Jak to się stało?

4 czerwca minęła 30. rocznica wyborów parlamentarnych z 1989 roku, które położyły kres historii Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Rocznicę tę obchodziły głównie postsolidarnościowe elity polityczne i także te obchody odzwierciedliły śmiertelne skłócenie tych elit, z jakim mamy do czynienia z różnym stopniem nasilenia od pierwszej „wojny na górze” w 1990 roku. Brak powszechnego entuzjazmu społecznego w związku z tą rocznicą jest wymowny i w jakiejś mierze stanowi podsumowanie minionego 30-lecia, w którym dokonała się transformacja PRL w III RP.

Jeszcze przez wiele dziesięcioleci będzie zadawane pytanie: jak to się stało? Jedną z najciekawszych odpowiedzi na pytanie o przyczynę 4 czerwca 1989 roku udzielił skrajny dogmatyk partyjny Wsiewołod Wołczew (1929-1993) – syn bułgarskiego komunisty Wasiła Wyłczewa i Rosjanki, urodzony w Leningradzie. Zrządzenie losu spowodowało, że stał się obywatelem polskim (jego matka po śmierci męża – straconego w 1938 roku podczas Wielkiego Terroru – wyszła za mąż za Polaka i wyemigrowała z nim w 1946 roku do Polski). Wołczew został dr. hab. historii i wykładał na UMCS, Uniwersytecie Śląskim, Uniwersytecie Szczecińskim i w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR. Przede wszystkim jednak był kierownikiem Zakładu Badań Politycznych Śląskiego Instytutu Naukowego w Katowicach – głównego zaplecza naukowego partyjnego betonu z Komitetu Wojewódzkiego PZPR.

W latach 1981-1982 był jednym z przywódców Katowickiego Forum Partyjnego, które chciało powstrzymać ewolucję PZPR w stronę rewizjonizmu i które miało dostarczyć kadr do nowej ekipy PZPR na wypadek interwencji radzieckiej w Polsce. Po upadku Andrzeja Żabińskiego (1938-1988) – I sekretarza KW PZPR w Katowicach i lidera tej grupy – Katowickie Forum Partyjne zostało przekształcone w Katowickie Seminarium Marksistowsko-Leninowskie, które nie odegrało już żadnej roli politycznej. W 1990 roku Wołczew znalazł się na emeryturze. Zmarł trzy lata później. Na przełomie lutego i marca 1989 roku (a więc w okresie obrad Okrągłego Stołu) opublikował opracowanie pt. „Niektóre uwagi w kwestii źródeł i przesłanek aktualnego kryzysu światowego systemu socjalizmu”. Z jego analizy wynika, że III RP ma korzenie PRL-owskie i tylko PRL-owskie. Polski neokapitalizm wyrósł z polskiego socjalizmu i faktu tego nie zmieni żadna dekomunizacyjna polityka historyczna.

Swoją analizę streścił później następująco:

„Bezpośrednią siłą społeczną, która zadecydowała o przekształceniu rewolucji socjalistycznej w burżuazyjną kontrrewolucję była potężna uprzywilejowana warstwa zarządzająca. Swoje egoistyczne interesy realizowała ona kosztem mas pracujących i zahamowania rewolucji socjalistycznej. W sposób nieuchronny doprowadziło to do kryzysu gospodarczego oraz przegrania współzawodnictwa technologicznego i ekonomicznego z najbardziej rozwiniętymi krajami kapitalistycznymi. Usunięcie uprzywilejowanej warstwy zarządzającej, z uwagi na podporządkowanie jej całego systemu politycznego oraz brak zorganizowanych sił rewolucyjnych, okazało się niemożliwe. Ponieważ polityka uprzywilejowanej warstwy zarządzającej podważyła zaufanie mas do socjalizmu, nieuchronna okazała się otwarta restauracja kapitalizmu. (…) W Polsce uprzywilejowana warstwa zarządzająca podporządkowała sobie PZPR, związki zawodowe i wszystkie inne organizacje systemu politycznego, tolerowała istnienie opozycji antysocjalistycznej i wielokrotnie korzystała z poparcia Kościoła katolickiego. W rezultacie mieliśmy do czynienia z dwoma ośrodkami antysocjalistycznej kontrrewolucji. Jeden – skupiony był wokół tzw. oficjalnej opozycji antysocjalistycznej, a drugi – usadowiony był w oficjalnych strukturach władzy politycznej. Do formalnego porozumienia obu tych ośrodków antysocjalistycznych doszło przy »okrągłym stole«, choć faktycznie współpracowano wcześniej od wielu lat. Uprzywilejowana warstwa zarządzająca, najpełniej reprezentowana przez ekipę Jaruzelskiego, przekazała jawnej kontrrewolucji władzę polityczną w 1989 roku, a obecnie doradza i sekunduje ekipom solidarnościowym w rozkradaniu majątku narodowego i ograbianiu ludzi pracy z socjalno-ekonomicznych i politycznych zdobyczy”[1].

Analiza Wołczewa nie była analizą marksistowską, ale trockistowską. To wygnany w 1929 roku z ZSRR Lew Trocki (1879-1940) w swojej książce „Zdradzona rewolucja. Czym jest ZSRR i dokąd zmierza?” (pierwsze wydanie polskie w 1936 roku, drugie w 1991 roku) postawił tezę, że państwo to zostało opanowane przez pasożytniczą biurokratyczną kastę partyjno-państwową, a za wyraziciela jej interesów uznał Stalina i jego otoczenie. Ostrzegał, że owa warstwa biurokratyczno-zarządzająca w pewnym momencie uzna, iż w jej interesie leży zdemontowanie socjalizmu i restauracja kapitalizmu. Tezy te powielił jugosłowiański komunista, a potem dysydent Milovan Dżilas (1911-1995) w opublikowanej w 1957 roku w Londynie książce „Nowa klasa”. Pierwsze wydanie polskie tej książki, które miało miejsce także w 1957 roku w Instytucie Literackim w Paryżu, w tłumaczeniu Juliusza Mieroszewskiego (1906-1976), nosiło tytuł „Nowa klasa wyzyskiwaczy (analiza systemu komunistycznego)”.

Oczywiście sprowadzanie przyczyn upadku socjalizmu w ZSRR i państwach bloku radzieckiego do działań warstwy biurokratyczno-zarządzającej jest uproszczeniem. Był to zapewne splot wielu czynników, które wystąpiły równocześnie. Wpływ na rozwój wypadków w latach 80. XX wieku w krajach obozu socjalistycznego miały też porażka radzieckiej pieriestrojki, rozumianej jako próba całościowej reformy ZSRR, a nie jego likwidacji, kryzys gospodarki socjalistycznej, globalna ofensywa antykomunistyczna podjęta przez USA za prezydentury Reagana, przegranie wyścigu technologicznego i wyścigu zbrojeń przez ZSRR i jego blok z USA i blokiem kapitalistycznym (a co za tym idzie przegranie „zimnej wojny”), a w PRL dodatkowo 16 miesięcy powszechnego strajku rotacyjnego „Solidarności” w latach 1980-1981, istnienie opozycji antyustrojowej i silnego Kościoła katolickiego. W każdym z państw obozu radzieckiego występowały różne czynniki, wśród których nie można też lekceważyć roli służb specjalnych i ich powiązań zagranicznych. Ten czynnik odegrał przecież kluczową rolę w siłowym obaleniu ustroju socjalistycznego w Rumunii.

Inaczej wypadki potoczyły się w Chinach i Azji Południowo-Wschodniej, gdzie zachowana została autorytarna władza narodowych partii komunistycznych i dokonano restauracji kapitalizmu (a właściwie jego budowy od podstaw, bo tam nigdy wcześniej nie było rozwiniętego kapitalizmu), ale bez przyjmowania modelu neoliberalnego z ryzykiem pułapki rozwoju zależnego. Dodanie przymiotnika „narodowe”, jeśli mówi się o partiach komunistycznych w Chinach i krajach Azji Południowo-Wschodniej, jest konieczne, ponieważ tamtejszy ruch komunistyczny był ruchem narodowowyzwoleńczym i antykolonialnym, a przez to od początku nacjonalistycznym. W Chińskiej Republice Ludowej partia komunistyczna zachowała swoją władzę polityczną prawdopodobnie dzięki temu, że Deng Xiaoping (1904-1997) rozpoczął chińską pieriestrojkę o ponad sześć lat wcześniej niż Gorbaczow w ZSRR, bo w grudniu 1978 roku. Być może zatem warstwa biurokratyczno-zarządzająca w bloku radzieckim nie chciała iść w kierunku neoliberalnego kapitalizmu, ale w drugiej połowie lat 80. XX wieku nie miała innego wyjścia, ponieważ podjęła środki zaradcze za późno. Kryzys gospodarczy był już zbyt zaawansowany, a ZSRR i państwa jego bloku coraz słabsze politycznie.

Deng Xiaoping zreinterpretował chińską wersję marksizmu, czyli maoizm, w duchu konfucjańskim. Kluczową zasadą działania stał się pragmatyzm. Dlatego kierownictwo chińskie odrzuciło szaleństwa maoizmu, ale też nie przyjęło tego modelu transformacji gospodarczej, jaki zastosowano w Polsce i innych państwach obozu radzieckiego. Modelu thatcherowsko-neoliberlanego, który wpędził te kraje w to co socjologia nazywa rozwojem zależnym. Data 4 czerwca 1989 roku kojarzy się w Chinach z zupełnie czym innym niż w Polsce – z brutalnym i krwawym zmasakrowaniem na placu Tiananmen w Pekinie tych, którzy chcieli pójść drogą liberalnej demokracji i neoliberalnego kapitalizmu. Ta tragedia pokazuje, że wybór drogi polityczno-ekonomicznej w Chinach nie był sprawą łatwą i odbywał się w dramatycznych okolicznościach. Dlatego nad ofiarami z placu Tiananmen trzeba nisko pochylić głowę. Faktem jest jednak, że dzisiaj to chiński kapitalizm (zwany w oficjalnej propagandzie socjalistyczną gospodarką rynkową) prześciga neoliberalny kapitalizm północnoamerykański i zachodnioeuropejski, który po kryzysie finansowym z 2008 roku nie powrócił na dawne ścieżki szybkiego wzrostu. To z Chinami musi prezydent Trump toczyć dzisiaj wojny gospodarcze, żeby utrzymać słabnącą pozycję gospodarki amerykańskiej jako lidera światowego.

Równie ciekawą analizę jak Wołczew przeprowadził Józef Kossecki (1936-2015) – reprezentant nurtu politycznego w PRL, który złośliwie określano mianem endokomuny. Najpierw członek nielegalnej Ligi Narodowo-Demokratycznej, potem członek PZPR i Klubu Partyjnej Inteligencji Twórczej „Warszawa 80”, a w latach 80. sekretarz ds. propagandy Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald”. Wykładowca cybernetyki społecznej na Uniwersytecie Warszawskim, w Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR, Wojskowej Akademii Politycznej i Akademii Sztabu Generalnego. Jego zdaniem PRL przeszła w latach 1956-1989 ewolucję od państwa o ograniczonej suwerenności i ustroju autorytarnym do państwa niepodległego i demokratycznego. Ewolucja ta miała być zasługą sił reformatorskich w PZPR i jej otoczeniu, opozycji antyustrojowej i Kościoła katolickiego. Natomiast III RP przebyła ewolucję w kierunku odwrotnym.

Czym została spowodowana ta ewolucja w kierunku odwrotnym? Też nie ma na to odpowiedzi prostej i jednoznacznej. Też był to splot wielu czynników występujących równocześnie. Zapewne kluczową rolę odegrał przyjęty, czy też może narzucony Polsce przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy w 1989 roku model gospodarki neoliberalnej, który podporządkował III RP regułom tzw. rozwoju zależnego. M.in. dlatego nastąpiła utrata własnego przemysłu, a co za tym idzie samodzielności ekonomicznej. Z istniejących w 1988 roku około 6200 zakładów przemysłowych zatrudniających ponad 100 pracowników zlikwidowano 1675, w tym 681 zakładów zbudowanych w PRL, natomiast aż 994 istniejących przed 1949 rokiem, a więc powstałych w gospodarce rynkowej, a nie socjalistycznej. Powielana w mediach teza, że tak głęboka deindustrializacja była wynikiem nietrafnego zaprogramowania rozwoju przemysłu w PRL jest zatem fałszywym mitem. Likwidacji uległy całe gałęzie przemysłu, jak np. przemysł elektroniczny. Chociaż deindustrializacja była procesem zachodzącym w wielu krajach rozwiniętych na przełomie XX i XXI wieku, to jej skala w Polsce po 1989 roku była rekordowa w Europie. Zlikwidowano bowiem 33 proc. majątku przemysłowego[2].

Do tego należy dodać skandaliczną próbę prywatyzacji systemu emerytalnego, której mechanizm szczegółowo przeanalizowała prof. Leokadia Oręziak w książce „OFE. Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce” (Warszawa 2014), oraz trwającą ponad dwie dekady degradację polityki społecznej. Prof. Andrzej Karpiński – współautor książki „Od uprzemysłowienia w PRL do deindustrializacji kraju” (Warszawa 2015) oraz autor książki „Prawda i kłamstwa o przemyśle. Polska w obliczu III rewolucji przemysłowej” (Warszawa 2018) – uważa, że gdyby po 1989 roku nie doszło do masowej deindustrializacji, bezrobocie byłoby o 1,5 mln mniejsze, a zarobki o 1/3 wyższe. Z badań prof. A. Karpinskiego wynika, że za uzasadnioną ekonomicznie można uznać likwidację po 1989 roku 25-30% zakładów przemysłowych. „Z pozostałych 70-75% jedna trzecia to efekt spekulacji gruntami, a jedną czwartą stanowiły wrogie przejęcia. Niemałą rolę w procesie prywatyzacji odegrało dążenie wąskiej grupy społecznej techników i zarządzających do szybkiego wzbogacenia się” – uważa prof. A. Karpiński[3].

Po 30 latach od 4 czerwca 1989 roku Polska jest państwem politycznie słabym, stojącym z tego powodu przed o wiele większymi zagrożeniami niż masowa deindustrializacja, jaka dokonała się w wyniku transformacji ustrojowej. Reguły rozwoju zależnego doprowadziły też do tego, że III RP nie dorobiła się elity politycznej, która potrafiłaby zdefiniować kryteria interesu narodowego. Dzisiaj jeden z dwóch dominujących w Polsce obozów politycznych opowiada się za federalizmem i likwidacją państw narodowych w ramach UE oraz dalszą deindustrializacją (m.in. całkowitą likwidacją górnictwa węgla kamiennego), natomiast drugi rozwija utopijną koncepcję Trójmorza, a siłę państwa chce budować w oparciu o stałą bazę US Army i wsparcie polityczne USA.

Odpowiedź na pytanie, jak i dlaczego to się stało będzie szukana jeszcze długo i tym bardziej intensywnie im bardziej dramatycznie potoczą się losy kraju.

[1] Towarzysz. Życie i poglądy doc. dr. hab. Wsiewołoda Wołczewa, http://www.1917.net.pl, 24.12.2011.

[2] P. Dybicz, „Stracone szanse”, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 23.05.2016.

[3] Gdyby nie masowa likwidacja przemysłu po 1989 roku, dziś zarabialibyśmy o 1/3 więcej, http://www.forsal.pl, 24.05.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 czerwca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 25-26 (2245/2246), 16-23.06.2019, s. 16

Reklamy

Klęska na własne życzenie

Amerykańska ustawa Act 447, podpisana przez Donalda Trumpa w maju 2018 roku, przestała być w Polsce tematem tabu. Stało się to dzięki sekretarzowi stanu USA Mike’owi Pompeo, który w lutym tego roku na konferencji bliskowschodniej w Warszawie zażądał od władz polskich uczynienia „postępów” w restytucji mienia żydowskiego, czyli stworzenia podstaw prawnych do restytucji mienia bezspadkowego. Tego bowiem dotyczy Act 447, wbrew różnym glosom zaprzeczającym. Potem wydarzenia potoczyły się już lawinowo.

Ambasador USA Georgette Mosbacher – wobec rosnącego zaniepokojenia opinii publicznej w Polsce – oświadczyła w mediach, że Act 447 dotyczy tylko przygotowania „raportu dla Kongresu, który nie będzie zawierał żadnych prawnych czy finansowych zobowiązań dla kogokolwiek”[1]. Oczywiście, ale ten raport ma zostać przygotowany w konkretnym celu – właśnie po to, żeby administracja USA mogła podjąć działania zmierzające do wyegzekwowania prawnych i finansowych zobowiązań wynikających z podpisanej 30 czerwca 2009 roku przez rząd Donalda Tuska Deklaracji Terezińskiej, na którą powołuje się Act 447. O tym, że Act 447 dotyczy głównie Polski – chociaż nie jest ona tam wymieniona – można przeczytać nawet w anglojęzycznej Wikipedii pod hasłem „JUST Act 447”.

Niemal natychmiast ambasador Mosbacher zakwestionowała umowę indeminizacyjną z 16 lipca 1960 roku: „W lipcu 1960 Stany Zjednoczone podpisały umowę z Polską, na mocy której rząd polski przejął odpowiedzialność za wypłatę odszkodowań dla obywateli amerykańskich, którzy byli obywatelami amerykańskimi w czasie, gdy ich majątek w Polsce był upaństwowiony przez ówczesny rząd komunistyczny. Obywatele polscy, których majątek został zajęty w czasach Holocaustu, a którzy później wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych i stali się obywatelami amerykańskimi lub których potomkowie stali się obywatelami amerykańskimi, nie są objęci umową z 1960 roku”[2]

Czyli administracja USA występuje w sprawie praw majątkowych byłych obywateli polskich. Na podstawie jakich przepisów prawa międzynarodowego?

Nie zabrakło też głosu z brytyjskiej Izby Lordów. Baronessa Ruth Deech, posiadająca według Jewish News korzenie żydowskie, podczas debaty dotyczącej zwracania dzieł sztuki potomkom ich dawnych właścicieli przywołała Deklarację Terezińską i stwierdziła co następuje: „Najbardziej bezczelnym przestępcą jest Polska, która rozsiadła się na własności trzech milionów ofiar nazistów, jedyny kraj we współczesnej Europie, który odmówił ustanowienia systemu odszkodowań. Jest to kolejny przykład jak Polska podchodzi do rządów prawa i europejskich zobowiązań”[3].

Od raz nasuwa się pytanie, na jakiej własności trzech milionów ofiar nazizmu „rozsiadła się” Polska? Czy chodzi może o ruiny Warszawy? Czy baronessa Deetch domaga się od Polaków zapłacenia za odbudowanie Warszawy i dziesiątek innych miast polskich, w których były nieruchomości żydowskie? A może baronessa Deetch chce płacenia przez Polskę za odebranie jej w 1945 roku – przy wsparciu rządów amerykańskiego i brytyjskiego – Kresów Wschodnich? Tam bowiem mieszkała połowa ludności żydowskiej II Rzeczpospolitej. Obecnie są to terytoria Litwy, Białorusi i Ukrainy. Z tej wypowiedzi kolejny raz wynika, że wspierane przez USA, Izrael i baronessę Deech roszczenia World Jewish Restitution Organization (WJRO) wobec Polski dotyczą tzw. mienia bezspadkowego Żydów-obywateli polskich wymordowanych przez III Rzeszę Niemiecką. W świetle polskiego prawa cywilnego i międzynarodowego prawa prywatnego są to roszczenia całkowicie bezprawne.

Bezprawność tych roszczeń nie przeszkodziła rządowi Izraela w wysłaniu do Warszawy 13 maja – bez uprzedzenia polskiego MSZ o temacie rozmów – delegacji Ministerstwa Równości Społecznej pod przewodnictwem Avi Cohena-Scali. Jego przełożona – minister Gila Gamliel – nie pozostawiła wątpliwości o czym miała rozmawiać wysłana przez nią do Warszawy delegacja: „Rząd Izraela uważa przywrócenie własności żydowskiej i promowanie praw ocalałych z Holokaustu za moralny imperatyw państwa żydowskiego, a żaden czynnik polityczny lub antysemicki nie powstrzyma nas przed wypełnieniem tego ważnego obowiązku”[4] Odmowa przyjęcia delegacji izraelskiej w polskim MSZ spowodowała fizyczny atak na ambasadora polskiego w Tel Awiwie dwa dni później.

16 maja amerykańskie media podały, że działacze żydowscy w USA podjęli lobbing u prezydenta Trumpa i w Kongresie na rzecz zablokowania budowy w Polsce tzw. Fortu Trump (stałej bazy amerykańskiej), dopóki Polska nie zapłaci WJRO za mienie bezspadkowe[5]. Jeden z urzędników amerykańskich stwierdził w związku z tym, że „Departament Stanu będzie nadal angażował urzędników w Polsce, a także innych w regionie, w celu omówienia restytucji mienia z czasów Holokaustu, odszkodowań, edukacji o Holokauście oraz tego, jak najlepiej chronić ważne żydowskie miejsca dziedzictwa”[6].

Premier Mateusz Morawiecki oświadczył 17 maja, że nie ma zgody jego rządu na spełnienie roszczeń do bezspadkowego mienia żydowskiego. Dodał przy tym: „Jeśli kiedykolwiek by do tego doszło, że zamieniony zostałby kat i ofiara, to urągałoby to jakimkolwiek zasadom prawa międzynarodowego, ale byłoby to również pośmiertnym zwycięstwem Hitlera. I dlatego nigdy na to nie pozwolimy”. To oświadczenie wywołało szereg gwałtownych reakcji. Anonimowy autor w „The Jerusalem Post” napisał: „Izrael nie może milczeć w obliczu tak skandalicznych prób unikania odpowiedzialności za zbrodnie z przeszłości. Morawiecki musi zostać pociągnięty do odpowiedzialności”[7]. Polska ma zatem zapłacić za zbrodnie z przeszłości. Rodzi się pytanie, czyje? Po raz pierwszy sprawa roszczeń do mienia bezspadkowego Żydów polskich została przedstawiona jako kontrybucja, którą Polska ma zapłacić za wojnę wywołaną przez III Rzeszę Niemiecką i popełnione przez nią zbrodnie.

„Uwagi polskiego premiera Mateusza Morawieckiego są antysemickie i nieakceptowalne” – stwierdziła z kolei wiceminister spraw zagranicznych Izraela Cippi Chotoweli[8]. Natomiast Ronald S. Lauder – przewodniczący Światowego Kongresu Żydów – określił wypowiedź premiera Morawieckiego jako „naganną” i „skrajnie niepokojącą” oraz wezwał szefa rządu polskiego do wycofania się ze swoich słów. Pozwolił sobie też na stwierdzenie, że „brak odpowiedniej konfrontacji Polski z tragedią milionów jej żydowskich obywateli, którzy mieli być unicestwieni przez Niemców, jest szczególnie niepokojący”[9]. W ten sam ton uderzyła Polska Rada Chrześcijan i Żydów, która w wydanym oświadczeniu napisała, że „Szczególne kontrowersje budzi zagadnienie mienia bezspadkowego. Uważamy też, że pełne rekompensaty byłyby zbytnim obciążeniem dla Polski. Jednakże uważamy zarazem, że nieuwzględnianie faktu utraty własności z powodu wymordowania całych rodzin w ramach wojennej Zagłady jest sprzeczne z poczuciem sprawiedliwości. (…) Nasze przygnębienie budzi fakt, że obecne reakcje w Polsce przekraczają granicę między protestowaniem we własnym interesie a całościową postawą antyżydowską. Uważamy, że jest to nie do przyjęcia i przywodzi na myśl najmniej chwalebne okresy relacji polsko-żydowskich”[10].

Mam w związku z tym dwa pytania do panów Ronalda S. Laudera i Gideona Taylora (przewodniczącego WJRO). Pytanie pierwsze jest takie, czy wiedzą co robią? Rozpoczynają mianowicie od początku drugą wojnę światową – wojnę rozpoczętą 1 września 1939 roku agresją Niemiec hitlerowskich na Polskę. Chcą w tej wojnie Polskę pokonać i obciążyć kontrybucjami za zbrodnie Niemiec hitlerowskich. Pytanie drugie jest takie, kto zapłaci za polski majątek narodowy utracony podczas drugiej wojny światowej i polską martyrologię? Bo nikt nie zapłacił. Nikt do dzisiaj nie zapłacił za 38% majątku narodowego utraconego przez Polskę w wyniku agresji i okupacji III Rzeszy Niemieckiej i Związku Radzieckiego. Nikt nie zapłacił za zniszczony przemysł, zniszczone i zrabowane dobra kultury. Nikt nie zapłacił za starte z powierzchni ziemi miasta z Warszawą na czele. Nikt nie zapłacił za ekspedycje karne policji niemieckiej, w wyniku których zostało spalonych i wymordowanych ponad 800 wsi polskich. Kto zapłaci za spalonych żywcem Polaków oraz ich mienie w takich miejscowościach jak Michniów, Sochy, Ochotnica Dolna, Józefów Duży, Krasowo-Częstki, Aleksandrów, że wymienię najbardziej znane?

Kto zapłaci za rzeź Woli i Ochoty podczas powstania warszawskiego, za dziesiątki tysięcy wymordowanych przez Niemców w wyniku Intelligenzaktion polskich prawników, lekarzy, inżynierów, nauczycieli, księży i ziemian? Kto zapłaci za wymordowanych przez Niemców profesorów lwowskich? Za spalone uniwersytety i szkoły? Kto zapłaci za setki tysięcy Polaków wypędzonych z ziem wcielonych do Rzeszy i ich mienie, które przejęli koloniści niemieccy? Kto zapłaci za cierpienia i mienie Polaków wysiedlonych przez okupanta niemieckiego z Zamojszczyzny? Kto zapłaci za męczeństwo 400 tys. Polaków deportowanych do niemieckich obozów koncentracyjnych, za męczeństwo polskich więźniów Pawiaka, Radogoszcza, Fortu VII, Potulic, Montelupich, Krzesławic, zamku lubelskiego? Kto zapłaci za mienie i dziedzictwo kulturalne pozostawione przez Polskę na odebranych jej w wyniku decyzji USA, Wielkiej Brytanii i ZSRR Kresach Wschodnich? Kto zapłaci za ludobójstwo dokonane na Polakach z Kresów Wschodnich przez nacjonalistów ukraińskich? Kto zapłaci za wymordowanych w Katyniu, Charkowie, Twerze, Bykowni i Kuropatach? Kto zapłaci za męczeństwo 260 tys. Polaków deportowanych przez NKWD na Nieludzką Ziemię? Kto zapłaci za zamarznięte na śmierć podczas tych deportacji polskie dzieci i niemowlęta, których zwłoki konwojenci NKWD wyrzucali z bydlęcych wagonów i których nie miał kto pogrzebać?

Pan Gideon Taylor (przewodniczący WJRO) niejako odpowiedział na te pytania. W rozmowie z „Jewish Standard” stwierdził mianowicie, że „Narracje są potężnymi narzędziami zarówno dla krajów, jak i dla instytucji. (…) Polska jest zasadniczo jedynym krajem z dawnego bloku komunistycznego, który nie przeprowadził żadnych restytucji, i chociaż są tu jeszcze inne powody, to częściowo jest to związane z narodową narracją, według której Polska była ofiarą”[11]. Trzeba więc Polsce zmienić narrację, żeby z ofiary stała się sprawcą zbrodni niemieckich. Nad tym pracują od dawna pewni historycy i publicyści, których nazwisk wymieniał nie będę, a przynajmniej od przełomu lat 70. i 80. XX wieku pracuje się też nad tym w niektórych mediach zachodnich. Ostatnio narrację historyczną zmieniał Polsce czołowy polityk izraelski Jair Lapid, który w wywiadzie dla dziennikarza izraelskiego Nissana Tzura stwierdził, że „Polacy współpracowali przy tworzeniu i prowadzeniu obozów zagłady, Polacy wydawali Żydów Niemcom i tym samym wysyłali ich na śmierć. (…) Nie przypadkiem hitlerowcy stworzyli swoje centrum zagłady w Polsce. Wiedzieli, że ludność polska im pomoże”[12].

O zmianę Polsce narracji historycznej zatroszczył się też ostatnio anonimowy redaktor anglojęzycznej Wikipedii, który zamieścił nową edycję hasła dotyczącego kolaboracji Żydów z Niemcami hitlerowskimi podczas drugiej wojny światowej. Zmienił po prostu narodowość kolaborantów z żydowskiej na polską. I tak oto Chaim Mordechaj Rumkowski (1877-1944) – jeden z najgroźniejszych kolaborantów żydowskich w okupowanej przez III Rzeszę Polsce, „król” getta łódzkiego i współsprawca zagłady własnego narodu – stał się Polakiem. Anglojęzyczny czytelnik Wikipedii dowie się teraz, że to nie Żyd-kolaborant Rumkowski, ale Polak Rumkowski wysyłał transporty Żydów z getta łódzkiego do obozu zagłady (oczywiście „polskiego”) w Chełmnie nad Nerem. Również Mojżesz Merin (1905-1943) – groźny kolaborant działający jako przewodniczący Centrali Żydowskich Rad Starszych na Wschodnim Górnym Śląsku – stał się w anglojęzycznej Wikipedii Polakiem[13].

Czy następnym zabiegiem redaktora anglojęzycznej Wikipedii będzie zamieszczenie informacji, że Adolf Hitler był Polakiem, a III Rzesza Niemiecka państwem polskim?

Mam jeszcze pytanie do amerykańskiego establishmentu politycznego z Donaldem Trumpem na czele. Mianowicie, dlaczego administracja USA dopiero teraz zatroszczyła się o życie i mienie Żydów polskich? Dlaczego nie uczyniła tego podczas drugiej wojny światowej? Fakty historyczne są bowiem w tej sprawie bezlitosne.

28 lipca 1943 roku emisariusz Polski Podziemnej Jan Karski został przyjęty przez prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta. Karski przekazał mu dramatyczną prośbę polskich Żydów o ratunek. Proponował wystosowanie ultimatum wielkich mocarstw wobec Niemiec, że jeżeli nie zaprzestaną mordu na Żydach, zbombardowane zostaną ich miasta. Proponował też zbombardowanie linii kolejowych do obozów zagłady lub dostarczanie broni, pieniędzy oraz paszportów partyzantom i uciekającym przed zagładą Żydom. Podczas tego spotkania w pewnym momencie prezydent Roosevelt przerwał polskiemu emisariuszowi i powiedział: „Policzymy się z Niemcami po wojnie. Panie Karski, proszę mnie ewentualnie wyprowadzić z błędu, ale czy Polska jest krajem rolniczym? Czy nie potrzebujecie koni do uprawy waszej ziemi?”. Jan Karski spotkał się w USA z wieloma wybitnymi osobistościami, takimi jak Felix Frankfurter, Cordell Hull, William Joseph Donovan, Samuel Stritch czy Stephen Wise. Przedstawiał swój „raport” wszędzie, gdzie udało mu się dotrzeć – politykom, biskupom, przedstawicielom mediów i przemysłu filmowego z Hollywood oraz artystom. Wyuczył się go na pamięć i potrafił streścić w 18 minut. Jednak nigdzie nie znalazł zainteresowania dokonywaną w tym czasie przez III Rzeszę Niemiecką zagładą Żydów europejskich.

Zainteresowanie tym tematem powstało w USA dopiero ponad 35 lat wojnie – na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Od tamtego czasu w mediach i kulturze masowej tego kraju na głównego winowajcę zagłady Żydów podczas drugiej wojny światowej zaczęto lansować Polskę i Polaków. Od początku lat 90. XX wieku dodano do tego narrację o „mieniu ery Holokaustu”, które miała przywłaszczyć sobie Polska.

Niestety, ale przyjęcie przez USA Act 447 i posunięcie się wraz z Izraelem do dyktatu wobec Polski w sprawie zaspokojenia bezprawnych roszczeń WJRO ma charakter wspierania obcej agresji wobec państwa polskiego. Agresji realizowanej środkami niemilitarnymi, ale przypominającej niektóre cechy wojny hybrydowej. Rodzi się w związku z tym pytanie o wartość i charakter sojuszu Polski z USA, na którym po 1989 roku oparto całą polską strategię geopolityczną. Powiem wprost: czy ten sojusz ma taki sam charakter jak relacje polsko-rosyjskie za panowania Katarzyny II albo przymierze polsko-pruskie z 1790 roku?

Odrębnym zagadnieniem jest brak właściwej reakcji obozu postsolidarnościowego na tę agresję, która była przecież przygotowywana od lat 90. XX wieku. Nie można uciec od pytania, po co i dlaczego rząd Donalda Tuska podpisał 30 czerwca 2009 roku Deklarację Terezińską, na którą jako podstawę prawną powołuje się Act 447? Nie można uciec od pytania o przyczynę braku solidarności polityków PO z zacytowaną powyżej wypowiedzią premiera Morawieckiego.

Nie można nie zauważyć, że aż do lutego 2019 roku PiS negował publicznie zagrożenie płynące z Act 447. Uprawnione jest też przypuszczenie, że PiS szuka możliwości realizacji roszczeń WJRO poprzez uzyskanie odszkodowań wojennych od Niemiec i dlatego od 2016 roku władze polskie występują z tą kwestią wobec rządu w Berlinie. Jest to ogromny błąd polityczny. Dlaczego – wyjaśnił prof. Bronisław Łagowski. Oto fragment jego wypowiedzi: „Takie żądanie 74 lata po wojnie jest aktem nieprzyjaznym i to wobec kogo? Wobec najbliższego sąsiada, alianta (na wypadek wojny) i kraju, od którego dobrej woli jest Polska zależna w wielu kwestiach i z którym powiązana jest gospodarczo. Tych żądań nie da się ukryć przed społeczeństwem niemieckim, przed ludnością niemiecką. Nie trzeba tłumaczyć, jak to usposobi Niemców do Polaków i jak te pogorszone stosunki wpłyną na moralną spójność NATO i UE. Rząd, który z palcem na ustach odnosi się do Ukrainy, od której w najmniejszym stopniu na razie nie zależy, występuje z bezczelnymi żądaniami wobec potężnego sąsiada, którego życzliwość będzie Polsce w różnych sytuacjach niezbędna i który prowadzi w stosunku do nas wiarygodną politykę pojednania. (…) Żądanie odszkodowań wojennych przez PiS nie pojawia się po raz pierwszy. Poprzednim razem wiceprzewodniczący PO poseł Neumann krzyknął na rząd, że jest połowiczny w swoich roszczeniach, bo nie domaga się odszkodowań od Rosji”[14].

Politycy postsolidarnościowi zamiast zdecydowanie i bez wchodzenia w żadne negocjacje odrzucić roszczenia World Jewish Restitution Organization oraz dyktat USA i Izraela w tej sprawie, zamiast zabiegać o wsparcie RFN jako następcy prawnego III Rzeszy Niemieckiej, pogarszają stosunki z tym państwem. PiS chce reparacji wojennych od Niemiec, a PO od Rosji. Po co? Nietrudno domyśleć się, że po to, żeby zaspokoić roszczenia WJRO. Jest to krok komplikujący relacje z dwoma poważnymi sąsiadami i skazujący Polskę na izolację polityczną wobec dyktatu Act 447. Przypomnę, że gdy 27 stycznia 2018 roku Izrael i USA zaatakowały nowelizację ustawy o IPN, co spowodowało po kilku miesiącach wycofanie się rządu PiS z tej nowelizacji, kanclerz Angela Merkel oświadczyła, że Niemcy ponoszą wyłączną odpowiedzialność za Holokaust i to samo powiedział jej ambasador w Warszawie[15]. Natomiast Rosja wtedy wręcz poparła nowelizację ustawy o IPN w części dotyczącej negowania zbrodni nacjonalizmu ukraińskiego[16].

To był jasny sygnał ze strony Berlina i Moskwy, że są gotowe poprzeć Polskę w jej konflikcie ze stroną izraelsko-żydowsko-amerykańską. Oczywiście pod warunkiem rozluźnienia „strategicznego sojuszu” z USA i racjonalizacji polskiej polityki zagranicznej. Tematu tego w Warszawie nikt nie podjął. Pojednanie i utrzymywanie dobrych stosunków z Niemcami i Rosją jest polską racją stanu. Tego jednakże postsolidarnościowi politycy nie rozumieją, przedkładając ponad wszystko swój egzotyczny sojusz z USA i mrzonki o Trójmorzu. Zamiast twardo dać do zrozumienia USA, Izraelowi i WJRO, że Act 447 jest próbą kontynuowania drugiej wojny światowej przeciwko Polsce i poradzić im, żeby nie otwierali puszki Pandory, sami chcą otwierać puszkę Pandory w stosunkach z Niemcami i Rosją. Spostrzeżenie prof. Łagowskiego, że żądanie reparacji wojennych od Niemiec zostanie tam odebrane jako akt wrogi zostało ostatnio potwierdzone w publikacji „Die Welt”[17].

Jest jeszcze jedna kwestia związana z dyktatem w sprawie Act 447, najważniejsza. Ten dyktat wynika z jednej strony z przyjętego po 1989 roku charakteru stosunków z USA, a z drugiej strony z przyjętej wtedy polityki historycznej i w związku z tym jest klęską na własne życzenie. Gdyby po 1989 roku nie przyjęto skrajnie antykomunistycznej narracji historycznej, która doprowadziła do daleko idącej dyskredytacji i delegalizacji PRL, z tezą o „sowieckiej okupacji” na czele, to dzisiaj prawdopodobnie byłoby o wiele łatwiej walczyć z dyktatem Act 447. Może nawet nikt nie wysuwałby jakichkolwiek roszczeń. Ponadto obecne działania WJRO byłyby utrudnione, albo wręcz niemożliwe, gdyby w Polsce po 1989 roku nie atakowano z niesamowitą zaciekłością stanu prawnego pozostawionego przez PRL w kwestiach własnościowych, gdyby nie występowano z nieodpowiedzialnymi inicjatywami „reprywatyzacji” majątku komunalnego, gdyby nie ulegano dyktatowi Banku Światowego w sprawie „prywatyzacji”, czyli likwidacji całych gałęzi przemysłu, gdyby nie prowadzono nieodpowiedzialnej i jednostronnej polityki zagranicznej.

Sprzeciw wobec Act 447 – z jakim ostro wystąpiła podczas kampanii do Parlamentu Europejskiego radyklana prawica – nie ma żadnego sensu bez uznania legalności Polski Ludowej i obrony tej legalności. Bez zajęcia stanowiska, że Deklaracja Terezińska godzi w ciągłość prawną państwa polskiego. Ale na to braunowcy, korwinowcy i narodowocy nigdy się nie zgodzą, tak samo jak pisowcy. Sprzeciw ten wymagałby też przyznania, że delegitymizująca PRL polityka historyczna była i jest ogromnym błędem i musi zostać porzucona raz na zawsze. Jednakże na taki krok nie pójdą czciciele „żołnierzy wyklętych” zarówno z Ruchu Narodowego i „Najwyższego Czasu”, jak i z PiS i PO. Tym pierwszym zostaje zatem narracja o spisku żydowskim, która z punktu widzenia taktyki politycznej Izraela i World Jewish Restitution Organization jest bardzo korzystna. Uwiarygodnia bowiem tezę o nieuleczalnym polskim antysemityzmie – bardzo przydatną przy próbie realizacji roszczeń.

[1] Mosbacher: w ustawie 447 nie ma nic, czego można się obawiać, http://www.tvp.info, 15.05.2019.

[2] Amerykańska ambasador kwestionuje umowę indeminizacyjną z Polską z 1960 roku. Po raz pierwszy pada słowo „sankcje”, http://www.nczas.com, 15.05.2019.

[3] W Izbie Lordów nazwano Polskę „bezczelnym przestępcą”, który „rozsiadł się” na żydowskim mieniu, http://www.kresy.pl, 15.05.2019.

[4] Izraelska minister wprost o przejęciu polskiego mienia: „Antysemickie elementy nie powstrzymają nas przed spełnieniem tego obowiązku”, http://www.nczas.com, 13.05.2019.

[5] No U.S. Military Base for Poland Until It Pays for Holocaust Victims, http://www.freebeacon.com, 15.05.2019.

[6] Amerykańskie media: budowa Fortu Trump uzależniona od kwestii roszczeń żydowskich, http://www.onet.pl, 16.05.2019.

[7] Obrzydliwy atak na Polskę w „Jerusalem Post”. Premier przedstawiony jako nacjonalista odpowiedzialny za wzmacnianie antysemityzmu, http://www.wpolityce.pl, 16.05.2019.

[8] Wiceminister spraw zagranicznych Izraela o wypowiedzi Morawieckiego: „antysemicka i nieakceptowalna”, http://www.gazeta.pl, 20.05.2019.

[9] Światowy Kongres Żydów o słowach Morawieckiego: naganne, http://www.rp.pl, 21.05.2019; Mateusz Morawiecki mówi o „pośmiertnym zwycięstwie Hitlera”. Reakcja Światowego Kongresu Żydów, http://www.gazeta.pl, 21.05.2019.

[10] Oświadczenie: Wierzymy we wspólnotę polskich chrześcijan i Żydów, http://www.gazeta.pl, 15.05.2019.

[11] Gideon Taylor: To błąd, że Polskę traktuje się jak ofiarę II wojny światowej, http://www.fronda.pl, 10.05.2019.

[12] Izraelski polityk oskarżył Polaków o stworzenie obozów zagłady wspólnie z Niemcami, http://www.kresy.pl, 10.05.2019.

[13] Anglojęzyczna Wikipedia usuwa wzmianki o żydowskim pochodzeniu nazistowskich kolaborantów, http://www.kresy.pl, 23.05.2019.

[14] B. Łagowski, Polskie porachunki z sąsiadami, „Przegląd” nr 20/2019, 13.05.2019.

[15] Angela Merkel: Odpowiedzialność za Holokaust ponoszą Niemcy, http://www.polskatimes.pl, 10.02.2018.

[16] Odsiecz dla Polski w sprawie ustawy o IPN przybyła ze Wschodu. Nie są to jednak oczekiwani sojusznicy, http://www.natemat.pl, 2.02.2018.

[17] „Die Welt”: Przez reparacje Polacy mogą stracić możliwość zarobkowania w RFN, http://www.rmf24.pl, 21.05.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 czerwca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 23-24 (2243/2244), 2-9.06.2019, s. 8;

„Myśl Polska” nr 25-26 (2245/2246), 16-23.06.2019, s. 8

Przemilczana rocznica zbrodni w Odessie

2 maja minęła rocznica, o której nie wspomniano w polskich mediach głównego nurtu – piąta rocznica zbrodni w Odessie. Jak napisał red. Krzysztof Podgórski na Facebooku: „Zbrodnia w Odessie – 5 lat nie wykryto, nie ukarano sprawców. 5 lat temu jako jedyny polski dziennikarz, na łamach Dziennika Trybuna, opisałem tę przerażającą zbrodnię. Środek Europy, Odessa i ukraińscy nacjonaliści i kibole palą żywcem 48 rosyjskojęzycznych mieszkańców – 2 maja 2014. W polskich mediach głównego nurtu to tabu. Ta zbrodnia kładzie się cieniem na współczesnej Ukrainie i kłaść się będzie dopóki winni nie zostaną wykryci i ukarani. Sankcji przeciwko Ukrainie nie było…”.

Ten komentarz w zupełności wystarczy. Nic do niego dodawać nie trzeba. Chyba tylko to, że zbrodnia w Odessie była jednym z dwóch aktów założycielskich pomajdanowej Ukrainy. Pierwszym była masakra na kijowskim Majdanie 20 lutego 2014 roku. Dzisiaj już wiemy, że prowokatorami i sprawcami tej masakry byli nacjonaliści ukraińscy, którzy w przewrocie politycznym na Ukrainie w 2014 roku odegrali kluczową rolę, a nie formacja milicyjna „Berkut”, jak podały wtedy polskie media.

Tragiczne zajścia w Odessie – tak samo jak secesja Krymu i Donbasu – stanowiły pokłosie przewrotu na Majdanie oraz pierwszych decyzji nowych władz ukraińskich wymierzonych w ludność rosyjskojęzyczną Ukrainy, w tym próby delegalizacji języka rosyjskiego. Zajścia zaczęły się od przemarszu bojówkarzy Prawego Sektora i klubu sportowego Metalist Charków, którzy przyjechali do Odessy autokarami z Kijowa i Charkowa, oraz bojówkarzy klubu sportowego Czornomoreć Odessa. W sumie około 2 tys. osób. Po zakończonym meczu zorganizowali oni wspólny marsz wznosząc nacjonalistyczne hasła. Zachowywali się agresywnie, byli uzbrojeni w pałki, noże, siekiery, tzw. koktajle Mołotowa, a także w broń palną. W tym czasie miała też miejsce manifestacja aktywistów tzw. Antymajdanu na Ołeksandrowskim prospekcie. Z kolei na placu Kulikowe Pole funkcjonowało tzw. miasteczko namiotowe Antymajdanu – czyli zwolenników federalizacji Ukrainy, sympatyzujących z proklamowanymi właśnie republikami ludowymi w Doniecku i Ługańsku.

Najpierw manifestacja Antymajdanu została zaatakowana o godz. 14:40 EET przez nieznanego mężczyznę. Następnie przemarsz nacjonalistów został zaatakowany przez osoby w czerwonych opaskach i ze znakami prorosyjskich sił separatystycznych. Zza kordonu milicji oraz z dachów budynków osoby te rzucały w nacjonalistów kamieniami i granatami hukowymi. Wyglądało to tak, że w odwecie za atak na manifestację Antymajdanu antymajdanowcy zaatakowali przemarsz nacjonalistów. Najprawdopodobniej była to jednak prowokacja, której okoliczności do dzisiaj nie wyjaśniono. Środowiska prorosyjskie zaprzeczają, że miały cokolwiek wspólnego z atakiem na przemarsz nacjonalistów. Ich zdaniem za atakiem tym stały ukraińskie służby specjalne, a odpowiedzialność za to i doprowadzenie do tragicznych zajść w Odessie ponosi Andrij Parubij – wówczas sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony, a obecnie przewodniczący Rady Najwyższej Ukrainy. W 1991 roku współtwórca nacjonalistycznej partii „Swoboda”, a po przewrocie z 2004 roku polityk Naszej Ukrainy Juszczenki i Batkiwszczyny Tymoszenko, jeden z przywódców „pomarańczowej rewolucji” z 2004 roku (jako komendant Ukraińskiego Domu) i puczu kijowskiego z 2013/2014 roku (jako komendant Euromajdanu i koordynator Samoobrony Majdanu).

Bojówkarze Prawego Sektora oraz klubów sportowych – będąc przekonani, że zostali zaatakowani przez antymajdanowców – ruszyli w kierunku placu Kulikowe Pole z zamiarem rozbicia miasteczka namiotowego Antymajdanu. Doszło do starć, w których zginęły cztery osoby. Antymajdanowcy nie mieli szans w starciu z wyszkolonymi wojskowo bojówkarzami Prawego Sektora, weteranami przewrotu w Kijowie. Zostali wyparci przez nacjonalistów wznoszących okrzyki „Sława Ukrainie, herojam sława” oraz „Sława nacji, śmierć wrogom”, pochodzące z repertuaru OUN i UPA. Schronili się następnie w Domu Związków Zawodowych. Coraz bardziej agresywni nacjonaliści spalili miasteczko namiotowe Antymajdanu i otoczyli budynek Domu Związków Zawodowych, w którym schroniło się około 200-300 osób, w tym kobiety i dzieci. Bojówkarze nacjonalistyczni wdarli się także i tam. Wiele osób ciężko pobili. Jedną z kobiet, będącą w siódmym miesiącu ciąży, pobili kijem i udusili kablem. Wieczorem bojówkarze podpalili budynek Domu Związków Zawodowych, używając do tego butelek z benzyną. Zachował się film, na którym widać młode kobiety, towarzyszące bojówkarzom nacjonalistycznym, rozlewające benzynę do butelek po piwie. Rzucający tymi butelkami nacjonaliści krzyczeli „Spalić Moskali”. Celowo podpalili główne wejście oraz pozostałe wejścia, aby uniemożliwić ofiarom wydostanie się z budynku.

Według relacji Jurija Kaurowa – jednego z osaczonych w budynku Domu Związków Zawodowych – ludzie, którzy próbowali uciec przez okna byli ostrzeliwani z broni krótkiej, a tłum krzyczał „Płońcie Rosjanie”. Strzelających do okien podpalonego budynku bojówkarzy można też obejrzeć na zachowanym filmie, dostępnym na kanale YouTube. Ludzie, którzy pomimo ostrzału wyskakiwali z okien byli bici lub zabijani. Akcja ratunkowa milicji, straży pożarnej i pogotowia ratunkowego była przez pewien czas blokowana przez bojówkarzy nacjonalistycznych, którzy zrywali węże strażackie i uniemożliwiali stawianie drabin.

Ogółem w tragicznych zajściach zginęło 48 osób, w tym 40 aktywistów Antymajdanu, a 214 osób odniosło rany. W pożarze budynku Domu Związków Zawodowych zginęły 42 osoby, z których 10 zginęło wyskakując z okien, a 32 osoby zmarły w wyniku poparzeń lub zatrucia tlenkiem węgla. Wśród ofiar było siedem kobiet i jeden nieletni.

Według Służby Bezpieczeństwa Ukrainy wśród aktywistów Antymajdanu mieli znajdować się Rosjanie i obywatele separatystycznego Naddniestrza, a zajścia w Odessie miały być koordynowane przez grupy dywersyjne z Rosji, które miał finansować obalony w wyniku przewrotu kijowskiego prezydent Wiktor Janukowycz. Taką lub zbliżoną narrację powielono też w większości polskich mediów. M.in. portal tvn24.pl zamieścił 3 maja 2014 roku informację pt. „SBU: zamieszki koordynowali Rosjanie, wśród uczestników separatyści z Naddniestrza”. Post ten wisi na portalu tvn24.pl do dzisiaj. Jest tam mowa o tym, że w zajściach w Odessie uczestniczyły „nielegalne ugrupowania zbrojne z Naddniestrza”, a zamieszki koordynowały „grupy dywersyjne z Federacji Rosyjskiej”. Dalej czytamy, że „W ocenie SBU starcia między prorosyjskimi separatystami a zwolennikami jedności Ukrainy zostały sfinansowane przez byłych członków rządu obalonego w lutym prezydenta Wiktora Janukowycza, b. wicepremiera Serhija Arbuzowa i b. ministra dochodów Ołeksandra Kłymenkę”. Następnie mamy informację o ataku „prorosyjskich demonstrantów” na „pochód zwolenników władz w Kijowie” i zaraz potem informację o „pożarze w siedzibie związków zawodowych”, który podobno „był sztabem sił prorosyjskich”. Nie wiadomo co to za pożar i jak do niego doszło. Materiał tvn24.pl kończą wywody niejakiego Dmytro Tymczuka z organizacji „Informacyjny Opór” na temat rzekomego przybycia do Naddniestrza licznych jednostek wojska rosyjskiego i specnazu GRU. Jest też mowa o tym, że „turyści Putina” planują zająć 9 maja 2014 roku budynki lokalnych organów władzy w Odessie. Materiał został wzbogacony o mapkę, na której można zobaczyć jak blisko Odessy znajduje się Naddniestrze (część Mołdawii, która w 1990 roku ogłosiła secesję, uznawana przez Abchazję i Osetię Południową).

Tragedia w Odessie pokazała oblicze współczesnego nacjonalizmu ukraińskiego. Na Zachodzie mało znane, ale w Polsce dobrze znane z przeszłości. Nacjonalizm nawiązujący do tradycji banderowskich, niezależnie od rzeczywistego poparcia społecznego, jest na Ukrainie olbrzymią siłą i po 2014 roku zdobył w tym państwie znaczące wpływy. Dopóki jego siła i wpływy nie znikną, Ukraina nigdy nie stanie się państwem normalnym.

W piątą rocznicę tragedii w Odessie uroczystości żałobne – nadzorowane przez służby podległe Ministerstwu Spraw Wewnętrznych Ukrainy – odbyły się tylko w tym mieście. Do dzisiaj władze Ukrainy nie spieszą się z wyjaśnieniem okoliczności tej zbrodni i ukaraniem jej sprawców. Nikt też w Unii Europejskiej tego od nich nie oczekuje. Jedynie działająca na Ukrainie misja monitoringowa praw człowieka ONZ skrytykowała władze w Kijowie za brak woli przeprowadzenia rzetelnego śledztwa.

„Misja monitoringowa do spraw praw człowieka z niepokojem odnotowuje, że władze nie zrobiły wszystkiego, co konieczne dla zapewnienia szybkiego, niezależnego i bezstronnego śledztwa w sprawie śmierci i morderstw, do których doszło podczas zajść z 2 maja 2014 roku oraz dla postępowania karnego związanego z tymi działaniami” – głosi oświadczenie misji ONZ, które zacytowała agencja Interfax-Ukraina. Misja zwróciła przede wszystkim uwagę na to, że pięć lat od zajść w Odessie nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności: „Niektóre śledztwa, zarejestrowane po tych tragicznych wydarzeniach, zatrzymały się na etapie postępowania przedprocesowego, inne na etapie postępowania procesowego, co pozwala przypuszczać, że ze strony władz nie ma realnego zainteresowania zapewnieniem sprawiedliwość ofiarom i pociągnięciem winnych do odpowiedzialności”.

Misja ONZ druzgocąco oceniła także postępowania, które toczą się w związku z tragicznymi zajściami Odessie i w których oskarżono prawie wyłącznie aktywistów Antymajdanu. „Spośród 29 osób, wobec których wysunięto oskarżenia w związku z wyżej wspomnianymi zajściami, 28 jest zwolennikami federalizacji (Ukrainy). W tym samym czasie policja nie ustaliła konkretnych osób odpowiedzialnych za pożar w Domu Związków Zawodowych” – podkreślono w raporcie misji ONZ[1].

Bohdan Piętka

Oświęcim, 9 maja 2019 r.

[1] ONZ krytykuje Kijów: Postępowanie w sprawie Odessy prowadzone jest wybiórczo, http://www.rmf24.pl, 2.05.2019.

Klęska giedroycizmu

31 marca i 21 kwietnia odbyły się wybory prezydenckie na Ukrainie. W obu turach przy wysokiej frekwencji wygrał je Wołodymyr Zełenski, uzyskując 30,24 % oraz 73,22 % głosów. Dotychczasowy prezydent Petro Proszenko dostał 15,95 % oraz 24,35 % głosów. Wysoką wygraną Zełenskiego od dawna zapowiadały sondaże przedwyborcze.

Nowy prezydent Ukrainy, który obejmie urząd na początku czerwca, do niedawna był postacią bardziej znaną w show-biznesie niż w polityce. Wiadomo, że za nim i jego bezideową partią Sługa Ludu stoi oligarcha Ihor Kołomojski – jeden z głównych inicjatorów i sponsorów przewrotu politycznego na Ukrainie z przełomu 2013/2014 roku, skonfliktowany z Poroszenką. Wybory prezydenckie na Ukrainie były zatem rywalizacją dwóch klanów oligarchicznych – Poroszenki i Kołomojskiego. Pod tym względem ich wynik nie zapowiada żadnej zasadniczej zmiany. W kraju tym, po upadku ZSRR, wykształcił się patologiczny ustrój oligarchiczny, przypominający stosunki panujące na ziemiach dzisiejszej Ukrainy w okresie Rzeczypospolitej Obojga Narodów (1569-1795). Faktyczna władza należała tam wówczas do tzw. „królewiąt kresowych”, czyli spolonizowanej ruskiej magnaterii. Wynik wyborów niczego też nie zmieni w położeniu geopolitycznym Ukrainy. Nadal pozostanie ona w euro-atlantyckiej strefie wpływów i nadal będzie traktowana przez skrajne kręgi polityczne w USA jako ważny czynnik politycznej destabilizacji obszaru poradzieckiego.

„Żydowski komik miażdżąco wygrywa ukraiński wyścig prezydencki” („Jewish comedian Zelenskiy wins Ukrainian presidential race by landslide”) – skomentował wybór Zełenskiego izraelski dziennik „The Jerusalem Post”. Na jeszcze bardziej dosadny komentarz pozwolił sobie Eduard Dolinski – dyrektor generalny Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego – który stwierdził, że „Ukraina to jedyny kraj na świecie, oprócz Izraela, w którym prezydent i premier (Wołodymyr Hrojsman – uzup. BP) mają żydowskie pochodzenie”. Także więc i tutaj mamy do czynienia z kontynuacją i wzmocnieniem pewnych tendencji politycznych zapoczątkowanych na Ukrainie po przewrocie w 2014 roku.

Jednakże pomimo to wynik ukraińskich wyborów prezydenckich jest przełomem politycznym. Należy bowiem zastanowić się czym jest przegrana Petro Poroszenki.

Ukraińscy wyborcy opowiadając się tak zdecydowanie przeciwko Poroszence opowiedzieli się przeciwko temu wszystkiemu co Poroszenko sobą symbolizował – przeciągającemu się konfliktowi w Donbasie (rezultat przewrotu politycznego z 2014 roku), korupcji, biedzie, masowej emigracji, rozpadowi gospodarki. Przede wszystkim pokazali czerwoną kartkę skupionej wokół Poroszenki „partii wojny” – wspieranej przez Waszyngton i skrajne siły nacjonalistyczne na Ukrainie. Nie można na dzień dzisiejszy stanowczo stwierdzić, że Zełenski nie wpadnie w sidła „partii wojny”, jednakże zadeklarował on wolę wznowienia rozmów pokojowych w ramach formatu normandzkiego (Ukraina, Rosja, Niemcy, Francja) oraz w ramach procesu mińskiego (OBWE, Ukraina, Rosja). Zapowiedział też „wojnę informacyjną” na rzecz wstrzymania walk w Donbasie. Zełenski wygrał właśnie dlatego, że złożył takie deklaracje. Ukraińcy chcą pokoju z Rosją, nie wojny. Jeśli zatem Zełenski wejdzie w buty „partii wojny”, szybko straci ich poparcie.

W drugiej turze wyborów Poroszenko wygrał tylko w obwodzie lwowskim (w pierwszej turze – także w iwanofrankiwskim i tarnopolskim). Te trzy obwody dawnej Galicji Wschodniej – należącej przed 1939 rokiem do II RP – stanowią dzisiaj twierdzę odrodzonego nacjonalizmu ukraińskiego. Okazało się, że neobanderowcy byli jedynym elektoratem Poroszenki, który wspierał odrodzenie nacjonalizmu ukraińskiego, bazował na poparciu większości środowisk szowinistycznych, rehabilitował szowinizm ukraiński w ramach swojej polityki historycznej oraz budował na takim podłożu tożsamość państwowo-narodową pomajdanowej Ukrainy. W drugiej turze okazało się, że poparcie dla Poroszenki słabnie także wśród neobanderowców. Zełenski nie tylko wygrał w obwodach iwanofrankiwskim (w II RP województwie stanisławowskim) i tarnopolskim, ale nawet w rodzinnej wsi Stepana Bandery – Uhrynowie Starym koło Stanisławowa (obecnie Iwano-Frankiwsk), gdzie uzyskał 59 % głosów.

Podczas kampanii wyborczej Zełenski wypowiadał się w sposób ostrożny na temat nacjonalizmu ukraińskiego. Stwierdził m.in., że akceptuje fakt gloryfikowania Bandery we Lwowie. Warto przypomnieć, że obalony w 2014 roku Wiktor Janukowycz też akceptował ten fakt. Nie można zatem z całą pewnością powiedzieć, że pod rządami Zełenskiego znikną z życia publicznego Ukrainy Parubije i Wiatrowycze. Być może jednak nastąpi osłabienie ich wpływów. Większość Ukraińców głosując na Zełenskiego zamanifestowała bowiem swój sprzeciw wobec renesansu nacjonalizmu ukraińskiego i polityki nacjonalistycznej. Okazało się, że pomimo intensywnej banderyzacji w latach 2004-2010 oraz po 2014 roku większość Ukraińców odrzuca ideologię wywodzącą się wprost z faszyzmu oraz gloryfikację OUN i UPA, które uprawiały kolaborację z Niemcami hitlerowskimi i odpowiadają za zbrodnie o charakterze ludobójstwa, popełnione przecież także na Ukraińcach.

25 kwietnia parlament ukraiński przyjął w drugim czytaniu ustawę o języku ukraińskim jako jedynym języku państwowym. Przygotowana przez administrację Poroszenki ustawa o „totalnej ukrainizacji” w kraju, gdzie co najmniej 30 % ludności posługuje się językiem rosyjskim jako ojczystym, także była jedną z przyczyn jego klęski. Idąca w takim kierunku polityka była zresztą główną przyczyną odpadnięcia od Ukrainy w 2014 roku Krymu i Donbasu. Zdumiewa, że Poroszenko nie wyciągnął z tego żadnych wniosków. Być może uwierzył we własną propagandę o „rosyjskim spisku” i „rosyjskiej agresji”. Zełenski, który sam posługuje się językiem rosyjskim, a po ukraińsku nie mówi płynnie, stwierdził, że popiera status ukraińskiego jako jedynego języka państwowego. Jednocześnie zasugerował, że ustawa o „totalnej ukrainizacji” nie konsoliduje społeczeństwa i zapowiedział przeprowadzenie jej „rzetelnej analizy”.

Porażka Poroszenki jest wreszcie druzgocącą klęską polskiej polityki wschodniej opartej na mrzonkach giedroycizmu. Tej polityki, która nakazywała PiS i PO wspierać Poroszenkę za wszelką cenę, pomimo prowadzenia przez niego radykalnie antypolskiej polityki historycznej. Tej polityki, w imię której usłyszeliśmy od pana Wóycickiego, że Roman Szuchewycz powinien być dla Polaków „postacią o cechach bohatera”. Tej polityki, w imię której usłyszeliśmy od pana Żurawskiego vel Grajewskiego, że Stepan Bandera jest odpowiedzialny za śmierć rzekomo tylko jednego Polaka. Tej polityki, w imię której usłyszeliśmy od pana Sakiewicza, że „lepsza Ukraina banderowska niż sowiecka”. Tej polityki, która kazała PiS i PO nie tylko tolerować, ale wspierać renesans banderowski na Ukrainie w imię kreowania antyrosyjskiej Ukrainy. Tej polityki, która kazała PiS i PO wspierać szemraną Fundację Otwarty Dialog. Tej polityki, która w miejsce realiów wstawiała fantasmagorie o Międzymorzu vel Trójmorzu, krzewione latami przez „Gazetę Polską”, Klub Jagielloński itp. środowiska. Większość Ukraińców głosując na Zełenskiego powiedziała PiS i PO, że nie chce antyrosyjskiej Ukrainy opartej na fundamencie neobanderowkim.

Tak jak w 2010 roku klęską polityki giedroycizmu okazał się Juszczenko, tak teraz okazał się nią Poroszenko. Z faktu tego należałoby w Warszawie wyciągnąć wnioski, ale na razie nie ma ich kto wyciągnąć. W gratulacjach, jakie złożył Zełenskiemu prezydent Duda znalazło się zapewnienie, że „Polska jest gotowa do dalszej wszechstronnej pomocy Ukrainie w sferze bezpieczeństwa (tzn. kontynuowania wojny w Donbasie – BP) i reform państwowych”. Z kolei były minister Waszczykowski napisał, że nowy prezydent Ukrainy „to czysta karta polityczna jak się wydaje. Oby jak najszybciej została zapisana w Polsce zanim zaczną go urabiać Rosjanie przeciw nam i Europie”. Te dwie wypowiedzi świadczą o tym, że „klasa polityczna” III RP nie rozumie faktu klęski swojej polityki na kierunku ukraińskim. Polska jest najbardziej uzależnionym od USA ogniwem obozu atlantyckiego i de facto realizuje na kierunku wschodnim politykę amerykańską, a nie własną. Realizuje ją jednak w sposób skrajnie przesadny, dodając do tego radykalne elementy dawno przebrzmiałej mitomanii polskiej mocarstwowości. Klęska giedroycizmu jest faktem już od dłuższego czasu i dalsze brnięcie w jego koleiny skazuje „politykę wschodnią” POPiS na izolację w Europie.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 1 maja 2019 r.

„Myśl Polska” nr 19-20 (2239/2240), 5-12.05.2019, s. 4

Nowa odsłona dramatu Libii

„Prorosyjski generał prze na stolicę. Stany Zjednoczone »głęboko zaniepokojone« – taki nagłówek zamieścił 8 kwietnia tvn24.pl. Żeby nikt nie miał wątpliwości, że ów generał jest „prorosyjski”, pokazano też jego zdjęcie w rosyjskiej czapce uszance. Notabene zupełnie nieprzydatnej w klimacie podzwrotnikowym. „Stany Zjednoczone są »głęboko zaniepokojone« walkami w pobliżu Trypolisu i wzywają do natychmiastowego zakończenia ofensywy tzw. Libijskiej Armii Narodowej dowodzonej przez generała Cahlifę Haftara” – zacytował sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo tvn24.pl. Dalej wyjaśniono, że „Libijska Armia Narodowa, dowodzona przez prorosyjskiego generała Haftara, w ubiegły czwartek ruszyła na Trypolis. Przejęła kontrolę m.in. nad miastem Gharjan ok. 70 km na południe od stolicy, po czym wdała się w walki z wojskami rządowymi na terenach wiejskich w pobliżu Trypolisu. Od czwartku w starciach zginęły co najmniej 23 osoby. W obliczu eskalacji walk w Libii Rada Bezpieczeństwa ONZ zaapelowała do Haftara o zaprzestanie zbrojnego marszu na Trypolis. O natychmiastowe uspokojenie sytuacji w Libii zaapelowały we wspólnym oświadczeniu USA, Wielka Brytania, Włochy oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie”.

Nie mniej dramatyczny nagłówek zamieścił 6 kwietnia dziennik.pl: „Prorosyjski generał ruszył na Trypolis. Moskwa ostrzega inne państwa przed interwencją w Libii”. Dowiadujemy się, że przebywający z wizytą w Kairze szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow „wezwał w sobotę wszystkie strony konfliktu w Libii do znalezienia porozumienia. Ostrzegł przed ingerowaniem zagranicznych sił w sprawy libijskie. (…) Pogrążona w chaosie po obaleniu dyktatury Muammara Kadafiego w 2011 roku Libia jest rozdarta między dwoma rywalizującymi ośrodkami władzy: na zachodzie jest rząd jedności narodowej Mustafy as-Saradża [właśc. Fajiz as-Sarradż – BP] ustanowiony w 2015 roku w Trypolisie i popierany przez społeczność międzynarodową, a na wschodzie – rząd Libijskiej Armii Narodowej w Bengazi, którego szefem ogłosił się Haftar”.

I na koniec wyborcza.pl z 7 kwietnia: „Wojna domowa w Libii. Wspierany po cichu przez Rosję generał Chalifa Haftar wyruszył na Trypolis”. Czytamy: „Armia kierowana przez najsilniejszego watażkę ze wschodu Libii próbuje zdobyć Trypolis i obalić rząd uznawany przez ONZ. Z rejonu walk uciekło już 2,8 tys. ludzi. W czwartek gen. Chalifa Haftar wydał rozkaz swojej Libijskiej Armii Narodowej, by zajęła stolicę. Według ostatnich doniesień z frontu oddziały Haftara zajmują kolejne miasta wzdłuż szosy do Trypolisu i zbliżyły się nawet na 20 km od rogatek miasta. W sobotę pochwaliły się zajęciem lotniska międzynarodowego, choć rząd w Trypolisie przekonuje, że odparł atak. Trypolis łatwo się nie podda. Na pomoc tamtejszemu rządowi ruszyła wprawiona w bojach milicja z Misraty. Obie strony dokonują nalotów”.

Co się stało? Skąd ten dramatyczny ton w mediach „głównego nurtu”? Dlaczego Chalifa Haftar – tytułowany przez te media „generałem”, chociaż sam tytułuje się „marszałkiem polnym” – stał się nagle „prorosyjski”? Przecież od 1987 roku był proamerykański i w 2011 roku z woli CIA obalał Muammara Kadafiego. Na pierwszy rzut oka Chalifa Haftar jest człowiekiem nieskromnym. O ile Kadafi po przewrocie z 1969 roku awansował się z kapitana na pułkownika i przy tym stopniu pozostał do śmierci, to Haftar – który zakończył w 1987 roku służbę w armii Kadafiego jako pułkownik – po przerzuceniu go przez CIA do Libii w 2011 roku zaczął się tytułować generałem porucznikiem, a na koniec marszałkiem polnym Libijskiej Armii Narodowej. Drugą jego cechą wydaje się skłonność do koniunkturalnej zmiany frontu.

Chalifa Haftar urodził się w 1943 roku. Uczestniczył w przewrocie wojskowym, który został dokonany 1 września 1969 roku przez grupę młodych oficerów skupionych wokół Muammara Kadafiego i który stanowił faktyczne odzyskanie niepodległości przez Libię. Potem brał udział w wojnie Jom Kippur (6-26.10.1973), czyli wojnie koalicji państw arabskich pod przewodnictwem Egiptu i Syrii z Izraelem. Służył wiernie Kadafiemu do 1987 roku, kiedy wraz z 700 swoimi żołnierzami został wzięty do niewoli przez wojska Czadu. Haftar jako pułkownik dowodził siłami libijskimi w wojnie z Czadem (tzw. „wojna toyot”, 16.12.1986-11.09.1987), która zakończyła się dla Libii sromotną porażką. Po dostaniu się do niewoli zaoferował swoje usługi służbom specjalnym Czadu i USA. Przerzucono go wraz grupą oficerów libijskich najpierw do ówczesnego Zairu, a potem do Kenii. Tam utworzyli Narodowy Front Ocalenia Libii, którego zbrojnym ramieniem została Libijska Armia Narodowa pod dowództwem Haftara. Ich celem miał być udział u boku USA w obaleniu Kadafiego. Stało się to możliwe dopiero w 2011 roku.

W tym miejscu trzeba wyjaśnić dlaczego Kadafi został wrogiem USA. Po przewrocie z 1969 roku z Libii usunięto obce bazy wojskowe i znacjonalizowano przemysł naftowy, który stał się kołem napędowym gospodarki. Dochody z eksploatacji ropy naftowej i innych bogactw naturalnych umożliwiły Kadafiemu stworzenie egalitarnego systemu społecznego. Libijczycy cieszyli się szerokim katalogiem praw socjalnych. Należały do nich: bezpłatne użytkowanie wody i energii elektrycznej przez wszystkich obywateli, brak oprocentowania pożyczek (banki zostały znacjonalizowane, a Kadafi zakazał lichwy), dotowanie przez państwo mieszkań dla młodych małżeństw, wysoka wyprawka dla dziecka oraz bezpłatna edukacja i opieka zdrowotna. Państwo dotowało nie tylko artykuły dziecięce, żywność i ceny benzyny, ale nawet zakupy przez obywateli samochodów i dóbr luksusowych. Pokrywało też koszty leczenia obywateli za granicą i fundowało studentom stypendia zagraniczne. Libia przestała być krajem analfabetów – co czwarty obywatel miał wyższe wykształcenie, niejednokrotnie zdobyte za granicą. Wprowadzono pełne równouprawnienie kobiet (zlikwidowane po „demokratycznym” przewrocie z 2011 roku). Ponadto Kadafi przeprowadził największy na świecie projekt irygacyjny oraz zbudował nowoczesną infrastrukturę miejską i komunikacyjną.

To nie podobało się Zachodowi, jednak uznanie Kadafiego za „tyrana” i wroga „wolnego świata” spowodowała dopiero jego polityka zagraniczna – silnie antyamerykańska i antyizraelska. W okresie „zimnej wojny” Libia razem z Jugosławią tworzyła tzw. Ruch Państw Niezaangażowanych, utrzymując równocześnie ożywione kontakty polityczne i gospodarcze z blokiem radzieckim. Kadafi wspierał ruchy antykolonialne i narodowowyzwoleńcze w Afryce, Ameryce Łacińskiej oraz w Europie (IRA i ETA). Działał na rzecz jedności arabskiej. Przede wszystkim jednak popierał Organizację Wyzwolenia Palestyny i różne inne palestyńskie formacje zbrojne. To z tego powodu, już dekadę przed zamachem nad Lockerbie, przywódca Libii został uznany za „światowego terrorystę”. Kadafi nie krył swojej niechęci do Izraela, występując wielokrotnie z oryginalnymi pomysłami przeniesienia państwa żydowskiego na Alaskę lub do Kalifornii.

Dlatego Ronald Reagan, rozpoczynając w 1981 roku światową „krucjatę przeciw komunizmowi”, rozpoczął także brutalną kampanię przeciw Libii. Kulminacją trwających od 1981 roku prowokacji i incydentów zbrojnych był atak powietrzny na Libię, przeprowadzony przez USA przy poparciu Wielkiej Brytanii 15 kwietnia 1986 roku. Do walki z Kadafim Waszyngton zaangażował też dyktatora Czadu Hisséne Habré, który w związku z tym w przekazie propagandy amerykańskiej stał się nawet „demokratycznym przywódcą”. Stąd wspomniana „wojna toyot”. Odwetem ze strony Libii był zamach terrorystyczny na samolot linii Pan Am nad Lockerbie 21 grudnia 1988 roku.

Koniec „zimnej wojny” przyniósł stopniową deeskalację i normalizację stosunków pomiędzy Libią a Zachodem. Dlatego Chalifa Haftar i jego ludzie zostali w 1990 roku wycofani z Kenii do USA. Na razie byli niepotrzebni. Kadafi nie zrezygnował jednak z prowadzenia samodzielnej polityki, w tym bezkompromisowej krytyki USA i Izraela, przez co ponownie stał się wrogiem „wolnego świata”. Przypomniano sobie wtedy w Waszyngtonie o Haftarze. W 1996 roku CIA przerzuciła go po raz pierwszy do wschodniej Libii, gdzie organizował nieudaną rebelię przeciw Kadafiemu.

W odpowiedzi na to Kadafi nawiązał bliskie stosunki z Chinami oraz zrezygnował z panarabizmu na rzecz panafrykanizmu. Libia została członkiem-założycielem Wspólnoty Państw Sahelu i Sahary (1999) i Unii Afrykańskiej (2002). W czerwcu 2005 roku przystąpiła też do Wspólnego Rynku Afryki Północnej i Południowej (COMESA). Działania te podważały m.in. rozwijaną przez Francję koncepcją tzw. Unii Śródziemnomorskiej. Oprócz tego na forum Unii Afrykańskiej przywódca Libii wystąpił z inicjatywą wprowadzenia międzynarodowej waluty – opartej na libijskich rezerwach złota – do rozliczeń na rynku ropy. Ta złota waluta miała obowiązywać początkowo na obszarze Afryki Północnej i wyprzeć dolara amerykańskiego z transakcji na światowym rynku naftowym. W tym momencie Kadafi ostatecznie przekroczył czerwoną linię, a jego panafrykańskie idee i złote plany musiały zostać zbombardowane i podpalone w 2011 roku w sensie dosłownym. Na dodatek z całą Afryką Północną.

Wtedy CIA ponownie sięgnęła po wiekowego już Chalifę Haftara. Podczas wspieranej przez NATO rewolty, która zakończyła się obaleniem i zamordowaniem Kadafiego, Haftar był początkowo głównodowodzącym sił puczystów. Jednakże kierująca puczem Narodowa Rada Tymczasowa usunęła go z tego stanowiska i w hierarchii najwyższych dowódców rebelii zajął dopiero trzecie miejsce. Prawdopodobnie z tego właśnie powodu Chalifa Haftar przestał być proamerykański. Zrozumiał, że nie zostanie nowym Kadafim pod parasolem Waszyngtonu.

Libia – po puczu i agresji NATO z 2011 roku – rozpadła się na trzy części: uznawane przez Zachód Izbę Reprezentantów i rząd w Tobruku, nieuznawany Powszechny Kongres Narodowy i rząd w Trypolisie oraz Państwo Islamskie. Krajobrazu Libii jako państwa upadłego dopełniały inne poza Państwem Islamskim organizacje terrorystyczne, jak Ansar al-Sharia, czy Brygady Rafallaha al-Sahatiego, zbuntowane milicje Berberów i Tuaregów oraz Libijska Armia Narodowa sędziwego marszałka Haftara, którego nikt w Libii nie chciał. 14 lutego 2104 roku Haftar podjął pierwsza próbę zamachu stanu ogłaszając, że „zawiesza” opanowany przez islamistów Powszechny Kongres Narodowy i jego rząd. 16 maja 2014 roku podległe mu oddziały zaatakowały islamistów w Benghazi. Jednakże to nie on był wtedy głównym rozgrywającym w dramacie libijskim, ale USA. Dzięki wsparciu USA, Włoch, Kataru i Turcji w marcu 2016 roku powstał w Trypolisie Rząd Zgody Narodowej, na którego czele stanął Fajiz as-Sarradż. Jego pozycję wzmocnił upadek Powszechnego Kongresu Narodowego, ale władza Rządu Zgody Narodowej ograniczyła się tylko do Trypolisu i okolic.

Tymczasem Haftar w 2017 roku, z pomocą francuską i egipską, wyrzucił z Benghazi Państwo Islamskie. Samozwańczy marszałek samozwańczej Libijskiej Armii Narodowej zdobył wtedy prawie całość libijskich pól naftowych, co zapewniło mu szeroką, choć dyskretną pomoc międzynarodową. Francja, która była głównym pomysłodawcą obalenia Kadafiego uznała, że Haftar zostanie jego posłusznym odpowiednikiem. Przy tym Haftar sam zapewniał, że zrobi w kraju porządek i przyniesie stabilizację. Dlatego Francja dozbroiła go i wysłała mu swoje siły specjalne. Wpływ na stanowisko Paryża miało też zaangażowanie po stronie Haftara Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Egiptu i Arabii Saudyjskiej, które są ważnymi nabywcami francuskiej broni (m.in. celem bombardowania Jemenu) i uzależniały dalsze zakupy od francuskiej aktywności w Libii. Do tego grona zwolenników Haftara dołączyła na końcu Rosja.

4 kwietnia 2019 roku popierany przez Egipt, Arabię Saudyjską, ZEA, Francję i Rosję samozwańczy marszałek samozwańczej Libijskiej Armii Narodowej wydał rozkaz zajęcia Trypolisu, nazywając swoje działania „uzasadnioną operacją antyterrorystyczną przeciwko islamistom”. Francja i Rosja wzywają do pokoju i nieingerowania w wewnętrzne sprawy Libii, ale nie ulega wątpliwości, że życzą sobie szybkiego upadku proamerykańskiego rządu as-Sarradża w Trypolisie. Paryż zapewne liczy na to, że samozwańczy marszałek jako „silny człowiek w Trypolisie” zatrzyma migrację z Afryki do Europy. Natomiast dla Rosji jest to jakaś forma odbudowy swoich wpływów, utraconych po obaleniu Kadafiego.

Jedną z głównych przyczyn tzw. arabskiej wiosny z 2011 roku, w tym obalenia Kadafiego i tzw. wojny domowej w Syrii (2011-2019), była konieczność przemodelowania przez USA Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu w związku z planowanym od dawna przez Izrael atakiem na Iran. Już dzisiaj widać, że to przemodelowanie – mimo zdewastowania kilkunastu państw – nie powiodło się.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 kwietnia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 17-18 (2237/2238), 21-28.04.2019, s. 6

Operacja Allied Force, czyli unicestwienie Jugosławii

24 marca minęła 20. rocznica agresji NATO na Jugosławię (operacja Allied Force – Siły Sprzymierzone). Polska – przyjęta do NATO 12 marca 1999 roku – uczestniczyła w tej agresji tylko formalnie, ale jej ówczesne władze udzieliły pełnego poparcia działaniom zbrojnym i politycznym NATO przeciw Jugosławii. To samo powtórzyło się w 2008 roku, kiedy władze Polski uznały niepodległości Kosowa niemal natychmiast po jej jednostronnym proklamowaniu. Nie było hucznych obchodów rocznicy agresji NATO na Jugosławię ani w Polsce, ani w USA i na Zachodzie. Najwidoczniej nie jest to powód do dumy. Służba prasowa NATO poinformowała jedynie, że operacja Allied Force została przeprowadzona, aby „powstrzymać katastrofę humanitarną” w Kosowie. „Ta decyzja została podjęta po ponad roku walk w Kosowie i kilku nieudanych próbach ONZ i grup kontaktowych, w których uczestniczyła też Rosja, znalezienia pokojowego dyplomatycznego rozwiązania tego kryzysu. Użycie siły przez NATO było konieczne i legalne” – ogłosiła służba prasowa NATO w 20. rocznicę agresji na Jugosławię (cyt. za: http://www.pl.sputniknews.com, 30.03.2019). Nie jest to prawda. Użycie siły przez NATO było w pełni nielegalne, ponieważ nastąpiło bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ. Celem agresji nie było powstrzymanie „katastrofy humanitarnej” w Kosowie, którą USA i Zachód same wywołały sponsorując terrorystów z Armii Wyzwolenia Kosowa (UÇK). Celem było obalenie Slobodana Miloševicia i dalsza dezintegracja terytorialna Jugosławii poprzez oderwanie od niej Kosowa – kolebki państwowości serbskiej.

To co stało się 24 marca 1999 roku było powodem i początkiem rozejścia się dróg USA i Rosji. Propaganda zachodnia, także polska, wielokrotnie oskarżała Władimira Putina o „zerwanie z Zachodem”, ale to zerwanie nastąpiło jeszcze przed objęciem władzy przez Putina (został premierem Rosji 8 sierpnia 1999 roku, a prezydentem 31 grudnia 1999 roku) i powodem tego była właśnie agresja NATO na Jugosławię. W Moskwie zrozumiano wtedy do czego zmierzają USA i Zachód, chociaż powinni byli to zrozumieć już podczas pierwszej wojny czeczeńskiej (1994-1996). Nieśmiały flirt Rosji z Zachodem, rozpoczęty przez Michaiła Gorbaczowa i kontynuowany przez Borysa Jelcyna, skończył się właśnie 24 marca 1999 roku.

Oficjalnym powodem agresji NATO na Jugosławię miało być doprowadzenie do „zakończenia czystek etnicznych na terenie Kosowa”, jak nazywano wówczas w języku propagandy zachodniej zwalczanie przez Jugosławię (Serbię i Czarnogórę) albańskich terrorystów z Armii Wyzwolenia Kosowa. Rzeczywisty powód – jak już powiedziałem – był inny. Tym powodem było dążenie Zachodu do unicestwienia Jugosławii jako wyrazicielki idei Wielkiej Serbii. Tym powodem było zanegowanie suwerenności państwowej w imię fałszywie rozumianej ideologii „praw człowieka”. Tym powodem była wynikająca z ideologii amerykańskich neokonserwatystów „wojna o demokrację”, czyli urządzanie przez USA jednobiegunowego świata. Po Jugosławii, która zniknęła z mapy świata w latach 2003-2006, przyszła kolej na Afganistan, Irak, Libię, Syrię i „kolorowe rewolucje” z Ukrainą na czele. Scenariusz przećwiczony w 1999 roku w Jugosławii został niemal dokładnie skopiowany w Libii i Syrii w 2011 roku: najpierw uzbrajamy jakąś grupę, która podejmuje działania terrorystyczne, a potem próbę zwalczania tych działań przez suwerenne państwo nazywamy „czystką etniczną” lub „zbrodnią przeciw ludzkości” i mamy powód do „wojny o demokrację i prawa człowieka”. Tak się obecnie nazywa imperialistyczną agresję na suwerenne państwo – „wojna o demokrację i prawa człowieka”.

Od 24 marca do 20 czerwca 1999 roku – przez 78 dni i nocy – najnowocześniejsze samoloty bojowe (głównie amerykańskie, brytyjskie i francuskie) bombardowały Belgrad i inne miasta Jugosławii. To była bodajże trzecia po pierwszej wojnie irackiej z 1991 roku i wojnie bośniackiej (1992-1995) „wojna medialna” – wojna dosłownie transmitowana przez różne stacje telewizyjne i kreowana przez media zachodnie, które tym razem stworzyły obraz „czystek etnicznych w Kosowie” dokonywanych przez „krwawy reżim Miloševicia”. W trwającej przez 78 dni ofensywie lotniczej NATO użyło w pierwszej fazie od 350 do 400 samolotów różnych typów, kilkaset helikopterów i dronów oraz 30 okrętów, w tym podwodnych, z których wystrzeliwano rakiety manewrujące Tomahawk. W końcowej fazie agresji na Jugosławię NATO użyło 1022 samolotów (w tym 731 amerykańskich). Liczba nalotów na dobę wahała się od 150 na początku agresji do 740 w końcu maja 1999 roku. Przeciętnie było to 486 akcji bojowych na dobę. Na Jugosławię (Serbię, Czarnogórę i Kosowo) zrzucono 25 tys. bomb i rakiet. Lotnictwo amerykańskie użyło jednak m.in. 1100 bomb rozszczepialnych, które zawierały ponad 200 tys. elementów wybuchowych.

Podczas operacji „Allied Force” NATO straciło 21 dronów, dwa helikoptery AH-64 Apache oraz trzy samoloty – dwa F-16 oraz jeden „niewykrywalny dla radarów” i „niezniszczalny” F-117 A Nighthawk, który został zestrzelony 27 marca 1999 roku przez jugosłowiańską obronę przeciwlotniczą koło wsi Budanovci w Wojwodinie. Według oficjalnej wersji NATO samolot ten uległ awarii i rozbił się. Straty osobowe NATO wyniosły tylko dwóch zabitych (piloci helikopterów AH-64 Apache). Natomiast Jugosławia straciła całe swoje lotnictwo wojskowe – 121 samolotów, ponadto 120 spośród 1270 czołgów, 220 spośród 825 pojazdów opancerzonych, 450 spośród 1400 dział oraz od 956 do 1200 zabitych, 52 zaginionych i 5173 rannych żołnierzy. Większość zabitych po stronie jugosłowiańskiej stanowiły jednak osoby cywilne, w tym dzieci. Wedle danych rządu w Belgradzie zginęło około 5700 cywilów (także Albańczyków), w tym 3 dyplomatów chińskich. Natomiast różne źródła zachodnie (m.in. Human Rights Watch) podają, że zginęło od 489 do 528 cywilów jugosłowiańskich. Straty materialne poniesione przez Jugosławię w wyniku bombardowań NATO wyniosły 29,6 bilionów dolarów.

W tej wojnie Jugosławia nie miała szans. Musiała skapitulować i zgodzić się na wycofanie swoich sił wojskowych i policyjnych z Kosowa oraz wprowadzenie w ich miejsce tzw. sił pokojowych NATO (KFOR), a także na powrót do Kosowa uchodźców, czyli przeważnie terrorystów z UÇK. Tym samym została otwarta droga do likwidacji Jugosławii w latach 2003-2006 oraz powstania tzw. niepodległego Kosowa, które proklamowano 17 lutego 2008 roku. Zanim to się stało, albańscy ekstremiści wypędzili z Kosowa tysiące Serbów, zagrabili ich majątek oraz spalili prawie wszystkie tamtejsze kościoły prawosławne. Na tę czystkę etniczną nie było jednak żadnej reakcji ani ze strony sił pokojowych KFOR, ani ze strony NATO.

Celem ofensywy powietrznej NATO przeciw Jugosławii w 1999 roku miały być wyłącznie obiekty wojskowe, do których zaliczono też obiekty administracji publicznej oraz niektóre obiekty infrastruktury (np. elektrownie). Niestety w wyniku „pomyłek” natowskich pilotów celem bomb i rakiet stały się także obiekty typowo cywilne, w tym domy mieszkalne, zabytki historii i kultury, szpitale, obiekty kultu religijnego i elementy infrastruktury komunikacyjnej, a także ambasada Chińskiej Republiki Ludowej w Belgradzie. 12 kwietnia 1999 roku dwa pociski wystrzelone z samolotu NATO trafiły „omyłkowo” w pociąg pasażerski na wiadukcie w miejscowości Grdelica zabijając 55 pasażerów i raniąc 26 (źródła zachodnie podają, że miało być rzekomo tylko 10 ofiar). Bomby i rakiety zniszczyły też historyczny Most Waradyński w Nowym Sadzie i rafinerię w Pančevie, zburzyły domy mieszkalne w Belgradzie i wielu innych miastach, ale też w niedużych miejscowościach jak Aleksinac, Nogovac, Orahovac, czy Vranje. Od bomb i rakiet natowskich ginęli również Albańczycy, których NATO miało niby ratować przed domniemaną czystką etniczną ze strony Serbów. 14 kwietnia 1999 roku „omyłkowo” zbombardowano kolumnę uchodźców albańskich na drodze Djakovica-Prizren, a następnie obóz uchodźców albańskich w Gjakovej w zachodnim Kosowie. Bomby dosięgły też siedziby radia i telewizji serbskiej. Ofiarą „pomyłki” natowskich pilotów padła nawet fabryka samochodów Zastava w Kragujevacu – największa fabryka motoryzacyjna na Bałkanach. Cóż, w Polsce takie fabryki wtedy „prywatyzowano”, a tam bombardowano. Inny sposób usunięcia konkurencji.

W bombach i rakietach, jakimi NATO atakowało Jugosławię, był stosowany zubożony uran, który jest substancją toksyczną i radioaktywną. Długo temu zaprzeczano, ale prawda w końcu wyszła na jaw. Pełną odpowiedzialność za operację Allied Force ponoszą prezydent USA Bill Clinton, sekretarz stanu USA Madeleine Albright (inicjatorka całego przedsięwzięcia), premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Robin Cook, sekretarz generalny NATO Javier Solana oraz amerykańscy generałowie Wesley Clark, John W. Hendrix, Rupert Smith i admirał James O. Ellis, Jr.

Genezę agresji NATO na Jugosławię oraz jej przebieg wyczerpująco przedstawił nieżyjący już prof. Marek Waldenberg w „niepoprawnej politycznie” (tj. oficjalnie potępionej przez „Gazetę Wyborczą”) pracy naukowej pt. „Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki” (tom I: 1991-2002, tom II: 2002-2004, Warszawa 2005). Zainteresowanych szczegółami odsyłam do tej publikacji, a także do 57-minutowego filmu dokumentalnego czeskiego dziennikarza Václava Dvořáka pt. „Skradzione Kosowo” („Uloupené Kosovo) z 2008 roku. Emisji tego filmu odmówiono w telewizji czeskiej. Jako oficjalny powód takiej decyzji podano że film jest rzekomo proserbski przez co „ton dokumentu mógłby wywołać negatywne emocje”. Potem zakazano rozpowszechniać go także w mediach publicznych na terenie Unii Europejskiej. Film można jednak obejrzeć na kanale YouTube.

W pracy prof. M. Waldenberga zostały szczegółowo omówione m.in. antyjugosłowiańska (antyserbska) kampania medialna, jaka poprzedziła atak NATO na Jugosławię, konferencja w Rambouillet (takie nowe Monachium) oraz parcie Madeleine Albright do wojny. Prof. M. Waldenberg pisał wprost o „symbiozie dziennikarzy ze służbami informacyjnymi NATO”. Nie był to bynajmniej jego wymysł. Powołał się na „Gazetę Wyborczą”, której korespondent napisał 29 marca 1999 roku: „(…) Świat musi wiedzieć, że operacja rozwija się »zgodnie z planem« (którego nikt prócz NATO do końca nie zna)”. Tej konstatacji towarzyszyła uwaga, że „trudno czasem zresztą dociec, kto na kogo wpływa: NATO na media czy odwrotnie”. Chwaląc służbę prasową NATO za to, że precyzyjnie „niszczy” wątpliwości co do słuszności bombardowań, korespondent „Gazety Wyborczej” nie krył, iż podawane informacje „są oczywiście starannie wyselekcjonowane”.

Propaganda zachodnia nie wahała się przed porównywaniem losu Albańczyków w Kosowie do Holokaustu, często przywołując Auschwitz. „Dążenie do pełnego zablokowania informacji i opinii negujących lub tylko podważających to, co podawane było przez rzeczników agresji jako jedyna i cała prawda, znalazło jaskrawy wyraz w brutalnej krytyce takich dziennikarzy, bardzo zresztą nielicznych, którzy ośmielali się kwestionować obowiązujący manichejski, czaro-biały obraz wydarzeń” – pisał prof. M. Waldenberg.

Oskarżenie Serbów przez propagandę zachodnią o spowodowanie katastrofy humanitarnej w Kosowie było mocno naciągane, jeśli nie całkowicie fałszywe. Do masakr „ludności albańskiej” w Kosowie miało dojść m.in. w Raczaku (Račak), Drenicy, Juniku, Donje Obrinje, Likosane, Podujevie, czy Pastriku. Największą z nich miała być masakra w Raczaku, gdzie 15 stycznia 1999 roku z rąk serbskiej policji miało zginąć 45 Albańczyków (doszło tam na pewno do walki policji jugosłowiańskiej z terrorystami z UÇK). Faktycznie Raczak stał się casus belli. Władze w Belgradzie od początku twierdziły, że była to „albańska inscenizacja”. Do takiej tezy przychyliła się nawet część wysokich urzędników OBWE. Pełne wyniki prac z ekshumacji, przeprowadzonej przez lekarzy serbskich, białoruskich i fińskich pod kierownictwem fińskiej lekarki Heleny Ranty, nigdy nie zostały opublikowane. W marcu 2000 roku „Berliner Zeitung” znalazł się w posiadaniu kopii 40 protokołów sekcji zwłok przeprowadzonych przez lekarzy z Finlandii. Znajdowały się w nich twierdzenia, iż okaleczenia zwłok nie miały miejsca, ofiary nie zginęły od strzałów z bardzo małej odległości, zaś tezę, iż wszyscy zabici byli cywilami i zostali zamordowani w Raczaku należy uznać za „nieudowodnioną”. Najprawdopodobniej więc w Raczaku odkryto zwłoki poległych w walce terrorystów z UÇK. W styczniu 2001 roku ta sama gazeta podała, że dotarła do opracowania sporządzonego przez trzech spośród ekspertów fińskich, którzy stwierdzili w nim, iż nie ma dowodów, by ciała odnalezione w Raczaku były zwłokami cywilów.

W 2008 roku Helena Ranta ujawniła w swojej biografii, że zarówno szef misji OBWE William Walker, jak i urzędnicy fińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych usiłowali wpłynąć na treść raportu jej zespołu, tak, by bardziej zdecydowanie potępiał on Serbów. Raportu – jak już powiedziałem – nigdy nie ujawniono, natomiast 17 marca 1999 roku Helena Ranta stwierdziła na konferencji prasowej, iż nie ma podstaw, by odrzucić wersję o zamordowaniu w Raczaku bezbronnych cywilów. Tydzień później na Jugosławię zaczęły spadać bomby i rakiety.

Zacytuję na koniec jeszcze raz Marka Waldenberga: „To, że wojna ta będzie miała opłakane następstwa, można było, podobnie jak wcześniejsze etapy jugosłowiańskiej tragedii, przewidzieć, zanim do niej doszło. I czyniono to, ostrzegano, by jej nie wszczynać. Opinie takie, wprawdzie nieliczne, pojawiały się w mediach zachodnich, w Polsce były one zupełnie odosobnione. Wskazywano m.in. na to, że wojna ta oznaczać będzie złamanie prawa międzynarodowego, w szczególności Karty Narodów Zjednoczonych, że stanowić będzie bardzo niebezpieczny precedens, że nie rozwiąże istniejącego konfliktu etnicznego, lecz go spotęguje, że nie przyczyni się do zabezpieczenia pokoju na Bałkanach, lecz je znacznie zdestabilizuje, że nie przyniesie chwały NATO”.

Dzisiaj stoimy przed perspektywą kolejnej „wojny o demokrację i prawa człowieka”, czyli przed perspektywą agresji USA i Izraela (być może też pod szyldem NATO) na Iran, która może być początkiem wojny światowej. Dzisiaj głosy ostrzegające przed takim posunięciem także są nieliczne i odosobnione.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 kwietnia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 15-16 (2235/2236), 7-14.04.2019, s. 8

Co zawdzięczamy PRL?

„Rozwój gospodarczy w Polsce sabotowały elity postszlacheckie. Strukturę społeczną wyrównał dopiero PRL. Gdyby nie PRL, nie byłoby polskiego kapitalizmu”.

Kto to powiedział? Wbrew temu co mogliby sądzić działacze Klubów Gazety Polskiej, nie powiedział tego żaden stary ubek, wegetujący na zredukowanej przez PiS emeryturze, ani żaden dinozaur PZPR. To powiedział Marcin Piątkowski, urodzony w 1975 roku, doktor nauk ekonomicznych, starszy ekonomista Banku Światowego w Pekinie, wcześniej adiunkt w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie i wizytujący ekonomista w Centrum Studiów Europejskich na Uniwersytecie Harvarda.

Już w grudniu 2014 roku dr Piątkowski udzielił wywiadu polskiemu „Newsweekowi”, w którym stwierdził, że „przez 500 lat byliśmy na europejskich peryferiach, »niewolnictwo pańszczyźniane« nie pozwalało na rozwój. Teraz w ciągu 25 lat nadrobiliśmy dystans do Zachodu”. Jednakże zdaniem Piątkowskiego nadrobienie tego dystansu nie byłoby możliwe bez dokonań PRL. To wręcz heretycka teza w kontekście solidarnościowej propagandy, która od 1989 roku głosi, że PRL („okupacja sowiecka”) był najczarniejszym okresem w dziejach Polski i że nastąpiło wtedy rzekomo głębokie cofnięcie cywilizacyjne kraju.

Swoją heretycką tezę dr Piątkowski wyłożył w książce „Europe’s Growth Champion. Insights from the Economic Rise of Poland” („Mistrz wzrostu w Europie. Spostrzeżenia z gospodarczego wzrostu Polski”), która została wydana w 2018 roku przez Oxford University Press (dotychczas nie przetłumaczono jej na język polski i wątpię czy prędko się to stanie). Najważniejsze poglądy sformułowane w tej książce dr Piątkowski zreferował w wywiadach, jakich udzielił 11 czerwca 2018 roku i 7 marca 2019 roku portalowi Obserwator Finansowy (Obserwtorfinansowy.pl).

Pozwolę sobie zacytować kilka wypowiedzi Marcina Piątkowskiego z tych wywiadów.

„Często bezwiednie zakłada się, że gdyby po 1945 r. Polska nie dostała się w sferę wpływu ZSRR, to jako kraj kapitalistyczny rozwinęłaby się jak nigdy dotąd. Sądzę jednak, że sukces takiej alternatywnej Polski wcale nie byłby pewny, z tych samych powodów dla których nasza gospodarka nie potrafiła dogonić Zachodu przez 500 lat wcześniej. Głównym hamulcem rozwoju był oligarchiczny system społeczno-gospodarczy, który służył tylko wąskim elitom i blokował rozwój większości społeczeństwa. Taka szkodliwa struktura społeczna byłaby najprawdopodobniej odtworzona po 1945 roku, tak jak ją odtworzono po 1918 roku. Dopiero PRL dokonał społecznej rewolucji, wyeliminował stare, oligarchiczne i często jeszcze feudalne elity i po raz pierwszy w historii stworzył społeczeństwo inkluzywne, dając wszystkim, szczególnie tym najsłabszym, szanse na rozwój.

(…) II RP to wielki sukces patriotyczny, ale porażka gospodarcza, bo poziom dochodu Polaka w stosunku do Zachodu w 1938 roku był niższy niż w 1913 rokiem. Praktycznie nigdy nie mieliśmy też rodzimych przedsiębiorców, a w czasie II RP nie powstała żadna duża firma prywatna. (…) Realny socjalizm świetnie sobie radził przez pierwsze 15 lat istnienia. Do 1960 roku Polska rozwijała się równie szybko, jak na przykład Hiszpania. Dopiero później PRL wpadł w stagnację i skończył się gospodarczą katastrofą. (…) PRL miał jednak jedną wielką zaletę: otworzył na oścież polskie społeczeństwo, zlikwidował przywileje klasowe, wyedukował, uprzemysłowił i unowocześnił społeczeństwo. Dla przykładu, już w 1960 roku na uniwersytetach studiowało 7 proc. Polaków, prawie tyle samo, ile w kilkakrotnie bogatszej Francji. PRL również oderwał od archaicznego rolnictwa prawie 30 proc. społeczeństwa i przeniósł do przemysłu (…). Krótko mówiąc, PRL stworzył inkluzywne, otwarte, egalitarne społeczeństwo, które stało się fundamentem polskiego bezprecedensowego sukcesu po 1989 roku”.

Dla mnie to wszystko zawsze było i jest oczywiste, ale jednak czytając takie wypowiedzi doznaję szoku. Takiego samego szoku, jaki doznaje człowiek zamknięty w śmierdzącej i ciemnej celi, do której ktoś nagle otworzy okno wpuszczając światło i czyste powietrze. To okno do zatęchłej i ciemnej celi propagandy uprawianej w Polsce od 30 lat otworzył nie jakiś radykalny działacz lewicowy (notabene wielu z nich też odcina się od PRL), ale neokapitalistyczny ekonomista pracujący dla chińskiej centrali Banku Światowego.

Kolejny cytat z dr. Piątkowskiego: „(…) przejście od społeczeństwa oligarchicznego, które hamuje rozwój, do społeczeństwa inkluzywnego, które go wspiera, na przestrzeni wieków wymagało radykalnych, krwawych i siłą narzucanych zmian społecznych. To jednak nie jest wiedza powszechna”. Od razu nasuwa mi się tutaj refleksja, że przecież „żołnierze wyklęci” walczyli o zachowanie właśnie społeczeństwa oligarchicznego II RP (kontynuatorki Polski przedrozbiorowej), które hamuje rozwój. Powrotu do takiego społeczeństwa chce też ogromna większość polskiej prawicy – od Tuska i Kaczyńskiego po Korwina-Mikke i Brauna. I to trzeba sobie uświadomić. Głównie temu celowi służy polityka historyczna III RP, czyli jarmarczny i jasełkowy patriotyzm oparty na kulcie powstania warszawskiego i „powstania antykomunistycznego”, jak nazywa się powojenną partyzantkę.

Następny cytat z dr. Piątkowskiego: „(…) w państwach biednych potrzeba raczej strategii małych kroków, np. wspierania masowej edukacji, podnoszenia podatków dla bogatych, demonopolizacji rynków, a także wiary, że kiedyś suma tych działań zadziała. Warto też uważać, żeby nie paść ofiarą propagandy części elit Zachodu, które we własnym interesie promują retorykę niskich podatków, wąskiej roli państwa, braku regulacji. To szkodliwe idee, utrwalające podziały i nierówności”.

To też jest dla mnie oczywiste, ale też brzmi szokująco dla człowieka zamkniętego od 30 lat w głuchej celi neoliberalizmu i neokonserwatyzmu. Retoryka niskich podatków, ograniczania roli państwa i deregulacji – tak ulubiona przez Korwina-Mikke i jego wyznawców, ale też środowisko PO – jest oszustwem Zachodu, które ma na calu utrwalić podziały i nierówności w krajach peryferyjnych. Tego nie powiedział Piotr Ikonowicz z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. To powiedział Marcin Piątkowski z Banku Światowego.

Mam też cytat z dr. Piątkowskiego dla licznych na polskiej prawicy zwolenników Donalda Trumpa: „Trump robi ze Stanów społeczeństwo oligarchiczne. Oszukał Amerykanów. (…) Przekonując swoich wyborców, że obniżki podatków będą dla ich dobra, a nie dla dobra tylko 1 proc. czy 10 proc. najbogatszych Amerykanów. Obniżki podatków utrwalą katastrofalny model amerykańskiego rozwoju, w ramach którego od 40 lat prawie cały wzrost PKB jest przejmowany przez 10 proc. najbogatszych, a dochody biedniejszej połowy społeczeństwa się nie zmieniają”.

Marcin Piątkowski docenia nie tylko rolę PRL dla sukcesu polskiego neokapitalizmu, ale w ogóle rolę socjalizmu dla sukcesu neokapitalizmu w byłych państwach socjalistycznych, zwłaszcza Chinach (wciąż formalnie państwie socjalistycznym, ale tylko formalnie). Twierdzi: „Oczywiście, nijak nie można usprawiedliwić ofiar »rewolucji kulturalnej« i »wielkiego skoku naprzód«, ale trzeba odnotować fakt, że to Mao zniszczył wielowiekowe instytucje oligarchiczne, które hamowały chiński rozwój i położył podwaliny pod największy w historii cud gospodarczy: w ciągu ostatnich 40 lat Chiny pomnożyły dochód na mieszkańca ponad 25 razy”.

I jeszcze jeden cytat z autora książki „Europe’s Growth Champion. Insights from the Economic Rise of Poland”: „Mimo swoich fundamentalnych wad, PRL podłożył podwaliny pod polski sukces gospodarczy po 1989 roku, bo po 1945 roku zlikwidował stare, feudalne, ekstraktywne struktury społeczne, oparte na supremacji wąskich elit, które uniemożliwiły Polsce rozwój przez długie stulecia i skazały nas na gospodarcze zacofanie i peryferyjność aż do 1939 roku. Wąskie, oligarchiczne elity, stworzyły bowiem antyrozwojowy system, który działał tylko na korzyść tychże elit, a zamykał możliwości rozwoju dla reszty społeczeństwa. Chłopi przez stulecia nie mieli żadnych praw i de facto niewiele różnili się od niewolników. Zniesienie pańszczyzny przez zaborców, zresztą wbrew chęciom szlachty, i tak niewiele zmieniło, bo możliwości awansu społecznego były dalej zamknięte. Podobnie było z niewolnikami na południu USA, gdzie mimo przegrania Wojny Secesyjnej, elity blokowały prawa uwolnionych niewolników aż do lat 60. XX wieku. Polskie elity zablokowały również rozwój polskiego mieszczaństwa i biznesu, co było widać np. po niedorozwoju miast: w 1750 roku w Polsce były tylko dwa miasta, które miały ponad 10 tys. mieszkańców, a we Francji było ich 55. I po braku polskich elit biznesowych aż do 1939 roku. Oligarchiczne elity nie chciały się zajmować biznesem, bo uważały to za zajęcie poniżej swojego honoru. Gdy popatrzymy na nazwy działających w II RP prywatnych przedsiębiorstw, ciężko znaleźć polskobrzmiące. W ciągu całego tego okresu nie powstało też ani jedno duże prywatne przedsiębiorstwo. Stworzyliśmy wzór ekstraktywnej gospodarki, rządzonej przez nielicznych na korzyść nielicznych, a nie gospodarki inkluzywnej, rządzonej przez wielu w interesie wielu. Gospodarki ekstraktywne, co dobrze pokazuje Daron Acemoglu i James Robinson w bestselerze »Dlaczego narody przegrywają«, nie rozwijają się, a inkluzywne tak”.

Cytat ten dedykuję wszystkim zwolennikom „dekomunizacji” i „reprywatyzacji”, czyli zwolennikom restytucji ustrojowej, gospodarczej, społecznej i majątkowej II RP. Do tego co powiedział dr. Piątkowski pragnę też dodać, że obecne państwo polskie zawdzięcza PRL nie tylko inkluzywne społeczeństwo, które mimo wszystkich przeszkód stworzonych przez neoliberałów, stało się dźwignią polskiego sukcesu po 1989 roku. Zawdzięcza mu też ogromny majątek – głównie przemysłowy – bez „prywatyzacji” którego nie byłoby możliwe utrzymanie płynności finansowej państwa po 1989 roku i wykreowanie nowej oligarchii, która chce powrotu do antyrozwojowej gospodarki ekstraktywnej.

O tym majątku można sobie poczytać w unikalnej publikacji pt. „Zbiór danych o zakładach przemysłowych istniejących w Polsce Ludowej w świetle wartości ich produkcji i majątku oraz zatrudnienia. Stan w roku 1988” pod red. Andrzeja Karpińskiego, Stanisława Paradysza, Bartłomieja Skrzypka, Pawła Soroki i Wiesława Żółtkowskiego (Warszawa 2018). Publikacja ta omawia 6549 zakładów przemysłowych, które istniały w Polsce w 1988 roku. To był punkt startu polskiego neokapitalizmu, spadek, jaki PRL mu pozostawiła. Spadek częściowo roztrwoniony.

Odsyłam do całości obu wywiadów dr. Marcina Piątkowskiego oraz jego książki w języku angielskim, dostępnej w księgarni internetowej PWN. Wniosek z postawionych przez niego tez jest taki, że im dalej Polak przebywa od Polski tym bardziej jest normalny i myśli logicznie. Może dr Piątkowski jest także dowodem na to, że wielu ludzi mojego pokolenia myśli logicznie, a nie ideologicznie. Niestety – biorąc pod uwagę historię Polski – wątpię czy zostaną dopuszczeni do głosu i zrozumiani.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 marca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 13-14 (2233/2234), 24-31.03.2019, s. 18

Ukraińskie ofiary OUN i UPA

Ukraiński ruch nacjonalistyczny, w tym także jego banderowski odłam – najbliższy ideowo-politycznie niemieckiemu nazizmowi – są przedstawiane na Ukrainie od lat 90. XX wieku jako ruch narodowowyzwoleńczy. W taki też sposób były i są przedstawiane przez ukraińską propagandę nacjonalistyczną od lat 40. XX wieku. Utworzona w 1929 roku Organizacja Nacjonalistów Ukraińskich za głównego wroga uważała Polaków i II Rzeczpospolitą. W jej materiałach propagandowych na drugim po Polakach miejscu wymieniano Żydów, a na trzecim ZSRR („moskiewską komunę”). Dlatego ofiarami działalności terrorystycznej OUN przed 1939 roku byli prawie wyłącznie Polacy. Wyjątek stanowił tylko radziecki konsul we Lwowie Aleksiej Majłow – zastrzelony 21 października 1933 r. w gmachu konsulatu przez bojówkarza OUN. W 1941 roku – kiedy w agresji na ZSRR wzięły udział złożone z nacjonalistów ukraińskich bataliony „Nachtigall” i „Roland” oraz tzw. grupy pochodne OUN – ostrze ich terroru skierowało się przeciwko Żydom. Doszło wtedy do dwóch wielkich pogromów na Żydach we Lwowie (30 czerwca-2 lipca oraz 25-27 lipca 1941 r.), w których zginęło 7 tys. ofiar, oraz kilkudziesięciu pogromów w innych miejscowościach. Wsparcia Niemcom w zagładzie Żydów udzieliły też w latach 1941-1942 formacje ukraińskiej policji pomocniczej, do których zaciągali się głównie członkowie OUN. Największą zbrodnią nacjonalistów ukraińskich – popełnioną w latach 1943-1944 przez banderowską frakcję OUN i utworzoną przez nią Ukraińską Powstańczą Armię – było ludobójstwo na Polakach zamieszkujących Wołyń i Małopolskę Wschodnią (100-130 tys. ofiar).

Jednakże ofiarami OUN i UPA – o czym ich gloryfikatorzy nie chcą pamiętać – stali się także Ukraińcy. Nie mogło być inaczej, ponieważ rzeczywistym celem inspirowanego ideologią faszystowską ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego było utworzenie państwa totalitarnego, monopartyjnego i homogenicznego narodowościowo. Państwa o hierarchicznej strukturze społecznej podporządkowanej wodzowi. Tak samo jak we włoskim i niemieckim pierwowzorze. To wcale nie miała być niepodległa (samostijna) Ukraina – tym hasłem tylko szermowano dla zdobycia poparcia naiwnych – ale faszystowska. Oba odłamy OUN – banderowski i melnykowski – nie miały przy tym nic przeciw temu, by taka Ukraina była niemieckim protektoratem. Na drodze do osiągnięcia tego celu zginąć więc musieli także ci Ukraińcy, którzy mu się sprzeciwiali (komuniści, antyfaszyści).

Ukraińskie ofiary OUN i UPA zawsze należały do najbardziej skrywanych tajemnic ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego. Zarówno podczas wojny, jak i później – kiedy ukraińska emigracja nacjonalistyczna w Kanadzie przystąpiła do tworzenia mitu „walki narodowowyzwoleńczej”. Główne dzieło tej emigracji – wielotomowe wydanie „Litopysu” („Kroniki”) UPA – zwiera jedynie materiały propagandowe i wspomnienia kombatantów UPA, gloryfikujących i fałszujących swoją działalność. To samo można powiedzieć o twórczości „naukowej” banderowskich kombatantów, czyli takich dziełach jak „Ukrajińska powstańśka armija” Petro Mirczuka, „UPA” Mykoły Łebedia, czy „Istorija ukraińśkoho wijska” Łwa Szankowśkiego. Podają one tylko wybrane przykłady „heroiki” OUN i UPA, gdzie ginęli wyłącznie czerwoni partyzanci i „enkawudziści”, ale bynajmniej nie popełniano jakichkolwiek zbrodni na cywilach. Ten nurt dominuje obecnie w historiografii i polityce historycznej Ukrainy, zwłaszcza od pierwszego przewrotu w 2004 roku.

Terror jako metoda uprawiania polityki przez nacjonalistów ukraińskich uderzył także w ich własne szeregi. Po agresji Niemiec na ZSRR 22 czerwca 1941 r. melnykowcy – jako konkurenci do władzy na samostijnej Ukrainie – stali się ofiarami krwawej łaźni urządzonej im przez banderowców. Mordy popełniane wtedy przez banderowców na melnykowcach, których ofiarą padło około 300 osób, stały się jedną z przyczyn internowania przez Niemców w KL Sachsenhausen Stepana Bandery, Jarosława Stećki i kilku innych czołowych banderowców. Przebywali tam do września 1944 roku jako więźniowie uprzywilejowani w odizolowanym od reszty obozu oddziale (tzw. Zellenbau).

Ponownie melnykowcy stali się obiektem agresji ze strony banderowców w 1943 roku, kiedy frakcja melnykowska OUN zaczęła formować swoją partyzantkę – tzw. Wojskowe Oddziały OUN-M. Ich żywot był krótki. Po nieudanych próbach przeciągnięcia melnykowców do banderowskiej OUN oddziały UPA pod dowództwem Iwana Kłymyszyna „Kruka”i Petro Olijnyka „Eneja” rozbiły 7 lipca 1943 r. trzy sformowane na Wołyniu sotnie WO, natomiast czwartą rozbroiły w sierpniu 1943 roku. Ich kadrę dowódczą – jeśli odmówiła podporządkowania się UPA – wymordowano.

Podobny los spotkał w 1943 roku również Sicz Poleską, czyli tzw. pierwszą UPA – niezależną od banderowców nacjonalistyczną partyzantkę ukraińską utworzoną przez Tarasa Bulbę-Borowcia. Tak o tym pisał po wojnie Bulba-Boroweć w swojej książce „Armia bez państwa”: „Z każdym dniem wzrastał masowy terror łebediowskiej atamanii przeciwko swemu własnemu narodowi. Wszystkich, którzy nie podzielali poglądów Łebedia i jego programu, jak niezdarny on by nie był, poddawali różnym bardzo ostrym represjom. Ogłaszali, że są »zdrajcami ukraińskiej nacji«, »sabotażystami ukraińskiego ładu«. Karali za to wyciorami i rozstrzeliwaniem”. Z rąk banderowców zginęła m.in. żona dowódcy Siczy Poleskiej – Anna Opoczenska-Boroweć.

Powszechnie znanym faktem jest również mordowanie przez banderowców podczas akcji ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej tych Ukraińców, którzy sprzeciwiali się udziałowi w zbrodni lub ostrzegali Polaków oraz Ukraińców z rodzin mieszanych, którzy odmawiali zabijania polskich członków rodziny.

Odrębnym zagadnieniem jest mordowanie przez nacjonalistów ukraińskich – zwłaszcza w okresie powojennym – Ukraińców-komunistów lub uznanych za wspierających władzę radziecką. Dla poruszania tego tematu nie było i nie ma na Ukrainie klimatu politycznego. Eksponowaniu tej tematyki nie sprzyjały władze Ukraińskiej SRR i Komunistycznej Partii Ukrainy obawiając się, że zagrozi to polityce jedności narodowej. Natomiast po 1991 roku nastąpiło zupełne wyrugowanie z przestrzeni publicznej Ukrainy sprawy zbrodni popełnionych przez OUN i UPA na Ukraińcach. Nie tylko dlatego, że rozpoczął się wtedy proces (nasilony po przewrotach w 2004 i 2014 roku) rehabilitacji i heroizacji nacjonalizmu ukraińskiego, ale także dlatego, że odrodzone organizacje nacjonalistyczne groziły historykom i świadkom terrorystycznej działalności OUN i UPA. Przykładem może być tutaj los lwowskiego historyka Witalija Masłowskiego (1935-1999), którego znaleziono 26 października 1999 roku na klatce schodowej jego bloku nieprzytomnego i z roztrzaskaną głową (zmarł następnego dnia). Jego żona, przerażona groźbami śmierci pod adresem męża, oświadczyła, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych i odmówiła zgody na wszczęcie śledztwa.

Masłowski stał się obiektem prześladowań już pod koniec istnienia ZSRR, kiedy opublikował książkę o zbrodniach UPA pt. „Ziemia oskarża”. W 1990 roku zwolniono go za to z pracy w Instytucie Nauk Społecznych zachodnioukraińskiego oddziału Akademii Nauk Ukrainy. Pozostawał odtąd bezrobotnym, żyjąc z renty inwalidy wojennego. Nie zaprzestał jednak badań naukowych, których rezultatem stała się praca pt. „Z kim i przeciw komu walczyli nacjonaliści ukraińscy w latach II wojny światowej”, wydana w Moskwie w 1999 roku[1]. Publikacja ta spowodowała gwałtowną reakcję wobec autora ze strony epigonów nacjonalizmu ukraińskiego. Przez media ukraińskie przetoczyła się zakrojona na szeroką skalę kampania, której celem było zdyskredytowanie naukowca jako działającego rzekomo na zlecenie Rosji. Zaczął też otrzymywać anonimowe pogróżki, w tym pozbawienia życia. Przed śmiercią zdążył jeszcze przygotować pracę poświęconą udziałowi nacjonalistów ukraińskich w zagładzie Żydów. Została ona wydana w 2005 roku przez Żydowską Fundację Ukrainy pt. „Holokaust Żydów Ukrainy. Początek. Galicja”.

Masłowski, w oparciu dane ukraińskiego MSW, oszacował liczbę ofiar zamordowanych po agresji niemieckiej na ZSRR w 1941 roku przez członków OUN lub z ich bezpośrednim udziałem na około 40 tys. Większość z tych ofiar stanowili Żydzi. Według ustaleń różnych historyków (Jeffrey Kopfstein, Kai Struve, Ahron Weiss, Andrzej Żbikowski) na zachodniej Ukrainie miało miejsce w tym czasie od 35 do 140 pogromów na Żydach z udziałem nacjonalistów ukraińskich. Dieter Pohl oszacował liczbę ofiar tych pogromów w przedziale 13-35 tys., Kai Struve na 11309 w samej tylko Galicji Wschodniej, a Aleksander Krugłow na 38-39 tys. zamordowanych[2]. Jednakże oprócz zbrodni na Żydach nacjonaliści ukraińscy obu frakcji OUN (banderowskiej i melnykowskiej) dopuścili się już wtedy – na znacznie mniejszą skalę – także zbrodni na Polakach (była to pregenocydalna faza ludobójstwa z lat 1943-1944) i Ukraińcach. Wśród ofiar ukraińskich znaleźli się członkowie Komunistycznej Partii Ukrainy, Komunistycznego Związku Młodzieży Ukrainy, związków zawodowych i innych organizacji, funkcjonariusze urzędów radzieckich, wojskowi, którzy nie zdążyli się ewakuować oraz osoby podejrzewane o sprzyjanie ZSRR. Część z nich straciła życie wraz z rodzinami.

Działające u boku wojsk niemieckich tzw. grupy pochodne OUN-B i OUN-M dysponowały listami proskrypcyjnymi osób przeznaczonych do zamordowania. Masłowski cytuje zeznanie jednego z członków OUN-B o nazwisku Stecyszyn, który stwierdził, że Niemcom wkraczającym do jednej ze wsi obwodu lwowskiego miejscowi chłopi „ofiarowali na wyszywanym ręczniku chleb i sól, niemiecki kapitan powiedział »gut«, »gut« i zorganizowana maszyna nacjonalistyczna ruszyła pracować. Dosłownie od pierwszej minuty zaczęło się polowanie na ludzi, którzy figurowali na »czarnej liście« (…). Już na drugi dzień zaczęła funkcjonować Komenda OUN (…). Piwnice banderowskiej policji były wypełnione chłopami. Aresztowanych okrutnie katowano (…)”.

Masłowski podał też – na podstawie źródeł z Państwowego Archiwum Obwodu Lwowskiego – przykłady zbrodni na Ukraińcach, popełnionych przez nacjonalistów ukraińskich po agresji niemieckiej na ZSRR: „(…) W wiosce Suchodół rejonu Bóbrka zamordowali przewodniczącego Rady Wiejskiej Repeta, odcięli mu uszy, nos, wykłuli oczy i tak wyglądającego oprowadzali po wsi. Zabili też sekretarza wiejskiego komitetu wykonawczego Łabasa. W wiosce Czechy zamordowali dwudziestu aktywistów i urządzili »uroczystość« po dokonaniu krwawej akcji. W wioskach Gaje i Głuchowicze banderowcy rozstrzelali 50 czerwonoarmistów i siekierami zarąbali wiejskich aktywistów. Przewodniczącego miejscowego kołchozu H. A. Kmetia prowadzili po wsi z czerwonym sztandarem, a następnie wykłuli oczy i porąbali ciało na strzępy”.

Dziesiątki tysięcy cywilnych Ukraińców zginęły z rąk OUN i UPA w okresie powojennym. Nacjonalistyczna historiografia ukraińska stoi na stanowisku, że większość tych ofiar to byli „enkawudziści”. Jednakże – jak zauważył Masłowski – banderowskie podziemie na Ukrainie skierowało swoją powojenną działalność terrorystyczną głównie „przeciwko miejscowej wiejskiej ludności (…). Wykorzystując taktykę szybkich napadów (którą sami nazywają »partyzancką«), rabowali i palili pomieszczenia rad wiejskich, szkół, klubów, bibliotek, czytelni wiejskich, sklepów, domy aktywistów radzieckiej władzy, a nawet i całe wioski”. Np. w rejonie Kamionka Strumiłowa i sąsiednich rejonach obwodu lwowskiego wiele takich napadów dokonał oddział nadrejonowego prowidnyka Służby Bezpieczeństwa OUN-B Dmytro Kupiaka „Kleja”. Postać Kupiaka – który uciekł do Kanady i uniknął odpowiedzialności za zbrodnie na Polakach i Ukraińcach – opisał żołnierz AK i więzień łagrów radzieckich Bronisław Szeremeta w publikacji „Watażka – jego zbrodnie i zakłamane wspomnienia” (wyd. 1996, 2000).

Tylko w miesiącach październik-grudzień 1944 r. banderowcy zamordowali w obwodzie tarnopolskim 707 osób, w tym 436 chłopów, 53 wojskowych, 169 przedstawicieli aktywu partyjnego i 48 przewodniczących rad wiejskich. Dalsze 159 osób uprowadzili ze sobą do lasu i najprawdopodobniej też zamordowali. Spalili ponadto 214 gospodarstw wiejskich, 58 pomieszczeń rad wiejskich, 6 mleczarń, 5 gorzelni i 21 mostów. Ograbili 345 gospodarstw, zniszczyli 18 traktorów i 22 samochody oraz zrabowali 216 sztuk bydła. Czy to była walka z władzą radziecką, czy jednak z narodem ukraińskim?

W samym 1945 roku podziemie banderowskie przeprowadziło w zachodnich obwodach Ukraińskiej SRR 3424 akcje terrorystyczne. Na podstawie danych – przytaczanych przez Masłowskiego – wiadomo, że od lipca do końca 1944 r. banderowskie podziemie zamordowało 2725 osób w obwodzie stanisławowskim. Natomiast od lata 1944 do maja 1946 r. z rąk banderowców zginęło 5088 osób w obwodzie lwowskim, w tym m.in.: 44 nauczycieli, 218 przewodniczących rad wiejskich i ich zastępców, 406 żołnierzy oddziałów grup samoobrony (przeważnie miejscowej młodzieży) oraz 3105 chłopów (w tym 497 dzieci).

„Otóż spośród 5088 tych, którzy zginęli – zauważył Masłowski – na »enkawudzistów« i »bolszewików« przypada zaledwie 1315 ludzi. To kategorycznie przeczy tym kłamstwom nacjonalistów, rozpowszechnianym przez nich często, że jakoby OUN-UPA »walczyła« tylko z »enkawudzistami« i przedstawicielami partyjnych radzieckich organów”. Z takim zakłamywaniem historii można się spotkać m.in. w słynnym filmie „Zalizna sotnia” („Żelazna sotnia”) Ołesia Janczuka z 2004 roku. Możemy w tym filmie zobaczyć polskich partyzantów i żołnierzy radzieckich napadających na ukraińskie wsie, mordujących Ukraińców i gwałcących ukraińskie dziewczęta. Natomiast ludzie z sotni UPA „Hromenki” (Mychajło Dudy) nikogo nie mordują, tylko bronią naród ukraiński przed polskimi i sowieckimi „najeźdźcami”. Wziętego do niewoli żołnierza radzieckiego po ojcowsku edukują politycznie i czynią z niego prawdziwego ukraińskiego patriotę. W rzeczywistości sotnia „Hromenki” prowadziła działalność terrorystyczną w powojennej Polsce. Brała udział m.in. w pierwszym ataku UPA na Birczę 22 października 1945 r.

Tezę postawioną przez Masłowskiego potwierdzają dane, które w 1996 roku podał amerykański historyk Jeffrey Burds. Wedle niego UPA zabiła na terenie Galicji Wschodniej od lutego 1944 do grudnia 1946 r. 11725 osób. Wśród nich było 6250 cywilów, a jeśli uwzględnimy członków tzw. batalionów niszczycielskich (Istriebitielnyje Bataliony – IB) – czyli formacji samoobrony tworzonych z ludności wiejskiej – 6980[3].

Sposoby mordowania przez UPA ofiar ukraińskich nie różniły się niczym od sposobów mordowania ofiar polskich i żydowskich. Pokazuje je jeden z przykładów przytoczonych w książce Masłowskiego: „7 lutego 1945 r. banderowcy złapali we wsi Staszewicze rejonu Stary Sambor w Lwowskiem nauczycielkę-aktywistkę Katerynę Szewczenko. Wyciągnęli ją na podwórze, przestrzelili obydwie nogi, żeby nie uciekła, a potem zaczęli torturować. Bandyci wykłuli jej oczy, po kawałeczku obcinali ręce, uszy, wargi, wyrwali z piersi serce, rozbili kolbą głowę, a potem ją oderżnęli”.

Do takich zbrodni popychały nacjonalistów ukraińskich idee „twórczego terroru” Dmytro Doncowa i Stepana Bandery. Celem banderowców była nie tylko likwidacja Ukraińców-komunistów i uważanych przez nich za zwolenników ZSRR, ale – zgodnie z ideą „twórczego terroru” – terroryzowanie szerokich rzesz ludności. Stąd tak duża liczba ofiar wśród cywilnych Ukraińców.

Najbardziej znaną ofiarą spośród inteligencji ukraińskiej był Jarosław Hałan (1902-1949) – pisarz, dramaturg i publicysta związany z ruchem komunistycznym, ostry krytyk OUN i Kościoła grekokatolickiego. Zginął w swoim gabinecie we Lwowie od 11 ciosów siekierą, zadanych mu przed dwóch egzekutorów z OUN.

Według raportu Komitet Bezpieczeństwa Państwowego Ukraińskiej SRR z 1973 roku z rąk banderowców zginęło w latach 1944-1953 30676 osób, w tym m.in. 8340 funkcjonariuszy NKWD, NKGB, MWD, żołnierzy wojsk wewnętrznych i żołnierzy batalionów niszczycielskich, 1454 członków rad wiejskich, 314 przewodniczących kołchozów, 15355 chłopów i pracowników kołchozów, 676 robotników, 1931 przedstawicieli inteligencji, 50 duchownych różnych wyznań, 860 dzieci, starców i gospodyń domowych. Ponadto od 1944 do 1947 roku banderowskie podziemie zabiło 1225 osób na terenie Białoruskiej SRR.

Masłowski nie zgodził się z liczbą 30676 ofiar UPA na Ukrainie, która jego zdaniem mogła być nawet trzykrotnie wyższa. Jednakże współcześni badacze nacjonalizmu ukraińskiego (np. Grzegorz Motyka, Grzegorz Rossoliński-Liebe) – opierając się na danych KGB z 1973 roku – przyjmują, że w latach 40. i 50. XX wieku zginęło z rąk UPA na Ukrainie radzieckiej około 30 tys. osób (ponad 20 tys. cywilów i około 10 tys. funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa państwowego, żołnierzy radzieckich oraz członków IB). Większość ofiar cywilnych – co podkreślił m.in. Rossoliński-Liebe – stanowili pracownicy kołchozów i chłopi oskarżeni przez banderowców o popieranie władz radzieckich.

Drugą stroną tragedii, jaką była powojenna działalność terrorystyczna UPA na Ukrainie radzieckiej, są ofiary represji stalinowskich spowodowanych przez tę działalność. Według dokumentów radzieckich i szacunków historyków (m.in. Katrin Boeckh, Stanisław Ciesielski, G. Motyka,) radzieckie organa bezpieczeństwa i siły zbrojne zabiły po wojnie w związku z działalnością UPA około 153 tys. osób, aresztowały kolejne 134 tys. i deportowały – głównie do obozów pracy na Syberii – 203 tys. osób. Spośród 203 tys. deportowanych z zachodnich obwodów Ukrainy 171 tys. stanowiły osoby oskarżone przez władze radzieckie o przynależność do OUN i UPA albo ich wspieranie lub bycie krewnym członka podziemia nacjonalistycznego. A zatem – jak zauważył G. Rossoliński-Liebe – do 1953 roku około 490 tys. zachodnich Ukraińców ucierpiało na skutek różnych form represji spowodowanych głównie przez terrorystyczną działalność UPA[4].

Dzisiaj na Ukrainie eksponuje się wyłącznie te ofiary – bez refleksji, że były pokłosiem terrorystycznej działalności UPA – i przykrywa nimi ukraińskie ofiary banderowców.

Charakter powojennej działalność OUN i UPA na Ukrainie radzieckiej oraz liczba jej ofiar wśród cywilnych Ukraińców dowodzą tego, że nacjonaliści ukraińscy nie walczyli o „wyzwolenie Ukrainy”, ale o zdobycie władzy nad narodem ukraińskim i popełniali zbrodnie przeciw ludzkości także na tym narodzie. Nacjonaliści ukraińscy nie mieli żadnego wpływu na powstanie niepodległej Ukrainy w 1991 roku. Oni i ich ideologia byli i są – jak to powiedział Wiktor Poliszczuk – chorobą nieuleczalną. Bez zrozumienia tego faktu Ukraina nigdy nie stanie się państwem normalnym.

[1] W. Masłowski, Z kim przeciw komu walczyli nacjonaliści ukraińscy w latach II wojny światowej?, Wrocław 2001.

[2] G. Rossoliński-Liebe, Stepan Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty, Warszawa 2018, s. 334.

[3] J. Burds, AGENTURA: Soviet Informants’ Network and the Ukrainian Underground in Galicia, 1944-1948, „East European Politics and Societies”, t. 11, nr 1 (1996), s. 89-130.

[4] K. Boekh, Stalinismus in der Ukraine. Die Rekonstruktion des sowjetischen Systems nach dem Zweiten Weltkrieg, Wiesbaden 2007, s. 366-367; G. Motyka, Ukraińska partyzantka 1942-1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Warszawa 2006, s. 502, 528, 650, 649; G. Rossoliński-Liebe, Stepan Bandera…, s. 446-468.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 marca 2019 r.

„Przegląd” nr 11 (1001), 11-17.03.2019, s. 28-31

Ukraina jako nadzieja dla świata

19 lutego – w przeddzień piątej rocznicy finału krwawego przewrotu na Ukrainie (zwanego „rewolucją godności”) – odbyła się w Kijowie uroczysta sesja Rady Najwyższej Ukrainy poświęcona „piątej rocznicy początku zbrojnej agresji Rosji przeciw Ukrainie”. Trzeba mieć szczególne poczucie humoru albo wyjątkowy tupet, żeby przewrót kijowski z przełomu 2013/2014 roku nazywać „zbrojną agresją Rosji przeciw Ukrainie”. Owszem, była to agresja, ale Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, które doprowadziły do obalenia legalnej administracji prezydenta Wiktora Janukowycza i nie zawahały się użyć do tego celu m.in. środowisk postbanderowskich i neonazistowskich. Środowiska te uzyskały w następstwie przewrotu znaczący wpływ chociażby na politykę historyczną pomajdanowej Ukrainy. Dezintegracja terytorialna Ukrainy – nazywana przez oficjalną propagandę Kijowa i Zachodu „agresją rosyjską” – była nieuniknionym politycznym skutkiem wcześniejszej agresji Zachodu i przyjęcia na początku marca 2014 roku szowinistycznej ustawy językowej przez pomajdanowe władze.

W przewrocie kijowskim 2013/2014 roku aktywnie uczestniczyły ówczesny rząd polski Donalda Tuska, reprezentujący kolację PO-PSL, a także ówczesna opozycja PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele, który przywitał puczystów na kijowskim Majdanie pozdrowieniem banderowskiej OUN i UPA – „Sława Ukrainie!”. Dlatego jest wysoce symboliczne, że we wspomnianej uroczystej sesji Rady Najwyższej wzięli udział Donald Tusk – obecnie przewodniczący Rady Europejskiej, a także przewodniczący PO Grzegorz Schetyna, posłanka PiS Małgorzata Gosiewska oraz poseł PO Robert Tyszkiewicz.

Donald Tusk wygłosił do zebranych przemówienie w języku ukraińskim (pełny tekst znajduje się na portalu Rady Europejskiej – http://www.consiliumeuropa.eu, 19.02.2019). Warto pochylić się nad tym przemówieniem, żeby zrozumieć jak głęboka jest aberracja polityczna przewodniczącego Rady Europejskiej.

„Po pierwsze, chcę Wam podziękować za wytrwałość. Wytrwaliście w najtrudniejszych chwilach Waszej historii i trwać będziecie, dumni i niezłomni, wbrew geopolityce, wbrew złym zamiarom agresywnego sąsiada i wbrew obojętności i hipokryzji wielu ważnych aktorów światowej sceny politycznej. Wytrwaliście, chociaż Wasi przyjaciele i sojusznicy nie zawsze pomagają Wam w wystarczającym stopniu” – powiedział na wstępie Donald Tusk. Passus o „zamiarach agresywnego sąsiada”, czyli Rosji, to już jest standard ukraińskiej i zachodniej propagandy, więc nie będę się nad nim rozwodził. Ale co oznacza stwierdzenie, że „przyjaciele i sojusznicy” nie pomagają Ukrainie „w wystarczającym stopniu”? Czy to jest krytyka pod adresem obecnego rządu polskiego? Najprawdopodobniej tak, bo przecież przewodniczący Tusk nie pozwoliłby sobie na krytykę Niemiec, UE, czy USA. A zatem za mało pieniędzy i broni płynie z Polski na Ukrainę i niepotrzebnie Warszawa ciągle przypomina o tym ludobójstwie na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Nie ulega wątpliwości, że przewodniczący Tusk pogroził palcem w Radzie Najwyższej Ukrainy właśnie rządowi w Warszawie. I to po ukraińsku.

Kolejny fragment przemówienia przewodniczącego Tuska, na który warto zwrócić uwagę, brzmiał następująco: „(…) dzisiaj mogę powtórzyć przed Wami nie tylko we własnym imieniu, ale w imieniu całej Unii Europejskiej: jesteśmy z Wami i chcemy Wam dalej pomagać. (…) Mogę powtórzyć, że Europa nigdy nie uzna rosyjskiej aneksji Krymu i nie zrezygnuje z sankcji, dopóki Rosja nie wypełni swoich zobowiązań. Unia nie zaakceptuje też żadnych aktów przemocy na Morzu Azowskim. Zrobię wszystko, aby Unia pozostała w tym zjednoczona”.

Te słowa brzmią groteskowo. Są wyznaniem wiary giedroycisty i niczym więcej. Nie wiem czy przewodniczący Tusk ma świadomość tego, że tak radykalna retoryka antyrosyjska jest podzielana poza Warszawą może jeszcze w Londynie, który na własne życzenie prawdopodobnie znajdzie się poza UE, a na pewno znalazł się w kryzysie. Na pewno nie jest podzielana w Berlinie i Paryżu, a zdecydowanie odrzucają ją Rzym, Budapeszt i Praga. Z tego powodu w zacytowanym fragmencie przewodniczący Tusk złożył Ukrainie deklarację bez pokrycia, za którą – co wielokrotnie udowodnił w swojej działalności politycznej – nie ma zamiaru brać odpowiedzialności. Jeśli władze ukraińskie nie są tego świadome, to uprzejmie je o tym informuję.

„(…) Chłopcy z „Niebiańskiej Sotni” weszli do panteonu nie tylko ukraińskich, ale europejskich bohaterów. I wszystkim matkom poległych chcę przyrzec, że Europa będzie pamiętać o waszych synach. (…) Daliście wielu ludziom na całym świecie, tym poniżanym i zniewolonym, największy dar: nadzieję, że i dla nich, dziś słabych, nadejdzie dzień zwycięstwa” – stwierdził dalej przewodniczący Tusk. To słowa jeszcze bardziej groteskowe chociażby w świetle tego, co dzisiaj wiadomo na temat rzeczywistych sprawców masakry na kijowskim Majdanie w dniach 18-20 lutego 2014 roku. Nie tylko w świetle niezależnych badań Iwana Kaczanowskiego, ale także oficjalnego śledztwa ukraińskiego. Jaką nadzieją dla „poniżanych i zniewolonych” (oczywiście chodzi o Rosjan, gdyby ktoś nie wiedział) i na jakie „zwycięstwo” może być dzisiaj pomajdanowa Ukraina? Państwo istniejące teoretycznie, z rozlatującą się gospodarką, wysokim stopniem dezintegracji politycznej, opanowane przez oligarchów i zwykłych przestępców?

Następny fragment przemówienia przewodniczącego Tuska nosił już znamiona występu kabaretowego: „(…) dziękuję Wam za rozwagę, za to, że Wasz romantyzm okazał się bardzo pragmatyczny, że Wasza walka o niepodległość i integralność Ukrainy to nie tylko heroiczny opór wobec agresji, ale też systematyczne reformowanie swojego państwa, odbudowa gospodarcza i przemyślana, rozsądna i konsekwentna dyplomacja. Kiedy trzeba – bohaterowie, kiedy trzeba, twardo stąpający po ziemi pragmatycy – tak Was widzi dzisiaj świat”.

W tę „odbudowę gospodarczą” nikt przecież nie wierzy już na Ukrainie poza ewentualnie ludźmi niepoczytalnymi. Masowa emigracja zarobkowa z Ukrainy, nie tylko do Polski, ale także do Rosji, z którą Ukraina ma być podobno w stanie wojny, mówi wszystko o tej „odbudowie gospodarczej”. Natomiast co do „konsekwentnej dyplomacji” to ma ona rzeczywiście miejsce w stosunku do Polski, którą ukraińskie państwo upadłe raz po raz stawia do pionu, otrzymując w zamian bezwarunkowe wsparcie.

„(…) chciałem Wam podziękować za Waszą europejskość. Zawsze będę pamiętał niebieskie flagi z żółtymi gwiazdami na Chreszczatyku w czasie rewolucji, za »Odę do radości« graną wtedy w wielu miejscach na całej Ukrainie. Często powtarzam moim kolegom w Brukseli: nie uczcie ich Europy, uczcie się od nich, co znaczy Europa. Chcę dzisiaj, przed Wami powtórzyć słowa, które kiedyś skierowałem do unijnych liderów: tylko ten, kto jest solidarny z Ukrainą, ma prawo nazywać się Europejczykiem” – stwierdził dalej przewodniczący Tusk. Czerwono-czarnych flag OUN-B i UPA – dominujących wtedy na Majdanie – rzecz jasna obecny przewodniczący Rady Europejskiej nie zauważył, a każdy kto mu o tym przypomni jest pewnie „agentem Rosji”. Jeśli jego koledzy z Brukseli rzeczywiście mają się uczyć od pomajdanowej Ukrainy czym jest Europa, to nie wróżę Unii Europejskiej długiego bytu.

W kluczowym fragmencie swojego przemówienia przewodniczący Tusk powiedział: „Kiedy my, Polacy zaczynaliśmy swoją drogę do Europy, papież Jan Paweł II powiedział światu: »Nie ma sprawiedliwej Europy bez niepodległej Polski«. Więc ja chcę dziś powiedzieć, że nie ma sprawiedliwej Europy bez niepodległej Ukrainy. Że nie ma bezpiecznej Europy bez bezpiecznej Ukrainy. Mówiąc najprościej: nie ma Europy bez Ukrainy!” Po co przywoływać Jana Pawła II, skoro znowu mamy tutaj wyznanie wiary w dawno przebrzmiałe złudzenia Jerzego Giedroycia. Pytanie: czy poza przewodniczącym Rady Europejskiej ktoś w kierownictwie UE podziela te złudzenia? Nie sądzę.

W zakończeniu przemówienia Donald Tusk dał Ukraińcom pięć rad. Zwrócę uwagę tylko na jedną z nich: „(…) odrzućcie zdecydowanie pokusę radykalnego nacjonalizmu i populizmu, tak jak dotąd czyniliście”. To jest kpina, straszna kpina w świetle tego z czym mamy do czynienia na Ukrainie od 2014 roku, kiedy nastąpił renesans nacjonalizmu ukraińskiego jako fundamentu polityki historycznej Kijowa. Na tym zatrutym fundamencie budowana jest tożsamość państwowo-narodowa pomajdanowej Ukrainy. Tego faktu może nie dostrzegać i świadomie go ignorować tylko fanatyczny giedroycista. Donald Tusk przemawiał w Radzie Najwyższej Ukrainy bynajmniej nie w imieniu Unii Europejskiej, ale polskiego skansenu politycznego im. Jerzego Giedroycia.

W świętowaniu piątej rocznicy masakry na kijowskim Majdanie nie wziął udziału, poza przewodniczącym Tuskiem i wspomnianymi politykami polskimi, żaden polityk z Unii Europejskiej, ani żaden inny członek jej kierownictwa. To mówi wszystko nie tylko o wystąpieniu Donalda Tuska, ale także o sytuacji samej Ukrainy. No i jest zapowiedzią tego, że polityczne koszty ukraińskiej partii szachów poniesie Polska. Wyłącznie Polska, którą w tę partię szachów zaangażował w roli pionka polski skansen polityczny im. Jerzego Giedroycia.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 10 marca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 10-11 (2231/2232), 10-17.03.2019, s. 8

Mitologia „wyklętych”

Kluczowym elementem tzw. polityki historycznej szeroko rozumianej prawicy w Polsce jest niemal sakralny kult powojennego zbrojnego podziemia antykomunistycznego, dla którego stworzono nazwę Żołnierzy Wyklętych lub Niezłomnych, pisaną obowiązkowo z dużej litery. Ja pozwolę sobie pisać ją z małej litery i w cudzysłowie. Nazwę tę wymyśliła w 1993 roku Liga Republikańska – zapomniana już dzisiaj organizacja radyklanej młodzieży prawicowej, wywodząca się z NZS Uniwersytetu Warszawskiego – a spopularyzował ją w 1996 roku Jerzy Ślaski (1926-2002) w książce pod takim tytułem. Większość tej organizacji wraz ze swoim liderem Mariuszem Kamińskim weszła później do PiS. To właśnie w 1993 roku Liga Republikańska zorganizowała wystawę poświęconą antykomunistycznemu podziemiu zbrojnemu po 1944 roku. Nadała jej tytuł „żołnierze wyklęci”.

W tym czasie zapanowała też wśród młodych historyków moda na badanie historii zbrojnego podziemia powojennego. Z tekstów, jakie pisali wtedy znani później historycy – m.in. Rafał Wnuk, Kazimierz Krajewski, czy Grzegorz Motyka – wyłaniała się wyraźna sympatia do podziemia antykomunistycznego. Jednakże autorzy ci nie unikali wówczas problemów drażliwych – wyciszanych przez obecną politykę historyczną – takich jak stosunek do mniejszości narodowych, zbrodnie na osobach cywilnych, demoralizacja ludzi pozostających w podziemiu, albo konflikty pomiędzy różnymi odłamami podziemia. Młodzi historycy lat 90. XX wieku – jak to ujął później prof. R. Wnuk – „starali się pisać historię krytyczną i nie wchodzili w rolę kreatorów polityki pamięci czy polityki historycznej”. Tę rolę zarezerwowała sobie wówczas Liga Republikańska, a od lat dwutysięcznych Prawo i Sprawiedliwość.

Mit „wyklętych” – przyswojony później przez większość polskiej prawicy, także tej z Platformy Obywatelskiej – miał spełniać różne funkcje polityczne. Wspierał prawicową demagogię deprecjonującą porozumienie Okrągłego Stołu, stał się dodatkowym paliwem dla podtrzymywania świętego ognia antykomunizmu i rusofobii, a przede wszystkim stał się ważnym kodem kulturowym szeroko rozumianej prawicy.

Na falsyfikację pojęcia „żołnierze wykleci” zwrócił uwagę m.in. prof. R. Wnuk: „Pojęcie to fałszywie sugeruje, iż antykomunistycznych konspiratorów łączyła jakaś więź organizacyjna lub wspólnota celów. Propagujący to określenie ludzie przekonują, iż w warunkach reżimu komunistycznego podziemna walka zbrojna była jedyną honorową, a jednocześnie racjonalną strategią działania. Deprecjonują opór stawiany komunistom przez Polskie Stronnictwo Ludowe i inne działające wówczas legalnie środowiska polityczne i społeczne. Wielu z nich twierdzi jakoby w latach 1944–53 (w innej wersji 1944–63) żołnierze zwani wyklętymi walczyli w najdłuższym w historii Polski narodowym, antykomunistycznym powstaniu. Mówią tak, choć żaden konspirator czy partyzant nie nazywał siebie żołnierzem wyklętym, żaden z nich nie określił swej ówczesnej aktywności powstaniem. Pojęcia te kreują uproszczony, infantylny, w dużym stopniu fałszywy obraz powojennego podziemia. Duma z przeszłości winna opierać się na niewyimaginowanej, możliwie zobiektywizowanej historii, a nie być produktem zideologizowanej polityki historycznej”[1].

Rosnącą na prawicy modę na „wyklętych” podchwyciło Prawo i Sprawiedliwość, kiedy w 2005 roku po raz pierwszy doszło do władzy. PiS potrzebował własnego mitu założycielskiego, by odciąć się od okrągłostołowych „lumpenelit”. Zanim pojawił się mit „zbrodni smoleńskiej”, funkcję mitu założycielskiego spełniał i nadal spełnia mit „żołnierzy wyklętych”, których politycznym kontynuatorem ma być właśnie ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego. Mitologię „wyklętych” zaczęto więc intensywnie krzewić wśród młodzieży – w pierwszej kolejności prawicowej i nacjonalistycznej – oraz tzw. środowisk kibicowskich.

Tak o tym napisał na Facebooku znany mi prawicowy dziennikarz: „Za czasów mojej przynależności do Młodzieży Wszechpolskiej właściwie temat gloryfikacji Wyklętych nie istniał, nie robiło się o tym referatów na zebrania i nie brało udziału w uroczystościach. Owszem, ktoś nałożył koszulkę z krzyżem NSZ i to było tyle. (…) Z czasem do głosu doszło pokolenie, które obraz PRL-u znało już tylko z przekazu innych. Ta generacja szukała ideologicznego paliwa. Nasłuchali się opowieści o tej złej komunie i znaleźli sobie paliwo. (…) Zaczęli propagować Wyklętych jeszcze przed PiS-em, ale to PiS zrobił z nich kult państwowy angażując w to wojsko i cały aparat państwowy. Bez PiS-u inicjatywa ta byłaby dalej marginalna. PiS wykorzystał tych Wyklętych nie z powodu uważania ich za szczególnych bohaterów. Po prostu wpisują się oni doskonale w chore romantyczne tradycje powstańcze, po drugie są kontrą dla Solidarności przejętej przez złych ludzi, po trzecie można było dzięki Wyklętym złapać trochę punktów poparcia wśród młodych ludzi w popkulturze”.

Za początek tego procesu można uznać 13 sierpnia 2006 roku, kiedy w Zakopanem odbyło się huczne – z udziałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego – odsłonięcie pomnika Józefa Kurasia „Ognia” i jego żołnierzy. Notabene „ogniowcy” w Zakopanem i okolicach nigdy nie działali. Pomnik odsłonięto tam, ponieważ nie chcieli go u siebie mieszkańcy Nowego Targu, Waksmundu i Ostrowska, gdzie wciąż żywa jest pamięć o zbrodniach samozwańczego majora „Ognia”. Natomiast pomnik odsłonięty sześć lat później w Gorcach został umieszczony na prywatnym terenie należącym do rodziny Kurasiów.

Postawiono na piedestale całe powojenne podziemie zbrojne, nie wnikając w kwestie dotyczące zbrodni popełnionych przez część „wyklętych”, ich demoralizacji, kolaboracji z UPA itp. Największą gloryfikacją objęto najbardziej kontrowersyjnych dowódców podziemia powojennego, odpowiedzialnych za ewidentne zbrodnie na ludności cywilnej, takich jak Józef Kuraś „Ogień”, Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, czy Romuald Rajs „Bury”. Nie zwracano przy tym uwagi np. na protesty mniejszości białoruskiej wobec kultu „Burego”, czy mniejszości słowackiej wobec kultu „Ognia”. Każdy kto wyrażał jakiekolwiek wątpliwości wobec sakralizacji „wyklętych” identyfikowany był od razu jako wróg narodu i polityczny spadkobierca UB. Parareligijny kult „wyklętych” nie przewidywał i nie przewiduje tolerancji dla innowierców i niewierzących. Ich krytyka – nawet naukowa i udokumentowana źródłowo – była i jest niedopuszczalna. Kult „żołnierzy wyklętych” otrzymał tym samym jeszcze jedną ważną, może najważniejszą, funkcję polityczną. Stał się wygodnym narzędziem zabijania demokratycznej debaty publicznej oraz terroryzowania przeciwników politycznych prawicy.

W celu osłabienia wymowy faktu heroizacji osób odpowiedzialnych za zbrodnie posunięto się do manipulacji, która polegała na włączeniu do panteonu „wyklętych” ofiar represji stalinowskich, takich jak Emil August Fieldorf, Jan Rzepecki, czy Witold Pilecki. Dla animatorów kultu „wyklętych” nie ma przy tym znaczenia, że np. gen. Fieldorf był zdecydowanym przeciwnikiem powojennej walki zbrojnej. Prawda historyczna ma bowiem w tej mitologii najmniejsze znaczenie.

Dla celu pseudohistorycznej podbudowy kultu „wyklętych” stworzono dwa wielkie mity. Pierwszy z nich to mit „powstania antykomunistycznego”, które miało trwać w latach 1944-1963. Datę końcową tego „powstania” wyznacza śmierć Józefa Franczaka „Lalka” z oddziału Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, który zginął w obławie 21 października 1963 roku. Od lutego 1953 roku Franczak nie prowadził jednak żadnej walki zbrojnej, tylko się ukrywał, a jego ostatnią akcją była „akcja ekspropriacyjna”, czyli napad rabunkowy na kasę Gminnej Spółdzielni w Piaskach w powiecie świdnickim.

Kolejnym mitem jest liczba uczestników rzekomego „powstania antykomunistycznego”. Zaczęto od liczby 80 tys., potem pojawiła się liczba 120-180 tys. osób, aż wreszcie Antoni Macierewicz ogłosił 1 marca 2018 roku w Radiu Maryja i TV Trwam, że „wyklętych” było podobno 300 tys. „Po roku 1945 w walce zbrojnej co najmniej do końca lat 50-tych na terenach Rzeczypospolitej Polskiej walczyło co najmniej 300 tysięcy ludzi, walczyło o niepodległość naszego kraju. 300 tysięcy – to jest tyle samo, ile walczyło, ile brało udział w walce z niemiecką, hitlerowską okupacją w latach 1939-1945” – powiedział wówczas Macierewicz[2].

Amnestia z 22 lutego 1947 roku objęła 76744 osoby, które ujawniły swoją działalność podziemną. Jednakże 23257 osób z tej liczby przebywało wówczas w więzieniach. Spośród pozostałych 53517 osób, które wtedy się ujawniły, też nie wszystkie prowadziły walkę zbrojną. Po amnestii z 1947 roku w podziemiu pozostało kilkaset osób, których działalność wygasła na początku lat 50-tych XX wieku. Tymczasem dowiadujemy się od czołowego polityka PiS, że do końca lat 50-tych walczyło w Polsce zbrojnie z ówczesną władzą 300 tys. ludzi… Przypuszczam, że to nie jest ostatnie słowo animatorów mitologii „wyklętych” i prędzej czy później dowiemy się, że w zbrojnej walce z „komuną” brały udział miliony. Taka manipulacja liczbami deprecjonuje wysiłek zbrojny Armii Krajowej, stawiając go w cieniu walki powojennego podziemia antykomunistycznego. W wypowiedzi Antoniego Macierewicza jest jeszcze jeden nieprawdziwy i niebezpieczny wątek – zrównanie okupacji hitlerowskiej i rzeczywistości politycznej Polski powojennej.

Te dwa kluczowe mity – „powstania antykomunistycznego” z lat 1944-1963 oraz domniemanej liczby jego uczestników – kreują najbardziej fałszywą tezę historyczną, jaka wynika z mitologii „wyklętych”. Tezę, że ich wybór polityczny był jedynie możliwym i bezalternatywnym wyborem dla Polaków po 1945 roku oraz że ten wybór był postawą większości ówczesnego narodu polskiego, a nie jego niewielkiego marginesu, jakim byli w rzeczywistości „wyklęci”.

Należy zadać pytanie, dlaczego wśród dowódców zbrojnego podziemia powojennego nie było ani jednego generała, ani nawet wysokiego stopniem oficera? Dlaczego wśród dowódców „wyklętych” mamy oficerów niższych stopni, albo takich, którzy sami mianowali się oficerami?

Żaden z będących wtedy w kraju generałów i wyższych oficerów wojska II RP, AK oraz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie nie poparł powojennego podziemia zbrojnego. Wspomniałem już, że jedną ze sztandarowych postaci dla animatorów kultu „żołnierzy wyklętych” stał się gen. „Nil” – August Emil Fieldorf (1895-1953) – twórca i organizator Kedywu Armii Krajowej oraz zastępca komendanta głównego AK, ofiara haniebnego stalinowskiego mordu sądowego.

W 1944 roku „Nil”, jeszcze jako pułkownik, przeciwstawiał się pomysłowi wszczęcia powstania w Warszawie. Wysłał nawet w tej sprawie list do komendanta głównego AK – gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego. Prawdopodobnie stało się to wówczas przyczyną odsunięcia go od spraw bieżących – „Nil” podzielił los tych oficerów KG AK, którzy sprzeciwiali się szaleńczym planom Leopolda Okulickiego i Tadeusza Pełczyńskiego. Przewidywania „Nila” sprawdziły się – powstanie zakończyło się niewyobrażalna klęską. On sam nie brał w ogóle udziału w powstaniu, oddelegowany do tworzenia kadrowej organizacji „Nie”, której zadaniem było kontynuowanie konspiracji po wkroczeniu Armii Czerwonej. W opinii animatorów kultu „wyklętych” ma to świadczyć o tym, że rzekomo był prekursorem podziemia powojennego, a nawet jego uczestnikiem. Jednakże nie tylko nim nie był, ale należał do ostrych krytyków powojennej irredenty.

Aresztowany przypadkowo, wywieziony w głąb ZSRR, wrócił do Polski w 1947 roku. Dzięki zachowanym meldunkom informatorów UB znamy jego poglądy na ówczesną sytuację polityczną. Uważał, że akcja ujawnienia AK, przeprowadzona przez płk. Jana Mazurkiewicza „Radosława” latem-jesienią 1945 roku, powinna zostać przeprowadzona wiosną 1945 roku, kiedy były inne warunki polityczne. Jedno ze źródeł agenturalnych odnotowało, że Fieldorf „wyraził się, że potępia każdą działalność podziemia i uważa, że najwyższy czas pozytywnie pracować dla kraju”. Ponadto uważał, że w obliczu ewentualnego konfliktu ZSRR z USA Polska „powinna stać na uboczu”. Odrzucał też jakąkolwiek myśl o powstaniu ogólnonarodowym. W ocenie „Nila” pacyfikacja takiego powstania przez ZSRR oznaczałaby utratę potencjału biologicznego Polski o 25 %. Był zatem „Nil” zwolennikiem przetrwania aktywnego – bez angażowania się po stronie PPR/PZPR, ale i bez popierania Zachodu. Jego tragedia polegała na tym, że padł ofiarą terroru stalinowskiego, mimo że nie stanowił żadnego zagrożenia dla Polski Ludowej. Był najwyższym stopniem oficerem AK skazanym na śmierć i straconym w Polsce stalinowskiej.

Czy los, jaki go spotkał jest dowodem na to, że jednak nie był realistą, że rację mieli ci, którzy pozostali po wojnie w podziemiu? Nie, ponieważ „Nilowi” nie chodziło o siebie, ale o naród polski – wyniszczony straszną wojną i okupacją, pragnący żyć i pracować nawet dla takiej Polski, jaka wyłoniła się w 1945 roku. Na inną w tamtych realiach geopolitycznych nie było zresztą szans. „Polska niepodległa”, czyli Polska w amerykańsko-zachodniej strefie wpływów – o jaką walczyli „wykleci” – byłaby w istocie nowym Księstwem Warszawskim, bez Ziem Zachodnich, bynajmniej wcale nie bardziej suwerennym niż Polska w radzieckiej strefie wpływów. Nadzieje „wyklętych” na powstanie takiej Polski w wyniku trzeciej wojny światowej były ponadto całkowicie irracjonalne, ponieważ taka wojna – z użyciem broni atomowej – przyniosłaby Polsce tylko ostateczną zagładę.

Punkt widzenia gen. „Nila” podzielało wielu przedwojennych wyższych oficerów i ogromna większość społeczeństwa polskiego, które miało dość wojny, życia w strachu, widoku śmierci. Większość Polaków nie była entuzjastami ani ideologii komunistycznej ani metod sprawowania władzy przez komunistów, ale popierała wprowadzone przez nich w latach 1944-1946 reformy społeczne. Zwłaszcza reformę rolna, której nie potrafiła przeprowadzić II Rzeczpospolita. W ówczesnym społeczeństwie polskim nie było politycznego poparcia dla powrotu rzeczywistości społeczno-politycznej II RP i to była jedna z przyczyn izolacji politycznej oraz porażki powojennego podziemia zbrojnego.

Otwartego poparcia dla władz Polski pojałtańskiej udzielił w 1945 roku m.in. gen. Juliusz Rómmel (1881-1967). Po powrocie z niewoli niemieckiej został w sierpniu 1945 roku na własną prośbę przyjęty przez Bolesława Bieruta, a następnie wstąpił do „ludowego” wojska, w którym w latach 1945-1947 zajmował stanowisko doradcy ds. szkolenia Naczelnego Dowódcy WP. Krzewiciele kultu „wyklętych” nazywają go dzisiaj „zdrajcą” i twierdzą, że „oddał duszę Bierutowi”[3].

Drogą takiej „zdrady” poszli też tacy generałowie wywodzący się z wojska II RP jak Franciszek Herman (1904-1952), Stefan Mossor (1896-1957), Bruno Olbrycht (1895-1951), Gustaw Paszkiewicz (1892-1955), Mikołaj Prus-Więckowski (1889-1961), Bolesław Szarecki (1874-1960) i Stanisław Tatar (1896-1980). Dla nich nie był to łatwy wybór polityczny. Bolesław Szarecki po dostaniu się do niewoli radzieckiej w 1939 roku był więźniem m.in. obozu w Kozielsku i cudem uniknął egzekucji w Katyniu. Mimo to pod koniec 1945 roku jako pierwszy generał Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie powrócił do kraju i podjął służbę w „ludowym” wojsku. Organizował w nim nowoczesną wojskową służbę zdrowia. Bruno Olbrycht musiał walczyć z powojennym podziemiem, czyli z dawnymi towarzyszami broni – kierował m.in. największą akcją pacyfikacyjną na obszarze województw warszawskiego, białostockiego i lubelskiego, przeprowadzoną w lutym 1946 roku. Nie był to też wybór bezpieczny. Spośród wymienionych generałów Franciszek Herman, Stefan Mossor i Stanisław Tatar stali się ofiarami terroru stalinowskiego. W ich przekonaniu był to jednak wybór najbardziej realny. Chcieli służyć takiemu państwu polskiemu, jakie mogło istnieć w tamtych realiach geopolitycznych.

Większość ówczesnego społeczeństwa polskiego w pierwszej kolejności chciała odbudować ojczyznę ze zniszczeń wojennych. Setki tysięcy Polaków nie walczyły do końca lat 50. w lasach, ale odbudowywały Warszawę, a miliony cały kraj. W odbudowie tej uczestniczył m.in. przedwojenny wicepremier i minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski (1888-1974) – bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego. Mimo krytyki ze strony emigracji i opozycji w kraju, powrócił do Polski 8 lipca 1945 roku. W latach 1945-1948 kierował odbudową gospodarki morskiej jako Delegat Rządu dla Spraw Wybrzeża, a w latach 1947-1952 był posłem na Sejm Ustawodawczy. W swoim przemówieniu z 1945 roku stwierdził: „Tu nad bałtyckim wybrzeżem ofiarowuje nam historia szanse jakich nie mieliśmy prawie od pięciu wieków. Musimy więc skupić wszystkie siły i wszystkie uzdolnienia tkwiące w naszym narodzie, by te możliwości wyzyskać w pełni”.

To był najbardziej dojrzały niezależny polski program polityczny, jaki wówczas sformułowano. Program pracy dla Polski w takich warunkach politycznych, jakie wtedy były. Nie po to, by tworzyć komunizm, ale po to, by budować polską siłę gospodarczą, naukową, czy sportową. Kadra techniczno-zarządzająca – złożona przecież z przedwojennych inżynierów – chciała wtedy odbudowy zakładów pracy i rozpoczęcia w nich produkcji. Tak samo myśleli robotnicy i ogromna większość młodzieży wiejskiej, której nowy ustrój stworzył nieznane dotąd szanse kształcenia się i awansu społecznego. Tak myślała też większość pokolenia Kolumbów – czyli akowskiej młodzieży inteligenckiej. Wielu z nich nie uniknęło represji stalinowskich, ale także wśród tej młodzieży panowało przekonanie, że należy się przede wszystkim kształcić, a przedwojenna kadra naukowa – która przystąpiła do odbudowy szkolnictwa wyższego – chciała jej to ułatwić.

Nie tylko ludzie PPR i PPS, czy części mikołajczykowskiego PSL byli przeciwnikami powojennego podziemia zbrojnego. Postawa tych, którzy tę walkę prowadzili nie miała zrozumienia i poparcia u większości ówczesnych Polaków, także nastawionych antykomunistycznie. Dzisiaj niektórzy przedstawiciele szeroko rozumianego obozu prawicy zaczynają rozumieć jaką fikcją historyczną jest mitologia „wyklętych”. Pojawiły się ostrożne głosy krytyki powojennego podziemia (Piotr Zychowicz, Paweł Kukiz). Zrozumiano bowiem, że istnieje coś takiego jak pamięć społeczna, która potrafi być odporna nawet na najbardziej bezrozumną indoktrynację.

Mimo tego mit „wyklętych” nadal pozostaje fundamentem prawicowej polityki historycznej, a inna po 1989 roku w Polsce nie powstała. Nie może być inaczej, ponieważ jednym z celów tej polityki jest zwalczanie realizmu politycznego oraz gloryfikacja polskiego szaleństwa politycznego, poczynając od XVIII- i XIX-wiecznych powstań, poprzez powstanie warszawskie, a na „wyklętych” kończąc.

[1] R. Wnuk, Czy tzw. żołnierze wyklęci są powodem do dumy?, (w:) 100 pytań na 100 lat historii Polski (1918–2018). Pomocnik historyczny „Polityki” Nr 5/2018, s. 62.

[2] Cyt. za: A. Macierewicz: Żołnierze Wyklęci nie potrzebują tylko odświętnych przemówień. Potrzebują obecności tego, za co i o co walczyli, http://www.radiomaryja.pl, 1.03.2018.

[3] M. Gałęzowski, Zdrada generała Rómmla. Trzy kompromitacje byłego dowódcy Armii „Łódź”, http://www.superhistoraia.pl/historia-do-rzeczy, 13.02.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 28 lutego 2018 r.

„Przegląd” nr 9 (999), 25.02-3.03.2019, s. 8-12

Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa

Z okazji 90. rocznicy powstania Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, która przypadła 3 lutego, zabrał głos Wołodymyr Wiatrowycz – szef Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej, znany od dawna ze swoich probanderowskich poglądów, w tym negacji zbrodni popełnionych przez OUN i UPA. Wywiad z Wiatrowyczem przeprowadziła państwowa ukraińska agencja informacyjna Ukrinform. Dowiedzieliśmy się zatem, że „OUN była jedną z wiodących sił ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego w XX wieku i była na pierwszej linii walki Ukraińców o niepodległość”, a w okresie międzywojennym „Ukraińcy musieli walczyć o wolność nie tylko przeciw władzy radzieckiej, która zagarnęła absolutną większość naszego terytorium, ale i przeciwko polskiej władzy, która okupowała część Zachodniej Ukrainy”. Działalność nacjonalistów ukraińskich miała być „bardzo podobna do walki samych Polaków o niepodległość”, a „wielu naszym sąsiadom nie podoba się”, że Ukraińcy starają się obecnie „odtworzyć swoją historię walki o niepodległość”. Oskarżył przy tym Rosję i Polskę, że chcą narzucać Ukrainie bohaterów i symbole. Na koniec stwierdził, że Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów była „najbardziej udanym projektem Ukraińców w XX wieku”[1].

Pomijając brednie o polskiej „okupacji Zachodniej Ukrainy” i rzekomym podobieństwie działalności OUN i UPA do polskiej walki o niepodległość, należy od razu zadać pytanie, dlaczego owi kolaboranci hitlerowscy są nazywani „wiodącą siłą ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego” i dlaczego mieliby być najbardziej udanym projektem Ukraińców w XX wieku? Wręcz przeciwnie – byli najbardziej nieudanym projektem i to projektem bynajmniej nie narodu ukraińskiego, ale garstki sfaszyzowanych fanatyków, wspieranych przez Kościół grekokatolicki i służby specjalne III Rzeszy. Kolaboracja nacjonalistów ukraińskich z Niemcami hitlerowskimi, głównie na polu eksterminacji Żydów i walki z ZSRR, nie uchroniła Ukraińców przed cierpieniami wynikającymi z warunków okupacji niemieckiej. Natomiast powojenna działalność OUN i UPA ściągnęła na Ukraińców tylko represje stalinowskie, których ofiarą padło około pół miliona osób (153 tys. zabitych, 203 tys. deportowanych w głąb ZSRR i 134 tys. aresztowanych). Sama UPA wymordowała po wojnie około 20 tys. cywilów ukraińskich – głównie pracowników kołchozów i chłopów oskarżonych o popieranie władzy radzieckiej – oraz zabiła około 10 tys. żołnierzy radzieckich i członków tzw. batalionów niszczycielskich, prawdopodobnie w większości Ukraińców[2].

To miał być najbardziej udany projekt ukraiński w XX wieku? Projekt czego? Chaosu, terroru i zniszczenia. To była droga donikąd. To był faszystowski wrzód na ciele narodu ukraińskiego i nic więcej. Nacjonaliści ukraińscy w jakimkolwiek stopniu nie przyczynili się też do powstania niepodległej Ukrainy w sierpniu 1991 roku. To stało się bez ich jakiegokolwiek udziału i zaangażowania. Zmieniwszy sobie protektora hitlerowskiego na amerykańskiego, Bandera i jego epigoni uczestniczyli w różnych działaniach służb amerykańskich (głównie propagandowych) przeciw ZSRR i Ukraińskiej SRR, ale przecież to nie one doprowadziły do upadku Związku Radzieckiego.

Natomiast po powstaniu niepodległej Ukrainy w 1991 roku epigoni nacjonalizmu ukraińskiego ponownie stali się wrzodem na jej organizmie i ponownie doprowadzili do skierowania tego kraju i narodu na tory wiodące donikąd. Gdzież bowiem zaszła i podąża Ukraina w wyniku przewrotów z 2004 i 2014 roku, których służby amerykańskie nie byłyby w stanie przeprowadzić bez aktywnego udziału epigonów OUN i UPA? To co kryje się za dużymi literami obu tych skrótów było i jest największym nieszczęściem w historii narodu ukraińskiego, a nie jego najbardziej udanym projektem.

Taka powinna być odpowiedź ze strony polskiej na enuncjacje pana Wiatrowycza. Odpowiedź taka jednak nie padła, bo któż miałby jej udzielić? Przecież nie polska „klasa polityczna”, która ostentacyjnie nie dostrzega oblicza polityki historycznej i ideologii pomajdanowej Ukrainy albo próbuje usprawiedliwiać i wybielać działalność „bohaterów” czczonych przez pomajdanową władzę. Wszelką zaś krytykę swojej postawy kwalifikuje jako „rosyjską dywersję” czy „ rosyjską propagandę”. Skrajnym tego przykładem jest Kazimierz Wóycicki, który w 2014 roku stwierdził, że Roman Szuchewycz „jest i powinien być również dla Polaków postacią o cechach bohatera”. Jednakże takie skrajne przykłady znajdziemy także w kręgu obecnego obozu władzy. Obowiązujący w tym środowisku katalog wybielania nacjonalizmu ukraińskiego przytoczył prawie w całości Jan Olszewski (1930-2019) w jednym ze swoich ostatnich wywiadów, jakiego udzielił Przemysławowi Harczukowi i który został opublikowany 26 lutego 2018 roku na portalu „Super Expressu”[3]. Enuncjacje Olszewskiego były wielokrotnie powielane przez niego samego, przez takie postacie związane z PiS i Zjednoczoną Prawicą jak m.in. Antoni Macierewicz (teza o moskiewskiej inspiracji ludobójstwa na Wołyniu) i Przemysław Żurawski vel Grajewski (teza o odpowiedzialności Bandery za śmierć tylko jednego Polaka), ale też przez związanego z PO Bronisława Komorowskiego („za Wołyń odpowiadają Sowieci”).

Dowiedzieliśmy się zatem od Jana Olszewskiego, że „zbrodnia Stepana Bandery przeciwko państwu polskiemu była tak naprawdę tylko jedna. (…) Zbrodnią tą był zorganizowany w 1934 r. zamach na polskiego ministra spraw wewnętrznych pułkownika Bronisława Pierackiego. (…) decyzja o niewykonywaniu wyroku śmierci musiała zapaść za wiedzą, a najpewniej na podstawie decyzji samego Marszałka. I stało się bardzo dobrze. Bo Bandera odegrał potem niezwykle ważną rolę w historii walki Ukraińców o niepodległość. (…) chciałbym bardzo mocno podkreślić i dać pod rozwagę – ten człowiek nie miał ze zbrodnią wołyńską nic wspólnego. (…) Przecież całą akcję wołyńską przeprowadzano wtedy, gdy Bandera był już uwięziony przez Niemców. Myślę nawet, być może wiele osób się tu obruszy, że gdyby Bandera mógł podejmować wtedy decyzje, to prawdopodobnie do zbrodni na Wołyniu by nie doszło. Po prostu był politykiem myślącym, miał wielki zmysł polityczny (…). Myślę, że historycy polscy i ukraińscy powinni wątek sowieckiej inspiracji dla zbrodni wołyńskiej poważnie wziąć pod uwagę. (…) Ukraińska Powstańcza Armia, na co Polacy się oburzają, jest dla Ukraińców tym, czym dla nas Armia Krajowa. Należy pamiętać, że zaraz po niemieckiej agresji na ZSRR w 1941 r. Bandera, będący w sojuszu z III Rzeszą, ogłosił we Lwowie proklamowanie niepodległości Ukrainy. Po roku 1917 to drugi akt, który na forum międzynarodowym stawiał sprawę ukraińską. (…) Wołyń był straszliwą zbrodnią, zginęło tam ponad sto tys. ludzi. Ale wobec zorganizowanej sowieckiej czy niemieckiej machiny śmierci był epizodem. Konflikt z Ukrainą jest nieraz brutalnym i przykrym, ale jednak sporem sąsiedzkim. Konflikt z imperialną Rosją jest kwestią egzystencjalną (…)”.

Tego wszystkiego nie powiedział ani Wołodymyr Wiatrowycz, ani Jurij Szuchewycz, ani Ołeh Tiahnybok, ani Dmytro Jarosz, ani żaden inny współczesny epigon Stepana Bandery i Romana Szuchewycza. To powiedział Jan Olszewski – człowiek uważany przez obóz Zjednoczonej Prawicy za wielkiego męża stanu, prawie tak wielkiego jak Jarosław Kaczyński, a także niezłomnego polskiego patriotę. Kawaler Orderu Orła Białego. Enuncjacje Olszewskiego mogą być świetnym przyczynkiem do postawienia Banderze pomnika w Polsce, który to krok – jak sądzę – przypieczętowałby strategiczne partnerstwo post-Solidarności z jego epigonami.

Każdy kto chce znać historię wie o tym, że minister Bronisław Pieracki nie był jedyną ofiarą działalności terrorystycznej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w II Rzeczypospolitej. Tylko w latach 1929-1934 OUN przeprowadziła ponad 20 zamachów terrorystycznych. Bandera, który został prowidnykiem krajowym OUN w styczniu 1933 roku odpowiada za co najmniej połowę z nich. Ogółem w latach 1921-1939 Ukraińska Organizacja Wojskowa i OUN przeprowadziły 63 zamachy terrorystyczne, w których zginęło 36 Ukraińców, 25 Polaków, jeden Rosjanin i jeden Żyd. Do tego trzeba dodać pięć zamachów bombowych, 18 akcji ekspropriacyjnych i co najmniej kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset aktów sabotażu, które były skierowane przeciw mieniu publicznemu, społecznemu i prywatnemu.

W latach 30. XX wieku oraz w okresie lat 1939-1941 w bezpośrednim otoczeniu Stepana Bandery powstały plany przyszłego ludobójstwa na Polakach, zrealizowanego w latach 1943-1944 na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Jest o tym mowa w dokumentach źródłowych z archiwów ukraińskich, które zostały opublikowane w opracowaniu Aleksandra Diukowa pt. „»Dlaczego walczymy z Polakami«. Antypolski program OUN w kluczowych dokumentach”[4].

Teza o tym, że Bandera odpowiada za śmierć tylko jednego Polaka – której absurdalność wykracza poza wszelkie pojęcie – nie została sformułowana w gronie nacjonalistów ukraińskich – dawnych i obecnych. Sformułowało ją zaplecze polityczne Jarosława Kaczyńskiego. O czym to świadczy – niech każdy odpowie sobie sam.

O czym może świadczyć stwierdzenie byłego premiera, przedstawianego przez rządową propagandę jako jednego z najwybitniejszych Polaków XX i XXI wieku, że kolaboracyjna proklamacja Jarosława Stećki, ogłoszona we Lwowie w imieniu Bandery 30 czerwca 1941 roku, postawiła sprawę ukraińską na forum międzynarodowym? Tak twierdzą banderowscy i postbandrowscy propagandziści, ale w 1941 roku żadne forum międzynarodowe o tym incydencie się nie dowiedziało. Dowiedziało się o nim tylko lokalne dowództwo niemieckie i za jego pośrednictwem Berlin, który po kilku dniach kazał aresztować to całe towarzystwo, które ogłosiło się „Krajowym Rządem Zachodnich Obwodów Ukrainy”. Z tego powodu neobanderowska propaganda głosi dzisiaj, że Bandera za nic, co stało się później rzekomo nie odpowiadał, ponieważ w latach 1941-1944 siedział w KL Sachsenhausen (jako więzień uprzywilejowany w wydzielonej dla takich więźniów części obozu, tzw. Zellenbau, czego już się nie dodaje). Nie odpowiadał więc ponoć za udział stworzonej przez niego organizacji w hitlerowskiej zagładzie Żydów (do pierwszego pogromu nacjonalistów ukraińskich na Żydach we Lwowie doszło jeszcze przed aresztowaniem Bandery), ani za ludobójstwo na wołyńskich i galicyjskich Polakach. A czy za dywersję OUN we wrześniu 1939 roku – którą Ewa Siemaszko nazwała „pregenocydalną fazą ludobójstwa wołyńskiego” – też nie odpowiadał? A czy za prohitlerowską działalność w latach 1939-1941 oraz utworzenie batalionów „Nachtigall” i „Roland” też nie odpowiadał? A czy za utworzenie na początku 1945 roku – kiedy klęska III Rzeszy dawno była już przesądzona – współpracującego z Niemcami hitlerowskimi Ukraińskiego Komitetu Narodowego i kolaboracyjnej Ukraińskiej Armii Narodowej Bandera też nie odpowiadał? Czy nie opowiedział się on wtedy za walką po stronie Niemiec „do końca, jakikolwiek by on był”? Czy to, że Bandera był hitlerowskim kolaborantem nie jest wystarczającą przesłanką do jego dyskwalifikacji?

Jan Olszewski tego nie rozumiał? O czym mogą świadczyć jego stwierdzenia, że ludobójstwo wołyńskie było „epizodem”, UPA była tym samym czym Armia Krajowa, a Bandera „miał wielki zmysł polityczny”?

O odpowiedzialności Stepana Bandery za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie szeroko pisał Wiktor Poliszczuk w pracy „Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa”[5]. Historyk ten położył przede wszystkim nacisk – opierając się na unikalnych dokumentach archiwalnych – na kolejne etapy wykształcania się ideologii nacjonalizmu ukraińskiego, rolę Bandery w kształtowaniu się tej ideologii oraz rolę tej ideologii w doprowadzeniu do ludobójstwa. Wiele miejsca poświęcił też Poliszczuk problematyce metod zniekształcania i fałszowania przez neobanderowców faktów historycznych. Narracja Jana Olszewskiego oraz innych znanych osób z kręgu Zjednoczonej Prawicy wpisuje się w te metody.

Według historyków z Yad Vashem Bandera podczas internowania w Zellenbau miał możliwość utrzymywania kontaktu ze stworzoną przez siebie organizacją. Tak samo uważa Czesław Partacz. Przeciwnego zdania jest Grzegorz Motyka. Do tej sprawy odniósł się również niemiecki historyk Grzegorz Rossoliński-Liebe – autor obszernego, liczącego 900 stron opracowania pt. „Stepan Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty” (Warszawa 2018). Jego wypowiedź jest wyważona, ale bynajmniej nie jest przychylna Banderze. Warto ją zacytować w całości:

„Podczas, gdy OUN i UPA przeprowadzały czystkę etniczną Polaków i polowały na Żydów, Bandera przebywał poza Ukrainą. Pozostawał zamknięty w Berlinie i Sachsenhausen. Kierownictwa OUN-B i UPA były w kontakcie z Banderą przez jego żonę i za pośrednictwem innych kanałów. Bandera mógł zatem zostać poinformowany o polityce OUN-B i UPA, ale nie wiemy, w jakim stopniu lub jaka była jego opinia o czystkach etnicznych na Wołyniu i we wschodniej Galicji oraz o innych formach przemocy na tle etnicznym i politycznym w tym czasie. Nie znalazłem żadnych dokumentów potwierdzających, że aprobował albo potępiał czystkę etniczną lub mordowanie Żydów i innych mniejszości podczas wojny. Po wojnie nigdy nie potępił czystki etnicznej lub pogromów ani nawet nie przyznał, że one się wydarzyły. Takie postępowanie było dość typowe dla przywódców i członków tego ruchu i jego sympatyków. Przemoc etniczna i polityczna stosowana przez OUN i UPA podczas II wojny światowej z pewnością nie była sprzeczna z przedwojennymi wierzeniami i przekonaniami prowidnyka (…). Choć nie był zaangażowany w masowe zabójstwa z lat 1942, 1943 i 1944 i choć jego osobista – w przeciwieństwie do moralnej – odpowiedzialność za te mordy była bardzo ograniczona, albo żadna, zabicie tysięcy Polaków i kilkuset, a nawet kilku tysięcy Żydów przez OUN-B i UPA w 1943 roku przyczyniło się do ukształtowania jego mitu politycznego i wpłynęło na jego wizerunek polityczny. Stało się tak, ponieważ działacze OUN-B i partyzanci UPA byli znani swoim ofiarom jako banderowcy, czyli ludzie Bandery”[6].

Ludobójstwa na Polakach dokonała banderowska frakcja OUN i banderowska UPA. Mordercy krzyczeli „Stepan Bandera”, wierzyli w jego ideologię i realizowali cele wytyczone przez Banderę jeszcze w okresie międzywojennym. W tym kontekście jest mało istotne, gdzie w tym czasie przebywał Bandera i czy miał kontakt z organizacją. Zaprzeczanie oczywistym faktom historycznym, mimo że karkołomne, nie dziwi w wypadku banderowskich epigonów na Ukrainie. Musi natomiast dziwić w wypadku rządzącej w Polsce prawicy. Chociażby dlatego, że środowisko tych ludzi wielokrotnie deklarowało się za jedynych prawdziwych polskich patriotów. Gdzie ich zaprowadzi sojusz z epigonami Stepana Bandery w imię „egzystencjalnej” walki z Rosją?

[1] Wiatrowycz: OUN najbardziej udanym projektem Ukraińców w XX wieku, http://www.kresy.pl, 5.02.2019.

[2] G. Rossoliński-Liebe, „Stepan Bandera. Faszyzm, ludobójstwo kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty”, Warszawa 2018, s. 446-468.

[3] Olszewski: Bandera nie odpowiada za Wołyń, http://www.se.pl, 26.02.2018.

[4] A. Diukow, „»Dlaczego walczymy z Polakami«. Antypolski program OUN w kluczowych dokumentach”, Warszawa 2017.

[5] W. Poliszczuk, „Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa”, Toronto 2004.

[6] G. Rossoliński-Liebe, „Stepan Bandera…”, s. 426-427.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 21 lutego 2019 r.

„Myśl Polska” nr 9-10 (2229/2230), 24.02-3.03.2019, s. 8

Krwawa Niedziela w Kryłowie

Jedną z bardziej znanych zbrodni UPA popełnionych na terenach Polski pojałtańskiej była tzw. Krwawa Niedziela w Kryłowie. W Niedzielę Palmową 25 marca 1945 roku oddział UPA pod dowództwem Marijana Łukaszewycza „Jahody” (1922-1945) zaatakował wieś Kryłów w powiecie hrubieszowskim. Celem tej akcji było przede wszystkim ujęcie i zamordowanie Stanisława Basaja „Rysia” (1917-1945) – wówczas majora Milicji Obywatelskiej, wcześniej legendarnego dowódcę partyzanckiego BCh na Zamojszczyźnie, wsławionego obroną mieszkańców tej ziemi przed eksterminacją z rąk okupanta niemieckiego i nacjonalistów ukraińskich.

Stanisław Basaj był urodzonym żołnierzem. Do wojska wstąpił ochotniczo jako 16-latek. Służył w orkiestrze 23. pułku piechoty we Włodzimierzu Wołyńskim, a następnie w 2. pułku strzelców konnych w Hrubieszowie. Po czterech latach, w 1937 roku, zrezygnował ze służby wojskowej z powodu choroby ojca. Powrócił do rodzinnego Małkowa w powiecie hrubieszowskim w gminie Mircze, by zająć się prowadzeniem rodzinnego gospodarstwa. Przed wybuchem drugiej wojny światowej zdążył się jeszcze ożenić.

Od 1 września 1939 roku uczestniczył w walce z agresorem niemieckim, najpierw podczas kampanii wrześniowej, a następnie jako żołnierz konspiracji. Należał bez wątpienia do jednych z najwybitniejszych dowódców partyzanckich nie tylko na Zamojszczyźnie, ale w skali całej okupowanej Polski. Przede wszystkim dał się we znaki nacjonalistom ukraińskim – tym z kolaboracyjnej policji ukraińskiej, tym z dywizji Waffen-SS „Galizien” oraz tym z UPA. Wszyscy oni chcieli powtórzyć na przełomie 1943 i 1944 roku ludobójstwo wołyńskie na Zamojszczyźnie. Dostali na to zielone światło od Niemców, żądnych zemsty za niepowodzenie skierowanej przeciw Polakom wielkiej akcji wysiedleńczej na Zamojszczyźnie z lat 1942-1943, która była wstępem do realizacji Generalnego Planu Wschodniego. To, że nie doszło do drugiego Wołynia na Zamojszczyźnie – jak również to, że nie powiodła się wcześniejsza niemiecka akcja wysiedleńcza – było zasługą miejscowych dowódców polskiej partyzantki, w tym m.in. Stanisława Basaja. Z tego powodu stał się on szczególnie znienawidzony przez nacjonalistów ukraińskich.

22 lipca 1944 roku sławny batalion BCh „Rysia” został rozformowany. Jeszcze przed wyzwoleniem Zamojszczyzny spod okupacji niemieckiej Lucjan Świdziński „Mrówka” (1890-1963) – działacz ruchu ludowego, Delegat Rządu w powiecie hrubieszowskim i tamtejszy komendant BCh – powołał „Rysia” na stanowisko zastępcy powiatowego komendanta Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa, czyli konspiracyjnej policji Polski Podziemnej. „Ryś” przystąpił do tworzenia posterunków i punktów samoobrony, obsadzając je swoimi partyzantami. Po wkroczeniu na ziemię hrubieszowską Armii Czerwonej i zainstalowaniu tam administracji PKWN wstąpił wraz ze swoimi ludźmi do Milicji Obywatelskiej.

Stanisław Basaj nie był zwolennikiem sił politycznych tworzących PKWN. Jego akces do MO miał na celu kontynuowanie obrony ziemi hrubieszowskiej przed UPA. Zwłaszcza, że po przejściu frontu Zamojszczyzna stała się obiektem nowej ofensywy UPA. Prędzej czy później musiało dojść i doszło do nieporozumień i konfliktów pomiędzy Basajem a jego przełożonymi z MO i UB, a także z NKWD. Nie układała się również jego współpraca z władzami powiatowymi z ramienia PKWN. Basaj nie palił się do „utrwalania” nowego ustroju. Chciał walczyć z UPA, ale nie ze swoimi dawnymi współtowarzyszami z partyzantki, którzy pozostali w lesie lub byli represjonowani przez NKWD.

Pod koniec marca 1945 roku „Ryś” otrzymał polecenie przeprowadzenia inspekcji posterunku MO w Kryłowie i udał się tam z grupą milicjantów w sobotę 24 marca w godzinach przedpołudniowych. Wiedzieli o tym jego przełożeni i wiedziało też zapewne NKWD. Ale skąd dowiedział się o tym fakcie dowódca UPA „Jahoda”? Może miał swojego konfidenta (konfidentów) w MO, UB lub NKWD. Możliwe jest też jednak, że informacja o przyjeździe „Rysia” do Kryłowa dotarła do podziemia banderowskiego (niekoniecznie bezpośrednio) właśnie ze strony komunistycznej. Możliwe, że UB i NKWD chcąc pozbyć się Basaja same „wystawiły” go UPA. Najnowsze badania, prowadzone m.in. przez IPN, wskazują że zbrodnia UPA w Kryłowie 25 marca 1945 roku została dokonana przy pełnej aprobacie, a nawet pomocy hrubieszowskiego UB oraz NKWD.

Kryłów to dawne miasto prywatne, lokowane około 1497 roku (po raz pierwszy wzmiankowane w 1523 roku). Prawa miejskie utracił w 1870 roku, w ramach represji po powstaniu styczniowym. Jego właścicielami byli Tęczyńscy, Radziejowscy, Wiśniowieccy, Tarnowscy, Towiańscy, Prażmowscy, Jeżewscy, Chrzanowscy i Horodyscy. Miejscowość ta znajduje się w powiecie hrubieszowskim w gminie Mircze, 16 km na południe od Hrubieszowa, nad Bugiem. W 1945 roku została wymieniona w dokumentach konferencji jałtańskiej jako jeden z punktów orientacyjnych wytyczonej tam ostatecznie nowej granicy polsko-radzieckiej. Jednymi z tamtejszych atrakcji turystycznych są starorzecze Bugu z wyspą oraz ruiny zamku. Zamek ten był świadkiem kilku znaczących lokalnie wydarzeń historycznych. M.in. w 1651 roku na zamku w Kryłowie gościł Jan Kazimierz w drodze pod Beresteczko. Na tym samym zamku wysłannik papieski wręczył w 1687 roku kapelusz kardynalski Michałowi Radziejowskiemu.

Miejscowość przez stulecia zamieszkiwała mieszana ludność polska, ruska (ukraińska) i żydowska. Według spisu z 1921 roku w Kryłowie mieszkało 289 katolików (Polaków), 372 prawosławnych (Ukraińców), dwóch ewangelików, jedna osoba innego wyznania chrześcijańskiego i 622 Żydów. Podczas drugiej wojny światowej Żydzi kryłowscy zostali prawie w całości wymordowani przez Niemców w pobliskim obozie zagłady w Bełżcu. Natomiast miejscowi Ukraińcy znaleźli się pod wpływem politycznym banderowców. Stąd Kryłów oraz okoliczne miejscowości stały się na przełomie 1943 i 1944 roku teatrem krwawej wojny polsko-ukraińskiej, wznieconej przez nacjonalistów ukraińskich. Pobliska miejscowość Prehoryłe (kiedyś przedmieście Kryłowa) kilkakrotnie przechodziła z rąk do rąk, ulegając całkowitemu zniszczeniu. W samym Kryłowie mieściła się dobrze usytuowana baza nacjonalistów ukraińskich. Dlatego 13 marca 1944 roku – podczas akcji polskiej partyzantki przeciwko bazom UPA na ziemi hrubieszowskiej – Kryłów został zaatakowany przez oddział BCh pod dowództwem Stanisława Basaja. Zginęło wtedy 13 Ukraińców, w tym cztery kobiety i troje dzieci.

Kolejna tragedia rozegrała się tam rok później, a jej główną ofiarą stał się sam Stanisław Basaj. Wczesnym rankiem 25 marca 1945 roku Kryłów został okrążony szczelnym pierścieniem przez nieznany nikomu liczny i dobrze uzbrojony oddział partyzancki. Większość jego członków była ubrana w mundury albo przynajmniej wojskowe płaszcze radzieckie. Niektórzy jednak mieli ubrania cywilne. Przybysze wystawili posterunki z bronią maszynową na obrzeżach wsi. Umundurowana część oddziału weszła do Kryłowa i rozlokowała się w parku pod dawną bramą pałacową, gdzie rozpaliła ognisko i ustawiła broń w kozły. Przebywającemu na kwaterze „Rysiowi” doniesiono, że do Kryłowa przybyły prawdopodobnie wojska NKWD. Ten – skonfliktowany wcześniej z NKWD – nie zamierzał wychodzić przybyszom na spotkanie. Polecił nie wdawać się w prowokacje. Sądził, że NKWD prowadzi działania przeciwko nacjonalistom ukraińskim.

Plan ataku na Kryłów został opracowany przez UPA precyzyjnie. Jak zawsze w takim wypadku, nacjonaliści ukraińscy użyli podstępu. Kilku napastników, przebranych w mundury radzieckie, eskortowało ze sobą byłego policjanta ukraińskiego w służbie niemieckiej Piotra Marcycha – znanego w Kryłowie podczas okupacji niemieckiej z aresztowań i zabójstw Polaków. Ten podstęp uśpił czujność mieszkańców i strażnika przed posterunkiem MO. Kilku innych upowców, udających funkcjonariuszy NKWD, poszło do sołtysa i poleciło mu wyznaczyć osoby, które z furmankami miały się stawić pod posterunkiem milicji. Jeszcze inni upowcy w mundurach radzieckich weszli do niektórych domów i polecili przygotować posiłek oraz kwatery dla żołnierzy. Robiło to wrażenie, że przybysze są rzeczywiście wojskiem radzieckim, które ma zamiar zostać w Kryłowie na dłużej.

Okoliczności wywabienia „Rysia” z kwatery znane są dzięki relacji Mieczysława Baryluka, wówczas 13-letniego chłopca. Podał on, że do domu jego rodziny – gdzie w nocy z 24 na 25 marca 1945 roku nocował Stanisław Basaj z kilkoma swoimi ludźmi – przyszedł rano wysoki mężczyzna, ubrany w skórzany wojskowy płaszcz radziecki. Towarzyszyło mu kilku innych mężczyzn, też przebranych za żołnierzy radzieckich. Przybysz, którym najprawdopodobniej był dowódca UPA na Chełmszczyźnie i Zamojszczyźnie Marijan Łukaszewycz „Jahoda”, polecił Basajowi udać się na posterunek MO, żeby rozpoznał aresztowanego rzekomo bandytę. Według innej relacji miał zrobić „Rysiowi” ostrą reprymendę, że ukraińska banda morduje w okolicy, a on siedzi sobie spokojnie na kwaterze w Kryłowie. Na posterunek polecono też pójść innym osobom, w tym matce Baryluka i jej siostrze. Wszystko odbywało się w ogromnym zamieszaniu, podczas którego upowcy przebrani w mundury radzieckie zabrali z domu całą broń.

Mieczysław Baryluk, który wybiegł z domu za matką i ciotką, stojąc pod dzwonnicą kościelną słyszał dochodzące z posterunku jęki kobiet. Widział też stojące przed posterunkiem furmanki, powożone przez miejscowych gospodarzy. Upowcy, którzy podstępem dostali się na posterunek MO oraz podstępem przyprowadzili tam Basaja i kilku innych milicjantów, bez problemu obezwładnili wszystkich 17 funkcjonariuszy MO znajdujących się tego dnia w Kryłowie. Samego Basaja postawili w rogu sali, zabrali mu płaszcz i buty oraz skatowali go. Pozostałych milicjantów, których też obrabowali z butów i wierzchniej odzieży, położyli związanych na podłodze. Następnie większość z nich oraz zebranych na posterunku osób cywilnych upowcy zastrzelili. Zginęła m.in. Leokadia Baryluk i jej siostra Genowefa Krauz. W sumie – wraz z później zamordowanymi ofiarami – zginęło 17 funkcjonariuszy MO i 28 osób cywilnych. Część z zamordowanych cywilów była zapewne zaangażowana podczas okupacji niemieckiej w pomoc dla polskiej partyzantki. Taki był bilans Krwawej Niedzieli w Kryłowie.

Po dokonaniu mordu na posterunku upowcy wyprowadzili na zewnątrz pozostałe przy życiu osoby, w tym Stanisława Basaja. Mieczysław Baryluk widział, że na pierwszą furmankę wrzucili związanego Basaja, a na pozostałe kilku milicjantów i dwie kobiety – Adelę Dąbrowską i Matyldę Hryniewicz. Według innego świadka Basajowi przestrzelili oba kolana, żeby nie próbował uciekać. Do każdej z furmanek dosiedli się uzbrojeni upowcy, którzy z wrzaskiem i w pośpiechu polecili jechać w kierunku Małkowa. Po przejechaniu około kilometra – w lesie małkowskim koło kapliczki św. Antoniego – upowcy polecili Adeli Dąbrowskiej przesiąść się na furmankę, którą jechał mjr Basaj. Zapamiętała ona, że leżał on na słomie, w pozycji „na brzuchu”, konwojowany przez czterech upowców. W lesie w okolicach Dołhobyczowa – miejscowości znajdującej się 7 km od Kryłowa – furmanki rozdzielono. Jednemu z powożących tymi furmankami gospodarzy z Kryłowa – Karolowi Barydze – udało się wcześniej uciec. Został postrzelony przez upowców, ale przeżył. Pozostałych upowcy zastrzelili, gdy rozdzielili furmanki w lesie dołhobyczowskim.

Obie wspomniane kobiety – Adelę Dąbrowską i Matyldę Hryniewicz – upowcy zamknęli w piwnicy w Żniatynie koło Dołhobyczowa. Zostały one po kilku dniach uwolnione przez żołnierzy polskich. Nie wiadomo, gdzie upowcy zawieźli Stanisława Basaja i kilku jego ludzi oraz nie wiadomo jakie były okoliczności ich śmierci. Basaj miał zginąć we wsi Liski Waręskie koło Dołhobyczowa lub we wsi Uhrynów – znajdującej się już po radzieckiej stronie granicy w rejonie sokalskim. Według powszechnie panującej opinii miał być przez wiele dni torturowany przez upowców, a na koniec połamany i zmiażdżony kołami kieratu. Krytyczny wobec Basaja historyk Mariusz Zajączkowski uważa, że jest to tylko legenda, a upowcy mieli obwozić Basaja po wsiach ukraińskich i następnie go rozstrzelać. Ta teza musi jednak budzić wątpliwości ze względu na powszechnie znane metody mordowania ofiar przez UPA, połączone najczęściej z najbardziej bestialskimi torturami.

Dowodzący napadem UPA na Krylów Marijan Łukaszewycz „Jahoda” zginął 9 września 1945 roku koło Żniatyna, zaskoczony przez obławę w punkcie sanitarnym UPA. Na dzisiejszej Ukrainie – aspirującej do członkostwa w NATO i UE – jest bohaterem. Banderowcy poświęcili mu pieśń „Do boju prawoho, do boju stawajmo” – śpiewaną obecnie przez ukraińskich uczniów. Przynajmniej w szkołach obwodu lwowskiego.

Do dzisiaj nie odnaleziono grobu i szczątków Stanisława Basaja, a dopóki to się nie stanie nie będzie możliwe ustalenie przyczyn i okoliczności jego śmierci. W 2018 roku z redakcją „Kroniki Tygodnia” w Zamościu skontaktował się 83-letni mieszkaniec powiatu hrubieszowskiego, który jako miejsce pochówku Stanisława Basaja wskazał las koło miejscowości Zaręka w gminie Dołhobyczów. „Byłem tu w 1986 r. i wtedy jeden z miejscowych Ukraińców chciał mi pokazać dokładnie to miejsce, ale drugi Ukrainiec złapał go za ramię i zakazał” – powiedział świadek. W 2015 roku rozmówca „Kroniki Tygodnia” ponownie trafił na ten sam trop miejsca pochówku Stanisława Basaja. „Za sprawą znajomego Polaka z sąsiedniej wsi po raz drugi dowiedziałem się, że »Ryś« jest zakopany w lesie pod Zaręką. Miejsce to jest zaznaczone krzyżem naciętym na dębie od strony północnej” – oświadczył rozmówca red. Leszka Wójtowicza z „Kroniki Tygodnia”[1].

Poszukiwania prowadzone w lesie pod Zaręką w sierpniu 2018 roku przez prokuratora IPN, policję, żołnierzy Straży Granicznej i pracowników Nadleśnictwa Mircze nie doprowadziły do odnalezienia wskazanego dębu. Bezskuteczne poszukiwania miejsca pochówku Stanisława Basaja prowadziła też przez dziesiątki lat jego żona Genowefa. Na grobowcu w Sandomierzu, w którym została pochowana 21 lipca 2008 roku, umieszczono symboliczną inskrypcję poświęconą jej mężowi.

Od 2015 roku IPN prowadzi śledztwo w sprawie Krwawej Niedzieli w Kryłowie. Dzięki zeznaniom świadków udało się zidentyfikować osoby podejrzane o sprawstwo tej zbrodni, być może żyjące jeszcze na Ukrainie – Mykołaja B., Juliana G., Mykołaja K., Tomasza L., Piotra M. i Władysława M. O dalszych rezultatach tego śledztwa na razie nic nie wiadomo. Nie ulega jednak wątpliwości, że obecna polityka historyczna Ukrainy oraz polityka Polski wobec Ukrainy uniemożliwiają ściganie w tym kraju i ukaranie tych osób, nawet jeśli jeszcze żyją.

[1] L. Wójtowicz, „Na tropie »Rysia«. Zagadka śmierci Stanisława Basaja czeka na rozwiązanie”, „Kronika Tygodnia”, http://www.kronikatygodnia.pl, 18.09.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 10 lutego 2019 r.

„Myśl Polska” nr 7-8 (2227/2228), 10-17.02.2019, s. 6

Czym zawinił Stanisław Basaj „Ryś”?

Pod koniec listopada 2018 roku Ogólnopolski Ruch Obywatele RP wystąpił do władz lokalnych o zmianę nazwy ulicy Stanisława Basaja „Rysia” w Hrubieszowie oraz Zenona Jachymka „Wiktora” w Tomaszowie Lubelskim.

„Honorowanie w przestrzeni publicznej osób odpowiedzialnych za przestępstwa na ukraińskiej ludności w miastach, położonych przy przejściach granicznych z Ukrainą, uderza w godność ludzi pogranicza, przede wszystkim obywateli RP pochodzenia ukraińskiego, a także w rozwój dobrosąsiedzkich relacji Polski z Ukrainą” – napisał we wniosku do radnych Hrubieszowa i Tomaszowa Lubelskiego Ogólnopolski Ruch Obywatele RP. Oświadczenie to rozpropagował w mediach ukraiński dziennikarz Ihor Isajew, znany dotąd z wielu kontrowersyjnych działań i wypowiedzi.

Ruch Obywatele RP podał w swoim wniosku, że w marcu 1944 roku „miała miejsce akcja oddziałów Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich przeciwko wsiom na terenie dawnych powiatów hrubieszowskiego i tomaszowskiego. Według ustaleń polskich historyków (w tym historyków IPN), w wyniku akcji polskiego podziemia zniszczonych zostało kilkadziesiąt wsi. W trakcie pacyfikacji ginęli obywatele Rzeczypospolitej, ukraińska ludność cywilna. Najwięcej ofiar zostało zabitych 10 marca 1944 r. (…) Pacyfikacjami wskazanych wsi dowodzili m.in. Stanisław Basaj „Ryś” oraz Zenon Jachymek „Wiktor”. Jako dowódcy ponoszą oni pełną odpowiedzialność za czyny podkomendnych. Z analizy źródeł i relacji wynika, iż w trakcie pacyfikacji obywateli Rzeczypospolitej Polskiej zabijano w oparciu o kryterium narodowościowe. Członkowie AK i BCh dopuszczali się zbrodni wojennych na osobach cywilnych, zbrodniczych podpaleń, gwałtów i torturowania cywilnych osób. Wobec powyższego honorowanie w przestrzeni publicznej osób ponoszących bezpośrednią odpowiedzialność za zbrodnicze czyny podkomendnych na obywatelach polskich uważamy za rzecz naruszającą normę współżycia społecznego [tak w oryginale – BP], godzącą w godność i dobro wszystkich obywateli Rzeczypospolitej ” (cyt. za: „Do radnych Hrubieszowa i Tomaszowa Lubelskiego. Zmieńcie nazwy tych ulic!”, http://www.obywatelerp.org, 25.11.2018; „Obywatele RP chcą zmiany patronów ulic. »Pacyfikowali ukraińskie wsie«”, „Dziennik Wschodni”, http://www.dziennikwschodni.pl, 29.11.2018).

„Dziennik Wschodni”, informując o tej inicjatywie Ruchu Obywatele RP, zacytował też wypowiedź dr. Mariusza Zajączkowskiego z Instytutu Studiów Politycznych PAN: „Z jednej strony Basaj jawi się jako obrońca ludności polskiej w obliczu zagrożenia niemieckimi ekspedycjami karnymi. Z drugiej zaś to właśnie jego postepowanie wobec Ukraińców – akty bandytyzmu (napady rabunkowe) i terroryzowanie ludności cywilnej prowadziło do zaognienia stosunków z Ukraińcami i ściągało represje Niemców na miejscowych Polaków”.

Już na pierwszy rzut oka nasuwa się refleksja, że Ruch Obywatele RP oraz Ihor Isajew opisują historię w oderwaniu od kontekstu historycznego. Przede wszystkim w ich opisie występują jako ofiary „ukraińska ludność cywilna” lub „obywatele Rzeczypospolitej Polskiej”. Brakuje tam natomiast Ukraińskiej Powstańczej Armii wraz z informacją, że to UPA przyniosła na Zamojszczyznę pożogę śmierci i zniszczenia, co – w przeciwieństwie do Wołynia i Małopolski Wschodniej – spotkało się tam ze skutecznym przeciwdziałaniem ze strony polskiej.

Kim w ogóle był Stanisław Basaj (1917-1945)? Był organizatorem i dowódcą największego oddziału partyzanckiego Batalionów Chłopskich, który walczył na Zamojszczyźnie z Niemcami i Ukraińską Powstańczą Armią. Pochodził z rodziny chłopskiej. Urodził się miejscowości Polany w powiecie tomaszowskim. Przed wybuchem drugiej wojny światowej działał w Związku Młodzieży Wiejskiej „Wici”.

Podczas kampanii wrześniowej w stopniu kaprala uczestniczył w walkach toczonych przez 2. pułk strzelców konnych Wołyńskiej Brygady Kawalerii. Walczył m.in. w słynnej bitwie pod Mokrą. Po klęsce wrześniowej Basaj dowodził jednym z pierwszych oddziałów partyzantki powrześniowej, który stoczył kilka potyczek z Niemcami od listopada 1939 do stycznia 1940 roku. Na początku 1940 roku wstąpił do Związku Walki Zbrojnej i stał się aktywnym organizatorem konspiracji niepodległościowej w powiecie hrubieszowskim. Wkrótce jednak przeszedł do Batalionów Chłopskich (w latach 1940-1941 Chłopskiej Straży). Wiosną 1942 roku „Ryś” utworzył Oddział Specjalny BCh do obrony ludności polskiej na Zamojszczyźnie przed poborem tzw. kontyngentów oraz działaniami żandarmerii niemieckiej i licznej na tym terenie policji ukraińskiej. W drugiej połowie 1942 roku oddział ten stoczył cztery duże i zwycięskie potyczki z żandarmerią niemiecką (pod Kryłowem, Mirczem, Poturzynem i Kosmowem w powiatach hrubieszowskim i tomaszowskim). Już wtedy okupacyjne władze niemieckie wyznaczyły dużą nagrodę za schwytanie lub zabicie Basaja.

28 listopada 1942 roku rozpoczęła się na Zamojszczyźnie wielka niemiecka akcja wysiedleńcza, będąca wstępem do realizacji Generalnego Planu Wschodniego. Zamojszczyzna miała zostać oczyszczona z ludności polskiej i stać się pierwszym niemieckim obszarem osadniczym w Generalnym Gubernatorstwie. Brutalność i bestialstwo akcji wysiedleńczej nie miały precedensu w historii Europy. Niedołężnych i opornych Niemcy mordowali na miejscu. Resztę czekały obozy przesiedleńcze i koncentracyjne, w najlepszym wypadku wywóz na roboty do Rzeszy. Dzieci oddzielano od rodzin – wiele z nich trafiło do ośrodków germanizacyjnych. Na miejsce wysiedlonych Polaków sprowadzano Niemców z Rzeszy, Besarabii, Rumunii i okupowanych obszarów ZSRR. Specjalną taktykę podkomendni Heinricha Himmlera zastosowali wobec miejscowych Ukraińców, których osiedlano na obrzeżach niemieckiego pasa osiedleńczego, by chronili Niemców przed atakami polskiej konspiracji.

Jako jeden z pierwszych w obronie wysiedlanej i eksterminowanej ludności polskiej Zamojszczyzny wystąpił Stanisław Basaj. Przekształcił on swój Oddział Specjalny w silny i liczny oddział partyzancki, który otrzymał nazwę 1. batalionu BCh (wiosną 1944 roku liczył około 800 żołnierzy). 15 stycznia 1943 roku oddział Basaja stoczył w Tuchaniach pod Dubienką jedną z pierwszych walk w obronie ludności polskiej na Zamojszczyźnie (pierwszą stoczyli partyzanci BCh i partyzanci radzieccy, dowodzeni przez Jerzego Mara-Meijera, 30 grudnia 1942 roku pod Wojdą). Przeciwnikami oddziału „Rysia” były żandarmeria niemiecka i policja ukraińska, którym zadał poważne straty. W ten sposób rozpoczęły się regularne wali partyzanckie, które zmusiły Niemców w połowie 1943 roku do ostatecznego zaniechania akcji wysiedleńczej na Zamojszczyźnie. Walki te nazwano później „powstaniem zamojskim”.

W ramach „powstania zamojskiego” oddział Basaja toczył dalej zwycięskie boje z żandarmerią niemiecką, policją ukraińską i Kozakami w służbie niemieckiej pod Józefowem, Bokinią, Wysokim, Kryłowem i Małkowem. 15 i 17 marca 1943 roku oddział „Rysia” zlikwidował posterunki policji ukraińskiej (złożonej z nacjonalistów ukraińskich) w Modryniu i Łaskowie w powiecie hrubieszowskim. Następnego dnia partyzanci „Rysia” weszli w pierwszy kontakt bojowy z Ukraińską Powstańczą Armią. Stało się to we wsi Górka. W pościgu za uchodzącymi upowcami podkomendni „Rysia” rozbili niemiecką kolumnę samochodową i zniszczyli dwa działa. 20 marca 1943 roku 1. batalion BCh wyparł oddział UPA ze wsi Modryń w powiecie hrubieszowskim. Upowcy przybyli tam, żeby wymordować ludność polską. Natomiast 3 kwietnia 1943 roku podkomendni Basaja rozbili oddział UPA w miejscowości Prehoryłe w powiecie hrubieszowskim.

W tym czasie nacjonaliści ukraińscy dopiero zaczynali ludobójstwo na ludności polskiej na sąsiednim Wołyniu. Co wtedy robiła UPA na Zamojszczyźnie, w powiecie hrubieszowskim? I to jeszcze w porozumieniu z Niemcami. Co robiła tam kolaboracyjna policja ukraińska? Może Obywatele RP i Ihor Isajew coś nam o tym opowiedzą? To było na rok przed domniemanymi zbrodniami Basaja na „ukraińskiej ludności cywilnej”.

Wiosną i latem 1943 roku 1. batalion BCh toczył dalej walki z siłami niemieckimi i ukraińskimi w powiecie hrubieszowskim. Walki w obronie Polaków. 15 sierpnia 1943 roku trzy plutony z batalionu „Rysia” stoczyły zwycięską walkę pod wsią Mieniany. Kto był ich przeciwnikiem? Ano policja ukraińska i świeżo sformowane pododdziały 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS „Galizien-Hałyczyna”, czyli 1. ukraińskiej dywizji Waffen-SS. Tej samej, która od wielu lat jest czczona we Lwowie i obwodzie lwowskim. To Obywatelom RP nie przeszkadza?

15 września 1943 roku batalion „Rysia” po raz pierwszy uderzył na bazę UPA w Sahryniu. Był to atak nieudany – jedna z nielicznych przegranych walk tego batalionu. 22 października 1943 roku oddział Basaja po raz drugi uratował przed zagładą polską wieś Górka, rozbijając tam oddział UPA, który przybył wraz z żandarmerią niemiecką w celu dokonania pacyfikacji.

Przyszedł wreszcie rok 1944, kiedy ludzie Basaja mieli dokonać wspomnianych przez Obywateli RP zbrodni na „ukraińskiej ludności cywilnej”. Jak wyglądały te wydarzenia? Zakończyło się już wtedy ludobójstwo nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia. Trwało ludobójstwo ukraińskie na Polakach w Małopolsce Wschodniej. Nacjonaliści ukraińscy postanowili objąć akcją ludobójczą także Zamojszczyznę, uważaną przez nich za ziemię rdzennie ukraińską. Wina Stanisława Basaja oraz innych dowódców BCh i AK polega na tym, że po obronieniu Zamojszczyzny przed niemiecką akcją wysiedleńczo-eksterminacyjną obronili ją też przed zagładą z rąk nacjonalistów ukraińskich. Nie dopuścili do powtórzenia się Wołynia na Zamojszczyźnie. Gdyby na Wołyniu znalazł się chociaż taki jeden Stanisław Basaj…

29 stycznia 1944 roku dwie kompanie 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS (1. ukraińskiej), zaatakowały wsie Górka, Małków i Zabłocie, gdzie na kwaterach przebywali partyzanci AK i BCh. Atak został odparty. Tak rozpoczęła się regularna wojna polsko-ukraińska w powiecie hrubieszowskim. Obywatele RP oraz Ihor Iasajew nie wiedzą kto ją rozpoczął? Basaj ją rozpoczął? Celem wspomaganego przez Niemców ataku nacjonalistów na Zamojszczyznę zimą i wiosną 1944 roku było osiągnięcie tego, co nie udało się Niemcom w ramach akcji wysiedleńczej – zagłada tamtejszych Polaków. Basaj nie był agresorem, tylko obrońcą.

14 lutego 1944 roku żołnierze „Rysia”, wspomagani przez AK, stoczyli całodzienny bój z Wehrmachtem pod Zabłociem. W nocy z 16 na 17 lutego 1944 roku rozbili oddział UPA we wsi Prehoryłe, a dziesięć dni później stoczyli pod Małkowem zwycięską walkę z Grupą Bojową SS „Beyersdorf” – złożoną w większości z ochotników ukraińskich do dywizji Waffen-SS „Galizien” – oraz z powiązaną z UPA Ukraińską Samoobroną Narodową. Idąc za ciosem zaatakowali oddział 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS, który wraz z policją ukraińską i żandarmerią niemiecką pacyfikował Kolonię Górną i Łasków. 28 lutego batalion „Rysia” i oddział AK z obwodu hrubieszowskiego rozgromiły ekspedycję niemiecką, która chciała pacyfikować Małków. Następnego dnia partyzanci polscy pod osobistym dowództwem „Rysia” ponownie rozbili placówkę nacjonalistów ukraińskich we wsi Prehoryłe. Zabito kilkudziesięciu Ukraińców. Część wsi spłonęła. To zdaniem współczesnych epigonów nacjonalizmu ukraińskiego była polska zbrodnia na Ukraińcach. Takie jednak przedstawianie tych faktów jest po prostu ich naciąganiem, jeśli nie fałszowaniem.

5 marca 1944 roku batalion „Rysia” i oddział obwodu hrubieszowskiego AK zostały zaatakowane w rejonie Prehoryłego i Małkowa przez pododdziały ukraińskiej dywizji Waffen-SS i Orstschutzu. Atak odparto.

Pod koniec lutego 1944 roku dowództwo UPA podjęło decyzję o przeniesieniu działań antypolskich na zachód od Bugu i Sanu. Na Zamojszczyznę wtargnęło zgrupowanie UPA Myrosława Onyszkewycza „Oresta”, a na ziemię lubaczowską zgrupowanie UPA pod dowództwem Iwana Szpontaka „Żeleźniaka”. Wspierali ich ukraińscy esesmani z 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS (1. ukraińskiej) oraz bojówkarze Ukraińskiej Samoobrony Narodowej. Podkomendni Onyszkewycza wymordowali m.in. polskie wsie Podlodów, Posadów i Tarnoszyn w powiecie tomaszowskim. Rozpoczął się drugi Wołyń. Tym razem na Zamojszczyźnie.

Strona polska skierowała do walki najlepsze oddziały partyzanckie, w tym batalion Stanisława Basaja. 8 marca 1944 roku policja ukraińska, esesmani z dywizji „Galizien” i bojówki USN napadły na polskich mieszkańców wsi Prehoryłe. Podkomendni Basaja i akowcy odparli napastników. Jednak następnego dnia siły ukraińskie powróciły do Prehoryłego, wymordowały polskich mieszkańców i całkowicie spaliły zniszczoną już poważnie podczas poprzednich walk wieś. Taka była bezpośrednia geneza tego, co stało się 10 marca 1944 roku w Sahryniu. Zdaniem ukraińskiej historiografii nacjonalistycznej, której tezy powtarzają Obywatele RP, był to polski zbrodniczy odwet. Faktycznie była to polska kontrofensywa, która miała na celu likwidację baz UPA, USN, policji ukraińskiej i 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS (1. ukraińskiej) w takich miejscowościach jak Łasków, Miętkie, Sahryń, Terebiń i Turkowice. Spowodowało to niemiecko-ukraińską kontrakcję, która została odparta. Następnie siły polskie przystąpiły do likwidacji baz nacjonalistów ukraińskich w miejscowościach Cichobórz, Kosmów, Kozodawy, Mieniany, Modryń, Modryniec i Masłomęcz.

Atakiem na Sahryń w dniu 10 marca 1944 roku dowodził oficer AK, kpt. Zenon Jachymek (1912-1986). Po wojnie uczestnik podziemia antykomunistycznego, represjonowany przez UB i skazany na karę śmierci (zamienioną na 15 lat więzienia). Według Grzegorza Motyki miał on wydać rozkaz oszczędzania cywilnej ludności ukraińskiej, który jednak nie był respektowany przez jego podkomendnych. Natomiast Andrzej Leon Sowa i wspomniany Mariusz Zajączkowski uważają, że dowództwo polskie postanowiło w Sahryniu zaatakować cywilnych Ukraińców, a brutalność ataku miała podziałać odstraszająco na nacjonalistów ukraińskich i zniechęcić ich do dokonywania dalszych mordów na Polakach.

Czy w innych miejscowościach też dochodziło ze strony polskiej do odwetu, w tym na cywilnych Ukraińcach? Tak. Świeżo w polskiej pamięci były jeszcze wtedy Wołyń i Małopolska Wschodnia oraz zbrodnie niemieckie i ukraińskie na samej Zamojszczyźnie. To właśnie na Zamojszczyźnie schroniło się wielu polskich uciekinierów z Wołynia i Małopolski Wschodniej, przynosząc przerażające wieści. Wielu polskich partyzantów Zamojszczyzny nawet stamtąd pochodziło. To nie strona polska rozpoczęła tę wojnę polsko-ukraińską i nie strona polska ponosiła odpowiedzialność za jej brutalizację. Obywatele RP tego nie wiedzą?

W dniach 18-28 czerwca 1944 roku Niemcy przeprowadzili w Puszczy Solskiej jedną z największych operacji wojskowych przeciw polskiej partyzantce o kryptonimie „Sturmwind II” („Wicher II”). Także w tych walkach, zakończonych wyrwaniem się części sił BCh, AK, AL i  partyzantki radzieckiej z okrążenia, nie zabrakło 1. batalionu BCh.

Po wyzwoleniu Zamojszczyzny spod okupacji niemieckiej latem 1944 roku wciąż była ona obiektem ataków UPA. Stanisław Basaj chciał nadal bronić swojej ziemi i jej mieszkańców przed nacjonalistami ukraińskimi. Dlatego wstąpił do Milicji Obywatelskiej. Nie był to wybór rzadki w wypadku żołnierzy podziemia niepodległościowego, którzy zostali postawieni w takiej sytuacji. Wielu z nich wstąpiło wtedy do MO, KBW i Wojska Polskiego, żeby móc bronić swojej ziemi przed zagrożeniem ukraińskim.

Na przełomie zimy i wiosny 1945 roku ziemia hrubieszowska i tomaszowska stały się celem nowej ofensywy UPA. W Niedzielę Palmową 25 marca 1945 roku do Kryłowa w powiecie hrubieszowskim wkroczył oddział UPA pod dowództwem Marijana Łukaszewycza „Jahody”. Upowcy byli przebrani w mundury radzieckie i udawali, że eskortują zatrzymanego. W tak zorganizowaną zasadzkę wpadła miejscowa załoga MO. Ujętemu podstępem Stanisławowi Basajowi upowcy zabrali płaszcz i buty, a następnie znęcali się nad nim. Na miejscu zamordowali 17 funkcjonariuszy MO i 28 cywilnych mieszkańców Kryłowa. Była to tzw. Krwawa Niedziela w Kryłowie. Potem upowcy sprowadzili kilka furmanek, powożonych pod przymusem przez polskich gospodarzy, i załadowali na nie aresztowanych. W okolicach Dołhobyczowa, około 7 km od Krylowa, upowcy zastrzelili furmanów (jeden ranny przeżył) i odjechali w nieznanym kierunku. Później ustalono, że mjr Stanisław Basaj był przez pewien czas przez nich więziony i torturowany, a następnie okrutnie zamordowany w nieznanym miejscu (prawdopodobnie we wsi Liski Waręskie lub Uhrynów). Jego ciało oprawcy połamali kieratem. Miejsce pochówku jest do dzisiaj nieznane.

Obrońcę Zamojszczyzny, odznaczonego pośmiertnie Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari, upamiętniono tylko nazwą ulicy i osiedla w Hrubieszowie oraz zlikwidowanej już szkoły podstawowej w Małkowie. Upamiętniono go też na pomniku ofiar Krwawej Niedzieli w Kryłowie, który został odsłonięty 25 marca 2010 roku. Są jeszcze dzisiaj takie środowiska, które boli nawet to skromne upamiętnienie i które chciałyby nadal kontynuować walkę ze Stanisławem Basajem.

Od drugiej wojny światowej minęło już ponad 70 lat. Wielu zdążyło zapomnieć lub nie wie kto i po co tę wojnę wywołał i o co się ona toczyła. Wielu chce przepisywać jej historię, czyniąc z ludobójców i kolaborantów hitlerowskich niewinne ofiary, a z tych, którzy ich pokonali zbrodniarzy. Czynią tak przede wszystkim epigoni nacjonalizmu ukraińskiego oraz ich różni poplecznicy.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 stycznia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 5-6 (2225/2226), 27.01-3.02.2019, s. 6-7

Rok Stepana Bandery na Ukrainie

11 grudnia 2018 roku lwowska rada obwodowa ogłosiła rok 2019 rokiem Stepana Bandery i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w obwodzie lwowskim. Trudno oprzeć się wrażeniu, że była to czysta formalność, ponieważ rok Stepana Bandery w obwodzie lwowskim trwa nieprzerwanie od 1991 roku, a na pozostałej części Ukrainy od 2004 roku (z przerwą w latach 2010-2014). Dlatego decyzja lwowskiej rady obwodowej (zdominowanej przez banderowską partię Swoboda – do roku 2004 Narodowo-Socjalistyczną Partię Ukrainy – której założycielem był m.in. obecny przewodniczący parlamentu ukraińskiego Andrij Parubij, oskarżony o organizowanie strzelania do obu stron zamieszek na Majdanie w 2014 roku) niczego nie zmieniła w trwającym na Ukrainie od lat stanie rzeczy. Bez tej decyzji 1 stycznia 2019 roku tłumy agresywnych młodych ludzi – nawiązujących do zbrodniczej ideologii, będącej ukraińskim odpowiednikiem nazizmu – też wyszłyby na ulice Lwowa, Kijowa i innych miast Ukrainy. Tak się dzieje co roku, a od przewrotu w 2014 roku jest to już standard.

Warto jednak zwrócić uwagę na uzasadnienie decyzji lwowskiej rady obwodowej. Podano w nim, że w 2019 roku przypada 110. rocznica urodzin Stepana Bandery (1 stycznia) oraz 90. rocznica utworzenia Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (3 lutego). W związku z tym rada zobowiązała departament polityki wewnętrznej i informacyjnej oraz departament do spraw narodowości, kultury i religii państwowej administracji obwodu do opracowania i uzgodnienia z nią planu obchodów tych rocznic[1]. Należy przypomnieć, że rok 2018 był w obwodzie lwowskim rokiem Towarzystwa „Proswita” (w okresie międzywojennym infiltrowanego przez OUN), a rok 2017 lwowska rada obwodowa ogłosiła rokiem UPA i Romana Szuchewycza, a także rokiem Josifa Slipego – grekokatolickiego biskupa, który 28 kwietnia 1943 roku w Archikatedrze św. Jura we Lwowie, w obecności gubernatora dystryktu galicyjskiego Otto von Wächtera i innych dostojników hitlerowskich, odprawił mszę z okazji utworzenia ukraińskiej dywizji SS „Galizien”.

Tak wygląda polityka historyczna Ukrainy, której wspieranie – co podkreślił w ubiegłym roku minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz – jest priorytetem polskiej racji stanu. „Niepodległa, demokratyczna i stabilna Ukraina jest z polskiego punktu widzenia niezbędnym elementem porządku i bezpieczeństwa europejskiego” – powiedział minister Czaputowicz w swoim wystąpieniu w Sejmie 21 marca 2018 roku[2]. No to przyjrzyjmy się jak ta „demokratyczna” Ukraina wygląda.

Polskiej opinii publicznej od lat podsuwana jest teza, że państwowy kult na Ukrainie OUN, UPA, dywizji Waffen-SS „Galizien” oraz takich postaci jak Stepan Bandera, Roman Szuchewycz, Mykoła Łebedź, czy Dmytro Kłaczkiwśki nie jest podobno antypolski i jest skierowany tylko przeciw Rosji (a nawet jeżeli byłby skierowany tylko przeciw Rosji, to jest to w porządku?). Każdy kto zna historię wie czym był niemiecki nazizm i jego ukraiński odpowiednik w postaci banderowskiego odłamu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i utworzonej przez niego Ukraińskiej Powstańczej Armii. Każdy kto zna historię wie, że OUN działała na terenie Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej, a OUN-B i UPA działały na terenie okupowanych przez Niemcy hitlerowskie ziem wschodnich II RP oraz południowo-wschodnich ziem Polski powojennej. Ich działalność była skierowana wyłącznie przeciw Polsce i narodowi polskiemu. Nacjonaliści ukraińscy Polskę i Polaków uważali za swojego głównego wroga. Rosję, czyli ZSRR (w ich frazeologii „moskiewską komunę”) w swoich materiałach propagandowych zawsze wymieniali dopiero na trzecim miejscu – po Polakach i Żydach. Depolonizacja „zachodniej Ukrainy” była głównym celem politycznym nacjonalistów ukraińskich, który został zrealizowany przez banderowców metodami ludobójczymi. Jedyne „antyrosyjskie” wystąpienie z ich strony przed 1945 rokiem – nie licząc zabójstwa konsula ZSRR we Lwowie Aleksieja Majłowa w 1933 roku – miało miejsce w 1941 roku, kiedy bataliony „Nachtigall” i „Roland” oraz grupy pochodne OUN wzięły udział agresji hitlerowskiej na ZSRR. Krok ten jednak nacjonaliści ukraińscy wykorzystali wyłącznie do zorganizowania dwóch wielkich pogromów Żydów we Lwowie oraz do współpracy z Niemcami w masowej zagładzie Żydów w latach 1941-1942.

Każdy zatem kto zna historię musi być świadomy, że kult OUN i UPA oraz ich twórców i przywódców, budowanie na takim podłożu tożsamości narodowo-państwowej Ukrainy, ma otwarcie i wyłącznie antypolski i antysemicki charakter. Dlatego ogłoszenie przez lwowską radę obwodową roku 2019 rokiem Bandery i OUN spowodowało ostry protest ambasadora Izraela w Kijowie Joela Liona i Światowego Kongresu Żydów[3]. „Nie mogę zrozumieć, w jaki sposób gloryfikacja tych, którzy brali bezpośredni udział w straszliwych antysemickich zbrodniach, pomaga w walce z antysemityzmem i ksenofobią. Ukraina nie powinna zapominać o zbrodniach na ukraińskich Żydach i nie powinna ich upamiętniać poprzez uszanowanie ich sprawców” – napisał w wydanym oświadczeniu ambasador Lion[4].

Z kolei wiceprezes Światowego Kongresu Żydów Robert Singer oświadczył: „To, że taka postać jak Stepan Bandera – nazistowski kolaborant podczas drugiej wojny światowej, który jest głęboko kontrowersyjny w ukraińskim społeczeństwie i poza nim – będzie upamiętniona w taki sposób, jest głęboko niepokojące”. Dalej stwierdził, że „Ukraina ma obowiązek uznawać akty ludobójstwa, a nie gloryfikować tych, którzy dopuścili się ich lub podżegali do nich, bez względu na ich motywację czy uzasadnienie”[5]. Dwa lata wcześniej prezydent Izraela Re’uwen Riwlin powiedział w ukraińskim parlamencie, że „około 1,5 mln Żydów zginęło na dzisiejszej Ukrainie podczas drugiej wojny światowej w Babim Jarze i wielu innych miejscach. Byli rozstrzeliwani w lasach w pobliżu wąwozów i rowów, grzebani w masowych grobach. Wielu wspólników zbrodni było ukraińskiego pochodzenia. A wśród nich wyróżniali się bojownicy OUN, którzy znęcali się na Żydami, mordowali ich i często wydawali w ręce Niemców”[6].

A jaka była reakcja strony polskiej? Nie zauważyłem jej. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że główny doradca ministra Czaputowicza ds. wschodnich i najprawdopodobniej główny architekt jego polityki wschodniej – Przemysław Żurawski vel Grajewski – podczas XI Forum Europa-Ukraina w marcu 2018 roku w Rzeszowie pozwolił sobie na stwierdzenie, iż Stepan Bandera „odpowiada osobiście za śmierć tylko jednego Polaka, a także kilku Ukraińców, jednego urzędnika sowieckiego oraz około 300 ukraińskich nacjonalistów z frakcji OUN-M”[7]. W świetle tej wypowiedzi, która nie wymaga szerszego komentarza, można się domyśleć jakie są źródła proukraińskiej i sprzecznej z polską racją stanu polityki obecnego obozu władzy, a także jego poprzedników. Jeżeli doradca w gabinecie politycznym MSZ publicznie powtarza tezy głoszone od dziesięcioleci przez samych banderowców, to chyba powinno być oczywiste kto steruje polską polityką zagraniczną.

Na trzy tygodnie przed ogłoszeniem we Lwowie roku Bandery i OUN kolejny raz przypomniano polskiej opinii publicznej propagandową tezę, że kult banderyzmu nie jest podobno antypolski, tylko antyrosyjski. Uczynił to 19 listopada 2018 roku w wywiadzie dla tygodnika „Wprost” zapomniany już „pomarańczowy” prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko – kawaler Orderu Orła Białego i Krzyża Wielkiego Orderu Odrodzenia Polski. Pouczył on polskiego czytelnika, że Bandera to był podobno taki ukraiński Piłsudski, a za główną przeszkodę w rozwoju stosunków polsko-ukraińskich uznał tych Polaków, którzy przypominają o zbrodniach OUN i UPA, a w jego ocenie biorą udział w „kremlowskiej operacji”[8].

Tegoroczny rok Bandery i OUN we Lwowie zaczął się znacznie wcześniej niż 1 stycznia 2019 roku. Zanim został oficjalnie ogłoszony, ta sama lwowska rada obwodowa przyjęła 25 października 2018 roku oświadczenie, w którym zażądała usunięcia posągów lwów z Cmentarza Orląt Lwowskich. Deputowani rady uznali je za „symbol polskiej okupacji”. Już wcześniej lwy zostały „aresztowane”, tzn. zasłonięte drewnianymi płytami. Inicjatorem tego oświadczenia był przewodniczący rady Ołeksandr Hanuszczyn – wielokrotnie goszczony w Polsce przez obecny obóz władzy, m.in. jako gość specjalny wspomnianego XI Forum Ukraina-Europa, które odbyło się w dniach 13-14 marca 2018 roku w Rzeszowie pod patronatem marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, a także jako gość Forum Ekonomicznego w Krynicy i uczestnik Kongresu Inicjatyw Europy Wschodniej w Lublinie. W 2017 roku z inicjatywy Hanuszczyna na Przełęczy Wereckiej w Karpatach Wschodnich powstało mauzoleum Siczy Karpackiej z tablicami bezpodstawnie oskarżającymi Polskę i Węgry o zbrodnię na 600 nacjonalistach ukraińskich. Oba kraje zostały przy tej okazji nazwane przez Hanuszczyna „okupantami Ukrainy”[9]. Czy to wszystko też nie jest antypolskie? To też jest antyrosyjskie?

Następną przygrywką do roku Bandery – już nie tylko we Lwowie, ale na całej Ukrainie – było przyjęcie 8 listopada 2018 roku przez Radę Najwyższą Ukrainy uchwały „O uczczeniu na poziomie państwowym 75. rocznicy rozpoczęcia deportacji autochtonicznych Ukraińców z Łemkowszczyzny, Nadsania, Chełmszczyzny, Podlasia, Lubaczowszczyzny i Zachodniej Bojkowszczyzny w latach 1944-1951”. W uchwale, za którą głosowało 234 deputowanych, nazwano Polaków z Podkarpacia „kolonizatorami”[10]. Owi „kolonizatorzy” w niemałej mierze przybyli tam z odebranych Polsce w 1944 roku Kresów Wschodnich – uciekając przed ludobójstwem UPA, a później jako przymusowi wysiedleńcy w ramach tzw. repatriacji. Natomiast wysiedlenie ludności ukraińskiej i rusińskiej z tych terenów nie było decyzją polską, ale wynikało z przeprowadzonej przez Stalina zmiany granic. O tym w uchwale Rady Najwyższej nie ma słowa. Jest natomiast antypolskie jątrzenie. Dlatego należy zapytać polski obóz wpierania Ukrainy, czy ta uchwała parlamentu ukraińskiego to też było działanie antyrosyjskie?

Kolejną przygrywką do roku Bandery była decyzja administracji państwowej obwodu lwowskiego o uczczeniu morderców Tadeusza Hołówki – bojówkarzy OUN Wasyla Biłasa i Dmytra Danyłyszyna. Przypomnę, że Hołówko był głównym ideologiem prometeizmu i protoplastą obecnego polskiego obozu wspierania Ukrainy. Na grobach jego morderców na Cmentarzu Janowskim we Lwowie delegacja władz obwodowych 22 grudnia 2018 roku złożyła kwiaty i zapaliła znicze[11]. To też miało charakter antyrosyjski? Pewnie dlatego ówczesny ambasador Jan Piekło – epigon Tadeusza Hołówki – nie zareagował.

Kult terrorystów z OUN jest we Lwowie od dawna standardem na wszelkich możliwych płaszczyznach. Może wystarczy przypomnieć, że pod koniec grudnia 2016 roku w rejonie Lwowa rozpoczęły się zdjęcia do filmu fabularnego gloryfikującego terrorystyczną działalność OUN w II RP. Kanwą akcji tego filmu w reżyserii Serhyja Łucenki jest nieudany napad bojówkarzy OUN na polską pocztę i urząd skarbowy w Gródku Jagiellońskim 30 listopada 1932 roku[12]. Rozumiem, że ten film też jest antyrosyjski i przyczyni się do dalszego pogłębienia braterstwa polsko-ukraińskiego.

18 grudnia 2018 roku ukraiński parlament zatwierdził zorganizowanie państwowych obchodów 110. rocznicy urodzin Stepana Bandery, którego określił jako „czołowego działacza i teoretyka ukraińskiego ruchu narodowowyzwoleńczego”. Za taką decyzją głosowało 232 deputowanych Rady Najwyższej, przeciw było 9, a nieobecnych 92. Ci, którzy tę uchwałę poparli oczywiście reprezentowali partie, które polskie media głównego nurtu nazywają „demokratycznymi”[13]. Zgodnie z tą uchwałą rząd ukraiński został zobowiązany do utworzenia komitetu organizacyjnego. Tym samym rok Bandery z obwodu lwowskiego został przeniesiony na całą Ukrainę.

Wielką przygrywką do roku Bandery było przyznanie przez parlament ukraiński 6 grudnia 2018 roku statusu weteranów i uprawnień kombatanckich 1201 żyjącym członkom OUN i UPA. Za ustawą w tej sprawie, w której otwarcie uwzględniono także osoby biorące czynny udział w zbrodniach przeciw ludzkości i masowych mordach, głosowało 236 deputowanych z Bloku Poroszenki, Frontu Ludowego Jaceniuka i Partii Radykalnej. Przeciw było tylko 14 deputowanych z Bloku Opozycyjnego (dawna, obalona w 2014 roku, Partia Regionów)[14]. 23 grudnia 2018 roku ustawę tę podpisał Petro Poroszenko. Objęto nią także nieżyjących już członków Ukraińskiej Organizacji Wojskowej i Siczy Karpackiej, które tak samo jak Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów współpracowały z niemieckimi służbami specjalnymi (w wypadku Siczy Karpackiej ze służbami III Rzeszy)[15]. To ustawodawstwo pewnie też ma charakter tylko antyrosyjski. Dlatego zapewne nie zareagował na nie ambasador Jan Piekło i przypuszczalnie dlatego władze w Warszawie nigdy od nikogo nie domagały się przez ostatnie 30 lat osądzenia sprawców zbrodni przeciw ludzkości popełnionej na narodzie polskim w latach 1943-1947, których 1201 żyje jeszcze na Ukrainie.

Na ten haniebny krok parlamentu i prezydenta Ukrainy zareagował tylko prezydent Czech Milosz Zeman, który wezwał rząd czeski do zaprotestowania przeciw przyznaniu praw kombatanckich członkom OUN-UPA i skrytykował czeski MSZ za „chowanie głowy w piasek” w tej sprawie. „Banderowcy masowo mordowali Polaków, Żydów i wołyńskich Czechów. Czeskie ministerstwo spraw zagranicznych wobec gloryfikacji banderowców na Ukrainie tchórzliwie milczy. Gdyby to się działo w Rosji, już byłyby tysiące ostrych oświadczeń. Wstyd!. Prezydent republiki publicznie wezwał, by Republika Czeska oficjalnie zaprotestowała przeciwko czczeniu zbrodniarzy wojennych przez Ukrainę (…)” – napisał w imieniu prezydenta Zemana jego rzecznik Jiří Ovčáček[16].

Przygotowania do roku Bandery nieco zepsuło umiędzynarodowienie sprawy listy „sługusów Kremla”, sporządzonej przez ukraińskie Centrum Badań nad Armią, Konwersją i Rozbrojeniem (pisałem o tym w 2017 roku w artykule „Ja, agent Kremla”). Na liście tej figuruje obecnie już kilkanaście osób i organizacji z Polski, w tym m.in. Paweł Kukiz, Witold Listowski, Wojciech Smarzowski, Stanisław Srokowski, Adam Śmiech, Robert Winnicki oraz moja skromna osoba. Powodem wpisania mnie na tę listę jest to, że oskarżam „żołnierzy OUN-UPA o ludobójstwo na Polakach podczas drugiej wojny światowej”. Rozumiem, że tylko ja jeden i że zdaniem ukraińskiej instytucji pewnie to sobie wymyśliłem.

Figurują tam też dziesiątki osób z innych krajów, w tym m.in. austriacki dziennikarz Christian Wehrschütz – wieloletni korespondent austriackiego nadawcy publicznego ORF. Ukraińcom nie spodobały się jego reportaże z Krymu i stąd zapewne znalazł się na liście „sługusów Kremla”. Wehrschütz zauważył, że ta lista – zaopatrzona w zdjęcia domniemanych „sługusów Kremla” i informacje o miejscach ich zatrudnienia – ma charakter typowej listy proskrypcyjnej. W związku z tym napisał on list do austriackiego rządu oraz kierownictwa ORF, w którym wyraził zaniepokojenie taką sytuacją, ponieważ na Ukrainie działają „zbrojne ultranacjonalistyczne grupy, które grożą dziennikarzom relacjonującym krytyczne działania ukraińskich władz i starającym się być obiektywnymi”. Dlatego dziennikarz zaapelował do rządu Austrii o interwencję dyplomatyczną, ponieważ „dwóch dziennikarzy już zostało zamordowanych”, a on nie ma zamiaru być następny. Na jego apel natychmiast zareagował austriacki MSZ, który wezwał do siebie ambasadora Ukrainy[17].

Na takie działania czynników oficjalnych niestety nie mogą liczyć Polacy figurujący na tej liście proskrypcyjnej, sporządzonej przez instytucję publiczną kraju aspirującego oficjalnie do członkostwa w Unii Europejskiej. Przypuszczam, że dlatego, ponieważ polski establishment polityczny najprawdopodobniej podziela zdanie ukraińskiego Centrum Badań nad Armią, Konwersją i Rozbrojeniem odnośnie uznania tych osób za „sługusów Kremla”.

No i przyszedł wreszcie dzień 1 stycznia 2019 roku, rozpoczynający na Ukrainie – nie tylko w obwodzie lwowskim – rok Stepana Bandery i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Co roku od dawna wychodziły tego dnia na ulice Kijowa, Lwowa, Równego na Wołyniu i innych miast tysiące zwolenników nacjonalizmu ukraińskiego – dzisiaj członków Swobody, Korpusu Narodowego i reaktywowanej OUN – by na wzór NSDAP i SA maszerować z pochodniami i szowinistycznymi hasłami. Teraz jednak były to już obchody na poziomie państwowym, z udziałem władz samorządowych i państwowych. Przemawiali żyjący członkowie OUN i UPA, ciesząc się z domniemanego zwycięstwa swojej idei. Przemawiał też mer Lwowa Andrij Sadowy – wielki przyjaciel polskiej „klasy politycznej”, który zdaniem wielu polskich mediów nie jest oczywiście żadnym banderowcem, ale przywódcą chrześcijańsko-demokratycznej, liberalnej i proeuropejskiej partii Samopomoc.

„Być oddanym sprawie narodowej to być razem, by chronić nawet najmniejszego Ukraińca. W każdym mieście, w każdej wiosce. Jesteśmy silnym narodem, który rodzi bohaterów. Bandera urodził się tu, w Galicji. Był wielkim patriotą, który kochał Ukrainę, on martwił się o Ukrainę” – wołał pod pozłacanym pomnikiem Stepana Bandery we Lwowie ten chrześcijańsko-demokratyczny, liberalny i proeuropejski polityk przy łopocie czerwono-czarnych flag OUN-B i portretów Bandery[18].

Główny marsz ku czci przywódcy OUN-B odbył się w Kijowie. Wzięły w nim udział Swoboda, Prawy Sektor, Kongres Ukraińskich Nacjonalistów i inne organizacje szowinistyczne. Własny marsz przeprowadził powiązany z pułkiem „Azow” Korpus Narodowy wraz z bojówkami ruchu azowskiego, tzw. Narodowymi Drużynami. Podobne marsze odbyły się w Dniprze (dawniej Dniepropietrowsk), Lwowie, Równem, Słowiańsku, Sumach, Żytomierzu i innych miastach.

Z okazji rozpoczęcia roku Bandery Ukraiński IPN wydał oświadczenie, w którym przypomniał złote myśli swojego szefa – Wołodymyra Wiatrowycza – porównującego Banderę do Józefa Piłsudskiego. Zdaniem Wiatrowycza nazywanie Bandery terrorystą i kolaborantem to „powielanie radzieckich klisz propagandowych”. Ponadto Ukraiński IPN napisał, że „Ukraińcy już dłużej nie muszą oglądać się na kogoś, formułując swoje poglądy na przeszłość czy wizję przyszłości, bo przecież mamy Stepana Banderę”[19].

Jak to należy rozumieć? Ano dosłownie tak jak zostało napisane, tzn. że nazistowska ideologia i zbrodnicze dziedzictwo organizacji utworzonej przez Stepana Banderę jest fundamentem ideologicznym i politycznym Ukrainy. Tej samej, która jest wspierana przez USA, UE i Polskę. Tej samej, która aspiruje do członkostwa w Unii Europejskiej.

Wielokrotnie już pisałem, że dziedzictwo Stepana Bandery i Romana Szuchewycza, czyli szowinizm ukraiński będący ukraińską wersją hitlerowskiego nazizmu, nie jest marginesem na Ukrainie – jak to wielokrotnie wmawiały polskiej opinii publicznej różne media. Jest głównym narzędziem używanym przez prozachodnią oligarchię ukraińską do sprawowania i legitymizowania swojej władzy oraz realizacji celów politycznych i gospodarczych – swoich i swoich protektorów. Narzędziem bardzo niebezpiecznym, czego oficjalnie nie zauważa polska „klasa polityczna”. Jednakże wyciagnięcie z trumien postaci Bandery i Szuchewycza w niczym nie pomogło i nie pomoże ukraińskiej oligarchii oraz jej zagranicznym protektorom. Wręcz przeciwnie – Ukrainę czeka w najbliższym czasie całkowity krach gospodarczy i dezintegracja terytorialna. Dalsze podbijanie banderowskiego bębenka proces ten tylko przyspieszy. Prawdopodobnie przewidując dezintegrację terytorialną Ukrainy i jej konsekwencje Warszawa odwołała z Kijowa pod koniec 2018 roku ambasadora Jana Piekłę, którego różni złośliwcy nazywali „ambasadorem Ukrainy w Kijowie”.

Tak, ale czerwono-czarny upiór został wypuszczony z butelki, m.in. przy pobłażliwości polskiej „klasy politycznej”, a konsekwencje tego faktu w wypadku dezintegracji terytorialnej Ukrainy poniesie nie owa „klasa polityczna”, ale społeczeństwo polskie. Nie muszę dodawać, że w najbardziej pesymistycznym rozwoju wydarzeń mogą to być konsekwencje tragiczne.

[1] Lwów: rok 2019 ogłoszony rokiem Stepana Bandery, http://www.kresy.pl, 11.12.2018.

[2] Cyt. za: Minister Jacek Czaputowicz o priorytetach polskiej dyplomacji w 2018 roku; tekst wystąpienia w Sejmie RP z 21.03.2018 r., opublikowany na portalu Ambasady RP w Pradze, http://www.praga.msz.gov.pl, 22.03.2018.

[3] Światowy Kongres Żydów przeciwko obchodom roku Bandery i OUN na Ukrainie, „Tygodnik Solidarność”, http://www.tysol.pl, 20.12.2018.

[4] Rok Bandery i OUN we Lwowie. Ostra reakcja ambasadora Izraela: byłem zszokowany, „Do Rzeczy”, http://www.dorzeczy.pl, 14.12.2018.

[5] „Nazistowski kolaborant”. Światowy Kongres Żydów krytykuje rok Bandery we Lwowie, http://www.kresy.pl, 19.12.2018.

[6] Prezydent Izraela w ukraińskim parlamencie: Ukraińcy, bojownicy OUN brali udział w Holokauście, http://www.kresy.pl, 27.09.2016.

[7] Żurawski vel Grajewski: Bandera odpowiada osobiście za śmierć tylko jednego Polaka, http://www.kresy.pl, 11.04.2018.

[8] Juszczenko dla „Wprost”: o niepodległość Ukrainy Bandera walczył tymi samymi metodami, co Piłsudski o Polskę, „Wprost”, http://www.wprost.pl, 19.11.2018.

[9] Żąda usunięcia Lwów z Cmentarza Orląt, bryluje na polskich salonach – Ołeksandr Hanuszczyn, http://www.kresy.pl, 26.10.2018.

[10] Ukraiński parlament nazwał Polaków z Podkarpacia „kolonizatorami”, http://www.kresy.pl, 8.11.2018.

[11] We Lwowie uczczą pamięć terrorystów z OUN, morderców Tadeusza Hołówki, http://www.kresy.pl, 22.12.2018.

[12] Na Ukrainie powstaje film gloryfikujący terrorystyczną działalność międzywojennych bojówkarzy z OUN, http://www.kresy.pl, 22.12.2016.

[13] Ukraina oficjalnie uczci w przyszłym roku rocznicę urodzin Bandery, http://www.kresy.pl, 18.12.2018.

[14] Ukraiński parlament przyznał członkom UPA uprawnienia kombatanckie, http://www.kresy.pl, 6.12.2018.

[15] Poroszenko podpisał ustawę przyznającą członkom UPA prawa weteranów wojennych, http://www.kresy.pl, 23.12.2018.

[16] Prezydent Czech wzywa do potępienia państwowego kultu OUN i UPA na Ukrainie, http://www.kresy.pl, 30.12.2018.

[17] Winnicki, Kukiz i Smarzowski na ukraińskiej liście proskrypcyjnej, http://www.wprawo.pl, 2.01.2019.

[18] Ukraina świętowała 110. rocznicę urodzin Bandery pod czerwono-czarnymi flagami, http://www.kresy.pl, 2.01.2019.

[19] Ukraiński IPN: „Ukraińcy nie muszą już na nikogo się oglądać, bo mają Stepana Banderę”, http://www.kresy.pl, 2.01.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 stycznia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 3-4 (2223/2224), 13-20.01.2019, s. 10-11

Historia według Juszczenki

Zanim Rosja dokonała 25 listopada kolejnej „agresji” na ukraiński holownik i dwa kutry na „Morzu Azorskim” – jak nazwał Morze Azowskie znany neoliberalny mąż stanu z Warszawy – zanim neoliberalni i antyliberalni, konserwatywni i libertyńscy, antykomunistyczni i postkomunistyczni, patriotyczni i kosmopolityczni, nacjonalistyczni i internacjonalistyczni mężowie stanu z Warszawy i okolic zaczęli jeden przed drugim ścigać się w składaniu deklaracji, że są gotowi poświęcić wszystko za Ukrainę (bynajmniej nie siebie są gotowi poświęcić, ale kraj i naród, w którym pełnią rolę władzy i opozycji; w ich frazeologii „klasy politycznej”), zanim posłuszne im media wylały kolejną rzekę dezinformacji oraz nienawiści wobec znienawidzonej Rosji – wywiadu tygodnikowi „Wprost” udzielił pan Wiktor Juszczenko.

Wywiad ten pojawił się na stronie internetowej tego tygodnika 19 listopada i w jego numerze 47/2018, a więc na sześć dni przed kolejną „agresją” Rosji na Ukrainę. Może to był przypadek, a może nie. Nie wiem. Warto natomiast odnotować, że wywiad ten przeprowadzili Marcin Dzierżanowski i Olga Wasilewska, którzy potraktowali swojego rozmówcę ze śmiertelną powagą, przyjmując na serio wszystko co im powiedział. Takie to już jest polskie mainstreamowe dziennikarstwo, że absurd i hucpę traktuje jako prawdę obiektywną, a logiczne myślenie za przejaw tzw. niepoprawności politycznej.

Niewielu już ludzi na świecie – nawet na Ukrainie – pamięta kto to był Wiktor Juszczenko. Ale w Polsce „klasa polityczna” i jej media traktują tego pana jak jakiegoś wielkiego męża stanu, czyli drastycznie nieproporcjonalnie w stosunku do jego ciężaru gatunkowego. Być może muszą go tak traktować, bo taki padł rozkaz. Z Waszyngtonu, z Kijowa, albo diabli wiedzą skąd. Warto odnotować wywiad pana Juszczenki dla „Wprost”, ponieważ jest on niczym innym jak instrukcją dla nadwiślańskiej „klasy politycznej”. Instrukcją co ma aktualnie myśleć. Warto wiedzieć skąd władza i opozycja w Polsce czerpią swoje natchnienie do uprawiania tzw. polityki wschodniej. Warto wiedzieć jakie tezy są im podsuwane i jakiego rodzaju paliwo służy do podsycania ich dziecinnej rusofobii.

Już sam tytuł wywiadu pana Juszczenki jest porażający: „O niepodległość Ukrainy Bandera walczył tymi samymi metodami, co Piłsudski o Polskę”. Nie wiedziałem, że Piłsudski był ludobójcą, że planował i przeprowadzał czystki etniczne, które nauka sklasyfikowała jako genocidium atrox (ludobójstwo zwyrodniałe). Nie wiedziałem też, że był terrorystą tego typu co Bandera. Pomiędzy działalnością Organizacji Bojowej PPS a terrorem OUN w II RP i później nie ma żadnego porównania i o tym powinni wiedzieć rozmówcy pana Juszczenki, którzy tak a nie inaczej zatytułowali ten wywiad. Nie ma też żadnego porównania pomiędzy kolaboracją watażki Bandery i jego obozu politycznego z III Rzeszą Niemiecką a współpracą Piłsudskiego z państwami centralnymi w pierwszych trzech latach pierwszej wojny światowej. Dając taki tytuł wywiadu „Wprost” świadomie wpisał się w manipulację i fałszerstwo podsuwane przez pana Juszczenkę.

„To, co w ostatnich dwóch latach wydarzyło się w stosunkach polsko-ukraińskich, to sukces Moskwy, wynik kremlowskiej operacji, nie rozumiem tego, co się dzieje w Polsce – powiedział Wiktor Juszczenko” – taki natomiast nagłówek dala redakcja „Wprost” pod wspomnianym tytułem wywiadu. Nagłówek ten zawiera kwintesencję wywodów rozmówcy „Wprost”, które świetnie wpisują się w styl propagandy państwowej w Polsce. Wiadomo nie od dzisiaj, że w Polsce wszelkie zawiłości świata i polityki wyjaśnia się przez doszukiwanie się we wszystkim zdradzieckiej i podstępnej ręki Kremla. Wystarczy powiedzieć „kremlowska operacja”, „agenci Rosji” – a logiczne myślenie zostaje natychmiast wyłączone. No ale gdzie pan Juszczenko widzi tę „kremlowską operację”? Przecież pan minister Jacek Czaputowicz wielokrotnie deklarował, że wspieranie pomajdanowej Ukrainy jest polską racją stanu i z tym stanowiskiem zgadza się cała polska „klasa polityczna” od Kwaśniewskiego i Cimoszewicza, przez Tuska i Schetynę do Kaczyńskiego, Dudy i Morawieckiego.

Niemal codziennie tutejsza „klasa polityczna” daje dowody swojego umiłowania Ukrainy bez względu na fakty i realia. Gdzie zatem jest ta ręka Kremla? Co takiego wydarzyło się w „ostatnich dwóch latach”, co tak boli pana Juszczenkę i obciąża jego zdaniem stosunki polsko-ukraińskie? Ano wydarzyło się to, że są w Polsce ludzie, którzy nie chcą milczeć w sprawie pamięci o ofiarach ludobójstwa banderowskiego i publicznego kultu sprawców tego ludobójstwa na Ukrainie. Wydarzyło się to, że tutejsza „klasa polityczna” musiała się częściowo ugiąć pod presją społeczną i zgodzić się np. na ustanowienie 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej, na demontaż niektórych nielegalnych pomników UPA w województwie podkarpackim oraz na dopuszczenie do debaty publicznej prawdy historycznej o tym, co stało się w latach 1943-1944 na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. To boli pana Juszczenkę. To jest ta „kremlowska operacja”.

Dlatego pan Juszczenko wyrzuca z goryczą, że „zaczęliśmy znowu liczyć wzajemne ofiary i odmierzać litry przelanej krwi”. No tak, a po co je odmierzać? Niechże Polacy nie przeszkadzają Ukrainie budować swojej tożsamości państwowo-narodowej na kulcie ideologii odpowiedzialnej za te ofiary i na kulcie tych, którzy osobiście przelali te litry krwi. Taka jest przecież cena funkcjonowania antyrosyjskiej Ukrainy, a istnienie takiej właśnie Ukrainy  – z czym zgadza się cała polska „klasa polityczna” – ma być polską racją stanu.

„Nasza sytuacja przypomina tę, która występuje między dwiema sąsiadującymi od pokoleń rodzinami. Ktoś komuś ukradł kurę, ktoś komuś wszedł w szkodę, nikt już nie dojdzie, kto był pierwszy, ale każdy jakoś czuje się poszkodowany i pokrzywdzony. Jedynym wyjściem jest powiedzieć: Przeprośmy się nawzajem za wszystko, przestańmy rozpamiętywać i idźmy dalej” – wywodzi pan Juszczenko.

A więc barbarzyńskie wymordowanie 130 tys. ludzi, wypędzenie dalszych kilkuset tysięcy oraz zniszczenie materialnych śladów ich historii i kultury – to jest dla pana Juszczenki kradzież kury. Widać tutaj od razu ogromną pogardę dla ofiar ludobójstwa i bark jakiegokolwiek poczucia winy za zbrodnię. Nie zauważa ten pan prostej wydawałoby się rzeczy, że zanim dojdzie do przeprosin musi nastąpić uznanie własnej winy, co w wypadku Ukrainy musi oznaczać odrzucenie kultu zbrodniarzy banderowskich i obecności ich ideologii w życiu publicznym tego kraju. Pan Juszczenko tego nie może zauważyć, ponieważ nie został ukształtowany przez kulturę europejską, wyrastającą z tradycji antycznej filozofii greckiej i chrześcijaństwa, tylko przez kulturę banderowską (faktycznie faszystowską), która z kulturą europejską nie ma nic wspólnego. No i jego postulat, żeby przestać rozpamiętywać historię dotyczy tylko strony polskiej. Nie dotyczy przecież strony ukraińskiej, gdzie rozpamiętywanie prawdziwych i urojonych win Polski wobec Ukraińców cały czas ma miejsce w przestrzeni publicznej. I to nie tylko w propagandzie środowisk postbanderowskich.

W swoim wywiadzie pan Juszczenko powtórzył wszystkie znane tezy banderowskiej propagandy na temat historii i współczesności. Doszedł na koniec do wniosku, że nad stosunkami polsko-ukraińskimi ciąży uchwalona przez polski Sejm w 2016 roku ustawa o ustanowieniu 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP. To go najbardziej boli. To mu nie daje spokoju.

„O jakim porozumieniu można mówić, gdy polskie władze przyjmują ustawę o ukraińskim ludobójstwie na Polakach? Czy naprawdę uważacie, że Ukraińcy nigdy nie padali waszymi ofiarami? Że na swoim historycznym koncie nie mamy podobnych doświadczeń?” – grzmi Juszczenko. Przyznam, że nic o tych „podobnych doświadczeniach” nie wiem, ponieważ ani represje II RP wobec nacjonalistów ukraińskich, ani Sahryń, Piskorowice i Pawłokoma, ani operacja „Wisła” nie są w najmniejszym stopniu porównywalne z ludobójstwem dokonanym przez OUN i UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Ale według propagandy banderowskiej są porównywalne i fałszywe tezy tej propagandy powiela właśnie pan Juszczenko.

Czy tylko on? Przecież to co powiedział Juszczenko w wywiadzie dla „Wprost” można było już wielokrotnie przeczytać na łamach i portalu np. „Gazety Polskiej”.

Weźmy chociażby taki fragment z wywiadu Juszczenki: „O niepodległość Ukrainy Bandera walczył tymi samymi metodami, co Piłsudski o Polskę [sic!]. Ani jeden, ani drugi nie był świętym i po wodzie nie chodził. Ale ważne jest to, co ci ludzie zrobili dla swoich narodów”. Albo taki: „Polacy, proszę was, żebyście to zrozumieli: my naprawdę nie czcimy Bandery jako kogoś, kto walczył przeciwko wam! Patrzymy na niego jako na bohatera walk o niepodległość Ukrainy. Hołd, który oddajemy Banderze, nie ma charakteru antypolskiego, jest natomiast ważny dla przyszłości Ukrainy”.

Czy tego już kiedyś nie słyszeliśmy od Tomasza Sakiewicza, Jerzego Targalskiego, Piotra Lisiewicza, Dawida Wildsteina, Ewy Stankiewicz, czy Agnieszki Romaszewskiej-Guzy? Czy pod tym nie mogliby się też podpisać Adam Michnik, Sławomir Sierakowski, Aleksander Kwaśniewski albo Włodzimierz Cimoszewicz? Mogliby. Wywiad pana Juszczenki dla „Wprost” zapewne dostarczył tej „klasie politycznej” nowego paliwa i upewnił ją co ma myśleć.

Odpowiedź na pytanie, kiedy Polska zacznie układać stosunki z chorym człowiekiem Europy zza południowo-wschodniej granicy z pozycji własnych interesów, kiedy porzuci szkodliwe mrzonki o „polityce jagiellońskiej” i przestanie traktować Ukrainę jak dziecko specjalnej troski brzmi: nigdy. Nie przy tej „klasie politycznej”. Albowiem interesem tej „klasy politycznej” jest trwanie za cenę wpisywania się w realizację najbardziej absurdalnych celów polityki amerykańskiej, a więc za cenę tolerowania i wspierania Ukrainy o obliczu pana Juszczenki.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 grudnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 51-52 (2219/2220), 16-23.12.2018, s. 10

Powrót Chicago Boys

28 października br. na prezydenta Brazylii został wybrany Jair Messias Bolsonaro (ur. 1955 r.). W pierwszej turze zdobył 46,4 proc. głosów, a w drugiej 55,2 proc. głosów, pokonując Fernando Haddada z Partii Pracujących. Wybory te odbyły się w sytuacji głębokiego kryzysu politycznego i gospodarczego Brazylii, co nie jest obojętne dla świata, ponieważ największe państwo Ameryki Łacińskiej jest piątym co do wielkości i szóstym na świecie pod względem liczby ludności. Wynik tych wyborów oznacza nie tylko upadek rządów Partii Pracujących, ale także koniec brazylijskiej wersji boliwarianizmu – czyli socjalizmu XXI wieku – oraz powrót w jego miejsce wydawałoby się już doszczętnie skompromitowanego neoliberalizmu. Zwycięstwo Bolsonaro oznacza również odzyskanie przez USA kontroli nad największym państwem i największą gospodarką Ameryki Łacińskiej.

Nie będę przeprowadzał szczegółowej analizy przyczyn załamania się w Brazylii rządów Partii Pracujących oraz analizy przyczyn i okoliczności obalenia przez proamerykański establishment dwóch charyzmatycznych lewicowych prezydentów tego kraju – Luiza Inácio Luli da Silvy (2003-2011) oraz Dilmy Rousseff (2011-2016) – którzy wyciągnęli miliony Brazylijczyków ze skrajnej biedy i znacząco zmniejszyli zależność ekonomiczną tego kraju od północnoamerykańskich korporacji. Szczegółowe analizy na ten temat przeprowadził w ostatnich latach Jarosław Pietrzak. Odsyłam zatem do jego publicystyki. Jako jej podsumowanie zacytuję tylko najważniejsze tezy jego artykułu pt. „Jair Bolsonaro i upadek Partii Pracowników”, który został opublikowany 3 listopada na portalu strajk.eu.

Red. Pietrzak określił Jaira Bolsonaro jako „faszystę”, który jeszcze dwa lata temu był elementem politycznego folkloru. Można dyskutować nad tym czy Bolsonaro rzeczywiście jest faszystą, czy nie. Faktem jest jednak, że Bolsonaro w swoich populistycznych i demagogicznych wypowiedziach wielokrotnie pochwalał przemoc wobec przeciwników politycznych, w tym proamerykańskie dyktatury w Ameryce Łacińskiej, z dyktaturą Augusto Pinocheta (1973-1990) na czele, a także szczycił się, że jego pradziadek był „żołnierzem Hitlera”. Zapowiedział też krwawą rozprawę z lewicą, nazywając jej przedstawicieli „czerwonymi śmieciami”. Takie wypowiedzi miał również w przeszłości. W 1999 roku stwierdził np., że należy rozwiązać parlament i wprowadzić dyktaturę, a jedynym rozwiązaniem problemów kraju jest natychmiastowe wymordowanie 30 tys. ludzi. Uważa także, że Pinochet wymordował za mało ofiar. 63-letni Bolsonaro nie ukrywa też uwielbienia dla Donalda Trumpa oraz Izraela i wzorem prezydenta USA chce po objęciu rządów natychmiast przenieść ambasadę Brazylii do Jerozolimy.

Istotne jest spostrzeżenie Pietrzaka, że prezydent-elekt Brazylii był „finansowany przez wielką własność ziemską i przemysły ekstraktywne, obiecał im wolną rękę w ich wymarzonej grabieży Amazonii, co niewątpliwie przyspieszy i pogłębi katastrofę klimatyczną. Jego zwycięstwo oznacza też najprawdopodobniej rychły upadek lub kapitulację pozostałych na polu walki lewicowych projektów politycznych w Ameryce Południowej. Bolsonaro reprezentuje militarystyczną (był wojskowym) brazylijską tradycję polityczną, która głosiła, że »co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii« i dumnie uczestniczyła w Operacji Kondor mającej na celu brutalne wyniszczenie lewicy w całej Ameryce Łacińskiej”.

Dlaczego jednak połowa brazylijskich wyborców go wybrała? Zdaniem Jarosława Pietrzaka decydującą rolę w jego wyborze „odegrała wielkomiejska, głównie biała, klasa średnia, która ma największą skłonność do elitarystycznego kręcenia nosem, że Bolsonaro i Partia Pracowników (Partido dos Trabalhadores, PT) to samo zło. Mogą sobie pozwolić na taką »estetyczną« postawę, bo to nie oni zapłacą prawdziwą cenę za dojście Bolsonaro do władzy. Oprócz wszystkiego, co o nim wyżej powiedziałem, jest on jednocześnie skrajnym neoliberałem, zwolennikiem prywatyzacji i deregulacji wszystkiego, a także demontażu prawa pracy i państwowego systemu emerytalnego. Dlatego tak już go polubiły mityczne »rynki światowe«, a giełda brazylijska wpadła po wyborach w euforię”.

Przyczyną klęski kandydata PT – zdaniem Pietrzaka – „jest oczywiście to, że oligarchom udało się, przy pomocy lojalnego wobec nich systemu sprawiedliwości, wsadzić w kwietniu br. do więzienia najpopularniejszego kandydata, Lulę właśnie, rzekomo za korupcję. Lula bez dwóch zdań wygrałby te wybory. Przypomnę, że jedyną udowodnioną winą byłego prezydenta jest to, że jeden z wielkich koncernów budowlanych podarował mu luksusowy apartament z widokiem na ocean, a jedynym dowodem, że Lula ten prezent przyjął, są zeznania samych łapówkodawców, którzy w zamian za to świadectwo sami zostali zwolnieni od odpowiedzialności. Żadnych dokumentów ani innych dowodów materialnych, że Lula kiedykolwiek ten »prezent« przyjął, że postawił tam stopę – nie przedstawiono. Jakby komuś tego było mało na dowód, że wyrok motywowany był wyłącznie politycznie, interesem oligarchów, Lulę poddano takiemu rygorowi, że prasa nie ma do niego dostępu – w kraju, w którym skazani szefowie gangów narkotykowych nie doświadczali takich obostrzeń. A jakby i tego było mało, to Bolsonaro właśnie zaoferował odpowiedzialnemu za śledztwo Lava Jato sędziemu Sergio Moro, który doprowadził do uwięzienia Luli, polityczną nagrodę: tekę ministra sprawiedliwości”.

Przyczyn klęski PT red. Pietrzak upatruje dalej w tym, że jej długoletnie rządy obudziły „nadzieje na gruntowną przebudowę brazylijskiego społeczeństwa, jednego z najbardziej niesprawiedliwych na świecie, ale [prezydent Lula da Silva] liczył na to, że uda się tego dokonać wyłącznie drobnymi reformami redystrybucyjnymi. W dodatku dotyczyły one jedynie bieżącego dochodu (a nie np. ziemi), a w gruncie rzeczy była to redystrybucja samego wzrostu gospodarczego. Ten ostatni na dodatek oparty był w znacznym stopniu na hossie surowcowej, która nigdy nie trwa wiecznie. Ale to nieprawda, że wszystko rozbiło się o ropę, że PT wpadła w tarapaty i skończyła tam, gdzie jest dzisiaj, tylko dlatego, że jej ceny się załamały. Chodzi o to, że Lula chciał rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa. Chciał zlikwidować biedę, nie odbierając niczego oligarchom. Dlatego nie ruszył latyfundystów (żadnej reformy rolnej), nie ruszył finansjery (utrzymał absurdalnie wysokie stopy procentowe, jedne z najwyższych na świecie), nie ruszył wielkich mediów (nie rozbił monopoli, nie znacjonalizował choćby części Globo, nie założył telewizji publicznej), przemysłowcom zapewnił rządowe kontrakty, a wojskowym poczucie, że Brazylia znowu jest mocarstwem, a więc i oni są ważni (…). Gdy jednak do Brazylii dotarł w końcu kryzys, oligarchia użyła całej zachowanej władzy, by uniknąć, choćby po trupach, zapłacenia za niego choćby części rachunku. Użyła barier klasowych strzegących dostępu do prestiżowych zawodów, które zapewniają, że ostatecznie sędziami zostają tylko dzieci bogatych, dzieci ich lub ich klientów, by wsadzić Lulę do więzienia. Użyła kolosalnie wysokich finansowych progów dostępu do zawodowej polityki, by mieć pewność, że w Kongresie będzie dość ludzi na jej pasku, żeby przegłosować impeachment Dilmy Rousseff pomimo braku podstaw prawnych. A potem, by zapewnić, że Brazylijczycy nie będą nigdy mieli żadnego prawdziwego outsidera jako alternatywy, wpadną więc w sidła takiego błazna jak Bolsonaro. Użyła swoich nienaruszonych monopoli medialnych, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za kryzys, pomimo iż to właśnie polityka PT zdołała w rzeczywistości opóźnić jego uderzenie o kilka dobrych lat. Użyła ich, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za brazylijską korupcję, pomimo iż to PT uruchomiła zmiany w prawie i jego egzekwowaniu, które spowodowały, że korupcję zaczęto w ogóle poważnie traktować (…). Strategia PT polegająca na tym, żeby rozwiązać problem biedy, nie dotykając problemu bogactwa, a więc nie antagonizując oligarchii, miała wysoką cenę. Rezygnując z zadania zmiany struktury brazylijskich stosunków władzy, ograniczając się głównie do usuwania i minimalizowania jej szkód, PT musiała się dostosować do obowiązujących w tej strukturze zasad postępowania i coraz bardziej upodobniła się do reszty klasy politycznej”.

Jarosław Pietrzak zwrócił też uwagę na ciekawe okoliczności obalenia przez oligarchię brazylijską prezydent Dilmy Rousseff w 2016 roku: „Dziwnym zbiegiem okoliczności ambasadorką Stanów Zjednoczonych w Asunción w momencie impeachmentu paragwajskiego i w Brasilii w momencie impeachmentu brazylijskiego była ta sama Liliana Ayalde, którą najwyraźniej po udanej operacji w małym kraju przeniesiono do większego, w tym samym celu. Michel Temer, zdradziecki wiceprezydent Dilmy z ramienia Brazylijskiego Ruchu Demokratycznego (kolejna nazwa bez znaczenia), który dzięki jej usunięciu został prezydentem, był od 2006 r. informatorem amerykańskiej ambasady. CIA i Departament Stanu służyły pomocą zarówno w obaleniu Rousseff, jak i w uwięzieniu Luli”.

W kontekście tego co pisze Jarosław Pietrzak trzeba zauważyć, że Prawo i Sprawiedliwość w Polsce jest formacją nieco podobną do brazylijskiej Partii Pracujących. Nie dlatego, że prezydent Lula da Silva bardzo cenił Lecha Kaczyńskiego i uważał go za socjalistę, ale dlatego, że PiS – identycznie jak PT – chce poprzez redystrybucję wzrostu gospodarczego „rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa”. Dlatego PiS powinien wyciągnąć wnioski z analizy red. Pietrzaka na temat przyczyn upadku rządów PT.

Mówiąc o Partii Pracujących i boliwarianizmie trzeba mieć zawsze na uwadze to, że czym innym jest lewica w Europie, a czym innym w Ameryce Łacińskiej. Na latynoamerykańskim obszarze geopolitycznym ruchy lewicowe zawsze były narodowymi ruchami emancypacyjnymi, walczącymi o wyrwanie ich krajów z ekonomicznych i politycznych kleszczy potężnego mocarstwa północnoamerykańskiego i północnoamerykańskich korporacji. Ta próba emancypacji politycznej i ekonomicznej – po początkowych obiecujących sukcesach – załamała się właśnie w Brazylii i załamuje się w Wenezueli – dwóch krajach Ameryki Łacińskiej najbardziej zaawansowanych w realizacji eksperymentu boliwariańskiego (socjalizmu XXI wieku).

Trudno sobie wyobrazić, że Jair Bolsonaro powróci – jak zapowiadał – do najczarniejszego okresu historii Ameryki Łacińskiej, czyli wychwalanych przez niego zbrodniczych dyktatur wojskowych z lat 60., 70. i 80 XX wieku, które gwarantowały dominację USA i północnoamerykańskiego kapitału na tym obszarze geopolitycznym oraz testowały na sterroryzowanych narodach latynoamerykańskich neoliberalizm – wynalazek „Chicago Boys” – zanim zaczęto go testować w Wielkiej Brytanii pod rządami Margaret Thatcher, a po 1989 roku w państwach byłego obozu socjalistycznego. Powrót Bolsonaro do praktyk Pinocheta, junty argentyńskiej (1976-1983), czy nawet junty brazylijskiej (1964-1985), oznaczałby moim zdaniem wojnę domową.

Być może jednak Bolsonaro jej pragnie, bo jego zdaniem przemoc jest najlepszym sposobem rozwiązywania problemów politycznych. Desygnowany przez niego na ministra finansów Paulo Guedes złożył wkrótce po wyborach szokujące oświadczenie: „będziemy wzorować się na neoliberalnym modelu wdrażanym przez Augusto Pinocheta i jego doradców z Chicago”. Guedes zamierza „na dobry początek” „sprywatyzować” 147 państwowych przedsiębiorstw brazylijskich. Nietrudno się domyśleć, że przejmie je kapitał z Ameryki Północnej, który niewątpliwie zainwestował ogromne pieniądze w obalenie rządów PT i zwycięstwo Bolsonaro. Żeby ta inwestycja zwróciła się i przyniosła zyski północnoamerykańskim korporacjom oraz administracji w Waszyngtonie, Bolsonaro i Guedes będą musieli teraz prywatyzować wszystko co nie lata i nie ucieka na drzewa, z systemem emerytalnym włącznie. Wizja w Polsce bardzo miła dla korwinistów, którzy powitali zmianę polityczną w Brazylii z ogromnym entuzjazmem.

To co stało się w Brazylii pokazuje, że Stany Zjednoczone Ameryki nie mają do zaproponowania krajom, które znajdą się w zależności polityczno-ekonomicznej od nich, niczego innego poza neoliberalizmem – systemem idealnym dla nowoczesnego neokolonializmu. Zwycięstwo Bolsonaro oznacza jeszcze jedno – koniec BRICS – czyli nieformalnego bloku politycznego Brazylii, Rosji, Chin, Indii i Republiki Południowej Afryki, którego inicjatorem zresztą był uwięziony obecnie Lula da Silva. Brazylia z tego bloku automatycznie wypada. Bolsonaro będzie śpiewał tak, jak zagrają mu w Białym Domu, a tam nie życzą sobie wpływów rosyjskich w Ameryce Łacińskiej. Główny strateg polityki USA – doradca Białego Domu ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton – ogłosił, że Bolsonaro jest „promotorem wolności” w Ameryce Łacińskiej i razem z Ivánem Duque z Kolumbii stanowi „wielką nadzieję przyszłości” całego regionu. Bolton zapowiedział też obranie „ostrego kursu” wobec Wenezueli, Kuby i Nikaragui, gdzie jeszcze utrzymują się przy władzy rządy niezależne od USA.

Przejęcie Brazylii jest zatem największym sukcesem polityki waszyngtońskiej od przejęcia w 2014 roku Ukrainy i tak jak przejęcie Ukrainy jest częścią strategii otaczania i osaczania Rosji. Strategię tę administracja Donalda Trumpa realizuje równie konsekwentnie jak jej poprzednicy.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 18 października 2018 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2215/2216), 18-25.11.2018, s. 8

To miała być Polska Szklanych Domów

„Biła godzina wpół do pierwszej, kiedy na murach sądu okręgowego w Lublinie został przyklejony pierwszy afisz, ogłaszający po tylu latach powstanie Polski naprawdę Wolnej. Jak to los czasem człowiekowi sprzyja. Niegdyś w więzieniu na katordze, snując marzenia na przyszłość, myślałem o tym, aby doczekać tej chwili kiedy zacznie się ogłaszanie Polski Niepodległej i oto wypadło mi samemu przykleić na murze pierwszy afisz, ogłaszający Narodowi, iż jest Wolny w Wolnej Ojczyźnie” – tak wspominał wydarzenia nocy z 6 na 7 listopada 1918 r. w Lublinie Marian Malinowski (1876-1948), działacz Polskiej Partii Socjalistycznej i członek Organizacji Bojowej PPS, kilkakrotnie skazany i więziony przez władze carskie za działalność niepodległościową, minister robót publicznych w rządzie Ignacego Daszyńskiego i minister bez teki w rządzie Jędrzeja Moraczewskiego.

Jednym z ważniejszych epizodów wydarzeń listopada 1918 roku na ziemiach polskich było utworzenie tzw. rządu lubelskiego, czyli Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej w Lublinie. W dziejach odradzającej się Polski rząd ten odegrał szczególna rolę nie ze względu na swoją działalność – zaledwie kilkudniową, która nie wykraczała poza Lublin – ale program społeczno-polityczny, jaki ogłosił.

Rząd lubelski nie był pierwszym, który aspirował do władzy nad całym krajem, a więc nad odzyskującą niepodległość po 123 latach zaborów Polską. Pierwszą próbę stworzenia rządu ogólnonarodowego podjęła Rada Regencyjna – polski organ władzy zwierzchniej Królestwa Polskiego, powołany 12 września 1917 roku przez okupantów niemieckiego i austro-węgierskiego.

W sytuacji, gdy 5 października 1918 r. nowy rząd niemiecki księcia Maximiliana von Badena zwrócił się do prezydenta USA Woodrowa W. Wilsona z prośbą o zawieszenie broni, Rada Regencyjna postanowiła zdystansować się od Niemiec i wymóc na okupantach przekazanie jej rzeczywistej władzy nad choćby częścią ziem polskich. Dlatego 7 października 1918 r. Rada Regencyjna ogłosiła niepodległość Polski, a 23 października 1918 r. powołała rząd pod prezesurą ziemianina i endeka Józefa Świeżyńskiego. Był to pierwszy rząd Królestwa Polskiego, który nie starał się o akceptację władz okupacyjnych niemieckich i austro-węgierskich. Tworzący ten rząd przedstawiciele endecji rozumieli niestosowność działań u boku Rady Regencyjnej, która reprezentowała orientację sprzeczną z polityką endecji i Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu. Dlatego 3 listopada 1918 r. próbowali obalić Radę Regencyjną i przejąć władzę jako Rząd Narodowy. Próba zamachu stanu została jednak udaremniona, a rząd Świeżyńskiego zdymisjonowany 4 listopada 1918 r. Tym samym przejęcie władzy nad odradzającą się Polską przez prawicę zakończyło się chwilowym niepowodzeniem.

W tym czasie rozpadły się Austro-Węgry (28-31 października 1918 r.), a 3 listopada 1918 r. bunt marynarzy w Kilonii dał początek rewolucji socjalistycznej w Niemczech, która w przeciągu sześciu dni zakończyła żywot II Rzeszy Niemieckiej. Rozpad Austro-Węgier oznaczał koniec władzy austriackiej w Galicji i w okupowanej przez Austriaków części Królestwa Polskiego. Do zwierzchności nad tymi terenami aspirowała powołana w Krakowie 31 października 1918 r. Polska Komisja Likwidacyjna Galicji i Śląska Cieszyńskiego, na czele której stanęli Wincenty Witos (1874-1945) – przywódca prawicowego odłamu ruchu ludowego i polityk endecki hrabia Aleksander Skarbek (1874-1922).

Rewolucja listopadowa w Niemczech nie pozostała bez wpływu na sytuację odradzającej się Polski. Wraz z rozbrajaniem wojsk austro-węgierskich na terenie Generalnego Gubernatorstwa Lubelskiego radykalna lewica (SDKPiL i PPS-Lewica) przystąpiła do tworzenia rad delegatów robotniczych. Największe z nich powstały w Lublinie (5 listopada) i Zagłębiu Dąbrowskim, gdzie po rozbrojeniu wojsk okupacyjnych radykalna lewica utworzyła też Czerwoną Gwardię. Ogółem w listopadzie 1918 roku powstało na ziemiach polskich ponad 100 rad delegatów robotniczych. 6 listopada 1918 r. na 30-tysięcznym wiecu chłopskim w Tarnobrzegu uchwalono usunięcie władz mianowanych przez Polską Komisję Likwidacyjną i powołanie własnych władz – tzw. Republiki Tarnobrzeskiej. Na jej czele stanęli komunista Tomasz Dąbal (1890-1937) i ksiądz Eugeniusz Okoń (1881-1949). Głównym postulatem władz republiki było przekazanie ziemi obszarniczej chłopom. Republika Tarnobrzeska została uznana przez władze odrodzonej Polski za niebezpieczną anarchię i zlikwidowana przez Wojsko Polskie na początku 1919 roku. W czasie pacyfikacji zabito kilkanaście osób, a Dąbal i Okoń zostali aresztowani.

Podobnie było w niedalekim Pińczowie, gdzie z kolei powstała tzw. Republika Pińczowska – kierowana przez działacza SDKPiL Jana Lisowskiego. Zrewoltowani chłopi dokonali tam napadów na Działoszyce i Wodzisław oraz dopuścili się rabunków na okolicznych ziemianach. Jeszcze nie powstała niepodległa Polska, a już zaczęła jej grozić wojna domowa.

W nocy z 1 na 2 listopada 1918 r. w warszawskim mieszkaniu Artura Śliwińskiego (1877-1953) – działacza umiarkowanie lewicowego i propiłsudczykowskiego Stronnictwa Niezawisłości Narodowej – odbyło się zebranie działaczy niepodległościowych. Podjęto na nim decyzję o utworzeniu rządu ogólnokrajowego przeciw środowiskom konserwatywnym Rady Regencyjnej. Na siedzibę tego rządu wybrano Lublin z uwagi na spodziewaną likwidację okupacji austro-węgierskiej. W dniu 6 listopada większość członków mającego powstać rządu przybyła do wolnego od okupanta Lublina, gdzie poprzedniego dnia SDKPiL utworzyła już Radę Delegatów Robotniczych.

Tak oto w nocy z 6 na 7 listopada 1918 r. powołany został Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej pod prezesurą Ignacego Daszyńskiego (1866-1936) – przywódcy Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska Cieszyńskiego, długoletniego posła do parlamentu austriackiego, jednego z najwybitniejszych polityków polskich z Galicji. Platformę polityczną tego rządu stanowiły PPSD, PPS, PSL „Wyzwolenie” oraz Stronnictwo Niezawisłości Narodowej. Faktycznie za powołaniem rządu lubelskiego stał Konwent Organizacji A (lewica piłsudczykowska).

Afisz informujący o utworzeniu Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej. Fot. domena publiczna.

Afisz informujący o utworzeniu Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej. Fot. domena publiczna.

Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej nie zamierzał dokonywać w Polsce rewolucji na wzór bolszewicki lub niemiecki. Wszelkie przemiany społeczne miały zostać zrealizowane na drodze reform parlamentarnych. Dlatego w swoim manifeście rząd lubelski proklamował utworzenie niepodległego i demokratycznego państwa polskiego o ustroju republikańskim. Za najważniejsze zadanie w tej mierze uznał przeprowadzenie demokratycznych pięcioprzymiotnikowych wyborów do Sejmu Ustawodawczego, który miał wyłonić prezydenta. Ponadto zapowiadał całkowite polityczne i obywatelskie równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy pochodzenia społecznego, wyznania religijnego i narodowości, wolność sumienia, druku, słowa, zgromadzeń, pochodów, zrzeszeń, tworzenia związków zawodowych i strajków.

Przyjęty przez rząd lubelski program społeczny był jednak bardzo radykalny i korespondował z niektórymi hasłami rewolucji rosyjskiej i niemieckiej. Postulował przede wszystkim przeprowadzenie reformy rolnej bez odszkodowania dla właścicieli ziemskich poprzez przymusowe wywłaszczenie i zniesienie wielkiej i średniej własności ziemskiej oraz oddanie jej w ręce „ludu pracującego” pod kontrolą państwową, nacjonalizację donacji i majoratów, a także lasów prywatnych i dawnych rządowych, nacjonalizację kopalń, przemysłu naftowego, dróg komunikacyjnych oraz innych działów przemysłu, gdzie da się to od razu uczynić, udział robotników w administracji tych zakładów przemysłowych, które nie zostaną od razu upaństwowione, konfiskatę kapitałów powstałych w czasie wojny w wyniku spekulacji artykułami pierwszej potrzeby i dostaw dla wojska, wprowadzenie ustawodawstwa o ochronie pracy oraz ubezpieczeń od bezrobocia, chorobowych i emerytalnych, wprowadzenie 8-godzinnego dnia pracy w przemyśle, rzemiosłach i handlu, wprowadzenie powszechnego, obowiązkowego i bezpłatnego świeckiego nauczania szkolnego.

Tak radykalny program społeczny przyjął później tylko Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego w 1944 roku. Program rządu lubelskiego wyrażał dążenia polskich socjalistów do stworzenia demokratycznego państwa polskiego, które będzie oparte na ustroju sprawiedliwości społecznej. To był program Polski Szklanych Domów. To określenie z powieści „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego chyba najlepiej oddaje jego charakter. Dzisiaj – po 30 latach eksperymentów neoliberalnych – większość z tych postulatów brzmi jak straszna herezja. Stąd o rządzie Daszyńskiego raczej nie wspomina się obszernie przy okazji rocznic odzyskania niepodległości.

Rząd Daszyńskiego był pierwszym organem władzy na wyzwalających się spod zaborów ziemiach polskich, który oficjalnie ogłosił się rządem ogólnopolskim, narodowym. W jego składzie – oprócz Daszyńskiego – zasiadło wielu później wybitnych polityków II RP: Tomasz Arciszewski, Medard Downarowicz, Marian Malinowski, Jędrzej Moraczewski, Juliusz Poniatowski, Edward Rydz-Śmigły, Wacław Sieroszewski, Stanisław Thugutt i Bronisław Ziemięcki. Udziału w rządzie odmówili – ze względu na jego radykalnie lewicowy charakter – Wincenty Witos i Gabriel Dubiel, którzy wtedy sympatyzowali politycznie z endecją.

Epizod rządu lubelskiego natychmiast zakończył Józef Piłsudski po swoim powrocie z Magdeburga do Warszawy 10 listopada 1918 r. Jego przedstawicielowi – Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu – oświadczył 11 listopada: „wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”. Piłsudski wysiadał już wtedy z czerwonego tramwaju na przystanku niepodległość, o czym jego lewicowi zwolennicy jeszcze nie wiedzieli. 12 listopada 1918 r. Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej złożył dymisję na ręce Piłsudskiego. Powołany w jego miejsce 17 listopada 1918 r. rząd Jędrzeja Moraczewskiego (pierwszy rząd II RP, używający nadal nazwy Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej) z reform rządu lubelskiego utrzymał tylko 8-godzinny dzień pracy oraz legalność związków zawodowych i prawo do strajku. Wprowadził też obowiązkowe ubezpieczenia chorobowe i inspekcję pracy. Dla endecji i tak był to rząd zbyt radykalny, co spowodowało jego upadek i powołanie 16 stycznia 1919 r. „ponadpartyjnego” rządu Ignacego Jana Paderewskiego.

Jedną z głównych trosk władz II Rzeczypospolitej – także władz sanacyjnych po przewrocie majowym 1926 roku – było niedopuszczenie do realizacji najbardziej radykalnych postulatów programu rządu lubelskiego, a zwłaszcza reformy rolnej polegającej na parcelacji majątków obszarniczych. Na zjeździe arystokracji polskiej w Nieświeżu 25 października 1926 r. Józef Piłsudski obiecał, że radykalna reforma rolna nie zostanie przeprowadzona i obietnicy tej dotrzymał. Utrzymanie półfeudalnej struktury własności ziemskiej na wsi stanowiło jedną ze znaczących przyczyn zacofania gospodarczego II RP i pauperyzacji ludności wiejskiej. 11 listopada 2018 r. zostanie odsłonięty pomnik Ignacego Daszyńskiego na placu na Rozdrożu w Warszawie. Daszyński w pełni sobie na to zasłużył. Nie tylko ze względu na swoją działalność niepodległościową i program rządu lubelskiego, ale także obronę demokracji po 1926 roku.

Ignacy Daszyński (1866-1936)

Ignacy Daszyński (1866-1936) 

Bohdan Piętka

Oświęcim, 9 listopada 2018 r.

Antypolski sojusz

Węgiersko-ukraiński konflikt związany z dyskryminacją mniejszości węgierskiej na Ukrainie na tle ustawy językowej oraz wydawania węgierskich paszportów obywatelom Ukrainy doprowadził do obustronnego wydalenia dyplomatów i bardzo ostrych wypowiedzi pod adresem Kijowa ze strony władz węgierskich. Minister spraw zagranicznych Węgier Peter Szijjarto oświadczył, że Ukraina nieustannie łamie podstawowe normy i wartości, a także narusza zobowiązania międzynarodowe. Jego myśli rozwinął prawicowy publicysta Zsolt Bayer, który stwierdził, że „obecne kierownictwo ukraińskie to bez wyjątku łajdacy”. Zdaniem Bayera ograniczanie praw mniejszości narodowych na Ukrainie jest skierowane przeciw Rosjanom, ale w kraju tym żyją także przecież Węgrzy, Rumuni, Polacy i inne mniejszości. „Świetlany Zachód – napisał Bayer – natomiast siedzi jak mysz pod miotłą, bo uważa za dopuszczalne pozbawianie rosyjskiej mniejszości praw. Ale nas to nie interesuje. Nie tylko z powodu Węgrów zakarpackich. Uważamy za niedopuszczalne także naruszanie praw tamtejszych Rosjan czy Rumunów. Właśnie dlatego trzeba łajdackiemu ukraińskiemu kierownictwu jasno powiedzieć: w takich warunkach niech nawet nie marzą o członkostwie w NATO czy UE. Niech najpierw się nauczą jeść nożem i widelcem i zachowywać jak homo sapiens”[1].

Słowa te nie wywołały żadnego rezonansu wśród głównych sił politycznych w Polsce i ich mediów. Natomiast Stany Zjednoczone i Kanada natychmiast stanęły po stronie Ukrainy. Od Kay Bailey Hutchinson – ambasador USA przy NATO – usłyszeliśmy znaną od dawna narrację: „Ukraina jest jednym z kluczowych partnerów, naszych sojuszników (…). Rosjanie się temu sprzeciwiają. Chcemy być silni i myślę, że chce tego całe NATO, aby pomóc Ukraińcom uzyskać niepodległość, którą oni już rozpoczęli dla siebie zdobywać. Na Majdanie w sposób cudowny zwrócono się do narodu, aby być w Unii Europejskiej i NATO i chcemy zrobić wszystko, aby pomóc w tej misji”. Od Węgier pani Hutchinson zażądała, żeby nie blokowały pracy Komisji NATO-Ukraina.

Brak oficjalnej reakcji polskiego rządu i MSZ oznaczał pełne poparcie w tej sprawie dla amerykańskiego sojusznika, co nie dziwi, ponieważ tzw. polska polityka wschodnia – uzasadniana propagandowo majaczeniem o Polsce jagiellońskiej i Trójmorzu – polega na pełnym podporzadkowaniu celom politycznym USA, co sprowadza się do bezwarunkowego wspierania pomajdanowej Ukrainy.

Że tak jest, dowiodło spotkanie ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza ze swoim ukraińskim odpowiednikiem Pawlo Klimkinem w dniu 23 października w Warszawie. W oficjalnym komunikacie MSZ czytamy, że przedmiotem tych rozmów były kwestie „wsparcia Polski na rzecz suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy, sytuacji na nielegalnie anektowanym przez Rosję Półwyspie Krymskim oraz pokojowego rozwiązania konfliktu na wschodzie kraju, a także zagadnienia z zakresu relacji dwustronnych (…). Minister Jacek Czaputowicz ogłosił także przyznanie ukraińskiemu reżyserowi Ołehowi Sencowowi nagrody Pro Dignitate Humana”. Warto w tym miejscu przypomnieć, że ów Ołeh Sencow to nacjonalista ukraiński i członek Prawego Sektora, w którego szeregach uczestniczył w puczu na Majdanie, skazany w Rosji za planowanie działań terrorystycznych. „Tytuł tej nagrody: »Na Rzecz Godności Ludzkiej« w pełni oddaje ideały, o które walczy Ołeh Sencow. Jego gotowość do poświęcenia swojego zdrowia i życia w celu zwrócenia uwagi świata na to, co dzieje się na Krymie, zasługuje na nasz najwyższy szacunek” – podkreślił minister Czaputowicz. Takich bohaterów promuje polski rząd. Przedtem na taki „najwyższy szacunek” polskiego rządu zasługiwała Nadia Sawczenko – obecnie już zapomniana, bo siedząca w ukraińskim więzieniu pod zarzutem współpracy z Rosją.

W komunikacie MSZ czytamy dalej: „Będziemy niezmiennie podnosić kwestie nielegalnej aneksji Krymu i rosyjskiej zbrojnej agresji na wschodzie kraju na forach organizacji międzynarodowych, których jesteśmy członkami – Rady Bezpieczeństwa ONZ, UE i NATO – zapewnił minister Czaputowicz. Strona polska zadeklarowała dalsze popieranie euroatlantyckich aspiracji Ukrainy i jej wysiłków na rzecz reform, których celem jest gruntowna modernizacja państwa i gospodarki kraju. Rozmówcy odnotowali pozytywne trendy we współpracy dwustronnej, począwszy od sfery obronności po rosnącą wymianę towarową i obecność w Polsce bardzo licznej grupy studentów i pracowników z Ukrainy. – Obecność w naszym kraju ponad miliona obywateli Ukrainy jest pozytywnym zjawiskiem dla obu państw. Chcemy, żeby Ukraińcy dobrze się czuli w naszym kraju – powiedział szef polskiej dyplomacji. Podczas rozmów poruszono również trudne kwestie dotyczące przeszłości obu narodów, w tym potrzeby umożliwienia prowadzenia poszukiwań i ekshumacji szczątków Polaków – ofiar wojen i represji politycznych na terytorium Ukrainy, polskiego dziedzictwa kulturowego na Ukrainie oraz sytuacji miejsc pamięci narodowej po obu stronach granicy”[2].

Od razu zwraca uwagę sformułowanie „szczątków Polaków – ofiar wojen i represji politycznych na terytorium Ukrainy”, a przecież chodzi o ofiary ludobójstwa, którego na Polakach dokonali nacjonaliści ukraińscy. Takie sformułowanie jest dla MSZ widocznie nie do przyjęcia, czyli mamy do czynienia z przyjęciem narracji historycznej strony ukraińskiej. Z komunikatu MSZ nie wynika, by Ukraina zmieniła swoje negatywne stanowisko w sprawie ekshumacji ofiar ludobójstwa popełnionego przez OUN i UPA na Polakach oraz ich upamiętnienia. Natomiast sformułowanie, że „rozmawiano o sytuacji miejsc pamięci narodowej po obu stronach granicy” świadczy o tym, że Ukraina nie zrezygnowała ze swojego stanowiska polegającego na szantażu: zgodzimy się na upamiętnienie polskich ofiar OUN i UPA, jeśli Polska zgodzi się na istnienie na swoim terytorium pomników ku czci UPA.

Tyle Ukraina zaoferowała polskiemu rządowi w zamian za bezwarunkowe wsparcie polityczne na arenie międzynarodowej oraz za wsparcie ekonomiczne, polegające m.in. na tworzeniu w Polsce setek tysięcy miejsc pracy dla Ukraińców oraz bezpłatnym kształceniu dziesiątków tysięcy Ukraińców na polskich uczelniach. Tak wygląda w praktyce budowanie „Trójmorza” i „polityka jagiellońska”.

Z komunikatu MSZ nie wynika również, by – w przeciwieństwie do Węgier – strona polska miała jakieś zastrzeżenia do ukraińskiej ustawy językowej. „Radykalizm przyjętej ustawy świadczy o tym, że to parcie ukraińskiego nacjonalizmu, które widzimy niemal codziennie, coraz bardziej się potęguje i nie liczy się z żadnymi uwarunkowaniami i przeszłością” – stwierdził prof. Włodzimierz Osadczy, kierownik Centrum Ucrainicum KUL. W wypowiedzi dla portalu kresy.pl prof. Osadczy zauważył również, że „wszystko co dzieje się w kierunku banderyzacji Ukrainy jest absolutnie sprzeczne z wartościami europejskimi”. Ze strony UE „to, co dzieje się na Ukrainie jest absolutnie pomijane i zbywane milczeniem, panuje na to przyzwolenie. Podczas gdy nacjonalizm zatacza na Ukrainie coraz szersze kręgi”. Ustawa językowa „została zupełnie pominięta, a nawet pochwalona przez USA, a społeczność europejska, deklarująca wrażliwość na sprawy mniejszościowe, również to przeoczyła. To pokazuje, że panuje całkowite przyzwolenie, a nawet zachęcanie strony ukraińskiej do tego, by podążać w tym kierunku”.

Prof. Osadczy zwrócił dalej uwagę, że uchwalenie na Ukrainie szowinistycznej ustawy językowej zbiegło się w czasie z przyjęciem ustawy oficjalnie wprowadzającej do ukraińskiej armii i policji banderowskie pozdrowienie „Sawa Ukrainie! Herojam Sława!”. „Mamy dążenie do konfrontacji – zauważył prof. Osadczy – i żadnych możliwości ustępstw ze strony władz ukraińskich nie ma. Jest silna determinacja i świadomość bezkarności, przyzwolenia na wszystko, co będzie się działo”.

Podkreślił również, że „elity polskie są zupełnie niewrażliwe na sprawy mniejszości polskiej”, a „za sprawą planowej polityki polskich rządów od 1991 roku, mniejszość polska na Ukrainie została de facto zniszczona”. Swoją wypowiedź prof. Osadczy zakończył taką refleksją: „Nieliczne pozostałości mniejszości polskiej zostały zupełnie wyzute z cech polskości. Zostały zdepolonizowane. A co gorsza, przy milczącej zgodzie władz w Warszawie, uległy też potężnemu wpływowi banderyzmu. Niestety, mamy również do czynienia ze zjawiskiem bardzo smutnym, jak osoby polskiego pochodzenia, które hołdują nacjonalizmowi ukraińskiemu (…). Warszawa jest zresztą stolicą przodującą w przyzwoleniu, a nawet zachęcaniu strony ukraińskiej do tego, co jest przez nią obecnie realizowane”[3]

O stosunku władz polskich do poczynań pomajdanowej Ukrainy świadczy chociażby brak ich reakcji na interwencję ambasadora Ukrainy w Pradze, który chciał zablokować emisję filmu „Wołyń” w czeskiej telewizji. Ani ze strony USA i UE – gdzie indziej wrażliwych na przejawy szowinizmu i neonazizmu – ani tym bardziej ze strony Polski nie było też żadnej reakcji na „marsz chwały UPA”, który przeszedł ulicami Kijowa 14 października. Uczestniczyło w nim 10-15 tys. młodych ludzi z zakrytymi twarzami i płonącymi petardami w rękach. Wśród nich było wielu uczestników pacyfikacji Donbasu i członków organizacji ultranacjonalistycznych.

Organizatorem tego marszu były banderowska partia „Swoboda”, Prawy Sektor, Korpus Narodowy, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, neonazistowska organizacja C14, „Tryzub” Stepana Bandery i Kongres Nacjonalistów Ukraińskich. Wznoszono takie hasła jak: „Ukraina ponad wszystko”, „Chwała narodowi – śmierć wrogom”, „Moskala na gałąź”, „Bandera i Szuchewycz naszymi bohaterami” i „Przywrócimy Ukrainę Ukraińcom”. Na Placu Europejskim – gdzie miały miejsce oba tzw. Majdany z 2004 i 2014 roku – odbyło się bicie rekordu w masowym wykonaniu hymnu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów[4]. W tej hucpie uczestniczyli też jako goście ukraińskich nacjonalistów neonaziści z Niemiec. Tego polskie władze też nie dostrzegają i nie chcą wyciągnąć jakiegokolwiek wniosku.

Dla nikogo nie powinno być tajemnicą jakie jest oblicze pomajdanowej Ukrainy i kto nią rządzi oraz jakim celom polityki amerykańskiej służy kreowanie i utrzymywanie neobanderowskiego skansenu w tej części Europy. Zsolt Bayer wyraził to ostro, ale szczerze. W pełni świadome są tego również władze polskie i to akceptują w imię podległości swojej polityki celom polityki amerykańskiej. Przedstawiciele obozu rządzącego Polską przestali już nawet ukrywać to, że uważają nacjonalistów ukraińskich za swoich sojuszników przeciw Rosji i akceptują banderowską Ukrainę.

Następnego dnia po neobanderowskiej, a właściwie neonazistowskiej manifestacji w Kijowie odbyła się w stolicy Ukrainy konferencja poświęcona tematyce tzw. Międzymorza. Organizatorem tej konferencji była ultranacjonalistyczna partia Korpus Narodowy, która wyrosła z neobanderowskiego szwadronu śmierci nazywanego oficjalnie pułkiem „Azow” i jest uważana za neonazistowską. To daje wiele do myślenia i przede wszystkim uświadamia, że współczesne Międzymorze (Trójmorze) nie jest polską koncepcją geopolityczną mającą cokolwiek wspólnego z dawnymi koncepcjami piłsudczyków i Giedroycia o tej samej nazwie, ale pomysłem nacjonalistów ukraińskich, który oni podsuwają polskiej prawicy.

Gośćmi tej konferencji byli dr Jerzy Targalski – publicysta „Gazety Polskiej” i kierownik Studiów Przestrzeni Postsowieckiej Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie, Damian Duda – dowódca Legii Akademickiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Dariusz Materniak – autor książki o litewsko-polsko-ukraińskiej brygadzie LITPOLUKRBRIG, Michał Marek z Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Mariusz Patey – dyrektor Instytutu im. Romana Rybarskiego.

Jerzy Targalski wygłosił referat pt. „Trójkąt Polska-Ukraina-Rumunia jako ważny element bezpieczeństwa regionalnego”. Postulował w nim, by Polska i Ukraina stworzyły strukturę konkurencyjną dla Unii Europejskiej. Stwierdził wprost, że „jest dla nas korzystne stworzyć swoją konkurencyjną Unię dla obrony interesów państw Europy Wschodniej”[5].

W czyim imieniu Targalski to powiedział? Przecież nie w imieniu swoim, tylko w imieniu środowiska „Gazety Polskiej”, które stanowi najtwardsze jądro rządzącej w Polsce partii Prawo i Sprawiedliwość. Damian Duda mówił o polskich doświadczeniach związanych z tworzeniem formacji paramilitarnych, Dariusz Materniak o perspektywach projektu LITPOLUKRBRIG, a Michał Marek o polsko-ukraińskim projekcie modernizacji technologicznej sił zbrojnych Ukrainy. O czym mówił dr Mariusz Patey – przedstawiciel środowiska powołującego się na spuściznę polityczną Romana Dmowskiego, co musi zdumiewać, a nawet szokować – portal kresy.pl dyskretnie przemilczał.

Ze strony wpływowego w obozie władzy środowiska „Gazety Polskiej” mamy już zatem do czynienia z otwartym sojuszem nie z łajdakami rządzącymi Ukrainą, ale z pogrobowcami nazizmu ukraińskiego. Za ten sojusz przyjdzie prędzej czy później zapłacić wysoką cenę społeczeństwu polskiemu, czyli tzw. zwykłym Polakom, żyjącym tu i teraz. Dzisiaj jeszcze nie wiemy jak wysoką. Mam jednak też nadzieję – chociaż może nie powinienem jej mieć – że odpowiedzialność za ten sojusz i jego skutki poniesie też partia Prawo i Sprawiedliwość wraz z kibicującymi jej w tej sprawie oponentami z Platformy Obywatelskiej.

[1] Cyt. za: „Ostre słowa szefa węgierskiego MSZ na temat Ukrainy”, http://www.rmf24.pl, 11.10.2018.

[2] „Rozmowy ministra Jacka Czaputowicza z ministrem spraw zagranicznych Ukrainy Pawło Klimkinem”, http://www.msz.gov.pl, 23.10.2018.

[3] „Ukraina przyjmuje totalitarne ustawy mając świadomość bezkarności, przy poparciu polskich władz”, http://www.kresy.pl, 5.10.2018.

[4] Marsz nacjonalistów na ulicach Kijowa. „Moskala na gałąź”, http://www.tvn24.pl, 15.10.2018; Ulicami Kijowa przeszedł „marsz UPA”, http://www.krersy.pl, 14.10.2018.

[5] „Targalski gościem Azowa”, http://www.kresy.pl, 15.10.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 9 listopada 2018 r.

„Myśl Polska” nr 45-46 (2213/2214), 4-11.11.2018, s. 7

Generał, który chciał zatrzymać Hitlera. Gen. Ludvík Krejčí (1890-1972)

80. rocznica dyktatu monachijskiego jest okazją do przypomnienia postaci gen. Ludvíka Krejčí – głównodowodzącego armią czechosłowacką w 1938 roku. Człowieka, który do końca bronił wtedy honoru, suwerenności i całości terytorialnej Czechosłowacji. Postaci, która mogła zmienić bieg historii.

Gen. Ludvík Krejčí (1890-1972). Fot. www.iDNES.cz

Gen. Ludvík Krejčí (1890-1972). Fot. http://www.iDNES.cz

Ludvík Krejčí urodził się 17 sierpnia 1890 roku w Turzanach koło Brna (Tuřany u Brna, obecnie jest to część Brna), w rodzinie chłopskiej, jako najmłodszy z ośmiorga dzieci. Ukończył gimnazjum w Wyszkowie (Vyškov), a następnie podjął studia w Wyższej Szkole Leśnej w Pisku (Písek). Po ukończeniu nauki w 1910 roku odbył służbę wojskową w armii austro-węgierskiej jako jednoroczny ochotnik w 8. pułku piechoty w Brnie. W 1911 roku został leśnym adiunktem lasów państwowych w Nusztar (Nuštar) w Bośni i Hercegowinie – wówczas jednej z prowincji Austro-Węgier.

Jego życie, tak jak i milionów ówczesnych Europejczyków, na zawsze zmieniła pierwsza wojna światowa. Jeszcze przed ogłoszeniem mobilizacji 28 lipca 1914 roku został skierowany do rezerwy zapasowej 4. pułku piechoty cesarsko-królewskiej armii Austro-Węgier. Walczył w jego szeregach w Serbii, Czarnogórze i Albanii. W maju 1916 roku został na krótko przeniesiony na front włoski, a następnie – już jako dowódca kompanii – trafił do Siedmiogrodu na front rosyjski. Tam, po stabilizacji frontu w ramach wojny pozycyjnej, dostał się w maju 1917 roku do niewoli rosyjskiej w rejonie Odobesti (Odobeşti) niedaleko Fokszan (Focşani).

W niewoli nie pozostał długo, gdyż już w czerwcu 1917 roku wstąpił do Korpusu Czechosłowackiego (zwanego też Legionem Czechosłowackim) w Rosji. Większość kadry oficerskiej przyszłej armii czechosłowackiej wywodziła się z tej formacji lub Legionu Czechosłowackiego we Francji. Były to jednostki ochotnicze – złożone z Czechów i Słowaków (dezerterów z armii austro-węgierskiej i jeńców) – walczące po stronie Ententy. Dzięki staraniom Tomasza Masaryka (Tomáš Garrigue Masaryk) zostały one w grudniu 1917 roku uznane przez Ententę za siłę sojuszniczą jako Armia Czechosłowacka, co miało ogromne znaczenie polityczne dla powstania Czechosłowacji w październiku 1918 roku.

20 lipca 1917 roku Ludvík Krejčí został skierowany na kurs oficerski w Boryspolu koło Kijowa. Po jego ukończeniu otrzymał stopień kapitana sztabowego i przydział do 6. pułku strzelców hanackich Korpusu Czechosłowackiego w Rosji. 9 marca 1918 roku – podczas bitwy o węzeł kolejowy Bachmacz koło Czernihowa – jednostka ta zatrzymała chwilowo postępy wojsk niemieckich zajmujących Ukrainę w następstwie traktatu brzeskiego, co umożliwiło ewakuację wycofujących się wojsk czechosłowackich. Ludvík Krejčí brał też udział w dalszych walkach – tym razem już z bolszewikami – podczas odwrotu z Ukrainy na Syberię. Dowódca Korpusu Czechosłowackiego, gen. Radol Gajda (1892-1948), zdecydował się wesprzeć w rosyjskiej wojnie domowej wojska wierne adm. Aleksandrowi Kołczakowi i początkowo stanął na czele jego armii. W 1919 roku Ludvík Krejčí – już w randze pułkownika – został dowódcą 2. Dywizji Strzelców, która osłaniała przed atakami Armii Czerwonej ostatnią część transportów Korpusu Czechosłowackiego do Władywostoku. Ewakuacja była dramatyczna. Żeby ją umożliwić, dowództwo Korpusu Czechosłowackiego wydało adm. Kołczaka w ręce rządu eserowsko-mienszewickiego, co zakończyło się jego egzekucją. Korpus Czechosłowacki utrudnił też równoległy transport polskiej 5. Dywizji Syberyjskiej, w wyniku czego została ona odcięta przez bolszewików.

W kwietniu 1920 roku Ludvík Krejčí ostatecznie opuścił Rosję i wrócił do ojczyzny – teraz już Czechosłowacji. Trzy miesiące później objął jako pułkownik stanowisko dowódcy 6. Dywizji Piechoty w Brnie. W lipcu 1923 roku został awansowany na generała brygady i wysłany na studia do elitarnej Wyższej Szkoły Wojennej w Paryżu (École Supérieure de Guerre). Prawdopodobnie poznał studiujących tam w tym samym czasie wyższych oficerów polskich (m.in. Władysław Anders, Wacław Stachiewicz, Michał Żymierski i in.). Po ukończeniu studiów w 1925 roku został dowódcą 4. Dywizji Piechoty w Hradcu Králove. W maju 1928 roku awansował na generała dywizji, a w 1934 roku – w wieku 44 lat – na generała armii.

30 listopada 1933 roku prezydent Masaryk mianował gen. Ludvíka Krejčí szefem Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Czechosłowacji. Przypadło mu zadanie przygotowania armii czechosłowackiej do wojny wobec rosnącego coraz bardziej zagrożenia niemieckiego. Z zadania tego gen. Krejčí wywiązał się bardziej niż wzorowo. Stworzył nowoczesny system dowodzenia i przeprowadził szybką modernizację technologiczną wojska czechosłowackiego, wprowadzając na jego uzbrojenie samoloty i czołgi. Poza Czechosłowacją tylko w Niemczech hitlerowskich rozumiano wówczas znaczenie lotnictwa i broni pancernej w nadchodzącej wojnie. 20 marca 1935 roku została powołana dyrekcja prac fortyfikacyjnych, a gen. Krejčí objął stanowisko przewodniczącego jej rady – kierowniczego organu dla budowy fortyfikacji w Czechosłowacji. W bardzo krótkim czasie zbudowano czeski odpowiednik Linii Maginota w Sudetach.

Podczas kryzysu sudeckiego w 1938 roku gen. Krejčí był zdecydowanym zwolennikiem stawienia zbrojnego oporu agresji niemieckiej na Czechosłowację. Postawę taką podzielała zdecydowana większość generalicji czechosłowackiej, korpusu oficerskiego i społeczeństwa. Żołnierz czechosłowacki chciał walczyć w obronie ojczyzny, wbrew swoim politykom i proniemieckim nacjonalistom słowackim. Od marca do września 1938 roku gen. Krejčí przeprowadzał kolejne częściowe mobilizacje. W odpowiedzi na koncentrację wojsk niemieckich w Austrii, Saksonii i na Śląsku przeprowadził też wielkie manewry wojskowe, trwające od 22 maja do 13 czerwca 1938 roku. W lipcu 1938 roku wprowadził nowy plan mobilizacyjny, który został zrealizowany wzorowo podczas mobilizacji generalnej 23 września 1938 roku.

Na początku września 1938 roku gen. Krejčí skierował memorandum do prezydenta Edvarda Beneša i pozostałych polityków czechosłowackich. Ostrzegał w nim przed jakimikolwiek ustępstwami politycznymi i terytorialnymi na rzecz III Rzeszy. Już 17 września żądał od prezydenta Beneša ogłoszenia mobilizacji generalnej. Próbował bezskutecznie wpływać na prezydenta poprzez francuskiego gen. Maurice’a Gemelin’ea. Dopiero gdy zagroził dymisją prezydent Beneš ogłosił mobilizację powszechną 23 września 1938 roku. Mobilizacja ta została przeprowadzona bardzo sprawnie w ciągu trzech dni. Pod bronią stanęło 1250000 żołnierzy czechosłowackich, uzbrojonych w najnowocześniejszą broń. Czechosłowacja była gotowa do wojny z Niemcami.

Mało kto wiedział wówczas w Europie, że do wojny nie były gotowe same Niemcy, które przy pomocy Francji i Wielkiej Brytanii wymusiły swoje żądania terytorialne i polityczne na Czechosłowacji. Hitler podczas kryzysu sudeckiego i konferencji monachijskiej blefował. Jego generałowie mówili mu otwarcie, że Wehrmacht nie jest jeszcze przygotowany do wojny. Dopiero ostateczna likwidacja Czechosłowacji w marcu 1939 roku i przejęcie nowoczesnego uzbrojenia armii czechosłowackiej (głównie broni pancernej) wzmocniły na tyle potencjał militarny Wehrmachtu, że mógł rozpocząć wojnę z Polską 1 września 1939 roku.

Gdyby pod koniec września 1938 roku obok 1250000 żołnierzy czechosłowackich stanęło 1200000 żołnierzy polskich (takie były polskie możliwości mobilizacyjne), to już sama liczebność obu armii mogła przekroczyć ówczesny potencjał mobilizacyjny Wehrmachtu. Gdyby jeszcze do takiego sojuszu odważnie dołączyła Francja, nie byłoby koszmaru sześciu lat drugiej wojny światowej

Niestety nikt tego nie pojmował ani w Warszawie, ani w Paryżu. Polska przeprowadziła wtedy mobilizację 36-tysięcznej Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Śląsk”, ale nie po to by iść na pomoc Czechosłowacji, tylko zająć Zaolzie – dwa powiaty w Beskidzie Śląsko-Morawskim. Tak Józef Beck i Edward Rydz-Śmigły rozumieli wtedy polską rację stanu.

W dramatycznych dniach 29-30 września 1938 roku gen. Krejčí nalegał na prezydenta Beneša, żeby nie kapitulować. Rankiem 30 września w siedzibie prezydenta na Hradczanach stawili się generałowie Krejčí, Vojtěch Luža, Lev Prchala i Siergiej Wojciechowski (Sergej Vojcechovský). Prezydent Beneš zanotował później w swoim pamiętniku: „To była wzruszająca rozmowa. Widziałem łzy w oczach niektórych generałów i słyszałem słowa błagań, ostrzeżeń i gróźb z ich ust. Nigdy nie przekroczyli ustalonej granicy w swojej postawie generałów wobec naczelnego wodza, ale żądania i ostrzeżenia były bardzo silne”. Gen. Krejčí pytał Beneša: „Po co z takim trudem budowaliśmy armię? Przecież przygotowaliśmy ją po to, żebyśmy mogli bronić republiki”.

W południe 30 września kierownictwo polityczne Czechosłowacji przyjęło jednak dyktat monachijski. Prezydent Beneš uznał, że wobec zdrady Francji i Wielkiej Brytanii oraz proniemieckiej i wrogiej wobec Czechosłowacji postawy Polski i Węgier samotna walka nie ma sensu. To był wyrok śmierci na Czechosłowację, która tracąc wtedy 40 proc. terytorium wraz z fortyfikacjami granicznymi, straciła też możliwość dalszej obrony. Dlatego Hitler mógł bezproblemowo przeprowadzić w dniach 14-15 marca 1939 roku ostateczną likwidację tego państwa, łamiąc układ monachijski, który wedle słów brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina miał ocalić pokój w Europie. Nie ocalił pokoju, ale otworzył Hitlerowi drogę do wojny światowej.

Gdyby wymienieni generałowie czechosłowaccy mieli w godzinach porannych 30 września 1938 roku jasny sygnał, że Polska jest gotowa udzielić pomocy zbrojnej Czechosłowacji, mogliby się zdecydować na przeprowadzenie zamachu stanu i obalenie prezydenta Beneša. Szczęście sprzyja mądrym i odważnym. Można sobie więc wyobrazić, że przy odrobinie szczęścia Hitler byłby skończony już jesienią 1938 roku, a w Berlinie miałaby miejsce polsko-czechosłowacka parada zwycięstwa. Do takiej polityki zabrakło jednak najmniejszej wyobraźni polskim politykom sanacyjnym. W 1938 roku prowadzili oni konsekwentną politykę proniemiecką i antyczeską, wydając wyrok śmierci na Polskę.

Po przyjęciu dyktatu monachijskiego gen. Krejčí przypadła bolesna rola przeprowadzenia demobilizacji armii czechosłowackiej, a następnie – na żądanie Berlina – jej redukcji i zniesienia ochrony granic. Pod naciskiem hitlerowców gen. Krejčí został 1 marca 1939 roku odwołany ze stanowiska szefa Sztabu Generalnego i usunięty z wojska. Dwa tygodnie później wojska niemieckie wkroczyły do Czech i Moraw, a nacjonaliści słowaccy proklamowali utworzenie satelickiego wobec III Rzeszy państwa słowackiego.

Po rozpoczęciu okupacji niemieckiej generał mieszkał w Pradze, ale szybko został zmuszony do przeniesienia się do miejsca zamieszkania rodziny swojej żony w Jabłonnem nad Orlicą (Jablonné nad Orlicí) koło Pardubic. Jego dwie próby opuszczenia Protektoratu Czech i Moraw zakończyły się niepowodzeniem. 14 października 1941 roku został aresztowany przez gestapo i osadzony w Małej Twierdzy w Terezinie. Zwolniono go stamtąd w lipcu 1942 roku. Kilkakrotne próby wciągnięcia generała do kolaboracji z Niemcami lub wykorzystania go propagandowo przez okupanta zakończyły się niepowodzeniem. Mimo ciągłej obserwacji przez gestapo, wspierał organizację ruchu oporu kierowaną przez Jaroslava Kvapila (1868-1950), czyli tzw. Przygotowawczy Narodowy Komitet Rewolucyjny (Přípravný národně revoluční výbor).

Zaraz po wyzwoleniu w 1945 roku gen. Krejčí ponownie zgłosił się do służby. Przyjęto go jednak dopiero w styczniu 1947 roku, a już z dniem 1 lutego tego roku przeniesiono na emeryturę. Być może zadecydowała o tym niechęć do jego osoby ze strony prezydenta Beneša. Po przewrocie komunistycznym w Czechosłowacji w lutym 1948 roku gen. Krejčí stał się – tak jak wielu innych przedstawicieli przedwojennej elity czechosłowackiej – ofiarą represji politycznych. W lipcu 1950 roku został zdegradowany do stopnia szeregowca, a maju 1953 roku odebrano mu emeryturę. Mając 63 lata musiał podjąć pracę zarobkową, żeby utrzymać się przy życiu. Pracował jako pomocniczy robotnik w Jabłonnem nad Orlicą, w znacjonalizowanej fabryce, która należała wcześniej do rodziny jego żony. Dopiero w 1969 roku, gdy miał już 79 lat, władze komunistycznej Czechosłowacji przyznały mu – w wyniku interwencji marszałka ZSRR Iwana Koniewa – niewielką rentę. Zmarł trzy lata później – 9 lutego 1972 roku – w szpitalu w Usti nad Orlicą (Ústí nad Orlicí).

Pochowano go w rodzinnych Turzanach z pocztami Korpusu Czechosłowackiego. Było to zgodne z jego wolą wyrażoną w dramatycznych dniach pod koniec września 1938 roku, kiedy powiedział, że jeśli zginie w walce, to chce być pochowany obok grobu rodziców. Tej walki, której wtedy pragnął całym sercem gorącego czeskiego patrioty, nie dane mu było stoczyć. Niewątpliwie była to największa tragedia jego życia.

Stopień generalski przywrócono mu pośmiertnie w 1990 roku. Natomiast 28 października 2017 roku – w 99. rocznicę powstania Czechosłowacji – prezydent Czech Milosz Zeman odznaczył go pośmiertnie najwyższym odznaczeniem państwowym – Orderem Lwa Białego.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 października 2018 r.

„Myśl Polska” nr 43-44 (2211/2212), 21-28.10.2018, s. 17

Znieważane Platerówki

75. rocznica utworzenia Wojska Polskiego, które w latach 1943-1945 walczyło na froncie wschodnim o wyzwolenie Polski spod okupacji niemieckiej, jest okazją do przypomnienia historii 1. Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater. Przede wszystkim dlatego, że pododdział ten stał się po 1989 roku obiektem niewybrednych ataków, których celem jest dyskredytacja Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR.

1.  SBK został utworzony 19 sierpnia 1943 r. w Sielcach nad Oką i wszedł w skład powołanego 10 sierpnia 1943 r. 1. Korpusu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR. Batalion kobiecy na dzień 30 września 1943 r. liczył 740 oficerów, podoficerów i szeregowych i składał się z dwóch kompanii fizylierek, dwóch kompanii strzeleckich, kompanii rusznic przeciwpancernych oraz kompanii ciężkich karabinów maszynowych. Ponadto w jego składzie znajdowały się plutony moździerzy, zwiadu, łączności, sanitarny, saperów i gospodarczy oraz szkoła podoficerska.

Wraz z dywizją kościuszkowską wyruszyła na front 1. kompania fizylierek 1. SBK. Podczas bitwy pod Lenino (12-14.10.1943 r.) kompania ta pełniła służbę wartowniczą przy sztabie dywizji, natomiast jedną jej drużynę włączono do plutonu sanitarnego 2. pułku piechoty, który zajmował się wynoszeniem rannych z pola walki.

Bohaterską śmiercią zginęła wówczas szer. Aniela Krzywoń (1925-1943) – przydzielona do ochrony ciężarówki z dokumentami sztabowymi. Kiedy samochód trafiony niemiecką bombą stanął w płomieniach, Aniela Krzywoń, nie zważając na płomienie i ostrzał nieprzyjaciela, uratowała skrzynię z dokumentami oraz dwóch rannych żołnierzy. Sama jednak zginęła w płomieniach. Pośmiertnie odznaczono ją Krzyżem Orderu Wojennego Virtuti Militari V klasy oraz Orderem Lenina. Przyznano jej też tytuł Bohatera Związku Radzieckiego wraz ze Złotą Gwiazdą. Była jedyną kobietą nagrodzoną tym tytułem, która nie miała obywatelstwa ZSRR.

W bitwie pod Lenino zostały ciężko ranne i zmarły w szpitalach polowych także Stanisława Kołodziej, Lidia Karczewska, Maria Mikuć, Helena Szyszko, Stefania Wejman i Wanda Zakirowa.

W styczniu 1944 r. batalion kobiecy przerzucono do wsi Łuczynka na ziemi smoleńskiej, później do obwodu żytomierskiego i Kiwerc. W lipcu 1944 r. przekroczył Bug, pełniąc służbę wartowniczą w jednostkach tyłowych. Od 12 października batalion zajmował się utrzymaniem porządku publicznego i zabezpieczeniem mienia na wyzwolonej przez 1. Armię WP Pradze, a po wyzwoleniu stolicy objął posterunki w lewobrzeżnej Warszawie. To żołnierki batalionu kobiecego zaciągnęły wartę honorową przy ruinach Grobu Nieznanego Żołnierza 17 stycznia 1945 r.

Jednakże cześć „platerówek” po pięciomiesięcznym kursie oficerskim w Riazaniu trafiła do jednostek frontowych Wojska Polskiego na niższe stanowiska dowódcze. Brały udział w ciężkich walkach m.in. na przyczółku warceko-magnuszewskim, podczas ofensywy zimowej, na Wale Pomorskim i o Kołobrzeg.

Najwięcej „platerówek” zasiliło 3. Dywizję Piechoty im. Romualda Traugutta. Były to: ppor. Janina Błaszczak – dowódca kompanii moździerzy, chor. Aleksandra Gołębiewska i chor. Paulina Podgórska – dowodzące plutonami strzeleckimi, chor. Maria Górniak, chor. Irena Kruszewska, chor. Helena Junkiewicz i chor. Irena Waszczuk – dowodzące plutonami ckm, chor. Larysa Krupicz i chor. Zofia Włoch – dowodzące plutonami moździerzy oraz chor. Aniela Pielech – dowódca plutonu rusznic ppnc. Do 2. DP trafiły chor. Anna Dawidowska na dowódcę plutonu moździerzy, chor. Władysława Drzazga na dowódcę plutonu fizylierów, chor. Maria Linkiewicz na dowódcę plutonu strzeleckiego, chor. Stefania Mastalerz na oficera łącznikowego i chor. Janina Zarzycka na zastępcę dowódcy kompanii fizylierek. Natomiast do 4. DP trafiły chor. Emilia Gierczak na dowódcę plutonu fizylierów oraz chor. Czesława Wulf i chor. Janina Szuba-Jabłońska na stanowiska dowódców plutonów moździerzy.

Chor. Helena Junkiewicz (1923-1944) zginęła 19 września 1944 r. podczas próby forsowania Wisły, idąc na pomoc powstaniu warszawskiemu w szeregach 3. DP. Jej droga na pole chwały wiodła przez obóz pracy w Kraju Krasnojarskim na Syberii. Ppor. Emilia Gierczak (1925-1945) zginęła bohatersko w walkach o Kołobrzeg 17 marca 1945 r. Pochodziła z Wołynia. Po pierwszej deportacji Polaków z Kresów Wschodnich w lutym 1940 r. trafiła z rodziną pod koło polarne – do kołchozu w obwodzie archangielskim.

Stan osobowy batalionu kobiecego w dniu 7 kwietnia 1945 r. wynosił 533 osoby, ale w przeddzień zakończenia wojny w szeregach Wojska Polskiego na froncie wschodnim służyło około 9,3 tys. żołnierzy-kobiet. 1. SBK rozformowano 25 maja 1945 r. Część zdemobilizowanych żołnierek osiedliła się na Ziemiach Odzyskanych, tworząc osiedle Platerowo koło Lubania.

Kpt. Stanisława Drzewiecka (1920-2000) – najpierw zastępca dowódcy 1. kompanii fizylierek w batalionie kobiecym, a następnie oficer polityczny w 3. Brygadzie Artylerii Haubic, ranna na polu walki – scharakteryzowała „platerówki” jako „dziewczęta i kobiety w wieku od piętnastu do trzydziestu pięciu lat, które w większości pochodziły z terenów wschodnich przedwojennej Polski. Stamtąd też w latach 1940-1941 zostały deportowane lub ewakuowane w głąb Związku Radzieckiego. Od chwili gdy znalazły się na obczyźnie do czasu podjęcia służby wojskowej pracowały w kołchozach, sowchozach, w fabrykach, przy wyrębie syberyjskich lasów, w kopalniach. Dorastały w trudnych warunkach bytowania na zapleczu wojennym, wiele pogrzebało w stepie i w tajdze rodziców, rodzeństwo. Głodowały i marzły. I marzyły o powrocie do Polski (…)”.

Takie były marzenia wszystkich żołnierzy, którzy w 1943 roku trafili do Wojska Polskiego formowanego w Sielcach nad Oką. To byli przeważnie Polacy z Kresów Wschodnich, o gorących polskich sercach, ofiary deportacji stalinowskich z lat 1940-1941. Ich jedynym pragnieniem była walka o wyzwolenie kraju spod okupacji niemieckiej i powrót do Polski jakakolwiek ona będzie. O tym zapominają ci, którzy dzisiaj ich znieważają.

Szkoda, że w prawicowej prasie można dzisiaj o „platerówkach” przeczytać tylko takie artykuły jak np. „Seks w armii Berlinga” pióra Tadeusza A. Kisielewskiego (autora książki pod wymownym tytułem „Janczarzy Berlinga. 1. Armia Wojska Polskiego 1943-1945”), czy „Stalinówki i Platerówki od drugiej strony. Przechodnie polowe żony” autorstwa Tadeusza M. Płużańskiego. Bazujące na znanych rewelacjach Henryka Piecucha i Andrzeja Zasiecznego, którzy nie cofają się ani przed jednostronną interpretacją, ani przed generalizowaniem przywoływanych przez siebie źródeł.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 11 października 2019 r.

„Przegląd” nr 41 (979), 8-14.10.2018, s. 46-47