Wygrała formuła Steinmeiera

Trójstronna Grupa Kontaktowa – gremium złożone z przedstawicieli Ukrainy, Rosji i OBWE, działające na rzecz dyplomatycznego rozwiązania konfliktu w Donbasie – zaakceptowała tzw. formułę Steinmeiera, czyli zaproponowany jeszcze w 2016 roku przez ówczesnego szefa dyplomacji Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera plan zakończenia wojny na wschodzie Ukrainy. Po kilkumiesięcznych pertraktacjach Leonid Kuczma – przedstawiciel Ukrainy w Grupie Kontaktowej – parafował 1 października w Mińsku ukraińską zgodę na formułę Steinmeiera, która zakłada, że ukraiński parlament ma przegłosować ustawę nadającą tymczasowy specjalny status części obwodów donieckiego i Ługańskiego. Jednocześnie na tym terytorium miałyby się odbyć wybory samorządowe według ukraińskiego prawa. Cały proces ma obserwować OBWE, a gdy uzna, że wybory odpowiadały standardom demokratycznym, status ten ma obowiązywać na stałe.

Jeszcze 18 września Kuczma sprzeciwiał się w Mińsku takiemu rozwiązaniu żądając, by najpierw Rosja wycofała swoje wojska z Donbasu, a Ukraina uzyskała kontrolę nad granicą pomiędzy republikami ludowymi w Doniecku i Ługańsku a Rosją. Formalnie w Donbasie nie ma wojsk rosyjskich, więc to żądanie stawiało dalsze negocjacje w martwym punkcie. Prezydent Wołodymyr Zełenski jednak wycofał się z takiego stanowiska i porozumienie stało się możliwe. Jego zgoda na przyjęcie formuły Steinmeiera, zawieszenie broni i wycofanie sił ukraińskich z miejscowości Pietrowskoje i Zołotoje umożliwia przeprowadzenie szczytu „normandzkiej czwórki” (Francja, Niemcy, Ukraina, Rosja). Droga do zakończenia wojny w Donbasie została otwarta. Zełenski tym samym spełnił swoją podstawową obietnicę wyborczą, dzięki której został wybrany przez Ukraińców na prezydenta w kwietniu br. – obietnicę zakończenia wojny z rosyjskojęzyczną ludnością na wschodzie Ukrainy. Wojny będącej skutkiem przewrotu politycznego w Kijowie w 2014 roku.

Sam Zełenski przyznał, że konflikt w Donbasie zaczął się od „kwestii językowej” i że w obecnej sytuacji kraju „nie można koncentrować się na takich, dzielących ludzi kwestiach”[1]. Zaczął się od próby wykreowania nacjonalistycznej, antyrosyjskiej Ukrainy – co było celem puczu majdanowego w 2014 roku. Doprowadziło to w konsekwencji do rozpadu tego państwa, ponieważ rosyjskojęzyczna ludność Ukrainy nie chciała być społecznością drugiej kategorii w państwie budującym tożsamość narodowo-państwową na tradycji politycznej Stepana Bandery. Mieszkający na Ukrainie Rosjanie i rosyjskojęzyczni Ukraińcy – w sumie jedna trzecia obywateli tego kraju – postanowili w tej sytuacji przyłączyć się do Rosji. Dlatego wiosną 2014 roku odpadł od Ukrainy Krym – zamieszkały w większości przez Rosjan. Była to ich wola, a nie „rosyjska aneksja”, jak to podaje się w polskich mediach. Do tego samego zmierzał Donbas. Jednakże Rosja Donbasu nie chciała, a ekipa Poroszenki w Kijowie postanowiła go spacyfikować rękami nacjonalistów ukraińskich. Tak doszło do wojny, która wbrew narracji polskich mediów nie była „rosyjską agresja”, ale ukraińską wojną domową. Jej zakończenie stało się po pięciu latach wolą większości Ukraińców – zmęczonych rządami majdanowej ekipy Poroszenki. Ta ekipa przegrała i została odsunięta od władzy właśnie dlatego, że większość Ukraińców chciała i chce pokoju w swoim państwie.

Zaakceptowanie formuły Steinmeiera przez Ukrainę z zadowoleniem przyjęli kanclerz Angela Merkel, szef MSZ Niemiec Heiko Mass, szef MSZ Francji Jean Yves Le Drian i ministerstwo ds. europejskich Wielkiej Brytanii[2]. Tym samym stało się możliwe zniesienie sankcji przeciw Rosji, których Niemcy i Francja tak naprawdę nigdy nie chciały i zgodziły się na nie tylko pod naciskiem promajdanowej polityki amerykańskiej. Samemu Zełenskiemu bardzo zależy na spotkaniu z Władimirem Putinem. Ma nadzieję, że takie spotkanie przyspieszy ostateczne porozumienie[3].

To co stało się w Mińsku 1 października jest faktem bardzo doniosłym. Ostatecznie przegrała na Ukrainie majdanowa „partia wojny”, którą tworzą Batkiwszczyna, obóz Poroszenki i cała plejada epigonów banderyzmu od partii Swoboda i Prawego Sektora poczynając, a na neonazistowskim ruchu azowskim kończąc. Przegrał Majdan. Po ponad pięciu latach od tego wspieranego szczególnie przez Polskę przewrotu nastąpiła wielka klęska jego sprawców oficjalnych i zakulisowych. Przegrani wyszli na ulice. Szef ruchu azowskiego Andrij Biłecki nazwał porozumienie z Mińska „kapitulacją Ukrainy na warunkach Putina” i wezwał do protestów przed siedzibą prezydenta Zełenskiego. Wezwanie to poparł natychmiast Petro Poroszenko[4]. Z kolei pani Julia Tymoszenko oświadczyła, że uważa formułę Steimeiera za nie do przyjęcia, ponieważ „jej podpisanie w Mińsku to bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, integralności terytorialnej i suwerenności [Ukrainy]”[5]. Nie, proszę panią. To skutek firmowanej m.in. przez panią awanturniczej polityki. Trzeba umieć ponosić konsekwencje własnych działań.

Przeciwko przyjęciu formuły Steinmeiera zbuntowały się też zdominowane przez neobanderowską Swobodę rady obwodów lwowskiego i tarnopolskiego. W przyjętych jednogłośnie uchwałach epigoni Stepana Bandery z zachodniej Ukrainy stwierdzili, że porozumienie z Mińska jest niedopuszczalne i oznacza kapitulację przed Rosją. Szef lwowskiej Swobody Lubomyr Melnyczuk zagroził, że jeśli porozumienie będzie wdrażane, to władze w Kijowie „dostaną taką walkę, jakiej Ukraina jeszcze nie widziała”[6]. Na ulice Kijowa 2 października i w niedzielę 6 października wyszły tysiące ukraińskich nacjonalistów w proteście przeciw porozumieniu z Mińska. Ogłosili oni powołanie „Ruchu przeciwko kapitulacji”. Wśród jego sygnatariuszy znaleźli się m.in. były przywódca Prawego Sektora Dmytro Jarosz i były minister oświaty Serhij Kwit. Obaj są fanatycznymi banderowcami i nigdy tego nie ukrywali. Są to jednak już tylko żałosne zawodzenia przegranej „partii wojny”. Nacjonaliści ukraińscy po raz kolejny nie są w stanie zmienić biegu historii.

Z tym zawodzeniem obozu Poroszenki, Tymoszenko i nacjonalistów ukraińskich współbrzmi narracja wielu polskich mediów. Władze polskie zachowały wstrzemięźliwość wobec tego, co stało się w Mińsku 1 października. To, czego nie powiedzieli politycy polscy, powiedziały natomiast polskie media. Wymowne były już same tytuły doniesień o porozumieniu mińskim: „Rosja wygrała? Ukraina wstępnie zgodziła się na tzw. plan Steinmierea” (forsal.pl), „Ryzykowna gra Kijowa. Ekipa Zełenskiego wykonała pierwszy krok do legalizacji samozwańczych republik Donbasu” (dziennik.pl), „Formuła Steinmeiera i wybory w Donbasie. Ryzykowna gra, ale nie kapitulacja” (gazetaprawna.pl), „Czy Ukraina może jeszcze polegać na Europie? Zaproponowana przez Niemców formuła zakończenia konfliktu w Donbasie stawiałaby Ukrainę w niekorzystnym położeniu w stosunku do Rosji” (gosc.pl), „Nie kapitulacji!. W Kijowie protesty przeciwko »formule Steinmeiera«” – cieszy się belsat.eu, „Ukraina. Wstępna zgoda na legalizację samozwańczych republik Donbasu” (gazeta.pl). Kawę na ławę wyłożył bez ogródek pan Andrzej Łomanowski z działu zagranicznego dziennika „Rzeczpospolita”. Zacytuję jego felieton w całości.

„Wymęczone wojną społeczeństwo – pisze red. Łomanowski – zagłosowało na nowego przywódcę, który chciał ją zakończyć. Teraz jednak Wołodymyr Zełenski udowadnia prawdziwość powiedzenia, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Można mieć wątpliwości, czy prezydent Ukrainy zdaje sobie sprawę z konsekwencji swych gestów dobrej woli. Najpierw udało mu się doprowadzić do wymiany więźniów z Rosją. Tyle że skapitulował i uznał, że ukraińscy wojskowi marynarze, których Rosjanie zatrzymali w listopadzie 2018 r., nie są jeńcami wojennymi, ale zwykłymi więźniami. W dodatku milcząco uznał rosyjskie pretensje do kontrolowania całej Cieśniny Kerczeńskiej i oddał Rosji ukraińskiego obywatela, który był kluczowym świadkiem w sprawie zestrzelenia malezyjskiego boeinga nad Donbasem w lipcu 2014 r. Teraz zaś – by ruszyć z miejsca rozmowy pokojowe – Wołodymyr Zełenski znów przyjął rosyjskie warunki. Z tego, co wiadomo, Kreml będzie mógł przeprowadzić sobie na okupowanych terenach wybory (lokalne i na brakujące miejsca do ukraińskiego parlamentu). W ten sposób otrzyma to, do czego dążył, czyli silne prorosyjskie lobby w Kijowie, z prawem weta wobec strategicznych wyborów: członkostwa w UE i NATO. I będzie mógł rozszerzyć swoje wpływy nad Dnieprem, znacznie ograniczone z powodu agresji z 2014 r. Jeśli potwierdzą się informacje o szczegółach najnowszych porozumień z Mińska, będzie mogło to dla nas oznaczać zamrożenie współpracy z Ukrainą. W geopolitycznym sensie nasz sąsiad będzie stracony, co wraz z wchłanianiem Białorusi przez Rosję oznacza, że teraz my znajdziemy się na pierwszej linii konfliktu z Kremlem”[7].

Zamrożenie współpracy z Ukrainą… W geopolitycznym sensie nasz sąsiad jest stracony… Ach tak… Taka jest reakcja ponadpartyjnego obozu polskiej rusofobii wobec perspektywy pokoju na Ukrainie. Tutaj została pokazana cała „moralność” polskiej polityki. Powodem zamrożenia współpracy z Ukrainą nigdy nie stały się kult nacjonalizmu ukraińskiego i oficjalna negacja przez Kijów ludobójstwa OUN-UPA na Polakach. To nigdy polskiej „klasie politycznej” nie przeszkadzało i nie przeszkadza nadal. W geopolitycznym sensie Ukraina została stracona dla polskiej „klasy politycznej” dopiero wtedy, gdy zapragnęła pokoju ze swoimi obywatelami pochodzenia rosyjskiego i Rosją. Nie mogą już pójść „z Kozakami na Moskwę” – jak chciał pan Jerzy Targalski. Dlatego Ukraina jest dla nich geopolitycznie „stracona”.

Z felietonu red. Łomanowskiego wychodzi cały absurd polityki uprawianej od ćwierć wieku w Warszawie. Polityki opartej na historycznych sentymentach i uprzedzeniach, oderwanej od rzeczywistości, opartej na fałszywych przesłankach i będącej jedynie pomocniczym narzędziem realizacji interesów amerykańskich w Europie Środkowo-Wschodniej. Dla postsolidarnościowych elit politycznych istnienie Polski ma sens tylko wtedy, gdy szkodzi ona Rosji, a wspieranie Ukrainy ma sens także tylko wtedy, gdy szkodzi ona Rosji. Tak wygląda cała „mądrość” i „moralność” polskiej polityki wschodniej.

Odpowiedzialni za taką politykę są ludzie, którzy nie zdobyli podstawowej wiedzy historycznej i geopolitycznej oraz hołdują prometejskim mitom sprzed stu lat, które nie mają żadnego przełożenia na świat współcześnie istniejący. Nie rozumieją ci ludzie swojej śmieszności i faktu, że ich Międzymorze było i jest jedynie mitem, który musiał rozpłynąć się we mgle. Zamiast Międzymorza będzie zmodyfikowana do warunków współczesnych Mitteleuropa, ponieważ karty na Ukrainie rozdają Niemcy i Rosja, a nie Polska, która nie ma do tego własnej siły i ze względu na swoją dziwaczną politykę zagraniczną nie może być traktowana przez kogokolwiek poważnie. Antyrosyjska Ukraina zawsze była i zawsze będzie proniemiecka i w Berlinie, a nie w Warszawie będzie upatrywać swojego protektora. Żeby to jednak wiedzieć, trzeba przynajmniej ogólnie znać historię jako naukę, a nie bajki historyczne o Przedmurzu i Międzymorzu.

Zarysowujące się na Ukrainie porozumienie pokojowe jest klęską nie tylko ukraińskiej, ale także polskiej „partii wojny” oraz jej historycznych i ideologicznych mitów. I co teraz? Rosyjskie czołgi ruszą na Warszawę – jak to wynika konkluzji zawartej w felietonie red. Łomanowskiego. No to cała nadzieja w Fort Trump, który jednakże – jak sam prezydent Donald Trump powiedział – zostanie utworzony nie dlatego, że USA obawiają się agresji rosyjskiej w Europie, ale dlatego, że prezydent Duda o to go poprosił i zadeklarował sfinansowanie stacjonowania wojsk amerykańskich w Polsce. Panowie, naprawdę nie widzicie swojej śmieszności?

[1] Zełenski: konflikt w Donbasie zaczął się od kwestii językowej, http://www.kresy.pl, 10.10.2019.

[2] Merkel: porozumienie ws. Donbasu otwiera drogę do szczytu normandzkiej czwórki w Paryżu, http://www.kresy.pl, 3.10.2019.

[3] R. Szoszyn, Ukraina-Rosja: Przełom czy kapitulacja?, http://www.rp.pl, 2.10.2019.

[4] Ukraińscy nacjonaliści oburzeni porozumieniem ws. Donbasu wzywają do wyjścia na ulice, http://www.kresy.pl, 1.10.2019.

[5] Tymoszenko i Poroszenko oraz ich partie przeciwko porozumieniu ws. Donbasu według „formuły Steinmeiera”, http://www.kresy.pl, 2.10.2019.

[6] Ukraina: rady obwodów lwowskiego i tarnopolskiego przeciwko akceptacji „formuły Steinmeiera”, http://www.kresy.pl, 2.10.2019.

[7] Łomanowski: Dobre chęci Zełenskiego, http://www.rp.pl, 2.10.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 43-44 (2263/2264), 20-27.10.2019, s. 9

Reklamy

Odejście Wjatrowycza

18 września został odwołany ze stanowiska szef Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wjatrowycz, który pełnił tę funkcję od 25 marca 2014 roku. W złożonym oświadczeniu Wjatrowycz stwierdził, że zdołał zrealizować większość celów, które przed sobą postawił. Wymienił usunięcie komunistycznej symboliki ze sfery publicznej, otwarcie archiwów KGB, „oddanie sprawiedliwości uczestnikom ruchu wyzwoleńczego”, czyli przyznanie praw kombatanckich członkom OUN i UPA (nawet tym, którzy brali czynny udział w zbrodniach przeciwko ludzkości), wznowienie „rehabilitacji ofiar represji”, a także przeprowadzenie szeroko zakrojonej akcji „popularyzacji ukraińskiej historii”. Ta akcja polegała głównie na propagowaniu sfałszowanej historii nacjonalizmu ukraińskiego i negacji jego zbrodni. Odwołany szef UIPN skromnie pominął swoje największe „osiągniecie” – zablokowanie możliwości ekshumacji Polaków zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich na dawnych Kresach Wschodnich II RP.

Wjatrowycz dodał, że otrzymał zapewnienie od ukraińskiego premiera Ołeksija Honczaruka, że UIPN zachowa status organu władzy i instrumenty prowadzenia „polityki pamięci”. „Będzie kontynuowany format i kierunki pracy” – stwierdził. Powodu zdymisjonowania Wjatrowycza trzeba doszukiwać się w tym, że ekipa Zełenskiego postrzegała go jako człowieka Poroszenki. Na razie nie ma bowiem sygnałów, by miała się zmienić ukraińska polityka historyczna. Jest wręcz przeciwnie.

18 lipca przewodniczący Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego Eduard Dolinsky poinformował, że w Samborze (obwód lwowski) odsłonięto w Alei Chwały pomnik Zinowija Terszakowca (1913-1948) – szefa Lwowskiego Krajowego Prowodu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów-Banderowców. Terszakowiec był m.in. odpowiedzialny za organizowanie w Połtawie w 1941 roku ukraińskiej policji pomocniczej, która wymordowała około 8 tys. tamtejszych Żydów. Ponosi też odpowiedzialność za późniejsze czystki etniczne na Polakach, ale także zbrodnie na Ukraińcach. Tylko w latach 1947-1948 podległe mu struktury OUN-B i UPA zamordowały w obwodzie lwowskim co najmniej 853 członków partii komunistycznej i bezpartyjnych cywili – głównie Ukraińców. Na rozkaz Terszakowca zamordowany został m.in. Hawryło Kostelnyk (1886-1948) – wybitny duchowny greckokatolicki, doktor filozofii, pisarz i poeta, zdecydowany przeciwnik nacjonalizmu ukraińskiego.

Z kolei 28 lipca na cmentarzu w miejscowości Czerwone pod Złoczowem (obwód lwowski) odbyła się uroczystość pochowania szczątków 29 esesmanów z 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS „Galizien” (1. ukraińskiej). W uroczystości tej wziął udział m.in. nowy wiceprzewodniczący Lwowskiej Obwodowej Administracji Państwowej Roman Fyłypiw. Pomimo zmiany władzy wpisał się on w retorykę poprzedniego kierownictwa Ukrainy, a ściślej w retorykę UIPN Wjatrowycza. „Na tym miejscu polegli ludzie, którzy mieli honor bronić naszego państwa. Dzisiaj mamy wielką odpowiedzialność, aby kontynuować tę walkę o wyzwolenie narodowe. Ona trwa nie tylko o terytorium, ale także o język ukraiński i wiarę. Dziś mamy silną ukraińską armię, która jest gotowa bronić naszego państwa, mamy także narodową pamięć i świadomość, która pomoże nam chronić nasze wartości” – powiedział Fyłypiw (cyt. za: „Pod Lwowem uroczyście pochowano szczątki 29 esesmanów”, http://www.kresy.pl, 29.07.2019).

To tylko dwa z wielu przykładów, które pokazują, że w polityce historycznej Ukrainy nie zaszły zmiany. Celem tej polityki, firmowanej dotychczas przez Wjatrowycza, było wykreowanie antyrosyjskiej Ukrainy poprzez budowanie świadomości państwowo-narodowej Ukraińców na tradycji nacjonalistyczno-banderowskiej. Towarzyszyło temu nie mające precedensu w dziejach najnowszych Europy fałszowanie historii.

Warto przypomnieć, że książka Wjatrowycza „Stosunek OUN do Żydów: formowanie stanowiska na tle katastrofy” została skrytykowana przez Johna-Paula Himkę, Tarasa Kuryło, Pera Andersa Rudlinga i Grzegorza Rossolińskiego-Liebe. W ich opinii praca ta zaprzecza antysemityzmowi OUN i zbrodniom nacjonalistów ukraińskich na Żydach, niewiele wnosi do poznania historii, natomiast w dużym stopniu przyczynia się do jej wypaczenia. Również książka Wjatrowycza „Druga wojna polsko-ukraińska 1942-1947” została ostro skrytykowana przez takich historyków jak Grzegorz Hryciuk, Ihor Iljuszyn, Grzegorz Motyka, Andrij Portnow, Per Anders Rudling, Grzegorz Rossoliński-Liebe, Andrzej Leon Sowa i Andrzej Zięba. Krytycy ci zwrócili uwagę, że już samo posługiwanie się terminem „wojna” dla opisu stosunków polsko-ukraińskich w latach 1939-1947 jest próbą ukrycia ludobójczej czystki etnicznej dokonanej na Polakach przez OUN-B i UPA. Według prof. A. Zięby książka Wjatrowycza jest pełna przemilczeń i fałszerstw wprowadzających czytelnika w błąd, mających na celu rozgrzeszenie sprawców zbrodni i skonsolidowanie Ukraińców wokół nacjonalistycznej mitologii. Andrzej L. Sowa i Per A. Rudling odmówili tej pracy jakiejkolwiek wartości naukowej. Natomiast niemiecka badaczka nacjonalizmu ukraińskiego Franziska Bruder już w 2011 roku wezwała świat naukowy do bojkotowania Wjatrowycza.

Niestety, wezwanie takie nigdy nie padło ze strony polskich władz, stających na stanowisku, że antyrosyjską Ukrainę trzeba wspierać za wszelką cenę. Prof. Włodzimierz Osadczy trafnie zauważył, że bez potępienia przez nowe władze Ukrainy działalności Wołodymyra Wjatrowycza, jego odwołanie nie powinno wzbudzać w Polsce entuzjazmu, a wręcz rozczarowanie, że nastąpiło z półrocznym opóźnieniem. Wjatrowycz odszedł, ale jego zatrute dziedzictwo pozostało i nic nie wskazuje na to, by miało zostać szybko usunięte z ukraińskiej przestrzeni publicznej.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 2 października 2019 r.

„Przegląd” nr 40 (1030), 30.09-6.10.2019, s. 31

Międzymorze odpływa

11 lipca – kiedy w Polsce obchodzono Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na obywatelach II RP – MSZ Ukrainy opublikowało oświadczenie, w którym przedstawiło swoją interpretację historii. Dowiedzieliśmy się z niego, że MSZ Ukrainy „jednoznacznie i zdecydowanie potępia” zbrodnie przeciw ludności cywilnej, wymieniając „Ukraińców, Polaków, Żydów, Czechów” – w tej właśnie kolejności. Dalej czytamy: „Jednocześnie nie możemy zgodzić się z jednostronną i upolitycznioną oceną tragicznych wydarzeń z lat 1943-1944 ze strony polskich polityków i dyplomatów”. Według MSZ Ukrainy, „prawda o ówczesnych wydarzeniach musi zostać ustalona na podstawie wiarygodnych materiałów archiwalnych”. Pouczono też stronę polską, że „próby manipulowania tragiczną historią, jej jednostronne traktowanie i wykorzystywanie do celów politycznych są niedopuszczalne”. Dodano, że „to tylko rozpala negatywne emocje między Ukraińcami i Polakami i nie sprzyja wyjaśnieniu prawdy”. Głos zabrał też pan Wołodymyr Wjatrowycz, który oświadczył, że warunkiem odblokowania ekshumacji szczątków Polaków pomordowanych na Kresach Wschodnich jest przywrócenie przez stronę polską przynajmniej jednego z nielegalnych upamiętnień UPA na terytorium Polski[1].

To wszystko pokazuje, że administracja Zełenskiego w polityce historycznej wobec Polski weszła w buty poprzedniej administracji Poroszenki, stając na gruncie kłamstwa i negacji zbrodni nacjonalizmu ukraińskiego oraz wpisując się w narrację polityczno-historyczną jego epigonów.

Należy zauważyć, że pouczenia ukraińskiego MSZ pod adresem polskich polityków są dla nich wysoce krzywdzące. Politycy ci bowiem stali i stoją na stanowisku, że Ukrainy nie należy drażnić i trzeba stosować wobec niej w kwestiach historycznych taryfę ulgową, przymykając oczy na odrodzenie i heroizację nacjonalizmu ukraińskiego. Jest rzeczą bardzo wymowną, że publicysta prorządowego tygodnika „Sieci” Jakub Maciejweski uczcił rocznicę Krwawej Niedzieli tekstem pt. „Do listy winnych za ludobójstwo na Wołyniu należy doliczyć Niemcy a także Rosję”[2]. Rosję, której wtedy nie było. Był ZSRR, a partyzantka radziecka ocaliła największą polską samoobronę w Przebrażu i udzieliła pomocy kilku innym polskim samoobronom. Ze strony AK i NSZ tej pomocy ofiary Wołynia się przecież nie doczekały. Jest też wymowne, że rocznicę 11 lipca przykrywano w rządowych mediach rocznicą obławy augustowskiej z 1945 roku, która bynajmniej nie była okrągła i przypadła 10 lipca. Mówiono zatem o zbrodniach NKWD (w podteście Rosji), a nie UPA.

Wszystko to oczywiście w imię budowy Międzymorza i wspierania za wszelką cenę antyrosyjskiej Ukrainy, bo „lepsza Ukraina banderowska niż sowiecka”, bo tylko w ten sposób można wypchnąć znienawidzoną Rosję z Europy. Ta wielka idée fixe PO i PiS właśnie sypie się w gruzy.

17 lipca przybył do Strasburga oligarcha Wiktor Medwedczuk – jeden z liderów prorosyjskiej Platformy Opozycyjnej – Za Życiem, czyli byłej Partii Regionów, której władzę brutalnie obalono w wyniku wspieranego przez USA i UE puczu kijowskiego w 2014 roku. Medwedczuk znany jest z zażyłych stosunków z Władimirem Putinem – prywatnie ojcem chrzestnym jego córki – i w przeszłości miał opinię głównego łącznika między Kremlem a ukraińską elitą polityczną. Spotkał się on w siedzibie Parlamentu Europejskiego z eurodeputowanymi reprezentującymi Wielką Brytanię, Niemcy, Hiszpanię, Belgię, Węgry, Słowację i Łotwę, którym przedstawił swój projekt planu pokojowego dla Donbasu. Wspomniani eurodeputowani dowiedzieli się od Medwedczuka, że jego partia uważa Krym za terytorium Ukrainy, ale jest to tylko stanowisko wyjściowe. Dalej zaproponował on szeroką autonomię dla Donbasu jako części Ukrainy. Wedle jego relacji, część eurodeputowanych miała wyrazić zadowolenie, iż został przełamany monopol „partii wojny” – kojarzonej z byłym prezydentem Poroszenką – na przekazywanie informacji o sytuacji na Ukrainie.

18 lipca Medwedczuk udał się ze Strasburga do Sankt Petersburga, gdzie spotkał się z prezydentem Rosji. Przyjazd Medwedczuka zbiegł się w czasie z końcem wizyty Aleksandra Łukaszenki, stąd jego rozmowa z Putinem odbyła się w obecności prezydenta Białorusi. Putin poparł przedstawiony przez ukraińskiego oligarchę plan dotyczący Donbasu i dodał, że rozwiązanie konfliktu jest możliwe wyłącznie w drodze bezpośredniego porozumienia władz w Kijowie z separatystami[3].

Ostatnie sondaże dają partii Medwedczuka drugie miejsce, za partią Zełenskiego Sługa Ludu, w wyborach parlamentarnych przewidzianych na 21 lipca. Nie można wykluczyć, że misja Medwedczuka do Strasburga i Sankt Petersburga odbyła się nie tylko za przyzwoleniem, ale z pełnym poparciem prezydenta Zełenskiego. Kogo miałby zresztą prezydent Ukrainy wysłać na negocjacje z Putinem, jak nie lidera partii prorosyjskiej, mającego na dodatek bliskie związki osobiste z prezydentem Rosji.

15 lipca, a więc zanim Medwedczuk przybył do Strasburga, proukraiński portal jagiellonia.org zamieścił obszerny materiał informacyjny pod jakże dramatycznym tytułem: „Pokój na warunkach Putina? Ukraiński oligarcha Wiktor Pinczuk zaproponował zapomnieć o aneksji Krymu i porzucić proces integracji z UE i NATO”. Wedle portalu jagiellonia.org, ukraiński oligarcha żydowskiego pochodzenia Wiktor Pinczuk (zięć byłego prezydenta Leonida Kuczmy) – z którym różne powiązania miał i chyba jeszcze ma pan Aleksander Kwaśniewski – zaproponował Ukrainie „bolesny kompromis dla pokoju” z Rosją. Napisał o tym otwarcie we własnej kolumnie na łamach „The Wall Street Journal”. Pinczuk proponuje przede wszystkim, żeby Ukraina zrezygnowała z zamiarów przystąpienia do UE i NATO. Jego zdaniem, „Krym nie powinien stać na drodze do porozumienia, które zakończy wojnę” w Donbasie, czyli Ukraina powinna uznać jego przyłączenie do Rosji. Przyznał, że konflikt na wschodzie Ukrainy został zainicjowany „z zagranicy” i nie jest wojną domową. Uważa również, że uczciwe wybory na separatystycznych terytoriach są niemożliwe, ale mimo to proponuje przeprowadzić wybory lokalne w Donbasie pod kontrolą Rosji i tamtejszych władz. Jego zdaniem, pokaże to „zaangażowanie Ukrainy w pokojowe zjednoczenie”. Według Pinczuka Kijów powinien również „wyjaśnić, że jesteśmy gotowi zaakceptować złagodzenie sankcji” wobec Federacji Rosyjskiej, co „przybliży nas do wolnej, zjednoczonej, pokojowej i bezpiecznej Ukrainy”. „Pod koniec maja ukraińscy dziennikarze kilkakrotnie zauważyli w pobliżu Administracji Prezydenta Ukrainy samochód multimiliardera Wiktora Pinczuka” – alarmuje jagiellonia.org. Warto przypomnieć, że Pinczuk w grudniu 2013 roku poparł pucz kijowski i prawdopodobnie był jednym z jego sponsorów.

Nie był to pierwszy tak alarmistyczny materiał informacyjny proukraińskiego portal jagiellonia.org – opoki prometeizmu, giedroycizmu i atlantyzmu. Wcześniej portal ten zamieścił tak dramatyczne materiały informacyjne jak: „Prorosyjskie siły chcą oszukać Ukraińców. Prezydent Zełenski i przyjaciel Putina Medwedczuk mówią jednym głosem w sprawie pokoju z Rosją” (29.05.2019), „Rosyjskie służby specjalne negocjowały z bliskim otoczeniem Zełenskiego na długo przed rozpoczęciem wyścigu [do] wyborów prezydenckich na Ukrainie” (6.07.2019) i „Prorosyjska Ukraina. Kreml przygotowuje operację geopolityczną, która dla Polski będzie oznaczała katastrofę” (6.07.2019).

Tak kończą się neoprometejskie i postgiedroyciowskie mrzonki „klasy politycznej” w Polsce o Międzymorzu i antyrosyjskiej Ukrainie, która będzie „kordonem sanitarnym” oddzielającym Rosję od Polski i Europy. Jedynymi rezultatami ślepego wspierania i uwielbiania Ukrainy przez kolejne ekipy rządzące w Warszawie są ogromna imigracja ukraińska do Polski, która stwarza coraz więcej problemów, oraz odrodzenie agresywnego nacjonalizmu ukraińskiego, który nigdy nie ukrywał swojego antypolskiego oblicza i z którym Kijów liczy się przede wszystkim w relacjach z Polską.

[1] MSZ Ukrainy: nie godzimy się na upolitycznianie „tragedii wołyńskiej”, http://www.kresy.pl, 12.07.2019.

[2] J. Maciejewski, „Do listy winnych za ludobójstwo na Wołyniu należy doliczyć Niemcy a także Rosję”, http://www.wpolityce.pl, 11.07.2019.

[3] Medwedczuk przedstawił w Parlamencie Europejskim, a potem Putinowi, swój plan pokojowy dla Donbasu, http://www.kresy.pl, 18.07.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 lipca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 31-32 (2251/2252), 28.07-4.08.2019, s. 4

Przemilczana rocznica zbrodni w Odessie

2 maja minęła rocznica, o której nie wspomniano w polskich mediach głównego nurtu – piąta rocznica zbrodni w Odessie. Jak napisał red. Krzysztof Podgórski na Facebooku: „Zbrodnia w Odessie – 5 lat nie wykryto, nie ukarano sprawców. 5 lat temu jako jedyny polski dziennikarz, na łamach Dziennika Trybuna, opisałem tę przerażającą zbrodnię. Środek Europy, Odessa i ukraińscy nacjonaliści i kibole palą żywcem 48 rosyjskojęzycznych mieszkańców – 2 maja 2014. W polskich mediach głównego nurtu to tabu. Ta zbrodnia kładzie się cieniem na współczesnej Ukrainie i kłaść się będzie dopóki winni nie zostaną wykryci i ukarani. Sankcji przeciwko Ukrainie nie było…”.

Ten komentarz w zupełności wystarczy. Nic do niego dodawać nie trzeba. Chyba tylko to, że zbrodnia w Odessie była jednym z dwóch aktów założycielskich pomajdanowej Ukrainy. Pierwszym była masakra na kijowskim Majdanie 20 lutego 2014 roku. Dzisiaj już wiemy, że prowokatorami i sprawcami tej masakry byli nacjonaliści ukraińscy, którzy w przewrocie politycznym na Ukrainie w 2014 roku odegrali kluczową rolę, a nie formacja milicyjna „Berkut”, jak podały wtedy polskie media.

Tragiczne zajścia w Odessie – tak samo jak secesja Krymu i Donbasu – stanowiły pokłosie przewrotu na Majdanie oraz pierwszych decyzji nowych władz ukraińskich wymierzonych w ludność rosyjskojęzyczną Ukrainy, w tym próby delegalizacji języka rosyjskiego. Zajścia zaczęły się od przemarszu bojówkarzy Prawego Sektora i klubu sportowego Metalist Charków, którzy przyjechali do Odessy autokarami z Kijowa i Charkowa, oraz bojówkarzy klubu sportowego Czornomoreć Odessa. W sumie około 2 tys. osób. Po zakończonym meczu zorganizowali oni wspólny marsz wznosząc nacjonalistyczne hasła. Zachowywali się agresywnie, byli uzbrojeni w pałki, noże, siekiery, tzw. koktajle Mołotowa, a także w broń palną. W tym czasie miała też miejsce manifestacja aktywistów tzw. Antymajdanu na Ołeksandrowskim prospekcie. Z kolei na placu Kulikowe Pole funkcjonowało tzw. miasteczko namiotowe Antymajdanu – czyli zwolenników federalizacji Ukrainy, sympatyzujących z proklamowanymi właśnie republikami ludowymi w Doniecku i Ługańsku.

Najpierw manifestacja Antymajdanu została zaatakowana o godz. 14:40 EET przez nieznanego mężczyznę. Następnie przemarsz nacjonalistów został zaatakowany przez osoby w czerwonych opaskach i ze znakami prorosyjskich sił separatystycznych. Zza kordonu milicji oraz z dachów budynków osoby te rzucały w nacjonalistów kamieniami i granatami hukowymi. Wyglądało to tak, że w odwecie za atak na manifestację Antymajdanu antymajdanowcy zaatakowali przemarsz nacjonalistów. Najprawdopodobniej była to jednak prowokacja, której okoliczności do dzisiaj nie wyjaśniono. Środowiska prorosyjskie zaprzeczają, że miały cokolwiek wspólnego z atakiem na przemarsz nacjonalistów. Ich zdaniem za atakiem tym stały ukraińskie służby specjalne, a odpowiedzialność za to i doprowadzenie do tragicznych zajść w Odessie ponosi Andrij Parubij – wówczas sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony, a obecnie przewodniczący Rady Najwyższej Ukrainy. W 1991 roku współtwórca nacjonalistycznej partii „Swoboda”, a po przewrocie z 2004 roku polityk Naszej Ukrainy Juszczenki i Batkiwszczyny Tymoszenko, jeden z przywódców „pomarańczowej rewolucji” z 2004 roku (jako komendant Ukraińskiego Domu) i puczu kijowskiego z 2013/2014 roku (jako komendant Euromajdanu i koordynator Samoobrony Majdanu).

Bojówkarze Prawego Sektora oraz klubów sportowych – będąc przekonani, że zostali zaatakowani przez antymajdanowców – ruszyli w kierunku placu Kulikowe Pole z zamiarem rozbicia miasteczka namiotowego Antymajdanu. Doszło do starć, w których zginęły cztery osoby. Antymajdanowcy nie mieli szans w starciu z wyszkolonymi wojskowo bojówkarzami Prawego Sektora, weteranami przewrotu w Kijowie. Zostali wyparci przez nacjonalistów wznoszących okrzyki „Sława Ukrainie, herojam sława” oraz „Sława nacji, śmierć wrogom”, pochodzące z repertuaru OUN i UPA. Schronili się następnie w Domu Związków Zawodowych. Coraz bardziej agresywni nacjonaliści spalili miasteczko namiotowe Antymajdanu i otoczyli budynek Domu Związków Zawodowych, w którym schroniło się około 200-300 osób, w tym kobiety i dzieci. Bojówkarze nacjonalistyczni wdarli się także i tam. Wiele osób ciężko pobili. Jedną z kobiet, będącą w siódmym miesiącu ciąży, pobili kijem i udusili kablem. Wieczorem bojówkarze podpalili budynek Domu Związków Zawodowych, używając do tego butelek z benzyną. Zachował się film, na którym widać młode kobiety, towarzyszące bojówkarzom nacjonalistycznym, rozlewające benzynę do butelek po piwie. Rzucający tymi butelkami nacjonaliści krzyczeli „Spalić Moskali”. Celowo podpalili główne wejście oraz pozostałe wejścia, aby uniemożliwić ofiarom wydostanie się z budynku.

Według relacji Jurija Kaurowa – jednego z osaczonych w budynku Domu Związków Zawodowych – ludzie, którzy próbowali uciec przez okna byli ostrzeliwani z broni krótkiej, a tłum krzyczał „Płońcie Rosjanie”. Strzelających do okien podpalonego budynku bojówkarzy można też obejrzeć na zachowanym filmie, dostępnym na kanale YouTube. Ludzie, którzy pomimo ostrzału wyskakiwali z okien byli bici lub zabijani. Akcja ratunkowa milicji, straży pożarnej i pogotowia ratunkowego była przez pewien czas blokowana przez bojówkarzy nacjonalistycznych, którzy zrywali węże strażackie i uniemożliwiali stawianie drabin.

Ogółem w tragicznych zajściach zginęło 48 osób, w tym 40 aktywistów Antymajdanu, a 214 osób odniosło rany. W pożarze budynku Domu Związków Zawodowych zginęły 42 osoby, z których 10 zginęło wyskakując z okien, a 32 osoby zmarły w wyniku poparzeń lub zatrucia tlenkiem węgla. Wśród ofiar było siedem kobiet i jeden nieletni.

Według Służby Bezpieczeństwa Ukrainy wśród aktywistów Antymajdanu mieli znajdować się Rosjanie i obywatele separatystycznego Naddniestrza, a zajścia w Odessie miały być koordynowane przez grupy dywersyjne z Rosji, które miał finansować obalony w wyniku przewrotu kijowskiego prezydent Wiktor Janukowycz. Taką lub zbliżoną narrację powielono też w większości polskich mediów. M.in. portal tvn24.pl zamieścił 3 maja 2014 roku informację pt. „SBU: zamieszki koordynowali Rosjanie, wśród uczestników separatyści z Naddniestrza”. Post ten wisi na portalu tvn24.pl do dzisiaj. Jest tam mowa o tym, że w zajściach w Odessie uczestniczyły „nielegalne ugrupowania zbrojne z Naddniestrza”, a zamieszki koordynowały „grupy dywersyjne z Federacji Rosyjskiej”. Dalej czytamy, że „W ocenie SBU starcia między prorosyjskimi separatystami a zwolennikami jedności Ukrainy zostały sfinansowane przez byłych członków rządu obalonego w lutym prezydenta Wiktora Janukowycza, b. wicepremiera Serhija Arbuzowa i b. ministra dochodów Ołeksandra Kłymenkę”. Następnie mamy informację o ataku „prorosyjskich demonstrantów” na „pochód zwolenników władz w Kijowie” i zaraz potem informację o „pożarze w siedzibie związków zawodowych”, który podobno „był sztabem sił prorosyjskich”. Nie wiadomo co to za pożar i jak do niego doszło. Materiał tvn24.pl kończą wywody niejakiego Dmytro Tymczuka z organizacji „Informacyjny Opór” na temat rzekomego przybycia do Naddniestrza licznych jednostek wojska rosyjskiego i specnazu GRU. Jest też mowa o tym, że „turyści Putina” planują zająć 9 maja 2014 roku budynki lokalnych organów władzy w Odessie. Materiał został wzbogacony o mapkę, na której można zobaczyć jak blisko Odessy znajduje się Naddniestrze (część Mołdawii, która w 1990 roku ogłosiła secesję, uznawana przez Abchazję i Osetię Południową).

Tragedia w Odessie pokazała oblicze współczesnego nacjonalizmu ukraińskiego. Na Zachodzie mało znane, ale w Polsce dobrze znane z przeszłości. Nacjonalizm nawiązujący do tradycji banderowskich, niezależnie od rzeczywistego poparcia społecznego, jest na Ukrainie olbrzymią siłą i po 2014 roku zdobył w tym państwie znaczące wpływy. Dopóki jego siła i wpływy nie znikną, Ukraina nigdy nie stanie się państwem normalnym.

W piątą rocznicę tragedii w Odessie uroczystości żałobne – nadzorowane przez służby podległe Ministerstwu Spraw Wewnętrznych Ukrainy – odbyły się tylko w tym mieście. Do dzisiaj władze Ukrainy nie spieszą się z wyjaśnieniem okoliczności tej zbrodni i ukaraniem jej sprawców. Nikt też w Unii Europejskiej tego od nich nie oczekuje. Jedynie działająca na Ukrainie misja monitoringowa praw człowieka ONZ skrytykowała władze w Kijowie za brak woli przeprowadzenia rzetelnego śledztwa.

„Misja monitoringowa do spraw praw człowieka z niepokojem odnotowuje, że władze nie zrobiły wszystkiego, co konieczne dla zapewnienia szybkiego, niezależnego i bezstronnego śledztwa w sprawie śmierci i morderstw, do których doszło podczas zajść z 2 maja 2014 roku oraz dla postępowania karnego związanego z tymi działaniami” – głosi oświadczenie misji ONZ, które zacytowała agencja Interfax-Ukraina. Misja zwróciła przede wszystkim uwagę na to, że pięć lat od zajść w Odessie nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności: „Niektóre śledztwa, zarejestrowane po tych tragicznych wydarzeniach, zatrzymały się na etapie postępowania przedprocesowego, inne na etapie postępowania procesowego, co pozwala przypuszczać, że ze strony władz nie ma realnego zainteresowania zapewnieniem sprawiedliwość ofiarom i pociągnięciem winnych do odpowiedzialności”.

Misja ONZ druzgocąco oceniła także postępowania, które toczą się w związku z tragicznymi zajściami Odessie i w których oskarżono prawie wyłącznie aktywistów Antymajdanu. „Spośród 29 osób, wobec których wysunięto oskarżenia w związku z wyżej wspomnianymi zajściami, 28 jest zwolennikami federalizacji (Ukrainy). W tym samym czasie policja nie ustaliła konkretnych osób odpowiedzialnych za pożar w Domu Związków Zawodowych” – podkreślono w raporcie misji ONZ[1].

Bohdan Piętka

Oświęcim, 9 maja 2019 r.

[1] ONZ krytykuje Kijów: Postępowanie w sprawie Odessy prowadzone jest wybiórczo, http://www.rmf24.pl, 2.05.2019.

Klęska giedroycizmu

31 marca i 21 kwietnia odbyły się wybory prezydenckie na Ukrainie. W obu turach przy wysokiej frekwencji wygrał je Wołodymyr Zełenski, uzyskując 30,24 % oraz 73,22 % głosów. Dotychczasowy prezydent Petro Proszenko dostał 15,95 % oraz 24,35 % głosów. Wysoką wygraną Zełenskiego od dawna zapowiadały sondaże przedwyborcze.

Nowy prezydent Ukrainy, który obejmie urząd na początku czerwca, do niedawna był postacią bardziej znaną w show-biznesie niż w polityce. Wiadomo, że za nim i jego bezideową partią Sługa Ludu stoi oligarcha Ihor Kołomojski – jeden z głównych inicjatorów i sponsorów przewrotu politycznego na Ukrainie z przełomu 2013/2014 roku, skonfliktowany z Poroszenką. Wybory prezydenckie na Ukrainie były zatem rywalizacją dwóch klanów oligarchicznych – Poroszenki i Kołomojskiego. Pod tym względem ich wynik nie zapowiada żadnej zasadniczej zmiany. W kraju tym, po upadku ZSRR, wykształcił się patologiczny ustrój oligarchiczny, przypominający stosunki panujące na ziemiach dzisiejszej Ukrainy w okresie Rzeczypospolitej Obojga Narodów (1569-1795). Faktyczna władza należała tam wówczas do tzw. „królewiąt kresowych”, czyli spolonizowanej ruskiej magnaterii. Wynik wyborów niczego też nie zmieni w położeniu geopolitycznym Ukrainy. Nadal pozostanie ona w euro-atlantyckiej strefie wpływów i nadal będzie traktowana przez skrajne kręgi polityczne w USA jako ważny czynnik politycznej destabilizacji obszaru poradzieckiego.

„Żydowski komik miażdżąco wygrywa ukraiński wyścig prezydencki” („Jewish comedian Zelenskiy wins Ukrainian presidential race by landslide”) – skomentował wybór Zełenskiego izraelski dziennik „The Jerusalem Post”. Na jeszcze bardziej dosadny komentarz pozwolił sobie Eduard Dolinski – dyrektor generalny Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego – który stwierdził, że „Ukraina to jedyny kraj na świecie, oprócz Izraela, w którym prezydent i premier (Wołodymyr Hrojsman – uzup. BP) mają żydowskie pochodzenie”. Także więc i tutaj mamy do czynienia z kontynuacją i wzmocnieniem pewnych tendencji politycznych zapoczątkowanych na Ukrainie po przewrocie w 2014 roku.

Jednakże pomimo to wynik ukraińskich wyborów prezydenckich jest przełomem politycznym. Należy bowiem zastanowić się czym jest przegrana Petro Poroszenki.

Ukraińscy wyborcy opowiadając się tak zdecydowanie przeciwko Poroszence opowiedzieli się przeciwko temu wszystkiemu co Poroszenko sobą symbolizował – przeciągającemu się konfliktowi w Donbasie (rezultat przewrotu politycznego z 2014 roku), korupcji, biedzie, masowej emigracji, rozpadowi gospodarki. Przede wszystkim pokazali czerwoną kartkę skupionej wokół Poroszenki „partii wojny” – wspieranej przez Waszyngton i skrajne siły nacjonalistyczne na Ukrainie. Nie można na dzień dzisiejszy stanowczo stwierdzić, że Zełenski nie wpadnie w sidła „partii wojny”, jednakże zadeklarował on wolę wznowienia rozmów pokojowych w ramach formatu normandzkiego (Ukraina, Rosja, Niemcy, Francja) oraz w ramach procesu mińskiego (OBWE, Ukraina, Rosja). Zapowiedział też „wojnę informacyjną” na rzecz wstrzymania walk w Donbasie. Zełenski wygrał właśnie dlatego, że złożył takie deklaracje. Ukraińcy chcą pokoju z Rosją, nie wojny. Jeśli zatem Zełenski wejdzie w buty „partii wojny”, szybko straci ich poparcie.

W drugiej turze wyborów Poroszenko wygrał tylko w obwodzie lwowskim (w pierwszej turze – także w iwanofrankiwskim i tarnopolskim). Te trzy obwody dawnej Galicji Wschodniej – należącej przed 1939 rokiem do II RP – stanowią dzisiaj twierdzę odrodzonego nacjonalizmu ukraińskiego. Okazało się, że neobanderowcy byli jedynym elektoratem Poroszenki, który wspierał odrodzenie nacjonalizmu ukraińskiego, bazował na poparciu większości środowisk szowinistycznych, rehabilitował szowinizm ukraiński w ramach swojej polityki historycznej oraz budował na takim podłożu tożsamość państwowo-narodową pomajdanowej Ukrainy. W drugiej turze okazało się, że poparcie dla Poroszenki słabnie także wśród neobanderowców. Zełenski nie tylko wygrał w obwodach iwanofrankiwskim (w II RP województwie stanisławowskim) i tarnopolskim, ale nawet w rodzinnej wsi Stepana Bandery – Uhrynowie Starym koło Stanisławowa (obecnie Iwano-Frankiwsk), gdzie uzyskał 59 % głosów.

Podczas kampanii wyborczej Zełenski wypowiadał się w sposób ostrożny na temat nacjonalizmu ukraińskiego. Stwierdził m.in., że akceptuje fakt gloryfikowania Bandery we Lwowie. Warto przypomnieć, że obalony w 2014 roku Wiktor Janukowycz też akceptował ten fakt. Nie można zatem z całą pewnością powiedzieć, że pod rządami Zełenskiego znikną z życia publicznego Ukrainy Parubije i Wiatrowycze. Być może jednak nastąpi osłabienie ich wpływów. Większość Ukraińców głosując na Zełenskiego zamanifestowała bowiem swój sprzeciw wobec renesansu nacjonalizmu ukraińskiego i polityki nacjonalistycznej. Okazało się, że pomimo intensywnej banderyzacji w latach 2004-2010 oraz po 2014 roku większość Ukraińców odrzuca ideologię wywodzącą się wprost z faszyzmu oraz gloryfikację OUN i UPA, które uprawiały kolaborację z Niemcami hitlerowskimi i odpowiadają za zbrodnie o charakterze ludobójstwa, popełnione przecież także na Ukraińcach.

25 kwietnia parlament ukraiński przyjął w drugim czytaniu ustawę o języku ukraińskim jako jedynym języku państwowym. Przygotowana przez administrację Poroszenki ustawa o „totalnej ukrainizacji” w kraju, gdzie co najmniej 30 % ludności posługuje się językiem rosyjskim jako ojczystym, także była jedną z przyczyn jego klęski. Idąca w takim kierunku polityka była zresztą główną przyczyną odpadnięcia od Ukrainy w 2014 roku Krymu i Donbasu. Zdumiewa, że Poroszenko nie wyciągnął z tego żadnych wniosków. Być może uwierzył we własną propagandę o „rosyjskim spisku” i „rosyjskiej agresji”. Zełenski, który sam posługuje się językiem rosyjskim, a po ukraińsku nie mówi płynnie, stwierdził, że popiera status ukraińskiego jako jedynego języka państwowego. Jednocześnie zasugerował, że ustawa o „totalnej ukrainizacji” nie konsoliduje społeczeństwa i zapowiedział przeprowadzenie jej „rzetelnej analizy”.

Porażka Poroszenki jest wreszcie druzgocącą klęską polskiej polityki wschodniej opartej na mrzonkach giedroycizmu. Tej polityki, która nakazywała PiS i PO wspierać Poroszenkę za wszelką cenę, pomimo prowadzenia przez niego radykalnie antypolskiej polityki historycznej. Tej polityki, w imię której usłyszeliśmy od pana Wóycickiego, że Roman Szuchewycz powinien być dla Polaków „postacią o cechach bohatera”. Tej polityki, w imię której usłyszeliśmy od pana Żurawskiego vel Grajewskiego, że Stepan Bandera jest odpowiedzialny za śmierć rzekomo tylko jednego Polaka. Tej polityki, w imię której usłyszeliśmy od pana Sakiewicza, że „lepsza Ukraina banderowska niż sowiecka”. Tej polityki, która kazała PiS i PO nie tylko tolerować, ale wspierać renesans banderowski na Ukrainie w imię kreowania antyrosyjskiej Ukrainy. Tej polityki, która kazała PiS i PO wspierać szemraną Fundację Otwarty Dialog. Tej polityki, która w miejsce realiów wstawiała fantasmagorie o Międzymorzu vel Trójmorzu, krzewione latami przez „Gazetę Polską”, Klub Jagielloński itp. środowiska. Większość Ukraińców głosując na Zełenskiego powiedziała PiS i PO, że nie chce antyrosyjskiej Ukrainy opartej na fundamencie neobanderowkim.

Tak jak w 2010 roku klęską polityki giedroycizmu okazał się Juszczenko, tak teraz okazał się nią Poroszenko. Z faktu tego należałoby w Warszawie wyciągnąć wnioski, ale na razie nie ma ich kto wyciągnąć. W gratulacjach, jakie złożył Zełenskiemu prezydent Duda znalazło się zapewnienie, że „Polska jest gotowa do dalszej wszechstronnej pomocy Ukrainie w sferze bezpieczeństwa (tzn. kontynuowania wojny w Donbasie – BP) i reform państwowych”. Z kolei były minister Waszczykowski napisał, że nowy prezydent Ukrainy „to czysta karta polityczna jak się wydaje. Oby jak najszybciej została zapisana w Polsce zanim zaczną go urabiać Rosjanie przeciw nam i Europie”. Te dwie wypowiedzi świadczą o tym, że „klasa polityczna” III RP nie rozumie faktu klęski swojej polityki na kierunku ukraińskim. Polska jest najbardziej uzależnionym od USA ogniwem obozu atlantyckiego i de facto realizuje na kierunku wschodnim politykę amerykańską, a nie własną. Realizuje ją jednak w sposób skrajnie przesadny, dodając do tego radykalne elementy dawno przebrzmiałej mitomanii polskiej mocarstwowości. Klęska giedroycizmu jest faktem już od dłuższego czasu i dalsze brnięcie w jego koleiny skazuje „politykę wschodnią” POPiS na izolację w Europie.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 1 maja 2019 r.

„Myśl Polska” nr 19-20 (2239/2240), 5-12.05.2019, s. 4

Ukraińskie ofiary OUN i UPA

Ukraiński ruch nacjonalistyczny, w tym także jego banderowski odłam – najbliższy ideowo-politycznie niemieckiemu nazizmowi – są przedstawiane na Ukrainie od lat 90. XX wieku jako ruch narodowowyzwoleńczy. W taki też sposób były i są przedstawiane przez ukraińską propagandę nacjonalistyczną od lat 40. XX wieku. Utworzona w 1929 roku Organizacja Nacjonalistów Ukraińskich za głównego wroga uważała Polaków i II Rzeczpospolitą. W jej materiałach propagandowych na drugim po Polakach miejscu wymieniano Żydów, a na trzecim ZSRR („moskiewską komunę”). Dlatego ofiarami działalności terrorystycznej OUN przed 1939 roku byli prawie wyłącznie Polacy. Wyjątek stanowił tylko radziecki konsul we Lwowie Aleksiej Majłow – zastrzelony 21 października 1933 r. w gmachu konsulatu przez bojówkarza OUN. W 1941 roku – kiedy w agresji na ZSRR wzięły udział złożone z nacjonalistów ukraińskich bataliony „Nachtigall” i „Roland” oraz tzw. grupy pochodne OUN – ostrze ich terroru skierowało się przeciwko Żydom. Doszło wtedy do dwóch wielkich pogromów na Żydach we Lwowie (30 czerwca-2 lipca oraz 25-27 lipca 1941 r.), w których zginęło 7 tys. ofiar, oraz kilkudziesięciu pogromów w innych miejscowościach. Wsparcia Niemcom w zagładzie Żydów udzieliły też w latach 1941-1942 formacje ukraińskiej policji pomocniczej, do których zaciągali się głównie członkowie OUN. Największą zbrodnią nacjonalistów ukraińskich – popełnioną w latach 1943-1944 przez banderowską frakcję OUN i utworzoną przez nią Ukraińską Powstańczą Armię – było ludobójstwo na Polakach zamieszkujących Wołyń i Małopolskę Wschodnią (100-130 tys. ofiar).

Jednakże ofiarami OUN i UPA – o czym ich gloryfikatorzy nie chcą pamiętać – stali się także Ukraińcy. Nie mogło być inaczej, ponieważ rzeczywistym celem inspirowanego ideologią faszystowską ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego było utworzenie państwa totalitarnego, monopartyjnego i homogenicznego narodowościowo. Państwa o hierarchicznej strukturze społecznej podporządkowanej wodzowi. Tak samo jak we włoskim i niemieckim pierwowzorze. To wcale nie miała być niepodległa (samostijna) Ukraina – tym hasłem tylko szermowano dla zdobycia poparcia naiwnych – ale faszystowska. Oba odłamy OUN – banderowski i melnykowski – nie miały przy tym nic przeciw temu, by taka Ukraina była niemieckim protektoratem. Na drodze do osiągnięcia tego celu zginąć więc musieli także ci Ukraińcy, którzy mu się sprzeciwiali (komuniści, antyfaszyści).

Ukraińskie ofiary OUN i UPA zawsze należały do najbardziej skrywanych tajemnic ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego. Zarówno podczas wojny, jak i później – kiedy ukraińska emigracja nacjonalistyczna w Kanadzie przystąpiła do tworzenia mitu „walki narodowowyzwoleńczej”. Główne dzieło tej emigracji – wielotomowe wydanie „Litopysu” („Kroniki”) UPA – zwiera jedynie materiały propagandowe i wspomnienia kombatantów UPA, gloryfikujących i fałszujących swoją działalność. To samo można powiedzieć o twórczości „naukowej” banderowskich kombatantów, czyli takich dziełach jak „Ukrajińska powstańśka armija” Petro Mirczuka, „UPA” Mykoły Łebedia, czy „Istorija ukraińśkoho wijska” Łwa Szankowśkiego. Podają one tylko wybrane przykłady „heroiki” OUN i UPA, gdzie ginęli wyłącznie czerwoni partyzanci i „enkawudziści”, ale bynajmniej nie popełniano jakichkolwiek zbrodni na cywilach. Ten nurt dominuje obecnie w historiografii i polityce historycznej Ukrainy, zwłaszcza od pierwszego przewrotu w 2004 roku.

Terror jako metoda uprawiania polityki przez nacjonalistów ukraińskich uderzył także w ich własne szeregi. Po agresji Niemiec na ZSRR 22 czerwca 1941 r. melnykowcy – jako konkurenci do władzy na samostijnej Ukrainie – stali się ofiarami krwawej łaźni urządzonej im przez banderowców. Mordy popełniane wtedy przez banderowców na melnykowcach, których ofiarą padło około 300 osób, stały się jedną z przyczyn internowania przez Niemców w KL Sachsenhausen Stepana Bandery, Jarosława Stećki i kilku innych czołowych banderowców. Przebywali tam do września 1944 roku jako więźniowie uprzywilejowani w odizolowanym od reszty obozu oddziale (tzw. Zellenbau).

Ponownie melnykowcy stali się obiektem agresji ze strony banderowców w 1943 roku, kiedy frakcja melnykowska OUN zaczęła formować swoją partyzantkę – tzw. Wojskowe Oddziały OUN-M. Ich żywot był krótki. Po nieudanych próbach przeciągnięcia melnykowców do banderowskiej OUN oddziały UPA pod dowództwem Iwana Kłymyszyna „Kruka”i Petro Olijnyka „Eneja” rozbiły 7 lipca 1943 r. trzy sformowane na Wołyniu sotnie WO, natomiast czwartą rozbroiły w sierpniu 1943 roku. Ich kadrę dowódczą – jeśli odmówiła podporządkowania się UPA – wymordowano.

Podobny los spotkał w 1943 roku również Sicz Poleską, czyli tzw. pierwszą UPA – niezależną od banderowców nacjonalistyczną partyzantkę ukraińską utworzoną przez Tarasa Bulbę-Borowcia. Tak o tym pisał po wojnie Bulba-Boroweć w swojej książce „Armia bez państwa”: „Z każdym dniem wzrastał masowy terror łebediowskiej atamanii przeciwko swemu własnemu narodowi. Wszystkich, którzy nie podzielali poglądów Łebedia i jego programu, jak niezdarny on by nie był, poddawali różnym bardzo ostrym represjom. Ogłaszali, że są »zdrajcami ukraińskiej nacji«, »sabotażystami ukraińskiego ładu«. Karali za to wyciorami i rozstrzeliwaniem”. Z rąk banderowców zginęła m.in. żona dowódcy Siczy Poleskiej – Anna Opoczenska-Boroweć.

Powszechnie znanym faktem jest również mordowanie przez banderowców podczas akcji ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej tych Ukraińców, którzy sprzeciwiali się udziałowi w zbrodni lub ostrzegali Polaków oraz Ukraińców z rodzin mieszanych, którzy odmawiali zabijania polskich członków rodziny.

Odrębnym zagadnieniem jest mordowanie przez nacjonalistów ukraińskich – zwłaszcza w okresie powojennym – Ukraińców-komunistów lub uznanych za wspierających władzę radziecką. Dla poruszania tego tematu nie było i nie ma na Ukrainie klimatu politycznego. Eksponowaniu tej tematyki nie sprzyjały władze Ukraińskiej SRR i Komunistycznej Partii Ukrainy obawiając się, że zagrozi to polityce jedności narodowej. Natomiast po 1991 roku nastąpiło zupełne wyrugowanie z przestrzeni publicznej Ukrainy sprawy zbrodni popełnionych przez OUN i UPA na Ukraińcach. Nie tylko dlatego, że rozpoczął się wtedy proces (nasilony po przewrotach w 2004 i 2014 roku) rehabilitacji i heroizacji nacjonalizmu ukraińskiego, ale także dlatego, że odrodzone organizacje nacjonalistyczne groziły historykom i świadkom terrorystycznej działalności OUN i UPA. Przykładem może być tutaj los lwowskiego historyka Witalija Masłowskiego (1935-1999), którego znaleziono 26 października 1999 roku na klatce schodowej jego bloku nieprzytomnego i z roztrzaskaną głową (zmarł następnego dnia). Jego żona, przerażona groźbami śmierci pod adresem męża, oświadczyła, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych i odmówiła zgody na wszczęcie śledztwa.

Masłowski stał się obiektem prześladowań już pod koniec istnienia ZSRR, kiedy opublikował książkę o zbrodniach UPA pt. „Ziemia oskarża”. W 1990 roku zwolniono go za to z pracy w Instytucie Nauk Społecznych zachodnioukraińskiego oddziału Akademii Nauk Ukrainy. Pozostawał odtąd bezrobotnym, żyjąc z renty inwalidy wojennego. Nie zaprzestał jednak badań naukowych, których rezultatem stała się praca pt. „Z kim i przeciw komu walczyli nacjonaliści ukraińscy w latach II wojny światowej”, wydana w Moskwie w 1999 roku[1]. Publikacja ta spowodowała gwałtowną reakcję wobec autora ze strony epigonów nacjonalizmu ukraińskiego. Przez media ukraińskie przetoczyła się zakrojona na szeroką skalę kampania, której celem było zdyskredytowanie naukowca jako działającego rzekomo na zlecenie Rosji. Zaczął też otrzymywać anonimowe pogróżki, w tym pozbawienia życia. Przed śmiercią zdążył jeszcze przygotować pracę poświęconą udziałowi nacjonalistów ukraińskich w zagładzie Żydów. Została ona wydana w 2005 roku przez Żydowską Fundację Ukrainy pt. „Holokaust Żydów Ukrainy. Początek. Galicja”.

Masłowski, w oparciu dane ukraińskiego MSW, oszacował liczbę ofiar zamordowanych po agresji niemieckiej na ZSRR w 1941 roku przez członków OUN lub z ich bezpośrednim udziałem na około 40 tys. Większość z tych ofiar stanowili Żydzi. Według ustaleń różnych historyków (Jeffrey Kopfstein, Kai Struve, Ahron Weiss, Andrzej Żbikowski) na zachodniej Ukrainie miało miejsce w tym czasie od 35 do 140 pogromów na Żydach z udziałem nacjonalistów ukraińskich. Dieter Pohl oszacował liczbę ofiar tych pogromów w przedziale 13-35 tys., Kai Struve na 11309 w samej tylko Galicji Wschodniej, a Aleksander Krugłow na 38-39 tys. zamordowanych[2]. Jednakże oprócz zbrodni na Żydach nacjonaliści ukraińscy obu frakcji OUN (banderowskiej i melnykowskiej) dopuścili się już wtedy – na znacznie mniejszą skalę – także zbrodni na Polakach (była to pregenocydalna faza ludobójstwa z lat 1943-1944) i Ukraińcach. Wśród ofiar ukraińskich znaleźli się członkowie Komunistycznej Partii Ukrainy, Komunistycznego Związku Młodzieży Ukrainy, związków zawodowych i innych organizacji, funkcjonariusze urzędów radzieckich, wojskowi, którzy nie zdążyli się ewakuować oraz osoby podejrzewane o sprzyjanie ZSRR. Część z nich straciła życie wraz z rodzinami.

Działające u boku wojsk niemieckich tzw. grupy pochodne OUN-B i OUN-M dysponowały listami proskrypcyjnymi osób przeznaczonych do zamordowania. Masłowski cytuje zeznanie jednego z członków OUN-B o nazwisku Stecyszyn, który stwierdził, że Niemcom wkraczającym do jednej ze wsi obwodu lwowskiego miejscowi chłopi „ofiarowali na wyszywanym ręczniku chleb i sól, niemiecki kapitan powiedział »gut«, »gut« i zorganizowana maszyna nacjonalistyczna ruszyła pracować. Dosłownie od pierwszej minuty zaczęło się polowanie na ludzi, którzy figurowali na »czarnej liście« (…). Już na drugi dzień zaczęła funkcjonować Komenda OUN (…). Piwnice banderowskiej policji były wypełnione chłopami. Aresztowanych okrutnie katowano (…)”.

Masłowski podał też – na podstawie źródeł z Państwowego Archiwum Obwodu Lwowskiego – przykłady zbrodni na Ukraińcach, popełnionych przez nacjonalistów ukraińskich po agresji niemieckiej na ZSRR: „(…) W wiosce Suchodół rejonu Bóbrka zamordowali przewodniczącego Rady Wiejskiej Repeta, odcięli mu uszy, nos, wykłuli oczy i tak wyglądającego oprowadzali po wsi. Zabili też sekretarza wiejskiego komitetu wykonawczego Łabasa. W wiosce Czechy zamordowali dwudziestu aktywistów i urządzili »uroczystość« po dokonaniu krwawej akcji. W wioskach Gaje i Głuchowicze banderowcy rozstrzelali 50 czerwonoarmistów i siekierami zarąbali wiejskich aktywistów. Przewodniczącego miejscowego kołchozu H. A. Kmetia prowadzili po wsi z czerwonym sztandarem, a następnie wykłuli oczy i porąbali ciało na strzępy”.

Dziesiątki tysięcy cywilnych Ukraińców zginęły z rąk OUN i UPA w okresie powojennym. Nacjonalistyczna historiografia ukraińska stoi na stanowisku, że większość tych ofiar to byli „enkawudziści”. Jednakże – jak zauważył Masłowski – banderowskie podziemie na Ukrainie skierowało swoją powojenną działalność terrorystyczną głównie „przeciwko miejscowej wiejskiej ludności (…). Wykorzystując taktykę szybkich napadów (którą sami nazywają »partyzancką«), rabowali i palili pomieszczenia rad wiejskich, szkół, klubów, bibliotek, czytelni wiejskich, sklepów, domy aktywistów radzieckiej władzy, a nawet i całe wioski”. Np. w rejonie Kamionka Strumiłowa i sąsiednich rejonach obwodu lwowskiego wiele takich napadów dokonał oddział nadrejonowego prowidnyka Służby Bezpieczeństwa OUN-B Dmytro Kupiaka „Kleja”. Postać Kupiaka – który uciekł do Kanady i uniknął odpowiedzialności za zbrodnie na Polakach i Ukraińcach – opisał żołnierz AK i więzień łagrów radzieckich Bronisław Szeremeta w publikacji „Watażka – jego zbrodnie i zakłamane wspomnienia” (wyd. 1996, 2000).

Tylko w miesiącach październik-grudzień 1944 r. banderowcy zamordowali w obwodzie tarnopolskim 707 osób, w tym 436 chłopów, 53 wojskowych, 169 przedstawicieli aktywu partyjnego i 48 przewodniczących rad wiejskich. Dalsze 159 osób uprowadzili ze sobą do lasu i najprawdopodobniej też zamordowali. Spalili ponadto 214 gospodarstw wiejskich, 58 pomieszczeń rad wiejskich, 6 mleczarń, 5 gorzelni i 21 mostów. Ograbili 345 gospodarstw, zniszczyli 18 traktorów i 22 samochody oraz zrabowali 216 sztuk bydła. Czy to była walka z władzą radziecką, czy jednak z narodem ukraińskim?

W samym 1945 roku podziemie banderowskie przeprowadziło w zachodnich obwodach Ukraińskiej SRR 3424 akcje terrorystyczne. Na podstawie danych – przytaczanych przez Masłowskiego – wiadomo, że od lipca do końca 1944 r. banderowskie podziemie zamordowało 2725 osób w obwodzie stanisławowskim. Natomiast od lata 1944 do maja 1946 r. z rąk banderowców zginęło 5088 osób w obwodzie lwowskim, w tym m.in.: 44 nauczycieli, 218 przewodniczących rad wiejskich i ich zastępców, 406 żołnierzy oddziałów grup samoobrony (przeważnie miejscowej młodzieży) oraz 3105 chłopów (w tym 497 dzieci).

„Otóż spośród 5088 tych, którzy zginęli – zauważył Masłowski – na »enkawudzistów« i »bolszewików« przypada zaledwie 1315 ludzi. To kategorycznie przeczy tym kłamstwom nacjonalistów, rozpowszechnianym przez nich często, że jakoby OUN-UPA »walczyła« tylko z »enkawudzistami« i przedstawicielami partyjnych radzieckich organów”. Z takim zakłamywaniem historii można się spotkać m.in. w słynnym filmie „Zalizna sotnia” („Żelazna sotnia”) Ołesia Janczuka z 2004 roku. Możemy w tym filmie zobaczyć polskich partyzantów i żołnierzy radzieckich napadających na ukraińskie wsie, mordujących Ukraińców i gwałcących ukraińskie dziewczęta. Natomiast ludzie z sotni UPA „Hromenki” (Mychajło Dudy) nikogo nie mordują, tylko bronią naród ukraiński przed polskimi i sowieckimi „najeźdźcami”. Wziętego do niewoli żołnierza radzieckiego po ojcowsku edukują politycznie i czynią z niego prawdziwego ukraińskiego patriotę. W rzeczywistości sotnia „Hromenki” prowadziła działalność terrorystyczną w powojennej Polsce. Brała udział m.in. w pierwszym ataku UPA na Birczę 22 października 1945 r.

Tezę postawioną przez Masłowskiego potwierdzają dane, które w 1996 roku podał amerykański historyk Jeffrey Burds. Wedle niego UPA zabiła na terenie Galicji Wschodniej od lutego 1944 do grudnia 1946 r. 11725 osób. Wśród nich było 6250 cywilów, a jeśli uwzględnimy członków tzw. batalionów niszczycielskich (Istriebitielnyje Bataliony – IB) – czyli formacji samoobrony tworzonych z ludności wiejskiej – 6980[3].

Sposoby mordowania przez UPA ofiar ukraińskich nie różniły się niczym od sposobów mordowania ofiar polskich i żydowskich. Pokazuje je jeden z przykładów przytoczonych w książce Masłowskiego: „7 lutego 1945 r. banderowcy złapali we wsi Staszewicze rejonu Stary Sambor w Lwowskiem nauczycielkę-aktywistkę Katerynę Szewczenko. Wyciągnęli ją na podwórze, przestrzelili obydwie nogi, żeby nie uciekła, a potem zaczęli torturować. Bandyci wykłuli jej oczy, po kawałeczku obcinali ręce, uszy, wargi, wyrwali z piersi serce, rozbili kolbą głowę, a potem ją oderżnęli”.

Do takich zbrodni popychały nacjonalistów ukraińskich idee „twórczego terroru” Dmytro Doncowa i Stepana Bandery. Celem banderowców była nie tylko likwidacja Ukraińców-komunistów i uważanych przez nich za zwolenników ZSRR, ale – zgodnie z ideą „twórczego terroru” – terroryzowanie szerokich rzesz ludności. Stąd tak duża liczba ofiar wśród cywilnych Ukraińców.

Najbardziej znaną ofiarą spośród inteligencji ukraińskiej był Jarosław Hałan (1902-1949) – pisarz, dramaturg i publicysta związany z ruchem komunistycznym, ostry krytyk OUN i Kościoła grekokatolickiego. Zginął w swoim gabinecie we Lwowie od 11 ciosów siekierą, zadanych mu przed dwóch egzekutorów z OUN.

Według raportu Komitet Bezpieczeństwa Państwowego Ukraińskiej SRR z 1973 roku z rąk banderowców zginęło w latach 1944-1953 30676 osób, w tym m.in. 8340 funkcjonariuszy NKWD, NKGB, MWD, żołnierzy wojsk wewnętrznych i żołnierzy batalionów niszczycielskich, 1454 członków rad wiejskich, 314 przewodniczących kołchozów, 15355 chłopów i pracowników kołchozów, 676 robotników, 1931 przedstawicieli inteligencji, 50 duchownych różnych wyznań, 860 dzieci, starców i gospodyń domowych. Ponadto od 1944 do 1947 roku banderowskie podziemie zabiło 1225 osób na terenie Białoruskiej SRR.

Masłowski nie zgodził się z liczbą 30676 ofiar UPA na Ukrainie, która jego zdaniem mogła być nawet trzykrotnie wyższa. Jednakże współcześni badacze nacjonalizmu ukraińskiego (np. Grzegorz Motyka, Grzegorz Rossoliński-Liebe) – opierając się na danych KGB z 1973 roku – przyjmują, że w latach 40. i 50. XX wieku zginęło z rąk UPA na Ukrainie radzieckiej około 30 tys. osób (ponad 20 tys. cywilów i około 10 tys. funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa państwowego, żołnierzy radzieckich oraz członków IB). Większość ofiar cywilnych – co podkreślił m.in. Rossoliński-Liebe – stanowili pracownicy kołchozów i chłopi oskarżeni przez banderowców o popieranie władz radzieckich.

Drugą stroną tragedii, jaką była powojenna działalność terrorystyczna UPA na Ukrainie radzieckiej, są ofiary represji stalinowskich spowodowanych przez tę działalność. Według dokumentów radzieckich i szacunków historyków (m.in. Katrin Boeckh, Stanisław Ciesielski, G. Motyka,) radzieckie organa bezpieczeństwa i siły zbrojne zabiły po wojnie w związku z działalnością UPA około 153 tys. osób, aresztowały kolejne 134 tys. i deportowały – głównie do obozów pracy na Syberii – 203 tys. osób. Spośród 203 tys. deportowanych z zachodnich obwodów Ukrainy 171 tys. stanowiły osoby oskarżone przez władze radzieckie o przynależność do OUN i UPA albo ich wspieranie lub bycie krewnym członka podziemia nacjonalistycznego. A zatem – jak zauważył G. Rossoliński-Liebe – do 1953 roku około 490 tys. zachodnich Ukraińców ucierpiało na skutek różnych form represji spowodowanych głównie przez terrorystyczną działalność UPA[4].

Dzisiaj na Ukrainie eksponuje się wyłącznie te ofiary – bez refleksji, że były pokłosiem terrorystycznej działalności UPA – i przykrywa nimi ukraińskie ofiary banderowców.

Charakter powojennej działalność OUN i UPA na Ukrainie radzieckiej oraz liczba jej ofiar wśród cywilnych Ukraińców dowodzą tego, że nacjonaliści ukraińscy nie walczyli o „wyzwolenie Ukrainy”, ale o zdobycie władzy nad narodem ukraińskim i popełniali zbrodnie przeciw ludzkości także na tym narodzie. Nacjonaliści ukraińscy nie mieli żadnego wpływu na powstanie niepodległej Ukrainy w 1991 roku. Oni i ich ideologia byli i są – jak to powiedział Wiktor Poliszczuk – chorobą nieuleczalną. Bez zrozumienia tego faktu Ukraina nigdy nie stanie się państwem normalnym.

[1] W. Masłowski, Z kim przeciw komu walczyli nacjonaliści ukraińscy w latach II wojny światowej?, Wrocław 2001.

[2] G. Rossoliński-Liebe, Stepan Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty, Warszawa 2018, s. 334.

[3] J. Burds, AGENTURA: Soviet Informants’ Network and the Ukrainian Underground in Galicia, 1944-1948, „East European Politics and Societies”, t. 11, nr 1 (1996), s. 89-130.

[4] K. Boekh, Stalinismus in der Ukraine. Die Rekonstruktion des sowjetischen Systems nach dem Zweiten Weltkrieg, Wiesbaden 2007, s. 366-367; G. Motyka, Ukraińska partyzantka 1942-1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Warszawa 2006, s. 502, 528, 650, 649; G. Rossoliński-Liebe, Stepan Bandera…, s. 446-468.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 marca 2019 r.

„Przegląd” nr 11 (1001), 11-17.03.2019, s. 28-31

Ukraina jako nadzieja dla świata

19 lutego – w przeddzień piątej rocznicy finału krwawego przewrotu na Ukrainie (zwanego „rewolucją godności”) – odbyła się w Kijowie uroczysta sesja Rady Najwyższej Ukrainy poświęcona „piątej rocznicy początku zbrojnej agresji Rosji przeciw Ukrainie”. Trzeba mieć szczególne poczucie humoru albo wyjątkowy tupet, żeby przewrót kijowski z przełomu 2013/2014 roku nazywać „zbrojną agresją Rosji przeciw Ukrainie”. Owszem, była to agresja, ale Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, które doprowadziły do obalenia legalnej administracji prezydenta Wiktora Janukowycza i nie zawahały się użyć do tego celu m.in. środowisk postbanderowskich i neonazistowskich. Środowiska te uzyskały w następstwie przewrotu znaczący wpływ chociażby na politykę historyczną pomajdanowej Ukrainy. Dezintegracja terytorialna Ukrainy – nazywana przez oficjalną propagandę Kijowa i Zachodu „agresją rosyjską” – była nieuniknionym politycznym skutkiem wcześniejszej agresji Zachodu i przyjęcia na początku marca 2014 roku szowinistycznej ustawy językowej przez pomajdanowe władze.

W przewrocie kijowskim 2013/2014 roku aktywnie uczestniczyły ówczesny rząd polski Donalda Tuska, reprezentujący kolację PO-PSL, a także ówczesna opozycja PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele, który przywitał puczystów na kijowskim Majdanie pozdrowieniem banderowskiej OUN i UPA – „Sława Ukrainie!”. Dlatego jest wysoce symboliczne, że we wspomnianej uroczystej sesji Rady Najwyższej wzięli udział Donald Tusk – obecnie przewodniczący Rady Europejskiej, a także przewodniczący PO Grzegorz Schetyna, posłanka PiS Małgorzata Gosiewska oraz poseł PO Robert Tyszkiewicz.

Donald Tusk wygłosił do zebranych przemówienie w języku ukraińskim (pełny tekst znajduje się na portalu Rady Europejskiej – http://www.consiliumeuropa.eu, 19.02.2019). Warto pochylić się nad tym przemówieniem, żeby zrozumieć jak głęboka jest aberracja polityczna przewodniczącego Rady Europejskiej.

„Po pierwsze, chcę Wam podziękować za wytrwałość. Wytrwaliście w najtrudniejszych chwilach Waszej historii i trwać będziecie, dumni i niezłomni, wbrew geopolityce, wbrew złym zamiarom agresywnego sąsiada i wbrew obojętności i hipokryzji wielu ważnych aktorów światowej sceny politycznej. Wytrwaliście, chociaż Wasi przyjaciele i sojusznicy nie zawsze pomagają Wam w wystarczającym stopniu” – powiedział na wstępie Donald Tusk. Passus o „zamiarach agresywnego sąsiada”, czyli Rosji, to już jest standard ukraińskiej i zachodniej propagandy, więc nie będę się nad nim rozwodził. Ale co oznacza stwierdzenie, że „przyjaciele i sojusznicy” nie pomagają Ukrainie „w wystarczającym stopniu”? Czy to jest krytyka pod adresem obecnego rządu polskiego? Najprawdopodobniej tak, bo przecież przewodniczący Tusk nie pozwoliłby sobie na krytykę Niemiec, UE, czy USA. A zatem za mało pieniędzy i broni płynie z Polski na Ukrainę i niepotrzebnie Warszawa ciągle przypomina o tym ludobójstwie na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Nie ulega wątpliwości, że przewodniczący Tusk pogroził palcem w Radzie Najwyższej Ukrainy właśnie rządowi w Warszawie. I to po ukraińsku.

Kolejny fragment przemówienia przewodniczącego Tuska, na który warto zwrócić uwagę, brzmiał następująco: „(…) dzisiaj mogę powtórzyć przed Wami nie tylko we własnym imieniu, ale w imieniu całej Unii Europejskiej: jesteśmy z Wami i chcemy Wam dalej pomagać. (…) Mogę powtórzyć, że Europa nigdy nie uzna rosyjskiej aneksji Krymu i nie zrezygnuje z sankcji, dopóki Rosja nie wypełni swoich zobowiązań. Unia nie zaakceptuje też żadnych aktów przemocy na Morzu Azowskim. Zrobię wszystko, aby Unia pozostała w tym zjednoczona”.

Te słowa brzmią groteskowo. Są wyznaniem wiary giedroycisty i niczym więcej. Nie wiem czy przewodniczący Tusk ma świadomość tego, że tak radykalna retoryka antyrosyjska jest podzielana poza Warszawą może jeszcze w Londynie, który na własne życzenie prawdopodobnie znajdzie się poza UE, a na pewno znalazł się w kryzysie. Na pewno nie jest podzielana w Berlinie i Paryżu, a zdecydowanie odrzucają ją Rzym, Budapeszt i Praga. Z tego powodu w zacytowanym fragmencie przewodniczący Tusk złożył Ukrainie deklarację bez pokrycia, za którą – co wielokrotnie udowodnił w swojej działalności politycznej – nie ma zamiaru brać odpowiedzialności. Jeśli władze ukraińskie nie są tego świadome, to uprzejmie je o tym informuję.

„(…) Chłopcy z „Niebiańskiej Sotni” weszli do panteonu nie tylko ukraińskich, ale europejskich bohaterów. I wszystkim matkom poległych chcę przyrzec, że Europa będzie pamiętać o waszych synach. (…) Daliście wielu ludziom na całym świecie, tym poniżanym i zniewolonym, największy dar: nadzieję, że i dla nich, dziś słabych, nadejdzie dzień zwycięstwa” – stwierdził dalej przewodniczący Tusk. To słowa jeszcze bardziej groteskowe chociażby w świetle tego, co dzisiaj wiadomo na temat rzeczywistych sprawców masakry na kijowskim Majdanie w dniach 18-20 lutego 2014 roku. Nie tylko w świetle niezależnych badań Iwana Kaczanowskiego, ale także oficjalnego śledztwa ukraińskiego. Jaką nadzieją dla „poniżanych i zniewolonych” (oczywiście chodzi o Rosjan, gdyby ktoś nie wiedział) i na jakie „zwycięstwo” może być dzisiaj pomajdanowa Ukraina? Państwo istniejące teoretycznie, z rozlatującą się gospodarką, wysokim stopniem dezintegracji politycznej, opanowane przez oligarchów i zwykłych przestępców?

Następny fragment przemówienia przewodniczącego Tuska nosił już znamiona występu kabaretowego: „(…) dziękuję Wam za rozwagę, za to, że Wasz romantyzm okazał się bardzo pragmatyczny, że Wasza walka o niepodległość i integralność Ukrainy to nie tylko heroiczny opór wobec agresji, ale też systematyczne reformowanie swojego państwa, odbudowa gospodarcza i przemyślana, rozsądna i konsekwentna dyplomacja. Kiedy trzeba – bohaterowie, kiedy trzeba, twardo stąpający po ziemi pragmatycy – tak Was widzi dzisiaj świat”.

W tę „odbudowę gospodarczą” nikt przecież nie wierzy już na Ukrainie poza ewentualnie ludźmi niepoczytalnymi. Masowa emigracja zarobkowa z Ukrainy, nie tylko do Polski, ale także do Rosji, z którą Ukraina ma być podobno w stanie wojny, mówi wszystko o tej „odbudowie gospodarczej”. Natomiast co do „konsekwentnej dyplomacji” to ma ona rzeczywiście miejsce w stosunku do Polski, którą ukraińskie państwo upadłe raz po raz stawia do pionu, otrzymując w zamian bezwarunkowe wsparcie.

„(…) chciałem Wam podziękować za Waszą europejskość. Zawsze będę pamiętał niebieskie flagi z żółtymi gwiazdami na Chreszczatyku w czasie rewolucji, za »Odę do radości« graną wtedy w wielu miejscach na całej Ukrainie. Często powtarzam moim kolegom w Brukseli: nie uczcie ich Europy, uczcie się od nich, co znaczy Europa. Chcę dzisiaj, przed Wami powtórzyć słowa, które kiedyś skierowałem do unijnych liderów: tylko ten, kto jest solidarny z Ukrainą, ma prawo nazywać się Europejczykiem” – stwierdził dalej przewodniczący Tusk. Czerwono-czarnych flag OUN-B i UPA – dominujących wtedy na Majdanie – rzecz jasna obecny przewodniczący Rady Europejskiej nie zauważył, a każdy kto mu o tym przypomni jest pewnie „agentem Rosji”. Jeśli jego koledzy z Brukseli rzeczywiście mają się uczyć od pomajdanowej Ukrainy czym jest Europa, to nie wróżę Unii Europejskiej długiego bytu.

W kluczowym fragmencie swojego przemówienia przewodniczący Tusk powiedział: „Kiedy my, Polacy zaczynaliśmy swoją drogę do Europy, papież Jan Paweł II powiedział światu: »Nie ma sprawiedliwej Europy bez niepodległej Polski«. Więc ja chcę dziś powiedzieć, że nie ma sprawiedliwej Europy bez niepodległej Ukrainy. Że nie ma bezpiecznej Europy bez bezpiecznej Ukrainy. Mówiąc najprościej: nie ma Europy bez Ukrainy!” Po co przywoływać Jana Pawła II, skoro znowu mamy tutaj wyznanie wiary w dawno przebrzmiałe złudzenia Jerzego Giedroycia. Pytanie: czy poza przewodniczącym Rady Europejskiej ktoś w kierownictwie UE podziela te złudzenia? Nie sądzę.

W zakończeniu przemówienia Donald Tusk dał Ukraińcom pięć rad. Zwrócę uwagę tylko na jedną z nich: „(…) odrzućcie zdecydowanie pokusę radykalnego nacjonalizmu i populizmu, tak jak dotąd czyniliście”. To jest kpina, straszna kpina w świetle tego z czym mamy do czynienia na Ukrainie od 2014 roku, kiedy nastąpił renesans nacjonalizmu ukraińskiego jako fundamentu polityki historycznej Kijowa. Na tym zatrutym fundamencie budowana jest tożsamość państwowo-narodowa pomajdanowej Ukrainy. Tego faktu może nie dostrzegać i świadomie go ignorować tylko fanatyczny giedroycista. Donald Tusk przemawiał w Radzie Najwyższej Ukrainy bynajmniej nie w imieniu Unii Europejskiej, ale polskiego skansenu politycznego im. Jerzego Giedroycia.

W świętowaniu piątej rocznicy masakry na kijowskim Majdanie nie wziął udziału, poza przewodniczącym Tuskiem i wspomnianymi politykami polskimi, żaden polityk z Unii Europejskiej, ani żaden inny członek jej kierownictwa. To mówi wszystko nie tylko o wystąpieniu Donalda Tuska, ale także o sytuacji samej Ukrainy. No i jest zapowiedzią tego, że polityczne koszty ukraińskiej partii szachów poniesie Polska. Wyłącznie Polska, którą w tę partię szachów zaangażował w roli pionka polski skansen polityczny im. Jerzego Giedroycia.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 10 marca 2019 r.

„Myśl Polska” nr 10-11 (2231/2232), 10-17.03.2019, s. 8

Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa

Z okazji 90. rocznicy powstania Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, która przypadła 3 lutego, zabrał głos Wołodymyr Wiatrowycz – szef Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej, znany od dawna ze swoich probanderowskich poglądów, w tym negacji zbrodni popełnionych przez OUN i UPA. Wywiad z Wiatrowyczem przeprowadziła państwowa ukraińska agencja informacyjna Ukrinform. Dowiedzieliśmy się zatem, że „OUN była jedną z wiodących sił ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego w XX wieku i była na pierwszej linii walki Ukraińców o niepodległość”, a w okresie międzywojennym „Ukraińcy musieli walczyć o wolność nie tylko przeciw władzy radzieckiej, która zagarnęła absolutną większość naszego terytorium, ale i przeciwko polskiej władzy, która okupowała część Zachodniej Ukrainy”. Działalność nacjonalistów ukraińskich miała być „bardzo podobna do walki samych Polaków o niepodległość”, a „wielu naszym sąsiadom nie podoba się”, że Ukraińcy starają się obecnie „odtworzyć swoją historię walki o niepodległość”. Oskarżył przy tym Rosję i Polskę, że chcą narzucać Ukrainie bohaterów i symbole. Na koniec stwierdził, że Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów była „najbardziej udanym projektem Ukraińców w XX wieku”[1].

Pomijając brednie o polskiej „okupacji Zachodniej Ukrainy” i rzekomym podobieństwie działalności OUN i UPA do polskiej walki o niepodległość, należy od razu zadać pytanie, dlaczego owi kolaboranci hitlerowscy są nazywani „wiodącą siłą ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego” i dlaczego mieliby być najbardziej udanym projektem Ukraińców w XX wieku? Wręcz przeciwnie – byli najbardziej nieudanym projektem i to projektem bynajmniej nie narodu ukraińskiego, ale garstki sfaszyzowanych fanatyków, wspieranych przez Kościół grekokatolicki i służby specjalne III Rzeszy. Kolaboracja nacjonalistów ukraińskich z Niemcami hitlerowskimi, głównie na polu eksterminacji Żydów i walki z ZSRR, nie uchroniła Ukraińców przed cierpieniami wynikającymi z warunków okupacji niemieckiej. Natomiast powojenna działalność OUN i UPA ściągnęła na Ukraińców tylko represje stalinowskie, których ofiarą padło około pół miliona osób (153 tys. zabitych, 203 tys. deportowanych w głąb ZSRR i 134 tys. aresztowanych). Sama UPA wymordowała po wojnie około 20 tys. cywilów ukraińskich – głównie pracowników kołchozów i chłopów oskarżonych o popieranie władzy radzieckiej – oraz zabiła około 10 tys. żołnierzy radzieckich i członków tzw. batalionów niszczycielskich, prawdopodobnie w większości Ukraińców[2].

To miał być najbardziej udany projekt ukraiński w XX wieku? Projekt czego? Chaosu, terroru i zniszczenia. To była droga donikąd. To był faszystowski wrzód na ciele narodu ukraińskiego i nic więcej. Nacjonaliści ukraińscy w jakimkolwiek stopniu nie przyczynili się też do powstania niepodległej Ukrainy w sierpniu 1991 roku. To stało się bez ich jakiegokolwiek udziału i zaangażowania. Zmieniwszy sobie protektora hitlerowskiego na amerykańskiego, Bandera i jego epigoni uczestniczyli w różnych działaniach służb amerykańskich (głównie propagandowych) przeciw ZSRR i Ukraińskiej SRR, ale przecież to nie one doprowadziły do upadku Związku Radzieckiego.

Natomiast po powstaniu niepodległej Ukrainy w 1991 roku epigoni nacjonalizmu ukraińskiego ponownie stali się wrzodem na jej organizmie i ponownie doprowadzili do skierowania tego kraju i narodu na tory wiodące donikąd. Gdzież bowiem zaszła i podąża Ukraina w wyniku przewrotów z 2004 i 2014 roku, których służby amerykańskie nie byłyby w stanie przeprowadzić bez aktywnego udziału epigonów OUN i UPA? To co kryje się za dużymi literami obu tych skrótów było i jest największym nieszczęściem w historii narodu ukraińskiego, a nie jego najbardziej udanym projektem.

Taka powinna być odpowiedź ze strony polskiej na enuncjacje pana Wiatrowycza. Odpowiedź taka jednak nie padła, bo któż miałby jej udzielić? Przecież nie polska „klasa polityczna”, która ostentacyjnie nie dostrzega oblicza polityki historycznej i ideologii pomajdanowej Ukrainy albo próbuje usprawiedliwiać i wybielać działalność „bohaterów” czczonych przez pomajdanową władzę. Wszelką zaś krytykę swojej postawy kwalifikuje jako „rosyjską dywersję” czy „ rosyjską propagandę”. Skrajnym tego przykładem jest Kazimierz Wóycicki, który w 2014 roku stwierdził, że Roman Szuchewycz „jest i powinien być również dla Polaków postacią o cechach bohatera”. Jednakże takie skrajne przykłady znajdziemy także w kręgu obecnego obozu władzy. Obowiązujący w tym środowisku katalog wybielania nacjonalizmu ukraińskiego przytoczył prawie w całości Jan Olszewski (1930-2019) w jednym ze swoich ostatnich wywiadów, jakiego udzielił Przemysławowi Harczukowi i który został opublikowany 26 lutego 2018 roku na portalu „Super Expressu”[3]. Enuncjacje Olszewskiego były wielokrotnie powielane przez niego samego, przez takie postacie związane z PiS i Zjednoczoną Prawicą jak m.in. Antoni Macierewicz (teza o moskiewskiej inspiracji ludobójstwa na Wołyniu) i Przemysław Żurawski vel Grajewski (teza o odpowiedzialności Bandery za śmierć tylko jednego Polaka), ale też przez związanego z PO Bronisława Komorowskiego („za Wołyń odpowiadają Sowieci”).

Dowiedzieliśmy się zatem od Jana Olszewskiego, że „zbrodnia Stepana Bandery przeciwko państwu polskiemu była tak naprawdę tylko jedna. (…) Zbrodnią tą był zorganizowany w 1934 r. zamach na polskiego ministra spraw wewnętrznych pułkownika Bronisława Pierackiego. (…) decyzja o niewykonywaniu wyroku śmierci musiała zapaść za wiedzą, a najpewniej na podstawie decyzji samego Marszałka. I stało się bardzo dobrze. Bo Bandera odegrał potem niezwykle ważną rolę w historii walki Ukraińców o niepodległość. (…) chciałbym bardzo mocno podkreślić i dać pod rozwagę – ten człowiek nie miał ze zbrodnią wołyńską nic wspólnego. (…) Przecież całą akcję wołyńską przeprowadzano wtedy, gdy Bandera był już uwięziony przez Niemców. Myślę nawet, być może wiele osób się tu obruszy, że gdyby Bandera mógł podejmować wtedy decyzje, to prawdopodobnie do zbrodni na Wołyniu by nie doszło. Po prostu był politykiem myślącym, miał wielki zmysł polityczny (…). Myślę, że historycy polscy i ukraińscy powinni wątek sowieckiej inspiracji dla zbrodni wołyńskiej poważnie wziąć pod uwagę. (…) Ukraińska Powstańcza Armia, na co Polacy się oburzają, jest dla Ukraińców tym, czym dla nas Armia Krajowa. Należy pamiętać, że zaraz po niemieckiej agresji na ZSRR w 1941 r. Bandera, będący w sojuszu z III Rzeszą, ogłosił we Lwowie proklamowanie niepodległości Ukrainy. Po roku 1917 to drugi akt, który na forum międzynarodowym stawiał sprawę ukraińską. (…) Wołyń był straszliwą zbrodnią, zginęło tam ponad sto tys. ludzi. Ale wobec zorganizowanej sowieckiej czy niemieckiej machiny śmierci był epizodem. Konflikt z Ukrainą jest nieraz brutalnym i przykrym, ale jednak sporem sąsiedzkim. Konflikt z imperialną Rosją jest kwestią egzystencjalną (…)”.

Tego wszystkiego nie powiedział ani Wołodymyr Wiatrowycz, ani Jurij Szuchewycz, ani Ołeh Tiahnybok, ani Dmytro Jarosz, ani żaden inny współczesny epigon Stepana Bandery i Romana Szuchewycza. To powiedział Jan Olszewski – człowiek uważany przez obóz Zjednoczonej Prawicy za wielkiego męża stanu, prawie tak wielkiego jak Jarosław Kaczyński, a także niezłomnego polskiego patriotę. Kawaler Orderu Orła Białego. Enuncjacje Olszewskiego mogą być świetnym przyczynkiem do postawienia Banderze pomnika w Polsce, który to krok – jak sądzę – przypieczętowałby strategiczne partnerstwo post-Solidarności z jego epigonami.

Każdy kto chce znać historię wie o tym, że minister Bronisław Pieracki nie był jedyną ofiarą działalności terrorystycznej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w II Rzeczypospolitej. Tylko w latach 1929-1934 OUN przeprowadziła ponad 20 zamachów terrorystycznych. Bandera, który został prowidnykiem krajowym OUN w styczniu 1933 roku odpowiada za co najmniej połowę z nich. Ogółem w latach 1921-1939 Ukraińska Organizacja Wojskowa i OUN przeprowadziły 63 zamachy terrorystyczne, w których zginęło 36 Ukraińców, 25 Polaków, jeden Rosjanin i jeden Żyd. Do tego trzeba dodać pięć zamachów bombowych, 18 akcji ekspropriacyjnych i co najmniej kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset aktów sabotażu, które były skierowane przeciw mieniu publicznemu, społecznemu i prywatnemu.

W latach 30. XX wieku oraz w okresie lat 1939-1941 w bezpośrednim otoczeniu Stepana Bandery powstały plany przyszłego ludobójstwa na Polakach, zrealizowanego w latach 1943-1944 na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Jest o tym mowa w dokumentach źródłowych z archiwów ukraińskich, które zostały opublikowane w opracowaniu Aleksandra Diukowa pt. „»Dlaczego walczymy z Polakami«. Antypolski program OUN w kluczowych dokumentach”[4].

Teza o tym, że Bandera odpowiada za śmierć tylko jednego Polaka – której absurdalność wykracza poza wszelkie pojęcie – nie została sformułowana w gronie nacjonalistów ukraińskich – dawnych i obecnych. Sformułowało ją zaplecze polityczne Jarosława Kaczyńskiego. O czym to świadczy – niech każdy odpowie sobie sam.

O czym może świadczyć stwierdzenie byłego premiera, przedstawianego przez rządową propagandę jako jednego z najwybitniejszych Polaków XX i XXI wieku, że kolaboracyjna proklamacja Jarosława Stećki, ogłoszona we Lwowie w imieniu Bandery 30 czerwca 1941 roku, postawiła sprawę ukraińską na forum międzynarodowym? Tak twierdzą banderowscy i postbandrowscy propagandziści, ale w 1941 roku żadne forum międzynarodowe o tym incydencie się nie dowiedziało. Dowiedziało się o nim tylko lokalne dowództwo niemieckie i za jego pośrednictwem Berlin, który po kilku dniach kazał aresztować to całe towarzystwo, które ogłosiło się „Krajowym Rządem Zachodnich Obwodów Ukrainy”. Z tego powodu neobanderowska propaganda głosi dzisiaj, że Bandera za nic, co stało się później rzekomo nie odpowiadał, ponieważ w latach 1941-1944 siedział w KL Sachsenhausen (jako więzień uprzywilejowany w wydzielonej dla takich więźniów części obozu, tzw. Zellenbau, czego już się nie dodaje). Nie odpowiadał więc ponoć za udział stworzonej przez niego organizacji w hitlerowskiej zagładzie Żydów (do pierwszego pogromu nacjonalistów ukraińskich na Żydach we Lwowie doszło jeszcze przed aresztowaniem Bandery), ani za ludobójstwo na wołyńskich i galicyjskich Polakach. A czy za dywersję OUN we wrześniu 1939 roku – którą Ewa Siemaszko nazwała „pregenocydalną fazą ludobójstwa wołyńskiego” – też nie odpowiadał? A czy za prohitlerowską działalność w latach 1939-1941 oraz utworzenie batalionów „Nachtigall” i „Roland” też nie odpowiadał? A czy za utworzenie na początku 1945 roku – kiedy klęska III Rzeszy dawno była już przesądzona – współpracującego z Niemcami hitlerowskimi Ukraińskiego Komitetu Narodowego i kolaboracyjnej Ukraińskiej Armii Narodowej Bandera też nie odpowiadał? Czy nie opowiedział się on wtedy za walką po stronie Niemiec „do końca, jakikolwiek by on był”? Czy to, że Bandera był hitlerowskim kolaborantem nie jest wystarczającą przesłanką do jego dyskwalifikacji?

Jan Olszewski tego nie rozumiał? O czym mogą świadczyć jego stwierdzenia, że ludobójstwo wołyńskie było „epizodem”, UPA była tym samym czym Armia Krajowa, a Bandera „miał wielki zmysł polityczny”?

O odpowiedzialności Stepana Bandery za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie szeroko pisał Wiktor Poliszczuk w pracy „Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa”[5]. Historyk ten położył przede wszystkim nacisk – opierając się na unikalnych dokumentach archiwalnych – na kolejne etapy wykształcania się ideologii nacjonalizmu ukraińskiego, rolę Bandery w kształtowaniu się tej ideologii oraz rolę tej ideologii w doprowadzeniu do ludobójstwa. Wiele miejsca poświęcił też Poliszczuk problematyce metod zniekształcania i fałszowania przez neobanderowców faktów historycznych. Narracja Jana Olszewskiego oraz innych znanych osób z kręgu Zjednoczonej Prawicy wpisuje się w te metody.

Według historyków z Yad Vashem Bandera podczas internowania w Zellenbau miał możliwość utrzymywania kontaktu ze stworzoną przez siebie organizacją. Tak samo uważa Czesław Partacz. Przeciwnego zdania jest Grzegorz Motyka. Do tej sprawy odniósł się również niemiecki historyk Grzegorz Rossoliński-Liebe – autor obszernego, liczącego 900 stron opracowania pt. „Stepan Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty” (Warszawa 2018). Jego wypowiedź jest wyważona, ale bynajmniej nie jest przychylna Banderze. Warto ją zacytować w całości:

„Podczas, gdy OUN i UPA przeprowadzały czystkę etniczną Polaków i polowały na Żydów, Bandera przebywał poza Ukrainą. Pozostawał zamknięty w Berlinie i Sachsenhausen. Kierownictwa OUN-B i UPA były w kontakcie z Banderą przez jego żonę i za pośrednictwem innych kanałów. Bandera mógł zatem zostać poinformowany o polityce OUN-B i UPA, ale nie wiemy, w jakim stopniu lub jaka była jego opinia o czystkach etnicznych na Wołyniu i we wschodniej Galicji oraz o innych formach przemocy na tle etnicznym i politycznym w tym czasie. Nie znalazłem żadnych dokumentów potwierdzających, że aprobował albo potępiał czystkę etniczną lub mordowanie Żydów i innych mniejszości podczas wojny. Po wojnie nigdy nie potępił czystki etnicznej lub pogromów ani nawet nie przyznał, że one się wydarzyły. Takie postępowanie było dość typowe dla przywódców i członków tego ruchu i jego sympatyków. Przemoc etniczna i polityczna stosowana przez OUN i UPA podczas II wojny światowej z pewnością nie była sprzeczna z przedwojennymi wierzeniami i przekonaniami prowidnyka (…). Choć nie był zaangażowany w masowe zabójstwa z lat 1942, 1943 i 1944 i choć jego osobista – w przeciwieństwie do moralnej – odpowiedzialność za te mordy była bardzo ograniczona, albo żadna, zabicie tysięcy Polaków i kilkuset, a nawet kilku tysięcy Żydów przez OUN-B i UPA w 1943 roku przyczyniło się do ukształtowania jego mitu politycznego i wpłynęło na jego wizerunek polityczny. Stało się tak, ponieważ działacze OUN-B i partyzanci UPA byli znani swoim ofiarom jako banderowcy, czyli ludzie Bandery”[6].

Ludobójstwa na Polakach dokonała banderowska frakcja OUN i banderowska UPA. Mordercy krzyczeli „Stepan Bandera”, wierzyli w jego ideologię i realizowali cele wytyczone przez Banderę jeszcze w okresie międzywojennym. W tym kontekście jest mało istotne, gdzie w tym czasie przebywał Bandera i czy miał kontakt z organizacją. Zaprzeczanie oczywistym faktom historycznym, mimo że karkołomne, nie dziwi w wypadku banderowskich epigonów na Ukrainie. Musi natomiast dziwić w wypadku rządzącej w Polsce prawicy. Chociażby dlatego, że środowisko tych ludzi wielokrotnie deklarowało się za jedynych prawdziwych polskich patriotów. Gdzie ich zaprowadzi sojusz z epigonami Stepana Bandery w imię „egzystencjalnej” walki z Rosją?

[1] Wiatrowycz: OUN najbardziej udanym projektem Ukraińców w XX wieku, http://www.kresy.pl, 5.02.2019.

[2] G. Rossoliński-Liebe, „Stepan Bandera. Faszyzm, ludobójstwo kult. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty”, Warszawa 2018, s. 446-468.

[3] Olszewski: Bandera nie odpowiada za Wołyń, http://www.se.pl, 26.02.2018.

[4] A. Diukow, „»Dlaczego walczymy z Polakami«. Antypolski program OUN w kluczowych dokumentach”, Warszawa 2017.

[5] W. Poliszczuk, „Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa”, Toronto 2004.

[6] G. Rossoliński-Liebe, „Stepan Bandera…”, s. 426-427.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 21 lutego 2019 r.

„Myśl Polska” nr 9-10 (2229/2230), 24.02-3.03.2019, s. 8

Krwawa Niedziela w Kryłowie

Jedną z bardziej znanych zbrodni UPA popełnionych na terenach Polski pojałtańskiej była tzw. Krwawa Niedziela w Kryłowie. W Niedzielę Palmową 25 marca 1945 roku oddział UPA pod dowództwem Marijana Łukaszewycza „Jahody” (1922-1945) zaatakował wieś Kryłów w powiecie hrubieszowskim. Celem tej akcji było przede wszystkim ujęcie i zamordowanie Stanisława Basaja „Rysia” (1917-1945) – wówczas majora Milicji Obywatelskiej, wcześniej legendarnego dowódcę partyzanckiego BCh na Zamojszczyźnie, wsławionego obroną mieszkańców tej ziemi przed eksterminacją z rąk okupanta niemieckiego i nacjonalistów ukraińskich.

Stanisław Basaj był urodzonym żołnierzem. Do wojska wstąpił ochotniczo jako 16-latek. Służył w orkiestrze 23. pułku piechoty we Włodzimierzu Wołyńskim, a następnie w 2. pułku strzelców konnych w Hrubieszowie. Po czterech latach, w 1937 roku, zrezygnował ze służby wojskowej z powodu choroby ojca. Powrócił do rodzinnego Małkowa w powiecie hrubieszowskim w gminie Mircze, by zająć się prowadzeniem rodzinnego gospodarstwa. Przed wybuchem drugiej wojny światowej zdążył się jeszcze ożenić.

Od 1 września 1939 roku uczestniczył w walce z agresorem niemieckim, najpierw podczas kampanii wrześniowej, a następnie jako żołnierz konspiracji. Należał bez wątpienia do jednych z najwybitniejszych dowódców partyzanckich nie tylko na Zamojszczyźnie, ale w skali całej okupowanej Polski. Przede wszystkim dał się we znaki nacjonalistom ukraińskim – tym z kolaboracyjnej policji ukraińskiej, tym z dywizji Waffen-SS „Galizien” oraz tym z UPA. Wszyscy oni chcieli powtórzyć na przełomie 1943 i 1944 roku ludobójstwo wołyńskie na Zamojszczyźnie. Dostali na to zielone światło od Niemców, żądnych zemsty za niepowodzenie skierowanej przeciw Polakom wielkiej akcji wysiedleńczej na Zamojszczyźnie z lat 1942-1943, która była wstępem do realizacji Generalnego Planu Wschodniego. To, że nie doszło do drugiego Wołynia na Zamojszczyźnie – jak również to, że nie powiodła się wcześniejsza niemiecka akcja wysiedleńcza – było zasługą miejscowych dowódców polskiej partyzantki, w tym m.in. Stanisława Basaja. Z tego powodu stał się on szczególnie znienawidzony przez nacjonalistów ukraińskich.

22 lipca 1944 roku sławny batalion BCh „Rysia” został rozformowany. Jeszcze przed wyzwoleniem Zamojszczyzny spod okupacji niemieckiej Lucjan Świdziński „Mrówka” (1890-1963) – działacz ruchu ludowego, Delegat Rządu w powiecie hrubieszowskim i tamtejszy komendant BCh – powołał „Rysia” na stanowisko zastępcy powiatowego komendanta Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa, czyli konspiracyjnej policji Polski Podziemnej. „Ryś” przystąpił do tworzenia posterunków i punktów samoobrony, obsadzając je swoimi partyzantami. Po wkroczeniu na ziemię hrubieszowską Armii Czerwonej i zainstalowaniu tam administracji PKWN wstąpił wraz ze swoimi ludźmi do Milicji Obywatelskiej.

Stanisław Basaj nie był zwolennikiem sił politycznych tworzących PKWN. Jego akces do MO miał na celu kontynuowanie obrony ziemi hrubieszowskiej przed UPA. Zwłaszcza, że po przejściu frontu Zamojszczyzna stała się obiektem nowej ofensywy UPA. Prędzej czy później musiało dojść i doszło do nieporozumień i konfliktów pomiędzy Basajem a jego przełożonymi z MO i UB, a także z NKWD. Nie układała się również jego współpraca z władzami powiatowymi z ramienia PKWN. Basaj nie palił się do „utrwalania” nowego ustroju. Chciał walczyć z UPA, ale nie ze swoimi dawnymi współtowarzyszami z partyzantki, którzy pozostali w lesie lub byli represjonowani przez NKWD.

Pod koniec marca 1945 roku „Ryś” otrzymał polecenie przeprowadzenia inspekcji posterunku MO w Kryłowie i udał się tam z grupą milicjantów w sobotę 24 marca w godzinach przedpołudniowych. Wiedzieli o tym jego przełożeni i wiedziało też zapewne NKWD. Ale skąd dowiedział się o tym fakcie dowódca UPA „Jahoda”? Może miał swojego konfidenta (konfidentów) w MO, UB lub NKWD. Możliwe jest też jednak, że informacja o przyjeździe „Rysia” do Kryłowa dotarła do podziemia banderowskiego (niekoniecznie bezpośrednio) właśnie ze strony komunistycznej. Możliwe, że UB i NKWD chcąc pozbyć się Basaja same „wystawiły” go UPA. Najnowsze badania, prowadzone m.in. przez IPN, wskazują że zbrodnia UPA w Kryłowie 25 marca 1945 roku została dokonana przy pełnej aprobacie, a nawet pomocy hrubieszowskiego UB oraz NKWD.

Kryłów to dawne miasto prywatne, lokowane około 1497 roku (po raz pierwszy wzmiankowane w 1523 roku). Prawa miejskie utracił w 1870 roku, w ramach represji po powstaniu styczniowym. Jego właścicielami byli Tęczyńscy, Radziejowscy, Wiśniowieccy, Tarnowscy, Towiańscy, Prażmowscy, Jeżewscy, Chrzanowscy i Horodyscy. Miejscowość ta znajduje się w powiecie hrubieszowskim w gminie Mircze, 16 km na południe od Hrubieszowa, nad Bugiem. W 1945 roku została wymieniona w dokumentach konferencji jałtańskiej jako jeden z punktów orientacyjnych wytyczonej tam ostatecznie nowej granicy polsko-radzieckiej. Jednymi z tamtejszych atrakcji turystycznych są starorzecze Bugu z wyspą oraz ruiny zamku. Zamek ten był świadkiem kilku znaczących lokalnie wydarzeń historycznych. M.in. w 1651 roku na zamku w Kryłowie gościł Jan Kazimierz w drodze pod Beresteczko. Na tym samym zamku wysłannik papieski wręczył w 1687 roku kapelusz kardynalski Michałowi Radziejowskiemu.

Miejscowość przez stulecia zamieszkiwała mieszana ludność polska, ruska (ukraińska) i żydowska. Według spisu z 1921 roku w Kryłowie mieszkało 289 katolików (Polaków), 372 prawosławnych (Ukraińców), dwóch ewangelików, jedna osoba innego wyznania chrześcijańskiego i 622 Żydów. Podczas drugiej wojny światowej Żydzi kryłowscy zostali prawie w całości wymordowani przez Niemców w pobliskim obozie zagłady w Bełżcu. Natomiast miejscowi Ukraińcy znaleźli się pod wpływem politycznym banderowców. Stąd Kryłów oraz okoliczne miejscowości stały się na przełomie 1943 i 1944 roku teatrem krwawej wojny polsko-ukraińskiej, wznieconej przez nacjonalistów ukraińskich. Pobliska miejscowość Prehoryłe (kiedyś przedmieście Kryłowa) kilkakrotnie przechodziła z rąk do rąk, ulegając całkowitemu zniszczeniu. W samym Kryłowie mieściła się dobrze usytuowana baza nacjonalistów ukraińskich. Dlatego 13 marca 1944 roku – podczas akcji polskiej partyzantki przeciwko bazom UPA na ziemi hrubieszowskiej – Kryłów został zaatakowany przez oddział BCh pod dowództwem Stanisława Basaja. Zginęło wtedy 13 Ukraińców, w tym cztery kobiety i troje dzieci.

Kolejna tragedia rozegrała się tam rok później, a jej główną ofiarą stał się sam Stanisław Basaj. Wczesnym rankiem 25 marca 1945 roku Kryłów został okrążony szczelnym pierścieniem przez nieznany nikomu liczny i dobrze uzbrojony oddział partyzancki. Większość jego członków była ubrana w mundury albo przynajmniej wojskowe płaszcze radzieckie. Niektórzy jednak mieli ubrania cywilne. Przybysze wystawili posterunki z bronią maszynową na obrzeżach wsi. Umundurowana część oddziału weszła do Kryłowa i rozlokowała się w parku pod dawną bramą pałacową, gdzie rozpaliła ognisko i ustawiła broń w kozły. Przebywającemu na kwaterze „Rysiowi” doniesiono, że do Kryłowa przybyły prawdopodobnie wojska NKWD. Ten – skonfliktowany wcześniej z NKWD – nie zamierzał wychodzić przybyszom na spotkanie. Polecił nie wdawać się w prowokacje. Sądził, że NKWD prowadzi działania przeciwko nacjonalistom ukraińskim.

Plan ataku na Kryłów został opracowany przez UPA precyzyjnie. Jak zawsze w takim wypadku, nacjonaliści ukraińscy użyli podstępu. Kilku napastników, przebranych w mundury radzieckie, eskortowało ze sobą byłego policjanta ukraińskiego w służbie niemieckiej Piotra Marcycha – znanego w Kryłowie podczas okupacji niemieckiej z aresztowań i zabójstw Polaków. Ten podstęp uśpił czujność mieszkańców i strażnika przed posterunkiem MO. Kilku innych upowców, udających funkcjonariuszy NKWD, poszło do sołtysa i poleciło mu wyznaczyć osoby, które z furmankami miały się stawić pod posterunkiem milicji. Jeszcze inni upowcy w mundurach radzieckich weszli do niektórych domów i polecili przygotować posiłek oraz kwatery dla żołnierzy. Robiło to wrażenie, że przybysze są rzeczywiście wojskiem radzieckim, które ma zamiar zostać w Kryłowie na dłużej.

Okoliczności wywabienia „Rysia” z kwatery znane są dzięki relacji Mieczysława Baryluka, wówczas 13-letniego chłopca. Podał on, że do domu jego rodziny – gdzie w nocy z 24 na 25 marca 1945 roku nocował Stanisław Basaj z kilkoma swoimi ludźmi – przyszedł rano wysoki mężczyzna, ubrany w skórzany wojskowy płaszcz radziecki. Towarzyszyło mu kilku innych mężczyzn, też przebranych za żołnierzy radzieckich. Przybysz, którym najprawdopodobniej był dowódca UPA na Chełmszczyźnie i Zamojszczyźnie Marijan Łukaszewycz „Jahoda”, polecił Basajowi udać się na posterunek MO, żeby rozpoznał aresztowanego rzekomo bandytę. Według innej relacji miał zrobić „Rysiowi” ostrą reprymendę, że ukraińska banda morduje w okolicy, a on siedzi sobie spokojnie na kwaterze w Kryłowie. Na posterunek polecono też pójść innym osobom, w tym matce Baryluka i jej siostrze. Wszystko odbywało się w ogromnym zamieszaniu, podczas którego upowcy przebrani w mundury radzieckie zabrali z domu całą broń.

Mieczysław Baryluk, który wybiegł z domu za matką i ciotką, stojąc pod dzwonnicą kościelną słyszał dochodzące z posterunku jęki kobiet. Widział też stojące przed posterunkiem furmanki, powożone przez miejscowych gospodarzy. Upowcy, którzy podstępem dostali się na posterunek MO oraz podstępem przyprowadzili tam Basaja i kilku innych milicjantów, bez problemu obezwładnili wszystkich 17 funkcjonariuszy MO znajdujących się tego dnia w Kryłowie. Samego Basaja postawili w rogu sali, zabrali mu płaszcz i buty oraz skatowali go. Pozostałych milicjantów, których też obrabowali z butów i wierzchniej odzieży, położyli związanych na podłodze. Następnie większość z nich oraz zebranych na posterunku osób cywilnych upowcy zastrzelili. Zginęła m.in. Leokadia Baryluk i jej siostra Genowefa Krauz. W sumie – wraz z później zamordowanymi ofiarami – zginęło 17 funkcjonariuszy MO i 28 osób cywilnych. Część z zamordowanych cywilów była zapewne zaangażowana podczas okupacji niemieckiej w pomoc dla polskiej partyzantki. Taki był bilans Krwawej Niedzieli w Kryłowie.

Po dokonaniu mordu na posterunku upowcy wyprowadzili na zewnątrz pozostałe przy życiu osoby, w tym Stanisława Basaja. Mieczysław Baryluk widział, że na pierwszą furmankę wrzucili związanego Basaja, a na pozostałe kilku milicjantów i dwie kobiety – Adelę Dąbrowską i Matyldę Hryniewicz. Według innego świadka Basajowi przestrzelili oba kolana, żeby nie próbował uciekać. Do każdej z furmanek dosiedli się uzbrojeni upowcy, którzy z wrzaskiem i w pośpiechu polecili jechać w kierunku Małkowa. Po przejechaniu około kilometra – w lesie małkowskim koło kapliczki św. Antoniego – upowcy polecili Adeli Dąbrowskiej przesiąść się na furmankę, którą jechał mjr Basaj. Zapamiętała ona, że leżał on na słomie, w pozycji „na brzuchu”, konwojowany przez czterech upowców. W lesie w okolicach Dołhobyczowa – miejscowości znajdującej się 7 km od Kryłowa – furmanki rozdzielono. Jednemu z powożących tymi furmankami gospodarzy z Kryłowa – Karolowi Barydze – udało się wcześniej uciec. Został postrzelony przez upowców, ale przeżył. Pozostałych upowcy zastrzelili, gdy rozdzielili furmanki w lesie dołhobyczowskim.

Obie wspomniane kobiety – Adelę Dąbrowską i Matyldę Hryniewicz – upowcy zamknęli w piwnicy w Żniatynie koło Dołhobyczowa. Zostały one po kilku dniach uwolnione przez żołnierzy polskich. Nie wiadomo, gdzie upowcy zawieźli Stanisława Basaja i kilku jego ludzi oraz nie wiadomo jakie były okoliczności ich śmierci. Basaj miał zginąć we wsi Liski Waręskie koło Dołhobyczowa lub we wsi Uhrynów – znajdującej się już po radzieckiej stronie granicy w rejonie sokalskim. Według powszechnie panującej opinii miał być przez wiele dni torturowany przez upowców, a na koniec połamany i zmiażdżony kołami kieratu. Krytyczny wobec Basaja historyk Mariusz Zajączkowski uważa, że jest to tylko legenda, a upowcy mieli obwozić Basaja po wsiach ukraińskich i następnie go rozstrzelać. Ta teza musi jednak budzić wątpliwości ze względu na powszechnie znane metody mordowania ofiar przez UPA, połączone najczęściej z najbardziej bestialskimi torturami.

Dowodzący napadem UPA na Krylów Marijan Łukaszewycz „Jahoda” zginął 9 września 1945 roku koło Żniatyna, zaskoczony przez obławę w punkcie sanitarnym UPA. Na dzisiejszej Ukrainie – aspirującej do członkostwa w NATO i UE – jest bohaterem. Banderowcy poświęcili mu pieśń „Do boju prawoho, do boju stawajmo” – śpiewaną obecnie przez ukraińskich uczniów. Przynajmniej w szkołach obwodu lwowskiego.

Do dzisiaj nie odnaleziono grobu i szczątków Stanisława Basaja, a dopóki to się nie stanie nie będzie możliwe ustalenie przyczyn i okoliczności jego śmierci. W 2018 roku z redakcją „Kroniki Tygodnia” w Zamościu skontaktował się 83-letni mieszkaniec powiatu hrubieszowskiego, który jako miejsce pochówku Stanisława Basaja wskazał las koło miejscowości Zaręka w gminie Dołhobyczów. „Byłem tu w 1986 r. i wtedy jeden z miejscowych Ukraińców chciał mi pokazać dokładnie to miejsce, ale drugi Ukrainiec złapał go za ramię i zakazał” – powiedział świadek. W 2015 roku rozmówca „Kroniki Tygodnia” ponownie trafił na ten sam trop miejsca pochówku Stanisława Basaja. „Za sprawą znajomego Polaka z sąsiedniej wsi po raz drugi dowiedziałem się, że »Ryś« jest zakopany w lesie pod Zaręką. Miejsce to jest zaznaczone krzyżem naciętym na dębie od strony północnej” – oświadczył rozmówca red. Leszka Wójtowicza z „Kroniki Tygodnia”[1].

Poszukiwania prowadzone w lesie pod Zaręką w sierpniu 2018 roku przez prokuratora IPN, policję, żołnierzy Straży Granicznej i pracowników Nadleśnictwa Mircze nie doprowadziły do odnalezienia wskazanego dębu. Bezskuteczne poszukiwania miejsca pochówku Stanisława Basaja prowadziła też przez dziesiątki lat jego żona Genowefa. Na grobowcu w Sandomierzu, w którym została pochowana 21 lipca 2008 roku, umieszczono symboliczną inskrypcję poświęconą jej mężowi.

Od 2015 roku IPN prowadzi śledztwo w sprawie Krwawej Niedzieli w Kryłowie. Dzięki zeznaniom świadków udało się zidentyfikować osoby podejrzane o sprawstwo tej zbrodni, być może żyjące jeszcze na Ukrainie – Mykołaja B., Juliana G., Mykołaja K., Tomasza L., Piotra M. i Władysława M. O dalszych rezultatach tego śledztwa na razie nic nie wiadomo. Nie ulega jednak wątpliwości, że obecna polityka historyczna Ukrainy oraz polityka Polski wobec Ukrainy uniemożliwiają ściganie w tym kraju i ukaranie tych osób, nawet jeśli jeszcze żyją.

[1] L. Wójtowicz, „Na tropie »Rysia«. Zagadka śmierci Stanisława Basaja czeka na rozwiązanie”, „Kronika Tygodnia”, http://www.kronikatygodnia.pl, 18.09.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 10 lutego 2019 r.

„Myśl Polska” nr 7-8 (2227/2228), 10-17.02.2019, s. 6

Czym zawinił Stanisław Basaj „Ryś”?

Pod koniec listopada 2018 roku Ogólnopolski Ruch Obywatele RP wystąpił do władz lokalnych o zmianę nazwy ulicy Stanisława Basaja „Rysia” w Hrubieszowie oraz Zenona Jachymka „Wiktora” w Tomaszowie Lubelskim.

„Honorowanie w przestrzeni publicznej osób odpowiedzialnych za przestępstwa na ukraińskiej ludności w miastach, położonych przy przejściach granicznych z Ukrainą, uderza w godność ludzi pogranicza, przede wszystkim obywateli RP pochodzenia ukraińskiego, a także w rozwój dobrosąsiedzkich relacji Polski z Ukrainą” – napisał we wniosku do radnych Hrubieszowa i Tomaszowa Lubelskiego Ogólnopolski Ruch Obywatele RP. Oświadczenie to rozpropagował w mediach ukraiński dziennikarz Ihor Isajew, znany dotąd z wielu kontrowersyjnych działań i wypowiedzi.

Ruch Obywatele RP podał w swoim wniosku, że w marcu 1944 roku „miała miejsce akcja oddziałów Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich przeciwko wsiom na terenie dawnych powiatów hrubieszowskiego i tomaszowskiego. Według ustaleń polskich historyków (w tym historyków IPN), w wyniku akcji polskiego podziemia zniszczonych zostało kilkadziesiąt wsi. W trakcie pacyfikacji ginęli obywatele Rzeczypospolitej, ukraińska ludność cywilna. Najwięcej ofiar zostało zabitych 10 marca 1944 r. (…) Pacyfikacjami wskazanych wsi dowodzili m.in. Stanisław Basaj „Ryś” oraz Zenon Jachymek „Wiktor”. Jako dowódcy ponoszą oni pełną odpowiedzialność za czyny podkomendnych. Z analizy źródeł i relacji wynika, iż w trakcie pacyfikacji obywateli Rzeczypospolitej Polskiej zabijano w oparciu o kryterium narodowościowe. Członkowie AK i BCh dopuszczali się zbrodni wojennych na osobach cywilnych, zbrodniczych podpaleń, gwałtów i torturowania cywilnych osób. Wobec powyższego honorowanie w przestrzeni publicznej osób ponoszących bezpośrednią odpowiedzialność za zbrodnicze czyny podkomendnych na obywatelach polskich uważamy za rzecz naruszającą normę współżycia społecznego [tak w oryginale – BP], godzącą w godność i dobro wszystkich obywateli Rzeczypospolitej ” (cyt. za: „Do radnych Hrubieszowa i Tomaszowa Lubelskiego. Zmieńcie nazwy tych ulic!”, http://www.obywatelerp.org, 25.11.2018; „Obywatele RP chcą zmiany patronów ulic. »Pacyfikowali ukraińskie wsie«”, „Dziennik Wschodni”, http://www.dziennikwschodni.pl, 29.11.2018).

„Dziennik Wschodni”, informując o tej inicjatywie Ruchu Obywatele RP, zacytował też wypowiedź dr. Mariusza Zajączkowskiego z Instytutu Studiów Politycznych PAN: „Z jednej strony Basaj jawi się jako obrońca ludności polskiej w obliczu zagrożenia niemieckimi ekspedycjami karnymi. Z drugiej zaś to właśnie jego postepowanie wobec Ukraińców – akty bandytyzmu (napady rabunkowe) i terroryzowanie ludności cywilnej prowadziło do zaognienia stosunków z Ukraińcami i ściągało represje Niemców na miejscowych Polaków”.

Już na pierwszy rzut oka nasuwa się refleksja, że Ruch Obywatele RP oraz Ihor Isajew opisują historię w oderwaniu od kontekstu historycznego. Przede wszystkim w ich opisie występują jako ofiary „ukraińska ludność cywilna” lub „obywatele Rzeczypospolitej Polskiej”. Brakuje tam natomiast Ukraińskiej Powstańczej Armii wraz z informacją, że to UPA przyniosła na Zamojszczyznę pożogę śmierci i zniszczenia, co – w przeciwieństwie do Wołynia i Małopolski Wschodniej – spotkało się tam ze skutecznym przeciwdziałaniem ze strony polskiej.

Kim w ogóle był Stanisław Basaj (1917-1945)? Był organizatorem i dowódcą największego oddziału partyzanckiego Batalionów Chłopskich, który walczył na Zamojszczyźnie z Niemcami i Ukraińską Powstańczą Armią. Pochodził z rodziny chłopskiej. Urodził się miejscowości Polany w powiecie tomaszowskim. Przed wybuchem drugiej wojny światowej działał w Związku Młodzieży Wiejskiej „Wici”.

Podczas kampanii wrześniowej w stopniu kaprala uczestniczył w walkach toczonych przez 2. pułk strzelców konnych Wołyńskiej Brygady Kawalerii. Walczył m.in. w słynnej bitwie pod Mokrą. Po klęsce wrześniowej Basaj dowodził jednym z pierwszych oddziałów partyzantki powrześniowej, który stoczył kilka potyczek z Niemcami od listopada 1939 do stycznia 1940 roku. Na początku 1940 roku wstąpił do Związku Walki Zbrojnej i stał się aktywnym organizatorem konspiracji niepodległościowej w powiecie hrubieszowskim. Wkrótce jednak przeszedł do Batalionów Chłopskich (w latach 1940-1941 Chłopskiej Straży). Wiosną 1942 roku „Ryś” utworzył Oddział Specjalny BCh do obrony ludności polskiej na Zamojszczyźnie przed poborem tzw. kontyngentów oraz działaniami żandarmerii niemieckiej i licznej na tym terenie policji ukraińskiej. W drugiej połowie 1942 roku oddział ten stoczył cztery duże i zwycięskie potyczki z żandarmerią niemiecką (pod Kryłowem, Mirczem, Poturzynem i Kosmowem w powiatach hrubieszowskim i tomaszowskim). Już wtedy okupacyjne władze niemieckie wyznaczyły dużą nagrodę za schwytanie lub zabicie Basaja.

28 listopada 1942 roku rozpoczęła się na Zamojszczyźnie wielka niemiecka akcja wysiedleńcza, będąca wstępem do realizacji Generalnego Planu Wschodniego. Zamojszczyzna miała zostać oczyszczona z ludności polskiej i stać się pierwszym niemieckim obszarem osadniczym w Generalnym Gubernatorstwie. Brutalność i bestialstwo akcji wysiedleńczej nie miały precedensu w historii Europy. Niedołężnych i opornych Niemcy mordowali na miejscu. Resztę czekały obozy przesiedleńcze i koncentracyjne, w najlepszym wypadku wywóz na roboty do Rzeszy. Dzieci oddzielano od rodzin – wiele z nich trafiło do ośrodków germanizacyjnych. Na miejsce wysiedlonych Polaków sprowadzano Niemców z Rzeszy, Besarabii, Rumunii i okupowanych obszarów ZSRR. Specjalną taktykę podkomendni Heinricha Himmlera zastosowali wobec miejscowych Ukraińców, których osiedlano na obrzeżach niemieckiego pasa osiedleńczego, by chronili Niemców przed atakami polskiej konspiracji.

Jako jeden z pierwszych w obronie wysiedlanej i eksterminowanej ludności polskiej Zamojszczyzny wystąpił Stanisław Basaj. Przekształcił on swój Oddział Specjalny w silny i liczny oddział partyzancki, który otrzymał nazwę 1. batalionu BCh (wiosną 1944 roku liczył około 800 żołnierzy). 15 stycznia 1943 roku oddział Basaja stoczył w Tuchaniach pod Dubienką jedną z pierwszych walk w obronie ludności polskiej na Zamojszczyźnie (pierwszą stoczyli partyzanci BCh i partyzanci radzieccy, dowodzeni przez Jerzego Mara-Meijera, 30 grudnia 1942 roku pod Wojdą). Przeciwnikami oddziału „Rysia” były żandarmeria niemiecka i policja ukraińska, którym zadał poważne straty. W ten sposób rozpoczęły się regularne wali partyzanckie, które zmusiły Niemców w połowie 1943 roku do ostatecznego zaniechania akcji wysiedleńczej na Zamojszczyźnie. Walki te nazwano później „powstaniem zamojskim”.

W ramach „powstania zamojskiego” oddział Basaja toczył dalej zwycięskie boje z żandarmerią niemiecką, policją ukraińską i Kozakami w służbie niemieckiej pod Józefowem, Bokinią, Wysokim, Kryłowem i Małkowem. 15 i 17 marca 1943 roku oddział „Rysia” zlikwidował posterunki policji ukraińskiej (złożonej z nacjonalistów ukraińskich) w Modryniu i Łaskowie w powiecie hrubieszowskim. Następnego dnia partyzanci „Rysia” weszli w pierwszy kontakt bojowy z Ukraińską Powstańczą Armią. Stało się to we wsi Górka. W pościgu za uchodzącymi upowcami podkomendni „Rysia” rozbili niemiecką kolumnę samochodową i zniszczyli dwa działa. 20 marca 1943 roku 1. batalion BCh wyparł oddział UPA ze wsi Modryń w powiecie hrubieszowskim. Upowcy przybyli tam, żeby wymordować ludność polską. Natomiast 3 kwietnia 1943 roku podkomendni Basaja rozbili oddział UPA w miejscowości Prehoryłe w powiecie hrubieszowskim.

W tym czasie nacjonaliści ukraińscy dopiero zaczynali ludobójstwo na ludności polskiej na sąsiednim Wołyniu. Co wtedy robiła UPA na Zamojszczyźnie, w powiecie hrubieszowskim? I to jeszcze w porozumieniu z Niemcami. Co robiła tam kolaboracyjna policja ukraińska? Może Obywatele RP i Ihor Isajew coś nam o tym opowiedzą? To było na rok przed domniemanymi zbrodniami Basaja na „ukraińskiej ludności cywilnej”.

Wiosną i latem 1943 roku 1. batalion BCh toczył dalej walki z siłami niemieckimi i ukraińskimi w powiecie hrubieszowskim. Walki w obronie Polaków. 15 sierpnia 1943 roku trzy plutony z batalionu „Rysia” stoczyły zwycięską walkę pod wsią Mieniany. Kto był ich przeciwnikiem? Ano policja ukraińska i świeżo sformowane pododdziały 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS „Galizien-Hałyczyna”, czyli 1. ukraińskiej dywizji Waffen-SS. Tej samej, która od wielu lat jest czczona we Lwowie i obwodzie lwowskim. To Obywatelom RP nie przeszkadza?

15 września 1943 roku batalion „Rysia” po raz pierwszy uderzył na bazę UPA w Sahryniu. Był to atak nieudany – jedna z nielicznych przegranych walk tego batalionu. 22 października 1943 roku oddział Basaja po raz drugi uratował przed zagładą polską wieś Górka, rozbijając tam oddział UPA, który przybył wraz z żandarmerią niemiecką w celu dokonania pacyfikacji.

Przyszedł wreszcie rok 1944, kiedy ludzie Basaja mieli dokonać wspomnianych przez Obywateli RP zbrodni na „ukraińskiej ludności cywilnej”. Jak wyglądały te wydarzenia? Zakończyło się już wtedy ludobójstwo nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia. Trwało ludobójstwo ukraińskie na Polakach w Małopolsce Wschodniej. Nacjonaliści ukraińscy postanowili objąć akcją ludobójczą także Zamojszczyznę, uważaną przez nich za ziemię rdzennie ukraińską. Wina Stanisława Basaja oraz innych dowódców BCh i AK polega na tym, że po obronieniu Zamojszczyzny przed niemiecką akcją wysiedleńczo-eksterminacyjną obronili ją też przed zagładą z rąk nacjonalistów ukraińskich. Nie dopuścili do powtórzenia się Wołynia na Zamojszczyźnie. Gdyby na Wołyniu znalazł się chociaż taki jeden Stanisław Basaj…

29 stycznia 1944 roku dwie kompanie 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS (1. ukraińskiej), zaatakowały wsie Górka, Małków i Zabłocie, gdzie na kwaterach przebywali partyzanci AK i BCh. Atak został odparty. Tak rozpoczęła się regularna wojna polsko-ukraińska w powiecie hrubieszowskim. Obywatele RP oraz Ihor Iasajew nie wiedzą kto ją rozpoczął? Basaj ją rozpoczął? Celem wspomaganego przez Niemców ataku nacjonalistów na Zamojszczyznę zimą i wiosną 1944 roku było osiągnięcie tego, co nie udało się Niemcom w ramach akcji wysiedleńczej – zagłada tamtejszych Polaków. Basaj nie był agresorem, tylko obrońcą.

14 lutego 1944 roku żołnierze „Rysia”, wspomagani przez AK, stoczyli całodzienny bój z Wehrmachtem pod Zabłociem. W nocy z 16 na 17 lutego 1944 roku rozbili oddział UPA we wsi Prehoryłe, a dziesięć dni później stoczyli pod Małkowem zwycięską walkę z Grupą Bojową SS „Beyersdorf” – złożoną w większości z ochotników ukraińskich do dywizji Waffen-SS „Galizien” – oraz z powiązaną z UPA Ukraińską Samoobroną Narodową. Idąc za ciosem zaatakowali oddział 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS, który wraz z policją ukraińską i żandarmerią niemiecką pacyfikował Kolonię Górną i Łasków. 28 lutego batalion „Rysia” i oddział AK z obwodu hrubieszowskiego rozgromiły ekspedycję niemiecką, która chciała pacyfikować Małków. Następnego dnia partyzanci polscy pod osobistym dowództwem „Rysia” ponownie rozbili placówkę nacjonalistów ukraińskich we wsi Prehoryłe. Zabito kilkudziesięciu Ukraińców. Część wsi spłonęła. To zdaniem współczesnych epigonów nacjonalizmu ukraińskiego była polska zbrodnia na Ukraińcach. Takie jednak przedstawianie tych faktów jest po prostu ich naciąganiem, jeśli nie fałszowaniem.

5 marca 1944 roku batalion „Rysia” i oddział obwodu hrubieszowskiego AK zostały zaatakowane w rejonie Prehoryłego i Małkowa przez pododdziały ukraińskiej dywizji Waffen-SS i Orstschutzu. Atak odparto.

Pod koniec lutego 1944 roku dowództwo UPA podjęło decyzję o przeniesieniu działań antypolskich na zachód od Bugu i Sanu. Na Zamojszczyznę wtargnęło zgrupowanie UPA Myrosława Onyszkewycza „Oresta”, a na ziemię lubaczowską zgrupowanie UPA pod dowództwem Iwana Szpontaka „Żeleźniaka”. Wspierali ich ukraińscy esesmani z 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS (1. ukraińskiej) oraz bojówkarze Ukraińskiej Samoobrony Narodowej. Podkomendni Onyszkewycza wymordowali m.in. polskie wsie Podlodów, Posadów i Tarnoszyn w powiecie tomaszowskim. Rozpoczął się drugi Wołyń. Tym razem na Zamojszczyźnie.

Strona polska skierowała do walki najlepsze oddziały partyzanckie, w tym batalion Stanisława Basaja. 8 marca 1944 roku policja ukraińska, esesmani z dywizji „Galizien” i bojówki USN napadły na polskich mieszkańców wsi Prehoryłe. Podkomendni Basaja i akowcy odparli napastników. Jednak następnego dnia siły ukraińskie powróciły do Prehoryłego, wymordowały polskich mieszkańców i całkowicie spaliły zniszczoną już poważnie podczas poprzednich walk wieś. Taka była bezpośrednia geneza tego, co stało się 10 marca 1944 roku w Sahryniu. Zdaniem ukraińskiej historiografii nacjonalistycznej, której tezy powtarzają Obywatele RP, był to polski zbrodniczy odwet. Faktycznie była to polska kontrofensywa, która miała na celu likwidację baz UPA, USN, policji ukraińskiej i 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS (1. ukraińskiej) w takich miejscowościach jak Łasków, Miętkie, Sahryń, Terebiń i Turkowice. Spowodowało to niemiecko-ukraińską kontrakcję, która została odparta. Następnie siły polskie przystąpiły do likwidacji baz nacjonalistów ukraińskich w miejscowościach Cichobórz, Kosmów, Kozodawy, Mieniany, Modryń, Modryniec i Masłomęcz.

Atakiem na Sahryń w dniu 10 marca 1944 roku dowodził oficer AK, kpt. Zenon Jachymek (1912-1986). Po wojnie uczestnik podziemia antykomunistycznego, represjonowany przez UB i skazany na karę śmierci (zamienioną na 15 lat więzienia). Według Grzegorza Motyki miał on wydać rozkaz oszczędzania cywilnej ludności ukraińskiej, który jednak nie był respektowany przez jego podkomendnych. Natomiast Andrzej Leon Sowa i wspomniany Mariusz Zajączkowski uważają, że dowództwo polskie postanowiło w Sahryniu zaatakować cywilnych Ukraińców, a brutalność ataku miała podziałać odstraszająco na nacjonalistów ukraińskich i zniechęcić ich do dokonywania dalszych mordów na Polakach.

Czy w innych miejscowościach też dochodziło ze strony polskiej do odwetu, w tym na cywilnych Ukraińcach? Tak. Świeżo w polskiej pamięci były jeszcze wtedy Wołyń i Małopolska Wschodnia oraz zbrodnie niemieckie i ukraińskie na samej Zamojszczyźnie. To właśnie na Zamojszczyźnie schroniło się wielu polskich uciekinierów z Wołynia i Małopolski Wschodniej, przynosząc przerażające wieści. Wielu polskich partyzantów Zamojszczyzny nawet stamtąd pochodziło. To nie strona polska rozpoczęła tę wojnę polsko-ukraińską i nie strona polska ponosiła odpowiedzialność za jej brutalizację. Obywatele RP tego nie wiedzą?

W dniach 18-28 czerwca 1944 roku Niemcy przeprowadzili w Puszczy Solskiej jedną z największych operacji wojskowych przeciw polskiej partyzantce o kryptonimie „Sturmwind II” („Wicher II”). Także w tych walkach, zakończonych wyrwaniem się części sił BCh, AK, AL i  partyzantki radzieckiej z okrążenia, nie zabrakło 1. batalionu BCh.

Po wyzwoleniu Zamojszczyzny spod okupacji niemieckiej latem 1944 roku wciąż była ona obiektem ataków UPA. Stanisław Basaj chciał nadal bronić swojej ziemi i jej mieszkańców przed nacjonalistami ukraińskimi. Dlatego wstąpił do Milicji Obywatelskiej. Nie był to wybór rzadki w wypadku żołnierzy podziemia niepodległościowego, którzy zostali postawieni w takiej sytuacji. Wielu z nich wstąpiło wtedy do MO, KBW i Wojska Polskiego, żeby móc bronić swojej ziemi przed zagrożeniem ukraińskim.

Na przełomie zimy i wiosny 1945 roku ziemia hrubieszowska i tomaszowska stały się celem nowej ofensywy UPA. W Niedzielę Palmową 25 marca 1945 roku do Kryłowa w powiecie hrubieszowskim wkroczył oddział UPA pod dowództwem Marijana Łukaszewycza „Jahody”. Upowcy byli przebrani w mundury radzieckie i udawali, że eskortują zatrzymanego. W tak zorganizowaną zasadzkę wpadła miejscowa załoga MO. Ujętemu podstępem Stanisławowi Basajowi upowcy zabrali płaszcz i buty, a następnie znęcali się nad nim. Na miejscu zamordowali 17 funkcjonariuszy MO i 28 cywilnych mieszkańców Kryłowa. Była to tzw. Krwawa Niedziela w Kryłowie. Potem upowcy sprowadzili kilka furmanek, powożonych pod przymusem przez polskich gospodarzy, i załadowali na nie aresztowanych. W okolicach Dołhobyczowa, około 7 km od Krylowa, upowcy zastrzelili furmanów (jeden ranny przeżył) i odjechali w nieznanym kierunku. Później ustalono, że mjr Stanisław Basaj był przez pewien czas przez nich więziony i torturowany, a następnie okrutnie zamordowany w nieznanym miejscu (prawdopodobnie we wsi Liski Waręskie lub Uhrynów). Jego ciało oprawcy połamali kieratem. Miejsce pochówku jest do dzisiaj nieznane.

Obrońcę Zamojszczyzny, odznaczonego pośmiertnie Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari, upamiętniono tylko nazwą ulicy i osiedla w Hrubieszowie oraz zlikwidowanej już szkoły podstawowej w Małkowie. Upamiętniono go też na pomniku ofiar Krwawej Niedzieli w Kryłowie, który został odsłonięty 25 marca 2010 roku. Są jeszcze dzisiaj takie środowiska, które boli nawet to skromne upamiętnienie i które chciałyby nadal kontynuować walkę ze Stanisławem Basajem.

Od drugiej wojny światowej minęło już ponad 70 lat. Wielu zdążyło zapomnieć lub nie wie kto i po co tę wojnę wywołał i o co się ona toczyła. Wielu chce przepisywać jej historię, czyniąc z ludobójców i kolaborantów hitlerowskich niewinne ofiary, a z tych, którzy ich pokonali zbrodniarzy. Czynią tak przede wszystkim epigoni nacjonalizmu ukraińskiego oraz ich różni poplecznicy.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 stycznia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 5-6 (2225/2226), 27.01-3.02.2019, s. 6-7

Rok Stepana Bandery na Ukrainie

11 grudnia 2018 roku lwowska rada obwodowa ogłosiła rok 2019 rokiem Stepana Bandery i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w obwodzie lwowskim. Trudno oprzeć się wrażeniu, że była to czysta formalność, ponieważ rok Stepana Bandery w obwodzie lwowskim trwa nieprzerwanie od 1991 roku, a na pozostałej części Ukrainy od 2004 roku (z przerwą w latach 2010-2014). Dlatego decyzja lwowskiej rady obwodowej (zdominowanej przez banderowską partię Swoboda – do roku 2004 Narodowo-Socjalistyczną Partię Ukrainy – której założycielem był m.in. obecny przewodniczący parlamentu ukraińskiego Andrij Parubij, oskarżony o organizowanie strzelania do obu stron zamieszek na Majdanie w 2014 roku) niczego nie zmieniła w trwającym na Ukrainie od lat stanie rzeczy. Bez tej decyzji 1 stycznia 2019 roku tłumy agresywnych młodych ludzi – nawiązujących do zbrodniczej ideologii, będącej ukraińskim odpowiednikiem nazizmu – też wyszłyby na ulice Lwowa, Kijowa i innych miast Ukrainy. Tak się dzieje co roku, a od przewrotu w 2014 roku jest to już standard.

Warto jednak zwrócić uwagę na uzasadnienie decyzji lwowskiej rady obwodowej. Podano w nim, że w 2019 roku przypada 110. rocznica urodzin Stepana Bandery (1 stycznia) oraz 90. rocznica utworzenia Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (3 lutego). W związku z tym rada zobowiązała departament polityki wewnętrznej i informacyjnej oraz departament do spraw narodowości, kultury i religii państwowej administracji obwodu do opracowania i uzgodnienia z nią planu obchodów tych rocznic[1]. Należy przypomnieć, że rok 2018 był w obwodzie lwowskim rokiem Towarzystwa „Proswita” (w okresie międzywojennym infiltrowanego przez OUN), a rok 2017 lwowska rada obwodowa ogłosiła rokiem UPA i Romana Szuchewycza, a także rokiem Josifa Slipego – grekokatolickiego biskupa, który 28 kwietnia 1943 roku w Archikatedrze św. Jura we Lwowie, w obecności gubernatora dystryktu galicyjskiego Otto von Wächtera i innych dostojników hitlerowskich, odprawił mszę z okazji utworzenia ukraińskiej dywizji SS „Galizien”.

Tak wygląda polityka historyczna Ukrainy, której wspieranie – co podkreślił w ubiegłym roku minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz – jest priorytetem polskiej racji stanu. „Niepodległa, demokratyczna i stabilna Ukraina jest z polskiego punktu widzenia niezbędnym elementem porządku i bezpieczeństwa europejskiego” – powiedział minister Czaputowicz w swoim wystąpieniu w Sejmie 21 marca 2018 roku[2]. No to przyjrzyjmy się jak ta „demokratyczna” Ukraina wygląda.

Polskiej opinii publicznej od lat podsuwana jest teza, że państwowy kult na Ukrainie OUN, UPA, dywizji Waffen-SS „Galizien” oraz takich postaci jak Stepan Bandera, Roman Szuchewycz, Mykoła Łebedź, czy Dmytro Kłaczkiwśki nie jest podobno antypolski i jest skierowany tylko przeciw Rosji (a nawet jeżeli byłby skierowany tylko przeciw Rosji, to jest to w porządku?). Każdy kto zna historię wie czym był niemiecki nazizm i jego ukraiński odpowiednik w postaci banderowskiego odłamu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i utworzonej przez niego Ukraińskiej Powstańczej Armii. Każdy kto zna historię wie, że OUN działała na terenie Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej, a OUN-B i UPA działały na terenie okupowanych przez Niemcy hitlerowskie ziem wschodnich II RP oraz południowo-wschodnich ziem Polski powojennej. Ich działalność była skierowana wyłącznie przeciw Polsce i narodowi polskiemu. Nacjonaliści ukraińscy Polskę i Polaków uważali za swojego głównego wroga. Rosję, czyli ZSRR (w ich frazeologii „moskiewską komunę”) w swoich materiałach propagandowych zawsze wymieniali dopiero na trzecim miejscu – po Polakach i Żydach. Depolonizacja „zachodniej Ukrainy” była głównym celem politycznym nacjonalistów ukraińskich, który został zrealizowany przez banderowców metodami ludobójczymi. Jedyne „antyrosyjskie” wystąpienie z ich strony przed 1945 rokiem – nie licząc zabójstwa konsula ZSRR we Lwowie Aleksieja Majłowa w 1933 roku – miało miejsce w 1941 roku, kiedy bataliony „Nachtigall” i „Roland” oraz grupy pochodne OUN wzięły udział agresji hitlerowskiej na ZSRR. Krok ten jednak nacjonaliści ukraińscy wykorzystali wyłącznie do zorganizowania dwóch wielkich pogromów Żydów we Lwowie oraz do współpracy z Niemcami w masowej zagładzie Żydów w latach 1941-1942.

Każdy zatem kto zna historię musi być świadomy, że kult OUN i UPA oraz ich twórców i przywódców, budowanie na takim podłożu tożsamości narodowo-państwowej Ukrainy, ma otwarcie i wyłącznie antypolski i antysemicki charakter. Dlatego ogłoszenie przez lwowską radę obwodową roku 2019 rokiem Bandery i OUN spowodowało ostry protest ambasadora Izraela w Kijowie Joela Liona i Światowego Kongresu Żydów[3]. „Nie mogę zrozumieć, w jaki sposób gloryfikacja tych, którzy brali bezpośredni udział w straszliwych antysemickich zbrodniach, pomaga w walce z antysemityzmem i ksenofobią. Ukraina nie powinna zapominać o zbrodniach na ukraińskich Żydach i nie powinna ich upamiętniać poprzez uszanowanie ich sprawców” – napisał w wydanym oświadczeniu ambasador Lion[4].

Z kolei wiceprezes Światowego Kongresu Żydów Robert Singer oświadczył: „To, że taka postać jak Stepan Bandera – nazistowski kolaborant podczas drugiej wojny światowej, który jest głęboko kontrowersyjny w ukraińskim społeczeństwie i poza nim – będzie upamiętniona w taki sposób, jest głęboko niepokojące”. Dalej stwierdził, że „Ukraina ma obowiązek uznawać akty ludobójstwa, a nie gloryfikować tych, którzy dopuścili się ich lub podżegali do nich, bez względu na ich motywację czy uzasadnienie”[5]. Dwa lata wcześniej prezydent Izraela Re’uwen Riwlin powiedział w ukraińskim parlamencie, że „około 1,5 mln Żydów zginęło na dzisiejszej Ukrainie podczas drugiej wojny światowej w Babim Jarze i wielu innych miejscach. Byli rozstrzeliwani w lasach w pobliżu wąwozów i rowów, grzebani w masowych grobach. Wielu wspólników zbrodni było ukraińskiego pochodzenia. A wśród nich wyróżniali się bojownicy OUN, którzy znęcali się na Żydami, mordowali ich i często wydawali w ręce Niemców”[6].

A jaka była reakcja strony polskiej? Nie zauważyłem jej. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że główny doradca ministra Czaputowicza ds. wschodnich i najprawdopodobniej główny architekt jego polityki wschodniej – Przemysław Żurawski vel Grajewski – podczas XI Forum Europa-Ukraina w marcu 2018 roku w Rzeszowie pozwolił sobie na stwierdzenie, iż Stepan Bandera „odpowiada osobiście za śmierć tylko jednego Polaka, a także kilku Ukraińców, jednego urzędnika sowieckiego oraz około 300 ukraińskich nacjonalistów z frakcji OUN-M”[7]. W świetle tej wypowiedzi, która nie wymaga szerszego komentarza, można się domyśleć jakie są źródła proukraińskiej i sprzecznej z polską racją stanu polityki obecnego obozu władzy, a także jego poprzedników. Jeżeli doradca w gabinecie politycznym MSZ publicznie powtarza tezy głoszone od dziesięcioleci przez samych banderowców, to chyba powinno być oczywiste kto steruje polską polityką zagraniczną.

Na trzy tygodnie przed ogłoszeniem we Lwowie roku Bandery i OUN kolejny raz przypomniano polskiej opinii publicznej propagandową tezę, że kult banderyzmu nie jest podobno antypolski, tylko antyrosyjski. Uczynił to 19 listopada 2018 roku w wywiadzie dla tygodnika „Wprost” zapomniany już „pomarańczowy” prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko – kawaler Orderu Orła Białego i Krzyża Wielkiego Orderu Odrodzenia Polski. Pouczył on polskiego czytelnika, że Bandera to był podobno taki ukraiński Piłsudski, a za główną przeszkodę w rozwoju stosunków polsko-ukraińskich uznał tych Polaków, którzy przypominają o zbrodniach OUN i UPA, a w jego ocenie biorą udział w „kremlowskiej operacji”[8].

Tegoroczny rok Bandery i OUN we Lwowie zaczął się znacznie wcześniej niż 1 stycznia 2019 roku. Zanim został oficjalnie ogłoszony, ta sama lwowska rada obwodowa przyjęła 25 października 2018 roku oświadczenie, w którym zażądała usunięcia posągów lwów z Cmentarza Orląt Lwowskich. Deputowani rady uznali je za „symbol polskiej okupacji”. Już wcześniej lwy zostały „aresztowane”, tzn. zasłonięte drewnianymi płytami. Inicjatorem tego oświadczenia był przewodniczący rady Ołeksandr Hanuszczyn – wielokrotnie goszczony w Polsce przez obecny obóz władzy, m.in. jako gość specjalny wspomnianego XI Forum Ukraina-Europa, które odbyło się w dniach 13-14 marca 2018 roku w Rzeszowie pod patronatem marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, a także jako gość Forum Ekonomicznego w Krynicy i uczestnik Kongresu Inicjatyw Europy Wschodniej w Lublinie. W 2017 roku z inicjatywy Hanuszczyna na Przełęczy Wereckiej w Karpatach Wschodnich powstało mauzoleum Siczy Karpackiej z tablicami bezpodstawnie oskarżającymi Polskę i Węgry o zbrodnię na 600 nacjonalistach ukraińskich. Oba kraje zostały przy tej okazji nazwane przez Hanuszczyna „okupantami Ukrainy”[9]. Czy to wszystko też nie jest antypolskie? To też jest antyrosyjskie?

Następną przygrywką do roku Bandery – już nie tylko we Lwowie, ale na całej Ukrainie – było przyjęcie 8 listopada 2018 roku przez Radę Najwyższą Ukrainy uchwały „O uczczeniu na poziomie państwowym 75. rocznicy rozpoczęcia deportacji autochtonicznych Ukraińców z Łemkowszczyzny, Nadsania, Chełmszczyzny, Podlasia, Lubaczowszczyzny i Zachodniej Bojkowszczyzny w latach 1944-1951”. W uchwale, za którą głosowało 234 deputowanych, nazwano Polaków z Podkarpacia „kolonizatorami”[10]. Owi „kolonizatorzy” w niemałej mierze przybyli tam z odebranych Polsce w 1944 roku Kresów Wschodnich – uciekając przed ludobójstwem UPA, a później jako przymusowi wysiedleńcy w ramach tzw. repatriacji. Natomiast wysiedlenie ludności ukraińskiej i rusińskiej z tych terenów nie było decyzją polską, ale wynikało z przeprowadzonej przez Stalina zmiany granic. O tym w uchwale Rady Najwyższej nie ma słowa. Jest natomiast antypolskie jątrzenie. Dlatego należy zapytać polski obóz wpierania Ukrainy, czy ta uchwała parlamentu ukraińskiego to też było działanie antyrosyjskie?

Kolejną przygrywką do roku Bandery była decyzja administracji państwowej obwodu lwowskiego o uczczeniu morderców Tadeusza Hołówki – bojówkarzy OUN Wasyla Biłasa i Dmytra Danyłyszyna. Przypomnę, że Hołówko był głównym ideologiem prometeizmu i protoplastą obecnego polskiego obozu wspierania Ukrainy. Na grobach jego morderców na Cmentarzu Janowskim we Lwowie delegacja władz obwodowych 22 grudnia 2018 roku złożyła kwiaty i zapaliła znicze[11]. To też miało charakter antyrosyjski? Pewnie dlatego ówczesny ambasador Jan Piekło – epigon Tadeusza Hołówki – nie zareagował.

Kult terrorystów z OUN jest we Lwowie od dawna standardem na wszelkich możliwych płaszczyznach. Może wystarczy przypomnieć, że pod koniec grudnia 2016 roku w rejonie Lwowa rozpoczęły się zdjęcia do filmu fabularnego gloryfikującego terrorystyczną działalność OUN w II RP. Kanwą akcji tego filmu w reżyserii Serhyja Łucenki jest nieudany napad bojówkarzy OUN na polską pocztę i urząd skarbowy w Gródku Jagiellońskim 30 listopada 1932 roku[12]. Rozumiem, że ten film też jest antyrosyjski i przyczyni się do dalszego pogłębienia braterstwa polsko-ukraińskiego.

18 grudnia 2018 roku ukraiński parlament zatwierdził zorganizowanie państwowych obchodów 110. rocznicy urodzin Stepana Bandery, którego określił jako „czołowego działacza i teoretyka ukraińskiego ruchu narodowowyzwoleńczego”. Za taką decyzją głosowało 232 deputowanych Rady Najwyższej, przeciw było 9, a nieobecnych 92. Ci, którzy tę uchwałę poparli oczywiście reprezentowali partie, które polskie media głównego nurtu nazywają „demokratycznymi”[13]. Zgodnie z tą uchwałą rząd ukraiński został zobowiązany do utworzenia komitetu organizacyjnego. Tym samym rok Bandery z obwodu lwowskiego został przeniesiony na całą Ukrainę.

Wielką przygrywką do roku Bandery było przyznanie przez parlament ukraiński 6 grudnia 2018 roku statusu weteranów i uprawnień kombatanckich 1201 żyjącym członkom OUN i UPA. Za ustawą w tej sprawie, w której otwarcie uwzględniono także osoby biorące czynny udział w zbrodniach przeciw ludzkości i masowych mordach, głosowało 236 deputowanych z Bloku Poroszenki, Frontu Ludowego Jaceniuka i Partii Radykalnej. Przeciw było tylko 14 deputowanych z Bloku Opozycyjnego (dawna, obalona w 2014 roku, Partia Regionów)[14]. 23 grudnia 2018 roku ustawę tę podpisał Petro Poroszenko. Objęto nią także nieżyjących już członków Ukraińskiej Organizacji Wojskowej i Siczy Karpackiej, które tak samo jak Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów współpracowały z niemieckimi służbami specjalnymi (w wypadku Siczy Karpackiej ze służbami III Rzeszy)[15]. To ustawodawstwo pewnie też ma charakter tylko antyrosyjski. Dlatego zapewne nie zareagował na nie ambasador Jan Piekło i przypuszczalnie dlatego władze w Warszawie nigdy od nikogo nie domagały się przez ostatnie 30 lat osądzenia sprawców zbrodni przeciw ludzkości popełnionej na narodzie polskim w latach 1943-1947, których 1201 żyje jeszcze na Ukrainie.

Na ten haniebny krok parlamentu i prezydenta Ukrainy zareagował tylko prezydent Czech Milosz Zeman, który wezwał rząd czeski do zaprotestowania przeciw przyznaniu praw kombatanckich członkom OUN-UPA i skrytykował czeski MSZ za „chowanie głowy w piasek” w tej sprawie. „Banderowcy masowo mordowali Polaków, Żydów i wołyńskich Czechów. Czeskie ministerstwo spraw zagranicznych wobec gloryfikacji banderowców na Ukrainie tchórzliwie milczy. Gdyby to się działo w Rosji, już byłyby tysiące ostrych oświadczeń. Wstyd!. Prezydent republiki publicznie wezwał, by Republika Czeska oficjalnie zaprotestowała przeciwko czczeniu zbrodniarzy wojennych przez Ukrainę (…)” – napisał w imieniu prezydenta Zemana jego rzecznik Jiří Ovčáček[16].

Przygotowania do roku Bandery nieco zepsuło umiędzynarodowienie sprawy listy „sługusów Kremla”, sporządzonej przez ukraińskie Centrum Badań nad Armią, Konwersją i Rozbrojeniem (pisałem o tym w 2017 roku w artykule „Ja, agent Kremla”). Na liście tej figuruje obecnie już kilkanaście osób i organizacji z Polski, w tym m.in. Paweł Kukiz, Witold Listowski, Wojciech Smarzowski, Stanisław Srokowski, Adam Śmiech, Robert Winnicki oraz moja skromna osoba. Powodem wpisania mnie na tę listę jest to, że oskarżam „żołnierzy OUN-UPA o ludobójstwo na Polakach podczas drugiej wojny światowej”. Rozumiem, że tylko ja jeden i że zdaniem ukraińskiej instytucji pewnie to sobie wymyśliłem.

Figurują tam też dziesiątki osób z innych krajów, w tym m.in. austriacki dziennikarz Christian Wehrschütz – wieloletni korespondent austriackiego nadawcy publicznego ORF. Ukraińcom nie spodobały się jego reportaże z Krymu i stąd zapewne znalazł się na liście „sługusów Kremla”. Wehrschütz zauważył, że ta lista – zaopatrzona w zdjęcia domniemanych „sługusów Kremla” i informacje o miejscach ich zatrudnienia – ma charakter typowej listy proskrypcyjnej. W związku z tym napisał on list do austriackiego rządu oraz kierownictwa ORF, w którym wyraził zaniepokojenie taką sytuacją, ponieważ na Ukrainie działają „zbrojne ultranacjonalistyczne grupy, które grożą dziennikarzom relacjonującym krytyczne działania ukraińskich władz i starającym się być obiektywnymi”. Dlatego dziennikarz zaapelował do rządu Austrii o interwencję dyplomatyczną, ponieważ „dwóch dziennikarzy już zostało zamordowanych”, a on nie ma zamiaru być następny. Na jego apel natychmiast zareagował austriacki MSZ, który wezwał do siebie ambasadora Ukrainy[17].

Na takie działania czynników oficjalnych niestety nie mogą liczyć Polacy figurujący na tej liście proskrypcyjnej, sporządzonej przez instytucję publiczną kraju aspirującego oficjalnie do członkostwa w Unii Europejskiej. Przypuszczam, że dlatego, ponieważ polski establishment polityczny najprawdopodobniej podziela zdanie ukraińskiego Centrum Badań nad Armią, Konwersją i Rozbrojeniem odnośnie uznania tych osób za „sługusów Kremla”.

No i przyszedł wreszcie dzień 1 stycznia 2019 roku, rozpoczynający na Ukrainie – nie tylko w obwodzie lwowskim – rok Stepana Bandery i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Co roku od dawna wychodziły tego dnia na ulice Kijowa, Lwowa, Równego na Wołyniu i innych miast tysiące zwolenników nacjonalizmu ukraińskiego – dzisiaj członków Swobody, Korpusu Narodowego i reaktywowanej OUN – by na wzór NSDAP i SA maszerować z pochodniami i szowinistycznymi hasłami. Teraz jednak były to już obchody na poziomie państwowym, z udziałem władz samorządowych i państwowych. Przemawiali żyjący członkowie OUN i UPA, ciesząc się z domniemanego zwycięstwa swojej idei. Przemawiał też mer Lwowa Andrij Sadowy – wielki przyjaciel polskiej „klasy politycznej”, który zdaniem wielu polskich mediów nie jest oczywiście żadnym banderowcem, ale przywódcą chrześcijańsko-demokratycznej, liberalnej i proeuropejskiej partii Samopomoc.

„Być oddanym sprawie narodowej to być razem, by chronić nawet najmniejszego Ukraińca. W każdym mieście, w każdej wiosce. Jesteśmy silnym narodem, który rodzi bohaterów. Bandera urodził się tu, w Galicji. Był wielkim patriotą, który kochał Ukrainę, on martwił się o Ukrainę” – wołał pod pozłacanym pomnikiem Stepana Bandery we Lwowie ten chrześcijańsko-demokratyczny, liberalny i proeuropejski polityk przy łopocie czerwono-czarnych flag OUN-B i portretów Bandery[18].

Główny marsz ku czci przywódcy OUN-B odbył się w Kijowie. Wzięły w nim udział Swoboda, Prawy Sektor, Kongres Ukraińskich Nacjonalistów i inne organizacje szowinistyczne. Własny marsz przeprowadził powiązany z pułkiem „Azow” Korpus Narodowy wraz z bojówkami ruchu azowskiego, tzw. Narodowymi Drużynami. Podobne marsze odbyły się w Dniprze (dawniej Dniepropietrowsk), Lwowie, Równem, Słowiańsku, Sumach, Żytomierzu i innych miastach.

Z okazji rozpoczęcia roku Bandery Ukraiński IPN wydał oświadczenie, w którym przypomniał złote myśli swojego szefa – Wołodymyra Wiatrowycza – porównującego Banderę do Józefa Piłsudskiego. Zdaniem Wiatrowycza nazywanie Bandery terrorystą i kolaborantem to „powielanie radzieckich klisz propagandowych”. Ponadto Ukraiński IPN napisał, że „Ukraińcy już dłużej nie muszą oglądać się na kogoś, formułując swoje poglądy na przeszłość czy wizję przyszłości, bo przecież mamy Stepana Banderę”[19].

Jak to należy rozumieć? Ano dosłownie tak jak zostało napisane, tzn. że nazistowska ideologia i zbrodnicze dziedzictwo organizacji utworzonej przez Stepana Banderę jest fundamentem ideologicznym i politycznym Ukrainy. Tej samej, która jest wspierana przez USA, UE i Polskę. Tej samej, która aspiruje do członkostwa w Unii Europejskiej.

Wielokrotnie już pisałem, że dziedzictwo Stepana Bandery i Romana Szuchewycza, czyli szowinizm ukraiński będący ukraińską wersją hitlerowskiego nazizmu, nie jest marginesem na Ukrainie – jak to wielokrotnie wmawiały polskiej opinii publicznej różne media. Jest głównym narzędziem używanym przez prozachodnią oligarchię ukraińską do sprawowania i legitymizowania swojej władzy oraz realizacji celów politycznych i gospodarczych – swoich i swoich protektorów. Narzędziem bardzo niebezpiecznym, czego oficjalnie nie zauważa polska „klasa polityczna”. Jednakże wyciagnięcie z trumien postaci Bandery i Szuchewycza w niczym nie pomogło i nie pomoże ukraińskiej oligarchii oraz jej zagranicznym protektorom. Wręcz przeciwnie – Ukrainę czeka w najbliższym czasie całkowity krach gospodarczy i dezintegracja terytorialna. Dalsze podbijanie banderowskiego bębenka proces ten tylko przyspieszy. Prawdopodobnie przewidując dezintegrację terytorialną Ukrainy i jej konsekwencje Warszawa odwołała z Kijowa pod koniec 2018 roku ambasadora Jana Piekłę, którego różni złośliwcy nazywali „ambasadorem Ukrainy w Kijowie”.

Tak, ale czerwono-czarny upiór został wypuszczony z butelki, m.in. przy pobłażliwości polskiej „klasy politycznej”, a konsekwencje tego faktu w wypadku dezintegracji terytorialnej Ukrainy poniesie nie owa „klasa polityczna”, ale społeczeństwo polskie. Nie muszę dodawać, że w najbardziej pesymistycznym rozwoju wydarzeń mogą to być konsekwencje tragiczne.

[1] Lwów: rok 2019 ogłoszony rokiem Stepana Bandery, http://www.kresy.pl, 11.12.2018.

[2] Cyt. za: Minister Jacek Czaputowicz o priorytetach polskiej dyplomacji w 2018 roku; tekst wystąpienia w Sejmie RP z 21.03.2018 r., opublikowany na portalu Ambasady RP w Pradze, http://www.praga.msz.gov.pl, 22.03.2018.

[3] Światowy Kongres Żydów przeciwko obchodom roku Bandery i OUN na Ukrainie, „Tygodnik Solidarność”, http://www.tysol.pl, 20.12.2018.

[4] Rok Bandery i OUN we Lwowie. Ostra reakcja ambasadora Izraela: byłem zszokowany, „Do Rzeczy”, http://www.dorzeczy.pl, 14.12.2018.

[5] „Nazistowski kolaborant”. Światowy Kongres Żydów krytykuje rok Bandery we Lwowie, http://www.kresy.pl, 19.12.2018.

[6] Prezydent Izraela w ukraińskim parlamencie: Ukraińcy, bojownicy OUN brali udział w Holokauście, http://www.kresy.pl, 27.09.2016.

[7] Żurawski vel Grajewski: Bandera odpowiada osobiście za śmierć tylko jednego Polaka, http://www.kresy.pl, 11.04.2018.

[8] Juszczenko dla „Wprost”: o niepodległość Ukrainy Bandera walczył tymi samymi metodami, co Piłsudski o Polskę, „Wprost”, http://www.wprost.pl, 19.11.2018.

[9] Żąda usunięcia Lwów z Cmentarza Orląt, bryluje na polskich salonach – Ołeksandr Hanuszczyn, http://www.kresy.pl, 26.10.2018.

[10] Ukraiński parlament nazwał Polaków z Podkarpacia „kolonizatorami”, http://www.kresy.pl, 8.11.2018.

[11] We Lwowie uczczą pamięć terrorystów z OUN, morderców Tadeusza Hołówki, http://www.kresy.pl, 22.12.2018.

[12] Na Ukrainie powstaje film gloryfikujący terrorystyczną działalność międzywojennych bojówkarzy z OUN, http://www.kresy.pl, 22.12.2016.

[13] Ukraina oficjalnie uczci w przyszłym roku rocznicę urodzin Bandery, http://www.kresy.pl, 18.12.2018.

[14] Ukraiński parlament przyznał członkom UPA uprawnienia kombatanckie, http://www.kresy.pl, 6.12.2018.

[15] Poroszenko podpisał ustawę przyznającą członkom UPA prawa weteranów wojennych, http://www.kresy.pl, 23.12.2018.

[16] Prezydent Czech wzywa do potępienia państwowego kultu OUN i UPA na Ukrainie, http://www.kresy.pl, 30.12.2018.

[17] Winnicki, Kukiz i Smarzowski na ukraińskiej liście proskrypcyjnej, http://www.wprawo.pl, 2.01.2019.

[18] Ukraina świętowała 110. rocznicę urodzin Bandery pod czerwono-czarnymi flagami, http://www.kresy.pl, 2.01.2019.

[19] Ukraiński IPN: „Ukraińcy nie muszą już na nikogo się oglądać, bo mają Stepana Banderę”, http://www.kresy.pl, 2.01.2019.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 stycznia 2019 r.

„Myśl Polska” nr 3-4 (2223/2224), 13-20.01.2019, s. 10-11

Historia według Juszczenki

Zanim Rosja dokonała 25 listopada kolejnej „agresji” na ukraiński holownik i dwa kutry na „Morzu Azorskim” – jak nazwał Morze Azowskie znany neoliberalny mąż stanu z Warszawy – zanim neoliberalni i antyliberalni, konserwatywni i libertyńscy, antykomunistyczni i postkomunistyczni, patriotyczni i kosmopolityczni, nacjonalistyczni i internacjonalistyczni mężowie stanu z Warszawy i okolic zaczęli jeden przed drugim ścigać się w składaniu deklaracji, że są gotowi poświęcić wszystko za Ukrainę (bynajmniej nie siebie są gotowi poświęcić, ale kraj i naród, w którym pełnią rolę władzy i opozycji; w ich frazeologii „klasy politycznej”), zanim posłuszne im media wylały kolejną rzekę dezinformacji oraz nienawiści wobec znienawidzonej Rosji – wywiadu tygodnikowi „Wprost” udzielił pan Wiktor Juszczenko.

Wywiad ten pojawił się na stronie internetowej tego tygodnika 19 listopada i w jego numerze 47/2018, a więc na sześć dni przed kolejną „agresją” Rosji na Ukrainę. Może to był przypadek, a może nie. Nie wiem. Warto natomiast odnotować, że wywiad ten przeprowadzili Marcin Dzierżanowski i Olga Wasilewska, którzy potraktowali swojego rozmówcę ze śmiertelną powagą, przyjmując na serio wszystko co im powiedział. Takie to już jest polskie mainstreamowe dziennikarstwo, że absurd i hucpę traktuje jako prawdę obiektywną, a logiczne myślenie za przejaw tzw. niepoprawności politycznej.

Niewielu już ludzi na świecie – nawet na Ukrainie – pamięta kto to był Wiktor Juszczenko. Ale w Polsce „klasa polityczna” i jej media traktują tego pana jak jakiegoś wielkiego męża stanu, czyli drastycznie nieproporcjonalnie w stosunku do jego ciężaru gatunkowego. Być może muszą go tak traktować, bo taki padł rozkaz. Z Waszyngtonu, z Kijowa, albo diabli wiedzą skąd. Warto odnotować wywiad pana Juszczenki dla „Wprost”, ponieważ jest on niczym innym jak instrukcją dla nadwiślańskiej „klasy politycznej”. Instrukcją co ma aktualnie myśleć. Warto wiedzieć skąd władza i opozycja w Polsce czerpią swoje natchnienie do uprawiania tzw. polityki wschodniej. Warto wiedzieć jakie tezy są im podsuwane i jakiego rodzaju paliwo służy do podsycania ich dziecinnej rusofobii.

Już sam tytuł wywiadu pana Juszczenki jest porażający: „O niepodległość Ukrainy Bandera walczył tymi samymi metodami, co Piłsudski o Polskę”. Nie wiedziałem, że Piłsudski był ludobójcą, że planował i przeprowadzał czystki etniczne, które nauka sklasyfikowała jako genocidium atrox (ludobójstwo zwyrodniałe). Nie wiedziałem też, że był terrorystą tego typu co Bandera. Pomiędzy działalnością Organizacji Bojowej PPS a terrorem OUN w II RP i później nie ma żadnego porównania i o tym powinni wiedzieć rozmówcy pana Juszczenki, którzy tak a nie inaczej zatytułowali ten wywiad. Nie ma też żadnego porównania pomiędzy kolaboracją watażki Bandery i jego obozu politycznego z III Rzeszą Niemiecką a współpracą Piłsudskiego z państwami centralnymi w pierwszych trzech latach pierwszej wojny światowej. Dając taki tytuł wywiadu „Wprost” świadomie wpisał się w manipulację i fałszerstwo podsuwane przez pana Juszczenkę.

„To, co w ostatnich dwóch latach wydarzyło się w stosunkach polsko-ukraińskich, to sukces Moskwy, wynik kremlowskiej operacji, nie rozumiem tego, co się dzieje w Polsce – powiedział Wiktor Juszczenko” – taki natomiast nagłówek dala redakcja „Wprost” pod wspomnianym tytułem wywiadu. Nagłówek ten zawiera kwintesencję wywodów rozmówcy „Wprost”, które świetnie wpisują się w styl propagandy państwowej w Polsce. Wiadomo nie od dzisiaj, że w Polsce wszelkie zawiłości świata i polityki wyjaśnia się przez doszukiwanie się we wszystkim zdradzieckiej i podstępnej ręki Kremla. Wystarczy powiedzieć „kremlowska operacja”, „agenci Rosji” – a logiczne myślenie zostaje natychmiast wyłączone. No ale gdzie pan Juszczenko widzi tę „kremlowską operację”? Przecież pan minister Jacek Czaputowicz wielokrotnie deklarował, że wspieranie pomajdanowej Ukrainy jest polską racją stanu i z tym stanowiskiem zgadza się cała polska „klasa polityczna” od Kwaśniewskiego i Cimoszewicza, przez Tuska i Schetynę do Kaczyńskiego, Dudy i Morawieckiego.

Niemal codziennie tutejsza „klasa polityczna” daje dowody swojego umiłowania Ukrainy bez względu na fakty i realia. Gdzie zatem jest ta ręka Kremla? Co takiego wydarzyło się w „ostatnich dwóch latach”, co tak boli pana Juszczenkę i obciąża jego zdaniem stosunki polsko-ukraińskie? Ano wydarzyło się to, że są w Polsce ludzie, którzy nie chcą milczeć w sprawie pamięci o ofiarach ludobójstwa banderowskiego i publicznego kultu sprawców tego ludobójstwa na Ukrainie. Wydarzyło się to, że tutejsza „klasa polityczna” musiała się częściowo ugiąć pod presją społeczną i zgodzić się np. na ustanowienie 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej, na demontaż niektórych nielegalnych pomników UPA w województwie podkarpackim oraz na dopuszczenie do debaty publicznej prawdy historycznej o tym, co stało się w latach 1943-1944 na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. To boli pana Juszczenkę. To jest ta „kremlowska operacja”.

Dlatego pan Juszczenko wyrzuca z goryczą, że „zaczęliśmy znowu liczyć wzajemne ofiary i odmierzać litry przelanej krwi”. No tak, a po co je odmierzać? Niechże Polacy nie przeszkadzają Ukrainie budować swojej tożsamości państwowo-narodowej na kulcie ideologii odpowiedzialnej za te ofiary i na kulcie tych, którzy osobiście przelali te litry krwi. Taka jest przecież cena funkcjonowania antyrosyjskiej Ukrainy, a istnienie takiej właśnie Ukrainy  – z czym zgadza się cała polska „klasa polityczna” – ma być polską racją stanu.

„Nasza sytuacja przypomina tę, która występuje między dwiema sąsiadującymi od pokoleń rodzinami. Ktoś komuś ukradł kurę, ktoś komuś wszedł w szkodę, nikt już nie dojdzie, kto był pierwszy, ale każdy jakoś czuje się poszkodowany i pokrzywdzony. Jedynym wyjściem jest powiedzieć: Przeprośmy się nawzajem za wszystko, przestańmy rozpamiętywać i idźmy dalej” – wywodzi pan Juszczenko.

A więc barbarzyńskie wymordowanie 130 tys. ludzi, wypędzenie dalszych kilkuset tysięcy oraz zniszczenie materialnych śladów ich historii i kultury – to jest dla pana Juszczenki kradzież kury. Widać tutaj od razu ogromną pogardę dla ofiar ludobójstwa i bark jakiegokolwiek poczucia winy za zbrodnię. Nie zauważa ten pan prostej wydawałoby się rzeczy, że zanim dojdzie do przeprosin musi nastąpić uznanie własnej winy, co w wypadku Ukrainy musi oznaczać odrzucenie kultu zbrodniarzy banderowskich i obecności ich ideologii w życiu publicznym tego kraju. Pan Juszczenko tego nie może zauważyć, ponieważ nie został ukształtowany przez kulturę europejską, wyrastającą z tradycji antycznej filozofii greckiej i chrześcijaństwa, tylko przez kulturę banderowską (faktycznie faszystowską), która z kulturą europejską nie ma nic wspólnego. No i jego postulat, żeby przestać rozpamiętywać historię dotyczy tylko strony polskiej. Nie dotyczy przecież strony ukraińskiej, gdzie rozpamiętywanie prawdziwych i urojonych win Polski wobec Ukraińców cały czas ma miejsce w przestrzeni publicznej. I to nie tylko w propagandzie środowisk postbanderowskich.

W swoim wywiadzie pan Juszczenko powtórzył wszystkie znane tezy banderowskiej propagandy na temat historii i współczesności. Doszedł na koniec do wniosku, że nad stosunkami polsko-ukraińskimi ciąży uchwalona przez polski Sejm w 2016 roku ustawa o ustanowieniu 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP. To go najbardziej boli. To mu nie daje spokoju.

„O jakim porozumieniu można mówić, gdy polskie władze przyjmują ustawę o ukraińskim ludobójstwie na Polakach? Czy naprawdę uważacie, że Ukraińcy nigdy nie padali waszymi ofiarami? Że na swoim historycznym koncie nie mamy podobnych doświadczeń?” – grzmi Juszczenko. Przyznam, że nic o tych „podobnych doświadczeniach” nie wiem, ponieważ ani represje II RP wobec nacjonalistów ukraińskich, ani Sahryń, Piskorowice i Pawłokoma, ani operacja „Wisła” nie są w najmniejszym stopniu porównywalne z ludobójstwem dokonanym przez OUN i UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Ale według propagandy banderowskiej są porównywalne i fałszywe tezy tej propagandy powiela właśnie pan Juszczenko.

Czy tylko on? Przecież to co powiedział Juszczenko w wywiadzie dla „Wprost” można było już wielokrotnie przeczytać na łamach i portalu np. „Gazety Polskiej”.

Weźmy chociażby taki fragment z wywiadu Juszczenki: „O niepodległość Ukrainy Bandera walczył tymi samymi metodami, co Piłsudski o Polskę [sic!]. Ani jeden, ani drugi nie był świętym i po wodzie nie chodził. Ale ważne jest to, co ci ludzie zrobili dla swoich narodów”. Albo taki: „Polacy, proszę was, żebyście to zrozumieli: my naprawdę nie czcimy Bandery jako kogoś, kto walczył przeciwko wam! Patrzymy na niego jako na bohatera walk o niepodległość Ukrainy. Hołd, który oddajemy Banderze, nie ma charakteru antypolskiego, jest natomiast ważny dla przyszłości Ukrainy”.

Czy tego już kiedyś nie słyszeliśmy od Tomasza Sakiewicza, Jerzego Targalskiego, Piotra Lisiewicza, Dawida Wildsteina, Ewy Stankiewicz, czy Agnieszki Romaszewskiej-Guzy? Czy pod tym nie mogliby się też podpisać Adam Michnik, Sławomir Sierakowski, Aleksander Kwaśniewski albo Włodzimierz Cimoszewicz? Mogliby. Wywiad pana Juszczenki dla „Wprost” zapewne dostarczył tej „klasie politycznej” nowego paliwa i upewnił ją co ma myśleć.

Odpowiedź na pytanie, kiedy Polska zacznie układać stosunki z chorym człowiekiem Europy zza południowo-wschodniej granicy z pozycji własnych interesów, kiedy porzuci szkodliwe mrzonki o „polityce jagiellońskiej” i przestanie traktować Ukrainę jak dziecko specjalnej troski brzmi: nigdy. Nie przy tej „klasie politycznej”. Albowiem interesem tej „klasy politycznej” jest trwanie za cenę wpisywania się w realizację najbardziej absurdalnych celów polityki amerykańskiej, a więc za cenę tolerowania i wspierania Ukrainy o obliczu pana Juszczenki.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 grudnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 51-52 (2219/2220), 16-23.12.2018, s. 10

Antypolski sojusz

Węgiersko-ukraiński konflikt związany z dyskryminacją mniejszości węgierskiej na Ukrainie na tle ustawy językowej oraz wydawania węgierskich paszportów obywatelom Ukrainy doprowadził do obustronnego wydalenia dyplomatów i bardzo ostrych wypowiedzi pod adresem Kijowa ze strony władz węgierskich. Minister spraw zagranicznych Węgier Peter Szijjarto oświadczył, że Ukraina nieustannie łamie podstawowe normy i wartości, a także narusza zobowiązania międzynarodowe. Jego myśli rozwinął prawicowy publicysta Zsolt Bayer, który stwierdził, że „obecne kierownictwo ukraińskie to bez wyjątku łajdacy”. Zdaniem Bayera ograniczanie praw mniejszości narodowych na Ukrainie jest skierowane przeciw Rosjanom, ale w kraju tym żyją także przecież Węgrzy, Rumuni, Polacy i inne mniejszości. „Świetlany Zachód – napisał Bayer – natomiast siedzi jak mysz pod miotłą, bo uważa za dopuszczalne pozbawianie rosyjskiej mniejszości praw. Ale nas to nie interesuje. Nie tylko z powodu Węgrów zakarpackich. Uważamy za niedopuszczalne także naruszanie praw tamtejszych Rosjan czy Rumunów. Właśnie dlatego trzeba łajdackiemu ukraińskiemu kierownictwu jasno powiedzieć: w takich warunkach niech nawet nie marzą o członkostwie w NATO czy UE. Niech najpierw się nauczą jeść nożem i widelcem i zachowywać jak homo sapiens”[1].

Słowa te nie wywołały żadnego rezonansu wśród głównych sił politycznych w Polsce i ich mediów. Natomiast Stany Zjednoczone i Kanada natychmiast stanęły po stronie Ukrainy. Od Kay Bailey Hutchinson – ambasador USA przy NATO – usłyszeliśmy znaną od dawna narrację: „Ukraina jest jednym z kluczowych partnerów, naszych sojuszników (…). Rosjanie się temu sprzeciwiają. Chcemy być silni i myślę, że chce tego całe NATO, aby pomóc Ukraińcom uzyskać niepodległość, którą oni już rozpoczęli dla siebie zdobywać. Na Majdanie w sposób cudowny zwrócono się do narodu, aby być w Unii Europejskiej i NATO i chcemy zrobić wszystko, aby pomóc w tej misji”. Od Węgier pani Hutchinson zażądała, żeby nie blokowały pracy Komisji NATO-Ukraina.

Brak oficjalnej reakcji polskiego rządu i MSZ oznaczał pełne poparcie w tej sprawie dla amerykańskiego sojusznika, co nie dziwi, ponieważ tzw. polska polityka wschodnia – uzasadniana propagandowo majaczeniem o Polsce jagiellońskiej i Trójmorzu – polega na pełnym podporzadkowaniu celom politycznym USA, co sprowadza się do bezwarunkowego wspierania pomajdanowej Ukrainy.

Że tak jest, dowiodło spotkanie ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza ze swoim ukraińskim odpowiednikiem Pawlo Klimkinem w dniu 23 października w Warszawie. W oficjalnym komunikacie MSZ czytamy, że przedmiotem tych rozmów były kwestie „wsparcia Polski na rzecz suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy, sytuacji na nielegalnie anektowanym przez Rosję Półwyspie Krymskim oraz pokojowego rozwiązania konfliktu na wschodzie kraju, a także zagadnienia z zakresu relacji dwustronnych (…). Minister Jacek Czaputowicz ogłosił także przyznanie ukraińskiemu reżyserowi Ołehowi Sencowowi nagrody Pro Dignitate Humana”. Warto w tym miejscu przypomnieć, że ów Ołeh Sencow to nacjonalista ukraiński i członek Prawego Sektora, w którego szeregach uczestniczył w puczu na Majdanie, skazany w Rosji za planowanie działań terrorystycznych. „Tytuł tej nagrody: »Na Rzecz Godności Ludzkiej« w pełni oddaje ideały, o które walczy Ołeh Sencow. Jego gotowość do poświęcenia swojego zdrowia i życia w celu zwrócenia uwagi świata na to, co dzieje się na Krymie, zasługuje na nasz najwyższy szacunek” – podkreślił minister Czaputowicz. Takich bohaterów promuje polski rząd. Przedtem na taki „najwyższy szacunek” polskiego rządu zasługiwała Nadia Sawczenko – obecnie już zapomniana, bo siedząca w ukraińskim więzieniu pod zarzutem współpracy z Rosją.

W komunikacie MSZ czytamy dalej: „Będziemy niezmiennie podnosić kwestie nielegalnej aneksji Krymu i rosyjskiej zbrojnej agresji na wschodzie kraju na forach organizacji międzynarodowych, których jesteśmy członkami – Rady Bezpieczeństwa ONZ, UE i NATO – zapewnił minister Czaputowicz. Strona polska zadeklarowała dalsze popieranie euroatlantyckich aspiracji Ukrainy i jej wysiłków na rzecz reform, których celem jest gruntowna modernizacja państwa i gospodarki kraju. Rozmówcy odnotowali pozytywne trendy we współpracy dwustronnej, począwszy od sfery obronności po rosnącą wymianę towarową i obecność w Polsce bardzo licznej grupy studentów i pracowników z Ukrainy. – Obecność w naszym kraju ponad miliona obywateli Ukrainy jest pozytywnym zjawiskiem dla obu państw. Chcemy, żeby Ukraińcy dobrze się czuli w naszym kraju – powiedział szef polskiej dyplomacji. Podczas rozmów poruszono również trudne kwestie dotyczące przeszłości obu narodów, w tym potrzeby umożliwienia prowadzenia poszukiwań i ekshumacji szczątków Polaków – ofiar wojen i represji politycznych na terytorium Ukrainy, polskiego dziedzictwa kulturowego na Ukrainie oraz sytuacji miejsc pamięci narodowej po obu stronach granicy”[2].

Od razu zwraca uwagę sformułowanie „szczątków Polaków – ofiar wojen i represji politycznych na terytorium Ukrainy”, a przecież chodzi o ofiary ludobójstwa, którego na Polakach dokonali nacjonaliści ukraińscy. Takie sformułowanie jest dla MSZ widocznie nie do przyjęcia, czyli mamy do czynienia z przyjęciem narracji historycznej strony ukraińskiej. Z komunikatu MSZ nie wynika, by Ukraina zmieniła swoje negatywne stanowisko w sprawie ekshumacji ofiar ludobójstwa popełnionego przez OUN i UPA na Polakach oraz ich upamiętnienia. Natomiast sformułowanie, że „rozmawiano o sytuacji miejsc pamięci narodowej po obu stronach granicy” świadczy o tym, że Ukraina nie zrezygnowała ze swojego stanowiska polegającego na szantażu: zgodzimy się na upamiętnienie polskich ofiar OUN i UPA, jeśli Polska zgodzi się na istnienie na swoim terytorium pomników ku czci UPA.

Tyle Ukraina zaoferowała polskiemu rządowi w zamian za bezwarunkowe wsparcie polityczne na arenie międzynarodowej oraz za wsparcie ekonomiczne, polegające m.in. na tworzeniu w Polsce setek tysięcy miejsc pracy dla Ukraińców oraz bezpłatnym kształceniu dziesiątków tysięcy Ukraińców na polskich uczelniach. Tak wygląda w praktyce budowanie „Trójmorza” i „polityka jagiellońska”.

Z komunikatu MSZ nie wynika również, by – w przeciwieństwie do Węgier – strona polska miała jakieś zastrzeżenia do ukraińskiej ustawy językowej. „Radykalizm przyjętej ustawy świadczy o tym, że to parcie ukraińskiego nacjonalizmu, które widzimy niemal codziennie, coraz bardziej się potęguje i nie liczy się z żadnymi uwarunkowaniami i przeszłością” – stwierdził prof. Włodzimierz Osadczy, kierownik Centrum Ucrainicum KUL. W wypowiedzi dla portalu kresy.pl prof. Osadczy zauważył również, że „wszystko co dzieje się w kierunku banderyzacji Ukrainy jest absolutnie sprzeczne z wartościami europejskimi”. Ze strony UE „to, co dzieje się na Ukrainie jest absolutnie pomijane i zbywane milczeniem, panuje na to przyzwolenie. Podczas gdy nacjonalizm zatacza na Ukrainie coraz szersze kręgi”. Ustawa językowa „została zupełnie pominięta, a nawet pochwalona przez USA, a społeczność europejska, deklarująca wrażliwość na sprawy mniejszościowe, również to przeoczyła. To pokazuje, że panuje całkowite przyzwolenie, a nawet zachęcanie strony ukraińskiej do tego, by podążać w tym kierunku”.

Prof. Osadczy zwrócił dalej uwagę, że uchwalenie na Ukrainie szowinistycznej ustawy językowej zbiegło się w czasie z przyjęciem ustawy oficjalnie wprowadzającej do ukraińskiej armii i policji banderowskie pozdrowienie „Sawa Ukrainie! Herojam Sława!”. „Mamy dążenie do konfrontacji – zauważył prof. Osadczy – i żadnych możliwości ustępstw ze strony władz ukraińskich nie ma. Jest silna determinacja i świadomość bezkarności, przyzwolenia na wszystko, co będzie się działo”.

Podkreślił również, że „elity polskie są zupełnie niewrażliwe na sprawy mniejszości polskiej”, a „za sprawą planowej polityki polskich rządów od 1991 roku, mniejszość polska na Ukrainie została de facto zniszczona”. Swoją wypowiedź prof. Osadczy zakończył taką refleksją: „Nieliczne pozostałości mniejszości polskiej zostały zupełnie wyzute z cech polskości. Zostały zdepolonizowane. A co gorsza, przy milczącej zgodzie władz w Warszawie, uległy też potężnemu wpływowi banderyzmu. Niestety, mamy również do czynienia ze zjawiskiem bardzo smutnym, jak osoby polskiego pochodzenia, które hołdują nacjonalizmowi ukraińskiemu (…). Warszawa jest zresztą stolicą przodującą w przyzwoleniu, a nawet zachęcaniu strony ukraińskiej do tego, co jest przez nią obecnie realizowane”[3]

O stosunku władz polskich do poczynań pomajdanowej Ukrainy świadczy chociażby brak ich reakcji na interwencję ambasadora Ukrainy w Pradze, który chciał zablokować emisję filmu „Wołyń” w czeskiej telewizji. Ani ze strony USA i UE – gdzie indziej wrażliwych na przejawy szowinizmu i neonazizmu – ani tym bardziej ze strony Polski nie było też żadnej reakcji na „marsz chwały UPA”, który przeszedł ulicami Kijowa 14 października. Uczestniczyło w nim 10-15 tys. młodych ludzi z zakrytymi twarzami i płonącymi petardami w rękach. Wśród nich było wielu uczestników pacyfikacji Donbasu i członków organizacji ultranacjonalistycznych.

Organizatorem tego marszu były banderowska partia „Swoboda”, Prawy Sektor, Korpus Narodowy, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, neonazistowska organizacja C14, „Tryzub” Stepana Bandery i Kongres Nacjonalistów Ukraińskich. Wznoszono takie hasła jak: „Ukraina ponad wszystko”, „Chwała narodowi – śmierć wrogom”, „Moskala na gałąź”, „Bandera i Szuchewycz naszymi bohaterami” i „Przywrócimy Ukrainę Ukraińcom”. Na Placu Europejskim – gdzie miały miejsce oba tzw. Majdany z 2004 i 2014 roku – odbyło się bicie rekordu w masowym wykonaniu hymnu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów[4]. W tej hucpie uczestniczyli też jako goście ukraińskich nacjonalistów neonaziści z Niemiec. Tego polskie władze też nie dostrzegają i nie chcą wyciągnąć jakiegokolwiek wniosku.

Dla nikogo nie powinno być tajemnicą jakie jest oblicze pomajdanowej Ukrainy i kto nią rządzi oraz jakim celom polityki amerykańskiej służy kreowanie i utrzymywanie neobanderowskiego skansenu w tej części Europy. Zsolt Bayer wyraził to ostro, ale szczerze. W pełni świadome są tego również władze polskie i to akceptują w imię podległości swojej polityki celom polityki amerykańskiej. Przedstawiciele obozu rządzącego Polską przestali już nawet ukrywać to, że uważają nacjonalistów ukraińskich za swoich sojuszników przeciw Rosji i akceptują banderowską Ukrainę.

Następnego dnia po neobanderowskiej, a właściwie neonazistowskiej manifestacji w Kijowie odbyła się w stolicy Ukrainy konferencja poświęcona tematyce tzw. Międzymorza. Organizatorem tej konferencji była ultranacjonalistyczna partia Korpus Narodowy, która wyrosła z neobanderowskiego szwadronu śmierci nazywanego oficjalnie pułkiem „Azow” i jest uważana za neonazistowską. To daje wiele do myślenia i przede wszystkim uświadamia, że współczesne Międzymorze (Trójmorze) nie jest polską koncepcją geopolityczną mającą cokolwiek wspólnego z dawnymi koncepcjami piłsudczyków i Giedroycia o tej samej nazwie, ale pomysłem nacjonalistów ukraińskich, który oni podsuwają polskiej prawicy.

Gośćmi tej konferencji byli dr Jerzy Targalski – publicysta „Gazety Polskiej” i kierownik Studiów Przestrzeni Postsowieckiej Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie, Damian Duda – dowódca Legii Akademickiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Dariusz Materniak – autor książki o litewsko-polsko-ukraińskiej brygadzie LITPOLUKRBRIG, Michał Marek z Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Mariusz Patey – dyrektor Instytutu im. Romana Rybarskiego.

Jerzy Targalski wygłosił referat pt. „Trójkąt Polska-Ukraina-Rumunia jako ważny element bezpieczeństwa regionalnego”. Postulował w nim, by Polska i Ukraina stworzyły strukturę konkurencyjną dla Unii Europejskiej. Stwierdził wprost, że „jest dla nas korzystne stworzyć swoją konkurencyjną Unię dla obrony interesów państw Europy Wschodniej”[5].

W czyim imieniu Targalski to powiedział? Przecież nie w imieniu swoim, tylko w imieniu środowiska „Gazety Polskiej”, które stanowi najtwardsze jądro rządzącej w Polsce partii Prawo i Sprawiedliwość. Damian Duda mówił o polskich doświadczeniach związanych z tworzeniem formacji paramilitarnych, Dariusz Materniak o perspektywach projektu LITPOLUKRBRIG, a Michał Marek o polsko-ukraińskim projekcie modernizacji technologicznej sił zbrojnych Ukrainy. O czym mówił dr Mariusz Patey – przedstawiciel środowiska powołującego się na spuściznę polityczną Romana Dmowskiego, co musi zdumiewać, a nawet szokować – portal kresy.pl dyskretnie przemilczał.

Ze strony wpływowego w obozie władzy środowiska „Gazety Polskiej” mamy już zatem do czynienia z otwartym sojuszem nie z łajdakami rządzącymi Ukrainą, ale z pogrobowcami nazizmu ukraińskiego. Za ten sojusz przyjdzie prędzej czy później zapłacić wysoką cenę społeczeństwu polskiemu, czyli tzw. zwykłym Polakom, żyjącym tu i teraz. Dzisiaj jeszcze nie wiemy jak wysoką. Mam jednak też nadzieję – chociaż może nie powinienem jej mieć – że odpowiedzialność za ten sojusz i jego skutki poniesie też partia Prawo i Sprawiedliwość wraz z kibicującymi jej w tej sprawie oponentami z Platformy Obywatelskiej.

[1] Cyt. za: „Ostre słowa szefa węgierskiego MSZ na temat Ukrainy”, http://www.rmf24.pl, 11.10.2018.

[2] „Rozmowy ministra Jacka Czaputowicza z ministrem spraw zagranicznych Ukrainy Pawło Klimkinem”, http://www.msz.gov.pl, 23.10.2018.

[3] „Ukraina przyjmuje totalitarne ustawy mając świadomość bezkarności, przy poparciu polskich władz”, http://www.kresy.pl, 5.10.2018.

[4] Marsz nacjonalistów na ulicach Kijowa. „Moskala na gałąź”, http://www.tvn24.pl, 15.10.2018; Ulicami Kijowa przeszedł „marsz UPA”, http://www.krersy.pl, 14.10.2018.

[5] „Targalski gościem Azowa”, http://www.kresy.pl, 15.10.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 9 listopada 2018 r.

„Myśl Polska” nr 45-46 (2213/2214), 4-11.11.2018, s. 7

Kolejny „bohater” Ukrainy

Obłędny kult zbrodniarzy i ludobójców z UPA jest na Ukrainie codziennością. Zdołaliśmy już przywyknąć do pomników Bandery, Szuchewycza i Kłaczkiwskiego. Ale w ten sposób czci się tam także pomniejszych watażków OUN i UPA – bezpośrednich wykonawców zbrodni.

Tak na przykład w Czortkowie w obwodzie tarnopolskim upamiętniono Petro Chamczuka „Bystrego” (1919-1947 albo 1948), który najpierw służył w Armii Czerwonej, następnie był funkcjonariuszem Schutzmannschaften – ochotniczych oddziałów policji pomocniczej działających na okupowanych przez Niemcy terenach ZSRR i przeznaczonych do wykonywania akcji pacyfikacyjno-eksterminacyjnych – a na końcu został dowódcą sotni UPA „Szare Wilki” oraz kurenia UPA „Bystry”. Kureń ten dokonał zagłady wielu polskich wsi w Małopolsce Wschodniej, w tym m.in. wsi Barysz w województwie tarnopolskim.

Okazały pomnik Chamczuka postawiono w Czortkowie jesienią 2014 roku, ale dopiero teraz sprawa ta została nagłośniona w mediach przez społeczność żydowską na Ukrainie.

Oddział Schutzmannschaft, w którym służył Chamczuk, zajmował się w latach 1941-1943 zwalczaniem partyzantki sowieckiej oraz eksterminacją Żydów na zachodniej Ukrainie i Białorusi. Chamczuk służył w nim od 1941 do końca 1943 roku, kiedy zdezerterował do UPA. Trzeba podkreślić, że Schutzmannschaften – złożone głównie z nacjonalistów ukraińskich – stanowiły jeden z kluczowych instrumentów realizacji niemieckiej polityki okupacyjnej na Ukrainie, w tym także polityki zagłady Żydów. Do ich zadań należały m.in. pilnowanie gett i obozów dla Żydów oraz udział w ekspedycjach karnych, podczas których palono i mordowano wsie w odwecie za działalność partyzantki antyniemieckiej. Tego nie dowiemy się ani z inskrypcji na pomniku Chamczuka w Czortkowie ani z poświęconej mu książki, którą wydano na Ukrainie i która wychwala go jako bojownika z partyzantką sowiecką.

Najbardziej znaną zbrodnią popełnioną na Polakach przez kureń UPA pod dowództwem Chamczuka była zbrodnia w Baryszu. Ludność Barysza liczyła przed wojną 7 tys. mieszkańców, w tym 2/3 Polaków, którzy mieszkali w osiedlu Mazury. Od początku okupacji niemieckiej byli oni prześladowani i mordowani przez nacjonalistów ukraińskich. Już w lipcu 1941 roku aktywiści OUN aresztowali i przekazali Niemcom 10 Polaków z Barysza, którzy zostali rozstrzelani 5 sierpnia 1941 roku w Buczaczu. Niezależnie od tego członkowie OUN zamordowali w sierpniu 1941 roku w Baryszu kilkunastu Polaków. W latach 1942-1944 z rąk nacjonalistów ukraińskich i policjantów ukraińskich w służbie niemieckiej zginęło 36 Polaków z Barysza.

W 1944 roku, po zajęciu tych ziem przez Armię Czerwoną, Polaków-mężczyzn powołano do Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR. W ten sposób pozbawiono polskie wsie samoobrony. W jej miejsce władze sowieckie powołały tzw. Istriebitielnyje Bataliony (bataliony niszczycielskie) – formację pomocniczą do obrony przed UPA. Posterunek IB w Baryszu liczył ponad 100 ludzi, z czego około połowa należała wcześniej do AK. Jego dowódcą był Ukrainiec Iwanienko, a zastępcą dowódcy Polak Józef Krowicki. Oddział ten brał udział w walkach z UPA na terenie powiatu buczackiego.

Pod koniec 1944 roku dawne województwo tarnopolskie stanęło w ogniu. Tylko w grudniu 1944 roku bandy UPA napadły na polskie wsie 55 razy. Do najkrwawszych ataków doszło w dwóch miejscowościach powiatu tarnopolskiego: 24 grudnia w Ihrownicy (89 polskich ofiar) oraz w nocy z 28 na 29 grudnia w Łozowej (od 106 do 131 ofiar). Oba ataki przeprowadziła sotnia z kurenia „Burłaky” pod dowództwem Iwana Szemczyszyna „Czornyja”.

W styczniu 1945 roku UPA rozszerzyła akcję eksterminacyjną na powiaty borszczowski, buczacki i zaleszczycki. Doszło wówczas do napadów na Błyszczankę, Głęboczek, Latacz, Majdan, Uhryńkowce i Uście Zielone, w których zginęło co najmniej kilkuset Polaków.

W nocy z 2 na 3 lutego 1945 roku kureń czortkowski „Bystry” pod dowództwem Petro Chamczuka dokonał napadu na Czerwonogród w powiecie zaleszczyckim. Do ataku wyznaczono sotnie „Szare Wilki” (dowodzona osobiście przez Chamczuka) i „Czarnomorcy”. Wsi, w której schroniło się około 1500 osób z okolicznych miejscowości, bronił 100-osobowy oddział IB. Upowcy w białych, maskujących ubraniach wdzierali się do domów, gdzie zabijali nożami i siekierami napotkane osoby bez względu na płeć i wiek. Drewniane zabudowania podpalali. Ci, którym udało się ujść przed UPA schronili się w zamku, kościele i Domu Ludowym, gdzie byli bronieni przez IB. Zginęło od 49 do 60 Polaków i 7 żołnierzy IB. Straty UPA wyniosły 2 zabitych i 4 rannych.

Do pierwszej próby wymordowania Polaków z Barysza doszło w styczniu 1945 roku. Podczas ukraińskiego ataku na przysiołek Tysów zginęło wówczas 21 osób narodowości polskiej. Atak kurenia UPA pod dowództwem Petro Chamczuka nastąpił w nocy z 5 na 6 lutego 1945 roku. Upowcy zaatakowali 5 lutego około godz. 22.00 osiedle Mazury. Wsparła ich miejscowa ludność ukraińska. Siły napastników wynosiły co najmniej 300 ludzi. Napotkanych Polaków zabijano bez względu na płeć i wiek, a zabudowania palono. Według relacji ocalonych, ludzi wyciągano z domów siłą i zabijano ciosami siekier i noży. Przy pomocy granatów podpalano drewniane zabudowania, a do uciekających strzelano lub także zabijano ich ostrymi narzędziami.

Wsi broniło tylko 10 żołnierzy IB, ponieważ większość z nich na dzień przed zbrodnią wezwano do Buczacza. Był to prawdopodobnie podstęp ukraiński. Część polskiej ludności cywilnej – wsparta przez nielicznych żołnierzy IB – przez pięć godzin zaciekle broniła się w murowanych budynkach szkoły i kościoła, mimo rażącej dysproporcji sił. W wyniku ataku UPA osiedle Mauzry zostało całkowicie spalone. Zginęło 135 Polaków. Ci, którzy przeżyli dokonali pochówku zamordowanych, po czym po kilku dniach przeniesiono ich do Buczacza, a stamtąd przesiedlono do pojałtańskiej Polski. Tak zakończyła się depolonizacja Barysza.

Zanim to się jednak stało kureń „Bystry” dokonał kolejnej zbrodni we wsi Zelesie Koropieckie. Podkomendni Chamczuka zajęli tę miejscowość 7 lutego 1945 roku. Przed wojną mieszkało w niej około 200 Polaków i 450 Ukraińców. Na kilka godzin przed zbrodnią we wsi pojawili się umundurowani oficerowie sowieccy, którzy przekazali mieszkańcom informację, że są bezpieczni i mogą spać w domach. Najprawdopodobniej byli to upowcy przebrani za oficerów sowieckich – być może był wśród nich sam kurinnyj Chamczuk. Po zajęciu wsi przez upowców nikogo z niej nie wypuszczono. Polaków przejeżdżających przez Zalesie, bądź przybyłych do miejscowego młyna, zatrzymywano. Polskie kobiety z dziećmi zamknięto w jednym z domów i poddano przesłuchaniu połączonemu z torturami. Chciano od nich wydobyć informacje o polskiej samoobronie w Puźnikach. Po przesłuchaniu ofiary zamordowano siekierami. Według innej relacji, zostały one spalone żywcem w miejscowej suszarni tytoniu. Zginęło od 60 do 70 Polaków. Domy zamordowanych Polaków upowcy spalili. Uprowadzili też Ukraińca Sławomira Danielewicza – właściciela młyna, który sprzeciwił się udziałowi w mordzie na Polakach. Jego zmasakrowane ciało odnaleziono kilka dni później.

Los taki spotkał wiele polskich miejscowości w byłym województwie tarnopolskim, w czym m.in. Petro Chamczuk miał osobistą zasługę. Do okrutnych masakr ludności polskiej doszło tam m.in. w Bobulińcach, Byczkowcach, Korościatynie, Markowej, Puźnikach i Szklanej Hucie. W Puźnikach (powiat buczacki) kureń Chamczuka wymordował w nocy z 12 na 13 lutego 1945 roku od 50 do 120 Polaków. Ogółem w lutym 1945 roku UPA i wspierająca ją ludność ukraińska wymordowały na terenie byłego województwa tarnopolskiego ponad 1000 Polaków, paląc ponad 50 zamieszkanych przez nich wsi.

Zagładę Polaków w Małopolsce Wschodniej (województwa lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie) nacjonaliści ukraińscy rozpoczęli w drugiej połowie 1943 roku, kiedy zamordowali tam co najmniej 2924 osoby narodowości polskiej. W 1944 roku nacjonaliści ukraińscy dokonali napadów na 1550 miejscowości w Małopolsce Wschodniej, mordując co najmniej 32 tys. Polaków. Natomiast w roku 1945 zaatakowali 611 miejscowości na tym obszarze, a liczba zamordowanych po stronie polskiej wyniosła co najmniej 5,9 tys. osób. Najprawdopodobniej jednak z rąk nacjonalistów ukraińskich zginęło w Małopolsce Wschodniej w latach 1939-1948 ponad 70 tys. Polaków[1].

Najbardziej znaną zbrodnią nacjonalistów ukraińskich na Polakach w Małopolsce Wschodniej była zagłada Huty Pieniackiej w byłym województwie lwowskim (28 lutego 1944 roku, od 850 do 1000 ofiar). Ale w tym samym czasie, w nocy z 28 na 29 lutego 1944 roku, UPA bestialsko wymordowała 156 Polaków – w tym kilkanaście dzieci w wieku od 4 do 12 lat – w Korościatynie koło Monasterzysk (dawne województwo tarnopolskie). To było zaplanowane, bezwzględne i zwyrodniałe ludobójstwo.

Niestety w przeciwieństwie do Chamczuka na pomnik od władz ukraińskich nie mogą liczyć jego ofiary wymordowane w Baryszu i innych miejscowościach. Skromny pomniczek na zbiorowej mogile, znajdującej się na cmentarzu w Baryszu, ufundowali w 2012 roku krewni zamordowanych. Władze ukraińskie tradycyjnie nie pozwoliły na nim napisać z czyjej ręki zginęły te ofiary. Jest tam napisane, że „zginęli tragicznie w nocy z 5 na 6 lutego 1945 roku”. Utopili się? A może popełnili zbiorowe samobójstwo?

Informacji o udziale Chamczuka w zbrodniach przeciw ludzkości na Polakach i Żydach nie znajdziemy w jego notce biograficznej zamieszczonej w ukraińskiej Wikipedii. Znajdziemy tam natomiast zupełnie fantastyczne opowieści o rzekomych bitwach sotni Chamczuka „Szare Wilki” z Niemcami (w jednej z nich miało zginąć aż 300 Niemców). W ten sposób współcześni hagiografowie UPA kamuflują zbrodnie nacjonalistów ukraińskich popełnione na cywilnej ludności polskiej. Ta banderowska narracja o rzekomych walkach UPA z Niemcami oraz jej walkach z ZSRR jest uparcie od lat powtarzana w polskich mediach. Prawdy jednak zatrzeć się nie da – bandyci i zbrodniarze nigdy nie staną się bohaterami. Nacjonaliści ukraińscy nie walczyli z Niemcami. Ich głównym celem była depolonizacja Kresów południowo-wschodnich i tego dokonali w sposób barbarzyński.

Elity III RP – także te, które są bardzo wrażliwe na punkcie antysemityzmu – dyskretnie nie zauważają kogo czci się na Ukrainie. Czyżby nie był im znany fakt, że nacjonaliści ukraińscy – zanim przystąpili do eksterminacji Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej – pomagali Niemcom w zagładzie Żydów? Najwidoczniej Ukraina dostała od giedroyciowców i od Waszyngtonu koncesję na czczenie faszyzmu i antysemityzmu oraz kolaboracji z III Rzeszą.

Jeden z czołowych przedstawicieli środowiska proukraińskiego w Polsce – Kazimierz Wóycicki – napisał w 2014 roku, że twórca i dowódca UPA Roman Szuchewycz „jest i powinien być również dla Polaków postacią o cechach bohatera”. Czy Petro Chamczuk też jest dla niego postacią o cechach bohatera? Czy bohaterami są dla Wóycickiego także podkomendni Chamczuka, którzy mordowali nożami i siekierami oraz palili żywcem bezbronnych ludzi?

[1] E. Siemaszko, „Bilans zbrodni”, „Biuletyn IPN” nr 7-8 (116-117), lipiec-sierpień 2010, s. 77-94.

Pomnik Petro Chamczuka w Czortkowie. Fot. www.politnavigator.net

Pomnik Petro Chamczuka w Czortkowie. Fot. http://www.politnavigator.net

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 sierpnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 35-36 (2203/2204), 26.08-2.09.2018, s. 16

Poroszenko kreuje anty-Wołyń

8 lipca 2018 roku, kiedy prezydent Andrzej Duda oddawał hołd ofiarom ludobójstwa OUN i UPA na Wołyniu, Petro Poroszenko demonstracyjnie przyjechał do Sahrynia w powiecie hrubieszowskim, by oddać hołd… No właśnie, jakim ofiarom? Bynajmniej nie ofiarom „polskiej czystki etnicznej” – jak chce ukraińska historiografia nacjonalistyczna.

Co takiego stało się w Sahryniu podczas drugiej wojny światowej? 10 marca 1944 roku oddziały Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich dokonały uderzenia odwetowo-wyprzedzającego na bazy UPA w Łaskowie, Miętkiem, Modryniu, Sahryniu, Szychowicach i Turkowicach. Wszystkie te miejscowości znajdują się w powiecie hrubieszowskim, w gminach Mircze i Werbkowice. Skąd i po co wzięła się tam UPA w 1944 roku? Oddziały UPA przybyły na Zamojszczyznę na przełomie 1943 i 1944 roku z Wołynia. Ich celem była kontynuacja krwawego dzieła rozpoczętego na Wołyniu w 1943 roku – czyli ludobójczej czystki etnicznej na Polakach. Na Zamojszczyźnie jednak nie udała się UPA powtórka ludobójstwa z Wołynia, ponieważ istniało tam dobrze zorganizowane podziemie polskie, które rok wcześniej w wyniku tzw. powstania zamojskiego zmusiło okupanta niemieckiego do wstrzymania akcji wysiedleńczej ludności polskiej.

Polska akcja z 10 marca 1944 roku miała charakter wyprzedzający uderzenie ukraińskie, a jej celem było przede wszystkim zniszczenie baz UPA na ziemi hrubieszowskiej, by zapobiec powtórce ludobójstwa z Wołynia. Cel ten osiągnięto. W Sahryniu zginęło jednak kilkuset cywilów ukraińskich. Według Mariusza Zajączkowskiego – 234, a według ukraińskiego historyka Igora Hałagidy – 606. Trzeba przypomnieć, że na Wołyniu cywilni Ukraińcy byli wykorzystywani przez UPA do popełniania mordów na Polakach. Najprawdopodobniej właśnie dlatego AK potraktowała ich w Sahryniu na równi z UPA – czyli jak wroga. Winę za ich śmierć – tak samo jak winę za operację „Wisła” w 1947 roku – ponosi wyłącznie UPA, która przeniosła rozpaloną przez siebie pożogę z Wołynia na Zamojszczyznę i do Małopolski Wschodniej, a następnie na Rzeszowszczyznę i w Bieszczady. Nie można winić zagrożonych ludobójstwem Polaków o to, że nie dali się wymordować i nie można uznawać ukraińskich ofiar polskiej samoobrony za zabite w „czystce etnicznej”.

Dla nacjonalistycznej historiografii ukraińskiej i jej polskich sojuszników z szeroko pojętego obozu giedroyciowskiego Sahryń uchodzi jednak – wbrew elementarnym faktom – właśnie za symbol polskiej „czystki etnicznej” na Ukraińcach. Ma stanowić dowód na to, że nie było zamierzonego przez nacjonalistów ukraińskich ludobójstwa na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, że rzekomo miał tam miejsce „konflikt polsko-ukraiński”, ewentualnie „wojna chłopska”, z ofiarami po obu stronach. Oczywiście za sznurki mieli pociągać „Sowieci”, bo któż inny? Natomiast wina za doprowadzenie do „konfliktu” ma spoczywać wyłącznie na Polakach, którzy mieli gnębić Ukraińców poczynając od pańszczyzny i wojen kozackich w Polsce przedrozbiorowej, a na polityce narodowościowej II RP kończąc.

Tak wygląda ukraińsko-giedroyciowska narracja historyczna i w takie też tony uderzył w 75. rocznicę ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego Petro Poroszenko wraz z podległym mu aparatem państwowym, odpowiedzialnym za kreowanie ukraińskiej polityki historycznej. Nie ma oczywiście dla strony ukraińskiej i jej giedroyciowskich sojuszników znaczenia fakt, że już tylko sama dysproporcja ofiar – kilkaset ofiar ukraińskich w Sahryniu oraz od 100 do 130 tys. ofiar polskich na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej – czyni z Sahrynia symbol fałszywy jako przeciwwagę ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Jeszcze bardziej wymowny jest fakt, że prezydent Duda złożył wieniec w szczerym polu, w miejscu gdzie przed 75 laty istniała starta z powierzchni ziemi przez nacjonalistów ukraińskich polska wieś Kolonia Pokuta. Do dzisiaj nie ma tam – jak i w innych miejscach polskiego męczeństwa na Wołyniu – żadnego upamiętnienia, ponieważ na takowe uparcie nie wyraża zgody Ukraina. W przeciwieństwie do polskiego prezydenta pan Poroszenko urządził sobie uroczystość pod pomnikiem upamiętniającym ofiary ukraińskie, na którego powstanie w Sahryniu strona polska wyraziła zgodę.

Fakty i prawda są stale lekceważone przez stronę ukraińską. Usłyszeliśmy zatem od ukraińskiego prezydenta w Sahryniu krytykę „upolityczniania historii”. Poroszenko jednak nie sprecyzował kogo ma na myśli. „Jakiekolwiek próby wykorzystania przez jakiekolwiek siły polityczne pamięci historycznej dla podniesienia swoich notowań, są absolutnie niedopuszczalne. Mierzenie się przelaną krwią naszych narodów i zdobywanie dywidend politycznych na tragedii jest haniebne, jest nie do przyjęcia. Ta droga prowadzi donikąd. Uważam, że jest to zdrada pamięci niewinnych ofiar naszej wspólnej tragedii” – pouczał Poroszenko.

Do kogo zostały skierowane te słowa? Nie mam wątpliwości, że była to krytyka prezydenta Dudy, którego wyjazd na Wołyń miała przykryć właśnie impreza w Sahryniu. Oligarcha Poroszenko nie odpowiedział na podstawowe pytanie, którego zresztą w Polsce nikt mu nie odważył się zadać: dlaczego Ukraina nie przyzna, że nacjonaliści ukraińscy dopuścili się ludobójstwa na narodzie polskim i nie potępi tych zbrodni? Przecież to raz na zawsze zamknęłoby wszelkie „spory historyczne” i umożliwiłoby budowanie normalnych stosunków pomiędzy narodami polskim i ukraińskim. Oczywiście odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta. Ukraina nie może tego przyznać, ponieważ buduje swoją antyrosyjską tożsamość właśnie na kulcie i heroizacji nacjonalizmu ukraińskiego. A to oznacza negację jego zbrodni oraz kreowanie fałszywej narracji historycznej. Reżim kijowski ma w tym wsparcie zarówno ze strony pogrobowców nacjonalizmu ukraińskiego, jak i tych sił na Zachodzie i w USA, które od ćwierćwiecza mozolnie kreują antyrosyjską Ukrainę. No i oczywiście obozu giedroyciowskiego w Polsce.

Impreza w Sahryniu z udziałem prezydenta-oligarchy Poroszenki była niczym innym jak manifestacją pogardy dla polskich ofiar ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Podczas tej uroczystości kilkakrotnie wznoszono okrzyk „Sława Ukrajini – herojam sława!”, który był oficjalnym pozdrowieniem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów-Banderowców. Pierwotnie pozdrowieniu temu towarzyszył też faszystowski gest podniesionej ręki. Jakim „herojam” sława? Ano tym, którzy rąbali siekierami, kroili nożami, przecinali piłami, przybijali gwoździami do drzwi i ścian, rozrywali końmi oraz palili żywcem bezbronnych ludzi bez względu na wiek i płeć.

W Sahryniu oligarcha Poroszenko użył banderowskiego pozdrowienia „Sława Ukrajini – herojam sława!”, gdy tylko wysiadł ze swojej limuzyny. Pozdrowienie OUN-B padło też po wykonaniu hymnu ukraińskiego oraz po przemówieniu Poroszenki.

Po tym przemówieniu zabrał głos Grzegorz Kuprianowicz – prezes Towarzystwa Ukraińskiego w Lublinie. Usłyszeliśmy od niego, że Ukraińcy w Sahryniu mieli zginąć dlatego, że „mówili w innym niż większość języku i byli innego wyznania”. Oskarżył też Armię Krajową o dokonanie w Sahryniu „zbrodni przeciwko ludzkości”. Jeszcze dalej poszedł Petro Tyma – prezes Związku Ukraińców w Polsce. Domagał się on, żeby w polityce Ukrainy wobec Polski było miejsce „na tradycję i specyfikę Ukraińców pogranicza”. Chodziło mu o upamiętnienie „znanych Ukraińców wywodzących się z ziemi chełmskiej i przemyskiej”, w tym żołnierzy URL. Ale przecież także bojówkarzy OUN i UPA, czyż nie? „Jesteśmy gotowi do ofensywy, żeby te sprawy wynieść na wyższy poziom” – oświadczył Petro Tyma. Nie po raz pierwszy prezes Związku Ukraińców w Polsce zapowiada gotowość do ofensywy. Wymowna jest też odpowiedź, jaką uzyskał od Poroszenki: „Nic nas więcej nie rozdzieli, żadna granica” (wszystkie cytaty za: http://www.kresy.pl).

Po powrocie na Ukrainę Poroszenko udał się do miejscowości Gończy Bród na Wołyniu, gdzie wziął udział w kolejnej uroczystości upamiętniającej „Ukraińców – ofiary polsko-ukraińskiego konfliktu”. Według strony ukraińskiej Polacy służący w jakiejś niemieckiej formacji policyjnej mieli w tej miejscowości zabić w lutym 1944 roku kilkudziesięciu Ukraińców. Żaden poważny historyk nie zweryfikował tej informacji. W uroczystości w Gończym Brodzie wzięli udział m.in. żyjący jeszcze weterani UPA, a towarzyszyła jej banderowska symbolika z czerwono-czarnymi flagami OUN-B na czele.

Nie sposób nie zauważyć, że w 75. rocznicę ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego Petro Poroszenko wziął udział w obchodach wydarzeń nie związanych w jakikolwiek sposób ani z ludobójstwem nacjonalistów ukraińskich na narodzie polskim ani z samą rocznicą Krwawej Niedzieli 11 lipca 1943 roku. Co to oznacza? To oznacza, że w odpowiedzi na polskie obchody tej rocznicy oraz podnoszenie przez różne środowiska w Polsce sprawy odpowiedzialności nacjonalistów ukraińskich za wołyńsko-małopolskie genocidium atrox „czekoladowy król” Ukrainy rozpoczął polityczną operację kreowania „anty-Wołynia”.

Takie działania nie stanowią nowości w polityce. Nie jest dzisiaj tajemnicą, że ujawniając w 1990 roku zbrodnię katyńską Michaił Gorbaczow polecił – jeszcze wówczas historykom radzieckim – szukać „anty-Katynia”. A ci znaleźli 17-20 tys. jeńców bolszewickich, którzy zmarli w polskiej niewoli w latach 1919-1921. Tak samo postąpili Chorwaci, którzy wobec ogromu zbrodni popełnionych przez ustaszy na Serbach – w tym m.in. w obozie koncentracyjnym w Jasenovac (określanym jako „Auschwitz Bałkanów”) – znaleźli „anty-Jasenovac” w postaci masakry w Bleiburgu, popełnionej w maju 1945 roku przez Jugosłowiańską Armię Ludową na uciekających do Austrii ustaszach.

Jednakże kreowanie przez Poroszenkę Sahrynia i jakiegoś Gończego Brodu na „anty-Wołyń” nie posiada nawet takich pozorów autentyczności jak radziecki/rosyjski „anty-Katyń” i chorwacki „anty-Jasenovac”. To jest zabieg całkowicie karkołomny, nacechowany wyłącznie cyniczną kpiną z polskich ofiar ukraińskiego ludobójstwa. Po prostu najzwyklejsza hucpa. To jeszcze raz pokazuje, że pomajdanowa Ukraina jest państwem głęboko upadłym, o najniższych standardach afrykańskich, a nie partnerem do budowy tzw. Międzymorza, na co ciągle liczy obóz giedroyciowski w Polsce.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku pojawiło się w Rosji agresywne i głośne medialnie środowisko, które rozpoczęło szeroko zakrojoną kampanię cynicznego negowania zbrodni katyńskiej, w tym szukania „nowych dowodów” potwierdzających rzekomo niemieckie sprawstwo tej zbrodni. Środowisko to było skupione wokół wnuka Stalina – Jewgienija Dżugaszwili (1936-2016) – oraz jego adwokata Siergieja Strygina (1960-2017), który przedstawiał się też jako „historyk”. Znanymi postaciami tego środowiska byli również m.in. prawnik i publicysta Leonid Żura oraz dziennikarz i publicysta Jurij Muchin – lider stalinowsko-nacjonalistycznej organizacji Armia Woli Narodu.

Oprócz szeregu publikacji i wystąpień w mediach, negujących odpowiedzialność NKWD za zbrodnię katyńską, a także pisania protestów do najwyższych władz Rosji i Rosyjskiej Akademii Nauk – Strygin i Żura złożyli w imieniu Jewgienija Dżugaszwili wiele pozwów sądowych przeciw autorom i wydawcom podręczników, różnym mediom i dziennikarzom, a nawet Dumie Państwowej. Domagali się w nich wysokich odszkodowań pieniężnych za obciążanie Stalina i ZSRR odpowiedzialnością za zbrodnię katyńską i inne zbrodnie. Sądy rosyjskie odrzuciły jednak wszystkie ich pozwy, a władze rosyjskie nie podjęły tematu negacji zbrodni stalinowskich, w tym zbrodni katyńskiej. W listopadzie 2010 roku Duma Państwowa przyjęła uchwałę, w której stwierdziła, że zbrodnia katyńska jest zbrodnią reżimu stalinowskiego i została dokonana na bezpośredni rozkaz Stalina i innych przywódców radzieckich tego okresu. Takie jest oficjalne stanowisko Rosji.

Na Ukrainie natomiast negacja ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego stanowi podstawowy fundament państwowej polityki historycznej, bez którego nie jest możliwa heroizacja OUN i UPA, będąca warunkiem koniecznym w budowaniu antyrosyjskiej Ukrainy. Ta polityka historyczna jest prowadzona przez pomajdanowe władze w Kijowie wielopłaszczyznowo i z nakładem ogromnych środków. Obecnie polityka ta przeszła już w fazę kreowania „anty-Wołynia” z bezpośrednim udziałem Poroszenki. Nie da się ukryć antypolskiego charakteru takich działań i nie da się nad tym faktem przejść do porządku dziennego, chociaż obóz giedroyciowski – włącznie z jego skrzydłem w PiS – jest gotów to uczynić w imię budowania „Międzymorza”, czyli podtrzymywania przy życiu antyrosyjskiej Ukrainy.

O tendencjach panujących w obozie giedroyciowskim – przede wszystkim w jego najtwardszym jądrze, jakim jest Platforma Obywatelska – najlepiej świadczy wypowiedź Donalda Tuska, będąca zakamuflowaną krytyką rocznicowej wizyty prezydenta Dudy na Wołyniu. Na drugi dzień po hucpie Poroszenki w Sahryniu przewodniczący Rady Europejskiej wezwał do „załagodzenia napięć pomiędzy Polską a Ukrainą”. Wezwał oczywiście jedynie Warszawę, chociaż nie powiedział tego wprost. „Tylko pełna solidarność pomiędzy Ukrainą i Polską może nas uchronić w przyszłości przed powtórką z tragicznej historii. Niezawisłość Ukrainy, bezpieczeństwo Polski i całego regionu zależą w ogromnej mierze od relacji między Kijowem a Warszawą. Ostatnie napięcia pokazują, że nie wszyscy odrobili swoje lekcje z historii” – powiedział Tusk (cyt. za: http://www.newsweek.pl).

Nihil novi. To jest katechizm giedroycizmu w pigułce. Nie domagajcie się od Ukrainy rozliczeń historycznych i nie przeszkadzajcie Poroszence w kreowaniu „anty-Wołynia”, bo bez istnienia antyrosyjskiej Ukrainy nie będzie istnieć Polska, którą natychmiast zajmą wojska rosyjskie razem z połową Europy. Tak należy przetłumaczyć Donalda Tuska.

Minister spraw zagranicznych Węgier Péter Szijjártó powiedział 18 lipca 2018 roku w wywiadzie dla ukraińskiego portalu Europejska Prawda: „(…) nie jest mi potrzebna ani Rosja, ani Ukraina, ani jakikolwiek inny kraj, żeby określić naszą strategię co do węgierskojęzycznej mniejszości. Jesteśmy dostatecznie dojrzali, żeby podejmować decyzje samodzielnie. Węgry nie są prorosyjskie ani proamerykańskie. Są prowęgierskie” (cyt.za: http://www.kresy.pl).

W Polsce jakoś nikt nie potrafi zrozumieć, że należy prowadzić politykę propolską, a nie antyrosyjską.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 26 lipca 2018 r.

„Myśl Polska” nr 31-32 (2199/2200), 29.07-5.08.2018, s. 4-5

Kto zdenazyfikuje Ukrainę?

1 lipca Petro Poroszenko złożył najlepsze życzenia państwu, które uznał za „najbardziej szczerego przyjaciela Ukrainy”. Cóż to jest za państwo? Może to najbliższy zachodni sąsiad Ukrainy? Tak mogłoby się wydawać zważywszy, że władze w Warszawie od 1991 roku nieustannie wspierają Ukrainę. A to poprzez „pożyczki spreadowe” z rezerwy Narodowego Banku Polskiego, a to wyrażając sprzeciw wobec gazociągu jamalskiego, a teraz Nord Stream 2, ponieważ godzą one w interesy Ukrainy, a to żądając na forum UE w interesie Ukrainy nowych sankcji wobec Rosji itd. Nie mówiąc już o utrzymywaniu ekonomicznym Ukrainy przez Polskę – w tym finansowaniu przez polski budżet ukraińskiego systemu emerytalnego – oraz przyjmowaniu w Polsce ogromnej imigracji ukraińskiej, której daje się pracę i mieszkania, zapewnia bezpłatne studia, a nawet bezpłatne przejazdy komunikacją miejską. Tak wygląda polityka III RP wobec Ukrainy. Można ją podsumować znanym sloganem Tadeusza Mazowieckiego o „postawie służebnej”.

Ale to niestety nie Polskę miał na myśli władający Ukrainą oligarcha Poroszenko. „Nie ma na świecie drugiego tak szczerego przyjaciela Ukrainy jak Kanada” – napisał Poroszenko z okazji przypadającego 1 lipca święta narodowego tego państwa. W związku z tym życzył Kanadzie, „w której żyją tacy wspaniali ludzie”, przede wszystkim „szczęścia i rozkwitu”[1].

To zupełnie oczywiste. Kanada przyjęła po drugiej wojnie światowej prawie całą banderowską diasporę – większość zbrodniarzy z OUN, UPA i dywizji Waffen-SS „Galizien”, którzy dzięki wstawiennictwu za nimi u aliantów gen. Władysława Andersa uniknęli wydania w ręce ZSRR. Dzięki wsparciu Kanady wielu z nich mogło robić kariery naukowe historyków i politologów, pisać i rozpowszechniać w języku angielskim publikacje o UPA jako „ruchu wyzwoleńczym” i „armii nieśmiertelnych”, negujące jej kolaborację z III Rzeszą i jej ludobójcze zbrodnie. Banderowski skansen w Kanadzie odegrał kluczową rolę w przeszczepieniu dżumy nacjonalizmu Doncowa i Bandery na niepodległą Ukrainę po 1991 roku i sprowadzeniu tego kraju na polityczne manowce w wyniku przewrotów z 2004 i 2014 roku. Pielęgnująca na swojej ziemi banderowskie chwasty Kanada jako pierwsza wprowadziła w 2014 roku antyrosyjskie sankcje, ubiegając tym krokiem USA i UE. Jako pierwsza rozpoczęła też dostawy broni na pomajdanową Ukrainę. Z ukraińskiej diaspory – liczącej tam 1,3 mln osób – rekrutowali się także liczni ochotnicy do banderowskich bojówek na Majdanie i paramilitarnych formacji pacyfikujących Donbas. Z kolei ukraińska ambasada w Kanadzie zamieszczała w Internecie mapy, na których południowo-wschodnie tereny Polski były zaznaczone jako ziemie ukraińskie. Oczywiście bez reakcji ze strony władz kanadyjskich.

Wdzięczność oligarchy Poroszenki wobec Kanady jest więc całkowicie zrozumiała. Ostentacyjna manifestacja tej wdzięczności ze strony Poroszenki pokazuje, że pamajdanowa Ukraina ma na świecie większych i możniejszych przyjaciół niż Polska i dlatego na polskiej przyjaźni nie musi jej zależeć. I nie zależy.

Oligarcha Poroszenko bynajmniej nie zapomniał w tych dniach także o Polsce. 75. rocznica banderowskiego ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej oraz zapowiedziane w Warszawie podniosłe społeczne obchody tej rocznicy skłoniły reżim w Kijowie do działania. Rząd Ukrainy zapowiedział zorganizowanie 6 lipca uroczystości, która ma być przeciwwagą dla uroczystości wołyńskich w Warszawie. Wicepremier Ukrainy Pawło Rozenko oraz szef Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wiatrowycz wybierają się 6 lipca do miejscowości Rudka Kozińska na Wołyniu, by uczcić rzekome wymordowanie w tej wsi 17 Ukraińców przez „300 uzbrojonych ludzi, przeważnie Polaków” 9 lipca 1943 roku. Ukraina będzie więc czcić na wołyńskiej ziemi w rocznicę ludobójstwa banderowskiego na narodzie polskim rzekomy mord polski na 17 Ukraińcach. Na tak bezczelną ukraińską prowokację w przededniu rocznicy Krwawej Niedzieli, prowokację w typowo banderowskim stylu, ze strony władz w Warszawie nie ma tradycyjnie żadnej reakcji[2].

To na władzach w Warszawie – nie tylko zresztą na władzach, ale też na opozycji, na całej „klasie politycznej” – spoczywa obowiązek ultymatywnego żądania od Ukrainy zaprzestania negacji ludobójstwa OUN-UPA na Polakach i gloryfikacji jego sprawców. Dopóki Ukraina nie zmieni swojej polityki historycznej, powinna być ze strony polskiej izolowana na arenie międzynarodowej. Państwo nazywające się Rzeczpospolitą Polską ma moralny obowiązek ze względu na co najmniej 130 tys. Polaków wymordowanych w latach 1943-1944 przez banderowców na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, którym pomajdanowa Ukraina odmawia do tej pory chrześcijańskiego pochówku i upamiętnienia, domagać się na arenie międzynarodowej politycznego i gospodarczego bojkotu reżimu w Kijowie. Państwo nazywające się Rzeczpospolitą Polską ma także moralny obowiązek ostrzegać społeczność międzynarodową przed demonami przeszłości, które doszły do głosu na Ukrainie po 2004 i 2014 roku. A co robi to państwo? Kogo wspierają, kogo reprezentują i komu służą jego elity? Tak rządowe, jak i opozycyjne?

Polityka polska ponosi ogromną odpowiedzialność za – trzeba to nazwać po imieniu – nazyfikację Ukrainy, jaka ma miejsce od przewrotu kijowskiego w 2014 roku. Oczywiście osoby takie jak Jerzy Targalski czy Przemysław Żurawski vel Grajewski stanowczo zaprzeczają takiemu nazwaniu rzeczy po imieniu, a każdego kto tak nazywa rzecz po imieniu mianują od razu „agentem Rosji”. To jednak w niczym nie zmienia stanu rzeczy. A stan rzeczy jest taki, że Ukraina brunatnieje.

Przykładów tego jak demony przeszłości, wyciągnięte z trumien w 2004 i 2014 roku, hulają sobie po Ukrainie można podać wiele. Odwołam się do najnowszych przykładów ze Lwowa.

W marcu tego roku departament oświaty i nauki Lwowskiej Obwodowej Państwowej Administracji (a więc centralnej administracji rządowej, nie lokalnego samorządu) zorganizował konkurs plastyczny dla młodzieży na temat „Ukraińscy ochotnicy w szeregach dywizji Galicja 1943-1945”. Oczywiście chodzi – czego w nazwie konkursu kłamliwie nie podano – o ukraińską dywizję Waffen-SS „Galizien” („Hałyczyna”), odpowiedzialną za zbrodnie na ludności polskiej oraz udział w tłumieniu Słowackiego Powstania Narodowego (1944) i walki z partyzantką jugosłowiańską. Uczeń lub student, który zdobył pierwsze miejsce w tym konkursie mógł wygrać trzy tysiące hrywien. Dla pozostałych przewidziano nagrody po dwa tysiące i tysiąc hrywien, dyplomy, książki i koszulki.

Wręczenie nagród odbyło się 28 kwietnia podczas dorocznego marszu nacjonalistów i neonazistów ukraińskich we Lwowie ku czci rocznicy – w tym roku 75-tej – powstania dywizji Waffen-SS „Galizien”. Dotychczas obchody tej rocznicy organizowały różne formacje postbanderowskie, neobanderowska partia „Swoboda” i zdominowany przez nią samorząd Lwowa. W tym roku po raz pierwszy w obchody rocznicy powstania galicyjskiej dywizji SS włączyły się władze państwowe Ukrainy, które ambasador Jan Piekło, polski rząd i polskie media mainstreamowe bronią do upadłego przed oskarżeniami o związki z nacjonalizmem ukraińskim, a co dopiero z nazizmem. Z inicjatywy Lwowskiej Obwodowej Państwowej Administracji – czyli administracji podległej „demokratycznemu” rządowi Wołodymyra Hrojsmana – zorganizowano w tym roku wystawę ku czci dywizji Waffen-SS „Galizien”. „Ponad 80 tysięcy ochotników z Zachodniej Ukrainy zgłosiło się do naboru do dywizji, która w perspektywie miała stać się główną armią niezależnej Ukrainy” – napisała w anonsie owej wystawy ukraińska administracja państwowa we Lwowie[3]. Miała stać się nazistowską armią nazistowskiej Ukrainy u boku Niemiec hitlerowskich – taka jest prawda historyczna.

Na wystawie tej, otwartej z wielką pompą w samym centrum Lwowa, zaprezentowano umundurowanie i uzbrojenie dywizji Waffen-SS „Galizien” oraz przedstawiono jej kłamliwie spreparowaną historią. Nie było oczywiście ani słowa o zbrodniach ukraińskich esesmanów. Partnerami administracji państwowej we Lwowie w uczczeniu 75. rocznicy powstania dywizji Waffen-SS „Galizien” były Korpus Narodowy – neobanderowska, a właściwie neonazistowska partia polityczna utworzona przez weteranów pułku ochotniczego „Azow” (tego, który używa jako emblematu „wilczego haka” dywizji Waffen-SS „Das Reich”) – oraz neobanderowski batalion „Ajdar”, który swego czasu spotkał się z wielką sympatią ze strony „Gazety Polskiej” oraz posłanki PiS Małgorzaty Gosiewskiej[4]. Warto przypomnieć, że brytyjski dziennik „Guardian” już trzy lata temu potwierdził, że batalion „Ajdar” odwoływał się do symboliki nazistowskiej – m.in. używając emblematu 36. Dywizji Grenadierów Waffen-SS „Dirlewanger”[5].

Steki ludzi paradowały 28 kwietnia 2018 roku po ulicach Lwowa w mundurach SS – formacji uznanej przez Trybunał Norymberski za zbrodniczą, której wychwalanie jest karane w wielu krajach świata. Tego w Warszawie, Waszyngtonie, Brukseli, Londynie, Berlinie i Paryżu nikt nie widzi? Czy jest do pomyślenia, żeby np. władze państwowe Niemiec zorganizowały obchody rocznicy powstania jakiejś dywizji SS, żeby uczciły ją konkursem plastycznym dla młodzieży i wystawą plenerową oraz marszem ludzi w mundurach SS w centrum jakiegoś dużego niemieckiego miasta? Jaka wtedy byłaby reakcja świata? W wypadku Ukrainy takiej reakcji niema. Dlaczego? Dlatego, że Ukraina dostała koncesję na rehabilitację nazizmu? Jeśli tak, to od kogo ją dostała? Od USA, czy także od RFN? No i po co ją dostała? Jaki jest cel perspektywiczny instalowania neonazistowskiego skansenu na Ukrainie przy dyskretnym milczeniu Zachodu?

Nikt nie zastanawia się też, zwłaszcza w Warszawie, jaki wpływ na wychowanie, osobowość i świadomość ukraińskiej młodzieży będzie miało formowanie jej charakterów na tego typu treściach? Przecież tak zindoktrynowana młodzież ukraińska – wychowana na kłamstwie historycznym, negacji i trywializacji zbrodni oraz ideologii nienawiści opakowanej w papierek „patriotyzmu”– masowo przyjeżdża do Polski. Nikt nie zastanawia się do czego ta młodzież może zostać użyta, na Ukrainie lub gdziekolwiek indziej? Przecież to jest doskonały materiał dla wszelkich organizacji terrorystycznych i ruchów ekstremistycznych.

Jak wygląda wychowanie współczesnej młodzieży ukraińskiej, pokazała afera Marjany Batiuk. Pani Marjana Batiuk ma tylko 28 lat, ale do niedawna była nauczycielką historii i wicedyrektorką szkoły miejskiej nr 100 we Lwowie. Taki awans zawdzięczała w tak młodym wieku niewątpliwie przynależności do neobanderowskiej partii „Swoboda”, z której ramienia zasiada w Radzie Miasta Lwowa. Jako radna lwowskiego samorządu pani Batiuk zasłynęła dotychczas inicjatywą w sprawie wywieszania flagi OUN-UPA na równi z flagą państwową, projektem uchwały w sprawie zakazu śpiewania piosenek po rosyjsku, czy przyozdobieniem mównicy w lwowskim ratuszu wraz z innymi radnymi „Swobody” flagą banderowską. 20 kwietnia br. – w 129. rocznicę urodzin Adolfa Hitlera – pani Batiuk zamieściła na swoim koncie na Facebooku zdjęcie wodza III Rzeszy z podpisem: „Wielki człowiek, jakby nie patrzeć…”. Dołączyła do tego symbol serca i dwa cytaty z „Mein Kampf”[6].

Jej wpis na Facebooku został bardzo szybko rozpowszechniony przez internautów na całym świecie i wywołał międzynarodowy skandal. To spowodowało, że mer Lwowa Andrij Sadowy zwolnił po kilku dniach panią Marjanę Batiuk z pracy. „Nie dopuścimy do tego, by we lwowskich szkołach pracowali ludzie, którzy chwalą tych, którzy zabili miliony Ukraińców” – ogłosił publicznie mer Lwowa i zarazem przywódca „umiarkowanie nacjonalistycznej” partii „Samopomoc”[7].

Oczywiście pan Andrij Sadowy wykazał się wielką obłudą, ponieważ pani Marjana Batiuk zamieszczała tego typu treści na Facebooku od wielu lat. Internauci udostępnili screeny innych wpisów na tym portalu społecznościowym, w których radna „Swobody” wyrażała się pozytywnie o III Rzeszy lub wyciągała rękę w hitlerowskim pozdrowieniu. Jakoś nie budziło to wtedy sprzeciwu pana mera Sadowego ani władz szkolnych we Lwowie. Nie było też ich sprzeciwu jak Batiuk pochwalała na Facebooku neonazistowską symbolikę pułku „Azow” i Korpusu Narodowego, ani jak chwaliła się, że jej uczniowie bawili się w akcję rekrutacyjną do dywizji Waffen-SS „Galizien”, ani jak zamieściła swoją fotografię z podpisem: „Jestem banderowcem, czym się szczycę”. To wszystko było w porządku, dopóki nie wybuchła afera międzynarodowa z powodu jej wpisu z okazji rocznicy urodzin Hitlera.

Ale przecież dwa dni wcześniej – 18 kwietnia – pani Batiuk oficjalnie uczestniczyła razem ze swoimi uczniami w prezentacji umundurowania i broni dywizji Waffen-SS „Galizien” na wspomnianej wystawie plenerowej, którą zorganizowała lwowska administracja państwowa. W otwarciu tej wystawy uczestniczył także pan mer Andrij Sadowy. Może zatem siebie powinien zwolnić on w pierwszej kolejności. O tym, jakie panują nastroje wśród Ukraińców we Lwowie najlepiej świadczy fakt, że 27 kwietnia w obronie Marjany Batiuk „spontanicznie” demonstrowało w tym mieście około 200 osób – jej uczniów, rodziców tych uczniów i działaczy neobanderowskiej „Swobody”[8].

Zachowało się w Internecie zdjęcie z wizyty Marjany Batiuk i jej uczniów na wystawie plenerowej ku czci dywizji Waffen-SS „Galizien”. Widzimy na nim pięciu chłopców w wieku 10-14 lat, którzy pozują z niemiecką bronią z okresu drugiej wojny światowej. Za nimi stoi ich koleżanka oraz czterech mężczyzn w mundurach esesmańskich. Obok uśmiecha się młoda kobieta o ciemnoblond włosach, w czerwonej kurtce i dżinsach. To Marjana Batiuk. Na innym zdjęciu z jej konta na Facebooku widzimy czterech jej uczniów, którzy mają chyba niewiele ponad 10 lat, stojących z wykonanymi przez siebie emblematami dywizji Waffen-SS „Galizien” oraz z rękami wyciągniętymi w hitlerowskim pozdrowieniu. Tak Marjana Batiuk uczyła ich historii. Tak się na Ukrainie – państwie stowarzyszonym z Unią Europejską – uczy młodzież historii.

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: www.kresy.pl

Zdjęcie z profilu FB Marjany Batiuk. Udostępnione za: http://www.kresy.pl

Musi się tutaj zrodzić pytanie o to kim będą w przyszłości uczniowie Marjany Batiuk. Co wyrośnie z tych dzieci zatrutych kultem kolaboracyjnej, hitlerowskiej i zbrodniczej formacji, wychowanych na kłamstwie oraz relatywizacji dobra i zła? Do czego ci chłopcy zostaną użyci, gdy jako dorośli otrzymają broń do ręki od epigonów Stepana Bandery i Romana Szuchewycza?

Tych pytań nikt sobie w Warszawie nie stawia, bo w Warszawie miarodajne są tylko pytania stawiane przez ambasadę USA. Przypadek pani Batjuk nie jest odosobniony i nie dotyczy tylko sytemu edukacji na Ukrainie. W połowie maja tego roku wyszło na jaw, że konsul Ukrainy w Hamburgu Wasyl Maruszczyneć od lat zamieszczał na swoim profilu na Facebooku skrajnie szowinistyczne treści wobec Polaków, Żydów, Węgrów, Romów i innych narodowości. Zapowiadał wyzwolenie siłą ziem ukraińskich aż „do Warty. Albo nawet do Odry-Nysy!”. Twierdził, że Aryjczycy to „najbardziej starodawna nazwa dawnych Ukraińców, która jest nam znana. Pierwsi oracze świata. Udomowili konia, wynaleźli koło i pług. Pierwsi na świecie uprawiali żyto, pszenicę i proso. Swoje umiejętności uprawy roli i rzemiosła zanieśli do Chin, Indii, Mezopotamii, Palestyny, Egiptu, Północnych Włoch, na Bałkany, do Zachodniej Europy i Skandynawii” (to jest parafraza tekstu z „Mein Kampf” Hitlera, jakby ktoś nie wiedział). Maruszczyneć zamieścił też mapę przyszłego aryjskiego imperium ukraińskiego, które będzie graniczyć z Niemcami po podziale ziem polskich. „Niech żyje teutońsko-aryjska (dzisiaj niemiecko-ukraińska) przyjaźń!” – podpisał tę mapę Maruszczyneć[9].

To nie jest kolejny odosobniony przypadek. To jest oblicze ideowo-polityczne ludzi, którzy doszli do władzy na Ukrainie w wyniku brutalnego przewrotu z 2014 roku, wspieranego przez USA i Zachód. Tak wyglądają ludzie, którzy stoją za plecami Poroszenki i Hrojsmana. To są partnerzy polityczni i antyrosyjscy sojusznicy polskiej „klasy politycznej”. Zarówno tej jej części, której patronuje „Gazeta Polska”, jak i tej, której patronuje „Gazeta Wyborcza”. Ideowo-politycznego oblicza tych partnerów nie da się ukryć, choćby nie wiem jak głośno polska „klasa polityczna” wyzywała od „agentów Rosji” każdego kto to upiorne oblicze jej ukraińskich partnerów odsłoni.

Rodzi się pytanie, czy polska „klasa polityczna” rzeczywiście nie rozumie, że jej ukraińscy partnerzy nie zamierzają budować razem z nią żadnego „Trójmorza” ani czegokolwiek innego. To nie był, nie jest i nigdy nie będzie ich cel polityczny.

Pisałem już kiedyś, że z nacjonalizmem ukraińskim w wersji banderowskiej, czyli nazistowskiej, żartów nie ma. Dlatego rodzi się też pytanie o to, kto zdenazyfikuje Ukrainę. Na pewno nie zrobią tego Stany Zjednoczone Ameryki, które nigdy nie troszczyły się, nie troszczą i nie będą się troszczyć o wielowymiarowe skutki swojej polityki destabilizacji kolejnych państw i obszarów geopolitycznych.

Kto zdenazyfikuje Ukrainę i ile ofiar będzie to kosztować, w tym też ofiar polskich?

[1] „Poroszenko pisze o najbardziej szczerym przyjacielu Ukrainy”, http://www.kresy.pl, 3.07.2018.

[2] „Ukraina organizuje wołyńskie kontrobchody”, http://www.kresy.pl, 5.07.2018.

[3] „Lwów: państwowe władze zorganizowały konkurs dla młodzieży z okazji 75-lecia SS Galizien”, http://www.kresy.pl, 24.04.2018.

[4] „We Lwowie prezentowano mundury i uzbrojenie Waffen-SS Galizien”, http://www.kresy.pl, 20.04.2018.

[5] „The Guardian potwierdza: dirlewangerowcy w szeregach ukraińskich ochotników”, http://www.kresy.pl, 7.03.2015.

[6] „Radna Swobody ze Lwowa o Hitlerze: wielki człowiek”, http://www.kresy.pl, 20.04.2018.

[7] „Ukraińską radną, która chwaliła Hitlera, zwolniono z pracy w szkole”, http://www.kresy.pl, 25.04.2018.

[8] „Lwów: »spontaniczny protest« w obronie radnej Swobody, która wychwalała Hitlera”, http://www.kresy.pl, 28.04.2018.

[9] „Konsul Ukrainy wzywał do odebrania »ukraińskich ziem« Polsce? MSZ Ukrainy wyjaśnia”, http://www.kresy.pl, 14.05.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 lipca 2018 r.

„Myśl Polska” nr 29-30 (2197/98), 15-22.07.2018, s. 4-5

Bez poczucia winy. Przyczyny fałszowania historii OUN i UPA na Ukrainie

Na przełomie 2013 i 2014 roku polskie elity polityczne powszechnie poparły brutalny przewrót polityczny na Ukrainie. Poparciu temu towarzyszył, widoczny zwłaszcza w mediach, graniczący z euforią entuzjazm. Jak zwykle w polskiej polityce, zabrakło chłodnej refleksji. Nie przyjmowano wtedy do wiadomości nielicznych głosów ostrzegających przed widocznymi na kijowskim Majdanie upiorami przeszłości w postaci osób i organizacji odwołujących się do tradycji i symboliki nacjonalizmu ukraińskiego. Wręcz przeciwnie, z „Gazety Polskiej” można się było wtedy dowiedzieć, że dopiero z „wolnymi ludźmi” można będzie prowadzić dialog na „trudne tematy” przeszłości.

Dzisiaj wiemy, że ten dialog jest prawie niemożliwy. Dzisiaj strona ukraińska nie przyjmuje do wiadomości nie tylko oczywistych faktów historycznych dotyczących zbrodniczej działalności Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, ale nawet wyników ekshumacji w Hruszowicach. Dzisiaj jest już oczywiste, że pomajdanowa Ukraina nie chce historycznego rozliczenia ze zbrodniczą przeszłością formacji, których pamięć kultywuje i uznaje za fundament ukraińskiej tożsamości narodowej. Nie chce przede wszystkim dopuścić do upamiętnienia ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, ich ekshumacji i godnego pochówku.

Od czasu pierwszego przewrotu politycznego na Ukrainie z 2004 roku rozszerza się w przestrzeni publicznej tego kraju kult najbardziej ponurych postaci symbolizujących nacjonalizm ukraiński, jak Stepan Bandera, Roman Szuchewycz, Dmytro Doncow, Jarosław Stećko, Mykoła Łebedź, Dmytro Klaczkiwski, Petro Diaczenko i in. Czci się tam dzisiaj każdy przejaw antypolskiego szowinizmu od rzezi humańskiej po rzeź wołyńską. Skrajnym przejawem takich działań były ubiegłoroczne obchody Roku UPA na Wołyniu, zainicjowane przez tamtejszą Radę Obwodową.

Przyznanie się do zbrodni i ich potępienie oznaczałoby konieczność odrzucenia tradycji nacjonalistycznej i niemożliwość budowania w oparciu o nią antyrosyjskiej tożsamości Ukrainy. Ze strony polskich środowisk proukraińskich słychać niekiedy usprawiedliwiające głosy, że Ukraina nie ma innej tradycji historycznej, na której mogłaby wykreować antyrosyjską tożsamość. To niech jej nie kreuje.

Nacjonalizm ukraiński nie był czymś wyjątkowym w europejskich realiach lat 30. i 40. XX wieku. Na tle podobnych mu ruchów – wzorujących się na faszyzmie bądź nazizmie, bazujących na szowinizmie i populizmie – wyróżniał się jednak radykalizmem doktryny i okrucieństwem zbrodni. Prof. Bogumił Grott scharakteryzował ideologię nacjonalizmu ukraińskiego następująco: Filozofia ta świetnie nadawała się do konstrukcji państwa totalitarnego i była używana do usprawiedliwiania, a nawet zachęcania do wszelkiej eksterminacji. Taką też rolę spełniła w stosunku do zamieszkujących południowo-wschodnie Kresy II Rzeczypospolitej Polaków, Żydów, a nawet i mających inne poglądy Ukraińców[1].

Nacjonalizm ukraiński był zatem wytworem swojej epoki. Jednakże nie zniknął wraz ze swoją epoką. Przetrwał po drugiej wojnie światowej na emigracji w RFN, Kanadzie i USA, skąd był stopniowo przeszczepiany po 1991 roku na niepodległą Ukrainę.

Ukraiński historyk Wiktor Poliszczuk (1925-2008) wielokrotnie podkreślał, że nigdy nie powstanie wolna i demokratyczna Ukraina bez właściwej oceny tego czym był i jest nacjonalizm ukraiński. Oceny prowadzącej do jego całkowitego odrzucenia jako podstawy, na której można cokolwiek budować. W swojej pracy „Ludobójstwo nagrodzone. Problem nacjonalizmu ukraińskiego w Polsce w zarysie” Poliszczuk ostrzegał: Ktokolwiek broni nacjonalizmu ukraińskiego, tym samym broni faszyzmu i jego ukraińskiej odmiany, jego zbrodni ludobójstwa. (…) Wobec niezmienności zasad ideologicznych i założeń programowych nacjonalizmu ukraińskiego, nie można lekceważyć zagrożenia, jakie może płynąć ze strony tego nacjonalizmu dla Polski, jak też dla Ukrainy[2]. Natomiast w książce „Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa” Poliszczuk stwierdził wprost, że „nacjonalizm ukraiński jest chorobą nieuleczalną”[3].

Ta choroba 80-70 lat temu objęła mniejszość narodu ukraińskiego i zrodziła wówczas ludobójstwo. Dzisiaj próbuje się w oparciu o nią kształtować tożsamość historyczną antyrosyjskiej Ukrainy. Nie można tego czynić inaczej, bo po prostu się nie da, bez zafałszowania historii OUN i UPA, w tym przede wszystkim bez negacji odpowiedzialności tych formacji za zbrodnie popełnione głównie na narodzie polskim.

Ludobójstwo popełnione przez formacje OUN-B (banderowców) i UPA na Polakach w latach 1943-1944 pochłonęło według różnych szacunków od 100 do 130 tys. ofiar. Prof. Ryszard Szawłowski sklasyfikował zbrodnie banderowskie wyżej od niemieckich i radzieckich jako specjalnie kwalifikowaną zbrodnię ludobójstwa, którą określił łacińskim terminem genocidium atrox (ludobójstwo dzikie, okrutne, zwyrodniałe). Powodem takiego zakwalifikowania ludobójstwa banderowskiego jest to, że było to ludobójstwo „totalne” (całościowe) połączone przeważnie ze stosowaniem najbardziej barbarzyńskich tortur wobec zabijanych ofiar[4].

Rehabilitacja OUN i UPA nie zaczęła się na Ukrainie dopiero po przewrotach z 2004 i 2014 roku. W zbrodni ludobójstwa bardzo ważna jest jego faza pogenocydalna, która polega na zacieraniu śladów zbrodni i jej negacji. Rozpoczyna się ona wraz z fazą genocydalną – kiedy sprawcy negują zbrodnię jednocześnie z jej popełnianiem. W wypadku ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego faza pogenocydalna rozpoczęła się w połowie 1943 roku, a wiec w momencie apogeum genocidium atrox na Wołyniu. Wtedy właśnie kierownictwo OUN-B po raz pierwszy oficjalnie zaprzeczyło swojej odpowiedzialności za szokujące poziomem barbarzyństwa masowe mordy na ludności polskiej[5]. Równocześnie wydano rozkaz preparowania dowodów mających zrzucić odpowiedzialność za pogromy na Żydach z 1941 roku na Niemców i Polaków[6].

W październiku 1943 roku kierownictwo OUN-B ogłosiło, że „ani naród ukraiński, ani Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów” nie mają nic wspólnego z tym, co stało się z Polakami na Wołyniu. W wydanym wówczas oświadczeniu OUN-B nazwało „wydarzenia, które miały miejsce w ostatnich miesiącach na ukraińskich ziemiach” obopólną „rzeźnią”, w której brały udział osoby działające w interesie niemieckim lub radzieckim. Winą za te „wydarzenia” obarczono Polaków, wskazując na cztery rzekome przyczyny: napięte stosunki pomiędzy Polakami a Ukraińcami z powodu rzekomo „eksterminacyjnej” polityki antyukraińskiej II RP, rzekome rozpoczęcie przez Polaków planowanego niszczenia ukraińskiej populacji ziemi chełmińskiej i hrubieszowskiej, rzekome wspomaganie przez Polaków okupanta niemieckiego i partyzantki radzieckiej w „akcjach antyukraińskich” oraz „systematyczne pogromy” dokonywane rzekomo na Ukraińcach przez Polaków służących w policji niemieckiej[7].

Ta narracja funkcjonuje w niezmienionej formie do dzisiaj w kręgach epigonów ruchu banderowskiego oraz w polityce historycznej pomajdanowej Ukrainy, kreowanej przez Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej. Istotą tej narracji jest zrzucenie odpowiedzialności za „wydarzenia wołyńskie” na Polaków i II RP oraz zakłamanie ich charakteru jako rzekomej „wojny chłopskiej” lub „drugiej wojny polsko-ukraińskiej” (pierwsza miała miejsce w latach 1918-1919). Niekiedy też dodatkowo ma miejsce wskazywanie jako sprawców bezpośrednich ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego partyzantki radzieckiej lub „sowieckiej agentury wpływu”. Echa takiej narracji znajdujemy m.in. w wypowiedziach niektórych proukraińskich polityków polskich, jak np. Bronisława Komorowskiego z lipca 2008 roku, że „za Wołyń odpowiadają Sowieci” oraz w wypowiedzi Antoniego Macierewicza z lipca 2016 roku, że „wrogiem, który rozpoczął, i który użył ukraińskich sił nacjonalistycznych do tej straszliwej zbrodni ludobójstwa jest Rosja. To tam jest źródło tego straszliwego nieszczęścia”[8].

Kluczową rolę w zapoczątkowaniu procesu negacji ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego – odegrali jego sprawcy: Mykoła Łebedź i Roman Szuchewycz. Na początku 1944 roku Szuchewycz wydał rozkaz preparowania fałszywych dowodów mających zrzucić winę za genocidium atrox na Wołyniu na „komunistyczna partyzantkę”, czyli partyzantkę radziecką, która nota bene udzieliła daleko idącej pomocy polskim samoobronom na Wołyniu, zwłaszcza samoobronie Przebraża. Podczas zjazdu tzw. Ukraińskiej Głównej Rady Wyzwoleńczej (UHWR) w lipcu 1944 roku proponowano odpowiedzialność za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie „zwalić na Niemców, na bolszewicką partyzantkę, wojnę itp.”[9]. Zasadnicze tezy propagandy banderowskiej, zrzucające winę za ludobójstwo na Polaków i wprowadzające do obiegu zupełnie kłamliwe określenie „konflikt polsko-ukraiński”, powstały tuż po zakończeniu wojny[10].

Milowe kroki w kierunku negacji zbrodni OUN i UPA wytyczyła książka Mykoły Łebedzia z 1946 roku (wyd. II, Suchastnist 1987) pt. „UPA-Ukrainśka povstanśka armia. Ji heneza, rist i dii u vyzvolinii borotbi ukrainśkoho narodu za ukrainśku samostiinu sobornu derzhavu” („UPA-Ukraińska Powstańcza Armia. Jej geneza, rozwój i działania w walce wyzwoleńczej narodu ukraińskiego o niepodległe samorządne państwo ukraińskie”). Łebedź – „główny herszt ukraińskiego ludobójstwa na Polakach”, jak go określił Ryszard Szawłowski – zupełnie zakłamał historię UPA, przedstawiając ją przede wszystkim jako rzekomy „ruch narodowowyzwoleńczy”[11]. W ten sam sposób preparowali historię inni kombatanci OUN i UPA, którzy po 1945 roku rozpoczęli kariery historyków i politologów na zachodnich uniwersytetach, głównie w Kanadzie. W tym gronie należy wymienić przede wszystkim takie postacie jak Taras Hunczak, Wołodymyr Kosyk (uważany za czołowego apologetę OUN i UPA), Petro Mirczuk, Petro Poticzny (autor tezy o „wzajemnych polsko-ukraińskich rzeziach” na Wołyniu), czy Jewhen Sztendera. Wspierali ich swoją publicystyką pseudohistoryczną liderzy banderowskiej emigracji na Zachodzie, jak Iwan Hrynioch, Wołodymyr Kubijowycz i Jarosław Stećko. Narracja tego środowiska szła dwutorowo: gloryfikacji OUN i UPA towarzyszyło zawsze eksponowanie ukraińskiej martyrologii pod władzą ZSRR (Hołodomor, czystki stalinowskie). To był i jest zabieg mający ułatwić przemilczenie zbrodni nacjonalistów ukraińskich.

Po początkowej izolacji, z jaką spotykała się na Zachodzie banderowska propaganda pseudohistoryczna, na początku lat 70. XX wieku w ukraińskiej historiografii emigracyjnej doszło do głosu pokolenie publicystów i historyków używających języka „poprawności politycznej”, wpisujących się w falę „ethnic studies” i politykę „wielokulturowości”, ale wzorujących się na publikacjach weteranów OUN-UPA. Zdaniem Pera Andersa Rudlinga przyczyniło się to do wprowadzenia ich zakłamanej wizji historii do naukowego obiegu zachodniej historiografii. Historycy ci nie traktowali nacjonalistycznych bohaterów jako przedmiotu badań, ale zajęli się naukowym potwierdzaniem mitów, na których zostali wychowani[12].

W ten nurt wpisują się współcześnie m.in. Wołodymyr Wiatrowycz, Iwan Patrylak, Bohdan Hudź, czy Wołodymyr Serhijczuk ze swoimi tezami o UPA jako „ruchu wyzwoleńczym” oraz „konflikcie polsko-ukraińskim” na Wołyniu. Wedle ich narracji „konflikt polsko-ukraiński” mieli spowodować w 1942 roku Polacy od domniemanego wyniszczania ukraińskiej inteligencji na Chełmszczyźnie. Następnie, zgodnie z „teorią domina”, miał nastąpić ukraiński odwet na Wołyniu, potem zaś „walki polsko-ukraińskie w Galicji”. Tak przedstawił to m.in. czołowy kreator ukraińskiej polityki historycznej – Wołodymyr Wiatrowycz – w pracy pod absurdalnym tytułem „Druga wojna polsko-ukraińska” (wydanie polskie 2013). Prof. Bohdan Hudź z Lwowskiego Uniwersytetu Narodowego im Iwana Franki w książce „Ukraińcy i Polacy w Naddnieprzu, Wołyniu i Galicji Wschodniej w XIX i pierwszej połowie XX wieku” twierdzi, że „to, co się zdarzyło w latach 1942-1943 na Wołyniu, było wynikiem polityki carskich rządów, a później Rosji bolszewickiej i ukraińskich nacjonalistów”. Jego zdaniem „wrogość między Polakami i Ukraińcami” spowodowały „sowieckie grupy dywersyjne”, wysyłane w latach 20. i 30. XX wieku do II RP, w tym na Wołyń. Takie wytłumaczenie jest miłe m.in. dla polskich środowisk rusofobicznych, stąd też nic dziwnego, że tezy prof. Hudzia promował portal jegiellonia.org[13].

Twierdzeniom negacjonistów zbrodni OUN i UPA przeczą dokumenty źródłowe opracowane przez takich historyków jak Marko Carynnyk, Aleksandr Diukow, Frank Golczewski, John-Paul Himka, Grzegorz Motyka, Wiktor Poliszczuk, Grzegorz Rossoliński-Liebe, Per Anders Rudling i in. Uczeni ci zwracają uwagę na to, że polityka historyczna współczesnej Ukrainy neguje nie tylko fakt ludobójstwa nacjonalistów ukraińskich na Polakach, ale także ich udział w zagładzie Żydów. Kilkadziesiąt artykułów naukowych na ten temat zostało zebranych w obszernej publikacji pod redakcją prof. Andrzeja A. Zięby pt. „OUN, UPA i zagłada Żydów” (Kraków 2016).

Osoby odpowiedzialne po 2014 roku na Ukrainie za politykę historyczną – jak Wiatrowycz czy Światosław Szeremeta – są jawnymi zwolennikami nacjonalizmu ukraińskiego. Dr Wasyl Rasewycz z Wydziału Historii Najnowszej Ukraińskiej Akademii Nauk w artykule „Aby pamiętali”, opublikowanym na ukraińskim portalu zaxid.net, następująco podsumował politykę historyczną pomajdanowej Ukrainy: Największym problemem współczesnej polityki historycznej Ukrainy jest to, że – przez niepohamowaną chęć wybielenia OUN – Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej zatapia Ukrainę. Niszczy jej autorytet międzynarodowy i z całą energią nie tylko pozbawia sprzymierzeńców w świecie, ale także przekształca w pariasa. (…) A u nas, argumentujemy, trwa wojna, dlatego nasza polityka pamięci podyktowana jest przez okoliczności wojenne. Tak więc do podniesienia ducha bojowego potrzebujemy takich bohaterów historycznych, którzy walczyli o niepodległość Ukrainy z bronią w rękach. (…) Ale cały problem polega na tym, że w czasie II wojny światowej, w tym strasznym kotle Ukrainy zachodniej, wśród ludzi trzymających broń w rękach – bohaterów nie było. A to, na co kreatorzy ukraińskiej polityki historycznej proponują zamknąć oczy, w normalnym systemie wartości moralno-etycznych zasługuje często na wieczne potępienie[14].

Trudno się z tym nie zgodzić. Jest to jednak głos na współczesnej Ukrainie odosobniony. Rasewycz podkreśla, że władze w Kijowie chcą wmówić społeczeństwu, iż konflikt w Donbasie („wojna z Rosją”, według ich nomenklatury) jest kontynuacją walki, jaką w latach 40. XX wieku prowadziła UPA przeciw ZSRR. Temu przede wszystkim służy heroizacja nacjonalizmu ukraińskiego.

Prof. Jarosław Hrycak z Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie otwarcie przyznał, że połowa Ukraińców w ogóle nic nie wie o wydarzeniach na Wołyniu, a ci, którzy wiedzą utrzymują w świadomości bohaterski obraz UPA[15]. To są skutki polityki historycznej prowadzonej na Ukrainie co najmniej od 2004 roku.

Postsolidarnościowe siły polityczne III RP – odwołując się do tradycji przedwojennego prometeizmu, piłsudczykowskich koncepcji Międzymorza (Trójmorza) oraz myśli politycznej Jerzego Giedroycia – uznały na początku lat 90 XX wieku, że polską racją stanu na Wschodzie jest wspieranie Ukrainy, która obierze antyrosyjski kierunek. Taka polityka Warszawy korespondowała z amerykańską polityką wobec poradzieckiego obszaru geopolitycznego. Jednakże przyjęcie antyrosyjskiego kierunku przez Ukrainę musiało być równoznaczne z odrodzeniem i rehabilitacją nacjonalizmu ukraińskiego. Przez ponad ćwierć wieku polskie elity polityczne bagatelizowały ten fakt. Stąd wynikło ich długoletnie milczenie oraz granicząca z panicznym lękiem niechęć do nazwania po imieniu ludobójstwa z lat 1943-1944, a także jego inspiratorów i sprawców. Ta niechęć połączyła wszystkie główne siły polityczne III RP, które w innych kwestiach były śmiertelnie skłócone.

Nie chciano widzieć, że w politycznym zapleczu Wiktora Juszczenki znaczącą rolę odgrywały organizacje nacjonalistyczne kultywujące pamięć Stepana Bandery i UPA. Nie chciano widzieć banderowskiej symboliki Prawego Sektora na Majdanie w 2014 roku. Nie chciano widzieć pomników i muzeów Bandery, Szuchewycza i innych zbrodniarzy, które wyrosły jak grzyby po deszczu na pomajdanowej Ukrainie. Zbagatelizowano ukraińskie ustawodawstwo z kwietnia 2015 roku, które stworzyło prawne ramy dla polityki historycznej gloryfikującej OUN i UPA. Próbowano pacyfikować środowiska kresowe, by nie domagały się prawdy historycznej od Ukrainy. Niektórzy publicyści i politycy polscy popierali nawet wybielanie zbrodniczej historii nacjonalizmu ukraińskiego oraz bagatelizowali jego radykalnie antypolski charakter.

Powszechny na pomajdanowej Ukrainie kult OUN i UPA oraz niezdolność tego państwa do rozliczenia się ze zbrodniczej historii tych formacji jest zatem w niemałej mierze zasługą także polityki polskiej.

 

[1] B. Grott, Ukraiński nacjonalizm a polska polityka wobec Ukrainy i Ukraińców, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” nr 7-8 (116-117), Warszawa 2010 (lipiec-sierpień), s. 34-40.

[2] W. Poliszczuk, Ludobójstwo nagrodzone. Problem nacjonalizmu ukraińskiego w Polsce w zarysie, Toronto 2003, s. 137.

[3] W. Poliszczuk, Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa, Warszawa 2006, s. 374.

[4] R. Szawłowski, Kwalifikacja prawna tzw. akcji antypolskiej na Kresach Wschodnich w latach czterdziestych XX wieku jako ludobójstwa, (w:) R. Niedzielko (red.), Wołyń 1943-rozliczenie. Materiały przeglądowej konferencji naukowej „W 65. rocznicę eksterminacji ludności polskiej na Kresach Wschodnich dokonanej przez nacjonalistów ukraińskich”, Warszawa 10 lipca 2008 („Konferencje IPN”, t. 41), Warszawa 2010, s. 48-62.

[5] K. Łada, Creative Forgetting: Polish and Ukrainian historiographies on the Campaign of Ethnic Cleansing against the Poles in Volhynia during World War II, (w:) C. Partacz, B. Polak, W. Handke (red.), Wołyń i Małopolska Wschodnia 1943-1944, Koszalin-Leszno 2004, s. 283-284.

[6] G. Rossoliński-Liebe, Debating, obfuscating and disciplining the Holocaust: post-Soviet historical discourses on the OUN–UPA and other nationalist movements, „East European Jewish Affairs”, Vol. 42, No. 3, Routledge 2012, s. 204.

[7] W. Filar, Wydarzenia wołyńskie 1939-1944, Toruń 2008, s. 377-396.

[8] C. Gmyz, Za Wołyń odpowiadają Sowieci, http://www.rp.pl, portal dziennika „Rzeczpospolita”, 24.07.2008; B. Piętka, Macierewicz jak wielbiciele UPA, „Przegląd” nr 30 (864), 25-31.07.2016, s. 38-40; B. Piętka, Hańba domowa III RP, http://www.mysl-polska.pl, 13.07.2016.

[9] G. Motyka, Ukraińska partyzantka 1942-1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Warszawa 2006, s. 380.

[10] Andrzej L. Sowa, recenzja książek Wołodymyra Wiatrowycza – Polśko-ukrainśki stosunki w 1942-1947 rokach u dokumantach OUN ta UPA oraz Druha polśko-ukrainśka wijna 1942-1947, (w:), „Pamięć i Sprawiedliwość” nr 1 (21), Warszawa 2013, s. 457-459.

[11] R. Szawłowski, Przedmowa, (w:) W. Siemaszko, E. Siemaszko, Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945, t. I, Warszawa 2000, s. 16-17.

[12] Per A. Rudling, The OUN, the UPA and the Holocaust. A Study of the Manufacturing of Historical Myths, „The Carl Beck Papers in Russian and Est European Studies”, No. 2107, 2011, s. 20, 56.

[13] Prof. Bohdan Hudź: Rosja dolała oliwy do ognia konfliktu na Wołyniu’43, http://www.jagiellonia.org, 15.11.2015.

[14] Wasyl Rasewycz: Ukraiński IPN zatapia Ukrainę, pozbawia sprzymierzeńców w świecie i przekształca w pariasa, http://www.kresy24.pl, 19.11.2017.

[15] Prof. Hrycak: UPA jest dla wielu siłą walcząca przeciw dwóm totalitaryzmom, http://www.dzieje.pl, 26.09.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 lipca 2018 r.

„Przegląd” nr 28 (966), 9-15.07.2018, s. 8-12

Antykomunizm w pigułce

Oburzenie środowisk kresowych spowodował artykuł Arkadiusza Karbowiaka pt. „Tragedia Birczy. Mord żołnierzy LWP na UPA”, opublikowany na łamach prawicowego miesięcznika „Historia. Do Rzeczy”. Autor tego artykułu nazwał patetycznie zbrodniarzy z UPA „partyzantami” i stwierdził, że obrońcy Birczy dopuścili się na nich zbrodni. Jego tezy krytycznie skomentowali dr hab. Andrzej Zapałowski i działacz kresowy Mirosław Majkowski. Ich zdaniem Karbowiak dezawuuje obrońców Birczy, powielając propagandę nacjonalistów ukraińskich, która nie ma nic wspólnego z faktami historycznymi[1].

Arkadiusz Karbowiak opisał sprawę ekshumacji ponad 20 bojówkarzy z UPA, którzy atakowali Birczę. Jego zdaniem część zabitych nie zginęła w walce, ale została po wzięciu do niewoli „zamordowana strzałami w głowę lub zatłuczona kolbami na śmierć” przez żołnierzy polskich. Dla uwiarygodnienia tej tezy powołał się na opinię zespołu antropologów, kierowanego przez prof. Andrzeja Kolę z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. „Te informacje trudno jednak usłyszeć z ust głośno sławiących heroizm żołnierzy, organizatorów IV obrony Birczy” – pisze w oskarżycielskim tonie Karbowiak. Według cytowanej przez niego opinii, tylko w przypadku dwóch szkieletów dopatrzono się śladów postrzelenia. „W większości pochowanym tu osobom śmierć zadano prawdopodobnie przez rozbicie tępymi narzędziami czaszek. W kilku wypadkach śmierć spowodowana była strzałem w tylną część podstawy czaszki” – czytamy w artykule Karbowiaka. A więc wedle jego narracji żołnierze „LWP” urządzili upowcom w Birczy taki mały Katyń.

W opinii Mirosława Majkowskigo, działacza kresowego z Przemyśla, artykuł ten „opiera się na steku kłamstw lansowanych przez ukraińskich nacjonalistów”. Jego zdaniem, podczas ekshumacji bojówkarzy UPA i przeniesieniu ich na cmentarz w Pikulicach pod Przemyślem zespół ekshumacyjny niczego takiego nie stwierdził. „Upowcy zginęli w walce. Teza o mordzie pojawiła się po ich ponownym pochówku i jest lansowana do dziś. Poza tym nacjonaliści naciskali, aby grób tych bandziorów znajdował się w Birczy, na co nie zgodziły się (i słusznie) władze Birczy wiedząc, że stanie się miejscem neobanderowskiego kultu. W stosunku do przedstawicieli władz Birczy próbowano zastraszania” – napisał Majkowski na facebooku.

Natomiast w rozmowie z portalem Kresy.pl Mirosław Majkowski powiedział, że doniesienia o rzekomym zamordowaniu upowców pojawiły się dopiero po pewnym czasie i bez potwierdzenia naukowego. Nieistniejąca już Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa zaprzeczała, by doszło w Birczy do jakiejś egzekucji bojówkarzy UPA. Nie ma też żadnych dokumentów, które by to potwierdzały. Działacz kresowy z Przemyśla nie ma wątpliwości, że artykuł Karbowiaka i podobne mu twierdzenia mają na celu zdezawuowanie działań środowisk kresowych na rzecz powrotu Birczy na tablicę przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Że tak jest, nie ma również wątpliwości Andrzej Zapałowski. „To reakcja środowisk związanych z nacjonalistami ukraińskimi i Związkiem Ukraińców w Polsce, które pałają dużą sympatią do UPA i jej działalności po drugiej wojnie światowej, a także do celów tego środowiska. Obrońców Birczy, w tym akowców i członków samoobrony, próbuje się dezawuować i odwrócić to, że wieś atakowali byli esesmani i byli członkowie ukraińskiej policji w służbie III Rzeszy” – powiedział Zapałowski.

Historyk ten uważa, że upowcy część swoich poległych w trzecim ataku na Birczę zabrali ze sobą. Jego zdaniem, opinia antropologa o obecności pocisku w czaszce jeszcze nie świadczy o tym, że taka osoba została zamordowana. „Tam strzelano z broni maszynowej, która »sieje« i trafia w różne części ciała. Celuje się do postaci atakującej, a gdzie kula trafi, tam trafi. Wysuwanie na tej podstawie tego typu teorii jest absurdem” – twierdzi Zapałowski.

Podkreślił on także, że w źródłach ukraińskich nie ma żadnej wzmianki o jakiejś większej grupie upowców, która dostałaby się do niewoli w Birczy. Nie ma też o tym żadnego śladu w meldunkach administracji polskiej w Birczy oraz wojska i milicji. Zaznaczył też, że upowcy atakujący Birczę byli ubrani w mundury Wojska Polskiego, a podczas drugiej wojny światowej za podszywanie się pod jedną z walczących stron, zgodnie z międzynarodowym prawem i zwyczajem, stosowano natychmiastowe rozstrzelanie. „Tu oczywiście nie mieliśmy z tym do czynienia. Jednak nawet, gdyby do tego doszło, to rzecz byłaby usprawiedliwiona” – podsumował Zapałowski.

Ze swej strony dodam, że bojówkarze UPA nie byli partyzantami – czyli tak jak w wypadku AK żołnierzami konspiracyjnego wojska, podlegającego rozkazom legalnego i uznawanego przez aliantów rządu polskiego w Londynie – ale terrorystami. UPA bowiem nie była konspiracyjnym wojskiem, ale partyjną bojówką OUN-B. A wobec terrorystów także dzisiaj nie stosuje się przepisów konwencji genewskiej o ochronie jeńców wojennych i wątpliwości co do tego nie ma społeczność międzynarodowa z blokiem euro-atlantyckim na czele.

Warto przypomnieć, że Arkadiusz Karbowiak po raz pierwszy zbulwersował opinię publiczną w 2010 roku. Jako wiceprezydent Opola z rekomendacji Platformy Obywatelskiej przywołał wtedy ulubioną tezę neonazistów, że proces zbrodniarzy hitlerowskich w Norymberdze był rzekomo „zbrodnią dokonaną w majestacie prawa”. Wcześniej tezę tę Karbowiak powielał na łamach skrajnie nacjonalistycznego czasopisma „Szczerbiec” oraz na łamach „Stańczyka” – pisma, które popularyzowało poglądy rewizjonistów Holokaustu. „Zamiast wygadywać bzdury o zbrodniach, które zbrodniami w sensie prawnym nie były, trzeba zastanowić się, jaki był sens toczenia takiego konfliktu, szczególnie w kontekście biologicznego przetrwania narodu. (…) proces norymberski był niebezpiecznym precedensem uderzającym w prawo i państwo, stąd też nic nie może zmienić jego oceny. Był zbrodnią dokonaną w »majestacie prawa«” – głosił Karbowiak w 2010 roku już jako wiceprezydent Opola[2].

Po dwóch kadencjach na stanowisku wiceprezydenta Opola Arkadiusz Karbowiak trafił do Miejskiego Zarządu Dróg, a stamtąd na stanowisko dyrektora Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL w Warszawie. W 2011 roku Karbowiak był współautorem idei ustanowienia przez Sejm Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych i jednym z kreatorów ich fanatycznego kultu[3]. Otrzymujemy zatem w jego osobie cały polski prawicowy antykomunizm w pigułce. Empatia dla zbrodniarzy nazistowskich i zbrodniarzy z UPA oraz fanatyczny kult „żołnierzy wyklętych” – tak to właśnie wygląda. Wszystko w imię fundamentalistycznego antykomunizmu.

W związku z tym uprzejmie proszę miłośników kultu „żołnierzy wyklętych”, żeby nie czepiali się mnie więcej, że jakoby stawiam „żołnierzy wyklętych” obok zbrodniarzy z UPA, a nawet zbrodniarzy nazistowskich. To nie ja ich tam stawiam, ale wasz guru Karbowiak.

W kwietniu 2016 roku na łamach miesięcznika „Polityka Polska” opublikowałem artykuł pt. „Faszyzacja peryferii”. Postawione w nim przez mnie tezy wywołały wtedy oburzenie w wielu środowiska prawicowych, szczególnie tych kultywujących pamięć „żołnierzy wyklętych”. Tymczasem poglądy głoszone przez Arkadiusza Karbowiaka – osoby bardzo reprezentatywnej dla obozu fundamentalistycznej prawicy antykomunistycznej – w całej rozciągłości potwierdzają to, co napisałem w tym artykule.

Przypomnę więc co wówczas napisałem:

„Czy kult OUN-UPA na Ukrainie, formacji SS w Estonii, na Łotwie i Ukrainie, formacji kolaboracyjnych na Litwie oraz ustaszy w Chorwacji stoi w sprzeczności z tzw. wartościami europejskimi, do których odwołuje się Unia Europejska i panująca w niej ideologia poprawności politycznej? Tylko pozornie. Faszyzacja przestrzeni publicznej tych krajów jest nie tylko tolerowana na Zachodzie, ale stamtąd inspirowana. Stanowi bowiem narzędzie politycznej kontroli społeczeństw krajów będących peryferiami świata euro-atlantyckiego. Cechą kraju peryferyjnego – czyli kraju podlegającego tzw. rozwojowi zależnemu albo zarządowi zewnętrznemu – jest to, że jego życie polityczne, ekonomiczne, kulturalne i społeczne zostało uwarunkowane przez dominację zewnętrznego ośrodka centralnego.

Kraj peryferyjny charakteryzuje się m.in. posiadaniem kompradorskiej i z reguły skorumpowanej elity, która jako jedyna jest dopuszczona do awansu materialnego, w zamian za co nie jest zainteresowana emancypacją od zewnętrznego ośrodka centralnego. Kwestią kluczową w kraju peryferyjnym jest pacyfikacja pozostałej części społeczeństwa, czyli utrzymywanie stałej kontroli jego zachowań i kanalizowanie potencjalnego niezadowolenia. Cel ten osiąga się poprzez odpowiednią indoktrynację (terror psychologiczny), której kluczowym elementem jest kreowanie wroga zastępczego. W ten sposób niezadowolenie społeczne, wynikające z pauperyzacji ekonomicznej, kierowane jest nie przeciw kompradorskiej elicie rządzącej i zewnętrznemu ośrodkowi centralnemu (UE, USA), ale przeciw wrogowi zastępczemu, którym z reguły jest Rosja, »rosyjska agentura«, »komuna«, »endokomuna«, »żydokomuna«, »lewactwo« itd.

Temu służy odpowiednie preparowanie historii oraz kult faszystowskich formacji i organizacji na Ukrainie, w Chorwacji i w krajach bałtyckich. Natomiast w Polsce w ten sam nurt wpisuje się kult tzw. żołnierzy wyklętych, który pełni podobną funkcję. Jest mianowicie elementem propagandy totalnie dyskredytującej PRL. Ta dyskredytacja wynika nie tylko z tego, że Polska po 1989 roku jest budowana na negacji PRL, ale także z tego, że im bardziej projekt III/IV RP okazuje się uciążliwy dla społeczeństwa, tym bardziej trzeba mu obrzydzać PRL.

Chciałbym być dobrze zrozumiany. Ja nie etykietuję – wzorem propagandy PRL – powojennego podziemia zbrojnego jako »faszystów«. Chociaż gwoli sprawiedliwości trzeba przypomnieć, że tym mianem określał to podziemie także będący w zdecydowanej opozycji do komunistów niezależny polityk PPS, Zygmunt Zaremba[4]. Tzw. żołnierze wyklęci znaleźli się w jednym szeregu z UPA, litewskimi szaulisami oraz łotewskimi i estońskimi esesmanami nie dlatego, że tak jak tamci byli jawnymi faszystami, ale dlatego, że propaganda kreowana przez IPN i PiS ich tam postawiła. A Polskę postawiła równocześnie w gronie państw pokonanych w drugiej wojnie światowej.

Zamiast pokazać złożoność ówczesnej sytuacji politycznej, różnorodność postaw i skomplikowanych losów oraz tragizm wyborów moralnych, zamiast wyciągnąć z tej bolesnej lekcji historii jakieś wnioski na przyszłość – stworzono infantylny mit o »wyklętych« i »niezłomnych«. Bo nie o wnioski z historii tu chodzi, ale o mit właśnie. Mit ten stanowi ważny element terroru psychologicznego, który obok terroru ekonomicznego (strukturalne bezrobocie, system podatkowy, emigracja zarobkowa) jest narzędziem pacyfikacji społeczeństw krajów peryferyjnych. W Polsce terror psychologiczny ma trzy cele: podtrzymywanie nieustannej nienawiści do Rosji utożsamianej z ZSRR, żeby zniweczyć w zarodku potencjalną alternatywę geopolityczną, całkowite zdyskredytowanie i wymazanie z historii PRL, żeby nie można było odwoływać się do tego okresu jako alternatywy dla rzeczywistości stworzonej po 1989 roku oraz kreowanie wroga zastępczego w postaci ludzi zdolnych do samodzielnego myślenia. To nie przeciw kompradorskiej władzy, ale przeciw takim ludziom – etykietowanym jako »lewacy», »endokomuna«, »rosyjska agentura wpływu« itp. – ma się kierować agresja tłumu. Takim i tylko takim celom służy obecna polityka historyczna, w tym kult tzw. żołnierzy wyklętych.

(…) Kreowanie członków polskiego podziemia antykomunistycznego na »niezłomnych bohaterów«, którzy ponoć jako jedyni zajęli właściwą postawę polityczną po 1945 roku, jest takim samym zabiegiem ahistorycznym jak kreowanie UPA na narodową partyzantkę ukraińską (podczas gdy było to tylko zbrojne ramię OUN), walczącą nie tylko z ZSRR, ale podobno też z Niemcami, czy kreowanie estońskich, łotewskich i ukraińskich formacji SS oraz litewskich formacji kolaboracyjnych na obrońców Europy przed »sowiecką zarazą«. Zabieg ten służy zresztą temu samemu celowi, wskazanemu powyżej”.

[1] Mord żołnierzy LWP na „partyzantach z UPA?”. Eksperci krytycznie o tezach Karbowiaka, http://www.kresy.pl, 12.01.2018.

[2] Skandal w Opolu! Wiceprezydent Arkadiusz Karbowiak twierdził, że naziści nie popełniali zbrodni, http://www.se.pl, 23.09.2010.

[3] Arkadiusz Karbowiak odchodzi z MZD. Będzie budował Muzeum Żołnierzy Wyklętych?, http://www.nto.pl, 11.03.2016.

[4] Z. Zaremba, „Polska nie będzie się wstydzić swojego Podziemia”, „Światło”, zeszyt 3-4, Paryż 1948.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 26 stycznia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 5-6 (2173/74), 28.01-4.02.2018, s. 17

Koncesja na sakralizację zbrodni

1 grudnia 2017 roku Ukraiński IPN (UINP) zorganizował w Łucku – stolicy obwodu wołyńskiego – uroczystość wręczenia 24 Krzyży Bojowej Zasługi UPA[1]. Odznaczenia wręczono krewnym zbrodniarzy z UPA (pozwolę sobie nie użyć określenia „bojowników UPA”, jak portal kresy.pl, ale nazwać rzecz po imieniu). Pierwotnie odznaczenia te przyznało tym zbrodniarzom pośmiertnie kierownictwo OUN-UPA w latach 40. i 50. XX wieku. UINP legalizując tamte decyzje dał jasno do zrozumienia, że pomajadanowa Ukraina nie jest kontynuacją państwa proklamowanego 24 sierpnia 1991 roku, a wywodzącego się formalnoprawnie z Ukraińskiej SRR. To państwo zostało przecież obalone w wyniku przewrotów z 2004 i 2014 roku, które były inspirowane przez USA i Zachód i które zakończyły się sukcesem dzięki znaczącemu udziałowi w nich sił nacjonalistycznych.

Pomajdanowa Ukraina jest kontynuacją Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii – i to nie tylko przez gloryfikację ich zbrodniczej tradycji, ale także w sensie prawnym. Charakter uroczystości w Łucku nie pozostawia co do tego najmniejszych wątpliwości.

Uroczystość ta została przemilczana przez media polskie i zachodnie. Nagłośnił ją dopiero w połowie grudnia Eduard Dolinski – dyrektor Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego. Ale i tak informację tę podał wtedy w Polsce tylko portal kresy.pl i podobne mu media nazywane „niszowymi”. Do tzw. mediów „głównego nurtu” informacja ta nie przebiła się.

W uroczystości w Pałacu Kultury miasta Łucka – której oprawę artystyczną stanowił koncert pieśni Strzelców Siczowych i UPA – wziął udział m.in. gubernator obwodu łuckiego Wołodymyr Hunczyk. Obecna była też Łesia Bondaruk – pracownica UINP – która pochwaliła się, że była inicjatorką wręczenia odznaczeń krewnym – jak to określiła – „wołyńskich rycerzy”. „To unikalne wydarzenie dla Wołynia i Łucka, które odbyło się po raz pierwszy. Bardzo przykro, że obecnie nie znamy imion wielu żołnierzy. Nie udaje się zidentyfikować bohaterów, dlatego stale opracowujemy archiwalne materiały i szukamy prawdy” – stwierdziła w okolicznościowym przemówieniu pani Bondaruk.

Odznaczenia odebrali krewni m.in. takich zbrodniarzy z OUN-UPA jak: Iwan Bandacz, Wasyłyna Demczynśka, Hryhoryj Hruszoweć, Serhij Kaczynśki, Iwan Kobeć, Mykoła Kowtoniuk, Jakiw Kowżuk, Anatolij Koziar, Petro Ksendzuk, Iwan Malimon, Andrij Mychalewycz, Semen Piatyhoryk, Zinowij Samczuk, Ołeksandr Stepaniuk, Leonid Wołosoweć, Rostysław Wołoszyn, Fedir Zatowkaniuk, Sylwestr Zatowkaniuk i Tychon Zinczuk.

Eduard Dolinski zwrócił uwagę, że wśród odznaczonych są osoby, które przed przystąpieniem do UPA służyły w kolaboracyjnej ukraińskiej policji pomocniczej. Policja ta brała pod okiem Niemców aktywny udział w eksterminacji Żydów w latach 1941-1942. I tak np. Mykoła Kowtoniuk był komendantem policji ukraińskiej w Łucku, która uczestniczyła w zamordowaniu 20 tys. miejscowych Żydów. Jego zastępcą był Fedir Zatowkaniuk. Z kolei Tychon Zinczuk był szefem policji ukraińskiej w Tojkucie, a Serhij Kaczynśki dowodził „milicja ludową” w Równem, która brała udział w eksterminacji 18 tys. tamtejszych Żydów. Iwan Kobeć służył w policji ukraińskiej w Ratnie, Petro Ksendzuk w Torczynie, Iwan Malimon w Ołyce, a Semen Piatyhoryk kierował policją ukraińską w Lubieszowie. Według Dolinskiego we wszystkich tych miejscowościach policja ukraińska i formacje niemieckie wymordowały około 50 tys. Żydów.

„I tak, na rękach [tych] bohaterów jest krew nie mniej niż 50 tys. niewinnych żydowskich ofiar. I to nie licząc zabitych przez nich później Polaków i Ukraińców, kiedy oni po służbie w policji przeszli do UPA” – napisał Dolinski na swoim profilu na Facebooku.

Faktu tego nie chce zauważyć mainstream polityczno-medialny w Polsce. Trzeba więc przypomnieć, że np. Tychon Zinczuk po dezercji z policji ukraińskiej do UPA dowodził w 1943 roku pod pseudonimem „Kubik” sotnią, która wchodziła w skład kurenia Ołeksego Hromadiuka, pseudonimy „Holubenko”, „Ostriżskij”. Bazą tego kurenia były lasy skulińskie, położone na północny wschód od Kowla. Nie można wykluczyć, że pan Zinczuk osobiście brał udział w atakach na miejscowe polskie wsie, których ludność była w zwyrodniały sposób eksterminowana przez bojówki SKW, OUN i UPA[2].

Z kolei Sylwestr Zatowkaniuk, ps. „Ptaszka”, był prowidnykiem OUN-B w okręgu (powiecie) dubieńskim i kierował tam eksterminacją ludności polskiej. Następnie został zastępcą Petro Olijnyka „Eneja” – dowódcy Okręgu Wojskowego (WO) UPA „Bohun” na Wołyniu, jednego z czołowych wykonawców ludobójstwa na ludności polskiej Wołynia[3]. „Enej” znany był z tego, że własnoręcznie odrąbywał głowy ofiarom. A „Ptaszka” robił coś innego?

Anatolij Koziar, ps. „Wołodymyr”, był Szefem Służby Bezpeky OUN-B w Okręgu Wojskowym UPA „Turiw”[4]. Nie muszę chyba tłumaczyć jaką rolę odegrała Służba Bezpieczeństwa OUN-B w przygotowaniu oraz przeprowadzeniu ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Szefem SB OUN-B, a więc zwierzchnikiem pana Koziara, był Mykoła Łebedź – inicjator ludobójstwa na ludności polskiej, pełniący pod nieobecność Stepana Bandery obowiązki krajowego prowidnyka OUN-B.

Serhij Kaczynśki, ps. „Ostap”, „Iwan” (1912-1943), był członkiem OUN od 1931 roku, a w latach 1941-1943 pełnił funkcję wojskowego referenta OUN-B w okręgu (powiecie) rówieńskim. Był też zastępcą prowidnyka OUN-B na „północno-zachodnich ziemiach ukraińskich”, czyli zastępcą samego Dmytro Klaczkiwśkiego – głównego organizatora ludobójstwa wołyńskiego. Kaczynśki zalicza się więc niewątpliwie do grona czołowych organizatorów ludobójstwa na ludności polskiej Wołynia. Już pod koniec 1942 roku zorganizował on pierwszą sotnię UPA w gminie Rożyszcze (powiat Łuck)[5].

Według historiografii postbanderowskiej Kaczynśki miał zginąć w walce z Niemcami podczas ataku na fabrykę dykty w Orzewie (powiat rówieński), a dowodzona przez niego sotnia miała wtedy zabić 60 Niemców przy stratach własnych wynoszących czterech zabitych. Grzegorz Motyka wątpi jednak w taką wersję śmierci Kaczynśkiego[6].

Do najbliższych współpracowników Klaczkiwśkiego należał również uhonorowany pośmiertnie Krzyżem Bojowej Zasługi UPA Rostysław Wołoszyn, ps. „Horbenko” (1911-1944) – członek OUN od 1929 roku, w latach 1934-1937 referent propagandowy Krajowej Egzekutywy OUN na Polesiu i Wołyniu, następnie zastępca komendanta głównego UPA, dowódca zaplecza UPA i dowódca zgrupowania UPA-Zachód, a także członek Prowidu OUN-B na Wołyniu[7].

Podczas uroczystości w Łucku uhonorowano zatem nie tylko uczestników niemieckiego ludobójstwa na narodzie żydowskim, ale także uczestników banderowskiego ludobójstwa – w tym wielu czołowych – na narodzie polskim. Polski konsul w Łucku, którego siedzibę osiem miesięcy wcześniej ostrzelali z granatnika „nieznani sprawcy”, dyskretnie tego nie zauważył. Równie wysublimowaną dyskrecją, powściągliwością i taktem wykazali się ambasador Jan Piekło w Kijowie oraz prezydent Andrzej Duda podczas swojej oficjalnej wizyty na Ukrainie 13 grudnia 2017 roku. Ale tą dyskrecją i powściągliwością wykazały się także media amerykańskie, zachodnioeuropejskie, polskie i izraelskie. Nikt tam nie zauważył tego, co stało się w Łucku – bo taki był rozkaz Waszyngtonu, dla którego nacjonaliści ukraińscy są cennym sojusznikiem w dywersji antyrosyjskiej.

Nie zmienia to faktu, że w Łucku stała się rzecz poważna. To nie jest tylko gloryfikacja zbrodniarzy OUN-UPA, z którą mamy przecież do czynienia na Ukrainie przynajmniej od pomarańczowej rewolucji w 2004 roku. Tym razem to jest coś więcej. Dotychczas niektórym ze zbrodniarzy stawiano pomniki. Głównie najważniejszym – Banderze, Szuchewyczowi i Klaczkiwśkiemu. Dwóm pierwszym ufundowano też muzea. Teraz jednak zbiorowo uhonorowano pośmiertnie aż 24 członków OUN-UPA, którzy brali udział w zbrodniach przeciw ludzkości. Ale nie jakimś współczesnym odznaczeniem ukraińskim, tylko Krzyżem Bojowej Zasługi UPA – odznaczeniem ustanowionym 27 stycznia 1944 roku przez dowódcę UPA Romana Szuchewycza. To jest już coś więcej niż gloryfikacja. To jest sakralizacja zbrodniarzy i ich zbrodni.

Gloryfikacja UPA na pomajdanowej Ukrainie osiągnęła zatem etap najwyższy – stała się czymś w rodzaju już nie ideologii, ale parareligii państwowej. Nie można przejść do porządku dziennego nad faktem, że obiektem kultu tej parareligii są osoby winne zbrodni przeciw ludzkości. Czy można sobie wyobrazić, że do podobnej uroczystości jak w Łucku doszłoby w Berlinie? Czy można sobie wyobrazić, że władze niemieckie zapraszają rodziny 24 najbardziej znanych esesmanów z Auschwitz, Mauthausen, Buchenwaldu, Dachau i innych obozów koncentracyjnych, a następnie wręczają im Krzyże Żelazne nadane tymże esesmanom przez Hitlera? Jaka wtedy byłaby reakcja świata?

Coś takiego jednak się stało. Nie w Niemczech, ale na Ukrainie. Na dodatek w Łucku – jednym z głównych miast Wołynia, co też ma swoją wymowę. Wybór miejsca na pewno nie był przypadkowy i w połączeniu z oficjalną odmową władz ukraińskich zgody na ekshumację ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego przybiera to formę potężnego ciosu wymierzonego właśnie tym ofiarom. Ukrainie wolno to robić. Niemal pod każdą szerokością geograficzną piętnowane jest pochwalanie nazizmu i faszyzmu oraz ich zbrodni. Pomajdanowa Ukraina uzyskała jednak z powodów politycznych koncesję od Białego Domu nie tylko na gloryfikację, ale sakralizację ukraińskiej wersji faszyzmu. Dlatego w Brukseli, Warszawie i Tel Awiwie oficjalnie nie zauważa się faktów opisanych powyżej.

Dlatego polskie media głównego nurtu nie zauważyły, że 18 grudnia 2017 roku komitet wykonawczy rady miejskiej Lwowa podjął uchwałę o upamiętnieniu Wasyla Biłasa i Dmytra Danyłyszyna – bojówkarzy OUN i morderców Tadeusza Hołówki (1889-1931), polityka piłsudczykowskiego, jednego z czołowych ideologów prometeizmu oraz zwolennika daleko idących ustępstw na rzecz Ukraińców[8]. Upamiętnienie będzie miało formę tablicy na budynku aresztu przy ulicy Horodockiej 20 (dawniej Kazimierzowskiej) obok dawnego więzienia Brygidki, w którym stracono Biłasa i Danyłyszyna. Wcześniej upamiętniono ich już pomnikiem w Truskawcu, gdzie zamordowali Hołówkę.

Dlatego polskie media głównego nurtu potraktowały jako marginalny fakt ostrzelania z granatnika 11 grudnia 2017 roku polskiego autokaru w Sokolnikach koło Lwowa[9]. Nie było ofiar śmiertelnych, a nawet gdyby były, to polski mainstream polityczno-medialny ma już ten temat przećwiczony i opracowany pod hasłem „rosyjska prowokacja”.

Dlatego ani w Polsce, ani w żadnym innym kraju należącym do świata euro-atlantyckiego ponownie nie zauważono licznych manifestacji, które na wzór sowieckich pochodów pierwszomajowych wyszły na ulice ukraińskich miast 1 stycznia 2018 roku, by uczcić rocznicę urodzin Stepana Bandery. Z jego portretami, symboliką OUN-B i UPA oraz nienawistnymi i szowinistycznymi hasłami. W Odessie na bramach tamtejszego Muzeum Holokaustu i synagogi wymalowano podczas Świąt Bożego Narodzenia hasła „pierwszy toast za holokaust” oraz „Ukraina dla Ukraińców”[10].

W każdym innym kraju świata coś takiego wywołałoby natychmiastową reakcję rządów, organizacji międzynarodowych, organizacji żydowskich i organizacji ochrony praw człowieka, a na koniec oficjalne oświadczenie rzecznika Białego Domu. W wypadku Ukrainy takiej reakcji nie ma. Jest zatem polityczna koncesja na parareligijny kult zbrodni i nienawiści. Byłoby z mojej strony naiwnością stwierdzenie na koniec, że mocarstwo, które tej koncesji udzieliło bierze odpowiedzialność za dalszy bieg wypadków na Ukrainie. Mocarstwo to znane jest bowiem z braku odpowiedzialności za skutki swojej polityki.

[1] Wołyń: Ukraiński IPN wręczył medale UPA. Dolinski: „Odznaczeni mają na rękach krew 50 tys. ofiar”, http://www.kresy.pl, 15.12.2017.

[2] M. Samborski, „Wołyń 1943. Przyczynki do historii wykonawców ludobójstwa na Polakach – OUN-SD i UPA na tzw. Północno-zachodnich Ziemiach Ukraińskich”, „Niepodległość i Pamięć”, nr 3-4 (43-44), Warszawa 2013, s. 131.

[3] Tamże, s. 113, 124.

[4] Tamże, s. 126.

[5] Tamże, s. 113, 114, 127.

[6] G. Motyka, „Ukraińska partyzantka 1942-1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii”, Warszawa 2006, s. 194.

[7] M. Samborski, „Wołyń 1943…”, s. 108, 113, 117, 118.

[8] Lwów: Ukraińcy chcą upamiętnić bojówkarzy OUN, morderców Tadeusza Hołówki, http://www.kresy.pl, 19.12.2017.

[9] Atak na polski autokar na Ukrainie został dokonany za pomocą granatnika, http://www.kresy.pl, 11.12.2017.

[10] Profil publiczny Eduarda Dolinskiego na Facebooku, http://www.facebook.com/eduard.dolinsky, 26.12.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 10 stycznia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 3-4 (2171/72), 14-21.01.2018, s. 14-15

Czwarta obrona Birczy

Od połowy listopada Polskę rozpala sprawa Birczy. Sprawy tej oficjalnie nie ma, ponieważ nie zauważają jej tzw. media głównego nurtu. Zwrócił na to uwagę nawet red. Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”[1]. Sprawa jednak jest i wyzwala coraz większe emocje. Powstał Społeczny Ogólnopolski Komitet Pamięci i Dobrego Imienia Obrońców Birczy przed UPA, którego mam zaszczyt być członkiem. Zawiązał się on w celu „wsparcia działań władz samorządowych Gminy Bircza w obliczu bulwersującej sprawy usunięcia z tablic na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie nazwy miejscowości Bircza”[2].

„Usunięcie w przeddzień tegorocznego Święta Niepodległości napisu »Bircza 1945-1946« z tablicy na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie uważamy za czyn haniebny, niegodziwy i niezrozumiały. (…) Pamięci o bohaterskich obrońcach Birczy, którzy oddali życie i ocalili od pewnej śmierci wiele istnień ludzkich, w tym kobiet i dzieci, nie wolno niszczyć” – napisali 21 listopada w jednomyślnie przyjętej uchwale radni gminy Bircza[3].

O co chodzi? W przeddzień Święta Niepodległości minister obrony narodowej odsłonił na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie tablice z nazwami dwudziestu wsi i miasteczek na Wołyniu, Lubelszczyźnie i w Małopolsce Wschodniej, które stawiły opór bojówkom OUN i UPA podczas przeprowadzonej przez nie w latach 1943-1945 akcji ludobójstwa na ludności polskiej Kresów Wschodnich II RP i ziem południowo-wschodnich Polski powojennej. Odsłonięcie tych tablic było efektem wieloletnich starań rodzin ofiar UPA, organizacji kresowych, działaczy społecznych i kilku posłów. Zbiegło się ono jednak – najprawdopodobniej przypadkowo – z zapowiedzianą na początku listopada przez ministra Waszczykowskiego rewizją polskiej polityki wobec środowisk nacjonalistycznych i antypolskich na Ukrainie, której dotychczasowym rezultatem jest uznanie za persona non grata Wołodymyra Wiatrowycza i Światosława Szeremety. Odsłonięcie tablic na Grobie Nieznanego Żołnierza zostało więc odebrane przez środowiska kresowe jako przyłączenie się ministra Macierewicza do wolty politycznej ministra Waszczykowskiego.

Jakież było jednak zdumienie tych środowisk, gdy nagle okazało się, że z jednej z tablic zniknęła inskrypcja „Bircza 1945-1946”.

Dzisiaj już wiemy, że Bircza padła ofiarą wojny politycznej toczonej pomiędzy ministrem Macierewiczem a prezydentem Andrzejem Dudą, w otoczeniu którego znaleźli się ważni przedstawiciele lobby ukraińskiego w Polsce. Prezydent Duda nie wziął udziału w odsłonięciu tablic, a sama uroczystość została przesunięta z 11 na 10 listopada. Największym jednak zaskoczeniem było podmienienie tablic, które zostały zamontowane na Grobie Nieznanego Żołnierza kilka dni wcześniej. Jeszcze wieczorem 9 listopada Bircza była, a już następnego dnia jej nie było. Przedstawiciele MON i Kancelarii Prezydenta nie złożyli w tej sprawie rzeczowych wyjaśnień, mimo zapytań kierowanych przez kresowian i niektóre media[4].

Wyjaśnienia te złożył natomiast Wołodymyr Wiatrowycz. 9 listopada oświadczył on, że na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie „pojawiła się tablica na cześć polskich żołnierzy, którzy zginęli w walkach z UPA. Wśród tych, którzy zginęli na terenach Polski w walce z ukraińskimi powstańcami, najwięcej było przedstawicieli komunistycznej bezpieki. A więc od teraz w Polsce na szczeblu państwowym upamiętniani są czekiści wraz z tymi, którzy mają na rękach krew polskich patriotów”[5]. Wiatrowyczowi nie spodobało się upamiętnienie „tych, którzy zginęli na terenach Polski” (w obecnych granicach – uzup. BP), czyli obrońców Birczy. Ich właśnie nazwał „czekistami”. Oświadczenie Wiatrowycza – formalnie uznanego za persona non grata w Polsce – miało miejsce 9 listopada, a już następnego dnia jego życzeniu stało się zadość. Stawia to pod znakiem zapytania wiarygodność zapowiedzianej na początku listopada przez szefa MSZ rewizji polskiej polityki wobec gloryfikatorów banderyzmu na Ukrainie.

Nie ulega wątpliwości, że usunięcie Birczy nastąpiło pod presją strony ukraińskiej, a zwłaszcza szefa UINP Wiatrowycza, który zalicza się do czołówki negacjonistów ludobójstwa ukraińskiego na Polakach, Żydach i innych narodowościach zamieszkujących Kresy Wschodnie II RP. Dlaczego Bircza jest nie do zaakceptowania przez epigonów nacjonalizmu ukraińskiego? Dlatego, że upamiętnienie jej obrońców oznacza przyznanie im moralnej i politycznej racji oraz stawia UPA na pozycji agresora i zbrodniarza, przekreślając w ten sposób ostatecznie szansę na legalizację upamiętnień UPA w Polsce. A o to teraz strona ukraińska toczy zaciekłą walkę.

17 listopada Konstiantyn Jelisejew – zastępca szefa kancelarii prezydenta Ukrainy – oświadczył, że podczas spotkania Komitetu Konsultacyjnego Prezydentów Polski i Ukrainy w Krakowie uzgodniono, iż strona polska będzie dążyć do odbudowy i legalizacji upamiętnień UPA na terenie Polski. Oświadczenie to jest o tyle zdumiewające, że w oficjalnym komunikacie wydanym po spotkaniu w Krakowie nie poruszono sprawy pomników UPA[6]. Kancelaria Prezydenta zaprzeczyła słowom Jelisejewa[7]. Jednakże w odpowiedzi na jej dementi głos zabrał ambasador Andrij Deszczyca, który w wywiadzie dla agencji Ukrinform stwierdził, że strona polska zgodziła się podczas rozmów w Krakowie na odnowienie „ukraińskich miejsc pamięci na terenie Polski, które stały się celami aktów wandalizmu od 2014 roku”, czyli nielegalnych pomników UPA[8].

Zatem – albo Bircza na Grobie Nieznanego Żołnierza, albo pomniki UPA na Podkarpaciu. Trzeciej możliwości nie ma. Cała ta sprawa pokazuje, że obóz rządzący w swojej polityce ukraińskiej i polityce historycznej miota się od ściany do ściany i faktycznie zapędził się już w ślepy zaułek.

Jeśli chodzi o stronę historyczną sprawy Birczy, to należy podkreślić, że wbrew twierdzeniom neobanderowskiej historiografii miejscowości tej nie broniło ani UB, ani NKWD. Po stronie polskiej ataki UPA odpierali żołnierze 9. DP, 12. DP i 17. DP, wśród których było wielu weteranów 27. Wołyńskiej DP AK, a także funkcjonariusze MO, wśród których było wielu byłych żołnierzy AK i BCh. Wstąpili oni do MO – niejednokrotnie na polecenie powojennej konspiracji antykomunistycznej – by bronić ludności polskiej przed UPA. W trzech atakach UPA na Birczę od 22 października 1945 do 7 stycznia 1946 roku zginęło co najmniej 44 jej mieszkańców znanych z imienia i nazwiska oraz ponad siedemdziesięciu żołnierzy WP i milicjantów. Bircza nie dała się wyrżnąć zbrodniarzom z UPA i to jest teraz jej największa wina dla epigonów banderyzmu i ich polskich sojuszników.

Obecnie trwa czwarta obrona Birczy, w której mam honor uczestniczyć. To nie jest tylko walka z próbą banderyzacji polskiej przestrzeni publicznej, ale również jest to – przynajmniej w moim odbiorze – pierwszy poważny sprzeciw społeczny wobec realizowanej w Polsce polityki historycznej, zgubnej dla teraźniejszości i przyszłości narodu polskiego. Przecież w świetle tej polityki historycznej obrońcy Birczy byli przedstawicielami „sowieckiej władzy okupacyjnej”. Walczący tam z UPA żołnierze Wojska Polskiego zostali przez znanego historyka obecnego obozu władzy wykluczeni z tradycji oręża polskiego. Wielokrotnie różni przedstawiciele rządzącej prawicy nazywali to wojsko „polskojęzycznymi jednostkami Armii Czerwonej”, a IPN w ramach tzw. dekomunizacji usuwa pamięć o tym wojsku z przestrzeni publicznej. Na tej płaszczyźnie – wojującego antykomunizmu – państwowa polityka historyczna RP współgra z państwową polityką historyczną Ukrainy. Różnica między nimi jest jednak taka, że polska polityka historyczna wpisuje się w realizację antypolskich działań epigonów nacjonalizmu ukraińskiego.

[1] P. Wroński, „Klęska pod Birczą (jakby co, byłem przeciw)”, http://www.wyborcza.pl, 23.11.2017.

[2] A. Zapałowski, „Przywrócić dobre imię obrońców Birczy”, http://www.mysl-polska.pl, dostęp 23.11.2017.

[3] N. Ziętal, „Radni domagają się powrotu nazwy Bircza na tablicę przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie”, http://www.nowiny24.pl, 22.11.2017.

[4] T. Isakowicz-Zaleski, „Usunięto obrońców Birczy z Grobu Nieznanego Żołnierza. Żenada!”, http://www.rmf24.pl, 12.11.2017.

[5] „Prezes ukraińskiego IPN: nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza upamiętniają czekistów”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

[6] „Przedstawiciele Dudy obiecali Ukraińcom odbudowę pomników UPA?”, http://www.kresy.pl, 20.11.2017.

[7] „Tylko u nas. Minister Szczerski: Nie było zgody Kancelarii Prezydenta na odbudowę pomników UPA w Polsce”, http://www.wpolityce.pl, 22.11.2017.

[8] „Ambasador Ukrainy: Polska zgodziła się na odnowienie pomników UPA”, http://www.kresy.pl, 22.11.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 29 listopada 2017 r.