Nowi „bohaterowie” Ukrainy (2)

Pomnik 31 żołnierzy polskich zamordowanych przez UPA 1 kwietnia 1947 r. w Łubnem pod Baligrodem nie był jedynym pomnikiem polskich ofiar UPA usuniętym w ramach tzw. „dekomunizacji” – czyli działań będących rezultatem polityki historycznej Zjednoczonej Prawicy. Prof. Andrzej Zapałowski poinformował, że od lat na Podkarpaciu likwidowane są upamiętnienia ludzi, którzy zginęli broniąc polskiej ziemi i ludności przed banderowcami. Zdaniem prof. A. Zapałowskiego upamiętnienia te zostały zlikwidowane na podstawie opinii rzeszowskiego oddziału IPN. Sprawa dotyczy m.in. pomnika w rejonie Nakła w gminie Stubno (pow. Przemyśl), poświęconego milicjantom, którzy w 1945 r. – wedle słów Zapałowskiego – „zmagali się z Armią Czerwoną, która wspierała UPA w tamtych rejonach”. IPN miał wnioskować o jego rozbiórkę.

Usunięto też tablicę z nazwiskami milicjantów z pomnika w Żohatynie (gmina Bircza, pow. Przemyśl). Był on poświęcony milicjantom, którzy bronili miejscowej ludności przed UPA. Zapałowski zaznaczył, że to okolice Borownicy (gmina Bircza, pow. Przemyśl), gdzie w kwietniu 1945 r. UPA wymordowała ponad 100 mieszkańców. „Broniła się w niej miejscowa samoobrona i milicjanci. Gdyby nie to, zginęłoby kilkuset Polaków więcej. Na odsiecz przyszli m.in. milicjanci z Birczy i Żohatyna” – powiedział Zapałowski. Zwrócił też uwagę, że na powojennej Rzeszowszczyźnie – atakowanej w latach 1945-1947 przez UPA – „do milicji szli ludzie po to, żeby mieć możliwość i prawo do noszenia broni i móc bronić własnych rodzin i sąsiadów”. Wydaje się to oczywiste, ale nie dla „dekomunizatorów”.

Do sprawy odniósł się oddział IPN w Rzeszowie twierdząc, że wskazany przez prof. A. Zapałowskiego urzędnik IPN nie ma nic wspólnego z usuwaniem wspomnianych upamiętnień i „nie wydaje żadnych nakazów”[1]. Wygląda zatem na to, że nakazy wydają się same.

A. Zapałowski stwierdził również, że taka „dekomunizacja” jest depolonizacją. O tym, że „dekomunizacja”, czyli polityka historyczna Zjednoczonej Prawicy, jest depolonizacją pisałem już wielokrotnie. Pisałem o tym zwłaszcza w odniesieniu do Ziem Zachodnich. Przypomnę tutaj chociażby „dekomunizację” ulicy Jana Rychela (wybitnego działacza Związku Polaków w Niemczech) w Strzelcach Opolskich, czy „dekomunizacyjne” ataki na pamięć o prof. Stanisławie Kulczyńskim – szczególnie zasłużonym dla budowy od podstaw po 1945 r. polskiej nauki i kultury we Wrocławiu. Ludzie, którzy wystąpili po 2015 r. z projektem „dekomunizacji” albo nie znają i nie rozumieją polskiej historii, albo świadomie działają przeciw polskiej pamięci historycznej i polskiej racji stanu.

Jest rzeczą wręcz niepojętą, że na tej samej Rzeszowszczyźnie likwidowane są pomniki polskich ofiar UPA i tych, którzy przed UPA bronili tej ziemi, a równocześnie – na żądanie strony ukraińskiej – odbudowuje się pomnik bojówkarzy UPA na górze Monasterz koło Werchrarty (gmina Horyniec-Zdrój, pow. Lubaczów). Był to warunek, od którego strona ukraińska uzależniała zgodę na polskie ekshumacje na Wołyniu. Zgody na te ekshumacje do dzisiaj nie wydała, a jako pretekst odmowy Kijów podaje swoje niezadowolenie z tego, że odbudowany koło Werchraty pomnik UPA nie gloryfikuje tej zbrodniczej formacji w takim stopniu jak życzy sobie tego Ukraina. Według ukraińskich czcicieli UPA i ich niektórych polskich sympatyków, upowcy spoczywający na górze Monasterz (chociaż tego dokładnie nie wiadomo, ponieważ strona ukraińska nie zgodziła się na ekshumację rzekomo tam pochowanych członków UPA) zginęli wiosną 1945 r. „w walce z NKWD”. W rzeczywistości zginęli w tym czasie w walce z polską samoobroną i milicją podczas ofensywy zainicjowanej przez UPA na Rzeszowszczyźnie, której celem była ludobójcza czystka etniczna ludności polskiej. Taka sama jak na Wołyniu.

W wyniku polityki „dekomunizacji” oraz „strategicznego partnerstwa” z Ukrainą nie ma już na Rzeszowszczyźnie pomników polskich ofiar UPA i obrońców tej ziemi. Jest tam natomiast oficjalnie zatwierdzony przez stronę polską pomnik bojówkarzy UPA, którzy w 1945 r. wyrzynali ludność cywilną na ziemi przemyskiej i lubaczowskiej. To jest nie tylko niepojęte, ale wstrząsające.

Tymczasem na Ukrainie prowadzona jest polityka historyczna, która nie tylko gloryfikuje UPA, ale czyni z nacjonalizmu ukraińskiego fundament tożsamości historyczno-państwowej tego kraju. Polityka ta była prowadzona za prezydentury Petro Poroszenki (2014-2019) i bynajmniej nie została zmieniona, ani osłabiona za prezydentury jego następcy – Wołodymyra Zełenskiego. 8 lutego 2021 r. ukraiński portal Volyn Infa podał, że do rady miejskiej Kowla został skierowany projekt uchwały, zgodnie z którym czerwono-czarna flaga banderowskiej frakcji OUN zostanie na stałe umieszczona na gmachu rady miejskiej, obok flagi państwowej Ukrainy. Projekt zakłada, że czerwono-czarna flaga banderowskiej OUN ma być również podnoszona na wszystkich budynkach komunalnych Kowla w dniu urodzin Jewhena Konowalca i Stepana Bandery. Natomiast na cześć Romana Szuchewycza – hitlerowskiego kolaboranta i twórcy UPA – flaga ma być podnoszona dwa razy w roku: w dniu jego urodzin i w dniu jego śmierci[2].

Czy to nie jest ewidentny dowód banderyzacji, czyli faszyzacji pomajdanowej Ukrainy? Każdy jednak kto o tym mówi jest w Polsce od razu zakrzykiwany, że „szerzy rosyjską narrację” (wedle polskich polityków i mediów renesans nacjonalizmu ukraińskiego na pomajdanowej Ukrainie ma być bowiem rzekomo wymysłem Putina), słowem – że jest „prorosyjski”, albo wręcz jest „agentem” Rosji. Sądzę zresztą, że te czerwono-czarne flagi łopoczące nad Kowlem i innymi miastami zachodniej Ukrainy nie przeszkadzają polskim politykom wszystkich opcji, którzy pod tymi barwami chóralnie krzyczeli na kijowskim Majdanie w 2013 i 2014 r. „sława Ukrainie!”.

Roman Szuchewycz, którego pamięć ma być tak fetowana w Kowlu, jako oficer 201. batalionu pomocniczego policji niemieckiej uczestniczył w 1942 r. w zagładzie 18 tys. Żydów z Kowla i okolic, a rok później jako dowódca UPA był współodpowiedzialny za barbarzyńską zagładę 60 tys. Polaków na Wołyniu i wypędzenie 300 tys. pozostałych. Tego nikt w Polsce nie widzi? Czyżby polskie elity przyjęły propozycję pewnego weterana KOR, wedle którego Szuchewycz „także dla Polaków powinien być postacią o cechach bohatera”? Bo walczył z „komunizmem”. Ale Heinrich Himmler też walczył z komunizmem i miał w tej dziedzinie znacząco większe osiągnięcia niż Szuchewycz. W nim jednak jakoś weteran KOR nie zobaczył „cech bohatera”.

Warto zwrócić uwagę na to jakie publikacje wydaje się na współczesnej Ukrainie. Wydawnictwo „Ukraiński priorytet” ogłosiło rychłe wydanie książki „Stosunki żydowsko-ukraińskie w XX wieku”, której autorem jest mieszkający w Kanadzie, a pochodzący z Charkowa, Alik Gomelski. Reklama tej książki głosi, że Gomelski „obala fałszywe moskiewskie mity o antysemityzmie i ksenofobii UPA, mówi o żydowskim dziecku uratowanym przez rodzinę komendanta UPA Romana Szuchewycza”. Gomelski pisze także „o udziale Żydów w oddziałach UPA” i „obala mit o antysemityzmie Petlury”.

Na Ukrainie szeroko prezentuje się także publikację Dmytro Czobita, która neguje udział 4. pułku policyjnego SS z ukraińskiej dywizji Waffen-SS „Galizien” w zagładzie Huty Pieniackiej (28 lutego 1944 r.). Wydanie tej trzytomowej publikacji dofinansowała jesienią zeszłego roku lwowska rada obwodowa[3]. Atak na prawdę o zbrodni w Hucie Pieniackim jest prowadzony od wielu lat przez rządzących w obwodzie lwowskim ideowych spadkobierców Bandery, Szuchewycza i dywizji Waffen-SS „Galizien”. Elementem tego ataku było dwukrotne zniszczenie w 2017 r. pomnika Polaków zamordowanych w Hucie Pieniackiej. Sprawców nigdy nie ujawniono, a zdaniem polskich mediów miała to być „rosyjska prowokacja”. Drugim elementem tego ataku jest ciągłe negowanie ukraińskiej odpowiedzialności za tę zbrodnię i powielanie ewidentnych kłamstw na ten temat przez współczesnych epigonów nacjonalizmu ukraińskiego.

Promocja publikacji „Zahybel Huty Pieniaćkoji” Dmytro Czobita nieprzypadkowo odbywa się właśnie teraz, tuż przed kolejną rocznicą zagłady Huty Pieniackiej (28 lutego). „Hutę zniszczył hitlerowski okupacyjny reżim siłami niemieckiego wojska podczas typowej pacyfikacji. Powodem była trwała współpraca miejscowej bojówki Armii Krajowej z rosyjskimi partyzantami, oddziałem NKWD, dokonywane przez nich zamachy terrorystyczne oraz zbrojny opór wobec niemieckich okupantów. Żaden żołnierz UPA ani żołnierz dywizji SS Hałyczyna, jak nieraz nieprawdziwie twierdziła strona polska, nie był obecny podczas zniszczenia Huty Pieniackiej” – takie twierdzenia zawiera publikacja Czobita.

Przypomnę, że każde ludobójstwo ma trzy fazy: planowanie, wykonanie oraz zacieranie śladów zbrodni i jej negację. Ta trzecia faza ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, czyli jego negacja – rozpoczęta przez sprawców jeszcze podczas dokonywania zbrodni – trwa do dzisiaj. Nie tylko trwa, ale przybiera na Ukrainie rozmiary coraz bardziej zatrważające. Przy dyskretnym milczeniu polskich władz i głównych mediów.


[1] Naczelnik z rzeszowskiego IPN usuwa upamiętnienia polskich żołnierzy walczących z UPA. Zapałowski: to depolonizacja, http://www.kresy.pl, 9.02.2021.

[2] На Волині хочуть, щоб над містом постійно майорів червоно-чорний прапор, http://www.volyninfa.com.ua, 8.02.2021.

[3] Samorząd obwodu lwowskiego dofinansuje kłamliwą książkę o zagładzie Huty Pieniackiej, http://www.kresy.pl, 24.11.2020.

Bohdan Piętka

28 lutego 2021 r.

Nowi „bohaterowie” Ukrainy (1)

Demokratyczna Ukraina będzie mieć nowego bohatera. 267 deputowanych Rady Najwyższej poparło inicjatywę neobanderowskiej partii Swoboda i wnioskuje do prezydenta Zełenskiego o nadanie pośmiertnie tytułu Bohatera Ukrainy Mychajło Mułykowi – w czasie drugiej wojny światowej esesmanowi z dywizji Waffen-SS „Galizien”. W Iwano-Frankiwsku (Stanisławowie) nadano Mułykowi honorowe obywatelstwo miasta, pochowano go w Alei Chwały i umieszczono pamiątkową tablicę na domu, w którym mieszkał. Prezydent Zełenski ma 15 dni na podjęcie decyzji w sprawie tego wniosku. Informację taką przekazał w mediach społecznościowych 31 stycznia br. Eduard Dolinsky – dyrektor Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego, monitorujący na bieżąco efekty polityki historycznej pomajdanowej Ukrainy. Polityki sprowadzającej się do budowania tożsamości państwowo-historycznej tego kraju na kulcie zbrodniczych formacji z okresu drugiej wojny światowej.

Swoją tożsamość państwowo-historyczną pomajdanowa Ukraina opiera nie tylko na kulcie OUN i UPA, ale także 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS „Galizien” (1. ukraińskiej dywizji Waffen-SS), odpowiedzialnej za liczne zbrodnie na Polakach. Wśród tych zbrodni na pierwszym miejscu należy oczywiście wymienić udział 4. pułku policyjnego SS – złożonego z pierwszego poboru ukraińskich ochotników do dywizji „Galizien” – w zagładzie Polaków w Hucie Pieniackiej (28 lutego 1944 r.), Palikrowach (12 marca 1944 r.), Maleniskach (13 marca 1944 r.), Pańkowcach (13 marca 1944 r.), Podkamieniu (12-16 marca 1944 r.) i Chodaczkowie Wielkim (16 kwietnia 1944 r.). Ale do zbrodni esesmanów z dywizji „Galizien” zalicza się także mord dokonany 24 lipca 1944 r. w Lesie Grabińskim koło Iwonicza na 72 Polakach, w tym żołnierzach AK i BCh oraz inne zbrodnie, które do dzisiaj nie zostały ujawnione. Trzeba przypomnieć, że Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze uznał w 1946 r. SS za organizację zbrodniczą. Ukraińska formacja kolaboracyjna – będąca częścią tej zbrodniczej niemieckiej organizacji – jest uznawana przez władze pomajdanowej Ukrainy za uczestnika „ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego”.

Z kolei 5 lutego br. Eduard Dolinsky poinformował, że Tarnopolska Obwodowa Administracja Państwowa (odpowiednik polskiego Urzędu Wojewódzkiego) uroczyście obchodziła tego dnia urodziny 99-letniego zbrodniarza wojennego Mykoły Samyciwa, który w 1941 r. podjął służbę w powołanej przez okupanta niemieckiego ukraińskiej policji pomocniczej. Samyciw brał udział m.in. w zagładzie 10 tys. Żydów ze Zborowa i okolic. Podczas tej zbrodni ukraińscy policjanci spalili żywcem około 600 Żydów. W 1943 r. Samyciw przeszedł do dywizji „Galizien”, a po jej rozbiciu przez Armię Czerwoną w bitwie pod Brodami (13-22 lipca 1944 r.) wstąpił do UPA. Za udowodnione mu zbrodnie przeciw ludzkości został skazany w ZSRR na 25 lat więzienia. Dzisiaj, prawie stuletni Samyciw, jest bohaterem na Ukrainie – aspirującej do członkostwa w Unii Europejskiej. „Prześladowania nie złamały nieugiętego Mykoły Samyciwa. Swoim przykładem uczy on nas kochać ojczyznę, przenosi on swoje wspomnienia jako relikwię w przyszłość” – napisała administracja państwowa obwodu tarnopolskiego, podległa prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu – uchodzącemu w polskich i zachodnich mediach za wzór europejskiego demokraty.

13 stycznia br. Eduard Dolinsky poinformował natomiast, że w Iwano-Frankiwsku (Stanisławowie) tamtejsze władze obchodziły 98-me urodziny zbrodniarza wojennego Myrosława Symycza – współodpowiedzialnego za zagładę w 1944 r. ludności polskiej na terenie byłego województwa stanisławowskiego. Według Dolinsky’ego – z akt sprawy karnej wytoczonej Symyczowi w ZSRR wynika, że jako dowódca sotni UPA osobiście wydał rozkaz unicestwienia polskiej wsi Pistyń w powiecie kosowskim, w tym wymordowania kobiet, dzieci i starców oraz spalenia ich domów. 23 października 1944 r. sotnia Symycza zaatakowała polską wieś Trójca w powiecie śniatyńskim. Upowcy zamordowali tam 81 osób – 66 Polaków, 14 Ukraińców i jednego Rosjanina. Wśród ofiar były kobiety i dzieci. Mordercy spalili 49 polskich domów i zrabowali cały dobytek ofiar, w tym ubrania i żywność. W Związku Radzieckim Myrosław Symycz został dwukrotnie skazany za udział w zbrodniach przeciw ludzkości. Spędził kilkadziesiąt lat w łagrach i więzieniach. Potem żył w nędzy, ale dożył sędziwego wieku.

Lepsze czasy nastały dla niego dopiero po „pomarańczowej rewolucji” w 2004 r. i tzw. „rewolucji godności” z 2014 r. – intensywnie wspartych przez całą polską klasę polityczną. Prezydent Wiktor Juszczenko odznaczył Symycza Orderem Za Zasługi I klasy – trzecim w hierarchii państwowych odznaczeń ukraińskich. Natomiast prezydent Petro Poroszenko nadał Symyczowi Order Wolności – drugie w hierarchii państwowych odznaczeń ukraińskich. Otrzymał też tytuły honorowego obywatela Lwowa i Kołomyi oraz specjalną, godziwą emeryturę. Ale to nie wszystko. W 2017 r. sąd rejonowy w Kosowie oficjalnie zrehabilitował Symycza. Następnie… wzniesiono mu za życia pomnik. 13 stycznia 2021 r. hucznie obchodzono w dawnym polskim Stanisławowie jubileusz jego 98-mych urodzin. Można zatem powiedzieć, że Myrosław Symycz stał się nie tylko bohaterem pomajdanowej Ukrainy, ale wprowadzono tam za jego życia państwowy kult jego osoby.

Takich przykładów jak powyższe można podać wiele. Tego nie dowiemy się z polskich, zachodnioeuropejskich i amerykańskich mediów. Z ich oficjalnego przekazu wynika, że Ukraina – napastowana przez Władimira Putina – heroicznie buduje demokrację i gospodarkę rynkową. Temat gloryfikacji zbrodniarzy banderowskich i kolaborantów hitlerowskich na Ukrainie, także jeszcze żyjących, w tych mediach nie istnieje. Prawdopodobnie temat ten nie istnie też w oficjalnych kontaktach politycznych Zachodu z pomajdanową Ukrainą, w tym też kontaktach ze strony polityków polskich. A są one przecież intensywne. Tylko te ofiary, których kości poniewierają się do dzisiaj bez cywilizowanego pochówku gdzieś pod ukraińskimi polami i w zasypanych studniach, ciągle przeszkadzają polskiej klasie politycznej w rozwijaniu tych przyjacielskich stosunków. Przeszkadzają, ponieważ żyją w Polsce potomkowie i krewni tych ofiar i przynajmniej raz do roku – 11 lipca – polska klasa polityczna musi udawać, że się z nimi liczy. Ale nie liczy się z potomkami i krewnymi ofiar, z prawdą historyczną i sprawiedliwością pomajdanowa Ukraina. Nie widać też po stronie polskiej klasy politycznej chęci i woli wymuszenia na Ukrainie zmiany tego stanu rzeczy.

Jednakże realizowana w Polsce przez obóz Zjednoczonej Prawicy polityka historyczna wcale tak daleko nie odbiega od ukraińskiej, jeśli chodzi o standardy prawdy i sprawiedliwości historycznej. 28 stycznia i 3 lutego br. portal Korsosanockie.pl poinformował, że w dawnym Łubnem pod Baligrodem zdjęto tablicę z nazwiskami pomordowanych przez banderowców żołnierzy polskich[1]. Byli to żołnierze zamordowani przez UPA 1 kwietnia 1947 r. Tego dnia 33 żołnierzy z 4. Bałtyckiej Brygady WOP wpadło w zasadzkę przygotowaną przez UPA w miejscowości Łubne. Żołnierze ci szli z Cisnej, gdzie bronili placówki WOP, do Baligrodu, w celu załatwienia formalności związanych z ich powrotem do Koszalina. Banderowcy otworzyli do nich ogień ze wzgórz, pomiędzy którymi biegła droga. Zginęło 21 żołnierzy, kolejnych 10 banderowcy uprowadzili ze sobą i bestialsko zamordowali. Ocalało tylko dwóch żołnierzy, którzy uciekli oprawcom. Odsiecz z Baligrodu przybyła za późno i zastała po obu stronach drogi nagie, zmasakrowane zwłoki. Wydarzenie to zostało przedstawione w filmie „Ogniomistrz Kaleń” z 1961 r. w reżyserii Ewy i Czesława Petelskich.

Ten i inne podobne mordy dokonane wtedy przez UPA (nie tylko na gen. K. Świerczewskim) spowodowały podjęcie przez ówczesne władze polskie decyzji o przeprowadzeniu operacji „Wisła” (28 kwietnia – 31 lipca 1947 r.) – czyli operacji antyterrorystycznej wymierzonej w UPA, a nie – jak się twierdzi na Ukrainie i od 1990 r. w Polsce – w ludność ukraińską.

„Pomnik upamiętniający pomordowanych przez banderowców polskich żołnierzy stał wiele lat. I nikomu w Bieszczadach nie wadził. Ale okazało się, że komuś jednak przeszkadzał. Pod koniec stycznia 2021 roku z pomnika zostały usunięte tablice z nazwiskami pomordowanych żołnierzy. Oprócz nazwisk zniknął orzeł (bez korony), symbol odznaczenia Krzyż Grunwaldu i napis: żołnierzom LWP, WOP i KBW poległym w walkach z faszystowskimi bandami UPA w latach 1944-1947 w 25-lecie LWP” – czytamy na portalu Korsosanockie.pl.

Dziennikarze tego portalu ustalili, że nakaz demontażu wszystkich elementów pomnika wydał Wojewódzki Inspektorat Nadzoru Budowlanego na podstawie opinii rzeszowskiego oddziału IPN[2]. Podstawą prawną tej opinii były oczywiście przepisy ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy jednostek organizacyjnych, jednostek pomocniczych gminy, budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej oraz pomniki z 1 kwietnia 2016 r. (Dz. U. 2016, poz. 744 z późn. zm.). Krótko mówiąc – tablica z nazwiskami żołnierzy polskich zamordowanych przez UPA propagowała zdaniem IPN komunizm lub inny ustrój totalitarny.

Polityki historyczne III RP i pomajdanowej Ukrainy mają zatem wspólny mianownik – antykomunizm i antysowietyzm (antyrosyjskość). Dlatego na Ukrainie gloryfikuje się nieżyjących oraz żyjących zbrodniarzy banderowskich i kolaborantów hitlerowskich – bo walczyli z komunizmem i ZSRR, utożsamianym propagandowo z Rosją (a to, że dokonali zbrodni przeciw ludzkości na Polakach, Żydach i innych narodowościach się neguje). Dlatego w Polsce antykomunizmem uzasadnia się niszczenie pamięci po ofiarach UPA, jeśli te ofiary miały cokolwiek wspólnego z Polską powojenną – wykreśloną z historii przez politykę historyczną Zjednoczonej Prawicy. Tak to wygląda.


[1] Wandalizm czy celowe działanie? Z pomnika pomordowanych żołnierzy zdjęto tablicę z ich nazwiskami, http://www.korsosanockie.pl, 28.01.2021; Kto nakazał usunięcie tablicy z nazwiskami zamordowanych żołnierzy?, http://www.korsosanockie.pl, 3.02.2021.

[2] Wiemy kto odpowiada za usunięcie tablicy z pomnika pod Baligrodem!, http://www.korsosanockie.pl, 3.02.2021.

Bohdan Piętka

14 lutego 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 7-8 (2331/2332), 14-21.02.2021, s. 6

Konferencja 2+4 a polska granica zachodnia

W 2020 r. minęła 30-ta rocznica konferencji 2+4 w sprawie zjednoczenia Niemiec oraz zawarcia traktatu o potwierdzeniu istniejącej granicy polsko-niemieckiej. Konferencja 2+4 stała się jednym z fundamentów Europy postzimnowojennej. Spełniła rolę konferencji pokojowej, do której nie doszło po zakończeniu drugiej wojny światowej, mimo że zapowiadało ją porozumienie poczdamskie. Sfinalizowanie konferencji pokojowej po 1945 r. uniemożliwiła jednak „zimna wojna”. Dopiero definitywny koniec „zimnej wojny”, który nastąpił w wyniku pieriestrojki w ZSRR i Jesieni Ludów 1989 roku, otworzył drogę do zjednoczenia Niemiec i uregulowania związanych z tym spraw, w tym ostatecznego potwierdzenia polskiej granicy zachodniej.

Uczestnikami konferencji 2+4 były dwa państwa niemieckie (RFN i NRD) oraz cztery zwycięskie mocarstwa z okresu drugiej wojny światowej (Francja, USA, Wielka Brytania, ZSRR). W ramach konferencji odbyły się cztery spotkania (wszystkie w 1990 r.): 5 maja w Bonn, 22 czerwca w Berlinie, 17 lipca w Paryżu (z udziałem Polski) i 12 września w Moskwie. Podczas szczytu w Moskwie 12 września 1990 r. cztery mocarstwa i dwa państwa niemieckie podpisały traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec (zwany traktatem 2+4). Podpisy pod tym historycznym dokumentem złożyli ministrowie spraw zagranicznych: James Baker (USA), Douglas Hurd (Wielka Brytania), Eduard Szewardnadze (ZSRR), Roland Dumas (Francja), Lothar de Maiziére (NRD) i Hans-Dietrich Genscher (RFN).

Otwierając drogę do zjednoczenia Niemiec, które nastąpiło 3 października 1990 r., traktat ten gwarantował ostateczny kształt granic ustalonych po drugiej wojnie światowej, w tym polskiej granicy zachodniej. Ponadto zjednoczone Niemcy zrezygnowały z broni atomowej, chemicznej i biologicznej oraz zobowiązały się do redukcji swoich sił zbrojnych. Postanowiono też o wycofaniu wojsk radzieckich z Niemiec do 1994 r., a NATO zobowiązało się nie rozmieszczać na terenie byłej NRD swoich wojsk i broni jądrowej.

Z polskiego punktu widzenia najważniejsze było potwierdzenie przez konferencję 2+4 granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Droga do tego nie była jednak prosta. Strona zachodnioniemiecka nie od razu zrzekła się swoich roszczeń i uległa dopiero pod naciskiem USA. Ważną rolę odegrała w tej sprawie też dyplomacja NRD, która zajęła stanowisko propolskie.

Dwa państwa niemieckie powstałe w 1949 r. miały odmienny stosunek do polskiej granicy zachodniej, ustalonej na konferencji Wielkiej Trójki w Poczdamie (17 lipca-2 sierpnia 1945 r.). Do 1970 r. granicę tę uznawała tylko Niemiecka Republika Demokratyczna na mocy układu zgorzeleckiego, podpisanego 6 lipca 1950 r. ze strony polskiej przez Józefa Cyrankiewicza i Stefana Wierbłowskiego, a ze strony wschodnioniemieckiej przez Otto Grotewohla i Georga Dertingera. Takiego kroku nie chciała natomiast podjąć rządząca w RFN prawicowa koalicja CDU/CSU, z której wywodzili się kanclerze Konrad Adenauer, Ludwig Erhard i Kurt Georg Kiesinger. Jedną z istotnych przyczyn takiego stanu rzeczy było to, że zaplecze polityczne tej koalicji tworzyli m.in. przesiedleńcy z ziem utraconych przez Niemcy na rzecz Polski w 1945 r.

Sytuacja polityczna w RFN zmieniła się dopiero w wyniku przemian z lat 1968-1969 i objęciu władzy przez koalicję Socjaldemokratycznej Partii Niemiec i Wolnej Partii Demokratycznej. Socjaldemokratyczny kanclerz Willy Brandt opowiedział się za odejściem przez RFN od kwestionowania powojennego status quo w Europie. Umożliwiło to podpisanie 7 grudnia 1970 r. w Warszawie przez premiera Józefa Cyrankiewicza i kanclerza Brandta układu o podstawach normalizacji stosunków między Polską Rzecząpospolitą Ludowa a Republiką Federalną Niemiec. Najważniejszym postanowieniem tego układu było uznanie przez RFN polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej.

Jednakże politycy CDU i CSU zaskarżyli układ z 1970 r. do Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. 31 lipca 1973 r. trybunał ten orzekł, że układ jest zgodny z konstytucją RFN, ale równocześnie przyjął interpretację prawną całkowicie wypaczającą jego sens. W świetle tej interpretacji układ PRL-RFN nie stanowił uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, ale był jedynie przyjęciem przez RFN do wiadomości istniejącego stanu rzeczy i deklaracją niepodejmowania działań zbrojnych w celu zmiany tej granicy. Pod naciskiem CDU/CSU równocześnie z ratyfikacją układu została uchwalona rezolucja Bundestagu mówiąca, że „układy nie wykluczają uregulowania problemu Niemiec w traktacie pokojowym i nie stwarzają podstawy prawnej dla istniejących dziś granic”. Takie też stanowisko zajmowała koalicja CDU/CSU po ponownym dojściu do władzy w 1982 r. pod przewodnictwem kanclerza Helmuta Kohla.

Przystępując do konferencji 2+4 w 1990 r. rząd RFN uważał, że zarówno postanowienia układu granicznego pomiędzy Polską a NRD z 6 lipca 1950 r., jak i układu z RFN z 7 grudnia 1970 r., nie mogą obowiązywać zjednoczonych Niemiec. Natomiast rząd Tadeusza Mazowieckiego chciał zapewnienia jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec, że granica na Odrze i Nysie jest nienaruszalna. W reakcji na polskie oczekiwania kanclerz Kohl proponował, by o granicy wypowiedział się dopiero ogólnoniemiecki parlament po zjednoczeniu. Było to z jego strony wyjście naprzeciw oczekiwaniom Związku Wypędzonych, który miał nadzieję, że po zjednoczeniu kwestia powrotu Śląska czy Pomorza do Niemiec będzie otwarta.

Przyjęcie stanowiska Kohla oznaczałoby, że kwestia uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej nie będzie warunkiem zjednoczenia Niemiec, a negocjacje w sprawie jej uznania słaba i pogrążona w kryzysie gospodarczym Polska będzie toczyć z silnymi i zjednoczonymi Niemcami. Stanowisko polskie zostało jednak poparte przez USA, ZSRR, Wielką Brytanię i Francję. Nacisk na kanclerza RFN wywarli m.in. brytyjska premier Margaret Thatcher i prezydent Francji François Mitterrand. Polskę – co było bardzo ważne – popierał też minister spraw zagranicznych NRD Markus Meckel, który proponował umowę graniczną jeszcze przed zjednoczeniem, tak jak chciał tego Mazowiecki. Z kolei Paryż dążył do potwierdzenia granic także ze względu na Alzację.

Wysiłki polskiej dyplomacji w kierunku podpisania nowego układu granicznego możliwie wcześnie, tak aby wszedł on w życie jeszcze przed zjednoczeniem RFN i NRD, nie powiodły się jednak z powodu oporu kanclerza Kohla. Wgląd w dramatyzm sytuacji daje 67 dokumentów z lat 1989-1990 dotyczących relacji polsko-niemieckich, które polski MSZ upublicznił w 2015 r. Kohl nie chciał się zgodzić nawet na propozycję premiera Mazowieckiego, by traktat polsko-niemiecki został parafowany przed zjednoczeniem Niemiec, a podpisany po[1].

Doradca Kohla Horst Teltschik tłumaczył później, że kanclerz miał trudną sytuację wewnątrzpolityczną i obawiał się, że przed wyborami straci poparcie części CDU/CSU oraz Związku Wypędzonych. Jednakże zanim 9 listopada 1989 r. runął mur berliński dyplomaci z NRD ostrzegali polski MSZ, że Bonn chce najpierw wchłonąć wschodnie Niemcy, a potem odbudować Niemcy w granicach z 1937 r. Potwierdzeniem tego miał być komentarz „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z grudnia 1989 r., którego autor domagał się, by kwestii granicy polsko-niemieckiej na razie nie ruszać, bo w przyszłości można będzie wytargować np. zwrot Szczecina. Kohl z jednej strony zapewniał, że Niemcy nie mają pretensji do polskiego terytorium, a z drugiej strony na zjeździe Związku Wypędzonych mówił, że obowiązują „niemieckie pozycje prawne”, czyli domniemane prawnego istnienia Rzeszy Niemieckiej w granicach z 1937 r.

Na zmianę postawy rządu RFN wpłynął przede wszystkim prezydent USA George H. W. Bush. Wedle amerykańsko-niemieckiego historyka Konrada Jarauscha administracja Busha miała dać jasno do zrozumienia władzom w Bonn, że bez uznania polskiej granicy zachodniej nie dojdzie do zjednoczenia Niemiec. Fakt ten potwierdził również Jerzy Sułek – główny negocjator traktatów polsko-niemieckich. W swojej relacji stwierdził on, że na prezydenta Busha „naciskali przedstawiciele Polonii w USA, swój autorytet w tej sprawie zaangażował Jan Nowak-Jeziorański. Pomagali też w znalezieniu porozumienia Francuzi, szczególnie po – jedynej tego typu w historii – wizycie w Paryżu wielkiej trójki w marcu 1990 roku: postkomunistycznego prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego, solidarnościowego prezydenta Tadeusza Mazowieckiego oraz ministra spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego”.

Jerzy Sułek działał zawodowo jako dyplomata zarówno w okresie PRL, jak i III RP. Doradzał w sprawach polsko-niemieckich rządowi Mieczysław F. Rakowskiego (1988-1989), a po zmianie ustroju pierwszym rządom III RP. Na początku lat 90-tych kierował Departamentem Europy w MSZ, reprezentował Polskę przy konferencji 2+4 i przewodniczył delegacji polskiej w negocjacjach traktatów polsko-niemieckich (granicznego i o dobrym sąsiedztwie). W swoich wspomnieniach wyraźnie podkreślił, że „po stronie niemieckiej do listy negocjatorów traktatu granicznego trzeba bezwzględnie dopisać NRD”. Z powodu zjednoczenia Niemiec NRD nie stała się sygnatariuszem tego traktatu, ale odegrała znaczącą i pozytywną rolę w doprowadzeniu do jego zawarcia.

W przeciwieństwie do Kohla rząd schodzącej z areny dziejowej NRD, na którego czele stał premier Lothar de Maiziére, zajmował stanowisko przychylne polskim oczekiwaniom. „To dzięki jego postawie – wspomina Jerzy Sułek – doszło do zupełnie nowego zjawiska, nastąpiło przełamanie linii w tradycyjnym podziale na »Polskę« i »Niemcy«, bo w procesie negocjacji demokratyczna NRD stała albo po stronie Polski, albo pomiędzy RP i »starą« RFN (w roli politycznego mediatora!). To zjawisko było wyraźne w odniesieniu do kilku najważniejszych kwestii spornych w negocjacjach, zwłaszcza w zakresie »sporu granicznego« (…). Na konferencji »2+4« delegacja NRD konsekwentnie wspierała Polskę. Przykładowo: opowiadała się za włączeniem RP do grona uczestników tej Konferencji (mimo ostrego sprzeciwu kanclerza Kohla); popierała wysiłki dyplomacji polskiej, by wynegocjować jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec postanowienia traktatowe o ostatecznym, nieodwracalnym charakterze O-N-Ł, jako granicy państwowej między Polską a zjednoczonymi Niemcami; zadbała i o to, by wspólna rezolucja parlamentów obu państw niemieckich, Izby Ludowej NRD i Bundestagu RFN z 21 czerwca 1990 r. zawierała sformułowania, które zostały pozytywnie ocenione przez Polskę itd. Z własnych doświadczeń dyplomatycznych wiem, że ta jednoznacznie propolska postawa była często przedmiotem krytyki ze strony RFN (także kanclerza Kohla, czy powodem osobistych urazów min. Genschera wobec min. Meckela)”[2].

Kohl i Genscher stali na zupełnie innej pozycji niż de Maiziére i Meckel. RFN była gotowa przed zjednoczeniem „do podjęcia tylko rozmów politycznych, a formalne negocjacje prawno-międzynarodowe z Polską chciała podjąć dopiero po przywróceniu niemieckiej jedności (…). W sprawie granicy O-N-Ł Kohl był gotów jedynie do powtórzenia formuły granicznej z układu PRL-RFN z 07.12.1970 roku, czyli stanowczo odrzucał możliwość przyjęcia jeszcze przez RFN i NRD jakichkolwiek zobowiązań granicznych, które byłyby już wiążące dla przyszłych zjednoczonych Niemiec”[3].

Spór z RFN był sprawą kluczową dla kwestii bezpieczeństwa Polski. Dyplomacja polska – jak pisze Jerzy Sułek – „nie chciała dopuścić do sytuacji, kiedy dojdzie do zjednoczenia Niemiec, a status zachodniej granicy Polski nie zostanie uregulowany. Z polskiej perspektywy chodziło więc o wykluczenie jakiejkolwiek możliwości ewentualnej rewizji granicy O-N-Ł w trakcie, lub po zjednoczeniu Niemiec”[4].

Dzięki postawie mocarstw uczestniczących w konferencji 2+4, zwłaszcza administracji USA, a także wsparciu oczekiwań Warszawy przez władze NRD, Polska osiągnęła swoje cele. 21 czerwca 1990 r. Bundestag RFN i Izba Ludowa NRD przyjęły wspólną rezolucję, w której oświadczały, że obecny przebieg granicy polsko-niemieckiej jest ostateczny. 3 października 1990 r. nastąpiło zjednoczenie Niemiec, a 14 listopada 1990 r. ministrowie spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski i Hans-Dietrich Genscher podpisali w Warszawie polsko-niemiecki traktat graniczny. Uzupełnił go polsko-niemiecki traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17 czerwca 1991 r.

Ostateczne zamknięcie polsko-niemieckiego sporu o granicę było rezultatem historycznych przemian demokratycznych w Polsce, Niemczech i Europie na przełomie lat 80-tych i 90-tych XX w. Traktat graniczny z 1990 r. zamknął przeszłość i otworzył przyszłość w stosunkach Polski z Niemcami i Zachodem. Zainicjował też prozachodnią opcję rozwoju nowej Polski. Bez tego traktatu niemożliwe byłoby przyjęcie III RP do NATO i UE. Dlatego traktat graniczny zajmuje wysokie historyczne miejsce w dorobku dyplomacji polskiej. Był on pierwszym traktatem prawno-międzynarodowym Polski solidarnościowej. Do listy jego negocjatorów trzeba jednak dodać schodzącą wówczas z areny dziejowej PRL. Proces negocjacji, który został zakończony zawarciem obu historycznych traktatów polsko-niemieckich z 1990 i 1991 r., został zainicjowany jeszcze przez władze PRL w końcu lat 80-tych XX w. Były to rozmowy trzech grup roboczych MSZ PRL i RFN w 1988 r., wizyta premiera Mieczysława F. Rakowskiego w Bonn w styczniu 1989 r. i oficjalne negocjacje pełnomocników obu rządów (Ernesta Kuczy i Horsta Teltschika) w lutym i czerwcu 1989 r.

Fakty te wraz z okolicznościami polskiego udziału w konferencji 2+4 i prawno-międzynarodowego uregulowania statusu polskiej granicy zachodniej świadczą o tym, że wbrew tezom lansowanym przez obecną politykę historyczną, która całkowicie unieważnia okres PRL, III RP wyrosła z PRL i jest jej prawno-polityczną kontynuacją w zmienionych warunkach ustrojowych i geopolitycznych.

[1] Dokumenty dyplomatyczne: kanclerz Kohl zwlekał z uznaniem granicy na Odrze i Nysie, http://www.dzieje.pl, 14.07.2015.

[2] J. Sułek, Traktat graniczny RP-RFN z 14 listopada 1990 roku jako ostateczne zamknięcie polsko-niemieckiego sporu o granicę po II wojnie światowej – ze wspomnień głównego negocjatora po 25 latach, (w:) A. Dragan, J. Engelgard, T. Skoczek (red.), Powrót nad Odrę i Bałtyk z perspektywy siedemdziesięciu lat. Materiały z konferencji zorganizowanej w dniu 24 października 2015 roku w Muzeum Niepodległości w Warszawie, Warszawa 2017, s. 102-103.

[3] Tamże, s. s. 108.

[4] Tamże, s. 110.

Bohdan Piętka

14 lutego 2020 r.

„Przegląd”, nr 7 (1101), 8-14.02.2021, s. 45-47

Odszedł prof. Ryszard Szawłowski (1929-2020) – twórca pojęcia „genocidium atrox”

2 grudnia 2020 r. zmarł w Warszawie w wieku 91 lat prof. Ryszard Szawłowski, ps. Karol Liszewski – politolog, historyk, specjalista z zakresu prawa międzynarodowego, zajmujący się m.in. prawno-historycznym badaniem zagadnienia ludobójstwa.

Ryszard Szawłowski urodził się 23 listopada 1929 r. w Wilnie. Po wojnie ukończył studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, a następnie podjął pracę naukową na tym wydziale oraz w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Łodzi, gdzie zajmował się prawem konstytucyjnym. W 1959 r. uzyskał doktorat z prawa na Uniwersytecie Warszawskim. W tym też czasie opublikował na Zachodzie krytyczny artykuł o finansach PRL. Spotkało się to z atakami ze strony Ministerstwa Finansów PRL i uniemożliwiło mu dalszą karierę naukową w kraju. W tej sytuacji wyemigrował na Zachód. W latach 1961-1964 był stypendystą Fundacji im. Aleksandra von Humboldta w RFN i prowadził badania nad prawem finansowym. Od 1966 do 1977 r. pracował jako profesor nauk politycznych na Uniwersytecie Calgary w Kanadzie. Po 1977 r. działał jako niezależny uczony (private scholar). Współpracował z Federalnym Instytutem Sowietologii w Bonn i prowadził samodzielne prace badawcze w około 30 krajach. Wykładał też na szkockim Uniwersytecie w Glasgow, Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie w Londynie, w roku akademickim 1983/1984 na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (prawo międzynarodowe), a po 1989 r. na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie i Uniwersytecie Łódzkim. Był członkiem Polskiego Towarzystwa Naukowego na Obczyźnie.

Do najważniejszych osiągnięć prof. Szawłowskiego należy opracowanie historii najwyższych organów kontroli państwowej w Polsce, zainicjowanie nowej dyscypliny naukowej w zakresie finansów i prawa finansowego organizacji międzynarodowych, rozwijanie badań nad zagadnieniem ludobójstwa, które zainicjował w latach 40-tych XX w. Rafał Lemkin (1900-1959) oraz stworzenie terminu „genocidium atrox” jako kwalifikowanej formy ludobójstwa.

Główne publikacje prof. Szawłowskiego, związane z wymienionymi dziedzinami, to: „The System of the International Organizations of the Communist Countries” (Kluwer Law International 1976), „Die Berichte der osteuropäischen Staaten zur Verwirklichung des Internationalen Paktes über bürgerliche und politische Rechte. Eine Analyse anhand des polnischen Beispiels” (Köln 1980), „Prawa człowieka a Polska” (Londyn 1982), dwutomowa „Wojna polsko-sowiecka 1939 r.” (wydana w 1986 r. w Londynie pod pseudonimem Karol Liszewski i pod własnym nazwiskiem w 1995, 1996 i 1997 r. w Warszawie), „Najwyższe państwowe organy kontroli II Rzeczypospolitej: Najwyższa Izba Kontroli Państwa 1919-1921 i Najwyższa Izba Kontroli 1921-1939” (Warszawa 1991), „Najwyższe państwowe organy kontroli w Polsce w XIX wieku: Główna Izba Obrachunkowa Księstwa Warszawskiego oraz Izba Obrachunkowa i Najwyższa Izba Obrachunkowa Królestwa Polskiego” (Warszawa 1999), „Najwyższa Izba Kontroli na Uchodźstwie 1940-1945/1991” (Warszawa 2004), „Rafał Lemkin. Biografia intelektualna” (Warszawa 2020).

Przez ostatnie ponad 20 lat prof. Szawłowski był niestrudzonym badaczem życia i dokonań Rafała Lemkina – polskiego i amerykańskiego prawnika karnisty żydowskiego pochodzenia, twórcy pojęcia „ludobójstwo” (łac. genocidium, ang. genocide) oraz głównego autora konwencji ONZ w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa, podpisanej w Nowym Jorku 9 grudnia 1948 r. i nazywanej Konwencją Lemkina.

Lemkin przedstawił swoje poglądy na nowy typ zbrodni przeciw ludzkości w wydanej w 1944 r. książce „The Axis Rule in Occupied Europe (Rządy Osi w okupowanej Europie)”. Tam użył po raz pierwszy terminu „genocidium”, który zdefiniował jako zorganizowane działania, mające na celu zniszczenie narodu lub grupy etnicznej poprzez dezintegrację instytucji, kultury, języka, świadomości narodowej i religijnej, gospodarczych podstaw egzystencji, a następnie pozbawienie ludzi bezpieczeństwa, wolności, zdrowia, godności i ostatecznie życia. Artykuł II Konwencji Lemkina zdefiniował ludobójstwo jako czyn „dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, poprzez: zabójstwa członków grupy, spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy, rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia, obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego, stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy, przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy”.

Definicję tę powtórzył Artykuł 6 Statutu Międzynarodowego Trybunału Karnego z 17 lipca 1998 r. Pierwotny projekt Konwencji Lemkina, jeszcze z 1946 r., do ludobójstwa zaliczał również „zbrodnie popełnione z przyczyn politycznych”, lecz sformułowanie to zostało usunięte z powodu nacisków stalinowskiego Związku Radzieckiego.

Badania, które zapoczątkował Lemkin nad ludobójstwem jako zagadnieniem prawnym, socjologicznym i historycznym kontynuowało wielu uczonych. Należał do nich m.in. francuski politolog Alaine Besançon, który stwierdził, że „ludobójstwo w sensie właściwym, w odróżnieniu od zwykłej rzezi, żąda następującego kryterium: jest to rzeź zamierzona w ramach ideologii, stawiającej sobie za cel unicestwienie części ludzkości dla wprowadzenia własnej koncepcji dobra. Plan zniszczenia ma obejmować całość określonej grupy, nawet jeśli nie zostaje doprowadzony do końca w rezultacie niemożliwości materialnej czy zwrotu politycznego”.

Najwybitniejszym polskim lemkinologiem był Ryszard Szawłowski. Owocem jego studiów nad postacią i myślą Lemkina stała się wydana tuż przed śmiercią obszerna publikacja „Rafał Lemkin. Biografia intelektualna”. Ale owocem tych studiów stało się również zdefiniowanie, w oparciu o poglądy Lemkina, zbrodni popełnionych na Polakach przez nacjonalistów ukraińskich jako „genocidium atrox” – ludobójstwa okrutnego, zwyrodniałego. W artykule „Trzy ludobójstwa”, opublikowanym w dodatku historycznym IPN nr 3 do „Naszego Dziennika” z 28 marca 2008 r. oraz w hasłach „Ludobójstwo” i „Ludobójstwo porównawcze na Polakach 1939-1945/47”, opublikowanych w tomie XI „Encyklopedii białych plam”, prof. Szawłowski pokazał ludobójstwo ukraińskie na tle porównawczym z ludobójczymi zbrodniami radzieckimi (operacja polska NKWD z lat 1937-1938, zbrodnia katyńska, deportacje z lat 1940-1941 i in.) oraz niemieckimi (Sonderaktion Krakau, Intelligenzaktion, akcja AB, deportacje Polaków do obozów koncentracyjnych, masowe egzekucje, wysiedlenia i in.).

W rezultacie tego porównania postawił tezę o równorzędności zbrodni przeciw ludzkości popełnionych przez nacjonalistów ukraińskich ze zbrodniami popełnionymi przez III Rzeszę i ZSRR, przy nadaniu zbrodniom ukraińskim kwalifikacji wyższej od zbrodni nazistowskich i stalinowskich na Polakach. O takim zakwalifikowaniu zbrodni nacjonalistów ukraińskich decydują, jego zdaniem, następujące czynniki: ludobójstwo ukraińskie było realizowane w postaci natychmiastowej eksterminacji fizycznej wszystkich Polaków, od niemowląt po starców; zbrodnie nacjonalistów ukraińskich były połączone ze stosowaniem najbardziej barbarzyńskich tortur; oprócz UPA w ludobójstwie na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej brały udział szerokie rzesze ukraińskiej ludności wiejskiej, zindoktrynowanej i zmobilizowanej do tych działań przez banderowców; miało miejsce szczególnie barbarzyńskie traktowanie przez sprawców mieszanych małżeństw polsko-ukraińskich, którego nie spotykamy np. w traktowaniu przez sprawców radzieckich małżeństw polsko-rosyjskich; w przypadku zbrodni niemieckich i radzieckich sprawcami byli funkcjonariusze państwowego aparatu okupacyjnego, natomiast ludobójstwo ukraińskie zostało dokonane przez byłych obywateli polskich; miała i ma miejsce negacja przez stronę ukraińską, zarówno nacjonalistów ukraińskich od momentu dokonania zbrodni, jak i państwo ukraińskie po 1991 r., zbrodniczego charakteru ideologii nacjonalizmu ukraińskiego oraz popełnionego przez nacjonalistów ukraińskich ludobójstwa na Polakach.

W zakończeniu artykuł „Trzy ludobójstwa” prof. Szawłowski stwierdził: „W każdym razie wynik przeprowadzonej komparatystyki jest jednoznaczny: ludobójstwo ukraińskie na Polakach pod względem swej bezwzględności i barbarzyństwa, a po jego dokonaniu – do dziś – ze względu na zaprzeczenia lub co najmniej grubymi nićmi szyte relatywizowanie i wykręty – znacznie »przewyższa« ludobójstwa niemieckie i sowieckie. Szczególnie obciążające Ukraińców są masowo stosowane na Polakach – jako »dodatek« do mordów – okrutne, sadystyczne tortury. Dlatego już w 2003 r. wysunąłem nową koncepcję kwalifikowanej formy ludobójstwa, proponując dla niej termin łaciński GENOCIDIUM ATROX – genocyd okrutny, okropny, dziki, straszny. Zachęcam moich kolegów zachodnich, zajmujących się problematyką ludobójstwa, do uznania kwalifikowanej formy genocydu i wprowadzenia jej do literatury przedmiotu. Kategoria genocidium atrox pasuje zresztą także do niektórych wydarzeń współczesnych, jak obecne ludobójstwo w sudańskim Darfurze”.

Odważne i bezkompromisowe stanowisko prof. Ryszarda Szawłowskiego w kwestii kwalifikacji prawnej ludobójstwa dokonanego na Polakach przez nacjonalistów ukraińskich zostało zignorowane z przyczyn politycznych przez polską klasę polityczną i jej zaplecze intelektualno-medialne. Nie tylko zignorowane, ale niekiedy wręcz zanegowane. W 2014 r., w kontekście ówczesnych wydarzeń na Ukrainie, padło przecież wezwanie ze strony znanego intelektualisty i weterana Komitetu Obrony Robotników, by Roman Szuchewycz (twórca i dowódca UPA) stał się „również dla Polaków postacią o cechach bohatera” na bazie antykomunizmu i antysowietyzmu (antyrosyjskości).

Prawda, która staje się ofiarą polityki, nie przestaje jednak być prawdą. Nie traci swojej słuszności. Zmarły prof. Szawłowski stał jako naukowiec po stronie prawdy i tym samym przeciw kreowanemu przez miarodajne czynniki polityczne w Polsce relatywizmowi moralnemu w podejściu do historii i współczesności stosunków polsko-ukraińskich. Za to należą mu się ogromne słowa uznania oraz pamięć.

Bohdan Piętka

6 lutego 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 5-6 (2329/2330), 31.01-7.02.2021, s. 13

W blasku Kłyma Sawura

Nowy rok 2021 rozpoczął się na Ukrainie tradycyjnie. To znaczy wielotysięcznymi pochodami organizacji i środowisk nacjonalistycznych (Swoboda, Prawy Sektor, Korpus Narodowy, Kongres Ukraińskich Nacjonalistów i in.) ku czci przypadającej 1 stycznia  rocznicy urodzin (tym razem 112-tej) Stepana Bandery. Te marsze z pochodniami i symboliką banderowską, a nawet nazistowską, przeszły przez ukraińskie miasta pomimo pandemii COVID-19 oraz obowiązujących obostrzeń sanitarnych i były ochraniane przez policję i Gwardię Narodową.

Najliczniej manifestowano oczywiście w Kijowie oraz w miastach zachodniej Ukrainy, czyli w dawnej Galicji Wschodniej: we Lwowie, Tarnopolu, Iwano-Frankiwsku (Stanisławowie) oraz mniejszych miejscowościach. Nawet w Uhrynowie Starym (miejscu urodzin Bandery). We Lwowie, jak co roku, w uroczystościach z okazji urodzin Bandery oficjalnie uczestniczyły władze miejskie i obwodowe wraz z duchowieństwem greckokatolickim. Z tej okazji wręczono nagrody im. Bohatera Ukrainy Stepana Bandery, które otrzymali krzewiciele nacjonalistycznej polityki historycznej.

Tradycyjnie również nie zauważyły tego wszystkiego główne media polskie. A przecież powinny zauważyć. Oprócz okrzyków „Stepan Bandera – sława, sława, sława!”, „Śmierć wrogom!”, czy „Putin – ch**ło”, padał bowiem często okrzyk: „Czyja Ukraina? Bandery!”. Jakże wymowny, podobnie jak niesiony w Kijowie przez członków Korpusu Narodowego (związanego z pułkiem Azow) baner z napisem: „Naszą religią nacjonalizm. Naszym prorokiem Stepan Bandera”.

Tego wszystkiego jednak polska klasa polityczna i jej media od lat dyskretnie nie dostrzegają w imię wspierania Ukrainy jako antyrosyjskiego buforu oraz marzeń o wciągnięciu Ukrainy do Unii Europejskiej lub jeszcze bardziej abstrakcyjnych marzeń – o budowaniu wraz z Ukrainą tzw. Międzymorza, czyli postulowanego jeszcze w latach 30-tych XX w. przez ruch prometejski bloku państw pomiędzy Bałtykiem, Morzem Czarnym i Adriatykiem odgradzającym Rosję od Europy Środkowej. Prometejskie marzenie o wypchnięciu Rosji z Europy (widoczne nawet w polskich atlasach szkolnych, gdzie Rosję konsekwentnie przedstawia się jako kraj wyłącznie azjatycki) powoduje, że polska klasa polityczna nie dostrzega ani oblicza ukraińskiej polityki historycznej, ani tego na czym budowana jest tożsamość narodowo-historyczna pomajdanowej Ukrainy. Natomiast ten kto to w Polsce dostrzega jest w najlepszym wypadku przemilczany, w gorszym – stygmatyzowany jako „prorosyjski”, jeśli wręcz nie oskarżany o działania agenturalne na rzecz Rosji.

W przeciwieństwie do głównych mediów polskich, doroczne marsze ku czci UPA i Bandery na Ukrainie zauważyły izraelskie media głównego nurtu. „The Times of Isreal”, „Haaretz”, czy „Jerusalem Post” potrafiły napisać, że Bandera był „nazistowskim kolaborantem”, a UPA „podczas drugiej wojny światowej walczyła u boku nazistowskich Niemiec oraz zabiła tysiące Żydów i Polaków”. Tak precyzyjnie podanych informacji można ze świecą szukać w polskich mediach głównego nurtu, gdzie dominuje narracja ukraińska, czyli wrzutki typu, że Bandera był więźniem obozu koncentracyjnego Sachsenhausen (ale uprzywilejowanym, czego już się nie podaje i nie obozu, ale aresztu Zellenbau znajdującego się na terenie Sachsenhausen), albo, że UPA rzekomo walczyła z Niemcami, no i z Sowietami (co w domyśle sugeruje się pochwalać).

Ale przecież Wehrmacht i Waffen-SS też walczyły z Sowietami i komunizmem i miały w tej dziedzinie osiągnięcia daleko większe nie tylko od UPA, ale nawet od US Army w Korei i Wietnamie. Czemu zatem w ten sposób ukraińska i polska propaganda nie rozgrzesza Wehrmachtu i Waffen-SS, a jedynie UPA?

Również ambasador Izraela w Kijowie Joel Lion potępił gloryfikację nazistowskich kolaborantów na Ukrainie w kontekście noworocznych marszów ku czci Bandery. Tym razem – inaczej niż przed rokiem – nie dołączył do niego ambasador RP w Kijowie Bartosz Cichocki. „Zdecydowanie potępiamy jakąkolwiek gloryfikację osób kolaborujących z reżimem nazistowskim. Czas, aby Ukraina pogodziła się ze swoją przeszłością” – napisał 2 stycznia na Twitterze ambasador Lion. Podobnego wpisu próżno było szukać na profilach w mediach społecznościowych ambasady polskiej w Kijowie.

Ukraińscy nacjonaliści natychmiast odpowiedzieli ambasadorowi Izraela. Najpierw rozpoczęli antysemicką nagonkę w mediach społecznościowych. Działacz nacjonalistyczny Aleksiej Cymbaliuk, zidentyfikowany przez opozycyjne media jako agent Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, wystąpił do władz Izraela z takim oto wezwaniem: „Przestańcie złościć się na Hitlera za Holokaust”. Z kolei Oleg Leusienko – bloger z kręgu zwolenników byłego prezydenta Petro Poroszenki – ocenił, że ambasador Izraela został „wychowany na moskiewskim kłamstwie” i „pracuje na rzecz Putina” (Skąd my to znamy? Czy nie takiej samej pałki używają polscy sojusznicy Ukrainy, których z nazwisk, nazw partii politycznych i nazw redakcji pozwolę sobie nie wymienić?).

W środę 6 stycznia pod ambasadą Izraela w Kijowie odbyła się agresywna pikieta zorganizowana przez neonazistowską grupę C14 oraz Prawy Sektor, Swobodę i Korpus Narodowy. Jej uczestnicy przynieśli m.in. transparent z napisem „Przeproście za ludobójstwo. Kiedy Izrael uzna hołodomor Ukraińców?” i żądali przeproszenia przez Izrael za Wielki Głód z lat 1932-33, który od ponad 80 lat zajmuje kluczową rolę w mitologii historycznej nacjonalistów ukraińskich i jest przez nich przedstawiany m.in. jako zbrodnia rzekomo „żydowska”. Podczas pikiety Jewhen Karaś (lider organizacji C14) nazwał Joela Liona głupcem i kłamcą[1].

Tego incydentu wiodące polskie media także dyskretnie nie zauważyły. Nie zauważyły też, że pod koniec 2020 r. Rada Najwyższa Ukrainy zatwierdziła listę wydarzeń i postaci historycznych, które zostaną uczczone w 2021 r. na szczeblu państwowym. Znalazł się wśród nich m.in. Dmytro Kłaczkiwski, pseudonim Kłym Sawur (1911-1945) – dowódca UPA-Północ, członek Prowidu OUN-B, inicjator i sprawca ludobójstwa na około 60 tys. Polaków na Wołyniu w 1943 r. (co cynicznie neguje ukraińska historiografia nacjonalistyczna). Wśród uhonorowanych 16 grudnia 2020 r. przez Radę Najwyższą Ukrainy znaleźli się też: Rostysław Wołoszyn (1911-1944), pseudonim Bereziuk – w 1943 r. zastępca Kłaczkiwskiego, później zastępca komendanta głównego UPA oraz Wołodymyr Szczygielski, pseudonim Burłaka (1920-1949) – funkcjonariusz ukraińskiej policji pomocniczej na służbie hitlerowskiej, później watażka UPA, odpowiedzialny m.in. za wymordowanie 6 sierpnia 1944 r. 42 Polaków w Baligrodzie w ramach planowej eksterminacji ludności polskiej w Małopolsce Wschodniej.

Za uhonorowaniem tych postaci głosowało 238 deputowanych Rady Najwyższej Ukrainy: 162 z rządzącej partii Sługa Narodu prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, 24 z Europejskiej Solidarności byłego prezydenta Petro Poroszenki, 14 z Batkiwszczyny byłej premier Julii Tymoszenko oraz 38 z mniejszych partii. Wymienione trzy główne partie ukraińskie i ich przywódcy to od dawna znani partnerzy polskiej klasy politycznej, zarówno tej prawicowej skupionej wokół PiS, jak i tej skupionej wokół PO i środowiska dawnej Unii Demokratycznej (Wolności).

Podczas październikowej wizyty prezydenta Dudy w Kijowie Wołodymyr Zełenski oświadczył, że „sporne kwestie” historyczne zostały „zdjęte z agendy” w stosunkach polsko-ukraińskich. Jak zostały zdjęte – widać na powyższym przykładzie. Ukraina promienieje w blasku Kłyma Sawura, a Polska chowa głowę w piasek, bo ze strony polskiego Sejmu, ani żadnego innego oficjalnego czynnika polskiego nie było jakiejkolwiek reakcji na wspomnianą uchwałę parlamentu ukraińskiego.

Ale nie było jej także, gdy w 1995 r. ufundowano Kłaczkiwskiemu pomnik w Zbarażu, gdy w 2002 r. odsłonięto jego pomnik w Równem na Wołyniu, gdy w 2015 r. cerkiew greckokatolicka poświęciła mu okazały krzyż w pobliżu Orżewa (obwód rówieński) i gdy Tarnopolska Rada Obwodowa ogłosiła rok 2011 rokiem Kłaczkiwskiego i Jewhena Konowalca (pierwszego prowidnyka OUN). Ci, którzy jeździli do Kijowa na Majdany w 2004 i 2014 r. oraz przyjmowali odznaczenia od Ukrainy raczej nie będą występować z protestami wobec gloryfikacji zbrodniarzy banderowskich.

Jak wygląda w rozumieniu Kijowa „zdjęcie z agendy” tzw. spornych kwestii historycznych pokazuje też spotkanie kierownictwa IPN z delegacją kierownictwa UIPN, do którego doszło 3 grudnia 2020 r. w Warszawie. Strona ukraińska przedstawiła na tym spotkaniu żądanie odbudowania pomnika nagrobnego UPA na górze Monastyrz koło Werchraty (powiat lubaczowski) w kształcie pierwotnym (czyli gloryfikującym UPA) jako warunek odblokowania zgody na polskie prace poszukiwawcze i ekshumacyjne na terenie Ukrainy.

Ewa Siemaszko, komentując tę sprawę, trafnie zauważyła, że strona ukraińska przedstawiła Polsce „warunki, których cywilizowane państwo nie może spełnić, bo oznaczałoby to akceptację ludobójstwa własnego narodu, pohańbienie ofiar i postępowanie sprzeczne z duchem Konwencji ONZ w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa”. Jest oczywiste, że ekshumacja szczątków polskich ofiar ludobójstwa OUN-UPA stoi w głębokiej sprzeczności z polityką historyczną Ukrainy, której ekipa Zełenskiego zasadniczo nie zmieniła w stosunku do ekipy Poroszenki. „W tej sytuacji – konkluduje Siemaszko – można stawiać pytania: czy państwo, które buduje i pielęgnuje kult ludobójców, nie stanowi zagrożenia dla pokoju i bezpieczeństwa sąsiadów, zwłaszcza Polaków”[2].

Oczywiście, że stanowi zagrożenie (na razie na szczęście jest to jednak państwo słabe), ale tego nie chce lub nie potrafi przyznać polska klasa polityczna, a każdy kto to w Polsce podnosi będzie zwalczany jako propagujący „putinowską narrację”. W ten sposób dochodzimy do ściany, której nie przebijemy.

Niedługo, bo za dwa lata, minie 80-ta rocznica banderowskiego ludobójstwa na Wołyniu. Przypuszczam, że dla środowisk domagających się w Polsce prawdy i pamięci będzie ona jeszcze trudniejsza niż okrągłe rocznice w 2003 i 2013 r. Ze strony ukraińskiej można będzie się spodziewać prawdopodobnie jeszcze większej wrogości i obojętności oraz zakłamywania prawdy historycznej, a ze strony oficjalnych czynników polskich prawdopodobnie jeszcze większych nacisków niż w 2003 i 2013 r. na środowiska domagające się prawdy i pamięci, żeby nie „zadrażniać” stosunków z Ukrainą, bo to „strategiczny partner”, bo Rosja itd. Zatem Kłym Sawur będzie dalej świecił na Wschodzie upiornym blaskiem.


[1] Ukraińscy nacjonaliści żądają przeprosin od państwa Izrael, http://www.strajk.eu, 7.01.2021.

[2] Ewa Siemaszko o Ukrainie: czy państwo czczące ludobójców nie stanowi zagrożenia dla sąsiadów?, http://www.kresy.pl, 3.01.2021.

Bohdan Piętka

24 stycznia 2021 r.

Rewolucja oświatowa

Awans edukacyjny społeczeństwa, zwłaszcza w dostępie do wyższego wykształcenia, był jednym z najważniejszych osiągnięć Polski powojennej. Dzisiaj osiągniecie to – jak i inne pozytywne działania Polski Ludowej – jest pomijane lub deprecjonowane. W dominującej obecnie narracji podkreśla się oczywiście brak autonomii szkolnictwa wyższego w PRL oraz wielokrotny w porównaniu z okresem PRL wzrost liczby studentów po 1989 r., która w roku 2009 wyniosła około 1,9 mln wobec 403,8 tys. w roku 1990. Jednak, żeby uświadomić sobie, jakich zmian dokonano w szkolnictwie wyższym w okresie PRL i że miały one charakter rewolucji społecznej należy porównać ten okres nie z czasami obecnymi, ale z okresem II RP.

Szkolnictwo wyższe w II Rzeczypospolitej, w przeciwieństwie do szkolnictwa wyższego w PRL, posiadało autonomię, która pozostawiała najważniejsze decyzje w rękach środowiska akademickiego. Jednak należy pamiętać o tym, że w latach 30-tych XX w. władze sanacyjne podjęły próby ograniczenia autonomii uczelnianej, oskarżając ówczesną opozycję o tworzenie swoich przyczółków politycznych na uczelniach. Na mocy ustawy z 15 marca 1933 r. minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego stał się władzą naczelną szkół wyższych i sprawował nad nimi zwierzchni nadzór. Miał prawo rozstrzygania spraw będących przedmiotem weta rektora lub dziekana w stosunku do uchwał senatu. Mógł również – niezależnie od rektora – zarządzić zawieszenie wykładów lub zamkniecie szkoły i zarządzić nowe wpisy. Minister został także upoważniony na mocy wspomnianej ustawy do łączenia i dzielenia wydziałów, tworzenia i likwidowania katedr, nie tylko na wniosek rady wydziału i senatu, ale również po zasięgnięciu ich opinii. Otwierało to możliwość władzom sanacyjnym zamykania dowolnej katedry i emerytowania każdego niewygodnego politycznie profesora.

W okresie II RP nauka w uczelniach, zarówno państwowych, jak i prywatnych była płatna, a system wsparcia socjalnego ze strony państwa niewielki. Ten stan rzeczy wraz ze skromnymi możliwościami budżetu państwa wpływał na ograniczony rozwój szkolnictwa wyższego w tym okresie oraz jego komercyjne sprofilowanie. Po 1945 r. dokonano natomiast upaństwowienia i scentralizowania szkolnictwa wyższego. Jego rozwój poddano odgórnemu planowaniu oraz powiązano naukę z gospodarka narodową, by sprostać potrzebom industrializującego się w przyspieszonym tempie państwa, co doprowadziło do skokowego w porównaniu z okresem międzywojennym wzrostu kształcenia akademickiego.

Cechą charakterystyczną funkcjonowania szkolnictwa wyższego w Polsce międzywojennej była zdecydowana dominacja ośrodka warszawskiego. Posiadał on największą liczbą uczelni państwowych i prywatnych (11), specjalizacji i kierunków oraz prawie połowę studentów w kraju (w 1921 r. było to 16,2 tys. na 34,7 tys., a w 1937 r. 20,2 tys. na 47,1 tys. studiujących). Następne w kolejności ośrodki krakowski i lwowski były już 2-3-krotnie mniejsze od stołecznego, a wileński i poznański, mające po dwie uczelnie, jeszcze mniejsze. Zupełnie marginalnie na tym tle wyglądał ośrodek lubelski mający jedną niewielką uczelnię (Katolicki Uniwersytet Lubelski, do 1928 r. Uniwersytet Lubelski).

W szkolnictwie wyższym II RP dominowały uniwersytety, a największym zainteresowaniem cieszyły się prawo, ekonomia i nauki humanistyczne, znacznie mniejszym natomiast kierunki techniczne. Wynikało to ze struktury ekonomicznej kraju, słabo rozwiniętego przemysłowo. Kształcenie akademickie w II RP było przede wszystkim elitarne. W biednym i mocno rozwarstwionym majątkowo społeczeństwie na studia stać było głównie zamożne warstwy społeczne, a państwo wpływało w niewielki sposób na rozbudowę szkół wyższych. To w dużej mierze determinowało ograniczony rozwój szkolnictwa wyższego w II RP.

Ten elitarny charakter szkolnictwa, nie tylko wyższego, blokujący awans społeczny warstw niższych, planowały utrzymać w Polsce powojennej siły politycznie zachowawcze. We wrześniu 1943 r. powstało w rządzie polskim na uchodźstwie Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego z księdzem Zygmuntem Kaczyńskim (Stronnictwo Pracy) jako jego kierownikiem. W marcu 1944 r. ksiądz Kaczyński przedstawił Radzie Narodowej w Londynie (emigracyjny parlament) wstępne założenia szkolnictwa i wychowania w wolnej Polsce. Projekt zakładał kontynuację stanu przedwojennego, mieścił się bowiem w ramach norm prawnych wyznaczonych przez konstytucje kwietniową z 1935 r., konkordat ze Stolicą Apostolską z 1925 r. oraz układ między II RP a Komisją Papieską. Podczas dyskusji w gronie stronnictw politycznych „polskiego Londynu” największy sprzeciw wywołał podtrzymany w projekcie Kaczyńskiego elitaryzm oświatowy lat trzydziestych. Sprzeciw części posłów do Rady Narodowej – głównie PPS i Stronnictwa Ludowego – budziły ograniczenia edukacyjne II RP, dotykające uboższe warstwy społeczeństwa.

Za zniesieniem tych ograniczeń opowiedział się natomiast w swoim programie Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, powołany w lipcu 1944 r. – co dzisiaj obowiązkowo się podkreśla – z woli Stalina. Do przeobrażeń oświaty i kultury PKWN przywiązywał wielką wagę, ponieważ w przekonaniu stronnictw pekawuenowskich (PPR, PPS, SL, SD) poprzez kształtowanie nowego duchowego oblicza społeczeństwa miała się w dużej mierze dokonać rewolucja społeczna. Manifest PKWN zapowiedział wprowadzenie szkoły realnie powszechnej, na wszystkich szczeblach zwolnionej od opłat i wspierającej materialnie najuboższą młodzież. Na zjeździe oświatowym, obradującym w Łodzi w dniach 18-22 czerwca 1945 r., uchwalono, iż szkoła ma być jednolita i publiczna. Dotyczyło to również szkolnictwa wyższego. Także opozycyjne wobec Polski pojałtańskiej Polskie Stronnictwo Ludowe na swym zjeździe w styczniu 1946 r. opowiedziało się za taką organizacją systemu oświatowego, aby „wyższe szczeble kształcenia były dostępne dla młodzieży warstw ludowych”. Utworzenie egalitarnego sytemu kształcenia stało się zatem w Polsce powojennej postulatem i celem wychodzącym ponad podziały polityczne.

Odbudowa życia akademickiego rozpoczęła się niemal zaraz po zakończeniu okupacji niemieckiej, kiedy do Krakowa i Wrocławia przybyli ci uczeni polscy z Lwowa i Wilna, którym udało się przeżyć wojnę i okupację. Jednym z nich był prof. Stanisław Kulczyński (1895-1975) – wybitny botanik, rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie (1936-1938), podczas okupacji delegat rządu RP na uchodźstwie na Obszar Lwowski. Kulczyński, który miał wówczas propozycję kontynuowania kariery naukowej we Włoszech, przybył 10 maja 1945 r. do zrujnowanego Wrocławia. Było to zaledwie cztery dni po kapitulacji Festung Breslau. Jako pełnomocnik ministra oświaty ds. zabezpieczenia majątku szkół wyższych oraz bibliotek i zbiorów na terenie Wrocławia przystąpił do odbudowy życia akademickiego w tym mieście. Został pierwszym rektorem uniwersytetu i politechniki we Wrocławiu, które rozpoczęły działalność 15 listopada 1945 r. Podjął też uwieńczone sukcesem działania na rzecz restytucji Zakładu Narodowego im. Ossolińskich.

Wspominam o tym dlatego, ponieważ w 2017 r. upamiętnienie tej postaci w sferze publicznej stało się obiektem ataku dekomunizacyjnego ze strony IPN, który zarzucił Kulczyńskiemu, że w l. 1939-1941 nadal wykładał na uniwersytecie we Lwowie, wówczas już radzieckim, a w 1940 r. był gościem Wszechzwiązkowego Komitetu ds. Nauki ZSRR w Moskwie. No i w PRL był przewodniczącym Stronnictwa Demokratycznego, wicemarszałkiem Sejmu i wiceprzewodniczącym Rady Państwa PRL. Natomiast jego dokonania w budowie od podstaw polskiego szkolnictwa wyższego we Wrocławiu i zagospodarowaniu Ziem Odzyskanych (jako prezesa Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich) dla dzisiejszych dekomunizatorów już się nie liczą.

Podczas drugiej wojny światowej nauka polska straciła 60 % przedwojennego stanu kadr i obiektów. Szkoły wyższe i placówki naukowe trzeba było po wojnie budować niejednokrotnie od podstaw. Nie byłoby to możliwe bez zaangażowania ocalałych kadr naukowych. Rozumiejąc konieczność odbudowy szkolnictwa wyższego przedwojenni profesorowie mogli to uczynić tylko we współpracy z władzą, której barwa polityczna była dla wielu z nich obca. Z drugiej strony bez wsparcia tej władzy nie doszłoby w Polsce do procesu, który śmiało można nazwać rewolucją oświatową. Wzrost potencjału dydaktycznego i badawczego szkolnictwa wyższego i nauki polskiej w okresie PRL w porównaniu ze stanem przedwojennym był imponujący. Sieć szkół wyższych, która w II RP zwiększyła się z 16 w 1921 r. do 28 w 1938 r., w PRL wzrosła do 89 w 1974 r. i 97 w 1989 r. Widać zatem, że w dwudziestoleciu międzywojennym nie zdołano podwoić liczby szkół wyższych, podczas gdy w powojennym trzydziestoleciu zwiększono liczbę szkół wyższych ponad trzykrotnie.

W okresie II RP ośrodki szkolnictwa wyższego charakteryzowały się nierównomiernym rozmieszczeniem przestrzennym oraz dużą koncentracją potencjału akademickiego w kilku dużych miastach, głównie w Warszawie, Krakowie, Lwowie, Wilnie i Poznaniu. Zniwelowania tych dysproporcji dokonano dopiero w PRL. Trwającej od 1945 r. znacznej rozbudowie polskiego szkolnictw wyższego towarzyszyło również jego rozprzestrzenianie na terenie kraju, poza dotychczasowe ośrodki akademickie. Powstały w tym okresie nowe silne ośrodki akademickie w Białymstoku, Gdańsku, Lublinie, Łodzi, Poznaniu, Szczecinie, Wrocławiu i na Górnym Śląsku, m.in. siedem nowych uniwersytetów: Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie (1944), Uniwersytet Wrocławski (1945), Uniwersytet Łódzki (1945), Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu (1945), Uniwersytet Śląski w Katowicach (1968), Uniwersytet Gdański (1970) i Uniwersytet Szczeciński (1985).

Już w latach 1945-1950 zmiany w szkolnictwie wyższym prowadziły do skokowego w porównaniu z okresem międzywojennym wzrostu szkół wyższych oraz ilości nauczycieli akademickich i studentów. Liczba uczelni wyższych ukształtowała się na poziomie ponad 80 dość szybko, bo na początku lat 50-tych.

Natomiast liczba nauczycieli akademickich wszystkich stopni wzrosła z 4403 w 1937 r. do 45 tys. w połowie lat 70-tych. Jednakże zatrudnienie w szeroko rozumianej nauce, łącznie ze szkolnictwem wyższym, placówkami naukowo-badawczymi i rozwojowymi wyniosło w 1975 r. około 300 tys. osób, w tym ponad 20 tys. doktorów i 12 tys. profesorów i docentów. Ponad 64 tys. osób pełniło w tym czasie funkcje nauczycieli akademickich i pracowników naukowo-badawczych, z tego 70 % w szkołach wyższych, 22,7 % w instytutach naukowo-badawczych resortów oraz 5,5 % w placówkach Polskiej Akademii Nauk (utworzonej w 1951 r.). W 1938 r. istniało zaledwie 15 instytutów naukowo-badawczych i 6 samodzielnych laboratoriów przemysłowych. Trzy dekady po wojnie działało w kraju 66 placówek naukowych PAN, 113 resortowych instytutów naukowo-nadawczych, 24 centralne laboratoria i 128 ośrodków badawczo-rozwojowych.

Znacząco w porównaniu z okresem międzywojennym wzrosła też liczba studiujących. W okresie II RP ilość studentów zwiększyła się powoli z 38,1 tys. w 1922 r. do 40,7 tys. w 1926 r. i 51,7 tys. w 1932 r. Od tego czasu nastąpił spadek do 48 tys. w 1936 r. i niewielki wzrost do 49,5 tys. 1938 r. Liczba studiujących z 1938 r. została przekroczona już w 1945 r., kiedy wyniosła 55,9 tys., a podwojona w 1948 r., kiedy wyniosła 103,4 tys. W 1950 r. studiowało w Polsce już 125,1 tys. osób, w 1960 r. było to 165,7 tys., w 1965 r. 251,9 tys., w 1970 r. 330,8 tys., a w 1974 r. 426,7 tys. osób (w 1989 r. liczba studiujących spadła do 378 tys.). O ile w 1946 r. liczba studentów (bez cudzoziemców) na 10 tys. ludności wynosiła 36, to w 1989 r. – 98. Natomiast liczba studiujących kobiet na 100 studiujących mężczyzn wzrosła z 55 w 1949 r. do 105 w 1989 r. (w okresie II RP wynosiła 37 w 1928 r. i 39 w 1937 r.). Przede wszystkim zmienił się radykalnie skład młodzieży akademickiej. W 1938 r. młodzież pochodzenia robotniczo-chłopskiego stanowiła 16,9 %, natomiast w połowie lat 70-tych 55,7 % ogółu studiujących. W okresie międzywojennym uczelnie wyższe ukończyło około 83 tys. osób (przy czym 70 % z tej liczby w latach 1928-1939), a w pierwszym trzydziestoleciu Polski Ludowej ponad 800 tys. osób.

Zmiany w strukturze szkolnictwa wyższego po 1945 r. w stosunku do okresu przedwojennego obrazuje także odsetek studentów poszczególnych kierunków studiów. Najbardziej zauważalny był wzrost studentów kierunków technicznych do ponad 30% ogółu studiujących, co wiązało się ze zwiększonym zapotrzebowaniem na specjalistów tych kierunków w związku ze skokową industrializacją kraju. Kolejna istotna zmiana w porównaniu z okresem przedwojennym nastąpiła też w systemie stypendialnym. W pierwszych latach powojennych łączna ilość stypendiów była bardzo skromna i tak jak w okresie II RP obejmowała zaledwie kilka procent populacji studenckiej. Dopiero w miarę postępów w odbudowie kraju następował wzrost wsparcia materialnego państwa dla młodzieży akademickiej. U schyłku lat 40-tych odsetek stypendystów był już większy niż przed wojną i wynosił ponad ¼ ogółu studentów, a na początku lat 50-tych ponad połowę ogółu młodzieży akademickiej. Oprócz stypendiów Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego pojawiły się też stypendia resortów i centralnych instytucji państwowych, organizacji zawodowych, spółdzielczych i zakładów pracy.

Dokonanemu po 1945 r. upaństwowieniu i umasowieniu kształcenia na poziomie wyższym towarzyszyła przebudowa struktury społecznej studentów i pracowników naukowo-dydaktycznych, w której preferencje otrzymali przedstawiciele środowisk robotniczo-chłopskich. Szerokie otwarcie przed tą młodzieżą uczelni wyższych, wsparcie jej studiów rozbudowaną pomocą socjalną, a później umożliwienie podjęcia jej pracy w industrializującej się gospodarce stworzyło dla niej możliwość niedostępnego wcześniej awansu społecznego.

O znaczeniu tego awansu wypowiedział się dr Marcin Piątkowski – starszy ekonomista Banku Światowego i adiunkt w Akademii Leona Koźmińskiego, autor książki „Europejski lider wzrostu. Droga Polski od ekonomicznych peryferii do gospodarki sukcesu” (Warszawa 2020). Stwierdził on mianowicie, że aż do 1939 r. „rozwój gospodarczy w Polsce sabotowały elity postszlacheckie. Strukturę społeczną wyrównał dopiero PRL. Gdyby nie PRL, nie byłoby polskiego kapitalizmu”. Zdaniem Piątkowskiego „PRL miał jedna wielką zaletę: otworzył na oścież polskie społeczeństwo, zlikwidował przywileje klasowe, wyedukował, uprzemysłowił i unowocześnił społeczeństwo” i po raz pierwszy w historii Polski „stworzył społeczeństwo inkluzywne, dając wszystkim, szczególnie tym najsłabszym, szanse na rozwój”. Szkoda, że dzisiaj potrafią to zauważyć tylko nieliczni.

Bohdan Piętka

24 stycznia 2021 r.

„Przegląd”, nr 3 (1097), 11-17.01.2021, s. 34-37

Odszedł Valéry Giscard d’Estaing (1926-2020)

2 grudnia 2020 r. zmarł na COVID-19 w wieku 94 lat Valéry Marie René Georges Giscard d’Estaing – trzeci prezydent V Republiki Francuskiej, założyciel i długoletni przywódca Unii na rzecz Demokracji Francuskiej (Union pour la démocratie française, UDF) – postgaullistowskiej, centro-prawicowej partii politycznej, działającej w latach 1978-2007.

Giscard d’Estaing urodził się w rodzinie arystokratycznej. Jego ojcem był Jean Edmond Lucien Giscard d’Estaing, a matką Marthe Clémence Jacqueline Marie Bardoux. Po matce był wnukiem senatora Achille Octave Marie Jacques’a Bardoux i praprawnukiem republikańskiego polityka Agénora Bardoux. Miał trzy siostry i brata Oliviera Anne Marie Bernarda Giscard d’Estaing (ur. 1927 r.) – polityka Niezależnych Republikanów, a w latach 1965-1977 mera gminy Estaing w regionie Oksytania (departament Aveyron). Valéry Giscard d’Estaing urodził się w niemieckiej Koblencji (Nadrenia), gdzie jego ojciec pracował po pierwszej wojnie światowej we francuskiej administracji okupacyjnej.

Podczas okupacji niemieckiej Francji (1940-1944) Giscard działał we francuskim Ruchu Oporu (La Résistance intérieure française, RIF). Jako 18-latek brał udział w powstaniu paryskim w sierpniu 1944 r. i wyzwoleniu Paryża. Miał wówczas za zadanie chronić Alexandre’a Parodi (1901-1979) – znanego francuskiego dyplomatę, w 1944 r. delegata Francuskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Następnie wstąpił do 1. Armii Francuskiej „Ren i Dunaj” gen. (pośmiertnie marszałka) Jeana de Lattre de Tassigny i walczył w jej szeregach do końca drugiej wojny światowej. Za zasługi wojenne został odznaczony Croix de guerre 1939-1945. Uczył się w elitarnej szkole średniej – Lycée Louis-le-Grand w Paryżu, następnie studiował na paryskiej politechnice, a w latach 1949-1951 ukończył Narodową Szkołę Administracji (École nationale d’administration, ENA) – kuźnię francuskich elit politycznych.

Początkowo pracował w inspekcji finansowej, a w 1955 r. został zastępcą dyrektora gabinetu premiera IV Republiki Edgara Faure. W 1956 r. po raz pierwszy wybrano Giscarda do Zgromadzenia Narodowego jako kandydata niezależnego. Po wyborach wstąpił do Narodowego Centrum Niezależnych i Chłopów (Centre National des Indépendants et Paysans, CNI) – konserwatywnej partii politycznej premiera Antoine’a Pinay. Partia ta poparła w 1958 r. gen. Charlesa de Gaulle’a i utworzenie V Republiki. W 1962 r. postanowiła jednak przejść do opozycji wobec rządów gaullistowskich, co doprowadziło do jej rozłamu. Szeregi CNI opuścił m.in. Giscard d’Estaing, który już wcześniej stał się zdeklarowanym gaullistą. Dlatego w 1959 r. objął stanowisko sekretarza stanu ds. finansów w rządzie gaullisty Michaela Debré. Był nim do 1962 r. Następnie do 1966 r. był ministrem finansów i gospodarki w dwóch pierwszych gabinetach Georges’a Pompidou. Uzyskiwał reelekcję do izby niższej francuskiego parlamentu w latach 1958, 1962, 1967, 1968 i 1973.

Podczas kryzysu politycznego w 1962 r. Giscard d’Estaing powołał wspierający gaullistów ruch polityczny niezależnych republikanów, który w 1966 r. przekształcił w partię polityczną o nazwie Narodowa Federacja Niezależnych Republikanów (Fédération nationale des républicains indépendants, FNRI). W 1969 r. poparł wraz z FNRI kandydaturę Georges’a Pompidou na urząd prezydenta Francji i po jego zwycięstwie powrócił do rządu. Od czerwca 1969 do maja 1974 r. Giscard był ministrem finansów i gospodarki w gabinetach Jacques’a Chaban-Delmasa i Pierre’a Messmera (od marca 1974 r. w randze ministra stanu). W latach 1967-1974 zajmował też stanowisko mera gminy Chamaliéres w regionie Owernia-Rodan-Alpy (departament Puy-de-Dôme), a od 1958 do 1974 r. był radnym departamentu Puy-de-Dôme.

Po śmierci Georges’a Pompidou w 1974 r. Giscard wystartował w wyborach prezydenckich. Nastąpił wtedy rozpad ruchu gaullistowskiego. Jego konkurentami w walce o fotel prezydenta V Republiki byli Jacques Chaban-Delmas – reprezentujący główny nurt gaullistowski, czyli Unię Demokratów na rzecz Republiki (Union des démocrates pour la République, UDR) oraz François Mitterrand z Partii Socjalistycznej. W pierwszej turze Giscard zajął drugie miejsce z wynikiem 32,6 %. Natomiast 19 maja 1974 r. pokonał Mitterranda stosunkiem 50,81 do 49,19 % głosów.

Początkowo prezydent Giscard d’Estaing kontynuował tradycję gaullistowską, czego wyrazem było powołanie przez niego na premiera Jacques’a Chiraca. Po dwóch latach prezydentury rozpoczął się jednak skręt Giscarda w kierunku centrum i liberalizmu – tak politycznego, jak i gospodarczego. Wyrazem tego było powołanie przez niego w 1976 r. nowego rządu, na czele którego stanął liberał Raymond Barre (1924-2007). Odtąd Barre stał się najbliższym współpracownikiem Giscarda. Obaj doprowadzili do utworzenia w 1978 r. nowej partii władzy, czyli Unii na rzecz Demokracji Francuskiej. Była to formacja postgaullistowska w tym sensie, że w dużej mierze odeszła od gaullizmu. W skład UDF weszły takie podmioty polityczne jak: centroprawicowa Partia Republikańska, centrowo-chadeckie Centrum Demokratów Społecznych (CDS), centrowo-liberalna Partia Radykalna i socjalliberalny Ruch Demokratycznych Socjalistów Francji (MDSF). Płaszczyzną polityczną tych podmiotów, a zarazem ideologią UDF stały się liberalizm polityczny i gospodarczy oraz program szybkiej integracji europejskiej.

W polityce zagranicznej Giscard opowiedział się za polepszeniem stosunków Francji z USA, rozluźnionych przez prezydentów de Gaulle’a i Pompidou, oraz pogłębieniem integracji europejskiej. Wraz z kanclerzem RFN Helmutem Schmidtem położył podwaliny pod przyszłą Unię Europejską i przewodzący jej dzisiaj tandem niemiecko-francuski (przyczynił się m.in. do powstania Parlamentu Europejskiego i Rady Europejskiej). Będąc katolikiem Giscard doprowadził do zalegalizowania we Francji przerywania ciąży (legalizację aborcji umieścił w swoim programie wyborczym z 1974 r.). Zainicjował też proces zniesienia kary śmierci. Za jego kadencji wykonano we Francji w 1977 r. trzy ostatnie wyroki śmierci. Giscard otworzył także Francję na imigrację siły roboczej z państw islamskich (byłych kolonii francuskich w Afryce). To również Giscard d’Estaing był jednym z głównych sprawców odejścia Zachodu od wynegocjowanego w lipcu 1944 r. systemu walutowego z Bretton Woods, czyli oparcia walut narodowych na parytecie złota. W latach 1976-1978 r. Międzynarodowy Fundusz Walutowy ostatecznie zniósł w ramach tzw. porozumienia jamalskiego złote parytety walut. Umożliwiło to finansowanie wydatków państwa poprzez zaciąganie długu publicznego, co Giscard praktykował już od 1971 r., jeszcze jako minister finansów.

W polityce gospodarczej duet Giscard-Barre postawił na wschodzący wówczas neoliberalizm. Francuzi nie byli na to przygotowani, dlatego w 1981 r. Giscard przegrał wybory prezydenckie z socjalistą Mitterrandem. Wygrał co prawda pierwszą turę uzyskując 28,32 % głosów, ale w drugiej turze Jacques Chirac celowo nie poparł Giscarda, przez co 10 maja 1981 r. ten przegrał wybory uzyskując 48,24 % głosów.

20 maja 1981 r. Giscard odszedł ze stanowiska prezydenta V Republiki, ale cztery lata później powrócił do czynnej polityki. W 1984 r. po raz siódmy zdobył mandat deputowanego do izby niższej francuskiego parlamentu (uzyskał reelekcję w 1986, 1988, 1993 i 1997 r.). Od 1988 do 1996 r. był liderem UDF i doprowadził do zbliżenia politycznego pomiędzy UDF i gaullistowskim Zgromadzeniem na rzecz Republiki (Rassemblement pour la République, RPR). Owocem zbliżenia pomiędzy UDF i RPR było poparcie przez Giscarda w wyborach prezydenckich w 1995 r. swojego dawnego przeciwnika Jacques’a Chiraca – wówczas już też polityka postgaullistowskiego.

Większość swojego wysiłku politycznego w dwudziestoleciu 1984-2004 Giscard poświecił na budowanie Unii Europejskiej, a później forsowanie niedoszłego projektu federalizacji europejskiej. Od 1989 do 1993 r. zasiadał w Parlamencie Europejskim, w którym do 1991 r. był przewodniczącym Grupy Liberalnej, Demokratycznej i Reformatorskiej. W tym czasie doszło do utworzenia Unii Europejskiej, która powstała 1 listopada 1993 r. na mocy traktatu z Maastricht z 7 lutego 1992 r. Śmiało można powiedzieć, że Giscard był jednym z jej ojców założycieli, chociaż to nie on, ale prezydent Mitterrand podpisywał ze strony Francji traktat z Maastricht.

W grudniu 2001 r. Giscard stanął na czele Konwentu w Sprawie Przyszłości Europy, zwanego potocznie Konwentem Europejskim – ciała ustanowionego przez Radę Europejską jako rezultat Deklaracji z Laeken, którego celem było opracowanie i sfinalizowanie zasad federalizacji europejskiej. Konwent pod przewodnictwem Giscarda pracował do lipca 2003 r., a owocem jego prac stał się projekt Traktatu ustanawiającego Konstytucję dla Europy. Traktat ten został podpisany przez państwa członkowskie UE 29 października 2004 r. w Rzymie. Jednakże Konstytucja dla Europy nie weszła w życie, ponieważ została odrzucona w referendach we Francji 29 maja 2005 r. (54,87 % głosów przeciw) i w Holandii 1 czerwca 2005 r. (61,6 % głosów przeciw).

Konstytucję dla Europy poparły we Francji UDF, Unia na rzecz Ruchu Ludowego (Union pour un mouvement populaire, UMP) i Partia Socjalistyczna, a przeciwne jej były gaullistowski Ruch dla Francji (Mouvement pour la France, MPF), Front Narodowy i Francuska Partia Komunistyczna. Odrzucenie Konstytucji dla Europy przez Francuzów stało się osobistą porażką Giscarda i prezydenta Chiraca. Kierunek na rzecz przekształcenia Unii Europejskiej w państwo federalne został jednak wytyczony i jest przecież dzisiaj kontynuowany przez prezydenta Emmanuela Macrona – pilnego ucznia Giscarda.

W 2004 r. Giscard przegrał też wybory regionalne i po 18 latach opuścił urząd przewodniczącego regionu Owernia. 78-letni mąż stanu zrezygnował wtedy z dalszej działalności politycznej. Pełnił jednak nadal funkcję honorowego przewodniczącego Rady Gmin i Regionów Europy (CEMR) – ciała działającego m.in. na rzecz federalizmu europejskiego.

Od 17 grudnia 1952 r. Giscard był żonaty z arystokratką Anne-Aymone Sauvage de Brantes i miał z nią czworo dzieci. Został odznaczony najwyższymi odznaczeniami francuskimi i zagranicznymi, w tym m.in. Wielką Wstęgą Orderu Zasługi PRL w 1975 r. Podobno miał jakieś związki z masonerią, co nigdy nie zostało potwierdzone i co nie jest niczym niezwykłym w wypadku kultury politycznej Francji.

W czasie, kiedy Giscard był prezydentem V Republiki (1974-1981) jego partnerami politycznymi na niwie międzynarodowej byli m.in. Jimmy Carter, Giulio Andreotti, Margaret Thatcher, Helmut Schmidt, Edward Gierek i Leonid Breżniew. Przywódca PRL Edward Gierek – wychowany we Francji i biegle władający językiem francuskim – utrzymywał z Giscardem szczególnie intensywne kontakty. Owocem tych kontaktów był szczyt warszawski 19 maja 1980 r. Kiedy 25 grudnia 1979 r. Związek Radziecki dokonał inwazji na Afganistan, skończył się trwający przez prawie całe lata 70-te okres odwilży pomiędzy Wschodem i Zachodem. Stosunki pomiędzy dwoma antagonistycznymi blokami ustrojowymi i militarnymi ponownie powróciły do stanu wrogości, czyli „zimnej wojny”. Gierek postanowił wówczas odegrać rolę arbitra w konflikcie Wschód-Zachód. Sądził, że pomoże mu w tym jego „przyjaciel” Giscard.

Przywódca PRL wpadł na pomysł zorganizowania szczytu Wschód-Zachód w Warszawie z udziałem Giscarda i Leonida Breżniewa. Nakłonił do tego Breżniewa przekonując go, że ma doskonałe stosunki z prezydentem Francji. 19 maja 1980 r. miało miejsce w Warszawie jedno z ważniejszych wydarzeń w historii PRL. Do polskiej stolicy zjechała liczna delegacja radziecka z Leonidem Breżniewem na czele, przygotowana merytorycznie do rozmów na kluczowe tematy. Delegacja francuska – ku zaskoczeniu Breżniewa i samego Gierka – była jednak nieliczna i nie chciała przyjmować żadnych wiążących deklaracji. Jak powiedział to po latach sam Giscard d’Estaing – jadąc do Warszawy nie zabrał ze sobą nawet pióra, żeby niczego nie podpisać. Wystawne spotkanie Giscarda z Breżniewem w pałacu w Wilanowie, połączone ze wspólnym obiadem, zakończyło się zupełnym fiaskiem. Nie tylko nie spowodowało żadnego ocieplenia stosunków na linii Wschód-Zachód, ale stało się jedną z przyczyn upadku Edwarda Gierka, do którego doszło w sierpniu 1980 r. Fiasko szczytu warszawskiego przede wszystkim skompromitowało w oczach Kremla jego inicjatora – czyli przywódcę PRL. Marzenie Gierka o staniu się europejskim arbitrem i umocnieniu swojego znaczenia politycznego w obozie socjalistycznym rozwiało się, a Breżniew wyjeżdżał z Warszawy wściekły. W pierwszej kolejności na Gierka, dopiero w drugiej na Giscarda.

Ani Breżniew, ani Gierek nie byli świadomi, że Giscard oraz inni przywódcy zachodni położyli już wtedy krzyżyk na Związku Radzieckim i obozie socjalistycznym, że w następnym dziesięcioleciu Zachód pójdzie w kierunku rozwalenia ZSRR i jego bloku, eskalując „zimną wojnę” i wspierając antykomunistyczne ruchy dysydenckie.

W osobie Giscarda d’Estaing niewątpliwie odszedł jeden z najważniejszych francuskich mężów stanu w XX w., który wywarł daleko znaczący wpływ na kształt polityczny obecnej Francji, a także Europy. Przynajmniej Zachodniej.

Bohdan Piętka

1 stycznia 2021 r.

„Myśl Polska” nr 1-2 (2325/2326), 3-10.01.2021, s. 9

Wojna kleru z Witosem

31 października 1945 r. zmarł w Krakowie Wincenty Witos (1874-1945) – jeden z najwybitniejszych polityków polskich w XX w., niekwestionowany lider ruchu ludowego w II RP, współtwórca Polski Niepodległej w 1918 r., trzykrotny premier II RP, więzień twierdzy brzeskiej i ofiara procesu brzeskiego, kawaler Orderu Orła Białego. Od 1895 r. działał w Stronnictwie Ludowym, a po rozłamie w 1914 r. w PSL „Piast”, którego był prezesem w latach 1918-1931.

Wincenty Witos reprezentował konserwatywne skrzydło ruchu ludowego. Mimo to przez długi okres czasu był zwalczany przez kler katolicki. Jest to mniej znany i rzadko przypominany rozdział jego biografii i zarazem historii ruchu ludowego. Pisząc wspomnienia na wygnaniu w Czechosłowacji w 1933 r. Witos zanotował: „Walki z Kościołem ani religią nigdy nie prowadziłem, uważając to za rzecz niepotrzebną i szkodliwą”. Jednak kilka zdań dalej stwierdził: „Nie cofałem się też ani na chwilę przed narzuconą mnie i ruchowi ludowemu walką, narzuconą szczególnie przez duchowieństwo diecezji tarnowskiej”[1].

Do pierwszego starcia przyszłego przywódcy polskich chłopów z klerem doszło już w 1891 r. Siedemnastoletni wówczas Witos został wezwany na rozmowę przez księdza Józefa Franczaka (1854-1942) – wówczas jeszcze wikarego, a wkrótce proboszcza parafii w Wierzchosławicach k. Tarnowa – który zakazał mu czytania „Przyjaciela Ludu” pod groźbą kar kościelnych i boskich. Po awanturze z wikarym Witos musiał szukać możliwości spowiedzi aż w Krakowie. Groźby ze strony wikarego bynajmniej nie zniechęciły Witosa do czytania „Przyjaciela Ludu” i działalności politycznej. Już w 1903 r. wszedł on w skład Rady Naczelnej Polskiego Stronnictwa Ludowego, w 1908 r. został posłem do Sejmu Krajowego we Lwowie, a w 1911 r. do Izby Poselskiej Rady Państwa w Wiedniu.

Witos nie był pierwszym politykiem ludowym, który stał się obiektem ataku ze strony kleru. Także ksiądz Stanisław Stojałowski (1845-1911) – nestor polskiego ruchu ludowego – naraził się swoimi poglądami społeczno-ekonomicznymi na szykany i utrudnienia w działalności wydawniczej ze strony hierarchii katolickiej. W 1894 r. biskupi diecezji lwowskiej, przemyskiej i tarnowskiej wspólnie ogłosili list pasterski, w którym umieścili na indeksie nie tylko prasę socjalistyczną, ale niemal całą prasę ludową, w tym czasopisma wydawane przez księdza Stojałowskiego. Już w 1877 r. Stojałowski otrzymał naganę, a 17 marca 1894 r. został obłożony suspensą przez arcybiskupa lwowskiego Seweryna Morawskiego (1819-1900). Rok później, pomimo wyrażenia skruchy, został suspendowany ponownie. Władze kościelne ogłosiły dekret nakładający na niego klątwę imienną zabraniającą wiernym stykania się z nim oraz czytania jego wydawnictw. W sumie ksiądz Stojałowski był kilkakrotnie oficjalnie upominany przez swoich przełożonych i trzykrotnie suspendowany. Przyczyna tych represji była identyczna jak w wypadku późniejszej walki kleru z Witosem – ludowcy chcieli samodzielności politycznej i dążyli do emancypacji politycznej wsi, natomiast hierarchowie kościelni dążyli do podporządkowania sobie wsi i ruchu ludowego[2].

Ostra wojna kleru z Witosem i ludowcami wybuchła w 1913 r., a jej pretekstem stało się poparcie przez nich demokratycznej reformy ordynacji wyborczej. W połowie kwietnia 1913 r. został ogłoszony list otwarty biskupów polskich w Galicji przeciwko reformie ordynacji wyborczej do Sejmu Krajowego w duchu demokratycznym. Jego konsekwencją stało się złożenie dymisji przez namiestnika Galicji, prof. Michała Bobrzyńskiego (1849-1935) i wzrost napięcia w stosunkach ludowców z hierarchią kościelną i klerem. Zbiegło się to z rozłamem w Polskim Stronnictwie Ludowym na przełomie 1913 i 1914 r., w wyniku którego powstały PSL-Lewica i PSL „Piast”. W chadecko-konserwatywnym PSL „Piast” pierwszoplanową rolę obok Jakuba Bojki (1857-1943) odgrywał Witos i to on przede wszystkim stał się celem ataku kierowanego przez biskupa diecezjalnego tarnowskiego Leona Wałęgę (1859-1935).

Nie pomogły deklaracje piastowców o kierowaniu się zasadami religii katolickiej. Podłożem konfliktu były aspiracje polityczne kleru do podporządkowania sobie konserwatywnej części ruchu ludowego. Dla ordynariusza tarnowskiego jakakolwiek samodzielność polityczna ludowców, nawet tych deklarujących katolicyzm i przywiązanie do dogmatów kościelnych, była nie do pomyślenia. W rozumowaniu biskupa Wałęgi emancypacja polityczna ludowców stanowiła lekceważenie władzy duchownej i zagrożenie dla sankcjonowanego przez Kościół katolicki postfeudalnego porządku społeczno-gospodarczego w Galicji.

Początkowo biskup Wałęga zakazał chłopom czytania „Przyjaciela Ludu”, wysyłał na wsie misje mające stanowić przeciwwagę dla wpływów ludowców i sam wizytował parafie diecezji, prowadząc antyludowcową agitację. Kiedy mimo to wpływy ruchu ludowego nie osłabły biskup tarnowski poszedł o krok dalej – powołał na początku 1914 r. własną partię polityczną o nazwie Stronnictwo Katolicko-Ludowe (od sierpnia 1919 r. Polskie Stronnictwo Katolicko-Ludowe). Stronnictwo biskupa Wałęgi odwoływało się do średniozamożnego i małorolnego chłopstwa (a więc zaplecza politycznego PSL „Piast”) i występowało z programem klerykalnym głosząc, że jego celem jest „obrona szerokich warstw ludowych przed demoralizacją, wyzyskiem, zwłaszcza ze strony stronnictw ludowych i podniesienie tych warstw pod względem kulturalnym i ekonomicznym”.

Organ prasowy SK-L – „Lud Katolicki” – od początku atakował w niewybredny sposób Jana Stapińskiego (1867-1946), Bojkę, Witosa i innych działaczy ludowych. Piastowcy nie byli zainteresowani w prowadzeniu walki z klerem, jednakże konflikt rozniecony przez biskupa Wałęgę odciągał od „Piasta” część chłopów. Z misją mediacyjną zaoferował się namiestnik Witold Korytowski (1850-1923), ale nie doszła ona do skutku. Szukając innych dróg Witos odbył na przełomie lutego i marca 1914 r. rozmowę z katolickim metropolitą lwowskim – arcybiskupem Józefem Bilczewskim (1860-1923) i arcybiskupem obrządku ormiańskiego Józefem Teodorowiczem (1864-1938). Jeszcze przed tą rozmową arcybiskup Bilczewski starał się przekonać biskupa Wałęgę o konieczności zaniechania walki z PSL „Piast”. Niewiele to jednak pomogło. Nie pomogły też pojednawcze gesty ze strony Witosa, który na posiedzeniu Rady Naczelnej PSL „Piast” 10 kwietnia 1914 r. stwierdził: „Duchowieństwo uważamy za czynnik niezmiernie dodatni i uważamy, że stosunek nasz do duchowieństwa wojującego jest odmienny od stosunku do duchowieństwa, które wojny nie prowadzi. Sądzę, że Stronnictwo nasze nie ma żadnego zamiaru zaczynać z klerem walki, ale jeżeli będzie zmuszone tę walkę odporną prowadzić, to ją podejmie, jednakże będzie to walka obronna”[3].

12 czerwca 1914 r. doszło do spotkania Witosa i Bojki z Wałęgą. Inicjatywa spotkania wyszła ze strony piastowców, którym Stronnictwo Katolicko-Ludowe i duchowieństwo diecezji tarnowskiej bardzo utrudniali pracę w terenie. Biskup przyjął liderów „Piasta” w otoczeniu kapituły katedralnej. Po przedstawieniu przez nich prośby, by duchowieństwo diecezji tarnowskiej zaprzestało walki z „Piastem”, Wałęga oświadczył, że nie uważa ich za delegatów PSL „Piast”, ale „za swoje owieczki, które mają obowiązek biskupa słuchać i wszystkie jego polecenia wykonywać”. Następnie przedstawił Witosowi i Bojce na piśmie pięć warunków, od których uznania uzależniał swój stosunek do PSL „Piast”. Mówiły one, że religia katolicka jest jedynie prawdziwą, ścisłym obowiązkiem katolika jest posłuszeństwo władzy kościelnej, a biskup ma prawo i obowiązek zakazywać pism i gazet. W dwóch ostatnich punktach Wałega żądał od ludowców odcięcia się od ich dotychczasowych pism  z „Przyjacielem Ludu” na czele i uznania, że wywierały one szkodliwy wpływ przez rzekome szerzenie buntu przeciw władzy kościelnej oraz uznania w kapłanach przewodników duchowych i potępienia antyklerykalizmu.

18 czerwca 1914 r. zebrał się Wydział Wykonawczy PSL „Piast”, który w grzecznej formie odpowiedział na warunki Wałęgi, że nie zgadza się na narzucenie zwierzchności kleru, a narzuconą sobie walkę podejmie.

Wałęga liczył na to, że SK-L zdominuje politycznie wieś tarnowską, lecz się zawiódł, ponieważ w walce z piastowcami pozostał wyraźnie osamotniony. Ksiądz Henryk Weryński, który w latach 1915-1930 pracował w diecezji tarnowskiej, w opublikowanym w 1966 r. na łamach „Więzi” artykule stwierdził: „Jestem głęboko przekonany, że pomysł stworzenia Stronnictwa Katolicko-Ludowego dla zwalczania Witosa był pomysłem złym i musiał zakończyć się fiaskiem. Stronnictwo Katolicko-Ludowe nie miało korzeni w chłopstwie (…). Ale co najgorsze i godne potępienia – posługiwało się metodami brukowymi, a często wyrosłymi na pożywce zacietrzewienia i nienawiści (…). »Lud Katolicki« poniżał się często do roli brukowca. I to nie tylko, jeśli chodzi o Witosa i jego stronników, ale również o wszystko, co… trąciło Wierzchosławicami”[4].

Celem walki prowadzonej przez biskupa Wałęgę z PSL „Piast” było jedynie zaspokojenie wybujałych ambicji politycznych kleru. Powołane przez niego Stronnictwo Katolicko-Ludowe wykorzystało osłabienie ruchu ludowego w Galicji po rozłamie w 1913 r. Bezprzykładną walkę kler wydał w pierwszej kolejności nie PSL-Lewicy, ale prawicowemu PSL „Piast”, by zniszczyć tę partię i podporządkować sobie jej zwolenników. „Księża: Lubelski, Górka, Paryło, Stabrawa jeździli jak nieprzytomni, wprowadzając zamieszanie, którego skutki są do dzisiaj widoczne. (…) Nie cofano się też przed żadnymi środkami i sposobami. Dziwna rzecz, że czynny udział w tej walce, często wprost obrzydliwej, wzięli starsi i poważni księża, którzy się dotąd nigdy do niej nie mieszali” – pisał Witos w swoich wspomnieniach[5]. Np. ksiądz Stabrawa na wiecu w Wojniczu rzucił krzyż na stół i zawołał do zebranych: „Kto chce iść za Witosem, niech ten krzyż podepcze”. Proboszczowie podlegli biskupowi Wałędze mieli obowiązek prowadzić politykę SK-L i „Ludu Katolickiego” w swoich parafiach. Księża posługiwali się amboną i konfesjonałem, a nawet organizowali bojówki przeciw wiecom piastowców.

Kulminacją tej zajadłej walki biskupa Wałęgi z PSL „Piast” były lata 1919-1920. W lipcu 1920 r. Witos został premierem Rządu Obrony Narodowej. Po zwycięskim odparciu ofensywy bolszewickiej na Warszawę i zawieszeniu broni udał się na objazd Kresów Wschodnich i w drodze powrotnej odwiedził rodzinny powiat tarnowski. Witały go rozentuzjazmowane tłumy mieszkańców. „Natomiast musiałem się bardzo przykro zdziwić, że nie było tam tarnowskiego duchowieństwa, z wyjątkiem jednego księżyny, który się wcisnął pomiędzy tłum, żeby nie być widzianym przez donosicieli. Ksiądz biskup Wałęga zabronił polskiemu duchowieństwu zbliżyć się do polskiego premiera rządu załatwiając w ten sposób swoje porachunki” – napisał Witos[6].

W grudniu 1920 r. „Lud Katolicki” zarzucił Witosowi, że jako premier jest winien wszystkich trudności gospodarczych wsi polskiej. Pytał też, ile „Piast” dostał od Żydów za milczenie na temat ich wrogiej, antypolskiej działalności i wychwalanie ich jako „wzorcowych obywateli Polski”. Stronnictwo Katolicko-Ludowe poważnie utrudniało działalność PSL „Piast” w diecezji tarnowskiej, ale nie zdołało mu zagrozić na szczeblu ogólnopolskim. W wyborach parlamentarnych w 1919 r. SK-L zdobyło tylko 5 mandatów, podczas gdy PSL „Piast” zdobył 44 mandaty, stając się wkrótce – dzięki wchłonięciu mniejszych ugrupowań ludowych – największym klubem w Sejmie Ustawodawczym. W 1922 r. SK-L ponownie zdobyło 5 mandatów, natomiast „Piast” zdobył 70 mandatów. W 1928 r. partia biskupa Wałęgi weszła w skład Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem Józefa Piłsudskiego i ostatecznie przestała się liczyć.

Witos – wierny syna Kościoła katolickiego – nie był jedynym politykiem polskim, którego w tamtych czasach spotkała wrogość ze strony kleru. O ambicjach politycznych kleru tak pisał wybitny polityk socjalistyczny Ignacy Daszyński (1866-1936) w opublikowanym w 1924 r. artykule „Ksiądz w polityce”: „Po wszystkich wsiach i miasteczkach z każdej niemal ambony sypią się bezecne klątwy na socjalistów, zapowiedzi klerykalnych wieców i wezwania, aby chłopi prenumerowali księże pisemka. W konfesjonałach obrabia się przede wszystkim kobiety; przy chrzcie, ślubie, pogrzebie wyłazi klerykalne szydło z worka, wszędzie ksiądz ma jakieś dzikie pretensje do ludzi, żeby go w polityce słuchali, na jego kandydatów przy wyborach głosowali. A poza kościołem dzieje się jeszcze gorzej. Na czele podburzonych »wiernych« staje taki brutalny ksiądz i wzywa do bicia wszystkich, którzy mają inne przekonaniu polityczne. (…) Kler katolicki oddzielony jest u nas od reszty narodu i jego klas mnóstwem rzeczy. Już na teologii uczą go przeróżnych, zupełnie niepotrzebnych i fałszywych wiadomości, a natomiast nie zapoznają ani z nauką, ani z życiem. Taki młody ksiądz, wyszedłszy z seminarium, jest zazwyczaj bardzo ciemnym człowiekiem. (…) Ksiądz się wtrąca do szkoły i do gminy, bo chce mieć z nauczyciela bierne, pokorne narzędzie swojej woli, a szkołę zrobić – tak, jak to dawniej bywało – dodatkiem do kościoła. Wreszcie, przyzwyczaiwszy się do władzy w kościele chce ją wykonywać i w gminie! (…) Taki ksiądz politykujący miesza ciągle rzeczy ziemskie z niebieskimi lub piekielnymi, widzi wszędzie »masonów« czy diabłów, każe się modlić tam, gdzie działać trzeba, każe być pokornym, gdzie trzeba być opozycyjnym, a zawsze i wszędzie zasłania swoją ziemską, często marną osobę Panem Bogiem, przez co staje się gorszym bluźniercą, niż największy niedowiarek”[7].

Wincenty Witos był zdecydowanym przeciwnikiem organizowania życia politycznego wsi przez Kościół katolicki. W tym tkwiło zarzewie jego konfliktu z biskupem Leonem Wałęgą. Chociaż w okresie II RP kilkakrotnie nawiązywał współpracę z ugrupowaniami o programach katolickich, sytuował Kościół wyłącznie w sferze religijnej i moralnej. Mimo osobistej religijności Witos i ludowcy odróżniali religię od kleru i w najmniejszym stopniu nie ulegali jego wpływom. Taktyka ta przyniosła sukces szczególnie w Małopolsce, gdzie endecy zostali politycznie wyparci ze wsi właśnie dlatego, że ludowcy zdołali odciągnąć chłopów od plebanii. Nigdzie poza Małopolską ludowcy nie odnieśli takiego sukcesu w konfrontacji z klerem.


[1] W. Witos, Moje wspomnienia, cz. I, Warszawa 1988-1990, s. 22-23.

[2] A. Kaleta, Stanowisko władz kościelnych wobec ruchu ludowego w Galicji na przykładzie społecznej i wydawniczej działalności księdza Stanisława Stojałowskiego, „Toruńskie Studia Bibliograficzne”, 2013, nr 2 (11), s. 121-134.

[3] J. R. Szaflik, O rząd chłopskich dusz, Warszawa 1976, s. 248.

[4] H. Weryński, Stosunek Witosa do religii i Kościoła, „Więź”, 1966, nr 1, s. 134-136.

[5] W. Witos, Moje wspomnienia…, cz. I, s. 277-278.

[6] W. Witos, Moje wspomnienia…, cz. II, s. 175.

[7] Cyt. za: http://www.lewicowo.pl (28.10.2020). Artykuł ten pierwotnie ukazał się 11 maja 1924 r. się w „Głosie Zagłębia”.

Bohdan Piętka

23 grudnia 2020 r.

„Przegląd” nr 52 (1094), 21-27.12.2020, s. 32-34

Układ PRL-RFN 1970

7 grudnia 1970 r. został podpisany w Warszawie przez premiera Józefa Cyrankiewicza i kanclerza Will’ego Brandta układ o podstawach normalizacji stosunków między Polską Rzecząpospolitą Ludowa a Republiką Federalną Niemiec. Najważniejszym postanowieniem tego układu było uznanie przez RFN polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej. Politycznym skutkiem układu było nawiązanie stosunków dyplomatycznych pomiędzy PRL i RFN, co nastąpiło 12 września 1972 r. i zapoczątkowało okres współistnienia pomiędzy PRL i RFN, którego zasadniczym kierunkiem było dążenie do współpracy gospodarczej i kulturalnej obu państw.

Dwa państwa niemieckie powstałe w 1949 r. miały odmienny stosunek do polskiej granicy zachodniej. Aż do 1970 r. granicę te uznawała tylko Niemiecka Republika Demokratyczna, co nastąpiło w wyniku układu zgorzeleckiego podpisanego 6 lipca 1950 r. ze strony przez polskiej przez Józefa Cyrankiewicza i Stefana Wierbłowskiego, a ze strony wschodnioniemieckiej przez Otto Grotewohla i Georga Dertingera. Taki sam krok ze strony zachodnioniemieckiej był przez dwie dekady blokowany przez rządzącą w RFN prawicową koalicję CDU/CSU, z której wywodzili się kanclerze Konrad Adenauer, Ludwig Erhard i Kurt Georg Kiesinger. W zapleczu politycznym tej koalicji, zwłaszcza bawarskiej CSU, w latach 50-tych i 60-tych XX w. duże wpływy posiadali przesiedleńcy z ziem utraconych przez Niemcy na rzecz Polski w 1945 r., a także drugi i trzeci garnitur byłych działaczy NSDAP, czy ogólnie mówiąc pogrobowców III Rzeszy, którzy nie mogli się pogodzić ze skutkami drugiej wojny światowej. To oczywiście rzutowało na stosunki z Polską, których po prostu nie utrzymywano i nie uznawano polskiej granicy zachodniej stojąc na stanowisku, że Rzesza Niemiecka jakoby nadal prawnie istnieje w granicach z 1937 r.

Dopiero przełom polityczny 1968 r. otworzył drogę do odsunięcia od władzy w RFN zachowawczych sił politycznych. We wrześniu 1969 r. władzę w Bonn przejęła koalicja Socjaldemokratycznej Partii Niemiec i Wolnej Partii Demokratycznej. Nowym kanclerzem został lider SPD Willy Brandt (1913-1992) – w okresie III Rzeszy zaprzysięgły wróg nazizmu, zwalczający reżim hitlerowski m.in. w szeregach norweskiego ruchu oporu. Już w czasie drugiej wojny światowej Brandt w swojej publicystyce opowiedział się za oparciem powojennego porządku na prawie samostanowienia narodów, w tym za odbudową Polski.

Koalicja SPD/FDP pod przewodnictwem Brandta dokonała przewrotu w dotychczasowej polityce zagranicznej RFN opowiadając się za odejściem od kwestionowania powojennego status quo w Europie. Otworzyło to drogę do podpisania dwustronnych układów państwowych pomiędzy RFN a ZSRR 12 sierpnia 1970 r. RFN a PRL 7 grudnia 1970 r, RFN a NRD 21 grudnia 1972 r. oraz RFN a CSRS 11 grudnia 1973 r.

W podpisanym w Moskwie 12 sierpnia 1970 r. przez Will’ego Brandta i Waltera Scheela oraz Aleksieja Kosygina i Andrieja Gromykę układzie pomiędzy RFN i ZSRR była m.in. mowa o tym, że obie strony zobowiązują się do poszanowania wszystkich granic europejskich, w tym zachodniej granicy PRL i granicy RFN-NRD. Związek Radziecki od 1945 r. był gwarantem polskiej granicy zachodniej. Fakt ten – wobec braku uznania tej granicy przez RFN i wstrzemięźliwym stanowisku większości państw zachodnich – był jednym z narzędzi politycznego uzależnienia PRL od ZSRR. Rolę gwaranta polskiej granicy zachodniej Moskwa wzięła na siebie również w układzie podpisanym z RFN 12 sierpnia 1970 r., czym kolejny raz podkreśliła, że PRL znajduje się w strefie jej wpływów, a gwarantem bezpieczeństwa PRL jest tylko Związek Radziecki.

Jednakże ekipa Władysława Gomułki i Józefa Cyrankiewicza już niedługo po dojściu do władzy w RFN ekipy Brandta zaczęła sondować możliwość normalizacji stosunków. Układ zachodnioniemiecko-radziecki z 12 sierpnia 1970 r. przyspieszył działania Gomułki i Cyrankiewicza. Warunkiem normalizacji stosunków, jaki postawili Brandtowi było uznanie przez RFN nieodwracalnego charakteru ustalonej w umowie poczdamskiej polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej. Brandt ten warunek przyjął, co umożliwiło zawarcie układu warszawskiego z 7 grudnia 1970 r.

W układzie tym RFN uznała w sposób jednoznaczny zachodnią granicę Polski oraz zobowiązała się do niekwestionowania istniejącego wtedy stanu prawnego. Podczas wizyty w Warszawie kanclerz Willy Brandt ukląkł przez Pomnikiem Bohaterów Getta. W ten sposób symbolicznie zamanifestował uznanie niemieckiej winy za wywołanie drugiej wojny światowej i popełnione podczas niej zbrodnie, Chociaż to nie on – były bojownik antynazistowski – powinien tam klęczeć, uczynił to w zastępstwie tych niemieckich polityków, którzy wtedy do takiego kroku nie byli zdolni.

A było ich wielu, bo gest Brandta i uznanie polskiej granicy zachodniej wywołały wściekłość niemieckiej prawicy. Bundestag ratyfikował układ warszawski 17 maja 1972 r. 248 głosami, przy 238 wstrzymujących się i 10 sprzeciwu. Najgłośniej protestowała bawarska CSU oraz młody polityk CDU Helmut Kohl (1930-2017) – ten sam, który jako kanclerz podczas rokowań 2+4 w 1990 r. będzie kwestionował polską granicę zachodnią. Ustawę o ratyfikacji układu podpisał 23 maja 1972 r. prezydent RFN Gustav Heinemann. Natomiast 26 maja 1972 r. układ ratyfikowała Rada Państwa PRL. Jednakże politycy CDU i CSU zaskarżyli układ do Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. 31 lipca 1973 r. Federalny Trybunał Konstytucyjny orzekł, że układ jest zgodny z konstytucją RFN, ale równocześnie przyjął interpretację prawną układu całkowicie wypaczającą jego sens.

Wedle tej interpretacji układ PRL-RFN nie stanowił uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, ale był jedynie przyjęciem przez RFN do wiadomości tego stanu rzeczy i deklaracją niepodejmowania działań zbrojnych w celu zmiany tej granicy. Pod naciskiem CDU/CSU równocześnie z ratyfikacją układu została uchwalona rezolucja Bundestagu mówiąca, że „układy nie wykluczają uregulowania problemu Niemiec w traktacie pokojowym i nie stwarzają podstawy prawnej dla istniejących dziś granic”. Ta rezolucja oraz orzeczenie Federalnego Trybunału Konstytucyjnego stały się podstawą do kwestionowania polskiej granicy zachodniej przez ekipę Helmuta Kohla w latach 80-tych XX w. i podczas rokowań w sprawie zjednoczenia Niemiec w 1990 r.

Układ warszawski z 7 grudnia 1970 r. był wydarzeniem doniosłym politycznie i historycznie z dwóch powodów. Niezależnie od punktu widzenia polityków CDU/CSU układ ten oznaczał faktyczne uznanie polskiej granicy zachodniej przez RFN, co – pomimo oporu Kohla w 1990 r. – ostatecznie spowodowało, że zjednoczone Niemcy uznały tę granicę w podpisanym 14 listopada 1990 r. przez Hansa-Dietricha Genschera i Krzysztofa Skubiszewskiego polsko-niemieckim traktacie granicznym. Zawarcie tego traktatu byłoby o wiele trudniejsze, gdyby nie było układu z 1970 r.

Druga doniosłość układu PRL-RFN polegała na tym, że był on ze strony Władysława Gomułki i Józefa Cyrankiewicza posunięciem samodzielnym, podjętym faktycznie za plecami Moskwy. Na Kremlu odczytano to jednoznacznie – jako akt emancypacji politycznej zmierzający do usunięcia najważniejszego czynnika politycznej zależności PRL od ZSRR, czyli wyłącznego gwarantowania polskiej granicy zachodniej przez ZSRR. To być może legło u podstaw gwałtownego odsunięcia od władzy ekipy Gomułki-Cyrankiewicza kilkanaście dni po podpisaniu układu PRL-RFN, połączonego z krwawymi wydarzeniami na Wybrzeżu.

Bohdan Piętka

23 grudnia 2020 r.

Wołyń zdjęty z agendy

Zanim kraj padł pod uderzeniem jesiennej fali pandemii SARS-CoV-2, zanim rząd utracił nad tą pandemią kontrolę, zanim Polska zaczęła bić dzienne rekordy zakażeń i zgonów w Europie, zanim się okazało, że niszczona przez 30 lat publiczna służba zdrowia ma za mało lekarzy i pielęgniarek, by podołać dziennym przyrostom ciężko chorych, zanim obóz władzy wywołał dramatyczny konflikt społeczny w związku z zaostrzeniem prawa aborcyjnego – polska polityka wschodnia odniosła kolejny sukces.

Była nim wizyta prezydenta Andrzeja Dudy na Ukrainie w dniach 11-13 października 2020 r. Przed rozpoczęciem tej wizyty strona polska odnowiła, a właściwie odbudowała pomnik UPA na górze Monastyrz koło Werchraty w gminie Horyniec-Zdrój (powiat lubaczowski). Wedle informacji portalu kresy.pl, na miesiąc przed wizytą prezydenta Dudy w Kijowie prezydent Wołodymyr Zełenski miał się upomnieć o załatwienie sprawy pomnika w Werchracie zgodnie z życzeniem strony ukraińskiej. Prezydent RP miał go wówczas zapewnić, że do czasu ich jesiennego spotkania sprawa pomnika zostanie załatwiona.

Tak też się stało. Na górze Monastyrz umieszczono krzyż wedle symboliki OUN-UPA oraz dwujęzyczną tablicę z napisem: „Zbiorowa mogiła Ukraińców, którzy zginęli w walce z sowieckim NKWD w lasach monasterskich w nocy z 2 na 3 marca 1945 roku”. Jest to napis kłamliwy, który maskuje fakt, że byli to bojówkarze UPA i że celem ich przybycia na ziemię lubaczowską było dokonanie czystki etnicznej na ludności polskiej. Bo chociaż zginęli w walce z wojskami NKWD, to ich wtargnięcie na ziemię lubaczowską z początkiem marca 1945 r. stanowiło część podjętej wówczas ofensywy UPA na terenach południowo-wschodniej Polski pojałtańskiej przeciw ludności polskiej i instytucjom ówczesnego państwa polskiego. Do czystki etnicznej, znanej wcześniej z Wołynia i Małopolski Wschodniej, rzeczywiście na ziemi lubaczowskiej i jarosławskiej wówczas doszło, a jej punktem kulminacyjnym była zagłada Wiązownicy dokonana 17 kwietnia 1945 r. przez kureń UPA Iwana Szpontaka „Zaliźniaka”.

Wcześniej, w lutym 2020 r., proukraińscy działacze z kręgu byłej Unii Demokratycznej postawili na Monastyrzu tabliczkę z napisem: „ŚP. Obywatele polscy narodowości ukraińskiej polegli w walce z NKWD 2/3 marca 1945. Wieczna im pamięć”. Tabliczka ta stała się elementem nowego pomnika. Napis na tej tabliczce nie tylko maskuje prawdę o tym kim byli Ukraińcy polegli w lasach monasterskich, ale stanowi nieprawdopodobne kuriozum, ponieważ bojówkarze UPA właśnie nie chcieli być obywatelami polskimi i walczyli o to, żeby nimi nie być.

„Miała być ekshumacja i badania, a jest polityka” – skomentował to prof. Andrzej Zapałowski. „Plasteliną nie zalepi się prawdy, nawet dla celów wizyty na Ukrainie! Inicjatorzy tej tablicy – tylko ośmieszacie państwo polskie!” – dodał.

Według Zapałowskiego na górze Monastyrz prawdopodobnie pochowano m.in. Osypa Bzdela i Iwana Kadynia – bojówkarzy z oddziału SB OUN Iwana Pohoryśkiego „Borysa”, który 16 czerwca 1944 r. dokonał mordu w Zatylu na pasażerach pociągu osobowego Bełżec-Rawa Ruska. „Ta sprawa będzie się ciągnąć kolejne lata. Przed 25 laty wiele środowisk domagało się jednoznacznego rozwiązania problemu nielegalnych pomników. Osobiście wielokrotnie apelowałem w tej sprawie w Sejmie RP. Wtedy także plastelina poszła w ruch i mamy problemy do dzisiaj” – stwierdził Zapałowski.

Sprawę nielegalnego pomnika UPA koło Werchraty strona ukraińska postawiła jednoznacznie pod koniec lipca 2020 r. Wtedy, podczas rozmowy ministrów spraw zagranicznych Polski i Ukrainy, ukraiński minister Dmytro Kuleba uzależnił dalsze polskie prace poszukiwawczo-ekshumacyjne na Ukrainie (czyli planowaną ekshumację ofiar zbrodni OUN-UPA) od odbudowania przez Polskę pomnika UPA na górze Monastyrz koło Werchraty. Kuleba stwierdził wówczas, że strona polska zapewniła go, że każdy ma prawo do godnego pochówku na terytorium Polski, niezależnie od pochodzenia czy przynależności do ugrupowań wojskowych lub politycznych. No tak, ale pochówek to jedno, a pomnik z kłamliwym napisem na tablicy – drugie. Został stworzony pewien precedens, bo teraz na wszystkich nielegalnych upamiętnieniach UPA w Polsce można będzie postawić tablicę z napisem, że to była nie UPA, ale jacyś „Ukraińcy” polegli walce z NKWD lub polskim „reżimem komunistycznym”. W ten sposób otwarto furtkę do fałszowania historii dla potrzeb politycznych.

Pierwszym punktem wizyty prezydenta Dudy na Ukrainie było odwiedzenie polskiego cmentarza wojennego w Kijowie-Bykowni, gdzie spoczywają szczątki 3435 obywateli polskich z ukraińskiej listy katyńskiej, zamordowanych przez NKWD wiosną 1940 r. Prezydent RP uczcił też ofiary Wielkiego Głodu, odsłonił popiersie Anny Walentynowicz pod ambasadą polską w Kijowie, złożył kwiaty pod tablicą upamiętniającą Lecha Kaczyńskiego w Odessie i zapalił znicz pod pomnikiem „Bohaterów Niebiańskiej Sotni”, czyli ofiar walk z 20 lutego 2014 r. w Kijowie, których okoliczności śmierci do dzisiaj są pełne niejasności. Dokonując przeglądu ukraińskiej kompanii honorowej prezydent RP pozdrowił ją słowami „Sława Ukrainie!”, na co otrzymał odpowiedź „Herojam sława!”. Pozdrowienie to było używane już w armii marionetkowej Ukraińskiej Republiki Ludowej (1917-1920), ale używano go także w OUN i UPA. Warto zwrócić uwagę, że podczas wizyty w Kijowie w listopadzie 2018 r. kanclerz Angela Merkel uniknęła użycia tego pozdrowienia i zamiast „Sława Ukrainie!” powiedziała „Witaju wojiny!”.

Część polityczna wizyty rozpoczęła się 12 października. Duda spotkał się wtedy z prezydentem Zełenskim, premierem Denisem Szmyhalem i przewodniczącym Rady Najwyższej Dmytem Razumkowem. Przedmiotem rozmów były sprawy dwustronne, w tym gospodarcze, euroatlantyckie aspiracje Ukrainy, sytuacja na Białorusi oraz kwestie historyczne. W skład delegacji polskiej wchodził m.in. prezes IPN Jarosław Szarek.

Prezydenci Polski i Ukrainy podpisali wspólną deklarację, podkreślając w niej znaczenie stosunków polsko-ukraińskich, które mają charakter „partnerstwa strategicznego”. Kluczowym elementem tej deklaracji było wezwanie Rosji do zakończenia „nielegalnej okupacji Krymu” i „agresji w Donbasie”. Prezydent Duda podkreślił w związku z tym, że „Polska stoi przy Ukrainie w kwestii jej granic”. „Stoimy na stanowisku jednoznacznym, że Krym jest dzisiaj okupowany i w ten sposób mówimy wszędzie: nie tylko tutaj w Kijowie, nie tylko w Warszawie, ale także na forum międzynarodowym” –  oświadczył Duda.

Stałym elementem polskiej polityki wobec Kijowa jest też robienie Ukrainie nierealnych nadziei na członkostwo w UE i NATO, które miałoby nastąpić dzięki polskiemu wsparciu. Tak było również i podczas tej wizyty.

Ponadto polski prezydent na wspólnej konferencji prasowej zapewnił, że podpisana deklaracja w jasny sposób określa dalszą współpracę polsko-ukraińską: „Pokazuje ona nasz stosunek do bieżących relacji pomiędzy Polską i Ukrainą w tych właśnie kwestiach najważniejszych, poczynając od spraw gospodarczych, poprzez kwestie polityczne i związane z zagadnieniami bezpieczeństwa, jakże ważnymi dzisiaj w tej współczesności, w której żyjemy, aż poprzez kwestie historyczne, które, wierzę w to głęboko, będą prowadziły nasze narody ku pogłębianiu się więzi dobrosąsiedzkich i przyjaznych”.

Prorządowe media podkreślały również, że owocem wizyty było zawarcie dwóch umów gospodarczych, w tym umowy poufności pomiędzy PGNiG a ukraińskim Funduszem Mienia Państwowego, umożliwiającej zaangażowanie się polskiej spółki w proces prywatyzacji ukraińskiego sektora energetycznego.

W podpisanej przez obu prezydentów deklaracji poruszono także sprawy historii i miejsc pamięci: „Potępiamy zbrodnie przeciwko ludzkości, w tym również te popełnione na gruncie nienawiści i uważamy, że nie mogą być one w żaden sposób usprawiedliwione. Uznajemy za ważną potrzebę uczczenia pamięci niewinnych ofiar konfliktów i politycznych represji XX wieku. Podkreślamy potrzebę zapewnienia możliwości poszukiwań i ekshumacji tych ofiar na Ukrainie i w Polsce, celem zadośćuczynienia ich pamięci oraz żyjącym jeszcze ich krewnym, a także potomkom, w duchu poszanowania prawdy historycznej”.

Bardzo pięknie, tylko o jakie „zbrodnie przeciwko ludzkości” chodzi? Być może nie o zbrodnie OUN-UPA – negowane w dalszym ciągu przez Ukraiński IPN – ale o zbrodnie stalinowskie. O tych bowiem zbrodniach, w tym zbrodni NKWD w Bykowni, mówił wyłącznie prezydent Duda podczas wspólnego z prezydentem Zełenskim wywiadu dla TVP wieczorem 13 października. Ponadto użycie określenia „niewinnych ofiar konfliktów” jest przyjęciem nacjonalistycznej narracji ukraińskiej, która neguje ludobójstwo wołyńsko-małopolskie nazywając je „konfliktem polsko-ukraińskim”.

Do tej kwestii, w przeciwieństwie do prezydenta Dudy, odniósł się podczas wspomnianego wywiadu dla TVP prezydent Zełenski. Stwierdził on mianowicie: „Na naszym szczeblu ustaliliśmy, że przerobimy wszystkie te kwestie. (…) Tak, w historii są różne karty, niektóre z nich podobają się Ukrainie, niektóre Polsce i na odwrót. Wydaje mi się jednak, że tymi sprawami powinni zajmować się profesjonaliści, nie politycy. Ważne, że na dzisiaj jako sprawa polityczna, kwestia pamięci historycznej została całkowicie zdjęta [z agendy – BP]. Pomiędzy naszymi krajami nie powinno być żadnych sporów o historię w przyszłości”[1].

A więc Wołyń został zdjęty z agendy w stosunkach polsko-ukraińskich. Mają się nim – wedle słów Zełenskiego – zajmować historycy. Czy ci z Ukraińskiego IPN? A co z upamiętnieniem na terytorium Ukrainy polskich wsi wymordowanych i spalonych przez OUN-B i UPA? Na terenach, gdzie były te wsie stoją dzisiaj pomniki, ale katów i morderców, których pomajdanowa Ukraina czci jako bohaterów narodowych. Co z przyznaniem przez stronę ukraińską, że gloryfikowane w tym państwie OUN UPA dokonały w latach 1943-1944 zbrodni przeciw ludzkości na Polakach z Wołynia i Małopolski Wschodniej? W świetle powyższych faktów nie można na coś takiego liczyć.

Taki obrót spraw mnie nie dziwi. Jest on konsekwencją skrajnie proukraińskiej polityki elit postsolidarnościowych w całym trzydziestoleciu po 1989 r. Polityce tej Wołyń przeszkadzał i przeszkadzali ci, którzy dopominali się o poruszenie tej sprawy w relacjach z Ukrainą. Dlatego – wobec braku zgody strony ukraińskiej na rewizję własnej nacjonalistycznej polityki historycznej – elity postsolidarnościowe konsekwentnie zamiatały Wołyń pod dywan, a upominającym się zamykały usta, najczęściej oskarżeniami o sprzyjanie Rosji. Ta, trwająca trzy dekady polityka, nasilona zwłaszcza po 2014 r., musiała przynieść takie a nie inne rezultaty. Ale zalepianie tej sprawy plasteliną nic nie da. Kwestia „bolesnej historii” będzie z tego powodu w stosunkach polsko-ukraińskich ciągle powracać. Nie w stosunkach pomiędzy władzami państwowymi. Ale tych głębszych i rzeczywistych – pomiędzy oboma narodami. Sprawa te będzie powracać, jątrzyć i niszczyć wzajemne relacje ludzkie dopóki władze polskie nie przestaną chować głowy w piasek i dopóki władze ukraińskie nie staną na gruncie prawdy historycznej.

[1] Cyt. za: kresy.pl, 13.10.2020.

Bohdan Piętka

23 grudnia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2319/2320), 22-29.11.2020, s. 11

Jak władze sanacyjne uciekały z Polski we wrześniu 1939 r.

Opuszczenie terytorium Polski przez władze II RP we wrześniu 1939 r. było jednym z najdramatyczniejszych epizodów wojny obronnej. W oczach większości społeczeństwa była to haniebna ucieczka, a nawet zdrada. Ocena ta wynikała z szoku i zaskoczenia, jakim stała się klęska wrześniowa. Naród polski był psychicznie przygotowany na zwycięstwo, które obiecywała mu propaganda sanacyjna. W myśl hasła „silni, zwarci, gotowi” sanacja wpajała społeczeństwu, że Polska ma silną armię oraz silnych i pewnych sojuszników. Bolesna konfrontacja tej propagandy z rzeczywistością we wrześniu 1939 r. zaważyła na politycznej i historycznej ocenie obozu sanacyjnego. Najbardziej jednak na tej ocenie zaważył styl, w jakim ówczesne władze opuściły kraj.

Późniejsi obrońcy sanacji argumentowali, że władze II RP musiały opuścić terytorium kraju zaatakowanego z zachodu, a później ze wschodu. Gdyby bowiem prezydent, premier, czy wódz naczelny dostali się do niewoli niemieckiej lub radzieckiej, mogliby zostać zmuszeni do podpisania aktu kapitulacji. To zaś byłaby dla Polski nieodwracalna katastrofa polityczna. Natomiast opuszczenie przez władze II RP terytorium zajmowanego przez agresorów kraju dawało szansę kontynuacji wojny u boku sojuszników na Zachodzie, a więc także kontynuacji polskiej państwowości. Polityczna zasadność decyzji o ewakuacji władz II RP – w świetle takiej argumentacji – nie ulega zatem wątpliwości.

Celność takiej obrony władz sanacyjnych osłabią jednak dwa fakty. Ich eksodus w kierunku południowo-wschodnim rozpoczął się już w pierwszym tygodniu wojny, natomiast decyzja o opuszczeniu kraju zapadła w dniach 9-10 września, a więc na tydzień przed agresją radziecką. Ponadto walczący kraj porzuciły władze, które narodowi obiecywały zwycięstwo, które publicznie mówiły o mocarstwowym państwie i potężnej armii. Ich ewakuacja przebiegała w pośpiechu i nieładzie oraz tajemnicy przed społeczeństwem.

Agresja niemiecka, która rozpoczęła się we wczesnych godzinach porannych 1 września 1939 r., bardzo szybko zweryfikowała mit Polsce mocarstwowej. Działania wojenne toczyły się od pierwszych godzin wojny przy miażdżącej przewadze wroga. Dominacja lotnictwa niemieckiego w powietrzu, koncentracja wojsk niemieckich na wybranych kierunkach operacyjnych oraz zastosowana przez nie taktyka blitzkiegu (wojny błyskawicznej) przesądziły o polskiej klęsce jeszcze w fazie bitwy granicznej (1-3 września). Szybkość, z jaką siły niemieckie zbliżały się do Warszawy, zaskoczyła nawet największych pesymistów w obozie władzy. Dlatego konieczność ewakuacji najwyższych władz cywilnych i wojskowych podnoszono już pierwszego dnia wojny, a ostateczną decyzję podjęto po kilku dniach.

Zanim jednak do tego doszło, jako pierwszy opuścił stolicę prezydent Ignacy Mościcki. Stało się to już 1 września, po pierwszym bombardowaniu niemieckim Warszawy (w tym Zamku Królewskiego – siedziby prezydenta RP) i po wydaniu przez prezydenta orędzia, w którym napisał, że cały naród skupiony wokół wodza naczelnego „pójdzie ramię przy ramieniu do boju i pełnego zwycięstwa”. Wieczorem pierwszego dnia wojny prezydent Mościcki potajemnie przeniósł się do podwarszawskiej miejscowości Błota, położonej na prawym brzegu Wisły (obecnie część warszawskiej dzielnicy Wawer), gdzie zamieszkał w willi jednego ze swoich znajomych.

Zachowanie prezydenta ostro ocenił po latach prawicowy publicysta Stanisław Cat-Mackiewicz, który w jednym ze swoich artykułów pytał czy obowiązkiem prezydenta nie było wtedy znaleźć się pomiędzy tłumami warszawiaków, którzy modlili się o zwycięstwo na ulicach (wobec braku miejsca w kościołach) i tym samym dać osobisty przykład władzom i społeczeństwu.

Przygotowania do ewakuacji najwyższych władz państwowych zarządził 3 września wódz naczelny, marszałek Edward Rydz-Śmigły. Tego dnia na jego polecenie zaczęto palić dokumenty państwowe. Na ulicach Warszawy manifestowały wówczas tłumy rozentuzjazmowane wiadomością o wypowiedzeniu wojny Niemcom przez Francję i Wielką Brytanię. Manifestujących radość warszawiaków pozdrawiał z balkonu ambasady brytyjskiej minister spraw zagranicznych Józef Beck. Natomiast prorządowa prasa nieustannie podawała kłamliwe informacje o błyskotliwych polskich zwycięstwach na froncie wojny z Niemcami (w tym o bombardowaniach Berlina przez polskie bombowce i polskiej kontrofensywie w Prusach Wschodnich). Rzekome wiadomości w takim stylu– przygotowane przez aparat propagandy państwowej prawdopodobnie przed wybuchem wojny – gazety podawały jeszcze 15 września.

6 września minister propagandy Michał Grażyński wezwał przez radio społeczeństwo do „wstrzymania się od niepotrzebnej, a nawet szkodliwej ewakuacji z miejsc zamieszkania”. Tego samego 6 września marszałek Rydz-Śmigły postanowił udać się ze swoim dowództwem i sztabem do Brześcia nad Bugiem. Potajemna ewakuacja rządu rozpoczęła się dwa dni wcześniej.

Jako pierwsze do ewakuacji przystąpiły 4 września Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Prezydium Rady Ministrów. Następnie kancelarie Sejmu i Senatu, Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz pozostałe ministerstwa i urzędy centralne. Ewakuowano też prezydenta Mościckiego i jego kancelarię. Mimo że plan takiej ewakuacji był już przygotowany przed wojną, przebiegała ona w pośpiechu i chaosie. Warszawy nie opuścił tylko jej komisaryczny prezydent Stefan Starzyński, chociaż miał jednoznaczny rozkaz Naczelnego Dowództwa w tej sprawie. Przystąpił on do organizowania cywilnej obrony miasta oraz Straży Obywatelskiej, która zajęła miejsce policji, także ewakuowanej ze stolicy. Na propozycję odlotu z Warszawy samolotem przysłanym przez marszałka Rydza-Śmigłego, prezydent Starzyński odpowiedział gen. Juliuszowi Rómmlowi: „Tak jak pan dzieli los swoich żołnierzy – tak i ja pozostanę wśród swoich”. Była to postawa wyjątkowa wśród wyższych urzędników sanacyjnych we wrześniu 1939 r.

Marszałek Rydz-Śmigły wyjechał z Warszawy do Brześcia potajemnie w nocy z 6 na 7 września. Prawdopodobnie zdawał sobie już sprawę, że wojna jest przegrana. Mając jeszcze nadzieję na pomoc sojuszników zachodnich, polskie dowództwo opracowało wariant tzw. przedmościa rumuńskiego, czyli obrony na Kresach południowo-wschodnich. Plan ten okazał się nierealny, ale w jego myśl najwyższe władze cywilne i wojskowe konsekwentnie podążały w kierunku granicy polsko-rumuńskiej.

W związku z koncepcją przedmościa rumuńskiego Rydz-Śmigły polecił 6 września wyjście z Warszawy i udanie się na wschód młodych mężczyzn zdolnych do walki. Apel taki przekazał przez radio w jego imieniu płk Roman Umiastowski – szef propagandy w Sztabie Naczelnego Wodza. Wtedy do świadomości mieszkańców stolicy dotarło, że Polska jednak nie wygrywa wojny. Po apelu Umiastowskiego Warszawę opuściło co najmniej 200 tys. ludzi. Przyczyniło się to do wzrostu nastrojów paniki i blokady dróg prowadzących na wschód.

Wyjeżdżając do Brześcia marszałek Rydz-Śmigły utracił łączność polową z walczącymi wojskami, ponieważ w pośpiechu i bałaganie jego sztabowcy nie zabrali koniecznych do komunikacji wojskowej kodów i szyfrów. Stąd dowódca Armii „Poznań”, gen. Tadeusz Kutrzeba, żeby uzyskać zgodę wodza naczelnego na rozpoczęcie operacji zaczepnej, która przeszła do historii jako bitwa nad Bzurą (9-22 września), musiał do niego zadzwonić z poczty głównej w Łodzi. To oczywiście spowodowało, że treść rozmowy od razu poznał wywiad niemiecki i jeszcze przed rozpoczęciem bitwy nad Bzurą gen. Kutrzeba utracił tak ważny atut militarny jak efekt zaskoczenia.

Kolejnymi etapami ewakuacji Naczelnego Dowództwa oraz najwyższych władz cywilnych były: Brześć (7-11 września), Włodzimierz Wołyński (12-13 września) oraz Kołomyja, Kniaże, Kosów, Kuty, Rożnów i Załucz na Pokuciu (14-17 września). Kwestia przeniesienia się władz RP na terytorium Francji została podniesiona po raz pierwszy 9 września 1939 r. w czasie rozmowy ambasadora Francji Léona Noëla z marszałkiem Rydzem-Śmigłym i ministrem Beckiem. Ambasador Noël sugerując taką możliwość powołał się na tzw. precedens belgijski z 1914 r., kiedy to władze Belgii pod naporem ofensywy niemieckiej udały się do Francji.

14 września wódz naczelny przeniósł się do Kołomyi – odległej od granicy z Rumunią tylko o 40 km. Jeszcze bliżej granicy z Rumunią, bo w odległym od niej o 12 km Kosowie, ulokował się premier Felicjan Sławoj-Składkowski z prezydium rządu oraz ministerstwami spraw wewnętrznych, spraw wojskowych, propagandy i skarbu. W pobliskim Rożnowie umieszczono ministerstwa komunikacji, oświaty, sprawiedliwości i poczty. Natomiast w Kniażach koło Śniatynia – położonych 30 km na wschód od Kosowa, ale przy granicy z Rumunią – znalazły miejsce ministerstwa opieki społecznej, przemysłu i handlu, rolnictwa, kancelarie Sejmu i Senatu, Najwyższa Izba Kontroli i Najwyższy Trybunał Administracyjny. Tuż przy samej granicy z Rumunią znaleźli się też prezydent Mościcki (w Załuczu koło Śniatynia) i minister Beck (w Kutach nad Czeremoszem). Taka dyslokacja najwyższych władz cywilnych i wojskowych na przylegającym do granicy rumuńskiej Pokuciu świadczy o tym, że kwestia opuszczenia kraju została przesądzona jeszcze przed agresją radziecką z 17 września 1939 r. Decyzja w tej sprawie zapadła najprawdopodobniej już w Brześciu, w dniach 9-10 września.

Wątpliwości co do intencji porzucenia walczącego kraju przez Naczelne Dowództwo nie miał płk Stanisław Kopański (późniejszy generał, bohater spod Tobruku), który 14 września w rozmowie z pułkownikami Józefem Jakliczem i Tadeuszem Klimeckim wyraził zaniepokojenie powstałą sytuacją. Kopański i podlegli mu oficerowie Oddziału III (operacyjnego) Sztabu Naczelnego Wodza uważali, że honor wojskowy nakazuje im przedostać się do walczących oddziałów, a nie chronić się na obcym terytorium.

Wejście Armii Czerwonej na wschodnie ziemie II RP spowodowało, że dalszy opór był już pozbawiony większego sensu. Nikt jednak w obozie władzy nie był świadomy zbliżającej się od wschodu katastrofy i nikt też nie zauważył zapowiadających ją oznak – tzn. gwałtownej kampanii antypolskiej, jaka rozpętała się w mediach radzieckich 14 września. Propaganda radziecka zaczęła wtedy głosić, że Polska poniosła całkowitą klęskę, a państwo polskie rozpadło się. Tezy te powtórzył 17 września Wiaczesław Mołotow, zarówno w nocie wręczonej przez jego zastępcę ambasadorowi Wacławowi Grzybowskiemu, jak i uzasadniając w przemówieniu radiowym agresję ZSRR na Polskę.

Ostatni akt ewakuacji władz polskich rozegrał się po południu 17 września. Decyzja o przekroczeniu granicy polsko-rumuńskiej zapadła około godz. 16-tej na naradzie marszałka Rydza-Śmigłego i rządu w Kutach nad Czeremoszem. Początkowo przyjęto koncepcję, że do Rumunii przejdą prezydent i rząd, a wódz naczelny dopiero, kiedy do Kut podejdą oddziały radzieckie. Wtedy jednak Wacław Żyborski – dyrektor Departamentu Politycznego MSW – otrzymał przez telefon informację od osoby podającej się za starostę śniatyńskiego, że Armia Czerwona zbliża się już do Śniatynia, odległego od Kut o około 40 km. Po tej informacji podjęto decyzję, że wraz z prezydentem i rządem zostanie ewakuowany do Rumunii także Rydz-Śmigły. Nigdy nie zweryfikowano kto tak naprawdę zadzwonił wtedy do Żyborskiego.

Wiadomość o rzekomym zbliżaniu się do Śniatynia Armii Czerwonej spowodowała, że prezydent Mościcki pod osłoną niepełnej kompanii wojska przejechał z Załucza do Kut. Podczas ostatniej narady z ministrem Beckiem, przygotowując orędzie, powiedział: „To już jasne, że idziemy w sieć! Ale innego wyjścia nie widzę: walczyć nie mamy czym, a poddać się nie możemy”. Wieczorem 17 września Mościcki przekroczył wraz z rządem granicę polsko-rumuńską. Marszałek Rydz-Śmigły uczynił to po północy 18 września. Do Rumunii ewakuowano następnie 30 tys. żołnierzy, a na Węgry 40 tys.

W okresie PRL twierdzono, że najwyżsi dygnitarze II RP przekroczyli granicę polsko-rumuńską na moście w Zaleszczykach nad Dniestrem – znajdujących się ponad 90 km na wschód od Kut nad Czeremoszem. Most w Zaleszczykach obrósł wtedy w prawdziwą legendę. W rzeczywistości w Zaleszczykach był tylko most kolejowy, a granicę przekroczono samochodami na moście drogowym w Kutach. Armia Czerwona weszła do tej miejscowości dopiero 21 września. Moskwa zrobiła to celowo, żeby przedstawić w propagandzie pospieszną ewakuację władz sanacyjnych jako ich paniczną ucieczkę z walczącego kraju.

Drogą z Kosowa do Kut, w ślad za najwyższymi dygnitarzami cywilnymi i wojskowymi, podążali oficerowie sztabowi oraz urzędnicy ministerstw z rodzinami, wreszcie wycofujący się z frontu żołnierze. Przewieziono tamtędy również skarbiec wawelski i transport z pożyczką złota na wojnę. Droga ta została całkowicie zatarasowana samochodami. Dystans około 12 km pokonywano w 12 godzin. Bałagan i dramat tej ewakuacji oddał literacko Emil Zegadłowicz w swoim ostatnim utworze – „Domek z kart. Dramat w trzech aktach”.

Najwyższe władze cywilne i wojskowe II RP przekroczyły granicę polsko-rumuńską w nocy 17 na 18 września 1939 r., ale jako pierwsze przekroczyły tę granicę już na początku września meble i antyki marszałka Rydza-Śmigłego. W dniu 30 sierpnia kpt. Gustaw Stachowicz (oficer ds. administracji Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych) otrzymał dyspozycje w sprawie wywiezienia majątku ruchomego wodza naczelnego pod Nowy Sącz, skąd tuż po wybuchu wojny majątek ten trafił do Rumunii. Czy to znaczy, że na dwa dni przed wybuchem wojny marszałek jednak nie wierzył w zapowiadane narodowi zwycięstwo?

„To nie koniec Polski, ale koniec pewnej koncepcji i pewnej Polski. Niemniej przeto chwila jest tragiczna. Zachowanie się rządu haniebne” – stwierdził wówczas gen. Władysław Sikorski. Tak odczuwał i myślał nie tylko on. W opinii dużej części społeczeństwa ucieczka z kraju wodza naczelnego oraz najwyższych władz państwowych potwierdzała rozkład elit sanacyjnych.

Władzom sanacyjnym nie dane już było kontynuować wojny z Niemcami. Na ich internowanie w Rumunii z jednej strony wpłynęły naciski niemieckie i radzieckie, a z drugiej strony francuskie, które były inspirowane przez opozycję antysanacyjną skupioną wokół gen. Sikorskiego. Zarówno po stronie polskiej opozycji, jak i po stronie rządu francuskiego uznano, że nadarzyła się świetna okazja do odsunięcia piłsudczyków od władzy, zwłaszcza nielubianego w Paryżu ministra Becka. Władze francuskie ponadto chciały uniknąć spotkania z Beckiem i Rydzem-Śmigłym, żeby nie tłumaczyć się z niewykonania zobowiązań sojuszniczych. Misję tworzenia polskich władz i sił zbrojnych we Francji podjął gen. Sikorski – będący w opozycji do sanacji i uchodzący z frankofila.

Klęska wrześniowa nie oznaczała końca Polski, ale doprowadziła do katastrofy politycznej obozu sanacyjnego. Na marszałku Rydzu-Śmigłym, prezydencie Mościckim, premierze Sławoju-Składkowskim i ministrze Becku spoczęła nie tylko odpowiedzialność polityczna i wojskowa za klęskę wrześniową. Wizerunek czołowych polityków sanacyjnych zdruzgotała przede wszystkim ich pospieszna i chaotyczna ucieczka z walczącego kraju. To w znaczący sposób utrudniłoby im kontynuację misji politycznej, nawet gdyby nie doszło do ich internowania w Rumunii.

Bohdan Piętka

20 września 2020 r.

„Przegląd” nr 38 (1080), 14-20.09.2020, s. 40-43

Upamiętnienie 1 Armii WP w Berlinie

20 sierpnia na stronie internetowej radia RMF FM (www.rmf.24.pl) pojawiła się informacja zatytułowana „W Berlinie stanie pomnik upamiętniający polskich żołnierzy”. Podano w niej co następuje: „W rocznicę wybuchu II wojny światowej na Charlottenburgu w Berlinie stanie pomnik upamiętniający polskich żołnierzy walczących o zdobycie Berlina. Monument w kształcie flagi stanie przy budynku politechniki, przy prowadzącej do Bramy Brandenburskiej ulicy 17 Czerwca. O ustawienie pomnika właśnie w tym miejscu zabiegali sami studenci Berlińskiego Uniwersytetu Technicznego, a miejsce nie jest przypadkowe. O budynek berlińskiej Politechniki na przełomie kwietnia i maja 1945 roku polskie oddziały toczyły zacięty bój z zajmującymi go SS-Manami. Polscy żołnierze mieli też w szturmie na Berlin inną rolę. Budowali przeprawy dla czołgów na Szprewie, rozminowywali trasę, którą miały przejechać sowieckie czołgi. Po pokonaniu broniących się w budynku politechniki oddziałów, 2 maja zatknęli biało-czerwoną flagę w ręce anioła na pobliskiej Kolumnie Zwycięstwa. Polskie oddziały są dużo lepiej wspominane w Berlinie od czerwonoarmistów. Po zdobyciu miasta Polacy zostali przez jakiś czas w Berlinie, pilnowali mostów przed wysadzeniem i dzielili się żywnością z cywilami”.

Starania o upamiętnienie żołnierzy polskich, którzy brali udział w walkach o Berlin w 1945 r., trwały osiem lat. Według informacji portalu radia Deutsche Welle, inicjatywa wyszła ze strony polityków Socjaldemokratycznej Partii Niemiec w radzie dzielnicy Charlottenburg, w tym jej burmistrza Reinharda Naumanna oraz berlińskiego oddziału Stowarzyszenia Ofiar Prześladowanych przez Reżim Nazistowski (VVN-BdA). Upamiętnienie ma kształt flagi osadzonej na trzymetrowym drzewcu i nawiązuje w ten sposób do biało-czerwonej flagi, którą polscy żołnierze zatknęli 2 maja 1945 r. na pruskiej Kolumnie Zwycięstwa w Berlinie.

Przy pomniku postawiono dodatkowo tablice opisujące w czterech językach (angielskim, niemieckim, polskim i rosyjskim) wkład żołnierzy polskich w „wyzwolenie Berlina”. Takie właśnie sformułowanie zwróciło uwagę autorki cytowanej powyżej informacji na portalu radia RMF FM – pani red. Anety Łuczkowskiej – która swój tekst zakończyła zdaniem: „Co ciekawe, niemieckie media nie piszą o zdobyciu Berlina, a o wyzwoleniu miasta z rąk nazistów”.

Zupełnie inaczej niż polskie media, prawda? Polskie media piszą bowiem nie o wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej w latach 1944-1945, ale o „zajęciu Polski” przez Armię Czerwoną, nie o wyzwoleniu Warszawy, ale o „zdobyciu Warszawy”, a w skrajnej wersji o „zniewoleniu Polski przez Sowietów” i „nowej okupacji”. Taka polska prawicowa narracja o zakończeniu drugiej wojny światowej jest zbliżona do narracji niemieckich neonazistów i nacjonalistów ukraińskich. Natomiast oficjalna narracja historyczna Republiki Federalnej Niemiec i środowisk demokratycznych w tym państwie jest inna. Tam – poza środowiskami neonazistowskimi i nacjonalistycznymi – mówi się o wyzwoleniu Niemiec w 1945 r. spod okupacji nazistowskiej. Tam dzień 8 maja, który w Polsce został zepchnięty na margines jako „rocznica zakończenia drugiej wojny światowej”, jest obchodzony jako święto wyzwolenia Niemiec spod rządów nazistowskich (w tym roku był to jednorazowo dzień wolny od pracy). Niezależnie od tego co działo się w Niemczech po wojnie – tzn. okupacji Niemiec przez aliantów do 1949 r., w tym brutalnego charakteru okupacji radzieckiej, a potem trwającego do 1990 r. podziału na NRD i RFN – uważa się tam, że kraj ten został wyzwolony w 1945 r. przez aliantów spod panowania hitlerowskiego.

Niemiecka polityka historyczna stoi na stanowisku, że rządy nazistowskie w latach 1933-1945 były czymś gorszym od tego co spotkało Niemcy po 1945 r. i co było konsekwencją wywołanej i przegranej przez Hitlera drugiej wojny światowej. Demokratyczne, czyli dominujące w RFN środowiska polityczne uważają nazizm za największe nieszczęście w historii Niemiec. Dlatego ci, którzy uwolnili Niemcy spod panowania Führera i NSDAP zasługują na niemiecką wdzięczność. Dlatego w Berlinie, w dzielnicy Tiergarten, stoi monumentalny pomnik wdzięczności Armii Czerwonej – wzniesiony wraz z kolumnadą z resztek muru po hitlerowskiej Kancelarii Rzeszy (drugi taki pomnik stoi w Treptower Park). Dlatego w 1972 r. w berlińskim Volkspark Friedrichshain odsłonięto Pomnik Żołnierza Polskiego i Niemieckiego Antyfaszysty. Po 1990 r. nie zdjęto z tego pomnika godeł PRL i NRD, co w dzisiejszej Polsce byłoby nie do pomyślenia. Dlatego w Berlinie stanął jeszcze jeden pomnik żołnierzy Wojska Polskiego utworzonego w ZSRR i walczącego w latach 1943-1945 na froncie wschodnim.

Odsłonięcie tego pomnika w dniu 1 września 2020 r. nie stało się główną informacją dnia polskich mediów. O uroczystości w berlińskiej dzielnicy Charlottenburg poinformowała jedynie Polska Agencja Prasowa w krótkiej notatce autorstwa red. Elżbiety Bieleckiej. Dowiedzieliśmy się z niej, że jest to pomnik „wdzięczności żołnierzom polskim biorącym udział w wyzwoleniu Berlina w 1945 r.”, a także, że trzymetrowa instalacja autorstwa rzeźbiarki Anny Kaufmann ma formę flagi z planem przedstawiającym walki żołnierzy polskich w czasie bitwy o Berlin oraz tekstem w językach niemieckim i polskim.

Napis w obu tych językach głosi: „Pamięci Żołnierzy i Kobiet-Żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego, uczestników bitwy o Berlin w 1945 r., walczących jako część Koalicji Antyhitlerowskiej w dzielnicach Charlottenburg i Tiergarten o wyzwolenie Polski i Europy od faszyzmu. Gmachy ówczesnej Politechniki, wyzwolonej 2 maja 1945 r. przez 1. Warszawską Dywizję Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, stanowiły jeden z najsilniejszych nazistowskich punktów oporu na drodze do Kancelarii Rzeszy”.

„Walczących jako część Koalicji Antyhitlerowskiej…” Tego nie potrafi zrozumieć polska polityka historyczna, która deprecjonuje tych żołnierzy. „Walczących o wyzwolenia Polski i Europy od faszyzmu…” Te słowa są wręcz policzkiem dla polskiego prawicowego antykomunizmu.

W uroczystości odsłonięcia pomnika wziął udział ambasador Polski w RFN Andrzej Przyłębski. Powiedział on m.in.: „Tablica pamięci, która przypomina, że polscy żołnierze odegrali tak ważną rolę w wyzwalaniu Berlina, jest dla nas czymś bardzo cennym”. Tak? To jak ta deklaracja pana ambasadora ma się do polityki historycznej rządu, który pan ambasador reprezentuje? W wyniku tej polityki historycznej także pamięć o Wojsku Polskim walczącym na froncie wschodnim stała się ofiarą przyjętej przez Zjednoczoną Prawicę tzw. ustawy dekomunizacyjnej, czyli ustawy z 1 kwietnia 2016 r. o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej. Na mocy tej ustawy zmieniono nazwy ulic noszących za patronów dowódców Wojska Polskiego na froncie wschodnim i zlikwidowano ich pomniki (przy czym np. pomnik gen. Zygmunta Berlinga w Warszawie zniszczyła grupa Adama Słomki za aprobatą władz).

Na portalu Warszawa-Nasze Miasto (www.warszawa.naszemiasto.pl) można było przeczytać 18 stycznia 2018 r.: „Pomnik kościuszkowców skończył 34 lata. I nadal budzi kontrowersje”. Chodziło o pomnik żołnierzy 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki na warszawskiej Pradze, będący od lat przedmiotem ataków ze strony dekomunizatorów. W takim z reguły tonie pisze się w Polsce o Wojsku Polskim na froncie wschodnim.

W maju 2019 r. radna PiS Olga Semeniuk zażądała usunięcia z warszawskiego Muranowa pomnika żołnierzy 1 Armii WP, którzy przecież szli na pomoc powstaniu warszawskiemu. W uzasadnieniu radna Semeniuk napisała: „Władze RP nazwały te jednostki formacjami powołanymi do życia przez Rząd Sowiecki pod polską nazwą, oddzielając polityczny wymiar ich wykorzystania przez Stalina od deklarowanego zrozumienia dla losu szeregowych żołnierzy”. Odwołując się do publicystyki IPN radna Semeniuk stwierdziła, że pomnik żołnierzy 1 Armii WP „nie jest związany z polskością” i powinien być, tak jak pomnik wdzięczności żołnierzom Armii Czerwonej w parku Skaryszeweskim „usunięty bądź przesunięty”.

Przykładów takich inicjatyw i takiego myślenia, także w publicystyce i działalności IPN, można by podać oczywiście więcej. Taki tok myślenia zapoczątkował wkrótce po 1989 r. były działacz Solidarności oraz Ruchu Wolność i Pokój Jacek Szymanderski, który jako mianowany przez rząd Mazowieckiego dyrektor Ośrodka Badania Opinii Publicznej wprowadził do obiegu termin „polskojęzyczne formacje Armii Czerwonej” na określenie Wojska Polskiego walczącego na froncie wschodnim. Kropkę nad i postawił jeden z głównych architektów polityki historycznej Zjednoczonej Prawicy dr hab. Sławomir Cenckiewicz – dyrektor Wojskowego Biura Historycznego, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej i członek Rady przy Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. W wywiadzie dla magazynu „Polska Zbrojna” z 7 marca 2016 r. Cenckiewicz powiedział:

„Naszą chlubą jest oczywiście okres I wojny, wojna z bolszewikami, boje o Lwów z Ukraińcami i Wilno z Litwinami, czas międzywojnia. II wojny światowej już tak jednoznacznie nie można ocenić. Nie myślę rzecz jasna o 2 Korpusie gen. Andersa, Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, AK czy NSZ-ecie, ale ze względu na wojsko, chciałem powiedzieć polskie, ale powinienem jednak powiedzieć ludowe Wojsko Polskie, które powołał Stalin w maju 1943 roku. Trudno mi uznać tę formację za część historii naszego oręża”.

Jak to wypowiedziane przez Cenckiewicza credo polityki historycznej Zjednoczonej Prawicy ma się do pięknych słów wypowiedzianych przez ambasadora Przyłębskiego podczas uroczystości odsłonięcia niemieckiego pomnika 1 Armii WP w Berlinie?

Poza słowami doceniającymi wkład 1 Armii WP w wyzwolenie Berlina ambasador Przyłębski stwierdził, że tablica upamiętniająca polskich żołnierzy powstała w tym miejscu, „choć wobec ówczesnej ludności Berlina ci żołnierze byli nastawieni właściwie wrogo”, a także odbierani byli jako wrogowie. Skąd pan ambasador może wiedzieć takie rzeczy? Jakie źródła historyczne potwierdzają, że żołnierze polscy byli nastawieni do ludności cywilnej Berlina „właściwie wrogo”? Zwłaszcza, że dalej pan ambasador powiedział, iż powstanie upamiętnienia żołnierzy 1 Armii WP w dzielnicy Charlottenburg „dowodzi, że mieszkańcy tej dzielnicy mimo wszystko miło ich wspominali”.

W bitwie o Berlin (23 kwietnia-2 maja 1945 r.) wzięło udział 12 tys. żołnierzy polskich z 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, 2 Brygady Artylerii Haubic, 1 Samodzielnej Brygady Moździerzy i 6 Samodzielnego Batalionu Pontonowo-Mostowego. W końcowej fazie walk o Berlin żołnierze ci uczestniczyli w szturmie centrum Berlina i Kancelarii III Rzeszy. Zdobyli 36 kwartałów miasta, 7 kompleksów fabrycznych, 4 stacje metra i większą część budynków politechniki. Wzięli do niewoli około 2550 jeńców. Tylko 1 Dywizja Piechoty straciła w bitwie o Berlin 539 zabitych i rannych – 8% stanu wyjściowego. Za wzorowe wypełnianie zadań bojowych 6 Samodzielny Batalion Pontonowo-Mostowy został uchwałą rządu ZSRR z 28 maja 1945 r. odznaczony Orderem Czerwonej Gwiazdy. Najwyższymi odznaczeniami polskimi i radzieckimi odznaczono też licznych oficerów i żołnierzy polskich biorących udział w walkach o Berlin.

Rankiem 2 maja 1945 r. żołnierze polscy zawiesili trzy biało-czerwone flagi na pruskiej Kolumnie Zwycięstwa w parku Grosser Tiergarten (upamiętniającej zwycięstwa Prus nad Danią w 1864 r., Austrią w 1866 r. i Francją w 1870 i 1871 r.). Trzecią z tych flag zawiesili ppor Mikołaj Troicki, plut. Kazimierz Otap, kpr. Antoni Jabłoński oraz kanonierzy Aleksander Kasprowicz i Eugeniusz Mierzejewski. Polskie flagi zawisły też, obok radzieckich, na Bramie Brandenburskiej. Tak Polska odniosła największe zwycięstwo w swojej historii – deprecjonowane i negowane przez politykę historyczną w Polsce po 1989 r., a szczególnie po 2015 r.

Fakt upamiętnienia przez Niemców żołnierzy 1 Armii WP pokazuje jaką drogę przebyły Niemcy i naród niemiecki od upadku reżimu hitlerowskiego w 1945 r. do czasów współczesnych oraz w jakim kierunku poszły Niemcy po zjednoczeniu w 1990 r. Polska po 1989 r. poszła w kierunku zupełnie przeciwnym.

Fot. PAP/Marcin Bielecki

Bohdan Piętka

13 września 2020 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2309/2310), 13-20.09.2020, s. 7

Drugie powstanie śląskie

19 sierpnia minęła setna rocznica drugiego powstania śląskiego. Rocznica ta znalazła się w cieniu obchodzonej z wielkim rozmachem setnej rocznicy bitwy warszawskiej. Tak było również w 1920 r., kiedy drugi zryw śląski przesłoniły wydarzenia rozgrywające się w sierpniu 1920 r. pod Warszawą.

Drugie powstanie śląskie miało jednak wyraźny związek z wojną polsko-bolszewicką. Bezpośrednią przyczyną wybuchu tego powstania stały się wypadki z 17 sierpnia 1920 r., kiedy po fałszywej informacji prasy niemieckiej o zdobyciu Warszawy przez wojska bolszewickie doszło do wielkiej manifestacji niemieckiej na Rynku w Katowicach. Wiadomość o rzekomym upadku państwa polskiego wywołała euforię wśród górnośląskich Niemców. Podczas tej manifestacji miały miejsce starcia Niemców z żołnierzami francuskimi, którzy chcieli powstrzymać przemieszczenie się agresywnego tłumu z Rynku w kierunku ul. Fryderyka (Friedrichstrasse, obecnie ul. Warszawska), gdzie mieściła się siedziba powiatowego inspektora Międzysojuszniczej Komisji Rządzącej i Plebiscytowej – płk. Blancharda.

Pod komendanturą Międzysojuszniczej Komisji żołnierze francuscy oddali strzały do napierających Niemców. Stało się to po tym, kiedy z domu stojącego naprzeciw budynku komendantury ktoś rzucił granat, co prawdopodobnie było prowokacją niemiecką. Od kul żołnierzy francuskich zginęło około 10 Niemców. W odwecie bojówki niemieckie zaatakowały dom polskiego działacza narodowego i lekarza Andrzeja Mielęckiego (1864-1920), który mieszkał niedaleko miejsca, gdzie wybuchł granat. Mielęckiego wywleczono na ulicę i w bestialski sposób zabito, porzucając zwłoki obok płynącej nieopodal rzeki Rawy. Inna wersja mówi, że Mielęcki sam wyszedł na ulicę, by opatrywać rannych Niemców i wtedy został zabity przez niemieckich bojówkarzy.

Doktor Andrzej Mielęcki był delegatem na Polski Sejm Dzielnicowy w Poznaniu w 1918 r. Wchodził też w skład Powiatowej Rady Ludowej w Katowicach, a w 1919 r. kierował konspiracyjnymi kursami sanitarnymi Polskiej Organizacji Wojskowej Górnego Śląska i sprowadzał broń z Polski na Górny Śląsk. W 1920 r. został członkiem polskiego Powiatowego Komisariatu Plebiscytowego w Katowicach.

Równocześnie z zabójstwem Mielęckiego bojówki niemieckie przystąpiły do demolowania polskich sklepów przy ul. Fryderyka. Francuska komendantura Międzysojuszniczej Komisji przy ul. Fryderyka 7 została otoczona przez Niemców. Siły francuskie liczyły tylko 30-40 żołnierzy i oficerów. Dlatego wieczorem – po negocjacjach z mjr. Hansem Dihrbergiem, komendantem niemieckiej Policji Bezpieczeństwa (Sicherheitspolizei – SiPo) w Katowicach – płk Blanchard zdecydował się na opuszczenie miasta. Francuzi opuścili budynek przy ul. Fryderyka 7 w pospiechu, nie zabierając ze sobą nawet dokumentacji. Około godz. 19.00 ich kolumna odmaszerowała z wozem pancernym na czele, w którym znajdował się płk Blanchard, chroniona od ataku tłumu przez szpaler niemieckich policjantów.

W momencie, kiedy szczupłe siły francuskie opuściły miasto, Niemcy zgromadzili się przed Niemieckim Komisariatem Plebiscytowym przy ul. Dworcowej. Następnie bojówki niemieckie zaatakowały siedzibę polskiego Powiatowego Komisariatu Plebiscytowego przy obecnej ul. Plebiscytowej (wówczas Heinzelstrasse). Budynek zdemolowano i podpalono. Zginęło pięciu Polaków. Wśród rannych był m.in. polski komisarz plebiscytowy i lekarz Henryk Jarczyk (1889-1949). Nocą trwały dewastacje polskich sklepów w centrum miasta. Tłumy Niemców – przekonanych o upadku Polski – manifestowały radość na ulicach wznosząc okrzyki przeciw Francuzom i Polakom.

Na terror niemiecki Polska Organizacja Wojskowa Górnego Śląska odpowiedziała powstaniem. Jego wybuch nastąpił w skrajnie niekorzystnych warunkach politycznych. Zagrożenie państwa polskiego przez kontrofensywę bolszewików, która doszła do Warszawy, nie dawało szans na wsparcie ze strony Polski. Dlatego 17 sierpnia polskie stronnictwa polityczne i związki zawodowe na Górnym Śląsku wezwały mimo wszystko do zachowania spokoju. Przeciwny wybuchowi powstania był Wojciech Korfanty (1973-1939) – Polski Komisarz Plebiscytowy na Górnym Śląsku. Przeciwne było mu także Dowództwo Główne POW GŚ. Drugie powstanie śląskie wybuchło pod naciskiem komendanta POW GŚ w powiecie katowickim Walentego Fojkisa (1894-1950), który w ten sposób chciał powstrzymać Niemców przed dalszymi atakami. On jako pierwszy ruszył ze swoim oddziałem do powstania.

18 sierpnia Korfanty uległ naciskowi Fojkisa i innych komendantów lokalnych POW GŚ (głównie z Zagłębia Dąbrowskiego) i wezwał Polaków najpierw do strajku generalnego. Wybuchł on od razu z dużą siłą. Wydobycie węgla kamiennego spadło w pierwszych dniach powstania nawet do jednej piątej wcześniejszego (ze 103 tys. ton do 18 tys. ton 23 sierpnia). Korfanty ostatecznie zgodził się na powstanie, ale w myśl jego zamierzeń miało być ono ograniczoną demonstracją zbrojną. Spowodowało to jego krytykę ze strony części dowódców POW GŚ niższego szczebla. Na tym tle doszło też do pierwszego konfliktu pomiędzy Korfantym a jego późniejszym oponentem – Michałem Grażyńskim (1890-1965), w latach 1926-1939 wojewodą śląskim z nadania Piłsudskiego.

Grażyński przyjechał na Górny Śląsk w przeddzień wybuchu drugiego powstania i spotkał się z reprezentującym Korfantego i potem wyznaczonym przez niego na dowódcę powstania kpt. Mieczysławem Paluchem (1888-1942, dowódcą pułku podczas powstania wielkopolskiego). Kiedy Korfanty zażądał zmian personalnych w POW GŚ, zostały one zablokowane przez szefa sztabu POW GŚ Alfonsa Zgrzebnioka (1891-1937) i jego zastępcę Grażyńskiego.

Terror niemiecki, który doprowadził do wybuchu drugiego powstania, narastał na długo przez wydarzeniami z 17 sierpnia 1920 r. i stawał się tym silniejszy im bardziej komplikowało się położenie militarne Polski na froncie wojny z Rosją bolszewicką. Przyczyną wściekłości nacjonalistów niemieckich było przejęcie władzy nad Górnym Śląskiem 11 lutego 1920 r. przez Międzysojuszniczą Komisję Rządzącą i Plebiscytową z siedzibą w Opolu oraz powołanie Polskiego Komisariatu Plebiscytowego. Już 12 kwietnia 1920 r. doszło do wystąpień niemieckich w Opolu przeciwko przejęciu władzy nad Górnym Śląskiem przez komisję aliancką. Do następnych wystąpień niemieckich doszło 28 kwietnia w Gliwicach. Polacy odpowiedzieli wiecami w Bytomiu, Gliwicach, Katowicach, Królewskiej Hucie (Chorzów), Mysłowicach, Pszczynie, Rudzie Śląskiej, Rybniku, Wodzisławiu i Zabrzu. Domagali się na nich likwidacji niemieckiej Policji Bezpieczeństwa, która wspomagała terror bojówek niemieckich.

3 maja 1920 r. bojówki niemieckie zaatakowały na Górnym Śląsku polskie manifestacje z okazji rocznicy Konstytucji 3 Maja. Odpowiedzią był polski strajk szkolny we wschodniej części Górnego Śląska. W nocy z 27 na 28 maja 1920 r. doszło do ataku bojówek niemieckich na Polski Komisariat Plebiscytowy w Hotelu Lomnitz w Bytomiu. Zdemolowano też siedziby powiatowych Polskich Komisariatów Plebiscytowych w Głogówku i Koźlu.

W miarę rozwoju niekorzystnej dla Polski sytuacji na froncie wojny z Rosją bolszewicką Niemcy byli coraz bardziej przekonani, że wojna ta rozstrzygnie o losach Górnego Śląska i z nadzieją oczekiwali klęski Polski. Pierwsze informacje o coraz bardziej dramatycznym położeniu wojsk polskich pojawiły się w prasie niemieckiej Górnego Śląska na początku lipca. Pisano nie tylko o polskich klęskach, ale też o jakoby powszechnym w Polsce głodzie. Kontrolowane przez niemieckich komunistów i socjaldemokratów związki zawodowe podjęły strajk i żądały, żeby wysyłany do Polski węgiel nie był używany do celów militarnych. Od początku sierpnia spodziewaną klęskę polską na froncie wschodnim Niemcy zaczęli coraz częściej otwarcie łączyć z kwestią górnośląską. Niemieckie związki zawodowe zagroziły oficjalnie 6 sierpnia strajkiem kolei w wypadku przejazdu przez Górny Śląsk transportów z pomocą materiałową dla Polski.

Już w styczniu 1920 r. minister gospodarki Rzeszy Niemieckiej Robert Schmidt (1864-1943) informował niemiecki MSZ o konieczności zacieśnienia stosunków gospodarczych z Rosją bolszewicką. W Berlinie panowało powszechne przekonanie, że Armia Czerwona po pokonaniu Polski nie przekroczy granicy Rzeszy Niemieckiej. Nie uważano tam bynajmniej, że Polska broni Europy (a więc i Niemiec) przed „nawałą bolszewicką” – jak to obecnie przedstawia polska polityka historyczna. Wręcz przeciwnie – życzono Polsce szybkiej klęski. Klęska Polski w wojnie z Rosją bolszewicką miała być tym sprzyjającym momentem, który dawał stronie niemieckiej pewność, że nie dojdzie w ogóle do plebiscytu na Górnym Śląsku, a opór miejscowych Polaków można będzie łatwo spacyfikować. Nadprezydent prowincji górnośląskiej Joseph Bitta (1856-1932) z satysfakcją informował w lipcu 1920 r. niemiecki MSZ, że gen. Henri Le Rond (1864-1949) – przewodniczący Międzysojuszniczej Komisji Rządzącej i Plebiscytowej Górnego Śląska – zgodził się, by uciekające przed bolszewikami oddziały polskie zostały internowane i rozbrojone przez wojska francusko-włoskie, podporządkowane mu jako szefowi Naczelnego Dowództwa Wojsk Sprzymierzonych na Górnym Śląsku.

Warto o tym przypomnieć dzisiaj, kiedy po 1989 r. osobę tego francuskiego generała otoczono na Górnym Śląsku jakimś przedziwnym kultem i nazwano jego imieniem główną ulicę w Dąbrówce Małej, dzielnicy Katowic. W Dąbrówce Małej mieściła się notabene siedziba dowództwa drugiego powstania śląskiego.

Wbrew nadziejom niemieckim Polska, dzięki ogromnej mobilizacji i ofiarności swojego społeczeństwa, nie poniosła jednak klęski w sierpniu 1920 r. Natomiast narastający na Górnym Śląsku terror niemiecki doprowadził do wybuchu drugiego powstania śląskiego (19 – 29 sierpnia 1920 r.). Powstanie wybuchło w nocy z 19 na 20 sierpnia 1920 r. Ogłoszono je w pięciu okręgach Polskiej Organizacji Wojskowej Górnego Śląska. Do 21 sierpnia ponad 2 tys. powstańców pod dowództwem ppor. Stanisława Krzyżowskiego (1893-1933) opanowało cały powiat pszczyński (z wyjątkiem Pszczyny, której celowo nie zajęto na rozkaz Dowództwa POW GŚ, ponieważ stacjonowały w niej wojska alianckie).

W pozostałej części Górnego Śląska powstańcy zdobyli takie m.in. miejscowości jak: Bogucice, Brzeziny Śląskie, Brzozowice-Kamień, Bytom, Czerwionka, Dąbrówka Mała, Dąbrówka Wielka, Giszowiec, Hołdunów, Janów, Miechowice, Mikołów, Murcki, Niewiadom, Nikiszowiec, Ochojec, Piekary Śląskie, Pszów, Radłów, Rozbark, Rydułtowy, Sośnica, Szopienice i Żory. Nie atakowano tylko dużych miast, w których stacjonowały wojska alianckie, jednak zajęto Hutę Baildon w Katowicach. W powiecie rybnickim powstańcy pod dowództwem Jana Wyględy (1894-1973) oraz Józefa (1900-1987) i Mikołaja Witczaków (1896-1976) opanowali teren do linii Pszów-Wodzisław Śląski-Godów. Następnie powstańcy pod dowództwem Józefa Michalskiego (1889-1947) zdobyli Wodzisław Śląski.

Cała wschodnia część Górnego Śląska, a także granica z Polską, znalazły się pod kontrolą powstańców już 20 sierpnia. Ogółem polskie powstanie objęło cały teren Górnego Śląska i wschodnią część Śląska Opolskiego. Jego sukces skłonił Międzysojuszniczą Komisję Rządzącą i Plebiscytową do rozwiązania 24 sierpnia niemieckiej Policji Bezpieczeństwa. W jej miejsce alianci postanowili utworzyć mieszaną, niemiecko-polską Policję Plebiscytową (Abstimmungspolizei – APO). W reakcji na to Korfanty wydał następnego dnia rozkaz o rozwiązaniu POW GŚ i podjął rozmowy ze stroną niemiecką w Bytomiu. 29 sierpnia ogłosił w specjalnym apelu do ludności polskiej zakończenie walk, deklarując, że cele powstania zostały osiągnięte. Zgodnie z jego intencją powstanie było ograniczoną demonstracją wojskową, która miała położyć kres terrorowi niemieckiemu na Górnym Śląsku i tak się stało.

Straty POW GŚ podczas drugiego powstania wyniosły od 150 do 180 poległych i były niższe niż podczas pierwszego powstania śląskiego w 1919 r. Niewątpliwie wpływ na to miała lepsza organizacja pomocy medycznej. W 1920 r. istniały już z góry przygotowane punkty opatrunkowe. W miastach opanowanych przez powstańców zorganizowano prowizoryczne lazarety, a część rannych powstańców ewakuowano do Polski, do Sosnowca, ambulansami Polskiego Czerwonego Krzyża. Polska – zajęta wojną z Rosją bolszewicką – nie mogła udzielić innej pomocy powstaniu i nie udzieliła żadnej pomocy wojskowej.

Drugie powstanie śląskie było jednym z sześciu zwycięskich powstań polskich obok dwóch powstań wielkopolskich z 1806 i 1918 r., powstania lwowskiego z listopada 1918 r., powstania sejneńskiego z sierpnia 1919 r. oraz trzeciego powstania śląskiego z 1921 r.

Bohdan Piętka

28 sierpnia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 35-36 (2307/2308), 30.08-6.09.2020, s. 13

Mikołajczyk w Polsce powojennej

Pod koniec czerwca 1945 r. powrócił do Warszawy Stanisław Mikołajczyk (1901-1966) – jeden z czołowych liderów ruchu ludowego w II RP, przywódca Wielkiego Strajku Chłopskiego w 1937 r., od lipca 1943 do listopada 1944 r. premier rządu RP na uchodźstwie. Jego powrót do kraju był rezultatem decyzji podjętych na konferencji w Moskwie (17-21 czerwca 1945 r.) w sprawie utworzenia Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, w której osobiście uczestniczył. W rządzie tym Mikołajczyk objął tekę premiera oraz ministra rolnictwa i reform rolnych, a związani z nim ludowcy – Władysław Kiernik i Czesław Wycech – objęli teki ministrów administracji publicznej oraz oświaty. W następstwie powrotu Mikołajczyka do Polski doszło 8 lipca 1945 r. do ujawnienia w Warszawie konspiracyjnego Stronnictwa Ludowego „Roch” – jednej z czterech głównych partii politycznych Polski Podziemnej – stojącego w opozycji do prokomunistycznego Stronnictwa Ludowego, które w 1944 r. weszło w skład PKWN, a potem Rządu Tymczasowego.

12 lipca 1945 r. powołano Tymczasowy Komitet Wykonawczy Stronnictwa Ludowego (niekomunistycznego), który wyłonił prezydium partii. Prezesem został nestor ruchu ludowego Wincenty Witos, a pierwszym wiceprezesem Stanisław Mikołajczyk. Wobec poważnego stanu zdrowia Witosa (zmarł 31 października 1945 r.) kierownictwo stronnictwa od początku spoczęło w rękach Mikołajczyka. Dla odróżnienia od Stronnictwa Ludowego współpracującego z PPR (zwanego przez oponentów „lubelskim”) i w związku z brakiem porozumienia z jego kierownictwem w sprawie zjednoczenia, niekomunistyczne Stronnictwo Ludowe przekształcono 22 sierpnia 1945 r. na konferencji w Krakowie w Polskie Stronnictwo Ludowe. Do jego szeregów przeszła większość członków „lubelskiego” SL. Formalnie Stanisław Mikołajczyk został wybrany na prezesa Rady Naczelnej PSL podczas I Kongresu tej partii, który obradował w Warszawie w dniach 19-22 stycznia 1946 r.

W listopadzie 1945 r. PSL zrzeszało już 200 tys. członków, w styczniu 1946 r. – 540 tys., a w maju 1946 r. – 800 tys., stając się najliczniejszą partią polityczną w ówczesnej Polsce. Wokół PSL skupiły się wszystkie siły opozycyjne wobec komunistów, które chciały działać legalnie w powojennej rzeczywistości politycznej. Stało się to powodem ataków i szyderstw ze strony propagandy PPR, która zarzucała PSL, że jest partią zrzeszającą „chłopów z Marszałkowskiej”. Władze komunistyczne zignorowały wniosek o legalizację Stronnictwa Narodowego, odmówiły zalegalizowania utworzonej w październiku 1945 r. przez Zygmunta Żuławskiego Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej oraz sprowokowały rozłam w Stronnictwie Pracy, co doprowadziło do zawieszenia 18 lipca 1946 r. działalności tej partii przez jej Zarząd Główny. PSL został wtedy jedyną partią legalnej opozycji politycznej.

Program PSL opierał się na ideologii agraryzmu, odwoływał do wartości chrześcijańskich i zakładał szukanie trzeciej drogi pomiędzy kapitalizmem a socjalizmem. Mikołajczyk i jego partia odrzucali też otwarcie dyktaturę proletariatu i tzw. kierowniczą rolę PPR. Z tego powodu od razu stali się przedmiotem ataków ze strony skupionego wokół PPR obozu władzy. Ataki te nasiliły się, kiedy 22 lutego 1946 r. Mikołajczyk odrzucił propozycję startu PSL w wyborach parlamentarnych z jednej listy razem z PPR i jej satelitami, co spowodowało opuszczenie przez PSL Centralnej Komisji Porozumiewawczej Stronnictw Demokratycznych.

Mikołajczykowskie PSL konsekwentnie stało na stanowisku realizacji postanowień jałtańskich w kwestii przeprowadzenia w Polsce demokratycznych wyborów oraz przestrzegania w państwie zasad praworządności. Dlatego domagało się likwidacji Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i wielokrotnie stanowczo sprzeciwiało się terrorowi UB, MO, KBW i ORMO. Ofiarami tego terroru stali się także członkowie PSL, z których kilkadziesiąt tysięcy zostało aresztowanych w latach 1945-1947, a co najmniej 146 skrytobójczo zamordowanych. Głośny był protest Stanisława Mikołajczyka wobec sfałszowania przez władze wyborów do Sejmu Ustawodawczego z 19 stycznia 1947 r. PSL otrzymało wówczas tylko 28 mandantów na 444. Unieważniono listy PSL w 10 okręgach na 52 i nie dopuszczono przedstawicieli PSL do 4,2 tys. na 5,5 tys. komisji wyborczych, co umożliwiło sfałszowanie wyborów. Podczas powyborczej konferencji prasowej, gdy Mikołajczyk mówił o fałszerstwach, sekretarz generalny KC PPR Władysław Gomułka odpowiedział mu szyderczo: „Leć pan na skargę do Churchilla”.

Omawiając sytuację polityczną w Polsce w latach 1945-1947 najczęściej przytacza się te fakty, czyli mówi się o tym przeciw czemu byli Stanisław Mikołajczyk i PSL. Byli przeciwko budowaniu w Polsce monopartyjnej dyktatury komunistycznej. Rzadziej zwraca się uwagę na to za czym byli, czyli w czym stanowisko Mikołajczyka i PSL było zbliżone do stanowiska Bloku Demokratycznego, a więc PPR i jej satelitów.

Przede wszystkim Mikołajczyk i PSL opowiadali się, tak jak i obóz skupiony wokół PPR, za granicą na Odrze i Nysie Łużyckiej. Podczas referendum z 30 czerwca 1946 r. PSL wezwał do głosowania „nie” jedynie na pierwsze pytanie dotyczące likwidacji Senatu. Nie wezwał natomiast – tak jak najbardziej radykalna część podziemia antykomunistycznego – do głosowania „nie” również na pytania drugie i trzecie dotyczące powojennych reform społecznych oraz granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej.

O wytyczeniu polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej zadecydowała ostatnia konferencja Wielkiej Trójki, która odbyła się Poczdamie w dniach 17 lipca-2 sierpnia 1945 r. W delegacji polskiej na konferencję w Poczdamie znaleźli się prezydent KRN Bolesław Bierut (formalnie bezpartyjny, faktycznie PPR), wiceprezydent KRN Stanisław Grabski (bezpartyjny, nestor endecji), premier Edward Osóbka-Morawski (PPS), wicepremier Władysław Gomułka (PPR), wicepremier Stanisław Mikołajczyk, minister spraw zagranicznych Wincenty Rzymowski (SD), wiceminister spraw zagranicznych Zygmunt Modzelewski (PPR) i marszałek Michał Rola-Żymierski. Wicepremier Mikołajczyk uczestniczył podczas konferencji poczdamskiej w kluczowych spotkaniach delegacji polskiej z przedstawicielami Wielkiej Trójki i był współautorem stanowiska Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej w sprawie polskiej granicy zachodniej. Stanowisko to – odwołujące się do praw historycznych – sprowadzało się do tezy, że granica Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej ze Szczecinem po stronie polskiej jest ważna nie tylko z ekonomicznego punktu widzenia, ale także z punktu widzenia wymogów bezpieczeństwa państwa.

Problem granicy zachodniej został rozstrzygnięty w Poczdamie pomyślnie dla Polski przede wszystkim dzięki nieugiętej postawie Stalina, który widział na Odrze i Nysie Łużyckiej zachodnią granicę bezpieczeństwa ZSRR, ale również dzięki jednomyślności i nieustępliwości delegacji polskiej.

Mikołajczyk popierał także szybkie zagospodarowanie Ziem Odzyskanych i scalenie ich z Polską. Na tym tle doszło jednak do ostrego sporu pomiędzy nim a PPR. Mikołajczykowski PSL sprzeciwił się powołaniu Ministerstwa Ziem Odzyskanych na czele z przywódcą PPR Władysławem Gomułką. Gdy resort ten został mimo to utworzony 13 listopada 1945 r., władze PSL domagały się jego likwidacji. Na niechęć ludowców do MZO wpływał z jednej strony fakt, iż ograniczało ono zakres działania Ministerstwa Administracji Publicznej, kierowanego przez polityka PSL Władysława Kiernika. Z gestii MAP wyłączono bowiem podległy mu dotychczas Państwowy Urząd Repatriacyjny. Z drugiej strony ludowcy Mikołajczyka zdawali sobie sprawę, że Ministerstwo Ziem Odzyskanych będzie w ręku PPR narzędziem kształtowania politycznego oblicza ziem nowo wcielonych do Polski. Dlatego w sytuacji zaostrzającej się walki pomiędzy PSL a PPR sprzeciwili się utworzeniu MZO, a potem żądali jego likwidacji. Nie zmienia to faktu, że w zagospodarowaniu Ziem Odzyskanych uczestniczyły także tysiące szeregowych członków PSL.

Mikołajczyk nie oponował również przeciw ustanowieniu wschodniej granicy Polski w oparciu o linię Curzona. 16 sierpnia 1945 r. uczestniczył w Moskwie wraz z premierem Osóbką-Morawskim, Bolesławem Bierutem i Hilarym Mincem w podpisaniu umowy granicznej pomiędzy Polską a ZSRR, która wytyczyła istniejącą do dzisiaj wschodnią granicę Polski.

Mikołajczykowskie PSL w zasadzie nie sprzeciwiało się dwóm kluczowym reformom społeczno-gospodarczym, jakie przeprowadzono w Polsce w latach 1944-1946, czyli reformie rolnej i nacjonalizacji przemysłu. Miało jednak inne wizje tych reform niż PPR. Reforma rolna była kluczowym postulatem różnych nurtów ruchu ludowego w dwudziestoleciu międzywojennym. Nie potrafiły jej jednak przeprowadzić władze II RP, zwłaszcza władze sanacyjne, które po 1926 r. całkowicie ją zarzuciły. Reformę rolną przeprowadził dopiero PKWN, w czym już w 1944 r. uzyskał poparcie części ruchu ludowego („lubelskiego” SL). Mikołajczyk i PSL rozumieli historyczną i społeczno-ekonomiczną doniosłość tego aktu, który oznaczał zerwanie z półfeudalną i antyrozwojową strukturą społeczną Polski przedwojennej. Dlatego parcelacja majątków ziemskich zyskała poparcie PSL. Krytykowano jedynie tworzenie zbyt małych gospodarstw. Mikołajczykowski PSL opowiadał się za tworzeniem silnych ekonomicznie gospodarstw rodzinnych o powierzchni 5-20 ha.

Pod ustawą Krajowej Rady Narodowej z 3 stycznia 1946 r. o przejęciu na własność państwa podstawowych gałęzi gospodarki narodowej znalazł się podpis m.in. wicepremiera Mikołajczyka. Program PSL opowiadał się bowiem za upaństwowieniem kluczowych gałęzi przemysłu. Postulował jednak wyłączenie z nacjonalizacji średnich przedsiębiorstw i niektórych dziedzin gospodarki. W tym różnił się od PPR, która zmierzała do jak najszerszej nacjonalizacji, urzeczywistnionej ostatecznie przez Hilarego Minca podczas tzw. bitwy o handel w latach 1947-1949.

„Głównym celem przebudowy społecznej – stwierdzał program PSL – jest zdobycie dla warstw ludowych wyższego poziomu dobrobytu przy swobodnym, wszechstronnym rozwoju kulturalnym. Monopolistyczna gospodarka państwowa może zmuszać robotników do godzenia się z niską stopą życiową i zagrażać im nowym przymusem i naciskiem ze strony państwowej administracji gospodarczej”. Prorocze to były słowa. Z kolei PSL-owska „Gazeta Ludowa” pisała w 1946 r.: „Jesteśmy za upaństwowieniem kluczowych przemysłów, mających podstawowe znaczenie dla gospodarstwa narodowego (…). Z rosnącym niepokojem patrzymy na ten rozmach etatystyczny, który prowadzi gospodarkę naszą na fałszywy tor, ułożony ze stosów urzędowych papierków na podkładach nędzy”.

Wicepremier Mikołajczyk sprzeciwiał się m.in. upaństwowieniu zakładów graficznych i drukarń, widząc w tym zagrożenie dla wolności słowa. Zamiast upaństwowienia przedsiębiorstw (poza przemysłem ciężkim, wydobywczym i energetycznym) PSL postulował ich uspołecznienie w ramach spółdzielczości i samorządu gospodarczego. Było to bliskie postulatom części ruchu socjalistycznego, zwłaszcza nielegalnej PPS-WRN. Niemożliwe jednak do realizacji w warunkach geopolitycznych Polski po 1945 r., które implikowały przyjęcie radzieckiego wzorca ustrojowego.

Propaganda PPR zarzucała Mikołajczykowi i PSL popieranie zbrojnego podziemia antykomunistycznego i utrzymywanie z nim bliskich związków. W rzeczywistości Mikołajczyk odrzucał linię polityczną podziemia zbrojnego, którą zwięźle wyrażała znana rymowanka: „Jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa. Druga mała, ale silna i wrócimy też do Wilna”. Na zjeździe wojewódzkim PSL w Warszawie pod koniec listopada 1945 r., w którym wzięło udział 2 tys. delegatów, Stanisław Mikołajczyk potępił bratobójcze mordy dokonywane przez czczone dzisiaj Narodowe Siły Zbrojne i nieprzejednaną postawę emigracji. Oświadczył też, że PSL pragnie sojuszu z ZSRR i współpracy ze wszystkimi partiami w kraju, ale na zasadzie równości.

Wymowne jest, że Mikołajczyk głosował na posiedzeniu rządu 26 września 1946 r. za uchwałami pozbawiającymi obywatelstwa polskiego gen. Władysława Andersa oraz 75 generałów i wyższych oficerów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, którzy wstąpili do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia. Mało tego – te uchwały były inicjatywą Mikołajczyka. Wypominał mu to później gen. Anders w swoich wspomnieniach.

W dniach 22-27 września 1947 r. odbyła się w Szklarskiej Porębie tajna konferencja dziewięciu partii komunistycznych i robotniczych, na której przedstawiciel WKP(b) Andriej Żdanow zarządził w imieniu Stalina zimnowojenną wrogość wobec Zachodu i komunistyczną dyscyplinę w bloku wschodnim. Był to początek stalinizmu w Polsce i innych krajach bloku. Na wstępie przystąpiono do rozprawy z partiami ruchu ludowego w Bułgarii, Czechosłowacji, Rumunii i na Węgrzech. W drugiej kolejności – do tzw. jednoczenia ruchu robotniczego, czyli likwidacji lub marginalizacji partii socjalistycznych i socjaldemokratycznych. Dla PSL w Polsce także nie było już miejsca.

W październiku 1947 r. Mikołajczyk otrzymał poufną informację, że wkrótce ma zostać pozbawiony immunitetu poselskiego i aresztowany. Prawdopodobnie ostrzegł go Bolesław Drobner z PPS. Oficjalnym powodem aresztowania miała być nota brytyjska skierowana rzekomo do Mikołajczyka podczas konferencji w Poczdamie. W nocie tej strona brytyjska miała popierać domaganie się przez Polskę Szczecina, a Mikołajczykowi miano zarzucić, że ją zataił. Najprawdopodobniej dokument ten spreparowały radzieckie służby specjalne. Dzięki pomocy ambasady USA Stanisław Mikołajczyk uciekł z Polski 21 października 1947 r.

Miesiąc później – 21 listopada 1947 r. – Rada Ministrów pozbawiła go obywatelstwa polskiego (rząd PRL przywrócił mu je pośmiertnie 15 marca 1989 r.). Za swoją działalność w Polsce w latach 1945-1947 był ostro atakowany na emigracji, zwłaszcza przez gen. Andersa i radykalnych antykomunistów. Najbardziej zajadłe kręgi emigracji nazywały go „kawalerem jałtańskim”. Zmarł 13 grudnia 1966 r. w Waszyngtonie. W 2000 r. jego prochy sprowadzono do Poznania i pochowano na Cmentarzu Zasłużonych Wielkopolan.

W 1945 r. Stanisław Mikołajczyk powiedział: „Jeśli miałbym wybierać między Polską komunistyczną i żadną, to wybiorę tę pierwszą jako mniejsze zło”. Z kolei w rozmowie z Williamem Averellem Harrimanem, ambasadorem USA w ZSRR, stwierdził: „To, czego chcę, to ocalenie pewnej porcji wolności, tak aby naród polski mógł przetrwać najgorszy okres, który mamy przed sobą”. W tych słowach wyrażał się jego realizm polityczny, który nakazał mu podjąć próbę działalności legalnej w warunkach Polski pojałtańskiej.

Czy jego klęska polityczna w 1947 r., nieunikniona w warunkach stalinizacji, świadczy o tym, że nie miał racji, że jego realizm był błędem? Nie, ponieważ nie chodziło mu o siebie, ale o naród polski, któremu dał w latach 1945-1947 polityczny drogowskaz. Gloryfikowana dzisiaj walka zbrojna powojennego podziemia była w ówczesnych realiach drogą donikąd, co najwyżej drogą do powtórzenia katastrofy powstania warszawskiego. Nie ona zadecydowała o losach Polski. Do ewolucyjnej transformacji PRL z państwa monopartyjnej dyktatury w państwo demokratyczne i z państwa podległego w niepodległe nie doprowadzili Żołnierze Wyklęci. Transformacja ta, trwająca od 1956 do 1989 r., była dziełem z jednej strony reformatorskiego skrzydła PZPR, a z drugiej strony demokratycznej opozycji z lat 70-tych i 80-tych XX w., której drogę wytyczył w latach 1945-1947 PSL Mikołajczyka.

Bohdan Piętka

23 sierpnia 2020 r.

„Przegląd” nr 34 (1076), 17-23.08.2020, s 36-38

Gotartowiccy bohaterowie Górnego Śląska

Gotartowice są dzisiaj dzielnicą Rybnika. Przez większą część swojej historii, sięgającej XIII w., były jednak samodzielną osadą rolniczą. Od 1792 r. we wsi rozwijało się hutnictwo. Początkowo dzięki inwestycjom państwa pruskiego, później przeszło w ręce prywatne – oczywiście niemieckie. Pod koniec XIX w. huta gotartowicka funkcjonowała pod nazwą Pierwsze Górnośląskie Zakłady Naczyń Emaliowanych. Ludność Gotartowic była od zawsze polska. Brała czynny udział we wszystkich trzech powstaniach śląskich. Według spisu przeprowadzonego 1 grudnia 1910 r., 88,9% mieszkańców Gotartowic posługiwało się językiem polskim.

Podczas plebiscytu 20 marca 1921 r. w Rybniku 71% uprawnionych do głosowania (4714 osób) głosowało za Niemcami. Jednakże w powiecie rybnickim 65% ważnych głosów (52347) oddano za przyłączeniem do Polski, natomiast 35% (27919) za pozostaniem w Niemczech. W Gotartowicach odsetek głosujących za Polską wyniósł 91,2% (488 na 535 ważnych głosów). Podczas III powstania śląskiego powstańcy wkroczyli do Rybnika wczesnym rankiem 3 maja 1921 r. W ciągu godziny cały Rybnik znalazł się w rękach polskich z wyjątkiem szpitala psychiatrycznego, gdzie Niemcy stawiali opór przez 11 dni. Duża część polskich powstańców w powiecie rybnickim pochodziła z Gotartowic.

3 lipca 1922 r. przed rybnickim starym ratuszem podpisane zostały dwa dokumenty – akt przejęcia przyznanej Polsce części Górnego Śląska oraz protokół dotyczący przekazania Rybnika i powiatu rybnickiego władzom polskim. 4 lipca 1922 r. do Rybnika i powiatu rybnickiego – jako ostatniej strefy obszaru plebiscytowego Górnego Śląska – wkroczyli żołnierze 3. Pułku Strzelców Podhalańskich.

Ponownie powiat rybnicki znalazł się w rękach niemieckich po agresji hitlerowskiej na Polskę 1 września 1939 r. Wkraczające do Rybnika oddziały Wehrmachtu były entuzjastycznie witane przez zhitleryzowaną ludność niemiecką, ale gorące polskie serca z Gotartowic wkrótce dały znać o sobie. Miejscowość ta zapisała męczeńską i bohaterską kartę w dziejach polskiego ruchu oporu podczas drugiej wojny światowej, która poza ziemią rybnicką jest mało znana.

W 1940 r. w Gotartowicach powstała Polska Tajna Organizacja Powstańcza. Jej założycielami byli młodzi robotnicy i harcerze z XIII Drużyny Harcerzy im. Witolda Regera w Gotartowicach, pochodzący z rodzin powstańców śląskich: Alojzy Frelich (pierwszy komendant), Ernest, Franciszek i Paweł Buchalikowie (Franciszek i Paweł nie byli ze sobą spokrewnieni), Paweł Holek, Alojzy Mura i in. To w gronie tej młodzieży – chłopców, którzy nie mieli jeszcze 20 lat (pierwszy komendant Alojzy Frelich miał 16 lat), wychowanych w patriotycznej szkole II RP i legendzie powstań śląskich – zapadła decyzja o zorganizowaniu wsparcia finansowego dla rodzin powstańców represjonowanych przez okupanta oraz wydawaniu konspiracyjnej gazetki „Zew Wolności”.

Konspiratorzy z własnych funduszy kupili nielegalnie aparat radiowy i powielacz, a maszynę do pisania wykradli z urzędu gminy w Kłokocinie. Pierwszy numer dwustronicowego „Zewu Wolności” powstał w mieszkaniu Frelicha i nosił datę 11 lipca 1941 r. „Ojczyzna nas woła i woła nas Bóg, by święte podnieść sztandary” – pisali młodociani konspiratorzy na łamach pierwszego numeru „Zewu Wolności”. Tajną redakcję zorganizowano w mieszkaniu rodziców Pawła Holka. Gazetka ukazywała się co tydzień lub dwa tygodnie w nakładzie od 200 do 240 egzemplarzy Zawierała uzyskane z radia londyńskiego informacje o sytuacji na frontach oraz odezwy do mieszkańców i prośby o pomoc materialną dla rodzin aresztowanych powstańców. Do czasu rozbicia organizacji przez gestapo wyszło kilkadziesiąt numerów tego pisma.

Zasięg działania PTOP obejmował powiaty rybnicki, pszczyński, Mikołów, a nawet Szczakową, Koźle i Gliwice. W Boguszowicach k. Rybnika komendantem PTOP był Edward Korduła, w Rybniku – Benedykt Stajer, w Żorach – Karol Słotny, w kopalni „Jankowice” i w hucie „Silesia” – Alojzy Holek. Z czasem organizacja została podzielona na komendantury powiatowe. Komendantem na powiat rybnicki został Ferdynand Neuman, przedwojenny oficer WP. W maju 1942 r. PTOP liczyła około 500 członków, skupionych w 50 placówkach. Podstawowe komórki organizacji liczyły od 3 do 6 ludzi i podlegały komendantom powiatowym oraz okręgowym.

Podstawowym zadaniem konspiracyjnym PTOP była pomoc finansowa dla rodzin aresztowanych przez gestapo powstańców śląskich. Od listopada 1941 do kwietnia 1942 r. opieką otoczono 109 rodzin powstańczych, w tym 30 najbiedniejszych, które otrzymywały miesięczne zapomogi w wysokości 30 marek. Fundusze pochodziły z dobrowolnego opodatkowania się na ten cel konspiratorów PTOP. Kolejnym zadaniem PTOP była rozbudowa sieci kolportażu „Zewu Wolności”. Kolportaż pisma, które szybko zdobyło uznanie ludności polskiej na ziemi rybnickiej i docierało nawet do Pszczyny i Bielska, organizowała młodzież harcerska i robotnicza, w tym m.in.: Ernest Buchalik, Jan Emrych, Paweł Holek, Paweł Juraszczyk, Bolesław Kocztorz, Edward Korduła, Sylwester Kula, Benedykt Stajer, Walenty Sojka i Bolesław Śpiewok (uczeń z Żor i młodociany poeta).

Ponadto PTOP prowadziła akcję propagandową wśród tysięcy polskich robotników zatrudnionych przy budowie niemieckich fabryk zbrojeniowych w Łabędach, Koźlu i Kędzierzynie oraz akcję sabotażową w przemyśle niemieckim, którą kierował Franciszek Buchalik. Akcja sabotażowa w przemyśle miała charakter ograniczony, żeby nie spowodować odwetowych represji niemieckich na ludności polskiej.

W styczniu 1941 r. powstał przy placówce PTOP w Gotartowicach zalążek oddziału partyzanckiego, liczącego 12 ludzi. Grupę tę tworzyły osoby zagrożone powołaniem do Wehrmachtu. Dowódcą oddziału został harcerz Jerzy Klejnot, który zginął wraz z innym partyzantem przy wysadzaniu mostu kolejowego na linii Rybnik-Żory. Nawiązano też kontakty konspiracyjne z mieszkańcami Szczakowej, by utworzyć siatkę przerzutową do Generalnego Gubernatorstwa dla dezerterów z armii niemieckiej.

We wrześniu 1941 r. jeden z egzemplarzy „Zewu Wolności” dostał się w ręce gestapo. Od tego czasu hitlerowska policja zaczęła szukać redakcji tajnego pisma. W nocy z 22 na 23 maja 1942 r. kordon policji niemieckiej otoczył Gotartowice, a do miejscowości wkroczyło gestapo. Podczas próby aresztowania, w wyniku wymiany strzałów, zginął ostatni komendant PTOP – 21-letni Paweł Holek. W obławie aresztowano 18 członków PTOP – 15 mężczyzn i trzy kobiety. W czasie rewizji w mieszkaniu rodziców Pawła Holka gestapo znalazło w skrytce na strychu wykaz części członków organizacji. To doprowadziło wkrótce do drugiej obławy, w wyniku której zatrzymano dalsze 62 osoby. Natomiast w trzeciej obławie ujęto 72 osoby. Ogółem 149 konspiratorów PTOP trafiło do zastępczego więzienia policyjnego w Mysłowicach, czyli śląskiego Pawiaka. Wielu z nich zginęło następnie w KL Auschwitz. Śmierć znaleźli tam m.in.: Ernest Buchalik, Paweł Juraszczyk, Bolesław Kocztorz, Sylwester Kula, Paweł Podleśny, Alojzy Smołka, Bolesław Śpiewok oraz rozstrzelani jako więźniowie policyjni pod Ścianą Śmierci: Jan Emrych, Edward Korduła, Walenty Sojka, Benedykt Stajer. Była to młodzież w wieku 16-21 lat.

27 lipca 1942 r. w godzinach porannych gestapo przywiozło z KL Auschwitz do Gotartowic Franciszka (ur. 15 grudnia 1920 r.) i Pawła (ur. 8 października 1922 r.) Buchalików, których niemiecki sąd doraźny skazał 2 lipca 1942 r. na karę śmierci. Powieszono ich publicznie w obecności ok. 5 tys. mieszkańców Gotartowic, Rybnika i okolicznych miejscowości, zmuszonych przez policję niemiecką do przyglądania się egzekucji. Przed śmiercią zdążyli krzyknąć „Niech żyje Polska!” i „Jeszcze Polska nie zginęła!”.

Brat Franciszka, Ernest Buchalik (ur. 7 września 1925 r.) – współzałożyciel PTOP, odpowiedzialny za kolportaż „Zewu Wolności” – został deportowany do KL Auschwitz 17 lipca 1942 r. Oznaczono go numerem więźniarskim 47692. Zginął w obozie 5 września 1942 r., na dwa dni przed siedemnastymi urodzinami. Matka Ernesta i Franciszka Buchalików – Franciszka – działaczka Towarzystwa Polek i uczestniczka konspiracji w PTOP – została deportowana do KL Auschwitz 15 września 1942 r. i oznaczona numerem więźniarskim 19714. Zginęła w obozie 16 października 1942 r. Ojciec Wilhelm (1897-1939) – uczestnik trzech powstań śląskich i działacz Związku Powstańców Śląskich – został aresztowany przez gestapo we wrześniu 1939 r. i wkrótce zamordowany.

W raporcie sporządzonym 26 października 1942 r. na polecenie szefa Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w Prowincji Górnośląskiej, SS-Obersturmbannführera Rudolfa Mildnera, napisano mi.in., że podczas rewizji w mieszkaniu rodziców Pawła Holka znaleziono pistolet wojskowy z ośmioma nabojami, części karabinu z nabojami, powielacz, maszynę do pisania, radio, paczkę bibuły, znaczną ilość gotowych egzemplarzy „Zewu Wolności” i 519 marek niemieckich. Wedle tego raportu niemiecki sąd doraźny skazał na karę śmierci także należących do PTOP robotników ze Szczakowej: Antoniego Marszałka, Jana Tekielaka, Mieczysława Tekielaka i Edwarda Wagnera. Rozstrzelano ich 2 lipca 1942 r. pod Ścianą Śmierci w KL Auschwitz. Ponadto 17 członków PTOP, którzy mieli obywatelstwo niemieckie, przekazano do postępowania specjalnego i również rozstrzelano w KL Auschwitz.

Pierwszy komendant organizacji – Alojzy Frelich – został ujęty 22 czerwca 1942 r. na terenie Austrii podczas próby przekroczenia granicy niemiecko-szwajcarskiej. Od marca 1942 r. ukrywał się przed poborem do Wehrmachtu, dzięki czemu uniknął schwytania podczas majowej obławy w Gotartowicach. Aresztowanie pod fałszywym nazwiskiem Kolecki ocaliło mu życie. Został osadzony w KL Flossenbürg (nr więźniarski 2251), a następnie w KL Mauthausen (nr więźniarski 56625) i KL Mauthausen-Gusen, gdzie doczekał wyzwolenia w dniu 5 maja 1945 r.

Po wyzwoleniu Frelich powrócił do Gotartowic. Przez pewien czas był inwigilowany i szykanowany przez aparat bezpieczeństwa. W końcu znalazł zatrudnienie w pionie inwestycyjnym Rybnickiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego. W latach 60-tych ukończył Technikum Budowlane w Raciborzu. Przez kilka kadencji pracował też w Zarządzie Związku Zawodowego Górników. Jako społecznik udzielał się m.in. w ZBOWiD.

Współtworzona przez niego Polska Tajna Organizacja Powstańcza była jedną z najważniejszych polskich organizacji konspiracyjnych na Górnym Śląsku podczas okupacji niemieckiej. W jej szeregach znalazła się młodzież robotnicza i harcerska, która pragnęła polskiego Górnego Śląska i za to pragnienie złożyła najwyższą ofiarę. Przypomina o tym dzisiaj pomnik w miejscu egzekucji Franciszka i Pawła Buchalików, odsłonięty 20 września 2003 r., oraz lotnisko Aeroklubu Rybnickiego Okręgu Węglowego w Gotartowicach nazwane ich imieniem.

Bohdan Piętka

„Myśl Polska” nr 33-34 (2305/2306), 16-23.08.2020, s. 13

Wielka Trójka a powstanie warszawskie

Wybitny historyk Paweł Jasienica napisał, że powstanie warszawskie było „militarnie skierowane przeciw Niemcom, politycznie przeciw ZSRR, faktycznie przeciw Polsce”. Pomyślane przez jego inicjatorów z Komendy Głównej AK jako krótkotrwała demonstracja zbrojna, która miała doprowadzić do uznania przez Stalina władz Polski Podziemnej, stało się największą polską klęską militarną i polityczną podczas drugiej wojny światowej oraz niewyobrażalną katastrofą humanitarną. Szanse na realizację wspomnianego wyżej celu politycznego w świetle polityki Wielkiej Trójki wobec Polski w latach 1943-1944 były znikome.

Punktem zwrotnym w anglo-amerykańsko-radzickiej polityce wobec Polski stała się konferencja w Teheranie (28 listopada-1grudnia 1943 r.). Doszło na niej do tajnego porozumienia przywódców trzech wielkich mocarstw odnośnie wschodniej granicy Polski. Porozumienie to realizowało postulat Moskwy oparcia tej granicy na kryterium etnicznym i wytyczenia jej na podstawie tzw. linii Curzona.

Premier Stanisław Mikołajczyk zdawał sobie sprawę, że bez aprobaty Stalina ani jego rząd, ani podziemie w kraju nie będą mogły funkcjonować na terenach wyzwolonych przez Armię Czerwoną. Wiedział jednak, że jego polityczni oponenci utratę połowy przedwojennego terytorium uznają za kolejny rozbiór Polski. W instrukcji dla podziemia z 27 października 1943 r. premier Mikołajczyk i naczelny wódz, gen. Kazimierz Sosnkowski, zalecali unikanie wszelkich konfliktów ze stroną radziecką i „przystąpienie do współpracy z dowódcami sowieckimi w razie wznowienia stosunków polsko-sowieckich”. Rozpoczęcie na początku 1944 r. przez dowództwo Armii Krajowej akcji „Burza”, czyli działań, które miały zamanifestować przed wkraczającą Armią Czerwoną praw Polski do Kresów Wschodnich oraz legalność władz podziemia podległych rządowi polskiemu w Londynie, było niezgodne ze wspomnianą instrukcją. Realizacja akcji „Burza” ujawniła jedynie wrogi stosunek Stalina do AK i zakończyła się politycznym fiaskiem tak na Wołyniu, jak i na Wileńszczyźnie (operacja „Ostra Brama”) i we Lwowie.

Premier Mikołajczyk jeszcze przed konferencją w Teheranie przedłożył rządom brytyjskiemu i amerykańskiemu memorandum, w którym stwierdził, że położenie polskiego podziemia niekomunistycznego stało się wręcz beznadziejne na skutek braku polsko-radzieckich stosunków dyplomatycznych (zerwanych przez ZSRR 25 kwietnia 1943 r. w związku z reakcją rządu polskiego na odkrycie przez Niemcy zbrodni katyńskiej).

W odpowiedzi na to memorandum premier Winston Churchill opowiadał się za wznowieniem stosunków polsko-radzieckich oraz ponownym uznaniem przez Moskwę polskiego rządu na uchodźstwie. Ceną za to musiało być jednak uznanie przez ten rząd linii Curzona za wschodnią granicę Polski. Stanowisko brytyjskie zostało zakomunikowane premierowi Mikołajczykowi, ministrowi spraw zagranicznych Tadeuszowi Romerowi i ambasadorowi Edwardowi Raczyńskiemu przez szefa brytyjskiej dyplomacji Anthony’ego Edena w dniach 20 grudnia 1943 r. i 11 stycznia 1944 r. W pierwszej rozmowie Eden powiedział politykom polskim, że on i Churchill „odnieśli w Teheranie wrażenie, że uda się coś niecoś uzyskać w sprawach polskich od rządu sowieckiego”. Odnieśli też „wrażenie”, że ZSRR będzie „obstawał” przy linii Curzona, ale z drugiej strony będzie dążył do tego, żeby Polska rozciągała się „wzdłuż całej” Odry i obejmowała Prusy Wschodnie oraz Gdańsk. W drugiej rozmowie Eden radził politykom polskim jak najszybsze zaakceptowanie żądań radzieckich. W przeciwnym razie, przestrzegał, Moskwa może ustanowić w Polsce konkurencyjny rząd (co się stało w lipcu 1944 r.).

W takiej formie strona brytyjska zakomunikowała rządowi polskiemu w Londynie ustalenia konferencji w Teheranie. Przywódcom polskim nie powiedziano wprost o brytyjskiej zgodzie na linię Curzona, ale mogli się tego domyśleć. Zwłaszcza po tym, kiedy o wiele bardziej autorytatywnie niż Eden wypowiedział się Churchill na spotkaniu z Mikołajczykiem, Romerem i Raczyńskim, do którego doszło 20 stycznia 1944 r. Premier brytyjski zażądał od polityków polskich wprost, aby natychmiast przystąpili do negocjacji z Moskwą i jeszcze zanim rozpoczną się te negocjacje zgodzili się na linię Curzona. Jeśli tego nie uczynią – przestrzegał Churchill – „możemy zostać zaskoczeni wydarzeniami, którym trudno będzie zaradzić”.

Swoją rozmowę z politykami polskimi Churchill opisał w telegramie do Stalina z 28 stycznia 1944 r. Stalin odpowiedział 4 lutego. Domagał się oficjalnej i jednomyślnej deklaracji rządu polskiego w sprawie uznania linii Curzona, postulował przyłączenie do ZSRR także Królewca oraz zażądał rekonstrukcji polskiego rządu na uchodźstwie. 22 lutego 1944 r. Churchill oświadczył w Izbie Gmin, że rząd brytyjski nigdy nie gwarantował „jakiejś określonej linii granicznej w Polsce” i stwierdził, że żądania radzieckie „nie wykraczają poza to, co rozsądnie słuszne”. Ponadto dodał, że Wielka Brytania nigdy nie aprobowała zajęcia przez Polaków Wilna w 1920 r., a w 1919 r. popierała linię Curzona.

Tak jak wcześniej gen. Władysław Sikorski, tak teraz premier Mikołajczyk nie potrafił poinformować albo uznał za nierozważne szersze informowanie kierownictwa Polski Podziemnej o dramatycznych konfliktach w stosunkach polsko-radzieckich, o zmieniających się postawach Wielkiej Brytanii i USA czy o własnej bezsilności.

Identyczne stanowisko jak władze brytyjskie zajęła administracja USA, o czym premier Mikołajczyk przekonał się podczas swojej wizyty w Waszyngtonie w czerwcu 1944 r. Zarówno podczas spotkania z sekretarzem stanu Edwardem Stettiniusem 6 czerwca, jak i spotkań z prezydentem Franklinem D. Rooseveltem w dniach 7 i 12 czerwca polski premier był namawiany do uznania linii Curzona i rekonstrukcji rządu zgodnie z sugestiami Stalina. Roosevelt także ostrzegł Mikołajczyka, że w przeciwnym wypadku mogą nastąpić jednostronne działania strony radzieckiej. Dla zjednania sobie polskiego premiera oświadczył jedynie, że to nie on, ale premier Wielkiej Brytanii zaakceptował wschodnią granicę Polski opartą na linii Curzona.

Wielkiej Brytanii i Stanom Zjednoczonym najbardziej zależało w tym czasie na rozpoczęciu ofensywy radzieckiej, która miała odciążyć wojska alianckie po ich lądowaniu w Normandii 6 czerwca 1944 r. To zasadniczo wpływało na ich stanowisko wobec Polski. Wielka ofensywa radziecka, która ostatecznie rozstrzygnęła o klęsce Niemiec, rozpoczęła się 22 czerwca 1944 r. Cztery fronty radzieckie liczące 2 mln żołnierzy runęły na niemiecką Grupę Armii „Środek”. Po jej zupełnym zdruzgotaniu Armia Czerwona przekroczyła 21 lipca przyszłą granicę wschodnią Polski na Bugu. Następnego dnia na antenie Radia Moskwa ogłoszono manifest kontrolowanego przez ZSRR Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Kiedy pod koniec lipca premier Mikołajczyk przybył do Moskwy, Armia Czerwona była na dalekich przedpolach Warszawy. „Jednostronne działania” strony radzieckiej, przed którymi ostrzegali Mikołajczyka Churchill i Roosevelt, stały się faktem.

14 lipca dowódca AK, gen. Tadeusz Bór-Komorowski, zakomunikował władzom polskim w Londynie, że podziemie nie może pozostać bezczynne „w wypadku cofania się Niemców, a wkraczania Sowietów lub w wypadku rozkładu sił niemieckich i zagrożenia okupacją sowiecką”. 25 lipca informował Londyn, że powstanie w Warszawie może wybuchnąć w każdej chwili. Rząd na uchodźstwie dał wówczas wolną rękę dowództwu AK i władzom Polski Podziemnej w sprawie decyzji o czasie i skali lokalnych działań militarnych skierowanych przeciw cofającym się wojskom niemieckim. Przywódcy podziemia i sam premier Mikołajczyk łudzili się, że powstanie w stolicy będzie politycznym atutem w jego ręku podczas rozmów w Moskwie (31 lipca-9 sierpnia 1944 r.).

Premier Mikołajczyk przekonał się, że tak nie będzie już podczas wstępnego spotkania z Mołotowem 31 lipca, kiedy usłyszał: „Po co Pan tu przyjechał? Co Pan ma do powiedzenia?”. Zamiast spotkania ze Stalinem Mołotow zaproponował Mikołajczykowi rozmowy z przedstawicielami PKWN. Stalin przyjął Mikołajczyka dopiero 3 sierpnia i oświadczył mu, że rząd radziecki uznaje PKWN, z którym Mikołajczyk powinien dojść do porozumienia. Stwierdził również, że nie ma mowy o kompromisie w sprawie linii Curzona. Tematu pomocy dla powstania Stalin nie podjął, a podczas drugiego spotkania w dniu 9 sierpnia oświadczył, że w Warszawie nie ma żadnego powstania.

Rozmowy Mikołajczyka ze Stalinem na początku sierpnia 1944 r. ujawniły, do jakiego stopnia błędne były wszelkie rachuby związane z powstaniem, które wybuchło 1 sierpnia w Warszawie. Powstanie nie tylko nie umocniło pozycji polskiego premiera w Moskwie, ale sprawiło, że stał się on pokornym petentem, ubiegającym się o niezbędną pomoc, którą mógł uzyskać lub nie. Z depeszy otrzymanej od Stalina 16 sierpnia Mikołajczyk dowiedział się, że powstanie warszawskie jest „nieprzemyślaną awanturą”, a „radzieckie dowództwo wycofuje się z warszawskiej awantury i nie przyjmuje za nią żadnej odpowiedzialności”.

Do rządu brytyjskiego wiadomość o wybuchu powstania w Warszawie dotarła dopiero 2 sierpnia wieczorem. Tego dnia premier Churchill wygłosił przemówienie w Izbie Gmin, z którego wynikało, iż strona brytyjska nie zdecyduje się na otwarte wsparcie polskiego rządu na uchodźstwie w jego sporze ze Stalinem. Brytyjski premier ponownie zachęcił rząd Mikołajczyka do porozumienia z Moskwą. „[Sowieci] ofiarują Polakom wolność, suwerenność i niepodległość. Domagają się, by Polska w przyszłości była przyjazna wobec Rosji. Wydaje mi się to uzasadnione” – powiedział wtedy Churchill.

Po dotarciu do władz brytyjskich informacji o wybuchu powstania warszawskiego wykazały one mało zaangażowania. Szef sztabu brytyjskiego Gabinetu Wojennego potrzebował aż pięciu dni, aby niezgodnie z prawdą oświadczyć, że kwestię użycia bombowców RAF w Polsce można rozpatrywać jedynie w połączeniu z oczekiwanym atakiem Armii Czerwonej. Użycie myśliwców uznał natomiast za nierealne. Z kolei gen. Bór-Komorowski został powiadomiony 2 sierpnia drogą radiową, że strona brytyjska uzależnia pomoc dla powstania w Warszawie od wyników rozmów moskiewskich premiera Mikołajczyka.

Ambasador Raczyński usłyszał od brytyjskiego MSZ, że dyplomaci brytyjscy będą interweniować w Moskwie, aby zapewnić maksimum współpracy. Stalin nie był jednak chętny do pomocy powstaniu, a Wielka Brytania i USA nie zamierzały drażnić swojego najważniejszego sojusznika. Brytyjska opinia publiczna była tego nieświadoma. 4 sierpnia gen. Bór-Komorowski musiał zgłosić dementi wobec audycji BBC, w której podano, że wojska radzieckie współpracują z powstańcami. Pomimo tego w mediach brytyjskich przez kilka dni pojawiały się informacje o tym, że żołnierze polskiego podziemia „walczą ramię w ramię z Rosjanami”.

8 sierpnia wicepremier Jan Kwapiński i ambasador Raczyński dyskutowali z ministrem Edenem o pomocy dla Warszawy. Szef brytyjskiej dyplomacji odczytał im telegram marszałka Johna Slessora, w którym ten napisał: „Operację zrzutów na Warszawę uważam za tak niebezpieczną i nie rokującą powodzenia, że odmawiam zgody na podjęcie jej przez podległe mi siły lotnicze. Zdania swego nie zmieniam. Wobec jednak zgłoszonej ze strony dywizjonów polskich woli podjęcia się tej ryzykownej operacji, nie widzę możności odmówienia podległemu mi dzielnemu dowódcy polskiemu mego zezwolenia”.

Jednak w wyniku rozkazu premiera Churchilla z 13 sierpnia także brytyjskie samoloty wzięły udział w akcji zrzutów dla Warszawy. Loty przeprowadzano jedynie z baz w południowych Włoszech. Ze względu na dużą odległość i silną niemiecką obronę przeciwlotniczą loty te pociągały za sobą znaczne straty. Licznym samolotom nie udało się dokonać zrzutów w wyznaczonych miejscach, a inne nie zdołały powrócić do baz. Brytyjskie załogi nie rozumiały też dlaczego podejmują tak wielkie ryzyko. Samoloty alianckie latające z Włoch zrzuciły nad Warszawą około 100 ton dostaw, z których tylko część została przejęta przez powstańców. Kosztowało to życie około 250 lotników.

W odpowiedzi na prośby Churchilla i Mikołajczyka Stalin odmówił 16 sierpnia zgody na lądowanie samolotów alianckich po dokonania zrzutów w Warszawie na terenach kontrolowanych przez stronę radziecką. Odmowę uzasadnił tym, że „rząd radziecki nie życzy sobie – aby pośrednio lub bezpośrednio – wiązano go z awanturą w Warszawie”.

Na wahadłową operację amerykańską z pomocą dla Warszawy Moskwa wyraziła zgodę dopiero 9 września. Dzięki temu 18 września nad Warszawą pojawiło się 107 amerykańskich Boeingów B-17, które zrzuciły powstańcom ok. 1300 zasobników z bronią, amunicją, żywnością i zaopatrzeniem medycznym. Pomoc ta jednak była spóźniona, a powstańcom udało się odebrać tylko 20% tego zrzutu. Natomiast lotnictwo radzieckie rozpoczęło zrzuty dla powstańców dopiero 14 września. Dokonywały je w nocy samoloty Po-2 o małym udźwigu, zrzucając broń i amunicję z małej wysokości bez spadochronów, co często kończyło się jej zniszczeniem.

1 września 1944 r. gen. Kazimierz Sosnkowski w rozkazie nr 19 dla AK napisał: „Pięć lat minęło od dnia, gdy Polska wysłuchawszy zachęty rządu brytyjskiego i otrzymawszy jego gwarancje, stanęła do samotnej walki z potęgą niemiecką (…). Warszawa czeka”. Brytyjczycy poczuli się urażeni tymi słowami. Dlatego 4 września minister Eden przekazał premierowi Mikołajczykowi do wiadomości, że strona brytyjska jest mocno poruszona oskarżeniami Sosnkowskiego. Ostrą kampanię przeciw Sosnkowskiemu rozpoczęła też prasa brytyjska. W tej sytuacji rząd Mikołajczyka zdecydował się wystosować 22 września do prezydenta Władysława Raczkiewicza żądanie zdymisjonowania gen. Sosnkowskiego ze stanowiska wodza naczelnego, co nastąpiło 30 września.

Władze brytyjskie i amerykańskie zwlekały również z decyzją o uznaniu żołnierzy AK za integralną cześć Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, co uchroniłoby ich przed śmiercią z rąk niemieckich w wypadku dostania się do niewoli. Deklarację w tej sprawie oba rządy złożyły dopiero 30 września. Również dopiero 10 września rząd brytyjski zdecydował się na potępienie zbrodni niemieckich na ludności cywilnej Warszawy.

Wobec braku wsparcia swojego stanowiska ze strony sojuszników zachodnich premier Mikołajczyk zaczął ustępować. 30 sierpnia zgodził się na ewentualne poszerzenie swojego rządu o przedstawicieli PPR. Trzy dni po upadku powstania warszawskiego, 5 października, premier Churchill i minister Eden udali się do Moskwy na rozmowy w sprawie granic w powojennej Europie. Powtórzyli tam swoje pozytywne stanowisko wobec linii Curzona. 11 października przybyła do Moskwy delegacja PKWN, a następnego dnia Mikołajczyk, Romer i przewodniczący Rady Narodowej Stanisław Grabski. Dopiero wtedy, podczas spotkania wszystkich stron w dniu 13 października, zakomunikowano oficjalnie Mikołajczykowi o ustaleniach konferencji w Teheranie. Wobec protestów polskiego premiera Churchill oświadczył mu: „Nie macie poczucia odpowiedzialności (…). Nie myślicie o przyszłości Europy, macie na myśli tylko swój własny, pożałowania godny interes (…). Nie wiem czy rząd brytyjski będzie was dalej uznawał”. W ten sposób premier Wielkiej Brytanii podsumował nie tylko politykę premiera Mikołajczyka, ale także powstanie warszawskie.

Dopiero wtedy polski premier zrozumiał, że ustępstwa są nieuchronne i wyraził zgodę na uznanie linii Curzona, choć jego decyzja nie miała mocy wiążącej i została odrzucona przez jego rząd. Ogromna ofiara powstania warszawskiego, która miała takiej decyzji zapobiec, okazała się daremna. Poświęcenie życia 200 tys. mieszkańców Warszawy, w tym kwiatu młodzieży inteligenckiej, dziedzictwa materialnego i kulturalnego stolicy, nie mogło zmienić sytuacji politycznej Polski w 1944 r., czego władze polskie w Londynie powinny być świadome już przed wybuchem powstania.

Bohdan Piętka

8 sierpnia 2020 r.

„Przegląd” nr 32 (1074), 3-9.08.2020, s. 40-43

Krwawa Środa w Olkuszu

31 lipca minie 80-ta rocznica Krwawej Środy w Olkuszu – jednej z wielu niemieckich zbrodni przeciw ludzkości popełnionych na ziemiach polskich w pierwszym okresie okupacji hitlerowskiej. Zbrodnia ta jest bliźniaczo podobna do zbrodni w Wawrze z 27 grudnia 1939 r. Pretekstem do zbrodni w Wawrze było zabójstwo na tle kryminalnym dwóch podoficerów Wehrmachtu. Tak samo w Olkuszu pretekstem do mordu na 20 Polakach w dniu 16 lipca 1940 r. i akcji represyjnej w dniu 31 lipca 1940 r. stało się dla Niemców zabójstwo niemieckiego policjanta, który zginął z ręki nieznanego sprawcy, prawdopodobnie kryminalisty.

Olkusz – miasto z bogatą historią, leżące w zachodniej części Ziemi Krakowskiej – w okresie II RP należało do województwa kieleckiego. 5 września 1939 r. Olkusz zajęły wojska niemieckie. Na mocy dekretów Hitlera z 8 i 12 października 1939 r. o podziale podbitych ziem polskich wschodnia część powiatu olkuskiego została włączona do Generalnego Gubernatorstwa, natomiast zachodnią część powiatu z Olkuszem włączono do Rzeszy Niemieckiej – czyli rejencji katowickiej w Prowincji Śląsk (od 1941 r. Prowincji Górny Śląsk). Olkusz stał się odtąd niemieckim miastem Olkusch, przemianowanym w 1941 r. na Ilkenau. Rządy w mieście objął aparat okupacyjny wsparty przez niewielką mniejszość niemiecką. Dla ludności polskiej Olkusza rozpoczął się czas bezwzględnego terroru, wymierzonego w pierwszej kolejności w miejscową inteligencję polską.

Landratem powiatu olkuskiego został Heinrich Groll, burmistrzem miasta Rudolf Skaletz, a szefem miejscowej komórki NSDAP – Karol Pokorny. Oni – obok rozbudowanego aparatu policyjnego – ponosili odpowiedzialność za germanizację miasta i terror wobec ludności polskiej. Ofiarą tego terroru padł m.in. lekarz Julian Łapiński, który jako przedstawiciel polskiej inteligencji został aresztowany i wywieziony do KL Dachau.

14 lipca 1940 r. do willi doktora Łapińskiego przy ulicy Kluczewskiej na olkuskim osiedlu Parcze wprowadził się wraz z rodziną niemiecki policjant Ernst Kaddatz. Willę nadal zamieszkiwały żona i córka Łapińskiego. Kaddatzowie zajęli pomieszczenia na parterze, gdzie kilka dni wcześniej miała miejsce próba włamania. W nocy z 15 na 16 lipca 1940 r. miał miejsce napad rabunkowy na willę Łapińskiego, podczas którego nieznany napastnik w ubraniu cywilnym zastrzelił Kaddatza, który obudzony hałasem próbował sięgnąć po służbowy pistolet. Tej samej nocy dokonano w Olkuszu jeszcze jednego napadu rabunkowego na dom prywatny, którego sprawcą był prawdopodobnie ten sam napastnik (lub napastnicy). Przeprowadzone przez policję niemiecką dochodzenie wykluczyło, by zabójstwa Kaddatza dokonano na tle politycznym. Do takiego samego wniosku doszedł również landrat Heinrich Groll.

Sprawca napadu na willę Łapińskiego i zabójstwa Kaddatza nigdy nie został wykryty. Policja niemiecka nawet nie próbowała go specjalnie szukać. Nie wiadomo więc czy był Polakiem, a nie np. jednym z mieszkających w Olkuszu Niemców (funkcjonariuszy aparatu okupacyjnego lub miejscowych volksdeutschów), którzy przecież w przeciwieństwie do Polaków posiadali broń palną. To jednak nie miało żadnego znaczenia dla niemieckich władz okupacyjnych. Pojawiła się dla nich świetna okazja do eskalacji terroru pod pretekstem odwetu. Dlatego już 16 lipca 1940 r. przybyła do Olkusza ekspedycja karna złożona z SS. Wszystkim przebywającym w mieście Niemcom polecono stawić się na rynku, gdzie wezwano również miejscowego lekarza Mariana Kiciarskiego. Stamtąd razem z esesmanami udali się na Parcze, gdzie w ich obecności spalono willę Łapińskiego.

W tym czasie w mieście policja niemiecka przy pomocy miejscowych volksdeutschów przeprowadziła aresztowania według przygotowanej wcześniej listy. Ujęto pięciu mężczyzn figurujących na liście. Kilku innych nie zastano w mieszkaniach, a przynajmniej jeden – ostrzeżony przez sąsiadów – uciekł. Do ujętej piątki dołączono 15 mężczyzn przywiezionych przez esesmanów z więzień policyjnych w Mysłowicach i Sosnowcu. Tego samego dnia około godz. 20:00 wszystkich 20 zakładników rozstrzelano pod spaloną willą Łapińskiego. Wszyscy rozstrzelani byli Polakami. Znajdowali się wśród nich m.in. Jerzy Stroński – właściciel olkuskiego kina „Rosa” oraz Jerzy Strzelecki – urzędnik z Olkusza. Według relacji Mariana Kciarskiego rozstrzeliwani zachowywali się godnie. Niektórzy przed śmiercią krzyczeli „Niech żyje Polska!”.

Ciała rozstrzelanych wywieziono samochodami ciężarowymi prawdopodobnie w kierunku Trzebini, czyli terenów w znacznej mierze zalesionych. Według jednego ze świadków do przenoszenia ciał zmuszono grupę Żydów. Los tych Żydów jest nieznany, co skłania do wniosku, że musieli oni prawdopodobnie także grzebać zwłoki rozstrzelanych Polaków w nieznanym do dzisiaj miejscu, po czym prawdopodobnie również zostali zamordowani przez esesmanów.

Po egzekucji zakładników Niemcy przez dwa tygodnie nie podejmowali żadnych działań wobec mieszkańców Olkusza. Jednakże w środę 31 lipca 1940 r. po północy przybyła do Olkusza silna ekspedycja karna, w skład której wchodzili funkcjonariusze gestapo i innych formacji policji niemieckiej oraz prawdopodobnie także żołnierze Wehrmachtu. Zablokowano wyloty ulic i od godziny 2:00 zaczęto wywlekać z mieszkań mężczyzn w wieku od 15 do 55 lat – bez wyjątku Polaków i Żydów (getto w Olkuszu utworzono dopiero we wrześniu 1941 r, do tego czasu Polacy i Żydzi nie byli odseparowani). Początkowo kazano im stać z rękoma do góry pod murami domów. W tym czasie policja niemiecka rewidowała mieszkania, przeważnie bijąc przebywających tam starców, kobiety i dzieci. Następnie zatrzymanych mężczyzn zaczęto gromadzić w różnych miejscach miasta, głównie na rynku oraz na czterech innych placach, w tym na tzw. „rynku czarnogórskim”. Ofiary legitymowano, po czym rozkazywano im położyć się twarzą do ziemi, z rękami wyciągniętymi wzdłuż ciała.

Leżących Niemcy obrzucali obelgami, kopali, bili, deptali butami po głowach i plecach. Wyjątkowo brutalnie potraktowano mężczyzn spędzonych na „rynek czarnogórski”. Najpierw zmuszono ich, by się czołgali i padali w znajdujące się tam bajora błota. Potem ustawiono ich w kolumnę, kazano maszerować i śpiewać pieśni żołnierskie. W tym czasie policjanci niemieccy bili maszerujących kolbami karabinów, bykowcami i kijami. Na przedzie kolumny Niemcy kazali nieść polską flagę, którą odnaleźli podczas rewizji na strychu jednego z domów. Niektóre ofiary zmuszano, by zanurzały się w pełnej fabrycznych ścieków rzeczce Babie, a następnie tarzały się w piachu i glinie.

Szczególnie brutalnie Niemcy znęcali się też nad olkuskimi Żydami. Nie tylko ich maltretowali, ale także kazali im dźwigać i rzucać do siebie dużych rozmiarów kamienie. Obiektem bardzo brutalnego traktowania i poniżania stał się dajan olkuskiej gminy żydowskiej – Moszek Joel Hagierman. W maltretowaniu ofiar uczestniczyli oprócz gestapowców i policjantów niemieckich także miejscowi urzędnicy niemieccy, w tym najważniejsi – landrat Groll, burmistrz Skaletz, ortsgruppenleiter NSDAP Pokorny i kierownik Kasy Chorych Kriest. Zdołali oni jednak uchronić od pobicia polskich lekarzy i niektórych polskich pracowników instytucji miejskich.

Krwawa Środa pociągnęła za sobą co najmniej trzy ofiary śmiertelne. Pierwszą był Tadeusz Lupa – 25-letni Polak zatrudniony jako elektryk w olkuskim magistracie. Został zastrzelony przez Niemców, gdy usiłował uciec z placu przy Kasie Chorych. Drugą ofiarą był Żyd posiadający obywatelstwo USA o nazwisku Majer lub Isaac Miller, który zmarł po kilku dniach na skutek odniesionych tortur. Trzecią ofiarą był proboszcz olkuskiej parafii św. Andrzeja Apostoła, ks. Piotr Mączka, który zmarł 10 sierpnia 1940 r. w wyniku zadanych mu tortur. Dwunastu najciężej skatowanych mężczyzn Niemcy wywieźli do więzienia policyjnego w Sosnowcu, gdzie prawdopodobnie zostali zamordowani. Kilkadziesiąt innych ofiar nie było w stanie wrócić do domów o własnych siłach. Ich leczenie trwało wiele miesięcy. Nie wiemy jednak ilu spośród tych wyleczonych żyło krócej na skutek okaleczenia fizycznego i psychicznego.

Krwawa Środa w Olkuszu była jednym z wielu aktów terroru hitlerowskiego podczas niemieckiej okupacji Polski. Takie akty terroru, z czasem coraz brutalniejsze, podejmowane najczęściej pod pretekstem odwetu, stały się dniem powszednim tej okupacji. Celem tego terroru było nie tylko zastraszenie ludności polskiej i obezwładnienie woli jej oporu, ale także jej stopniowa eliminacja fizyczna zgodnie z założeniami Generalnego Planu Wschodniego – opracowanego na polecenie Himmlera w 1941 r. w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy.

Podczas Krwawej Środy w Olkuszu oprawcy wykonali bogatą dokumentację fotograficzną swoich działań. Na wykonanych przez Niemców zdjęciach widać m.in. ofiary prowadzone na punkty zborne, legitymowanie zatrzymanych oraz mężczyzn leżących twarzą do ziemi na olkuskim rynku i „rynku czarnogórskim”. Po wojnie na Zachodzie zwrócono jednak uwagę tylko na jedno zdjęcie przedstawiające maltretowanego przez policjantów niemieckich dajana Moszka Joela Hagiermana. Zdjęcie to uznano za jeden z ważniejszych dokumentów Holokaustu. Przez długie lata poza granicami Polski panowało przekonanie, że ofiarami Krwawej Środy w Olkuszu byli wyłącznie Żydzi. Taka informacja znajdowała się m.in. na ekspozycjach muzealnych w Yad Vashem, muzeum w kibucu im. Bojowników Getta, Centrum Szymona Wiesenthala i Domu Konferencji w Wannsee. Powielano ją także w ukazujących się na Zachodzie publikacjach historycznych i edycjach źródeł, w tym m.in. w „Encyclopedia of Camps and Ghettos”, wydanej w 2012 r. przez Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie.

Pochodzący z Olkusza historyk, dr Adam Cyra, podejmował od 1993 r. interwencje w Domu Konferencji w Wannsee z prośbą o sprostowanie informacji o przebiegu Krwawej Środy. W nowej ekspozycji muzealnej otwartej na początku XXI w., a także na stronie internetowej Domu Konferencji w Wannsee, zmieniono podpisy pod zdjęciami przedstawiającymi wydarzenia olkuskie z 31 lipca 1940 r. w ten sposób, że podano, iż ofiarami akcji represyjnej padli także „nie-Żydzi”. W 2003 r. w wyniku interwencji innego olkuskiego historyka, Krzysztofa Kocjana, zmieniono opisy pod zdjęciami z Krwawej Środy na stronie internetowej kibucu im. Bojowników Getta. Natomiast w 2006 r. – po interwencji władz Olkusza, wspartej przez Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie – opis Krwawej Środy zmodyfikował na swojej stronie internetowej również instytut Yad Vashem.

Bohdan Piętka

2 sierpnia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 31-32 (2303/2304), 2-9.08.2020, s. 17

Politycy emigracji wobec powstania warszawskiego

„Sukces ma wielu ojców, tylko klęska jest sierotą” – głosi popularne powiedzenie. Dlatego powstanie warszawskie wywołało ostre polemiki w różnych środowiskach – ludzi kultury, publicystów i polityków. Jedna z najbardziej ożywionych debat toczyła się na emigracji, ponieważ tam pozostało po 1945 r. wielu polityków i wojskowych, w tym uczestników powstania, którzy nie chcieli lub nie mogli wrócić do kraju. Spór toczył się na kilku płaszczyznach – okoliczności i powodów podjęcia decyzji o wybuchu powstania, kierunku polskiej polityki podczas wojny oraz wpływu doświadczenia powstania na postrzeganie polskiej historii. Pomiędzy uczestnikami sporu nie było wyraźnej granicy politycznej. Krytyka powstania wychodziła zarówno z kręgów piłsudczykowskich, jak i endeckich. Sensu polityczno-militarnego powstania bronili głównie jego autorzy – generałowie Tadeusz Bór-Komorowski (1895-1966), Antoni Chruściel (1895-1960) i Tadeusz Pełczyński (1892-1985). Jednak po obu stronach sporu byli ludzie prawicy i lewicy emigracyjnej.

Spór o powstanie rozpoczął się jeszcze przed jego wybuchem. Gen. Kazimierz Sosnkowski (1885-1969) – czołowa postać obozu piłsudczykowskiego w „polskim Londynie” – przedstawił na spotkaniu z premierem Stanisławem Mikołajczykiem 3 lipca 1944 r. swoje zalecenia dla dowództwa Armii Krajowej. Stwierdził wówczas m.in.: „Powstanie bez uprzedniego porozumienia z ZSRR na godziwych podstawach byłoby politycznie nieusprawiedliwione, zaś bez uczciwego i prawdziwego współdziałania z Armią Czerwoną byłoby pod względem wojskowym niczym innym jak aktem rozpaczy”. Zarówno premier Mikołajczyk, jak i dowództwo AK postąpili wbrew temu zaleceniu i powstanie w stolicy stało się rzeczywiście aktem rozpaczy.

Postawę gen. Sosnkowskiego następująco ocenił emigracyjny historyk Zbigniew Siemaszko: „Generał Sosnkowski był najinteligentniejszym Polakiem, jaki żył podczas II wojny światowej. Była to postać wręcz olbrzymiego formatu. Doskonale rozumiał, że powstanie nie ma żadnego sensu, że spowoduje tylko olbrzymie cierpienia ludności cywilnej i doprowadzi do rozbicia Armii Krajowej. Nie potrafił jednak tego swojego zdania narzucić Komendzie Głównej AK. Był bowiem wielkim marzycielem, który wierzył w kompromisy, w konsensus, chciał przekonywać, a nie rozkazywać. W efekcie w lutym 1944 roku właściwie wypuścił dowodzenie z rąk i pozwolił, żeby ośrodek decyzyjny przeniósł się do kraju”.

Znacznie ostrzejszą ocenę sformułował Stanisław Cat-Mackiewicz (1896-1966) – polityk konserwatywny i wybitny publicysta. W wydanej w 1958 r. książce „Zielone oczy” stwierdził: „Sosnkowski w czasie Powstania, zamiast zająć jakieś heroiczne i wyraźne stanowisko, siedział we Włoszech i dekorował żołnierzy”.

Wyraźne stanowisko zajął wtedy natomiast gen. Władysław Anders. W liście do ppłk. Mariana Dorotycz-Malewicza „Hańczy” z 31 sierpnia 1944 r. napisał: „Byłem całkowicie zaskoczony wybuchem powstania w Warszawie. Uważam to za największe nieszczęście w naszej obecnej sytuacji. Nie miało ono najmniejszych szans powodzenia, a naraziło nie tylko naszą stolicę, ale i tę część Kraju, będącą pod okupacją niemiecką, na nowe straszliwe represje. (…) Chyba nikt uczciwy i nieślepy nie miał jednak złudzeń, że stanie się to, co się stało, to jest, że Sowiety nie tylko nie pomogą naszej ukochanej, bohaterskiej Warszawie, ale z największym zadowoleniem i radością będą czekać, aż się wyleje do dna najlepsza krew Narodu Polskiego. Byłem zawsze, a także wszyscy moi koledzy w Korpusie zdania, że w chwili, kiedy Niemcy wyraźnie się walą, kiedy bolszewicy tak samo wrogo weszli do Polski i niszczą tak jak w roku 1939 naszych najlepszych ludzi – powstanie w ogóle nie tylko nie miało żadnego sensu, ale było nawet zbrodnią”.

Pobrzmiewa w tych słowach echo tezy o „zdradzie Sowietów”, krzewionej później przez sprawców wybuchu powstania w celu odparcia oskarżeń o spowodowanie tragedii Warszawy. Jednakże poza tym gen. Anders wyraził się jednoznacznie – powstanie nie miało sensu politycznego i wojskowego.

Z kolei Karol Popiel (1887-1977) – podczas wojny minister w rządzie na uchodźstwie i przywódca Stronnictwa Pracy – w liście do inż. Jerzego Kulczyckiego z 9 kwietnia 1970 r. napisał: „Nie miałem wielkiego przekonania o człowieku, którego z całego tego środowiska najlepiej i najdłużej znałem, tj. o dawnym moim koledze partyjnym z okresu istnienia NPR [Narodowej Partii Robotniczej – BP], Delegacie Rządu Jankowskim. Krótki jego pobyt w Legionach w 1915 roku w kawalerii Beliny wyrobił w nim kompleks przesadnego pojęcia o fachowości wojskowych, któremu się ostatecznie podporządkował w decydującej chwili, chociaż nie wiemy i prawdopodobnie nigdy się już nie dowiemy, w jakich to nastąpiło okolicznościach”.

Do krytyków powstania należał także najbardziej znany historyk piłsudczykowski Władysław Pobóg-Malinowski (1899-1962). Swoją ocenę sformułował w trzecim tomie wydanej po wojnie w Londynie „Najnowszej historii politycznej Polski 1864-1945”. W publikacji tej rozprawił się z argumentami przebywających na emigracji dowódców AK, którymi ci usprawiedliwiali swoją decyzję o jego wybuchu. Zdaniem Poboga-Malinowskiego słaby był ich argument, że ludność cywilna mogła sama rzucić się na Niemców, ponieważ w pierwszych dniach walki znikła ona z ulic, chowając się w mieszkaniach, bramach domów i innych miejscach. Słaby był również argument, że ludność cywilna ulegnie wzywającej do powstania agitacji komunistycznej, skoro wpływ PPR na warszawską opinię publiczną był niewielki. Złudne też było przekonanie dowództwa AK, że skoro walka o Wilno i Lwów nie wywołała głębszego oddźwięku w świecie, to wystąpienie zbrojne w Warszawie je wywoła. Pobóg uważał, że Komenda Główna AK popełniła poważne błędy w ocenie sił i możliwości niemieckich na przedpolu Warszawy oraz, że do powstania nie doszłoby, gdyby decydować mógł uwięziony przez Niemców rok wcześniej gen. Stefan Rowecki lub gen. Sosnkowski.

Główna odpowiedzialność za powstanie – zdaniem Poboga-Malinowskiego – spada na premiera Mikołajczyka i Radę Ministrów, szefa sztabu gen. Stanisława Kopańskiego i częściowo prezydenta Władysława Raczkiewicza. Pobóg pytał, dlaczego z decyzją o powstaniu nie zaczekano do zapoznania się z wynikami rozmów Mikołajczyka na Kremlu na przełomie lipca i sierpnia 1944 r.? Wedle jego oceny, gen. Bór-Komorowski znał krytyczny stosunek gen. Sosnkowskiego (wodza naczelnego) do powstania, ale samowolnie postąpił wbrew jego zaleceniom. „Bór nie kierował swoim sztabem – prąca do walki część sztabu z Pełczyńskim, Okulickim, Chruścielem ciągnęła Bora za sobą” – pisał piłsudczykowski historyk.

Wymowną ocenę powstania dał również polityk piłsudczykowski Ignacy Matuszewski (1891-1946), który na lamach ukazującego się w Detroit „Dziennika Polskiego” napisał na krótko przed swoją śmiercią: „Wszystko, co w powstaniu było zwycięstwem, jest tryumfem tych, co w murach Warszawy walczyli. Wszystko, co w powstaniu warszawskim jest klęską, spada odpowiedzialnością na tych, co z daleka kazali powstańcom iść ku zgubie”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ta ocena koresponduje z ocenami powstania warszawskiego prezentowanymi w PRL, zwłaszcza po 1956 r.

Najbardziej ostre oceny powstania warszawskiego formułowali politycy i publicyści endeccy, co wynikało z jednej strony z ich niechęci do piłsudczykowskiego dowództwa AK, a z drugiej strony z endeckiej szkoły realizmu politycznego, krytycznej wobec powstań narodowych w XIX w. i polskiego romantyzmu politycznego.

Niedługo po upadku powstania – w listopadzie 1944 r. – warszawskie środowisko Młodzieży Wszechpolskiej wydało oświadczenie polityczne. Czytamy w nim: „Decyzję wybuchu powstania podjął gen. Bór-Komorowski i urzędujący Delegat Rządu bez przyzwolenia a nawet powiadomienia przedstawicielstwa społeczeństwa, tj. Rady Jedności Narodowej. Odpowiedzialność w pierwszym rzędzie ponosi Komenda Główna Armii Krajowej. Była ona emanacją sanacyjnej kliki wojskowej skompromitowanej już we wrześniu [19]39 roku. Trudno dziś orzec jakie motywy kierowały nią przy wywołaniu powstania, postępowanie jej musi być oceniane jednak jako lekkomyślne. Mimo to, ludzie ci próbują już dziś – podobnie jak w [19]39 roku – zrzucić z siebie odpowiedzialność za spowodowaną tragedię. Podają następujące przyczyny swego kroku: primo – że Bolszewicy dochodzili do Pragi. Stwierdzonym jest jednak, że wywiad AK orientował się w charakterze zbliżających się sił sowieckich. Były to jedynie podjazdy niezdolne do zajęcia stolicy”[1].

Ktoś nie znający autorów tego oświadczenia mógłby pomyśleć, że wydała je Polska Partia Robotnicza. Wydała jej jednak Młodzież Wszechpolska. Zadziwia to, że autorzy cytowanego dokumentu wiedzieli w listopadzie 1944 r. to, co później ustalili historycy – że wywiad AK orientował się w sytuacji militarnej na przedpolach stolicy. Fałszywe informacje na temat rzekomego wejścia do prawobrzeżnej Warszawy sił radzieckich rozpowszechniał natomiast 31 lipca 1944 r. płk Antoni Chruściel, żeby wymusić na Komendzie Głównej AK decyzję o wybuchu powstania.

2 października 1944 r. – w dniu kapitulacji Warszawy – znany działacz Stronnictwa Narodowego Adam Doboszyński (1904-1949) opublikował na łamach ukazującej się w Londynie „Wielkiej Polski” artykuł „Zmarnowany heroizm!”. Pisał w nim: „Nie byliśmy entuzjastami idei Powstania, wywołanego w dniu 1-szym sierpnia. Decyzja podjęcia każdej walki musi być w naszym pojęciu podyktowana racją polityczną i poczuciem odpowiedzialności za następstwa wszczętych działań”. Prawie rok wcześniej – w listopadzie 1943 r. – Doboszyński opublikował na lamach londyńskiej „Walki” artykuł „Ekonomia krwi”, w którym stwierdził: „Naczelnym naszym zawołaniem powinna dziś być ekonomia krwi (której tak mądry przykład dają nam w obecnej wojnie Brytyjczycy). Jeśli Naród nasz wyłoni się w dobrej kondycji z tej strasznej konwulsji dziejowej, czeka go wielka przyszłość. Jeśli się skrwawi powyżej dopuszczalnej granicy, braknie mu sił do odbudowy niepodległego bytu”.

Krytycznie o dowództwie AK pisał kolejny polityk endecki, Jan Kanty Matłachowski (1906-1989), w wydanej w 1978 r. w Londynie książce „Kulisy genezy Powstania Warszawskiego”. Doszedł w niej do następującej konkluzji: „Analiza Powstania Warszawskiego, jego przedwczesnej decyzji wykazuje niedomagania rygorów kompetencji i to tam, gdzie ich brak grozi katastrofą, oraz niedopuszczalne lekceważenie odpowiedzialności na wysokim szczeblu hierarchii i nieobliczalnych skutków decyzji. Ani mundur, ani wysoki szczebel nie zwalniają nikogo od nad wyraz poważnej odpowiedzialności, przeciwnie, powiększają odpowiedzialność człowieka za to, co czyni”.

Skrytykować dowództwa AK nie omieszkał również Jędrzej Giertych (1903-1992) – polityk i dyplomata, jeden z bardziej znanych działaczy Stronnictwa Narodowego na emigracji. W wydanej w 1986 r. w Londynie trzytomowej pracy „Tysiąc lat historii polskiego narodu” pisał: „Powstanie zostało wszczęte, bo życzyli go sobie wodzowie AK i życzył go sobie obóz polityczny, do którego należeli. Po pierwsze, byli oni wyznawcami ideologii powstańczej, wedle której, w imię irracjonalnych wyobrażeń i uczuć, każde pokolenie polskie powinno ozdobić swoje życie zrobieniem powstania; oni się szykowali do powstania od pięciu lat – i nagle okazuje się, że to powstanie jest w tej chwili niepotrzebne, a nawet szkodliwe; nie mogli tego znieść i powstanie musieli zrobić. Po wtóre, powstanie dawało im okazję do zrehabilitowania się po kompromitacji, jaką była kompromitacja wrześniowa, która przecież była przede wszystkim ich kompromitacją. Po trzecie, przez pięć lat wyobrażali sobie, że przez powstanie osiągną to, że nowy polski rząd utworzony będzie w kraju i będzie ich rządem, przez co usunięta będzie perspektywa, że wróci do kraju i obejmie władzę rząd emigracyjny, złożony przecież z polityków do niedawna opozycyjnych (…). Po czwarte, do wszczęcia powstania skłaniała ich myśl przeciwstawienia się nadchodzącej armii sowieckiej i idącej wraz z nią polskiej armii, politycznie zależnej od komunistycznego Związku Patriotów Polskich; powodowali się oni naiwną strategią objęcia w stolicy władzy zanim armia »trzeciej siły«, w danym razie armia sowiecka, przyjdzie i wyobrażeniem, że ich pierwszeństwo będzie przez nowych przybyszów uszanowane i uznawane”.

Z tego Giertych wyciągnął następujący wniosek: „Powstania nie należało robić. Nie mogło ono przynieść żadnych większych politycznych korzyści, przeciwnie, przyniosło tylko polityczną szkodę. Gdyby się Warszawa, objęta powstaniem, doczekała przybycia armii sowieckiej – co było nadzieją złudną – armia ta potrafiłaby rządy powstańcze w Warszawie skutecznie obezwładnić i usunąć. A powstanie na czas pewien wypaliło energię polskiego narodu. (…) Warszawa została po wojnie odbudowana. Jest wielką zasługa tych, co Polską od 1945 roku rządzili, że się na to wielkie dzieło zdobyli”.

Refleksja nad sensem powstania warszawskiego skłoniła go też do takich rozważań historiozoficznych: „Obrońcy powstań 1830 i 1863 roku twierdzili nieraz, że chociaż zakończone klęską, powstania te nie osłabiały nas, ale umacniały, gdyż podnosiły ducha narodu, a więc pozwalały nam lepiej przetrwać czas niewoli. Powstanie Warszawskie jest jeszcze jednym dowodem na to, jak dalece pogląd ten jest niesłuszny. Nieudane powstanie nie podnosi ducha narodu, ale istniejące w narodzie napięcie duchowe rozładowuje. A więc naród moralnie osłabia”.

Krytyczny wobec dowództwa AK i premiera Mikołajczyka był również Zbigniew Stypułkowski (1904-1979) – polityk endecki, odznaczony za udział w powstaniu Złotym Krzyżem Zasługi, w 1945 r. sądzony i skazany w procesie szesnastu w Moskwie. W wydanych po wojnie w Londynie wspomnieniach „Zaproszenie do Moskwy” napisał: „Kto miał świadomość, jaka katastrofa grozi stolicy w wypadku opanowania przez Niemców zbrojnego jej wystąpienia, winien był zawczasu zwrócić uwagę na kierowanie nastrojami mas. Przy pomocy prasy podziemnej, poprzez tajne organizacje, można było przestrzec przed groźbą prowokacji, zaapelować jeszcze raz do karności społecznej, odwołać się do zaufania, jakim cieszyły się władze narodowe. A już w żadnym razie nie wolno było samemu przyczynić się do podnoszenia temperatury, mobilizując młodzież na szereg dni przed powstaniem i trzymając ją zgromadzoną po mieszkaniach uzbrojoną i niecierpliwie wyczekującą hasła do walki. (…) Jak wielkim błędem była chęć podtrzymania premiera Mikołajczyka w jego pertraktacjach moskiewskich przez zbrojne uderzenie Warszawy na tyły niemieckie, wykazała historia. Mikołajczyk, zamiast toczyć walkę ze Stalinem o sprawę polską, musiał błagać i żebrać o pomoc dla powstańców”.

Krytycznych ocen powstania warszawskiego nie znajdziemy natomiast w publicystyce polityków lewicy emigracyjnej. Wynikało to stąd, że ideologia powstańcza i tradycja polskiego romantyzmu politycznego były częścią etosu głównego nurtu PPS (tzn. nurtu niepodległościowego i antykomunistycznego). Ponadto rząd na uchodźstwie, któremu od 29 listopada 1944 r. przewodził socjalista Tomasz Arciszewski (1877-1955) kontynuował linię polityczną dowódców powstania warszawskiego, co skończyło się wycofaniem mu uznania przez aliantów zachodnich na początku lipca 1945 r.

W publicystyce czołowych polityków emigracyjnej PPS – Tomasza Arciszewskiego („Moralno-polityczne znaczenie powstania warszawskiego”, Londyn 1949), Zygmunta Zaremby („Społeczne oblicze Powstania”, „Warszawa w ogniu powstania”), czy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego brakuje zatem refleksji krytycznej. Ich stanowisko było podobne do zajmowanego przez gen. Bora-Komorowskiego, Stefana Korbońskiego, czy antykomunistycznego pisarza Józefa Mackiewicza. Najogólniej sprowadzało się do konkluzji, że za wszystko winę ponoszą Sowieci.

Jednakże krytycznego rozrachunku z powstaniem dokonało środowisko paryskiej „Kultury”, którego liderzy – Jerzy Giedroyc (1906-2000) i Juliusz Mieroszewski (1906-1976) – ewoluowali w latach 50-tych i 60-tych XX w. w stronę demokratycznej lewicy. Najważniejszy tekst rozrachunkowy – „Powstanie Warszawskie i problem odpowiedzialności” autorstwa Tadeusza Sołowija – ukazał się na łamach paryskiej „Kultury” w 1951 r. (nr 48). Artykuł ten stanowił recenzję wspomnień gen. Bora-Komorowskiego pt. „Armia Podziemna” (Londyn 1951) oraz publikacji „Armia Krajowa” (trzeciego tomu serii „Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej”) wydanej przez Instytut Historyczny im. Gen. Sikorskiego (Londyn 1950). Sołowij doszedł do następującego wniosku: „Decyzję powstania podjęli w kraju i Londynie ludzie karmiący się złudzeniami, nie mającymi żadnego pokrycia w ówczesnej sytuacji międzynarodowej. Wykonano ją w momencie, który przesądził z góry o klęsce planu, któremu powstanie miało służyć”.

Krytyki formułowanej przez różne środowiska polityczne na emigracji nie przyjmował gen. Bór-Komorowski. Przykładem ignorowania tej krytyki są chociażby takie słowa dowódcy AK: „Wydałem rozkaz wszczęcia jawnej walki w Warszawie dnia pierwszego sierpnia 1944, w chwili gdy armia czerwona znajdowała się u samych wrót naszej stolicy [w rzeczywistości została odparta przez Niemców od Warszawy w dniach 25 lipca-5 sierpnia 1944 r. – BP] i kiedy wszystkie względy wojskowe zdawały się wskazywać, że chwila dojrzała do otwarcia bitwy na tym odcinku. Wydałem te rozkazy ufając, że bitwa rozpoczęta wewnątrz miasta przez nasze siły zostanie niezwłocznie poparta przez wojska sowieckie, przez wznowioną ofensywę, przez bombardowanie niemieckich obiektów wojskowych, przez rzucanie nam materiałów wojennych”[2].

Ta narracja, że winę za tragedię powstania ponosi ZSRR i nikt więcej była ciągle powielana przez gen. Bora w jego wywiadach i publikacjach po wojnie. Także w wydanym pośmiertnie opracowaniu jego autorstwa pt. „Powstanie Warszawskie”, gdzie napisał: „Za podjęciem akcji mającej na celu opanowanie Warszawy przed wkroczeniem do niej wojsk rosyjskich przemawiały względy natury wojskowej, politycznej i ideologicznej. Przygotowania niemieckie wskazywały, że Niemcy będą bronić Warszawy, że walki toczyć się będą na terenie stolicy o umocnione obiekty. W związku z tym miasto narażone będzie na poważne straty i zniszczenia. Jeżeli jednocześnie z uderzeniem rosyjskim od zewnątrz podjęta zostanie walka wewnątrz miasta, umożliwi to przyśpieszenie jej końca i uchroni stolicę od nadmiernych strat i zniszczeń”[3].

Jeszcze inaczej uzasadnił powstanie gen. Pełczyński: „Naród polski odczuwał potrzebę udziału w walce toczonej na jego ziemiach. Poczuwał się też do praw gospodarza na swoich ziemiach. Aby być gospodarzem na danym terenie, trzeba mieć w swym posiadaniu węzły komunikacyjne, a więc miasta. Stąd udział Armii Krajowej w walce o Wilno, o Lwów i o miasta Okręgu Lubelskiego”[4]. A zatem powstanie warszawskie było rzekomo wolą narodu, a nie kilku wyższych dowódców AK.

Po 1989 r., a zwłaszcza po 2004 r. (otwarcie Muzeum Powstania Warszawskiego) powstanie warszawskie stało się jednym z kluczowych elementów realizowanej w Polsce polityki historycznej. Stanowi dzisiaj ważną część antykomunistycznego i antyrosyjskiego mitu założycielskiego nowej Polski. Dla potrzeb kreacji tego mitu zaadaptowano narrację generałów Bora i Pełczyńskiego, a prawie zupełnie pomija się lub marginalizuje krytykę powstania. Także tę uprawianą przez prawicowych polityków i publicystów na emigracji.

[1] Cyt. za: J. Engledgard, M. Motas (red.), „W imię czego ta ofiara? Obóz Narodowy wobec Powstania Warszawskiego”, wyd. II, Warszawa 2017, s. 132-133.

[2] Cyt. za: A. Kunert (oprac.), „Tadeusz Bór-Komorowski w relacjach i dokumentach”, Warszawa 2000, s. 411.

[3] T. Bór-Komorowski, „Powstanie Warszawskie”, Warszawa 2004, s. 15.

[4] T. Pełczyński, przedmowa (w:) „Armia Krajowa w dokumentach 1939–1945”, Wrocław-Warszawa-Kraków 1991, s. XXXIII (33).

Bohdan Piętka

2 sierpnia 2020 r.

„Przegląd” nr 31 (1073), 27.07-2.08.2020, s. 24-28

Romanowskiego rozprawa z postsolidarnością

Nakładem wydawnictwa Universitas (Kraków 2019) ukazała się książka prof. Andrzeja Romanowskiego pt. „Antykomunizm, czyli upadek Polski. Publicystyka lat 1998-2019”. Autor (ur. 1951) jest literaturoznawcą, kierownikiem Katedry Kultury Literackiej Pogranicza na Wydziale Polonistyki UJ, pracownikiem naukowym Instytutu Historii PAN, redaktorem naczelnym „Polskiego Słownika Biograficznego” (od 2003 r.) i publicystą. W okresie PRL był związany z „Solidarnością”. W III RP wchodził w skład władz regionalnych i krajowych Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna, Unii Demokratycznej, Unii Wolności i Partii Demokratycznej.

Teza przewodnia publicystyki prof. A. Romanowskiego sprowadza się do konkluzji, że III RP – która jego zdaniem była „najlepszym państwem w polskich dziejach” (s. 5) – została zniszczona przez solidarnościowy antykomunizm i upolityczniony katolicyzm. Co do upolitycznionego katolicyzmu, to należy przypomnieć, że bliska prof. A. Romanowskiemu Unia Demokratyczna (Wolności) sama podczepiała się pod Kościół katolicki i wykorzystywała politycznie katolicyzm, tylko w innej formie i w innym celu niż szeroko rozumiana prawica.

Ciekawa jest natomiast krytyka postsolidarnościowego antykomunizmu w publicystyce prof. A. Romanowskiego. Tezę, że antykomunizm rozumiany jako delegalizacja PRL jest ideologią państwową III RP stawiał wielokrotnie prof. Bronisław Łagowski. Także ja zwracałem uwagę na to, że antykomunistyczna ideologia III RP ma w istocie charakter antypolski. III RP nie wzięła się bowiem z Kosmosu. Wyrosła z PRL – m.in. z jej kształtu terytorialnego i z pozostawionego przez nią majątku narodowego, który roztrwoniła. Dlatego chociażby wyszydzanie określenia Ziemie Odzyskane – pisanego przed dekomunizatorów w cudzysłowie – ma charakter antypolski. Taki sam charakter ma wymazywanie z historii nazwisk i osiągnięć ludzi, którzy działali w PRL na polu społecznym, kulturalnym, a nawet politycznym nie z powodu fascynacji marksizmem-leninizmem, ale w celu podtrzymania bytu narodowego oraz ciągłości politycznej państwa i narodu. W celu nadania temu państwu możliwie jak najbardziej polskiego charakteru.

III RP – wbrew temu co się wydaje szermierzom postsolidarnościowego antykomunizmu (nie tylko prawicowym, także tym z obozu liberalnego i lewicy) – jest polityczną (nie ustrojową) kontynuacją PRL, a nie II RP, której historia zakończyła się ostatecznie z chwilą kapitulacji powstania warszawskiego. Postsolidarnościowi antykomuniści biorąc w nawias okres PRL i ogłaszając się spadkobiercami i kontynuatorami wyłącznie II RP wybrali życie w Matriksie. Dodajmy – w groteskowym Matriksie.

Prof. A. Romanowski zasadniczo idzie tym tokiem myślenia. Jednakże upatrując przyczyn niepowodzenia projektu politycznego III RP w solidarnościowym antykomunizmie i upolitycznionym katolicyzmie nie zauważa neoliberalizmu, którego jest zwolennikiem. Sądzę, że akcenty rozkładają się nieco inaczej. Przyczyną wielostronnej degrengolady III RP jest właśnie neoliberalizm, a solidarnościowy antykomunizm i „polityczny katolicyzm” były tylko jego narzędziami.

Zgodzę się z prof. A. Romanowskim, że solidarnościowy antykomunizm musiał doprowadzić do PiS. Jednakże jego stwierdzenie, że III RP przestała istnieć w nocy z 2 na 3 grudnia 2015 r. „w momencie zaprzysiężenia przez prezydenta Andrzeja Dudę sędziów-dublerów Trybunału Konstytucyjnego” ociera się o groteskę. Zwłaszcza w kontekście świetnej publikacji na ten temat Lecha Mażewskiego – „Wiele hałasu o nic? Konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego w latach 2015-2016 w perspektywie rozważań modelowych” (Warszawa 2017).

Ogólnie jednak należy się zgodzić chociażby z taką tezą prof. A Romanowskiego: „Tak czy inaczej, zrozumienie historycznego dziedzictwa Polaków – to dla dzisiejszej prawicy zadanie zbyt intelektualnie wyczerpujące. A dla lewicy jałowe i nudne” (s. 119). Duża część dwudziestoletniej publicystyki prof. A. Romanowskiego jest poświęcona krytyce polityki historycznej III RP, firmowanej przez IPN i solidarnościową prawicę. To jej głównie zarzuca on brak zrozumienia i instrumentalizację historii. Ale potrafi skrytykować za to także ludzi wywodzących się ze swojego środowiska politycznego – np. Romana Graczyka.

To co pisze prof. A. Romanowski należy docenić, ponieważ pisze to człowiek „Solidarności”, a spojrzenie krytyczne na historię i rzeczywistość nie jest mocną stroną środowisk solidarnościowych, odwołujących się w większości do tradycji polskiego romantyzmu politycznego XIX w. i to w formie karykaturalnej. U prof. A. Romanowskiego wyraźny jest obiektywizm, gdy pisze on zgodnie z prawdą historyczną, że PRL była po 1956 r. państwem autorytarnym. Natomiast animatorzy polityki historycznej III RP zamknęli okres 1944-1989 klamrą z napisem „totalitaryzm”, rozciągając manipulacyjnie okres stalinizmu na cały okres PRL.

Prof. A. Romanowski odwołuje się do polskiej szkoły realizmu politycznego, gdy pisze: „Polacy w niewoli rzadko byli w sytuacji takiej, że nie mieli niczego. Ich podstawowe pytanie brzmiało nie: »bić się, czy nie bić«, lecz: umacniać czy nie umacniać te państwa, te organizmy, te autonomie – czasem quasi-niepodległe. A na to tym bardziej nie było jednej odpowiedzi (…). Kto jednak dobrze życzył Polsce, temu ugoda nie myliła się z kapitulacją. Każdy rozumiał, że ugoda – to targ i układ: coś za coś. (…) Przecież to dzięki temu, że Czartoryski trwał nie przy Napoleonie, lecz przy carze Aleksandrze, mógł potem, na kongresie wiedeńskim, wskrzesić Królestwo Polskie. I to dzięki temu, że Polacy ułożyli się z zaborcą austriackim, Galicja stała się z czasem »polskim Piemontem«, a Piłsudski mógł tu uzbroić swą Kadrówkę. Co by się stało, gdyby w latach napoleońskich Polska nie miała wariantu awaryjnego? I co by było, gdyby w roku 1866 Polacy wysunęli hasło powstańcze, dokonali próby oderwania Galicji od Austrii?” (s. 112-113).

Jest też do bólu obiektywny, gdy pisze: „PiS-owska »polityka historyczna« była w istocie wyzwaniem rzuconym Polsce i jej tradycji. Zarówno w Muzeum Powstania Warszawskiego, jak w wystąpieniach prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jak wreszcie w szerzonym przez Instytut Pamięci Narodowej kulcie powojennego »podziemia niepodległościowego«, »żołnierzy wyklętych« i »ostatnich leśnych«, liczyło się tak naprawdę tylko jedno: upływ krwi. To był ten jedyny miernik patriotyzmu – tym większą budzący satysfakcję i (sic!) radość, im mniej za nim stało politycznej kalkulacji, im bardziej tragiczne były jego skutki. Otóż takiego myślenia dotąd w Polsce nie znaliśmy. Owszem, w II RP czczono tradycję powstańczą i fetowano weteranów 1863 roku. Lecz przecież istniała wtedy zawsze możliwość konfrontacji postaw, dokonania odpowiedniego wyboru. (…) Z patriotyzmem powstańczym konkurował patriotyzm Narodowej Demokracji, dla którego »socjalistyczny« czyn Legionów był w istocie antynarodowy. Nie było też mowy o ograniczeniu patriotyzmu do któregokolwiek z segmentów sceny politycznej, ani o łączeniu go z porządkiem katolickim – nie pozwalały na to antyklerykalne i laickie korzenie ideologii Piłsudskiego, Dmowskiego i Witosa. Zresztą sami przywódcy, wychowani w latach niewoli, umieli wznieść się ponad historiozofię własnego obozu: znany jest szacunek, jaki kultywujący tradycję powstańczą Piłsudski żywił do największego wroga powstania – margrabiego Aleksandra Wielopolskiego” (s. 114).

I dalej: „Trzecia Rzeczpospolita miała szansę stać się państwem wielkiej ideowej syntezy. Powstała wszak w drodze układu z komunistami, ale jej aksjologia była antykomunistyczna. Jedno i drugie stanowiło wartość. Rzecz jednak w tym, że terminem »antykomunizm« ochrzczono u nas walkę nie z systemem czy ideologią, lecz z nieistniejącym PRL. Ba! Nawet nie z PRL, lecz z ludźmi PRL, a czasem nie z ludźmi PRL, lecz po prostu z aktualnym przeciwnikiem – jak nie byłym członkiem PZPR, to agentem, jak nie agentem, to człowiekiem o kontaktach wskazujących na to, że mógł być agentem… Ta postsolidarnościowa spirala wariactwa, widoczna w kolejnych bataliach o lustrację, dekomunizację i dezubekizację, rosła i potężniała z każdym rokiem” (s. 115).

A na koniec taka konkluzja: „(…) w dyskursie historycznym, prowadzonym pod hasłem »przywracania pamięci«, usuwano z tradycji wszystko, co wiązało się lewicą. Tradycja lewicowa – to była nieledwie tradycja zdrady. Czy trzeba przypominać, że obrażało to pamięć Józefa Piłsudskiego? I czy należało się godzić z kompletną społeczną nieświadomością, czym była niepodległościowa PPS? Z ignorancją faktu, że ostatnim uznawanym przez świat premierem rządu »londyńskiego« był socjalista, Tomasz Arciszewski? Z zapomnieniem, jakie stało się udziałem Kazimierza Pużaka, zmarłego w stalinowskim więzieniu? Ale amputowano nie tylko tradycję lewicową. Skoro przemilczeliśmy setną rocznicę rewolucji 1905, to znaczy, że za burtę wyrzuciliśmy całe już polityczne dziedzictwo: wszak w owym »czwartym powstaniu« udział miała nie tylko lewica, lecz i prawica: Narodowa Demokracja, Roman Dmowski… A cóż mówić o historii późniejszej. W publicznym dyskursie pominięto przecież 50. rocznicę Polskiego Października, eksponując z roku 1956 tylko Poznański Czerwiec – bo krwawy” (s. 118).

Ciekawe jest też spojrzenie prof. A. Romanowskiego na Rosję. Jego stosunek do Rosji Putina jest negatywny. Zarzuca jej to samo, co bliski mu obóz liberalny, który pod tym względem prawie nie różni się od przeważającej większości polskiej prawicy. Wytyka więc Moskwie eksterminację Czeczenów oraz podeptanie aksjomatu nienaruszalności granic w Gruzji i na Ukrainie. Aneksję Krymu porównuje z Anschlussem Austrii przez Hitlera itp. System polityczny stworzony przez Putina charakteryzuje jako „tyleż anachroniczny, co niebezpieczny: okcydentalistyczny, lecz w rozumieniu powrotu do środka Europy, żywiący się marzeniem o odbudowie utraconego imperium, więc stawiającym na armię i politykę siłową” (s. 360).

Jednakże i tutaj jego spojrzenie okazuje się wyważone. Nawiązując do sytuacji na Ukrainie po 2014 r. pisze bowiem o realiach historycznych: „Rosja czuje się spadkobiercą Rusi. Kijów jest kolebką Rusi, miastem świętym, nad którym Moskwa panuje w sposób faktyczny od połowy XVII wieku. Z kolei Doniecczyzna i Ługańszczyzna leżały na terenie państwa moskiewskiego również wtedy, gdy ukraińscy Kozacy dokonywali jej kolonizacji. Krym został zdobyty przez Rosję pod koniec XVIII wieku i został w większości zasiedlony przez Rosjan (Ukrainie podarowała go Moskwa zaledwie 60 lat temu). Sewastopol do dziś pozostaje symbolem rosyjskiego oręża” (s. 357).

Zauważa, że „minione ćwierćwiecze udowodniło, że Rosja jest gotowa przyjąć istnienie odrębnej Ukrainy. Wszak nawet w dniach »pomarańczowej rewolucji« prezydent Putin wykazał powściągliwość. Ale trudno sobie wyobrazić, by nie tylko Putin, ale i Gorbaczow, czy Borys Jelcyn, zgodzili się kiedykolwiek na pożeglowanie Ukrainy do świata zachodniego. Do Unii Europejskiej i do NATO, a przecież te cele stawiała przed sobą polityka ukraińska” (s. 358).

O polskiej odpowiedzialności za kryzys ukraiński w 2014 r. pisze następująco: „Nie da się zaprzeczyć, że Polska, podtrzymując dążenia Ukraińców do systemu »takiego jak na Zachodzie«, wspierała działania wymierzone w prezydenta Wiktora Janukowycza i – analogicznie jak w roku 2008 w Gruzji – opowiadała się za wszystkim, co tylko może zaszkodzić Rosji. Działania te niosły oczywiste ryzyko, ale taki ciężar polityk musi czasem podjąć. Rzecz w tym, czy były racjonalne. Bo czego właściwie się bano? Czy pod rządami Janukowycza Ukraina rzeczywiście stałaby się rosyjskim protektoratem? To wielkie i ludne państwo, zawieszone między Wschodem i Zachodem, przyjazne Rosji i Zachodowi (choć pewnie Rosji bardziej), zostałoby wtedy co prawda skazane na dryf, nie byłoby państwem marzeń zwłaszcza dla Ukraińców ze Lwowa, zarazem jednak zachowałoby terytorialną integralność i miałoby poczucie bezpieczeństwa” (s. 358-359). Dostrzegł, że Rosja nie może „odpuszczać” Ukrainy – „fundując sobie powstanie państwa jeszcze bardziej niż Polska antyrosyjskiego” (s. 363).

Pisząc krytycznie o systemie politycznym Putina zauważa równocześnie, że „Rosja przecież niejedno ma imię” i przywołuje wezwanie Norwida, by mieć w Rosji „swą partię”. „Aby jednak mieć taką partię – pisze – trzeba wpierw Rosję zrozumieć. (…) A jakkolwiek jest zróżnicowana polska opinia na temat Rosji, to najsilniej daje o sobie znać specyficzny polski patriotyzm. Specyficzny – bo myślowo prostacki. Jego imperatywem jest szkodzenie Rosji, gdzie tylko się da, w naiwnej wierze, że w ten sposób odepchnie się ją dalej od naszych granic (…)” (s. 360-361). W innym miejscu stwierdza wprost: „Bo rusofobia starcza teraz za całą polską myśl polityczną” (s. 377). Konkluzja prof. A. Romanowskiego także i w tym wypadku jest do bólu szczera: „Polska rusofobia nie ma oczywiście większego międzynarodowego znaczenia, ale dodatkowo jeszcze wzmacnia myślenie odwetowe na Kremlu” (s. 362).

W sierpniu 2014 r. – kiedy większość polityków i mediów polskich przemawiała w tonie triumfalizmu, niczym Piłsudski po powrocie z wyprawy kijowskiej – prof. A. Romanowski napisał, że Polska na Wschodzie przegrywa. Tak to uzasadnił: „Pokazaliśmy Rosji, że jej polityka otwarcia – rozpoczęta przez Gorbaczowa, kontynuowana przez Jelcyna i nawet jeszcze przez Putina, który pięć lat temu mówił na Westerplatte rzeczy dla rosyjskiego ucha rewolucyjne – jest drogą do politycznej zapaści. (…) Polska przecież – po osiągnięciu celów strategicznych, jakimi były członkostwo w NATO i w Unii Europejskiej – nie miała żadnego powodu, by przyjmować wobec Rosji postawę konfrontacyjną. Nie powinna być jastrzębiem – raczej gołębiem, raczej mediatorem. (…) Przegrywamy jednak nie dlatego, że nie doceniliśmy niebezpieczeństwa rosyjskiego. Przegrywamy dlatego, bo to niebezpieczeństwo przeceniliśmy. Bo przecież nie każdy krok Rosji był w przeszłości obliczony na konfrontację. Porównując (ustami Radosława Sikorskiego) rosyjsko-niemiecki kontrakt gazowy do paktu Ribbentrop-Mołotow, sami pozbawiliśmy się wiarygodności. Elity solidarnościowe, wzrosłe niegdyś w etosie walki, zawsze też wobec siebie bezkrytyczne, nie potrafią zmierzyć się z zagrożeniem, gdy stało się ono realne. Będą wykonywać gesty Rejtanowskie, protestować, piętnować i żądać sankcji, będą ścigać się w radykalizmie. Nie mają jednak pomysłu na Rosję, na dobrosąsiedzkie z nią stosunki – jak już niczego nie znajdą, to przynajmniej zażądają, by Katyń uznać za ludobójstwo. Bezpieczeństwa Polski i Ukrainy taka polityka nie wzmacnia” (s. 362-363).

Prof. Andrzej Romanowski wpisuje się zatem w podobny nurt myślenia krytycznego o Polsce postsolidarnościowej, co profesorowie Bronisław Łagowski i Andrzej Walicki. Nie mam wątpliwości, że i jego głos nie wywrze jakiegokolwiek wpływu na polska „klasę polityczną” i jej myślenie, tzn. jej niezdolność do myślenia. Nie mam też wątpliwości, że ze swoim stanowiskiem pozostanie osamotniony także, a może przede wszystkim w swoim obozie politycznym.

Bohdan Piętka

16 lipca 2020 r.

„Myśl Polska” nr 29-30 (2301/2302), 19-26.07.2020, s. 18.

Bunt przeciw generałowi Sikorskiemu

W lipcu 1940 r. doszło do próby obalenia przez piłsudczyków premiera polskiego rządu na uchodźstwie, gen. Władysława Sikorskiego (1881-1943). Genezy buntu przeciw gen. Sikorskiemu należy szukać w okolicznościach powstania jego rządu. Pomimo klęski wrześniowej sanacja zmierzała do zachowania władzy w swym ręku. Nie było to łatwe, ponieważ po przekroczeniu granicy polsko-rumuńskiej w nocy z 17 na 18 września 1939 r. najwyższe władze polskie zostały internowane w Rumunii pod naciskiem niemieckim. W tej sytuacji prezydent RP Ignacy Mościcki mianował swoim następcą gen. Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego – byłego adiutanta Józefa Piłsudskiego, kojarzonego z tzw. grupą pułkowników, wówczas ambasadora polskiego w Rzymie. Opozycja antysanacyjna miała jednak lepsze kontakty z rządem francuskim, który sprzeciwił się tej nominacji. Wtedy Mościcki mianował swoim następcą Władysława Raczkiewicza (1885-1947) – także piłsudczyka, byłego marszałka Senatu i ministra spraw wewnętrznych.

Raczkiewicz został zaprzysiężony w Paryżu 30 września 1939 r. i zamierzał powołać na stanowisko premiera rządu na uchodźstwie Augusta Zaleskiego (1883-1972) – polityka piłsudczykowskiego, ministra spraw zagranicznych w latach 1926-1932. Opozycja antysanacyjna nie dopuściła jednak do utworzenia rządu Zaleskiego. Miała w tym poparcie władz francuskich, u których przywódcy sanacyjni nie cieszyli się zaufaniem. Ponadto klęska wrześniowa spowodowała dalszą erozję autorytetu obozu sanacyjnego tak w kraju, jak i na emigracji – co osłabiło jego pozycję polityczną. Większość czołowych polityków sanacyjnych znajdowała się jeszcze w Rumunii lub na Węgrzech. Natomiast do Paryża zjechało wielu przedstawicieli opozycji z gen. Władysławem Sikorskim na czele, który uchodził za frankofila i posiadał liczne kontakty z czołowymi politykami francuskimi. Jego właśnie opozycja wysunęła na premiera. W tej sytuacji prezydent Raczkiewicz musiał pójść na kompromis i zgodzić się na nominację gen. Sikorskiego, która nastąpiła także 30 września 1939 r.

Wyrazem tego kompromisu była tzw. umowa paryska pomiędzy prezydentem Raczkiewiczem a stronnikami gen. Sikorskiego, która przewidywała, że Konstytucja kwietniowa – nie uznawana dotąd przez opozycję antysanacyjną – pozostanie w mocy, ale prezydent będzie korzystać z przysługujących mu prerogatyw tylko w porozumieniu z szefem rządu.

Gabinet gen. Sikorskiego miał charakter koalicyjny, a w jego skład weszli przedstawiciele głównych partii opozycji antysanacyjnej: Stronnictwa Narodowego, Stronnictwa Pracy, Stronnictwa Ludowego i Polskiej Partii Socjalistycznej. W rządzie znaleźli się także politycy sanacyjni – Zaleski jako minister spraw zagranicznych oraz jeden z czołowych piłsudczyków (odsunięty na „boczny tor” po śmierci Marszałka), gen. Kazimierz Sosnkowski (1885-1969), który objął funkcję przewodniczącego Komitetu Rady Ministrów ds. Kraju i komendanta głównego Związku Walki Zbrojnej. Ponadto prezydent Raczkiewicz mianowało go swoim następcą na wypadek śmierci. Piłsudczycy pragnęli także, by gen. Sosnkowski został mianowany Naczelnym Wodzem. Obóz zwolenników Sikorskiego również tym razem do tego nie dopuścił i prezydent Raczkiewicz musiał mianować 7 listopada 1939 r. Naczelnym Wodzem oraz Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych gen. Sikorskiego.

Piłsudczycy, pomimo kompromitacji związanej z klęską wrześniową, zachowali więc w swoim ręku trzy kluczowe pozycje, jakimi były urząd prezydenta RP na uchodźstwie, resort spraw zagranicznych i kontakty z okupowanym krajem. Wpływy ich wzmacniały się w miarę wzrostu liczby przedzierających się z okupowanego kraju oficerów i polityków. Otwarty konflikt piłsudczyków z premierem Sikorskim i próba odzyskania przez nich pełni władzy stały się zatem kwestią czasu.

Okazję ku temu stworzyła klęska Francji w czerwcu 1940 r. i konieczność przeniesienia się polskich władz na uchodźstwie do Wielkiej Brytanii. Kapitulacja Francji była wielkim zaskoczeniem i rozczarowaniem dla Sikorskiego, który wierzył w potęgę tego państwa. Upadek Francji oznaczał również utratę znacznej części odtworzonych Polskich Sił Zbrojnych. Spowodowało to krytykę ze strony przeciwników generała, rewanżujących się w ten sposób za krytykę, jakiej doświadczyli piłsudczycy po klęsce wrześniowej. Katastrofa Francji stawiała w nowym świetle klęskę polską we wrześniu 1939 r. Francja była przecież mocarstwem dysponującym liczną i silną armią. Jeśli ta armia została tak szybko rozbita to znaczy, że armia polska we Wrześniu nie działała tak źle – argumentowali podnoszący głowę piłsudczycy. Rehabilitacji żądali krytykowani i oskarżani przywódcy sanacji i generałowie Września.

18 czerwca 1940 r. gen. Sikorski udał się do Wielkiej Brytanii. Na wyspy brytyjskie ewakuowano 32 tys. oficerów i żołnierzy, tj. 40% stanu Polskich Sił Zbrojnych. Już następnego dnia Sikorski porozumiał się z brytyjskim premierem Winstonem Churchillem w sprawie wspólnego kontynuowania wojny. Miał na to pełne poparcie rządu i prezydenta.

Powodem ataku grupy piłsudczykowskiej na Sikorskiego stał się jego memoriał przedłożony rządowi brytyjskiemu, w którym przewidywał utworzenie 300-tysięcznej armii z Polaków przebywających w obozach jenieckich i miejscach zesłania w ZSRR. Propozycje te korespondowały z brytyjskimi zabiegami o względy Stalina oraz z memoriałem Stefana Litauera (1892-1959) – dziennikarza o powiązaniach lewicowych, wówczas korespondenta Polskiej Agencji Telegraficznej w Londynie. W krytycznym momencie przeniesienia rządu polskiego do Wielkiej Brytanii Litauer wystąpił z planem utworzenia w ZSRR 300-tysięcznej armii polskiej do walki z Niemcami, rewizji granicy polsko-radzieckiej na zasadzie etnograficznej i zgody rządu polskiego na przemarsz Armii Czerwonej przez ziemie polskie. Propozycje te natychmiast podchwycił dr Józef Retinger (1888-1960) – pisarz, wolnomularz i doradca Sikorskiego, który wydostał polskiego premiera z Francji. Zdaniem Normana Daviesa, także agent wywiadu brytyjskiego.

W rozmowie z szefem brytyjskiej dyplomacji lordem Halifaxem premier Sikorski przedstawił tezy memoriału Litauera w formie zmodyfikowanej – jedynie z propozycją utworzenia w ZSRR armii polskiej i wysłania przedstawiciela rządu RP do Moskwy. Posunięcia tego generał nie uzgodnił jednak z prezydentem Raczkiewiczem i ministrem spraw zagranicznych. Na takie uzgodnienie nie pozwalało stanowisko zajmowane po 17 września 1939 r. wobec ZSRR przez Raczkiewicza, Zaleskiego i ogół piłsudczyków. Uważali oni, że Polska jest w stanie wojny tak z Niemcami, jak i ze Związkiem Radzieckim i nie myśleli latem 1940 r. o szukaniu jakichś dróg porozumienia z Moskwą.

Fakt, że premier wyszedł sam z taką propozycją był kroplą, która przelała puchar goryczy. Z ostrą publiczną krytyką gen. Sikorskiego wystąpili natychmiast nie tylko Zaleski i były ambasador we Francji Juliusz Łukaszewicz, ale także odsunięci od wpływów i władzy politycy sanacyjni – gen. Stefan Dąb-Biernacki (internowany już we Francji w Ośrodku Oficerskim w Cerizay), Michał Grażyński, Marian Zyndram-Kościałkowski i in. Oponenci zarzucali Sikorskiemu bezkrytyczną wiarę w potęgę sojusznika francuskiego, zaprzepaszczenie armii polskiej we Francji, kumulowanie stanowisk, dzielenie oficerów na lepszych i gorszych oraz samowolę. Na fali tej nagonki prezydent Raczkiewicz zażądał od premiera Sikorskiego usunięcia z rządu ministrów Stanisława Kota i Henryka Strasburgera, których oskarżył o utratę części złota Banku Polskiego zdeponowanej w Dakarze pod kontrolą władz Vichy.

Sikorski odmówił i w związku z tym 18 lipca 1940 r. otrzymał z rąk prezydenta dymisję. Jego następcą Raczkiewicz mianował Augusta Zaleskiego. Wywołany przez piłsudczyków kryzys polityczny był niebezpieczny dla sprawy polskiej, ponieważ groził rządowi RP marginalizacją na arenie międzynarodowej. Gen. Sikorski odmówił przyjęcia dymisji powołując się na samoograniczenie Raczkiewicza w wykonywaniu niektórych uprawnień prezydenckich wynikające z umowy paryskiej. Wierni Sikorskiemu oficerowie z płk. Tadeuszem Klimeckim zagrozili Zaleskiemu „najdalej idącymi konsekwencjami” w przypadku przyjęcia przez niego nominacji na premiera. Po stronie Sikorskiego opowiedziała się też większość Rady Narodowej (polskiego parlamentu na uchodźstwie). Jako pośrednik wystąpił gen. Sosnkowski, któremu udało się rozładować kryzys.

20 lipca 1940 r. prezydent Raczkiewicz wycofał się z decyzji o zdymisjonowaniu premiera Sikorskiego. Grupa zbuntowanych oficerów z gen. Dębem-Biernackim na czele została izolowana i trafiła do obozu internowania Rothesay na wysepce Bute u zachodnich wybrzeży Szkocji. Memoriał w sprawie porozumienia z ZSRR został wycofany, a rząd powrócił do poprzedniego składu. Pozostał w nim jednak podział na zwolenników Sikorskiego z jednej, a Raczkiewicza i Zaleskiego z drugiej strony. Ponadto Sikorski stał się odtąd podejrzliwy i czuły na „spiski sanacyjne”.

Gen. Dąb-Biernacki stanął w październiku 1940 r. przed Sądem Polowym nr 3 w Londynie, który skazał go za przyczynienie się do klęski wrześniowej na karę dwóch lat i sześciu miesięcy pozbawienia wolności oraz degradację do stopnia szeregowca. Natomiast w kwietniu 1941 r. stanął przed Sądem Polowym nr 9 w Londynie pod zarzutem kierowania spiskiem przeciwko rządowi gen. Sikorskiego i został skazany na cztery lata pozbawienia wolności i degradację. W 1943 r. opuścił więzienie brytyjskie ze względu na stan zdrowia i wyjechał do Irlandii, gdzie zajmował się pszczelarstwem.

Trwały podział w rządzie na skrzydło zwolenników Sikorskiego i jego piłsudczykowskich oponentów doprowadził do kolejnego kryzysu politycznego rok później. Także na tle stosunku do ZSRR.

Po agresji III Rzeszy Niemieckiej i jej sojuszników na Związek Radziecki 22 czerwca 1941 r. premier Churchill zapowiedział udzielenie Moskwie wszelkiej pomocy. 12 lipca 1941 r. Wielka Brytania i ZSRR podpisały układ o wzajemnej współpracy. Tak położono pierwsze podwaliny pod Wielką Koalicję antyhitlerowską.

Polityczne znaczenie wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej rozumiał również gen. Sikorski, czemu dał wyraz 23 czerwca 1941 r. w przemówieniu radiowym do okupowanego kraju. Proroczo przewidział wówczas, że „Rosja pochłonie siły niemieckie” oraz wysunął przypuszczenie, że Kreml unieważni swoje układy z Niemcami z 1939 r. i powróci do zasad pokoju ryskiego z Polską.

Wkrótce jednak okazało się, że nie ma mowy o zgodzie Stalina na potwierdzenie polskiej granicy wschodniej z 1921 r. Nierealna okazała się też nadzieja na zagwarantowanie jej przez Wielką Brytanię i USA. Churchillowi zależało na szybkim zawarciu porozumienia ze Stalinem. Dlatego zaczął wywierać naciski w tej sprawie na polskiego premiera. Do wstępnych rozmów pomiędzy Sikorskim i ambasadorem radzieckim w Londynie Iwanem Majskim doszło już 5 lipca 1941 r. W negocjacjach polsko-radzieckich uczestniczył brytyjski dyplomata Alexander Cadogan, a potem także brytyjski minister spraw zagranicznych Anthony Eden. Ambasador Majski był od początku świadomy presji brytyjskiej na Sikorskiego i tym samym swojej mocnej pozycji w rokowaniach. Moskwa rozumiała, że Churchillowi bardziej zależało na sojuszu ze Stalinem, niż zagwarantowaniu Polsce korzystnej sytuacji po wojnie. Dlatego w sprawie granicy polsko-radzieckiej Kreml odpowiadał, że powinna zostać oparta na kryterium etnicznym.

Z kolei premierowi Sikorskiemu najbardziej zależało na poprawie losu Polaków, którzy znaleźli się na terenach okupowanych przez ZSRR i zostali wywiezieni w głąb tego kraju. Dlatego będąc dodatkowo pod presją brytyjską zgodził się 22 lipca 1941 r. na formułę unieważnienia radziecko-niemieckich traktatów rozbiorowych z 1939 r., która odkładała sprawę granicy na czas późniejszy. Prowadzone przez gen. Sikorskiego, przy pośrednictwie brytyjskim, rokowania ze stroną radziecką ponownie skonsolidowały przeciw niemu opozycję piłsudczykowską. Przewodzili jej tym razem gen. Sosnkowski oraz prezydent Raczkiewicz i minister Zaleski, który podczas negocjacji z Majskim był wręcz odsuwany od stołu obrad przez ministra Edena.

Po stronie piłsudczyków opowiedziało się również kierowane przez Tadeusza Bieleckiego Stronnictwo Narodowe, które w rządzie Sikorskiego reprezentował Marian Seyda. Grupa piłsudczykowska przejawiała nierealne nadzieje na obustronne wyniszczenie się Niemiec i ZSRR oraz odbudowę potężnej Polski. Dlatego uważała, że z podpisaniem ewentualnego układu że Stalinem należy się wstrzymać do czasu, kiedy militarne położenie ZSRR stanie się tak trudne, iż Moskwa będzie gotowa do ustępstw.

Minister Zaleski na posiedzeniach Rady Narodowej w dniach 15 i 21 lipca 1941 r. wystąpił z ostrą krytyką premiera. 25 lipca rząd opuścili Sosnkowski, Zaleski i Seyda. Prezydent Raczkiewicz próbował jeszcze powstrzymać premiera Sikorskiego odmawiając mu 29 lipca udzielenia pełnomocnictw do zawarcia układu z ZSRR. W tej sytuacji Sikorski zdecydował się na zawarcie porozumienia z Moskwą bez pełnomocnictwa prezydenta. Stał na stanowisku, że brak tego porozumienia osłabi międzynarodową pozycję polskiego rządu i nie można pozwolić na dalsze pozostawanie Polaków w więzieniach i obozach radzieckich.

Wobec takiej postawy Sikorskiego prezydent Raczkiewicz zagroził swoją dymisją. Dopiero 22 sierpnia 1941 r. zdecydował się pozostać na stanowisku i podpisał dekrety zwalniające ministrów: Seydę, Sosnkowskiego i Zaleskiego. Marian Seyda powrócił do rządu 13 lipca 1942 r. bez zgody Stronnictwa Narodowego, za co został usunięty z jego szeregów.

30 lipca 1941 r. został podpisany w Londynie, w obecności premiera Churchilla i ministra Edena, układ pomiędzy rządem RP na uchodźstwie a rządem ZSRR, który przeszedł do historii jako układ Sikorski-Majski Przywrócone zostały polsko-radzieckie stosunki dyplomatyczne, zerwane jednostronnie przez ZSRR w następstwie agresji z 17 września 1939 r. Strona radziecka godziła się na utworzenie armii polskiej w ZSRR i anulowanie układów z III Rzeszą z 1939 r., ale uchylała się od potwierdzenia granicy ryskiej. Mimo wszystkich kontrowersji, jakie wzbudził wówczas i później układ Sikorski-Majski, najważniejszym jego skutkiem politycznym stało się uwolnienie z radzieckich więzień, obozów i miejsc zesłania 381 220 obywateli polskich, w tym 26 160 jeńców.

„Sikorski dążył do porozumienia, ponieważ był świadomy, że odmowa rokowań prowadziłaby tylko do izolacji Polski” – powiedział w 1967 r. w Radiu Wolna Europa jeden z jego najbliższych współpracowników, gen. Marian Kukiel (1885-1973). Gdyby zamiast linii gen. Sikorskiego zwyciężyła linia polityczna piłsudczyków, rząd polski na uchodźstwie znalazłby się w międzynarodowej izolacji już w 1941 r., a setki tysięcy Polaków na Nieludzkiej Ziemi zostałyby pozostawione wtedy własnemu losowi.

Bohdan Piętka

16 lipca 2020 r.

„Przegląd” nr 29 (1071), 13-19.07.2020, s. 44-46