Świerczewski a geopolityka

29 marca br. proukraiński portal Kresy24.pl zamieścił wypowiedź Roberta Czyżewskiego – historyka i dyrektora Instytutu Polskiego w Kijowie, która pierwotnie ukazała się na jego profilu na Facebooku. Zacytuję ją w całości.

Rocznica śmierci Karola Świerczewskiego. To odpowiednia rocznica, żeby dotknąć (nie rozwiązać – ale dać pretekst do refleksji) problem najbardziej jątrzący w polsko-ukraińskich relacjach historycznych. Wydarzenia lat wojennych i powojennych… Nawet nazwać ich nie można nie natykając się na ataki – możemy tyko wybrać z której strony chcemy i jak silnie oberwać…” – pisze Robert Czyżewski.

I dalej: „Karol Świerczewski był urodzony w Warszawie, ale od młodzieńczych lat przebywał w Rosji i na trwałe związał się z budową systemu komunistycznego – chyba był w tym szczery. Jego droga to: walki z »białymi« podczas wojny domowej w Rosji, wojna 1920 po sowieckiej (oczywiście) stronie, wojna domowa w Hiszpanii – gdzie go oddelegowano z Armii Czerwonej. Gdy Stalin rozpoczął budowę komunistycznej Polski, Świerczewski został »polskim« generałem.

Pod koniec wojny dowodził 2. Armią Wojska Polskiego (oczywiście „Ludowego”). Był jednym z najwyższych oficjeli kształtującej się komunistycznej Polski – wiceminister Obrony Narodowej (w wojsku był drugą osobą po Roli-Żymierskim, nie licząc oczywiście Rokossowskiego, którego formalnie »spolonizowano« później).

28 marca 1947 roku podczas inspekcji garnizonów w południowo-wschodniej Polsce zginął w zasadzce zorganizowanej przez UPA. Dziwne różnice w szczegółach dotyczących jego śmierci są tu nieistotne. Jego śmierć stała się pretekstem do »Akcji Wisła« – deportacji ludności ukraińskiej żyjącej na terenach południowo-wschodniej Polski.

Świerczewski (generał »Walter«), był kluczową postacią PRL. Mitologizowany i opiewany w poezji, stał się patronem szkół, ulic i placów, jego wizerunek zdobił banknoty, a w tle propagandy byli jego zabójcy.

Na miejscu jego śmierci, w Jabłonkach, ustawiono monument. Trwał długo. Rozebrany został ostatecznie … 3 lata temu, między innymi na skutek działań polskiego IPN (warto by o tym na Ukrainie pamiętać). We wzajemnych relacjach historycznych, ważna jest nie przeszłość, ale pamięć o niej. Co chcemy pamiętać (czy precyzyjniej upamiętniać), a jaką pamięć (upamiętnienie) odrzucamy. Odrzucenie przez Wolną Polskę tej pamięci było dobrym krokiem – choć jestem pewien, że zjawią się tacy dla których będzie to krok niewystarczający. Zaklinam jednak wszystkich krytyków polskiej polityki historycznej, aby choćby milcząco przyznali: »Tak. To był dobry ruch«”.

Na osobę Roberta Czyżewskiego zwrócił rok temu uwagę – uważany przez niektóre media obozu władzy za „prorosyjski” (tzn. krytyczny wobec polityki wschodniej III RP) – portal Kresy.pl. W zamieszczonym na tym portalu 25 czerwca 2020 r. tekście pt. „Namawiał do akceptacji pomników Bandery – został szefem Instytutu Polskiego w Kijowie” czytamy: „Robert Czyżewski, chwalący się ukraińskimi korzeniami, dotychczasowy szef Fundacji Wolność i Demokracja, został mianowany przez MSZ na ważne stanowisko dyplomatyczne. Wcześniej przekonywał, że »nie jest tak, że współczesna Ukraina, wybierając banderowską tożsamość, wybiera antypolskość«. Twierdził także, że Polacy powinni »odpuścić« ws. pomników Bandery. Czyżewski jest wnukiem Hryhorija Czyżewskiego, ministra spraw wewnętrznych Ukraińskiej Republiki Ludowej i pułkownika Armii URL, a także prawnukiem Pawła Czyżewskiego, ministra Rządu URL na Emigracji. (…) Z wykształcenia Czyżewski jest historykiem. W latach 1993-2000 działał w Lidze Republikańskiej. Pracował jako nauczyciel w jednym z liceów w Warszawie. Przez kilkanaście lat prowadził programy wymiany młodzieżowej ze szkołami z Ukrainy. Był też współorganizatorem konferencji i wystaw poświęconych historii relacji polsko-ukraińskich, W 2016 roku Czyżewski (…) odnosząc się w rozmowie z »Kurierem Galicyjskim« do kwestii narastającego wówczas sceptycyzmu ws. bezwarunkowego wspierania Ukrainy i postawy Polski jako »sojusznika za darmo« zaznaczył, że Ukraina prowadzi wojnę. Zaznaczył przy tym, że Polacy pierwszy raz nie są na pierwszej linii »i za to warto płacić naprawdę sporo«. Przywołał słowa publicysty (»dużego kalibru« – jak go określił) Piotra Skwiecińskiego (obecnie dyrektora Instytutu Polskiego w Moskwie), który powiedział, że »dla Polski lepiej jest, żeby w Kijowie rządzili nie tylko banderowcy, ale nawet sam Bandera, niż odbudowa imperium«. Zdaniem Czyżewskiego, było to bardzo mądre zdanie”.

Oba powyższe cytaty wiele mówią o obecnym obozie władzy oraz o tym jacy ludzie w tymże obozie władzy kształtują polską politykę wschodnią oraz politykę historyczną. Na tym można byłoby zakończyć, ponieważ polemika z tezami zaprezentowanymi przez dyrektora Instytutu Polskiego w Kijowie nie ma sensu. Jednak nie można się powstrzymać przed wyrażeniem paru uwag.

Nie będę wchodził w ocenę postaci Karola Świerczewskiego i operacji „Wisła”, ponieważ już to co najmniej parę razy uczyniłem. Pragnę tylko przypomnieć, że Świerczewski nie jest jedyną postacią związaną z wydarzeniami lat 1944-1947 na Rzeszowszczyźnie, którą poddano po 2015 r. „dekomunizacji”. Uczyniono to także z pomnikiem 31 żołnierzy polskich zamordowanych przez UPA 1 kwietnia 1947 r. w Łubnem pod Baligrodem oraz innymi upamiętnieniami polskich żołnierzy i milicjantów na tamtych trenach. Polityka ma to do siebie, że nie znosi próżni. Jeżeli mówimy, że Świerczewski i jego żołnierze byli źli i nie mieli racji, to historyczną rację przyznajemy ich przeciwnikom z UPA. Taki jest polityczny sens i skutek „dekomunizacji” Świerczewskiego i jego żołnierzy. Dlatego dzisiaj na Podkarpaciu nie ma ich pomników, ale stoi tam zbudowany przez państwo polskie pomnik UPA na górze Monasterz koło Werchraty w gminie Horyniec-Zdrój (powiat lubaczowski).

To oczywiście zdaniem Roberta Czyżewskiego bardzo dobrze, bo – jak sam stwierdził – „nie jest tak, że współczesna Ukraina, wybierając banderowską tożsamość, ku naszej rozpaczy, wybiera antypolskość” i dlatego Polacy powinni „odpuścić” sobie pomniki Bandery, a wtedy być może Ukraińcy „odpuszczą” sobie pomniki Kłyma Sawura (Dmytro Kłaczkiwskiego). Otóż jest to pogląd absolutnie fałszywy. Banderyzm jako twór historyczno-polityczny, na którym obecna Ukraina buduje swoją tożsamość, może być przyjęty albo odrzucony tylko całościowo. Nie ma trzeciej możliwości. W pakiecie z Banderą i Doncowem otrzymujemy zawsze Kłaczkiwskiego, Szuchewycza, Stećkę, Łebedzia i resztę. Nie można tu sobie wybrać żadnej cegiełki, bo wszystkie są takie same i wszystkie tworzą budowlę u fundamentów której jest antypolskość. Albowiem skrajna antypolskość była ideą przewodnią nacjonalizmu ukraińskiego w latach 30-tych i 40-tych XX wieku i doprowadziła w konsekwencji do ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Taka jest prawda i nie da się jej zmienić, choćby Robert Czyżewski nie wiem jak próbował ją zaczarować.

Nasuwa się pytanie, skoro rzekomo polską racją stanu było usunięcie pomnika Świerczewskiego w Jabłonkach jako gest dobrej woli wobec Ukrainy, to jak Ukraina na ten gest dobrej woli odpowiedziała? Odpowiedziała pomnikami zbrodniarzy z OUN, UPA i dywizji SS „Galizien”, których dziesiątki zdobią miasta i miasteczka dawnych polskich Kresów południowo-wschodnich. Acha! „Ukraińcy są na pierwszej linii frontu i za to warto płacić naprawdę sporo” – odpowie tutaj Robert Czyżewski.

Problem z polską polityka wschodnią i ludźmi ją kształtującymi nie polega na tym, że jest to polityka proukraińska i antyrosyjska, wpisująca się przy tym w cele geopolityczne USA, ale na tym, że jest to polityka oparta na całkowicie fałszywych przesłankach.

Twierdzi się, że polityka ta ma swoje korzenie w koncepcjach Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego. Nic bardziej błędnego. Giedroyć i Mieroszewski uważali co prawda, że Polska powinna odgrodzić się od Rosji czymś w rodzaju „strefy buforowej” i dlatego powinna wspierać niepodległość Ukrainy, Białorusi i Litwy, ale gdyby w tych państwach doszły do głosu tendencje nacjonalistyczne (czyli antypolskie), to powinna zawrzeć przeciw nim taktyczny sojusz z Rosją. Co z myślą Giedroycia i Mieroszewskiego zrobili wykonawcy polityki wschodniej III RP, widać na powyższym przykładzie.

Dzisiaj są oni nie tyle wykonawcami, co biernymi narzędziami geopolityki amerykańskiej, na którą nie mają jakiegokolwiek wpływu. Pozostaje im tłumaczenie sobie i opinii publicznej, że to jest dobre i słuszne. Popadają przy tym w coraz większe absurdy, które prowadzą nawet do postulatów akceptacji ukraińskiej polityki historycznej, czyli przejścia do porządku dziennego nad ludobójstwem wołyńsko-małopolskim. Leszek Sykulski w jednym ze swoich programów na YouTube zauważył, że celem geopolityki amerykańskiej na obszarze Europy Wschodniej jest wyparcie wpływów Rosji z państw poradzieckich. W wypadku Ukrainy oznacza to korelację celów amerykańskich z celami nacjonalistów ukraińskich. Dlatego po 2004 i 2014 r. nastąpił w tym państwie tak prężny renesans nacjonalizmu ukraińskiego. Z kolei celem geopolityki rosyjskiej – zdaniem Sykulskiego – jest ograniczenie wpływów nacjonalizmu ukraińskiego do obszaru zachodniej Ukrainy, czyli przedwojennych polskich Kresów południowo-wschodnich.

Obie te geopolityki są dla Polski groźne ze względu na występujący w nich czynnik nacjonalizmu ukraińskiego i to tuż przy polskiej granicy południowo-wschodniej. Ponadto cechą polityki amerykańskiej jest jej nieprzewidywalność. Amerykanie mogą w najbardziej nieprzewidywanym momencie porzucić Ukrainę swojemu losowi, tak jak porzucili Wietnam, Irak, a teraz Afganistan. Mogą to swobodnie zrobić, bo nie oni graniczą z Ukrainą i nie oni będą ponosić konsekwencje politycznego zdemolowania tego kraju. USA są przy tym daleko, a Rosja blisko i odbudowa normalnych relacji z Rosją – rujnowanych teraz w imię bezalternatywnego wspierania polityki amerykańskiej – może być niezwykle trudna. Zamiast to dostrzec, wykonawcy polskiej polityki wschodniej karmią się coraz bardziej absurdalnymi i fałszywymi mirażami.

Bohdan Piętka

6 lipca 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 17-18 (2341/2342), 25.04-2.05.2021, s. 12