Historia według Juszczenki

Zanim Rosja dokonała 25 listopada kolejnej „agresji” na ukraiński holownik i dwa kutry na „Morzu Azorskim” – jak nazwał Morze Azowskie znany neoliberalny mąż stanu z Warszawy – zanim neoliberalni i antyliberalni, konserwatywni i libertyńscy, antykomunistyczni i postkomunistyczni, patriotyczni i kosmopolityczni, nacjonalistyczni i internacjonalistyczni mężowie stanu z Warszawy i okolic zaczęli jeden przed drugim ścigać się w składaniu deklaracji, że są gotowi poświęcić wszystko za Ukrainę (bynajmniej nie siebie są gotowi poświęcić, ale kraj i naród, w którym pełnią rolę władzy i opozycji; w ich frazeologii „klasy politycznej”), zanim posłuszne im media wylały kolejną rzekę dezinformacji oraz nienawiści wobec znienawidzonej Rosji – wywiadu tygodnikowi „Wprost” udzielił pan Wiktor Juszczenko.

Wywiad ten pojawił się na stronie internetowej tego tygodnika 19 listopada i w jego numerze 47/2018, a więc na sześć dni przed kolejną „agresją” Rosji na Ukrainę. Może to był przypadek, a może nie. Nie wiem. Warto natomiast odnotować, że wywiad ten przeprowadzili Marcin Dzierżanowski i Olga Wasilewska, którzy potraktowali swojego rozmówcę ze śmiertelną powagą, przyjmując na serio wszystko co im powiedział. Takie to już jest polskie mainstreamowe dziennikarstwo, że absurd i hucpę traktuje jako prawdę obiektywną, a logiczne myślenie za przejaw tzw. niepoprawności politycznej.

Niewielu już ludzi na świecie – nawet na Ukrainie – pamięta kto to był Wiktor Juszczenko. Ale w Polsce „klasa polityczna” i jej media traktują tego pana jak jakiegoś wielkiego męża stanu, czyli drastycznie nieproporcjonalnie w stosunku do jego ciężaru gatunkowego. Być może muszą go tak traktować, bo taki padł rozkaz. Z Waszyngtonu, z Kijowa, albo diabli wiedzą skąd. Warto odnotować wywiad pana Juszczenki dla „Wprost”, ponieważ jest on niczym innym jak instrukcją dla nadwiślańskiej „klasy politycznej”. Instrukcją co ma aktualnie myśleć. Warto wiedzieć skąd władza i opozycja w Polsce czerpią swoje natchnienie do uprawiania tzw. polityki wschodniej. Warto wiedzieć jakie tezy są im podsuwane i jakiego rodzaju paliwo służy do podsycania ich dziecinnej rusofobii.

Już sam tytuł wywiadu pana Juszczenki jest porażający: „O niepodległość Ukrainy Bandera walczył tymi samymi metodami, co Piłsudski o Polskę”. Nie wiedziałem, że Piłsudski był ludobójcą, że planował i przeprowadzał czystki etniczne, które nauka sklasyfikowała jako genocidium atrox (ludobójstwo zwyrodniałe). Nie wiedziałem też, że był terrorystą tego typu co Bandera. Pomiędzy działalnością Organizacji Bojowej PPS a terrorem OUN w II RP i później nie ma żadnego porównania i o tym powinni wiedzieć rozmówcy pana Juszczenki, którzy tak a nie inaczej zatytułowali ten wywiad. Nie ma też żadnego porównania pomiędzy kolaboracją watażki Bandery i jego obozu politycznego z III Rzeszą Niemiecką a współpracą Piłsudskiego z państwami centralnymi w pierwszych trzech latach pierwszej wojny światowej. Dając taki tytuł wywiadu „Wprost” świadomie wpisał się w manipulację i fałszerstwo podsuwane przez pana Juszczenkę.

„To, co w ostatnich dwóch latach wydarzyło się w stosunkach polsko-ukraińskich, to sukces Moskwy, wynik kremlowskiej operacji, nie rozumiem tego, co się dzieje w Polsce – powiedział Wiktor Juszczenko” – taki natomiast nagłówek dala redakcja „Wprost” pod wspomnianym tytułem wywiadu. Nagłówek ten zawiera kwintesencję wywodów rozmówcy „Wprost”, które świetnie wpisują się w styl propagandy państwowej w Polsce. Wiadomo nie od dzisiaj, że w Polsce wszelkie zawiłości świata i polityki wyjaśnia się przez doszukiwanie się we wszystkim zdradzieckiej i podstępnej ręki Kremla. Wystarczy powiedzieć „kremlowska operacja”, „agenci Rosji” – a logiczne myślenie zostaje natychmiast wyłączone. No ale gdzie pan Juszczenko widzi tę „kremlowską operację”? Przecież pan minister Jacek Czaputowicz wielokrotnie deklarował, że wspieranie pomajdanowej Ukrainy jest polską racją stanu i z tym stanowiskiem zgadza się cała polska „klasa polityczna” od Kwaśniewskiego i Cimoszewicza, przez Tuska i Schetynę do Kaczyńskiego, Dudy i Morawieckiego.

Niemal codziennie tutejsza „klasa polityczna” daje dowody swojego umiłowania Ukrainy bez względu na fakty i realia. Gdzie zatem jest ta ręka Kremla? Co takiego wydarzyło się w „ostatnich dwóch latach”, co tak boli pana Juszczenkę i obciąża jego zdaniem stosunki polsko-ukraińskie? Ano wydarzyło się to, że są w Polsce ludzie, którzy nie chcą milczeć w sprawie pamięci o ofiarach ludobójstwa banderowskiego i publicznego kultu sprawców tego ludobójstwa na Ukrainie. Wydarzyło się to, że tutejsza „klasa polityczna” musiała się częściowo ugiąć pod presją społeczną i zgodzić się np. na ustanowienie 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej, na demontaż niektórych nielegalnych pomników UPA w województwie podkarpackim oraz na dopuszczenie do debaty publicznej prawdy historycznej o tym, co stało się w latach 1943-1944 na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. To boli pana Juszczenkę. To jest ta „kremlowska operacja”.

Dlatego pan Juszczenko wyrzuca z goryczą, że „zaczęliśmy znowu liczyć wzajemne ofiary i odmierzać litry przelanej krwi”. No tak, a po co je odmierzać? Niechże Polacy nie przeszkadzają Ukrainie budować swojej tożsamości państwowo-narodowej na kulcie ideologii odpowiedzialnej za te ofiary i na kulcie tych, którzy osobiście przelali te litry krwi. Taka jest przecież cena funkcjonowania antyrosyjskiej Ukrainy, a istnienie takiej właśnie Ukrainy  – z czym zgadza się cała polska „klasa polityczna” – ma być polską racją stanu.

„Nasza sytuacja przypomina tę, która występuje między dwiema sąsiadującymi od pokoleń rodzinami. Ktoś komuś ukradł kurę, ktoś komuś wszedł w szkodę, nikt już nie dojdzie, kto był pierwszy, ale każdy jakoś czuje się poszkodowany i pokrzywdzony. Jedynym wyjściem jest powiedzieć: Przeprośmy się nawzajem za wszystko, przestańmy rozpamiętywać i idźmy dalej” – wywodzi pan Juszczenko.

A więc barbarzyńskie wymordowanie 130 tys. ludzi, wypędzenie dalszych kilkuset tysięcy oraz zniszczenie materialnych śladów ich historii i kultury – to jest dla pana Juszczenki kradzież kury. Widać tutaj od razu ogromną pogardę dla ofiar ludobójstwa i bark jakiegokolwiek poczucia winy za zbrodnię. Nie zauważa ten pan prostej wydawałoby się rzeczy, że zanim dojdzie do przeprosin musi nastąpić uznanie własnej winy, co w wypadku Ukrainy musi oznaczać odrzucenie kultu zbrodniarzy banderowskich i obecności ich ideologii w życiu publicznym tego kraju. Pan Juszczenko tego nie może zauważyć, ponieważ nie został ukształtowany przez kulturę europejską, wyrastającą z tradycji antycznej filozofii greckiej i chrześcijaństwa, tylko przez kulturę banderowską (faktycznie faszystowską), która z kulturą europejską nie ma nic wspólnego. No i jego postulat, żeby przestać rozpamiętywać historię dotyczy tylko strony polskiej. Nie dotyczy przecież strony ukraińskiej, gdzie rozpamiętywanie prawdziwych i urojonych win Polski wobec Ukraińców cały czas ma miejsce w przestrzeni publicznej. I to nie tylko w propagandzie środowisk postbanderowskich.

W swoim wywiadzie pan Juszczenko powtórzył wszystkie znane tezy banderowskiej propagandy na temat historii i współczesności. Doszedł na koniec do wniosku, że nad stosunkami polsko-ukraińskimi ciąży uchwalona przez polski Sejm w 2016 roku ustawa o ustanowieniu 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP. To go najbardziej boli. To mu nie daje spokoju.

„O jakim porozumieniu można mówić, gdy polskie władze przyjmują ustawę o ukraińskim ludobójstwie na Polakach? Czy naprawdę uważacie, że Ukraińcy nigdy nie padali waszymi ofiarami? Że na swoim historycznym koncie nie mamy podobnych doświadczeń?” – grzmi Juszczenko. Przyznam, że nic o tych „podobnych doświadczeniach” nie wiem, ponieważ ani represje II RP wobec nacjonalistów ukraińskich, ani Sahryń, Piskorowice i Pawłokoma, ani operacja „Wisła” nie są w najmniejszym stopniu porównywalne z ludobójstwem dokonanym przez OUN i UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Ale według propagandy banderowskiej są porównywalne i fałszywe tezy tej propagandy powiela właśnie pan Juszczenko.

Czy tylko on? Przecież to co powiedział Juszczenko w wywiadzie dla „Wprost” można było już wielokrotnie przeczytać na łamach i portalu np. „Gazety Polskiej”.

Weźmy chociażby taki fragment z wywiadu Juszczenki: „O niepodległość Ukrainy Bandera walczył tymi samymi metodami, co Piłsudski o Polskę [sic!]. Ani jeden, ani drugi nie był świętym i po wodzie nie chodził. Ale ważne jest to, co ci ludzie zrobili dla swoich narodów”. Albo taki: „Polacy, proszę was, żebyście to zrozumieli: my naprawdę nie czcimy Bandery jako kogoś, kto walczył przeciwko wam! Patrzymy na niego jako na bohatera walk o niepodległość Ukrainy. Hołd, który oddajemy Banderze, nie ma charakteru antypolskiego, jest natomiast ważny dla przyszłości Ukrainy”.

Czy tego już kiedyś nie słyszeliśmy od Tomasza Sakiewicza, Jerzego Targalskiego, Piotra Lisiewicza, Dawida Wildsteina, Ewy Stankiewicz, czy Agnieszki Romaszewskiej-Guzy? Czy pod tym nie mogliby się też podpisać Adam Michnik, Sławomir Sierakowski, Aleksander Kwaśniewski albo Włodzimierz Cimoszewicz? Mogliby. Wywiad pana Juszczenki dla „Wprost” zapewne dostarczył tej „klasie politycznej” nowego paliwa i upewnił ją co ma myśleć.

Odpowiedź na pytanie, kiedy Polska zacznie układać stosunki z chorym człowiekiem Europy zza południowo-wschodniej granicy z pozycji własnych interesów, kiedy porzuci szkodliwe mrzonki o „polityce jagiellońskiej” i przestanie traktować Ukrainę jak dziecko specjalnej troski brzmi: nigdy. Nie przy tej „klasie politycznej”. Albowiem interesem tej „klasy politycznej” jest trwanie za cenę wpisywania się w realizację najbardziej absurdalnych celów polityki amerykańskiej, a więc za cenę tolerowania i wspierania Ukrainy o obliczu pana Juszczenki.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 grudnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 51-52 (2219/2220), 16-23.12.2018, s. 10

Reklamy