W kierunku konfliktu globalnego

Wiosna 2018 roku przyniosła całkowitą klęskę militarną dżihadystów w Syrii i przyspieszyła tym samym koniec tzw. wojny domowej w tym kraju, czyli trwającej od 2011 roku agresji USA i ich zachodnioeuropejskich sojuszników, realizowanej rękami ekstremistów islamskich. 4 kwietnia w Ankarze spotkali się przywódcy Rosji, Iranu i Turcji (formalnego członka NATO), którzy zapewnili, że są zdecydowani przyspieszyć działania na rzecz „zaprowadzenia pokoju i stabilności w Syrii”. Prezydenci Putin, Rowhani i Erdogan uznali, że format astański (Moskwa, Teheran i Ankara) stanowi jedyną efektywną inicjatywę międzynarodową, która zmierza do zaprowadzenia pokoju w Syrii. Wypowiedzieli się też przeciwko separatyzmowi i tworzeniu w Syrii nowych formacji pod pretekstem walki z terroryzmem[1].

Szczyt w Ankarze oznacza ostateczną klęskę Waszyngtonu i jego sojuszników w wojnie syryjskiej. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Zastosowano scenariusz już wielokrotnie przećwiczony, czyli oskarżono „reżim syryjski” o użycie broni chemicznej przeciw cywilom. Przywódca USA natychmiast zagroził „reżimowi Asada” atakiem odwetowym. Prezydenta Trumpa poparł były premier brytyjski Tony Blair – główny sojusznik USA podczas inwazji na Irak w 2003 roku. Ten sam, który wtedy twierdził, że Irak na pewno posiada broń masowej zagłady i który później przepraszał za te oskarżenia i uwikłanie Wielkiej Brytanii w drugą wojnę iracką[2].

Sytuacja uległa niebezpiecznej eskalacji, kiedy Rosja stanęła w obronie Syrii. Rosyjski ambasador w Libanie Aleksander Zasypkin ostrzegł 10 kwietnia, że amerykańskie rakiety odpalone w stronę Syrii zostaną zestrzelone. Na to następnego dnia odpowiedział Trump w zaskakującym wpisie na Twitterze: „Bądź gotowa Rosjo, bo będą nadlatywać, ładne, nowe i »inteligentne«”[3]. Jednocześnie wysłał w kierunku Syrii grupę uderzeniową marynarki wojennej, a rosyjskie okręty wyszły z portów syryjskich. Świat zaczął się w tym momencie zastanawiać, czy jest to nowy kryzys kubański i czy grozi wybuch trzeciej wojny światowej.

12 kwietnia przywódca USA stonował swoje stanowisko. W kolejnym wpisie na Twitterze oświadczył, że uderzenie militarne przeciw Syrii może nastąpić „bardzo szybko, albo wcale nie tak szybko”[4]. Na ochłodzenie zapału Trumpa wpłynęła zapewne wstrzemięźliwa reakcja Londynu i Berlina. Jest ona całkowicie zrozumiała zważywszy, że w Wielkiej Brytanii i RFN mieszka znacząca diaspora muzułmańska, z której reakcją trzeba się liczyć. Trumpa bezapelacyjnie poparł jedynie prezydent Francji Emmanuel Macron. W tym miejscu trzeba wspomnieć o żenującym komentarzu polskiego prorządowego dziennika „Rzeczpospolita”, który ogłosił, że Macron „ratuje honor Europy”[5]. To mówi wszystko o polskim establishmencie politycznym. Nic więcej dodawać nie trzeba.

Ostatecznie w nocy z 13 na 14 kwietnia USA, Wielka Brytania i Francja zbombardowały trzy miejsca w Syrii, związane ich zdaniem z produkcją broni chemicznej: ośrodek naukowy w Damaszku, magazyny wojskowe w Hims i centrum dowodzenia na północ od Hims[6]. Wygląda na to, że wybrano wariant „ataku ograniczonego”. Do konfrontacji militarnej z wojskami rosyjskimi na razie nie doszło. Należy podkreślić, że wszyscy trzej uczestnicy tego ataku od początku byli stroną „wojny domowej” w Syrii, ukrywającą się za formacjami ekstremistów islamskich.

Nie sposób też nie zauważyć, że zanim 14 kwietnia spadły na Syrię pociski amerykańskie, brytyjskie i francuskie, 9 kwietnia ataku na bazę lotniczą Tiyas w syryjskiej prowincji Hims dokonał Izrael, nie przyznając się do tego[7]. Ta kolejność jest bardzo wymowna.

Kryzys wokół Syrii trafnie skomentował Konrad Rękas: „Obecne, nagłe zaostrzenie sytuacji w Syrii, dosłownie kilka dni po deklaracji Stanów Zjednoczonych o ich częściowym przynajmniej wycofaniu się z działań (de)stabilizacyjnych – pokazuje jak kruchy jest dziś pokój. Wystarczyła jedna rozmowa Donalda Trumpa z premierem Netanjahu, kolejna garść problemów prezydenta USA z własną przeszłością – i już wróciliśmy do punktu wyjścia, do wydarzeń z 2013/14, kiedy świat odliczał czas do lądowej interwencji zbrojnej US Army na terytorium syryjskim. Paradoksalnie, wówczas akcję tę powstrzymało zdecydowane wystąpienie strony rosyjskiej – która dziś wydaje się właściwym celem nowej agresji, zaś jednym z głównych krytyków tamtej polityki Baracka Obamy, był chodzący dziś w jego butach Trump”[8].

Trump miał być tym, który doprowadzi do deeskalacji w stosunkach amerykańsko-rosyjskich. A stał się bezwolnym narzędziem partii wojny i lobby izraelskiego. Politykiem bez charakteru, bez polotu, bez wizji i bez zasad. Nie o Syrię tu oczywiście chodzi, ale o Rosję, do której obóz euro-atlantycki ma pretensje o brak „demokracji”, czyli o to, że pod rządami Putina nie dała się skolonizować gospodarczo. Od początku lat 80. XX wieku świat nie był jeszcze tak blisko rozpętania wojny globalnej, jak teraz.

Popatrzmy zatem jak doszło do obecnego kryzysu.

Można oczywiście cofnąć się do początku grudnia 1989 roku, kiedy Michaił Gorbaczow i George H. W. Bush senior ogłosili koniec „zimnej wojny”. Waszyngton rozumiał jednak koniec „zimnej wojny” inaczej niż Moskwa, czyli jako swoje zwycięstwo, które dało mu prawo do jednobiegunowej dominacji nad światem. Tak postrzegała to neokonserwtywna partia wojny, która zdominowała politykę zagraniczną USA. Można wspomnieć o pierwszej i drugiej wojnie irackiej, brutalnym rozbiciu i zniszczeniu Jugosławii i takich samych próbach dezintegracji Rosji (Czeczenia). Ale nie sięgajmy tak daleko. Wystarczy cofnąć się do roku 2008 – roku wielkiego kryzysu gospodarczego, który wybuchł w USA i ogarnął świat zachodni.

W tym samym 2008 roku Władimir Putin ogłosił projekt Unii Eurazjatyckiej, zapraszając do jej współtworzenia Unię Europejską. Projekt był mglisty, niedookreślony, ale jego realizacja wyrugowałby z Europy interesy USA, a dla Polski stworzyła niepowtarzalną szansę bycia „pomostem” między Wschodem i Zachodem. USA zareagowały bardzo szybko, prowokując przy pomocy pana Saakaszwilego wojnę gruzińsko-rosyjską.

Już rok później proamerykańscy politycy w Europie typu Radosława Sikorskiego (American Enterprise Institute for Public Policy Research) doprowadzili do przyjęcia przez UE projektu Partnerstwa Wschodniego, wykluczając z niego Rosję. W zamyśle miała to być próba odciągania krajów postradzieckich od Moskwy i stworzenie dla niej bariery, a potencjalnie także utrudnianie życia mniejszości rosyjskiej w tych krajach.

Dwa lata później rozpoczęła się tzw. „arabska wiosna”. Amerykanie wsparli radykalnych islamistów i użyli ich do obalenia rządów państw, w których Rosja cieszyła się sympatią. Brutalnie obalono rządy Kadafiego w Libii, Mubaraka w Egipcie i kilku innych państwach arabskich. Kadafiego obalono nie tylko przy pomocy ekstremistów islamskich, ale także w wyniku bezpośredniej interwencji zbrojnej NATO, co nie wymaga dalszego komentarza. Nie udało się obalić tylko Asada w Syrii. Dlatego w 2011 roku wybucha w tym kraju „wojna domowa”, a przy wsparciu Zachodu przedostały się tam tysiące terrorystów islamskich. Syria jest kluczowa tak dla USA, jak i Rosji, ponieważ przez jej terytorium przebiegają linie przesyłowe gazu i ropy naftowej. Jest też kluczowa dla Izraela, który dąży do konfrontacji z wrogim mu Iranem. Nie można wyeliminować Iranu bez wyeliminowania jego głównego sojusznika na Bliskim Wschodzie, jakim jest „reżim Asada” w Syrii.

W 2013 roku prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko – lawirujący pomiędzy Wschodem i Zachodem – dowiedział się, że Bruksela nie ma zamiaru pokrywać kosztów przeorientowania ukraińskiej gospodarki w związku ze stowarzyszeniem Kijowa z UE. Rezygnuje więc z dalszej integracji z Zachodem. Wtedy Waszyngton używa do jego obalenia nacjonalistów ukraińskich. W wyniku krwawego przewrotu do władzy w Kijowie dochodzi oligarchiczno-nacjonalistyczna ekipa, a jednym z jej pierwszych posunięć jest zapowiedź językowej dyskryminacji mieszkających na Ukrainie Rosjan. W rezultacie Krym przyłącza się do Rosji, a na wschodzie Ukrainy wybucha konflikt zbrojny, który wbrew temu, co wmawia się polskiej opinii publicznej jest wojną hybrydową Zachodu przeciw Rosji, a nie odwrotnie.

W 2015 roku Rosja przechodzi do kontrofensywy w Syrii, gdzie wspiera militarnie Syryjską Armię Arabską. W tej sytuacji Amerykanie próbują posłużyć się Turcją, by równoważyć siły rosyjskie. Do gry wchodzą też Kurdowie, widząc w dezintegracji Syrii szansę na realizację marzeń o swojej państwowości. Dla Ankary jest to absolutnie nie do zaakceptowania i dlatego Erdogan zmienia kurs. Wtedy proamerykańscy oficerowie tureccy próbują w 2016 roku dokonać zamachu stanu. Kończy się on niepowodzeniem, ponieważ Turcy masowo popierają Erdogana.

W tym czasie Chiny ogłaszają swój wielki projekt gospodarczy, czyli Nowy Jedwabny Szlak, który ma ułatwić transport coraz lepszej jakości chińskich towarów na rynek europejski. Oznacza to kolejny cios dla USA, zupełnie niekonkurencyjnych dla Chin. Do zablokowania inicjatywy Nowego Jedwabnego Szlaku Waszyngton używa zależne od siebie rządy Europy Środkowo-Wschodniej, w tym przede wszystkim rządy Polski i Ukrainy.

Na przełomie 2017 i 2018 roku zależne od USA rządy państw bałtyckich ogłaszają projekty dyskryminujące językowo mniejszość rosyjską w tych krajach. To także jest kolejny etap wojny hybrydowej Zachodu z Rosją. No i wreszcie na początku kwietnia 2018 roku Rosja, Turcja i Iran przyjmują historyczne porozumienie w sprawie zaprowadzenia pokoju w Syrii. Wtedy USA i ich sojusznicy już po raz trzeci z rzędu ogłaszają, że wygrywająca wojnę Syryjska Republika Arabska użyła broni chemicznej przeciwko swoim obywatelom. Donald Trump zapowiada, że USA odpowiedzą militarnie, bez względu na postanowienia Rady Bezpieczeństwa ONZ. I odpowiedziały.

Oddajmy na koniec jeszcze raz głos red. K. Rękasowi: „Do znudzenia bowiem trzeba powtarzać, że tym czynnikiem, który od kilku już lat powstrzymuje wybuch pełnowymiarowej wojny – jest to, że uparcie, wręcz rozpaczliwie nie chce jej Rosja. Opierając się niekoniecznie z tych pobudek, z których byłoby to w jej interesie – Moskwa… katechonuje. Wyrażenie przez ministra Ławrowa »nadziei, że nie dojdzie do BEZPOŚREDNIEJ konfrontacji amerykańsko-rosyjskiej« – to w języku dyplomacji bodaj najwyraźniejsze ostrzeżenie przed pełnowymiarową wojną światową. Problem z wojną polega jednak m.in. na tym, że niekoniecznie w jej wybuchu przeszkadza straszne jej niechcenie przez jedną tylko stronę (…)”[9].

[1] Turcja, Iran i Rosja: Przyspieszymy działania na rzecz pokoju w Syrii, http://www.gazetaprawna.pl, 4.04.2018; Prezydenci Rosji, Turcji i Iranu podpisali oświadczenie w sprawie Syrii, http://www.pl.sputniknews.com, 4.04.2018.

[2] Tony Blair znowu podżega do wojny. Chce razem z USA uderzyć na Syrię, http://www.strajk.eu, 10.04.2018.

[3] Trump grozi Rosji „nowymi rakietami”, zapowiada atak na Syrię, http://www.kresy.pl, 11.04.2018.

[4] Trump: atak na Syrię może nastąpić szybko, albo wcale nie tak szybko, http://www.waidomosci.onet.pl, 12.04.2018.

[5] J. Bielecki, „Syria: Emmanuel Macron ratuje honor Europy”, http://www.rp.pl, 12.04.2018.

[6] USA, Wielka Brytania i Francja zbombardowały trzy miejsca w Syrii. To odpowiedź na atak chemiczny, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 14.04.2018.

[7] Atak na bazę lotniczą w Syrii. Al-Assad i Putin oskarżają Izrael, http://www.dziennikzachodni.pl, 9.04.2018.

[8] K. Rękas, „W obliczu nadchodzącej Trzeciej Wojny Światowej”, http://www.prawica.net, 10.04.2018.

[9] K. Rękas, „W obliczu nadchodzącej Trzeciej Wojny…”

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 kwietnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 17-18 (2185/86), 22-29.04.2018, s. 5

Reklamy

Szaleństwo dekomunizacji

7 kwietnia 2018 roku miało miejsce spotkanie pracowników gdańskiego Oddziału IPN z mieszkańcami gminy Czarne w województwie pomorskim, którzy sprzeciwili się budowie pomnika „żołnierzy wyklętych”. Piotr Szubarczyk z Oddziałowego Biura Edukacji Narodowej IPN w Gdańsku nie był w stanie zaakceptować, że mieszkańcy Czarnego podnosili kwestię zbrodni na ludności cywilnej dokonanych przez formację Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. W czasie spotkania Szubarczyk uniemożliwiał wypowiedzi mieszkańcom Czarnego, zachowywał się wulgarnie, m.in. krzycząc do Benedykta Lipskiego, emerytowanego nauczyciela historii – „Co pan za głupoty opowiada!”, „Pan łże! Łże jak pies!” oraz „Panie, przeczytaj pan ten rozkaz do cholery!”. Wykpiwał osoby zabierające głos, przerywał ich wypowiedzi śpiewaniem piosenek radzieckich oraz stwierdził, że Żydzi nie byli dla Polaków „bratnią krwią”, bo stanowili 50 proc. kadry UB (w rzeczywistości znacznie mniej).

Na koniec – reagując na odrzucenie przez społeczność Czarnego w referendum wniosku o budowę pomnika „wyklętych” – Szubarczyk zamieścił wpis w Internecie, w którym określił mieszkańców Czarnego jako „sowieckich agentów”, „zielonych ludzików”, „wyjątkową swołocz” i „tchórzliwe kanalie” oraz zwrócił się do nich słowami: „Jebał was pies! I tak Polska wygra tę batalię, a na was naplują kiedyś wasze wnuki”[1].

IPN przeprosił za zachowanie swojego pracownika i ukarał go jedynie naganą. Piotr Szubarczyk nie jest jedynym pracownikiem tej instytucji znanym z politycznego radykalizmu i zaangażowania po stronie rządzącej prawicy. Przypuszczam, że nie tylko mieszkańcy gminy Czarne, ale duża część Polaków są dla tej prawicy „wyjątkową swołoczą”, której nie da się przerobić na pożądany wzorzec polityczny inaczej jak poprzez upodlenie i terror. To jest nieuniknione, jeśli się robi rewolucję społeczną, która z pierwowzorem bolszewickim ma niemało wspólnego. Incydent w Czarnem pokazuje jak na dłoni, że dzięki tzw. dekomunizacji w wykonaniu IPN i PiS powróciła do Polski autentyczna kultura radziecka. Przynajmniej dla mnie nie ulega wątpliwości, że władza w Polsce znalazła się w rękach ludzi specjalnej troski, a to jest niebezpieczne dla ogółu.

Przykładów szaleństwa tzw. dekomunizacji można podać wiele i niektóre z nich już szerzej poruszyłem w swojej publicystyce. Niemal każdy dzień przynosi jakąś bulwersującą informację odnośnie kolejnych poczynań dekomunizatorów.

W Sejnach przeznaczono do likwidacji Pomnik Matki Polki, zwany też Pomnikiem Zwycięstwa. Jak się okazuje – zwycięstwa niesłusznego, ponieważ odniesionego przez Armię Czerwoną. W rozumowaniu rządzącej prawicy to zwycięstwo zasługiwałoby na upamiętnienie tylko wtedy, gdyby Polskę spod okupacji niemieckiej wyzwalała armia amerykańska. Na pomniku widniał orzeł bez korony, odsłonięto go 22 lipca 1970 roku i – o zgrozo – decydenci z IPN i PiS dopatrzyli się na nim płaskorzeźb z wizerunkami czerwonoarmistów[2].

W Bielsku Podlaskim zburzono Pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego. Wnioskował o to IPN na podstawie ustawy dekomunizacyjnej, a decyzję przegłosowali miejscowi radni. Na pomniku była tablica upamiętniająca obrońców władzy ludowej, ale była też tablica poświęcona pamięci Konstytucji 3 Maja[3]. Ktoś kto nie zna polskich realiów mógłby zapytać, czy zburzenie tego pomnika oznacza, że zdaniem IPN Mieszko I i Bolesław Chrobry byli komunistami? Czy może, że pod parawanem tzw. dekomunizacji dokonuje się rozprawy z Polską i jej historią?

Jest oczywiste, że nie chodziło tylko o tablicę upamiętniającą obrońców powojennej władzy, ale o zasadniczą symbolikę tego pomnika. O to, że tradycja piastowska służyła komunistom do legitymizacji ich władzy. Ale przecież nie tylko. Służyła i powinna służyć nadal do legitymizacji polskiej obecności na Ziemiach Odzyskanych. Tego jednakże dekomunizatorzy – uprawiający skrajne sekciarstwo polityczne – dostrzec nie potrafią albo nie chcą. Ten i inne pomniki Tysiąclecia Państwa Polskiego przypominają, że komuniści polscy realizowali w odniesieniu do Ziem Zachodnich i Północnych polską rację stanu. No a to stoi w głębokiej sprzeczności z sekciarskimi tezami o „zdrajcach” i „pachołkach Rosji”.

W Strzelcach Opolskich wojewoda opolski doprowadził do „dekomunizacji” działacza narodowego Jana Rychla (1902-1974), który był patronem jednej z ulic[4]. Co istotne – uczynił to bez opinii IPN i bez konsultacji z mieszkańcami. Jan Rychel był w okresie międzywojennym wybitnym działaczem Związku Polaków w Niemczech, organizatorem polskiego szkolnictwa pod władzą niemiecką, krzewicielem polskości na Śląsku Opolskim. Ponadto pełnił w tym czasie funkcje prezesa Związku Stowarzyszeń Młodzieży Polsko-Katolickiej Śląska Opolskiego i sekretarza Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego na powiat strzelecki. Kierował także Bankiem Ludowym w Oleśnie. To dzięki takim ludziom jak Rychel przed 1945 rokiem przetrwały resztki polskości na dawnych ziemiach piastowskich, należących wtedy do Niemiec. Strzelce Opolskie (wówczas Groß Strehlitz) Niemcy zaliczali do twierdz polskości i to była w ogromnej mierze zasługa Jana Rychla.

To, że Rychel był więźniem KL Buchenwald, a po wojnie był prześladowany przez UB, też nie miało znaczenia dla wojewody opolskiego. Jaka więc była jego wina? Ano taka, że po 1945 roku należał do Stronnictwa Demokratycznego, a po przełomie październikowym 1956 roku był radnym Powiatowej Rady Narodowej, posłem na Sejm PRL II kadencji i zasiadał w Radzie Naczelnej Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich. Dla każdego logicznie myślącego człowieka jest oczywiste, że nie była to jakakolwiek działalność komunistyczna, ale działalność na rzecz zagospodarowania przez Polskę dawnych ziem piastowskich. Nie można w tym miejscu uciec od pytania, czy wojewoda Adrian Czubak z PiS dekomunizuje czy regermanizuje Śląsk Opolski?

Na razie, dzięki ostrym protestom społecznym, udało się powstrzymać zniszczenie Pomnika Zwycięstwa i Wolności w Gorzowie Śląskim, zwanego pomnikiem Elzy. W akcję obrony pomnika Elzy zaangażowały się m.in. córki i wnuki jego twórcy – rzeźbiarza Jana Borowczaka. Muzeum Śląska Opolskiego tłumaczy, że kobieta na pomniku trzyma w ręce piastowskiego orła, a trzy pylony symbolizują trzy powstania śląskie – więc pomnik nie może propagować komunizmu. Zdaniem IPN jednak może, ponieważ napis na pomniku głosi: „Bohaterom walk z faszyzmem, wyzwolicielom Ziem Piastowskich”[5].

Taka inskrypcja ma – wedle opinii IPN – propagować komunizm. A więc walka z faszyzmem była zła, jeśli toczyli ją komuniści i Armia Czerwona. Rezultat tej walki – czyli powrót do Polski dawnych ziem piastowskich – także. To już nie jest tylko antypolonizm. To jest paranoidalne postrzeganie rzeczywistości.

Ofiarami tzw. dekomunizacji padają powszechnie pomniki i tablice poświęcone pamięci walk z okupantem niemieckim, jakie toczyły Gwardia i Armia Ludowa, Bataliony Chłopskie i Wojsko Polskie sformowane w ZSRR. W moim odbiorze to nie jest dekomunizacja, tylko faszyzacja. To jest barbarzyństwo wobec historii Polski. Rodzi się pytanie, czy to barbarzyństwo jest konieczne z przyczyn geopolitycznych? Czy to jest kolejna danina składana na ołtarzu przynależności Polski do bloku euro-atlantyckiego? Jeśli tak, to rządząca prawica nie ma jakiegokolwiek prawa do nazywania się „obozem patriotycznym”, co chętnie czyni, ani tym bardziej do pretensjonalnego podkreślania na każdym kroku domniemanej niepodległości obecnego państwa polskiego.

[1] Festiwal żenady na spotkaniu IPN z mieszkańcami. „Proszę pana, pan kłamie. Łże jak pies!”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 9.04.2018.

[2] Dekomunizacja trwa. Zniknie kolejny PRL-owski pomnik, http://www.tvp.info, 11.02.2018.

[3] A. Zdanowicz, „Pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego w Bielsku Podlaskim już zburzony”, http://www.bielskpodlaski.naszemiasto.pl, 28.03.2018.

[4] J. Cofałka, „Jak wojewoda Czubak zdekomunizował niekomunistę”, http://www.tygodnikprzeglad.pl, 19.03.2018.

[5] M. Dragon, „Petycja w sprawie ocalenia Elzy. Pomnik w Gorzowie Śląskim na razie nie został zburzony”, http://www.nto.pl, 12.04.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 kwietnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 17-18 (2185/86), 22-29.04.2018, s. 4

Historia nie jest czarno-biała

21 marca byłem w Muzeum im. Ireny i Mieczysława Mazarakich w Chrzanowie na prelekcji archeologa, dr. Krzysztofa Tuni, który kierował pracami ekshumacyjnymi na miejscowym cmentarzu wojennym żołnierzy Armii Czerwonej. Cmentarz ten, będący zbiorową mogiłą żołnierzy radzieckich, znajdował się w parku na terenie chrzanowskiego osiedla Kościelec. Urządzono go i uroczyście otwarto w 1978 roku. Przeniesiono tam wówczas z różnych miejsc szczątki żołnierzy radzieckich, którzy polegli w dniach 21-25 stycznia 1945 roku wyzwalając powiat chrzanowski spod okupacji niemieckiej podczas ofensywy styczniowej. Pierwotnie sądzono, że spoczęło tam 1372 żołnierzy Armii Czerwonej. Jednakże ekshumacja wykazała, że w Kościelcu pochowano 1340 żołnierzy radzieckich.

Po 1989 roku cmentarz ten został zaniedbany, a stojący na nim pomnik był systematycznie dewastowany przez wandali. Przyczyną tego była niewątpliwie panująca w kraju atmosfera polityczna wokół stosunku do ZSRR i Rosji, dająca przyzwolenie na takie zachowania. Ostatnia dewastacja miała miejsce w przeddzień 9 maja 2014 roku, co nie było przypadkiem (wydarzenia na Ukrainie). Zniszczono wówczas mur okalający cmentarz wojenny, wyrwano tablicę informującą, że miejsce to jest cmentarzem wojennym i uszkodzono sam pomnik.

Władze Chrzanowa postanowiły rozwiązać ten problem przenosząc szczątki żołnierzy radzieckich na cmentarz komunalny. Lokalizacja zbiorowej mogiły żołnierzy Armii Czerwonej na cmentarzu komunalnym powinna zabezpieczyć ją przed wandalizmem. Po wielu latach uzyskano zgodę ambasady rosyjskiej i stała się możliwa realizacja tego zamierzenia.

Prace ekshumacyjne w Kościelcu trwały na przełomie 2017 i 2018 roku. Prowadzili je archeologowie z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN pod nadzorem sanepidu oraz z udziałem przedstawicieli IPN i ambasady rosyjskiej. Całość prac i urządzenie nowego miejsca pochówku sfinansowała strona polska. Archeolodzy dokładnie przekopali teren – głębiej i szerzej niż sięgał cmentarz wojenny. Wydobyto z ziemi 1340 zwłok żołnierzy radzieckich, które złożono do drewnianych trumien i przeniesiono do zbiorowej mogiły na cmentarzu komunalnym przy ulicy Eliasza Marchettiego. Warto dodać, że na pobliskim cmentarzu parafialnym znajduje się już zbiorowa mogiła około 130 żołnierzy polskich, którzy polegli w obronie Chrzanowa 3 i 4 września 1939 roku podczas kampanii wrześniowej. Odsłonięcie nowego pomnika na mogile żołnierzy radzieckich ma nastąpić w maju br.

Duża część prelekcji dr. Tuni została poświęcona przedmiotom, które znaleziono przy szczątkach ekshumowanych żołnierzy radzieckich. Wydobyto kilkaset różnych przedmiotów. Były to nieśmiertelniki, części uzbrojenia i ekwipunku (hełmy, bagnety, granaty, amunicja, menażki, manierki, łyżki), dokumenty osobiste, odznaczenia bojowe, zdjęcia prywatne, listy, papierośnice, notatniki, ołówki, scyzoryki. Na podstawie różnych źródeł udało się ustalić dane ponad 100 żołnierzy. Byli to żołnierze różnych narodowości, w tym Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini. Wielu z nich pochodziło ze wschodniej Ukrainy. Niestety większość żołnierzy radzieckich nie przestrzegała zasady noszenia przy sobie nieśmiertelników. Był to stary przesąd, jeszcze z armii carskiej i okresu pierwszej wojny światowej. Stąd problemy z identyfikacją.

Na tablicy, która znajdowała się na byłym już pomniku w Kościelcu figurowało 107 nazwisk. Najwyższy stopniem spośród wymienionych tam żołnierzy był podpułkownik – bohater Związku Radzieckiego, który zginał prowadząc żołnierzy do ataku na bunkier niemiecki. Byli to żołnierze m.in. 336. dywizji strzeleckiej, wchodzącej w skład 15. korpusu armijnego 60. Armii 1. Frontu Ukraińskiego. Szacuje się, że w walkach na terenie powiatu chrzanowskiego w styczniu 1945 roku zginęło około 2200 żołnierzy radzieckich, w tym 109 w samym Chrzanowie. Część spośród ich ciał uległa zapewne zniszczeniu podczas walk (spaleniu, rozerwaniu w wyniku eksplozji pocisków). Tych, których pochowano w różnych mogiłach przeniesiono następnie na cmentarz w parku w Kościelcu. Chrzanowa broniły jednostki niemieckiej 17. Armii i 4. Armii Pancernej grupy armijnej „A”. Walki były niezwykle zacięte. Zniszczeniu w różnym stopniu uległo 25 proc. budynków ówczesnego Chrzanowa.

Najbardziej niezwykłym znaleziskiem podczas ekshumacji cmentarza wojennego żołnierzy radzieckich w Chrzanowie-Kościelcu okazały się przedmioty kultu religijnego. Odkryto ich przy szczątkach żołnierzy bardzo dużo. Były to zarówno prawosławne ikonki, jak i medaliki katolickie, co może świadczyć o tym, że wśród tych żołnierzy znajdowali się Polacy z Kresów Wschodnich, albo po prostu Polacy walczący w szeregach Armii Czerwonej. Wiadomo przecież, że w szeregach tej armii walczyło podczas drugiej wojny światowej co najmniej 300 tys. Polaków.

Informacja o ikonkach prawosławnych i medalikach katolickich, znalezionych przy szczątkach żołnierzy radzieckich, stała się szokująca dla jednego ze słuchaczy prelekcji dr. Tuni. Okazał się nim młody człowiek – jak się domyślam uczeń liceum, wychowany na literaturze typu „Czerwona zaraza”. Zasugerował on, że te przedmioty mogły zostać zrabowane przez żołnierzy radzieckich, którzy – jak sam był przekonany – zajmowali się głównie rabunkiem. Prelegent wykluczył jednak taką możliwość. Nie ulega wątpliwości, że proste aluminiowe medaliki i drewniane ikonki nie przedstawiały większej wartości materialnej. Nie mogły więc być przedmiotem rabunku. Były to zatem przedmioty osobiste tych żołnierzy, przedmioty kultu religijnego.

Taka jest prawda o „czerwonej zarazie” i „bolszewickiej armii”. Dla niektórych skomplikowana. Zwłaszcza dla tych, którzy głoszą propagandowe i oderwane od faktów historycznych tezy o podboju Polski w 1944 i 1945 roku przez wojska sowieckie i „drugiej okupacji”. Żołnierze Armii Czerwonej z ikonkami i medalikami, modlący się pewnie ukradkiem poza zasięgiem wzroku oficerów politycznych, nie pasują do tezy, że armia ta niosła Polakom komunizm. Ci żołnierze nie nieśli Polsce żadnego komunizmu. To byli zwykli, szarzy ludzie, wyrwani ze swoich środowisk i oderwani od swoich rodzin, wcieleni do wojska i skierowani do walki z III Rzeszą Niemiecką, której pokonanie było warunkiem pokojowej egzystencji kontynentu europejskiego. Chcieli tylko wrócić do swoich rodzin. I o to się modlili. Dlatego niech wreszcie zacznie się ich w Polsce szanować, a polityczni awanturnicy dadzą im po prostu święty spokój.

Badanie historii jest sprawą skomplikowaną. Historia nigdy nie jest czarno-biała i nie da się jej opisać przez stosowanie ideologicznych schematów oraz zaklęć, odpowiadających zapotrzebowaniu jakiejś polityki historycznej.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 kwietnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 15-16 (2183/84), 8-15.04.2018, s. 7

 

„Dekomunizacja” Republiki Pińczowskiej

„Zaskoczyła mnie bardzo ta decyzja… To jest symbol walki i wolności, a nie komunizmu. Nie wiem, dlaczego ktoś doszedł do takiego wniosku. Pomnik w Byczowie upamiętnia pojednanie i braterstwo wszystkich oddziałów partyzanckich. Armia Ludowa, Armia Krajowa, Szare Szeregi i Bataliony Chłopskie połączyły się – nie było wtedy ideologii, był za to jeden cel – walka przeciwko okupantowi. Adam Asnyk pięknie apelował, aby nie burzyć pomników i ołtarzy przeszłości, żeby nowe pokolenia mogły wznieść nowe. Według mnie pomnik Republiki Pińczowskiej powinien zostać na swoim miejscu, bo on uczy historii. A historia nie zawsze jest czysta jak łza. Trzeba ją dobrze poznać i dopiero wtedy o niej mówić, w odpowiedni sposób ją przekazać” – tak skomentowała informację o ewentualnej rozbiórce pomnika Republiki Pińczowskiej w Byczowie koło Pińczowa 90-letnia Teresa Znojek, w okresie okupacji niemieckiej łączniczka i sanitariuszka w batalionie Armii Krajowej „Dzięcioł”, uczestniczka walk o Republikę Pińczowską[1].

Pod koniec lutego 2018 roku władze województwa świętokrzyskiego uznały pomnik Partyzanckiej Republiki Pińczowskiej w Byczowie za obiekt „w rozumieniu artykułu 5 ustęp 1 i 2, znowelizowanej ustawy z dnia 1 kwietnia 2016 roku o zakazie propagowania komunizmu”, co może oznaczać jego likwidację. Wywołało to spore poruszenie społeczności powiatu pińczowskiego. 12 marca miało miejsce spotkanie w Urzędzie Wojewódzkim w Kielcach z udziałem władz województwa, przedstawicieli Instytutu Pamięci Narodowej oraz Urzędu Miasta i Gminy w Pińczowie. Na spotkaniu tym zapadła decyzja, że nie dojdzie do rozbiórki pomnika Republiki Pińczowskiej, natomiast zainteresowane strony będą szukać „prawnych możliwości w sprawie usunięcia pamiątkowych tablic, które są częścią pomnika”. Powodem takiej decyzji jest stanowisko kieleckiej Delegatury IPN dotyczące tablic pamiątkowych na pomniku, które „upamiętniają kontrowersyjne postaci”[2].

Problem w tym, że gdy w 1969 roku odsłonięto pomnik Republiki Pińczowskiej w Byczowie, nie było na nim żadnych tablic. Widniał tam tylko napis: „Partyzantom bohaterom tej ziemi. Partyzancka Republika Pińczowska 24 VII – 15 VIII 1944”. Kontrowersyjne dla IPN tablice umieszczono na pomniku dopiero w 2001 roku, a więc już w okresie III RP. Na tablicach tych są upamiętnione m.in. następujące osoby: Zygmunt Bieszczanian – dowódca oddziału Armii Ludowej okręgu wiślickiego, Roman Kałuża – uczestnik kampanii wrześniowej, dowódca partyzanckiego zgrupowania Batalionów Chłopskich i Armii Ludowej oraz zastępca komendanta okręgu wiślickiego AL, Józef Maślanka – dowódca partyzanckiego zgrupowania BCh i AL, Jan Pszczoła – uczestnik kampanii wrześniowej, komendant obwodu pińczowskiego BCh i zastępca komendanta obwodu pińczowskiego Armii Krajowej, Józef Saturn – uczestnik kampanii wrześniowej i dowódca brygady AL oraz Roman Zawarczyński – także uczestnik kampanii wrześniowej i komendant obwodu pińczowskiego Armii Krajowej.

Z wypowiedzi dla Radia Kielce dr Doroty Koczwańskiej-Kality – naczelnik Delegatury IPN w Kielcach – wynika, że zastrzeżenia IPN budzą trzy nazwiska: Zygmunta Bieszczanina, Józefa Maślanki i Józefa Saturna. Formalnie dlatego, że Zygmunt Bieszczanin „Adam” (1923-1998) był po wojnie komendantem wojewódzkim Milicji Obywatelskiej w Rzeszowie[3]. A dwaj pozostali? Tego pani naczelnik nie wyjaśniła, więc spróbuję dociec sam. Józef Saturn (1899-1971) też był po wojnie oficerem MO. Natomiast Józef Maślanka „Mścisław” (1883-1968) był przez trzy miesiące ministrem administracji publicznej w Rządzie Tymczasowym Edwarda Osóbki-Morawskiego, a także posłem z ramienia Stronnictwa Ludowego do Krajowej Rady Narodowej i na Sejm Ustawodawczy.

Podczas wojny Józef Maślanka dowodził oddziałem BCh „Mścisława Górki”. 17 lipca 1944 roku pod Skrobaczowem w powiecie buskim, pod jego nieobecność, oddział ten oraz oddział AL Zygmunta Bieszczanina zostały zaatakowane przez 204. pułk Narodowych Sił Zbrojnych, który wszedł później w skład Brygady Świętokrzyskiej. Pomimo dużej przewagi NSZ oddział Bieszczanina wydostał się wówczas z okrążenia. Do niewoli dostało się jednak 33 partyzantów BCh wraz z dowodzącym w zastępstwie Maślanki Kazimierzem Orczykowskim. Wkrótce ich uwolniono. Orczykowskiemu zwrócono nawet broń i konia. Jednakże jego podkomendni zostali przez NSZ rozbrojeni i poddani karze chłosty. Ta współczesna „dekomunizacja” Bieszczanina i Maślanki wygląda tak jakby była dokończeniem tamtej walki z lipca 1944 roku, którą rozpoczęła z nimi cześć późniejszej Brygady Świętokrzyskiej NSZ.

Niezależnie od tego jak potoczą się dalsze losy pomnika w Byczowie koło Pińczowa, faktem jest, że obecna władza otworzyła temat „dekomunizacji” Republiki Pińczowskiej, a właściwie – należy to otwarcie powiedzieć – fałszowania pamięci historycznej o wspólnym wystąpieniu przeciw Niemcom AK, AL i BCh. Jaka jest bowiem prawda historyczna o Partyzanckiej Republice Pińczowskiej?

Nazwa ta została zapożyczona od Republiki Pińczowskiej, którą pod koniec 1918 roku – po rozbrojeniu wojsk austro-węgierskich – utworzyli miejscowi chłopi pod przywództwem działacza SDKPiL Jana Lisowskiego. Partyzancka Republika Pińczowska była obszarem o powierzchni około 1000 km2, który został przejściowo wyzwolony spod okupacji niemieckiej w dniach 24 lipca – 12 sierpnia 1944 roku w wyniku wspólnego wysiłku zbrojnego partyzantki AK, AL i BCh. Stanowiła urzeczywistnienie idei, o którą walczyli powstańcy warszawscy – z tym, że w okolicach Pińczowa się udało. Stworzono namiastkę państwa polskiego – niepodległego i pluralistycznego politycznie. Wyzwolony od Niemców obszar obejmował tereny dzisiejszych powiatów buskiego, kazimierzowskiego, pińczowskiego i proszowickiego z takimi miejscowościami jak Brzesko Nowe, Działoszyce, Janowice, Kazimierza Wielka, Koszyce, Nowy Korczyn, Pińczów, Proszowice, Sancygniów, Skalbmierz, Słaboszów i Wiślica.

29 lipca 1944 roku w ramach operacji lwowsko-sandomierskiej wojska radzieckie dotarły do Wisły w rejonie Baranowa Sandomierskiego i rozpoczęły forsowanie rzeki. 31 lipca uchwyciły one tzw. przyczółek baranowsko-sandomierski. Około 20 lipca, kiedy front był jeszcze oddalony od powiatu pińczowskiego o 100 km, rozpoczęła się chaotyczna ewakuacja niemieckich urzędów i policji. To był bezpośredni impuls do podjęcia działań zaczepnych przez siły partyzanckie. Polskie wystąpienie rozpoczęło się od rozbrajania posterunków żandarmerii niemieckiej, m.in. w Nowym Korczynie i Racławicach. Pierwszą potyczkę z Wehrmachtem stoczono pod wsią Sielec w dzisiejszym powiecie jędrzejowskim. Ramię w ramię walczyli tam partyzanci z oddziału AK „Grom”, AL i BCh. 26 lipca 1944 roku oddział BCh pod dowództwem Franciszka Kozery (1912-1992) rozbił posterunki policji niemieckiej w Kocmyrzowie i Luborzycy na terenie dzisiejszego powiatu krakowskiego. Następnie, kontynuując marsz na wschód, rozbroił garnizon niemiecki w Koszycach i 27 lipca zlikwidował 30-osobowy garnizon niemiecki w Kazimierzy Wielkiej, składający się gównie z nacjonalistów ukraińskich.

W tym samym czasie do działań zaczepnych przystąpiła Kompania Szturmowa „Dominika”, pod dowództwem kpt. Jerzego Biechońskiego (1918-1944), wchodząca w skład 106. Dywizji Piechoty AK. 27 lipca kompania kpt. Biechońskiego rozbiła w zasadzce w Czechach koło Proszowic oddział żandarmerii niemieckiej, a następnego dnia wyzwoliła Proszowice.

Na wyzwolonym obszarze władzę polityczną sprawowała Pińczowska Konspiracyjna Rada Narodowa wraz z delegatem powiatowym rządu RP na uchodźstwie Józefem Dąbkowskim ze Stronnictwa Ludowego i komendantem obwodu pińczowskiego AK mjr. Romanem Zawarczyńskim (1896-1959). Na czele Pińczowskiej Konspiracyjnej Rady Narodowej stanął Franciszek Kucybała (1908-1968) – dowódca okręgu pińczowskiego AL, a jego zastępcą został ludowiec Piotr Soja. Powołano też stanowiska komisarzy do spraw majątków obszarniczych (został nim działacz ruchu ludowego i pisarz Józef Morton), reformy rolnej oraz kolejnictwa i dróg. Wspomniana Teresa Znojek w wypowiedzi dla portalu „Echo Dnia” stwierdziła, że „wszyscy szliśmy na śmierć, wszyscy walczyliśmy przeciw okupantom i wszyscy rozbrajaliśmy posterunki, w których stacjonowali żołnierze Wehrmachtu. Warto też wiedzieć, że wtedy dowództwo dostawał ten, kto najlepiej znał teren i nie miało znaczenia do jakiego oddziału należy”.

Ta namiastka wolnej i demokratycznej Polski spokojnie funkcjonowała zaledwie kilka dni. Bliskość frontu oraz militarne znaczenie dróg przechodzących przez teren Republiki Pińczowskiej spowodowały, że siły niemieckie szybko przystąpiły do kontrataku. Rozpoczął się on 31 lipca 1944 roku od próby pacyfikacji wsi Młodzawy Duże i Młodzawy Małe w powiecie pińczowskim. Skuteczny opór Niemcom stawiła tam licząca wówczas około 180 partyzantów 1. Brygada AL Ziemi Krakowskiej im. Bartosza Głowackiego, której dowódcą był kpt. Józef Saturn „Bartek”. W czasie starcia pod Młodzawami wyróżniła się trzecia kompania tej brygady, dowodzona przez kpt. Zygmunta Bieszczanina „Adama”. Warto nadmienić, że Bieszczanin i Saturn rozpoczęli walkę konspiracyjną z okupantem niemieckim w szeregach ZWZ/AK. Ponadto Józef Saturn był uczestnikiem II powstania śląskiego.

Na pomniku w Młodzawach również umieszczono napisy poświęcone Zygmuntowi Bieszczaninowi i Józefowi Saturnowi o treści: „Ku pamięci płk. dr. Zygmunta Bieszczanina 1923-1998, kawalera orderu Virtuti Militari, dowódcy oddziału AL okręgu wiślickiego, uczestnika walk z niemieckim okupantem, współtwórcy powstania, obrony i utrzymania Republiki Pińczowskiej 24 VII – 15 VIII 1944. Jego żołnierze” oraz „Majorowi Józefowi Saturnowi 1899-1971, uczestnikowi kampanii wrześniowej 1939, w okresie okupacji w Służbie Zwycięstwu Polski, Związku Walki Zbrojnej, Gwardii i Armii Ludowej, dowódcy 1. Brygady AL Ziemi Krakowskiej im. Bartosza Głowackiego”. Czy te napisy także zostaną poddane procedurze „dekomunizacji”? A może już to uczyniono?

5 sierpnia 1944 roku siły niemiecko-ukraińskie wyparły ze Skalbmierza partyzantów AK i przystąpiły do palenia miasteczka, mordując 64 jego mieszkańców. Na odsiecz pospieszyli partyzanci BCh i AL, w tym oddział kpt. Bieszczanina. Niestety nie byli oni w stanie odbić miasteczka z rąk wroga. O polskim zwycięstwie zadecydowało wsparcie w postaci dwóch czołgów należących do patrolu radzieckiego, który stacjonował w Wiślicy. Kontakt z dowódcą tego patrolu nawiązał Jan Pszczoła (1914-1944) – komendant obwodu pińczowskiego BCh. Tego samego dnia zwycięską potyczkę z jednostką niemieckiej żandarmerii polowej stoczył pod Jaksicami w dzisiejszym powiecie proszowickim oddział ze 120. pułku piechoty AK.

Ostatnim polskim sukcesem była likwidacja posterunku żandarmerii niemieckiej w Działoszycach, którą przeprowadzili 8 sierpnia 1944 roku partyzanci AK i BCh. Wkrótce na teren Republiki Pińczowskiej wkroczyły znaczne siły Wehrmachtu, którym partyzanci nie byli w stanie stawić czoła. W sytuacji braku możliwości połączenia z Armią Czerwoną na przyczółku baranowsko-sandomierskim siły AK i cześć sił BCh przeszły do konspiracji. Natomiast 1. Brygada AL, do której na zasadach autonomicznych dołączył oddział BCh Józefa Maślanki, podjęła próbę przebicia się przez linię frontu. Stan osobowy brygady został też uzupełniony przez grupę spadochroniarzy z Polskiego Sztabu Partyzanckiego i wzrósł do 450 żołnierzy. W wyniku zrzutu radzieckiego 13 sierpnia 1944 roku brygada uzyskała m.in. około 100 pistoletów maszynowych i amunicję. 14 sierpnia 1. Brygada AL stoczyła potyczkę z wojskami niemieckimi pod Baranowem w dzisiejszym powiecie buskim. Następnego dnia większość jej żołnierzy przebiła się przez linię frontu w okolicach wsi Szklanów. Wśród żołnierzy brygady, którzy pozostali w konspiracji na terenie okupowanym przez Niemców, był m.in. ranny por. Jan Trzaska „Gutek” – co ciekawe także uczestnik kampanii wrześniowej i początkowo partyzant AK.

Różne były powojenne losy bohaterów Republiki Pińczowskiej, tak jak skomplikowana była powojenna historia Polski. Józef Maślanka był ministrem w Rządzie Tymczasowym, a potem posłem SL, Zygmunt Bieszczanin, Franciszek Kucybała i Józef Saturn trafili na kilka lat do MO, a mjr. Roman Zawarczyński do antykomunistycznej konspiracji Wolność i Niezawisłość. Franciszek Kozera podjął w 1945 roku pracę w Tymczasowym Zarządzie Państwowym, a następnie Urzędzie Celnym w Gdyni i został z niej usunięty w 1953 roku na polecenie UB. Jednak na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku ci ludzie walczyli razem. Walczyli o Polskę. Mieli różne wizje Polski i być może mogliby je demokratycznie realizować, gdyby pozwoliły na to ówczesne warunki geopolityczne. Tak przynajmniej było w krótkim epizodzie Partyzanckiej Republiki Pińczowskiej, kiedy wspólnie tworzyli jej demokratyczne władze. Ten fakt nie pasuje jednak do założeń obecnej polityki historycznej, opartej na ideologii radykalnego antykomunizmu. Nie pasuje do dogmatów o drugiej okupacji sowieckiej i pachołkach Kremla. Stąd też podjęte zostały działania zmierzające do napisania historii na nowo. Jak bowiem inaczej należy traktować zapowiedź usunięcia z pamięci społecznej kilku ważnych nazwisk związanych z Republiką Pińczowską?

[1] „Koło Pińczowa chcą zburzyć pomnik bohaterów! Wielkie oburzenie. To koniec uroczystości pod pomnikiem Republiki Pińczowskiej?”, http://www.echodnia.eu, 7.03.2018.

[2] „Byczów, Kozubów. Tablice do usunięcia, pomnik Republiki Pińczowskiej pozostanie na swoim miejscu”, http://www.echodnia.eu, 13.03.2018.

[3] „Kontrowersje wokół pomnika Republiki Pińczowskiej. Chodzi o kilka nazwisk”, http://www.radio.kielce.pl, 8.03.2018.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 kwietnia 2018 r.

„Myśl Polska” nr 15-16 (2183/84), 8-15.04.2018, s. 6-7