Jedyny pogrzeb w KL Auschwitz

W dniach 17-18 stycznia 1945 r., wobec zbliżającej się ofensywy radzieckiej, rozpoczęła się ostateczna ewakuacja KL Auschwitz. Objęto nią około 58 tys. więźniów, w tym 20 tys. z obozu macierzystego i obozu Birkenau oraz ponad 30 tys. z podobozów. Na miejscu pozostawiono niecałe 9 tys. więźniów, w większości krańcowo wyczerpanych oraz ciężko chorych. W nocy z 17 na 18 stycznia zmarła także w obozie Birkenau więźniarka Zofia Praussowa – jedna z bardziej zasłużonych działaczek Polskiej Partii Socjalistycznej w okresie II Rzeczypospolitej i jedna z pierwszych polskich feministek. Następnego dnia współwięźniarki zorganizowały jej symboliczny pogrzeb. Był to prawdopodobnie jedyny pogrzeb więźnia w historii KL Auschwitz.

Zofia Praussowa (z domu Kulesza) urodziła się 3 września 1878 r. w Budzowie koło Radomska w rodzinie ziemiańskiej. Należała do tej części tworzącej się wówczas polskiej inteligencji, która związała się politycznie z ruchem socjalistycznym, łączącym hasło walki o niepodległość Polski z programem przebudowy społecznej. Ideałem tej inteligencji stała się – jak to później ujął Stefan Żeromski – „Polska Szklanych Domów”.

Otrzymała staranne wykształcenie, kończąc najpierw gimnazjum w Kazaniu, a następnie Wydział Matematyczny tzw. Kursów Wyższych Żeńskich im. Bestużewa w Petersburgu. Od 1899 r. należała do PPS, a od 1904 r. do Organizacji Bojowej PPS. W maju 1901 r. pomagała w zorganizowanej przez Aleksandra Sulkiewicza ucieczce Józefa Piłsudskiego z petersburskiego szpitala Mikołaja Cudotwórcy. W latach 1904-1905 wchodziła w skład Okręgowego Komitetu Robotniczego PPS w Częstochowie. Jeszcze przed wybuchem rewolucji 1905 r. organizowała przemyt broni z Niemiec do Królestwa Polskiego, która była przeznaczona dla Organizacji Bojowej PPS.

Za kolportowanie odezw przeciwko poborowi do wojska rosyjskiego została aresztowana 3 maja 1905 r. i po krótkim uwięzieniu w Kielcach zesłana w głąb Rosji. Szybko stamtąd uciekła i powróciła do Królestwa Polskiego, gdzie działała nielegalnie w strukturach PPS na terenie Łodzi i Warszawy. Ponownie aresztowano ją we wrześniu 1906 r. i osadzono na Pawiaku. Zwolniona stamtąd pod koniec 1906 r., wyjechała do Francji i w latach 1907-1911 odbyła studia matematyczne na paryskiej Sorbonie. W 1911 r. osiadła w Zakopanem i założyła tam koedukacyjną szkołę średnią. Podczas pierwszej wojny światowej organizowała werbunek do Legionów Polskich. Była też organizatorką i komendantką oddziału żeńskiego Polskiej Organizacji Wojskowej w Piotrkowie Trybunalskim oraz należała do działającego w latach 1918-1919 Centralnego Komitetu Równouprawnienia Kobiet.

Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę w 1918 r. Zofia Praussowa przystąpiła do współtworzenia od podstaw Państwowej Inspekcji Pracy. Była jednym z pierwszych inspektorów pracy w Polsce. Natomiast w latach 1922-1930 była posłanką na Sejm, najpierw z listy PPS, a od 1928 r. z ramienia porosanacyjnej PPS-dawnej Frakcji Rewolucyjnej. Zasiadała w sejmowej Komisji Ochrony Pracy, Opieki Społecznej i Inwalidzkiej, gdzie znacząco przyczyniła się do opracowania regulacji prawnych dotyczących zatrudnienia i ochrony pracy kobiet i młodocianych. W latach 1920-1928 wchodziła w skład Rady Naczelnej i Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS. Mimo popierania obozu sanacyjnego, po przedterminowym rozwiązaniu Sejmu w 1930 r. nie uzyskała więcej mandatu poselskiego. Należała również do znanych działaczek feministycznych okresu II RP. Działała w utworzonej w 1919 r. organizacji feministycznej o nazwie Klub Polityczny Kobiet Postępowych i redagowała czasopismo „Głos Kobiet”. Zorganizowała Centralny Wydział Kobiecy PPS i była jego przewodniczącą w latach 1923-1928.

Podczas okupacji niemieckiej Zofia Praussowa należała do ZWZ/AK. Gestapo aresztowało ją 10 listopada 1942 r. Po kilkumiesięcznym uwięzieniu na Pawiaku trafiła do KL Lublin (Majdanek). Stamtąd została deportowana 15 kwietnia 1944 r. do KL Auschwitz. W transporcie tym przywieziono 988 więźniarek i 38 dzieci (m.in. Polek, ale także obywatelek ZSRR). Otrzymały one numery z serii ogólnej od 77239 do 78219. Numer obozowy Zofii Praussowej jest nieznany. Więźniarki wraz z dziećmi umieszczono w obozie kwarantanny męskiej w Birkenau na odcinku BIIa w barakach 3-6, a po jej zakończeniu osadzono je w obozie kobiecym w Birkenau, który mieścił się on na odcinkach BIa i BIb. Jedynym dokumentem, z którego wiemy, że Zofia Praussowa przybyła do KL Auschwitz powyższym transportem i że zginęła w obozie jest sporządzony po wyzwoleniu imienny spis 46 więźniarek-Polek deportowanych w kwietniu 1944 r. z KL Lublin.

Na temat okoliczności śmierci Zofii Praussowej zachowało się kilka relacji byłych więźniarek. Więźniarka Maria Borowska wspomina: Prauss Zofia – staruszka, trzymała się bardzo dzielnie i była dla nas dużym oparciem. Zmarła w obozie przed ewakuacją.

Z kolei więźniarka Anna Lipka wspomina: W dniu 18 stycznia 1945 roku wraz z dr. Perzanowską, Anną Chomicz i Jadwigą Romeyko brałam udział w symbolicznym pogrzebie Zofii Prauss. Zofia Prauss była przed aresztowaniem działaczką PPS. Zwłoki jej wynosiłyśmy na tragach przy zapalonych świeczkach do kostnicy.

Wspomniana przez nią Anna Chomicz (więźniarka nr 44174) była pielęgniarką, działaczką PPS i członkinią AK. Została deportowana do obozu w transporcie z Łodzi 6 maja 1943 r. Po pewnym czasie zatrudniono ją w szpitalu więźniarskim w obozie kobiecym w Birkenau, gdzie zaangażowała się w nielegalną pomoc dla chorych więźniarek. Szpital ten został w połowie listopada 1944 r. przeniesiony z obozu kobiecego na odcinku BIa do byłego obozu cygańskiego na odcinek BIIe. Od października 1944 r. przebywała w nim Zofia Praussowa. Anna Chomicz doczekała wyzwolenia w KL Auschwitz 27 stycznia 1945 r. W okresie stalinowskim stała się natomiast ofiarą represji komunistycznych. Chomicz była prawdopodobnie inicjatorką symbolicznego pogrzebu Zofii Praussowej. Tak o tym opowiedziała w swojej relacji:

W okresie ostatecznej ewakuacji doszło do rozprzężenia rygorów obozowych. Między innymi nie zdzierano już odzieży ze zwłok zmarłych z wycieńczenia więźniarek. Np. nie zdarto odzieży ze zwłok zmarłej w nocy z 17 na 18 stycznia 1945 roku więźniarki Zofii Prauss. Współwięźniarki zorganizowały dla zmarłej Z. Prauss symboliczną uroczystość pogrzebową. Był to pierwszy od początku istnienia obozu przypadek przeprowadzenia takiej uroczystości pogrzebowej. Oprócz mnie w uroczystości wzięły udział: dr Irena Konieczna, Stanisława Jamrożówna, Elżbieta Sielbert (z Łodzi) i Marysia Scher (ze Lwowa). Dr Irena Konieczna przyniosła „zorganizowane” przez siebie świece, które zaświeciłyśmy przy tragach ze zwłokami zmarłej; przykryłyśmy też je prześcieradłem. Potem trzymając w rękach palące się świece wyniosłyśmy zmarłą do pobliskiego baraku-kostnicy (Leichenkammer).

Ten symboliczny pogrzeb był możliwy dzięki temu, że w połowie stycznia 1945 roku nie działały już krematoria obozowe. Na temat miejsca pochówku Zofii Prauss Anna Chomicz relacjonuje:

Zarówno przed wyzwoleniem jak i pewien okres czasu po wyzwoleniu same wynosiłyśmy zwłoki zmarłych z wycieńczenia współtowarzyszek z bloków. W wyniku naszych interwencji wojskowe władze radzieckie przystąpiły do usuwania zwłok z całego terenu obozu. Do pracy przy wykopaniu dołu-mogiły i przenoszeniu do niej zwłok przyprowadzono pod eskortą volksdeutschów. W mogile złożono zwłoki z kostnicy rewiru żeńskiego i różnych zakątków tegoż odcinka. Nie wszystkie zwłoki od razu usunięto. Do mogiły-dołu dorzucano stopniowo znalezione zwłoki. Mogiła znajdowała się w końcu rampy kolejowej w Brzezince, w miejscu gdzie do 1967 roku stał prowizoryczny pomnik-obelisk ku czci ofiar KL Auschwitz. Pewnego dnia na życzenie świeżo przybyłych do Brzezinki żołnierzy radzieckich udałam się na mogiłę, by naocznie im ją pokazać. Towarzyszyli nam wówczas członkowie radzieckiej czołówki filmowej, wraz ze wspomnianym Polakiem A. Forbertem [właść. Władysławem Forbertem – uzup. BP]. Członkowie ci sfilmowali mnie w momencie, gdy opowiadałam zebranym swoje przeżycia, pokazując ręką zwłoki w mogile. Moment ten został włączony do „Kroniki wyzwolenia Oświęcimia”. W momencie filmowania nas w mogile znajdowały się wyłącznie zwłoki więźniarek i dzieci. Pamiętam, że zwróciłam wtedy uwagę na leżące na wierzchu zwłoki wspomnianej koleżanki Zofii Prauss. Był to dla mnie dowód, że do mogiły przyniesiono zwłoki zebrane na terenie rewiru żeńskiego, zwłaszcza wyniesione z kostnicy. Słyszałam potem, że znajdujące się w mogile zwłoki będą ekshumowane. Nie orientuję się jednak czy ekshumację przeprowadzono i gdzie zwłoki przeniesiono. Być może zwłoki przeniesiono na cmentarz koło byłego obozu macierzystego i pochowano je tam w dniu 28 lutego 1945 roku lub w okresie późniejszym.

Zatem doczesne szczątki Zofii Praussowej – w przeciwieństwie do większości z 1,1 mln ofiar KL Auschwitz – nie zostały spalone i spoczywają prawdopodobnie na tzw. cmentarzyku-zbiorowej mogile przy ulicy Więźniów Oświęcimia (nieopodal dawnego obozu macierzystego KL Auschwitz I), gdzie pochowano około 700 więźniów i więźniarek KL Auschwitz zmarłych pomiędzy 18 stycznia a wyzwoleniem 27 stycznia 1945 r.

W wypowiedzi zacytowanej w artykule Jerzego Steinhaufa pt. Kres rodu („Dziennik Polski” nr 22 z 26-27.1.1969 r.) Anna Chomicz nazwała Zofię Praussową swoją najserdeczniejszą przyjaciółką. Stąd wnioskuję, że musiała być inicjatorką jej symbolicznego pogrzebu, do czego prawdopodobnie przez skromność nie przyznała się w cytowanej relacji. W wypowiedzi do tego artykułu A. Chomicz stwierdziła, że w nocy z 17 na 18 stycznia 1945 r. miał miejsce nalot aliancki na fabrykę IG Farbenindustrie w Monowicach. Zofia Praussowa miała umrzeć „na odgłos samolotów, zwiastujących już bliski dzień wyzwolenia”. Nie można jednak wykluczyć, że zmarła z wycieńczenia.

Źródła:

Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Numerowy wykaz transportów skierowanych do KL Auschwitz; Sygn. D-Au II-3/1. Quarantäne-Liste, k. 5; Proces Hössa, t. 6, k. 88, 89; Sygn. Mat./300, nr inw. 48423, t. 14, k. 44. Spis więźniarek przywiezionych w kwietniu 1944 r. z KL Lublin; Zespół Wspomnienia, t. 19, k. 112, wspomnienia byłej więźniarki Ireny Szczypiorskiej pt. „Kartki z Oświęcimia”; Zespół Oświadczenia, t. 60, k. 77, relacja byłej więźniarki Marii Borowskiej-Bayer; t. 74, k. 232, relacja byłej więźniarki Anny Lipki; t. 75, k. 9-10, 15-16, relacja byłej więźniarki Anny Chomicz.

Literatura:

D. Czech, Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz, Oświęcim 1992, s. 643-644.

B. Piętka, Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Wielkopolski, Pomorza, Ciechanowskiego i Białostocczyzny, Oświęcim 2013, t. II, s. 1025-1027, 1034 i 1039.

Bohdan Piętka

„Przegląd”, nr 5, (1151), 24-30.01.2022, s. 42-43

Laboratorium kompromisu – Rada Konsultacyjna (1986-1989)

6 grudnia 1986 r. w Belwederze odbyło się inauguracyjne spotkanie Rady Konsultacyjnej przy przewodniczącym Rady Państwa Wojciechu Jaruzelskim. Otwierając spotkanie gen. Jaruzelski powiedział, że „Rada ta jest eksperymentem historycznym i wydaje mi się, że do tego eksperymentu należy podejść bardzo ostrożnie. Około 70 procent to ludzie bezpartyjni, reprezentujący bardzo różne środowiska. Dlatego mówiło się, że będzie ona kuźnią kultury politycznej. Autorytet Rady to zatem nie suma autorytetów jej członków, tylko sposób jej działania. Dlatego powinna ją cechować pewna mądrość, odpowiedzialność, ale też spokój”. Stwierdził też: „Zależy mi na tym, aby wszyscy tu obecni mieli pełną jasność, że nie dążymy do budowania ozdobnej fasady, nie chcemy hodować rośliny tylko po to, aby dostarczała listków figowych. Rada będzie taką, jaką sama będzie chciała być”.

W świetle wystąpienia generała Rada Konsultacyjna miała być pomocna przy rozwiązywaniu takich problemów jak: polityka społeczna, priorytety w podziale dochodu narodowego, godzenie sprzecznych interesów grupowych, ekonomiczna racja stanu przy opiece społecznej, strategia inwestycji państwowych, budowa mieszkań, ekologia, problemy demograficzne, decentralizacja i moralna kondycja społeczeństwa. Wszystkie narady – oświadczył gen. Jaruzelski – powinny się odbywać w duchu jedności, bez podziału na „my” i „wy”, „członkowie partii” i „bezpartyjni”. Dialog ten powinien być początkiem procesu pojednania narodowego skierowanego w przyszłość.

Po 13 grudnia 1981 r. rozważano w obozie władzy kwestię poszerzenia swojej bazy politycznej poprzez otwarcie się na środowiska umiarkowanej opozycji. Wykluczano przy tym możliwość rozmów z kierownictwem zdelegalizowanej „Solidarności”, w tym z samym Wałęsą. Dał temu wyraz gen. Czesław Kiszczak w rozmowie z abp Bronisławem Dąbrowskim i ks. Alojzym Orszulikiem w październiku 1983 r. „Jesteśmy gotowi rozmawiać z Kościołem. Macie przecież także rozsądnych ludzi, takich jak Siła-Nowicki, Olszewski, Wielowieyski, Chrzanowski, gdyby ci chcieli się zaangażować” – powiedział wówczas gen. Kiszczak.

Sytuacja sprzyjająca takim działaniom powstała po objęciu w marcu 1985 r. władzy w ZSRR przez Michaiła Gorbaczowa i rozpoczęciu przez niego pieriestrojki. Polityka Gorbaczowa od początku była krytycznie oceniana przez kierownictwo NRD z Erichem Honeckerem na czele. Z rezerwą odnoszono się do niej też w Czechosłowacji i innych krajach bloku poza – jak się okazało – Polską.

Pomysł powołania Rady Konsultacyjnej jako forum dialogu władz PRL i różnych środowisk społecznych pojawił się podczas X Zjazdu PZPR (29 czerwca-3 lipca 1986 r.). Pierwotnie miała się nazywać Społeczną Radą Konsultacyjną. W kuluarach zjazdu podjęto dyskusję nad możliwością dialogu z opozycją. Możliwość taką stwarzały właśnie przemiany rozpoczęte rok wcześniej w ZSRR. Decydując się na podjęciem dialogu z częścią opozycji ekipa Jaruzelskiego wychodziła przed szereg pozostałych państw bloku, podejmowała własną wersję pieriestrojki. Gościem honorowym zjazdu był Michaił Gorbaczow, który nie ukrywał, że liczy na polską wersję pieriestrojki.

Pierwszym krokiem do dialogu społecznego było ogłoszenie przez władze amnestii dla więźniów politycznych, czyli jak ich wtedy oficjalnie nazywano – niekryminalnych. Stało się to 17 lipca 1986 r. Amnestia objęła 115 osób – 41 skazanych i 74 tymczasowo aresztowanych. Wobec ponad 100 dalszych osób umorzono postępowania. Konsultacje w sprawie powołania Społecznej Rady Konsultacyjnej rozpoczęły się w październiku 1986 r. Najpierw doszło 10 października do spotkania gen. Czesława Kiszczaka z takimi przedstawicielami środowisk katolickich jak Julian Auleytner, Krzysztof Kozłowski, Krzysztof Skubiszewski, Andrzej Święcicki, Jerzy Turowicz, Andrzej Wielowieyski i Janusz Zabłocki. Na spotkaniu tym ustalono, że Episkopat nie będzie nikogo zgłaszał do Rady. Wskaże jedynie, do jakich osób ma zaufanie. Natomiast 18 października doszło do spotkania Kazimierza Barcikowskiego i Stanisława Cioska – reprezentujących Komitet Centralny PZPR i władze PRL – z Andrzejem Święcickim, Jerzym Turowiczem i Andrzejem Wielowieyskim. Na spotkaniu tym dyskutowano m.in. ewentualny udział w Radzie Lecha Wałęsy.

Sam Wałęsa nie wykluczał podjęcia dialogu. Z jego inicjatywy 29 września 1986 r. została utworzona Tymczasowa Rada NSZZ „Solidarność” w składzie: Bogdan Borusewicz, Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Tadeusz Jedynak, Bogdan Lis, Janusz Pałubicki i Józef Pinior. W oświadczeniu z okazji powołania tego ciała Wałęsa napisał: „Nie chcemy konspirować. Trzeba wypracować i uzgodnić nowy model działalności, jawnej i legalnej”. Natomiast Bronisław Geremek stwierdził wprost, że Tymczasowa Rada „Solidarności” jest zespołem mającym możliwość podejmowania negocjacji z władzami. 10 października Wałęsa i jego najbliżsi współpracownicy zaapelowali do Białego Domu o zniesienie sankcji ekonomicznych, które USA nałożyły na PRL w reakcji na wprowadzenie stanu wojennego w grudniu 1981 r. Był to z ich strony sygnał, że są gotowi do szukania porozumienia z władzami. W tym czasie doradcy gen. Jaruzelskiego wysunęli pomysł włączenia Wałęsy do Społecznej Rady Konsultacyjnej. Jednakże po spotkaniu Barcikowskiego i Cioska z Święcickim, Turowiczem i Wielowieyskim do tematu nie powrócono. Jeszcze w 1987 r. w kręgu kierownictwa PRL rozważano zaoferowanie Wałęsie członkostwa w Radzie Konsultacyjnej, ostatecznie jednak władze nie zdecydowały się na ten krok.

28 listopada 1986 r. odbyło się posiedzenie Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, na którym dyskutowano powołanie Rady Konsultacyjnej. Reprezentujący Episkopat abp Bronisław Dąbrowski wyraził pełne poparcie dla tej inicjatywy. 5 grudnia, podczas posiedzenia Rady Krajowej Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego, gen. Jaruzelski poinformował o formalnym powołaniu Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa. Na odbytym w tym samym miesiącu posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR gen. Jaruzelski zadeklarował: „Musimy wbudować w nasz system różnego rodzaju elementy opozycji w samej partii”. W świetle tej wypowiedzi wydaje się, że Rada Konsultacyjna była testem na wbudowanie w system polityczny PRL szerszego czynnika społecznego, początkowo złożonego z jednostek reprezentujących środowiska inne niż obóz władzy.

W skład Rady Konsultacyjnej weszło 56 osób. 17 spośród nich należało do PZPR, dwóch do ZSL, jeden do SD, a 36 było bezpartyjnych, w tym 12 działaczy katolickich i chrześcijańskich. Wśród katolików świeckich zabrakło osób reprezentujących środowisko „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi”. Kozłowski, Turowicz i Wielowieyski zrezygnowali z udziału w Radzie, mimo że mieli zaufanie wyrażone przez Episkopat. Odnieśli się jednak sceptycznie do tej inicjatywy, co wyrazili już podczas wspomnianego spotkania z gen. Kiszczakiem 10 października. Ostatecznie różne środowiska katolickie i opozycyjne reprezentowali w Radzie: prof. Julian Marian Auleytner (Prymasowska Rada Społeczna), prof. Janusz Bieniak (KIK), Zbigniew Czajkowski (PAX), prof. Maciej Giertych (środowisko postendeckie), Jan Kułaj (były przewodniczący NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”), dr hab. Aleksander Legatowicz (KIK, PZKS), pisarz Jan Meysztowicz (ChSS), mecenas Władysław Siła-Nowicki (weteran AK i WiN, doradca „Solidarności”), prof. Krzysztof Skubiszewski (Prymasowska Rada Społeczna i „Solidarność”), prof. Andrzej Święcicki (prezes Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie, członek Prymasowskiej Rady Społecznej), Eugeniusz Tabaczyński (KIK), Stanisław Zawada (były członek KK „Solidarności”) oraz Janusz Zabłocki (współtwórca Ruchu „Znak” i Klubów Inteligencji Katolickiej, pierwszy prezes Polskiego Związku Katolicko-Społecznego).

Spośród nich Maciej Giertych, Władysław Siła-Nowicki, Krzysztof Skubiszewski i Aleksander Legatowicz zajęli po 1989 r. różne miejsca w życiu politycznym III RP. Przy czym Siła-Nowicki uczestniczył też w obradach Okrągłego Stołu jako reprezentant strony koalicyjno-rządowej. Na jego udział po stronie solidarnościowo-opozycyjnej nie chciała się zgodzić „Solidarność”, co prawdopodobnie było karą za uczestnictwo w Radzie Konsultacyjnej.

Stronę partyjno-rządową reprezentowali w Radzie w pierwszej kolejności najbliżsi współpracownicy gen. Jaruzelskiego z tzw. reformatorskiego skrzydła PZPR. Byli to: prof. Władysław Baka (prezes NBP), prof. płk Stanisław Kwiatkowski (dyrektor CBOS) i prof. Zdzisław Sadowski (wówczas przewodniczący Konsultacyjnej Rady Gospodarczej, później wicepremier i przewodniczący Komitetu ds. Realizacji Reformy Gospodarczej). Poza tym stronę partyjno-rządową reprezentowali: poseł Norbert Aleksiewicz, prof. Jan Baszkiewicz, prof. Kazimierz Buchała, prof. Zdzisław Cackowski, prof. Zbigniew Grabowski, prof. Lech Kobyliński, prof. Jarema Maciszewski, Lucjan Motyka (wówczas wiceprezes ZBoWiD), prof. Antoni Rajkiewicz, aktor Jerzy Trela, prof. Janusz Tymowski, dziennikarz Ryszard Wojna, prof. Piotr Zaremba (pierwszy powojenny prezydent Szczecina) i prof. Adam Zieliński (prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego).

Natomiast spoza PZPR i środowisk katolicko-opozycyjnych do Rady weszli: prof. Witold Benedyktowicz (duchowny Kościoła metodystycznego), prof. Grzegorz Białkowski (rektor Uniwersytetu Warszawskiego), prof. Czesław Bobrowski (były polityk PPS, twórca powojennego planu odbudowy), reżyser Kazimierz Dejmek (wówczas dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie), prof. Józef Andrzej Gierowski (rektor UJ), prof. Aleksander Gieysztor, prof. Aleksander Grygorowicz, prof. Jan Karol Kostrzewski (wówczas prezes PAN, były bezpartyjny minister zdrowia PRL), prof. Tadeusz Koszarowski (twórca polskiej chirurgii onkologicznej), działacz społeczny Marek Kotański, prof. Janusz Kuczyński, prof. Gerard Labuda (wiceprezes PAN), prof. Manfred Lachs (sędzia Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze), Witold Lassota (SD, zastępca przewodniczącego Trybunału Stanu), pisarz Wiesław Myśliwski (ZSL), prof. Anna Przecławska (PRON), prof. Kazimierz Secomski (członek Rady Państwa), prof. Halina Skibniewska (architekt zaangażowana w odbudowę Warszawy, w l. 1971-1985 wicemarszałek Sejmu), prof. Jan Szczepański, prof. Janusz Szosland (przewodniczący Rady Głównej NOT), prof. Andrzej Tymowski (były ekspert ekonomiczny przy ONZ, weteran AK i członek „Solidarności”), prof. Stefan Węgrzyn i prof. Zbigniew Tadeusz Wierzbicki (socjolog zaangażowany m.in. w działalność opozycyjnego Towarzystwa Kursów Naukowych).

Ogółem Rada Konsultacyjna przy Przewodniczącym Rady Państwa odbyła 12 posiedzeń. Ostatnie odbyło się 17 lipca 1989 r., już po wyborach czerwcowych. Większość członków Rady poparła na ostatnim posiedzeniu kandydaturę gen. Jaruzelskiego na prezydenta PRL. Za udział w pracach Rady jej członkowie nie otrzymywali żadnej gratyfikacji pieniężnej. Zwracano im tylko koszty dojazdu do Warszawy. We wszystkich posiedzeniach Rady uczestniczył gen. Jaruzelski, co świadczy o tym, że traktował ten twór poważnie, jako platformę dialogu społecznego. Dyskusje prowadzone na posiedzeniach Rady zostały opublikowane w dwóch tomach pt. „Rada Konsultacyjna przy Przewodniczącym Rady Państwa” (Warszawa 1988 i 1990). Poza tym stenogramy z posiedzeń publikowane były bez żadnych ingerencji cenzury w periodyku „Rada Narodowa” (nakład 30 tys. egz.). Rada Konsultacyjna stała się zatem miejscem jawnej i otwartej debaty publicznej, co stanowiło zupełnie nową jakość w życiu politycznym PRL.

Już na pierwszym posiedzeniu, po wstępnym wystąpieniu Jaruzelskiego, głos zabrało 29 osób. Ustalono, że obrady będą przebiegały bez szczegółowego porządku i bez przymusu osiągnięcia konsensusu za wszelką cenę. Przedstawiciele kręgów bliskich Kościołowi i „Solidarności” oraz bezpartyjni nie stosowali żadnej autocenzury, co pokazały odważne wystąpienia Siły-Nowickiego i innych mówców już na pierwszym posiedzeniu. Mówiono wtedy otwarcie o zatruciu społeczeństwa przez zakłamanie wewnętrzne spowodowane indoktrynacją i propagandą. Podkreślano, że jest to przyczyna wszelkich deformacji społecznych, bez usunięcia której nie da się przeprowadzić koniecznych reform społecznych. Siła-Nowicki wezwał Radę by była niezależnym głosem opinii publicznej, kończąc swoje wystąpienie słowami: „Nasza cenzura, nasze ukrywanie prawdy jest tragiczną kartą życia politycznego, zamykającą w jakiś sposób drogę do narodowego porozumienia”.

Z przebiegu dalszych posiedzeń można wnioskować, że główne tematy dyskusji były wnoszone przez gen. Jaruzelskiego. On zaproponował, żeby na drugim posiedzeniu 27 lutego 1987 r. prof. Kazimierz Secomski zreferował prace komitetu „Polska 2000”, którym kierował w Polskiej Akademii Nauk. Tematem dyskusji trzeciego i czwartego posiedzenia – 18 maja i 17 lipca 1987 r. – był referat wybitnego socjologa prof. Jana Szczepańskiego, podsumowujący diagnozy z drugiego posiedzenia. Na piątym posiedzeniu – 14 października 1987 r. – tematem były problemy wynikające z podjęcia drugiego etapu reformy gospodarczej. W maju 1988 r. zainicjowano prace „zespołu do opracowania propozycji reformy modelu socjalistycznego państwa”. W dokumentach z prac tego zespołu była mowa przede wszystkim o rozszerzeniu kompetencji Sejmu. Na marginesie jednak pojawiła się już wtedy myśl o utworzeniu drugiej izby parlamentu, zrealizowana rok później podczas obrad Okrągłego Stołu. 3 czerwca 1988 r. Stanisław Ciosek poinformował reprezentującego Episkopat ks. Alojzego Orszulika, że władze rozważają powołanie izby wyższej parlamentu, w której 60-65% miejsc miałyby środowiska niezależne od PZPR.

Po rozpoczęciu 6 lutego 1989 r. obrad Okrągłego Stołu – czyli bezpośrednich negocjacji władz PRL z opozycją solidarnościową – Rada Konsultacyjna znalazła się w cieniu. Do Okrągłego Stołu doprowadziły różne czynniki wewnętrzne i zewnętrzne. Świadomość konieczności demokratyzacji PRL narastała w gronie najbliższych współpracowników gen. Jaruzelskiego stopniowo, o czym świadczy chociażby wysunięta w październiku 1987 r. przez Mieczysława Rakowskiego myśl o „dopuszczeniu jednego z nurtów opozycyjnych do udziału w wyborach”.

Najprawdopodobniej do przemian ustrojowych 1989 roku doszłoby także bez epizodu Rady Konsultacyjnej. Jednakże istnienia i działania tej instytucji nie można lekceważyć i dezawuować. Rada Konsultacyjna była początkiem nowej jakości w ówczesnym życiu politycznym. Pomyślana jako forum dialogu z jednostkami wywodzącymi się ze środowisk niezależnych od PZPR, przygotowała w jakiejś mierze grunt pod późniejszy dialog z tymi środowiskami. Stała się czymś w rodzaju laboratorium lub poligonu, na którym obie strony badały granice wzajemnego kompromisu, chociaż oficjalnie strona solidarnościowa lekceważyła Radę Konsultacyjną. W tym sensie Rada Konsultacyjna niewątpliwie zapoczątkowała drogę do szukania porozumienia społecznego w oparciu o szerszą bazę polityczną, a więc drogę do demokratyzacji Polski.

Bohdan Piętka

„Przegląd”, nr 1 (1147), 27.12.2021-2.01.2022, s. 26-28

Zabójstwo Bronisława Pierackiego

15 czerwca 1934 r. około godz. 15:40 przed Klub Towarzyski przy ul. Foksal 3 w Warszawie zajechała limuzyna, z której wysiadł minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki. Klub mieścił się na końcu ślepego zakończenia ulicy i miał charakter ekskluzywny. Spotykali się w nim ministrowie, parlamentarzyści, prorządowi dziennikarze i inne osobistości obozu sanacyjnego. Minister Pieracki przybył tam tego dnia bez ochrony, jedynie ze służbowym kierowcą Stanisławem Witulskim. Po wyjściu z limuzyny skierował się przez sień do drzwi klubu. W tym czasie podszedł do niego od tyłu młody człowiek, który od dłuższego czasu oczekiwał w tym miejscu. Najpierw zaczął nerwowo manipulować przy niewielkiej paczce, którą niósł pod pachą. Gdy nie udało mu się odpalić ładunku wybuchowego, sięgnął po rewolwer i z bliskiej odległości trzykrotnie strzelił do Pierackiego. Dwie kule trafiły ministra w tył głowy. Działo się to na oczach zaskoczonego portiera, który nie zdążył w jakikolwiek sposób zareagować.

Dopiero kiedy zamachowiec, przez nikogo nie zatrzymywany wybiegł na ulicę, portier wszczął alarm. W pogoń za zamachowcem, rzuciło się (i to w różne strony) kilkanaście osób, w tym wojewoda lwowski Władysław Belina-Prażmowski i płk Roman Abraham oraz dwóch policjantów. Ruszył też za nim samochodem kierowca Witulski. Na stopień samochodu wskoczył posterunkowy Stanisław Bagiński. Jako pierwszy zastąpił drogę uciekającemu, jeszcze na ulicy Foksal, woźny ambasady japońskiej Franciszek Wywrocki. Zamachowiec strzelił do niego, ale niecelnie, po czym oddał jeszcze kilka strzałów za siebie i wbiegł w ulicę Kopernika. Tam dogonił go posterunkowy Władysław Obrębski. Dwukrotnie strzelił on niecelnie do ściganego i sam został przez niego raniony strzałem w rękę. Zaraz potem pojawili się jadący samochodem Witulski i Bagiński. Wówczas ścigany strzelił w biegu do kierowcy. Temu udało się uchylić od kuli, ale przez moment nie obserwował ulicy. To dało czas ściganemu, by wbiec na ulicę Szczyglą, gdy tymczasem samochód pojechał prosto. Dopiero po chwili zawrócił i również skręcił w Szczyglą. Tam ścigany zniknął z oczu kierowcy i policjanta u wylotu schodów prowadzących na ulicę Okólnik. Jakiś przechodzień wskazał im nie zabudowane tereny i ogród zakładu św. Kazimierza. Był to prawdopodobnie wspólnik zamachowca, który celowo skierował pościg w fałszywym kierunku. Tymczasem zabójca ministra wbiegł do narożnego domu przy ulicy Okólnik 5, zostawił w bramie płaszcz i paczkę z wadliwą bombą (według innych relacji wyrzucił ją lub zdetonował podczas pościgu), po czym wyszedł na ulicę i wmieszał się w szereg przechodniów idących w kierunku ulicy Ordynackiej.

Zamachu na ministra Pierackiego dokonał Hryhorij Maciejko (1913-1966) – pochodzący z biednej rodziny chłopskiej, absolwent szkoły powszechnej i kursu rzemieślniczego, od 1929 r. członek Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów o pseudonimie „Honta”. Do zadania tego został wyznaczony przez prowidnyka krajowego OUN Stepana Banderę. Żeby przeprowadzić zamach, przybył do Warszawy pod fałszywą tożsamością jako Włodzimierz Olszewski i przez kilkanaście dni obserwował tryb życia Pierackiego. Po ucieczce z miejsca zbrodni udał się do Lwowa i tam przebywał przez krótki czas. Następnie przeszedł nielegalnie przez Karpaty do Czechosłowacji. Stamtąd pod fałszywym nazwiskiem Petr Knysz wyjechał do Argentyny, gdzie żył do śmierci. Wyjazd ten umożliwił mu Jewhen Konowalec – główny prowidnyk OUN, rezydujący na emigracji. Konowalec żalił się potem swoim współpracownikom, że Maciejko „nie rozumiał, że powinien siedzieć cicho, żyć dyskretnie i zachowywać się skromnie, lecz domagał się aby odnoszono się do niego jak do bohatera”.

Ciężko rannego Pierackiego szybko zabrała karetka pogotowia. W Szpitalu Ujazdowskim poddano go operacji. Lekarze zatamowali upływ krwi, dokonali trepanacji czaszki i wydobyli kulę. Mimo to minister zmarł o godz. 17:15. Pułkownik dyplomowany (pośmiertnie awansowany na generała brygady) Bronisław Wilhelm Pieracki (1895-1934) był jedną z czołowych postaci obozu sanacyjnego. Legionista, dowódca jednego z odcinków obrony Lwowa podczas wojny polsko-ukraińskiej (1918-1919), uczestnik wojny polsko-bolszewickiej (1919-1920) jako oficer łącznikowy Głównej Kwatery Naczelnego Wodza, następnie urzędnik Ministerstwa Spraw Wojskowych. Inaczej niż wielu piłsudczyków miał poglądy prawicowe. Z tego przypuszczalnie powodu był posądzany przez przeciwników o sympatie do faszyzmu włoskiego i z nazywany „Bronito Pieratini”.

Jego kariera w służbie państwowej nabrała przyspieszenia po przewrocie majowym 1926 r. Od 1928 r. był posłem BBWR (przez pewien czas jego wiceprezesem), następnie II zastępcą szefa Sztabu Generalnego (1928-1929), wicepremierem w drugim rządzie Walerego Sławka (1930-1931) i ministrem spraw wewnętrznych w rządach Aleksandra Prystora, Janusza Jędrzejewicza i Leona Kozłowskiego. Należał do ścisłej elity władzy (tzw. grupy pułkowników). Był ulubieńcem Józefa Piłsudskiego, który traktował Pierackiego jak syna i zapewne widział dla niego w przyszłości miejsce na najwyższych stanowiskach państwowych. Wieść o zamachu i śmierci Pierackiego wstrząsnęła schorowanym Piłsudskim, co prawdopodobnie przyspieszyło jego zgon niecały rok później.

Maria Dąbrowska skomentowała 18 czerwca 1934 r. zabójstwo ministra Pierackiego następująco: „Teraz znów zabili Pierackiego. Wredna to była postać, klerykał i bigot, (…) szkodnik publiczny – wiem o nim, gdyż St. miał z nim przejście, które go całkiem oburzyło. Rząd robi teraz z niego wielkiego narodowego bohatera – nakazuje urzędnikom żałobę tygodniową, pisze panegiryki. Biskup Gawlina wygłosił na pogrzebie ohydnie moralną mowę. Włożyłam ją do »muzeum parszywiny«. (…) Rząd ogłosił 100 000 zł nagrody za wykrycie zabójcy Pierackiego. Jakiż odmęt bagna ludzkiego porusza się takim krokiem. Brr… Mamy już obozy izolacyjne”[1].

Chodziło o Miejsce Odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Represje polityczne zapowiedziała wkrótce po zamachu prorządowa „Gazeta Polska”: „Gdy wyjaśnione zostanie, gdzie tkwią korzenie mordu, na jakim fermencie wezbrała zbrodnia – to trzeba będzie chore miejsce organizmu społecznego wypalić białym żelazem”. Pomysł utworzenia obozu internowania wyszedł od premiera Kozłowskiego i został zaakceptowany przez Józefa Piłsudskiego. 17 czerwca 1934 r. prezydent Ignacy Mościcki wydał rozporządzenie z mocą ustawy o utworzeniu Miejsca Odosobnienia w Berezie. Osadzenie w obozie miało następować na podstawie decyzji administracyjnej bez prawa apelacji na okres trzech miesięcy, z możliwością przedłużenia. Konstrukcja tego przepisu przypominała hitlerowską instytucję prawną Schutzhaft, czyli aresztu „ochronnego” (prewencyjnego), wprowadzoną w III Rzeszy 28 lutego 1933 r., na podstawie której osadzano więźniów politycznych w niemieckich obozach koncentracyjnych. Przykład obozów hitlerowskich w Niemczech (Dachau i Oranienburg powstały w 1933 r.) był zatem dla sanacji kuszący. Należy pamiętać, że przed 1939 r. celem tych obozów nie była eksterminacja więźniów, ale jedynie ich sterroryzowanie i zniechęcenie do jakiejkolwiek działalności opozycyjnej.

Podejrzenie o zabicie Pierackiego padło najpierw na polskich nacjonalistów z utworzonego w kwietniu 1934 r. Obozu Narodowo-Radykalnego. Powodem podejrzenia było to, że w dniu zamachu o audiencję u ministra zabiegał przywódca ONR Jan Mosdorf (1904-1943). Chciał rozmawiać z szefem MSW w sprawie zamknięcia przez władze onereowskiego pisma „Sztafeta”. Gdy sekretarz ministra powiedział mu, że audiencja będzie możliwa dopiero 18 czerwca, Mosdorf oświadczył: „To już będzie za późno”.

Oskarżenie rzucone na takiej podstawie skutkowało gwałtowną reakcją zwolenników obozu sanacyjnego i natychmiastowymi represjami wobec ONR. Już następnego dnia po zamachu doszło w Warszawie do manifestacji antyprawicowych. Około 150 osób wdarło się do redakcji i drukarni endeckiej „Gazety Warszawskiej” przy ul. Zgoda, demolując ich pomieszczenia. Fala aresztowań w polskich środowiskach nacjonalistycznych rozpoczęła się już w nocy z 15 na 16 czerwca 1934 r. Ujęto około 1000 osób z ONR i Sekcji Młodych Stronnictwa Narodowego. Sam ONR został zdelegalizowany 10 lipca 1934 r., a trzy dni wcześniej jego czołowi działacze trafili jako pierwsi więźniowie do obozu w Berezie Kartuskiej. Byli to: Zygmunt Dziarmaga, Władysław Hackiewicz, Jan Jodzewicz, Edward Kemnitz, Jerzy Korycki, Bolesław Piasecki, Mieczysław Prószyński, Henryk Rossman, Włodzimierz Sznarbachowski i Bolesław Świderski (Mosdorf ukrył się i uniknął aresztowania). Po nich do Berezy trafili głównie nacjonaliści ukraińscy i komuniści, ale także pojedynczy działacze Stronnictwa Ludowego, a nawet prawicowy publicysta Stanisław Cat-Mackiewicz. Ogółem do 1939 r. przez Berezę przeszło około 3 tys. więźniów, z których śmierć w obozie poniosło nie więcej niż 20 (liczba zmarłych po zwolnieniu z obozu jest trudna do ustalenia).

Nie można wykluczyć, że koncepcja utworzenia „miejsca odosobnienia”, czyli de facto obozu koncentracyjnego, mogła być przygotowywana w kręgu rządzącej sanacji jeszcze przed zabójstwem Pierackiego. Nic pewnego na ten temat jednak nie wiadomo. Niewątpliwie zamach na ministra Pierackiego stał się dla sanacji pretekstem do zastosowania środków wyjątkowych w celu pacyfikacji przeciwników politycznych i tym samym przyspieszenia budowy ustroju autorytarnego.

Sprawa zamachu na szefa MSW była dla władz o tyle kompromitująca, że wcześniej w rękach Oddziału II Sztabu Generalnego i MSW znalazło się całe archiwum OUN zdobyte na terenie Czechosłowacji (tzw. „Akta Senyka”), które m.in. zawierało informacje dotyczące przygotowań do zamachu. Nie rozszyfrowano jednak tych materiałów na czas. Spowodowało to pojawienie się plotek, że śmierć Pierackiego nastąpiła za wiedzą służb specjalnych, w tym także tych mu podległych. Na trop prowadzący do rzeczywistych sprawców zamachu władze wpadły m.in. dzięki „Aktom Senyka”. Poza tym jesienią 1934 r. OUN oficjalnie przyznała się do zamachu na polskiego ministra.

Utworzona 3 lutego 1929 r. w Wiedniu Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów była organizacją faszystowską i ekstremistyczną. W pierwszej kolejności dążyła do udaremnienia jakiejkolwiek ugody polsko-ukraińskiej, za którą po stronie polskiej opowiadała się wpływowa część piłsudczyków z Tadeuszem Hołówką na czele (tzw. ruch prometejski). Do radykalizacji OUN w tej kwestii doprowadził jej krajowy prowidnyk Stepan Bandera. W jego otoczeniu już latach 30-tych XX w. snuto wizje czystek etnicznych na Polakach zamieszkujących ówczesne Kresy południowo-wschodnie[2]. Natomiast bieżącą działalność terrorystyczną przeciw II RP Bandera zradykalizował tak, by przeciąć możliwość jakiegokolwiek porozumienia polsko-ukraińskiego. Nie jest zatem przypadkiem, że w jednym z pierwszych zamachów terrorystycznych dokonanych przez OUN zginął Tadeusz Hołówko (1889-1931) – wielki orędownik pojednania polsko-ukraińskiego. Pieracki, wbrew temu co zarzucała mu propaganda OUN, też był zwolennikiem ugodowej linii Hołówki. W przemówieniu sejmowym z 10 lutego 1934 r. oświadczył, że w Polsce nie będą tolerowane „żadne fizyczne przejawy walk rasowych i narodowościowych”, ale równocześnie opowiedział się za pełnią praw obywatelskich dla mniejszości słowiańskich na Kresach Wschodnich.

Zamach na Pierackiego zaplanował kierownik referatu wojskowego OUN Roman Szuchewycz. Przygotowaniami do zamachu kierował jeden z liderów OUN Mykoła Łebedź, który w tym celu przyjechał wiosną 1934 r. z zagranicy do Warszawy. W przeprowadzeniu rozpoznania pomagała mu Daria Hantkiwska. Na odwołanie zamachu nalegały wspierające OUN służby specjalne Niemiec hitlerowskich, co wiązało się z polepszeniem stosunków polsko-niemieckich po podpisaniu 26 stycznia 1934 r. polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy.

Potwierdził to w swoich wspomnieniach agent NKWD Paweł Sudopłatow (późniejszy generał), który zanim zabił w 1938 r. Jewhena Konowalca, zdobył jego zaufanie i poznał niektóre tajemnice OUN. Po rozmowie z Konowalcem w 1935 r. Sudopłatow doszedł do wniosku, że zamach na Pierackiego „został przeprowadzony wbrew woli Konowalca, a wykonany na rozkaz jego rywala Bandery. Bandera chciał rozciągnąć kontrolę nad organizacją, wykorzystując naturalną wrogość Ukraińców do Pierackiego (…). Konowalec powiedział mi, że Berlin przynajmniej na razie, nie jest w żadnej mierze zainteresowany w działaniach przeciwko Polakom. Niemcy byli tak oburzeni zamachem, że skierowali swój gniew przeciw Banderze i jego zwolennikom (…)”[3].

Zamach na ministra Pierackiego został przeprowadzony niemal natychmiast po oficjalnej wizycie w Polsce ministra propagandy III Rzeszy Josepha Goebbelsa (13-15 czerwca 1934 r.), którego Pieracki żegnał na Dworcu Głównym w Warszawie na kilka godzin przed swoją śmiercią. Goebbels uznał zamach za afront wobec III Rzeszy ze strony OUN i w sytuacji rysującego się zbliżenia polsko-niemieckiego, przyczynił się nawet do wydania Polsce Mykoły Łebedzia, który po zamachu zbiegł do Niemiec. O rzekomą inspirację zamachu Goebbels obwinił szefa SA Ernsta Röhma (wkrótce doszło w Niemczech do „nocy długich noży” 30 czerwca 1934 r., czyli wymordowania kierownictwa SA z E. Röhmem na czele).

Proces działaczy OUN odpowiedzialnych za śmierć Pierackiego rozpoczął się przed Sądem Okręgowym w Warszawie 18 listopada 1935 r. Wyrok ogłoszono 13 stycznia 1936 r. Bandera, Łebedź i Jarosław Karpyneć zostali skazani na karę śmierci, którą zamieniono im na mocy amnestii na dożywotnie więzienie. Mykoła Kłymyszyn i Bohdan Pidhajnyj otrzymali dożywocie, Hantkiwska 16 lat więzienia, a pozostałych sześciu oskarżonych kary od 7 do 12 lat więzienia. Drugi proces 23 działaczy OUN odbył się we Lwowie (25 maja-26 czerwca 1936 r.). Szuchewycz, którego roli w kierownictwie OUN śledczy nie rozpoznali, został w nim skazany tylko na 3 lata więzienia. Inicjatorzy zamachu na ministra Pierackiego – Bandera, Łebedź i Szuchewycz – reprezentujący najbardziej ekstremistyczne skrzydło nacjonalizmu ukraińskiego, stali się w czasie drugiej wojny światowej inicjatorami ludobójstwa na Polakach z Wołynia i Małopolski Wschodniej. Destabilizacja sytuacji politycznej w Polsce we 1934 r. nie była zatem ich ostatnim, ale pierwszym wielkim krokiem na drodze do „rewolucji narodowej” i depolonizacji ziem uważanych za ukraińskie.

[1] M. Dąbrowska, Dzienniki, t. II, Warszawa 1988, s. 50-51.

[2] A. Diukow, „Dlaczego walczymy z Polakami”. Antypolski program OUN w kluczowych dokumentach, Warszawa 2017, s. 91-117.

[3] P. Sudopłatow, Wspomnienia niewygodnego świadka, Warszawa 1999, s. 38.

Bohdan Piętka

„Przegląd”, nr 48 (1142), 22-28.11.2021, s. 38-40

Uwięzić opozycję!

26 października 1931 r. rozpoczął się przed Sądem Okręgowym w Warszawie proces przywódców Centrolewu, który przeszedł do historii jako proces brzeski (od twierdzy brzeskiej, w której przetrzymywano oskarżonych). Ze względu na to, że oskarżono w nim przywódców legalnej opozycji parlamentarnej, charakter i rozgłos sprawy należy uznać go za największy proces polityczny II RP (chociaż pod względem liczby oskarżonych większy był proces lwowski 23 działaczy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w 1936 r.). Na ławie oskarżonych zasiadło 11 osób: Norbert Barlicki, Adam Ciołkosz, Stanisław Dubois, Herman Lieberman, Mieczysław Mastek i Adam Pragier z Polskiej Partii Socjalistycznej, Władysław Kiernik i Wincenty Witos z Polskiego Stronnictwa Ludowego „Piast”, Kazimierz Bagiński i Józef Putek z Polskiego Stronnictwa Ludowego „Wyzwolenie” oraz Adolf Sawicki ze Stronnictwa Chłopskiego.

Śledztwo w sprawie brzeskiej prowadzili prokurator Czesław Michałowski (od 4 grudnia 1930 do 15 maja 1936 r. minister sprawiedliwości i naczelny prokurator RP) oraz sędzia śledczy Jan Demant. Oskarżonych sądził zespół sędziowski w składzie: Jan Hermanowski (przewodniczący), Stanisław Leszczyński i Jan Rykaczewski. Oskarżycielami zostali prokuratorzy Witold Grabowski i Robert Rauze.

Akt oskarżenia zarzucał oskarżonym, że w okresie od 1928 do 9 września 1930 r. „po wzajemnem [tak w oryginale – BP] porozumiewaniu się i działając świadomie, wspólnie przygotowywali zamach, którego celem było usunięcie przemocą członków sprawującego w Polsce władzę rządu i zastąpienie ich przez inne osoby, wszakże bez zmiany zasadniczego ustroju państwowego”. Były to przestępstwa przewidziane w artykułach 51 i 101 cz. I w związku z art. 100 cz. III rosyjskiego kodeksu karnego z 1903 r. (tzw. kodeksu Tagancewa, który obowiązywał na trenie byłego zaboru rosyjskiego do lipca 1932 r., kiedy w całej Polsce wprowadzono jednolity kodeks karny, tzw. kodeks Makarewicza). Groziło za nie do 10 lat ciężkiego więzienia, a usiłowanie było traktowane na równi z dokonaniem.

Stawiane oskarżonym zarzuty sąd uznał za nieudowodnione. Dlatego wyrok ogłoszony 13 stycznia 1932 r. zapadł na podstawie art. 102 cz. I w związku z art. 100 cz. III kodeku Tagancewa, czyli „za udział w spisku, zawiązanym dla dokonania zbrodni, przewidzianej w art. 100” („usuniecie przemocą członków sprawującego władzę rządu”), za co groziło do 8 lat ciężkiego więzienia. Ale nawet jak na tak zmodyfikowaną podstawę prawną sąd wymierzył oskarżonym dość niskie wyroki. Ciołkosz, Dubois, Mastek, Pragier i Putek otrzymali po 3 lata, Barlicki, Kiernik i Lieberman po 2,5 roku, Bagiński 2 lata, a Witos 1,5 roku ciężkiego więzienia. Natomiast Adolf Sawicki został uniewinniony. Przy czym sędzia Stanisław Leszczyński złożył od sentencji wyroku votum separatum, opowiadając się za uniewinnieniem wszystkich oskarżonych.

W dniach 7-11 lutego 1933 r. odbyła się rozprawa apelacyjna przed Sądem Apelacyjnym w Warszawie, który zaostrzył wyroki, dodając utratę praw publicznych i obywatelskich na 3-5 lat. Sąd Najwyższy skasował ten wyrok 9 maja 1933 r. i dlatego w dniach 11-20 lipca 1933 r. odbyła się druga rozprawa przed Sądem Apelacyjnym, który uznał pierwszy wyrok za uzasadniony. Zmienił tylko charakter kary z ciężkiego na zwykłe więzienie, a za podstawę wyroku przyjął art. 97 w związku z art. 95 kodeksu Makarewicza. Wyrok ten zatwierdził Sąd Najwyższy, który w dniach 2-5 października 1933 r. ponownie rozpatrywał kasację obrońców. Art. 95 przewidywał karę od 10 do 15 lat pozbawienia wolności „za usiłowanie usunięcia przemocą albo zagarnięcia władzy Sejmu, Senatu, Zgromadzenia Narodowego, rządu, ministra lub sądów”. Natomiast art. 97 za wejście w porozumienie w celu popełnienia powyższego przestępstwa przewidywał karę od 6 miesięcy do 15 lat pozbawienia wolności.

Już same wyroki w procesie brzeskim – znacząco niskie w stosunku do postawionych zarzutów i przewidywanych za nie kar – były kompromitacją obozu sanacyjnego, który wytaczając pokazowy proces polityczny liderom opozycji liczył na znacznie wyższe wyroki i pokazanie oskarżonych w jak najgorszym świetle. Kompromitacją reżimu sanacyjnego były także sam akt oskarżenia oraz sposób traktowania oskarżonych podczas osadzenia w twierdzy brzeskiej, co wyszło na jaw po ich zwolnieniu w listopadzie 1930 r. i w czasie procesu.

Żeby zrozumieć tzw. sprawę brzeską, należy cofnąć się do maja 1926 r. i dokonanego wtedy przez Józefa Piłsudskiego wojskowego zamachu stanu, który rozpoczął pierwszy etap autorytarnych rządów sanacji. Klamrą zamykającą ten etap – gdzie sanacja miała do czynienia z silną i zorganizowaną opozycją parlamentarną – były właśnie tzw. wybory brzeskie 1930 r. i proces brzeski. W celu odsunięcia sanacji od władzy na drodze legalnej sześć partii opozycji parlamentarnej (PPS, PSL „Piast”, PSL „Wyzwolenie”, Stronnictwo Chłopskie, Polskie Stronnictwo Chrześcijańskiej Demokracji, Narodowa Partia Robotnicza) powołało 14 września 1929 r. sojusz polityczny o nazwie Związek Obrony Prawa i Wolności Ludu, potocznie zwany Centrolewem. Pierwszym sukcesem Centrolewu było przegłosowanie w Sejmie 7 grudnia 1929 r. wotum nieufności dla gabinetu płk. Kazimierza Świtalskiego (pierwszego z tzw. „rządów pułkowników”, w którym 6 na 14 ministrów było wyższymi oficerami).

29 czerwca 1930 r. Centrolew zorganizował w Krakowie Kongres Obrony Prawa i Wolności Ludu, który stał się wielką manifestacją sprzeciwu wobec rządów sanacji (w obradach Starym Teatrze uczestniczyło 1500 delegatów, a w manifestacji na Rynku Kleparskim 20-30 tys. osób). Proklamowano na nim „walkę o usuniecie dyktatury Józefa Piłsudskiego, aż do zwycięstwa”. Chodziło oczywiście o walkę legalną, na drodze wygrania wyborów parlamentarnych. Po przejęciu władzy Centrolew chciał stworzyć „rząd zaufania Sejmu i społeczeństwa”. Podczas obrad w sali Starego Teatru padały m.in. okrzyki „Precz z lokajem Mościckim!” i „Na szubienicę z Piłsudskim!”. Wincenty Witos nie wykluczył później, że wznosili je nasłani prowokatorzy.

Obóz sanacyjny przystąpił natychmiast do kontrakcji. Już 26 maja 1930 r. Piłsudski zakomunikował w poufnej rozmowie gen. Felicjanowi Sławojowi-Składkowskiemu, że „Sejm będzie rozwiązany”, a Składkowski powróci na stanowisko ministra spraw wewnętrznych i ma „zrobić nowe wybory ze Sławkiem i Świtalskim”. Istotnie, 3 czerwca 1930 r. Sławoj-Składkowski został ponownie ministrem spraw wewnętrznych. 30 czerwca – a więc dzień po zakończeniu kongresu krakowskiego Centrolewu – gen. Składkowski i płk Walery Sławek (premier) udali się do wypoczywającego w Druskiennikach Piłsudskiego. Początkowo postanowiono wszcząć śledztwo wobec organizatorów kongresu, ale po kilku dniach zostało ono umorzone, ponieważ prokuratura nie znalazła podstaw prawnych do oskarżenia.

8 sierpnia Piłsudski powrócił do Warszawy i dwa dni później wziął udział w dorocznym zjeździe legionistów, który odbył się w Radomiu. 11 sierpnia Piłsudski polecił wezwanemu do Belwederu Składkowskiemu przygotować – jak to określił – „kondemnatki” (od kondemnaty – wyroku zaocznego w prawie staropolskim) wszystkich posłów Centrolewu, czyli zebrać na nich materiały obciążające. W sprawie „kondemnatek” Składkowski meldował się w Belwederze 19, 21 i 22 sierpnia. Podczas ostatniego z tych spotkań – w obecności ministra sprawiedliwości Stanisława Cara i płk. Józefa Becka (wówczas szefa gabinetu ministra spraw wojskowych, czyli Piłsudskiego) – Piłsudski zakomunikował, że po rozwiązaniu Sejmu zamierza aresztować wielu byłych posłów za ich „kondemnatki”. Zapytał następnie, kto podpisze nakaz aresztowania. Po chwili milczenia Składkowski powiedział, że on podpisze, do czego nie miał podstaw prawnych.

23 sierpnia 1930 r. premier Walery Sławek oświadczył na posiedzeniu Rady Ministrów, że jest przemęczony i podaje się do dymisji. Dwa dni później prezydent Ignacy Mościcki zaprzysiągł gabinet pod prezesurą Józefa Piłsudskiego. Jedyną zmiana personalną – oprócz osoby premiera – było wejście do rządu Józefa Becka jako wicepremiera. 27 sierpnia premier Piłsudski udzielił pierwszego z serii wywiadów (ostatni ukazał się 27 listopada 1930 r.) redaktorowi naczelnemu „Gazety Polskiej”, płk. Bogusławowi Miedzińskiemu. Zaatakował w nim brutalnie opozycję i parlamentaryzm. Stwierdził m.in., że „poseł do sejmu jest stworzony na to, ażeby głupio pytał i głupio mówił. Toteż, wie pan, ja osobiście nieraz wątpię o jakiejkolwiek wartości tak zwanego parlamentaryzmu, gdyż on prowadzi do musu oszukaństw i do musu życia w świecie oszukańczym”. Mówił dalej „o niechlujnej konstytucji, która śmierdzi chlewem poselskim”, a nazywa ją „konstytutą”, bo to słowo „najbliższe jest do prostituty”. Dodał, że „w każdym urzędzie pana posła należy usuwać za drzwi; jeśli zaś przy tym cos im dołożą – to także nie zaszkodzi”.

Dwa dni po publikacji tego wywiadu wicemarszałek Sejmu Jan Dąbski (lider Stronnictwa Chłopskiego) został brutalnie pobity przed swoim domem przez dwóch oficerów i plutonowego. Sprawców nie wykryto. Prawdopodobnie pobicie to przyczyniło się do przedwczesnej śmierci Dąbskiego, który zmarł rok później w wieku 51 lat. 29 sierpnia premier Piłsudski postawił wniosek o rozwiązanie Sejmu i Senatu, co następnego dnia uczynił prezydent Ignacy Mościcki rozpisując równocześnie nowe wybory parlamentarne na 16 i 23 listopada. Z chwilą rozwiązania Sejmu i Senatu przywódcy Centrolewu stracili immunitet parlamentarny. 7 września ukazał się drugi wywiad Piłsudskiego w „Gazecie Polskiej”, w którym powiedział, że uważa posłów „za zwyczajne ścierwo, które musi zatruwać swoim istnieniem powietrze”. Była to już zawoalowana zapowiedź aresztowań byłych posłów opozycji.

Pod koniec sierpnia 1930 r. komendantem twierdzy brzeskiej został płk Wacław Kostek-Biernacki, a do jego dyspozycji oddelegowano 30 żandarmów. Lista kandydatów na więźniów brzeskich została przygotowana w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i obejmowała ponad 100 nazwisk. 1 września minister Składkowski przedstawił ją Piłsudskiemu, a ten zielonym ołówkiem zaznaczył nazwiska tych, którzy mieli być aresztowani.

W nocy z 9 na 10 września 1930 r. zostali aresztowani i przewiezieni do twierdzy brzeskiej: Norbert Barlicki, Adam Ciołkosz, Stanisław Dubois, Herman Lieberman, Mieczysław Mastek i Adam Pragier z PPS, Kazimierz Bagiński i Józef Putek z PSL „Wyzwolenie”, Władysław Kiernik i Wincenty Witos z PSL „Piast”, Karol Popiel z NPR, Aleksander Dębski i Jan Kwiatkowski ze Stronnictwa Narodowego, Adolf Sawicki z SCh, Józef Baćmaga z Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem oraz pięciu posłów ukraińskich: Włodymyr Celewycz, Osip Kohut, Jan Leszczyński, Dmytro Palijiw i Aleksander Wisłocki. Po rozwiązaniu Sejmu Śląskiego dołączył od nich 26 września Wojciech Korfanty.

Józef Baćmaga z sanacyjnego BBWR krytykował własny obóz polityczny i pomimo jego nacisków nie zrzekł się mandatu poselskiego na rzecz prezesa radomskiego „Strzelca”. Został wtedy oskarżony o defraudację pieniędzy i w październiku 1929 r. usunięty z BBWR. Dołączono go do więźniów brzeskich, aby pokazać, że sanacja nie toleruje przestępców we własnych szeregach. W czasie, gdy Baćmaga przebywał w twierdzy brzeskiej, Sąd Okręgowy w Radomiu wyznaczył termin rozprawy karnej w jego sprawie. Kostek-Biernacki dodał mu do eskorty dwóch żandarmów i oświadczył, że jeśli powie na procesie o tym co przeżył w Brześciu, „żandarm skuje mordę”.

Wincentego Witosa aresztowano w pociągu z Krakowa do Tarnowa. Już podczas pierwszej nocy pobytu w twierdzy brzeskiej obudzono go i oficer-żandarm kazał trzykrotnemu premierowi wynieść kubeł z odchodami. Grożono mu następnie pobiciem. Hermanowi Liebermanowi nie grożono, ale go brutalnie pobito pałką podczas eskortowania do twierdzy brzeskiej. Komisarz policji oświadczył mu przy tym, że „zdechniesz i zaraz cię zakopiemy”. Podczas transportu do Brześcia pobito też Adolfa Sawickiego i kazano mu kopać grób w lesie.

Aresztowania były kontynuowane. W czasie kampanii wyborczej pozbawiono wolności na czas dłuższy lub krótszy około 5 tysięcy osób, w tym 84 byłych posłów i senatorów. Unieważniono ponadto listy Centrolewu w 11 okręgach wyborczych i uniemożliwiano mu prowadzenie agitacji wyborczej. Zebrania i wiece opozycyjne były rozpędzane przez specjalne bojówki lub policję. Wybory przeprowadzone w atmosferze terroru i nacisków administracyjnych przeniosły zdecydowane zwycięstwo BBWR (249 mandatów poselskich i 77 senatorskich) oraz porażkę Centrolewu (79 mandatów poselskich i 13 senatorskich). W tej sytuacji, na początku 1931 r. Centrolew rozpadł się.

Informacje o traktowaniu więźniów brzeskich zaczęły docierać do opinii publicznej już po wyborach, kiedy 23 listopada przewieziono z twierdzy brzeskiej do Warszawy i Grójca więźniów polskich (wkrótce ich zwolniono), a do Łucka ukraińskich. Władze starały się ograniczać informacje o ich traktowaniu. Redaktorom odpowiedzialnym gazet, które takie informacje zamieszczały, wytaczano procesy. 10 grudnia 1930 r. interpelację w sprawie brzeskiej złożył w Sejmie Klub Narodowy, a 45 profesorów UJ wystosowało list otwarty do swojego kolegi i zarazem posła BBWR, prof. Adama Krzyżanowskiego.

Mimo prób blokady informacyjnej ze strony władz, opinia publiczna dowiedziała się jak traktowano więźniów brzeskich i wiadomości te były dla niej szokiem. Osadzonych w twierdzy brzeskiej poniżano, głodzono i w różny sposób maltretowano: umieszczano w karcerze, policzkowano, bito pięściami, a w niektórych przypadkach katowano (rozbierano do naga i przez mokre prześcieradło wymierzano do 30 uderzeń pasami lub prętami żelaznymi). Pozorowano też ich egzekucje.

Podczas procesu brzeskiego odbyło się 55 rozpraw. Przez salę sądową przewinęło się kilkuset świadków, w tym wielu znanych polityków, jak Tomasz Arciszewski, Kazimierz Bartel, Wojciech Korfanty, Mieczysław Niedziałkowski, Kazimierz Pużak, Maciej Rataj, Wojciech Trąmpczyński i Zygmunt Zaremba. Wizerunkowo proces był porażką władz sanacyjnych. O tej porażce zadecydowały miałkość materiału dowodowego i wykorzystanie przez opozycję procesu jako trybuny, na której oskarżeni stali się oskarżycielami reżimu sanacyjnego. Wielkie wrażenie wywarło zwłaszcza wystąpienie Wincentego Witosa, który zapytał sąd wprost, czy nie zna ludzi, którzy zrobili zamach majowy.

Spośród skazanych w procesie brzeskim Barlicki, Ciołkosz, Dubois, Mastek i Putek podporządkowali się wyrokowi sądu i zgłosili się pod koniec października 1933 r. do odbycia kary. Po roku ułaskawił ich prezydent Mościcki. Pozostali wybrali emigrację. Bagiński, Kiernik i Witos do Czechosłowacji, a Pragier i Lieberman do Francji. Przy czym Adam Pragier powrócił z emigracji w 1935 r. i poddał się karze w wymiarze kilkumiesięcznym. Na emigrację do Czechosłowacji udał się również w 1935 r. Wojciech Korfanty, który nie znalazł się na ławie oskarżonych, ale był więźniem brzeskim. Powrócił do kraju pod koniec kwietnia 1939 r. i został aresztowany przez sędziego śledczego Demanta – tego samego, który przesłuchiwał osadzonych w Brześciu. Korfantego zwolniono z Pawiaka 20 lipca 1939 r. w ciężkim stanie zdrowia (adwokat i rodzina podejrzewali otrucie). Zmarł 17 sierpnia 1939 r. Jego pogrzeb przekształcił się w wielką manifestację antysanacyjną.

Prezydent Mościcki odrzucił w 1937 i 1939 r. inicjatywy środowisk akademickich w sprawie amnestii dla skazanych w procesie brzeskim. Dopiero prezydent RP na uchodźstwie Władysław Raczkiewicz wydał 31 października 1939 r. dekret obejmujący amnestią wszystkich skazanych w procesie brzeskim. W grudniu 2005 i 2007 r. posłowie PSL występowali do ministra sprawiedliwości i prezesa Rady Ministrów o kasację wyroku na korzyść skazanych w procesie brzeskim. Natomiast poseł Tadeusz Iwiński z SLD wystąpił 26 września 2008 r. z interpelacją do ministra sprawiedliwości o rehabilitację skazanych w procesie brzeskim. Ministerstwo Sprawiedliwości uzasadniło odmowę brakiem zachowanych akt procesu zawierających materiał dowodowy sprawy oraz tym, że we wniesionych w 1933 r. apelacjach „obrońcy oskarżonych nie kwestionowali ustaleń faktycznych poczynionych przez sąd I instancji”. Tak jakby dla ministra sprawiedliwości z Platformy Obywatelskiej nie było oczywiste, że proces brzeski był bezprawny już tylko dlatego, że oskarżonych sądzono za działalność polityczną, którą prowadzili mając immunitet parlamentarny.

Bohdan Piętka

„Przegląd”, nr 44 (1138), 25.10-1.11.2021, s. 44-47

Odeszła Barbara Kruczkowska (1940-2021)

10 sierpnia 2021 r. zmarła Barbara Kruczkowska (z domu Parka) – była więźniarka niemiecko-nazistowskiego obozu w Potulicach (Lebrechtsdorf) k. Bydgoszczy, wieloletnia aktywna działaczka Związku Kombatantów RP i byłych Więźniów Politycznych oraz prezes koła tej organizacji w Czeladzi i członkini jej Śląskiego Zarządu Wojewódzkiego. Była osobą zasłużoną dla upamiętniania Dzieci Potulic – najmłodszych ofiar niemiecko-nazistowskiego obozu Lebrechtsdorf. Większość życia poświęciła upamiętnieniu losów dzieci z Zagłębia Dąbrowskiego i powiatu chrzanowskiego, aresztowanych wraz z rodzicami podczas niemieckiej akcji „Oderberg” i osadzonych następnie w tzw. Polenlagrach na terenie Prowincji Górnośląskiej, a w 1944 r. w obozie Lebrechtsdorf na terenie tzw. Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie. Co roku przyjeżdżała do Potulic na kwietniowe uroczystości upamiętniające obóz Lebrechtsdorf i co roku 19 lutego współorganizowała w Czeladzi uroczystość upamiętniającą rocznicę powrotu dzieci polskich z obozu Lebrechtsdorf w 1945 r. Co roku uczestniczyła też w uroczystościach wyzwolenia KL Auschwitz. Gromadziła pamiątki i wspomnienia dotyczące martyrologii Dzieci Potulic.

Barbara Kruczkowska odeszła w przededniu 78-mej rocznicy niemieckiej akcji represyjnej „Oderberg”, wymierzonej w polskie podziemie lewicowe na terenie powiatów będzińskiego, chrzanowskiego i sosnowieckiego ówczesnej Prowincji Górnośląskiej. W Zagłębiu Dąbrowskim aresztowaniami w ramach tej akcji objęto głównie konspiratorów ze Związku Orła Białego i PPS-WRN, a w powiecie chrzanowskim głównie konspiratorów z PPR. Gestapo aresztowało całe rodziny osób podejrzanych o udział w konspiracji, łącznie z małymi dziećmi – ogółem około 750 osób.

Aresztowanych przewieziono do więzienia policyjnego w Mysłowicach. Stamtąd kobiety skierowano do KL Auschwitz, gdzie większość z nich zginęła, a dzieci wysłano do tzw. Polenlagrów. Mężczyźni natomiast pozostali w więzieniu w Mysłowicach, gdzie gestapo poddało ich brutalnym przesłuchaniom. Po zakończeniu śledztw część z nich rozstrzelano jako więźniów policyjnych pod Ścianą Śmierci w KL Auschwitz z wyroku gestapowskiego sądu doraźnego. Natomiast ci, którzy przeżyli śledztwo i nie stanęli przed policyjnym sądem doraźnym trafili w różnych transportach do KL Auschwitz, KL Gross-Rosen, KL Mauthausen i KL Ravensbrück, gdzie wielu z nich również zginęło.

Niezwykle tragiczny był los dzieci, które zostały aresztowane podczas akcji „Oderberg” w liczbie 213. Po odebraniu tych dzieci matkom w więzieniu policyjnym w Mysłowicach umieszczono je w tzw. Polenlagrze nr 82 w Pogrzebieniu koło Raciborza (Pogrzebin) na terenie ówczesnej rejencji opolskiej. Następnie, pod koniec września 1943 r., większość z nich została podzielona na grupy i skierowana do innych Polenlagrów znajdujących się na terenie Prowincji Górnośląskiej. Były to obozy nr 83 w Benešovie (Markt Beneschau) i nr 32 w Bohuminie (Oderberg) na Śląsku Czeskim, nr 92 w Kietrzu (Katscher) w powiecie głubczyckim, nr 168 w Gorzycach (Gross Gorschütz) i nr 169 w Gorzyczkach (Klein Gorschütz) w powiecie raciborskim na terenie rejencji opolskiej oraz nr 56 w Lyskach koło Rybnika (Lissek), nr 97 w Rybniku i nr 95 w Żorach (Sohrau) w powiecie rybnickim na terenie rejencji katowickiej. Niektóre z uwięzionych dzieci miały mniej niż 2 lata.

Tzw. Polenlagry były to obozy funkcjonujące w latach 1941-1945 na Górnym Śląsku, Opolszczyźnie i Śląsku Czeskim z przeznaczeniem dla Polaków wysiedlanych z Prowincji Górnośląskiej. Obok wysiedlonych rodzin więziono tam również osoby, które odmówiły podpisania niemieckiej listy narodowościowej, aresztowane w czasie akcji odwetowych za udział ich krewnych w działalności konspiracyjnej oraz dzieci, których rodzice zostali zatrzymani z tych samych powodów.

Wędrówka dzieci aresztowanych podczas akcji „Oderberg” po Polenlagrach trwała prawie rok. Część z nich w tym czasie zmarła lub zaginęła. Pozostałe dzieci zgromadzono w połowie 1944 r. w obozie w Żorach pod Rybnikiem, a stamtąd przewieziono je do obozu w Bohuminie. Z Bohumina wywieziono na początku sierpnia 1944 r. w dwóch transportach 139 dzieci do Prewencyjnego Obozu dla Młodzieży Wschodniej w Potulicach k. Bydgoszczy (Ostjugendbewahrlager Lebrechtsdorf). Obóz ten należał obok Prewencyjnego Obozu Policji Bezpieczeństwa dla Młodzieży Polskiej w Łodzi (Polen Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt) i obozu w Lubawie do najważniejszych miejsc uwięzienia dzieci polskich pod okupacją niemiecką.

Obóz w Potulicach był początkowo obozem przesiedleńczym dla Polaków z Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie i jako taki rozpoczął funkcjonowanie 1 lutego 1941 r. Od października 1941 do stycznia 1942 r. obóz ten był podporządkowany KL Stutthof. Z dniem 1 września 1942 r. stał się samodzielnym obozem karnym, z podległymi mu obozami w Smukale i Toruniu. Od pierwszych dni istnienia obozu w Potulicach cierpienia dorosłych więźniów musiały dzielić także dzieci. W 1943 r. utworzono dla nich specjalny oddział – wspomniany Prewencyjny Obóz dla Młodzieży Wschodniej.

Dzieci w obozach głodzono, bito oraz znęcano się nad nimi fizycznie i psychicznie. W obozie w Potulicach starsze z nich musiały pracować. Dzieci-ofiary akcji „Oderberg” deportowane do obozu w Potulicach w sierpniu 1944 r. przebywały tam do wyzwolenia w styczniu 1945 r. Po wyzwoleniu czterej mieszkańcy Czeladzi Władysław Bazior, Teofil Kowalik, Wiktor Parka (ojciec Barbary Kruczkowskiej) i Jan Polak uzyskali pełnomocnictwo od wicewojewody śląsko-dąbrowskiego Jerzego Ziętka oraz zezwolenie komendantury radzieckiej i pojechali 10 lutego 1945 r. do Potulic. Pierwotnie zamierzali zabrać stamtąd tylko swoje dzieci, jednak na wieść o ich przyjeździe także pozostałe dzieci zwróciły się do nich z prośbą o zabranie do domu. Skompletowali wówczas transport 54 dzieci i odwieźli je 17 lutego 1945 r. do Czeladzi. Na prośbę wicewojewody J. Ziętka wspomniani mężczyźni wkrótce ponownie udali się do Potulic, gdzie skompletowali drugi transport 103 dzieci. W ten sposób przywieźli do Zagłębia Dąbrowskiego wszystkie przebywające w Potulicach 157 polskie dzieci. Dzieci te w ogromnej większości były sierotami. Zorganizowano dla nich sierociniec w byłej willi dyrektora kopalni „Saturn” (tzw. pałac pod Filarami) w Czeladzi.

Ojciec Barbary Kruczkowskiej – wspomniany Wiktor Parka – uniknął aresztowania w nocy z 11 na 12 sierpnia 1943 r., ponieważ podczas nocnej zmiany w kopalni „Saturn” on i Jan Polak zostali ostrzeżeni przez kolegów-górników, że na podszybiu czeka na nich gestapo. Obaj ukryli się w podziemiach kopalni, skąd po dwóch dniach wyszli na powierzchnię szybem awaryjnym. Ukrywali się następnie do końca okupacji niemieckiej. Aresztowane zostały jednak ich rodziny. W wypadku Wiktora Parki została aresztowana jego żona Maria (ur. 15 sierpnia 1914 r.), która zginęła w KL Auschwitz 25 stycznia 1944 r. oraz dzieci: 9-letni Jerzy (ur. 29 kwietnia 1934 r.) i 3-letnia Barbara (ur. 9 stycznia 1940 r.). Na zachowanej liście transportowej dzieci z Polenlagru w Żorach do obozu w Potulicach przy nazwisku Barbary Parki figuruje fałszywa data urodzenia 9 stycznia 1931 r. Taką datę urodzenia podał jej brat Jerzy bojąc się, że zabiorą mu małą siostrę, np. by wysłać ją do Rzeszy w celu germanizacji. Barbara Parka zawdzięczała przetrwanie starszemu bratu Jerzemu, który opiekował się nią w obozach w Pogrzebieniu, Benešovie, Rybniku, Kietrzu, Żorach, Bohuminie i Potulicach.

Po wojnie Barbara Kruczkowska ukończyła szkołę średnią, a następnie podjęła pracę w Zakładach Płytek i Wyrobów Sanitarnych „Józefów”. W latach 1961-1995 pracowała w Urzędzie Miasta Czeladzi. Jeszcze na długo przed przejściem na emeryturę włączyła się w pracę społeczną na rzecz upamiętnienia martyrologii Dzieci Potulic. Działalność ta stała się jej życiowym powołaniem. Odchodzą już najmłodsze ocalone ofiary martyrologii polskiej podczas drugiej wojny światowej – świadkowie najtragiczniejszego okresu w historii narodu polskiego. Na nas spoczywa teraz obowiązek zachowania pamięci o tamtych czasach.

Bohdan Piętka

25 sierpnia 2021 r.

Dystrykt Galicja

1 sierpnia 2021 r. minęła 80-ta rocznica utworzenia przez władze hitlerowskie Dystryktu Galicja. To posunięcie władz III Rzeszy oznaczało koniec marzeń nacjonalistów ukraińskich o własnym satelickim i proniemieckim państwie. Mimo to nie zaprzestali oni współpracy z Niemcami hitlerowskimi. Dlatego warto przypomnieć o tych wydarzeniach dzisiaj, kiedy polityka historyczna Ukrainy bezczelnie sugeruje jakoby OUN i UPA walczyły z Niemcami, a nawet ratowały ofiary nazizmu.

Próbę utworzenia kolaboracyjnego państwa nacjonaliści ukraińscy podjęli zaraz po wkroczeniu do Lwowa 30 czerwca 1941 r. kolaboracyjnego batalionu „Nachtigall”, który o siedem godzin wyprzedził jednostki Wehrmachtu. Działacze banderowskiej frakcji OUN proklamowali wtedy niepodległość Ukrainy i jej „rząd” (nazywany przez historiografię nacjonalistyczną Rządem Zachodnich Obwodów Ukrainy), na czele którego stanął członek kierownictwa OUN-B Jarosław Stećko (1912-1986). „Premier” Stećko zadeklarował ścisłą współpracę z Rzeszą Hitlera i oświadczył, że „władza nasza będzie okrutna”. Dlatego ulice Lwowa natychmiast spłynęły żydowską krwią. W obu pogromach lwowskich (30 czerwca-2 lipca, 25-27 lipca 1941 r.) kluczową rolę odegrała milicja ukraińska utworzona przez OUN-B.

O proklamowaniu „rządu” Stećki „minister spraw zagranicznych” tego „rządu” Wołodymyr Stachiw (1910-1971) oficjalnie poinformował władze Niemieć hitlerowskich, rządy państw sojuszniczych III Rzeszy oraz krajów neutralnych. Jednakże żadne państwo nie uznało tego „rządu”. Poinformowany przez Ribbentropa Hitler dostał ataku furii i rozkazał „natychmiast aresztować i rozstrzelać tę bandę”. Złagodził swoje stanowisko dopiero pod wpływem perswazji Heinricha Himmlera, który wytłumaczył mu, że nacjonaliści ukraińscy mogą być jeszcze przydatni III Rzeszy. Wtedy Hitler wystosował ultimatum do „rządu” Stećki, w którym domagał się natychmiastowego odwołania „Aktu odnowienia Państwa Ukraińskiego”. W związku z odmową, 3 lipca 1941 r. zabroniono Stepanowi Banderze opuszczać jego krakowskie mieszkanie, a 5 lipca wywieziono go razem z Romanem Ilnyćkym (1915-2000) i Wołodymyrem Stachiwem do Berlina. Tego samego dnia szef Abwehry admirał Wilhelm Canaris podpisał akt rozwiązania „rządu” Stećki, a jego członków przewieziono do Krakowa. Wkrótce osadzono ich razem z Banderą i innymi czołowymi nacjonalistami ukraińskimi w berlińskim więzieniu Spandau, a następnie jako więźniów uprzywilejowanych w areszcie Zellenbau na terenie KL Sachsenhausen. Przebywali tam do końca września 1944 r., kiedy zostali zwolnieni i ponownie podjęli współpracę z III Rzeszą w ramach Ukraińskiego Komitetu Narodowego[1].

20 lipca 1941 r. Hitler podpisał rozkaz o utworzeniu z dniem 1 sierpnia Komisariatu Rzeszy Ukraina, co ostatecznie pogrzebało nadzieje nacjonalistów ukraińskich na powstanie satelickiego państwa. Reichskommissariat Ukraine nie obejmował jednak Galicji Wschodniej, która została wcielona także z dniem 1 sierpnia 1941 r. do Generalnego Gubernatorstwa jako jego piąty dystrykt o nazwie Dystrykt Galicja. Było to dodatkowe upokorzenie nacjonalistów ukraińskich ze strony Hitlera. Generalne Gubernatorstwo było przecież jednostką administracyjną obejmującą okupowane ziemie polskie, których nie wcielono do Rzeszy. Nacjonaliści ukraińscy wracali zatem na łono znienawidzonej Polski (co prawda okupowanej przez Niemcy), a przecież mieli się od niej raz na zawsze uwolnić dzięki współpracy z III Rzeszą. O takim rozwiązaniu Hitler zakomunikował 16 lipca 1941 r. podczas narady w Kwaterze Głównej z udziałem Martina Bormanna, Hermanna Göringa, Wilhelma Keitla, Hansa Lammersa i Alfreda Rosenberga[2].

Stało się tak pomimo tego, że dwa dni wcześniej, 14 lipca 1941 r., rozplakatowano we Lwowie wielkie ogłoszenie ukraińskie „Pamiętajcie raz na zawsze”. Było to podziękowanie dla Führera za wyzwolenie, zapewnienie o całkowitym oddaniu i wierze, że pod ochroną niezwyciężonego miecza niemieckiego naród ukraiński odzyska pełną wolność. Przeciwko utworzeniu Dystryktu Galicja zaprotestował 22 lipca 1941 r. metropolita lwowski obrządku grekokatolickiego i duchowy patron nacjonalizmu ukraińskiego Andrij Szeptycki.

Jednakże wcześniej, bo 12 lipca, w pałacu arcybiskupim Szeptyckiego odbyło się spotkanie przedstawicieli wojskowych władz niemieckich z pozostałymi po aresztowaniach nacjonalistycznymi działaczami ukraińskimi. Wzięli w nim udział: metropolita Szeptycki; Hans Koch – oficer Abwehry, historyk i teoretyk niemieckiego nurtu Ostforschung; prof. Theodor Oberländer (1905-1998) – oficer łącznikowy Abwehry przy batalionie „Nachtigall”, ekonomista i teoretyk nurtu Ostforschung; Richard Jary vel Riko Jaryj (1888-1969) – ukraiński działacz nacjonalistyczny i zarazem oficer wywiadu niemieckiego; Mykoła Łebedź (1909-1998) – pełniący obowiązki prowidnyka krajowego OUN-B oraz Iwan Kłymiw (1909-1942) – prowidnyk OUN-B na zachodniej Ukrainie.

W następstwie tego spotkania wydano wspólną deklarację „o współpracy przeciw bolszewizmowi i żydostwu”. Znalazł się tam passus o „przeklętych latach”, gdy „polska niewola” przygotowywała, rzekomo we współpracy z bolszewizmem, zagładę Ukrainie. Ustalono, że ukraińska Rada Seniorów zostanie przekształcona w Radę Narodową. Stanowisko jej prezydenta zaproponowano metropolicie Szeptyckiemu. Niemcy zgodzili się na funkcjonowanie wielu ukraińskich instytucji, zrzeszeń i związków twórczych, którym przydzielili lokale po zlikwidowanych instytucjach polskich i żydowskich[3]. Na samym zatem początku funkcjonowania Dystryktu Galicja nacjonaliści ukraińscy uzyskali w nim uprzywilejowaną pozycję polityczną.

Na mocy rozporządzenia Hitlera z 22 lipca 1941 r. niemiecka administracja cywilna objęła władzę na terenie Dystryktu Galicja w dniu 1 sierpnia. Miało to uroczystą oprawę. Ukraiński przewodniczący Zarządu Miasta Lwowa Jurij Polanśkyj (1892-1975, w latach 1922-1923 komendant Ukraińskiej Organizacji Wojskowej) przywitał przedstawicieli okupacyjnej administracji niemieckiej z Hansem Frankiem na czele chlebem i solą w towarzystwie dwóch dziewcząt w ukraińskich strojach ludowych. Na uroczystości inauguracji Dystryktu Galicja obecni byli m.in.: wyższy dowódca SS i policji w GG i pełnomocnik Himmlera ds. umocnienia niemieckości w Generalnym Gubernatorstwie – SS-Obergruppenführer Friedrich Wilhelm Krüger (1894-1945), komendant policji niemieckiej we Lwowie płk. von Prittwitz, sekretarz stanu GG Joseph Bühler (1904-1948), naczelny dowódca armii słowackiej gen. Ferdinand Čatloš (1895-1972) i węgierski gen. Ferenc Szombathelyi (1887-1946). W skład delegacji ukraińskiej wchodził obok Polanśkiego biskup grekokatolicki i zarazem zwolennik nacjonalizmu ukraińskiego Josyf Slipyj (1892-1984)[4].

Stanowisko gubernatora Dystryktu Galicja objął dr Karl Lasch (1904-1942), a po usunięciu go z tego stanowiska 6 stycznia 1942 r. SS-Gruppenführer Otto Gustaw von Wächter (1901-1949), który pełnił tę funkcję do końca okupacji niemieckiej na tym terenie w sierpniu 1944 roku. Karl Lasch był szwagrem generalnego gubernatora Hansa Franka i w latach 1939-1941 gubernatorem dystryktu radomskiego. Władze niemieckie aresztowały go 24 stycznia 1942 r. pod zarzutem defraudacji i naruszenia przepisów celnych. Śledztwo w jego sprawie prowadził SS-Brigadeführer Eberhard Schöngarth (1903-1946) – ten sam, który 4 lipca 1941 r. kierował akcją zagłady profesorów lwowskich, będący w tym czasie dowódcą Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w Krakowie. Następnie sprawę przekazano do sadu specjalnego we Wrocławiu. Postepowanie zakończono przed czasem pod naciskiem Hitlera. Lasch został prawdopodobnie zmuszony do samobójstwa lub rozstrzelany 1 sierpnia 1942 r. na rozkaz Himmlera[5].

Dowódcą SS i policji w Dystrykcie Galicja został SS-Gruppenführer i generał-porucznik Waffen-SS i policji Fritz Katzmann (1906-1957), który wcześniej pełnił identyczne stanowisko w dystrykcie radomskim. W Dystrykcie Galicja działał on do czerwca 1943 r. i był odpowiedzialny przede wszystkim za zagładę tamtejszych Żydów, z których większość została wymordowana w tym czasie przy współudziale policji ukraińskiej przez masowe rozstrzeliwania i w wyniku deportacji do obozów koncentracyjnych. Jego następcą został SS-Brigadeführer i generał-major policji Theobald Thier (1897-1949), który pełnił funkcję dowódcy SS i policji od lipca 1943 r. do połowy lutego 1944 r. Na okres jego rządów przypadła likwidacja obozu pracy dla Żydów przy ul. Janowskiej we Lwowie, którego więźniowie zostali w większości wymordowani. Nastąpiło też w tym czasie wzmożenie terroru wobec Polaków w odwecie za działalność konspiracji. Ostatnim dowódcą SS i policji w dystrykcie – formalnie do 16 września 1944 r. – był SS-Brigadeführer i generał-major Waffen-SS i policji Christoph Diehm (1892-1960)[6].

Funkcję szefa lwowskiej placówki Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa – odpowiedzialnej m.in. za zwalczanie polskiego podziemia i koordynację deportacji Żydów do obozu zagłady w Bełżcu – pełnił SS-Obersturmbannführer dr Helmut Tanzmann (1907-1946), którego w marcu 1943 r. zastąpił na tym stanowisku SS-Obersturmbannführer Josef Witiska (1894-1946). Natomiast funkcję komendantów Policji Porządkowej (Ordnungspolizei; Orpo) pełnili kolejno Paul Worm, Joachim Stach, Walter von Soosten i Gustav Schubert.

Niemiecki aparat urzędniczy w Dystrykcie Galicja liczył 14 400 Niemców-obywateli Rzeszy (Reichsdeutsche), którzy przebywali tam często z rodzinami. W świetle tajnych raportów z 14 maja i 29 czerwca 1943 r., sporządzonych przez SS-Obersturmbahnnführera Josefa Witiskę, większość niemieckich urzędników nie potrafiła „godnie reprezentować Niemiec”. Głównym zarzutem szefa lwowskiej placówki Sipo u. SD wobec urzędników niemieckiej administracji okupacyjnej było to, że wiedli wielkopańskie życie i „bogacili się na mieniu żydowskim”[7].

1 sierpnia 1941 r. została także rozwiązana milicja ukraińska, którą utworzono po wkroczeniu Wehrmachtu do Galicji Wschodniej. W jej miejsce powołano ukraińską policję pomocniczą. Liczebność tej policji została zwiększona w 1943 r. z 3400 do 4100 funkcjonariuszy. Formacja ta rekrutowała się z byłych członków milicji ukraińskiej – w większości kolaborujących z Niemcami nacjonalistów ukraińskich. Posiadała własne szkoły policyjne we Lwowie i Równem oraz podlegała pod niemiecką Policję Porządkową. Większość jej funkcjonariuszy wykonywała bezwzględnie rozkazy niemieckie i słynęła z brutalności wobec Polaków i Żydów. Część z nich zdezerterowała na przełomie 1942 i 1943 r. do Ukraińskiej Powstańczej Armii i wzięła udział w ludobójstwie na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej[8].

OUN od początku miała swoje przyczółki w ukraińskiej policji pomocniczej i celowo do niej przenikała. Nacjonaliści ukraińscy przejęli nieformalną kontrolę nad szkołami policyjnymi we Lwowie i Równem, a wcześniej nad istniejącymi przed 22 czerwca 1941 r. ukraińskimi szkołami policyjnymi dla dystryktów krakowskiego i lubelskiego, by wykorzystać szkolenie policyjne do prowadzenia propagandy nacjonalistycznej. Dlatego także policjanci, którzy wstąpili do tej formacji niezależnie, byli poddawani indoktrynacji ideologicznej nacjonalistów ukraińskich o charakterze szowinistycznym i faszystowskim. Kiedy na początku 1943 r. OUN-B postanowiła zerwać dotychczasową współpracę z Niemcami i rozpocząć ludobójcze czystki etniczne na Polakach, miała wystarczającą ilość kadry w policji pomocniczej, aby zorganizować masowe dezercje do UPA. W ten sposób tysiące przeszkolonych wojskowo policjantów ukraińskich opuściło swoje posterunki, zabrało ze sobą broń, przeszło do lasów i stworzyło kadrę dowódczą UPA. Współcześnie polityka historyczna Ukrainy przedstawia ich jako rzekomy „antyhitlerowski ruch oporu”, negując ich kolaborację z III Rzeszą oraz dokonane przez nich ludobójstwo na Polakach i Żydach, przy dyskretnym milczeniu czynników politycznych oraz mediów polskich i zachodnich[9].

[1] R. J. Czarnowski, Lwów. Okupacja niemiecka, Warszawa 2016, s. 15-16; G. Motyka, Ukraińska partyzantka 1942-1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Warszawa 2006, s. 234.

[2] G. Mazur, J. Skwara, J. Węgierski, Kronika 2350 dni wojny i okupacji Lwowa, Katowice 2007, s. 214-217.

[3] R. J. Czarnowski, Lwów. Okupacja niemiecka…, s. 48-50.

[4] Tamże, s. 223.

[5] Z. Polubiec (red.), Okupacja i ruch oporu w Dzienniku Hansa Franka 1939-1945, t. II, Warszawa 1972, s. 152.

[6] D. Pohl, Nationalsozialistische Judenverfolgung in Ostgalizien 1941-1944, München 1997, s. 412.

[7] D. Schenk, Noc morderców. Kaźń polskich profesorów we Lwowie i holokaust w Galicji Wschodniej, Kraków 2011, s. 216-218.

[8] Tamże, s. 227-228.

[9] J-P. Himka, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, Ukraińska Policja i Holokaust, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA i zagłada Żydów, Kraków 2016, s. 457.

Bohdan Piętka

13 sierpnia 2021 r.

Maraton zbrodni – Galicja Wschodnia 1941

Agresja Niemiec hitlerowskich na ZSRR 22 czerwca 1941 r. spowodowała bezprecedensową eskalację zbrodni w Galicji Wschodniej. Masowe zbrodnie popełniały na tym terenie nie tylko wkraczające za Wehrmachtem grupy operacyjne niemieckiej Policji Bezpieczeństwa (Einsatzgruppen). Wkrótce po wybuchu wojny niemiecko radzieckiej doszło tam do zbrodni przeciw ludzkości popełnionych przez NKWD i nacjonalistów ukraińskich.

24 czerwca 1941 r. ludowy komisarz spraw wewnętrznych Ławrientij Beria skierował tajny telegram do podległych mu struktur NKGB i NKWD z rozkazem rozstrzelania wszystkich więźniów politycznych przetrzymywanych w zachodnich obwodach ZSRR, których ewakuacja była niemożliwa. W myśl rozkazu Berii rozstrzelane miały być wszystkie osoby skazane za „działalność kontrrewolucyjną”, „działalność antyradziecką”, sabotaż i dywersję, a także osoby znajdujące się w śledztwie[1].

Rozkaz Berii nie dotyczył jedynie więźniów kryminalnych. Część z nich funkcjonariusze NKWD ewakuowali na wschód w „marszach śmierci”, a cześć pozostawili w zamkniętych celach, skąd byli uwalniani przez żołnierzy niemieckich i miejscową ludność.

NKWD przystąpiło do mordowania więźniów politycznych na dawnych polskich Kresach Wschodnich jeszcze przed wydaniem rozkazu w tej sprawie przez Berię. Postępowano tak wobec osób, które przed 22 czerwca 1941 r. miały orzeczoną karę śmierci lub wysokie wyroki pozbawienia wolności. Ponadto zdarzały się przypadki, że funkcjonariusze NKGB i NKWD z własnej inicjatywy podejmowali decyzje likwidacji wszystkich więźniów politycznych. Tak było m.in. w lwowskim więzieniu Brygidki, gdzie do pierwszych egzekucji doszło już 22 czerwca 1941 r[2].

Szczególnie krwawy przebieg miała likwidacja więzień na tzw. Zachodniej Ukrainie, czyli na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Na tych terenach wymordowano około 50% więźniów, a do największych masakr doszło we Lwowie, gdzie z rąk funkcjonariuszy NKGB i NKWD zginęło w dniach 25-27 czerwca 1941 roku od 3,5 do 7 tys. więźniów – głównie Polaków i Ukraińców. Wśród zamordowanych były też kobiety i osoby małoletnie[3].

Wpływ na przyspieszenie masakr więziennych we Lwowie miała prawdopodobnie zbrojna dywersja Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, podjęta 24 czerwca 1941 r. Tego dnia w różnych punktach miasta bojówki OUN ostrzelały kolumny Armii Czerwonej, przeprowadziły nieudane ataki na siedzibę NKWD i więzienie na Zamarstynowie, a ponadto uwolniły 270 więźniów osadzonych w więzieniu przy ulicy Łąckiego. W odpowiedzi NKWD i wojsko przystąpiły do brutalnego tłumienia rebelii. Aresztowano około 4 tys. osób – głównie Ukraińców, ale także pewną liczbę Polaków – których osadzono w więzieniach i aresztach lwowskich. 25 czerwca komendant garnizonu Lwowa ogłosił w mieście stan wojenny. Tego dnia we wszystkich więzieniach lwowskich – czyli w więzieniu przy ul. Łąckiego, więzieniu na Zamarstynowie, więzieniu przy ul. Jachowicza, w więzieniu przy ul. Kazimierzowskiej (Brygidki) oraz w siedzibie NKWD przy ul. Pełczyńskiej – przystąpiono do masowej eksterminacji więźniów. Mordowanie więźniów trwało do momentu opuszczenia Lwowa przez wojska radzieckie.

Masakry odbywały się zwykle według jednego schematu. Funkcjonariusze NKGB i NKWD wywoływali więźniów z cel, po czym pojedynczo lub w małych grupach wyprowadzali ich do piwnic i tam mordowali strzałem z rewolweru lub karabinu w tył głowy. Indywidualne i masowe egzekucje odbywały się także na więziennych podwórzach. W ostatnich godzinach przed wkroczeniem do miasta wojsk niemieckich enkawudziści mordowali więźniów bezpośrednio, otwierając ogień przez kraty lub wrzucając granaty do przepełnionych cel. Zwłoki grzebano w mogiłach wykopanych na terenie więzień lub pozostawiano w celach i piwnicach[4].

W Galicji Wschodniej zdarzały się przypadki, że już po odejściu Sowietów zwłoki ofiar zamordowanych w masakrach więziennych były rozmyślnie okaleczane przez nacjonalistów ukraińskich, którzy w celach propagandowych pragnęli dysponować drastycznymi przykładami martyrologii swojego narodu[5]. Propaganda nacjonalistów ukraińskich, odwołując się do takich przykładów, miała na celu wywołanie wśród Ukraińców nastrojów antyżydowskich (poprzez utożsamianie Żydów z radzieckim aparatem represji), co odegrało znaczącą rolę w inspirowaniu przez nich pogromów lwowskich.

Oprócz Lwowa, do mordów na więźniach doszło też w innych miejscowościach Galicji Wschodniej i Wołynia. Największe z nich miały miejsce w: Borysławiu (kilkaset ofiar), Brzeżanach (od 174 do 300 ofiar), Busku (około 35 ofiar), Czortkowie (około 800-1000 ofiar), Drohobyczu (kilkaset ofiar), Dubnie (około 500-550 ofiar), Kamionce Strumiłowej (od 20 do 32 ofiar), Krzemieńcu (co najmniej 150 ofiar), Łucku (około 2000 ofiar), Nadwórnej (około 80 ofiar), Równem (od 150 do 500 ofiar), Samborze (od 500 do 700 ofiar), Sarnach (od 70 do 100 ofiar), Stanisławowie (od 1200 do 2500 ofiar), Stryju (co najmniej 100 ofiar), Szczercu (około 30 ofiar), Sądowej Wiszni (około 70 ofiar), Tarnopolu (około 1000 ofiar), Złoczowie (od 650 do 720 ofiar) i Żółkwi (około 34 ofiar)[6]. Do jednej z najbardziej przerażających zbrodni doszło w Dobromilu i pobliskiej kopalni soli „Salina”. Ofiarami tej masakry padło od 500 do 1000 osób, głównie Polaków i Ukraińców. Enkawudziści, chcąc zatrzeć swój udział w zbrodni, zamordowali cześć więźniów przy pomocy młotów i innych tępych narzędzi[7].

W masakrach więziennych w Galicji Wschodniej i na Wołyniu zginęło co najmniej 20 tys. ofiar. Do tego trzeba dodać ofiary ewakuacji obozów jenieckich. W chwili rozpoczęcia inwazji niemieckiej na ZSRR, w około pięćdziesięciu obozach jenieckich na tzw. Zachodniej Ukrainie przebywało 14 135 polskich jeńców wojennych. Zostali oni zmuszeni do przebycia pieszo części, a nierzadko całości trasy ewakuacyjnej. Ewakuacja jeńców stała się typowym „marszem śmierci”. Nie przeżyło go 2,5 tys. jeńców polskich z obozów Zachodniej Ukrainy[8].

Była to odrażająca zbrodnia wojenna popełniona na bezbronnych więźniach i jeńcach przez aparat represji ZSRR na polecenie najwyższych władz tego państwa. Stała się ona impulsem i pretekstem do popełnienia kolejnej zbrodni, jaką były dokonane przez nacjonalistów ukraińskich we Lwowie i w Galicji Wschodniej pogromy Żydów – utożsamianych przez propagandę hitlerowską i nacjonalistyczno-ukraińską z komunizmem.

Genezy pogromów na Żydach w Galicji Wschodniej należy jednak upatrywać przede wszystkim w programie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, który zakładał stworzenie jednolitego etnicznie, totalitarnego i faszystowskiego państwa ukraińskiego.

Eskalacja antysemityzmu w ideologii OUN następowała stopniowo od połowy lat 30. XX wieku, prowadząc do przyjęcia tezy o konieczności rozwiązania „kwestii żydowskiej”. Opracowany wiosną 1940 r. „Jednolity generalny plan sztabu powstańczego OUN” zakładał „wymordowanie wrogów co do jednego” zaraz na początku wojny z ZSRR. Przy czym twórcy tego planu uznali, że likwidacji na równi z władzą radziecką podlegają „wrogie mniejszości”, do których zaliczano głównie Polaków i Żydów. Latem 1941 r. banderowska frakcja OUN całkowicie podzielała z hitlerowcami poglądy na temat sposobów rozwiązania „kwestii żydowskiej”. W opracowanej przez OUN-B (banderowcy) w maju 1941 r. instrukcji „Walka i działalność OUN w czasie wojny” planowano likwidację funkcjonariuszy radzieckich, aktywistów polskich i Żydów[9].

Nacjonaliści ukraińscy obu frakcji – Bandery i Melnyka – jeszcze przed wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej stali się sojusznikami Niemiec hitlerowskich i utworzyli pod komendą niemiecką dwa bataliony – „Nachtigall” i „Roland” – jako zalążek przyszłej ukraińskiej armii narodowej. Po tym jak w nocy z 29 na 30 czerwca 1941 r. ostatnie oddziały radzieckie opuściły Lwów, nacjonaliści ukraińscy mogli przystąpić do realizacji swoich celów politycznych[10].

30 czerwca o 4.30 rano, na siedem godzin przed zajęciem miasta przez 1. dywizję strzelców górskich Wehrmachtu, wkroczył do Lwowa batalion „Nachtigall”. Służący w nim kolaboranci ukraińscy rozlepiali na ulicach plakaty i rozdawali ulotki ogłaszające zamiar OUN-B utworzenia państwa ukraińskiego. Ich treść jawnie wzywała ludność ukraińską do mordu: „Lachów, Żydów i komunistów niszcz bez litości, nie miej zmiłowania dla wrogów Ukraińskiej Rewolucji Narodowej”[11].

Wieczorem 30 czerwca 1941 r. został proklamowany we Lwowie – bez zgody Niemców – nacjonalistyczny rząd ukraiński, określony w nacjonalistycznej historiografii ukraińskiej jako Krajowy Rząd Zachodnich Obwodów Ukrainy, na czele którego stanął czołowy działacz OUN-B Jarosław Stećko (1912-1986). Ogłosił on tzw. Akt odnowienia Państwa Ukraińskiego. „Politykę będziemy uprawiać bez sentymentów (…). – Zniszczymy wszystkich bez wyjątku, którzy staną na naszej drodze. Kierownikami wszystkich gałęzi życia będą Ukraińcy i tylko Ukraińcy (…)” – ogłosił Stećko w inauguracyjnym przemówieniu przed Pałacem Lubomirskich[12].

Zdaniem Grzegorza Hryciuka – Na obszarze Galicji Wschodniej pogromy były niemal wyłącznie dziełem Ukraińców. Polacy ograniczali się co najwyżej do biernej aprobaty. Jednak we Lwowie, jak wynika z jednego z doniesień Związku Walki Zbrojnej, prześladowania Żydów, bo „gniew ludu” nie przyjął tutaj formy klasycznego pogromu, były dziełem podszczutych i namówionych przez Niemców „mętów ukraińskich i polskich”[13]. Natomiast Grzegorz Rossoliński-Liebhe zwrócił uwagę, że podczas pierwszego pogromu lwowskiego utworzona przez OUN-B milicja ukraińska ściśle współpracowała z formacjami niemieckimi – takimi jak Policja Bezpieczeństwa, SD i Einsatzgruppe C – a „Niemcy musieli skoordynować pogrom z frakcją banderowców najpóźniej 30 czerwca 1941 roku, niedługo po tym, jak zdali sobie sprawę, jak popularna i silna była OUN-B we Lwowie oraz z jaką łatwością można manipulować gniewem mieszkańców poprzez wykorzystanie trupów pozostawionych przez NKWD”[14].

Zarówno pierwszy jak i drugi pogrom lwowski filmowała ekipa filmowa Wehrmachtu. Fragmenty tego filmu były później pokazywane w oficjalnej kronice filmowej Ministerstwa Propagandy Rzeszy „Die Deutsche Wochenschau”. Zachowały się też liczne zdjęcia wykonane przez Niemców, które są m.in. eksponowane w United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie. Podczas pierwszego pogromu lwowskiego (30 czerwca – 2 lipca 1941 r.) bojówki ukraińskie (członkowie OUN, kolaboranci z batalionu „Nachtigall” oraz utworzona przez nacjonalistów milicja ukraińska), przy wsparciu głównie ludności ukraińskiej, zmuszały Żydów do wynoszenia i grzebania zwłok ofiar zamordowanych przez NKWD. Następnie okrutnie ich biły, maltretowały i na końcu zabijały. Żydówki przed dokonaniem na nich linczu rozbierano do naga. Ogółem, do 2 lipca zginęło okrutną śmiercią co najmniej 4 tys. Żydów[15].

Wieczorem 2 lipca niemiecki komendant Lwowa, płk. Karl Wintergast, nakazał przywrócić w mieście porządek. Tego samego dnia wkroczyła do Lwowa Einsatzgruppe C, która przystąpiła do planowej eksterminacji Żydów, komunistów i tzw. wrogów państwa, w tym min. polskich profesorów. Do 16 lipca formacje podległe Einsatzgruppe C wymordowały we Lwowie, oprócz polskich profesorów i studentów uczelni lwowskich oraz pojmanych komunistów i funkcjonariuszy radzieckich, około 7 tys. Żydów (na około 120 tys. żydowskich mieszkańców Lwowa)[16].

Drugi pogrom lwowski miał miejsce w dniach 25-27 lipca 1941 r. i był zaplanowaną akcją niemieckich władz okupacyjnych, przeprowadzoną przy aktywnym wsparciu OUN-B. Propaganda banderowska określiła ten pogrom mianem „Dni Petlury” (miał być to odwet za śmierć Symona Petlury, który został zamordowany w 1926 r. przez zamachowca żydowskiego inspirowanego przez OGPU). Aktywny udział w tej zbrodni banderowców, którzy przygotowywali dla gestapo listy proskrypcyjne inteligencji żydowskiej oraz brali udział w grabieży i mordowaniu Żydów, jest szczególnie godny uwagi w sytuacji wcześniejszego aresztowania przez Niemców „rządu” Stećki oraz internowania kierownictwa OUN-B z Banderą na czele. Nagłe załamanie się politycznej współpracy z „wielką Rzeszą Adolfa Hitlera” nie przeszkodziło banderowcom w czynnym wspieraniu niemieckich działań eksterminacyjnych.

Podczas drugiego pogromu lwowskiego zamordowano od 1,5 tys. do 2 tys. Żydów. W aresztowaniach Żydów uczestniczyła ukraińska policja pomocnicza, złożona w przeważającej większości z nacjonalistów ukraińskich, oraz bojówki rekrutujące się spośród ukraińskich chłopów z okolicznych wsi, których Niemcy w nocy przed pogromem obficie karmili i poili wódką. Żydów ograbiano z wszelkiej własności, wypędzano z mieszkań i zapędzano do więzienia gestapo przy ul. Łąckiego (dawne więzienie NKWD). Wielu z nich bestialsko zlinczowano, zanim tam dotarli. Mordowanie pojmanych Żydów nacjonaliści ukraińscy i gestapowcy kontynuowali następnie w więzieniu przy ul. Łąckiego i podlwowskich lasach. Tak jak i podczas pierwszego pogromu, szczególnie bestialsko pastwiono się nad kobietami[17].

Podczas pogromów lwowskich greckokatolicki metropolita Lwowa Andrij Szeptycki (1865-1944) – będący duchowym patronem nacjonalizmu ukraińskiego – nie tylko nie zdobył się na żadne słowo protestu, ale nawet na skierowanie do Ukraińców jakiegoś słowa rozsądku. Nakazał natomiast duchowieństwu grekokatolickiemu udekorować cerkwie flagami hitlerowskimi oraz okazywać posłuszeństwo władzom niemieckim i „rządowi” Stećki[18].

Pogromy Żydów, dokonane przez nacjonalistów ukraińskich pod pretekstem „odwetu” za masakry więzienne NKWD, miały też miejsce w Borysławiu (250 ofiar), Brzeżanach (250-500 ofiar), Krzemieńcu (130 ofiar), Tarnopolu (4,6 – 5 tys. ofiar), Samborze (co najmniej 50 ofiar), Złoczowie (1 – 2 tys. ofiar)[19], a także w Czortkowie, Dobromilu, Drohobyczu, Kołomyi i innych miejscowościach. Ich liczbę na terenie Galicji Wschodniej i Wołynia różni badacze szacują od 35 do 120. Wraz z egzekucjami Żydów dokonywanymi przez Niemców pochłonęły one 38-39 tys. ofiar[20]. Była to brutalna i bezwzględna czystka etniczna, która zapoczątkowała ludobójstwo na Żydach w Galicji Wschodniej, ale także stała się preludium do późniejszych ludobójczych zbrodni popełnionych przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach z dawnych Kresów południowo-wschodnich II RP.

[1] B. Musiał, Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne. Brutalizacja wojny niemiecko-sowieckiej latem 1941 roku, Warszawa 2001, s. 90-92.

[2] D. Schenk, Noc morderców. Kaźń polskich profesorów we Lwowie i holokaust w Galicji Wschodniej, Kraków 2011, s. 100.

[3] B. Musiał, Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne…, s. 11, 93-104; J. Węgierski, Lwów pod okupacją sowiecką 1939-1941, Warszawa 1991, s. 270-276.

[4] S. Kalbarczyk, Martyrologia Polaków w więzieniu przy ulicy Łąckiego we Lwowie w latach II wojny światowej, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej nr 7-8 (116-117), Warszawa 2010 (lipiec-sierpień), s. 111; B. Musiał, Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne…, s. 89, 95-104, 136, 243; W. Ossowska, Przeżyłam… Lwów-Warszawa 1939-1946, Kraków 2009, s. 147-159; D. Schenk, Noc morderców…, s. 100-102; J. Węgierski, Lwów pod okupacją sowiecką…, s. 270-275.

[5] B. Musiał, Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne…, s. 235-241.

[6] B. Musiał, Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne…, s. 105-112, 115-116, 135, 146-147, 153; J. Węgierski, Lwów pod okupacją sowiecką…, s. 277-278.

[7] B. Musiał, Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne…, s. 112-113; J. Waligóra, Zapomniana zbrodnia w Dobromilu-Salinie, Kraków 2013, s. 7, 10, 12, 47-58, 74, 104, 114-118, 120-121, 133-134, 156-157.

[8] B. Musiał, Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne…, s. 131.

[9] A. Diukow, „Dlaczego walczymy z Polakami”. Antypolski program OUN w kluczowych dokumentach, Warszawa 2017, s. 62-68; 118-124; A. Diukow, Zaplanowana zbrodnia. Polityka antyżydowska OUN latem 1941 r., (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA i zagłada Żydów, Kraków 2016, s. 223-245.

[10] G. Mazur, J. Skwara, J. Węgierski, Kronika 2350 dni wojny i okupacji Lwowa 1 IX 1939-5 II 1946, Katowice 2007, s. 180-185; G. Motyka, Ukraińska partyzantka 1942-1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Warszawa 2006, s. 87-88.

[11] G. Rossoliński-Liebe, „Ukraińska Rewolucja Narodowa” 1941 roku. Teoria i praktyka ruchu faszystowskiego, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA…, s. 189-190; M. Sołonin, Nic dobrego na wojnie, Poznań 2011, s. 180-185.

[12] Cyt. za: M. Sołonin, Nic dobrego…, s. 181.

[13] G. Hryciuk, Polacy we Lwowie 1939-1944. Życie codzienne, Warszawa 2000, s. 204.

[14] G. Rossoliński-Liebe, Stepan Bandera. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty. Faszyzm, ludobójstwo, kult, Warszawa 2018, s. 324.

[15] J-P. Himka, Pogrom lwowski w 1941 roku. Niemcy, ukraińscy nacjonaliści i miejski tłum, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA…, s. 281-312; G. Rossoliński-Liebe, Przebieg i sprawcy pogromu we Lwowie latem 1941 roku. Aktualny stan badań, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA…, s. 313-341.

[16] D. Schenk, Noc morderców…, s. 119.

[17] K. Struve, Einsatzkommando Lemberg, ukraińska milicja i „dni Petlury” 25 i 26 lipca 1941 roku, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA…, s. 263-279.

[18] G. Rossoliński-Liebe, „Ukraińska Rewolucja Narodowa” 1941 roku…, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA…, s. 186.

[19] M. Carynnyk, Złoczów milczy, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA…, s. 343-360.

[20] A. Diukow, Zaplanowana zbrodnia…, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA…, s. 223-245; D. Bechtel, Od Jedwabnego do Złoczowa. Lokalne pogromy w Galicji, czerwiec-lipiec 1941, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA…, s. 247-262.

Bohdan Piętka

15 lipca 2021 r.

Mord na profesorach polskich we Lwowie 4 lipca 1941 r.

Jedną z najbardziej porażających zbrodni – na równi z masakrami więziennymi NKWD czy pogromami lwowskimi – do jakiej doszło w Galicji Wschodniej po agresji III Rzeszy na ZSRR 22 czerwca 1941 r. był dokonany przez Niemców mord na profesorach polskich. Głównie z Uniwersytetu Jana Kazimierza i Politechniki Lwowskiej, ale także Akademii Handlu Zagranicznego i Wyższego Seminarium Duchownego. Przesłanką do popełnienia tej zbrodni była hitlerowska polityka wyniszczenia inteligencji polskiej, realizowana konsekwentnie od 1 września 1939 r. W tym roku mija 80-ta rocznica tego wydarzenia, będącego jedną z najbardziej symbolicznych zbrodni hitlerowskich na narodzie polskim.

Bezpośrednia geneza mordu na profesorach lwowskich wiąże się z Sonderaktion Krakau z 6 listopada 1939 r., podczas której aresztowano w Krakowie i osadzono w niemieckich obozach koncentracyjnych 183 wykładowców Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Górniczej, Akademii Handlowej, Uniwersytetu Stefana Batorego i Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Po międzynarodowych protestach i interwencji Benito Mussoliniego u Hitlera władze niemieckie zwolniły 8 lutego 1940 r. 101 uwięzionych. W wygłoszonym 30 maja 1940 r. przemówieniu do korpusu oficerskiego SS w Krakowie generalny gubernator Hans Frank powiedział otwarcie: „Nie da się opisać, ileśmy mieli zawracania głowy z krakowskimi profesorami. Gdybyśmy sprawę tę załatwili na miejscu, miałaby ona całkiem inny przebieg. Proszę więc Panów usilnie, by nie kierowali już Panowie nikogo więcej do obozów koncentracyjnych w Rzeszy, lecz podejmowali likwidację na miejscu lub wyznaczali zgodną z przepisami karę”.

Mordu na profesorach polskich we Lwowie dokonała formacja niemieckiej Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa (Sipo u. SD) o nazwie Einsatzkommando zur besonderen Verwendung (odział operacyjny szczególnego przeznaczenia), znany też jako Einsatzgruppe Galizien (Grupa Operacyjna Galicja). Jego dowódcą był SS-Brigadeführer dr Eberhard Schöngarth (1903-1946) – od 30 stycznia 1941 r. dowódca Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w Generalnym Gubernatorstwie. Oddział Schöngartha przybył do Lwowa 2 lipca 1941 r. Mord na polskiej elicie intelektualnej był jednym z jego pierwszych zadań. Sam Schöngarth odegrał następnie ważną rolę podczas Akcji Reinhardt (1942-1943), czyli zagłady Żydów w Generalnym Gubernatorstwie.

W nocy z 3 na 4 lipca 1941 r. oddział Schöngartha dokonał brutalnego aresztowania 22 profesorów uczelni lwowskich, których jedyną winę stanowiło to, że byli Polakami. Kilku profesorów aresztowano wraz z rodzinami i przebywającymi u nich osobami trzecimi. Dlatego liczba aresztowanych wyniosła 52 osoby. Aresztowanych i zatrzymanych przewieziono do byłego ormiańskiego Zakładu Wychowawczego dla Chłopców Abrahamowicza przy ul. Abrahamowiczów, gdzie zostali poddani przez gestapo brutalnemu przesłuchaniu. 4 lipca 1941 r. około godz. 4:00 wyprowadzono ich grupami w stronę wylotu ul. Nabielaka i Wzgórz Wuleckich. Tam zostali rozstrzelani grupami po sześć osób.

W egzekucji tej zginęli tacy luminarze nauki polskiej jak: Tadeusz Boy-Żeleński (1874-1941), Antoni Cieszyński (1882-1941), Władysław Dobrzaniecki (1897-1941), Jan Grek (1875-1941), Jerzy Grzędzielski (1901-1941), Edward Hamerski (1897-1941), Henryk Hilarowicz (1890-1941), Władysław Komornicki (lat 29), Włodzimierz Krukowski (1887-1941), Roman Longchamps de Bérier (1883-1941), Antoni Łomnicki (1881-1941), Witold Nowicki (1878-1941), Tadeusz Ostrowski (1881-1941), Stanisław Pilat (1881-1941), Stanisław Progulski (1874-1941), Roman Rencki (1867-1941), Stanisław Ruff (1872-1941), Włodzimierz Sieradzki (1870-1941), Adam Sołowij (1859-1941), Włodzimierz Stożek (1883-1941), Kasper Weigel (1880-1941), Roman Witkiewicz (1886-1941) i Kazimierz Vetulani (1889-1941). Ponadto zamordowano 18 dalszych osób, wśród których znajdowali się krewni uczonych i osoby zatrzymane w ich mieszkaniach.

12 lipca 1941 r. zostali rozstrzelani, prawdopodobnie też na Wzgórzach Wuleckich, profesorowie Henryk Korowicz (1888-1941) i Stanisław Ruziewicz (1889-1941). Konsekwencją śmierci prof. Stanisława Pilata było samobójstwo jego żony, dr Ewy Neumann-Pilatowej. Jako ostatni spośród aresztowanych profesorów został rozstrzelany w nocy z 25 na 26 lipca 1941 r. prof. dr Kazimierz Bartel (1882-1941), trzykrotny premier i trzykrotny minister II RP, dziekan Katedry Geometrii Wykreślnej Politechniki Lwowskiej. Jego aresztowania dokonali 2 lipca 1941 r. na terenie Politechniki Lwowskiej gestapowcy z Einsatzgruppe C. Decyzję o zamordowaniu premiera Bartla jako rzekomego „polskiego komunisty” podjął osobiście SS-Reichsführer Heinrich Himmler. 11 lipca 1941 r. Einsatzkommando Schöngartha zatrzymało i prawdopodobnie rozstrzelało ponad 100 polskich studentów uczelni wyższych Lwowa.

Po klęsce pod Stalingradem Niemcy podjęli decyzję o likwidacji dowodów swoich zbrodni – w pierwszej kolejności mogił masowych rozstrzeliwań Żydów i osób „niepożądanych politycznie”, dokonanych po agresji III Rzeszy na ZSRR w 1941 r. Do tego celu wykorzystali utworzone już na początku 1942 r. tzw. Sonderkommando 1005, którym dowodził SS-Standartenführer Paul Blobel (1894-1951). Do pracy w tej jednostce zmuszono Żydów, a jej zadaniem było przeprowadzenie ekshumacji i spalenie zwłok dziesiątek tysięcy ofiar na obszarze od Estonii do Jugosławii. 8 października 1943 r. Sonderkommando 1005 wydobyło zakopane na Wzgórzach Wuleckich zwłoki ofiar egzekucji z 4 lipca 1941 r. Następnego dnia zostały one spalone wraz ze zwłokami innych ofiar zbrodni niemieckich we Lwowie. W ubraniach ekshumowanych ofiar Żydzi z Sonderkommando 1005 znaleźli dokumenty potwierdzające, że byli to polscy profesorowie. Po wojnie wydarzenie to opisał Leon Weliczker – jeden z nielicznych członków Sonderkommando 1005, który przeżył.

Udziałem w mordzie na profesorach lwowskich pochwalił się przed aresztowaną przez gestapo w maju 1942 r. Karoliną Lanckorońską (1898-2002) przesłuchujący ją SS-Hauptsturmführer Hans Krüger (1909-1988), przekonany, że aresztowana wkrótce poniesie śmierć. Do udziału w tej zbrodni przyznał się również w swoim wojennym dzienniku SS-Hauptscharführer Felix Landau (1910-1983), w 1941 r. członek Einsatzkommando zur besonderen Verwendung.

Niemiecki historyk Dieter Schenk ustalił, że w egzekucji na Wzgórzach Wuleckich uczestniczyli ponadto następujący gestapowcy: Max Draheim (1898-1973), Walter Martens (1893-1961), Paul Grusa (ur. 1911), Johann Maurer (ur. 1914), Wilhelm Maurer (ur. 1918) i dowodzący plutonem egzekucyjnym SS-Untersturmführer Walter Kutschmann (1914-1986). Żaden z nich nigdy nie został pociągnięty za tę zbrodnię do odpowiedzialności. Po wojnie Kutschmann schronił się w Argentynie, gdzie był długoletnim kierownikiem przedstawicielstwa firmy Osram Licht AG. Aresztowano go dopiero na pół roku przed śmiercią i zmarł w szpitalu więziennym oczekując na ekstradycję do RFN. Jedynie ich przełożony Eberhard Schöngarth został w 1946 r. skazany na karę śmierci przez brytyjski trybunał wojskowy i powieszony. Ale nie za mord na polskich profesorach we Lwowie ani za późniejsze ludobójstwo na Żydach w Generalnym Gubernatorstwie, tylko za zamordowanie jeńca-lotnika brytyjskiego w listopadzie 1944 r.

Ponadto w aresztowaniach ofiar uczestniczyli: Ferdinand Kammerer (ur. 1915), Gerhard Hacker (1912–1950), Kurt Köllner (1908–1972), Karl-Heinz Keller (1907–1963), Viktor Gurth (ur. 1911) oraz holenderski kolekcjoner sztuki Pieter Nicolaas Menten.

Wbrew upowszechnianej w latach 1959-1989 w ZSRR i PRL wersji, w egzekucji na Wzgórzach Wuleckich nie brali udziału ani oficer Abwehry Theodor Oberländer (1905-1998), ani nacjonaliści ukraińscy z działającego pod opieką Oberländera batalionu „Nachtigall”. Wersja o rzekomym udziale w zbrodni na polskich profesorach Oberländera i batalionu „Nachtigall” była rezultatem akcji dezinformacyjnej KGB, przeprowadzonej po zabójstwie Stepana Bandery, którego dokonał 15 października 1959 r. agent KGB Bohdan Staszynski. W celu ukrycia KGB jako sprawcy zabójstwa Bandery propaganda radziecka wskazała na Oberländera, a jako motyw podała chęć usunięcia świadków zbrodni wojennych, w których miał on uczestniczyć. W kwietniu 1960 r. Sąd Najwyższy NRD skazał zaocznie Oberländera (wówczas ministra ds. przesiedleńców w rządzie RFN) na dożywocie za rzekome sprawstwo kierownicze w zbrodniach wojennych we Lwowie w lipcu 1941 r., co spowodowało zakończenie jego kariery politycznej w RFN. Wyrok ten został uchylony w listopadzie 1993 r. przez Sąd Krajowy w Berlinie.

Według relacji niektórych świadków (rodzin ofiar i ich znajomych), w kilku przypadkach w aresztowaniach profesorów mieli uczestniczyć cywilni tłumacze-Ukraińcy. Stąd wzięła się hipoteza, że byli to ukraińscy nacjonaliści – przedwojenni studenci zamordowanych profesorów, którzy mieli pomagać gestapo w układaniu listy aresztowanych i wskazywać ich adresy. Hipoteza ta nie ma jednak wystarczającego potwierdzenia źródłowego. Grzegorz Motyka zauważył jednak, że nacjonaliści ukraińscy planowali wyniszczyć inteligencję polską, a w Krzemieńcu i Stanisławowie listy proskrypcyjne ofiar spośród polskiej inteligencji układali członkowie OUN.

Domy zamordowanych profesorów i ich mienie zostały rozgrabione przez gestapowców oraz towarzyszącego im w charakterze przewodnika i tłumacza (w stopniu SS-Hauptscharführera) Pietera Nicolaasa Mentena (1899-1987). Był to holenderski przedsiębiorca i kolekcjoner dzieł sztuki, który przed wojną znał wielu z zamordowanych profesorów, bywał towarzysko w ich mieszkaniach i wiedział jakie cenne przedmioty i dzieła sztuki posiadają. Po wojnie Menten należał do szóstki najbogatszych Holendrów, a majątek swój zgromadził głównie dzięki grabieży wojennej na terenach okupowanej Polski. W 1977 r. został aresztowany, a w 1981r. skazany na 10 lat pozbawienia wolności, z których odsiedział 8. Akt oskarżenia nie objął jednak udziału w aresztowaniach profesorów lwowskich i grabieży ich mienia.

Kontynuacją zbrodni na Wzgórzach Wuleckich była zagłada inteligencji polskiej w Krzemieńcu i Stanisławowie. Mord na inteligencji krzemienieckiej (28-30 lipca 1941 r.) objął około 30 Polaków, wśród których znajdowali się dyrektor banków Franciszek Dorożyński, nauczyciele, prawnicy, działacze społeczni i studenci. Sprawcą tej zbrodni była Einsatzgruppe C pod dowództwem SS-Brigadeführera Otto E. Rascha (1891-1948) – tego samego, który kierował później masakrą ponad 33 tys. Żydów w Babim Jarze pod Kijowem (29 września – 3 października 1941 r.).

Zbrodni na inteligencji polskiej w Stanisławowie dokonało natomiast to samo Einsatzkommando, które rozstrzelało 4 lipca 1941 r. profesorów lwowskich. Na terenie Stanisławowa działało ono pod dowództwem SS-Hauptsturmführera Hansa Krügera. Najpierw, 4 sierpnia 1941 r., wymordowano około tysiąca inteligentów żydowskich. Natomiast 8 i 9 sierpnia 1941 r. pomocnicza policja ukraińska dokonała aresztowań wśród inteligencji polskiej, głównie nauczycieli. Ogółem zatrzymano około 300 Polaków, spośród których rozstrzelano w nocy z 14 na 15 sierpnia 1941 r. około 250 w Czarnym Lesie pod Pawełczem. Do kolejnego aktu terroru niemieckiego wobec Polaków w Stanisławowie doszło w listopadzie 1941 r. Za umieszczenie 11 listopada biało-czerwonej flagi na cmentarzu stanisławowskim policja niemiecka rozstrzelała 50 Polaków, w tym 30 uczniów. Dalsze 100 osób rozstrzelano wtedy w Czarnym Lesie. Masakry na inteligencji polskiej latem 1941 roku były pierwszym etapem terroru nazistowskiego w Galicji Wschodniej.

Na miejscu zbrodni na profesorach polskich radzieckie władze Lwowa rozpoczęły w 1956 r. budowę pomnika. Prace postępowały powoli i od początku natrafiały na liczne trudności administracyjne. Uczestniczyli w nich na miejscu polscy rzeźbiarze. Udało się zbudować tylko fundamenty pomnika oraz jeden z bloków z wyrzeźbionymi realistycznymi postaciami polskich uczonych. W 1976 r. władze przerwały jednak budowę pomnika i nakazały rzeźbiarzom wrócić do Polski. Do 1978 r. niedokończony pomnik został rozebrany, a teren jego budowy zniwelowany. Dopiero po upadku ZSRR, staraniem rodzin pomordowanych, postawiono w latach 90-tych XX w. na miejscu egzekucji skromny pomnik (właściwie tablicę pamiątkową zwieńczona metalowym krzyżem) z listą ofiar zbrodni w językach polskim i ukraińskim.

W nocy z 9 na 10 maja 2009 r. nieznani sprawcy namalowali czerwoną farbą swastyki na tym pomniku i napis w języku ukraińskim: „Śmierć Lachom”. 3 lipca 2011 r. na Wzgórzach Wuleckich, z udziałem władz Lwowa i Wrocławia, odsłonięto nowy pomnik autorstwa prof. Aleksandra Śliwy. Symbolika pomnika nawiązuje do V przykazania Dekalogu. Na pomniku nie ma jednak żadnego napisu, a tym samym nie informuje on jakie wydarzenie upamiętnia i jakiej narodowości były ofiary. Jedynie przy drodze prowadzącej od starego pomnika (istniejącego nadal) do nowego znajduje się tablica z dwujęzyczną informacją: „pomnik profesorów lwowskich zamordowanych przez nazistów w 1941 roku”.

Bohdan Piętka

„Myśl Polska”, nr 27-28 (2351/2352), 4-11.07.2021, s. 17

Awantura o Pyjasa

22 maja 2021 r. „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł red. Wojciecha Czuchnowskiego zatytułowany „Wolimy wierzyć w legendę”. Jak rozwiewał się mit męczeńskiej śmierci Pyjasa. Już początek artykułu był mocny: Pyjas nie został zamordowany przez peerlowską bezpiekę, nikt przed śmiercią go nie pobił. Czemu udajemy, że tego nie wiemy. Pierwszym, który powiedział, że Stanisława Pyjasa zabiła Służba Bezpieczeństwa, był Lesław Maleszka. To jeden z paradoksów historii. Bo Maleszka nie dość, że donosił na kolegów, to jeszcze w jednym z raportów wskazał Pyjasa jako przywódcę rodzącej się w Krakowie opozycji. Jednocześnie to Maleszka 7 maja 1977 roku o godzinie 17:46 zatelefonował do Jacka Kuronia z krzykiem, że „Staszka zamordowali”.

Niby człowiek o tym wie, ale po raz pierwszy głos to przyznający padł ze strony środowiska wywodzącego się z dawnego Komitetu Obrony Robotników, z którym Pyjas był powiązany. Przyczynkiem do napisania przez red. Czuchnowskiego powyższego artykułu stała się książka „Wokół sprawy Pyjasa”, wydana przez wydawnictwo Galerii Sztuki Współczesnej „Bunkier Sztuki” w Krakowie. Znalazły się w niej teksty Liliany Batko-Sonik, Cezarego Łazarewicza, Marii Anny Potockiej, Stanisława Pyjasa, Andrzeja Romanowskiego, Pawła Sękowskiego, Bogusława Sonika, Joanny Szczęsnej, Adama Szostkiewicza i Jana Widackiego oraz wiersz Adama Zagajewskiego, a także wypowiedzi opracowane przez Marię Annę Potocką na podstawie rozmów z Andrzejem Kłoczowskim, Janem Kołodziejem, Lesławem Maleszką i Różą Thun. Publikację zredagowała dr Maria Anna Potocka (ur. 1950 r.) – krytyk i teoretyk sztuki, dyrektor Muzeum Sztuki Współczesnej i Galerii „Bunkier Sztuki” w Krakowie, w PRL związana z opozycją.

To właśnie jej wnioski poszły najdalej, tzn. w kierunku przyznania, że śmierć Stanisława Pyjasa w dniu 7 maja 1977 r. była rezultatem nieszczęśliwego wypadku, a nie morderstwa. Czyli tak jak to wówczas przyjął odbierający sekcję zwłok prof. Kazimierz Jaegermann oraz jego zwierzchnik w Katedrze Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Krakowie (obecnie Wydział Lekarski UJ), prof. Zdzisław Marek (1924-2015). Jednakże ekspertyza podpisana przez prof. Marka została od razu zanegowana przez rodzącą się wtedy opozycję antypeerlowską. Ze środowiska Pyjasa wyszła natychmiast wiadomość, że został on rzekomo zamordowany przez SB. Dzisiaj już wiemy, że autorami tych enuncjacji byli Bronisław Wildstein i Lesław Maleszka. Fama o brutalnym zamordowaniu studenta przez SB doprowadziła do masowych demonstracji studenckich w Krakowie, czyli tzw. Czarnego Marszu w dniu 15 maja 1977 r. Na jego zakończenie, które miało miejsce pod Wawelem, wezwano do bojkotu juwenaliów oraz odczytano deklarację zawiązującą Studencki Komitet Solidarności.

To był początek procesu przekształcenia kanapowej dotąd opozycji antypeerlowskiej w masowy ruch polityczny. Proces ten miał swój ogólnopolski finał w Sierpniu 1980 r. Śmierć Pyjasa – rzekomo zamordowanego przez SB – stała się impulsem, który uruchomił kulę śnieżną. Tym samym zajęła w historii PRL miejsce jako jedno z kluczowych wydarzeń tego okresu dziejów. Pamiętam jak w 1989 r. NZS, KPN, Ruch Wolność i Pokój etc. organizowały w Krakowie manifestację w 12-tą rocznicę śmierci Pyjasa, nawiązującą do Czarnego Marszu z 1977 r. Pamiętam rozdawane wtedy ulotki z informacją o domniemanym zamordowaniu Pyjasa przez SB. Przyznam, że już wtedy zadawałem sobie pytanie po co SB miała mordować studenta polonistyki, który co prawda myślał nie to co powinien (czy on jeden?), ale nie stanowił wielkiego zagrożenia dla PRL. To samo pytanie zadał Edward Gierek, indagowany o to przez red. Janusza Rolickiego w 1990 r. Wątpić jednak wtedy nie wypadało i nie wypada także teraz, o czym boleśnie przekonali się red. Czuchnowski i dyrektor Potocka.

Mit Pyjasa, skromnego i wrażliwego studenta, młodego opozycyjnego intelektualisty, zamordowanego przez SB, stał się jednym z mitów założycielskich (kto wie czy nie najważniejszym) tzw. opozycji demokratycznej w PRL i wyrosłej z niej w 1980 r. Solidarności. Ten mit trafił na tablicę przy ulicy Szewskiej 7 („Pamięci Staszka Pyjasa, studenta UJ, opozycjonisty, zamordowanego przez komunistów 7 maja 1977 r. Młodzież Krakowa, 1994”), pod którą tzw. antykomuna urządza do dzisiaj swoje manifestacje, czy raczej obrzędy. Trafił do podręczników historii w III RP i publikacji IPN. Trafił wreszcie do kultury masowej, czego przejawem jest chociażby hagiograficzny film dokumentalny Ewy Stankiewicz z 2008 r. pt. „Trzech kumpli” oraz utrzymane w tym duchu filmy Krzysztofa Krauzego – „Spadł, utonął, umarł” i „Kontrwywiad” z 1994 r. oraz „Gry uliczne” z 1996 r. 21 września 2006 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Pyjasa Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Natomiast w 2019 r. nadano mu pośmiertnie na wniosek IPN Krzyż Wolności i Solidarności.

Każdy ruch polityczny albo religijny (a w wypadku Solidarności to się przecież wzajemnie przenikało) potrzebuje męczenników i legendarnych żywotów świętych. Inaczej mówiąc – mitów założycielskich. Pojawienie się zatem takiego mitu w wypadku masowego ruchu politycznego, który kształtował się w Polsce pomiędzy czerwcem 1976 a sierpniem 1980 r., wydaje się zrozumiałe. Ten mit jest do dzisiaj zaciekle broniony przez siły polityczne będące beneficjentami tamtego masowego ruchu politycznego. Kombatanci KOR i SKS nie mogą zgodzić się na negację tego mitu, bo to oznaczałoby przecież zanegowanie swoich życiorysów.

Dlatego nigdy nie zwrócono dobrego imienia prof. Zdzisławowi Markowi, który po brutalnej nagonce na początku lat 90-tych XX w. został decyzją rektora Akademii Medycznej w Krakowie zwolniony z funkcji kierownika Katedry Medycyny Sądowej za „naruszenie norm etycznych w działalności opiniodawczej”. Kolejne śledztwa wznawiane od 1991 r. nie znalazły jednak dowodów na zabicie Pyjasa przez SB. Na koniec, w 2010 r., przeprowadzono z inicjatywy IPN ekshumację szczątków Pyjasa. Biegli sądowi z Zakładów Medycyny Sądowej we Wrocławiu, Bydgoszczy i Gdańsku poszli wtedy dalej niż ekspertyza prof. Marka z 1977 r., tzn. uznali, że śmierć Pyjasa była wynikiem upadku z wysokości na klatce schodowej w kamienicy przy ul. Szewskiej 7. Stwierdzili również, że zmarły był pod wpływem alkoholu, natomiast nie odnotowano śladów pobicia ani postrzelenia.

Pomimo tej opinii media oraz kombatanci KOR, SKS i Solidarności nadal jednak stoją na straży świętego ognia, czyli wersji zapisanej na tablicy pamiątkowej przy ul. Szewskiej 7. Aż tu pani dyrektor Potocka i red. Czuchnowski spróbowali po 44 latach przekłuć ten balon. Inspiracją do powstania książki Potockiej była ubiegłoroczna wystawa „Sprawa Pyjasa” w Bunkrze Sztuki, zaprojektowana przez Dorotę Nieznalską. Potockiej udało się wówczas namówić do rozmowy Lesława Maleszkę. Ta rozmowa pozwoliła jej ustalić, że Pyjas bynajmniej nie był antykomunistą, jak przedstawia go solidarnościowa i postsolidarnościowa hagiografia. Owszem, brał udział w protestach przeciw represjom wobec robotników z Radomia i Ursusa, nie podobała mu się cenzura (nie tylko jemu), ale antykomunizmu w sensie dążenia do obalenia ustroju nie uprawiał. Polityka nie była zresztą jego powołaniem. Był początkującym intelektualistą i marzył zostać pisarzem. Jeśli SB przyczyniała się do śmierci Pyjasa, to inspirując przeciw niemu oszczercze anonimy w środowisku studenckim – uważa Potocka. To mogło spowodować, że załamał się psychicznie, sięgnął po alkohol, prawdopodobnie przypadkowo znalazł się na klatce schodowej kamienicy przy ul. Szewskiej 7 i tam tragicznie zginął.

Nawiązując do tych ustaleń red. Czuchnowski napisał: Książka Potockiej pokazuje, że Stanisław Pyjas nie był urodzonym opozycjonistą, a już na pewno nie „antykomunistycznym”. Może kiedyś by nim został. Ale wtedy, w 1977 r., był jednym z tysięcy młodych ludzi, którzy dusili się w zakłamanym i represyjnym systemie. Chciał swobodnie żyć, pisać książki i wiersze, których by nie masakrowała cenzura. Tylko tyle i aż tyle. Nie został zamordowany. Ani przez SB, ani przez nikogo innego. Po prostu spadł ze schodów, stracił przytomność i udusił się krwią.

Czuchnowski przypomniał też treść ulotek, jakie po śmierci Pyjasa pojawiły się na ulicach Krakowa: „Przeklęci (MO)rdercy [MO od Milicja Obywatelska] zamordowaliście nożami niewinnego studenta S. Pyjasa (…). To MO i SB zamordowało jego!”. Taka ulotka znalazła się właśnie na poświęconej Pyjasowi wystawie Doroty Nieznalskiej w krakowskim Bunkrze Sztuki.

„To jest kłamstwo historyczne. Nigdy nie zostało udowodnione, że Pyjas został zamordowany” oraz „Wildstein uznał, że mit musi mieć wsparcie polskiej tragedii” – takie z kolei tezy postawiła Maria Anna Potocka w rozmowie z Katarzyną Janowską na temat swojej książki, którą wyemitował 14 maja br. w internecie portal Onet.pl.

Wszystko to spowodowało, że zostało poruszone gniazdo szerszeni. Trzeba by napisać odrębny artykuł, żeby pokazać wszystkie gromy, jakie spadły na red. Czuchnowskiego i panią Potocką. Zaczął weteran SKS Bogusław Sonik, obecnie poseł KO. „Tekst Czuchnowskiego, powielający za Potocką ubecką wersję śmierci Stanisława Pyjasa, jest tyle wart co kłamstwo, że Potocka znała Pyjasa i naszą grupę” – oburzył się Sonik. Jako koronny dowód na śmierć Pyjasa z rąk SB przytoczył raport z sekcji zwłok podpisany w 1977 r. przez prof. Zdzisława Marka. Tego samego prof. Marka, którego za ten raport po zmianie ustroju rozjechano w postsolidarnościowych mediach i wyrzucono z pracy. Sonikowi chodziło o to, że prof. Marek wątpił w to, iż Pyjas spadł z wysokości przez balustradę schodów. Ale przecież wcale nie musiał spadać przez balustradę. Wiadomo z zeznań jednego ze świadków, że Pyjas przebywał nocą na klatce schodowej najwyższego piętra kamienicy przy Szewskiej 7. Schodząc nad ranem na dół, osłabiony, mógł się np. kilka razy przewrócić i pokaleczyć, uderzyć głową o ścianę, w końcu stracić przytomność z wiadomym skutkiem. „Twierdzenie teraz, że zbudowaliśmy coś na micie śmierci Pyjasa, jest po prostu obrzydliwe” – dodał Bogusław Sonik.

Dalej poszło już w tym duchu, że Czuchnowski i Potocka powielili ubecką wersję śmierci Pyjasa i zszargali narodową świętość. Bronisław Wildstein, Dorota Skóra, Liliana Sonik, Sławomir Cenckiewicz, Dorota Kania, Wojciech Polak (szef kolegium IPN)… Długa jest lista oburzonych i rzucających gromy. Na koniec od Potockiej odcięła się Dorota Nieznalska. Przy czym internetowe wypowiedzi tzw. antykomuny były już bardzo agresywne. Pozwolę sobie tylko zauważyć, że w jednym szeregu oburzonych i potępiających stanęły środowiska polityczne PO i PiS, na co dzień śmiertelnie ze sobą skłócone i wzajemnie zagryzające się nie tylko w polskim Sejmie i polskich mediach, ale i w Parlamencie Europejskim i mediach zagranicznych.

Wniosek z tego można wyciągnąć taki, że dopóki żyje i rządzi pokolenie Solidarności mit Pyjasa „zamordowanego przez komunistów” jest nienaruszalny. Mit ten dalej będzie powielany na ścianie kamienicy przy ul. Szewskiej 7 w Krakowie, podręcznikach historii, wydawnictwach IPN i mediach. Ale awantura wywołana publikacjami Czuchnowskiego i Potockiej pokazuje też, że doszło do poważnych pęknięć w hermetycznej budowli legendarnej historii KOR i Solidarności. Nie są to pierwsze pęknięcia i zapewne nie ostatnie. Za każdym razem poszerzają one naszą wiedzę o historii najnowszej Polski i być może są zwiastunem stopniowego schyłku Polski solidarnościowej.

Na koniec warto przypomnieć, że red. Czuchnowski i dyrektor Potocka nie byli pierwsi w próbie publicystycznego podważenia legendy o zamordowaniu Pyjasa przez SB. Jako pierwszy uczynił to prof. Andrzej Romanowski, który w grudniu 2013 r. napisał: Przed sześciu laty wmurowano na Uniwersytecie Jagiellońskim tablicę, która głosi: „W tym gmachu w latach 1972-1977 studiował Stanisław Pyjas, działacz opozycji, zamordowany przez komunistyczną Służbę Bezpieczeństwa”. Kilka razy w tygodniu mijam ten napis – zawsze z uczuciem przykrości. Bo mniejsza już o użyty język. Ale oto świątynia prawdy, jaką jest Uniwersytet, poświadcza nieprawdę. Przecież gdy w kwietniu 2010 przeprowadzono na zlecenie IPN ekshumację Pyjasa, po dziesięciu miesiącach przedostała się do mediów wiadomość, że najwybitniejsi w Polsce biegli medycy sadowi z Wrocławia, Bydgoszczy i Gdańska wydali obszerną, 100-stronicową opinię, w której za przyczynę śmierci studenta uznali… upadek z wysokości. Więc nawet nie pobicie! Fakt: ekspertyza ta nie przebiła się do opinii publicznej. IPN natychmiast zadał biegłym 23 dodatkowe pytania (do dziś nie wiadomo, czego dotyczyły), media rozpoczęły festiwal przemilczeń, mnożenia wątpliwości i podnoszenia kwestii drugo- i trzeciorzędnych, a kombatanci ze Studenckiego Komitetu Solidarności przyjęli opinię z „oburzeniem” (sic!). Ostatecznie zapanowało na ten temat milczenie.

Natomiast w styczniu 2019 r., nawiązując do sprawy Pyjasa, Romanowski napisał: Mit rządzi Polską wbrew faktom. Czy więc powinniśmy się dziwić, że katastrofa lotnicza w Smoleńsku stała się zamachem terrorystycznym? Że z takim uporem szukano przez lata „trotylu we wraku Tupolewa”? Że w imię tego mitu wylano kubły pomyj na władze Polski i władze Rosji, rujnując pokój społeczny, dewastując stosunki dobrosąsiedzkie?[1]

[1] A. Romanowski, Antykomunizm, czyli upadek Polski. Publicystyka lat 1998-2019, Kraków 2019, s. 173, 392.

Bohdan Piętka

„Myśl Polska”, nr 25-26 (2349/2350), 20-27.06.2021, s. 16

Napoleoński amok Polaków

5 maja minęła dwusetna rocznica śmierci Napoleona Bonaparte (właść. Napoleone di Bonaparte, gdyż miał pochodzenie włoskie), czyli cesarza Francuzów Napoleona I. Cesarza nie Francji, ale właśnie Francuzów – „cesarza ludu”. Zmarł on 5 maja 1821 r. o godz. 17:49, nie ukończywszy jeszcze 52 lat. Miejscem jego śmierci była posiadłości Longwood na Wyspie św. Heleny. Jest to niewielka wyspa wulkaniczna, licząca 420 km2 powierzchni, położona na południowym Atlantyku, 2800 km na południe od Zatoki Gwinejskiej i 1900 km na zachód od południowo-wschodniego wybrzeża Afryki. Tak wówczas jak i obecnie – kolonia brytyjska. Tam właśnie Napoleon spędził na zesłaniu ostatnie sześć lat życia, po tym jak po klęsce pod Waterloo 18 czerwca 1815 r. oddał się w ręce Anglików.

Był to niewątpliwie najgorszy okres jego życia. Podczas zesłania na Wyspie św. Heleny Napoleon nie był już tytułowany cesarzem, jak w czasie pierwszego zesłania na Elbie (kwiecień 1814 – luty 1815 r.), ale „generałem Bonaparte”. Brytyjski gubernator Hudson Lowe nie szczędził „generałowi Bonaparte” licznych upokorzeń. Stąd prawdopodobnie wzięła się opinia o otruciu Napoleona przez Brytyjczyków. Liczne pogłoski głosiły, że więzień gubernatora Lowe miał być podtruwany od 1816 r. arszenikiem, który w niewielkich ilościach podawano mu do jedzenia. Hipoteza ta wzięła się także stąd, że po ekshumacji i sprowadzeniu zwłok Napoleona do Paryża w 1840 r. stwierdzono, że są one dobrze zachowane, bowiem arszenik jest jednocześnie znakomitym środkiem konserwującym. Francesco Antommarchi – lekarz reprezentujący rząd brytyjski i szef zespołu badającego zwłoki Napoleona po jego śmierci w 1821 r. – uznał, że zmarł on na raka żołądka, co zostało zapisane w akcie zgonu.

Autopsję dokonaną przez Antommarchiego potwierdził w latach 2005-2007 międzynarodowy zespół naukowców z USA, Kanady i Szwajcarii. Po przeprowadzeniu badań szczątków Napoleona i przeanalizowaniu opisów sporządzonych przez jego lekarzy oraz relacji osób, które towarzyszyły mu w ostatnich miesiącach życia badacze ci stwierdzili, że Napoleon cierpiał na zaawansowanego raka żołądka. Najprawdopodobniej wpływ na rozwinięcie się tej choroby u Napoleona miały czynniki dziedziczne. Rak żołądka był bowiem przyczyną śmierci również jego ojca, brata Ludwika i siostry Pauliny. Wpływ na rozwój choroby mogła mieć też nieprawidłowa dieta cesarza Francuzów, o którą trudno mu było zadbać w czasie licznych kampanii wojennych. A może jednak miał na to wpływ także arszenik?

W 2001 r. Pascal Kintz ze Strasbourg Forensic Institute zbadał poziom arszeniku w zachowanym puklu włosów Napoleona i stwierdził, że był on 7-38 razy wyższy niż normalny. Taką samą koncentrację arszeniku wykazały jednak próbki jego włosów z lat 1805, 1814 i 1821. Skłania to do wniosku, że Napoleon otrzymywał w różnych okresach swojego życia duże, ale nie zabójcze, dawki arszeniku. Przed odkryciem antybiotyków arszenik był jedynym znanym środkiem walki z kiłą i był też używany w pomadzie do włosów, której używał Napoleon. Zdaniem Ivana Ricordela – toksykologa z policji paryskiej – gdyby arszenik miał być przyczyną śmierci Napoleona, zgon musiałby nastąpić na wiele lat przed rokiem 1821.

Z całą pewnością nie da się wykluczyć czy Napoleon został otruty przez Brytyjczyków obawiających się, że jakimś sposobem wydostanie się on z Wyspy św. Heleny i dotrze do Europy albo do uwalniającej się wtedy z kolonializmu hiszpańskiego i portugalskiego Ameryki Południowej i tym samym ponownie przysporzy poważnych problemów politycznych Świętemu Przymierzu. Nie ulega wątpliwości, że ostatnie lata jego życia spędzone w pawilonie ogrodowym Briars, w posiadłości Longwood House, były okresem nie tylko cierpienia fizycznego, ale i psychicznego, które zawsze jest udziałem człowieka przegranego. Okresem gorzkiej refleksji nad dokonaniami krótkiego, ale jakże bogatego życia.

Nie dowiemy się jak tak refleksja wyglądała, ponieważ Napoleon nie spisał pamiętników. Może nie zdążył, może nie zamierzał ich w ogóle pisać. Dzisiaj musi nas nurtować pytanie, w jaki sposób rozmyślał nad przyczynami swojej klęski podczas spacerów po nadbrzeżu skalistej wyspy, patrząc na bezkresny Atlantyk. Czy pomyślał wtedy o tym, że atak na Rosję w 1812 r. był błędem? Nie tylko politycznym, ale przede wszystkim błędem niedocenienia przeciwnika. Czy pomyślał o tym, że błędem było pozostawienie w 1807 r. szczątkowych Prus, zamiast ich całkowite zniszczenie? Być może inaczej potoczyłaby się wtedy kampania roku 1813 i być może inaczej wyglądałaby cała historia Europy w XIX i XX w.

Czy pomyślał wreszcie o „swoich Polakach”? „Zostawcie to Polakom!” – powiedział Napoleon, gdy rankiem 30 listopada 1808 r. gen. Louis Montbrun zameldował mu, że szarża kawalerii francuskiej wprost na armaty hiszpańskie w wąwozie Somosierra nie jest możliwa. Kiedy polscy szwoleżerowie przełamali pozycje hiszpańskie i otworzyli armii napoleońskiej drogę na Madryt, Napoleon podsumował to krótko: „Dla moich Polaków nie ma rzeczy niemożliwych”. 2 grudnia 1808 r., na postoju w okolicach Madrytu, Napoleon podyktował treść XIII Biuletynu Armii. Ku zaskoczeniu „swoich Polaków” główną zasługę w przełamaniu obrony hiszpańskiej pod Somosierrą oddał nie płk. Kozietulskiemu, ale gen. Montbrunowi, który przecież nie chciał tam w ogóle atakować i który notabene zakończył swoje życie 7 września 1812 r. prowadząc fatalną szarżę kawalerii francuskiej w bitwie pod Borodino.

Ale nawet to nie zachwiało wiarą w Napoleona tych Polaków, którzy przy nim stali. Wiarą tzw. orientacji francuskiej nie zachwiała ani tragedia Legionów Polskich, które Napoleon wysłał w 1803 r. na zagładę w walce z antyfrancuskim powstaniem niewolników murzyńskich na Haiti (wówczas San Domingo), ani podarowanie Polakom przez cesarza Francuzów kadłubowego i marionetkowego Księstwa Warszawskiego, ani używanie wojsk polskich do ujarzmienia Hiszpanii. Wierni mu Polacy stali przy nim do końca. Osłaniając odwrót z Rosji resztek Wielkiej Armii podczas dramatycznej bitwy nad Berezyną (26-29 listopada 1812 r.), w Bitwie Narodów pod Lipskiem (16-19 października 1813 r.), czy podczas zesłania na Elbie, gdzie Napoleonowi towarzyszył szwadron polskich szwoleżerów rotmistrza (późniejszego generała) Jana Jerzmanowskiego, który walczył także pod Waterloo.

Polska wiara w Napoleona została uwieczniona w drugiej zwrotce „Mazurka Dąbrowskiego”. Wyznawcy orientacji francuskiej mieli nadzieję, że zwycięstwo Napoleona nad Rosją doprowadzi do wskrzeszenia Polski przedrozbiorowej. Tak się nie stało. Ale czy tylko z powodu klęski Wielkiej Armii w Rosji? Czy na Wyspie św. Heleny Napoleon pomyślał o tym, że jedną z przyczyn jego klęski mogło być instrumentalne traktowanie sprawy polskiej i lekceważenie polskich nadziei? Po rozpoczęciu inwazji Wielkiej Armii na Rosję w czerwcu 1812 r. do prawie 100 tys. wojsk polskich pod dowództwem księcia Józefa Poniatowskiego dołączyło 20 tys. polskich ochotników z Litwy. Ilu więcej mogłoby dołączyć, gdyby po wkroczeniu Wielkiej Armii do Wilna Napoleon ogłosił odnowienie Królestwa Polskiego? Czy pomyślał on o tym, że te co najmniej kilkadziesiąt tysięcy polskich bagnetów i szabel więcej mogło przechylić szalę na stronę francuską w nierozstrzygniętej bitwie pod Borodino (5-7 września 1812 r.)?

Ostatecznie Królestwo Polskie wskrzesił nie Napoleon, ale car Aleksander I. W 1815 r. na mapie Europy pojawiło się Królestwo Polskie, okrojone terytorialnie i pozostające w unii dynastycznej z Rosją. Na decyzję Aleksandra I o jego utworzeniu wpłynęło m.in. to, że po klęsce wojsk napoleońskich w 1812 r. książę Józef Poniatowski dotrzymał z resztkami swojego wojska wierności Napoleonowi. Imperator Rosji wyciągnął z tego wniosek, że wojsko polskie będzie wierne także jemu jako królowi Polski. Zatem polska wierność Napoleonowi, przez wielu uważana za bezmyślną, opłaciła się politycznie. Polska krew przelana w wojnach napoleońskich nie poszła na marne, a to, że szansa jaką było Królestwo Polskie z 1815 r. została później zmarnowana przez politykę polską jest tematem na odrębny artykuł.

Po wejściu Wielkiej Armii do Wilna w czerwcu 1812 r. przedstawiono Napoleonowi profesorów tamtejszego uniwersytetu. Podobno, gdy przedstawiano mu prof. Euzebiusza Słowackiego (ojca wieszcza Juliusza Słowackiego) i poinformowano, że jest to profesor literatury polskiej (faktycznie kierownik Katedry Wymowy i Poezji) Napoleon miał zapytać: „To Polacy mają literaturę?”. Jeśli zdarzenie to rzeczywiście było prawdziwe, można z niego wyciągnąć wniosek, że oparty na ignorancji i lekceważeniu stosunek Zachodu do Polski miał miejsce także ponad 200 lat temu. Jest więc już zatem pewną tradycją polityczną.

„Jeżeli już macie pić, to pijcie jak Polacy”, „Pijcie jak Polacy, ale bądźcie równie dzielni jak oni” – te, potwierdzone już źródłowo, wypowiedzi Napoleona też pokazują jak postrzegał on „swoich wiernych Polaków”. Wielu historyków i publicystów twierdzi, że Napoleon Polaków cynicznie oszukał, że wykorzystywał polskie nadzieje i polską krew. Trzeba jednak obiektywnie stwierdzić, że chociaż nie odbudował Polski i nie miał takiego zamiaru, to tworząc w 1807 r. Księstwo Warszawskie zapoczątkował długi i dramatyczny proces odbudowy polskiej państwowości. Nadając Księstwu Warszawskiemu konstytucję wzorowaną na francuskich rozwiązaniach ustrojowych, znosząc w Księstwie Warszawskim poddaństwo chłopów i wprowadzając Kodeks Napoleona przyspieszył też proces przejścia od feudalizmu do kapitalizmu na ziemiach polskich.

A napoleoński amok Polaków? Cóż, jest on widać polską urodą. Jego echa pobrzmiewały w naiwnej wierze przyjścia z pomocą przez Francję bezsensownym polskim powstaniom w 1830 i 1863 r. i w ogóle w szeroko rozumianej polskiej w wierze w Zachód w XIX i XX w., która nie znalazła odwzajemnienia, tak jak i wiara w Napoleona. Mimo to wiara w Zachód (symbolizowany współcześnie już nie przez Francję, ale USA) trwa w Polsce do dzisiaj i wydaje się niezłomna.

Oceniając Napoleona historyk Marceli Handelsman (1882-1945) napisał: „Prawdziwe znaczenie Napoleona polega na tym, iż on dopiero umożliwił i przyspieszył rozwój narodów XIX stulecia. (…) był także i u nas wskrzesicielem życia narodowego przez instytucje, które narzucił, przez rolę, jaką w duszy zbiorowej narodu odegrał. Stworzył warunki wewnętrzne, organizacyjne, oraz zewnętrzne, polityczne, w których odrodzony naród mógł wzmocnić swą świadomość, zespolić się i zjednoczyć, mógł rzucić podwaliny pod dalszy swój byt duchowy i w czynie zamknąć dowody swej żywotności”. Oczywiście można się z tą opinią nie zgodzić, ale na historię trzeba zawsze patrzeć w sposób wyważony i nawet oceniając negatywnie napoleoński amok Polaków należy unikać ocen czarno-białych.

W tym kontekście warto przypomnieć jeszcze jedną wypowiedź Napoleona: „Historia jest wersją przeszłych wypadków, na którą ludzie zdecydowali się zgodzić”. Powiedział on jednak również: „Aby pisać historię, trzeba być więcej niż człowiekiem, ponieważ autor trzymający pióro wielkiego sędziego powinien być wolny od wszelkich uprzedzeń, interesów lub próżności”.

Bohdan Piętka

6 lipca 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 23-24 (2347/2348), 6-13.06.2021, s. 14

Trzecie powstanie śląskie

W tym roku przypada setna rocznica trzeciego powstania śląskiego. Powstanie to jest uważane za jedno z pięciu lub sześciu (jeśli uznamy obronę Lwowa w 1918 r. za powstanie) zwycięskich powstań polskich, obok powstań wielkopolskich z 1806 i 1918 r., powstania sejneńskiego z 1919 r. i drugiego powstania śląskiego z 1920 r. Trzecie powstanie śląskie zakończyło proces odbudowy polskiej państwowości po pierwszej wojnie światowej. Zryw ten wpisywał się w zupełnie inną koncepcję geopolityczną niż ta, którą realizowano w latach 1919-1920 i w całym okresie II Rzeczypospolitej. Wpisywał się mianowicie w ideę odzyskania dawnych ziem piastowskich na zachodzie, które Polska straciła w średniowieczu na rzecz Czech i Brandenburgii i które później zostały przejęte przez Królestwo Prus i utworzoną w 1871 r. Rzeszę Niemiecką.

Ta idea mogła zostać zrealizowana w pełni dopiero po 1945 r., ale powstanie wielkopolskie z 1918 r. i trzy powstania śląskie z lat 1919-1921 były pierwszym krokiem do powrotu Polski na dawne ziemie piastowskie. Krokiem tym bardziej zasługującym na przypomnienie, że podjętym w niesprzyjających warunkach politycznych. Klęska Niemiec w pierwszej wojnie światowej, chociaż znacznie osłabiła to państwo, nie była klęską zupełną. Spośród zwycięskich mocarstw postawę proniemiecką na paryskiej konferencji pokojowej zajęła Wielka Brytania. Rząd brytyjski był zdecydowanie przeciwny dalszemu osłabianiu powojennych Niemiec, a tym samym daleko idącym cesjom terytorialnym na rzecz Polski. Bardziej przychylna polskim postulatom terytorialnym była Francja, zmierzająca – w przeciwieństwie do Londynu – do trwałego osłabienia potencjału Niemiec. Ale i przychylność francuska nie szła tak daleko, by w ramach traktatu wersalskiego możliwa była całkowita realizacja polskich postulatów terytorialnych dotyczących np. Górnego Śląska, Gdańska, czy Warmii i Mazur.

Ta sytuacja międzynarodowa rzutowała na położenie odbudowującego się po 1918 r. państwa polskiego i podjętą wtedy przez Józefa Piłsudskiego i jego otoczenie decyzję odzyskania wschodnich ziem Polski przedrozbiorowej. Dlatego odradzające się państwo polskie zaangażowało się militarnie na wschodzie, najpierw w walki z nacjonalistami ukraińskimi w Galicji Wschodniej i idącymi na zachód wojskami bolszewickimi, a potem w realizację idei federacyjnej Józefa Piłsudskiego. Idei utopijnej, przede wszystkim ze względu na zbyt słaby potencjał Polski oraz brak entuzjazmu dla odbudowy Polski jagiellońskiej ze strony nacjonalistów ukraińskich, białoruskich i litewskich. Tego jednakże w obozie piłsudczykowskim, a potem w ruchu prometejskim nie dostrzegano, a zwycięstwo nad bolszewikami w dramatycznej kampanii 1920 r. tylko utwierdziło to środowisko w przekonaniu o słuszności idei terytorialnego zwrócenia Polski na wschód.

Takie ukierunkowanie przez obóz piłsudczykowski głównego wysiłku polskiego spowodowało rozgoryczenie wśród środowisk politycznych będących wtedy prekursorami myśli zachodniej. Rozgoryczeniu temu dawał wielokrotnie wyraz po przewrocie majowym 1926 r. Wojciech Korfanty (1873-1939). W „Odezwie do ludu śląskiego” z grudnia 1927 r. Korfanty pisał: „Gdyśmy tu [na Śląsku] walczyli o każdą piędź ziemi polskiej, która więcej jest warta niż całe powiaty na Rusi, odpowiedzialni sternicy naszego państwa szukali szczęścia i sławy pod Kijowem, by później bronić Polski przed bolszewikami aż pod bramami Warszawy”. Poszedł jeszcze dalej i w tej samej „Odezwie” tak podsumował orientację proniemiecką piłsudczyków z okresu pierwszej wojny światowej: „Gdy tak walczyłem o przyłączenie b. zaboru pruskiego do niepodległej Polski, ci, którzy mnie dziś usiłują zdeptać i zmarnować moralnie i materialnie, przybywali do Berlina zapewniać rząd niemiecki, że wyrzekają się Górnego Śląska, Poznańskiego i Pomorza. A inni w pisemkach wydawanych w Szwajcarii denuncjowali mnie i innych Polaków u rządu niemieckiego, że służę entencie”.

Jeszcze mocniej w te same tony co w „Odezwie” z 1927 r. Korfanty uderzył w artykule „Frontem na Zachód”, opublikowanym w dzienniku „Polonia” z 4 grudnia 1933 r., gdzie napisał: „Gdyśmy walczyli o zbieranie ziem polskich na zachodzie, gdyśmy zmagali się o posuwanie polskich słupów granicznych jak najdalej na zachód, to ci, którzy dziś w Polsce mają głos decydujący, zamiast skierować wszystkie siły narodu na zachód, skierowali je na wschód i szukali u bram Kijowa szczęścia i chwały. Nie rozumieli tego, że jeden powiat na zachodzie, gdzie ziemia jest polska i lud jest polski, więcej dla nas jest warty niż całe województwo na wschodzie. Nieliczni obszarnicy polscy istoty Polski nie reprezentowali”.

Oczywiście Korfanty nie do końca miał rację, ponieważ po 1918 r. nie było warunków geopolitycznych, by „skierować wszystkie siły narodu na zachód”. Polska weszłaby w konflikt nie tylko z Niemcami, ale z mocarstwami Ententy, zwłaszcza z proniemiecką od zawarcia rozejmu w Compiégne Wielką Brytanią. Miał natomiast rację w ocenie awanturnictwa i braku realizmu tzw. wyprawy kijowskiej z 1920 r., która w konsekwencji ściągnęła ofensywę bolszewicką na Warszawę, co o mało nie doprowadziło do katastrofy świeżo odzyskanej państwowości, zaprzepaściło polskie szanse na Warmii i Mazurach oraz utrudniło walkę o odzyskanie Górnego Śląska. Miał też Korfanty rację twierdząc, że interesy obszarników polskich z Kresów Wschodnich nie były tożsame z interesem narodu polskiego. W tych słowach dyktator trzeciego powstania śląskiego zwrócił uwagę na niezrozumienie przez elity polityczne II Rzeczypospolitej polskiej myśli zachodniej, rodzącej się u zarania XX wieku w kręgach narodowych i konserwatywnych.

Polska obejmująca obszerne terytorialnie, ale słabo rozwinięte gospodarczo, pozbawione większego przemysłu, oparte na zacofanym rolnictwie i do tego wielonarodowościowe ziemie wschodnie konserwowała półfeudalną strukturę społeczno-gospodarczą, która w znaczący sposób utrudniała modernizację odzyskanego po 123 latach zaborów państwa. Tylko Polska zwrócona na zachód, w kierunku ziem dobrze rozwiniętych gospodarczo, w tym znacząco już uprzemysłowionych, miała szansę na modernizację. Dlatego właśnie jeden powiat na Górnym Śląsku, w Wielkopolsce, czy na Pomorzu, był więcej wart niż całe województwo za Bugiem. Realizacja takiej wizji stała się możliwa dopiero w zmienionych warunkach geopolitycznych i wymianie ludności dawnych ziem piastowskich po 1945 r. Wtedy zniknęła Polska zwrócona od wieków na wschód i skonfliktowana przez to ze Słowianami wschodnimi, a w granicach Polski piastowskiej powstało państwo monoetniczne.

Takiego obrotu sprawy zapewne nie wyobrażali sobie ćwierć wieku wcześniej twórcy polskiej myśli zachodniej – Bernard Chrzanowski, Roman Dmowski i Wojciech Korfanty. Jednakże to oni byli prekursorami koncepcji terytorialnej, którą w 1945 r. zrealizowała lewica komunistyczna. Z późniejszej perspektywy powstanie wielkopolskie z 1918 r. i trzy powstania śląskie były początkiem realizacji idei Polski piastowskiej. Na tym właśnie polega ich doniosłość.

Bezpośrednią przyczyną wybuchu trzeciego powstania śląskiego był niekorzystny dla Polski rezultat plebiscytu z 20 marca 1921 r. Powstanie, jako opcję na wypadek zwycięstwa zwolenników pozostawienia Górnego Śląska w granicach Niemiec, planowano jeszcze przed plebiscytem. Podobne działania planowała także strona niemiecka na wypadek niekorzystnego dla siebie wyniku głosowania. Plebiscyt odbywał się w charakterze terroru stosowanego przez obie strony, a na jego wyniku (59,4% za Niemcami i 40,3% za Polską) zważyła m.in. możliwość sprowadzenia przez stronę niemiecką wyborców, którzy urodzili się na obszarze plebiscytowym, ale tam nie mieszkali. W tej sytuacji polskie Dowództwo Obrony Plebiscytu przystąpiło do przygotowań powstańczych. Plan powstania został zatwierdzony w kwietniu 1921 r. przez Wojciecha Korfantego. Ośrodkiem organizacyjnym przyszłej armii powstańczej stała się nielegalna Polska Organizacja Wojskowa Górnego Śląska. Zadbano też o współpracę z dowódcami sąsiadujących z Górnym Śląskiem polskich okręgów wojskowych: gen. Kazimierzem Raszewskim w Poznaniu i gen. Stanisławem Szeptyckim w Krakowie.

30 kwietnia 1921 r. Międzysoujsznicza Komisja Rządząca i Plebiscytowa na Górnym Śląsku przedstawiła Radzie Najwyższej Głównych Mocarstw Sprzymierzonych i Stowarzyszonych plany podziału obszaru plebiscytowego. Plan francuski zakładał podział Górnego Śląska wzdłuż tzw. linii Le Ronda, pokrywającej się z tzw. linią Korfantego (Polsce miała przypaść wschodnia cześć Górnego Śląska wraz z okręgiem przemysłowym). Natomiast plan brytyjsko-włoski, czyli podział wzdłuż tzw. linii Percival-De Marinis – zakładał przyznanie Polsce jedynie południowo-wschodnich terenów rolniczych i części powiatu katowickiego (cały obszar przemysłowy miał przypaść Niemcom).

Rząd polski przewidywał wybuch powstania i dlatego premier Wincenty Witos zakazał Korfantemu podejmowania akcji zbrojnej. Kiedy jednak Komisja Międzysojusznicza poparła projekt brytyjsko-włoski, czyli przyznanie Niemcom trzech czwartych obszaru plebiscytowego, polscy robotnicy rozpoczęli 2 maja 1921 r. strajk generalny w kopalniach i hutach, a w nocy z 2 na 3 maja 1921 r. wybuchło największe, trzecie powstanie śląskie.

Działania bojowe rozpoczęły się 3 maja o godz. 2:00. Wtedy m.in. oddział powstańczy pod dowództwem Tadeusza Puszczyńskiego-Wawelberga przeprowadził tzw. akcję „Mosty”, wysadzając w powietrze mosty kolejowe na Odrze. W ten sposób przerwano połączenia kolejowe pomiędzy Górnym Śląskiem a Niemcami. Na czele powstania stanęła Rada Naczelna z Wojciechem Korfantym jako dyktatorem. Jego najbliższymi współpracownikami byli m.in. Paweł Kempka, Konstanty Wolny i Józef Rymer. Dowództwo Naczelnej Komendy Wojsk Powstańczych objął ppłk Maciej Mielżyński, a od 6 czerwca ppłk Kazimierz Zenkteller. Siedzibą obu tych organów były Szopienice.

Liczebność sił powstańczych wyniosła około 50 tys., z czego około 40 tys. stanowili miejscowi Górnoślązacy identyfikujący się z Polską. Większość oficerów pochodziła jednak spoza Górnego Śląska, głównie z Zagłębia Dąbrowskiego, Wielkopolski i Małopolski. Ogółem w wojskach powstańczych walczyło około 700 oficerów, 1300 podoficerów i 7000 szeregowych Wojska Polskiego, a także kilka tysięcy ochotników z Polski. Powstańcy otrzymali też z Polski zaopatrzenie w postaci m.in. 40 tys. karabinów, 100 karabinów maszynowych, 7 pociągów pancernych, 50 dział polowych i kilkadziesiąt milionów sztuk amunicji.

Walki toczyły się w czterech fazach. W fazie pierwszej (do 10 maja) opanowano obszar zakreślony tzw. linią Korfantego. W fazie drugiej (11-20 maja) przystąpiono do obrony opanowanego obszaru. W fazie trzeciej (21 maja-6 czerwca) nastąpiła kontrofensywa niemiecka. Doszło wtedy do przegranej przez powstańców bitwy o Górę św. Anny (21-26 maja 1921 r.) i wygranej przez powstańców bitwy pod Olzą (23 maja 1921 r.). Ogromnym wysiłkiem powstańcy nie dopuścili do przerwania linii frontu oraz wtargnięcia sił niemieckich na obszar przemysłowy. W fazie czwartej (7-24 czerwca) nastąpiło przerwanie walk i rozpoczęcie pertraktacji polsko-niemieckich przy pośrednictwie alianckim. Straty polskie wyniosły co najmniej 1721 zabitych.

Rozejm zawarto 5 lipca 1921 r. Rząd polski oficjalnie odciął się od odpowiedzialności za powstanie. 12 października 1921 r. Międzysoujsznicza Komisja Rządząca i Plebiscytowa podjęła korzystniejszą dla Polski decyzję o podziale Górnego Śląska. II Rzeczypospolitej przyznano jedną trzecią obszaru plebiscytowego, na którym znajdowało się 50% hutnictwa i 75% kopalń węgla. Miało to ogromne znaczenie dla bytu gospodarczego odrodzonej Polski. Rada Ambasadorów zaakceptowała tę decyzję 20 października 1921 r. Osiem miesięcy później – 20 czerwca 1922 r. – wojska polskie pod dowództwem gen. Stanisława Szeptyckiego i gen. Kazimierza Horoszkiewicza przekroczyły granicę pod Szopienicami i wkroczyły na wschodni Górny Śląsk. Witały ich tłumy mieszkańców, którzy ustawili kilkadziesiąt bram triumfalnych. Zajmowanie przyznanego Polsce obszaru zakończyło się 4 lipca. Komisja Międzysojusznicza przekazała na nim władzę zarządzającą państwu polskiemu 14 lipca 1922 r.

Wojciech Korfanty tak podsumował trzecie powstanie śląskie w „Odezwie do ludu śląskiego” z 1927 r.: „Bez dostatecznych środków pieniężnych, bez wystarczającej aprowizacji, mimo nacisku ze strony rządu polskiego, by powstanie natychmiast likwidować, zdołałem je podtrzymać przez kilka miesięcy, a co nie mniej ważne, zdołałem utrzymać w ruchu wszystkie warsztaty pracy i mimo toczących się walk zapewnić ludności pracę i chleb. Gdy niedołężni wojskowi przywódcy powstania przegrali bitwę pod Górą św. Anny i linie powstania się załamywały, gdy dobrze zorganizowani Niemcy pod wodzą doświadczonych generałów tak na szeregi powstańców napierali, że w 48 godzinach mogliby stanąć w Mysłowicach, ja robotą dyplomatyczną wobec Komisji Międzysojuszniczej doprowadziłem do zawieszenia broni i rozejmu i uratowałem nie tylko powstańców, lecz całą sytuację”.

Bohdan Piętka

6 lipca 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 19-20 (2343/2344), 9-16.05.2021, s. 18

Świerczewski a geopolityka

29 marca br. proukraiński portal Kresy24.pl zamieścił wypowiedź Roberta Czyżewskiego – historyka i dyrektora Instytutu Polskiego w Kijowie, która pierwotnie ukazała się na jego profilu na Facebooku. Zacytuję ją w całości.

Rocznica śmierci Karola Świerczewskiego. To odpowiednia rocznica, żeby dotknąć (nie rozwiązać – ale dać pretekst do refleksji) problem najbardziej jątrzący w polsko-ukraińskich relacjach historycznych. Wydarzenia lat wojennych i powojennych… Nawet nazwać ich nie można nie natykając się na ataki – możemy tyko wybrać z której strony chcemy i jak silnie oberwać…” – pisze Robert Czyżewski.

I dalej: „Karol Świerczewski był urodzony w Warszawie, ale od młodzieńczych lat przebywał w Rosji i na trwałe związał się z budową systemu komunistycznego – chyba był w tym szczery. Jego droga to: walki z »białymi« podczas wojny domowej w Rosji, wojna 1920 po sowieckiej (oczywiście) stronie, wojna domowa w Hiszpanii – gdzie go oddelegowano z Armii Czerwonej. Gdy Stalin rozpoczął budowę komunistycznej Polski, Świerczewski został »polskim« generałem.

Pod koniec wojny dowodził 2. Armią Wojska Polskiego (oczywiście „Ludowego”). Był jednym z najwyższych oficjeli kształtującej się komunistycznej Polski – wiceminister Obrony Narodowej (w wojsku był drugą osobą po Roli-Żymierskim, nie licząc oczywiście Rokossowskiego, którego formalnie »spolonizowano« później).

28 marca 1947 roku podczas inspekcji garnizonów w południowo-wschodniej Polsce zginął w zasadzce zorganizowanej przez UPA. Dziwne różnice w szczegółach dotyczących jego śmierci są tu nieistotne. Jego śmierć stała się pretekstem do »Akcji Wisła« – deportacji ludności ukraińskiej żyjącej na terenach południowo-wschodniej Polski.

Świerczewski (generał »Walter«), był kluczową postacią PRL. Mitologizowany i opiewany w poezji, stał się patronem szkół, ulic i placów, jego wizerunek zdobił banknoty, a w tle propagandy byli jego zabójcy.

Na miejscu jego śmierci, w Jabłonkach, ustawiono monument. Trwał długo. Rozebrany został ostatecznie … 3 lata temu, między innymi na skutek działań polskiego IPN (warto by o tym na Ukrainie pamiętać). We wzajemnych relacjach historycznych, ważna jest nie przeszłość, ale pamięć o niej. Co chcemy pamiętać (czy precyzyjniej upamiętniać), a jaką pamięć (upamiętnienie) odrzucamy. Odrzucenie przez Wolną Polskę tej pamięci było dobrym krokiem – choć jestem pewien, że zjawią się tacy dla których będzie to krok niewystarczający. Zaklinam jednak wszystkich krytyków polskiej polityki historycznej, aby choćby milcząco przyznali: »Tak. To był dobry ruch«”.

Na osobę Roberta Czyżewskiego zwrócił rok temu uwagę – uważany przez niektóre media obozu władzy za „prorosyjski” (tzn. krytyczny wobec polityki wschodniej III RP) – portal Kresy.pl. W zamieszczonym na tym portalu 25 czerwca 2020 r. tekście pt. „Namawiał do akceptacji pomników Bandery – został szefem Instytutu Polskiego w Kijowie” czytamy: „Robert Czyżewski, chwalący się ukraińskimi korzeniami, dotychczasowy szef Fundacji Wolność i Demokracja, został mianowany przez MSZ na ważne stanowisko dyplomatyczne. Wcześniej przekonywał, że »nie jest tak, że współczesna Ukraina, wybierając banderowską tożsamość, wybiera antypolskość«. Twierdził także, że Polacy powinni »odpuścić« ws. pomników Bandery. Czyżewski jest wnukiem Hryhorija Czyżewskiego, ministra spraw wewnętrznych Ukraińskiej Republiki Ludowej i pułkownika Armii URL, a także prawnukiem Pawła Czyżewskiego, ministra Rządu URL na Emigracji. (…) Z wykształcenia Czyżewski jest historykiem. W latach 1993-2000 działał w Lidze Republikańskiej. Pracował jako nauczyciel w jednym z liceów w Warszawie. Przez kilkanaście lat prowadził programy wymiany młodzieżowej ze szkołami z Ukrainy. Był też współorganizatorem konferencji i wystaw poświęconych historii relacji polsko-ukraińskich, W 2016 roku Czyżewski (…) odnosząc się w rozmowie z »Kurierem Galicyjskim« do kwestii narastającego wówczas sceptycyzmu ws. bezwarunkowego wspierania Ukrainy i postawy Polski jako »sojusznika za darmo« zaznaczył, że Ukraina prowadzi wojnę. Zaznaczył przy tym, że Polacy pierwszy raz nie są na pierwszej linii »i za to warto płacić naprawdę sporo«. Przywołał słowa publicysty (»dużego kalibru« – jak go określił) Piotra Skwiecińskiego (obecnie dyrektora Instytutu Polskiego w Moskwie), który powiedział, że »dla Polski lepiej jest, żeby w Kijowie rządzili nie tylko banderowcy, ale nawet sam Bandera, niż odbudowa imperium«. Zdaniem Czyżewskiego, było to bardzo mądre zdanie”.

Oba powyższe cytaty wiele mówią o obecnym obozie władzy oraz o tym jacy ludzie w tymże obozie władzy kształtują polską politykę wschodnią oraz politykę historyczną. Na tym można byłoby zakończyć, ponieważ polemika z tezami zaprezentowanymi przez dyrektora Instytutu Polskiego w Kijowie nie ma sensu. Jednak nie można się powstrzymać przed wyrażeniem paru uwag.

Nie będę wchodził w ocenę postaci Karola Świerczewskiego i operacji „Wisła”, ponieważ już to co najmniej parę razy uczyniłem. Pragnę tylko przypomnieć, że Świerczewski nie jest jedyną postacią związaną z wydarzeniami lat 1944-1947 na Rzeszowszczyźnie, którą poddano po 2015 r. „dekomunizacji”. Uczyniono to także z pomnikiem 31 żołnierzy polskich zamordowanych przez UPA 1 kwietnia 1947 r. w Łubnem pod Baligrodem oraz innymi upamiętnieniami polskich żołnierzy i milicjantów na tamtych trenach. Polityka ma to do siebie, że nie znosi próżni. Jeżeli mówimy, że Świerczewski i jego żołnierze byli źli i nie mieli racji, to historyczną rację przyznajemy ich przeciwnikom z UPA. Taki jest polityczny sens i skutek „dekomunizacji” Świerczewskiego i jego żołnierzy. Dlatego dzisiaj na Podkarpaciu nie ma ich pomników, ale stoi tam zbudowany przez państwo polskie pomnik UPA na górze Monasterz koło Werchraty w gminie Horyniec-Zdrój (powiat lubaczowski).

To oczywiście zdaniem Roberta Czyżewskiego bardzo dobrze, bo – jak sam stwierdził – „nie jest tak, że współczesna Ukraina, wybierając banderowską tożsamość, ku naszej rozpaczy, wybiera antypolskość” i dlatego Polacy powinni „odpuścić” sobie pomniki Bandery, a wtedy być może Ukraińcy „odpuszczą” sobie pomniki Kłyma Sawura (Dmytro Kłaczkiwskiego). Otóż jest to pogląd absolutnie fałszywy. Banderyzm jako twór historyczno-polityczny, na którym obecna Ukraina buduje swoją tożsamość, może być przyjęty albo odrzucony tylko całościowo. Nie ma trzeciej możliwości. W pakiecie z Banderą i Doncowem otrzymujemy zawsze Kłaczkiwskiego, Szuchewycza, Stećkę, Łebedzia i resztę. Nie można tu sobie wybrać żadnej cegiełki, bo wszystkie są takie same i wszystkie tworzą budowlę u fundamentów której jest antypolskość. Albowiem skrajna antypolskość była ideą przewodnią nacjonalizmu ukraińskiego w latach 30-tych i 40-tych XX wieku i doprowadziła w konsekwencji do ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Taka jest prawda i nie da się jej zmienić, choćby Robert Czyżewski nie wiem jak próbował ją zaczarować.

Nasuwa się pytanie, skoro rzekomo polską racją stanu było usunięcie pomnika Świerczewskiego w Jabłonkach jako gest dobrej woli wobec Ukrainy, to jak Ukraina na ten gest dobrej woli odpowiedziała? Odpowiedziała pomnikami zbrodniarzy z OUN, UPA i dywizji SS „Galizien”, których dziesiątki zdobią miasta i miasteczka dawnych polskich Kresów południowo-wschodnich. Acha! „Ukraińcy są na pierwszej linii frontu i za to warto płacić naprawdę sporo” – odpowie tutaj Robert Czyżewski.

Problem z polską polityka wschodnią i ludźmi ją kształtującymi nie polega na tym, że jest to polityka proukraińska i antyrosyjska, wpisująca się przy tym w cele geopolityczne USA, ale na tym, że jest to polityka oparta na całkowicie fałszywych przesłankach.

Twierdzi się, że polityka ta ma swoje korzenie w koncepcjach Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego. Nic bardziej błędnego. Giedroyć i Mieroszewski uważali co prawda, że Polska powinna odgrodzić się od Rosji czymś w rodzaju „strefy buforowej” i dlatego powinna wspierać niepodległość Ukrainy, Białorusi i Litwy, ale gdyby w tych państwach doszły do głosu tendencje nacjonalistyczne (czyli antypolskie), to powinna zawrzeć przeciw nim taktyczny sojusz z Rosją. Co z myślą Giedroycia i Mieroszewskiego zrobili wykonawcy polityki wschodniej III RP, widać na powyższym przykładzie.

Dzisiaj są oni nie tyle wykonawcami, co biernymi narzędziami geopolityki amerykańskiej, na którą nie mają jakiegokolwiek wpływu. Pozostaje im tłumaczenie sobie i opinii publicznej, że to jest dobre i słuszne. Popadają przy tym w coraz większe absurdy, które prowadzą nawet do postulatów akceptacji ukraińskiej polityki historycznej, czyli przejścia do porządku dziennego nad ludobójstwem wołyńsko-małopolskim. Leszek Sykulski w jednym ze swoich programów na YouTube zauważył, że celem geopolityki amerykańskiej na obszarze Europy Wschodniej jest wyparcie wpływów Rosji z państw poradzieckich. W wypadku Ukrainy oznacza to korelację celów amerykańskich z celami nacjonalistów ukraińskich. Dlatego po 2004 i 2014 r. nastąpił w tym państwie tak prężny renesans nacjonalizmu ukraińskiego. Z kolei celem geopolityki rosyjskiej – zdaniem Sykulskiego – jest ograniczenie wpływów nacjonalizmu ukraińskiego do obszaru zachodniej Ukrainy, czyli przedwojennych polskich Kresów południowo-wschodnich.

Obie te geopolityki są dla Polski groźne ze względu na występujący w nich czynnik nacjonalizmu ukraińskiego i to tuż przy polskiej granicy południowo-wschodniej. Ponadto cechą polityki amerykańskiej jest jej nieprzewidywalność. Amerykanie mogą w najbardziej nieprzewidywanym momencie porzucić Ukrainę swojemu losowi, tak jak porzucili Wietnam, Irak, a teraz Afganistan. Mogą to swobodnie zrobić, bo nie oni graniczą z Ukrainą i nie oni będą ponosić konsekwencje politycznego zdemolowania tego kraju. USA są przy tym daleko, a Rosja blisko i odbudowa normalnych relacji z Rosją – rujnowanych teraz w imię bezalternatywnego wspierania polityki amerykańskiej – może być niezwykle trudna. Zamiast to dostrzec, wykonawcy polskiej polityki wschodniej karmią się coraz bardziej absurdalnymi i fałszywymi mirażami.

Bohdan Piętka

6 lipca 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 17-18 (2341/2342), 25.04-2.05.2021, s. 12

Historia nigdy nie jest czarno-biała. Dlaczego ludzie Polski Podziemnej budowali PRL

Polityka historyczna lansowana w III RP przedstawia czarno-biały obraz państwa polskiego funkcjonującego w latach 1944/1945-1989, odmawiając przy tym temu państwu charakteru polskiego. W tym czarno-białym obrazie ludzie i środowiska Polski Podziemnej i II RP były tylko przeciw powojennej władzy – jako „żołnierze wyklęci” i ofiary terroru stalinowskiego. Posunięto się zresztą dalej, bo stworzono zupełnie nieprawdziwy obraz całego społeczeństwa zjednoczonego w oporze przeciw „narzuconemu systemowi”, który miała legitymizować rzekomo tylko garstka „zdrajców i agentów obcego mocarstwa”.

Tymczasem historia nigdy nie jest czarno-biała. Bywa przeważnie skomplikowana i wielowątkowa. Komuniści nigdy by nie zbudowali nowego państwa, gdyby nie zaangażowali do tego kadr istniejących na miejscu, tzn. pozostawionych przez II RP i uczestniczących w czasie wojny w konspiracji niepodległościowej. Mówiąc prościej – nie stworzyliby PRL bez wciągnięcia do tego do tego dzieła szerokich rzesz społeczeństwa odległych od komunizmu, a nawet lewicy w ogóle. Skoro różne środowiska, odległe od politycznego i ideologicznego oblicza powojennej władzy, włączyły się aktywnie w powojenną rzeczywistość, to znaczy, że widziały w tej rzeczywistości także elementy pozytywne. Nie był to z ich strony wyłącznie sam realizm oparty na kalkulacji, że z silniejszym nie wygramy.

W ocenie tych ludzi i środowisk Polska pojałtańska musiała stwarzać warunki do przetrwania i rozwoju narodu w nowych realiach geopolitycznych. A skoro tak, to malowanie dziejów PRL jedynie czarną barwą i przypisywanie osobom zaangażowanym w tamten ustrój wyłącznie złych motywacji są nieprawdą. Cała konstrukcja czarno-białego antykomunizmu, na której uformowano politykę historyczną III RP, jest wielkim fałszem.

Faktem jest, że wielu byłych uczestników podziemia niepodległościowego z okresu okupacji niemieckiej, nawet tych, którzy po wojnie nie uczestniczyli w działalności antykomunistycznej i nie chcieli prowadzić walki zbrojnej z nową władzą, stało się ofiarami represji stalinowskich. Nie oznacza to jednak, że ich postawa była błędna i że ponieśli klęskę. Nie chodziło im bowiem o siebie, ale o naród, który musiał kontynuować swoją egzystencję w nowych warunkach geopolitycznych i ustrojowych. Trudna powojenna rzeczywistość przyniosła zagrożenia związane z autorytarnym charakterem nowego ustroju (w okresie stalinizmu zbliżonym do totalitarnego) i wynikającym stąd łamaniem praw obywatelskich oraz ograniczoną suwerennością państwa. Przyniosła jednakże też doniosłe zmiany, które nie byłyby możliwe w innej niż pojałtańska konstelacji geopolitycznej i które były wcześniej marzeniem wielu środowisk niekomunistycznych, jak powrót na ziemie piastowskie, czy reformy umożliwiające awans społeczny upośledzonych dotąd warstw społecznych.

Dlatego wielu niekomunistów postanowiło podjąć wyzwanie i włączyć się w powojenną odbudowę kraju, w jego życie gospodarcze, naukowe, kulturalne, a nawet polityczne. Nie po to, żeby budować komunizm, ale by wesprzeć te z powojennych przemian, które postrzegali jako zgodne z polską racją stanu lub oczekiwaniami społeczeństwa.

Jednym z pierwszych środowisk niekomunistycznych, które przyjęło taki punkt widzenia była Organizacja Ziem Zachodnich „Ojczyzna”, zrzeszająca podczas okupacji niemieckiej środowiska katolicko-narodowe w Wielkopolsce. 15 lipca 1945 roku – w rocznicę bitwy pod Grunwaldem – kierownictwo „Ojczyzny” podjęło decyzję o rozwiązaniu się, wyjściu z konspiracji i zaangażowaniu w legalną pracę na rzecz powrotu Polski nad Odrę i Bałtyk. Tak postanowiła Rada Polityczna „Ojczyzny” w składzie: dr Zdzisław Jaroszewski, Maria Kiełczewska, Juliusz Kolipiński, ks. Karol Milik, Jan Jacek Nikisch, ks. Maksymilian Rode, Kirył Sosnowski, Stanisław Tabaczyński, Alojzy Targ i prof. Zygmunt Wojciechowski. Pomimo obcości ideologicznej nowej władzy ci ludzie uznali, że kwestia powrotu Polski na Ziemie Zachodnie i Północne jest ważniejsza od stosunku do powojennego ustroju. Jest wymogiem polskiej racji stanu, ponieważ historia stworzyła Polsce niepowtarzalną szansę przekreślenia po 700 latach niemieckiego „Drang nach Osten”.

Działacze „Ojczyzny” objęli wkrótce po ujawnieniu się szereg stanowisk w Ministerstwie Ziem Odzyskanych, Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Polskim Związku Zachodnim, mediach, ruchu wydawniczym oraz szkolnictwie wyższym i średnim. Byli to m.in.: Władysław Czajkowski (1905-1947) – podczas wojny dyrektor Biura Zachodniego Delegatury Rządu na Kraj, w latach 1945-1947 wiceminister w Ministerstwie Ziem Odzyskanych; Leopold Gluck (1913-1989) – dyrektor departamentu ekonomiczno-socjalnego MZO, a po śmierci Czajkowskiego wiceminister MZO; Edmund Męclewski (1913-1992) – podczas wojny współpracownik Delegatury Rządu na Kraj, w MZO dyrektor biura komitetu do spraw zagranicznych; Edward Quirini (1899-1954) – dyrektor departamentu administracji publicznej w MZO; Józef Guranowski, Tadeusz Kołodziej, Wiktor Leśniewski i in. W 1949 r., na fali narastającego stalinizmu, kierowane przez Władysława Gomułkę Ministerstwo Ziem Odzyskanych zostało zlikwidowane. Nie przekreśla to jednak jego ogromnych dokonań i sensu politycznego wyboru środowiska „Ojczyzny”.

Warto też dodać, że powrót Polski na Ziemie Odzyskane wymagał przywrócenia dawnych nazw miejscowości lub nadania nowych. Dokonano tego w błyskawicznym tempie, głównie dzięki zaangażowaniu poznańskiego środowiska naukowego – przed wojną sympatyzującego w większości ze Stronnictwem Narodowym. Jego przedstawiciele mieli pełną świadomość, że ich praca musi odbyć się legalnie, tzn. w oparciu o struktury państwa rządzonego przez PPR. Dla prof. Mikołaja Rudnickiego (1881-1978) i jego współpracowników z Sekcji Onomastycznej Instytutu Zachodniego było jednak oczywiste, że na ich oczach odwraca się karta historii – Polska sięga po ziemie, którymi władała przed dziesięcioma wiekami i nie można tego zaprzepaścić z powodu animozji politycznych.

Najbardziej znanym konspiratorem Polski Podziemnej, który współtworzył nową rzeczywistość po 1945 r., był Józef Cyrankiewicz (1911-1989) – „wieczny premier” PRL (1947-1952, 1954-1970). Podczas okupacji niemieckiej komendant Gwardii Ludowej PPS-WRN w okręgu krakowskim i zaprzysiężony oficer ZWZ, przed aresztowaniem przez gestapo w kwietniu 1941 r. typowany na zastępcę Delegata Rządu na Kraj z ramienia PPS-WRN. Jako więzień KL Auschwitz i KL Mauthausen zapisał piękną kartę w konspiracji więźniarskiej. Po powrocie do kraju w 1945 r. dokonał wyboru, który wielu zaskoczył. Wszedł do władz współpracującej z komunistami PPS i rozpoczął karierę polityczną w nowej rzeczywistości. Ten wybór i działalność polityczna Cyrankiewicza w PRL ściągnęły na jego osobę falę ataków jeszcze za życia, zwielokrotnionych po 1989 r. Ataków niezwykle brutalnych, w których oszczerczo dyskredytowano zwłaszcza jego przeszłość obozową. To pokazuje, że antykomuniści nie mogli mu wybaczyć tego wyboru, u którego podłoża leżała najprawdopodobniej Realpolitik – przekonanie, że naród polski nie może ryzykować kolejnego powstania warszawskiego i kolejnego Auschwitz.

Ale przecież drogą Realpolitik poszli również prof. Stanisław Kulczyński (1895-1975), przedwojenny wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski (1887-1974) i prof. Jan Kostrzewski (1915-2005). Stanisław Kulczyński – przed wojną rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie i współtwórca Stronnictwa Demokratycznego – był podczas okupacji niemieckiej delegatem Rządu RP na Obszar Lwowski. W 1945 r. miał propozycję podjęcia pracy naukowej na Zachodzie. Przyjechał jednak do Wrocławia, czyli do niedawna niemieckiego Breslau, by na dymiących jeszcze ruinach tego miasta rozpocząć odbudowę uniwersytetu i politechniki oraz Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. W 1952 r. został wicemarszałkiem Sejmu I kadencji, a w latach 1956-1969 był zastępcą przewodniczącego Rady Państwa PRL. Położył też znaczące zasługi dla zintegrowania z Polską Ziem Odzyskanych jako przewodniczący Rady Naczelnej Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich (1957-1971).

Eugeniusz Kwiatkowski – jeden z najbliższych współpracowników Józefa Piłsudskiego – powrócił do Polski z wojennej emigracji 8 lipca 1945 roku i podjął współpracę z Tymczasowym Rządem Jedności Narodowej w dziedzinie odbudowy gospodarki morskiej. 12 września 1945 roku został powołany na szefa Delegatury Rządu do Spraw Wybrzeża. Współpraca ta zakończyła się w połowie 1948 r. z powodu narastającego stalinizmu, co ani nie przekreśla wyboru Kwiatkowskiego, ani jego zasług w odbudowie głównych miast portowych powojennej Polski.

Jan Kostrzewski podczas okupacji niemieckiej należał do AK i prawicowego Związku Odbudowy Rzeczypospolitej. Uczestniczył w powstaniu warszawskim, a po jego upadku był więźniem obozu jenieckiego w Lamsdorf (Łambinowice). W 1945 r. powrócił do kraju i rozpoczął karierę naukową. Stał się światowej sławy lekarzem epidemiologiem oraz twórcą polskiej szkoły epidemiologii. Od 1951 do 1978 r. kierował Zakładem Epidemiologii Państwowego Zakładu Higieny. W 1961 r. jako bezpartyjny objął stanowisko wiceministra zdrowia i opieki społecznej oraz Głównego Inspektora Sanitarnego, a w latach 1968-1972 był ministrem zdrowia i opieki społecznej. Także bezpartyjnym. Natomiast w latach 1984-1989 pełnił funkcję prezesa Polskiej Akademii Nauk. Największe zasługi Kostrzewski położył w 1963 r., kiedy w brawurowy sposób kierował likwidacją groźnej epidemii ospy prawdziwej we Wrocławiu. Należał też do głównych organizatorów systemu szczepień ochronnych w PRL i był jednym z inicjatorów światowego programu szczepień przeciw ospie prawdziwej, błonicy, gruźlicy, krztuścowi, odrze, poliomyelitis i tężcowi. Postać prof. Kostrzewskiego stanowi wymowny dowód tego, że historia PRL jest skomplikowana w stopniu przekraczającym jakiekolwiek wyobrażenia animatorów obecnej polityki historycznej.

Drogą Realpolitik poszli również ludzie tworzący Stowarzyszenie „PAX”, którego historia dzisiaj jest spłycana do „nacjonalistycznej” przybudówki PZPR. Spośród nich warto wspomnieć chociażby wybitnego pisarza Jana Dobraczyńskiego (1910-1994) – przedwojennego działacza i publicystę endeckiego, uczestnika kampanii wrześniowej i powstania warszawskiego, żołnierza Narodowej Organizacji Wojskowej i AK, współpracownika Żegoty i Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Obecnie postaci ocenianej przez prawicową politykę historyczną wyłącznie przez pryzmat zaangażowania w tworzenie PRON podczas stanu wojennego.

Członkami Rady Państwa PRL byli dwaj pierwsi prezesi Zarządu Głównego Stowarzyszenia „PAX” – Bolesław Piasecki (1915-1979) i Ryszard Reiff (1923-2007). Trzeci prezes „PAX”-u – Zenon Komender (1923-1993) – był zastępcą przewodniczącego Rady Państwa (1985-1989) i wicepremierem (1982-1985). Wszyscy trzej podczas wojny byli w AK.

Weteranów AK nie zabrakło również wśród posłów działającego w latach 1957-1976 koła poselskiego „Znak”. Byli to Wacław Auleytner (1919-2016) – w 1956 r. współzałożyciel Klubów Inteligencji Katolickiej, Antoni Gładysz (1907-1991), Stefan Kisielewski (1911-1991), Konstanty Łubieński (1910-1977) i Janusz Zabłocki (1926-2014). Ich nastawie do PRL było krytyczne, ale była to krytyka konstruktywna, nie wykraczająca poza to co uważali za polską rację stanu.

Przykładem tego jak skomplikowana była historia Polski po 1945 r. są powojenne losy żołnierzy Samodzielnego Batalionu Partyzanckiego „Skała” Kedywu Okręgu Kraków AK. Wielu z nich, w tym dowódca batalionu, było po wojnie represjonowanych i więzionych. Wielu jednakże zajęło ważne miejsce w życiu społecznym. Byli to m.in.: Zbigniew Gertych – prof. ekonomii i wicepremier w rządzie Zbigniewa Messnera (1985-1987), Władysław Dudek, Zygmunt Kawecki, Władysław Ptak i Wiesław Zapałowicz – profesorowie AGH, Lech Michał Rościszewski – architekt, prof. Politechniki Śląskiej, Jerzy Schroeder – chemik, prof. Politechniki Wrocławskiej, Józef Fiszer – dyrektor Instytutu Inżynierii i Gospodarki Wodnej Politechniki Krakowskiej, Ryszard Świętanowski – prawnik, dyplomata PRL i wicedyrektor gabinetu Prezesa Rady Ministrów.

Podobna kariera stała się udziałem Czesława Piotrowskiego (1926-2005) – w czasie wojny żołnierza 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. W PRL jako zawodowy oficer doszedł do stopnia generała dywizji, był też ministrem górnictwa i energetyki w rządach Wojciecha Jaruzelskiego i Zbigniewa Messnera (1981-1986) oraz ambasadorem w Jugosławii (1986-1989).

Ludzie podziemia z okresu okupacji włączyli się aktywnie w różne dziedziny życia w powojennej Polsce. Jednym z obszarów ich działania była odbudowa kraju. Również tutaj – tak jak w przypadku repolonizacji i integracji z Polską Ziem Odzyskanych – dla realistów nie mogło być dyskusji, czy należy podejmować współpracę z nową władzą. Odbudowa kraju była bowiem narodową racją stanu. Dlatego w 1945 r. pracę w Wydziale Architektury Zabytkowej Biura Odbudowy Stolicy podjął prof. Jan Zachwatowicz (1900-1983), który podczas okupacji niemieckiej przygotowywał w Delegaturze Rządu na Kraj powojenne plany prac konserwatorskich. Od 1945 do 1951 r. był on jednocześnie Generalnym Konserwatorem Zabytków. Zachwatowicz przekonał powojenne władze polityczne, że w przypadku zniszczonych w czasie wojny zabytków dopuszczalna jest wyjątkowo pełna ich rekonstrukcja.

W BOS pracowała też jako kierownik pracowni Cezaria Iljin-Szymańska (1916-2007) –żołnierka Zgrupowania „Radosław” podczas powstania warszawskiego. Podobna postacią była Helena Kurcyusz (1914-1999) – żołnierka AK, więźniarka Majdanka i Ravensbrück, prywatnie szwagierka płk. Tadeusza Kurcyusza, komendanta głównego NSZ, a po scaleniu ich części z AK w 1944 r., oficera Komendy Głównej AK. Helena Kurcyusz wracając do Polski po wyzwoleniu z Ravensbrück zatrzymała się w Szczecinie i tam się osiedliła. Jako architekt podjęła pracę w Wydziale Budownictwa Urzędu Miejskiego, następnie została głównym urbanistą województwa szczecińskiego. Jej zasługą była inwentaryzacja i odbudowa wielu zabytków Szczecina, w tym Zamku Książąt Pomorskich, odkrycie krypt z sarkofagami książąt pomorskich, a także opracowanie planów urbanistycznych dla 71 miast województwa szczecińskiego.

Mówiąc o odbudowie kraju nie sposób nie wspomnieć postaci prof. Aleksandra Gieysztora (1916-1999) – szefa wydziału informacji w Biurze Informacji i Propagandy KG AK, uczestnika powstania warszawskiego, szefa BiP Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj oraz Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. W PRL położył ogromne zasługi przy odbudowie Zamku Królewskiego w Warszawie jako członek Obywatelskiego Komitetu Odbudowy i rewitalizacji Zamościa jako członek Prezydium Społecznego Komitetu Odbudowy Starego Miasta Zamościa. Podpisał też List 34 z 1964 r. i apel 64 z 20 sierpnia 1980 r. w sprawie podjęcia przez władze dialogu ze strajkującymi robotnikami.

Byłych żołnierzy AK nie zabrakło wśród reżyserów tworzących w PRL Polską Szkołę Filmową. Byli to Stanisław Lenartowicz (żołnierz 7 Wileńskiej Brygady AK i więzień radzieckiego obozu pracy w Kałudze), Jerzy Zarzycki (pracownik referatu filmowego Biura Informacji i Propagandy KG AK, twórca kronik filmowych z powstania warszawskiego), Andrzej Munk (żołnierz scalonej z AK Gwardii Ludowej PPS-WRN, uczestnik powstania warszawskiego) i Tadeusz Konwicki (żołnierz VIII Oszmiańskiej Brygady AK). Spośród literatów z AK-owską przeszłością warto wspomnieć chociażby Jerzego Andrzejewskiego (1909-1983), Romana Bratnego (1921-2017) i Annę Świrszczyńską (1909-1984). Dzisiaj nieco zapomnianych, ponieważ ich spojrzenie na dzieje swojego pokolenia nie pasuje do obecnej polityki historycznej.

Ogromne zasługi dla sportu w PRL położył Jan Mulak (1914-2005) – podczas wojny kierownik Wydziału Wojskowego Robotniczej Partii Polskich Socjalistów i uczestnik powstania warszawskiego, a po wojnie szef Wydziału Prasy i Propagandy CKW PPS. W 1948 r., na fali czystki w szeregach PPS poprzedzającej scalenie z PPR, został usunięty z funkcji partyjnych. Od 1950 r. poświęcił się pracy na rzecz lekkiej atletyki i stał się twórcą polskiego „Wunderteamu” lekkoatletycznego lat 50-tych i 60-tych.

Po przełomie październikowym 1956 r. reaktywowano zlikwidowany w 1949 r. Związek Harcerstwa Polskiego. Przewodniczącym Naczelnej Rady Harcerskiej ZHP został pedagog i pisarz Aleksander Kamiński (1903-1978) – w okresie okupacji m.in. szef Biura Informacji i Propagandy Okręgu Warszawa AK i członek Głównej Kwatery Szarych Szeregów. Na stanowisku przewodniczącego NRH ZHP funkcjonował tylko półtora roku i ustąpił pod wpływem sił, które zmierzały do podporządkowania ideologicznego odrodzonego harcerstwa PZPR. Jednym z jego oponentów był Jacek Kuroń – późniejszy lider opozycji demokratycznej w PRL, a wtedy współorganizator Hufca Walterowskiego, który odcinał się od tradycji przedwojennego harcerstwa i nawiązywał do wzorców radzieckich. Taka była historia PRL – bynajmniej nie czarno-biała.

Po Październiku 1956 r. weteranów AK przyjmowano do ZBoWiD. W skład Zarządu Głównego i Rady Naczelnej tej organizacji wszedł płk Jan Rzepecki (1899-1983) – szef Biura Informacji i Propagandy KG AK (1940-1945), Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj (maj-sierpień 1945), założyciel i pierwszy prezes Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, więzień polityczny okresu stalinowskiego. Rzepecki był „żołnierzem wyklętym”, ponieważ do pierwszego aresztowania w listopadzie 1945 r. pozostawał w konspiracji. Trudno jednak współcześnie znaleźć o nim jakieś wzmianki przy okazji obchodzonego 1 marca dnia pamięci „żołnierzy wyklętych”. Dlaczego? Dlatego, że jego postać nie pasuje do kanonów IPN-owskiej polityki historycznej, ponieważ 22 kwietnia 1947 r. wygłosił odczyt „Wyjdź z podziemia – buduj Polskę”, a po 1956 r. współpracował z władzami. Owocem tej współpracy stał się m.in. Pomnik Bohaterów Warszawy, odsłonięty 20 lipca 1964 r.

Na historię Polski Ludowej trzeba patrzeć w sposób wyważony. Jej historię tworzyła nie tylko partia komunistyczna (a i ta nie była monolitem) oraz aparat represji – jak by tego chciała narracja tworzona przez IPN. Tworzyli ją w niemałej mierze ludzie rozumiejący, że nie było wtedy innej możliwości kontynuacji polskiej państwowości. Ci niewątpliwi patrioci, dzisiaj usuwani w cień jako niepasujący do prawicowej polityki historycznej, włączyli się w różne formy życia gospodarczego, kulturalnego, naukowego, a nawet politycznego nie w imię budowy socjalizmu czy komunizmu, ale dla zachowania możliwie polskiego charakteru tego państwa i egzystencji narodu. To im się udało.

Bohdan Piętka

31 marca 2021 r.

„Przegląd”, nr 14 (1108), 29.03-5.04.2021, s. 8-12

Historia w służbie polityki

Instytutem Pamięci Narodowej wstrząsnęła tzw. afera Greniucha. Chodzi o byłego już p.o. naczelnika tej instytucji w Opolu i Wrocławiu i zarazem byłego aktywistę ONR, który podczas młodzieńczej działalności w tej organizacji wykonywał tzw. „saluty rzymskie”, czyli gesty, które od 1933 r. nie są jednak kojarzone ze starożytnym Rzymem, ale z Adolfem Hitlerem i nazizmem. Współorganizował także 16 czerwca 2005 r. manifestację ONR w Myślenicach dla uczczenia najgłośniejszego incydentu antysemickiego w II RP – tzw. „marszu na Myślenice” lub „wyprawy myślenickiej” z 22 czerwca 1936 r. Przypomnę, że była to akcja, podczas której bojówki zorganizowane przez polityka nacjonalistycznego Adama Doboszyńskiego opanowały Myślenice, rozbroiły posterunek policji, wychłostały starostę powiatowego za rzekome faworyzowanie kupców żydowskich, zdemolowały miejscową synagogę oraz sklepy żydowskie i podpaliły na rynku wyniesione z nich towary.

Zarzuty kierowane przeciwko dr. Tomaszowi Greniuchowi dotyczą jego zachowań z czasów młodości. Wielokrotnie w ciągu ostatniej dekady – przyznał, że były one błędem i przeprosił za nie – czytamy w oświadczeniu szefostwa IPN. Jego lakoniczna treść to znakomita ilustracja tłumacząca, czemu Instytut Pamięci Narodowej po pięciu latach rządów obecnego prezesa i towarzyszących mu wiceprezesów przypomina dymiące zgliszcza. Równolegle ze zniszczeniem prawie wszystkiego co zastano, nastąpiła dewastacja polskiej polityki historycznej, czego ubocznym skutkiem jest międzynarodowy wizerunek III RP. Dzięki obecnemu kierownictwu Instytutu dziś o wiele łatwiej wmawiać opinii publicznej na całym świecie, że to przedwojenna Polska była sojusznikiem III Rzeszy, razem z Hitlerem wznieciła II wojnę światową, a Polacy współorganizowali Holocaust” – podsumował aferę Greniucha red. Andrzej Krajewski w „Dzienniku” [1].

Katastrofalny wizerunkowo charakter tej afery pogłębia jeszcze fakt, że IPN pod rządami obecnego kierownictwa eksponuje polskie zasługi dla ratowania Żydów podczas drugiej wojny światowej (jest to jeden z elementów polityki historycznej PiS) i zwalcza określenie „polskie obozy zagłady” w zagranicznych mediach, a jednocześnie karierę w jego strukturach zrobił człowiek, który kiedyś lubił sobie „pohajlować” i afirmował antysemicką ideologię przedwojennego ONR. W IPN jest zresztą więcej historyków z przeszłością i fascynacjami jak Tomasz Greniuch. Są apologeci Brygady Świętokrzyskiej NSZ, nacjonalistycznego nurtu powojennego podziemia zbrojnego, gen. Franco i „Błękitnej Dywizji”, Janusza Walusia, a nawet belgijskiego SS-Standartenführera Léona Degrelle’a. Przemysław Witkowski już dwa lata temu zwrócił uwagę, że „tego typu historyków jak Greniuch, Bechta czy Muszyński pracuje w IPN dużo więcej”[2].

Nie ma w tym jednak nic dziwnego, albowiem IPN jest od lat instytucją realizującą państwową politykę historyczną, a fundamentem tej polityki pod rządami Zjednoczonej Prawicy (a nawet już wcześniej) stał się skrajny antykomunizm. Prof. Bronisław Łagowski stwierdził, że IPN to „główna instytucja przemocy symbolicznej”, utworzona wspólnie przez PO i PiS. Ta „przemoc symboliczna” polega właśnie na „lustracji” i „dekomunizacji”[3]. Można nawet zaryzykować pogląd, że celem postsolidarnościowej polityki historycznej jest delegalizacja PRL w świadomości narodowej. Zadania tego nie mogli się podjąć historycy akademiccy, traktujący historię jako naukę. Dlatego dzieło to powierzono historykom politycznie zaangażowanym po stronie prawicy, a nawet skrajnej prawicy. Pod tym względem poglądy wyrażane w przeszłości przez Tomasza Greniucha nie były sprzeczne z zasadniczą linią prawicowej polityki historycznej, którą realizuje obecnie IPN.

Do dzisiaj można znaleźć w internecie artykuł opublikowany przez Greniucha 25 czerwca 2013 r. w „Niezależnej Gazecie Obywatelskiej”, w którym pisał: „Między nami, rocznikami roku 80 i wyżej, a wami, typowymi rocznikami PRL, istnieje pojęciowa i moralna pustka, przepaść niezrozumienia. (…) Przejmujemy spuściznę ludzi, którzy z wami walczyli i będziemy kontynuować tą walkę, z tym, że oni, żołnierze przez was wyklęci, mają następców, wy ich nie macie, przeminiecie bez echa” [zachowano org. pisownię][4]. Mamy tutaj wyłożoną całą ideologię skrajnie prawicowego antykomunizmu, ideologię wykreślenia z historii PRL razem z żyjącymi w niej pokoleniami. Tak właśnie wygląda ideologia, którą inspiruje się prawicowa polityki historyczna. Pojawienie się Greniucha w IPN nie było zatem jakimś „wypadkiem przy pracy”, ale wpisywało się w oblicze ideologiczno-polityczne tej instytucji, zwłaszcza po 2016 r., czyli za kadencji prezesa Jarosława Szarka.

IPN powstał na mocy ustawy z 18 grudnia 1998 r., uchwalonej przez rządzącą wówczas koalicję AWS-UW, czyli późniejsze PO i PiS. Do jego ustawowych zadań należy gromadzenie i zarządzanie dokumentami organów bezpieczeństwa państwa, sporządzonymi od 22 lipca 1944 r. do 31 lipca 1990 r., ściganie zbrodni nazistowskich i komunistycznych, prowadzenie działalności edukacyjnej, poszukiwanie miejsc pochówku osób poległych oraz wydawanie opinii w zakresie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej (to ostatnie dodano po uchwaleniu w 2016 r. tzw. ustawy dekomunizacyjnej).

Podczas kadencji pierwszego prezesa, Leona Kieresa (2000-2005), IPN stał się obiektem ataku ze strony prawicy w związku ze śledztwem w sprawie zbrodni w Jedwabnem i wydaną w 2002 r. dwutomową publikacją „Wokół Jedwabnego” pod redakcją Pawła Machcewicza i Krzysztofa Persaka. Co prawda IPN krytycznie zweryfikował niektóre twierdzenia Jana T. Grossa na temat okoliczności wydarzeń w Jedwabnem 10 lipca 1941 r., ale potwierdził udział Polaków w tej zbrodni. To było nie do przyjęcia dla prawicy, wyznającej czarno-białą i heroiczną wizję polskiej historii. Pojawiły się wtedy z jej strony zarzuty o „antypolonizm” ówczesnego kierownictwa IPN i postulaty „odzyskania” tej instytucji dla „prawdziwie polskiej” opcji. Nastąpiło to po objęciu po raz pierwszy władzy przez PiS w 2005 r. Nowym prezesem IPN pod koniec 2005 r. został Janusz Kurtyka. Za jego kadencji (2005-2010) IPN zaczął realizować politykę historyczną PiS, a konkretnie wizję tej polityki według Jarosława i Lecha Kaczyńskich. Wówczas zapoczątkowano tendencyjny kult „żołnierzy wyklętych” i przyjęto skrajnie antykomunistyczną retorykę w narracji o historii.

Nasilenie takiej polityki historycznej nastąpiło jednak dopiero po ponownym objęciu władzy przez PiS, a szerzej Zjednoczoną Prawicę, w 2015 r. Za kadencji powołanego przez koalicję PO-PSL prezesa Łukasza Kamińskiego (2011-2016) też eksponowano „żołnierzy wyklętych”, ale opisywano również ich zbrodnie. Obecnie na taką zrównoważoną narrację historyczną nie ma w IPN już miejsca. Na mocy ustawy uchwalonej przez PiS skrócono kadencję prezesa Kamińskiego i nomen omen 22 lipca 2016 r. nowym prezesem Instytutu prawicowa większość sejmowa wybrała Jarosława Szarka. Można powiedzieć, że od tego momentu historia w wydaniu IPN została całkowicie wprzęgnięta w służbę dogmatycznej polityki historycznej.

Kreatorzy tej polityki – jak Ryszard Terlecki czy Jan Żaryn – uzyskali znaczący wpływ na funkcjonowanie IPN pod rządami nowego prezesa. Z IPN musieli natomiast odejść naukowcy, którzy nie zgadzali się na nową linię Instytutu lub nie dawali gwarancji jej realizacji, jak Antoni Dudek, Andrzej Friszke, Andrzej Paczkowski (wszyscy trzej byli członkami Rady IPN, zniesionej przez PiS w 2016 r.) czy Krzysztof Persak.

Dogmatyzm i skrajność polityki historycznej realizowanej przez podporządkowany prawicy IPN polegają najogólniej na tym, że z okresu 1944-1989 zrobiono „czarną dziurę” zamkniętą klamrą z napisami „totalitaryzm” i „okupacja sowiecka”. Nie ma w tej „czarnej dziurze” powojennej odbudowy i industrializacji kraju, nie ma wielkiego dzieła politycznego i ekonomicznego scalenia z Polską Ziem Odzyskanych (ta nazwa zresztą jest przez animatorów postsolidarnościowej polityki historycznej bezmyślnie wyszydzana jako „określenie propagandowe”), nie ma Polskiego Października 1956 r. i następującej po nim stopniowej ewolucji ustrojowo-politycznej PRL od autorytaryzmu i ograniczonej suwerenności do demokracji i pełnej suwerenności w 1989 r. Nie ma powojennych reform społecznych oraz związanego z nimi awansu cywilizacyjnego i edukacyjnego szerokich rzesz narodu. Nie ma wielowątkowej i skomplikowanej historii 45-lecia po 1945 r. Jest tylko terror UB i SB oraz upiorna PZPR – „partia władzy, pieniędzy i bezwstydu”, jak czytam w ostatnim „Biuletynie IPN”.

Do tego wszystkiego dodano mitologię powojennego podziemia antykomunistycznego. Przy czym kult tego podziemia został zręcznie zmanipulowany. Do worka z napisem „żołnierze wyklęci” wrzucono zarówno ofiary stalinizmu, w tym także wybitne postacie sprzeciwiające się powojennej walce zbrojnej (np. August Emil Fieldorf), jak i poakowskie Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość oraz podziemie nacjonalistyczne (NSZ, NZW). Zrobiono to po to, by na kościach tych pierwszych przepchnąć kult tych ostatnich – przez wiele lat ocenianych krytycznie w środowiskach niekomunistycznych, także na emigracji. Tak się dziwnie składa, że w klucie „wyklętych” najbardziej eksponuje się kolaborującą z Niemcami Brygadę Świętokrzyską NSZ oraz różne kontrowersyjne postacie, związane przeważnie z podziemiem nacjonalistycznym.

IPN zaprzecza sam sobie heroizując np. Romualda Rajsa „Burego”, który w 2005 r. został uznany przez Oddziałową Komisję Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Białymstoku winnym zbrodni przeciwko ludzkości. Pion śledczy IPN stwierdził wówczas, że działalności Rajsa „nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa, gdyż nosi znamiona ludobójstwa”. Jednakże w lutym 2019 r. dwaj historycy z IPN wydali komunikat podważający stanowisko pionu śledczego z 2005 r. Dopiero po fali krytyki w mediach i napięciach dyplomatycznych na linii Polska-Białoruś pion śledczy IPN oświadczył, że komunikat ten nie był z nim konsultowany i nie może zmienić ustaleń śledztwa z 2005 r.

Kult najbardziej skrajnych nurtów i najbardziej kontrowersyjnych postaci powojennego podziemia zbrojnego IPN wzbogacił teorią o „powstaniu antykomunistycznym”, które miało trwać od 1944 do 1953 r. (w innej wersji do 1963 r.) i w którym miało rzekomo uczestniczyć co najmniej 180 tys. osób. Absurdalność i ahistoryczność konstrukcji „powstania antykomunistycznego” polega na tym, że powojenna partyzantka była ruchem amorficznym, bez centralnego kierownictwa i programu, bez oficjalnego poparcia ze strony legalnej opozycji (PSL) i nieuznawanego już wtedy przez aliantów rządu polskiego w Londynie. Kierowali tym ruchem niezależnie od siebie niżsi rangą oficerowie, którzy czekali na trzecią wojnę światową.

Przy okazji tegorocznego święta „żołnierzy wyklętych” 1 marca usłyszałem w publicznym radiu wypowiedź pracownika IPN, który ubolewał, że trud jego instytucji w budowaniu legendy „wyklętych” nie jest wspierany publikacjami naukowymi przez historyków akademickich. No właśnie, dlaczego? Przypuszczalnie dlatego, że historycy akademiccy zachowali jeszcze resztki powagi.

Kolejnym ważnym filarem dogmatycznej polityki historycznej realizowanej przez IPN jest tzw. dekomunizacja. Pod rządami Zjednoczonej Prawicy i za kadencji obecnego prezesa IPN „dekomunizacja” przybrała postać działań wymazujących z przestrzeni publicznej nie tylko ślady PRL i ślady polskiej lewicy różnych nurtów w ogóle. Posunięto się dalej – uderzono w ludzi, którzy do pojałtańskiej Polski mieli stosunek krytyczny, ale podjęli pracę dla niej w imię realizmu politycznego i zachowania ciągłości życia narodowego.

Przecież na podstawie „opinii” IPN nie zmienia się nazw ulic Jakuba Bermana, Romana Zambrowskiego, Józefa Różańskiego, Adama Humera czy Julii Brystygierowej, bo ich nie ma i nigdy nie było przed 1989 r. Zmienia się natomiast takich patronów ulic i placów, którzy wiele dali narodowi polskiemu w niełatwych czasach powojennych – Wilhelma Szewczyka, Jerzego Ziętka, Gustawa Morcinka, Jana Rychela czy Stanisława Kulczyńskiego. Jest to więc działanie godzące w polską pamięć historyczną i kulturę narodową. Działanie mające na celu wykorzenienie obiektywnego postrzegania historii i realistycznego myślenia politycznego.

Zwracają na to uwagę już nawet ludzie prawicy, jak np. prof. Andrzej Zapałowski. Na początku lutego br. poinformował on, że na podstawie opinii rzeszowskiego IPN usuwane są na Podkarpaciu upamiętnienia polskich żołnierzy i milicjantów poległych w walce z UPA i prawidłowo nazwał taką „dekomunizację” – depolonizacją[5].

Obecne kierownictwo IPN i jego polityka są poddawane krytyce z wielu stron. Krytycy zwracają uwagę na skrajne upolitycznienie i zideologizowanie tej instytucji, będącej emanacją poglądów wąskiej grupy radykalnie prawicowych osób z zaplecza prezesa PiS. Ludzi traktujących politykę historyczną jako narzędzie walki politycznej, nie tylko z lewicą, ale z każdym kto nie akceptuje jednostronnego dyskursu o przeszłości i teraźniejszości.

Prof. Andrzej Romanowski już dawno zwrócił uwagę na to, że IPN łączy w sobie dwie, zupełnie odmienne, instytucje: pion śledczy (prokuraturę) i placówkę historyczną (archiwalno-edukacyjno-badawczą). Prokurator zmierza przecież do osądzenia podejrzanego i nie szuka okoliczności łagodzących (to jest zadanie adwokata). Natomiast historyk nie może rozstrzygać kwestii winy i kary, ale powinna go interesować jedynie analiza procesu dziejowego w oparciu o standardy naukowej krytyki źródła historycznego. Taka specyfika tej instytucji i nałożone na nią ustawowe zadania doprowadziły do tego, że historycy IPN stali się inkwizytorami, osądzającymi życiorysy osób, które wyrzucają z pamięci zbiorowej lub stawiają na piedestale wedle kryteriów politycznych.

Prof. Adam Leszczyński stwierdził, że prezes IPN Jarosław Szarek „prawie nie ma dorobku naukowego. Napisał za to wiele książeczek dla dzieci, w których uczy ich bogoojczyźnianej historii Polski – zawsze heroicznej, zawsze cierpiącej, zawsze katolickiej i szlacheckiej, bez mniejszości narodowych i chłopów”[6]. Do tego należy dodać liczne wpadki prezesa i Instytutu. Pominę największą – jaką była nowelizacja ustawy o IPN w styczniu 2018 r. – która wywołała międzynarodowy konflikt z Izraelem i diasporą żydowską, zażegnany wycofaniem się obozu władzy z tej inicjatywy. Była to bowiem kompromitacja na szczeblu wyższym – rządu i jego zaplecza politycznego.

Warto jednak przypomnieć, że prezes Szarek wielokrotnie mijał się z podstawowymi faktami historycznymi lub wypowiadał skrajnie polityczne tezy. Powiedział np., że „armia Rzeczypospolitej (sic!) odniosła zwycięstwo (sic!) w bitwie pod Legnicą w 1241 i tym samym uratowała Europę”. Albo, że zwycięstwo w bitwie warszawskiej „uratowało nie tylko Rzeczpospolitą, ale łacińską cywilizację przed zagładą”, chociaż poważni badacze wojny 1919-20 r. wiedzą, że uratowało jedynie niepodległość Polski. Porozumienia Okrągłego Stołu nazwał „drugą Jałtą i porozumieniem ponad Polakami”, a polskie elity po 1945 r. „lumpenelitami”, które stanowiły „sowiecko-komunistyczny niewolniczy, bezmózgi czerep”. Wbrew ustaleniom samego IPN obarczył też Niemców odpowiedzialnością za mord w Jedwabnem. Wypowiedzi w podobnym duchu – nie tylko prezesa, ale i innych funkcjonariuszy IPN – można przytoczyć więcej.

Zapewne niemało racji miał Przemysław Witkowski pisząc w 2018 r., że „teksty prezesa IPN pełne są ultrakatolickiej i nacjonalistycznej frazeologii”, a IPN „stał się przechowalnią wszelkiego rodzaju prawicowych radykałów, ekskatechetów i hobbystów”[7]. To wszystko – na tle afery Greniucha – rodzi pytania o przyszłość tak funkcjonującego IPN. Ze strony opozycji padają postulaty dymisji obecnego prezesa jeszcze przed końcem upływającej w tym roku kadencji lub likwidacji samego Instytutu. Coraz częściej stawiane są też przez opinię publiczną pytania o rosnące z roku na rok koszty funkcjonowania tak kontrowersyjnej instytucji. Jeszcze w 2015 r. budżet IPN wynosił ok. 249 mln zł. Rok później było to już o 20 mln zł. więcej. W 2020 r. budżet IPN wyniósł 405,1 mln zł. (projekt zakładał 423,1 mln zł.) i wzrósł w porównaniu z rokiem poprzednim o 63 mln zł. Dla porównania budżet Polskiej Akademii Nauk na ten rok wynosił 90,9 mln zł., Rzecznika Praw Obywatelskich – 45,2 mln zł., Państwowej Inspekcji Pracy – 362,2 mln zł., a Ministerstwa Sprawiedliwości – 1,59 mld zł. Natomiast budżet IPN na 2021 r. to 397,7 mln zł.

Polski podatnik kupuje za to utrzymanie zasobu archiwalnego po służbach specjalnych PRL, śledztwa i ekshumacje dotyczące zbrodni komunistycznych i nazistowskich (ich liczba maleje z roku na rok, ale utrzymanie pionu prokuratorskiego jest kosztowne), dekomunizację ulic i pomników oraz szeroko rozumianą politykę historyczną, w tym badania naukowe. „Czym badania prowadzone przez IPN różnią się od badań naukowych?” – zapytał prof. A. Leszczyński w artykule opublikowanym w styczniu 2020 r. na portalu oko.press. I odpowiedział: „Tym, że badania naukowe mają na celu poznanie prawdy, a badania prowadzone przez IPN mają potwierdzić polityczne tezy stawiane przez polityków. Nikt tego zresztą nie ukrywa. IPN jest głównym narzędziem władzy we wdrażaniu polityki historycznej (…). Miliony złotych podatników idą na to, żeby ją utrwalić – m.in. za pomocą gier, komiksów i audiobooków”[8].

Jest jednak oczywiste, że dopóki będzie rządzić Zjednoczona Prawica nie tylko likwidacja, ale nawet kosmetyczny retusz IPN-owi nie grozi. Historia nadal będzie wprzęgnięta w rydwan polityki. Z wielką szkodą dla świadomości historycznej i obywatelskiej młodych Polaków.


[1] A. Krajewski, IPN mógłby urządzić Greniuchowi wystawę planszową pt. „Jak hajlowałem przez lata”, http://www.dziennik.pl, 21.02.2021.

[2] P. Witkowski, Z ONR do Instytutu Pamięci Narodowej – czyli cała kariera Tomasza Greniucha, http://www.oko.press, 11.11.2019.

[3] B. Łagowski, Przemoc symboliczna, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 24.02.2020.

[4] T. Greniuch, Duch czasów nowych a Ruch Narodowy, http://www.ngopole.pl, 25.06.2013.

[5] Naczelnik rzeszowskiego IPN usuwa upamiętnienia polskich żołnierzy walczących z UPA. Prof. Zapałowski: to depolonizacja, http://www.kresy.pl, 9.02.2021.

[6] A. Leszczyński, Światopogląd prezesa IPN, http://www.wyborcza.pl, 27.09.2016.

[7] P. Witkowski, Panowie od historii, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 13.11.2018.

[8] A. Leszczyński, Nasz drogi IPN, http://www.oko.press, 3.01.2020.

Bohdan Piętka

31 marca 2021 r.

„Przegląd”, nr 12 (1106), 15-21.03.2021, s. 8-11

Opór wobec mitologii

Kult powojennego podziemia antykomunistycznego – wobec którego przyjęto propagandowe i pretensjonalne określenie „żołnierze wyklęci” – stał się razem z tzw. dekomunizacją (której jest częścią) fundamentem polityki historycznej Zjednoczonej Prawicy. Polityka ta została zapoczątkowana już podczas pierwszych rządów PiS w latach 2005-2007. Jej celem jest – jak to ujął prof. Bronisław Łagowski – delegalizacja PRL. Opowieść o antykomunistycznym podziemiu przybrała formy karykaturalne szczególnie po 2015 r. Przy pomocy wykreowanego mitu o „powstaniu antykomunistycznym”, które miało trwać od 1944 do 1963 r., usunięto z pola widzenia opozycję mikołajczykowskiego PSL, powojenną odbudowę i rozwój kraju oraz Październik 1956 r. i jego następstwa polityczno-ustrojowe. Natomiast przy pomocy mitu o rzekomych 180 tys. (pojawiły się też liczby wyższe, sięgające już 300 tys.) uczestnikach tego „powstania” usunięto w cień wojenny wysiłek Polski Podziemnej, z Armią Krajową na czele. Tworząc mitologię „wyklętych” nie dbano o zachowanie minimum prawdy historycznej i do „wyklętych” zaliczono też ofiary stalinizmu, a wśród nich tych, którzy w powojennym podziemiu nie uczestniczyli i byli mu przeciwni, jak np. gen. Emil August Fieldorf (1895-1953).

Koresponduje to z zupełnym zafałszowaniem historii PRL. Cały okres lat 1944-1989 spięto klamrą z napisem „totalitaryzm” lub „okupacja sowiecka”. Nie ma tam stopniowej ewolucji ustrojowej PRL po 1956 r., awansu społecznego i cywilizacyjnego ogromnych rzesz społeczeństwa, rozwoju kultury narodowej, czy industrializacji kraju. Jest tylko terror komunistyczny, którym rozgrzesza się zbrodnie „żołnierzy wyklętych”. Dlatego słusznie zauważył prof. Andrzej Romanowski, że PiS-owska „polityka historyczna” była w istocie wyzwaniem rzuconym Polsce i jej tradycji. Zarówno w Muzeum Powstania Warszawskiego, jak w wystąpieniach prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jak wreszcie w szerzonym przez Instytut Pamięci Narodowej kulcie powojennego „podziemia niepodległościowego”, „żołnierzy wyklętych” i „ostatnich leśnych”, liczyło się tak naprawdę tylko jedno: upływ krwi. To był ten jedyny miernik patriotyzmu (…)[1].

Polityka ta była i jest wyzwaniem rzuconym nie tylko historii Polski. W kulcie „żołnierzy wyklętych” nie tyle chodzi o oddanie sprawiedliwości uczestnikom podziemia antykomunistycznego i przywrócenie pamięci ofiarom stalinizmu (notabene już przywróconej w epoce przedpisowskiej), co o wykreowanie nowego wzorca obywatelskiego, nawiązującego do XIX-wiecznej tradycji powstańczej z jej hasłem „wszystko albo nic”. Wzorca wykorzeniającego jakiekolwiek myślenie w kategoriach realizmu politycznego. Drugim celem tej polityki historycznej jest podsycanie w społeczeństwie niechęci do Rosji, utożsamianej z ZSRR. Bo przecież „wyklęci” walczyli z „okupacją sowiecką”.

W listopadzie 2015 r., na zebraniu inaugurującym pracę nad Strategią Polityki Historycznej, prof. Jan Żaryn (odpowiedzialny w PiS za odcinek polityki historycznej), stwierdził, że my wszyscy jako Polacy jesteśmy już dziećmi Żołnierzy Wyklętych. Mylił się, ponieważ kult „wyklętych” spotkał się i nadal się spotyka z oporem różnych środowisk, nie tylko lewicowych. Kult ten trafił do przekonania jedynie szeroko rozumianej katolickiej i nacjonalistycznej prawicy. Natomiast w pozostałej części społeczeństwa wywołał m.in. reakcję w postaci upomnienia się o pamięć ofiar zbrodni podziemia antykomunistycznego. Tak się dzieje zawsze, gdy gloryfikuje się tylko jedną stronę wojny domowej, zamiast odnosić się z równą empatią do obu stron.

Już w 2007 r. prof. A. Romanowski stwierdził: Obecna dziś w społecznym obiegu opowieść o narodowej historii przestaje być w każdym razie magistra vitae, staje się nauczycielką bezmyślności, papką dla maluczkich. Tu wszystko co krwawe, uzyskuje automatyczną waloryzację dodatnią, a wszystko, co stanowi przejaw tak często niekonwencjonalnej, idącej pod prąd obiegowych opinii, myśli politycznej, jest automatycznie – jako nieatrakcyjne lub niewygodne – spychane w niebyt. Tymczasem, gdyby poważnie traktować konsekwencje polskiej polityki historycznej, zagraża ona wręcz bytowi narodowemu. Rozumiem bowiem, że można czcić Józefa Kurasia – „Ognia”. Jednak nie można go czcić bez Stanisława Mikołajczyka, Karola Popiela, Eugeniusza Kwiatkowskiego, Stanisława Stommy, bo różnie wyglądały polskie zmagania z niewolą[2].

Natomiast w 2008 r. prof. A. Romanowski napisał: Bo przecież to nie jest tak, że każdy partyzant walczący z bronią w ręku przeciw władzy ludowej zasługuje na automatyczne i bezwarunkowe uznanie. Ruch zbrojny pozbawiony (także przez działanie aparatu terroru) szerszego zaplecza, musiał nieuchronnie wyrodnieć, przeradzać się w bandytyzm. Tendencja ta była wyraźna w bezkrytycznie przez IPN gloryfikowanej biografii Józefa Kurasia – „Ognia” – cóż zaś dopiero w przypadku „ostatnich leśnych”, działających tu i ówdzie jeszcze w latach pięćdziesiątych. Po drugie, za uznaniem kogoś za niepodległościowca musi przemawiać jakaś, choćby szczątkowa, koncepcja polityczna. Wszak gdybyśmy konsekwentnie poszli tropem rozumowania, które dziś proponuje IPN, naród jako całość powinien iść do lasu i jako całość wyginąć w walce. Czy rzeczywiście byłoby to działanie niepodległościowe? Dzieje najnowsze są w IPN-owskiej historiografii podciągnięte pod jeden – daleki od obiektywizmu – strychulec. Nie łudźmy się: „podziemie niepodległościowe” zrobiło dla sprawy niepodległości mało. Nie potępiam tego podziemia, przeciwnie: podobnie jak dla powstańców styczniowych, zachowuję dla jego zamordowanych żołnierzy najwyższy szacunek. (…) Ale tak jak w przypadku powstania 1863-1864 – tak i tutaj nie mogę zaaprobować walki straceńczej, podejmowanej w myśl zasady „triumf albo zgon” (Roman Dmowski powiadał, że kto głosi taką zasadę, jest wobec narodu przestępcą). Nie mogę być ślepy ani na tamte, postyczniowe represje, przynoszące zagładę resztek polskiej państwowości i wydające Królestwo Polskie na łup rusyfikacji, ani też na konsekwencje „podziemia niepodległościowego” po II wojnie światowej. Wszak oba te działania znaczyły jedno: upływ polskiej krwi. I to daremny. Natomiast znacznie więcej od „leśnych” uczynili dla sprawy niepodległości ci, którzy zachowali niepodległego ducha: przekazywali niesfałszowaną historię, tak w domu, jak w PRL-owskiej szkole, wygłaszali odważne kazania w kościele, pisali uczciwe artykuły (…)[3].

Dalej ten Autor stwierdził: Podejrzenie, że IPN manipuluje źródłami, staje się tym bardziej zasadne, że na konferencjach naukowych o Kurasiu – „Ogniu” dwukrotnie (10 III 2007 i 25 XI 2008) uniemożliwiono wystąpienie Ludomirowi Molitorisowi. Człowiek ten, sekretarz generalny Towarzystwa Słowaków w Polsce, utrzymuje, że IPN – szerzący oficjalnie kult „Ognia” – dysponuje dokumentacją jego zbrodni. Tyle że jej nie ujawnia[4].

Na inny aspekt gloryfikacji podziemia antykomunistycznego zwrócił uwagę publicysta Krzysztof Serafiński. Jego zdaniem pierwotnym skutkiem wypromowania pojęcia „żołnierze wyklęci” i ich kultu było wrzucenie do jednego zbioru i traktowanie jako jedności, wszystkich antykomunistycznych partyzantów działających wtedy w Polsce. Rozmyto w ten sposób wiele dotyczących ich kwestii – idee, jakimi się kierowali, ich cele, wizję Polski, o jaką walczyli, działania, których się podejmowali – wraz z etyczną ich oceną. Do jednej grupy wrzucono zarówno tych, którzy rzeczywiście chcieli żyć w wolnym i demokratycznym kraju, jak i członków Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego i pomniejszych formacji, którzy marzyli o nacjonalistycznym państwie katolickim i mordowali niczemu winnych obywateli polskich, niepasujących do tej wizji. Tym samym zaczęto zacierać granicę pomiędzy walczącymi o wolność i zbrodniarzami – po to, by na ideach tych pierwszych przepchnąć kult tych drugich. Tak więc faktycznym beneficjentem funkcjonowania terminu „Żołnierze Wyklęci” są członkowie organizacji partyzanckich o katolickim charakterze. Najczęściej NSZ – które były nacjonalistyczną organizacją katolicką, czerpiącą swoją formę polityczną m.in. z przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego. To do nich zasadniczo odnosi się to pojęcie – i to oni są pod nim gloryfikowani[5].

Dlatego najważniejsi w państwowym kulcie „żołnierzy wyklętych” są ci związani z podziemiem nacjonalistycznym, którzy bynajmniej nie walczyli o demokrację parlamentarną, ale o narodowo-katolicką dyktaturę, jak Romuald Rajs „Bury”. Jego nachalny kult jest promowany przez obóz rządzący pomimo, że śledczy IPN stwierdzili w 2005 r, iż działania „Burego” były czystką etniczną o znamionach ludobójstwa. Ten kult, wraz z prowokacyjnymi marszami nacjonalistów w Hajnówce, budzi od lat opór i sprzeciw mieszkańców oraz lokalnych władz Hajnówki. Nie odmawiamy hołdu walczącym o niepodległą Polskę, ale nie zasługują na hołd ci, którzy wystąpili zbrojnie przeciwko ludności cywilnej – napisali w lutym 2020 r. radni Hajnówki[6]. Od wielu lat rada miejska Hajnówki przyjmuje stanowiska krytyczne wobec marszu ku czci „Burego”, a w 2017 i 2019 r. burmistrz Hajnówki próbował zakazać marszu prawnie, jednakże sąd te zakazy uchylił. Kult „Burego” spotkał się też z negatywną oceną sąsiedniej Białorusi. W 2018 r. przeciw marszowi nacjonalistów ku czci „Burego” w Hajnówce oficjalnie zaprotestował białoruski MSZ. W swoim stanowisku Mińsk zwrócił uwagę, że jest to wzniecanie nienawiści pomiędzy Białorusinami a Polakami[7].

Serafiński podkreślił jeszcze jeden ważny kontekst kultu „wyklętych”, który musi budzić opór moralny. Przywołał sprawę podwójnego bestialskiego morderstwa, popełnionego w 2015 r. w Legnicy na dwóch starszych małżeństwach. Sprawca tych zbrodni tłumaczył przed sądem, że został „wychowany w domu patriotycznym” i wykonał egzekucję na „zdrajcach narodu” i „komunistach”. Kult Żołnierzy Wyklętych – konkluduje Serafiński – jest więc nie tylko wypaczaniem historii, ale zakamuflowaną pozytywnymi pozorami formą promocji ksenofobii, antywolnościowych idei, nienawiści i agresji. (…) Eksponowanie kultu Żołnierzy Wyklętych, powiązane chęcią uciszania jego krytyki, jest zresztą dla partii katolickich nie tylko narzędziem szerzenia nienawiści, ale i nośnikiem innych niejawnych sygnałów kierowanych do wyborców. (…) W tym wypadku, do własnego, świadomego elektoratu dociera komunikat sugerujący, że partia taka gotowa jest akceptować ksenofobię, agresję. pochwalanie zbrodni i totalitarnych dążeń [8].

Spostrzeżenia Serafińskiego potwierdził prof. Rafał Wnuk – w latach 90-tych XX w. jeden z badaczy podziemia antykomunistycznego i zwolennik jego upamiętnienia, dzisiaj ostry krytyk kultu „wyklętych”. Szybko hasło „żołnierze wyklęci” – pisze prof. R. Wnuk – zaczęło pełnić rolę wielkiego baneru reklamowego skutecznie przesłaniającego obraz minionych wydarzeń. Odwołanie się do emocji i języka komiksu sprawiło, że do odbiorców docierać zaczęła nie zobiektywizowana, oparta na naukowej analizie, rzetelna wiedza historyczna, lecz uproszczony i coraz bardziej zideologizowany przekaz. W tak skonstruowanej opowieści nie ma miejsca na światłocienie, dbałość o szczegóły czy choćby rzetelne przedstawienie faktów. Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość”, Narodowe Siły Zbrojne, Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i inne, mniejsze organizacje tracą swe oblicza ideowe i zostają zredukowane do ujednoliconej wspólnoty bojowników-straceńców. Z tej wersji „historii” nie wynika, że największa powojenna organizacja podziemna – Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość” – sama siebie nazywała Ruchem Oporu bez Wojny i Dywersji, a ludzie wywodzący się z Armii Krajowej i struktur Polskiego Państwa Podziemnego byli przeciwni kontynuowaniu walki zbrojnej. Nie ma słowa o zasadniczo odmiennych wizjach Polski, dzielących skrajnie nacjonalistyczne i antydemokratyczne Narodowe Siły Zbrojne od mniej radykalnego Narodowego Zjednoczenia Wojskowego i prodemokratycznego Zrzeszenia WiN[9].

Pełnej zgody na tak jednostronny przekaz o powojennym podziemiu nie ma nawet w obozie czcicieli „wyklętych”. Z chóru tych czcicieli wyłamał się prawicowy publicysta Piotr Zychowicz – autor książki „Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych” (Poznań 2018). Zychowicz, chociaż nie neguje słusznej, jego zdaniem, walki podziemia antykomunistycznego, to zdecydowanie sprzeciwia się milczeniu o zbrodniach tego podziemia lub zakłamywaniu tych zbrodni „w imię pięknej patriotycznej legendy”.

W marcu 2020 r. kult podziemia antykomunistycznego skrytykowała na antenie Radia Szczecin szczecińska radna Edyta Łongiewska-Wijas – obecnie niezrzeszona, wcześniej w KO. Uważam, że kult Żołnierzy Wyklętych jest nieuzasadniony, dlatego że jest kłamliwy wobec prawdy historycznej, jest niepedagogiczny i przede wszystkim krzywdzący ofiary, głos ofiar – powiedziała. Jaki jest sens kultu żołnierzy wyklętych? – pytał w marcu 2018 r. na łamach „Polska Times” Jakub Bierzyński, przywołując groteskową – jego zdaniem – gloryfikację Brygady Świętokrzyskiej NSZ oraz powojennego podziemia nacjonalistycznego. W 2017 r. prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania na wniosek dwóch działaczy PiS przeciw częstochowskiej radnej PO Jolancie Urbańskiej, która publicznie przypomniała, że wśród „wyklętych” byli też „bandyci”. W 2016 i 2017 r. Stanisław Aronson – ocalały z Holokaustu, żołnierz AK i organizacji NIE – zwrócił się do prezydenta RP z listami, w których protestował przeciwko kultowi „żołnierzy wyklętych”. Tworzy się fikcję ze szkodą dla wspaniałej tradycji Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej – napisał w drugim z tych listów Aronson.

Takich przykładów sprzeciwu można podać więcej. Zapewne sprzeciw ten będzie narastał, im bardziej groteskowy będzie kult powojennego podziemia w ramach państwowej polityki historycznej. I nie powstrzymają tego groźby represji.

Kończąc pozwolę sobie jeszcze raz zacytować prof. A. Romanowskiego: Trzecia Rzeczpospolita miała szansę stać się państwem wielkiej ideowej syntezy. Powstała wszak w drodze układu z komunistami, ale jej aksjologia była antykomunistyczna. Jedno i drugie stanowiło wartość. Rzecz jednak w tym, że terminem „antykomunizm” ochrzczono u nas walkę nie z systemem czy ideologią, lecz z nieistniejącym PRL. Ba! Nawet nie z PRL, lecz z ludźmi PRL, a czasem nie z ludźmi PRL, lecz po prostu z aktualnym przeciwnikiem (…). Tak czy inaczej, zrozumienie historycznego dziedzictwa Polaków – to dla dzisiejszej prawicy zadanie zbyt intelektualnie wyczerpujące. A dla lewicy jałowe i nudne[10].

[1] A. Romanowski, Antykomunizm, czyli upadek Polski. Publicystyka lat 1998-2019, Kraków 2019, s. 114.

[2] Tamże, s. 204.

[3] Tamże, s. 79-80.

[4] Tamże, s. 83.

[5] K. Serafiński, Kult Żołnierzy Wyklętych, „Liberté!”, http://www.liberte.pl, 17.08.2018.

[6] „Gloryfikacja zbrodniarzy”. Radni Hajnówki przeciw upamiętnianiu „Burego”, „Dziennik Gazeta Prawna”, http://www.gazetaprawna.pl, 21.02.2020.

[7] „Bury” znowu dzieli. Białoruś protestuje przeciw marszowi polskich nacjonalistów, http://www.tokfm.pl, 23.02.2018.

[8] K. Serafiński, Kult Żołnierzy Wyklętych…

[9] R. Wnuk, Wokół mitu „żołnierzy wyklętych”, „Przegląd Polityczny”, http://www.przegladpolityczny.pl, 8.10.2016.

[10] A. Romanowski, Antykomunizm, czyli upadek Polski…, s. 115, 119.

Bohdan Piętka

31 marca 2021 r.

„Przegląd”, nr 10 (1104), 1-7.03.2021, s. 42-44

Konferencja 2+4 a polska granica zachodnia

W 2020 r. minęła 30-ta rocznica konferencji 2+4 w sprawie zjednoczenia Niemiec oraz zawarcia traktatu o potwierdzeniu istniejącej granicy polsko-niemieckiej. Konferencja 2+4 stała się jednym z fundamentów Europy postzimnowojennej. Spełniła rolę konferencji pokojowej, do której nie doszło po zakończeniu drugiej wojny światowej, mimo że zapowiadało ją porozumienie poczdamskie. Sfinalizowanie konferencji pokojowej po 1945 r. uniemożliwiła jednak „zimna wojna”. Dopiero definitywny koniec „zimnej wojny”, który nastąpił w wyniku pieriestrojki w ZSRR i Jesieni Ludów 1989 roku, otworzył drogę do zjednoczenia Niemiec i uregulowania związanych z tym spraw, w tym ostatecznego potwierdzenia polskiej granicy zachodniej.

Uczestnikami konferencji 2+4 były dwa państwa niemieckie (RFN i NRD) oraz cztery zwycięskie mocarstwa z okresu drugiej wojny światowej (Francja, USA, Wielka Brytania, ZSRR). W ramach konferencji odbyły się cztery spotkania (wszystkie w 1990 r.): 5 maja w Bonn, 22 czerwca w Berlinie, 17 lipca w Paryżu (z udziałem Polski) i 12 września w Moskwie. Podczas szczytu w Moskwie 12 września 1990 r. cztery mocarstwa i dwa państwa niemieckie podpisały traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec (zwany traktatem 2+4). Podpisy pod tym historycznym dokumentem złożyli ministrowie spraw zagranicznych: James Baker (USA), Douglas Hurd (Wielka Brytania), Eduard Szewardnadze (ZSRR), Roland Dumas (Francja), Lothar de Maiziére (NRD) i Hans-Dietrich Genscher (RFN).

Otwierając drogę do zjednoczenia Niemiec, które nastąpiło 3 października 1990 r., traktat ten gwarantował ostateczny kształt granic ustalonych po drugiej wojnie światowej, w tym polskiej granicy zachodniej. Ponadto zjednoczone Niemcy zrezygnowały z broni atomowej, chemicznej i biologicznej oraz zobowiązały się do redukcji swoich sił zbrojnych. Postanowiono też o wycofaniu wojsk radzieckich z Niemiec do 1994 r., a NATO zobowiązało się nie rozmieszczać na terenie byłej NRD swoich wojsk i broni jądrowej.

Z polskiego punktu widzenia najważniejsze było potwierdzenie przez konferencję 2+4 granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Droga do tego nie była jednak prosta. Strona zachodnioniemiecka nie od razu zrzekła się swoich roszczeń i uległa dopiero pod naciskiem USA. Ważną rolę odegrała w tej sprawie też dyplomacja NRD, która zajęła stanowisko propolskie.

Dwa państwa niemieckie powstałe w 1949 r. miały odmienny stosunek do polskiej granicy zachodniej, ustalonej na konferencji Wielkiej Trójki w Poczdamie (17 lipca-2 sierpnia 1945 r.). Do 1970 r. granicę tę uznawała tylko Niemiecka Republika Demokratyczna na mocy układu zgorzeleckiego, podpisanego 6 lipca 1950 r. ze strony polskiej przez Józefa Cyrankiewicza i Stefana Wierbłowskiego, a ze strony wschodnioniemieckiej przez Otto Grotewohla i Georga Dertingera. Takiego kroku nie chciała natomiast podjąć rządząca w RFN prawicowa koalicja CDU/CSU, z której wywodzili się kanclerze Konrad Adenauer, Ludwig Erhard i Kurt Georg Kiesinger. Jedną z istotnych przyczyn takiego stanu rzeczy było to, że zaplecze polityczne tej koalicji tworzyli m.in. przesiedleńcy z ziem utraconych przez Niemcy na rzecz Polski w 1945 r.

Sytuacja polityczna w RFN zmieniła się dopiero w wyniku przemian z lat 1968-1969 i objęciu władzy przez koalicję Socjaldemokratycznej Partii Niemiec i Wolnej Partii Demokratycznej. Socjaldemokratyczny kanclerz Willy Brandt opowiedział się za odejściem przez RFN od kwestionowania powojennego status quo w Europie. Umożliwiło to podpisanie 7 grudnia 1970 r. w Warszawie przez premiera Józefa Cyrankiewicza i kanclerza Brandta układu o podstawach normalizacji stosunków między Polską Rzecząpospolitą Ludowa a Republiką Federalną Niemiec. Najważniejszym postanowieniem tego układu było uznanie przez RFN polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej.

Jednakże politycy CDU i CSU zaskarżyli układ z 1970 r. do Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. 31 lipca 1973 r. trybunał ten orzekł, że układ jest zgodny z konstytucją RFN, ale równocześnie przyjął interpretację prawną całkowicie wypaczającą jego sens. W świetle tej interpretacji układ PRL-RFN nie stanowił uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, ale był jedynie przyjęciem przez RFN do wiadomości istniejącego stanu rzeczy i deklaracją niepodejmowania działań zbrojnych w celu zmiany tej granicy. Pod naciskiem CDU/CSU równocześnie z ratyfikacją układu została uchwalona rezolucja Bundestagu mówiąca, że „układy nie wykluczają uregulowania problemu Niemiec w traktacie pokojowym i nie stwarzają podstawy prawnej dla istniejących dziś granic”. Takie też stanowisko zajmowała koalicja CDU/CSU po ponownym dojściu do władzy w 1982 r. pod przewodnictwem kanclerza Helmuta Kohla.

Przystępując do konferencji 2+4 w 1990 r. rząd RFN uważał, że zarówno postanowienia układu granicznego pomiędzy Polską a NRD z 6 lipca 1950 r., jak i układu z RFN z 7 grudnia 1970 r., nie mogą obowiązywać zjednoczonych Niemiec. Natomiast rząd Tadeusza Mazowieckiego chciał zapewnienia jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec, że granica na Odrze i Nysie jest nienaruszalna. W reakcji na polskie oczekiwania kanclerz Kohl proponował, by o granicy wypowiedział się dopiero ogólnoniemiecki parlament po zjednoczeniu. Było to z jego strony wyjście naprzeciw oczekiwaniom Związku Wypędzonych, który miał nadzieję, że po zjednoczeniu kwestia powrotu Śląska czy Pomorza do Niemiec będzie otwarta.

Przyjęcie stanowiska Kohla oznaczałoby, że kwestia uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej nie będzie warunkiem zjednoczenia Niemiec, a negocjacje w sprawie jej uznania słaba i pogrążona w kryzysie gospodarczym Polska będzie toczyć z silnymi i zjednoczonymi Niemcami. Stanowisko polskie zostało jednak poparte przez USA, ZSRR, Wielką Brytanię i Francję. Nacisk na kanclerza RFN wywarli m.in. brytyjska premier Margaret Thatcher i prezydent Francji François Mitterrand. Polskę – co było bardzo ważne – popierał też minister spraw zagranicznych NRD Markus Meckel, który proponował umowę graniczną jeszcze przed zjednoczeniem, tak jak chciał tego Mazowiecki. Z kolei Paryż dążył do potwierdzenia granic także ze względu na Alzację.

Wysiłki polskiej dyplomacji w kierunku podpisania nowego układu granicznego możliwie wcześnie, tak aby wszedł on w życie jeszcze przed zjednoczeniem RFN i NRD, nie powiodły się jednak z powodu oporu kanclerza Kohla. Wgląd w dramatyzm sytuacji daje 67 dokumentów z lat 1989-1990 dotyczących relacji polsko-niemieckich, które polski MSZ upublicznił w 2015 r. Kohl nie chciał się zgodzić nawet na propozycję premiera Mazowieckiego, by traktat polsko-niemiecki został parafowany przed zjednoczeniem Niemiec, a podpisany po[1].

Doradca Kohla Horst Teltschik tłumaczył później, że kanclerz miał trudną sytuację wewnątrzpolityczną i obawiał się, że przed wyborami straci poparcie części CDU/CSU oraz Związku Wypędzonych. Jednakże zanim 9 listopada 1989 r. runął mur berliński dyplomaci z NRD ostrzegali polski MSZ, że Bonn chce najpierw wchłonąć wschodnie Niemcy, a potem odbudować Niemcy w granicach z 1937 r. Potwierdzeniem tego miał być komentarz „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z grudnia 1989 r., którego autor domagał się, by kwestii granicy polsko-niemieckiej na razie nie ruszać, bo w przyszłości można będzie wytargować np. zwrot Szczecina. Kohl z jednej strony zapewniał, że Niemcy nie mają pretensji do polskiego terytorium, a z drugiej strony na zjeździe Związku Wypędzonych mówił, że obowiązują „niemieckie pozycje prawne”, czyli domniemane prawnego istnienia Rzeszy Niemieckiej w granicach z 1937 r.

Na zmianę postawy rządu RFN wpłynął przede wszystkim prezydent USA George H. W. Bush. Wedle amerykańsko-niemieckiego historyka Konrada Jarauscha administracja Busha miała dać jasno do zrozumienia władzom w Bonn, że bez uznania polskiej granicy zachodniej nie dojdzie do zjednoczenia Niemiec. Fakt ten potwierdził również Jerzy Sułek – główny negocjator traktatów polsko-niemieckich. W swojej relacji stwierdził on, że na prezydenta Busha „naciskali przedstawiciele Polonii w USA, swój autorytet w tej sprawie zaangażował Jan Nowak-Jeziorański. Pomagali też w znalezieniu porozumienia Francuzi, szczególnie po – jedynej tego typu w historii – wizycie w Paryżu wielkiej trójki w marcu 1990 roku: postkomunistycznego prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego, solidarnościowego prezydenta Tadeusza Mazowieckiego oraz ministra spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego”.

Jerzy Sułek działał zawodowo jako dyplomata zarówno w okresie PRL, jak i III RP. Doradzał w sprawach polsko-niemieckich rządowi Mieczysław F. Rakowskiego (1988-1989), a po zmianie ustroju pierwszym rządom III RP. Na początku lat 90-tych kierował Departamentem Europy w MSZ, reprezentował Polskę przy konferencji 2+4 i przewodniczył delegacji polskiej w negocjacjach traktatów polsko-niemieckich (granicznego i o dobrym sąsiedztwie). W swoich wspomnieniach wyraźnie podkreślił, że „po stronie niemieckiej do listy negocjatorów traktatu granicznego trzeba bezwzględnie dopisać NRD”. Z powodu zjednoczenia Niemiec NRD nie stała się sygnatariuszem tego traktatu, ale odegrała znaczącą i pozytywną rolę w doprowadzeniu do jego zawarcia.

W przeciwieństwie do Kohla rząd schodzącej z areny dziejowej NRD, na którego czele stał premier Lothar de Maiziére, zajmował stanowisko przychylne polskim oczekiwaniom. „To dzięki jego postawie – wspomina Jerzy Sułek – doszło do zupełnie nowego zjawiska, nastąpiło przełamanie linii w tradycyjnym podziale na »Polskę« i »Niemcy«, bo w procesie negocjacji demokratyczna NRD stała albo po stronie Polski, albo pomiędzy RP i »starą« RFN (w roli politycznego mediatora!). To zjawisko było wyraźne w odniesieniu do kilku najważniejszych kwestii spornych w negocjacjach, zwłaszcza w zakresie »sporu granicznego« (…). Na konferencji »2+4« delegacja NRD konsekwentnie wspierała Polskę. Przykładowo: opowiadała się za włączeniem RP do grona uczestników tej Konferencji (mimo ostrego sprzeciwu kanclerza Kohla); popierała wysiłki dyplomacji polskiej, by wynegocjować jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec postanowienia traktatowe o ostatecznym, nieodwracalnym charakterze O-N-Ł, jako granicy państwowej między Polską a zjednoczonymi Niemcami; zadbała i o to, by wspólna rezolucja parlamentów obu państw niemieckich, Izby Ludowej NRD i Bundestagu RFN z 21 czerwca 1990 r. zawierała sformułowania, które zostały pozytywnie ocenione przez Polskę itd. Z własnych doświadczeń dyplomatycznych wiem, że ta jednoznacznie propolska postawa była często przedmiotem krytyki ze strony RFN (także kanclerza Kohla, czy powodem osobistych urazów min. Genschera wobec min. Meckela)”[2].

Kohl i Genscher stali na zupełnie innej pozycji niż de Maiziére i Meckel. RFN była gotowa przed zjednoczeniem „do podjęcia tylko rozmów politycznych, a formalne negocjacje prawno-międzynarodowe z Polską chciała podjąć dopiero po przywróceniu niemieckiej jedności (…). W sprawie granicy O-N-Ł Kohl był gotów jedynie do powtórzenia formuły granicznej z układu PRL-RFN z 07.12.1970 roku, czyli stanowczo odrzucał możliwość przyjęcia jeszcze przez RFN i NRD jakichkolwiek zobowiązań granicznych, które byłyby już wiążące dla przyszłych zjednoczonych Niemiec”[3].

Spór z RFN był sprawą kluczową dla kwestii bezpieczeństwa Polski. Dyplomacja polska – jak pisze Jerzy Sułek – „nie chciała dopuścić do sytuacji, kiedy dojdzie do zjednoczenia Niemiec, a status zachodniej granicy Polski nie zostanie uregulowany. Z polskiej perspektywy chodziło więc o wykluczenie jakiejkolwiek możliwości ewentualnej rewizji granicy O-N-Ł w trakcie, lub po zjednoczeniu Niemiec”[4].

Dzięki postawie mocarstw uczestniczących w konferencji 2+4, zwłaszcza administracji USA, a także wsparciu oczekiwań Warszawy przez władze NRD, Polska osiągnęła swoje cele. 21 czerwca 1990 r. Bundestag RFN i Izba Ludowa NRD przyjęły wspólną rezolucję, w której oświadczały, że obecny przebieg granicy polsko-niemieckiej jest ostateczny. 3 października 1990 r. nastąpiło zjednoczenie Niemiec, a 14 listopada 1990 r. ministrowie spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski i Hans-Dietrich Genscher podpisali w Warszawie polsko-niemiecki traktat graniczny. Uzupełnił go polsko-niemiecki traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17 czerwca 1991 r.

Ostateczne zamknięcie polsko-niemieckiego sporu o granicę było rezultatem historycznych przemian demokratycznych w Polsce, Niemczech i Europie na przełomie lat 80-tych i 90-tych XX w. Traktat graniczny z 1990 r. zamknął przeszłość i otworzył przyszłość w stosunkach Polski z Niemcami i Zachodem. Zainicjował też prozachodnią opcję rozwoju nowej Polski. Bez tego traktatu niemożliwe byłoby przyjęcie III RP do NATO i UE. Dlatego traktat graniczny zajmuje wysokie historyczne miejsce w dorobku dyplomacji polskiej. Był on pierwszym traktatem prawno-międzynarodowym Polski solidarnościowej. Do listy jego negocjatorów trzeba jednak dodać schodzącą wówczas z areny dziejowej PRL. Proces negocjacji, który został zakończony zawarciem obu historycznych traktatów polsko-niemieckich z 1990 i 1991 r., został zainicjowany jeszcze przez władze PRL w końcu lat 80-tych XX w. Były to rozmowy trzech grup roboczych MSZ PRL i RFN w 1988 r., wizyta premiera Mieczysława F. Rakowskiego w Bonn w styczniu 1989 r. i oficjalne negocjacje pełnomocników obu rządów (Ernesta Kuczy i Horsta Teltschika) w lutym i czerwcu 1989 r.

Fakty te wraz z okolicznościami polskiego udziału w konferencji 2+4 i prawno-międzynarodowego uregulowania statusu polskiej granicy zachodniej świadczą o tym, że wbrew tezom lansowanym przez obecną politykę historyczną, która całkowicie unieważnia okres PRL, III RP wyrosła z PRL i jest jej prawno-polityczną kontynuacją w zmienionych warunkach ustrojowych i geopolitycznych.

[1] Dokumenty dyplomatyczne: kanclerz Kohl zwlekał z uznaniem granicy na Odrze i Nysie, http://www.dzieje.pl, 14.07.2015.

[2] J. Sułek, Traktat graniczny RP-RFN z 14 listopada 1990 roku jako ostateczne zamknięcie polsko-niemieckiego sporu o granicę po II wojnie światowej – ze wspomnień głównego negocjatora po 25 latach, (w:) A. Dragan, J. Engelgard, T. Skoczek (red.), Powrót nad Odrę i Bałtyk z perspektywy siedemdziesięciu lat. Materiały z konferencji zorganizowanej w dniu 24 października 2015 roku w Muzeum Niepodległości w Warszawie, Warszawa 2017, s. 102-103.

[3] Tamże, s. s. 108.

[4] Tamże, s. 110.

Bohdan Piętka

14 lutego 2020 r.

„Przegląd”, nr 7 (1101), 8-14.02.2021, s. 45-47

Odszedł prof. Ryszard Szawłowski (1929-2020) – twórca pojęcia „genocidium atrox”

2 grudnia 2020 r. zmarł w Warszawie w wieku 91 lat prof. Ryszard Szawłowski, ps. Karol Liszewski – politolog, historyk, specjalista z zakresu prawa międzynarodowego, zajmujący się m.in. prawno-historycznym badaniem zagadnienia ludobójstwa.

Ryszard Szawłowski urodził się 23 listopada 1929 r. w Wilnie. Po wojnie ukończył studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, a następnie podjął pracę naukową na tym wydziale oraz w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Łodzi, gdzie zajmował się prawem konstytucyjnym. W 1959 r. uzyskał doktorat z prawa na Uniwersytecie Warszawskim. W tym też czasie opublikował na Zachodzie krytyczny artykuł o finansach PRL. Spotkało się to z atakami ze strony Ministerstwa Finansów PRL i uniemożliwiło mu dalszą karierę naukową w kraju. W tej sytuacji wyemigrował na Zachód. W latach 1961-1964 był stypendystą Fundacji im. Aleksandra von Humboldta w RFN i prowadził badania nad prawem finansowym. Od 1966 do 1977 r. pracował jako profesor nauk politycznych na Uniwersytecie Calgary w Kanadzie. Po 1977 r. działał jako niezależny uczony (private scholar). Współpracował z Federalnym Instytutem Sowietologii w Bonn i prowadził samodzielne prace badawcze w około 30 krajach. Wykładał też na szkockim Uniwersytecie w Glasgow, Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie w Londynie, w roku akademickim 1983/1984 na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (prawo międzynarodowe), a po 1989 r. na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie i Uniwersytecie Łódzkim. Był członkiem Polskiego Towarzystwa Naukowego na Obczyźnie.

Do najważniejszych osiągnięć prof. Szawłowskiego należy opracowanie historii najwyższych organów kontroli państwowej w Polsce, zainicjowanie nowej dyscypliny naukowej w zakresie finansów i prawa finansowego organizacji międzynarodowych, rozwijanie badań nad zagadnieniem ludobójstwa, które zainicjował w latach 40-tych XX w. Rafał Lemkin (1900-1959) oraz stworzenie terminu „genocidium atrox” jako kwalifikowanej formy ludobójstwa.

Główne publikacje prof. Szawłowskiego, związane z wymienionymi dziedzinami, to: „The System of the International Organizations of the Communist Countries” (Kluwer Law International 1976), „Die Berichte der osteuropäischen Staaten zur Verwirklichung des Internationalen Paktes über bürgerliche und politische Rechte. Eine Analyse anhand des polnischen Beispiels” (Köln 1980), „Prawa człowieka a Polska” (Londyn 1982), dwutomowa „Wojna polsko-sowiecka 1939 r.” (wydana w 1986 r. w Londynie pod pseudonimem Karol Liszewski i pod własnym nazwiskiem w 1995, 1996 i 1997 r. w Warszawie), „Najwyższe państwowe organy kontroli II Rzeczypospolitej: Najwyższa Izba Kontroli Państwa 1919-1921 i Najwyższa Izba Kontroli 1921-1939” (Warszawa 1991), „Najwyższe państwowe organy kontroli w Polsce w XIX wieku: Główna Izba Obrachunkowa Księstwa Warszawskiego oraz Izba Obrachunkowa i Najwyższa Izba Obrachunkowa Królestwa Polskiego” (Warszawa 1999), „Najwyższa Izba Kontroli na Uchodźstwie 1940-1945/1991” (Warszawa 2004), „Rafał Lemkin. Biografia intelektualna” (Warszawa 2020).

Przez ostatnie ponad 20 lat prof. Szawłowski był niestrudzonym badaczem życia i dokonań Rafała Lemkina – polskiego i amerykańskiego prawnika karnisty żydowskiego pochodzenia, twórcy pojęcia „ludobójstwo” (łac. genocidium, ang. genocide) oraz głównego autora konwencji ONZ w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa, podpisanej w Nowym Jorku 9 grudnia 1948 r. i nazywanej Konwencją Lemkina.

Lemkin przedstawił swoje poglądy na nowy typ zbrodni przeciw ludzkości w wydanej w 1944 r. książce „The Axis Rule in Occupied Europe (Rządy Osi w okupowanej Europie)”. Tam użył po raz pierwszy terminu „genocidium”, który zdefiniował jako zorganizowane działania, mające na celu zniszczenie narodu lub grupy etnicznej poprzez dezintegrację instytucji, kultury, języka, świadomości narodowej i religijnej, gospodarczych podstaw egzystencji, a następnie pozbawienie ludzi bezpieczeństwa, wolności, zdrowia, godności i ostatecznie życia. Artykuł II Konwencji Lemkina zdefiniował ludobójstwo jako czyn „dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, poprzez: zabójstwa członków grupy, spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy, rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia, obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego, stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy, przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy”.

Definicję tę powtórzył Artykuł 6 Statutu Międzynarodowego Trybunału Karnego z 17 lipca 1998 r. Pierwotny projekt Konwencji Lemkina, jeszcze z 1946 r., do ludobójstwa zaliczał również „zbrodnie popełnione z przyczyn politycznych”, lecz sformułowanie to zostało usunięte z powodu nacisków stalinowskiego Związku Radzieckiego.

Badania, które zapoczątkował Lemkin nad ludobójstwem jako zagadnieniem prawnym, socjologicznym i historycznym kontynuowało wielu uczonych. Należał do nich m.in. francuski politolog Alaine Besançon, który stwierdził, że „ludobójstwo w sensie właściwym, w odróżnieniu od zwykłej rzezi, żąda następującego kryterium: jest to rzeź zamierzona w ramach ideologii, stawiającej sobie za cel unicestwienie części ludzkości dla wprowadzenia własnej koncepcji dobra. Plan zniszczenia ma obejmować całość określonej grupy, nawet jeśli nie zostaje doprowadzony do końca w rezultacie niemożliwości materialnej czy zwrotu politycznego”.

Najwybitniejszym polskim lemkinologiem był Ryszard Szawłowski. Owocem jego studiów nad postacią i myślą Lemkina stała się wydana tuż przed śmiercią obszerna publikacja „Rafał Lemkin. Biografia intelektualna”. Ale owocem tych studiów stało się również zdefiniowanie, w oparciu o poglądy Lemkina, zbrodni popełnionych na Polakach przez nacjonalistów ukraińskich jako „genocidium atrox” – ludobójstwa okrutnego, zwyrodniałego. W artykule „Trzy ludobójstwa”, opublikowanym w dodatku historycznym IPN nr 3 do „Naszego Dziennika” z 28 marca 2008 r. oraz w hasłach „Ludobójstwo” i „Ludobójstwo porównawcze na Polakach 1939-1945/47”, opublikowanych w tomie XI „Encyklopedii białych plam”, prof. Szawłowski pokazał ludobójstwo ukraińskie na tle porównawczym z ludobójczymi zbrodniami radzieckimi (operacja polska NKWD z lat 1937-1938, zbrodnia katyńska, deportacje z lat 1940-1941 i in.) oraz niemieckimi (Sonderaktion Krakau, Intelligenzaktion, akcja AB, deportacje Polaków do obozów koncentracyjnych, masowe egzekucje, wysiedlenia i in.).

W rezultacie tego porównania postawił tezę o równorzędności zbrodni przeciw ludzkości popełnionych przez nacjonalistów ukraińskich ze zbrodniami popełnionymi przez III Rzeszę i ZSRR, przy nadaniu zbrodniom ukraińskim kwalifikacji wyższej od zbrodni nazistowskich i stalinowskich na Polakach. O takim zakwalifikowaniu zbrodni nacjonalistów ukraińskich decydują, jego zdaniem, następujące czynniki: ludobójstwo ukraińskie było realizowane w postaci natychmiastowej eksterminacji fizycznej wszystkich Polaków, od niemowląt po starców; zbrodnie nacjonalistów ukraińskich były połączone ze stosowaniem najbardziej barbarzyńskich tortur; oprócz UPA w ludobójstwie na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej brały udział szerokie rzesze ukraińskiej ludności wiejskiej, zindoktrynowanej i zmobilizowanej do tych działań przez banderowców; miało miejsce szczególnie barbarzyńskie traktowanie przez sprawców mieszanych małżeństw polsko-ukraińskich, którego nie spotykamy np. w traktowaniu przez sprawców radzieckich małżeństw polsko-rosyjskich; w przypadku zbrodni niemieckich i radzieckich sprawcami byli funkcjonariusze państwowego aparatu okupacyjnego, natomiast ludobójstwo ukraińskie zostało dokonane przez byłych obywateli polskich; miała i ma miejsce negacja przez stronę ukraińską, zarówno nacjonalistów ukraińskich od momentu dokonania zbrodni, jak i państwo ukraińskie po 1991 r., zbrodniczego charakteru ideologii nacjonalizmu ukraińskiego oraz popełnionego przez nacjonalistów ukraińskich ludobójstwa na Polakach.

W zakończeniu artykuł „Trzy ludobójstwa” prof. Szawłowski stwierdził: „W każdym razie wynik przeprowadzonej komparatystyki jest jednoznaczny: ludobójstwo ukraińskie na Polakach pod względem swej bezwzględności i barbarzyństwa, a po jego dokonaniu – do dziś – ze względu na zaprzeczenia lub co najmniej grubymi nićmi szyte relatywizowanie i wykręty – znacznie »przewyższa« ludobójstwa niemieckie i sowieckie. Szczególnie obciążające Ukraińców są masowo stosowane na Polakach – jako »dodatek« do mordów – okrutne, sadystyczne tortury. Dlatego już w 2003 r. wysunąłem nową koncepcję kwalifikowanej formy ludobójstwa, proponując dla niej termin łaciński GENOCIDIUM ATROX – genocyd okrutny, okropny, dziki, straszny. Zachęcam moich kolegów zachodnich, zajmujących się problematyką ludobójstwa, do uznania kwalifikowanej formy genocydu i wprowadzenia jej do literatury przedmiotu. Kategoria genocidium atrox pasuje zresztą także do niektórych wydarzeń współczesnych, jak obecne ludobójstwo w sudańskim Darfurze”.

Odważne i bezkompromisowe stanowisko prof. Ryszarda Szawłowskiego w kwestii kwalifikacji prawnej ludobójstwa dokonanego na Polakach przez nacjonalistów ukraińskich zostało zignorowane z przyczyn politycznych przez polską klasę polityczną i jej zaplecze intelektualno-medialne. Nie tylko zignorowane, ale niekiedy wręcz zanegowane. W 2014 r., w kontekście ówczesnych wydarzeń na Ukrainie, padło przecież wezwanie ze strony znanego intelektualisty i weterana Komitetu Obrony Robotników, by Roman Szuchewycz (twórca i dowódca UPA) stał się „również dla Polaków postacią o cechach bohatera” na bazie antykomunizmu i antysowietyzmu (antyrosyjskości).

Prawda, która staje się ofiarą polityki, nie przestaje jednak być prawdą. Nie traci swojej słuszności. Zmarły prof. Szawłowski stał jako naukowiec po stronie prawdy i tym samym przeciw kreowanemu przez miarodajne czynniki polityczne w Polsce relatywizmowi moralnemu w podejściu do historii i współczesności stosunków polsko-ukraińskich. Za to należą mu się ogromne słowa uznania oraz pamięć.

Bohdan Piętka

6 lutego 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 5-6 (2329/2330), 31.01-7.02.2021, s. 13

Rewolucja oświatowa

Awans edukacyjny społeczeństwa, zwłaszcza w dostępie do wyższego wykształcenia, był jednym z najważniejszych osiągnięć Polski powojennej. Dzisiaj osiągniecie to – jak i inne pozytywne działania Polski Ludowej – jest pomijane lub deprecjonowane. W dominującej obecnie narracji podkreśla się oczywiście brak autonomii szkolnictwa wyższego w PRL oraz wielokrotny w porównaniu z okresem PRL wzrost liczby studentów po 1989 r., która w roku 2009 wyniosła około 1,9 mln wobec 403,8 tys. w roku 1990. Jednak, żeby uświadomić sobie, jakich zmian dokonano w szkolnictwie wyższym w okresie PRL i że miały one charakter rewolucji społecznej należy porównać ten okres nie z czasami obecnymi, ale z okresem II RP.

Szkolnictwo wyższe w II Rzeczypospolitej, w przeciwieństwie do szkolnictwa wyższego w PRL, posiadało autonomię, która pozostawiała najważniejsze decyzje w rękach środowiska akademickiego. Jednak należy pamiętać o tym, że w latach 30-tych XX w. władze sanacyjne podjęły próby ograniczenia autonomii uczelnianej, oskarżając ówczesną opozycję o tworzenie swoich przyczółków politycznych na uczelniach. Na mocy ustawy z 15 marca 1933 r. minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego stał się władzą naczelną szkół wyższych i sprawował nad nimi zwierzchni nadzór. Miał prawo rozstrzygania spraw będących przedmiotem weta rektora lub dziekana w stosunku do uchwał senatu. Mógł również – niezależnie od rektora – zarządzić zawieszenie wykładów lub zamkniecie szkoły i zarządzić nowe wpisy. Minister został także upoważniony na mocy wspomnianej ustawy do łączenia i dzielenia wydziałów, tworzenia i likwidowania katedr, nie tylko na wniosek rady wydziału i senatu, ale również po zasięgnięciu ich opinii. Otwierało to możliwość władzom sanacyjnym zamykania dowolnej katedry i emerytowania każdego niewygodnego politycznie profesora.

W okresie II RP nauka w uczelniach, zarówno państwowych, jak i prywatnych była płatna, a system wsparcia socjalnego ze strony państwa niewielki. Ten stan rzeczy wraz ze skromnymi możliwościami budżetu państwa wpływał na ograniczony rozwój szkolnictwa wyższego w tym okresie oraz jego komercyjne sprofilowanie. Po 1945 r. dokonano natomiast upaństwowienia i scentralizowania szkolnictwa wyższego. Jego rozwój poddano odgórnemu planowaniu oraz powiązano naukę z gospodarka narodową, by sprostać potrzebom industrializującego się w przyspieszonym tempie państwa, co doprowadziło do skokowego w porównaniu z okresem międzywojennym wzrostu kształcenia akademickiego.

Cechą charakterystyczną funkcjonowania szkolnictwa wyższego w Polsce międzywojennej była zdecydowana dominacja ośrodka warszawskiego. Posiadał on największą liczbą uczelni państwowych i prywatnych (11), specjalizacji i kierunków oraz prawie połowę studentów w kraju (w 1921 r. było to 16,2 tys. na 34,7 tys., a w 1937 r. 20,2 tys. na 47,1 tys. studiujących). Następne w kolejności ośrodki krakowski i lwowski były już 2-3-krotnie mniejsze od stołecznego, a wileński i poznański, mające po dwie uczelnie, jeszcze mniejsze. Zupełnie marginalnie na tym tle wyglądał ośrodek lubelski mający jedną niewielką uczelnię (Katolicki Uniwersytet Lubelski, do 1928 r. Uniwersytet Lubelski).

W szkolnictwie wyższym II RP dominowały uniwersytety, a największym zainteresowaniem cieszyły się prawo, ekonomia i nauki humanistyczne, znacznie mniejszym natomiast kierunki techniczne. Wynikało to ze struktury ekonomicznej kraju, słabo rozwiniętego przemysłowo. Kształcenie akademickie w II RP było przede wszystkim elitarne. W biednym i mocno rozwarstwionym majątkowo społeczeństwie na studia stać było głównie zamożne warstwy społeczne, a państwo wpływało w niewielki sposób na rozbudowę szkół wyższych. To w dużej mierze determinowało ograniczony rozwój szkolnictwa wyższego w II RP.

Ten elitarny charakter szkolnictwa, nie tylko wyższego, blokujący awans społeczny warstw niższych, planowały utrzymać w Polsce powojennej siły politycznie zachowawcze. We wrześniu 1943 r. powstało w rządzie polskim na uchodźstwie Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego z księdzem Zygmuntem Kaczyńskim (Stronnictwo Pracy) jako jego kierownikiem. W marcu 1944 r. ksiądz Kaczyński przedstawił Radzie Narodowej w Londynie (emigracyjny parlament) wstępne założenia szkolnictwa i wychowania w wolnej Polsce. Projekt zakładał kontynuację stanu przedwojennego, mieścił się bowiem w ramach norm prawnych wyznaczonych przez konstytucje kwietniową z 1935 r., konkordat ze Stolicą Apostolską z 1925 r. oraz układ między II RP a Komisją Papieską. Podczas dyskusji w gronie stronnictw politycznych „polskiego Londynu” największy sprzeciw wywołał podtrzymany w projekcie Kaczyńskiego elitaryzm oświatowy lat trzydziestych. Sprzeciw części posłów do Rady Narodowej – głównie PPS i Stronnictwa Ludowego – budziły ograniczenia edukacyjne II RP, dotykające uboższe warstwy społeczeństwa.

Za zniesieniem tych ograniczeń opowiedział się natomiast w swoim programie Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, powołany w lipcu 1944 r. – co dzisiaj obowiązkowo się podkreśla – z woli Stalina. Do przeobrażeń oświaty i kultury PKWN przywiązywał wielką wagę, ponieważ w przekonaniu stronnictw pekawuenowskich (PPR, PPS, SL, SD) poprzez kształtowanie nowego duchowego oblicza społeczeństwa miała się w dużej mierze dokonać rewolucja społeczna. Manifest PKWN zapowiedział wprowadzenie szkoły realnie powszechnej, na wszystkich szczeblach zwolnionej od opłat i wspierającej materialnie najuboższą młodzież. Na zjeździe oświatowym, obradującym w Łodzi w dniach 18-22 czerwca 1945 r., uchwalono, iż szkoła ma być jednolita i publiczna. Dotyczyło to również szkolnictwa wyższego. Także opozycyjne wobec Polski pojałtańskiej Polskie Stronnictwo Ludowe na swym zjeździe w styczniu 1946 r. opowiedziało się za taką organizacją systemu oświatowego, aby „wyższe szczeble kształcenia były dostępne dla młodzieży warstw ludowych”. Utworzenie egalitarnego sytemu kształcenia stało się zatem w Polsce powojennej postulatem i celem wychodzącym ponad podziały polityczne.

Odbudowa życia akademickiego rozpoczęła się niemal zaraz po zakończeniu okupacji niemieckiej, kiedy do Krakowa i Wrocławia przybyli ci uczeni polscy z Lwowa i Wilna, którym udało się przeżyć wojnę i okupację. Jednym z nich był prof. Stanisław Kulczyński (1895-1975) – wybitny botanik, rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie (1936-1938), podczas okupacji delegat rządu RP na uchodźstwie na Obszar Lwowski. Kulczyński, który miał wówczas propozycję kontynuowania kariery naukowej we Włoszech, przybył 10 maja 1945 r. do zrujnowanego Wrocławia. Było to zaledwie cztery dni po kapitulacji Festung Breslau. Jako pełnomocnik ministra oświaty ds. zabezpieczenia majątku szkół wyższych oraz bibliotek i zbiorów na terenie Wrocławia przystąpił do odbudowy życia akademickiego w tym mieście. Został pierwszym rektorem uniwersytetu i politechniki we Wrocławiu, które rozpoczęły działalność 15 listopada 1945 r. Podjął też uwieńczone sukcesem działania na rzecz restytucji Zakładu Narodowego im. Ossolińskich.

Wspominam o tym dlatego, ponieważ w 2017 r. upamiętnienie tej postaci w sferze publicznej stało się obiektem ataku dekomunizacyjnego ze strony IPN, który zarzucił Kulczyńskiemu, że w l. 1939-1941 nadal wykładał na uniwersytecie we Lwowie, wówczas już radzieckim, a w 1940 r. był gościem Wszechzwiązkowego Komitetu ds. Nauki ZSRR w Moskwie. No i w PRL był przewodniczącym Stronnictwa Demokratycznego, wicemarszałkiem Sejmu i wiceprzewodniczącym Rady Państwa PRL. Natomiast jego dokonania w budowie od podstaw polskiego szkolnictwa wyższego we Wrocławiu i zagospodarowaniu Ziem Odzyskanych (jako prezesa Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich) dla dzisiejszych dekomunizatorów już się nie liczą.

Podczas drugiej wojny światowej nauka polska straciła 60 % przedwojennego stanu kadr i obiektów. Szkoły wyższe i placówki naukowe trzeba było po wojnie budować niejednokrotnie od podstaw. Nie byłoby to możliwe bez zaangażowania ocalałych kadr naukowych. Rozumiejąc konieczność odbudowy szkolnictwa wyższego przedwojenni profesorowie mogli to uczynić tylko we współpracy z władzą, której barwa polityczna była dla wielu z nich obca. Z drugiej strony bez wsparcia tej władzy nie doszłoby w Polsce do procesu, który śmiało można nazwać rewolucją oświatową. Wzrost potencjału dydaktycznego i badawczego szkolnictwa wyższego i nauki polskiej w okresie PRL w porównaniu ze stanem przedwojennym był imponujący. Sieć szkół wyższych, która w II RP zwiększyła się z 16 w 1921 r. do 28 w 1938 r., w PRL wzrosła do 89 w 1974 r. i 97 w 1989 r. Widać zatem, że w dwudziestoleciu międzywojennym nie zdołano podwoić liczby szkół wyższych, podczas gdy w powojennym trzydziestoleciu zwiększono liczbę szkół wyższych ponad trzykrotnie.

W okresie II RP ośrodki szkolnictwa wyższego charakteryzowały się nierównomiernym rozmieszczeniem przestrzennym oraz dużą koncentracją potencjału akademickiego w kilku dużych miastach, głównie w Warszawie, Krakowie, Lwowie, Wilnie i Poznaniu. Zniwelowania tych dysproporcji dokonano dopiero w PRL. Trwającej od 1945 r. znacznej rozbudowie polskiego szkolnictw wyższego towarzyszyło również jego rozprzestrzenianie na terenie kraju, poza dotychczasowe ośrodki akademickie. Powstały w tym okresie nowe silne ośrodki akademickie w Białymstoku, Gdańsku, Lublinie, Łodzi, Poznaniu, Szczecinie, Wrocławiu i na Górnym Śląsku, m.in. siedem nowych uniwersytetów: Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie (1944), Uniwersytet Wrocławski (1945), Uniwersytet Łódzki (1945), Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu (1945), Uniwersytet Śląski w Katowicach (1968), Uniwersytet Gdański (1970) i Uniwersytet Szczeciński (1985).

Już w latach 1945-1950 zmiany w szkolnictwie wyższym prowadziły do skokowego w porównaniu z okresem międzywojennym wzrostu szkół wyższych oraz ilości nauczycieli akademickich i studentów. Liczba uczelni wyższych ukształtowała się na poziomie ponad 80 dość szybko, bo na początku lat 50-tych.

Natomiast liczba nauczycieli akademickich wszystkich stopni wzrosła z 4403 w 1937 r. do 45 tys. w połowie lat 70-tych. Jednakże zatrudnienie w szeroko rozumianej nauce, łącznie ze szkolnictwem wyższym, placówkami naukowo-badawczymi i rozwojowymi wyniosło w 1975 r. około 300 tys. osób, w tym ponad 20 tys. doktorów i 12 tys. profesorów i docentów. Ponad 64 tys. osób pełniło w tym czasie funkcje nauczycieli akademickich i pracowników naukowo-badawczych, z tego 70 % w szkołach wyższych, 22,7 % w instytutach naukowo-badawczych resortów oraz 5,5 % w placówkach Polskiej Akademii Nauk (utworzonej w 1951 r.). W 1938 r. istniało zaledwie 15 instytutów naukowo-badawczych i 6 samodzielnych laboratoriów przemysłowych. Trzy dekady po wojnie działało w kraju 66 placówek naukowych PAN, 113 resortowych instytutów naukowo-nadawczych, 24 centralne laboratoria i 128 ośrodków badawczo-rozwojowych.

Znacząco w porównaniu z okresem międzywojennym wzrosła też liczba studiujących. W okresie II RP ilość studentów zwiększyła się powoli z 38,1 tys. w 1922 r. do 40,7 tys. w 1926 r. i 51,7 tys. w 1932 r. Od tego czasu nastąpił spadek do 48 tys. w 1936 r. i niewielki wzrost do 49,5 tys. 1938 r. Liczba studiujących z 1938 r. została przekroczona już w 1945 r., kiedy wyniosła 55,9 tys., a podwojona w 1948 r., kiedy wyniosła 103,4 tys. W 1950 r. studiowało w Polsce już 125,1 tys. osób, w 1960 r. było to 165,7 tys., w 1965 r. 251,9 tys., w 1970 r. 330,8 tys., a w 1974 r. 426,7 tys. osób (w 1989 r. liczba studiujących spadła do 378 tys.). O ile w 1946 r. liczba studentów (bez cudzoziemców) na 10 tys. ludności wynosiła 36, to w 1989 r. – 98. Natomiast liczba studiujących kobiet na 100 studiujących mężczyzn wzrosła z 55 w 1949 r. do 105 w 1989 r. (w okresie II RP wynosiła 37 w 1928 r. i 39 w 1937 r.). Przede wszystkim zmienił się radykalnie skład młodzieży akademickiej. W 1938 r. młodzież pochodzenia robotniczo-chłopskiego stanowiła 16,9 %, natomiast w połowie lat 70-tych 55,7 % ogółu studiujących. W okresie międzywojennym uczelnie wyższe ukończyło około 83 tys. osób (przy czym 70 % z tej liczby w latach 1928-1939), a w pierwszym trzydziestoleciu Polski Ludowej ponad 800 tys. osób.

Zmiany w strukturze szkolnictwa wyższego po 1945 r. w stosunku do okresu przedwojennego obrazuje także odsetek studentów poszczególnych kierunków studiów. Najbardziej zauważalny był wzrost studentów kierunków technicznych do ponad 30% ogółu studiujących, co wiązało się ze zwiększonym zapotrzebowaniem na specjalistów tych kierunków w związku ze skokową industrializacją kraju. Kolejna istotna zmiana w porównaniu z okresem przedwojennym nastąpiła też w systemie stypendialnym. W pierwszych latach powojennych łączna ilość stypendiów była bardzo skromna i tak jak w okresie II RP obejmowała zaledwie kilka procent populacji studenckiej. Dopiero w miarę postępów w odbudowie kraju następował wzrost wsparcia materialnego państwa dla młodzieży akademickiej. U schyłku lat 40-tych odsetek stypendystów był już większy niż przed wojną i wynosił ponad ¼ ogółu studentów, a na początku lat 50-tych ponad połowę ogółu młodzieży akademickiej. Oprócz stypendiów Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego pojawiły się też stypendia resortów i centralnych instytucji państwowych, organizacji zawodowych, spółdzielczych i zakładów pracy.

Dokonanemu po 1945 r. upaństwowieniu i umasowieniu kształcenia na poziomie wyższym towarzyszyła przebudowa struktury społecznej studentów i pracowników naukowo-dydaktycznych, w której preferencje otrzymali przedstawiciele środowisk robotniczo-chłopskich. Szerokie otwarcie przed tą młodzieżą uczelni wyższych, wsparcie jej studiów rozbudowaną pomocą socjalną, a później umożliwienie podjęcia jej pracy w industrializującej się gospodarce stworzyło dla niej możliwość niedostępnego wcześniej awansu społecznego.

O znaczeniu tego awansu wypowiedział się dr Marcin Piątkowski – starszy ekonomista Banku Światowego i adiunkt w Akademii Leona Koźmińskiego, autor książki „Europejski lider wzrostu. Droga Polski od ekonomicznych peryferii do gospodarki sukcesu” (Warszawa 2020). Stwierdził on mianowicie, że aż do 1939 r. „rozwój gospodarczy w Polsce sabotowały elity postszlacheckie. Strukturę społeczną wyrównał dopiero PRL. Gdyby nie PRL, nie byłoby polskiego kapitalizmu”. Zdaniem Piątkowskiego „PRL miał jedna wielką zaletę: otworzył na oścież polskie społeczeństwo, zlikwidował przywileje klasowe, wyedukował, uprzemysłowił i unowocześnił społeczeństwo” i po raz pierwszy w historii Polski „stworzył społeczeństwo inkluzywne, dając wszystkim, szczególnie tym najsłabszym, szanse na rozwój”. Szkoda, że dzisiaj potrafią to zauważyć tylko nieliczni.

Bohdan Piętka

24 stycznia 2021 r.

„Przegląd”, nr 3 (1097), 11-17.01.2021, s. 34-37

Wojna kleru z Witosem

31 października 1945 r. zmarł w Krakowie Wincenty Witos (1874-1945) – jeden z najwybitniejszych polityków polskich w XX w., niekwestionowany lider ruchu ludowego w II RP, współtwórca Polski Niepodległej w 1918 r., trzykrotny premier II RP, więzień twierdzy brzeskiej i ofiara procesu brzeskiego, kawaler Orderu Orła Białego. Od 1895 r. działał w Stronnictwie Ludowym, a po rozłamie w 1914 r. w PSL „Piast”, którego był prezesem w latach 1918-1931.

Wincenty Witos reprezentował konserwatywne skrzydło ruchu ludowego. Mimo to przez długi okres czasu był zwalczany przez kler katolicki. Jest to mniej znany i rzadko przypominany rozdział jego biografii i zarazem historii ruchu ludowego. Pisząc wspomnienia na wygnaniu w Czechosłowacji w 1933 r. Witos zanotował: „Walki z Kościołem ani religią nigdy nie prowadziłem, uważając to za rzecz niepotrzebną i szkodliwą”. Jednak kilka zdań dalej stwierdził: „Nie cofałem się też ani na chwilę przed narzuconą mnie i ruchowi ludowemu walką, narzuconą szczególnie przez duchowieństwo diecezji tarnowskiej”[1].

Do pierwszego starcia przyszłego przywódcy polskich chłopów z klerem doszło już w 1891 r. Siedemnastoletni wówczas Witos został wezwany na rozmowę przez księdza Józefa Franczaka (1854-1942) – wówczas jeszcze wikarego, a wkrótce proboszcza parafii w Wierzchosławicach k. Tarnowa – który zakazał mu czytania „Przyjaciela Ludu” pod groźbą kar kościelnych i boskich. Po awanturze z wikarym Witos musiał szukać możliwości spowiedzi aż w Krakowie. Groźby ze strony wikarego bynajmniej nie zniechęciły Witosa do czytania „Przyjaciela Ludu” i działalności politycznej. Już w 1903 r. wszedł on w skład Rady Naczelnej Polskiego Stronnictwa Ludowego, w 1908 r. został posłem do Sejmu Krajowego we Lwowie, a w 1911 r. do Izby Poselskiej Rady Państwa w Wiedniu.

Witos nie był pierwszym politykiem ludowym, który stał się obiektem ataku ze strony kleru. Także ksiądz Stanisław Stojałowski (1845-1911) – nestor polskiego ruchu ludowego – naraził się swoimi poglądami społeczno-ekonomicznymi na szykany i utrudnienia w działalności wydawniczej ze strony hierarchii katolickiej. W 1894 r. biskupi diecezji lwowskiej, przemyskiej i tarnowskiej wspólnie ogłosili list pasterski, w którym umieścili na indeksie nie tylko prasę socjalistyczną, ale niemal całą prasę ludową, w tym czasopisma wydawane przez księdza Stojałowskiego. Już w 1877 r. Stojałowski otrzymał naganę, a 17 marca 1894 r. został obłożony suspensą przez arcybiskupa lwowskiego Seweryna Morawskiego (1819-1900). Rok później, pomimo wyrażenia skruchy, został suspendowany ponownie. Władze kościelne ogłosiły dekret nakładający na niego klątwę imienną zabraniającą wiernym stykania się z nim oraz czytania jego wydawnictw. W sumie ksiądz Stojałowski był kilkakrotnie oficjalnie upominany przez swoich przełożonych i trzykrotnie suspendowany. Przyczyna tych represji była identyczna jak w wypadku późniejszej walki kleru z Witosem – ludowcy chcieli samodzielności politycznej i dążyli do emancypacji politycznej wsi, natomiast hierarchowie kościelni dążyli do podporządkowania sobie wsi i ruchu ludowego[2].

Ostra wojna kleru z Witosem i ludowcami wybuchła w 1913 r., a jej pretekstem stało się poparcie przez nich demokratycznej reformy ordynacji wyborczej. W połowie kwietnia 1913 r. został ogłoszony list otwarty biskupów polskich w Galicji przeciwko reformie ordynacji wyborczej do Sejmu Krajowego w duchu demokratycznym. Jego konsekwencją stało się złożenie dymisji przez namiestnika Galicji, prof. Michała Bobrzyńskiego (1849-1935) i wzrost napięcia w stosunkach ludowców z hierarchią kościelną i klerem. Zbiegło się to z rozłamem w Polskim Stronnictwie Ludowym na przełomie 1913 i 1914 r., w wyniku którego powstały PSL-Lewica i PSL „Piast”. W chadecko-konserwatywnym PSL „Piast” pierwszoplanową rolę obok Jakuba Bojki (1857-1943) odgrywał Witos i to on przede wszystkim stał się celem ataku kierowanego przez biskupa diecezjalnego tarnowskiego Leona Wałęgę (1859-1935).

Nie pomogły deklaracje piastowców o kierowaniu się zasadami religii katolickiej. Podłożem konfliktu były aspiracje polityczne kleru do podporządkowania sobie konserwatywnej części ruchu ludowego. Dla ordynariusza tarnowskiego jakakolwiek samodzielność polityczna ludowców, nawet tych deklarujących katolicyzm i przywiązanie do dogmatów kościelnych, była nie do pomyślenia. W rozumowaniu biskupa Wałęgi emancypacja polityczna ludowców stanowiła lekceważenie władzy duchownej i zagrożenie dla sankcjonowanego przez Kościół katolicki postfeudalnego porządku społeczno-gospodarczego w Galicji.

Początkowo biskup Wałęga zakazał chłopom czytania „Przyjaciela Ludu”, wysyłał na wsie misje mające stanowić przeciwwagę dla wpływów ludowców i sam wizytował parafie diecezji, prowadząc antyludowcową agitację. Kiedy mimo to wpływy ruchu ludowego nie osłabły biskup tarnowski poszedł o krok dalej – powołał na początku 1914 r. własną partię polityczną o nazwie Stronnictwo Katolicko-Ludowe (od sierpnia 1919 r. Polskie Stronnictwo Katolicko-Ludowe). Stronnictwo biskupa Wałęgi odwoływało się do średniozamożnego i małorolnego chłopstwa (a więc zaplecza politycznego PSL „Piast”) i występowało z programem klerykalnym głosząc, że jego celem jest „obrona szerokich warstw ludowych przed demoralizacją, wyzyskiem, zwłaszcza ze strony stronnictw ludowych i podniesienie tych warstw pod względem kulturalnym i ekonomicznym”.

Organ prasowy SK-L – „Lud Katolicki” – od początku atakował w niewybredny sposób Jana Stapińskiego (1867-1946), Bojkę, Witosa i innych działaczy ludowych. Piastowcy nie byli zainteresowani w prowadzeniu walki z klerem, jednakże konflikt rozniecony przez biskupa Wałęgę odciągał od „Piasta” część chłopów. Z misją mediacyjną zaoferował się namiestnik Witold Korytowski (1850-1923), ale nie doszła ona do skutku. Szukając innych dróg Witos odbył na przełomie lutego i marca 1914 r. rozmowę z katolickim metropolitą lwowskim – arcybiskupem Józefem Bilczewskim (1860-1923) i arcybiskupem obrządku ormiańskiego Józefem Teodorowiczem (1864-1938). Jeszcze przed tą rozmową arcybiskup Bilczewski starał się przekonać biskupa Wałęgę o konieczności zaniechania walki z PSL „Piast”. Niewiele to jednak pomogło. Nie pomogły też pojednawcze gesty ze strony Witosa, który na posiedzeniu Rady Naczelnej PSL „Piast” 10 kwietnia 1914 r. stwierdził: „Duchowieństwo uważamy za czynnik niezmiernie dodatni i uważamy, że stosunek nasz do duchowieństwa wojującego jest odmienny od stosunku do duchowieństwa, które wojny nie prowadzi. Sądzę, że Stronnictwo nasze nie ma żadnego zamiaru zaczynać z klerem walki, ale jeżeli będzie zmuszone tę walkę odporną prowadzić, to ją podejmie, jednakże będzie to walka obronna”[3].

12 czerwca 1914 r. doszło do spotkania Witosa i Bojki z Wałęgą. Inicjatywa spotkania wyszła ze strony piastowców, którym Stronnictwo Katolicko-Ludowe i duchowieństwo diecezji tarnowskiej bardzo utrudniali pracę w terenie. Biskup przyjął liderów „Piasta” w otoczeniu kapituły katedralnej. Po przedstawieniu przez nich prośby, by duchowieństwo diecezji tarnowskiej zaprzestało walki z „Piastem”, Wałęga oświadczył, że nie uważa ich za delegatów PSL „Piast”, ale „za swoje owieczki, które mają obowiązek biskupa słuchać i wszystkie jego polecenia wykonywać”. Następnie przedstawił Witosowi i Bojce na piśmie pięć warunków, od których uznania uzależniał swój stosunek do PSL „Piast”. Mówiły one, że religia katolicka jest jedynie prawdziwą, ścisłym obowiązkiem katolika jest posłuszeństwo władzy kościelnej, a biskup ma prawo i obowiązek zakazywać pism i gazet. W dwóch ostatnich punktach Wałega żądał od ludowców odcięcia się od ich dotychczasowych pism  z „Przyjacielem Ludu” na czele i uznania, że wywierały one szkodliwy wpływ przez rzekome szerzenie buntu przeciw władzy kościelnej oraz uznania w kapłanach przewodników duchowych i potępienia antyklerykalizmu.

18 czerwca 1914 r. zebrał się Wydział Wykonawczy PSL „Piast”, który w grzecznej formie odpowiedział na warunki Wałęgi, że nie zgadza się na narzucenie zwierzchności kleru, a narzuconą sobie walkę podejmie.

Wałęga liczył na to, że SK-L zdominuje politycznie wieś tarnowską, lecz się zawiódł, ponieważ w walce z piastowcami pozostał wyraźnie osamotniony. Ksiądz Henryk Weryński, który w latach 1915-1930 pracował w diecezji tarnowskiej, w opublikowanym w 1966 r. na łamach „Więzi” artykule stwierdził: „Jestem głęboko przekonany, że pomysł stworzenia Stronnictwa Katolicko-Ludowego dla zwalczania Witosa był pomysłem złym i musiał zakończyć się fiaskiem. Stronnictwo Katolicko-Ludowe nie miało korzeni w chłopstwie (…). Ale co najgorsze i godne potępienia – posługiwało się metodami brukowymi, a często wyrosłymi na pożywce zacietrzewienia i nienawiści (…). »Lud Katolicki« poniżał się często do roli brukowca. I to nie tylko, jeśli chodzi o Witosa i jego stronników, ale również o wszystko, co… trąciło Wierzchosławicami”[4].

Celem walki prowadzonej przez biskupa Wałęgę z PSL „Piast” było jedynie zaspokojenie wybujałych ambicji politycznych kleru. Powołane przez niego Stronnictwo Katolicko-Ludowe wykorzystało osłabienie ruchu ludowego w Galicji po rozłamie w 1913 r. Bezprzykładną walkę kler wydał w pierwszej kolejności nie PSL-Lewicy, ale prawicowemu PSL „Piast”, by zniszczyć tę partię i podporządkować sobie jej zwolenników. „Księża: Lubelski, Górka, Paryło, Stabrawa jeździli jak nieprzytomni, wprowadzając zamieszanie, którego skutki są do dzisiaj widoczne. (…) Nie cofano się też przed żadnymi środkami i sposobami. Dziwna rzecz, że czynny udział w tej walce, często wprost obrzydliwej, wzięli starsi i poważni księża, którzy się dotąd nigdy do niej nie mieszali” – pisał Witos w swoich wspomnieniach[5]. Np. ksiądz Stabrawa na wiecu w Wojniczu rzucił krzyż na stół i zawołał do zebranych: „Kto chce iść za Witosem, niech ten krzyż podepcze”. Proboszczowie podlegli biskupowi Wałędze mieli obowiązek prowadzić politykę SK-L i „Ludu Katolickiego” w swoich parafiach. Księża posługiwali się amboną i konfesjonałem, a nawet organizowali bojówki przeciw wiecom piastowców.

Kulminacją tej zajadłej walki biskupa Wałęgi z PSL „Piast” były lata 1919-1920. W lipcu 1920 r. Witos został premierem Rządu Obrony Narodowej. Po zwycięskim odparciu ofensywy bolszewickiej na Warszawę i zawieszeniu broni udał się na objazd Kresów Wschodnich i w drodze powrotnej odwiedził rodzinny powiat tarnowski. Witały go rozentuzjazmowane tłumy mieszkańców. „Natomiast musiałem się bardzo przykro zdziwić, że nie było tam tarnowskiego duchowieństwa, z wyjątkiem jednego księżyny, który się wcisnął pomiędzy tłum, żeby nie być widzianym przez donosicieli. Ksiądz biskup Wałęga zabronił polskiemu duchowieństwu zbliżyć się do polskiego premiera rządu załatwiając w ten sposób swoje porachunki” – napisał Witos[6].

W grudniu 1920 r. „Lud Katolicki” zarzucił Witosowi, że jako premier jest winien wszystkich trudności gospodarczych wsi polskiej. Pytał też, ile „Piast” dostał od Żydów za milczenie na temat ich wrogiej, antypolskiej działalności i wychwalanie ich jako „wzorcowych obywateli Polski”. Stronnictwo Katolicko-Ludowe poważnie utrudniało działalność PSL „Piast” w diecezji tarnowskiej, ale nie zdołało mu zagrozić na szczeblu ogólnopolskim. W wyborach parlamentarnych w 1919 r. SK-L zdobyło tylko 5 mandatów, podczas gdy PSL „Piast” zdobył 44 mandaty, stając się wkrótce – dzięki wchłonięciu mniejszych ugrupowań ludowych – największym klubem w Sejmie Ustawodawczym. W 1922 r. SK-L ponownie zdobyło 5 mandatów, natomiast „Piast” zdobył 70 mandatów. W 1928 r. partia biskupa Wałęgi weszła w skład Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem Józefa Piłsudskiego i ostatecznie przestała się liczyć.

Witos – wierny syna Kościoła katolickiego – nie był jedynym politykiem polskim, którego w tamtych czasach spotkała wrogość ze strony kleru. O ambicjach politycznych kleru tak pisał wybitny polityk socjalistyczny Ignacy Daszyński (1866-1936) w opublikowanym w 1924 r. artykule „Ksiądz w polityce”: „Po wszystkich wsiach i miasteczkach z każdej niemal ambony sypią się bezecne klątwy na socjalistów, zapowiedzi klerykalnych wieców i wezwania, aby chłopi prenumerowali księże pisemka. W konfesjonałach obrabia się przede wszystkim kobiety; przy chrzcie, ślubie, pogrzebie wyłazi klerykalne szydło z worka, wszędzie ksiądz ma jakieś dzikie pretensje do ludzi, żeby go w polityce słuchali, na jego kandydatów przy wyborach głosowali. A poza kościołem dzieje się jeszcze gorzej. Na czele podburzonych »wiernych« staje taki brutalny ksiądz i wzywa do bicia wszystkich, którzy mają inne przekonaniu polityczne. (…) Kler katolicki oddzielony jest u nas od reszty narodu i jego klas mnóstwem rzeczy. Już na teologii uczą go przeróżnych, zupełnie niepotrzebnych i fałszywych wiadomości, a natomiast nie zapoznają ani z nauką, ani z życiem. Taki młody ksiądz, wyszedłszy z seminarium, jest zazwyczaj bardzo ciemnym człowiekiem. (…) Ksiądz się wtrąca do szkoły i do gminy, bo chce mieć z nauczyciela bierne, pokorne narzędzie swojej woli, a szkołę zrobić – tak, jak to dawniej bywało – dodatkiem do kościoła. Wreszcie, przyzwyczaiwszy się do władzy w kościele chce ją wykonywać i w gminie! (…) Taki ksiądz politykujący miesza ciągle rzeczy ziemskie z niebieskimi lub piekielnymi, widzi wszędzie »masonów« czy diabłów, każe się modlić tam, gdzie działać trzeba, każe być pokornym, gdzie trzeba być opozycyjnym, a zawsze i wszędzie zasłania swoją ziemską, często marną osobę Panem Bogiem, przez co staje się gorszym bluźniercą, niż największy niedowiarek”[7].

Wincenty Witos był zdecydowanym przeciwnikiem organizowania życia politycznego wsi przez Kościół katolicki. W tym tkwiło zarzewie jego konfliktu z biskupem Leonem Wałęgą. Chociaż w okresie II RP kilkakrotnie nawiązywał współpracę z ugrupowaniami o programach katolickich, sytuował Kościół wyłącznie w sferze religijnej i moralnej. Mimo osobistej religijności Witos i ludowcy odróżniali religię od kleru i w najmniejszym stopniu nie ulegali jego wpływom. Taktyka ta przyniosła sukces szczególnie w Małopolsce, gdzie endecy zostali politycznie wyparci ze wsi właśnie dlatego, że ludowcy zdołali odciągnąć chłopów od plebanii. Nigdzie poza Małopolską ludowcy nie odnieśli takiego sukcesu w konfrontacji z klerem.


[1] W. Witos, Moje wspomnienia, cz. I, Warszawa 1988-1990, s. 22-23.

[2] A. Kaleta, Stanowisko władz kościelnych wobec ruchu ludowego w Galicji na przykładzie społecznej i wydawniczej działalności księdza Stanisława Stojałowskiego, „Toruńskie Studia Bibliograficzne”, 2013, nr 2 (11), s. 121-134.

[3] J. R. Szaflik, O rząd chłopskich dusz, Warszawa 1976, s. 248.

[4] H. Weryński, Stosunek Witosa do religii i Kościoła, „Więź”, 1966, nr 1, s. 134-136.

[5] W. Witos, Moje wspomnienia…, cz. I, s. 277-278.

[6] W. Witos, Moje wspomnienia…, cz. II, s. 175.

[7] Cyt. za: http://www.lewicowo.pl (28.10.2020). Artykuł ten pierwotnie ukazał się 11 maja 1924 r. się w „Głosie Zagłębia”.

Bohdan Piętka

23 grudnia 2020 r.

„Przegląd” nr 52 (1094), 21-27.12.2020, s. 32-34

Układ PRL-RFN 1970

7 grudnia 1970 r. został podpisany w Warszawie przez premiera Józefa Cyrankiewicza i kanclerza Will’ego Brandta układ o podstawach normalizacji stosunków między Polską Rzecząpospolitą Ludowa a Republiką Federalną Niemiec. Najważniejszym postanowieniem tego układu było uznanie przez RFN polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej. Politycznym skutkiem układu było nawiązanie stosunków dyplomatycznych pomiędzy PRL i RFN, co nastąpiło 12 września 1972 r. i zapoczątkowało okres współistnienia pomiędzy PRL i RFN, którego zasadniczym kierunkiem było dążenie do współpracy gospodarczej i kulturalnej obu państw.

Dwa państwa niemieckie powstałe w 1949 r. miały odmienny stosunek do polskiej granicy zachodniej. Aż do 1970 r. granicę te uznawała tylko Niemiecka Republika Demokratyczna, co nastąpiło w wyniku układu zgorzeleckiego podpisanego 6 lipca 1950 r. ze strony przez polskiej przez Józefa Cyrankiewicza i Stefana Wierbłowskiego, a ze strony wschodnioniemieckiej przez Otto Grotewohla i Georga Dertingera. Taki sam krok ze strony zachodnioniemieckiej był przez dwie dekady blokowany przez rządzącą w RFN prawicową koalicję CDU/CSU, z której wywodzili się kanclerze Konrad Adenauer, Ludwig Erhard i Kurt Georg Kiesinger. W zapleczu politycznym tej koalicji, zwłaszcza bawarskiej CSU, w latach 50-tych i 60-tych XX w. duże wpływy posiadali przesiedleńcy z ziem utraconych przez Niemcy na rzecz Polski w 1945 r., a także drugi i trzeci garnitur byłych działaczy NSDAP, czy ogólnie mówiąc pogrobowców III Rzeszy, którzy nie mogli się pogodzić ze skutkami drugiej wojny światowej. To oczywiście rzutowało na stosunki z Polską, których po prostu nie utrzymywano i nie uznawano polskiej granicy zachodniej stojąc na stanowisku, że Rzesza Niemiecka jakoby nadal prawnie istnieje w granicach z 1937 r.

Dopiero przełom polityczny 1968 r. otworzył drogę do odsunięcia od władzy w RFN zachowawczych sił politycznych. We wrześniu 1969 r. władzę w Bonn przejęła koalicja Socjaldemokratycznej Partii Niemiec i Wolnej Partii Demokratycznej. Nowym kanclerzem został lider SPD Willy Brandt (1913-1992) – w okresie III Rzeszy zaprzysięgły wróg nazizmu, zwalczający reżim hitlerowski m.in. w szeregach norweskiego ruchu oporu. Już w czasie drugiej wojny światowej Brandt w swojej publicystyce opowiedział się za oparciem powojennego porządku na prawie samostanowienia narodów, w tym za odbudową Polski.

Koalicja SPD/FDP pod przewodnictwem Brandta dokonała przewrotu w dotychczasowej polityce zagranicznej RFN opowiadając się za odejściem od kwestionowania powojennego status quo w Europie. Otworzyło to drogę do podpisania dwustronnych układów państwowych pomiędzy RFN a ZSRR 12 sierpnia 1970 r. RFN a PRL 7 grudnia 1970 r, RFN a NRD 21 grudnia 1972 r. oraz RFN a CSRS 11 grudnia 1973 r.

W podpisanym w Moskwie 12 sierpnia 1970 r. przez Will’ego Brandta i Waltera Scheela oraz Aleksieja Kosygina i Andrieja Gromykę układzie pomiędzy RFN i ZSRR była m.in. mowa o tym, że obie strony zobowiązują się do poszanowania wszystkich granic europejskich, w tym zachodniej granicy PRL i granicy RFN-NRD. Związek Radziecki od 1945 r. był gwarantem polskiej granicy zachodniej. Fakt ten – wobec braku uznania tej granicy przez RFN i wstrzemięźliwym stanowisku większości państw zachodnich – był jednym z narzędzi politycznego uzależnienia PRL od ZSRR. Rolę gwaranta polskiej granicy zachodniej Moskwa wzięła na siebie również w układzie podpisanym z RFN 12 sierpnia 1970 r., czym kolejny raz podkreśliła, że PRL znajduje się w strefie jej wpływów, a gwarantem bezpieczeństwa PRL jest tylko Związek Radziecki.

Jednakże ekipa Władysława Gomułki i Józefa Cyrankiewicza już niedługo po dojściu do władzy w RFN ekipy Brandta zaczęła sondować możliwość normalizacji stosunków. Układ zachodnioniemiecko-radziecki z 12 sierpnia 1970 r. przyspieszył działania Gomułki i Cyrankiewicza. Warunkiem normalizacji stosunków, jaki postawili Brandtowi było uznanie przez RFN nieodwracalnego charakteru ustalonej w umowie poczdamskiej polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej. Brandt ten warunek przyjął, co umożliwiło zawarcie układu warszawskiego z 7 grudnia 1970 r.

W układzie tym RFN uznała w sposób jednoznaczny zachodnią granicę Polski oraz zobowiązała się do niekwestionowania istniejącego wtedy stanu prawnego. Podczas wizyty w Warszawie kanclerz Willy Brandt ukląkł przez Pomnikiem Bohaterów Getta. W ten sposób symbolicznie zamanifestował uznanie niemieckiej winy za wywołanie drugiej wojny światowej i popełnione podczas niej zbrodnie, Chociaż to nie on – były bojownik antynazistowski – powinien tam klęczeć, uczynił to w zastępstwie tych niemieckich polityków, którzy wtedy do takiego kroku nie byli zdolni.

A było ich wielu, bo gest Brandta i uznanie polskiej granicy zachodniej wywołały wściekłość niemieckiej prawicy. Bundestag ratyfikował układ warszawski 17 maja 1972 r. 248 głosami, przy 238 wstrzymujących się i 10 sprzeciwu. Najgłośniej protestowała bawarska CSU oraz młody polityk CDU Helmut Kohl (1930-2017) – ten sam, który jako kanclerz podczas rokowań 2+4 w 1990 r. będzie kwestionował polską granicę zachodnią. Ustawę o ratyfikacji układu podpisał 23 maja 1972 r. prezydent RFN Gustav Heinemann. Natomiast 26 maja 1972 r. układ ratyfikowała Rada Państwa PRL. Jednakże politycy CDU i CSU zaskarżyli układ do Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. 31 lipca 1973 r. Federalny Trybunał Konstytucyjny orzekł, że układ jest zgodny z konstytucją RFN, ale równocześnie przyjął interpretację prawną układu całkowicie wypaczającą jego sens.

Wedle tej interpretacji układ PRL-RFN nie stanowił uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, ale był jedynie przyjęciem przez RFN do wiadomości tego stanu rzeczy i deklaracją niepodejmowania działań zbrojnych w celu zmiany tej granicy. Pod naciskiem CDU/CSU równocześnie z ratyfikacją układu została uchwalona rezolucja Bundestagu mówiąca, że „układy nie wykluczają uregulowania problemu Niemiec w traktacie pokojowym i nie stwarzają podstawy prawnej dla istniejących dziś granic”. Ta rezolucja oraz orzeczenie Federalnego Trybunału Konstytucyjnego stały się podstawą do kwestionowania polskiej granicy zachodniej przez ekipę Helmuta Kohla w latach 80-tych XX w. i podczas rokowań w sprawie zjednoczenia Niemiec w 1990 r.

Układ warszawski z 7 grudnia 1970 r. był wydarzeniem doniosłym politycznie i historycznie z dwóch powodów. Niezależnie od punktu widzenia polityków CDU/CSU układ ten oznaczał faktyczne uznanie polskiej granicy zachodniej przez RFN, co – pomimo oporu Kohla w 1990 r. – ostatecznie spowodowało, że zjednoczone Niemcy uznały tę granicę w podpisanym 14 listopada 1990 r. przez Hansa-Dietricha Genschera i Krzysztofa Skubiszewskiego polsko-niemieckim traktacie granicznym. Zawarcie tego traktatu byłoby o wiele trudniejsze, gdyby nie było układu z 1970 r.

Druga doniosłość układu PRL-RFN polegała na tym, że był on ze strony Władysława Gomułki i Józefa Cyrankiewicza posunięciem samodzielnym, podjętym faktycznie za plecami Moskwy. Na Kremlu odczytano to jednoznacznie – jako akt emancypacji politycznej zmierzający do usunięcia najważniejszego czynnika politycznej zależności PRL od ZSRR, czyli wyłącznego gwarantowania polskiej granicy zachodniej przez ZSRR. To być może legło u podstaw gwałtownego odsunięcia od władzy ekipy Gomułki-Cyrankiewicza kilkanaście dni po podpisaniu układu PRL-RFN, połączonego z krwawymi wydarzeniami na Wybrzeżu.

Bohdan Piętka

23 grudnia 2020 r.