Dwa oblicza wyzwolenia

27 stycznia 1945 r. trzy radzieckie dywizje z 60. Armii I Frontu Ukraińskiego oskrzydliły Oświęcim. Wyzwolenie obozu macierzystego KL Auschwitz I, obozu KL Auschwitz II-Birkenau i obozu KL Auschwitz III-Monowitz przypadło w udziale 100. lwowskiej dywizji strzeleckiej ze 106. korpusu 60. Armii. Wolności w tych obozach doczekało tylko około 7 tys. więźniów – w większości ciężko chorych i wycieńczonych, którzy byli niezdolni do wyruszenia w ewakuacyjne „marsze śmierci”, jakimi 10 dni wcześniej objęto 58 tys. więźniów KL Auschwitz i jego podobozów. Los więźniów pozostałych w obozach Auschwitz I, Birkenau i Monowitz do końca nie był niepewny. Wkraczając do tych obozów żołnierze Armii Czerwonej znaleźli zwłoki około 600 więźniów, zamordowanych w ostatnich dniach przez esesmanów lub zmarłych z wycieńczenia. Wyzwolenie miasta Oświęcimia i głównego kompleksu KL Auschwitz kosztowało życie ponad 230 żołnierzy radzieckich.

Dowódcą 100. lwowskiej dywizji, która wyzwoliła KL Auschwitz, był gen. mjr Fiodor M. Krasawin (1896-1948) – ofiara Wielkiego Terroru (1937-1938). Latem 1938 r. został aresztowany przez NKWD i skazany pod fałszywymi zarzutami na karę 12 lat pozbawienia wolności w obozach pracy przymusowej. W czerwcu 1940 r. Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego ZSRR złagodziło mu ten wyrok do 5 lat. Był jedną z tysięcy ofiar represji stalinowskich, jakie w tym czasie dotknęły i zdziesiątkowały kadrę dowódczą Armii Czerwonej. Agresja III Rzeszy na ZSRR 22 czerwca 1941 r. i kompromitujące klęski Armii Czerwonej w pierwszym etapie wojny radziecko-niemieckiej zmusiły Stalina do sięgnięcia po żyjące jeszcze w GUŁagu stare kadry oficerskie. Tak płk Krasawin odzyskał wolność w lutym 1942 r. i od razu został skierowany na front.

Najpierw dowodził 263. dywizją piechoty na froncie karelskim, a od 28 stycznia 1944 r. 100. dywizją, która pod jego komendą otrzymała miano „lwowskiej” za zasługi w zdobyciu Lwowa. Musiał dowodzić dobrze, tzn. osiągać sukcesy operacyjne. Inaczej w każdej chwili mógł wrócić w ręce NKWD. Wyroku skazującego przecież nie anulowano. Rehabilitacji doczekał się dopiero pośmiertnie – w 1968 r. Jego dywizja nie tylko otrzymała miano „lwowskiej”, ale została odznaczona orderem Czerwonego Sztandaru. Jej dowódca awansował w listopadzie 1944 r. na stopień generalski.

100. dywizja została sformowana w marcu 1942 r, w północnej Rosji. Walczyła najpierw na froncie woroneskim, a potem pierwszym ukraińskim. Jej żołnierze reprezentowali bogatą mozaikę narodowościową ZSRR. Nieznacznie przeważali wśród nich Rosjanie, ale nie brakowało też Ukraińców, Tatarów, Komiaków i in. Swój szlak bojowy dywizja zakończyła w maju 1945 r. w Pradze. Najważniejszy na tym szlaku był niewątpliwie KL Auschwitz. Jest w tym coś niesamowicie symbolicznego, że wyzwoleniem największego niemiecko-nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady kierował były więzień GUŁagu. To było rzeczywiście zetknięcie się dwóch totalitaryzmów, ale w zupełnie innym sensie niż się o tym zwykle mówi, zwłaszcza w narracji tzw. polityki historycznej. Historia potrafi stwarzać niezwykłe sytuacje i dawać lekcje pokory.

Gen. Krasawin zmarł trzy lata po wojnie w Kazaniu, gdzie wcześniej objął stanowisko dowódcy garnizonu. Zmarł z powodu niewydolności serca w wieku 52 lat. Czy skrócił mu życie czteroletni pobyt w GUŁagu, czy trudy wojny i stres związany z dowodzeniem dywizją, czy jedno i drugie, czy może zupełnie coś innego – nie wiem. On i jego żołnierze jako wyzwoliciele KL Auschwitz zasługują na najwyższy szacunek.

Fiodor M. Krasawin (1896-1948) – dowódca dywizji, która wyzwoliła KL Auschwitz

Fiodor M. Krasawin (1896-1948) – dowódca dywizji, która wyzwoliła KL Auschwitz.  Ofiara represji stalinowskich. Fot. domena publiczna.

Powiedział o tym otwarcie 27 stycznia 2015 r., podczas międzynarodowej uroczystości 70-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz, prezydent Bronisław Komorowski. „Stoimy w miejscu, gdzie w bestialski sposób wymordowano ponad milion ludzi – w przytłaczającej większości Żydów z nieomal całej Europy, jak również Polaków, Romów, jeńców sowieckich – i wielu, wielu innych… Stoimy w miejscu przypominającym o zbrodniczej nazistowskiej ideologii, która podważyła filary świata. Dokładnie o tej porze 70 lat temu obóz oswobodzili żołnierze 60. Armii Pierwszego Frontu Ukraińskiego Armii Czerwonej. Tego dnia, po południu 100. Lwowska Dywizja Piechoty wkroczyła do głównej części obozu. Z wdzięcznością i szacunkiem myślimy dzisiaj o tych żołnierzach” – powiedział wówczas prezydent Komorowski[1].

Tych słów chyba wtedy nie zauważono w Rosji, ale także w Polsce i gdzie indziej. Zauważono natomiast to, co 22 stycznia 2015 r. powiedział w programie I Polskiego Radia Grzegorz Schetyna o domniemanym wyzwoleniu obozu przez Ukraińców.

Była jednak też druga strona wyzwolenia Polski spod okupacji niemieckiej, którą chętnie dostrzega deprecjonująca to wyzwolenia polska polityka historyczna, a nie dostrzega jej zupełnie gloryfikująca z kolei Armię Czerwoną rosyjska polityka historyczna.

W wyzwolonym KL Auschwitz szybko powstał Szpital Obozowy Polskiego Czerwonego Krzyża. Do ratowania chorych i wycieńczonych więźniów przystąpiła też radziecka wojskowa służba medyczna. Ale wkrótce na terenie byłego KL Auschwitz powstały dwa obozy NKWD – łagier nr 22 i łagier nr 78 – w których więziono 25 tys. osób, w tym jeńców niemieckich, ale też osoby cywilne z Górnego Śląska i Podbeskidzia. Ich przeznaczeniem była deportacja w głąb ZSRR. Uwięzionym udało się potajemnie poinformować wojewodę Aleksandra Zawadzkiego, że w obozach NKWD w Oświęcimiu i Brzezince przebywa 12 tys. Polaków – osób cywilnych i jeńców byłej armii niemieckiej. Dzięki interwencji gen. Zawadzkiego u marsz. Konstantego Rokossowskiego Rosjanie zwolnili około 10 tys. osób internowanych w obozach NKWD na terenie byłego KL Auschwitz. Warto było o tym pamiętać, gdy „dekomunizowano” ulice Aleksandra Zawadzkiego. Przecież ryzykował co najmniej karierę polityczną podejmując tę oraz inne interwencje – jak np. w sprawie wywożonych do ZSRR górników i maszyn. Taka jest historia – nigdy czarno-biała.

Tego samego 27 stycznia 1945 r., kiedy czerwonoarmiści pod dowództwem gen. Krasawina otwierali bramy Auschwitz inni czerwonoarmiści dokonywali zbrodni wojennych w Przyszowicach i Miechowicach na pobliskim Górnym Śląsku. Żołnierze radzieccy wkroczyli do Przyszowic od strony Gliwic, myląc kierunki. Sądzili prawdopodobnie, że znajdują się na terytorium przedwojennych Niemiec i mogą się już mścić za to co hitlerowcy wyrządzili ZSRR. Znaleźli się jednak w ostatniej polskiej wsi przed przedwojenną granicą polsko-niemiecką, w której mieszkali m.in. powstańcy śląscy. Z rąk czerwonoarmistów zginęło tam co najmniej 61 lub 69 osób w wieku od 10 do 78 lat, w tym kilku byłych więźniów KL Auschwitz – Żydów z Węgier i Włoch, których ukryli Polacy z Przyszowic podczas marszu ewakuacyjnego.

W jednej z relacji na temat tej zbrodni czytamy: „Przy kurniku znaleźliśmy ciało Brzóski. Potem opowiedział mi Adolf Krzysteczko o tym, jak Franciszek Brzóska zginął. Oni witali nadjeżdżających żołnierzy radzieckich. Jeden z nich kazał Brzósce oddać zegarek. Gdy ten odmówił, jeden z Rosjan zastrzelił go strzałem z samochodu. Samochód się zatrzymał. Rosjanin zszedł na dół i zabrał ten zegarek”[2].

Oto inna relacja dotycząca zbrodni w Przyszowicach: „W sobotę 27 stycznia 1945 r., gdy walki we wsi ucichły, około 11.00 do naszej piwnicy weszli żołnierze radzieccy. Z tego, co słyszałam, oni pozabierali nam wszystkie zegarki, a następnie wyszli. Po około 30 minutach do piwnicy weszło kolejnych kilku Rosjan. Jeden z nich, który po dystynkcjach wyglądał na oficera, czystą niemczyzną stwierdził na widok ojca i brata, że nie powinno ich tam być, bo Niemcy wszystkich zabrali do wojska. W naszej piwnicy oprócz ww. był jeszcze Nikodem Kocur, lat około 45 – to był mąż cioci Emilii. Nadto jako czwarty Emil Smołka – brat Matyldy, żony Jana. […] Rosjanie kazali wyjść wszystkim z piwnicy. Kobiety i dzieci zaprowadzili do jednego pokoju, mężczyzn wyprowadzili na podwórko. Poza nimi wyprowadzili babcię Eufemię (matkę mojego ojca), wówczas lat 81. Żołnierze radzieccy kazali babci przyglądać się egzekucji. Jej przebieg znamy z opowieści babci Eufemii. Rosjanie po kolei kładli mężczyzn na plecach na ziemi. Ręce kładzionych butami przytrzymywali żołnierze radzieccy, a następnie strzałem w tętnice szyjną zabijano tak trzymanego. Babcia opowiadała, że to była taka przemyślana egzekucja, postrzelony umierał z upływu krwi. Babcia nie podała kolejności egzekucji”[3].

I jeszcze ta relacja: „W chwili wkroczenia Armii Czerwonej do wsi wszyscy ukryliśmy się u sąsiadów Lomaniów w piwnicy. W naszym domu nie było piwnicy. Tam ukrywaliśmy się około dwóch dni. Na zewnątrz trwały zacięte walki. W pewnym momencie do piwnicy wszedł żołnierz radziecki i wyprowadził Annę Lomanię. Ten żołnierz gdzieś z nią chodził, chyba szukał innych dziewczyn. Gdy wrócił do domu, Ania zaczęła krzyczeć »ratunku« i wołała brata Roberta. Padł jeden strzał i usłyszeliśmy, jak coś pada na klapę wejściową do piwnicy. Od razu zaczęła kapać krew spomiędzy desek, krew ciekła do beczki z kiszoną kapustą”[4].

Zbiorowa mogiła ofiar masakry w Przyszowicach 27 stycznia 1945 roku. Fot. domena publiczna

Zbiorowa mogiła ofiar masakry w Przyszowicach 27 stycznia 1945 r. Fot. domena publiczna.

W Miechowicach (obecnie dzielnica Bytomia) z rąk Armii Czerwonej zginęło w dniach 25-27 stycznia 1945 r. około 380 cywilnych mieszkańców – Niemców i Ślązaków. Też w tym samym czasie, gdy ich koledzy wyzwalali KL Auschwitz. Ustalono, że na Górnym Śląsku z rąk Armii Czerwonej zginęło co najmniej 2 tys. cywilów, w tym około 800 w Gliwicach i okolicy. Czasem był to odwet za próbę stawiania oporu przez cywilów-Niemców, przeważnie jednak dochodziło do odwetu na bezbronnych ludziach za zbrodnie dokonywane przez Niemców na Wschodzie. Ofiarą tego odwetu obok ludności niemieckiej padała też ludność słowiańska Górnego Śląska. W skomplikowaną tematykę mozaiki narodowościowej tego regionu strona radziecka nie wchodziła.

Mówiąc o wyzwoleniu KL Auschwitz trzeba też widzieć zbrodnie Armii Czerwonej na pobliskim Górnym Śląsku. Trzeba mówić i o jednym, i o drugim. Nie po to, żeby cokolwiek podważać, ale żeby obraz opowieści był prawdziwy. Taka jest historia. Nie jest czarno-biała. Jest trudna, złożona, wymagająca wysiłku myśli i woli. Ta trudna historia sprzed 75 i więcej lat jest dzisiaj przedmiotem walki polityk historycznych Polski i Rosji, przedmiotem narastającej wrogości pomiędzy oboma krajami, a powinna być przedmiotem zadumy i pokory. Nie historycznego odwetu z jednej strony i unikania prawdy z drugiej, ale wzajemnej zadumy i pokory.

Zbrodnie wojenne Armii Czerwonej na słowiańskiej ludności Górnego Śląska nie powinny unieważniać faktu wyzwolenia przez tę armię ziem polskich spod okupacji niemieckiej. Negacja faktu tego wyzwolenia ma bowiem m.in. i taki skutek polityczny, że wypisujemy Polskę z koalicji antyhitlerowskiej, w której Polska była razem z ZSRR – czy nam się to podoba czy nie. Z drugiej strony czyny chwalebne Armii Czerwonej – jak np. wyzwolenie KL Auschwitz – nie mogą unieważniać jej czynów haniebnych i rozgrzeszać polityki Stalina przed wojną, w jej czasie i po wojnie. Wydaje się to proste, ale nie dla polityków, którzy w miejsce historii mającej uczyć i wychowywać stworzyli politykę historyczną, by jątrzyć i dzielić.

Polacy i Rosjanie, ale też Polacy i Ukraińcy muszą ze sobą dojść do pojednania w prawdzie wbrew nieodpowiedzialnym ludziom po obu stronach, którzy używają historii do jątrzenia i wywołują upiory przeszłości. Muszą to uczynić wbrew swoim politykom, na których nie mają w tej mierze co liczyć.

[1] Cyt. za: Wystąpienie prezydenta na uroczystości w 70. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz-Birkenau, http://www.prezydent.pl, 27.01.2015.

[2] K. Banaś, „Zbrodnia na ludności cywilnej Przyszowic w świetle zeznań świadków”, (w:) D. Niesler (red.), „Tragedia w cieniu wyzwolenia. Górny Śląsk w 1945 roku”, Katowice 2015, s. 27.

[3] Tamże, s. 31.

[4] Tamże, s. 30.

Bohdan Piętka

29 stycznia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 5-6 (2277/2278), 2-9.02.2020, s. 10

Prawda o Auschwitz jest wezwaniem

27 stycznia 1945 r. żołnierze Armii Czerwonej otworzyli bramy obozu KL Auschwitz – największego niemieckiego i nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady. Przynieśli wolność około 7 tys. więźniów – w większości chorych i wycieńczonych, którzy nie zostali objęci ewakuacją i którym w każdej chwili groziła śmierć ze strony esesmanów. Niestety, dzień ten nie oznaczał końca gehenny dla 58 tys. więźniów KL Auschwitz, których w dniach 17-21 stycznia 1945 r. niemieccy esesmani wyprowadzili z obozu w ewakuacyjnych „marszach śmierci”. Od 9 do 15 tys. z nich zginęło na wiodących przez Górny Śląsk trasach „marszów śmierci”. Kolejni ginęli podczas transportu – przeważnie odkrytymi wagonami towarowymi-węglarkami, w ciężkich warunkach zimowych – do KL Mauthausen, KL Buchenwald, KL Flossenbürg i innych niemieckich obozów koncentracyjnych. Potem ginęli w tych obozach i podczas ich ewakuacji wiosną 1945 r. Więźniów KL Auschwitz nie zabrakło także wśród ofiar tragedii, która rozegrała się 3 maja 1945 r. na wodach Zatoki Lubeckiej. W wyniku omyłkowego ataku lotnictwa alianckiego zginęło wówczas około 7 tys. więźniów obozów koncentracyjnych, których Niemcy umieścili na statkach „Cap Arcona” i „Thielbeck”. Było wśród nich wielu Polaków, w tym ok. 400 mających za sobą wieloletni pobyt w KL Auschwitz.

Jednakże to dzień wyzwolenia największego niemieckiego i nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady stał się symboliczną datą końca epoki hitlerowskiej pogardy dla człowieka. Rocznica wyzwolenia KL Auschwitz jest od wielu lat podniośle obchodzona w Polsce i na całym świecie jako dzień pamięci o ofiarach Holokaustu i zbrodni nazistowskich. Zawsze była to rocznica ważna, jeśli nie najważniejsza, dla byłych więźniów, którzy przeżyli piekło tego i innych obozów hitlerowskich.

W okresie PRL obchody rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz w Oświęcimiu nie miały charakteru międzynarodowego i nie uczestniczyli w nich też przedstawiciele najwyższych władz państwowych. Uroczystości te odbywały się z udziałem organizacji zrzeszających byłych polskich więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych. Przez wiele lat współorganizatorem tych uroczystości było m.in. Towarzystwo Opieki nad Oświęcimiem – założone przez byłych polskich więźniów w 1983 roku. Chociaż nie eksponowano wtedy tematyki Holokaustu tak jak obecnie, nie była ona jednak całkiem pomijana w ówczesnej polskiej polityce historycznej.

Wielkim wydarzeniem tego okresu, w którym wzięli udział przedstawiciele najwyższych władz PRL, było natomiast odsłonięcie 16 kwietnia 1967 r. na terenie byłego obozu KL Auschwitz II-Birkenau Międzynarodowego Pomnika Ofiar Faszyzmu. W uroczystości tej uczestniczyło około 200 tys. osób, wśród nich premier PRL i były więzień KL Auschwitz Józef Cyrankiewicz oraz uczestniczący w wyzwoleniu obozu radziecki gen. Wasilij Pietrenko. W swoim przemówieniu premier Cyrankiewicz powiedział m.in.: „Oddajmy hołd wszystkim tutaj zamordowanym, budując wedle swoich sił i umiejętności nowe życie wolnych, współżyjących ze sobą narodów, aby zmazać tę hańbę z ludzkości, jaką było to, co działo się w Oświęcimiu. Aby już nigdy więcej! Tylko wtedy będzie to pomnik nie tylko pamięci, ostrzeżenia i czujności, ale i pojednania ludzi i narodów, idących tą samą drogą do tych samych celów”. Odsłonięciu Pomnika towarzyszyła premiera oratorium „Dies Irae (Dzień Gniewu)” Krzysztofa Pendereckiego.

Miejsce byłego KL Auschwitz odwiedzały jednak przed 1989 rokiem – poza obchodami rocznicy wyzwolenia – liczne delegacje zagraniczne. Hołd ofiarom tego obozu składali m.in. tacy przywódcy jak prezydent USA Gerald Ford w 1975 r., kanclerz RFN Helmut Schmidt, prezydent Jugosławii Josip Broz-Tito, czy cesarz Etiopii Hajle Syllasie I. Znaczącym wydarzeniem była wizyta w byłym KL Auschwitz w listopadzie 1977 r. kanclerza RFN Helmuta Schmidta. Była to pierwsza wizyta zachodnioniemieckiego przywódcy w tym miejscu. „Właściwie to miejsce nakazuje milczeć. Ale jestem pewien, że niemiecki kanclerz nie może tutaj milczeć” – powiedział wtedy Schmidt. Przywódca RFN mówił następnie o cierpieniach Polaków oraz o niemieckiej odpowiedzialności i winie. Stwierdził również, że „polityka potrzebuje moralnego fundamentu i obyczajowej orientacji”. Polska telewizja państwowa transmitowała to przemówienie na żywo.

Jeszcze bardziej doniosłym wydarzeniem była wizyta w miejscu byłego KL Auschwitz papieża Jana Pawła II 7 czerwca 1979 r. W wygłoszonej wtedy homilii papież-Polak powiedział m.in.: „Przychodzę więc i klękam na tej Golgocie naszych czasów, na tych mogiłach w ogromnej mierze bezimiennych, jak gigantyczny grób nieznanego żołnierza. Klękam przy wszystkich po kolei tablicach Brzezinki, na których napisane jest wspomnienie ofiar Oświęcimia (…). Za wojnę są odpowiedzialni nie tylko ci, którzy ją bezpośrednio wywołują, ale również ci, którzy nie czynią wszystkiego, co leży w ich mocy, aby jej przeszkodzić. (…) Nigdy jeden naród nie może rozwijać się kosztem drugiego, nie może rozwijać się za cenę drugiego, za cenę jego uzależnienia, podboju, zniewolenia, za cenę jego eksploatacji, za cenę jego śmierci”. Powiedział również: „I jeszcze jedna tablica – wybrana… Tablica z napisem w języku rosyjskim. Nie dodaję żadnego komentarza. Wiemy, o jakim narodzie mówi ta tablica. Wiemy, jaki był udział tego narodu w ostatniej straszliwej wojnie o wolność ludów. I wobec tej tablicy nie wolno nam przejść obojętnie”.

Jego następcy – Benedykt XVI i Franciszek – złożyli wizyty w byłym KL Auschwitz w 2006 i 2016 r.

Pierwsze międzynarodowe obchody rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz odbyły się w 1995 r., w 50-tą rocznicę wyzwolenia obozu. Uczestniczył w nich prezydent Lech Wałęsa oraz liczne państwowe delegacje zagraniczne i delegacje społeczności żydowskich z Izraela, USA i Europy. Organizatorem tych uroczystości była Rada Pamięci Walk i Męczeństwa, której sekretarzem generalnym był wówczas Andrzej Przewoźnik (1963-2010).

Do 50-tej rocznicy wyzwolenia obozu odniósł się również 29 stycznia 1995 r. papież Jan Paweł II w rozważaniu podczas modlitwy Anioł Pański: „50-ta rocznica wyzwolenia więźniów obozu w Oświęcimiu przypomina o jednym z najbardziej mrocznych i tragicznych momentów historii. W Oświęcimiu, podobnie jak w innych obozach koncentracyjnych, zginęło wielu niewinnych ludzi różnej narodowości. Zwłaszcza synowie i córki narodu żydowskiego, skazanego na planową zagładę przez reżim hitlerowski, przeszli przez dramatyczne doświadczenie Holokaustu. Był to przejaw zaćmienia rozumu, sumienia i serca. Wspomnienie tego triumfu zła musi budzić w nas głęboką gorycz i braterską solidarność z tymi, którzy noszą niezatarte znamię tej tragedii”.

Wpływ na umiędzynarodowienie obchodów rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz miało niewątpliwie ustanowienie 1 listopada 2005 r. przez Zgromadzenie Ogólne ONZ dnia 27 stycznia Międzynarodowym Dniem Pamięci o Ofiarach Holokaustu. 27 stycznia tego roku – w 60-tą rocznice wyzwolenia obozu – odbyły się pod Pomnikiem Ofiar Faszyzmu na terenie byłego obozu Birkenau kolejne wielkie uroczystości międzynarodowe. Wzięło w nich udział ponad tysiąc żyjących jeszcze wtedy byłych więźniów KL Auschwitz z Polski, Izraela, Rosji, Francji, USA, Niemiec i innych krajów oraz delegacje z ponad 40 państw – w tym prezydenci Polski – Aleksander Kwaśniewski, Izraela – Mosze Kacaw, Rosji – Władimir Putin, Francji – Jacques Chirac, Niemiec – Horst Köhler, Ukrainy – Wiktor Juszczenko i wiceprezydent USA Dick Cheney. Do uczestników uroczystości swoje przesłanie skierował papież Jan Paweł II. W przesłaniu tym – odczytanym przez nuncjusza apostolskiego abpa Józefa Kowalczyka – zwierzchnik Kościoła katolickiego podkreślił, że nie wolno nikomu przejść obojętnie wobec tragedii Shoa, a prawda o Auschwitz jest wezwaniem dla współczesnego pokolenia do odpowiedzialności za kształt historii.

Przemawiający w imieniu byłych więźniów Władysław Bartoszewski oświadczył, że więźniowie mają prawo wierzyć, że ich cierpienie i śmierć ich bliskich miały znaczący sens dla lepszej przyszłości wszystkich ludzi. Z naciskiem podkreślił, że żadne państwo świata nie zareagowało odpowiednio na płynące z Polski wieści o tym co dzieje się w obozie Auschwitz, a adekwatna odpowiedź na te doniesienia mogłaby ocalić życie przynajmniej części ofiar.

„Musimy mówić, pamiętać i krzyczeć: tu było piekło na Ziemi! (…) Wciąż nie możemy zapomnieć, że to »ludzie ludziom zgotowali ten los«” – powiedział wtedy prezydent A. Kwaśniewski. Z kolei prezydent Rosji Władimir Putin zaznaczył, że „trzeba wyraźnie i jednoznaczne powiedzieć: wszelkie próby rewidowania historii, stawiania w jednym szeregu ofiar i katów, wyzwolicieli i okupantów, są amoralne i nie do przyjęcia”. Ponadto przywódca Rosji stwierdził, że „jesteśmy zobowiązani ogłosić jednym głosem obecnemu i przyszłym pokoleniom: nikt nie może i nie ma prawa być obojętnym wobec antysemityzmu, nacjonalizmu, ksenofobii, rasowej i religijnej nietolerancji”. Dodał, że jest mu wstyd za występujący w Rosji antysemityzm.

Mosze Kacaw zwrócił uwagę, że aktu zagłady dokonał naród, który wydał z siebie najwspanialszych naukowców, muzyków. Jak mówił, wielu z nich wiedziało o morderstwie, lecz pozostali obojętni. „Świat wiedział o zagładzie i milczał” – powiedział Kacaw.

Uroczystości w byłym obozie Birkenau poprzedziło Forum „Pozwólcie żyć narodowi mojemu”, które odbyło się tego samego dnia w Teatrze Słowackiego w Krakowie z udziałem przywódców państw, intelektualistów, artystów, byłych więźniów i weteranów Armii Czerwonej, którzy wyzwalali obóz.

Od przełomu pierwszej i drugiej dekady XXI wieku uroczystości rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz i Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu mają wyłącznie charakter międzynarodowy. Uczestniczą w nich premier polskiego rządu lub przedstawiciel Kancelarii Prezydenta RP oraz ambasadorowie Izraela, Niemiec, Rosji i USA, a podczas rocznic „półokrągłych” i „okrągłych” także delegacje państwowe na najwyższym szczeblu. Tak było podczas 65-tej rocznicy wyzwolenia obozu w 2010 r. z udziałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Donalda Tuska, premiera Izraela Binjamina Netanjahu i delegacji Knesetu, ministra edukacji i nauki Rosji Andrieja Fursenki, przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka i kilkudziesięciu delegacji państwowych. Na obchody 70-tej rocznicy wyzwolenia obozu w 2015 r. przybyły delegacje z ponad 40 państw. Polskę reprezentował prezydent Bronisław Komorowski, Niemcy – prezydent Joachim Gauck, Francję – prezydent Frnçois Hollande, Ukrainę –prezydent Petro Poroszenko, Litwę – prezydent Dalia Grybauskaite, Słowację – prezydent Andrej Kiska, Czechy – premier Bohuslav Sobotka, Belgię – król Filip I, Holandię – król Willem-Alexander, USA – sekretarz skarbu Jack Lew, Izrael – przewodniczący Rady Yad Vashem rabin Meir Lau, a Stolicę Apostolską – kard. Stanisław Dziwisz. Nie przybył prezydent USA Barack Obama, który przesłał jedynie oświadczenie. Zapewnił w nim, że „nigdy nie zapomnimy o ofiarach Holokaustu i obiecujemy, że nigdy więcej nic podobnego się nie powtórzy”. Nie przybył również Władimir Putin, który twierdził, że go nie zaproszono, ale faktycznie zbojkotował uroczystość w Polsce. Już wtedy przywódca Rosji próbował organizować konkurencyjne obchody rocznicy wyzwolenia Auschwitz z udziałem Wiaczesława Mosze Kantora i prezydenta Czech Miloša Zemana w Pradze i na terenie byłego obozu koncentracyjnego w Terezinie. W związku z niepowodzeniem zorganizowania przez Rosję takich obchodów alternatywnych, na uroczystość 70-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz przybyła jednak do Oświęcimia i Brzezinki delegacja rosyjska z szefem administracji prezydenta Rosji Siergiejem Iwanowem na czele.

Prezydent Bronisław Komorowski w swoim przemówieniu 27 stycznia 2015 r. podczas międzynarodowej uroczystości w byłym obozie Birkenau podkreślił m.in., że „dokładnie o tej porze, 70 lat temu, obóz oswobodzili żołnierze 60. Armii Pierwszego Frontu Ukraińskiego Armii Czerwonej”, a „po południu 100. Lwowska Dywizja Piechoty wkroczyła do głównej części obozu. Z wdzięcznością i szacunkiem myślimy dzisiaj o tych żołnierzach”.

W uroczystości wzięło udział około 300 żyjących jeszcze byłych więźniów KL Auschwitz – głównie z Polski i Izraela. W imieniu byłych więźniów polskich przemówił Kazimierz Albin, a w imieniu byłych więźniów żydowskich przemówili Halina Birenbaum i Roman Kent. Kazimierz Albin przypomniał, że w obozie i wokół niego istniał zorganizowany ruch oporu kierowany przez AK, Polską Partię Socjalistyczną i Bataliony Chłopskie, a „ofiarność ludności polskiej ze strefy przyobozowej była bezcenna”. Natomiast Roman Kent mówił o próbach negowania Holokaustu. Jego zdaniem „wraz z upływem czasu wyraźniej widać, że ideologiczni spadkobiercy sprawców tej zbrodni, podobnie jak negacjoniści, ludzie niedouczeni (…) próbują wygładzić Shoah”.

Ważna uroczystość odbyła się również podczas obchodów 68-mej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz 27 stycznia 2013 r. Miało wtedy miejsce odsłonięcie rosyjskiej wystawy narodowej w bloku 14 byłego obozu macierzystego KL Auschwitz I. Wystawa ta – na której pokazane są m.in. męczeństwo jeńców radzieckich i martyrologia obywateli ZSRR w KL Auschwitz oraz rola Armii Czerwonej w wyzwoleniu obozu – została przygotowana przez Ministerstwo Kultury Federacji Rosyjskiej oraz Centralne Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Moskwie. W jej otwarciu uczestniczyli przewodniczący Dumy Państwowej Rosji Siergiej Naryszkin, wicemarszałek Sejmu RP Jerzy Wenderlich, ministrowie kultury Rosji i Polski Władimir Medinski i Bogdan Zdrojewski oraz żyjący weterani Armii Czerwonej, którzy wyzwalali obóz.

Tegoroczne międzynarodowe obchody 75-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz będą prawdopodobnie jednymi z ostatnich, w których wezmą udział ostatni żyjący byli więźniowie tego obozu. Po ich odejściu trudna rola strażników pamięci spadnie na tych, którzy rozumieją znaczenie pamięci i prawdy historycznej o zbrodniach nazistowskich w zapobieganiu powtórzeniu się koszmaru, jaki miał miejsce w KL Auschwitz i innych niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych i obozach zagłady.

Bohdan Piętka

29 stycznia 2020 r.

„Przegląd” nr 5 (1047), 27.01-2.02.2020, s. 18-20

Wyzwolenie KL Auschwitz

Wyzwolenie KL Auschwitz w dniu 27 stycznia 1945 r. położyło kres ponad czterech i pół lat historii największego niemieckiego i nazistowskiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady. Obozu, który pochłonął życie 1,1 mln ofiar, głównie Żydów, ale także około 70 tys. Polaków, 21 tys. Romów, 15 tys. jeńców radzieckich i tysięcy więźniów innych narodowości (Białorusinów, Czechów, Francuzów, Jugosłowian, Niemców, Rosjan, Ukraińców i in.). Obozu, który stał się na zawsze wiodącym symbolem barbarzyństwa nazistowskiego totalitaryzmu.

Ostatni etap historii KL Auschwitz rozpoczął się tuż pod koniec czerwca 1944 r., kiedy Armia Czerwona przystąpiła do ofensywy letniej. W wyniku tej ofensywy wojska radzieckie dotarły do linii Wisła-Wisłoka i od Oświęcimia dzieliło je niecałe 200 km. Władze niemieckie wzięły wówczas pod uwagę możliwość likwidacji obozu w przypadku dalszego posuwania się frontu. Podjęto w związku z tym wstępne działania ewakuacyjno-likwidacyjne. W ich ramach od końca czerwca 1944 r. do połowy stycznia 1945 r. stopniowo przenoszono więźniów KL Auschwitz do obozów koncentracyjnych w głębi Rzeszy, takich jak Buchenwald, Dachau, Flossenbürg, Gross-Rosen, Mauthausen, Mittelbau-Dora, Natzweiler, Neuengamme, Ravensbrück i Sachsenhausen. Ta wstępna ewakuacja objęła około 65 tys. więźniów. W połowie stycznia 1945 r. przebywało w KL Auschwitz jeszcze około 67 tys. więźniów – ponad 31 tys. z nich w obozie macierzystym KL Auschwitz I oraz w obozie KL Auschwitz II-Birkenau, ponad 35 tys. w podobozach znajdujących się w prowincji górnośląskiej, a około 600 pozostałych w trzech podobozach funkcjonujących na Morawach.

12 stycznia 1945 r. rozpoczęła się ofensywa zimowa Armii Czerwonej. Szybkie postępy tej ofensywy spowodowały, że wyższy dowódca SS i policji we Wrocławiu SS-Obergruppenführer Ernst-Heinrich Schmauser wydał rozkaz ewakuacji więźniów KL Auschwitz. Ogółem objęto ewakuacją – głównie pieszą – w dniach 17-23 stycznia 1945 r. ponad 58 tys. więźniów KL Auschwitz z obozu macierzystego KL Auschwitz I, obozu Birkenau i 29 podobozów. W dwóch głównych obozach oświęcimskich i kilku podobozach pozostało niecałe 9 tys. przeważnie krańcowo wyczerpanych pod względem fizycznym oraz ciężko chorych więźniów, a także członków więźniarskiego personelu szpitali obozowych.

Ostateczna ewakuacja więźniów oświęcimskich stanowiła jeden z najtragiczniejszych rozdziałów historii KL Auschwitz. Przemarsze kolumn ewakuacyjnych przez Górny i Dolny Śląsk nazwano „marszami śmierci”. Zaśnieżone i oblodzone drogi zostały usłane zwłokami więźniów zmarłych z wyczerpania i wskutek przemarznięcia, a w jeszcze większej liczbie zastrzelonych przez konwojujących ich esesmanów. Większość ewakuowanych więźniów skierowano dwiema głównymi trasami. Pierwsza – licząca 63 km – wiodła z Oświęcimia do Wodzisławia Śląskiego. Ewakuowano nią około 25 tys. więźniów. Druga – licząca 55 km – wiodła z Oświęcimia przez Mikołów do Gliwic. Przeszło nią co najmniej 17 tys. więźniów oświęcimskich. Więźniowie, którzy dotarli do Wodzisławia Śląskiego i Gliwic zostali odprawieni transportami kolejowymi do obozów koncentracyjnych w głębi Rzeszy. Jedną z najdłuższych tras – liczącą 250 km – przebyło 3,2 tys. więźniów z podobozu oświęcimskiego Neu-Dachs w Jaworznie, których ewakuowano w pieszym marszu do KL Gross-Rosen na Dolnym Śląsku. Ogółem ewakuacja KL Auschwitz pochłonęła życie od 9 do 15 tys. więźniów.

Teren obozu macierzystego KL Auschwitz I i obozu Birkenau był strzeżony przez stałe posterunki SS do 20 bądź 21 stycznia 1945 r. Wtedy pełniący jeszcze służbę na obozowych wieżach strażniczych esesmani w większości opuścili obóz. Nadal jednak teren obozowy patrolowały liczne oddziały SS. Przejeżdżały tamtędy również oddziały Wehrmachtu. 20 stycznia wysadzono w powietrze budynki krematoriów II i III, natomiast 26 stycznia krematorium V. Ponad 8500 w większości chorych i wyczerpanych więźniów znajdowało się do końca w sytuacji niepewnej. SS-Obergruppenführer Schmauser wydał rozkaz unicestwienia więźniów, którzy nie zostali objęci ewakuacją. Rozkaz ten nie został wykonany prawdopodobnie z powodu pospiesznej ucieczki esesmanów, jednakże doszło do kilku masakr na pozostałych w KL Auschwitz więźniach.

W dniach 20 lub 21 oraz 25 stycznia 1945 r. w obozie Birkenau zostało zamordowanych od 300 do 400 żydowskich więźniów i więźniarek przez specjalnie przybyłe w tym celu, nie rozpoznane bliżej oddziały SS i funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa (SD). Masakr dokonano też w dniach 19-27 stycznia 1945 r. na około 400 więźniach podobozów oświęcimskich w Blachowni Śląskiej, Czechowicach, Gliwicach, Rydułtowach i Wesołej.

Zadanie wyzwolenia KL Auschwitz przypadło 60. armii I Frontu Ukraińskiego w chwili, gdy nacierała ona lewym brzegiem Wisły od Krakowa w kierunku Górnego Śląska. Wojska radzieckie otrzymały bliższe informacje o KL Auschwitz dopiero po wyzwoleniu Krakowa 18 stycznia 1945 r. i dlatego nie dotarły do Oświęcimia przed 27 stycznia. Na rozkaz dowódcy 60. armii gen. Pawła Kuroczkina trzy jej dywizje oskrzydliły formacje niemieckie w Oświęcimiu. Najszybsza z nich była 100. dywizja strzelecka ze 106. korpusu. W sobotę 27 stycznia przed południem pierwsi jej zwiadowcy zjawili się we wschodnim rejonie Oświęcimia, gdzie znajdował się podobóz Monowitz. Tego samego dnia dotarła do miasta od północy 148. dywizja piechoty 106. korpusu, a od południowego wschodu 322. dywizja 28. korpusu 60. Armii. Do centrum Oświęcimia żołnierze radzieccy weszli wczesnym popołudniem 27 stycznia. Następnie skierowali się w stronę obozu macierzystego i obozu Birkenau. Tylko przy pierwszym z nich napotkali na opór cofających się oddziałów niemieckich, który szybko przełamali. Oba obozy zajęli około godziny 15-tej.

W bezpośrednich walkach o wyzwolenie podobozu Monowitz, obozu macierzystego, obozu Birkenau oraz Oświęcimia i okolicy poległo 231 żołnierzy radzieckich. Od 60 do 70 z nich zginęło w walkach w strefie obozowej. Znajdowali się wśród nich m.in. podporucznik narodowości tatarskiej Gilmudin Badryjewicz Baszirow oraz dowódca 472. pułku piechoty, płk Siemen Lwowicz Biesprozwannyj. W większości spoczywają oni na cmentarzu miejskim w Oświęcimiu. W obozie macierzystym, obozie Birkenau i podobozie Monowitz wyzwolenia doczekało około 7 tys. więźniów, w tym ponad 400 dzieci w wieku od kilku dni do 15 lat. Około 500 więźniów zostało wyzwolonych przed 27 stycznia w podobozach oświęcimskich w Blachowni Śląskiej, Jawiszowicach, Jaworznie, Libiążu, Starej Kuźni, Świętochłowicach i Wesołej. Na terenie obozowym w Oświęcimiu i Brzezince żołnierze radzieccy znaleźli około 600 zwłok więźniów zastrzelonych przez esesmanów w trakcie wycofywania się z Oświęcimia oraz zmarłych w tym czasie z wycieńczenia.

Wyzwolenie KL Auschwitz było zasługą głównie 100. lwowskiej dywizji strzeleckiej. Stała się ona bohaterką światowych mediów 27 stycznia 2015 r., kiedy ówczesny minister spraw zagranicznych Polski Grzegorz Schetyna ogłosił, że KL Auschwitz wyzwolili Ukraińcy. Z faktu, że dywizja miała w nazwie przymiotnik „lwowska” oraz że działała w ramach I Frontu Ukraińskiego minister wyciągnął bowiem wniosek, że służyli w niej głównie Ukraińcy. Jednakże dywizja miała nazwę „lwowska” dlatego, że pod koniec lipca 1944 r. zdobyła Lwów i została w ten sposób wyróżniona przez dowództwo, natomiast nazwa frontu była związana z kierunkiem operacyjnym jego działania, a nie narodowością żołnierzy.

Żołnierze służący w 100. lwowskiej dywizji strzeleckiej byli różnych narodowości, ponieważ ZSRR był państwem wielonarodowościowym. Dziennikarskie śledztwo sprowokowane przez szefa polskiej dyplomacji ustaliło, że 60 % z nich stanowili Rosjanie. Dywizja ta została sformowana 18 marca 1942 r. w Wołogdzie z żołnierzy pochodzących z obwodów wołogodzkiego, archangielskiego i autonomicznej Republiki Komi. Na pewno nie byli to więc Ukraińcy. Ci mogli być wcielani dopiero, gdy dywizja weszła do walk na Ukrainie. Początkowo 100. dywizja walczyła na froncie woroneskim, a następnie brała udział w operacjach: woronesko-kastornieńskiej, żytomiersko-berdyczowskiej, proskurowsko-czerniowieckiej, lwowsko-sandomierskiej, sandomiersko-śląskiej (podczas której wyzwoliła KL Auschwitz), morawsko-ostrawskiej i w praskiej operacji strategicznej, w czasie której brała udział w wyzwoleniu Opawy i Pragi (6-11 maja 1945 r.). Od 28 stycznia 1944 r, do 11 maja 1945 r. dowódcą dywizji był płk Fiodor M. Krasawin (1896-1948), awansowany w listopadzie 1944 r. na stopień generała majora.

Późniejszy wyzwoliciel Auschwitz urodził się w rodzinie rosyjskich chłopów w guberni jarosławskiej. Podczas pierwszej wojny światowej walczył w armii rosyjskiej, a podczas wojny domowej w Armii Czerwonej. Po jej zakończeniu został zawodowym oficerem. W 1933 roku ukończył Akademię Wojskową Armii Czerwonej im. M. Frunze. Tak jak wielu oficerów Armii Czerwonej stał się ofiarą Wielkiego Terroru (1937-1938). Aresztowano go w lipcu 1938 r. Trybunał wojskowy skazał go pod fałszywymi zarzutami na 12 lat obozów pracy przymusowej. W czerwcu 1940 r. Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego ZSRR złagodziło ten wyrok do 5 lat. Z łagrów uwolniła go agresja Niemiec na ZSRR w 1941 roku. Klęski i straty ponoszone przez stronę radziecką w pierwszej fazie wojny spowodowały, że Stalin sięgnął po kadry oficerskie uwięzione w GUŁAG-u. Fiodor Krasawin doczekał się zwolnienia z łagru w lutym 1942 r. i od razu został wysłany na front.

Dowodził m.in. 263. dywizją piechoty, która walczyła w Karelii, a następnie 100. dywizją strzelecką. Za wyzwolenie KL Auschwitz został odznaczony Orderem Aleksandra Newskiego. Po wojnie dowodził m.in. 26. homelską brygadą strzelecką i garnizonem w Kazaniu. Na tym stanowisku gen. Krasawin zmarł w październiku 1948 r. w wieku 52 lat z powodu niewydolności serca. W 1968 roku został pośmiertnie zrehabilitowany przez Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego ZSRR za skazanie i uwięzienie w latach 1938-1942.

Część wyzwolonych więźniów oświęcimskich znajdujących się we względnie dobrym stanie fizycznym niezwłocznie opuściła były obóz i udała się do swoich miejscowości rodzinnych. Większość z nich wymagała jednak natychmiastowej pomocy medycznej. Pospieszyły im z pomocą radziecka wojskowa służba medyczna oraz społeczeństwo polskie. Szczególną rolę odegrał przy tym aktyw Polskiego Czerwonego Krzyża z Oświęcimia, Brzeszcz i Krakowa. Z Krakowa przybyła na teren byłego KL Auschwitz najliczniejsza grupa ochotników PCK, wśród nich uczestnicy powstania warszawskiego. Dzięki nim na terenie byłego obozu obok radzieckich szpitali wojskowych powstał Szpital Obozowy PCK. Jego kierownictwo objął dr Józef Bellert. Wieloma chorymi więźniami zaopiekowały się też siostry zakonne Serafitki w Oświęcimiu, przyjmując ich do swojego zakładu. Pod opieką tych szpitali znalazło się ponad 4500 chorych byłych więźniów – obywateli ponad 20 państw. Wśród nich było około 960 obywateli polskich. Dużą, licząca 160-170 osób grupę tworzyły Polki deportowane do KL Auschwitz z Warszawy podczas powstania warszawskiego. Wycieńczonych głodem pacjentów stopniowo przyzwyczajano do jedzenia, dawkując im posiłki niemal jak leki, np. zupę z przecieranych ziemniaków w ilości trzy razy dziennie po łyżce, a po pewnym czasie po kilka łyżek. Przez wiele tygodni po wyzwoleniu pielęgniarki znajdowały pod siennikami i materacami chleb, chowany obozowym zwyczajem przez niektórych chorych na następny dzień w niedowierzaniu, że wkrótce otrzymają nowe porcje. Niestety, nie wszystkich chorych udało się uratować.

Większość ocalonych więźniów opuściła radzieckie szpitale i Szpital Obozowy PCK w ciągu trzech-czterech miesięcy po wyzwoleniu. Setki z nich, pochodzących spoza Polski, przewieziono do repatriacyjnych punktów zbornych i sanitarnych, które przygotowały polskie instytucje społeczne w Bielsku, Katowicach i Krakowie. Zanim udali się do swoich miejsc zamieszkania zwrócili się do światowej opinii publicznej z kilkoma rezolucjami, w których piętnowali zbrodnie hitlerowskie, ostrzegali przed niebezpieczeństwem ich powtórzenia oraz wzywali do przeciwdziałania temu niebezpieczeństwu. W jednej z takich rezolucji – podpisanej przez 27 osób reprezentujących inteligencję różnych krajów – czytamy w zakończeniu: Jako wyzwoleni więźniowie zawdzięczamy życie bohaterskiej Armii Czerwonej i prosimy międzynarodową społeczność i wszystkie rządy o przyjęcie tego do wiadomości i wyrażenie wdzięczności w naszym imieniu[1].

Faktu tego negować nie można. Hołd wyzwolicielom KL Auschwitz – niezależnie od takich czy innych ocen wyzwolenia ziem polskich w latach 1944-1945, formułowanych czy to przez historyków, czy przez dziennikarzy, czy przez polityków – oddaje stała wystawa na ekspozycji rosyjskiej w bloku 14 w Muzeum Auschwitz-Birkenau. Nieopodal zbiorowej mogiły ostatnich ofiar KL Auschwitz przy ulicy Więźniów Oświęcimia znajduje się też obelisk z napisem Żołnierzom Armii Radzieckiej – oswobodzeni 1945. Jest to chyba ostatni albo jeden z ostatnich pomników Armii Czerwonej w Polsce. Nikt mu dotychczas nie zarzucił, że propaguje totalitaryzm.

Jeśli jednak mówimy o wyzwoleniu przez Armię Czerwoną i jej zwycięstwie nad niemieckim nazizmem, to – nie podważając tego faktu – trzeba też powiedzieć o jego drugiej stronie. Wymaga tego uczciwość historyczna. Tego samego 27 stycznia 1945 r., kiedy czerwonoarmiści otwierali bramy KL Auschwitz ich koledzy dokonali zbrodni wojennej w Przyszowicach w powiecie gliwickim. Sądzili, że są na terytorium przedwojennych Niemiec i będą mogli wziąć odwet na ludności wroga za agresję Hitlera na Związek Radziecki. Tymczasem Przyszowice były ostatnią polską wsią przed granicą z Niemcami, przyłączoną do Macierzy po plebiscycie w 1921 r. W tej miejscowości mieszkało wielu powstańców śląskich i działaczy plebiscytowych. Czerwonoarmiści pomylili kierunki i wkroczyli do Przyszowic od strony Gliwic. Wydawało im się, że są na przedwojennym terytorium niemieckim. Do wychodzących im na powitanie mieszkańców strzelali bez ostrzeżenia i bez tłumaczeń. Zginęło co najmniej 69 osób w wieku od 10 do 78 lat, w tym kilku Żydów węgierskich i włoskich – więźniów KL Auschwitz – których Polacy z Przyszowic ukryli podczas „marszu śmierci”. W pobliskich Gierałtowicach czerwonoarmiści wymordowali siedmioosobową rodzinę, a w Gliwicach i okolicy od stycznia do końca wiosny 1945 r. aż 800 osób – Niemców i Ślązaków. Do podobnych zbrodni doszło też w Miechowicach koło Bytomia, Raciborzu i innych miejscowościach. Żądni odwetu na Niemcach żołnierze radzieccy mordowali niejednokrotnie słowiańską ludność Górnego Śląska[2].

Na terenie byłego KL Auschwitz powstały dwa obozy NKWD. Pierwszy z ich funkcjonował w byłym obozie macierzystym KL Auschwitz I od wiosny do jesieni 1945 r. i przetrzymywano w nim wyłącznie jeńców niemieckich. W nomenklaturze NKWD określany był jako łagier nr 22. Drugi z tych obozów – formalnie też jeniecki, określany jako łagier nr 78 – został założony w obrębie byłego obozu kobiecego na odcinkach BIa i BIb KL Auschwitz II-Birkenau. Istniał od wiosny 1945 do wiosny 1946 r. Jednakże do przełomu lata i jesieni 1945 r. więziono w nim także osoby cywilne pochodzące z Górnego Śląska i Podbeskidzia. W obozach tych przebywało łącznie nie mniej niż 25 tys. osób. Ich komendantem był pułkownik o nazwisku Masłobojew. Były to obozy przejściowe, w których umieszczano głównie jeńców niemieckich, przed ich deportacją do łagrów na terenie ZSRR.

Wiosną 1945 r. polskie komunistyczne władze wojewódzkie w Katowicach zostały poinformowane przez internowanych, którzy potajemnie wysłali list do wojewody śląskiego, gen. Aleksandra Zawadzkiego, że w obozach NKWD w Oświęcimiu przebywa 12 tys. Polaków – osób cywilnych i jeńców byłej armii niemieckiej. W rezultacie interwencji wojewody Zawadzkiego w drugiej połowie sierpnia i we wrześniu 1945 r. Rosjanie zwolnili dużą liczbę (podobno 10 tys.) internowanych osób cywilnych i jeńców wojennych.

W Oświęcimiu istniał też po wyzwoleniu obóz Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Utworzono go niedaleko dworca kolejowego na terenie byłego „Gemeinschaftslagru”, w którym w latach wojny przebywali robotnicy polscy, pracujący przymusowo przy pracach budowlanych na terenie KL Auschwitz. Według zapisów zgonów w księgach parafii rzymskokatolickiej Matki Bożej Królowej Polski w Oświęcimiu-Brzezince, w okresie od 20 kwietnia 1945 r. do lutego 1946 r. odnotowano w obozie PUBP śmierć blisko 150 osób, pochodzących głównie z okolic Bielska-Białej i z Górnego Śląska[3].

Mówiąc o wyzwoleniu KL Auschwitz trzeba widzieć całość – nie tylko bohaterskich czerwonoarmistów wyzwalających obóz, ale także obozy NKWD powstałe na terenie wyzwolonego KL Auschwitz i masakry Armii Czerwonej na ludności słowiańskiej i niemieckiej pobliskiego Górnego Śląska. Moim zdaniem jedno nie unieważnia drugiego i nie odbiera chwały wyzwolicielom KL Auschwitz. Musimy zrozumieć całą złożoność tych wydarzeń historycznych, a nie wybierać z nich tylko jeden element – jak czyni to z jednej strony polska polityka historyczna, która chciałaby widzieć przeważnie negatywne strony działań Armii Czerwonej na ziemiach polskich, a z drugiej strony rosyjska polityka historyczna, dla której bohaterskie czyny Armii Czerwonej mają być zasłoną dla czynów haniebnych i zbrodni radzieckich.

Historia nigdy nie jest czarno-biała. Zawsze jest trudna i skomplikowana w stopniu czasem przekraczającym wyobrażenia i oczekiwania osób, które widzą w historii jedynie narzędzie propagandy uzasadniającej jakąś politykę. Tak też jest z historią Polski w latach 1944-1945 i później. Czarno-biała jest historia tylko dla polityki historycznej, która z wielowątkowej mozaiki wybiera pasujący jej element i na nim buduje tendencyjną narrację. Prezydent Bronisław Komorowski podczas uroczystości rocznicowych wyzwolenia Kołobrzegu w marcu 2015 r. trafnie zauważył, że żołnierze Armii Czerwonej nie mogli przynieść wolności, ponieważ sami nie mieli jej w swojej ojczyźnie, ale powinniśmy ich szanować za trud żołnierski i – dodam – za uwolnienie spod śmiercionośnej okupacji niemieckiej, w tym za wyzwolenie KL Auschwitz. Nie oznacza to jednak, że mamy milczeć na temat tego co nie przyniosło im oraz ich ówczesnemu państwu chwały. Szkoda, że tym tropem nie poszła polska polityka historyczna po 2015 roku.

[1] Cyt. za: A. Strzelecki, Ewakuacja, likwidacja i wyzwolenie KL Auschwitz, Oświęcim 1982, s. 222-223.

[2] Zbrodnie wojenne Armii Czerwonej na  Ślązakach – pierwsze śledztwa, http://www.wiadomosci.wp.pl, 6.10.2005: IPN: zbrodnie Armii Czerwonej w Gliwicach do umorzenia, http://www.tvp.info, 23.01,2009.

[3] A. Cyra, Obozy NKWD i UB w Oświęcimiu, Wprawnym Okiem Historyka, http://www.cyra.wblogu.pl; M. Jankowski, Sierp i młot nad Oświęcimiem, „Focus Historia”, nr 11/2016.

Bohdan Piętka

24 stycznia 2020 r.

„Przegląd” nr 4 (1046), 20-26.01.2020, s. 18-21

Rosyjski rewizjonizm historyczny

„Kiedyś prezydent Rosji Władimir Putin honorował Polskę na Westerplatte i w Katyniu, teraz wyzywa od kolaborantów. Strach pomyśleć jaki będzie kolejny pisowski sukces” – napisał eurodeputowany Platformy Obywatelskiej, były minister spraw zagranicznych w rządzie PO-PSL Radosław Sikorski. Pisowski sukces? Ale przecież to jest także sukces Radosława Sikorskiego. Przecież w czasie przewrotu kijowskiego w 2014 roku był na Majdanie i patronował tam zawarciu porozumienia pomiędzy Janukowyczem a puczystami, które zostało zaraz zerwane przez tych drugich. Zanim we wrześniu 2014 roku przestał być szefem polskiej dyplomacji, stosunki z Rosją poświęcono już na rzecz „wspierania Ukrainy”. No ale tak to już jest, że klęska jest sierotą, a sukces ma wielu ojców. W tym wypadku ów „sukces” jest klęską, czyli sierotą.

O błędach polskiej polityki wschodniej i polskiej polityki historycznej wobec Rosji pisałem już wielokrotnie. Przyjrzę się więc teraz najnowszej rosyjskiej narracji historycznej. Po 20 grudnia 2019 roku pojawiły się w niej elementy nowe, które uzupełniły elementy dotychczas obecne. Te składniki dotychczas obecne to krytyka układu z Monachium oraz polskiej polityki wobec Czechosłowacji w 1938 roku. Sam wielokrotnie krytykowałem i jedno, i drugie. Podkreślałem, że Monachium oznaczało demontaż porządku wersalskiego, który gwarantował także istnienie Polski. Dlatego przyłączając się do tego demontażu Józef Beck działał przede wszystkim przeciw niepodległości Polski. To była ze strony polskiej polityka bezmyślna i wobec Czechów łajdacka, ale nie może być ona żadnym usprawiedliwieniem dla późniejszej polityki Stalina. W Rosji uważa się, że układ z Monachium usprawiedliwia pakt Ribbentrop-Mołotow, albo że pakt ten w świetle Monachium był bez znaczenia dla wybuchu drugiej wojny światowej. Takie stanowisko jest nie do przyjęcia.

Władimir Putin nie zauważa jednego drobnego szczegółu. Nawet jeżeli przyjmiemy, że pakt Ribbentrop-Mołotow nie był bezpośrednią przyczyną wybuchu drugiej wojny światowej, że bez tego układu Hitler i tak by wojnę wywołał (na co był zdecydowany od kwietnia 1939 roku), to z punktu widzenia prawa międzynarodowego tajny protokół do tego paktu był zbrodnią przeciwko pokojowi oraz niepodległości i integralności terytorialnej sześciu państw. Jest zatem kwestią drugorzędną czy Parlament Europejski i polski Sejm potępiłyby pakt Ribbentrop-Mołotow za to, że miał doprowadzić do wybuchu wojny czy za to, że był zbrodnią przeciwko pokojowi, suwerenności i integralności terytorialnej sześciu państw. To detal. Ponadto – co strona rosyjska przemilcza – realizacja celów strategicznych Moskwy odbywała się stalinowskimi, czyli zbrodniczymi metodami.

Starym elementem rosyjskiej polityki historycznej jest również narracja o „pakcie Piłsudski-Hitler” – jak się tam nazywa polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 roku – oraz „sojuszu polsko-niemieckim” w latach 1934-1939 i mającej z tego wynikać „odpowiedzialności Polski za wybuch wojny”. Najnowszemu wydaniu tej narracji towarzyszą ewidentne kłamstwa o „czystce etnicznej na Zaolziu”, której miała się tam jakoby dopuścić II Rzeczpospolita.

W związku z tym trzeba przypomnieć, że do 1935 roku partie komunistyczne w Europie kierowały się na polecenie Międzynarodówki Komunistycznej (czyli Józefa Stalina) doktryną tzw. „socjalfaszyzmu”. Doktryna ta zakazywała partiom komunistycznym współpracy politycznej z partiami socjaldemokratycznymi (określanymi w tej doktrynie jako „socjalfaszystowskie”). Doktryna „socjalfaszyzmu” doprowadziła do rozbicia wspólnego frontu KPD i SPD przeciw nazizmowi. Była to jedna z najważniejszych bezpośrednich przyczyn dojścia NSDAP do władzy w Niemczech i upadku Republiki Weimarskiej. Dopiero na VII kongresie Kominternu w 1935 roku Międzynarodówka Komunistyczna uznała swoją doktrynę „socjalfaszymu” za błędną. Rzucono wtedy hasło tworzenia „frontów ludowych” pod przewodnictwem komunistów. Kto zatem zapalił zielone światło Hitlerowi? Nie w 1938 roku, ale w 1924 roku? Wtedy bowiem na polecenie Stalina przyjęto w Kominternie doktrynę „socjalfaszyzmu” i nie wycofano się z niej nawet w obliczu wydarzeń w Niemczech w latach 1930-1933. Trzeba też przypomnieć o niemiecko-radzieckim układzie w Rapallo z 16 kwietnia 1922 roku oraz będącej jego następstwem niemiecko-radzieckiej współpracy wojskowej do roku 1933. Przyszła potęga militarna Niemiec była w tym czasie budowana na radzieckich poligonach i uczelniach wojskowych.

Nowym elementem rosyjskiej polityki historycznej – zaprezentowanym po wystąpieniach prezydenta Rosji z 20-24 grudnia 2019 roku – jest sugerowanie polsko-niemieckiej współpracy w przygotowaniu „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” już przed drugą wojną światową oraz podczas jej trwania. Strona rosyjska – wychodząc z taką narracją – niewątpliwie wykorzystała dwie rzeczy: fakt pogorszenia się stosunków polsko-izraelskich i polsko-żydowskich po nowelizacji ustawy o IPN w styczniu 2018 roku oraz osłabienie pozycji Polski w Unii Europejskiej za rządów PiS. To ma pozbawić Polskę ewentualnych sojuszników.

Po wystąpieniu prezydenta Rosji na temat tzw. notatki Lipskiego, podczas którego użył on słów „swołocz” i „antysemicka świnia”, pojawiły się w rosyjskich mediach programy i publikacje na temat polskiego przedwojennego i wojennego antysemityzmu. Nie jest to nowość, ponieważ już w kwietniu 2019 roku znany proputinowski dziennikarz Władimir Sołowiow ogłosił w telewizji Rossija 1, że podczas drugiej wojny światowej Polacy mieli wymordować więcej Żydów niż Niemcy oraz oskarżył Polaków, że nie chcą wypłacić Żydom rekompensat. Już wtedy padły słowa o „polskiej swołoczy”[1].

Nawet rosyjskojęzyczna Wikipedia podaje – omawiając obszernie spotkanie ambasadora Józefa Lipskiego z Hitlerem w Obersalzbergu 20 września 1938 roku – że w tym czasie Hitler był daleki od idei fizycznego unicestwienia Żydów i chodziło o tzw. „afrykański projekt”, który rosyjskojęzyczna Wikipedia definiuje jako „ideę żydowskiego państwa w Afryce”. Zupełnie inaczej niż Władimir Putin, który stwierdził, że chodziło o wysłanie Żydów do Afryki rzekomo na śmierć. Rosyjskojęzyczna Wikipedia cytuje też notatkę Lipskiego na podstawie opracowania Wacława Jędrzejewicza o Lipskim („Józef Lipski. Diplomat in Berlin, 1933-1939. Papers and Memoirs of Józef Lipski, Ambassador of Poland”, pod red. Wacława Jędrzejewicza, New York 1968, s. 679) oraz na podstawie rosyjskiej edycji źródłowej z 1981 roku pt. „Dokumenty i materiały w przededniu drugiej wojny światowej 1937-1939” („Документы и материалы кануна второй мировой войны 1937-1939”). Notatka Lipskiego brzmiała: „Gdyby mocarstwa zachodnie lepiej rozumiały wymagania Niemiec w kwestii kolonialnej, to on, Führer, zapewne zapewniłby w Afryce pewne terytorium, które można by wykorzystać do osiedlenia się nie tylko niemieckich, ale także polskich Żydów”. Było to zgodne z polityką polskiego rządu, który od 1935 roku dyskutował z władzami francuskimi oraz z udziałem palestyńskich syjonistów o planie przesiedlenia polskich Żydów na Madagaskar. Lipski wyraził aprobatę dla słów Hitlera: „… on (Hitler) wpadł na pomysł rozwiązania problemu żydowskiego poprzez emigrację do kolonii w porozumieniu z Polską, Węgrami, a może Rumunią (tutaj odpowiedziałem, że jeśli znajdzie rozwiązanie, to postawimy mu piękny pomnik w Warszawie …)”.

Nie chodziło zatem o mordowanie kogokolwiek, ani o wypędzanie kogokolwiek, tylko o uzyskanie od zachodnich mocarstw kolonialnych terenu osadniczego dla Żydów w Afryce (syjoniści postulowali wtedy Palestynę, gdzie 10 lat później rzeczywiście powstał Izrael). Na podstawie tej notatki nie można wyciągnąć takich wniosków, jakie wyciągnął prezydent Rosji (także odnośnie domniemanego antysemityzmu Lipskiego). Żaden historyk, cytujący notatkę Lipskiego, na taką narrację jak Putin nie poszedł. Nawet David Irving.

Każdy kto chce wiedzieć jak było z tzw. „planem Madagaskar” powinien przeczytać wydaną w 2019 roku przez Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie książkę Zofii Trębacz pt. „Nie tylko Palestyna. Polskie plany emigracji wobec Żydów 1935-1939”. Autorka pisze: „Wszystko wskazuje na to, że rozmowy prowadzone między przedstawicielami żydowskich organizacji a dyplomatami kolonialnego mocarstwa [czyli Francji – uzup. BP] okazały się owocne, gdyż na początku 1937 roku rząd polski rozpoczął w tej sprawie konkretne rozmowy z francuskimi politykami – premierem Leonem Blumem i ministrem kolonii Mariusem Moutetem. Obaj zaakceptowali plan w ogólnym zarysie i zasugerowali przeprowadzenie badań, które mogłyby dostarczyć więcej szczegółów. Moutet zaproponował nawet pomoc specjalistów”. W konsekwencji na Madagaskar udała się polska komisja, w której pracach brał udział m.in. Arkady Fiedler.

Jeśli Władimir Putin chce rozliczać Polskę z przedwojennego antysemityzmu, ro powinien sobie uświadomić, że Rosja w dziedzinie antysemityzmu ma znacznie większe osiągnięcia niż Polska. Wydane w 1903 roku w Petersburgu „Protokoły mędrców Syjonu” (biblia antysemityzmu) zostały spreparowane przez rosyjską Ochranę. Na przełomie XIX i XX wieku miały też miejsce w Imperium Rosyjskim masowe mordy na Żydach, inspirowane m.in. przez carską Ochranę. W latach 1881-1884 doszło w Rosji do około 250 pogromów na Żydach (od 224 do 284), zaś w okresie 1903-1906 pogromy Żydów miały miejsce w 64 miastach i 626 miasteczkach oraz wsiach. To były tysiące ofiar. „Plan Madagaskar” jako pierwsza też zrealizowała Rosja wysiedlając Żydów z zachodnich guberni (tzw. litewskich, stąd nazywano ich Litwakami) do Priwislinskiego Kraju – jak po powstaniu styczniowym nazywano Królestwo Polskie. Pojawienie się w Królestwie Polskim mas Litwaków – obcych polskiej kulturze, nie znających języka polskiego i niechętnych do integracji z Polakami – miało w intencji władz carskich wywołać antysemityzm wśród Polaków oraz zastąpić konflikt polsko-rosyjski konfliktem polsko-żydowskim. Litwacy propagowali wśród polskich Żydów separatyzm, a zwalczali asymilację narodową i kulturową. Byli też w rękach caratu narzędziem rusyfikacji.

Z kolei Józef Stalin swój Madagaskar dla Żydów utworzył w latach 1928-1934 na Dalekim Wschodzie (Żydowski Obwód Autonomiczny w Kraju Chabarowskim nad Amurem). Celem tego posunięcia Stalina było przeciwdziałanie szerzącemu się w ZSRR ruchowi syjonistycznemu. Zatem jedynym państwem, które w latach 30-tych XX wieku zrealizowało „plan Madagaskar” był tak naprawdę Związek Radziecki. W ogóle polityka narodowościowa II Rzeczypospolitej a polityka narodowościowa Stalina w ZSRR, to są dwa odrębne światy.

Po wystąpieniach Putina z 20-24 grudnia 2019 roku nie uruchomiono w Moskwie zwykle stojącego w takiej sytuacji na posterunku pana Władimira Żyrinowskiego. Uruchomiono natomiast pana Wiaczesława Nikonowa – wnuka Wiaczesława Mołotowa i syna nie mniej zasłużonego dla ZSRR Aleksieja Nikonowa – by ogłosił, światu że „Warszawa przebija dno, broniąc znanego antysemity!”, czyli ambasadora Lipskiego[2]. Taka wypowiedź wyraźnie koresponduje z wypowiedzią jego dziadka o Polsce jako „pokracznym bękarcie traktatu wersalskiego”. Notabene babka tego pana – czyli żona Mołotowa Polina Żemczużyna – została skazana w 1949 roku na 5 lat łagru za rzekome „szpiegostwo na rzecz syjonistów”. Czy nie był to przejaw antysemityzmu Stalina, którego broni pan Nikonow? Był to początek antyżydowskiej czystki w ZSRR, której Stalin nie zdołał już sfinalizować przed śmiercią. Nie zmienia tego fakt, że towarzyszka Żemczużyna do śmierci w 1970 roku pozostała fanatyczną zwolenniczką Stalina i w takim też duchu wychowała swoją jedyną córkę, a matkę pana Wiaczesława Nikonowa. Zabawy z historią PiS w Polsce bledną na tle takich zabaw z historią.

Z kolei pan senator Oleg Morozow (w latach 80-tych XX wieku zastępca szefa wydziału propagandy Komitetu Centralnego KPZR, później jeden z głównych ideologów Jednej Rosji i doradca Putina ds. polityki wewnętrznej) pozwolił sobie na stwierdzenia, że „Polska oficjalnie staje w jednym szeregu z nazistami i osobami zaangażowanymi w masową eksterminację Żydów” oraz że „współczesna Polska nie chce uznać zbrodni nazizmu przeciwko ludzkości i przeciwko Żydom”. Powodem takich opinii Morozowa stało się to, że prezydent Andrzej Duda postawił jako warunek swojego udziału w Międzynarodowym Forum Holocaustu w Izraelu możliwość publicznego udzielenia odpowiedzi na planowane tam wystąpienie Putina. Swoje oskarżenia Morozow uzupełnił stwierdzeniem, że Rosja (nie ZSRR, ale Rosja!) „uratowała naród żydowski od zagłady” (a pozostali alianci nic w tej sprawie nie zrobili?)[3].

Najnowsza narracja kremlowska o tym, że Rosja „uratowała naród żydowski od zagłady” jest co najwyżej półprawdą. Niemcy hitlerowskie dokonały zagłady Żydów europejskich w latach 1941-1944. Zginęło wtedy m.in. ponad 90 % Żydów polskich, zamordowanych w większości do połowy 1943 roku. W roku 1945 większość europejskich Żydów była już zamordowana i Armia Czerwona przed niczym ich nie ocaliła. Zasługą Armii Czerwonej – której kwestionować nie można – było natomiast wyzwolenie części niemieckich obozów koncentracyjnych. Spośród 13 znaczących niemieckich obozów koncentracyjnych 7 wyzwolili Amerykanie i Brytyjczycy, a 6 Armia Czerwona. Jeśli jednak mówimy o tej niekwestionowanej zasłudze Armii Czerwonej, to trzeba też powiedzieć o tym, że na miejscu wyzwolonych przez czerwonoarmistów hitlerowskich obozów koncentracyjnych natychmiast powstawały obozy NKWD. Na terenie wyzwolonego KL Auschwitz powstały dwa obozy NKWD i jeden obóz UB, które istniały do 1946 roku. To samo było na Majdanku, na Zamku Lubelskim i w innych katowniach gestapo, zamienianych natychmiast na katownie NKWD i UB. Oczywiście fakt powstania obozów NKWD na miejscu obozów hitlerowskich nie przekreśla ofiary czerwonoarmistów – jak tego chce polska polityka historyczna, ale też ofiara czerwonoarmistów nie może rozgrzeszać zbrodni stalinowskich – jak tego chce rosyjska polityka historyczna.

Z kolei 10 stycznia proputinowska „Rossijskaja Gazieta” napisała: „W jakiejkolwiek paralelnej rzeczywistości istniałby pan Duda, jak bardzo by kipieli oburzeniem polscy politycy i politolodzy niezadowoleni z tego, że kolejny raz pokazano im prawdę, trudno spierać się z tym, co mówią dokumenty. A one dobitne potwierdzają, że znaczna część społeczeństwa polskiego bezpośrednio uczestniczyła w zagładzie mieszkających w kraju Żydów”. Jakoś to do złudzenia koresponduje z tym co pisali dotychczas niektórzy autorzy (nie będę wymieniał nazwisk) i niektóre niszowe media na Zachodzie, czy mówili niektórzy drugoplanowi politycy izraelscy, jak Jair Lapid i Naftali Benett.

„Rossijskaja Gezieta” napisała też, że „po wojnie Polska przywłaszczyła sobie majątek Żydów, którzy zginęli w Holokauście” (notabene Związek Radziecki też to zrobił) i dalej, że „na każdego biorącego w zagładzie ludności żydowskiej niemieckiego oprawcę przypadało 10-15 dobrowolnych pomocników spośród miejscowych mieszkańców”, a Polacy obojętnie patrzyli na sytuację ludzi w warszawskim getcie, łupili sąsiadów, mordowali ich lub wydawali Niemcom. To już też słyszeliśmy z wieloletniego przekazu niektórych ośrodków na Zachodzie. Artykuł, w którym pojawiły się takie oskarżenia zatytułowano „Czego boi się Polska”, a jego autorem jest Jewgienij Szestakow. O martyrologii Polaków podczas drugiej wojny światowej Szestakow napisał z pogardą „Polokaust”. Jego zdaniem polskiej martyrologii nie było[4].

Po publikacji „Rossijskoj Geziety” (jedno z najważniejszych mediów kremlowskich) mniej więcej wiemy, w jakim kierunku może pójść wystąpienie Putina w Yad Vashem 23 stycznia. W kierunku, że Polska była sprawcą wybuchu wojny, a Polacy współpracowali z Niemcami w zagładzie Żydów, którą ambasador Lipski planował razem z Hitlerem już w 1938 roku.

Należy postawić tutaj pytanie, czy polska polityka historyczna – z gruntu błędna i chyba inspirowana w jakiejś mierze przez USA – jest jedynym czynnikiem, który sprowokował ze strony rosyjskiej to z czym mamy teraz do czynienia. Do postawienia takiego pytania skłania chociażby reakcja rosyjska na podpisanie przez prezydenta Czech Milosza Zemana ustawy ustanawiającej Dzień Pamięci o Inwazji 1968 roku i Późniejszej Okupacji Wojsk Układu Warszawskiego. Prezydent Zeman uchodził dotąd za jednego z bardziej prorosyjskich polityków w Europie. Teraz krytykujące go stanowisko rosyjskiego MSZ Zeman określił jako „absolutnie bezczelne”[5]. Rosyjska polityka historyczna w zasadzie nie odbiega daleko od ukraińskiej. W pierwszej mitem założycielskim jest mit Armii Czerwonej jako największego zwycięzcy nad faszyzmem, w drugiej fałszywy mit UPA jako „ruchu wyzwoleńczego”. Problem w tym, że tak sformułowany mit Armii Czerwonej – usuwający z pola widzenia politykę Stalina przed wybuchem wojny, w czasie wojny i po wojnie – musi prowadzić, jeśli nie do rehabilitacji, to do wybielenia stalinizmu.

Zwalczałem politykę antyrosyjską ekip postsolidarnościowych, ponieważ była częścią polityki amerykańskiej i narażała bezpieczeństwo Polski. Do tego towarzyszyło jej odkurzenie takich szkodliwych archaizmów politycznych jak prometeizm i Międzymorze, w imię których wspierano historycznie skrajnie antypolską orientację polityczną na Ukrainie. Nie mam jednak wątpliwości, że stosunki z Rosją muszą być oparte na Realpolitik, która uwzględnia polski i rosyjski potencjał, ale także polską rację stanu. Tą racją stanu jest mieć dobre stosunki z Rosją i unikać z nią konfliktów, zwłaszcza w obcym interesie. Ale nie za cenę przyjmowania narracji rosyjskiej w jakiejkolwiek sprawie i uwzględniania interesów polityki rosyjskiej. To już było i się nie sprawdziło.

Krytykowałem i krytykuję ukraińską i polską politykę historyczną. Z tych samych powodów krytykuję też rosyjską. Zwłaszcza tę, która pokazała swoje oblicze na przełomie 2019 i 2020 roku. Polityka historyczna a historia to są dwie rzeczywistości nie mające ze sobą wiele wspólnego. Historia nigdy nie jest czarno-biała. Zawsze jest skomplikowana i wielowątkowa. Polityka historyczna nigdy tego nie uwzględni. Zawsze będzie z wielowątkowej mozaiki wybierać pojedyncze obrazy i budować na nich przekaz propagandowy.

Ale nie o politykę historyczną w tym wszystkim chodzi. Ona jest tylko małym trybikiem w wielkiej maszynie. Oto co napisał na Facebooku 7 stycznia 2020 roku były pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji, funkcjonujący nadal w rosyjskim establishmencie politycznym:

„W Warszawie byli bardzo poważnie przestraszeni. Ponieważ zdali sobie sprawę, że tocząca się historyczna dyskusja na temat czasu wybuchu wojny może doprowadzić do zmiany statusu Polski, która może zasłużenie stać się krajem agresorem i inicjatorem (wraz z Niemcami) drugiej wojny światowej. A strach jest złym doradcą. Partia rządząca nie wymyśliła nic lepszego niż sporządzenie projektu ustawy chroniącej polską wizję historii [chodzi zapewne o nowelizację ustawy o IPN z 2018 roku – uwaga BP]. I więcej. Fakt, że druga wojna światowa rozpoczęła się w 1938 roku. Pisałem [o tym – uzup. BP] na długo przed Władimirem Putinem. Więc teraz nie bronię stanowiska Władimira Putina, ale mojego. Chociaż tak, cieszę się, że Władimir Putin był solidarny z tym stanowiskiem”.

Dalej ten autor pisze: „Polska ryzykuje, że stanie się krajem wyrzutkiem. Polski prezydent postanowił odmówić wyjazdu do Izraela na Światowe Forum Holokaustu, rzekomo z powodu planowanej obecności tam Władimira Putina. Prawdę mówiąc, trudniej wymyślić śmieszniejszy powód. Nie chodzi o Władimira Putina, ale o kompleksowe relacje polsko-izraelskie. I rzeczywiście Duda próbuje zwalić wszystko z chorej głowy na zdrową, czyli Władimira Putina. Tymczasem Warszawa ma niezwykle trudne relacje z Brukselą. Prawicowa Polska najwyraźniej nie dotrzymuje kroku Unii Europejskiej. Warszawa nie ma sojuszu regionalnego, wszyscy sąsiedzi Polski unikają. W przypadku Rosji sytuacja stała się ślepą uliczką. Zostają Stany Zjednoczone, jak uważają w Warszawie. Ale w USA lobby izraelskie jest wyjątkowo silne. A z odszkodowaniem za własność ofiar Holokaustu wszystko wygląda katastrofalnie. Tak oto Polska ryzykuje, że zostanie krajem wyrzutkiem. Prawicowa Polska”.

Do tego co napisał ten przedstawiciel rosyjskiej elity – były pracownik dyplomacji rosyjskiej, publicysta i czołowy działacz Euroazjatyckiego Frontu Ludowego (Евразийский народный фронт) – którego nazwiska nie będę ujawniał, nic dodawać już nie muszę. Tak wygląda teraz rosyjska polityka wobec Polski. Nie tylko historyczna. Taki jest jej charakter i takie są jej cele.

A z czym mamy do czynienia ze strony polskiej? Marszałek Senatu z PO spotkał się 16 grudnia 2019 roku z ambasadorem Rosji m.in. po to, by – jak sam powiedział – żądać „opuszczenia Ukrainy” przez Rosję (zapewne chodziło o Krym i Donbas). To jakaś choroba z tą Ukrainą. Naiwna wiara, że Ukraina będzie propolska i spełni rolę antyrosyjskiego „kordonu sanitarnego”. Nic w tym myśleniu nie zmieniło się od wyprawy kijowskiej Piłsudskiego w 1920 roku. Bezpieczeństwo Polski gwarantują NATO i UE. Po cóż więc jeszcze dodawać do tego tzw. Międzymorze vel Trójmorze? Te polityczne marzenia zostały po raz kolejny zweryfikowane 8 stycznia 2020 roku, kiedy ambasador Polski w Kijowie Bartosz Cichocki został wezwany na rozmowę do ukraińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tematem spotkania było niedawne wspólne oświadczenie ambasadorów Polski i Izraela w sprawie czczenia na Ukrainie osób związanych z nacjonalizmem ukraińskim. Jak napisano w komunikacie ukraińskiego MSZ ambasador Polski usłyszał, że jego niedawne wspólne oświadczenie z ambasadorem Joelem Lionem było kontrproduktywne i miało cechy publicznej dyskusji na temat wewnętrznej polityki ukraińskiej[6].

Na prowadzenie takiej polityki wschodniej, jakiej chcą PiS i PO, Polska po pierwsze nie ma potencjału. Ten brak własnego potencjału skazuje na uzależnienie się w tej sytuacji od potencjału amerykańskiego, a tym samym od celów politycznych USA. I uwaga ta nie dotyczy tylko polityki wschodniej. Po drugie – polityka taka zawsze będzie prowadzić do konfrontacji z Rosją. Nie można więc twierdzić, że jest podyktowana troską o bezpieczeństwo geopolityczne Polski. Właśnie powoduje dla tego bezpieczeństwa zagrożenie. Polityka realna polegałaby na utrzymywaniu równoległych stosunków z Moskwą, Kijowem i Mińskiem oraz unikaniu wchodzenia na Wschodzie w jakiekolwiek konflikty z kimkolwiek. Polegałaby też na współpracy z wschodnimi sąsiadami tam, gdzie jest to możliwe i ewentualnie korzystne. Niestety, czas na prowadzenie takiej Realpolitik się skończył. Teraz trzeba się bronić przed uczynieniem z Polski „kraju wyrzutka”, co stało się celem polityki rosyjskiej.

[1] W rosyjskiej telewizji oskarżono Polaków, że wymordowali więcej Żydów niż Niemcy i wzywano do czytania książek Grossa, http://www.kresy.pl, 5.04.2019.

[2] Wnuk Mołotowa dołącza do ataku na Polskę. „Warszawa przebija dno!”, http://www.natemat.pl, 29.12.2019.

[3] Rosyjski senator atakuje Andrzeja Dudę. „Polska staje w jednym szeregu z nazistami”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 4.01.2020.

[4] „Rossijskaja Gezieta” oskarża Polaków o udział w Holokauście. Uderza też w prezydenta Dudę, http://www.wprost.pl, 10.01.2020.

[5] Czechy. Prezydent Zeman o reakcji Rosji: Absolutna bezczelność, http://www.wiadomosci.wp.pl, 28.12.2019.

[6] Ukraińskie MSZ wezwało polskiego ambasadora z powodu wypowiedzi na temat OUN-UPA, http://www.kresy.pl, 8.01.2020.

Bohdan Piętka

15 stycznia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 3-4 (2275/2276), 19-26 stycznia 2020, s. 10-11

Odwet Putina

„To bydlak i antysemicka świnia, nie da się tego powiedzieć inaczej” – powiedział Władimir Putin na spotkaniu z kadrą Ministerstwa Obrony Rosji o Józefie Lipskim (1894-1958), ambasadorze polskim w Berlinie (1933-1939). Jakkolwiek nie oceniać polityki II RP wobec III Rzeszy w latach poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej, firmowanej m.in. przez Lipskiego, to ta „antysemicka świnia” walczyła jednak z hitlerowskimi Niemcami z bronią w ręku – najpierw w 1. Dywizji Grenadierów we Francji w 1940 roku, a potem w II Korpusie Polskim we Włoszech.

Prezydent Rosji wytoczył ciężkie działa przeciw Polsce 20 grudnia 2019 roku na forum przywódców Wspólnoty Niepodległych Państw w Sankt-Petersburgu. Polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy, podpisaną 26 stycznia 1934 roku w Berlinie przez Józefa Lipskiego i ówczesnego ministra spraw zagranicznych Niemiec Konstantina von Neuratha, Putin nazwał „paktem Piłsudski-Hitler” i stwierdził, że był do niego rzekomo dołączony tajny protokół, tak samo jak do paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku. Nie przedstawił jednak żadnego dowodu na istnienie takiego tajnego protokołu. Przedstawił natomiast notatkę ambasadora Lipskiego z 20 września 1938 roku, w której relacjonował on ministrowi Józefowi Beckowi swoją rozmowę z Adolfem Hitlerem.

Treść tej notatki Władimir Putin skomentował następująco: „Hitler proponował zesłać Żydów z krajów europejskich do Afryki. Faktycznie na wymieranie. To pierwszy krok do ludobójstwa, do tego, co dziś nazywamy holokaustem. Przedstawiciel Polski odpowiedział, napisał swemu ministrowi: »Ja odpowiedziałem, że jeśli tak się stanie, jeśli takie będzie rozwiązanie, to my postawimy Hitlerowi piękny pomnik w Warszawie«”. Komentarz ten Putin powtórzył na spotkaniu z generalicją rosyjską 24 grudnia, dodając zacytowane powyżej słowa o „bydlaku” i „antysemickiej świni”.

Cytat z notatki służbowej ambasadora Lipskiego z 20 września 1938 roku, którą w ten sposób skomentował prezydent Rosji, brzmi następująco (pisownia oryginalna): „[Hitlerowi – uzup. BP] przyświeca (…) myśl załatwienia, w drodze emigracji do kolonij, w porozumieniu z Polską, Węgrami, może i Rumunią, zagadnienia żydowskiego (w tym punkcie mu odpowiedziałem, że jeśli znajdzie solucję, postawimy mu piękny pomnik w Warszawie)”[1]. Z tego fragmentu jasno więc wynika, że rozmowa Lipskiego z Hitlerem dotyczyła emigracji Żydów z Europy, a nie ich zagłady. Takich planów jeszcze wtedy w Berlinie nie było. Wypowiedź ambasadora – jakkolwiek niefortunna – nie była stanowiskiem rządu polskiego. Do żadnych bowiem ustaleń pomiędzy rządami w Warszawie i Berlinie w sprawie emigracji Żydów z Europy nigdy nie doszło. Ważny jest czas i kontekst tej wypowiedzi. Lipski nie powiedział tego w epoce pieców i konferencji w Wannsee, ale we wrześniu 1938 roku, kiedy o ludobójstwie Żydów nie było jeszcze mowy. Nie ulega zatem wątpliwości, że Władimir Putin wypaczył treść źródła historycznego, do którego się odniósł. Nie ulega też wątpliwości, że zrobił to świadomie i celowo.

Warto przypomnieć, że Józef Lipski zaczął swoją karierę dyplomatyczną w sekcji prawnej Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu, gdzie został zatrudniony jako absolwent prawa na uniwersytecie w Lozannie, znający języki obce. Musiał zatem współpracować z Romanem Dmowskim podczas konferencji pokojowej w Paryżu. Od czerwca 1919 roku pracował w dyplomacji II RP, gdzie był m.in. naczelnikiem Wydziału Zachodniego Departamentu Politycznego MSZ. Jako ambasador II RP w Berlinie był rzecznikiem odprężenia polsko-niemieckiego, realizując politykę Józefa Becka (w dobie Monachium niewątpliwie błędną). Niemniej jednak polityka ta nie przekroczyła granicy otwartej współpracy z III Rzeszą czy wasalizacji Polski wobec Berlina.

Wypowiedź Putina jest największym ciosem dla tych nielicznych środowisk w Polsce, które w sytuacji załamania się stosunków polsko-rosyjskich po przewrocie na Ukrainie w 2014 roku i przyjęcia przez Warszawę ostrego kursu antyrosyjskiego w polityce zagranicznej i „historycznej”, próbowały te stosunki ratować, a przynajmniej łagodzić oficjalną antyrosyjską narrację establishmentu III RP. Środowiska te chyba nie spodziewały się tego, że także Putin wejdzie w rolę tropiciela polskiego antysemityzmu.

Z wypowiedzi rzeczniczki rosyjskiego MSZ Marii Zacharowej wynika, że prowokacyjna i kłamliwa wypowiedź Putina jest reakcją Rosji na polską politykę historyczną. „Pisanie historii na nowo i ciągłe przeinaczanie, rewizja historycznej rzeczywistości na potrzeby obecnej, współczesnej koniunktury – właśnie tę tezę cały czas powtarzaliśmy w wystąpieniach ministra [Ławrowa – uzup. BP] i naszych ambasadorów, którzy pracowali w Warszawie i w naszych przedstawicielstwach przy Unii Europejskiej” – powiedziała Zacharowa pytana o wypowiedź Putina o ambasadorze Lipskim (cyt. za: Sputnik Polska). Jej zdaniem teza o niedopuszczalności pisania historii na nowo na potrzeby politycznej koniunktury była podstawą budowania stosunków z Polską, ale nie została przyjęta w Warszawie. Czarę goryczy przelała rezolucja Parlamentu Europejskiego wskazująca na pakt Ribbentrop-Mołotow jako przyczynę wybuchu drugiej wojny światowej oraz zrównująca nazizm z komunizmem. Dlatego Putin postanowił ujawnić mniej przyjemne cechy rosyjskiego charakteru narodowego i na dodatek zrobił to jeszcze chyba nieprzypadkowo 24 grudnia. Podarował Polakom na Gwiazdkę pomnik Hitlera w Warszawie.

Mamy zatem do czynienia z rosyjską odpowiedzią na antyrosyjską politykę historyczną Warszawy, firmowaną przez epigonów piłsudczyzny i realizowaną z inspiracji USA. W tej odpowiedzi strona rosyjska uderzyła w stosunki polsko-żydowskie. Należy przypomnieć, że od lat kwitnie polityczny dialog pomiędzy Putinem a premierem Netanjahu. Dialog ten przyniósł obustronne owoce. W Moskwie otwarto Muzeum Żydowskie i Centrum Tolerancji, a w Jerozolimie odsłonięto pomniki Armii Czerwonej (na wzgórzu Herzla) i ofiar blokady Leningradu. Izrael uznał też historyczną rolę Armii Czerwonej w pokonaniu nazizmu. Natomiast z Warszawy płynie narracja o agresji sowieckiej i zbrodniach Armii Czerwonej, narracja negująca wyzwolenie w 1944/1945 roku, połączona z likwidacją pomników i tablic upamiętniających żołnierzy radzieckich, którzy zginęli na ziemiach polskich w latach 1944-1945.

Odpowiedzią rosyjską jest teraz narracja o przedwojennych politykach polskich jako wspólnikach Hitlera, bydlakach i antysemitach (antysemickich świniach). Takiej odpowiedzi chyba nikt się w Polsce nie spodziewał. I co istotne – w tej narracji poprą Putina nieprzychylne Polsce środowiska żydowskie w Izraelu i innych państwach oraz nie będzie znaczących głosów sprzeciwu ze strony Europy Zachodniej i USA, które narzuciły formacji Kaczyńskiego taki a nie inny model polityki historycznej, z jej skrajnie antyrosyjskim obliczem. Niestety, ze swoją polityką historyczną – uderzającą w Rosję, Niemcy, a także Żydów – obóz Kaczyńskiego był skazany na taki rezultat. Konfliktując się nieustannie z Rosją, także na tle Ukrainy, wypadł jeszcze gorzej niż jego piłsudczykowski pierwowzór.

Przed ślepą uliczką, w jaką prowadzi polska polityka wobec Rosji ostrzegał 10 lat temu prof. Bogusław Wolniewicz (1927-2017). 27 września 2009 roku prof. Wolniewicz powiedział w audycji na żywo w Radiu Maryja (po tej wypowiedzi już więcej go tam nie zaproszono) następujące słowa, które uzupełnił w publikacji na łamach „Myśli Polskiej”:

Chcę coś rzec w jednej tylko sprawie: o tych obchodach 70-lecia wybuchu drugiej wojny światowej, jakie 1 września odbyły się w Gdańsku; a dokładniej, o naszym stosunku do Rosji, jaki się na tle tych obchodów zarysował. (…) Nasza polityka wobec Rosji zdaje mi się z gruntu błędna – jednakowo ta rodem z PiS-u, i ta rodem z PO. (…) Błędność naszej polityki widać było jak na dłoni właśnie podczas tych obchodów. Istotę tej błędności ująłbym w dwa słowa: z jednej strony nadymanie się wobec Rosji, a z drugiej podszarpywanie tygrysa za ogon. Nie jestem, uchowaj Boże, rzecznikiem uniżoności wobec kogokolwiek; wobec Rosji oczywiście także nie. Ale cnota to jest zawsze – jak mówił Arystoteles – złoty środek między dwiema skrajnościami, między dwoma niecnotami.

Naszego stosunku do Rosji nie ma cechować ani uniżoność, ani nadęcie. Ma go cechować szacunek dla potęgi Rosji i poczucie proporcji – że my potęgą nie jesteśmy i nie będziemy. Ta proporcja ujawniła się najdobitniej w pewnym podstawowym fakcie historycznym: oni swoją wielką wojnę z Niemcami wygrali, a my naszą wielką wojnę z Niemcami przegraliśmy. Czas to zrozumieć. I czas zrozumieć, że gdy mały zaczepia dużego, to się dla małego nie może dobrze skończyć. Tej prawdy, najelementarniejszej z elementarnych, nie mogą jakoś pojąć nasi politycy, np. panowie Jarosław Kaczyński i Bronisław Komorowski. Oto dowody.

3 września dziennik »Rzeczpospolita« podaje informację: »Prezes PiS ocenia premiera Rosji. Jarosław Kaczyński skrytykował wystąpienie premiera Federacji Rosyjskiej Władimira Putina na Westerplatte. Głównie z tego powodu, że Putin nie przeprosił za wymordowanie Polaków w Katyniu. – Powstaje pytanie o sens zaproszenia Putina – stwierdził prezes Kaczyński«. Rozumiem te słowa J. Kaczyńskiego tak, że skoro premier Putin nie zamierzał nas przepraszać, to po co przyjeżdżał i po co go w ogóle zapraszano?

Gdy czytałem tę informację, przypomniało mi się wydarzenie sprzed czterech lat, z obchodów w Moskwie 60-lecia zwycięstwa nad Niemcami. Zjechali się tam wtedy notable z całego świata, a wśród nich minister spraw zagranicznych Holandii. W trakcie tych uroczystości tenże Holender zwrócił się do rosyjskiego ministra obrony Siergieja Iwanowa z pytaniem, czy Rosja nie powinna by jednak przeprosić zebranych za pakt Ribbentrop-Mołotow. A na to Iwanow odpowiedział mu: »Jeżeli ktoś chce, byśmy go przepraszali, to musi nas najpierw podbić«. I ten Holender zamknął natychmiast dziób, a za nim wszyscy inni. Premier Putin mógł był powiedzieć to samo na Westerplatte. Nie zrobił tego przez uprzejmość, której naszym politykom zabrakło; i zabrakło im poczucia proporcji.

Albo weźmy marszałka Sejmu p. Komorowskiego. Po tej pokrętnej uchwale naszego Sejmu na temat wkroczenia 17 września 1939 roku Armii Czerwonej na terytorium Polski, rosyjskie MSZ wydało oświadczenie, że uchwała ta »czyni poważną szkodę odbudowie dobrych stosunków między naszymi krajami«. Marszałek Komorowski skomentował to oświadczenie tak (Rz, 25.9.2009): »Kontestując uchwałę polskiego Sejmu, strona rosyjska dała świadectwo, że nie potrafi poradzić sobie z własną historią. (…) Rosyjscy politycy niepotrzebnie angażują się w obronę stalinizmu. – To jest tak, jakby Niemcy chcieli bronić przeszłości hitlerowskiej«.

Zdumiewa mnie beztroska pana marszałka w szastaniu takimi oświadczeniami. Bo poza wszelkimi innymi różnicami, w stosunku Niemców i Rosjan do mrocznych stron ich własnej przeszłości zachodzi znowu jedna różnica fundamentalna: polityka Hitlera doprowadziła III Rzeszę do druzgocącej klęski, a polityka Stalina doprowadziła Związek Radziecki do niebywałego triumfu. Poza grozą swoich czynów, Adolf Hitler okazał się jeszcze politycznym partaczem, a Józef Stalin okazał się – czy to się nam podoba, czy nie podoba – najskuteczniejszym politykiem XX wieku. Dlatego Niemcom stosunkowo łatwo przychodzi potępić swego byłego Führera, którego przedtem tak entuzjastycznie i tak powszechnie popierali. A Rosjanom wobec Stalina przychodzi to trudno, ich stosunek do tej postaci i do tego etapu ich dziejów nie może nie być ambiwalentny, dwoisty. I nie przez ich subiektywny upór, czy złą wolę – ta może też jest, ale to nie to jest istotą rzeczy.

To jest trudność obiektywna, przed którą musi stanąć każdy naród w ich położeniu. Myślę, że Chiny stoją teraz też przed tą trudnością w swoim stosunku do Mao Tse-tunga. A udzielanie przez p. Komorowskiego Rosjanom wskazówek, jak ten gigantyczny problem ideologiczny mają u siebie rozwiązywać, zdaje mi się głupie i prostackie.

Historycznie nasza rezerwa i nieufność wobec Rosji jest ze wszech miar uzasadniona. I przypuszczam, że oni są ją chyba w stanie zrozumieć. Niekiedy czynią nawet wobec nas pewne gesty pojednawcze, których my jakoś nie umiemy docenić, ani przyjąć tak, jak na to zasługują. Ostatnim takim gestem był właśnie przyjazd premiera Putina na uroczystości rocznicowe do Gdańska; przyjazd pozostający w jaskrawym kontraście z ostentacyjnym lekceważeniem, jakie okazał nam ten fircykowaty lewak z Waszyngtonu [Barack Obama – uzup. BP]. (…) Putin nie tylko zjawił się w Gdańsku osobiście, ale wystąpił tam w tonie powściągliwym i pojednawczym. Powiedział na Westerplatte (Rz, 2.9.2009): »Mój kraj uznaje błędy przeszłości. (…) Chcielibyśmy, aby stosunki polsko-rosyjskie były oddzielone od rozrachunków historycznych i oparte na zasadzie dobrosąsiedztwa«. A na konferencji prasowej w Grand Hotelu zaproponował nam wręcz powrót do umowy w sprawie tego rurociągu, który nas tak – słusznie zresztą – niepokoi.

A my co na to? Gderania i pretensje. I to nie tylko politycy, lecz i ludzie skądinąd bardzo rozumni. Tak np. prof. Zdzisław Krasnodębski pisał (tamże): »Generalnie jestem zawiedziony i rozczarowany tym, co powiedział premier Putin. Przede wszystkim – ani słowa o Katyniu«. Pytam: a dlaczego miał premier Putin mówić o tym na Westerplatte, jeżeli nie uznał tego za stosowne? (…).

Ale to jeszcze nic przy tym, co napisał red. Bronisław Wildstein – też jeden z tych, których rozumności nie byłbym w najmniejszym stopniu skłonny kwestionować. Mówi on (Rz 14.9.2009): »Niezależne organizacje (…) prowadzą walkę o odsłonięcie całej prawdy na temat (Katynia) i borykają się z oporem władz rosyjskich. Walczą również o symboliczne zadośćuczynienie za zbrodnie. Jeżeli zrezygnujemy z kategorii ludobójstwa, to nie mamy podstaw, aby żądać interwencji międzynarodowych czynników w tej sprawie«. Czy mu tutaj rozum odjęło? »Symboliczne zadośćuczynienie« – ale zapewne w rublach całkiem niesymbolicznych! I na jaką to »interwencję« i jakich »międzynarodowych czynników« red. Wildstein tu liczy? Kto się na świecie do tego kwapi, żeby z nami iść na Moskwę wymuszać jakieś »zadośćuczynienia«; szlakiem hetmana Stanisława Żółkiewskiego?

Powiedzmy wyraźnie dwie rzeczy. Sprawę Katynia jako problem polityczny między Polską i Rosją rozwiązał wielki, historyczny gest prezydenta Borysa Jelcyna z 14 października 1992 roku. W tym dniu przekazał on nam przez swojego osobistego wysłannika treść najtajniejszego dokumentu, w którym zawarta jest najgłówniejsza i dla Rosjan najstraszniejsza prawda o zbrodni katyńskiej. My powinniśmy byli uznać wtedy tę sprawę za tym samym ostatecznie wobec Rosji zamkniętą – i głośno to powiedzieć. Nie uczyniliśmy tego. Uważam, że to był nasz błąd. A wywlekanie nadal sprawy Katynia na forum polityczne jest już teraz tylko czystym jątrzeniem, jeżeli nie czymś jeszcze gorszym. To samo – po drugie – dotyczy paktu Ribbentrop-Mołotow i daty 17 września 1939 roku. W 54 lata później, 18 września 1993 roku, Rosjanie wycofali z Polski swoje ostatnie wojska. Wycofali je dobrowolnie, bez walki; nie została przelana ani jedna kropla polskiej krwi. I tak, bez przelewu krwi, została zwrócona nam suwerenność, którą przedtem nam zabrali. To był z ich strony drugi wielki gest – i my powinni byśmy znowu uznać, że sprawa ich wkroczenia w 1939 roku na nasze terytorium jako aktualny problem polityczny jest zamknięta.

A co robimy? Próbujemy – jedyni na świecie, samotni w tym jak palec – rozszerzać dziś propagandowo winę za rozpętanie drugiej wojny światowej i przesuwać ją z Niemców także na Rosjan. Równie dobrze jak rzec, że drogę do wojny otwarł pakt zawarty w Moskwie 23 sierpnia 1939 roku, można też rzec, że otworzył ją układ zawarty 29 września 1938 roku w Monachium. Dlaczego się mówi, że drogę do wojny otwierał układ Ribbentrop-Mołotow, a nie układ Hitler-Chamberlain? Putin wytknął to na Westerplatte i miał niestety rację.

Cała nasza polityka wobec Rosji po 1993 roku zdaje mi się jakaś bez sensu. Nie widzę, co myślimy nią osiągnąć. Pchamy palec między drzwi; rozumiem, że czasem trzeba robić nawet to, ale w tym wypadku nie rozumiem po co. Tyle powiedziałem w radio. Wielu wzięło mi to za złe, ale wielu też mnie poparło. Chciałbym tu swoją wypowiedź uzupełnić, zwłaszcza co do sprawy katyńskiej.

Katyń to cierń w duszy Rosji. Jak bardzo on Rosjanom dolega, pokazują bezradne manewry propagandowe, jakimi usiłują jego bolesne kłucie osłabić. Takim manewrem są podnoszone przez nich od niedawna losy bolszewickich jeńców wojennych w Polsce po wojnie 1920 roku, zwłaszcza wysoka ich śmiertelność w obozie internowania gdzieś koło Tucholi. Aluzja do niej znalazła się nawet w liście premiera Putina do Polaków z 31 sierpnia br., opublikowanym na łamach »Gazety Wyborczej«. Wymienił tam jednym tchem »zarówno cmentarze pamięci w Katyniu i Miednoje, podobnie jak tragiczne losy żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli podczas wojny 1920 roku«; jednak nie powtórzył już tego na Westerplatte, co należy zauważyć.

Katyń i Tuchola są to dwie sprawy niewspółmierne – i to absolutnie. Wysuwanie tej drugiej jako propagandowej »przeciwwagi« dla pierwszej jest tylko beznadziejną próbą obrony. Sprawę tego obozu pod Tucholą trzeba naturalnie zbadać historycznie i opisać z pełnym obiektywizmem. Ale i bez tego różnica jest oczywista: Katyń to był potworny mord z premedytacją, Tuchola to była karygodna nieudolność organizacyjna.

(…) Wszelkie próby, by umniejszyć wyjątkową grozę zbrodni katyńskiej, są z góry daremne. Tej zbrodni umniejszyć się nie da. Nie potrzeba też przyklejać do niej etykiety »ludobójstwa« ani żadnej innej, bo ona stoi ponad wszelkimi etykietami, jest sui generis. Sami jej tylko nie desakrujmy, czyniąc z niej obiekt przetargów politycznych lub zgoła tytuł do jakichś roszczeń materialnych. Rosja uznała swoją winę głębiej, niż ktokolwiek mógł był się spodziewać; zgodziła się także, by w miejscu zbrodni stanął krzyż. Nic więcej nie było tu do zrobienia, więc czego jeszcze od nich chcemy? Nie rozmieniajmy świętości narodowej na drobne.

Nie mieszajmy też tamtej sprawy ze sprawą 17 września 1939 roku. Co do tamtej Rosjanie czują się winni, co do tej zaś nie. Albowiem istotnie: to nie wkroczenie ich wojsk na terytorium Polski przesądziło wynik naszej walki z Niemcami. W połowie września, skoro nie ruszyła się Francja, wynik ów był już przesądzony i głupstwem jest dziś mówić o »ciosie w plecy«. Złem było nie samo to, że wkroczyli, lecz to, jak się potem wobec nas zachowali: od nikczemnej mowy Mołotowa poczynając, a na tamtej strasznej sprawie kończąc, na której zresztą jego podpis też figuruje.

Wszystkie owe zaszłości trzeba najstaranniej przechowywać w pamięci naszego narodu i opracowywać dalej historycznie. Nie ma natomiast żadnej potrzeby, by wciąż od nowa podtykać je Rosjanom pod nos. Pamiętać to nie to samo, co publicznie obnosić się ze swoimi żalami. Czy to nie jasne? (cyt. za: „Myśl Polska”, strona internetowa).

Tyle prof. Wolniewicz 10 lat temu. Niestety, nie było to jasne ani wtedy ani teraz dla polityków postsolidarnościowych i dlatego polsko-rosyjska wojna historyczna przybrała obrót, którego w Polsce nikt się nie spodziewał, a dla samej Polski groźny. Politycy III RP uczynili z historii problem polityki bieżącej w relacjach polsko-rosyjskich. Przywódca Rosji odpowiedział tym samym i to w sposób brutalny.

Wypowiedzi Putina z 20 i 24 grudnia 2019 roku są daleko niestosowne – zarówno wobec Józefa Lipskiego, który podczas drugiej wojny światowej walczył z Niemcami hitlerowskimi w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, jak i wobec władz II RP. Albowiem w korespondencji ambasadora z jego zwierzchnikiem nie zostało wyrażone stanowisko rządu. Notatka ambasadora Lipskiego z 20 września 1938 roku w żaden sposób nie dowodzi tego, że II RP planowała wspólnie z III Rzeszą zagładę Żydów. Dotyczyła on co najwyżej sprawy emigracji Żydów z Europy. Po pierwsze – w roku 1938 taka emigracja nie mogła oznaczać ich eksterminacji (nie było wówczas wojny, która stwarza warunki do takich dzialań i w III Rzeszy nie planowano jeszcze zagłady Żydów); po drugie – kwestię emigracji Żydów z Europy rozważano wtedy w wielu stolicach europejskich; po trzecie – emigrację Żydów europejskich, zwłaszcza do Palestyny, wspierał wtedy ruch syjonistyczny i zawarł w tej sprawie nawet umowę z III Rzeszą (tzw. Porozumienie Haavara z 25 sierpnia 1933 roku, na mocy którego w latach 1933-1935 wyjechało z Niemiec do Palestyny ponad 50 tys. Żydów).

Tym bardziej więc dziwi oświadczenie prezydenta Federacji Wspólnot Żydowskich Rosji (FEOR), rabina Aleksandra Borody, który wyraził Putinowi „głęboką wdzięczność za tak emocjonalną i sprawiedliwą reakcję na publikację nowych faktów dotyczących poparcia ze strony Polski dla polityki Niemiec w latach 30-tych i 40-tych” (cyt. za: Sputnik Polska). Notabene rabin powinien wiedzieć, że Polska „w latach 40-tych” nie popierała polityki Niemiec, ale była okupowana przez Niemcy hitlerowskie i Związek Radziecki, Polacy ginęli w wyniku terroru niemieckiego i radzieckiego, a polski rząd na uchodźstwie, siły zbrojne i konspiracja w okupowanym kraju prowadziły walkę z III Rzeszą.

Całkowitym nonsensem jest stwierdzenie rabina Borody, że ambasador Lipski zainspirował Hitlera „do zabójczych decyzji, poparł śmiercionośny plan w jego samym zarodku, tym samym dając mu siłę i energię”, a Polska „popierała nazistów na najwyższym poziomie” (cyt. za: Sputnik Polska). W 1938 roku – jak już powiedziałem – w Niemczech nie było jeszcze planu zagłady Żydów, takiego jaki narodził się tam na przełomie lat 1941 i 1942. Przed wybuchem drugiej wojny światowej kierownictwo hitlerowskie opowiadało się za emigracją Żydów z Europy. Plan ich przymusowego wysiedlenia skonkretyzował się w Berlinie – jako tzw. Madagaskar Plan – dopiero po pokonaniu przez Niemcy Francji w 1940 roku. Wedle Madagaskar Plan Żydzi (w pierwszej kolejności zachodnioeuropejscy) mieli być wysiedleni do kolonii francuskich podległych reżimowi Vichy. Dopiero w warunkach wojny taki plan wysiedlenia Żydów z Europy mógł być parawanem dla ich eksterminacji (jak „wysiedlenie” Ormian przez Turcję w 1915 roku). Jednakże po agresji Niemiec na ZSRR w 1941 roku Hitler – będąc przekonany, że wygrał już wojnę – zarzucił Madagaskar Plan na rzecz „ostatecznego rozwiązania”, czyli eksterminacji Żydów.

W ten sam ton co rabin Boroda uderzył natychmiast izraelski historyk Aaron Schneyer. Stwierdził on, że wypowiedź Putina była „dyplomatycznie nie całkiem poprawna, ale w istocie słuszna”. Zdaniem Schneyera źródeł Madagaskar Plan należy szukać nie w Berlinie, ale w Warszawie. Wyraził się następująco: „naziści wykorzystali polską ideę wysłania Żydów na Madagaskar. Kiedyś taka idea istniała jako taka (…). Ale nie została zrealizowana (…). W tamtym czasie Madagaskar był francuską kolonią i trzeba było jakoś dogadać się z Francją, no i realizacja wymagałaby dużych nakładów finansowych” (cyt. za: Sputnik Polska). Taki ton pobrzmiewa już w ukazujących się w Rosji publikacjach historycznych. Np. w artykule niemieckiego historyka z uniwersytetu w Ratyzbonie (Universität Regensburg) Waldemara Schmidta pt. „Antysemicki »Madagaskar Plan« i jego realizacja w przedwojennej Polsce w latach 1936-1939” („Aнтисемитский »Мадагаскарский план« и его реализация в предвоенной Польше в 1936–1939 годах”), który został opublikowany w numerze trzecim z 2018 roku „Magazynu Badań Historycznych” („Журнал исторических исследований”), wydawanego przez prokremlowską fundację „Pamięć historyczna” („Историческая память”).

Tu nie chodzi więc o Lipskiego. Putin sformułował publicznie tezę, że II RP znała ludobójcze plany III Rzeszy (rzekomo istniejące już w 1938 roku) i je akceptowała. Uruchomił następnie w tej sprawie niechętne Polsce środowiska żydowskie. O to tutaj chodzi. O Polskę jako rzekomego wspólnika Rzeszy w zagładzie Żydów, w takiej czy innej formie. Najmniejsze znaczenie ma w tym wszystkim prawda, czyli to, że Polska nigdy nie współpracowała z Niemcami hitlerowskimi przeciw Żydom.

Obóz rządzący w Polsce, prowokując Rosję m.in. swoją polityką historyczną, a zwłaszcza usuwaniem pomników Armii Czerwonej, być może przypuszczał, że ewentualny odwet rosyjski nastąpi wobec polskich miejsc pamięci w Katyniu i Miednoje (jeśli w ogóle martwił się perspektywą ewentualnego odwetu). Nie przewidział, że Putin w odwecie uderzy w piętę achillesową Polski, jaką są stosunki polsko-żydowskie. Tak jest dla niego jest i bezpiecznie, i wygodnie. A dla Polski jest to groźne. Nowa wersja historii przedstawiona przez Putina, wedle której Polska w 1938 roku znała i aprobowała rzekomo istniejące już wtedy plany Hitlera dotyczące zagłady Żydów, jest groźniejsza niż bajdurzenia zachodnich mediów o „polskich obozach zagłady”. Z takim przesłaniem Putin pojedzie w styczniu 2020 roku do Izraela na organizowane tam obchody 75-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz. Przypuszczam, że polscy rusofobi są jednak z tego zadowoleni nie mniej niż gdyby doszło do jakiegoś odwetu wobec polskich miejsc martyrologii w Rosji. W każdym razie też mogą powiedzieć – patrzcie, a nie mówiliśmy, to jest Rosja, sowiecki skansen, tak wygląda jej odwieczne antypolskie i azjatyckie oblicze.

Stosunki polsko-rosyjskie są już tak zabagnione, że ich odbudowa wydaje się perspektywą niesamowicie odległą. Zwłaszcza, że po obu stronach jest coraz mniej woli odbudowy tych stosunków, coraz więcej złych emocji i prowokacji. Będzie zatem dalsze obrzucanie się błotem. Oby tylko tyle. Obóz polityczny Jarosława Kaczyńskiego uczynił sobie z Rosji śmiertelnego wroga i zaczyna przegrywać z nią konfrontację polityczną (m.in. w sprawie Ukrainy) i historyczną. Stało się tak zgodnie z tym, co przewidział 10 lat temu prof. Bogusław Wolniewicz mówiąc o skutkach zaczepiania dużego przez małego, przy faktycznym osamotnieniu tego drugiego.

Prowokacyjny cel wypowiedzi Putina o ambasadorze Lipskim, wspartej natychmiast przez środowisko żydowskie w Rosji, jest oczywisty – wywołać antysemickie reakcje w Polsce, by pokazać światu, że to kraj chorobliwego antysemityzmu i w oskarżeniach o akceptację antyżydowskiej polityki III Rzeszy przez II RP jest coś na rzeczy. Jak znam polską rzeczywistość, to mogę przypuszczać, że znajdą się tacy, którzy będą chcieli palić kukłę Żyda – tym razem ucharakteryzowaną nie na Sorosa, ale Putina. Reakcja władz polskich oraz społeczeństwa na prowokację Putina pokaże na ile te władze i społeczeństwo są dojrzałe politycznie. Oby się znowu nie okazało, że dziecinnie niedojrzałe.

Natomiast nieliczne w Polsce środowiska przychylne Rosji – które w obliczu postępującej od 2010, a zwłaszcza 2014 roku katastrofy stosunków polsko-rosyjskich próbowały jednak budować mosty i były z tego powodu oskarżane przez ponadpartyjny obóz rusofobii o agenturalność – powinny dać jasny sygnał stronie rosyjskiej: wypowiedź Putina jest asymetryczną reakcją na polską politykę historyczną. Tak nie wolno. Nie tędy droga. Nawet jeżeli tego głosu po drugiej stronie nikt nie usłyszy.

[1] Cyt. za: Putin o polskim dyplomacie: bydlak i świnia. „Oskarżenia Putina to hipokryzja”, http://www.onet.pl, 24.12.2019.

Bohdan Piętka

4 stycznia 2020 r.

„Myśl Polska” nr 1-2 (2273/2274), 5-12.01.2020, s. 1, 10-11