Ukraina – od przeciągania do wojny

24 lutego 2022 r. świat przeżył szok. Rosja rozpoczęła wojnę napastniczą z Ukrainą, czyli dokonała zbrodni przeciwko pokojowi. Putin nazwał eufemistycznie tę agresję „specjalną operacją wojskową”, której celem miałaby być „denazyfikacja” Ukrainy. W ten sposób określił próbę narzucenia temu państwu prorosyjskiego rządu, podobnie jak na Węgrzech w 1956 i w Czechosłowacji w 1968 r. Po raz pierwszy od wojen towarzyszących rozpadowi Jugosławii (1991-1995, 1998-1999) rozpętano w Europie wojnę na taką skalę. Po raz pierwszy też zanegowano tak brutalnie to wszystko co Europa osiągnęła w dziedzinie pokoju i bezpieczeństwa od 1945 r., w tym zasady Aktu Końcowego KBWE z 1975 r.

Dziesiątki tysięcy ludzi koczujących na stacjach metra i w piwnicach domów, miasta ostrzeliwane rakietami, już prawie milion uchodźców, czyli największy kryzys humanitarny w Europie od kilkudziesięciu lat. Taki jest obraz agresji rosyjskiej na Ukrainę.

Obecnych wydarzeń nie można rozpatrywać w oderwaniu od historii najnowszej. Trzeba do tej historii sięgnąć i przypomnieć o dwóch przewrotach politycznych w Kijowie z 2004 i 2014 r., inspirowanych i współorganizowanych przez świat zachodni. To wtedy rozpoczęło się przeciąganie Ukrainy pomiędzy światem zachodnim a Rosją. Przeciągając Ukrainę w swoją stronę Zachód postawił początkowo na środowiska nacjonalistyczne, ponieważ były one jedyną wyraźną i zorganizowaną siłą antyrosyjską na Ukrainie. Reakcja Rosji na to doprowadziła do rozpadu tego państwa w 2014 r., czyli oderwania Krymu i Donbasu, zdominowanych przez ludność rosyjską i rosyjskojęzyczną. Po wycofaniu się USA z Afganistanu w sierpniu 2021 r., wyciągnięto prawdopodobnie na Kremlu błędny wniosek odnośnie słabości USA i postanowiono przeciągnąć linę w swoją stronę.

W tym miejscu pozwolę sobie przytoczyć dwa cytaty. Pierwszy będzie z prof. Jana Widackiego, który w 2014 r. napisał na łamach „Przeglądu” (nr 20): „Była szansa, że w ciągu dwóch pokoleń Ukraina się zunifikuje, jej mieszkańcy urodzeni w niepodległej republice poczują się obywatelami jednego państwa. To wymagało czasu i spokoju. Europa zachodnia i Polska powinny ewolucyjne procesy na Ukrainie mądrze wspierać, pomagać w reformach, kształcić studentów, uczyć europejskich standardów. Powoli, acz systematycznie przyciągać do świata zachodniego, a przy tym nie drażnić Rosji. Pozwolić nadal lawirować między Rosją a Zachodem, równocześnie krok po kroku wiązać z Europą. Elementarna znajomość realiów Europy wschodniej podpowiadała, że gwałtownego przeciągnięcia na Wschód czy na Zachód Ukraina jako państwo może nie wytrzymać. Może się rozpaść. Tymczasem co zrobiono? Właściwie wszystko, czego robić nie było wolno. Niestety, niemały udział w tym ukraińskim dramacie mają nasi politycy”.

I jeszcze prof. Andrzej Romanowski. W sierpniu 2014 r. napisał on: „Bo czego właściwie się bano? Czy pod rządami Janukowycza Ukraina rzeczywiście stałaby się rosyjskim protektoratem? To wielkie i ludne państwo, zawieszone między Wschodem i Zachodem, przyjazne Rosji i Zachodowi (choć pewnie Rosji bardziej), zostałoby wtedy co prawda skazane na dryf, nie byłoby państwem marzeń zwłaszcza dla Ukraińców ze Lwowa, zarazem jednak zachowałoby terytorialną integralność i miałoby poczucie bezpieczeństwa. Ukraina Janukowycza miała szansę – choćby tylko teoretyczną – stać się europejskim łącznikiem, krajem europejskiej równowagi (pamiętamy proeuropejskie i propolskie deklaracje wpływowej doradczyni Janukowycza, Anny Herman). Jednak takiej opcji w ogóle w Polsce nie rozważano – nie chodziło o to, by Ukraina była proeuropejska, lecz by była antyrosyjska. W rezultacie w konflikcie rozdzierającym Ukrainę opowiedzieliśmy się przeciw władzy legalnej, dysponującej mandatem demokratycznym”[1].

Natomiast w 2015 r. A. Romanowski zauważył: „W roku 1991 pojawiło się państwo i otrzymało szansę trwania. Ale by trwanie oznaczało przetrwanie – państwo to nie mogło być szarpane w różne strony. Trzeba było dać mu czas, dużo czasu. Trzeba było uruchomić procesy wyrabiające patriotyzm państwowy, a więc procesy upodmiotowujące obywateli, przekonujące ich, że są gospodarzami we własnym kraju. A w takim razie hasło federalizacji (regionalizacji) nie było ani antypaństwowe, ani prorosyjskie: było propaństwowe i proukraińskie. Rosja by na tym zyskała? Oczywiście. Ale przede wszystkim zyskałaby Ukraina. Bo zostałby jej podarowany czas”[2].

Tak, ale amerykański, brytyjski czy niemiecki kapitał nie chciał czekać. Chciał przeciągnąć we własnym interesie Ukrainę na Zachód. Nie przewidziano, że reakcja Rosji pójdzie dalej niż oderwanie Krymu i wykreowanie separatystycznych podmiotów w Donbasie. Nawet zresztą tej reakcji nie przewidziano. Przestrzegał przed tym, także w 2014 r., Henry Kissinger. Ten nestor amerykańskiej dyplomacji napisał wtedy: „(…)jeśli Ukraina ma przetrwać i rozwijać się, nie może opowiedzieć się po żadnej ze stron przeciwko drugiej – powinna funkcjonować jako most między nimi. Rosja musi przyjąć do wiadomości, że próba uczynienia z Ukrainy państwa satelickiego, a co za tym idzie, ponowne przesunięcie granic Rosji, może ją skazać na powtórkę z historii samonapędzających się cykli wzajemnych nacisków z udziałem Europy i Stanów Zjednoczonych. Zachód musi zrozumieć, że dla Rosji, Ukraina nigdy nie będzie po prostu obcym krajem. Historia Rosji zaczęła się na tzw. Rusi Kijowskiej. Stamtąd promieniowała rosyjska religia. Ukraina była przez wieki częścią Rosji, a historie obu krajów przeplatały się już wcześniej (…). Nawet tak sławni dysydenci jak Aleksander Sołżenicyn i Josip Brodski kładli nacisk na to, że Ukraina była integralną częścią rosyjskiej historii i, oczywiście, samej Rosji jako takiej”[3].

Najlepiej zatem dla Ukrainy byłoby, gdyby wszyscy, którzy od 2014 r. przeciągają ją ze Wschodu na Zachód i odwrotnie (czyli USA i UE z jednej, a Rosja z drugiej strony), zostawili ją w spokoju. Obie strony rywalizacji geopolitycznej powinny były wtedy zrozumieć, że nie da się wykreować Ukrainy antyrosyjskiej i nie da się też z Ukrainy zrobić państwa podległego Rosji bez tragicznych konsekwencji. Powinno być to państwo środka, ze zrównoważonymi wpływami zachodnimi i rosyjskimi, bez zaangażowania w jakiekolwiek bloki wojskowo-polityczne. Wtedy to Ukraina powoli, bez wstrząsów, znalazłaby samodzielnie swoje miejsce w Europie i najprawdopodobniej byłoby to miejsce w Unii Europejskiej. Niestety – Zachód i Rosja wolały przeciągać Ukrainę między sobą. Dlatego kraj ten został w 2014 r. rozerwany. Okazało się potem, że nie da się posklejać tego, co zostało rozbite. Na koniec Rosja przekroczyła czerwoną linię i wróciła do polityki przypominającej najgorsze tradycje rosyjskiej i radzieckiej historii.

Do tej pory Putin grał na federalizację Ukrainy, czyli na wymuszenie stworzenia regionów autonomicznych. Władze ukraińskie, przy wsparciu Zachodu, zdecydowanie to jednak odrzuciły, więc Putin przeszedł do drugiej koncepcji, mianowicie – defragmentacji Ukrainy. Uczynił to uznając w przeddzień agresji niepodległość tzw. republik ludowych w Donbasie. Dokonując agresji poszedł jeszcze dalej – w kierunku wasalizacji reszty Ukrainy.

Agresja na Ukrainę jest wielką lekkomyślnością Putina, którego w kierownictwie rosyjskim nikt nie powstrzymał, bo już dawno usunął z niego ludzi mających własne zdanie. Tragedią jest, że spotkało to prezydenta Zełenskiego, który w przeciwieństwie do swojego poprzednika Petro Poroszenki chciał pokoju z Rosją. Putin swoim atakiem potwierdził jedynie narrację nacjonalistów ukraińskich oraz wykopał rów pomiędzy Rosjanami i Ukraińcami (także rosyjskojęzycznymi), którego już nikt nie zakopie. Przynajmniej w najbliższych dziesięcioleciach.

Agresja rosyjska doprowadziła do niesamowitej konsolidacji Ukraińców, a kierujący heroiczną obroną prezydent Wołodymyr Zełenski, który odmówił opuszczenia oblężonego Kijowa, stał się bohaterem narodowym. Na rosyjskich „wyzwolicieli” nikt nie czekał, także na rosyjskojęzycznej Ukrainie Lewobrzeżnej (wschodniej), która jako pierwsza stała się celem brutalnej agresji. Po stronie Ukrainy opowiedział się m.in. metropolita Onufry (Orest Wołodymyrowycz Berezowski), stojący na czele Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego.

Społeczność międzynarodowa nie może dopuścić do realizacji celu postawionego przez przywódcę Rosji, czyli przekształcenia Ukrainy w państwo satelickie Rosji, bo to oznaczałoby zgodę na zanegowanie całego porządku europejskiego i światowego zbudowanego po drugiej wojnie światowej i „zimnej wojnie”. Być może wojna, lekkomyślnie rozpętana przez Putina, stanie się mitem założycielskim Ukrainy w miejsce fałszywego i szkodliwego mitu OUN/UPA. Bo oto agresorzy napotkali dobrze zorganizowany opór, zdecydowaną postawę prezydenta Zełenskiego i jego ekipy oraz jedność narodu. A liczyli przecież na coś zupełnie innego. Dlatego mam na dzieję, że ta wojna, bez względu na jej wynik, stanie się mitem założycielskim Ukrainy, odsuwając na drugi plan mit nacjonalistyczny. Byłby to wielki paradoks, bo Putin twierdził, że Ukraińcy są narodem bez tożsamości. Tymczasem dokonana na jego rozkaz agresja może temu narodowi (poza oderwanym faktycznie Donbasem) tę tożsamość i jedność stworzyć.


[1] A. Romanowski, „Antykomunizm, czyli upadek Polski. Publicystyka lat 1998-2019”, Kraków 2019, s. 358-359.

[2] Tamże, s. 373.

[3] Cyt. za: „Artykuł Henry’ego Kissingera o kryzysie ukraińskim”, http://www.konserwatyzm.pl, 9.03.2014.

Bohdan Piętka

„Przegląd”, nr 11 (1157), 7-13.03.2002, s. 22-24

Jedyny pogrzeb w KL Auschwitz

W dniach 17-18 stycznia 1945 r., wobec zbliżającej się ofensywy radzieckiej, rozpoczęła się ostateczna ewakuacja KL Auschwitz. Objęto nią około 58 tys. więźniów, w tym 20 tys. z obozu macierzystego i obozu Birkenau oraz ponad 30 tys. z podobozów. Na miejscu pozostawiono niecałe 9 tys. więźniów, w większości krańcowo wyczerpanych oraz ciężko chorych. W nocy z 17 na 18 stycznia zmarła także w obozie Birkenau więźniarka Zofia Praussowa – jedna z bardziej zasłużonych działaczek Polskiej Partii Socjalistycznej w okresie II Rzeczypospolitej i jedna z pierwszych polskich feministek. Następnego dnia współwięźniarki zorganizowały jej symboliczny pogrzeb. Był to prawdopodobnie jedyny pogrzeb więźnia w historii KL Auschwitz.

Zofia Praussowa (z domu Kulesza) urodziła się 3 września 1878 r. w Budzowie koło Radomska w rodzinie ziemiańskiej. Należała do tej części tworzącej się wówczas polskiej inteligencji, która związała się politycznie z ruchem socjalistycznym, łączącym hasło walki o niepodległość Polski z programem przebudowy społecznej. Ideałem tej inteligencji stała się – jak to później ujął Stefan Żeromski – „Polska Szklanych Domów”.

Otrzymała staranne wykształcenie, kończąc najpierw gimnazjum w Kazaniu, a następnie Wydział Matematyczny tzw. Kursów Wyższych Żeńskich im. Bestużewa w Petersburgu. Od 1899 r. należała do PPS, a od 1904 r. do Organizacji Bojowej PPS. W maju 1901 r. pomagała w zorganizowanej przez Aleksandra Sulkiewicza ucieczce Józefa Piłsudskiego z petersburskiego szpitala Mikołaja Cudotwórcy. W latach 1904-1905 wchodziła w skład Okręgowego Komitetu Robotniczego PPS w Częstochowie. Jeszcze przed wybuchem rewolucji 1905 r. organizowała przemyt broni z Niemiec do Królestwa Polskiego, która była przeznaczona dla Organizacji Bojowej PPS.

Za kolportowanie odezw przeciwko poborowi do wojska rosyjskiego została aresztowana 3 maja 1905 r. i po krótkim uwięzieniu w Kielcach zesłana w głąb Rosji. Szybko stamtąd uciekła i powróciła do Królestwa Polskiego, gdzie działała nielegalnie w strukturach PPS na terenie Łodzi i Warszawy. Ponownie aresztowano ją we wrześniu 1906 r. i osadzono na Pawiaku. Zwolniona stamtąd pod koniec 1906 r., wyjechała do Francji i w latach 1907-1911 odbyła studia matematyczne na paryskiej Sorbonie. W 1911 r. osiadła w Zakopanem i założyła tam koedukacyjną szkołę średnią. Podczas pierwszej wojny światowej organizowała werbunek do Legionów Polskich. Była też organizatorką i komendantką oddziału żeńskiego Polskiej Organizacji Wojskowej w Piotrkowie Trybunalskim oraz należała do działającego w latach 1918-1919 Centralnego Komitetu Równouprawnienia Kobiet.

Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę w 1918 r. Zofia Praussowa przystąpiła do współtworzenia od podstaw Państwowej Inspekcji Pracy. Była jednym z pierwszych inspektorów pracy w Polsce. Natomiast w latach 1922-1930 była posłanką na Sejm, najpierw z listy PPS, a od 1928 r. z ramienia porosanacyjnej PPS-dawnej Frakcji Rewolucyjnej. Zasiadała w sejmowej Komisji Ochrony Pracy, Opieki Społecznej i Inwalidzkiej, gdzie znacząco przyczyniła się do opracowania regulacji prawnych dotyczących zatrudnienia i ochrony pracy kobiet i młodocianych. W latach 1920-1928 wchodziła w skład Rady Naczelnej i Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS. Mimo popierania obozu sanacyjnego, po przedterminowym rozwiązaniu Sejmu w 1930 r. nie uzyskała więcej mandatu poselskiego. Należała również do znanych działaczek feministycznych okresu II RP. Działała w utworzonej w 1919 r. organizacji feministycznej o nazwie Klub Polityczny Kobiet Postępowych i redagowała czasopismo „Głos Kobiet”. Zorganizowała Centralny Wydział Kobiecy PPS i była jego przewodniczącą w latach 1923-1928.

Podczas okupacji niemieckiej Zofia Praussowa należała do ZWZ/AK. Gestapo aresztowało ją 10 listopada 1942 r. Po kilkumiesięcznym uwięzieniu na Pawiaku trafiła do KL Lublin (Majdanek). Stamtąd została deportowana 15 kwietnia 1944 r. do KL Auschwitz. W transporcie tym przywieziono 988 więźniarek i 38 dzieci (m.in. Polek, ale także obywatelek ZSRR). Otrzymały one numery z serii ogólnej od 77239 do 78219. Numer obozowy Zofii Praussowej jest nieznany. Więźniarki wraz z dziećmi umieszczono w obozie kwarantanny męskiej w Birkenau na odcinku BIIa w barakach 3-6, a po jej zakończeniu osadzono je w obozie kobiecym w Birkenau, który mieścił się on na odcinkach BIa i BIb. Jedynym dokumentem, z którego wiemy, że Zofia Praussowa przybyła do KL Auschwitz powyższym transportem i że zginęła w obozie jest sporządzony po wyzwoleniu imienny spis 46 więźniarek-Polek deportowanych w kwietniu 1944 r. z KL Lublin.

Na temat okoliczności śmierci Zofii Praussowej zachowało się kilka relacji byłych więźniarek. Więźniarka Maria Borowska wspomina: Prauss Zofia – staruszka, trzymała się bardzo dzielnie i była dla nas dużym oparciem. Zmarła w obozie przed ewakuacją.

Z kolei więźniarka Anna Lipka wspomina: W dniu 18 stycznia 1945 roku wraz z dr. Perzanowską, Anną Chomicz i Jadwigą Romeyko brałam udział w symbolicznym pogrzebie Zofii Prauss. Zofia Prauss była przed aresztowaniem działaczką PPS. Zwłoki jej wynosiłyśmy na tragach przy zapalonych świeczkach do kostnicy.

Wspomniana przez nią Anna Chomicz (więźniarka nr 44174) była pielęgniarką, działaczką PPS i członkinią AK. Została deportowana do obozu w transporcie z Łodzi 6 maja 1943 r. Po pewnym czasie zatrudniono ją w szpitalu więźniarskim w obozie kobiecym w Birkenau, gdzie zaangażowała się w nielegalną pomoc dla chorych więźniarek. Szpital ten został w połowie listopada 1944 r. przeniesiony z obozu kobiecego na odcinku BIa do byłego obozu cygańskiego na odcinek BIIe. Od października 1944 r. przebywała w nim Zofia Praussowa. Anna Chomicz doczekała wyzwolenia w KL Auschwitz 27 stycznia 1945 r. W okresie stalinowskim stała się natomiast ofiarą represji komunistycznych. Chomicz była prawdopodobnie inicjatorką symbolicznego pogrzebu Zofii Praussowej. Tak o tym opowiedziała w swojej relacji:

W okresie ostatecznej ewakuacji doszło do rozprzężenia rygorów obozowych. Między innymi nie zdzierano już odzieży ze zwłok zmarłych z wycieńczenia więźniarek. Np. nie zdarto odzieży ze zwłok zmarłej w nocy z 17 na 18 stycznia 1945 roku więźniarki Zofii Prauss. Współwięźniarki zorganizowały dla zmarłej Z. Prauss symboliczną uroczystość pogrzebową. Był to pierwszy od początku istnienia obozu przypadek przeprowadzenia takiej uroczystości pogrzebowej. Oprócz mnie w uroczystości wzięły udział: dr Irena Konieczna, Stanisława Jamrożówna, Elżbieta Sielbert (z Łodzi) i Marysia Scher (ze Lwowa). Dr Irena Konieczna przyniosła „zorganizowane” przez siebie świece, które zaświeciłyśmy przy tragach ze zwłokami zmarłej; przykryłyśmy też je prześcieradłem. Potem trzymając w rękach palące się świece wyniosłyśmy zmarłą do pobliskiego baraku-kostnicy (Leichenkammer).

Ten symboliczny pogrzeb był możliwy dzięki temu, że w połowie stycznia 1945 roku nie działały już krematoria obozowe. Na temat miejsca pochówku Zofii Prauss Anna Chomicz relacjonuje:

Zarówno przed wyzwoleniem jak i pewien okres czasu po wyzwoleniu same wynosiłyśmy zwłoki zmarłych z wycieńczenia współtowarzyszek z bloków. W wyniku naszych interwencji wojskowe władze radzieckie przystąpiły do usuwania zwłok z całego terenu obozu. Do pracy przy wykopaniu dołu-mogiły i przenoszeniu do niej zwłok przyprowadzono pod eskortą volksdeutschów. W mogile złożono zwłoki z kostnicy rewiru żeńskiego i różnych zakątków tegoż odcinka. Nie wszystkie zwłoki od razu usunięto. Do mogiły-dołu dorzucano stopniowo znalezione zwłoki. Mogiła znajdowała się w końcu rampy kolejowej w Brzezince, w miejscu gdzie do 1967 roku stał prowizoryczny pomnik-obelisk ku czci ofiar KL Auschwitz. Pewnego dnia na życzenie świeżo przybyłych do Brzezinki żołnierzy radzieckich udałam się na mogiłę, by naocznie im ją pokazać. Towarzyszyli nam wówczas członkowie radzieckiej czołówki filmowej, wraz ze wspomnianym Polakiem A. Forbertem [właść. Władysławem Forbertem – uzup. BP]. Członkowie ci sfilmowali mnie w momencie, gdy opowiadałam zebranym swoje przeżycia, pokazując ręką zwłoki w mogile. Moment ten został włączony do „Kroniki wyzwolenia Oświęcimia”. W momencie filmowania nas w mogile znajdowały się wyłącznie zwłoki więźniarek i dzieci. Pamiętam, że zwróciłam wtedy uwagę na leżące na wierzchu zwłoki wspomnianej koleżanki Zofii Prauss. Był to dla mnie dowód, że do mogiły przyniesiono zwłoki zebrane na terenie rewiru żeńskiego, zwłaszcza wyniesione z kostnicy. Słyszałam potem, że znajdujące się w mogile zwłoki będą ekshumowane. Nie orientuję się jednak czy ekshumację przeprowadzono i gdzie zwłoki przeniesiono. Być może zwłoki przeniesiono na cmentarz koło byłego obozu macierzystego i pochowano je tam w dniu 28 lutego 1945 roku lub w okresie późniejszym.

Zatem doczesne szczątki Zofii Praussowej – w przeciwieństwie do większości z 1,1 mln ofiar KL Auschwitz – nie zostały spalone i spoczywają prawdopodobnie na tzw. cmentarzyku-zbiorowej mogile przy ulicy Więźniów Oświęcimia (nieopodal dawnego obozu macierzystego KL Auschwitz I), gdzie pochowano około 700 więźniów i więźniarek KL Auschwitz zmarłych pomiędzy 18 stycznia a wyzwoleniem 27 stycznia 1945 r.

W wypowiedzi zacytowanej w artykule Jerzego Steinhaufa pt. Kres rodu („Dziennik Polski” nr 22 z 26-27.1.1969 r.) Anna Chomicz nazwała Zofię Praussową swoją najserdeczniejszą przyjaciółką. Stąd wnioskuję, że musiała być inicjatorką jej symbolicznego pogrzebu, do czego prawdopodobnie przez skromność nie przyznała się w cytowanej relacji. W wypowiedzi do tego artykułu A. Chomicz stwierdziła, że w nocy z 17 na 18 stycznia 1945 r. miał miejsce nalot aliancki na fabrykę IG Farbenindustrie w Monowicach. Zofia Praussowa miała umrzeć „na odgłos samolotów, zwiastujących już bliski dzień wyzwolenia”. Nie można jednak wykluczyć, że zmarła z wycieńczenia.

Źródła:

Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Numerowy wykaz transportów skierowanych do KL Auschwitz; Sygn. D-Au II-3/1. Quarantäne-Liste, k. 5; Proces Hössa, t. 6, k. 88, 89; Sygn. Mat./300, nr inw. 48423, t. 14, k. 44. Spis więźniarek przywiezionych w kwietniu 1944 r. z KL Lublin; Zespół Wspomnienia, t. 19, k. 112, wspomnienia byłej więźniarki Ireny Szczypiorskiej pt. „Kartki z Oświęcimia”; Zespół Oświadczenia, t. 60, k. 77, relacja byłej więźniarki Marii Borowskiej-Bayer; t. 74, k. 232, relacja byłej więźniarki Anny Lipki; t. 75, k. 9-10, 15-16, relacja byłej więźniarki Anny Chomicz.

Literatura:

D. Czech, Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz, Oświęcim 1992, s. 643-644.

B. Piętka, Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Wielkopolski, Pomorza, Ciechanowskiego i Białostocczyzny, Oświęcim 2013, t. II, s. 1025-1027, 1034 i 1039.

Bohdan Piętka

„Przegląd”, nr 5, (1151), 24-30.01.2022, s. 42-43

Laboratorium kompromisu – Rada Konsultacyjna (1986-1989)

6 grudnia 1986 r. w Belwederze odbyło się inauguracyjne spotkanie Rady Konsultacyjnej przy przewodniczącym Rady Państwa Wojciechu Jaruzelskim. Otwierając spotkanie gen. Jaruzelski powiedział, że „Rada ta jest eksperymentem historycznym i wydaje mi się, że do tego eksperymentu należy podejść bardzo ostrożnie. Około 70 procent to ludzie bezpartyjni, reprezentujący bardzo różne środowiska. Dlatego mówiło się, że będzie ona kuźnią kultury politycznej. Autorytet Rady to zatem nie suma autorytetów jej członków, tylko sposób jej działania. Dlatego powinna ją cechować pewna mądrość, odpowiedzialność, ale też spokój”. Stwierdził też: „Zależy mi na tym, aby wszyscy tu obecni mieli pełną jasność, że nie dążymy do budowania ozdobnej fasady, nie chcemy hodować rośliny tylko po to, aby dostarczała listków figowych. Rada będzie taką, jaką sama będzie chciała być”.

W świetle wystąpienia generała Rada Konsultacyjna miała być pomocna przy rozwiązywaniu takich problemów jak: polityka społeczna, priorytety w podziale dochodu narodowego, godzenie sprzecznych interesów grupowych, ekonomiczna racja stanu przy opiece społecznej, strategia inwestycji państwowych, budowa mieszkań, ekologia, problemy demograficzne, decentralizacja i moralna kondycja społeczeństwa. Wszystkie narady – oświadczył gen. Jaruzelski – powinny się odbywać w duchu jedności, bez podziału na „my” i „wy”, „członkowie partii” i „bezpartyjni”. Dialog ten powinien być początkiem procesu pojednania narodowego skierowanego w przyszłość.

Po 13 grudnia 1981 r. rozważano w obozie władzy kwestię poszerzenia swojej bazy politycznej poprzez otwarcie się na środowiska umiarkowanej opozycji. Wykluczano przy tym możliwość rozmów z kierownictwem zdelegalizowanej „Solidarności”, w tym z samym Wałęsą. Dał temu wyraz gen. Czesław Kiszczak w rozmowie z abp Bronisławem Dąbrowskim i ks. Alojzym Orszulikiem w październiku 1983 r. „Jesteśmy gotowi rozmawiać z Kościołem. Macie przecież także rozsądnych ludzi, takich jak Siła-Nowicki, Olszewski, Wielowieyski, Chrzanowski, gdyby ci chcieli się zaangażować” – powiedział wówczas gen. Kiszczak.

Sytuacja sprzyjająca takim działaniom powstała po objęciu w marcu 1985 r. władzy w ZSRR przez Michaiła Gorbaczowa i rozpoczęciu przez niego pieriestrojki. Polityka Gorbaczowa od początku była krytycznie oceniana przez kierownictwo NRD z Erichem Honeckerem na czele. Z rezerwą odnoszono się do niej też w Czechosłowacji i innych krajach bloku poza – jak się okazało – Polską.

Pomysł powołania Rady Konsultacyjnej jako forum dialogu władz PRL i różnych środowisk społecznych pojawił się podczas X Zjazdu PZPR (29 czerwca-3 lipca 1986 r.). Pierwotnie miała się nazywać Społeczną Radą Konsultacyjną. W kuluarach zjazdu podjęto dyskusję nad możliwością dialogu z opozycją. Możliwość taką stwarzały właśnie przemiany rozpoczęte rok wcześniej w ZSRR. Decydując się na podjęciem dialogu z częścią opozycji ekipa Jaruzelskiego wychodziła przed szereg pozostałych państw bloku, podejmowała własną wersję pieriestrojki. Gościem honorowym zjazdu był Michaił Gorbaczow, który nie ukrywał, że liczy na polską wersję pieriestrojki.

Pierwszym krokiem do dialogu społecznego było ogłoszenie przez władze amnestii dla więźniów politycznych, czyli jak ich wtedy oficjalnie nazywano – niekryminalnych. Stało się to 17 lipca 1986 r. Amnestia objęła 115 osób – 41 skazanych i 74 tymczasowo aresztowanych. Wobec ponad 100 dalszych osób umorzono postępowania. Konsultacje w sprawie powołania Społecznej Rady Konsultacyjnej rozpoczęły się w październiku 1986 r. Najpierw doszło 10 października do spotkania gen. Czesława Kiszczaka z takimi przedstawicielami środowisk katolickich jak Julian Auleytner, Krzysztof Kozłowski, Krzysztof Skubiszewski, Andrzej Święcicki, Jerzy Turowicz, Andrzej Wielowieyski i Janusz Zabłocki. Na spotkaniu tym ustalono, że Episkopat nie będzie nikogo zgłaszał do Rady. Wskaże jedynie, do jakich osób ma zaufanie. Natomiast 18 października doszło do spotkania Kazimierza Barcikowskiego i Stanisława Cioska – reprezentujących Komitet Centralny PZPR i władze PRL – z Andrzejem Święcickim, Jerzym Turowiczem i Andrzejem Wielowieyskim. Na spotkaniu tym dyskutowano m.in. ewentualny udział w Radzie Lecha Wałęsy.

Sam Wałęsa nie wykluczał podjęcia dialogu. Z jego inicjatywy 29 września 1986 r. została utworzona Tymczasowa Rada NSZZ „Solidarność” w składzie: Bogdan Borusewicz, Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Tadeusz Jedynak, Bogdan Lis, Janusz Pałubicki i Józef Pinior. W oświadczeniu z okazji powołania tego ciała Wałęsa napisał: „Nie chcemy konspirować. Trzeba wypracować i uzgodnić nowy model działalności, jawnej i legalnej”. Natomiast Bronisław Geremek stwierdził wprost, że Tymczasowa Rada „Solidarności” jest zespołem mającym możliwość podejmowania negocjacji z władzami. 10 października Wałęsa i jego najbliżsi współpracownicy zaapelowali do Białego Domu o zniesienie sankcji ekonomicznych, które USA nałożyły na PRL w reakcji na wprowadzenie stanu wojennego w grudniu 1981 r. Był to z ich strony sygnał, że są gotowi do szukania porozumienia z władzami. W tym czasie doradcy gen. Jaruzelskiego wysunęli pomysł włączenia Wałęsy do Społecznej Rady Konsultacyjnej. Jednakże po spotkaniu Barcikowskiego i Cioska z Święcickim, Turowiczem i Wielowieyskim do tematu nie powrócono. Jeszcze w 1987 r. w kręgu kierownictwa PRL rozważano zaoferowanie Wałęsie członkostwa w Radzie Konsultacyjnej, ostatecznie jednak władze nie zdecydowały się na ten krok.

28 listopada 1986 r. odbyło się posiedzenie Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, na którym dyskutowano powołanie Rady Konsultacyjnej. Reprezentujący Episkopat abp Bronisław Dąbrowski wyraził pełne poparcie dla tej inicjatywy. 5 grudnia, podczas posiedzenia Rady Krajowej Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego, gen. Jaruzelski poinformował o formalnym powołaniu Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa. Na odbytym w tym samym miesiącu posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR gen. Jaruzelski zadeklarował: „Musimy wbudować w nasz system różnego rodzaju elementy opozycji w samej partii”. W świetle tej wypowiedzi wydaje się, że Rada Konsultacyjna była testem na wbudowanie w system polityczny PRL szerszego czynnika społecznego, początkowo złożonego z jednostek reprezentujących środowiska inne niż obóz władzy.

W skład Rady Konsultacyjnej weszło 56 osób. 17 spośród nich należało do PZPR, dwóch do ZSL, jeden do SD, a 36 było bezpartyjnych, w tym 12 działaczy katolickich i chrześcijańskich. Wśród katolików świeckich zabrakło osób reprezentujących środowisko „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi”. Kozłowski, Turowicz i Wielowieyski zrezygnowali z udziału w Radzie, mimo że mieli zaufanie wyrażone przez Episkopat. Odnieśli się jednak sceptycznie do tej inicjatywy, co wyrazili już podczas wspomnianego spotkania z gen. Kiszczakiem 10 października. Ostatecznie różne środowiska katolickie i opozycyjne reprezentowali w Radzie: prof. Julian Marian Auleytner (Prymasowska Rada Społeczna), prof. Janusz Bieniak (KIK), Zbigniew Czajkowski (PAX), prof. Maciej Giertych (środowisko postendeckie), Jan Kułaj (były przewodniczący NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”), dr hab. Aleksander Legatowicz (KIK, PZKS), pisarz Jan Meysztowicz (ChSS), mecenas Władysław Siła-Nowicki (weteran AK i WiN, doradca „Solidarności”), prof. Krzysztof Skubiszewski (Prymasowska Rada Społeczna i „Solidarność”), prof. Andrzej Święcicki (prezes Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie, członek Prymasowskiej Rady Społecznej), Eugeniusz Tabaczyński (KIK), Stanisław Zawada (były członek KK „Solidarności”) oraz Janusz Zabłocki (współtwórca Ruchu „Znak” i Klubów Inteligencji Katolickiej, pierwszy prezes Polskiego Związku Katolicko-Społecznego).

Spośród nich Maciej Giertych, Władysław Siła-Nowicki, Krzysztof Skubiszewski i Aleksander Legatowicz zajęli po 1989 r. różne miejsca w życiu politycznym III RP. Przy czym Siła-Nowicki uczestniczył też w obradach Okrągłego Stołu jako reprezentant strony koalicyjno-rządowej. Na jego udział po stronie solidarnościowo-opozycyjnej nie chciała się zgodzić „Solidarność”, co prawdopodobnie było karą za uczestnictwo w Radzie Konsultacyjnej.

Stronę partyjno-rządową reprezentowali w Radzie w pierwszej kolejności najbliżsi współpracownicy gen. Jaruzelskiego z tzw. reformatorskiego skrzydła PZPR. Byli to: prof. Władysław Baka (prezes NBP), prof. płk Stanisław Kwiatkowski (dyrektor CBOS) i prof. Zdzisław Sadowski (wówczas przewodniczący Konsultacyjnej Rady Gospodarczej, później wicepremier i przewodniczący Komitetu ds. Realizacji Reformy Gospodarczej). Poza tym stronę partyjno-rządową reprezentowali: poseł Norbert Aleksiewicz, prof. Jan Baszkiewicz, prof. Kazimierz Buchała, prof. Zdzisław Cackowski, prof. Zbigniew Grabowski, prof. Lech Kobyliński, prof. Jarema Maciszewski, Lucjan Motyka (wówczas wiceprezes ZBoWiD), prof. Antoni Rajkiewicz, aktor Jerzy Trela, prof. Janusz Tymowski, dziennikarz Ryszard Wojna, prof. Piotr Zaremba (pierwszy powojenny prezydent Szczecina) i prof. Adam Zieliński (prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego).

Natomiast spoza PZPR i środowisk katolicko-opozycyjnych do Rady weszli: prof. Witold Benedyktowicz (duchowny Kościoła metodystycznego), prof. Grzegorz Białkowski (rektor Uniwersytetu Warszawskiego), prof. Czesław Bobrowski (były polityk PPS, twórca powojennego planu odbudowy), reżyser Kazimierz Dejmek (wówczas dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie), prof. Józef Andrzej Gierowski (rektor UJ), prof. Aleksander Gieysztor, prof. Aleksander Grygorowicz, prof. Jan Karol Kostrzewski (wówczas prezes PAN, były bezpartyjny minister zdrowia PRL), prof. Tadeusz Koszarowski (twórca polskiej chirurgii onkologicznej), działacz społeczny Marek Kotański, prof. Janusz Kuczyński, prof. Gerard Labuda (wiceprezes PAN), prof. Manfred Lachs (sędzia Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze), Witold Lassota (SD, zastępca przewodniczącego Trybunału Stanu), pisarz Wiesław Myśliwski (ZSL), prof. Anna Przecławska (PRON), prof. Kazimierz Secomski (członek Rady Państwa), prof. Halina Skibniewska (architekt zaangażowana w odbudowę Warszawy, w l. 1971-1985 wicemarszałek Sejmu), prof. Jan Szczepański, prof. Janusz Szosland (przewodniczący Rady Głównej NOT), prof. Andrzej Tymowski (były ekspert ekonomiczny przy ONZ, weteran AK i członek „Solidarności”), prof. Stefan Węgrzyn i prof. Zbigniew Tadeusz Wierzbicki (socjolog zaangażowany m.in. w działalność opozycyjnego Towarzystwa Kursów Naukowych).

Ogółem Rada Konsultacyjna przy Przewodniczącym Rady Państwa odbyła 12 posiedzeń. Ostatnie odbyło się 17 lipca 1989 r., już po wyborach czerwcowych. Większość członków Rady poparła na ostatnim posiedzeniu kandydaturę gen. Jaruzelskiego na prezydenta PRL. Za udział w pracach Rady jej członkowie nie otrzymywali żadnej gratyfikacji pieniężnej. Zwracano im tylko koszty dojazdu do Warszawy. We wszystkich posiedzeniach Rady uczestniczył gen. Jaruzelski, co świadczy o tym, że traktował ten twór poważnie, jako platformę dialogu społecznego. Dyskusje prowadzone na posiedzeniach Rady zostały opublikowane w dwóch tomach pt. „Rada Konsultacyjna przy Przewodniczącym Rady Państwa” (Warszawa 1988 i 1990). Poza tym stenogramy z posiedzeń publikowane były bez żadnych ingerencji cenzury w periodyku „Rada Narodowa” (nakład 30 tys. egz.). Rada Konsultacyjna stała się zatem miejscem jawnej i otwartej debaty publicznej, co stanowiło zupełnie nową jakość w życiu politycznym PRL.

Już na pierwszym posiedzeniu, po wstępnym wystąpieniu Jaruzelskiego, głos zabrało 29 osób. Ustalono, że obrady będą przebiegały bez szczegółowego porządku i bez przymusu osiągnięcia konsensusu za wszelką cenę. Przedstawiciele kręgów bliskich Kościołowi i „Solidarności” oraz bezpartyjni nie stosowali żadnej autocenzury, co pokazały odważne wystąpienia Siły-Nowickiego i innych mówców już na pierwszym posiedzeniu. Mówiono wtedy otwarcie o zatruciu społeczeństwa przez zakłamanie wewnętrzne spowodowane indoktrynacją i propagandą. Podkreślano, że jest to przyczyna wszelkich deformacji społecznych, bez usunięcia której nie da się przeprowadzić koniecznych reform społecznych. Siła-Nowicki wezwał Radę by była niezależnym głosem opinii publicznej, kończąc swoje wystąpienie słowami: „Nasza cenzura, nasze ukrywanie prawdy jest tragiczną kartą życia politycznego, zamykającą w jakiś sposób drogę do narodowego porozumienia”.

Z przebiegu dalszych posiedzeń można wnioskować, że główne tematy dyskusji były wnoszone przez gen. Jaruzelskiego. On zaproponował, żeby na drugim posiedzeniu 27 lutego 1987 r. prof. Kazimierz Secomski zreferował prace komitetu „Polska 2000”, którym kierował w Polskiej Akademii Nauk. Tematem dyskusji trzeciego i czwartego posiedzenia – 18 maja i 17 lipca 1987 r. – był referat wybitnego socjologa prof. Jana Szczepańskiego, podsumowujący diagnozy z drugiego posiedzenia. Na piątym posiedzeniu – 14 października 1987 r. – tematem były problemy wynikające z podjęcia drugiego etapu reformy gospodarczej. W maju 1988 r. zainicjowano prace „zespołu do opracowania propozycji reformy modelu socjalistycznego państwa”. W dokumentach z prac tego zespołu była mowa przede wszystkim o rozszerzeniu kompetencji Sejmu. Na marginesie jednak pojawiła się już wtedy myśl o utworzeniu drugiej izby parlamentu, zrealizowana rok później podczas obrad Okrągłego Stołu. 3 czerwca 1988 r. Stanisław Ciosek poinformował reprezentującego Episkopat ks. Alojzego Orszulika, że władze rozważają powołanie izby wyższej parlamentu, w której 60-65% miejsc miałyby środowiska niezależne od PZPR.

Po rozpoczęciu 6 lutego 1989 r. obrad Okrągłego Stołu – czyli bezpośrednich negocjacji władz PRL z opozycją solidarnościową – Rada Konsultacyjna znalazła się w cieniu. Do Okrągłego Stołu doprowadziły różne czynniki wewnętrzne i zewnętrzne. Świadomość konieczności demokratyzacji PRL narastała w gronie najbliższych współpracowników gen. Jaruzelskiego stopniowo, o czym świadczy chociażby wysunięta w październiku 1987 r. przez Mieczysława Rakowskiego myśl o „dopuszczeniu jednego z nurtów opozycyjnych do udziału w wyborach”.

Najprawdopodobniej do przemian ustrojowych 1989 roku doszłoby także bez epizodu Rady Konsultacyjnej. Jednakże istnienia i działania tej instytucji nie można lekceważyć i dezawuować. Rada Konsultacyjna była początkiem nowej jakości w ówczesnym życiu politycznym. Pomyślana jako forum dialogu z jednostkami wywodzącymi się ze środowisk niezależnych od PZPR, przygotowała w jakiejś mierze grunt pod późniejszy dialog z tymi środowiskami. Stała się czymś w rodzaju laboratorium lub poligonu, na którym obie strony badały granice wzajemnego kompromisu, chociaż oficjalnie strona solidarnościowa lekceważyła Radę Konsultacyjną. W tym sensie Rada Konsultacyjna niewątpliwie zapoczątkowała drogę do szukania porozumienia społecznego w oparciu o szerszą bazę polityczną, a więc drogę do demokratyzacji Polski.

Bohdan Piętka

„Przegląd”, nr 1 (1147), 27.12.2021-2.01.2022, s. 26-28

Zabójstwo Bronisława Pierackiego

15 czerwca 1934 r. około godz. 15:40 przed Klub Towarzyski przy ul. Foksal 3 w Warszawie zajechała limuzyna, z której wysiadł minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki. Klub mieścił się na końcu ślepego zakończenia ulicy i miał charakter ekskluzywny. Spotykali się w nim ministrowie, parlamentarzyści, prorządowi dziennikarze i inne osobistości obozu sanacyjnego. Minister Pieracki przybył tam tego dnia bez ochrony, jedynie ze służbowym kierowcą Stanisławem Witulskim. Po wyjściu z limuzyny skierował się przez sień do drzwi klubu. W tym czasie podszedł do niego od tyłu młody człowiek, który od dłuższego czasu oczekiwał w tym miejscu. Najpierw zaczął nerwowo manipulować przy niewielkiej paczce, którą niósł pod pachą. Gdy nie udało mu się odpalić ładunku wybuchowego, sięgnął po rewolwer i z bliskiej odległości trzykrotnie strzelił do Pierackiego. Dwie kule trafiły ministra w tył głowy. Działo się to na oczach zaskoczonego portiera, który nie zdążył w jakikolwiek sposób zareagować.

Dopiero kiedy zamachowiec, przez nikogo nie zatrzymywany wybiegł na ulicę, portier wszczął alarm. W pogoń za zamachowcem, rzuciło się (i to w różne strony) kilkanaście osób, w tym wojewoda lwowski Władysław Belina-Prażmowski i płk Roman Abraham oraz dwóch policjantów. Ruszył też za nim samochodem kierowca Witulski. Na stopień samochodu wskoczył posterunkowy Stanisław Bagiński. Jako pierwszy zastąpił drogę uciekającemu, jeszcze na ulicy Foksal, woźny ambasady japońskiej Franciszek Wywrocki. Zamachowiec strzelił do niego, ale niecelnie, po czym oddał jeszcze kilka strzałów za siebie i wbiegł w ulicę Kopernika. Tam dogonił go posterunkowy Władysław Obrębski. Dwukrotnie strzelił on niecelnie do ściganego i sam został przez niego raniony strzałem w rękę. Zaraz potem pojawili się jadący samochodem Witulski i Bagiński. Wówczas ścigany strzelił w biegu do kierowcy. Temu udało się uchylić od kuli, ale przez moment nie obserwował ulicy. To dało czas ściganemu, by wbiec na ulicę Szczyglą, gdy tymczasem samochód pojechał prosto. Dopiero po chwili zawrócił i również skręcił w Szczyglą. Tam ścigany zniknął z oczu kierowcy i policjanta u wylotu schodów prowadzących na ulicę Okólnik. Jakiś przechodzień wskazał im nie zabudowane tereny i ogród zakładu św. Kazimierza. Był to prawdopodobnie wspólnik zamachowca, który celowo skierował pościg w fałszywym kierunku. Tymczasem zabójca ministra wbiegł do narożnego domu przy ulicy Okólnik 5, zostawił w bramie płaszcz i paczkę z wadliwą bombą (według innych relacji wyrzucił ją lub zdetonował podczas pościgu), po czym wyszedł na ulicę i wmieszał się w szereg przechodniów idących w kierunku ulicy Ordynackiej.

Zamachu na ministra Pierackiego dokonał Hryhorij Maciejko (1913-1966) – pochodzący z biednej rodziny chłopskiej, absolwent szkoły powszechnej i kursu rzemieślniczego, od 1929 r. członek Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów o pseudonimie „Honta”. Do zadania tego został wyznaczony przez prowidnyka krajowego OUN Stepana Banderę. Żeby przeprowadzić zamach, przybył do Warszawy pod fałszywą tożsamością jako Włodzimierz Olszewski i przez kilkanaście dni obserwował tryb życia Pierackiego. Po ucieczce z miejsca zbrodni udał się do Lwowa i tam przebywał przez krótki czas. Następnie przeszedł nielegalnie przez Karpaty do Czechosłowacji. Stamtąd pod fałszywym nazwiskiem Petr Knysz wyjechał do Argentyny, gdzie żył do śmierci. Wyjazd ten umożliwił mu Jewhen Konowalec – główny prowidnyk OUN, rezydujący na emigracji. Konowalec żalił się potem swoim współpracownikom, że Maciejko „nie rozumiał, że powinien siedzieć cicho, żyć dyskretnie i zachowywać się skromnie, lecz domagał się aby odnoszono się do niego jak do bohatera”.

Ciężko rannego Pierackiego szybko zabrała karetka pogotowia. W Szpitalu Ujazdowskim poddano go operacji. Lekarze zatamowali upływ krwi, dokonali trepanacji czaszki i wydobyli kulę. Mimo to minister zmarł o godz. 17:15. Pułkownik dyplomowany (pośmiertnie awansowany na generała brygady) Bronisław Wilhelm Pieracki (1895-1934) był jedną z czołowych postaci obozu sanacyjnego. Legionista, dowódca jednego z odcinków obrony Lwowa podczas wojny polsko-ukraińskiej (1918-1919), uczestnik wojny polsko-bolszewickiej (1919-1920) jako oficer łącznikowy Głównej Kwatery Naczelnego Wodza, następnie urzędnik Ministerstwa Spraw Wojskowych. Inaczej niż wielu piłsudczyków miał poglądy prawicowe. Z tego przypuszczalnie powodu był posądzany przez przeciwników o sympatie do faszyzmu włoskiego i z nazywany „Bronito Pieratini”.

Jego kariera w służbie państwowej nabrała przyspieszenia po przewrocie majowym 1926 r. Od 1928 r. był posłem BBWR (przez pewien czas jego wiceprezesem), następnie II zastępcą szefa Sztabu Generalnego (1928-1929), wicepremierem w drugim rządzie Walerego Sławka (1930-1931) i ministrem spraw wewnętrznych w rządach Aleksandra Prystora, Janusza Jędrzejewicza i Leona Kozłowskiego. Należał do ścisłej elity władzy (tzw. grupy pułkowników). Był ulubieńcem Józefa Piłsudskiego, który traktował Pierackiego jak syna i zapewne widział dla niego w przyszłości miejsce na najwyższych stanowiskach państwowych. Wieść o zamachu i śmierci Pierackiego wstrząsnęła schorowanym Piłsudskim, co prawdopodobnie przyspieszyło jego zgon niecały rok później.

Maria Dąbrowska skomentowała 18 czerwca 1934 r. zabójstwo ministra Pierackiego następująco: „Teraz znów zabili Pierackiego. Wredna to była postać, klerykał i bigot, (…) szkodnik publiczny – wiem o nim, gdyż St. miał z nim przejście, które go całkiem oburzyło. Rząd robi teraz z niego wielkiego narodowego bohatera – nakazuje urzędnikom żałobę tygodniową, pisze panegiryki. Biskup Gawlina wygłosił na pogrzebie ohydnie moralną mowę. Włożyłam ją do »muzeum parszywiny«. (…) Rząd ogłosił 100 000 zł nagrody za wykrycie zabójcy Pierackiego. Jakiż odmęt bagna ludzkiego porusza się takim krokiem. Brr… Mamy już obozy izolacyjne”[1].

Chodziło o Miejsce Odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Represje polityczne zapowiedziała wkrótce po zamachu prorządowa „Gazeta Polska”: „Gdy wyjaśnione zostanie, gdzie tkwią korzenie mordu, na jakim fermencie wezbrała zbrodnia – to trzeba będzie chore miejsce organizmu społecznego wypalić białym żelazem”. Pomysł utworzenia obozu internowania wyszedł od premiera Kozłowskiego i został zaakceptowany przez Józefa Piłsudskiego. 17 czerwca 1934 r. prezydent Ignacy Mościcki wydał rozporządzenie z mocą ustawy o utworzeniu Miejsca Odosobnienia w Berezie. Osadzenie w obozie miało następować na podstawie decyzji administracyjnej bez prawa apelacji na okres trzech miesięcy, z możliwością przedłużenia. Konstrukcja tego przepisu przypominała hitlerowską instytucję prawną Schutzhaft, czyli aresztu „ochronnego” (prewencyjnego), wprowadzoną w III Rzeszy 28 lutego 1933 r., na podstawie której osadzano więźniów politycznych w niemieckich obozach koncentracyjnych. Przykład obozów hitlerowskich w Niemczech (Dachau i Oranienburg powstały w 1933 r.) był zatem dla sanacji kuszący. Należy pamiętać, że przed 1939 r. celem tych obozów nie była eksterminacja więźniów, ale jedynie ich sterroryzowanie i zniechęcenie do jakiejkolwiek działalności opozycyjnej.

Podejrzenie o zabicie Pierackiego padło najpierw na polskich nacjonalistów z utworzonego w kwietniu 1934 r. Obozu Narodowo-Radykalnego. Powodem podejrzenia było to, że w dniu zamachu o audiencję u ministra zabiegał przywódca ONR Jan Mosdorf (1904-1943). Chciał rozmawiać z szefem MSW w sprawie zamknięcia przez władze onereowskiego pisma „Sztafeta”. Gdy sekretarz ministra powiedział mu, że audiencja będzie możliwa dopiero 18 czerwca, Mosdorf oświadczył: „To już będzie za późno”.

Oskarżenie rzucone na takiej podstawie skutkowało gwałtowną reakcją zwolenników obozu sanacyjnego i natychmiastowymi represjami wobec ONR. Już następnego dnia po zamachu doszło w Warszawie do manifestacji antyprawicowych. Około 150 osób wdarło się do redakcji i drukarni endeckiej „Gazety Warszawskiej” przy ul. Zgoda, demolując ich pomieszczenia. Fala aresztowań w polskich środowiskach nacjonalistycznych rozpoczęła się już w nocy z 15 na 16 czerwca 1934 r. Ujęto około 1000 osób z ONR i Sekcji Młodych Stronnictwa Narodowego. Sam ONR został zdelegalizowany 10 lipca 1934 r., a trzy dni wcześniej jego czołowi działacze trafili jako pierwsi więźniowie do obozu w Berezie Kartuskiej. Byli to: Zygmunt Dziarmaga, Władysław Hackiewicz, Jan Jodzewicz, Edward Kemnitz, Jerzy Korycki, Bolesław Piasecki, Mieczysław Prószyński, Henryk Rossman, Włodzimierz Sznarbachowski i Bolesław Świderski (Mosdorf ukrył się i uniknął aresztowania). Po nich do Berezy trafili głównie nacjonaliści ukraińscy i komuniści, ale także pojedynczy działacze Stronnictwa Ludowego, a nawet prawicowy publicysta Stanisław Cat-Mackiewicz. Ogółem do 1939 r. przez Berezę przeszło około 3 tys. więźniów, z których śmierć w obozie poniosło nie więcej niż 20 (liczba zmarłych po zwolnieniu z obozu jest trudna do ustalenia).

Nie można wykluczyć, że koncepcja utworzenia „miejsca odosobnienia”, czyli de facto obozu koncentracyjnego, mogła być przygotowywana w kręgu rządzącej sanacji jeszcze przed zabójstwem Pierackiego. Nic pewnego na ten temat jednak nie wiadomo. Niewątpliwie zamach na ministra Pierackiego stał się dla sanacji pretekstem do zastosowania środków wyjątkowych w celu pacyfikacji przeciwników politycznych i tym samym przyspieszenia budowy ustroju autorytarnego.

Sprawa zamachu na szefa MSW była dla władz o tyle kompromitująca, że wcześniej w rękach Oddziału II Sztabu Generalnego i MSW znalazło się całe archiwum OUN zdobyte na terenie Czechosłowacji (tzw. „Akta Senyka”), które m.in. zawierało informacje dotyczące przygotowań do zamachu. Nie rozszyfrowano jednak tych materiałów na czas. Spowodowało to pojawienie się plotek, że śmierć Pierackiego nastąpiła za wiedzą służb specjalnych, w tym także tych mu podległych. Na trop prowadzący do rzeczywistych sprawców zamachu władze wpadły m.in. dzięki „Aktom Senyka”. Poza tym jesienią 1934 r. OUN oficjalnie przyznała się do zamachu na polskiego ministra.

Utworzona 3 lutego 1929 r. w Wiedniu Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów była organizacją faszystowską i ekstremistyczną. W pierwszej kolejności dążyła do udaremnienia jakiejkolwiek ugody polsko-ukraińskiej, za którą po stronie polskiej opowiadała się wpływowa część piłsudczyków z Tadeuszem Hołówką na czele (tzw. ruch prometejski). Do radykalizacji OUN w tej kwestii doprowadził jej krajowy prowidnyk Stepan Bandera. W jego otoczeniu już latach 30-tych XX w. snuto wizje czystek etnicznych na Polakach zamieszkujących ówczesne Kresy południowo-wschodnie[2]. Natomiast bieżącą działalność terrorystyczną przeciw II RP Bandera zradykalizował tak, by przeciąć możliwość jakiegokolwiek porozumienia polsko-ukraińskiego. Nie jest zatem przypadkiem, że w jednym z pierwszych zamachów terrorystycznych dokonanych przez OUN zginął Tadeusz Hołówko (1889-1931) – wielki orędownik pojednania polsko-ukraińskiego. Pieracki, wbrew temu co zarzucała mu propaganda OUN, też był zwolennikiem ugodowej linii Hołówki. W przemówieniu sejmowym z 10 lutego 1934 r. oświadczył, że w Polsce nie będą tolerowane „żadne fizyczne przejawy walk rasowych i narodowościowych”, ale równocześnie opowiedział się za pełnią praw obywatelskich dla mniejszości słowiańskich na Kresach Wschodnich.

Zamach na Pierackiego zaplanował kierownik referatu wojskowego OUN Roman Szuchewycz. Przygotowaniami do zamachu kierował jeden z liderów OUN Mykoła Łebedź, który w tym celu przyjechał wiosną 1934 r. z zagranicy do Warszawy. W przeprowadzeniu rozpoznania pomagała mu Daria Hantkiwska. Na odwołanie zamachu nalegały wspierające OUN służby specjalne Niemiec hitlerowskich, co wiązało się z polepszeniem stosunków polsko-niemieckich po podpisaniu 26 stycznia 1934 r. polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy.

Potwierdził to w swoich wspomnieniach agent NKWD Paweł Sudopłatow (późniejszy generał), który zanim zabił w 1938 r. Jewhena Konowalca, zdobył jego zaufanie i poznał niektóre tajemnice OUN. Po rozmowie z Konowalcem w 1935 r. Sudopłatow doszedł do wniosku, że zamach na Pierackiego „został przeprowadzony wbrew woli Konowalca, a wykonany na rozkaz jego rywala Bandery. Bandera chciał rozciągnąć kontrolę nad organizacją, wykorzystując naturalną wrogość Ukraińców do Pierackiego (…). Konowalec powiedział mi, że Berlin przynajmniej na razie, nie jest w żadnej mierze zainteresowany w działaniach przeciwko Polakom. Niemcy byli tak oburzeni zamachem, że skierowali swój gniew przeciw Banderze i jego zwolennikom (…)”[3].

Zamach na ministra Pierackiego został przeprowadzony niemal natychmiast po oficjalnej wizycie w Polsce ministra propagandy III Rzeszy Josepha Goebbelsa (13-15 czerwca 1934 r.), którego Pieracki żegnał na Dworcu Głównym w Warszawie na kilka godzin przed swoją śmiercią. Goebbels uznał zamach za afront wobec III Rzeszy ze strony OUN i w sytuacji rysującego się zbliżenia polsko-niemieckiego, przyczynił się nawet do wydania Polsce Mykoły Łebedzia, który po zamachu zbiegł do Niemiec. O rzekomą inspirację zamachu Goebbels obwinił szefa SA Ernsta Röhma (wkrótce doszło w Niemczech do „nocy długich noży” 30 czerwca 1934 r., czyli wymordowania kierownictwa SA z E. Röhmem na czele).

Proces działaczy OUN odpowiedzialnych za śmierć Pierackiego rozpoczął się przed Sądem Okręgowym w Warszawie 18 listopada 1935 r. Wyrok ogłoszono 13 stycznia 1936 r. Bandera, Łebedź i Jarosław Karpyneć zostali skazani na karę śmierci, którą zamieniono im na mocy amnestii na dożywotnie więzienie. Mykoła Kłymyszyn i Bohdan Pidhajnyj otrzymali dożywocie, Hantkiwska 16 lat więzienia, a pozostałych sześciu oskarżonych kary od 7 do 12 lat więzienia. Drugi proces 23 działaczy OUN odbył się we Lwowie (25 maja-26 czerwca 1936 r.). Szuchewycz, którego roli w kierownictwie OUN śledczy nie rozpoznali, został w nim skazany tylko na 3 lata więzienia. Inicjatorzy zamachu na ministra Pierackiego – Bandera, Łebedź i Szuchewycz – reprezentujący najbardziej ekstremistyczne skrzydło nacjonalizmu ukraińskiego, stali się w czasie drugiej wojny światowej inicjatorami ludobójstwa na Polakach z Wołynia i Małopolski Wschodniej. Destabilizacja sytuacji politycznej w Polsce we 1934 r. nie była zatem ich ostatnim, ale pierwszym wielkim krokiem na drodze do „rewolucji narodowej” i depolonizacji ziem uważanych za ukraińskie.

[1] M. Dąbrowska, Dzienniki, t. II, Warszawa 1988, s. 50-51.

[2] A. Diukow, „Dlaczego walczymy z Polakami”. Antypolski program OUN w kluczowych dokumentach, Warszawa 2017, s. 91-117.

[3] P. Sudopłatow, Wspomnienia niewygodnego świadka, Warszawa 1999, s. 38.

Bohdan Piętka

„Przegląd”, nr 48 (1142), 22-28.11.2021, s. 38-40

ZSRR a upadek muru berlińskiego

12 czerwca 1987 r. prezydent USA Ronald Reagan w swoim przemówieniu pod Bramą Brandenburską w Berlinie Zachodnim, wygłoszonym z okazji obchodów 750-lecia Berlina, wezwał przywódcę ZSRR Michaiła Gorbaczowa do zburzenia zbudowanego w 1961 r. muru berlińskiego – będącego symbolem podziału Europy i świata na dwa antagonistyczne bloki polityczno-militarne. „Panie Gorbaczow, otwórz tę bramę! Panie Gorbaczow, zburz pan ten mur!” – wołał wtedy Reagan. Prawdopodobnie nikt z wiwatujących mu wtedy mieszkańców Berlina Zachodniego nie podejrzewał, że mur berliński – a wraz z nim tzw. blok wschodni – upadną już dwa lata później. Stało się to możliwe dzięki przemianom politycznym, jakie następowały w ZSRR od połowy lat 80-tych, określanych jako pieriestrojka (przebudowa), uskorienie (przyspieszenie) i głasnost (jawność).

Kilkanaście dni przed wystąpieniem Reagana w Berlinie Zachodnim, na przełomie maja i czerwca 1987 r., odbył się we wschodniej części Berlina, czyli w stolicy NRD, szczyt Układu Warszawskiego. Michaił Gorbaczow i minister spraw zagranicznych ZSRR Eduard Szewardnadze odbyli podczas tego szczytu rozmowę na osobności z przywódcą NRD. Zaskoczony Erich Honecker usłyszał od nich, że mur berliński stał się zbędny. Potwierdziło się to, czego Honecker obawiał się od dłuższego czasu i co zdążył już skrytykować: ZSRR obrał nowy kurs polityczny, zmierzający do otwierania się na Europę Zachodnią i przechodzenia od napięć zimnowojennych do partnerstwa. Jednym z elementów nowej polityki było m.in. odejście od tzw. doktryny Breżniewa. Gorbaczow uznał, że ZSRR nie może ingerować w wewnętrzne sprawy państw obozu socjalistycznego – tak jak to było w 1956 r. na Węgrzech i w 1968 r. w Czechosłowacji. Rok później Erich Honecker zabronił rozpowszechniania w NRD „Sputnika” i innych czasopism radzieckich. Był to bezprecedensowy przypadek cenzurowania prasy radzieckiej w państwie satelickim ZSRR. Ale nawet taki krok nie powstrzymał biegu historii.

Nowy kurs polityczny w ZSRR, zapoczątkowany częściowo w latach 1982-1984 przez Jurija Andropowa i wdrażany od wiosny 1985 r. przez Michaiła Gorbaczowa, miał doprowadzić do przezwyciężenia problemów Związku Radzieckiego – począwszy od niewydolnej gospodarki planowej po brak społecznego zaufania do władz. Głównymi elementami nowej polityki Moskwy na niwie międzynarodowej stały się kolejne propozycje rozbrojeniowe, dążenie do stopniowego wycofania wojsk radzieckich z Afganistanu oraz dążenie do nawiązania ściślejszej współpracy pomiędzy Radą Wzajemnej Pomocy Gospodarczej a Europejską Wspólnotą Gospodarczą. Przyczyną takiej zmiany wektorów w polityce zagranicznej był w dużej mierze stan gospodarki radzieckiej. Żeby uratować gospodarkę od całkowitego załamania, co musiałoby skutkować także utratą lub przynajmniej znacznym osłabieniem pozycji politycznej ZSRR jako supermocarstwa, należało odciążyć ją od znaczących wydatków militarnych oraz pozyskać nowe inwestycje i technologie. Te zaś mógł dostarczyć tylko Zachód.

Celem Gorbaczowa nie było zatem doprowadzenie do rozpadu ZSRR, ale jego modernizacja. Przebudowa miała objąć nie tylko stosunki wewnętrzne w ZSRR i jego relacje zewnętrzne ze światem zachodnim, ale także relacje z „bratnimi krajami” obozu socjalistycznego. Pierwszym zwiastunem zmian było zakomunikowanie przez Gorbaczowa w kwietniu 1985 r. przywódcom państw bloku, że „każda z bratnich partii samodzielnie określa swoją politykę i jest za nią odpowiedzialna przed swoim narodem”.

Konieczność przemodelowania stosunków z państwami obozu socjalistycznego Gorbaczow uzasadnił względami gospodarczymi i politycznymi. Na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPZR 3 lipca 1986 r. oświadczył: „Wszyscy zdaliśmy sobie sprawę, że relacje z państwami socjalistycznymi weszły w inny etap. Metody, które stosowano w odniesieniu do Czechosłowacji i Węgier, są niedopuszczalne”. I dalej: „Nie możemy naśladować przeżytków Kominternu… »administracyjne metody kierowania przyjaciółmi«. (…) niepotrzebne nam to – takie »kierownictwo«. To oznacza brać ich na swój kark. Przede wszystkim – gospodarka”.

Te słowa Gorbaczowa z lipca 1986 r. pozwalają zrozumieć stanowisko zajęte przez Związek Radziecki wobec wydarzeń Jesieni Ludów trzy lata później. Nowy model relacji pomiędzy Moskwą a jej dotychczasowymi satelitami Gorbaczow przedstawił po raz pierwszy przywódcom państw obozu socjalistycznego na szczycie RWPG w listopadzie 1986 r. Formalnie przyjęto go tam pozytywnie. Jednak wkrótce okazało się, że niezupełnie. Jako pierwszy z krytyką pieriestrojki wystąpił na przełomie 1986 i 1987 r. Erich Honecker. Zarzucił on towarzyszom z Moskwy, że wdrażane w ZSRR reformy gospodarcze rzekomo przypominają rozwiązania przyjęte 30 lat wcześniej w Jugosławii (w rzeczywistości szły znacznie dalej). Nie podobały mu się też rehabilitacja dysydenta Andrieja Sacharowa i polityka jawności w życiu publicznym. Natomiast przywódca Bułgarii Todor Żiwkow obawiał się, że polityka Gorbaczowa przyniesie podobne skutki jak destalinizacja zapoczątkowana przez Nikitę Chruszczowa na XX Zjeździe KPZR w 1956 r. Ostrzegał przed powtórzeniem się scenariusza znanego z rewolucji węgierskiej w 1956 r.

Gorbaczow był świadomy doniosłości zmian zachodzących wówczas w Europie Zachodniej, zwłaszcza po tym jak 17 lutego 1986 r. podpisano w Luksemburgu Jednolity Akt Europejski, który otworzył drogę do powstania siedem lat później Unii Europejskiej. Wyobrażał sobie, że Europa Środkowa stanie się dla ZSRR pomostem do integrującego się gospodarczo i politycznie Zachodu. Chciał się przy tym zabezpieczyć przed sytuacją, w której kolejny kryzys na miarę tych z lat 1956 (Węgry), 1968 (Czechosłowacja) i 1980-81 (Polska) spowoduje ryzyko zrujnowania relacji ZSRR z Zachodem. Dał temu wyraz mówiąc do swoich współpracowników wprost: „W naszym interesie leży, aby nie obciążano nas odpowiedzialnością za to, co się u nich dzieje, i za to co się może wydarzyć”. Takie podejście było czymś dotąd niespotykanym w praktyce politycznej ZSRR. Oznaczało perspektywę radykalnej zmiany położenia dotychczasowych satelitów ZSRR i co najmniej ograniczenie ich zależności politycznej od Moskwy. Już w 1987 r. rozważano na Kremlu częściowe wycofanie wojsk radzieckich z Europy Środkowej.

Bieg historii przyspieszył po tym jak w drugiej połowie 1987 r. prezydent Reagan zgodził się na propozycje Gorbaczowa odnośnie rozbrojenia. 8 grudnia 1987 r. przywódcy USA i ZSRR podpisali w Waszyngtonie traktat o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu (INF Treaty). Był to początek końca „zimnej wojny”. Natomiast w czerwcu 1988 r. zostało zawarte porozumienie pomiędzy RWPG i EWG, otwierające drogę do ściślejszej współpracy gospodarczej i politycznej. Nieco wcześniej, bo na przełomie maja i czerwca tego roku, miała miejsce historyczna wizyta prezydenta Reagana w Moskwie, podczas której wymieniono dokumenty ratyfikacyjne traktatu INF. Za Reaganem do Moskwy podążyli inni przywódcy zachodni. Na Zachodzie zaczęła narastać tzw. „gorbimania”. Gorbaczow stał się ulubieńcem tamtejszych mediów oraz cieszył się sympatią nie tylko polityków, ale dużej części społeczeństw zachodnich. Coraz bardziej popularne stawało się hasło „wspólnego europejskiego domu” – powtarzane tak przez Gorbaczowa, jak i przywódców zachodnioeuropejskich. 15 lutego 1989 r. rozpoczęło się ostateczne wycofanie wojsk radzieckich z Afganistanu. Nawet dla postronnych obserwatorów stało się oczywiste, że w skali globalnej dokonują się doniosłe przemiany geopolityczne.

Tymczasem za tymi przemianami nie nadążała większość dotychczasowych satelitów ZSRR. Lokalne wersje pieriestrojki w państwach bloku – poza Polską i Węgrami – ograniczały się do ogólnikowych deklaracji i ograniczonych zmian personalnych, a w NRD i Rumunii pieriestrojka była oficjalnie bojkotowana. Paradoksalnie sytuację Gorbaczowa w relacjach z dotychczasowymi satelitami komplikował ogłoszony przez niego wcześniej koniec mieszania się Kremla w ich wewnętrzne sprawy. Ponadto stan gospodarki radzieckiej nie pozwalał na utrzymanie dotychczasowego modelu wzajemnych relacji gospodarczych. Dlatego w kierownictwie radzieckim pojawiła się nagle narracja, że ZSRR ze szkodą dla siebie wspiera gospodarczo państwa bloku (zwłaszcza dostawami surowców), a te zadłużają się na Zachodzie i żyją na kredyt. W marcu 1988 r. Gorbaczow miał stwierdzić wprost: „W relacjach z RWPG musimy się przede wszystkim troszczyć o nasz naród”.

W tym samym czasie przywódca ZSRR musiał się również mierzyć z narastającymi problemami wewnętrznymi. W radzieckiej partii komunistycznej pojawił się opór wobec pieriestrojki, a na czoło konserwatystów wysunął się Jegor Ligaczow. Równocześnie przeciwstawne skrzydło, którego liderem stał się z czasem Borys Jelcyn (lider organizacji partyjnej w Moskwie), domagało się dalej idących zmian wewnętrznych. Zaczęło narastać wrzenie w republikach związkowych, gdzie ujawniły się skrywane dotąd antagonizmy narodowościowe (konflikt azersko-ormiański w Górnym Karabachu) oraz wysunięto żądania większej autonomii, a nawet niepodległości (republiki bałtyckie, Ukraina, Gruzja). Symbolem tych napięć stały się tzw. bałtycki łańcuch z 23 sierpnia 1989 r. (manifestacja z udziałem dwóch milionów mieszkańców republik bałtyckich w 50-tą rocznicę podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow) oraz wielka demonstracja niepodległościowa Gruzinów w Tbilisi 9 kwietnia 1989 r., zmasakrowana przez wojska Zakaukaskiego Okręgu Wojskowego.

Reakcją Gorbaczowa na te problemy była tzw. „ucieczka do przodu”. W wymiarze wewnętrznym było to dalsze stopniowe odchodzenie od gospodarki planowej oraz wybory na Zjazd Deputowanych Ludowych w marcu 1989 r. (pierwsze częściowo demokratyczne wybory w ZSRR). Natomiast w polityce zagranicznej Gorbaczow kontynuował ofensywę dyplomatyczną. Na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ zapowiedział jednostronną redukcję wojsk radzieckich w Europie o 500 tys. żołnierzy i wycofanie z Czechosłowacji, NRD i Węgier 5 tys. czołgów (czyli głównej siły uderzeniowej). Natomiast 6 czerwca 1989 r. na forum Rady Europy w Strasburgu zapowiedział jeszcze dalej idące rozbrojenie oraz budowę „wspólnego europejskiego domu”, w którym każdy kraj będzie mógł wybrać taki ustrój polityczny i gospodarczy, jaki mu odpowiada.

Zmiany polityczne, które w tym czasie zachodziły w Polsce i na Węgrzech, przywódca radziecki przyjmował ze spokojem. Po wyborach czerwcowych w Polsce dyplomaci radzieccy gratulowali zwycięstwa przywódcom Solidarności, a Adama Michnika zaproszono do Moskwy. Po utworzeniu rządu Tadeusza Mazowieckiego we wrześniu 1989 r. Eduard Szewardnadze oświadczył, że „nie ma też granicy tolerancji dla zachodzących w Polsce przemian”, a Związek Radziecki „nie ustanawia porządku dla innych państw”. Była to oficjalna odpowiedź radziecka na stanowisko rumuńskiego przywódcy Nicolae Ceauşescu, który podczas spotkania Doradczego Komitetu Politycznego Państw Stron Układu Warszawskiego 14 sierpnia 1989 r. domagał się interwencji wojskowej w Polsce celem ratowania upadającego socjalizmu.

7 października 1989 r. Gorbaczow uczestniczył w stolicy NRD w obchodach 40-tej rocznicy powstania NRD. Miesiąc później – 9 listopada 1989 r. – po kilku tygodniach masowych demonstracji, runął mur berliński. Zaraz potem rozpoczął się szybki proces zjednoczenia Niemiec, polegający de facto na wchłonięciu NRD przez RFN. Upadek muru berlińskiego stał się impulsem dla „aksamitnej rewolucji” w Czechosłowacji (17 listopada-29 grudnia 1989 r.) i krwawego obalenia Ceauşescu w Rumunii (16-27 grudnia 1989 r.). Są rozbieżne oceny na temat roli Gorbaczowa w tych wydarzeniach. „Z jednej strony nie chciał wspierać chwiejącego się już reżimu Honeckera, ale z drugiej nie chciał dystansować się od NRD jako osobnego niemieckiego państwa” – stwierdził były prezes IPN Łukasz Kamiński. Jego zdaniem nieprzekraczalną granicą zmian politycznych w Europie Środkowej miało być pozostanie NRD w radzieckiej strefie wpływów, a dopiero masowe manifestacje w głównych miastach NRD „skłoniły Kreml do rezygnacji z jakichkolwiek ograniczeń”[1].

Nie wydaje się to prawdopodobne chociażby w świetle tego co później ujawnił Eduard Szewardnadze. Z jego relacji wynika, że w najbliższym otoczeniu Gorbaczowa już od 1987 r. rozważano opcję zjednoczenia Niemiec. Posunięcie to miało umożliwić ZSRR funkcjonowanie w świecie już niepodzielonym na dwa antagonistyczne bloki poprzez partnerstwo rosyjsko-niemieckie w polityce światowej i europejskiej. Dlatego bardziej prawdopodobne wydaje się spostrzeżenie prof. Andrzeja Werblana – wyniesione przez niego z międzynarodowej konferencji „Polska 1986-1989: koniec systemu” – że przemiany 1989 r. miały swój „wewnętrzny napęd” tylko w Polsce i na Węgrzech. Natomiast w pozostałych państwach bloku „Związek Radziecki użył własnych wpływów, żeby je pobudzić. W NRD po prostu zorganizował antyhoneckerowski pucz. A przedtem zdestabilizował, w porozumieniu z Węgrami, sytuację wewnętrzną w NRD, umożliwiając emigrację poprzez Węgry. (…) wzięto kurs na zjednoczenie Niemiec i musiano w tym celu usunąć w NRD twardy reżim i zastąpić go bardziej otwartym. Takie aksamitne przejście udało się wszędzie, z wyjątkiem Rumunii i Jugosławii. Czyli z wyjątkiem dwóch krajów, które były najbardziej niezależne”[2].

Niezależnie do tego jak było naprawdę nie ulega dzisiaj wątpliwości, że Jesień Ludów 1989 r. była możliwa tylko dzięki pieriestrojce Gorbaczowa oraz jego polityce zagranicznej zmierzającej do rozbrojenia, deeskalacji i likwidacji dwubiegunowego podziału świata. Takie zakończenie „zimnej wojny” miało umożliwić Związkowi Radzieckiemu wyjście z wyścigu zbrojeń, w którym coraz wyraźniej przegrywał ze względu na swoją sytuację gospodarczą w latach 80-tych XX w., oraz zastąpienie konfrontacji ze światem zachodnim – partnerstwem. Było to w optyce Gorbaczowa konieczne, by ZSRR mógł mierzyć się z wyzwaniami gospodarczymi i politycznymi współczesności. Stało się inaczej i dwa lata po demontażu obozu socjalistycznego upadł także Związek Radziecki. Dlaczego tak się stało – jest tematem na odrębne rozważania.

[1] Ł. Kamiński, Jak Michaił Gorbaczow przegrał Europę Środkową, http://www.tygodnikpowszechny.pl, 4.11.2019.

[2] R. Walenciak, 4 czerwca 1989: tajne porozumienie Kremla i Białego Domu, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 31.05.2021.

Bohdan Piętka

„Przegląd”, nr 47 (1141), 15-21.11.2021, s. 36-38

Uwięzić opozycję!

26 października 1931 r. rozpoczął się przed Sądem Okręgowym w Warszawie proces przywódców Centrolewu, który przeszedł do historii jako proces brzeski (od twierdzy brzeskiej, w której przetrzymywano oskarżonych). Ze względu na to, że oskarżono w nim przywódców legalnej opozycji parlamentarnej, charakter i rozgłos sprawy należy uznać go za największy proces polityczny II RP (chociaż pod względem liczby oskarżonych większy był proces lwowski 23 działaczy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w 1936 r.). Na ławie oskarżonych zasiadło 11 osób: Norbert Barlicki, Adam Ciołkosz, Stanisław Dubois, Herman Lieberman, Mieczysław Mastek i Adam Pragier z Polskiej Partii Socjalistycznej, Władysław Kiernik i Wincenty Witos z Polskiego Stronnictwa Ludowego „Piast”, Kazimierz Bagiński i Józef Putek z Polskiego Stronnictwa Ludowego „Wyzwolenie” oraz Adolf Sawicki ze Stronnictwa Chłopskiego.

Śledztwo w sprawie brzeskiej prowadzili prokurator Czesław Michałowski (od 4 grudnia 1930 do 15 maja 1936 r. minister sprawiedliwości i naczelny prokurator RP) oraz sędzia śledczy Jan Demant. Oskarżonych sądził zespół sędziowski w składzie: Jan Hermanowski (przewodniczący), Stanisław Leszczyński i Jan Rykaczewski. Oskarżycielami zostali prokuratorzy Witold Grabowski i Robert Rauze.

Akt oskarżenia zarzucał oskarżonym, że w okresie od 1928 do 9 września 1930 r. „po wzajemnem [tak w oryginale – BP] porozumiewaniu się i działając świadomie, wspólnie przygotowywali zamach, którego celem było usunięcie przemocą członków sprawującego w Polsce władzę rządu i zastąpienie ich przez inne osoby, wszakże bez zmiany zasadniczego ustroju państwowego”. Były to przestępstwa przewidziane w artykułach 51 i 101 cz. I w związku z art. 100 cz. III rosyjskiego kodeksu karnego z 1903 r. (tzw. kodeksu Tagancewa, który obowiązywał na trenie byłego zaboru rosyjskiego do lipca 1932 r., kiedy w całej Polsce wprowadzono jednolity kodeks karny, tzw. kodeks Makarewicza). Groziło za nie do 10 lat ciężkiego więzienia, a usiłowanie było traktowane na równi z dokonaniem.

Stawiane oskarżonym zarzuty sąd uznał za nieudowodnione. Dlatego wyrok ogłoszony 13 stycznia 1932 r. zapadł na podstawie art. 102 cz. I w związku z art. 100 cz. III kodeku Tagancewa, czyli „za udział w spisku, zawiązanym dla dokonania zbrodni, przewidzianej w art. 100” („usuniecie przemocą członków sprawującego władzę rządu”), za co groziło do 8 lat ciężkiego więzienia. Ale nawet jak na tak zmodyfikowaną podstawę prawną sąd wymierzył oskarżonym dość niskie wyroki. Ciołkosz, Dubois, Mastek, Pragier i Putek otrzymali po 3 lata, Barlicki, Kiernik i Lieberman po 2,5 roku, Bagiński 2 lata, a Witos 1,5 roku ciężkiego więzienia. Natomiast Adolf Sawicki został uniewinniony. Przy czym sędzia Stanisław Leszczyński złożył od sentencji wyroku votum separatum, opowiadając się za uniewinnieniem wszystkich oskarżonych.

W dniach 7-11 lutego 1933 r. odbyła się rozprawa apelacyjna przed Sądem Apelacyjnym w Warszawie, który zaostrzył wyroki, dodając utratę praw publicznych i obywatelskich na 3-5 lat. Sąd Najwyższy skasował ten wyrok 9 maja 1933 r. i dlatego w dniach 11-20 lipca 1933 r. odbyła się druga rozprawa przed Sądem Apelacyjnym, który uznał pierwszy wyrok za uzasadniony. Zmienił tylko charakter kary z ciężkiego na zwykłe więzienie, a za podstawę wyroku przyjął art. 97 w związku z art. 95 kodeksu Makarewicza. Wyrok ten zatwierdził Sąd Najwyższy, który w dniach 2-5 października 1933 r. ponownie rozpatrywał kasację obrońców. Art. 95 przewidywał karę od 10 do 15 lat pozbawienia wolności „za usiłowanie usunięcia przemocą albo zagarnięcia władzy Sejmu, Senatu, Zgromadzenia Narodowego, rządu, ministra lub sądów”. Natomiast art. 97 za wejście w porozumienie w celu popełnienia powyższego przestępstwa przewidywał karę od 6 miesięcy do 15 lat pozbawienia wolności.

Już same wyroki w procesie brzeskim – znacząco niskie w stosunku do postawionych zarzutów i przewidywanych za nie kar – były kompromitacją obozu sanacyjnego, który wytaczając pokazowy proces polityczny liderom opozycji liczył na znacznie wyższe wyroki i pokazanie oskarżonych w jak najgorszym świetle. Kompromitacją reżimu sanacyjnego były także sam akt oskarżenia oraz sposób traktowania oskarżonych podczas osadzenia w twierdzy brzeskiej, co wyszło na jaw po ich zwolnieniu w listopadzie 1930 r. i w czasie procesu.

Żeby zrozumieć tzw. sprawę brzeską, należy cofnąć się do maja 1926 r. i dokonanego wtedy przez Józefa Piłsudskiego wojskowego zamachu stanu, który rozpoczął pierwszy etap autorytarnych rządów sanacji. Klamrą zamykającą ten etap – gdzie sanacja miała do czynienia z silną i zorganizowaną opozycją parlamentarną – były właśnie tzw. wybory brzeskie 1930 r. i proces brzeski. W celu odsunięcia sanacji od władzy na drodze legalnej sześć partii opozycji parlamentarnej (PPS, PSL „Piast”, PSL „Wyzwolenie”, Stronnictwo Chłopskie, Polskie Stronnictwo Chrześcijańskiej Demokracji, Narodowa Partia Robotnicza) powołało 14 września 1929 r. sojusz polityczny o nazwie Związek Obrony Prawa i Wolności Ludu, potocznie zwany Centrolewem. Pierwszym sukcesem Centrolewu było przegłosowanie w Sejmie 7 grudnia 1929 r. wotum nieufności dla gabinetu płk. Kazimierza Świtalskiego (pierwszego z tzw. „rządów pułkowników”, w którym 6 na 14 ministrów było wyższymi oficerami).

29 czerwca 1930 r. Centrolew zorganizował w Krakowie Kongres Obrony Prawa i Wolności Ludu, który stał się wielką manifestacją sprzeciwu wobec rządów sanacji (w obradach Starym Teatrze uczestniczyło 1500 delegatów, a w manifestacji na Rynku Kleparskim 20-30 tys. osób). Proklamowano na nim „walkę o usuniecie dyktatury Józefa Piłsudskiego, aż do zwycięstwa”. Chodziło oczywiście o walkę legalną, na drodze wygrania wyborów parlamentarnych. Po przejęciu władzy Centrolew chciał stworzyć „rząd zaufania Sejmu i społeczeństwa”. Podczas obrad w sali Starego Teatru padały m.in. okrzyki „Precz z lokajem Mościckim!” i „Na szubienicę z Piłsudskim!”. Wincenty Witos nie wykluczył później, że wznosili je nasłani prowokatorzy.

Obóz sanacyjny przystąpił natychmiast do kontrakcji. Już 26 maja 1930 r. Piłsudski zakomunikował w poufnej rozmowie gen. Felicjanowi Sławojowi-Składkowskiemu, że „Sejm będzie rozwiązany”, a Składkowski powróci na stanowisko ministra spraw wewnętrznych i ma „zrobić nowe wybory ze Sławkiem i Świtalskim”. Istotnie, 3 czerwca 1930 r. Sławoj-Składkowski został ponownie ministrem spraw wewnętrznych. 30 czerwca – a więc dzień po zakończeniu kongresu krakowskiego Centrolewu – gen. Składkowski i płk Walery Sławek (premier) udali się do wypoczywającego w Druskiennikach Piłsudskiego. Początkowo postanowiono wszcząć śledztwo wobec organizatorów kongresu, ale po kilku dniach zostało ono umorzone, ponieważ prokuratura nie znalazła podstaw prawnych do oskarżenia.

8 sierpnia Piłsudski powrócił do Warszawy i dwa dni później wziął udział w dorocznym zjeździe legionistów, który odbył się w Radomiu. 11 sierpnia Piłsudski polecił wezwanemu do Belwederu Składkowskiemu przygotować – jak to określił – „kondemnatki” (od kondemnaty – wyroku zaocznego w prawie staropolskim) wszystkich posłów Centrolewu, czyli zebrać na nich materiały obciążające. W sprawie „kondemnatek” Składkowski meldował się w Belwederze 19, 21 i 22 sierpnia. Podczas ostatniego z tych spotkań – w obecności ministra sprawiedliwości Stanisława Cara i płk. Józefa Becka (wówczas szefa gabinetu ministra spraw wojskowych, czyli Piłsudskiego) – Piłsudski zakomunikował, że po rozwiązaniu Sejmu zamierza aresztować wielu byłych posłów za ich „kondemnatki”. Zapytał następnie, kto podpisze nakaz aresztowania. Po chwili milczenia Składkowski powiedział, że on podpisze, do czego nie miał podstaw prawnych.

23 sierpnia 1930 r. premier Walery Sławek oświadczył na posiedzeniu Rady Ministrów, że jest przemęczony i podaje się do dymisji. Dwa dni później prezydent Ignacy Mościcki zaprzysiągł gabinet pod prezesurą Józefa Piłsudskiego. Jedyną zmiana personalną – oprócz osoby premiera – było wejście do rządu Józefa Becka jako wicepremiera. 27 sierpnia premier Piłsudski udzielił pierwszego z serii wywiadów (ostatni ukazał się 27 listopada 1930 r.) redaktorowi naczelnemu „Gazety Polskiej”, płk. Bogusławowi Miedzińskiemu. Zaatakował w nim brutalnie opozycję i parlamentaryzm. Stwierdził m.in., że „poseł do sejmu jest stworzony na to, ażeby głupio pytał i głupio mówił. Toteż, wie pan, ja osobiście nieraz wątpię o jakiejkolwiek wartości tak zwanego parlamentaryzmu, gdyż on prowadzi do musu oszukaństw i do musu życia w świecie oszukańczym”. Mówił dalej „o niechlujnej konstytucji, która śmierdzi chlewem poselskim”, a nazywa ją „konstytutą”, bo to słowo „najbliższe jest do prostituty”. Dodał, że „w każdym urzędzie pana posła należy usuwać za drzwi; jeśli zaś przy tym cos im dołożą – to także nie zaszkodzi”.

Dwa dni po publikacji tego wywiadu wicemarszałek Sejmu Jan Dąbski (lider Stronnictwa Chłopskiego) został brutalnie pobity przed swoim domem przez dwóch oficerów i plutonowego. Sprawców nie wykryto. Prawdopodobnie pobicie to przyczyniło się do przedwczesnej śmierci Dąbskiego, który zmarł rok później w wieku 51 lat. 29 sierpnia premier Piłsudski postawił wniosek o rozwiązanie Sejmu i Senatu, co następnego dnia uczynił prezydent Ignacy Mościcki rozpisując równocześnie nowe wybory parlamentarne na 16 i 23 listopada. Z chwilą rozwiązania Sejmu i Senatu przywódcy Centrolewu stracili immunitet parlamentarny. 7 września ukazał się drugi wywiad Piłsudskiego w „Gazecie Polskiej”, w którym powiedział, że uważa posłów „za zwyczajne ścierwo, które musi zatruwać swoim istnieniem powietrze”. Była to już zawoalowana zapowiedź aresztowań byłych posłów opozycji.

Pod koniec sierpnia 1930 r. komendantem twierdzy brzeskiej został płk Wacław Kostek-Biernacki, a do jego dyspozycji oddelegowano 30 żandarmów. Lista kandydatów na więźniów brzeskich została przygotowana w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i obejmowała ponad 100 nazwisk. 1 września minister Składkowski przedstawił ją Piłsudskiemu, a ten zielonym ołówkiem zaznaczył nazwiska tych, którzy mieli być aresztowani.

W nocy z 9 na 10 września 1930 r. zostali aresztowani i przewiezieni do twierdzy brzeskiej: Norbert Barlicki, Adam Ciołkosz, Stanisław Dubois, Herman Lieberman, Mieczysław Mastek i Adam Pragier z PPS, Kazimierz Bagiński i Józef Putek z PSL „Wyzwolenie”, Władysław Kiernik i Wincenty Witos z PSL „Piast”, Karol Popiel z NPR, Aleksander Dębski i Jan Kwiatkowski ze Stronnictwa Narodowego, Adolf Sawicki z SCh, Józef Baćmaga z Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem oraz pięciu posłów ukraińskich: Włodymyr Celewycz, Osip Kohut, Jan Leszczyński, Dmytro Palijiw i Aleksander Wisłocki. Po rozwiązaniu Sejmu Śląskiego dołączył od nich 26 września Wojciech Korfanty.

Józef Baćmaga z sanacyjnego BBWR krytykował własny obóz polityczny i pomimo jego nacisków nie zrzekł się mandatu poselskiego na rzecz prezesa radomskiego „Strzelca”. Został wtedy oskarżony o defraudację pieniędzy i w październiku 1929 r. usunięty z BBWR. Dołączono go do więźniów brzeskich, aby pokazać, że sanacja nie toleruje przestępców we własnych szeregach. W czasie, gdy Baćmaga przebywał w twierdzy brzeskiej, Sąd Okręgowy w Radomiu wyznaczył termin rozprawy karnej w jego sprawie. Kostek-Biernacki dodał mu do eskorty dwóch żandarmów i oświadczył, że jeśli powie na procesie o tym co przeżył w Brześciu, „żandarm skuje mordę”.

Wincentego Witosa aresztowano w pociągu z Krakowa do Tarnowa. Już podczas pierwszej nocy pobytu w twierdzy brzeskiej obudzono go i oficer-żandarm kazał trzykrotnemu premierowi wynieść kubeł z odchodami. Grożono mu następnie pobiciem. Hermanowi Liebermanowi nie grożono, ale go brutalnie pobito pałką podczas eskortowania do twierdzy brzeskiej. Komisarz policji oświadczył mu przy tym, że „zdechniesz i zaraz cię zakopiemy”. Podczas transportu do Brześcia pobito też Adolfa Sawickiego i kazano mu kopać grób w lesie.

Aresztowania były kontynuowane. W czasie kampanii wyborczej pozbawiono wolności na czas dłuższy lub krótszy około 5 tysięcy osób, w tym 84 byłych posłów i senatorów. Unieważniono ponadto listy Centrolewu w 11 okręgach wyborczych i uniemożliwiano mu prowadzenie agitacji wyborczej. Zebrania i wiece opozycyjne były rozpędzane przez specjalne bojówki lub policję. Wybory przeprowadzone w atmosferze terroru i nacisków administracyjnych przeniosły zdecydowane zwycięstwo BBWR (249 mandatów poselskich i 77 senatorskich) oraz porażkę Centrolewu (79 mandatów poselskich i 13 senatorskich). W tej sytuacji, na początku 1931 r. Centrolew rozpadł się.

Informacje o traktowaniu więźniów brzeskich zaczęły docierać do opinii publicznej już po wyborach, kiedy 23 listopada przewieziono z twierdzy brzeskiej do Warszawy i Grójca więźniów polskich (wkrótce ich zwolniono), a do Łucka ukraińskich. Władze starały się ograniczać informacje o ich traktowaniu. Redaktorom odpowiedzialnym gazet, które takie informacje zamieszczały, wytaczano procesy. 10 grudnia 1930 r. interpelację w sprawie brzeskiej złożył w Sejmie Klub Narodowy, a 45 profesorów UJ wystosowało list otwarty do swojego kolegi i zarazem posła BBWR, prof. Adama Krzyżanowskiego.

Mimo prób blokady informacyjnej ze strony władz, opinia publiczna dowiedziała się jak traktowano więźniów brzeskich i wiadomości te były dla niej szokiem. Osadzonych w twierdzy brzeskiej poniżano, głodzono i w różny sposób maltretowano: umieszczano w karcerze, policzkowano, bito pięściami, a w niektórych przypadkach katowano (rozbierano do naga i przez mokre prześcieradło wymierzano do 30 uderzeń pasami lub prętami żelaznymi). Pozorowano też ich egzekucje.

Podczas procesu brzeskiego odbyło się 55 rozpraw. Przez salę sądową przewinęło się kilkuset świadków, w tym wielu znanych polityków, jak Tomasz Arciszewski, Kazimierz Bartel, Wojciech Korfanty, Mieczysław Niedziałkowski, Kazimierz Pużak, Maciej Rataj, Wojciech Trąmpczyński i Zygmunt Zaremba. Wizerunkowo proces był porażką władz sanacyjnych. O tej porażce zadecydowały miałkość materiału dowodowego i wykorzystanie przez opozycję procesu jako trybuny, na której oskarżeni stali się oskarżycielami reżimu sanacyjnego. Wielkie wrażenie wywarło zwłaszcza wystąpienie Wincentego Witosa, który zapytał sąd wprost, czy nie zna ludzi, którzy zrobili zamach majowy.

Spośród skazanych w procesie brzeskim Barlicki, Ciołkosz, Dubois, Mastek i Putek podporządkowali się wyrokowi sądu i zgłosili się pod koniec października 1933 r. do odbycia kary. Po roku ułaskawił ich prezydent Mościcki. Pozostali wybrali emigrację. Bagiński, Kiernik i Witos do Czechosłowacji, a Pragier i Lieberman do Francji. Przy czym Adam Pragier powrócił z emigracji w 1935 r. i poddał się karze w wymiarze kilkumiesięcznym. Na emigrację do Czechosłowacji udał się również w 1935 r. Wojciech Korfanty, który nie znalazł się na ławie oskarżonych, ale był więźniem brzeskim. Powrócił do kraju pod koniec kwietnia 1939 r. i został aresztowany przez sędziego śledczego Demanta – tego samego, który przesłuchiwał osadzonych w Brześciu. Korfantego zwolniono z Pawiaka 20 lipca 1939 r. w ciężkim stanie zdrowia (adwokat i rodzina podejrzewali otrucie). Zmarł 17 sierpnia 1939 r. Jego pogrzeb przekształcił się w wielką manifestację antysanacyjną.

Prezydent Mościcki odrzucił w 1937 i 1939 r. inicjatywy środowisk akademickich w sprawie amnestii dla skazanych w procesie brzeskim. Dopiero prezydent RP na uchodźstwie Władysław Raczkiewicz wydał 31 października 1939 r. dekret obejmujący amnestią wszystkich skazanych w procesie brzeskim. W grudniu 2005 i 2007 r. posłowie PSL występowali do ministra sprawiedliwości i prezesa Rady Ministrów o kasację wyroku na korzyść skazanych w procesie brzeskim. Natomiast poseł Tadeusz Iwiński z SLD wystąpił 26 września 2008 r. z interpelacją do ministra sprawiedliwości o rehabilitację skazanych w procesie brzeskim. Ministerstwo Sprawiedliwości uzasadniło odmowę brakiem zachowanych akt procesu zawierających materiał dowodowy sprawy oraz tym, że we wniesionych w 1933 r. apelacjach „obrońcy oskarżonych nie kwestionowali ustaleń faktycznych poczynionych przez sąd I instancji”. Tak jakby dla ministra sprawiedliwości z Platformy Obywatelskiej nie było oczywiste, że proces brzeski był bezprawny już tylko dlatego, że oskarżonych sądzono za działalność polityczną, którą prowadzili mając immunitet parlamentarny.

Bohdan Piętka

„Przegląd”, nr 44 (1138), 25.10-1.11.2021, s. 44-47

Odeszła Barbara Kruczkowska (1940-2021)

10 sierpnia 2021 r. zmarła Barbara Kruczkowska (z domu Parka) – była więźniarka niemiecko-nazistowskiego obozu w Potulicach (Lebrechtsdorf) k. Bydgoszczy, wieloletnia aktywna działaczka Związku Kombatantów RP i byłych Więźniów Politycznych oraz prezes koła tej organizacji w Czeladzi i członkini jej Śląskiego Zarządu Wojewódzkiego. Była osobą zasłużoną dla upamiętniania Dzieci Potulic – najmłodszych ofiar niemiecko-nazistowskiego obozu Lebrechtsdorf. Większość życia poświęciła upamiętnieniu losów dzieci z Zagłębia Dąbrowskiego i powiatu chrzanowskiego, aresztowanych wraz z rodzicami podczas niemieckiej akcji „Oderberg” i osadzonych następnie w tzw. Polenlagrach na terenie Prowincji Górnośląskiej, a w 1944 r. w obozie Lebrechtsdorf na terenie tzw. Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie. Co roku przyjeżdżała do Potulic na kwietniowe uroczystości upamiętniające obóz Lebrechtsdorf i co roku 19 lutego współorganizowała w Czeladzi uroczystość upamiętniającą rocznicę powrotu dzieci polskich z obozu Lebrechtsdorf w 1945 r. Co roku uczestniczyła też w uroczystościach wyzwolenia KL Auschwitz. Gromadziła pamiątki i wspomnienia dotyczące martyrologii Dzieci Potulic.

Barbara Kruczkowska odeszła w przededniu 78-mej rocznicy niemieckiej akcji represyjnej „Oderberg”, wymierzonej w polskie podziemie lewicowe na terenie powiatów będzińskiego, chrzanowskiego i sosnowieckiego ówczesnej Prowincji Górnośląskiej. W Zagłębiu Dąbrowskim aresztowaniami w ramach tej akcji objęto głównie konspiratorów ze Związku Orła Białego i PPS-WRN, a w powiecie chrzanowskim głównie konspiratorów z PPR. Gestapo aresztowało całe rodziny osób podejrzanych o udział w konspiracji, łącznie z małymi dziećmi – ogółem około 750 osób.

Aresztowanych przewieziono do więzienia policyjnego w Mysłowicach. Stamtąd kobiety skierowano do KL Auschwitz, gdzie większość z nich zginęła, a dzieci wysłano do tzw. Polenlagrów. Mężczyźni natomiast pozostali w więzieniu w Mysłowicach, gdzie gestapo poddało ich brutalnym przesłuchaniom. Po zakończeniu śledztw część z nich rozstrzelano jako więźniów policyjnych pod Ścianą Śmierci w KL Auschwitz z wyroku gestapowskiego sądu doraźnego. Natomiast ci, którzy przeżyli śledztwo i nie stanęli przed policyjnym sądem doraźnym trafili w różnych transportach do KL Auschwitz, KL Gross-Rosen, KL Mauthausen i KL Ravensbrück, gdzie wielu z nich również zginęło.

Niezwykle tragiczny był los dzieci, które zostały aresztowane podczas akcji „Oderberg” w liczbie 213. Po odebraniu tych dzieci matkom w więzieniu policyjnym w Mysłowicach umieszczono je w tzw. Polenlagrze nr 82 w Pogrzebieniu koło Raciborza (Pogrzebin) na terenie ówczesnej rejencji opolskiej. Następnie, pod koniec września 1943 r., większość z nich została podzielona na grupy i skierowana do innych Polenlagrów znajdujących się na terenie Prowincji Górnośląskiej. Były to obozy nr 83 w Benešovie (Markt Beneschau) i nr 32 w Bohuminie (Oderberg) na Śląsku Czeskim, nr 92 w Kietrzu (Katscher) w powiecie głubczyckim, nr 168 w Gorzycach (Gross Gorschütz) i nr 169 w Gorzyczkach (Klein Gorschütz) w powiecie raciborskim na terenie rejencji opolskiej oraz nr 56 w Lyskach koło Rybnika (Lissek), nr 97 w Rybniku i nr 95 w Żorach (Sohrau) w powiecie rybnickim na terenie rejencji katowickiej. Niektóre z uwięzionych dzieci miały mniej niż 2 lata.

Tzw. Polenlagry były to obozy funkcjonujące w latach 1941-1945 na Górnym Śląsku, Opolszczyźnie i Śląsku Czeskim z przeznaczeniem dla Polaków wysiedlanych z Prowincji Górnośląskiej. Obok wysiedlonych rodzin więziono tam również osoby, które odmówiły podpisania niemieckiej listy narodowościowej, aresztowane w czasie akcji odwetowych za udział ich krewnych w działalności konspiracyjnej oraz dzieci, których rodzice zostali zatrzymani z tych samych powodów.

Wędrówka dzieci aresztowanych podczas akcji „Oderberg” po Polenlagrach trwała prawie rok. Część z nich w tym czasie zmarła lub zaginęła. Pozostałe dzieci zgromadzono w połowie 1944 r. w obozie w Żorach pod Rybnikiem, a stamtąd przewieziono je do obozu w Bohuminie. Z Bohumina wywieziono na początku sierpnia 1944 r. w dwóch transportach 139 dzieci do Prewencyjnego Obozu dla Młodzieży Wschodniej w Potulicach k. Bydgoszczy (Ostjugendbewahrlager Lebrechtsdorf). Obóz ten należał obok Prewencyjnego Obozu Policji Bezpieczeństwa dla Młodzieży Polskiej w Łodzi (Polen Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt) i obozu w Lubawie do najważniejszych miejsc uwięzienia dzieci polskich pod okupacją niemiecką.

Obóz w Potulicach był początkowo obozem przesiedleńczym dla Polaków z Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie i jako taki rozpoczął funkcjonowanie 1 lutego 1941 r. Od października 1941 do stycznia 1942 r. obóz ten był podporządkowany KL Stutthof. Z dniem 1 września 1942 r. stał się samodzielnym obozem karnym, z podległymi mu obozami w Smukale i Toruniu. Od pierwszych dni istnienia obozu w Potulicach cierpienia dorosłych więźniów musiały dzielić także dzieci. W 1943 r. utworzono dla nich specjalny oddział – wspomniany Prewencyjny Obóz dla Młodzieży Wschodniej.

Dzieci w obozach głodzono, bito oraz znęcano się nad nimi fizycznie i psychicznie. W obozie w Potulicach starsze z nich musiały pracować. Dzieci-ofiary akcji „Oderberg” deportowane do obozu w Potulicach w sierpniu 1944 r. przebywały tam do wyzwolenia w styczniu 1945 r. Po wyzwoleniu czterej mieszkańcy Czeladzi Władysław Bazior, Teofil Kowalik, Wiktor Parka (ojciec Barbary Kruczkowskiej) i Jan Polak uzyskali pełnomocnictwo od wicewojewody śląsko-dąbrowskiego Jerzego Ziętka oraz zezwolenie komendantury radzieckiej i pojechali 10 lutego 1945 r. do Potulic. Pierwotnie zamierzali zabrać stamtąd tylko swoje dzieci, jednak na wieść o ich przyjeździe także pozostałe dzieci zwróciły się do nich z prośbą o zabranie do domu. Skompletowali wówczas transport 54 dzieci i odwieźli je 17 lutego 1945 r. do Czeladzi. Na prośbę wicewojewody J. Ziętka wspomniani mężczyźni wkrótce ponownie udali się do Potulic, gdzie skompletowali drugi transport 103 dzieci. W ten sposób przywieźli do Zagłębia Dąbrowskiego wszystkie przebywające w Potulicach 157 polskie dzieci. Dzieci te w ogromnej większości były sierotami. Zorganizowano dla nich sierociniec w byłej willi dyrektora kopalni „Saturn” (tzw. pałac pod Filarami) w Czeladzi.

Ojciec Barbary Kruczkowskiej – wspomniany Wiktor Parka – uniknął aresztowania w nocy z 11 na 12 sierpnia 1943 r., ponieważ podczas nocnej zmiany w kopalni „Saturn” on i Jan Polak zostali ostrzeżeni przez kolegów-górników, że na podszybiu czeka na nich gestapo. Obaj ukryli się w podziemiach kopalni, skąd po dwóch dniach wyszli na powierzchnię szybem awaryjnym. Ukrywali się następnie do końca okupacji niemieckiej. Aresztowane zostały jednak ich rodziny. W wypadku Wiktora Parki została aresztowana jego żona Maria (ur. 15 sierpnia 1914 r.), która zginęła w KL Auschwitz 25 stycznia 1944 r. oraz dzieci: 9-letni Jerzy (ur. 29 kwietnia 1934 r.) i 3-letnia Barbara (ur. 9 stycznia 1940 r.). Na zachowanej liście transportowej dzieci z Polenlagru w Żorach do obozu w Potulicach przy nazwisku Barbary Parki figuruje fałszywa data urodzenia 9 stycznia 1931 r. Taką datę urodzenia podał jej brat Jerzy bojąc się, że zabiorą mu małą siostrę, np. by wysłać ją do Rzeszy w celu germanizacji. Barbara Parka zawdzięczała przetrwanie starszemu bratu Jerzemu, który opiekował się nią w obozach w Pogrzebieniu, Benešovie, Rybniku, Kietrzu, Żorach, Bohuminie i Potulicach.

Po wojnie Barbara Kruczkowska ukończyła szkołę średnią, a następnie podjęła pracę w Zakładach Płytek i Wyrobów Sanitarnych „Józefów”. W latach 1961-1995 pracowała w Urzędzie Miasta Czeladzi. Jeszcze na długo przed przejściem na emeryturę włączyła się w pracę społeczną na rzecz upamiętnienia martyrologii Dzieci Potulic. Działalność ta stała się jej życiowym powołaniem. Odchodzą już najmłodsze ocalone ofiary martyrologii polskiej podczas drugiej wojny światowej – świadkowie najtragiczniejszego okresu w historii narodu polskiego. Na nas spoczywa teraz obowiązek zachowania pamięci o tamtych czasach.

Bohdan Piętka

25 sierpnia 2021 r.

Dystrykt Galicja

1 sierpnia 2021 r. minęła 80-ta rocznica utworzenia przez władze hitlerowskie Dystryktu Galicja. To posunięcie władz III Rzeszy oznaczało koniec marzeń nacjonalistów ukraińskich o własnym satelickim i proniemieckim państwie. Mimo to nie zaprzestali oni współpracy z Niemcami hitlerowskimi. Dlatego warto przypomnieć o tych wydarzeniach dzisiaj, kiedy polityka historyczna Ukrainy bezczelnie sugeruje jakoby OUN i UPA walczyły z Niemcami, a nawet ratowały ofiary nazizmu.

Próbę utworzenia kolaboracyjnego państwa nacjonaliści ukraińscy podjęli zaraz po wkroczeniu do Lwowa 30 czerwca 1941 r. kolaboracyjnego batalionu „Nachtigall”, który o siedem godzin wyprzedził jednostki Wehrmachtu. Działacze banderowskiej frakcji OUN proklamowali wtedy niepodległość Ukrainy i jej „rząd” (nazywany przez historiografię nacjonalistyczną Rządem Zachodnich Obwodów Ukrainy), na czele którego stanął członek kierownictwa OUN-B Jarosław Stećko (1912-1986). „Premier” Stećko zadeklarował ścisłą współpracę z Rzeszą Hitlera i oświadczył, że „władza nasza będzie okrutna”. Dlatego ulice Lwowa natychmiast spłynęły żydowską krwią. W obu pogromach lwowskich (30 czerwca-2 lipca, 25-27 lipca 1941 r.) kluczową rolę odegrała milicja ukraińska utworzona przez OUN-B.

O proklamowaniu „rządu” Stećki „minister spraw zagranicznych” tego „rządu” Wołodymyr Stachiw (1910-1971) oficjalnie poinformował władze Niemieć hitlerowskich, rządy państw sojuszniczych III Rzeszy oraz krajów neutralnych. Jednakże żadne państwo nie uznało tego „rządu”. Poinformowany przez Ribbentropa Hitler dostał ataku furii i rozkazał „natychmiast aresztować i rozstrzelać tę bandę”. Złagodził swoje stanowisko dopiero pod wpływem perswazji Heinricha Himmlera, który wytłumaczył mu, że nacjonaliści ukraińscy mogą być jeszcze przydatni III Rzeszy. Wtedy Hitler wystosował ultimatum do „rządu” Stećki, w którym domagał się natychmiastowego odwołania „Aktu odnowienia Państwa Ukraińskiego”. W związku z odmową, 3 lipca 1941 r. zabroniono Stepanowi Banderze opuszczać jego krakowskie mieszkanie, a 5 lipca wywieziono go razem z Romanem Ilnyćkym (1915-2000) i Wołodymyrem Stachiwem do Berlina. Tego samego dnia szef Abwehry admirał Wilhelm Canaris podpisał akt rozwiązania „rządu” Stećki, a jego członków przewieziono do Krakowa. Wkrótce osadzono ich razem z Banderą i innymi czołowymi nacjonalistami ukraińskimi w berlińskim więzieniu Spandau, a następnie jako więźniów uprzywilejowanych w areszcie Zellenbau na terenie KL Sachsenhausen. Przebywali tam do końca września 1944 r., kiedy zostali zwolnieni i ponownie podjęli współpracę z III Rzeszą w ramach Ukraińskiego Komitetu Narodowego[1].

20 lipca 1941 r. Hitler podpisał rozkaz o utworzeniu z dniem 1 sierpnia Komisariatu Rzeszy Ukraina, co ostatecznie pogrzebało nadzieje nacjonalistów ukraińskich na powstanie satelickiego państwa. Reichskommissariat Ukraine nie obejmował jednak Galicji Wschodniej, która została wcielona także z dniem 1 sierpnia 1941 r. do Generalnego Gubernatorstwa jako jego piąty dystrykt o nazwie Dystrykt Galicja. Było to dodatkowe upokorzenie nacjonalistów ukraińskich ze strony Hitlera. Generalne Gubernatorstwo było przecież jednostką administracyjną obejmującą okupowane ziemie polskie, których nie wcielono do Rzeszy. Nacjonaliści ukraińscy wracali zatem na łono znienawidzonej Polski (co prawda okupowanej przez Niemcy), a przecież mieli się od niej raz na zawsze uwolnić dzięki współpracy z III Rzeszą. O takim rozwiązaniu Hitler zakomunikował 16 lipca 1941 r. podczas narady w Kwaterze Głównej z udziałem Martina Bormanna, Hermanna Göringa, Wilhelma Keitla, Hansa Lammersa i Alfreda Rosenberga[2].

Stało się tak pomimo tego, że dwa dni wcześniej, 14 lipca 1941 r., rozplakatowano we Lwowie wielkie ogłoszenie ukraińskie „Pamiętajcie raz na zawsze”. Było to podziękowanie dla Führera za wyzwolenie, zapewnienie o całkowitym oddaniu i wierze, że pod ochroną niezwyciężonego miecza niemieckiego naród ukraiński odzyska pełną wolność. Przeciwko utworzeniu Dystryktu Galicja zaprotestował 22 lipca 1941 r. metropolita lwowski obrządku grekokatolickiego i duchowy patron nacjonalizmu ukraińskiego Andrij Szeptycki.

Jednakże wcześniej, bo 12 lipca, w pałacu arcybiskupim Szeptyckiego odbyło się spotkanie przedstawicieli wojskowych władz niemieckich z pozostałymi po aresztowaniach nacjonalistycznymi działaczami ukraińskimi. Wzięli w nim udział: metropolita Szeptycki; Hans Koch – oficer Abwehry, historyk i teoretyk niemieckiego nurtu Ostforschung; prof. Theodor Oberländer (1905-1998) – oficer łącznikowy Abwehry przy batalionie „Nachtigall”, ekonomista i teoretyk nurtu Ostforschung; Richard Jary vel Riko Jaryj (1888-1969) – ukraiński działacz nacjonalistyczny i zarazem oficer wywiadu niemieckiego; Mykoła Łebedź (1909-1998) – pełniący obowiązki prowidnyka krajowego OUN-B oraz Iwan Kłymiw (1909-1942) – prowidnyk OUN-B na zachodniej Ukrainie.

W następstwie tego spotkania wydano wspólną deklarację „o współpracy przeciw bolszewizmowi i żydostwu”. Znalazł się tam passus o „przeklętych latach”, gdy „polska niewola” przygotowywała, rzekomo we współpracy z bolszewizmem, zagładę Ukrainie. Ustalono, że ukraińska Rada Seniorów zostanie przekształcona w Radę Narodową. Stanowisko jej prezydenta zaproponowano metropolicie Szeptyckiemu. Niemcy zgodzili się na funkcjonowanie wielu ukraińskich instytucji, zrzeszeń i związków twórczych, którym przydzielili lokale po zlikwidowanych instytucjach polskich i żydowskich[3]. Na samym zatem początku funkcjonowania Dystryktu Galicja nacjonaliści ukraińscy uzyskali w nim uprzywilejowaną pozycję polityczną.

Na mocy rozporządzenia Hitlera z 22 lipca 1941 r. niemiecka administracja cywilna objęła władzę na terenie Dystryktu Galicja w dniu 1 sierpnia. Miało to uroczystą oprawę. Ukraiński przewodniczący Zarządu Miasta Lwowa Jurij Polanśkyj (1892-1975, w latach 1922-1923 komendant Ukraińskiej Organizacji Wojskowej) przywitał przedstawicieli okupacyjnej administracji niemieckiej z Hansem Frankiem na czele chlebem i solą w towarzystwie dwóch dziewcząt w ukraińskich strojach ludowych. Na uroczystości inauguracji Dystryktu Galicja obecni byli m.in.: wyższy dowódca SS i policji w GG i pełnomocnik Himmlera ds. umocnienia niemieckości w Generalnym Gubernatorstwie – SS-Obergruppenführer Friedrich Wilhelm Krüger (1894-1945), komendant policji niemieckiej we Lwowie płk. von Prittwitz, sekretarz stanu GG Joseph Bühler (1904-1948), naczelny dowódca armii słowackiej gen. Ferdinand Čatloš (1895-1972) i węgierski gen. Ferenc Szombathelyi (1887-1946). W skład delegacji ukraińskiej wchodził obok Polanśkiego biskup grekokatolicki i zarazem zwolennik nacjonalizmu ukraińskiego Josyf Slipyj (1892-1984)[4].

Stanowisko gubernatora Dystryktu Galicja objął dr Karl Lasch (1904-1942), a po usunięciu go z tego stanowiska 6 stycznia 1942 r. SS-Gruppenführer Otto Gustaw von Wächter (1901-1949), który pełnił tę funkcję do końca okupacji niemieckiej na tym terenie w sierpniu 1944 roku. Karl Lasch był szwagrem generalnego gubernatora Hansa Franka i w latach 1939-1941 gubernatorem dystryktu radomskiego. Władze niemieckie aresztowały go 24 stycznia 1942 r. pod zarzutem defraudacji i naruszenia przepisów celnych. Śledztwo w jego sprawie prowadził SS-Brigadeführer Eberhard Schöngarth (1903-1946) – ten sam, który 4 lipca 1941 r. kierował akcją zagłady profesorów lwowskich, będący w tym czasie dowódcą Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w Krakowie. Następnie sprawę przekazano do sadu specjalnego we Wrocławiu. Postepowanie zakończono przed czasem pod naciskiem Hitlera. Lasch został prawdopodobnie zmuszony do samobójstwa lub rozstrzelany 1 sierpnia 1942 r. na rozkaz Himmlera[5].

Dowódcą SS i policji w Dystrykcie Galicja został SS-Gruppenführer i generał-porucznik Waffen-SS i policji Fritz Katzmann (1906-1957), który wcześniej pełnił identyczne stanowisko w dystrykcie radomskim. W Dystrykcie Galicja działał on do czerwca 1943 r. i był odpowiedzialny przede wszystkim za zagładę tamtejszych Żydów, z których większość została wymordowana w tym czasie przy współudziale policji ukraińskiej przez masowe rozstrzeliwania i w wyniku deportacji do obozów koncentracyjnych. Jego następcą został SS-Brigadeführer i generał-major policji Theobald Thier (1897-1949), który pełnił funkcję dowódcy SS i policji od lipca 1943 r. do połowy lutego 1944 r. Na okres jego rządów przypadła likwidacja obozu pracy dla Żydów przy ul. Janowskiej we Lwowie, którego więźniowie zostali w większości wymordowani. Nastąpiło też w tym czasie wzmożenie terroru wobec Polaków w odwecie za działalność konspiracji. Ostatnim dowódcą SS i policji w dystrykcie – formalnie do 16 września 1944 r. – był SS-Brigadeführer i generał-major Waffen-SS i policji Christoph Diehm (1892-1960)[6].

Funkcję szefa lwowskiej placówki Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa – odpowiedzialnej m.in. za zwalczanie polskiego podziemia i koordynację deportacji Żydów do obozu zagłady w Bełżcu – pełnił SS-Obersturmbannführer dr Helmut Tanzmann (1907-1946), którego w marcu 1943 r. zastąpił na tym stanowisku SS-Obersturmbannführer Josef Witiska (1894-1946). Natomiast funkcję komendantów Policji Porządkowej (Ordnungspolizei; Orpo) pełnili kolejno Paul Worm, Joachim Stach, Walter von Soosten i Gustav Schubert.

Niemiecki aparat urzędniczy w Dystrykcie Galicja liczył 14 400 Niemców-obywateli Rzeszy (Reichsdeutsche), którzy przebywali tam często z rodzinami. W świetle tajnych raportów z 14 maja i 29 czerwca 1943 r., sporządzonych przez SS-Obersturmbahnnführera Josefa Witiskę, większość niemieckich urzędników nie potrafiła „godnie reprezentować Niemiec”. Głównym zarzutem szefa lwowskiej placówki Sipo u. SD wobec urzędników niemieckiej administracji okupacyjnej było to, że wiedli wielkopańskie życie i „bogacili się na mieniu żydowskim”[7].

1 sierpnia 1941 r. została także rozwiązana milicja ukraińska, którą utworzono po wkroczeniu Wehrmachtu do Galicji Wschodniej. W jej miejsce powołano ukraińską policję pomocniczą. Liczebność tej policji została zwiększona w 1943 r. z 3400 do 4100 funkcjonariuszy. Formacja ta rekrutowała się z byłych członków milicji ukraińskiej – w większości kolaborujących z Niemcami nacjonalistów ukraińskich. Posiadała własne szkoły policyjne we Lwowie i Równem oraz podlegała pod niemiecką Policję Porządkową. Większość jej funkcjonariuszy wykonywała bezwzględnie rozkazy niemieckie i słynęła z brutalności wobec Polaków i Żydów. Część z nich zdezerterowała na przełomie 1942 i 1943 r. do Ukraińskiej Powstańczej Armii i wzięła udział w ludobójstwie na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej[8].

OUN od początku miała swoje przyczółki w ukraińskiej policji pomocniczej i celowo do niej przenikała. Nacjonaliści ukraińscy przejęli nieformalną kontrolę nad szkołami policyjnymi we Lwowie i Równem, a wcześniej nad istniejącymi przed 22 czerwca 1941 r. ukraińskimi szkołami policyjnymi dla dystryktów krakowskiego i lubelskiego, by wykorzystać szkolenie policyjne do prowadzenia propagandy nacjonalistycznej. Dlatego także policjanci, którzy wstąpili do tej formacji niezależnie, byli poddawani indoktrynacji ideologicznej nacjonalistów ukraińskich o charakterze szowinistycznym i faszystowskim. Kiedy na początku 1943 r. OUN-B postanowiła zerwać dotychczasową współpracę z Niemcami i rozpocząć ludobójcze czystki etniczne na Polakach, miała wystarczającą ilość kadry w policji pomocniczej, aby zorganizować masowe dezercje do UPA. W ten sposób tysiące przeszkolonych wojskowo policjantów ukraińskich opuściło swoje posterunki, zabrało ze sobą broń, przeszło do lasów i stworzyło kadrę dowódczą UPA. Współcześnie polityka historyczna Ukrainy przedstawia ich jako rzekomy „antyhitlerowski ruch oporu”, negując ich kolaborację z III Rzeszą oraz dokonane przez nich ludobójstwo na Polakach i Żydach, przy dyskretnym milczeniu czynników politycznych oraz mediów polskich i zachodnich[9].

[1] R. J. Czarnowski, Lwów. Okupacja niemiecka, Warszawa 2016, s. 15-16; G. Motyka, Ukraińska partyzantka 1942-1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Warszawa 2006, s. 234.

[2] G. Mazur, J. Skwara, J. Węgierski, Kronika 2350 dni wojny i okupacji Lwowa, Katowice 2007, s. 214-217.

[3] R. J. Czarnowski, Lwów. Okupacja niemiecka…, s. 48-50.

[4] Tamże, s. 223.

[5] Z. Polubiec (red.), Okupacja i ruch oporu w Dzienniku Hansa Franka 1939-1945, t. II, Warszawa 1972, s. 152.

[6] D. Pohl, Nationalsozialistische Judenverfolgung in Ostgalizien 1941-1944, München 1997, s. 412.

[7] D. Schenk, Noc morderców. Kaźń polskich profesorów we Lwowie i holokaust w Galicji Wschodniej, Kraków 2011, s. 216-218.

[8] Tamże, s. 227-228.

[9] J-P. Himka, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, Ukraińska Policja i Holokaust, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA i zagłada Żydów, Kraków 2016, s. 457.

Bohdan Piętka

13 sierpnia 2021 r.

Maraton zbrodni – Galicja Wschodnia 1941

Agresja Niemiec hitlerowskich na ZSRR 22 czerwca 1941 r. spowodowała bezprecedensową eskalację zbrodni w Galicji Wschodniej. Masowe zbrodnie popełniały na tym terenie nie tylko wkraczające za Wehrmachtem grupy operacyjne niemieckiej Policji Bezpieczeństwa (Einsatzgruppen). Wkrótce po wybuchu wojny niemiecko radzieckiej doszło tam do zbrodni przeciw ludzkości popełnionych przez NKWD i nacjonalistów ukraińskich.

24 czerwca 1941 r. ludowy komisarz spraw wewnętrznych Ławrientij Beria skierował tajny telegram do podległych mu struktur NKGB i NKWD z rozkazem rozstrzelania wszystkich więźniów politycznych przetrzymywanych w zachodnich obwodach ZSRR, których ewakuacja była niemożliwa. W myśl rozkazu Berii rozstrzelane miały być wszystkie osoby skazane za „działalność kontrrewolucyjną”, „działalność antyradziecką”, sabotaż i dywersję, a także osoby znajdujące się w śledztwie[1].

Rozkaz Berii nie dotyczył jedynie więźniów kryminalnych. Część z nich funkcjonariusze NKWD ewakuowali na wschód w „marszach śmierci”, a cześć pozostawili w zamkniętych celach, skąd byli uwalniani przez żołnierzy niemieckich i miejscową ludność.

NKWD przystąpiło do mordowania więźniów politycznych na dawnych polskich Kresach Wschodnich jeszcze przed wydaniem rozkazu w tej sprawie przez Berię. Postępowano tak wobec osób, które przed 22 czerwca 1941 r. miały orzeczoną karę śmierci lub wysokie wyroki pozbawienia wolności. Ponadto zdarzały się przypadki, że funkcjonariusze NKGB i NKWD z własnej inicjatywy podejmowali decyzje likwidacji wszystkich więźniów politycznych. Tak było m.in. w lwowskim więzieniu Brygidki, gdzie do pierwszych egzekucji doszło już 22 czerwca 1941 r[2].

Szczególnie krwawy przebieg miała likwidacja więzień na tzw. Zachodniej Ukrainie, czyli na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Na tych terenach wymordowano około 50% więźniów, a do największych masakr doszło we Lwowie, gdzie z rąk funkcjonariuszy NKGB i NKWD zginęło w dniach 25-27 czerwca 1941 roku od 3,5 do 7 tys. więźniów – głównie Polaków i Ukraińców. Wśród zamordowanych były też kobiety i osoby małoletnie[3].

Wpływ na przyspieszenie masakr więziennych we Lwowie miała prawdopodobnie zbrojna dywersja Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, podjęta 24 czerwca 1941 r. Tego dnia w różnych punktach miasta bojówki OUN ostrzelały kolumny Armii Czerwonej, przeprowadziły nieudane ataki na siedzibę NKWD i więzienie na Zamarstynowie, a ponadto uwolniły 270 więźniów osadzonych w więzieniu przy ulicy Łąckiego. W odpowiedzi NKWD i wojsko przystąpiły do brutalnego tłumienia rebelii. Aresztowano około 4 tys. osób – głównie Ukraińców, ale także pewną liczbę Polaków – których osadzono w więzieniach i aresztach lwowskich. 25 czerwca komendant garnizonu Lwowa ogłosił w mieście stan wojenny. Tego dnia we wszystkich więzieniach lwowskich – czyli w więzieniu przy ul. Łąckiego, więzieniu na Zamarstynowie, więzieniu przy ul. Jachowicza, w więzieniu przy ul. Kazimierzowskiej (Brygidki) oraz w siedzibie NKWD przy ul. Pełczyńskiej – przystąpiono do masowej eksterminacji więźniów. Mordowanie więźniów trwało do momentu opuszczenia Lwowa przez wojska radzieckie.

Masakry odbywały się zwykle według jednego schematu. Funkcjonariusze NKGB i NKWD wywoływali więźniów z cel, po czym pojedynczo lub w małych grupach wyprowadzali ich do piwnic i tam mordowali strzałem z rewolweru lub karabinu w tył głowy. Indywidualne i masowe egzekucje odbywały się także na więziennych podwórzach. W ostatnich godzinach przed wkroczeniem do miasta wojsk niemieckich enkawudziści mordowali więźniów bezpośrednio, otwierając ogień przez kraty lub wrzucając granaty do przepełnionych cel. Zwłoki grzebano w mogiłach wykopanych na terenie więzień lub pozostawiano w celach i piwnicach[4].

W Galicji Wschodniej zdarzały się przypadki, że już po odejściu Sowietów zwłoki ofiar zamordowanych w masakrach więziennych były rozmyślnie okaleczane przez nacjonalistów ukraińskich, którzy w celach propagandowych pragnęli dysponować drastycznymi przykładami martyrologii swojego narodu[5]. Propaganda nacjonalistów ukraińskich, odwołując się do takich przykładów, miała na celu wywołanie wśród Ukraińców nastrojów antyżydowskich (poprzez utożsamianie Żydów z radzieckim aparatem represji), co odegrało znaczącą rolę w inspirowaniu przez nich pogromów lwowskich.

Oprócz Lwowa, do mordów na więźniach doszło też w innych miejscowościach Galicji Wschodniej i Wołynia. Największe z nich miały miejsce w: Borysławiu (kilkaset ofiar), Brzeżanach (od 174 do 300 ofiar), Busku (około 35 ofiar), Czortkowie (około 800-1000 ofiar), Drohobyczu (kilkaset ofiar), Dubnie (około 500-550 ofiar), Kamionce Strumiłowej (od 20 do 32 ofiar), Krzemieńcu (co najmniej 150 ofiar), Łucku (około 2000 ofiar), Nadwórnej (około 80 ofiar), Równem (od 150 do 500 ofiar), Samborze (od 500 do 700 ofiar), Sarnach (od 70 do 100 ofiar), Stanisławowie (od 1200 do 2500 ofiar), Stryju (co najmniej 100 ofiar), Szczercu (około 30 ofiar), Sądowej Wiszni (około 70 ofiar), Tarnopolu (około 1000 ofiar), Złoczowie (od 650 do 720 ofiar) i Żółkwi (około 34 ofiar)[6]. Do jednej z najbardziej przerażających zbrodni doszło w Dobromilu i pobliskiej kopalni soli „Salina”. Ofiarami tej masakry padło od 500 do 1000 osób, głównie Polaków i Ukraińców. Enkawudziści, chcąc zatrzeć swój udział w zbrodni, zamordowali cześć więźniów przy pomocy młotów i innych tępych narzędzi[7].

W masakrach więziennych w Galicji Wschodniej i na Wołyniu zginęło co najmniej 20 tys. ofiar. Do tego trzeba dodać ofiary ewakuacji obozów jenieckich. W chwili rozpoczęcia inwazji niemieckiej na ZSRR, w około pięćdziesięciu obozach jenieckich na tzw. Zachodniej Ukrainie przebywało 14 135 polskich jeńców wojennych. Zostali oni zmuszeni do przebycia pieszo części, a nierzadko całości trasy ewakuacyjnej. Ewakuacja jeńców stała się typowym „marszem śmierci”. Nie przeżyło go 2,5 tys. jeńców polskich z obozów Zachodniej Ukrainy[8].

Była to odrażająca zbrodnia wojenna popełniona na bezbronnych więźniach i jeńcach przez aparat represji ZSRR na polecenie najwyższych władz tego państwa. Stała się ona impulsem i pretekstem do popełnienia kolejnej zbrodni, jaką były dokonane przez nacjonalistów ukraińskich we Lwowie i w Galicji Wschodniej pogromy Żydów – utożsamianych przez propagandę hitlerowską i nacjonalistyczno-ukraińską z komunizmem.

Genezy pogromów na Żydach w Galicji Wschodniej należy jednak upatrywać przede wszystkim w programie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, który zakładał stworzenie jednolitego etnicznie, totalitarnego i faszystowskiego państwa ukraińskiego.

Eskalacja antysemityzmu w ideologii OUN następowała stopniowo od połowy lat 30. XX wieku, prowadząc do przyjęcia tezy o konieczności rozwiązania „kwestii żydowskiej”. Opracowany wiosną 1940 r. „Jednolity generalny plan sztabu powstańczego OUN” zakładał „wymordowanie wrogów co do jednego” zaraz na początku wojny z ZSRR. Przy czym twórcy tego planu uznali, że likwidacji na równi z władzą radziecką podlegają „wrogie mniejszości”, do których zaliczano głównie Polaków i Żydów. Latem 1941 r. banderowska frakcja OUN całkowicie podzielała z hitlerowcami poglądy na temat sposobów rozwiązania „kwestii żydowskiej”. W opracowanej przez OUN-B (banderowcy) w maju 1941 r. instrukcji „Walka i działalność OUN w czasie wojny” planowano likwidację funkcjonariuszy radzieckich, aktywistów polskich i Żydów[9].

Nacjonaliści ukraińscy obu frakcji – Bandery i Melnyka – jeszcze przed wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej stali się sojusznikami Niemiec hitlerowskich i utworzyli pod komendą niemiecką dwa bataliony – „Nachtigall” i „Roland” – jako zalążek przyszłej ukraińskiej armii narodowej. Po tym jak w nocy z 29 na 30 czerwca 1941 r. ostatnie oddziały radzieckie opuściły Lwów, nacjonaliści ukraińscy mogli przystąpić do realizacji swoich celów politycznych[10].

30 czerwca o 4.30 rano, na siedem godzin przed zajęciem miasta przez 1. dywizję strzelców górskich Wehrmachtu, wkroczył do Lwowa batalion „Nachtigall”. Służący w nim kolaboranci ukraińscy rozlepiali na ulicach plakaty i rozdawali ulotki ogłaszające zamiar OUN-B utworzenia państwa ukraińskiego. Ich treść jawnie wzywała ludność ukraińską do mordu: „Lachów, Żydów i komunistów niszcz bez litości, nie miej zmiłowania dla wrogów Ukraińskiej Rewolucji Narodowej”[11].

Wieczorem 30 czerwca 1941 r. został proklamowany we Lwowie – bez zgody Niemców – nacjonalistyczny rząd ukraiński, określony w nacjonalistycznej historiografii ukraińskiej jako Krajowy Rząd Zachodnich Obwodów Ukrainy, na czele którego stanął czołowy działacz OUN-B Jarosław Stećko (1912-1986). Ogłosił on tzw. Akt odnowienia Państwa Ukraińskiego. „Politykę będziemy uprawiać bez sentymentów (…). – Zniszczymy wszystkich bez wyjątku, którzy staną na naszej drodze. Kierownikami wszystkich gałęzi życia będą Ukraińcy i tylko Ukraińcy (…)” – ogłosił Stećko w inauguracyjnym przemówieniu przed Pałacem Lubomirskich[12].

Zdaniem Grzegorza Hryciuka – Na obszarze Galicji Wschodniej pogromy były niemal wyłącznie dziełem Ukraińców. Polacy ograniczali się co najwyżej do biernej aprobaty. Jednak we Lwowie, jak wynika z jednego z doniesień Związku Walki Zbrojnej, prześladowania Żydów, bo „gniew ludu” nie przyjął tutaj formy klasycznego pogromu, były dziełem podszczutych i namówionych przez Niemców „mętów ukraińskich i polskich”[13]. Natomiast Grzegorz Rossoliński-Liebhe zwrócił uwagę, że podczas pierwszego pogromu lwowskiego utworzona przez OUN-B milicja ukraińska ściśle współpracowała z formacjami niemieckimi – takimi jak Policja Bezpieczeństwa, SD i Einsatzgruppe C – a „Niemcy musieli skoordynować pogrom z frakcją banderowców najpóźniej 30 czerwca 1941 roku, niedługo po tym, jak zdali sobie sprawę, jak popularna i silna była OUN-B we Lwowie oraz z jaką łatwością można manipulować gniewem mieszkańców poprzez wykorzystanie trupów pozostawionych przez NKWD”[14].

Zarówno pierwszy jak i drugi pogrom lwowski filmowała ekipa filmowa Wehrmachtu. Fragmenty tego filmu były później pokazywane w oficjalnej kronice filmowej Ministerstwa Propagandy Rzeszy „Die Deutsche Wochenschau”. Zachowały się też liczne zdjęcia wykonane przez Niemców, które są m.in. eksponowane w United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie. Podczas pierwszego pogromu lwowskiego (30 czerwca – 2 lipca 1941 r.) bojówki ukraińskie (członkowie OUN, kolaboranci z batalionu „Nachtigall” oraz utworzona przez nacjonalistów milicja ukraińska), przy wsparciu głównie ludności ukraińskiej, zmuszały Żydów do wynoszenia i grzebania zwłok ofiar zamordowanych przez NKWD. Następnie okrutnie ich biły, maltretowały i na końcu zabijały. Żydówki przed dokonaniem na nich linczu rozbierano do naga. Ogółem, do 2 lipca zginęło okrutną śmiercią co najmniej 4 tys. Żydów[15].

Wieczorem 2 lipca niemiecki komendant Lwowa, płk. Karl Wintergast, nakazał przywrócić w mieście porządek. Tego samego dnia wkroczyła do Lwowa Einsatzgruppe C, która przystąpiła do planowej eksterminacji Żydów, komunistów i tzw. wrogów państwa, w tym min. polskich profesorów. Do 16 lipca formacje podległe Einsatzgruppe C wymordowały we Lwowie, oprócz polskich profesorów i studentów uczelni lwowskich oraz pojmanych komunistów i funkcjonariuszy radzieckich, około 7 tys. Żydów (na około 120 tys. żydowskich mieszkańców Lwowa)[16].

Drugi pogrom lwowski miał miejsce w dniach 25-27 lipca 1941 r. i był zaplanowaną akcją niemieckich władz okupacyjnych, przeprowadzoną przy aktywnym wsparciu OUN-B. Propaganda banderowska określiła ten pogrom mianem „Dni Petlury” (miał być to odwet za śmierć Symona Petlury, który został zamordowany w 1926 r. przez zamachowca żydowskiego inspirowanego przez OGPU). Aktywny udział w tej zbrodni banderowców, którzy przygotowywali dla gestapo listy proskrypcyjne inteligencji żydowskiej oraz brali udział w grabieży i mordowaniu Żydów, jest szczególnie godny uwagi w sytuacji wcześniejszego aresztowania przez Niemców „rządu” Stećki oraz internowania kierownictwa OUN-B z Banderą na czele. Nagłe załamanie się politycznej współpracy z „wielką Rzeszą Adolfa Hitlera” nie przeszkodziło banderowcom w czynnym wspieraniu niemieckich działań eksterminacyjnych.

Podczas drugiego pogromu lwowskiego zamordowano od 1,5 tys. do 2 tys. Żydów. W aresztowaniach Żydów uczestniczyła ukraińska policja pomocnicza, złożona w przeważającej większości z nacjonalistów ukraińskich, oraz bojówki rekrutujące się spośród ukraińskich chłopów z okolicznych wsi, których Niemcy w nocy przed pogromem obficie karmili i poili wódką. Żydów ograbiano z wszelkiej własności, wypędzano z mieszkań i zapędzano do więzienia gestapo przy ul. Łąckiego (dawne więzienie NKWD). Wielu z nich bestialsko zlinczowano, zanim tam dotarli. Mordowanie pojmanych Żydów nacjonaliści ukraińscy i gestapowcy kontynuowali następnie w więzieniu przy ul. Łąckiego i podlwowskich lasach. Tak jak i podczas pierwszego pogromu, szczególnie bestialsko pastwiono się nad kobietami[17].

Podczas pogromów lwowskich greckokatolicki metropolita Lwowa Andrij Szeptycki (1865-1944) – będący duchowym patronem nacjonalizmu ukraińskiego – nie tylko nie zdobył się na żadne słowo protestu, ale nawet na skierowanie do Ukraińców jakiegoś słowa rozsądku. Nakazał natomiast duchowieństwu grekokatolickiemu udekorować cerkwie flagami hitlerowskimi oraz okazywać posłuszeństwo władzom niemieckim i „rządowi” Stećki[18].

Pogromy Żydów, dokonane przez nacjonalistów ukraińskich pod pretekstem „odwetu” za masakry więzienne NKWD, miały też miejsce w Borysławiu (250 ofiar), Brzeżanach (250-500 ofiar), Krzemieńcu (130 ofiar), Tarnopolu (4,6 – 5 tys. ofiar), Samborze (co najmniej 50 ofiar), Złoczowie (1 – 2 tys. ofiar)[19], a także w Czortkowie, Dobromilu, Drohobyczu, Kołomyi i innych miejscowościach. Ich liczbę na terenie Galicji Wschodniej i Wołynia różni badacze szacują od 35 do 120. Wraz z egzekucjami Żydów dokonywanymi przez Niemców pochłonęły one 38-39 tys. ofiar[20]. Była to brutalna i bezwzględna czystka etniczna, która zapoczątkowała ludobójstwo na Żydach w Galicji Wschodniej, ale także stała się preludium do późniejszych ludobójczych zbrodni popełnionych przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach z dawnych Kresów południowo-wschodnich II RP.

[1] B. Musiał, Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne. Brutalizacja wojny niemiecko-sowieckiej latem 1941 roku, Warszawa 2001, s. 90-92.

[2] D. Schenk, Noc morderców. Kaźń polskich profesorów we Lwowie i holokaust w Galicji Wschodniej, Kraków 2011, s. 100.

[3] B. Musiał, Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne…, s. 11, 93-104; J. Węgierski, Lwów pod okupacją sowiecką 1939-1941, Warszawa 1991, s. 270-276.

[4] S. Kalbarczyk, Martyrologia Polaków w więzieniu przy ulicy Łąckiego we Lwowie w latach II wojny światowej, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej nr 7-8 (116-117), Warszawa 2010 (lipiec-sierpień), s. 111; B. Musiał, Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne…, s. 89, 95-104, 136, 243; W. Ossowska, Przeżyłam… Lwów-Warszawa 1939-1946, Kraków 2009, s. 147-159; D. Schenk, Noc morderców…, s. 100-102; J. Węgierski, Lwów pod okupacją sowiecką…, s. 270-275.

[5] B. Musiał, Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne…, s. 235-241.

[6] B. Musiał, Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne…, s. 105-112, 115-116, 135, 146-147, 153; J. Węgierski, Lwów pod okupacją sowiecką…, s. 277-278.

[7] B. Musiał, Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne…, s. 112-113; J. Waligóra, Zapomniana zbrodnia w Dobromilu-Salinie, Kraków 2013, s. 7, 10, 12, 47-58, 74, 104, 114-118, 120-121, 133-134, 156-157.

[8] B. Musiał, Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne…, s. 131.

[9] A. Diukow, „Dlaczego walczymy z Polakami”. Antypolski program OUN w kluczowych dokumentach, Warszawa 2017, s. 62-68; 118-124; A. Diukow, Zaplanowana zbrodnia. Polityka antyżydowska OUN latem 1941 r., (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA i zagłada Żydów, Kraków 2016, s. 223-245.

[10] G. Mazur, J. Skwara, J. Węgierski, Kronika 2350 dni wojny i okupacji Lwowa 1 IX 1939-5 II 1946, Katowice 2007, s. 180-185; G. Motyka, Ukraińska partyzantka 1942-1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Warszawa 2006, s. 87-88.

[11] G. Rossoliński-Liebe, „Ukraińska Rewolucja Narodowa” 1941 roku. Teoria i praktyka ruchu faszystowskiego, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA…, s. 189-190; M. Sołonin, Nic dobrego na wojnie, Poznań 2011, s. 180-185.

[12] Cyt. za: M. Sołonin, Nic dobrego…, s. 181.

[13] G. Hryciuk, Polacy we Lwowie 1939-1944. Życie codzienne, Warszawa 2000, s. 204.

[14] G. Rossoliński-Liebe, Stepan Bandera. Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty. Faszyzm, ludobójstwo, kult, Warszawa 2018, s. 324.

[15] J-P. Himka, Pogrom lwowski w 1941 roku. Niemcy, ukraińscy nacjonaliści i miejski tłum, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA…, s. 281-312; G. Rossoliński-Liebe, Przebieg i sprawcy pogromu we Lwowie latem 1941 roku. Aktualny stan badań, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA…, s. 313-341.

[16] D. Schenk, Noc morderców…, s. 119.

[17] K. Struve, Einsatzkommando Lemberg, ukraińska milicja i „dni Petlury” 25 i 26 lipca 1941 roku, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA…, s. 263-279.

[18] G. Rossoliński-Liebe, „Ukraińska Rewolucja Narodowa” 1941 roku…, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA…, s. 186.

[19] M. Carynnyk, Złoczów milczy, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA…, s. 343-360.

[20] A. Diukow, Zaplanowana zbrodnia…, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA…, s. 223-245; D. Bechtel, Od Jedwabnego do Złoczowa. Lokalne pogromy w Galicji, czerwiec-lipiec 1941, (w:) S. A. Zięba (red.), OUN, UPA…, s. 247-262.

Bohdan Piętka

15 lipca 2021 r.