Historia nigdy nie jest czarno-biała. Dlaczego ludzie Polski Podziemnej budowali PRL

Polityka historyczna lansowana w III RP przedstawia czarno-biały obraz państwa polskiego funkcjonującego w latach 1944/1945-1989, odmawiając przy tym temu państwu charakteru polskiego. W tym czarno-białym obrazie ludzie i środowiska Polski Podziemnej i II RP były tylko przeciw powojennej władzy – jako „żołnierze wyklęci” i ofiary terroru stalinowskiego. Posunięto się zresztą dalej, bo stworzono zupełnie nieprawdziwy obraz całego społeczeństwa zjednoczonego w oporze przeciw „narzuconemu systemowi”, który miała legitymizować rzekomo tylko garstka „zdrajców i agentów obcego mocarstwa”.

Tymczasem historia nigdy nie jest czarno-biała. Bywa przeważnie skomplikowana i wielowątkowa. Komuniści nigdy by nie zbudowali nowego państwa, gdyby nie zaangażowali do tego kadr istniejących na miejscu, tzn. pozostawionych przez II RP i uczestniczących w czasie wojny w konspiracji niepodległościowej. Mówiąc prościej – nie stworzyliby PRL bez wciągnięcia do tego do tego dzieła szerokich rzesz społeczeństwa odległych od komunizmu, a nawet lewicy w ogóle. Skoro różne środowiska, odległe od politycznego i ideologicznego oblicza powojennej władzy, włączyły się aktywnie w powojenną rzeczywistość, to znaczy, że widziały w tej rzeczywistości także elementy pozytywne. Nie był to z ich strony wyłącznie sam realizm oparty na kalkulacji, że z silniejszym nie wygramy.

W ocenie tych ludzi i środowisk Polska pojałtańska musiała stwarzać warunki do przetrwania i rozwoju narodu w nowych realiach geopolitycznych. A skoro tak, to malowanie dziejów PRL jedynie czarną barwą i przypisywanie osobom zaangażowanym w tamten ustrój wyłącznie złych motywacji są nieprawdą. Cała konstrukcja czarno-białego antykomunizmu, na której uformowano politykę historyczną III RP, jest wielkim fałszem.

Faktem jest, że wielu byłych uczestników podziemia niepodległościowego z okresu okupacji niemieckiej, nawet tych, którzy po wojnie nie uczestniczyli w działalności antykomunistycznej i nie chcieli prowadzić walki zbrojnej z nową władzą, stało się ofiarami represji stalinowskich. Nie oznacza to jednak, że ich postawa była błędna i że ponieśli klęskę. Nie chodziło im bowiem o siebie, ale o naród, który musiał kontynuować swoją egzystencję w nowych warunkach geopolitycznych i ustrojowych. Trudna powojenna rzeczywistość przyniosła zagrożenia związane z autorytarnym charakterem nowego ustroju (w okresie stalinizmu zbliżonym do totalitarnego) i wynikającym stąd łamaniem praw obywatelskich oraz ograniczoną suwerennością państwa. Przyniosła jednakże też doniosłe zmiany, które nie byłyby możliwe w innej niż pojałtańska konstelacji geopolitycznej i które były wcześniej marzeniem wielu środowisk niekomunistycznych, jak powrót na ziemie piastowskie, czy reformy umożliwiające awans społeczny upośledzonych dotąd warstw społecznych.

Dlatego wielu niekomunistów postanowiło podjąć wyzwanie i włączyć się w powojenną odbudowę kraju, w jego życie gospodarcze, naukowe, kulturalne, a nawet polityczne. Nie po to, żeby budować komunizm, ale by wesprzeć te z powojennych przemian, które postrzegali jako zgodne z polską racją stanu lub oczekiwaniami społeczeństwa.

Jednym z pierwszych środowisk niekomunistycznych, które przyjęło taki punkt widzenia była Organizacja Ziem Zachodnich „Ojczyzna”, zrzeszająca podczas okupacji niemieckiej środowiska katolicko-narodowe w Wielkopolsce. 15 lipca 1945 roku – w rocznicę bitwy pod Grunwaldem – kierownictwo „Ojczyzny” podjęło decyzję o rozwiązaniu się, wyjściu z konspiracji i zaangażowaniu w legalną pracę na rzecz powrotu Polski nad Odrę i Bałtyk. Tak postanowiła Rada Polityczna „Ojczyzny” w składzie: dr Zdzisław Jaroszewski, Maria Kiełczewska, Juliusz Kolipiński, ks. Karol Milik, Jan Jacek Nikisch, ks. Maksymilian Rode, Kirył Sosnowski, Stanisław Tabaczyński, Alojzy Targ i prof. Zygmunt Wojciechowski. Pomimo obcości ideologicznej nowej władzy ci ludzie uznali, że kwestia powrotu Polski na Ziemie Zachodnie i Północne jest ważniejsza od stosunku do powojennego ustroju. Jest wymogiem polskiej racji stanu, ponieważ historia stworzyła Polsce niepowtarzalną szansę przekreślenia po 700 latach niemieckiego „Drang nach Osten”.

Działacze „Ojczyzny” objęli wkrótce po ujawnieniu się szereg stanowisk w Ministerstwie Ziem Odzyskanych, Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Polskim Związku Zachodnim, mediach, ruchu wydawniczym oraz szkolnictwie wyższym i średnim. Byli to m.in.: Władysław Czajkowski (1905-1947) – podczas wojny dyrektor Biura Zachodniego Delegatury Rządu na Kraj, w latach 1945-1947 wiceminister w Ministerstwie Ziem Odzyskanych; Leopold Gluck (1913-1989) – dyrektor departamentu ekonomiczno-socjalnego MZO, a po śmierci Czajkowskiego wiceminister MZO; Edmund Męclewski (1913-1992) – podczas wojny współpracownik Delegatury Rządu na Kraj, w MZO dyrektor biura komitetu do spraw zagranicznych; Edward Quirini (1899-1954) – dyrektor departamentu administracji publicznej w MZO; Józef Guranowski, Tadeusz Kołodziej, Wiktor Leśniewski i in. W 1949 r., na fali narastającego stalinizmu, kierowane przez Władysława Gomułkę Ministerstwo Ziem Odzyskanych zostało zlikwidowane. Nie przekreśla to jednak jego ogromnych dokonań i sensu politycznego wyboru środowiska „Ojczyzny”.

Warto też dodać, że powrót Polski na Ziemie Odzyskane wymagał przywrócenia dawnych nazw miejscowości lub nadania nowych. Dokonano tego w błyskawicznym tempie, głównie dzięki zaangażowaniu poznańskiego środowiska naukowego – przed wojną sympatyzującego w większości ze Stronnictwem Narodowym. Jego przedstawiciele mieli pełną świadomość, że ich praca musi odbyć się legalnie, tzn. w oparciu o struktury państwa rządzonego przez PPR. Dla prof. Mikołaja Rudnickiego (1881-1978) i jego współpracowników z Sekcji Onomastycznej Instytutu Zachodniego było jednak oczywiste, że na ich oczach odwraca się karta historii – Polska sięga po ziemie, którymi władała przed dziesięcioma wiekami i nie można tego zaprzepaścić z powodu animozji politycznych.

Najbardziej znanym konspiratorem Polski Podziemnej, który współtworzył nową rzeczywistość po 1945 r., był Józef Cyrankiewicz (1911-1989) – „wieczny premier” PRL (1947-1952, 1954-1970). Podczas okupacji niemieckiej komendant Gwardii Ludowej PPS-WRN w okręgu krakowskim i zaprzysiężony oficer ZWZ, przed aresztowaniem przez gestapo w kwietniu 1941 r. typowany na zastępcę Delegata Rządu na Kraj z ramienia PPS-WRN. Jako więzień KL Auschwitz i KL Mauthausen zapisał piękną kartę w konspiracji więźniarskiej. Po powrocie do kraju w 1945 r. dokonał wyboru, który wielu zaskoczył. Wszedł do władz współpracującej z komunistami PPS i rozpoczął karierę polityczną w nowej rzeczywistości. Ten wybór i działalność polityczna Cyrankiewicza w PRL ściągnęły na jego osobę falę ataków jeszcze za życia, zwielokrotnionych po 1989 r. Ataków niezwykle brutalnych, w których oszczerczo dyskredytowano zwłaszcza jego przeszłość obozową. To pokazuje, że antykomuniści nie mogli mu wybaczyć tego wyboru, u którego podłoża leżała najprawdopodobniej Realpolitik – przekonanie, że naród polski nie może ryzykować kolejnego powstania warszawskiego i kolejnego Auschwitz.

Ale przecież drogą Realpolitik poszli również prof. Stanisław Kulczyński (1895-1975), przedwojenny wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski (1887-1974) i prof. Jan Kostrzewski (1915-2005). Stanisław Kulczyński – przed wojną rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie i współtwórca Stronnictwa Demokratycznego – był podczas okupacji niemieckiej delegatem Rządu RP na Obszar Lwowski. W 1945 r. miał propozycję podjęcia pracy naukowej na Zachodzie. Przyjechał jednak do Wrocławia, czyli do niedawna niemieckiego Breslau, by na dymiących jeszcze ruinach tego miasta rozpocząć odbudowę uniwersytetu i politechniki oraz Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. W 1952 r. został wicemarszałkiem Sejmu I kadencji, a w latach 1956-1969 był zastępcą przewodniczącego Rady Państwa PRL. Położył też znaczące zasługi dla zintegrowania z Polską Ziem Odzyskanych jako przewodniczący Rady Naczelnej Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich (1957-1971).

Eugeniusz Kwiatkowski – jeden z najbliższych współpracowników Józefa Piłsudskiego – powrócił do Polski z wojennej emigracji 8 lipca 1945 roku i podjął współpracę z Tymczasowym Rządem Jedności Narodowej w dziedzinie odbudowy gospodarki morskiej. 12 września 1945 roku został powołany na szefa Delegatury Rządu do Spraw Wybrzeża. Współpraca ta zakończyła się w połowie 1948 r. z powodu narastającego stalinizmu, co ani nie przekreśla wyboru Kwiatkowskiego, ani jego zasług w odbudowie głównych miast portowych powojennej Polski.

Jan Kostrzewski podczas okupacji niemieckiej należał do AK i prawicowego Związku Odbudowy Rzeczypospolitej. Uczestniczył w powstaniu warszawskim, a po jego upadku był więźniem obozu jenieckiego w Lamsdorf (Łambinowice). W 1945 r. powrócił do kraju i rozpoczął karierę naukową. Stał się światowej sławy lekarzem epidemiologiem oraz twórcą polskiej szkoły epidemiologii. Od 1951 do 1978 r. kierował Zakładem Epidemiologii Państwowego Zakładu Higieny. W 1961 r. jako bezpartyjny objął stanowisko wiceministra zdrowia i opieki społecznej oraz Głównego Inspektora Sanitarnego, a w latach 1968-1972 był ministrem zdrowia i opieki społecznej. Także bezpartyjnym. Natomiast w latach 1984-1989 pełnił funkcję prezesa Polskiej Akademii Nauk. Największe zasługi Kostrzewski położył w 1963 r., kiedy w brawurowy sposób kierował likwidacją groźnej epidemii ospy prawdziwej we Wrocławiu. Należał też do głównych organizatorów systemu szczepień ochronnych w PRL i był jednym z inicjatorów światowego programu szczepień przeciw ospie prawdziwej, błonicy, gruźlicy, krztuścowi, odrze, poliomyelitis i tężcowi. Postać prof. Kostrzewskiego stanowi wymowny dowód tego, że historia PRL jest skomplikowana w stopniu przekraczającym jakiekolwiek wyobrażenia animatorów obecnej polityki historycznej.

Drogą Realpolitik poszli również ludzie tworzący Stowarzyszenie „PAX”, którego historia dzisiaj jest spłycana do „nacjonalistycznej” przybudówki PZPR. Spośród nich warto wspomnieć chociażby wybitnego pisarza Jana Dobraczyńskiego (1910-1994) – przedwojennego działacza i publicystę endeckiego, uczestnika kampanii wrześniowej i powstania warszawskiego, żołnierza Narodowej Organizacji Wojskowej i AK, współpracownika Żegoty i Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Obecnie postaci ocenianej przez prawicową politykę historyczną wyłącznie przez pryzmat zaangażowania w tworzenie PRON podczas stanu wojennego.

Członkami Rady Państwa PRL byli dwaj pierwsi prezesi Zarządu Głównego Stowarzyszenia „PAX” – Bolesław Piasecki (1915-1979) i Ryszard Reiff (1923-2007). Trzeci prezes „PAX”-u – Zenon Komender (1923-1993) – był zastępcą przewodniczącego Rady Państwa (1985-1989) i wicepremierem (1982-1985). Wszyscy trzej podczas wojny byli w AK.

Weteranów AK nie zabrakło również wśród posłów działającego w latach 1957-1976 koła poselskiego „Znak”. Byli to Wacław Auleytner (1919-2016) – w 1956 r. współzałożyciel Klubów Inteligencji Katolickiej, Antoni Gładysz (1907-1991), Stefan Kisielewski (1911-1991), Konstanty Łubieński (1910-1977) i Janusz Zabłocki (1926-2014). Ich nastawie do PRL było krytyczne, ale była to krytyka konstruktywna, nie wykraczająca poza to co uważali za polską rację stanu.

Przykładem tego jak skomplikowana była historia Polski po 1945 r. są powojenne losy żołnierzy Samodzielnego Batalionu Partyzanckiego „Skała” Kedywu Okręgu Kraków AK. Wielu z nich, w tym dowódca batalionu, było po wojnie represjonowanych i więzionych. Wielu jednakże zajęło ważne miejsce w życiu społecznym. Byli to m.in.: Zbigniew Gertych – prof. ekonomii i wicepremier w rządzie Zbigniewa Messnera (1985-1987), Władysław Dudek, Zygmunt Kawecki, Władysław Ptak i Wiesław Zapałowicz – profesorowie AGH, Lech Michał Rościszewski – architekt, prof. Politechniki Śląskiej, Jerzy Schroeder – chemik, prof. Politechniki Wrocławskiej, Józef Fiszer – dyrektor Instytutu Inżynierii i Gospodarki Wodnej Politechniki Krakowskiej, Ryszard Świętanowski – prawnik, dyplomata PRL i wicedyrektor gabinetu Prezesa Rady Ministrów.

Podobna kariera stała się udziałem Czesława Piotrowskiego (1926-2005) – w czasie wojny żołnierza 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. W PRL jako zawodowy oficer doszedł do stopnia generała dywizji, był też ministrem górnictwa i energetyki w rządach Wojciecha Jaruzelskiego i Zbigniewa Messnera (1981-1986) oraz ambasadorem w Jugosławii (1986-1989).

Ludzie podziemia z okresu okupacji włączyli się aktywnie w różne dziedziny życia w powojennej Polsce. Jednym z obszarów ich działania była odbudowa kraju. Również tutaj – tak jak w przypadku repolonizacji i integracji z Polską Ziem Odzyskanych – dla realistów nie mogło być dyskusji, czy należy podejmować współpracę z nową władzą. Odbudowa kraju była bowiem narodową racją stanu. Dlatego w 1945 r. pracę w Wydziale Architektury Zabytkowej Biura Odbudowy Stolicy podjął prof. Jan Zachwatowicz (1900-1983), który podczas okupacji niemieckiej przygotowywał w Delegaturze Rządu na Kraj powojenne plany prac konserwatorskich. Od 1945 do 1951 r. był on jednocześnie Generalnym Konserwatorem Zabytków. Zachwatowicz przekonał powojenne władze polityczne, że w przypadku zniszczonych w czasie wojny zabytków dopuszczalna jest wyjątkowo pełna ich rekonstrukcja.

W BOS pracowała też jako kierownik pracowni Cezaria Iljin-Szymańska (1916-2007) –żołnierka Zgrupowania „Radosław” podczas powstania warszawskiego. Podobna postacią była Helena Kurcyusz (1914-1999) – żołnierka AK, więźniarka Majdanka i Ravensbrück, prywatnie szwagierka płk. Tadeusza Kurcyusza, komendanta głównego NSZ, a po scaleniu ich części z AK w 1944 r., oficera Komendy Głównej AK. Helena Kurcyusz wracając do Polski po wyzwoleniu z Ravensbrück zatrzymała się w Szczecinie i tam się osiedliła. Jako architekt podjęła pracę w Wydziale Budownictwa Urzędu Miejskiego, następnie została głównym urbanistą województwa szczecińskiego. Jej zasługą była inwentaryzacja i odbudowa wielu zabytków Szczecina, w tym Zamku Książąt Pomorskich, odkrycie krypt z sarkofagami książąt pomorskich, a także opracowanie planów urbanistycznych dla 71 miast województwa szczecińskiego.

Mówiąc o odbudowie kraju nie sposób nie wspomnieć postaci prof. Aleksandra Gieysztora (1916-1999) – szefa wydziału informacji w Biurze Informacji i Propagandy KG AK, uczestnika powstania warszawskiego, szefa BiP Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj oraz Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. W PRL położył ogromne zasługi przy odbudowie Zamku Królewskiego w Warszawie jako członek Obywatelskiego Komitetu Odbudowy i rewitalizacji Zamościa jako członek Prezydium Społecznego Komitetu Odbudowy Starego Miasta Zamościa. Podpisał też List 34 z 1964 r. i apel 64 z 20 sierpnia 1980 r. w sprawie podjęcia przez władze dialogu ze strajkującymi robotnikami.

Byłych żołnierzy AK nie zabrakło wśród reżyserów tworzących w PRL Polską Szkołę Filmową. Byli to Stanisław Lenartowicz (żołnierz 7 Wileńskiej Brygady AK i więzień radzieckiego obozu pracy w Kałudze), Jerzy Zarzycki (pracownik referatu filmowego Biura Informacji i Propagandy KG AK, twórca kronik filmowych z powstania warszawskiego), Andrzej Munk (żołnierz scalonej z AK Gwardii Ludowej PPS-WRN, uczestnik powstania warszawskiego) i Tadeusz Konwicki (żołnierz VIII Oszmiańskiej Brygady AK). Spośród literatów z AK-owską przeszłością warto wspomnieć chociażby Jerzego Andrzejewskiego (1909-1983), Romana Bratnego (1921-2017) i Annę Świrszczyńską (1909-1984). Dzisiaj nieco zapomnianych, ponieważ ich spojrzenie na dzieje swojego pokolenia nie pasuje do obecnej polityki historycznej.

Ogromne zasługi dla sportu w PRL położył Jan Mulak (1914-2005) – podczas wojny kierownik Wydziału Wojskowego Robotniczej Partii Polskich Socjalistów i uczestnik powstania warszawskiego, a po wojnie szef Wydziału Prasy i Propagandy CKW PPS. W 1948 r., na fali czystki w szeregach PPS poprzedzającej scalenie z PPR, został usunięty z funkcji partyjnych. Od 1950 r. poświęcił się pracy na rzecz lekkiej atletyki i stał się twórcą polskiego „Wunderteamu” lekkoatletycznego lat 50-tych i 60-tych.

Po przełomie październikowym 1956 r. reaktywowano zlikwidowany w 1949 r. Związek Harcerstwa Polskiego. Przewodniczącym Naczelnej Rady Harcerskiej ZHP został pedagog i pisarz Aleksander Kamiński (1903-1978) – w okresie okupacji m.in. szef Biura Informacji i Propagandy Okręgu Warszawa AK i członek Głównej Kwatery Szarych Szeregów. Na stanowisku przewodniczącego NRH ZHP funkcjonował tylko półtora roku i ustąpił pod wpływem sił, które zmierzały do podporządkowania ideologicznego odrodzonego harcerstwa PZPR. Jednym z jego oponentów był Jacek Kuroń – późniejszy lider opozycji demokratycznej w PRL, a wtedy współorganizator Hufca Walterowskiego, który odcinał się od tradycji przedwojennego harcerstwa i nawiązywał do wzorców radzieckich. Taka była historia PRL – bynajmniej nie czarno-biała.

Po Październiku 1956 r. weteranów AK przyjmowano do ZBoWiD. W skład Zarządu Głównego i Rady Naczelnej tej organizacji wszedł płk Jan Rzepecki (1899-1983) – szef Biura Informacji i Propagandy KG AK (1940-1945), Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj (maj-sierpień 1945), założyciel i pierwszy prezes Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, więzień polityczny okresu stalinowskiego. Rzepecki był „żołnierzem wyklętym”, ponieważ do pierwszego aresztowania w listopadzie 1945 r. pozostawał w konspiracji. Trudno jednak współcześnie znaleźć o nim jakieś wzmianki przy okazji obchodzonego 1 marca dnia pamięci „żołnierzy wyklętych”. Dlaczego? Dlatego, że jego postać nie pasuje do kanonów IPN-owskiej polityki historycznej, ponieważ 22 kwietnia 1947 r. wygłosił odczyt „Wyjdź z podziemia – buduj Polskę”, a po 1956 r. współpracował z władzami. Owocem tej współpracy stał się m.in. Pomnik Bohaterów Warszawy, odsłonięty 20 lipca 1964 r.

Na historię Polski Ludowej trzeba patrzeć w sposób wyważony. Jej historię tworzyła nie tylko partia komunistyczna (a i ta nie była monolitem) oraz aparat represji – jak by tego chciała narracja tworzona przez IPN. Tworzyli ją w niemałej mierze ludzie rozumiejący, że nie było wtedy innej możliwości kontynuacji polskiej państwowości. Ci niewątpliwi patrioci, dzisiaj usuwani w cień jako niepasujący do prawicowej polityki historycznej, włączyli się w różne formy życia gospodarczego, kulturalnego, naukowego, a nawet politycznego nie w imię budowy socjalizmu czy komunizmu, ale dla zachowania możliwie polskiego charakteru tego państwa i egzystencji narodu. To im się udało.

Bohdan Piętka

31 marca 2021 r.

„Przegląd”, nr 14 (1108), 29.03-5.04.2021, s. 8-12

Historia w służbie polityki

Instytutem Pamięci Narodowej wstrząsnęła tzw. afera Greniucha. Chodzi o byłego już p.o. naczelnika tej instytucji w Opolu i Wrocławiu i zarazem byłego aktywistę ONR, który podczas młodzieńczej działalności w tej organizacji wykonywał tzw. „saluty rzymskie”, czyli gesty, które od 1933 r. nie są jednak kojarzone ze starożytnym Rzymem, ale z Adolfem Hitlerem i nazizmem. Współorganizował także 16 czerwca 2005 r. manifestację ONR w Myślenicach dla uczczenia najgłośniejszego incydentu antysemickiego w II RP – tzw. „marszu na Myślenice” lub „wyprawy myślenickiej” z 22 czerwca 1936 r. Przypomnę, że była to akcja, podczas której bojówki zorganizowane przez polityka nacjonalistycznego Adama Doboszyńskiego opanowały Myślenice, rozbroiły posterunek policji, wychłostały starostę powiatowego za rzekome faworyzowanie kupców żydowskich, zdemolowały miejscową synagogę oraz sklepy żydowskie i podpaliły na rynku wyniesione z nich towary.

Zarzuty kierowane przeciwko dr. Tomaszowi Greniuchowi dotyczą jego zachowań z czasów młodości. Wielokrotnie w ciągu ostatniej dekady – przyznał, że były one błędem i przeprosił za nie – czytamy w oświadczeniu szefostwa IPN. Jego lakoniczna treść to znakomita ilustracja tłumacząca, czemu Instytut Pamięci Narodowej po pięciu latach rządów obecnego prezesa i towarzyszących mu wiceprezesów przypomina dymiące zgliszcza. Równolegle ze zniszczeniem prawie wszystkiego co zastano, nastąpiła dewastacja polskiej polityki historycznej, czego ubocznym skutkiem jest międzynarodowy wizerunek III RP. Dzięki obecnemu kierownictwu Instytutu dziś o wiele łatwiej wmawiać opinii publicznej na całym świecie, że to przedwojenna Polska była sojusznikiem III Rzeszy, razem z Hitlerem wznieciła II wojnę światową, a Polacy współorganizowali Holocaust” – podsumował aferę Greniucha red. Andrzej Krajewski w „Dzienniku” [1].

Katastrofalny wizerunkowo charakter tej afery pogłębia jeszcze fakt, że IPN pod rządami obecnego kierownictwa eksponuje polskie zasługi dla ratowania Żydów podczas drugiej wojny światowej (jest to jeden z elementów polityki historycznej PiS) i zwalcza określenie „polskie obozy zagłady” w zagranicznych mediach, a jednocześnie karierę w jego strukturach zrobił człowiek, który kiedyś lubił sobie „pohajlować” i afirmował antysemicką ideologię przedwojennego ONR. W IPN jest zresztą więcej historyków z przeszłością i fascynacjami jak Tomasz Greniuch. Są apologeci Brygady Świętokrzyskiej NSZ, nacjonalistycznego nurtu powojennego podziemia zbrojnego, gen. Franco i „Błękitnej Dywizji”, Janusza Walusia, a nawet belgijskiego SS-Standartenführera Léona Degrelle’a. Przemysław Witkowski już dwa lata temu zwrócił uwagę, że „tego typu historyków jak Greniuch, Bechta czy Muszyński pracuje w IPN dużo więcej”[2].

Nie ma w tym jednak nic dziwnego, albowiem IPN jest od lat instytucją realizującą państwową politykę historyczną, a fundamentem tej polityki pod rządami Zjednoczonej Prawicy (a nawet już wcześniej) stał się skrajny antykomunizm. Prof. Bronisław Łagowski stwierdził, że IPN to „główna instytucja przemocy symbolicznej”, utworzona wspólnie przez PO i PiS. Ta „przemoc symboliczna” polega właśnie na „lustracji” i „dekomunizacji”[3]. Można nawet zaryzykować pogląd, że celem postsolidarnościowej polityki historycznej jest delegalizacja PRL w świadomości narodowej. Zadania tego nie mogli się podjąć historycy akademiccy, traktujący historię jako naukę. Dlatego dzieło to powierzono historykom politycznie zaangażowanym po stronie prawicy, a nawet skrajnej prawicy. Pod tym względem poglądy wyrażane w przeszłości przez Tomasza Greniucha nie były sprzeczne z zasadniczą linią prawicowej polityki historycznej, którą realizuje obecnie IPN.

Do dzisiaj można znaleźć w internecie artykuł opublikowany przez Greniucha 25 czerwca 2013 r. w „Niezależnej Gazecie Obywatelskiej”, w którym pisał: „Między nami, rocznikami roku 80 i wyżej, a wami, typowymi rocznikami PRL, istnieje pojęciowa i moralna pustka, przepaść niezrozumienia. (…) Przejmujemy spuściznę ludzi, którzy z wami walczyli i będziemy kontynuować tą walkę, z tym, że oni, żołnierze przez was wyklęci, mają następców, wy ich nie macie, przeminiecie bez echa” [zachowano org. pisownię][4]. Mamy tutaj wyłożoną całą ideologię skrajnie prawicowego antykomunizmu, ideologię wykreślenia z historii PRL razem z żyjącymi w niej pokoleniami. Tak właśnie wygląda ideologia, którą inspiruje się prawicowa polityki historyczna. Pojawienie się Greniucha w IPN nie było zatem jakimś „wypadkiem przy pracy”, ale wpisywało się w oblicze ideologiczno-polityczne tej instytucji, zwłaszcza po 2016 r., czyli za kadencji prezesa Jarosława Szarka.

IPN powstał na mocy ustawy z 18 grudnia 1998 r., uchwalonej przez rządzącą wówczas koalicję AWS-UW, czyli późniejsze PO i PiS. Do jego ustawowych zadań należy gromadzenie i zarządzanie dokumentami organów bezpieczeństwa państwa, sporządzonymi od 22 lipca 1944 r. do 31 lipca 1990 r., ściganie zbrodni nazistowskich i komunistycznych, prowadzenie działalności edukacyjnej, poszukiwanie miejsc pochówku osób poległych oraz wydawanie opinii w zakresie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej (to ostatnie dodano po uchwaleniu w 2016 r. tzw. ustawy dekomunizacyjnej).

Podczas kadencji pierwszego prezesa, Leona Kieresa (2000-2005), IPN stał się obiektem ataku ze strony prawicy w związku ze śledztwem w sprawie zbrodni w Jedwabnem i wydaną w 2002 r. dwutomową publikacją „Wokół Jedwabnego” pod redakcją Pawła Machcewicza i Krzysztofa Persaka. Co prawda IPN krytycznie zweryfikował niektóre twierdzenia Jana T. Grossa na temat okoliczności wydarzeń w Jedwabnem 10 lipca 1941 r., ale potwierdził udział Polaków w tej zbrodni. To było nie do przyjęcia dla prawicy, wyznającej czarno-białą i heroiczną wizję polskiej historii. Pojawiły się wtedy z jej strony zarzuty o „antypolonizm” ówczesnego kierownictwa IPN i postulaty „odzyskania” tej instytucji dla „prawdziwie polskiej” opcji. Nastąpiło to po objęciu po raz pierwszy władzy przez PiS w 2005 r. Nowym prezesem IPN pod koniec 2005 r. został Janusz Kurtyka. Za jego kadencji (2005-2010) IPN zaczął realizować politykę historyczną PiS, a konkretnie wizję tej polityki według Jarosława i Lecha Kaczyńskich. Wówczas zapoczątkowano tendencyjny kult „żołnierzy wyklętych” i przyjęto skrajnie antykomunistyczną retorykę w narracji o historii.

Nasilenie takiej polityki historycznej nastąpiło jednak dopiero po ponownym objęciu władzy przez PiS, a szerzej Zjednoczoną Prawicę, w 2015 r. Za kadencji powołanego przez koalicję PO-PSL prezesa Łukasza Kamińskiego (2011-2016) też eksponowano „żołnierzy wyklętych”, ale opisywano również ich zbrodnie. Obecnie na taką zrównoważoną narrację historyczną nie ma w IPN już miejsca. Na mocy ustawy uchwalonej przez PiS skrócono kadencję prezesa Kamińskiego i nomen omen 22 lipca 2016 r. nowym prezesem Instytutu prawicowa większość sejmowa wybrała Jarosława Szarka. Można powiedzieć, że od tego momentu historia w wydaniu IPN została całkowicie wprzęgnięta w służbę dogmatycznej polityki historycznej.

Kreatorzy tej polityki – jak Ryszard Terlecki czy Jan Żaryn – uzyskali znaczący wpływ na funkcjonowanie IPN pod rządami nowego prezesa. Z IPN musieli natomiast odejść naukowcy, którzy nie zgadzali się na nową linię Instytutu lub nie dawali gwarancji jej realizacji, jak Antoni Dudek, Andrzej Friszke, Andrzej Paczkowski (wszyscy trzej byli członkami Rady IPN, zniesionej przez PiS w 2016 r.) czy Krzysztof Persak.

Dogmatyzm i skrajność polityki historycznej realizowanej przez podporządkowany prawicy IPN polegają najogólniej na tym, że z okresu 1944-1989 zrobiono „czarną dziurę” zamkniętą klamrą z napisami „totalitaryzm” i „okupacja sowiecka”. Nie ma w tej „czarnej dziurze” powojennej odbudowy i industrializacji kraju, nie ma wielkiego dzieła politycznego i ekonomicznego scalenia z Polską Ziem Odzyskanych (ta nazwa zresztą jest przez animatorów postsolidarnościowej polityki historycznej bezmyślnie wyszydzana jako „określenie propagandowe”), nie ma Polskiego Października 1956 r. i następującej po nim stopniowej ewolucji ustrojowo-politycznej PRL od autorytaryzmu i ograniczonej suwerenności do demokracji i pełnej suwerenności w 1989 r. Nie ma powojennych reform społecznych oraz związanego z nimi awansu cywilizacyjnego i edukacyjnego szerokich rzesz narodu. Nie ma wielowątkowej i skomplikowanej historii 45-lecia po 1945 r. Jest tylko terror UB i SB oraz upiorna PZPR – „partia władzy, pieniędzy i bezwstydu”, jak czytam w ostatnim „Biuletynie IPN”.

Do tego wszystkiego dodano mitologię powojennego podziemia antykomunistycznego. Przy czym kult tego podziemia został zręcznie zmanipulowany. Do worka z napisem „żołnierze wyklęci” wrzucono zarówno ofiary stalinizmu, w tym także wybitne postacie sprzeciwiające się powojennej walce zbrojnej (np. August Emil Fieldorf), jak i poakowskie Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość oraz podziemie nacjonalistyczne (NSZ, NZW). Zrobiono to po to, by na kościach tych pierwszych przepchnąć kult tych ostatnich – przez wiele lat ocenianych krytycznie w środowiskach niekomunistycznych, także na emigracji. Tak się dziwnie składa, że w klucie „wyklętych” najbardziej eksponuje się kolaborującą z Niemcami Brygadę Świętokrzyską NSZ oraz różne kontrowersyjne postacie, związane przeważnie z podziemiem nacjonalistycznym.

IPN zaprzecza sam sobie heroizując np. Romualda Rajsa „Burego”, który w 2005 r. został uznany przez Oddziałową Komisję Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Białymstoku winnym zbrodni przeciwko ludzkości. Pion śledczy IPN stwierdził wówczas, że działalności Rajsa „nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa, gdyż nosi znamiona ludobójstwa”. Jednakże w lutym 2019 r. dwaj historycy z IPN wydali komunikat podważający stanowisko pionu śledczego z 2005 r. Dopiero po fali krytyki w mediach i napięciach dyplomatycznych na linii Polska-Białoruś pion śledczy IPN oświadczył, że komunikat ten nie był z nim konsultowany i nie może zmienić ustaleń śledztwa z 2005 r.

Kult najbardziej skrajnych nurtów i najbardziej kontrowersyjnych postaci powojennego podziemia zbrojnego IPN wzbogacił teorią o „powstaniu antykomunistycznym”, które miało trwać od 1944 do 1953 r. (w innej wersji do 1963 r.) i w którym miało rzekomo uczestniczyć co najmniej 180 tys. osób. Absurdalność i ahistoryczność konstrukcji „powstania antykomunistycznego” polega na tym, że powojenna partyzantka była ruchem amorficznym, bez centralnego kierownictwa i programu, bez oficjalnego poparcia ze strony legalnej opozycji (PSL) i nieuznawanego już wtedy przez aliantów rządu polskiego w Londynie. Kierowali tym ruchem niezależnie od siebie niżsi rangą oficerowie, którzy czekali na trzecią wojnę światową.

Przy okazji tegorocznego święta „żołnierzy wyklętych” 1 marca usłyszałem w publicznym radiu wypowiedź pracownika IPN, który ubolewał, że trud jego instytucji w budowaniu legendy „wyklętych” nie jest wspierany publikacjami naukowymi przez historyków akademickich. No właśnie, dlaczego? Przypuszczalnie dlatego, że historycy akademiccy zachowali jeszcze resztki powagi.

Kolejnym ważnym filarem dogmatycznej polityki historycznej realizowanej przez IPN jest tzw. dekomunizacja. Pod rządami Zjednoczonej Prawicy i za kadencji obecnego prezesa IPN „dekomunizacja” przybrała postać działań wymazujących z przestrzeni publicznej nie tylko ślady PRL i ślady polskiej lewicy różnych nurtów w ogóle. Posunięto się dalej – uderzono w ludzi, którzy do pojałtańskiej Polski mieli stosunek krytyczny, ale podjęli pracę dla niej w imię realizmu politycznego i zachowania ciągłości życia narodowego.

Przecież na podstawie „opinii” IPN nie zmienia się nazw ulic Jakuba Bermana, Romana Zambrowskiego, Józefa Różańskiego, Adama Humera czy Julii Brystygierowej, bo ich nie ma i nigdy nie było przed 1989 r. Zmienia się natomiast takich patronów ulic i placów, którzy wiele dali narodowi polskiemu w niełatwych czasach powojennych – Wilhelma Szewczyka, Jerzego Ziętka, Gustawa Morcinka, Jana Rychela czy Stanisława Kulczyńskiego. Jest to więc działanie godzące w polską pamięć historyczną i kulturę narodową. Działanie mające na celu wykorzenienie obiektywnego postrzegania historii i realistycznego myślenia politycznego.

Zwracają na to uwagę już nawet ludzie prawicy, jak np. prof. Andrzej Zapałowski. Na początku lutego br. poinformował on, że na podstawie opinii rzeszowskiego IPN usuwane są na Podkarpaciu upamiętnienia polskich żołnierzy i milicjantów poległych w walce z UPA i prawidłowo nazwał taką „dekomunizację” – depolonizacją[5].

Obecne kierownictwo IPN i jego polityka są poddawane krytyce z wielu stron. Krytycy zwracają uwagę na skrajne upolitycznienie i zideologizowanie tej instytucji, będącej emanacją poglądów wąskiej grupy radykalnie prawicowych osób z zaplecza prezesa PiS. Ludzi traktujących politykę historyczną jako narzędzie walki politycznej, nie tylko z lewicą, ale z każdym kto nie akceptuje jednostronnego dyskursu o przeszłości i teraźniejszości.

Prof. Andrzej Romanowski już dawno zwrócił uwagę na to, że IPN łączy w sobie dwie, zupełnie odmienne, instytucje: pion śledczy (prokuraturę) i placówkę historyczną (archiwalno-edukacyjno-badawczą). Prokurator zmierza przecież do osądzenia podejrzanego i nie szuka okoliczności łagodzących (to jest zadanie adwokata). Natomiast historyk nie może rozstrzygać kwestii winy i kary, ale powinna go interesować jedynie analiza procesu dziejowego w oparciu o standardy naukowej krytyki źródła historycznego. Taka specyfika tej instytucji i nałożone na nią ustawowe zadania doprowadziły do tego, że historycy IPN stali się inkwizytorami, osądzającymi życiorysy osób, które wyrzucają z pamięci zbiorowej lub stawiają na piedestale wedle kryteriów politycznych.

Prof. Adam Leszczyński stwierdził, że prezes IPN Jarosław Szarek „prawie nie ma dorobku naukowego. Napisał za to wiele książeczek dla dzieci, w których uczy ich bogoojczyźnianej historii Polski – zawsze heroicznej, zawsze cierpiącej, zawsze katolickiej i szlacheckiej, bez mniejszości narodowych i chłopów”[6]. Do tego należy dodać liczne wpadki prezesa i Instytutu. Pominę największą – jaką była nowelizacja ustawy o IPN w styczniu 2018 r. – która wywołała międzynarodowy konflikt z Izraelem i diasporą żydowską, zażegnany wycofaniem się obozu władzy z tej inicjatywy. Była to bowiem kompromitacja na szczeblu wyższym – rządu i jego zaplecza politycznego.

Warto jednak przypomnieć, że prezes Szarek wielokrotnie mijał się z podstawowymi faktami historycznymi lub wypowiadał skrajnie polityczne tezy. Powiedział np., że „armia Rzeczypospolitej (sic!) odniosła zwycięstwo (sic!) w bitwie pod Legnicą w 1241 i tym samym uratowała Europę”. Albo, że zwycięstwo w bitwie warszawskiej „uratowało nie tylko Rzeczpospolitą, ale łacińską cywilizację przed zagładą”, chociaż poważni badacze wojny 1919-20 r. wiedzą, że uratowało jedynie niepodległość Polski. Porozumienia Okrągłego Stołu nazwał „drugą Jałtą i porozumieniem ponad Polakami”, a polskie elity po 1945 r. „lumpenelitami”, które stanowiły „sowiecko-komunistyczny niewolniczy, bezmózgi czerep”. Wbrew ustaleniom samego IPN obarczył też Niemców odpowiedzialnością za mord w Jedwabnem. Wypowiedzi w podobnym duchu – nie tylko prezesa, ale i innych funkcjonariuszy IPN – można przytoczyć więcej.

Zapewne niemało racji miał Przemysław Witkowski pisząc w 2018 r., że „teksty prezesa IPN pełne są ultrakatolickiej i nacjonalistycznej frazeologii”, a IPN „stał się przechowalnią wszelkiego rodzaju prawicowych radykałów, ekskatechetów i hobbystów”[7]. To wszystko – na tle afery Greniucha – rodzi pytania o przyszłość tak funkcjonującego IPN. Ze strony opozycji padają postulaty dymisji obecnego prezesa jeszcze przed końcem upływającej w tym roku kadencji lub likwidacji samego Instytutu. Coraz częściej stawiane są też przez opinię publiczną pytania o rosnące z roku na rok koszty funkcjonowania tak kontrowersyjnej instytucji. Jeszcze w 2015 r. budżet IPN wynosił ok. 249 mln zł. Rok później było to już o 20 mln zł. więcej. W 2020 r. budżet IPN wyniósł 405,1 mln zł. (projekt zakładał 423,1 mln zł.) i wzrósł w porównaniu z rokiem poprzednim o 63 mln zł. Dla porównania budżet Polskiej Akademii Nauk na ten rok wynosił 90,9 mln zł., Rzecznika Praw Obywatelskich – 45,2 mln zł., Państwowej Inspekcji Pracy – 362,2 mln zł., a Ministerstwa Sprawiedliwości – 1,59 mld zł. Natomiast budżet IPN na 2021 r. to 397,7 mln zł.

Polski podatnik kupuje za to utrzymanie zasobu archiwalnego po służbach specjalnych PRL, śledztwa i ekshumacje dotyczące zbrodni komunistycznych i nazistowskich (ich liczba maleje z roku na rok, ale utrzymanie pionu prokuratorskiego jest kosztowne), dekomunizację ulic i pomników oraz szeroko rozumianą politykę historyczną, w tym badania naukowe. „Czym badania prowadzone przez IPN różnią się od badań naukowych?” – zapytał prof. A. Leszczyński w artykule opublikowanym w styczniu 2020 r. na portalu oko.press. I odpowiedział: „Tym, że badania naukowe mają na celu poznanie prawdy, a badania prowadzone przez IPN mają potwierdzić polityczne tezy stawiane przez polityków. Nikt tego zresztą nie ukrywa. IPN jest głównym narzędziem władzy we wdrażaniu polityki historycznej (…). Miliony złotych podatników idą na to, żeby ją utrwalić – m.in. za pomocą gier, komiksów i audiobooków”[8].

Jest jednak oczywiste, że dopóki będzie rządzić Zjednoczona Prawica nie tylko likwidacja, ale nawet kosmetyczny retusz IPN-owi nie grozi. Historia nadal będzie wprzęgnięta w rydwan polityki. Z wielką szkodą dla świadomości historycznej i obywatelskiej młodych Polaków.


[1] A. Krajewski, IPN mógłby urządzić Greniuchowi wystawę planszową pt. „Jak hajlowałem przez lata”, http://www.dziennik.pl, 21.02.2021.

[2] P. Witkowski, Z ONR do Instytutu Pamięci Narodowej – czyli cała kariera Tomasza Greniucha, http://www.oko.press, 11.11.2019.

[3] B. Łagowski, Przemoc symboliczna, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 24.02.2020.

[4] T. Greniuch, Duch czasów nowych a Ruch Narodowy, http://www.ngopole.pl, 25.06.2013.

[5] Naczelnik rzeszowskiego IPN usuwa upamiętnienia polskich żołnierzy walczących z UPA. Prof. Zapałowski: to depolonizacja, http://www.kresy.pl, 9.02.2021.

[6] A. Leszczyński, Światopogląd prezesa IPN, http://www.wyborcza.pl, 27.09.2016.

[7] P. Witkowski, Panowie od historii, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 13.11.2018.

[8] A. Leszczyński, Nasz drogi IPN, http://www.oko.press, 3.01.2020.

Bohdan Piętka

31 marca 2021 r.

„Przegląd”, nr 12 (1106), 15-21.03.2021, s. 8-11

Opór wobec mitologii

Kult powojennego podziemia antykomunistycznego – wobec którego przyjęto propagandowe i pretensjonalne określenie „żołnierze wyklęci” – stał się razem z tzw. dekomunizacją (której jest częścią) fundamentem polityki historycznej Zjednoczonej Prawicy. Polityka ta została zapoczątkowana już podczas pierwszych rządów PiS w latach 2005-2007. Jej celem jest – jak to ujął prof. Bronisław Łagowski – delegalizacja PRL. Opowieść o antykomunistycznym podziemiu przybrała formy karykaturalne szczególnie po 2015 r. Przy pomocy wykreowanego mitu o „powstaniu antykomunistycznym”, które miało trwać od 1944 do 1963 r., usunięto z pola widzenia opozycję mikołajczykowskiego PSL, powojenną odbudowę i rozwój kraju oraz Październik 1956 r. i jego następstwa polityczno-ustrojowe. Natomiast przy pomocy mitu o rzekomych 180 tys. (pojawiły się też liczby wyższe, sięgające już 300 tys.) uczestnikach tego „powstania” usunięto w cień wojenny wysiłek Polski Podziemnej, z Armią Krajową na czele. Tworząc mitologię „wyklętych” nie dbano o zachowanie minimum prawdy historycznej i do „wyklętych” zaliczono też ofiary stalinizmu, a wśród nich tych, którzy w powojennym podziemiu nie uczestniczyli i byli mu przeciwni, jak np. gen. Emil August Fieldorf (1895-1953).

Koresponduje to z zupełnym zafałszowaniem historii PRL. Cały okres lat 1944-1989 spięto klamrą z napisem „totalitaryzm” lub „okupacja sowiecka”. Nie ma tam stopniowej ewolucji ustrojowej PRL po 1956 r., awansu społecznego i cywilizacyjnego ogromnych rzesz społeczeństwa, rozwoju kultury narodowej, czy industrializacji kraju. Jest tylko terror komunistyczny, którym rozgrzesza się zbrodnie „żołnierzy wyklętych”. Dlatego słusznie zauważył prof. Andrzej Romanowski, że PiS-owska „polityka historyczna” była w istocie wyzwaniem rzuconym Polsce i jej tradycji. Zarówno w Muzeum Powstania Warszawskiego, jak w wystąpieniach prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jak wreszcie w szerzonym przez Instytut Pamięci Narodowej kulcie powojennego „podziemia niepodległościowego”, „żołnierzy wyklętych” i „ostatnich leśnych”, liczyło się tak naprawdę tylko jedno: upływ krwi. To był ten jedyny miernik patriotyzmu (…)[1].

Polityka ta była i jest wyzwaniem rzuconym nie tylko historii Polski. W kulcie „żołnierzy wyklętych” nie tyle chodzi o oddanie sprawiedliwości uczestnikom podziemia antykomunistycznego i przywrócenie pamięci ofiarom stalinizmu (notabene już przywróconej w epoce przedpisowskiej), co o wykreowanie nowego wzorca obywatelskiego, nawiązującego do XIX-wiecznej tradycji powstańczej z jej hasłem „wszystko albo nic”. Wzorca wykorzeniającego jakiekolwiek myślenie w kategoriach realizmu politycznego. Drugim celem tej polityki historycznej jest podsycanie w społeczeństwie niechęci do Rosji, utożsamianej z ZSRR. Bo przecież „wyklęci” walczyli z „okupacją sowiecką”.

W listopadzie 2015 r., na zebraniu inaugurującym pracę nad Strategią Polityki Historycznej, prof. Jan Żaryn (odpowiedzialny w PiS za odcinek polityki historycznej), stwierdził, że my wszyscy jako Polacy jesteśmy już dziećmi Żołnierzy Wyklętych. Mylił się, ponieważ kult „wyklętych” spotkał się i nadal się spotyka z oporem różnych środowisk, nie tylko lewicowych. Kult ten trafił do przekonania jedynie szeroko rozumianej katolickiej i nacjonalistycznej prawicy. Natomiast w pozostałej części społeczeństwa wywołał m.in. reakcję w postaci upomnienia się o pamięć ofiar zbrodni podziemia antykomunistycznego. Tak się dzieje zawsze, gdy gloryfikuje się tylko jedną stronę wojny domowej, zamiast odnosić się z równą empatią do obu stron.

Już w 2007 r. prof. A. Romanowski stwierdził: Obecna dziś w społecznym obiegu opowieść o narodowej historii przestaje być w każdym razie magistra vitae, staje się nauczycielką bezmyślności, papką dla maluczkich. Tu wszystko co krwawe, uzyskuje automatyczną waloryzację dodatnią, a wszystko, co stanowi przejaw tak często niekonwencjonalnej, idącej pod prąd obiegowych opinii, myśli politycznej, jest automatycznie – jako nieatrakcyjne lub niewygodne – spychane w niebyt. Tymczasem, gdyby poważnie traktować konsekwencje polskiej polityki historycznej, zagraża ona wręcz bytowi narodowemu. Rozumiem bowiem, że można czcić Józefa Kurasia – „Ognia”. Jednak nie można go czcić bez Stanisława Mikołajczyka, Karola Popiela, Eugeniusza Kwiatkowskiego, Stanisława Stommy, bo różnie wyglądały polskie zmagania z niewolą[2].

Natomiast w 2008 r. prof. A. Romanowski napisał: Bo przecież to nie jest tak, że każdy partyzant walczący z bronią w ręku przeciw władzy ludowej zasługuje na automatyczne i bezwarunkowe uznanie. Ruch zbrojny pozbawiony (także przez działanie aparatu terroru) szerszego zaplecza, musiał nieuchronnie wyrodnieć, przeradzać się w bandytyzm. Tendencja ta była wyraźna w bezkrytycznie przez IPN gloryfikowanej biografii Józefa Kurasia – „Ognia” – cóż zaś dopiero w przypadku „ostatnich leśnych”, działających tu i ówdzie jeszcze w latach pięćdziesiątych. Po drugie, za uznaniem kogoś za niepodległościowca musi przemawiać jakaś, choćby szczątkowa, koncepcja polityczna. Wszak gdybyśmy konsekwentnie poszli tropem rozumowania, które dziś proponuje IPN, naród jako całość powinien iść do lasu i jako całość wyginąć w walce. Czy rzeczywiście byłoby to działanie niepodległościowe? Dzieje najnowsze są w IPN-owskiej historiografii podciągnięte pod jeden – daleki od obiektywizmu – strychulec. Nie łudźmy się: „podziemie niepodległościowe” zrobiło dla sprawy niepodległości mało. Nie potępiam tego podziemia, przeciwnie: podobnie jak dla powstańców styczniowych, zachowuję dla jego zamordowanych żołnierzy najwyższy szacunek. (…) Ale tak jak w przypadku powstania 1863-1864 – tak i tutaj nie mogę zaaprobować walki straceńczej, podejmowanej w myśl zasady „triumf albo zgon” (Roman Dmowski powiadał, że kto głosi taką zasadę, jest wobec narodu przestępcą). Nie mogę być ślepy ani na tamte, postyczniowe represje, przynoszące zagładę resztek polskiej państwowości i wydające Królestwo Polskie na łup rusyfikacji, ani też na konsekwencje „podziemia niepodległościowego” po II wojnie światowej. Wszak oba te działania znaczyły jedno: upływ polskiej krwi. I to daremny. Natomiast znacznie więcej od „leśnych” uczynili dla sprawy niepodległości ci, którzy zachowali niepodległego ducha: przekazywali niesfałszowaną historię, tak w domu, jak w PRL-owskiej szkole, wygłaszali odważne kazania w kościele, pisali uczciwe artykuły (…)[3].

Dalej ten Autor stwierdził: Podejrzenie, że IPN manipuluje źródłami, staje się tym bardziej zasadne, że na konferencjach naukowych o Kurasiu – „Ogniu” dwukrotnie (10 III 2007 i 25 XI 2008) uniemożliwiono wystąpienie Ludomirowi Molitorisowi. Człowiek ten, sekretarz generalny Towarzystwa Słowaków w Polsce, utrzymuje, że IPN – szerzący oficjalnie kult „Ognia” – dysponuje dokumentacją jego zbrodni. Tyle że jej nie ujawnia[4].

Na inny aspekt gloryfikacji podziemia antykomunistycznego zwrócił uwagę publicysta Krzysztof Serafiński. Jego zdaniem pierwotnym skutkiem wypromowania pojęcia „żołnierze wyklęci” i ich kultu było wrzucenie do jednego zbioru i traktowanie jako jedności, wszystkich antykomunistycznych partyzantów działających wtedy w Polsce. Rozmyto w ten sposób wiele dotyczących ich kwestii – idee, jakimi się kierowali, ich cele, wizję Polski, o jaką walczyli, działania, których się podejmowali – wraz z etyczną ich oceną. Do jednej grupy wrzucono zarówno tych, którzy rzeczywiście chcieli żyć w wolnym i demokratycznym kraju, jak i członków Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego i pomniejszych formacji, którzy marzyli o nacjonalistycznym państwie katolickim i mordowali niczemu winnych obywateli polskich, niepasujących do tej wizji. Tym samym zaczęto zacierać granicę pomiędzy walczącymi o wolność i zbrodniarzami – po to, by na ideach tych pierwszych przepchnąć kult tych drugich. Tak więc faktycznym beneficjentem funkcjonowania terminu „Żołnierze Wyklęci” są członkowie organizacji partyzanckich o katolickim charakterze. Najczęściej NSZ – które były nacjonalistyczną organizacją katolicką, czerpiącą swoją formę polityczną m.in. z przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego. To do nich zasadniczo odnosi się to pojęcie – i to oni są pod nim gloryfikowani[5].

Dlatego najważniejsi w państwowym kulcie „żołnierzy wyklętych” są ci związani z podziemiem nacjonalistycznym, którzy bynajmniej nie walczyli o demokrację parlamentarną, ale o narodowo-katolicką dyktaturę, jak Romuald Rajs „Bury”. Jego nachalny kult jest promowany przez obóz rządzący pomimo, że śledczy IPN stwierdzili w 2005 r, iż działania „Burego” były czystką etniczną o znamionach ludobójstwa. Ten kult, wraz z prowokacyjnymi marszami nacjonalistów w Hajnówce, budzi od lat opór i sprzeciw mieszkańców oraz lokalnych władz Hajnówki. Nie odmawiamy hołdu walczącym o niepodległą Polskę, ale nie zasługują na hołd ci, którzy wystąpili zbrojnie przeciwko ludności cywilnej – napisali w lutym 2020 r. radni Hajnówki[6]. Od wielu lat rada miejska Hajnówki przyjmuje stanowiska krytyczne wobec marszu ku czci „Burego”, a w 2017 i 2019 r. burmistrz Hajnówki próbował zakazać marszu prawnie, jednakże sąd te zakazy uchylił. Kult „Burego” spotkał się też z negatywną oceną sąsiedniej Białorusi. W 2018 r. przeciw marszowi nacjonalistów ku czci „Burego” w Hajnówce oficjalnie zaprotestował białoruski MSZ. W swoim stanowisku Mińsk zwrócił uwagę, że jest to wzniecanie nienawiści pomiędzy Białorusinami a Polakami[7].

Serafiński podkreślił jeszcze jeden ważny kontekst kultu „wyklętych”, który musi budzić opór moralny. Przywołał sprawę podwójnego bestialskiego morderstwa, popełnionego w 2015 r. w Legnicy na dwóch starszych małżeństwach. Sprawca tych zbrodni tłumaczył przed sądem, że został „wychowany w domu patriotycznym” i wykonał egzekucję na „zdrajcach narodu” i „komunistach”. Kult Żołnierzy Wyklętych – konkluduje Serafiński – jest więc nie tylko wypaczaniem historii, ale zakamuflowaną pozytywnymi pozorami formą promocji ksenofobii, antywolnościowych idei, nienawiści i agresji. (…) Eksponowanie kultu Żołnierzy Wyklętych, powiązane chęcią uciszania jego krytyki, jest zresztą dla partii katolickich nie tylko narzędziem szerzenia nienawiści, ale i nośnikiem innych niejawnych sygnałów kierowanych do wyborców. (…) W tym wypadku, do własnego, świadomego elektoratu dociera komunikat sugerujący, że partia taka gotowa jest akceptować ksenofobię, agresję. pochwalanie zbrodni i totalitarnych dążeń [8].

Spostrzeżenia Serafińskiego potwierdził prof. Rafał Wnuk – w latach 90-tych XX w. jeden z badaczy podziemia antykomunistycznego i zwolennik jego upamiętnienia, dzisiaj ostry krytyk kultu „wyklętych”. Szybko hasło „żołnierze wyklęci” – pisze prof. R. Wnuk – zaczęło pełnić rolę wielkiego baneru reklamowego skutecznie przesłaniającego obraz minionych wydarzeń. Odwołanie się do emocji i języka komiksu sprawiło, że do odbiorców docierać zaczęła nie zobiektywizowana, oparta na naukowej analizie, rzetelna wiedza historyczna, lecz uproszczony i coraz bardziej zideologizowany przekaz. W tak skonstruowanej opowieści nie ma miejsca na światłocienie, dbałość o szczegóły czy choćby rzetelne przedstawienie faktów. Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość”, Narodowe Siły Zbrojne, Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i inne, mniejsze organizacje tracą swe oblicza ideowe i zostają zredukowane do ujednoliconej wspólnoty bojowników-straceńców. Z tej wersji „historii” nie wynika, że największa powojenna organizacja podziemna – Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość” – sama siebie nazywała Ruchem Oporu bez Wojny i Dywersji, a ludzie wywodzący się z Armii Krajowej i struktur Polskiego Państwa Podziemnego byli przeciwni kontynuowaniu walki zbrojnej. Nie ma słowa o zasadniczo odmiennych wizjach Polski, dzielących skrajnie nacjonalistyczne i antydemokratyczne Narodowe Siły Zbrojne od mniej radykalnego Narodowego Zjednoczenia Wojskowego i prodemokratycznego Zrzeszenia WiN[9].

Pełnej zgody na tak jednostronny przekaz o powojennym podziemiu nie ma nawet w obozie czcicieli „wyklętych”. Z chóru tych czcicieli wyłamał się prawicowy publicysta Piotr Zychowicz – autor książki „Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych” (Poznań 2018). Zychowicz, chociaż nie neguje słusznej, jego zdaniem, walki podziemia antykomunistycznego, to zdecydowanie sprzeciwia się milczeniu o zbrodniach tego podziemia lub zakłamywaniu tych zbrodni „w imię pięknej patriotycznej legendy”.

W marcu 2020 r. kult podziemia antykomunistycznego skrytykowała na antenie Radia Szczecin szczecińska radna Edyta Łongiewska-Wijas – obecnie niezrzeszona, wcześniej w KO. Uważam, że kult Żołnierzy Wyklętych jest nieuzasadniony, dlatego że jest kłamliwy wobec prawdy historycznej, jest niepedagogiczny i przede wszystkim krzywdzący ofiary, głos ofiar – powiedziała. Jaki jest sens kultu żołnierzy wyklętych? – pytał w marcu 2018 r. na łamach „Polska Times” Jakub Bierzyński, przywołując groteskową – jego zdaniem – gloryfikację Brygady Świętokrzyskiej NSZ oraz powojennego podziemia nacjonalistycznego. W 2017 r. prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania na wniosek dwóch działaczy PiS przeciw częstochowskiej radnej PO Jolancie Urbańskiej, która publicznie przypomniała, że wśród „wyklętych” byli też „bandyci”. W 2016 i 2017 r. Stanisław Aronson – ocalały z Holokaustu, żołnierz AK i organizacji NIE – zwrócił się do prezydenta RP z listami, w których protestował przeciwko kultowi „żołnierzy wyklętych”. Tworzy się fikcję ze szkodą dla wspaniałej tradycji Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej – napisał w drugim z tych listów Aronson.

Takich przykładów sprzeciwu można podać więcej. Zapewne sprzeciw ten będzie narastał, im bardziej groteskowy będzie kult powojennego podziemia w ramach państwowej polityki historycznej. I nie powstrzymają tego groźby represji.

Kończąc pozwolę sobie jeszcze raz zacytować prof. A. Romanowskiego: Trzecia Rzeczpospolita miała szansę stać się państwem wielkiej ideowej syntezy. Powstała wszak w drodze układu z komunistami, ale jej aksjologia była antykomunistyczna. Jedno i drugie stanowiło wartość. Rzecz jednak w tym, że terminem „antykomunizm” ochrzczono u nas walkę nie z systemem czy ideologią, lecz z nieistniejącym PRL. Ba! Nawet nie z PRL, lecz z ludźmi PRL, a czasem nie z ludźmi PRL, lecz po prostu z aktualnym przeciwnikiem (…). Tak czy inaczej, zrozumienie historycznego dziedzictwa Polaków – to dla dzisiejszej prawicy zadanie zbyt intelektualnie wyczerpujące. A dla lewicy jałowe i nudne[10].

[1] A. Romanowski, Antykomunizm, czyli upadek Polski. Publicystyka lat 1998-2019, Kraków 2019, s. 114.

[2] Tamże, s. 204.

[3] Tamże, s. 79-80.

[4] Tamże, s. 83.

[5] K. Serafiński, Kult Żołnierzy Wyklętych, „Liberté!”, http://www.liberte.pl, 17.08.2018.

[6] „Gloryfikacja zbrodniarzy”. Radni Hajnówki przeciw upamiętnianiu „Burego”, „Dziennik Gazeta Prawna”, http://www.gazetaprawna.pl, 21.02.2020.

[7] „Bury” znowu dzieli. Białoruś protestuje przeciw marszowi polskich nacjonalistów, http://www.tokfm.pl, 23.02.2018.

[8] K. Serafiński, Kult Żołnierzy Wyklętych…

[9] R. Wnuk, Wokół mitu „żołnierzy wyklętych”, „Przegląd Polityczny”, http://www.przegladpolityczny.pl, 8.10.2016.

[10] A. Romanowski, Antykomunizm, czyli upadek Polski…, s. 115, 119.

Bohdan Piętka

31 marca 2021 r.

„Przegląd”, nr 10 (1104), 1-7.03.2021, s. 42-44

Nowi „bohaterowie” Ukrainy (3)

28 lutego br. w Hucie Pieniackiej odbyły się uroczystości upamiętniające 77-mą rocznicę ludobójczej zagłady tej miejscowości przez nacjonalistów ukraińskich (bojówkarzy UPA i ukraińskich ochotników do dywizji Waffen-SS „Galizien” z 4-go pułku policyjnego SS). W uroczystościach tych wzięli udział potomkowie pomordowanych mieszkańców Huty Pieniackiej, przedstawiciele mniejszości polskiej na Ukrainie, polscy dyplomaci oraz delegacje z Polski, w tym delegacja państwowa. Z drugiej strony przybyli tam współcześni epigoni OUN-UPA, od lat negujący sprawstwo tej zbrodni ze strony nacjonalistów ukraińskich i dający wyraz swojemu niezadowoleniu z powodu stojącego w Hucie Pieniackiej pomnika, który upamiętnia ofiary. Będący w polskiej delegacji Sławomir Cenckiewicz podał później na Twitterze, że wystąpieniu ministra Adama Kwiatkowskiego towarzyszyły „obraźliwe okrzyki Ukraińców, którzy przybyli z flagami”[1].

Cenckiewicza to dziwi? Raczej nie powinno, biorąc pod uwagę oblicze ukraińskiej polityki historycznej, które powinno być od dawna znane obozowi rządzącemu w Polsce. Polityka historyczna Ukrainy, budowana na fundamencie heroizacji nacjonalizmu ukraińskiego, jest przecież konsekwencją kreowania antyrosyjskiej Ukrainy w ramach tzw. projektu Trójmorza. Projektu amerykańskiego, który jednakże jest przedstawiany przez obóz rządzący w Polsce jako jego własny, nawiązujący do tradycji prometeizmu. Skoro tak, to polska delegacja państwowa musi teraz słuchać „obraźliwych okrzyków” epigonów Bandery i Doncowa. I musi je przełknąć. Także dlatego, że polska polityka historyczna, której główne święto przypada 1 marca, nie odbiega daleko swoim stosunkiem do prawdy od ukraińskiej polityki historycznej i wypływa z tego samego, antyrosyjskiego i antykomunistycznego źródła.

Żeby zrozumieć jak preparowana jest historia na obecnej Ukrainie, zwróćmy uwagę tylko na jedną postać. Postaci tej poświęcono tablicę pamiątkową na budynku Opery Narodowej w Kijowie. Kto to jest? Kompozytor, śpiewak? Nie, to nazistowski kolaborant Dmytro Myron, ps. Maksym Orłyk (1911-1942). Z poświęconej mu tablicy pamiątkowej nie sposób się jednak dowiedzieć, że Myron był hitlerowskim kolaborantem i organizatorem policji pomocniczej na ziemiach zajętych przez wojska niemieckie po 22 czerwca 1941 r. Jest tam bowiem napisane tylko, że był krajowym prowidnykiem OUN w Kijowie i zginął z rąk agentów gestapo. A więc bojownik ruchu oporu przeciw Niemcom? Tak sugeruje tablica pamiątkowa i tak przedstawia Myrona polityka historyczna współczesnej Ukrainy.

Kim jednak był naprawdę? Od 1930 r. był członkiem OUN, skazanym w II RP na siedem lat więzienia za działalność terrorystyczną (na mocy amnestii z 1936 r. wyrok zmniejszono do dwóch lat). W polskim więzieniu napisał „44 zasady ukraińskiego nacjonalisty”, które wraz z „Dekalogiem ukraińskiego nacjonalisty” Stepana Łenkawskiego i „12 cechami charakteru” Osypa Maszczaka, zostały włączone do „Katechizmu ukraińskiego nacjonalisty”. W 1939 r. był już referentem polityczno-ideologicznym Krajowej Egzekutywy OUN. Tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej – w sierpniu 1939 r. – wziął udział w II Wielkim Kongresie OUN w Rzymie. Był także jednym z inicjatorów, organizatorów i aktywnych uczestników krajowej konferencji OUN w Krakowie, w dniach 9-10 lutego 1940 r., na której Stepan Bandera zażądał ustąpienia Andrija Melnyka. Kiedy to nie nastąpiło, Bandera dokonał rozłamu w OUN i utworzył „rewolucyjną”, tzn. banderowską frakcję OUN. Po stronie Bandery od początku stał Myron, który budował struktury banderowskiej OUN w Generalnym Gubernatorstwie (formalnie nielegalne, ale tolerowane przez Niemców).

Wkrótce Myron przedostał się też na ziemie II RP okupowane przez ZSRR, gdzie tworzył nielegalne struktury OUN-B. Do czerwca 1941 r. zostały one prawie w całości rozbite przez NKWD. Myronowi udało się jednak uniknąć aresztowania i powrócić do Generalnego Gubernatorstwa. W 1940 r. Myron ukończył też swoją fundamentalną pracę pt. „Idea i sprawa Ukrainy”. Proponował w niej – zgodnie z myślą swojego mentora, Stepana Bandery – „oczyszczenie” przyszłej Ukrainy z „obcoplemieńców”, a więc Polaków, Żydów i innych nieukraińskich narodowości. Zamierzenia te banderowcy chcieli realizować u boku Niemiec hitlerowskich. Dlatego na początku czerwca 1941 r. Myron pojawia się w Wiedniu, gdzie prowadzi szkolenie polityczne ukraińskiego batalionu kolaboracyjnego „Roland”. Z nim przekracza 22 czerwca 1941 r. granicę niemiecko-radziecką i wkracza do Lwowa. U boku wielkoniemieckiego Wehrmachtu oczywiście.

Następnie współorganizuje ukraińską policję pomocniczą, która wspólnie z niemieckimi SS-Einsatzgruppen „oczyszcza” Galicję Wschodnią od „obcoplemieńców” – w pierwszej kolejności Żydów. Świadkiem tej działalności Myrona był płk Aleksander Klotz (1898-1976) – oficer wywiadu Komendy Głównej ZWZ. W swoich wspomnieniach nazwał on Myrona „najbardziej obrzydliwym typem kata gestapo, wyjątkowym kryminalistą i sadystą, który stracił resztki człowieczeństwa”.

Banderowcy jednak szybko zawiedli się na niemieckim sojuszniku. Hitler nie życzył sobie żadnej „niepodległej” Ukrainy. Nie miał nic przeciwko pomocy ze strony nacjonalistów ukraińskich w „oczyszczaniu” zajętych terenów z Żydów, ale rozkazał rozpędzić banderowski „rząd” proklamowany we Lwowie 30 czerwca 1941 r. oraz aresztować Banderę i jego najbliższych współpracowników. Myron staje wtedy na czele jednej z tzw. grup marszowych OUN-B i razem z Wasylem Kukiem, Dmytro Majiwskym i Tarasem Onyszkewyczem próbuje dotrzeć do Kijowa, by jeszcze raz ogłosić „akt odnowienia państwa ukraińskiego”. Nie udaje im się to. 31 sierpnia 1941 r. zostają aresztowani przez Niemców w Wasylkowie pod Kijowem. Wkrótce jednak zwolniono ich z więzienia w Łucku (według hagiografii OUN „uciekli”). Docierają ponownie do Lwowa. Stamtąd Myron wyjeżdża konspiracyjnie do Kijowa, by tworzyć banderowskie podziemie. To podziemie nie podejmuje jednakże żadnej walki zbrojnej z okupantem niemieckim. Czeka po prostu na zmianę koniunktury politycznej i ewentualny powrót do łask w Berlinie frakcji banderowskiej OUN.

Myron zostaje w 1942 r. aresztowany przez gestapo. Być może nic by mu się nie stało. Być może tylko dołączyłby do Bandery i jego najbliższych współpracowników, którzy w tym czasie przebywali jako więźniowie uprzywilejowani w areszcie specjalnym Zellenbau na terenie KL Sachsenhausen. Zostali stamtąd zwolnieni 28 września 1944 r., by tworzyć Ukraiński Komitet Narodowy i Ukraińską Armię Narodową u boku III Rzeszy. Myron zdecydował się jednak na ucieczkę z kijowskiego więzienia. Udało mu się to nawet, ale został rozpoznany na ulicy przez dwóch agentów gestapo (notabene Ukraińców) i przez nich zastrzelony 25 lipca 1942 r. W ten sposób stał się na pomajdanowej Ukrainie „bohaterem” antyniemieckiego ruchu oporu.

W oparciu o okoliczności jego śmierci nacjonalistyczna hagiografia (bo przecież nie historiografia) ukraińska może tworzyć legendy o rzekomej walce podziemia banderowskiego z Niemcami hitlerowskimi. I tworzy, bardzo obficie zresztą. Czy nie przypomina to jednak zabiegów polskiej polityki historycznej w preparowaniu heroicznych żywotów niektórych „wyklętych” i mitu powojennego „powstania antykomunistycznego”? Tak w Polsce, jak i na Ukrainie, historia jest narzędziem polityki, a nie próbą obiektywnego poznania przeszłości.

Sprzeciw wobec wprzęgania historii w służbę polityki, czyli jej wypaczania, jest na Ukrainie karany surowo. Przekonał się o tym pochodzący z Kijowa bloger Anatolij Szarij, który jest ścigany przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy m.in. za przypomnienie słynnej zbrodni UPA na polskich pasażerach pociągu relacji Rawa Ruska-Bełżec (tzw. mord pod Zatylem, 16 czerwca 1944 r.). W połowie lutego br. SBU podała, że Szarij – od lat mieszkający na terenie UE, gdzie ma status azylanta – dopuścił się „zdrady stanu, pomagając rosyjskim strukturom w prowadzeniu specoperacji informacyjnych przeciw Ukrainie” oraz prowadził „nielegalną działalność na szkodę bezpieczeństwa narodowego Ukrainy w sferze informacyjnej”. SBU chodzi konkretnie o wypowiedź Szarija, że pomnik UPA na górze Monastyrz koło Werchraty, którego odbudowania domagają się od Polski władze Ukrainy, został wzniesiony na grobie ludobójców. Ponadto Szarij miał wystąpić w programie „60 minut” na antenie telewizji rosyjskiej Rossija 1 i powiedzieć, że „OUN to organizacja terrorystyczna…, szowiniści…, bandyci i mordercy…, zatrzymali pociąg, który jechał. Zaczęli zabijać pasażerów”.

Szarij zaprzeczył, że kiedykolwiek występował na antenie Rossija 1. Jego zdaniem Rossija 1 pokazała tylko materiał z jego wideoblogu, w którym Szarij omawiał sprawę pomnika UPA na górze Monastyrz i wskazywał, że osoby tam pochowane były zaangażowane w mord na co najmniej 42 polskich pasażerach pociągu relacji Rawa Ruska-Bełżec pod Zatylem 16 czerwca 1944 r. SBU uznała jednak, że przywołanie przez Szarija tego faktu historycznego zawiera sformułowania „nieprawdziwe, mające na celu zniekształcenie wydarzeń historycznych”. W postanowieniu o postawieniu Szarijowi zarzutu zdrady stanu SBU napisała, że pojawił się u niego „przestępczy zamiar dokonania działań na szkodę suwerenności, integralności terytorialnej, obronności i bezpieczeństwa informacyjnego Ukrainy” w postaci „udzielenia obcemu państwu i zagranicznej organizacji pomocy w prowadzeniu działalności wywrotowej przeciw Ukrainie”. W konkluzji SBU stwierdziła, że Szarij wszedł w przestępczą zmowę z przedstawicielami Federacji Rosyjskiej, a konkretnie, z jej mediami, w celu udzielenia im pomocy w prowadzeniu „wywrotowej działalności przeciw Ukrainie w sferze informacyjnej”. Za „zdradę stanu” grozi Szarijowi 15 lat pozbawienia wolności[2].

W Polsce osoby uprawiające narrację sprzeczną z państwową polityką historyczną jeszcze nie są ścigane za zdradę stanu. Są za to co najwyżej publicznie potępiane w prorządowych mediach, ale przyszłość przecież jest nieprzewidywalna. Notabene wydawałoby się, że władze polskie powinny wystąpić w obronie ukraińskiego wideoblogera, ponieważ jest on ścigany za to, że powiedział prawdę o jednej z bardziej znanych zbrodni UPA na Polakach w Małopolsce Wschodniej. Nic jednak nie wskazuje na to, by miały to uczynić. No właśnie, dlaczego?

Bohdan Piętka

31 marca 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 13-14 (2337/2338), 28.03-4.04.2021 , s. 12


[1] W Hucie Pieniackiej uczczono pomordowanych Polaków. Uroczystości towarzyszyły „obraźliwe okrzyki Ukraińców”, http://www.kresy.pl, 28.02.2021.

[2] Wiadomo za co SB Ukrainy ściga popularnego blogera – m.in. za wspomnienie o zbrodni OUN-UPA na Polakach, http://www.kresy.pl, 26.02.2021.