Mitologia „wyklętych”

Kluczowym elementem tzw. polityki historycznej szeroko rozumianej prawicy w Polsce jest niemal sakralny kult powojennego zbrojnego podziemia antykomunistycznego, dla którego stworzono nazwę Żołnierzy Wyklętych lub Niezłomnych, pisaną obowiązkowo z dużej litery. Ja pozwolę sobie pisać ją z małej litery i w cudzysłowie. Nazwę tę wymyśliła w 1993 roku Liga Republikańska – zapomniana już dzisiaj organizacja radyklanej młodzieży prawicowej, wywodząca się z NZS Uniwersytetu Warszawskiego – a spopularyzował ją w 1996 roku Jerzy Ślaski (1926-2002) w książce pod takim tytułem. Większość tej organizacji wraz ze swoim liderem Mariuszem Kamińskim weszła później do PiS. To właśnie w 1993 roku Liga Republikańska zorganizowała wystawę poświęconą antykomunistycznemu podziemiu zbrojnemu po 1944 roku. Nadała jej tytuł „żołnierze wyklęci”.

W tym czasie zapanowała też wśród młodych historyków moda na badanie historii zbrojnego podziemia powojennego. Z tekstów, jakie pisali wtedy znani później historycy – m.in. Rafał Wnuk, Kazimierz Krajewski, czy Grzegorz Motyka – wyłaniała się wyraźna sympatia do podziemia antykomunistycznego. Jednakże autorzy ci nie unikali wówczas problemów drażliwych – wyciszanych przez obecną politykę historyczną – takich jak stosunek do mniejszości narodowych, zbrodnie na osobach cywilnych, demoralizacja ludzi pozostających w podziemiu, albo konflikty pomiędzy różnymi odłamami podziemia. Młodzi historycy lat 90. XX wieku – jak to ujął później prof. R. Wnuk – „starali się pisać historię krytyczną i nie wchodzili w rolę kreatorów polityki pamięci czy polityki historycznej”. Tę rolę zarezerwowała sobie wówczas Liga Republikańska, a od lat dwutysięcznych Prawo i Sprawiedliwość.

Mit „wyklętych” – przyswojony później przez większość polskiej prawicy, także tej z Platformy Obywatelskiej – miał spełniać różne funkcje polityczne. Wspierał prawicową demagogię deprecjonującą porozumienie Okrągłego Stołu, stał się dodatkowym paliwem dla podtrzymywania świętego ognia antykomunizmu i rusofobii, a przede wszystkim stał się ważnym kodem kulturowym szeroko rozumianej prawicy.

Na falsyfikację pojęcia „żołnierze wykleci” zwrócił uwagę m.in. prof. R. Wnuk: „Pojęcie to fałszywie sugeruje, iż antykomunistycznych konspiratorów łączyła jakaś więź organizacyjna lub wspólnota celów. Propagujący to określenie ludzie przekonują, iż w warunkach reżimu komunistycznego podziemna walka zbrojna była jedyną honorową, a jednocześnie racjonalną strategią działania. Deprecjonują opór stawiany komunistom przez Polskie Stronnictwo Ludowe i inne działające wówczas legalnie środowiska polityczne i społeczne. Wielu z nich twierdzi jakoby w latach 1944–53 (w innej wersji 1944–63) żołnierze zwani wyklętymi walczyli w najdłuższym w historii Polski narodowym, antykomunistycznym powstaniu. Mówią tak, choć żaden konspirator czy partyzant nie nazywał siebie żołnierzem wyklętym, żaden z nich nie określił swej ówczesnej aktywności powstaniem. Pojęcia te kreują uproszczony, infantylny, w dużym stopniu fałszywy obraz powojennego podziemia. Duma z przeszłości winna opierać się na niewyimaginowanej, możliwie zobiektywizowanej historii, a nie być produktem zideologizowanej polityki historycznej”[1].

Rosnącą na prawicy modę na „wyklętych” podchwyciło Prawo i Sprawiedliwość, kiedy w 2005 roku po raz pierwszy doszło do władzy. PiS potrzebował własnego mitu założycielskiego, by odciąć się od okrągłostołowych „lumpenelit”. Zanim pojawił się mit „zbrodni smoleńskiej”, funkcję mitu założycielskiego spełniał i nadal spełnia mit „żołnierzy wyklętych”, których politycznym kontynuatorem ma być właśnie ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego. Mitologię „wyklętych” zaczęto więc intensywnie krzewić wśród młodzieży – w pierwszej kolejności prawicowej i nacjonalistycznej – oraz tzw. środowisk kibicowskich.

Tak o tym napisał na Facebooku znany mi prawicowy dziennikarz: „Za czasów mojej przynależności do Młodzieży Wszechpolskiej właściwie temat gloryfikacji Wyklętych nie istniał, nie robiło się o tym referatów na zebrania i nie brało udziału w uroczystościach. Owszem, ktoś nałożył koszulkę z krzyżem NSZ i to było tyle. (…) Z czasem do głosu doszło pokolenie, które obraz PRL-u znało już tylko z przekazu innych. Ta generacja szukała ideologicznego paliwa. Nasłuchali się opowieści o tej złej komunie i znaleźli sobie paliwo. (…) Zaczęli propagować Wyklętych jeszcze przed PiS-em, ale to PiS zrobił z nich kult państwowy angażując w to wojsko i cały aparat państwowy. Bez PiS-u inicjatywa ta byłaby dalej marginalna. PiS wykorzystał tych Wyklętych nie z powodu uważania ich za szczególnych bohaterów. Po prostu wpisują się oni doskonale w chore romantyczne tradycje powstańcze, po drugie są kontrą dla Solidarności przejętej przez złych ludzi, po trzecie można było dzięki Wyklętym złapać trochę punktów poparcia wśród młodych ludzi w popkulturze”.

Za początek tego procesu można uznać 13 sierpnia 2006 roku, kiedy w Zakopanem odbyło się huczne – z udziałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego – odsłonięcie pomnika Józefa Kurasia „Ognia” i jego żołnierzy. Notabene „ogniowcy” w Zakopanem i okolicach nigdy nie działali. Pomnik odsłonięto tam, ponieważ nie chcieli go u siebie mieszkańcy Nowego Targu, Waksmundu i Ostrowska, gdzie wciąż żywa jest pamięć o zbrodniach samozwańczego majora „Ognia”. Natomiast pomnik odsłonięty sześć lat później w Gorcach został umieszczony na prywatnym terenie należącym do rodziny Kurasiów.

Postawiono na piedestale całe powojenne podziemie zbrojne, nie wnikając w kwestie dotyczące zbrodni popełnionych przez część „wyklętych”, ich demoralizacji, kolaboracji z UPA itp. Największą gloryfikacją objęto najbardziej kontrowersyjnych dowódców podziemia powojennego, odpowiedzialnych za ewidentne zbrodnie na ludności cywilnej, takich jak Józef Kuraś „Ogień”, Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, czy Romuald Rajs „Bury”. Nie zwracano przy tym uwagi np. na protesty mniejszości białoruskiej wobec kultu „Burego”, czy mniejszości słowackiej wobec kultu „Ognia”. Każdy kto wyrażał jakiekolwiek wątpliwości wobec sakralizacji „wyklętych” identyfikowany był od razu jako wróg narodu i polityczny spadkobierca UB. Parareligijny kult „wyklętych” nie przewidywał i nie przewiduje tolerancji dla innowierców i niewierzących. Ich krytyka – nawet naukowa i udokumentowana źródłowo – była i jest niedopuszczalna. Kult „żołnierzy wyklętych” otrzymał tym samym jeszcze jedną ważną, może najważniejszą, funkcję polityczną. Stał się wygodnym narzędziem zabijania demokratycznej debaty publicznej oraz terroryzowania przeciwników politycznych prawicy.

W celu osłabienia wymowy faktu heroizacji osób odpowiedzialnych za zbrodnie posunięto się do manipulacji, która polegała na włączeniu do panteonu „wyklętych” ofiar represji stalinowskich, takich jak Emil August Fieldorf, Jan Rzepecki, czy Witold Pilecki. Dla animatorów kultu „wyklętych” nie ma przy tym znaczenia, że np. gen. Fieldorf był zdecydowanym przeciwnikiem powojennej walki zbrojnej. Prawda historyczna ma bowiem w tej mitologii najmniejsze znaczenie.

Dla celu pseudohistorycznej podbudowy kultu „wyklętych” stworzono dwa wielkie mity. Pierwszy z nich to mit „powstania antykomunistycznego”, które miało trwać w latach 1944-1963. Datę końcową tego „powstania” wyznacza śmierć Józefa Franczaka „Lalka” z oddziału Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, który zginął w obławie 21 października 1963 roku. Od lutego 1953 roku Franczak nie prowadził jednak żadnej walki zbrojnej, tylko się ukrywał, a jego ostatnią akcją była „akcja ekspropriacyjna”, czyli napad rabunkowy na kasę Gminnej Spółdzielni w Piaskach w powiecie świdnickim.

Kolejnym mitem jest liczba uczestników rzekomego „powstania antykomunistycznego”. Zaczęto od liczby 80 tys., potem pojawiła się liczba 120-180 tys. osób, aż wreszcie Antoni Macierewicz ogłosił 1 marca 2018 roku w Radiu Maryja i TV Trwam, że „wyklętych” było podobno 300 tys. „Po roku 1945 w walce zbrojnej co najmniej do końca lat 50-tych na terenach Rzeczypospolitej Polskiej walczyło co najmniej 300 tysięcy ludzi, walczyło o niepodległość naszego kraju. 300 tysięcy – to jest tyle samo, ile walczyło, ile brało udział w walce z niemiecką, hitlerowską okupacją w latach 1939-1945” – powiedział wówczas Macierewicz[2].

Amnestia z 22 lutego 1947 roku objęła 76744 osoby, które ujawniły swoją działalność podziemną. Jednakże 23257 osób z tej liczby przebywało wówczas w więzieniach. Spośród pozostałych 53517 osób, które wtedy się ujawniły, też nie wszystkie prowadziły walkę zbrojną. Po amnestii z 1947 roku w podziemiu pozostało kilkaset osób, których działalność wygasła na początku lat 50-tych XX wieku. Tymczasem dowiadujemy się od czołowego polityka PiS, że do końca lat 50-tych walczyło w Polsce zbrojnie z ówczesną władzą 300 tys. ludzi… Przypuszczam, że to nie jest ostatnie słowo animatorów mitologii „wyklętych” i prędzej czy później dowiemy się, że w zbrojnej walce z „komuną” brały udział miliony. Taka manipulacja liczbami deprecjonuje wysiłek zbrojny Armii Krajowej, stawiając go w cieniu walki powojennego podziemia antykomunistycznego. W wypowiedzi Antoniego Macierewicza jest jeszcze jeden nieprawdziwy i niebezpieczny wątek – zrównanie okupacji hitlerowskiej i rzeczywistości politycznej Polski powojennej.

Te dwa kluczowe mity – „powstania antykomunistycznego” z lat 1944-1963 oraz domniemanej liczby jego uczestników – kreują najbardziej fałszywą tezę historyczną, jaka wynika z mitologii „wyklętych”. Tezę, że ich wybór polityczny był jedynie możliwym i bezalternatywnym wyborem dla Polaków po 1945 roku oraz że ten wybór był postawą większości ówczesnego narodu polskiego, a nie jego niewielkiego marginesu, jakim byli w rzeczywistości „wyklęci”.

Należy zadać pytanie, dlaczego wśród dowódców zbrojnego podziemia powojennego nie było ani jednego generała, ani nawet wysokiego stopniem oficera? Dlaczego wśród dowódców „wyklętych” mamy oficerów niższych stopni, albo takich, którzy sami mianowali się oficerami?

Żaden z będących wtedy w kraju generałów i wyższych oficerów wojska II RP, AK oraz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie nie poparł powojennego podziemia zbrojnego. Wspomniałem już, że jedną ze sztandarowych postaci dla animatorów kultu „żołnierzy wyklętych” stał się gen. „Nil” – August Emil Fieldorf (1895-1953) – twórca i organizator Kedywu Armii Krajowej oraz zastępca komendanta głównego AK, ofiara haniebnego stalinowskiego mordu sądowego.

W 1944 roku „Nil”, jeszcze jako pułkownik, przeciwstawiał się pomysłowi wszczęcia powstania w Warszawie. Wysłał nawet w tej sprawie list do komendanta głównego AK – gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego. Prawdopodobnie stało się to wówczas przyczyną odsunięcia go od spraw bieżących – „Nil” podzielił los tych oficerów KG AK, którzy sprzeciwiali się szaleńczym planom Leopolda Okulickiego i Tadeusza Pełczyńskiego. Przewidywania „Nila” sprawdziły się – powstanie zakończyło się niewyobrażalna klęską. On sam nie brał w ogóle udziału w powstaniu, oddelegowany do tworzenia kadrowej organizacji „Nie”, której zadaniem było kontynuowanie konspiracji po wkroczeniu Armii Czerwonej. W opinii animatorów kultu „wyklętych” ma to świadczyć o tym, że rzekomo był prekursorem podziemia powojennego, a nawet jego uczestnikiem. Jednakże nie tylko nim nie był, ale należał do ostrych krytyków powojennej irredenty.

Aresztowany przypadkowo, wywieziony w głąb ZSRR, wrócił do Polski w 1947 roku. Dzięki zachowanym meldunkom informatorów UB znamy jego poglądy na ówczesną sytuację polityczną. Uważał, że akcja ujawnienia AK, przeprowadzona przez płk. Jana Mazurkiewicza „Radosława” latem-jesienią 1945 roku, powinna zostać przeprowadzona wiosną 1945 roku, kiedy były inne warunki polityczne. Jedno ze źródeł agenturalnych odnotowało, że Fieldorf „wyraził się, że potępia każdą działalność podziemia i uważa, że najwyższy czas pozytywnie pracować dla kraju”. Ponadto uważał, że w obliczu ewentualnego konfliktu ZSRR z USA Polska „powinna stać na uboczu”. Odrzucał też jakąkolwiek myśl o powstaniu ogólnonarodowym. W ocenie „Nila” pacyfikacja takiego powstania przez ZSRR oznaczałaby utratę potencjału biologicznego Polski o 25 %. Był zatem „Nil” zwolennikiem przetrwania aktywnego – bez angażowania się po stronie PPR/PZPR, ale i bez popierania Zachodu. Jego tragedia polegała na tym, że padł ofiarą terroru stalinowskiego, mimo że nie stanowił żadnego zagrożenia dla Polski Ludowej. Był najwyższym stopniem oficerem AK skazanym na śmierć i straconym w Polsce stalinowskiej.

Czy los, jaki go spotkał jest dowodem na to, że jednak nie był realistą, że rację mieli ci, którzy pozostali po wojnie w podziemiu? Nie, ponieważ „Nilowi” nie chodziło o siebie, ale o naród polski – wyniszczony straszną wojną i okupacją, pragnący żyć i pracować nawet dla takiej Polski, jaka wyłoniła się w 1945 roku. Na inną w tamtych realiach geopolitycznych nie było zresztą szans. „Polska niepodległa”, czyli Polska w amerykańsko-zachodniej strefie wpływów – o jaką walczyli „wykleci” – byłaby w istocie nowym Księstwem Warszawskim, bez Ziem Zachodnich, bynajmniej wcale nie bardziej suwerennym niż Polska w radzieckiej strefie wpływów. Nadzieje „wyklętych” na powstanie takiej Polski w wyniku trzeciej wojny światowej były ponadto całkowicie irracjonalne, ponieważ taka wojna – z użyciem broni atomowej – przyniosłaby Polsce tylko ostateczną zagładę.

Punkt widzenia gen. „Nila” podzielało wielu przedwojennych wyższych oficerów i ogromna większość społeczeństwa polskiego, które miało dość wojny, życia w strachu, widoku śmierci. Większość Polaków nie była entuzjastami ani ideologii komunistycznej ani metod sprawowania władzy przez komunistów, ale popierała wprowadzone przez nich w latach 1944-1946 reformy społeczne. Zwłaszcza reformę rolna, której nie potrafiła przeprowadzić II Rzeczpospolita. W ówczesnym społeczeństwie polskim nie było politycznego poparcia dla powrotu rzeczywistości społeczno-politycznej II RP i to była jedna z przyczyn izolacji politycznej oraz porażki powojennego podziemia zbrojnego.

Otwartego poparcia dla władz Polski pojałtańskiej udzielił w 1945 roku m.in. gen. Juliusz Rómmel (1881-1967). Po powrocie z niewoli niemieckiej został w sierpniu 1945 roku na własną prośbę przyjęty przez Bolesława Bieruta, a następnie wstąpił do „ludowego” wojska, w którym w latach 1945-1947 zajmował stanowisko doradcy ds. szkolenia Naczelnego Dowódcy WP. Krzewiciele kultu „wyklętych” nazywają go dzisiaj „zdrajcą” i twierdzą, że „oddał duszę Bierutowi”[3].

Drogą takiej „zdrady” poszli też tacy generałowie wywodzący się z wojska II RP jak Franciszek Herman (1904-1952), Stefan Mossor (1896-1957), Bruno Olbrycht (1895-1951), Gustaw Paszkiewicz (1892-1955), Mikołaj Prus-Więckowski (1889-1961), Bolesław Szarecki (1874-1960) i Stanisław Tatar (1896-1980). Dla nich nie był to łatwy wybór polityczny. Bolesław Szarecki po dostaniu się do niewoli radzieckiej w 1939 roku był więźniem m.in. obozu w Kozielsku i cudem uniknął egzekucji w Katyniu. Mimo to pod koniec 1945 roku jako pierwszy generał Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie powrócił do kraju i podjął służbę w „ludowym” wojsku. Organizował w nim nowoczesną wojskową służbę zdrowia. Bruno Olbrycht musiał walczyć z powojennym podziemiem, czyli z dawnymi towarzyszami broni – kierował m.in. największą akcją pacyfikacyjną na obszarze województw warszawskiego, białostockiego i lubelskiego, przeprowadzoną w lutym 1946 roku. Nie był to też wybór bezpieczny. Spośród wymienionych generałów Franciszek Herman, Stefan Mossor i Stanisław Tatar stali się ofiarami terroru stalinowskiego. W ich przekonaniu był to jednak wybór najbardziej realny. Chcieli służyć takiemu państwu polskiemu, jakie mogło istnieć w tamtych realiach geopolitycznych.

Większość ówczesnego społeczeństwa polskiego w pierwszej kolejności chciała odbudować ojczyznę ze zniszczeń wojennych. Setki tysięcy Polaków nie walczyły do końca lat 50. w lasach, ale odbudowywały Warszawę, a miliony cały kraj. W odbudowie tej uczestniczył m.in. przedwojenny wicepremier i minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski (1888-1974) – bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego. Mimo krytyki ze strony emigracji i opozycji w kraju, powrócił do Polski 8 lipca 1945 roku. W latach 1945-1948 kierował odbudową gospodarki morskiej jako Delegat Rządu dla Spraw Wybrzeża, a w latach 1947-1952 był posłem na Sejm Ustawodawczy. W swoim przemówieniu z 1945 roku stwierdził: „Tu nad bałtyckim wybrzeżem ofiarowuje nam historia szanse jakich nie mieliśmy prawie od pięciu wieków. Musimy więc skupić wszystkie siły i wszystkie uzdolnienia tkwiące w naszym narodzie, by te możliwości wyzyskać w pełni”.

To był najbardziej dojrzały niezależny polski program polityczny, jaki wówczas sformułowano. Program pracy dla Polski w takich warunkach politycznych, jakie wtedy były. Nie po to, by tworzyć komunizm, ale po to, by budować polską siłę gospodarczą, naukową, czy sportową. Kadra techniczno-zarządzająca – złożona przecież z przedwojennych inżynierów – chciała wtedy odbudowy zakładów pracy i rozpoczęcia w nich produkcji. Tak samo myśleli robotnicy i ogromna większość młodzieży wiejskiej, której nowy ustrój stworzył nieznane dotąd szanse kształcenia się i awansu społecznego. Tak myślała też większość pokolenia Kolumbów – czyli akowskiej młodzieży inteligenckiej. Wielu z nich nie uniknęło represji stalinowskich, ale także wśród tej młodzieży panowało przekonanie, że należy się przede wszystkim kształcić, a przedwojenna kadra naukowa – która przystąpiła do odbudowy szkolnictwa wyższego – chciała jej to ułatwić.

Nie tylko ludzie PPR i PPS, czy części mikołajczykowskiego PSL byli przeciwnikami powojennego podziemia zbrojnego. Postawa tych, którzy tę walkę prowadzili nie miała zrozumienia i poparcia u większości ówczesnych Polaków, także nastawionych antykomunistycznie. Dzisiaj niektórzy przedstawiciele szeroko rozumianego obozu prawicy zaczynają rozumieć jaką fikcją historyczną jest mitologia „wyklętych”. Pojawiły się ostrożne głosy krytyki powojennego podziemia (Piotr Zychowicz, Paweł Kukiz). Zrozumiano bowiem, że istnieje coś takiego jak pamięć społeczna, która potrafi być odporna nawet na najbardziej bezrozumną indoktrynację.

Mimo tego mit „wyklętych” nadal pozostaje fundamentem prawicowej polityki historycznej, a inna po 1989 roku w Polsce nie powstała. Nie może być inaczej, ponieważ jednym z celów tej polityki jest zwalczanie realizmu politycznego oraz gloryfikacja polskiego szaleństwa politycznego, poczynając od XVIII- i XIX-wiecznych powstań, poprzez powstanie warszawskie, a na „wyklętych” kończąc.

[1] R. Wnuk, Czy tzw. żołnierze wyklęci są powodem do dumy?, (w:) 100 pytań na 100 lat historii Polski (1918–2018). Pomocnik historyczny „Polityki” Nr 5/2018, s. 62.

[2] Cyt. za: A. Macierewicz: Żołnierze Wyklęci nie potrzebują tylko odświętnych przemówień. Potrzebują obecności tego, za co i o co walczyli, http://www.radiomaryja.pl, 1.03.2018.

[3] M. Gałęzowski, Zdrada generała Rómmla. Trzy kompromitacje byłego dowódcy Armii „Łódź”, http://www.superhistoraia.pl/historia-do-rzeczy, 13.02.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 28 lutego 2018 r.

„Przegląd” nr 9 (999), 25.02-3.03.2019, s. 8-12

Reklamy

5 uwag do wpisu “Mitologia „wyklętych”

  1. Cześć i chwała Żołnierzom Wyklętym!
    1 Marca Dniem Pamięci o tych Żołnierzach, którzy tworzyli – aż do powstania „Solidarności” – najliczniejszą formą zorganizowanego oporu społeczeństwa polskiego wobec narzuconej komunistycznej władzy i terroru stalinowskiego w Polsce.

    Polubienie

  2. Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych ustanowił w 2011 r. parlament „w hołdzie Żołnierzom Wyklętym – bohaterom antykomunistycznego podziemia, którzy w obronie niepodległego bytu Państwa Polskiego, walcząc o prawo do samostanowienia i urzeczywistnienia dążeń demokratycznych społeczeństwa polskiego, z bronią w ręku, jak i w inny sposób przeciwstawili się sowieckiej agresji i narzuconemu siłą reżimowi komunistycznemu”.

    Polubienie

  3. 1 marca, jak co roku, obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Tego dnia w 1951 roku w więzieniu mokotowskim w Warszawie rozstrzelano siedmiu członków IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”: Łukasza Cieplińskiego, Mieczysława Kawalca, Józefa Batorego, Adama Lazarowicza, Franciszka Błażeja, Karola Chmiela i Józefa Rzepkę.
    Święto jest wyrazem hołdu dla żołnierzy drugiej konspiracji za świadectwo męstwa, niezłomnej postawy patriotycznej i przywiązania do tradycji patriotycznych, za krew przelaną w obronie Ojczyzny. Szacuje się, że w powstaniu antykomunistycznym walczyło: w organizacjach i grupach konspiracyjnych 250-300 tys. ludzi a w oddziałach partyzanckich ok. 20 tysięcy żołnierzy.

    Lata 1944–1947 cechował powszechny opór wobec komunistycznego reżimu. Później, w wyniku represji, uznania Polski Ludowej na arenie międzynarodowej i osamotnienia powstańców, opór stopniowo tracił na sile, jednak trwał jeszcze wiele lat. Ostatni ukrywający się partyzant Józef Franczak ps. „Lalek” zginął w walce w 1963 roku. Oprócz tych, którzy świadomie podjęli walkę z systemem komunistycznym, represje czekały także tych, którzy po wojnie próbowali normalnie żyć. Przyczyną ich wyklęcia była działalność patriotyczna i konspiracyjna przeszłość z czasów wojny. Przykładem jest por. Jan Rodowicz ps. „Anoda” skatowany w siedzibie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego na ul. Koszykowej, czy gen. August Emil Fieldorf ps. „Nil” skazany na śmierć i powieszony w więzieniu na ul. Rakowieckiej.

    Opór Żołnierzy Wyklętych zwanych też Niezłomnymi praktycznie uniemożliwił w pierwszych latach PRL-u kolektywizację wsi na terenach centralnej i wschodniej Polski. Władza ludowa przez lata nie mogła wprowadzać w całości swojego planu sowietyzacji Polaków, co było jednym z czynników upadku komunizmu w naszym kraju. Dzisiaj jej potomkowie szargają pamięcią Żołnierzy Wyklętych.

    Polubienie

  4. Przywracanie pamięci ofiarom ubeckich zbrodni wyraźnie uwiera pana Bohdana Piętkę, czemu daje wyraz w komentowanym artykule.
    Pan Bohdan Piętka nie chce pamiętać, że w okresie stalinowskim nad ujarzmianiem Polaków czuwali oprawcy w rodzaju Różańskiego, Wolińskiej czy ich sługusy takie jak Stefan Michnik. Liczby, do jakich walnie się przyczynili, porażają. W rozprawie z AK, z byłymi żołnierzami Andersa i z całym podziemiem patriotycznym ubecy aresztowali 300 tysięcy kobiet i mężczyzn, głównie akowców. Około 25 tys. z nich zamęczono w kazamatach UB. Aż 8 tys. skazano na śmierć. Wykonano 4,5 tys. wyroków, w tym choćby na młodej dziewuszce Danusi Siedzikównej – Ince czy Rotmistrzu Pileckim.

    Polubienie

  5. Bój oj boli tyłeczek piecze oj piecze pupka pana Piętkę. Odrodzenie patriotyzmu i przywrócenie godnej pamięci bohaterów narodowych tak bardzo boli. Bardzo dobrze. Ma boleć 😀.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s