Opór wobec mitologii

Kult powojennego podziemia antykomunistycznego – wobec którego przyjęto propagandowe i pretensjonalne określenie „żołnierze wyklęci” – stał się razem z tzw. dekomunizacją (której jest częścią) fundamentem polityki historycznej Zjednoczonej Prawicy. Polityka ta została zapoczątkowana już podczas pierwszych rządów PiS w latach 2005-2007. Jej celem jest – jak to ujął prof. Bronisław Łagowski – delegalizacja PRL. Opowieść o antykomunistycznym podziemiu przybrała formy karykaturalne szczególnie po 2015 r. Przy pomocy wykreowanego mitu o „powstaniu antykomunistycznym”, które miało trwać od 1944 do 1963 r., usunięto z pola widzenia opozycję mikołajczykowskiego PSL, powojenną odbudowę i rozwój kraju oraz Październik 1956 r. i jego następstwa polityczno-ustrojowe. Natomiast przy pomocy mitu o rzekomych 180 tys. (pojawiły się też liczby wyższe, sięgające już 300 tys.) uczestnikach tego „powstania” usunięto w cień wojenny wysiłek Polski Podziemnej, z Armią Krajową na czele. Tworząc mitologię „wyklętych” nie dbano o zachowanie minimum prawdy historycznej i do „wyklętych” zaliczono też ofiary stalinizmu, a wśród nich tych, którzy w powojennym podziemiu nie uczestniczyli i byli mu przeciwni, jak np. gen. Emil August Fieldorf (1895-1953).

Koresponduje to z zupełnym zafałszowaniem historii PRL. Cały okres lat 1944-1989 spięto klamrą z napisem „totalitaryzm” lub „okupacja sowiecka”. Nie ma tam stopniowej ewolucji ustrojowej PRL po 1956 r., awansu społecznego i cywilizacyjnego ogromnych rzesz społeczeństwa, rozwoju kultury narodowej, czy industrializacji kraju. Jest tylko terror komunistyczny, którym rozgrzesza się zbrodnie „żołnierzy wyklętych”. Dlatego słusznie zauważył prof. Andrzej Romanowski, że PiS-owska „polityka historyczna” była w istocie wyzwaniem rzuconym Polsce i jej tradycji. Zarówno w Muzeum Powstania Warszawskiego, jak w wystąpieniach prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jak wreszcie w szerzonym przez Instytut Pamięci Narodowej kulcie powojennego „podziemia niepodległościowego”, „żołnierzy wyklętych” i „ostatnich leśnych”, liczyło się tak naprawdę tylko jedno: upływ krwi. To był ten jedyny miernik patriotyzmu (…)[1].

Polityka ta była i jest wyzwaniem rzuconym nie tylko historii Polski. W kulcie „żołnierzy wyklętych” nie tyle chodzi o oddanie sprawiedliwości uczestnikom podziemia antykomunistycznego i przywrócenie pamięci ofiarom stalinizmu (notabene już przywróconej w epoce przedpisowskiej), co o wykreowanie nowego wzorca obywatelskiego, nawiązującego do XIX-wiecznej tradycji powstańczej z jej hasłem „wszystko albo nic”. Wzorca wykorzeniającego jakiekolwiek myślenie w kategoriach realizmu politycznego. Drugim celem tej polityki historycznej jest podsycanie w społeczeństwie niechęci do Rosji, utożsamianej z ZSRR. Bo przecież „wyklęci” walczyli z „okupacją sowiecką”.

W listopadzie 2015 r., na zebraniu inaugurującym pracę nad Strategią Polityki Historycznej, prof. Jan Żaryn (odpowiedzialny w PiS za odcinek polityki historycznej), stwierdził, że my wszyscy jako Polacy jesteśmy już dziećmi Żołnierzy Wyklętych. Mylił się, ponieważ kult „wyklętych” spotkał się i nadal się spotyka z oporem różnych środowisk, nie tylko lewicowych. Kult ten trafił do przekonania jedynie szeroko rozumianej katolickiej i nacjonalistycznej prawicy. Natomiast w pozostałej części społeczeństwa wywołał m.in. reakcję w postaci upomnienia się o pamięć ofiar zbrodni podziemia antykomunistycznego. Tak się dzieje zawsze, gdy gloryfikuje się tylko jedną stronę wojny domowej, zamiast odnosić się z równą empatią do obu stron.

Już w 2007 r. prof. A. Romanowski stwierdził: Obecna dziś w społecznym obiegu opowieść o narodowej historii przestaje być w każdym razie magistra vitae, staje się nauczycielką bezmyślności, papką dla maluczkich. Tu wszystko co krwawe, uzyskuje automatyczną waloryzację dodatnią, a wszystko, co stanowi przejaw tak często niekonwencjonalnej, idącej pod prąd obiegowych opinii, myśli politycznej, jest automatycznie – jako nieatrakcyjne lub niewygodne – spychane w niebyt. Tymczasem, gdyby poważnie traktować konsekwencje polskiej polityki historycznej, zagraża ona wręcz bytowi narodowemu. Rozumiem bowiem, że można czcić Józefa Kurasia – „Ognia”. Jednak nie można go czcić bez Stanisława Mikołajczyka, Karola Popiela, Eugeniusza Kwiatkowskiego, Stanisława Stommy, bo różnie wyglądały polskie zmagania z niewolą[2].

Natomiast w 2008 r. prof. A. Romanowski napisał: Bo przecież to nie jest tak, że każdy partyzant walczący z bronią w ręku przeciw władzy ludowej zasługuje na automatyczne i bezwarunkowe uznanie. Ruch zbrojny pozbawiony (także przez działanie aparatu terroru) szerszego zaplecza, musiał nieuchronnie wyrodnieć, przeradzać się w bandytyzm. Tendencja ta była wyraźna w bezkrytycznie przez IPN gloryfikowanej biografii Józefa Kurasia – „Ognia” – cóż zaś dopiero w przypadku „ostatnich leśnych”, działających tu i ówdzie jeszcze w latach pięćdziesiątych. Po drugie, za uznaniem kogoś za niepodległościowca musi przemawiać jakaś, choćby szczątkowa, koncepcja polityczna. Wszak gdybyśmy konsekwentnie poszli tropem rozumowania, które dziś proponuje IPN, naród jako całość powinien iść do lasu i jako całość wyginąć w walce. Czy rzeczywiście byłoby to działanie niepodległościowe? Dzieje najnowsze są w IPN-owskiej historiografii podciągnięte pod jeden – daleki od obiektywizmu – strychulec. Nie łudźmy się: „podziemie niepodległościowe” zrobiło dla sprawy niepodległości mało. Nie potępiam tego podziemia, przeciwnie: podobnie jak dla powstańców styczniowych, zachowuję dla jego zamordowanych żołnierzy najwyższy szacunek. (…) Ale tak jak w przypadku powstania 1863-1864 – tak i tutaj nie mogę zaaprobować walki straceńczej, podejmowanej w myśl zasady „triumf albo zgon” (Roman Dmowski powiadał, że kto głosi taką zasadę, jest wobec narodu przestępcą). Nie mogę być ślepy ani na tamte, postyczniowe represje, przynoszące zagładę resztek polskiej państwowości i wydające Królestwo Polskie na łup rusyfikacji, ani też na konsekwencje „podziemia niepodległościowego” po II wojnie światowej. Wszak oba te działania znaczyły jedno: upływ polskiej krwi. I to daremny. Natomiast znacznie więcej od „leśnych” uczynili dla sprawy niepodległości ci, którzy zachowali niepodległego ducha: przekazywali niesfałszowaną historię, tak w domu, jak w PRL-owskiej szkole, wygłaszali odważne kazania w kościele, pisali uczciwe artykuły (…)[3].

Dalej ten Autor stwierdził: Podejrzenie, że IPN manipuluje źródłami, staje się tym bardziej zasadne, że na konferencjach naukowych o Kurasiu – „Ogniu” dwukrotnie (10 III 2007 i 25 XI 2008) uniemożliwiono wystąpienie Ludomirowi Molitorisowi. Człowiek ten, sekretarz generalny Towarzystwa Słowaków w Polsce, utrzymuje, że IPN – szerzący oficjalnie kult „Ognia” – dysponuje dokumentacją jego zbrodni. Tyle że jej nie ujawnia[4].

Na inny aspekt gloryfikacji podziemia antykomunistycznego zwrócił uwagę publicysta Krzysztof Serafiński. Jego zdaniem pierwotnym skutkiem wypromowania pojęcia „żołnierze wyklęci” i ich kultu było wrzucenie do jednego zbioru i traktowanie jako jedności, wszystkich antykomunistycznych partyzantów działających wtedy w Polsce. Rozmyto w ten sposób wiele dotyczących ich kwestii – idee, jakimi się kierowali, ich cele, wizję Polski, o jaką walczyli, działania, których się podejmowali – wraz z etyczną ich oceną. Do jednej grupy wrzucono zarówno tych, którzy rzeczywiście chcieli żyć w wolnym i demokratycznym kraju, jak i członków Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego i pomniejszych formacji, którzy marzyli o nacjonalistycznym państwie katolickim i mordowali niczemu winnych obywateli polskich, niepasujących do tej wizji. Tym samym zaczęto zacierać granicę pomiędzy walczącymi o wolność i zbrodniarzami – po to, by na ideach tych pierwszych przepchnąć kult tych drugich. Tak więc faktycznym beneficjentem funkcjonowania terminu „Żołnierze Wyklęci” są członkowie organizacji partyzanckich o katolickim charakterze. Najczęściej NSZ – które były nacjonalistyczną organizacją katolicką, czerpiącą swoją formę polityczną m.in. z przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego. To do nich zasadniczo odnosi się to pojęcie – i to oni są pod nim gloryfikowani[5].

Dlatego najważniejsi w państwowym kulcie „żołnierzy wyklętych” są ci związani z podziemiem nacjonalistycznym, którzy bynajmniej nie walczyli o demokrację parlamentarną, ale o narodowo-katolicką dyktaturę, jak Romuald Rajs „Bury”. Jego nachalny kult jest promowany przez obóz rządzący pomimo, że śledczy IPN stwierdzili w 2005 r, iż działania „Burego” były czystką etniczną o znamionach ludobójstwa. Ten kult, wraz z prowokacyjnymi marszami nacjonalistów w Hajnówce, budzi od lat opór i sprzeciw mieszkańców oraz lokalnych władz Hajnówki. Nie odmawiamy hołdu walczącym o niepodległą Polskę, ale nie zasługują na hołd ci, którzy wystąpili zbrojnie przeciwko ludności cywilnej – napisali w lutym 2020 r. radni Hajnówki[6]. Od wielu lat rada miejska Hajnówki przyjmuje stanowiska krytyczne wobec marszu ku czci „Burego”, a w 2017 i 2019 r. burmistrz Hajnówki próbował zakazać marszu prawnie, jednakże sąd te zakazy uchylił. Kult „Burego” spotkał się też z negatywną oceną sąsiedniej Białorusi. W 2018 r. przeciw marszowi nacjonalistów ku czci „Burego” w Hajnówce oficjalnie zaprotestował białoruski MSZ. W swoim stanowisku Mińsk zwrócił uwagę, że jest to wzniecanie nienawiści pomiędzy Białorusinami a Polakami[7].

Serafiński podkreślił jeszcze jeden ważny kontekst kultu „wyklętych”, który musi budzić opór moralny. Przywołał sprawę podwójnego bestialskiego morderstwa, popełnionego w 2015 r. w Legnicy na dwóch starszych małżeństwach. Sprawca tych zbrodni tłumaczył przed sądem, że został „wychowany w domu patriotycznym” i wykonał egzekucję na „zdrajcach narodu” i „komunistach”. Kult Żołnierzy Wyklętych – konkluduje Serafiński – jest więc nie tylko wypaczaniem historii, ale zakamuflowaną pozytywnymi pozorami formą promocji ksenofobii, antywolnościowych idei, nienawiści i agresji. (…) Eksponowanie kultu Żołnierzy Wyklętych, powiązane chęcią uciszania jego krytyki, jest zresztą dla partii katolickich nie tylko narzędziem szerzenia nienawiści, ale i nośnikiem innych niejawnych sygnałów kierowanych do wyborców. (…) W tym wypadku, do własnego, świadomego elektoratu dociera komunikat sugerujący, że partia taka gotowa jest akceptować ksenofobię, agresję. pochwalanie zbrodni i totalitarnych dążeń [8].

Spostrzeżenia Serafińskiego potwierdził prof. Rafał Wnuk – w latach 90-tych XX w. jeden z badaczy podziemia antykomunistycznego i zwolennik jego upamiętnienia, dzisiaj ostry krytyk kultu „wyklętych”. Szybko hasło „żołnierze wyklęci” – pisze prof. R. Wnuk – zaczęło pełnić rolę wielkiego baneru reklamowego skutecznie przesłaniającego obraz minionych wydarzeń. Odwołanie się do emocji i języka komiksu sprawiło, że do odbiorców docierać zaczęła nie zobiektywizowana, oparta na naukowej analizie, rzetelna wiedza historyczna, lecz uproszczony i coraz bardziej zideologizowany przekaz. W tak skonstruowanej opowieści nie ma miejsca na światłocienie, dbałość o szczegóły czy choćby rzetelne przedstawienie faktów. Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość”, Narodowe Siły Zbrojne, Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i inne, mniejsze organizacje tracą swe oblicza ideowe i zostają zredukowane do ujednoliconej wspólnoty bojowników-straceńców. Z tej wersji „historii” nie wynika, że największa powojenna organizacja podziemna – Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość” – sama siebie nazywała Ruchem Oporu bez Wojny i Dywersji, a ludzie wywodzący się z Armii Krajowej i struktur Polskiego Państwa Podziemnego byli przeciwni kontynuowaniu walki zbrojnej. Nie ma słowa o zasadniczo odmiennych wizjach Polski, dzielących skrajnie nacjonalistyczne i antydemokratyczne Narodowe Siły Zbrojne od mniej radykalnego Narodowego Zjednoczenia Wojskowego i prodemokratycznego Zrzeszenia WiN[9].

Pełnej zgody na tak jednostronny przekaz o powojennym podziemiu nie ma nawet w obozie czcicieli „wyklętych”. Z chóru tych czcicieli wyłamał się prawicowy publicysta Piotr Zychowicz – autor książki „Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych” (Poznań 2018). Zychowicz, chociaż nie neguje słusznej, jego zdaniem, walki podziemia antykomunistycznego, to zdecydowanie sprzeciwia się milczeniu o zbrodniach tego podziemia lub zakłamywaniu tych zbrodni „w imię pięknej patriotycznej legendy”.

W marcu 2020 r. kult podziemia antykomunistycznego skrytykowała na antenie Radia Szczecin szczecińska radna Edyta Łongiewska-Wijas – obecnie niezrzeszona, wcześniej w KO. Uważam, że kult Żołnierzy Wyklętych jest nieuzasadniony, dlatego że jest kłamliwy wobec prawdy historycznej, jest niepedagogiczny i przede wszystkim krzywdzący ofiary, głos ofiar – powiedziała. Jaki jest sens kultu żołnierzy wyklętych? – pytał w marcu 2018 r. na łamach „Polska Times” Jakub Bierzyński, przywołując groteskową – jego zdaniem – gloryfikację Brygady Świętokrzyskiej NSZ oraz powojennego podziemia nacjonalistycznego. W 2017 r. prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania na wniosek dwóch działaczy PiS przeciw częstochowskiej radnej PO Jolancie Urbańskiej, która publicznie przypomniała, że wśród „wyklętych” byli też „bandyci”. W 2016 i 2017 r. Stanisław Aronson – ocalały z Holokaustu, żołnierz AK i organizacji NIE – zwrócił się do prezydenta RP z listami, w których protestował przeciwko kultowi „żołnierzy wyklętych”. Tworzy się fikcję ze szkodą dla wspaniałej tradycji Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej – napisał w drugim z tych listów Aronson.

Takich przykładów sprzeciwu można podać więcej. Zapewne sprzeciw ten będzie narastał, im bardziej groteskowy będzie kult powojennego podziemia w ramach państwowej polityki historycznej. I nie powstrzymają tego groźby represji.

Kończąc pozwolę sobie jeszcze raz zacytować prof. A. Romanowskiego: Trzecia Rzeczpospolita miała szansę stać się państwem wielkiej ideowej syntezy. Powstała wszak w drodze układu z komunistami, ale jej aksjologia była antykomunistyczna. Jedno i drugie stanowiło wartość. Rzecz jednak w tym, że terminem „antykomunizm” ochrzczono u nas walkę nie z systemem czy ideologią, lecz z nieistniejącym PRL. Ba! Nawet nie z PRL, lecz z ludźmi PRL, a czasem nie z ludźmi PRL, lecz po prostu z aktualnym przeciwnikiem (…). Tak czy inaczej, zrozumienie historycznego dziedzictwa Polaków – to dla dzisiejszej prawicy zadanie zbyt intelektualnie wyczerpujące. A dla lewicy jałowe i nudne[10].

[1] A. Romanowski, Antykomunizm, czyli upadek Polski. Publicystyka lat 1998-2019, Kraków 2019, s. 114.

[2] Tamże, s. 204.

[3] Tamże, s. 79-80.

[4] Tamże, s. 83.

[5] K. Serafiński, Kult Żołnierzy Wyklętych, „Liberté!”, http://www.liberte.pl, 17.08.2018.

[6] „Gloryfikacja zbrodniarzy”. Radni Hajnówki przeciw upamiętnianiu „Burego”, „Dziennik Gazeta Prawna”, http://www.gazetaprawna.pl, 21.02.2020.

[7] „Bury” znowu dzieli. Białoruś protestuje przeciw marszowi polskich nacjonalistów, http://www.tokfm.pl, 23.02.2018.

[8] K. Serafiński, Kult Żołnierzy Wyklętych…

[9] R. Wnuk, Wokół mitu „żołnierzy wyklętych”, „Przegląd Polityczny”, http://www.przegladpolityczny.pl, 8.10.2016.

[10] A. Romanowski, Antykomunizm, czyli upadek Polski…, s. 115, 119.

Bohdan Piętka

31 marca 2021 r.

„Przegląd”, nr 10 (1104), 1-7.03.2021, s. 42-44