Rzeź Nankinu

„15 grudnia: Rzeź cywilów jest przerażająca. Mógłbym zapełnić całe strony przypadkami gwałtu i brutalności ponad ludzkie pojęcie. 18 grudnia: Dziś mija szósty dzień współczesnego Piekła Dantego, wypisanego wielkimi zgłoskami krwi i gwałtu. Zbiorowych mordów i tysiąckrotnego gwałtu. Okrucieństwo, żądza i sadyzm oprawców zdają się nie mieć końca. Z początku starałem się być miły, aby nie podsycać ich gniewu, ale uśmiech stopniowo zamarł, i moje spojrzenie stało się w pełni tak chłodne i dziwaczne, jak ich spojrzenia. 19 grudnia: Kradną całe jedzenie ubogim, którzy wpadli w stan pełnej przerażenia, histerycznej paniki. Kiedy to się skończy?! Wigilia Bożego Narodzenia: Teraz mówią nam, że w strefie pozostaje ciągle dwadzieścia tysięcy żołnierzy (skąd biorą te liczby, nikt nie wie), których będą wyłapywać i rozstrzeliwać. Wszystkich, czyli każdego sprawnego mężczyznę w mieście w wieku od 18 do 50 lat. Jakże znów odważą się spojrzeć komukolwiek w twarz?” – pisał w grudniu 1937 roku w listach wysyłanych z Nankinu do rodziny w USA amerykański chirurg Robert O. Wilson (1904-1967)[1]. Był on jednym ze świadków tzw. masakry nankińskiej – zbrodni przeciw ludzkości popełnionej przez armię japońską na ludności chińskiej w Nankinie (ówczesnej stolicy Republiki Chińskiej, rządzonej przez Kuomintang).

Data 13 grudnia jest w Polsce kojarzona niemal wyłącznie z rocznicą stanu wojennego z 1981 roku. Zapewne dlatego 80. rocznica masakry nankińskiej nie była wiodącym tematem w polskich mediach. Poza sesją naukową zorganizowaną przez Instytut Historii UJ i informacjami na niektórych portalach rocznica ta nie odbiła się w Polsce szerszym echem. Także w innych krajach Europy wiedza na temat tego, co działo się w Nankinie od 13 grudnia 1937 roku do końca stycznia 1938 roku jest niewielka. Można powiedzieć, że Nankin stanowi wyłącznie chińską tragedię, z której traumą Chiny borykają się samotnie od 80 lat.

Masakra nankińska zasługuje na przypomnienie przynajmniej z dwóch powodów. Dlatego, że to mało znane Polakom wydarzenie jest bliskie tragicznej historii Polski, która rozegrała się niedługo potem – w czasie drugiej wojny światowej. Niewyobrażalny, barbarzyński mord popełniony na przełomie 1937 i 1938 roku przez armię japońską na chińskich cywilach oraz jeńcach wojennych był preludium epoki pogardy dla człowieka, którą stała się pożoga światowa rozpętana wkrótce przez III Rzeszę. Zbrodnię nankińską trzeba przypominać także dlatego, że po dziś dzień ogromna większość historyków japońskich przyjmuje, że Cesarska Armia Lądowa Wielkiej Japonii jakoby nie dopuściła się w Nankinie żadnej zbrodni przeciw ludzkości. Ci z nich, którzy mają odwagę mówić prawdę dostają listy z pogróżkami – w tym też groźbami śmierci – od prawicowych i nacjonalistycznych organizacji.

Japonia nie chce pamiętać

13 grudnia 2017 roku odbyła się w Nankinie coroczna ceremonia upamiętniająca około 300 tys. ofiar masakry nankińskiej. W tym roku, ze względu na okrągłą rocznicę, była szczególnie podniosła. Po raz pierwszy od trzech lat wziął w niej udział prezydent Xi Jinping. W przemówieniu, które wygłosił przewodniczący parlamentu chińskiego Yu Zhengsheng padły pod adresem Japonii słowa pojednawcze: „Tylko pamiętając o historii będziemy mogli zbudować lepszą przyszłość (…). Powinniśmy być przyjaznymi sobie sąsiadami i uczyć się od siebie wzajemnie oraz utrzymywać przyjacielskie relacje dyplomatyczne”[2]. Problem w tym, że Japonia nie chce pamiętać swoich zbrodni z okresu wojny chińsko-japońskiej (1937-1945) oraz drugiej wojny światowej, eksponując własne cierpienia doznane w wyniku ataku atomowego na Hiroszimę i Nagasaki. Kwestia uznania masakry nankińskiej za ludobójczą zbrodnię przeciw ludzkości oraz liczba jej ofiar do dzisiaj dzielą oba kraje. 12 grudnia 2017 roku w liczącym ponad 700 tys. mieszkańców japońskim mieście Shizuoka około 200 Japończyków przyszło na spotkanie poświęcone 80. rocznicy masakry nankińskiej, które zorganizował miejscowy uniwersytet i rodziny ocalałych z masakry Chińczyków[3]. Wydarzenie to jednak było wyjątkiem w Japonii, gdzie rewizjoniści historii stali się odważniejsi pod konserwatywnym rządem premiera Shinzo Abe.

Sześć tygodni horroru

Wydarzenia, które rozegrały się w ówczesnej stolicy Chin na przełomie 1937 i 1938 roku mogłyby zostać uznane za jedną z największych, jeśli nie największą zbrodnię wojenną drugiej wojny światowej, gdyby nie data. W okresie tym – przynajmniej według historiografii europejskiej – światowy konflikt jeszcze się nie zaczął. Tylko historiografia chińska oraz niektórzy historycy amerykańscy i australijscy są zdania, że początkiem drugiej wojny światowej był wybuch w 1937 roku wojny chińsko-japońskiej.

Bezpośrednim pretekstem do agresji Japonii na Chiny była japońska prowokacja z 7 lipca 1937 roku, która przeszła do historii pod nazwą incydentu na moście Marco Polo pod Pekinem. Wojna ze strony japońskiego agresora odznaczała się od początku dużą brutalnością. Japoński sztab planował pokonanie Chin w trzy miesiące. Armia chińska, dowodzona przez generalissimusa Czang Kaj-szeka, choć ustępująca japońskiej pod względem uzbrojenia, broniła się jednak zaciekle. Trzy miesiące zajęło Japończykom zdobycie samego tylko Szanghaju. To rozwścieczyło agresora i stało się jedną z przyczyn jego brutalności.

Czang Kaj-szek zarządził obronę stolicy. Powierzył ją jednak nieudolnemu generałowi Dang Shengshi. Silny atak japońskiego lotnictwa 7 grudnia 1937 roku spowodował paniczną ucieczkę z Nankinu chińskich władz, dowództwa, wojska, a na koniec rzesz cywilów. Kolejne naloty i ostrzał ciężkiej artylerii złamały gen. Shengshi, który wydał rozkaz odwrotu i w nocy z 11 na 12 grudnia 1937 roku sam zbiegł z miasta.

Nankin nie był pierwszym miastem chińskim, w którym agresor japoński dokonał masakry ludności. Do masakr takich doszło także w Szanghaju, Changzhou, Hangzhou, Jiaxing, Shaoxing, Suzhou i Wuxi. Według odtajnionych niedawno depesz dyplomatów amerykańskich miało w nich zginąć aż 500 tys. Chińczyków[4]. Wojskami, które zajęły Nankin, dowodził gen. Iwane Matsui – w 1948 roku skazany przez Trybunał Tokijski na karę śmierci. Faktycznie jednak podczas rzezi Nankinu Matsui był chory. W jego zastępstwie dowodzenie przejął książę Yasuhiko Asaka – wuj cesarza Hirohito – i to on ponosi główną odpowiedzialność za to co stało się w Nankinie. Kierowanie rzezią przez Asakę świadczy o tym, że decyzja o zagładzie chińskiej stolicy zapadła w najbliższym otoczeniu Hirohito, jeśli nie na jego rozkaz.

Ludobójstwo nankińskie rozpoczęło się od masowego mordowania chińskich jeńców. Podczas powojennych procesów japońscy zbrodniarze wojenni cynicznie tłumaczyli, że mord na jeńcach był spowodowany tym, że nie mieli ich czym żywić. Faktycznie jednak zagłada jeńców została podyktowana chęcią złamania ducha oporu armii chińskiej i narodu chińskiego. U jej podłoża leżały też przyczyny kulturowe. W dominującej wówczas w Japonii kulturze samurajskiej pokonanego przeciwnika uważano za pozbawionego honoru i nie traktowano jak człowieka.

Liczące 50 tys. żołnierzy japońskie siły inwazyjne wzięły do niewoli w Nankinie i okolicach około 90 tys. żołnierzy chińskich. Obiecywano im przetransportowanie do obozów jenieckich. Jednakże zostali podzieleni przez Japończyków na grupy i wymordowani. Rozstrzeliwano ich z karabinów maszynowych i dobijano bagnetami. Zdarzały się jednak przypadki urządzania przez japońskich wojskowych „zawodów” w ścinaniu chińskich jeńców samurajskimi mieczami. Z równym okrucieństwem zabijano też ludność cywilną przedmieść Nankinu i pobliskich wiosek. Największą jednorazową egzekucję Japończycy przeprowadzili koło góry Mufu, na północ od Nankinu. Rozstrzelali tam aż 57 tys. żołnierzy i cywilów chińskich. Zwłoki oblewano benzyną i podpalano. Gdy zabrakło benzyny, trupy wrzucano do rzeki Jangcy.

Jeśli podczas egzekucji jeńców Japończycy używali przeważnie broni palnej, to masakry w samym Nankinie cechowało niewyobrażalne zwyrodnienie. Ofiary zakopywano żywcem, czasem tylko po szyję i wówczas ścinano je mieczami. Natomiast zakopani w ziemi po pas byli rozszarpywani przez psy. Niejednokrotnie ćwiczono też na nich ciosy bagnetem. Innych tratowano końmi i czołgami, wieszano za języki na hakach, przybijano do drzew i słupów telegraficznych, oddzierano im pasy skóry, odcinano nosy i uszy, wyłupywano oczy. Niektóre ofiary gromadzono na dachach drewnianych przeważnie domów, które następnie podpalano benzyną od parteru. Ku uciesze oprawców ofiary te – tak jak sześć lat później Żydzi w getcie warszawskim – popełniały samobójstwo skacząc w dół. Dopóki nie zabrakło benzyny, palono też nankińczyków zbiorowo na placach i ulicach. Innych topiono w lodowatych wodach Jangcy. Orgii mordów towarzyszył rabunek mienia oraz palenie i niszczenie miasta. Ten koszmar trwał długie sześć tygodni.

Odrębnym i najbardziej przerażającym rozdziałem dramatu nankińskiego były masowe, sadystyczne gwałty na chińskich kobietach i dziewczynkach, które następnie były najczęściej okrutnie zabijane przez żołnierzy japońskich. Liczba ofiar tych gwałtów jest szacowana od 20 do 80 tys. Jedna trzecia z nich miała miejsce w biały dzień i na oczach rodzin. Być może był to największy gwałt zbiorowy w historii obok Bengalu Wschodniego, gdzie w 1971 roku zgwałcono ponad 200 tys. kobiet. Armia pakistańska potrzebowała na to jednak wtedy aż dziewięć miesięcy.

Sprawiedliwi z Nankinu

Na pomoc eksterminowanym mieszkańcom Nankinu pospieszyli obecni w stolicy Chin cudzoziemcy, dysponujący przeważnie immunitetem dyplomatycznym. Ocalenie mniej więcej połowy populacji Nankinu było zasługą 27 Europejczyków i Amerykanów – pracowników konsulatów, szpitali, szkół, organizacji charytatywnych i zagranicznych firm. Za zgodą władz japońskich, nawiązując do wcześniejszego precedensu z Szanghaju, utworzyli oni tzw. Nankińską Strefę Bezpieczeństwa, która dała schronienie 200-300 tys. cywilów, ale także ukrywającym się wśród nich jeńców. Na czele akcji ratunkowej stanął John Rabe (właśc. Heinrich Detlef Rabe, 1882-1950) – przedstawiciel Siemensa w Chinach i członek NSDAP. Nazwany przez Chińczyków „Żywym Buddą”, dosłownie wyrywał ofiary z rąk Japończyków, krążąc po mieście z opaską ze swastyką na ramieniu i podsuwając oprawcom pod nos znaczek partii hitlerowskiej. Było to jednak ryzykowne. Rabe kilkakrotnie ocierał się o śmierć. Wielu innych Niemców, mimo używania nazistowskich emblematów, zostało pobitych przez żołnierzy japońskich. Swoich podopiecznych Rabe strzegł w strefie, czuwając osobiście nawet nocami. Ogromną rolę odegrała także dwójka Amerykanów – wspomniany chirurg Robert O. Wilson oraz Wilhelmina („Minnie”) Vautrin – dziekan Ginling College, w której kampusie znalazło schronienie tysiące kobiet. Dramat nankiński spowodował ciężką depresję u Minnie Vautrin, z której już się nie podniosła. Po powrocie do USA popełniła samobójstwo w maju 1941 roku. Diariusze prowadzone przez Johna Rabe i Minnie Vautrin – bezpośrednich świadków masakry nankińskiej – stanowią bezcenne źródło historyczne i dowód japońskich zbrodni.

Liczba ofiar

Masakra nankińska była jedynie epizodem – choć niewątpliwie najkrwawszym – podczas wojny chińsko-japońskiej i japońskiej okupacji Chin, które pochłonęły około 20 mln ofiar chińskich. Współczesna historiografia chińska przyjmuje, że w masakrze nankińskiej zginęło co najmniej 300 tys. ofiar. Szacunki różnych historyków wahają się od 50 do 600 tys. ofiar. Trybunał Tokijski przyjął liczbę 260 tys. ofiar. Prawdopodobnie najbliższe prawdy są ustalenia amerykańskiej badaczki chińskiego pochodzenia Iris Chang (1968-2004). Bezwzględnie wiarygodne statystyki, pochodzące od chińskich organizacji charytatywnych oraz powołanych przez okupanta japońskiego władz miejskich, mówią o pogrzebaniu 227400 ciał. Do tej liczby Iris Chang dodała orientacyjne dane na temat zwłok grzebanych lub palonych na stosach przez samych Japończyków i oszacowała liczbę ofiar masakry nankińskiej na 335-400 tys. ofiar. Ponadto badaczka ta odnalazła w National Archives w Waszyngtonie rozszyfrowaną przez amerykański wywiad depeszę japońskiego ministra spraw zagranicznych Koki Hiroty z 17 stycznia 1938 roku (rzeź Nankinu wówczas jeszcze trwała) donoszącą, że „wymordowano nie mniej niż trzysta tysięcy chińskich cywilów, w wielu wypadkach z zimną krwią”. Jeśli nawet liczba ofiar masakry nankińskiej nie przekroczyła 260 tys. – podanych przez Trybunał Tokijski – to jest ona i tak prawie dwukrotnie wyższa od łącznej liczby zabitych w Hiroszimie i Nagasaki bezpośrednio w atakach nuklearnych (tzn. nie licząc zmarłych potem na chorobę popromienną) i od strat ludzkich jakiegokolwiek miasta w drugiej wojnie światowej.

Ostatnia ofiara

Iris Chang stała się ostatnią ofiarą masakry nankińskiej. Całą swoją działalność publicystyczną i badawczą poświęciła nagłaśnianiu japońskich zbrodni wojennych. Światową sławę przyniosła jej książka „Rzeź Nankinu. Historia zapomnianego ludobójstwa” (wyd. pol. 2013). Jej ogromną zasługą było opracowanie i opublikowanie w 1996 roku zapisków nankińskich Johna Rabe. W sierpniu 2004 roku, podczas pracy nad książką o bataańskim marszu śmierci, przeżyła załamanie nerwowe, które przerodziło się w depresję. Była przekonana, że jest przez kogoś inwigilowana. Najprawdopodobniej nie poradziła sobie psychicznie z tematyką, którą się zajmowała. Popełniła samobójstwo 9 listopada 2004 roku, mając 36 lat. Wkrótce potem jej pomnik stanął w mauzoleum masakry nankińskiej.

Zbrodnie popełnione w Nankinie – podobnie jak zbrodnie popełnione niedługo potem przez nazistów w Europie – zrodziła podobna nacjonalistyczna, militarystyczna i imperialistyczna ideologia. Japońska wersja faszyzmu, której oficjalnie faszyzmem nie nazywano, ale która faszyzmem była. Takie zbrodnie były możliwe dzięki temu, że ideologia odczłowieczała ofiary – w Europie Żydów i Słowian, na Dalekim Wschodzie – Chińczyków, Koreańczyków, Wietnamczyków i inne narody podbite przez Japonię. Wyhodowani na szowinistycznej ideologii sprawcy nie traktowali swoich ofiar jak ludzi, a czynów jako zbrodnię. Problem z Japonią jest tego typu, że z powodu Hiroszimy i Nagasaki uważa się ona nie za sprawcę ludobójstwa, ale za ofiarę drugiej wojny światowej. Japończycy widzą skutek, ale nie widzą przyczyny.

Jakub Polit – wybitny znawca historii Chin i Dalekiego Wschodu – w wydanej w 2002 roku książce „Smutny kontynent. Z dziejów Azji wschodniej w XX wieku” napisał: „Mimo podejmowanych w ostatnich latach, głównie przez diasporę chińską, prób nagłośnienia sprawy (wystawy fotograficzne, prezentacja dziennika Rabego, film Nancy Tong »W imieniu cesarza«), słowo »Nankin« pozostaje pustym dźwiękiem dla niemal wszystkich Europejczyków i Amerykanów. Symbolem martyrologii ludności Dalekiego Wschodu jest nadal Hiroszima – położony w kraju morderców filar ich przemysłu zbrojeniowego”.

[1] Cyt. za: I. Chang, Rzeź Nankinu. Historia zapomnianego ludobójstwa, Warszawa 2013, s. 148.

[2] Cyt. za: Apel o pokojowe relacje. Rocznica masakry nankińskiej, http://www.inforgmina.com, 13.12.2017; China marks 80th anniversary of Nanjing massacre, http://www.dw.com, 13.12.2017.

[3] Testimony meeting held in Japan’s Shizuoka in memory of 1937 Nanjing Massacre, http://www.news.xinhuanet.com, 13.12.2017.

[4] Archives reveal massacre of 500 000 Chinese by Japanese army, http://www.chinadaily.com.cn, 12.12.2007.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 26 stycznia 2018 r.

„Przegląd” nr 4 (942), 22-28.01.2018, s. 36-38

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s