Wielka Trójka a powstanie warszawskie

Wybitny historyk Paweł Jasienica napisał, że powstanie warszawskie było „militarnie skierowane przeciw Niemcom, politycznie przeciw ZSRR, faktycznie przeciw Polsce”. Pomyślane przez jego inicjatorów z Komendy Głównej AK jako krótkotrwała demonstracja zbrojna, która miała doprowadzić do uznania przez Stalina władz Polski Podziemnej, stało się największą polską klęską militarną i polityczną podczas drugiej wojny światowej oraz niewyobrażalną katastrofą humanitarną. Szanse na realizację wspomnianego wyżej celu politycznego w świetle polityki Wielkiej Trójki wobec Polski w latach 1943-1944 były znikome.

Punktem zwrotnym w anglo-amerykańsko-radzickiej polityce wobec Polski stała się konferencja w Teheranie (28 listopada-1grudnia 1943 r.). Doszło na niej do tajnego porozumienia przywódców trzech wielkich mocarstw odnośnie wschodniej granicy Polski. Porozumienie to realizowało postulat Moskwy oparcia tej granicy na kryterium etnicznym i wytyczenia jej na podstawie tzw. linii Curzona.

Premier Stanisław Mikołajczyk zdawał sobie sprawę, że bez aprobaty Stalina ani jego rząd, ani podziemie w kraju nie będą mogły funkcjonować na terenach wyzwolonych przez Armię Czerwoną. Wiedział jednak, że jego polityczni oponenci utratę połowy przedwojennego terytorium uznają za kolejny rozbiór Polski. W instrukcji dla podziemia z 27 października 1943 r. premier Mikołajczyk i naczelny wódz, gen. Kazimierz Sosnkowski, zalecali unikanie wszelkich konfliktów ze stroną radziecką i „przystąpienie do współpracy z dowódcami sowieckimi w razie wznowienia stosunków polsko-sowieckich”. Rozpoczęcie na początku 1944 r. przez dowództwo Armii Krajowej akcji „Burza”, czyli działań, które miały zamanifestować przed wkraczającą Armią Czerwoną praw Polski do Kresów Wschodnich oraz legalność władz podziemia podległych rządowi polskiemu w Londynie, było niezgodne ze wspomnianą instrukcją. Realizacja akcji „Burza” ujawniła jedynie wrogi stosunek Stalina do AK i zakończyła się politycznym fiaskiem tak na Wołyniu, jak i na Wileńszczyźnie (operacja „Ostra Brama”) i we Lwowie.

Premier Mikołajczyk jeszcze przed konferencją w Teheranie przedłożył rządom brytyjskiemu i amerykańskiemu memorandum, w którym stwierdził, że położenie polskiego podziemia niekomunistycznego stało się wręcz beznadziejne na skutek braku polsko-radzieckich stosunków dyplomatycznych (zerwanych przez ZSRR 25 kwietnia 1943 r. w związku z reakcją rządu polskiego na odkrycie przez Niemcy zbrodni katyńskiej).

W odpowiedzi na to memorandum premier Winston Churchill opowiadał się za wznowieniem stosunków polsko-radzieckich oraz ponownym uznaniem przez Moskwę polskiego rządu na uchodźstwie. Ceną za to musiało być jednak uznanie przez ten rząd linii Curzona za wschodnią granicę Polski. Stanowisko brytyjskie zostało zakomunikowane premierowi Mikołajczykowi, ministrowi spraw zagranicznych Tadeuszowi Romerowi i ambasadorowi Edwardowi Raczyńskiemu przez szefa brytyjskiej dyplomacji Anthony’ego Edena w dniach 20 grudnia 1943 r. i 11 stycznia 1944 r. W pierwszej rozmowie Eden powiedział politykom polskim, że on i Churchill „odnieśli w Teheranie wrażenie, że uda się coś niecoś uzyskać w sprawach polskich od rządu sowieckiego”. Odnieśli też „wrażenie”, że ZSRR będzie „obstawał” przy linii Curzona, ale z drugiej strony będzie dążył do tego, żeby Polska rozciągała się „wzdłuż całej” Odry i obejmowała Prusy Wschodnie oraz Gdańsk. W drugiej rozmowie Eden radził politykom polskim jak najszybsze zaakceptowanie żądań radzieckich. W przeciwnym razie, przestrzegał, Moskwa może ustanowić w Polsce konkurencyjny rząd (co się stało w lipcu 1944 r.).

W takiej formie strona brytyjska zakomunikowała rządowi polskiemu w Londynie ustalenia konferencji w Teheranie. Przywódcom polskim nie powiedziano wprost o brytyjskiej zgodzie na linię Curzona, ale mogli się tego domyśleć. Zwłaszcza po tym, kiedy o wiele bardziej autorytatywnie niż Eden wypowiedział się Churchill na spotkaniu z Mikołajczykiem, Romerem i Raczyńskim, do którego doszło 20 stycznia 1944 r. Premier brytyjski zażądał od polityków polskich wprost, aby natychmiast przystąpili do negocjacji z Moskwą i jeszcze zanim rozpoczną się te negocjacje zgodzili się na linię Curzona. Jeśli tego nie uczynią – przestrzegał Churchill – „możemy zostać zaskoczeni wydarzeniami, którym trudno będzie zaradzić”.

Swoją rozmowę z politykami polskimi Churchill opisał w telegramie do Stalina z 28 stycznia 1944 r. Stalin odpowiedział 4 lutego. Domagał się oficjalnej i jednomyślnej deklaracji rządu polskiego w sprawie uznania linii Curzona, postulował przyłączenie do ZSRR także Królewca oraz zażądał rekonstrukcji polskiego rządu na uchodźstwie. 22 lutego 1944 r. Churchill oświadczył w Izbie Gmin, że rząd brytyjski nigdy nie gwarantował „jakiejś określonej linii granicznej w Polsce” i stwierdził, że żądania radzieckie „nie wykraczają poza to, co rozsądnie słuszne”. Ponadto dodał, że Wielka Brytania nigdy nie aprobowała zajęcia przez Polaków Wilna w 1920 r., a w 1919 r. popierała linię Curzona.

Tak jak wcześniej gen. Władysław Sikorski, tak teraz premier Mikołajczyk nie potrafił poinformować albo uznał za nierozważne szersze informowanie kierownictwa Polski Podziemnej o dramatycznych konfliktach w stosunkach polsko-radzieckich, o zmieniających się postawach Wielkiej Brytanii i USA czy o własnej bezsilności.

Identyczne stanowisko jak władze brytyjskie zajęła administracja USA, o czym premier Mikołajczyk przekonał się podczas swojej wizyty w Waszyngtonie w czerwcu 1944 r. Zarówno podczas spotkania z sekretarzem stanu Edwardem Stettiniusem 6 czerwca, jak i spotkań z prezydentem Franklinem D. Rooseveltem w dniach 7 i 12 czerwca polski premier był namawiany do uznania linii Curzona i rekonstrukcji rządu zgodnie z sugestiami Stalina. Roosevelt także ostrzegł Mikołajczyka, że w przeciwnym wypadku mogą nastąpić jednostronne działania strony radzieckiej. Dla zjednania sobie polskiego premiera oświadczył jedynie, że to nie on, ale premier Wielkiej Brytanii zaakceptował wschodnią granicę Polski opartą na linii Curzona.

Wielkiej Brytanii i Stanom Zjednoczonym najbardziej zależało w tym czasie na rozpoczęciu ofensywy radzieckiej, która miała odciążyć wojska alianckie po ich lądowaniu w Normandii 6 czerwca 1944 r. To zasadniczo wpływało na ich stanowisko wobec Polski. Wielka ofensywa radziecka, która ostatecznie rozstrzygnęła o klęsce Niemiec, rozpoczęła się 22 czerwca 1944 r. Cztery fronty radzieckie liczące 2 mln żołnierzy runęły na niemiecką Grupę Armii „Środek”. Po jej zupełnym zdruzgotaniu Armia Czerwona przekroczyła 21 lipca przyszłą granicę wschodnią Polski na Bugu. Następnego dnia na antenie Radia Moskwa ogłoszono manifest kontrolowanego przez ZSRR Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Kiedy pod koniec lipca premier Mikołajczyk przybył do Moskwy, Armia Czerwona była na dalekich przedpolach Warszawy. „Jednostronne działania” strony radzieckiej, przed którymi ostrzegali Mikołajczyka Churchill i Roosevelt, stały się faktem.

14 lipca dowódca AK, gen. Tadeusz Bór-Komorowski, zakomunikował władzom polskim w Londynie, że podziemie nie może pozostać bezczynne „w wypadku cofania się Niemców, a wkraczania Sowietów lub w wypadku rozkładu sił niemieckich i zagrożenia okupacją sowiecką”. 25 lipca informował Londyn, że powstanie w Warszawie może wybuchnąć w każdej chwili. Rząd na uchodźstwie dał wówczas wolną rękę dowództwu AK i władzom Polski Podziemnej w sprawie decyzji o czasie i skali lokalnych działań militarnych skierowanych przeciw cofającym się wojskom niemieckim. Przywódcy podziemia i sam premier Mikołajczyk łudzili się, że powstanie w stolicy będzie politycznym atutem w jego ręku podczas rozmów w Moskwie (31 lipca-9 sierpnia 1944 r.).

Premier Mikołajczyk przekonał się, że tak nie będzie już podczas wstępnego spotkania z Mołotowem 31 lipca, kiedy usłyszał: „Po co Pan tu przyjechał? Co Pan ma do powiedzenia?”. Zamiast spotkania ze Stalinem Mołotow zaproponował Mikołajczykowi rozmowy z przedstawicielami PKWN. Stalin przyjął Mikołajczyka dopiero 3 sierpnia i oświadczył mu, że rząd radziecki uznaje PKWN, z którym Mikołajczyk powinien dojść do porozumienia. Stwierdził również, że nie ma mowy o kompromisie w sprawie linii Curzona. Tematu pomocy dla powstania Stalin nie podjął, a podczas drugiego spotkania w dniu 9 sierpnia oświadczył, że w Warszawie nie ma żadnego powstania.

Rozmowy Mikołajczyka ze Stalinem na początku sierpnia 1944 r. ujawniły, do jakiego stopnia błędne były wszelkie rachuby związane z powstaniem, które wybuchło 1 sierpnia w Warszawie. Powstanie nie tylko nie umocniło pozycji polskiego premiera w Moskwie, ale sprawiło, że stał się on pokornym petentem, ubiegającym się o niezbędną pomoc, którą mógł uzyskać lub nie. Z depeszy otrzymanej od Stalina 16 sierpnia Mikołajczyk dowiedział się, że powstanie warszawskie jest „nieprzemyślaną awanturą”, a „radzieckie dowództwo wycofuje się z warszawskiej awantury i nie przyjmuje za nią żadnej odpowiedzialności”.

Do rządu brytyjskiego wiadomość o wybuchu powstania w Warszawie dotarła dopiero 2 sierpnia wieczorem. Tego dnia premier Churchill wygłosił przemówienie w Izbie Gmin, z którego wynikało, iż strona brytyjska nie zdecyduje się na otwarte wsparcie polskiego rządu na uchodźstwie w jego sporze ze Stalinem. Brytyjski premier ponownie zachęcił rząd Mikołajczyka do porozumienia z Moskwą. „[Sowieci] ofiarują Polakom wolność, suwerenność i niepodległość. Domagają się, by Polska w przyszłości była przyjazna wobec Rosji. Wydaje mi się to uzasadnione” – powiedział wtedy Churchill.

Po dotarciu do władz brytyjskich informacji o wybuchu powstania warszawskiego wykazały one mało zaangażowania. Szef sztabu brytyjskiego Gabinetu Wojennego potrzebował aż pięciu dni, aby niezgodnie z prawdą oświadczyć, że kwestię użycia bombowców RAF w Polsce można rozpatrywać jedynie w połączeniu z oczekiwanym atakiem Armii Czerwonej. Użycie myśliwców uznał natomiast za nierealne. Z kolei gen. Bór-Komorowski został powiadomiony 2 sierpnia drogą radiową, że strona brytyjska uzależnia pomoc dla powstania w Warszawie od wyników rozmów moskiewskich premiera Mikołajczyka.

Ambasador Raczyński usłyszał od brytyjskiego MSZ, że dyplomaci brytyjscy będą interweniować w Moskwie, aby zapewnić maksimum współpracy. Stalin nie był jednak chętny do pomocy powstaniu, a Wielka Brytania i USA nie zamierzały drażnić swojego najważniejszego sojusznika. Brytyjska opinia publiczna była tego nieświadoma. 4 sierpnia gen. Bór-Komorowski musiał zgłosić dementi wobec audycji BBC, w której podano, że wojska radzieckie współpracują z powstańcami. Pomimo tego w mediach brytyjskich przez kilka dni pojawiały się informacje o tym, że żołnierze polskiego podziemia „walczą ramię w ramię z Rosjanami”.

8 sierpnia wicepremier Jan Kwapiński i ambasador Raczyński dyskutowali z ministrem Edenem o pomocy dla Warszawy. Szef brytyjskiej dyplomacji odczytał im telegram marszałka Johna Slessora, w którym ten napisał: „Operację zrzutów na Warszawę uważam za tak niebezpieczną i nie rokującą powodzenia, że odmawiam zgody na podjęcie jej przez podległe mi siły lotnicze. Zdania swego nie zmieniam. Wobec jednak zgłoszonej ze strony dywizjonów polskich woli podjęcia się tej ryzykownej operacji, nie widzę możności odmówienia podległemu mi dzielnemu dowódcy polskiemu mego zezwolenia”.

Jednak w wyniku rozkazu premiera Churchilla z 13 sierpnia także brytyjskie samoloty wzięły udział w akcji zrzutów dla Warszawy. Loty przeprowadzano jedynie z baz w południowych Włoszech. Ze względu na dużą odległość i silną niemiecką obronę przeciwlotniczą loty te pociągały za sobą znaczne straty. Licznym samolotom nie udało się dokonać zrzutów w wyznaczonych miejscach, a inne nie zdołały powrócić do baz. Brytyjskie załogi nie rozumiały też dlaczego podejmują tak wielkie ryzyko. Samoloty alianckie latające z Włoch zrzuciły nad Warszawą około 100 ton dostaw, z których tylko część została przejęta przez powstańców. Kosztowało to życie około 250 lotników.

W odpowiedzi na prośby Churchilla i Mikołajczyka Stalin odmówił 16 sierpnia zgody na lądowanie samolotów alianckich po dokonania zrzutów w Warszawie na terenach kontrolowanych przez stronę radziecką. Odmowę uzasadnił tym, że „rząd radziecki nie życzy sobie – aby pośrednio lub bezpośrednio – wiązano go z awanturą w Warszawie”.

Na wahadłową operację amerykańską z pomocą dla Warszawy Moskwa wyraziła zgodę dopiero 9 września. Dzięki temu 18 września nad Warszawą pojawiło się 107 amerykańskich Boeingów B-17, które zrzuciły powstańcom ok. 1300 zasobników z bronią, amunicją, żywnością i zaopatrzeniem medycznym. Pomoc ta jednak była spóźniona, a powstańcom udało się odebrać tylko 20% tego zrzutu. Natomiast lotnictwo radzieckie rozpoczęło zrzuty dla powstańców dopiero 14 września. Dokonywały je w nocy samoloty Po-2 o małym udźwigu, zrzucając broń i amunicję z małej wysokości bez spadochronów, co często kończyło się jej zniszczeniem.

1 września 1944 r. gen. Kazimierz Sosnkowski w rozkazie nr 19 dla AK napisał: „Pięć lat minęło od dnia, gdy Polska wysłuchawszy zachęty rządu brytyjskiego i otrzymawszy jego gwarancje, stanęła do samotnej walki z potęgą niemiecką (…). Warszawa czeka”. Brytyjczycy poczuli się urażeni tymi słowami. Dlatego 4 września minister Eden przekazał premierowi Mikołajczykowi do wiadomości, że strona brytyjska jest mocno poruszona oskarżeniami Sosnkowskiego. Ostrą kampanię przeciw Sosnkowskiemu rozpoczęła też prasa brytyjska. W tej sytuacji rząd Mikołajczyka zdecydował się wystosować 22 września do prezydenta Władysława Raczkiewicza żądanie zdymisjonowania gen. Sosnkowskiego ze stanowiska wodza naczelnego, co nastąpiło 30 września.

Władze brytyjskie i amerykańskie zwlekały również z decyzją o uznaniu żołnierzy AK za integralną cześć Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, co uchroniłoby ich przed śmiercią z rąk niemieckich w wypadku dostania się do niewoli. Deklarację w tej sprawie oba rządy złożyły dopiero 30 września. Również dopiero 10 września rząd brytyjski zdecydował się na potępienie zbrodni niemieckich na ludności cywilnej Warszawy.

Wobec braku wsparcia swojego stanowiska ze strony sojuszników zachodnich premier Mikołajczyk zaczął ustępować. 30 sierpnia zgodził się na ewentualne poszerzenie swojego rządu o przedstawicieli PPR. Trzy dni po upadku powstania warszawskiego, 5 października, premier Churchill i minister Eden udali się do Moskwy na rozmowy w sprawie granic w powojennej Europie. Powtórzyli tam swoje pozytywne stanowisko wobec linii Curzona. 11 października przybyła do Moskwy delegacja PKWN, a następnego dnia Mikołajczyk, Romer i przewodniczący Rady Narodowej Stanisław Grabski. Dopiero wtedy, podczas spotkania wszystkich stron w dniu 13 października, zakomunikowano oficjalnie Mikołajczykowi o ustaleniach konferencji w Teheranie. Wobec protestów polskiego premiera Churchill oświadczył mu: „Nie macie poczucia odpowiedzialności (…). Nie myślicie o przyszłości Europy, macie na myśli tylko swój własny, pożałowania godny interes (…). Nie wiem czy rząd brytyjski będzie was dalej uznawał”. W ten sposób premier Wielkiej Brytanii podsumował nie tylko politykę premiera Mikołajczyka, ale także powstanie warszawskie.

Dopiero wtedy polski premier zrozumiał, że ustępstwa są nieuchronne i wyraził zgodę na uznanie linii Curzona, choć jego decyzja nie miała mocy wiążącej i została odrzucona przez jego rząd. Ogromna ofiara powstania warszawskiego, która miała takiej decyzji zapobiec, okazała się daremna. Poświęcenie życia 200 tys. mieszkańców Warszawy, w tym kwiatu młodzieży inteligenckiej, dziedzictwa materialnego i kulturalnego stolicy, nie mogło zmienić sytuacji politycznej Polski w 1944 r., czego władze polskie w Londynie powinny być świadome już przed wybuchem powstania.

Bohdan Piętka

8 sierpnia 2020 r.

„Przegląd” nr 32 (1074), 3-9.08.2020, s. 40-43

Krwawa Środa w Olkuszu

31 lipca minie 80-ta rocznica Krwawej Środy w Olkuszu – jednej z wielu niemieckich zbrodni przeciw ludzkości popełnionych na ziemiach polskich w pierwszym okresie okupacji hitlerowskiej. Zbrodnia ta jest bliźniaczo podobna do zbrodni w Wawrze z 27 grudnia 1939 r. Pretekstem do zbrodni w Wawrze było zabójstwo na tle kryminalnym dwóch podoficerów Wehrmachtu. Tak samo w Olkuszu pretekstem do mordu na 20 Polakach w dniu 16 lipca 1940 r. i akcji represyjnej w dniu 31 lipca 1940 r. stało się dla Niemców zabójstwo niemieckiego policjanta, który zginął z ręki nieznanego sprawcy, prawdopodobnie kryminalisty.

Olkusz – miasto z bogatą historią, leżące w zachodniej części Ziemi Krakowskiej – w okresie II RP należało do województwa kieleckiego. 5 września 1939 r. Olkusz zajęły wojska niemieckie. Na mocy dekretów Hitlera z 8 i 12 października 1939 r. o podziale podbitych ziem polskich wschodnia część powiatu olkuskiego została włączona do Generalnego Gubernatorstwa, natomiast zachodnią część powiatu z Olkuszem włączono do Rzeszy Niemieckiej – czyli rejencji katowickiej w Prowincji Śląsk (od 1941 r. Prowincji Górny Śląsk). Olkusz stał się odtąd niemieckim miastem Olkusch, przemianowanym w 1941 r. na Ilkenau. Rządy w mieście objął aparat okupacyjny wsparty przez niewielką mniejszość niemiecką. Dla ludności polskiej Olkusza rozpoczął się czas bezwzględnego terroru, wymierzonego w pierwszej kolejności w miejscową inteligencję polską.

Landratem powiatu olkuskiego został Heinrich Groll, burmistrzem miasta Rudolf Skaletz, a szefem miejscowej komórki NSDAP – Karol Pokorny. Oni – obok rozbudowanego aparatu policyjnego – ponosili odpowiedzialność za germanizację miasta i terror wobec ludności polskiej. Ofiarą tego terroru padł m.in. lekarz Julian Łapiński, który jako przedstawiciel polskiej inteligencji został aresztowany i wywieziony do KL Dachau.

14 lipca 1940 r. do willi doktora Łapińskiego przy ulicy Kluczewskiej na olkuskim osiedlu Parcze wprowadził się wraz z rodziną niemiecki policjant Ernst Kaddatz. Willę nadal zamieszkiwały żona i córka Łapińskiego. Kaddatzowie zajęli pomieszczenia na parterze, gdzie kilka dni wcześniej miała miejsce próba włamania. W nocy z 15 na 16 lipca 1940 r. miał miejsce napad rabunkowy na willę Łapińskiego, podczas którego nieznany napastnik w ubraniu cywilnym zastrzelił Kaddatza, który obudzony hałasem próbował sięgnąć po służbowy pistolet. Tej samej nocy dokonano w Olkuszu jeszcze jednego napadu rabunkowego na dom prywatny, którego sprawcą był prawdopodobnie ten sam napastnik (lub napastnicy). Przeprowadzone przez policję niemiecką dochodzenie wykluczyło, by zabójstwa Kaddatza dokonano na tle politycznym. Do takiego samego wniosku doszedł również landrat Heinrich Groll.

Sprawca napadu na willę Łapińskiego i zabójstwa Kaddatza nigdy nie został wykryty. Policja niemiecka nawet nie próbowała go specjalnie szukać. Nie wiadomo więc czy był Polakiem, a nie np. jednym z mieszkających w Olkuszu Niemców (funkcjonariuszy aparatu okupacyjnego lub miejscowych volksdeutschów), którzy przecież w przeciwieństwie do Polaków posiadali broń palną. To jednak nie miało żadnego znaczenia dla niemieckich władz okupacyjnych. Pojawiła się dla nich świetna okazja do eskalacji terroru pod pretekstem odwetu. Dlatego już 16 lipca 1940 r. przybyła do Olkusza ekspedycja karna złożona z SS. Wszystkim przebywającym w mieście Niemcom polecono stawić się na rynku, gdzie wezwano również miejscowego lekarza Mariana Kiciarskiego. Stamtąd razem z esesmanami udali się na Parcze, gdzie w ich obecności spalono willę Łapińskiego.

W tym czasie w mieście policja niemiecka przy pomocy miejscowych volksdeutschów przeprowadziła aresztowania według przygotowanej wcześniej listy. Ujęto pięciu mężczyzn figurujących na liście. Kilku innych nie zastano w mieszkaniach, a przynajmniej jeden – ostrzeżony przez sąsiadów – uciekł. Do ujętej piątki dołączono 15 mężczyzn przywiezionych przez esesmanów z więzień policyjnych w Mysłowicach i Sosnowcu. Tego samego dnia około godz. 20:00 wszystkich 20 zakładników rozstrzelano pod spaloną willą Łapińskiego. Wszyscy rozstrzelani byli Polakami. Znajdowali się wśród nich m.in. Jerzy Stroński – właściciel olkuskiego kina „Rosa” oraz Jerzy Strzelecki – urzędnik z Olkusza. Według relacji Mariana Kciarskiego rozstrzeliwani zachowywali się godnie. Niektórzy przed śmiercią krzyczeli „Niech żyje Polska!”.

Ciała rozstrzelanych wywieziono samochodami ciężarowymi prawdopodobnie w kierunku Trzebini, czyli terenów w znacznej mierze zalesionych. Według jednego ze świadków do przenoszenia ciał zmuszono grupę Żydów. Los tych Żydów jest nieznany, co skłania do wniosku, że musieli oni prawdopodobnie także grzebać zwłoki rozstrzelanych Polaków w nieznanym do dzisiaj miejscu, po czym prawdopodobnie również zostali zamordowani przez esesmanów.

Po egzekucji zakładników Niemcy przez dwa tygodnie nie podejmowali żadnych działań wobec mieszkańców Olkusza. Jednakże w środę 31 lipca 1940 r. po północy przybyła do Olkusza silna ekspedycja karna, w skład której wchodzili funkcjonariusze gestapo i innych formacji policji niemieckiej oraz prawdopodobnie także żołnierze Wehrmachtu. Zablokowano wyloty ulic i od godziny 2:00 zaczęto wywlekać z mieszkań mężczyzn w wieku od 15 do 55 lat – bez wyjątku Polaków i Żydów (getto w Olkuszu utworzono dopiero we wrześniu 1941 r, do tego czasu Polacy i Żydzi nie byli odseparowani). Początkowo kazano im stać z rękoma do góry pod murami domów. W tym czasie policja niemiecka rewidowała mieszkania, przeważnie bijąc przebywających tam starców, kobiety i dzieci. Następnie zatrzymanych mężczyzn zaczęto gromadzić w różnych miejscach miasta, głównie na rynku oraz na czterech innych placach, w tym na tzw. „rynku czarnogórskim”. Ofiary legitymowano, po czym rozkazywano im położyć się twarzą do ziemi, z rękami wyciągniętymi wzdłuż ciała.

Leżących Niemcy obrzucali obelgami, kopali, bili, deptali butami po głowach i plecach. Wyjątkowo brutalnie potraktowano mężczyzn spędzonych na „rynek czarnogórski”. Najpierw zmuszono ich, by się czołgali i padali w znajdujące się tam bajora błota. Potem ustawiono ich w kolumnę, kazano maszerować i śpiewać pieśni żołnierskie. W tym czasie policjanci niemieccy bili maszerujących kolbami karabinów, bykowcami i kijami. Na przedzie kolumny Niemcy kazali nieść polską flagę, którą odnaleźli podczas rewizji na strychu jednego z domów. Niektóre ofiary zmuszano, by zanurzały się w pełnej fabrycznych ścieków rzeczce Babie, a następnie tarzały się w piachu i glinie.

Szczególnie brutalnie Niemcy znęcali się też nad olkuskimi Żydami. Nie tylko ich maltretowali, ale także kazali im dźwigać i rzucać do siebie dużych rozmiarów kamienie. Obiektem bardzo brutalnego traktowania i poniżania stał się dajan olkuskiej gminy żydowskiej – Moszek Joel Hagierman. W maltretowaniu ofiar uczestniczyli oprócz gestapowców i policjantów niemieckich także miejscowi urzędnicy niemieccy, w tym najważniejsi – landrat Groll, burmistrz Skaletz, ortsgruppenleiter NSDAP Pokorny i kierownik Kasy Chorych Kriest. Zdołali oni jednak uchronić od pobicia polskich lekarzy i niektórych polskich pracowników instytucji miejskich.

Krwawa Środa pociągnęła za sobą co najmniej trzy ofiary śmiertelne. Pierwszą był Tadeusz Lupa – 25-letni Polak zatrudniony jako elektryk w olkuskim magistracie. Został zastrzelony przez Niemców, gdy usiłował uciec z placu przy Kasie Chorych. Drugą ofiarą był Żyd posiadający obywatelstwo USA o nazwisku Majer lub Isaac Miller, który zmarł po kilku dniach na skutek odniesionych tortur. Trzecią ofiarą był proboszcz olkuskiej parafii św. Andrzeja Apostoła, ks. Piotr Mączka, który zmarł 10 sierpnia 1940 r. w wyniku zadanych mu tortur. Dwunastu najciężej skatowanych mężczyzn Niemcy wywieźli do więzienia policyjnego w Sosnowcu, gdzie prawdopodobnie zostali zamordowani. Kilkadziesiąt innych ofiar nie było w stanie wrócić do domów o własnych siłach. Ich leczenie trwało wiele miesięcy. Nie wiemy jednak ilu spośród tych wyleczonych żyło krócej na skutek okaleczenia fizycznego i psychicznego.

Krwawa Środa w Olkuszu była jednym z wielu aktów terroru hitlerowskiego podczas niemieckiej okupacji Polski. Takie akty terroru, z czasem coraz brutalniejsze, podejmowane najczęściej pod pretekstem odwetu, stały się dniem powszednim tej okupacji. Celem tego terroru było nie tylko zastraszenie ludności polskiej i obezwładnienie woli jej oporu, ale także jej stopniowa eliminacja fizyczna zgodnie z założeniami Generalnego Planu Wschodniego – opracowanego na polecenie Himmlera w 1941 r. w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy.

Podczas Krwawej Środy w Olkuszu oprawcy wykonali bogatą dokumentację fotograficzną swoich działań. Na wykonanych przez Niemców zdjęciach widać m.in. ofiary prowadzone na punkty zborne, legitymowanie zatrzymanych oraz mężczyzn leżących twarzą do ziemi na olkuskim rynku i „rynku czarnogórskim”. Po wojnie na Zachodzie zwrócono jednak uwagę tylko na jedno zdjęcie przedstawiające maltretowanego przez policjantów niemieckich dajana Moszka Joela Hagiermana. Zdjęcie to uznano za jeden z ważniejszych dokumentów Holokaustu. Przez długie lata poza granicami Polski panowało przekonanie, że ofiarami Krwawej Środy w Olkuszu byli wyłącznie Żydzi. Taka informacja znajdowała się m.in. na ekspozycjach muzealnych w Yad Vashem, muzeum w kibucu im. Bojowników Getta, Centrum Szymona Wiesenthala i Domu Konferencji w Wannsee. Powielano ją także w ukazujących się na Zachodzie publikacjach historycznych i edycjach źródeł, w tym m.in. w „Encyclopedia of Camps and Ghettos”, wydanej w 2012 r. przez Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie.

Pochodzący z Olkusza historyk, dr Adam Cyra, podejmował od 1993 r. interwencje w Domu Konferencji w Wannsee z prośbą o sprostowanie informacji o przebiegu Krwawej Środy. W nowej ekspozycji muzealnej otwartej na początku XXI w., a także na stronie internetowej Domu Konferencji w Wannsee, zmieniono podpisy pod zdjęciami przedstawiającymi wydarzenia olkuskie z 31 lipca 1940 r. w ten sposób, że podano, iż ofiarami akcji represyjnej padli także „nie-Żydzi”. W 2003 r. w wyniku interwencji innego olkuskiego historyka, Krzysztofa Kocjana, zmieniono opisy pod zdjęciami z Krwawej Środy na stronie internetowej kibucu im. Bojowników Getta. Natomiast w 2006 r. – po interwencji władz Olkusza, wspartej przez Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie – opis Krwawej Środy zmodyfikował na swojej stronie internetowej również instytut Yad Vashem.

Bohdan Piętka

2 sierpnia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 31-32 (2303/2304), 2-9.08.2020, s. 17

Politycy emigracji wobec powstania warszawskiego

„Sukces ma wielu ojców, tylko klęska jest sierotą” – głosi popularne powiedzenie. Dlatego powstanie warszawskie wywołało ostre polemiki w różnych środowiskach – ludzi kultury, publicystów i polityków. Jedna z najbardziej ożywionych debat toczyła się na emigracji, ponieważ tam pozostało po 1945 r. wielu polityków i wojskowych, w tym uczestników powstania, którzy nie chcieli lub nie mogli wrócić do kraju. Spór toczył się na kilku płaszczyznach – okoliczności i powodów podjęcia decyzji o wybuchu powstania, kierunku polskiej polityki podczas wojny oraz wpływu doświadczenia powstania na postrzeganie polskiej historii. Pomiędzy uczestnikami sporu nie było wyraźnej granicy politycznej. Krytyka powstania wychodziła zarówno z kręgów piłsudczykowskich, jak i endeckich. Sensu polityczno-militarnego powstania bronili głównie jego autorzy – generałowie Tadeusz Bór-Komorowski (1895-1966), Antoni Chruściel (1895-1960) i Tadeusz Pełczyński (1892-1985). Jednak po obu stronach sporu byli ludzie prawicy i lewicy emigracyjnej.

Spór o powstanie rozpoczął się jeszcze przed jego wybuchem. Gen. Kazimierz Sosnkowski (1885-1969) – czołowa postać obozu piłsudczykowskiego w „polskim Londynie” – przedstawił na spotkaniu z premierem Stanisławem Mikołajczykiem 3 lipca 1944 r. swoje zalecenia dla dowództwa Armii Krajowej. Stwierdził wówczas m.in.: „Powstanie bez uprzedniego porozumienia z ZSRR na godziwych podstawach byłoby politycznie nieusprawiedliwione, zaś bez uczciwego i prawdziwego współdziałania z Armią Czerwoną byłoby pod względem wojskowym niczym innym jak aktem rozpaczy”. Zarówno premier Mikołajczyk, jak i dowództwo AK postąpili wbrew temu zaleceniu i powstanie w stolicy stało się rzeczywiście aktem rozpaczy.

Postawę gen. Sosnkowskiego następująco ocenił emigracyjny historyk Zbigniew Siemaszko: „Generał Sosnkowski był najinteligentniejszym Polakiem, jaki żył podczas II wojny światowej. Była to postać wręcz olbrzymiego formatu. Doskonale rozumiał, że powstanie nie ma żadnego sensu, że spowoduje tylko olbrzymie cierpienia ludności cywilnej i doprowadzi do rozbicia Armii Krajowej. Nie potrafił jednak tego swojego zdania narzucić Komendzie Głównej AK. Był bowiem wielkim marzycielem, który wierzył w kompromisy, w konsensus, chciał przekonywać, a nie rozkazywać. W efekcie w lutym 1944 roku właściwie wypuścił dowodzenie z rąk i pozwolił, żeby ośrodek decyzyjny przeniósł się do kraju”.

Znacznie ostrzejszą ocenę sformułował Stanisław Cat-Mackiewicz (1896-1966) – polityk konserwatywny i wybitny publicysta. W wydanej w 1958 r. książce „Zielone oczy” stwierdził: „Sosnkowski w czasie Powstania, zamiast zająć jakieś heroiczne i wyraźne stanowisko, siedział we Włoszech i dekorował żołnierzy”.

Wyraźne stanowisko zajął wtedy natomiast gen. Władysław Anders. W liście do ppłk. Mariana Dorotycz-Malewicza „Hańczy” z 31 sierpnia 1944 r. napisał: „Byłem całkowicie zaskoczony wybuchem powstania w Warszawie. Uważam to za największe nieszczęście w naszej obecnej sytuacji. Nie miało ono najmniejszych szans powodzenia, a naraziło nie tylko naszą stolicę, ale i tę część Kraju, będącą pod okupacją niemiecką, na nowe straszliwe represje. (…) Chyba nikt uczciwy i nieślepy nie miał jednak złudzeń, że stanie się to, co się stało, to jest, że Sowiety nie tylko nie pomogą naszej ukochanej, bohaterskiej Warszawie, ale z największym zadowoleniem i radością będą czekać, aż się wyleje do dna najlepsza krew Narodu Polskiego. Byłem zawsze, a także wszyscy moi koledzy w Korpusie zdania, że w chwili, kiedy Niemcy wyraźnie się walą, kiedy bolszewicy tak samo wrogo weszli do Polski i niszczą tak jak w roku 1939 naszych najlepszych ludzi – powstanie w ogóle nie tylko nie miało żadnego sensu, ale było nawet zbrodnią”.

Pobrzmiewa w tych słowach echo tezy o „zdradzie Sowietów”, krzewionej później przez sprawców wybuchu powstania w celu odparcia oskarżeń o spowodowanie tragedii Warszawy. Jednakże poza tym gen. Anders wyraził się jednoznacznie – powstanie nie miało sensu politycznego i wojskowego.

Z kolei Karol Popiel (1887-1977) – podczas wojny minister w rządzie na uchodźstwie i przywódca Stronnictwa Pracy – w liście do inż. Jerzego Kulczyckiego z 9 kwietnia 1970 r. napisał: „Nie miałem wielkiego przekonania o człowieku, którego z całego tego środowiska najlepiej i najdłużej znałem, tj. o dawnym moim koledze partyjnym z okresu istnienia NPR [Narodowej Partii Robotniczej – BP], Delegacie Rządu Jankowskim. Krótki jego pobyt w Legionach w 1915 roku w kawalerii Beliny wyrobił w nim kompleks przesadnego pojęcia o fachowości wojskowych, któremu się ostatecznie podporządkował w decydującej chwili, chociaż nie wiemy i prawdopodobnie nigdy się już nie dowiemy, w jakich to nastąpiło okolicznościach”.

Do krytyków powstania należał także najbardziej znany historyk piłsudczykowski Władysław Pobóg-Malinowski (1899-1962). Swoją ocenę sformułował w trzecim tomie wydanej po wojnie w Londynie „Najnowszej historii politycznej Polski 1864-1945”. W publikacji tej rozprawił się z argumentami przebywających na emigracji dowódców AK, którymi ci usprawiedliwiali swoją decyzję o jego wybuchu. Zdaniem Poboga-Malinowskiego słaby był ich argument, że ludność cywilna mogła sama rzucić się na Niemców, ponieważ w pierwszych dniach walki znikła ona z ulic, chowając się w mieszkaniach, bramach domów i innych miejscach. Słaby był również argument, że ludność cywilna ulegnie wzywającej do powstania agitacji komunistycznej, skoro wpływ PPR na warszawską opinię publiczną był niewielki. Złudne też było przekonanie dowództwa AK, że skoro walka o Wilno i Lwów nie wywołała głębszego oddźwięku w świecie, to wystąpienie zbrojne w Warszawie je wywoła. Pobóg uważał, że Komenda Główna AK popełniła poważne błędy w ocenie sił i możliwości niemieckich na przedpolu Warszawy oraz, że do powstania nie doszłoby, gdyby decydować mógł uwięziony przez Niemców rok wcześniej gen. Stefan Rowecki lub gen. Sosnkowski.

Główna odpowiedzialność za powstanie – zdaniem Poboga-Malinowskiego – spada na premiera Mikołajczyka i Radę Ministrów, szefa sztabu gen. Stanisława Kopańskiego i częściowo prezydenta Władysława Raczkiewicza. Pobóg pytał, dlaczego z decyzją o powstaniu nie zaczekano do zapoznania się z wynikami rozmów Mikołajczyka na Kremlu na przełomie lipca i sierpnia 1944 r.? Wedle jego oceny, gen. Bór-Komorowski znał krytyczny stosunek gen. Sosnkowskiego (wodza naczelnego) do powstania, ale samowolnie postąpił wbrew jego zaleceniom. „Bór nie kierował swoim sztabem – prąca do walki część sztabu z Pełczyńskim, Okulickim, Chruścielem ciągnęła Bora za sobą” – pisał piłsudczykowski historyk.

Wymowną ocenę powstania dał również polityk piłsudczykowski Ignacy Matuszewski (1891-1946), który na lamach ukazującego się w Detroit „Dziennika Polskiego” napisał na krótko przed swoją śmiercią: „Wszystko, co w powstaniu było zwycięstwem, jest tryumfem tych, co w murach Warszawy walczyli. Wszystko, co w powstaniu warszawskim jest klęską, spada odpowiedzialnością na tych, co z daleka kazali powstańcom iść ku zgubie”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ta ocena koresponduje z ocenami powstania warszawskiego prezentowanymi w PRL, zwłaszcza po 1956 r.

Najbardziej ostre oceny powstania warszawskiego formułowali politycy i publicyści endeccy, co wynikało z jednej strony z ich niechęci do piłsudczykowskiego dowództwa AK, a z drugiej strony z endeckiej szkoły realizmu politycznego, krytycznej wobec powstań narodowych w XIX w. i polskiego romantyzmu politycznego.

Niedługo po upadku powstania – w listopadzie 1944 r. – warszawskie środowisko Młodzieży Wszechpolskiej wydało oświadczenie polityczne. Czytamy w nim: „Decyzję wybuchu powstania podjął gen. Bór-Komorowski i urzędujący Delegat Rządu bez przyzwolenia a nawet powiadomienia przedstawicielstwa społeczeństwa, tj. Rady Jedności Narodowej. Odpowiedzialność w pierwszym rzędzie ponosi Komenda Główna Armii Krajowej. Była ona emanacją sanacyjnej kliki wojskowej skompromitowanej już we wrześniu [19]39 roku. Trudno dziś orzec jakie motywy kierowały nią przy wywołaniu powstania, postępowanie jej musi być oceniane jednak jako lekkomyślne. Mimo to, ludzie ci próbują już dziś – podobnie jak w [19]39 roku – zrzucić z siebie odpowiedzialność za spowodowaną tragedię. Podają następujące przyczyny swego kroku: primo – że Bolszewicy dochodzili do Pragi. Stwierdzonym jest jednak, że wywiad AK orientował się w charakterze zbliżających się sił sowieckich. Były to jedynie podjazdy niezdolne do zajęcia stolicy”[1].

Ktoś nie znający autorów tego oświadczenia mógłby pomyśleć, że wydała je Polska Partia Robotnicza. Wydała jej jednak Młodzież Wszechpolska. Zadziwia to, że autorzy cytowanego dokumentu wiedzieli w listopadzie 1944 r. to, co później ustalili historycy – że wywiad AK orientował się w sytuacji militarnej na przedpolach stolicy. Fałszywe informacje na temat rzekomego wejścia do prawobrzeżnej Warszawy sił radzieckich rozpowszechniał natomiast 31 lipca 1944 r. płk Antoni Chruściel, żeby wymusić na Komendzie Głównej AK decyzję o wybuchu powstania.

2 października 1944 r. – w dniu kapitulacji Warszawy – znany działacz Stronnictwa Narodowego Adam Doboszyński (1904-1949) opublikował na łamach ukazującej się w Londynie „Wielkiej Polski” artykuł „Zmarnowany heroizm!”. Pisał w nim: „Nie byliśmy entuzjastami idei Powstania, wywołanego w dniu 1-szym sierpnia. Decyzja podjęcia każdej walki musi być w naszym pojęciu podyktowana racją polityczną i poczuciem odpowiedzialności za następstwa wszczętych działań”. Prawie rok wcześniej – w listopadzie 1943 r. – Doboszyński opublikował na lamach londyńskiej „Walki” artykuł „Ekonomia krwi”, w którym stwierdził: „Naczelnym naszym zawołaniem powinna dziś być ekonomia krwi (której tak mądry przykład dają nam w obecnej wojnie Brytyjczycy). Jeśli Naród nasz wyłoni się w dobrej kondycji z tej strasznej konwulsji dziejowej, czeka go wielka przyszłość. Jeśli się skrwawi powyżej dopuszczalnej granicy, braknie mu sił do odbudowy niepodległego bytu”.

Krytycznie o dowództwie AK pisał kolejny polityk endecki, Jan Kanty Matłachowski (1906-1989), w wydanej w 1978 r. w Londynie książce „Kulisy genezy Powstania Warszawskiego”. Doszedł w niej do następującej konkluzji: „Analiza Powstania Warszawskiego, jego przedwczesnej decyzji wykazuje niedomagania rygorów kompetencji i to tam, gdzie ich brak grozi katastrofą, oraz niedopuszczalne lekceważenie odpowiedzialności na wysokim szczeblu hierarchii i nieobliczalnych skutków decyzji. Ani mundur, ani wysoki szczebel nie zwalniają nikogo od nad wyraz poważnej odpowiedzialności, przeciwnie, powiększają odpowiedzialność człowieka za to, co czyni”.

Skrytykować dowództwa AK nie omieszkał również Jędrzej Giertych (1903-1992) – polityk i dyplomata, jeden z bardziej znanych działaczy Stronnictwa Narodowego na emigracji. W wydanej w 1986 r. w Londynie trzytomowej pracy „Tysiąc lat historii polskiego narodu” pisał: „Powstanie zostało wszczęte, bo życzyli go sobie wodzowie AK i życzył go sobie obóz polityczny, do którego należeli. Po pierwsze, byli oni wyznawcami ideologii powstańczej, wedle której, w imię irracjonalnych wyobrażeń i uczuć, każde pokolenie polskie powinno ozdobić swoje życie zrobieniem powstania; oni się szykowali do powstania od pięciu lat – i nagle okazuje się, że to powstanie jest w tej chwili niepotrzebne, a nawet szkodliwe; nie mogli tego znieść i powstanie musieli zrobić. Po wtóre, powstanie dawało im okazję do zrehabilitowania się po kompromitacji, jaką była kompromitacja wrześniowa, która przecież była przede wszystkim ich kompromitacją. Po trzecie, przez pięć lat wyobrażali sobie, że przez powstanie osiągną to, że nowy polski rząd utworzony będzie w kraju i będzie ich rządem, przez co usunięta będzie perspektywa, że wróci do kraju i obejmie władzę rząd emigracyjny, złożony przecież z polityków do niedawna opozycyjnych (…). Po czwarte, do wszczęcia powstania skłaniała ich myśl przeciwstawienia się nadchodzącej armii sowieckiej i idącej wraz z nią polskiej armii, politycznie zależnej od komunistycznego Związku Patriotów Polskich; powodowali się oni naiwną strategią objęcia w stolicy władzy zanim armia »trzeciej siły«, w danym razie armia sowiecka, przyjdzie i wyobrażeniem, że ich pierwszeństwo będzie przez nowych przybyszów uszanowane i uznawane”.

Z tego Giertych wyciągnął następujący wniosek: „Powstania nie należało robić. Nie mogło ono przynieść żadnych większych politycznych korzyści, przeciwnie, przyniosło tylko polityczną szkodę. Gdyby się Warszawa, objęta powstaniem, doczekała przybycia armii sowieckiej – co było nadzieją złudną – armia ta potrafiłaby rządy powstańcze w Warszawie skutecznie obezwładnić i usunąć. A powstanie na czas pewien wypaliło energię polskiego narodu. (…) Warszawa została po wojnie odbudowana. Jest wielką zasługa tych, co Polską od 1945 roku rządzili, że się na to wielkie dzieło zdobyli”.

Refleksja nad sensem powstania warszawskiego skłoniła go też do takich rozważań historiozoficznych: „Obrońcy powstań 1830 i 1863 roku twierdzili nieraz, że chociaż zakończone klęską, powstania te nie osłabiały nas, ale umacniały, gdyż podnosiły ducha narodu, a więc pozwalały nam lepiej przetrwać czas niewoli. Powstanie Warszawskie jest jeszcze jednym dowodem na to, jak dalece pogląd ten jest niesłuszny. Nieudane powstanie nie podnosi ducha narodu, ale istniejące w narodzie napięcie duchowe rozładowuje. A więc naród moralnie osłabia”.

Krytyczny wobec dowództwa AK i premiera Mikołajczyka był również Zbigniew Stypułkowski (1904-1979) – polityk endecki, odznaczony za udział w powstaniu Złotym Krzyżem Zasługi, w 1945 r. sądzony i skazany w procesie szesnastu w Moskwie. W wydanych po wojnie w Londynie wspomnieniach „Zaproszenie do Moskwy” napisał: „Kto miał świadomość, jaka katastrofa grozi stolicy w wypadku opanowania przez Niemców zbrojnego jej wystąpienia, winien był zawczasu zwrócić uwagę na kierowanie nastrojami mas. Przy pomocy prasy podziemnej, poprzez tajne organizacje, można było przestrzec przed groźbą prowokacji, zaapelować jeszcze raz do karności społecznej, odwołać się do zaufania, jakim cieszyły się władze narodowe. A już w żadnym razie nie wolno było samemu przyczynić się do podnoszenia temperatury, mobilizując młodzież na szereg dni przed powstaniem i trzymając ją zgromadzoną po mieszkaniach uzbrojoną i niecierpliwie wyczekującą hasła do walki. (…) Jak wielkim błędem była chęć podtrzymania premiera Mikołajczyka w jego pertraktacjach moskiewskich przez zbrojne uderzenie Warszawy na tyły niemieckie, wykazała historia. Mikołajczyk, zamiast toczyć walkę ze Stalinem o sprawę polską, musiał błagać i żebrać o pomoc dla powstańców”.

Krytycznych ocen powstania warszawskiego nie znajdziemy natomiast w publicystyce polityków lewicy emigracyjnej. Wynikało to stąd, że ideologia powstańcza i tradycja polskiego romantyzmu politycznego były częścią etosu głównego nurtu PPS (tzn. nurtu niepodległościowego i antykomunistycznego). Ponadto rząd na uchodźstwie, któremu od 29 listopada 1944 r. przewodził socjalista Tomasz Arciszewski (1877-1955) kontynuował linię polityczną dowódców powstania warszawskiego, co skończyło się wycofaniem mu uznania przez aliantów zachodnich na początku lipca 1945 r.

W publicystyce czołowych polityków emigracyjnej PPS – Tomasza Arciszewskiego („Moralno-polityczne znaczenie powstania warszawskiego”, Londyn 1949), Zygmunta Zaremby („Społeczne oblicze Powstania”, „Warszawa w ogniu powstania”), czy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego brakuje zatem refleksji krytycznej. Ich stanowisko było podobne do zajmowanego przez gen. Bora-Komorowskiego, Stefana Korbońskiego, czy antykomunistycznego pisarza Józefa Mackiewicza. Najogólniej sprowadzało się do konkluzji, że za wszystko winę ponoszą Sowieci.

Jednakże krytycznego rozrachunku z powstaniem dokonało środowisko paryskiej „Kultury”, którego liderzy – Jerzy Giedroyc (1906-2000) i Juliusz Mieroszewski (1906-1976) – ewoluowali w latach 50-tych i 60-tych XX w. w stronę demokratycznej lewicy. Najważniejszy tekst rozrachunkowy – „Powstanie Warszawskie i problem odpowiedzialności” autorstwa Tadeusza Sołowija – ukazał się na łamach paryskiej „Kultury” w 1951 r. (nr 48). Artykuł ten stanowił recenzję wspomnień gen. Bora-Komorowskiego pt. „Armia Podziemna” (Londyn 1951) oraz publikacji „Armia Krajowa” (trzeciego tomu serii „Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej”) wydanej przez Instytut Historyczny im. Gen. Sikorskiego (Londyn 1950). Sołowij doszedł do następującego wniosku: „Decyzję powstania podjęli w kraju i Londynie ludzie karmiący się złudzeniami, nie mającymi żadnego pokrycia w ówczesnej sytuacji międzynarodowej. Wykonano ją w momencie, który przesądził z góry o klęsce planu, któremu powstanie miało służyć”.

Krytyki formułowanej przez różne środowiska polityczne na emigracji nie przyjmował gen. Bór-Komorowski. Przykładem ignorowania tej krytyki są chociażby takie słowa dowódcy AK: „Wydałem rozkaz wszczęcia jawnej walki w Warszawie dnia pierwszego sierpnia 1944, w chwili gdy armia czerwona znajdowała się u samych wrót naszej stolicy [w rzeczywistości została odparta przez Niemców od Warszawy w dniach 25 lipca-5 sierpnia 1944 r. – BP] i kiedy wszystkie względy wojskowe zdawały się wskazywać, że chwila dojrzała do otwarcia bitwy na tym odcinku. Wydałem te rozkazy ufając, że bitwa rozpoczęta wewnątrz miasta przez nasze siły zostanie niezwłocznie poparta przez wojska sowieckie, przez wznowioną ofensywę, przez bombardowanie niemieckich obiektów wojskowych, przez rzucanie nam materiałów wojennych”[2].

Ta narracja, że winę za tragedię powstania ponosi ZSRR i nikt więcej była ciągle powielana przez gen. Bora w jego wywiadach i publikacjach po wojnie. Także w wydanym pośmiertnie opracowaniu jego autorstwa pt. „Powstanie Warszawskie”, gdzie napisał: „Za podjęciem akcji mającej na celu opanowanie Warszawy przed wkroczeniem do niej wojsk rosyjskich przemawiały względy natury wojskowej, politycznej i ideologicznej. Przygotowania niemieckie wskazywały, że Niemcy będą bronić Warszawy, że walki toczyć się będą na terenie stolicy o umocnione obiekty. W związku z tym miasto narażone będzie na poważne straty i zniszczenia. Jeżeli jednocześnie z uderzeniem rosyjskim od zewnątrz podjęta zostanie walka wewnątrz miasta, umożliwi to przyśpieszenie jej końca i uchroni stolicę od nadmiernych strat i zniszczeń”[3].

Jeszcze inaczej uzasadnił powstanie gen. Pełczyński: „Naród polski odczuwał potrzebę udziału w walce toczonej na jego ziemiach. Poczuwał się też do praw gospodarza na swoich ziemiach. Aby być gospodarzem na danym terenie, trzeba mieć w swym posiadaniu węzły komunikacyjne, a więc miasta. Stąd udział Armii Krajowej w walce o Wilno, o Lwów i o miasta Okręgu Lubelskiego”[4]. A zatem powstanie warszawskie było rzekomo wolą narodu, a nie kilku wyższych dowódców AK.

Po 1989 r., a zwłaszcza po 2004 r. (otwarcie Muzeum Powstania Warszawskiego) powstanie warszawskie stało się jednym z kluczowych elementów realizowanej w Polsce polityki historycznej. Stanowi dzisiaj ważną część antykomunistycznego i antyrosyjskiego mitu założycielskiego nowej Polski. Dla potrzeb kreacji tego mitu zaadaptowano narrację generałów Bora i Pełczyńskiego, a prawie zupełnie pomija się lub marginalizuje krytykę powstania. Także tę uprawianą przez prawicowych polityków i publicystów na emigracji.

[1] Cyt. za: J. Engledgard, M. Motas (red.), „W imię czego ta ofiara? Obóz Narodowy wobec Powstania Warszawskiego”, wyd. II, Warszawa 2017, s. 132-133.

[2] Cyt. za: A. Kunert (oprac.), „Tadeusz Bór-Komorowski w relacjach i dokumentach”, Warszawa 2000, s. 411.

[3] T. Bór-Komorowski, „Powstanie Warszawskie”, Warszawa 2004, s. 15.

[4] T. Pełczyński, przedmowa (w:) „Armia Krajowa w dokumentach 1939–1945”, Wrocław-Warszawa-Kraków 1991, s. XXXIII (33).

Bohdan Piętka

2 sierpnia 2020 r.

„Przegląd” nr 31 (1073), 27.07-2.08.2020, s. 24-28

Romanowskiego rozprawa z postsolidarnością

Nakładem wydawnictwa Universitas (Kraków 2019) ukazała się książka prof. Andrzeja Romanowskiego pt. „Antykomunizm, czyli upadek Polski. Publicystyka lat 1998-2019”. Autor (ur. 1951) jest literaturoznawcą, kierownikiem Katedry Kultury Literackiej Pogranicza na Wydziale Polonistyki UJ, pracownikiem naukowym Instytutu Historii PAN, redaktorem naczelnym „Polskiego Słownika Biograficznego” (od 2003 r.) i publicystą. W okresie PRL był związany z „Solidarnością”. W III RP wchodził w skład władz regionalnych i krajowych Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna, Unii Demokratycznej, Unii Wolności i Partii Demokratycznej.

Teza przewodnia publicystyki prof. A. Romanowskiego sprowadza się do konkluzji, że III RP – która jego zdaniem była „najlepszym państwem w polskich dziejach” (s. 5) – została zniszczona przez solidarnościowy antykomunizm i upolityczniony katolicyzm. Co do upolitycznionego katolicyzmu, to należy przypomnieć, że bliska prof. A. Romanowskiemu Unia Demokratyczna (Wolności) sama podczepiała się pod Kościół katolicki i wykorzystywała politycznie katolicyzm, tylko w innej formie i w innym celu niż szeroko rozumiana prawica.

Ciekawa jest natomiast krytyka postsolidarnościowego antykomunizmu w publicystyce prof. A. Romanowskiego. Tezę, że antykomunizm rozumiany jako delegalizacja PRL jest ideologią państwową III RP stawiał wielokrotnie prof. Bronisław Łagowski. Także ja zwracałem uwagę na to, że antykomunistyczna ideologia III RP ma w istocie charakter antypolski. III RP nie wzięła się bowiem z Kosmosu. Wyrosła z PRL – m.in. z jej kształtu terytorialnego i z pozostawionego przez nią majątku narodowego, który roztrwoniła. Dlatego chociażby wyszydzanie określenia Ziemie Odzyskane – pisanego przed dekomunizatorów w cudzysłowie – ma charakter antypolski. Taki sam charakter ma wymazywanie z historii nazwisk i osiągnięć ludzi, którzy działali w PRL na polu społecznym, kulturalnym, a nawet politycznym nie z powodu fascynacji marksizmem-leninizmem, ale w celu podtrzymania bytu narodowego oraz ciągłości politycznej państwa i narodu. W celu nadania temu państwu możliwie jak najbardziej polskiego charakteru.

III RP – wbrew temu co się wydaje szermierzom postsolidarnościowego antykomunizmu (nie tylko prawicowym, także tym z obozu liberalnego i lewicy) – jest polityczną (nie ustrojową) kontynuacją PRL, a nie II RP, której historia zakończyła się ostatecznie z chwilą kapitulacji powstania warszawskiego. Postsolidarnościowi antykomuniści biorąc w nawias okres PRL i ogłaszając się spadkobiercami i kontynuatorami wyłącznie II RP wybrali życie w Matriksie. Dodajmy – w groteskowym Matriksie.

Prof. A. Romanowski zasadniczo idzie tym tokiem myślenia. Jednakże upatrując przyczyn niepowodzenia projektu politycznego III RP w solidarnościowym antykomunizmie i upolitycznionym katolicyzmie nie zauważa neoliberalizmu, którego jest zwolennikiem. Sądzę, że akcenty rozkładają się nieco inaczej. Przyczyną wielostronnej degrengolady III RP jest właśnie neoliberalizm, a solidarnościowy antykomunizm i „polityczny katolicyzm” były tylko jego narzędziami.

Zgodzę się z prof. A. Romanowskim, że solidarnościowy antykomunizm musiał doprowadzić do PiS. Jednakże jego stwierdzenie, że III RP przestała istnieć w nocy z 2 na 3 grudnia 2015 r. „w momencie zaprzysiężenia przez prezydenta Andrzeja Dudę sędziów-dublerów Trybunału Konstytucyjnego” ociera się o groteskę. Zwłaszcza w kontekście świetnej publikacji na ten temat Lecha Mażewskiego – „Wiele hałasu o nic? Konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego w latach 2015-2016 w perspektywie rozważań modelowych” (Warszawa 2017).

Ogólnie jednak należy się zgodzić chociażby z taką tezą prof. A Romanowskiego: „Tak czy inaczej, zrozumienie historycznego dziedzictwa Polaków – to dla dzisiejszej prawicy zadanie zbyt intelektualnie wyczerpujące. A dla lewicy jałowe i nudne” (s. 119). Duża część dwudziestoletniej publicystyki prof. A. Romanowskiego jest poświęcona krytyce polityki historycznej III RP, firmowanej przez IPN i solidarnościową prawicę. To jej głównie zarzuca on brak zrozumienia i instrumentalizację historii. Ale potrafi skrytykować za to także ludzi wywodzących się ze swojego środowiska politycznego – np. Romana Graczyka.

To co pisze prof. A. Romanowski należy docenić, ponieważ pisze to człowiek „Solidarności”, a spojrzenie krytyczne na historię i rzeczywistość nie jest mocną stroną środowisk solidarnościowych, odwołujących się w większości do tradycji polskiego romantyzmu politycznego XIX w. i to w formie karykaturalnej. U prof. A. Romanowskiego wyraźny jest obiektywizm, gdy pisze on zgodnie z prawdą historyczną, że PRL była po 1956 r. państwem autorytarnym. Natomiast animatorzy polityki historycznej III RP zamknęli okres 1944-1989 klamrą z napisem „totalitaryzm”, rozciągając manipulacyjnie okres stalinizmu na cały okres PRL.

Prof. A. Romanowski odwołuje się do polskiej szkoły realizmu politycznego, gdy pisze: „Polacy w niewoli rzadko byli w sytuacji takiej, że nie mieli niczego. Ich podstawowe pytanie brzmiało nie: »bić się, czy nie bić«, lecz: umacniać czy nie umacniać te państwa, te organizmy, te autonomie – czasem quasi-niepodległe. A na to tym bardziej nie było jednej odpowiedzi (…). Kto jednak dobrze życzył Polsce, temu ugoda nie myliła się z kapitulacją. Każdy rozumiał, że ugoda – to targ i układ: coś za coś. (…) Przecież to dzięki temu, że Czartoryski trwał nie przy Napoleonie, lecz przy carze Aleksandrze, mógł potem, na kongresie wiedeńskim, wskrzesić Królestwo Polskie. I to dzięki temu, że Polacy ułożyli się z zaborcą austriackim, Galicja stała się z czasem »polskim Piemontem«, a Piłsudski mógł tu uzbroić swą Kadrówkę. Co by się stało, gdyby w latach napoleońskich Polska nie miała wariantu awaryjnego? I co by było, gdyby w roku 1866 Polacy wysunęli hasło powstańcze, dokonali próby oderwania Galicji od Austrii?” (s. 112-113).

Jest też do bólu obiektywny, gdy pisze: „PiS-owska »polityka historyczna« była w istocie wyzwaniem rzuconym Polsce i jej tradycji. Zarówno w Muzeum Powstania Warszawskiego, jak w wystąpieniach prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jak wreszcie w szerzonym przez Instytut Pamięci Narodowej kulcie powojennego »podziemia niepodległościowego«, »żołnierzy wyklętych« i »ostatnich leśnych«, liczyło się tak naprawdę tylko jedno: upływ krwi. To był ten jedyny miernik patriotyzmu – tym większą budzący satysfakcję i (sic!) radość, im mniej za nim stało politycznej kalkulacji, im bardziej tragiczne były jego skutki. Otóż takiego myślenia dotąd w Polsce nie znaliśmy. Owszem, w II RP czczono tradycję powstańczą i fetowano weteranów 1863 roku. Lecz przecież istniała wtedy zawsze możliwość konfrontacji postaw, dokonania odpowiedniego wyboru. (…) Z patriotyzmem powstańczym konkurował patriotyzm Narodowej Demokracji, dla którego »socjalistyczny« czyn Legionów był w istocie antynarodowy. Nie było też mowy o ograniczeniu patriotyzmu do któregokolwiek z segmentów sceny politycznej, ani o łączeniu go z porządkiem katolickim – nie pozwalały na to antyklerykalne i laickie korzenie ideologii Piłsudskiego, Dmowskiego i Witosa. Zresztą sami przywódcy, wychowani w latach niewoli, umieli wznieść się ponad historiozofię własnego obozu: znany jest szacunek, jaki kultywujący tradycję powstańczą Piłsudski żywił do największego wroga powstania – margrabiego Aleksandra Wielopolskiego” (s. 114).

I dalej: „Trzecia Rzeczpospolita miała szansę stać się państwem wielkiej ideowej syntezy. Powstała wszak w drodze układu z komunistami, ale jej aksjologia była antykomunistyczna. Jedno i drugie stanowiło wartość. Rzecz jednak w tym, że terminem »antykomunizm« ochrzczono u nas walkę nie z systemem czy ideologią, lecz z nieistniejącym PRL. Ba! Nawet nie z PRL, lecz z ludźmi PRL, a czasem nie z ludźmi PRL, lecz po prostu z aktualnym przeciwnikiem – jak nie byłym członkiem PZPR, to agentem, jak nie agentem, to człowiekiem o kontaktach wskazujących na to, że mógł być agentem… Ta postsolidarnościowa spirala wariactwa, widoczna w kolejnych bataliach o lustrację, dekomunizację i dezubekizację, rosła i potężniała z każdym rokiem” (s. 115).

A na koniec taka konkluzja: „(…) w dyskursie historycznym, prowadzonym pod hasłem »przywracania pamięci«, usuwano z tradycji wszystko, co wiązało się lewicą. Tradycja lewicowa – to była nieledwie tradycja zdrady. Czy trzeba przypominać, że obrażało to pamięć Józefa Piłsudskiego? I czy należało się godzić z kompletną społeczną nieświadomością, czym była niepodległościowa PPS? Z ignorancją faktu, że ostatnim uznawanym przez świat premierem rządu »londyńskiego« był socjalista, Tomasz Arciszewski? Z zapomnieniem, jakie stało się udziałem Kazimierza Pużaka, zmarłego w stalinowskim więzieniu? Ale amputowano nie tylko tradycję lewicową. Skoro przemilczeliśmy setną rocznicę rewolucji 1905, to znaczy, że za burtę wyrzuciliśmy całe już polityczne dziedzictwo: wszak w owym »czwartym powstaniu« udział miała nie tylko lewica, lecz i prawica: Narodowa Demokracja, Roman Dmowski… A cóż mówić o historii późniejszej. W publicznym dyskursie pominięto przecież 50. rocznicę Polskiego Października, eksponując z roku 1956 tylko Poznański Czerwiec – bo krwawy” (s. 118).

Ciekawe jest też spojrzenie prof. A. Romanowskiego na Rosję. Jego stosunek do Rosji Putina jest negatywny. Zarzuca jej to samo, co bliski mu obóz liberalny, który pod tym względem prawie nie różni się od przeważającej większości polskiej prawicy. Wytyka więc Moskwie eksterminację Czeczenów oraz podeptanie aksjomatu nienaruszalności granic w Gruzji i na Ukrainie. Aneksję Krymu porównuje z Anschlussem Austrii przez Hitlera itp. System polityczny stworzony przez Putina charakteryzuje jako „tyleż anachroniczny, co niebezpieczny: okcydentalistyczny, lecz w rozumieniu powrotu do środka Europy, żywiący się marzeniem o odbudowie utraconego imperium, więc stawiającym na armię i politykę siłową” (s. 360).

Jednakże i tutaj jego spojrzenie okazuje się wyważone. Nawiązując do sytuacji na Ukrainie po 2014 r. pisze bowiem o realiach historycznych: „Rosja czuje się spadkobiercą Rusi. Kijów jest kolebką Rusi, miastem świętym, nad którym Moskwa panuje w sposób faktyczny od połowy XVII wieku. Z kolei Doniecczyzna i Ługańszczyzna leżały na terenie państwa moskiewskiego również wtedy, gdy ukraińscy Kozacy dokonywali jej kolonizacji. Krym został zdobyty przez Rosję pod koniec XVIII wieku i został w większości zasiedlony przez Rosjan (Ukrainie podarowała go Moskwa zaledwie 60 lat temu). Sewastopol do dziś pozostaje symbolem rosyjskiego oręża” (s. 357).

Zauważa, że „minione ćwierćwiecze udowodniło, że Rosja jest gotowa przyjąć istnienie odrębnej Ukrainy. Wszak nawet w dniach »pomarańczowej rewolucji« prezydent Putin wykazał powściągliwość. Ale trudno sobie wyobrazić, by nie tylko Putin, ale i Gorbaczow, czy Borys Jelcyn, zgodzili się kiedykolwiek na pożeglowanie Ukrainy do świata zachodniego. Do Unii Europejskiej i do NATO, a przecież te cele stawiała przed sobą polityka ukraińska” (s. 358).

O polskiej odpowiedzialności za kryzys ukraiński w 2014 r. pisze następująco: „Nie da się zaprzeczyć, że Polska, podtrzymując dążenia Ukraińców do systemu »takiego jak na Zachodzie«, wspierała działania wymierzone w prezydenta Wiktora Janukowycza i – analogicznie jak w roku 2008 w Gruzji – opowiadała się za wszystkim, co tylko może zaszkodzić Rosji. Działania te niosły oczywiste ryzyko, ale taki ciężar polityk musi czasem podjąć. Rzecz w tym, czy były racjonalne. Bo czego właściwie się bano? Czy pod rządami Janukowycza Ukraina rzeczywiście stałaby się rosyjskim protektoratem? To wielkie i ludne państwo, zawieszone między Wschodem i Zachodem, przyjazne Rosji i Zachodowi (choć pewnie Rosji bardziej), zostałoby wtedy co prawda skazane na dryf, nie byłoby państwem marzeń zwłaszcza dla Ukraińców ze Lwowa, zarazem jednak zachowałoby terytorialną integralność i miałoby poczucie bezpieczeństwa” (s. 358-359). Dostrzegł, że Rosja nie może „odpuszczać” Ukrainy – „fundując sobie powstanie państwa jeszcze bardziej niż Polska antyrosyjskiego” (s. 363).

Pisząc krytycznie o systemie politycznym Putina zauważa równocześnie, że „Rosja przecież niejedno ma imię” i przywołuje wezwanie Norwida, by mieć w Rosji „swą partię”. „Aby jednak mieć taką partię – pisze – trzeba wpierw Rosję zrozumieć. (…) A jakkolwiek jest zróżnicowana polska opinia na temat Rosji, to najsilniej daje o sobie znać specyficzny polski patriotyzm. Specyficzny – bo myślowo prostacki. Jego imperatywem jest szkodzenie Rosji, gdzie tylko się da, w naiwnej wierze, że w ten sposób odepchnie się ją dalej od naszych granic (…)” (s. 360-361). W innym miejscu stwierdza wprost: „Bo rusofobia starcza teraz za całą polską myśl polityczną” (s. 377). Konkluzja prof. A. Romanowskiego także i w tym wypadku jest do bólu szczera: „Polska rusofobia nie ma oczywiście większego międzynarodowego znaczenia, ale dodatkowo jeszcze wzmacnia myślenie odwetowe na Kremlu” (s. 362).

W sierpniu 2014 r. – kiedy większość polityków i mediów polskich przemawiała w tonie triumfalizmu, niczym Piłsudski po powrocie z wyprawy kijowskiej – prof. A. Romanowski napisał, że Polska na Wschodzie przegrywa. Tak to uzasadnił: „Pokazaliśmy Rosji, że jej polityka otwarcia – rozpoczęta przez Gorbaczowa, kontynuowana przez Jelcyna i nawet jeszcze przez Putina, który pięć lat temu mówił na Westerplatte rzeczy dla rosyjskiego ucha rewolucyjne – jest drogą do politycznej zapaści. (…) Polska przecież – po osiągnięciu celów strategicznych, jakimi były członkostwo w NATO i w Unii Europejskiej – nie miała żadnego powodu, by przyjmować wobec Rosji postawę konfrontacyjną. Nie powinna być jastrzębiem – raczej gołębiem, raczej mediatorem. (…) Przegrywamy jednak nie dlatego, że nie doceniliśmy niebezpieczeństwa rosyjskiego. Przegrywamy dlatego, bo to niebezpieczeństwo przeceniliśmy. Bo przecież nie każdy krok Rosji był w przeszłości obliczony na konfrontację. Porównując (ustami Radosława Sikorskiego) rosyjsko-niemiecki kontrakt gazowy do paktu Ribbentrop-Mołotow, sami pozbawiliśmy się wiarygodności. Elity solidarnościowe, wzrosłe niegdyś w etosie walki, zawsze też wobec siebie bezkrytyczne, nie potrafią zmierzyć się z zagrożeniem, gdy stało się ono realne. Będą wykonywać gesty Rejtanowskie, protestować, piętnować i żądać sankcji, będą ścigać się w radykalizmie. Nie mają jednak pomysłu na Rosję, na dobrosąsiedzkie z nią stosunki – jak już niczego nie znajdą, to przynajmniej zażądają, by Katyń uznać za ludobójstwo. Bezpieczeństwa Polski i Ukrainy taka polityka nie wzmacnia” (s. 362-363).

Prof. Andrzej Romanowski wpisuje się zatem w podobny nurt myślenia krytycznego o Polsce postsolidarnościowej, co profesorowie Bronisław Łagowski i Andrzej Walicki. Nie mam wątpliwości, że i jego głos nie wywrze jakiegokolwiek wpływu na polska „klasę polityczną” i jej myślenie, tzn. jej niezdolność do myślenia. Nie mam też wątpliwości, że ze swoim stanowiskiem pozostanie osamotniony także, a może przede wszystkim w swoim obozie politycznym.

Bohdan Piętka

16 lipca 2020 r.

„Myśl Polska” nr 29-30 (2301/2302), 19-26.07.2020, s. 18.

Bunt przeciw generałowi Sikorskiemu

W lipcu 1940 r. doszło do próby obalenia przez piłsudczyków premiera polskiego rządu na uchodźstwie, gen. Władysława Sikorskiego (1881-1943). Genezy buntu przeciw gen. Sikorskiemu należy szukać w okolicznościach powstania jego rządu. Pomimo klęski wrześniowej sanacja zmierzała do zachowania władzy w swym ręku. Nie było to łatwe, ponieważ po przekroczeniu granicy polsko-rumuńskiej w nocy z 17 na 18 września 1939 r. najwyższe władze polskie zostały internowane w Rumunii pod naciskiem niemieckim. W tej sytuacji prezydent RP Ignacy Mościcki mianował swoim następcą gen. Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego – byłego adiutanta Józefa Piłsudskiego, kojarzonego z tzw. grupą pułkowników, wówczas ambasadora polskiego w Rzymie. Opozycja antysanacyjna miała jednak lepsze kontakty z rządem francuskim, który sprzeciwił się tej nominacji. Wtedy Mościcki mianował swoim następcą Władysława Raczkiewicza (1885-1947) – także piłsudczyka, byłego marszałka Senatu i ministra spraw wewnętrznych.

Raczkiewicz został zaprzysiężony w Paryżu 30 września 1939 r. i zamierzał powołać na stanowisko premiera rządu na uchodźstwie Augusta Zaleskiego (1883-1972) – polityka piłsudczykowskiego, ministra spraw zagranicznych w latach 1926-1932. Opozycja antysanacyjna nie dopuściła jednak do utworzenia rządu Zaleskiego. Miała w tym poparcie władz francuskich, u których przywódcy sanacyjni nie cieszyli się zaufaniem. Ponadto klęska wrześniowa spowodowała dalszą erozję autorytetu obozu sanacyjnego tak w kraju, jak i na emigracji – co osłabiło jego pozycję polityczną. Większość czołowych polityków sanacyjnych znajdowała się jeszcze w Rumunii lub na Węgrzech. Natomiast do Paryża zjechało wielu przedstawicieli opozycji z gen. Władysławem Sikorskim na czele, który uchodził za frankofila i posiadał liczne kontakty z czołowymi politykami francuskimi. Jego właśnie opozycja wysunęła na premiera. W tej sytuacji prezydent Raczkiewicz musiał pójść na kompromis i zgodzić się na nominację gen. Sikorskiego, która nastąpiła także 30 września 1939 r.

Wyrazem tego kompromisu była tzw. umowa paryska pomiędzy prezydentem Raczkiewiczem a stronnikami gen. Sikorskiego, która przewidywała, że Konstytucja kwietniowa – nie uznawana dotąd przez opozycję antysanacyjną – pozostanie w mocy, ale prezydent będzie korzystać z przysługujących mu prerogatyw tylko w porozumieniu z szefem rządu.

Gabinet gen. Sikorskiego miał charakter koalicyjny, a w jego skład weszli przedstawiciele głównych partii opozycji antysanacyjnej: Stronnictwa Narodowego, Stronnictwa Pracy, Stronnictwa Ludowego i Polskiej Partii Socjalistycznej. W rządzie znaleźli się także politycy sanacyjni – Zaleski jako minister spraw zagranicznych oraz jeden z czołowych piłsudczyków (odsunięty na „boczny tor” po śmierci Marszałka), gen. Kazimierz Sosnkowski (1885-1969), który objął funkcję przewodniczącego Komitetu Rady Ministrów ds. Kraju i komendanta głównego Związku Walki Zbrojnej. Ponadto prezydent Raczkiewicz mianowało go swoim następcą na wypadek śmierci. Piłsudczycy pragnęli także, by gen. Sosnkowski został mianowany Naczelnym Wodzem. Obóz zwolenników Sikorskiego również tym razem do tego nie dopuścił i prezydent Raczkiewicz musiał mianować 7 listopada 1939 r. Naczelnym Wodzem oraz Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych gen. Sikorskiego.

Piłsudczycy, pomimo kompromitacji związanej z klęską wrześniową, zachowali więc w swoim ręku trzy kluczowe pozycje, jakimi były urząd prezydenta RP na uchodźstwie, resort spraw zagranicznych i kontakty z okupowanym krajem. Wpływy ich wzmacniały się w miarę wzrostu liczby przedzierających się z okupowanego kraju oficerów i polityków. Otwarty konflikt piłsudczyków z premierem Sikorskim i próba odzyskania przez nich pełni władzy stały się zatem kwestią czasu.

Okazję ku temu stworzyła klęska Francji w czerwcu 1940 r. i konieczność przeniesienia się polskich władz na uchodźstwie do Wielkiej Brytanii. Kapitulacja Francji była wielkim zaskoczeniem i rozczarowaniem dla Sikorskiego, który wierzył w potęgę tego państwa. Upadek Francji oznaczał również utratę znacznej części odtworzonych Polskich Sił Zbrojnych. Spowodowało to krytykę ze strony przeciwników generała, rewanżujących się w ten sposób za krytykę, jakiej doświadczyli piłsudczycy po klęsce wrześniowej. Katastrofa Francji stawiała w nowym świetle klęskę polską we wrześniu 1939 r. Francja była przecież mocarstwem dysponującym liczną i silną armią. Jeśli ta armia została tak szybko rozbita to znaczy, że armia polska we Wrześniu nie działała tak źle – argumentowali podnoszący głowę piłsudczycy. Rehabilitacji żądali krytykowani i oskarżani przywódcy sanacji i generałowie Września.

18 czerwca 1940 r. gen. Sikorski udał się do Wielkiej Brytanii. Na wyspy brytyjskie ewakuowano 32 tys. oficerów i żołnierzy, tj. 40% stanu Polskich Sił Zbrojnych. Już następnego dnia Sikorski porozumiał się z brytyjskim premierem Winstonem Churchillem w sprawie wspólnego kontynuowania wojny. Miał na to pełne poparcie rządu i prezydenta.

Powodem ataku grupy piłsudczykowskiej na Sikorskiego stał się jego memoriał przedłożony rządowi brytyjskiemu, w którym przewidywał utworzenie 300-tysięcznej armii z Polaków przebywających w obozach jenieckich i miejscach zesłania w ZSRR. Propozycje te korespondowały z brytyjskimi zabiegami o względy Stalina oraz z memoriałem Stefana Litauera (1892-1959) – dziennikarza o powiązaniach lewicowych, wówczas korespondenta Polskiej Agencji Telegraficznej w Londynie. W krytycznym momencie przeniesienia rządu polskiego do Wielkiej Brytanii Litauer wystąpił z planem utworzenia w ZSRR 300-tysięcznej armii polskiej do walki z Niemcami, rewizji granicy polsko-radzieckiej na zasadzie etnograficznej i zgody rządu polskiego na przemarsz Armii Czerwonej przez ziemie polskie. Propozycje te natychmiast podchwycił dr Józef Retinger (1888-1960) – pisarz, wolnomularz i doradca Sikorskiego, który wydostał polskiego premiera z Francji. Zdaniem Normana Daviesa, także agent wywiadu brytyjskiego.

W rozmowie z szefem brytyjskiej dyplomacji lordem Halifaxem premier Sikorski przedstawił tezy memoriału Litauera w formie zmodyfikowanej – jedynie z propozycją utworzenia w ZSRR armii polskiej i wysłania przedstawiciela rządu RP do Moskwy. Posunięcia tego generał nie uzgodnił jednak z prezydentem Raczkiewiczem i ministrem spraw zagranicznych. Na takie uzgodnienie nie pozwalało stanowisko zajmowane po 17 września 1939 r. wobec ZSRR przez Raczkiewicza, Zaleskiego i ogół piłsudczyków. Uważali oni, że Polska jest w stanie wojny tak z Niemcami, jak i ze Związkiem Radzieckim i nie myśleli latem 1940 r. o szukaniu jakichś dróg porozumienia z Moskwą.

Fakt, że premier wyszedł sam z taką propozycją był kroplą, która przelała puchar goryczy. Z ostrą publiczną krytyką gen. Sikorskiego wystąpili natychmiast nie tylko Zaleski i były ambasador we Francji Juliusz Łukaszewicz, ale także odsunięci od wpływów i władzy politycy sanacyjni – gen. Stefan Dąb-Biernacki (internowany już we Francji w Ośrodku Oficerskim w Cerizay), Michał Grażyński, Marian Zyndram-Kościałkowski i in. Oponenci zarzucali Sikorskiemu bezkrytyczną wiarę w potęgę sojusznika francuskiego, zaprzepaszczenie armii polskiej we Francji, kumulowanie stanowisk, dzielenie oficerów na lepszych i gorszych oraz samowolę. Na fali tej nagonki prezydent Raczkiewicz zażądał od premiera Sikorskiego usunięcia z rządu ministrów Stanisława Kota i Henryka Strasburgera, których oskarżył o utratę części złota Banku Polskiego zdeponowanej w Dakarze pod kontrolą władz Vichy.

Sikorski odmówił i w związku z tym 18 lipca 1940 r. otrzymał z rąk prezydenta dymisję. Jego następcą Raczkiewicz mianował Augusta Zaleskiego. Wywołany przez piłsudczyków kryzys polityczny był niebezpieczny dla sprawy polskiej, ponieważ groził rządowi RP marginalizacją na arenie międzynarodowej. Gen. Sikorski odmówił przyjęcia dymisji powołując się na samoograniczenie Raczkiewicza w wykonywaniu niektórych uprawnień prezydenckich wynikające z umowy paryskiej. Wierni Sikorskiemu oficerowie z płk. Tadeuszem Klimeckim zagrozili Zaleskiemu „najdalej idącymi konsekwencjami” w przypadku przyjęcia przez niego nominacji na premiera. Po stronie Sikorskiego opowiedziała się też większość Rady Narodowej (polskiego parlamentu na uchodźstwie). Jako pośrednik wystąpił gen. Sosnkowski, któremu udało się rozładować kryzys.

20 lipca 1940 r. prezydent Raczkiewicz wycofał się z decyzji o zdymisjonowaniu premiera Sikorskiego. Grupa zbuntowanych oficerów z gen. Dębem-Biernackim na czele została izolowana i trafiła do obozu internowania Rothesay na wysepce Bute u zachodnich wybrzeży Szkocji. Memoriał w sprawie porozumienia z ZSRR został wycofany, a rząd powrócił do poprzedniego składu. Pozostał w nim jednak podział na zwolenników Sikorskiego z jednej, a Raczkiewicza i Zaleskiego z drugiej strony. Ponadto Sikorski stał się odtąd podejrzliwy i czuły na „spiski sanacyjne”.

Gen. Dąb-Biernacki stanął w październiku 1940 r. przed Sądem Polowym nr 3 w Londynie, który skazał go za przyczynienie się do klęski wrześniowej na karę dwóch lat i sześciu miesięcy pozbawienia wolności oraz degradację do stopnia szeregowca. Natomiast w kwietniu 1941 r. stanął przed Sądem Polowym nr 9 w Londynie pod zarzutem kierowania spiskiem przeciwko rządowi gen. Sikorskiego i został skazany na cztery lata pozbawienia wolności i degradację. W 1943 r. opuścił więzienie brytyjskie ze względu na stan zdrowia i wyjechał do Irlandii, gdzie zajmował się pszczelarstwem.

Trwały podział w rządzie na skrzydło zwolenników Sikorskiego i jego piłsudczykowskich oponentów doprowadził do kolejnego kryzysu politycznego rok później. Także na tle stosunku do ZSRR.

Po agresji III Rzeszy Niemieckiej i jej sojuszników na Związek Radziecki 22 czerwca 1941 r. premier Churchill zapowiedział udzielenie Moskwie wszelkiej pomocy. 12 lipca 1941 r. Wielka Brytania i ZSRR podpisały układ o wzajemnej współpracy. Tak położono pierwsze podwaliny pod Wielką Koalicję antyhitlerowską.

Polityczne znaczenie wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej rozumiał również gen. Sikorski, czemu dał wyraz 23 czerwca 1941 r. w przemówieniu radiowym do okupowanego kraju. Proroczo przewidział wówczas, że „Rosja pochłonie siły niemieckie” oraz wysunął przypuszczenie, że Kreml unieważni swoje układy z Niemcami z 1939 r. i powróci do zasad pokoju ryskiego z Polską.

Wkrótce jednak okazało się, że nie ma mowy o zgodzie Stalina na potwierdzenie polskiej granicy wschodniej z 1921 r. Nierealna okazała się też nadzieja na zagwarantowanie jej przez Wielką Brytanię i USA. Churchillowi zależało na szybkim zawarciu porozumienia ze Stalinem. Dlatego zaczął wywierać naciski w tej sprawie na polskiego premiera. Do wstępnych rozmów pomiędzy Sikorskim i ambasadorem radzieckim w Londynie Iwanem Majskim doszło już 5 lipca 1941 r. W negocjacjach polsko-radzieckich uczestniczył brytyjski dyplomata Alexander Cadogan, a potem także brytyjski minister spraw zagranicznych Anthony Eden. Ambasador Majski był od początku świadomy presji brytyjskiej na Sikorskiego i tym samym swojej mocnej pozycji w rokowaniach. Moskwa rozumiała, że Churchillowi bardziej zależało na sojuszu ze Stalinem, niż zagwarantowaniu Polsce korzystnej sytuacji po wojnie. Dlatego w sprawie granicy polsko-radzieckiej Kreml odpowiadał, że powinna zostać oparta na kryterium etnicznym.

Z kolei premierowi Sikorskiemu najbardziej zależało na poprawie losu Polaków, którzy znaleźli się na terenach okupowanych przez ZSRR i zostali wywiezieni w głąb tego kraju. Dlatego będąc dodatkowo pod presją brytyjską zgodził się 22 lipca 1941 r. na formułę unieważnienia radziecko-niemieckich traktatów rozbiorowych z 1939 r., która odkładała sprawę granicy na czas późniejszy. Prowadzone przez gen. Sikorskiego, przy pośrednictwie brytyjskim, rokowania ze stroną radziecką ponownie skonsolidowały przeciw niemu opozycję piłsudczykowską. Przewodzili jej tym razem gen. Sosnkowski oraz prezydent Raczkiewicz i minister Zaleski, który podczas negocjacji z Majskim był wręcz odsuwany od stołu obrad przez ministra Edena.

Po stronie piłsudczyków opowiedziało się również kierowane przez Tadeusza Bieleckiego Stronnictwo Narodowe, które w rządzie Sikorskiego reprezentował Marian Seyda. Grupa piłsudczykowska przejawiała nierealne nadzieje na obustronne wyniszczenie się Niemiec i ZSRR oraz odbudowę potężnej Polski. Dlatego uważała, że z podpisaniem ewentualnego układu że Stalinem należy się wstrzymać do czasu, kiedy militarne położenie ZSRR stanie się tak trudne, iż Moskwa będzie gotowa do ustępstw.

Minister Zaleski na posiedzeniach Rady Narodowej w dniach 15 i 21 lipca 1941 r. wystąpił z ostrą krytyką premiera. 25 lipca rząd opuścili Sosnkowski, Zaleski i Seyda. Prezydent Raczkiewicz próbował jeszcze powstrzymać premiera Sikorskiego odmawiając mu 29 lipca udzielenia pełnomocnictw do zawarcia układu z ZSRR. W tej sytuacji Sikorski zdecydował się na zawarcie porozumienia z Moskwą bez pełnomocnictwa prezydenta. Stał na stanowisku, że brak tego porozumienia osłabi międzynarodową pozycję polskiego rządu i nie można pozwolić na dalsze pozostawanie Polaków w więzieniach i obozach radzieckich.

Wobec takiej postawy Sikorskiego prezydent Raczkiewicz zagroził swoją dymisją. Dopiero 22 sierpnia 1941 r. zdecydował się pozostać na stanowisku i podpisał dekrety zwalniające ministrów: Seydę, Sosnkowskiego i Zaleskiego. Marian Seyda powrócił do rządu 13 lipca 1942 r. bez zgody Stronnictwa Narodowego, za co został usunięty z jego szeregów.

30 lipca 1941 r. został podpisany w Londynie, w obecności premiera Churchilla i ministra Edena, układ pomiędzy rządem RP na uchodźstwie a rządem ZSRR, który przeszedł do historii jako układ Sikorski-Majski Przywrócone zostały polsko-radzieckie stosunki dyplomatyczne, zerwane jednostronnie przez ZSRR w następstwie agresji z 17 września 1939 r. Strona radziecka godziła się na utworzenie armii polskiej w ZSRR i anulowanie układów z III Rzeszą z 1939 r., ale uchylała się od potwierdzenia granicy ryskiej. Mimo wszystkich kontrowersji, jakie wzbudził wówczas i później układ Sikorski-Majski, najważniejszym jego skutkiem politycznym stało się uwolnienie z radzieckich więzień, obozów i miejsc zesłania 381 220 obywateli polskich, w tym 26 160 jeńców.

„Sikorski dążył do porozumienia, ponieważ był świadomy, że odmowa rokowań prowadziłaby tylko do izolacji Polski” – powiedział w 1967 r. w Radiu Wolna Europa jeden z jego najbliższych współpracowników, gen. Marian Kukiel (1885-1973). Gdyby zamiast linii gen. Sikorskiego zwyciężyła linia polityczna piłsudczyków, rząd polski na uchodźstwie znalazłby się w międzynarodowej izolacji już w 1941 r., a setki tysięcy Polaków na Nieludzkiej Ziemi zostałyby pozostawione wtedy własnemu losowi.

Bohdan Piętka

16 lipca 2020 r.

„Przegląd” nr 29 (1071), 13-19.07.2020, s. 44-46

Prymas Wyszyński – wróg czy patriota PRL?

Kardynał Stefan Wyszyński (1901-1981), prymas Polski w latach 1948-1981, należy niewątpliwie do najwybitniejszych postaci w historii najnowszej Polski. Został mu poświęcony czerwcowy numer „Biuletynu IPN”. Powodem tego jest prawdopodobnie zbliżająca się beatyfikacja kardynała Wyszyńskiego, chociaż w tym roku przypada także 70-ta rocznica podpisania Porozumienia z 14 kwietnia 1950 r. pomiędzy rządem powojennej Polski a Episkopatem. Było to jedno z kluczowych wydarzeń w historii polskiego Kościoła w okresie Polski Ludowej. Niestety niczego nie dowiemy się o tym wydarzeniu z wprowadzającego artykułu „Antemurale christianis” prezesa IPN, dr. Jarosława Szarka. Już sam tytuł tego artykułu wskazuje, że prymas Wyszyński został przedstawiony jako niezłomny bojownik z komunizmem. Taki wizerunek prymasa jest też powielany w pozostałych artykułach tego numeru „Biuletynu IPN”. Obraz przywódcy polskiego Kościoła zawierającego porozumienie z komunistami najwyraźniej do tego wizerunku nie pasuje.

O Porozumieniu z kwietnia 1950 r. jest mowa dopiero w artykule dr. Bartłomieja Noszczaka pt. „(Nie)obecność Prymasa”, który dotyczy internowania kardynała Wyszyńskiego w latach 1953-1956. Dowiadujemy się tego, co głosi na ten temat polityka historyczna po 1989 r. Mianowicie, że „w 1949 r. ekipa Bolesława Bieruta, sterowana przez towarzyszy z Kremla, podjęła antykościelną ofensywę, która współgrała z wdrażaniem w Polsce stalinowskiej wersji komunizmu”. A więc, że Porozumienie zostało wymuszone przez władze komunistyczne, którym z pomocą przyszli „księża patrioci” i prezes Stowarzyszenia PAX Bolesław Piasecki. „Zgodnie ze strategią Józefa Stalina – stosowaną z sukcesem w Związku Sowieckim – władze próbowały rozbić Kościół od środka i we wrześniu 1949 r. animowały ruch »księży patriotów«. W sukurs przyszedł im tzw. postępowy laikat z grupy »Dziś i Jutro«, czyli późniejszego Stowarzyszenia PAX” – pisze dr B. Noszczak. Dlaczego późniejszego, skoro Stowarzyszenie PAX powstało w 1947 r.?

„W tej sytuacji Episkopat Polski szukał ratunku w dialogu” – wyjaśnia dr B. Noszczak. Czyli miał to być dialog wymuszony. Nie dowiemy się, że rozmowy prowadzące do zawarcia Porozumienia rozpoczęły się 6 lipca 1949 r. w ramach Komisji Mieszanej Rządu i Episkopatu z inicjatywy kardynała Wyszyńskiego. Nie dowiemy się, że inicjatorem podpisania porozumienia był sam prymas Wyszyński. Nie dowiemy się, że Porozumienie z kwietnia 1950 r. było bezprecedensowym aktem prawnym w całym bloku komunistycznym i stało się podstawą normalnego funkcjonowania Kościoła katolickiego w okresie Polski Ludowej. Nie dowiemy się, że Porozumienie gwarantowało Kościołowi w epoce głębokiego stalinizmu naukę religii w państwowych szkołach, funkcjonowanie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, stowarzyszeń katolickich, Caritasu (przekształconego w Zrzeszenie Katolików dla niesienia pomocy biednym i potrzebującym), prasy katolickiej oraz swobodę kultu publicznego (w tym pielgrzymek) i swobodę działalności zakonów. Nie dowiemy się, że na mocy Porozumienia powołano fundusz kościelny dla finansowania działalności Kościoła.

Tego wszystkiego nie uzyskał Kościół katolicki w żadnym innym państwie bloku wschodniego. W sąsiedniej Czechosłowacji Kościół katolicki był po prostu nielegalny, a metropolita Pragi jeszcze w latach 80-tych XX w. pracował jako palacz w kotłowni. Ze wspomnianego artykułu dowiemy się natomiast, że była to „kontrowersyjna umowa”, która „miała dla komunistów jedynie znaczenie propagandowe”, a prymas Wyszyński miał po podpisaniu Porozumienia szybko stracić złudzenia „co do możliwości ułożenia stosunków z komunistami”.

O Porozumieniu z kwietnia 1950 r. wspomina także Ewelina Ślązak w artykule „Prymas i biskup. Relacje kard. Stefana Wyszyńskiego z bp. Michałem Klepaczem”. Autorka cytuje zapiski kardynała Wyszyńskiego, w których czytamy: „Niemniej jednak od pierwszych zaraz tygodni zacząłem oswajać księży biskupów z zarysem swojego programu. Pragnąłem doprowadzić za wszelką cenę do stworzenia stałego ciała porozumiewawczego między Episkopatem a rządem, które później [1949 r.] powstało w postaci Komisji Mieszanej. Odtąd Komisja Mieszana jest zjawiskiem stałym w mej pracy”. A zatem doprowadzenie do kompromisu z władzami komunistycznymi, który umożliwiłby w miarę swobodne funkcjonowanie Kościoła katolickiego w Polsce Ludowej, było programem nowego prymasa Polski, z którym wystąpił zaraz po objęciu tej godności na przełomie 1948/1949 r[1].

Wymowny jest też ten fragment zapisków prymasa, gdzie mówi on, że „jeśli kiedyś Episkopat będzie oskarżany o Porozumienie, to prawda wymaga, by wiedziano, że sprawcą Porozumienia od strony Episkopatu jestem ja”. Dążenie do kompromisu, dodajmy mądrego kompromisu, z władzami powojennej Polski nie cieszy się jednak uznaniem polityki historycznej lansowanej przez IPN, która eksponuje jako najlepszą postawę Żołnierzy Wyklętych vel Niezłomnych. Dlatego autorka także nie mówi co zawierało Porozumienie i jakie miało znaczenie dla funkcjonowania polskiego Kościoła w całym okresie PRL.

Kolejny autor – dr Rafał Łatka – w artykule „Niekwestionowany przywódca” pisze „porozumienie” z małej litery i w cudzysłowie oraz informuje jedynie, że dokument krytycznie oceniła Stolica Apostolska oraz kardynał Adam Sapieha. A więc „wstydliwy” epizod w życiorysie prymasa, niewarty uwagi.

Piotr Kordyasz w artykule „Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego” informuje, że „po napisaniu Ślubów Jasnogórskich prymas był przekonany, że już nie wyjdzie na wolność, że przypłaci je wywiezieniem do moskiewskich Butyrek – ciężkiego więzienia KGB. Był na to gotowy”. Ale jak to się miało stać, skoro wkrótce nastąpił Październik 1956 r., który także prymasowi przyniósł zwolnienie z internowania?

Ciekawy jest artykuł księdza prof. Dominika Zamiatały – „Prymas Wyszyński wobec Ziem Zachodnich”. Czytamy w nim: „Prymas Polski Stefan Wyszyński interesował się każdym przejawem życia społecznego i religijnego na Ziemiach Zachodnich. Znał je dobrze, również dzięki częstym wizytom na tych terenach. I był świadomy roli, którą ma do odegrania Kościół w misji ich scalenia z Ojczyzną. Nie miał wątpliwości, że te ziemie należały się Polsce. (…) W przemówieniach i kazaniach krzepił mieszkańców Ziem Odzyskanych i dodawał otuchy. Apelował, aby trwali na dawnych ziemiach piastowskich oraz uwierzyli »w dziejową chwilę Narodu«”.

Z uznaniem należy podkreślić, że autor – wbrew trendom polityki historycznej III RP – używa określenia Ziemie Odzyskane oraz nie pisze go w cudzysłowie ani nie dodaje „tak zwane”, jak to się obecnie robi. No i podkreśla, że są to dawne ziemie piastowskie. Jednakże autor nie wyciąga już wniosku, że prymas Wyszyński swoją postawą wspierał politykę władz PRL wobec Ziem Odzyskanych na gruncie polskiej racji stanu. Czynił tak, pomimo podkopywanie jego autorytetu w tej sprawie przez komunistów, o czym wspomina ks. prof. Zamiatała w swoim artykule. Czynił tak, ponieważ uważał, że jest to zgodne z polskim patriotyzmem, interesem narodu polskiego i polskiego Kościoła.

Grzegorz Polak w artykule „Dlaczego prymas Wyszyński cierpiał za Wschód?” pisze o niejawnym wspieraniu przez prymasa kościołów wschodnich, w tym Kościoła grekokatolickiego. Jednak nie dowiemy się z tego artykułu, że kardynał Wyszyński krytycznie oceniał związki Kościoła grekokatolickiego z nacjonalistami ukraińskimi i dlatego sprzeciwiał się beatyfikacji metropolity Andrija Szeptyckiego. Znowu stanął na gruncie polskiej racji stanu i niejako w zgodzie ze stanowiskiem władz PRL. Znowu „wstydliwy” epizod w życiorysie?

Cykl artykułów poświęconych prymasowi Wyszyńskiemu w czerwcowym „Biuletynie IPN” zamyka tekst prof. Jana Żaryna pt. „Jak prymas Wyszyński przeprowadził Naród przez Morze Czerwone”. W artykule tym, pełnym religijnej egzaltacji, prof. J. Żaryn kreśli obraz Prymasa Tysiąclecia jako niezłomnego bojownika z komunizmem. „Komunizm w Polsce – pisze prof. J. Żaryn – zawalił się nie tylko za sprawą jednego człowieka, człowiek wielkiej wiary i ogromnej inteligencji – Prymasa Tysiąclecia. Zawalił się, gdyż prymasowi udało się uratować Kościół, jego instytucje i łączność ze Stolicą Apostolską (…). Zawalił się, bo dzięki utrzymaniu autonomii Kościoła, prymasowi i biskupom udało się wychować kolejne pokolenia kapłanów (…)”. Krótko mówiąc – prymas Wyszyński jest jeszcze jednym Żołnierzem Niezłomnym w panteonie IPN. Nie dowiemy się z tego artykułu jaki był stosunek kardynała Wyszyńskiego do Komitetu Obrony Robotników i „lewicy laickiej”. Nie dowiemy się jaki był jego stosunek do „Solidarności”. Nie dowiemy się, że do strajków w Sierpniu 1980 r. prymas Wyszyński odniósł się z rezerwą i nie pospieszył od razu z poparciem. Nie dowiemy się nawet jaki był stosunek prymasa do twórczości fetowanego w 1980 r. noblisty Czesława Miłosza. A to wiele mówi o prymasie jako polityku i Polaku.

Zupełnie odmienny obraz prymasa Wyszyńskiego przedstawił dr hab. Lech Mażewski w książce „Prymas Stefan Kardynał Wyszyński wobec Polski po 1944/1945 r. Elementy analizy ustrojoznawczej i geopolitycznej” (Warszawa 2020). W omówieniu tej książki dla „Przeglądu” (nr 23/2020) Lech Mażewski stwierdził: „Ta książka nie tylko jest niezgodna z polityką historyczną uprawianą przez IPN i większość czynników kościelnych, ale także jej tezy nie będą miały żadnego wsparcia wśród sił politycznych dominujących dziś w Polsce. Prymas Stefan Wyszyński, podobnie jak kard. August Hlond, jego poprzednik na stolicy arcybiskupiej w Gnieźnie i Warszawie, a tym samym prymas Polski, nie był żadnym zaprzysięgłym wrogiem Polski po 1944/1945 r. Obaj uznawali realia geopolityczne ukształtowane po zakończeniu II wojny światowej, a nawet oceniali je jako korzystne dla Polski, nie sprzeciwiali się przemianom społeczno-gospodarczym, w tym reformie rolnej i nacjonalizacji przemysłu, a później industrializacji na wielką skalę, stanowczo występowali jedynie przeciwko próbie narzucenia Polsce państwowego ateizmu. To ostatnie szczególnie dotyczyło prymasa Wyszyńskiego. Walka z państwowym ateizmem była jednym z celów w ramach Wielkiej Nowenny Milenium Chrztu Polski w latach 1957-1966 i samych uroczystości milenijnych w latach 1966-1967”.

Dalej Lech Mażewski wywodzi: „W 1965 r. kard. Wyszyński powiedział Januszowi Zabłockiemu, ówczesnemu posłowi Koła Poselskiego Znak, że wśród wielu rewindykacji wobec rządu »nie domagamy się zwrotu majątków kościelnych – ich strata stanowi dobrodziejstwo. Księża przestają być latyfundystami, są bliżej ludu«. W ogólnopaństwowej perspektywie prymas mówił w taki sam sposób w trakcie spotkania z redaktorami »Tygodnika Powszechnego« już w październiku 1952 r.: »Cokolwiek przyniesie przyszłość, trzeba pamiętać, że cały szereg tzw. zdobyczy społecznych ma charakter stałych zdobyczy. Do nich zaliczam przejęcie na własność społeczną ciężkiego przemysłu i wielkiej własności rolnej. Kościół w Polsce nie będzie walczył o zwrot majątków rolnych, sam też nie upomni się o swoje folwarki«. Dokładnie to samo stwierdził w rozmowie z Bolesławem Piaseckim, prezesem Stowarzyszenia PAX, odbytej 16 sierpnia 1953 r.: »’Przedwojenne’ nie wróci. (…) Ja osobiście nie chcę odbierać majątków prymasowskich; nie przyjąłbym zwrotu majątków kościelnych. Jestem zdania, że przemysł ciężki musi pozostać w ręku państwa, pod kontrolą instytucji związków zawodowych. Podobnie kopalnie itp.«”.

Zdaniem L. Mażewskiego prymas Wyszyński miał lewicowe poglądy społeczno-gospodarcze, był patriotą PRL, występującym przeciwko niej z pozycji wewnątrzsystemowych. „Przedmiotem jego kontestacji – mówi L. Mażewski – było głównie forsowanie przez władze państwowego ateizmu, a nie socjalistyczny model społeczno-gospodarczy, ograniczenia niepodległości państwa czy brak demokracji politycznej, aczkolwiek i tu miał wiele krytycznych uwag”. Trzeba przypomnieć. że Stefan Wyszyński był w okresie międzywojennym autorem 106 publikacji poświęconych głównie problemom ustroju gospodarczego, położeniu świata pracy i sprawiedliwości społecznej, a w 1937 r. został kapelanem chadeckiego Stronnictwa Pracy. W publikacjach tych nie szczędził krytyki kapitalizmu. Dlatego właśnie ze względu na swoje poglądy społeczno-gospodarcze – jak twierdzi L. Mażewski – biskup Wyszyński został wskazany w 1948 r. na następcę „przez umierającego prymasa Hlonda, co bez zbędnej zwłoki zaaprobował Pius XII”.

Podczas wizyty ad limina apostolorum w Watykanie w czerwcu i lipcu 1957 r. prymas Wyszyński oświadczył sekretarzowi stanu Stolicy Apostolskiej, kardynałowi Domenico Tardiniemu, że „w Polsce panuje »komunizm nacjonalistyczny«, który walczy o suwerenność Polski, broniąc jej przed Moskwą”. W ten sposób prymas solidaryzował się z Październikiem 1956 roku. Taki był jego stosunek do Polski Ludowej – oparty na realizmie politycznym i rozumieniu polskiej racji stanu. Kreowanie prymasa Wyszyńskiego na nieprzejednanego wroga PRL – co czyni polityka historyczna IPN – jest zupełnie fałszywe.

[1] Bulla nominacyjna Stefana Wyszyńskiego na arcybiskupa gnieźnieńskiego i warszawskiego (prymasa Polski) została podpisana przez papieża Piusa XII 16 listopada 1948 r., a ingres odbył się w Gnieźnie 2 lutego 1949 r.

Bohdan Piętka

3 lipca 2020 r.

„Myśl Polska” nr 27-28 (2299/2300), 5-12.07.2020, s. 9

Powstanie TRJN i jego konsekwencje

28 czerwca 1945 r. prezydent Krajowej Rady Narodowej Bolesław Bierut powołał Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej Rzeczypospolitej Polskiej. Był to rząd koalicyjny składający się ze stronnictw, które dotychczas tworzyły Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego i Rząd Tymczasowy w Warszawie oraz polityków skupionych wokół byłego premiera rządu RP na uchodźstwie Stanisława Mikołajczyka. Jego utworzenie było wynikiem porozumienia zawartego na konferencji w Moskwie, która odbył się w dniach 17-21 czerwca 1945 r. pomiędzy przedstawicielami KRN i Rządu Tymczasowego oraz grupą niekomunistycznych polityków krajowych i emigracyjnych ze Stanisławem Mikołajczykiem na czele. Powstanie TRJN stanowiło realizację postanowień Wielkiej Trójki na konferencji w Jałcie (4-11 lutego 1945 r.), przewidujących rekonstrukcję warszawskiego Rządu Tymczasowego „na szerszej podstawie politycznej” poprzez włączenie w jego skład akceptowanych przez Stalina polityków polskich z Londynu.

Edward Raczyński – ambasador rządu RP na uchodźstwie w Wielkiej Brytanii – określił TRJN mianem „ciała służalczego narzuconego Polsce z zewnątrz”. W przedłożonej przez Raczyńskiego nocie rządu RP na uchodźstwie do rządu brytyjskiego, protestującej przeciw uznaniu TRJN przez Wielką Brytanię, napisano m.in.: „W obecnej sytuacji źródłem władzy rządu z p. Osóbką-Morawskim na czele jest decyzja powzięta nie przez naród polski, lecz przez trzy obce mocarstwa, z których jedno przy pomocy swej armii i policji włada de facto całą administracją Polski. Podstawę prawną takiego rządu można jedynie porównać z podstawą prawną tzw. rządów ustanawianych w krajach okupowanych przez Niemcy w czasie wojny”.

W takim też duchu patrzy na TRJN współczesna polska (a ściślej prawicowa) polityka historyczna, podsumowująca okres 1944-1989 propagandowo-ideologicznym hasłem „okupacja sowiecka”.

Perfidią Stalina – zapewne zamierzoną – było to, że konferencja moskiewska w sprawie powołania TRJN odbyła się w tym samym czasie, kiedy w Moskwie odbywała się parodia procesu sądowego nad 16 czołowymi politykami Polski Podziemnej, aresztowanymi przez NKWD 27 marca 1945 r. i uprowadzonymi do ZSRR. Mało tego – tzw. proces szesnastu toczył się w dniach 18-21 czerwca 1945 r. w Domu Związków u wylotu Placu Czerwonego, bardzo blisko Kremla, gdzie w tym czasie odbywała się wspomniana konferencja.

„Szyderczym wyzwaniem rzuconym przez Kreml Polsce i światu – pisał Wojciech Roszkowski – był fakt, iż jednocześnie z rozmowami w sprawie TRJN rozpoczął się w Moskwie proces przywódców Polski Podziemnej. (…) Było rzeczą niezwykle symboliczną dla losów Polski (…), że wyrok w procesie przywódców Polski Podziemnej ogłoszono 21 VI, a wiec w dniu, gdy opublikowano też komunikat o porozumieniu moskiewskim w sprawie TRJN. Sprawa polska rozstrzygnęła się więc w Moskwie: niezależnych przywódców narodu, zdradziecko aresztowanych, zgromadzono na sali sądowej, by wysłuchali poniżającego wyroku, drugich zaś – marionetkowych zarządców komunistycznych i realistów ratujących resztki niepodległości – na Kremlu, gdzie uzgodnili formę władzy zależną od ZSRR. Na Zachodzie przyjęto rezultaty obu spotkań z ulgą. Ostatecznie polskich przywódców nie skazano na śmierć, a z rządem Arciszewskiego, który protestował, można się było już zupełnie nie liczyć”[1].

Formułując tak ostrą ocenę Wojciech Roszkowski pozwolił sobie jednak określić polityków niekomunistycznych uczestniczących w powołaniu TRJN mianem „realistów ratujących resztki niepodległości”. Należy sobie bowiem zadać pytanie – jaka była alternatywa polityczna dla powołania TRJN? Otóż w realiach geopolitycznych roku 1945 nie istniała alternatywa: Polska niepodległa albo Polska zależna od ZSRR. Istniała zupełnie inna alternatywa – Polska jako republika radziecka albo Polska formalnie istniejąca jako podmiot prawa międzynarodowego z własną symboliką narodową, pozostająca w geopolitycznej strefie wpływów ZSRR.

Do realizacji pierwszej alternatywy – czyli Polski jako republiki radzieckiej – mogli doprowadzić swoimi działaniami ci, których dzisiaj określa się patetycznym mianem Żołnierzy Wyklętych, dążący do wywołania powstania narodowego przeciw ZSRR, naiwnie wierzący w pomoc Zachodu lub szybki wybuch trzeciej wojny światowej, powielający bezmyślność polskiego XIX-wiecznego romantyzmu politycznego wyrażoną w powiedzeniu „wszystko albo nic”. Gdyby ich działalność uzyskała szerokie poparcie narodu polskiego, czyli gdyby doszło w 1945 r. do wybuchu powstania antyradzieckiego w Polsce, to oczywista klęska tego powstania położyłaby kres jakiejkolwiek państwowości polskiej. Drugą alternatywę – czyli kontynuację państwowości polskiej w realiach zależności politycznej od ZSRR, ale jednak państwowości polskiej – wybrali „marionetkowi zarządcy komunistyczni” i „realiści ratujący resztki niepodległości”, którzy uzgodnili w Moskwie formułę Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej.

Sprawa kształtu terytorialnego i geopolitycznego powojennej Polski została ostatecznie przesądzona przez trzy główne mocarstwa koalicji antyhitlerowskiej na konferencjach w Teheranie i Jałcie. Wielka Trójka podjęła decyzję, że akceptujący porozumienia jałtańskie politycy emigracyjni i niereprezentowani w Rządzie Tymczasowym politycy krajowi popierający Stanisława Mikołajczyka otrzymają 25% tek ministerialnych, odpowiednia liczbę wiceministrów oraz reprezentację w KRN i administracji państwowej. Przyjęte proporcje reprezentacji w rządzie koalicyjnym sił proradzieckich i prozachodnich w stosunku 75% do 25% były identyczne jak w wypadku zawartego w marcu 1945 r. porozumienia Josipa Broz-Tito z premierem emigracyjnego rządu Jugosławii Ivanem Šubašiciem. Wielka Brytania i USA nie zamierzały umierać za Polskę, ani rozpoczynać z jej powodu wojny z ZSRR, co dały do zrozumienia polskim politykom emigracyjnym już podczas powstania warszawskiego. Zadowoliły się jedynie zapewnieniem Stalina, że w Polsce odbędą się wolne wybory.

Wykonanie ustaleń jałtańskich przeciągało się na skutek nieustępliwości Stalina, który dopuszczał jedynie rozszerzenie Rządu Tymczasowego o wyznaczonych przez siebie polityków niekomunistycznych, oraz Churchilla, który opowiadał się za fuzją rządu londyńskiego z rządem działającym w Warszawie. Do kompromisu doprowadziła mediacja amerykańska. 26 maja 1945 r. przybył do Moskwy wysłannik prezydenta Trumana Harry Hopkins i wraz z ambasadorem Williamem A. Harrimanem przeprowadził rozmowy ze Stalinem. W ich rezultacie strona amerykańska przyjęła radziecką interpretację uchwał jałtańskich i nakłoniła do tego Churchilla. Następnie Komisja Trzech z udziałem Wiaczesława Mołotowa, Harrimana i ambasadora brytyjskiego w Moskwie Archibalda Clark-Kerra ustaliła 11 czerwca listę osób, które miały wziąć udział w konferencji moskiewskiej dotyczącej powołania TRJN.

Na rozmowy do Moskwy zaproszono prezydenta KRN Bolesława Bieruta, premiera Rządu Tymczasowego Edwarda Osóbkę-Morawskiego i wicepremiera tego rządu, sekretarza generalnego KC PPR Władysława Gomułkę. Ze strony krajowych polityków niekomunistycznych zaproszono nestora ruchu ludowego Wincentego Witosa, Zygmunta Żuławskiego (przedwojennego przewodniczącego Rady Naczelnej PPS, który pozostawał w opozycji zarówno do PPS-WRN, jak i „lubelskiej” PPS i komunistów), prof. Stanisława Kutrzebę (w 1919 r. uczestnika konferencji pokojowej w Paryżu i prac nad traktatem wersalskim), prof. Adama Krzyżanowskiego (przedwojennego posła BBWR, teoretyka polskiego libertarianizmu) i Henryka Kołodziejskiego (działacza spółdzielczego, przedwojennego dyrektora Biblioteki Sejmowej). Natomiast ze strony polityków emigracyjnych – Stanisława Mikołajczyka, działacza PPS Jana Stańczyka i Juliana Żakowskiego (architekta, bezpartyjnego wykładowcę z uniwersytetu w Liverpoolu).

Zanim rozpoczęły się rozmowy moskiewskie, zaprotestował przeciw nim rząd RP w Londynie, którego premierem od 29 listopada 1944 r. był socjalista Tomasz Arciszewski. W wydanym 15 czerwca 1945 r. oświadczeniu rząd Arciszewskiego napisał, że „w obliczu tych tragicznych realiów tworzenie legalnego i niezależnego rządu jedności narodowej, opartego na woli ludzi swobodnie wyrażonej, praktycznie jest niemożliwe jak długo Republika Polska jest okupowana przez sowiecką armię i sowiecką policję polityczną (NKWD) oraz jak długo Polska jest odcięta od swych Zachodnich Sprzymierzeńców i całego cywilizowanego świata”. Na zachodnich sprzymierzeńcach nie zrobiło to jednak jakiegokolwiek wrażenia.

Dwa dni po wydaniu przez rząd Arciszewskiego tego oświadczenia ambasador Harriman spotkał się w Moskwie z Bierutem i Osóbką-Morawskim. W rozmowie, która toczyła się przy obiedzie, Bierut i Osóbka-Morawski zadeklarowali utrzymanie dobrych stosunków nowej Polski z USA i wyrazili życzliwość dla ewentualnego udziału USA w odbudowie życia gospodarczego w Polsce. Przedstawili także ambasadorowi USA swoje stanowisko w sprawie polskiej granicy zachodniej, z którym Harriman ogólnie się zgodził. Ta rozmowa dowodzi, że administracja USA widziała partnera politycznego w proradzieckim obozie władzy w Polsce, a nie wśród polityków rządu Arciszewskiego.

W rozmowach rozpoczętych 17 czerwca w Moskwie wzięli udział wszyscy zaproszeni z wyjątkiem Wincentego Witosa, który wymówił się chorobą (zmarł 31 października 1945 r.) i został zastąpiony przez działacza ruchu ludowego Władysława Kiernika, oraz Żakowskiego, który odmówił i został zastąpiony przez mało znanego Antoniego Kołodzieja – komunistycznego działacza związku marynarzy w Wielkiej Brytanii. Ponadto reprezentacja krajowego obozu władzy została wzmocniona przez Stanisława Szwalbego z prokomunistycznej PPS. Rozmowy moskiewskie były trudne i dramatyczne. W najbardziej krytycznym momencie tych rozmów Gomułka oświadczył Mikołajczykowi: „Możecie stać się współgospodarzami Polski, jeśli zrozumiecie wasze błędy. (…) Porozumienia chcemy z całego serca. Lecz nie myślcie, że jest to warunek naszego istnienia. Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”.

Najwięcej zastrzeżeń i żądań zgłaszał Mikołajczyk. Próbował wtedy mediować ambasador Harriman, co świadczy o tym, że Waszyngton sprzyjał utworzeniu TRJN w stopniu bynajmniej nie mniejszym niż Moskwa. Stanom Zjednoczonym zależało wówczas na szybkim przystąpieniu ZSRR do wojny z Japonią i dlatego były gotowe do daleko idących ustępstw w sprawie polskiej. Harriman spotykał się ze wszystkimi grupami Polaków uczestniczących w konferencji moskiewskiej. M.in. 18 czerwca spotkał się na obiedzie z Żuławskim i Kutrzebą. Obaj nie ukrywali swojej niechęci do komunistów i przedstawiali w czarnych barwach obraz sytuacji w Polsce, jednakże według relacji Harrimana uznali, że polityka polska wobec ZSRR powinna być przyjazna i uwzględniać interesy bezpieczeństwa Związku Radzieckiego.

Co ciekawe – Bierut i Mikołajczyk zgodnie zaproponowali usunięcie z nazwy nowego rządu przymiotnika „tymczasowy”, jako obniżającego jego prestiż. Nie zgodził się na to Harriman, który po konsultacji ze stroną radziecką stwierdził, że takie były ustalenia Wielkiej Trójki w Jałcie.

Podpisane 21 czerwca 1945 r. porozumienie przewidywało powołanie w skład Prezydium KRN jako wiceprzewodniczących Wincentego Witosa i Stanisława Grabskiego – wybitnego polityka endeckiego, negocjatora traktatu ryskiego (1921 r.), przewodniczącego Rady Narodowej w Londynie (1942-1944), zwolennika porozumień jałtańskich, zafascynowanego faktem powrotu powojennej Polski na dawne ziemie piastowskie (co było wysuwanym jeszcze przed pierwszą wojną światową postulatem endecji). Natomiast w skład rządu – którego premierem pozostał Edward Osóbka-Morawski – zostali włączeni Stanisław Mikołajczyk jako wicepremier oraz związani z nim politycy: Władysław Kiernik, Jan Stańczyk, Mieczysław Thugutt (odmówił powrotu do kraju i objęcia stanowiska ministra poczt i telegrafów) i Czesław Wycech. Na ogólną liczbę 20 ministrów w nowym rządzie znalazło się sześć nowych osób. Uzgodniono również, że Krajowa Rada Narodowa zostanie rozszerzona tak, żeby stała się bardziej reprezentatywna politycznie.

29 czerwca 1945 r. Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej został uznany przez Francję i Szwecję. 5 lipca uznały go Wielka Brytania i USA, wycofując tym samym swoje uznanie dla rządu Arciszewskiego w Londynie. W dalszej kolejności TRJN uznały Chiny, Włochy Kanada i większość państw ówczesnego świata. Uznania odmówiły jedynie Watykan, frankistowska Hiszpania, Irlandia, Kuba, Liban, Portugalia i Salwador.

Uznanie TRJN za jedyny legalny rząd polski przez USA i Wielką Brytanię miało ogromne znaczenie w sytuacji, gdy wkrótce miała rozpocząć się konferencja Wielkiej Trójki w Poczdamie (17 lipca-2sierpnia 1945 r.), na której decydować miał się kształt polskiej granicy zachodniej. Na konferencji tej delegacja TRJN twardo obstawała przy wytyczeniu granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej i jej stanowisko – dzięki poparciu ZSRR – zostało przyjęte przez USA i Wielką Brytanię.

16 sierpnia 1945 r. TRJN zawarł umowę z ZSRR w sprawie wytyczenia granicy wschodniej Polski według nieznacznie zmodyfikowanej linii Curzona, w oparciu o porozumienie zawarte w tej sprawie 27 lipca 1944 r. przez PKWN i rząd ZSRR. 16 października 1945 r. TRJN podpisał Kartę Narodów Zjednoczonych, przez co Polska stała się członkiem-założycielem ONZ.

Utworzenie TRJN i wycofanie przez mocarstwa zachodnie poparcia dla rządu londyńskiego podważyło sens dalszej walki podziemia zbrojnego w kraju. Zrozumiał to płk Jan Rzepecki, który 6 sierpnia 1945 r. rozwiązał Delegaturę Sił Zbrojnych na Kraj. Po ogłoszeniu przez KRN 2 sierpnia dekretu o amnestii i apelu płk. Jana Mazurkiewicza z 8 września ujawniło się około 45 tys. żołnierzy podziemia poakowskiego. Walkę zbrojną z nową rzeczywistością polityczną kontynuowały dalej NSZ, Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i mniejsze organizacje.

Utworzenie TRJN umożliwiło przede wszystkim funkcjonowanie w latach 1945-1947 legalnej opozycji politycznej, jaką stało się powołane 22 sierpnia 1945 r. mikołajczykowskie Polskie Stronnictwo Ludowe i działające legalnie do 18 lipca 1946 r. chadeckie Stronnictwo Pracy. Warto jednak przypomnieć, że w istniejącym od 27 listopada 1945 do 11 stycznia 1949 r. Ministerstwie Ziem Odzyskanych, kierowanym przez Władysława Gomułkę, kluczowe stanowiska zajęli ludzie politycznie związani z endecją, a podczas okupacji niemieckiej z Biurem Zachodnim Delegatury Rządu na Kraj, popierający ideę powrotu Polski na dawne ziemie piastowskie nad Odrą i Bałtykiem (Władysław Czajkowski, Leopold Gluck, Józef Guranowski, Juliusz Kolipiński, Edmund Męclewski, Edward Quirini i in.). Nie byli oni jedynymi Polakami odległymi od komunizmu i lewicy w ogóle, którzy po powstaniu TRJN odrzucili postawę romantyczną na rzecz pozytywistycznej, czyli pracy nad odbudową i rozwojem kraju takiego, jaki zaistniał w warunkach geopolitycznych powstałych w tej części Europy w rezultacie drugiej wojny światowej. A inne państwo polskie w tych warunkach geopolitycznych zaistnieć wtedy nie mogło.

Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej działał do 6 lutego 1947 r., kiedy ustąpił po sfałszowanych przez komunistów wyborach do Sejmu Ustawodawczego z 19 stycznia 1947 r. Rząd ten nie przyniósł powojennej Polsce wolności i demokracji, ponieważ nie mógł jej przynieść w sytuacji, gdy władzę na Kremlu sprawował Józef Stalin. Zapoczątkował jednak to czego pragnęła w 1945 r. ogromna większość narodu polskiego – odbudowę zniszczonego przez wojnę kraju i zagospodarowanie Ziem Odzyskanych. Kontynuował popieraną również przez większość społeczeństwa reformę rolną i rozpoczął nacjonalizację przemysłu. Na pokojową walkę o wolność i demokrację przyszedł czas po 1956, a zwłaszcza po 1980 roku.

[1] Andrzej Albert (Wojciech Roszkowski), „Najnowsza historia Polski 1914-1993”, t. II, Warszawa 1995, s. 15, 19.

Bohdan Piętka

3 lipca 2020 r.

„Przegląd” nr 27 (1069), 29.06-5.07.2020, s. 32-35

Wyprawa kijowska i jej mitologia (5)

Kluczowym elementem mitologii wyprawy kijowskiej jest mit sojuszu polsko-ukraińskiego, czyli sojuszu Piłsudskiego z Petlurą. Mit ten z okazji 100-lecia kampanii wojennej 1920 r. powielił na łamach „Biuletynu IPN” ukraiński historyk Andrij Rukkas (ur. 1973 r.) z Wydziału Historycznego Kijowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Tarasa Szewczenki – autor wydanej przez IPN książki „Razem z Wojskiem Polskim. Armia Ukraińskiej Republiki Ludowej w 1920 roku” (Warszawa 2020).

We wstępie do tej publikacji Rukkas napisał: „Ukraińskie wojsko było scentralizowaną i zorganizowaną siłą z własnymi organami zarządzania, jednostkami bojowymi, służbami bezpieczeństwa, zaopatrzenia i uzupełnienia. Wiosną 1920 r. wojsko to dosłownie odrodziło się z popiołów po straszliwej katastrofie z jesieni poprzedniego roku, kiedy wydawało się, że armia ukraińska została ostatecznie rozbita i zniknęła na zawsze. Wielka w tym zasługa naszych sojuszników – Polaków, z którymi żołnierze ukraińscy wspólnie ruszyli wyzwolić swój kraj spod władzy bolszewików. (…) W utworzenie Armii URL w 1920 r. wielki wkład wnieśli polscy sojusznicy, którzy w miarę swoich sił zapewniali ukraińskim żołnierzom umundurowanie i uzbrojenie, zaopatrywali ich w niezbędne materiały, sprzęt techniczny, amunicję itd. Należy podkreślić, że wsparcie militarne ze strony polskiej nie zostało wstrzymane nawet po zawarciu zawieszenia broni z bolszewikami. Wielką zasługę na tym polu ma marszałek Józef Piłsudski, który mimo wszelkich przeszkód politycznych znajdował nowe formy i możliwości wspierania Ukraińców, począwszy od idei przymierza, z których osobiście nigdy nie zrezygnował. Nie zważając na niewielką, w porównaniu z Wojskiem Polskim, liczebność, Armia URL była aktywnym uczestnikiem wojny przeciwko Rosji bolszewickiej, kampanię wojenną 1920 r. należy zatem traktować jako wojnę polsko-ukraińsko-sowiecką”.

Czytając te patetyczne wywody „pomiędzy wierszami” można z nich wyciągnąć nieco prawdy. A prawda jest taka, że odtworzenie w 1920 r. armii URL było rzeczywiście dziełem strony polskiej, przede wszystkim Józefa Piłsudskiego i rzeczywiście była to armia nieliczna, która w kampanii wojennej odegrała drugoplanową rolę. Należy powiedzieć więcej – armia ta była polityczną i wojskową atrapą, dekoracją egzotycznego i fikcyjnego „sojuszu polsko-ukraińskiego”, a faktycznie sojuszu Piłsudskiego z częścią zwolenników Symona Petlury – wówczas już polityka przegranego. To w jakikolwiek sposób nie uprawnia do stawiania tezy, że kampanię wojenną 1920 r. należy traktować jako „wojnę polsko-ukraińsko-sowiecką”.

Nie mniej oryginalne tezy stawia Rukkas w opublikowanym na łamach „Biuletynu IPN” artykule „Armia Ukraińskiej Republiki Ludowej w 1920 roku”. Już początek zawiera tezę górnolotną: „Podczas ciężkich walk latem 1920 r., cofając się pod naporem wroga, wojska URL twardo utrzymały obronę na swoim odcinku frontu, czym skutecznie zabezpieczały południowe skrzydło całego polskiego zgrupowania na Ukrainie”.

Jednak w następnym zdaniu autor pisze: „Na początku grudnia 1919 r. ukraiński rząd [tzn. rząd petlurowski URL – BP] kontrolował jedynie niewielki obszar w południowo-zachodniej części guberni wołyńskiej. Jego granice przypominały trójkąt o bokach o długości 35-40 km, którego wierzchołkiem były miasta Lubar, Miropol i Ostropol. Na północy stały jednostki bolszewickie, na wschodzie i południu – siły białogwardzistów, na zachodzie wojska polskie, z którymi kilka miesięcy wcześniej porozumiano się w sprawie zawieszenia broni. W tym »trójkącie śmierci« była skoncentrowana cała Armia Czynna URL, która wskutek epidemii tyfusu szybko traciła zdolność bojową (śmiertelnie zachorował nawet jej dowódca Wasyl Tiutiunnyk). Przed katastrofą oddziały ukraińskie mogła uchronić jedynie pomoc z zewnątrz – wraz z równoczesnym przejściem do walki partyzanckiej”.

Taką to siłę obrał sobie Piłsudski za głównego sojusznika w rozprawie z Rosją bolszewicką. To miał być partner do realizacji „koncepcji federacyjnej”. Partner, który nie tylko nie reprezentował większości politycznej narodu ukraińskiego, ale władał niewielkim skrawkiem terytorium ukraińskiego i nie przedstawiał sobą żadnej siły militarnej. Tę siłę militarną dopiero budowała ukraińskiemu „sojusznikowi” strona polska. Taki był realizm polityczny Piłsudskiego i Leona Wasilewskiego.

„Dlatego przewodniczący Dyrektoriatu i Ataman Główny armii URL Symon Petlura wyjechał do Warszawy, a następnego dnia zdolne do walki jednostki na czele z nowym dowódcą Mychajłą Omelanowyczem-Pawłenką wyruszyły w tzw. pochód zimowy” – pisze Rukkas. Ciekawie mówi ukraiński historyk o samym sojuszu Piłsudskiego z Petlurą: „Sojusz polsko-ukraiński odpowiadał geopolitycznym planom Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego, który chciał osłabić Rosję poprzez rozcięcie jej po szwach narodowościowych i utworzenie pod egidą Polski bloku sprzymierzonych państw między Bałtykiem a Morzem Czarnym. Kluczowe miejsce w tej koncepcji przypadło Ukrainie. Piłsudski nie był w żadnym razie altruistą i nie zamierzał wspierać URL za darmo. Ukraińcy mieli zrzec się wszelkich praw do Galicji Wschodniej (kontrolowanej wówczas przez polskie wojska) i do zachodniego Wołynia. Petlura mógł przystać na polskie warunki albo pogodzić się z klęską. Wybrał pierwszy wariant”.

Tak, Piłsudski nie był altruistą. Ale altruistami nie byli też nacjonaliści ukraińscy – zarówno ci z rozgromionej przez Polskę Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej, jak i ci z otoczenia Petlury. Dla nich Galicja Wschodnia i Wołyń zawsze były ziemią ukraińską. Nierównoprawny politycznie sojusz Piłsudskiego z Petlurą, w którym strona polska wymuszała na słabszym partnerze zrzeczenie się tych ziem, był zasiewem pod konflikt polsko-ukraiński, który będzie trwał przez cały okres II RP, a swoje tragiczne dla narodu polskiego apogeum osiągnie w latach drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu.

Andrij Rukkas pisze otwarcie o tym, że armia URL była formowana pod protektoratem strony polskiej. Centrum jej formowania znajdowało się w Łańcucie. Wyposażenie, nie tylko w uzbrojeniu, ale łącznie z umundurowaniem, zapewniła strona polska. W Łańcucie, a potem w Brześciu jako pierwsza była formowana 6. Siczowa Dywizja Strzelców. Cóż to jednak była za dywizja, skoro dowodził nią nie generał, ale płk Marko Bezruczko (1893-1944) – współcześnie gloryfikowany przez politykę historyczną PiS i IPN jako wielki przyjaciel Polski (jego imieniem nazwano rondo we Wrocławiu).

Liczebność Armii Czynnej URL, która 25 kwietnia 1920 r. ruszyła u boku 60-tysięcznej armii polskiej na Kijów, Rukkas szacuje nie na 6 tys. – jak historycy polscy – ale na 5 tys. żołnierzy. Dowodził nimi płk Ołeksandr Udowyczenko (1887-1975). Uderzenie na Rosję z 5-tysięczną armią sojuszniczą dowodzoną przez pułkownika. Aż się prosi napisać, że to groteska, ale takiego wniosku oczywiście nie znajdziemy u Rukkasa i różnych polskich historyków krzewiących od 100 lat mitologię wyprawy kijowskiej.

Liczebność Armii Czynnej URL wzrosła o 955 oficerów i 8180 szeregowych po połączeniu się z siłami Omelanowycza-Pawłenki. Pod koniec maja 1920 r. zaczęto przeprowadzać mobilizację wśród Ukraińców w Galicji Wschodniej i na zajętych terenach Ukrainy naddnieprzańskiej. Dlatego Armia Czynna URL osiągnęła w połowie lipca liczebność 15 tys., a pod koniec sierpnia 1920 r. około 22 tys. oficerów i żołnierzy. Ale – jak pisze Rukkas – „Polacy zaczęli przysyłać sprzęt wojskowy, w ilości niewystarczającej jednak, by zaspokoić wszystkie potrzeby Ukraińców”. Krótko mówiąc – Piłsudski nie był w stanie uzbroić ukraińskiego sojusznika na takim poziomie, by umożliwić rozbudowę jego sił. Jak zatem sobie wyobrażał nie tylko wyparcie Rosji z Ukrainy, ale w ogóle utworzenie państwa ukraińskiego „sfederowanego” z Polską? Piłsudski wyznaczył Polsce cel polityczny i wojskowy, którego osiągnięcie przekraczało jej siły i możliwości. Wyprawa kijowska niosła ze sobą od początku zaczyn klęski, która nastąpiła w czerwcu i lipcu 1920 r. i o mało nie zakończyła się całkowitą katastrofą Polski w sierpniu 1920 r.

Rukkas nic nie pisze w cytowanym artykule na temat wartości bojowej sił ukraińskich. Oddajmy zatem głos źródłu historycznemu. Dowództwo polskiej 6. Armii – któremu wojska Petlury były podporządkowane operacyjnie – 21 maja 1920 r. raportowało: „Regularnych żołnierzy naddnieprzańskich prawie nie ma. Przeważnie służą jedynie dla rabunku. Celem każdej bitwy jest zajęcie jakiegoś miasteczka żydowskiego, by urządzić pogrom i rabować. Jeszcze 10 i 15 [maja] miały miejsce pogromy. Większość żołnierzy jeździ na wozach ze zrabowanymi rzeczami. Dyscypliny nie ma wcale. Posłuch oficerów tylko o tyle, o ile dany rozkaz się podoba i robi nadzieję na rabunek. Wobec bolszewików mściwi, z drugiej strony jednak równie wrogi nastrój wobec Polaków. Powszechnie mówi się, że Petlura sprzedał Ukrainę Polsce”.

Dalej dowiadujemy się z tego źródła, że wśród młodszych oficerów z Ukrainy naddnieprzańskiej „poczucia narodowego nie ma wcale”. Wielu z nich walczy „przede wszystkim i tylko dla rabunku. Są to prawie niepiśmienni chłopi”. Oficerowie i żołnierze pochodzący z Galicji Wschodniej byli narodowo świadomi, ale jednocześnie „do […] Petlury odnoszą się z nieufnością, do Polski wrogo”. Konkludowano: „By stworzyć regularną armię ukraińską, trzeba będzie większość tych ludzi zdemobilizować, gdyż są zdemoralizowani i do armii regularnej się nie nadają”.

Tak wyglądała w praktyce realizacja „idei federacyjnej” Piłsudskiego. Nie przyjmują tego do wiadomości ci, którzy poczynając od twórców ruchu prometejskiego, a na współczesnych epigonach piłsudczyzny z PiS kończąc, krzewią fałszywy obraz wojny 1920 r. i fałszywy mit genialnego ponoć planu geopolitycznego wielkiego Marszałka.

Rukkas nie pozostawia wątpliwości: „Armia Czynna URL, pozbawiona własnej bazy przemysłowej, mogła liczyć jedynie na polskie wsparcie (…). Od maja do lipca Ukraińcy otrzymali 53 działa, prawie 14 tys. rosyjskich karabinów, 205 kaemów, prawie 2,4 mln nabojów, 9 samochodów i prawie 3 tys. pełnych kompletów umundurowania. Oddzielnie zaopatrywano 6. Dywizję Strzelców, która do połowy lipca otrzymała 4 tys. mundurów, 3,6 tys. płaszczy, ponad 2 tys. czapek, 4,2 tys. par butów i 5,5 tys. koszul. W drugiej połowie lipca 1920 r. Polacy otrzymali od Rumunii 6,5 mln rosyjskich nabojów, które przekazali Ukraińcom”. A zatem w „sojuszu polsko-ukraińskim” strona ukraińska była całkowicie zależna nie tylko politycznie, ale i materialnie od strony polskiej.

„Układy ryskie – pisze Rukkas – związały ręce marsz. Piłsudskiemu, który już nie mógł jawnie wspierać Ukraińców. Czynił natomiast starania, by znaleźć nowych sojuszników dla wojsk URL. Do współpracy z nimi próbował skłonić jednostki białogwardyjskie znajdujące się na terytorium Polski. (…) Oprócz tego rozpoczęto formowanie z Polaków urodzonych na Ukrainie naddnieprzańskiej oddziału ochotniczego, który miał walczyć po stronie URL. Jego dowódcą został ppłk Walery Sławek. Nie rozwiązano jednak głównego problemu ukraińskiej armii – braku amunicji”.

Dlatego funkcjonująca w okolicach Kamieńca Podolskiego Ukraińska Republika Ludowa została ostatecznie unicestwiona przez Armię Czerwoną w listopadzie 1920 r., już po zawarciu rozejmu polsko-bolszewickiego.

„Na zachodnim brzegu Zbrucza – pisze dalej Rukkas – wojska ukraińskie znalazły się na terytorium kontrolowanym przez Polaków. Ukraińscy żołnierze wydali im broń, konie i wszelki sprzęt wojskowy. Łącznie Polacy internowali prawie 20 tys. żołnierzy Armii Czynnej URL i 10 tys. ich rosyjskich sprzymierzeńców. (…) W Polsce wojska ukraińskie zostały rozmieszczone w obozach dla internowanych, zachowując wewnętrzną organizację”. Najdłużej, bo do sierpnia 1924 r., funkcjonował obóz internowania dla byłych żołnierzy ukraińskich w Kaliszu.

Po „sojuszu polsko-ukraińskim” z 1920 r. pozostały po stronie ukraińskiej niesmak i rozgoryczenie, które stały się zaczynem wrogości ukraińskiej do Polski. Tego już jednak nie dowiemy się od Andrija Rukkasa i propiłsudczykowskich historyków polskich. 31 sierpnia 1920 r. – kiedy trwała jeszcze wojna polsko-bolszewicka – w Pradze, na I Zjeździe Zagranicznym Przedstawicieli Ukraińskich Organizacji Wojskowych, utworzona została Ukraińska Organizacja Wojskowa. Na jej czele stanął Jewhen Konowalec (1891-1938) – pułkownik Armii Czynnej URL i współpracownik Symona Petlury. Wywiadem UWO kierował inny pułkownik armii URL – Roman Suszko (1894-1944), ten sam, który we wrześniu 1939 r. będzie dowodził Legionem Ukraińskim walczącym po stronie hitlerowskiego Wehrmachtu przeciw Polsce. Ukraińska Organizacja Wojskowa za swojego sojusznika uznała Niemcy, a za głównego wroga Polskę. Od początku lat dwudziestych UWO siała terror na południowo-wschodnich ziemiach II Rzeczypospolitej. Jej pierwszą akcją był nieudany zamach 25 września 1921 r. na Józefa Piłsudskiego i wojewodę lwowskiego Kazimierza Grabowskiego (dokonał go były żołnierz Armii Czynnej URL Stepan Fedak, w 1941 r. uczestnik hitlerowskiej zbrodni na Żydach w Babim Jarze). Na bazie UWO powstała w Wiedniu 3 lutego 1929 r. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, odwołująca się do ideologii faszystowskiej. OUN wydała Polsce bezwzględną walkę, a jej banderowska frakcja dokonała podczas drugiej wojny światowej ludobójstwa na Polakach zamieszkujących Wołyń i Małopolskę Wschodnią. Takie były skutki ukraińskich mrzonek Józefa Piłsudskiego.

Bohdan Piętka

„Myśl Polska” nr 25-26 (2297/2298), 21-28.06.2020, s. 12

Wyprawa kijowska i jej mitologia (4)

Wywiad Anny Zechenter z prof. Andrzejem Nowakiem kończy się pytaniem: „Kiedy umarł ostatecznie pomysł budowy buforu między Polską a Rosją? Po traktacie ryskim?”. Na co prof. A. Nowak odpowiada: „To jest mit »zdrady ryskiej«. Kiedy Piłsudski odparł śmiertelnie niebezpieczny atak bolszewików na Warszawę i po bitwie niemeńskiej odrzucił dalej Armię Czerwoną, wszystkie polskie partie optowały we wrześniu 1920 r. za natychmiastowym przerwaniem działań wojennych. Endecja z wiadomych względów; PPS, bo robotnicy chcieli pokoju; PSL, żeby chłopi mogli wrócić do swych chat i na rolę. Wśród zwolenników Piłsudskiego byli tacy, którzy uważali, że trzeba walczyć dalej, iść za ciosem, ale on nie chciał. Dlaczego? Powiedział rok później swojemu adiutantowi, mjr. Kazimierzowi Świtalskiemu: »Zdobylibyśmy jeszcze Mińsk, poszlibyśmy jeszcze 50, 100 kilometrów na wschód… Wszystko to już było w roku 1919, 1920 – nic z tego nie wyniknęło«. A poza tym całe niemal polskie społeczeństwo było przeciwko. Jak walczyć wbrew całemu społeczeństwu o cele, które są nieosiągalne?”.

Prof. A. Nowak dystansuje się od mitu „zdrady ryskiej”, wedle którego delegacja zdominowana przez przedstawicieli endecji i ruchu ludowego wynegocjowała rzekomo niekorzystny dla Polski pokój z Rosją radziecką (18 marca 1921 r.). Jednakże w toku zacytowanego wyżej wywodu powiela ten mit w inny sposób – Piłsudski miał przeciw sobie wszystkich: prorosyjską endecję, socjalistów, ludowców i „niemal całe społeczeństwo”. Nikt nie rozumiał jego genialnych wizji politycznych i dlatego, gdy o mało nie spowodował katastrofy odrodzonej dwa lata wcześniej państwowości, musiał zakończyć wojnę z Rosją bolszewicką, zamiast ją kontynuować. W innej formie kontynuowali później tę wojnę jego najwytrwalsi wyznawcy, tworząc ruch prometejski, a potem epigoni piłsudczyzny, odgrzewając w latach 80-tych XX w. koncepcję Międzymorza i wprowadzając ją do polityki polskiej po 1989 r.

O tym, że wizje geopolityczne Piłsudskiego nie były genialne, a wręcz przeciwnie – opierały się na nierealistycznych mirażach – prof. A. Nowak powiedział całkiem szczerze kilka zdań wcześniej. Stwierdził mianowicie: „Nie docenił natomiast [Piłsudski] zdolności organizacyjnych bolszewików. Uważał, że tak straszna siła destrukcyjna, jaką byli, pogrąży Rosję w chaosie, a to będzie korzystne dla Polski – taka była jego cyniczna kalkulacja. Sądził, że coś się z tego chaosu wytworzy, może do władzy dojdzie Sawinkow, z którym dałoby się porozumieć. Piłsudski nie był przeciwko każdej Rosji, lecz przeciwko Rosji, która chciałaby utrzymać imperium jako zasadę swego istnienia. Zakładał, że Sawinkow będzie tym, który zaakceptuje Rosję bez Ukrainy, Białorusi, państw bałtyckich – bo to było dla niego minimum warunków trwałej zgody z Rosją”.

Takiej Rosji nie mógł jednak zaakceptować Denikin i dlatego współpraca z nim – najbardziej realistyczna z wojskowego punktu widzenia – była dla Piłsudskiego niemożliwa. W zacytowanym fragmencie mamy wyłożony cały irracjonalizm dawnego – piłsudczykowskiego – i nawiązującego do niego współczesnego – postsolidarnościowego – spojrzenia na Rosję. Możliwa do zaakceptowania Rosja to taka, która wyrzeknie się imperializmu, a zwłaszcza jakiegokolwiek wpływu na Ukrainę. Rosja, której przywódcą będzie taka postać jak Sawinkow – cieszący się poparciem zagranicznym, ale mający nikłą popularność w samej Rosji. Współczesnym Sawinkowem miałby być Chodorkowski albo Nawalny. Piękne, jednak nieosiągalne. Z oderwanego od realizmu myślenia nigdy nie wyłoni się realistyczna polityka. To był problem polityki wschodniej Piłsudskiego i jest to też problem współczesnej polskiej polityki wschodniej.

Znamienne jest też zakończenie wywiadu Anny Zechenter z prof. A. Nowakiem. Na pytanie: „Dlaczego zatem żywy jest ciąg skojarzeń: idea jagiellońska – idea federacyjna?” prof. A. Nowak odpowiada: „Działaniom Piłsudskiego nadano nazwę ex post, potraktowano ideę jagiellońską – a ten termin wprowadzili w 1919 r. Witold Kamieniecki i Oskar Halecki – jako wstęp do idei federalistycznej. Piłsudski, a on przecież kreował wówczas politykę, nie wychowywał się w tradycji idei jagiellońskiej, lecz Wielkiego Księstwa Litewskiego, a to nie do końca to samo. Później mówiono, że jest »jagiellończykiem«. Ostatni raz słyszałem tę myśl z ust nacjonalisty litewskiego, Vytautasa Landsbergisa, który zgodził się w 2018 r. złożyć kwiaty na grobie Piłsudskiego. Powiedział wtedy z przekąsem: »Widzicie, Polacy, to, co macie najlepszego, pochodzi z Litwy. Mieliście Jagiellonów i mieliście Piłsudskiego«”.

A zatem „idea federalistyczna” jest postrzegana współcześnie nie tym czym była w 1920 r., ale tym co ex post nadali temu pojęciu twórcy i epigoni prometeizmu oraz zagraniczni wrogowie Rosji, chętni do wykorzystania Polski w swojej polityce, ale niekoniecznie Polsce przychylni. Dlatego tworzy się mity historyczne, wśród których kluczową rolę odgrywa mit sojuszu polsko-ukraińskiego w 1920 r., a ściślej mit dobrych relacji polsko-ukraińskich na podbudowie antyrosyjskiej. Ma to korespondować ze współczesną polską polityką wschodnią i jej celami.

Przykładem konstruowania tego mitu jest opublikowany w tym samym numerze „Biuletynu IPN”, co wywiad z prof. A. Nowakiem, artykuł „Geneza sojuszu polsko-ukraińskiego w 1920 roku”. Jego autorem jest pracownik IPN, dr hab. Mirosław Szumiło. Już w pierwszym zdaniu pisze on: „Większość Polaków walczących przed stu laty o niepodległość wyobrażała sobie odrodzone państwo w granicach zbliżonych do terytorium Rzeczypospolitej sprzed rozbiorów w 1772 r.”. Na pewno nie większość ówczesnych Polaków, ale niewielka mniejszość ograniczona do Józefa Piłsudskiego i kilku jego najbliższych współpracowników z Leonem Wasilewskim na czele tak wyobrażała sobie granice odrodzonej Polski. Dalej czytamy: „Przywódca odrodzonej Polski Józef Piłsudski starał się pogodzić dążenia wyzwoleńcze narodu ukraińskiego z ideami odbudowy silnej Rzeczypospolitej i rozbicia Imperium Rosyjskiego”. Ładnie to brzmi, ale jest odległe od prawdy. W „koncepcji federacyjnej” Piłsudskiego okrojona terytorialnie Ukraina miała być państwem buforowym pomiędzy Polską i Rosją – a więc państwem pozbawionym samodzielności politycznej i gospodarczej. Piłsudski przecież tego nie ukrywał i ani on, ani nikt inny w Polsce nie traktował sojuszu z atamanem Petlurą jako równorzędnej relacji politycznej.

Dwa zdania dalej czytany: „W listopadzie 1917 r., po przewrocie bolszewickim w Rosji, w Kijowie proklamowano utworzenie niezależnego państwa – Ukraińskiej Republiki Ludowej, która w lutym 1918 r. oddała się faktycznie pod niemiecki protektorat”. Mamy tutaj pewną nieścisłość. W rzeczywistości tzw. III Uniwersał Ukraińskiej Centralnej Rady z 20 listopada 1917 r. proklamował niezależność Ukrainy, ale w federacji z Republiką Rosyjską. Dopiero IV Uniwersał z 22 stycznia 1918 r. – wobec rozwiązania przez bolszewików 19 stycznia 1918 r. rosyjskiej Konstytuanty – proklamował niepodległość Ukrainy. Zajęcie przez bolszewików Kijowa 8 lutego 1918 r. spowodowało, że rząd URL oddał się pod protektorat niemiecki. Dr hab. M. Szumiło nie kontynuuje tego wątku, dlatego przypomnę kluczowe fakty historyczne. W wyniku traktatu pokojowego zawartego przez państwa centralne 9 lutego 1918 r. z rządem URL Niemcy i Austro-Węgry odstępowały Ukrainie Chełmszczyznę i część Podlasia, a w tajnej klauzuli Austro-Węgry zobowiązały się do wyodrębnienia Galicji Wschodniej wraz ze Lwowem i Przemyślem jako autonomicznego kraju koronnego.

Zawarty przez państwa centralne i Rosję bolszewicką 3 marca 1918 r. traktat brzeski oddawał Ukrainę nie tyle pod protektorat, co pod okupację Niemiec. Było to zgodne z niemiecką koncepcją Mitteleuropy, wedle której pomiędzy Niemcami a Rosją miał powstać szereg państw formalnie niepodległych, a faktycznie niemieckich protektoratów. Fundamentem koncepcji Mitteleuropy była koncepcja ekonomiczna gospodarki wielkiego obszaru (Grosswirtschaftsraum), wedle której gospodarki protektoratów niemieckich w Europie Wschodniej miały pełnić funkcję uzupełniającą wobec gospodarki niemieckiej – tzn. dostarczać jej taniej siły roboczej i surowców oraz być tanim rynkiem zbytu dla produktów niemieckich.

Historia Ukrainy pomiędzy lutym a listopadem 1918 r. pokazuje jak Niemcy kajzerowskie traktowały swój protektorat. 19 lutego 1918 r. na teren URL wkroczyła 500-tysięczna armia niemiecka, której dowódcą był feldmarszałek Hermann von Eichhorn (1848-1918). Wbrew traktatowi zawartemu 9 lutego 1918 r. z rządem w Kijowie wojska niemieckie traktowały Ukrainę jako obszar podbity i okupowany. Od początku Niemcy prowadzili gospodarkę rabunkową, eksploatując Ukrainę niczym kolonię. Nie cieszyło się to przychylnością socjaldemokratycznego rządu URL, dlatego Niemcy postanowili ten rząd usunąć. Ich marionetką stał się gen. Pawło Skoropadski (1873-1945) – były adiutant generalny cara Mikołaja II. 18 kwietnia 1918 r. zostało zawarte tajne porozumienie pomiędzy ambasadorem Niemiec w Kijowie Adolfem Mummem i feldmarszałkiem von Eichhornem z jednej strony a Skoropadskim z drugiej w sprawie obalenia rządu URL.

Najpierw Niemcy aresztowali kilku członków rządu URL, z ministrem spraw wojskowych Ołeksandrem Żukowskim na czele, a następnie rozbroili kluczowe jednostki ukraińskie (dywizję tzw. Synożupannyków i oddziały Strzelców Siczowych). 28 kwietnia 1918 r. oddział niemiecki wkroczył na salę obrad Ukraińskiej Centralnej Rady, która właśnie uchwalała konstytucję URL. Dowódca tego oddziału zakomunikował Radzie, że jest rozwiązana przez władze niemieckie. Jednocześnie zwołany z poparciem niemieckim Ogólnoukraiński Zjazd Włościański ogłosił likwidację Ukraińskiej Republiki Ludowej i powołanie w jej miejsce Państwa Ukraińskiego z hetmanem Pawło Skoropadskim jako dyktatorem. Faktem jest, że niemiecki protektor zezwolił temu państwu na ukrainizację i rozbudowę szkolnictwa wyższego i średniego. Była to przemyślana i przebiegła polityka Berlina, której dalekosiężnym celem było jeszcze silniejsze związanie Ukrainy z Niemcami poprzez wykreowanie ukraińskiej, ale proniemieckiej elity.

Oczywiście Niemcy natrafili na opór, ale ze strony rosyjskiej. 30 lipca 1918 r. od wybuchu bomby rzuconej przez lewicowego eserowca, Rosjanina Borysa Donskiego (1894-1918), zginął w Kijowie feldmarszałek von Eichhorn wraz ze swoim adiutantem. Nie zachwiało to jednak władzą niemiecką na Ukrainie. Kres jej położyło dopiero zawieszenie broni na froncie zachodnim i upadek Cesarstwa Niemieckiego w listopadzie 1918 r. Co ciekawe, hetman Skoropadski opowiedział się wówczas za natychmiastowym zjednoczeniem Ukrainy z Rosją i wezwał do budowy „wszechrosyjskiej federacji”. Takie nieoczekiwane i radykalne zwroty są historyczną cechą polityki ukraińskiej, poczynając od Bohdana Chmielnickiego. Przypadek Skoropadskiego jako pierwszy pokazał, że najbardziej radykalne próby oderwania Ukrainy od Rosji i związania jej z Zachodem kończą się powrotem do związku z Rosją.

Kijowski hetman nie zrealizował tych zamierzeń, ponieważ 14 grudnia 1918 r. został obalony przez Symona Petlurę, który przywrócił Ukraińską Republikę Ludową. Dr hab. M. Szumiło w swoim artykule stawia tezę że „do sojuszu [polsko-ukraińskiego] doprowadziła przede wszystkim realistyczna ocena sytuacji przez dwóch przywódców: Piłsudskiego i Petlurę” i że „idea federacyjna” miała stanowić „kontynuację idei jagiellońskiej”. Jednakże i ten autor nie ukrywa, że przebieg rozmów z Petlurą „był starannie ukrywany przed opinią publiczną, a nawet przed komisją spraw zagranicznych sejmu”, współpracy z URL była niechętna „większość polskich ugrupowań parlamentarnych”, a Piłsudski doprowadził do zawieszenia broni z bolszewikami w 1919 r., ponieważ chciał porażki Denikina i jego programu odbudowy wielkiej Rosji.

Nie można oprzeć się wrażeniu, że „idea federacyjna” Piłsudskiego nie była nawiązaniem do „idei jagiellońskiej” – jak chcą przekonywać jego epigoni – ale naśladownictwem niemieckiej koncepcji Mitteleuropy. Petlura był dla Piłsudskiego – jeśli nie wprost marionetką, jak Skoropadski dla feldmarszałka von Eichhorna – to co najwyżej słabszym i ustępującym (np. w sprawie granic) partnerem politycznym. Został nawet, jak się wydaje, wytypowany do swej roli według podobnego kryterium. Skoropadski jako monarchista był bliski politycznie kajzerowskim Niemcom, a Petlura jako socjaldemokrata był bliski politycznie Piłsudskiemu. Jednakże jest jedna zasadnicza różnica. Mianowicie taka, że Polska w 1920 r. – w przeciwieństwie do Niemiec – nie miała siły politycznej i militarnej na realizację takiej polityki. To był sen o potędze, który nie miał żadnych realnych podstaw. Nie ma ich także współczesna wersja tego snu, czyli „idea Międzymorza”, która ze względu na siłę i znaczenie Polski (tzn. ich brak) może być tylko polskim wkładem w globalną politykę amerykańską.

Bohdan Piętka

7 czerwca 2020 r.

„Myśl Polska” nr 23-24 (2295/2296), 7-14.06.2020, s. 12

Wyprawa kijowska i jej mitologia (3)

„To wyjątkowa akcja! W Kijowie i Warszawie zabrzmią dzwony dla bohaterów 1920 roku. 9 maja kulminacyjny moment multimedialnej akcji Bobołowicza i Antoniuka, dziennikarzy Radia Wnet i Kuriera Galicyjskiego ze Lwowa, podróżujących już przez ponad tysiąc kilometrów przez Ukrainę. O 11 polskiego czasu zabrzmią dzwony w kijowskiej katedrze św. Aleksandra oraz w wielu kościołach z miejsc, gdzie zostały upamiętnione walki z 1920 roku. Również 9 maja w Kijowie, Paweł Bobołowicz wraz z Dmitriem Antoniukiem założą mundury żołnierzy Ukraińskiej Republiki Ludowej i Wojska Polskiego z 1920 r. oraz odbędą honorowy patrol ulicami Kijowa” – można było przeczytać 9 maja br., w setną rocznicę defilady polsko-ukraińskiej w Kijowie, na portalu „Kuriera Galicyjskiego”[1].

Mitologia wyprawy kijowskiej po upływie 100 lat od 1920 r. ma się dobrze jak nigdy dotąd. Jednym z najważniejszych elementów tej mitologii jest teza, że w 1919 r. nie było możliwe współdziałanie polsko-rosyjskie (czyli z białogwardzistami) przeciwko bolszewikom. Na pytanie red. A. Zechenter, czy próby porozumienia się Piłsudskiego z rosyjskimi antykomunistami, w tym z Borysem Sawinkowem (1879-1925), stanowiły alternatywę dla projektu federacyjnego – prof. A. Nowak odpowiada: „Trzeba było przekonać Zachód do szerszych granic Polski na wschodzie. Mocarstwa zachodnie mogłyby je zaakceptować, gdyby jacyś przedstawiciele Rosji – teraz na emigracji – wyrazili na to zgodę. Musieli to jednak być emigranci uznawani politycznie na zachodnich salonach dyplomatycznych. W kilkuosobowym rosyjskim komitecie politycznym na konferencji w Paryżu większość stanowili zaciekli wrogowie porozumienia z Polską. Akceptował taką możliwość tylko jeden jego członek, Borys Sawinkow – ongiś terrorysta, znany pisarz, uznawany przez Rosjan reprezentant Rządu Tymczasowego – bo ów paryski komitet polityczny był w pewnym sensie dyplomatyczną kontynuacją Rządu Tymczasowego, uznawanego wcześniej przez mocarstwa zachodnie”.

To Sawinkowa – eserowca i zwolennika wojny chłopskiej – prof. A. Nowak uważa za najpoważniejszego „białego” Rosjanina, z którym należało rozmawiać i omawia kontakty pomiędzy nim a Piłsudskim w 1920 r. Jednakże warunkiem jakiegokolwiek porozumienia z antykomunistami rosyjskimi miało być utrzymanie przez Ukrainę „niepodległości”. Tak o tym mówi prof. A. Nowak: „To jest punkt pierwszy i zasadniczy: najważniejsza geopolitycznie jest Ukraina. Rosja bez ukraińskiego zboża i przemysłu nie przetrwa jako agresywne imperium – takie było założenie. Jeśli Ukraina utrzyma się jako niepodległe państwo, związane układem geopolitycznym, który czyniłby z niej bufor Polski – bo taka była istota układu z kwietnia 1920 r. – można uczynić krok następny, czyli myśleć o zmianach w samej Rosji, o wejściu na scenę Sawinkowa. Wtedy też uda się, jak zapewne sądził Piłsudski, rozwiązać problem litewsko-białoruski przy użyciu siły”.

Warunkiem polskiego porozumienia z białą Rosją było więc – tak zresztą jak jest nim obecnie w rozumieniu epigonów piłsudczyzny – oderwanie od Rosji Ukrainy. Mamy zatem już wyjaśnione dlaczego nie powiodła się współpraca Piłsudskiego z „białymi” Rosjanami i jaki był w istocie charakter jego koncepcji „federacyjnej”. Nawet propiłsudczykowski prof. A. Nowak nie kryje, że „niepodległa Ukraina” miała być „buforem Polski”, a Litwa i Białoruś miały być włączone do „federacji” z Polską „przy użyciu siły”. Żeby jednak nie było wątpliwości, posłuchajmy dalej prof. A. Nowaka.

Mówi on: „Michał Römer w znakomitym szkicu analizującym politykę wschodnią napisał, że Piłsudski wyobrażał sobie przyszłość Polski jako swoistego imperium dominiów czy też polskiego imperium wschodniego [podkr. moje – BP], składającego się z trzech lub czterech części: Polski właściwej, Ukrainy i Litwy połączonej z Białorusią albo Litwy i Białorusi – każdej jako odrębnego członu”.

Czy trzeba dodawać coś więcej? Sen o szpadzie, sen o potędze. Polskie sarmackie imperium na Wschodzie, ale nie żadna „federacja”. Realizacja romantycznej wizji imperialnej Polski. „Imperium dominiów”. Wielka Brytania miała swoje dominia w Indiach i Kanadzie, Polska miała je mieć na Litwie, Białorusi i Ukrainie. Tak to miało wyglądać.

Prof. A. Nowak nie ukrywa, że „nieuznawany przez nikogo rząd białoruski” reprezentował „szczupłą garstkę nauczycielskiej elity białoruskiej”, a podwładni Piłsudskiego prowadzili w 1919 r. rozmowy z tym „rządem” tylko o autonomii kulturalnej. Nie wiadomo zatem dlaczego profesor wyciąga wniosek, że „Białorusini mogli stać się wehikułem odbudowy Wielkiego Księstwa Litewskiego w ramach tego imperium wschodniego”. Z dalszego wywodu A. Nowaka dowiadujemy się, że tym „wehikułem” miał być tak naprawdę tylko Stanisław Bułak-Bałachowicz (1883-1940). Sam prof. A. Nowak nazywa go „watażką”. Faktycznie był watażką i to niewiele znaczącym. Tak jak i Petlura.

Jedyną naprawdę realną siłę, z którą Piłsudski powinien związać się przeciw bolszewikom, reprezentował „biały” gen. Anton Denikin (1872-1947). Zaprzepaszczenie szansy tego sojuszu przez Piłsudskiego uważał za poważny błąd m.in. Józef Mackiewicz (1902-1985). Co ma o tym do powiedzenia prof. A. Nowak?

Oddajmy mu głos: „Denikin, stający się w 1919 r. głównym graczem po stronie »białych« Rosjan, wyraźnie mówił, podobnie jak jego poprzednik adm. Kołczak, że nie tylko Wilno ma być rosyjskim miastem, lecz i Lwów (…). Takie warunki wykluczały porozumienie z jakąkolwiek siłą polityczną w Polsce, bo nikt nie zaakceptowałby wieszania dwugłowych orłów we Lwowie lub w Wilnie przez Wojsko Polskie. Podczas rozmów w lipcu 1919 r. w Taganrogu, mających doprowadzić do porozumienia między Warszawą a Denikinem, generał nie chciał ustąpić nawet o centymetr (…). Zarzucanie Piłsudskiemu, że nie pomógł Denikinowi w sierpniu i we wrześniu 1919 r., kiedy ofensywa »białych« była 300 kilometrów na południe od Moskwy, wydaje mi się nieporozumieniem, nawiązane wówczas poufne rozmowy między przedstawicielami Piłsudskiego a reprezentantem Lenina, Julianem Marchlewskim, doprowadziły bowiem wyłącznie do przejściowego zawieszenia broni. Bolszewicy rzeczywiście zdjęli z frontu walk w przeciwko Polsce 40 tys. żołnierzy. W tamtym momencie Armia Czerwona liczyła 3,5 mln żołnierzy, a wszystkie armie »białych« – 550 tys. Można sobie zadać pytanie, czy przy takiej proporcji sił 40 tys. rzucone przeciw Denikinowi mogło zaważyć na losach frontu. Przypomnijmy też, że we wrześniu 1919 r. Piłsudski polecił premierowi Ignacemu Paderewskiemu, by sprawdził w Paryżu, czy mocarstwa zachodnie poprą finansowo polską akcję militarną na wielką skalę przeciw bolszewikom – akcję, która mogłaby pomóc Denikinowi. Paderewski spotkał się w Paryżu z lodowatym przyjęciem (…). Wyprawa na Moskwę nie rokowała chyba wielkich szans, nawet gdyby ententa dała na nią pieniądze”.

Nie ulega wątpliwości, że do współdziałania polskiego z Denikinem nie doszło z powodu „federacyjnego” planu Piłsudskiego. To była główna przeszkoda. Warunkiem współdziałania z »białą« Rosją – ale szczerze mówiąc z każdą Rosją – była rezygnacja przez Polskę z wielowiekowych pretensji do panowania nad Rusią (Ukrainą i Białorusią), czyli zgoda na wschodnią granicę na Bugu. To było dla Piłsudskiego nie do przyjęcia i nie do pomyślenia. Kres wielowiekowym zmaganiom polsko-rosyjskim o Ruś położył dopiero rok 1945. Wtedy nastąpił koniec państwa „okopanego” na Kresach, czyli Polski Jagiellońskiej. W jej miejsce wróciła Polska Piastowska. Ceną tego było znalezienie się w radzieckiej „strefie wpływów”. Wydaje się, że w 1919 r. cena byłaby mniejsza – byłoby nią ułożenie stosunków z białą Rosją na zasadach partnersko-sojuszniczych. Dla Piłsudskiego jednak partnerstwo z jakąkolwiek Rosją było nie do przyjęcia i jest nie do przyjęcia dla jego współczesnych epigonów. W rezygnacji Polski Ludowej z pretensji do panowania nad Rusią należy też upatrywać głównej przyczyny jej wszechstronnej delegitymizacji przez establishment III RP. Po 1989 r. epigoni piłsudczyzny różnych nurtów politycznych spowodowali bowiem powrót w zmienionej formule geopolitycznej do polsko-rosyjskich zmagań o Ruś, czyli do mitu Polski Jagiellońskiej.

[1] http://www.kuriergalicyjski,com, 9.05.2020.

Bohdan Piętka 

21 maja 2020 r.

„Myśl Polska” nr 21-22 (2293/2294), 24-31.05.2020, s. 12

Powojenna odbudowa Polski

Historia Polski po 1945 r. nie jest czarno-biała, jak tego chce polityka historyczna uprawiana po 1989 r., zwłaszcza w jej prawicowym wydaniu. Na obraz tej historii składa się wiele elementów. Eksponowana przez obecną politykę historyczną walka podziemia antykomunistycznego z nowym ustrojem i terror powojennej władzy wobec jej przeciwników politycznych są tylko jednym z nich. Obok tego podziemia, walki politycznej pomiędzy obozami skupionymi wokół PPR i PSL i sfałszowanych przez władze wyborów w styczniu 1947 r., kolejnymi elementami tego obrazu były doniosłe reformy społeczne przeprowadzone w latach 1944-1946 i powojenna odbudowa kraju.

Kult powojennego podziemia przybrał w polityce historycznej III RP formy niemal sakralne. Doprowadziło to do stworzenia mitologii historycznej, wedle której w latach 1944-1953 (w innej wersji 1944-1963) miało się toczyć na terenie Polski „powstanie antykomunistyczne”. Uczestniczyło w nim podobno – jak twierdzą chociażby autorzy „Atlasu polskiego podziemia antykomunistycznego 1944-1956” (Warszawa 2007) – od 120 do 180 tys. osób.

W 1946 r. Polska liczyła 24 mln mieszkańców. Nawet jeżeli przyjmiemy za bliską prawdy wątpliwą tezę, że w różnych formach działalności podziemia powojennego uczestniczyło 120-180 tys. osób, oznacza to, że w tym podziemiu działało od 0,5% do 0,75% ogółu obywateli. Postawa walki czynnej z nową rzeczywistością ustrojową była zatem nie dominującą, lecz marginalną postawą polityczną. Wynikało to m.in. stąd, że Polska – mimo zmiany ustrojowej i geopolitycznej – zachowała po 1945 r. własną państwowość z niemal niezmienioną symboliką narodową. Dzisiejsza polityka historyczna próbuje tę państwowość nazywać „okupacją sowiecką”, ale znacząca część ówczesnych Polaków tak nie myślała. Wielu z nich poparło przeprowadzone po wojnie reformy społeczne, a zwłaszcza reformę rolną, której nie potrafiła i nie chciała wdrożyć II RP. Ogromna większość była zmęczona wojną, miała świadomość hekatomby powstania warszawskiego i nie chciała dalej egzystować w obecności ciągłego zagrożenia śmiercią. Pragnęła po prostu normalnie żyć, uczyć się i pracować, a przede wszystkim odbudować zrujnowany wojną kraj. Tym właśnie, a nie gloryfikowaną dzisiaj walką partyzancką, zajęła się większość Polaków po 1945 r.

Podczas drugiej wojny światowej Polska poniosła procentowo nie tylko najwyższe spośród państw uczestniczących w tej wojnie straty ludzkie, ale i materialne. W ponad 90% straty te zostały spowodowane przez działania i politykę okupacyjną Niemiec hitlerowskich. Materialne straty wojenne poniosło ponad 13 mln obywateli polskich, w wyniku czego – jak obliczono w 2017 r. – poszkodowanym oraz ich spadkobiercom należałoby się 285 mld dolarów odszkodowań. Kwota ta wynika jednak z obliczenia strat spowodowanych zniszczeniami oraz grabieżami i nie uwzględnia strat wynikających z eksploatacji gospodarczej kraju przez okupanta, które dzisiaj są nie do oszacowania. Wojenne straty materialne Warszawy obliczono w 2004 r. na 54 mld dolarów[1]. Straty innych miast oszacowano w złotych. I tak przykładowo straty Łodzi obliczono w 2006 r. na 40 mld złotych, a Poznania na 11 mld złotych[2].

Biuro Odszkodowań Wojennych przy Prezydium Rady Ministrów oszacowano w 1947 r. straty majątku narodowego w czasie wojny na 38% stanu sprzed 1939 r. Objęły one 50% infrastruktury kolejowej i drogowej, 43% dóbr kulturalnych, 55% infrastruktury zdrowotnej, 64,5% przemysłu chemicznego, 64,3% poligraficznego, 59,7% elektrotechnicznego, 55,4% odzieżowego, 53,1% spożywczego, 48% metalowego. Ogółem Niemcy zniszczyli 14 tys. fabryk, 353 876 gospodarstw wiejskich, 199751 sklepów, 84436 warsztatów rzemieślniczych, 968223 gospodarstw domowych, 17 szkół wyższych, 271 szkół średnich, 4880 szkół powszechnych i 768 innych szkół. Straty w leśnictwie wyniosły około 400 tys. ha lasów[3]. Biuro Odszkodowań Wojennych określiło wartość tych strat na kwotę 258 mld złotych przedwojennych (50 mld dolarów z 1939 r.), co stanowiło trzynastokrotność dochodu narodowego Polski z 1938 r. W przeliczeniu na wartość z 2004 r. dało to 650-700 mld dolarów.

To był poziom, z którego startowała powojenna Polska – dzisiaj krzywdząco oskarżana o to, że to jej ustrój i wynikająca z niego polityka gospodarcza przyczyniły się do obecnych dysproporcji cywilizacyjnych z wysoko rozwiniętymi krajami Europy Zachodniej.

Polska w 1945 r. znajdowała się w ruinie, ale nie każdy współcześnie uświadamia sobie jak ta ruina wtedy realnie wyglądała. Zwłaszcza ferując o tamtym państwie tendencyjne wyroki polityczne. Tę ruinę widzieli jednak na własne oczy żyjący ówcześnie Polacy. Dlatego ogromna większość z nich przystąpiła do odbudowy wyzwolonego spod okupacji niemieckiej kraju. Ta ogólnospołeczna wola odbudowy zbiegła się z działaniami władzy – nazywanej dzisiaj „narzuconą” lub „obcą” – idącymi w tym samym kierunku. Władzy, od której wielu ówcześnie żyjących Polaków było odległych politycznie, nawet bardzo, ale której w dziele odbudowy kraju naród udzielił poparcia. Dlatego powojenna odbudowa stała się sprawą ogólnonarodową i ponadpartyjną.

Niektóre środowiska odległe od wszelkiej lewicy, ale stojące na gruncie realizmu politycznego uznały wtedy, że należy włączyć się w nurt życia legalnego. Po to, by zachować polski charakter tworzącego się państwa i odbudować w nim życie gospodarcze, kulturalne i naukowe. Środowiska te dostrzegały i rozumiały przede wszystkim niepowtarzalną szansę, jaką był powrót Polski po kilkuset latach na ziemie piastowskie nad Odrą, Nysą Łużycką i Bałtykiem. Takim środowiskiem była m.in. poznańska organizacja narodowo-katolicka „Ojczyzna” – jedna z bardziej zasłużonych organizacji podziemnych w Wielkopolsce podczas okupacji niemieckiej. W lipcu 1945 r. jej kierownictwo podjęło decyzję o wyjściu z podziemia i włączeniu się do pracy przy odbudowie kraju i zagospodarowaniu Ziem Odzyskanych. Działacze „Ojczyzny” objęli wkrótce po ujawnieniu się szereg stanowisk – w tym kierowniczych – w Ministerstwie Ziem Odzyskanych, Ministerstwie Spraw Zagranicznych, mediach, Polskim Związku Zachodnim oraz szkolnictwie wyższym i średnim na Ziemiach Zachodnich.

Identyczne stanowisko zajął jeden z czołowych przedwojennych polityków endeckich – Stanisław Grabski (1871-1949). Motywem jego powrotu z Londynu do kraju w 1945 r. i objęcia stanowiska wiceprzewodniczącego Krajowej Rady Narodowej było właśnie zrozumienie doniosłości przejęcia przez Polskę ziem nad Odrą i Bałtykiem oraz chęć wsparcia tego procesu.

Tego typu realizm polityczny reprezentował też przedwojenny wicepremier i bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego – Eugeniusz Kwiatkowski (1888-1974), który w latach 1945-1948 podjął współpracę z Tymczasowym Rządem Jedności Narodowej w dziedzinie odbudowy gospodarki morskiej jako szef Delegatury Rządu do Spraw Wybrzeża. Taką samą drogą poszedł prof. Stanisław Kulczyński (1895-1975) – przedwojenny rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie (1936-1938), a podczas wojny delegat Rządu RP na Obszar Lwowski. Po 1945 r. stał się on jedną z najbardziej zasłużonych osób w budowaniu od podstaw polskiej nauki na Ziemiach Odzyskanych jako rektor Uniwersytetu i Politechniki we Wrocławiu (1945-1951). Kulczyński ściągnął do Wrocławia najlepszych uczonych lwowskich, którzy przeżyli wojnę i utworzył tam wiodący ośrodek akademicki w kraju. Natomiast w latach 1957-1971 kierował Towarzystwem Rozwoju Ziem Zachodnich, bardzo zasłużonym dla rozwoju cywilizacyjnego tych ziem, a dzisiaj zapomnianym.

Emerytowany prof. Uniwersytetu Wrocławskiego Roman Duda – wobec ataków IPN na postać prof. S. Kulczyńskiego – tak ocenił w 2017 r. jego postawę: „Po wojnie mógł wyjechać do Włoch, gdzie oferowano mu posadę, ale wybrał służbę dla kraju. Został kierownikiem Grupy Naukowo-Kulturalnej, która już 9 maja 1945 roku przyjechała do zrujnowanego i płonącego jeszcze Wrocławia i tam ratował dobytek akademicki przed plądrującymi miasto krasnoarmiejcami i polskimi szabrownikami, a jednocześnie organizował polską uczelnię”[4]. Przekaz tych ludzi i środowisk był jasny: nie – dla konspiracji i gloryfikowanej dzisiaj walki zbrojnej z nową władzą, tak – dla pracy organicznej przy odbudowie kraju.

Tak myślało wielu. Urodzona we Lwowie Irena Szydłowska – podczas wojny więźniarka KL Ravensbrück, do którego trafiła w 1941 r. za działalność konspiracyjną w ZWZ – zaraz po wyzwoleniu podjęła pracę w wydziale osadniczym Urzędu Wojewódzkiego w Szczecinie. Swoje wspomnienia z tego okresu zatytułowała „Czułam się urzędniczką Ziem Odzyskanych”. Napisała w nich m.in.: „W obozie w Neubrandenburgu często rozmawiałyśmy o tym, że potrzeba będzie dużo ludzi do pracy na terenach, które zostaną przyłączone do Polski i że to właśnie my, więźniowie obozów koncentracyjnych, którzy na własnej skórze poznaliśmy Niemców, powinniśmy tam się osiedlać”[5].

Pionierzy Ziem Odzyskanych pochodzili z niemal wszystkich stron kraju i reprezentowali cały ówczesny przekrój klasowy i polityczny społeczeństwa polskiego. Byli to ludzie z Kresów Wschodnich, ze zrujnowanej Warszawy, z przedwojennej Polski centralnej, zachodniej i południowej oraz reemigranci z Europy Zachodniej. Znajdowali się wśród nich niedawni więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych i ci, którzy przeszli przez łagry i zesłanie na Nieludzkiej Ziemi, żołnierze Wojska Polskiego na Wschodzie i żołnierze, którzy walczyli na Zachodzie, prości chłopi i inteligenci, komuniści i ludzie o poglądach od komunizmu odległych albo mu przeciwnych, ale stojący na gruncie realizmu politycznego i polskiej racji stanu. Zagospodarowanie Ziem Odzyskanych było czynem ogólnonarodowym i jednym kluczowych zadań w dziele odbudowy kraju.

Ich szybkie zagospodarowanie nie byłoby możliwe bez działającego w latach 1945-1949 i kierowanego przez Władysława Gomułkę Ministerstwa Ziem Odzyskanych, w którego kierownictwie spotkali się ludzie PPR i PPS oraz narodowo-katolickiej „Ojczyzny”. Dzięki wysiłkowi MZO na Ziemiach Zachodnich i Północnych osiedlono w latach 1945-1948 około 4,8 mln Polaków, w tym 1,5 mln z dawnych Kresów Wschodnich oraz około 100 tys. reemigrantów z Europy Zachodniej i Południowej. Pod koniec 1948 r. ziemie te zamieszkiwało już ponad 5,5 mln Polaków.

Kolejnym kluczowym zadaniem w dziele odbudowy kraju była odbudowa zniszczonych wojną miast z Warszawą na czele. Już 22 stycznia 1945 r. gen. Marian Spychalski – powołany przez Rząd Tymczasowy na prezydenta Warszawy – utworzył Biuro Organizacji Odbudowy m.st. Warszawy pod kierunkiem wybitnego architekta Jana Zachwatowicza (1900-1983). Na mocy dekretu Krajowej Rady Narodowej z 14 lutego 1945 r. zostało ono przekształcone w Biuro Odbudowy Stolicy. Jego organizatorem też był gen. M. Spychalski, który w sprawozdaniu złożonym KRN 31 grudnia 1944 r. sprzeciwił się planom przeniesienia stolicy do Łodzi, Krakowa lub Lublina i nie odbudowywania Warszawy. W BOS pracowali architekci zarówno powiązani z powojennym obozem władzy (np. Roman Piotrowski i Józef Sigalin), jak i związani podczas wojny z obozem londyńskim (Piotr Biegański, Witold Plapis, Jan Zachwatowicz i in.). Odbudowa stolicy, tak samo jak i zagospodarowanie Ziem Odzyskanych, wywołała ogromny entuzjazm społeczny i stała się zadaniem ogólnonarodowym. Do pracy przy odbudowie Warszawy stanęli jej ocaleni mieszkańcy, ale także junacy z Powszechnej Organizacji „Służba Polsce” – dzisiaj przedstawiani w negatywnym świetle, w najlepszym wypadku zapomniani.

Kluczową rolę w powojennej odbudowie odegrała realizacja założeń Planu Odbudowy Gospodarczej, zwanego potocznie planem trzyletnim (1947-1949). Plan ten został opracowany przez Centralny Urząd Planowania, którego prezesem był w latach 1945-1948 Czesław Bobrowski (1904-1996) – piłsudczyk, przed wojną urzędnik Ministerstwa Przemysłu i Handlu oraz Ministerstwa Rolnictwa i Reform Rolnych, a także redaktor naczelny pisma „Gospodarka Narodowa”. W czasie wojny Bobrowski był członkiem zespołu studyjnego rządu RP na uchodźstwie, który przygotowywał plan powojennej odbudowy. Te prace studyjne stały się podstawą dla planu odbudowy opracowanego i wdrażanego pod jego kierunkiem w Polsce pojałtańskiej, do której Bobrowski powrócił z Londynu i związał się politycznie z PPS.

Plan trzyletni dawał pierwszeństwo w odbudowie przemysłu pracującego na potrzeby ludności. Jednakże w ostatnim roku realizacji planu priorytetem stała się odbudowa przemysłu wytwarzającego środki produkcji. Zadania planu trzyletniego w dziedzinie wzrostu produkcji przemysłowej zostały wykonane w ciągu dwóch lat i 10 miesięcy. W 1949 r. nastąpiło przekroczenie przedwojennej produkcji przemysłowej.

Nie tylko została przyspieszona odbudowa kraju, ale zapoczątkowano proces przekształcania Polski z kraju rolniczego w przemysłowo-rolniczy. Wzrost produkcji przemysłowej doprowadził do szybkiego zwiększenia zatrudnienia i likwidacji bezrobocia, którego potem nie znano w Polsce do 1990 r. Rozwój przemysłu zapoczątkował wielką migrację ludności ze wsi do miast, czyli zmianę struktury społecznej kraju oznaczającą dla ludności wiejskiej skok cywilizacyjny. Następnym etapem stała się zakrojona na szeroką skalę industrializacja wdrożona podczas planu sześcioletniego (1950-1955), dzisiaj wyszydzanego. Towarzyszyło temu upowszechnienie oświaty i nauki. To była prawdziwa rewolucja społeczna – przejście od dawnego społeczeństwa ekskluzywnego do inkluzywnego.

Powojenna Polska nie mogła z przyczyn geopolitycznych skorzystać z planu Marshalla. Dlatego będąc najbardziej zniszczonym podczas drugiej wojny światowej państwem Europy musiała dokonać odbudowy własnymi siłami. Nie byłoby to możliwe bez ofiarności i poświęcenia całego narodu – zarówno tych jego obywateli, którzy byli politycznie odlegli od powojennej władzy, jak i tych, którzy ją poparli, a w odbudowie kraju widzieli pierwszy etap tworzenia nowego ustroju. Niejednokrotnie nie pytano o zapłatę. Brygada Stanisława Sołdka pracowała przy budowie pierwszego powojennego statku pełnomorskiego dosłownie za miskę zupy. Szkoda, że dzisiaj takich ludzi się „dekomunizuje”.

Na historię Polski Ludowej trzeba patrzeć w sposób wyważony. Jej historię tworzyli po 1945 r. nie tylko komuniści i aparat represji z jednej strony oraz podziemie antykomunistyczne z drugiej, ale także szczerzy patrioci rozumiejący, że nie było wtedy innej możliwości kontynuacji polskiej państwowości. Ich szerokie rzesze włączyły się do odbudowy kraju i zagospodarowania Ziem Odzyskanych, a następnie w różne formy życia gospodarczego, kulturalnego, naukowego, a nawet politycznego nie w imię budowy socjalizmu, ale dla zachowania możliwie polskiego charakteru ówczesnego państwa i egzystencji narodu. Temu pokoleniu, jego patriotyzmowi i realizmowi politycznemu należy się dzisiaj wielki szacunek, a nie szufladkowanie według kryteriów abstrakcyjnej polityki historycznej i tworzenie mitów o „powojennym powstaniu antykomunistycznym”.

[1] W. Fałkowski i in., Raport o stratach wojennych Warszawy, Warszawa 2004.

[2] J. Baranowski, K. Baranowski, L. Berliński, A. Lech, F. Sitkiewicz, „Straty wojenne Łodzi” – raport z oszacowania strat i szkód poniesionych przez miasto Łódź wskutek wybuchu i trwania II wojny światowej oraz wynikłych z organizacji i funkcjonowania Litzmannstadt getto, Łódź 2006; A. Sakson, A. Skarżyński (red.), Raport o stratach wojennych Poznania 1939-1945, Poznań 2006.

[3] Sprawozdanie Biura Odszkodowań Wojennych w przedmiocie strat i szkód wojennych Polski w latach 1939–1945, Warszawa 1947.

[4] R. Duda, IPN dekomunizuje prof. Stanisława Kulczyńskiego, „Pauza Akademicka” nr 405, 7.12.2017.

[5] B. Halicka (red.), Mój dom nad Odrą. Pamiętniki osadników Ziem Zachodnich po 1945 roku, Universitas, Kraków 2016, s. 255.

Bohdan Piętka

21 maja 2020 r.

„Przegląd” nr 21 (1063), 18-24.05.2020, s. 44-46

Wyprawa kijowska i jej mitologia (2)

Setna rocznica wydarzeń z 1920 r. jest okazją dla politycznych epigonów piłsudczyzny i prometeizmu do powielania i utrwalania tendencyjnego przekazu historycznego, a przede wszystkim do uzasadniania ówczesnej polityki Piłsudskiego i tym samym nawiązującej do niej polityki wschodniej współczesnej Polski.

Temu został poświęcony m.in. noworoczny „Biuletyn IPN” – nr 1-2 (170-171), styczeń-luty 2020 – zatytułowany „Sojusznicy Polski w XX wieku”. Więcej niż połowa tego numeru dotyczy polityki i sojuszników Piłsudskiego w 1920 r. Są to następujące teksty: „Piłsudskiego projekt wschodni” (Andrzej Nowak w rozmowie z Anną Zechenter), „Geneza sojuszu polsko-ukraińskiego w 1920 roku” (Mirosław Szumiło), „Armia Ukraińskiej Republiki Ludowej w 1920 roku” (Andrij Rukkas), „Wywiad wojskowy Ukraińskiej Republiki Ludowej w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku” (Marek Kozubel), „Stanisław Bułak-Bałachowicz i jego żołnierze” (Kazimierz Krajewski), „Operacja »Zima«. Współpraca polsko-łotewska w wyzwoleniu Łatgalii na Łotwie” (Eriks Jekabsons), „Polska i Gruzja w 1920 roku” (Paweł Libera), „Borys Sawinkow. Polityk, który chciał wybawić Rosję od niej samej” (Łukasz Dryblak). Już same tytuły tych artykułów sugerują, że Piłsudski miał rzekomo w 1920 r. poważnych sojuszników, a jego projekt federacyjny był realny.

Prof. Andrzej Nowak tak widzi genezę federacyjnych planów Piłsudskiego: „Dorastał w świecie, mówiąc dzisiejszym językiem, wieloetnicznym i wielowyznaniowym, z tradycjami geopolitycznymi zakorzenionymi w odwiecznej walce z Moskwą. Z mlekiem matki wyssał przekonanie, że Litwa może przetrwać tylko w związku z Polską, czyli w unii”. Od razu nasuwa się refleksja, że było to przekonanie całkowicie subiektywne i wręcz irracjonalne. Zupełnie nie podzielali go w 1918 r. i później nacjonaliści litewscy, którzy swojego politycznego mentora widzieli w Niemczech, a nie w Polsce. Poza tym te „geopolityczne tradycje” Liwy zakorzenione w „odwiecznej walce z Moskwą” to mit. Chodzi tu głównie o powstanie styczniowe, wywołane przez obóz czerwonych wbrew wszelkiej logice politycznej, do którego na Litwie akces zgłosiła część zubożałej polskiej szlachty, ale bynajmniej nie Litwini.

Prof. A. Nowak uparcie pielęgnuje ten mit stwierdzając, że dziedzictwo powstania styczniowego, to „pamięć Rzeczypospolitej, którą próbowano odbudować na nowo w 1863 r. jako wspólnotę trzech narodów: Litwinów, Polaków i Rusinów. W pamięci Piłsudskiego zachowało się przeświadczenie, że te trzy nacje i tradycje gnębione przez moskiewski imperializm mogą razem tworzyć ogromną siłę. (…) Na Syberii mentorem młodego Piłsudskiego stał się Bronisław Szwarce, jeden z organizatorów Powstania Styczniowego, świadek epoki, podtrzymujący tradycje powstańcze. Obaj uważali, że do pokonania carskiej Rosji potrzebna jest współpraca wielu narodów”.

Prof. A. Nowak udaje, że nie wie, iż idea wskrzeszenia Polski w 1863 r. jako „Rzeczypospolitej Trojga Narodów” było zupełną abstrakcją polityczną, w którą nie wierzyli nawet co niektórzy przywódcy powstania styczniowego. Na pewno mało kto chciał o tym wówczas słyszeć spośród etnicznych Białorusinów, Litwinów i Ukraińców. Ta polityczna abstrakcja została przyswojona przez Piłsudskiego – ukształtowanego na fałszywym micie powstania styczniowego i polskiego romantyzmu politycznego – i legła u podstaw forsowanej przez niego w latach 1918-1920 „idei federacyjnej”. U podstaw tej idei nie było jakiegokolwiek realizmu politycznego. Opierała się ona jedynie na romantycznych marzeniach i niczym więcej, a to w polityce jest niedopuszczalne i niewybaczalne. Nikt – ani w 1863, ani w 1918 r. – nie oczekiwał na Litwie, Białorusi i Ukrainie powrotu pod płaszczykiem „idei federacyjnej” polskiego panowania, kojarzonego tam wyłącznie z władzą „polskich panów”, czyli obszarników ziemskich. Nikt też tam tego nie oczekiwał później i nie oczekuje dzisiaj, co warto za każdym razem uświadamiać obozowi politycznemu, z którym sympatyzuje prof. A. Nowak.

Pan profesor zresztą wcale nie ukrywa tego, jaki był rzeczywisty charakter „idei federacyjnej”. Mówi o tym wprost: „W przypadku Piłsudskiego nie warto mówić o ideach federacyjnych inaczej niż jako o narzędziu. Wyłącznie tak należy na to patrzeć. Nie, Piłsudski ideowym federacjonistą nie był. W znanym liście do Wasilewskiego z 1919 r. pisał, że modne są »doktrynki federacyjne«, więc trzeba mówić tym językiem”. Chodziło zatem tylko o język. Za parawanem tego języka o „federacji” kryła się faktycznie idea polskiego panowania na Wschodzie. Problem w tym, że tylko Piłsudskiemu wydawało się, a dzisiaj wydaje się to jego epigonom, iż polskie panowanie jest dla Białorusinów, Litwinów i Ukraińców lepsze od rosyjskiego. Takiego przekonania te narody wtedy jednak nie podzielały i nie podzielają go tym bardziej teraz. Jeśli już – to punktem odniesienia będzie dla nich Berlin, dzisiaj także Waszyngton, a nie Warszawa. Dlatego próba realizacji koncepcji Międzymorza – dziecka „idei federacyjnej” – w istocie zawsze będzie prowadziła do realizacji niemieckiej koncepcji Mitteleuropy, czyli wtłoczenia Polski w niemiecką strefę wpływów. Ewentualnie będzie – jak obecnie – narzędziem utrwalenia amerykańskiej dominacji politycznej nad tą częścią Europy.

Młode, a co za tym idzie agresywne nacjonalizmy litewski i ukraiński, które weszły na arenę dziejów pod koniec pierwszej wojny światowej dzięki protekcji Berlina i Wiednia, nie dążyły bynajmniej do jakiegokolwiek związku z Polską. Nie tylko dlatego, że były w latach 1917-1918 politycznym narzędziem Berlina i Wiednia, ale przede wszystkim dlatego, że historycznie postrzegały Polskę jako zaborcę (nie wnikam czy słusznie czy nie), a co za tym idzie wroga ich aspiracji niepodległościowych w stopniu znacznie większym niż Rosję. Czy tego epigoni piłsudczyzny naprawdę nie są w stanie dzisiaj pojąć? Nie tylko po stu latach od wydarzeń roku 1920, ale po późniejszych tragicznych doświadczeniach z nacjonalizmami litewskim i ukraińskim, zwłaszcza z okresu drugiej wojny światowej.

Również red. Piotr Zychowicz – drugi obok prof. A. Nowaka znany epigon piłsudczyzny i prometeizmu – pisze dzisiaj całkiem otwarcie o rzeczywistym charakterze „idei federacyjnej”. Tekst „Wielki plan Piłsudskiego”[1] Zychowicz zaczyna od stwierdzenia: „Federacja z Ukrainą miała być imperialną Rzecząpospolitą w nowej formule. Miała przywrócić Polsce hegemonię w regionie”.

Nie o federację sensu stricto zatem Piłsudskiemu chodziło, ale o „polskie imperium” nawiązujące do terytorialnego kształtu Polski przedrozbiorowej, o którym nadal śnią współcześni epigoni piłsudczyzny. Już w latach 1918-1920 nie był to bynajmniej wielki plan polityczny, a jedynie irracjonalne i niebezpieczne marzenia. W dodatku w Polsce nikt poza Piłsudskim i wąskim gronem jego najbliższych, fanatycznie oddanych mu wyznawców, w powodzenie tego planu nie wierzył. Ponadto status Ukrainy w tej „federacji” miał przypominać status Generalnego Gubernatorstwa w okresie okupacji niemieckiej podczas drugiej wojny światowej. To była woda na młyn młodego nacjonalizmu ukraińskiego i jego późniejszej atawistycznej nienawiści do Polaków. Rzeź wołyńsko-małopolska z lat 1943-1944 miała swoją praprzyczynę m.in. w „idei federacyjnej” Piłsudskiego, co w Polsce mało kto chce sobie dzisiaj uświadomić. Wreszcie 90% ukraińskich sił politycznych było wrogo nastawione do polityki Petlury i uważało jego umowę z Piłsudskim z kwietnia 1920 r. za zdradę narodu ukraińskiego. Tak wiec Zychowicz – pisząc, że „federacja” z Ukrainą miała przywrócić hegemonię Polski sprzed 300 lat na Wschodzie – uprawia klasyczne chciejstwo. Identyczne jak piłsudczycy i prometeiści w okresie II RP. Taka jest prawda o ich „polityce mocarstwowej” teraz i obecnie.

Prof. A. Nowak jest też świadomy, że Piłsudski wiedział, że jego „idee nie zostaną przyjęte w Paryżu – podobnie jak jakiekolwiek ambitniejsze plany polskie. Zachód przyzwyczaił się do kadłubowego Królestwa Polskiego utworzonego na kongresie wiedeńskim i kończącego się na Bugu. Taką Polskę miał na myśli prezydent USA Woodrow Wilson, umieszczając w orędziu do Kongresu słynny 13. punkt przewidujący powstanie niepodległej Polski. Miało to być państwo w granicach Królestwa Kongresowego z Galicją Zachodnią i jakimś dostępem do morza, może tylko z wolną żeglugą przez Wisłę. Mocarstwa zachodnie przewidywały maleńką Polskę, która nie przeszkadzałaby Rosji. Odbudowanej wielkiej Rosji”. Ani jednak Piłsudski, ani zafascynowany nim prof. A. Nowak, nie potrafili wyciągnąć z tych faktów wniosku co do szansy powodzenia „idei federacyjnej” i jej prometejskiej mutacji w postaci koncepcji Międzymorza. Albo bowiem myślimy kategoriami realizmu politycznego, albo uprawiamy marzycielstwo. Między jednym a drugim jest bardzo głęboka przepaść. Pan profesor nie jest też chyba świadomy tego, że próba realizacji „idei federacyjnej” zaważyła na klęsce Polski w 1939 r. 17 września 1939 r. miał swoje źródło m.in. w wydarzeniach 1920 r., podobnie jak i stanowisko mocarstw zachodnich zajęte wobec wschodniej granicy Polski na konferencjach w Teheranie (1943) i Jałcie (1945).

O tym jak Piłsudski traktował partnerów proponowanej przez siebie „federacji” świadczy też podjęta przez niego w 1919 r. próba zamachu stanu w Kownie. Wspomina o tym prof. A. Nowak: „Żołnierze polskiej konspiracji, czyli Polskiej Organizacji Wojskowej, mieli w końcu sierpnia 1919 r. obalić tam rząd i proklamować nowy – litewski, ale propolski. Przewrót się nie powiódł, zamachowców aresztowano, siedzieli później długie lata w twierdzy kowieńskiej. Po sierpniu o żadnym porozumieniu polsko-litewskim już oczywiście nie mogło być mowy. Jasne stało się, że Wilno można utrzymać przy Polsce tylko siłą, a Litwini uznali, że głównym zagrożeniem dla ich narodowości jest związek z Polską, a nie z Rosją”. Pan profesor nie wyciągnie już jednak wniosku, że Piłsudski robił w tej sytuacji to samo co bolszewicy. Jak bolszewicy obalali rządy w innych państwach i ustanawiali w ich miejsce swoje to źle, a jak Piłsudski robił coś takiego to dobrze? Tak wygląda to myślenie w „kategoriach mocarstwowych”?

Prof. A. Nowak szczerze też przyznał: „Ukraińcy z Galicji Wschodniej, najmocniej związani z wizją własnego państwa, widzieli sprawy inaczej. Ci, którzy najsilniej czuli się Ukraińcami, uważali Polskę za wroga. Galicja Wschodnia była zapewne ważniejsza dla Ukrainy niż Nicea dla Włoch. Także Ukraińcy znad Dniepru nie poparli w swojej masie Petlury, bo zaznali już od 1917 r. kilkunastu rządów, kolejnych rekwizycji, przemarszów wojsk. Byli po prostu śmiertelnie znużeni”. Nie dlatego. panie profesorze. Dlatego, że również myśleli kategoriami narodowymi i Petlura była dla nich zdrajcą. Po prostu nie widzieli różnicy pomiędzy Ukrainą będącą w „federacji” republik radzieckich, a będącą w „federacji” z Polską. Dlatego rachityczny „sojusz” Polski z Petlurą nie miał żadnego sensu i dlatego „wyprawa kijowska” zakończyła się fiaskiem i ściągnęła na Polskę śmiertelne niebezpieczeństwo ze Wschodu.

O planach tej „wyprawy” prof. A. Nowak mówi następująco: „Tuż przed rozpoczęciem operacji kijowskiej Piłsudski mówił dowódcy tego odcinka frontu, gen. Antoniemu Listowskiemu, że trzeba będzie dać osłonę Ukraińcom przynajmniej do końca lata. Zakładał, że będą oni mieli kilka miesięcy, by tam okrzepnąć. I że to oni pod dowództwem Petlury sami wywalczą sobie później drogę do Morza Czarnego”. Przecież to były surrealistyczne mrzonki. Dla pana profesora nie jest to oczywiste? Petlura miał tylko kilka tysięcy ludzi i nikt go na zajętych przez wojska polskie terenach Ukrainy nie poparł.

Także prof. A. Nowak mówi otwarcie o błędach militarnych Piłsudskiego: „Mylnie zakładał, że bolszewicy przyjmą walną bitwę na odcinku ukraińskim i że uda mu się ich tam pokonać w decydujący sposób. Bolszewicy tymczasem wycofali się z Kijowa, a on uderzył w próżnię. Wojsko Polskie zajęło miasto, ale wroga nie rozbiło. Piłsudski nie docenił też siły zapowiadanego natarcia [bolszewików] z północy, idącego przez Białoruś”. Taki los spotykał każdego kto atakował Rosję – bez względu na jej barwę polityczną – poczynając od Napoleona.

Lektura wydanych przez Polski Instytut Spraw Międzynarodowych „Polskich dokumentów dyplomatycznych 1919. Czerwiec-grudzień”[2], skłania do wniosku, że kwestia Rosji, a nie „federacji” Polski z Litwą i Ukrainą, była osią przewodnią nie tylko polityki wschodniej Zachodu, ale i ówczesnej polityki polskiego MSZ. W niemal wszystkich raportach i meldunkach polskiej dyplomacji dotyczących „białego generała” Antona Denikina podkreślano, że jest on do Polski nastawiony przychylnie, a poza tym jest antyniemiecki i słowianofilski. Pisali to nawet ludzie Piłsudskiego.

Polski MSZ opowiadał się raczej za rozmowami z Denikinem i przeciwko knowaniom z Petlurą, a urzędnik MSZ Marian Szumlakowski (notatka z 20 października 1919 r.) bardzo precyzyjnie proponował operację wojsk polskich w rejonie Kijowa w celu likwidacji zgrupowania bolszewickiego i pomocy Denikinowi. Wiceminister Władysław Skrzyński – sympatyzujący z endecją – napisał w jednym z raportów wprost, że bez polskiej pomocy Denikin nie zdobędzie Moskwy. Nawet gen. Aleksander Karnicki, szef polskiej misji przy Denikinie, zapatrzony naiwnie w Piłsudskiego, próbował przekonać go do polityki porozumienia z białą Rosją. W tym samym czasie Piłsudski dostawał jednak zupełnie inne raporty od swoich ludzi wysłanych w misji Karnickiego.

Piłsudskiemu całkowicie podlegała grupa dyplomatów, którzy byli lojalni wobec niego, a nie kierownictwa MSZ (Leon Wasilewski, Eustachy Sapieha, Michał Sokolnicki). Dzięki nim naczelnik państwa prowadził własną grę polityczną, która o mało nie zakończyła się katastrofą Polski w sierpniu 1920 r. Grupa piłsudczykowska w MSZ nie ukrywała satysfakcji z upadku białej Rosji. Satysfakcji tej towarzyszyło jednocześnie szydercze i zarazem lekkomyślne lekceważenie bolszewików. Skutkowało to odrzuceniem wszelkich sugestii o możliwości zawarcia z nimi pokoju na korzystnych terytorialnie warunkach. Dokumenty polskiego MSZ z drugiej połowy 1919 r. wyjaśniają dobitnie to, co stało się latem 1920 r.

Również gen. Tadeusz Rozwadowski wypowiedział się jednoznacznie o błędnej, motywowanej mirażem politycznym, strategii Piłsudskiego w kwietniu 1920 r. Nawiązując do operacji państw centralnych w roku 1914 (dowodził wtedy XII Brygadą Artylerii w 12. Dywizji Piechoty c. k. armii) gen. Rozwadowski napisał: „Tylko że o ile wykonanie takiej akcji w roku 1914 było pomimo licznych błędów austriackich ze strony Niemców wprost znakomitym, o tyle ta sama myśl, zdrowa w zasadzie, została u nas w kwietniu 1920 r. od razu spaczoną różnymi zamierzeniami natury politycznej, a wojskowo niestety tak nieudolnie przeprowadzoną, że to uprzedzające polskie natarcie na Kijów, mimo początkowych sukcesów, zakończyło się rezultatem wprost negatywnym. A bylibyśmy bez wątpienia osiągnęli korzyści na przyszłość wręcz decydujące, gdybyśmy się byli ograniczyli do celów czysto wojskowych, bez różnych ubocznych względów na Petlurę i wyimaginowaną przez niego państwowość, a równocześnie byli umieli należycie przeprowadzić samą akcję posiadającą tak niezmiernie wielką doniosłość”[3].

Politykiem, który szybko zdał sobie sprawę z niebezpieczeństwa polityki Piłsudskiego był Stanisław Grabski – wówczas jeden z liderów Związku Ludowo Narodowego, a w 1921 roku jeden z negocjatorów traktatu ryskiego. Jako jedyny próbował on też powstrzymać szaleńcze plany naczelnika państwa. Tak to opisał w swoich „Pamiętnikach”:

„Wtedy Piłsudski [w lutym 1920 r.] otwarcie już zapowiedział mi odepchnięcie Rosji poza Dniepr i utworzenie stolicy »samoistnej Ukrainy« w Kijowie. W odpowiedzi tłumaczyłem mu, że choć nie jestem strategiem, ale wiem, że zajmując militarnie Ukrainę po Dniepr – trzeba ją zająć i po Czarne Morze, bo nie ma innej naturalnej tam granicy od południa, a na zajęcie tak olbrzymiego terytorium 300 000 żołnierzy, których w tej chwili posiadamy, to stanowczo za mało. »Gdy utworzycie tak olbrzymi front – mówiłem mu – będzie to cieniutka niteczka, łatwa do przerwania, a co gorsze nie będziecie mieli zupełnie rezerw«.

Na to Piłsudski się uniósł: »Złapię armię bolszewicką i utopię ją w Dnieprze«. Ja znów replikowałem: »Nikt nigdy nie złapał armii rosyjskiej, ani Napoleon w 1812 r., ani Mackensen w wojnie ostatniej, umie się ona cofać nie gorzej od dawnych hord tatarskich i Wy jej też nie złapiecie, nie Wy ją wrzucicie do Dniepru, ale ona Was do niego wciągnie, a potem gdzieś go w najmniej spodziewanym miejscu przekroczy«. Piłsudskiego takie kwestionowanie przeze mnie, cywila, jego geniuszu militarnego doprowadziło do pasji. »Nikt – zawołał – z dotychczasowych przeciwników Rosji nie umiał prowadzić wojny stepowej, ale ja pokażę, jak ją prowadzić należy«. »Szaleństwo pychy« – powiedziałem sobie – tak, »szaleństwo pychy«, prawdziwa była przestroga”[4].

Takie były kategorie myślenia Józefa Piłsudskiego w 1920 r. Tego nigdy nie przyznają jego epigoni, którzy dzisiaj faszerują sfałszowaną historią kolejne pokolenie Polaków, by wykorzenić w nich jakikolwiek odruch myślenia realnego. Prawdopodobnie im się to udało. W 1920 r. Roman Dmowski i jego obóz polityczny uważali, że powstanie niepodległej (czyli proniemieckiej) Litwy, a tym bardziej Ukrainy, będzie dla Polski szkodliwe. Natomiast po przewrocie na Majdanie w 2014 r. nie było wśród polskiej „klasy politycznej” już nikogo kogo by nie ogarnął amok „gorączki ukraińskiej”.

[1] P. Zychowicz, „Wielki plan Piłsudskiego”, http://www.dorzeczy/historia, 23.04.2020.

[2] S. Dębski (red.), „Polskie dokumenty dyplomatyczne 1919. Czerwiec-grudzień”, Warszawa 2019.

[3] T. Rozwadowski, „Wspomnienia Wielkiej Wojny”, Warszawa 2015, s. 467-468.

[4] S. Grabski, „Pamiętniki”, t. II, Warszawa 1989, s. 139.

Bohdan Piętka

9 maja 2020 r.

„Myśl Polska” nr 19-20 (2291/2292), 10-17.05.2020, s. 12

Wyprawa kijowska i jej mitologia (1)

25 kwietnia 1920 r. rozpoczęła się tzw. wyprawa kijowska. Wojska polskie, łamiąc ostatecznie faktyczny rozejm na froncie wojny polsko-bolszewickiej, uderzyły na zajęte przez bolszewików tereny Ukrainy. Stan liczebny wojsk polskich na początku ofensywy na Kijów wynosił około 60 tys. żołnierzy. Wspierała je Armia Czynna Ukraińskiej Republiki Ludowej w sile 3904 żołnierzy (556 oficerów i 3348 szeregowych). Udział sojuszniczych wojsk ukraińskich wynosił zatem około 6% w siłach biorących udział w uderzeniu na Kijów. Wyprawę kijowską poprzedziło zawarcie 21 kwietnia 1920 r. sojuszu polsko-ukraińskiego, czyli tzw. umowy warszawskiej. Jej podstawą było porozumienie pomiędzy naczelnikiem państwa Józefem Piłsudskim i prezydentem URL Symonem Petlurą. Umowa została podpisana przez ministrów spraw zagranicznych Polski i URL (Jana Dąbskiego i Andrija Liwyckiego) i miała charakter tajny. Strona polska uznawała istnienie URL i rezygnowała z roszczeń do dawnych ziem I Rzeczypospolitej w granicach z 1772 r. Natomiast strona ukraińska rezygnowała na rzecz Polski z Galicji Wschodniej oraz większości terenów Wołynia i Polesia. Częścią składową umowy stała się tajna konwencja wojskowa z 24 kwietnia 1920 r, podpisana przez ukraińskiego gen. Wołodymyra Sinklera oraz działających w imieniu Piłsudskiego oficerów sztabowych Walerego Sławka i Wacława Jędrzejewicza.

Wyprawa kijowska stanowiła realizację tzw. koncepcji federacyjnej Józefa Piłsudskiego (w dużej mierze autorstwa Leona Wasilewskiego), sprowadzającej się najogólniej do utworzenia na ziemiach dawnej I Rzeczypospolitej federacji państw narodowych z przewodnią rolą Polski („rozprucie Rosji po szwach narodowościowych”). Działania te poparł premier (wówczas prezydent ministrów) Leopold Skulski – stojący na czele koalicyjnego rządu Narodowego Zjednoczenia Ludowego, Związku Ludowo-Narodowego, Narodowej Partii Robotniczej, PSL „Wyzwolenie”, PSL „Piast” i Stronnictwa Pracy Konserwatywnej. Jednak przeciwna działaniom Piłsudskiego była większość sejmowa – zarówno popierająca rząd Skulskiego endecja, jak i opozycyjna Polska Partia Socjalistyczna.

7 maja 1920 r. wojska inwazyjne zajęły Kijów, w którym 9 maja odbyła się defilada polsko-ukraińska. Wkraczające do Kijowa oddziały polskie spotkały się z rezerwą większości mieszkańców, nie uznających Polaków za sojuszników i w większości nie akceptujących władz Ukraińskiej Republiki Ludowej. Natomiast w Warszawie powracającemu z frontu Piłsudskiemu zgotowano wielką owację. Entuzjastyczne nastroje udzieliły się nie tylko jego zwolennikom. Związany z endecją marszałek Sejmu Wojciech Trąmpczyński w emocjonalnym przemówieniu przed kościołem św. Aleksandra powiedział: „Sejm cały nasz przez usta moje wita Cię Wodzu Naczelny, wracający ze szlaku Bolesława Chrobrego. Od czasów Kircholmu i Chocimia naród polski takich triumfów oręża swego nie przeżywał. Czynem orężnym zaświadczyłeś nie tylko o dzielności polskiego ramienia, ale wyrwałeś z piersi narodu i zamieniłeś w sztandar jego najlepszą tęsknotę, jego rycerstwo w służbie wolności narodów. Dzisiaj wie i widzi cały świat: Polska nie jest bezbronna! Naczelnemu Wodzowi naszej armii cześć! (…) Historia nie widziała jeszcze kraju, który by w tak trudnych warunkach jak nasz tworzył swą państwowość. W takiej to chwili zwycięski twój pochód na Kijów dał narodowi poczucie własnej siły, wzmocnił wiarę w własną przyszłość, wzmógł jego dzielność duchową, a przede wszystkim stworzył podstawę do pomyślnego i stałego pokoju, którego wszyscy tak bardzo pragniemy”.

Niestety, 26 maja rozpoczęła się kontrofensywa bolszewicka, przed którą musiały ustąpić siły polskie. 8 czerwca Naczelne Dowództwo Wojska Polskiego wydało rozkaz odwrotu z Ukrainy. Siły polskie, wraz z nielicznymi ukraińskim sojusznikami, opuściły ostatecznie Kijów 13 czerwca 1920 r. Potem nastąpiło to co piłsudczykowska mitologia historyczna nazwała „agresją” albo „nawałą bolszewicką”, czyli kontynuacja kontrofensywy Tuchaczewskiego i Budionnego w kierunku etnicznych ziem polskich. Ofensywy, która dotarła pod Zamość, Warszawę i Toruń i której Piłsudski nie był w stanie powstrzymać. Ocalenie niedawno odrodzonego państwa – wbrew stworzonej później legendzie Piłsudskiego – nastąpiło dzięki umiejętnościom i zimnej krwi zawodowych generałów (Tadeusza Rozwadowskiego, Józefa Hallera, Władysława Sikorskiego) oraz heroicznej mobilizacji narodu.

Kontrofensywa Tuchaczewskiego i Budionnego – nazywana w polskich mediach niezgodnie z prawdą historyczną „agresją bolszewicką” – była nieunikniona w sytuacji, gdy wyprawa kijowska przyjęła taki a nie inny cel wojskowo-polityczny. Tym celem było stworzenie „samostijnej Ukrainy” i realizacja utopijnego programu federacyjnego. Dlatego zaatakowano nie tam, gdzie były skoncentrowane główne siły bolszewickie, co umożliwiło im przegrupowanie się i przejście do kontrofensywy na całym froncie.

Wyprawa kijowska została przygotowana przez Piłsudskiego w tajemnicy przed rządem, Sejmem i opinią publiczną, która była przeciwna programowi federacyjnemu naczelnika państwa i nie akceptowała jego układu z Petlurą. Sam Petlura, wchodząc w układ z Piłsudskim, nie reprezentował narodu ukraińskiego ani żadnej jego znaczącej siły politycznej. Układ ten odrzucały prawie wszystkie inne poza petlurowcami ukraińskie siły polityczne, uznając go za zdradziecki. Tak też traktuje go współcześnie ukraińska historiografia nacjonalistyczna.

Program federacyjny Piłsudskiego nie miał żadnych realnych przesłanek powodzenia. Bazował jedynie na naiwnej megalomanii samego Piłsudskiego, która przejawiała się w bezpodstawnym przekonaniu o własnej sile i lekceważeniu przeciwnika („Wyście trupy, Moskale, i biali, i czerwoni”). Kolejnym przejawem tej megalomanii było ignorowanie twardych realiów politycznych – tzn. antypolskiego charakteru nacjonalizmów ukraińskiego i litewskiego. Irracjonalizm programu federacyjnego pokazała nie tylko wyprawa kijowska. Tego irracjonalizmu dowiodła również postawa państw, które Piłsudski zamierzał włączyć do swojej federacji (Litwa. Łotwa, Estonia) i które w momencie, gdy wojska bolszewickie podchodziły pod Warszawę paktowały z Rosją bolszewicką i zawierały z nią układy pokojowe. Litwini nawet przyjęli w prezencie od bolszewików 6 sierpnia 1920 r. ukochane przez Piłsudskiego miasto Wilno. Nieco wcześniej wojska litewskie we współdziałaniu z bolszewikami przekroczyły tzw. Linię Focha (linia demarkacyjna pomiędzy Polską a Litwą, wytyczona 26 lipca 1919 r. w imieniu Ententy przez marszałka Ferdinanda Focha) i zaatakowały wojska polskie, zajmując Nowe Troki oraz stację kolejową Landwarowo. Pomogło to odciąć siłom polskim drogę odwrotu w kierunku Oran i Grodna. Czy nie był to już wtedy – w 1920 r. – wystarczający dowód bankructwa programu federacyjnego Piłsudskiego?

Wyprawa kijowska została przyjęta z niechęcią we Francji. Tamtejsze koła polityczno-wojskowe uważały, że Piłsudski powinien współpracować nie z Petlurą – watażką, o którym w Paryżu niewiele wiedziano – ale z „białym” generałem rosyjskim Antonem Denikinem. Jednakże rozmowy prowadzone na przełomie 1919 i 1920 r. w imieniu Piłsudskiego z Denikinem przez misję wojskową gen. Aleksandra Karnickiego zakończyły się niepowodzeniem. Wedle publicystyki propiłsudczykowskiej – z winy Denikina, który miał nie uznawać wolnej Polski. Faktycznie jednak na fiasku tych rozmów zaważyła niechęć Piłsudskiego do „białych” i przekonanie o słuszności swojego programu federacyjnego, któremu przeciwni byli zarówno dawni carscy generałowie, jak i bolszewicy.

W momencie rozpoczęcia wyprawy kijowskiej opinia publiczna Europy Zachodniej uznała, że Polska jest agresorem i prowadzi politykę imperialistyczną. Uważały tak nie tylko lewica (zarówno komunistyczna, jak i socjaldemokratyczna) i ruch robotniczy, ale niemała część odległych od lewicy elit politycznych Zachodu. Dlatego w krytycznych dniach sierpnia 1920 r. Polska nie mogła liczyć na znaczącą pomoc wojskową Zachodu. Publicystyka propiłsudczykowska podkreśla, że strajki przeciwko wojnie Polski z Rosją bolszewicką, które wybuchły w lipcu 1920 r. w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i Czechosłowacji, miały być inspirowane przez Komintern. Niezależnie od tego czy taka inspiracja rzeczywiście była czy nie, strajki te trafiły w antypolskie nastroje opinii publicznej w tych krajach.

Tylko i wyłącznie mitem stworzonym przez piłsudczyków – nieustannie w Polsce powielanym – jest twierdzenie, że w sierpniu 1920 r. Polska ocaliła Europę, a nawet cały świat przed „nawałą bolszewicką” (w egzaltowanej wersji „zarazą bolszewicką”). Bitwa warszawska nie była starciem milionowych armii, jak to sugeruje polska mitologia historyczna. Pod Warszawę dotarły stosunkowo szczupłe siły bolszewickie. Obie armie Tuchaczewskiego (3. i 16.), atakujące bezpośrednio Warszawę, liczyły na pierwszej linii zaledwie 30 tys. żołnierzy (razem z innymi jednostkami tyłowymi ok. 45 tys.), czyli niepełny stan trzech dywizji. Słynna 27. dywizja bolszewicka liczyła w polu 3 tys. ludzi, czyli miała siłę pułku. Jedna polska armia broniąca całego przedmościa Warszawy liczyła natomiast nieco pod 30 tys. ludzi. Na skutek mitologizacji kampanii wojennej 1920 r. powstało w Polsce przekonanie, że miał wtedy miejsce jakiś gigantyczny najazd jeśli nie milionów, to przynajmniej setek tysięcy bolszewików.

Często przytaczany rozkaz Tuchaczewskiego z lipca 1920 r., w którym była mowa, że przez trupa „białej Polski prowadzi droga ku ogólnoświatowej pożodze” nie jest bynajmniej dowodem realnej groźby podboju Europy przez bolszewików. Armia Tuchaczewskiego była wtedy za słaba, żeby podbić Europę Zachodnią. Tym bardziej nie mogła połączyć się z żadnymi tamtejszymi siłami rewolucyjnymi, ponieważ rewolucja socjalistyczna w Niemczech upadła rok wcześniej. Polska w 1920 r. ocaliła nie Europę, ale jedynie swoją niepodległość. Ocaliła ją dzięki słabości przeciwnika, męstwu polskiego żołnierza i zimnej krwi generała Rozwadowskiego, któremu Piłsudski sześć lat potem rzucił w twarz: „Bitwę warszawską wygrałem ja”. Bezpośrednią przyczyną pojawienia się wojsk bolszewickich pod Warszawą w sierpniu 1920 r. była nieudana wyprawa kijowska, czyli próba realizacji przez Józefa Piłsudskiego utopijnego programu federacyjnego.

To wszystko wydaje się oczywiste, ale nie jest oczywiste dla powstałej w II RP mitologii piłsudczykowskiej, która pod koniec XX w. i na początku XXI w. została przyswojona przez siły solidarnościowe i postsolidarnościowe. Mit o rzekomym ocaleniu przez Polskę w 1920 r. Europy przed „nawałą” vel „zarazą bolszewicką” i słuszności programu federacyjnego Piłsudskiego ciąży od 100 lat nie tylko nad polską historiografią, ale i nad polską polityką. Fałszywa historia jest nauczycielką fałszywej polityki. Wspomniany mit legł w dwudziestoleciu międzywojennym u podłoża koncepcji politycznych obozu prometejskiego, przejętych później w uproszczonej formie przez część polskiej emigracji politycznej po 1945 r. i opozycję korowsko-solidarnościową w PRL, a po 1989 r. przez wyrosłe z tej opozycji elity polityczne III RP. Głównym i nierealnym celem wyprawy kijowskiej było stworzenie antyrosyjskiej Ukrainy – państwa buforowego pomiędzy Polską i Rosją, które miało być albo polskim protektoratem, albo częścią planowanej przez Piłsudskiego „federacji”. Ta „federacja” w myśli obozu prometejskiego i jego epigonów przybrała kształt Intermarium (Międzymorza), czyli antyrosyjskiego bloku państw w Europie Wschodniej pod przewodem Polski. Irracjonalna wiara w powstanie zależnej od Polski i antyrosyjskiej Ukrainy, jak również Białorusi, Litwy, Łotwy i Estonii (Intermarium), od stulecia jest ideą przewodnią polskiej myśli „mocarstwowej”, a po 2014 r. przybrała w niektórych środowiskach postać szczególnie groteskową i zarazem niebezpieczną. Wiary tej nie zachwiały nawet tragiczne doświadczenia historyczne z nacjonalizmem ukraińskim i litewskim. Wydaje się, że nie zdoła nią zachwiać cokolwiek, bo sekciarstwo polityczne jest odporne na logikę.

Setna rocznica wydarzeń z 1920 r. jest okazją dla politycznych epigonów piłsudczyzny i prometeizmu do powielania i utrwalania tendencyjnego przekazu historycznego, a przede wszystkim do uzasadniania ówczesnej polityki Piłsudskiego i tym samym nawiązującej do niej polityki wschodniej współczesnej Polski.

Bohdan Piętka

22 kwietnia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 17-18 (2289/2290), 26.04-3.05.2020, s. 12

Polityczny realizm prymasa Wyszyńskiego

14 kwietnia 1950 r. pomiędzy władzami powojennej Polski (wówczas jeszcze Rzeczypospolitej Polskiej) a Kościołem katolickim zostało zawarte Porozumienie regulujące funkcjonowanie tego związku wyznaniowego w Polsce Ludowej. Współczesna historiografia polska podkreśla, że zostało ono wymuszone na Episkopacie przez władze. Np. prof. Wojciech Roszkowski w wypowiedzi dla Polskiego Radia z 2013 r. tak przedstawił okoliczności zawarcia wspomnianego Porozumienia: „Władze komunistyczne przystąpiły do rozprawy z jedyną zorganizowaną siłą społeczną, jaką pozostawał jeszcze Kościół katolicki. Już od zakończenia wojny komuniści przygotowali sobie bardzo sprytny argument na podważanie jego miejsca w Polsce. Otóż dowodzili, że Kościół katolicki nie akceptuje zmian terytorialnych, jakie po wojnie zaszły, i nie akceptuje przynależności ziem zachodnich oraz północnych. (…) W marcu 1949 r. komuniści oskarżyli Kościół katolicki o wzmożenie działalności przeciw państwu. Zaczęto mu przypisywać rolę patrona polskiej reakcji. Ostro wypowiadał się na ten temat ówczesny premier Polski, Józef Cyrankiewicz”. W konkluzji historyk ten stwierdził jednak: „Prymas Stefan Wyszyński, mimo krytyki części duchownych w kraju i za granicą, zdecydował się podpisać porozumienie z władzami komunistycznymi. Uspokoiło to napięte stosunki między państwem a Kościołem. Nie na długo jednak. Trzy lata później prymas Polski został aresztowany”[1].

Kluczowa wydaje się tutaj uwaga, że Porozumienie z 1950 r. uspokoiło na pewien czas stosunki pomiędzy państwem a Kościołem katolickim. Stosunki te nie były łatwe od momentu, kiedy 12 września 1945 r. Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej wypowiedział konkordat zawarty w 1925 r. przez władze II RP ze Stolicą Apostolską. W podjętej wówczas uchwale TRJN stwierdził, że „(…) konkordat zawarty pomiędzy Rzecząpospolitą Polską a Stolicą Apostolską przestał obowiązywać wskutek jednostronnego zerwania go przez Stolicę Apostolską przez akty prawne zdziałane w czasie okupacji, a sprzeczne z jego postanowieniami”. Chodziło o to, że podczas okupacji niemieckiej papież Pius XII – wbrew literze konkordatu – mianował niemieckich biskupów jako administratorów w diecezji chełmińskiej oraz w arcybiskupstwie gnieźnieńsko-poznańskim, a więc na terenach wcielonych do Rzeszy, gdzie władze hitlerowskie prowadziły politykę eksterminacji polskiego duchowieństwa.

Stosunki pomiędzy władzami powojennej Polski a Kościołem katolickim zaczęły się zaostrzać w latach 1947-1949, tj. po sfałszowanych wyborach do Sejmu Ustawodawczego, odsunięciu Władysława Gomułki od kierownictwa w partii oraz wyeliminowaniu legalnej opozycji. 31 sierpnia 1948 r. władze zawiesiły wydawanie „Tygodnika Warszawskiego” – jednego z trzech obok ukazującego się w Krakowie „Tygodnika Powszechnego” i PAX-owskiego „Dziś i Jutro” głównych pism katolickich w powojennej Polsce – a funkcjonariusze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego aresztowali do końca tego roku 17 członków jego redakcji. Chociaż „Tygodnik Warszawski” opowiadał się za dobrymi stosunkami z ZSRR, to na kursie kolizyjnym z władzami znalazł się z powodu obrony wizji państwa opartego na wartościach chrześcijańskich i własności prywatnej oraz krytyki panującej rzeczywistości.

W exposé sejmowym w styczniu 1949 r. premier Józef Cyrankiewicz powiedział, że „wszelkie próby wykorzystania ambony czy szat kapłańskich dla podniecania namiętności przeciw państwu ludowemu lub popierania podziemia będą przecinane z całą stanowczością i surowością prawa. Rząd będzie natomiast otaczał opieką tych kapłanów, którzy dali i dają dowody swego patriotyzmu”. Zaostrzenie kursu nastąpiło, kiedy 14 marca 1949 r. rząd wydał oświadczenie w sprawie stosunków z Kościołem katolickim w duchu oddzielania „złych” biskupów i duchownych od „postępowych” księży. Tak została stworzona atmosfera dla powołanego w październiku 1949 r. ruchu „księży patriotów”, czyli kapłanów lojalnych wobec władz. W tym też duchu wydano w sierpniu 1949 r. dekret „o obsadzaniu duchownych stanowisk kościelnych”. Następnym krokiem władz było ustanowienie w styczniu 1950 r. zarządu komisarycznego nad kościelną organizacją charytatywną „Caritas”. 30 stycznia 1950 r. Konferencja Episkopatu Polski w Krakowie wystosowała w tej sprawie list protestacyjny, rezygnując z przejętego przez państwo „Caritasu”. W odpowiedzi władze zorganizowały zjazd 1200 „księży patriotów” na Politechnice Warszawskiej, podczas którego wygłoszono oskarżycielskie przemówienia wobec biskupów. 16 lutego 1950 r. prymas Stefan Wyszyński i kard. Adam Stefan Sapieha wystosowali drugi list do prezydenta Bolesława Bieruta, w którym piętnowali metody walki z Kościołem. Rząd zareagował na ten list wydaniem 28 lutego komunikatu, w którym oskarżył hierarchię katolicką o wrogość do Polski Ludowej.

Równocześnie jednak toczyły się rozmowy pomiędzy władzami a Episkopatem w ramach utworzonej w lipcu 1949 r. Komisji Mieszanej Rządu i Episkopatu. W rozmowach tych pośredniczył lider Stowarzyszenia „PAX” Bolesław Piasecki. Niewątpliwie Episkopatowi zależało na powstrzymaniu dalszych posunięć antykościelnych ze strony władz. Z kolei kierownictwo Polski Ludowej dążyło do wpisania Kościoła katolickiego w rzeczywistość państwa socjalistycznego i uzyskania z jego strony poparcia dla zachodzących w Polsce przemian społeczno-politycznych.

Rozmowy te doprowadziły do zawarcia 14 kwietnia 1950 r. Porozumienia pomiędzy rządem a Episkopatem. Akt ten podpisali ze strony władz minister administracji publicznej Władysław Wolski, wiceminister obrony narodowej Edward Ochab i członek Biura Politycznego KC PZPR Franciszek Mazur, a ze strony kościelnej bp pomocniczy warszawski i sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Zygmunt Choromański, bp diecezjalny łódzki Michał Klepacz i bp diecezjalny płocki Tadeusz Paweł Zakrzewski. Dokument składał się z 19 punktów. Dziewięć pierwszych określało zobowiązania strony kościelnej. Episkopat zobowiązywał się, aby duchowieństwo „zgodnie z nauką Kościoła” nauczało wiernych poszanowania prawa i władzy państwowej oraz nawoływało ich do wzmożonej pracy nad odbudową kraju. Dalej Episkopat opowiadał się za przynależnością Ziem Odzyskanych do Polski i deklarował zwrócić się z prośbą do Stolicy Apostolskiej, aby administracje kościelne na tych ziemiach, korzystające z prawa biskupstw rezydencjalnych, zostały zamienione na stałe ordynariaty biskupie. Deklarował też, że będzie się przeciwstawiał rewizjonistycznej działalności części kleru niemieckiego, a „zasada, że Papież jest miarodajnym i najwyższym autorytetem Kościoła, odnosi się do spraw wiary, moralności oraz jurysdykcji kościelnej, w innych natomiast sprawach Episkopat kieruje się polską racją stanu”. Kluczowe były punkty mówiące o tym, że Episkopat przyjmuje zobowiązanie wyjaśnienia duchowieństwu, aby nie przeciwstawiało się rozbudowie spółdzielczości na wsi, a Kościół będzie przeciwstawiał się nadużywaniu uczuć religijnych w celach antypaństwowych oraz będzie „zwalczał zbrodniczą działalność band podziemia”, w tym piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych biorących udział w działalności podziemnej i antypaństwowej.

Władze państwowe ze swej strony gwarantowały nauczanie religii w szkołach, powoływanie wizytatorów nauczania religii w porozumieniu z Episkopatem i swobodę praktyk religijnych wierzących uczniów, w tym odprawianie dla nich mszy w niedziele i święta oraz na początku i końcu roku szkolnego oraz możliwość odmawiania modlitwy przed lekcjami i po lekcjach. Zgłaszającym się do rekolekcji uczniom władze szkolne miały zapewnić trzy dni wolne od zajęć szkolnych. Gwarantowano szkołom prowadzonym przez Kościół katolicki korzystanie z praw szkół państwowych na ogólnych zasadach, funkcjonowanie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i stowarzyszeń katolickich, wydawnictw i prasy, prowadzenie przez Kościół akcji charytatywnej, dobroczynnej i katechetycznej oraz swobodę działalności zakonów i kultu publicznego. Przewidywano uregulowanie specjalnym statusem duszpasterstwa wojskowego i zapewnienie opieki religijnej nad chorymi w szpitalach przez kapelanów, wynagradzanych na podstawie specjalnych umów, a także opieki religijnej w zakładach karnych.

Załączony do Porozumienia protokół zapowiadał przekształcenie „Caritasu” w Zrzeszenie Katolików dla niesienia pomocy biednym i potrzebującym, pozostawienie ordynariuszom diecezji i zakonom ogrodów i gospodarstw rolnych do 50 ha wraz z inwentarzem oraz utworzenie funduszu, który „będzie przekazywał odpowiednie sumy do dyspozycji ordynariuszów diecezji”. Władze deklarowały też odroczenie służby wojskowej dla alumnów seminariów, a księża po wyświęceniu i zakonnicy po złożeniu ślubów mieli nie być powoływani do czynnej służby wojskowej, lecz przeznaczeni do rezerwy z zakwalifikowaniem do służby pomocniczej.

Porozumienie spotkało się z niechętnym przyjęciem przez papieża Piusa XII, który prowadził wtedy radykalną politykę antykomunistyczną. Zrozumiał on, że polski Episkopat wyłamuje się z tej polityki. Pius XII miał nawet zagrozić biskupom Wyszyńskiemu i Choromańskiemu cofnięciem uznania, jednak później stonował zarzuty. Kierujący Sekretariatem Stanu kard. Domenico Tardini uznał, że „Kościół polski poszedł na zbyt daleko idące ustępstwa”.

Czy rzeczywiście? Należy zwrócić uwagę, że najważniejsze zobowiązania przyjęte w Porozumieniu przez polski Kościół dotyczyły zwalczania działalności podziemia antykomunistycznego i podjęcia działań na rzecz utrwalenia polskości Ziem Odzyskanych. Działalność podziemia antykomunistycznego była w 1950 r. w zaniku i deklaracja jego zwalczania stanowiła w tej sytuacji po prostu zdystansowanie się polskiego Kościoła od udziału w walce politycznej z Polską Ludową, w tym w ramach krucjaty antykomunistycznej Piusa XII. Świadczyło to o realizmie politycznym abpa Stefana Wyszyńskiego, który w zamian za wycofanie się z konfrontacji, w której Kościół polski nie miał szans, uzyskiwał formalne unormowanie działalności Kościoła katolickiego na zasadach nie znanych w innych państwach bloku wschodniego, zwłaszcza w okresie stalinowskim.

Natomiast druga sprawa nie stanowiła problemu dzielącego polski Kościół od ówczesnego państwa. Wręcz przeciwnie. Już w czerwcu 1948 r. kard Adam Sapieha udał się do Rzymu i uzyskał zapewnienie od papieża Piusa XII, że Stolica Apostolska nie kwestionuje granic Polski po drugiej wojnie światowej, a więc przynależności do niej Ziem Zachodnich i Północnych.

Episkopat przyjmując literę Porozumienia z 14 kwietnia 1950 r. wpisywał się w stanowisko, jakie wyraził niedługo potem publicysta katolicki Stanisław Stomma: „Patrząc na mapę Polski z roku 1939 widzi się od razu, że kraj o tak niekorzystnym ukształtowaniu granic, posiadający przeszło 30% mniejszości narodowych, był wysoce eksponowany militarnie i politycznie. W tej sytuacji katastrofa była nieunikniona wcześniej lub później. Polska dzisiejsza, stawiająca równy czworobok – oparty o morze i granice naturalne na Odrze, Nysie i Sudetach, jednolita narodowo, ma zdrowe podstawy geopolitycznego pomyślnego rozwoju. Dlatego bronić należy całości terytorialnej, Ziem Zachodnich oraz granic na Odrze i Nysie. I to jest znów sprawa wspólna z marksistami. (…) Wybór jest dla nas wyraźny. Stawiamy sprawę prosto, bez niedomówień i z całą szczerością. Marksistami ani socjalistami nie jesteśmy. Widzimy w socjalizmie wiele dodatnich stron. (…) Socjalizm jest dla nas faktem. Uznajemy zwycięstwo obozu komunistycznego jako fakt i mamy szacunek dla pełnej wiary i nieraz ofiarności walki tego obozu o realizację tego ustroju. (…) Katolicy mają wolę być lojalnymi obywatelami państwa budującego socjalizm”[2].

Oczywiście nie wszyscy hierarchowie odnieśli się z entuzjazmem bądź co najmniej realizmem do Porozumienia z 14 kwietnia 1950 r. Przebywający w czasie jego podpisania w Rzymie kard. Adam Sapieha uznał je za ugodę „niegodną i pozbawioną realizmu”. Uważał, że Porozumienie da władzom zyski propagandowe i będzie przez nie łamane. Dlatego opowiadał się przeciwko jego szybkiej ratyfikacji. Jednym z przeciwników Porozumienia był również znany z antykomunizmu biskup kielecki Czesław Kaczmarek, wkrótce poddany przez władze brutalnym represjom. Były też jednak postawy odmienne. Np. bp łomżyński Czesław Falkowski w korespondencji z prymasem S. Wyszyńskim odciął się od „bandy terrorystycznej” „Huzara” (Kazimierza Kamieńskiego), a punkt ósmy Porozumienia, mówiący o zwalczaniu przez Kościół działalności „band podziemia”, kuria łomżyńska starała się wypełniać lojalnie.

Na konferencji plenarnej Episkopatu Polski, która odbyła się w dniach 21-22 kwietnia 1950 r. w Gnieźnie, abp S. Wyszyński wezwał biskupów i księży do niepodpisywania żadnych apeli i deklaracji politycznych. Jednakże sam prymas S. Wyszyński przyznał, że „sprawcą porozumienia od strony episkopatu byłem ja”, „episkopat nie mógł powiedzieć nie” oraz że „gwarantowało ono wzajemne bezpieczeństwo”. W „Zapiskach więziennych” stwierdził także: „Wydawało mi się, że ułożenie kilku punktów tego modus vivendi jest możliwe i niezbędne, jeśli Kościół nie ma stanąć w obliczu nowego – przyspieszonego i drastycznego w formach wyniszczenia”. Inaczej ocenił Porozumienie bp Z. Choromański: „nie jest to kapitulacja z naszej strony. [Porozumienie] jest rzetelnym porozumieniem”. Większość hierarchii katolickiej w Polsce przyjęła akt z 14 kwietnia 1950 r. ze zrozumieniem i życzliwością.

Niewątpliwie prymas S. Wyszyński był pierwszym w historii Kościoła katolickiego hierarchą, który zdecydował się na układy z państwem rządzonym przez komunistów. Dostrzegła to prasa katolicka, która poparła Porozumienie. Najbardziej entuzjastycznie zareagował ówczesny działacz PAX Tadeusz Mazowiecki na łamach „Słowa Powszechnego”. Artykuły wyrażające poparcie tego aktu ukazały się też na łamach „Znaku”, „Gościa Niedzielnego”, „Niedzieli” oraz „Dziś i Jutro”.

Jednym ze skutków politycznych Porozumienia było powołanie 19 kwietnia 1950 r. Urzędu do Spraw Wyznań, który wkrótce zaczął ingerować w obsadę personalną urzędów kościelnych. Porozumienie, chociaż nie zapobiegło represjom wobec Kościoła i samego prymasa w latach 1953-1956, a od jego litery nastąpiły później różne odstępstwa, było faktem bez precedensu w bloku państw socjalistycznych i stało się fundamentem funkcjonowania Kościoła katolickiego w PRL. Niewątpliwie uregulowało wiele kwestii natury praktycznej, prawnej i politycznej. Nauczanie szkolne religii, chociaż stale napotykało na opór ze strony władz partyjno-państwowych, było jednak w latach 50-tych nieprzerwanie realizowane. Stosunki pomiędzy państwem i Kościołem katolickim ułożyły się w Polsce łagodniej niż w innych państwach bloku i nie będzie przesady w stwierdzeniu, że było to zasługą m.in. Porozumienia z 14 kwietnia 1950 r. Chociaż nie normalizowało w pełni stosunków państwo-Kościół, stanowiło próbę znalezienia kompromisu we wzajemnych relacjach. Tak też należy je traktować – bardziej jako zwycięstwo realizmu politycznego niż przejaw przymusu.

[1] Prymas Wyszyński: „z diabłem nie można się porozumiewać, ale z ludźmi tak”, http://www.polskieradio.pl, 14.04.2013.

[2] „Tygodnik Powszechny”, 10 XII 1950, „Katolicy w Polsce Ludowej” (S. Stomma, „Pisma Wybrane 1946-1976”, t. II, oprac. R. Ptaszyński, Kraków 2017, s. 135-145).

Bohdan Piętka

15 kwietnia 2020 r.

„Przegląd” nr 16 (1058), 14-19.04.2020, s. 42-45

Jak w PRL pokonano groźną epidemię

Obecnie cały świat dramatycznie walczy z epidemią wywołaną przez nieznaną wcześniej odmianę koronawirusa typu SARS-CoV-2. Z pandemią nie mogą sobie poradzić najbogatsze i najsilniejsze państwa Zachodu. Przy tej okazji warto przypomnieć o zapomnianej już dzisiaj epidemii ospy prawdziwej, która dotknęła Polskę w 1963 r.

Ospa prawdziwa (Variola vera) należała w przeszłości do najgroźniejszych chorób zakaźnych przenoszonych przez wirusy. Jej śmiertelność u osób szczepionych wynosiła 3%, a u osób nieszczepionych około 30%. Jednakże istniały postacie choroby o śmiertelności szacowanej na 95%. Ostatni przypadek ospy prawdziwej na świecie zanotowano w 1978 r., a chorobę uznano za całkowicie zwalczoną w 1980 r.

W 1963 r. jej epidemia wybuchła we Wrocławiu. W maju tego roku powrócił do Wrocławia z wyjazdu służbowego do Azji Bonifacy Jedynak – oficer Służby Bezpieczeństwa. Miał gorączkę, dreszcze i wykwity na skórze. Wrocławscy lekarze skonsultowali się z kolegami z Instytutu Chorób Tropikalnych w Gdyni. Ci orzekli, że Jedynak ma malarię. Chory został odizolowany w jednym z wrocławskich szpitali i po pewnym czasie powrócił do zdrowia. Okazało się jednak, że oprócz malarii miał też ospę prawdziwą, czego nikt nie był świadomy. Wirusem ospy prawdziwej zakaził salową, opiekującą się jego izolatką. Ona posłała wirusa dalej, stając się wtórnym źródłem choroby, której początkowo żaden lekarz we Wrocławiu nie potrafił poprawnie zdiagnozować. Uznano, że salowa jest chora na ospę wietrzną, ponieważ choroba miała u niej łagodniejszy przebieg. Takiego szczęścia nie miała już jej córka, pracująca jako pielęgniarka, która zmarła 8 lipca 1963 r. – pięć dni po nagłym omdleniu i hospitalizacji.

Następnie wirus zabił syna salowej i lekarza, który ją badał. Nadal jednak nikt nie podejrzewał, że przyczyną tych zgonów była ospa prawdziwa. W sytuacji zorientował się dopiero w drugiej dekadzie lipca dr Bogumił Arendzikowski z Miejskiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej we Wrocławiu. Przeanalizował on wszystkie przypadki zachorowań oraz powiązania między chorymi. Ostatecznym dowodem stał się czterolatek, który miał kontakt z zakażoną salową i który nie miał prawa zachorować na ospę wietrzną, ponieważ ją niedawno przeszedł. Swoje wnioski Arendzikowski przekazał kierownikowi wrocławskiego sanepidu, dr. Jerzemu Rodziewiczowi, który przesłał je do Warszawy.

Reakcja władz była natychmiastowa. 15 lipca 1963 r., po 47 dniach od pierwszego zachorowania, we Wrocławiu ogłoszono stan pogotowia przeciwepidemicznego. Dwa dni później ogłoszono w mieście stan epidemii. Jeszcze tego samego dnia, w którym do stolicy dotarła wiadomość o zdiagnozowaniu ospy prawdziwej, do Wrocławia został wysłany wiceminister zdrowia Jan Kostrzewski (1915-2005) wraz z zapasem 10 tys. szczepionek. Stanął on na czele akcji VV – czyli Variola Vera, od łacińskiej nazwy choroby. Kostrzewski miał już doświadczenie w walce z ospą prawdziwą, ponieważ w 1962 r. pod jego kierunkiem przeprowadzono likwidację epidemii tej choroby wśród załogi statku hinduskiego na redzie portu w Gdańsku.

Od 17 lipca zaczęto organizować szpitale dla chorych i izolatoria. 18 lipca o epidemii władze oficjalnie poinformowały za pośrednictwem radia i prasy opinię publiczną. Wrocław został odizolowany od reszty kraju kordonem sanitarnym. Nikt kto nie miał zaświadczenia o szczepieniu przeciw ospie prawdziwej nie mógł wjechać do miasta, ani z niego wyjechać. Rozpoczęto też ogromną akcję szczepień. Za odmowę zaszczepienia groziła kara do 3 miesięcy pozbawienia wolności. W samym Wrocławiu zaszczepiono 98% mieszkańców. Akcję szczepień rozszerzono również na pięć sąsiednich województw. W związku z tym, że w Polsce nie było aż tylu szczepionek przeciw ospie prawdziwej, dodatkowe pół miliona ściągnięto z ZSRR.

Na samym początku akcji odizolowano 1462 osoby, u których podejrzewano zakażenie ospą prawdziwą. Przebywały one w strzeżonych izolatoriach, do których z zewnątrz dostarczano posiłki. Czynność tę pracownicy służby zdrowia musieli wykonać tak, żeby nie dotknąć żadnego przedmiotu znajdującego się w izolatorium, a po wyjściu stamtąd podlegali dezynfekcji. Podjęto też szereg działań profilaktycznych. Zakazano sprzedaży chleba w sklepach samoobsługowych i korzystania z basenów. Klamki w budynkach użyteczności publicznej owinięto bandażami nasączonymi chloraminą – silnym środkiem odkażającym. W mieście umieszczono tablice z komunikatem: „Witamy się bez podawania rąk”. Uruchomiono też specjalny numer telefonu 019, pod którym można było odsłuchać nagrania komunikatów radiowych.

Pomimo ogłoszenia stanu epidemii nie zamknięto ani nie ograniczono działalności żadnego zakładu pracy we Wrocławiu. Nie odwołano też masowych uroczystości z okazji obchodzonego 22 lipca Święta Odrodzenia Polski. Eksperci Światowej Organizacji Zdrowia oceniali, że epidemia, która wybuchła we Wrocławiu, potrwa dwa lata i pochłonie co najmniej 2 tys. ofiar śmiertelnych. Jednakże wiceminister Kostrzewski opanował sytuację w dwa miesiące. 19 września 1963 r. zakończono kwarantannę ostatnich osób przebywających w izolatoriach. Ogółem podczas epidemii ospy prawdziwej we Wrocławiu zachorowało 99 osób, z czego siedem zmarło. Czterech spośród zmarłych było pracownikami służby zdrowia.

Prof. Jan Karol Kostrzewski (1915-2005). Fot. domena publiczna

Prof. Jan Karol Kostrzewski (1915-2005). Fot. domena publiczna

Warto przypomnieć kim był kierujący akcją VV wiceminister zdrowia Jan Kostrzewski. Był światowej sławy lekarzem-epidemiologiem, absolwentem wydziałów lekarskich Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Warszawskiego. Od 1945 r. pracował naukowo na wydziale lekarskim UJ. W 1954 r. uzyskał stopień profesora nadzwyczajnego, a w 1964 r. profesora zwyczajnego nauk medycznych. Opublikował ponad 270 prac naukowych z dziedziny epidemiologii i mikrobiologii, a pod jego kierunkiem napisano 42 prace naukowe. Stał się twórcą polskiej szkoły epidemiologii. W latach 1957-1958 był stypendystą Światowej Organizacji Zdrowia w Szkole Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Harvarda. W 1958 r. zainicjował powołanie Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych. W latach 1977-1981 był prezesem Międzynarodowego Towarzystwa Epidemiologów. Położył duże zasługi w opracowaniu szczepionki przeciw durowi brzusznemu. Zorganizował na szeroką skalę porównawcze kontrolowane badania terenowe skuteczności i bezpieczeństwa szczepionki przeciw durowi brzusznemu oraz nowo wyprodukowanych szczepionek. Był to największy program terenowego badania szczepionek, jaki kiedykolwiek przeprowadzono w Polsce. Jego wynikiem było wprowadzenie corocznych szczepień przeciw durowi brzusznemu i paradurom A i B sprawdzoną pod względem bezpieczeństwa szczepionką o wysokiej skuteczności.

Prof. Kostrzewski należał też do głównych organizatorów systemu szczepień ochronnych w Polsce. Jako wiceminister, a później minister zdrowia PRL systematycznie rozszerzał od 1963 r. Program Szczepień Ochronnych, dostosowując go do zmieniającej się sytuacji epidemiologicznej i dostępności nowo pojawiających się szczepionek. Wdrażał szczepienia akcyjne, przekształcone następnie w szczepienia powszechne. Od 1960 r. współpracował ze Światową Organizacja Zdrowia, najpierw jako członek zespołu ekspertów, a w latach 1969-1970 jako wiceprezydent Światowego Zgromadzenia Zdrowia. W 1975 r. został przewodniczącym Rady Wykonawczej WHO. Natomiast w latach 1977-1980 należał do kierownictwa Światowej Komisji Wykorzenienia Ospy na Świecie. Był jednym z inicjatorów światowego programu szczepień przeciw błonicy, gruźlicy, krztuścowi, odrze, poliomyelitis i tężcowi.

Podczas okupacji niemieckiej Kostrzewski należał od grudnia 1939 r. do prawicowego Związku Odbudowy Rzeczypospolitej i kierował strukturami tej organizacji w Krakowie. W latach 1940-1941 pracował też w Klinice Chirurgicznej oraz na Oddziale Chorób Zakaźnych Szpitala św. Łazarza w Krakowie. Wiosną 1941 r., w związku z aresztowaniem najbliższych współpracowników, poszukiwany przez gestapo, opuścił Kraków i po zmianie nazwiska na Zarębski wyjechał do Warszawy. Po scaleniu ZOR z Armią Krajową w 1943 r. został oficerem AK w stopniu podporucznika i objął obowiązki lekarza wojskowego AK (ps. „Kozioł”). Organizował służbę sanitarną I Zgrupowania II Rejonu AK w Warszawie. Uczestniczył w powstaniu warszawskim jako lekarz naczelny VII zgrupowania (batalionu) „Ruczaj”. Za udział w powstaniu otrzymał Krzyż Walecznych. Po upadku powstania warszawskiego trafił do obozu jenieckiego w Lamsdorf (Łambinowice), a następnie do obozu jenieckiego w Kaisersteinbruck koło Wiednia. W obu tych obozach prowadził izbę chorych. Po wyzwoleniu przez Armię Czerwoną został skierowany przez radzieckie władze wojskowe do Budapesztu, gdzie do końca czerwca 1945 r. pracował jako lekarz w obozie repatriantów i organizował walkę z epidemią tyfusu plamistego i czerwonki.

W lipcu 1945 r. powrócił do Polski i włączył się w pracę dla kraju, takiego jaki wtedy był, najpierw jako pracownik naukowy UJ i Akademii Medycznej w Warszawie, a następnie urzędnik państwowej służby zdrowia PRL, współpracujący z premierem Józefem Cyrankiewiczem. Do kwietnia 1951 r. pracował w Zakładzie Wyrobu Surowic i Szczepionek Państwowego Zakładu Higieny w Krakowie. Następnie kierował Zakładem Epidemiologii Państwowego Zakładu Higieny (1951-1978), był sekretarzem Wydziału VI Nauk Medycznych PAN (1972-1980), wiceprezesem (1981-1984) i prezesem (1984-1989) Polskiej Akademii Nauk, wiceministrem zdrowia i Głównym Inspektorem Sanitarnym (1961-1968) oraz ministrem zdrowia (1968-1972). Był też bezpartyjnym posłem na Sejm PRL IX kadencji (1985-1989), członkiem prezydium Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu, wiceprzewodniczącym Tymczasowej Rady Krajowej PRON, członkiem Rady Naczelnej oraz Zarządu Głównego ZBoWiD i członkiem Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa Wojciechu Jaruzelskim. Zainicjował uchwalenie ustawy o zwalczaniu chorób zakaźnych, która obowiązywała w latach 1963-2001. Postać prof. Kostrzewskiego jest kolejnym dowodem na to, że historia PRL jest skomplikowana w stopniu przekraczającym jakiekolwiek wyobrażenia animatorów polityki historycznej III RP.

Literatura: A. Baron, „Zapomniana epidemia – ospa prawdziwa we Wrocławiu”, http://www.twojahistoria.pl, 29.03.2020; D. Naruszewicz-Lesiuk, „Jan Karol Kostrzewski (1905-2005). W 100 rocznicę urodzin”, „Przegląd Epidemiologiczny”, 2015, nr 69, s. 923-927, Powstańcze biogramy – Jan Karol Kostrzewski, http://www.1944.pl.

Bohdan Piętka

8 kwietnia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 15-16 (2287/2288), 12-19.04.2020, s. 12

Odszedł Ryszard Machulik (1944-2020)

29 lutego 2020 r. odbył się w Rybniku pogrzeb Ryszarda Machulika – więźnia KL Auschwitz nr 189678, który urodził się 21 lipca 1944 r. w obozie Birkenau (KL Auschwitz II). Nie był jedynym dzieckiem, które urodziło się w KL Auschwitz. O tych dzieciach mówi obszerna publikacja pt. „Odebrane dzieciństwo. Dzieci wyzwolone w Auschwitz” autorstwa Heleny Kubicy – długoletniej pracownik naukowej Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau – wydana dwa miesiące temu przez PMA-B.

Dowiadujemy się z niej, że matka Ryszarda Machulika – Bronisława – została w 1942 r., w wieku 21 lat, wywieziona na roboty przymusowe do Rzeszy, do Czeskiej Lipy koło Liberca (wówczas tzw. Kraj Sudetów, dzisiaj Republika Czeska). Pracowała tam w gospodarstwie rolnym należącym do Niemców sudeckich. W 1943 r. poznała stacjonującego w tej miejscowości niemieckiego żołnierza Alojzego Machulika – Ślązaka z Jankowic koło Rybnika, zmobilizowanego do Wehrmachtu wbrew prawu międzynarodowemu, jak wielu Polaków z Górnego Śląska. Gdy Alojzy zdezerterował, Bronisława pomagała mu się ukrywać. Ktoś jednak to zauważył i zawiadomił policję niemiecką o ich związku. 10 listopada 1943 r. Bronisława została aresztowana. Przetrzymywano ją najpierw w więzieniu w Czeskiej Lipie, a następnie w więzieniu w Dreźnie, skąd została deportowana do KL Auschwitz i oznaczona numerem więźniarskim 75306. Była wówczas w czwartym miesiącu ciąży, o czym dowiedziała się dopiero w obozowym rewirze.

Współwięźniarki otoczyły ją i dziecko troskliwą opieką, dzięki czemu udało im się dotrwać do ewakuacji obozu w styczniu 1945 r. Korzystając z zamieszania, jakie powstało pomiędzy ewakuacją większości więźniów 18 stycznia 1945 r. a wyzwoleniem KL Auschwitz przez Armię Czerwoną 27 stycznia 1945 r., potajemnie opuściła obóz wraz z dwiema innymi więźniarkami i półrocznym synem Ryszardem. Udały się do Brzeszcz, gdzie otrzymały pomoc ze strony mieszkańców, a gdy nadeszło wojsko radzieckie, wysłano je do Krakowa. Tam się rozstały.

Bronisława pojechała do swojej kuzynki do Sanoka, skąd pochodziła. W styczniu 1946 r. obie udały się do miejscowości, z której pochodził Alojzy Machulik w nadziei odszukania go. Okazało się, że Alojzy wrócił do domu w grudniu 1945 r. W 1943 r., w dwanaście dni po aresztowaniu Bronisławy, sam został ujęty przez policję niemiecką. Skazano go za dezercję na karę śmierci, ale sąd polowy w Dreźnie zamienił mu ją na sześć miesięcy ciężkiego więzienia. Po wojnie wstąpił do II Korpusu Polskiego we Włoszech.

Bronisława i Alojzy wzięli ślub w lutym 1946 r., po czym wyjechali do Sanoka, gdzie Alojzy dostał pracę. W 1948 r. wrócili na Górny Śląsk i zamieszkali w Jankowicach, a w 1955 r. przenieśli się do pobliskich Chwałowic, gdzie Alojzy podjął pracę w kopalni węgla. Tam wraz z pięciorgiem rodzeństwa dorastał Ryszard, który skończył szkołę podstawową i zawodową, zdobywając zawód ślusarza. W 1961 r. rozpoczął pracę w budownictwie jako operator sprzętu budowlanego. Od 1966 do 1993 r. pracował w kopalni w Chwałowicach jako ślusarz-mechanik. W 1970 r. zawarł związek małżeński i wyprowadził się z żoną do Radziejowic (dzielnica Rybnika). Doczekał się czwórki dzieci oraz dziewięciorga wnuków. Bronisława Machulik zmarła w 2007 r., a rok później zmarł Alojzy Machulik.

Ryszard Machulik od 1977 r. aktywnie działał w Polskim Związku b. Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych, a następnie w utworzonym przez byłych więźniów w 1983 r. Towarzystwie Opieki nad Oświęcimiem. Przez wiele lat był wiceprezesem PZbWPHWiOK w Katowicach i członkiem Zarządu Głównego tej organizacji. Miałem zaszczyt poznać go osobiście. Był człowiekiem serdecznym, żarliwie zaangażowanym w podtrzymywanie pamięci o polskiej martyrologii podczas drugiej wojny światowej. Aktywnie uczestniczył w wielu wyjazdach edukacyjnych TOnO do miejsc tej martyrologii. Uczestniczył też regularnie w najważniejszych obchodach rocznicowych na terenie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau – 14 czerwca (rocznica pierwszego transportu) i 27 stycznia (rocznica wyzwolenia obozu). Ostatni raz wziął udział w międzynarodowej uroczystości 75-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz 27 stycznia 2020 r.

Kiedy odeszło pokolenie starszych więźniów, także tych młodocianych, urodzonych w latach 20-tych i 30-tych XX w., jemu i innym dzieciom urodzonym w KL Auschwitz przypadła rola reprezentowania środowiska byłych polskich więźniów KL Auschwitz. Niestety, odchodzi także pokolenie dzieci wojny. Za 10 lat nie będzie i tego pokolenia. Tych ostatnich świadków tamtej historii zabraknie w czasie, gdy ze Wschodu i Zachodu coraz śmielej padają oskarżenia pod adresem Polski o wywołanie drugiej wojny światowej, a nardowi polskiemu przypisywane są zbrodnie przeciw ludzkości. Zadanie walki o prawdę historyczną i utrwalenie pamięci o polskich ofiarach drugiej wojny światowej przypadnie zatem tym, którzy znaczenie tego zadania rozumieją.

Bohdan Piętka

17 marca 2020 r.

„Myśl Polska” nr 11-12 (2283/2284), 15-22.03.2020, s. 3

Kontrowersje wokół liczby deportowanych w głąb ZSRR

Jedną z najtragiczniejszych kart okupacji radzieckiej polskich Kresów Wschodnich w latach 1939-1941 były cztery deportacje ludności polskiej w głąb ZSRR. Pierwsza z nich miała miejsce 10 lutego 1940 r. Celem tych działań była depolonizacja Kresów Wschodnich poprzez „oczyszczenie” ich z „elementów niepewnych”. Decyzja o wywózkach zapadła 5 grudnia 1939 r. na połączonym posiedzeniu Biura Politycznego KC WKP(b) i Rady Komisarzy Ludowych ZSRR. Podjęto wtedy uchwałę nr 1001-558 ss o wysiedleniu osadników i służby leśnej z zachodnich obwodów Białoruskiej i Ukraińskiej SRR. 29 grudnia 1939 r. Rada Komisarzy Ludowych zatwierdziła instrukcję NKWD o porządku przesiedlania polskich osadników z zachodnich obwodów BSRR i USRR wraz z regulaminem osad specjalnych i zasad zatrudniania wysiedlonych. Bezpośrednie kierownictwo operacji spoczęło w rękach Ławrientija Canawy (szefa NKWD Białoruskiej SRR) i Iwana Sierowa (szefa NKWD Ukraińskiej SRR) – późniejszego głównego doradcy NKWD przy Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego powojennej Polski, odpowiedzialnego m.in. za aresztowanie i wywiezienie do ZSRR 16-tu przywódców Polski Podziemnej. Zadaniem Canawy i Sierowa było m.in. przygotowanie spisów osób podlegających deportacji.

Pierwsza deportacja objęła przede wszystkim osadników wojskowych, średnich i niższych urzędników II RP, funkcjonariuszy służby leśnej i pracowników PKP. Zabierano całe rodziny. Podczas drugiej deportacji – w dniach 13-14 kwietnia 1940 r. – wysiedleniem objęto rodziny urzędników państwowych, wojskowych, policjantów, służby więziennej, nauczycieli, działaczy społecznych, kupców, przemysłowców i bankierów oraz rodziny osób aresztowanych dotychczas przez NKWD i zatrzymanych przy nielegalnej próbie przekroczenia granicy niemiecko-radzieckiej. Trzecia deportacja – trwająca od 28/29 maja do lipca 1940 r. (ogólnie określana jako deportacja z czerwca 1940 r.) objęła głównie uchodźców z centralnej i zachodniej Polski przybyłych podczas działań wojennych w 1939 r. na tereny, które znalazły się później pod okupacją radziecką. Ponad 80% wówczas deportowanych stanowili Żydzi. Podczas czwartej deportacji w maju i czerwcu 1941 r. wywieziono głównie osoby ze środowisk inteligenckich, pozostałych jeszcze uchodźców, pozostałe rodziny kolejarzy, rodziny osób aresztowanych przez NKWD w czasie drugiego roku okupacji, wykwalifikowanych robotników oraz rzemieślników.

Służby podległe NKWD przeprowadzały wywózki osób deportowanych z właściwą dla siebie brutalnością oraz w taki sposób, żeby maksymalnie wyeliminować możliwość ucieczki ofiar. Deportowani, wśród których około 65% stanowili Polacy, przewożeni byli w przeładowanych, brudnych i z reguły nieogrzewanych wagonach towarowych. Podróż zwykle trwała kilka tygodni. W wyniku nieludzkiego traktowania umierały głównie dzieci, osoby chore i w starszym wieku. Strażnicy z eskorty transportów niejednokrotnie strzelali do osób próbujących ofiarować deportowanym chleb lub wodę. Zwłoki zmarłych podczas transportu – w tym dzieci – wyrzucano z wagonów, a eskorta nie pozwalała ich pochować najbliższym. Deportowani pracowali niewolniczo m.in. przy wyrębie lasów, wydobyciu węgla i rudy żelaza. Najgorszy był los tych, którzy trafili do obozów pracy na północy ZSRR, gdzie panowały niezwykle trudne warunki klimatyczne, a pracę przy wyrębie lasów przerywano dopiero przy temperaturze minus 40 stopni Celsjusza.

Jeszcze trzydzieści lat temu podawano w Polsce, że w latach 1940-1941 deportowano z Kresów Wschodnich w głąb ZSRR od 1 do 1,7 mln Polaków, z których 900 tys. miało tam zginąć. Takie liczby przyjął polski rząd na uchodźstwie, powielała je polska historiografia emigracyjna oraz publicystyka historyczna „drugiego obiegu” w PRL. Po przebadaniu archiwów radzieckich w latach 90-tych XX w. okazało się jednak, że cztery deportacje z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941 objęły w sumie około 320 tys. obywateli II RP. W tej liczbie znajdowało się około 25 tys. Ukraińców, 20 tys. Białorusinów i 70 tys. Żydów, procentowo dotkniętych wywózkami w równym stopniu jak Polacy (pozostałe 200-210 tys.). Do czasu amnestii, ogłoszonej przez ZSRR latem 1941 r. w następstwie układu Sikorski-Majski, śmiertelność wśród zesłańców wynosiła od 2,8% do 5,8% rocznie. Ile osób zmarło po tej dacie – nie sposób określić, z pewnością jednak przeżyło znacznie więcej osób niż to wynikało z wcześniejszych przypuszczeń. Według cząstkowych danych NKWD, do połowy 1941 r. zmarło około 15 tys. spośród osób deportowanych w lutym i czerwcu 1940 r. Takimi danymi nie dysponujemy natomiast w wypadku ofiar śmiertelnych pozostałych dwóch deportacji.

Liczbę 320 tys. deportowanych zweryfikował po latach w dół prof. Stanisław Jan Ciesielski (Uniwersytet Wrocławski), który w artykule „Deportacje obywateli polskich w głąb Związku Radzieckiego w latach 1940-1941” z 2017 r. podał, że deportacje te objęły od 307,8 do 313,8 tys. obywateli II RP, w tym najwyżej 184,7 tys. Polaków. W lutym 1940 r. deportowano do obwodu archangielskiego, Republiki Komi i na Syberię 137,8 tys. osób (114,2 tys. Polaków, 12,3 tys. Ukraińców, 11,3 tys. Białorusinów), w kwietniu 1940 r. deportowano do Kazachstanu około 60 tys. osób (42 tys. Polaków, 8 tys. Białorusinów, ponad 7 tys. Ukraińców, 2,4 tys. Żydów), w czerwcu 1940 r. deportowano do Komi i Kraju Ałtajskiego 76-78 tys. osób (63,8-65,5 tys. Żydów, 8,3-8,5 tys. Polaków, 3,8-3,9 tys. osób innych narodowości – głównie Białorusinów i Ukraińców), a w maju i czerwcu 1941 r. 34-38 tys. osób (m.in. 20 tys. Polaków i 11 tys. Ukraińców)[1].

Weryfikacja naukowa liczby deportowanych w kilkadziesiąt lat po zakończeniu wojny, kiedy historycy mają dostęp do nieznanych wcześniej źródeł, jest rzeczą naturalną. Jeden z autorów portalu Ciekawostki Historyczne zauważył, że szacunki podające od 1 do 1,7 mln deportowanych „obarczone były tym samym błędem. Powstawały na bazie cząstkowych danych, głównie relacji samych deportowanych, którzy nie mieli całościowego oglądu represji i wyolbrzymiali ich skalę (…). Protestujący przeciwko »nowym« (już ponad dwudziestoletnim) ustaleniom zdają się uważać, że redukcja liczby deportowanych pomniejsza i bagatelizuje ich tragedię. Takie myślenie trzeba stanowczo odrzucić. Licytacja na represjonowanych, zmarłych i zabitych do niczego nie prowadzi, a wykreślenie z prac historycznych nieistniejących ofiar w żaden sposób nie wymazuje z naszej pamięci gehenny setek tysięcy zesłańców. Prawda zaś nie może być antypolska”[2].

Wydaje się to oczywiste, jednakże część środowisk prawicowych do dzisiaj nie może się pogodzić z tym co o liczbie deportowanych z Kresów Wschodnich w głąb ZSRR mówią źródła historyczne. Na stronie internetowej IPN możemy przeczytać, że „według szacunków władz RP na emigracji, w wyniku wywózek zorganizowanych w latach 1940–1941 do syberyjskich łagrów trafiło około milion osób cywilnych, choć w dokumentach sowieckich mówi się o 320 tys. wywiezionych”[3]. Jest to pokłosie stanowiska tragicznie zmarłego prezesa IPN Janusza Kurtyki, który stwierdził, że chociaż IPN-owski projekt „Indeks Represjonowanych” doprowadził do ustalenia liczby około 320 tys. obywateli II RP deportowanych z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941, to „nadal liczba ta jest podważana przez część historyków, piszących o 700 tysiącach – milionie deportowanych”[4]. Są to głównie historycy IPN, jak np. Piotr Szubarczyk – autor książki „Czerwona apokalipsa. Agresja Związku Sowieckiego na Polskę i jej konsekwencje” (Kraków 2014), albo skrajni antykomuniści, jak Roger Moorhouse – autor książki „Pakt diabłów” (Kraków 2015). Moorhouse kwestionuje materiały archiwalne NKWD („bo przecież Sowieci nie mogli mówić prawdy”) i uważa, że na każdego „oficjalnie” deportowanego przypada 3-4 wywiezionych bez odnotowania tego w dokumentach. Dlatego jego zdaniem deportowano z Kresów 1,5 mln ludzi[5].

Jednak w wydanej przez IPN w 2009 r. publikacji „Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami”, pod redakcją profesorów Wojciecha Materskiego i Tomasza Szaroty, stwierdzono, że liczba ofiar śmiertelnych pod okupacją radziecką w latach 1939-1941, a także w okresie 1944-1945 wyniosła około 150 tys. obywateli polskich (Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Ormian, Żydów i in.). Liczba ta obejmuje ofiary zbrodni katyńskiej z 1940 r. (21768 ofiar), masakr więziennych NKWD w 1941 r. (20-30 tys. ofiar), ofiary innych aktów terroru, więzień, obozów karnych i obozów pracy, a także zmarłych w wyniku deportacji do Kazachstanu i na Syberię[6]. Z tego szacunku ofiar śmiertelnych okupacji radzieckiej – podanego w publikacji IPN – wynika, że nie mogło zginać 900 tys. spośród 1-1,7 mln obywateli II RP, którzy mieli być deportowani w głąb ZSRR.

Kwestionujący liczbę 320 tys. deportowanych z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941 nie odpowiadają na podstawowe pytanie, jakie od razu się nasuwa: po co NKWD miałoby fałszować własną dokumentację wewnętrzną? Ujawnienie dokumentów NKWD dotyczących ilości deportowanych w głąb ZSRR obywateli II RP doprowadziło najwyraźniej do konsternacji w niektórych środowiskach prawicowych.

Przykładem tego może być brytyjski historyk Halik Kochanski, który w książce „Orzeł niezłomny. Polska i Polacy podczas II wojny światowej” (Poznań 2013) pisze: „Najpowszechniej podawanymi liczbami było 220 tysięcy cywilów wywiezionych w lutym 1940 r., 320 tysięcy w kwietniu 1940 r., 240 tysięcy w czerwcu 1940 r. i 200-300 tysięcy w czerwcu 1941 r. Łączna liczba około miliona wywiezionych była przyjmowana przez wiele lat. Jednak ostatnie badania oparte na danych z radzieckich archiwów pozwoliły zakwestionować tę liczbę. Opracowanie z 1997 r. oparte na dokumentach samego NKWD mówi o 140 tysiącach wywiezionych w lutym 1940 r., 60 tysiącach w kwietniu 1940 r., 80 tysiącach w czerwcu 1940 r. i 40 tysiącach w czerwcu 1941 r. Razem daje to 320 tysięcy wywiezionych – i tak ogromną liczbę. Podobne dane podano w opracowaniu opublikowanym w roku 2000, którego autorzy określają liczbę wywiezionych na 309-327 tysięcy”[7].

Prawdopodobnie w celu uniknięcia ataku ze strony środowisk antykomunistycznych Kochanski robi jednak następujące zastrzeżenie: „Naukowcy wciąż badają radzieckie archiwa i po dokładniejszych badaniach demograficznych oraz analizie danych dotyczących późniejszych deportacji liczba wywiezionych ponownie jest weryfikowana wzwyż. Choć nie osiąga ona szacunku rządu polskiego na uchodźstwie, wydaje się obecnie prawdopodobne, że w latach 1940-1941 wywiezionych zostało przynajmniej 500 tysięcy obywateli polskich. W tej liczbie 52 procent stanowili Polacy, 30 procent Żydzi, a około 18 procent Ukraińcy i Białorusini”[8].

Po przeczytaniu jego wywodu nasuwa się pytanie: to w końcu co wynika z dokumentacji NKWD – że deportowano 320 czy 500 tys.? Poza tym jeśli Polaków miało być 52 proc. wśród zawyżonej przez autora w stosunku do źródeł liczby 500 tys. deportowanych obywateli II RP, to liczba wywiezionych Polaków wynosi 260 tys. Tak czy owak nie milion albo więcej.

Liczba 320 tys. obywateli II RP deportowanych z Kresów Wschodnich w głąb ZSRR od lutego 1940 do czerwca 1941 r. w jakikolwiek sposób nie neguje zbrodniczego charakteru polityki stalinowskiej wobec Polaków. Tak samo jak obniżenie liczby ofiar KL Auschwitz z 4 mln do 1,1 mln, liczby ofiar KL Lublin (Majdanek) z 360 tys. do 79 tys., czy liczby ofiar ośrodka zagłady w Chełmnie nad Nerem z 380 tys. do 180-200 tys. w niczym nie neguje ludobójczego charakteru polityki hitlerowskiej wobec Żydów, Polaków i innych narodowości. Naukowa weryfikacja pierwotnych danych – które były ustalane zaraz po wojnie bez dostępu do źródeł, pod wpływem szoku spowodowanego przeżyciami wojennymi i z jedynie ogólną świadomością ogromu ofiar – jest rzeczą zupełnie normalną. Zwłaszcza w naukach historycznych.

Nie jest to jednak normalne dla części polskiej prawicy, która w takiej weryfikacji od razu widzi polityczny spisek i podstępną rękę rosyjskiej lub innej agentury. Źródłem, z którego te środowiska czerpią swoją wiedzę jest niejednokrotnie tylko przekaz medialny oraz publikacje w stylu „Czarnej księgi komunizmu”. Jednakże ludzie traktujący historię poważnie – czyli w oderwaniu od polityki – muszą przyjmować to co mówią źródła historyczne. Jeszcze raz powtarzam – wynikające ze źródeł historycznych obniżenie liczby deportowanych z Kresów Wschodnich w niczym nie umniejsza rozmiarów zbrodni stalinowskich oraz ogromu cierpienia ich ofiar, przed którym każdy człowiek musi chylić głowę.

[1] S. Ciesielski, Deportacje obywateli polskich w głąb Związku Radzieckiego w latach 1940-1941, http://www.sybir.bialystok.pl, strona Muzeum Pamięci Sybiru w Białymstoku, 1.01.2017, dostęp 3.02.2020.

[2] R. Sidorski, Stalin wcale nie wywiózł na Sybir milionów Polaków. Jakie są prawdziwe liczby i dlaczego trzeba o nich mówić?, http://www.ciekawostkihistoryczne.pl, 20.03.2017, dostęp 3.02.2010.

[3] Na nieludzką ziemię – sowieckie deportacje Polaków na Sybir, http://www.ipn.gov.pl, strona Instytutu Pamięci Narodowej, dostęp 3.02.2020.

[4] Cyt. za: P. Szubarczyk, Ilu Polaków Sowieci wywieźli?, http://www.naszdziennik.pl, strona „Naszego Dziennika”, 10.02.2010, dostęp 3.02.2020.

[5] R. Moorhouse, Pakt diabłów. Sojusz Hitlera i Stalina, Kraków 2015, s. 12, 95.

[6] W. Materski, T. Szarota (red.), Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami, Warszawa 2009.

[7] Cyt. za: Wstrząsające warunki życia Polaków deportowanych na Syberię i do Kazachstanu, http://www.nowahistoria.interia.pl, 10.02.2014, dostęp 3.02.2020.

[8] Tamże.

„Przegląd” nr 7 (1049), 10-16.02.2020, s. 27-29

Bohdan Piętka

13 lutego 2020 r.

Dwa oblicza wyzwolenia

27 stycznia 1945 r. trzy radzieckie dywizje z 60. Armii I Frontu Ukraińskiego oskrzydliły Oświęcim. Wyzwolenie obozu macierzystego KL Auschwitz I, obozu KL Auschwitz II-Birkenau i obozu KL Auschwitz III-Monowitz przypadło w udziale 100. lwowskiej dywizji strzeleckiej ze 106. korpusu 60. Armii. Wolności w tych obozach doczekało tylko około 7 tys. więźniów – w większości ciężko chorych i wycieńczonych, którzy byli niezdolni do wyruszenia w ewakuacyjne „marsze śmierci”, jakimi 10 dni wcześniej objęto 58 tys. więźniów KL Auschwitz i jego podobozów. Los więźniów pozostałych w obozach Auschwitz I, Birkenau i Monowitz do końca nie był niepewny. Wkraczając do tych obozów żołnierze Armii Czerwonej znaleźli zwłoki około 600 więźniów, zamordowanych w ostatnich dniach przez esesmanów lub zmarłych z wycieńczenia. Wyzwolenie miasta Oświęcimia i głównego kompleksu KL Auschwitz kosztowało życie ponad 230 żołnierzy radzieckich.

Dowódcą 100. lwowskiej dywizji, która wyzwoliła KL Auschwitz, był gen. mjr Fiodor M. Krasawin (1896-1948) – ofiara Wielkiego Terroru (1937-1938). Latem 1938 r. został aresztowany przez NKWD i skazany pod fałszywymi zarzutami na karę 12 lat pozbawienia wolności w obozach pracy przymusowej. W czerwcu 1940 r. Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego ZSRR złagodziło mu ten wyrok do 5 lat. Był jedną z tysięcy ofiar represji stalinowskich, jakie w tym czasie dotknęły i zdziesiątkowały kadrę dowódczą Armii Czerwonej. Agresja III Rzeszy na ZSRR 22 czerwca 1941 r. i kompromitujące klęski Armii Czerwonej w pierwszym etapie wojny radziecko-niemieckiej zmusiły Stalina do sięgnięcia po żyjące jeszcze w GUŁagu stare kadry oficerskie. Tak płk Krasawin odzyskał wolność w lutym 1942 r. i od razu został skierowany na front.

Najpierw dowodził 263. dywizją piechoty na froncie karelskim, a od 28 stycznia 1944 r. 100. dywizją, która pod jego komendą otrzymała miano „lwowskiej” za zasługi w zdobyciu Lwowa. Musiał dowodzić dobrze, tzn. osiągać sukcesy operacyjne. Inaczej w każdej chwili mógł wrócić w ręce NKWD. Wyroku skazującego przecież nie anulowano. Rehabilitacji doczekał się dopiero pośmiertnie – w 1968 r. Jego dywizja nie tylko otrzymała miano „lwowskiej”, ale została odznaczona orderem Czerwonego Sztandaru. Jej dowódca awansował w listopadzie 1944 r. na stopień generalski.

100. dywizja została sformowana w marcu 1942 r, w północnej Rosji. Walczyła najpierw na froncie woroneskim, a potem pierwszym ukraińskim. Jej żołnierze reprezentowali bogatą mozaikę narodowościową ZSRR. Nieznacznie przeważali wśród nich Rosjanie, ale nie brakowało też Ukraińców, Tatarów, Komiaków i in. Swój szlak bojowy dywizja zakończyła w maju 1945 r. w Pradze. Najważniejszy na tym szlaku był niewątpliwie KL Auschwitz. Jest w tym coś niesamowicie symbolicznego, że wyzwoleniem największego niemiecko-nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady kierował były więzień GUŁagu. To było rzeczywiście zetknięcie się dwóch totalitaryzmów, ale w zupełnie innym sensie niż się o tym zwykle mówi, zwłaszcza w narracji tzw. polityki historycznej. Historia potrafi stwarzać niezwykłe sytuacje i dawać lekcje pokory.

Gen. Krasawin zmarł trzy lata po wojnie w Kazaniu, gdzie wcześniej objął stanowisko dowódcy garnizonu. Zmarł z powodu niewydolności serca w wieku 52 lat. Czy skrócił mu życie czteroletni pobyt w GUŁagu, czy trudy wojny i stres związany z dowodzeniem dywizją, czy jedno i drugie, czy może zupełnie coś innego – nie wiem. On i jego żołnierze jako wyzwoliciele KL Auschwitz zasługują na najwyższy szacunek.

Fiodor M. Krasawin (1896-1948) – dowódca dywizji, która wyzwoliła KL Auschwitz

Fiodor M. Krasawin (1896-1948) – dowódca dywizji, która wyzwoliła KL Auschwitz.  Ofiara represji stalinowskich. Fot. domena publiczna.

Powiedział o tym otwarcie 27 stycznia 2015 r., podczas międzynarodowej uroczystości 70-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz, prezydent Bronisław Komorowski. „Stoimy w miejscu, gdzie w bestialski sposób wymordowano ponad milion ludzi – w przytłaczającej większości Żydów z nieomal całej Europy, jak również Polaków, Romów, jeńców sowieckich – i wielu, wielu innych… Stoimy w miejscu przypominającym o zbrodniczej nazistowskiej ideologii, która podważyła filary świata. Dokładnie o tej porze 70 lat temu obóz oswobodzili żołnierze 60. Armii Pierwszego Frontu Ukraińskiego Armii Czerwonej. Tego dnia, po południu 100. Lwowska Dywizja Piechoty wkroczyła do głównej części obozu. Z wdzięcznością i szacunkiem myślimy dzisiaj o tych żołnierzach” – powiedział wówczas prezydent Komorowski[1].

Tych słów chyba wtedy nie zauważono w Rosji, ale także w Polsce i gdzie indziej. Zauważono natomiast to, co 22 stycznia 2015 r. powiedział w programie I Polskiego Radia Grzegorz Schetyna o domniemanym wyzwoleniu obozu przez Ukraińców.

Była jednak też druga strona wyzwolenia Polski spod okupacji niemieckiej, którą chętnie dostrzega deprecjonująca to wyzwolenia polska polityka historyczna, a nie dostrzega jej zupełnie gloryfikująca z kolei Armię Czerwoną rosyjska polityka historyczna.

W wyzwolonym KL Auschwitz szybko powstał Szpital Obozowy Polskiego Czerwonego Krzyża. Do ratowania chorych i wycieńczonych więźniów przystąpiła też radziecka wojskowa służba medyczna. Ale wkrótce na terenie byłego KL Auschwitz powstały dwa obozy NKWD – łagier nr 22 i łagier nr 78 – w których więziono 25 tys. osób, w tym jeńców niemieckich, ale też osoby cywilne z Górnego Śląska i Podbeskidzia. Ich przeznaczeniem była deportacja w głąb ZSRR. Uwięzionym udało się potajemnie poinformować wojewodę Aleksandra Zawadzkiego, że w obozach NKWD w Oświęcimiu i Brzezince przebywa 12 tys. Polaków – osób cywilnych i jeńców byłej armii niemieckiej. Dzięki interwencji gen. Zawadzkiego u marsz. Konstantego Rokossowskiego Rosjanie zwolnili około 10 tys. osób internowanych w obozach NKWD na terenie byłego KL Auschwitz. Warto było o tym pamiętać, gdy „dekomunizowano” ulice Aleksandra Zawadzkiego. Przecież ryzykował co najmniej karierę polityczną podejmując tę oraz inne interwencje – jak np. w sprawie wywożonych do ZSRR górników i maszyn. Taka jest historia – nigdy czarno-biała.

Tego samego 27 stycznia 1945 r., kiedy czerwonoarmiści pod dowództwem gen. Krasawina otwierali bramy Auschwitz inni czerwonoarmiści dokonywali zbrodni wojennych w Przyszowicach i Miechowicach na pobliskim Górnym Śląsku. Żołnierze radzieccy wkroczyli do Przyszowic od strony Gliwic, myląc kierunki. Sądzili prawdopodobnie, że znajdują się na terytorium przedwojennych Niemiec i mogą się już mścić za to co hitlerowcy wyrządzili ZSRR. Znaleźli się jednak w ostatniej polskiej wsi przed przedwojenną granicą polsko-niemiecką, w której mieszkali m.in. powstańcy śląscy. Z rąk czerwonoarmistów zginęło tam co najmniej 61 lub 69 osób w wieku od 10 do 78 lat, w tym kilku byłych więźniów KL Auschwitz – Żydów z Węgier i Włoch, których ukryli Polacy z Przyszowic podczas marszu ewakuacyjnego.

W jednej z relacji na temat tej zbrodni czytamy: „Przy kurniku znaleźliśmy ciało Brzóski. Potem opowiedział mi Adolf Krzysteczko o tym, jak Franciszek Brzóska zginął. Oni witali nadjeżdżających żołnierzy radzieckich. Jeden z nich kazał Brzósce oddać zegarek. Gdy ten odmówił, jeden z Rosjan zastrzelił go strzałem z samochodu. Samochód się zatrzymał. Rosjanin zszedł na dół i zabrał ten zegarek”[2].

Oto inna relacja dotycząca zbrodni w Przyszowicach: „W sobotę 27 stycznia 1945 r., gdy walki we wsi ucichły, około 11.00 do naszej piwnicy weszli żołnierze radzieccy. Z tego, co słyszałam, oni pozabierali nam wszystkie zegarki, a następnie wyszli. Po około 30 minutach do piwnicy weszło kolejnych kilku Rosjan. Jeden z nich, który po dystynkcjach wyglądał na oficera, czystą niemczyzną stwierdził na widok ojca i brata, że nie powinno ich tam być, bo Niemcy wszystkich zabrali do wojska. W naszej piwnicy oprócz ww. był jeszcze Nikodem Kocur, lat około 45 – to był mąż cioci Emilii. Nadto jako czwarty Emil Smołka – brat Matyldy, żony Jana. […] Rosjanie kazali wyjść wszystkim z piwnicy. Kobiety i dzieci zaprowadzili do jednego pokoju, mężczyzn wyprowadzili na podwórko. Poza nimi wyprowadzili babcię Eufemię (matkę mojego ojca), wówczas lat 81. Żołnierze radzieccy kazali babci przyglądać się egzekucji. Jej przebieg znamy z opowieści babci Eufemii. Rosjanie po kolei kładli mężczyzn na plecach na ziemi. Ręce kładzionych butami przytrzymywali żołnierze radzieccy, a następnie strzałem w tętnice szyjną zabijano tak trzymanego. Babcia opowiadała, że to była taka przemyślana egzekucja, postrzelony umierał z upływu krwi. Babcia nie podała kolejności egzekucji”[3].

I jeszcze ta relacja: „W chwili wkroczenia Armii Czerwonej do wsi wszyscy ukryliśmy się u sąsiadów Lomaniów w piwnicy. W naszym domu nie było piwnicy. Tam ukrywaliśmy się około dwóch dni. Na zewnątrz trwały zacięte walki. W pewnym momencie do piwnicy wszedł żołnierz radziecki i wyprowadził Annę Lomanię. Ten żołnierz gdzieś z nią chodził, chyba szukał innych dziewczyn. Gdy wrócił do domu, Ania zaczęła krzyczeć »ratunku« i wołała brata Roberta. Padł jeden strzał i usłyszeliśmy, jak coś pada na klapę wejściową do piwnicy. Od razu zaczęła kapać krew spomiędzy desek, krew ciekła do beczki z kiszoną kapustą”[4].

Zbiorowa mogiła ofiar masakry w Przyszowicach 27 stycznia 1945 roku. Fot. domena publiczna

Zbiorowa mogiła ofiar masakry w Przyszowicach 27 stycznia 1945 r. Fot. domena publiczna.

W Miechowicach (obecnie dzielnica Bytomia) z rąk Armii Czerwonej zginęło w dniach 25-27 stycznia 1945 r. około 380 cywilnych mieszkańców – Niemców i Ślązaków. Też w tym samym czasie, gdy ich koledzy wyzwalali KL Auschwitz. Ustalono, że na Górnym Śląsku z rąk Armii Czerwonej zginęło co najmniej 2 tys. cywilów, w tym około 800 w Gliwicach i okolicy. Czasem był to odwet za próbę stawiania oporu przez cywilów-Niemców, przeważnie jednak dochodziło do odwetu na bezbronnych ludziach za zbrodnie dokonywane przez Niemców na Wschodzie. Ofiarą tego odwetu obok ludności niemieckiej padała też ludność słowiańska Górnego Śląska. W skomplikowaną tematykę mozaiki narodowościowej tego regionu strona radziecka nie wchodziła.

Mówiąc o wyzwoleniu KL Auschwitz trzeba też widzieć zbrodnie Armii Czerwonej na pobliskim Górnym Śląsku. Trzeba mówić i o jednym, i o drugim. Nie po to, żeby cokolwiek podważać, ale żeby obraz opowieści był prawdziwy. Taka jest historia. Nie jest czarno-biała. Jest trudna, złożona, wymagająca wysiłku myśli i woli. Ta trudna historia sprzed 75 i więcej lat jest dzisiaj przedmiotem walki polityk historycznych Polski i Rosji, przedmiotem narastającej wrogości pomiędzy oboma krajami, a powinna być przedmiotem zadumy i pokory. Nie historycznego odwetu z jednej strony i unikania prawdy z drugiej, ale wzajemnej zadumy i pokory.

Zbrodnie wojenne Armii Czerwonej na słowiańskiej ludności Górnego Śląska nie powinny unieważniać faktu wyzwolenia przez tę armię ziem polskich spod okupacji niemieckiej. Negacja faktu tego wyzwolenia ma bowiem m.in. i taki skutek polityczny, że wypisujemy Polskę z koalicji antyhitlerowskiej, w której Polska była razem z ZSRR – czy nam się to podoba czy nie. Z drugiej strony czyny chwalebne Armii Czerwonej – jak np. wyzwolenie KL Auschwitz – nie mogą unieważniać jej czynów haniebnych i rozgrzeszać polityki Stalina przed wojną, w jej czasie i po wojnie. Wydaje się to proste, ale nie dla polityków, którzy w miejsce historii mającej uczyć i wychowywać stworzyli politykę historyczną, by jątrzyć i dzielić.

Polacy i Rosjanie, ale też Polacy i Ukraińcy muszą ze sobą dojść do pojednania w prawdzie wbrew nieodpowiedzialnym ludziom po obu stronach, którzy używają historii do jątrzenia i wywołują upiory przeszłości. Muszą to uczynić wbrew swoim politykom, na których nie mają w tej mierze co liczyć.

[1] Cyt. za: Wystąpienie prezydenta na uroczystości w 70. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz-Birkenau, http://www.prezydent.pl, 27.01.2015.

[2] K. Banaś, „Zbrodnia na ludności cywilnej Przyszowic w świetle zeznań świadków”, (w:) D. Niesler (red.), „Tragedia w cieniu wyzwolenia. Górny Śląsk w 1945 roku”, Katowice 2015, s. 27.

[3] Tamże, s. 31.

[4] Tamże, s. 30.

Bohdan Piętka

29 stycznia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 5-6 (2277/2278), 2-9.02.2020, s. 10

Prawda o Auschwitz jest wezwaniem

27 stycznia 1945 r. żołnierze Armii Czerwonej otworzyli bramy obozu KL Auschwitz – największego niemieckiego i nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady. Przynieśli wolność około 7 tys. więźniów – w większości chorych i wycieńczonych, którzy nie zostali objęci ewakuacją i którym w każdej chwili groziła śmierć ze strony esesmanów. Niestety, dzień ten nie oznaczał końca gehenny dla 58 tys. więźniów KL Auschwitz, których w dniach 17-21 stycznia 1945 r. niemieccy esesmani wyprowadzili z obozu w ewakuacyjnych „marszach śmierci”. Od 9 do 15 tys. z nich zginęło na wiodących przez Górny Śląsk trasach „marszów śmierci”. Kolejni ginęli podczas transportu – przeważnie odkrytymi wagonami towarowymi-węglarkami, w ciężkich warunkach zimowych – do KL Mauthausen, KL Buchenwald, KL Flossenbürg i innych niemieckich obozów koncentracyjnych. Potem ginęli w tych obozach i podczas ich ewakuacji wiosną 1945 r. Więźniów KL Auschwitz nie zabrakło także wśród ofiar tragedii, która rozegrała się 3 maja 1945 r. na wodach Zatoki Lubeckiej. W wyniku omyłkowego ataku lotnictwa alianckiego zginęło wówczas około 7 tys. więźniów obozów koncentracyjnych, których Niemcy umieścili na statkach „Cap Arcona” i „Thielbeck”. Było wśród nich wielu Polaków, w tym ok. 400 mających za sobą wieloletni pobyt w KL Auschwitz.

Jednakże to dzień wyzwolenia największego niemieckiego i nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady stał się symboliczną datą końca epoki hitlerowskiej pogardy dla człowieka. Rocznica wyzwolenia KL Auschwitz jest od wielu lat podniośle obchodzona w Polsce i na całym świecie jako dzień pamięci o ofiarach Holokaustu i zbrodni nazistowskich. Zawsze była to rocznica ważna, jeśli nie najważniejsza, dla byłych więźniów, którzy przeżyli piekło tego i innych obozów hitlerowskich.

W okresie PRL obchody rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz w Oświęcimiu nie miały charakteru międzynarodowego i nie uczestniczyli w nich też przedstawiciele najwyższych władz państwowych. Uroczystości te odbywały się z udziałem organizacji zrzeszających byłych polskich więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych. Przez wiele lat współorganizatorem tych uroczystości było m.in. Towarzystwo Opieki nad Oświęcimiem – założone przez byłych polskich więźniów w 1983 roku. Chociaż nie eksponowano wtedy tematyki Holokaustu tak jak obecnie, nie była ona jednak całkiem pomijana w ówczesnej polskiej polityce historycznej.

Wielkim wydarzeniem tego okresu, w którym wzięli udział przedstawiciele najwyższych władz PRL, było natomiast odsłonięcie 16 kwietnia 1967 r. na terenie byłego obozu KL Auschwitz II-Birkenau Międzynarodowego Pomnika Ofiar Faszyzmu. W uroczystości tej uczestniczyło około 200 tys. osób, wśród nich premier PRL i były więzień KL Auschwitz Józef Cyrankiewicz oraz uczestniczący w wyzwoleniu obozu radziecki gen. Wasilij Pietrenko. W swoim przemówieniu premier Cyrankiewicz powiedział m.in.: „Oddajmy hołd wszystkim tutaj zamordowanym, budując wedle swoich sił i umiejętności nowe życie wolnych, współżyjących ze sobą narodów, aby zmazać tę hańbę z ludzkości, jaką było to, co działo się w Oświęcimiu. Aby już nigdy więcej! Tylko wtedy będzie to pomnik nie tylko pamięci, ostrzeżenia i czujności, ale i pojednania ludzi i narodów, idących tą samą drogą do tych samych celów”. Odsłonięciu Pomnika towarzyszyła premiera oratorium „Dies Irae (Dzień Gniewu)” Krzysztofa Pendereckiego.

Miejsce byłego KL Auschwitz odwiedzały jednak przed 1989 rokiem – poza obchodami rocznicy wyzwolenia – liczne delegacje zagraniczne. Hołd ofiarom tego obozu składali m.in. tacy przywódcy jak prezydent USA Gerald Ford w 1975 r., kanclerz RFN Helmut Schmidt, prezydent Jugosławii Josip Broz-Tito, czy cesarz Etiopii Hajle Syllasie I. Znaczącym wydarzeniem była wizyta w byłym KL Auschwitz w listopadzie 1977 r. kanclerza RFN Helmuta Schmidta. Była to pierwsza wizyta zachodnioniemieckiego przywódcy w tym miejscu. „Właściwie to miejsce nakazuje milczeć. Ale jestem pewien, że niemiecki kanclerz nie może tutaj milczeć” – powiedział wtedy Schmidt. Przywódca RFN mówił następnie o cierpieniach Polaków oraz o niemieckiej odpowiedzialności i winie. Stwierdził również, że „polityka potrzebuje moralnego fundamentu i obyczajowej orientacji”. Polska telewizja państwowa transmitowała to przemówienie na żywo.

Jeszcze bardziej doniosłym wydarzeniem była wizyta w miejscu byłego KL Auschwitz papieża Jana Pawła II 7 czerwca 1979 r. W wygłoszonej wtedy homilii papież-Polak powiedział m.in.: „Przychodzę więc i klękam na tej Golgocie naszych czasów, na tych mogiłach w ogromnej mierze bezimiennych, jak gigantyczny grób nieznanego żołnierza. Klękam przy wszystkich po kolei tablicach Brzezinki, na których napisane jest wspomnienie ofiar Oświęcimia (…). Za wojnę są odpowiedzialni nie tylko ci, którzy ją bezpośrednio wywołują, ale również ci, którzy nie czynią wszystkiego, co leży w ich mocy, aby jej przeszkodzić. (…) Nigdy jeden naród nie może rozwijać się kosztem drugiego, nie może rozwijać się za cenę drugiego, za cenę jego uzależnienia, podboju, zniewolenia, za cenę jego eksploatacji, za cenę jego śmierci”. Powiedział również: „I jeszcze jedna tablica – wybrana… Tablica z napisem w języku rosyjskim. Nie dodaję żadnego komentarza. Wiemy, o jakim narodzie mówi ta tablica. Wiemy, jaki był udział tego narodu w ostatniej straszliwej wojnie o wolność ludów. I wobec tej tablicy nie wolno nam przejść obojętnie”.

Jego następcy – Benedykt XVI i Franciszek – złożyli wizyty w byłym KL Auschwitz w 2006 i 2016 r.

Pierwsze międzynarodowe obchody rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz odbyły się w 1995 r., w 50-tą rocznicę wyzwolenia obozu. Uczestniczył w nich prezydent Lech Wałęsa oraz liczne państwowe delegacje zagraniczne i delegacje społeczności żydowskich z Izraela, USA i Europy. Organizatorem tych uroczystości była Rada Pamięci Walk i Męczeństwa, której sekretarzem generalnym był wówczas Andrzej Przewoźnik (1963-2010).

Do 50-tej rocznicy wyzwolenia obozu odniósł się również 29 stycznia 1995 r. papież Jan Paweł II w rozważaniu podczas modlitwy Anioł Pański: „50-ta rocznica wyzwolenia więźniów obozu w Oświęcimiu przypomina o jednym z najbardziej mrocznych i tragicznych momentów historii. W Oświęcimiu, podobnie jak w innych obozach koncentracyjnych, zginęło wielu niewinnych ludzi różnej narodowości. Zwłaszcza synowie i córki narodu żydowskiego, skazanego na planową zagładę przez reżim hitlerowski, przeszli przez dramatyczne doświadczenie Holokaustu. Był to przejaw zaćmienia rozumu, sumienia i serca. Wspomnienie tego triumfu zła musi budzić w nas głęboką gorycz i braterską solidarność z tymi, którzy noszą niezatarte znamię tej tragedii”.

Wpływ na umiędzynarodowienie obchodów rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz miało niewątpliwie ustanowienie 1 listopada 2005 r. przez Zgromadzenie Ogólne ONZ dnia 27 stycznia Międzynarodowym Dniem Pamięci o Ofiarach Holokaustu. 27 stycznia tego roku – w 60-tą rocznice wyzwolenia obozu – odbyły się pod Pomnikiem Ofiar Faszyzmu na terenie byłego obozu Birkenau kolejne wielkie uroczystości międzynarodowe. Wzięło w nich udział ponad tysiąc żyjących jeszcze wtedy byłych więźniów KL Auschwitz z Polski, Izraela, Rosji, Francji, USA, Niemiec i innych krajów oraz delegacje z ponad 40 państw – w tym prezydenci Polski – Aleksander Kwaśniewski, Izraela – Mosze Kacaw, Rosji – Władimir Putin, Francji – Jacques Chirac, Niemiec – Horst Köhler, Ukrainy – Wiktor Juszczenko i wiceprezydent USA Dick Cheney. Do uczestników uroczystości swoje przesłanie skierował papież Jan Paweł II. W przesłaniu tym – odczytanym przez nuncjusza apostolskiego abpa Józefa Kowalczyka – zwierzchnik Kościoła katolickiego podkreślił, że nie wolno nikomu przejść obojętnie wobec tragedii Shoa, a prawda o Auschwitz jest wezwaniem dla współczesnego pokolenia do odpowiedzialności za kształt historii.

Przemawiający w imieniu byłych więźniów Władysław Bartoszewski oświadczył, że więźniowie mają prawo wierzyć, że ich cierpienie i śmierć ich bliskich miały znaczący sens dla lepszej przyszłości wszystkich ludzi. Z naciskiem podkreślił, że żadne państwo świata nie zareagowało odpowiednio na płynące z Polski wieści o tym co dzieje się w obozie Auschwitz, a adekwatna odpowiedź na te doniesienia mogłaby ocalić życie przynajmniej części ofiar.

„Musimy mówić, pamiętać i krzyczeć: tu było piekło na Ziemi! (…) Wciąż nie możemy zapomnieć, że to »ludzie ludziom zgotowali ten los«” – powiedział wtedy prezydent A. Kwaśniewski. Z kolei prezydent Rosji Władimir Putin zaznaczył, że „trzeba wyraźnie i jednoznaczne powiedzieć: wszelkie próby rewidowania historii, stawiania w jednym szeregu ofiar i katów, wyzwolicieli i okupantów, są amoralne i nie do przyjęcia”. Ponadto przywódca Rosji stwierdził, że „jesteśmy zobowiązani ogłosić jednym głosem obecnemu i przyszłym pokoleniom: nikt nie może i nie ma prawa być obojętnym wobec antysemityzmu, nacjonalizmu, ksenofobii, rasowej i religijnej nietolerancji”. Dodał, że jest mu wstyd za występujący w Rosji antysemityzm.

Mosze Kacaw zwrócił uwagę, że aktu zagłady dokonał naród, który wydał z siebie najwspanialszych naukowców, muzyków. Jak mówił, wielu z nich wiedziało o morderstwie, lecz pozostali obojętni. „Świat wiedział o zagładzie i milczał” – powiedział Kacaw.

Uroczystości w byłym obozie Birkenau poprzedziło Forum „Pozwólcie żyć narodowi mojemu”, które odbyło się tego samego dnia w Teatrze Słowackiego w Krakowie z udziałem przywódców państw, intelektualistów, artystów, byłych więźniów i weteranów Armii Czerwonej, którzy wyzwalali obóz.

Od przełomu pierwszej i drugiej dekady XXI wieku uroczystości rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz i Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu mają wyłącznie charakter międzynarodowy. Uczestniczą w nich premier polskiego rządu lub przedstawiciel Kancelarii Prezydenta RP oraz ambasadorowie Izraela, Niemiec, Rosji i USA, a podczas rocznic „półokrągłych” i „okrągłych” także delegacje państwowe na najwyższym szczeblu. Tak było podczas 65-tej rocznicy wyzwolenia obozu w 2010 r. z udziałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Donalda Tuska, premiera Izraela Binjamina Netanjahu i delegacji Knesetu, ministra edukacji i nauki Rosji Andrieja Fursenki, przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka i kilkudziesięciu delegacji państwowych. Na obchody 70-tej rocznicy wyzwolenia obozu w 2015 r. przybyły delegacje z ponad 40 państw. Polskę reprezentował prezydent Bronisław Komorowski, Niemcy – prezydent Joachim Gauck, Francję – prezydent Frnçois Hollande, Ukrainę –prezydent Petro Poroszenko, Litwę – prezydent Dalia Grybauskaite, Słowację – prezydent Andrej Kiska, Czechy – premier Bohuslav Sobotka, Belgię – król Filip I, Holandię – król Willem-Alexander, USA – sekretarz skarbu Jack Lew, Izrael – przewodniczący Rady Yad Vashem rabin Meir Lau, a Stolicę Apostolską – kard. Stanisław Dziwisz. Nie przybył prezydent USA Barack Obama, który przesłał jedynie oświadczenie. Zapewnił w nim, że „nigdy nie zapomnimy o ofiarach Holokaustu i obiecujemy, że nigdy więcej nic podobnego się nie powtórzy”. Nie przybył również Władimir Putin, który twierdził, że go nie zaproszono, ale faktycznie zbojkotował uroczystość w Polsce. Już wtedy przywódca Rosji próbował organizować konkurencyjne obchody rocznicy wyzwolenia Auschwitz z udziałem Wiaczesława Mosze Kantora i prezydenta Czech Miloša Zemana w Pradze i na terenie byłego obozu koncentracyjnego w Terezinie. W związku z niepowodzeniem zorganizowania przez Rosję takich obchodów alternatywnych, na uroczystość 70-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz przybyła jednak do Oświęcimia i Brzezinki delegacja rosyjska z szefem administracji prezydenta Rosji Siergiejem Iwanowem na czele.

Prezydent Bronisław Komorowski w swoim przemówieniu 27 stycznia 2015 r. podczas międzynarodowej uroczystości w byłym obozie Birkenau podkreślił m.in., że „dokładnie o tej porze, 70 lat temu, obóz oswobodzili żołnierze 60. Armii Pierwszego Frontu Ukraińskiego Armii Czerwonej”, a „po południu 100. Lwowska Dywizja Piechoty wkroczyła do głównej części obozu. Z wdzięcznością i szacunkiem myślimy dzisiaj o tych żołnierzach”.

W uroczystości wzięło udział około 300 żyjących jeszcze byłych więźniów KL Auschwitz – głównie z Polski i Izraela. W imieniu byłych więźniów polskich przemówił Kazimierz Albin, a w imieniu byłych więźniów żydowskich przemówili Halina Birenbaum i Roman Kent. Kazimierz Albin przypomniał, że w obozie i wokół niego istniał zorganizowany ruch oporu kierowany przez AK, Polską Partię Socjalistyczną i Bataliony Chłopskie, a „ofiarność ludności polskiej ze strefy przyobozowej była bezcenna”. Natomiast Roman Kent mówił o próbach negowania Holokaustu. Jego zdaniem „wraz z upływem czasu wyraźniej widać, że ideologiczni spadkobiercy sprawców tej zbrodni, podobnie jak negacjoniści, ludzie niedouczeni (…) próbują wygładzić Shoah”.

Ważna uroczystość odbyła się również podczas obchodów 68-mej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz 27 stycznia 2013 r. Miało wtedy miejsce odsłonięcie rosyjskiej wystawy narodowej w bloku 14 byłego obozu macierzystego KL Auschwitz I. Wystawa ta – na której pokazane są m.in. męczeństwo jeńców radzieckich i martyrologia obywateli ZSRR w KL Auschwitz oraz rola Armii Czerwonej w wyzwoleniu obozu – została przygotowana przez Ministerstwo Kultury Federacji Rosyjskiej oraz Centralne Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Moskwie. W jej otwarciu uczestniczyli przewodniczący Dumy Państwowej Rosji Siergiej Naryszkin, wicemarszałek Sejmu RP Jerzy Wenderlich, ministrowie kultury Rosji i Polski Władimir Medinski i Bogdan Zdrojewski oraz żyjący weterani Armii Czerwonej, którzy wyzwalali obóz.

Tegoroczne międzynarodowe obchody 75-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz będą prawdopodobnie jednymi z ostatnich, w których wezmą udział ostatni żyjący byli więźniowie tego obozu. Po ich odejściu trudna rola strażników pamięci spadnie na tych, którzy rozumieją znaczenie pamięci i prawdy historycznej o zbrodniach nazistowskich w zapobieganiu powtórzeniu się koszmaru, jaki miał miejsce w KL Auschwitz i innych niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych i obozach zagłady.

Bohdan Piętka

29 stycznia 2020 r.

„Przegląd” nr 5 (1047), 27.01-2.02.2020, s. 18-20

Wyzwolenie KL Auschwitz

Wyzwolenie KL Auschwitz w dniu 27 stycznia 1945 r. położyło kres ponad czterech i pół lat historii największego niemieckiego i nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady. Obozu, który pochłonął życie 1,1 mln ofiar, głównie Żydów, ale także około 70 tys. Polaków, 21 tys. Romów, 15 tys. jeńców radzieckich i tysięcy więźniów innych narodowości (Białorusinów, Czechów, Francuzów, Jugosłowian, Niemców, Rosjan, Ukraińców i in.). Obozu, który stał się na zawsze wiodącym symbolem barbarzyństwa nazistowskiego totalitaryzmu.

Ostatni etap historii KL Auschwitz rozpoczął się tuż pod koniec czerwca 1944 r., kiedy Armia Czerwona przystąpiła do ofensywy letniej. W wyniku tej ofensywy wojska radzieckie dotarły do linii Wisła-Wisłoka i od Oświęcimia dzieliło je niecałe 200 km. Władze niemieckie wzięły wówczas pod uwagę możliwość likwidacji obozu w przypadku dalszego posuwania się frontu. Podjęto w związku z tym wstępne działania ewakuacyjno-likwidacyjne. W ich ramach od końca czerwca 1944 r. do połowy stycznia 1945 r. stopniowo przenoszono więźniów KL Auschwitz do obozów koncentracyjnych w głębi Rzeszy, takich jak Buchenwald, Dachau, Flossenbürg, Gross-Rosen, Mauthausen, Mittelbau-Dora, Natzweiler, Neuengamme, Ravensbrück i Sachsenhausen. Ta wstępna ewakuacja objęła około 65 tys. więźniów. W połowie stycznia 1945 r. przebywało w KL Auschwitz jeszcze około 67 tys. więźniów – ponad 31 tys. z nich w obozie macierzystym KL Auschwitz I oraz w obozie KL Auschwitz II-Birkenau, ponad 35 tys. w podobozach znajdujących się w prowincji górnośląskiej, a około 600 pozostałych w trzech podobozach funkcjonujących na Morawach.

12 stycznia 1945 r. rozpoczęła się ofensywa zimowa Armii Czerwonej. Szybkie postępy tej ofensywy spowodowały, że wyższy dowódca SS i policji we Wrocławiu SS-Obergruppenführer Ernst-Heinrich Schmauser wydał rozkaz ewakuacji więźniów KL Auschwitz. Ogółem objęto ewakuacją – głównie pieszą – w dniach 17-23 stycznia 1945 r. ponad 58 tys. więźniów KL Auschwitz z obozu macierzystego KL Auschwitz I, obozu Birkenau i 29 podobozów. W dwóch głównych obozach oświęcimskich i kilku podobozach pozostało niecałe 9 tys. przeważnie krańcowo wyczerpanych pod względem fizycznym oraz ciężko chorych więźniów, a także członków więźniarskiego personelu szpitali obozowych.

Ostateczna ewakuacja więźniów oświęcimskich stanowiła jeden z najtragiczniejszych rozdziałów historii KL Auschwitz. Przemarsze kolumn ewakuacyjnych przez Górny i Dolny Śląsk nazwano „marszami śmierci”. Zaśnieżone i oblodzone drogi zostały usłane zwłokami więźniów zmarłych z wyczerpania i wskutek przemarznięcia, a w jeszcze większej liczbie zastrzelonych przez konwojujących ich esesmanów. Większość ewakuowanych więźniów skierowano dwiema głównymi trasami. Pierwsza – licząca 63 km – wiodła z Oświęcimia do Wodzisławia Śląskiego. Ewakuowano nią około 25 tys. więźniów. Druga – licząca 55 km – wiodła z Oświęcimia przez Mikołów do Gliwic. Przeszło nią co najmniej 17 tys. więźniów oświęcimskich. Więźniowie, którzy dotarli do Wodzisławia Śląskiego i Gliwic zostali odprawieni transportami kolejowymi do obozów koncentracyjnych w głębi Rzeszy. Jedną z najdłuższych tras – liczącą 250 km – przebyło 3,2 tys. więźniów z podobozu oświęcimskiego Neu-Dachs w Jaworznie, których ewakuowano w pieszym marszu do KL Gross-Rosen na Dolnym Śląsku. Ogółem ewakuacja KL Auschwitz pochłonęła życie od 9 do 15 tys. więźniów.

Teren obozu macierzystego KL Auschwitz I i obozu Birkenau był strzeżony przez stałe posterunki SS do 20 bądź 21 stycznia 1945 r. Wtedy pełniący jeszcze służbę na obozowych wieżach strażniczych esesmani w większości opuścili obóz. Nadal jednak teren obozowy patrolowały liczne oddziały SS. Przejeżdżały tamtędy również oddziały Wehrmachtu. 20 stycznia wysadzono w powietrze budynki krematoriów II i III, natomiast 26 stycznia krematorium V. Ponad 8500 w większości chorych i wyczerpanych więźniów znajdowało się do końca w sytuacji niepewnej. SS-Obergruppenführer Schmauser wydał rozkaz unicestwienia więźniów, którzy nie zostali objęci ewakuacją. Rozkaz ten nie został wykonany prawdopodobnie z powodu pospiesznej ucieczki esesmanów, jednakże doszło do kilku masakr na pozostałych w KL Auschwitz więźniach.

W dniach 20 lub 21 oraz 25 stycznia 1945 r. w obozie Birkenau zostało zamordowanych od 300 do 400 żydowskich więźniów i więźniarek przez specjalnie przybyłe w tym celu, nie rozpoznane bliżej oddziały SS i funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa (SD). Masakr dokonano też w dniach 19-27 stycznia 1945 r. na około 400 więźniach podobozów oświęcimskich w Blachowni Śląskiej, Czechowicach, Gliwicach, Rydułtowach i Wesołej.

Zadanie wyzwolenia KL Auschwitz przypadło 60. armii I Frontu Ukraińskiego w chwili, gdy nacierała ona lewym brzegiem Wisły od Krakowa w kierunku Górnego Śląska. Wojska radzieckie otrzymały bliższe informacje o KL Auschwitz dopiero po wyzwoleniu Krakowa 18 stycznia 1945 r. i dlatego nie dotarły do Oświęcimia przed 27 stycznia. Na rozkaz dowódcy 60. armii gen. Pawła Kuroczkina trzy jej dywizje oskrzydliły formacje niemieckie w Oświęcimiu. Najszybsza z nich była 100. dywizja strzelecka ze 106. korpusu. W sobotę 27 stycznia przed południem pierwsi jej zwiadowcy zjawili się we wschodnim rejonie Oświęcimia, gdzie znajdował się podobóz Monowitz. Tego samego dnia dotarła do miasta od północy 148. dywizja piechoty 106. korpusu, a od południowego wschodu 322. dywizja 28. korpusu 60. Armii. Do centrum Oświęcimia żołnierze radzieccy weszli wczesnym popołudniem 27 stycznia. Następnie skierowali się w stronę obozu macierzystego i obozu Birkenau. Tylko przy pierwszym z nich napotkali na opór cofających się oddziałów niemieckich, który szybko przełamali. Oba obozy zajęli około godziny 15-tej.

W bezpośrednich walkach o wyzwolenie podobozu Monowitz, obozu macierzystego, obozu Birkenau oraz Oświęcimia i okolicy poległo 231 żołnierzy radzieckich. Od 60 do 70 z nich zginęło w walkach w strefie obozowej. Znajdowali się wśród nich m.in. podporucznik narodowości tatarskiej Gilmudin Badryjewicz Baszirow oraz dowódca 472. pułku piechoty, płk Siemen Lwowicz Biesprozwannyj. W większości spoczywają oni na cmentarzu miejskim w Oświęcimiu. W obozie macierzystym, obozie Birkenau i podobozie Monowitz wyzwolenia doczekało około 7 tys. więźniów, w tym ponad 400 dzieci w wieku od kilku dni do 15 lat. Około 500 więźniów zostało wyzwolonych przed 27 stycznia w podobozach oświęcimskich w Blachowni Śląskiej, Jawiszowicach, Jaworznie, Libiążu, Starej Kuźni, Świętochłowicach i Wesołej. Na terenie obozowym w Oświęcimiu i Brzezince żołnierze radzieccy znaleźli około 600 zwłok więźniów zastrzelonych przez esesmanów w trakcie wycofywania się z Oświęcimia oraz zmarłych w tym czasie z wycieńczenia.

Wyzwolenie KL Auschwitz było zasługą głównie 100. lwowskiej dywizji strzeleckiej. Stała się ona bohaterką światowych mediów 27 stycznia 2015 r., kiedy ówczesny minister spraw zagranicznych Polski Grzegorz Schetyna ogłosił, że KL Auschwitz wyzwolili Ukraińcy. Z faktu, że dywizja miała w nazwie przymiotnik „lwowska” oraz że działała w ramach I Frontu Ukraińskiego minister wyciągnął bowiem wniosek, że służyli w niej głównie Ukraińcy. Jednakże dywizja miała nazwę „lwowska” dlatego, że pod koniec lipca 1944 r. zdobyła Lwów i została w ten sposób wyróżniona przez dowództwo, natomiast nazwa frontu była związana z kierunkiem operacyjnym jego działania, a nie narodowością żołnierzy.

Żołnierze służący w 100. lwowskiej dywizji strzeleckiej byli różnych narodowości, ponieważ ZSRR był państwem wielonarodowościowym. Dziennikarskie śledztwo sprowokowane przez szefa polskiej dyplomacji ustaliło, że 60 % z nich stanowili Rosjanie. Dywizja ta została sformowana 18 marca 1942 r. w Wołogdzie z żołnierzy pochodzących z obwodów wołogodzkiego, archangielskiego i autonomicznej Republiki Komi. Na pewno nie byli to więc Ukraińcy. Ci mogli być wcielani dopiero, gdy dywizja weszła do walk na Ukrainie. Początkowo 100. dywizja walczyła na froncie woroneskim, a następnie brała udział w operacjach: woronesko-kastornieńskiej, żytomiersko-berdyczowskiej, proskurowsko-czerniowieckiej, lwowsko-sandomierskiej, sandomiersko-śląskiej (podczas której wyzwoliła KL Auschwitz), morawsko-ostrawskiej i w praskiej operacji strategicznej, w czasie której brała udział w wyzwoleniu Opawy i Pragi (6-11 maja 1945 r.). Od 28 stycznia 1944 r, do 11 maja 1945 r. dowódcą dywizji był płk Fiodor M. Krasawin (1896-1948), awansowany w listopadzie 1944 r. na stopień generała majora.

Późniejszy wyzwoliciel Auschwitz urodził się w rodzinie rosyjskich chłopów w guberni jarosławskiej. Podczas pierwszej wojny światowej walczył w armii rosyjskiej, a podczas wojny domowej w Armii Czerwonej. Po jej zakończeniu został zawodowym oficerem. W 1933 roku ukończył Akademię Wojskową Armii Czerwonej im. M. Frunze. Tak jak wielu oficerów Armii Czerwonej stał się ofiarą Wielkiego Terroru (1937-1938). Aresztowano go w lipcu 1938 r. Trybunał wojskowy skazał go pod fałszywymi zarzutami na 12 lat obozów pracy przymusowej. W czerwcu 1940 r. Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego ZSRR złagodziło ten wyrok do 5 lat. Z łagrów uwolniła go agresja Niemiec na ZSRR w 1941 roku. Klęski i straty ponoszone przez stronę radziecką w pierwszej fazie wojny spowodowały, że Stalin sięgnął po kadry oficerskie uwięzione w GUŁAG-u. Fiodor Krasawin doczekał się zwolnienia z łagru w lutym 1942 r. i od razu został wysłany na front.

Dowodził m.in. 263. dywizją piechoty, która walczyła w Karelii, a następnie 100. dywizją strzelecką. Za wyzwolenie KL Auschwitz został odznaczony Orderem Aleksandra Newskiego. Po wojnie dowodził m.in. 26. homelską brygadą strzelecką i garnizonem w Kazaniu. Na tym stanowisku gen. Krasawin zmarł w październiku 1948 r. w wieku 52 lat z powodu niewydolności serca. W 1968 roku został pośmiertnie zrehabilitowany przez Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego ZSRR za skazanie i uwięzienie w latach 1938-1942.

Część wyzwolonych więźniów oświęcimskich znajdujących się we względnie dobrym stanie fizycznym niezwłocznie opuściła były obóz i udała się do swoich miejscowości rodzinnych. Większość z nich wymagała jednak natychmiastowej pomocy medycznej. Pospieszyły im z pomocą radziecka wojskowa służba medyczna oraz społeczeństwo polskie. Szczególną rolę odegrał przy tym aktyw Polskiego Czerwonego Krzyża z Oświęcimia, Brzeszcz i Krakowa. Z Krakowa przybyła na teren byłego KL Auschwitz najliczniejsza grupa ochotników PCK, wśród nich uczestnicy powstania warszawskiego. Dzięki nim na terenie byłego obozu obok radzieckich szpitali wojskowych powstał Szpital Obozowy PCK. Jego kierownictwo objął dr Józef Bellert. Wieloma chorymi więźniami zaopiekowały się też siostry zakonne Serafitki w Oświęcimiu, przyjmując ich do swojego zakładu. Pod opieką tych szpitali znalazło się ponad 4500 chorych byłych więźniów – obywateli ponad 20 państw. Wśród nich było około 960 obywateli polskich. Dużą, licząca 160-170 osób grupę tworzyły Polki deportowane do KL Auschwitz z Warszawy podczas powstania warszawskiego. Wycieńczonych głodem pacjentów stopniowo przyzwyczajano do jedzenia, dawkując im posiłki niemal jak leki, np. zupę z przecieranych ziemniaków w ilości trzy razy dziennie po łyżce, a po pewnym czasie po kilka łyżek. Przez wiele tygodni po wyzwoleniu pielęgniarki znajdowały pod siennikami i materacami chleb, chowany obozowym zwyczajem przez niektórych chorych na następny dzień w niedowierzaniu, że wkrótce otrzymają nowe porcje. Niestety, nie wszystkich chorych udało się uratować.

Większość ocalonych więźniów opuściła radzieckie szpitale i Szpital Obozowy PCK w ciągu trzech-czterech miesięcy po wyzwoleniu. Setki z nich, pochodzących spoza Polski, przewieziono do repatriacyjnych punktów zbornych i sanitarnych, które przygotowały polskie instytucje społeczne w Bielsku, Katowicach i Krakowie. Zanim udali się do swoich miejsc zamieszkania zwrócili się do światowej opinii publicznej z kilkoma rezolucjami, w których piętnowali zbrodnie hitlerowskie, ostrzegali przed niebezpieczeństwem ich powtórzenia oraz wzywali do przeciwdziałania temu niebezpieczeństwu. W jednej z takich rezolucji – podpisanej przez 27 osób reprezentujących inteligencję różnych krajów – czytamy w zakończeniu: Jako wyzwoleni więźniowie zawdzięczamy życie bohaterskiej Armii Czerwonej i prosimy międzynarodową społeczność i wszystkie rządy o przyjęcie tego do wiadomości i wyrażenie wdzięczności w naszym imieniu[1].

Faktu tego negować nie można. Hołd wyzwolicielom KL Auschwitz – niezależnie od takich czy innych ocen wyzwolenia ziem polskich w latach 1944-1945, formułowanych czy to przez historyków, czy przez dziennikarzy, czy przez polityków – oddaje stała wystawa na ekspozycji rosyjskiej w bloku 14 w Muzeum Auschwitz-Birkenau. Nieopodal zbiorowej mogiły ostatnich ofiar KL Auschwitz przy ulicy Więźniów Oświęcimia znajduje się też obelisk z napisem Żołnierzom Armii Radzieckiej – oswobodzeni 1945. Jest to chyba ostatni albo jeden z ostatnich pomników Armii Czerwonej w Polsce. Nikt mu dotychczas nie zarzucił, że propaguje totalitaryzm.

Jeśli jednak mówimy o wyzwoleniu przez Armię Czerwoną i jej zwycięstwie nad niemieckim nazizmem, to – nie podważając tego faktu – trzeba też powiedzieć o jego drugiej stronie. Wymaga tego uczciwość historyczna. Tego samego 27 stycznia 1945 r., kiedy czerwonoarmiści otwierali bramy KL Auschwitz ich koledzy dokonali zbrodni wojennej w Przyszowicach w powiecie gliwickim. Sądzili, że są na terytorium przedwojennych Niemiec i będą mogli wziąć odwet na ludności wroga za agresję Hitlera na Związek Radziecki. Tymczasem Przyszowice były ostatnią polską wsią przed granicą z Niemcami, przyłączoną do Macierzy po plebiscycie w 1921 r. W tej miejscowości mieszkało wielu powstańców śląskich i działaczy plebiscytowych. Czerwonoarmiści pomylili kierunki i wkroczyli do Przyszowic od strony Gliwic. Wydawało im się, że są na przedwojennym terytorium niemieckim. Do wychodzących im na powitanie mieszkańców strzelali bez ostrzeżenia i bez tłumaczeń. Zginęło co najmniej 69 osób w wieku od 10 do 78 lat, w tym kilku Żydów węgierskich i włoskich – więźniów KL Auschwitz – których Polacy z Przyszowic ukryli podczas „marszu śmierci”. W pobliskich Gierałtowicach czerwonoarmiści wymordowali siedmioosobową rodzinę, a w Gliwicach i okolicy od stycznia do końca wiosny 1945 r. aż 800 osób – Niemców i Ślązaków. Do podobnych zbrodni doszło też w Miechowicach koło Bytomia, Raciborzu i innych miejscowościach. Żądni odwetu na Niemcach żołnierze radzieccy mordowali niejednokrotnie słowiańską ludność Górnego Śląska[2].

Na terenie byłego KL Auschwitz powstały dwa obozy NKWD. Pierwszy z ich funkcjonował w byłym obozie macierzystym KL Auschwitz I od wiosny do jesieni 1945 r. i przetrzymywano w nim wyłącznie jeńców niemieckich. W nomenklaturze NKWD określany był jako łagier nr 22. Drugi z tych obozów – formalnie też jeniecki, określany jako łagier nr 78 – został założony w obrębie byłego obozu kobiecego na odcinkach BIa i BIb KL Auschwitz II-Birkenau. Istniał od wiosny 1945 do wiosny 1946 r. Jednakże do przełomu lata i jesieni 1945 r. więziono w nim także osoby cywilne pochodzące z Górnego Śląska i Podbeskidzia. W obozach tych przebywało łącznie nie mniej niż 25 tys. osób. Ich komendantem był pułkownik o nazwisku Masłobojew. Były to obozy przejściowe, w których umieszczano głównie jeńców niemieckich, przed ich deportacją do łagrów na terenie ZSRR.

Wiosną 1945 r. polskie komunistyczne władze wojewódzkie w Katowicach zostały poinformowane przez internowanych, którzy potajemnie wysłali list do wojewody śląskiego, gen. Aleksandra Zawadzkiego, że w obozach NKWD w Oświęcimiu przebywa 12 tys. Polaków – osób cywilnych i jeńców byłej armii niemieckiej. W rezultacie interwencji wojewody Zawadzkiego w drugiej połowie sierpnia i we wrześniu 1945 r. Rosjanie zwolnili dużą liczbę (podobno 10 tys.) internowanych osób cywilnych i jeńców wojennych.

W Oświęcimiu istniał też po wyzwoleniu obóz Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Utworzono go niedaleko dworca kolejowego na terenie byłego „Gemeinschaftslagru”, w którym w latach wojny przebywali robotnicy polscy, pracujący przymusowo przy pracach budowlanych na terenie KL Auschwitz. Według zapisów zgonów w księgach parafii rzymskokatolickiej Matki Bożej Królowej Polski w Oświęcimiu-Brzezince, w okresie od 20 kwietnia 1945 r. do lutego 1946 r. odnotowano w obozie PUBP śmierć blisko 150 osób, pochodzących głównie z okolic Bielska-Białej i z Górnego Śląska[3].

Mówiąc o wyzwoleniu KL Auschwitz trzeba widzieć całość – nie tylko bohaterskich czerwonoarmistów wyzwalających obóz, ale także obozy NKWD powstałe na terenie wyzwolonego KL Auschwitz i masakry Armii Czerwonej na ludności słowiańskiej i niemieckiej pobliskiego Górnego Śląska. Moim zdaniem jedno nie unieważnia drugiego i nie odbiera chwały wyzwolicielom KL Auschwitz. Musimy zrozumieć całą złożoność tych wydarzeń historycznych, a nie wybierać z nich tylko jeden element – jak czyni to z jednej strony polska polityka historyczna, która chciałaby widzieć przeważnie negatywne strony działań Armii Czerwonej na ziemiach polskich, a z drugiej strony rosyjska polityka historyczna, dla której bohaterskie czyny Armii Czerwonej mają być zasłoną dla czynów haniebnych i zbrodni radzieckich.

Historia nigdy nie jest czarno-biała. Zawsze jest trudna i skomplikowana w stopniu czasem przekraczającym wyobrażenia i oczekiwania osób, które widzą w historii jedynie narzędzie propagandy uzasadniającej jakąś politykę. Tak też jest z historią Polski w latach 1944-1945 i później. Czarno-biała jest historia tylko dla polityki historycznej, która z wielowątkowej mozaiki wybiera pasujący jej element i na nim buduje tendencyjną narrację. Prezydent Bronisław Komorowski podczas uroczystości rocznicowych wyzwolenia Kołobrzegu w marcu 2015 r. trafnie zauważył, że żołnierze Armii Czerwonej nie mogli przynieść wolności, ponieważ sami nie mieli jej w swojej ojczyźnie, ale powinniśmy ich szanować za trud żołnierski i – dodam – za uwolnienie spod śmiercionośnej okupacji niemieckiej, w tym za wyzwolenie KL Auschwitz. Nie oznacza to jednak, że mamy milczeć na temat tego co nie przyniosło im oraz ich ówczesnemu państwu chwały. Szkoda, że tym tropem nie poszła polska polityka historyczna po 2015 roku.

[1] Cyt. za: A. Strzelecki, Ewakuacja, likwidacja i wyzwolenie KL Auschwitz, Oświęcim 1982, s. 222-223.

[2] Zbrodnie wojenne Armii Czerwonej na  Ślązakach – pierwsze śledztwa, http://www.wiadomosci.wp.pl, 6.10.2005: IPN: zbrodnie Armii Czerwonej w Gliwicach do umorzenia, http://www.tvp.info, 23.01,2009.

[3] A. Cyra, Obozy NKWD i UB w Oświęcimiu, Wprawnym Okiem Historyka, http://www.cyra.wblogu.pl; M. Jankowski, Sierp i młot nad Oświęcimiem, „Focus Historia”, nr 11/2016.

Bohdan Piętka

24 stycznia 2020 r.

„Przegląd” nr 4 (1046), 20-26.01.2020, s. 18-21