W blasku Kłyma Sawura

Nowy rok 2021 rozpoczął się na Ukrainie tradycyjnie. To znaczy wielotysięcznymi pochodami organizacji i środowisk nacjonalistycznych (Swoboda, Prawy Sektor, Korpus Narodowy, Kongres Ukraińskich Nacjonalistów i in.) ku czci przypadającej 1 stycznia  rocznicy urodzin (tym razem 112-tej) Stepana Bandery. Te marsze z pochodniami i symboliką banderowską, a nawet nazistowską, przeszły przez ukraińskie miasta pomimo pandemii COVID-19 oraz obowiązujących obostrzeń sanitarnych i były ochraniane przez policję i Gwardię Narodową.

Najliczniej manifestowano oczywiście w Kijowie oraz w miastach zachodniej Ukrainy, czyli w dawnej Galicji Wschodniej: we Lwowie, Tarnopolu, Iwano-Frankiwsku (Stanisławowie) oraz mniejszych miejscowościach. Nawet w Uhrynowie Starym (miejscu urodzin Bandery). We Lwowie, jak co roku, w uroczystościach z okazji urodzin Bandery oficjalnie uczestniczyły władze miejskie i obwodowe wraz z duchowieństwem greckokatolickim. Z tej okazji wręczono nagrody im. Bohatera Ukrainy Stepana Bandery, które otrzymali krzewiciele nacjonalistycznej polityki historycznej.

Tradycyjnie również nie zauważyły tego wszystkiego główne media polskie. A przecież powinny zauważyć. Oprócz okrzyków „Stepan Bandera – sława, sława, sława!”, „Śmierć wrogom!”, czy „Putin – ch**ło”, padał bowiem często okrzyk: „Czyja Ukraina? Bandery!”. Jakże wymowny, podobnie jak niesiony w Kijowie przez członków Korpusu Narodowego (związanego z pułkiem Azow) baner z napisem: „Naszą religią nacjonalizm. Naszym prorokiem Stepan Bandera”.

Tego wszystkiego jednak polska klasa polityczna i jej media od lat dyskretnie nie dostrzegają w imię wspierania Ukrainy jako antyrosyjskiego buforu oraz marzeń o wciągnięciu Ukrainy do Unii Europejskiej lub jeszcze bardziej abstrakcyjnych marzeń – o budowaniu wraz z Ukrainą tzw. Międzymorza, czyli postulowanego jeszcze w latach 30-tych XX w. przez ruch prometejski bloku państw pomiędzy Bałtykiem, Morzem Czarnym i Adriatykiem odgradzającym Rosję od Europy Środkowej. Prometejskie marzenie o wypchnięciu Rosji z Europy (widoczne nawet w polskich atlasach szkolnych, gdzie Rosję konsekwentnie przedstawia się jako kraj wyłącznie azjatycki) powoduje, że polska klasa polityczna nie dostrzega ani oblicza ukraińskiej polityki historycznej, ani tego na czym budowana jest tożsamość narodowo-historyczna pomajdanowej Ukrainy. Natomiast ten kto to w Polsce dostrzega jest w najlepszym wypadku przemilczany, w gorszym – stygmatyzowany jako „prorosyjski”, jeśli wręcz nie oskarżany o działania agenturalne na rzecz Rosji.

W przeciwieństwie do głównych mediów polskich, doroczne marsze ku czci UPA i Bandery na Ukrainie zauważyły izraelskie media głównego nurtu. „The Times of Isreal”, „Haaretz”, czy „Jerusalem Post” potrafiły napisać, że Bandera był „nazistowskim kolaborantem”, a UPA „podczas drugiej wojny światowej walczyła u boku nazistowskich Niemiec oraz zabiła tysiące Żydów i Polaków”. Tak precyzyjnie podanych informacji można ze świecą szukać w polskich mediach głównego nurtu, gdzie dominuje narracja ukraińska, czyli wrzutki typu, że Bandera był więźniem obozu koncentracyjnego Sachsenhausen (ale uprzywilejowanym, czego już się nie podaje i nie obozu, ale aresztu Zellenbau znajdującego się na terenie Sachsenhausen), albo, że UPA rzekomo walczyła z Niemcami, no i z Sowietami (co w domyśle sugeruje się pochwalać).

Ale przecież Wehrmacht i Waffen-SS też walczyły z Sowietami i komunizmem i miały w tej dziedzinie osiągnięcia daleko większe nie tylko od UPA, ale nawet od US Army w Korei i Wietnamie. Czemu zatem w ten sposób ukraińska i polska propaganda nie rozgrzesza Wehrmachtu i Waffen-SS, a jedynie UPA?

Również ambasador Izraela w Kijowie Joel Lion potępił gloryfikację nazistowskich kolaborantów na Ukrainie w kontekście noworocznych marszów ku czci Bandery. Tym razem – inaczej niż przed rokiem – nie dołączył do niego ambasador RP w Kijowie Bartosz Cichocki. „Zdecydowanie potępiamy jakąkolwiek gloryfikację osób kolaborujących z reżimem nazistowskim. Czas, aby Ukraina pogodziła się ze swoją przeszłością” – napisał 2 stycznia na Twitterze ambasador Lion. Podobnego wpisu próżno było szukać na profilach w mediach społecznościowych ambasady polskiej w Kijowie.

Ukraińscy nacjonaliści natychmiast odpowiedzieli ambasadorowi Izraela. Najpierw rozpoczęli antysemicką nagonkę w mediach społecznościowych. Działacz nacjonalistyczny Aleksiej Cymbaliuk, zidentyfikowany przez opozycyjne media jako agent Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, wystąpił do władz Izraela z takim oto wezwaniem: „Przestańcie złościć się na Hitlera za Holokaust”. Z kolei Oleg Leusienko – bloger z kręgu zwolenników byłego prezydenta Petro Poroszenki – ocenił, że ambasador Izraela został „wychowany na moskiewskim kłamstwie” i „pracuje na rzecz Putina” (Skąd my to znamy? Czy nie takiej samej pałki używają polscy sojusznicy Ukrainy, których z nazwisk, nazw partii politycznych i nazw redakcji pozwolę sobie nie wymienić?).

W środę 6 stycznia pod ambasadą Izraela w Kijowie odbyła się agresywna pikieta zorganizowana przez neonazistowską grupę C14 oraz Prawy Sektor, Swobodę i Korpus Narodowy. Jej uczestnicy przynieśli m.in. transparent z napisem „Przeproście za ludobójstwo. Kiedy Izrael uzna hołodomor Ukraińców?” i żądali przeproszenia przez Izrael za Wielki Głód z lat 1932-33, który od ponad 80 lat zajmuje kluczową rolę w mitologii historycznej nacjonalistów ukraińskich i jest przez nich przedstawiany m.in. jako zbrodnia rzekomo „żydowska”. Podczas pikiety Jewhen Karaś (lider organizacji C14) nazwał Joela Liona głupcem i kłamcą[1].

Tego incydentu wiodące polskie media także dyskretnie nie zauważyły. Nie zauważyły też, że pod koniec 2020 r. Rada Najwyższa Ukrainy zatwierdziła listę wydarzeń i postaci historycznych, które zostaną uczczone w 2021 r. na szczeblu państwowym. Znalazł się wśród nich m.in. Dmytro Kłaczkiwski, pseudonim Kłym Sawur (1911-1945) – dowódca UPA-Północ, członek Prowidu OUN-B, inicjator i sprawca ludobójstwa na około 60 tys. Polaków na Wołyniu w 1943 r. (co cynicznie neguje ukraińska historiografia nacjonalistyczna). Wśród uhonorowanych 16 grudnia 2020 r. przez Radę Najwyższą Ukrainy znaleźli się też: Rostysław Wołoszyn (1911-1944), pseudonim Bereziuk – w 1943 r. zastępca Kłaczkiwskiego, później zastępca komendanta głównego UPA oraz Wołodymyr Szczygielski, pseudonim Burłaka (1920-1949) – funkcjonariusz ukraińskiej policji pomocniczej na służbie hitlerowskiej, później watażka UPA, odpowiedzialny m.in. za wymordowanie 6 sierpnia 1944 r. 42 Polaków w Baligrodzie w ramach planowej eksterminacji ludności polskiej w Małopolsce Wschodniej.

Za uhonorowaniem tych postaci głosowało 238 deputowanych Rady Najwyższej Ukrainy: 162 z rządzącej partii Sługa Narodu prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, 24 z Europejskiej Solidarności byłego prezydenta Petro Poroszenki, 14 z Batkiwszczyny byłej premier Julii Tymoszenko oraz 38 z mniejszych partii. Wymienione trzy główne partie ukraińskie i ich przywódcy to od dawna znani partnerzy polskiej klasy politycznej, zarówno tej prawicowej skupionej wokół PiS, jak i tej skupionej wokół PO i środowiska dawnej Unii Demokratycznej (Wolności).

Podczas październikowej wizyty prezydenta Dudy w Kijowie Wołodymyr Zełenski oświadczył, że „sporne kwestie” historyczne zostały „zdjęte z agendy” w stosunkach polsko-ukraińskich. Jak zostały zdjęte – widać na powyższym przykładzie. Ukraina promienieje w blasku Kłyma Sawura, a Polska chowa głowę w piasek, bo ze strony polskiego Sejmu, ani żadnego innego oficjalnego czynnika polskiego nie było jakiejkolwiek reakcji na wspomnianą uchwałę parlamentu ukraińskiego.

Ale nie było jej także, gdy w 1995 r. ufundowano Kłaczkiwskiemu pomnik w Zbarażu, gdy w 2002 r. odsłonięto jego pomnik w Równem na Wołyniu, gdy w 2015 r. cerkiew greckokatolicka poświęciła mu okazały krzyż w pobliżu Orżewa (obwód rówieński) i gdy Tarnopolska Rada Obwodowa ogłosiła rok 2011 rokiem Kłaczkiwskiego i Jewhena Konowalca (pierwszego prowidnyka OUN). Ci, którzy jeździli do Kijowa na Majdany w 2004 i 2014 r. oraz przyjmowali odznaczenia od Ukrainy raczej nie będą występować z protestami wobec gloryfikacji zbrodniarzy banderowskich.

Jak wygląda w rozumieniu Kijowa „zdjęcie z agendy” tzw. spornych kwestii historycznych pokazuje też spotkanie kierownictwa IPN z delegacją kierownictwa UIPN, do którego doszło 3 grudnia 2020 r. w Warszawie. Strona ukraińska przedstawiła na tym spotkaniu żądanie odbudowania pomnika nagrobnego UPA na górze Monastyrz koło Werchraty (powiat lubaczowski) w kształcie pierwotnym (czyli gloryfikującym UPA) jako warunek odblokowania zgody na polskie prace poszukiwawcze i ekshumacyjne na terenie Ukrainy.

Ewa Siemaszko, komentując tę sprawę, trafnie zauważyła, że strona ukraińska przedstawiła Polsce „warunki, których cywilizowane państwo nie może spełnić, bo oznaczałoby to akceptację ludobójstwa własnego narodu, pohańbienie ofiar i postępowanie sprzeczne z duchem Konwencji ONZ w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa”. Jest oczywiste, że ekshumacja szczątków polskich ofiar ludobójstwa OUN-UPA stoi w głębokiej sprzeczności z polityką historyczną Ukrainy, której ekipa Zełenskiego zasadniczo nie zmieniła w stosunku do ekipy Poroszenki. „W tej sytuacji – konkluduje Siemaszko – można stawiać pytania: czy państwo, które buduje i pielęgnuje kult ludobójców, nie stanowi zagrożenia dla pokoju i bezpieczeństwa sąsiadów, zwłaszcza Polaków”[2].

Oczywiście, że stanowi zagrożenie (na razie na szczęście jest to jednak państwo słabe), ale tego nie chce lub nie potrafi przyznać polska klasa polityczna, a każdy kto to w Polsce podnosi będzie zwalczany jako propagujący „putinowską narrację”. W ten sposób dochodzimy do ściany, której nie przebijemy.

Niedługo, bo za dwa lata, minie 80-ta rocznica banderowskiego ludobójstwa na Wołyniu. Przypuszczam, że dla środowisk domagających się w Polsce prawdy i pamięci będzie ona jeszcze trudniejsza niż okrągłe rocznice w 2003 i 2013 r. Ze strony ukraińskiej można będzie się spodziewać prawdopodobnie jeszcze większej wrogości i obojętności oraz zakłamywania prawdy historycznej, a ze strony oficjalnych czynników polskich prawdopodobnie jeszcze większych nacisków niż w 2003 i 2013 r. na środowiska domagające się prawdy i pamięci, żeby nie „zadrażniać” stosunków z Ukrainą, bo to „strategiczny partner”, bo Rosja itd. Zatem Kłym Sawur będzie dalej świecił na Wschodzie upiornym blaskiem.


[1] Ukraińscy nacjonaliści żądają przeprosin od państwa Izrael, http://www.strajk.eu, 7.01.2021.

[2] Ewa Siemaszko o Ukrainie: czy państwo czczące ludobójców nie stanowi zagrożenia dla sąsiadów?, http://www.kresy.pl, 3.01.2021.

Bohdan Piętka

24 stycznia 2021 r.

Rewolucja oświatowa

Awans edukacyjny społeczeństwa, zwłaszcza w dostępie do wyższego wykształcenia, był jednym z najważniejszych osiągnięć Polski powojennej. Dzisiaj osiągniecie to – jak i inne pozytywne działania Polski Ludowej – jest pomijane lub deprecjonowane. W dominującej obecnie narracji podkreśla się oczywiście brak autonomii szkolnictwa wyższego w PRL oraz wielokrotny w porównaniu z okresem PRL wzrost liczby studentów po 1989 r., która w roku 2009 wyniosła około 1,9 mln wobec 403,8 tys. w roku 1990. Jednak, żeby uświadomić sobie, jakich zmian dokonano w szkolnictwie wyższym w okresie PRL i że miały one charakter rewolucji społecznej należy porównać ten okres nie z czasami obecnymi, ale z okresem II RP.

Szkolnictwo wyższe w II Rzeczypospolitej, w przeciwieństwie do szkolnictwa wyższego w PRL, posiadało autonomię, która pozostawiała najważniejsze decyzje w rękach środowiska akademickiego. Jednak należy pamiętać o tym, że w latach 30-tych XX w. władze sanacyjne podjęły próby ograniczenia autonomii uczelnianej, oskarżając ówczesną opozycję o tworzenie swoich przyczółków politycznych na uczelniach. Na mocy ustawy z 15 marca 1933 r. minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego stał się władzą naczelną szkół wyższych i sprawował nad nimi zwierzchni nadzór. Miał prawo rozstrzygania spraw będących przedmiotem weta rektora lub dziekana w stosunku do uchwał senatu. Mógł również – niezależnie od rektora – zarządzić zawieszenie wykładów lub zamkniecie szkoły i zarządzić nowe wpisy. Minister został także upoważniony na mocy wspomnianej ustawy do łączenia i dzielenia wydziałów, tworzenia i likwidowania katedr, nie tylko na wniosek rady wydziału i senatu, ale również po zasięgnięciu ich opinii. Otwierało to możliwość władzom sanacyjnym zamykania dowolnej katedry i emerytowania każdego niewygodnego politycznie profesora.

W okresie II RP nauka w uczelniach, zarówno państwowych, jak i prywatnych była płatna, a system wsparcia socjalnego ze strony państwa niewielki. Ten stan rzeczy wraz ze skromnymi możliwościami budżetu państwa wpływał na ograniczony rozwój szkolnictwa wyższego w tym okresie oraz jego komercyjne sprofilowanie. Po 1945 r. dokonano natomiast upaństwowienia i scentralizowania szkolnictwa wyższego. Jego rozwój poddano odgórnemu planowaniu oraz powiązano naukę z gospodarka narodową, by sprostać potrzebom industrializującego się w przyspieszonym tempie państwa, co doprowadziło do skokowego w porównaniu z okresem międzywojennym wzrostu kształcenia akademickiego.

Cechą charakterystyczną funkcjonowania szkolnictwa wyższego w Polsce międzywojennej była zdecydowana dominacja ośrodka warszawskiego. Posiadał on największą liczbą uczelni państwowych i prywatnych (11), specjalizacji i kierunków oraz prawie połowę studentów w kraju (w 1921 r. było to 16,2 tys. na 34,7 tys., a w 1937 r. 20,2 tys. na 47,1 tys. studiujących). Następne w kolejności ośrodki krakowski i lwowski były już 2-3-krotnie mniejsze od stołecznego, a wileński i poznański, mające po dwie uczelnie, jeszcze mniejsze. Zupełnie marginalnie na tym tle wyglądał ośrodek lubelski mający jedną niewielką uczelnię (Katolicki Uniwersytet Lubelski, do 1928 r. Uniwersytet Lubelski).

W szkolnictwie wyższym II RP dominowały uniwersytety, a największym zainteresowaniem cieszyły się prawo, ekonomia i nauki humanistyczne, znacznie mniejszym natomiast kierunki techniczne. Wynikało to ze struktury ekonomicznej kraju, słabo rozwiniętego przemysłowo. Kształcenie akademickie w II RP było przede wszystkim elitarne. W biednym i mocno rozwarstwionym majątkowo społeczeństwie na studia stać było głównie zamożne warstwy społeczne, a państwo wpływało w niewielki sposób na rozbudowę szkół wyższych. To w dużej mierze determinowało ograniczony rozwój szkolnictwa wyższego w II RP.

Ten elitarny charakter szkolnictwa, nie tylko wyższego, blokujący awans społeczny warstw niższych, planowały utrzymać w Polsce powojennej siły politycznie zachowawcze. We wrześniu 1943 r. powstało w rządzie polskim na uchodźstwie Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego z księdzem Zygmuntem Kaczyńskim (Stronnictwo Pracy) jako jego kierownikiem. W marcu 1944 r. ksiądz Kaczyński przedstawił Radzie Narodowej w Londynie (emigracyjny parlament) wstępne założenia szkolnictwa i wychowania w wolnej Polsce. Projekt zakładał kontynuację stanu przedwojennego, mieścił się bowiem w ramach norm prawnych wyznaczonych przez konstytucje kwietniową z 1935 r., konkordat ze Stolicą Apostolską z 1925 r. oraz układ między II RP a Komisją Papieską. Podczas dyskusji w gronie stronnictw politycznych „polskiego Londynu” największy sprzeciw wywołał podtrzymany w projekcie Kaczyńskiego elitaryzm oświatowy lat trzydziestych. Sprzeciw części posłów do Rady Narodowej – głównie PPS i Stronnictwa Ludowego – budziły ograniczenia edukacyjne II RP, dotykające uboższe warstwy społeczeństwa.

Za zniesieniem tych ograniczeń opowiedział się natomiast w swoim programie Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, powołany w lipcu 1944 r. – co dzisiaj obowiązkowo się podkreśla – z woli Stalina. Do przeobrażeń oświaty i kultury PKWN przywiązywał wielką wagę, ponieważ w przekonaniu stronnictw pekawuenowskich (PPR, PPS, SL, SD) poprzez kształtowanie nowego duchowego oblicza społeczeństwa miała się w dużej mierze dokonać rewolucja społeczna. Manifest PKWN zapowiedział wprowadzenie szkoły realnie powszechnej, na wszystkich szczeblach zwolnionej od opłat i wspierającej materialnie najuboższą młodzież. Na zjeździe oświatowym, obradującym w Łodzi w dniach 18-22 czerwca 1945 r., uchwalono, iż szkoła ma być jednolita i publiczna. Dotyczyło to również szkolnictwa wyższego. Także opozycyjne wobec Polski pojałtańskiej Polskie Stronnictwo Ludowe na swym zjeździe w styczniu 1946 r. opowiedziało się za taką organizacją systemu oświatowego, aby „wyższe szczeble kształcenia były dostępne dla młodzieży warstw ludowych”. Utworzenie egalitarnego sytemu kształcenia stało się zatem w Polsce powojennej postulatem i celem wychodzącym ponad podziały polityczne.

Odbudowa życia akademickiego rozpoczęła się niemal zaraz po zakończeniu okupacji niemieckiej, kiedy do Krakowa i Wrocławia przybyli ci uczeni polscy z Lwowa i Wilna, którym udało się przeżyć wojnę i okupację. Jednym z nich był prof. Stanisław Kulczyński (1895-1975) – wybitny botanik, rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie (1936-1938), podczas okupacji delegat rządu RP na uchodźstwie na Obszar Lwowski. Kulczyński, który miał wówczas propozycję kontynuowania kariery naukowej we Włoszech, przybył 10 maja 1945 r. do zrujnowanego Wrocławia. Było to zaledwie cztery dni po kapitulacji Festung Breslau. Jako pełnomocnik ministra oświaty ds. zabezpieczenia majątku szkół wyższych oraz bibliotek i zbiorów na terenie Wrocławia przystąpił do odbudowy życia akademickiego w tym mieście. Został pierwszym rektorem uniwersytetu i politechniki we Wrocławiu, które rozpoczęły działalność 15 listopada 1945 r. Podjął też uwieńczone sukcesem działania na rzecz restytucji Zakładu Narodowego im. Ossolińskich.

Wspominam o tym dlatego, ponieważ w 2017 r. upamiętnienie tej postaci w sferze publicznej stało się obiektem ataku dekomunizacyjnego ze strony IPN, który zarzucił Kulczyńskiemu, że w l. 1939-1941 nadal wykładał na uniwersytecie we Lwowie, wówczas już radzieckim, a w 1940 r. był gościem Wszechzwiązkowego Komitetu ds. Nauki ZSRR w Moskwie. No i w PRL był przewodniczącym Stronnictwa Demokratycznego, wicemarszałkiem Sejmu i wiceprzewodniczącym Rady Państwa PRL. Natomiast jego dokonania w budowie od podstaw polskiego szkolnictwa wyższego we Wrocławiu i zagospodarowaniu Ziem Odzyskanych (jako prezesa Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich) dla dzisiejszych dekomunizatorów już się nie liczą.

Podczas drugiej wojny światowej nauka polska straciła 60 % przedwojennego stanu kadr i obiektów. Szkoły wyższe i placówki naukowe trzeba było po wojnie budować niejednokrotnie od podstaw. Nie byłoby to możliwe bez zaangażowania ocalałych kadr naukowych. Rozumiejąc konieczność odbudowy szkolnictwa wyższego przedwojenni profesorowie mogli to uczynić tylko we współpracy z władzą, której barwa polityczna była dla wielu z nich obca. Z drugiej strony bez wsparcia tej władzy nie doszłoby w Polsce do procesu, który śmiało można nazwać rewolucją oświatową. Wzrost potencjału dydaktycznego i badawczego szkolnictwa wyższego i nauki polskiej w okresie PRL w porównaniu ze stanem przedwojennym był imponujący. Sieć szkół wyższych, która w II RP zwiększyła się z 16 w 1921 r. do 28 w 1938 r., w PRL wzrosła do 89 w 1974 r. i 97 w 1989 r. Widać zatem, że w dwudziestoleciu międzywojennym nie zdołano podwoić liczby szkół wyższych, podczas gdy w powojennym trzydziestoleciu zwiększono liczbę szkół wyższych ponad trzykrotnie.

W okresie II RP ośrodki szkolnictwa wyższego charakteryzowały się nierównomiernym rozmieszczeniem przestrzennym oraz dużą koncentracją potencjału akademickiego w kilku dużych miastach, głównie w Warszawie, Krakowie, Lwowie, Wilnie i Poznaniu. Zniwelowania tych dysproporcji dokonano dopiero w PRL. Trwającej od 1945 r. znacznej rozbudowie polskiego szkolnictw wyższego towarzyszyło również jego rozprzestrzenianie na terenie kraju, poza dotychczasowe ośrodki akademickie. Powstały w tym okresie nowe silne ośrodki akademickie w Białymstoku, Gdańsku, Lublinie, Łodzi, Poznaniu, Szczecinie, Wrocławiu i na Górnym Śląsku, m.in. siedem nowych uniwersytetów: Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie (1944), Uniwersytet Wrocławski (1945), Uniwersytet Łódzki (1945), Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu (1945), Uniwersytet Śląski w Katowicach (1968), Uniwersytet Gdański (1970) i Uniwersytet Szczeciński (1985).

Już w latach 1945-1950 zmiany w szkolnictwie wyższym prowadziły do skokowego w porównaniu z okresem międzywojennym wzrostu szkół wyższych oraz ilości nauczycieli akademickich i studentów. Liczba uczelni wyższych ukształtowała się na poziomie ponad 80 dość szybko, bo na początku lat 50-tych.

Natomiast liczba nauczycieli akademickich wszystkich stopni wzrosła z 4403 w 1937 r. do 45 tys. w połowie lat 70-tych. Jednakże zatrudnienie w szeroko rozumianej nauce, łącznie ze szkolnictwem wyższym, placówkami naukowo-badawczymi i rozwojowymi wyniosło w 1975 r. około 300 tys. osób, w tym ponad 20 tys. doktorów i 12 tys. profesorów i docentów. Ponad 64 tys. osób pełniło w tym czasie funkcje nauczycieli akademickich i pracowników naukowo-badawczych, z tego 70 % w szkołach wyższych, 22,7 % w instytutach naukowo-badawczych resortów oraz 5,5 % w placówkach Polskiej Akademii Nauk (utworzonej w 1951 r.). W 1938 r. istniało zaledwie 15 instytutów naukowo-badawczych i 6 samodzielnych laboratoriów przemysłowych. Trzy dekady po wojnie działało w kraju 66 placówek naukowych PAN, 113 resortowych instytutów naukowo-nadawczych, 24 centralne laboratoria i 128 ośrodków badawczo-rozwojowych.

Znacząco w porównaniu z okresem międzywojennym wzrosła też liczba studiujących. W okresie II RP ilość studentów zwiększyła się powoli z 38,1 tys. w 1922 r. do 40,7 tys. w 1926 r. i 51,7 tys. w 1932 r. Od tego czasu nastąpił spadek do 48 tys. w 1936 r. i niewielki wzrost do 49,5 tys. 1938 r. Liczba studiujących z 1938 r. została przekroczona już w 1945 r., kiedy wyniosła 55,9 tys., a podwojona w 1948 r., kiedy wyniosła 103,4 tys. W 1950 r. studiowało w Polsce już 125,1 tys. osób, w 1960 r. było to 165,7 tys., w 1965 r. 251,9 tys., w 1970 r. 330,8 tys., a w 1974 r. 426,7 tys. osób (w 1989 r. liczba studiujących spadła do 378 tys.). O ile w 1946 r. liczba studentów (bez cudzoziemców) na 10 tys. ludności wynosiła 36, to w 1989 r. – 98. Natomiast liczba studiujących kobiet na 100 studiujących mężczyzn wzrosła z 55 w 1949 r. do 105 w 1989 r. (w okresie II RP wynosiła 37 w 1928 r. i 39 w 1937 r.). Przede wszystkim zmienił się radykalnie skład młodzieży akademickiej. W 1938 r. młodzież pochodzenia robotniczo-chłopskiego stanowiła 16,9 %, natomiast w połowie lat 70-tych 55,7 % ogółu studiujących. W okresie międzywojennym uczelnie wyższe ukończyło około 83 tys. osób (przy czym 70 % z tej liczby w latach 1928-1939), a w pierwszym trzydziestoleciu Polski Ludowej ponad 800 tys. osób.

Zmiany w strukturze szkolnictwa wyższego po 1945 r. w stosunku do okresu przedwojennego obrazuje także odsetek studentów poszczególnych kierunków studiów. Najbardziej zauważalny był wzrost studentów kierunków technicznych do ponad 30% ogółu studiujących, co wiązało się ze zwiększonym zapotrzebowaniem na specjalistów tych kierunków w związku ze skokową industrializacją kraju. Kolejna istotna zmiana w porównaniu z okresem przedwojennym nastąpiła też w systemie stypendialnym. W pierwszych latach powojennych łączna ilość stypendiów była bardzo skromna i tak jak w okresie II RP obejmowała zaledwie kilka procent populacji studenckiej. Dopiero w miarę postępów w odbudowie kraju następował wzrost wsparcia materialnego państwa dla młodzieży akademickiej. U schyłku lat 40-tych odsetek stypendystów był już większy niż przed wojną i wynosił ponad ¼ ogółu studentów, a na początku lat 50-tych ponad połowę ogółu młodzieży akademickiej. Oprócz stypendiów Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego pojawiły się też stypendia resortów i centralnych instytucji państwowych, organizacji zawodowych, spółdzielczych i zakładów pracy.

Dokonanemu po 1945 r. upaństwowieniu i umasowieniu kształcenia na poziomie wyższym towarzyszyła przebudowa struktury społecznej studentów i pracowników naukowo-dydaktycznych, w której preferencje otrzymali przedstawiciele środowisk robotniczo-chłopskich. Szerokie otwarcie przed tą młodzieżą uczelni wyższych, wsparcie jej studiów rozbudowaną pomocą socjalną, a później umożliwienie podjęcia jej pracy w industrializującej się gospodarce stworzyło dla niej możliwość niedostępnego wcześniej awansu społecznego.

O znaczeniu tego awansu wypowiedział się dr Marcin Piątkowski – starszy ekonomista Banku Światowego i adiunkt w Akademii Leona Koźmińskiego, autor książki „Europejski lider wzrostu. Droga Polski od ekonomicznych peryferii do gospodarki sukcesu” (Warszawa 2020). Stwierdził on mianowicie, że aż do 1939 r. „rozwój gospodarczy w Polsce sabotowały elity postszlacheckie. Strukturę społeczną wyrównał dopiero PRL. Gdyby nie PRL, nie byłoby polskiego kapitalizmu”. Zdaniem Piątkowskiego „PRL miał jedna wielką zaletę: otworzył na oścież polskie społeczeństwo, zlikwidował przywileje klasowe, wyedukował, uprzemysłowił i unowocześnił społeczeństwo” i po raz pierwszy w historii Polski „stworzył społeczeństwo inkluzywne, dając wszystkim, szczególnie tym najsłabszym, szanse na rozwój”. Szkoda, że dzisiaj potrafią to zauważyć tylko nieliczni.

Bohdan Piętka

24 stycznia 2021 r.

„Przegląd”, nr 3 (1097), 11-17.01.2021, s. 34-37