiedział się „od nieżyjących kustoszy oświęcimskiego muzeum”, iż Cyrankiewicz „workami wywoził stamtąd akta”, które miały go kompromitować. Informację tę powielała też na łamach „Wprost” Dorota Kania. „To niemożliwe, aby ktoś mógł coś wynieść! Znałam wszystkich kustoszy i nigdy o czymś takim nie słyszałam” – skomentowała to emerytowana kierownik muzealnego archiwum Barbara Jarosz. „Ani dawniej, ani teraz nie spotkałem się z fałszowaniem historii. Nie było przypadku, aby ktoś namawiał nas do tuszowania prawdy” – dodał dr Cyra[9].

Pisarz Henryk Pająk, powołując się na rzekomą relację kapo Czesława Karaszewicza twierdził, że Cyrankiewicz też pełnił funkcję obozowego kapo, co jest oczywistą nieprawdą w świetle zachowanych dokumentów obozowych i faktu, że Cyrankiewicz posiadał kategorię więźnia IL.

Wspomniany Tadeusz M. Płużański przytaczał relację niejakiego Kachela, który miał być kapo w Auschwitz i któremu Cyrankiewicz miał wręczać listy więźniów zabijanych w komorach gazowych. Oszczędzał przy tym przy tym Rosjan kosztem Polaków. Red. Płużański albo nie ma jakiegokolwiek pojęcia o historii Auschwitz, albo liczy na to, że jego czytelnicy nie mają i bezkrytycznie przyjmą absurd, jakim jest stwierdzenie, że więzień Cyrankiewicz przeprowadzał w obozie selekcje do komór gazowych. Ponadto ów Kachel miał twierdzić, że Cyrankiewicz organizował też „zabawy dla esesmanów z udziałem wyselekcjonowanych i dorodnych kobiet”.

Jednakże źródłem tej informacji tak naprawdę jest Maurice Shainberg vel Mieczysław Prużański, który podawał się za powojennego funkcjonariusza stalinowskiej Informacji Wojskowej. W swojej książce „Breaking from the KGB” („Zerwanie z KGB”) oskarżał on Cyrankiewicza o to, że pełnił rolę „rajfura sadystycznych niemieckich oficerów w obozie”, którym dostarczał więźniarki żydowskie jako prostytutki, a te które odmawiały wysyłał do komór gazowych. Opowieści Shainberga vel Prużańskiego na ten temat powielił w 1995 roku na łamach „Gazety Polskiej” prof. Ryszard Bender w artykule pt. „Kukła polskich komunistów”. Prof. Bender, który popisał się w Radiu Maryja wiedzą historyczną na temat Auschwitz jako zwykłego obozu pracy, zapewne także nie wiedział, że Cyrankiewicz będąc więźniem nie mógł nikogo wysyłać do komór gazowych[10].

„Ręce opadają! Z takimi dowodami nie da się dyskutować” – podsumował te niedorzeczności dr Cyra w 2013 roku[11]. Ale takie informacje były i są rozpowszechniane. Niemiecki kolaborant, morderca Polaków i Żydów, złodziej żydowskiego złota i dolarów oraz obozowy sutener – taki obraz Józefa Cyrankiewicza w Auschwitz rysuje publicystyka antykomunistycznej prawicy.

Inaczej jednak obraz ten wygląda w relacjach tych, którzy Cyrankiewicza znali w obozie i z nim wtedy współpracowali. I to zarówno osób przychylnych Cyrankiewiczowi (np. Hermann Langbein, Stanisław Kłodziński), jak i wobec niego krytycznych (np. Zbigniew Kączkowski). Stanisław Kłodziński (więzień nr 20019) stwierdził na łamach „Przeglądu Lekarskiego” w 1990 roku, że Cyrankiewicz „zapisał się również na trwałe w historii KL Auschwitz jako więzień konspirator, wyróżniający się bardzo silną indywidualnością i dodatnim wpływem na towarzyszy niedoli różnych narodowości, odważny, przemyślny i doświadczony, umiejący podejmować oryginalne, bardzo ryzykowne i trafne decyzje w najtrudniejszych warunkach i sytuacjach obozowych. Jest to karta mało znana nawet historykom, a szerokim kręgom często w ogóle nieznana bądź upraszczana czy fałszowana”.

Pozytywną opinię na temat działalności obozowej Cyrankiewicza wyrażał też wielokrotnie w ostatnich latach prof. Zbigniew Kączkowski (ur. w 1921 r., więzień nr 125727, w obozie jako Kaczanowski), który chciał uciekać z Cyrankiewiczem z obozu 27 lipca 1944 roku. Cyrankiewicz jednak nie zaryzykował tej ucieczki, ponieważ jako więzień IL miał zakaz wychodzenia do pracy poza terenem obozu. Zamiast Cyrankiewicza uciekł więc z Kączkowskim rtm. Jerzy Mira-Sokołowski (więzień nr 156692). Zbigniew Kączkowski nie należał do grona politycznych sympatyków Cyrankiewicza i w 1946 roku napisał do niego – wówczas już sekretarza generalnego Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS – list ostro krytykujący politykę powojennych władz. Za list ten nie poniósł żadnych konsekwencji[12].

Najwięcej jednak o postawie Józefa Cyrankiewicza w KL Auschwitz mówi 214 zachowanych grypsów-meldunków, które razem ze Stanisławem Kłodzińskim wysłał z obozu kanałami konspiracyjnymi do komórki AK w Krakowie, kierowanej przez Teresę Lasocką-Estreicher. Stamtąd trafiały do Londynu. W grypsie-meldunku z 21 stycznia 1943 roku pisał: „Ostatnio transporty Polaków z lubelskiego idą wprost na gaz (mężczyźni – kobiety). Dzieci rzuca się wprost na ogień. Za Birkenau pali się tzw. »wieczny ogień« – stos trupów na wolnym powietrzu – krematorium nie może nadążyć”[13]. To była informacja o bezpośredniej zagładzie w KL Auschwitz Polaków wysiedlanych z Zamojszczyzny. Pytam jeszcze raz: czy to pisał konfident wydziału politycznego? Czy to gestapo informowało Armię Krajową i aliantów zachodnich o zbrodniach SS w KL Auschwitz?

Cyrankiewicz dwukrotnie otrzymał kanałami konspiracyjnymi od wspomnianej komórki AK w Krakowie aparaty fotograficzne. Dzięki temu z obozu wydostały się zdjęcia płonących stosów trupów, które opublikowano dopiero po wojnie. To agent gestapo wysyłał te zdjęcia? Czy to agent gestapo wysyłał z obozu nielegalne odpisy ksiąg kostnicy z informacjami o więźniach zmarłych, zastrzelonych i zamordowanych zastrzykami z fenolu? Czy to agent gestapo wysyłał do AK nielegalne odpisy książki bunkra, czyli aresztu obozowego w bloku 11, z nazwiskami więźniów rozstrzelanych pod Ścianą Śmierci? Czy to agent gestapo przekazywał AK nielegalne odpisy ksiąg szpitali obozowych z nazwiskami zmarłych więźniów? Czy to agent gestapo informował AK i aliantów zachodnich o wielkiej akcji zagłady Żydów węgierskich, zagładzie Żydów z getta łódzkiego i zagładzie jeńców radzieckich? Czy to agent gestapo przekazał AK opis działalności i charakterystyki kilkudziesięciu zbrodniarzy SS z Auschwitz? Czy to agent gestapo informował AK o warunkach, w jakich byli przetrzymywani w Auschwitz warszawiacy deportowani do obozu po wybuchu powstania warszawskiego i sugerował podjęcie międzynarodowej interwencji na ich rzecz?

Czy to agent gestapo przekazał AK kopie planów obozu? Czy to agent gestapo meldował do AK o stanach dziennych obozu i składzie narodowościowym więźniów oraz transportach i ucieczkach więźniów? Czy to agent gestapo informował AK o produkcji i zatrudnieniu w zakładach IG Frabenindustrie w Dworach pod Oświęcimiem i innych niemieckich przedsiębiorstwach wykorzystujących pracę więźniów Auschwitz? Czy to agent gestapo informował AK o zbrodniczych eksperymentach przeprowadzanych na więźniach przez lekarzy SS? Czy to agent gestapo ostrzegał aliantów zachodnich przed niebezpieczeństwem wymordowania przez SS więźniów Auschwitz na wypadek likwidacji obozu? Czy to agent gestapo prosił AK o przysyłanie kanałami konspiracyjnymi lekarstw dla chorych więźniów i materiałów wybuchowych dla konspiracji więźniarskiej? Czy to agent gestapo domagał się reakcji aliantów na wypowiedź Rolanda Freislera – przewodniczącego Trybunału Ludowego III Rzeszy – który nazwał więźniów politycznych obozów koncentracyjnych elementami kryminalnymi?

„Nie natrafiłem wtedy ani nigdy później, na ślad żadnych dowodów, które świadczyłyby, że Józef Cyrankiewicz był konfidentem obozowym” – pisał dr Cyra o swoich badaniach nad historią konspiracji więźniarskiej, prowadzonych jeszcze w latach 80. XX wieku[14]. Inni historycy z oświęcimskiego muzeum też nigdy nie znaleźli jakichkolwiek dokumentów lub wiarygodnych relacji potwierdzających „nikczemne czyny” Cyrankiewicza w obozie. Jest całkowicie przeciwnie niż to przedstawiają dzisiaj jego prawicowi oszczercy – relacje świadków i grypsy wysyłane z obozu świadczą jednoznacznie o bohaterskiej postawie późniejszego premiera PRL. Zasługi Cyrankiewicza dla konspiracji obozowej i przyobozowej potwierdził m.in. gen. Zygmunt Walter-Janke (1907-1990), w latach 1943-1945 komendant Okręgu Śląskiego Armii Krajowej, który obejmował swoim działaniem teren KL Auschwitz.

Powojenną działalność Cyrankiewicza – jeśli ktoś chce – można oceniać krytycznie. Ale też należałoby ją oceniać obiektywnie, bez konfabulacji i mitów. Zwykle jednak ocenia się ją przez pryzmat jednego przemówienia z 1956 roku. Nie należy jednak mieszać powojennej działalności Józefa Cyrankiewicza z jego działalnością okupacyjną i obozową. To były dwie różne rzeczywistości i jedna nie przekreśla drugiej. Podjęte po 1989 roku przez środowiska prawicowe oczernianie obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza jest wymownym obrazem wielkości i moralności Polski solidarnościowej. To jest wielki skandal. To jest nie tylko wielka krzywda moralna czyniona zasłużonemu bojownikowi i przywódcy konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz. To jest także – powtarzam jeszcze raz – profanowanie historii Polski. To są działania ohydne moralnie i nieodpowiedzialne. To są zachowania nie tylko szkodliwe, ale warte pogardy.

[1] P. Lipiński, „Cyrankiewicz. Wieczny premier”, Wołowiec 2016, s. 19.

[2] Jan Nowak (Zdzisław Jeziorański), „Kurier z Warszawy”, Warszawa-Kraków 1989, s. 31-32.

[3] P. Lipiński, „Cyrankiewicz…”, s. 38.

[4] Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau (dalej cyt.: APMA-B). Zespół Oświadczenia, t. 132, k. 87-98, relacja byłego więźnia Władimira Wiazmitinowa.

[5] L. Konarski, „Cyrankiewicz nie zabił Pileckiego”, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 16.12.2013.

[6] P. Lipiński, „Cyrankiewicz…”, s. 50.

[7] Tamże, s. 51.

[8] D. Kania, „Józef Cyrankiewicz kolaborował z Gestapo?”, http://www.wprost.pl, 26.12.2007.

[9] L. Konarski, „Cyrankiewicz nie zabił Pileckiego…”

[10] „Auschwitz obozem pracy”? Afera Bendera, http://www.fakty.interia.pl, 27.01.2010.

[11] L. Konarski, „Cyrankiewicz nie zabił Pileckiego…”

[12] APMA-B. Zespół Wspomnienia, t. 232, k. 21-25, wspomnienia byłego więźnia Zbigniewa Kaczkowskiego; A. Cyra, „Przeżyliśmy Auschwitz…”, http://www.cyra.wblogu.pl, 11.02.2015; A. Cyra, „Miał uciekać z Józefem Cyrankiewiczem z KL Auschwitz”, http://www.cyra.wblogu.pl, 5.07.2017.

[13] I. Paczyńska, „Grypsy z Konzentrationslager Auschwitz Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego”, Kraków 2013, s. 21.

[14] A. Cyra, „Nie był konfidentem w KL Auschwitz”, http://www.cyra.wblogu.pl, 29.08.2013.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 16 maja 2018 r.

Józef Cyrankiewicz nie popełnił nikczemnych czynów w Auschwitz

W numerze 15-16 (8-15.04.2018) „Myśli Polskiej” ukazał się artykuł Magdaleny Ziętek-Wielomskiej pt. „Mieczysław F. Rakowski: polityczny emisariusz pomiędzy Warszawą a Berlinem”, dotyczący roli Mieczysława F. Rakowskiego i Józefa Cyrankiewicza w wynegocjowaniu układu Cyrankiewicz-Brandt, czyli układu o podstawach normalizacji stosunków pomiędzy PRL i RFN z 7 grudnia 1970 roku. Artykuł ten zawiera wiele zdumiewających tez, z których najbardziej absurdalnymi są enuncjacje dotyczące obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza w KL Auschwitz.

Autorka pisze na ten temat: „Oczywiście każdy uważny Czytelnik zada sobie pytanie, które samo ciśnie się na usta: kim tak naprawdę był M. Rakowski? Warto wskazać choćby na to, że w kontekście wydarzeń marcowych pojawiają się artykuły, w których podkreśla się, że kierowana przez niego »Polityka« nie uczestniczyła »w antysemickiej nagonce«… A w cytowanym obficie artykule Spiegla, nazwisko Rakowskiego pojawia się wiele razy. To samo pytanie można postawić w stosunku do Cyrankiewicza. Wątpliwości mnożą się wtedy, kiedy przeczytamy artykuł Jerzego Reutera, przedrukowany na stronie internetowej Tarnowskiego Kuriera Kulturalnego, pt. »Józef Cyrankiewicz«. Reuter pisze tam: »Kilkadziesiąt lat po tamtych wydarzeniach [II WŚ – MZW] polskie gazety opublikowały wywiad z bratankiem Witolda Pileckiego, w którym Krzysztof Pilecki odpowiadając na pytania Jadwigi Knie-Górnej stwierdził: »Stryj doskonale wiedział, że jego przeszłość (Cyrankiewicza) w KL Auschwitz była zupełnie inna niż ta, którą rozpowszechniały władze PRL. Według tej drugiej, Cyrankiewicz był bohaterem oświęcimskim i założycielem obozowej organizacji konspiracyjnej. Prawda jednak była inna. Józef Cyrankiewicz w obozie popełnił mnóstwo nikczemnych czynów. Był esesmańskim donosicielem. Przez niego zginęło wiele osób. Stryj ułożył w całość fragmenty dramatycznych zbiegów okoliczności. Doszedł do tego, że po kolei ginęli bez śladu ci członkowie organizacji konspiracyjnej, którzy mieli bliższy kontakt z Cyrankiewiczem«. 27 grudnia 2007 tygodnik »Wprost« opublikował artykuł na temat domniemanego szpiegostwa Józefa Cyrankiewicza na rzecz Gestapo. Odezwali się naoczni świadkowie i potwierdzili podane przez pismo fakty. Jednak oficjalne źródła niczego nie wykazały, chociaż wiadomym jest, że przez wiele lat Cyrankiewicz miał szeroki dostęp do akt obozowych, a nawet wypożyczał te bardziej dla niego interesujące«”.

W zacytowanym fragmencie Autorka przytoczyła wszystkie, najbardziej głupie, oszczercze, chamskie, prostackie, łajdackie i ohydne kalumnie, którymi polska radykalna prawica „niepodległościowa” obrzuca od 30 lat osobę Józefa Cyrankiewicza. To jest stały repertuar Tadeusza M. Płużańskiego, Wiesława J. Wysockiego, Leszka Żebrowskiego i innych przedstawicieli tego środowiska, dla którego tzw. dekomunizacja oznacza wymazanie z pamięci i wieczne utopienie w gnoju okresu Polski Ludowej. Ta filozofia wyklucza możliwość, żeby w okresie Polski Ludowej mogło być coś pozytywnego, a osoby wówczas działające politycznie mogły mieć jakieś chwalebne karty w życiorysie. Trzeba im więc wszystkim przypisać, jeśli nie współpracę z NKWD, to z gestapo, albo jakieś czyny kryminalne.

Taką też metodę zastosowano wobec Józefa Cyrankiewicza, rozpowszechniając kłamliwe i stojące poniżej wszelkiej krytyki oszczerstwa na temat jego obozowej przeszłości. Ani osoby rozpowszechniające te oszczerstwa, ani rodzina Witolda Pileckiego – będąca źródłem części z nich – nie przedstawiły jak dotąd jakichkolwiek dowodów na przypisywaną przez nich Józefowi Cyrankiewiczowi współpracę z gestapo w KL Auschwitz.

Przypomnę najważniejsze fakty. Józef Cyrankiewicz już przed wojną był znanym działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej. Niewielu jednak wie, że jego ojciec był działaczem endeckim z Tarnowa. Podczas kampanii wrześniowej 1939 roku Cyrankiewicz walczył jako dowódca baterii artylerii konnej w szeregach Armii „Kraków”. Po klęsce wrześniowej uciekł z transportu jenieckiego razem z późniejszym dyrektorem Radia Wolna Europa, Janem Nowakiem-Jeziorańskim, co ten opisał w swoich wspomnieniach „Kurier z Warszawy”[1].

Zdjęcie okupacyjne Józefa Cyrankiewicza. Fot. Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Zdjęcie okupacyjne Józefa Cyrankiewicza. Fot. Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Do KL Auschwitz trafił za działalność konspiracyjną w Związku Walki Zbrojnej, czyli późniejszej Armii Krajowej. Przed aresztowaniem przez gestapo, które nastąpiło 19 kwietnia 1941 roku, Cyrankiewicz był jednym z czołowych działaczy konspiracyjnej Polskiej Partii Socjalistycznej-Wolność Równość Niepodległość, a więc partii wchodzącej w skład zarówno politycznej reprezentacji Polski Podziemnej, jak i polskich władz na Wychodźstwie. Stał na czele PPS-WRN i Gwardii Ludowej PPS-WRN w okręgu krakowskim, z którą wszedł w skład ZWZ. Tuż przed aresztowaniem Cyrankiewicza rozważano jego kandydaturę na stanowisko zastępcy Delegata Rządu na Kraj (czyli konspiracyjnego wicepremiera) z ramienia PPS-WRN. Podczas działalności konspiracyjnej w ZWZ Cyrankiewicz zorganizował m.in. akcję odbicia z rąk gestapo Jana Karskiego – najwybitniejszego emisariusza ZWZ/AK, który poinformował aliantów zachodnich o dokonywanej przez Niemców na okupowanych ziemiach polskich zagładzie Żydów.

Przez prawie półtora roku Józef Cyrankiewicz był więźniem jednego z najcięższych więzień gestapowskich w okupowanej Polsce – czyli krakowskiego więzienia przy ulicy Montelupich – gdzie przeszedł okrutne śledztwo połączone z torturami. Od 4 września 1942 roku do 18 stycznia 1945 roku był więźniem KL Auschwitz nr 62933, a po ewakuacji tego obozu był do 5 maja 1945 roku więźniem KL Mauthausen. To były najcięższe niemieckie, nazistowskie obozy koncentracyjne. Piekło na ziemi, którego nikt wcześniej ani później nie stworzył.

W KL Auschwitz Józef Cyrankiewicz stanął na czele międzynarodowej więźniarskiej konspiracji lewicowej – Grupy Bojowej Oświęcim. Odpowiadał w niej m.in. za łączność ze światem zewnętrznym, czyli konspiracyjne wysyłanie meldunków informujących o sytuacji i zbrodniach niemieckich w obozie. Jeżeli Cyrankiewicz był agentem gestapo, to jak to się stało, że w grudniu 1943 roku trafił do aresztu obozowego w Bloku Śmierci, skąd zwykle wychodziło się na egzekucję pod Ścianą Śmierci. Jego osadzenie w areszcie obozowym było rezultatem donosu konfidentów obozowego gestapo – Stanisława Dorosiewicza i Stanisława Wierusza-Kowalskiego. Życie Cyrankiewiczowi i innym więźniom osadzonym wówczas w Bloku Śmierci uratowała zmiana komendanta obozu z Rudolfa Hössa na Arthura Liebehenschela, który przejściowo złagodził represyjną politykę poprzednika[2].

26 czerwca 1944 roku Henryk Bartosiewicz (więzień nr 9406), który po egzekucji czołowych działaczy obozowej konspiracji Związku Organizacji Wojskowej-Armii Krajowej pod Ścianą Śmierci 11 października 1943 roku stanął na czele tej konspiracji, został przeniesiony do KL Buchenwald. W związku z tym wtajemniczył Cyrankiewicza w kontakty konspiracyjne ZOW-AK. Do rozmów pomiędzy ZOW-AK oraz Grupą Bojową Oświęcim doszło już pod koniec 1943 roku. Ich rezultatem było zjednoczenie obu organizacji i utworzenie wiosną 1944 roku Rady Wojskowej Oświęcim. Kierownictwo polityczne zjednoczonej konspiracji więźniarskiej spoczęło w ręku Cyrankiewicza, natomiast wojskowe w ręku Bartosiewicza, a po jego przeniesieniu do KL Buchenawld kpt. Stanisława Kazuby (więzień nr 1630).

Po przekazaniu przez Bartosiewicza Cyrankiewiczowi kontaktów konspiracyjnych ZOW-AK, komendant Okręgu Śląskiego AK, mjr Zygmunt Walter-Janke, mianował konspiracyjnie Cyrankiewicza – który używał pseudonimu „Rot” – dowódcą AK w obozie i na terenie przyobozowym. Nominacja ta nie została przyjęta do wiadomości przez szefa inspektoratu bielskiego AK, Stanisława Chybińskiego, najprawdopodobniej na skutek jego uprzedzeń antylewicowych. Nie zmienia to faktu, że „Rot” od połowy 1944 roku stał na czele całej konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz – akowskiej i lewicowo-międzynarodowej.

Najważniejszym zadaniem Rady Wojskowej Oświęcim, w obliczu trwającej od końca czerwca 1944 roku stopniowej ewakuacji i likwidacji KL Auschwitz, było niedopuszczenie do ewentualnego wymordowania przez SS wszystkich więźniów i zatarcia śladów zbrodni popełnionych w obozie. O rzekomym istnieniu planu takich działań – „planu Molla” (nazwa pochodzi od nazwiska Otto Molla, jednego z największych zbrodniarzy w KL Auschwitz, nadzorującego komory gazowe i krematoria) – Rada Wojskowa Oświęcim poinformowała we wrześniu 1944 roku kanałami konspiracyjnymi polskie władze emigracyjne w Londynie. Rząd polski przekazał wówczas informację o zamiarze wymordowania przez SS więźniów KL Auschwitz ministerstwom spraw zagranicznych USA i Wielkiej Brytanii z prośbą, by alianci nie dopuścili do tej zbrodni. Rządy USA i Wielkiej Brytanii wydały następnie wspólną deklarację, ogłoszoną 10 października 1944 roku, w której ostrzegły potencjalnych sprawców zbrodni przed czekającą ich karą. 11 października 1944 roku niemiecka służba telegraficzna podała, że nie jest prawdą jakoby istniał plan wymordowania więźniów KL Auschwitz, a wiadomości podawane na ten temat przez aliantów są fałszywe.

Jeden z najwybitniejszych znawców tematyki więźniarskiego ruchu oporu w KL Auschwitz – Henryk Świebocki – uważa, że „plan Molla” był blefem Rady Wojskowej Oświęcim, najprawdopodobniej samego Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego (więzień nr 20019), którzy sygnowali gryps z 6 września 1944 roku. Konspiracja więźniarska zupełnie słusznie obawiała się, że władze SS – w obliczu zbliżającego się frontu – mogą postanowić wymordować wszystkich więźniów jako świadków zbrodni popełnionych w obozie. „Należało więc – pisze Świebocki – uprzedzić SS i przesłać w świat fałszywą informację, by tym sprowokować kampanię międzynarodową, która przekreśliłaby zrodzenie się w przyszłości myśli o masowej likwidacji więźniów. Bez względu na to, czy rzeczywiście »plan Molla« istniał, czy też była to zręczna mistyfikacja obozowego ruchu oporu, jedno jest pewne – nie doszło w KL Auschwitz do masowego unicestwienia więźniów po ogłoszonej przez aliantów deklaracji i zagrożeniu represjami”[3]. I to było zasługą między innymi, a może głównie Józefa Cyrankiewicza.

Wszystkim tym, którzy preparują i propagują oszczerstwa na temat obozowej działalności Józefa Cyrankiewicza polecam lekturę książki prof. Ireny Paczyńskiej z Uniwersytetu Jagiellońskiego pt. „Grypsy z Konzentrationslager Auschwitz Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego” (Kraków 2013, 676 stron). Publikacja ta – owoc mrówczej pracy Autorki – zawiera naukowe opracowanie 214 grypsów, które zostały wysłane z KL Auschwitz przez Cyrankiewicza i Kłodzińskiego pomiędzy 6 września 1942 roku a 18 stycznia 1945 roku do Teresy Lasockiej-Estreicher z działającej w ramach AK organizacji Pomoc Więźniom Obozów Koncentracyjnych w Krakowie. Większość z tych grypsów została przekazana przez Teresę Lasocką-Estreicher do rąk władz polskich w Londynie, a następnie do wiadomości aliantów zachodnich. Te 214 grypsów – znajdujących się obecnie w archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau – to tylko część konspiracyjnej korespondencji Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego, która nie zachowała się w całości. Ostatnie ich grypsy odnaleziono w październiku 2011 roku. Były ukryte w wałku do ciasta w mieszkaniu lekarza stomatologa Tadeusza Wichra przy ulicy Dietla 66 w Krakowie, gdzie w czasie wojny znajdował się lokal konspiracyjny PPS-WRN. Odnalazł je i przekazał do muzeum w Oświęcimiu jego wnuk.

Konspiracyjna korespondencja Cyrankiewicza i Kłodzińskiego dokumentowała wydarzenia związane z działalnością konspiracji więźniarskiej oraz zbrodnie popełniane w KL Auschwitz przez SS – ucieczki z obozu, stany liczbowe więźniów, ich skład narodowościowy, stosowane przez SS metody uśmiercania, dokonywane w obozie egzekucje i akcje masowej zagłady, nazwiska i charakterystyki zbrodniarzy niemieckich. Grypsy zawierały też bardzo dużo informacji o akcji zagłady Żydów, Romów i jeńców radzieckich w KL Auschwitz. Dzięki Cyrankiewiczowi i Kłodzińskiemu przesłano kanałami konspiracyjnymi do wspomnianej komórki AK odpisy książki bunkra (aresztu obozowego w Bloku Śmierci), list transportowych i wykazów warszawiaków deportowanych do KL Auschwitz po wybuchu powstania warszawskiego. To były nie tylko bezcenne informacje wówczas. To są także bezcenne źródła historyczne dzisiaj.

Czy Cyrankiewicz robił to wszystko jako agent gestapo? To gestapo informowało Armię Krajową, rząd polski w Londynie i aliantów zachodnich o zbrodniach ludobójstwa popełnianych przez aparat SS w KL Auschwitz? Niechże polska prawica zastanowi się nad tym co głosi i co robi. Bo nie robi nic innego poza plugawieniem historii Polski. Może co niektórym jej przedstawicielom wydaje się, że tylko dokopują Cyrankiewiczowi, ale faktycznie robią coś znacznie gorszego – plugawią i kompromitują przed światem historię Polski i historię polskiej konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz. A potem mają pretensje, że ktoś na Zachodzie mówi o „polskich obozach koncentracyjnych”. Czy do tych pustych głów, tak chętnie powołujących się wszędzie na etykę katolicką, naprawdę nic nie może dotrzeć?

W obronie Józefa Cyrankiewicza stanęło jak na razie niewiele osób, co kompromituje środowisko współczesnej polskiej nauki historycznej. Jednym z jego obrońców stał się Adam Cyra – drugi obok Henryka Świebockiego wybitny badacz tematyki więźniarskiego ruchu oporu w KL Auschwitz, pierwszy biograf Witolda Pileckiego.

Pozwolę sobie zacytować fragmenty jego artykułu pt. „Józef Cyrankiewicz w KL Auschwitz”: „Osobiście w połowie lat osiemdziesiątych przez wiele miesięcy zbierałem materiały na temat działalności obozowego ruchu oporu w 1944 r. z udziałem Józefa Cyrankiewicza i skoczka spadochronowego – cichociemnego ppor. Stefana Jasieńskiego ps. »Urban«. Efektem moich wysiłków badawczych jest wydana w 2005 r. książka »Spadochroniarz Urban«. Nie natrafiłem wtedy ani nigdy później, na ślad żadnych dowodów, które świadczyłyby o tym, że postawa Józefa Cyrankiewicza jako więźnia KL Auschwitz była negatywna (…). Obecnie nie ma także żadnych wiarygodnych dokumentów, które potwierdzałyby wyjątkowo negatywną rolę, jaką rzekomo miał odegrać Józef Cyrankiewicz podczas procesu rtm. Witolda Pileckiego w 1948 r. W zaistniałej sytuacji niewątpliwie Józef Cyrankiewicz zachował się biernie, chociaż niewiele mógł pomóc, ponieważ prośby o ułaskawienie rozpatrywał prezydent Bolesław Bierut, który rzadko korzystał z przysługujących mu uprawnień i z reguły zatwierdzał wcześniej zapadłe wyroki śmierci”[4].

Nie jest również prawdą jakoby po wojnie Józef Cyrankiewicz miał wypożyczać z oświęcimskiego muzeum i niszczyć jakieś kompromitujące go akta. To jest pomówienie tak prostackie, że nie warto się nim dalej zajmować.

W tym samym artykule Adam Cyra zacytował fragment zachowanego raportu placówki Policji Bezpieczeństwa w Katowicach z 18 grudnia 1944 roku: „Jak wynika z przechwyconego materiału, obóz koncentracyjny w Oświęcimiu jest także w strefie działania AK. Z ramienia inspektora obozem zajmuje się Wojskowa Rada Obozu – WRO (…). Jako komendant obozu z ramienia AK wyznaczony został niejaki »Rot«. Zajmuje się on zwłaszcza sporządzaniem raportów o sytuacji w obozie i przekazywaniem ich dalej do okręgu (…). Obecnie organizacja ta jest rozpracowywana, o czym po upływie pewnego czasu, sporządzony zostanie specjalny raport”.

Placówka Policji Bezpieczeństwa w Katowicach rozpracowywała swojego agenta „Rota”-Cyrankiewicza i ostrzegała Berlin o jego antyhitlerowskiej działalności? Niechże się prawicowi specjaliści od strzelania błotem nad tym zastanowią. A jeżeli oni są tylko wyrachowanymi i świadomymi swoich kłamstw cynikami, to niech się nad tym zastanowią ich czytelnicy.

W artykule Magdaleny Ziętek-Wielomskiej znalazłem również zdumiewające, w kontekście układu PRL-RFN z 7 grudnia 1970 roku, dywagacje na temat Mieczysława F. Rakowskiego jako „kanału wpływów niemieckich” w PRL. Pragnę przypomnieć, że ten układ – którego najważniejszym postanowieniem było uznanie przez RFN polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej – został zawarty przez socjaldemokratycznego kanclerza Willy’ego Brandta i że ówczesna prawicowa opozycja niemiecka pod przewodnictwem m.in. Helmuta Kohla była mu przeciwna. Nie jest dzisiaj już tajemnicą, że w 1990 roku Helmut Kohl jako kanclerz jednoczących się Niemiec nie chciał uznać granicy nad Odrą i Nysą Łużycką. Bez układu polsko-zachodnioniemieckiego z 7 grudnia 1970 roku wymuszenie na zjednoczonych Niemczech uznania tej granicy byłoby prawdopodobnie niemożliwe.

Doprowadzając do podpisania układu pomiędzy PRL i RFN w grudniu 1970 roku Władysław Gomułka, Józef Cyrankiewicz i Mieczysław F. Rakowski działali na rzecz polskiej, narodowej racji stanu, co oczywiście także nie mieści się w horyzontach myślowych osób przedstawiających PRL jako „sowiecką okupację” lub państwo niebyłe (w 1968 roku ponoć nie było Polski, jak stwierdził obecny premier M. Morawiecki). Wyżej wymienieni przywódcy i politycy PRL obronili wtedy polską, narodową rację stanu. To jest jedyny uprawniony wniosek. Wszelkie inne są niepoważne. Dlatego muszę stwierdzić – mimo sympatii do Autorki – że dawno nie czytałem tak niepoważnego artykułu jak wspomniany artykuł Magdaleny Ziętek-Wielomskiej. Zwłaszcza w „Myśli Polskiej”.

[1] Jan Nowak (Zdzisław Jeziorański), „Kurier z Warszawy”, Warszawa-Kraków 1989, s. 31-32.

[2] D. Czech, „Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz”, Oświęcim 1992, s. 574-589.

[3] Cyt. za: W. Długoborski, F. Piper (red.), „Auschwitz 1940-1945. Węzłowe zagadnienia z dziejów obozu”, t. IV, H. Świebocki, „Ruch Oporu”, Oświęcim 1995, s. 163.

[4] A. Cyra, „Józef Cyrankiewicz w KL Auschwitz”, Wprawnym okiem historyka, http://www.cyra.wblogu.pl, 9.01.2015.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 maja 2018 r.

W kierunku konfliktu globalnego

Wiosna 2018 roku przyniosła całkowitą klęskę militarną dżihadystów w Syrii i przyspieszyła tym samym koniec tzw. wojny domowej w tym kraju, czyli trwającej od 2011 roku agresji USA i ich zachodnioeuropejskich sojuszników, realizowanej rękami ekstremistów islamskich. 4 kwietnia w Ankarze spotkali się przywódcy Rosji, Iranu i Turcji (formalnego członka NATO), którzy zapewnili, że są zdecydowani przyspieszyć działania na rzecz „zaprowadzenia pokoju i stabilności w Syrii”. Prezydenci Putin, Rowhani i Erdogan uznali, że format astański (Moskwa, Teheran i Ankara) stanowi jedyną efektywną inicjatywę międzynarodową, która zmierza do zaprowadzenia pokoju w Syrii. Wypowiedzieli się też przeciwko separatyzmowi i tworzeniu w Syrii nowych formacji pod pretekstem walki z terroryzmem[1].

Szczyt w Ankarze oznacza ostateczną klęskę Waszyngtonu i jego sojuszników w wojnie syryjskiej. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Zastosowano scenariusz już wielokrotnie przećwiczony, czyli oskarżono „reżim syryjski” o użycie broni chemicznej przeciw cywilom. Przywódca USA natychmiast zagroził „reżimowi Asada” atakiem odwetowym. Prezydenta Trumpa poparł były premier brytyjski Tony Blair – główny sojusznik USA podczas inwazji na Irak w 2003 roku. Ten sam, który wtedy twierdził, że Irak na pewno posiada broń masowej zagłady i który później przepraszał za te oskarżenia i uwikłanie Wielkiej Brytanii w drugą wojnę iracką[2].

Sytuacja uległa niebezpiecznej eskalacji, kiedy Rosja stanęła w obronie Syrii. Rosyjski ambasador w Libanie Aleksander Zasypkin ostrzegł 10 kwietnia, że amerykańskie rakiety odpalone w stronę Syrii zostaną zestrzelone. Na to następnego dnia odpowiedział Trump w zaskakującym wpisie na Twitterze: „Bądź gotowa Rosjo, bo będą nadlatywać, ładne, nowe i »inteligentne«”[3]. Jednocześnie wysłał w kierunku Syrii grupę uderzeniową marynarki wojennej, a rosyjskie okręty wyszły z portów syryjskich. Świat zaczął się w tym momencie zastanawiać, czy jest to nowy kryzys kubański i czy grozi wybuch trzeciej wojny światowej.

12 kwietnia przywódca USA stonował swoje stanowisko. W kolejnym wpisie na Twitterze oświadczył, że uderzenie militarne przeciw Syrii może nastąpić „bardzo szybko, albo wcale nie tak szybko”[4]. Na ochłodzenie zapału Trumpa wpłynęła zapewne wstrzemięźliwa reakcja Londynu i Berlina. Jest ona całkowicie zrozumiała zważywszy, że w Wielkiej Brytanii i RFN mieszka znacząca diaspora muzułmańska, z której reakcją trzeba się liczyć. Trumpa bezapelacyjnie poparł jedynie prezydent Francji Emmanuel Macron. W tym miejscu trzeba wspomnieć o żenującym komentarzu polskiego prorządowego dziennika „Rzeczpospolita”, który ogłosił, że Macron „ratuje honor Europy”[5]. To mówi wszystko o polskim establishmencie politycznym. Nic więcej dodawać nie trzeba.

Ostatecznie w nocy z 13 na 14 kwietnia USA, Wielka Brytania i Francja zbombardowały trzy miejsca w Syrii, związane ich zdaniem z produkcją broni chemicznej: ośrodek naukowy w Damaszku, magazyny wojskowe w Hims i centrum dowodzenia na północ od Hims[6]. Wygląda na to, że wybrano wariant „ataku ograniczonego”. Do konfrontacji militarnej z wojskami rosyjskimi na razie nie doszło. Należy podkreślić, że wszyscy trzej uczestnicy tego ataku od początku byli stroną „wojny domowej” w Syrii, ukrywającą się za formacjami ekstremistów islamskich.

Nie sposób też nie zauważyć, że zanim 14 kwietnia spadły na Syrię pociski amerykańskie, brytyjskie i francuskie, 9 kwietnia ataku na bazę lotniczą Tiyas w syryjskiej prowincji Hims dokonał Izrael, nie przyznając się do tego[7]. Ta kolejność jest bardzo wymowna.

Kryzys wokół Syrii trafnie skomentował Konrad Rękas: „Obecne, nagłe zaostrzenie sytuacji w Syrii, dosłownie kilka dni po deklaracji Stanów Zjednoczonych o ich częściowym przynajmniej wycofaniu się z działań (de)stabilizacyjnych – pokazuje jak kruchy jest dziś pokój. Wystarczyła jedna rozmowa Donalda Trumpa z premierem Netanjahu, kolejna garść problemów prezydenta USA z własną przeszłością – i już wróciliśmy do punktu wyjścia, do wydarzeń z 2013/14, kiedy świat odliczał czas do lądowej interwencji zbrojnej US Army na terytorium syryjskim. Paradoksalnie, wówczas akcję tę powstrzymało zdecydowane wystąpienie strony rosyjskiej – która dziś wydaje się właściwym celem nowej agresji, zaś jednym z głównych krytyków tamtej polityki Baracka Obamy, był chodzący dziś w jego butach Trump”[8].

Trump miał być tym, który doprowadzi do deeskalacji w stosunkach amerykańsko-rosyjskich. A stał się bezwolnym narzędziem partii wojny i lobby izraelskiego. Politykiem bez charakteru, bez polotu, bez wizji i bez zasad. Nie o Syrię tu oczywiście chodzi, ale o Rosję, do której obóz euro-atlantycki ma pretensje o brak „demokracji”, czyli o to, że pod rządami Putina nie dała się skolonizować gospodarczo. Od początku lat 80. XX wieku świat nie był jeszcze tak blisko rozpętania wojny globalnej, jak teraz.

Popatrzmy zatem jak doszło do obecnego kryzysu.

Można oczywiście cofnąć się do początku grudnia 1989 roku, kiedy Michaił Gorbaczow i George H. W. Bush senior ogłosili koniec „zimnej wojny”. Waszyngton rozumiał jednak koniec „zimnej wojny” inaczej niż Moskwa, czyli jako swoje zwycięstwo, które dało mu prawo do jednobiegunowej dominacji nad światem. Tak postrzegała to neokonserwtywna partia wojny, która zdominowała politykę zagraniczną USA. Można wspomnieć o pierwszej i drugiej wojnie irackiej, brutalnym rozbiciu i zniszczeniu Jugosławii i takich samych próbach dezintegracji Rosji (Czeczenia). Ale nie sięgajmy tak daleko. Wystarczy cofnąć się do roku 2008 – roku wielkiego kryzysu gospodarczego, który wybuchł w USA i ogarnął świat zachodni.

W tym samym 2008 roku Władimir Putin ogłosił projekt Unii Eurazjatyckiej, zapraszając do jej współtworzenia Unię Europejską. Projekt był mglisty, niedookreślony, ale jego realizacja wyrugowałby z Europy interesy USA, a dla Polski stworzyła niepowtarzalną szansę bycia „pomostem” między Wschodem i Zachodem. USA zareagowały bardzo szybko, prowokując przy pomocy pana Saakaszwilego wojnę gruzińsko-rosyjską.

Już rok później proamerykańscy politycy w Europie typu Radosława Sikorskiego (American Enterprise Institute for Public Policy Research) doprowadzili do przyjęcia przez UE projektu Partnerstwa Wschodniego, wykluczając z niego Rosję. W zamyśle miała to być próba odciągania krajów postradzieckich od Moskwy i stworzenie dla niej bariery, a potencjalnie także utrudnianie życia mniejszości rosyjskiej w tych krajach.

Dwa lata później rozpoczęła się tzw. „arabska wiosna”. Amerykanie wsparli radykalnych islamistów i użyli ich do obalenia rządów państw, w których Rosja cieszyła się sympatią. Brutalnie obalono rządy Kadafiego w Libii, Mubaraka w Egipcie i kilku innych państwach arabskich. Kadafiego obalono nie tylko przy pomocy ekstremistów islamskich, ale także w wyniku bezpośredniej interwencji zbrojnej NATO, co nie wymaga dalszego komentarza. Nie udało się obalić tylko Asada w Syrii. Dlatego w 2011 roku wybucha w tym kraju „wojna domowa”, a przy wsparciu Zachodu przedostały się tam tysiące terrorystów islamskich. Syria jest kluczowa tak dla USA, jak i Rosji, ponieważ przez jej terytorium przebiegają linie przesyłowe gazu i ropy naftowej. Jest też kluczowa dla Izraela, który dąży do konfrontacji z wrogim mu Iranem. Nie można wyeliminować Iranu bez wyeliminowania jego głównego sojusznika na Bliskim Wschodzie, jakim jest „reżim Asada” w Syrii.

W 2013 roku prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko – lawirujący pomiędzy Wschodem i Zachodem – dowiedział się, że Bruksela nie ma zamiaru pokrywać kosztów przeorientowania ukraińskiej gospodarki w związku ze stowarzyszeniem Kijowa z UE. Rezygnuje więc z dalszej integracji z Zachodem. Wtedy Waszyngton używa do jego obalenia nacjonalistów ukraińskich. W wyniku krwawego przewrotu do władzy w Kijowie dochodzi oligarchiczno-nacjonalistyczna ekipa, a jednym z jej pierwszych posunięć jest zapowiedź językowej dyskryminacji mieszkających na Ukrainie Rosjan. W rezultacie Krym przyłącza się do Rosji, a na wschodzie Ukrainy wybucha konflikt zbrojny, który wbrew temu, co wmawia się polskiej opinii publicznej jest wojną hybrydową Zachodu przeciw Rosji, a nie odwrotnie.

W 2015 roku Rosja przechodzi do kontrofensywy w Syrii, gdzie wspiera militarnie Syryjską Armię Arabską. W tej sytuacji Amerykanie próbują posłużyć się Turcją, by równoważyć siły rosyjskie. Do gry wchodzą też Kurdowie, widząc w dezintegracji Syrii szansę na realizację marzeń o swojej państwowości. Dla Ankary jest to absolutnie nie do zaakceptowania i dlatego Erdogan zmienia kurs. Wtedy proamerykańscy oficerowie tureccy próbują w 2016 roku dokonać zamachu stanu. Kończy się on niepowodzeniem, ponieważ Turcy masowo popierają Erdogana.

W tym czasie Chiny ogłaszają swój wielki projekt gospodarczy, czyli Nowy Jedwabny Szlak, który ma ułatwić transport coraz lepszej jakości chińskich towarów na rynek europejski. Oznacza to kolejny cios dla USA, zupełnie niekonkurencyjnych dla Chin. Do zablokowania inicjatywy Nowego Jedwabnego Szlaku Waszyngton używa zależne od siebie rządy Europy Środkowo-Wschodniej, w tym przede wszystkim rządy Polski i Ukrainy.

Na przełomie 2017 i 2018 roku zależne od USA rządy państw bałtyckich ogłaszają projekty dyskryminujące językowo mniejszość rosyjską w tych krajach. To także jest kolejny etap wojny hybrydowej Zachodu z Rosją. No i wreszcie na początku kwietnia 2018 roku Rosja, Turcja i Iran przyjmują historyczne porozumienie w sprawie zaprowadzenia pokoju w Syrii. Wtedy USA i ich sojusznicy już po raz trzeci z rzędu ogłaszają, że wygrywająca wojnę Syryjska Republika Arabska użyła broni chemicznej przeciwko swoim obywatelom. Donald Trump zapowiada, że USA odpowiedzą militarnie, bez względu na postanowienia Rady Bezpieczeństwa ONZ. I odpowiedziały.

Oddajmy na koniec jeszcze raz głos red. K. Rękasowi: „Do znudzenia bowiem trzeba powtarzać, że tym czynnikiem, który od kilku już lat powstrzymuje wybuch pełnowymiarowej wojny – jest to, że uparcie, wręcz rozpaczliwie nie chce jej Rosja. Opierając się niekoniecznie z tych pobudek, z których byłoby to w jej interesie – Moskwa… katechonuje. Wyrażenie przez ministra Ławrowa »nadziei, że nie dojdzie do BEZPOŚREDNIEJ konfrontacji amerykańsko-rosyjskiej« – to w języku dyplomacji bodaj najwyraźniejsze ostrzeżenie przed pełnowymiarową wojną światową. Problem z wojną polega jednak m.in. na tym, że niekoniecznie w jej wybuchu przeszkadza straszne jej niechcenie przez jedną tylko stronę (…)”[9].

[1] Turcja, Iran i Rosja: Przyspieszymy działania na rzecz pokoju w Syrii, http://www.gazetaprawna.pl, 4.04.2018; Prezydenci Rosji, Turcji i Iranu podpisali oświadczenie w sprawie Syrii, http://www.pl.sputniknews.com, 4.04.2018.

[2] Tony Blair znowu podżega do wojny. Chce razem z USA uderzyć na Syrię, http://www.strajk.eu, 10.04.2018.

[3] Trump grozi Rosji „nowymi rakietami”, zapowiada atak na Syrię, http://www.kresy.pl, 11.04.2018.

[4] Trump: atak na Syrię może nastąpić szybko, albo wcale nie tak szybko, http://www.waidomosci.onet.pl, 12.04.2018.

[5] J. Bielecki, „Syria: Emmanuel Macron ratuje honor Europy”, http://www.rp.pl, 12.04.2018.

[6] USA, Wielka Brytania i Francja zbombardowały trzy miejsca w Syrii. To odpowiedź na atak chemiczny, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 14.04.2018.

[7] Atak na bazę lotniczą w Syrii. Al-Assad i Putin oskarżają Izrael, http://www.dziennikzachodni.pl, 9.04.2018.

[8] K. Rękas, „W obliczu nadchodzącej Trzeciej Wojny Światowej”, http://www.prawica.net, 10.04.2018.

[9] K. Rękas, „W obliczu nadchodzącej Trzeciej Wojny…”

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 kwietnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 17-18 (2185/86), 22-29.04.2018, s. 5

Szaleństwo dekomunizacji

7 kwietnia 2018 roku miało miejsce spotkanie pracowników gdańskiego Oddziału IPN z mieszkańcami gminy Czarne w województwie pomorskim, którzy sprzeciwili się budowie pomnika „żołnierzy wyklętych”. Piotr Szubarczyk z Oddziałowego Biura Edukacji Narodowej IPN w Gdańsku nie był w stanie zaakceptować, że mieszkańcy Czarnego podnosili kwestię zbrodni na ludności cywilnej dokonanych przez formację Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. W czasie spotkania Szubarczyk uniemożliwiał wypowiedzi mieszkańcom Czarnego, zachowywał się wulgarnie, m.in. krzycząc do Benedykta Lipskiego, emerytowanego nauczyciela historii – „Co pan za głupoty opowiada!”, „Pan łże! Łże jak pies!” oraz „Panie, przeczytaj pan ten rozkaz do cholery!”. Wykpiwał osoby zabierające głos, przerywał ich wypowiedzi śpiewaniem piosenek radzieckich oraz stwierdził, że Żydzi nie byli dla Polaków „bratnią krwią”, bo stanowili 50 proc. kadry UB (w rzeczywistości znacznie mniej).

Na koniec – reagując na odrzucenie przez społeczność Czarnego w referendum wniosku o budowę pomnika „wyklętych” – Szubarczyk zamieścił wpis w Internecie, w którym określił mieszkańców Czarnego jako „sowieckich agentów”, „zielonych ludzików”, „wyjątkową swołocz” i „tchórzliwe kanalie” oraz zwrócił się do nich słowami: „Jebał was pies! I tak Polska wygra tę batalię, a na was naplują kiedyś wasze wnuki”[1].

IPN przeprosił za zachowanie swojego pracownika i ukarał go jedynie naganą. Piotr Szubarczyk nie jest jedynym pracownikiem tej instytucji znanym z politycznego radykalizmu i zaangażowania po stronie rządzącej prawicy. Przypuszczam, że nie tylko mieszkańcy gminy Czarne, ale duża część Polaków są dla tej prawicy „wyjątkową swołoczą”, której nie da się przerobić na pożądany wzorzec polityczny inaczej jak poprzez upodlenie i terror. To jest nieuniknione, jeśli się robi rewolucję społeczną, która z pierwowzorem bolszewickim ma niemało wspólnego. Incydent w Czarnem pokazuje jak na dłoni, że dzięki tzw. dekomunizacji w wykonaniu IPN i PiS powróciła do Polski autentyczna kultura radziecka. Przynajmniej dla mnie nie ulega wątpliwości, że władza w Polsce znalazła się w rękach ludzi specjalnej troski, a to jest niebezpieczne dla ogółu.

Przykładów szaleństwa tzw. dekomunizacji można podać wiele i niektóre z nich już szerzej poruszyłem w swojej publicystyce. Niemal każdy dzień przynosi jakąś bulwersującą informację odnośnie kolejnych poczynań dekomunizatorów.

W Sejnach przeznaczono do likwidacji Pomnik Matki Polki, zwany też Pomnikiem Zwycięstwa. Jak się okazuje – zwycięstwa niesłusznego, ponieważ odniesionego przez Armię Czerwoną. W rozumowaniu rządzącej prawicy to zwycięstwo zasługiwałoby na upamiętnienie tylko wtedy, gdyby Polskę spod okupacji niemieckiej wyzwalała armia amerykańska. Na pomniku widniał orzeł bez korony, odsłonięto go 22 lipca 1970 roku i – o zgrozo – decydenci z IPN i PiS dopatrzyli się na nim płaskorzeźb z wizerunkami czerwonoarmistów[2].

W Bielsku Podlaskim zburzono Pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego. Wnioskował o to IPN na podstawie ustawy dekomunizacyjnej, a decyzję przegłosowali miejscowi radni. Na pomniku była tablica upamiętniająca obrońców władzy ludowej, ale była też tablica poświęcona pamięci Konstytucji 3 Maja[3]. Ktoś kto nie zna polskich realiów mógłby zapytać, czy zburzenie tego pomnika oznacza, że zdaniem IPN Mieszko I i Bolesław Chrobry byli komunistami? Czy może, że pod parawanem tzw. dekomunizacji dokonuje się rozprawy z Polską i jej historią?

Jest oczywiste, że nie chodziło tylko o tablicę upamiętniającą obrońców powojennej władzy, ale o zasadniczą symbolikę tego pomnika. O to, że tradycja piastowska służyła komunistom do legitymizacji ich władzy. Ale przecież nie tylko. Służyła i powinna służyć nadal do legitymizacji polskiej obecności na Ziemiach Odzyskanych. Tego jednakże dekomunizatorzy – uprawiający skrajne sekciarstwo polityczne – dostrzec nie potrafią albo nie chcą. Ten i inne pomniki Tysiąclecia Państwa Polskiego przypominają, że komuniści polscy realizowali w odniesieniu do Ziem Zachodnich i Północnych polską rację stanu. No a to stoi w głębokiej sprzeczności z sekciarskimi tezami o „zdrajcach” i „pachołkach Rosji”.

W Strzelcach Opolskich wojewoda opolski doprowadził do „dekomunizacji” działacza narodowego Jana Rychla (1902-1974), który był patronem jednej z ulic[4]. Co istotne – uczynił to bez opinii IPN i bez konsultacji z mieszkańcami. Jan Rychel był w okresie międzywojennym wybitnym działaczem Związku Polaków w Niemczech, organizatorem polskiego szkolnictwa pod władzą niemiecką, krzewicielem polskości na Śląsku Opolskim. Ponadto pełnił w tym czasie funkcje prezesa Związku Stowarzyszeń Młodzieży Polsko-Katolickiej Śląska Opolskiego i sekretarza Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego na powiat strzelecki. Kierował także Bankiem Ludowym w Oleśnie. To dzięki takim ludziom jak Rychel przed 1945 rokiem przetrwały resztki polskości na dawnych ziemiach piastowskich, należących wtedy do Niemiec. Strzelce Opolskie (wówczas Groß Strehlitz) Niemcy zaliczali do twierdz polskości i to była w ogromnej mierze zasługa Jana Rychla.

To, że Rychel był więźniem KL Buchenwald, a po wojnie był prześladowany przez UB, też nie miało znaczenia dla wojewody opolskiego. Jaka więc była jego wina? Ano taka, że po 1945 roku należał do Stronnictwa Demokratycznego, a po przełomie październikowym 1956 roku był radnym Powiatowej Rady Narodowej, posłem na Sejm PRL II kadencji i zasiadał w Radzie Naczelnej Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich. Dla każdego logicznie myślącego człowieka jest oczywiste, że nie była to jakakolwiek działalność komunistyczna, ale działalność na rzecz zagospodarowania przez Polskę dawnych ziem piastowskich. Nie można w tym miejscu uciec od pytania, czy wojewoda Adrian Czubak z PiS dekomunizuje czy regermanizuje Śląsk Opolski?

Na razie, dzięki ostrym protestom społecznym, udało się powstrzymać zniszczenie Pomnika Zwycięstwa i Wolności w Gorzowie Śląskim, zwanego pomnikiem Elzy. W akcję obrony pomnika Elzy zaangażowały się m.in. córki i wnuki jego twórcy – rzeźbiarza Jana Borowczaka. Muzeum Śląska Opolskiego tłumaczy, że kobieta na pomniku trzyma w ręce piastowskiego orła, a trzy pylony symbolizują trzy powstania śląskie – więc pomnik nie może propagować komunizmu. Zdaniem IPN jednak może, ponieważ napis na pomniku głosi: „Bohaterom walk z faszyzmem, wyzwolicielom Ziem Piastowskich”[5].

Taka inskrypcja ma – wedle opinii IPN – propagować komunizm. A więc walka z faszyzmem była zła, jeśli toczyli ją komuniści i Armia Czerwona. Rezultat tej walki – czyli powrót do Polski dawnych ziem piastowskich – także. To już nie jest tylko antypolonizm. To jest paranoidalne postrzeganie rzeczywistości.

Ofiarami tzw. dekomunizacji padają powszechnie pomniki i tablice poświęcone pamięci walk z okupantem niemieckim, jakie toczyły Gwardia i Armia Ludowa, Bataliony Chłopskie i Wojsko Polskie sformowane w ZSRR. W moim odbiorze to nie jest dekomunizacja, tylko faszyzacja. To jest barbarzyństwo wobec historii Polski. Rodzi się pytanie, czy to barbarzyństwo jest konieczne z przyczyn geopolitycznych? Czy to jest kolejna danina składana na ołtarzu przynależności Polski do bloku euro-atlantyckiego? Jeśli tak, to rządząca prawica nie ma jakiegokolwiek prawa do nazywania się „obozem patriotycznym”, co chętnie czyni, ani tym bardziej do pretensjonalnego podkreślania na każdym kroku domniemanej niepodległości obecnego państwa polskiego.

[1] Festiwal żenady na spotkaniu IPN z mieszkańcami. „Proszę pana, pan kłamie. Łże jak pies!”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 9.04.2018.

[2] Dekomunizacja trwa. Zniknie kolejny PRL-owski pomnik, http://www.tvp.info, 11.02.2018.

[3] A. Zdanowicz, „Pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego w Bielsku Podlaskim już zburzony”, http://www.bielskpodlaski.naszemiasto.pl, 28.03.2018.

[4] J. Cofałka, „Jak wojewoda Czubak zdekomunizował niekomunistę”, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 19.03.2018.

[5] M. Dragon, „Petycja w sprawie ocalenia Elzy. Pomnik w Gorzowie Śląskim na razie nie został zburzony”, http://www.nto.pl, 12.04.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 kwietnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 17-18 (2185/86), 22-29.04.2018, s. 4