W obronie obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza

W numerze 19-20 (6-13.05.2018) „Myśli Polskiej” został opublikowany mój artykuł pt. „Czy Józef Cyrankiewicz popełnił nikczemne czyny?” Ustosunkowałem się w nim do dyskredytowania obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza przez antykomunistyczną publicystykę prawicową. Bezpośrednią przyczyną napisania tego artykułu było przywołanie tez tej publicystyki przez Magdalenę Ziętek-Wielomską w jej artykule pt. „Mieczysław F. Rakowski: polityczny emisariusz pomiędzy Warszawą a Berlinem”, który ukazał się w numerze 15-16 (8-15.04.2018) „Myśli Polskiej”.

Wiem, że Autorka odebrała mój artykuł jako polemikę z nią samą i jej krytykę. Jej mąż, prof. Adam Wielomski, napisał na facebooku: „Cóż, moja Żona wcale nie pomawiała Cyrankiewicza o taką agenturalność, a jedynie napisała, że krążą takie tezy, które potwierdzałyby tezę z jej tekstu. Czy Cyrankiewicz był niemieckim agentem, to nie wiem i zupełnie nie mam pojęcia. Ale, że takie pogłoski czy wręcz zapewnienia chodzą w rozmaitych publikacjach, to akurat rzecz jak najbardziej prawdziwa i nie wiem z czym tu polemizować? A już zarzucać jej sympatie do obozu »prawdziwych patriotów«, to wręcz skrajna przesada!!!”

Nie zarzucam i nigdy nie zarzucałem pani Magdalenie Ziętek-Wielomskiej sympatii do obozu „prawdziwych patriotów” (użyłem określenia radykalna prawica „niepodległościowa”). Odniosłem się jedynie do tego, że pani Magdalena zacytowała w swoim artykule najważniejsze niedorzeczności (delikatnie rzecz nazywając), które to środowisko rozpowszechnia od wielu lat na temat obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza. Nie wnikałem w to czy pani Magdalena zacytowała je w dobrej wierze czy nie. Nie polemizowałem w tym artykule z Autorką na temat obozowej działalności Cyrankiewicza, ale z przywołanymi przez nią tezami, których autorów zidentyfikowałem (podałem trzy reprezentatywne nazwiska). Wyjaśniłem też dlaczego poruszyłem sprawę dyfamacji obozowej przeszłości Cyrankiewicza przez hunwejbinów dekomunizacji.

Tu nie chodzi o postać późniejszego premiera PRL, ale o historię polskiego, obozowego ruchu oporu. To dobre imię tej – wyjątkowej w skali okupowanej Europy – konspiracji (Cyrankiewicz stanął w 1944 roku na czele całości obozowej konspiracji) jest profanowane bezpodstawnymi i cynicznymi zarzutami pod adresem samego Cyrankiewicza. Nie dziwmy się potem, że Polsce czy Polakom są przypisywane na Zachodzie zbrodnie nazistowskie. Tu rzecz idzie nie o „pogłoski”, które „chodzą w rozmaitych publikacjach” (należy uzupełnić, że wyłącznie w publikacjach prasowych, a także w prawicowym Internecie), ale o fakty historyczne ustalone przez historyków zajmujących się profesjonalnie przez kilkadziesiąt lat historią KL Auschwitz i historią obozowego ruchu oporu. Dwóch z nich – mających największe zasługi w tej dziedzinie – obszernie zacytowałem.

W odbiorze skrajnych środowisk antykomunistycznych Cyrankiewicz po prostu przeszkadza współczesnemu kultowi Witolda Pileckiego. Należy podkreślić, że kultowi coraz bardziej przejaskrawionemu i nawet już groteskowemu (pojawiła się m.in. w tych środowiskach inicjatywa beatyfikacji i kanonizacji Pileckiego). Dlatego skrajnie antykomunistyczna prawica uznała, że trzeba po prostu unicestwić przeszłość obozową Cyrankiewicza, która jest piękną kartą polskiej konspiracji w Auschwitz. To jednak już dla tych ludzi nie ma znaczenia.

Komentarze, jakie pojawiły się w prawicowym Internecie na temat mojego artykułu, broniącego dobrego imienia Józefa Cyrankiewicza, pokazują jak ciężko jest przebić się do świadomości „obozu patriotycznego” z oczywistymi i udokumentowanymi faktami. Dowiedziałem się zatem, że „lewicowe zwichnięcie autora determinuje go do tendencyjnego kreowania historii”, jestem „chamokomuchem”, a mój artykuł to „typowa reakcja komuchów na próbę oceny komunistycznego aparatczyka”. Jedna z czytelniczek wyraziła zdziwienie, że „w PRL byli suwerenni i solidni historycy, którzy naukowo i obiektywnie zbadali dzieje obozowej przeszłości najdłużej piastującego swe stanowisko peerelowskiego premiera”. Odpowiadam: tak – w PRL i później byli w Oświęcimiu suwerenni i solidni historycy, którzy rzetelnie zbadali nie tylko dzieje obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza. Adam Cyra – jeden z badaczy historii konspiracji więźniarskiej w Auschwitz, który wykluczył możliwość współpracy Cyrankiewicza z Niemcami – był w PRL działaczem „Solidarności”, a także pierwszym biografem Pileckiego i przywrócił jego postać pamięci historycznej. Ponadto działał wtedy także suwerenny (bezpartyjny) dyrektor oświęcimskiego muzeum – były więzień Auschwitz i Mauthausen Kazimierz Smoleń (1920-2012).

Mnie interesuje tylko prawda, a nie taka czy inna polityka historyczna. Dlatego bronię i będę bronił obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza. Unicestwianie tej przeszłości ma charakter wielowymiarowy. W poprzednim artykule odniosłem się tylko do pomawiania Cyrankiewicza o rzekomą współpracę z gestapo w obozie oraz rzekomy współudział w śmierci Pileckiego. Jednakże fantazja jego kalumniatorów jest bardzo bogata, a środki dyfamacji nieprzebrane. Sądzę, że opracowania Adama Cyry i Henryka Świebockiego na temat konspiracji więźniarskiej w Auschwitz oraz opracowanie prof. Ireny Paczyńskiej na temat grypsów wysyłanych z obozu przez Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego obecnie już nie wystarczą. W sytuacji trwającego nieustannie odbierania Cyrankiewiczowi dobrego imienia potrzebne będzie jeszcze bardziej dogłębne opracowanie naukowe jego losów obozowych i działalności konspiracyjnej w obozie.

Wśród kłamstw preparowanych przez różnych prawicowych autorów na temat przeszłości późniejszego premiera PRL nie mogło zabraknąć oczywiście także tego, że Cyrankiewicz był Żydem i rzekomo nazywał się Cymerman. W rzeczywistości pochodził z polskiej, katolickiej, patriotycznej i dobrze sytuowanej rodziny. Ojciec Józefa Cyrankiewicza – także Józef – prowadził firmę geodezyjną, która świadczyła usługi przy budowie dróg i mostów oraz regulacji rzek. Rodzina Cyrankiewiczów nigdy nie skłaniała się ku lewicy. Ojciec przyszłego premiera PRL początkowo sympatyzował z endecją i Chrześcijańską Demokracją, a potem ze Stronnictwem Pracy[1]. Brat Józefa Cyrankiewicza – lekarz Jerzy Cyrankiewicz (1920-1960) – był podczas studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim działaczem Młodzieży Wszechpolskiej. W czasie drugiej wojny światowej walczył w szeregach Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich (m.in. w Tobruku) i 2. Korpusie Polskim. Po wojnie nie powrócił do Polski. Osiadł w Wielkiej Brytanii, gdzie zmarł tragicznie w wieku 40 lat.

Józef Cyrankiewicz związał się jednak z lewicą, ale przecież z lewicą demokratyczną i niepodległościową. W 1933 roku został członkiem Polskiej Partii Socjalistycznej. Jego politycznymi mentorami byli tacy działacze PPS jak Adam Ciołkosz, Ignacy Daszyński, Zygmunt Marek i Zygmunt Żuławski. Sam Cyrankiewicz jeszcze przed wojną stał się znanym politykiem PPS. W 1935 roku, gdy miał 24 lata, wybrano go sekretarzem Okręgowego Komitetu Robotniczego w Krakowie. Podczas kampanii wrześniowej 1939 roku walczył jako dowódca baterii artylerii konnej w szeregach Armii „Kraków”. Po klęsce wrześniowej uciekł z transportu jenieckiego razem z późniejszym dyrektorem Radia Wolna Europa, Janem Nowakiem-Jeziorańskim, co ten opisał w swoich wspomnieniach[2].

O pięknych kartach konspiracyjnej działalności Cyrankiewicza w PPS-WRN i ZWZ/AK oraz w konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz pisałem szerzej w poprzednim artykule. Dodać do tego należy, że w latach 1939-1941 Cyrankiewicz był bliskim współpracownikiem Kazimierza Pużaka (1883-1950), najwybitniejszego obok Zygmunta Zaremby polskiego socjalisty niepodległościowego i antykomunistycznego. Gdyby nie aresztowanie i deportacja do KL Auschwitz, Cyrankiewicz zostałby zastępcą Delegata Rządu na Kraj z ramienia PPS-WRN i kto wie jak potoczyłyby się jego losy. Być może w 1945 roku zasiadałby na ławie oskarżonych w moskiewskim procesie szesnastu razem z Pużakiem, Janem Stanisławem Jankowskim i Leopoldem Okulickim.

Jan Karski, którego Cyrankiewicz w 1940 roku uratował z rąk gestapo, wspominał że przyszły premier PRL „był wówczas najinteligentniejszym z polskich przywódców, z Sikorskim włącznie. Mądry, spokojny, przewidujący. Widziałem w nim wschodzącą gwiazdę socjalizmu”[3].

W KL Auschwitz Cyrankiewicz początkowo kierował konspiracją polskich więźniów-socjalistów, czyli Organizacją Bojową PPS. Oprócz niego czołową rolę w tej strukturze odgrywali Adam Kuryłowicz i Konstanty Jagiełło, potem także Tadeusz Hołuj i Lucjan Motyka. Po pewnym czasie z grupą polskich więźniów-socjalistów nawiązała kontakt grupa austriackich więźniów-komunistów, takich jak Ernst Burger, Franz Danimann, Heinrich Dürmayer, Rudolf Friemel, Hermann Langbein i Ludwig Vesely. W ten sposób w maju 1943 roku powstała Grupa Bojowa Oświęcim (Kampfgruppe Auschwitz), druga w tym czasie obok Związku Organizacji Wojskowej-Armii Krajowej największa organizacja konspiracji więźniarskiej w obozie.

Od tego też czasu zaczyna się stopniowa ewolucja Cyrankiewicza od socjalizmu demokratycznego w kierunku lewicy komunistycznej. Nie od razu jednak przyszły premier PRL stał się komunistą i przyjacielem ZSRR. W Kampfrgruppe Auschwitz działali więźniowie-Polacy (także ci, którzy nie reprezentowali poglądów lewicowych), Austriacy, Czesi, Francuzi, Niemcy i Żydzi. W obozie istniała też grupa konspiracyjna więźniów radzieckich, którą kierował oficer polityczny Armii Czerwonej, mjr Aleksander Lebiediew (więzień nr 88349). Niechętny do współpracy z więźniami radzieckimi był jednak Józef Cyrankiewicz. Wedle relacji złożonej w 1990 roku przez Ukraińca Władimira Wiazmitinowa (więzień nr 181953), który z polecenia Lebiediewa nawiązał w pierwszej połowie 1944 roku kontakt konspiracyjny z Cyrankiewiczem, przyszły premier PRL odrzucił możliwość współpracy oświadczając: „My wam Katynia nigdy nie zapomnimy”[4]. Taki był wówczas stosunek Cyrankiewicza do ZSRR.

Katalog niedorzeczności wygłaszanych w Polsce po 1989 roku na temat działalności konspiracyjnej Cyrankiewicza w KL Auschwitz jest długi i w tym artykule będę mógł podać tylko najbardziej reprezentatywne przykłady tych oszczerstw. Oskarża się np. Cyrankiewicza o to, że ponoć zadenuncjował przed obozowym gestapo 54 członków kierownictwa ZOW-AK w obozie, którzy zostali następnie rozstrzelani 11 października 1943 roku pod Ścianą Śmierci na dziedzińcu bloku 11 w obozie macierzystym KL Auschwitz I. Adam Cyra ustalił jednak, że denuncjacji kierownictwa ZOW-AK dokonali agenci obozowego gestapo – Jerzy Krzyżanowski i Stefan Olpiński. „Jerzy Krzyżanowski uciekł z obozu i pod przybranym nazwiskiem Jerzy Czerniawski pojechał do Warszawy, gdzie skontaktował się z rodzinami osób uwięzionych w Auschwitz, które obdarzyły go zaufaniem i wtajemniczyły w sprawy związane z konspiracją obozową. Po powtórnym aresztowaniu wrócił do Auschwitz pod nazwiskiem Mieczysław Jelec i stał się niebezpiecznym konfidentem, który przyczynił się do egzekucji 54 więźniów, w tym przywódców ZOW, 11 października 1943 r. Potwierdzają to w powojennych wspomnieniach byli więźniowie obozu, np. dr Rudolf Diem” – stwierdził Adam Cyra[5].

Należy podkreślić, że to właśnie Józef Cyrankiewicz przekazał w grypsie-meldunku nr 44 informację o egzekucji kierownictwa ZOW-AK do wiadomości komitetu Pomoc Więźniom Obozów Koncentracyjnych w Krakowie (była to komórka AK kierowana przez Teresę Lasocką-Estreicher i działacza PPS-WRN Adama Rysiewicza). Dwa miesiące po tej egzekucji Cyrankiewicz sam trafił do aresztu obozowego w bloku 11 (Bloku Śmierci) na skutek donosu konfidentów obozowej placówki gestapo Stanisława Dorosiewicza i Stanisława Wierusza-Kowalskiego. O mało nie został wtedy rozstrzelany pod Ścianą Śmierci. Życie uratowała mu zmiana na stanowisku komendanta obozu.

Tadeusz M. Płużański rozpowszechniał informację zasłyszaną od dr. Rafała Brzeskiego, którą ten z kolei słyszał od przedwojennego PPS-owca Timofieja Jarugi, że znany działacz PPS Stanisław Dubois (więzień nr 3904, w obozie jako Stanisław Dębski) rzekomo twierdził, iż „Tor” (jeden z pseudonimów Cyrankiewicza) miał być widziany podczas rozmowy z szefem wydziału politycznego (obozowa placówka gestapo), Maximilianem Grabnerem, bez wiedzy dowództwa konspiracji więźniarskiej. Problem w tym, że Dubois został rozstrzelany pod Ścianą Śmierci 21 sierpnia 1942 roku, a Cyrankiewicz przybył do obozu 4 września 1942 roku.

Witold Pilecki – wedle opowiadań Timofieja Jarugi – miał dać do zrozumienia „Torowi”, że wie o jego denuncjacjach do wydziału politycznego. Jednakże Cyrankiewicz i Pilecki nigdy nie spotkali się w obozie. Ponadto, gdyby Pilecki rzeczywiście coś wiedział o współpracy Cyrankiewicza z obozowym gestapo, to napisałby o tym w słynnym „Raporcie Witolda”, a nie opowiadał po wojnie bliżej nieznanemu Timofiejowi Jarudze. Wspomniane wyżej oskarżenie Cyrankiewicza o spowodowanie egzekucji kierownictwa ZOW-AK w Auschwitz także pochodzi z domniemanej relacji Jarugi. „To są jakieś absurdy, jakby autorzy nie czytali niczego o Auschwitz” – skomentował współczesne rozpowszechnianie tych opowieści Adam Cyra[6].

„Gazeta Polska” rozpowszechniała w 1995 roku relację niejakiego Antoniego Gładysza, który twierdził, że Cyrankiewicz każdego dnia zachęcał „sędziów, księży i posłów, ministrów i działaczy społecznych” do ucieczki z obozu, a gdy ci zebrali się w nocy na umówionym miejscu – odprowadzał ich do komory gazowej, a Lucjan Motyka palił ich zwłoki. Pomijając już absurdalność tej historii należy dodać, że Antoni Gładysz nigdy nie był więźniem KL Auschwitz, tylko KL Gross-Rosen[7].

„Gazeta Polska”, „Wprost”, „Nasza Polska” oraz „wSieci” rozpowszechniały rzekomą relację działacza PPS Tadeusza Kochanowicza, którą miał od niego zasłyszeć aresztowany w 1948 roku przez UB działacz Stronnictwa Demokratycznego i minister Włodzimierz Lechowicz. Otóż według Kochanowicza Cyrankiewicz cały wolny czas w Auschwitz przeznaczał na „handel walutą i kruszcem”. Prawicowi publicyści dopowiedzieli do tego, że to musiała być przyczyna skazania po wojnie na śmierć i egzekucji Pileckiego, który mógł wiedzieć o tym procederze Cyrankiewicza. Jednakże ów Kochanowicz także nigdy nie był więźniem KL Auschwitz, a wojnę spędził jako więzień sowieckich łagrów w Republice Komi i na Uralu. Ponadto jakąkolwiek wiarygodność rzekomej relacji Kochanowicza podważa fakt, że Lechowicz opowiadał o niej podczas przesłuchań prowadzonych przez funkcjonariuszy stalinowskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Dorota Kania znalazła ubeckie protokoły przesłuchań Lechowicza w archiwum IPN i potraktowała tego typu materiały jako niepodważalną krynicę prawdy, co jest zdumiewające i żenujące[8].

Wychodząc od rzekomej relacji Kochanowicza prof. Wiesław J. Wysocki sformułował hipotezę, że Cyrankiewicz kradł złoto i walutę z tzw. „Kanady”, czyli znajdujących się w obozie w Birkenau (KL Auschwitz II) magazynów mienia zrabowanego zamordowanym przez SS transportom żydowskim. Hipotezę tę prof. Wysocki powielał na łamach tygodnika „Wprost”. Zapewne nie wiedział on o tym, że Cyrankiewicz nie mógł przebywać w obozie w Birkenau, ponieważ posiadał status więźnia politycznego o szczególnym stopniu zagrożenia. Tacy więźniowie byli oznaczeni literami IL (im Lager) i czerwonym kołem, naszytymi na obozowy pasiak. To oznaczało, że nie mogli opuszczać obozu macierzystego KL Auschwitz I.

Prof. Wysocki twierdził też na łamach „Naszej Polski”, że dowiedział się „od nieżyjących kustoszy oświęcimskiego muzeum”, iż Cyrankiewicz „workami wywoził stamtąd akta”, które miały go kompromitować. Informację tę powielała też na łamach „Wprost” Dorota Kania. „To niemożliwe, aby ktoś mógł coś wynieść! Znałam wszystkich kustoszy i nigdy o czymś takim nie słyszałam” – skomentowała to emerytowana kierownik muzealnego archiwum Barbara Jarosz. „Ani dawniej, ani teraz nie spotkałem się z fałszowaniem historii. Nie było przypadku, aby ktoś namawiał nas do tuszowania prawdy” – dodał dr Cyra[9].

Pisarz Henryk Pająk, powołując się na rzekomą relację kapo Czesława Karaszewicza twierdził, że Cyrankiewicz też pełnił funkcję obozowego kapo, co jest oczywistą nieprawdą w świetle zachowanych dokumentów obozowych i faktu, że Cyrankiewicz posiadał kategorię więźnia IL.

Wspomniany Tadeusz M. Płużański przytaczał relację niejakiego Kachela, który miał być kapo w Auschwitz i któremu Cyrankiewicz miał wręczać listy więźniów zabijanych w komorach gazowych. Oszczędzał przy tym przy tym Rosjan kosztem Polaków. Red. Płużański albo nie ma jakiegokolwiek pojęcia o historii Auschwitz, albo liczy na to, że jego czytelnicy nie mają i bezkrytycznie przyjmą absurd, jakim jest stwierdzenie, że więzień Cyrankiewicz przeprowadzał w obozie selekcje do komór gazowych. Ponadto ów Kachel miał twierdzić, że Cyrankiewicz organizował też „zabawy dla esesmanów z udziałem wyselekcjonowanych i dorodnych kobiet”.

Jednakże źródłem tej informacji tak naprawdę jest Maurice Shainberg vel Mieczysław Prużański, który podawał się za powojennego funkcjonariusza stalinowskiej Informacji Wojskowej. W swojej książce „Breaking from the KGB” („Zerwanie z KGB”) oskarżał on Cyrankiewicza o to, że pełnił rolę „rajfura sadystycznych niemieckich oficerów w obozie”, którym dostarczał więźniarki żydowskie jako prostytutki, a te które odmawiały wysyłał do komór gazowych. Opowieści Shainberga vel Prużańskiego na ten temat powielił w 1995 roku na łamach „Gazety Polskiej” prof. Ryszard Bender w artykule pt. „Kukła polskich komunistów”. Prof. Bender, który popisał się w Radiu Maryja wiedzą historyczną na temat Auschwitz jako zwykłego obozu pracy, zapewne także nie wiedział, że Cyrankiewicz będąc więźniem nie mógł nikogo wysyłać do komór gazowych[10].

„Ręce opadają! Z takimi dowodami nie da się dyskutować” – podsumował te niedorzeczności dr Cyra w 2013 roku[11]. Ale takie informacje były i są rozpowszechniane. Niemiecki kolaborant, morderca Polaków i Żydów, złodziej żydowskiego złota i dolarów oraz obozowy sutener – taki obraz Józefa Cyrankiewicza w Auschwitz rysuje publicystyka antykomunistycznej prawicy.

Inaczej jednak obraz ten wygląda w relacjach tych, którzy Cyrankiewicza znali w obozie i z nim wtedy współpracowali. I to zarówno osób przychylnych Cyrankiewiczowi (np. Hermann Langbein, Stanisław Kłodziński), jak i wobec niego krytycznych (np. Zbigniew Kączkowski). Stanisław Kłodziński (więzień nr 20019) stwierdził na łamach „Przeglądu Lekarskiego” w 1990 roku, że Cyrankiewicz „zapisał się również na trwałe w historii KL Auschwitz jako więzień konspirator, wyróżniający się bardzo silną indywidualnością i dodatnim wpływem na towarzyszy niedoli różnych narodowości, odważny, przemyślny i doświadczony, umiejący podejmować oryginalne, bardzo ryzykowne i trafne decyzje w najtrudniejszych warunkach i sytuacjach obozowych. Jest to karta mało znana nawet historykom, a szerokim kręgom często w ogóle nieznana bądź upraszczana czy fałszowana”.

Pozytywną opinię na temat działalności obozowej Cyrankiewicza wyrażał też wielokrotnie w ostatnich latach prof. Zbigniew Kączkowski (ur. w 1921 r., więzień nr 125727, w obozie jako Kaczanowski), który chciał uciekać z Cyrankiewiczem z obozu 27 lipca 1944 roku. Cyrankiewicz jednak nie zaryzykował tej ucieczki, ponieważ jako więzień IL miał zakaz wychodzenia do pracy poza terenem obozu. Zamiast Cyrankiewicza uciekł więc z Kączkowskim rtm. Jerzy Mira-Sokołowski (więzień nr 156692). Zbigniew Kączkowski nie należał do grona politycznych sympatyków Cyrankiewicza i w 1946 roku napisał do niego – wówczas już sekretarza generalnego Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS – list ostro krytykujący politykę powojennych władz. Za list ten nie poniósł żadnych konsekwencji[12].

Najwięcej jednak o postawie Józefa Cyrankiewicza w KL Auschwitz mówi 214 zachowanych grypsów-meldunków, które razem ze Stanisławem Kłodzińskim wysłał z obozu kanałami konspiracyjnymi do komórki AK w Krakowie, kierowanej przez Teresę Lasocką-Estreicher. Stamtąd trafiały do Londynu. W grypsie-meldunku z 21 stycznia 1943 roku pisał: „Ostatnio transporty Polaków z lubelskiego idą wprost na gaz (mężczyźni – kobiety). Dzieci rzuca się wprost na ogień. Za Birkenau pali się tzw. »wieczny ogień« – stos trupów na wolnym powietrzu – krematorium nie może nadążyć”[13]. To była informacja o bezpośredniej zagładzie w KL Auschwitz Polaków wysiedlanych z Zamojszczyzny. Pytam jeszcze raz: czy to pisał konfident wydziału politycznego? Czy to gestapo informowało Armię Krajową i aliantów zachodnich o zbrodniach SS w KL Auschwitz?

Cyrankiewicz dwukrotnie otrzymał kanałami konspiracyjnymi od wspomnianej komórki AK w Krakowie aparaty fotograficzne. Dzięki temu z obozu wydostały się zdjęcia płonących stosów trupów, które opublikowano dopiero po wojnie. To agent gestapo wysyłał te zdjęcia? Czy to agent gestapo wysyłał z obozu nielegalne odpisy ksiąg kostnicy z informacjami o więźniach zmarłych, zastrzelonych i zamordowanych zastrzykami z fenolu? Czy to agent gestapo wysyłał do AK nielegalne odpisy książki bunkra, czyli aresztu obozowego w bloku 11, z nazwiskami więźniów rozstrzelanych pod Ścianą Śmierci? Czy to agent gestapo przekazywał AK nielegalne odpisy ksiąg szpitali obozowych z nazwiskami zmarłych więźniów? Czy to agent gestapo informował AK i aliantów zachodnich o wielkiej akcji zagłady Żydów węgierskich, zagładzie Żydów z getta łódzkiego i zagładzie jeńców radzieckich? Czy to agent gestapo przekazał AK opis działalności i charakterystyki kilkudziesięciu zbrodniarzy SS z Auschwitz? Czy to agent gestapo informował AK o warunkach, w jakich byli przetrzymywani w Auschwitz warszawiacy deportowani do obozu po wybuchu powstania warszawskiego i sugerował podjęcie międzynarodowej interwencji na ich rzecz?

Czy to agent gestapo przekazał AK kopie planów obozu? Czy to agent gestapo meldował do AK o stanach dziennych obozu i składzie narodowościowym więźniów oraz transportach i ucieczkach więźniów? Czy to agent gestapo informował AK o produkcji i zatrudnieniu w zakładach IG Frabenindustrie w Dworach pod Oświęcimiem i innych niemieckich przedsiębiorstwach wykorzystujących pracę więźniów Auschwitz? Czy to agent gestapo informował AK o zbrodniczych eksperymentach przeprowadzanych na więźniach przez lekarzy SS? Czy to agent gestapo ostrzegał aliantów zachodnich przed niebezpieczeństwem wymordowania przez SS więźniów Auschwitz na wypadek likwidacji obozu? Czy to agent gestapo prosił AK o przysyłanie kanałami konspiracyjnymi lekarstw dla chorych więźniów i materiałów wybuchowych dla konspiracji więźniarskiej? Czy to agent gestapo domagał się reakcji aliantów na wypowiedź Rolanda Freislera – przewodniczącego Trybunału Ludowego III Rzeszy – który nazwał więźniów politycznych obozów koncentracyjnych elementami kryminalnymi?

„Nie natrafiłem wtedy ani nigdy później, na ślad żadnych dowodów, które świadczyłyby, że Józef Cyrankiewicz był konfidentem obozowym” – pisał dr Cyra o swoich badaniach nad historią konspiracji więźniarskiej, prowadzonych jeszcze w latach 80. XX wieku[14]. Inni historycy z oświęcimskiego muzeum też nigdy nie znaleźli jakichkolwiek dokumentów lub wiarygodnych relacji potwierdzających „nikczemne czyny” Cyrankiewicza w obozie. Jest całkowicie przeciwnie niż to przedstawiają dzisiaj jego prawicowi oszczercy – relacje świadków i grypsy wysyłane z obozu świadczą jednoznacznie o bohaterskiej postawie późniejszego premiera PRL. Zasługi Cyrankiewicza dla konspiracji obozowej i przyobozowej potwierdził m.in. gen. Zygmunt Walter-Janke (1907-1990), w latach 1943-1945 komendant Okręgu Śląskiego Armii Krajowej, który obejmował swoim działaniem teren KL Auschwitz.

Powojenną działalność Cyrankiewicza – jeśli ktoś chce – można oceniać krytycznie. Ale też należałoby ją oceniać obiektywnie, bez konfabulacji i mitów. Zwykle jednak ocenia się ją przez pryzmat jednego przemówienia z 1956 roku. Nie należy jednak mieszać powojennej działalności Józefa Cyrankiewicza z jego działalnością okupacyjną i obozową. To były dwie różne rzeczywistości i jedna nie przekreśla drugiej. Podjęte po 1989 roku przez środowiska prawicowe oczernianie obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza jest wymownym obrazem wielkości i moralności Polski solidarnościowej. To jest wielki skandal. To jest nie tylko wielka krzywda moralna czyniona zasłużonemu bojownikowi i przywódcy konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz. To jest także – powtarzam jeszcze raz – profanowanie historii Polski. To są działania ohydne moralnie i nieodpowiedzialne. To są zachowania nie tylko szkodliwe, ale warte pogardy.

[1] P. Lipiński, „Cyrankiewicz. Wieczny premier”, Wołowiec 2016, s. 19.

[2] Jan Nowak (Zdzisław Jeziorański), „Kurier z Warszawy”, Warszawa-Kraków 1989, s. 31-32.

[3] P. Lipiński, „Cyrankiewicz…”, s. 38.

[4] Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau (dalej cyt.: APMA-B). Zespół Oświadczenia, t. 132, k. 87-98, relacja byłego więźnia Władimira Wiazmitinowa.

[5] L. Konarski, „Cyrankiewicz nie zabił Pileckiego”, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 16.12.2013.

[6] P. Lipiński, „Cyrankiewicz…”, s. 50.

[7] Tamże, s. 51.

[8] D. Kania, „Józef Cyrankiewicz kolaborował z Gestapo?”, http://www.wprost.pl, 26.12.2007.

[9] L. Konarski, „Cyrankiewicz nie zabił Pileckiego…”

[10] „Auschwitz obozem pracy”? Afera Bendera, http://www.fakty.interia.pl, 27.01.2010.

[11] L. Konarski, „Cyrankiewicz nie zabił Pileckiego…”

[12] APMA-B. Zespół Wspomnienia, t. 232, k. 21-25, wspomnienia byłego więźnia Zbigniewa Kaczkowskiego; A. Cyra, „Przeżyliśmy Auschwitz…”, http://www.cyra.wblogu.pl, 11.02.2015; A. Cyra, „Miał uciekać z Józefem Cyrankiewiczem z KL Auschwitz”, http://www.cyra.wblogu.pl, 5.07.2017.

[13] I. Paczyńska, „Grypsy z Konzentrationslager Auschwitz Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego”, Kraków 2013, s. 21.

[14] A. Cyra, „Nie był konfidentem w KL Auschwitz”, http://www.cyra.wblogu.pl, 29.08.2013.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 16 maja 2018 r.

Reklamy

Józef Cyrankiewicz nie popełnił nikczemnych czynów w Auschwitz

W numerze 15-16 (8-15.04.2018) „Myśli Polskiej” ukazał się artykuł Magdaleny Ziętek-Wielomskiej pt. „Mieczysław F. Rakowski: polityczny emisariusz pomiędzy Warszawą a Berlinem”, dotyczący roli Mieczysława F. Rakowskiego i Józefa Cyrankiewicza w wynegocjowaniu układu Cyrankiewicz-Brandt, czyli układu o podstawach normalizacji stosunków pomiędzy PRL i RFN z 7 grudnia 1970 roku. Artykuł ten zawiera wiele zdumiewających tez, z których najbardziej absurdalnymi są enuncjacje dotyczące obozowej przeszłości Józefa Cyrankiewicza w KL Auschwitz.

Autorka pisze na ten temat: „Oczywiście każdy uważny Czytelnik zada sobie pytanie, które samo ciśnie się na usta: kim tak naprawdę był M. Rakowski? Warto wskazać choćby na to, że w kontekście wydarzeń marcowych pojawiają się artykuły, w których podkreśla się, że kierowana przez niego »Polityka« nie uczestniczyła »w antysemickiej nagonce«… A w cytowanym obficie artykule Spiegla, nazwisko Rakowskiego pojawia się wiele razy. To samo pytanie można postawić w stosunku do Cyrankiewicza. Wątpliwości mnożą się wtedy, kiedy przeczytamy artykuł Jerzego Reutera, przedrukowany na stronie internetowej Tarnowskiego Kuriera Kulturalnego, pt. »Józef Cyrankiewicz«. Reuter pisze tam: »Kilkadziesiąt lat po tamtych wydarzeniach [II WŚ – MZW] polskie gazety opublikowały wywiad z bratankiem Witolda Pileckiego, w którym Krzysztof Pilecki odpowiadając na pytania Jadwigi Knie-Górnej stwierdził: »Stryj doskonale wiedział, że jego przeszłość (Cyrankiewicza) w KL Auschwitz była zupełnie inna niż ta, którą rozpowszechniały władze PRL. Według tej drugiej, Cyrankiewicz był bohaterem oświęcimskim i założycielem obozowej organizacji konspiracyjnej. Prawda jednak była inna. Józef Cyrankiewicz w obozie popełnił mnóstwo nikczemnych czynów. Był esesmańskim donosicielem. Przez niego zginęło wiele osób. Stryj ułożył w całość fragmenty dramatycznych zbiegów okoliczności. Doszedł do tego, że po kolei ginęli bez śladu ci członkowie organizacji konspiracyjnej, którzy mieli bliższy kontakt z Cyrankiewiczem«. 27 grudnia 2007 tygodnik »Wprost« opublikował artykuł na temat domniemanego szpiegostwa Józefa Cyrankiewicza na rzecz Gestapo. Odezwali się naoczni świadkowie i potwierdzili podane przez pismo fakty. Jednak oficjalne źródła niczego nie wykazały, chociaż wiadomym jest, że przez wiele lat Cyrankiewicz miał szeroki dostęp do akt obozowych, a nawet wypożyczał te bardziej dla niego interesujące«”.

W zacytowanym fragmencie Autorka przytoczyła wszystkie, najbardziej głupie, oszczercze, chamskie, prostackie, łajdackie i ohydne kalumnie, którymi polska radykalna prawica „niepodległościowa” obrzuca od 30 lat osobę Józefa Cyrankiewicza. To jest stały repertuar Tadeusza M. Płużańskiego, Wiesława J. Wysockiego, Leszka Żebrowskiego i innych przedstawicieli tego środowiska, dla którego tzw. dekomunizacja oznacza wymazanie z pamięci i wieczne utopienie w gnoju okresu Polski Ludowej. Ta filozofia wyklucza możliwość, żeby w okresie Polski Ludowej mogło być coś pozytywnego, a osoby wówczas działające politycznie mogły mieć jakieś chwalebne karty w życiorysie. Trzeba im więc wszystkim przypisać, jeśli nie współpracę z NKWD, to z gestapo, albo jakieś czyny kryminalne.

Taką też metodę zastosowano wobec Józefa Cyrankiewicza, rozpowszechniając kłamliwe i stojące poniżej wszelkiej krytyki oszczerstwa na temat jego obozowej przeszłości. Ani osoby rozpowszechniające te oszczerstwa, ani rodzina Witolda Pileckiego – będąca źródłem części z nich – nie przedstawiły jak dotąd jakichkolwiek dowodów na przypisywaną przez nich Józefowi Cyrankiewiczowi współpracę z gestapo w KL Auschwitz.

Przypomnę najważniejsze fakty. Józef Cyrankiewicz już przed wojną był znanym działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej. Niewielu jednak wie, że jego ojciec był działaczem endeckim z Tarnowa. Podczas kampanii wrześniowej 1939 roku Cyrankiewicz walczył jako dowódca baterii artylerii konnej w szeregach Armii „Kraków”. Po klęsce wrześniowej uciekł z transportu jenieckiego razem z późniejszym dyrektorem Radia Wolna Europa, Janem Nowakiem-Jeziorańskim, co ten opisał w swoich wspomnieniach „Kurier z Warszawy”[1].

Zdjęcie okupacyjne Józefa Cyrankiewicza. Fot. Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Zdjęcie okupacyjne Józefa Cyrankiewicza. Fot. Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Do KL Auschwitz trafił za działalność konspiracyjną w Związku Walki Zbrojnej, czyli późniejszej Armii Krajowej. Przed aresztowaniem przez gestapo, które nastąpiło 19 kwietnia 1941 roku, Cyrankiewicz był jednym z czołowych działaczy konspiracyjnej Polskiej Partii Socjalistycznej-Wolność Równość Niepodległość, a więc partii wchodzącej w skład zarówno politycznej reprezentacji Polski Podziemnej, jak i polskich władz na Wychodźstwie. Stał na czele PPS-WRN i Gwardii Ludowej PPS-WRN w okręgu krakowskim, z którą wszedł w skład ZWZ. Tuż przed aresztowaniem Cyrankiewicza rozważano jego kandydaturę na stanowisko zastępcy Delegata Rządu na Kraj (czyli konspiracyjnego wicepremiera) z ramienia PPS-WRN. Podczas działalności konspiracyjnej w ZWZ Cyrankiewicz zorganizował m.in. akcję odbicia z rąk gestapo Jana Karskiego – najwybitniejszego emisariusza ZWZ/AK, który poinformował aliantów zachodnich o dokonywanej przez Niemców na okupowanych ziemiach polskich zagładzie Żydów.

Przez prawie półtora roku Józef Cyrankiewicz był więźniem jednego z najcięższych więzień gestapowskich w okupowanej Polsce – czyli krakowskiego więzienia przy ulicy Montelupich – gdzie przeszedł okrutne śledztwo połączone z torturami. Od 4 września 1942 roku do 18 stycznia 1945 roku był więźniem KL Auschwitz nr 62933, a po ewakuacji tego obozu był do 5 maja 1945 roku więźniem KL Mauthausen. To były najcięższe niemieckie, nazistowskie obozy koncentracyjne. Piekło na ziemi, którego nikt wcześniej ani później nie stworzył.

W KL Auschwitz Józef Cyrankiewicz stanął na czele międzynarodowej więźniarskiej konspiracji lewicowej – Grupy Bojowej Oświęcim. Odpowiadał w niej m.in. za łączność ze światem zewnętrznym, czyli konspiracyjne wysyłanie meldunków informujących o sytuacji i zbrodniach niemieckich w obozie. Jeżeli Cyrankiewicz był agentem gestapo, to jak to się stało, że w grudniu 1943 roku trafił do aresztu obozowego w Bloku Śmierci, skąd zwykle wychodziło się na egzekucję pod Ścianą Śmierci. Jego osadzenie w areszcie obozowym było rezultatem donosu konfidentów obozowego gestapo – Stanisława Dorosiewicza i Stanisława Wierusza-Kowalskiego. Życie Cyrankiewiczowi i innym więźniom osadzonym wówczas w Bloku Śmierci uratowała zmiana komendanta obozu z Rudolfa Hössa na Arthura Liebehenschela, który przejściowo złagodził represyjną politykę poprzednika[2].

26 czerwca 1944 roku Henryk Bartosiewicz (więzień nr 9406), który po egzekucji czołowych działaczy obozowej konspiracji Związku Organizacji Wojskowej-Armii Krajowej pod Ścianą Śmierci 11 października 1943 roku stanął na czele tej konspiracji, został przeniesiony do KL Buchenwald. W związku z tym wtajemniczył Cyrankiewicza w kontakty konspiracyjne ZOW-AK. Do rozmów pomiędzy ZOW-AK oraz Grupą Bojową Oświęcim doszło już pod koniec 1943 roku. Ich rezultatem było zjednoczenie obu organizacji i utworzenie wiosną 1944 roku Rady Wojskowej Oświęcim. Kierownictwo polityczne zjednoczonej konspiracji więźniarskiej spoczęło w ręku Cyrankiewicza, natomiast wojskowe w ręku Bartosiewicza, a po jego przeniesieniu do KL Buchenawld kpt. Stanisława Kazuby (więzień nr 1630).

Po przekazaniu przez Bartosiewicza Cyrankiewiczowi kontaktów konspiracyjnych ZOW-AK, komendant Okręgu Śląskiego AK, mjr Zygmunt Walter-Janke, mianował konspiracyjnie Cyrankiewicza – który używał pseudonimu „Rot” – dowódcą AK w obozie i na terenie przyobozowym. Nominacja ta nie została przyjęta do wiadomości przez szefa inspektoratu bielskiego AK, Stanisława Chybińskiego, najprawdopodobniej na skutek jego uprzedzeń antylewicowych. Nie zmienia to faktu, że „Rot” od połowy 1944 roku stał na czele całej konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz – akowskiej i lewicowo-międzynarodowej.

Najważniejszym zadaniem Rady Wojskowej Oświęcim, w obliczu trwającej od końca czerwca 1944 roku stopniowej ewakuacji i likwidacji KL Auschwitz, było niedopuszczenie do ewentualnego wymordowania przez SS wszystkich więźniów i zatarcia śladów zbrodni popełnionych w obozie. O rzekomym istnieniu planu takich działań – „planu Molla” (nazwa pochodzi od nazwiska Otto Molla, jednego z największych zbrodniarzy w KL Auschwitz, nadzorującego komory gazowe i krematoria) – Rada Wojskowa Oświęcim poinformowała we wrześniu 1944 roku kanałami konspiracyjnymi polskie władze emigracyjne w Londynie. Rząd polski przekazał wówczas informację o zamiarze wymordowania przez SS więźniów KL Auschwitz ministerstwom spraw zagranicznych USA i Wielkiej Brytanii z prośbą, by alianci nie dopuścili do tej zbrodni. Rządy USA i Wielkiej Brytanii wydały następnie wspólną deklarację, ogłoszoną 10 października 1944 roku, w której ostrzegły potencjalnych sprawców zbrodni przed czekającą ich karą. 11 października 1944 roku niemiecka służba telegraficzna podała, że nie jest prawdą jakoby istniał plan wymordowania więźniów KL Auschwitz, a wiadomości podawane na ten temat przez aliantów są fałszywe.

Jeden z najwybitniejszych znawców tematyki więźniarskiego ruchu oporu w KL Auschwitz – Henryk Świebocki – uważa, że „plan Molla” był blefem Rady Wojskowej Oświęcim, najprawdopodobniej samego Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego (więzień nr 20019), którzy sygnowali gryps z 6 września 1944 roku. Konspiracja więźniarska zupełnie słusznie obawiała się, że władze SS – w obliczu zbliżającego się frontu – mogą postanowić wymordować wszystkich więźniów jako świadków zbrodni popełnionych w obozie. „Należało więc – pisze Świebocki – uprzedzić SS i przesłać w świat fałszywą informację, by tym sprowokować kampanię międzynarodową, która przekreśliłaby zrodzenie się w przyszłości myśli o masowej likwidacji więźniów. Bez względu na to, czy rzeczywiście »plan Molla« istniał, czy też była to zręczna mistyfikacja obozowego ruchu oporu, jedno jest pewne – nie doszło w KL Auschwitz do masowego unicestwienia więźniów po ogłoszonej przez aliantów deklaracji i zagrożeniu represjami”[3]. I to było zasługą między innymi, a może głównie Józefa Cyrankiewicza.

Wszystkim tym, którzy preparują i propagują oszczerstwa na temat obozowej działalności Józefa Cyrankiewicza polecam lekturę książki prof. Ireny Paczyńskiej z Uniwersytetu Jagiellońskiego pt. „Grypsy z Konzentrationslager Auschwitz Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego” (Kraków 2013, 676 stron). Publikacja ta – owoc mrówczej pracy Autorki – zawiera naukowe opracowanie 214 grypsów, które zostały wysłane z KL Auschwitz przez Cyrankiewicza i Kłodzińskiego pomiędzy 6 września 1942 roku a 18 stycznia 1945 roku do Teresy Lasockiej-Estreicher z działającej w ramach AK organizacji Pomoc Więźniom Obozów Koncentracyjnych w Krakowie. Większość z tych grypsów została przekazana przez Teresę Lasocką-Estreicher do rąk władz polskich w Londynie, a następnie do wiadomości aliantów zachodnich. Te 214 grypsów – znajdujących się obecnie w archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau – to tylko część konspiracyjnej korespondencji Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego, która nie zachowała się w całości. Ostatnie ich grypsy odnaleziono w październiku 2011 roku. Były ukryte w wałku do ciasta w mieszkaniu lekarza stomatologa Tadeusza Wichra przy ulicy Dietla 66 w Krakowie, gdzie w czasie wojny znajdował się lokal konspiracyjny PPS-WRN. Odnalazł je i przekazał do muzeum w Oświęcimiu jego wnuk.

Konspiracyjna korespondencja Cyrankiewicza i Kłodzińskiego dokumentowała wydarzenia związane z działalnością konspiracji więźniarskiej oraz zbrodnie popełniane w KL Auschwitz przez SS – ucieczki z obozu, stany liczbowe więźniów, ich skład narodowościowy, stosowane przez SS metody uśmiercania, dokonywane w obozie egzekucje i akcje masowej zagłady, nazwiska i charakterystyki zbrodniarzy niemieckich. Grypsy zawierały też bardzo dużo informacji o akcji zagłady Żydów, Romów i jeńców radzieckich w KL Auschwitz. Dzięki Cyrankiewiczowi i Kłodzińskiemu przesłano kanałami konspiracyjnymi do wspomnianej komórki AK odpisy książki bunkra (aresztu obozowego w Bloku Śmierci), list transportowych i wykazów warszawiaków deportowanych do KL Auschwitz po wybuchu powstania warszawskiego. To były nie tylko bezcenne informacje wówczas. To są także bezcenne źródła historyczne dzisiaj.

Czy Cyrankiewicz robił to wszystko jako agent gestapo? To gestapo informowało Armię Krajową, rząd polski w Londynie i aliantów zachodnich o zbrodniach ludobójstwa popełnianych przez aparat SS w KL Auschwitz? Niechże polska prawica zastanowi się nad tym co głosi i co robi. Bo nie robi nic innego poza plugawieniem historii Polski. Może co niektórym jej przedstawicielom wydaje się, że tylko dokopują Cyrankiewiczowi, ale faktycznie robią coś znacznie gorszego – plugawią i kompromitują przed światem historię Polski i historię polskiej konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz. A potem mają pretensje, że ktoś na Zachodzie mówi o „polskich obozach koncentracyjnych”. Czy do tych pustych głów, tak chętnie powołujących się wszędzie na etykę katolicką, naprawdę nic nie może dotrzeć?

W obronie Józefa Cyrankiewicza stanęło jak na razie niewiele osób, co kompromituje środowisko współczesnej polskiej nauki historycznej. Jednym z jego obrońców stał się Adam Cyra – drugi obok Henryka Świebockiego wybitny badacz tematyki więźniarskiego ruchu oporu w KL Auschwitz, pierwszy biograf Witolda Pileckiego.

Pozwolę sobie zacytować fragmenty jego artykułu pt. „Józef Cyrankiewicz w KL Auschwitz”: „Osobiście w połowie lat osiemdziesiątych przez wiele miesięcy zbierałem materiały na temat działalności obozowego ruchu oporu w 1944 r. z udziałem Józefa Cyrankiewicza i skoczka spadochronowego – cichociemnego ppor. Stefana Jasieńskiego ps. »Urban«. Efektem moich wysiłków badawczych jest wydana w 2005 r. książka »Spadochroniarz Urban«. Nie natrafiłem wtedy ani nigdy później, na ślad żadnych dowodów, które świadczyłyby o tym, że postawa Józefa Cyrankiewicza jako więźnia KL Auschwitz była negatywna (…). Obecnie nie ma także żadnych wiarygodnych dokumentów, które potwierdzałyby wyjątkowo negatywną rolę, jaką rzekomo miał odegrać Józef Cyrankiewicz podczas procesu rtm. Witolda Pileckiego w 1948 r. W zaistniałej sytuacji niewątpliwie Józef Cyrankiewicz zachował się biernie, chociaż niewiele mógł pomóc, ponieważ prośby o ułaskawienie rozpatrywał prezydent Bolesław Bierut, który rzadko korzystał z przysługujących mu uprawnień i z reguły zatwierdzał wcześniej zapadłe wyroki śmierci”[4].

Nie jest również prawdą jakoby po wojnie Józef Cyrankiewicz miał wypożyczać z oświęcimskiego muzeum i niszczyć jakieś kompromitujące go akta. To jest pomówienie tak prostackie, że nie warto się nim dalej zajmować.

W tym samym artykule Adam Cyra zacytował fragment zachowanego raportu placówki Policji Bezpieczeństwa w Katowicach z 18 grudnia 1944 roku: „Jak wynika z przechwyconego materiału, obóz koncentracyjny w Oświęcimiu jest także w strefie działania AK. Z ramienia inspektora obozem zajmuje się Wojskowa Rada Obozu – WRO (…). Jako komendant obozu z ramienia AK wyznaczony został niejaki »Rot«. Zajmuje się on zwłaszcza sporządzaniem raportów o sytuacji w obozie i przekazywaniem ich dalej do okręgu (…). Obecnie organizacja ta jest rozpracowywana, o czym po upływie pewnego czasu, sporządzony zostanie specjalny raport”.

Placówka Policji Bezpieczeństwa w Katowicach rozpracowywała swojego agenta „Rota”-Cyrankiewicza i ostrzegała Berlin o jego antyhitlerowskiej działalności? Niechże się prawicowi specjaliści od strzelania błotem nad tym zastanowią. A jeżeli oni są tylko wyrachowanymi i świadomymi swoich kłamstw cynikami, to niech się nad tym zastanowią ich czytelnicy.

W artykule Magdaleny Ziętek-Wielomskiej znalazłem również zdumiewające, w kontekście układu PRL-RFN z 7 grudnia 1970 roku, dywagacje na temat Mieczysława F. Rakowskiego jako „kanału wpływów niemieckich” w PRL. Pragnę przypomnieć, że ten układ – którego najważniejszym postanowieniem było uznanie przez RFN polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej – został zawarty przez socjaldemokratycznego kanclerza Willy’ego Brandta i że ówczesna prawicowa opozycja niemiecka pod przewodnictwem m.in. Helmuta Kohla była mu przeciwna. Nie jest dzisiaj już tajemnicą, że w 1990 roku Helmut Kohl jako kanclerz jednoczących się Niemiec nie chciał uznać granicy nad Odrą i Nysą Łużycką. Bez układu polsko-zachodnioniemieckiego z 7 grudnia 1970 roku wymuszenie na zjednoczonych Niemczech uznania tej granicy byłoby prawdopodobnie niemożliwe.

Doprowadzając do podpisania układu pomiędzy PRL i RFN w grudniu 1970 roku Władysław Gomułka, Józef Cyrankiewicz i Mieczysław F. Rakowski działali na rzecz polskiej, narodowej racji stanu, co oczywiście także nie mieści się w horyzontach myślowych osób przedstawiających PRL jako „sowiecką okupację” lub państwo niebyłe (w 1968 roku ponoć nie było Polski, jak stwierdził obecny premier M. Morawiecki). Wyżej wymienieni przywódcy i politycy PRL obronili wtedy polską, narodową rację stanu. To jest jedyny uprawniony wniosek. Wszelkie inne są niepoważne. Dlatego muszę stwierdzić – mimo sympatii do Autorki – że dawno nie czytałem tak niepoważnego artykułu jak wspomniany artykuł Magdaleny Ziętek-Wielomskiej. Zwłaszcza w „Myśli Polskiej”.

[1] Jan Nowak (Zdzisław Jeziorański), „Kurier z Warszawy”, Warszawa-Kraków 1989, s. 31-32.

[2] D. Czech, „Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz”, Oświęcim 1992, s. 574-589.

[3] Cyt. za: W. Długoborski, F. Piper (red.), „Auschwitz 1940-1945. Węzłowe zagadnienia z dziejów obozu”, t. IV, H. Świebocki, „Ruch Oporu”, Oświęcim 1995, s. 163.

[4] A. Cyra, „Józef Cyrankiewicz w KL Auschwitz”, Wprawnym okiem historyka, http://www.cyra.wblogu.pl, 9.01.2015.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 maja 2018 r.

Świadectwo Icchaka Kacenelsona

Przed północą 30 kwietnia 1944 roku dotarł do KL Auschwitz z obozu internowania w Drancy pod Paryżem siedemdziesiąty drugi transport Żydów, który Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) skierował z okupowanej Francji. Przywieziono w nim 1004 Żydów – mężczyzn, kobiety i dzieci. Po wyładunku transportu na rampie kolejowej lekarze SS przeprowadzili selekcję. W jej rezultacie skierowali do obozu jako więźniów tylko 48 mężczyzn (oznaczono ich numerami 186596 – 186643) oraz 91 kobiet (otrzymały numery 80569 – 80659). Pozostałe 865 osób – już po północy 1 maja 1944 roku – esesmani zamordowali w komorach gazowych obozu Birkenau (KL Auschwitz II), a ich zwłoki spalono w krematoriach.

Wśród osób wyselekcjonowanych na śmierć znajdowali się 58-letni Icchak Kacenelson (1886 – 1944) oraz jego 18-letni syn Cwi, których w obozie Drancy oznaczono numerami 20204 i 20205. Na zachowanej liście transportowej przy nazwisku ojca widnieje adnotacja „Lehrer (nauczyciel)”, a przy nazwisku syna „Arbeiter (robotnik)”. Cwi Kaceneslon (1926-1944) był młodym mężczyzną i powinien zostać zarejestrowany w obozie jako więzień. Najprawdopodobniej zatem nie chciał opuścić starego ojca i poszedł z nim razem na śmierć. Ich droga do Auschwitz była długa i bolesna. W przeciwieństwie do większości Żydów polskich nawet nietypowa, ponieważ wiodła przez obozy internowania w Vittel i Drancy na terenie Francji. Stało się tak dlatego, że na tej drodze pojawił się nagle promyk nadziei na ratunek. Promyk tej nadziei okazał się niestety jedną z najtragiczniejszych kart losu Żydów polskich podczas drugiej wojny światowej, która przeszła do historii pod nazwą „sprawy Hotelu Polskiego”.

Icchak Kacenelson (1886-1944). Fot. domena publiczna

Icchak Kacenelson (1886-1944). Fot. domena publiczna

Icchak Kacenelson był pedagogiem, tłumaczem, poetą i dramaturgiem. Tworzył w językach jidysz i hebrajskim. Jeden z najwybitniejszych poetów żydowskich XX wieku pochodził z ziemi Adama Mickiewicza. Urodził się 1 lipca 1886 roku w Koreliczach koło Nowogródka, ale większość swojego życia spędził w Warszawie i Łodzi. Jego ojciec Jakub Beniamin Kacenelson (1852-1930) także był pedagogiem i literatem, piszącym pod pseudonimem Ben-Jamini. Od 1884 roku pełnił funkcję dyrektora chederu w Zgierzu, którego wychowankiem był m.in. jego syn Icchak. Natomiast w 1886 roku został dyrektorem Zreformowanego Chederu w Łodzi.

Problemy finansowe spowodowały, że młody Icchak przerwał naukę i rozpoczął pracę w fabryce włókienniczej. Był samoukiem. W poszukiwaniu lepszego życia przeniósł się do Warszawy, gdzie współpracował z pismami żydowskimi „Ha-Cefira”, „Ha-Dor” oraz z Jidisze Bibliotek, wydawaną przez Icchoka Lejbusza Pereca. Po kilku latach powrócił do Łodzi, gdzie prowadził przedszkole żydowskie, a potem hebrajską szkołę powszechną. W okresie międzywojennym założył świeckie I Gimnazjum Hebrajskie w Łodzi i był jego dyrektorem.

Debiutował jako pisarz w 1904 roku. Rozgłos przyniósł mu napisany prozą w języku hebrajskim poemat „Bi-g(e)wulot Lita” (hebr., „W granicach Litwy”, 1909), poświęcony doświadczeniom młodości spędzonej na Litwie. Potem opublikował jeszcze kilka tomów poetyckich w języku hebrajskim. Tworzył też cieszące się popularnością pieśni, baśnie i utwory sceniczne dla dzieci i młodzieży. Wiele jego wierszy, opatrzonych muzyką, weszło do kanonu żydowskich pieśni ludowych i dziecięcych. Tłumaczył na język hebrajski m.in. utwory Heinego. Interesował się także teatrem hebrajskim, dla którego napisał wiele utworów, m.in. poemat sceniczny „Ha-Nawi” (hebr., „Prorok”, 1922). Od 1928 roku kierował Hebrajskim Studiem Dramatycznym „Habima” w Łodzi.

Końcowy i najdramatyczniejszy okres życia Icchaka Kacenelsona rozpoczął się po wybuchu drugiej wojny światowej. Od stycznia 1940 roku przebywał w getcie warszawskim, gdzie współpracował z Emanuelem Ringelblumem. Uczestniczył w tajnym nauczaniu i w seminariach ruchu chalucowego (He-Chaluc). Kierował także kołem dramatycznym organizacji młodzieżowej Dror oraz pisał do konspiracyjnej prasy żydowskiej. W getcie warszawskim powstały m.in. jego poematy w języku jidysz: „Biada tobie”, „Pieśń o Szlomie Żelichowskim”,Śmiał się Żyd” oraz wiele innych utworów, które – zakopane wraz z Archiwum Ringelbluma w lipcu 1942 roku – zostały odnalezione kilka lat po wojnie.

Podczas Wielkiej Akcji likwidacyjnej getta warszawskiego (22 lipca-21 września1942 r.), w transporcie z 14 sierpnia 1942 roku, do obozu zagłady w Treblince wywieziono jego najbliższych – młodszego brata Berla Kacenelsona (także pedagog), żonę Chanę (1900-1942) oraz synów, 14-letniego Bencjona i 11-letniego Jomela. Icchak Kacenelson nie został objęty deportacją, ponieważ wraz z najstarszym synem Cwi pracował w tzw. „szopach” (zakładach produkcyjnych na terenie getta). Mimo swojego wieku, postanowił walczyć i zgłosił się do Icchaka Cukiermana „Antka”– jednego z przywódców Żydowskiej Organizacji Bojowej. Kacenelsonowie – ojciec i syn – biorą udział w powstaniu w getcie warszawskim (19 kwietnia-maj 1943 r.), a następnie wydostają się na „stronę aryjską”. Jak wielu ukrywających się wtedy w Warszawie Żydów, trafiają wkrótce do Hotelu Polskiego przy ulicy Długiej 29.

Trzeba w tym miejscu przypomnieć pokrótce tzw. sprawę Hotelu Polskiego. Na przełomie 1941 i 1942 roku dwie organizacje żydowskie ze Szwajcarii załatwiły dla Żydów w Generalnym Gubernatorstwie pewną ilość paszportów państw południowoamerykańskich, żeby umożliwić im legalną emigrację w ramach wymiany na obywateli III Rzeszy internowanych przez aliantów. Do getta warszawskiego najwięcej takich dokumentów zaczęto przekazywać na przełomie 1942 i 1943 roku, kiedy większość ich adresatów zginęła już w obozie zagłady w Treblince. W maju 1943 roku – tuż przed ostateczną likwidacją getta – ową niedoręczoną pocztą (około 4000 paszportów) zainteresowało się dwóch żydowskich kolaborantów – Leon Skosowski i Adam Żurwain, którzy współpracowali z warszawskim gestapo. Kierowana przez nich grupa kilkunastu podobnych im kolaborantów żydowskich rozpoczęła akcję sprzedaży paszportów Żydom ukrywającym się po „stronie aryjskiej”, a ci na ich podstawie byli internowani przez władze niemieckie w Hotelu Polskim. Tam oczekiwali na wyjazd do obozów internowania we Francji i w Niemczech, skąd miano ich deportować do krajów neutralnych. Część dokumentów rozdawano w hotelu za darmo. Były to tzw. certyfikaty palestyńskie.

Przez Hotel Polski przeszło około 2500 osób, w tym wielu bojowników Żydowskiej Organizacji Bojowej i Żydowskiego Związku Wojskowego. Niestety cała akcja była najprawdopodobniej prowokacją gestapo, które w ten sposób wywabiło część Żydów ukrywających się po „stronie aryjskiej”. Żydzi wyjeżdżający w lipcu 1943 roku z Hotelu Polskiego do obozów internowania w Vittel we Francji i Bergen-Belsen w Niemczech (wtedy jeszcze nie był to obóz koncentracyjny) byli przekonani, że dzięki dokumentom, za które oddali ostatnie pieniądze i kosztowności bezpiecznie dotrą do Ameryki Południowej. Niestety, w większości zamiast do krajów neutralnych dotarli do KL Auschwitz (część z nich zamordowano też na Pawiaku). Po przybyciu Żydów z Hotelu Polskiego do Vittel i Bergen-Belsen funkcjonariusze RSHA dokonali dokładnego sprawdzenia ich dokumentów i odkryli, że np. w wieloosobowych rodzinach nie ma związków krwi. Stało się dla nich od razu jasne, że paszporty umożliwiające emigrację miały uchronić te osoby od zagłady.

Tragiczny los ofiar „sprawy Hotelu Polskiego” podzielili też Icchak Kacenelson i jego syn. Z obozu w Vittel przetransportowano ich 17 kwietnia 1944 roku do obozu internowania w Drancy, a stamtąd gestapo ekspediowało transporty Żydów tylko w jednym kierunku. Do Auschwitz. W tę ostatnią drogę Kacenelsonowie wyruszyli 29 kwietnia 1944 roku, w siedemdziesiątym drugim transporcie RSHA z Drancy.

Icchak Kacenelson-fot. Historical Holocaust Society

Icchak Kacenelson-fot. Historical Holocaust Society

Podczas pobytu w Vittel Icchak Kacenelson napisał swój ostatni i najważniejszy utwór poetycki – poemat w języku jidysz „Dos lid fun ojsgehargetn jidiszn fołk” („Pieśń o zamordowanym żydowskim narodzie”). Jest to wstrząsające świadectwo Zagłady przekazane przez jej świadka i ofiarę. Dzieło składa się z piętnastu pieśni, w których autor opisał historię zagłady getta warszawskiego i zawarł swój testament. Poemat został przetłumaczony na język polski w 1973 roku przez Jerzego Ficowskiego. Kacenelson tworzył go w obozie Vittel pomiędzy 3 października 1943 a 18 stycznia 1944 roku, następnie ukrył w butelce i zakopał w ziemi. Zaprzyjaźniona z poetą więźniarka obozu Miriam Novitch, znająca miejsce zakopania butelki, wydobyła ją z ziemi 12 września 1944 roku – w dniu wyzwolenia obozu w Vittel przez aliantów. Ocalał poemat – świadectwo, oskarżenie i pomnik – oraz dziennik pisany przez poetę w obozie.

„Pieśń o zamordowanym żydowskim narodzie” stanowi porażający dokument prawdy nie tylko o zbrodni, ale także o jej bezpośrednich sprawcach. Wszystkich sprawcach. Również tych, o których dzisiaj mówi się niechętnie, a jeśli już się mówi, to jednocześnie się ich usprawiedliwia i wybiela. Oczywiście, że podczas akcji likwidacyjnej getta funkcjonariuszom Żydowskiej Służby Porządkowej groziło rozstrzelanie za niewykonanie rozkazu. Czy to jednak w pełni usprawiedliwia ich brutalność i nadgorliwość? Czy ich postępowaniem kierował tylko strach przed rozstrzelaniem za niewykonanie rozkazu czy także okrutna kalkulacja, że gorliwość i bezwzględność w spełnianiu poleceń niemieckich zapewni im samym ocalenie?

Taka przecież była filozofia wielu Żydów, którzy służyli Niemcom w Judenratach, policji żydowskiej, czy organizacji „Żagiew”. Filozofia przyjęta przez nich na długo przed tym, jak pojawiło się niebezpieczeństwo likwidacji gett i zagłady ich mieszkańców. Ta wąska elita (w sensie dosłownym, bo np. w policji żydowskiej służyło wielu adwokatów i studentów) wierzyła, że tylko pełna lojalność wobec Niemców może przynieść najpierw poprawę ich własnego losu, a później – kiedy rozpoczęła się akcja zagłady – ratunek. Ale komu? Im samym kosztem życia reszty. Icchak Kacenelson – ofiara Zagłady – w trzeciej części „Pieśni o zamordowanym żydowskim narodzie”, zatytułowanej „O, bólu mój!”, dał świadectwo tego co widział podczas Wielkiej Akcji w getcie warszawskim. Niech nikt dzisiaj nie próbuje nam wmawiać, że widział on coś innego.

„O, bólu mój!” (fragment) – utwór powstał 22 października 1943 roku

Jam jest ten, który to widział, który przyglądał się z bliska,

Jak dzieci, żony i mężów, i starców mych siwogłowych

Niby kamienie i szczapy na wozy oprawca ciskał

I bił bez cienia litości, lżył nieludzkimi słowy.

Patrzyłem na to zza okna, widziałem morderców bandy –

O, Boże, widziałem bijących i bitych, co na śmierć idą…

I ręce załamywałem ze wstydu… wstydu i hańby –

Oto rękoma Żydów śmierć zadawano Żydom!

Zdrajcy, co w lśniących cholewach biegli po pustej ulicy

Jak ze swastyką na czapkach – z tarczą Dawida, szli wściekli,

Z gębą, co słowa im obce kaleczy, butni i dzicy,

Co nas zrzucali ze schodów, którzy nas z domów wywlekli,

Co wyrywali drzwi z futryn, gwałtem wdzierali się, łotrzy,

Z pałką wzniesioną do ciosu – do domów przejętych trwogą,

Bili nas, gnali starców, pędzili naszych najmłodszych

Gdzieś na struchlałe ulice. I prosto w twarz pluli Bogu.

Odnajdywali nas w szafach i wyciągali spod łóżek,

I klęli: „Ruszać, do diabła, na umschlag, tam miejsce wasze!”

Wszystkich nas z mieszkań wywlekli, potem szperali w nich dłużej,

By wziąć ostatnie ubranie, kawałek chleba i kaszę.

A na ulicy – oszaleć! Popatrz i ścierpnij, bo oto

Martwa ulica, a jednym krzykiem się stała i grozą –

Od krańca po kraniec pusta, a pełna, jak nigdy dotąd –

Wozy! I od rozpaczy, od krzyku ciężko jest wozom…

W nich Żydzi! Włosy rwą z głowy i załamują ręce.

Niektórzy milczą – ich cisza jeszcze głośniejszym jest krzykiem.

Patrzą… Ich wzrok… Czy to jawa? Może zły sen i nic więcej?

Przy nich żydowska policja – zbiry okrutne i dzikie!

A z boku – Niemiec z uśmiechem lekkim spogląda na nich,

Niemiec przystanął z daleka i patrzy – on się nie wtrąca,

On moim Żydom zadaje śmierć żydowskimi rękami!

 

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 marca 2018 r.

„Myśl Polska” nr 11-12 (2179/80), 11-18.03.2018, s. 14.

Głupcy nie mogą być elitą narodu

Sądziłem, że wśród PiS-owców nie ma ludzi całkowicie pozbawionych rozumu. Ale i tu się pomyliłem. Moje wątpliwości rozwiał prezes państwowej agencji o nazwie Polska Organizacja Turystyczna, będący wcześniej prezesem uzdrowisk w Kołobrzegu i Świeradowie-Zdroju, a także dwukrotnym kandydatem na burmistrza Kamienia Pomorskiego z ramienia PiS. O jego wypowiedziach dla „Gazety Wyborczej” tak napisał portal onet.pl: „To polskie, a nie żydowskie elity zostały w czasie wojny zupełnie przeorane i zlikwidowane. Pamiętajmy, że kultura żydowska w praktyce cała przetrwała – twierdzi Marek Olszewski, szef Polskiej Organizacji Turystycznej na łamach „Gazety Wyborczej”. Dlatego z programów wizyt zagranicznych dziennikarzy, organizowanych przez POT, znika zwiedzanie KL Auschwitz czy Muzeum Żydów Polskich „Polin”. – Chcemy położyć nacisk na promowanie tego, co cenne w naszej własnej kulturze – podkreśla. (…) zwiedzania obozu na pewno nie zaproponuję dziennikarzowi z Chin, który po raz pierwszy przyjeżdża do Polski. Podczas krótkich studyjnych pobytów nie ma czasu na tłumaczenie skomplikowanej historii – przekonuje Olszewski (…)”[1].

Czy ten prezes wie o tym, że Auschwitz jest symbolem tak samo martyrologii żydowskiej jak i polskiej, romskiej, rosyjskiej, czeskiej itd? Tak zresztą jest to prezentowane w Muzeum Auschwitz-Birkenau. Czy prezes POT wie o tym, że Auschwitz był największym miejscem nie tylko żydowskiej, ale i polskiej martyrologii podczas drugiej wojny światowej? Że Polacy byli pierwszymi chronologicznie i drugimi liczebnie ofiarami tego obozu? Oprócz miliona Żydów zginęło tam 70 tysięcy Polaków. A w Mauthausen co najmniej 27 tysięcy (40 proc. ofiar tego obozu). W niemieckich obozach koncentracyjnych zginęło około 250 tys. Polaków. Ponad 10 razy więcej niż w wyniku zbrodni katyńskiej, eksponowanej obecnie ze względów politycznych. Najwięcej Polaków zginęło w takich obozach niemieckich jak Auschwitz, Mauthausen, Majdanek, Stutthof, Ravensbrück, Buchenwald, Gross-Rosen, Flossenbürg, Neuengamme i Dachau. Tam – a nie w Katyniu – dokonano największej zbrodni na narodzie polskim podczas drugiej wojny światowej.

Gdyby prezes POT nie blokował zagranicznym dziennikarzom dostępu do Muzeum Auschwitz, to mogliby się o tym wszystkim dowiedzieć. O Pileckim, polskiej konspiracji więźniarskiej, 70 tysiącach polskich ofiar tego obozu, transportach Polaków z powstania warszawskiego, egzekucjach polskich patriotów pod Ścianą Śmierci itd. Jeżeli PiS nie chce, żeby zagraniczni dziennikarze pisali o „polskich obozach koncentracyjnych”, to w pierwszej kolejności należy ich zawozić właśnie do Muzeum Auschwitz i uświadamiać prawdę historyczną o tym miejscu niemieckiego ludobójstwa, popełnionego na różnych narodach. To jest polska racja stanu.

Tymczasem prezes POT popisuje się antysemityzmem sądząc, że daje w ten sposób wyraz swojego patriotyzmu. Endecy pisali o Niemcach-nazistach, że „nawet tak piękną ideę jak antysemityzm potrafią splugawić”. Oczywiście nie uważam antysemityzmu za ideę piękną, jednak w jakiejś mierze to przekorne stwierdzenie do pana prezesa pasuje. Nikt nie ma obowiązku kochać Żydów, ale pamięć o ich cierpieniu i tragedii nie powinna mieć nic wspólnego z takim czy innym stosunkiem emocjonalnym do narodu żydowskiego. Ta pamięć jest wyrazem szacunku wobec niewinnych ofiar, bestialsko zamordowanych, a ten szacunek z kolei jest probierzem przynależności do cywilizacji europejskiej. Prezes POT myli się twierdząc, że żydowskie elity nie zostały „przeorane i zlikwidowane”, a żydowska kultura „w praktyce cała przetrwała”. Niemcy wymordowali 90 proc. polskich Żydów (2,9 mln spośród 3,2 mln). Co najmniej 438 polskich Żydów było też wśród ofiar zbrodni katyńskiej. Po żydowskiej kulturze poza krakowskim Kazimierzem i kilku innymi miejscami nie zostało praktycznie śladu. Nie ma dzisiaj wielu żydowskich synagog – wysadzonych przez Niemców w powietrze lub spalonych – jak w Katowicach, Będzinie, Dynowie, Warszawie i innych miejscowościach. To samo dotyczy innych żydowskich zabytków, celowo zniszczonych przez okupanta niemieckiego. Nikt nie ma prawa znieważać ofiary narodu żydowskiego i lekceważyć jego męczeństwa ze względu na jakiekolwiek swoje fobie i uprzedzenia polityczne. Bo to jest barbarzyństwo. A licytowanie się martyrologią jest głupotą. Zarówno ze strony polskiej, jak i żydowskiej.

Poza tym kultura polskich Żydów – wbrew temu co sugeruje prezes POT – jest częścią kultury polskiej. Co prezes POT chciałby osiągnąć przez amputowanie z polskiej historii i kultury 800 lat historii i kultury polskich Żydów? Co zawinili mu Berek Joselewicz, Józef Berkowicz, Dow Ber Meisels, Szymon Askenazy, Adolf Peretz, Marian Hemar, Roman Brandstaetter, Bernard Mond, Roman Kramsztyk, Jan Kiepura, Antoni Słonimski, Mieczysław Grydzewski i wielu innych polskich Żydów, którzy tak pięknie zapisali się w polskiej historii, literaturze, sztuce i nauce, także swoimi gorącymi polskimi sercami. Polscy Żydzi to nie tylko Jakub Berman, Józef Różański, Helena Wolińska i inni funkcjonariusze stalinowskiego aparatu terroru żydowskiego pochodzenia. A chyba ich tylko widzi prezes POT.

Pan prezes swoimi wypowiedziami dla „Gazety Wyborczej” dostarczył amunicji niechętnym lub nawet wrogim Polsce środowiskom żydowskim. Mają żywy dowód nieuleczalnego polskiego antysemityzmu, o który nieustannie oskarżają Polaków. Raczej przykład głupoty.

Głupcy nie mogą być elitą narodu, bo to doprowadzi do jego barbaryzacji. Niestety ta barbaryzacja w Polsce postępuje, co widać gołym okiem na każdym kroku

[1] „Gazeta Wyborcza”: KL Auschwitz i muzeum „Polin” znika z programów wizyt promujących Polskę, http://www.wiadomosci.onet.pl, 30.08.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 30 sierpnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2153/54), 10-17.09.2017, s. 7

Historia jedna z wielu

7 czerwca br. Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga Przeciw Zniesławieniom wydała oświadczenie, w którym protestuje przeciw działalności historyka Jana Grabowskiego, reprezentującego w sprawie stosunków polsko-żydowskich pod okupacją niemiecką stanowisko zbieżne z Janem Tomaszem Grossem i Barbarą Engelking[1]. Ze swej strony dodam, że również tę sama metodologię badawczą, polegającą nie tylko na tendencyjnym wyborze źródeł, ale manipulacji nimi, co osobiście mu wytknąłem odnośnie znanych mi źródeł z akt gestapo ciechanowskiego[2].

Sygnatariusze oświadczenia zarzucają Grabowskiemu m.in., że „nie przestrzega podstawowych zasad rzetelności badacza, używając obrazowych i zdecydowanie przerysowanych określeń bardziej w celu budowania konstrukcji propagandowych niż pokazania rzetelnego obrazu. I tak nazywa „morzem zła” liczbę 1015 udokumentowanych żydowskich ofiar zamordowanych przez jednostki zdemoralizowane okrutną i nieludzką okupacją, a jednocześnie pomija wiele tysięcy osób ocalonych z Zagłady przez najczęściej bezimiennych bohaterów. Warto przypomnieć, że 6706 Polaków uhonorowanych zostało tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Przy tym możliwości pomagania Żydom były ograniczone także tym, że 85 % przedwojennej ludności żydowskiej nie władało językiem polskim, występowała więc bariera komunikacyjna”.

Jest oczywiste, że te 6706 Polaków uhonorowanych na dzień dzisiejszy przez Instytut Yad Vashem to tylko mała część tych, którzy ratowali Żydów podczas okupacji niemieckiej. Uhonorowaniu większości z nich stoją na przeszkodzie przede wszystkim rygorystyczne kryteria stosowane przez Yad Vashem (świadectwo ocalonego Żyda lub potwierdzenie w dokumentach wytworzonych przez okupanta niemieckiego). Ponadto – co wykażę w niniejszym artykule – ze strony Yad Vashem mamy niejednokrotnie do czynienia z brakiem świadomości realiów okupacji niemieckiej oraz z brakiem świadomości tego, że jedną osobę narodowości żydowskiej ratowało z reguły kilku, a nawet kilkunastu Polaków.

Jednym z miejsc polskiej pomocy dla Żydów był KL Auschwitz – od 1942 roku jeden z ważniejszych ośrodków ich deportacji i zagłady, a od 1943 roku centralny ośrodek zagłady Żydów europejskich. Różnorodnej pomocy żydowskim więźniom KL Auschwitz udzielali polscy współwięźniowie – zarówno indywidualnie, jak i działający w konspiracji więźniarskiej. Pomoc dla więźniów żydowskich była jednym z priorytetów działalności polskiej konspiracji więźniarskiej. Wielką zasługą tej konspiracji było przekazywanie informacji o zagładzie Żydów i innych zbrodniach niemieckich w obozie do stosownych komórek Polskiego Państwa Podziemnego. Dzięki temu Rząd Polski na Wychodźstwie mógł szeroko informować aliantów o tym co działo się w KL Auschwitz. Ponadto pomocy więźniom-Żydom udzielali polscy robotnicy cywilni, pracujący w zakładach przemysłowych, w których zatrudniano więźniów KL Auschwitz. Piękną kartę zapisali też Polacy-mieszkańcy Górnego Śląska, ratujący więźniów żydowskich podczas pieszej ewakuacji KL Auschwitz w styczniu 1945 roku.

Większość Polaków, którzy pomagali żydowskim więźniom KL Auschwitz nie została uhonorowana przez Instytut Yad Vashem tytułem i Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Instytut Yad Vashem najwyraźniej nie posiada też wiedzy o tym, że jednemu więźniowi-Żydowi pomagało czasem wiele osób. Przykładem tego może być chociażby przypadek uratowania Roberta Wolfa (Duba) – więźnia żydowskiego nr 68735, pochodzącego z Ołomuńca w przedwojennej Czechosłowacji, a deportowanego do KL Auschwitz 19 października 1942 roku z KL Buchenwald. Więzień ten zbiegł 15 lipca 1944 roku z obozu KL Auschwitz III w Monowicach[3]. Za jego uratowanie Instytut Yad Vashem odznaczył w 1993 roku Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata Wojciecha Basika – polskiego rolnika z Korbielowa, którego Robert Wolf miał spotkać po swojej ucieczce z obozu na stacji Jeleśnia w powiecie żywieckim i który ukrywał go aż do wyzwolenia[4]. Wynikałoby z tego, że Wolf samodzielnie pokonał dystans 50 kilometrów dzielący Monowice od Jeleśni, nie mając dokumentów, pieniędzy i na dodatek będąc ubrany w więźniarski pasiak.

Jest oczywiste, że było to niemożliwe. Nigdy nie zdarzyło się, żeby któryś z więźniów zbiegł z obozu „w czasie wymarszu do pracy” – jak opisuje to „Encyklopedia Sprawiedliwych” w historii Wojciecha Basika i Roberta Wolfa. Dystans pomiędzy bramą obozu KL Auschwitz III a fabryką IG Farbenindustrie w Monowicach, gdzie pracowali więźniowie, wynosił tylko 300 metrów. Po obu stronach drogi łączącej obóz z fabryką znajdowały się liczne posterunki uzbrojonych esesmanów. Poza tym, gdyby jakimś przedziwnym zrządzeniem losu uciekający w takiej sytuacji więzień nie zginął od razu, to chcąc wydostać się ze strefy przyobozowej musiałby jeszcze ujść z życiem – co wydaje się całkiem nieprawdopodobne – od kul esesmanów pełniących straż na wieżach wartowniczych stojących wzdłuż ogrodzenia fabryki i obozu oraz pokonać tzw. drugi łańcuch straży SS.

W rzeczywistości historia ucieczki Roberta Wolfa z KL Auschwitz III wyglądała zupełnie inaczej niż to przedstawia „Encyklopedia Sprawiedliwych”. W ucieczce tej pomogli Wolfowi dwaj polscy robotnicy cywilni z zakładów IG Farbenindustrie – Franciszek Gnaciński i Henryk Wierzbicki, z którymi żydowski więzień zaprzyjaźnił się podczas pracy w fabryce. To oni przemycili i ukryli na terenie fabryki ubranie cywilne, perukę oraz sfałszowaną przepustkę. Bez tego Wolf – ubrany w więźniarski pasiak i z ogoloną głową – nie miałby szansy nawet na przejście przez posterunek kontrolny.

W dniu zaplanowanej ucieczki Wolf najpierw przebrał się w fabryce w ubranie cywilne. Następnie udał się razem z Gnacińskim i Wierzbickim do bramy fabryki. Kiedy Gnaciński odwrócił uwagę wartowników, Wierzbicki wraz z Wolfem przeszli bezpiecznie przez posterunek kontrolny. Po pokonaniu kilku kilometrów dotarli do pobliskiej stacji kolejowej w Dworach. Wierzbicki kupił Wolfowi bilet i towarzyszył mu wraz z Gnacińskim w dalszej podróży do Jeleśni – z przesiadkami w Spytkowicach, Wadowicach i Suchej Beskidzkiej. Obecność Wierzbickiego i Gnacińskiego podczas tej podróży była niezbędna. Wolf nie znał bowiem języka polskiego i w każdej chwili mógł zostać rozpoznany przez przypadkowego Niemca – esesmana, policjanta, żołnierza Luftwaffe z obrony przeciwlotniczej fabryki IG Farbenindustrie lub któregoś z licznych na tym terenie kolonistów niemieckich, a nawet niemieckiego konduktora w pociągu.

W miejscowości Hucisko – ostatnim przystanku kolejowym przed Jeleśnią – do pociągu, w którym podróżował żydowski uciekinier z KL Auschwitz wraz z dwoma polskimi opiekunami dosiadł się Rudolf Basik – brat Wojciecha. Został on wcześniej poproszony o pomoc w planowanej ucieczce Roberta Wolfa z obozu i jego ukryciu. Prośbę tę przekazał Rudolfowi Basikowi Franciszek Gnaciński za pośrednictwem matki swojej narzeczonej, a po uzyskaniu jego zgody osobiście spotkał się z nim w mieszkaniu narzeczonej Jadwigi Miodońskiej w Żywcu i omówił szczegóły. Rudolf Basik był mieszkańcem Korbielowa i pracował w szpitalu miejskim w Żywcu, gdzie zajmował się zaopatrywaniem szpitala w żywność, paleniem w piecach i innymi pracami technicznymi. Poleciła go Gnacińskiemu matka Jadwigi Miodońskiej jako osobę godną zaufania, co okazało się prawdą.

Po wejściu do pociągu Rudolf Basik przekazał Wolfowi dokument tożsamości, tzw. „palcówkę”[5], który musieli posiadać Polacy na ziemiach wcielonych do Rzeszy i który jako jedyny był respektowany przez niemieckie władze policyjne w powiecie żywieckim. Był to oryginalny dokument na nazwisko Józefa Krzesaka (osoby prawdziwej, ale już wówczas nieżyjącej), który Rudolf Basik skradł z niemieckiego urzędu w 1939 roku, wykorzystując chwilową nieobecność niemieckiego urzędnika.

Po opuszczeniu pociągu na stacji w Jeleśni nieufny Wolf nie zastosował się jednak do polecenia Rudolfa Basika i zamiast „palcówki” pokazał niemieckim żandarmom Ausweis, który otrzymał od Gnacińskiego i który nie był respektowany przez niemiecką policję na terenie powiatu żywieckiego. Został w związku z tym zatrzymany razem z Wierzbickim. Ukarano ich karą porządkową, która polegała na wielogodzinnej pracy przy oczyszczaniu przykopu, po odbyciu której mieli powrócić do podanych w ich dokumentach miejscowości zamieszkania. W tym czasie Rudlof Basik wynajął furmankę od jednego z mieszkańców miejscowości Krzyżowa, a po zwolnieniu przez żandarmów Wolfa i Wierzbickiego dyskretnie przejął Wolfa i pojechał z nim furmanką do Korbielowa. Podczas tej podróży byli dwukrotnie kontrolowani przez żandarmów – w Krzyżowej i Korbielowie. Za każdym razem Wolf okazywał już jednak żandarmom właściwy dokument, czyli wspomnianą „palcówkę”.

W Korbielowie Rudolf Basik najpierw udał się ze zbiegiem do domu swojego brata Franciszka Basika i dopiero wieczorem przeprowadził Wolfa do domu, w którym mieszkali jego bracia Wojciech i Bronisław oraz siostra Wiktoria. Wojciech Basik nie był zorientowany w sprawie i o niczym uprzedzony, ale bez wahania zgodził się na ukrycie żydowskiego zbiega z Auschwitz.

Tak opowiedział o tym w swojej powojennej relacji: „Aby zrozumieć moją postawę, muszę swoją opowieść rozpocząć od jesieni 1939 roku. W czasie trwania kampanii wrześniowej ja, mój brat Rudolf Basik oraz koledzy z tej samej miejscowości, tzn. Józef Mocek, Wincenty Juraszek i Wincenty Jankowski, pomagaliśmy polskim żołnierzom, którzy znaleźli się w lasach na Pilsku. Donosiliśmy im żywność, a następnie pomagaliśmy im się rozmundurować, ukryć broń oraz wydostać się z wymienionego rejonu”. Za pomoc polskim żołnierzom Wojciech Basik został wówczas zatrzymany przez żandarmerię niemiecką i był torturowany, ale nikogo nie wydał.

Wolf nie chciał, żeby przeprowadzić go na stronę słowacką i po kilku dniach poprosił rodzinę Basików o dalsze ukrywanie. Jego prośba została spełniona. Ukryto go w stodole, w długim tunelu wydrążonym w słomie.

Niedługo po ukryciu Wolfa w gospodarstwie swojego brata Wojciecha Rudolf Basik został wywieziony na roboty przymusowe do Kraju Sudeckiego w rejon Karlowvych Varów. Zbiegł stamtąd przed Bożym Narodzeniem 1944 roku i powrócił nielegalnie do Korbielowa. Wówczas dowiedział się, że Wolf nieopatrznie ujawnił miejsce swojego ukrycia przed żoną mieszkańca Korbielowa Franciszka Niewdana i był przez niego szantażowany. „Wiedząc o tym porozmawiałem z Niewdanem i wręcz zagroziłem mu, że jeśli ośmieli się zrealizować swoje pogróżki, to powiesimy go jak psa w jego własnej stajni” – stwierdził w swojej relacji Rudolf Basik. Ryzyko ukrywania Wolfa zwiększył też fakt stacjonowania od jesieni 1944 roku wojsk niemieckich w Korbielowie. Niemiecka żandarmeria wojskowa przeprowadzała odtąd częste rewizje w domach w poszukiwaniu osób ukrywających się i partyzantów.

W tej sytuacji Rudolf Basik zdecydował o przeniesieniu Wolfa do wsi Krzyżowa i umieszczeniu go u rodziny Władysława Cudzicha. Po ofensywie styczniowej wojsk radzieckich front zatrzymał się w lutym 1945 roku na Żywiecczyźnie tak, że Krzyżowa i Korbielów nadal znajdowały się pod okupacją niemiecką. Wówczas Wolf na swoją prośbę został przeprowadzony na radziecką stronę frontu przez Marię Jędrzejas. Niestety w miejscowości Przyborów został zatrzymany przez żołnierzy radzieckich i przekazany w ręce kontrwywiadu wojskowego Smiersz, który posądził go o szpiegostwo na rzecz Niemiec. Wtedy po raz kolejny uratowali go Basikowie. Po wyzwoleniu Korbielowa zjawiło się u nich trzech oficerów Smiersz z aresztowanym Wolfem. Dzięki potwierdzeniu przez Basików jego tożsamości oraz faktu, że jest byłym więźniem Auschwitz został uwolniony i ocalony w ten sposób najprawdopodobniej od egzekucji albo przynajmniej deportacji na Syberię. Wolf ponownie zamieszkał u Wojciecha Basika w Korbielowie, a rodzina Basików jeszcze raz wybawiła go od kłopotów potwierdzając jego tożsamość, kiedy tym razem został zatrzymany przez funkcjonariuszy MO.

Po zakończeniu wojny Robert Wolf wyjechał do Pragi. Kilka miesięcy później powrócił jeszcze do Krzyżowej, by zabrać ze sobą Stanisławę Cudzich – siostrę Władysława Cudzicha – z którą się ożenił.

W ocaleniu Roberta Wolfa uczestniczyło co najmniej dwunastu Polaków, przy czym rodzina Basików ratowała go przynajmniej czterokrotnie – po zatrzymaniu Wolfa przez żandarmerię w Jeleśni, po odmowie Wolfa przeprowadzenia go na Słowację, po realnym niebezpieczeństwie denuncjacji pod koniec 1944 roku i po aresztowaniu go przez Smiersz.

Według relacji Wojciecha Basika największe zasługi w ukrywaniu i ocaleniu Roberta Wolfa miał jego brat Rudolf. Niestety ani Franciszek Gnaciński ani Henryk Wierzbicki, którzy zorganizowali i przeprowadzili ucieczkę Roberta Wolfa z Auschwitz, ani Rudolf Basik, który najbardziej przyczynił się do jego ocalenia, ani inne osoby zaangażowane poza Wojciechem Basikiem w ukrywanie Wolfa i pomoc dla niego, czyli Franciszek, Bronisław i Wiktoria Basikowie oraz rodzina Cudzichów, Maria Jędrzejas, Jadwiga Miodońska i jej matka nie zostali w jakikolwiek sposób uhonorowani przez Instytut Yad Vashem[6].

Opisana przeze mnie historia nie była przypadkiem odosobnionym. Była jedną z wielu historii heroicznej polskiej pomocy dla Żydów, skazanych przez hitlerowskie Niemcy na zagładę. Jan Grabowski usilnie propaguje m.in. tezę o tzw. „Judenjagd” – „polowaniu na Żydów”, które po likwidacji gett i deportacji większości Żydów do ośrodków zagłady mieli urządzić Polacy w stosunku do ukrywających się Żydów. Grabowski opisał ów „Judenjagd” na podstawie odosobnionego przykładu działania polskiej policji granatowej i wiejskich straży nocnych z powiatu Dąbrowa Tarnowska („Judenjagd. Polowanie na Żydów. Studium dziejów pewnego powiatu”, Warszawa 2011), ale uważa, że było to zjawisko niemal powszechne. Stąd zresztą wzięła się skandaliczna teza bliskiego mu Jana T. Grossa, że Polacy jakoby zgładzili podczas okupacji niemieckiej więcej Żydów niż zabili Niemców. Książka Grabowskiego „Polowanie na Żydów. Zdrada i morderstwo w okupowanej przez Niemcy Polsce” została uhonorowana w 2014 roku nagrodą Instytutu Yad Vashem.

Skoro tak, to należy zadać pytanie, dlaczego tego „Judenjagd” nie było w Korbielowie na Żywiecczyźnie? Dlaczego tam ratowano Żyda, na dodatek pochodzącego z obcego kraju? Dlaczego zorganizowano temu obcemu człowiekowi ucieczkę z KL Auschwitz i z narażeniem życia wielu osób ukrywano go? Przecież nie dla pieniędzy, bo tych jako więzień KL Auschwitz nie posiadał. Nie mógł też obiecać swoim wybawicielom żadnej innej korzyści materialnej, bo cały jego majątek Niemcy skonfiskowali mu jeszcze przed deportacją do KL Buchenwald. Korbielów był jakimś wyjątkiem? Mieszkali w nim tacy sami chłopi jak w innych miejscowościach i regionach Polski, o takim samym poziomie wykształcenia i statusie materialnym, wyznający tę samą religię. Otóż Korbielów nie był wyjątkiem, był regułą.

Tego jednak nie wiedzą zachodni odbiorcy publikacji Jana Grabowskiego i innych autorów propagujących tezę o polskim współudziale w zagładzie Żydów dokonanej przez III Rzeszę Niemiecką. Zachodnia opinia publiczna otrzymuje od nich przekaz, że w okupowanej przez Niemcy Polsce znacznie wzmógł się antysemityzm, który już przed wojną miał być duży, a Polacy w swej większości byli zadowoleni z nieszczęścia, jakie spotkało Żydów oraz korzystali na nim materialnie przejmując mienie żydowskie.

Truizmem wydaje się stwierdzenie, że próba przypisania Polakom współodpowiedzialności za niemieckie zbrodnie z okresu drugiej wojny światowej, w tym przede wszystkim za zagładę Żydów, stanowi działanie na szkodę Polski. To już nie jest zwykłe działanie na szkodę, to nie jest zwyczajne naruszanie dobrego imienia i deformowanie obrazu historii. To jest po prostu polityczna agresja. Dobrze przygotowana i sprawnie prowadzona z wielkim rozmachem. Niestety dotychczasowe próby przeciwstawienia się tej agresji ze strony polskiej należy uznać za nieudolne. Świat dzisiaj ma wiedzę na temat stosunku Polaków do Żydów w czasie drugiej wojny światowej na podstawie obrazu, który narysowali m.in. Jan T. Gross i Jan Grabowski.

[1] „Stanowczo sprzeciwiamy się działalności i wypowiedziom Jana Grabowskiego”. Oświadczenie, http://www.wpolityce.pl, 7.06.2017.

[2] B. Piętka, recenzja publikacji: A. Namysło (red.), „Zagłada Żydów na polskich terenach wcielonych do Rzeszy” (Warszawa 2008), „Zeszyty Oświęcimskie” nr 26, Oświęcim 2010, s. 320, 322-326.

[3] D. Czech, „Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz”, Oświęcim 1992, s. 711.

[4] S. Bender, I. Gutman (red.), „The Encyclopedia of the Righteous Among the Nations. Rescuers of Jews during the Holocaust”, S. Bender, S. Krakowski, „Poland”, Jerusalem 2004, t. I, s. 80-81.

[5] Anmeldung zur polizeilichen Einwohnererfassung (Zgłoszenie celem policyjnego stwierdzenia ludności) – dwustronny dokument z odciskiem palca (Fingerabdruck), stąd nazwa „palcówka”.

[6] Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Zespół Wspomnienia, t. 141, k. 71-89, wspomnienia Henryka Wierzbickiego; Zespół Oświadczenia, t. 88a, k. 87, relacja byłego więźnia Arnošta Taubera; t. 88a, k. 131-137, relacja byłego więźnia Roberta Duba (w obozie Wolfa); t. 88a, k. 164, relacja byłego więźnia Karela Minca; t. 100, k. 2-23, relacja Henryka Wierzbickiego; t. 124, k. 14-23, relacja Rudolfa Basika; t. 124, k. 24-28, relacja Wojciecha Basika; Zbiór korespondencji. Korespondencja nr 5941/86 dot. Roberta Wolfa (Duba); Häftlings-Personal-Karte. Sygn. D-Au I-3a/1685-1950, nr inw. 174174, t. 8, k. 348-349, karta personalna więźnia Roberta Wolfa; IZ-8/Gestapo Łódź/4a, nr inw. 155917, t. 6, mikr. 90/200-201, telegram o ucieczce więźnia Roberta Wolfa.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 czerwca 2017 r.

„Myśl Polska” nr 25-26 (2141/42), 18-25.06.2017, s. 14-15

Narodowcy w czasie próby

Niemiecki obóz koncentracyjny Auschwitz przez ponad cztery i pół roku swojego istnienia był m.in. miejscem izolacji i eksterminacji Polaków. Nie tylko elity intelektualnej, ale również osób reprezentujących wszystkie warstwy społeczne ówczesnego narodu polskiego. Do obozu tego mógł trafić każdy Polak, który w jakikolwiek sposób stawiał opór okupantowi niemieckiemu – czy to w zorganizowanej konspiracji wojskowej i politycznej, czy poprzez naruszenie drakońskich przepisów prawa okupacyjnego. Kierowano do KL Auschwitz także ludzi całkowicie niewinnych – aresztowanych podczas obław policyjnych (łapanek) i akcji represyjnych podejmowanych przez okupanta w odwecie za działalność polskiego podziemia zbrojnego. Osadzano w obozie również takich Polaków, których jedyną winę stanowiła ich wysoka pozycja społeczna, określana przez wykształcenie, pochodzenie, posiadany majątek, wykonywany zawód, pełnione funkcje publiczne, prowadzoną działalność, czy zaangażowanie polityczne. W nomenklaturze hitlerowskiej ludzie ci zostali określeni mianem „warstwy przywódczej”. To właśnie dla zniszczenia tej polskiej „warstwy przywódczej” z inicjatywy Heinricha Himmlera utworzono w czerwcu 1940 roku KL Auschwitz. Inne funkcje, jakie pełnił ten obóz – w tym przede wszystkim w zakresie zagłady Żydów europejskich – zostały mu powierzone przez aparat terroru III Rzeszy Niemieckiej w okresie późniejszym.

Wśród około 140-150 tys. Polaków deportowanych w latach 1940-1944 do KL Auschwitz znajdowali się – jak już zaznaczono – reprezentanci wszystkich warstw społecznych. Inteligencja – poza transportami warszawskimi oraz częściowo krakowskimi i lwowskimi – nie była najliczniej reprezentowana w masie polskich więźniów politycznych KL Auschwitz. Jednakże z punktu widzenia celów niemieckiej polityki okupacyjnej oraz postawy zajmowanej przez inteligentów w obozie – głównie ich zaangażowania w konspirację więźniarską – była to niewątpliwie grupa najważniejsza. W jej gronie znajdowały się osoby reprezentujące wszystkie nurty polityczne ówczesnego narodu polskiego od skrajnej lewicy po prawicę oraz większość organizacji polskiego podziemia zbrojnego.

Obok komunistów, socjalistów, ludowców, chadeków, czy piłsudczyków wśród polskich więźniów politycznych w KL Auschwitz nie zabrakło zatem przedstawicieli różnych nurtów i organizacji ruchu narodowego, takich jak Stronnictwo Narodowe, Obóz Wielkiej Polski, Obóz Narodowo-Radykalny i Młodzież Wszechpolska. Tak jak pozostałe orientacje tworzyli oni własną strukturę konspiracji politycznej w obozie oraz angażowali się w działalność polskiej więźniarskiej konspiracji wojskowej, którą zapoczątkował w KL Auschwitz Witold Pilecki (1901-1948).

Dużym walorem opracowania autorstwa Przemysława Bibika jest przedstawienie blisko 80. sylwetek członków polskiej konspiracji narodowodemokratycznej w KL Auschwitz, w tym zarówno postaci znanych – takich jak Seweryn Franciszek książę Czetwertyński-Świętopełk, Adam Heydel, Tadeusz Wiktor Kobylański, Józef i Stanisław Mirochna, Jan Mosdorf, Stefan Niebudek, Ignacy Oziewicz, Jerzy Ptakowski, Roman Rybarski, Witold Teofil Staniszkis – oraz drugoplanowych, jak Zbigniew Bielecki, Czesław Dmowski, Roman Frankiewicz, Karol Frycz, Stefan Godlewski, Piotr Kownacki, Stanisław Siedlaczek, Józef Stemler, Bolesław Świderski, Witold Wasiutyński, Edward Zajączek, czy Stefan Żabicki.

Autor ukazał nie tylko zaangażowanie grupy narodowej w różne formy działalności konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz. Zwrócił też uwagę na doniosłą rolę, jaką odegrało wielu jej przedstawicieli z Janem Mosdorfem na czele w pomocy dla współwięźniów – w tym narodowości żydowskiej – oraz na bezkonfliktową współpracę konspiracji narodowej z konspiracją lewicową. Przede wszystkim jednak poruszył zagadnienie stosunku osadzonych w KL Auschwitz działaczy narodowych do kwestii żydowskiej przed wojną i podczas pobytu w obozie.

Wbrew temu, co twierdzi wielu współczesnych polskich badaczy, związanych przede wszystkim z Żydowskim Instytutem Historycznym oraz Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk – antysemityzm nie był przed 1939 rokiem głównym fundamentem ideologii i wyznacznikiem działania politycznego ruchu narodowodemokratycznego. Stanowił jeden z elementów politycznej identyfikacji tej formacji, wyraźny głównie na jej radykalnych obrzeżach (ONR), ale wcale nie najważniejszy. O wiele ważniejszym elementem myśli i działalności politycznej endecji był np. antygermanizm, który niewątpliwie stał się przyczyną licznego osadzenia jej działaczy w KL Auschwitz i innych obozach hitlerowskich. Antysemityzm endecki nie był też niczym wyjątkowym na tle różnych nurtów politycznych – nie tylko prawicowych – w ówczesnej Europie. Reprezentował on jednak zupełnie inną jakość ideową i polityczną od antysemityzmu nazistowskiego, z którym nie może być w jakikolwiek sposób porównywany. Nie posiadał – co najważniejsze – elementu szowinistycznego i rasistowskiego. Zakorzeniony był w nacjonalizmie, który wyrastał z tradycji i kultury chrześcijańskiej. Jest to kluczowe zagadnienie dla zrozumienia postawy wobec Żydów przyjętej przez osadzonych w KL Auschwitz działaczy ruchu narodowego.

W dotychczasowej literaturze historycznej funkcjonowała opinia, że znany przed wojną z antysemickich poglądów Jan Mosdorf zmienił swoją postawę pod wpływem rzeczywistości KL Auschwitz, będąc świadkiem okrutnego losu, jaki zgotowali Żydom niemieccy naziści. Tymczasem Przemysław Bibik – opierając się m.in. na analizie narodowej myśli politycznej dokonanej przez prof. Bogumiła Grotta[1] – przyjmuje tezę, że Mosdorf i inni działacze narodowi jako więźniowie KL Auschwitz wcale nie zmienili radykalnie swoich poglądów na kwestię żydowską. Ich pełna empatii postawa wobec Żydów w obozie mieściła się w ramach wyznawanego światopoglądu narodowo-katolickiego – światopoglądu, który nakazywał przyjść z pomocą prześladowanemu i zagrożonemu utratą życia człowiekowi bez względu na to kim był ten człowiek. Taką postawę przyjęli endecy nie tylko osadzeni w KL Auschwitz, ale także ci spośród nich, którzy – jak np. Zofia Kossak-Szczucka i Edward Kemnitz – prowadzili działalność na rzecz ratowania Żydów w ramach Rady Pomocy Żydom „Żegota”. Wroga, niechętna lub krytyczna postawa zajmowana wobec Żydów przed wojną nie przeszkodziła im w jakimkolwiek stopniu w podjęciu pomocy dla eksterminowanego przez Niemców narodu żydowskiego.

Nie był zatem endecki antysemityzm aż takim problemem za jaki uważa go współczesna publicystyka polska, pozostająca pod wpływem publicystyki amerykańskiej i izraelskiej. Nie tylko nie powielał w najmniejszej mierze wzorców hitlerowskich i nie prowadził do kolaboracji z Niemcami w dziele zagłady Żydów, ale również nie wykluczał daleko idącego odruchu człowieczeństwa i solidaryzmu wobec tych, z którymi przyszło Polakom dzielić los pod okupacją niemiecką. Światopogląd endecki wychodził bowiem z diametralnie różnych przesłanek ideowych niż światopogląd hitlerowski i nigdy nie stawiał sobie za cel zagłady jakiegokolwiek narodu czy warstwy społecznej.

Niniejsze opracowanie, które podejmuje te ważne zagadnienia i stawia w ich wyjaśnianiu śmiałe tezy, jest niewątpliwie ważnym przyczynkiem do historii ruchu narodowego i zrozumienia relacji polsko-żydowskich w okresie drugiej wojny światowej.

[1] B. Grott, Nacjonalizm chrześcijański. Narodowo-katolicka formacja ideowa w II Rzeczypospolitej na tle porównawczym, Kraków 1996; A. S. Kotowski, Narodowa Demokracja wobec nazizmu i Trzeciej Rzeszy, Toruń 2006. Wedle B. Grotta nawet poglądy tak radykalnie narodowego działacza jak J. Mosdorf nie wychodziły poza ramy ideowe formacji narodowodemokratycznej.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 8 grudnia 2016 r.

„Myśl Polska” nr 49-50 (2113/14), 4-11.12.2016, s. 16

Tekst powyższy jest moim wstępem do opracowania P. Bibika, Polscy narodowcy jako ofiary KL Auschwitz, Warszawa 2016, s. 6-10.

Skąd się wzięło „polskie SS”?

Tuż po zakończeniu obchodów 71. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz „Le Figaro” opublikował artykuł o procesie byłego esesmana, w którym użył określenia „polski obóz zagłady”. Wedle „Le Figaro” 93-letni Ernst Tremmel „jest oskarżony o to, że nadzorował trzy transporty Żydów deportowanych z Berlina, Drancy we Francji oraz Westerbork w Holandii. Kilku innych strażników SS w Auschwitz oraz w kolejnym polskim obozie zagłady – Majdanku także jest przedmiotem śledztwa, co pokazuje gotowość Niemiec do rozliczenia dawnych nazistów z ich zbrodni”[1]. Niemcy rozliczają dawnych nazistów za zbrodnie popełnione w polskich obozach – tego typu pisanie o niemieckich obozach koncentracyjnych jest już standardem w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej od co najmniej ćwierć wieku. Obecnie jednak operacja przerzucania odpowiedzialności za zbrodnie hitlerowskie z Niemiec na Polskę przeszła na wyższy etap.

Już nie „polskie obozy”, ale „polscy esesmani”

Ostatnio zasygnalizował to m.in. Joël Mergui – prezydent Centralnego Konsystorza Izraelskiego we Francji – który 6 stycznia 2016 roku na antenie francuskiej telewizji I-Télé stwierdził, że „w imię judaizmu wspólnota żydowska nigdy nie powstała ani żeby zniszczyć Hiszpanię, która ich (Żydów – uzup. BP) wypędziła, ani Polskę, która ich zagazowała”[2]. Cztery miesiące wcześniej irlandzki historyk z uniwersytetu w Cork (University College Cork) i zarazem doradca Muzeum Żydowskiego w Dublinie, dr Kevin McCarthy, napisał na łamach „Belfast Telegraph”, iż „Polacy nie mogą zaprzeczyć, że odegrali swoją rolę w tragedii Auschwitz”. Jego artykuł był odpowiedzią na protesty mieszkającej w Irlandii Polki Kaji Kazimierskiej wobec przypisywania Polsce odpowiedzialności za zagładę Żydów. „Technicznie rzecz biorąc – napisał McCarthy – Kaja Kazimierska mówi prawdę, kiedy stwierdza, że obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau znajdował się na terenie okupowanej przez Niemców Polski i nie był kontrolowany przez niezależny polski rząd. Ale powód ku temu jest prosty: naziści wiedzieli, że Polska ze swoim głęboko zakorzenionym antysemityzmem była najprawdopodobniej jedynym krajem pod kontrolą Niemiec, który zaakceptowałby zaistnienie takiego centrum eksterminacji”. Jego zdaniem „antysemityzm był historycznie tak mocno wrośnięty” w naród polski, że „4 lipca 1946 roku, zaledwie 16 miesięcy po wyzwoleniu obozu Auschwitz, rozwścieczona polska społeczność w Kielcach rozpoczęła serię brutalnych pogromów; w mieście zamordowanych zostało 50 osób ocalałych z Holocaustu”. W konkluzji McCarthy podkreślił, że „to wrodzone antysemickie poglądy na świat były powodem, dla którego naziści zlokalizowali obozy koncentracyjne w Polsce”[3].

Nie są to nowe kłamstwa i oszczerstwa zarazem. Pewną nowością jest natomiast u McCarthy’ego teoria o „wrodzonym antysemityzmie” Polaków. Dotychczas bowiem tak stanowczo propagował ją Jan T. Gross. Dlaczego antysemityzm jest „wrodzony” tylko u Polaków autorzy ci nie wyjaśniają.

Tzw. pedagogika wstydu, zapoczątkowana przez Jana T. Grossa na początku XXI wieku, także przeszła na poziom wyższy, w którym Polacy już nie są incydentalnymi współsprawcami zagłady Żydów, ale – obok Niemców – sprawcami głównymi. Zwieńczeniem pedagogiki wstydu, uprawianej kilkanaście lat przez Alinę Całą, Barbarę Engelking-Boni, Jana Grabowskiego, Jana T. Grossa, Pawła Śpiewaka i Andrzeja Żbikowskiego, stało się odkrycie – autoryzowane przez Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie – że Polacy podczas drugiej wojny światowej zamordowali jakoby od 120 do 200 tys. Żydów[4].

W ten nurt przerzucania odpowiedzialności za zagładę Żydów na Polskę i Polaków wpisał się też prezydent Bronisław Komorowski, który w liście z okazji 70. rocznicy mordu w Jedwabnem, odczytanym podczas uroczystości 10 lipca 2011 roku przez Tadeusza Mazowieckiego, stwierdził, że „naród ofiar… bywał także sprawcą”[5]. Tak mocno nie postawił sprawy w odniesieniu do Niemiec i Niemców żaden przywódca Republiki Federalnej Niemiec, ani nikt inny po 1945 roku. Mimo że nazizm cieszył się poparciem przytłaczającej większości Niemców od początku do końca istnienia III Rzeszy, nigdy nie oskarżano Niemców jako narodu o sprawstwo zbrodni popełnionych przez III Rzeszę. Od początku w tej kwestii oddzielano „hitlerowców” i „nazistów” od narodu niemieckiego. Z czasem oddzielono ich tak konsekwentnie, że obecnie na Zachodzie mało kto do rzeczownika „naziści” dodaje przymiotnik „niemieccy”. Tymczasem prezydent Komorowski stwierdził wprost, że za Jedwabne ponoszą winę Polacy jako naród i to poszło w świat.

Jeżeli zdaniem głowy państwa nie pojedyncze osoby, ale cały naród polski był sprawcą zagłady Żydów, to nie może dziwić, że znajduje to swoje odzwierciedlenie w publikacjach i wypowiedziach pojawiających się na Zachodzie. Oprócz wypowiedzi Kevina McCarthy’ego i Joëla Mergui pojawiła się ostatnio publikacja, gdzie jest mowa o „polskim SS”. Skoro były „polskie obozy”, a naziści byli bezprzymiotnikowi (w domyśle też „polscy”), to i musiało być „polskie SS”. Jeśli od kilkudziesięciu lat wszelkimi sposobami – na płaszczyźnie literackiej, publicystycznej, naukowej, medialnej i politycznej – nakręca się kampanię kreowania polskiej odpowiedzialności za Holokaust, to kampania ta musi podlegać regułom postępującej radykalizacji.

O „polskim SS” jest mowa na stronie 178 publikacji „Flight and Freedom. Stories of Escape to Canada”, wydanej we wrześniu 2015 roku przez kanadyjskie wydawnictwo „Between the Lines”. Autorami tej książki są Ratna Omidvar – adwokat i bojowniczka o prawa człowieka rodem z Indii, oraz Dana Wagner – pracownik naukowy Uniwersytetu Ryerson w Toronto, gdzie zajmuje się stosunkami międzynarodowymi. Ich publikacja jest zbiorem wywiadów z uchodźcami i ofiarami wojen, czystek etnicznych, ludobójstw i dyktatur. Autorki zgromadziły całą mozaikę, wrzucając do jednego worka ofiary różnych wojen w Afganistanie, Etiopii, Laosie, Salwadorze, Somalii, Sri Lance i Wietnamie, dyktatur w Chile, Myanmarze (Birmie), Iranie i Ugandzie, ludobójstw w Bośni i Hercegowinie, Kambodży, Rwandzie i Imperium Osmańskim. Nie zabrakło oczywiście rozdziału mówiącego o ofierze Holokaustu. Jest to rozdział 25 zatytułowany „Max Farber, Poland”[6]. Przedstawia on historię polskiego Żyda Maxa Farbera, którą opowiada jego syn Bernie M. Farber (ur. 1951) – dyrektor wykonawczy Instytutu Mojżeszowego (Mosaic Institute) w Toronto, wieloletni wysoki funkcjonariusz Kanadyjskiego Kongresu Żydowskiego oraz Centrum na Rzecz Spraw Izraelskich i Żydowskich (Centre for Israel and Jewish Affairs), znany m.in. z kampanii sprzeciwu wobec beatyfikacji papieża Piusa XII z powodu jego domniemanej obojętności wobec Holokaustu.

Strona tytułowa publikacji „Flight and Freedom. Stories of Escape to Canada”. Fot. www.btlbooks.com

Strona tytułowa publikacji „Flight and Freedom. Stories of Escape to Canada”. Fot. http://www.btlbooks.com

Z opowieści Berniego M. Farbera dowiadujemy się, że jego ojciec Max pochodził z okolic Sokołowa Podlaskiego, gdzie Żydzi żyli względnie spokojnie (relative calm) w okresie „sowieckiej Polski” (Soviet Poland – sic!), czyli w latach 1939-1941. Spokój ten zakłóciła dopiero agresja Niemiec na ZSRR 22 czerwca 1941 roku. Pierwsza żona Maxa Farbera, jego dwoje dzieci oraz siedmioro braci i sióstr zostało zamordowanych w ośrodku zagłady bezpośredniej w Treblince. Niestety czytelnik nie dowiaduje się, że zostali zamordowani przez Niemców i dlaczego Max Farber nie został zamordowany razem z nimi. Kto go ocalił? Jakim cudem znalazł się po wojnie w Kanadzie? Jest natomiast mowa o „polskim SS”[7].

Nie wierzę w to, że pan Bernie Farber oraz specjalistka od stosunków międzynarodowych Ryerson Univeristy nie wiedzą kto był sprawcą Holokaustu i że nie było żadnego „polskiego SS”. Nawet na Zachodzie są dostępne publikacje, z których można się dowiedzieć, że wśród 38 dywizji Waffen-SS znajdowały się dywizje złożone z Albańczyków, Austriaków, Azerów, Belgów, Białorusinów, Bośniaków, Chorwatów, Duńczyków, Estończyków, Finów, Francuzów, Holendrów, Łotyszy, Niemców, Norwegów, Rosjan, Tatarów krymskich, Ukraińców, Węgrów i Włochów. Nie było natomiast dywizji Waffen-SS ani żadnej innej formacji SS złożonej z Polaków[8]. Próby utworzenia przez Niemców polskiej formacji Waffen-SS, podejmowane w latach 1942-1944, zakończyły się niepowodzeniem z powodu braku większej ilości ochotników[9], co wydaje się dziwne chociażby w kontekście enuncjacji panów McCarthy’ego i Grossa na temat „wrodzonego antysemityzmu” Polaków. Informacje na ten temat można uzyskać nawet z Wikipedii. Zatem w wypadku Berniego Farbera, Ratny Omidvar i Dany Wagner najprawdopodobniej nie mamy do czynienia z ignorancją, ale ze świadomą dezinformacją, która została podyktowana udziałem tych osób w operacji kreowania Polski jako winowajcy zastępczego zagłady Żydów.

Podobnie jak działacze Reduty Dobrego Imienia-Polskiej Ligi przeciw Zniesławieniom uważam za niepoważne tłumaczenie autorek, że pisząc o „polskim SS” popełniły „błąd gramatyczny”[10]. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat w zachodnim piśmiennictwie nagromadziło się zbyt dużo tych „błędów gramatycznych” związanych z nazewnictwem obozów, formacji i zbrodni III Rzeszy Niemieckiej. Ich nagminne pojawianie się daje podstawę do wyciągnięcia wniosku, że jest to akcja celowa i odgórnie koordynowana.

Operacja kreowania winowajcy zastępczego

Nie jest tajemnicą, że „polskie obozy koncentracyjne” zostały wymyślone przez Alfreda Benzingera – w okresie drugiej wojny światowej sierżanta tajnej policji polowej Wehrmachtu (Geheime Feldpolizei), a po jej zakończeniu szefa Agencji 114 (Dienststelle 114). Była to tajna komórka zachodnioniemieckich służb wywiadowczych, służąca jako przykrywka dla działalności byłych nazistów w tych służbach. Początkowo wchodziła w skład tzw. Organizacji Gehlena – niemieckiej służby wywiadowczej utworzonej w 1945 roku z inicjatywy Amerykanów przez byłego generała Wehrmachtu Reinharda Gehlena, który podczas drugiej wojny światowej kierował specjalną służbą wywiadowczą o nazwie Obce Armie Wschód (formalnie był to XII Wydział Sztabu Generalnego Dowództwa Wojsk Lądowych). Po przyjęciu RFN do NATO w 1955 roku Organizację Gehlena przekształcono rok później w Federalną Służbę Wywiadowczą (Bundesnachrichtendienst-BND). Agencja 114 została włączona do BND dopiero w 1960 roku. Zajmowała się wywiadem wymierzonym w ZSRR oraz zwalczaniem krajowych ruchów lewicowych i pacyfistycznych.

Znacznie wcześniej, bo w 1956 roku, Agencja 114 zaprojektowała tajną operację wybielania niemieckiej odpowiedzialności za zbrodnie III Rzeszy. Benzinger zaproponował, żeby wprowadzić do obiegu medialnego określenie „polskie obozy koncentracyjne (zagłady)”, a zarzuty o kłamstwo i manipulację odpierać tłumaczeniem, że termin ten odnosi się do lokalizacji geograficznej. „Odrobina fałszu w historii po latach może łatwo przyczynić się do wybielenia historycznej odpowiedzialności Niemiec za Zagładę” – miał wówczas powiedzieć Benzinger[11].

Tak rozpoczęła się, trwająca już ponad pół wieku, kampania przerzucania odpowiedzialności za zagładę Żydów z Niemiec na Polskę. W kampanii tej bynajmniej nie uczestniczyły tylko zachodnioniemieckie służby wywiadowcze. Nie będę szerzej analizował dlaczego w operacji kreowania winowajcy zastępczego w postaci Polski tak szeroki udział brali i biorą dziennikarze, publicyści, reżyserzy, historycy i osoby publiczne narodowości żydowskiej lub pochodzenia żydowskiego. Bliżej to zagadnienie zostało omówione w publicystyce m.in. Pawła Lisickiego, Stanisława Michalkiewicza, Jerzego Roberta Nowaka, czy Bogusława Wolniewicza. Aczkolwiek trzeba też przyznać, że byli Żydzi protestujący przeciwko takiemu fałszowaniu historii i zniesławianiu Polski. Należał do nich m.in. były więzień Auschwitz i historyk, wieloletni dyrektor Instytutu Pamięci Yad Vashem, prof. Israel Gutman (1923-2013), który stwierdził, że używanie określenia „polskie obozy koncentracyjne” jest jedną z form negowania Holokaustu. Natomiast w 2005 roku Amerykański Kongres Żydowski uznał takie określenie niemieckich obozów za „mylące i szkodliwe”.

Po raz pierwszy o „polskich obozach śmierci” była mowa w sztuce Arthura Millera „Incydent w Vichy”, którą wystawiono w Nowym Jorku w 1964 roku. Od tamtego czasu termin ten był używany tysiące razy przez media, głównie zachodnie. Prawdziwa plaga pisania o „polskich obozach” nastąpiła po 1989 roku. Według polskiego MSZ tylko w 2009 roku określenie to pojawiło się 103 razy, w tym 20 razy w mediach niemieckich, po 16 razy w mediach amerykańskich i hiszpańskich, 8 razy w Austrii, 6 razy w Kanadzie, 5 razy we Francji oraz po jednym razie na Słowacji, w Serbii i Irlandii. Określenia „polskie obozy” używały dotychczas media amerykańskie (m.in. „Boston Globe”, „New York Times”, „New York Daily News”, ABC News, CBS News), brytyjskie (m.in. „The Guardian”, TV Channel 4 News), włoskie („Corriere della Sera”, „Il Sore 24 Ore”, „La Repubblica”, „La Stampa”, „L’Unitá”, agencja ANSA), francuskie (m.in. „Le Figaro”, „Le Monde”), belgijskie („Metro”), norweskie („Avisa Sor-Trondelag”), słowackie (TV TA3, STV), rosyjskie (m.in. RIA Novosti, RT), izraelskie (m.in. „Haaretz”), niemieckie („Bild”, „Der Spiegel”, „Der Tagesspiegel”, „Die Welt”, „Die Zeit”, „Focus”, „Junge Welt”, „Rheinische Post”, „Stern”, „Süddeutsche Zeitung”, „Thurgauer Zeitung”, „Westdeustche Zeitung”, agencja DPA, niemiecki Reuters), a także argentyńskie, australijskie, brazylijskie, bułgarskie, czeskie, fińskie, hiszpańskie, irlandzkie, kanadyjskie, luksemburskie, macedońskie, norweskie, portugalskie, słoweńskie, szwajcarskie, wenezuelskie i węgierskie[12]. Terminu „polskie obozy” użyło też kilkakrotnie Centrum Szymona Wiesenthala, które wydawałoby się powinno doskonale wiedzieć czyje były obozy istniejące podczas drugiej wojny światowej na okupowanych przez Niemcy ziemiach polskich. Określenia „polish death camp” użył 29 maja 2012 roku podczas oficjalnego wystąpienia z okazji pośmiertnego uhonorowania Jana Karskiego prezydent USA Barack Obama. Stosowali go też w swoich wypowiedziach inni politycy amerykańscy (m.in. senator Sam Brownback).

Wspomniane media zwykle uzasadniają używanie nazwy „polskie obozy” lokalizacją geograficzną największych obozów koncentracyjnych i ośrodków zagłady, stworzonych przez III Rzeszę. Takie stanowisko zajęła też m.in. norweska Rada Etyki Mediów uznając, że określenie „polski obóz koncentracyjny” nie narusza zasad dziennikarstwa[13]. Istnieją jednak przynajmniej dwa środowiska, które nie ukrywają, że o „polskich obozach” mówią dosłownie. Są to ślązakowcy i neobanderowcy, którzy głoszą, że Polska po 1945 roku jakoby dokonała masowych zbrodni na Ślązakach i Ukraińcach właśnie w „polskich obozach koncentracyjnych” (chodzi im m.in. o obozy internowania w Jaworznie i Świętochłowicach).

Stosowanie przez niektórych zachodnich autorów terminu „polskie obozy” niejednokrotnie zawiera wyraźny podtekst, że były one „polskie” bynajmniej nie ze względu na swoje położenie. Przykładem tego jest chociażby Alan M. Dershowitz – adwokat rabina Avrahama Weissa (organizatora prowokacji w oświęcimskim Karmelu w 1989 roku) – który w swojej książce „Hucpa” napisał, iż Żydów „zagazowano w olbrzymich polskich obozach zagłady w Auschwitz-Birkenau, Treblince, Bełżcu, Chełmnie i Sobiborze[14].

Niemiecki historyk Dieter Schenk w wypowiedzi dla Polskiego Radia w październiku 2013 roku uznał, że w jego kraju określenie „polskie obozy zagłady” używane jest celowo i jest to świadoma manipulacja. Wezwał też rząd polski do bezwzględnej walki z tego typu przekłamaniami[15]. Wkrótce organy polskiego państwa pokazały jak prowadzą taką walkę. Okazją ku temu był wniosek niemieckiej Polonii o ściganie przez polski wymiar sprawiedliwości niemieckiego dziennika „Rheinsche Post”, na którego łamach w sierpniu 2013 roku napisano o „polskich obozach” i „polskich gettach”. Wyciągnięcie konsekwencji prawnych wobec tej gazety uniemożliwiła prokurator Mariola Reda-Pieczeniewska z Prokuratury Rejonowej dla Warszawy-Mokotowa, która uznała, że autorzy publikacji nie mieli zamiaru znieważenia narodu polskiego, ponieważ podobno chcieli jedynie wskazać, iż obozy i getta były na ziemiach polskich[16].

Od „polskich obozów” do „Nazi Poland”

Z czasem obok używania nazwy „polskie obozy” jako rzekomego określenia ich lokalizacji geograficznej rozpoczęło się sugerowanie wprost polskiego udziału w zagładzie Żydów podczas drugiej wojny światowej. W popularnym amerykańskim serialu telewizyjnym „Holocaust” z 1978 roku krwawej pacyfikacji getta warszawskiego w 1943 roku dokonuje razem z SS oddział żołnierzy ubrany w polskie mundury i z orzełkami na rogatywkach (pierwowzór „polskiego SS”?). W wydanej rok później powieści amerykańskiego pisarza Williama Styrona „Wybór Zofii” (zekranizowanej przez Alana Pakulę w 1982 roku) plan zagłady Żydów opracowuje dla III Rzeszy Polak-profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. W tym nurcie sytuuje się też paszkwilanckie pisarstwo wielu autorów, głównie żydowskiego pochodzenia (m.in. Jerzy Kosiński), o których szerzej wspomniałem w swoim artykule „Kto neguje Holokaust?”, publikowanym na łamach „Myśli Polskiej”. Do tego nurtu zalicza się także tzw. pedagogika wstydu, czyli uznawana w niektórych kręgach za naukową publicystyka historyczna Jana Tomasza Grossa, Jana Grabowskiego i innych autorów.

Nie można zatem wykluczyć, że określenie „polskie SS” w publikacji „Flight and Freedom. Stories of Escape to Canada” jest fragmentem wyższego etapu operacji kreowania winowajcy zastępczego niemieckich zbrodni z okresu drugiej wojny światowej.

Bezpośredniego oskarżenia Polski o zagładę Żydów podczas drugiej wojny światowej dokonał po raz pierwszy w 1994 roku Norman F. Cantor – profesor historii na New York University – który w swojej książce „The Sacred Chain. The History of the Jews” napisał, że współudział Polaków w zagładzie Żydów „był znaczący i nie podlegający dyskusji (…). Polscy katolicy tysiącami pracowali w obozach koncentracyjnych i komandach śmierci (…). Polscy katolicy tysiącami uczestniczyli w obsłudze obozów koncentracyjnych i plutonów egzekucyjnych”[17]. W tym samym roku Andrew Kendall – redaktor naczelny największej kanadyjskiej gazety codziennej „The Toronto Star” – oskarżył Armię Krajową o masowe zbrodnie na Żydach, a rząd polski na uchodźstwie o rzekome opóźnianie informacji o zagładzie Żydów[18]. Drogę Cantorowi i Kendallowi utorował niewątpliwie Reuben Ainsztein – brytyjski publicysta żydowskiego pochodzenia – który w wydanej w 1974 roku w USA książce „Jewish resistance in Nazi-occupied Eastern Europe” napisał, że „wielu z polskich nazistów, to byli polscy oficerowie i jako takim dano im dowództwo nad oddziałami Armii Krajowej, gdzie robili wszystko, aby zintensyfikować antyżydowską nienawiść”[19].

W 2004 roku dziennikarz Hans-Wilhelm Steinfeld oskarżył Polaków w norweskiej telewizji NHK o dokonanie pogromów lwowskich w 1941 roku, których sprawcami faktycznie byli nacjonaliści ukraińscy. Użył przy tym określenia „polscy naziści we Lwowie”[20]. Efraim Zuroff – dyrektor wspomnianego Centrum Szymona Wiesenthala – w wywiadzie dla „Le Figaro” z 28 stycznia 2005 roku powiedział, że w Polsce istniał „reżim pronazistowski”[21].

Po „polskich obozach” przyszła kolej na „polskie getta” i „Nazi Poland” („nazistowska Polska”). Nic więc dziwnego, że musiało się też pojawić „polskie SS” i bynajmniej nie jest to „błąd gramatyczny”. Sformułowanie „polskie getta” – w odniesieniu do gett żydowskich w okupowanej przez Niemców Polsce – pojawiło się m.in. w kwietniu 2009 roku na internetowym portalu „Gazety Wyborczej” (gazeta.pl)[22]. Terminu „Nazi Poland” – jako rzekomego określenia Polski okupowanej przez Niemcy – używały kilkakrotnie m.in. „Los Angeles Times”, „San Francisco Chronicle”, czy hiszpańskie „Publico”[23]. Stał się on także tytułem książki Fay Walker i Leo Rosen – „Hidden. A Sister and Brother in Nazi Poland”, wydanej w 2002 roku przez Uniwersytet Stanowy Wisconsin. Redaktorem tej książki była Caren S. Neile, przedstawiana na stronie internetowej uniwersyteckiego wydawnictwa jako „zawodowa pisarka i wydawca”[24].

F. Kathleen Foley w recenzji sztuki teatralnej o Jerzym Kosińskim („More Lies About Jerzy”) napisała, że „Jerzy Kosiński wzbudził kontrowersje swoją powieścią „Malowany Ptak”, którą chętnie promował jako autobiograficzną relację ze swego dzieciństwa w nazistowskiej Polsce”[25]. W 2005 roku francuski dziennik „Le Progress” w serii artykułów poświęconych wizycie młodzieży z Lyonu w Muzeum Auschwitz-Birkenau podał m.in., że pierwsze obozy koncentracyjne były otwierane w 1940 roku przez Polaków i że „naziści znaleźli w Polsce warunki do rozwoju obozów”[26].

Nigdy nie zetknąłem się z tym, żeby o jakimkolwiek innym oprócz Polski kraju okupowanym przez III Rzeszę Niemiecką pisano, że był „nazistowski”. Nigdy też nie słyszałem, żeby ktoś nazwał Natzweiler obozem „francuskim”, Malines obozem „belgijskim”, Hertogenbosch obozem „holenderskim”, Terezin obozem „czeskim”, Mauthausen obozem „austriackim”, Kaiserwald obozem „łotewskim”, a Mały Trościeniec obozem „białoruskim” i uzasadniał to lokalizacją geograficzną. Dlaczego więc te „przejęzyczenia” i „błędy gramatyczne” nagminnie pojawiają się tylko w stosunku do Polski?

Nigdy również nie zetknąłem się z tym, żeby reżim Vichy we Francji, rząd Quislinga w Norwegii, albo reżim ludaków na Słowacji były opisywane jako nazistowskie, choć przecież były nazizmowi bliskie, a Francja-Vichy i Słowacja aktywnie współpracowały z III Rzeszą w zagładzie Żydów. Zazwyczaj mówi się w tym wypadku o „satelitach III Rzeszy”. Nigdy nie zetknąłem się, by ktoś mówił o nazistowskiej Danii, chociaż pod okupacją niemiecką działał duński rząd, a nawet parlament. Nigdy nie spotkałem się z określeniem „nazistowskie Węgry”, chociaż po odsunięciu od władzy Miklósa Horthy’ego w 1944 roku Niemcy zainstalowali w tym kraju jawnie nazistowski reżim strzałokrzyżowców. Nigdy nie zetknąłem się, by mówiono o nazistowskiej Rumunii, chociaż reżim Antonescu samodzielnie przeprowadził zagładę 265 tys. Żydów (43 proc. wszystkich Żydów rumuńskich)[27]. Ba, nawet w stosunku do chorwackich ustaszy i ich tzw. Niepodległego Państwa Chorwackiego rzadko pojawia się przymiotnik „nazistowski”, chociaż swoim fanatyzmem i okrucieństwem przewyższali nazistów niemieckich. Rzadko też spotykałem się z nazywaniem obozu zagłady w Jasenovac mianem obozu chorwackiego (najczęściej jest to obóz „faszystowski”), chociaż był to obóz chorwacki – jedyny podczas drugiej wojny światowej nazistowski obóz koncentracyjny założony w Europie przez państwo inne niż III Rzesza Niemiecka.

W przypadku tych państw nikt nigdy się nie „przejęzyczył”. Nie było nazistowskiej Francji, Rumunii i Słowacji oraz nazistowskich Węgier. Nie było nawet nazistowskich Niemiec. Była natomiast „nazistowska Polska” z „polskimi obozami” i „polskim SS”.

W 2007 roku hiszpańska dziennikarka i pisarka Pilar Rahola w słynnym artykule na łamach „El Pais” pt. „Polska wciąż budzi grozę” stwierdziła m.in., że „Kluczową rolę w Holokauście odegrali Polacy (…). Polacy wymyślili antysemityzm. Był w Polsce, zanim doszli do władzy faszyści (…). Zrobiłam analizę historii Żydów i Kościoła katolickiego. Rola, jaką odegrał ten Kościół, w tym też polski, w Holokauście jest zasadnicza”[28]. Można powiedzieć, że obłęd sięgnął zenitu.

Cena rozwoju zależnego

Operacja zapoczątkowana w 1956 roku przez służby specjalne RFN przybrała w ostatnich latach na sile i nieubłaganie zmierza do wykreowania Polski już nie na zastępczego i drugoplanowego, ale głównego winowajcę Holokaustu. Ta operacja jest prowadzona w różnych krajach i przez różne środowiska. Ma też różne cele. Jeden cel jednakże wydaje się wiodący, a jest nim moralna i polityczna degradacja Polski celem jej podporządkowania ośrodkom kreującym nowy porządek globalny.

Siły polityczne rządzące w Polsce po 1989 roku przez długi czas nie rozumiały powagi sytuacji, a na kampanię zniesławiania reagowały połowicznie, chaotycznie i niejednokrotnie bojaźliwie. Główni aktorzy polskiej sceny politycznej nie wyobrażają sobie funkcjonowania kraju w innej konstelacji geopolitycznej niż opcja euro-atlantycka, a ich daleko posunięta podległość wobec Zachodu niejednokrotnie stanowiła przeszkodę w skutecznej walce z kampanią oczerniania. Niestety realia są takie, że „polskie obozy”, „polskie SS” i „Nazi Poland” – tak jak deindustrializacja, depopulacja, emigracja zarobkowa, udział w „misjach pokojowych” w Iraku i Afganistanie oraz wspieranie pomajdanowej Ukrainy – są ceną, jaką trzeba płacić za funkcjonowanie w ramach opcji euro-atlantyckiej. Jest to cena – mówiąc językiem socjologii – rozwoju zależnego, a innymi słowy cena przynależności Polski do postmodernistycznej cywilizacji Zachodu, w której – zgodnie z założeniami konstruktywizmu – klasycznie pojmowana prawda i moralność nie istnieją.

[1] We francuskim dzienniku ‘Le Figaro” pojawił się zwrot „polski obóz zagłady”, http://www.kresy.pl, 11.02.2016.

[2] B. Piętka, „Kto neguje Holokaust?”, „Myśl Polska” nr 5-6 (2071/72), 31.01-7.02.2016, s. 17.

[3] Irlandzki historyk: Polacy nie mogą zaprzeczyć swojej roli w Auschwitz, http://www.onet.pl, 19.09.2015.

[4] To już chorobliwe! Jan Tomasz Gross w „Deutschlandfunk”: „Polacy zabili podczas okupacji dziesiątki tysięcy Żydów. Teraz znów idziemy w kierunku autorytaryzmu”, http://www.wpolityce.pl, 19.02.2016; Jan T. Gross: chcę rozświetlić ciemność, http://www.onet.pl, 20.02.2016; Prof. Żbikowski: z rąk Polaków mogło zginąć 150 tys. Żydów, http://www.wiadomosci24.pl, 26.04.2014; wywiad Pawła Śpiewaka dla „Rzeczpospolitej” (26-27.11.2011); wywiad Aliny Całej dla „Rzeczpospolitej” (25.05.2009) pt. „Polacy nie zdali egzaminu”.

[5] Prezydent Komorowski o Jedwabnem: „Naród ofiar musiał uznać tę niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą”. Czy to był „naród”?, http://www.wpolityce.pl, 10.07.2011.

[6] Flight and Freedom. Strories of Escape to Canada by Ratna Omidvar and Dana Wagner, http://www.btlbooks.com (dostęp 5.02.2016).

[7] „Polskie SS” w książce kanadyjskiego wydawnictwa. Ambasada reaguje, http://www.fakty.interia.pl, 5.02.2016; Refugee Stories: Flight and Freedom by Bernie Farber, http://www.nowtoronto.com (dostęp 5.02.2016), Max Farber, told by Bernie Farber, http://www.flightandfreedom.ca (dostęp 5.02.2016).

[8] Por. Ch. Bishop, „Waffen-SS Divisions 1939-45” (wyd. pol., „Dywizje Waffen-SS 1939-1945”, Warszawa 2015).

[9] J. Gdański, „Polacy po stronie Niemców”, „Inne Oblicza Historii” nr 02/2005; H. Kawka, „Polnische Wehrmacht”, „Inne Oblicza Historii” nr 02-03/2007; C. Madajczyk, „Polityka III Rzeszy w okupowanej Polsce”, t. I, Warszawa 1970, s. 462; S. Żerko, „Próba sformowania na Podhalu „Legionu Góralskiego” Waffen-SS”, „Przegląd Zachodni” nr 2 (284), Poznań 1997, s. 217-222.

[10] Autorki kanadyjskiej książki twierdzą, że „Polish SS” to… błąd gramatyczny. Reduta Dobrego Imienia interweniuje, http://www.natemat.pl (dostęp 22.02.2016).

[11] T. Formicki, Nazistowskie demony nad niemieckimi służbami specjalnymi, http://www.konserwtyzm.pl, 26.01.2012; M. Ziętek, Polityka historyczna, http://www.realitas.pl, 5.05.2012.

[12] Błędne nazewnictwo w mediach zagranicznych dotyczące obozów koncentracyjnych hitlerowskich Niemiec na terenach okupowanej Polski. Raport Departamentu Systemu Informacji MSZ (styczeń-marzec 2005 r.), http://www.msz.gov.pl (dostęp 23.02.2016).

[13] W Norwegii określenie „polskie obozy” nie narusza zasad, http://www.tvn24.pl, 26.11.2015.

[14] J. R. Nowak, Osaczanie Polski, „Niedziela” nr 7/2011, http://www.sunday.niedziela.pl (dostęp18.01.2016).

[15] Niemiecki historyk: Niemcy świadomie używają sformułowania „polskie obozy zagłady”. Nie ma mowy o lapsusie językowym, http://www.wpolityce.pl, 12.10.2013.

[16] Prokuratura: były polskie obozy koncentracyjne, http://www.gpcodziennie.pl, 13.12.2013; „Polskie obozy koncentracyjne” standardem również dla polskiej prokuratury?, http://www.wpolityce.pl, 13.12.2013; Prokuratura: zwrot „polskie obozy” nie znieważa Polaków, http://www.polskieradio.pl.

[17] N. F. Cantor, „The Sacred Chain. The Histoty of the Jews”. New York 1994, s. 345-346.

[18] „The Toronto Star” z 27.05.1994.

[19] R. Ainsztein, „Jewish resistance in Nazi-occupied Eastern Europe. With a historical survey of the Jew as fighter and soldier in the Diaspora”, New York 1974, s. 676.

[20] Błędne nazewnictwo w mediach zagranicznych dotyczące obozów koncentracyjnych…

[21] Tamże.

[22] Ponad 60 lat po wojnie odkryli, że przeżyli dokładnie to samo, http://www.gazeta.pl, 20.04.2009.

[23] A. Heller, „Murals from Nazi Poland see the light”, http://www.sfgate.com (strona internetowa „San Francisco Chronicle”), 23.02.2009; P. L. Woods, „Hellish days in Nazi Poland”, http://www.latimes.com (strona internetowa „The Los Angeles Times”), 24.05.2008.

[24] Hidden. A Sister and Brother in Nazi Poland, http://www.uwpress.wisc.edu (strona internetowa The University of Wisconsin Press), dostęp 23.02.2016.

[25] O „nazistowskiej Polsce” w „Los Angeles Times”, http://www.fronda.pl, 6.06.2010.

[26] Błędne nazewnictwo w mediach zagranicznych dotyczące obozów koncentracyjnych…

[27] D. Deletant, „Rumunia. Zapomniany sojusznik Hitlera”, Warszawa 2010.

[28] Hiszpańska dziennikarka znów oskarża nas o Holokaust, http://www.dziennik.pl, 12.10.2007.

Skąd się wzięło „polskie SS”?

http://www.mysl-polska.pl/814

„Myśl Polska” nr 11-12 (2077/78), 13-20.03.2016, s. 16-17

„Myśl Polska” nr 13-14 (2079/78), 27.03-3.04.2016, s. 16

Bohdan Piętka

Oświęcim, 23 lutego 2016 r.

Spory wokół liczby ofiar Auschwitz

Liczba ofiar KL Auschwitz – największego niemieckiego obozu koncentracyjnego i ośrodka zagłady – pomimo zweryfikowania jej i ostatecznego ustalenia na początku lat 90. XX wieku nadal budzi wiele emocji. Co jakiś czas pojawiają się różne polemiki i ataki na obecnie przyjmowaną liczbę ofiar Auschwitz. Ataki te wychodzą nie tylko ze środowisk negacjonistów Holokaustu. Motywowane są różnymi przesłankami: politycznymi, poszukiwaniem sensacji czy zwykłą ignorancją. Zanim je omówię, przybliżę pokrótce proces weryfikacji liczby ofiar KL Auschwitz od 4 mln, przyjętych w 1945 roku, do 1,1 mln, przyjętych na początku lat 90. XX wieku.

Na wstępie należy zaznaczyć, że w Polsce nie było i nie ma źródeł (dokumentów), które stanowiłyby podstawę do weryfikacji przyjętej przez radziecką komisję[1] w 1945 roku liczby 4 mln ofiar Auschwitz. Dokumentów takich nie ma także wśród tych, które wywieziono do ZSRR i odzyskano na początku lat 90. XX wieku. Dotyczą one bowiem tylko więźniów zarejestrowanych, którzy stanowili około 1/3 (400 tys.) osób deportowanych do Auschwitz. Weryfikacja liczby ofiar stała się możliwa dopiero po przebadaniu dokumentacji pochodzącej z krajów, z których miały miejsce deportacje do Auschwitz. Jest oczywiste, że w największym niemieckim obozie koncentracyjnym i ośrodku zagłady nie mogło zginąć więcej ludzi niż do niego przywieziono. Zatem kluczem do ustalenia ile osób zamordowano w KL Auschwitz stała się odpowiedź na pytanie ile osób deportowano do KL Auschwitz, zarówno jako zarejestrowanych więźniów jak i skierowanych na zagładę bezpośrednią bez rejestracji w obozie.

Ofiary Auschwitz

Obóz Auschwitz został założony przez niemieckie władze policyjne ówczesnej Prowincji Śląskiej w 1940 roku celem izolacji polskich więźniów politycznych – głównie schwytanych członków różnych organizacji konspiracyjnych. Do 1941 roku – tzn. przybycia do obozu transportów czeskich i jugosłowiańskich więźniów politycznych oraz radzieckich jeńców wojennych – więźniami Auschwitz byli niemal wyłącznie Polacy. Deportacje Polaków do obozu trwały jednak także w następnych latach. Ostatnie duże transporty Polaków przybyły do Auschwitz w sierpniu i wrześniu 1944 roku z objętej powstaniem Warszawy[2]. Zdecydowana większość Polaków osadzonych w obozie znalazła się w nim z przyczyn politycznych: w związku z działalnością w konspiracji lub podejrzeniem o taką działalność, w ramach akcji odwetowych za działalność polskiego podziemia, w ramach niszczenia przez okupanta niemieckiego tzw. warstwy przywódczej: osób posiadających przed wojną wysoki status społeczny, znanych ze swojego patriotyzmu oraz działalności społecznej, politycznej i naukowej, a także w związku z naruszeniem drakońskich przepisów niemieckiego ustawodawstwa okupacyjnego. W tej ostatniej grupie należy wymienić m.in. tzw. więźniów wychowawczych, osadzanych w obozie za naruszenie przepisów dotyczących zatrudnienia i dyscypliny pracy. Polacy byli pierwszą chronologicznie, a drugą po Żydach najliczniejszą grupą narodowościową osadzoną w KL Auschwitz[3].

Pierwsi Żydzi trafili do Auschwitz w niewielkiej liczbie już w latach 1940-1942, ale dopiero od 1942 roku obóz ten stał się miejscem eksterminacji Żydów z niemal całej Europy, dokonywanej w ramach akcji całkowitej zagłady ludności żydowskiej. Deportowano ich z okupowanej Polski, Słowacji, Protektoratu Czech i Moraw, Niemiec, Austrii, Francji, Belgii, Holandii, Norwegii, Włoch, Jugosławii i Grecji. W drugiej połowie 1943 roku – po likwidacji czterech ośrodków zagłady bezpośredniej na okupowanych ziemiach polskich (Chełmno nad Nerem, Treblinka, Bełżec i Sobibór) oraz przeprowadzeniu ostatniej dużej akcji eksterminacji Żydów w KL Lublin (Majdanek), tzw. akcji Erntefest (3-4 listopada 1943 roku) – KL Auschwitz stał się centralnym i w zasadzie jedynym ośrodkiem zagłady Żydów europejskich. Jej apogeum przypadło na maj-czerwiec 1944 roku, kiedy w ramach tzw. akcji węgierskiej zamordowano w tym obozie około 400 tys. Żydów z Węgier[4].

Od 1943 roku Auschwitz stał się miejscem deportacji około 23 tys. Cyganów (Romów i Sinti), pochodzących głównie z Niemiec, Austrii oraz Protektoratu Czech i Moraw[5].

W świetle ustaleń poczynionych na początku lat 90. XX wieku i w latach późniejszych do KL Auschwitz deportowano około 1,3 mln ludzi. Spośród nich około 400 tys. (w tym 200 tys. Żydów) zarejestrowano jako więźniów. Pozostałych – niemal wyłącznie Żydów – zabito w komorach gazowych bezpośrednio po przywiezieniu do obozu. W obozie zginęła również połowa zarejestrowanych więźniów. Łącznie zatem w Auschwitz znalazło śmierć około 1,1 mln osób.

Ogółem do KL Auschwitz deportowano blisko 1,1 mln Żydów, w tym 300 tys. polskich (zginęło około 1 mln[6]), około 140-150 tys. Polaków (zginęło około 70 tys.[7]), 23 tys. Cyganów (zginęło ponad 21 tys.), około 15 tys. jeńców radzieckich (zginęli prawie wszyscy) oraz około 25 tys. więźniów innych narodowości (Rosjan, Ukraińców, Białorusinów, Czechów, Jugosłowian, Holendrów, Belgów, Francuzów, Niemców i Austriaków)[8]. Szczegółowe badania – prowadzone w ostatnich latach m.in. przez Marka Poloncarza (czeskiego historyka polskiego pochodzenia) – wykazały, że spośród 25 tys. „innych” najliczniejsi byli Czesi. Osadzono ich w KL Auschwitz około 10 tys. Znaleźli się oni zatem na piątym miejscu pod względem liczebności deportowanych do KL Auschwitz[9].

Jeśli popatrzyć na liczbę deportowanych do KL Auschwitz nie w oparciu o kryterium narodowości, ale o kryterium obywatelstwa, to jedną trzecią deportowanych – około 450 tys. – stanowili obywatele polscy (140-150 tys. etnicznych Polaków i 300 tys. polskich Żydów), a jedną trzecią – około 438 tys. – Żydzi węgierscy.

Oprócz Żydów – zabijanych w komorach gazowych bez rejestracji po selekcji na rampie wyładowczej – ofiarami zagłady bezpośredniej w KL Auschwitz, na znacznie mniejszą skalę, stali się także Polacy. Były to osoby kierowane do obozu z nakazem dokonania natychmiastowej egzekucji (głównie ci żołnierze podziemia, których gestapo uznało za szczególnie niebezpiecznych), osoby osadzone w obozie jako zakładnicy i rozstrzeliwane po pewnym czasie w odwecie za akcje podziemia na terenach, z których pochodziły oraz osoby skazane na śmierć przez sąd doraźny Policji Bezpieczeństwa dla rejencji katowickiej i opolskiej i rozstrzeliwane pod Ścianą Śmierci na dziedzińcu bloku 11 w obozie macierzystym KL Auschwitz I. Na podstawie relacji świadków i meldunków ruchu oporu wiemy też o zabijaniu bezpośrednio w Auschwitz niewielkich transportów Polaków[10]. Nie zrealizowanym projektem eksterminacyjnym wobec Polaków był plan deportowania do Oświęcimia kilkudziesięciu tysięcy dzieci, kobiet i mężczyzn z Zamojszczyzny. Ostatecznie do Auschwitz wysłano co najmniej 1301 Polaków z Zamojszczyzny, z których przeżyło tylko 299 osób[11].

Weryfikacja liczby ofiar Auschwitz

Po wyzwoleniu KL Auschwitz nie odnaleziono na jego terenie dokumentów, które dawałyby podstawę do ustalenia pełnej liczby ofiar. Dlatego radziecka komisja oparła się na danych uzyskanych w wyniku przesłuchań ocalonych więźniów, w tym zatrudnionych przy obsłudze komór gazowych i krematoriów. Na tej podstawie ustaliła dobową przepustowość krematoriów oraz czas ich funkcjonowania. W rezultacie pomnożenia przepustowości krematoriów przez liczbę dni, z uwzględnieniem przerw, otrzymano wynik 4 mln ofiar.

Ustalenia radzieckiej komisji zostały zaakceptowane przez ówczesną Główną Komisję Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce i były uważane za wiarygodne do końca istnienia PRL. Dla ich uwiarygodnienia duże znaczenie miały m.in. zeznania pierwszego komendanta KL Auschwitz, Rudolfa Hössa, który wystąpił jako świadek przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze. Oświadczył on, że w KL Auschwitz zginęło 3 mln ludzi (w tym 2,5 mln zabitych gazem). Po ekstradycji do Polski Höss wycofał się z zeznań złożonych w Norymberdze i stwierdził, że liczba zabitych gazem wyniosła około 1,1 mln. Jednakże to właśnie jego zeznania z Norymbergi zostały przez wielu uznane za najbardziej wiarygodne świadectwo w tej kwestii. Również wielu byłych więźniów w zeznaniach składanych przed organami ścigania, tak w Polsce jak i na Zachodzie, twierdziło że liczba ofiar Auschwitz sięga milionów (wymieniane były liczby w przedziale od 3 do 5 mln).

Jako pierwszy liczbę 4 mln ofiar Auschwitz zakwestionował w 1946 roku polsko-żydowski historyk Natan Blumental – dyrektor Centralnej Żydowskiej Komisji Historycznej. Występując jako rzeczoznawca w procesie Hössa przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Warszawie stwierdził on, że liczba ofiar Auschwitz mieści się w przedziale od 1,3 do 1,5 mln ofiar. Były to liczby zbliżone do szacunku przyjętego w 1990 roku. Hipoteza Blumentala nie spotkała się wówczas z szerszym odzewem, jednakże miała wpływ na sentencję wyroku NTN, w świetle której w Auschwitz zginęło 300 tys. więźniów zarejestrowanych, co najmniej 2,5 mln osób nie objętych ewidencją, głównie Żydów, oraz 12 tys. jeńców radzieckich. Liczby 3-4 mln NTN uznał za jedynie prawdopodobne.

Polska nie była jedynym krajem, w którym przyjmowano i publikowano liczbę 4 mln, a nawet wyższe liczby. Do badaczy szacujących liczbę ofiar Auschwitz w milionach należeli m.in. Michael Foot, Eugen Kogon, Ota Kraus, Erich Kulka i Jan Sehn. Równocześnie ukazywały się prace, w których podawano znacznie niższe liczby. W 1953 roku brytyjski historyk Gerald Reitlinger napisał, że w Auschwitz zginęło 550-600 tys. Żydów oraz nieznana liczba z około 300 tys. więźniów zarejestrowanych. Amerykański badacz żydowskiego pochodzenia Raul Hilberg (1926-2007)[12] w 1961 roku oszacował liczbę zamordowanych w Auschwitz Żydów na 1 mln (nie uwzględnił innych narodowości).

Liczba 4 mln była akceptowana w okresie PRL przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, ale polscy historycy nie uznawali jej wówczas bezkrytycznie. Przykładem tego jest chociażby wypowiedź prof. Czesława Madajczyka – jednego z największych autorytetów w dziedzinie badań nad historią okupacji niemieckiej – który już w 1970 roku napisał, że liczbę 4 mln ofiar Auschwitz „wielu badaczy kwestionuje jako zbyt wysoką, zarówno globalnie, jak i w poszczególnych składnikach”[13].

Długiemu utrwaleniu liczby 4 mln ofiar sprzyjał charakter samego miejsca byłego obozu Auschwitz, które zostało przekształcone w sanktuarium i symbol pamięci narodowej. Funkcję symboliczną przypisano nie tylko miejscu byłego obozu, ale i samej liczbie 4 mln ofiar, która wymownie odzwierciedlała skalę popełnionych w nim zbrodni. Działo się tak pomimo tego, że liczbę 4 mln ofiar wykorzystywali neonaziści do kwestionowania ludobójczego charakteru Auschwitz oraz że z czasem stała się ona barierą dla dalszego postępu badań nad historią tego obozu. Liczba ta jako punkt odniesienia dla problematyki hitlerowskiego ludobójstwa powodowała deformację uzyskiwanych wyników obliczeń statystycznych. Nie mieściła się przede wszystkim w bilansie biologicznych strat Żydów podczas drugiej wojny światowej, które wspomniany Raul Hilberg oszacował na co najmniej 5,1 mln ofiar.

Przełomowe znaczenie dla badań nad liczbą ofiar Auschwitz miały ustalenia francuskiego badacza i byłego więźnia tego obozu Georgesa Wellersa. Oparł się on na wynikach badań nad stratami ludnościowymi w poszczególnych krajach, z których przywożono ludzi do Oświęcimia, oraz danych zawartych w opublikowanym przez Państwowe Muzeum w Oświęcimiu „Kalendarzu wydarzeń w KL Auschwitz” autorstwa Danuty Czech. W artykule opublikowanym w „Le Monde Juif” w 1983 roku Wellers stwierdził, że do Auschwitz deportowano ogółem 1,6 mln ludzi, z których zginęło 1,5 mln. W tym samym roku Franciszek Piper – długoletni (1980-2008) kierownik działu naukowego Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau – na międzynarodowej konferencji naukowej poświęconej 40. rocznicy powstania w getcie warszawskim wygłosił, publikowany później referat pt. „Rola obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu w realizacji hitlerowskiej polityki eksterminacji ludności żydowskiej”. W referacie tym dokonał on konfrontacji różnych znanych dotąd szacunków żydowskich ofiar Auschwitz oraz przedstawił też próbę własnego szacunku liczby tych ofiar. Następnie wysunął hipotezę, że liczba Żydów zamordowanych w Auschwitz wynosi około 1,8 mln osób. Podstawą do wysunięcia tej hipotezy było założenie, że liczba wyselekcjonowanych do pracy Żydów wynosiła około 180 tys. osób oraz że stanowili oni 10 proc. przywiezionych poddanych selekcji. Wskaźnik ten, przyjęty za Janem Sehnem i Danutą Czech, okazał się jednak zaniżony, gdyż faktycznie podczas selekcji wybierano do pracy około 20 proc. Liczba deportowanych została zatem zawyżona o 100 proc.

Dalsze badania, prowadzone m.in. przez Franciszka Pipera, koncentrowały się na dwóch wielkościach statystycznych: znanej liczbie 400 tys. zarejestrowanych więźniów i bliżej nieznanej liczbie nie zarejestrowanych osób, prawie wyłącznie Żydów, którzy bezpośrednio po przywiezieniu do obozu zostali zamordowani w komorach gazowych i spaleni w krematoriach. W związku z brakiem pełnej dokumentacji obozowej, zniszczonej przez Niemców jeszcze w 1944 roku, liczbę deportowanych można było ustalić na podstawie sporządzonych nielegalnie przez więźniów-członków obozowej konspiracji częściowych odpisach list nowo przybyłych transportów oraz dokumentacji powstałej w krajach, z których przybywały transporty. Wieloletnie badania m.in. korespondencji związanej z prowadzoną deportacją i zachowanych imiennych spisów osób deportowanych pozwoliły na skorygowanie liczb deportowanych z poszczególnych krajów i ustalenie, że do Auschwitz przywieziono co najmniej 1,3 mln ludzi. Po uwzględnieniu przeniesień więźniów do innych obozów, ucieczek, zwolnień z obozu i liczby wyzwolonych więźniów liczba osób, które straciły życie w KL Auschwitz wyniosła co najmniej 1,1 mln osób. Liczbę tę powszechnie przyjęto w literaturze naukowej w Polsce i na świecie na początku lat 90. XX wieku.

Ustalenia te próbował podważyć francuski badacz Jean Claude Pressac, który w 1993 roku obniżył liczbę ofiar Auschwitz do 775 tys. Hipotezy Pressaca, zwłaszcza dotyczące liczby deportowanych i zamordowanych Żydów polskich i węgierskich, zostały odrzucone przez Franciszka Pipera jako pozbawione podstaw źródłowych[14].

Podważanie zweryfikowanej liczby ofiar: motywy polityczne

Przyjęcie przez Muzeum w Oświęcimiu zweryfikowanej liczby ofiar w 1990 roku i usunięcie napisu na pomniku w Brzezince, informującego o 4 mln ofiar, wywołało gwałtowny sprzeciw niektórych środowisk kombatanckich. Przewodniczący dyrektoriatu Centralnej Rady Żydów w RFN Heinz Galiński określił to jako urąganie ofiarom, a publicysta Hermann Baumann uznał, że weryfikacja liczby ofiar Auschwitz jest jeszcze jednym dowodem na głębokie zakorzenienie antysemityzmu w narodzie polskim. Z kolei część prasy polskiej wystąpiła z hipotezą, że liczbę 4 mln ofiar utrzymywano jakoby celowo dla zakamuflowania zbrodni stalinowskich.

Z czasem opór środowisk kombatanckich wobec weryfikacji liczby ofiar Auschwitz ograniczył się do kręgu skupionego wokół publicysty Władysława A. Terleckiego. Argumentacja tego publicysty i osób z nim związanych na rzecz obrony liczby 4 mln sprowadzała się do powoływania się na ustalenia śledztwa radzieckiej komisji z 1945 roku, śledztwa Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce z 1945 roku, treść aktu oskarżenia Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze oraz relacje niektórych więźniów[15]. Nie brano pod uwagę jak długo poszczególni więźniowie, którzy składali zeznania lub relacje, byli w obozie i jakie mieli możliwości wglądu w akta obozowe. Jeśli uświadomimy sobie wielkość obozu Auschwitz, który w szczytowym okresie liczył około 130 tys. więźniów i składał się z 40 obozów rozrzuconych w promieniu kilkuset kilometrów, to nie trudno dojść do wniosku, że żaden więzień na podstawie własnych obserwacji nie mógł dokonać jakichkolwiek ustaleń statystycznych dotyczących całego obozu. Za niepodważalną i jedynie pewną uznawano zawodną metodę szacunku ofiar w oparciu o analizę przepustowości krematoriów i czasu ich funkcjonowania[16].

Zawsze przy tym ignorowano podstawowe fakty z historii KL Auschwitz oraz naukowe ustalenia historyków, które doprowadziły do weryfikacji liczby ofiar Auschwitz, traktując je jako motywowaną politycznie manipulację. W takim też duchu Władysław A. Terlecki i jego współpracownicy wielokrotnie atakowali Franciszka Pipera w pełnych pomówień i patriotycznej egzaltacji artykułach na łamach „Naszego Dziennika”[17] i audycjach w Radiu Maryja, emitowanych w latach 2003-2007. Przy czym zaatakowanemu nie dano możliwości obrony. Żaden z listów dr. F. Pipera do redakcji „Naszego Dziennika”, w których bronił się on przed atakami i polemizował z tezami Władysława A. Terleckiego, nie został przez tę redakcję opublikowany[18].

Z uwagą słuchałem wszystkich audycji w Radiu Maryja z udziałem Władysława A. Terleckiego, noszących przeważnie tytuł „A imię ich cztery miliony” lub coś w tym stylu. To co mnie uderzyło – oprócz sugerowania, że za zweryfikowaniem liczby ofiar Auschwitz kryje się spisek niemiecki – było przeważnie przemilczenie faktu, że zdecydowaną większość ofiar stanowili Żydzi. Ba, w jednej z audycji usłyszałem, że jej autorzy nie negują tego, iż w Auschwitz zginął 1 mln Żydów. Kimże zatem były pozostałe 3 mln? Tego Władysław A. Terlecki i jego goście nie wyjaśnili wprost, ale słabo zorientowany słuchacz mógł pomyśleć, że pewnie byli to Polacy lub ogólnie „chrześcijanie”. W innej takiej audycji słyszałem, że w Auschwitz zginęło kilkadziesiąt tysięcy Szwajcarów i Chińczyków[19].

Stanowisko, że liczba 4 mln odzwierciedla faktyczne straty ludzkie w Auschwitz podnosił też dr Jacek Wilczur – wieloletni pracownik Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce – m.in. na łamach „Trybuny”. Zarzucał tam bezpodstawnie F. Piperowi, że weryfikując liczbę 4 mln jakoby nie uwzględnił osób nie zarejestrowanych w obozie[20].

Echem wspomnianej wyżej publicystyki były m.in. pojawiające się w części opinii publicznej opinie, że liczbę 4 mln ofiar Auschwitz obniżono dla „przyjaznych kontaktów z Niemcami” itp.[21] Najogólniej rzecz biorąc publicystyka kręgów kombatanckich lub postkombatanckich związanych z Radiem Maryja i „Naszym Dziennikiem” niczego nie wniosła do dyskursu o liczbie ofiar Auschwitz oprócz niepotrzebnego zamieszania i miała – najdelikatniej rzecz ujmując – charakter pozamerytoryczny.

Preferowaną przez publicystów Radia Maryja i „Naszego Dziennika” metodę badawczą – czyli ustalanie liczby ofiar Auschwitz w oparciu o analizę przepustowości urządzeń masowej zagłady, czasu ich funkcjonowania oraz stopnia wykorzystania – zastosował też niemiecki dziennikarz Fritjof Meyer. O ile jednak w oparciu o tę samą metodę badawczą Władysław A. Terlecki dochodził do liczby 4, 5, a nawet 6 mln zamordowanych w KL Auschwitz, to Meyer doszedł do liczby 510 tys. zamordowanych (w tym 356 tys. w komorach gazowych). Z tą różnicą, że Terlecki oparł się na błędnej i dowolnej interpretacji zeznań świadków, a Meyer na równie tendencyjnej analizie wyrwanej z kontekstu notatki inż. Kurta Prüfera, która dotyczyła przepustowości krematoriów.

Swój artykuł, nie mający charakteru naukowego, Meyer umieścił na łamach renomowanego czasopisma „Osteuropa”, wydawanego przez stowarzyszenie Deutsche Gesellschaft für Osteuropakunde e.V., którego zarządowi przewodniczyła prof. Rita Süssmuth[22]. Nie wdając się w dalszą analizę hipotez Fritjofa Meyera, z którymi w detalach rozprawił się Franciszek Piper[23], należy zauważyć dwie sprawy. Po pierwsze, zarówno hipotezy Władysława A. Terleckiego jak i Fritjofa Meyera były motywowane politycznie, tylko stały za nimi skrajnie odmienne motywacje polityczne i dlatego ich autorzy doszli do skrajnie odmiennych wniosków stosując tę samą metodę badania, a raczej domniemywania. Po drugie, w oparciu o domniemywanie przepustowości krematoriów, czasu ich funkcjonowania i stopnia wykorzystania – zastosowane po raz pierwszy przez radziecką komisję w 1945 roku – można udowodnić dowolną liczbę ofiar Auschwitz.

Podważanie zweryfikowanej liczby ofiar: negacjoniści

Pomiędzy publicystyką Terleckiego i Meyera istnieje jednak zasadnicza różnica. Publicystyka Meyera – zmierzająca w założeniu do drastycznego zaniżenia liczby ofiar Auschwitz przy pozorach dyskursu popularnonaukowego – stanowiła de facto negacjonizm w białych rękawiczkach[24]. Tym bardziej bulwersujący, że podjęty na łamach renomowanego periodyku, w zarządzie którego zasiadało 10 osób z elity politycznej i naukowej Republiki Federalnej Niemiec.

Są dwie formy negowania zbrodni ludobójstwa popełnionych w niemieckich ośrodkach zagłady i obozach koncentracyjnych. Pierwsza z nich polega na negowaniu istnienia komór gazowych i eksterminacyjnego charakteru niemieckich obozów koncentracyjnych. Tego typu negacjonizm jako pierwsi uprawiali sami sprawcy zbrodni. Należy bowiem wiedzieć, że pierwszy etap negowania zbrodni ludobójstwa ma miejsce w fazie jego popełnienia i polega na zacieraniu śladów oraz niszczeniu dowodów, w tym także przyjęciu specyficznego języka maskującego zbrodnię („akcja specjalna”, „specjalne potraktowanie” itp.). 4 października 1943 roku Heinrich Himmler, przemawiając w Poznaniu do wyższych dowódców SS i policji, powiedział: „Większość z was wie, co to znaczy, kiedy sto, pięćset lub tysiąc trupów leży jeden przy drugim… Jest to karta chwały w naszej historii, która nigdy nie była i nie będzie napisana…”. Dlatego aparat terroru III Rzeszy do minimum ograniczył pisemną dokumentację swoich zbrodni, częściowo fałszował tę dokumentację oraz – w ostatniej fazie istnienia III Rzeszy – niszczył dokumentację zbędną i najbardziej kompromitującą.

Roli kontynuowania tego dzieła podjęli się po wojnie sympatycy nazizmu z przyczyn ideologicznych, politycznych i komercyjnych. Celem ataku negacjonistów są przeważnie trzy fakty: istnienie komór gazowych, przepustowość krematoriów i gigantyczna skala zbrodni. W wypadku Auschwitz, zachowując czasem pozory naukowości, podważali oni liczbę 4 mln, a obecnie podważają liczbę 1,1 mln ofiar. Jednej i drugiej używali też niejednokrotnie jako pretekstu ułatwiającego podważanie samego faktu ludobójstwa. Do tego nurtu negacjonizmu zaliczają się m.in. John Bennet, Robert Faurisson, David Irving, Walter Lüftl, Germar Rudolf, Jerzy Ulicki-Rek, Udo Walendy i Ernst Zündel. Ich tezy – w świetle których proces zabijania w komorach gazowych przedstawiają jako niemożliwe do zrealizowania przedsięwzięcie techniczne – stanowią próbę manipulacji prostymi faktami i są w istocie świadomym oszustwem.

Najnowszym przykładem takiej prostej, a właściwie dość prymitywnej manipulacji faktami – na dodatek częściowo zmyślonymi – jest broszura brytyjskiego autora, posługującego się nazwiskiem lub pseudonimem Vivian Bird, zatytułowana „Auschwitz: The Final Count” („Auschwitz: końcowe podliczenie”). Jej omówienie w języku polskim pierwotnie zostało zamieszczone na stronie internetowej Jerzego Ulickiego-Reka o nazwie „Wolna Polska”, a następnie przedrukowane przez stronę internetową „Dziennik gajowego Maruchy”[25]. Autor tej publikacji przytoczył różne szacunki ofiar Auschwitz, poczynając od 9 mln (sic!), a kończąc na 73 tys. Właściwie prawie wszystkie informacje podane przez autora są nieprawdziwe albo co najmniej odległe od prawdy. Najbardziej zaskakującą z nich jest ta jakoby liczbę 1,5 mln ofiar Auschwitz oficjalnie ogłosił w 1995 roku prezydent Lech Wałęsa. Według autora wspomnianej broszury we wszystkich niemieckich obozach koncentracyjnych od 1935 do 1945 roku miało zginąć 403 713 osób, a w samym Auschwitz 73 137 (w tym 38 031 Żydów). Liczby te rzekomo miały zostać przez kogoś ustalone na podstawie analizy comiesięcznych sprawozdań komendantów poszczególnych obozów. Niestety autor nie podał, w którym archiwum on albo ktoś inny odnalazł te dokumenty. O wiedzy historycznej autora najlepiej świadczy fakt, że SS-Gruppenführera Richarda Glücksa (1889-1945), szefa Grupy Urzędów D-Obozy Koncentracyjne w Głównym Urzędzie Gospodarczo-Administracyjnym SS (SS-WVHA), nazwał „komendantem wszystkich obozów”. W porównaniu z np. publicystyką Davida Irvinga jest to negacjonizm bardzo niskiej jakości, obliczony na szczególnie mało inteligentnego odbiorcę.

Bardziej wyrafinowaną formę nagacjonizmu stosują ci, którzy wprawdzie nie podważają istnienia komór gazowych, ale próbują do minimum redukować możliwość zabijania w nich ludzi, jako powód przytaczając różnego rodzaju rzekome trudności techniczne. Poza tym przeważnie bezpodstawnie zaniżają samą liczbę deportowanych do obozu. Wspomniany Fritjof Meyer nie tylko zaniżył liczbę zamordowanych w Auschwitz, ale także liczbę osób przywiezionych do obozu (miało ich być jakoby 915 tys.), negując źródłowo udokumentowane dane dotyczące liczby deportowanych Żydów polskich i węgierskich[26]. Powoływał się przy tym na wspomniany „Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz” Danuty Czech, ale wykorzystał go w sposób wybiórczy, odpowiadający założonej przez siebie tezie.

Podważanie zweryfikowanej liczby ofiar: ignorancja

Wreszcie podważanie zweryfikowanej liczby ofiar Auschwitz – czy w ogóle liczby ofiar Auschwitz jako takiej – wynika z poszukiwania sensacji, chęci zdobycia poklasku i najzwyklejszej ignorancji. Przykładem tego jest artykuł publicysty Grzegorza Brauna pt. „Kłamstwa oświęcimskie”, zamieszczony w „Uważam Rze Historia” nr 2 (35) z lutego 2015 roku. Uprzejmie zakładam, że autor wykazał w tym artykule tylko swoją ignorancję. Gdybym był mniej uprzejmy, to mógłbym założyć, że jednak uprawiał zakamuflowany negacjonizm, ponieważ chociaż werbalnie odciął się od negacjonistów, to przytoczył wiele ich zgranych chwytów. Między innymi ten – pochodzący od negacjonisty Davida Cole’a – że krematorium I w obozie macierzystym KL Auschwitz I jest jakoby „dekoracją zaaranżowaną ex post” [27]. Ponadto dyskredytując liczbę 1,1 mln ofiar sugeruje pomiędzy wierszami, że w Auschwitz zginęło… 69 tys. ludzi, ponieważ tyle zachowało się aktów zgonu (nazywanych przez Brauna „księgami oświęcimskimi” lub „rejestrami obozowymi”). Najpewniej nie wie on o tym, że zachowane około 69 tys. aktów zgonu dotyczy więźniów zarejestrowanych w obozie, których było ok. 400 tys. Nie dotyczą one natomiast ofiar kierowanych na zagładę w komorach gazowych wprost z rampy kolejowej, bez rejestracji w obozie – czyli większości ofiar Auschwitz. Ponadto dokumenty te zachowały się za okres od końca lipca 1941 do końca grudnia 1943 roku. Nie zachowały się więc akty zgonu za okres ponad dwóch lat. Nikt też nie sporządzał aktów zgonu dla ofiar ostatecznej ewakuacji KL Auschwitz, która pochłonęła od 9 do 15 tys. więźniów spośród 56 tys., którzy wyruszyli 18 stycznia 1945 roku w ewakuacyjny „marsz śmierci”.

Braun nie wie też wielu innych rzeczy o sprawach, na temat których się autorytatywnie wypowiada, co wytknąłem mu w swojej polemice[28]. Nie przeszkodziło mu to jednak bezpardonowo atakować Franciszka Pipera, który w ciągu minionych ponad dwóch dekad stał się wygodnym obiektem ataków dla wszystkich, którzy mają alergię na udokumentowane źródłowo rezultaty badań naukowych: „patriotycznych” obrońców liczby 4 mln, różnego typu negacjonistów i najzwyklejszych ignorantów. Z taką wiedzą, jaką zaprezentował publicysta „Uważam Rze Historia” nie wypada w ogóle wypowiadać się na temat jakiejkolwiek problematyki związanej z KL Auschwitz. Najpierw należałoby przeczytać podstawową literaturę na ten temat, chociażby pięciotomową monografie obozu.

Podsumowanie

Reasumując rozważania na temat weryfikacji liczby ofiar Auschwitz i związanych z tym sporów należy zwrócić uwagę na cztery kluczowe elementy:

– Na przestrzeni kilkudziesięciu lat po 1945 roku podawano za ustaleniami organów sądowych i śledczych oraz zeznaniami pierwszego komendanta Rudolfa Hössa (które jednak sam zweryfikował!) zawyżone liczby ofiar Auschwitz, dochodzące do 4 mln. Jednakże zajmujący się tym zagadnieniem historycy – uwzględniając zasady poprawności warsztatu naukowego, czyli konfrontacji różnych źródeł i oceny ich wiarygodności – określili i określają liczbę ofiar Auschwitz w przedziale 1,1 – 1,5 mln.

– Wobec braku dokumentów obozowych odnośnie ogólnej liczby deportowanych do obozu i tam zamordowanych, jedyną podstawą ustalenia liczby ofiar Auschwitz mogą być źródła dotyczące deportacji do obozu z poszczególnych miejsc, regionów i krajów oraz zmian stanu liczbowego więźniów.

– Próby określenia liczby ofiar na podstawie przepustowości krematoriów, nawiązujące do metody radzieckiej komisji z 1945 roku i niekiedy podejmowane nadal, są błędne, ponieważ nie istnieją żadne wiarygodne źródła pozwalające zarówno na ustalenie rzeczywistego czasu pracy krematoriów, jaki i stopnia wykorzystywania ich przepustowości.

– Ustalenie liczby ofiar Auschwitz, dokonane na podstawie danych dotyczących deportacji do obozu, należy uznać za zakończenie procesu jej weryfikacji. Dalsze badania mogą jedynie uściślić poszczególne części składowe tej liczby, ale nie mogą wpłynąć w istotny sposób na jej zmianę.

Nie tylko Auschwitz

Naukowa weryfikacja liczby ofiar Auschwitz była procesem nieuniknionym w sytuacji, gdy czynione w tej materii tuż po wojnie ustalenia organów śledczych i sądowych nie wytrzymywały z biegiem czasu krytyki postępujących badań historycznych. Dotyczy to także innych niemieckich ośrodków zagłady, obozów koncentracyjnych, obozów karnych i więzień. Przykładowo liczba ofiar ośrodka zagłady bezpośredniej w Chełmnie nad Nerem, ustalona w 1946 roku na 360 tys., została po badaniach naukowych (w tym archeologicznych) zredukowana do 200-220 tys. Podobnie liczba ofiar KL Lublin (Majdanek) została zredukowana z 250 tys. do 79 tys., liczba ofiar więzienia w Radogoszczu (Łódź) z 40 tys. do 2-3 tys., a liczba ofiar obozu karnego w Żabikowie (Poznań) z 20 tys. do 535 osób.

Ustalenia te z jednej strony budziły ostry sprzeciw środowisk, powołujących się na motywacje patriotyczne, a z drugiej strony były wykorzystywane przez nagacjonistów jako argument rzekomo potwierdzający nieprawdziwość wszelkich ustaleń dotyczących niemieckiego ludobójstwa podczas drugiej wojny światowej.

Należy jeszcze raz podkreślić, że korekta liczby ofiar Auschwitz i innych obozów nie była gestem pod adresem Niemców ani kogokolwiek innego. Stanowiła ona tylko i wyłącznie skutek badań naukowych, które zastąpiły szacunkowe ustalenia powojenne. Szacunki te, z braku dostępu organów śledczych do odpowiednich dokumentów, oparły się na zeznaniach świadków. Świadkowie ci, absolutnie kompetentni w sprawach znajdujących się w polu ich obserwacji, nie dysponowali informacjami pozwalającymi na ustalenia statystyczne co do liczby ofiar. Dotyczy to zarówno byłych więźniów jak i esesmanów.

W jednej z polemik ze swoimi krytykami Franciszek Piper napisał: „Auschwitz nie będzie wstrząsał sumieniami ludzkimi tylko dlatego, że wymieni się chociażby nie wiadomo jak wysoką liczbę, jeśli za tą liczbą nie będzie kryć się dramat i tragedia realnie istniejących niegdyś społeczności i ludzi, ludzi o konkretnej tożsamości, pochodzeniu, miejscu zamieszkania. Cały wysiłek badawczy w tej dziedzinie powinien być skupiony nie na statystycznych spekulacjach i licytacji większego „zaangażowania i patriotyzmu” lecz upamiętnieniu wszystkich ofiar: przywróceniu prochom ofiar Auschwitz ich nazwisk, miejsca pochodzenia, narodowości – słowem przekreślenia intencji katów, nie tylko unicestwienia swych ofiar lecz także wymazania ich ze zbiorowej pamięci.”

[1] Oficjalna nazwa: Nadzwyczajna Radziecka Komisja Państwowa do Badania Zbrodni Niemiecko-Faszystowskich Agresorów.

[2] H. Kubica, Głosy Pamięci 10. Z powstańczej Warszawy do KL Auschwitz, Oświęcim 2014.

[3] F. Piper, Głosy Pamięci 8. Polacy w KL Auschwitz, Oświęcim 2012.

[4] F. Piper, Głosy Pamięci 9. Żydzi w KL Auschwitz, Oświęcim 2015.

[5] S. Kapralski, M. Martyniak, J. Talewicz-Kwiatkowska, Głosy Pamięci 7. Romowie w KL Auschwitz, Oświęcim 2011.

[6] Przyjmując za Raulem Hilbergiem szacunek strat żydowskich podczas drugiej wojny światowej na co najmniej 5,1 mln ofiar należy stwierdzić, że w KL Auschwitz zginęło 20 proc. Żydów zamordowanych w czasie Holokaustu.

[7] Pozostałych w większości przeniesiono do innych obozów koncentracyjnych, gdzie wielu z nich zginęło.

[8] F. Piper, Ilu ludzi zginęło w KL Auschwitz. Liczba ofiar w świetle źródeł i badań 1945-1990, Oświęcim 1992, s. 18-29.

[9] M. Poloncarz, Ilu Czechów osadzono w KL Auschwitz?, „Zeszyty Oświęcimskie” nr 25, Oświęcim 2009, s. 7-59.

[10] Przykładem takich działań było zamordowanie w komorze gazowej 23 czerwca 1942 r. transportu 566 Polaków-pacjentów szpitali psychiatrycznych w Krakowie-Kobierzynie i Zebrzydowicach k. Kalwarii Zebrzydowskiej, zamordowanie w komorze gazowej latem 1943 r. około 100 niepełnosprawnych Polaków z Łodzi, czy zamordowanie 7 i 8 września 1943 r. w komorze gazowej 32 Polek i 35 Polaków deportowanych prawdopodobnie z obozu karnego w Potulicach k. Bydgoszczy. Por. B. Piętka, Zagłada pacjentów szpitala psychiatrycznego w Krakowie-Kobierzynie 23 czerwca 1942 roku, (w:) F. Piper, I Strzelecka (red.), Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Krakowa i innych miejscowości Polski południowej, t. III, Warszawa-Oświęcim 2002, s. 2122-2124; B. Piętka, Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Wielkopolski, Pomorza, Ciechanowskiego i Białostocczyzny, t. II, III, Oświęcim 2013, s. 987-988, 1191, 1248-1249.

[11] H. Kubica, Zagłada w KL Auschwitz Polaków wysiedlonych z Zamojszczyzny w latach 1942-1943, Oświęcim 2004.

[12] Jeden z najwybitniejszych badaczy Holokaustu. Autor m.in. opracowania Zagłada Żydów europejskich (The destruction of the European Jews), wyd. pol. 2014.

[13] C. Madajczyk, Polityka III Rzeszy w okupowanej Polsce, Warszawa 1970, t. 2, s. 294.

[14] F. Piper, Weryfikacja strat osobowych w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, (w:) „Dzieje Najnowsze”, rocznik XXVI, t. 2, Warszawa 1994, s. 15-25.

[15] Por. B. Sojecki, Golgota Zachodu. Wspomnienia byłego więźnia niemieckich więzień i obozów koncentracyjnych z lat 1939-1945, Rzeszów 2013, s. 57-86.

[16] W oparciu o tę metodę były więzień Auschwitz Igo Trochanowski doszedł do liczby 4 351 000 zamordowanych w Auschwitz. Por. I. Trochanowski, Zadania Baubüro w KL Auschwitz, „Biuletyn TOnO” nr 18, Katowice 1993, s. 61-73.

[17] Por. np. J. Sawicki, T. Szkul-Skjoedkrön, W.A. Terlecki, Tam miała umrzeć Polska. Ilu ludzi zginęło w Konzentrationslager Auschwitz, „Nasz Dziennik”, 27.1.2003 r. W artykule tym autorzy m.in. zarzucili „pewnym kołom historyków”, że stają „w obronie zbrodniarzy, pomniejszając obszar zbrodni i ciężar odpowiedzialności”.

[18] Por. Odpowiedź z 23 lutego 2003 r. nie zamieszczona w „Naszym Dzienniku”, mimo wniosku w tej sprawie, na artykuł Jerzego Sawickiego, Tomasza Szkul-Skjoedkröna i Władysława A. Terleckiego; Odpowiedź na artykuł Jerzego Sawickiego i Władysława A. Terleckiego opublikowany w „Naszym Dzienniku” 28-29 stycznia 2006, strona internetowa Franciszka Pipera, http://www.f.piper.auschwitz.w.interiowo.pl, dostęp 14.01.2016.

[19] Oczywiście pan Władysław A. Terlecki może mnie podać do sądu, ale nawet przed tym sądem powtórzę, że jestem pewny, iż to słyszałem.

[20] Por. Gdzie się podziały dwa miliony Żydów i Polaków, „Trybuna”, 15 października 1999, strona internetowa Franciszka Pipera, http://www.f.piper.auschwitz.w.interiowo.pl, dostęp 14.01.2016.

[21] Por. „Źródło”, 6 czerwiec 2004 r. – Odpowiedź na list czytelnika; Pełny tekst odpowiedzi na list czytelnika w „Dzienniku Polskim” z dnia 22 lutego 2005 r. (tekst ten ukazał się ze skrótami redakcji), strona internetowa Franciszka Pipera, http://www.f.piper.auschwitz.w.interiowo.pl, dostęp 14.01.2016.

[22] F. Meyer, Die Zahl der Opfer von Auschwitz. Neue Erkentnisse durch neue Archivfunde, „Osteuropa“, 62. Jg., 5/2002, s. 631-641.

[23] F. Piper, Wokół liczby ofiar KL Auschwitz. Replika na enuncjacje Fritjofa Meyera, „Zeszyty Oświęcimskie” nr 25, Oświęcim 2009, s. 231-266.

[24] „Artykuł F. Meyera jest próbą deprecjacji roli Auschwitz w procesie hitlerowskiego ludobójstwa i sprowadzenia problemu nazistowskiej zagłady na płaszczyznę technologiczną. Próby takie wielokrotnie podejmowali różnego rodzaju rewizjoniści historyczni”, cyt. za: F. Piper, Wokół liczby ofiar KL Auschwitz…, s. 261.

[25] Auschwitz – końcowe podliczenie, http://www.marucha.wordpress.com, 30.03.2015.

[26] „Zaliczenie przez Meyera do propagandy, w jednym ciągu ze zdezaktualizowaną dano liczbą czterech milionów, takich faktów jak deportacja do KL Auschwitz ponad 400 000 Żydów węgierskich czy masowego zabijania gazem w „piwnicach krematoryjnych” należy uznać za propagowanie i popieranie per excellance poglądów rewizjonistów historycznych, którzy pod pretekstem korygowania faktów, na podstawie wyselekcjonowanych z kontekstu szczegółów, próbują przedstawić karykaturalny obraz obozu Auschwitz, jako miejsca, gdzie nie działo się nic szczególnego”, cyt. za: F. Piper, Wokół liczby ofiar KL Auschwitz…, s. 258-259.

[27] Informacja, że po wojnie odtworzono z oryginalnych elementów dwa piece i komin w krematorium I na terenie byłego obozu macierzystego KL Auschwitz I nie jest żadną sensacją, którą ujawnił David Cole, jak sugeruje Grzegorz Braun. Informacja ta jest zamieszczona w trzech językach na tablicy informacyjnej przed krematorium I oraz jest każdorazowo podawana przez przewodnika osobom zwiedzającym Muzeum Auschwitz-Birkenau. Fakt zrekonstruowania po wojnie z oryginalnych elementów dwóch pieców krematoryjnych i komina nie dowodzi również, że krematorium I jest „dekoracją zaaranżowaną ex post”. W archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau są zachowane niemieckie plany krematorium I i pozostałych czterech krematoriów. Są dziesiątki powojennych relacji świadków odnośnie urządzeń masowej zagłady, w tym także relacje członków Sonderkommando, nielegalnie spisane i zakopane na terenie krematoriów, a odkryte po wojnie.

[28] B. Piętka, Niskie loty Grzegorza Brauna, http://www.mysl-polska.pl, strona internetowa „Myśli Polskiej”, 24.02.2015 (http://www.mysl-polska.pl/node/374).

http://histmag.org/liczba-ofiar-auschwitz-problem-12828

http://histmag.org/liczba-ofiar-auschwitz-spory-12890

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 stycznia 2016 r.

Ostatni więźniowie Auschwitz

Odchodzą ostatni więźniowie Auschwitz… Zarówno znani, jak i mniej znani. Można by podać wiele nazwisk. Byłaby piękna galeria. Podam tylko kilka.

Kazimierz Smoleń (nr 1327). Główny twórca Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Jego dyrektor przez 35 lat (1955-1990). Służbę pamięci i prawdzie o Auschwitz pełnił do końca. Będąc emerytem nadal pracował nad ocaleniem pamięci. Spotykał się z młodzieżą niemiecką, pisał, publikował. Widywałem go wielokrotnie. Zawsze takiego samego – niezwykle skromnego i życzliwego, ale zarazem dostojnego. Żywy pomnik historii. Odszedł w 67. rocznicę wyzwolenia obozu – 27 stycznia 2012 roku.

August Kowalczyk (nr 6804). 10 czerwca 2012 roku – w 70. rocznicę buntu karnej kompanii w Birkenau i swojej udanej ucieczki z obozu – wygłosił po raz ostatni nieopodal tablicy w byłym obozie Birkenau, upamiętniającej to wydarzenie, swój słynny monodram „6804”. To była ostatnia rola jego życia. Chyba zagrana najlepiej ze wszystkich ról, jakie odtwarzał w swojej karierze aktorskiej. Grał przecież samego siebie ze świadomością, że po raz ostatni. Nie mógł już prawie chodzić, ale mówił pięknie i to co wtedy mówił powinni usłyszeć ci wszyscy mali, podli ludzie, którzy mają czelność profanować to święte miejsce o niemieckiej nazwie Auschwitz politycznymi intrygami, małostkowością lub ignorancją. I mniejsza o to czy są to ci, którzy poprzez używanie określenia „polskie obozy” przypisują Polakom sprawstwo niemieckich zbrodni, czy ci, którzy uparcie negują zagładę Żydów. August Kowalczyk zmarł niespełna dwa miesiące po zagraniu po raz ostatni roli „6804” – 29 lipca 2012 roku.

Bogdan Kolasiński (nr 169682). Urodzony w wielkopolskim Krotoszynie i całe życie z nim związany. Gdy w 1939 roku jego rodzinne miasto stało się częścią Kraju Warty, został z niego wypędzony. Los ten stał się udziałem ponad 600 tysięcy Polaków z Wielkopolski. Chociaż w Niemczech bezczelnie mówi się o „wypędzeniach” Niemców po drugiej wojnie światowej, to polska historiografia mówi o wysiedleniach Polaków z ziem wcielonych do Rzeszy. A to właśnie były prawdziwe wypędzenia, stanowiące w perspektywie realizację planu depopulacji ziem polskich jako „przestrzeni życiowej” dla niemieckiego Herrenvolku. Kolasiński trafił do Generalnego Gubernatorstwa, do Suchedniowa na Kielecczyźnie. Tam pracował w fabryce maszyn rolniczych, wstąpił do AK i został członkiem konspiracyjnego zespołu produkującego pistolety maszynowe Sten. W październiku 1943 roku został aresztowany przez gestapo, a 19 grudnia 1943 roku deportowano go do KL Auschwitz w transporcie 371 polskich więźniów politycznych (310 mężczyzn i 61 kobiet) z dystryktu radomskiego. Spośród więźniów-mężczyzn przywiezionych tym transportem przeżyło prawdopodobnie tylko 77. Z Auschwitz Kolasiński trafił do Sachsenhausen i Buchenwaldu.

W lutym 2007 roku miałem zaszczyt uczestniczyć w promocji wspomnień Bogdana Kolasińskiego pt. „Jakim cudem jeszcze żyję…?” To było wielkie święto w Krotoszynie, bo autor był osobą powszechnie szanowaną w miejscowej społeczności jako jeden z najwyżej cenionych lekarzy-pediatrów w historii Krotoszyna. Odszedł pod koniec września 2014 roku.

5 listopada 2015 roku na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie żegnałem Tadeusza Sobolewicza (nr 23053) – więźnia Auschwitz, Buchenewaldu i Flossenbürga, aktora, długoletniego działacza Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem. We wstępie do swoich wspomnień „Wytrzymałem więc jestem” napisał: „Nadzieja tliła się w niejednym sercu prześladowanego i umęczonego więźnia. Najczęściej – niestety – okazywała się złudzeniem, irracjonalnym odczuciem. Przeżycia i doznania w obozie często przerastały możliwość wytrzymania, przetrwania słabszych więźniów, z mniej odpornymi strukturami psychofizycznymi. Bez wątpienia i ja się do nich zaliczałem. Moja wrodzona wrażliwość i fizyczna słabość właściwie powinny wyeliminować mnie z walki o życie już w pierwszych miesiącach pobytu. A jednak przeżyłem”.

By potem przez 70 lat dawać świadectwo. Przypadek? Wola Boska?

Felicja Wanke-Lutobarska przebywała w Auschwitz pod panieńskim nazwiskiem Felicja Kręglewska (nr 46135). Pochodziła z Wrześni. Aresztowano ją w marcu 1943 roku za napisanie kilku nieostrożnych zdań w liście do brata. Przeszła przez jedno z najcięższych więzień hitlerowskich w Kraju Warty – Fort VII w Poznaniu. Do KL Auschwitz trafiła 12 czerwca 1943 roku w transporcie zbiorowym. Kolejnym etapem jej obozowej drogi był obóz kobiecy w Ravensbrück, skąd została uratowana pod koniec wojny w wyniku akcji Szwedzkiego Czerwonego Krzyża, kierowanej przez hrabiego Folke Bernadotte. Odeszła 31 października 2015 roku w wieku 91 lat. Jej pogrzeb odbył się 9 listopada w Koszalinie. Już nie dążyłem spisać z nią relacji i zapytać jak był formowany transport zbiorowy w więzieniu policyjnym w Poznaniu.

Niedługo nie będzie Ich już wcale. Zostaniemy my, z pamięcią o nich i z ich prawdą o polskiej martyrologii pod okupacją niemiecką. Co zrobimy z tą prawdą? Pokażemy ją w końcu światu, który sobie tego nie życzy, czy w imię jakiejś racji stanu pozwolimy osobom pokroju Grossa i Grabowskiego do końca przepisać polską historię?

http://www.mysl-polska.pl/714

„Myśl Polska” nr 49-50 (2063/64), 6-13.12.2015, s. 18

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 listopada 2015 r.

Pilecki

25 września br. na ekrany kin w Polsce wszedł film „Pilecki” w reżyserii Mirosława Krzyszkowskiego. Jest to fabularyzowany dokument opowiadający historię życia i śmierci „ochotnika do Auschwitz”, rotmistrza Witolda Pileckiego (1901-1948). Producentem filmu jest Stowarzyszenie Auschwitz Memento z Oświęcimia. Jego produkcji nie wspomogła żadna instytucja publiczna, w tym powołany do tego Polski Instytut Sztuki Filmowej. W promocję filmu „Pilecki” zaangażowały się jednak Instytut Pamięci Narodowej i Muzeum Powstania Warszawskiego.

Film ten w zasadzie mnie rozczarował. Wedle mojej oceny jest to obraz przeznaczony raczej dla młodzieży i do takiego poziomu został dostosowany. Postać głównego bohatera zasługiwałaby jednak na produkcję może nie w stylu hollywoodzkim, ale na poziomie znacznie wyższym.

Osią akcji filmu uczyniono powojenne aresztowanie, śledztwo i skazanie Pileckiego. Natomiast jego pobyt w KL Auschwitz, gdzie był inicjatorem i twórcą polskiej konspiracji wojskowej jest tylko tłem akcji, jednym z wątków życiorysu bohatera. Stanowi to zasadniczy mankament filmu. Odnoszę wrażenie, że gdyby Pilecki nie zginął po wojnie z rąk reżimu komunistycznego, to dla kreatorów polityki historycznej z IPN w ogóle nie byłby bohaterem ani postacią godną uwagi. Nie są bowiem w dzisiejszej Polsce postaciami wynoszonymi na piedestał najbliżsi współpracownicy Pileckiego, z którymi tworzył on konspirację wojskową w KL Auschwitz. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że zginęli z rąk SS pod Ścianą Śmierci w KL Auschwitz, a nie z rąk UB w więzieniu mokotowskim.

Kto w dzisiejszej Polsce zna takie nazwiska jak Henryk Bartosiewicz, Zygmunt Bończa-Bohdanowski, Mieczysław Dobrzański, Teofil Dziama, Juliusz Gilewicz, Kazimierz Gilewicz, Kazimierz Heilman-Rawicz, Jan Karcz, Karol Kumuniecki, Tadeusz Paolone-Lisowski, Kazimierz Stamirowski, Aleksander Stawarz, Bernard Świerczyna – że wymienię tylko czołowych oficerów Związku Organizacji Wojskowej i ZWZ/AK w KL Auschwitz. Przypuszczam, że nie zna ich większość nauczycieli historii. Nie budzą też te postacie szczególnego zainteresowania aparatu IPN. Nie są przez to znane w świecie, a zwłaszcza tam, gdzie w ostatnim dziesięcioleciu pojawiło się kilkaset publikacji medialnych oraz wypowiedzi (w tym prezydenta USA) zawierających określenie „polskie obozy koncentracyjne”.

To przecież ci ludzie prowadzili walkę z Niemcami hitlerowskimi na najtrudniejszym froncie drugiej wojny światowej – froncie znajdującym się w największym niemieckim obozie koncentracyjnym. W miejscu, w którym zdawałoby się nikt rozsądny takiej walki by nie podjął. Oni podjęli. Od organizowania samopomocy więźniarskiej, poprzez walkę o obsadzanie funkcji obozowych więźniami politycznymi, nielegalne zdobywanie medykamentów i żywności, przekazywanie poza obóz informacji o zbrodniach SS, organizowanie ucieczek z obozu, współdziałanie z konspiracją przyobozową, aż po przygotowywanie powstania więźniów na wypadek likwidacji obozu. To dzięki nim rządy Wielkiej Brytanii i USA od początku wiedziały o zagładzie Żydów w KL Auschwitz. Znały najdrobniejsze szczegóły techniczne procesu tej zagłady i nic nie zrobiły (nie wnikam w to czy było to realne), by jej przeciwdziałać.

Film o Pileckim był świetną okazją do pokazania także tych postaci i ich heroicznej działalności. Zwłaszcza w sytuacji, gdy amerykański socjolog Jan Tomasz Gross rzuca w świat kłamliwą informację o wymordowaniu przez Polaków podczas drugiej wojny światowej od 120 do 200 tys. Żydów. Informację nie mającą jakiegokolwiek potwierdzenia w źródłach historycznych, ale wcześniej propagowaną przez obecne kierownictwo Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie oraz Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Niestety nazwiska współpracowników Pileckiego w filmie Krzyszkowskiego nie padają, a o samej działalności polskiej konspiracji wojskowej w KL Auschwitz widz dowiaduje się niewiele. To zaś – z całym szacunkiem dla powojennej działalności Pileckiego – powinna być główna oś tego filmu. Nie tylko ze względu na doniosłość działalności tej konspiracji, ale także dlatego, że właśnie ona – a nie powojenna działalność antykomunistyczna – była największym dziełem życia samego Pileckiego.

W ogóle polska konspiracja wojskowa w KL Auschwitz zasługuje na odrębny film, skierowany przede wszystkim do widza zagranicznego, który o tym wie mało albo nic. Tylko czy na taki film jest szansa przy obecnej polityce historycznej w Polsce, nastawionej głównie na demonizowanie PRL i szukanie zaczepek z Rosją.

W różnych publikacjach medialnych zaliczono Pileckiego hurtem do żołnierzy wyklętych. Tymczasem w filmie – co oceniam dodatnio – zostało jasno pokazane, że Pilecki żołnierzem wyklętym nie był. Kierowana przez niego w latach 1946-1947 nielegalna organizacja – nastawiona wyłącznie na zbieranie informacji o sytuacji politycznej w Polsce i przekazywanie ich na Zachód – nie tylko nie stosowała jakiejkolwiek przemocy, ale – zdaniem realizatorów filmu – miała nawet namawiać członków zbrojnego podziemia antykomunistycznego do zaprzestania beznadziejnej, przynoszącej niepotrzebne ofiary walki.

Kilka razy w filmie pokazywana jest scena torturowania Pileckiego przez funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Najprawdopodobniej scenę tę realizatorzy filmu wprowadzili dla osiągnięcia odpowiedniego efektu – pokazania zbrodniczości komunistycznego aparatu represji. Kwestia torturowania Pileckiego podczas śledztwa wydaje się jednak dyskusyjna. Nie ma źródeł w pełni potwierdzających torturowanie go w śledztwie. Nie ma też źródeł z całą pewnością temu zaprzeczających. Funkcjonariusze UB znali już wcześniej szczegóły związane z jego tajną organizacją i dlatego Pilecki na pierwszym przesłuchaniu dobrowolnie przyznał się do nielegalnej działalności i wziął całą winę na siebie, by chronić pozostałych członków organizacji. Z tego względu można przypuszczać, że funkcjonariusze MBP nie mieli powodu go torturować. Możliwe jednak, że chcieli mu wmusić przyznanie się do czynów, których nie popełnił.

Zupełnie zdumiewająca jest dla mnie podana w filmie informacja, oparta na relacji bratanka rotmistrza – Krzysztofa Pileckiego, że podczas rozprawy sądowej miał zostać odczytany list premiera Józefa Cyrankiewicza, w którym tenże miał napisać następujące słowa: Gdyby oskarżony zechciał powoływać się na mnie, na moją znajomość z Oświęcimia, nie może to absolutnie w żadnym wypadku zmniejszyć jego winy i nie może spowodować złagodzenia wyroku. Oskarżony Witold Pilecki jest wrogiem Polski Ludowej, jest bardzo szkodliwą jednostką, dlatego powinien ponieść najwyższy wymiar kary. Należy zaznaczyć, że poza Eleonorą Ostrowską – szwagierką Pileckiego – żadni inni świadkowie procesu organizacji Pileckiego, w tym obrońcy skazanych, nie potwierdzili faktu odczytania na rozprawie takiego listu. Jego istnienia nie potwierdza też jakakolwiek inna relacja, a w aktach sądowych nie ma śladu owego listu.

Jest wysoce wątpliwe, że Józef Cyrankiewicz mógł taki list napisać. Przede wszystkim Cyrankiewicz najprawdopodobniej nie wiedział, że oskarżony o działalność przeciwko Polsce Ludowej Witold Pilecki to znany mu z konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz Tomasz Serafiński (konspiracyjne nazwisko Pileckiego, pod którym został aresztowany przez Niemców). Z tego punktu widzenia zupełnie bezzasadne są pretensje, że Cyrankiewicz nie pomógł w ułaskawieniu Pileckiego lub sugestie, że celowo mu szkodził. Te pretensje i sugestie wysuwa od lat pod adresem Cyrankiewicza prof. Wiesław Jan Wysocki. Niestety jedynym źródłem, na którym prof. Wysocki opiera swoje twierdzenia jest wspomniany bratanek Pileckiego, który uważa, że Cyrankiewicz miał być konfidentem obozowego gestapo, Pilecki miał o tym fakcie wiedzieć i dlatego Cyrankiewicz po wojnie nalegał na sąd, by orzekł względem Pileckiego karę śmierci.

Trzeba z całą mocą podkreślić, że w świetle znanych źródeł – w tym relacji byłych więźniów i zachowanych materiałów konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz (por. Irena Paczyńska, Grypsy z Konzentrationslager Auschwitz Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego, Kraków 2013; Adam Cyra, Rotmistrz Pilecki. Ochotnik do Auschwitz, Warszawa 2014) – nie ma jakichkolwiek podstaw do negatywnej oceny działalności Józefa Cyrankiewicza, zarówno w ZWZ (1939-1941), jak i w konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz i KL Mauthausen (1942-1945). Wręcz przeciwnie, ze źródeł tych wyłania się bardzo chwalebny obraz działalności Józefa Cyrankiewicza tak w ZWZ/AK przed aresztowaniem (m.in. zorganizowanie odbicia z rąk gestapo Jana Karskiego), jak i w konspiracji więźniarskiej (m.in. dążenie do zjednoczenia lewicowej Grupy Bojowej Oświęcim z więźniarską organizacją AK i utworzenie w połowie 1944 roku wspólnej Rady Wojskowej Oświęcim).

Gdyby Cyrankiewicz rzeczywiście był konfidentem obozowego gestapo, a Pilecki o tym wiedział, to niewątpliwie by o tym wspomniał w swoim słynnym Raporcie Witolda. Jednakże w żadnej z wersji tego raportu Pilecki nic negatywnego o Cyrankiewiczu nie napisał. Pełne zaufanie do Cyrankiewicza miał również komendant Okręgu Śląskiego AK, mjr dypl. Zygmunt Walter-Janke, powierzając mu w październiku 1944 roku dowództwo organizacji Armii Krajowej w obozie.

Wątpliwe jest także stawianie Cyrankiewiczowi zarzutów odnośnie tego, że nie doprowadził do ułaskawienia Pileckiego w 1948 roku. Nawet jeżeli wiedział on, że Pilecki jest znanym mu z obozu Serafińskim, to niewiele mógł w jego sprawie zrobić. Jako premier nie miał bowiem bezpośredniego wpływu na działalność aparatu represji, który po linii partyjnej podlegał nadzorowi Jakuba Bermana. Ponadto ułaskawienie Pileckiego leżało w gestii nie premiera, ale prezydenta, którym był Bolesław Bierut. Należy powątpiewać by Cyrankiewicz mógł skutecznie o takie ułaskawienie zabiegać zważywszy na to, że jego pozycja jako byłego działacza PPS nie była w rzeczywistej hierarchii powojennej władzy wysoka. Pisał o tym m.in. Stanisław Mikołajczyk w swojej książce Polska zgwałcona.

Wedle opinii Mikołajczyka – Na czele tajnego rządu stoi w Polsce w 1948 roku człowiek, którego widziało niewielu Polaków – rosyjski generał Malinow. Nazwisko jego nie ukazało się nigdy w gazecie polskiej. Nie widziano go w Polsce nigdy publicznie. Władzą przewyższa wszystkich członków rządu – zarówno publicznych, jak i tajnych – włączając w to rosyjskiego ambasadora Lebiediewa i jego zwierzchnika w ambasadzie, członka NKWD Jakowlewa, który nosi tytuł pierwszego sekretarza. Obok Malinowa do tego rządu według rangi, w wymienionym porządku: Jakub Berman, Roman Zambrowski, Hilary Minc, Władysław Gomułka, Bolesław Bierut i Józef Cyrankiewicz. Oficjalne stanowisko Bermana to wiceminister w gabinecie premiera. Ma on jednak nadzór nad premierem Cyrankiewiczem, Ministrem Spraw Zagranicznych oraz nad wszystkimi partiami politycznymi (Stanisław Mikołajczyk, Polska zgwałcona, Chicago 1981, s. 269).

Szkoda, że realizatorzy filmu ograniczyli się do stwierdzenia, że Pileckiego na karę śmierci skazali „bolszewicy”, nie podając bliższych informacji na ich temat. Tymi „bolszewikami” byli: prokurator, mjr Czesław Łapiński – podczas okupacji niemieckiej oficer AK; przewodniczący składu sędziowskiego, ppłk Jan Hryckowian – podczas okupacji niemieckiej również oficer AK; oraz sędzia, kpt Józef Badecki – były pracownik wymiaru sprawiedliwości II RP. Za jedynego autentycznego bolszewika w składzie orzekającym można ewentualnie uznać ławnika, kpt. Stefana Nowackiego (funkcjonariusza Informacji Wojskowej). Jednakże głównym sprawcą spowodowania wydania wyroku śmierci był dyrektor Departamentu Śledczego MBP, płk Józef Różański (Goldberg).

Mankamentem filmu są też rozbudowane wspomnienia Andrzeja Pileckiego – syna rotmistrza – dotyczące różnych wątków osobistych i rodzinnych, niejednokrotnie drugorzędnych szczegółów, które można było spokojnie pominąć na rzecz np. wyeksponowania działalności Pileckiego w konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz i samej konspiracji.

Ogólnie rzecz biorąc film Mirosława Krzyszkowskiego o Witoldzie Pileckim jest obrazem przeciętnym. Należy docenić sam fakt jego pojawienia się na tle takich filmów wypaczających najnowszą historię Polski jak „Pokłosie” czy „Ida”. Sam film Krzyszkowskiego od różnych mankamentów nie jest jednak wolny. Witold Pilecki zasługuje na coś bardziej rzetelnego i profesjonalnego.

Pilecki

http://www.mysl-polska.pl/666

„Myśl Polska” nr 43-44 (2057/58), 25.10-1.11.2015, s. 17

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 października 2015 r.

Polacy w Auschwitz

14 czerwca 1940 roku przybył do KL Auschwitz pierwszy transport więźniów. Przywieziono nim 728 Polaków z więzienia policyjnego w Tarnowie, skierowanych przez placówkę Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w Krakowie (jej szefem był Ludwig Hahn, w latach 1941-1944 komendant Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w dystrykcie warszawskim). Tak rozpoczęła się historia największego niemieckiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady – dzisiaj kojarzonego głównie jako największe miejsce zagłady Żydów europejskich podczas drugiej wojny światowej (około 1 mln ofiar, w większości poddanych natychmiastowej zagładzie bez rejestracji w obozie). Jednakże obóz ten został założony w 1940 roku przez Trzecią Rzeszę Niemiecką nie z myślą o zagładzie Żydów (decyzję o ich zagładzie podjęto latem 1941 roku), ale celem izolacji i eksterminacji Polaków stawiających opór okupantowi. Zarówno w ramach zorganizowanej konspiracji wojskowej i politycznej, jak i poprzez naruszanie drakońskich przepisów ustawodawstwa okupacyjnego.

Od czerwca 1940 do wiosny 1942 roku Polacy, obok przebywających krótko w obozie radzieckich jeńców wojennych, stanowili ponad 95 proc., spośród ponad 27 tys. zarejestrowanych w tym czasie więźniów. Oprócz nich osadzono w tym okresie w KL Auschwitz 1,5 tys. Żydów oraz nielicznych Niemców, Czechów, Jugosłowian i Romów. Dopiero po rozpoczęciu wiosną 1942 roku na masową skalę deportacji do obozu Żydów z okupowanych przez Niemcy krajów europejskich procentowy udział Polaków w strukturze więźniarskiej zaczął maleć. Do końca istnienia obozu pozostał jednak wysoki, sytuujący się na drugim miejscu po Żydach. Najwięcej transportów z polskimi więźniami politycznymi przybyło do KL Auschwitz w 1942 i 1943 roku. Ich nasilenie miało ścisły związek z rosnącą falą terroru okupanta niemieckiego, który w pierwszej kolejności był odpowiedzią na działalność polskiego podziemia politycznego i zbrojnego oraz narzędziem wymuszania posłuszeństwa podbitego narodu. Obok aresztowań i deportacji do obozu członków podziemia oraz osób naruszających ustawodawstwo okupacyjne należy tutaj wymienić akcje represyjne podejmowane w odwecie za działalność polskiej partyzantki (głównie na Kielecczyźnie i Lubelszczyźnie, ale także np. akcja „Oderberg” w Prowincji Górnośląskiej w sierpniu 1943 roku). Przyczyną deportacji Polaków do KL Auschwitz i innych obozów koncentracyjnych była też realizacja konkretnych planów eksterminacyjnych okupanta niemieckiego wobec ludności polskiej (wysiedlenia z Zamojszczyzny).

Na proces zmiany struktury narodowościowej więźniów i ofiar KL Auschwitz wpływ miało również przenoszenie od wiosny 1943 roku części osadzonych w KL Auschwitz Polaków – ze względu na ich rosnące zaangażowanie w więźniarskim ruchu oporu oraz zapotrzebowanie niemieckiego przemysłu na wykwalifikowaną siłę roboczą – do innych obozów koncentracyjnych (KL Buchenwald, KL Dachau, KL Flossenbürg, KL Gross-Rosen, KL Mauthausen, KL Neuengamme, KL Ravensbrück, KL Sachsenhausen). Nie przenoszono natomiast w tym czasie Żydów, ponieważ do wiosny 1944 roku obowiązywała zasada, że obozy koncentracyjne na ziemi niemieckiej muszą być wolne od Żydów.

W drugiej połowie 1943 roku KL Auschwitz stał się centralnym ośrodkiem zagłady Żydów europejskich, dokonywanej metodami przemysłowymi w komorach gazowych. Nastąpiło to po likwidacji czterech ośrodków zagłady bezpośredniej na okupowanych ziemiach polskich (Chełmno nad Nerem, Treblinka, Bełżec i Sobibór) oraz przeprowadzeniu ostatniej dużej akcji eksterminacji Żydów w KL Lublin (Majdanek), którą była tzw. akcja „Erntefest” (dosłownie: „Dożynki”, 3-4 listopada 1943 roku). Apogeum zagłady Żydów w KL Auschwitz przypadło na maj-czerwiec 1944 roku, kiedy w ramach tzw. akcji węgierskiej zamordowano w tym obozie około 400 tys. Żydów z Węgier.

W związku ze skoncentrowaniem w KL Auschwitz akcji bezpośredniej zagłady Żydów, Himmler postanowił wstrzymać pod koniec 1943 roku deportację Polaków do tego obozu oraz do KL Lublin (Majdanek). Na mocy zarządzenia władz SS z 24 grudnia 1943 roku Polacy mieli być kierowani wyłącznie do KL Gross-Rosen i innych obozów na terenie Rzeszy. Zarządzenie to jednak nie było w pełni respektowane przez gestapo, ponieważ terror niemiecki wobec ludności polskiej w 1944 roku nie zmalał, ale wręcz przeciwnie – wzrósł. Himmler i jego planiści nie przewidzieli m.in. wybuchu powstania warszawskiego. W wyniku represji podjętych po wybuchu powstania wobec mieszkańców Stolicy deportowano do obozów koncentracyjnych 55 tys. warszawiaków, w tym około 13 tys. (12 867) do KL Auschwitz. Transporty mieszkańców Warszawy z obozu przejściowego w Pruszkowie (Dulag 121) w sierpniu i we wrześniu 1944 roku były ostatnimi dużymi transportami Polaków do KL Auschwitz.

Ogółem w latach 1940-1944 deportowano do KL Auschwitz 130-140 tys. Polaków objętych ewidencją obozową (na 400 tys. więźniów zarejestrowanych w obozie). Natomiast poza ewidencją obozową przywieziono i zabito około 10 tys. Polaków.

Blisko 26 tys. zarejestrowanych w KL Auschwitz Polaków przywieziono z Warszawy, poprzez więzienie Pawiak i obóz przejściowy w Pruszkowie, około 17 tys. z dystryktu krakowskiego, około 14 500 z dystryktu radomskiego, około 7200 z dystryktu lubelskiego i około 1300 z dystryktu galicyjskiego Generalnego Gubernatorstwa. Ponadto w KL Auschwitz zarejestrowano jako więźniów około 1300 Polaków wysiedlonych z Zamojszczyzny. Z ziem wcielonych do Rzeszy najwięcej Polaków deportowano do KL Auschwitz z Górnego Śląska (około 9 tys.) i Kraju Warty (około 4700). W mniejszej ilości (około 700) skierowano ich z Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie oraz wchodzących w skład Prowincji Prusy Wschodnie rejencji ciechanowskiej i okręgu białostockiego. Należy to tłumaczyć głównie bliskością KL Stutthof i obozu karnego w Potulicach, do których w pierwszej kolejności byli wysyłani Polacy z północnych ziem wcielonych do Rzeszy.

Podane liczby odnośnie ziem wcielonych do Rzeszy obejmują jednakże tzw. transporty bezpośrednie – kierowane przez jedną placówkę gestapo. W tzw. transportach zbiorowych – kierowanych równocześnie przez kilka, a nawet kilkanaście placówek gestapo i kripo – deportowano (przeważnie z ziem wcielonych i z terenu Rzeszy) około 34 tys. Polaków. Ponadto około 7 tys. więźniów narodowości polskiej przywieziono z innych obozów koncentracyjnych. Do tego należy jeszcze dodać około 11 tys. tzw. więźniów wychowawczych, formalnie nie będących więźniami obozu koncentracyjnego, a skierowanych do KL Auschwitz głównie z terenu Prowincji Górnośląskiej. Nieduże grupy Polaków mogły też trafić do KL Auschwitz z przedwojennych Kresów Wschodnich, podczas wojny wchodzących w skład Komisariatu Rzeszy Wschód i Komisariatu Rzeszy Ukraina, oraz z okupowanych przez Niemcy krajów Europy Zachodniej (Francja, Belgia, Holandia).

Wśród blisko 10 tys. Polaków zamordowanych w KL Auschwitz i nie ujętych w ewidencji obozowej znajdowali się więźniowie policyjni, skazani na śmierć przez sąd doraźny Policji Bezpieczeństwa dla rejencji katowickiej i opolskiej, grupy więźniów kierowane na egzekucję spoza obozu, a także prawdopodobnie wysiedleńcy z Zamojszczyzny.

Spośród około 140-150 tys. Polaków deportowanych do KL Auschwitz zginęło około 70-75 tys. (60-65 tys. zarejestrowanych jako więźniowie i około 10 tys. niezarejestrowanych). Wielu z nich zginęło również po przeniesieniu do obozów koncentracyjnych w Rzeszy, podczas ewakuacji KL Auschwitz w styczniu 1945 roku oraz ewakuacji innych niemieckich obozów wiosną 1945 roku, a także na statkach „Cap Arcona” i „Thielbek”, zatopionych 3 maja 1945 roku w Zatoce Lubeckiej przez lotnictwo brytyjskie.

Nie ulega wątpliwości, że perspektywicznym celem niemieckiej polityki okupacyjnej była zagłada narodu polskiego. Z tego, co na podstawie źródeł pośrednich wiemy na temat Generalnego Planu Wschodniego, zagłada Żydów miała być tylko wstępem do depopulacji Europy Środkowej i Wschodniej. Plan ten przewidywał likwidację (w drodze eksterminacji bezpośredniej lub wysiedlenia do Syberii zachodniej) około 80-85 proc. Polaków po zwycięskim dla Niemiec zakończeniu wojny. Preludium do realizacji tych zamierzeń były wysiedlenia ludności polskiej z Zamojszczyzny w latach 1942-1943.

Analizując deportację Polaków do KL Auschwitz nie można nie widzieć tych perspektywicznych założeń polityki hitlerowskiej. Rozmiary deportacji Polaków do KL Auschwitz i innych niemieckich obozów koncentracyjnych świadczą przede wszystkim o skali terroru, który wynikał z bieżących potrzeb polityki okupacyjnej (zwalczanie konspiracji, zastraszenie i utrzymywanie w posłuszeństwie podbitego narodu). Deportacje te miały jednak związek z dalekosiężnymi planami niemieckimi wobec Europy Środkowej i Wschodniej. Fakt ten zwykle umyka z pola widzenia mediom w Polsce i za granicą, które odnośnie Polaków osadzonych w KL Auschwitz najczęściej informują tylko o pierwszym transporcie z Tarnowa, ewentualnie podają informację, że do Auschwitz kierowano „przedstawicieli polskiej inteligencji”. Tymczasem nadreprezentacja inteligencji była tylko w transportach warszawskich i krakowskich. Przekrój społeczny polskich więźniów z pozostałych części kraju przeważnie odpowiadał przekrojowi społecznemu przedwojennego społeczeństwa polskiego, w którym osób z wyższym wykształceniem nie było więcej niż kilka procent. Większość Polaków osadzonych w KL Auschwitz to nie byli inteligenci, ale chłopi, robotnicy rolni, robotnicy przemysłowi, rzemieślnicy.

Wielu z nich trafiło do tego obozu za to, że walczyło w konspiracji o niepodległość swojej ojczyzny. Wielu jednakże stało się ofiarą niemieckiego prawa okupacyjnego, szczególnie represyjnego na okupowanych ziemiach polskich. Wpisy w zachowanych więźniarskich kartach personalnych, podające niejednokrotnie przyczynę deportacji do obozu, pozwalają poznać skalę tej represyjności. Pozwalają też zrozumieć, że niemieckie prawo okupacyjne służyło nie tylko do utrzymywania w posłuszeństwie narodu polskiego, ale także osiągnięciu wspomnianego celu perspektywicznego, czyli jego wyniszczenia. Polaka w obozie koncentracyjnym można było osadzić nie tylko za nielegalny handel (konieczny dla przeżycia pod okupacją niemiecką) czy złamanie drakońskich przepisów prawa pracy. Można go było wysłać na śmierć – bo z KL Auschwitz nie było powrotu, poza nielicznymi przypadkami zwolnień w pierwszych latach istnienia obozu – za to, że nie ustąpił miejsca na chodniku lub nie ukłonił się Niemcowi, za to, że na ziemiach wcielonych rozmawiał po polsku, za to, że podczas sprzątania niemieckiego kina znalazł odznakę NSDAP i nie oddał jej właścicielowi, za to, że mieszkał na wsi, która w odwecie za działalność polskiej partyzantki została poddana tzw. pacyfikacji, za to, że nie zdążył do domu przed godziną policyjną, albo po prostu za to, że wyszedł na ulicę i akurat była tzw. łapanka. W pierwszym transporcie Polaków z Warszawy 15 sierpnia 1940 roku – liczącym 1666 osób – znajdowało się 1153 schwytanych podczas łapanek, a tylko 513 przetrzymywanych wcześniej pod jakimś zarzutem w więzieniu na Pawiaku. Osadzonych w obozie Polaków traktowano też jako zakładników, których rozstrzeliwano w przypadku sabotaży lub innych akcji podziemia na terenach, z których pochodzili.

To wszystko pokazuje jakie było położenie ludności polskiej pod okupacją niemiecką. Polak był dla niemieckich władz okupacyjnych nikim. Można go było w każdej chwili zatrzymać lub aresztować, wysłać do obozu koncentracyjnego lub od razu rozstrzelać dosłownie za nic. Wiedzy na ten temat niestety nie ma na Zachodzie, gdzie coraz łatwiej formułowane są oskarżenia o udział narodu polskiego w niemieckich zbrodniach na Żydach.

Oczywiście mówiąc o Polakach w Auschwitz nie można zapomnieć, że było to miejsce eksterminacji polskiej inteligencji, a nawet więcej – narodowej elity. Do więźniów i ofiar tego obozu należeli zarówno wybitni politycy (np. Norbert Barlicki i Stanisław Dubois z PPS, Gabriel Dubiel z PSL „Piast”, Jan Mosdorf, Roman Rybarski i Witold Teofil Staniszkis z szeroko pojętego obozu narodowego, Władysław Tempka ze Stronnictwa Pracy i in.), osoby spokrewnione z działaczami politycznymi (np. Cecylia Mikołajczyk – żona premiera Stanisława Mikołajczyka, Edmund Wojciechowski – syn prezydenta Stanisława Wojciechowskiego), oficerowie (np. Teofil Dziama, Jan Karcz, Witold Pilecki, Kazimierz Rawicz, Aleksander Stawarz i in.), pisarze i literaci (np. Tadeusz Borowski, Stefan Godlewski, Zofia Kossak-Szczucka, Seweryna Szmaglewska, Anna Zahorska i in.), artyści (np. Xawey Dunikowski, Mieczysław Kościelniak, Ludwik Puget i in.), aktorzy (np. Stefan Jaracz, Leon Schiller, Witold Zacharewicz i in.), profesorowie wyższych uczelni (np. Adam Zdzisław Heydel, Zygmunt Łempicki, Marian Henryk Serejski, Józef Jan Siemieński i in.), arystokraci (np. hrabia Władysław Baworowski, książę Ludwik Czetwertyński, Adam i Stanisław Drohojowscy, książę Kazimierz Światopełk-Mirski, hrabia Aleksander Zamoyski i in.), sportowcy (Bronisław Czech, Antoni Łyko, Józef Noji i in.). W KL Auschwitz osadzono również 416 polskich księży katolickich, kleryków, zakonników i sióstr zakonnych. 236 z nich zginęło – 166 w KL Auschwitz, a 70 po przeniesieniu do innych obozów. Niewątpliwie najbardziej znaną postacią w ich gronie jest św. Maksymilian Maria Kolbe, a także błogosławieni: Jan Bajewski, Piotr Edward Dańkowski, Anicet Adalbert Kopliński, Antoni Rewera, Roman Sitko, Piotr Bonifacy Żukowski i in.

Inną grupę Polaków zabijanych w KL Auschwitz stanowili chorzy psychicznie. Jedną z największych zbrodni na chorych psychicznie było zamordowanie w komorze gazowej 23 czerwca 1942 roku 566 pacjentów ze zlikwidowanego szpitala psychiatrycznego w Kobierzynie pod Krakowem oraz jego filii prowadzonej przez oo. Bonifratrów w Zebrzydowicach k. Kalwarii Zebrzydowskiej.

Nie można też nie wymienić rzesz patriotycznej polskiej młodzieży studenckiej i szkolnej, zaangażowanej w różne formy walki konspiracyjnej. To właśnie głównie z tej młodzieży – ujętej podczas próby przekroczenia granicy słowackiej w drodze do polskiej armii we Francji – składał się pierwszy transport Polaków do Auschwitz.

Polscy więźniowie w KL Auschwitz ginęli przede wszystkim w wyniku niewolniczej, ponad ludzkie siły pracy, niejednokrotnie zabijani – gdy słabli przy pracy – przez niemieckich więźniów funkcyjnych i esesmanów. Ginęli z głodu i chorób, w tym powtarzających się – szczególnie w pierwszych latach istnienia obozu – epidemii tyfusu. Ginęli w karnej kompanii, areszcie obozowym w bloku 11, w egzekucjach na Żwirowisku i pod Ścianą Śmierci na dziedzińcu bloku 11 oraz w egzekucjach przez powieszenie. Obfite żniwo śmierć zbierała wśród tysięcy polskich więźniarek, wegetujących w fatalnych warunkach w obozie kobiecym w Birkenau. Na 250 polskich więźniach i 600 jeńcach radzieckich dokonano pierwszego próbnego gazowania cyklonem B w podziemiach bloku 11 w obozie macierzystym KL Auschwitz I na początku września 1941 roku.

Największą zasługą Polaków osadzonych w KL Auschwitz było zorganizowanie więźniarskiego ruchu oporu, który m.in. przekazywał na zewnątrz informacje o zbrodniach popełnianych w obozie. Była to zarówno polska konspiracja wojskowa (Związek Organizacji Wojskowej, później ZWZ/AK), którą zapoczątkowali Witold Pilecki i Kazimierz Rawicz, jak i konspiracja lewicowo-międzynarodowa (Grupa Bojowa Oświęcim), w której jedną z wiodących ról odgrywał Józef Cyrankiewicz. Dzisiaj zasługi Cyrankiewicza w konspiracji więźniarskiej są niesłusznie deprecjonowane, a niektórzy tzw. prawicowi publicyści formułują na temat jego postawy w obozie tendencyjne i w gruncie rzeczy haniebne sądy, nie mające jakiegokolwiek potwierdzenia w źródłach.

Ideą przewodnią polskiej polityki historycznej po 1989 roku jest eksponowanie na pierwszym miejscu zbrodni dokonanych na Polakach przez NKWD podczas drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu oraz przez aparat represji Polski Ludowej po wojnie. Zbrodnie niemieckie na Polakach są spychane na drugi plan, a pod dywan zamiata się – a przynajmniej do niedawna tak czyniono – ludobójstwo dokonane na ludności polskiej Kresów przez OUN/UPA. Nie wiem czy zwolennicy tej polityki historycznej wiedzą, że jej prekursorami tak naprawdę byli hitlerowcy, którzy w 1943 roku jako pierwsi nagłośnili na cały świat martyrologię polską z rąk ZSRR. W czasie, gdy sami deportowali Polaków dziesiątkami tysięcy do swoich obozów koncentracyjnych, rozstrzeliwali ich lub wieszali w publicznych egzekucjach oraz palili żywcem podczas tzw. pacyfikowania polskich wsi. Ta polityka historyczna prawdopodobnie także dzisiaj jest inspirowana przez Berlin, albowiem nachalne eksponowanie zbrodni sowieckich i komunistycznych sprzyja zakrzyczeniu zbrodni niemieckich.

Przemilczanie, a potem zamiatanie pod dywan prawdy o zbrodni katyńskiej było największą hańbą PRL. Czy jednak nie jest równie niestosowne i antypolskie zarazem używanie Katynia do deprecjonowania zbrodni niemieckich i ukraińskich na Polakach? W rezultacie tego co nazywamy zbrodnią katyńską – a więc egzekucji dokonanych przez NKWD w Katyniu, Charkowie, Kijowie, Twerze, Mińsku i miejscach, których nazw do dzisiaj nie znamy – zginęło 21 768 obywateli polskich (w większości Polaków, ale także Żydów i Ukraińców). W niemieckich obozach koncentracyjnych natomiast zginęły następujące liczby Polaków: 70-75 tys. w KL Auschwitz, 30-35 tys. w KL Ravensbrück, 27 tys. w KL Mauthausen, 19 tys. w KL Lublin (Majdanek), 17 tys. w KL Flossenbürg, 15-20 tys. w KL Stutthof, 7,5 tys. w KL Neuengamme. Nie są znane dokładne liczby Polaków zamordowanych w KL Bergen-Belsen, KL Buchenwald, KL Dachau, KL Gross-Rosen, KL Mittelbau-Dora, KL Natzweiler-Struthof i KL Sachsenhausen. Na każdy z tych obozów może przypadać od kilku do kilkunastu tysięcy polskich ofiar. Do tego należy dodać tysiące ofiar, które zginęły podczas marszów ewakuacyjnych. W niemieckich obozach koncentracyjnych mogło zatem zginąć od 200 do 250 tys. Polaków. To jednak więcej niż polskie ofiary represji stalinowskich w latach 1939-1941 i 1944-1952 (egzekucji, deportacji na Syberię i do Kazachstanu, śmierci w więzieniach i na zesłaniu), które IPN oszacował w 2009 roku na około 150 tys. osób. A przecież deportacje do obozów koncentracyjnych były tylko wycinkiem niemieckiego terroru wobec ludności polskiej, który w latach 1939-1945 pochłonął życie blisko 2 mln Polaków oraz 2,9 mln polskich Żydów.

Nie chodzi mi tutaj o licytację ofiar i tak modne dzisiaj porównywanie, który totalitaryzm był gorszy. Chodzi mi o równe uszanowanie wszystkich ofiar polskich podczas drugiej wojny światowej. Chciałbym, żeby oprócz Rajdu Katyńskiego odbywał się także Rajd Oświęcimski (przynajmniej do najważniejszych byłych obozów niemieckich) i Rajd Wołyński.

Przypadająca 14 czerwca 2015 roku 75. rocznica deportacji pierwszego transportu polskich więźniów politycznych do KL Auschwitz jest najprawdopodobniej ostatnią okrągłą rocznicą, w której uczestniczyć będą nieliczni żyjący jeszcze polscy więźniowie tego obozu. Mimo że w 2006 roku 14 czerwca został uchwałą Sejmu RP ustanowiony Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych, uroczystość w Oświęcimiu ma rokrocznie charakter lokalny. Nie zaszczycają jej obecnością prezydenci i premierzy Rzeczypospolitej Polskiej, wysyłając co najwyżej swoich przedstawicieli. Nie jest transmitowana przez ogólnopolskie media, które też nie informują o niej na pierwszym miejscu. Traci się w ten sposób unikalną okazję do powiedzenia na cały świat prawdy o polskiej martyrologii pod okupacją niemiecką w czasie drugiej wojny światowej. Nie po to, żeby licytować się z martyrologią żydowską – niewątpliwie przerastającą rozmiarami martyrologię polską – ale po to, by raz na zawsze położyć kres pomówieniom o „polskich obozach śmierci” i polskim współudziale w zbrodniach nazistowskich.

Literatura:

H. Kubica, Zagłada w KL Auschwitz Polaków wysiedlonych z Zamojszczyzny w latach 1942-1943, Oświęcim-Warszawa 2004.

H. Kubica, Głosy Pamięci (cz. 10): Z powstańczej Warszawy do KL Auschwitz, Oświęcim 2014.

I. Pająk, Mieszkańcy Śląska, Podbeskidzia, Zagłębia Dąbrowskiego w KL Auschwitz, t. I-II, Katowice 1998.

F. Piper, Ilu ludzi zginęło w KL Auschwitz. Liczba ofiar w świetle źródeł i badań, Oświęcim 1992.

F. Piper, Głosy Pamięci (cz. 8): Polacy w KL Auschwitz, Oświęcim 2012.

F. Piper, I. Strzelecka (red.), Księga Pamięci. Transporty Polaków z Warszawy do KL Auschwitz 1940-1944, t. I-III, Warszawa-Oświęcim 2000.

F. Piper, I. Strzelecka (red.), Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Krakowa i innych miejscowości Polski południowej 1940-1944, t. I-V, Warszawa-Oświęcim 2002.

F. Piper, I. Strzelecka (red.), Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Radomia i innych miejscowości Kielecczyzny 1940-1944, t. I-V, Oświęcim 2006.

F. Piper, I. Strzelecka (red.), Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Lublina i innych miejscowości Lubelszczyzny 1940-1944, t. I-III, Oświęcim 2009.

B. Piętka, Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Wielkopolski, Pomorza, Ciechanowskiego i Białostocczyzny 1940-1944, t. I-III, Oświęcim 2013.

http://konserwatyzm.pl/artykul/13020/polacy-w-auschwitz

http://www.mysl-polska.pl/509

„Myśl Polska” nr 25-26 (2039/40), 21-28.06.2015, s. 14-15

Bohdan Piętka

Oświęcim, 10 czerwca 2015 r.

Zbrodnia w Zatoce Lubeckiej

3 maja 1945 roku krótko po godzinie 14.00 nad wody Zatoki Lubeckiej w pobliżu miasta Neustadt in Holstein nadleciały brytyjskie samoloty myśliwsko-bombowe Hawker Typhon ze 197, 198 i 263. dywizjonów RAF. Celem ich ataku były trzy statki, na których powiewały wojenne bandery Kriegsmarine: „Cap Arcona”, „Thielbek” i „Deutschland IV”. Samoloty 198. dywizjonu wystrzeliły 62 rakiety w kierunku statków „Cap Arcona” i „Thielbek”, z których 40 było celnych. Natomiast samoloty 197 i 263. dywizjonu zaatakowały bombami i rakietami statek „Deutschland IV”. Zaatakowane statki stanęły w ogniu i zatonęły. Brytyjscy piloci nie byli jednakże świadomi tego, że na pokładzie statków „Cap Arcona” i „Thielbek” nie ma ani niemieckiego wojska ani hitlerowskich dygnitarzy próbujących uciec do Danii i Norwegii – wciąż znajdujących się pod okupacją niemiecką. Na pokładzie tych jednostek znajdowało się ponad 7 tys. więźniów KL Neuengamme, w tym wielu mających za sobą pobyt także w innych niemieckich obozach koncentracyjnych. Zginęli u progu wolności. Za pięć dni skapitulowała III Rzesza Niemiecka. Zbrodnia w Zatoce Lubeckiej była jej ostatnią masową zbrodnią.

Bezpośrednim sprawcą tej zbrodni był wyższy dowódca SS i policji w Hamburgu (Höherer SS- und Polizeiführer Nordsee), SS-Gruppenführer Georg-Henning Graf von Bassewitz-Behr (1900-1949), odpowiedzialny za ewakuację KL Neuengamme. To na jego polecenie 26 kwietnia 1945 roku zaokrętowano na statki „Athen”, „Cap Arcona” i „Thielbek” około 9400 więźniów ewakuowanych 18 kwietnia 1945 roku z KL Neuengamme i jego podobozów. Ponad 4500 z nich znalazło się na pokładzie transatlantyku „Cap Arcona” – jednego z największych niemieckich statków pasażerskich (w służbie od 1927 roku). Dwa pozostałe – „Athen” (ok. 2000 więźniów) oraz  „Thielbek” (2800 więźniów) – były natomiast statkami towarowymi (frachtowcami). Statki te, z tysiącami więźniów zamkniętych w ładowniach i zgromadzonych na pokładach, zakotwiczono na wodach Zatoki Lubeckiej w pobliżu Neustadt in Holstein.

Niemieccy historycy – Detlef Garbe i Joachim Neander – poddają w wątpliwość istnienie rozkazu Hitlera lub Himmlera odnośnie zagłady więźniów wszystkich obozów koncentracyjnych, by nie mogli dostać się w ręce aliantów, jak również istnienie podobnych rozkazów „lokalnych”. Analizując porównawczo ewakuacje różnych obozów koncentracyjnych badacze ci doszli do wniosku, że informacje o tych rozkazach są słabo udokumentowane źródłowo i należą do mitów oraz legend powstałych w okresie likwidacji i ewakuacji obozów. Faktem jest jednak, że spośród 720 tys. więźniów, którzy w połowie stycznia 1945 roku znajdowali się w niemieckich obozach koncentracyjnych, jedna trzecia nie dożyła wyzwolenia. Większość z tych ofiar – około 180 tys. – zginęła podczas ewakuacji obozów. Mimo wymowy tych liczb Neander polemizuje z Danielem J. Goldhagenem – autorem książki Hitler’s Willing Executioners (Gorliwi kaci Hitlera, New York 1996) – zaprzeczając, że celem SS w 1945 roku było wymordowanie jak największej ilości więźniów.

Nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że wiodącym motywem wymordowania 13 kwietnia 1945 roku w Gardelegen 1016 więźniów, ewakuowanych z KL Mittelbau-Dora i KL Neuengamme, było uniemożliwienie dostania się ich w ręce aliantów. Decyzję o spaleniu tych więźniów żywcem w stodole eskorta SS i miejscowy kreisleiter NSDAP podjęli bowiem w sytuacji, gdy dalszy transport stał się niemożliwy na skutek zbombardowania linii kolejowych, a rejon Gardelegen został otoczony przez wojska amerykańskie. Niemiecka badaczka Diana Gring uważa, że w przeciwieństwie do spontanicznych rozstrzeliwań podczas „marszów śmierci” zbrodnia w Gardelegen została zaplanowana. Podobnie zaplanowane były mordy na więźniach KL Neuengamme i więźniach policyjnych w Hamburgu w kwietniu 1945 roku. Z drugiej strony Himmler traktował więźniów obozów koncentracyjnych jako kartę przetargową w tajnych rozmowach prowadzonych z aliantami odnośnie zawarcia separatystycznego pokoju na froncie zachodnim. Stąd tzw. akcja „białych autobusów” Szwedzkiego Czerwonego Krzyża, kierowana przez hrabiego Folke Bernadotte, która objęła 7795 duńskich i norweskich więźniów z KL Sachsenhausen i innych obozów koncentracyjnych. W marcu 1945 roku skoncentrowano ich w KL Neuengamme, skąd zostali ewakuowani przez Szwedzki Czerwony Krzyż. 26 kwietnia 1945 roku do Sztokholmu dotarła odpowiedź prezydenta Trumana, że separatystycznego podpisania kapitulacji przed aliantami zachodnimi nie będzie. Następnego dnia Bernadotte przekazał ją Walterowi Schellenbergowi. Kilka dni wcześniej doszło do zwolnienia i przekazania w ręce Szwedzkiego Czerwonego Krzyża 7 tys. więźniarek z KL Ravensbrück i 2 tys. więźniarek z KL Neuengamme. Była to próba „wybielenia się” Himmlera i jego otoczenia lub pokazanie z ich strony „dobrej woli” w prowadzonych jeszcze wtedy negocjacjach z aliantami.

O ile KL Neuengamme stał się drogą do wolności dla więźniów duńskich i norweskich, to dla wielu pozostałych stał się drogą do śmierci. Szczególnie dla tych, których umieszczono na „pływającym obozie koncentracyjnym” w Zatoce Lubeckiej. Czy zbrodnia na nich również została zaplanowana, jak zbrodnia w Gardelegen?

2 maja 1945 roku dowództwo brytyjskie podało drogą radiową komunikat wzywający wszystkie jednostki morskie pływające pod banderą III Rzeszy do natychmiastowego zawinięcia do najbliższego portu. W przeciwnym razie zostaną zbombardowane 3 maja po godz. 14.00. Komunikat ten dotarł do kapitanów wszystkich trzech statków z więźniami, stojących na redzie w Zatoce Lubeckiej. Był też znany esesmanom przydzielonym do konwoju więźniów. Następnego dnia statki z więźniami zostały zlokalizowane przez brytyjski samolot rozpoznawczy. Po otrzymaniu meldunku z tego samolotu, brytyjskie dowództwo wydało drogą radiową polecenie kapitanom statków wywieszenia białych flag zamiast bander wojennych Kriegsmarine i zawinięcia do portu w Neustadt in Holstein. Polecenia tego nie wykonali kapitanowie statków „Cap Arcona” i „Thielbek”, którym wywieszenia białych flag zabronili esesmani. Prawdopodobnym celem SS mogło być doprowadzenie do zatopienia statków i pozbycie się w ten sposób więźniów – świadków zbrodni popełnionych w obozach koncentracyjnych. Sprowokowanie ataku brytyjskiego było w takim wypadku sytuacją wręcz wymarzoną, pozwalającą zrzucić odpowiedzialność za śmierć więźniów na aliantów zachodnich.

Kapitanowie „Cap Arcona” i „Thielbek” nie umieli, albo nie chcieli przeciwstawić się oficerom SS. Dowódcą „Cap Arcona” był Heinrich Bertram, wcześniej kapitan m.in. „Wilhelma Gustloffa”, a dowódcą statku „Thielbek” kapitan Hans-Adolf Jacobsen. Wśród więźniów zgromadzonych na pokładzie transatlantyku „Cap Arcona” znajdowało się wielu Polaków, w tym ok. 400 mających za sobą pobyt w KL Auschwitz. Oba statki po zbombardowaniu zatonęły, a większość zaokrętowanych na nich więźniów zginęła w płomieniach lub utonęła w morzu. Akcję ratunkową uniemożliwiali esesmani, którzy już wcześniej zabezpieczyli dla siebie wszystkie szalupy ratunkowe i strzelali do rozbitków pływających w morzu. Do rozbitków-więźniów strzelali także z broni pokładowej brytyjscy piloci, będący przekonani, że uniemożliwiają w ten sposób ucieczkę Niemcom do Danii i Norwegii. Więźniowie, którym udało się dopłynąć do brzegu byli zabijani przez młodocianych elewów szkoły podoficerskiej okrętów podwodnych Kriegsmarine oraz esesmanów, członków Hitlerjugend i Volkssturmu. Brytyjscy żołnierze, którzy wkrótce dotarli na plażę w pobliżu Neustadt, uratowali blisko 350 spośród około tysiąca więźniów, jacy dopłynęli do brzegu. Pozostali zginęli z rąk sfanatyzowanych wyznawców ideologii Adolfa Hitlera. W imię tej ideologii Niemcy potrafili mordować do końca, nawet w obliczu całkowitej klęski – trzy dni po samobójstwie Hitlera i dzień po kapitulacji Berlina. Ogółem na wodach Zatoki Lubeckiej zginęło co najmniej 6600 więźniów, w tym wielu Polaków, którzy przeżyli KL Auschwitz i inne obozy koncentracyjne.

Płonący statek „Cap Arcona” po ataku lotnictwa brytyjskiego 3 maja 1945 r. Fot. Wikipedia.

Płonący statek „Cap Arcona” po ataku lotnictwa brytyjskiego 3 maja 1945 r. Fot. Wikipedia.

Losu tego uniknęli więźniowie zaokrętowani na statku „Athen”. Dowodzący nim kapitan Dietrich Nobmann miał odwagę przeciwstawić się esesmanom oraz uzbrojonym marynarzom Kriegsmarine i polecił wywiesić białą flagę. Około godziny 13:45 zawinął do portu w Neustadt. Uratował tym samym życie 1998 więźniom. Statek „Athen” został po wojnie przekazany Polsce w ramach reparacji wojennych i pływał pod polską banderą jako „Ludwik Waryński”.

Kwestia odpowiedzialności Niemców za zbrodnię w Zatoce Lubeckiej jest bezsporna. Pozostaje jednak do wyjaśnienia kwestia odpowiedzialności brytyjskiej. Czy rzeczywiście był to omyłkowy atak, jak tłumaczono to przez wiele lat po wojnie. W wypadku pilotów, którzy zatopili statki „Cap Arcona” i „Thielbek” niewątpliwie tak. Oni byli przekonani, że atakują niemieckie cele wojskowe. Inaczej jednak sprawa przedstawia się w odniesieniu do ich dowództwa. Niemieccy historycy Detlef Garbe i Wilhelm Lange dotarli do źródeł, które stawiają dowództwo brytyjskie w niekorzystnym świetle. Chociaż badacze ci uważają, że odpowiedzialność Brytyjczyków za tragedię pozostaje nadal pytaniem otwartym, to ujawnione przez nich źródła wskazują na co najmniej poważne zaniedbanie strony brytyjskiej. Z protokołu przesłuchania majora N. O. Tilla z września 1945 roku i innych źródeł brytyjskich wynika bowiem, iż wkrótce po zajęciu Lubeki przez wojska brytyjskie 2 maja 1945 roku przedstawiciele Szwedzkiego i Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża informowali dowództwo brytyjskie, że na statkach zakotwiczonych w Zatoce Lubeckiej znajdują się więźniowie KL Neuengamme. Informacja taka została przekazana m.in. dowódcy 11. Dywizji Pancernej. Strona brytyjska posiadała też własne dane wywiadowcze odnośnie zaokrętowania więźniów na statkach w Lubece. Informacje te najprawdopodobniej nie zostały dostatecznie szybko przekazane przez Dowództwo Alianckich Sił Ekspedycyjnych do sztabu 2. Skrzydła Lotnictwa Taktycznego RAF.

3 maja 1945 roku na porannej odprawie pilotów 83. Grupy Lotniczej wyjaśniono im, że zgromadzone w Zatoce Lubeckiej statki są resztkami floty wojennej i handlowej III Rzeszy, a najnowsze dane wywiadu mówią, że na pokładach tych statków znajdują się wyżsi dowódcy SS i dygnitarze NSDAP, którzy chcą uciec do Norwegii. Gdy w południe wystartowały pierwsze Typhony, do dowództwa 83. Grupy dotarł przedstawiciel Szwedzkiego Czerwonego Krzyża, dr Hans Arnoldsson. Przekazał on oficerom brytyjskim informację, że na statkach „Cap Arcona” i „Thielbek” są tysiące więźniów obozów koncentracyjnych. W odpowiedzi usłyszał, że nie ma możliwości przekazania tej informacji dalej i odwołania ataku. Kilka godzin wcześniej 2. Skrzydło Lotnictwa Taktycznego wydało rozkaz nr 71, który mówił o tym, że nie będą atakowane statki ewakuacyjne Czerwonego Krzyża. Miały być one oświetlone i odpowiednio oznakowane. Nie zmieniało to jednak w niczym położenia statków „Cap Arcona” i „Thielbek”, na których zamiast flag Czerwonego Krzyża były wojenne bandery Kriegsmarine.

Nie można wykluczyć, że dowódcy brytyjscy zlekceważyli informację Arnoldssona, ponieważ ich priorytetem było niedopuszczenie do ewentualnej ucieczki do Danii i Norwegii oficerów SS i funkcjonariuszy NSDAP. Ze względu na zaminowanie akwenu w zachodniej części Morza Bałtyckiego morskie działania przechwytujące nie wchodziły w grę. Na akwenie tym w dniach 2-4 maja 1945 roku lotnictwo brytyjskie zatopiło 21 niemieckich transportowców i okrętów oraz 7 mniejszych jednostek. Ucieczka niedobitków III Rzeszy do Danii i Norwegii była zatem realna, a jej uniemożliwienie prawdopodobnie zepchnęło na margines w oczach sztabowców brytyjskich los więźniów KL Neuengamme.

Niemniej jednak odpowiedzialność za śmierć na pięć dni przed końcem wojny blisko 7 tys. więźniów, z których niektórzy mieli za sobą nawet kilkuletni pobyt w różnych niemieckich obozach koncentracyjnych, spoczywa w pierwszej kolejności na stronie niemieckiej. Ponoszą ją przede wszystkim wspomniany wyższy dowódca SS i policji von Bassewitz-Behr oraz gauleiter Hamburga Karl Kaufmann. Odpowiedzialność ta jest oczywista, chociaż Detlef Garbe uważa, że nie ma przekonywujących dowodów na to, iż celem umieszczenia ponad 9 tys. więźniów na statkach zakotwiczonych w Zatoce Lubeckiej była ich zagłada. Trudno zresztą zgodzić się w kontekście zachowania eskorty SS i marynarzy Kriegsmarine, że zatopienie statków „Cap Arcona” i „Thielbek” było tylko nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności. Wilhelm Lange, w przeciwieństwie do Garbe i Neandera, nie ma wątpliwości, że istniał rozkaz Himmlera, by żaden więzień nie dostał się żywy w ręce aliantów i że miał on zasadniczy wpływ na postępowanie niemieckich decydentów podczas ewakuacji obozów koncentracyjnych w marcu i kwietniu 1945 roku.

Pomnik upamiętniający zbrodnię w Zatoce Lubeckiej 3 maja 1945 r. Fot. Wikipedia.

Pomnik upamiętniający zbrodnię w Zatoce Lubeckiej 3 maja 1945 r. Fot. Wikipedia.

Literatura:

Detlef Garbe, Carmen Lange (red.), Häftlinge zwischen Vernichtung und Befreiung. Die Auflösung des KZ Neuengamme und seiner Außenlager durch SS im Frühjahr 1945, Bremen 2005.

Sergiusz Jaśkiewicz, Okręty śmierci. Ostatnie dni Neuengamme, (w:) Za pięć dwunasta, Warszawa 1966, s. 109-195.

Bogdan Suchowiak, Mai 1945. Die Tragödie der Häftlinge von Neuengamme, Reinbek bei Hamburg 1985.

„Myśl Polska” nr 21-22 (2035/36), 24-31.05.2015, s. 14-15

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 maja 2015 r.

Okoliczności śmierci Zofii Praussowej w KL Auschwitz

Zofia Praussowa (3.9.1878, Budzów – 17.1.1945, KL Auschwitz) była jedną z wybitniejszych postaci Polskiej Partii Socjalistycznej w okresie II Rzeczypospolitej. Była też jedną z ponad 70 tys. polskich ofiar KL Auschwitz. Okoliczności jej śmierci, tuż przed ewakuacją i wyzwoleniem obozu, zasługują na uwagę ze względu na symboliczny pogrzeb, jaki urządziły jej współwięźniarki. Był to prawdopodobnie jedyny taki pogrzeb w historii KL Auschwitz.

Zofia Praussowa (1878-1945). Fot. Wikipedia

Zofia Praussowa (1878-1945). Fot. Wikipedia.

Zofia Praussowa (z domu Kulesza) pochodziła z rodziny ziemiańskiej. Otrzymała staranne wykształcenie, kończąc najpierw tzw. Kursy Bestużewskiego na Wydziale Matematycznym w Petersburgu, a potem studia matematyczne na paryskiej Sorbonie. Od 1899 roku należała do PPS, a od 1904 roku do Organizacji Bojowej PPS. Za kolportowanie odezw przeciwko poborowi do carskiego wojska została aresztowana i po krótkim zesłaniu zmuszona w 1906 roku przez władze rosyjskie do opuszczenia Królestwa Polskiego. Osiadła w Zakopanem, gdzie w 1911 roku założyła koedukacyjną szkołę średnią. Podczas pierwszej wojny światowej m.in. organizowała werbunek do Legionów Polskich. W II Rzeczypospolitej była początkowo inspektorem pracy, współtworząc od podstaw instytucję Państwowej Inspekcji Pracy w Polsce. Natomiast w latach 1922-1930 była posłem na Sejm, najpierw z listy PPS, a od 1928 roku z ramienia porosanacyjnej PPS-dawnej Frakcji Rewolucyjnej. W latach 1920-1928 była członkinią Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS. Mimo popierania obozu sanacyjnego, po przedterminowym rozwiązaniu Sejmu w 1930 roku nie uzyskała więcej mandatu poselskiego. Zofia Praussowa należała też do znanych działaczek feministycznych II RP. Działała w utworzonej w 1919 roku organizacji feministycznej o nazwie Klub Polityczny Kobiet Postępowych i redagowała czasopismo „Głos Kobiet”.

Podczas okupacji niemieckiej należała do ZWZ/AK. Gestapo aresztowało ją 10 listopada 1942 roku. Po kilkumiesięcznym uwięzieniu na Pawiaku trafiła do KL Lublin (Majdanek). Stamtąd została deportowana do KL Auschwitz 15 kwietnia 1944 roku. W transporcie tym deportowano 988 więźniarek i 38 dzieci (m.in. Polek, ale także obywatelek ZSRR). Otrzymały one numery z serii ogólnej od 77239 do 78219. Numer obozowy Zofii Praussowej jest nieznany. Więźniarki wraz z dziećmi umieszczono w obozie kwarantanny męskiej w Birkenau na odcinku BIIa w barakach 3-6, a po jej zakończeniu osadzono je w obozie kobiecym w Birkenau, który mieścił się on na odcinkach BIa i BIb.

Jedynym dokumentem, z którego wiemy, że Zofia Praussowa przybyła do KL Auschwitz powyższym transportem i że zginęła w obozie jest sporządzony po wyzwoleniu imienny spis 46 więźniarek-Polek deportowanych w kwietniu 1944 roku z KL Lublin.

Pierwsza strona sporządzonego po wojnie spisu więźniarek-Polek deportowanych 15.4.1944 r. z  KL Lublin (Majdanek) do KL Auschwitz. Figuruje w nim Zofia Praussowa. Źródło: Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau

Pierwsza strona sporządzonego po wojnie spisu więźniarek-Polek deportowanych 15.4.1944 r. z KL Lublin (Majdanek) do KL Auschwitz. Figuruje w nim Zofia Praussowa. Źródło: Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Na temat okoliczności śmierci Zofii Praussowej tuż przed ewakuacją obozu 18 stycznia 1945 roku zachowało się kilka relacji byłych więźniarek.

Więźniarka Maria Borowska wspomina: Prauss Zofia – staruszka, trzymała się bardzo dzielnie i była dla nas dużym oparciem. Zmarła w obozie przed ewakuacją.

Z kolei więźniarka Anna Lipka wspomina: W dniu 18 stycznia 1945 roku wraz z dr. Perzanowską, Anną Chomicz i Jadwigą Romeyko brałam udział w symbolicznym pogrzebie Zofii Prauss. Zofia Prauss była przed aresztowaniem działaczką PPS. Zwłoki jej wynosiłyśmy na tragach przy zapalonych świeczkach do kostnicy.

Wspomniana przez nią Anna Chomicz (nr 44174) była pielęgniarką, działaczką PPS i członkinią AK. Została deportowana do obozu w transporcie z Łodzi 6 maja 1943 roku. Po pewnym czasie zatrudniono ją w rewirze (szpitalu) więźniarskim w obozie kobiecym w Birkenau, gdzie zaangażowała się w nielegalną pomoc dla chorych więźniarek. Szpital ten został w połowie listopada 1944 roku przeniesiony z obozu kobiecego do byłego obozu cygańskiego na odcinek BIIe. Od października 1944 roku przebywała w nim Zofia Praussowa. Anna Chomicz doczekała wyzwolenia w KL Auschwitz 27 stycznia 1945 roku. Po wojnie natomiast stała się ofiarą represji UB. Była ona prawdopodobnie inicjatorką symbolicznego pogrzebu Zofii Praussowej. Tak o tym pisze w swojej relacji:

W okresie ostatecznej ewakuacji doszło do rozprzężenia rygorów obozowych. Między innymi nie zdzierano już odzieży ze zwłok zmarłych z wycieńczenia więźniarek. Np. nie zdarto odzieży ze zwłok zmarłej w nocy z 17 na 18 stycznia 1945 roku więźniarki Zofii Prauss. Współwięźniarki zorganizowały dla zmarłej Z. Prauss symboliczną uroczystość pogrzebową. Był to pierwszy od początku istnienia obozu przypadek przeprowadzenia takiej uroczystości pogrzebowej. Oprócz mnie w uroczystości wzięły udział: dr Irena Konieczna, Stanisława Jamrożówna, Elżbieta Sielbert (z Łodzi) i Marysia Scher (ze Lwowa). Dr Irena Konieczna przyniosła „zorganizowane” [tzn. skradzione – uzup. BP] przez siebie świece, które zaświeciłyśmy przy tragach ze zwłokami zmarłej; przykryłyśmy też je prześcieradłem. Potem trzymając w rękach palące się świece wyniosłyśmy zmarłą do pobliskiego baraku-kostnicy (Leichenkammer).

Ten symboliczny pogrzeb był możliwy dzięki temu, że w połowie stycznia 1945 roku nie działały już krematoria obozowe. Na temat miejsca pochówku Zofii Prauss Anna Chomicz relacjonuje:

Zarówno przed wyzwoleniem jak i pewien okres czasu po wyzwoleniu same wynosiłyśmy zwłoki zmarłych z wycieńczenia współtowarzyszek z bloków. W wyniku naszych interwencji wojskowe władze radzieckie przystąpiły do usuwania zwłok z całego terenu obozu. Do pracy przy wykopaniu dołu-mogiły i przenoszeniu do niej zwłok przyprowadzono pod eskortą volksdeutschów. W mogile złożono zwłoki z kostnicy rewiru żeńskiego i różnych zakątków tegoż odcinka. Nie wszystkie zwłoki od razu usunięto. Do mogiły-dołu dorzucano stopniowo znalezione zwłoki. Mogiła znajdowała się w końcu rampy kolejowej w Brzezince, w miejscu gdzie do 1967 roku stał prowizoryczny pomnik-obelisk ku czci ofiar KL Auschwitz. Pewnego dnia na życzenie świeżo przybyłych do Brzezinki żołnierzy radzieckich udałam się na mogiłę, by naocznie im ją pokazać. Towarzyszyli nam wówczas członkowie radzieckiej czołówki filmowej, wraz ze wspomnianym Polakiem A. Forbertem [właść. Władysławem Forbertem – uzup. BP]. Członkowie ci sfilmowali mnie w momencie, gdy opowiadałam zebranym swoje przeżycia, pokazując ręką zwłoki w mogile. Moment ten został włączony do „Kroniki wyzwolenia Oświęcimia”. W momencie filmowania nas w mogile znajdowały się wyłącznie zwłoki więźniarek i dzieci. Pamiętam, że zwróciłam wtedy uwagę na leżące na wierzchu zwłoki wspomnianej koleżanki Zofii Prauss. Był to dla mnie dowód, że do mogiły przyniesiono zwłoki zebrane na terenie rewiru żeńskiego, zwłaszcza wyniesione z kostnicy. Słyszałam potem, że znajdujące się w mogile zwłoki będą ekshumowane. Nie orientuję się jednak czy ekshumację przeprowadzono i gdzie zwłoki przeniesiono. Być może zwłoki przeniesiono na cmentarz koło byłego obozu macierzystego i pochowano je tam w dniu 28 lutego 1945 roku lub w okresie późniejszym.

Zatem doczesne szczątki Zofii Praussowej – w przeciwieństwie do większości z 1,1 mln ofiar KL Auschwitz – nie zostały spalone i spoczywają prawdopodobnie na tzw. cmentarzyku-zbiorowej mogile przy ulicy Więźniów Oświęcimia (nieopodal dawnego obozu macierzystego KL Auschwitz I, obecnie Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau).

W wypowiedzi zacytowanej w artykule Jerzego Steinhaufa pt. Kres rodu („Dziennik Polski” nr 22 z 26-27.1.1969 r.) Anna Chomicz nazwała Zofię Praussową swoją najserdeczniejszą przyjaciółką. Stąd wnioskuję, że musiała być inicjatorką jej symbolicznego pogrzebu, do czego przez skromność nie chciała się przyznać w cytowanej relacji. W wypowiedzi do tego artykułu A. Chomicz stwierdziła, że w nocy z 17 na 18 stycznia 1945 roku miał miejsce nalot aliancki na fabrykę IG Farbenindustrie w Monowicach. Zofia Praussowa miała umrzeć „na odgłos samolotów, zwiastujących już bliski dzień wyzwolenia”. Nie można jednak wykluczyć, że zmarła z wycieńczenia.

Źródła:

Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Numerowy wykaz transportów skierowanych do KL Auschwitz; Sygn. D-Au II-3/1. Quarantäne-Liste, k. 5; Proces Hössa, t. 6, k. 88, 89; Sygn. Mat./300, nr inw. 48423, t. 14, k. 44. Spis więźniarek przywiezionych w kwietniu 1944 r. z KL Lublin; Zespół Wspomnienia, t. 19, k. 112, wspomnienia byłej więźniarki Ireny Szczypiorskiej pt. „Kartki z Oświęcimia”; Zespół Oświadczenia, t. 60, k. 77, relacja byłej więźniarki Marii Borowskiej-Bayer; t. 74, k. 232, relacja byłej więźniarki Anny Lipki; t. 75, k. 9-10, 15-16, relacja byłej więźniarki Anny Chomicz.

Literatura:

D. Czech, Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz, Oświęcim 1992, s. 643-644.

B. Piętka, Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Wielkopolski, Pomorza, Ciechanowskiego i Białostocczyzny, Oświęcim 2013, t. II, s. 1025-1027, 1034 i 1039.

http://histmag.org/Jedyny-pogrzeb-w-KL-Auschwitz.-Okolicznosci-smierci-Zofii-Praussowej-10763

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 lutego 2015 r.

Niskie loty Grzegorza Brauna

Grzegorz Braun – uchodzący w kręgach tzw. prawicy za tzw. niezależnego reżysera i publicystę – zasłynął dotychczas m.in. z tropienia agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy i prof. Jana Miodka, a także interesującej propozycji rozstrzelania tuzina redaktorów „Gazety Wyborczej” i dwóch tuzinów pracowników TVN. Ostatnio zajął się natomiast historią KL Auschwitz, udając w tej dziedzinie znawcę i profesjonalistę. Niestety skompromitował się z kretesem. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie to, że przy okazji zaatakował w swoim stylu dr. Franciszka Pipera – emerytowanego już wieloletniego kierownika działu naukowego Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, jednego z najwybitniejszych i najbardziej zasłużonych badaczy historii KL Auschwitz, który m.in. przyczynił się do upamiętnienia martyrologii ok. 150 tys. polskich więźniów w tym obozie poprzez zainicjowanie i zredagowanie kilkunastotomowej edycji „Ksiąg Pamięci” Polaków deportowanych do KL Auschwitz.

Oczywiście przedmiotem ataku Brauna stała się liczba ofiar KL Auschwitz. Z tego powodu dr Piper był wielokrotnie bezpardonowo atakowany przez dwóch publicystów również uchodzących w kręgach tzw. prawicy za „niezależnych” – Władysława A. Terleckiego i Jerzego Sawickiego. W audycjach w Radiu Maryja i artykułach w „Naszym Dzienniku” atakowali oni jednakże dr. Pipera za zweryfikowanie liczby ofiar KL Auschwitz z 4 milionów – przyjętych po pobieżnej analizie przez radziecką komisję w 1945 roku – na 1,1 miliona. Braun poszedł w drugim kierunku – dyskredytując liczbę 1,1 mln i sugerując między wierszami, że w KL Auschwitz zginęło… 69 tys. ludzi.

Swój wywód w artykule „Kłamstwa oświęcimskie”, opublikowanym w „Uważam Rze Historia” nr 2 (35) z lutego 2015 roku, Braun zaczyna od dwóch sowieckich obozów pracy, które istniały na terenie byłego KL Auschwitz w latach 1945-1946. Jego zdaniem dowodzą one „oczywistej symetrii obu systemów: narodowego i międzynarodowego socjalizmu”, która „jest skutecznie eliminowana z pola widzenia turystów i pielgrzymów odwiedzających muzeum oświęcimskie, a także przybywających tam mężów i żon stanu”. Dalej ubolewa nad tym, że państwo Izrael do spółki z Rosją „zgodnie potępiają negowanie Holokaustu na równi z negowaniem wyzwolicielskiej roli Armii Czerwonej”, czego wyrazem było odsłonięcie w Izraelu „imponującego pomnika wdzięczności Armii Czerwonej”.

I tutaj „niezależny publicysta” przechodzi do właściwego wywodu, który zacytuję w całości:

Najwyraźniej nie przeszkadza tam nikomu faktyczna rola Sowietów w fałszowaniu pamięci II wojny światowej, np. fakt przetrzymywania przez nich zabranych w 1945 r. ksiąg oświęcimskich, co przez dziesiątki lat skutkowało monstrualnym przeszacowaniem liczby ofiar niemieckiego ludobójstwa w Auschwitz-Birkenau. Wszak jeszcze kiedy w 1979 r. Jan Paweł II wygłaszał w Oświęcimiu przejmujące kazanie, wspominał tu o „śmierci czterech milionów ludzi z różnych narodów”. Dopiero ponad dekadę później muzeum oświęcimskie oficjalnie skorygowało tę liczbę do „ok. 1,1 miliona ofiar” – po tym, jak pewnemu francuskiemu badaczowi po raz pierwszy udostępniono w Moskwie niemieckie rejestry obozowe. Notabene figuruje tam pono 69 tys. zgonów – liczba nadal porażająca, wszak radykalnie różna od wcześniejszych norymberskich szacunków. Ten dysonans poznawczy prowizorycznie załatano właśnie na przełomie lat 80. i 90., kiedy to jeden z ówczesnych „autorytetów moralnych” zasiadających w radzie muzeum stwierdzić miał podobno, że przecież „mniej niż milion” być nie może. I tak to „naukowo” ustaloną liczbę podał do wiadomości publicznej ówczesny kierownik działu historyczno-badawczego dr Franciszek Piper. Specjalistyczna wiedza tego ostatniego została spopularyzowana przez amerykańskiego Żyda rewizjonistę, który zarejestrował kamerą wideo objaśnienia dr. Pipera, że prezentowana zwiedzającym „komora gazowa” w Auschwitz I jest w istocie tylko rekonstrukcją czy – jak kto woli – dekoracją zaaranżowaną ex post, już po wojnie (kto ciekaw, łatwo znajdzie w sieci: David Cole interviews Dr. Franciszek Piper in Auschwitz).

Po pierwsze, „księgi oświęcimskie” i „rejestry obozowe”, o których wspomina Braun, to księgi zgonów więźniów KL Auschwitz, zawierające ok. 69 tys. aktów zgonu. Po drugie, te 69 tys. aktów zgonu dotyczy więźniów zarejestrowanych w obozie, których było ok. 400 tys. Nie dotyczą one natomiast ofiar kierowanych na zagładę w komorach gazowych wprost z rampy kolejowej, bez rejestracji w obozie. Po trzecie, te 69 tys. aktów zgonu więźniów zarejestrowanych w obozie zachowało się za okres od końca lipca 1941 do końca grudnia 1943 roku. Obóz KL Auschwitz istniał natomiast od 14 czerwca 1940 roku (pierwszy transport) do 27 stycznia 1945 roku (wyzwolenie przez Armię Czerwoną). Nie zachowały się więc akty zgonu za okres ponad dwóch lat. Nikt też nie sporządzał aktów zgonu dla ofiar ostatecznej ewakuacji KL Auschwitz, która pochłonęła o 9 do 15 tys. więźniów spośród 56 tys., którzy wyruszyli 18 stycznia 1945 roku w ewakuacyjny „marsz śmierci”. Po czwarte, gdyby pan Braun miał intencję napisania tekstu merytorycznego, a nie paszkwilu, to by sięgnął do publikacji „Księgi zgonów z Auschwitz”, t. 1-3 (München-New Providence-London-Paris 1995), z której m.in. tego wszystkiego by się dowiedział.

Po piąte, przekazanie Polsce przez ZSRR (Rosję) w latach 1991-1992 ok. 69 tys. zachowanych aktów zgonu więźniów nie miało takiego wpływu na zweryfikowanie liczby ofiar KL Auschwitz, jaki sugeruje Braun. Pierwsze informacje na temat istnienia tych aktów zgonu pojawiły się już w czasie procesu frankfurckiego (20.12.1963-10.08.1965).  Po szóste, sugerowanie, że Franciszek Piper przyjął liczbę 1,1 mln ofiar Auschwitz na podstawie odgórnego polecenia, a nie własnych badań nosi znamiona oszczerstwa. Wyniki swoich badań i analizę źródeł, na których się oparł, dr Piper przedstawił w publikacji pt. „Ilu ludzi zginęło w KL Auschwitz. Liczba ofiar w świetle źródeł i badań 1945-1990” (Oświęcim 1992), a także w tomie III pt. „Zagłada” monografii „Auschwitz 1940-1945. Węzłowe zagadnienia z dziejów obozu” (Oświęcim 1995). Zachęcam pana Brauna i redaktora naczelnego „Uważam Rze Historia” – Rafała Otokę Frąckiewicza – do zapoznania się z tymi publikacjami, a także z odpowiedzią dr. Pipera z 25 lutego 2003 roku na artykuł Jerzego Sawickiego, Tomasza Szkul-Skjoedkröna i Władysława A. Terleckiego, której redakcja „Naszego Dziennika” nie opublikowała mimo wniosku w tej sprawie (http://f.piper.auschwitz.w.interia.pl/polemiki/nd2003.html).

Po siódme, informacja, że po wojnie odtworzono z oryginalnych elementów dwa piece i komin w krematorium I na terenie byłego obozu macierzystego KL Auschwitz I nie jest żadną sensacją, którą ujawnił David Cole. Informacja ta jest zamieszczona w trzech językach na tablicy informacyjnej przed krematorium I oraz jest każdorazowo podawana przez przewodnika osobom zwiedzającym Muzeum Auschwitz-Birkenau. Fakt zrekonstruowania po wojnie z oryginalnych elementów dwóch pieców krematoryjnych i komina nie dowodzi również, że krematorium I jest „dekoracją zaaranżowaną ex post” – jak informuje czytelników „Uważam Rze Historia” znawca Braun. W archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau są zachowane niemieckie plany krematorium I i pozostałych czterech krematoriów. Są dziesiątki powojennych relacji świadków, a także relacje członków Sonderkommando, nielegalnie spisane i zakopane na terenie krematoriów, a odkryte po wojnie.

Po ósme, mimo że pan Braun odżegnuje się w dalszej części swojego tekstu od związków z tzw. negacjonistami vel rewizjonistami, to w zacytowanym fragmencie przytacza ich wszystkie dawno zgrane chwyty. Pan Braun – nie chcę wnikać w to czy świadomie i celowo – wchodzi w buty negacjonistów. Robi to w sposób o wiele mniej inteligentny od np. Fritjofa Meyera (por.: Franciszek Piper, „Wokół liczby ofiar KL Auschwitz. Replika na enuncjacje Fritjofa Meyera”, „Zeszyty Oświęcimskie” nr 25, Oświęcim 2009, s. 231-266) czy Dariusza Ratajczaka, któremu oddaje cześć w ostatnim akapicie.

Po dziewiąte, w całym swoim życiu nie czytałem tak głupiego, prymitywnego, powierzchownego i bezsensownego artykułu jak omówiony powyżej autorstwa Grzegorza Brauna. Po dziesiąte, niniejszy tekst napisałem wyłącznie w imieniu własnym, a nie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Napisałem go nie po to, żeby polemizować z panem Braunem, z którym polemikę uważam za poniżej godności i z którym do czynienia mieć nie chcę i sobie mieć nie życzę. Chciałem jedynie poinformować czytelników „Uważam Rze Historia”, iż są w prymitywny sposób dezinformowani. Oczywiście dezinformowani w imię patriotyzmu, który jest najbardziej bliski redakcji i jej „niezależnemu publicyście”, jak i całej antykomunistycznej, antysowieckiej i anty- nie wiem co jeszcze prawicy.

http://www.mysl-polska.pl/node/374

http://histmag.org/Niskie-loty-Grzegorza-Brauna-Ile-osob-zginelo-w-KL-Auschwitz-10696

Bohdan Piętka

Oświęcim, 23 lutego 2015 r.

70. rocznica wyzwolenia dzieci z obozu w Potulicach

19 lutego obchodzono w Czeladzi 70. rocznicę powrotu wyzwolonych dzieci polskich z niemieckiego obozu w Potulicach. Dzieci te zostały aresztowane wraz z rodzicami podczas tzw. akcji „Oderberg” (11-12 sierpnia 1943 roku). Była to niemiecka akcja represyjna o charakterze eksterminacyjnym, przeprowadzona na terenie powiatów będzińskiego, chrzanowskiego i sosnowieckiego w ówczesnej Prowincji Górnośląskiej. W jej rezultacie aresztowano ponad 700 Polaków w kilkudziesięciu miejscowościach. Brutalne rozdzielenie rodzin, w tym matek od dzieci nastąpiło w więzieniu policyjnym w Mysłowicach. Kobiety i dziewczęta w wieku od 16 lat deportowano do KL Auschwitz głównie w transportach z 13 i 14 sierpnia 1943 roku. Większość z nich zginęła podczas zimy 1943/1944 roku na skutek straszliwych warunków panujących w obozie kobiecym w Birkenau, w tym epidemii tyfusu. Mężczyzn, którzy przeżyli śledztwo rozstrzelano pod Ścianą Śmierci w obozie macierzystym KL Auschwitz I w egzekucjach z 22 października i 29 listopada 1943 roku oraz zamordowano w komorze gazowej przy krematorium IV w Birkenau 29 lutego 1944 roku. Ogółem liczba Polaków skierowanych w ramach akcji „Oderberg” do KL Auschwitz, w tym jako więźniów policyjnych, mieści się prawdopodobnie w przedziale 300-400 osób. Większość z nich zginęła w obozie. Dorosłe ofiary akcji „Oderberg” deportowano też do KL Gross-Rosen, KL Lublin (Majdanek), KL Mauthausen i KL Ravensbrück.

Natomiast co najmniej 213 dzieci w wieku od kilku miesięcy do 15 lat skierowano do tzw. Polenlagrów – obozów przejściowych dla Polaków, znajdujących się na terenie rejencji katowickiej i opolskiej. Po odebraniu ich matkom w więzieniu w Mysłowicach, umieszczono je w tzw. Polenlagrze nr 82 w Pogrzebieniu (Pogrzebin) koło Raciborza na terenie rejencji opolskiej. Następnie, pod koniec września 1943 roku większość z nich została podzielona na grupy i skierowana do innych Polenlagrów znajdujących się na terenie Prowincji Górnośląskiej. Niektóre z uwięzionych dzieci miały mniej niż dwa lata. Najmłodsza była trzymiesięczna Barbara Starczewska, a Ewa Wszędobyl urodziła się po aresztowaniu, w obozie w Pogrzebieniu. Część dzieci osadzonych w Polenlagrach zmarła, nieliczne zwolniono, inne zaginęły po wywiezieniu w głąb Niemiec.

Przez rok dzieci przerzucano z obozu do obozu, by rodziny utraciły z nimi kontakt i zatarty został po nich wszelki ślad. Niejasne są plany okupanta niemieckiego wobec tych dzieci. Nie można wykluczyć, że w grę wchodziła germanizacja przynajmniej części z nich. Uczono je bowiem niemieckich piosenek i przeprowadzano na nich badania „rasowe”. W sierpniu 1944 roku 139 dzieci, aresztowanych w większości podczas akcji „Oderberg”, skierowano w dwóch transportach z Polenlagrów na Górnym Śląsku do obozu karnego w Potulicach koło Bydgoszczy. Obóz ten okazał się najgorszym ze wszystkich, przez które przeszły. Podczas prawie półtorarocznego pobytu w Polenlagrach i Potulicach najmłodsze ofiary akcji „Oderberg” doświadczyły głodu, bicia, znęcania się, a starsze także ciężkiej pracy fizycznej. W obozie w Potulicach najmłodszych więźniów surowo karano za najmniejsze przewinienia, w tym m.in. pozbawianiem posiłku, biciem, pobytem w karcerze-ciemnicy, podtapianiem w basenie przeciwpożarowym oraz różnorodnymi szykanami. Bez względu na porę roku dzieci musiały uczestniczyć w uciążliwych apelach, stojąc po kilka godzin tylko w bieliźnie, często bez butów. Na starsze dzieci spadł też obowiązek opieki nad młodszymi.

21 stycznia 1945 roku najmłodsze ofiary akcji „Oderberg” doczekały wyzwolenia. Nieliczne z nich, które żyją do dzisiaj zgodnie podkreślają, że szybkie zajęcie obozu w Potulicach przez Armię Czerwoną uniemożliwiło Niemcom ewakuację najmłodszych więźniów lub ich wymordowanie, czego też nie można wykluczyć.

Do rodzinnych stron mali więźniowie powrócili już w lutym 1945 roku dzięki ogromnemu poświeceniu czterech mieszkańców Czeladzi: Władysława Baziora, Teofila Kowalika, Jana Polaka i Wiktora Parki. Uzyskali oni odpowiednie pełnomocnictwo od wicewojewody śląsko-dąbrowskiego Jerzego Ziętka oraz zezwolenie komendantury radzieckiej i udali się do Potulic w środku surowej zimy, niemal za przesuwającym się frontem. Po przybyciu na miejsce skompletowali transport 54 dzieci i z pomocą polskich oraz radzieckich władz wojskowych odwieźli je do Czeladzi. Na prośbę wicewojewody J. Ziętka wspomniani mężczyźni wkrótce ponownie udali się do Potulic, gdzie zorganizowali drugi transport liczący 103 dzieci. W ten sposób przywieźli do Zagłębia Dąbrowskiego 157 polskich dzieci – nie tylko te aresztowane podczas akcji „Oderberg”. Przybycie pierwszego transportu ocalonych dzieci do Czeladzi w dniu 19 lutego 1945 roku spotkało się z żywiołową reakcją mieszkańców, którzy odprowadzili je w kilkutysięcznej manifestacji patriotycznej do miejsca zakwaterowania. Ogromna większość spośród tych dzieci była sierotami. Ówczesne władze zorganizowały dla nich sierociniec w byłej willi dyrektora kopalni „Saturn”, obecnej siedzibie czeladzkiego Muzeum. Ocalone dzieci mieszkały w niej do 1947 roku. Następnie dla najmłodszych ofiar akcji „Oderberg” zorganizowano sierociniec i szkołę w Wiśle.

Rocznica powrotu pierwszego transportu wyzwolonych dzieci jest od lat obchodzona tylko w Czeladzi. Tam też – przed budynkiem Muzeum Saturn – znajduje się obelisk upamiętniający to wydarzenie. W żadnym innym mieście Zagłębia Dąbrowskiego oraz powiatów chrzanowskiego i jaworznickiego ofiary akcji „Oderberg” nie są upamiętnione. Wydaje się, że dzieje się tak przynajmniej z dwóch  powodów. Po pierwsze dlatego, że w ramach akcji „Oderberg” aresztowano głównie rodziny członków Polskiej Partii Robotniczej i Polskiej Partii Socjalistycznej. Wedle zaś obowiązującej obecnie interpretacji historii Polski z lat 1939-1945 podziemie lewicowe, szczególnie to spod szyldu PPR, zalicza się do grona „zdrajców” i „sowieckich pachołków”, a nie ofiar niemieckiego terroru, unicestwianych w obozach koncentracyjnych. Po drugie, rocznica z 19 lutego przeczy z uporem lansowanej przez oficjalną politykę historyczną tezie, że w 1945 roku rozpoczęła się druga okupacja. Któż to bowiem udzielił pełnomocnictwa wspomnianym czterem mieszkańcom Czeladzi do zorganizowania transportów wyzwolonych dzieci, kto zaopiekował się ocalonymi dziećmi-sierotami, kto zapewnił im w miarę normalną egzystencję i edukację? Władze okupacyjne?

Literatura:

B. Piętka, Akcja „Oderberg”, „Zeszyty Oświęcimskie” nr 27, Oświęcim 2012, s. 149-229.

Obelisk przed Muzeum Saturn w Czeladzi, upamiętniający najmłodsze ofiary akcji "Oderberg". Fot.  czeladz.pl

Obelisk przed Muzeum Saturn w Czeladzi, upamiętniający najmłodsze ofiary akcji „Oderberg”. Fot. czeladz.pl

http://histmag.org/Polskie-dzieci-w-obozie-w-Potulicach-10739

Bohdan Piętka

Oświęcim, 23 lutego 2015 r.