Kolejny „bohater” Ukrainy

Obłędny kult zbrodniarzy i ludobójców z UPA jest na Ukrainie codziennością. Zdołaliśmy już przywyknąć do pomników Bandery, Szuchewycza i Kłaczkiwskiego. Ale w ten sposób czci się tam także pomniejszych watażków OUN i UPA – bezpośrednich wykonawców zbrodni.

Tak na przykład w Czortkowie w obwodzie tarnopolskim upamiętniono Petro Chamczuka „Bystrego” (1919-1947 albo 1948), który najpierw służył w Armii Czerwonej, następnie był funkcjonariuszem Schutzmannschaften – ochotniczych oddziałów policji pomocniczej działających na okupowanych przez Niemcy terenach ZSRR i przeznaczonych do wykonywania akcji pacyfikacyjno-eksterminacyjnych – a na końcu został dowódcą sotni UPA „Szare Wilki” oraz kurenia UPA „Bystry”. Kureń ten dokonał zagłady wielu polskich wsi w Małopolsce Wschodniej, w tym m.in. wsi Barysz w województwie tarnopolskim.

Okazały pomnik Chamczuka postawiono w Czortkowie jesienią 2014 roku, ale dopiero teraz sprawa ta została nagłośniona w mediach przez społeczność żydowską na Ukrainie.

Oddział Schutzmannschaft, w którym służył Chamczuk, zajmował się w latach 1941-1943 zwalczaniem partyzantki sowieckiej oraz eksterminacją Żydów na zachodniej Ukrainie i Białorusi. Chamczuk służył w nim od 1941 do końca 1943 roku, kiedy zdezerterował do UPA. Trzeba podkreślić, że Schutzmannschaften – złożone głównie z nacjonalistów ukraińskich – stanowiły jeden z kluczowych instrumentów realizacji niemieckiej polityki okupacyjnej na Ukrainie, w tym także polityki zagłady Żydów. Do ich zadań należały m.in. pilnowanie gett i obozów dla Żydów oraz udział w ekspedycjach karnych, podczas których palono i mordowano wsie w odwecie za działalność partyzantki antyniemieckiej. Tego nie dowiemy się ani z inskrypcji na pomniku Chamczuka w Czortkowie ani z poświęconej mu książki, którą wydano na Ukrainie i która wychwala go jako bojownika z partyzantką sowiecką.

Najbardziej znaną zbrodnią popełnioną na Polakach przez kureń UPA pod dowództwem Chamczuka była zbrodnia w Baryszu. Ludność Barysza liczyła przed wojną 7 tys. mieszkańców, w tym 2/3 Polaków, którzy mieszkali w osiedlu Mazury. Od początku okupacji niemieckiej byli oni prześladowani i mordowani przez nacjonalistów ukraińskich. Już w lipcu 1941 roku aktywiści OUN aresztowali i przekazali Niemcom 10 Polaków z Barysza, którzy zostali rozstrzelani 5 sierpnia 1941 roku w Buczaczu. Niezależnie od tego członkowie OUN zamordowali w sierpniu 1941 roku w Baryszu kilkunastu Polaków. W latach 1942-1944 z rąk nacjonalistów ukraińskich i policjantów ukraińskich w służbie niemieckiej zginęło 36 Polaków z Barysza.

W 1944 roku, po zajęciu tych ziem przez Armię Czerwoną, Polaków-mężczyzn powołano do Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR. W ten sposób pozbawiono polskie wsie samoobrony. W jej miejsce władze sowieckie powołały tzw. Istriebitielnyje Bataliony (bataliony niszczycielskie) – formację pomocniczą do obrony przed UPA. Posterunek IB w Baryszu liczył ponad 100 ludzi, z czego około połowa należała wcześniej do AK. Jego dowódcą był Ukrainiec Iwanienko, a zastępcą dowódcy Polak Józef Krowicki. Oddział ten brał udział w walkach z UPA na terenie powiatu buczackiego.

Pod koniec 1944 roku dawne województwo tarnopolskie stanęło w ogniu. Tylko w grudniu 1944 roku bandy UPA napadły na polskie wsie 55 razy. Do najkrwawszych ataków doszło w dwóch miejscowościach powiatu tarnopolskiego: 24 grudnia w Ihrownicy (89 polskich ofiar) oraz w nocy z 28 na 29 grudnia w Łozowej (od 106 do 131 ofiar). Oba ataki przeprowadziła sotnia z kurenia „Burłaky” pod dowództwem Iwana Szemczyszyna „Czornyja”.

W styczniu 1945 roku UPA rozszerzyła akcję eksterminacyjną na powiaty borszczowski, buczacki i zaleszczycki. Doszło wówczas do napadów na Błyszczankę, Głęboczek, Latacz, Majdan, Uhryńkowce i Uście Zielone, w których zginęło co najmniej kilkuset Polaków.

W nocy z 2 na 3 lutego 1945 roku kureń czortkowski „Bystry” pod dowództwem Petro Chamczuka dokonał napadu na Czerwonogród w powiecie zaleszczyckim. Do ataku wyznaczono sotnie „Szare Wilki” (dowodzona osobiście przez Chamczuka) i „Czarnomorcy”. Wsi, w której schroniło się około 1500 osób z okolicznych miejscowości, bronił 100-osobowy oddział IB. Upowcy w białych, maskujących ubraniach wdzierali się do domów, gdzie zabijali nożami i siekierami napotkane osoby bez względu na płeć i wiek. Drewniane zabudowania podpalali. Ci, którym udało się ujść przed UPA schronili się w zamku, kościele i Domu Ludowym, gdzie byli bronieni przez IB. Zginęło od 49 do 60 Polaków i 7 żołnierzy IB. Straty UPA wyniosły 2 zabitych i 4 rannych.

Do pierwszej próby wymordowania Polaków z Barysza doszło w styczniu 1945 roku. Podczas ukraińskiego ataku na przysiołek Tysów zginęło wówczas 21 osób narodowości polskiej. Atak kurenia UPA pod dowództwem Petro Chamczuka nastąpił w nocy z 5 na 6 lutego 1945 roku. Upowcy zaatakowali 5 lutego około godz. 22.00 osiedle Mazury. Wsparła ich miejscowa ludność ukraińska. Siły napastników wynosiły co najmniej 300 ludzi. Napotkanych Polaków zabijano bez względu na płeć i wiek, a zabudowania palono. Według relacji ocalonych, ludzi wyciągano z domów siłą i zabijano ciosami siekier i noży. Przy pomocy granatów podpalano drewniane zabudowania, a do uciekających strzelano lub także zabijano ich ostrymi narzędziami.

Wsi broniło tylko 10 żołnierzy IB, ponieważ większość z nich na dzień przed zbrodnią wezwano do Buczacza. Był to prawdopodobnie podstęp ukraiński. Część polskiej ludności cywilnej – wsparta przez nielicznych żołnierzy IB – przez pięć godzin zaciekle broniła się w murowanych budynkach szkoły i kościoła, mimo rażącej dysproporcji sił. W wyniku ataku UPA osiedle Mauzry zostało całkowicie spalone. Zginęło 135 Polaków. Ci, którzy przeżyli dokonali pochówku zamordowanych, po czym po kilku dniach przeniesiono ich do Buczacza, a stamtąd przesiedlono do pojałtańskiej Polski. Tak zakończyła się depolonizacja Barysza.

Zanim to się jednak stało kureń „Bystry” dokonał kolejnej zbrodni we wsi Zelesie Koropieckie. Podkomendni Chamczuka zajęli tę miejscowość 7 lutego 1945 roku. Przed wojną mieszkało w niej około 200 Polaków i 450 Ukraińców. Na kilka godzin przed zbrodnią we wsi pojawili się umundurowani oficerowie sowieccy, którzy przekazali mieszkańcom informację, że są bezpieczni i mogą spać w domach. Najprawdopodobniej byli to upowcy przebrani za oficerów sowieckich – być może był wśród nich sam kurinnyj Chamczuk. Po zajęciu wsi przez upowców nikogo z niej nie wypuszczono. Polaków przejeżdżających przez Zalesie, bądź przybyłych do miejscowego młyna, zatrzymywano. Polskie kobiety z dziećmi zamknięto w jednym z domów i poddano przesłuchaniu połączonemu z torturami. Chciano od nich wydobyć informacje o polskiej samoobronie w Puźnikach. Po przesłuchaniu ofiary zamordowano siekierami. Według innej relacji, zostały one spalone żywcem w miejscowej suszarni tytoniu. Zginęło od 60 do 70 Polaków. Domy zamordowanych Polaków upowcy spalili. Uprowadzili też Ukraińca Sławomira Danielewicza – właściciela młyna, który sprzeciwił się udziałowi w mordzie na Polakach. Jego zmasakrowane ciało odnaleziono kilka dni później.

Los taki spotkał wiele polskich miejscowości w byłym województwie tarnopolskim, w czym m.in. Petro Chamczuk miał osobistą zasługę. Do okrutnych masakr ludności polskiej doszło tam m.in. w Bobulińcach, Byczkowcach, Korościatynie, Markowej, Puźnikach i Szklanej Hucie. W Puźnikach (powiat buczacki) kureń Chamczuka wymordował w nocy z 12 na 13 lutego 1945 roku od 50 do 120 Polaków. Ogółem w lutym 1945 roku UPA i wspierająca ją ludność ukraińska wymordowały na terenie byłego województwa tarnopolskiego ponad 1000 Polaków, paląc ponad 50 zamieszkanych przez nich wsi.

Zagładę Polaków w Małopolsce Wschodniej (województwa lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie) nacjonaliści ukraińscy rozpoczęli w drugiej połowie 1943 roku, kiedy zamordowali tam co najmniej 2924 osoby narodowości polskiej. W 1944 roku nacjonaliści ukraińscy dokonali napadów na 1550 miejscowości w Małopolsce Wschodniej, mordując co najmniej 32 tys. Polaków. Natomiast w roku 1945 zaatakowali 611 miejscowości na tym obszarze, a liczba zamordowanych po stronie polskiej wyniosła co najmniej 5,9 tys. osób. Najprawdopodobniej jednak z rąk nacjonalistów ukraińskich zginęło w Małopolsce Wschodniej w latach 1939-1948 ponad 70 tys. Polaków[1].

Najbardziej znaną zbrodnią nacjonalistów ukraińskich na Polakach w Małopolsce Wschodniej była zagłada Huty Pieniackiej w byłym województwie lwowskim (28 lutego 1944 roku, od 850 do 1000 ofiar). Ale w tym samym czasie, w nocy z 28 na 29 lutego 1944 roku, UPA bestialsko wymordowała 156 Polaków – w tym kilkanaście dzieci w wieku od 4 do 12 lat – w Korościatynie koło Monasterzysk (dawne województwo tarnopolskie). To było zaplanowane, bezwzględne i zwyrodniałe ludobójstwo.

Niestety w przeciwieństwie do Chamczuka na pomnik od władz ukraińskich nie mogą liczyć jego ofiary wymordowane w Baryszu i innych miejscowościach. Skromny pomniczek na zbiorowej mogile, znajdującej się na cmentarzu w Baryszu, ufundowali w 2012 roku krewni zamordowanych. Władze ukraińskie tradycyjnie nie pozwoliły na nim napisać z czyjej ręki zginęły te ofiary. Jest tam napisane, że „zginęli tragicznie w nocy z 5 na 6 lutego 1945 roku”. Utopili się? A może popełnili zbiorowe samobójstwo?

Informacji o udziale Chamczuka w zbrodniach przeciw ludzkości na Polakach i Żydach nie znajdziemy w jego notce biograficznej zamieszczonej w ukraińskiej Wikipedii. Znajdziemy tam natomiast zupełnie fantastyczne opowieści o rzekomych bitwach sotni Chamczuka „Szare Wilki” z Niemcami (w jednej z nich miało zginąć aż 300 Niemców). W ten sposób współcześni hagiografowie UPA kamuflują zbrodnie nacjonalistów ukraińskich popełnione na cywilnej ludności polskiej. Ta banderowska narracja o rzekomych walkach UPA z Niemcami oraz jej walkach z ZSRR jest uparcie od lat powtarzana w polskich mediach. Prawdy jednak zatrzeć się nie da – bandyci i zbrodniarze nigdy nie staną się bohaterami. Nacjonaliści ukraińscy nie walczyli z Niemcami. Ich głównym celem była depolonizacja Kresów południowo-wschodnich i tego dokonali w sposób barbarzyński.

Elity III RP – także te, które są bardzo wrażliwe na punkcie antysemityzmu – dyskretnie nie zauważają kogo czci się na Ukrainie. Czyżby nie był im znany fakt, że nacjonaliści ukraińscy – zanim przystąpili do eksterminacji Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej – pomagali Niemcom w zagładzie Żydów? Najwidoczniej Ukraina dostała od giedroyciowców i od Waszyngtonu koncesję na czczenie faszyzmu i antysemityzmu oraz kolaboracji z III Rzeszą.

Jeden z czołowych przedstawicieli środowiska proukraińskiego w Polsce – Kazimierz Wóycicki – napisał w 2014 roku, że twórca i dowódca UPA Roman Szuchewycz „jest i powinien być również dla Polaków postacią o cechach bohatera”. Czy Petro Chamczuk też jest dla niego postacią o cechach bohatera? Czy bohaterami są dla Wóycickiego także podkomendni Chamczuka, którzy mordowali nożami i siekierami oraz palili żywcem bezbronnych ludzi?

[1] E. Siemaszko, „Bilans zbrodni”, „Biuletyn IPN” nr 7-8 (116-117), lipiec-sierpień 2010, s. 77-94.

Pomnik Petro Chamczuka w Czortkowie. Fot. www.politnavigator.net

Pomnik Petro Chamczuka w Czortkowie. Fot. http://www.politnavigator.net

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 sierpnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 35-36 (2203/2204), 26.08-2.09.2018, s. 16

Reklamy

Powstanie Warszawskie w poezji Anny Świrszczyńskiej

Nikt bardziej nie oddał tragedii, hekatomby i bezsensu Powstania Warszawskiego niż poetka Anna Świrszczyńska (1909-1984). Tomik jej wierszy poświęconych powstaniu – „Budowałam barykadę” (Czytelnik, Warszawa 1974) – jest najbardziej wstrząsającym aktem oskarżenia wobec tych, którzy do powstania doprowadzili i którzy nigdy nie zdobyli się na jakąkolwiek refleksję nad swoją odpowiedzialnością za zagładę stolicy. Wręcz przeciwnie – chodzili w aureoli chwały, na którą nie zasłużyli. Tak też są dzisiaj przedstawiani przez swoich gloryfikatorów i politycznych epigonów.

Anna Świrszczyńska była córką malarza, rzeźbiarza i etnografa Jana Świerczyńskiego i Stanisławy z Bojarskich. Nazwisko Świrszczyńska powstało w wyniku błędnego zapisu w księdze metrykalnej, który nigdy nie został sprostowany. Jej rodzice żyli skromnie, dlatego po zdaniu matury w warszawskim gimnazjum Janiny Tymińskiej w 1927 roku nie podjęła – z braku środków – planowanych studiów artystycznych. Wybrała polonistykę i została poetką, także dramatopisarką i prozaiczką. Tworzyła utwory przeznaczone głównie dla dzieci.

Łatwo jest dzisiaj dyskredytować Świrszczyńską, ponieważ była człowiekiem lewicy. Tak czynią – co stwierdziłem z niesmakiem – zwolennicy obecnego obozu władzy. W latach 30. XX wieku Świrszczyńska była związana z pismem młodzieżowym „Płomyk” (wydawanym przez lewicowy Związek Nauczycielstwa Polskiego) oraz pismem lewicowej inteligencji „Wiadomości Literackie”. W 1936 roku została członkiem Związku Zawodowego Literatów Polskich, a w latach 1936-1939 pracowała w Związku Nauczycielstwa Polskiego, m.in. jako redaktorka „Małego Płomyczka”. W tymże 1936 roku wzięła też udział w słynnym strajku nauczycieli przeciw zwieszeniu Zarządu Głównego ZNP, który władze sanacyjne oskarżyły o propagowanie komunizmu i sympatie prosowieckie.

Współcześni kalumniatorzy Świrszczyńskiej z lubością przywołują podpisanie przez nią rezolucji krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich z 8 lutego 1953 roku, wyrażającej poparcie dla władz PRL po skazaniu w procesie pokazowym duchownych kurii krakowskiej. List ten podpisali m.in. Jan Błoński, Karol Bunsch (legionista Piłsudskiego i weteran wojny polsko-bolszewickiej), Władysław Dobrowolski (także weteran wojny polsko-bolszewickiej), Leszek Herdegen, Jalu Kurek, Sławomir Mrożek, Stefan Otwinowski i Wisława Szymborska.

Tylko czy w oparciu o ten epizod z życiorysu można dyskredytować twórczość Świrszczyńskiej, a zwłaszcza to co miała do powiedzenia o Powstaniu Warszawskim? Przecież to jest zabieg typowo bolszewicki – ocena człowieka w oparciu o wybrane fragmenty jego życiorysu, które mają go kompromitować według z góry przyjętych kryteriów.

Świrszczyńska pisała o Powstaniu Warszawskim nie z pozycji komunistycznej propagandy, ale z pozycji świadka – uczestniczyła w nim jako sanitariuszka AK. Widać to w niemal w każdym jej wierszu. Krytyka Świrszczyńskiej koresponduje nie z propagandą komunistyczną, ale z krytyką Powstania Warszawskiego, jaką uprawiali np. gen. Władysław Anders, Stanisław Cat-Mackiewicz, czy pisarze i publicyści obozu narodowego (Jan Dobraczyński, Jędrzej Giertych, Jan Matłachowski i in.).

Jednym z najbardziej oskarżycielskich pod adresem dowództwa AK wierszy Świrszczyńskiej jest wiersz „Żołnierz mówi do generała”:

„Chodź ze mną, generale.

Pójdziemy razem

zdobywać pięściami

karabiny maszynowe i armaty.

Kazałeś mi przecież zdobywać pięściami

karabiny maszynowe i armaty”.

Bohaterem tego wiersza jest gen. Antoni Chruściel „Monter” (1895-1960) – dowódca Okręgu Warszawskiego AK, uhonorowany za powstanie trzecim krzyżem Orderu Virtuti Militari oraz Dzwonem „Monter” w Muzeum Powstania Warszawskiego. „Monter” wymusił wybuch powstania fabrykując i rozpowszechniając po południu 31 lipca 1944 roku fałszywy meldunek o rzekomym pojawieniu się czołgów sowieckich w miejscowościach podwarszawskich, a nawet na Pradze.

Sytuacja przedstawiona w wierszu „Żołnierz mówi do generała” odnosi się do odprawy dowództwa Okręgu Warszawskiego AK z 27 lipca 1944 roku. Antoni Chruściel „Monter” zażądał na niej wykonania zadań, jakie w związku z planowanym powstaniem wyznaczył Obwodom, a dowódcy Obwodów oświadczyli, że zadania te są niewykonalne z powodu braku broni i amunicji. Wówczas „Monter” rozkazał, by nieuzbrojonym żołnierzom AK zostały wydane siekiery, kilofy i łomy. Przy pomocy takiego sprzętu mieli atakować przeciwnika uzbrojonego w broń maszynową, granaty, miotacze płomieni, moździerze i artylerię (później także czołgi, lotnictwo i broń rakietową). Tym, którzy tego rozkazu nie wykonają „Monter” groził sądem wojennym.

Tadeusz Prus-Maciński – uczestnik powstania w batalionie NOW-AK „Gustaw” – następująco skomentował rozkaz „Montera” w 1992 roku: „Chruściel skompromitował się wobec dowódców Obwodów, bo wszak drogę natarć toruje się (ułatwia): przygotowaniem artyleryjskim, bombardowaniem lotniczym, bronią pancerną, ewentualnie – w fazie szturmu – ładunkami wybuchowymi, wiązkami granatów, ale na miłość Boską – nie siekierami!”[1].

Wydaje się to oczywiste, ale bynajmniej nie dla współczesnych gloryfikatorów generała „Montera”.

Wielkim i szokująco wymownym oskarżeniem Świrszczyńskiej pod adresem dowództwa AK jest też wiersz „Niech liczą trupy”:

„Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki

niech policzą teraz nasze trupy.

Niech pójdą przez ulice

których nie ma

przez miasto

którego nie ma

niech liczą przez tygodnie przez miesiące

niech liczą aż do śmierci

nasze trupy”.

To nie jest komunistyczna propaganda. To jest wypowiedź świadka. Świrszczyńska widziała po kapitulacji powstania to miasto, którego nie ma i szła przez ulice, których nie ma. Czy tylko ona jedyna życzyła sobie wtedy, by ten widok zobaczyli sprawcy powstania? By uklękli wśród tych ruin i liczyli trupy? Stosunek ludności cywilnej – skazanej w ogarniętej powstaniem Warszawie na cierpienie i zagładę – był jednoznaczny nie tylko do dowództwa, ale nawet do żołnierzy AK. Najczęściej wyrażały go słowa „bandyci” i „mordercy naszych dzieci”. Tego jednakże też nie dowiemy się od współczesnych gloryfikatorów Powstania Warszawskiego.

Świrszczyńska jest w swoich wierszach świadkiem oraz obserwatorem rzeczy i wydarzeń przerażających. Obserwatorem, który najczęściej nie wydaje sądów i ocen, pozostawiając czytelnika samego z makabrycznym obrazem. Przypomina to styl opowiadań obozowych Tadeusza Borowskiego, za który też był krytykowany.

Taki makabryczny obraz, przemawiający do czytelnika samą grozą, mamy np. w wierszu „Major powiedział”:

„ – Rozkaz ma być doręczony w ciągu godziny –

powiedział major.

– To niemożliwe, tam piekło –

powiedział podporucznik.

Poszło pięć łączniczek,

jedna doszła.

Rozkaz był doręczony w ciągu godziny”.

Od razu nasuwa się pytanie: po co, w imię czego była ta ofiara? Co chcieli osiągnąć sprawcy powstania rzucając na bezsensowną śmierć tysiące, dziesiątki tysięcy wartościowej inteligenckiej młodzieży? Ci ludzie mogli przecież zostać nauczycielami, naukowcami, lekarzami, inżynierami, prawnikami, pisarzami, aktorami. Wielu z nich nie ma do dzisiaj nawet swoich mogił. Tych ludzi zabrakło w Polsce po 1956 roku. To oni mogli wtedy zmieniać oblicze kraju, a nie „komandosi” wywodzący się z hufca walterowskiego.

Jeszcze większą grozą przemawia wiersz „Z granatem na gniazdo cekaemów”:

„Przestali strzelać, poruczniku,

dajcie mi granat, ja pójdę pierwsza,

ja najmniejsza, mnie nie zobaczą,

jak kot na brzuchu, dajcie mi granat.

Jak kot na brzuchu przez kałużę,

granat w garści, wolno powoli

serce tak wali, jeszcze usłyszą,

pomóż mi Boże, wolno powoli,

jak kot na brzuchu, bliżej bliżej,

Boże, jeszcze, jeszcze bliżej,

teraz, odbezpiecz granat, skok.

Skoczyła. Niemcy

puścili serię”.

Pokazane w tym wierszu realia powstania są jakże niemiłe dla jego współczesnych gloryfikatorów oraz dla tych, którzy biegając z biało-czerwonymi opaskami 1 sierpnia myślą, że to była fajna harcerska przygoda.

To samo mamy w wierszu „Szli kanałami”:

„Szli kanałami

niosła go na plecach

po piersi w śmierdzącym kale

w ciemności bez powietrza

potykała się o trupy

tych co się potopili

czepiała się śliskich ścian

po których pełzały szczury

mówiła: poruczniku

niech pan się trzyma za szyję

to już niedługo.

Szli kanałami błądzili

niosła go na plecach

dziesięć godzin.

Gdy wyszła na ulicę

pod niebo czystej nocy

sanitariuszki powiedziały:

przyniosłaś trupa”.

Świrszczyńska jako sanitariuszka musiała być bezpośrednim świadkiem tej sceny. Może to nawet ona powiedziała koleżance, że przyniosła trupa.

I wreszcie tragiczny obraz klęski, przegranej po dwóch miesiącach walki, której nie można był od początku wygrać. Wiersz „To już koniec”:

„Tej nocy

zrozumieli wszyscy, że to już koniec.

Zabrakło wody

i sił, żeby szukać wody,

od trzech dni

nie ma łyżki gotowanego jęczmienia,

na brudnych bandażach

śmierdzi ropa i krew,

oczy, które tydzień nie spały,

zamykają się nawet na posterunku

bojowym, pod ostrzałem,

nogi, co się wlokły kanałami,

zmęczone jak kamienie,

wypada z ręki

pusty pistolet.

Więc kiedy usłyszeli o świcie

grzmot czołgów wroga idących do nowego ataku,

zrozumieli, że to koniec.

Tego ataku

już nie odeprą”.

Ileż treści ma ten wiersz. Łyżka gotowanego jęczmienia jako dzienna racja żywnościowa walczącego żołnierza AK, brak wody, brak sił, brudne bandaże, śmierdząca ropa i krew, brak snu, brak broni i amunicji – wypadający z ręki pusty pistolet. Tak wyglądało Powstanie Warszawskie, a nie tak jak to jest przedstawione w Muzeum Powstania Warszawskiego – miejscu kultu Antoniego Chruściela „Montera” i największej składnicy broni w Polsce.

Polecam tomik „Budowałam barykadę” Anny Świrszczyńskiej wszystkim tym, którzy potrafią myśleć bez ideologicznych uprzedzeń i którzy poszukują prawdy historycznej.

[1] Cyt. za: J. Engelgard, M. Motas, „W imię czego ta ofiara? Obóz Narodowy wobec Powstania Warszawskiego”, Warszawa 2017, wyd. II, s. 99.

Anna Świrszczyńska podczas Powstania Warszawskiego. Fot. domena publiczna

Anna Świrszczyńska podczas Powstania Warszawskiego. Fot. domena publiczna

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 sierpnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 35-36 (2203/2204), 26.08-2.09.2018, s. 10-11