Nowi „bohaterowie” Ukrainy (2)

Pomnik 31 żołnierzy polskich zamordowanych przez UPA 1 kwietnia 1947 r. w Łubnem pod Baligrodem nie był jedynym pomnikiem polskich ofiar UPA usuniętym w ramach tzw. „dekomunizacji” – czyli działań będących rezultatem polityki historycznej Zjednoczonej Prawicy. Prof. Andrzej Zapałowski poinformował, że od lat na Podkarpaciu likwidowane są upamiętnienia ludzi, którzy zginęli broniąc polskiej ziemi i ludności przed banderowcami. Zdaniem prof. A. Zapałowskiego upamiętnienia te zostały zlikwidowane na podstawie opinii rzeszowskiego oddziału IPN. Sprawa dotyczy m.in. pomnika w rejonie Nakła w gminie Stubno (pow. Przemyśl), poświęconego milicjantom, którzy w 1945 r. – wedle słów Zapałowskiego – „zmagali się z Armią Czerwoną, która wspierała UPA w tamtych rejonach”. IPN miał wnioskować o jego rozbiórkę.

Usunięto też tablicę z nazwiskami milicjantów z pomnika w Żohatynie (gmina Bircza, pow. Przemyśl). Był on poświęcony milicjantom, którzy bronili miejscowej ludności przed UPA. Zapałowski zaznaczył, że to okolice Borownicy (gmina Bircza, pow. Przemyśl), gdzie w kwietniu 1945 r. UPA wymordowała ponad 100 mieszkańców. „Broniła się w niej miejscowa samoobrona i milicjanci. Gdyby nie to, zginęłoby kilkuset Polaków więcej. Na odsiecz przyszli m.in. milicjanci z Birczy i Żohatyna” – powiedział Zapałowski. Zwrócił też uwagę, że na powojennej Rzeszowszczyźnie – atakowanej w latach 1945-1947 przez UPA – „do milicji szli ludzie po to, żeby mieć możliwość i prawo do noszenia broni i móc bronić własnych rodzin i sąsiadów”. Wydaje się to oczywiste, ale nie dla „dekomunizatorów”.

Do sprawy odniósł się oddział IPN w Rzeszowie twierdząc, że wskazany przez prof. A. Zapałowskiego urzędnik IPN nie ma nic wspólnego z usuwaniem wspomnianych upamiętnień i „nie wydaje żadnych nakazów”[1]. Wygląda zatem na to, że nakazy wydają się same.

A. Zapałowski stwierdził również, że taka „dekomunizacja” jest depolonizacją. O tym, że „dekomunizacja”, czyli polityka historyczna Zjednoczonej Prawicy, jest depolonizacją pisałem już wielokrotnie. Pisałem o tym zwłaszcza w odniesieniu do Ziem Zachodnich. Przypomnę tutaj chociażby „dekomunizację” ulicy Jana Rychela (wybitnego działacza Związku Polaków w Niemczech) w Strzelcach Opolskich, czy „dekomunizacyjne” ataki na pamięć o prof. Stanisławie Kulczyńskim – szczególnie zasłużonym dla budowy od podstaw po 1945 r. polskiej nauki i kultury we Wrocławiu. Ludzie, którzy wystąpili po 2015 r. z projektem „dekomunizacji” albo nie znają i nie rozumieją polskiej historii, albo świadomie działają przeciw polskiej pamięci historycznej i polskiej racji stanu.

Jest rzeczą wręcz niepojętą, że na tej samej Rzeszowszczyźnie likwidowane są pomniki polskich ofiar UPA i tych, którzy przed UPA bronili tej ziemi, a równocześnie – na żądanie strony ukraińskiej – odbudowuje się pomnik bojówkarzy UPA na górze Monasterz koło Werchrarty (gmina Horyniec-Zdrój, pow. Lubaczów). Był to warunek, od którego strona ukraińska uzależniała zgodę na polskie ekshumacje na Wołyniu. Zgody na te ekshumacje do dzisiaj nie wydała, a jako pretekst odmowy Kijów podaje swoje niezadowolenie z tego, że odbudowany koło Werchraty pomnik UPA nie gloryfikuje tej zbrodniczej formacji w takim stopniu jak życzy sobie tego Ukraina. Według ukraińskich czcicieli UPA i ich niektórych polskich sympatyków, upowcy spoczywający na górze Monasterz (chociaż tego dokładnie nie wiadomo, ponieważ strona ukraińska nie zgodziła się na ekshumację rzekomo tam pochowanych członków UPA) zginęli wiosną 1945 r. „w walce z NKWD”. W rzeczywistości zginęli w tym czasie w walce z polską samoobroną i milicją podczas ofensywy zainicjowanej przez UPA na Rzeszowszczyźnie, której celem była ludobójcza czystka etniczna ludności polskiej. Taka sama jak na Wołyniu.

W wyniku polityki „dekomunizacji” oraz „strategicznego partnerstwa” z Ukrainą nie ma już na Rzeszowszczyźnie pomników polskich ofiar UPA i obrońców tej ziemi. Jest tam natomiast oficjalnie zatwierdzony przez stronę polską pomnik bojówkarzy UPA, którzy w 1945 r. wyrzynali ludność cywilną na ziemi przemyskiej i lubaczowskiej. To jest nie tylko niepojęte, ale wstrząsające.

Tymczasem na Ukrainie prowadzona jest polityka historyczna, która nie tylko gloryfikuje UPA, ale czyni z nacjonalizmu ukraińskiego fundament tożsamości historyczno-państwowej tego kraju. Polityka ta była prowadzona za prezydentury Petro Poroszenki (2014-2019) i bynajmniej nie została zmieniona, ani osłabiona za prezydentury jego następcy – Wołodymyra Zełenskiego. 8 lutego 2021 r. ukraiński portal Volyn Infa podał, że do rady miejskiej Kowla został skierowany projekt uchwały, zgodnie z którym czerwono-czarna flaga banderowskiej frakcji OUN zostanie na stałe umieszczona na gmachu rady miejskiej, obok flagi państwowej Ukrainy. Projekt zakłada, że czerwono-czarna flaga banderowskiej OUN ma być również podnoszona na wszystkich budynkach komunalnych Kowla w dniu urodzin Jewhena Konowalca i Stepana Bandery. Natomiast na cześć Romana Szuchewycza – hitlerowskiego kolaboranta i twórcy UPA – flaga ma być podnoszona dwa razy w roku: w dniu jego urodzin i w dniu jego śmierci[2].

Czy to nie jest ewidentny dowód banderyzacji, czyli faszyzacji pomajdanowej Ukrainy? Każdy jednak kto o tym mówi jest w Polsce od razu zakrzykiwany, że „szerzy rosyjską narrację” (wedle polskich polityków i mediów renesans nacjonalizmu ukraińskiego na pomajdanowej Ukrainie ma być bowiem rzekomo wymysłem Putina), słowem – że jest „prorosyjski”, albo wręcz jest „agentem” Rosji. Sądzę zresztą, że te czerwono-czarne flagi łopoczące nad Kowlem i innymi miastami zachodniej Ukrainy nie przeszkadzają polskim politykom wszystkich opcji, którzy pod tymi barwami chóralnie krzyczeli na kijowskim Majdanie w 2013 i 2014 r. „sława Ukrainie!”.

Roman Szuchewycz, którego pamięć ma być tak fetowana w Kowlu, jako oficer 201. batalionu pomocniczego policji niemieckiej uczestniczył w 1942 r. w zagładzie 18 tys. Żydów z Kowla i okolic, a rok później jako dowódca UPA był współodpowiedzialny za barbarzyńską zagładę 60 tys. Polaków na Wołyniu i wypędzenie 300 tys. pozostałych. Tego nikt w Polsce nie widzi? Czyżby polskie elity przyjęły propozycję pewnego weterana KOR, wedle którego Szuchewycz „także dla Polaków powinien być postacią o cechach bohatera”? Bo walczył z „komunizmem”. Ale Heinrich Himmler też walczył z komunizmem i miał w tej dziedzinie znacząco większe osiągnięcia niż Szuchewycz. W nim jednak jakoś weteran KOR nie zobaczył „cech bohatera”.

Warto zwrócić uwagę na to jakie publikacje wydaje się na współczesnej Ukrainie. Wydawnictwo „Ukraiński priorytet” ogłosiło rychłe wydanie książki „Stosunki żydowsko-ukraińskie w XX wieku”, której autorem jest mieszkający w Kanadzie, a pochodzący z Charkowa, Alik Gomelski. Reklama tej książki głosi, że Gomelski „obala fałszywe moskiewskie mity o antysemityzmie i ksenofobii UPA, mówi o żydowskim dziecku uratowanym przez rodzinę komendanta UPA Romana Szuchewycza”. Gomelski pisze także „o udziale Żydów w oddziałach UPA” i „obala mit o antysemityzmie Petlury”.

Na Ukrainie szeroko prezentuje się także publikację Dmytro Czobita, która neguje udział 4. pułku policyjnego SS z ukraińskiej dywizji Waffen-SS „Galizien” w zagładzie Huty Pieniackiej (28 lutego 1944 r.). Wydanie tej trzytomowej publikacji dofinansowała jesienią zeszłego roku lwowska rada obwodowa[3]. Atak na prawdę o zbrodni w Hucie Pieniackim jest prowadzony od wielu lat przez rządzących w obwodzie lwowskim ideowych spadkobierców Bandery, Szuchewycza i dywizji Waffen-SS „Galizien”. Elementem tego ataku było dwukrotne zniszczenie w 2017 r. pomnika Polaków zamordowanych w Hucie Pieniackiej. Sprawców nigdy nie ujawniono, a zdaniem polskich mediów miała to być „rosyjska prowokacja”. Drugim elementem tego ataku jest ciągłe negowanie ukraińskiej odpowiedzialności za tę zbrodnię i powielanie ewidentnych kłamstw na ten temat przez współczesnych epigonów nacjonalizmu ukraińskiego.

Promocja publikacji „Zahybel Huty Pieniaćkoji” Dmytro Czobita nieprzypadkowo odbywa się właśnie teraz, tuż przed kolejną rocznicą zagłady Huty Pieniackiej (28 lutego). „Hutę zniszczył hitlerowski okupacyjny reżim siłami niemieckiego wojska podczas typowej pacyfikacji. Powodem była trwała współpraca miejscowej bojówki Armii Krajowej z rosyjskimi partyzantami, oddziałem NKWD, dokonywane przez nich zamachy terrorystyczne oraz zbrojny opór wobec niemieckich okupantów. Żaden żołnierz UPA ani żołnierz dywizji SS Hałyczyna, jak nieraz nieprawdziwie twierdziła strona polska, nie był obecny podczas zniszczenia Huty Pieniackiej” – takie twierdzenia zawiera publikacja Czobita.

Przypomnę, że każde ludobójstwo ma trzy fazy: planowanie, wykonanie oraz zacieranie śladów zbrodni i jej negację. Ta trzecia faza ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, czyli jego negacja – rozpoczęta przez sprawców jeszcze podczas dokonywania zbrodni – trwa do dzisiaj. Nie tylko trwa, ale przybiera na Ukrainie rozmiary coraz bardziej zatrważające. Przy dyskretnym milczeniu polskich władz i głównych mediów.


[1] Naczelnik z rzeszowskiego IPN usuwa upamiętnienia polskich żołnierzy walczących z UPA. Zapałowski: to depolonizacja, http://www.kresy.pl, 9.02.2021.

[2] На Волині хочуть, щоб над містом постійно майорів червоно-чорний прапор, http://www.volyninfa.com.ua, 8.02.2021.

[3] Samorząd obwodu lwowskiego dofinansuje kłamliwą książkę o zagładzie Huty Pieniackiej, http://www.kresy.pl, 24.11.2020.

Bohdan Piętka

28 lutego 2021 r.

Nowi „bohaterowie” Ukrainy (1)

Demokratyczna Ukraina będzie mieć nowego bohatera. 267 deputowanych Rady Najwyższej poparło inicjatywę neobanderowskiej partii Swoboda i wnioskuje do prezydenta Zełenskiego o nadanie pośmiertnie tytułu Bohatera Ukrainy Mychajło Mułykowi – w czasie drugiej wojny światowej esesmanowi z dywizji Waffen-SS „Galizien”. W Iwano-Frankiwsku (Stanisławowie) nadano Mułykowi honorowe obywatelstwo miasta, pochowano go w Alei Chwały i umieszczono pamiątkową tablicę na domu, w którym mieszkał. Prezydent Zełenski ma 15 dni na podjęcie decyzji w sprawie tego wniosku. Informację taką przekazał w mediach społecznościowych 31 stycznia br. Eduard Dolinsky – dyrektor Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego, monitorujący na bieżąco efekty polityki historycznej pomajdanowej Ukrainy. Polityki sprowadzającej się do budowania tożsamości państwowo-historycznej tego kraju na kulcie zbrodniczych formacji z okresu drugiej wojny światowej.

Swoją tożsamość państwowo-historyczną pomajdanowa Ukraina opiera nie tylko na kulcie OUN i UPA, ale także 14. Dywizji Grenadierów Waffen-SS „Galizien” (1. ukraińskiej dywizji Waffen-SS), odpowiedzialnej za liczne zbrodnie na Polakach. Wśród tych zbrodni na pierwszym miejscu należy oczywiście wymienić udział 4. pułku policyjnego SS – złożonego z pierwszego poboru ukraińskich ochotników do dywizji „Galizien” – w zagładzie Polaków w Hucie Pieniackiej (28 lutego 1944 r.), Palikrowach (12 marca 1944 r.), Maleniskach (13 marca 1944 r.), Pańkowcach (13 marca 1944 r.), Podkamieniu (12-16 marca 1944 r.) i Chodaczkowie Wielkim (16 kwietnia 1944 r.). Ale do zbrodni esesmanów z dywizji „Galizien” zalicza się także mord dokonany 24 lipca 1944 r. w Lesie Grabińskim koło Iwonicza na 72 Polakach, w tym żołnierzach AK i BCh oraz inne zbrodnie, które do dzisiaj nie zostały ujawnione. Trzeba przypomnieć, że Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze uznał w 1946 r. SS za organizację zbrodniczą. Ukraińska formacja kolaboracyjna – będąca częścią tej zbrodniczej niemieckiej organizacji – jest uznawana przez władze pomajdanowej Ukrainy za uczestnika „ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego”.

Z kolei 5 lutego br. Eduard Dolinsky poinformował, że Tarnopolska Obwodowa Administracja Państwowa (odpowiednik polskiego Urzędu Wojewódzkiego) uroczyście obchodziła tego dnia urodziny 99-letniego zbrodniarza wojennego Mykoły Samyciwa, który w 1941 r. podjął służbę w powołanej przez okupanta niemieckiego ukraińskiej policji pomocniczej. Samyciw brał udział m.in. w zagładzie 10 tys. Żydów ze Zborowa i okolic. Podczas tej zbrodni ukraińscy policjanci spalili żywcem około 600 Żydów. W 1943 r. Samyciw przeszedł do dywizji „Galizien”, a po jej rozbiciu przez Armię Czerwoną w bitwie pod Brodami (13-22 lipca 1944 r.) wstąpił do UPA. Za udowodnione mu zbrodnie przeciw ludzkości został skazany w ZSRR na 25 lat więzienia. Dzisiaj, prawie stuletni Samyciw, jest bohaterem na Ukrainie – aspirującej do członkostwa w Unii Europejskiej. „Prześladowania nie złamały nieugiętego Mykoły Samyciwa. Swoim przykładem uczy on nas kochać ojczyznę, przenosi on swoje wspomnienia jako relikwię w przyszłość” – napisała administracja państwowa obwodu tarnopolskiego, podległa prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu – uchodzącemu w polskich i zachodnich mediach za wzór europejskiego demokraty.

13 stycznia br. Eduard Dolinsky poinformował natomiast, że w Iwano-Frankiwsku (Stanisławowie) tamtejsze władze obchodziły 98-me urodziny zbrodniarza wojennego Myrosława Symycza – współodpowiedzialnego za zagładę w 1944 r. ludności polskiej na terenie byłego województwa stanisławowskiego. Według Dolinsky’ego – z akt sprawy karnej wytoczonej Symyczowi w ZSRR wynika, że jako dowódca sotni UPA osobiście wydał rozkaz unicestwienia polskiej wsi Pistyń w powiecie kosowskim, w tym wymordowania kobiet, dzieci i starców oraz spalenia ich domów. 23 października 1944 r. sotnia Symycza zaatakowała polską wieś Trójca w powiecie śniatyńskim. Upowcy zamordowali tam 81 osób – 66 Polaków, 14 Ukraińców i jednego Rosjanina. Wśród ofiar były kobiety i dzieci. Mordercy spalili 49 polskich domów i zrabowali cały dobytek ofiar, w tym ubrania i żywność. W Związku Radzieckim Myrosław Symycz został dwukrotnie skazany za udział w zbrodniach przeciw ludzkości. Spędził kilkadziesiąt lat w łagrach i więzieniach. Potem żył w nędzy, ale dożył sędziwego wieku.

Lepsze czasy nastały dla niego dopiero po „pomarańczowej rewolucji” w 2004 r. i tzw. „rewolucji godności” z 2014 r. – intensywnie wspartych przez całą polską klasę polityczną. Prezydent Wiktor Juszczenko odznaczył Symycza Orderem Za Zasługi I klasy – trzecim w hierarchii państwowych odznaczeń ukraińskich. Natomiast prezydent Petro Poroszenko nadał Symyczowi Order Wolności – drugie w hierarchii państwowych odznaczeń ukraińskich. Otrzymał też tytuły honorowego obywatela Lwowa i Kołomyi oraz specjalną, godziwą emeryturę. Ale to nie wszystko. W 2017 r. sąd rejonowy w Kosowie oficjalnie zrehabilitował Symycza. Następnie… wzniesiono mu za życia pomnik. 13 stycznia 2021 r. hucznie obchodzono w dawnym polskim Stanisławowie jubileusz jego 98-mych urodzin. Można zatem powiedzieć, że Myrosław Symycz stał się nie tylko bohaterem pomajdanowej Ukrainy, ale wprowadzono tam za jego życia państwowy kult jego osoby.

Takich przykładów jak powyższe można podać wiele. Tego nie dowiemy się z polskich, zachodnioeuropejskich i amerykańskich mediów. Z ich oficjalnego przekazu wynika, że Ukraina – napastowana przez Władimira Putina – heroicznie buduje demokrację i gospodarkę rynkową. Temat gloryfikacji zbrodniarzy banderowskich i kolaborantów hitlerowskich na Ukrainie, także jeszcze żyjących, w tych mediach nie istnieje. Prawdopodobnie temat ten nie istnie też w oficjalnych kontaktach politycznych Zachodu z pomajdanową Ukrainą, w tym też kontaktach ze strony polityków polskich. A są one przecież intensywne. Tylko te ofiary, których kości poniewierają się do dzisiaj bez cywilizowanego pochówku gdzieś pod ukraińskimi polami i w zasypanych studniach, ciągle przeszkadzają polskiej klasie politycznej w rozwijaniu tych przyjacielskich stosunków. Przeszkadzają, ponieważ żyją w Polsce potomkowie i krewni tych ofiar i przynajmniej raz do roku – 11 lipca – polska klasa polityczna musi udawać, że się z nimi liczy. Ale nie liczy się z potomkami i krewnymi ofiar, z prawdą historyczną i sprawiedliwością pomajdanowa Ukraina. Nie widać też po stronie polskiej klasy politycznej chęci i woli wymuszenia na Ukrainie zmiany tego stanu rzeczy.

Jednakże realizowana w Polsce przez obóz Zjednoczonej Prawicy polityka historyczna wcale tak daleko nie odbiega od ukraińskiej, jeśli chodzi o standardy prawdy i sprawiedliwości historycznej. 28 stycznia i 3 lutego br. portal Korsosanockie.pl poinformował, że w dawnym Łubnem pod Baligrodem zdjęto tablicę z nazwiskami pomordowanych przez banderowców żołnierzy polskich[1]. Byli to żołnierze zamordowani przez UPA 1 kwietnia 1947 r. Tego dnia 33 żołnierzy z 4. Bałtyckiej Brygady WOP wpadło w zasadzkę przygotowaną przez UPA w miejscowości Łubne. Żołnierze ci szli z Cisnej, gdzie bronili placówki WOP, do Baligrodu, w celu załatwienia formalności związanych z ich powrotem do Koszalina. Banderowcy otworzyli do nich ogień ze wzgórz, pomiędzy którymi biegła droga. Zginęło 21 żołnierzy, kolejnych 10 banderowcy uprowadzili ze sobą i bestialsko zamordowali. Ocalało tylko dwóch żołnierzy, którzy uciekli oprawcom. Odsiecz z Baligrodu przybyła za późno i zastała po obu stronach drogi nagie, zmasakrowane zwłoki. Wydarzenie to zostało przedstawione w filmie „Ogniomistrz Kaleń” z 1961 r. w reżyserii Ewy i Czesława Petelskich.

Ten i inne podobne mordy dokonane wtedy przez UPA (nie tylko na gen. K. Świerczewskim) spowodowały podjęcie przez ówczesne władze polskie decyzji o przeprowadzeniu operacji „Wisła” (28 kwietnia – 31 lipca 1947 r.) – czyli operacji antyterrorystycznej wymierzonej w UPA, a nie – jak się twierdzi na Ukrainie i od 1990 r. w Polsce – w ludność ukraińską.

„Pomnik upamiętniający pomordowanych przez banderowców polskich żołnierzy stał wiele lat. I nikomu w Bieszczadach nie wadził. Ale okazało się, że komuś jednak przeszkadzał. Pod koniec stycznia 2021 roku z pomnika zostały usunięte tablice z nazwiskami pomordowanych żołnierzy. Oprócz nazwisk zniknął orzeł (bez korony), symbol odznaczenia Krzyż Grunwaldu i napis: żołnierzom LWP, WOP i KBW poległym w walkach z faszystowskimi bandami UPA w latach 1944-1947 w 25-lecie LWP” – czytamy na portalu Korsosanockie.pl.

Dziennikarze tego portalu ustalili, że nakaz demontażu wszystkich elementów pomnika wydał Wojewódzki Inspektorat Nadzoru Budowlanego na podstawie opinii rzeszowskiego oddziału IPN[2]. Podstawą prawną tej opinii były oczywiście przepisy ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy jednostek organizacyjnych, jednostek pomocniczych gminy, budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej oraz pomniki z 1 kwietnia 2016 r. (Dz. U. 2016, poz. 744 z późn. zm.). Krótko mówiąc – tablica z nazwiskami żołnierzy polskich zamordowanych przez UPA propagowała zdaniem IPN komunizm lub inny ustrój totalitarny.

Polityki historyczne III RP i pomajdanowej Ukrainy mają zatem wspólny mianownik – antykomunizm i antysowietyzm (antyrosyjskość). Dlatego na Ukrainie gloryfikuje się nieżyjących oraz żyjących zbrodniarzy banderowskich i kolaborantów hitlerowskich – bo walczyli z komunizmem i ZSRR, utożsamianym propagandowo z Rosją (a to, że dokonali zbrodni przeciw ludzkości na Polakach, Żydach i innych narodowościach się neguje). Dlatego w Polsce antykomunizmem uzasadnia się niszczenie pamięci po ofiarach UPA, jeśli te ofiary miały cokolwiek wspólnego z Polską powojenną – wykreśloną z historii przez politykę historyczną Zjednoczonej Prawicy. Tak to wygląda.


[1] Wandalizm czy celowe działanie? Z pomnika pomordowanych żołnierzy zdjęto tablicę z ich nazwiskami, http://www.korsosanockie.pl, 28.01.2021; Kto nakazał usunięcie tablicy z nazwiskami zamordowanych żołnierzy?, http://www.korsosanockie.pl, 3.02.2021.

[2] Wiemy kto odpowiada za usunięcie tablicy z pomnika pod Baligrodem!, http://www.korsosanockie.pl, 3.02.2021.

Bohdan Piętka

14 lutego 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 7-8 (2331/2332), 14-21.02.2021, s. 6

Konferencja 2+4 a polska granica zachodnia

W 2020 r. minęła 30-ta rocznica konferencji 2+4 w sprawie zjednoczenia Niemiec oraz zawarcia traktatu o potwierdzeniu istniejącej granicy polsko-niemieckiej. Konferencja 2+4 stała się jednym z fundamentów Europy postzimnowojennej. Spełniła rolę konferencji pokojowej, do której nie doszło po zakończeniu drugiej wojny światowej, mimo że zapowiadało ją porozumienie poczdamskie. Sfinalizowanie konferencji pokojowej po 1945 r. uniemożliwiła jednak „zimna wojna”. Dopiero definitywny koniec „zimnej wojny”, który nastąpił w wyniku pieriestrojki w ZSRR i Jesieni Ludów 1989 roku, otworzył drogę do zjednoczenia Niemiec i uregulowania związanych z tym spraw, w tym ostatecznego potwierdzenia polskiej granicy zachodniej.

Uczestnikami konferencji 2+4 były dwa państwa niemieckie (RFN i NRD) oraz cztery zwycięskie mocarstwa z okresu drugiej wojny światowej (Francja, USA, Wielka Brytania, ZSRR). W ramach konferencji odbyły się cztery spotkania (wszystkie w 1990 r.): 5 maja w Bonn, 22 czerwca w Berlinie, 17 lipca w Paryżu (z udziałem Polski) i 12 września w Moskwie. Podczas szczytu w Moskwie 12 września 1990 r. cztery mocarstwa i dwa państwa niemieckie podpisały traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec (zwany traktatem 2+4). Podpisy pod tym historycznym dokumentem złożyli ministrowie spraw zagranicznych: James Baker (USA), Douglas Hurd (Wielka Brytania), Eduard Szewardnadze (ZSRR), Roland Dumas (Francja), Lothar de Maiziére (NRD) i Hans-Dietrich Genscher (RFN).

Otwierając drogę do zjednoczenia Niemiec, które nastąpiło 3 października 1990 r., traktat ten gwarantował ostateczny kształt granic ustalonych po drugiej wojnie światowej, w tym polskiej granicy zachodniej. Ponadto zjednoczone Niemcy zrezygnowały z broni atomowej, chemicznej i biologicznej oraz zobowiązały się do redukcji swoich sił zbrojnych. Postanowiono też o wycofaniu wojsk radzieckich z Niemiec do 1994 r., a NATO zobowiązało się nie rozmieszczać na terenie byłej NRD swoich wojsk i broni jądrowej.

Z polskiego punktu widzenia najważniejsze było potwierdzenie przez konferencję 2+4 granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Droga do tego nie była jednak prosta. Strona zachodnioniemiecka nie od razu zrzekła się swoich roszczeń i uległa dopiero pod naciskiem USA. Ważną rolę odegrała w tej sprawie też dyplomacja NRD, która zajęła stanowisko propolskie.

Dwa państwa niemieckie powstałe w 1949 r. miały odmienny stosunek do polskiej granicy zachodniej, ustalonej na konferencji Wielkiej Trójki w Poczdamie (17 lipca-2 sierpnia 1945 r.). Do 1970 r. granicę tę uznawała tylko Niemiecka Republika Demokratyczna na mocy układu zgorzeleckiego, podpisanego 6 lipca 1950 r. ze strony polskiej przez Józefa Cyrankiewicza i Stefana Wierbłowskiego, a ze strony wschodnioniemieckiej przez Otto Grotewohla i Georga Dertingera. Takiego kroku nie chciała natomiast podjąć rządząca w RFN prawicowa koalicja CDU/CSU, z której wywodzili się kanclerze Konrad Adenauer, Ludwig Erhard i Kurt Georg Kiesinger. Jedną z istotnych przyczyn takiego stanu rzeczy było to, że zaplecze polityczne tej koalicji tworzyli m.in. przesiedleńcy z ziem utraconych przez Niemcy na rzecz Polski w 1945 r.

Sytuacja polityczna w RFN zmieniła się dopiero w wyniku przemian z lat 1968-1969 i objęciu władzy przez koalicję Socjaldemokratycznej Partii Niemiec i Wolnej Partii Demokratycznej. Socjaldemokratyczny kanclerz Willy Brandt opowiedział się za odejściem przez RFN od kwestionowania powojennego status quo w Europie. Umożliwiło to podpisanie 7 grudnia 1970 r. w Warszawie przez premiera Józefa Cyrankiewicza i kanclerza Brandta układu o podstawach normalizacji stosunków między Polską Rzecząpospolitą Ludowa a Republiką Federalną Niemiec. Najważniejszym postanowieniem tego układu było uznanie przez RFN polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej.

Jednakże politycy CDU i CSU zaskarżyli układ z 1970 r. do Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. 31 lipca 1973 r. trybunał ten orzekł, że układ jest zgodny z konstytucją RFN, ale równocześnie przyjął interpretację prawną całkowicie wypaczającą jego sens. W świetle tej interpretacji układ PRL-RFN nie stanowił uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, ale był jedynie przyjęciem przez RFN do wiadomości istniejącego stanu rzeczy i deklaracją niepodejmowania działań zbrojnych w celu zmiany tej granicy. Pod naciskiem CDU/CSU równocześnie z ratyfikacją układu została uchwalona rezolucja Bundestagu mówiąca, że „układy nie wykluczają uregulowania problemu Niemiec w traktacie pokojowym i nie stwarzają podstawy prawnej dla istniejących dziś granic”. Takie też stanowisko zajmowała koalicja CDU/CSU po ponownym dojściu do władzy w 1982 r. pod przewodnictwem kanclerza Helmuta Kohla.

Przystępując do konferencji 2+4 w 1990 r. rząd RFN uważał, że zarówno postanowienia układu granicznego pomiędzy Polską a NRD z 6 lipca 1950 r., jak i układu z RFN z 7 grudnia 1970 r., nie mogą obowiązywać zjednoczonych Niemiec. Natomiast rząd Tadeusza Mazowieckiego chciał zapewnienia jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec, że granica na Odrze i Nysie jest nienaruszalna. W reakcji na polskie oczekiwania kanclerz Kohl proponował, by o granicy wypowiedział się dopiero ogólnoniemiecki parlament po zjednoczeniu. Było to z jego strony wyjście naprzeciw oczekiwaniom Związku Wypędzonych, który miał nadzieję, że po zjednoczeniu kwestia powrotu Śląska czy Pomorza do Niemiec będzie otwarta.

Przyjęcie stanowiska Kohla oznaczałoby, że kwestia uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej nie będzie warunkiem zjednoczenia Niemiec, a negocjacje w sprawie jej uznania słaba i pogrążona w kryzysie gospodarczym Polska będzie toczyć z silnymi i zjednoczonymi Niemcami. Stanowisko polskie zostało jednak poparte przez USA, ZSRR, Wielką Brytanię i Francję. Nacisk na kanclerza RFN wywarli m.in. brytyjska premier Margaret Thatcher i prezydent Francji François Mitterrand. Polskę – co było bardzo ważne – popierał też minister spraw zagranicznych NRD Markus Meckel, który proponował umowę graniczną jeszcze przed zjednoczeniem, tak jak chciał tego Mazowiecki. Z kolei Paryż dążył do potwierdzenia granic także ze względu na Alzację.

Wysiłki polskiej dyplomacji w kierunku podpisania nowego układu granicznego możliwie wcześnie, tak aby wszedł on w życie jeszcze przed zjednoczeniem RFN i NRD, nie powiodły się jednak z powodu oporu kanclerza Kohla. Wgląd w dramatyzm sytuacji daje 67 dokumentów z lat 1989-1990 dotyczących relacji polsko-niemieckich, które polski MSZ upublicznił w 2015 r. Kohl nie chciał się zgodzić nawet na propozycję premiera Mazowieckiego, by traktat polsko-niemiecki został parafowany przed zjednoczeniem Niemiec, a podpisany po[1].

Doradca Kohla Horst Teltschik tłumaczył później, że kanclerz miał trudną sytuację wewnątrzpolityczną i obawiał się, że przed wyborami straci poparcie części CDU/CSU oraz Związku Wypędzonych. Jednakże zanim 9 listopada 1989 r. runął mur berliński dyplomaci z NRD ostrzegali polski MSZ, że Bonn chce najpierw wchłonąć wschodnie Niemcy, a potem odbudować Niemcy w granicach z 1937 r. Potwierdzeniem tego miał być komentarz „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z grudnia 1989 r., którego autor domagał się, by kwestii granicy polsko-niemieckiej na razie nie ruszać, bo w przyszłości można będzie wytargować np. zwrot Szczecina. Kohl z jednej strony zapewniał, że Niemcy nie mają pretensji do polskiego terytorium, a z drugiej strony na zjeździe Związku Wypędzonych mówił, że obowiązują „niemieckie pozycje prawne”, czyli domniemane prawnego istnienia Rzeszy Niemieckiej w granicach z 1937 r.

Na zmianę postawy rządu RFN wpłynął przede wszystkim prezydent USA George H. W. Bush. Wedle amerykańsko-niemieckiego historyka Konrada Jarauscha administracja Busha miała dać jasno do zrozumienia władzom w Bonn, że bez uznania polskiej granicy zachodniej nie dojdzie do zjednoczenia Niemiec. Fakt ten potwierdził również Jerzy Sułek – główny negocjator traktatów polsko-niemieckich. W swojej relacji stwierdził on, że na prezydenta Busha „naciskali przedstawiciele Polonii w USA, swój autorytet w tej sprawie zaangażował Jan Nowak-Jeziorański. Pomagali też w znalezieniu porozumienia Francuzi, szczególnie po – jedynej tego typu w historii – wizycie w Paryżu wielkiej trójki w marcu 1990 roku: postkomunistycznego prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego, solidarnościowego prezydenta Tadeusza Mazowieckiego oraz ministra spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego”.

Jerzy Sułek działał zawodowo jako dyplomata zarówno w okresie PRL, jak i III RP. Doradzał w sprawach polsko-niemieckich rządowi Mieczysław F. Rakowskiego (1988-1989), a po zmianie ustroju pierwszym rządom III RP. Na początku lat 90-tych kierował Departamentem Europy w MSZ, reprezentował Polskę przy konferencji 2+4 i przewodniczył delegacji polskiej w negocjacjach traktatów polsko-niemieckich (granicznego i o dobrym sąsiedztwie). W swoich wspomnieniach wyraźnie podkreślił, że „po stronie niemieckiej do listy negocjatorów traktatu granicznego trzeba bezwzględnie dopisać NRD”. Z powodu zjednoczenia Niemiec NRD nie stała się sygnatariuszem tego traktatu, ale odegrała znaczącą i pozytywną rolę w doprowadzeniu do jego zawarcia.

W przeciwieństwie do Kohla rząd schodzącej z areny dziejowej NRD, na którego czele stał premier Lothar de Maiziére, zajmował stanowisko przychylne polskim oczekiwaniom. „To dzięki jego postawie – wspomina Jerzy Sułek – doszło do zupełnie nowego zjawiska, nastąpiło przełamanie linii w tradycyjnym podziale na »Polskę« i »Niemcy«, bo w procesie negocjacji demokratyczna NRD stała albo po stronie Polski, albo pomiędzy RP i »starą« RFN (w roli politycznego mediatora!). To zjawisko było wyraźne w odniesieniu do kilku najważniejszych kwestii spornych w negocjacjach, zwłaszcza w zakresie »sporu granicznego« (…). Na konferencji »2+4« delegacja NRD konsekwentnie wspierała Polskę. Przykładowo: opowiadała się za włączeniem RP do grona uczestników tej Konferencji (mimo ostrego sprzeciwu kanclerza Kohla); popierała wysiłki dyplomacji polskiej, by wynegocjować jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec postanowienia traktatowe o ostatecznym, nieodwracalnym charakterze O-N-Ł, jako granicy państwowej między Polską a zjednoczonymi Niemcami; zadbała i o to, by wspólna rezolucja parlamentów obu państw niemieckich, Izby Ludowej NRD i Bundestagu RFN z 21 czerwca 1990 r. zawierała sformułowania, które zostały pozytywnie ocenione przez Polskę itd. Z własnych doświadczeń dyplomatycznych wiem, że ta jednoznacznie propolska postawa była często przedmiotem krytyki ze strony RFN (także kanclerza Kohla, czy powodem osobistych urazów min. Genschera wobec min. Meckela)”[2].

Kohl i Genscher stali na zupełnie innej pozycji niż de Maiziére i Meckel. RFN była gotowa przed zjednoczeniem „do podjęcia tylko rozmów politycznych, a formalne negocjacje prawno-międzynarodowe z Polską chciała podjąć dopiero po przywróceniu niemieckiej jedności (…). W sprawie granicy O-N-Ł Kohl był gotów jedynie do powtórzenia formuły granicznej z układu PRL-RFN z 07.12.1970 roku, czyli stanowczo odrzucał możliwość przyjęcia jeszcze przez RFN i NRD jakichkolwiek zobowiązań granicznych, które byłyby już wiążące dla przyszłych zjednoczonych Niemiec”[3].

Spór z RFN był sprawą kluczową dla kwestii bezpieczeństwa Polski. Dyplomacja polska – jak pisze Jerzy Sułek – „nie chciała dopuścić do sytuacji, kiedy dojdzie do zjednoczenia Niemiec, a status zachodniej granicy Polski nie zostanie uregulowany. Z polskiej perspektywy chodziło więc o wykluczenie jakiejkolwiek możliwości ewentualnej rewizji granicy O-N-Ł w trakcie, lub po zjednoczeniu Niemiec”[4].

Dzięki postawie mocarstw uczestniczących w konferencji 2+4, zwłaszcza administracji USA, a także wsparciu oczekiwań Warszawy przez władze NRD, Polska osiągnęła swoje cele. 21 czerwca 1990 r. Bundestag RFN i Izba Ludowa NRD przyjęły wspólną rezolucję, w której oświadczały, że obecny przebieg granicy polsko-niemieckiej jest ostateczny. 3 października 1990 r. nastąpiło zjednoczenie Niemiec, a 14 listopada 1990 r. ministrowie spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski i Hans-Dietrich Genscher podpisali w Warszawie polsko-niemiecki traktat graniczny. Uzupełnił go polsko-niemiecki traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17 czerwca 1991 r.

Ostateczne zamknięcie polsko-niemieckiego sporu o granicę było rezultatem historycznych przemian demokratycznych w Polsce, Niemczech i Europie na przełomie lat 80-tych i 90-tych XX w. Traktat graniczny z 1990 r. zamknął przeszłość i otworzył przyszłość w stosunkach Polski z Niemcami i Zachodem. Zainicjował też prozachodnią opcję rozwoju nowej Polski. Bez tego traktatu niemożliwe byłoby przyjęcie III RP do NATO i UE. Dlatego traktat graniczny zajmuje wysokie historyczne miejsce w dorobku dyplomacji polskiej. Był on pierwszym traktatem prawno-międzynarodowym Polski solidarnościowej. Do listy jego negocjatorów trzeba jednak dodać schodzącą wówczas z areny dziejowej PRL. Proces negocjacji, który został zakończony zawarciem obu historycznych traktatów polsko-niemieckich z 1990 i 1991 r., został zainicjowany jeszcze przez władze PRL w końcu lat 80-tych XX w. Były to rozmowy trzech grup roboczych MSZ PRL i RFN w 1988 r., wizyta premiera Mieczysława F. Rakowskiego w Bonn w styczniu 1989 r. i oficjalne negocjacje pełnomocników obu rządów (Ernesta Kuczy i Horsta Teltschika) w lutym i czerwcu 1989 r.

Fakty te wraz z okolicznościami polskiego udziału w konferencji 2+4 i prawno-międzynarodowego uregulowania statusu polskiej granicy zachodniej świadczą o tym, że wbrew tezom lansowanym przez obecną politykę historyczną, która całkowicie unieważnia okres PRL, III RP wyrosła z PRL i jest jej prawno-polityczną kontynuacją w zmienionych warunkach ustrojowych i geopolitycznych.

[1] Dokumenty dyplomatyczne: kanclerz Kohl zwlekał z uznaniem granicy na Odrze i Nysie, http://www.dzieje.pl, 14.07.2015.

[2] J. Sułek, Traktat graniczny RP-RFN z 14 listopada 1990 roku jako ostateczne zamknięcie polsko-niemieckiego sporu o granicę po II wojnie światowej – ze wspomnień głównego negocjatora po 25 latach, (w:) A. Dragan, J. Engelgard, T. Skoczek (red.), Powrót nad Odrę i Bałtyk z perspektywy siedemdziesięciu lat. Materiały z konferencji zorganizowanej w dniu 24 października 2015 roku w Muzeum Niepodległości w Warszawie, Warszawa 2017, s. 102-103.

[3] Tamże, s. s. 108.

[4] Tamże, s. 110.

Bohdan Piętka

14 lutego 2020 r.

„Przegląd”, nr 7 (1101), 8-14.02.2021, s. 45-47

Odszedł prof. Ryszard Szawłowski (1929-2020) – twórca pojęcia „genocidium atrox”

2 grudnia 2020 r. zmarł w Warszawie w wieku 91 lat prof. Ryszard Szawłowski, ps. Karol Liszewski – politolog, historyk, specjalista z zakresu prawa międzynarodowego, zajmujący się m.in. prawno-historycznym badaniem zagadnienia ludobójstwa.

Ryszard Szawłowski urodził się 23 listopada 1929 r. w Wilnie. Po wojnie ukończył studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, a następnie podjął pracę naukową na tym wydziale oraz w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Łodzi, gdzie zajmował się prawem konstytucyjnym. W 1959 r. uzyskał doktorat z prawa na Uniwersytecie Warszawskim. W tym też czasie opublikował na Zachodzie krytyczny artykuł o finansach PRL. Spotkało się to z atakami ze strony Ministerstwa Finansów PRL i uniemożliwiło mu dalszą karierę naukową w kraju. W tej sytuacji wyemigrował na Zachód. W latach 1961-1964 był stypendystą Fundacji im. Aleksandra von Humboldta w RFN i prowadził badania nad prawem finansowym. Od 1966 do 1977 r. pracował jako profesor nauk politycznych na Uniwersytecie Calgary w Kanadzie. Po 1977 r. działał jako niezależny uczony (private scholar). Współpracował z Federalnym Instytutem Sowietologii w Bonn i prowadził samodzielne prace badawcze w około 30 krajach. Wykładał też na szkockim Uniwersytecie w Glasgow, Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie w Londynie, w roku akademickim 1983/1984 na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (prawo międzynarodowe), a po 1989 r. na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie i Uniwersytecie Łódzkim. Był członkiem Polskiego Towarzystwa Naukowego na Obczyźnie.

Do najważniejszych osiągnięć prof. Szawłowskiego należy opracowanie historii najwyższych organów kontroli państwowej w Polsce, zainicjowanie nowej dyscypliny naukowej w zakresie finansów i prawa finansowego organizacji międzynarodowych, rozwijanie badań nad zagadnieniem ludobójstwa, które zainicjował w latach 40-tych XX w. Rafał Lemkin (1900-1959) oraz stworzenie terminu „genocidium atrox” jako kwalifikowanej formy ludobójstwa.

Główne publikacje prof. Szawłowskiego, związane z wymienionymi dziedzinami, to: „The System of the International Organizations of the Communist Countries” (Kluwer Law International 1976), „Die Berichte der osteuropäischen Staaten zur Verwirklichung des Internationalen Paktes über bürgerliche und politische Rechte. Eine Analyse anhand des polnischen Beispiels” (Köln 1980), „Prawa człowieka a Polska” (Londyn 1982), dwutomowa „Wojna polsko-sowiecka 1939 r.” (wydana w 1986 r. w Londynie pod pseudonimem Karol Liszewski i pod własnym nazwiskiem w 1995, 1996 i 1997 r. w Warszawie), „Najwyższe państwowe organy kontroli II Rzeczypospolitej: Najwyższa Izba Kontroli Państwa 1919-1921 i Najwyższa Izba Kontroli 1921-1939” (Warszawa 1991), „Najwyższe państwowe organy kontroli w Polsce w XIX wieku: Główna Izba Obrachunkowa Księstwa Warszawskiego oraz Izba Obrachunkowa i Najwyższa Izba Obrachunkowa Królestwa Polskiego” (Warszawa 1999), „Najwyższa Izba Kontroli na Uchodźstwie 1940-1945/1991” (Warszawa 2004), „Rafał Lemkin. Biografia intelektualna” (Warszawa 2020).

Przez ostatnie ponad 20 lat prof. Szawłowski był niestrudzonym badaczem życia i dokonań Rafała Lemkina – polskiego i amerykańskiego prawnika karnisty żydowskiego pochodzenia, twórcy pojęcia „ludobójstwo” (łac. genocidium, ang. genocide) oraz głównego autora konwencji ONZ w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa, podpisanej w Nowym Jorku 9 grudnia 1948 r. i nazywanej Konwencją Lemkina.

Lemkin przedstawił swoje poglądy na nowy typ zbrodni przeciw ludzkości w wydanej w 1944 r. książce „The Axis Rule in Occupied Europe (Rządy Osi w okupowanej Europie)”. Tam użył po raz pierwszy terminu „genocidium”, który zdefiniował jako zorganizowane działania, mające na celu zniszczenie narodu lub grupy etnicznej poprzez dezintegrację instytucji, kultury, języka, świadomości narodowej i religijnej, gospodarczych podstaw egzystencji, a następnie pozbawienie ludzi bezpieczeństwa, wolności, zdrowia, godności i ostatecznie życia. Artykuł II Konwencji Lemkina zdefiniował ludobójstwo jako czyn „dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, poprzez: zabójstwa członków grupy, spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy, rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia, obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego, stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy, przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy”.

Definicję tę powtórzył Artykuł 6 Statutu Międzynarodowego Trybunału Karnego z 17 lipca 1998 r. Pierwotny projekt Konwencji Lemkina, jeszcze z 1946 r., do ludobójstwa zaliczał również „zbrodnie popełnione z przyczyn politycznych”, lecz sformułowanie to zostało usunięte z powodu nacisków stalinowskiego Związku Radzieckiego.

Badania, które zapoczątkował Lemkin nad ludobójstwem jako zagadnieniem prawnym, socjologicznym i historycznym kontynuowało wielu uczonych. Należał do nich m.in. francuski politolog Alaine Besançon, który stwierdził, że „ludobójstwo w sensie właściwym, w odróżnieniu od zwykłej rzezi, żąda następującego kryterium: jest to rzeź zamierzona w ramach ideologii, stawiającej sobie za cel unicestwienie części ludzkości dla wprowadzenia własnej koncepcji dobra. Plan zniszczenia ma obejmować całość określonej grupy, nawet jeśli nie zostaje doprowadzony do końca w rezultacie niemożliwości materialnej czy zwrotu politycznego”.

Najwybitniejszym polskim lemkinologiem był Ryszard Szawłowski. Owocem jego studiów nad postacią i myślą Lemkina stała się wydana tuż przed śmiercią obszerna publikacja „Rafał Lemkin. Biografia intelektualna”. Ale owocem tych studiów stało się również zdefiniowanie, w oparciu o poglądy Lemkina, zbrodni popełnionych na Polakach przez nacjonalistów ukraińskich jako „genocidium atrox” – ludobójstwa okrutnego, zwyrodniałego. W artykule „Trzy ludobójstwa”, opublikowanym w dodatku historycznym IPN nr 3 do „Naszego Dziennika” z 28 marca 2008 r. oraz w hasłach „Ludobójstwo” i „Ludobójstwo porównawcze na Polakach 1939-1945/47”, opublikowanych w tomie XI „Encyklopedii białych plam”, prof. Szawłowski pokazał ludobójstwo ukraińskie na tle porównawczym z ludobójczymi zbrodniami radzieckimi (operacja polska NKWD z lat 1937-1938, zbrodnia katyńska, deportacje z lat 1940-1941 i in.) oraz niemieckimi (Sonderaktion Krakau, Intelligenzaktion, akcja AB, deportacje Polaków do obozów koncentracyjnych, masowe egzekucje, wysiedlenia i in.).

W rezultacie tego porównania postawił tezę o równorzędności zbrodni przeciw ludzkości popełnionych przez nacjonalistów ukraińskich ze zbrodniami popełnionymi przez III Rzeszę i ZSRR, przy nadaniu zbrodniom ukraińskim kwalifikacji wyższej od zbrodni nazistowskich i stalinowskich na Polakach. O takim zakwalifikowaniu zbrodni nacjonalistów ukraińskich decydują, jego zdaniem, następujące czynniki: ludobójstwo ukraińskie było realizowane w postaci natychmiastowej eksterminacji fizycznej wszystkich Polaków, od niemowląt po starców; zbrodnie nacjonalistów ukraińskich były połączone ze stosowaniem najbardziej barbarzyńskich tortur; oprócz UPA w ludobójstwie na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej brały udział szerokie rzesze ukraińskiej ludności wiejskiej, zindoktrynowanej i zmobilizowanej do tych działań przez banderowców; miało miejsce szczególnie barbarzyńskie traktowanie przez sprawców mieszanych małżeństw polsko-ukraińskich, którego nie spotykamy np. w traktowaniu przez sprawców radzieckich małżeństw polsko-rosyjskich; w przypadku zbrodni niemieckich i radzieckich sprawcami byli funkcjonariusze państwowego aparatu okupacyjnego, natomiast ludobójstwo ukraińskie zostało dokonane przez byłych obywateli polskich; miała i ma miejsce negacja przez stronę ukraińską, zarówno nacjonalistów ukraińskich od momentu dokonania zbrodni, jak i państwo ukraińskie po 1991 r., zbrodniczego charakteru ideologii nacjonalizmu ukraińskiego oraz popełnionego przez nacjonalistów ukraińskich ludobójstwa na Polakach.

W zakończeniu artykuł „Trzy ludobójstwa” prof. Szawłowski stwierdził: „W każdym razie wynik przeprowadzonej komparatystyki jest jednoznaczny: ludobójstwo ukraińskie na Polakach pod względem swej bezwzględności i barbarzyństwa, a po jego dokonaniu – do dziś – ze względu na zaprzeczenia lub co najmniej grubymi nićmi szyte relatywizowanie i wykręty – znacznie »przewyższa« ludobójstwa niemieckie i sowieckie. Szczególnie obciążające Ukraińców są masowo stosowane na Polakach – jako »dodatek« do mordów – okrutne, sadystyczne tortury. Dlatego już w 2003 r. wysunąłem nową koncepcję kwalifikowanej formy ludobójstwa, proponując dla niej termin łaciński GENOCIDIUM ATROX – genocyd okrutny, okropny, dziki, straszny. Zachęcam moich kolegów zachodnich, zajmujących się problematyką ludobójstwa, do uznania kwalifikowanej formy genocydu i wprowadzenia jej do literatury przedmiotu. Kategoria genocidium atrox pasuje zresztą także do niektórych wydarzeń współczesnych, jak obecne ludobójstwo w sudańskim Darfurze”.

Odważne i bezkompromisowe stanowisko prof. Ryszarda Szawłowskiego w kwestii kwalifikacji prawnej ludobójstwa dokonanego na Polakach przez nacjonalistów ukraińskich zostało zignorowane z przyczyn politycznych przez polską klasę polityczną i jej zaplecze intelektualno-medialne. Nie tylko zignorowane, ale niekiedy wręcz zanegowane. W 2014 r., w kontekście ówczesnych wydarzeń na Ukrainie, padło przecież wezwanie ze strony znanego intelektualisty i weterana Komitetu Obrony Robotników, by Roman Szuchewycz (twórca i dowódca UPA) stał się „również dla Polaków postacią o cechach bohatera” na bazie antykomunizmu i antysowietyzmu (antyrosyjskości).

Prawda, która staje się ofiarą polityki, nie przestaje jednak być prawdą. Nie traci swojej słuszności. Zmarły prof. Szawłowski stał jako naukowiec po stronie prawdy i tym samym przeciw kreowanemu przez miarodajne czynniki polityczne w Polsce relatywizmowi moralnemu w podejściu do historii i współczesności stosunków polsko-ukraińskich. Za to należą mu się ogromne słowa uznania oraz pamięć.

Bohdan Piętka

6 lutego 2021 r.

„Myśl Polska”, nr 5-6 (2329/2330), 31.01-7.02.2021, s. 13