Powrót Chicago Boys

28 października br. na prezydenta Brazylii został wybrany Jair Messias Bolsonaro (ur. 1955 r.). W pierwszej turze zdobył 46,4 proc. głosów, a w drugiej 55,2 proc. głosów, pokonując Fernando Haddada z Partii Pracujących. Wybory te odbyły się w sytuacji głębokiego kryzysu politycznego i gospodarczego Brazylii, co nie jest obojętne dla świata, ponieważ największe państwo Ameryki Łacińskiej jest piątym co do wielkości i szóstym na świecie pod względem liczby ludności. Wynik tych wyborów oznacza nie tylko upadek rządów Partii Pracujących, ale także koniec brazylijskiej wersji boliwarianizmu – czyli socjalizmu XXI wieku – oraz powrót w jego miejsce wydawałoby się już doszczętnie skompromitowanego neoliberalizmu. Zwycięstwo Bolsonaro oznacza również odzyskanie przez USA kontroli nad największym państwem i największą gospodarką Ameryki Łacińskiej.

Nie będę przeprowadzał szczegółowej analizy przyczyn załamania się w Brazylii rządów Partii Pracujących oraz analizy przyczyn i okoliczności obalenia przez proamerykański establishment dwóch charyzmatycznych lewicowych prezydentów tego kraju – Luiza Inácio Luli da Silvy (2003-2011) oraz Dilmy Rousseff (2011-2016) – którzy wyciągnęli miliony Brazylijczyków ze skrajnej biedy i znacząco zmniejszyli zależność ekonomiczną tego kraju od północnoamerykańskich korporacji. Szczegółowe analizy na ten temat przeprowadził w ostatnich latach Jarosław Pietrzak. Odsyłam zatem do jego publicystyki. Jako jej podsumowanie zacytuję tylko najważniejsze tezy jego artykułu pt. „Jair Bolsonaro i upadek Partii Pracowników”, który został opublikowany 3 listopada na portalu strajk.eu.

Red. Pietrzak określił Jaira Bolsonaro jako „faszystę”, który jeszcze dwa lata temu był elementem politycznego folkloru. Można dyskutować nad tym czy Bolsonaro rzeczywiście jest faszystą, czy nie. Faktem jest jednak, że Bolsonaro w swoich populistycznych i demagogicznych wypowiedziach wielokrotnie pochwalał przemoc wobec przeciwników politycznych, w tym proamerykańskie dyktatury w Ameryce Łacińskiej, z dyktaturą Augusto Pinocheta (1973-1990) na czele, a także szczycił się, że jego pradziadek był „żołnierzem Hitlera”. Zapowiedział też krwawą rozprawę z lewicą, nazywając jej przedstawicieli „czerwonymi śmieciami”. Takie wypowiedzi miał również w przeszłości. W 1999 roku stwierdził np., że należy rozwiązać parlament i wprowadzić dyktaturę, a jedynym rozwiązaniem problemów kraju jest natychmiastowe wymordowanie 30 tys. ludzi. Uważa także, że Pinochet wymordował za mało ofiar. 63-letni Bolsonaro nie ukrywa też uwielbienia dla Donalda Trumpa oraz Izraela i wzorem prezydenta USA chce po objęciu rządów natychmiast przenieść ambasadę Brazylii do Jerozolimy.

Istotne jest spostrzeżenie Pietrzaka, że prezydent-elekt Brazylii był „finansowany przez wielką własność ziemską i przemysły ekstraktywne, obiecał im wolną rękę w ich wymarzonej grabieży Amazonii, co niewątpliwie przyspieszy i pogłębi katastrofę klimatyczną. Jego zwycięstwo oznacza też najprawdopodobniej rychły upadek lub kapitulację pozostałych na polu walki lewicowych projektów politycznych w Ameryce Południowej. Bolsonaro reprezentuje militarystyczną (był wojskowym) brazylijską tradycję polityczną, która głosiła, że »co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii« i dumnie uczestniczyła w Operacji Kondor mającej na celu brutalne wyniszczenie lewicy w całej Ameryce Łacińskiej”.

Dlaczego jednak połowa brazylijskich wyborców go wybrała? Zdaniem Jarosława Pietrzaka decydującą rolę w jego wyborze „odegrała wielkomiejska, głównie biała, klasa średnia, która ma największą skłonność do elitarystycznego kręcenia nosem, że Bolsonaro i Partia Pracowników (Partido dos Trabalhadores, PT) to samo zło. Mogą sobie pozwolić na taką »estetyczną« postawę, bo to nie oni zapłacą prawdziwą cenę za dojście Bolsonaro do władzy. Oprócz wszystkiego, co o nim wyżej powiedziałem, jest on jednocześnie skrajnym neoliberałem, zwolennikiem prywatyzacji i deregulacji wszystkiego, a także demontażu prawa pracy i państwowego systemu emerytalnego. Dlatego tak już go polubiły mityczne »rynki światowe«, a giełda brazylijska wpadła po wyborach w euforię”.

Przyczyną klęski kandydata PT – zdaniem Pietrzaka – „jest oczywiście to, że oligarchom udało się, przy pomocy lojalnego wobec nich systemu sprawiedliwości, wsadzić w kwietniu br. do więzienia najpopularniejszego kandydata, Lulę właśnie, rzekomo za korupcję. Lula bez dwóch zdań wygrałby te wybory. Przypomnę, że jedyną udowodnioną winą byłego prezydenta jest to, że jeden z wielkich koncernów budowlanych podarował mu luksusowy apartament z widokiem na ocean, a jedynym dowodem, że Lula ten prezent przyjął, są zeznania samych łapówkodawców, którzy w zamian za to świadectwo sami zostali zwolnieni od odpowiedzialności. Żadnych dokumentów ani innych dowodów materialnych, że Lula kiedykolwiek ten »prezent« przyjął, że postawił tam stopę – nie przedstawiono. Jakby komuś tego było mało na dowód, że wyrok motywowany był wyłącznie politycznie, interesem oligarchów, Lulę poddano takiemu rygorowi, że prasa nie ma do niego dostępu – w kraju, w którym skazani szefowie gangów narkotykowych nie doświadczali takich obostrzeń. A jakby i tego było mało, to Bolsonaro właśnie zaoferował odpowiedzialnemu za śledztwo Lava Jato sędziemu Sergio Moro, który doprowadził do uwięzienia Luli, polityczną nagrodę: tekę ministra sprawiedliwości”.

Przyczyn klęski PT red. Pietrzak upatruje dalej w tym, że jej długoletnie rządy obudziły „nadzieje na gruntowną przebudowę brazylijskiego społeczeństwa, jednego z najbardziej niesprawiedliwych na świecie, ale [prezydent Lula da Silva] liczył na to, że uda się tego dokonać wyłącznie drobnymi reformami redystrybucyjnymi. W dodatku dotyczyły one jedynie bieżącego dochodu (a nie np. ziemi), a w gruncie rzeczy była to redystrybucja samego wzrostu gospodarczego. Ten ostatni na dodatek oparty był w znacznym stopniu na hossie surowcowej, która nigdy nie trwa wiecznie. Ale to nieprawda, że wszystko rozbiło się o ropę, że PT wpadła w tarapaty i skończyła tam, gdzie jest dzisiaj, tylko dlatego, że jej ceny się załamały. Chodzi o to, że Lula chciał rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa. Chciał zlikwidować biedę, nie odbierając niczego oligarchom. Dlatego nie ruszył latyfundystów (żadnej reformy rolnej), nie ruszył finansjery (utrzymał absurdalnie wysokie stopy procentowe, jedne z najwyższych na świecie), nie ruszył wielkich mediów (nie rozbił monopoli, nie znacjonalizował choćby części Globo, nie założył telewizji publicznej), przemysłowcom zapewnił rządowe kontrakty, a wojskowym poczucie, że Brazylia znowu jest mocarstwem, a więc i oni są ważni (…). Gdy jednak do Brazylii dotarł w końcu kryzys, oligarchia użyła całej zachowanej władzy, by uniknąć, choćby po trupach, zapłacenia za niego choćby części rachunku. Użyła barier klasowych strzegących dostępu do prestiżowych zawodów, które zapewniają, że ostatecznie sędziami zostają tylko dzieci bogatych, dzieci ich lub ich klientów, by wsadzić Lulę do więzienia. Użyła kolosalnie wysokich finansowych progów dostępu do zawodowej polityki, by mieć pewność, że w Kongresie będzie dość ludzi na jej pasku, żeby przegłosować impeachment Dilmy Rousseff pomimo braku podstaw prawnych. A potem, by zapewnić, że Brazylijczycy nie będą nigdy mieli żadnego prawdziwego outsidera jako alternatywy, wpadną więc w sidła takiego błazna jak Bolsonaro. Użyła swoich nienaruszonych monopoli medialnych, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za kryzys, pomimo iż to właśnie polityka PT zdołała w rzeczywistości opóźnić jego uderzenie o kilka dobrych lat. Użyła ich, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za brazylijską korupcję, pomimo iż to PT uruchomiła zmiany w prawie i jego egzekwowaniu, które spowodowały, że korupcję zaczęto w ogóle poważnie traktować (…). Strategia PT polegająca na tym, żeby rozwiązać problem biedy, nie dotykając problemu bogactwa, a więc nie antagonizując oligarchii, miała wysoką cenę. Rezygnując z zadania zmiany struktury brazylijskich stosunków władzy, ograniczając się głównie do usuwania i minimalizowania jej szkód, PT musiała się dostosować do obowiązujących w tej strukturze zasad postępowania i coraz bardziej upodobniła się do reszty klasy politycznej”.

Jarosław Pietrzak zwrócił też uwagę na ciekawe okoliczności obalenia przez oligarchię brazylijską prezydent Dilmy Rousseff w 2016 roku: „Dziwnym zbiegiem okoliczności ambasadorką Stanów Zjednoczonych w Asunción w momencie impeachmentu paragwajskiego i w Brasilii w momencie impeachmentu brazylijskiego była ta sama Liliana Ayalde, którą najwyraźniej po udanej operacji w małym kraju przeniesiono do większego, w tym samym celu. Michel Temer, zdradziecki wiceprezydent Dilmy z ramienia Brazylijskiego Ruchu Demokratycznego (kolejna nazwa bez znaczenia), który dzięki jej usunięciu został prezydentem, był od 2006 r. informatorem amerykańskiej ambasady. CIA i Departament Stanu służyły pomocą zarówno w obaleniu Rousseff, jak i w uwięzieniu Luli”.

W kontekście tego co pisze Jarosław Pietrzak trzeba zauważyć, że Prawo i Sprawiedliwość w Polsce jest formacją nieco podobną do brazylijskiej Partii Pracujących. Nie dlatego, że prezydent Lula da Silva bardzo cenił Lecha Kaczyńskiego i uważał go za socjalistę, ale dlatego, że PiS – identycznie jak PT – chce poprzez redystrybucję wzrostu gospodarczego „rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa”. Dlatego PiS powinien wyciągnąć wnioski z analizy red. Pietrzaka na temat przyczyn upadku rządów PT.

Mówiąc o Partii Pracujących i boliwarianizmie trzeba mieć zawsze na uwadze to, że czym innym jest lewica w Europie, a czym innym w Ameryce Łacińskiej. Na latynoamerykańskim obszarze geopolitycznym ruchy lewicowe zawsze były narodowymi ruchami emancypacyjnymi, walczącymi o wyrwanie ich krajów z ekonomicznych i politycznych kleszczy potężnego mocarstwa północnoamerykańskiego i północnoamerykańskich korporacji. Ta próba emancypacji politycznej i ekonomicznej – po początkowych obiecujących sukcesach – załamała się właśnie w Brazylii i załamuje się w Wenezueli – dwóch krajach Ameryki Łacińskiej najbardziej zaawansowanych w realizacji eksperymentu boliwariańskiego (socjalizmu XXI wieku).

Trudno sobie wyobrazić, że Jair Bolsonaro powróci – jak zapowiadał – do najczarniejszego okresu historii Ameryki Łacińskiej, czyli wychwalanych przez niego zbrodniczych dyktatur wojskowych z lat 60., 70. i 80 XX wieku, które gwarantowały dominację USA i północnoamerykańskiego kapitału na tym obszarze geopolitycznym oraz testowały na sterroryzowanych narodach latynoamerykańskich neoliberalizm – wynalazek „Chicago Boys” – zanim zaczęto go testować w Wielkiej Brytanii pod rządami Margaret Thatcher, a po 1989 roku w państwach byłego obozu socjalistycznego. Powrót Bolsonaro do praktyk Pinocheta, junty argentyńskiej (1976-1983), czy nawet junty brazylijskiej (1964-1985), oznaczałby moim zdaniem wojnę domową.

Być może jednak Bolsonaro jej pragnie, bo jego zdaniem przemoc jest najlepszym sposobem rozwiązywania problemów politycznych. Desygnowany przez niego na ministra finansów Paulo Guedes złożył wkrótce po wyborach szokujące oświadczenie: „będziemy wzorować się na neoliberalnym modelu wdrażanym przez Augusto Pinocheta i jego doradców z Chicago”. Guedes zamierza „na dobry początek” „sprywatyzować” 147 państwowych przedsiębiorstw brazylijskich. Nietrudno się domyśleć, że przejmie je kapitał z Ameryki Północnej, który niewątpliwie zainwestował ogromne pieniądze w obalenie rządów PT i zwycięstwo Bolsonaro. Żeby ta inwestycja zwróciła się i przyniosła zyski północnoamerykańskim korporacjom oraz administracji w Waszyngtonie, Bolsonaro i Guedes będą musieli teraz prywatyzować wszystko co nie lata i nie ucieka na drzewa, z systemem emerytalnym włącznie. Wizja w Polsce bardzo miła dla korwinistów, którzy powitali zmianę polityczną w Brazylii z ogromnym entuzjazmem.

To co stało się w Brazylii pokazuje, że Stany Zjednoczone Ameryki nie mają do zaproponowania krajom, które znajdą się w zależności polityczno-ekonomicznej od nich, niczego innego poza neoliberalizmem – systemem idealnym dla nowoczesnego neokolonializmu. Zwycięstwo Bolsonaro oznacza jeszcze jedno – koniec BRICS – czyli nieformalnego bloku politycznego Brazylii, Rosji, Chin, Indii i Republiki Południowej Afryki, którego inicjatorem zresztą był uwięziony obecnie Lula da Silva. Brazylia z tego bloku automatycznie wypada. Bolsonaro będzie śpiewał tak, jak zagrają mu w Białym Domu, a tam nie życzą sobie wpływów rosyjskich w Ameryce Łacińskiej. Główny strateg polityki USA – doradca Białego Domu ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton – ogłosił, że Bolsonaro jest „promotorem wolności” w Ameryce Łacińskiej i razem z Ivánem Duque z Kolumbii stanowi „wielką nadzieję przyszłości” całego regionu. Bolton zapowiedział też obranie „ostrego kursu” wobec Wenezueli, Kuby i Nikaragui, gdzie jeszcze utrzymują się przy władzy rządy niezależne od USA.

Przejęcie Brazylii jest zatem największym sukcesem polityki waszyngtońskiej od przejęcia w 2014 roku Ukrainy i tak jak przejęcie Ukrainy jest częścią strategii otaczania i osaczania Rosji. Strategię tę administracja Donalda Trumpa realizuje równie konsekwentnie jak jej poprzednicy.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 18 października 2018 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2215/2216), 18-25.11.2018, s. 8

To miała być Polska Szklanych Domów

„Biła godzina wpół do pierwszej, kiedy na murach sądu okręgowego w Lublinie został przyklejony pierwszy afisz, ogłaszający po tylu latach powstanie Polski naprawdę Wolnej. Jak to los czasem człowiekowi sprzyja. Niegdyś w więzieniu na katordze, snując marzenia na przyszłość, myślałem o tym, aby doczekać tej chwili kiedy zacznie się ogłaszanie Polski Niepodległej i oto wypadło mi samemu przykleić na murze pierwszy afisz, ogłaszający Narodowi, iż jest Wolny w Wolnej Ojczyźnie” – tak wspominał wydarzenia nocy z 6 na 7 listopada 1918 r. w Lublinie Marian Malinowski (1876-1948), działacz Polskiej Partii Socjalistycznej i członek Organizacji Bojowej PPS, kilkakrotnie skazany i więziony przez władze carskie za działalność niepodległościową, minister robót publicznych w rządzie Ignacego Daszyńskiego i minister bez teki w rządzie Jędrzeja Moraczewskiego.

Jednym z ważniejszych epizodów wydarzeń listopada 1918 roku na ziemiach polskich było utworzenie tzw. rządu lubelskiego, czyli Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej w Lublinie. W dziejach odradzającej się Polski rząd ten odegrał szczególna rolę nie ze względu na swoją działalność – zaledwie kilkudniową, która nie wykraczała poza Lublin – ale program społeczno-polityczny, jaki ogłosił.

Rząd lubelski nie był pierwszym, który aspirował do władzy nad całym krajem, a więc nad odzyskującą niepodległość po 123 latach zaborów Polską. Pierwszą próbę stworzenia rządu ogólnonarodowego podjęła Rada Regencyjna – polski organ władzy zwierzchniej Królestwa Polskiego, powołany 12 września 1917 roku przez okupantów niemieckiego i austro-węgierskiego.

W sytuacji, gdy 5 października 1918 r. nowy rząd niemiecki księcia Maximiliana von Badena zwrócił się do prezydenta USA Woodrowa W. Wilsona z prośbą o zawieszenie broni, Rada Regencyjna postanowiła zdystansować się od Niemiec i wymóc na okupantach przekazanie jej rzeczywistej władzy nad choćby częścią ziem polskich. Dlatego 7 października 1918 r. Rada Regencyjna ogłosiła niepodległość Polski, a 23 października 1918 r. powołała rząd pod prezesurą ziemianina i endeka Józefa Świeżyńskiego. Był to pierwszy rząd Królestwa Polskiego, który nie starał się o akceptację władz okupacyjnych niemieckich i austro-węgierskich. Tworzący ten rząd przedstawiciele endecji rozumieli niestosowność działań u boku Rady Regencyjnej, która reprezentowała orientację sprzeczną z polityką endecji i Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu. Dlatego 3 listopada 1918 r. próbowali obalić Radę Regencyjną i przejąć władzę jako Rząd Narodowy. Próba zamachu stanu została jednak udaremniona, a rząd Świeżyńskiego zdymisjonowany 4 listopada 1918 r. Tym samym przejęcie władzy nad odradzającą się Polską przez prawicę zakończyło się chwilowym niepowodzeniem.

W tym czasie rozpadły się Austro-Węgry (28-31 października 1918 r.), a 3 listopada 1918 r. bunt marynarzy w Kilonii dał początek rewolucji socjalistycznej w Niemczech, która w przeciągu sześciu dni zakończyła żywot II Rzeszy Niemieckiej. Rozpad Austro-Węgier oznaczał koniec władzy austriackiej w Galicji i w okupowanej przez Austriaków części Królestwa Polskiego. Do zwierzchności nad tymi terenami aspirowała powołana w Krakowie 31 października 1918 r. Polska Komisja Likwidacyjna Galicji i Śląska Cieszyńskiego, na czele której stanęli Wincenty Witos (1874-1945) – przywódca prawicowego odłamu ruchu ludowego i polityk endecki hrabia Aleksander Skarbek (1874-1922).

Rewolucja listopadowa w Niemczech nie pozostała bez wpływu na sytuację odradzającej się Polski. Wraz z rozbrajaniem wojsk austro-węgierskich na terenie Generalnego Gubernatorstwa Lubelskiego radykalna lewica (SDKPiL i PPS-Lewica) przystąpiła do tworzenia rad delegatów robotniczych. Największe z nich powstały w Lublinie (5 listopada) i Zagłębiu Dąbrowskim, gdzie po rozbrojeniu wojsk okupacyjnych radykalna lewica utworzyła też Czerwoną Gwardię. Ogółem w listopadzie 1918 roku powstało na ziemiach polskich ponad 100 rad delegatów robotniczych. 6 listopada 1918 r. na 30-tysięcznym wiecu chłopskim w Tarnobrzegu uchwalono usunięcie władz mianowanych przez Polską Komisję Likwidacyjną i powołanie własnych władz – tzw. Republiki Tarnobrzeskiej. Na jej czele stanęli komunista Tomasz Dąbal (1890-1937) i ksiądz Eugeniusz Okoń (1881-1949). Głównym postulatem władz republiki było przekazanie ziemi obszarniczej chłopom. Republika Tarnobrzeska została uznana przez władze odrodzonej Polski za niebezpieczną anarchię i zlikwidowana przez Wojsko Polskie na początku 1919 roku. W czasie pacyfikacji zabito kilkanaście osób, a Dąbal i Okoń zostali aresztowani.

Podobnie było w niedalekim Pińczowie, gdzie z kolei powstała tzw. Republika Pińczowska – kierowana przez działacza SDKPiL Jana Lisowskiego. Zrewoltowani chłopi dokonali tam napadów na Działoszyce i Wodzisław oraz dopuścili się rabunków na okolicznych ziemianach. Jeszcze nie powstała niepodległa Polska, a już zaczęła jej grozić wojna domowa.

W nocy z 1 na 2 listopada 1918 r. w warszawskim mieszkaniu Artura Śliwińskiego (1877-1953) – działacza umiarkowanie lewicowego i propiłsudczykowskiego Stronnictwa Niezawisłości Narodowej – odbyło się zebranie działaczy niepodległościowych. Podjęto na nim decyzję o utworzeniu rządu ogólnokrajowego przeciw środowiskom konserwatywnym Rady Regencyjnej. Na siedzibę tego rządu wybrano Lublin z uwagi na spodziewaną likwidację okupacji austro-węgierskiej. W dniu 6 listopada większość członków mającego powstać rządu przybyła do wolnego od okupanta Lublina, gdzie poprzedniego dnia SDKPiL utworzyła już Radę Delegatów Robotniczych.

Tak oto w nocy z 6 na 7 listopada 1918 r. powołany został Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej pod prezesurą Ignacego Daszyńskiego (1866-1936) – przywódcy Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska Cieszyńskiego, długoletniego posła do parlamentu austriackiego, jednego z najwybitniejszych polityków polskich z Galicji. Platformę polityczną tego rządu stanowiły PPSD, PPS, PSL „Wyzwolenie” oraz Stronnictwo Niezawisłości Narodowej. Faktycznie za powołaniem rządu lubelskiego stał Konwent Organizacji A (lewica piłsudczykowska).

Afisz informujący o utworzeniu Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej. Fot. domena publiczna.

Afisz informujący o utworzeniu Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej. Fot. domena publiczna.

Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej nie zamierzał dokonywać w Polsce rewolucji na wzór bolszewicki lub niemiecki. Wszelkie przemiany społeczne miały zostać zrealizowane na drodze reform parlamentarnych. Dlatego w swoim manifeście rząd lubelski proklamował utworzenie niepodległego i demokratycznego państwa polskiego o ustroju republikańskim. Za najważniejsze zadanie w tej mierze uznał przeprowadzenie demokratycznych pięcioprzymiotnikowych wyborów do Sejmu Ustawodawczego, który miał wyłonić prezydenta. Ponadto zapowiadał całkowite polityczne i obywatelskie równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy pochodzenia społecznego, wyznania religijnego i narodowości, wolność sumienia, druku, słowa, zgromadzeń, pochodów, zrzeszeń, tworzenia związków zawodowych i strajków.

Przyjęty przez rząd lubelski program społeczny był jednak bardzo radykalny i korespondował z niektórymi hasłami rewolucji rosyjskiej i niemieckiej. Postulował przede wszystkim przeprowadzenie reformy rolnej bez odszkodowania dla właścicieli ziemskich poprzez przymusowe wywłaszczenie i zniesienie wielkiej i średniej własności ziemskiej oraz oddanie jej w ręce „ludu pracującego” pod kontrolą państwową, nacjonalizację donacji i majoratów, a także lasów prywatnych i dawnych rządowych, nacjonalizację kopalń, przemysłu naftowego, dróg komunikacyjnych oraz innych działów przemysłu, gdzie da się to od razu uczynić, udział robotników w administracji tych zakładów przemysłowych, które nie zostaną od razu upaństwowione, konfiskatę kapitałów powstałych w czasie wojny w wyniku spekulacji artykułami pierwszej potrzeby i dostaw dla wojska, wprowadzenie ustawodawstwa o ochronie pracy oraz ubezpieczeń od bezrobocia, chorobowych i emerytalnych, wprowadzenie 8-godzinnego dnia pracy w przemyśle, rzemiosłach i handlu, wprowadzenie powszechnego, obowiązkowego i bezpłatnego świeckiego nauczania szkolnego.

Tak radykalny program społeczny przyjął później tylko Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego w 1944 roku. Program rządu lubelskiego wyrażał dążenia polskich socjalistów do stworzenia demokratycznego państwa polskiego, które będzie oparte na ustroju sprawiedliwości społecznej. To był program Polski Szklanych Domów. To określenie z powieści „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego chyba najlepiej oddaje jego charakter. Dzisiaj – po 30 latach eksperymentów neoliberalnych – większość z tych postulatów brzmi jak straszna herezja. Stąd o rządzie Daszyńskiego raczej nie wspomina się obszernie przy okazji rocznic odzyskania niepodległości.

Rząd Daszyńskiego był pierwszym organem władzy na wyzwalających się spod zaborów ziemiach polskich, który oficjalnie ogłosił się rządem ogólnopolskim, narodowym. W jego składzie – oprócz Daszyńskiego – zasiadło wielu później wybitnych polityków II RP: Tomasz Arciszewski, Medard Downarowicz, Marian Malinowski, Jędrzej Moraczewski, Juliusz Poniatowski, Edward Rydz-Śmigły, Wacław Sieroszewski, Stanisław Thugutt i Bronisław Ziemięcki. Udziału w rządzie odmówili – ze względu na jego radykalnie lewicowy charakter – Wincenty Witos i Gabriel Dubiel, którzy wtedy sympatyzowali politycznie z endecją.

Epizod rządu lubelskiego natychmiast zakończył Józef Piłsudski po swoim powrocie z Magdeburga do Warszawy 10 listopada 1918 r. Jego przedstawicielowi – Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu – oświadczył 11 listopada: „wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”. Piłsudski wysiadał już wtedy z czerwonego tramwaju na przystanku niepodległość, o czym jego lewicowi zwolennicy jeszcze nie wiedzieli. 12 listopada 1918 r. Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej złożył dymisję na ręce Piłsudskiego. Powołany w jego miejsce 17 listopada 1918 r. rząd Jędrzeja Moraczewskiego (pierwszy rząd II RP, używający nadal nazwy Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej) z reform rządu lubelskiego utrzymał tylko 8-godzinny dzień pracy oraz legalność związków zawodowych i prawo do strajku. Wprowadził też obowiązkowe ubezpieczenia chorobowe i inspekcję pracy. Dla endecji i tak był to rząd zbyt radykalny, co spowodowało jego upadek i powołanie 16 stycznia 1919 r. „ponadpartyjnego” rządu Ignacego Jana Paderewskiego.

Jedną z głównych trosk władz II Rzeczypospolitej – także władz sanacyjnych po przewrocie majowym 1926 roku – było niedopuszczenie do realizacji najbardziej radykalnych postulatów programu rządu lubelskiego, a zwłaszcza reformy rolnej polegającej na parcelacji majątków obszarniczych. Na zjeździe arystokracji polskiej w Nieświeżu 25 października 1926 r. Józef Piłsudski obiecał, że radykalna reforma rolna nie zostanie przeprowadzona i obietnicy tej dotrzymał. Utrzymanie półfeudalnej struktury własności ziemskiej na wsi stanowiło jedną ze znaczących przyczyn zacofania gospodarczego II RP i pauperyzacji ludności wiejskiej. 11 listopada 2018 r. zostanie odsłonięty pomnik Ignacego Daszyńskiego na placu na Rozdrożu w Warszawie. Daszyński w pełni sobie na to zasłużył. Nie tylko ze względu na swoją działalność niepodległościową i program rządu lubelskiego, ale także obronę demokracji po 1926 roku.

Ignacy Daszyński (1866-1936)

Ignacy Daszyński (1866-1936) 

Bohdan Piętka

Oświęcim, 9 listopada 2018 r.

Antypolski sojusz

Węgiersko-ukraiński konflikt związany z dyskryminacją mniejszości węgierskiej na Ukrainie na tle ustawy językowej oraz wydawania węgierskich paszportów obywatelom Ukrainy doprowadził do obustronnego wydalenia dyplomatów i bardzo ostrych wypowiedzi pod adresem Kijowa ze strony władz węgierskich. Minister spraw zagranicznych Węgier Peter Szijjarto oświadczył, że Ukraina nieustannie łamie podstawowe normy i wartości, a także narusza zobowiązania międzynarodowe. Jego myśli rozwinął prawicowy publicysta Zsolt Bayer, który stwierdził, że „obecne kierownictwo ukraińskie to bez wyjątku łajdacy”. Zdaniem Bayera ograniczanie praw mniejszości narodowych na Ukrainie jest skierowane przeciw Rosjanom, ale w kraju tym żyją także przecież Węgrzy, Rumuni, Polacy i inne mniejszości. „Świetlany Zachód – napisał Bayer – natomiast siedzi jak mysz pod miotłą, bo uważa za dopuszczalne pozbawianie rosyjskiej mniejszości praw. Ale nas to nie interesuje. Nie tylko z powodu Węgrów zakarpackich. Uważamy za niedopuszczalne także naruszanie praw tamtejszych Rosjan czy Rumunów. Właśnie dlatego trzeba łajdackiemu ukraińskiemu kierownictwu jasno powiedzieć: w takich warunkach niech nawet nie marzą o członkostwie w NATO czy UE. Niech najpierw się nauczą jeść nożem i widelcem i zachowywać jak homo sapiens”[1].

Słowa te nie wywołały żadnego rezonansu wśród głównych sił politycznych w Polsce i ich mediów. Natomiast Stany Zjednoczone i Kanada natychmiast stanęły po stronie Ukrainy. Od Kay Bailey Hutchinson – ambasador USA przy NATO – usłyszeliśmy znaną od dawna narrację: „Ukraina jest jednym z kluczowych partnerów, naszych sojuszników (…). Rosjanie się temu sprzeciwiają. Chcemy być silni i myślę, że chce tego całe NATO, aby pomóc Ukraińcom uzyskać niepodległość, którą oni już rozpoczęli dla siebie zdobywać. Na Majdanie w sposób cudowny zwrócono się do narodu, aby być w Unii Europejskiej i NATO i chcemy zrobić wszystko, aby pomóc w tej misji”. Od Węgier pani Hutchinson zażądała, żeby nie blokowały pracy Komisji NATO-Ukraina.

Brak oficjalnej reakcji polskiego rządu i MSZ oznaczał pełne poparcie w tej sprawie dla amerykańskiego sojusznika, co nie dziwi, ponieważ tzw. polska polityka wschodnia – uzasadniana propagandowo majaczeniem o Polsce jagiellońskiej i Trójmorzu – polega na pełnym podporzadkowaniu celom politycznym USA, co sprowadza się do bezwarunkowego wspierania pomajdanowej Ukrainy.

Że tak jest, dowiodło spotkanie ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza ze swoim ukraińskim odpowiednikiem Pawlo Klimkinem w dniu 23 października w Warszawie. W oficjalnym komunikacie MSZ czytamy, że przedmiotem tych rozmów były kwestie „wsparcia Polski na rzecz suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy, sytuacji na nielegalnie anektowanym przez Rosję Półwyspie Krymskim oraz pokojowego rozwiązania konfliktu na wschodzie kraju, a także zagadnienia z zakresu relacji dwustronnych (…). Minister Jacek Czaputowicz ogłosił także przyznanie ukraińskiemu reżyserowi Ołehowi Sencowowi nagrody Pro Dignitate Humana”. Warto w tym miejscu przypomnieć, że ów Ołeh Sencow to nacjonalista ukraiński i członek Prawego Sektora, w którego szeregach uczestniczył w puczu na Majdanie, skazany w Rosji za planowanie działań terrorystycznych. „Tytuł tej nagrody: »Na Rzecz Godności Ludzkiej« w pełni oddaje ideały, o które walczy Ołeh Sencow. Jego gotowość do poświęcenia swojego zdrowia i życia w celu zwrócenia uwagi świata na to, co dzieje się na Krymie, zasługuje na nasz najwyższy szacunek” – podkreślił minister Czaputowicz. Takich bohaterów promuje polski rząd. Przedtem na taki „najwyższy szacunek” polskiego rządu zasługiwała Nadia Sawczenko – obecnie już zapomniana, bo siedząca w ukraińskim więzieniu pod zarzutem współpracy z Rosją.

W komunikacie MSZ czytamy dalej: „Będziemy niezmiennie podnosić kwestie nielegalnej aneksji Krymu i rosyjskiej zbrojnej agresji na wschodzie kraju na forach organizacji międzynarodowych, których jesteśmy członkami – Rady Bezpieczeństwa ONZ, UE i NATO – zapewnił minister Czaputowicz. Strona polska zadeklarowała dalsze popieranie euroatlantyckich aspiracji Ukrainy i jej wysiłków na rzecz reform, których celem jest gruntowna modernizacja państwa i gospodarki kraju. Rozmówcy odnotowali pozytywne trendy we współpracy dwustronnej, począwszy od sfery obronności po rosnącą wymianę towarową i obecność w Polsce bardzo licznej grupy studentów i pracowników z Ukrainy. – Obecność w naszym kraju ponad miliona obywateli Ukrainy jest pozytywnym zjawiskiem dla obu państw. Chcemy, żeby Ukraińcy dobrze się czuli w naszym kraju – powiedział szef polskiej dyplomacji. Podczas rozmów poruszono również trudne kwestie dotyczące przeszłości obu narodów, w tym potrzeby umożliwienia prowadzenia poszukiwań i ekshumacji szczątków Polaków – ofiar wojen i represji politycznych na terytorium Ukrainy, polskiego dziedzictwa kulturowego na Ukrainie oraz sytuacji miejsc pamięci narodowej po obu stronach granicy”[2].

Od razu zwraca uwagę sformułowanie „szczątków Polaków – ofiar wojen i represji politycznych na terytorium Ukrainy”, a przecież chodzi o ofiary ludobójstwa, którego na Polakach dokonali nacjonaliści ukraińscy. Takie sformułowanie jest dla MSZ widocznie nie do przyjęcia, czyli mamy do czynienia z przyjęciem narracji historycznej strony ukraińskiej. Z komunikatu MSZ nie wynika, by Ukraina zmieniła swoje negatywne stanowisko w sprawie ekshumacji ofiar ludobójstwa popełnionego przez OUN i UPA na Polakach oraz ich upamiętnienia. Natomiast sformułowanie, że „rozmawiano o sytuacji miejsc pamięci narodowej po obu stronach granicy” świadczy o tym, że Ukraina nie zrezygnowała ze swojego stanowiska polegającego na szantażu: zgodzimy się na upamiętnienie polskich ofiar OUN i UPA, jeśli Polska zgodzi się na istnienie na swoim terytorium pomników ku czci UPA.

Tyle Ukraina zaoferowała polskiemu rządowi w zamian za bezwarunkowe wsparcie polityczne na arenie międzynarodowej oraz za wsparcie ekonomiczne, polegające m.in. na tworzeniu w Polsce setek tysięcy miejsc pracy dla Ukraińców oraz bezpłatnym kształceniu dziesiątków tysięcy Ukraińców na polskich uczelniach. Tak wygląda w praktyce budowanie „Trójmorza” i „polityka jagiellońska”.

Z komunikatu MSZ nie wynika również, by – w przeciwieństwie do Węgier – strona polska miała jakieś zastrzeżenia do ukraińskiej ustawy językowej. „Radykalizm przyjętej ustawy świadczy o tym, że to parcie ukraińskiego nacjonalizmu, które widzimy niemal codziennie, coraz bardziej się potęguje i nie liczy się z żadnymi uwarunkowaniami i przeszłością” – stwierdził prof. Włodzimierz Osadczy, kierownik Centrum Ucrainicum KUL. W wypowiedzi dla portalu kresy.pl prof. Osadczy zauważył również, że „wszystko co dzieje się w kierunku banderyzacji Ukrainy jest absolutnie sprzeczne z wartościami europejskimi”. Ze strony UE „to, co dzieje się na Ukrainie jest absolutnie pomijane i zbywane milczeniem, panuje na to przyzwolenie. Podczas gdy nacjonalizm zatacza na Ukrainie coraz szersze kręgi”. Ustawa językowa „została zupełnie pominięta, a nawet pochwalona przez USA, a społeczność europejska, deklarująca wrażliwość na sprawy mniejszościowe, również to przeoczyła. To pokazuje, że panuje całkowite przyzwolenie, a nawet zachęcanie strony ukraińskiej do tego, by podążać w tym kierunku”.

Prof. Osadczy zwrócił dalej uwagę, że uchwalenie na Ukrainie szowinistycznej ustawy językowej zbiegło się w czasie z przyjęciem ustawy oficjalnie wprowadzającej do ukraińskiej armii i policji banderowskie pozdrowienie „Sawa Ukrainie! Herojam Sława!”. „Mamy dążenie do konfrontacji – zauważył prof. Osadczy – i żadnych możliwości ustępstw ze strony władz ukraińskich nie ma. Jest silna determinacja i świadomość bezkarności, przyzwolenia na wszystko, co będzie się działo”.

Podkreślił również, że „elity polskie są zupełnie niewrażliwe na sprawy mniejszości polskiej”, a „za sprawą planowej polityki polskich rządów od 1991 roku, mniejszość polska na Ukrainie została de facto zniszczona”. Swoją wypowiedź prof. Osadczy zakończył taką refleksją: „Nieliczne pozostałości mniejszości polskiej zostały zupełnie wyzute z cech polskości. Zostały zdepolonizowane. A co gorsza, przy milczącej zgodzie władz w Warszawie, uległy też potężnemu wpływowi banderyzmu. Niestety, mamy również do czynienia ze zjawiskiem bardzo smutnym, jak osoby polskiego pochodzenia, które hołdują nacjonalizmowi ukraińskiemu (…). Warszawa jest zresztą stolicą przodującą w przyzwoleniu, a nawet zachęcaniu strony ukraińskiej do tego, co jest przez nią obecnie realizowane”[3]

O stosunku władz polskich do poczynań pomajdanowej Ukrainy świadczy chociażby brak ich reakcji na interwencję ambasadora Ukrainy w Pradze, który chciał zablokować emisję filmu „Wołyń” w czeskiej telewizji. Ani ze strony USA i UE – gdzie indziej wrażliwych na przejawy szowinizmu i neonazizmu – ani tym bardziej ze strony Polski nie było też żadnej reakcji na „marsz chwały UPA”, który przeszedł ulicami Kijowa 14 października. Uczestniczyło w nim 10-15 tys. młodych ludzi z zakrytymi twarzami i płonącymi petardami w rękach. Wśród nich było wielu uczestników pacyfikacji Donbasu i członków organizacji ultranacjonalistycznych.

Organizatorem tego marszu były banderowska partia „Swoboda”, Prawy Sektor, Korpus Narodowy, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, neonazistowska organizacja C14, „Tryzub” Stepana Bandery i Kongres Nacjonalistów Ukraińskich. Wznoszono takie hasła jak: „Ukraina ponad wszystko”, „Chwała narodowi – śmierć wrogom”, „Moskala na gałąź”, „Bandera i Szuchewycz naszymi bohaterami” i „Przywrócimy Ukrainę Ukraińcom”. Na Placu Europejskim – gdzie miały miejsce oba tzw. Majdany z 2004 i 2014 roku – odbyło się bicie rekordu w masowym wykonaniu hymnu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów[4]. W tej hucpie uczestniczyli też jako goście ukraińskich nacjonalistów neonaziści z Niemiec. Tego polskie władze też nie dostrzegają i nie chcą wyciągnąć jakiegokolwiek wniosku.

Dla nikogo nie powinno być tajemnicą jakie jest oblicze pomajdanowej Ukrainy i kto nią rządzi oraz jakim celom polityki amerykańskiej służy kreowanie i utrzymywanie neobanderowskiego skansenu w tej części Europy. Zsolt Bayer wyraził to ostro, ale szczerze. W pełni świadome są tego również władze polskie i to akceptują w imię podległości swojej polityki celom polityki amerykańskiej. Przedstawiciele obozu rządzącego Polską przestali już nawet ukrywać to, że uważają nacjonalistów ukraińskich za swoich sojuszników przeciw Rosji i akceptują banderowską Ukrainę.

Następnego dnia po neobanderowskiej, a właściwie neonazistowskiej manifestacji w Kijowie odbyła się w stolicy Ukrainy konferencja poświęcona tematyce tzw. Międzymorza. Organizatorem tej konferencji była ultranacjonalistyczna partia Korpus Narodowy, która wyrosła z neobanderowskiego szwadronu śmierci nazywanego oficjalnie pułkiem „Azow” i jest uważana za neonazistowską. To daje wiele do myślenia i przede wszystkim uświadamia, że współczesne Międzymorze (Trójmorze) nie jest polską koncepcją geopolityczną mającą cokolwiek wspólnego z dawnymi koncepcjami piłsudczyków i Giedroycia o tej samej nazwie, ale pomysłem nacjonalistów ukraińskich, który oni podsuwają polskiej prawicy.

Gośćmi tej konferencji byli dr Jerzy Targalski – publicysta „Gazety Polskiej” i kierownik Studiów Przestrzeni Postsowieckiej Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie, Damian Duda – dowódca Legii Akademickiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Dariusz Materniak – autor książki o litewsko-polsko-ukraińskiej brygadzie LITPOLUKRBRIG, Michał Marek z Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Mariusz Patey – dyrektor Instytutu im. Romana Rybarskiego.

Jerzy Targalski wygłosił referat pt. „Trójkąt Polska-Ukraina-Rumunia jako ważny element bezpieczeństwa regionalnego”. Postulował w nim, by Polska i Ukraina stworzyły strukturę konkurencyjną dla Unii Europejskiej. Stwierdził wprost, że „jest dla nas korzystne stworzyć swoją konkurencyjną Unię dla obrony interesów państw Europy Wschodniej”[5].

W czyim imieniu Targalski to powiedział? Przecież nie w imieniu swoim, tylko w imieniu środowiska „Gazety Polskiej”, które stanowi najtwardsze jądro rządzącej w Polsce partii Prawo i Sprawiedliwość. Damian Duda mówił o polskich doświadczeniach związanych z tworzeniem formacji paramilitarnych, Dariusz Materniak o perspektywach projektu LITPOLUKRBRIG, a Michał Marek o polsko-ukraińskim projekcie modernizacji technologicznej sił zbrojnych Ukrainy. O czym mówił dr Mariusz Patey – przedstawiciel środowiska powołującego się na spuściznę polityczną Romana Dmowskiego, co musi zdumiewać, a nawet szokować – portal kresy.pl dyskretnie przemilczał.

Ze strony wpływowego w obozie władzy środowiska „Gazety Polskiej” mamy już zatem do czynienia z otwartym sojuszem nie z łajdakami rządzącymi Ukrainą, ale z pogrobowcami nazizmu ukraińskiego. Za ten sojusz przyjdzie prędzej czy później zapłacić wysoką cenę społeczeństwu polskiemu, czyli tzw. zwykłym Polakom, żyjącym tu i teraz. Dzisiaj jeszcze nie wiemy jak wysoką. Mam jednak też nadzieję – chociaż może nie powinienem jej mieć – że odpowiedzialność za ten sojusz i jego skutki poniesie też partia Prawo i Sprawiedliwość wraz z kibicującymi jej w tej sprawie oponentami z Platformy Obywatelskiej.

[1] Cyt. za: „Ostre słowa szefa węgierskiego MSZ na temat Ukrainy”, http://www.rmf24.pl, 11.10.2018.

[2] „Rozmowy ministra Jacka Czaputowicza z ministrem spraw zagranicznych Ukrainy Pawło Klimkinem”, http://www.msz.gov.pl, 23.10.2018.

[3] „Ukraina przyjmuje totalitarne ustawy mając świadomość bezkarności, przy poparciu polskich władz”, http://www.kresy.pl, 5.10.2018.

[4] Marsz nacjonalistów na ulicach Kijowa. „Moskala na gałąź”, http://www.tvn24.pl, 15.10.2018; Ulicami Kijowa przeszedł „marsz UPA”, http://www.krersy.pl, 14.10.2018.

[5] „Targalski gościem Azowa”, http://www.kresy.pl, 15.10.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 9 listopada 2018 r.

„Myśl Polska” nr 45-46 (2213/2214), 4-11.11.2018, s. 7