Oblany egzamin z polityki

Rządząca prawica nie spodziewała się, że nowelizacja ustawy o IPN wywoła tak nieoczekiwany i głęboki kryzys polityczny o reperkusjach międzynarodowych. O dezorientacji i zaskoczeniu obozu rządzącego świadczy najlepiej to, że prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o zmianie ustawy o IPN dla elektoratu PiS i jednocześnie skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego dla udobruchania Izraela i Ukrainy.

Można dyskutować nad tym czy zmiany w ustawie o IPN będą skuteczne, zwłaszcza wobec mediów i autorów zagranicznych, a także czy stosowanie tego prawa na gruncie krajowym nie doprowadzi do nieporozumień i nadużyć. Niemniej jednak samą oficjalną intencję inicjatorów tej nowelizacji – czyli ochronę dobrego imienia Polski i narodu polskiego przed posądzaniem o udział w zbrodniach nazistowskich – należy uznać za słuszną.

Od razu jednak nasuwa się pytanie, czy za takie zniesławianie Polski i Polaków ponoszą winę tylko ci, którzy za granicą piszą i mówią np. o „polskich obozach śmierci”? Czy wina za kreowanie fałszywego obrazu Polski podczas drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu nie leży też po stronie polityki historycznej rządzącej prawicy? Czy ten fałszywy obraz nie jest kreowany np. przez ulubioną tezę prawicowej polityki historycznej, że Polska przegrała drugą wojnę światową i po 1945 roku znalazła się pod „nową okupacją”? Drugą wojnę światową przegrała III Rzesza i to ona w związku z tym została w 1945 roku poddana okupacji. Jeśli zatem Polska znalazła się w tej samej sytuacji co III Rzesza, to widocznie była jej sojusznikiem. Tak to może odebrać ktoś, kto mieszka daleko od Polski i ma o niej niewielką wiedzę.

Nikt w Polsce nie powinien mieć wątpliwości, że Polska wygrała drugą wojnę światową, ponieważ stawką, o którą walczyła nie była ani przynależność państwowa Kresów Wschodnich, ani ustrój polityczno-gospodarczy, tylko biologiczne przetrwanie.

Niestety prawicowa polityka historyczna od lat uparcie stawia Polskę właśnie w gronie satelitów III Rzeszy. Nie tylko poprzez tezę o przegraniu wojny i „nowej okupacji”, ale także poprzez spłycony i przejaskrawiony kult powojennego podziemia antykomunistycznego – które w uproszczonej narracji postawiono w jednym szeregu z „leśnymi braćmi” (przeważnie hitlerowskimi kolaborantami) z krajów bałtyckich, ukraińskimi nacjonalistami, czy chorwackimi ustaszami. Wszystko to przecież byli „żołnierze wyklęci”, którzy walczyli z komunizmem do końca.

Uwaga powyższa dotyczy nie tylko PiS, ale także PO. Wywodzący się z jej kręgu prezydent Bronisław Komorowski raczył w 2015 roku zaprosić na obchody zakończenia drugiej wojny światowej (bynajmniej nie polskiego zwycięstwa, ale jedynie zakończenia wojny) przedstawicieli państw, które przecież były satelitami III Rzeszy, a pominął państwa koalicji antyhitlerowskiej tylko dlatego, żeby nie zaprosić delegacji Rosji.

O ile ta część nowelizacji prawa o IPN, mówiąca o przypisywaniu Polsce i Polakom udziału w zbrodniach nazistowskich, może budzić różne wątpliwości, także odległe od narracji strony izraelskiej, to penalizacja propagowania na terytorium Polski ideologii banderowskiej i negacji zbrodni nacjonalistów ukraińskich na narodzie polskim jest bez wątpienia posunięciem słusznym. Nie tylko słusznym, ale długo oczekiwanym przez środowiska kresowe. Niestety połączenie obu tych spraw okazało się posunięciem niefortunnym w sytuacji wynikłego kryzysu i niebezpieczeństwa zanegowania tego ustawodawstwa przez Trybunał Konstytucyjny.

Reakcja Izraela oraz środowisk żydowskich w USA i na Zachodzie była oczywiście przesadna i miejscami skandaliczna, a towarzysząca jej narracja historyczna zmierzała do defamacji Polski. Uwaga mediów i opinii publicznej skupiła się niemal całkowicie właśnie na reakcji strony izraelsko-amerykańskiej oraz wspierających jej narrację ośrodków krajowych. Nie była natomiast eksponowana w mediach, być może celowo, reakcja strony ukraińskiej, która cynicznie podczepiła się pod protest izraelsko-amerykański. Trzeba zauważyć, że posłowie PO wstrzymali się od głosu nie dlatego, że byli przeciwni penalizacji przypisywania Polsce i Polakom udziału w zbrodniach nazistowskich, ale dlatego, że nie podobał im się pomysł takiego samego potraktowania propagowania w Polsce ideologii banderowskiej i negacji zbrodni popełnionych przez OUN-UPA. Tym samym PO potwierdziła raz jeszcze, że stanowi najtwardsze jądro lobby ukraińskiego w Polsce.

Jeśli reakcję strony izraelsko-amerykańskiej na znowelizowane prawo o IPN można uznać za przesadną i skandaliczną, to reakcję Kijowa można określić tylko mianem agresji. Ze strony ukraińskiej miały miejsce wypowiedzi i zachowania otwarcie nieprzyjazne. Od oświadczenia prezydenta Poroszenki, że nowelizacja ustawy o IPN jest nie do przyjęcia, poprzez agresywne wypowiedzi Wołodymyra Wiatrowycza i niektórych ministrów ukraińskich, do skrajnych reakcji nacjonalistów ukraińskich[1]. Wśród nich należy wymienić groźby uchwalenia ustawy o penalizacji negowania domniemanej „polskiej okupacji” Kresów Wschodnich (w terminologii neobanderowców „zachodniej Ukrainy”), decyzje rad Lwowa i Tarnopola o wywieszaniu flagi banderowskiej obok państwowej flagi Ukrainy, czy groźne pohukiwania panów Tiahnyboka, Szeremety i innych epigonów OUN-UPA.

Najdalej poszedł były minister obrony Ukrainy, gen. Ołeksandr Kuźmiuk, który zasugerował, że nowelizacja ustawy o IPN może wywołać antypolskie powstanie ukraińskich emigrantów zarobkowych. Na antenie telewizji 112.Ukraina Kuźmiuk stwierdził, że „te milion dwieście tysięcy Ukraińców, którzy są dziś w Polsce (…), to piąty front ukraiński, który poszedł do Polski (…). Ale on chwyci za kije, jeśli będziemy przypominać o wszystkich Kozakach powieszonych od Lwowa do Kijowa”[2]

Agresywne wypowiedzi padające ze strony ukraińskiej nie spowodowały żadnej reakcji ani ambasadora Jana Piekły, ani polskiego MSZ. Nowy minister spraw zagranicznych stwierdził jedynie 3 lutego, że pomiędzy Polską a Ukrainą jest potrzebny „szczery dialog historyków”[3]. Zadziwia, że minister Czaputowicz nie ma świadomości tego, iż taki dialog jest od dawna niemożliwy. Uniemożliwia go budowanie przez pomajdanową Ukrainę swojej tożsamości narodowo-politycznej na tradycji nacjonalizmu ukraińskiego i ruchu banderowskiego. Jedyny dialog, jaki proponuje tamta strona, sprowadza się do przyjęcia jej kłamliwej narracji, negującej m.in. zbrodnie OUN-UPA na narodzie polskim.

Wcześniej nowy szef MSZ zadeklarował też że jego rząd będzie nadal angażował się na rzecz „suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy” oraz „będzie wspierać europejskie aspiracje Ukrainy”[4]. Taka jest linia polityczna PiS wobec Ukrainy bez względu na kolejne akty wrogości ze strony tego państwa. Jakie to są „europejskie aspiracje” w sytuacji, gdy kraj ten stał się Somalią Europy, rajem dla oligarchów i hochsztaplerów, a także wyjątkowym w skali globu miejsce renesansu ideologii faszystowskiej – doprawdy trudno zgadnąć.

Najprawdopodobniej te „europejskie aspiracje” pomajdanowej Ukrainy sprowadzają się do oczekiwań pod adresem Polski tworzenia dla Ukraińców nowych miejsc pracy i wspierania finansowego ukraińskiej oligarchii w zamian za obłędną gloryfikację OUN-UPA i oficjalną negację zbrodni banderowskich na narodzie polskim.

Przynajmniej dla mnie nie ulega wątpliwości, że reakcja Izraela i USA na nowelizację ustawy o IPN, a zwłaszcza skrajna reakcja Ukrainy zawiera elementy wojny hybrydowej. Na to nie była przygotowana rządząca Polską prawica, którą zachowanie jej „strategicznych partnerów” wprawiło w zakłopotanie i ledwo ukrywaną panikę. Tym bardziej obóz rządzący nie był przygotowany na stanowisko zajęte przez Rosję i Niemcy wobec kryzysu politycznego wywołanego przez „strategicznych partnerów”.

W sytuacji rozwijania przez Izrael oraz środowiska żydowskie na Zachodzie i w USA niebezpiecznej dla Polski narracji historyczno-politycznej nieoczekiwane wsparcie przyszło ze strony Niemiec i Rosji – a więc państw, przeciw którym PiS prowadzi swoją politykę historyczną i nie tylko historyczną.

2 lutego Siergiej Żelezniak, zastępca sekretarza Rady Generalnej partii Jedna Rosja, będącej politycznym zapleczem prezydenta Władimira Putina, złożył oświadczenie, w którym stwierdził m.in.: „Naród polski cierpiał przez wszystkie okropności nazizmu i zapłacił za to tysiącami niewinnych żyć. Decyzja legislacyjna polskiego Senatu odzwierciedla opinię obywateli polskich, którzy nie chcą powtórki z tragedii drugiej wojny światowej i którzy protestują przeciwko zmartwychwstaniu nazizmu na sąsiedniej Ukrainie (…). Polski parlament pokazał swoją mądrość i odpowiedzialność przed swoimi wyborcami, a także dał przykład innym zachodnim politykom, jak należy przeciwdziałać jakimkolwiek przejawom nazizmu”[5].

Nie ulega wątpliwości, że takiego oświadczenia Żelezniak by nie złożył, gdyby nie miał na to zgody Władimira Putina. Należy je zatem odczytywać jako wypowiedź samego Putina. Jedyną reakcją polityków polskich, zarówno ze strony PiS, jak i PO, było stwierdzenie, że Rosjanie nie są sojusznikami, których oczekują.

3 lutego minister spraw zagranicznych RFN Sigmar Gabriel złożył oświadczenie, że Niemcy biorą na siebie pełną odpowiedzialność za Holokaust. „Polska może być pewna, że jakakolwiek próba zafałszowania historii, jak w sfomułowaniu »polskie obozy koncentracyjne«, zostanie przez nas w sposób jasny i zdecydowany odrzucona. Nie ma najmniejszej wątpliwości, jeśli chodzi o to, kto był odpowiedzialny za obozy koncentracyjne. To zorganizowane masowe morderstwo zostało popełnione przez nasz naród i nikogo innego. Jeśli byli pojedynczy kolaboranci, to oni nic tu nie zmieniają” – powiedział Sigmar Gabriel[6].

Kilka dni później na oficjalnej stronie internetowej urzędu kanclerskiego RFN zostało opublikowane nagranie kanclerz Angeli Merkel, w którym oświadczyła, że „my jako Niemcy ponosimy odpowiedzialność za wydarzenia, do których doszło podczas Holokaustu, podczas Szoah, za czasów narodowego socjalizmu (…). Ta odpowiedzialność obowiązuje nadal i każdy rząd niemiecki będzie ją brał na siebie”. Dodała także, że tylko na takiej podstawie Niemcy mogą kształtować dobrą przyszłość nie tylko z Polską, ale z całą Europą i światem[7].

Jeszcze bardziej jednoznacznie wypowiedział się w tej sprawie ambasador Niemiec w Warszawie Rolf Nikel. Zapytany przez „Rzeczpospolitą” o to, że zdaniem wielu historyków w czasie okupacji niemało Żydów miało zostać zamordowanych przez Polaków (np. Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie podaje liczbę 50 tys., a Jan Grabowski 200 tys.) stwierdził, że „to nie jest udział w Holokauście”. Następnie oświadczył: „Intencją hitlerowskich Niemiec było zamordowanie Żydów i Polaków oraz zniszczenie ich kultury. Musimy wziąć za to pełną odpowiedzialność. Zbrodnie indywidualnych osób, które nie były Niemcami, tego nie zmieniają”[8].

Tę wypowiedź ambasadora Niemiec dedykuję tym wszystkim mediom oraz środowiskom liberalnym i lewicowym w Polsce, które po 27 stycznia wpisały się w narrację izraelską. Nie tylko poprzez oskarżanie narodu polskiego o udział w zagładzie Żydów, ale zwłaszcza poprzez żenującą licytację martyrologii żydowskiej z martyrologią polską. Tak jakby nigdy nie słyszeli o tym, że Generalny Plan Wschodni zakładał biologiczną redukcję etnicznych Polaków o 85 proc.

Oświadczenia płynące ze strony rządu Niemiec wytrąciły broń z ręki premierowi Benjaminowi Netanjahu oraz tym wszystkim siłom w Izraelu, na Zachodzie i w USA, które od dziesięcioleci prowadzą akcję obarczania Polski i Polaków odpowiedzialnością za domniemany udział w przeprowadzonej przez III Rzeszę zagładzie Żydów.

Kryzys polityczny spowodowany reakcją Izraela, USA i Ukrainy na nowelizację ustawy o IPN stanowi najpoważniejszy kryzys międzynarodowy, w jakim znalazła się Polska po 1989 roku. Faktem bezprecedensowym jest to, że państwa uważane przez establishment postsolidarnościowy za strategicznych partnerów i sojuszników stanęły przeciwko Polsce, podejmując działania nieprzyjazne oraz prezentując wrogą i agresywną retorykę. Jeszcze bardziej bezprecedensowym faktem jest postawa zajęta przez Niemcy i Rosję, a więc państwa, z którymi na kolizyjnym kursie jest zwłaszcza rząd PiS, spełniający rolę podwykonawcy polityki amerykańskiej w tej części Europy. Wobec faktu tego rząd ten, jak i cały establishment postsolidarnościowy, nie potrafi zareagować i wydaje się nim jeszcze bardziej zaskoczony niż działaniami swoich sojuszników i strategicznych partnerów.

Reakcja Niemiec i Rosji na kryzys polityczny, w jakim znalazła się Polska, stanowi z ich strony sformułowanie czytelnej oferty politycznej. Niestety w Polsce nie ma partnerów, którzy tę ofertę potrafiliby odczytać i podjąć grę, do jakiej zostali zaproszeni. Nie ma w Warszawie ludzi na miarę Talleyranda i Metternicha.

Mamy natomiast np. pana Adama Bielana, który beztrosko stwierdził, że krytyka władz polskich ze strony Departamentu Stanu USA „to są rzeczy, które między przyjaciółmi mogą się zdarzać”. „Gazeta Polska” na okładce dała tytuł o konflikcie polsko-izraelskim i zilustrowała go zdjęciem uśmiechniętego Władimira Putina sugerując, że za działaniem władz Izraela kryje się podstępna ręka Kremla. Pani Przełomiec ogłosiła w TVP Info, że nowelizacja ustawy o IPN w części odnoszącej się do zbrodni nacjonalistów ukraińskich „idealnie wpisuje się w rosyjską narrację”. Jej zdaniem ta „ustawa bije również w polskie podziemie antykomunistyczne”, ponieważ podobno „po drugiej wojnie światowej podziemie antykomunistyczne polskie i ukraińskie ze sobą współpracowały. Podobnie, jak rozmawiano o współpracy na emigracji” (sic!). Zwrot wraku samolotu rządowego i budowa w Smoleńsku pomnika ofiar katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku – to są jedyne tematy, które nowy szef polskiego MSZ zaproponował Rosji do omówienia.

Nadzieja, że postsolidarnościowe elity polityczne są zdolne do wyciągania jakichś wniosków politycznych, dokonania jakiejś analizy geopolitycznej, a tym bardziej do przeorientowania geopolitycznego wydaje się zatem całkowicie bezpodstawna.

Lech Mażewski w swojej książce „Oblany egzamin z polityki” wyjaśnił dlaczego Polska nie odzyskała niepodległości w XIX wieku, chociaż po 1815 roku miała taką szansę. Zniweczył tę szansę brak zdolności do realnej oceny rzeczywistości przez ówczesnych polityków polskich oraz brak odpowiedzialności obozu polskiego szaleństwa, który doprowadził do kolejnych katastrofalnych powstań w 1830, 1846 i 1963 roku. Epigoni tego obozu szaleństwa niestety rządzili w II RP i rządzą też po 1989 roku ze wszystkimi tego ciągle powtarzającymi się skutkami. Egzamin z polityki jest oblewany nadal, ponieważ nie wytworzyła się w Polsce szkoła myślenia politycznego na wzór brytyjski czy francuski, a ponadto elity postsolidarnościowe są w różny sposób uwikłane w zależność od swoich sojuszników i strategicznych partnerów.

[1] Poroszenko o nowelizacji ustawy o IPN: to nie do przyjęcia, http://www.pl.sputniknews.com, 1.02.2018.

[2] Były minister obrony Ukrainy grozi Polsce powstaniem ukraińskich gastarbeiterów z powodu penalizacji banderyzmu, http://www.kresy.pl, 6.02.2018.

[3] Szef MSZ o relacjach z Ukrainą: Potrzebny szczery dialog historyków, http://www.jagiellonia.org, 3.02.2018.

[4] Minister Jacek Czaputowicz: Polska w dalszym ciągu będzie wspierać europejskie aspiracje Ukrainy, http://www.jagiellonia.org, 10.01.2018.

[5] Odsiecz dla Polski w sprawie ustawy o IPN przybyła ze Wschodu. Nie są to jednak oczekiwani sojusznicy, http://www.natemat.pl, 3.02.2018.

[6] Pojednawczy głos z niemieckiego MSZ. „Bierzemy na siebie pełną odpowiedzialność za Holokaust”. http://www.wprost.pl, 3.02.2018.

[7] Angela Merkel zabrała głos w sprawie ustawy o IPN. A przy okazji nawiązała do Holokaustu, http://www.natemat.pl, 10.02.2018.

[8] Rolf Nikel dla „Rz”: intencją hitlerowskich Niemiec było zamordowanie Żydów i Polaków, http://www.wiadomosci.onet.pl, 12.02.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 lutego 2018 r.

„Myśl Polska” nr 9-10 (2177/78), 25.02-4.03.2018, s. 6-7

Reklamy

„Setki tysięcy Polaków”

Zdaniem biskupa Tadeusza Pieronka – który wystąpił w programie „Tak jest” Moniki Olejnik na antenie TVN24 – w „pogromy Żydów” podczas okupacji niemieckiej były zaangażowane „setki tysięcy Polaków”, a „Polacy, poszczególni ludzie, nie zdali egzaminu”. Jako przykład podał volksdeutschów, którzy „chcieli lepiej przeżyć okupację, a przy okazji zarobić”[1].

Niewiele ten biskup wie o volksdeutschach. Większość z nich pochodziła z Górnego Śląska i Pomorza (w czasie okupacji Okręg Gdańsk-Prusy Zachodnie), a tam na Volkslistę wpisywano przymusowo (to były ziemie wcielone do Rzeszy). Komu taki przymus nie odpowiadał, to czekał go obóz koncentracyjny (niemiecki, bynajmniej przecież nie „polski”). W najlepszym wypadku – natychmiastowe wysiedlenie do Generalnego Gubernatorstwa. Poza tym na Górnym Śląsku Volkslistę podpisywali nawet byli powstańcy śląscy, żeby ocalić życie, co nie znaczy, że automatycznie podejmowali kolaborację. Bo wielu z nich działało w konspiracji. Aby chronić Ślązaków przed więzieniem lub obozem koncentracyjnym rząd gen. Władysława Sikorskiego wydał dyrektywę, w której zezwalał im na podpisywanie Volkslisty. Stanowisko takie podzielało też polskie podziemie niepodległościowe na Górnym Śląsku oraz Kościół katolicki w osobie katowickiego biskupa diecezjalnego Stanisława Adamskiego. Jedynie komuniści polscy potępiali przyjmowanie Volkslisty – bez względu na okoliczności – jako „zdradę” i to ich stanowisko pobrzmiewa w wypowiedzi biskupa Pieronka.

Niewiele ten biskup też wie o „pogromach Żydów” podczas okupacji. Według ustaleń oficjalnego śledztwa IPN z lat 2000-2004 w pogromie w Jedwabnem wzięło udział około 40 „mieszkańców Jedwabnego i okolic”. Tymczasem w Jedwabnem mieszkało wtedy około 1000 Polaków, co oznacza, że ogromna większość z nich w tym pogromie nie brała udziału. Była to zbrodnia niemieckiej Policji Bezpieczeństwa popełniona przy współudziale miejscowego polskiego elementu kryminalnego. Tak to przedstawił w latach 60. XX wieku Szymon Datner (1902-1989) – zasłużony historyk Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie oraz członek Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce.

W 1966 roku Szymon Datner – jako historyk badający z ramienia Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce masowe zbrodnie na ludności żydowskiej Białostocczyzny (mające miejsce po ataku III Rzeszy na ZSRR w czerwcu 1941 roku) – stwierdził, że zbrodnie te popełniły specjalne grupy operacyjne niemieckiej Policji Bezpieczeństwa i opisał prowokacje, których się dopuszczały. Zdaniem Datnera te formacje niemieckie (tzw. Einsatzgruppen der Sicherheitspolizei und des SD), choć w większości dokonywały eksterminacji Żydów samodzielnie, niejednokrotnie odegrały rolę inspiratorów, pozyskując do współpracy miejscowych kolaborantów i elementy kryminalne[2].

Datner jako pierwszy pisał o mordzie Żydów w Jedwabnem i Radziłowie, przytaczając 8 dalszych miejscowości, w których zbrodnie te były „inspirowane przez jedno i to samo »Einsatzkommando«, jeżdżące z osiedla do osiedla i podjudzające do zbrodni. Tam, gdzie Niemcy nie znaleźli powolnych wykonawców, tam krwawego dzieła dokonali sami. Stwierdzono udział w zbrodniach przestępców, którym wojna otworzyła wrota więzienne lub też zażartych faszystów i elementów aspołecznych”. Ponadto „grając na najniższych instynktach oddziały te organizowały wybuchy »gniewu ludu«, dostarczając przy tym broni, dając wskazówki, nie biorąc jednak same udziału w rzezi”[3]. Niemieckim formacjom SS i Policji Bezpieczeństwa nie udało się jednak na szerszą skalę wywołać na Białostocczyźnie fali mniej lub bardziej „spontanicznych” pogromów Żydów ze strony miejscowej ludności polskiej w myśl zalecenia Reinharda Heydricha z 2 lipca 1941 roku, by „nie przeciwstawiać się (…) czystkom inicjowanym przez środowiska antykomunistyczne i antysemickie”, ale dyskretnie wspierać je „bez zostawiania śladów”[4].

Ustalenia Szymona Datnera zostały całkowicie pominięte przeszło 30 lat później przez Jana T. Grossa i jego naśladowców (Jan Grabowski, Mirosław Tryczyk i in.). To samo co w Jedwabnem miało miejsce w 14 innych miejscowościach Białostocczyzny, które zostały opisane w książce Mirosława Tryczyka „Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów”. Tryczyk, idąc śladem Grossa, także pisze o „pogromach” na Żydach, w których mieli barć udział nawet miejscowi księża i nauczyciele. Tymczasem w większości była to działalność elementów kryminalnych, które w sytuacji przejściowej (nagła zamiana okupacji radzieckiej na niemiecką) mordowały i okradały Żydów, co było tolerowane przez niemieckie władze policyjne, a może też przez nie inspirowane.

Ten element kryminalny z kilkunastu miejscowości Podlasia, to bynajmniej nie były „setki tysięcy Polaków”. Lokalna działalność elementu kryminalnego w kilkunastu miejscowościach Podlasia nie może być powodem oskarżania całego narodu polskiego o współudział w Holokauście. Nie może być nawet powodem do takich oskarżeń w stosunku do wszystkich mieszkańców tych miejscowości. Nie rozumie tego establishment polityczny USA i Izraela (nie wnikam dlaczego), ale zdumiewające jest, że nie rozumie tego polski biskup katolicki.

Oprócz biskupa Pieronka w programie Moniki Olejnik wystąpiła pani Anna Bikont, która powiedziała m.in., że za ukrywanie Żydów podczas okupacji niemieckiej Polacy podobno powszechnie brali pieniądze („był to sposób zarabiania”). Ponadto pani Bikont stwierdziła, że „podczas wojny łatwiej było ukryć czołg pod dywanem niż żydowskie dziecko”[5].

A mimo to co najmniej 500-700 tych żydowskich dzieci ukrył i uratował Jan Dobraczyński (1910-1994) – przedwojenny działacz Stronnictwa Narodowego, a więc organizacji „antysemickiej”. Podczas okupacji był on kierownikiem Sekcji Opieki Zamkniętej w Wydziale Opieki Społecznej Zarządu Miejskiego Warszawy i współpracował z Ireną Sendlerową. Korzystając z pomocy Kościoła katolickiego, Dobraczyński pozyskiwał dla żydowskich dzieci katolickie metryki chrztu, a następnie umieszczał je w sierocińcach prowadzonych przez instytucje kościelne lub Radę Główną Opiekuńczą. Za to 12 września 1993 roku Jan Dobraczyński otrzymał od Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie Medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Jeden z twórców ONR – Jan Mosdorf (1904-1943) – jako więzień nr 8230 niemieckiego obozu KL Auschwitz ratował żydowskich współwięźniów, co stało się przyczyną jego denuncjacji przez obozowych donosicieli i egzekucji pod Ścianą Śmierci w obozie KL Auschwitz I. Żydowski pisarz Wolf Glicksman (nr obozowy 117732) wspominał po wojnie, że „przedwojenny przywódca antysemickiego ruchu młodzieżowego w Polsce, Jan Mosdorf, niejednokrotnie ryzykował życie, przenosząc moje listy do krewnej znajdującej się w obozie kobiecym w Brzezince (…). Mosdorf pracował w Birkenau i często przynosił mi warzywa, a czasem kromkę chleba lub coś do ubrania”[6].

Jednym z więźniów żydowskich otoczonych przez Mosdorf opieką w Auschwitz był adwokat Mieczysław (Mojżesz) Maślanko (1903-1986), nr obozowy 128153 – który w okresie stalinowskim współpracował z UB jako obrońca z urzędu w procesach politycznych. W swoich wspomnieniach Maślanko stwierdził, że Jan Mosdorf w KL Auschwitz oraz Mieczysław Prószyński (także działacz ONR) w KL Lublin (Majdanek) wielokrotnie uratowali mu życie[7].

Jedną z takich sytuacji Maślanko opisał następująco: „W Oświęcimiu też spotkałem się z Janem Mosdorfem. On też okazywał dużo serca i pomocy więźniom – Żydom. Ja osobiście doznałem od niego dużej pomocy, może decydującej o moim życiu. Leżałem w szpitalu na bloku XIX. Mosdorf pełnił w tym bloku jakąś podrzędną funkcję kancelaryjną. I oto nagle w początkach września 1943 roku do tego bloku szpitalnego wpadł Kuryłowicz z wieścią, że mnie grozi indywidualna likwidacja i trzeba mnie z tego bloku natychmiast i niezwłocznie usunąć. Mosdorf, nie zwlekając ani chwili, z narażeniem własnego życia, dosłownie w ciągu kilku minut załatwił skomplikowane w obozie formalności i zostałem po kilku minutach już przeniesiony na inny blok szpitalny nr IX. I znów żyłem…”[8].

Wedle relacji Bolesława Świderskiego – przedwojennego działacza ONR i więźnia Auschwitz nr 952 – otrzymywane z domu paczki żywnościowe Mosdorf rozdzielał głównie między więźniami-Żydami. Funkcję pełnioną w kancelarii rewiru obozowego wykorzystał też kilkakrotnie do ostrzeżenia znajdujących się w rewirze więźniów-Żydów o grożącej im selekcji do komory gazowej[9]. Wykorzystywanie przez Mosdorfa pełnionej funkcji do pomocy dla żydowskich współwięźniów potwierdził także Jerzy Ptakowski (więzień nr 4846): „Korzystał z tych okazji chętnie i często go widziano rozmawiającego przyjaźnie z Żydami i komunistami. Nikt też z jego przyjaciół narodowców nie brał mu tego za złe”[10].

Niechże zatem pani redaktor Olejnik i jej goście nie zmieniają historii. Może co niektórym w epoce postmodernizmu wydaje się, że historia to nie jest fizyka i prawdę historyczną można sobie dowolnie zmieniać oraz każdy może mieć swoją prawdę. Tylko wtedy jednak, jeśli dojdzie do całkowitego zbarbaryzowania cywilizacji. Niezależnie od tego ile razy i z jaką siłą medialną zostanie powtórzone kłamstwo, to prawda pozostanie taka, że podczas okupacji niemieckiej setki tysięcy Polaków nie mordowały, ale na różny sposób – w miarę możliwości wynikających z ciężkich warunków okupacji – pomagały Żydom, niejednokrotnie ich ratując. W ratowanie Żydów jako pierwszy zaangażował się polski rząd na wychodźstwie, który na podstawie meldunków konspiracji z okupowanego kraju wielokrotnie alarmował światową opinię publiczną o dokonującej się zagładzie Żydów i żądał podjęcia przez aliantów zachodnich zdecydowanych kroków w obronie eksterminowanych przez III Rzeszę Żydów. Bez szczególnego odzewu. W tym kontekście oskarżenia o współudział Polaków, czy też Polski, w Holokauście – w których pałeczkę po mediach izraelskich, amerykańskich, niemieckich, brytyjskich i francuskich przejmują teraz polskie media z obcym kapitałem – brzmią jak zwykłe oszczerstwo.

[1] Biskup Pieronek: ustawą chciano pokazać, jacy my jesteśmy silni, http://www.tvn24.pl, 30.01.2018.

[2] S. Datner, „Eksterminacja ludności żydowskiej w Okręgu Białostockim”, „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego”, Warszawa 1966, nr 60, s. 3-50.

[3] Tamże, s. 19-22.

[4] B. Musiał, „Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne! Brutalizacja wojny niemiecko-sowieckiej latem 1941 roku”, Warszawa 2001.

[5] „Podczas wojny łatwiej było ukryć czołg pod dywanem niż żydowskie dziecko”, http://www.tvn24.pl, 30.01.2018.

[6] Cyt. za: Ph. Friedman, „Za waszą i naszą wolność”, (w:) W. Bartoszewski, Z. Lewinówna, „Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939-1945”, Warszawa 2007, s. 67.

[7] M. Zaborski, „»Ludowy« adwokat i obrońca wojskowy. Rzecz o Mieczysławie Maślanko (1903-1986)”, „Miscellanea Historico-Iuridica”, t. 14, z. 2, Białystok 2015, s. 389-416.

[8] W. Bartoszewski, Z. Lewinówna, „Ten jest z ojczyzny mojej…”, s. 670; E. Mazur, „Po prostu człowiek (materiały dotyczące pomocy niesionej Żydom w czasie okupacji hitlerowskiej w Warszawie)”, „Palestra” (Organ Naczelnej Rady Adwokackiej), Warszawa 1968, nr 11, s. 94-95.

[9] Ph. Friedman, „Their Brothers Keepers”, Nowy Jork 1957, s. 111-121, 205-211; B. Świderski, „Człowiek, który przerósł swoje pokolenie”, „Kronika”, 2.11.1968.

[10] J. Ptakowski, „Oświęcim bez cenzury i bez legend”, Londyn 1985, s. 40.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 2 lutego 2018 r.

Antykomunizm w pigułce

Oburzenie środowisk kresowych spowodował artykuł Arkadiusza Karbowiaka pt. „Tragedia Birczy. Mord żołnierzy LWP na UPA”, opublikowany na łamach prawicowego miesięcznika „Historia. Do Rzeczy”. Autor tego artykułu nazwał patetycznie zbrodniarzy z UPA „partyzantami” i stwierdził, że obrońcy Birczy dopuścili się na nich zbrodni. Jego tezy krytycznie skomentowali dr hab. Andrzej Zapałowski i działacz kresowy Mirosław Majkowski. Ich zdaniem Karbowiak dezawuuje obrońców Birczy, powielając propagandę nacjonalistów ukraińskich, która nie ma nic wspólnego z faktami historycznymi[1].

Arkadiusz Karbowiak opisał sprawę ekshumacji ponad 20 bojówkarzy z UPA, którzy atakowali Birczę. Jego zdaniem część zabitych nie zginęła w walce, ale została po wzięciu do niewoli „zamordowana strzałami w głowę lub zatłuczona kolbami na śmierć” przez żołnierzy polskich. Dla uwiarygodnienia tej tezy powołał się na opinię zespołu antropologów, kierowanego przez prof. Andrzeja Kolę z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. „Te informacje trudno jednak usłyszeć z ust głośno sławiących heroizm żołnierzy, organizatorów IV obrony Birczy” – pisze w oskarżycielskim tonie Karbowiak. Według cytowanej przez niego opinii, tylko w przypadku dwóch szkieletów dopatrzono się śladów postrzelenia. „W większości pochowanym tu osobom śmierć zadano prawdopodobnie przez rozbicie tępymi narzędziami czaszek. W kilku wypadkach śmierć spowodowana była strzałem w tylną część podstawy czaszki” – czytamy w artykule Karbowiaka. A więc wedle jego narracji żołnierze „LWP” urządzili upowcom w Birczy taki mały Katyń.

W opinii Mirosława Majkowskigo, działacza kresowego z Przemyśla, artykuł ten „opiera się na steku kłamstw lansowanych przez ukraińskich nacjonalistów”. Jego zdaniem, podczas ekshumacji bojówkarzy UPA i przeniesieniu ich na cmentarz w Pikulicach pod Przemyślem zespół ekshumacyjny niczego takiego nie stwierdził. „Upowcy zginęli w walce. Teza o mordzie pojawiła się po ich ponownym pochówku i jest lansowana do dziś. Poza tym nacjonaliści naciskali, aby grób tych bandziorów znajdował się w Birczy, na co nie zgodziły się (i słusznie) władze Birczy wiedząc, że stanie się miejscem neobanderowskiego kultu. W stosunku do przedstawicieli władz Birczy próbowano zastraszania” – napisał Majkowski na facebooku.

Natomiast w rozmowie z portalem Kresy.pl Mirosław Majkowski powiedział, że doniesienia o rzekomym zamordowaniu upowców pojawiły się dopiero po pewnym czasie i bez potwierdzenia naukowego. Nieistniejąca już Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa zaprzeczała, by doszło w Birczy do jakiejś egzekucji bojówkarzy UPA. Nie ma też żadnych dokumentów, które by to potwierdzały. Działacz kresowy z Przemyśla nie ma wątpliwości, że artykuł Karbowiaka i podobne mu twierdzenia mają na celu zdezawuowanie działań środowisk kresowych na rzecz powrotu Birczy na tablicę przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Że tak jest, nie ma również wątpliwości Andrzej Zapałowski. „To reakcja środowisk związanych z nacjonalistami ukraińskimi i Związkiem Ukraińców w Polsce, które pałają dużą sympatią do UPA i jej działalności po drugiej wojnie światowej, a także do celów tego środowiska. Obrońców Birczy, w tym akowców i członków samoobrony, próbuje się dezawuować i odwrócić to, że wieś atakowali byli esesmani i byli członkowie ukraińskiej policji w służbie III Rzeszy” – powiedział Zapałowski.

Historyk ten uważa, że upowcy część swoich poległych w trzecim ataku na Birczę zabrali ze sobą. Jego zdaniem, opinia antropologa o obecności pocisku w czaszce jeszcze nie świadczy o tym, że taka osoba została zamordowana. „Tam strzelano z broni maszynowej, która »sieje« i trafia w różne części ciała. Celuje się do postaci atakującej, a gdzie kula trafi, tam trafi. Wysuwanie na tej podstawie tego typu teorii jest absurdem” – twierdzi Zapałowski.

Podkreślił on także, że w źródłach ukraińskich nie ma żadnej wzmianki o jakiejś większej grupie upowców, która dostałaby się do niewoli w Birczy. Nie ma też o tym żadnego śladu w meldunkach administracji polskiej w Birczy oraz wojska i milicji. Zaznaczył też, że upowcy atakujący Birczę byli ubrani w mundury Wojska Polskiego, a podczas drugiej wojny światowej za podszywanie się pod jedną z walczących stron, zgodnie z międzynarodowym prawem i zwyczajem, stosowano natychmiastowe rozstrzelanie. „Tu oczywiście nie mieliśmy z tym do czynienia. Jednak nawet, gdyby do tego doszło, to rzecz byłaby usprawiedliwiona” – podsumował Zapałowski.

Ze swej strony dodam, że bojówkarze UPA nie byli partyzantami – czyli tak jak w wypadku AK żołnierzami konspiracyjnego wojska, podlegającego rozkazom legalnego i uznawanego przez aliantów rządu polskiego w Londynie – ale terrorystami. UPA bowiem nie była konspiracyjnym wojskiem, ale partyjną bojówką OUN-B. A wobec terrorystów także dzisiaj nie stosuje się przepisów konwencji genewskiej o ochronie jeńców wojennych i wątpliwości co do tego nie ma społeczność międzynarodowa z blokiem euro-atlantyckim na czele.

Warto przypomnieć, że Arkadiusz Karbowiak po raz pierwszy zbulwersował opinię publiczną w 2010 roku. Jako wiceprezydent Opola z rekomendacji Platformy Obywatelskiej przywołał wtedy ulubioną tezę neonazistów, że proces zbrodniarzy hitlerowskich w Norymberdze był rzekomo „zbrodnią dokonaną w majestacie prawa”. Wcześniej tezę tę Karbowiak powielał na łamach skrajnie nacjonalistycznego czasopisma „Szczerbiec” oraz na łamach „Stańczyka” – pisma, które popularyzowało poglądy rewizjonistów Holokaustu. „Zamiast wygadywać bzdury o zbrodniach, które zbrodniami w sensie prawnym nie były, trzeba zastanowić się, jaki był sens toczenia takiego konfliktu, szczególnie w kontekście biologicznego przetrwania narodu. (…) proces norymberski był niebezpiecznym precedensem uderzającym w prawo i państwo, stąd też nic nie może zmienić jego oceny. Był zbrodnią dokonaną w »majestacie prawa«” – głosił Karbowiak w 2010 roku już jako wiceprezydent Opola[2].

Po dwóch kadencjach na stanowisku wiceprezydenta Opola Arkadiusz Karbowiak trafił do Miejskiego Zarządu Dróg, a stamtąd na stanowisko dyrektora Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL w Warszawie. W 2011 roku Karbowiak był współautorem idei ustanowienia przez Sejm Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych i jednym z kreatorów ich fanatycznego kultu[3]. Otrzymujemy zatem w jego osobie cały polski prawicowy antykomunizm w pigułce. Empatia dla zbrodniarzy nazistowskich i zbrodniarzy z UPA oraz fanatyczny kult „żołnierzy wyklętych” – tak to właśnie wygląda. Wszystko w imię fundamentalistycznego antykomunizmu.

W związku z tym uprzejmie proszę miłośników kultu „żołnierzy wyklętych”, żeby nie czepiali się mnie więcej, że jakoby stawiam „żołnierzy wyklętych” obok zbrodniarzy z UPA, a nawet zbrodniarzy nazistowskich. To nie ja ich tam stawiam, ale wasz guru Karbowiak.

W kwietniu 2016 roku na łamach miesięcznika „Polityka Polska” opublikowałem artykuł pt. „Faszyzacja peryferii”. Postawione w nim przez mnie tezy wywołały wtedy oburzenie w wielu środowiska prawicowych, szczególnie tych kultywujących pamięć „żołnierzy wyklętych”. Tymczasem poglądy głoszone przez Arkadiusza Karbowiaka – osoby bardzo reprezentatywnej dla obozu fundamentalistycznej prawicy antykomunistycznej – w całej rozciągłości potwierdzają to, co napisałem w tym artykule.

Przypomnę więc co wówczas napisałem:

„Czy kult OUN-UPA na Ukrainie, formacji SS w Estonii, na Łotwie i Ukrainie, formacji kolaboracyjnych na Litwie oraz ustaszy w Chorwacji stoi w sprzeczności z tzw. wartościami europejskimi, do których odwołuje się Unia Europejska i panująca w niej ideologia poprawności politycznej? Tylko pozornie. Faszyzacja przestrzeni publicznej tych krajów jest nie tylko tolerowana na Zachodzie, ale stamtąd inspirowana. Stanowi bowiem narzędzie politycznej kontroli społeczeństw krajów będących peryferiami świata euro-atlantyckiego. Cechą kraju peryferyjnego – czyli kraju podlegającego tzw. rozwojowi zależnemu albo zarządowi zewnętrznemu – jest to, że jego życie polityczne, ekonomiczne, kulturalne i społeczne zostało uwarunkowane przez dominację zewnętrznego ośrodka centralnego.

Kraj peryferyjny charakteryzuje się m.in. posiadaniem kompradorskiej i z reguły skorumpowanej elity, która jako jedyna jest dopuszczona do awansu materialnego, w zamian za co nie jest zainteresowana emancypacją od zewnętrznego ośrodka centralnego. Kwestią kluczową w kraju peryferyjnym jest pacyfikacja pozostałej części społeczeństwa, czyli utrzymywanie stałej kontroli jego zachowań i kanalizowanie potencjalnego niezadowolenia. Cel ten osiąga się poprzez odpowiednią indoktrynację (terror psychologiczny), której kluczowym elementem jest kreowanie wroga zastępczego. W ten sposób niezadowolenie społeczne, wynikające z pauperyzacji ekonomicznej, kierowane jest nie przeciw kompradorskiej elicie rządzącej i zewnętrznemu ośrodkowi centralnemu (UE, USA), ale przeciw wrogowi zastępczemu, którym z reguły jest Rosja, »rosyjska agentura«, »komuna«, »endokomuna«, »żydokomuna«, »lewactwo« itd.

Temu służy odpowiednie preparowanie historii oraz kult faszystowskich formacji i organizacji na Ukrainie, w Chorwacji i w krajach bałtyckich. Natomiast w Polsce w ten sam nurt wpisuje się kult tzw. żołnierzy wyklętych, który pełni podobną funkcję. Jest mianowicie elementem propagandy totalnie dyskredytującej PRL. Ta dyskredytacja wynika nie tylko z tego, że Polska po 1989 roku jest budowana na negacji PRL, ale także z tego, że im bardziej projekt III/IV RP okazuje się uciążliwy dla społeczeństwa, tym bardziej trzeba mu obrzydzać PRL.

Chciałbym być dobrze zrozumiany. Ja nie etykietuję – wzorem propagandy PRL – powojennego podziemia zbrojnego jako »faszystów«. Chociaż gwoli sprawiedliwości trzeba przypomnieć, że tym mianem określał to podziemie także będący w zdecydowanej opozycji do komunistów niezależny polityk PPS, Zygmunt Zaremba[4]. Tzw. żołnierze wyklęci znaleźli się w jednym szeregu z UPA, litewskimi szaulisami oraz łotewskimi i estońskimi esesmanami nie dlatego, że tak jak tamci byli jawnymi faszystami, ale dlatego, że propaganda kreowana przez IPN i PiS ich tam postawiła. A Polskę postawiła równocześnie w gronie państw pokonanych w drugiej wojnie światowej.

Zamiast pokazać złożoność ówczesnej sytuacji politycznej, różnorodność postaw i skomplikowanych losów oraz tragizm wyborów moralnych, zamiast wyciągnąć z tej bolesnej lekcji historii jakieś wnioski na przyszłość – stworzono infantylny mit o »wyklętych« i »niezłomnych«. Bo nie o wnioski z historii tu chodzi, ale o mit właśnie. Mit ten stanowi ważny element terroru psychologicznego, który obok terroru ekonomicznego (strukturalne bezrobocie, system podatkowy, emigracja zarobkowa) jest narzędziem pacyfikacji społeczeństw krajów peryferyjnych. W Polsce terror psychologiczny ma trzy cele: podtrzymywanie nieustannej nienawiści do Rosji utożsamianej z ZSRR, żeby zniweczyć w zarodku potencjalną alternatywę geopolityczną, całkowite zdyskredytowanie i wymazanie z historii PRL, żeby nie można było odwoływać się do tego okresu jako alternatywy dla rzeczywistości stworzonej po 1989 roku oraz kreowanie wroga zastępczego w postaci ludzi zdolnych do samodzielnego myślenia. To nie przeciw kompradorskiej władzy, ale przeciw takim ludziom – etykietowanym jako »lewacy», »endokomuna«, »rosyjska agentura wpływu« itp. – ma się kierować agresja tłumu. Takim i tylko takim celom służy obecna polityka historyczna, w tym kult tzw. żołnierzy wyklętych.

(…) Kreowanie członków polskiego podziemia antykomunistycznego na »niezłomnych bohaterów«, którzy ponoć jako jedyni zajęli właściwą postawę polityczną po 1945 roku, jest takim samym zabiegiem ahistorycznym jak kreowanie UPA na narodową partyzantkę ukraińską (podczas gdy było to tylko zbrojne ramię OUN), walczącą nie tylko z ZSRR, ale podobno też z Niemcami, czy kreowanie estońskich, łotewskich i ukraińskich formacji SS oraz litewskich formacji kolaboracyjnych na obrońców Europy przed »sowiecką zarazą«. Zabieg ten służy zresztą temu samemu celowi, wskazanemu powyżej”.

[1] Mord żołnierzy LWP na „partyzantach z UPA?”. Eksperci krytycznie o tezach Karbowiaka, http://www.kresy.pl, 12.01.2018.

[2] Skandal w Opolu! Wiceprezydent Arkadiusz Karbowiak twierdził, że naziści nie popełniali zbrodni, http://www.se.pl, 23.09.2010.

[3] Arkadiusz Karbowiak odchodzi z MZD. Będzie budował Muzeum Żołnierzy Wyklętych?, http://www.nto.pl, 11.03.2016.

[4] Z. Zaremba, „Polska nie będzie się wstydzić swojego Podziemia”, „Światło”, zeszyt 3-4, Paryż 1948.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 26 stycznia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 5-6 (2173/74), 28.01-4.02.2018, s. 17

Rzeź Nankinu

„15 grudnia: Rzeź cywilów jest przerażająca. Mógłbym zapełnić całe strony przypadkami gwałtu i brutalności ponad ludzkie pojęcie. 18 grudnia: Dziś mija szósty dzień współczesnego Piekła Dantego, wypisanego wielkimi zgłoskami krwi i gwałtu. Zbiorowych mordów i tysiąckrotnego gwałtu. Okrucieństwo, żądza i sadyzm oprawców zdają się nie mieć końca. Z początku starałem się być miły, aby nie podsycać ich gniewu, ale uśmiech stopniowo zamarł, i moje spojrzenie stało się w pełni tak chłodne i dziwaczne, jak ich spojrzenia. 19 grudnia: Kradną całe jedzenie ubogim, którzy wpadli w stan pełnej przerażenia, histerycznej paniki. Kiedy to się skończy?! Wigilia Bożego Narodzenia: Teraz mówią nam, że w strefie pozostaje ciągle dwadzieścia tysięcy żołnierzy (skąd biorą te liczby, nikt nie wie), których będą wyłapywać i rozstrzeliwać. Wszystkich, czyli każdego sprawnego mężczyznę w mieście w wieku od 18 do 50 lat. Jakże znów odważą się spojrzeć komukolwiek w twarz?” – pisał w grudniu 1937 roku w listach wysyłanych z Nankinu do rodziny w USA amerykański chirurg Robert O. Wilson (1904-1967)[1]. Był on jednym ze świadków tzw. masakry nankińskiej – zbrodni przeciw ludzkości popełnionej przez armię japońską na ludności chińskiej w Nankinie (ówczesnej stolicy Republiki Chińskiej, rządzonej przez Kuomintang).

Data 13 grudnia jest w Polsce kojarzona niemal wyłącznie z rocznicą stanu wojennego z 1981 roku. Zapewne dlatego 80. rocznica masakry nankińskiej nie była wiodącym tematem w polskich mediach. Poza sesją naukową zorganizowaną przez Instytut Historii UJ i informacjami na niektórych portalach rocznica ta nie odbiła się w Polsce szerszym echem. Także w innych krajach Europy wiedza na temat tego, co działo się w Nankinie od 13 grudnia 1937 roku do końca stycznia 1938 roku jest niewielka. Można powiedzieć, że Nankin stanowi wyłącznie chińską tragedię, z której traumą Chiny borykają się samotnie od 80 lat.

Masakra nankińska zasługuje na przypomnienie przynajmniej z dwóch powodów. Dlatego, że to mało znane Polakom wydarzenie jest bliskie tragicznej historii Polski, która rozegrała się niedługo potem – w czasie drugiej wojny światowej. Niewyobrażalny, barbarzyński mord popełniony na przełomie 1937 i 1938 roku przez armię japońską na chińskich cywilach oraz jeńcach wojennych był preludium epoki pogardy dla człowieka, którą stała się pożoga światowa rozpętana wkrótce przez III Rzeszę. Zbrodnię nankińską trzeba przypominać także dlatego, że po dziś dzień ogromna większość historyków japońskich przyjmuje, że Cesarska Armia Lądowa Wielkiej Japonii jakoby nie dopuściła się w Nankinie żadnej zbrodni przeciw ludzkości. Ci z nich, którzy mają odwagę mówić prawdę dostają listy z pogróżkami – w tym też groźbami śmierci – od prawicowych i nacjonalistycznych organizacji.

Japonia nie chce pamiętać

13 grudnia 2017 roku odbyła się w Nankinie coroczna ceremonia upamiętniająca około 300 tys. ofiar masakry nankińskiej. W tym roku, ze względu na okrągłą rocznicę, była szczególnie podniosła. Po raz pierwszy od trzech lat wziął w niej udział prezydent Xi Jinping. W przemówieniu, które wygłosił przewodniczący parlamentu chińskiego Yu Zhengsheng padły pod adresem Japonii słowa pojednawcze: „Tylko pamiętając o historii będziemy mogli zbudować lepszą przyszłość (…). Powinniśmy być przyjaznymi sobie sąsiadami i uczyć się od siebie wzajemnie oraz utrzymywać przyjacielskie relacje dyplomatyczne”[2]. Problem w tym, że Japonia nie chce pamiętać swoich zbrodni z okresu wojny chińsko-japońskiej (1937-1945) oraz drugiej wojny światowej, eksponując własne cierpienia doznane w wyniku ataku atomowego na Hiroszimę i Nagasaki. Kwestia uznania masakry nankińskiej za ludobójczą zbrodnię przeciw ludzkości oraz liczba jej ofiar do dzisiaj dzielą oba kraje. 12 grudnia 2017 roku w liczącym ponad 700 tys. mieszkańców japońskim mieście Shizuoka około 200 Japończyków przyszło na spotkanie poświęcone 80. rocznicy masakry nankińskiej, które zorganizował miejscowy uniwersytet i rodziny ocalałych z masakry Chińczyków[3]. Wydarzenie to jednak było wyjątkiem w Japonii, gdzie rewizjoniści historii stali się odważniejsi pod konserwatywnym rządem premiera Shinzo Abe.

Sześć tygodni horroru

Wydarzenia, które rozegrały się w ówczesnej stolicy Chin na przełomie 1937 i 1938 roku mogłyby zostać uznane za jedną z największych, jeśli nie największą zbrodnię wojenną drugiej wojny światowej, gdyby nie data. W okresie tym – przynajmniej według historiografii europejskiej – światowy konflikt jeszcze się nie zaczął. Tylko historiografia chińska oraz niektórzy historycy amerykańscy i australijscy są zdania, że początkiem drugiej wojny światowej był wybuch w 1937 roku wojny chińsko-japońskiej.

Bezpośrednim pretekstem do agresji Japonii na Chiny była japońska prowokacja z 7 lipca 1937 roku, która przeszła do historii pod nazwą incydentu na moście Marco Polo pod Pekinem. Wojna ze strony japońskiego agresora odznaczała się od początku dużą brutalnością. Japoński sztab planował pokonanie Chin w trzy miesiące. Armia chińska, dowodzona przez generalissimusa Czang Kaj-szeka, choć ustępująca japońskiej pod względem uzbrojenia, broniła się jednak zaciekle. Trzy miesiące zajęło Japończykom zdobycie samego tylko Szanghaju. To rozwścieczyło agresora i stało się jedną z przyczyn jego brutalności.

Czang Kaj-szek zarządził obronę stolicy. Powierzył ją jednak nieudolnemu generałowi Dang Shengshi. Silny atak japońskiego lotnictwa 7 grudnia 1937 roku spowodował paniczną ucieczkę z Nankinu chińskich władz, dowództwa, wojska, a na koniec rzesz cywilów. Kolejne naloty i ostrzał ciężkiej artylerii złamały gen. Shengshi, który wydał rozkaz odwrotu i w nocy z 11 na 12 grudnia 1937 roku sam zbiegł z miasta.

Nankin nie był pierwszym miastem chińskim, w którym agresor japoński dokonał masakry ludności. Do masakr takich doszło także w Szanghaju, Changzhou, Hangzhou, Jiaxing, Shaoxing, Suzhou i Wuxi. Według odtajnionych niedawno depesz dyplomatów amerykańskich miało w nich zginąć aż 500 tys. Chińczyków[4]. Wojskami, które zajęły Nankin, dowodził gen. Iwane Matsui – w 1948 roku skazany przez Trybunał Tokijski na karę śmierci. Faktycznie jednak podczas rzezi Nankinu Matsui był chory. W jego zastępstwie dowodzenie przejął książę Yasuhiko Asaka – wuj cesarza Hirohito – i to on ponosi główną odpowiedzialność za to co stało się w Nankinie. Kierowanie rzezią przez Asakę świadczy o tym, że decyzja o zagładzie chińskiej stolicy zapadła w najbliższym otoczeniu Hirohito, jeśli nie na jego rozkaz.

Ludobójstwo nankińskie rozpoczęło się od masowego mordowania chińskich jeńców. Podczas powojennych procesów japońscy zbrodniarze wojenni cynicznie tłumaczyli, że mord na jeńcach był spowodowany tym, że nie mieli ich czym żywić. Faktycznie jednak zagłada jeńców została podyktowana chęcią złamania ducha oporu armii chińskiej i narodu chińskiego. U jej podłoża leżały też przyczyny kulturowe. W dominującej wówczas w Japonii kulturze samurajskiej pokonanego przeciwnika uważano za pozbawionego honoru i nie traktowano jak człowieka.

Liczące 50 tys. żołnierzy japońskie siły inwazyjne wzięły do niewoli w Nankinie i okolicach około 90 tys. żołnierzy chińskich. Obiecywano im przetransportowanie do obozów jenieckich. Jednakże zostali podzieleni przez Japończyków na grupy i wymordowani. Rozstrzeliwano ich z karabinów maszynowych i dobijano bagnetami. Zdarzały się jednak przypadki urządzania przez japońskich wojskowych „zawodów” w ścinaniu chińskich jeńców samurajskimi mieczami. Z równym okrucieństwem zabijano też ludność cywilną przedmieść Nankinu i pobliskich wiosek. Największą jednorazową egzekucję Japończycy przeprowadzili koło góry Mufu, na północ od Nankinu. Rozstrzelali tam aż 57 tys. żołnierzy i cywilów chińskich. Zwłoki oblewano benzyną i podpalano. Gdy zabrakło benzyny, trupy wrzucano do rzeki Jangcy.

Jeśli podczas egzekucji jeńców Japończycy używali przeważnie broni palnej, to masakry w samym Nankinie cechowało niewyobrażalne zwyrodnienie. Ofiary zakopywano żywcem, czasem tylko po szyję i wówczas ścinano je mieczami. Natomiast zakopani w ziemi po pas byli rozszarpywani przez psy. Niejednokrotnie ćwiczono też na nich ciosy bagnetem. Innych tratowano końmi i czołgami, wieszano za języki na hakach, przybijano do drzew i słupów telegraficznych, oddzierano im pasy skóry, odcinano nosy i uszy, wyłupywano oczy. Niektóre ofiary gromadzono na dachach drewnianych przeważnie domów, które następnie podpalano benzyną od parteru. Ku uciesze oprawców ofiary te – tak jak sześć lat później Żydzi w getcie warszawskim – popełniały samobójstwo skacząc w dół. Dopóki nie zabrakło benzyny, palono też nankińczyków zbiorowo na placach i ulicach. Innych topiono w lodowatych wodach Jangcy. Orgii mordów towarzyszył rabunek mienia oraz palenie i niszczenie miasta. Ten koszmar trwał długie sześć tygodni.

Odrębnym i najbardziej przerażającym rozdziałem dramatu nankińskiego były masowe, sadystyczne gwałty na chińskich kobietach i dziewczynkach, które następnie były najczęściej okrutnie zabijane przez żołnierzy japońskich. Liczba ofiar tych gwałtów jest szacowana od 20 do 80 tys. Jedna trzecia z nich miała miejsce w biały dzień i na oczach rodzin. Być może był to największy gwałt zbiorowy w historii obok Bengalu Wschodniego, gdzie w 1971 roku zgwałcono ponad 200 tys. kobiet. Armia pakistańska potrzebowała na to jednak wtedy aż dziewięć miesięcy.

Sprawiedliwi z Nankinu

Na pomoc eksterminowanym mieszkańcom Nankinu pospieszyli obecni w stolicy Chin cudzoziemcy, dysponujący przeważnie immunitetem dyplomatycznym. Ocalenie mniej więcej połowy populacji Nankinu było zasługą 27 Europejczyków i Amerykanów – pracowników konsulatów, szpitali, szkół, organizacji charytatywnych i zagranicznych firm. Za zgodą władz japońskich, nawiązując do wcześniejszego precedensu z Szanghaju, utworzyli oni tzw. Nankińską Strefę Bezpieczeństwa, która dała schronienie 200-300 tys. cywilów, ale także ukrywającym się wśród nich jeńców. Na czele akcji ratunkowej stanął John Rabe (właśc. Heinrich Detlef Rabe, 1882-1950) – przedstawiciel Siemensa w Chinach i członek NSDAP. Nazwany przez Chińczyków „Żywym Buddą”, dosłownie wyrywał ofiary z rąk Japończyków, krążąc po mieście z opaską ze swastyką na ramieniu i podsuwając oprawcom pod nos znaczek partii hitlerowskiej. Było to jednak ryzykowne. Rabe kilkakrotnie ocierał się o śmierć. Wielu innych Niemców, mimo używania nazistowskich emblematów, zostało pobitych przez żołnierzy japońskich. Swoich podopiecznych Rabe strzegł w strefie, czuwając osobiście nawet nocami. Ogromną rolę odegrała także dwójka Amerykanów – wspomniany chirurg Robert O. Wilson oraz Wilhelmina („Minnie”) Vautrin – dziekan Ginling College, w której kampusie znalazło schronienie tysiące kobiet. Dramat nankiński spowodował ciężką depresję u Minnie Vautrin, z której już się nie podniosła. Po powrocie do USA popełniła samobójstwo w maju 1941 roku. Diariusze prowadzone przez Johna Rabe i Minnie Vautrin – bezpośrednich świadków masakry nankińskiej – stanowią bezcenne źródło historyczne i dowód japońskich zbrodni.

Liczba ofiar

Masakra nankińska była jedynie epizodem – choć niewątpliwie najkrwawszym – podczas wojny chińsko-japońskiej i japońskiej okupacji Chin, które pochłonęły około 20 mln ofiar chińskich. Współczesna historiografia chińska przyjmuje, że w masakrze nankińskiej zginęło co najmniej 300 tys. ofiar. Szacunki różnych historyków wahają się od 50 do 600 tys. ofiar. Trybunał Tokijski przyjął liczbę 260 tys. ofiar. Prawdopodobnie najbliższe prawdy są ustalenia amerykańskiej badaczki chińskiego pochodzenia Iris Chang (1968-2004). Bezwzględnie wiarygodne statystyki, pochodzące od chińskich organizacji charytatywnych oraz powołanych przez okupanta japońskiego władz miejskich, mówią o pogrzebaniu 227400 ciał. Do tej liczby Iris Chang dodała orientacyjne dane na temat zwłok grzebanych lub palonych na stosach przez samych Japończyków i oszacowała liczbę ofiar masakry nankińskiej na 335-400 tys. ofiar. Ponadto badaczka ta odnalazła w National Archives w Waszyngtonie rozszyfrowaną przez amerykański wywiad depeszę japońskiego ministra spraw zagranicznych Koki Hiroty z 17 stycznia 1938 roku (rzeź Nankinu wówczas jeszcze trwała) donoszącą, że „wymordowano nie mniej niż trzysta tysięcy chińskich cywilów, w wielu wypadkach z zimną krwią”. Jeśli nawet liczba ofiar masakry nankińskiej nie przekroczyła 260 tys. – podanych przez Trybunał Tokijski – to jest ona i tak prawie dwukrotnie wyższa od łącznej liczby zabitych w Hiroszimie i Nagasaki bezpośrednio w atakach nuklearnych (tzn. nie licząc zmarłych potem na chorobę popromienną) i od strat ludzkich jakiegokolwiek miasta w drugiej wojnie światowej.

Ostatnia ofiara

Iris Chang stała się ostatnią ofiarą masakry nankińskiej. Całą swoją działalność publicystyczną i badawczą poświęciła nagłaśnianiu japońskich zbrodni wojennych. Światową sławę przyniosła jej książka „Rzeź Nankinu. Historia zapomnianego ludobójstwa” (wyd. pol. 2013). Jej ogromną zasługą było opracowanie i opublikowanie w 1996 roku zapisków nankińskich Johna Rabe. W sierpniu 2004 roku, podczas pracy nad książką o bataańskim marszu śmierci, przeżyła załamanie nerwowe, które przerodziło się w depresję. Była przekonana, że jest przez kogoś inwigilowana. Najprawdopodobniej nie poradziła sobie psychicznie z tematyką, którą się zajmowała. Popełniła samobójstwo 9 listopada 2004 roku, mając 36 lat. Wkrótce potem jej pomnik stanął w mauzoleum masakry nankińskiej.

Zbrodnie popełnione w Nankinie – podobnie jak zbrodnie popełnione niedługo potem przez nazistów w Europie – zrodziła podobna nacjonalistyczna, militarystyczna i imperialistyczna ideologia. Japońska wersja faszyzmu, której oficjalnie faszyzmem nie nazywano, ale która faszyzmem była. Takie zbrodnie były możliwe dzięki temu, że ideologia odczłowieczała ofiary – w Europie Żydów i Słowian, na Dalekim Wschodzie – Chińczyków, Koreańczyków, Wietnamczyków i inne narody podbite przez Japonię. Wyhodowani na szowinistycznej ideologii sprawcy nie traktowali swoich ofiar jak ludzi, a czynów jako zbrodnię. Problem z Japonią jest tego typu, że z powodu Hiroszimy i Nagasaki uważa się ona nie za sprawcę ludobójstwa, ale za ofiarę drugiej wojny światowej. Japończycy widzą skutek, ale nie widzą przyczyny.

Jakub Polit – wybitny znawca historii Chin i Dalekiego Wschodu – w wydanej w 2002 roku książce „Smutny kontynent. Z dziejów Azji wschodniej w XX wieku” napisał: „Mimo podejmowanych w ostatnich latach, głównie przez diasporę chińską, prób nagłośnienia sprawy (wystawy fotograficzne, prezentacja dziennika Rabego, film Nancy Tong »W imieniu cesarza«), słowo »Nankin« pozostaje pustym dźwiękiem dla niemal wszystkich Europejczyków i Amerykanów. Symbolem martyrologii ludności Dalekiego Wschodu jest nadal Hiroszima – położony w kraju morderców filar ich przemysłu zbrojeniowego”.

[1] Cyt. za: I. Chang, Rzeź Nankinu. Historia zapomnianego ludobójstwa, Warszawa 2013, s. 148.

[2] Cyt. za: Apel o pokojowe relacje. Rocznica masakry nankińskiej, http://www.inforgmina.com, 13.12.2017; China marks 80th anniversary of Nanjing massacre, http://www.dw.com, 13.12.2017.

[3] Testimony meeting held in Japan’s Shizuoka in memory of 1937 Nanjing Massacre, http://www.news.xinhuanet.com, 13.12.2017.

[4] Archives reveal massacre of 500 000 Chinese by Japanese army, http://www.chinadaily.com.cn, 12.12.2007.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 26 stycznia 2018 r.

„Przegląd” nr 4 (942), 22-28.01.2018, s. 36-38

Koncesja na sakralizację zbrodni

1 grudnia 2017 roku Ukraiński IPN (UINP) zorganizował w Łucku – stolicy obwodu wołyńskiego – uroczystość wręczenia 24 Krzyży Bojowej Zasługi UPA[1]. Odznaczenia wręczono krewnym zbrodniarzy z UPA (pozwolę sobie nie użyć określenia „bojowników UPA”, jak portal kresy.pl, ale nazwać rzecz po imieniu). Pierwotnie odznaczenia te przyznało tym zbrodniarzom pośmiertnie kierownictwo OUN-UPA w latach 40. i 50. XX wieku. UINP legalizując tamte decyzje dał jasno do zrozumienia, że pomajadanowa Ukraina nie jest kontynuacją państwa proklamowanego 24 sierpnia 1991 roku, a wywodzącego się formalnoprawnie z Ukraińskiej SRR. To państwo zostało przecież obalone w wyniku przewrotów z 2004 i 2014 roku, które były inspirowane przez USA i Zachód i które zakończyły się sukcesem dzięki znaczącemu udziałowi w nich sił nacjonalistycznych.

Pomajdanowa Ukraina jest kontynuacją Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii – i to nie tylko przez gloryfikację ich zbrodniczej tradycji, ale także w sensie prawnym. Charakter uroczystości w Łucku nie pozostawia co do tego najmniejszych wątpliwości.

Uroczystość ta została przemilczana przez media polskie i zachodnie. Nagłośnił ją dopiero w połowie grudnia Eduard Dolinski – dyrektor Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego. Ale i tak informację tę podał wtedy w Polsce tylko portal kresy.pl i podobne mu media nazywane „niszowymi”. Do tzw. mediów „głównego nurtu” informacja ta nie przebiła się.

W uroczystości w Pałacu Kultury miasta Łucka – której oprawę artystyczną stanowił koncert pieśni Strzelców Siczowych i UPA – wziął udział m.in. gubernator obwodu łuckiego Wołodymyr Hunczyk. Obecna była też Łesia Bondaruk – pracownica UINP – która pochwaliła się, że była inicjatorką wręczenia odznaczeń krewnym – jak to określiła – „wołyńskich rycerzy”. „To unikalne wydarzenie dla Wołynia i Łucka, które odbyło się po raz pierwszy. Bardzo przykro, że obecnie nie znamy imion wielu żołnierzy. Nie udaje się zidentyfikować bohaterów, dlatego stale opracowujemy archiwalne materiały i szukamy prawdy” – stwierdziła w okolicznościowym przemówieniu pani Bondaruk.

Odznaczenia odebrali krewni m.in. takich zbrodniarzy z OUN-UPA jak: Iwan Bandacz, Wasyłyna Demczynśka, Hryhoryj Hruszoweć, Serhij Kaczynśki, Iwan Kobeć, Mykoła Kowtoniuk, Jakiw Kowżuk, Anatolij Koziar, Petro Ksendzuk, Iwan Malimon, Andrij Mychalewycz, Semen Piatyhoryk, Zinowij Samczuk, Ołeksandr Stepaniuk, Leonid Wołosoweć, Rostysław Wołoszyn, Fedir Zatowkaniuk, Sylwestr Zatowkaniuk i Tychon Zinczuk.

Eduard Dolinski zwrócił uwagę, że wśród odznaczonych są osoby, które przed przystąpieniem do UPA służyły w kolaboracyjnej ukraińskiej policji pomocniczej. Policja ta brała pod okiem Niemców aktywny udział w eksterminacji Żydów w latach 1941-1942. I tak np. Mykoła Kowtoniuk był komendantem policji ukraińskiej w Łucku, która uczestniczyła w zamordowaniu 20 tys. miejscowych Żydów. Jego zastępcą był Fedir Zatowkaniuk. Z kolei Tychon Zinczuk był szefem policji ukraińskiej w Tojkucie, a Serhij Kaczynśki dowodził „milicja ludową” w Równem, która brała udział w eksterminacji 18 tys. tamtejszych Żydów. Iwan Kobeć służył w policji ukraińskiej w Ratnie, Petro Ksendzuk w Torczynie, Iwan Malimon w Ołyce, a Semen Piatyhoryk kierował policją ukraińską w Lubieszowie. Według Dolinskiego we wszystkich tych miejscowościach policja ukraińska i formacje niemieckie wymordowały około 50 tys. Żydów.

„I tak, na rękach [tych] bohaterów jest krew nie mniej niż 50 tys. niewinnych żydowskich ofiar. I to nie licząc zabitych przez nich później Polaków i Ukraińców, kiedy oni po służbie w policji przeszli do UPA” – napisał Dolinski na swoim profilu na Facebooku.

Faktu tego nie chce zauważyć mainstream polityczno-medialny w Polsce. Trzeba więc przypomnieć, że np. Tychon Zinczuk po dezercji z policji ukraińskiej do UPA dowodził w 1943 roku pod pseudonimem „Kubik” sotnią, która wchodziła w skład kurenia Ołeksego Hromadiuka, pseudonimy „Holubenko”, „Ostriżskij”. Bazą tego kurenia były lasy skulińskie, położone na północny wschód od Kowla. Nie można wykluczyć, że pan Zinczuk osobiście brał udział w atakach na miejscowe polskie wsie, których ludność była w zwyrodniały sposób eksterminowana przez bojówki SKW, OUN i UPA[2].

Z kolei Sylwestr Zatowkaniuk, ps. „Ptaszka”, był prowidnykiem OUN-B w okręgu (powiecie) dubieńskim i kierował tam eksterminacją ludności polskiej. Następnie został zastępcą Petro Olijnyka „Eneja” – dowódcy Okręgu Wojskowego (WO) UPA „Bohun” na Wołyniu, jednego z czołowych wykonawców ludobójstwa na ludności polskiej Wołynia[3]. „Enej” znany był z tego, że własnoręcznie odrąbywał głowy ofiarom. A „Ptaszka” robił coś innego?

Anatolij Koziar, ps. „Wołodymyr”, był Szefem Służby Bezpeky OUN-B w Okręgu Wojskowym UPA „Turiw”[4]. Nie muszę chyba tłumaczyć jaką rolę odegrała Służba Bezpieczeństwa OUN-B w przygotowaniu oraz przeprowadzeniu ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Szefem SB OUN-B, a więc zwierzchnikiem pana Koziara, był Mykoła Łebedź – inicjator ludobójstwa na ludności polskiej, pełniący pod nieobecność Stepana Bandery obowiązki krajowego prowidnyka OUN-B.

Serhij Kaczynśki, ps. „Ostap”, „Iwan” (1912-1943), był członkiem OUN od 1931 roku, a w latach 1941-1943 pełnił funkcję wojskowego referenta OUN-B w okręgu (powiecie) rówieńskim. Był też zastępcą prowidnyka OUN-B na „północno-zachodnich ziemiach ukraińskich”, czyli zastępcą samego Dmytro Klaczkiwśkiego – głównego organizatora ludobójstwa wołyńskiego. Kaczynśki zalicza się więc niewątpliwie do grona czołowych organizatorów ludobójstwa na ludności polskiej Wołynia. Już pod koniec 1942 roku zorganizował on pierwszą sotnię UPA w gminie Rożyszcze (powiat Łuck)[5].

Według historiografii postbanderowskiej Kaczynśki miał zginąć w walce z Niemcami podczas ataku na fabrykę dykty w Orzewie (powiat rówieński), a dowodzona przez niego sotnia miała wtedy zabić 60 Niemców przy stratach własnych wynoszących czterech zabitych. Grzegorz Motyka wątpi jednak w taką wersję śmierci Kaczynśkiego[6].

Do najbliższych współpracowników Klaczkiwśkiego należał również uhonorowany pośmiertnie Krzyżem Bojowej Zasługi UPA Rostysław Wołoszyn, ps. „Horbenko” (1911-1944) – członek OUN od 1929 roku, w latach 1934-1937 referent propagandowy Krajowej Egzekutywy OUN na Polesiu i Wołyniu, następnie zastępca komendanta głównego UPA, dowódca zaplecza UPA i dowódca zgrupowania UPA-Zachód, a także członek Prowidu OUN-B na Wołyniu[7].

Podczas uroczystości w Łucku uhonorowano zatem nie tylko uczestników niemieckiego ludobójstwa na narodzie żydowskim, ale także uczestników banderowskiego ludobójstwa – w tym wielu czołowych – na narodzie polskim. Polski konsul w Łucku, którego siedzibę osiem miesięcy wcześniej ostrzelali z granatnika „nieznani sprawcy”, dyskretnie tego nie zauważył. Równie wysublimowaną dyskrecją, powściągliwością i taktem wykazali się ambasador Jan Piekło w Kijowie oraz prezydent Andrzej Duda podczas swojej oficjalnej wizyty na Ukrainie 13 grudnia 2017 roku. Ale tą dyskrecją i powściągliwością wykazały się także media amerykańskie, zachodnioeuropejskie, polskie i izraelskie. Nikt tam nie zauważył tego, co stało się w Łucku – bo taki był rozkaz Waszyngtonu, dla którego nacjonaliści ukraińscy są cennym sojusznikiem w dywersji antyrosyjskiej.

Nie zmienia to faktu, że w Łucku stała się rzecz poważna. To nie jest tylko gloryfikacja zbrodniarzy OUN-UPA, z którą mamy przecież do czynienia na Ukrainie przynajmniej od pomarańczowej rewolucji w 2004 roku. Tym razem to jest coś więcej. Dotychczas niektórym ze zbrodniarzy stawiano pomniki. Głównie najważniejszym – Banderze, Szuchewyczowi i Klaczkiwśkiemu. Dwóm pierwszym ufundowano też muzea. Teraz jednak zbiorowo uhonorowano pośmiertnie aż 24 członków OUN-UPA, którzy brali udział w zbrodniach przeciw ludzkości. Ale nie jakimś współczesnym odznaczeniem ukraińskim, tylko Krzyżem Bojowej Zasługi UPA – odznaczeniem ustanowionym 27 stycznia 1944 roku przez dowódcę UPA Romana Szuchewycza. To jest już coś więcej niż gloryfikacja. To jest sakralizacja zbrodniarzy i ich zbrodni.

Gloryfikacja UPA na pomajdanowej Ukrainie osiągnęła zatem etap najwyższy – stała się czymś w rodzaju już nie ideologii, ale parareligii państwowej. Nie można przejść do porządku dziennego nad faktem, że obiektem kultu tej parareligii są osoby winne zbrodni przeciw ludzkości. Czy można sobie wyobrazić, że do podobnej uroczystości jak w Łucku doszłoby w Berlinie? Czy można sobie wyobrazić, że władze niemieckie zapraszają rodziny 24 najbardziej znanych esesmanów z Auschwitz, Mauthausen, Buchenwaldu, Dachau i innych obozów koncentracyjnych, a następnie wręczają im Krzyże Żelazne nadane tymże esesmanom przez Hitlera? Jaka wtedy byłaby reakcja świata?

Coś takiego jednak się stało. Nie w Niemczech, ale na Ukrainie. Na dodatek w Łucku – jednym z głównych miast Wołynia, co też ma swoją wymowę. Wybór miejsca na pewno nie był przypadkowy i w połączeniu z oficjalną odmową władz ukraińskich zgody na ekshumację ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego przybiera to formę potężnego ciosu wymierzonego właśnie tym ofiarom. Ukrainie wolno to robić. Niemal pod każdą szerokością geograficzną piętnowane jest pochwalanie nazizmu i faszyzmu oraz ich zbrodni. Pomajdanowa Ukraina uzyskała jednak z powodów politycznych koncesję od Białego Domu nie tylko na gloryfikację, ale sakralizację ukraińskiej wersji faszyzmu. Dlatego w Brukseli, Warszawie i Tel Awiwie oficjalnie nie zauważa się faktów opisanych powyżej.

Dlatego polskie media głównego nurtu nie zauważyły, że 18 grudnia 2017 roku komitet wykonawczy rady miejskiej Lwowa podjął uchwałę o upamiętnieniu Wasyla Biłasa i Dmytra Danyłyszyna – bojówkarzy OUN i morderców Tadeusza Hołówki (1889-1931), polityka piłsudczykowskiego, jednego z czołowych ideologów prometeizmu oraz zwolennika daleko idących ustępstw na rzecz Ukraińców[8]. Upamiętnienie będzie miało formę tablicy na budynku aresztu przy ulicy Horodockiej 20 (dawniej Kazimierzowskiej) obok dawnego więzienia Brygidki, w którym stracono Biłasa i Danyłyszyna. Wcześniej upamiętniono ich już pomnikiem w Truskawcu, gdzie zamordowali Hołówkę.

Dlatego polskie media głównego nurtu potraktowały jako marginalny fakt ostrzelania z granatnika 11 grudnia 2017 roku polskiego autokaru w Sokolnikach koło Lwowa[9]. Nie było ofiar śmiertelnych, a nawet gdyby były, to polski mainstream polityczno-medialny ma już ten temat przećwiczony i opracowany pod hasłem „rosyjska prowokacja”.

Dlatego ani w Polsce, ani w żadnym innym kraju należącym do świata euro-atlantyckiego ponownie nie zauważono licznych manifestacji, które na wzór sowieckich pochodów pierwszomajowych wyszły na ulice ukraińskich miast 1 stycznia 2018 roku, by uczcić rocznicę urodzin Stepana Bandery. Z jego portretami, symboliką OUN-B i UPA oraz nienawistnymi i szowinistycznymi hasłami. W Odessie na bramach tamtejszego Muzeum Holokaustu i synagogi wymalowano podczas Świąt Bożego Narodzenia hasła „pierwszy toast za holokaust” oraz „Ukraina dla Ukraińców”[10].

W każdym innym kraju świata coś takiego wywołałoby natychmiastową reakcję rządów, organizacji międzynarodowych, organizacji żydowskich i organizacji ochrony praw człowieka, a na koniec oficjalne oświadczenie rzecznika Białego Domu. W wypadku Ukrainy takiej reakcji nie ma. Jest zatem polityczna koncesja na parareligijny kult zbrodni i nienawiści. Byłoby z mojej strony naiwnością stwierdzenie na koniec, że mocarstwo, które tej koncesji udzieliło bierze odpowiedzialność za dalszy bieg wypadków na Ukrainie. Mocarstwo to znane jest bowiem z braku odpowiedzialności za skutki swojej polityki.

[1] Wołyń: Ukraiński IPN wręczył medale UPA. Dolinski: „Odznaczeni mają na rękach krew 50 tys. ofiar”, http://www.kresy.pl, 15.12.2017.

[2] M. Samborski, „Wołyń 1943. Przyczynki do historii wykonawców ludobójstwa na Polakach – OUN-SD i UPA na tzw. Północno-zachodnich Ziemiach Ukraińskich”, „Niepodległość i Pamięć”, nr 3-4 (43-44), Warszawa 2013, s. 131.

[3] Tamże, s. 113, 124.

[4] Tamże, s. 126.

[5] Tamże, s. 113, 114, 127.

[6] G. Motyka, „Ukraińska partyzantka 1942-1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii”, Warszawa 2006, s. 194.

[7] M. Samborski, „Wołyń 1943…”, s. 108, 113, 117, 118.

[8] Lwów: Ukraińcy chcą upamiętnić bojówkarzy OUN, morderców Tadeusza Hołówki, http://www.kresy.pl, 19.12.2017.

[9] Atak na polski autokar na Ukrainie został dokonany za pomocą granatnika, http://www.kresy.pl, 11.12.2017.

[10] Profil publiczny Eduarda Dolinskiego na Facebooku, http://www.facebook.com/eduard.dolinsky, 26.12.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 10 stycznia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 3-4 (2171/72), 14-21.01.2018, s. 14-15

Dekomunizacja Wilhelma Szewczyka

Stara pożółkła książeczka. Zaledwie 70 stron. Tytuł: „Powstańczy apel”. Autor: Wilhelm Szewczyk. Leżała gdzieś głęboko w mojej bibliotece, nieco zakurzona. Zapewne bym jej nie odszukał, gdyby nie decyzja wojewody śląskiego o zmianie nazwy placu w pobliżu dworca kolejowego w Katowicach. Książeczkę wydano w 1981 roku, na 60. rocznicę trzeciego powstania śląskiego. Rocznica ta była obchodzona przez władze PRL, podobnie jak 60. rocznica odzyskania niepodległości w 1978 roku i 150. rocznica wybuchu powstania listopadowego w 1980 roku. Pamiętam to bardzo dobrze. Dzisiaj wmawia się młodzieży, że PRL była „sowiecką okupacją”, jednakże to państwo nawiązywało nie do sowieckiej, ale do polskiej tradycji historycznej i obchodziło także te rocznice, które nie miały związku z ruchem robotniczym. Przynajmniej w latach 70. i 80.

„Powstańczy apel” czytałem mając 13 lat i była to jedna z moich pierwszych lektur historycznych. Otwieram pierwszą stronę i czytam: „Patriotyzm to codzienna, często trudna i wyczerpująca praca, ale siłę takiemu codziennemu patriotyzmowi daje również przeświadczenie, iż przed nami byli inni, tak samo, albo i może bardziej ofiarni. Nie wszystkim stawiamy pomniki, wszystkich jednak obejmuje zbiorowa pamięć narodu, w którego życiorys na zawsze wpisało się pokolenie powstańców śląskich”.

35 lat temu nie mogłem przypuszczać, że upamiętnienie w przestrzeni publicznej autora tych słów zostanie uznane za propagowanie „komunizmu lub innego ustroju totalitarnego”. To właśnie na podstawie ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego – zwanej potocznie ustawą dekomunizacyjną – oraz po zasięgnięciu opinii IPN wojewoda śląski Jarosław Wieczorek wydał 13 grudnia 2017 roku zarządzenie zastępcze o zmianie nazwy placu Wilhelma Szewczyka w Katowicach na plac Marii i Lecha Kaczyńskich.

Decyzja wojewody budzi wątpliwość już tylko z tego powodu, że plac Szewczyka nie był reliktem komunizmu. W PRL był to plac Dworcowy i na plac Szewczyka przemianowały go władze solidarnościowe w 1991 roku, tuż po śmierci pisarza. Zmiana nazwy placu przez wojewodę śląskiego – dokonana zresztą bez konsultacji z mieszkańcami Katowic i miejscowym samorządem – wywołała niemałe poruszenie wśród lokalnej społeczności. 16 grudnia 2017 roku na byłym już placu Szewczyka odbył się protest przeciw przemianowaniu go na plac Kaczyńskich, w którym wzięło udział około 300 osób.

„Był pisarzem zaangażowanym, dziennikarzem działającym na rzecz miejsca i społeczności, w których mu przyszło żyć. I o to do niego największa pretensja właśnie – że działaczem też był, że należał. Można być pisarzem, który nie wystawia zza biurka nosa, ale można też jak Wilhelm Szewczyk, zaangażować całą swoją popularność, cały swój autorytet, żeby zrobić cokolwiek dla swojego Śląska, żeby zrobić cokolwiek dla swojego świata”, powiedział o Wilhelmie Szewczyku jeden z przemawiających – prof. Maciej Tramer z Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej Uniwersytetu Śląskiego.

Organizatorzy protestu skierowali do wojewody petycję o przywrócenie placu Szewczyka, w której napisali m.in.: „Wilhelm Szewczyk był nie tylko jednym z najważniejszych regionalnych pisarzy, ale też jednym z kluczowych śląskich intelektualistów. Jego olbrzymi dorobek literacki, publicystyczny, dziennikarski – a także wieloletnia, wytrwała praca na rzecz rozwoju lokalnej kultury – sprawiają, że nie sposób myśleć o Śląsku, pomijając Wilhelma Szewczyka (…). Historia Śląska nie jest jednoznaczna, nie jest czarno-biała, i taka jest też historia Wilhelma Szewczyka. To jednak nie usprawiedliwia dokonywania zmiany nazwy ważnego placu w centrum Katowic bez konsultacji z mieszkańcami i po nocy. Nie zgadzamy się na taki tryb procedowania, który importowany jest na grunt naszego regionu. Z ulicy Wiejskiej, z polskiego Sejmu i Senatu”.

Wpływ na decyzję wojewody śląskiego miała niewątpliwie opinia katowickiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Czytamy w niej, że Wilhelm Szewczyk (1916-1991) to „publicysta, pisarz, krytyk literacki, działacz partii komunistycznej w okresie PRL, członek wojewódzkich władz PZPR w Katowicach”. Dowiadujemy się dalej, że zadebiutował w 1935 roku na łamach czasopisma „Kuźnica”, związanego z ruchem narodowo-radykalnym. Zaś w 1945 roku „rozpoczął pracę w Wydziale Informacji i Propagandy Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach”.

Następnie dochodzimy do największej – w ocenie IPN – zbrodni Szewczyka: „początkowo związał się politycznie z prokomunistycznym Stronnictwem Demokratycznym. Z rekomendacji tego ugrupowania wszedł w skład Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach (formalnie reprezentował w niej Związek Zawodowy Literatów Polskich). W czerwcu 1947 r. wstąpił do komunistycznej PPR. W latach 1945-1950 Wilhelm Szewczyk był redaktorem naczelnym tygodnika »Odra«. W latach 1947-1951 sprawował także funkcję kierownika literackiego Teatru Śląskiego w Katowicach. 22 grudnia 1949 r. został wydalony (tymczasowo) z PZPR w ramach akcji czyszczenia partii z przedwojennej inteligencji i działaczy endeckich. W pierwszej połowie lat 50. Wilhelm Szewczyk był inwigilowany przez UB jako »reakcjonista«, »klerykał«, »nacjonalista« oraz »separatysta śląski«. W listopadzie 1956 r. zapadła ostateczna decyzja o zaniechaniu jego rozpracowania. Aparat bezpieczeństwa uznał bowiem, że był w pełni »lojalny wobec ustroju«.

Nie przeszkadzało to w pełnieniu przez niego w latach 1952-1956 funkcji dyrektora Studium Teatralnego w Katowicach. Współpracował też stale z pismem kulturalnym o socrealistycznym profilu – »Śląskiem Literackim«. Następnie był redaktorem naczelnym czasopisma »Przemiany« (1956-1957), należącego do nurtu popaździernikowej »odwilży«, a po jego likwidacji redaktorem działu kultury w organie KW PZPR w Katowicach – »Trybunie Robotniczej« (1957–1961). Wreszcie jako redaktor naczelny kierował dwutygodnikiem kulturalnym »Poglądy« (1962–1983), zajmującym proreżimowe stanowisko w kwestiach polityczno-kulturalnych.

Od 28 marca 1960 r. ponownie został działaczem PZPR. Od 5 marca 1971 r. był członkiem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, a w latach 1980–1981 członkiem Egzekutywy KW PZPR w Katowicach. Z ramienia PZPR zasiadał w sumie przez ponad dwadzieścia lat w Sejmie PRL (…)”[1].

Tyle. O twórczości literackiej Szewczyka i jego działalności kulturalnej ani słowa. Dziwnie brzmi stwierdzenie IPN, że aparat bezpieczeństwa zaprzestał inwigilacji pisarza w listopadzie 1956 roku, ponieważ był on jakoby już lojalny wobec ustroju. O Październiku 1956 roku w IPN nie słyszano?

W podobnym tonie jak opinia IPN jest sformułowana notka biograficzna Szewczyka w Wikipedii, co skłania do podejrzeń o jej autorstwo animatorów obecnej polityki historycznej.

Wyeksponowano w niej – oprócz wyżej zacytowanych informacji – dwie rzeczy. W pierwszej kolejności to, że na łamach ONR-owskiej „Kuźnicy” Szewczyk postulował „wyeliminowanie Żydów z życia kulturalnego i gospodarczego”, a literaturę i prasę żydowską uznał „za jedną z najgroźniejszych broni żydowskiego państwa eksterytorialnego”. Zacytowano też fragment wydanej w latach 60. książki Szewczyka pt. „Z teczki wspomnień PPR”, w której gloryfikował PRL i potępiał AK za „najohydniejsze zbrodnie” na działaczach komunistycznych. No i jeszcze taki smaczek, że będąc posłem interweniował u marszałka Sejmu, żeby wódkę w bufecie sejmowym sprzedawano nie tylko Bohdanowi Czeszce i Władysławowi Machejkowi, ale także innym posłom. A więc antysemita, komunista i amator alkoholu.

Życie Wilhelma Szewczyka jest niewątpliwie pogmatwane jak historia Górnego Śląska. Ale czy to jest powód, by z wyrwanych z kontekstu fragmentów tego życia robić przeciw niemu akt oskarżenia? Był synem górnika i powstańca śląskiego, prostego człowieka, który jednak interesował się książką i to zainteresowanie zaszczepił synowi. Mimo że pochodził z niezamożnej rodziny, ukończył gimnazjum w Rybniku. W gimnazjum był twórcą koła słowianofilów i pisał pierwsze utwory literackie. Debiutował w 1932 roku wierszem „Kochaj ziemię śląską”, opublikowanym w wychodzącym w Knurowie piśmie „Młodzież Śląska”.

Podczas drugiej wojny światowej – jak wielu Ślązaków – został przymusowo wcielony do Wehrmachtu. Walczył we Francji i na froncie wschodnim. Odmówił jednak przyjęcia Volkslisty i otwarcie krytykował hitleryzm. Osadzono go za to w 1942 roku w więzieniu w Katowicach, skąd zbiegł i ukrywał się do końca wojny w Generalnym Gubernatorstwie. Poszukujące Szewczyka gestapo zamiast niego aresztowało jego brata Jerzego, który został deportowany do KL Auschwitz.

Znający Szewczyka red. Kazimierz Zarzycki twierdzi, że powodem jego akcesji do Obozu Narodowo-Radykalnego nie był antysemityzm, ale rosnące zagrożenie niemieckie przed 1939 rokiem i chęć przeciwstawienia mu się na gruncie śląskim. Natomiast w 1945 roku Szewczyk miał stwierdzić, że „nie warto kopać się z koniem, ale trzeba tego konia po naszemu przerobić”. Taki był jego śląski realizm polityczny. Wstąpił do partii nie po to, żeby budować socjalizm, ale po to, by walczyć tam o sprawy polskie i śląskie, co zresztą z sukcesem robił po 1956 roku. Tego IPN nie chce przyjąć do wiadomości.

Ani z opinii IPN, ani z notki w Wikipedii nie dowiemy się, że Wilhelm Szewczyk był jedną z ważniejszych postaci w historii Górnego Śląska w XX wieku. Nie dowiemy się, że w swojej twórczości literackiej prezentował własny, niezależny punkt widzenia. Nie dowiemy się jak ważne miejsce w historii literatury polskiej zajmują i jakie treści zawierają takie utwory literackie Szewczyka jak „Ptaki ptakom”, „Hanys”, „Skarb Donnersmarcków”, „Czarne słońce”, „Kleszcze”, „Pogodne niebo”, „Od wiosny do jesieni”, „Gadzi raj”, „Moja tratwa najsilniejsza”, „Z kraju Lompy”, „Nanker. Dialogi wrocławskie z roku 1339 w trzech odsłonach”. Nie dowiemy się, że zbiór jego esejów „Śląski trud literacki” nie został dopuszczony do rozpowszechniania przez cenzurę PRL. Nie dowiemy się, że napisał 60 książek o Śląsku – powieści, opowiadań, dramatów i esejów – w których bronił polskości Śląska oraz pokazywał oblicze niemieckiego panowania na tej ziemi. Nie dowiemy się, że był autorem siedmiu tysięcy artykułów, w których nie zawsze kadził władzom PRL. Miał bowiem odwagę skrytykować pacyfikację kopalni „Wujek” oraz krótkowzroczny nacjonalizm w podejściu władz centralnych do Górnego Śląska.

Nie dowiemy się jaką rolę dla odbudowy polskiej kultury na Ziemiach Zachodnich odegrała redagowana przez Szewczyka „Odra”. Nie dowiemy się, że kierowane przez Szewczyka tytuły, takie jak „Odra”, „Poglądy” i „Przemiany” (śląski odpowiednik „Po prostu”) – kończyły swój żywot w sposób nagły, jako efekt ograniczeń ze strony władz partyjno-państwowych, mających zastrzeżenia do treści prezentowanych na łamach tych pism. Nie dowiemy się, że Szewczyk przez ponad ćwierć wieku był członkiem zespołu redakcyjnego zasłużonego dla polskiej kultury „Życia Literackiego”, że pomógł wielu ludziom – byłym powstańcom śląskim, AK-owcom, chadekom Korfantego i endekom – znaleźć w PRL pracę, że w zbiorze esejów „Syndrom Śląski” przywrócił pamięci genialnego rzeźbiarza Stanisława Szukalskiego. Nie dowiemy się, że był aktywnym działaczem Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich i Katowickiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego oraz członkiem Rady Programowej Biblioteki Piśmiennictwa Śląskiego.

Nie możemy się tego od IPN dowiedzieć, ponieważ z historii Polski wykreślana jest całkowicie PRL wraz z ludźmi ją tworzącymi, także tymi zasłużonymi dla podtrzymania w tym okresie i rozwoju narodowej kultury. Zamiast tego tworzy się czarną dziurę z zakłamującym wszystko szyldem „okupacja sowiecka”, ewentualnie „ustrój totalitarny”.

Po 1989 roku środowiska antykomunistyczne i ślązakowskie zarzucały Szewczykowi, że w powieści „Ptaki ptakom” (zekranizowanej w 1976 r.) miał stworzyć „fałszywy mit” obrony Wieży Spadochronowej w Katowicach przez polskich harcerzy we wrześniu 1939 roku. Ale nawet jeżeli tak, to jest to piękny mit, a historia narodu składa się także z takich mitów.

Wilhelm Szewczyk jest postacią, której z historii Górnego Śląska wykreślić się nie da. Obok wojewody Jerzego Ziętka, z którym ściśle współpracował, był w tamtym czasie najbardziej szanowaną osobą w regionie. Potrafił łatwo przełamać dystans pomiędzy sobą a czytelnikiem czy petentem. Dlatego wielu ludzi chętnie podejmowało z nim współpracę i traktowało jako swojego reprezentanta. Był „głosem Górnego Śląska”, który przemawiał w imieniu mieszkańców i miał ich autentyczne wsparcie. W jednym ze swoich artykułów z 1956 roku napisał: „Urodzony i żyjący tutaj – jestem z wami, przeciwko temu wszystkiemu, co czyniło i czyni jeszcze nasze życie biednym, słabym i bezbarwnym”.

Dzisiaj ponownie zaczęto recenzować życiorysy ludzi według ściśle określonych, dogmatycznych i oderwanych od kontekstu historycznego kryteriów politycznych. Jeden z przemawiających na proteście przeciwko przemianowaniu placu Szewczyka na plac Kaczyńskich powiedział, że jeżeli cokolwiek wymaga w Polsce dekomunizacji, to obecna partia rządząca. Trudno się z tym nie zgodzić.

[1] Cyt. za: M. Zawała, „To przez tę notatkę IPN Szewczyk stracił plac w Katowicach!”, http://www.silesion.pl, 14.12.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 stycznia 2018 r.

„Przegląd” nr 1 (939), 2-7.01.2018, s. 14-16

Bircza – Przebraże Podkarpacia

Przewodniczący Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wiatrowycz oświadczył 9 listopada 2017 roku, że na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie „pojawiła się tablica na cześć polskich żołnierzy, którzy zginęli w walkach z UPA. Wśród tych, którzy zginęli na terenach Polski (powojennej – uzup. BP) w walce z ukraińskimi powstańcami, najwięcej było przedstawicieli komunistycznej bezpieki. A więc od teraz w Polsce na szczeblu państwowym upamiętniani są czekiści wraz z tymi, którzy mają na rękach krew polskich patriotów”[1]

Uwaga Wiatrowycza dotyczyła obrońców Birczy. Nazwa tej miejscowości pojawiła się na jednej z dwóch tablic, jakie przed tegorocznym Świętem Niepodległości zawieszono na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Odsłonięcie tych tablic – zawierających nazwy dwudziestu wsi i miasteczek na Wołyniu, Lubelszczyźnie i w Małopolsce Wschodniej, które stawiły opór bojówkom OUN i UPA – było efektem wieloletnich starań rodzin ofiar UPA, organizacji kresowych i działaczy społecznych. Spośród miejscowości wymienionych na tablicach walki z UPA w okresie powojennym toczono tylko w Birczy. To jej obrońców Wiatrowycz nazwał „czekistami”. Nie wiemy czy z tego właśnie powodu wkrótce po oświadczeniu Wiatrowycza Bircza zniknęła z Grobu Nieznanego Żołnierza.

Można jednak przypuszczać, że tak. Państwowa polityka historyczna RP współgra bowiem z polityką historyczną Ukrainy na płaszczyźnie wojującego antykomunizmu. Żołnierze Wojska Polskiego, które walczyło na froncie wschodnim, a po wojnie m.in. w obronie ziem południowo-wschodnich przed UPA, zostali przecież wykluczeni przez znanego historyka obecnego obozu władzy z tradycji polskiego oręża. W świetle dogmatów tej polityki historycznej obrońcy Birczy – zarówno żołnierze, jak i funkcjonariusze MO – byli przedstawicielami „sowieckiej władzy okupacyjnej”, którzy na żadną pamięć nie zasługują.

Kim zatem naprawdę byli obrońcy Birczy?

Bircza to nieduża miejscowość położona na Pogórzu Przemyskim. Od 1464 do 1934 roku posiadała prawa miejskie. W okresie II RP wchodziła w skład powiatu dobromilskiego. 21 sierpnia 1945 roku – po przesunięciu granicy – znalazła się w powiecie przemyskim. 11 i 12 września 1939 roku 11. Dywizja Piechoty pod dowództwem płk. dypl. (później gen.) Bronisława Prugar-Ketlinga stoczyła pod Birczą krwawą bitwę z niemiecką 2. Dywizją Górską. Najbardziej dramatyczne chwile miejscowość ta przeżyła jednak dopiero po zakończeniu drugiej wojny światowej, kiedy stała się obiektem trzech ataków Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Obszar Pogórza Przemyskiego znalazł się wówczas w strefie działania 26. Odcinka Taktycznego UPA „Łemko”, którego dowódcą był Wasyl Mizerny „Ren”. W skład odcinka wchodziły dwa kurenie – „Rena” i „Rezuna” (Wasyla Andrusiaka), liczące po kilka sotni. Na początku 1946 roku przeprowadzono reorganizację odcinka. Kureń „Rezuna” – zdziesiątkowany podczas walk z Wojskiem Polskim – zastąpił kureń „Konyka”. Pod tym pseudonimem ukrywał się Mychajło Galo (1914-1946) – od 1935 roku członek Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. W 1943 roku wstąpił on w szeregi 14. Dywizji Waffen-SS „Galizien” (1. ukraińskiej), ale już w 1944 roku był w UPA. Początkowo jako komendant sotni szkolnej w szkole oficerskiej UPA „Oleni” w Karpatach, a od listopada 1945 roku zastępca dowódcy 26. Odcinka Taktycznego UPA „Łemko”.

Pierwszy atak UPA na Birczę miał miejsce 22 października 1945 roku. O godz. 22.30 do miejscowości próbował się wedrzeć około 30-osobowy oddział ubrany w polskie mundury. Wezwani przez żołnierzy do podania hasła upowcy otworzyli ogień i jednocześnie wystrzelili białe race, będące sygnałem do ataku na garnizon polski. Siły UPA składały się z sotni „Rena”, „Jara” i „Suchego” oraz innych nierozpoznanych jednostek z kurenia „Podkarpacie”, który wchodził w skład 22. Odcinka Taktycznego UPA „Czarny Las”. Ponadto wsparcia UPA udzieliły bojówki tzw. samoobrony ukraińskiej (SKW-Samoobronni Kuszczowy Widdiły), stanowiące zaplecze UPA, politycznie nadzorowane przez OUN-B.

Birczy broniły dwa bataliony z 28. pułku piechoty i jeden batalion zbiorczy z 17. Dywizji Piechoty. Jednocześnie z atakiem na Birczę sotnia „Hromenki” przy wsparciu bojówek SKW dokonała napadu na Kuźminę, oddaloną o około 10 km, by powstrzymać ewentualną odsiecz stacjonujących tam pododdziałów 30. pułku piechoty. Oba ataki zostały odparte. Straty polskie wyniosły 19 zabitych żołnierzy i kilkudziesięciu rannych. Zginęło też 11 osób cywilnych i spłonęła większość zabudowań Kuźminy.

Drugi atak na Birczę przeprowadziły prawdopodobnie sotnie „Burłaki” i „Bartla” w nocy z 29 na 30 listopada 1945 roku. Garnizon birczański tworzyły wówczas batalion zbiorczy z 17 DP, kompania MO i kompania Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Atak UPA – polegający na ostrzelaniu Birczy ogniem moździerzy i karabinów maszynowych – był pozorowany. W rzeczywistości upowcom chodziło o spalenie wsi w okolicy Birczy: Boguszówki, Huty Brzuski, Korzeńca, Łomnej, Rudawki i Starej Birczy. Cel ten został osiągnięty. Straty polskie w Birczy wyniosły kilku zabitych.

Trzeci, największy atak UPA na Birczę nastąpił w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 roku, czyli w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia obrządków wschodnich. Jego celem było zniszczenie garnizonu polskiego i spalenie miejscowości. Plan ataku opracował Mychajło Galo „Konyk”. On też stanął na czele sił atakujących, które zostały podzielone na dwie grupy: wschodnią (sotnie „Burłaki” i Łastiwki”) oraz zachodnią (sotnie „Jara” i „Orskiego” oraz oddział Służby Bezpeky OUN-B). Wedle danych UPA Birczy miało bronić 960 żołnierzy WP i 140 milicjantów, wspartych przez „dwie ciężarówki wojsk NKWD”. Na informacje te chętnie powołuje się dzisiaj Wołodymyr Wiatyrowycz mówiący o „czekistach”, których rzekomo upamiętniono na Grobie Nieznanego Żołnierza. W rzeczywistości liczebność batalionu 26. pułku piechoty była znacznie niższa. Wraz z funkcjonariuszami MO załogę Birczy mogło stanowić maksymalnie 400 osób. Natomiast siły UPA wynosiły 550-600 ludzi.

Trzeci atak na Birczę zakończył się pogromem oddziałów UPA, które zostały odparte oraz straciły kilkudziesięciu zabitych i rannych. Zginęli m.in. dowodzący atakiem Mychajło Galo „Konyk” oraz dowódca jednej z sotni – Dmytro Karwanśkyj „Orski”. Straty polskie były niewielkie i wyniosły jednego zabitego oraz czterech rannych. Jednakże podczas walk spłonęła część drewnianych zabudowań Birczy.

Żołnierze polscy broniący Birczy od października 1945 do stycznia 1946 roku pochodzili z pododdziałów 9. i 17. Dywizji Piechoty. Pierwsza z nich została sformowana jesienią 1944 roku jako część 2. Armii Wojska Polskiego. Składała się w większości z byłych żołnierzy AK, w tym pochodzących z Wołynia i mających za sobą walki z UPA w szeregach polskiej samoobrony i 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Również wielu funkcjonariuszy MO z garnizonu w Birczy miało za sobą służbę w AK i BCh. Niejednokrotnie wstępowali oni do milicji na polecenie powojennej konspiracji antykomunistycznej, by w ten sposób bronić ludności polskiej przed UPA.

O sukcesie obrony Birczy w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 roku zadecydował ogień kompanii moździerzy dowodzonej przez por. Witolda Grabarczyka. Pochodził on z Wołynia, gdzie był żołnierzem zgrupowania „Osnowa”, wchodzącego w skład 27. Wołyńskiej DP AK. Uczestniczył w walkach z UPA w obronie ludności polskiej. Podczas ciężkich walk toczonych przez 27. Wołyńską DP AK z Niemcami w 1944 roku znalazł się na terenie opanowanym przez wojska radzieckie i został wcielony do Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR. Skierowano go do trzymiesięcznej szkoły oficerskiej, a po jej ukończeniu, mimo młodego wieku (zaledwie 19 lat), został zastępcą dowódcy kompanii moździerzy. Podczas forsowania Nysy Łużyckiej przejął dowodzenie kompanią w miejsce ciężko rannego dowódcy.

Walczył następnie w operacji łużyckiej i operacji praskiej w szeregach 26. pułku piechoty z 9. Drezdeńskiej Dywizji Piechoty. Koniec wojny nie przyniósł wytchnienia żołnierzom tej dywizji, skrwawionej podczas ciężkich walk na Łużycach. Już bowiem w czerwcu 1945 roku skierowano ich do walki z UPA w południowo-wschodniej Polsce. Pododdziały dywizji rozmieszczono m.in. w Jarosławiu i Sanoku. W drugiej połowie grudnia 1945 roku 2. batalion 26. pułku piechoty otrzymał rozkaz wymarszu do Birczy, żeby zluzować załogę tamtejszego garnizonu. W ten sposób por. Witold Grabarczyk znalazł się w Birczy.

Wedle jego relacji batalion „nie miał jednak pełnego stanu osobowego i liczył tylko 222 ludzi. Kompania moździerzy dysponowała tylko trzema moździerzami, a kompania CKM-ów pięcioma sztukami ciężkich karabinów maszynowych. Atutem żołnierzy batalionu było natomiast duże doświadczenie bojowe. Wszyscy byli zahartowani w ciężkich walkach o Drezno, w stawianiu czoła o wiele silniejszemu przeciwnikowi”.

Batalion wyruszył z Jarosławia w grudniowy, mroźny poranek. „Nasza kolumna maszerowała w śnieżnej zadymce. Żołnierze szli zmarznięci, zgarbieni, zbici w grupki, biegli za wozami konnymi, by po kilku kilometrach takiego marszobiegu wyciągnąć wozy z zasp śnieżnych” – wspomina por. Grabarczyk. Dopiero po dwóch dniach batalion osiągnął Birczę i zluzował tamtejszy garnizon składający się z 460 elewów szkoły podoficerskiej. Wywołało to panikę miejscowej ludności, która była przekonana, że przybyły batalion z Jarosławia nie będzie w stanie obronić Birczy przed UPA. Dlatego większość cywilnych mieszkańców Birczy udała się do Przemyśla wraz z elewami szkoły podoficerskiej.

„Ich kolumna była bardzo długa. Składała się z wozów konnych, sanek i wózków, na których ludzie ciągnęli swoje toboły. Wszystko to opasane było mrowiem dzieci. W miasteczku zapanowała… cisza!” – relacjonuje por. Grabarczyk.

A jednak to nowy garnizon, o połowę szczuplejszy niż poprzedni, ale złożony z doświadczonych frontowych żołnierzy obronił Birczę przed UPA. Wkrótce zresztą przybyli do niej nowi mieszkańcy. Byli to uciekinierzy z pobliskich wiosek, szukający schronienia przed UPA.

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Z relacji por. Grabarczyka wyłania się dramatyzm sytuacji, z jaką musiał się zmierzyć dowódca batalionu, mjr Leon Lubecki: „Całe miasteczko opasane było systemem ziemnych fortyfikacji obronnych połączonych rowami ciągłymi. W sumie liczyły 3,5 km długości. Dowódca batalionu stanął przed bardzo trudnym zadaniem: jak zapewnić obronę miasteczka mając do dyspozycji tylko 50 % sił i środków w stosunku do swego poprzednika? Zmniejszenie pierścienia obrony nie wchodziło w grę. Birczyński system obrony był budowany przez okres sześciu miesięcy. Dowódca batalionu postanowił, nie naruszając dotychczasowego systemu, rozmieścić siły i środki na głównych kierunkach potencjalnego uderzenia ze strony UPA”.

Na jednej z odpraw mjr Lubecki powiedział: „Liczę na moździerzystów!”. Witold Grabarczyk skomentował to następująco: „Nikogo nie trzeba było zachęcać do wysiłku. Wszyscy przez skórę czuli, że wkrótce przyjdzie nam stoczyć zażartą walkę. Dla mnie, żołnierza 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, a także żołnierza 2. Armii WP, zahartowanego w bojach na przyczółku pod Dęblinem i Puławami, którego nie udało nam się utrzymać, i pod Górą Kalwarią, w walce pod Dreznem i Pragą, było to oczywiste. Wiedziałem, że mogę liczyć na swoich żołnierzy. Z nimi pod Dreznem w okrążeniu broniliśmy się przed Niemcami przez trzy dni, zanim nadeszła odsiecz. Wiedzieliśmy, że w razie ataku możemy liczyć tylko na siebie (…). Dowódca batalionu, mjr Leon Lubecki, co trzy, cztery dni robił odprawy, na których byli obecni wszyscy dowódcy kompanii. Był on przez wszystkich niezwykle szanowany. Należał bowiem do korpusu oficerów przedwrześniowych. Miał on dużą wiedzę wojskową i doświadczenie. Cechował go zawsze spokój, powaga i wysoka kultura osobista”.

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Tacy to właśnie „czekiści” bronili Birczy. Animatorzy polityki historycznej rządzącej prawicy, odmawiając tym żołnierzom przynależności do tradycji polskiego oręża, stają faktycznie po stronie UPA. Dyskwalifikują też swoją politykę historyczną, która w istocie nie jest antykomunistyczna, ale antypolska. Obronę Birczy można śmiało porównać do obrony Przebraża na Wołyniu. Bircza to po prostu Przebraże Podkarpacia. Ten symbol boli epigonów UPA i to jest nawet zrozumiałe, ale niezrozumiałe jest to, że boli on również zaczadzoną antykomunizmem polską prawicę. Czyżby dla niej też największą winą Birczy było to, że nie dała się wyrżnąć UPA?

„Przełożeni uznali, że moździerze w obronie Birczy odegrały zasadniczą rolę. Bez ich ognia Bircza mogłaby się nie obronić (…). Niskie straty po naszej stronie były wynikiem przede wszystkim faktu, że nasz batalion nie składał się z żołnierzy z poboru, ale z zahartowanych w ciężkich bojach żołnierzy. Nie bali się przeciwnika i nie wpadli w panikę, gdy ten był 50 m od nich” – podsumował bitwę o Birczę por. Witold Grabarczyk. Za obronę Birczy otrzymał on Krzyż Virtuti Militari. Karierę wojskową zakończył w 1954 roku, kiedy wyszło na jaw, że był w AK. Został wówczas zdegradowany, wydalony z wojska i skazany na pracę w kopalni węgla.

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Sukces obrony Birczy, obok wojskowego, miał również ogromne znaczenie polityczne. Tuż po wojnie toczyła się bowiem gra pomiędzy Stalinem a Chruszczowem, który dążył do tego, żeby granica pomiędzy Polską a Ukraińską SRR przebiegała na Sanie, tak jak po podziale Polski pomiędzy Niemcy a ZSRR w 1939 roku. Destabilizacja tzw. „Zakerzonia” przez UPA sprzyjała planom Chruszczowa i komunistów ukraińskich włączenia tych terenów do USRR. Zapobiegła temu m.in. klęska UPA pod Birczą.

Wykorzystane cytaty pochodzą z relacji por. Witolda Grabarczyka pt. Nie daliśmy UPA wziąć Birczy. Relacja z obrony Birczy atakowanej przez UPA w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 r., zamieszczonej w książce Marka A. Koprowskiego Akcja „Wisła”. Krwawa wojna z OUN-UPA, Zakrzewo 2016, s. 190-192, 194, 195, 203.

[1] „Prezes ukraińskiego IPN: nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza upamiętniają czekistów”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 grudnia 2017 r.

„Przegląd” nr 51 (937), 18-26.12.2017, s. 38-40

Dekomunizacja, czyli depolonizacja

W Katowicach w ramach tzw. dekomunizacji zniknął plac Wilhelma Szewczyka (przy dworcu kolejowym). Zamiast niego będzie plac Marii i Lecha Kaczyńskich. Decyzję taką podjął wojewoda śląski Jarosław Wieczorek (ur. 1981 r.), ignorując protest władz miejskich Katowic oraz 40 pracowników naukowych Uniwersytetu Śląskiego[1]. To jest kolejny dowód na to, że tzw. dekomunizacja jest depolonizacją – przede wszystkim Ziem Zachodnich, w tym Górnego Śląska.

Wilhelm Szewczyk (1916-1991) był jednym z najwybitniejszych pisarzy śląskich reprezentujących opcję polską. Prozaik, publicysta, krytyk literacki, poeta, tłumacz z języka niemieckiego, literaturoznawca w zakresie literatury niemieckiej i serbołużyckiej, redaktor naczelny czasopism „Odra”, „Poglądy” „Przemiany”, „Zaranie Śląskie” i „Życie Literackie”, kierownik literacki Teatru Śląskiego im. S. Wyspiańskiego w Katowicach oraz dyrektor Studium Teatralnego w Katowicach.

Przed drugą wojną światową jeden z czołowych działaczy Obozu Narodowo-Radykalnego w województwie śląskim, w czasie wojny zmuszony jak wielu Ślązaków do służby w Wehrmachcie (z którego zdezerterował), po wojnie w szeregach PPR i PZPR. Zresztą z PZPR i pracy w katowickiej rozgłośni Polskiego Radia został usunięty w 1949 roku w ramach czystek stalinowskich jako „osoba szkodliwa i niejednokrotnie wroga obecnej rzeczywistości”. Poddany też został wtedy inwigilacji przez organa bezpieczeństwa jako „reakcjonista”, „klerykał”, „nacjonalista” i „separatysta śląski”. Inwigilacji zaprzestano w listopadzie 1956 roku, co zdaniem katowickiego IPN dowodzi, że aparat bezpieczeństwa uznał, iż Szewczyk był „w pełni lojalny wobec ustroju”[2]. Przeraża to, że IPN nic nie wie, albo udaje, że nie wie o Październiku 1956 roku. To koniec stalinizmu w Polsce był faktyczną przyczyną zaprzestania inwigilacji pisarza, co SB uzasadniła zacytowaną przez IPN formułką.

Ponownie przyjęto Szewczyka do partii właśnie po przełomie październikowym 1956 roku. W latach 70., a więc w okresie „liberalizmu” gierkowskiego, wszedł w skład Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Był też posłem na Sejm PRL. Należał do bliskich współpracowników zasłużonego dla Górnego Śląska wojewody Jerzego Ziętka.

Niezależnie od wyborów politycznych zawsze stał jednak po stronie polskiego Śląska. Jako działacz Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich oraz Katowickiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego, członek Rady Programowej Biblioteki Piśmiennictwa Śląskiego i – przede wszystkim – jako literat. Dlatego postać i twórczość Wilhelma Szewczyka stała się po 1989 roku obiektem niesamowitej nagonki ze strony ślązakowców, czyli Ruchu Autonomii Śląska – zakamuflowanej opcji niemieckiej na Górnym Śląsku. Szczególnym obiektem ich agresji była i jest powieść Wilhelma Szewczyka „Ptaki ptakom” (zekranizowana w 1976 r.) – przedstawiająca dramat pierwszych dni agresji Niemiec hitlerowskich na Śląsku we wrześniu 1939 roku, w tym obronę Wieży Spadochronowej.

Negacja faktu obrony Wieży Spadochronowej przez polskich harcerzy jest jednym z kluczowych elementów polityki historycznej ślązakowców. Stąd ich brutalny atak na Wilhelma Szewczyka, którego przedstawiają jako komunistycznego propagandystę. W taką narrację wpisuje się notka biograficzna Wilhelma Szewczyka w Wikipedii. Cytowane są w niej fragmenty jego publikacji „Z teczki wspomnień PPR”, w której pochwalał socjalizm i krytykował AK, ale nie zacytowano fragmentów, ani nawet nie zasygnalizowano tematyki takich dzieł literackich Wilhelma Szewczyka jak „Ptaki ptakom”, „Hanys”, „Skarb Donnersmarcków”, „Czarne słońce”, „Kleszcze”, „Pogodne niebo”, „Od wiosny do jesieni”, „Gadzi raj”, „Moja tratwa najsilniejsza”, „Z kraju Lompy”, „Nanker – Dialogi wrocławskie z roku 1339 w trzech odsłonach”. W swojej twórczości literackiej prezentował własny, niezależny punkt widzenia. Jego zbiór esejów „Śląski trud literacki” nie został dopuszczony do rozpowszechniania przez cenzurę PRL.

W sumie napisał 60 książek o Śląsku – powieści, opowiadań, dramatów i esejów – w których bronił polskości Śląska, podkreślał związki Śląska z Polską oraz pokazywał oblicze niemieckiego panowania na Śląsku. Napisał też ponad siedem tysięcy artykułów, w których podejmował śląską problematykę regionalną. Nie zawsze zgodnie z linią władz partyjnych. Dlatego kierowane przez Szewczyka tytuły, takie jak „Odra”, „Poglądy” i „Przemiany” (śląski odpowiednik „Po prostu”) – kończyły swój żywot w sposób nagły, jako efekt ograniczeń ze strony władz partyjno-państwowych, mających zastrzeżenia do treści prezentowanych na łamach tych pism.

Dla mieszkańców Górnego Śląska uchodził za postać ważną z jednego zasadniczego powodu. Mimo że był osobą publiczną, nie tworzył dystansu pomiędzy sobą a czytelnikiem czy petentem. Potrafił szybko znaleźć wspólny język z mieszkańcami regionu. Z tego powodu wiele osób chętnie podejmowało z nim współpracę i traktowało jako swojego reprezentanta. Był „głosem Górnego Śląska”, który przemawiał w imieniu mieszkańców i miał ich autentyczne wsparcie. W jednym ze swoich artykułów z 1956 roku napisał: „Urodzony i żyjący tutaj – jestem z wami, przeciwko temu wszystkiemu, co czyniło i czyni jeszcze nasze życie biednym, słabym i bezbarwnym”[3]. Znał Śląsk jak mało kto w tamtych czasach, żył Śląskiem i żył dla Śląska.

Dzisiaj powieści, dramaty i eseje Wilhelma Szewczyka są utworami zapomnianymi i „niesłusznymi”, bo polskość Śląska jest kwestionowana. Głównie przez ślązakowców, czyli opcję niemiecką. Jednakże w ich narrację historyczną wpisały się oba skrzydła obozu solidarnościowego – obóz liberalny ze swoją ideologią „europejską” oraz obóz prawicowy z ideologią antykomunistyczną. Wojewoda z PiS może jest nawet o tym osobiście przekonany, że robi jakąś dekomunizację, lecz faktycznie nie dokonał on aktu „dekomunizacji”, ale depolonizacji Górnego Śląska, zgodnego z oczekiwaniami ślązakowców.

Wojewoda śląski nie jest tutaj bynajmniej wyjątkiem. Np. w Opolu tamtejszy wojewoda, po zasięgnięciu opinii IPN, „zdekomunizował” ulicę prof. Stanisława Kulczyńskiego (1895-1975)[4]. Wina tego wybitnego botanika polegała na tym, że w latach 1939-1941 nadal wykładał na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie (przemianowanym wtedy przez władze radzieckie na Uniwersytet Iwana Franki) i żeby uniknąć usunięcia z pracy stanął na czele Związku Zawodowego Pracowników Uniwersytetu, do którego przynależność była obowiązkowa. To, że był delegatem rządu londyńskiego na Obszar Lwowski, współpracownikiem Karoliny Lanckorońskiej i organizatorem tajnego nauczania w Krakowie, a po wojnie jednym z pionierów polskiej nauki na Ziemiach Odzyskanych – pierwszym rektorem Uniwersytetu Wrocławskiego i Politechniki Wrocławskiej, których odbudową kierował – nie miało żadnego znaczenia dla IPN i wojewody Adriana Czubaka z PiS.

Przykładów takich można podać znacznie więcej. Polska prawica powinna w końcu dokonać jasnego wyboru – albo antykomunizm, albo Polska. Trzeciej drogi nie ma.

[1] P. Jedlicki, „Plac Szewczyka zdekomunizowany przez wojewodę. To plac Lecha i Marii Kaczyńskich”, http://www.katowice.wyborcza.pl, 14.12.2017.

[2] J. Przybytek, „Plac Szewczyka w Katowicach zdekomunizowany. Teraz to plac Marii i Lecha Kaczyńskich. Wojewoda wydał zarządzenie”, http://www.dziennikzachodni.pl, 14.12.2017.

[3] M. Fic, „Wilhelm Szewczyk urodził się sto lat temu. Był legendą i głosem Śląska”, http://www.katowice.wyborcza.pl, 8.01.2016.

[4] A. Janowski, „Wojewoda Adrian Czubak: Trzy nazwy ulic w Opolu zostaną zmienione”, http://www.nto.pl, 13.12.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 grudnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 1-2 (2169/70), 1-7.01.2018, s. 9

Zabawy z historią

Patrzę na obraz Jerzego Oleksiaka – artysty malarza z Poznania – zatytułowany „Witold Pilecki oskarża…” z serii „Ludzie Cogito” i zastanawiam się, co o nim powiedzieć. To znaczy zastanawiam się jakich słów użyć, żeby nie były zbyt ostre i nie naraziły mnie na ewentualny proces sądowy z Twórcą. Wiem, że każdy artysta ma prawo do własnej wizji artystycznej, ale w tym wypadku mamy do czynienia raczej nie z wizją artystyczną, ale – delikatnie mówiąc – z przesadą.

Na jednej z „patriotycznych” stron internetowych obraz ten jest reklamowany następująco: „Na ławie oskarżonych zasiadają komunistyczni zbrodniarze, którzy nie doczekali się sprawiedliwego osądzenia tu, na ziemi: Władysław Gomułka, Wojciech Jaruzelski, Józef Różański, Bolesław Bierut, Edward Gierek, Piotr Śmietański, Czesław Kiszczak i Józef Cyrankiewicz. Oskarża Rotmistrz Witold Pilecki (…)”. Koniec cytatu.

Obraz Jerzego Oleksiaka „Witold Pilecki oskarża…” Źródło: www.niezwykle.com

Obraz Jerzego Oleksiaka „Witold Pilecki oskarża…” Źródło: http://www.niezwykle.com

Powiem szczerze, co czuję: po prostu ręce opadają. Trzeba nie mieć albo elementarnej wiedzy historycznej, albo wykazać się dość szczególnym sposobem wartościowania, żeby na jednej ławie oskarżonych umieścić obok siebie Edwarda Gierka i Piotra Śmietańskiego (kata wykonującego wyroki śmierci w więzieniu mokotowskim) oraz Władysława Gomułkę i Józefa Różańskiego (Gomułka spowodował osądzenie i skazanie Różańskiego za jego działalność w MBP) i podpisać to „komunistyczni zbrodniarze”.

Być może Twórca nie miał takiej intencji, ale w moim odczuciu obraz sugeruje laikowi, że na ławie oskarżonych zasiadają winni śmierci Pileckiego. Nie muszę chyba tłumaczyć, że jest to absurd. Ani Gierek, ani Gomułka, ani Jaruzelski i Kiszczak ze sprawą Pileckiego nie mieli nic wspólnego. Winny jego śmierci nie był również Józef Cyrankiewicz, a formułowane pod jego adresem przez niektórych prawicowych publicystów (Tadeusz Marek Płużański, Wiesław Jan Wysocki) oskarżenia nie są poparte jakimikolwiek dowodami. Pośredni związek ze śmiercią Pileckiego mogą mieć co najwyżej Bolesław Bierut, który nie skorzystał z prawa łaski, Józef Różański, który nadzorował śledztwo i Piotr Śmietański, który jako kat więzienny wykonał wyrok sądu. Sądu, w którym zasiadało dwóch oficerów AK (Czesław Łapiński i Jan Hryckowian) oraz jeden przedwojenny sędzia (Józef Badecki). To oni skazali Pileckiego na karę śmierci.

Jeszcze bardziej zdumiewającą manipulacją jest postawienie obok siebie i w takiej właśnie kolejności Gomułki, Jaruzelskiego, Różańskiego, Bieruta, Gierka, Kiszczaka i Cyrankiewicza (postaci politycznych) oraz więziennego kata Śmietańskiego i skwitowanie tego określeniem „komunistyczni zbrodniarze”. Poza Bierutem i Różańskim zbrodniczość pozostałych postaci politycznych, uwidocznionych na ławie oskarżonych, jest naciągana. Chciałbym się dowiedzieć od Twórcy, jakich konkretnie zbrodni dopuścił się np. Edward Gierek? Czy Twórca wie o tym, że Władysław Gomułka był ofiarą represji stalinowskich i o mały włos nie doszło do jego procesu pokazowego, który mógł mieć równie tragiczny finał jak proces jak Pileckiego?

Przypuszczam, że artysta malarz z Poznania nie wie również, że to prezydent Wojciech Jaruzelski oraz Aleksander Bentkowski – minister sprawiedliwości w rządzie Tadeusza Mazowieckiego – doprowadzili w 1990 roku do rehabilitacji Witolda Pileckiego przez Naczelną Prokuraturę Wojskową i Wojskowy Sąd Najwyższy. Oni w ten sposób symbolicznie zamknęli stalinizm i komunizm w Polsce, których praktyki (na razie propagandowe) restytuuje rządząca obecnie prawica.

Ten obraz jest albo wynikiem totalnej niewiedzy historycznej, albo – powiem jednak ostro – zwykłej nikczemności. Nikczemności charakteryzującej narrację historyczną rządzącej prawicy. Nie ma w tej narracji – nazywanej górnolotnie polityką historyczną – wielowątkowego spojrzenia na historię, ani próby wyważonej oceny faktów i postaci. Jest natomiast wyłącznie tworzenie czarno-białego obrazu propagandowego, fikcyjnego i prostackiego. W ten nurt doskonale wpisuje się obraz Jerzego Oleksiaka, który wiernie oddaje głupotę i nikczemność prawicowej polityki historycznej. Niezależnie od tego obraz ten stanowi profanację postaci Witolda Pileckiego. Nie wiem o czym myślał on tuż przed egzekucją, ale chyba nie przypuszczał, że „patrioci” zrobią z niego symbol takiej właśnie narracji, będącej w moim odbiorze profanacją polskiej historii.

Równie duże zdumienie i zakłopotanie wywołała u mnie książeczka Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby pt. „Rotmistrz Witold Pilecki” z serii „Polscy superbohaterowie”, przeznaczona dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Jest to typ literatury, którą w latach 40. XX wieku spopularyzował Michaił Zoszczenko. O ile jednak bajki Zoszczenki o Leninie były śmieszne i bawiły odbiorcę ukrytym podtekstem politycznym, to bajka Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby o Pileckim śmieszna nie jest, a jej przekaz polityczny jest prosty jak konstrukcja cepa.

Czego dziecko dowiaduje się z tej książeczki o Pileckim? Ano tego, że głównie walczył z Rosją, z dwuletnią przerwą w Auschwitz. Opowieść o Pileckim zaczyna się od powstania styczniowego: „Jest rok 1863, trwa Powstanie Styczniowe. Carski pułkownik i oddział kozaków zatrzymali się w majątku pradziadków Pileckich, Adama i Marii. Szukają polskich powstańców w okolicznych dworach, żeby ich ukarać za bunt przeciw rosyjskiej władzy (…). Deski w ścianie się rozsunęły i ukazało się tajne przejście do ukrytego pokoju. Wewnątrz na łóżku leżał ranny mężczyzna. Cicho jęczał. Siedząca obok niego kobieta, również cała w czerni, opatrywała mu ranę bandażami z prześcieradła podartego na pasy. Na podłodze leżał długi karabin z bagnetem. – Żołdacy wrócili – szepnęła kobieta z lampą”.

Kilka stron dalej dziecięcemu czytelnikowi ukazuje się koszmarna postać „carskiego generała Michaiła Murawjowa nazywanego Wieszatielem, okrutnego pogromcy powstańców styczniowych. Wielu z nich kazał powiesić i sam nadzorował wykonywanie wyroków. Prześladował Polaków i katolików”. Co miał z nim wspólnego Pilecki, który urodził się w 1901 roku? Ano podobno to, że Ludwika Pilecka miała kazać swoim dzieciom spluwać pod pomnikiem Murawjowa w Wilnie. Na pomnik generała-gubernatora wileńskiego pluły nie tylko dzieci pani Pileckiej, ale – jak się dowiadujemy od Autorki – także polskie koty (rosyjskie pewnie miauczały „Boże cara chrani”).

Życie małego Pileckiego nie było łatwe. Młody czytelnik dowiaduje się, że „w Ołońcu mówiono po rosyjsku. Witek i jego rodzeństwo rozmawiali z kolegami, sąsiadami, a nawet z nianią w języku zaborcy”. No tak, ale w Ołońcu zawsze mówiono po rosyjsku, bo to było i jest rosyjskie miasto położone w Karelii, w pobliżu Jeziora Ładoga. Pilecki się w nim urodził, ponieważ jego ojciec pracował tam jako leśnik. Nie był to zabór rosyjski.

Koszmarne były przeżycia młodego Pileckiego w szkole: „Rosyjscy nauczyciele Witka mówili, że Polacy powinni być wdzięczni zaborcom za »opiekę«, że polska kultura, literatura, nauka są niewiele warte”. Nic więc dziwnego, że Pilecki od najmłodszych lat walczył z Rosją. Najpierw pluł na pomnik Murawjowa, a jak miał siedemnaście lat marzył „o walce o wolną Polskę w polskim wojsku. Nagrodą miało być królestwo i ręka królewny”.

No, ale co tu myśleć o królestwie i ręce królewny jak „tymczasem w Rosji wybuchła rewolucja. Car abdykował. Do władzy doszli bolszewicy, gorsi od najciemniejszych mocy. Odebrali wujkowi Stanisławowi Hawryłków”. Cóż wtedy zrobił główny bohater? Osiemnastoletni Pilecki wskoczył na próg samochodu Józefa Piłsudskiego podczas jego uroczystego przejazdu ulicami Warszawy. Potem pod wodza wielkiego Marszałka rozgromił bolszewików, a nawet armię litewską na Wileńszczyźnie.

Właściwie czytającemu tę publikacje dziecku – nie mającemu szczegółowej wiedzy historycznej – trudno będzie zrozumieć dlaczego Pilecki nagle znalazł się w KL Auschwitz i dlaczego miał „zawiadomić świat o niemieckim ludobójstwie” oraz „przygotować plan uwolnienia więźniów”. Dowiaduje się natomiast, że Pileckiemu podobno objawiła się w obozie Matka Boska.

Cały czas mamy w tle Rosję. „Rosjanie zamierzają wywieźć rodzinę [Pileckiego – BP] na Syberię”, „tymczasem Polskę zajęły wojska komunistycznej Rosji”, „rządy w Warszawie objęli polscy komuniści uzależnieni od Rosjan”, „radzieccy komuniści zniszczyli dom Witolda Pileckiego”. Natomiast polscy komuniści aresztowali Pileckiego bynajmniej nie za działalność wywiadowczą, ale z nienawiści do Polski, a w „więzieniu był torturowany z większym okrucieństwem niż w niemieckim obozie śmierci. »Oświęcim to była igraszka« – powiedział. Chował ręce za siebie, żeby najbliżsi nie dostrzegli, że zerwano mu paznokcie”. Nic to, że najbardziej znany biograf Pileckiego – Adam Cyra – odniósł się do tych informacji sceptycznie. Legenda dobrze się sprzedaje.

Właściwie gdyby nie ta nieszczęsna powojenna działalność Pileckiego i jej tragiczny koniec, jego postać byłaby bezużyteczna dla animatorów obecnej polityki historycznej. Jego działalność konspiracyjna w KL Auschwitz – która obecnie pełni rolę dodatku do narracji antykomunistycznej i antyrosyjskiej – byłaby wtedy niezauważalna. A gdyby jeszcze ułożył sobie jakoś życie w powojennej rzeczywistości, jak np. Jan Mazurkiewicz „Radosław”, Jan Rzepecki i inni znani oficerowie AK, byłby po prostu „zdrajcą”.

Historia, która jest tłem życia Witolda Pileckiego stanowi materię zbyt trudną dla dziecka w wieku wczesnoszkolnym, do którego jest adresowana publikacja Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby. Publikacja ta ani nie przybliża dziecku meandrów tej historii, ani ich nie upraszcza, ale je karykaturalnie wypacza. Nie mam wątpliwości, że ta książeczka jest owocem polityki historycznej rządzącej prawicy. Nie wiem co przez taką politykę historyczną chce ona osiągnąć.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 grudnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 51-52 (2167/68), 17-24.12.2017, s. 18

Czwarta obrona Birczy

Od połowy listopada Polskę rozpala sprawa Birczy. Sprawy tej oficjalnie nie ma, ponieważ nie zauważają jej tzw. media głównego nurtu. Zwrócił na to uwagę nawet red. Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”[1]. Sprawa jednak jest i wyzwala coraz większe emocje. Powstał Społeczny Ogólnopolski Komitet Pamięci i Dobrego Imienia Obrońców Birczy przed UPA, którego mam zaszczyt być członkiem. Zawiązał się on w celu „wsparcia działań władz samorządowych Gminy Bircza w obliczu bulwersującej sprawy usunięcia z tablic na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie nazwy miejscowości Bircza”[2].

„Usunięcie w przeddzień tegorocznego Święta Niepodległości napisu »Bircza 1945-1946« z tablicy na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie uważamy za czyn haniebny, niegodziwy i niezrozumiały. (…) Pamięci o bohaterskich obrońcach Birczy, którzy oddali życie i ocalili od pewnej śmierci wiele istnień ludzkich, w tym kobiet i dzieci, nie wolno niszczyć” – napisali 21 listopada w jednomyślnie przyjętej uchwale radni gminy Bircza[3].

O co chodzi? W przeddzień Święta Niepodległości minister obrony narodowej odsłonił na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie tablice z nazwami dwudziestu wsi i miasteczek na Wołyniu, Lubelszczyźnie i w Małopolsce Wschodniej, które stawiły opór bojówkom OUN i UPA podczas przeprowadzonej przez nie w latach 1943-1945 akcji ludobójstwa na ludności polskiej Kresów Wschodnich II RP i ziem południowo-wschodnich Polski powojennej. Odsłonięcie tych tablic było efektem wieloletnich starań rodzin ofiar UPA, organizacji kresowych, działaczy społecznych i kilku posłów. Zbiegło się ono jednak – najprawdopodobniej przypadkowo – z zapowiedzianą na początku listopada przez ministra Waszczykowskiego rewizją polskiej polityki wobec środowisk nacjonalistycznych i antypolskich na Ukrainie, której dotychczasowym rezultatem jest uznanie za persona non grata Wołodymyra Wiatrowycza i Światosława Szeremety. Odsłonięcie tablic na Grobie Nieznanego Żołnierza zostało więc odebrane przez środowiska kresowe jako przyłączenie się ministra Macierewicza do wolty politycznej ministra Waszczykowskiego.

Jakież było jednak zdumienie tych środowisk, gdy nagle okazało się, że z jednej z tablic zniknęła inskrypcja „Bircza 1945-1946”.

Dzisiaj już wiemy, że Bircza padła ofiarą wojny politycznej toczonej pomiędzy ministrem Macierewiczem a prezydentem Andrzejem Dudą, w otoczeniu którego znaleźli się ważni przedstawiciele lobby ukraińskiego w Polsce. Prezydent Duda nie wziął udziału w odsłonięciu tablic, a sama uroczystość została przesunięta z 11 na 10 listopada. Największym jednak zaskoczeniem było podmienienie tablic, które zostały zamontowane na Grobie Nieznanego Żołnierza kilka dni wcześniej. Jeszcze wieczorem 9 listopada Bircza była, a już następnego dnia jej nie było. Przedstawiciele MON i Kancelarii Prezydenta nie złożyli w tej sprawie rzeczowych wyjaśnień, mimo zapytań kierowanych przez kresowian i niektóre media[4].

Wyjaśnienia te złożył natomiast Wołodymyr Wiatrowycz. 9 listopada oświadczył on, że na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie „pojawiła się tablica na cześć polskich żołnierzy, którzy zginęli w walkach z UPA. Wśród tych, którzy zginęli na terenach Polski w walce z ukraińskimi powstańcami, najwięcej było przedstawicieli komunistycznej bezpieki. A więc od teraz w Polsce na szczeblu państwowym upamiętniani są czekiści wraz z tymi, którzy mają na rękach krew polskich patriotów”[5]. Wiatrowyczowi nie spodobało się upamiętnienie „tych, którzy zginęli na terenach Polski” (w obecnych granicach – uzup. BP), czyli obrońców Birczy. Ich właśnie nazwał „czekistami”. Oświadczenie Wiatrowycza – formalnie uznanego za persona non grata w Polsce – miało miejsce 9 listopada, a już następnego dnia jego życzeniu stało się zadość. Stawia to pod znakiem zapytania wiarygodność zapowiedzianej na początku listopada przez szefa MSZ rewizji polskiej polityki wobec gloryfikatorów banderyzmu na Ukrainie.

Nie ulega wątpliwości, że usunięcie Birczy nastąpiło pod presją strony ukraińskiej, a zwłaszcza szefa UINP Wiatrowycza, który zalicza się do czołówki negacjonistów ludobójstwa ukraińskiego na Polakach, Żydach i innych narodowościach zamieszkujących Kresy Wschodnie II RP. Dlaczego Bircza jest nie do zaakceptowania przez epigonów nacjonalizmu ukraińskiego? Dlatego, że upamiętnienie jej obrońców oznacza przyznanie im moralnej i politycznej racji oraz stawia UPA na pozycji agresora i zbrodniarza, przekreślając w ten sposób ostatecznie szansę na legalizację upamiętnień UPA w Polsce. A o to teraz strona ukraińska toczy zaciekłą walkę.

17 listopada Konstiantyn Jelisejew – zastępca szefa kancelarii prezydenta Ukrainy – oświadczył, że podczas spotkania Komitetu Konsultacyjnego Prezydentów Polski i Ukrainy w Krakowie uzgodniono, iż strona polska będzie dążyć do odbudowy i legalizacji upamiętnień UPA na terenie Polski. Oświadczenie to jest o tyle zdumiewające, że w oficjalnym komunikacie wydanym po spotkaniu w Krakowie nie poruszono sprawy pomników UPA[6]. Kancelaria Prezydenta zaprzeczyła słowom Jelisejewa[7]. Jednakże w odpowiedzi na jej dementi głos zabrał ambasador Andrij Deszczyca, który w wywiadzie dla agencji Ukrinform stwierdził, że strona polska zgodziła się podczas rozmów w Krakowie na odnowienie „ukraińskich miejsc pamięci na terenie Polski, które stały się celami aktów wandalizmu od 2014 roku”, czyli nielegalnych pomników UPA[8].

Zatem – albo Bircza na Grobie Nieznanego Żołnierza, albo pomniki UPA na Podkarpaciu. Trzeciej możliwości nie ma. Cała ta sprawa pokazuje, że obóz rządzący w swojej polityce ukraińskiej i polityce historycznej miota się od ściany do ściany i faktycznie zapędził się już w ślepy zaułek.

Jeśli chodzi o stronę historyczną sprawy Birczy, to należy podkreślić, że wbrew twierdzeniom neobanderowskiej historiografii miejscowości tej nie broniło ani UB, ani NKWD. Po stronie polskiej ataki UPA odpierali żołnierze 9. DP, 12. DP i 17. DP, wśród których było wielu weteranów 27. Wołyńskiej DP AK, a także funkcjonariusze MO, wśród których było wielu byłych żołnierzy AK i BCh. Wstąpili oni do MO – niejednokrotnie na polecenie powojennej konspiracji antykomunistycznej – by bronić ludności polskiej przed UPA. W trzech atakach UPA na Birczę od 22 października 1945 do 7 stycznia 1946 roku zginęło co najmniej 44 jej mieszkańców znanych z imienia i nazwiska oraz ponad siedemdziesięciu żołnierzy WP i milicjantów. Bircza nie dała się wyrżnąć zbrodniarzom z UPA i to jest teraz jej największa wina dla epigonów banderyzmu i ich polskich sojuszników.

Obecnie trwa czwarta obrona Birczy, w której mam honor uczestniczyć. To nie jest tylko walka z próbą banderyzacji polskiej przestrzeni publicznej, ale również jest to – przynajmniej w moim odbiorze – pierwszy poważny sprzeciw społeczny wobec realizowanej w Polsce polityki historycznej, zgubnej dla teraźniejszości i przyszłości narodu polskiego. Przecież w świetle tej polityki historycznej obrońcy Birczy byli przedstawicielami „sowieckiej władzy okupacyjnej”. Walczący tam z UPA żołnierze Wojska Polskiego zostali przez znanego historyka obecnego obozu władzy wykluczeni z tradycji oręża polskiego. Wielokrotnie różni przedstawiciele rządzącej prawicy nazywali to wojsko „polskojęzycznymi jednostkami Armii Czerwonej”, a IPN w ramach tzw. dekomunizacji usuwa pamięć o tym wojsku z przestrzeni publicznej. Na tej płaszczyźnie – wojującego antykomunizmu – państwowa polityka historyczna RP współgra z państwową polityką historyczną Ukrainy. Różnica między nimi jest jednak taka, że polska polityka historyczna wpisuje się w realizację antypolskich działań epigonów nacjonalizmu ukraińskiego.

[1] P. Wroński, „Klęska pod Birczą (jakby co, byłem przeciw)”, http://www.wyborcza.pl, 23.11.2017.

[2] A. Zapałowski, „Przywrócić dobre imię obrońców Birczy”, http://www.mysl-polska.pl, dostęp 23.11.2017.

[3] N. Ziętal, „Radni domagają się powrotu nazwy Bircza na tablicę przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie”, http://www.nowiny24.pl, 22.11.2017.

[4] T. Isakowicz-Zaleski, „Usunięto obrońców Birczy z Grobu Nieznanego Żołnierza. Żenada!”, http://www.rmf24.pl, 12.11.2017.

[5] „Prezes ukraińskiego IPN: nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza upamiętniają czekistów”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

[6] „Przedstawiciele Dudy obiecali Ukraińcom odbudowę pomników UPA?”, http://www.kresy.pl, 20.11.2017.

[7] „Tylko u nas. Minister Szczerski: Nie było zgody Kancelarii Prezydenta na odbudowę pomników UPA w Polsce”, http://www.wpolityce.pl, 22.11.2017.

[8] „Ambasador Ukrainy: Polska zgodziła się na odnowienie pomników UPA”, http://www.kresy.pl, 22.11.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 29 listopada 2017 r.

Zagłada Zamojszczyzny

„Zawada pod Zamościem. 5 grudnia 1942 roku o trzeciej nad ranem Niemcy otoczyli wioskę. Trzask wyłamywanych drzwi i ujadanie psów, wrzask gestapowców. W kilka minut wszyscy musieli opuścić domy. Zebrano nas na placu przy kościele w Wielączy (nasz dom był bliżej kościoła), skąd podwodami (wozami konnymi) zawieziono nas do Zamościa. W obozie przejściowym, przeznaczonym dla tysiąca osób, było nas kilkanaście tysięcy. Nędzne, drewniane baraki bez podłóg, niektóre nawet bez prycz. Na zewnątrz trzaskający mróz, wewnątrz błoto po kolana. Straszliwy głód. Badania rasowe, selekcja, oddzielanie dzieci od rodziców. Ja mam śniadą cerę, uznano więc mnie za Cygana. Razem z trzyletnią, bardzo chorą siostrą Grażyną trafiłem do najgorszej grupy. Byli tam tylko dzieci i starcy. Te dzieci nie nadawały się do germanizacji, a starcy do pracy. Ich przeznaczeniem, wcześniej czy później, miała być śmierć” – tak po kilkudziesięciu latach wspominał początek akcji wysiedleńczej na Zamojszczyźnie 10-letni wówczas Zdzisław Wróbel[1].

28 listopada 2017 roku przypada 75. rocznica rozpoczęcia wysiedleń Polaków z Zamojszczyzny. Ten region Polski – na który składają się powiaty biłgorajski, hrubieszowski, tomaszowski i zamojski – znajdował się w II RP na pograniczu Polski centralnej (Lubelszczyzny) i Kresów Wschodnich (Wołynia). Zapoczątkowana w listopadzie 1942 roku przez niemiecki aparat okupacyjny eksterminacja Polaków na Zamojszczyźnie była kontynuowana w latach 1943-1944 przez Ukraińską Powstańczą Armię, która przybyła tam w pościgu za Polakami uciekającymi przed ludobójczą czystką na Wołyniu.

Generalny Plan Wschodni

Niemiecka akcja wysiedleńcza na Zamojszczyźnie – podczas okupacji wchodzącej w skład dystryktu lubelskiego w Generalnym Gubernatorstwie – została podjęta w ramach realizacji Generalnego Planu Wschodniego (Generalplan Ost, GPO). Był to plan osiedleńczy i germanizacyjny Europy Środkowej i Wschodniej opracowany w 1941 roku w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy pod kierownictwem Heinricha Himmlera. Jego podstawę stanowiła nazistowska koncepcja zdobycia „przestrzeni życiowej” na Wschodzie, rzekomo należącej się niemieckiej „rasie panów”.

Teren objęty planem miał się rozciągać na wschód od granic III Rzeszy z 1939 roku – tj. od linii Jeziora Ładoga na północy do Morza Czarnego na południu. W tym celu zamierzano wysiedlić i wyniszczyć większość zamieszkującej te tereny ludności słowiańskiej (około 51 mln), a na jej miejsce osiedlić Niemców z Rzeszy, państw satelickich i okupowanych przez Niemcy. GPO przewidywał także eksterminację 5-6 mln Żydów zamieszkujących Europę Środkowo-Wschodnią, w tym głównie okupowane ziemie polskie. Dalekosiężnym celem GPO było ustanowienie Nowego Ładu w Europie, na który miały się składać hegemonia III Rzeszy od Atlantyku po Ural oraz eksterminacja Żydów i większości Słowian.

W stosunku do Rosjan autorzy GPO zalecali biologiczne unicestwienie metodą wstrzymania przyrostu naturalnego. Polacy mieli być w większości (80-85 proc.) eksterminowani bądź wysiedleni do Syberii Zachodniej, z wyjątkiem 3 do 4,8 milionów, które zamierzano pozostawić w charakterze niewolniczej siły roboczej. Wysiedleniem lub wyniszczeniem zamierzano też objąć 50 proc. Czechów, 65 proc. Ukraińców i 75 proc. Białorusinów. Na terenach przeznaczonych pod kolonizację planowano osiedlić 4 miliony Niemców w ciągu pierwszych 10 lat, a w dalszych latach jeszcze 6 milionów.

GPO składał się z kilkunastu dużych i kilkudziesięciu mniejszych planów realizowanych równocześnie. Podzielono je na dwie fazy: tzw. Mały Plan – realizowany podczas wojny, oraz tzw. Duży Plan – który miał być realizowany przez 30 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej.

Mały Plan był w znacznej mierze kontynuacją prowadzonej od początku okupacji niemieckiej eksterminacji polskiej inteligencji oraz osób zaangażowanych w II RP w działalność społeczną i polityczną lub znanych z antyniemieckiego nastawienia. Natomiast realizację Dużego Planu postanowiono przyspieszyć i rozpocząć ją jeszcze podczas wojny. Decyzja ta zapadła w otoczeniu Himmlera w czerwcu 1942 roku.

Pierwszą fazą realizacji Dużego Planu miało być wysiedlenie 110000 Polaków z Zamojszczyzny oraz tzw. ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej w Generalnym Gubernatorstwie (Akcja Reinhardt). Wysiedlenia na Zamojszczyźnie stanowiły kontynuację wysiedleń Polaków podjętych jesienią 1939 roku na tzw. ziemiach wcielonych do Rzeszy, w wyniku których wysiedlono (wypędzono) z tych terenów do GG oraz w ramach przesiedleń wewnętrznych i rugów 838878 Polaków i Żydów, w tym 625631 z Kraju Warty.

Akcja wysiedleńcza

20 lipca 1941 roku przybył do Zamościa Heinrich Himmler i wydał polecenie utworzenia na Zamojszczyźnie Niemieckiego Okręgu Osiedleńczego. Sam Zamość miał być przemianowany na Himmlerstadt. Ponieważ jednak dostrzeżono niezręczność sytuacji, w której Hitler nie miałby „swojego” miasta, natomiast Himmler tak, ostatecznie nazwy nie zmieniono.

W listopadzie 1941 roku niemiecki aparat terroru przeprowadził na Zamojszczyźnie ograniczoną akcję wysiedleńczą, której celem było zbadanie reakcji społeczeństwa polskiego. Przy współudziale kolonistów niemieckich z miejscowości Brody Duże (gmina Szczebrzeszyn) wysiedlono wówczas 2098 Polaków z sześciu podzamojskich wsi. Początkowo przetrzymywano ich w koszarach w Zamościu, a następnie przewieziono do sześciu nadbużańskich wsi w gminie Dubienka. Na miejsce wysiedlonych Polaków sprowadzono Niemców z Besarabii. Właściwa akcja wysiedleńcza rozpoczęła się rok później.

12 listopada 1942 roku Himmler wydał rozporządzenie nr 17 C, które wyznaczało obszar powiatów biłgorajskiego, hrubieszowskiego, tomaszowskiego i zamojskiego jako tzw. „pierwszy obszar osadniczy” w Generalnym Gubernatorstwie. Realizację zadania powierzono dowódcy SS i policji w dystrykcie lubelskim, którym był SS-Obergruppenführer Odilo Globocnik (1904-1945). Akcja wysiedleńcza objęła od 100 do 110 tys. Polaków, w tym 30 tys. dzieci. Na ich miejsce zamierzano osiedlić 60 tys. Niemców.

Pierwsze wysiedlenia w ramach realizacji Dużego Planu GPO nastąpiły w nocy z 27 na 28 listopada 1942 roku w miejscowości Skierbieszów w powiecie zamojskim. Wysiedlanym Polakom zezwalano tylko na zabranie bagażu podręcznego do 30 kg. Już na samym początku brutalnie rozdzielano rodziny i odbierano matkom dzieci. Wysiedleńców umieszczono w obozach przejściowych w Zamościu i Zwierzyńcu. Tragiczne warunki panujące w obozie w Zamościu zapamiętała m.in. 10-letnia wówczas Adela Pypa: „Z braku miejsca ulokowano nas na środku baraku, gdzie było dużo błota. Zorientowałam się, że bardzo dużo osób umiera. Śmierć była zjawiskiem rozplanowanego dnia. Z rana ludzie dawali znać blokowemu, ile osób zmarło. Jedzenie było bardzo skromne i niewystarczające. Ciągle byliśmy głodni. Rano czarna kawa, jeden bochenek chleba z dodatkiem trocin. Na obiad zupa ze zgniłek brukwi oraz »specjalny dodatek« – wszy, które się utopiły. Na kolację czarna kawa”[2].

Stanisław Czarnecki – zatrudniony w tym obozie jako furman – stwierdził w swojej relacji, że codziennie wywożono z obozu „około 30 trupów dzieci, które były chowane na cmentarzu bez trumien. Gdy była zaś ciemna noc, bez względu na pogodę, wywoziliśmy dzieci same bez rodziców i bez starszych osób do pociągu, który stał koło rampy buraczanej”[3]. Dzieci te kierowano prawdopodobnie do ośrodków germanizacyjnych w Rzeszy.

Internowanych w obozach przejściowych podzielono na cztery kategorie: osoby przeznaczone do „ponownego zniemczenia”, kierowane do specjalnego obozu w Łodzi na dalsze badania rasowe, osoby uznane za zdolne do pracy przymusowej i kierowane w tym celu do Rzeszy lub na Wschód, osoby powyżej 60 lat niezdolne do pracy i odebrane rodzicom dzieci do 14 lat, które kierowano do tzw. wiosek rentowych w powiatach garwolińskim, mińskim, siedleckim i sokołowskim, wreszcie osoby przeznaczone do eksterminacji w KL Auschwitz i KL Lublin (Majdanek).

Do KL Auschwitz deportowano z Zamojszczyzny około 1300 Polaków, których zarejestrowano jako więźniów. Wedle relacji niektórych polskich więźniów KL Auschwitz, do obozu tego przybywały też transporty z wysiedleńcami z Zamojszczyzny, których nie rejestrowano jako więźniów, ale zabijano w komorach gazowych tak samo jak transporty żydowskie. Relacje te jednak nie znajdują potwierdzenia w innych źródłach.

Zofia Bratro – polska więźniarka polityczna nr 27182 – zapamiętała, że wśród przywiezionych do Auschwitz z Zamojszczyzny „było dużo kobiet starych, kaleki i dziewczęta. Były to kobiety wiejskie. Niektóre z nich po raz pierwszy jechały pociągiem, po raz pierwszy zetknęły się z esesmanami, z obozem koncentracyjnym. Nie mogły w żaden sposób zrozumieć tego, co ich spotkało, nie umiały się dostosować do życia obozowego. Żyły w kompletnej abnegacji. Całymi godzinami siedziały na kojach i rozpaczały, rozmawiając o kurach, gęsiach, krowach i pozostawionym gospodarstwie. Nie posiadały żadnej odporności, ani psychicznej, ani fizycznej. Ginęły jak muchy”[4].

Matki z dziećmi i nieletnich do 14 roku życia esesmani zabijali zastrzykami fenolu. Obóz przeżyło było tylko pięciu chłopców i 41 dziewczynek. Spośród wysiedleńców z Zamojszczyzny deportowanych do KL Auschwitz i zarejestrowanych jako więźniów zginęło 80 proc[5].

W gronie wysiedleńców z Zamojszczyzny osadzonych w obozie koncentracyjnym na Majdanku znajdował się m.in. 9-letni wówczas Władysław Obirek. Tak zapamiętał pobyt w obozie: „Zanim nas wprowadzili do środka obozu, odbyło się oddzielanie kobiet od mężczyzn. Jęk, lament. Niemcy szczuli nas psami. (…) Cała nasza rodzina musiała się zmieścić na jednej pryczy. Ludzie leżeli też na ziemi. Wszędzie wszy, pluskwy. Kubeł na nieczystości zapełnił się w 20 minut. Potem jego zawartość się wylała”. Rodzina Obirków miała jednak szczęście, ponieważ została zwolniona z obozu 10 sierpnia 1943 roku w wyniku akcji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Zwolniono wtedy z Majdanka 85 rodzin wysiedleńców z Zamojszczyzny. „Moja mama ważyła tylko 25 kilogramów, ja miałem tyfus” – wspomina Władysław Obirek[6].

Do marca 1943 roku wysiedlono około 51000 Polaków. Na ich miejsce przybyło 9000 kolonistów niemieckich z Besarabii i Ukrainy oraz dalszych 4000 do końca 1943 roku. Wśród kolonistów tych byli m.in. rodzice późniejszego prezydenta Niemiec Horsta Köhlera, który urodził się w Skierbieszowie 22 lutego 1943 roku. Na miejsce 15000 Polaków wysiedlonych z 63 wsi powiatu hrubieszowskiego przesiedlono też około 7000 Ukraińców z powiatu zamojskiego w ramach realizowanej od połowy stycznia do marca 1943 roku tzw. Ukraineraktion. Celem tej akcji miało być stworzenie „pasa ochronnego” z ludności ukraińskiej, który osłaniałby kolonie niemieckie przed atakami polskiej partyzantki. Wedle hitlerowców Ukraińcy świetnie nadawali się do tej roli ze względu na ich wrogość do Polaków. W dalszych niemieckich planach także pobyt Ukraińców na Zamojszczyźnie miał być czasowy.

Na ratunek wysiedleńcom z Zamojszczyzny w miarę możliwości spontanicznie pospieszyło społeczeństwo polskie z tych regionów okupowanego kraju, do których kierowano wysiedlanych. Próbowano ratować przede wszystkim dzieci, których los był najtragiczniejszy. Zdzisław Wróbel opisał to następująco: „Kiedy 1 lutego pociąg wjechał na stację w Siedlcach, na peronie ułożono ponad 20 ciał. Zapamiętałem ten ogromny tłum. Ludzie dowiedzieli się, że przyjedzie pociąg z »dziećmi z Zamojszczyzny« i przyszli nas ratować… Było wiele pielęgniarek, lekarzy, kolejarzy i cywilów. Panował nieopisany bałagan. Ktoś poczęstował mnie zupą. Nigdy wcześniej i nigdy później zwykła zupa tak wspaniale mi nie smakowała. Tamtego dnia po raz ostatni widziałem Grażynkę żywą, prosto z dworca trafiła do szpitala. Mnie wraz z innymi umieszczono w gmachu RGO (Rady Głównej Opiekuńczej), skąd po kilku dniach zabrała mnie jakaś kobieta. Była to dość tęga pani o miłym, ciepłym uśmiechu. Wyciągnęła do mnie rękę i zapytała, czy nie zechciałbym z nią pójść. Chciałem. Nie miałem wyboru. Mąż tej kobiety był zdunem, w domu było kilkoro dzieci”[7].

Dzieci z transportów kierowanych do Rzeszy były wykupywane z rąk konwojentów niemieckich m.in. przez mieszkańców Warszawy. Warszawiacy zorganizowali też akcję dożywiania transportów dzieci z Zamojszczyzny.

Powstanie zamojskie

Wysiedlenia Polaków zostały przerwane w marcu 1943 roku na skutek spontanicznego i zorganizowanego oporu stawianego przez miejscową ludność oraz partyzantkę BCh, wspartą później przez GL i AK. Już w połowie grudnia 1942 roku na Zamojszczyznę przybył komendant główny BCh Franciszek Kamiński. Po naradzie z miejscowym kierownictwem BCh wydał rozkaz koncentracji sił partyzanckich BCh w Puszczy Solskiej i rozpoczęcie kontrataku. Akcję przeciwdziałania wysiedleniom ze strony polskiej partyzantki Niemcy nazwali „powstaniem zamojskim”. Rozpoczęło się ono 30 grudnia 1942 roku starciem pod Wojdą w powiecie zamojskim pomiędzy niemieckim batalionem do zadań specjalnych oraz odziałem BCh ppor. Jerzego Mara-Meÿera, wspartym przez oddział partyzantów radzieckich Wasyla Wołodina. Było to pierwsze w historii drugiej wojny światowej starcie partyzanckie o charakterze bitwy.

Największa bitwa powstania zamojskiego została stoczona 1 lutego 1943 roku pod Zaborecznem w powiecie tomaszowskim. Około 250 partyzantów BCh pod dowództwem kpt. Franciszka Bartłomowicza rozgromiło w zasadzce I Zmechanizowany Batalion Żandarmerii, liczący około 600 ludzi. Straty niemieckie wyniosły ponad 100 zabitych i nieznaną liczbę rannych przy stratach polskich wynoszących jednego zabitego i dwóch rannych. To po tej klęsce dowódca rozbitego batalionu niemieckiego – mjr Ernst Schwieger – użył jako pierwszy określenia „powstanie” wobec polskiego oporu na Zamojszczyźnie. Klęska Niemców pod Zaborecznem spowodowała wstrzymanie akcji wysiedleńczej na okres czterech miesięcy.

„Powstanie zamojskie” było dziełem głównie Batalionów Chłopskich – dzisiaj marginalizowanych przez państwową politykę historyczną. Nasuwa się w tym miejscu pytanie, dlaczego w obronie Zamojszczyzny nie wzięły udziału tak obecnie gloryfikowane Narodowe Siły Zbrojne – które pewien publicysta uważa za podobno drugą co do wielkości i najlepiej zorganizowaną formację zbrojną polskiego podziemia.

Celem stłumienia polskiego oporu od 23 czerwca do 15 sierpnia 1943 roku Niemcy przeprowadzili operację „Wehrwolf” (Wilkołak), do której zaangażowano duże siły policji, żandarmerii, SS, 10000 żołnierzy Wehrmachtu oraz ukraińską policję pomocniczą. Ta ostatnia była formacją kolaboracyjną złożoną z Ukraińców, przeważnie nacjonalistów, działającą na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Została powołana na mocy zarządzenia generalnego gubernatora Hansa Franka z 17 grudnia 1939 roku. Funkcjonariusze ukraińskiej policji pomocniczej brali aktywny udział m.in. w aresztowaniach polskiej inteligencji w Stanisławowie w 1941 roku oraz w mordach na ludności żydowskiej, w tym w likwidacji gett żydowskich. Pełnili także służbę w KL Lublin (Majdanek). Byli umundurowani w mundury SS, a na czapkach nosili okrągły znak z żółtym tryzubem na niebieskim tle.

W rezultacie operacji „Wehrwolf” wysiedlono ze 171 wsi ponad 60000 Polaków, których umieszczono w obozach przejściowych w Zamościu, Zwierzyńcu i Budzyniu. Większość z nich trafiła na roboty przymusowe do Rzeszy, a pozostali do KL Lublin (Majdanek), gdzie zginęło około 1000 osób. Podczas operacji „Wehrwolf” różne formacje niemieckie wspierane przez ukraińską policję pomocniczą przeprowadziły pacyfikacje i egzekucje w około 100 miejscowościach. Blisko 8000 aresztowanych wówczas Polaków zamordowano w Rotundzie Zamojskiej – specjalnym więzieniu gestapo.

Jeszcze przed rozpoczęciem operacji „Wehrwolf” doszło 1 czerwca 1943 roku do zagłady wsi Sochy w gminie Zwierzyniec (powiat zamojski). Zbrodni tej dokonali żołnierze Wehrmachtu przy współudziale lotnictwa niemieckiego. Ogółem zamordowanych zostało około 200 osób (po ekshumacji zidentyfikowano 88 mężczyzn, 45 dzieci i 52 kobiety). Ocalał tylko jeden dom. Reszta została spalona i zburzona. Sochy są zaliczane obok Michniowa na Kielecczyźnie, czeskich Lidic i francuskiego Oradour-sur-Glane do największych symboli niemieckiego barbarzyństwa podczas drugiej wojny światowej.

Wszystko jednak poszło nie pomyśli Himmlera i Globocnika. Opór polskiego podziemia był silniejszy niż się spodziewali. Dlatego ostatecznie zdecydowali się zawiesić akcję wysiedleńczą do końca wojny.

Ofensywa UPA

W drugiej połowie 1943 i pierwszej połowie 1944 roku Zamojszczyzna stała się ponadto obiektem zbrodniczej akcji Ukraińskiej Powstańczej Armii. W wyniku ofensywy UPA ludność polska (resztki pozostałe po wysiedleniach oraz uciekinierzy z Wołynia) została doszczętnie wyniszczona w części powiatów biłgorajskiego, hrubieszowskiego i tomaszowskiego. Działania UPA charakteryzowały bestialskie i zwyrodniałe metody, znane już z akcji ludobójczej na Wołyniu. Polska partyzantka rozpoczęła – tak samo jak rok wcześniej przed Niemcami – akcję samoobrony. To właśnie w ramach tej samoobrony doszło m.in. do polskiego ataku na bazę UPA i policji ukraińskiej w Sahryniu (powiat hrubieszowski) 10 marca 1944 roku. UPA dokończyła na Zamojszczyźnie dzieła zniszczenia rozpoczętego przez Niemców.

Ukraińska historiografia przedstawia ofensywę UPA na Zamojszczyźnie jako odwet za działania podjęte przez polską samoobronę i partyzantkę przeciw Ukraińcom, których Niemcy osiedlili na Zamojszczyźnie w ramach Ukraineraktion. Ponadto nacjonalistyczni historycy ukraińscy uważają, że ludobójstwo dokonane na Polakach na Wołyniu w 1943 roku miało być sprowokowane przez domniemane polskie ataki na osadników ukraińskich na Chełmszczyźnie (1942 r.) i Zamojszczyźnie (1943 r.). Historiografia polska wykazała absurdalność tej teorii w wypadku Chełmszczyzny, gdzie większość spośród około 400 ofiar ukraińskich zginęła z rąk niemieckich, a nie polskich.

W wypadku Zamojszczyzny polska akcja przeciw osadnikom ukraińskim rozpoczęła się później (maj 1943 r.) niż banderowskie ludobójstwo na Wołyniu (luty 1943 roku). Trudno więc uważać ją za przyczynę tego ludobójstwa. Głoszący takie tezy historycy i publicyści ukraińscy nie potrafią zauważyć, że ofiarami ludobójstwa – tak na Wołyniu jak i Zamojszczyźnie – stali się Polacy, a nie Ukraińcy.

Ofensywa UPA na Zamojszczyźnie pod koniec 1943 i w pierwszej połowie 1944 roku stanowiła kontynuację ludobójczej czystki etnicznej na Wołyniu i miała na celu w pierwszej kolejności wymordowanie tych Polaków, którzy uciekli tam z Wołynia, a w dalszej kolejności opanowanie Zamojszczyzny uważanej przez nacjonalistów ukraińskich za ziemię czysto ukraińską.

Bilans

Ogółem podczas dwóch akcji wysiedleńczych wysiedlono z Zamojszczyzny około 110000 Polaków z 297 wsi. 4454 dzieci wywieziono do Niemiec celem germanizacji. Ze względu na akcje zbrojne polskiej partyzantki i załamanie się frontu wschodniego hitlerowcy podjęli w połowie lipca 1943 roku decyzję o zawieszeniu akcji wysiedleńczej. Do końca okupacji już jej nie wznowili.

Kres eksterminacji Polaków na Zamojszczyźnie położyło wkroczenie na te tereny latem 1944 roku Armii Czerwonej i Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR. Dzisiaj nie nazywane już przez oficjalną politykę historyczną wyzwoleniem. Polacy, którzy przeżyli na Zamojszczyźnie tragiczne lata 1942-1944, nie mieli jednak wówczas wątpliwości, że było to wyzwolenie.

[1] „Nam nie wolno zapomnieć”, Szczecinek 2004, s. 107.

[2] „Nam nie wolno zapomnieć”…, s. 110.

[3] A. Jarczyńska, „Gehenna polskich dzieci”, „Historia Do Rzeczy” nr 2 (24)/2015.

[4] H. Kubica, „W piekle Auschwitz. Komory gazowe, zastrzyki fenolu i sadyzm strażników. Oto relacje deportowanych z Zamojszczyzny, którzy trafili do Auschwitz”, „Historia Do Rzeczy” nr 2 (24)/2015.

[5] H. Kubica, „Zagłada w KL Auschwitz Polaków wysiedlonych z Zamojszczyzny w latach 1942-1943, Oświęcim-Warszawa 2004, s. 7-32.

[6] M. Szlachetka, „Wspomnienia z piekła. Władysław Obirek opowiada o obozie na Majdanku”, http://www.kurierlubelski.pl, 22.07.2014.

[7] „Nam nie wolno zapomnieć”…, s. 108.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 listopada 2017 r.

„Przegląd” nr 48 (934), 27.11-3.12.2017, s. 38-41

Sprawiedliwość Zachodu

Międzynarodowy Trybunał Karny ONZ ds. Zbrodni Wojennych w byłej Jugosławii skazał 22 listopada 2017 roku gen. Ratko Mladicia na dożywocie. Głównie za Srebrenicę. Tym samym jeszcze raz dobitnie wybrzmiała narracja polityczna Zachodu, wedle której zbrodniarzami wojennymi w byłej Jugosławii byli tylko Serbowie. Ten czarny obraz Serbów stanowił jeden z kluczowych elementów wojen, które doprowadziły do rozbicia Jugosławii – wojen, w których Zachód nie był bezstronny i które wg prof. Marka Waldenberga były pierwszym w dziejach konfliktem zbrojnym kreowanym przez media.

Ten sam trybunał, który skazał Ratko Mladicia i Radovana Karadžicia, uniewinnił czołowych chorwackich zbrodniarzy wojennych odpowiedzialnych za tzw. operację „Oluja” („Burza”), w wyniku której w sierpniu 1995 roku zamordowano co najmniej kilkuset i trwale wypędzono około 150-200 tys. Serbów z Krajiny. Jeśli masakra w Srebrenicy, za którą miał być odpowiedzialny Mladić, była największą zbrodnią wojenną w Europie po 1945 roku, to operacja „Oluja” była największą zorganizowaną czystką etniczną współczesnej Europy. Ale odpowiedzialnych za tę czystkę etniczną uniewinniono, ponieważ byli sojusznikami USA, RFN i UE. Nigdy przed żadnym trybunałem nie stanął jej główny sprawca, nieżyjący już prezydent Chorwacji i epigon ustaszy Franjo Tudźman, który na cztery dni przed operacją „Oluja” powiedział, że „przeprowadzimy takie ataki, że Serbowie praktycznie znikną” („nanesemo takve udarce da Srbi prakticno nestanu”).

W artykule, który opublikowałem w „Myśli Polskiej” w 20. rocznicę operacji „Oluja” napisałem m.in.: „Chorwacki zbrodniarz wojenny Ante Gotovina, bezpośrednio odpowiedzialny za operację »Oluja«, został początkowo skazany na 24 lata pozbawienia wolności. Jednakże 16 listopada 2012 roku izba apelacyjna Trybunału Haskiego uwolniła go od wszelkich zarzutów. Razem z nim uniewinniono także innego chorwackiego generała, Mladena Markacza, skazanego w pierwszej instancji na 18 lat więzienia. Postawienia przed jakimkolwiek sądem nie doczekali się odpowiedzialni także za operację »Oluja« gen. Janko Bobetko i minister obrony Chorwacji Gojko Szuszak. W dzisiejszej Chorwacji Ante Gotovina jest uważany za największego bohatera narodowego, niemal chodzącego półboga. Niezależnie od odpowiedzialności za zbrodnie wojenne, popełnione podczas i po zakończeniu operacji »Oluja«, współczesny chorwacki bohater jawnie identyfikuje się z tradycją ustaszowską i ma przeszłość kryminalną (służył w Legii Cudzoziemskiej i jako najemnik w szwadronach śmierci w Ameryce Łacińskiej). To wszystko jednak nie przeszkadza demokratycznej i zjednoczonej Europie, której Chorwacja jest częścią”[1].

Dzisiaj dodam do tego, że przed żadnym trybunałem nie stanęli i nigdy nie staną najważniejsi sprawcy nieszczęść narodów byłej Jugosławii, czyli ci, którzy z zewnątrz doprowadzili do rozbicia Jugosławii. Nieżyjący już kanclerz RFN Helmut Kohl, także nieżyjący już ministrowie spraw zagranicznych Niemiec Hans-Dietrich Genscher i Austrii Alois Mock, kanclerz Austrii Franz Vranitzky, prezydenci USA George W. Bush senior i Bill Clinton oraz sekretarze stanu USA James Baker, Warren Christopher i Madeleine Albright. Taka jest bowiem sprawiedliwość Zachodu. Zgodnie z nią winni rozpadu Jugosławii i popełnionych w związku z tym zbrodni wojennych byli tylko Serbowie.

To samo odnosi się do dzisiejszej Ukrainy. Odpowiedzialnym za jej tragedię mają być wyłącznie Władimir Putin i przywódcy tzw. republik ludowych na wschodzie Ukrainy, ale bynajmniej już nie marionetka USA Petro Poroszenko oraz sprawcy palenia żywcem ludzi w Odessie, czy dowódcy i uczestnicy tzw. „operacji antyterrorystycznej” w Donbasie.

[1] B. Piętka, „Jak wygnano Serbów z Krajiny”, http://www.mysl-polska.pl, 12.09.2015; „Operacja »Oluja«”, „Myśl Polska” nr 37-38 (2051/52), 13-20.09.2015, s. 8.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 listopada 2017 r.

Ultimatum, czyli z ręką w nocniku

Wiceprezes IPN, prof. Krzysztof Szwagrzyk – który towarzyszył wicepremierowi Piotrowi Glińskiemu podczas jego wizyty na Ukrainie – ujawnił w wypowiedzi dla „Rzeczypospolitej”, że władze Ukrainy oczekują od Polski odbudowy nielegalnego pomnika UPA w Hruszowicach koło Przemyśla i ukarania winnych jego rozbiórki w kwietniu br. Sprawę tę Kijów postawił w formie ultymatywnej jako warunek zgody na wznowienie prac ekshumacyjno-poszukiwawczych na Wołyniu[1].

Dla strony ukraińskiej nie ma przy tym znaczenia, że nielegalny pomnik w Hruszowicach nie znajdował się na żadnej mogile i nie upamiętniał żadnych ofiar, ale terrorystów z UPA, którzy walczyli z powojenną Polską. Kijów kładzie na tej samej szali polskie ofiary ludobójstwa OUN-UPA oraz banderowców, którzy zarąbywali siekierami bezbronne polskie dzieci, kobiety i mężczyzn, a po wojnie walczyli z państwem polskim. Żądając upamiętnienia przez Polskę katów narodu polskiego, władze ukraińskie stawiają dalszy dialog polsko-ukraiński pod ścianą, ponieważ coś takiego jest dla społeczeństwa polskiego całkowicie nie do przyjęcia.

Takie ultimatum ze strony ukraińskiej obnażyło bankructwo polskiego strategicznego sojuszu z Ukrainą i bezkrytycznego wspierania pomajdanowej Ukrainy za wszelką cenę. Polska opinia publiczna, przekonywana od 2014 roku przez mainstream polityczno-medialny o konieczności wspierania Ukrainy, a także o tym, że stosunki polsko-ukraińskie są idealne pod każdym względem, nagle zobaczyła, że król jest nagi.

To zapewne wywołało reakcję ministra Witolda Waszczykowskiego, który oświadczył 2 listopada, że osoby znane na Ukrainie z gloryfikacji nacjonalizmu ukraińskiego oraz utrudniania polskich ekshumacji i upamiętnień zostaną objęte administracyjnym zakazem wjazdu do Polski[2]. Minister Waszczykowski zasugerował też, że może rekomendować prezydentowi Dudzie odwołanie grudniowej wizyty na Ukrainie. Łatwo się domyśleć, że do grona osób, które minister spraw zagranicznych miał na myśli, należy m.in. Wołodymyr Wiatrowycz – przewodniczący Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej (UINP) – ponieważ to przede wszystkim on wraz ze Światosławem Szeremetą doprowadził do wstrzymania prac ekshumacyjno-poszukiwawczych na Wołyniu. 9 listopada „Dziennik Gazeta Prawna” poinformował, że MSZ pozbawił właśnie Wiatrowycza jako pierwszego prawa wjazdu do Polski[3].

Dlaczego jednak zaczęto od niego? Czy nie należało zacząć od byłego prezydenta Wiktora Juszczenki i obecnego prezydenta Petro Poroszenki? Przecież to oni odpowiadają w pierwszej kolejności za renesans banderowski na Ukrainie, który nastąpił w wyniku przewrotów politycznych z 2004 i 2014 roku. Ponadto prezydent Poroszenko odpowiada politycznie i prawnie za działania podległych mu urzędników, a więc także za blokowanie polskich ekshumacji i upamiętnień przez Wiatrowycza i Szeremetę.

Nieoczekiwanie również podsekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej, Michał Dworczyk, zapowiedział odsłonięcie na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie tablic upamiętniających walki polskich samoobron i żołnierzy Wojska Polskiego z UPA w Hucie Stepańskiej, Wyrce, Przebrażu, Pańskiej Dolinie, Rybczy, Zasmykach, Jagodzinie-Rymaczach, Kupiczowie, Hanaczowie, Stanisłówce, Łukowcu Wiszniowskim, Łukowcu Żurawskim, Puzowie-Stężarzycach, Korytnicy, Biłce Królewskiej, Biłce Szlacheckiej, Narolu, Posadowie, Rzeczycy i Birczy. Inicjatorem takiego uhonorowania polskiej obrony przed UPA jest poseł Tomasz Rzymkowski. Nagle jego zabiegi uzyskały przychylność ministra Antoniego Macierewicza – dotychczas raczej wstrzemięźliwego wobec eksponowania polskich ofiar nacjonalizmu ukraińskiego i polskiej walki z UPA[4].

Niezwykle bezczelnie na zapowiedź odsłonięcia tych tablic zareagował przewodniczący UINP, negacjonista wołyński Wołodymyr Wiatrowycz. Pozwolił on sobie na stwierdzenie, że „teraz w Polsce na szczeblu państwowym upamiętniani są czekiści”[5].

Ta wypowiedź ostatecznie dyskwalifikuje Wiatrowycza jako partnera do jakichkolwiek rozmów i pokazuje, że ze stroną ukraińską w sprawach pamięci historycznej nie ma o czym rozmawiać. Obłędny kult UPA, który uczyniono na pomajdanowej Ukrainie podstawą tożsamości narodowo-państwowej, uniemożliwia dialog z tym państwem oraz wyklucza upamiętnienie polskich ofiar ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

Musiał to w końcu zauważyć też prezes polskiego IPN Jarosław Szarek. Udzielił on prawicowym mediom jednoznacznej wypowiedzi, w której stwierdził, że IPN ma „fatalne relacje ze stroną ukraińską”, pomiędzy IPN i UINP ma miejsce „tak naprawdę zimna wojna”, a „bez gestu ze strony Ukrainy nie będzie przełomu w naszych relacjach”. Szef polskiego IPN nie pozostawił wątpliwości jak postrzega gloryfikację OUN i UPA: „Ukraina musi jedno wziąć pod uwagę, że taka droga gloryfikacji tych formacji jest całkowicie ahistoryczna. (…) UPA była zbrojną organizacją jednej z partii, nawet jednej z frakcji partyjnych”[6].

Jarosław Szarek skrytykował ponadto skandaliczną wypowiedź byłego prezydenta Wiktora Juszczenki, który postawił na jednej płaszczyźnie UPA i AK oraz Banderę i Piłsudskiego. W kontekście tej wypowiedzi prezes IPN zauważył, że kierowana przez niego instytucja wielokrotnie pokazywała dobrą wolę wobec strony ukraińskiej, ale „teraz wyczerpaliśmy chęć porozumienia. Nie widzę możliwości dalszej współpracy w jakimkolwiek celu, jeśli Ukraina nie pokaże swojej dobrej woli (…) i nie poda ręki z konkretną propozycją”[7].

Na koniec głos zabrał prezydent Andrzej Duda. „Oczekuję od pana prezydenta Petro Poroszenki i od jego współpracowników, od pana premiera Hrojsmana, że ludzie, którzy otwarcie głoszą poglądy nacjonalistyczne i antypolskie nie będą zajmowali ważnych miejsc w ukraińskiej polityce, ponieważ tacy ludzie nie budują relacji pomiędzy naszymi krajami, oni je burzą. Więc tacy ludzie w wielkiej polityce, w polityce, która ma międzynarodowe znaczenie, nie powinni mieć od strony ukraińskiej miejsca” – powiedział prezydent Duda 7 listopada wywiadzie dla TV Trwam i Radia Maryja[8].

Z czym mamy tutaj do czynienia? Czy rządząca prawica nagle przejrzała na oczy i zaczęła rewidować swą fatalną i w gruncie rzeczy antypolską politykę wobec Ukrainy? Myślę, że raczej bliskie prawdy będzie stwierdzenie, że obóz rządzący – bezkrytycznie wspierający Ukrainę politycznie i finansowo – znalazł się po prostu z ręką w nocniku. Za przyjmowanie masowej migracji ukraińskiej, za finansowanie ukraińskiego systemu emerytalnego, za objęcie imigrantów ukraińskich programem 500 plus i wiele innych dobrodziejstw, finansowanych przez polskiego podatnika, mamy z drugiej strony szalony kult OUN i UPA oraz groźne pohukiwania Wiatrowycza, Szeremety, Michalczyszyna, Tiahnyboka i innych epigonów Stepana Bandery. Trzeba więc ratować twarz przed polską opinią publiczną i z tego najprawdopodobniej wynikają ruchy podjęte przez ministrów Waszczykowskiego oraz Macierewicza.

Odpowiedzi na ukraińskie ultimatum ze strony ministrów Waszczykowskiego i Macierewicza nie można traktować jako zmianę dotychczasowej polityki PiS wobec Ukrainy. Gdyby rzeczywiście była to zmiana polityki, to pierwszym posunięciem ministra spraw zagranicznych powinno być odwołanie z Kijowa ambasadora Jana Piekły– chyba najbardziej radykalnego, a przynajmniej jednego z najbardziej radyklanych wyznawców prometeizmu i giedroycizmu, którego postawa symbolizuje właśnie dotychczasową uległą politykę polską wobec Ukrainy. Politykę sprowadzającą się, najogólniej rzecz biorąc, do chowania głowy w piasek w obliczu renesansu banderowskiego na Ukrainie. Następnym krokiem powinno być poparcie sprzeciwu Węgier i Rumunii wobec ukraińskiej ustawy językowej oraz stanowiska Węgier wobec zablokowania szczytu NATO-Ukraina.

Nic takiego nie nastąpiło. Mało tego. 8 listopada Sejm, głosami Zjednoczonej Prawicy, po raz kolejny odrzucił projekt ustawy o penalizacji banderyzmu na terytorium Polski[9]. Podważa to wiarygodność działań, czy raczej gestów, które miały miejsce ze strony ministrów Waszczykowskiego i Macierewicza.

Bo też te gesty nie były skierowane przeciw Ukrainie i tamtejszym środowiskom banderowskim, ale do polskiej opinii publicznej ze szczególnym uwzględnieniem elektoratu kresowego PiS. Nie mamy zatem do czynienia z rewizją szkodliwej polityki wobec Ukrainy, ale z próbą zachowania wiarygodności PiS wobec elektoratu kresowego. Z elektoratem tym, w większości prawicowym, obóz rządzący musi się bowiem liczyć. W przeciwieństwie do obozu liberalnego, który żadnego elektoratu kresowego nie posiada i dlatego zareagował krytycznie, a miejscami z oburzeniem, na działania obu ministrów. Tak czy inaczej, postsolidarnościowe elity polityczne – zarówno będące obecnie u władzy, jak i znajdujące się teraz w opozycji – nie zmienią swojego zasadniczego stanowiska wobec pomajdanowej Ukrainy. To bowiem wymagałoby przebudowy całej konstrukcji politycznej, którą od 30 lat budowały te elity, sytuującej Polskę w roli głównego podwykonawcy polityki amerykańskiej w Europie Środkowej i na obszarze poradzieckim.

[1] Kijów żąda odbudowy nielegalnego „pomnika” ku czci UPA w Hruszowicach i ukarania „winnych”, http://www.kresy.pl, 27.10.2017.

[2] Waszczykowski: Ludzie, którzy ostentacyjnie zakładają mundury SS Galizien do Polski nie wjadą, http://www.kresy.pl, 2.11.2017.

[3] „Dziennik Gazeta Prawna”: szef ukraińskiego IPN nie wjedzie do Polski, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

[4] Nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza. „Zostaną umieszczone z inicjatywy szefa MON”, http://www.rmf24.pl, 8.11.2017.

[5] Prezes ukraińskiego IPN: nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza upamiętniają czekistów, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

[6] Prezes IPN bez złudzeń: Instytut ma fatalne relacje ze stroną ukraińską; to jest tak naprawdę zimna wojna, http://www.wpolityce.pl, 26.10.2017.

[7] Dr Szarek: Nie widzę możliwości dalszej współpracy z Ukrainą. Muszą wyciągnąć rękę, http://www.telewizjarepublika.pl, 26.10.2017.

[8] Prezydent Duda: Oczekuję do prezydenta Ukrainy, że ludzie o antypolskich poglądach nie będą w ukraińskiej polityce, http://www.magnapolonia.org, 7.11.2017.

[9] Rzymkowski: PiS po raz kolejny blokuje ustawę o penalizacji banderyzmu, http://www.dorzeczy.pl, 9.11.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 listopada 2017 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2163/64), 19-26.11.2017, s. 7

Historia według Wiatrowycza

Po przewrocie kijowskim w 2014 roku polska opinia publiczna była przekonywana przez establishment polityczno-medialny, że stosunki polsko-ukraińskie są bardzo dobre, a strategiczne partnerstwo z pomajdanową Ukrainą stanowi fundament polskiej racji stanu. Okazało się nagle, że te stosunki nie są jednak tak dobre, a nawet są złe i można już mówić o „zimnej wojnie” polsko-ukraińskiej. Minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski zapowiedział 2 listopada br., że zostaną uruchomione procedury uniemożliwiające wjazd do Polski tym Ukraińcom, którzy zajmują antypolskie stanowisko, np. zakładając mundury dywizji Waffen-SS „Galizien”. Nagle szef polskiej dyplomacji zauważył to czego dotychczas on i jego poprzednicy długo nie dostrzegali. Przecież gloryfikacja ukraińskiej dywizji SS i UPA miały miejsce na Ukrainie jeszcze przed przewrotem z 2014 roku.

Oświadczenie ministra Waszczykowskiego stanowi w dużej mierze pokłosie wojny, jaką toczy od dawna polski Instytut Pamięci Narodowej ze swoim ukraińskim odpowiednikiem. Powodem konfliktu jest polityka historyczna pomajdanowej Ukrainy. Dotychczas była ona dyskretnie niezauważana przez wiele środowisk politycznych w Polsce, ale obecnie nie da się już ukryć, że budowanie przez Ukrainę swojej tożsamości na fundamencie nacjonalizmu ukraińskiego jest poważną przeszkodą we wzajemnych stosunkach. Doszły one do ściany, kiedy Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej (UINP) zablokował prace zespołu badawczego polskiego IPN na Ukrainie, które miały na celu ustalenie miejsc spoczynku m.in. ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego i doprowadzenie do ich ekshumacji. Dlatego w oświadczeniu ministra Waszczykowskiego znalazła się groźba, że konsekwencje poniosą również te osoby ze strony ukraińskiej, które uniemożliwiają ekshumacje ofiar UPA i NKWD oraz renowację polskich miejsc pamięci. Jak głęboka jest przepaść dzieląca polskie i ukraińskie postrzeganie historii, pokazała też polsko-ukraińska konferencja w Czerkasach.

Konferencja w Czerkasach

W dniach 19-22 października 2017 r. odbyło się w Czerkasach na Ukrainie V Polsko-Ukraińskie Forum Historyków. Konferencję zorganizowały UINP i polski IPN. Wiodącym tematem obrad były wydarzenia na Chełmszczyźnie w latach 1942-1944 w kontekście ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Chodzi o zabójstwa przez polskie podziemie w 1942 r. Ukraińców, którzy zostali przesiedleni na wschodnią Lubelszczyznę w ramach prowadzonej za zgodą Hansa Franka ukrainizacji ziemi chełmskiej. Zabójstwa te – zdaniem nacjonalistycznej historiografii ukraińskiej – miały być przyczyną ludobójczych działań UPA wobec ludności polskiej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

Szef pionu naukowego polskiego IPN, dr hab. Mirosław Szumiło, w wypowiedzi dla PAP, skomentował wyniki konferencji następująco: „Historycy ukraińscy twierdzą, że mordy dokonane przez polskie podziemie na Ukraińcach na Chełmszczyźnie w 1942 r. były przyczyną antypolskiej akcji UPA na Wołyniu w 1943 r. Ich zdaniem liczba ofiar ukraińskich na Chełmszczyźnie miała wynosić kilkaset osób, co spowodowało, że ukraińscy uciekinierzy z tego terenu zanieśli na Wołyń informacje o rzekomych polskich zbrodniach. W polskich referatach pokazaliśmy jednak, że twierdzenia te nie znajdują potwierdzenia w faktach”.

Należy w tym miejscu podkreślić, że punkt widzenia nacjonalistycznej historiografii ukraińskiej w tej sprawie został już wcześniej podważony przez takich polskich historyków jak Grzegorz Motyka i Ryszard Torzecki, których trudno posądzić o nastawienie antyukraińskie. Grzegorz Motyka stwierdził na podstawie dostępnych źródeł, że w 1942 r. w całym dystrykcie lubelskim z rąk polskiego podziemia w wyniku pojedynczych egzekucji zginęło około 30 Ukraińców, a nie 400 – jak twierdzi strona ukraińska[1]. Z kolei Ryszard Torzecki zaprzeczył, że najbardziej znany z zabitych wówczas Ukraińców – przedwojenny senator Iwan Pasternak (1876-1943) – zginął z „wyroku sądu AK czy delegatury”. Zdaniem Torzeckiego Pasternak „został śmiertelnie postrzelony (umarł w szpitalu) z rąk nieznanych sprawców, jak to określiło niemieckie śledztwo” i był to „akt wojennego bandytyzmu”[2].

Ustalenia Grzegorza Motyki potwierdził uczestniczący w konferencji w Czerkasach prof. Igor Hałagida – naczelnik Oddziałowego Biura Badań Historycznych IPN w Gdańsku, z pochodzenia Ukrainiec. Badacz ten zaprezentował statystykę strat ukraińskich w dystrykcie lubelskim, z której wynika, że w 1942 r. zabito na tym terenie 388 Ukraińców, z czego aż 319 zginęło z rąk Niemców. Tylko w przypadku dwóch ofiar są dowody, że zginęły z rąk AK, dwie dalsze ofiary zginęły prawdopodobnie z rąk partyzantki komunistycznej, a w przypadku 65 osób sprawcy zabójstw są nieznani. Część z nich mogła zginąć w wyniku akcji polskiego podziemia, ale większość prawdopodobnie padła ofiarą zwykłych band rabunkowych. „W związku z tym możemy stwierdzić, że wydarzenia na Chełmszczyźnie w 1942 r. nie miały wpływu na rozpętanie antypolskiej akcji UPA na Wołyniu w 1943 r.” – podsumował Mirosław Szumiło.

Stanowiska tego nie przyjmuje jednak strona ukraińska, która konsekwentnie zaprzecza ludobójczemu charakterowi zbrodni na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943-1944, neguje odpowiedzialność OUN-UPA za zbrodnie wobec ludności polskiej oraz lansuje tezę o rzekomej „wojnie polsko-ukraińskiej”, którą miała rozpocząć strona polska w 1942 r. Tezę tę powielała najpierw nacjonalistyczna historiografia ukraińska w Kanadzie, współcześnie jej orędownikiem stał się m.in. Wołodymyr Wiatrowycz. Urodzony w 1977 r. we Lwowie, nigdy nie ukrywał swoich nacjonalistycznych poglądów i fascynacji ruchem banderowskim. Jego działalność naukową można śmiało uznać za bezkrytyczną gloryfikację OUN-UPA. Dawał temu wyraz zarówno jako dyrektor Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego we Lwowie – instytucji powołanej w celu gloryfikacji ukraińskiego nacjonalizmu, dyrektor Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, członek rady nadzorczej lwowskiego muzeum „Więzienie przy Łąckiego”, a od marca 2014 r. jako przewodniczący UINP.

Spóźniona reakcja

Być może nie byłoby dzisiaj takich problemów, gdyby nie długoletnie pobłażanie przez stronę polską wobec ukraińskiej polityki historycznej, a nawet jej usprawiedliwianie. Ekshumacje na Wołyniu – nie tylko ofiar UPA, ale także legionistów Piłsudskiego poległych w 1916 r. pod Kostiuchnówką – wielokrotnie blokował m.in. Światosław Szeremeta, sekretarz Państwowej Międzyresortowej Komisji ds. Wojen i Represji Politycznych oraz zdeklarowany nacjonalista ukraiński. Nie było jednak reakcji strony polskiej, gdy tenże Szeremeta w 2016 r. wywoływał incydenty podczas marszu ukraińskiego w Przemyślu oraz brał udział w uroczystym pogrzebie szczątków ukraińskich esesmanów z dywizji „Galizien” na górze Żbyr koło Brodów w obwodzie lwowskim.

Nie było reakcji, gdy Petro Tyma – prezes Związku Ukraińców w Polsce – w odpowiedzi na likwidację pomnika UPA w Hruszowicach napisał, że „W sprawie Hruszowic prowokatorzy triumfują. Oczywiście zapomnieli czym skończył się polski triumf w 1938 roku nad cerkwiami Chełmszczyzny”. Cóż miały znaczyć te słowa? Według propagandy nacjonalistów ukraińskich polska akcja rewindykacji cerkwi prawosławnych z 1938 r. skutkowała „akcją antypolską UPA” z 1943 r., czyli ludobójstwem typu genocidum atrox na Wołyniu. Zacytowana wypowiedź była więc ze strony Petro Tymy zawoalowaną groźbą.

Nie było też zdecydowanej reakcji polskiego MSZ, gdy pod koniec kwietnia br. Wiatrowycz zapowiedział po raz pierwszy „wstrzymanie wydawania pozwoleń na prace poszukiwawcze pochówków i porządkowanie polskich miejsc pamięci na Ukrainie” oraz zwrócił się do władz lokalnych na zachodniej Ukrainie z apelem o wstrzymanie decyzji „odnośnie wydawania pozwoleń na wniosek polskich instytucji publicznych, osób lub organizacji społecznych, na zainstalowanie nowych polskich pomników lub renowację istniejących”.

Dominowało wtedy myślenie doradcy MSZ Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, który uważał, że pamięć o zbrodni wołyńskiej jest „sprawą drugo czy trzeciorzędną”, a środowiska kresowe są „zupełnie oderwane od rzeczywistości” i rzekomo idą „oczekiwanym przez Rosję tropem”.

Dopiero teraz przeciwko gloryfikacji nacjonalizmu ukraińskiego przez UINP, a także niedawnej wypowiedzi byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki, który postawił na jednej płaszczyźnie UPA i AK oraz Banderę i Piłsudskiego, zaprotestował prezes IPN Jarosław Szarek. Oświadczył on, że IPN ma „fatalne relacje ze stroną ukraińską”, pomiędzy IPN i UINP ma miejsce „tak naprawdę zimna wojna”, a „bez gestu ze strony Ukrainy nie będzie przełomu w naszych relacjach”. „Ukraina musi jedno wziąć pod uwagę, że taka droga gloryfikacji tych formacji [OUN i UPA – BP] jest całkowicie ahistoryczna. (…) UPA była zbrojną organizacją jednej z partii, nawet jednej z frakcji partyjnych” – stwierdził szef polskiego IPN w wypowiedzi dla prawicowego portalu wPolityce.pl.

Komentując natomiast wypowiedź Wiktora Juszczenki, Jarosław Szarek powiedział w TV Republika, że IPN wielokrotnie pokazywał dobrą wolę, ale „teraz wyczerpaliśmy chęć porozumienia. Nie widzę możliwości dalszej współpracy w jakimkolwiek celu, jeśli Ukraina nie pokaże swojej dobrej woli (…) i nie poda ręki z konkretną propozycją”.

Powstaje pytanie, dlaczego IPN i polski minister spraw zagranicznych tak późno zajęli tak jednoznaczne stanowisko wobec ukraińskiej polityki historycznej? Przecież gloryfikacja OUN i UPA ma miejsce na Ukrainie co najmniej od czasu pomarańczowej rewolucji w 2004 r., a po przewrocie z 2014 r. uznano tam nacjonalizm ukraiński, także ten w wersji banderowskiej, za fundament budowy tożsamości państwowo-narodowej. Oba przewroty ukraińskie – z 2004 i 2014 r. – były aktywnie wspierane przez cały polski establishment polityczny. Obecnie gloryfikacja nacjonalizmu ukraińskiego osiągnęła taki poziom, że na podanie ręki przez Ukrainę z „konkretną propozycją” nie ma co liczyć. Wymownie świadczy o tym chociażby żądanie strony ukraińskiej, żeby w zamian za możliwość upamiętnienia polskich ofiar OUN-UPA na Ukrainie mogły istnieć na terenie Polski upamiętnienia ku czci UPA. Według relacji wiceprezesa IPN, prof. Krzysztofa Szwagrzyka, który towarzyszył wicepremierowi Piotrowi Glińskiemu podczas niedawnej wizyty na Ukrainie, władze ukraińskie postawiły stronie polskiej wprost ultimatum, przedstawiając żądanie odbudowania usuniętego w kwietniu br. nielegalnego pomnika UPA w Hruszowicach koło Przemyśla jako warunek zgody na wznowienie prac poszukiwawczo-ekshumacyjnych na Wołyniu.

Nie ma przy tym znaczenia dla strony ukraińskiej, że pomnik w Hruszowicach nie stał na żadnej mogile i nie upamiętniał żadnych ofiar, ale walkę UPA z powojenną Polską. Kijów stawia zatem na jednej płaszczyźnie bezbronne polskie ofiary ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA oraz nacjonalistów ukraińskich walczących z państwem polskim, których czczenie na ziemi polskiej jest nie do przyjęcia dla społeczeństwa polskiego.

W kontekście takiego stanowiska strony ukraińskiej dziwi oburzenie ministra Waszczykowskiego z powodu informacji historycznej w muzeum „Więzienie na Łąckiego”. Minister spraw zagranicznych Polski demonstracyjnie odwrócił się spod drzwi tego muzeum na widok tablicy mówiącej o „polskiej okupacji”. Polakom byłe więzienie przy ul Łąckiego we Lwowie kojarzy się głównie z istniejącym tam w latach 1939-1941 więzieniem NKWD i masakrami więziennymi NKWD w czerwcu 1941 r. Ukraińcy jednak eksponują fakt, że w latach 1935-1939 mieściło się tam więzienie śledcze, w którym przetrzymywano członków nielegalnej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów oskarżonych o działalność terrorystyczną (według narracji ukraińskiej „wyzwoleńczą”) przeciw II RP. Podczas procesu sądowego działaczy OUN w 1936 r. w więzieniu tym przebywali m.in. Stepan Bandera, Jarosław Stećko i Mykoła Łebedź. Stąd obecna narracja ukraińska o „polskiej okupacji”, która tak oburzyła ministra Waszczykowskiego.

Czyżby nie kojarzył on tego, że ukraińska polityka historyczna jest rezultatem przemian politycznych na Ukrainie, gorąco wspieranych przez cały postsolidarnościowy establishment polityczny z jego partią na czele? Przecież to właśnie ze środowiska szeroko rozumianej prawicy wielokrotnie słyszeliśmy, że „lepsza Ukraina banderowska od moskiewskiej”. Niedawno tezę tę powtórzył Andrzej Talaga – stały publicysta „Rzeczypospolitej” – który zaproponował, by „wziąć UPA w nawias” i postawić „rację stanu ponad racją moralną”. Skoro tak, to rozdzieranie szat teraz wygląda bardzo nieszczerze.

To nie likwidacja nielegalnego i obrażającego Polaków pomnika UPA w Hruszowicach jest przyczyną wstrzymania przez stronę ukraińską legalizacji polskich ekshumacji i upamiętnień na Ukrainie. Na upamiętnienie polskiej martyrologii na Wołyniu nie ma miejsca dlatego, ponieważ stoi to w sprzeczności z obłędną heroizacją UPA. Ukraina banderowska nie okazała się lepsza od „moskiewskiej”.

Pierwszy rycerz nacjonalizmu

Przekaz o „polskiej okupacji” w lwowskim muzeum jest zasługą m.in. Wołodymyra Wiatrowycza, członka rady nadzorującej to muzeum. Przewodniczący UINP wyrasta dzisiaj na czołowego kreatora ukraińskiej polityki historycznej, opartej na afirmacji nacjonalizmu ukraińskiego jako rzekomego nurtu narodowowyzwoleńczego oraz gloryfikacji OUN-UPA.

Pseudohistoryczna działalność Wiatrowycza nasiliła się zwłaszcza w roku 2017, proklamowanym przez współczesnych epigonów nacjonalizmu ukraińskiego „rokiem UPA”. Dotychczas ukraińska historiografia nacjonalistyczna przedstawiała UPA jako rzekomy „ruch narodowowyzwoleńczy”. Wiatrowycz poszedł dalej i 8 lutego br. zainaugurował w Kijowie „kampanię informacyjną”, która przedstawiła UPA jako główną siłę oporu wobec okupacji niemieckiej, walczącą rzekomo z Niemcami hitlerowskimi. Walkę tę miała podobno zainicjować w lutym 1943 r. sotnia Hryhorija Perehijniaka, która rzeczywiście wtedy zainicjowała, ale ludobójstwo na ludności polskiej na Wołyniu.

Innym przykładem podejścia Wiatrowycza do historii jest promocja postaci Ołeny Telihy (1906-1942) – nacjonalistki z melnykowskiej frakcji OUN i hitlerowskiej kolaborantki. 25 lutego br. z udziałem najwyższych władz Ukrainy oraz Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego odsłonięto jej pomnik w Babim Jarze – miejscu jednej z największych zbrodni niemieckich na Żydach, popełnionej w dniach 29 września-3 października 1941 r. Rozstrzelano tam wówczas 33 771 Żydów. W zbrodni tej brał udział także Kijowski Kureń OUN, który w rzeczywistości był formacją ukraińskiej policji pomocniczej pod dowództwem Petra Żachwałyńskiego. To z tą kolaboracyjną formacją przybyła do Kijowa w 1941 r. Ołena Teliha. W 1942 r., w związku z konfliktem pomiędzy banderowską i melnykowską frakcją OUN, została zadenuncjowana przez banderowców na gestapo pod zarzutem machinacji finansowych i też została prawdopodobnie rozstrzelana przez Niemców w Babim Jarze. Nie jest to jednak do końca pewne, ponieważ Łeontij Forostywśkyj – ukraiński kolaborant i burmistrz Kijowa podczas okupacji niemieckiej – w wydanej w Buenos Aires w 1952 r. książce pt. „Kyjiw pid worożymy okupacijamy” twierdził, że Teliha podcięła sobie żyły w areszcie gestapo na ulicy Władymirskiej w Kijowie. Okoliczności jej działalności politycznej, aresztowania i śmierci nie stanowiły jednak dla UINP problemu, by zrobić z niej ofiarę nazizmu.

Pominięto przy tym fakt, że 5 października 1941 r. – a więc tuż po egzekucjach Żydów w Babim Jarze – Teliha zamieściła na łamach kolaboracyjnej gazety „Wołyń” artykuł pt. „Rozsypują się mury”, w którym wyrażała radość, że Niemcy kazali „opuścić” Żydom Kijów. Prowadziła też w okupowanym przez Niemców Kijowie restaurację, którą przejęła w ramach „aryzacji mienia żydowskiego”.

Skandaliczne sympozjum w Paryżu

Szczególnie bulwersującym przejawem działalności Wiatrowycza było sympozjum międzynarodowe „Shoah na Ukrainie. Nieszczęścia XX wieku w nowej perspektywie”, które zorganizowano na Uniwersytecie Paryż II Panthéon Assas w marcu br. Nie zaproszono na nie znanych i niezależnych badaczy historii nacjonalizmu ukraińskiego, takich jak John-Paul Himka, Per Anders Rudling, Marco Carynnyk, Grzegorz Rossoliński-Liebe i Iwan Kaczanowski. Dopuszczono tylko Wiatrowycza i współpracujących z nim historyków ukraińskich. Organizatorami sympozjum byli Philippe de Lara z Uniwersytetu Paryż II i Galina Ackerman – emigrantka z ZSRR, doktor historii na Sorbonie, znana z antyrosyjskiej publicystyki i wspierania pomajdanowej Ukrainy, m.in. w ramach Europejskiego Forum dla Ukrainy.

Organizatorzy sympozjum umożliwili delegacji ukraińskiej z Wiatrowyczem na czele głoszenie oczywistych kłamstw. Z wystąpień większości członków delegacji ukraińskiej można się było dowiedzieć o „czarnej legendzie ukraińskiego antysemityzmu”, którą wymyśliła „moskiewska propaganda”. Można było też usłyszeć tezy negujące udział nacjonalistów ukraińskich w Holokauście. Naukowcy zachodni i nieliczni działacze żydowscy protestujący przeciw udziale w konferencji Wiatrowycza (m.in. Eduard Doliński – dyrektor Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego z Kijowa) zostali przedstawieni jako „przeciwnicy dekomunizacji” albo sojusznicy-agenci-poplecznicy Kremla. Organizatorzy konferencji pochwalili Wiatrowycza właśnie za ową „dekomunizację historii” oraz zgodzili się z nim, że historia Holokaustu jest „zakłamana”, a jej odkłamanie polegać ma na likwidacji „sowieckich stereotypów” na temat antysemityzmu nacjonalistów ukraińskich.

„Przeciwdziałanie środowisk prokremlowskich dowodzi tylko, że my [jesteśmy] — na właściwym szlaku. Musimy kontynuować walkę o porozumienie między Ukraińcami i Żydami” – stwierdziła Galina Ackerman.

Dlaczego wtedy nie protestował polski IPN? Dlaczego nie wydał lub nie wsparł wydania publikacji ukazującej prawdę o roli nacjonalistów ukraińskich w zagładzie Żydów? Opracowanie takiej publikacji wziął na siebie zespół pod red. prof. Andrzeja A. Zięby – kierownika Zakładu Stosunków Etnicznych w Europie Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Doprowadził on do wydania monumentalnej pracy (998 stron i 52 strony wstępu) pt. „OUN, UPA i zagłada Żydów” (Kraków 2016, faktycznie książka ukazała się w sierpniu 2017 r.).

Dzieło to zawiera 36 artykułów badaczy nacjonalizmu ukraińskiego, w tym tak znakomitych jak: Marko Carynnyk, Aleksandr Diukow, Frank Golczewski, Sofia Graczowa, John-Paul Himka, Iwan Kaczanowski, Lucyna Kulińska, Grzegorz Motyka, Grzegorz Rossoliński-Liebe, Per Anders Rudling, Ewa Siemaszko, Władysław Siemaszko i Andrzej Zapałowski. Ich artykuły dotyczą antysemityzmu w ideologii OUN, udziału OUN i UPA w zagładzie Żydów oraz pamięci o tych zbrodniach. Publikacja ta ma ogromne znaczenie w sytuacji, kiedy ukraińska polityka historyczna, sterowana przez Wiatrowycza, neguje udział nacjonalistów ukraińskich w zagładzie Żydów.

 Gorzka prawda

Niemiecki politolog i historyk Andreas Umland napisał w sieciach społecznościowych, że skrót Ukraiński IPN (UINP) można śmiało odczytywać jako „Ukraiński Instytut Naparzania (pokrzywą) Polski”, ponieważ ta instytucja wraz z lwowskim Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego wyrządza najwięcej szkód relacjom polsko-ukraińskim. Jednakże przez bardzo długi czas strona polska przymykała na to oczy. Polityka historyczna pomajdanowej Ukrainy była długo bagatelizowana przez polski establishment polityczno-medialny. Polską opinię publiczną próbowano przekonywać, że renesans nacjonalizmu ukraińskiego, połączony z negacjonizmem jego zbrodni, stanowił na Ukrainie jakoby zjawisko marginalne. Niestety, jest wręcz przeciwnie.

Po upadku ZSRR i powstaniu niepodległej Ukrainy nacjonalistyczna diaspora ukraińska w Kanadzie, USA i RFN na nowo podjęła wojnę, którą UPA przegrała ponad siedemdziesiąt lat temu. W tę walkę włożono olbrzymi wysiłek organizacyjny i finansowy. Dla epigonów Stepana Bandery nie miało i nie ma znaczenia, że doprowadzili do konfliktu wewnętrznego na Ukrainie oraz konfliktu z Rosją, a teraz rozniecają konflikt z Polską. Liczył się tylko jeden cel – „Ukraina dla Ukraińców” pod nacjonalistyczną władzą. Dlatego zaoferowali swoje usługi Zachodowi w obaleniu legalnych władz ukraińskich w 2004 i 2014 roku w zamian za możliwość wejścia na scenę polityczną Ukrainy. Kult nacjonalizmu w wydaniu banderowskim był obecny w życiu zachodniej Ukrainy od ponad dwudziestu lat, ale po przewrotach z 2004 i 2014 roku został przeniesiony na resztę Ukrainy z fatalnymi dla tego kraju skutkami politycznymi.

Polska polityka uległości wobec Ukrainy od początku była błędem wynikającym z niezrozumienia przez postsolidarnościowe elity polityczne – zaślepione rusofobią oraz dawno przebrzmiałymi ideami prometeizmu – z jakim partnerem mają do czynienia. Elity te opierały się i niestety nadal w niemałej mierze jeszcze się opierają na własnych wyobrażeniach o Ukrainie, lekceważąc jednoznaczną wymowę faktów. Polityka historyczna uprawiana przez pomajdanową Ukrainę jest najlepszym dowodem tego, że nie warto stać po stronie takiego partnera. Nie tylko nie warto, ale nawet jest to niebezpieczne.

[1] G. Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943-1947, Kraków 2011.

[2] R. Torzecki, Polacy i Ukraińcy. Sprawa ukraińska w czasie II wojny światowej na terenie II Rzeczypospolitej, Warszawa 1993.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 listopada 2017 r.

„Przegląd” nr 46 (932), 13-19.11.2017, s. 8-12

Stado prowadzone na rzeź

60 tys. młodych ludzi zostało 11 listopada wyprowadzonych na ulice Warszawy pod hasłem „My chcemy Boga”. Co to hasło konkretnie miało znaczyć, nie wiadomo, bo religia w Polsce nie jest prześladowana i nie była prześladowana już nawet w tym okresie PRL, który ja pamiętam. Jeszcze trudniej zrozumieć hasło „My chcemy Boga” w kontekście haseł i symboli towarzyszących tegorocznemu Marszowi Niepodległości. Chodzi mi o hasała „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” oraz „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”.

Komunizm jest ideologią martwą mniej więcej od 1975 roku, kiedy zachodnioeuropejskie partie komunistyczne odrzuciły marksizm-leninizm, a dekadę później odrzuciła go także partia komunistyczna w ZSRR i większość jej partii „sojuszniczych” w tzw. bloku wschodnim. Komuniści chińscy natomiast odrzucili maoizm (tamtejszy komunizm) w 1978 roku, kiedy Deng Xiaoping wkroczył na drogę „socjalistycznej gospodarki rynkowej”. A więc przynajmniej od przełomu lat 70. i 80. XX wieku jest to ideologia martwa. Ostatnim polskim komunistą był Kazimierz Mijal, który za założenie w 1965 roku nielegalnej Komunistycznej Partii Polski został najpierw uwięziony przez Władysława Gomułkę, a w 1966 roku wygnany do Albanii. Jeśli zatem ktoś w 2017 roku odwołuje się do radykalnego antykomunizmu rodem z „zimnej wojny”, definiując tak swoją tożsamość polityczną, to znaczy, że w ten sposób kamufluje coś zupełnie innego, czego otwarcie nie chce z różnych względów ujawniać.

Co w takim razie jest kamuflowane pod płaszczykiem radykalnego antykomunizmu? Antydemokratyzm? Antyliberalizm? Autorytaryzm? Antysemityzm? Rasizm? Atlantyzm? Rusofobia? A może antypolonizm? Bo w kontekście ostatnich wyczynów Instytutu Pamięci Narodowej, dekomunizującego żołnierzy, którzy zdobywali dla Polski Ziemie Zachodnie i Północne jasno widać, że pod nachalnym antykomunizmem kryją się antypolonizm i opcja proniemiecka. Wysuwanie haseł antykomunistycznych obecnie nie ma jakiegokolwiek sensu, ponieważ przyczyną problemów społecznych współczesnej Polski nie jest komunizm, tylko powstały w drodze tzw. transformacji ustrojowej neokapitalizm. Jeśli zatem ktoś krzyczy „raz sierpem, raz młotem”, to znaczy, że nie rozumie jakie są współczesne problemy społeczne i polityczne. To znaczy, że albo jest politycznym analfabetą, albo afirmuje reprywatyzację i prywatyzację, zapaść służby zdrowia, pauperyzację dużej części społeczeństwa, brak polskiego sektora bankowego i ogólnie brak suwerenności gospodarczej.

Trudno też zrozumieć hasło „My chcemy Boga” w połączeniu z symboliką krzyża celtyckiego, która ma otwarcie antykatolicki wydźwięk. Dla ruchów skrajnie prawicowych i neonazistowskich w Europie Zachodniej krzyż celtycki symbolizuje bowiem wyższość ludów germańskich o protestanckim rodowodzie nad innymi narodami. Dla niektórych ruchów white pride, odrzucających chrześcijaństwo jako „religię żydowską”, krzyż celtycki jest też symbolem neopogańskim, identycznie jak wcześniej swastyka.

Więcej o politycznej kuchni Marszu Niepodległości powie nam jednak inne hasło na nim prezentowane. Mianowicie hasło „Biała Europa braterskich narodów”. Ale tylko wtedy, gdy zestawimy to hasło z ukraińskimi nacjonalistami, którzy maszerowali w tegorocznym Marszu Niepodległości pod niebiesko-żółtymi flagami Ukrainy. Nie jest tajemnicą, że np. dla Narodowego Odrodzenia Polski to „braterstwo narodów” białej Europy sprowadza się do braterstwa z banderowcami. NOP od dawna z nimi współpracuje. Do kontaktów z „ukraińskimi narodowcami” przyznał się też swego czasu Krzysztof Bosak z Ruchu Narodowego i Młodzieży Wszechpolskiej. Ktoś w każdym razie Ukraińców na Marsz Niepodległości zaprosił, bo raczej sami się nie zaprosili.

No i w końcu kwestia identyfikacji politycznej uczestników Marszu Niepodległości jako „narodowców”. Dziwne to słowo, dziwnie brzmiące w języku polskim. Mnie się kojarzy z rosyjskimi narodnikami, czyli XIX-wiecznymi socjalistami agrarnymi z organizacji Ziemla i Wola. W języku polskim są słowa nacjonalizm i nacjonaliści. Czy nacjonaliści ukrywający się pod dziwnym określeniem „narodowcy” wstydzą się tego, że są nacjonalistami, czy znowu chcą zakamuflować jakąś inną treść? Pytanie to wymusza kolejne: czy hasła i treści głoszone podczas Marszu Niepodległości mają coś wspólnego z polską myślą narodową, czy w ogóle owi „narodowcy” z MW i ONR do tej myśli się odwołują?

Myślę, że odpowiedź na to nie jest trudna. Powiem krótko i zwięźle: te kilkadziesiąt tysięcy ludzi wyprowadzanych co roku na ulice Warszawy w tzw. Marszu Niepodległości, to jest stado prowadzone na rzeź. Jeżeli ktoś występuje z hasłem „My chcemy Boga” i dokłada do tego „raz sierpem, raz młotem”, to znaczy, że w ogóle nie potrafi sformułować żadnego programu politycznego. Nie potrafi zidentyfikować przyczyn swojego położenia społecznego i powiązać tego z konkretnym programem politycznym. Jest po prostu politycznym analfabetą. Takim właśnie ludziom podsuwane są hasła i treści stojące w jaskrawej sprzeczności z tym hasłem przewodnim, jak i całą narodowo-patriotyczną dekoracją.

Podsuwają im je ci, którzy stoją za plecami organizatorów Marszu Niepodległości i którzy – nie mam co do tego wątpliwości – nie są żadnymi „antysystemowcami” (kolejny potworek słowny), ale ludźmi odpowiedzialnymi za obecny stan Polski. Autentyczne niezadowolenie i frustracja młodzieży zdegradowanej przez tzw. transformację ustrojową, na swój sposób patriotycznej, ale pogrążonej w politycznym analfabetyzmie, są prowadzone na polityczne manowce, w kierunku niegroźnym dla tych, przeciwko którym to niezadowolenie mogłoby być skierowane.

Tak oto cyniczni reżyserzy tego widowiska wiodą stado na rzeź. Zwykle ta rzeź następuje co cztery lata przy urnach wyborczych, dzięki czemu cięgle jest tak jak było. Gorzej, gdy w końcu będzie to rzeź autentyczna, gdy ci ludzie zostaną pchnięci do jakichś działań antypolskich z wojną na Wschodzie włącznie.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 listopada 2017 r.

 

Ukrpol zamiast Intermarium

W Rosji gościła z oficjalną wizytą prezydent Chorwacji Kolindra Grabar-Kitarović. 18 października spotkała się w Soczi z Władimirem Putinem. Rozmowy dotyczyły głównie spraw gospodarczych. Grabar-Kitarović zadeklarowała, że Chorwacja chciałaby rozszerzyć współpracę gospodarczą z Rosją i opowiada się za uchyleniem unijnych sankcji nałożonych na ten kraj[1]. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że Chorwacja jest uważana za kluczowy kraj tzw. bloku Trójmorza, którego orędownikiem jest obóz rządzący w Polsce. W lipcu, podczas szczytu Trójmorza w Warszawie i wizyty Donalda Trumpa, zwracano uwagę na znaczenie terminalu LNG, który ma powstać na chorwackiej wyspie Krk. Uznano, że razem z gazoportem w Świnoujściu będzie on stanowił kluczowy element w doprowadzeniu do uniezależnienia energetycznego Europy Środkowej od Rosji.

Tymczasem deklaracja prezydent Grabar-Kitarović o poszerzeniu współpracy gospodarczej z Rosją, w sytuacji gdy Gazprom zapewnia połowę zapotrzebowania Chorwacji na gaz, stawia tę sprawę w zupełnie innym świetle. Podczas wystąpienia na konferencji prasowej po spotkaniu z prezydentem Putinem Grabar-Kitarović podkreśliła, że Trójmorze nie zamyka drogi do współpracy z Rosją.

„Inicjatywa Trójmorza jest nieformalną platformą polityczną państw Europy Środkowej i Wschodniej, za pomocą której promowane są więzi europejskie i współpraca ekonomiczna, poprzez budowę infrastruktury transportowej i energetycznej (…)” – tłumaczyła Grabar-Kitarović.

„Chciałam podkreślić, że ta inicjatywa jest przede wszystkim »dla«, a nie »przeciw«. Została zaprojektowana dla wzmacniania więzi. Międzymorze jest bardzo często oskarżane o bycie inicjatywą skierowaną przeciw Rosji, jednak samo w sobie nie jest tak antyrosyjskie czy antyniemieckie” – dodała następnie prezydent Chorwacji.

„Trójmorze nie jest koniem trojańskim Stanów Zjednoczonych. Ta inicjatywa jest otwarta na współpracę wszystkich krajów, w tym wielu państw trzecich jak Chiny czy inne kraje Unii Europejskiej, które zdążyły już wyrazić pragnienie dołączenia do tego projektu. Dlaczego nie może wśród nich być Rosji?” – zapytała prezydent Chorwacji.

„Rosja jest niepomijalnym partnerem przy rozwiązywaniu różnych problemów czy dyskusji na temat światowego bezpieczeństwa. Jako członek Unii Europejskiej i NATO Chorwacja popiera otwarty dialog pomiędzy Rosją i Ukrainą” – podkreśliła Grabar-Kitarović[2].

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na to, że pani Grabar-Kitarović wywodzi się z Chorwackiej Wspólnoty Demokratycznej – partii założonej w 1989 roku przez Franjo Tudźmana, będącej przynajmniej w latach 90. XX wieku epigonem ruchu ustaszowskiego. Epigoni ustaszy potrafią zatem realistycznie spojrzeć na Rosję. Nie są natomiast do tego zdolni epigoni piłsudczyzny w Polsce.

To co powiedziała w Soczi Kolindra Grabar-Kitarović jest szokujące przede wszystkim dla obozu rządzącego w Polsce. Milczenie ze strony jego polityków i mediów w tej sprawie dowodzi tylko wysokiego poziomu tego szoku. Wizja Trójmorza, zaproponowana przez prezydent Chorwacji, jest całkowicie sprzeczna z wizją polityków polskich – zarówno z PiS, jak i opozycji liberalnej – postrzegających rzeczywistość przez pryzmat prometeizmu i giedroycizmu. Trójmorze (Międzymorze, Intermarium) w rozumieniu prezydenta Dudy, premier Szydło, Jarosława Kaczyńskiego, ministra Waszczykowskiego, Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, „Gazety Polskiej”, Klubu Jagiellońskiego, ale także „Nowej Europy Wschodniej” i innych think-tanków związanych z obozem liberalnym ma być właśnie koniem trojańskim Stanów Zjednoczonych w Europie.

Miałby to być blok pod przewodnictwem Polski, powiązany gospodarczo i militarnie z USA, skierowany politycznie przeciw Rosji i Niemcom, działający na rzecz osłabienia dominacji Niemiec w UE, dążący do wyparcia Gazpromu z Europy Środkowej na rzecz dostaw gazu z USA, wspierający i realizujący politykę amerykańską na obszarze poradzieckim, zmierzającą do wypchnięcia Rosji z tego obszaru (głównie z Ukrainy). A więc zupełnie przeciwnie niż to zadeklarowała prezydent Grabar-Kitarović.

Politycy polscy wyobrażają sobie Trójmorze na wzór dominacji dynastii Jagiellonów w Europie Środkowo-Wschodniej w drugiej połowie XV wieku, kiedy Jagiellonowie panowali w Polsce, na Litwie, Węgrzech i w Czechach. Wizja ta jest im od kilkunastu lat podsuwana przez George’a Friedmana – właściciela i dyrektora generalnego agencji Stratfor. Konsekwentnie buduje on w swoich publikacjach i wystąpieniach miraż polskiej mocarstwowości, tak miły dla polskiej próżności. Polscy politycy chętnie takie miraże przyjmują, ponieważ nadal żyją w wieku XIX i przygotowują się do kolejnego powstania przeciw Rosji.

Jednakże pani Grabar-Kitarović, a także Viktor Orban wyobrażają sobie Trójmorze zupełnie inaczej. Nie jako blok polityczny ściśle związany z USA i narzędzie polskiej dominacji mocarstwowej w Europie Środkowej, ale jako płaszczyznę suwerennej współpracy i wzajemnego wsparcia państw tego obszaru. Nie jako amerykańskie ostrze wymierzone w Rosję, ale jako platformę współpracy gospodarczej, a niewykluczone, że i politycznej z Rosją i Chinami. Dla nich – w przeciwieństwie do Warszawy – kryzys ukraiński jest tylko przejściowym epizodem w relacjach europejsko-rosyjskich, a nie powodem do izolacji Rosji.

Żaden z przywódców europejskich nie zintensyfikował ostatnio wzajemnych kontaktów z Moskwą tak jak Viktor Orban – wciąż jeszcze komplementowany przez obóz rządzący w Polsce. O ile polska prawica zamroziła wszelkie stosunki z Rosją, podejmując w tym celu nawet radykalne działania w dziedzinie pamięci historycznej, to Orban działa w kierunku całkowicie przeciwnym. Utrzymanie antyrosyjskich sankcji, a nawet ich rozszerzenie, stanowi fundament polskiej polityki wobec Rosji, gdy tymczasem Orban, Grabar-Kitarović, czy przywódcy Czech i Słowacji – od dawna postulują ich zniesie.

Wzmocnienia tendencji prorosyjskich na obszarze Trójmorza należy się spodziewać patrząc na wyniki październikowych wyborów parlamentarnych w Austrii i Czechach. W krajach tych umocnili swoją pozycję politycy postrzegani jako prorosyjscy (Sebastian Kurz, Andrej Babisz). Kurz wzywał do cofnięcia sankcji wobec Rosji, a jego ewentualny koalicjant – Heinz-Christan Strache (lider Wolnościowej Partii Austrii) – uznaje Krym za rosyjski. Zauważył to z przerażeniem Jerzy Targalski – jeden z czołowych mentorów obozu polskiej rusofobii – w wywiadzie udzielonym Dorocie Kani. „Rosja próbuje zostać »przywódcą« ruchów prawicowych i centrowych na świecie, pokazując że jest opoką, na której można się wesprzeć przeciwko degeneratom z lewicy” – stwierdził Targalski, postrzegając wybory w Austrii i Czechach w kategoriach spisku rosyjskiego[3]. Gdyby ludzie z „Gazety Polskiej” nie udzielali wywiadów tylko w swoim gronie, to może potrafiliby zauważyć też coś innego.

Na izolację Polski z powodu jej polityki antyrosyjskiej zwrócił uwagę Leszek Miller – jedyny polski uczestnik XIV sesji Klubu Wałdajskiego w Soczi. „Rusofobia stała się oficjalną doktryną państwową, ustały kontakty na wszystkich piętrach władz, a straszenie Rosją stało się obowiązkową codziennością. Moskwa z kolei nie widzi Polski z wysokości Kremla i nie umieszcza jej w swojej globalnej strategii. Nikt z występujących oficjeli i ekspertów nie odnosił się do naszego kraju i nikt o nic nie pytał” – tak opisał swoje refleksje Leszek Miller po powrocie z Soczi[4].

Wypowiedzi Millera nikt w obozie prawicowym nie zrozumiał, o czym świadczą już same tytuły z prawicowych mediów: „Co robił Leszek Miller w Rosji?” (portal Międzymorza Jagiellonia oraz Fronda.pl), „Leszek Miller z wizytą w Moskwie. Oskarżenia wobec Polski i ciepłe słowa o Putinie” (PCh24.pl), „Leszek Miller chwali w Moskwie Władimira Putina” (rp.pl), „Miller się pogrąża (w Rosji)” („Gazeta Polska Codziennie”).

„Ciągnie wilka do lasu. Ostatnia wizyta Leszka Millera w Rosji i to, co o niej wiadomo, pokazuje, że nie ma dla byłych komunistycznych działaczy miejsca bardziej komfortowego niż otoczenie kremlowskich notabli, rosyjskiego oligarchatu i ludzi ze środowiska postsowieckich służb specjalnych” – zaczyna tradycyjną mantrę gazetopolską Wojciech Mucha w „GPC”[5]. Krótko mówiąc: agent Rosji. Tyle ma do powiedzenia i tyle zawsze będzie mieć do powiedzenia rządząca prawica o każdym kto spróbuje zwrócić uwagę na sprawy oczywiste w stosunkach polsko-rosyjskich.

W świetle powyższych faktów nie ulega wątpliwości, że odpływa w dal wizja Trójmorza jako narzędzia polskiej mocarstwowości w konfrontacji z Rosją i Niemcami. Poza Polską i państwami bałtyckimi nikt bowiem na obszarze Trójmorza nie podziela polskiej rusofobii. Nie powinno dziwić zatem, że ze strony Warszawy nastąpiła ostatnio intensyfikacja relacji z Ukrainą i Litwą. Proukraińskiej i prolitewskiej linii polityki polskiej nie jest w stanie powstrzymać nawet antypolska polityka Litwy i Ukrainy.

MSW Litwy właśnie opracowuje plan nowego podziału administracyjnego i zamierza zlikwidować samorząd wileński – jeden z dwóch największych polskich samorządów na Litwie[6]. Nic to. Warszawa nadal grzecznie nie wspomina w oficjalnych kontaktach o dyskryminacji mniejszości polskiej na Litwie.

Znacznie gorzej ta asymetria przedstawia się w stosunkach z Ukrainą. W październiku wizyty w Kijowie złożyli wicemarszałek Senatu i wicepremier Gliński. Z nowymi deklaracjami proukraińskimi wystąpił też minister Waszczykowski. W zamian otrzymali sprzeciw Kijowa wobec ekshumacji ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.

Portal Kresy.pl ustalił, że znajdujący się w trudnej sytuacji ekonomicznej ZUS będzie wypłacał emerytury pracującym w Polsce Ukraińcom także za czas pracy na Ukrainie[7]. Pieniądze przeznaczone na emerytury dla Ukraińców będą w całości pochodziły z polskich składek i nie zostaną w żaden sposób zrekompensowane przez stronę ukraińską. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przyznało też, że dopłaca do minimalnych emerytur Ukraińcom pracującym w Polsce[8]. Tym samym Polska wzięła na siebie utrzymanie systemu emerytalnego na Ukrainie, który tam faktycznie zbankrutował z powodu rozgrabienia go przez oligarchów. Politycy PiS, którzy robią Ukraińcom taki prezent równocześnie radzą strajkującym lekarzom, żeby wyjeżdżali z Polski lub pracowali dla idei. Przepompowywanie pieniędzy polskiego podatnika na Ukrainę, mające miejsce co najmniej od 2014 roku, przestaje być już tajemnicą poliszynela.

Polski IPN konferuje ze swoim ukraińskim odpowiednikiem (V Polsko-Ukraińskie Forum Historyków w Czerkasach, 19-22.10.2017) w sytuacji, gdy strona ukraińska neguje lub relatywizuje ludobójstwo wołyńsko-małopolskie, uniemożliwia jego upamiętnienie i gloryfikuje jego sprawców. Właściwie nie wiadomo o czym z takim partnerem można debatować. O przystosowaniu się do ukraińskiej polityki historycznej? Przytomnie zauważył to prezes polskiego IPN[9]. Nie chce jednak tego widzieć obóz rządzący.

Oficjalnie nie widzi się problemów, jakie stwarza rosnąca imigracja ukraińska do Polski, w tym coraz bardziej drastycznych przypadków przestępstw kryminalnych ze strony imigrantów ukraińskich. Nie dostrzega się tego, że nie integrują się oni z Polakami, a wielu z nich – zindoktrynowanych ideologią nacjonalistyczną – jest do Polski nastawionych wrogo. Sejmowa większość blokuje inicjatywy ustawodawcze zmierzające do zakazania propagowania na terytorium Polski ideologii banderowskiej. Padają – zwłaszcza ze strony obozu liberalnego – nieodpowiedzialne propozycje przyznania imigrantom ukraińskim obywatelstwa, uznania języka ukraińskiego za drugi język urzędowy we Wrocławiu i w Poznaniu, a nawet nadania Ukraińcom płacącym w Polsce podatki prawa głosu w wyborach samorządowych[10]. Najwyraźniej PO liczy na to, że ukraińscy imigranci staną się jej elektoratem.

Ani ze strony PiS, ani PO nie ma żadnej refleksji historycznej. A historia pokazuje, że Ukraińcy nigdy nie potrafili stworzyć i utrzymać swojego państwa. Byli natomiast mistrzami destabilizacji innych państw, zwłaszcza II RP i Polski powojennej. Wymowny jest zwłaszcza stosunek Warszawy do ukraińskiej ustawy oświatowej, która dyskryminuje mniejszości narodowe. Węgry i Rumunia uznały tę ustawę za uderzenie w szkolnictwo swoich mniejszości narodowych i zapowiedziały blokadę integracji Ukrainy z UE. Warszawa nie tylko się do nich nie przyłączyła, ale uznała, że prawa polskiej mniejszości na Ukrainie nie są jakoby zagrożone przez reformę oświaty. Jeśli do tego dodać, że Warszawa nie sprzeciwia się też wyraźnie gloryfikacji oprawców z OUN i UPA na Ukrainie i nie żąda wyjaśnienia antypolskich incydentów z pierwszej połowy tego roku, to można z całą pewnością przyznać, że klęczy na kolanach przed Kijowem.

Odpowiedzią ze strony ukraińskiej na wszystkie dobrodziejstwa strony polskiej są peany prezydenta Poroszenki na cześć UPA z okazji święta państwowego 14 października, odmowa zgody na przeprowadzenie ekshumacji ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego oraz skandaliczny wywiad byłego prezydenta Juszczenki dla RMF FM, w którym postawił na jednej płaszczyźnie AK i UPA, Banderę i Piłsudskiego oraz pogroził, żeby nie pouczano Ukraińców, kto ma być ich bohaterem[11].

Poroszenko z kolei dał jasno do zrozumienia jak ceni sobie partnerstwo z Polską, kiedy uroczyście otworzył w czerwcu ruch bezwizowy pomiędzy Ukrainą a UE na przejściu granicznym ze Słowacją.

Wygląda zatem na to, że zamiast mocarstwowej koncepcji Intermarium rządzącej prawicy przyszło realizować koncepcję Ukrpolu Adama Michnika jako Intermarium zastępczego. Tę koncepcję rusofobiczna prawica też sobie przyswoiła i też ubrała ją w mocarstwowy kostium. Na jej portalach można bowiem dużo poczytać o rzekomej konieczności odbudowy Rzeczypospolitej Obojga Narodów itp. Już teraz widać jednak, że będzie to Ukrpol ze stolicą w Kijowie, w którym Polska będzie podporządkowana Ukrainie i przez nią eksploatowana, a nie odwrotnie.

[1] Spotkanie prezydentów Chorwacji i Rosji w Soczi. Zagrzeb chce rozszerzyć współpracę gospodarczą, http://www.kresy.pl, 20.10.2017.

[2] Prezydent Chorwacji do Putina: Trójmorze może współpracować z Rosją, http://www.kresy.pl, 22.10.2017.

[3] Dr Targalski o wyborach w Austrii i Czechach: ujawniają się tendencje prorosyjskie, http://www.polskieradio.pl, 14.10.2017.

[4] Leszek Miller: Moskwa nie widzi Polski z wysokości Kremla, http://www.pl.sputniknews.com, 24.10.2017.

[5] W. Mucha, „Miller się pogrąża (w Rosji)”, „Gazeta Polska Codziennie” nr 1862 z 26.10.2017.

[6] Litwa zamierza zlikwidować jeden z dwóch samorządów rządzonych przez polską mniejszość, http://www.kresy.pl, 23.10.2017.

[7] ZUS potwierdza: polscy podatnicy sfinansują Ukraińcom emerytury za lata przepracowane na Ukrainie. Rząd nabiera wody w usta, http://www.kresy.pl, 17.10.2017.

[8] Sejm: ministerstwo przyznaje, że ZUS dopłaca do minimalnych emerytur dla Ukraińców pracujących w Polsce., http://www.kresy.pl, 26.10.2017.

[9] Dr Szarek: nie widzę możliwości dalszej współpracy z Ukrainą, http://www.magnapolonia.org, 26.10.2017.

[10] D. Patrejko, „Do czego prowadzi logika ukrainofilów”, http://www.prawy.pl, 23.10.2017.

[11] Juszczenko: niech Polacy nie pouczają Ukraińców, kto ma być ich bohaterem, http://www.kresy.pl, 23.10.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 1 listopada 2017 r.

„Myśl Polska” nr 45-46 (2161/62), 5-12.11.2017, s. 6-7

Odszedł Antoni Mariański (1927-2017)

Nie miałem okazji poznać Go osobiście, ale mieliśmy kontakt mailowy. Antoni Mariański (1927-2017) walczył z UPA całe życie. Najpierw w 27. Wołyńskiej Dywizji AK. Potem jako nieugięty obrońca prawdy o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim.

W swoich artykułach i książkach pokazywał prawdziwe oblicze nacjonalizmu ukraińskiego i przestrzegał przed jego odrodzeniem, demaskował rzeczywistą działalność mniejszości ukraińskiej w Polsce oraz rewizjonistyczny i negacjonistyczny charakter publicystyki jej organu prasowego – „Naszego Słowa”. Publikował m.in. w kwartalniku „Wołyń i Polesie”, gdzie ja też publikowałem. Wiem, że podobało mu się to, co pisałem i mnie również podobały się Jego artykuły.

Po śmierci redaktor naczelnej Haliny Ziółkowskiej-Modły (1924-2015) przesłał mi kilka swoich tekstów mając nadzieję, że ja będę kontynuował wydawanie kwartalnika. Niestety przerastało to moje możliwości. Wtedy zaczął publikować w „Myśli Polskiej”, gdzie ja również publikowałem. Tak oto nie znając się osobiście byliśmy nadal razem. Po tej samej stronie, walcząc w tej samej Sprawie. Wydaje się dzisiaj, że przegranej – patrząc na renesans banderowski na Ukrainie oraz bezmyślną, szkodliwą i antypolską politykę wiodących sił politycznych w Polsce i ich mediów. Ale wiedzieliśmy, że mimo, iż nasz głos jest głosem wołającego na puszczy, musimy trwać na posterunku walki o Pamięć męczeństwa ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.

Walki przeciw relatywizacji, zakłamywaniu i negowaniu tej zbrodni, walki z odradzającymi się dzisiaj upiorami przeszłości, walki z bezmyślnością tych, którzy mówią, że wolą Ukrainę banderowską od „sowieckiej”. Antoni Mariański wytrwał w tej walce do końca. Zmarł 27 października 2017 roku. 31 października w Dąbrowie Niemodlińskiej w powiecie opolskim miał miejsce Jego pogrzeb.

Był synem Leona (1892-1967) i Bronisławy z Sakowiczów (1902-1993) – rolników ze wsi Zasmyki, położonej 15 kilometrów na południe od Kowla. Miał liczne rodzeństwo: dwóch braci i trzy siostry. Rodzina ta miała szczęście, bo w całości przeżyła ludobójstwo ukraińskie na Wołyniu, ale koszmar wydarzeń, które rozgrywały się na jej oczach, zostawił szczególnie trwały ślad w pamięci dwóch braci Mariańskich. Antoni Mariański ukończył po wojnie Politechnikę Warszawską i osiadł w Nysie, a potem w Opolu. Prowadził renowację obiektów sakralnych i budował nowe świątynie na Dolnym Śląsku. Był m.in. głównym budowniczym kościoła pod wezwaniem bł. Czesława w opolskiej dzielnicy Zaodrze oraz Drukarni św. Krzyża w Opolu.

Najważniejsza część Jego publicystyki z „Myśli Polskiej”, „Na Rubieży”, „Naszego Dziennika”, „Wołynia i Polesia” oraz innych periodyków, a także wspomnień, została opublikowana w ośmiu tomach zatytułowanych „Niechciana prawda” (wydanych własnymi środkami). W przedmowie do czwartego tomu „Niechcianej prawdy” napisał, że „(…) na przestrzeni tych ponad sześćdziesięciu lat nastąpiły wprost niewyobrażalne zmiany faktów z czasów II wojny światowej. Świadkowie z czasów wojny ze zdumieniem patrzą na przekręty i fałszerstwa dokonane przez rządzących”.

To jest testament, który pozostawił Antoni Mariański – świadek ludobójstwa banderowskiego na narodzie polskim, żołnierz 27. Wołyńskiej Dywizji AK i publicysta kresowy. Ta publicystyka jest dowodem ogromnego zaangażowania Antoniego Mariańskiego w dokumentowanie zbrodni banderowskich na Kresach Wschodnich II RP. Wydaje się niewiarygodne, że inżynier budowlaniec wykonał taki ogrom pracy historycznej, popularyzatorskiej i polemicznej. Pracy, którą powinni wykonać zawodowi historycy – pracownicy uniwersytetów i IPN. Są to publikacje napisane z pasją i z ogromnym talentem publicystyczno-polemicznym.

Antoni Mariański dołączył tym samym do grona wybitnie zasłużonych strażników pamięci o zagładzie Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, takich jak Wiktor Poliszczuk, Czesław Partacz, Ewa i Władysław Siemaszkowie, Mieczysław Samborski, Szczepan Siekierka, czy Lucyna Kulińska. Bez ich ogromnej pracy prawda o ludobójstwie na Kresach byłaby o wiele łatwiejsza do przemilczenia i zakłamania.

Antoni Mariański pisał swoje teksty w czasach, gdy zamazywano prawdę o zbrodniach banderowców na Wołyniu, gdy ówczesne władze polskie unikały jak ognia obarczania nacjonalistów ukraińskich winą za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie. Miał odwagę podjąć odważną polemikę z ukraińskim periodykiem „Nasze Słowo”, a także ze stanowiskiem ministrów spraw zagranicznych Polski Radosława Sikorskiego i Grzegorza Schetyny oraz wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jacka Protasiewicza.

Wybitnym publicystą kresowym był również Jego brat – Leon Mariański (1923-2002), autor książki „Od Zasmyk do Skrobowa. Przeciw UPA na śmierć i życie. Wołyń – w szponach trzech wrogów. Wspomnienia żołnierza z oddziału »Jastrzębia«, który przeszedł szlak z 27. Wołyńską Dywizją Piechoty AK od samoobrony w Zasmykach do rozbrojenia w Skrobowie” (wydanie pierwsze, Opole 1994). Tę obszerną (488 stron), ilustrowaną unikatowymi fotografiami publikację wydał pod nazwiskiem Leon Karłowicz. Takie nazwisko przyjął w 1945 roku w Lublinie, aby ukryć swoją akowską przeszłość i działalność konspiracyjną na Wołyniu.

Leon Mariański pod nazwiskiem Karłowicz ukończył Katolicki Uniwersytet Lubelski i przez ponad 35 lat uczył historii i języka polskiego w Technikum Pszczelarskim w Pszczelej Woli koło Lublina. Oprócz wymienionej publikacji był autorem 25 książek historyczno-wspomnieniowych i tomików wierszy oraz dwóch rozpraw naukowych o pszczelarstwie.

Antoni Mariański z synami Krzysztofem (ur. 1958 r.) i Stanisławem (ur. 1960 r. ). Fot. www.plus.nto.pl

Antoni Mariański z synami Krzysztofem (ur. 1958 r.) i Stanisławem (ur. 1960 r. ). Fot. http://www.plus.nto.pl

Leon Mariański (pierwszy z lewej), jego żona Alicja ze Scelinów, teściowa (siedzi) Maria Scelinowa (1904-1973) oraz Wanda (lwowianka) i jej mąż Tadeusz Scelina, dyrektor Fabryki Silników „Besel” w Brzegu. Brzeg, 1948 r. Fot. www.plus.nto.pl

Leon Mariański (pierwszy z lewej), jego żona Alicja ze Scelinów, teściowa (siedzi) Maria Scelinowa (1904-1973) oraz Wanda (lwowianka) i jej mąż Tadeusz Scelina, dyrektor Fabryki Silników „Besel” w Brzegu. Brzeg, 1948 r. Fot. http://www.plus.nto.pl

Antoni Mariański w ostatnich latach życia. Fot. www.isakowicz.pl

Antoni Mariański w ostatnich latach życia. Fot. http://www.isakowicz.pl

 

To dzięki takim ludziom ja Leon Mariański i Antoni Mariański przetrwała prawda o 27. Wołyńskiej Dywizji AK oraz nie powiódł się różnym siłom politycznym w Polsce zamiar przemilczenia i zakłamania prawdy o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim. Pamięć o Ich zasługach jest naszym drugim obowiązkiem obok kontynuowania testamentu Ich życia – walki o Pamięć ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 31 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2163/64), 19-26.11.2017, s. 19

Odpowiedź na atak Leszka Żebrowskiego

Mój artykuł „Brygada Świętokrzyska. Hitlerowscy kolaboranci na sztandarach prawicy” („Przegląd” nr 40/2017; na moim blogu pt. „Taniec na linie, nad przepaścią”) wywołał reakcję Leszka Żebrowskiego – prawicowego publicysty, który od wielu lat zajmuje się gloryfikacją NSZ. Reakcji tej nie można nazwać polemiką. Jest to agresywny atak i w związku z tym nie powinienem na to odpowiadać. Odpowiem jednak, ponieważ język i filozofia tego publicysty nie są przypadkiem odosobnionym. Stanowią standard dla salonu IV RP i dlatego warto je przybliżyć. 5 października na swoim profilu na Facebooku Żebrowski zamieścił bardzo długi i siermiężny tekst pt. „Historyk Bohdan Piętka histerycznie w piętkę goni. Jak elementarna nieznajomość historii czyni pożytecznego (lub, jak kto woli – szkodliwego) idiotę”.

W tekście tym żmudnie wyliczył przykłady mojej nieznajomości historii, a raczej przykłady mijania się przeze mnie z interpretacją historii właściwą dla jego środowiska politycznego. Nazwał mnie pieszczotliwie „członkiem”, a mój artykuł „wypracowaniem” oraz stwierdził, że wolę „widzieć wyłącznie własne pięty, nie sięgając umysłem dalej”. Na koniec zdemaskował pisma, w których publikuję. „Przegląd” – zdaniem Żebrowskiego – został założony przez „czołowego propagandystę PRL Mieczysława F. Rakowskiego” z „pieniędzy kradzionych przez komunę nie mającym nic do powiedzenia Polakom”. Natomiast „Myśl Polska” jest „klasycznym przykładem chamokomuny” (frakcji moczarowskiej). Wiadomo już zatem kim jestem – epigonem Mieczysława F. Rakowskiego i moczarowskiej chamokomuny.

Pod tekstem Żebrowskiego pojawiło się kilkadziesiąt wpisów, podpisanych imieniem i nazwiskiem, przeważnie agresywnych. Bezczelny postbolszewik, komunistyczny bełkot, śmieć, bydlak, swołocz, cham, – to pierwsze z brzegu przykłady określeń, jakie zostały wobec mnie użyte przez czytelników Żebrowskiego. „Przegląd” został nazwany „gniazdem żydobolszewii”. Ktoś zasugerował, że jestem wnukiem morderców żołnierzy NSZ. Większość komentujących domagała się postawienia mnie przed sądem za szarganie dobrego imienia „polskich patriotów”. Wtórował im Żebrowski, który stwierdził, że „potrzebne są prawdziwe sądy i zdrowy system prawny” oraz „bierzmy się wszyscy do pracy, bo chamokomuna wyłazi z czerwonego podziemia!”. Były też propozycje radykalniejsze. Pewna pani napisała, że „nie ma mu kto przyłożyć z liścia”, a pewien pan, że chciałby „dopaść osobiście takiego skurwiela”.

Wywołanie takiej agresji w stosunku do mnie przez Żebrowskiego może dziwić zważywszy, że mój artykuł z „Przeglądu” jest wyważony. Starałem się w nim pokazać również pozytywne karty z działalności NSZ, w tym także jeśli chodzi o stosunek niektórych członków tej organizacji do Żydów, odbiegający od oficjalnej ideologii Grupy „Szańca”. Z mojego tekstu jasno wynika, że kolaboracja z Niemcami była dziełem mniejszościowego odłamu NSZ. O wiele ostrzejsze oceny od moich sformułował Adam Śmiech w artykule „Problem NSZ i obóz narodowy”, którego pierwsza część została opublikowana w numerze 43-44/2017 „Myśli Polskiej” – organu prasowego chamokomuny, albo – jak się wyrażają inni przedstawiciele „obozu patriotycznego” – endokomuny.

Naprawdę więc zdumiewa stwierdzenie Żebrowskiego, że jakoby piszę o NSZ „gorzej niż sługusy Stalina”, a mój artykuł to „prostacki paszkwil”. Swój ostrzał tego „prostackiego paszkwilu” zaczyna od zdjęć. Wyjaśnić trzeba w tym miejscu, że to redakcja „Przeglądu” dokonała ich wyboru i opatrzyła je podpisami. Zdaniem Żebrowskiego zdjęcie przedstawiające żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej na kursie spadochronowym zorganizowanym przez Niemców w Pradze to „cios w starym sprawdzonym, stalinowskim stylu”. Jego zdaniem zdjęcie to nie zostało zrobione w marcu 1945 roku w Pradze i nie przedstawia uczestników wspomnianego kursu spadochronowego. Niestety sam nie podaje gdzie zostało zrobione i co przedstawia poza żołnierzami NSZ, których nazwiska wymienia. Jego furię budzą też zdjęcia przedstawiające Huberta Jurę „Toma” i ofiary zbrodni NSZ w Wierzchowinach. Pisze, że ustalenie tożsamości Huberta Jury „Toma” zostało „żywcem wzięte z zatęchłych elaboratów bezpieki”. Nie wyjaśnia jednak dlaczego tak twierdzi. Neguje też odpowiedzialność NSZ za mord w Wierzchowinach, co jest o tyle ciekawe, że wątpliwości co do sprawstwa tej zbrodni zgrupowania NSZ Mieczysława Pazderskiego „Szarego” nie mają ani IPN, ani prof. Grzegorz Motyka i dr Mariusz Zajączkowski z PAN.

Żebrowski zarzuca mi „ględzenie o «walkach bratobójczych» z Armią Ludową”. Swoje stanowisko formułuje w stylu zdradzającym dość specyficzne poglądy polityczne i historyczne: „Czy komunistyczni zdrajcy, nieuznający w ogóle Polskiego Państwa Podziemnego (…), pospolici złodzieje świń i ubrań damskich oraz ubranek dziecięcych, to byli «bracia»? Dla kogo? (…). Jeśli komunę można nazwać «braćmi», to mogą to czynić niemieccy naziści, z racji ideologicznego pokrewieństwa. No i bezkrytyczni miłośnicy sowieckiej okupacji i popełnionych wówczas masowych zbrodni ludobójstwa”. Ja zapewne zaliczam się do tych drugich.

Wściekłość Żebrowskiego wzbudziło też to, że za drugą największą organizację podziemną w okupowanej Polsce uważam nie NSZ, ale Bataliony Chłopskie. Sugeruje, że podając ich liczebność w wysokości 170 tys. ludzi oparłem się podobno na Wikipedii, czyli „specyficznym źródle wiedzy”, które dyskwalifikuje historyka i dlatego nie powołałem się na nie otwarcie. Niezupełnie, bo także „Wielka Encyklopedia PWN” z 2001 roku podaje, że BCh „liczyły ok. 170 tys. żołnierzy i były drugą pod względem wielkości organizacją zbrojną pol. konspiracji”. Liczbę tę podaje również „Słownik historii Polski i świata” autorstwa m.in. prof. Ryszarda Kaczmarka i prof. Marka Paździory oraz dr hab. Kazimierza Miroszewskiego i dr hab. Piotra Greinera (Katowice 2005).

Dla Żebrowskiego nagle stają się wiarygodni historycy ruchu ludowego z okresu PRL, którzy nie podawali wtedy liczby 170 tys. żołnierzy BCh (żeby nie umniejszać znaczenia AL). Najbardziej jednak wiarygodny jest dla niego hitlerowski gen. Reinhard Gehlen (1902-1979), który wystawił niepochlebną opinię BCh i bardzo pochlebną NSZ („najsprawniej zorganizowany i najbardziej sprężyście dowodzony nielegalny polski związek zbrojny”). Żebrowski nie informuje przy tym swoich czytelników, że Reinhard Gehlen był w Sztabie Generalnym Wehrmachtu szefem wydziału Obce Armie Wschód, który odpowiadał m.in. za współpracę z kolaborantami na wschodnim kierunku operacyjnym. Jego pozytywna opinia o NSZ potwierdza tylko zainteresowanie tą formacją ze strony niemieckich służb specjalnych pod kątem wciągnięcia jej do walki z ZSRR.

Tak pogardzane przez Żebrowskiego Bataliony Chłopskie powstrzymały niemiecką akcję wysiedleńczą na Zamojszczyźnie, realizowaną według założeń Generalnego Planu Wschodniego. Niemcy nazwali przeciwdziałanie wysiedleniu Polaków na Zamojszczyźnie ze strony polskiej partyzantki powstaniem zamojskim. BCh stoczyły wtedy z Niemcami dwie duże i zwycięskie bitwy po Wojdą (30 grudnia 1942 r.) i Zaborecznem (1 lutego 1943 r.). Skoro NSZ były podobno drugą największą organizacją polskiego podziemia, to dlaczego nie wzięły udziału w powstaniu zamojskim? Dlaczego NSZ nie wzięły też udziału w największych walkach stoczonych z Niemcami przez polską partyzantkę – pod Rąblowem (14 maja 1944 r.), w Lasach Janowskich (11-15 czerwca 1944 r.) i Puszczy Solskiej (16-26 czerwca 1944 r.)?

Szydzi Żebrowski, że zacytowałem opinię na temat NSZ płk. Jana Rzepeckiego, który „poszedł na całkowitą współpracę z komuną” (ale nie dodaje, że dopiero podczas śledztwa w MBP). Nie zauważa przy tym, że cytuję także opinię Zygmunta Zaremby oraz meldunki gen. Leopolda Okulickiego i lokalnego dowódcy AK o współpracy NSZ z Niemcami.

Ma do mnie pretensje o to, że wytknąłem mu, iż w artykule zamieszczonym w „Naszym Dzienniku” nie wspomniał o tym, że NSZ wywodziły się z Grupy „Szańca”, czyli ONR-ABC. Zaraz potem dodaje, że tacy członkowie Tymczasowej Narodowej Rady Politycznej (organ zwierzchni NSZ) jak Zbigniew Stypułkowski, August Michałowski i Ignacy Oziewicz nie byli działaczami ONR. Ale byli nimi Jerzy Olgierd Zawisza-Iłłakowicz, Otmar Wawrzkowicz i Stanisław Kasznica. Jeden z współtwórców i czołowych ideologów NSZ – prof. Karol Stojanowski (1895-1947) – był natomiast radykalnym antysemitą i zwolennikiem eugeniki.

W jednym się z Żebrowskim zgodzę. Niepotrzebnie wyodrębniłem „dobre” NSZ-AK i „złe” NSZ-ONR, ponieważ próbowałem doszukiwać się pozytywnych elementów w NSZ. Faktycznie przecież całe NSZ, przed i po rozłamie, wyznawały tę samą ideologię. Jaka to była ideologia, możemy się dowiedzieć z lektury numeru 3 (94) pisma „Szaniec” z 29 stycznia 1943 roku. Autor zamieszczonego tam tekstu („Jak w mądrym Rzymie”) ubolewa, że po wojnie „nie wymordujemy i nie przepędzimy” wszystkich mniejszości narodowych. Proponuje zatem „odrzucić bezwzględnie niedorzeczną równość obywatelską” i obywatelstwo przyznawać tylko wyselekcjonowanym członkom mniejszości narodowych. Uważa jednak, że Żydów „musimy się pozbyć bez wyjątku”[1]. Tak pisano w konspiracyjnej prasie NSZ, kiedy dymiły kominy i doły spaleniskowe Auschwitz, Stutthof, Majdanka, Chełmna nad Nerem, Bełżca, Treblinki i Sobiboru. Taka była ideologia i dojrzałość polityczna NSZ.

Szaniec nr 3 (94)-1

Szaniec nr 3 (94)-2

Nie jest też prawdą, że Edwarda Kemnitza i Sławomira Modzelewskiego – oficerów NSZ wyróżnionych po wojnie Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata – przypisałem do NSZ-AK. Albo pan Żebrowski nie przeczytał dokładnie, albo nie zrozumiał.

Najcięższym jego zarzutem jest to, że podobno idę „utartym szlakiem propagandy komunistycznej (i nie tylko) o rzekomych listach proskrypcyjnych działaczy lewicowych i ludzi żydowskiego pochodzenia”. Pyta się czy widziałem te listy proskrypcyjne i czy znam „konkretne przypadki likwidacji z takich pobudek”. Zaprzecza przy tym odpowiedzialności NSZ-ONR za mord na Ludwiku Widerszalu. Twierdzi również, że „Piętka zżyna obficie z komunistycznych propagandystów, a nawet idzie znacznie dalej” pisząc o współpracy Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami.

Oryginały list proskrypcyjnych, o które pyta Żebrowski, znajdują się w Archiwum Akt Nowych, w aktach Delegatury Rządu RP na Kraj (teczka o sygn. 202/II-43). Jeśli pan Żebrowski uważa, że kontrwywiad NSZ nie sporządzał list proskrypcyjnych, albo sporządzał je dla żartu, Hubert Jura „Tom” był postacią bajkową, a kolaborację części NSZ z Niemcami wymyślił „tow. Demko vel Moczar”, to polecam mu lekturę wspomnień gen. Antoniego Hedy „Szarego” (1916-2008) – legendarnego dowódcy AK i podziemia powojennego na Kielecczyźnie. W swoich wspomnieniach pisze on, że NSZ wydały na niego wyrok śmierci jako na rzekomego komunistę. Uniknął śmierci tylko dzięki temu, że został ostrzeżony przez swojego byłego podkomendnego Wacława Pryciaka „Sokoła”, który przeszedł z AK do NSZ, oraz właścicielkę restauracji w Iłży. Następnie w okolicy stacjonowania oddziału „Szarego” w Puszczy Starachowickiej pojawił się nierozpoznany oddział, podający się za oddział AK, umundurowany w przedwojenne polskie mundury i dobrze uzbrojony. Jego dowódcą – jak się później okazało – był Hubert Jura. Próbował on doprowadzić do spotkania z „Szarym”, ten jednak zachował ostrożność i wycofał się[2].

Antoni Heda tak opisał finał tej historii: „Nagle doszły do nas wiadomości wręcz przerażające. Otóż ten nierozpoznany oddział pomaszerował na Powiśle za Ostrowiec, do leśnych okolic w Łysowodach. Mając wcześniejsze rozpoznanie, przeprowadził tam aresztowania, głównie wśród robotników leśnych, uchodzących za lewicowych, jakoby z GL. Na tych ludziach (około 17 osób) dokonano mordu, stosując dodatkowe tortury. Z wiadomości, jakie do nas dotarły, wynikało, że był to oddział NSZ z dowódcą – kolaborantem «Tomem» (…). Sztab zaś tego oddziału – jak stwierdzono – przebywał w tym czasie w hotelu w Ostrowcu. Niestety zbrodniarze nie wracali przez nasz teren, gdzie czekaliśmy z zasadzką. Przemaszerowali w biały dzień, przez Skarżysko, a żandarmi i Wehrmacht przez ten czas pochowali się (…). Żołnierze tego oddziału nie orientowali się w poczynaniach dowódcy i grupy morderców”[3].

wspomnienia-szarego

Natomiast o kolaboracji Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami pisze obszernie kpt. Józef Wyrwa, ps. „Furgalski”, „Stary” (1898-1970) – dowódca jednego z oddziałów NSZ na Kielecczyźnie. Swoje wspomnienia wydał po wojnie we frankistowskiej Hiszpanii, więc nie można go posądzić o pisanie pod dyktando komunistycznych władz w Polsce. Powiedzenie prawdy o NSZ nie było dla niego łatwe, o czym świadczy następujący fragment jego książki:

„Tylko nieliczne jednostki na emigracji orientują się należycie w działalności organizacji podziemnej i odróżniają tych z NSZ, którzy podporządkowali się dowództwu AK, od odłamu kolaborującego z Niemcami, który reprezentowała Brygada Świętokrzyska. Nie chciałem, żeby mnie ktokolwiek do nich zaliczył. Z tych powodów okres współpracy z NSZ przemilczałem. W drugim wydaniu lukę uzupełniam”[4].

Józef Wyrwa szeroko pisze m.in. o kolaboracji Huberta Jury z Niemcami: „Po przybyciu do powiatu opatowskiego zakwaterowaliśmy – zdaje mi się w majątku Łyse Wody. Tu dowiedzieliśmy się o ścisłej współpracy «Toma» z Niemcami. Moi chłopcy rozbroili i zaprowadzili do «Toma» dwóch Niemców idących do majątku. Po rozmowie z «Tomem» zwrócono im broń i zostali wypuszczeni na wolność (…). Sytuacja wyjaśniła się całkowicie kilka godzin później. «Tom» urządził w ciągu dnia obławę w okolicznych wsiach, rzekomo na komunistów. Czy posiadał jakąś listę otrzymaną od Niemców, nie wiem, w każdym bądź razie obława urządzona była w ścisłym porozumieniu z Niemcami. W tym prawdopodobnie celu przybyli do majątku wspomniani dwaj Niemcy, aby uzgodnić szczegóły. Zaaresztowano wiele ludzi [tak w oryg. – BP]. «Tom» przeprowadzał badania. Zastosowano metodę gestapowską. Kazał bić tak długo dopóki katowani nie zeznali to co on chciał. Z każdym przesłuchiwanym spisano protokół, zapewne wysłany potem Niemcom (…). «Tom» kazał rozstrzelać około dwudziestu ludzi (…). «Tom» był jednym z najniebezpieczniejszych zdrajców Polski. Ma on na sumieniu, jeżeli nie setki to dziesiątki Polaków”[5].

Józef Wyrwa

O Brygadzie Świętokrzyskiej Józef Wyrwa pisze następująco: „Moralnym inspiratorem Brygady Świętokrzyskiej był – moim zdaniem – «Tom» (…). «Tom» służył Niemcom. Swój oddział stracił w Rudzisku. Tym bardziej przeto był zainteresowany utworzeniem większej jednostki «bojowej». Nie była to sprawa trudna. Ludzi nie brakowało, a broń dostarczyli Niemcy. Wielu żołnierzy z brygady nie orientowało się zapewne w polityce dowództwa (…). Niemcy nie ukrywali tego, że brygada jest na ich usługach, przeciwnie, rozgłaszali to i starali się wykazać jakie korzyści można osiągnąć współpracując z nimi.

Brygada maszerowała w dzień przez miejscowości, w których byli Niemcy. Tylko ludzie, którzy mieli ścisły kontakt z Niemcami mogli sobie na to pozwolić. Według tego, co mówiła miejscowa ludność, Niemcy nie tylko nie atakowali brygady, ale przyglądali się spokojnie jej przemarszowi.

W grudniu 1944 roku, kiedy kwaterowaliśmy w Kłócku (wieś w powiecie koneckim) przybył do naszego oddziału «Jaksa» (Władysław Marcinkowski), szef sztabu brygady. Ubrany był po cywilnemu. Starał się mnie namówić do przystąpienia z oddziałem do brygady. Opierał się na argumentacji, że Rosja jest wrogiem niebezpieczniejszym od prawie pokonanych już Niemców, a więc przeciw niej powinniśmy się obrócić, by uchronić Europę przed zalewem komunizmu. Tym samym argumentem posługiwali się też Niemcy, ale niestety w innym celu niż należało to robić.

Oświadczyłem «Jaksie» wprost, że brygada współpracuje z Niemcami. «Jaksa» zaprzeczył. Zapytałem jak to jest możliwe, że brygada maszeruje w dzień obok posterunku żandarmerii i żandarmi patrzą spokojnie jakby to ich wojsko maszerowało.

«Jaksa» odpowiedział, że Niemcy boją się i dlatego nie atakują. Tłumaczenie naiwne. Na mój zarzut, że «Tom», znany zdrajca, współpracuje z brygadą, «Jaksa» zmieszał się, ale nie zaprzeczył (…). Brygada wycofała się z Polski razem z Niemcami, to znaczy pod ich opieką. Dowódcy brygady oświadczyli, że ich głównym celem jest walka z Rosją, z wrogiem niebezpieczniejszym od Niemców, jednakże postępowanie brygady nie było zgodne z tym twierdzeniem. Brygada nie walczyła z bolszewikami, ale z Polakami, którzy nie podzielali jej poglądów. Gdy Armia Czerwona zbliżała się, brygada zamiast potwierdzić czynem głoszone idee, ratowała się ucieczką przy pomocy Niemców. Ubiegała się o przyłączenie mojego oddziału, żeby wzmocnić swoje siły w czasie ucieczki (…).

Rzeczywista działalność brygady w Polsce nie jest na emigracji znana. Dla odparcia zarzutów publikowanych czasem w prasie, dowódcy brygady posługują się wygodnymi argumentami, które również w innych okolicznościach na emigracji służą często za obronę: «To wszystko są komunistyczne kłamstwa». W tym wypadku niestety nie kłamstwa (…).

Brygada nie ma właściwie prawa podszywać się pod nazwę NSZ. Dokonała rozłamu w dobrze zorganizowanych Narodowych Siłach Zbrojnych, rozbiła ich solidarność, osłabiając w ten sposób jednolity front walki. Nie podporządkowała się naczelnemu dowództwu AK, wybrała natomiast współpracę z Niemcami.

Brygada dała komunistom niebezpieczną broń do ręki. Posiadając niezbite dowody współpracy brygady z Niemcami, nietrudno przyszło komunistom obarczać odpowiedzialnością całe NSZ, a nawet AK. Mało Polaków, szczególnie tu na emigracji, orientuje się, że istniały dwa odłamy NSZ. Rzeczywiste Narodowe Siły Zbrojne, które zachowując orientację polityczną podporządkowały się jednolitemu dowództwu Armii Krajowej, oraz odłam wywodzący się z ONR (Obóz Narodowo-Radykalny), który działał samowolnie, współpracując z Niemcami na szkodę Polski. Z winy brygady zginęło w więzieniu wielu wartościowych ludzi. Każdy członek NSZ był traktowany przez UB, jak kolaborant niemiecki. Szkody wyrządzone Polsce przez brygadę są wielkie”[6].

Józef Wyrwa (1898-1970) - żołnierz wojny obronnej 1939 roku i oddziału partyzanckiego mjr. Henryka Dobrzańskiego-Hubala (1939-1940). Od jesieni 1942 r. dowódca oddziału partyzanckiego NSZ, który 4.10.1944 r. wszedł w skład 25 pp AK. W styczniu 1945 r. aresztowany przez wojskowe władze radzieckie i po wielu perypetiach osadzony w więzieniu kieleckim. Uwolniony został z niego 5.08.1945 r. w wyniku akcji oddziału ROAK pod dowództwem Antoniego Hedy-Szarego. Ukrywał się do marca 1947 r., po czym zbiegł z Polski. Najpierw osiedlił się w USA, a w 1952 r. w Hiszpanii. Fot. www.nsz.com.pl

Józef Wyrwa (1898-1970) – żołnierz wojny obronnej 1939 roku i oddziału partyzanckiego mjr. Henryka Dobrzańskiego-Hubala (1939-1940). Od jesieni 1942 r. dowódca oddziału partyzanckiego NSZ, który 4.10.1944 r. wszedł w skład 25 pp AK. W styczniu 1945 r. aresztowany przez wojskowe władze radzieckie i po wielu perypetiach osadzony w więzieniu kieleckim. Uwolniony został z niego 5.08.1945 r. w wyniku akcji oddziału ROAK pod dowództwem Antoniego Hedy-Szarego. Ukrywał się do marca 1947 r., po czym zbiegł z Polski. Najpierw osiedlił się w USA, a w 1952 r. w Hiszpanii. Fot. http://www.nsz.com.pl

Tak pisał o Brygadzie Świętokrzyskiej oraz NSZ-ONR niedługo po wojnie oficer NSZ Józef Wyrwa, który zmarł w 1970 roku w Madrycie. Niechże zatem pan Żebrowski jego stawia pośmiertnie przed sądem, nie mnie.

[1] „Jak w mądrym Rzymie”, „Szaniec” nr 3 (94), 29.01.1943, s. 6-7.

[2] A. Heda-Szary, Wspomnienia „Szarego”, Warszawa 2016, s. 161-165.

[3] Tamże, s. 165.

[4] J. Wyrwa „Furgalski” „Stary”, Pamiętniki partyzanta. Hubalczyka, legendarnego dowódcy oddziału partyzanckiego, który wszedł w skład NSZ, a później dołączył do 25. pp AK, Kraków 2014, s. 121.

[5] Tamże, s. 158, 159, 164.

[6] Tamże, s. 166-170.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 23 października 2017 r.

Austriacka kultura pamięci

W dniach od 29 września do 2 października przebywałem w Górnej Austrii, biorąc udział w wyjeździe Stowarzyszenia Rodzin Polskich Ofiar Obozów Koncentracyjnych „Hartheim-2017. Zapal Znicz Pamięci”.

W ramach tego wyjazdu odwiedziłem tereny byłego obozu koncentracyjnego Mauthausen, jego podobozów Gusen I i Gusen II oraz zamek Hartheim w gminie Alkoven koło Linzu – jeden z głównych ośrodków tzw. akcji T4 – gdzie 1 października uczestniczyłem w uroczystości upamiętniającej zamordowane tam ofiary. Program wyjazdu obejmował też odsłonięcie tablicy upamiętniającej więźnia Stanisława Krzekotowskiego. Tablica ta została odsłonięta 29 września na rynku miasteczka Mauthausen obok kamiennej rzeźby przedstawiającej sarenkę, którą Stanisław Krzekotowski (z zawodu kamieniarz) wykonał w 1943 roku na polecenie komendanta obozu Gusen I. Ten swoisty pomnik będzie przypominał, że wśród więźniów Mauthausen-Gusen jednymi z najliczniejszych byli Polacy. W uroczystości wziął udział dyrektor miejskiego magistratu, który zapowiedział wsparcie ze strony władz samorządowych dla zachowania pamięci o KL Mauthausen.

Obóz ten był jednym z największych miejsc martyrologii polskiej podczas drugiej wojny światowej, o którym wiedza we współczesnej Polsce jest niewielka, a na Zachodzie również znikoma. Mauthausen obok Auschwitz odegrał kluczową rolę w eksterminacji polskiego „elementu przywódczego”. Łącznie Polacy i obywatele ZSRR stanowili 77 proc. (odpowiednio 39 i 38 proc.) wyzwolonych więźniów obozów Gusen I, II i III. Do 1944 roku obozy koncentracyjne na terenie Starej Rzeszy i Austrii były bowiem – zgodnie z zarządzeniem Himmlera – Judenfrei (wolne od Żydów). Liczba Polaków deportowanych do całego kompleksu Mauthausen wyniosła 51886 osób, co stanowi 27 proc. ogółu deportowanych. Spośród nich zginęło około 27 tys. (co najmniej 25308 osób), co stanowi około 30 proc. ogółu ofiar. Większość polskich więźniów – co najmniej 22092 osoby – zginęła w trzech podobozach mauthausenowskich Gusen, pracując niewolniczo m.in. w kamieniołomach i sztolniach Bergkristall. Łącznie przez Mauthausen przeszło około 190 tys. więźniów z blisko 40 narodowości, z czego 71 tys. przez obozy Gusen. Zginęło 80-90 tys. spośród nich, w tym 44 tys. w obozach Gusen.

Śmierć w obozach Gusen znaleźli m.in. Henryk Sławik – „polski Raul Wallenberg” – kompozytor Jan Sztwiertnia, poeta Konstanty Ćwierk, bł. Włodzimierz Laskowski, gen. Mieczysław Ryś-Trojanowski oraz wielu innych przedstawicieli inteligencji, duchownych, wojskowych i członków polskiej konspiracji. Znanymi polskimi więźniami Mauthausen-Gusen byli m.in. Józef Cyrankiewicz (po przeniesieniu z Auschwitz), Stanisław Dobosiewicz (autor monografii Mauthausen-Gusen), prof. Stanisław Leszczyński, pisarz Grzegorz Timofiejew, płk Kazimierz Heilman-Rawicz (po przeniesieniu z Auschwitz), ppłk. Franciszek Znamirowski i o. Marian Żelazek ze Zgromadzenia Słowa Bożego.

Trzy obozy Gusen – z których Gusen I znajdował się w odległości tylko 4 km od obozu głównego w Mauthausen – były największymi, ale nie jedynymi podobozami Mauthausen. W 1945 roku KL Mauthausen obejmował 56 podobozów rozrzuconych po całym terytorium Austrii (w latach 1938-1942 Marchii Wschodniej – Ostmark, a w latach 1942-1945 Alpejskich i Dunajskich Okręgów Rzeszy – Alpen- und Donau-Reichsgaue), a nawet Bawarii. Były to m.in. Ebensee, Enns, Gusen, Linz, Redl-Zipf i Wels w Górnej Austrii, Hirtenberg, Melk, Wiener Neudorf, Wiener Neustadt i Schwechat w Dolnej Austrii, Floridsdorf, Jedlesee i Saurerwerke w Wiedniu, Bretstein, Eisenerz, Graz i Peggau w Styrii, Klagenfurt-Lendorf i Loiblpass w Karyntii. Mittersill w Salzburgu oraz Lindau i Passau w Bawarii. Większość z nich była związana z produkcją zbrojeniową. Prawie w każdym z podobozów Mauthausen znajdowali się Polacy. Najbardziej tragicznie dla polskich więźniów zapisały się podobozy Gusen I i Gusen II-Bergkristall.

Dzisiaj sztolnie Bergkristall w Sankt Georgen an der Gusen są praktycznie niedostępne, poza czterema wybranymi dniami w roku. Chyba, że ktoś zdecyduje się zapłacić austriackiemu Ministerstwu Spraw Wewnętrznych 2000 euro za możliwość wejścia. Przypuszczam, że wysokość tej sumy ma na celu przede wszystkim zniechęcić do przyjazdu tam odwiedzających z Polski. Nie ma też śladu po trzech podobozach Gusen (Gusen I i Gusen II w gminie Langenstein oraz Gusen III w Lungitz). W ich miejscu powstały osiedla mieszkaniowe. Owszem, w Gusen jest pomnik – zbudowany staraniem byłych więźniów w połowie lat 60. XX wieku, a także izba pamięci – stworzona staraniem władz polskich (m.in. ówczesnej ambasador w Wiedniu Ireny Lipowicz z Unii Wolności) oraz międzynarodowego Komitetu Pamięci Gusen. Nie ma tam jednak państwowego muzeum. To znajduje się na terenie byłego obozu głównego Mauthausen i jako Urząd Federalny „Memoriał Mauthausen” jest finansowane ze środków austriackiego Federalnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Trzy podobozy w Gusen (Gusen I powstał w 1938, Gusen II i Gusen III w 1944 roku) miały odrębną administrację jako KL Gusen, własny system numeracji więźniów, księgę zgonów i krematorium. Kierowanych tam więźniów wyniszczano przez niewolniczą pracę. W pobliżu znajdowały się wielkie kamieniołomy: Bergkristall, Gusen, Kastenhofen i Pierbauer, eksploatowane przez należące do SS przedsiębiorstwo Deutsche Erd- und Steinwerke (DEST). Jego fila w Gusen nosiła nazwę DEST-Granitwerke Mauthausen. Z czasem więźniów Gusen zatrudniono przy produkcji zbrojeniowej, co spowodowało zwiększenie ich liczebności i utworzenie podobozów Gusen II i Gusen III.

Pracę więźniów tych podobozów wykorzystywały koncerny zbrojeniowe Steyr-Daimler-Puch oraz Messerschmitt GmbH. W obliczu nalotów alianckich, kosztem życia tysięcy ludzi, wydrążono ciągnący się kilometrami system podziemnych tuneli pod Górą Kryształową (Bergkristall), gdzie ukryto produkcję. W 1944 roku w podziemnych sztolniach Bergkristall powstała m.in. fabryka, w której produkowano myśliwce Messerschmitt Me 262 – pierwsze na świecie samoloty odrzutowe. Cały kompleks obozowy Mauthausen-Gusen zaklasyfikowano jako obóz trzeciej kategorii (Stufe III), o najcięższych warunkach, z najmniejszymi szansami na przeżycie (Auschwitz posiadał kategorię drugą). Podobno zdarzały się przypadki, że więźniowie polscy przeniesieni z Auschwitz do Mauthausen-Gusen prosili, by pozwolono im wrócić do Auschwitz.

Transportów polskich więźniów z Auschwitz do Mauthausen było wiele. Pierwszy, liczący 1000 więźniów, odszedł 9 czerwca 1942 roku. Kolejny – z 7 lipca 1942 roku – liczył 700 więźniów. Przywieziono w nim do Mauthausen m.in. wspomnianego płk. Kazimierza Heilmana-Rawicza (w obozie przebywał jako Jan Hilkner) – jednego z twórców polskiej konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz, współpracownika Witolda Pileckiego. 12 i 13 kwietnia 1943 roku wysłano z Auschwitz do Mauthausen-Gusen łącznie 2236 polskich więźniów politycznych. Kilka tygodni wcześniej przeniesiono też ponad 5 tys. polskich więźniów do Buchenwaldu, Flossenbürga, Gross-Rosen, Neuengamme i Sachsenhausen. Pozbycie się z Auschwitz tak dużej ilości więźniów polskich było z jednej strony środkiem przeciwdziałania aktywności polskiej konspiracji obozowej i przyobozowej, a z drugiej miało na celu dostarczenie obozom w Rzeszy niezbędnej siły roboczej.

Kolejne wielkie transporty do Mauthausen przybywają już po rozpoczęciu częściowej ewakuacji KL Auschwitz w połowie 1944 roku. Dalsze – we wrześniu i grudniu 1944 roku. Ostatni transport z Auschwitz do Mauthausen dotarł pod koniec stycznia 1945 roku. Obejmował on więźniów, którzy 18 stycznia 1945 roku wyruszyli w pieszy marsz ewakuacyjny z Auschwitz (tzw. marsz śmierci). Ci z nich, którzy zdołali przebyć pieszo 63 km do Wodzisławia Śląskiego (wówczas Loslau) zostali załadowani na odkryte wagony-węglarki i tak przez trzy dni wieziono ich w zimowych warunkach do Mauthausen. Wielu tego nie przeżyło. W tym transporcie ewakuacyjnym z Auschwitz dotarł do Mauthausen m.in. Józef Cyrankiewicz.

Tragiczna historia Mauthausen-Gusen dobiegła końca 5 maja 1945 roku. Tego dnia około godziny 17-tej obozy te zostały wyzwolone przez wojska amerykańskie. Następnego dnia Amerykanie wyzwolili podobóz mauthausenowski w Ebensee, którego więźniowie pracowali w podziemnych sztolniach przy produkcji rakiet V 2 (ich produkcję przeniesiono po zbombardowaniu przez RAF w sierpniu 1943 roku ośrodka w Peenemünde do fabryk przy podobozach Mauthausen w Ebensee, Redl-Zipf, Wien-Floridsdorf i Wiener Neustadt). Na dzień przed wyzwoleniem komendant Ebensee wydał rozkaz zgromadzenia wszystkich więźniów w sztolniach, prawdopodobnie w celu ich zamordowania. Zamiar ten uniemożliwił bunt więźniów – jeden z nielicznych udanych aktów oporu w niemieckich obozach koncentracyjnych.

Podobozy KL Mauthausen w Wiedniu i Dolnej Austrii zostały ewakuowane do obozu głównego w kwietniu 1945 roku w obliczu ofensywy wojsk radzieckich. Podczas marszów ewakuacyjnych dochodziło do mordów na więźniach. Esesmani zamordowali wtedy m.in. od 184 do 243 więźniów podobozu Wiener Neudorf. Zaraz po wyzwoleniu trzech podobozów Gusen ci z polskich więźniów, którym pozwalał na to stan fizyczny, udali się pieszo do kościoła w St. Georgen (odległego od Gusen I i II o 2 km, a od Gusen III o 4 km). Weszli do niego w czasie wieczornej mszy i według relacji będących w kościele Austriaków padli na twarz na posadzkę przed ołtarzem.

Wolność nie oznaczała końca gehenny więźniów. Kilka tysięcy z nich zmarło wkrótce po wyzwoleniu. Jedni byli tak wycieńczeni, że nie dało ich się już uratować w szpitalach alianckich. Inni znaleźli śmierć na skutek próby gwałtownego zaspokojenia głodu nie wiedząc, że zbyt duża dawka jedzenia będzie śmiertelna dla wygłodzonego organizmu.

Trudno szukać w muzeum Mauthausen informacji o tym, że około 30 proc. więźniów i ofiar tego obozu stanowili Polacy, których odsetek wśród więźniów podobozu Gusen I wynosił w 1940 roku 97 proc. Owszem, są pomniki – w tym polski i radziecki – a także tablice upamiętniające więźniów różnych narodowości, ale na trasie zwiedzania nie ma bezpośredniej informacji o strukturze narodowościowej więźniów i ofiar. Nie ma tablicy informującej, że na polu położonym poza wschodnim murem obozu głównego (wyjątkowo obóz ten nie był otoczony ogrodzeniem z drutu kolczastego, ale murami) znajdował się w październiku 1944 roku prowizoryczny obóz, w którym zamordowano około 2 tys. Polaków przywiezionych z Powstania Warszawskiego. Nie ma informacji o narodowości więźniów, którzy ginęli na Schodach Śmierci oraz na tzw. Ścianie Spadochroniarzy w pobliskim kamieniołomie Wiener Graben. Nie ma też informacji o narodowości sprawców, czyli członkach załogi SS, z których wielu pochodziło z Austrii. Poziom merytoryczny informacji przekazywanych przez przewodnika muzealnego był bardzo niski. Tak wygląda oficjalna austriacka kultura pamięci. Jest ona skoncentrowana na podtrzymywaniu mitu Austrii jako „pierwszej ofiary Hitlera”. Przemilcza się społeczne poparcie dla Anschlussu i dla nazizmu w Austrii. To jest dobrze widoczne m.in. w muzeum znajdującym się na terenie byłego obozu głównego w Mauthausen.

Oczywiście Niemcy i Austriacy byli nie tylko sprawcami, ale także pierwszymi ofiarami nazizmu – jako więźniowie obozów koncentracyjnych i jako ofiary akcji T4, której największy ośrodek eksterminacyjny znajdował się na zamku Hartheim koło Liznu. O tym również trzeba pamiętać. Ale w tymże zamku Hartheim oprócz upośledzonych umysłowo i nieuleczalnie chorych z Niemiec i Austrii zabijano też tlenkiem węgla wycieńczonych więźniów z obozów koncentracyjnych Dachau, Mauthausen, Buchenwald, Ravensbrück i Sachsenhausen. Był wśród nich m.in. Jan Włodarczyk (1895-1944) z Sosnowca, którego losy opisałem w artykule „Akcja Oderberg” („Zeszyty Oświęcimskie” nr 27/2012), a także wielu innych polskich więźniów. Poza tym mordowanie chorych umysłowo i upośledzonych to nie tylko sześć ośrodków eksterminacyjnych akcji T4 na terenie Starej Rzeszy i Austrii. To także zagłada pacjentów polskich szpitali psychiatrycznych w Owińskach, Kościanie, Świeciu, Chełmie, Otwocku, Kobierzynie i w wielu innych miejscach.

Z tą oficjalną austriacką kulturą pamięci pozytywnie kontrastuje działalność Komitetu Pamięci Gusen (Gedenkendienstkomitee Gusen) w Sankt Georgen an der Gusen, którego najbardziej prominentną postacią jest jego wieloletnia działaczka i przewodnicząca (od 2008 roku) – emerytowana nauczycielka i kierowniczka miejscowego muzeum krajoznawczego, Martha Gammer. Przybyła ona do pracy w St. Georgen w latach 70. XX wieku i od swoich uczniów dowiedziała się o tajemniczych podziemiach Bergkristall. Powoli zaczęła odkrywać prawdę o Gusen, która nie była wówczas w Austrii popularna. Oficjalna polityka historyczna, na którą znaczący wpływ mieli austriaccy komuniści i socjaldemokraci, za symbol męczeństwa i międzynarodowego (w domyśle lewicowego) ruchu oporu uznawała tylko obóz główny w Mauthausen. O Gusen natomiast zapomniano. Nie tylko zapomniano, ale także unicestwiono większość śladów po istniejących tam obozach.

Dewastacji terenów poobozowych dokonały już radzieckie władze okupacyjne. Natomiast po zakończeniu okupacji radzieckiej Górnej Austrii w 1955 roku na terenie byłych podobozów mauthausenowskich Gusen powstały osiedla mieszkaniowe. Zasiedlili je ludzie zatrudniający się w zakładach przemysłowych pobliskiego Linzu. Działki były atrakcyjne, tzn. tanie ze względu na to, że były to tereny poobozowe. Oburzeni byli więźniowie francuscy i włoscy wykupili na początku lat 60. XX wieku działkę z budynkiem krematorium obozowego, gdzie zbudowano pomnik i urządzono później miejsce pamięci. Dzięki temu zachował się do dzisiaj jeden z niewielu obiektów poobozowych. Inne zostały zniszczone lub znajdują się w rękach prywatnych, jak np. budynek komendantury KL Gusen (Jourhaus), w którego piwnicach dzisiaj podobno świetnie wegetują pieczarki.

Odbudowa pamięci o obozach w Gusen trwała bardzo długo i była zasługą głównie społeczników, takich jak Martha Gammer. Jej dziełem jest m.in. odnowienie pomnika w Gusen w 2002 roku, istniejące od 2004 roku centrum odwiedzających z izbą pamięci obozów Gusen i wiele publikacji na temat martyrologii ich więźniów. Każda wycieczka z Polski może liczyć na serdeczne przyjęcie z jej strony. Dlatego przybysze z Polski, chcący zapoznać się z historią KL Mauthausen i Gusen, powinni w pierwszej kolejności kierować się do pani Gammer w Sankt Georgen an der Gusen. Oprowadzając grupę z Polski po muzeum krajoznawczym w St. Georgen pani Gammer pokazuje m.in. papierową reprodukcję obrazu namalowanego przez jednego z byłych więźniów Mauthausen-Gusen. Obraz przedstawia powrót więźniów do obozu po dniu pracy w kamieniołomach. Widzimy na nim dwa wagoniki kolejki wąskotorowej do transportu urobku, które są zapełnione zwłokami więźniów zmarłych podczas morderczej pracy. Stojący obok więźniowie przechylają burty wagoników i wysypują zwłoki kolegów na ziemię. Austriackie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych przyjęło ten obraz od ofiarodawcy, ale schowało go głęboko w swoim archiwum uważając, że jest zbyt drastyczny, by go eksponować w muzeum obozu głównego Mauthausen. Opowiadając o tym pani Gammer nie kryje swojej dezaprobaty dla takiej postawy.

Za swoją działalność Martha Gammer została odznaczona przez polski rząd odznaką honorową „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Moim zdaniem jest to odznaczenie zbyt niskie. Bez wątpienia ta społeczniczka, tak przychylnie nastawiona do Polski i historii polskiej martyrologii w Gusen, zasłużyła co najmniej na Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP, a może nawet na wyższą klasę tego polskiego odznaczenia nadawanego cudzoziemcom. Wszyscy członkowie Komitetu Pamięci Gusen pracują jako wolontariusze. Dzięki ich staraniom władze Austrii podjęły w 2016 roku decyzję o wpisaniu nielicznych pozostałości po obozach Gusen do rejestru zabytków. Celem, jaki stawia sobie Komitet jest stworzenie na terenie byłego KL Gusen międzynarodowego centrum edukacji, skierowanego do młodych pokoleń. Austriacka kultura pamięci jest zatem jak dwie strony medalu. Tę uczciwą i godną najwyższego uznania reprezentuje Komitet Pamięci Gusen z Marthą Gammer na czele.

O polskiej martyrologii w Mauthausen-Gusen przypomina też wystawa czasowa „Gusen. Granit i śmierć. Pamięć i zapomnienie”, którą 2 października otwarto w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau, w salach wystaw czasowych w bloku 12 byłego obozu macierzystego KL Auschwitz I. Ekspozycję przygotowało Muzeum Historii Polski we współpracy z Fundacją Polsko-Niemieckie Pojednanie. Wystawa będzie czynna do 17 grudnia 2017 roku.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 października 2017 roku

„Myśl Polska” nr 43-44 (2159/60), 22-29.10.2017, s. 14-15

Kabaret prowincjonalny

Na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, który wyjątkowo odbył się w połowie września, wystąpił Jan Pietrzak z koncertem pod wymownym tytułem „Z PRL do Polski”. Podczas tego koncertu poruszył szereg tematów od Kuronia i Michnika przez bitwę warszawską i powstanie warszawskie po współczesność. Stwierdził m.in., że „Polacy walczyli zawsze o wolność waszą i naszą. W przeciwieństwie do Rosjan, którzy zawsze walczyli o zniewolenie innych narodów. Zawsze!”. Odniósł się również do ćwiczeń Zapad-2017: „Kiedy my sobie tutaj świętujemy 16 i 17 września, na wschodniej granicy oni przeprowadzają manewry, zbiry. ZBiR – Związek Białorusi i Rosji – to są manewry, żeby przeprowadzić napaść na Polskę”[1].

Rozpętywanie histerii w związku z białorusko-rosyjskimi manewrami Zapad-2017 osiągnęło szczyt w połowie września i wystąpienie Pietrzaka w Opolu wpisywało się tutaj w trend ogólny, tzn. taki, w którym wszyscy spadkobiercy etosu solidarnościowego – na co dzień śmiertelnie ze sobą skłóceni – mówili jednym głosem. Niczym zwierzęta w Boże Narodzenie. „Gazeta Polska Codziennie” dała 14 września tytuł na pierwszej stronie: „Putin szykuje inwazję na Polskę”[2]. A w tle zdjęcie rosyjskich czołgów T-14 podczas defilady na placu Czerwonym w Moskwie. Wtórował jej z przeciwnego bieguna politycznego portal tvn24.pl cytując czeskiego gen. Petra Pavela (szefa Komitetu Wojskowego NATO), wedle którego manewry Zapad-2017 „mogą być postrzegane jako przygotowanie do wielkiej wojny”[3]. A w telewizji TVN wystąpił niezawodny w takich sytuacjach pan Paweł Kowal, który stwierdził m.in., że społeczeństwo rosyjskie żyje „w cieniu wojny”, a „od stu lat Rosjanie z kimś walczą”, podczas gdy „społeczeństwa Zachodu żyją w pokoju”[4].

Identycznie wypowiedziała się 17 września 2015 roku na wiecu klubów „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji ukraińska nacjonalistka Natalia Panczenko, która stwierdziła, że podobno „nie było roku”, żeby Rosja na kogoś nie napadła[5].

Z kolei Polska Agencja Prasowa zacytowała pana Romualda Szeremietiewa, który przewidywał, że w następstwie ćwiczeń Zapad-2017 dojdzie do okupacji Białorusi przez Rosję oraz interwencji rosyjskiej na Litwie, Łotwie i Estonii[6].

Media te nie informują swoich odbiorców o kilku podstawowych faktach. Po pierwsze o tym, że manewrów Zapad nigdy by nie było, gdyby USA nie złamały w stosunku do Rosji ustaleń podjętych podczas konferencji 2 plus 4 w 1990 roku oraz zobowiązań wynikających z układu Rosja-NATO z 27 maja 1997 roku (tzw. układ paryski). Ustalenia te mówiły o tym, że NATO nie rozszerzy swojej infrastruktury wojskowej poza Łabę oraz, że nie będzie rozmieszczać broni jądrowej na terytorium nowych członków. Tymczasem infrastruktura wojskowa NATO nie tylko przekroczyła Łabę, ale weszła głęboko do Europy Środkowej i Południowej, w tym na tereny byłego ZSRR. Członkami NATO zostały: Czechy, Polska, Węgry (1999 r.), Bułgaria, Estonia, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia (2004 r.), Albania, Chorwacja (2009 r.) i Czarnogóra (2017 r.). USA ze swoimi wpływami politycznymi wdarły się daleko w głąb obszaru poradzieckiego, organizując „kolorowe rewolucje” na Ukrainie (2004 i 2014 r.) i Białorusi (2006 i 2010 r., nieudane) oraz w Gruzji (2003 r.) i Kirgistanie (2015 r.). Za prowokację wobec Rosji należy uznać nieoficjalną zapowiedź przyjęcia do NATO Ukrainy i Gruzji.

Złamane też zostało zobowiązanie do nierozmieszczania na terytorium nowych członków broni jądrowej, ponieważ w Polsce i Rumunii instaluje się bazy z wyrzutniami pocisków antybalistycznych SM-3. Wyrzutnie te mogą jednak posłużyć także do odpalania pocisków z głowicami jądrowymi. A z Polski i Rumunii takie rakiety mają do Rosji cztery minuty lotu. Za mało, by zostać zniszczone przez obronę antyrakietową.

Po drugie, media polskie nie informują swoich odbiorców, że Rosja nie prowadzi polityki imperialnej – o co jest nieustannie w tych mediach oskarżana – a aneksja Krymu była działaniem defensywnym. Rosja nie mogła dopuścić do tego, żeby po przewrocie na Ukrainie w 2014 roku została usunięta z Krymu baza Floty Czarnomorskiej i zastąpiła ją baza NATO. Byłaby to dla Rosji polityczna klęska. Przyznał to otwarcie Sephen F. Cohen – emerytowany profesor historii uniwersytetów Princeton i New York. W wywiadzie dla magazynu internetowego „Slate” stwierdził on, że gdyby Krym znalazł się pod kontrolą NATO, Putin musiałby albo ustąpić, albo zdecydować się na wojnę światową oraz, że obecna „zimna wojna” jest jeszcze bardziej niebezpieczna niż poprzednia. Fragmenty tego wywiadu przedrukował tygodnik „Przegląd”[7].

Po trzecie, do polskiej opinii publicznej nie dociera, że w tym samym czasie, gdy na Białorusi odbywały się ćwiczenia Zapad-2017, NATO zorganizowało ćwiczenia Aurora-17 na Bałtyku i Rapid Trident-2017 na Ukrainie, a w czerwcu odbyły się w Polsce manewry NATO Dragon-17, większe niż manewry Zapad. Jeśli zatem ktoś tutaj przygotowuje się do „wielkiej wojny”, to niekoniecznie są to Białoruś i Rosja.

Histeria antyrosyjska przypomina typową wojnę psychologiczną, która – jak wiadomo – jest częścią wojny rzeczywistej. Nakręcanie histerii przed ćwiczeniami Zapad-2017 rozpoczęło się już dwa tygodnie wcześniej. Prym w tych działaniach wiodła bynajmniej nie „Gazeta Polska”, ale tygodnik „Warszawska Gazeta”. Na czasopismo to zwróciłem uwagę już jakiś czas temu. Uderzył mnie jego niezwykle agresywny język, płytkość intelektualna, skrajne oceny i kreowanie obrazu rzeczywistości odległego nawet od rzeczywistości równoległej. „Warszawska Gazeta” nie tylko gloryfikuje jak nikt w Polsce tzw. „żołnierzy wyklętych”, ale po prostu zrzesza trzecie pokolenie „żołnierzy wyklętych”, którzy nadal niezłomnie walczą z komuną i Związkiem Sowieckim, chociaż komuny i Związku Sowieckiego od ponad ćwierć wieku już nie ma.

„Warszawska Gazeta” ukazuje się w nakładzie 100 tys. egzemplarzy, a jaj redaktorem naczelnym jest Piotr P. Bachusrki – Polak z USA. Określa się jako „pismo narodowe”, tzn. niby endeckie, politycznie zagospodarowujące tę część „narodowców”, którzy identyfikują się z tzw. Marszem Niepodległości (Ruch Narodowy, Młodzież Wszechpolska, ONR). Faktycznie „Warszawska Gazeta” – na której łamach bywają m.in. tacy politycy PiS jak Ryszard Czarnecki, Jarosław Gowin, Patryk Jaki, Zbigniew Kuźmiuk, Ryszard Legutko, Krystyna Pawłowicz, Janusz Wojciechowski i Anna Zalewska – jest pismem PiS-owskim, o wiele bardziej skrajnym od „Gazety Polskiej”. Jej publicystyka trafia do ludzi o nieskomplikowanym systemie myślenia i najogólniej sprowadza się do wyjaśniania wszelkich zawiłości świata poprzez konkluzję, że wszystkiemu winna jest m.in. Rosja.

Na łamach „Warszawskiej Gazety” również nie mogło zabraknąć tematyki rosyjskiej w kontekście zbliżających się ćwiczeń Zapad-2017. W numerze z 2 września na pierwszej stronie wielkimi literami krzyczał tytuł: „Polskie służby specjalne w pełnej gotowości. Czy Rosjanie wkroczą?”. Tytuł odsyłał do dwóch artykułów. Autorem pierwszego, pt. „Polska na celowniku Putina”, jest Robert Cheda – były oficer operacyjny i analityk Agencji Wywiadu. Obecnie ekspert od Rosji i Białorusi w Fundacji im. K. Pułaskiego, a także współpracownik portali Fronda.pl i Wirtualna Polska oraz takich pism jak „Polityka”, „Sprawy Polityczne” i „Uważam Rze Historia”. Natomiast drugi artykuł, pt. „Czy Rosjanie wkroczą 17 września?”, napisał dr Leszek Pietrzak – były pracownik IPN oraz były funkcjonariusz UOP i Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Obecnie publicysta Radia Maryja i redaktor naczelny miesięcznika „Służby Specjalne”. A zatem drżyjcie ludkowie, bo Ruscy są tuż, tuż i zaraz tu będą.

Ekspert Robert Cheda zaczyna swój artykuł tak: „Zamiast rozważać mniejsze lub większe prawdopodobieństwo scenariusza wojny z Rosją, pora przyjąć do wiadomości, że wszelkie okoliczności prowadzące do nieszczęścia już istnieją. Zegar tyka i odlicza czas, bo to nie państwa bałtyckie czy Białoruś, tylko Polska jest wymarzonym łupem Moskwy”. Potem – jak u Hitchcocka – napięcie cały czas rośnie. Dowiadujemy się zatem, że „Kreml zagnał Rosję w rozwojową pułapkę i aby przeżyć, musi eskalować sytuację międzynarodową”. Dlatego „prawdopodobnym wariantem przetrwania kremlowskich elit może być kolejne uderzenie hybrydowe”.

Jak będzie wyglądało? „Włączmy wyobraźnie – pisze Cheda – i przenieśmy się w 2021 r. Zima tego roku jest wyjątkowo chłodna, a to powoduje, że rośnie zapotrzebowanie na rosyjski gaz oraz ropę naftową”. Sytuacja jednak się komplikuje, ponieważ „anomalne w swojej sile sztormy na Bałtyku niszczą gazociąg North Stream”. Wówczas „Warszawa kategorycznie odrzuca projekt rozbudowy gazociągu jamalskiego, żądając na dodatek zmian własnościowych, które oznaczają faktyczną nacjonalizację już działającego gazociągu. Jakiekolwiek złagodzenie stanowiska nasze MSZ warunkuje zwrotem szczątków prezydenckiego samolotu oraz zmianą rosyjskiej polityki historycznej. (…) Za Warszawą podąża Kijów, który żąda zwrotu Krymu i powrotu pełnej jurysdykcji nad Donbasem. W takiej sytuacji Kreml wydaje rozkaz rozpoczęcia wojny hybrydowej”.

Coś jest na rzeczy, ponieważ podczas wrześniowej wizyty w Waszyngtonie minister Waszczykowski zapowiedział, że po 2022 roku Polska całkowicie odetnie dostawy gazu z Rosji. „Taka jest wola polityczna” – oświadczył[8]. Czyja? Waszyngtonu, to oczywiste. Polska – która najpierw zrezygnowała z zysków, jakie mógł przynieść tranzyt gazu rosyjskiego – teraz będzie kupować wielokrotnie droższy gaz amerykański. Takie są skutki „uniezależnienia się od Rosji” i uzależnienia się od USA. „Pokazujemy nasze zdolności mobilizacyjne regionu, aby przekonać prezydenta Trumpa do siebie” – stwierdził Waszczykowski, zachęcając amerykańskie koncerny, by otworzyły w Polsce „centra operacyjne”. Jeśli zatem ktoś tutaj wszczyna „wojnę gazową”, to znowu rodzi się pytanie – czy na pewno Rosja?

Jak będzie zdaniem Chedy wyglądać przewidywana przez niego „wojna hybrydowa”? Najpierw Moskwa zwróci się do „Unii pierwszej prędkości z apelem o wymuszenie na Polsce zgody na budowę eksterytorialnego gazociągu pod wspólnym zarządem europejsko-rosyjskim”. Ale po co? Przecież istnieje polska nitka gazociągu jamalskiego, o której zresztą Cheda wspomniał. Jego zdaniem zatem Rosja napadnie na Polskę po to, żeby zbudować na jej terytorium gazociąg do Europy Zachodniej. Od razu rodzi się wątpliwość, czy byłoby to na pewno działanie na szkodę Polski. Nie da się nie zauważyć, że taki wielki międzynarodowy gazociąg byłby pierwszą poważną inwestycją gospodarczą w Polsce od 1989 roku. Wszystkie bowiem inwestycje kapitału zachodniego, które zostały poczynione w ostatnim ćwierćwieczu, albo nie miały większego znaczenia gospodarczego albo zmierzały do deindustrializacji Polski.

„Jednocześnie Moskwa – pisze dalej Cheda – organizuje prowokację wyczerpującą kryteria casus belli. Do Polski przedostają się bojówkarze organizacji Nocne Wilki, dowodzeni przez kadrowych oficerów wywiadu wojskowego”. Kreml uruchamia też swoją agenturę w państwach zachodnich, w tym żyjących tam Rosjan, którzy przyjeżdżają do Warszawy i innych miast Polski, gdzie urządzają protesty „pod hasłem obrony godności czerwonoarmistów, których miejsca pamięci przez ostatnie lata Polska likwiduje”. W tym czasie Nocne Wilki wysadzają w powietrze pomniki Józefa Piłsudskiego i Jana Pawła II. Wtedy oburzeni Polacy zwracają się przeciwko Rosjanom przebywającym w Polsce – padają zabici i ranni. Polska zostaje na wniosek Rosji potępiona przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Potem do akcji wkraczają wojska rosyjskie Zachodniego Okręgu Wojskowego. Polska zostaje sparaliżowana atakiem cybernetycznym i punktowymi atakami rakietowymi. Część polskich F-16 ulega zniszczeniu, a reszta jest uziemiona z powodu „braku systemu obrony przeciwrakietowej”. Flota Bałtycka przy pomocy rakiet Kalibr niszczy gazoport im. Lecha Kaczyńskiego w Świnoujściu, a „jeden z plutonów OT, skoncentrowanych w okolicach Gołdapi, zostaje zmasakrowany przez zielone ludziki, czyli specnaz rosyjskiego wywiadu wojskowego”. Mamy więc jeszcze jakiś nowy Katyń.

W konsekwencji Polska zostaje pokonana w ciągu 48 godzin i przyjmuje rosyjskie ultimatum: wyraża zgodę na „eksterytorialny korytarz gazowy i naftowy, chroniony przez rosyjskie bazy wojskowe” oraz rezygnuje z członkostwa w NATO i UE. Mało tego – musi jeszcze „przystąpić do anty-NATO, czyli organizacji kolektywnego bezpieczeństwa ODKB oraz złożyć akces do Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej” [9]. W sumie, kto wie czy nie byłoby to bardziej korzystne od przynależności do UE „drugiej prędkości”?

Takie rzeczy wypisuje były analityk wywiadu. Nie ma wątpliwości, że pochodzący z zaciągu, który zastąpił zlikwidowane WSI. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że pan Cheda nie ma wątpliwości, iż NATO nie przyjdzie Polsce z pomocą, nie chcąc ryzykować wojny jądrowej. Otwarcie pisze, że sojusznicy z NATO ulegną „szantażowi militarnemu, składając okup w postaci Polski”. W ogóle w tym swoim scenariuszu rosyjskiej agresji nie wspomina jak zachowa się słynna szpica NATO, stacjonująca od stycznia 2017 roku w Polsce i państwach bałtyckich. Jakby jej wcale nie było. A może nie ma?

W podobnym duchu jest też utrzymany artykuł dr. Leszka Pietrzaka, który już w tytule straszy, że 17 września 2017 roku wkroczy agresor ze Wschodu[10]. Zdaniem autora nie można wykluczyć, że jakaś jednostka armii rosyjskiej, biorąca udział w ćwiczeniach Zapad-2017, wedrze się do Polski właśnie 17 września i to bynajmniej nie po to, by przyłączyć się do obchodów 78. rocznicy „agresji sowieckiej na Polskę”. Dlatego – jak ustalił dr Pietrzak – „od kilku tygodni nasze służby specjalne są postawione w stan podwyższonej gotowości”. W SKW, SWW, AW, a nawet w CBA wstrzymano wszystkie urlopy i wprowadzono „specjalne całodobowe dyżury”. „Nasze służby wojskowe są przekonane, że może wydarzyć się coś szczególnego” – straszył 2 września czytelników „Warszawskiej Gazety” dr Pietrzak. Ale 17 września 2017 roku minął i nic się nie wydarzyło.

Dr Pietrzak twierdzi, że jeśli Rosjanie „zechcą, to ich armia może bez problemu wkroczyć na polskie terytorium i nie zdąży nam pomóc w obronie ani NATO, ani amerykańska armia”. Jak to? Szpica stacjonująca w Legnicy, Powidzu i Żaganiu nie zdąży pomóc? To po co był ten cały teatr ze szpicą? A co z bazą rakietową w Redzikowie? Według red. Stanisława Michalkiewicza samo jej istnienie ma podobno spowodować, że Amerykanie natychmiast przystąpią do obrony Polski. A tu tak po prostu nie zdążą pomóc. „Zabrała gościa woda. Na dno poszedł jak kłoda. Na wieki się pogrążył, bo ratownik nie zdążył” – śpiewał w PRL pewien przebojowy wówczas muzyk.

Wychodząc z tezy, że nie zdążą pomóc dr Pietrzak proponuje, by „wymóc wreszcie na NATO przesunięcie znacznie większej części sił i instalacji wojskowych paktu do Polski”. Chodzi mu o to, żeby uwolnić Niemcy od wojsk amerykańskich i przesunąć je w całości do wschodniej Polski. Uwolnienie się od wojsk amerykańskich – które od 1945 roku stacjonują w zachodnich Niemczech – jest od dawna cichym celem polityki niemieckiej. Analityk „Warszawskiej Gazety” proponuje więc nic innego jak zrealizować ten cel polityki niemieckiej. W imię obrony niepodległości Polski przed Rosją oczywiście.

Polska prawica, która podjęła się roli podwykonawcy polityki amerykańskiej w Europie Środkowo-Wschodniej, pogrąża się w oparach coraz bardziej skrajnej rusofobii oraz głęboko tkwi mentalnie w XIX wieku, przygotowując kolejne powstanie narodowe przeciw Rosji, a ostatnio także przeciw Niemcom. To nie jest polityka, tylko kabaret prowincjonalny.

[1] „Opole 2017. Jan Pietrzak ostro popłynął. To nie była zwykła laurka dla PiS. Słowa o Moskwie i opozycji padły naprawdę”, http://www.plotek.pl, 17.09.2017.

[2] „Gazeta Polska Codziennie” z 14.09.2017.

[3] „Przedstawiciel NATO o manewrach Zapad-2017: mogą być przygotowaniem do wojny”, http://www.tvn24.pl, 17.09.2017.

[4] „Manewry wojskowe Zapad-2017”, wypowiedź Pawła Kowala na antenie TVN z 17.09.2017.

[5] B. Piętka, „Jak «niepodległościowcy» 17 września z banderowcami uczcili”, strona internetowa „Myśli Polskiej”, http://www.mysl-polska.pl, 21.09.2015.

[6] „Szeremietiew o Zapad-2017: wojsko ćwiczy po to, aby prowadzić wojnę”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 17.09.2017.

[7] „Krym-śpiący pies”, „Przegląd” nr 36 (922), 4-10.09.2017, s. 42-43.

[8] „Szef MSZ: Polska chciałaby za 5 lat całkowicie odciąć dostawy gazu z Rosji”, http://www.kresy.pl, 22.09.2017.

[9] R. Cheda, „Polska na celowniku Putina”, „Warszawska Gazeta” nr 35 (533), 1-7 września 2017 r., s. 16-17.

[10] L. Pietrzak, „Czy Rosjanie wkroczą 17 września?”, „Warszawska Gazeta” nr 35 (533), 1-7 września 2017 r., s. 30.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2157/58), 8-15.10.2017, s. 8