Mord na profesorach polskich we Lwowie 4 lipca 1941 r.

Jedną z najbardziej porażających zbrodni – na równi z masakrami więziennymi NKWD czy pogromami lwowskimi – do jakiej doszło w Galicji Wschodniej po agresji III Rzeszy na ZSRR 22 czerwca 1941 r. był dokonany przez Niemców mord na profesorach polskich. Głównie z Uniwersytetu Jana Kazimierza i Politechniki Lwowskiej, ale także Akademii Handlu Zagranicznego i Wyższego Seminarium Duchownego. Przesłanką do popełnienia tej zbrodni była hitlerowska polityka wyniszczenia inteligencji polskiej, realizowana konsekwentnie od 1 września 1939 r. W tym roku mija 80-ta rocznica tego wydarzenia, będącego jedną z najbardziej symbolicznych zbrodni hitlerowskich na narodzie polskim.

Bezpośrednia geneza mordu na profesorach lwowskich wiąże się z Sonderaktion Krakau z 6 listopada 1939 r., podczas której aresztowano w Krakowie i osadzono w niemieckich obozach koncentracyjnych 183 wykładowców Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Górniczej, Akademii Handlowej, Uniwersytetu Stefana Batorego i Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Po międzynarodowych protestach i interwencji Benito Mussoliniego u Hitlera władze niemieckie zwolniły 8 lutego 1940 r. 101 uwięzionych. W wygłoszonym 30 maja 1940 r. przemówieniu do korpusu oficerskiego SS w Krakowie generalny gubernator Hans Frank powiedział otwarcie: „Nie da się opisać, ileśmy mieli zawracania głowy z krakowskimi profesorami. Gdybyśmy sprawę tę załatwili na miejscu, miałaby ona całkiem inny przebieg. Proszę więc Panów usilnie, by nie kierowali już Panowie nikogo więcej do obozów koncentracyjnych w Rzeszy, lecz podejmowali likwidację na miejscu lub wyznaczali zgodną z przepisami karę”.

Mordu na profesorach polskich we Lwowie dokonała formacja niemieckiej Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa (Sipo u. SD) o nazwie Einsatzkommando zur besonderen Verwendung (odział operacyjny szczególnego przeznaczenia), znany też jako Einsatzgruppe Galizien (Grupa Operacyjna Galicja). Jego dowódcą był SS-Brigadeführer dr Eberhard Schöngarth (1903-1946) – od 30 stycznia 1941 r. dowódca Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w Generalnym Gubernatorstwie. Oddział Schöngartha przybył do Lwowa 2 lipca 1941 r. Mord na polskiej elicie intelektualnej był jednym z jego pierwszych zadań. Sam Schöngarth odegrał następnie ważną rolę podczas Akcji Reinhardt (1942-1943), czyli zagłady Żydów w Generalnym Gubernatorstwie.

W nocy z 3 na 4 lipca 1941 r. oddział Schöngartha dokonał brutalnego aresztowania 22 profesorów uczelni lwowskich, których jedyną winę stanowiło to, że byli Polakami. Kilku profesorów aresztowano wraz z rodzinami i przebywającymi u nich osobami trzecimi. Dlatego liczba aresztowanych wyniosła 52 osoby. Aresztowanych i zatrzymanych przewieziono do byłego ormiańskiego Zakładu Wychowawczego dla Chłopców Abrahamowicza przy ul. Abrahamowiczów, gdzie zostali poddani przez gestapo brutalnemu przesłuchaniu. 4 lipca 1941 r. około godz. 4:00 wyprowadzono ich grupami w stronę wylotu ul. Nabielaka i Wzgórz Wuleckich. Tam zostali rozstrzelani grupami po sześć osób.

W egzekucji tej zginęli tacy luminarze nauki polskiej jak: Tadeusz Boy-Żeleński (1874-1941), Antoni Cieszyński (1882-1941), Władysław Dobrzaniecki (1897-1941), Jan Grek (1875-1941), Jerzy Grzędzielski (1901-1941), Edward Hamerski (1897-1941), Henryk Hilarowicz (1890-1941), Władysław Komornicki (lat 29), Włodzimierz Krukowski (1887-1941), Roman Longchamps de Bérier (1883-1941), Antoni Łomnicki (1881-1941), Witold Nowicki (1878-1941), Tadeusz Ostrowski (1881-1941), Stanisław Pilat (1881-1941), Stanisław Progulski (1874-1941), Roman Rencki (1867-1941), Stanisław Ruff (1872-1941), Włodzimierz Sieradzki (1870-1941), Adam Sołowij (1859-1941), Włodzimierz Stożek (1883-1941), Kasper Weigel (1880-1941), Roman Witkiewicz (1886-1941) i Kazimierz Vetulani (1889-1941). Ponadto zamordowano 18 dalszych osób, wśród których znajdowali się krewni uczonych i osoby zatrzymane w ich mieszkaniach.

12 lipca 1941 r. zostali rozstrzelani, prawdopodobnie też na Wzgórzach Wuleckich, profesorowie Henryk Korowicz (1888-1941) i Stanisław Ruziewicz (1889-1941). Konsekwencją śmierci prof. Stanisława Pilata było samobójstwo jego żony, dr Ewy Neumann-Pilatowej. Jako ostatni spośród aresztowanych profesorów został rozstrzelany w nocy z 25 na 26 lipca 1941 r. prof. dr Kazimierz Bartel (1882-1941), trzykrotny premier i trzykrotny minister II RP, dziekan Katedry Geometrii Wykreślnej Politechniki Lwowskiej. Jego aresztowania dokonali 2 lipca 1941 r. na terenie Politechniki Lwowskiej gestapowcy z Einsatzgruppe C. Decyzję o zamordowaniu premiera Bartla jako rzekomego „polskiego komunisty” podjął osobiście SS-Reichsführer Heinrich Himmler. 11 lipca 1941 r. Einsatzkommando Schöngartha zatrzymało i prawdopodobnie rozstrzelało ponad 100 polskich studentów uczelni wyższych Lwowa.

Po klęsce pod Stalingradem Niemcy podjęli decyzję o likwidacji dowodów swoich zbrodni – w pierwszej kolejności mogił masowych rozstrzeliwań Żydów i osób „niepożądanych politycznie”, dokonanych po agresji III Rzeszy na ZSRR w 1941 r. Do tego celu wykorzystali utworzone już na początku 1942 r. tzw. Sonderkommando 1005, którym dowodził SS-Standartenführer Paul Blobel (1894-1951). Do pracy w tej jednostce zmuszono Żydów, a jej zadaniem było przeprowadzenie ekshumacji i spalenie zwłok dziesiątek tysięcy ofiar na obszarze od Estonii do Jugosławii. 8 października 1943 r. Sonderkommando 1005 wydobyło zakopane na Wzgórzach Wuleckich zwłoki ofiar egzekucji z 4 lipca 1941 r. Następnego dnia zostały one spalone wraz ze zwłokami innych ofiar zbrodni niemieckich we Lwowie. W ubraniach ekshumowanych ofiar Żydzi z Sonderkommando 1005 znaleźli dokumenty potwierdzające, że byli to polscy profesorowie. Po wojnie wydarzenie to opisał Leon Weliczker – jeden z nielicznych członków Sonderkommando 1005, który przeżył.

Udziałem w mordzie na profesorach lwowskich pochwalił się przed aresztowaną przez gestapo w maju 1942 r. Karoliną Lanckorońską (1898-2002) przesłuchujący ją SS-Hauptsturmführer Hans Krüger (1909-1988), przekonany, że aresztowana wkrótce poniesie śmierć. Do udziału w tej zbrodni przyznał się również w swoim wojennym dzienniku SS-Hauptscharführer Felix Landau (1910-1983), w 1941 r. członek Einsatzkommando zur besonderen Verwendung.

Niemiecki historyk Dieter Schenk ustalił, że w egzekucji na Wzgórzach Wuleckich uczestniczyli ponadto następujący gestapowcy: Max Draheim (1898-1973), Walter Martens (1893-1961), Paul Grusa (ur. 1911), Johann Maurer (ur. 1914), Wilhelm Maurer (ur. 1918) i dowodzący plutonem egzekucyjnym SS-Untersturmführer Walter Kutschmann (1914-1986). Żaden z nich nigdy nie został pociągnięty za tę zbrodnię do odpowiedzialności. Po wojnie Kutschmann schronił się w Argentynie, gdzie był długoletnim kierownikiem przedstawicielstwa firmy Osram Licht AG. Aresztowano go dopiero na pół roku przed śmiercią i zmarł w szpitalu więziennym oczekując na ekstradycję do RFN. Jedynie ich przełożony Eberhard Schöngarth został w 1946 r. skazany na karę śmierci przez brytyjski trybunał wojskowy i powieszony. Ale nie za mord na polskich profesorach we Lwowie ani za późniejsze ludobójstwo na Żydach w Generalnym Gubernatorstwie, tylko za zamordowanie jeńca-lotnika brytyjskiego w listopadzie 1944 r.

Ponadto w aresztowaniach ofiar uczestniczyli: Ferdinand Kammerer (ur. 1915), Gerhard Hacker (1912–1950), Kurt Köllner (1908–1972), Karl-Heinz Keller (1907–1963), Viktor Gurth (ur. 1911) oraz holenderski kolekcjoner sztuki Pieter Nicolaas Menten.

Wbrew upowszechnianej w latach 1959-1989 w ZSRR i PRL wersji, w egzekucji na Wzgórzach Wuleckich nie brali udziału ani oficer Abwehry Theodor Oberländer (1905-1998), ani nacjonaliści ukraińscy z działającego pod opieką Oberländera batalionu „Nachtigall”. Wersja o rzekomym udziale w zbrodni na polskich profesorach Oberländera i batalionu „Nachtigall” była rezultatem akcji dezinformacyjnej KGB, przeprowadzonej po zabójstwie Stepana Bandery, którego dokonał 15 października 1959 r. agent KGB Bohdan Staszynski. W celu ukrycia KGB jako sprawcy zabójstwa Bandery propaganda radziecka wskazała na Oberländera, a jako motyw podała chęć usunięcia świadków zbrodni wojennych, w których miał on uczestniczyć. W kwietniu 1960 r. Sąd Najwyższy NRD skazał zaocznie Oberländera (wówczas ministra ds. przesiedleńców w rządzie RFN) na dożywocie za rzekome sprawstwo kierownicze w zbrodniach wojennych we Lwowie w lipcu 1941 r., co spowodowało zakończenie jego kariery politycznej w RFN. Wyrok ten został uchylony w listopadzie 1993 r. przez Sąd Krajowy w Berlinie.

Według relacji niektórych świadków (rodzin ofiar i ich znajomych), w kilku przypadkach w aresztowaniach profesorów mieli uczestniczyć cywilni tłumacze-Ukraińcy. Stąd wzięła się hipoteza, że byli to ukraińscy nacjonaliści – przedwojenni studenci zamordowanych profesorów, którzy mieli pomagać gestapo w układaniu listy aresztowanych i wskazywać ich adresy. Hipoteza ta nie ma jednak wystarczającego potwierdzenia źródłowego. Grzegorz Motyka zauważył jednak, że nacjonaliści ukraińscy planowali wyniszczyć inteligencję polską, a w Krzemieńcu i Stanisławowie listy proskrypcyjne ofiar spośród polskiej inteligencji układali członkowie OUN.

Domy zamordowanych profesorów i ich mienie zostały rozgrabione przez gestapowców oraz towarzyszącego im w charakterze przewodnika i tłumacza (w stopniu SS-Hauptscharführera) Pietera Nicolaasa Mentena (1899-1987). Był to holenderski przedsiębiorca i kolekcjoner dzieł sztuki, który przed wojną znał wielu z zamordowanych profesorów, bywał towarzysko w ich mieszkaniach i wiedział jakie cenne przedmioty i dzieła sztuki posiadają. Po wojnie Menten należał do szóstki najbogatszych Holendrów, a majątek swój zgromadził głównie dzięki grabieży wojennej na terenach okupowanej Polski. W 1977 r. został aresztowany, a w 1981r. skazany na 10 lat pozbawienia wolności, z których odsiedział 8. Akt oskarżenia nie objął jednak udziału w aresztowaniach profesorów lwowskich i grabieży ich mienia.

Kontynuacją zbrodni na Wzgórzach Wuleckich była zagłada inteligencji polskiej w Krzemieńcu i Stanisławowie. Mord na inteligencji krzemienieckiej (28-30 lipca 1941 r.) objął około 30 Polaków, wśród których znajdowali się dyrektor banków Franciszek Dorożyński, nauczyciele, prawnicy, działacze społeczni i studenci. Sprawcą tej zbrodni była Einsatzgruppe C pod dowództwem SS-Brigadeführera Otto E. Rascha (1891-1948) – tego samego, który kierował później masakrą ponad 33 tys. Żydów w Babim Jarze pod Kijowem (29 września – 3 października 1941 r.).

Zbrodni na inteligencji polskiej w Stanisławowie dokonało natomiast to samo Einsatzkommando, które rozstrzelało 4 lipca 1941 r. profesorów lwowskich. Na terenie Stanisławowa działało ono pod dowództwem SS-Hauptsturmführera Hansa Krügera. Najpierw, 4 sierpnia 1941 r., wymordowano około tysiąca inteligentów żydowskich. Natomiast 8 i 9 sierpnia 1941 r. pomocnicza policja ukraińska dokonała aresztowań wśród inteligencji polskiej, głównie nauczycieli. Ogółem zatrzymano około 300 Polaków, spośród których rozstrzelano w nocy z 14 na 15 sierpnia 1941 r. około 250 w Czarnym Lesie pod Pawełczem. Do kolejnego aktu terroru niemieckiego wobec Polaków w Stanisławowie doszło w listopadzie 1941 r. Za umieszczenie 11 listopada biało-czerwonej flagi na cmentarzu stanisławowskim policja niemiecka rozstrzelała 50 Polaków, w tym 30 uczniów. Dalsze 100 osób rozstrzelano wtedy w Czarnym Lesie. Masakry na inteligencji polskiej latem 1941 roku były pierwszym etapem terroru nazistowskiego w Galicji Wschodniej.

Na miejscu zbrodni na profesorach polskich radzieckie władze Lwowa rozpoczęły w 1956 r. budowę pomnika. Prace postępowały powoli i od początku natrafiały na liczne trudności administracyjne. Uczestniczyli w nich na miejscu polscy rzeźbiarze. Udało się zbudować tylko fundamenty pomnika oraz jeden z bloków z wyrzeźbionymi realistycznymi postaciami polskich uczonych. W 1976 r. władze przerwały jednak budowę pomnika i nakazały rzeźbiarzom wrócić do Polski. Do 1978 r. niedokończony pomnik został rozebrany, a teren jego budowy zniwelowany. Dopiero po upadku ZSRR, staraniem rodzin pomordowanych, postawiono w latach 90-tych XX w. na miejscu egzekucji skromny pomnik (właściwie tablicę pamiątkową zwieńczona metalowym krzyżem) z listą ofiar zbrodni w językach polskim i ukraińskim.

W nocy z 9 na 10 maja 2009 r. nieznani sprawcy namalowali czerwoną farbą swastyki na tym pomniku i napis w języku ukraińskim: „Śmierć Lachom”. 3 lipca 2011 r. na Wzgórzach Wuleckich, z udziałem władz Lwowa i Wrocławia, odsłonięto nowy pomnik autorstwa prof. Aleksandra Śliwy. Symbolika pomnika nawiązuje do V przykazania Dekalogu. Na pomniku nie ma jednak żadnego napisu, a tym samym nie informuje on jakie wydarzenie upamiętnia i jakiej narodowości były ofiary. Jedynie przy drodze prowadzącej od starego pomnika (istniejącego nadal) do nowego znajduje się tablica z dwujęzyczną informacją: „pomnik profesorów lwowskich zamordowanych przez nazistów w 1941 roku”.

Bohdan Piętka

„Myśl Polska”, nr 27-28 (2351/2352), 4-11.07.2021, s. 17

Dlaczego doszło do wojny niemiecko-radzieckiej w 1941 r.

22 czerwca 1941 r. o godz. 3:15 czasu środkowoeuropejskiego rozpoczęła się operacja „Barbarossa”, czyli agresja państw Osi na Związek Radziecki. Liczebność sił niemieckich zaangażowanych w operację „Barbarossa” wynosiła ponad 3 mln żołnierzy. Pierwszego dnia agresji Niemców wsparła tylko 300-tysieczna armia rumuńska. Następnego dnia do walki włączyły się wojska słowackie, 26 czerwca fińskie, a 27 czerwca węgierskie. W lipcu 1941 r. na froncie wschodnim pojawił się też Włoski Korpus Ekspedycyjny. Ogółem na froncie rozciągającym się od Finlandii po Karpaty agresorzy zaangażowali siły liczące 4 733 990 żołnierzy, skoncentrowanych w 164 dywizjach – 135 niemieckich i 29 sprzymierzonych. Ich uzbrojenie stanowiło m.in. 3612 czołgów, 12686 dział i moździerzy oraz 2937 samolotów. Była to największa operacja sił lądowych w historii.

W okresie późniejszym wojska niemieckie zostały wsparte przez ochotników belgijskich, holenderskich, norweskich, francuskich, a nawet hiszpańskich (Błękitna Dywizja), chociaż Hiszpania oficjalnie pozostała neutralna. Dlatego propaganda hitlerowska przedstawiała wojnę z ZSRR jako wielką krucjatę antykomunistyczną narodów Europy pod przewodnictwem III Rzeszy. Odrębnym rozdziałem jest udział w tej wojnie po stronie Niemiec faszystów i kolaborantów estońskich, litewskich, łotewskich, białoruskich, ukraińskich i rosyjskich. W agresji na ZSRR nie wzięła udziału Bułgaria, chociaż należała do grona sojuszników III Rzeszy.

Agresja Niemiec i ich sojuszników na ZSRR była z jednym z przełomowych momentów drugiej wojny światowej. Hitler wszedł 22 czerwca 1941 r. na drogę, która doprowadziła go do druzgocącej klęski. Kampania zaprojektowana przez jego feldmarszałków i generałów na kilka miesięcy przerodziła się, po początkowych oszałamiających sukcesach niemieckich, w długą i wyniszczającą wojnę. Już pierwszego dnia wojny niemiecko-radzieckiej Winston Churchill, uważany dotąd za nieprzejednanego antykomunistę, zaoferował Stalinowi pomoc i sojusz. 12 lipca 1941 r. został podpisany w Moskwie przez komisarza spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa i ambasadora brytyjskiego Richarda Stafforda Crippsa układ brytyjsko-radziecki o wzajemnych zobowiązaniach w walce przeciwko Niemcom. To był początek koalicji antyhitlerowskiej, do której dołączyły później Stany Zjednoczone i rządy innych państw, w tym okupowanych przez Niemcy. Jej powstanie stało się wielkim ciosem politycznym dla III Rzeszy.

Dlaczego zatem Hitler wykonał 22 czerwca 1941 r. ruch wojskowo-polityczny, który przyniósł mu, co prawda nie od razu, tak katastrofalne skutki? Odpowiedź na to pytanie jest krótka: wojna niemiecko-radziecka wybuchła dlatego, ponieważ wybuchnąć musiała. Była logiczną konsekwencją całej ideologii i polityki hitlerowskiej zmierzającej do stworzenia niemieckiego Lebensraumu (przestrzeni życiowej) na Wschodzie.

Ostatecznym celem Hitlera – pisał brytyjski historyk Paul Johnson – było stworzenie 250-milionowego niemieckiego Volku. Na rozległych równinach na zachód od Uralu zamierzał osiedlić 100 mln Niemców. (…) Na niezmierzonych obszarach Ukrainy i południowej części europejskiej Rosji powstać miała nowa cywilizacja. Oto jak opisał ją Hitler: „Tereny te muszą utracić charakter azjatyckiego stepu. Muszą zostać zeuropeizowane! (…) »Chłop z Rzeszy« będzie mieszkał w pięknych osadach. Niemieckie agendy oraz władze będą miały siedziby we wspaniałych budynkach, w gubernatorskich pałacach. Pierścień uroczych wiosek będzie otaczał w promieniu 30 lub 40 kilometrów każde miasto (…) powstaną niemieckie miasta, jak perły nanizane na sznur, a wokół tych miast rozłożone będą niemieckie osady. Bo nie otworzymy przed sobą Lebensraumu, zagrzebując się w starych, nędznych, rosyjskich dziurach! Niemieckie osiedla muszą być na zdecydowanie wyższym poziomie”[1].

Nie jest zatem przypadkiem, że właśnie w 1941 r. powstał w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy pod kierunkiem Heinricha Himmlera Generalny Plan Wschodni. Z tego co o nim wiemy ze źródeł pośrednich (oryginały planu zniszczono przed klęską III Rzeszy) wynika, że hitlerowcy zakładali depopulację (w drodze eksterminacji bezpośredniej i akcji wysiedleńczej, tylko w niewielkim stopniu germanizacji) terenów Czech i Moraw, Polski, krajów bałtyckich, Białorusi, Ukrainy i Krymu. Tam miał powstać niemiecki Lebensraum.

Cel ten realizowano od pierwszych dni wojny z ZSRR. Za przekraczającymi granicę niemiecko-radziecką jednostkami Wermachtu posuwały się grupy operacyjne Policji Bezpieczeństwa (Einsatzgruppen), które dokonywały masowych mordów na Żydach, komunistach i osobach posądzanych o bycie komunistami (ale także na inteligencji polskiej we Lwowie i Stanisławowie). Do zwiększenia skali eksterminacji na zajmowanych terenach radzieckich przyczynił się również Kommissarbefehl (rozkaz o komisarzach), wydany 6 czerwca 1941 r. w imieniu Hitlera przez feldmarszałka Wilhelma Keitla, nakazujący Wehrmachtowi natychmiastowe rozstrzeliwanie wziętych do niewoli radzieckich komisarzy politycznych. Masowe zbrodnie dokonane przez Einsatzgruppen i Wehrmacht latem 1941 r. były wstępem do depopulacji Europy Wschodniej. Agresja niemiecka na ZSRR oznaczała ludobójstwo na nieznaną dotąd w historii skalę od pierwszych godzin tej wojny.

Równolegle do terroru hitlerowskiego w pierwszych tygodniach wojny nakręcała się spirala terroru stalinowskiego. W masakrach więziennych dokonywanych przez NKWD zginęły dziesiątki tysięcy więźniów politycznych. Mordowano ich na rozkaz komisarza spraw wewnętrznych Ławrientija Berii z 24 czerwca 1941 r., nakazujący rozstrzelanie wszystkich więźniów politycznych w zachodnich obwodach ZSRR, których ewakuacja była niemożliwa. Nie chciano, by jako świadkowie zbrodni stalinowskich wpadli w ręce niemieckie. Dalsze tysiące więźniów politycznych i kryminalnych zginęły w „marszach śmierci”, gnane na wschód przez konwojentów z NKWD. Realia życia pod reżimem stalinowskim, w tym wszechobecne w ZSRR terror i zastraszenie, spowodowały niespotykaną gdzie indziej reakcję ludności terenów zajmowanych przez wojska niemieckie. W wielu miejscowościach Litwy, Łotwy i Estonii, zachodniej Białorusi i zachodniej Ukrainy witano entuzjastycznie (w tym kwiatami, chlebem i solą) wkraczające jednostki Wehrmachtu. Czynili to nie tylko nacjonaliści ukraińscy i antykomuniści. Szybko jednak zorientowano się co niesie ze sobą okupacja hitlerowska.

Znaczące sukcesy niemieckiego Blitzkriegu w pierwszych tygodniach kampanii niemiecko-radzieckiej utwierdziły Hitlera w przekonaniu, że pomyślne dla niego zakończenie drugiej wojny światowej nie ulega wątpliwości i jest bliskie. To z kolei przyspieszyło jego decyzję o zagładzie Żydów europejskich, która zapadła w ścisłym gronie kierownictwa III Rzeszy najprawdopodobniej już w lipcu 1941 r.

Celem agresji na ZSRR było także uzyskanie przez Niemcy dostępu do potrzebnych im surowców, zwłaszcza ropy naftowej, jak również unicestwienie komunizmu. Zniszczenie bolszewizmu Hitler postawił przed ruchem nazistowskim jako jeden z najważniejszych celów politycznych jeszcze w 1924 r. Agresję hitlerowską próbowali skierować na Wschód pod koniec lat 30-tych politycy brytyjscy i francuscy i taki był podtekst ich polityki appeasementu, czyli zaspokajania roszczeń niemieckich w latach 1938-1939. Polityka historyczna współczesnej Rosji uzasadnia, a ściślej rozgrzesza tym zawarcie paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 r. Wedle tej narracji miało to być rzekomo genialne posunięcia Stalina, które pozwoliło mu zyskać dwa lata czasu na przygotowanie się do wojny z Niemcami i „poprawić położenie strategiczne” Związku Radzieckiego, czyli dokonać zaboru części terytoriów Polski, Finlandii i Rumunii oraz całości Litwy, Łotwy i Estonii.

Pakt Ribbentrop-Mołotow nie był jednak genialnym posunięciem, ale poważnym błędem politycznym Stalina, za które ZSRR zapłacił agresją hitlerowską z 22 czerwca 1941 r. i 27 mln ofiar swoich obywateli. Agresją, której Stalin nie przewidział ani w 1939, ani w 1941 r., uważając że układy zawarte z Niemcami 23 sierpnia i 28 września 1939 r. wystarczająco zabezpieczają bezpieczeństwo Związku Radzieckiego. Po współpracy z III Rzeszą, zwłaszcza gospodarczej, Stalin wiele sobie zresztą obiecywał, czego dowodem jest chociażby to, że ostatnie pociągi radzieckie z dostawami różnych surowców dla Niemiec przekraczały granicę niemiecko-radziecką w nocy z 21 na 22 czerwca 1941 r.

Hitler tymczasem traktował układy ze Stalinem jako rozwiązanie przejściowe, mające mu pomóc w rozstrzygnięciu wojny na Zachodzie. Klęska Francji w 1940 r. zaskoczyła wszystkich, także Stalina, a Hitlera wprawiła w euforię. Właśnie dlatego, pomimo iż nie została rozstrzygnięta wojna z Wielką Brytanią, wydał Naczelnemu Dowództwu Wehrmachtu 31 lipca 1940 r. wytyczne w sprawie opracowania planu „Barbarossa”. Plan ten Hitler zatwierdził dyrektywą nr 21 z 18 grudnia 1940 r. Jej pierwsze zdanie głosiło: „Jeszcze przed zakończeniem wojny przeciwko Anglii niemieckie siły zbrojne muszą być przygotowane do pokonania Rosji radzieckiej w krótkotrwałej kampanii”. Kampania ta miała trwać najwyżej 5 miesięcy, a siły niemieckie miały uderzyć na trzech kierunkach: północnym (Leningrad), centralnym (Smoleńsk, Moskwa) i południowym (Kijów). Datę ataku wyznaczono na 15 maja 1941 r. Została jednak przesunięta na 22 czerwca 1941 r. ze względu na zaangażowanie wojsk niemieckich w kampanię bałkańską (Jugosławia, Grecja). Opóźnienie niemieckiego ataku i wczesny początek wschodnioeuropejskiej zimy w 1941 r. prawdopodobnie uratowały Związek Radziecki przed całkowitą klęską.

Hitler kierując opracowaniem planu „Barbarossa” był przekonany o słabości przeciwnika i dlatego uznał, że kampanię uda się rozstrzygnąć w okresie od 3 do 5 miesięcy. Przesłanką do niskiej oceny wartości bojowej Armii Czerwonej była prawdopodobnie wiedza Hitlera o rozmiarach czystek stalinowskich wśród radzieckiej kadry oficerskiej oraz kompromitacja militarna ZSRR w tzw. wojnie zimowej z Finlandią (30 listopada 1939-13 marca 1940). Fakt, że wojskom radzieckim nie udało się podbić Finlandii i poniosły znaczne straty w tej wojnie (ponad 126 tys. zabitych i zaginionych wobec 30 tys. poległych Finów) najprawdopodobniej utwierdził Hitlera i jego generalicję w przekonaniu, że Armia Czerwona nie będzie dla Wehrmachtu trudnym przeciwnikiem.

Drugim czynnikiem, który przyspieszył decyzję Hitlera o ataku na ZSRR była wizyta Wiaczesława Mołotowa w Berlinie, w dniach 12-13 listopada 1940 r. Od szefa radzieckiej dyplomacji Hitler i Ribbentrop usłyszeli m.in., że „Związek Radziecki zainteresowany jest uporządkowaniem Europy na nowo. W szczególności zależy mu na tempie i formie kształtowania na nowo Europy”. Zaprezentowane przez Mołotowa stanowisko było nie do przyjęcia dla Hitlera. Wódz III Rzeszy uważał, że w Europie tylko Niemcy są gospodarzami. Dlatego nie mógł pogodzić się z przedstawionymi przez Mołotowa ekspansjonistycznymi celami ZSRR odnośnie Bułgarii, kontroli przejścia z Morza Czarnego na Morze Śródziemne (w tym radzieckich baz w Turcji) czy swobody przejścia przez cieśniny duńskie. W reakcji Hitler próbował skierować zainteresowanie swojego rozmówcy na rejon Zatoki Perskiej i Oceanu Indyjskiego, bezskutecznie oferował ZSRR przystąpienie do Paktu Trzech (czyli Osi) i udział w rozbiorze Imperium Brytyjskiego. Władimir Pawłow, radziecki tłumacz, opisał później te rozmowy jako „meczące i wyraźnie pozbawione sensu”. Stało się wtedy dla Hitlera oczywiste, że więzi między obydwoma mocarstwami, nawiązane przez pakt Ribbentrop-Mołotow, wyraźnie pękają.

Fiasko rozmów z Mołotowem w Berlinie stanowiło jednak tylko pretekst do agresji hitlerowskiej na ZSRR. Analizując wojenne poczynania Hitlera można założyć, że bez względu na bieg wypadków nie zboczyłby z ideologicznej ścieżki wyłożonej w „Mein Kampf” i dążyłby do zniszczenia ZSRR nawet wtedy, gdyby wizyta Mołotowa zakończyła się z niemieckiego punktu widzenia pomyślnie.

W mediach zachodnich i polskich od dawna popularyzowane są tezy głoszone przez publicystów Wiktora Suworowa i Marka Sołonina, że ZSRR latem 1941 r. przygotowywał się do ataku na Niemcy i agresja hitlerowska jedynie uprzedziła ten atak. Autorzy ci dowodzą, że państwo Stalina od co najmniej dekady prowadziło intensywne zbrojenia, a Armia Czerwona swoim potencjałem znacząco przewyższała siłę Wehrmachtu. Miażdżąca po stronie radzieckiej była zwłaszcza przewaga liczebna w broni pancernej, jednak w 1941 r. większość z około 20 tys. czołgów radzieckich stanowiły przestarzałe T-26, T-28, BT-5 i BT-7. Miał istnieć plan „Burza” (albo plan mobilizacyjny MP-41), czyli domniemany plan ataku ZSRR na III Rzeszę, opracowany w 1940 r., który zakładał uderzenie na Niemcy, gdy będą one zaangażowane w inwazję na Wielką Brytanię (inwazja ta została jednak odłożona na czas nieokreślony po porażce Niemiec w bitwie lotniczej o Anglię w 1940 r.). Zdaniem Sołonina operacyjne rozwinięcie Armii Czerwonej do natarcia na Europę miało się rozpocząć 19 lub 20 czerwca 1941 r.[2]

Tezy te nie są wystarczająco udokumentowane źródłowo i nie można ich traktować jako pewnych. Do agresji hitlerowskiej na ZSRR doszło niezależnie od tego czy istniał plan ataku radzieckiego na Niemcy i czy rzeczywiście w 1941 r. czyniono przygotowania do wprowadzenia go w życie. Stąd agresji niemieckiej z 22 czerwca 1941 r. nie można w żadnym wypadku przedstawiać jako „ataku prewencyjnego”, jak czynią to chętnie powołujące się na pisarstwo Suworowa niektóre prawicowe media polskie. Wojna z ZSRR wybuchła, ponieważ Hitler uznał, że doprowadził do wystarczającego rozstrzygnięcia militarnego na Zachodzie i dojrzał czas, by mógł zrealizować swój najważniejszy cel polityczny, a więc zdobyć dla Niemiec Lebensraum na Wschodzie. Zajęcie Europy Wschodniej, czyli rozbicie ZSRR, było dla Hitlera celem strategicznym. Wojna z Zachodem, zwłaszcza z Wielką Brytanią, była tylko środkiem do tego celu.

[1] P. Johnson, Historia świata od roku 1917 do lat 90-tych, Londyn 1992, s. 22-23.

[2] M. Sołonin, 22 czerwca 1941, czyli jak zaczęła się Wielka Wojna Ojczyźniana, Poznań 2007, s. 30.

Bohdan Piętka

6 lipca 2021 r.

„Przegląd” nr 27 (1121), 28.06-4.07.2021, s. 36-38

Awantura o Pyjasa

22 maja 2021 r. „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł red. Wojciecha Czuchnowskiego zatytułowany „Wolimy wierzyć w legendę”. Jak rozwiewał się mit męczeńskiej śmierci Pyjasa. Już początek artykułu był mocny: Pyjas nie został zamordowany przez peerlowską bezpiekę, nikt przed śmiercią go nie pobił. Czemu udajemy, że tego nie wiemy. Pierwszym, który powiedział, że Stanisława Pyjasa zabiła Służba Bezpieczeństwa, był Lesław Maleszka. To jeden z paradoksów historii. Bo Maleszka nie dość, że donosił na kolegów, to jeszcze w jednym z raportów wskazał Pyjasa jako przywódcę rodzącej się w Krakowie opozycji. Jednocześnie to Maleszka 7 maja 1977 roku o godzinie 17:46 zatelefonował do Jacka Kuronia z krzykiem, że „Staszka zamordowali”.

Niby człowiek o tym wie, ale po raz pierwszy głos to przyznający padł ze strony środowiska wywodzącego się z dawnego Komitetu Obrony Robotników, z którym Pyjas był powiązany. Przyczynkiem do napisania przez red. Czuchnowskiego powyższego artykułu stała się książka „Wokół sprawy Pyjasa”, wydana przez wydawnictwo Galerii Sztuki Współczesnej „Bunkier Sztuki” w Krakowie. Znalazły się w niej teksty Liliany Batko-Sonik, Cezarego Łazarewicza, Marii Anny Potockiej, Stanisława Pyjasa, Andrzeja Romanowskiego, Pawła Sękowskiego, Bogusława Sonika, Joanny Szczęsnej, Adama Szostkiewicza i Jana Widackiego oraz wiersz Adama Zagajewskiego, a także wypowiedzi opracowane przez Marię Annę Potocką na podstawie rozmów z Andrzejem Kłoczowskim, Janem Kołodziejem, Lesławem Maleszką i Różą Thun. Publikację zredagowała dr Maria Anna Potocka (ur. 1950 r.) – krytyk i teoretyk sztuki, dyrektor Muzeum Sztuki Współczesnej i Galerii „Bunkier Sztuki” w Krakowie, w PRL związana z opozycją.

To właśnie jej wnioski poszły najdalej, tzn. w kierunku przyznania, że śmierć Stanisława Pyjasa w dniu 7 maja 1977 r. była rezultatem nieszczęśliwego wypadku, a nie morderstwa. Czyli tak jak to wówczas przyjął odbierający sekcję zwłok prof. Kazimierz Jaegermann oraz jego zwierzchnik w Katedrze Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Krakowie (obecnie Wydział Lekarski UJ), prof. Zdzisław Marek (1924-2015). Jednakże ekspertyza podpisana przez prof. Marka została od razu zanegowana przez rodzącą się wtedy opozycję antypeerlowską. Ze środowiska Pyjasa wyszła natychmiast wiadomość, że został on rzekomo zamordowany przez SB. Dzisiaj już wiemy, że autorami tych enuncjacji byli Bronisław Wildstein i Lesław Maleszka. Fama o brutalnym zamordowaniu studenta przez SB doprowadziła do masowych demonstracji studenckich w Krakowie, czyli tzw. Czarnego Marszu w dniu 15 maja 1977 r. Na jego zakończenie, które miało miejsce pod Wawelem, wezwano do bojkotu juwenaliów oraz odczytano deklarację zawiązującą Studencki Komitet Solidarności.

To był początek procesu przekształcenia kanapowej dotąd opozycji antypeerlowskiej w masowy ruch polityczny. Proces ten miał swój ogólnopolski finał w Sierpniu 1980 r. Śmierć Pyjasa – rzekomo zamordowanego przez SB – stała się impulsem, który uruchomił kulę śnieżną. Tym samym zajęła w historii PRL miejsce jako jedno z kluczowych wydarzeń tego okresu dziejów. Pamiętam jak w 1989 r. NZS, KPN, Ruch Wolność i Pokój etc. organizowały w Krakowie manifestację w 12-tą rocznicę śmierci Pyjasa, nawiązującą do Czarnego Marszu z 1977 r. Pamiętam rozdawane wtedy ulotki z informacją o domniemanym zamordowaniu Pyjasa przez SB. Przyznam, że już wtedy zadawałem sobie pytanie po co SB miała mordować studenta polonistyki, który co prawda myślał nie to co powinien (czy on jeden?), ale nie stanowił wielkiego zagrożenia dla PRL. To samo pytanie zadał Edward Gierek, indagowany o to przez red. Janusza Rolickiego w 1990 r. Wątpić jednak wtedy nie wypadało i nie wypada także teraz, o czym boleśnie przekonali się red. Czuchnowski i dyrektor Potocka.

Mit Pyjasa, skromnego i wrażliwego studenta, młodego opozycyjnego intelektualisty, zamordowanego przez SB, stał się jednym z mitów założycielskich (kto wie czy nie najważniejszym) tzw. opozycji demokratycznej w PRL i wyrosłej z niej w 1980 r. Solidarności. Ten mit trafił na tablicę przy ulicy Szewskiej 7 („Pamięci Staszka Pyjasa, studenta UJ, opozycjonisty, zamordowanego przez komunistów 7 maja 1977 r. Młodzież Krakowa, 1994”), pod którą tzw. antykomuna urządza do dzisiaj swoje manifestacje, czy raczej obrzędy. Trafił do podręczników historii w III RP i publikacji IPN. Trafił wreszcie do kultury masowej, czego przejawem jest chociażby hagiograficzny film dokumentalny Ewy Stankiewicz z 2008 r. pt. „Trzech kumpli” oraz utrzymane w tym duchu filmy Krzysztofa Krauzego – „Spadł, utonął, umarł” i „Kontrwywiad” z 1994 r. oraz „Gry uliczne” z 1996 r. 21 września 2006 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Pyjasa Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Natomiast w 2019 r. nadano mu pośmiertnie na wniosek IPN Krzyż Wolności i Solidarności.

Każdy ruch polityczny albo religijny (a w wypadku Solidarności to się przecież wzajemnie przenikało) potrzebuje męczenników i legendarnych żywotów świętych. Inaczej mówiąc – mitów założycielskich. Pojawienie się zatem takiego mitu w wypadku masowego ruchu politycznego, który kształtował się w Polsce pomiędzy czerwcem 1976 a sierpniem 1980 r., wydaje się zrozumiałe. Ten mit jest do dzisiaj zaciekle broniony przez siły polityczne będące beneficjentami tamtego masowego ruchu politycznego. Kombatanci KOR i SKS nie mogą zgodzić się na negację tego mitu, bo to oznaczałoby przecież zanegowanie swoich życiorysów.

Dlatego nigdy nie zwrócono dobrego imienia prof. Zdzisławowi Markowi, który po brutalnej nagonce na początku lat 90-tych XX w. został decyzją rektora Akademii Medycznej w Krakowie zwolniony z funkcji kierownika Katedry Medycyny Sądowej za „naruszenie norm etycznych w działalności opiniodawczej”. Kolejne śledztwa wznawiane od 1991 r. nie znalazły jednak dowodów na zabicie Pyjasa przez SB. Na koniec, w 2010 r., przeprowadzono z inicjatywy IPN ekshumację szczątków Pyjasa. Biegli sądowi z Zakładów Medycyny Sądowej we Wrocławiu, Bydgoszczy i Gdańsku poszli wtedy dalej niż ekspertyza prof. Marka z 1977 r., tzn. uznali, że śmierć Pyjasa była wynikiem upadku z wysokości na klatce schodowej w kamienicy przy ul. Szewskiej 7. Stwierdzili również, że zmarły był pod wpływem alkoholu, natomiast nie odnotowano śladów pobicia ani postrzelenia.

Pomimo tej opinii media oraz kombatanci KOR, SKS i Solidarności nadal jednak stoją na straży świętego ognia, czyli wersji zapisanej na tablicy pamiątkowej przy ul. Szewskiej 7. Aż tu pani dyrektor Potocka i red. Czuchnowski spróbowali po 44 latach przekłuć ten balon. Inspiracją do powstania książki Potockiej była ubiegłoroczna wystawa „Sprawa Pyjasa” w Bunkrze Sztuki, zaprojektowana przez Dorotę Nieznalską. Potockiej udało się wówczas namówić do rozmowy Lesława Maleszkę. Ta rozmowa pozwoliła jej ustalić, że Pyjas bynajmniej nie był antykomunistą, jak przedstawia go solidarnościowa i postsolidarnościowa hagiografia. Owszem, brał udział w protestach przeciw represjom wobec robotników z Radomia i Ursusa, nie podobała mu się cenzura (nie tylko jemu), ale antykomunizmu w sensie dążenia do obalenia ustroju nie uprawiał. Polityka nie była zresztą jego powołaniem. Był początkującym intelektualistą i marzył zostać pisarzem. Jeśli SB przyczyniała się do śmierci Pyjasa, to inspirując przeciw niemu oszczercze anonimy w środowisku studenckim – uważa Potocka. To mogło spowodować, że załamał się psychicznie, sięgnął po alkohol, prawdopodobnie przypadkowo znalazł się na klatce schodowej kamienicy przy ul. Szewskiej 7 i tam tragicznie zginął.

Nawiązując do tych ustaleń red. Czuchnowski napisał: Książka Potockiej pokazuje, że Stanisław Pyjas nie był urodzonym opozycjonistą, a już na pewno nie „antykomunistycznym”. Może kiedyś by nim został. Ale wtedy, w 1977 r., był jednym z tysięcy młodych ludzi, którzy dusili się w zakłamanym i represyjnym systemie. Chciał swobodnie żyć, pisać książki i wiersze, których by nie masakrowała cenzura. Tylko tyle i aż tyle. Nie został zamordowany. Ani przez SB, ani przez nikogo innego. Po prostu spadł ze schodów, stracił przytomność i udusił się krwią.

Czuchnowski przypomniał też treść ulotek, jakie po śmierci Pyjasa pojawiły się na ulicach Krakowa: „Przeklęci (MO)rdercy [MO od Milicja Obywatelska] zamordowaliście nożami niewinnego studenta S. Pyjasa (…). To MO i SB zamordowało jego!”. Taka ulotka znalazła się właśnie na poświęconej Pyjasowi wystawie Doroty Nieznalskiej w krakowskim Bunkrze Sztuki.

„To jest kłamstwo historyczne. Nigdy nie zostało udowodnione, że Pyjas został zamordowany” oraz „Wildstein uznał, że mit musi mieć wsparcie polskiej tragedii” – takie z kolei tezy postawiła Maria Anna Potocka w rozmowie z Katarzyną Janowską na temat swojej książki, którą wyemitował 14 maja br. w internecie portal Onet.pl.

Wszystko to spowodowało, że zostało poruszone gniazdo szerszeni. Trzeba by napisać odrębny artykuł, żeby pokazać wszystkie gromy, jakie spadły na red. Czuchnowskiego i panią Potocką. Zaczął weteran SKS Bogusław Sonik, obecnie poseł KO. „Tekst Czuchnowskiego, powielający za Potocką ubecką wersję śmierci Stanisława Pyjasa, jest tyle wart co kłamstwo, że Potocka znała Pyjasa i naszą grupę” – oburzył się Sonik. Jako koronny dowód na śmierć Pyjasa z rąk SB przytoczył raport z sekcji zwłok podpisany w 1977 r. przez prof. Zdzisława Marka. Tego samego prof. Marka, którego za ten raport po zmianie ustroju rozjechano w postsolidarnościowych mediach i wyrzucono z pracy. Sonikowi chodziło o to, że prof. Marek wątpił w to, iż Pyjas spadł z wysokości przez balustradę schodów. Ale przecież wcale nie musiał spadać przez balustradę. Wiadomo z zeznań jednego ze świadków, że Pyjas przebywał nocą na klatce schodowej najwyższego piętra kamienicy przy Szewskiej 7. Schodząc nad ranem na dół, osłabiony, mógł się np. kilka razy przewrócić i pokaleczyć, uderzyć głową o ścianę, w końcu stracić przytomność z wiadomym skutkiem. „Twierdzenie teraz, że zbudowaliśmy coś na micie śmierci Pyjasa, jest po prostu obrzydliwe” – dodał Bogusław Sonik.

Dalej poszło już w tym duchu, że Czuchnowski i Potocka powielili ubecką wersję śmierci Pyjasa i zszargali narodową świętość. Bronisław Wildstein, Dorota Skóra, Liliana Sonik, Sławomir Cenckiewicz, Dorota Kania, Wojciech Polak (szef kolegium IPN)… Długa jest lista oburzonych i rzucających gromy. Na koniec od Potockiej odcięła się Dorota Nieznalska. Przy czym internetowe wypowiedzi tzw. antykomuny były już bardzo agresywne. Pozwolę sobie tylko zauważyć, że w jednym szeregu oburzonych i potępiających stanęły środowiska polityczne PO i PiS, na co dzień śmiertelnie ze sobą skłócone i wzajemnie zagryzające się nie tylko w polskim Sejmie i polskich mediach, ale i w Parlamencie Europejskim i mediach zagranicznych.

Wniosek z tego można wyciągnąć taki, że dopóki żyje i rządzi pokolenie Solidarności mit Pyjasa „zamordowanego przez komunistów” jest nienaruszalny. Mit ten dalej będzie powielany na ścianie kamienicy przy ul. Szewskiej 7 w Krakowie, podręcznikach historii, wydawnictwach IPN i mediach. Ale awantura wywołana publikacjami Czuchnowskiego i Potockiej pokazuje też, że doszło do poważnych pęknięć w hermetycznej budowli legendarnej historii KOR i Solidarności. Nie są to pierwsze pęknięcia i zapewne nie ostatnie. Za każdym razem poszerzają one naszą wiedzę o historii najnowszej Polski i być może są zwiastunem stopniowego schyłku Polski solidarnościowej.

Na koniec warto przypomnieć, że red. Czuchnowski i dyrektor Potocka nie byli pierwsi w próbie publicystycznego podważenia legendy o zamordowaniu Pyjasa przez SB. Jako pierwszy uczynił to prof. Andrzej Romanowski, który w grudniu 2013 r. napisał: Przed sześciu laty wmurowano na Uniwersytecie Jagiellońskim tablicę, która głosi: „W tym gmachu w latach 1972-1977 studiował Stanisław Pyjas, działacz opozycji, zamordowany przez komunistyczną Służbę Bezpieczeństwa”. Kilka razy w tygodniu mijam ten napis – zawsze z uczuciem przykrości. Bo mniejsza już o użyty język. Ale oto świątynia prawdy, jaką jest Uniwersytet, poświadcza nieprawdę. Przecież gdy w kwietniu 2010 przeprowadzono na zlecenie IPN ekshumację Pyjasa, po dziesięciu miesiącach przedostała się do mediów wiadomość, że najwybitniejsi w Polsce biegli medycy sadowi z Wrocławia, Bydgoszczy i Gdańska wydali obszerną, 100-stronicową opinię, w której za przyczynę śmierci studenta uznali… upadek z wysokości. Więc nawet nie pobicie! Fakt: ekspertyza ta nie przebiła się do opinii publicznej. IPN natychmiast zadał biegłym 23 dodatkowe pytania (do dziś nie wiadomo, czego dotyczyły), media rozpoczęły festiwal przemilczeń, mnożenia wątpliwości i podnoszenia kwestii drugo- i trzeciorzędnych, a kombatanci ze Studenckiego Komitetu Solidarności przyjęli opinię z „oburzeniem” (sic!). Ostatecznie zapanowało na ten temat milczenie.

Natomiast w styczniu 2019 r., nawiązując do sprawy Pyjasa, Romanowski napisał: Mit rządzi Polską wbrew faktom. Czy więc powinniśmy się dziwić, że katastrofa lotnicza w Smoleńsku stała się zamachem terrorystycznym? Że z takim uporem szukano przez lata „trotylu we wraku Tupolewa”? Że w imię tego mitu wylano kubły pomyj na władze Polski i władze Rosji, rujnując pokój społeczny, dewastując stosunki dobrosąsiedzkie?[1]

[1] A. Romanowski, Antykomunizm, czyli upadek Polski. Publicystyka lat 1998-2019, Kraków 2019, s. 173, 392.

Bohdan Piętka

„Myśl Polska”, nr 25-26 (2349/2350), 20-27.06.2021, s. 16

Napoleoński amok Polaków

5 maja minęła dwusetna rocznica śmierci Napoleona Bonaparte (właść. Napoleone di Bonaparte, gdyż miał pochodzenie włoskie), czyli cesarza Francuzów Napoleona I. Cesarza nie Francji, ale właśnie Francuzów – „cesarza ludu”. Zmarł on 5 maja 1821 r. o godz. 17:49, nie ukończywszy jeszcze 52 lat. Miejscem jego śmierci była posiadłości Longwood na Wyspie św. Heleny. Jest to niewielka wyspa wulkaniczna, licząca 420 km2 powierzchni, położona na południowym Atlantyku, 2800 km na południe od Zatoki Gwinejskiej i 1900 km na zachód od południowo-wschodniego wybrzeża Afryki. Tak wówczas jak i obecnie – kolonia brytyjska. Tam właśnie Napoleon spędził na zesłaniu ostatnie sześć lat życia, po tym jak po klęsce pod Waterloo 18 czerwca 1815 r. oddał się w ręce Anglików.

Był to niewątpliwie najgorszy okres jego życia. Podczas zesłania na Wyspie św. Heleny Napoleon nie był już tytułowany cesarzem, jak w czasie pierwszego zesłania na Elbie (kwiecień 1814 – luty 1815 r.), ale „generałem Bonaparte”. Brytyjski gubernator Hudson Lowe nie szczędził „generałowi Bonaparte” licznych upokorzeń. Stąd prawdopodobnie wzięła się opinia o otruciu Napoleona przez Brytyjczyków. Liczne pogłoski głosiły, że więzień gubernatora Lowe miał być podtruwany od 1816 r. arszenikiem, który w niewielkich ilościach podawano mu do jedzenia. Hipoteza ta wzięła się także stąd, że po ekshumacji i sprowadzeniu zwłok Napoleona do Paryża w 1840 r. stwierdzono, że są one dobrze zachowane, bowiem arszenik jest jednocześnie znakomitym środkiem konserwującym. Francesco Antommarchi – lekarz reprezentujący rząd brytyjski i szef zespołu badającego zwłoki Napoleona po jego śmierci w 1821 r. – uznał, że zmarł on na raka żołądka, co zostało zapisane w akcie zgonu.

Autopsję dokonaną przez Antommarchiego potwierdził w latach 2005-2007 międzynarodowy zespół naukowców z USA, Kanady i Szwajcarii. Po przeprowadzeniu badań szczątków Napoleona i przeanalizowaniu opisów sporządzonych przez jego lekarzy oraz relacji osób, które towarzyszyły mu w ostatnich miesiącach życia badacze ci stwierdzili, że Napoleon cierpiał na zaawansowanego raka żołądka. Najprawdopodobniej wpływ na rozwinięcie się tej choroby u Napoleona miały czynniki dziedziczne. Rak żołądka był bowiem przyczyną śmierci również jego ojca, brata Ludwika i siostry Pauliny. Wpływ na rozwój choroby mogła mieć też nieprawidłowa dieta cesarza Francuzów, o którą trudno mu było zadbać w czasie licznych kampanii wojennych. A może jednak miał na to wpływ także arszenik?

W 2001 r. Pascal Kintz ze Strasbourg Forensic Institute zbadał poziom arszeniku w zachowanym puklu włosów Napoleona i stwierdził, że był on 7-38 razy wyższy niż normalny. Taką samą koncentrację arszeniku wykazały jednak próbki jego włosów z lat 1805, 1814 i 1821. Skłania to do wniosku, że Napoleon otrzymywał w różnych okresach swojego życia duże, ale nie zabójcze, dawki arszeniku. Przed odkryciem antybiotyków arszenik był jedynym znanym środkiem walki z kiłą i był też używany w pomadzie do włosów, której używał Napoleon. Zdaniem Ivana Ricordela – toksykologa z policji paryskiej – gdyby arszenik miał być przyczyną śmierci Napoleona, zgon musiałby nastąpić na wiele lat przed rokiem 1821.

Z całą pewnością nie da się wykluczyć czy Napoleon został otruty przez Brytyjczyków obawiających się, że jakimś sposobem wydostanie się on z Wyspy św. Heleny i dotrze do Europy albo do uwalniającej się wtedy z kolonializmu hiszpańskiego i portugalskiego Ameryki Południowej i tym samym ponownie przysporzy poważnych problemów politycznych Świętemu Przymierzu. Nie ulega wątpliwości, że ostatnie lata jego życia spędzone w pawilonie ogrodowym Briars, w posiadłości Longwood House, były okresem nie tylko cierpienia fizycznego, ale i psychicznego, które zawsze jest udziałem człowieka przegranego. Okresem gorzkiej refleksji nad dokonaniami krótkiego, ale jakże bogatego życia.

Nie dowiemy się jak tak refleksja wyglądała, ponieważ Napoleon nie spisał pamiętników. Może nie zdążył, może nie zamierzał ich w ogóle pisać. Dzisiaj musi nas nurtować pytanie, w jaki sposób rozmyślał nad przyczynami swojej klęski podczas spacerów po nadbrzeżu skalistej wyspy, patrząc na bezkresny Atlantyk. Czy pomyślał wtedy o tym, że atak na Rosję w 1812 r. był błędem? Nie tylko politycznym, ale przede wszystkim błędem niedocenienia przeciwnika. Czy pomyślał o tym, że błędem było pozostawienie w 1807 r. szczątkowych Prus, zamiast ich całkowite zniszczenie? Być może inaczej potoczyłaby się wtedy kampania roku 1813 i być może inaczej wyglądałaby cała historia Europy w XIX i XX w.

Czy pomyślał wreszcie o „swoich Polakach”? „Zostawcie to Polakom!” – powiedział Napoleon, gdy rankiem 30 listopada 1808 r. gen. Louis Montbrun zameldował mu, że szarża kawalerii francuskiej wprost na armaty hiszpańskie w wąwozie Somosierra nie jest możliwa. Kiedy polscy szwoleżerowie przełamali pozycje hiszpańskie i otworzyli armii napoleońskiej drogę na Madryt, Napoleon podsumował to krótko: „Dla moich Polaków nie ma rzeczy niemożliwych”. 2 grudnia 1808 r., na postoju w okolicach Madrytu, Napoleon podyktował treść XIII Biuletynu Armii. Ku zaskoczeniu „swoich Polaków” główną zasługę w przełamaniu obrony hiszpańskiej pod Somosierrą oddał nie płk. Kozietulskiemu, ale gen. Montbrunowi, który przecież nie chciał tam w ogóle atakować i który notabene zakończył swoje życie 7 września 1812 r. prowadząc fatalną szarżę kawalerii francuskiej w bitwie pod Borodino.

Ale nawet to nie zachwiało wiarą w Napoleona tych Polaków, którzy przy nim stali. Wiarą tzw. orientacji francuskiej nie zachwiała ani tragedia Legionów Polskich, które Napoleon wysłał w 1803 r. na zagładę w walce z antyfrancuskim powstaniem niewolników murzyńskich na Haiti (wówczas San Domingo), ani podarowanie Polakom przez cesarza Francuzów kadłubowego i marionetkowego Księstwa Warszawskiego, ani używanie wojsk polskich do ujarzmienia Hiszpanii. Wierni mu Polacy stali przy nim do końca. Osłaniając odwrót z Rosji resztek Wielkiej Armii podczas dramatycznej bitwy nad Berezyną (26-29 listopada 1812 r.), w Bitwie Narodów pod Lipskiem (16-19 października 1813 r.), czy podczas zesłania na Elbie, gdzie Napoleonowi towarzyszył szwadron polskich szwoleżerów rotmistrza (późniejszego generała) Jana Jerzmanowskiego, który walczył także pod Waterloo.

Polska wiara w Napoleona została uwieczniona w drugiej zwrotce „Mazurka Dąbrowskiego”. Wyznawcy orientacji francuskiej mieli nadzieję, że zwycięstwo Napoleona nad Rosją doprowadzi do wskrzeszenia Polski przedrozbiorowej. Tak się nie stało. Ale czy tylko z powodu klęski Wielkiej Armii w Rosji? Czy na Wyspie św. Heleny Napoleon pomyślał o tym, że jedną z przyczyn jego klęski mogło być instrumentalne traktowanie sprawy polskiej i lekceważenie polskich nadziei? Po rozpoczęciu inwazji Wielkiej Armii na Rosję w czerwcu 1812 r. do prawie 100 tys. wojsk polskich pod dowództwem księcia Józefa Poniatowskiego dołączyło 20 tys. polskich ochotników z Litwy. Ilu więcej mogłoby dołączyć, gdyby po wkroczeniu Wielkiej Armii do Wilna Napoleon ogłosił odnowienie Królestwa Polskiego? Czy pomyślał on o tym, że te co najmniej kilkadziesiąt tysięcy polskich bagnetów i szabel więcej mogło przechylić szalę na stronę francuską w nierozstrzygniętej bitwie pod Borodino (5-7 września 1812 r.)?

Ostatecznie Królestwo Polskie wskrzesił nie Napoleon, ale car Aleksander I. W 1815 r. na mapie Europy pojawiło się Królestwo Polskie, okrojone terytorialnie i pozostające w unii dynastycznej z Rosją. Na decyzję Aleksandra I o jego utworzeniu wpłynęło m.in. to, że po klęsce wojsk napoleońskich w 1812 r. książę Józef Poniatowski dotrzymał z resztkami swojego wojska wierności Napoleonowi. Imperator Rosji wyciągnął z tego wniosek, że wojsko polskie będzie wierne także jemu jako królowi Polski. Zatem polska wierność Napoleonowi, przez wielu uważana za bezmyślną, opłaciła się politycznie. Polska krew przelana w wojnach napoleońskich nie poszła na marne, a to, że szansa jaką było Królestwo Polskie z 1815 r. została później zmarnowana przez politykę polską jest tematem na odrębny artykuł.

Po wejściu Wielkiej Armii do Wilna w czerwcu 1812 r. przedstawiono Napoleonowi profesorów tamtejszego uniwersytetu. Podobno, gdy przedstawiano mu prof. Euzebiusza Słowackiego (ojca wieszcza Juliusza Słowackiego) i poinformowano, że jest to profesor literatury polskiej (faktycznie kierownik Katedry Wymowy i Poezji) Napoleon miał zapytać: „To Polacy mają literaturę?”. Jeśli zdarzenie to rzeczywiście było prawdziwe, można z niego wyciągnąć wniosek, że oparty na ignorancji i lekceważeniu stosunek Zachodu do Polski miał miejsce także ponad 200 lat temu. Jest więc już zatem pewną tradycją polityczną.

„Jeżeli już macie pić, to pijcie jak Polacy”, „Pijcie jak Polacy, ale bądźcie równie dzielni jak oni” – te, potwierdzone już źródłowo, wypowiedzi Napoleona też pokazują jak postrzegał on „swoich wiernych Polaków”. Wielu historyków i publicystów twierdzi, że Napoleon Polaków cynicznie oszukał, że wykorzystywał polskie nadzieje i polską krew. Trzeba jednak obiektywnie stwierdzić, że chociaż nie odbudował Polski i nie miał takiego zamiaru, to tworząc w 1807 r. Księstwo Warszawskie zapoczątkował długi i dramatyczny proces odbudowy polskiej państwowości. Nadając Księstwu Warszawskiemu konstytucję wzorowaną na francuskich rozwiązaniach ustrojowych, znosząc w Księstwie Warszawskim poddaństwo chłopów i wprowadzając Kodeks Napoleona przyspieszył też proces przejścia od feudalizmu do kapitalizmu na ziemiach polskich.

A napoleoński amok Polaków? Cóż, jest on widać polską urodą. Jego echa pobrzmiewały w naiwnej wierze przyjścia z pomocą przez Francję bezsensownym polskim powstaniom w 1830 i 1863 r. i w ogóle w szeroko rozumianej polskiej w wierze w Zachód w XIX i XX w., która nie znalazła odwzajemnienia, tak jak i wiara w Napoleona. Mimo to wiara w Zachód (symbolizowany współcześnie już nie przez Francję, ale USA) trwa w Polsce do dzisiaj i wydaje się niezłomna.

Oceniając Napoleona historyk Marceli Handelsman (1882-1945) napisał: „Prawdziwe znaczenie Napoleona polega na tym, iż on dopiero umożliwił i przyspieszył rozwój narodów XIX stulecia. (…) był także i u nas wskrzesicielem życia narodowego przez instytucje, które narzucił, przez rolę, jaką w duszy zbiorowej narodu odegrał. Stworzył warunki wewnętrzne, organizacyjne, oraz zewnętrzne, polityczne, w których odrodzony naród mógł wzmocnić swą świadomość, zespolić się i zjednoczyć, mógł rzucić podwaliny pod dalszy swój byt duchowy i w czynie zamknąć dowody swej żywotności”. Oczywiście można się z tą opinią nie zgodzić, ale na historię trzeba zawsze patrzeć w sposób wyważony i nawet oceniając negatywnie napoleoński amok Polaków należy unikać ocen czarno-białych.

W tym kontekście warto przypomnieć jeszcze jedną wypowiedź Napoleona: „Historia jest wersją przeszłych wypadków, na którą ludzie zdecydowali się zgodzić”. Powiedział on jednak również: „Aby pisać historię, trzeba być więcej niż człowiekiem, ponieważ autor trzymający pióro wielkiego sędziego powinien być wolny od wszelkich uprzedzeń, interesów lub próżności”.

Bohdan Piętka

6 lipca 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 23-24 (2347/2348), 6-13.06.2021, s. 14

Trzecie powstanie śląskie

W tym roku przypada setna rocznica trzeciego powstania śląskiego. Powstanie to jest uważane za jedno z pięciu lub sześciu (jeśli uznamy obronę Lwowa w 1918 r. za powstanie) zwycięskich powstań polskich, obok powstań wielkopolskich z 1806 i 1918 r., powstania sejneńskiego z 1919 r. i drugiego powstania śląskiego z 1920 r. Trzecie powstanie śląskie zakończyło proces odbudowy polskiej państwowości po pierwszej wojnie światowej. Zryw ten wpisywał się w zupełnie inną koncepcję geopolityczną niż ta, którą realizowano w latach 1919-1920 i w całym okresie II Rzeczypospolitej. Wpisywał się mianowicie w ideę odzyskania dawnych ziem piastowskich na zachodzie, które Polska straciła w średniowieczu na rzecz Czech i Brandenburgii i które później zostały przejęte przez Królestwo Prus i utworzoną w 1871 r. Rzeszę Niemiecką.

Ta idea mogła zostać zrealizowana w pełni dopiero po 1945 r., ale powstanie wielkopolskie z 1918 r. i trzy powstania śląskie z lat 1919-1921 były pierwszym krokiem do powrotu Polski na dawne ziemie piastowskie. Krokiem tym bardziej zasługującym na przypomnienie, że podjętym w niesprzyjających warunkach politycznych. Klęska Niemiec w pierwszej wojnie światowej, chociaż znacznie osłabiła to państwo, nie była klęską zupełną. Spośród zwycięskich mocarstw postawę proniemiecką na paryskiej konferencji pokojowej zajęła Wielka Brytania. Rząd brytyjski był zdecydowanie przeciwny dalszemu osłabianiu powojennych Niemiec, a tym samym daleko idącym cesjom terytorialnym na rzecz Polski. Bardziej przychylna polskim postulatom terytorialnym była Francja, zmierzająca – w przeciwieństwie do Londynu – do trwałego osłabienia potencjału Niemiec. Ale i przychylność francuska nie szła tak daleko, by w ramach traktatu wersalskiego możliwa była całkowita realizacja polskich postulatów terytorialnych dotyczących np. Górnego Śląska, Gdańska, czy Warmii i Mazur.

Ta sytuacja międzynarodowa rzutowała na położenie odbudowującego się po 1918 r. państwa polskiego i podjętą wtedy przez Józefa Piłsudskiego i jego otoczenie decyzję odzyskania wschodnich ziem Polski przedrozbiorowej. Dlatego odradzające się państwo polskie zaangażowało się militarnie na wschodzie, najpierw w walki z nacjonalistami ukraińskimi w Galicji Wschodniej i idącymi na zachód wojskami bolszewickimi, a potem w realizację idei federacyjnej Józefa Piłsudskiego. Idei utopijnej, przede wszystkim ze względu na zbyt słaby potencjał Polski oraz brak entuzjazmu dla odbudowy Polski jagiellońskiej ze strony nacjonalistów ukraińskich, białoruskich i litewskich. Tego jednakże w obozie piłsudczykowskim, a potem w ruchu prometejskim nie dostrzegano, a zwycięstwo nad bolszewikami w dramatycznej kampanii 1920 r. tylko utwierdziło to środowisko w przekonaniu o słuszności idei terytorialnego zwrócenia Polski na wschód.

Takie ukierunkowanie przez obóz piłsudczykowski głównego wysiłku polskiego spowodowało rozgoryczenie wśród środowisk politycznych będących wtedy prekursorami myśli zachodniej. Rozgoryczeniu temu dawał wielokrotnie wyraz po przewrocie majowym 1926 r. Wojciech Korfanty (1873-1939). W „Odezwie do ludu śląskiego” z grudnia 1927 r. Korfanty pisał: „Gdyśmy tu [na Śląsku] walczyli o każdą piędź ziemi polskiej, która więcej jest warta niż całe powiaty na Rusi, odpowiedzialni sternicy naszego państwa szukali szczęścia i sławy pod Kijowem, by później bronić Polski przed bolszewikami aż pod bramami Warszawy”. Poszedł jeszcze dalej i w tej samej „Odezwie” tak podsumował orientację proniemiecką piłsudczyków z okresu pierwszej wojny światowej: „Gdy tak walczyłem o przyłączenie b. zaboru pruskiego do niepodległej Polski, ci, którzy mnie dziś usiłują zdeptać i zmarnować moralnie i materialnie, przybywali do Berlina zapewniać rząd niemiecki, że wyrzekają się Górnego Śląska, Poznańskiego i Pomorza. A inni w pisemkach wydawanych w Szwajcarii denuncjowali mnie i innych Polaków u rządu niemieckiego, że służę entencie”.

Jeszcze mocniej w te same tony co w „Odezwie” z 1927 r. Korfanty uderzył w artykule „Frontem na Zachód”, opublikowanym w dzienniku „Polonia” z 4 grudnia 1933 r., gdzie napisał: „Gdyśmy walczyli o zbieranie ziem polskich na zachodzie, gdyśmy zmagali się o posuwanie polskich słupów granicznych jak najdalej na zachód, to ci, którzy dziś w Polsce mają głos decydujący, zamiast skierować wszystkie siły narodu na zachód, skierowali je na wschód i szukali u bram Kijowa szczęścia i chwały. Nie rozumieli tego, że jeden powiat na zachodzie, gdzie ziemia jest polska i lud jest polski, więcej dla nas jest warty niż całe województwo na wschodzie. Nieliczni obszarnicy polscy istoty Polski nie reprezentowali”.

Oczywiście Korfanty nie do końca miał rację, ponieważ po 1918 r. nie było warunków geopolitycznych, by „skierować wszystkie siły narodu na zachód”. Polska weszłaby w konflikt nie tylko z Niemcami, ale z mocarstwami Ententy, zwłaszcza z proniemiecką od zawarcia rozejmu w Compiégne Wielką Brytanią. Miał natomiast rację w ocenie awanturnictwa i braku realizmu tzw. wyprawy kijowskiej z 1920 r., która w konsekwencji ściągnęła ofensywę bolszewicką na Warszawę, co o mało nie doprowadziło do katastrofy świeżo odzyskanej państwowości, zaprzepaściło polskie szanse na Warmii i Mazurach oraz utrudniło walkę o odzyskanie Górnego Śląska. Miał też Korfanty rację twierdząc, że interesy obszarników polskich z Kresów Wschodnich nie były tożsame z interesem narodu polskiego. W tych słowach dyktator trzeciego powstania śląskiego zwrócił uwagę na niezrozumienie przez elity polityczne II Rzeczypospolitej polskiej myśli zachodniej, rodzącej się u zarania XX wieku w kręgach narodowych i konserwatywnych.

Polska obejmująca obszerne terytorialnie, ale słabo rozwinięte gospodarczo, pozbawione większego przemysłu, oparte na zacofanym rolnictwie i do tego wielonarodowościowe ziemie wschodnie konserwowała półfeudalną strukturę społeczno-gospodarczą, która w znaczący sposób utrudniała modernizację odzyskanego po 123 latach zaborów państwa. Tylko Polska zwrócona na zachód, w kierunku ziem dobrze rozwiniętych gospodarczo, w tym znacząco już uprzemysłowionych, miała szansę na modernizację. Dlatego właśnie jeden powiat na Górnym Śląsku, w Wielkopolsce, czy na Pomorzu, był więcej wart niż całe województwo za Bugiem. Realizacja takiej wizji stała się możliwa dopiero w zmienionych warunkach geopolitycznych i wymianie ludności dawnych ziem piastowskich po 1945 r. Wtedy zniknęła Polska zwrócona od wieków na wschód i skonfliktowana przez to ze Słowianami wschodnimi, a w granicach Polski piastowskiej powstało państwo monoetniczne.

Takiego obrotu sprawy zapewne nie wyobrażali sobie ćwierć wieku wcześniej twórcy polskiej myśli zachodniej – Bernard Chrzanowski, Roman Dmowski i Wojciech Korfanty. Jednakże to oni byli prekursorami koncepcji terytorialnej, którą w 1945 r. zrealizowała lewica komunistyczna. Z późniejszej perspektywy powstanie wielkopolskie z 1918 r. i trzy powstania śląskie były początkiem realizacji idei Polski piastowskiej. Na tym właśnie polega ich doniosłość.

Bezpośrednią przyczyną wybuchu trzeciego powstania śląskiego był niekorzystny dla Polski rezultat plebiscytu z 20 marca 1921 r. Powstanie, jako opcję na wypadek zwycięstwa zwolenników pozostawienia Górnego Śląska w granicach Niemiec, planowano jeszcze przed plebiscytem. Podobne działania planowała także strona niemiecka na wypadek niekorzystnego dla siebie wyniku głosowania. Plebiscyt odbywał się w charakterze terroru stosowanego przez obie strony, a na jego wyniku (59,4% za Niemcami i 40,3% za Polską) zważyła m.in. możliwość sprowadzenia przez stronę niemiecką wyborców, którzy urodzili się na obszarze plebiscytowym, ale tam nie mieszkali. W tej sytuacji polskie Dowództwo Obrony Plebiscytu przystąpiło do przygotowań powstańczych. Plan powstania został zatwierdzony w kwietniu 1921 r. przez Wojciecha Korfantego. Ośrodkiem organizacyjnym przyszłej armii powstańczej stała się nielegalna Polska Organizacja Wojskowa Górnego Śląska. Zadbano też o współpracę z dowódcami sąsiadujących z Górnym Śląskiem polskich okręgów wojskowych: gen. Kazimierzem Raszewskim w Poznaniu i gen. Stanisławem Szeptyckim w Krakowie.

30 kwietnia 1921 r. Międzysoujsznicza Komisja Rządząca i Plebiscytowa na Górnym Śląsku przedstawiła Radzie Najwyższej Głównych Mocarstw Sprzymierzonych i Stowarzyszonych plany podziału obszaru plebiscytowego. Plan francuski zakładał podział Górnego Śląska wzdłuż tzw. linii Le Ronda, pokrywającej się z tzw. linią Korfantego (Polsce miała przypaść wschodnia cześć Górnego Śląska wraz z okręgiem przemysłowym). Natomiast plan brytyjsko-włoski, czyli podział wzdłuż tzw. linii Percival-De Marinis – zakładał przyznanie Polsce jedynie południowo-wschodnich terenów rolniczych i części powiatu katowickiego (cały obszar przemysłowy miał przypaść Niemcom).

Rząd polski przewidywał wybuch powstania i dlatego premier Wincenty Witos zakazał Korfantemu podejmowania akcji zbrojnej. Kiedy jednak Komisja Międzysojusznicza poparła projekt brytyjsko-włoski, czyli przyznanie Niemcom trzech czwartych obszaru plebiscytowego, polscy robotnicy rozpoczęli 2 maja 1921 r. strajk generalny w kopalniach i hutach, a w nocy z 2 na 3 maja 1921 r. wybuchło największe, trzecie powstanie śląskie.

Działania bojowe rozpoczęły się 3 maja o godz. 2:00. Wtedy m.in. oddział powstańczy pod dowództwem Tadeusza Puszczyńskiego-Wawelberga przeprowadził tzw. akcję „Mosty”, wysadzając w powietrze mosty kolejowe na Odrze. W ten sposób przerwano połączenia kolejowe pomiędzy Górnym Śląskiem a Niemcami. Na czele powstania stanęła Rada Naczelna z Wojciechem Korfantym jako dyktatorem. Jego najbliższymi współpracownikami byli m.in. Paweł Kempka, Konstanty Wolny i Józef Rymer. Dowództwo Naczelnej Komendy Wojsk Powstańczych objął ppłk Maciej Mielżyński, a od 6 czerwca ppłk Kazimierz Zenkteller. Siedzibą obu tych organów były Szopienice.

Liczebność sił powstańczych wyniosła około 50 tys., z czego około 40 tys. stanowili miejscowi Górnoślązacy identyfikujący się z Polską. Większość oficerów pochodziła jednak spoza Górnego Śląska, głównie z Zagłębia Dąbrowskiego, Wielkopolski i Małopolski. Ogółem w wojskach powstańczych walczyło około 700 oficerów, 1300 podoficerów i 7000 szeregowych Wojska Polskiego, a także kilka tysięcy ochotników z Polski. Powstańcy otrzymali też z Polski zaopatrzenie w postaci m.in. 40 tys. karabinów, 100 karabinów maszynowych, 7 pociągów pancernych, 50 dział polowych i kilkadziesiąt milionów sztuk amunicji.

Walki toczyły się w czterech fazach. W fazie pierwszej (do 10 maja) opanowano obszar zakreślony tzw. linią Korfantego. W fazie drugiej (11-20 maja) przystąpiono do obrony opanowanego obszaru. W fazie trzeciej (21 maja-6 czerwca) nastąpiła kontrofensywa niemiecka. Doszło wtedy do przegranej przez powstańców bitwy o Górę św. Anny (21-26 maja 1921 r.) i wygranej przez powstańców bitwy pod Olzą (23 maja 1921 r.). Ogromnym wysiłkiem powstańcy nie dopuścili do przerwania linii frontu oraz wtargnięcia sił niemieckich na obszar przemysłowy. W fazie czwartej (7-24 czerwca) nastąpiło przerwanie walk i rozpoczęcie pertraktacji polsko-niemieckich przy pośrednictwie alianckim. Straty polskie wyniosły co najmniej 1721 zabitych.

Rozejm zawarto 5 lipca 1921 r. Rząd polski oficjalnie odciął się od odpowiedzialności za powstanie. 12 października 1921 r. Międzysoujsznicza Komisja Rządząca i Plebiscytowa podjęła korzystniejszą dla Polski decyzję o podziale Górnego Śląska. II Rzeczypospolitej przyznano jedną trzecią obszaru plebiscytowego, na którym znajdowało się 50% hutnictwa i 75% kopalń węgla. Miało to ogromne znaczenie dla bytu gospodarczego odrodzonej Polski. Rada Ambasadorów zaakceptowała tę decyzję 20 października 1921 r. Osiem miesięcy później – 20 czerwca 1922 r. – wojska polskie pod dowództwem gen. Stanisława Szeptyckiego i gen. Kazimierza Horoszkiewicza przekroczyły granicę pod Szopienicami i wkroczyły na wschodni Górny Śląsk. Witały ich tłumy mieszkańców, którzy ustawili kilkadziesiąt bram triumfalnych. Zajmowanie przyznanego Polsce obszaru zakończyło się 4 lipca. Komisja Międzysojusznicza przekazała na nim władzę zarządzającą państwu polskiemu 14 lipca 1922 r.

Wojciech Korfanty tak podsumował trzecie powstanie śląskie w „Odezwie do ludu śląskiego” z 1927 r.: „Bez dostatecznych środków pieniężnych, bez wystarczającej aprowizacji, mimo nacisku ze strony rządu polskiego, by powstanie natychmiast likwidować, zdołałem je podtrzymać przez kilka miesięcy, a co nie mniej ważne, zdołałem utrzymać w ruchu wszystkie warsztaty pracy i mimo toczących się walk zapewnić ludności pracę i chleb. Gdy niedołężni wojskowi przywódcy powstania przegrali bitwę pod Górą św. Anny i linie powstania się załamywały, gdy dobrze zorganizowani Niemcy pod wodzą doświadczonych generałów tak na szeregi powstańców napierali, że w 48 godzinach mogliby stanąć w Mysłowicach, ja robotą dyplomatyczną wobec Komisji Międzysojuszniczej doprowadziłem do zawieszenia broni i rozejmu i uratowałem nie tylko powstańców, lecz całą sytuację”.

Bohdan Piętka

6 lipca 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 19-20 (2343/2344), 9-16.05.2021, s. 18

Świerczewski a geopolityka

29 marca br. proukraiński portal Kresy24.pl zamieścił wypowiedź Roberta Czyżewskiego – historyka i dyrektora Instytutu Polskiego w Kijowie, która pierwotnie ukazała się na jego profilu na Facebooku. Zacytuję ją w całości.

Rocznica śmierci Karola Świerczewskiego. To odpowiednia rocznica, żeby dotknąć (nie rozwiązać – ale dać pretekst do refleksji) problem najbardziej jątrzący w polsko-ukraińskich relacjach historycznych. Wydarzenia lat wojennych i powojennych… Nawet nazwać ich nie można nie natykając się na ataki – możemy tyko wybrać z której strony chcemy i jak silnie oberwać…” – pisze Robert Czyżewski.

I dalej: „Karol Świerczewski był urodzony w Warszawie, ale od młodzieńczych lat przebywał w Rosji i na trwałe związał się z budową systemu komunistycznego – chyba był w tym szczery. Jego droga to: walki z »białymi« podczas wojny domowej w Rosji, wojna 1920 po sowieckiej (oczywiście) stronie, wojna domowa w Hiszpanii – gdzie go oddelegowano z Armii Czerwonej. Gdy Stalin rozpoczął budowę komunistycznej Polski, Świerczewski został »polskim« generałem.

Pod koniec wojny dowodził 2. Armią Wojska Polskiego (oczywiście „Ludowego”). Był jednym z najwyższych oficjeli kształtującej się komunistycznej Polski – wiceminister Obrony Narodowej (w wojsku był drugą osobą po Roli-Żymierskim, nie licząc oczywiście Rokossowskiego, którego formalnie »spolonizowano« później).

28 marca 1947 roku podczas inspekcji garnizonów w południowo-wschodniej Polsce zginął w zasadzce zorganizowanej przez UPA. Dziwne różnice w szczegółach dotyczących jego śmierci są tu nieistotne. Jego śmierć stała się pretekstem do »Akcji Wisła« – deportacji ludności ukraińskiej żyjącej na terenach południowo-wschodniej Polski.

Świerczewski (generał »Walter«), był kluczową postacią PRL. Mitologizowany i opiewany w poezji, stał się patronem szkół, ulic i placów, jego wizerunek zdobił banknoty, a w tle propagandy byli jego zabójcy.

Na miejscu jego śmierci, w Jabłonkach, ustawiono monument. Trwał długo. Rozebrany został ostatecznie … 3 lata temu, między innymi na skutek działań polskiego IPN (warto by o tym na Ukrainie pamiętać). We wzajemnych relacjach historycznych, ważna jest nie przeszłość, ale pamięć o niej. Co chcemy pamiętać (czy precyzyjniej upamiętniać), a jaką pamięć (upamiętnienie) odrzucamy. Odrzucenie przez Wolną Polskę tej pamięci było dobrym krokiem – choć jestem pewien, że zjawią się tacy dla których będzie to krok niewystarczający. Zaklinam jednak wszystkich krytyków polskiej polityki historycznej, aby choćby milcząco przyznali: »Tak. To był dobry ruch«”.

Na osobę Roberta Czyżewskiego zwrócił rok temu uwagę – uważany przez niektóre media obozu władzy za „prorosyjski” (tzn. krytyczny wobec polityki wschodniej III RP) – portal Kresy.pl. W zamieszczonym na tym portalu 25 czerwca 2020 r. tekście pt. „Namawiał do akceptacji pomników Bandery – został szefem Instytutu Polskiego w Kijowie” czytamy: „Robert Czyżewski, chwalący się ukraińskimi korzeniami, dotychczasowy szef Fundacji Wolność i Demokracja, został mianowany przez MSZ na ważne stanowisko dyplomatyczne. Wcześniej przekonywał, że »nie jest tak, że współczesna Ukraina, wybierając banderowską tożsamość, wybiera antypolskość«. Twierdził także, że Polacy powinni »odpuścić« ws. pomników Bandery. Czyżewski jest wnukiem Hryhorija Czyżewskiego, ministra spraw wewnętrznych Ukraińskiej Republiki Ludowej i pułkownika Armii URL, a także prawnukiem Pawła Czyżewskiego, ministra Rządu URL na Emigracji. (…) Z wykształcenia Czyżewski jest historykiem. W latach 1993-2000 działał w Lidze Republikańskiej. Pracował jako nauczyciel w jednym z liceów w Warszawie. Przez kilkanaście lat prowadził programy wymiany młodzieżowej ze szkołami z Ukrainy. Był też współorganizatorem konferencji i wystaw poświęconych historii relacji polsko-ukraińskich, W 2016 roku Czyżewski (…) odnosząc się w rozmowie z »Kurierem Galicyjskim« do kwestii narastającego wówczas sceptycyzmu ws. bezwarunkowego wspierania Ukrainy i postawy Polski jako »sojusznika za darmo« zaznaczył, że Ukraina prowadzi wojnę. Zaznaczył przy tym, że Polacy pierwszy raz nie są na pierwszej linii »i za to warto płacić naprawdę sporo«. Przywołał słowa publicysty (»dużego kalibru« – jak go określił) Piotra Skwiecińskiego (obecnie dyrektora Instytutu Polskiego w Moskwie), który powiedział, że »dla Polski lepiej jest, żeby w Kijowie rządzili nie tylko banderowcy, ale nawet sam Bandera, niż odbudowa imperium«. Zdaniem Czyżewskiego, było to bardzo mądre zdanie”.

Oba powyższe cytaty wiele mówią o obecnym obozie władzy oraz o tym jacy ludzie w tymże obozie władzy kształtują polską politykę wschodnią oraz politykę historyczną. Na tym można byłoby zakończyć, ponieważ polemika z tezami zaprezentowanymi przez dyrektora Instytutu Polskiego w Kijowie nie ma sensu. Jednak nie można się powstrzymać przed wyrażeniem paru uwag.

Nie będę wchodził w ocenę postaci Karola Świerczewskiego i operacji „Wisła”, ponieważ już to co najmniej parę razy uczyniłem. Pragnę tylko przypomnieć, że Świerczewski nie jest jedyną postacią związaną z wydarzeniami lat 1944-1947 na Rzeszowszczyźnie, którą poddano po 2015 r. „dekomunizacji”. Uczyniono to także z pomnikiem 31 żołnierzy polskich zamordowanych przez UPA 1 kwietnia 1947 r. w Łubnem pod Baligrodem oraz innymi upamiętnieniami polskich żołnierzy i milicjantów na tamtych trenach. Polityka ma to do siebie, że nie znosi próżni. Jeżeli mówimy, że Świerczewski i jego żołnierze byli źli i nie mieli racji, to historyczną rację przyznajemy ich przeciwnikom z UPA. Taki jest polityczny sens i skutek „dekomunizacji” Świerczewskiego i jego żołnierzy. Dlatego dzisiaj na Podkarpaciu nie ma ich pomników, ale stoi tam zbudowany przez państwo polskie pomnik UPA na górze Monasterz koło Werchraty w gminie Horyniec-Zdrój (powiat lubaczowski).

To oczywiście zdaniem Roberta Czyżewskiego bardzo dobrze, bo – jak sam stwierdził – „nie jest tak, że współczesna Ukraina, wybierając banderowską tożsamość, ku naszej rozpaczy, wybiera antypolskość” i dlatego Polacy powinni „odpuścić” sobie pomniki Bandery, a wtedy być może Ukraińcy „odpuszczą” sobie pomniki Kłyma Sawura (Dmytro Kłaczkiwskiego). Otóż jest to pogląd absolutnie fałszywy. Banderyzm jako twór historyczno-polityczny, na którym obecna Ukraina buduje swoją tożsamość, może być przyjęty albo odrzucony tylko całościowo. Nie ma trzeciej możliwości. W pakiecie z Banderą i Doncowem otrzymujemy zawsze Kłaczkiwskiego, Szuchewycza, Stećkę, Łebedzia i resztę. Nie można tu sobie wybrać żadnej cegiełki, bo wszystkie są takie same i wszystkie tworzą budowlę u fundamentów której jest antypolskość. Albowiem skrajna antypolskość była ideą przewodnią nacjonalizmu ukraińskiego w latach 30-tych i 40-tych XX wieku i doprowadziła w konsekwencji do ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Taka jest prawda i nie da się jej zmienić, choćby Robert Czyżewski nie wiem jak próbował ją zaczarować.

Nasuwa się pytanie, skoro rzekomo polską racją stanu było usunięcie pomnika Świerczewskiego w Jabłonkach jako gest dobrej woli wobec Ukrainy, to jak Ukraina na ten gest dobrej woli odpowiedziała? Odpowiedziała pomnikami zbrodniarzy z OUN, UPA i dywizji SS „Galizien”, których dziesiątki zdobią miasta i miasteczka dawnych polskich Kresów południowo-wschodnich. Acha! „Ukraińcy są na pierwszej linii frontu i za to warto płacić naprawdę sporo” – odpowie tutaj Robert Czyżewski.

Problem z polską polityka wschodnią i ludźmi ją kształtującymi nie polega na tym, że jest to polityka proukraińska i antyrosyjska, wpisująca się przy tym w cele geopolityczne USA, ale na tym, że jest to polityka oparta na całkowicie fałszywych przesłankach.

Twierdzi się, że polityka ta ma swoje korzenie w koncepcjach Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego. Nic bardziej błędnego. Giedroyć i Mieroszewski uważali co prawda, że Polska powinna odgrodzić się od Rosji czymś w rodzaju „strefy buforowej” i dlatego powinna wspierać niepodległość Ukrainy, Białorusi i Litwy, ale gdyby w tych państwach doszły do głosu tendencje nacjonalistyczne (czyli antypolskie), to powinna zawrzeć przeciw nim taktyczny sojusz z Rosją. Co z myślą Giedroycia i Mieroszewskiego zrobili wykonawcy polityki wschodniej III RP, widać na powyższym przykładzie.

Dzisiaj są oni nie tyle wykonawcami, co biernymi narzędziami geopolityki amerykańskiej, na którą nie mają jakiegokolwiek wpływu. Pozostaje im tłumaczenie sobie i opinii publicznej, że to jest dobre i słuszne. Popadają przy tym w coraz większe absurdy, które prowadzą nawet do postulatów akceptacji ukraińskiej polityki historycznej, czyli przejścia do porządku dziennego nad ludobójstwem wołyńsko-małopolskim. Leszek Sykulski w jednym ze swoich programów na YouTube zauważył, że celem geopolityki amerykańskiej na obszarze Europy Wschodniej jest wyparcie wpływów Rosji z państw poradzieckich. W wypadku Ukrainy oznacza to korelację celów amerykańskich z celami nacjonalistów ukraińskich. Dlatego po 2004 i 2014 r. nastąpił w tym państwie tak prężny renesans nacjonalizmu ukraińskiego. Z kolei celem geopolityki rosyjskiej – zdaniem Sykulskiego – jest ograniczenie wpływów nacjonalizmu ukraińskiego do obszaru zachodniej Ukrainy, czyli przedwojennych polskich Kresów południowo-wschodnich.

Obie te geopolityki są dla Polski groźne ze względu na występujący w nich czynnik nacjonalizmu ukraińskiego i to tuż przy polskiej granicy południowo-wschodniej. Ponadto cechą polityki amerykańskiej jest jej nieprzewidywalność. Amerykanie mogą w najbardziej nieprzewidywanym momencie porzucić Ukrainę swojemu losowi, tak jak porzucili Wietnam, Irak, a teraz Afganistan. Mogą to swobodnie zrobić, bo nie oni graniczą z Ukrainą i nie oni będą ponosić konsekwencje politycznego zdemolowania tego kraju. USA są przy tym daleko, a Rosja blisko i odbudowa normalnych relacji z Rosją – rujnowanych teraz w imię bezalternatywnego wspierania polityki amerykańskiej – może być niezwykle trudna. Zamiast to dostrzec, wykonawcy polskiej polityki wschodniej karmią się coraz bardziej absurdalnymi i fałszywymi mirażami.

Bohdan Piętka

6 lipca 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 17-18 (2341/2342), 25.04-2.05.2021, s. 12

Stadion w Tarnopolu

5 marca 2021 r. – w 71-ą rocznice śmierci Romana Szuchewycza – rada miejska Tarnopola nazwała stadion miejski jego imieniem. „Głównodowodzący UPA był nie tylko wzorowym dowódcą, ale także dobrym sportowcem i liderem w wielu dyscyplinach sportowych. A właśnie teraz w Tarnopolu odbywają się XI zawody sportowo-patriotyczne o puchar Szuchewycza” – powiedział mediom po posiedzeniu rady miejskiej mer Tarnopola Serhij Nadał z neobanderowskiej partii Swoboda.

Renesans nacjonalizmu ukraińskiego nie jest bynajmniej nowością. Nastąpił jeszcze po tzw. pomarańczowej rewolucji z 2004 r. – gorąco wspieranej i przez Aleksandra Kwaśniewskiego, i Adama Michnika, i braci Kaczyńskich. Najbardziej intensywny stał się na terenach zachodniej Ukrainy – rządzonych przez epigonów OUN i UPA, głównie z Ogólnoukraińskiego Zjednoczenia Swoboda, pierwotnie występującego pod nazwą Socjal-Narodowa (czyli Narodowosocjalistyczna) Partia Ukrainy. Sam Tarnopol jest jednym z najbardziej zbanderyzowanych miast dawnej Galicji Wschodniej. Oprócz pomników Bandery i innych postaci nacjonalizmu ukraińskiego jest tam np. ulica 14. dywizji Waffen-SS „Galizien”. W rocznice urodzin i śmierci Bandery czy Szuchewycza, utworzenia UPA czy dywizji „Galizien”, w mieście tym wywiesza się czerwono-czarne flagi banderowskiej frakcji OUN. Ale podobnie jest w wielu innych miastach Ukrainy, już nie tylko zachodniej.

Tym razem jednak na to, co od wielu lat jest tam normą ponownie zareagował ambasador Izraela w Kijowie Joel Lion, notabene z wykształcenia historyk. Wydał on 9 marca oświadczenie, w którym przypomniał kim był Roman Szuchewycz zanim został dowódcą UPA. „Zdecydowanie potępiamy decyzję rady miejskiej Tarnopola o nadaniu Stadionowi Miejskiemu imienia niesławnego hauptmana z SS Schutzmannschaft 201 (jednostce uczestniczącej w zagładzie Żydów – uzup. BP) i domagamy się natychmiastowego unieważnienia tej decyzji” – napisał w oficjalnym oświadczeniu ambasador Izraela.

Odważne i bezkompromisowe oświadczenie ambasadora Liona prawdopodobnie wymusiło reakcję ambasady polskiej. 10 marca ambasador Bartosz Cichocki odwołał planowaną wcześniej wizytę w Tarnopolu i wystosował list do miast partnerskich Tarnopola w Polsce, w którym poinformował, że „ofiary Szuchewycza i jego podwładnych w dalszym ciągu nie mogą liczyć na chrześcijański pochówek na terytorium współczesnej Ukrainy”. Żeby tylko pochówek! Nie mogą liczyć na cokolwiek, ponieważ zbrodnie OUN i UPA są na współczesnej Ukrainie negowane jako „sowiecka propaganda”, o czym strona polska wie przecież doskonale. Osobny list ambasador Cichocki napisał do szefa państwowej administracji obwodu tarnopolskiego Wołodymyra Trusza. Usprawiedliwił się w nim, że po decyzji radnych Tarnopola z 5 marca „nie miał innego wyjścia niż zrezygnowanie z wizyty”, a decyzję w tej sprawie podjął „z wielkim żalem”.

Dalej ambasador Cichocki wyraził nadzieję na „rozwiązanie problemów tożsamościowych” poprzez dialog władz Polski i Ukrainy. Gloryfikacja zbrodniarzy banderowskich i kolaborantów hitlerowskich oraz negacja ich zbrodni – to są zdaniem polskiego ambasadora „problemy tożsamościowe”. Przecież pan ambasador doskonale wie, że żadnego dialogu z Ukrainą w sprawie „problemów tożsamościowych” nie będzie, ponieważ Kijów nie uważa jakoby miał jakieś problemy ze swoją polityką historyczną. Dowiodły tego chociażby ubiegłoroczne, zakończone całkowitym fiaskiem, rozmowy polskiego IPN ze swoim ukraińskim odpowiednikiem w sprawie ekshumacji szczątków ofiar ludobójstwa OUN i UPA na Wołyniu. Chyba, że dialog w sprawie „problemów tożsamościowych” będzie dotyczył postawienia zbrodniarzom z UPA pomników w województwie podkarpackim, bo tylko takim dialogiem strona ukraińska jest zainteresowana.

Dalej ambasador Cichocki stwierdził: „Jesteśmy sąsiadami – zbyt wiele nas łączy, byśmy pozwolili grupie nieodpowiedzialnych polityków zniszczyć dorobek pojednania ostatnich dekad”. W tym jednym zdaniu został zawarty ogromny ładunek treści humorystycznych. Po pierwsze pan ambasador sugeruje, że banderyzacja Ukrainy (nie tylko zachodniej) jest dziełem jakiejś wyizolowanej „grupy nieodpowiedzialnych polityków”. To jest nowa narracja obozu władzy w Polsce, którego propaganda od pewnego czasu podsuwa tezę, że rządząca od wielu lat w dawnej Galicji Wschodniej neobanderowska partia Swoboda jest jakoby „rosyjską agenturą”. Krótko mówiąc – to nie polityka amerykańska spowodowała renesans nacjonalizmu ukraińskiego. Zrobił to podstępny i złowrogi Putin i to on rękami epigonów banderyzmu, będących rzekomo „rosyjskimi agentami”, buduje te pomniki Bandery, Szuchewycza, Kłaczkiwskiego i in., żeby poróżnić Polskę i Ukrainę.

Otóż jest to wierutna bzdura, ponieważ renesans nacjonalizmu ukraińskiego to nie tylko partia Swoboda i nie tylko była Galicja Wschodnia i Wołyń. Na gruncie afirmacji nacjonalizmu ukraińskiego stoją bowiem wszystkie siły polityczne pomajdanowej Ukrainy, oprócz zepchniętych na margines prorosyjskiej opozycji i lewicy. Afirmacja ta ma miejsce na szczeblu państwowej polityki historycznej, oświatowej, naukowej, kulturalnej i zagranicznej. To nie dzieje się tylko na szczeblu Lwowa, Tarnopola, Iwano-Frankiwska (Stanisławowa), Łucka, czy Równego. To dzieje się także na szczeblu władz centralnych w Kijowie. To robił były prezydent Poroszenko, a w jego buty wszedł też szybko (przynajmniej szybciej niż tego oczekiwałem) prezydent Zełenski ze swoją administracją. Upamiętnienia postaci związanych z różnym nurtami nacjonalizmu ukraińskiego są nie tylko we Lwowie i Tarnopolu. Są też w Kijowie, o czym pisałem w poprzednim artykule.

Pan ambasador Cichocki i jego zwierzchnicy w Warszawie doskonale wiedza dlaczego tak się dzieje. Dlatego, że polityka amerykańska, dla realizacji swoich celów w tej części Europy, postanowiła wykreować w 2004 i 2014 r. antyrosyjską Ukrainę. Wykreować antyrosyjską Ukrainę można było tylko poprzez oparcie jej tożsamości polityczno-historycznej na nacjonalizmie ukraińskim, programowo skrajnie antyrosyjskim. Tym tropem poszły kajzerowskie Niemcy i Austro-Węgry w 1917 i 1918 r., tym tropem poszły Niemcy hitlerowskie w 1941 r. i tym tropem poszły Stany Zjednoczone wraz ze swoimi europejskimi sojusznikami w 2004 i 2014 r. Polscy politycy wszystkich orientacji, uczestniczący aktywnie w przewrotach kijowskich w 2004 i 2014 r., mieli, a przynajmniej powinni mieć świadomość jakie skutki pociągnie za sobą wypuszczenie z puszki Pandory nacjonalizmu ukraińskiego – programowo bardziej antypolskiego niż antyrosyjskiego i antyżydowskiego. Ich obecne narzekania na politykę historyczną Ukrainy, rzadko zresztą uzewnętrzniane, są nieszczere i dlatego maskowane nową bajeczką o „rosyjskiej agenturze” (w dyplomatycznej formie „grupie nieodpowiedzialnych polityków”) w partii Swoboda.

A że polska „klasa polityczna” nadal musi wpisywać się w cele amerykańskiej polityki na kierunku rosyjskim, z czego wynika m.in. „strategiczne” wspieranie przez Polskę Ukrainy bez wzajemności, to treść i ton oświadczenia ambasadora Cichockiego były jakże odmienne od treści i tonu oświadczenia ambasadora Liona – przedstawiciela państwa, które realizuje samodzielną politykę zagraniczną, suwerennie wyznaczając jej cele.

To czego nie napisał ambasador Cichocki podał w swoim oświadczeniu polski IPN, przypominając, że Szuchewycz był hitlerowskim kolaborantem i ludobójcą, a jego gloryfikacja „uwłacza pamięci polskich, żydowskich i ukraińskich ofiar ukraińskich nacjonalistów spod znaku OUN-UPA”. Ale to nie jest poziom prowadzenia polityki zagranicznej i nie na tym szczeblu powinno być to oświadczenie.

Nikt zresztą oświadczenia polskiego IPN na Ukrainie nie zauważył. Strona ukraińska odniosła się tylko do oświadczenia ambasadora Izraela. Rzecznik ukraińskiego MSZ Ołeh Nikołenko odpowiedział ambasadorowi Lionowi, że „Zachowanie narodowej pamięci ukraińskiego narodu pozostaje jednym z priorytetów państwowej polityki Ukrainy” oraz, że „dyplomaci powinni pracować nad wzmocnieniem przyjaznych stosunków i wzajemnego szacunku między narodami, a nie na odwrót”. To bezczelne oświadczenie nie powinno nikomu pozostawić wątpliwości na jakim szczeblu politycznym jest na Ukrainie realizowana polityka gloryfikacji i wybielania nacjonalizmu ukraińskiego. Jest to państwowa, centralna polityka. „Grupa nieodpowiedzialnych polityków”, panie ambasadorze Cichocki, jest nie tylko w Tarnopolu, ale przede wszystkim w Kijowie.

Poza tym o jakim „dorobku pojednania ostatnich dekad” napisał pan ambasador Cichocki? Ten „dorobek pojednania” to wymuszony szantażem przez stronę ukraińską pomnik UPA na polskiej ziemi, na górze Monsatyrz koło Werchraty w gminie Horyniec-Zdrój (powiat lubaczowski), oraz zasypane w studniach, na polach i w lasach bezimienne szczątki co najmniej 100 tys. polskich ofiar, które zginęły od banderowskich siekier, noży i wideł. Ten „dorobek pojednania” to są nieliczne krzyże postawione przez potomków ofiar w miejscach nieistniejących polskich wsi na Wołyniu, przy których władze ukraińskie nie pozwoliły napisać jakie upamiętniają ofiary i kto je zamordował. Od kilku lat zresztą już nawet nie wolno stawiać tam samotnych krzyży.

Ten „dorobek pojednania” to jest nieustanne szyderstwo z ofiar ludobójstwa banderowskiego, jakie płynie z pomajdanowej Ukrainy, która zbrodniarzy postawiła na najwyższym piedestale, negując ich zbrodnie. Ten „dorobek pojednania” to są teorie ukraińskiego IPN o „wojnie chłopskiej” na Wołyniu, wedle których Polacy sami spowodowali swoją zagładę i sami sobie byli winni, ewentualnie teorie – chętnie podchwytywane przez środowiska proukraińskie w Polsce – że „rzeź wołyńską” rzekomo spowodowali Sowieci. Ten „dorobek pojednania” to jest ukraińska tablica z bezczelną treścią, negującą ukraińską zbrodnię, ustawiona pod polskim pomnikiem ofiar tej zbrodni w Hucie Pieniackiej (dwukrotnie zresztą wysadzonym w powietrze przez „nieznanych sprawców”). Ten „dorobek pojednania” to jest monolog kłamstwa i buty strony ukraińskiej, do którego polskie czynniki oficjalne robią dobrą minę.

W jednym pan ambasador Cichocki ma niewątpliwie rację pisząc, że „zbyt wiele nas łączy”. Rzeczywiście zbyt wiele was łączy z pomajdanową Ukrainą i amerykańskim planem Trójmorza. Są to najwidoczniej więzy nierozerwalne.

W reakcji na aferę ze stadionem im. Szuchewycza w Tarnopolu współpracę z tym miastem zerwały Zamość i Nysa. Odważne i słuszne to decyzje, godne uznania. Nie zerwał natomiast tej współpracy Tarnów, chociaż w samorządzie tego miasta rozważano taką decyzję. Wycofano się jednak z tego po „konsultacji” z Ministerstwem Spraw Zagranicznych oraz po kampanii nacisku ze strony niektórych mediów, które z troską pochyliły się nad „polsko-ukraińskim zgrzytem o stadion”. Współpracy nie zerwały też Chorzów, Elbląg, Pamiątkowo i Radom.

Biuro rzecznika prasowego MSZ przypomniało zresztą 16 marca, że Polska „niezmiennie potępia nielegalną okupację Autonomicznej Republiki Krymu i miasta Sewastopol” oraz popiera „integralność terytorialną oraz suwerenność Ukrainy”. W sprawie „zgrzytu o stadion” polski MSZ nie zabrał głosu.

„Zgrzyt o stadion” wywołał natomiast prawdziwy wybuch wulkanu fanatyzmu na Ukrainie. Ambasador Joel Lion swoją odważną wypowiedzią na temat Szuchewycza poruszył tam gniazdo szerszeni. Wśród krzykaczy nie zabrakło w pierwszym szeregu różnych epigonów banderyzmu, w tym sędziwego Jurija Szuchewycza. Jednakże z pięściami do oczu skoczyli także różnorodni politycy, ludzie nauki i kultury, dziennikarze. Wielu z nich nie bało się wypowiedzi jawnie antysemickich. Doprawdy, „grupa nieodpowiedzialnych polityków” jest tam bardzo szeroka i obejmuje niemal całą pomajdanową „klasę polityczną”. Tego samego 16 marca, kiedy minister Rau bronił ukraińskich praw do Krymu, 68 deputowanych Lwowskiej Rady Obwodowej wystąpiło z inicjatywą nadania stadionowi Arena Lwów imienia Stepana Bandery. Pomysł zgłosiła Sołomija Rybotycka z partii Europejska Solidarność Petro Poroszenki – spośród ukraińskich partii najbardziej popularnej na salonach amerykańskich i europejskich, a co za tym idzie także wśród polskiej „klasy politycznej”.

Aspirująca do struktur europejskich i NATO Ukraina ma problem z banderyzmem, co próbuje się wciąż wyciszać w Polsce, UE i USA. Problem ten jest o tyle istotny, że indoktrynacji w duchu banderowskim podlega tam całe społeczeństwo i że wielu tak zindoktrynowanych Ukraińców znajduje się wśród rosnącej ukraińskiej emigracji zarobkowej w Polsce. Żeby było jasne – nie wzywam do działań przeciwko ukraińskim imigrantom. Stwierdzam tylko po raz kolejny, że z faszyzmem nie ma żartów i że fakt indoktrynacji kogokolwiek w takim duchu nie pozostanie politycznie obojętny.

Bohdan Piętka

6 lipca 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 15-16 (2339/2340), 11-18.04.2021, s. 12