Bircza – Przebraże Podkarpacia

Przewodniczący Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wiatrowycz oświadczył 9 listopada 2017 roku, że na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie „pojawiła się tablica na cześć polskich żołnierzy, którzy zginęli w walkach z UPA. Wśród tych, którzy zginęli na terenach Polski (powojennej – uzup. BP) w walce z ukraińskimi powstańcami, najwięcej było przedstawicieli komunistycznej bezpieki. A więc od teraz w Polsce na szczeblu państwowym upamiętniani są czekiści wraz z tymi, którzy mają na rękach krew polskich patriotów”[1]

Uwaga Wiatrowycza dotyczyła obrońców Birczy. Nazwa tej miejscowości pojawiła się na jednej z dwóch tablic, jakie przed tegorocznym Świętem Niepodległości zawieszono na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Odsłonięcie tych tablic – zawierających nazwy dwudziestu wsi i miasteczek na Wołyniu, Lubelszczyźnie i w Małopolsce Wschodniej, które stawiły opór bojówkom OUN i UPA – było efektem wieloletnich starań rodzin ofiar UPA, organizacji kresowych i działaczy społecznych. Spośród miejscowości wymienionych na tablicach walki z UPA w okresie powojennym toczono tylko w Birczy. To jej obrońców Wiatrowycz nazwał „czekistami”. Nie wiemy czy z tego właśnie powodu wkrótce po oświadczeniu Wiatrowycza Bircza zniknęła z Grobu Nieznanego Żołnierza.

Można jednak przypuszczać, że tak. Państwowa polityka historyczna RP współgra bowiem z polityką historyczną Ukrainy na płaszczyźnie wojującego antykomunizmu. Żołnierze Wojska Polskiego, które walczyło na froncie wschodnim, a po wojnie m.in. w obronie ziem południowo-wschodnich przed UPA, zostali przecież wykluczeni przez znanego historyka obecnego obozu władzy z tradycji polskiego oręża. W świetle dogmatów tej polityki historycznej obrońcy Birczy – zarówno żołnierze, jak i funkcjonariusze MO – byli przedstawicielami „sowieckiej władzy okupacyjnej”, którzy na żadną pamięć nie zasługują.

Kim zatem naprawdę byli obrońcy Birczy?

Bircza to nieduża miejscowość położona na Pogórzu Przemyskim. Od 1464 do 1934 roku posiadała prawa miejskie. W okresie II RP wchodziła w skład powiatu dobromilskiego. 21 sierpnia 1945 roku – po przesunięciu granicy – znalazła się w powiecie przemyskim. 11 i 12 września 1939 roku 11. Dywizja Piechoty pod dowództwem płk. dypl. (później gen.) Bronisława Prugar-Ketlinga stoczyła pod Birczą krwawą bitwę z niemiecką 2. Dywizją Górską. Najbardziej dramatyczne chwile miejscowość ta przeżyła jednak dopiero po zakończeniu drugiej wojny światowej, kiedy stała się obiektem trzech ataków Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Obszar Pogórza Przemyskiego znalazł się wówczas w strefie działania 26. Odcinka Taktycznego UPA „Łemko”, którego dowódcą był Wasyl Mizerny „Ren”. W skład odcinka wchodziły dwa kurenie – „Rena” i „Rezuna” (Wasyla Andrusiaka), liczące po kilka sotni. Na początku 1946 roku przeprowadzono reorganizację odcinka. Kureń „Rezuna” – zdziesiątkowany podczas walk z Wojskiem Polskim – zastąpił kureń „Konyka”. Pod tym pseudonimem ukrywał się Mychajło Galo (1914-1946) – od 1935 roku członek Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. W 1943 roku wstąpił on w szeregi 14. Dywizji Waffen-SS „Galizien” (1. ukraińskiej), ale już w 1944 roku był w UPA. Początkowo jako komendant sotni szkolnej w szkole oficerskiej UPA „Oleni” w Karpatach, a od listopada 1945 roku zastępca dowódcy 26. Odcinka Taktycznego UPA „Łemko”.

Pierwszy atak UPA na Birczę miał miejsce 22 października 1945 roku. O godz. 22.30 do miejscowości próbował się wedrzeć około 30-osobowy oddział ubrany w polskie mundury. Wezwani przez żołnierzy do podania hasła upowcy otworzyli ogień i jednocześnie wystrzelili białe race, będące sygnałem do ataku na garnizon polski. Siły UPA składały się z sotni „Rena”, „Jara” i „Suchego” oraz innych nierozpoznanych jednostek z kurenia „Podkarpacie”, który wchodził w skład 22. Odcinka Taktycznego UPA „Czarny Las”. Ponadto wsparcia UPA udzieliły bojówki tzw. samoobrony ukraińskiej (SKW-Samoobronni Kuszczowy Widdiły), stanowiące zaplecze UPA, politycznie nadzorowane przez OUN-B.

Birczy broniły dwa bataliony z 28. pułku piechoty i jeden batalion zbiorczy z 17. Dywizji Piechoty. Jednocześnie z atakiem na Birczę sotnia „Hromenki” przy wsparciu bojówek SKW dokonała napadu na Kuźminę, oddaloną o około 10 km, by powstrzymać ewentualną odsiecz stacjonujących tam pododdziałów 30. pułku piechoty. Oba ataki zostały odparte. Straty polskie wyniosły 19 zabitych żołnierzy i kilkudziesięciu rannych. Zginęło też 11 osób cywilnych i spłonęła większość zabudowań Kuźminy.

Drugi atak na Birczę przeprowadziły prawdopodobnie sotnie „Burłaki” i „Bartla” w nocy z 29 na 30 listopada 1945 roku. Garnizon birczański tworzyły wówczas batalion zbiorczy z 17 DP, kompania MO i kompania Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Atak UPA – polegający na ostrzelaniu Birczy ogniem moździerzy i karabinów maszynowych – był pozorowany. W rzeczywistości upowcom chodziło o spalenie wsi w okolicy Birczy: Boguszówki, Huty Brzuski, Korzeńca, Łomnej, Rudawki i Starej Birczy. Cel ten został osiągnięty. Straty polskie w Birczy wyniosły kilku zabitych.

Trzeci, największy atak UPA na Birczę nastąpił w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 roku, czyli w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia obrządków wschodnich. Jego celem było zniszczenie garnizonu polskiego i spalenie miejscowości. Plan ataku opracował Mychajło Galo „Konyk”. On też stanął na czele sił atakujących, które zostały podzielone na dwie grupy: wschodnią (sotnie „Burłaki” i Łastiwki”) oraz zachodnią (sotnie „Jara” i „Orskiego” oraz oddział Służby Bezpeky OUN-B). Wedle danych UPA Birczy miało bronić 960 żołnierzy WP i 140 milicjantów, wspartych przez „dwie ciężarówki wojsk NKWD”. Na informacje te chętnie powołuje się dzisiaj Wołodymyr Wiatyrowycz mówiący o „czekistach”, których rzekomo upamiętniono na Grobie Nieznanego Żołnierza. W rzeczywistości liczebność batalionu 26. pułku piechoty była znacznie niższa. Wraz z funkcjonariuszami MO załogę Birczy mogło stanowić maksymalnie 400 osób. Natomiast siły UPA wynosiły 550-600 ludzi.

Trzeci atak na Birczę zakończył się pogromem oddziałów UPA, które zostały odparte oraz straciły kilkudziesięciu zabitych i rannych. Zginęli m.in. dowodzący atakiem Mychajło Galo „Konyk” oraz dowódca jednej z sotni – Dmytro Karwanśkyj „Orski”. Straty polskie były niewielkie i wyniosły jednego zabitego oraz czterech rannych. Jednakże podczas walk spłonęła część drewnianych zabudowań Birczy.

Żołnierze polscy broniący Birczy od października 1945 do stycznia 1946 roku pochodzili z pododdziałów 9. i 17. Dywizji Piechoty. Pierwsza z nich została sformowana jesienią 1944 roku jako część 2. Armii Wojska Polskiego. Składała się w większości z byłych żołnierzy AK, w tym pochodzących z Wołynia i mających za sobą walki z UPA w szeregach polskiej samoobrony i 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Również wielu funkcjonariuszy MO z garnizonu w Birczy miało za sobą służbę w AK i BCh. Niejednokrotnie wstępowali oni do milicji na polecenie powojennej konspiracji antykomunistycznej, by w ten sposób bronić ludności polskiej przed UPA.

O sukcesie obrony Birczy w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 roku zadecydował ogień kompanii moździerzy dowodzonej przez por. Witolda Grabarczyka. Pochodził on z Wołynia, gdzie był żołnierzem zgrupowania „Osnowa”, wchodzącego w skład 27. Wołyńskiej DP AK. Uczestniczył w walkach z UPA w obronie ludności polskiej. Podczas ciężkich walk toczonych przez 27. Wołyńską DP AK z Niemcami w 1944 roku znalazł się na terenie opanowanym przez wojska radzieckie i został wcielony do Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR. Skierowano go do trzymiesięcznej szkoły oficerskiej, a po jej ukończeniu, mimo młodego wieku (zaledwie 19 lat), został zastępcą dowódcy kompanii moździerzy. Podczas forsowania Nysy Łużyckiej przejął dowodzenie kompanią w miejsce ciężko rannego dowódcy.

Walczył następnie w operacji łużyckiej i operacji praskiej w szeregach 26. pułku piechoty z 9. Drezdeńskiej Dywizji Piechoty. Koniec wojny nie przyniósł wytchnienia żołnierzom tej dywizji, skrwawionej podczas ciężkich walk na Łużycach. Już bowiem w czerwcu 1945 roku skierowano ich do walki z UPA w południowo-wschodniej Polsce. Pododdziały dywizji rozmieszczono m.in. w Jarosławiu i Sanoku. W drugiej połowie grudnia 1945 roku 2. batalion 26. pułku piechoty otrzymał rozkaz wymarszu do Birczy, żeby zluzować załogę tamtejszego garnizonu. W ten sposób por. Witold Grabarczyk znalazł się w Birczy.

Wedle jego relacji batalion „nie miał jednak pełnego stanu osobowego i liczył tylko 222 ludzi. Kompania moździerzy dysponowała tylko trzema moździerzami, a kompania CKM-ów pięcioma sztukami ciężkich karabinów maszynowych. Atutem żołnierzy batalionu było natomiast duże doświadczenie bojowe. Wszyscy byli zahartowani w ciężkich walkach o Drezno, w stawianiu czoła o wiele silniejszemu przeciwnikowi”.

Batalion wyruszył z Jarosławia w grudniowy, mroźny poranek. „Nasza kolumna maszerowała w śnieżnej zadymce. Żołnierze szli zmarznięci, zgarbieni, zbici w grupki, biegli za wozami konnymi, by po kilku kilometrach takiego marszobiegu wyciągnąć wozy z zasp śnieżnych” – wspomina por. Grabarczyk. Dopiero po dwóch dniach batalion osiągnął Birczę i zluzował tamtejszy garnizon składający się z 460 elewów szkoły podoficerskiej. Wywołało to panikę miejscowej ludności, która była przekonana, że przybyły batalion z Jarosławia nie będzie w stanie obronić Birczy przed UPA. Dlatego większość cywilnych mieszkańców Birczy udała się do Przemyśla wraz z elewami szkoły podoficerskiej.

„Ich kolumna była bardzo długa. Składała się z wozów konnych, sanek i wózków, na których ludzie ciągnęli swoje toboły. Wszystko to opasane było mrowiem dzieci. W miasteczku zapanowała… cisza!” – relacjonuje por. Grabarczyk.

A jednak to nowy garnizon, o połowę szczuplejszy niż poprzedni, ale złożony z doświadczonych frontowych żołnierzy obronił Birczę przed UPA. Wkrótce zresztą przybyli do niej nowi mieszkańcy. Byli to uciekinierzy z pobliskich wiosek, szukający schronienia przed UPA.

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Z relacji por. Grabarczyka wyłania się dramatyzm sytuacji, z jaką musiał się zmierzyć dowódca batalionu, mjr Leon Lubecki: „Całe miasteczko opasane było systemem ziemnych fortyfikacji obronnych połączonych rowami ciągłymi. W sumie liczyły 3,5 km długości. Dowódca batalionu stanął przed bardzo trudnym zadaniem: jak zapewnić obronę miasteczka mając do dyspozycji tylko 50 % sił i środków w stosunku do swego poprzednika? Zmniejszenie pierścienia obrony nie wchodziło w grę. Birczyński system obrony był budowany przez okres sześciu miesięcy. Dowódca batalionu postanowił, nie naruszając dotychczasowego systemu, rozmieścić siły i środki na głównych kierunkach potencjalnego uderzenia ze strony UPA”.

Na jednej z odpraw mjr Lubecki powiedział: „Liczę na moździerzystów!”. Witold Grabarczyk skomentował to następująco: „Nikogo nie trzeba było zachęcać do wysiłku. Wszyscy przez skórę czuli, że wkrótce przyjdzie nam stoczyć zażartą walkę. Dla mnie, żołnierza 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, a także żołnierza 2. Armii WP, zahartowanego w bojach na przyczółku pod Dęblinem i Puławami, którego nie udało nam się utrzymać, i pod Górą Kalwarią, w walce pod Dreznem i Pragą, było to oczywiste. Wiedziałem, że mogę liczyć na swoich żołnierzy. Z nimi pod Dreznem w okrążeniu broniliśmy się przed Niemcami przez trzy dni, zanim nadeszła odsiecz. Wiedzieliśmy, że w razie ataku możemy liczyć tylko na siebie (…). Dowódca batalionu, mjr Leon Lubecki, co trzy, cztery dni robił odprawy, na których byli obecni wszyscy dowódcy kompanii. Był on przez wszystkich niezwykle szanowany. Należał bowiem do korpusu oficerów przedwrześniowych. Miał on dużą wiedzę wojskową i doświadczenie. Cechował go zawsze spokój, powaga i wysoka kultura osobista”.

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Tacy to właśnie „czekiści” bronili Birczy. Animatorzy polityki historycznej rządzącej prawicy, odmawiając tym żołnierzom przynależności do tradycji polskiego oręża, stają faktycznie po stronie UPA. Dyskwalifikują też swoją politykę historyczną, która w istocie nie jest antykomunistyczna, ale antypolska. Obronę Birczy można śmiało porównać do obrony Przebraża na Wołyniu. Bircza to po prostu Przebraże Podkarpacia. Ten symbol boli epigonów UPA i to jest nawet zrozumiałe, ale niezrozumiałe jest to, że boli on również zaczadzoną antykomunizmem polską prawicę. Czyżby dla niej też największą winą Birczy było to, że nie dała się wyrżnąć UPA?

„Przełożeni uznali, że moździerze w obronie Birczy odegrały zasadniczą rolę. Bez ich ognia Bircza mogłaby się nie obronić (…). Niskie straty po naszej stronie były wynikiem przede wszystkim faktu, że nasz batalion nie składał się z żołnierzy z poboru, ale z zahartowanych w ciężkich bojach żołnierzy. Nie bali się przeciwnika i nie wpadli w panikę, gdy ten był 50 m od nich” – podsumował bitwę o Birczę por. Witold Grabarczyk. Za obronę Birczy otrzymał on Krzyż Virtuti Militari. Karierę wojskową zakończył w 1954 roku, kiedy wyszło na jaw, że był w AK. Został wówczas zdegradowany, wydalony z wojska i skazany na pracę w kopalni węgla.

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Fot. Marek A. Koprowski, „Akcja »Wisła«. Krwawa wojna z OUN-UPA”, Zakrzewo 2016

Sukces obrony Birczy, obok wojskowego, miał również ogromne znaczenie polityczne. Tuż po wojnie toczyła się bowiem gra pomiędzy Stalinem a Chruszczowem, który dążył do tego, żeby granica pomiędzy Polską a Ukraińską SRR przebiegała na Sanie, tak jak po podziale Polski pomiędzy Niemcy a ZSRR w 1939 roku. Destabilizacja tzw. „Zakerzonia” przez UPA sprzyjała planom Chruszczowa i komunistów ukraińskich włączenia tych terenów do USRR. Zapobiegła temu m.in. klęska UPA pod Birczą.

Wykorzystane cytaty pochodzą z relacji por. Witolda Grabarczyka pt. Nie daliśmy UPA wziąć Birczy. Relacja z obrony Birczy atakowanej przez UPA w nocy z 6 na 7 stycznia 1946 r., zamieszczonej w książce Marka A. Koprowskiego Akcja „Wisła”. Krwawa wojna z OUN-UPA, Zakrzewo 2016, s. 190-192, 194, 195, 203.

[1] „Prezes ukraińskiego IPN: nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza upamiętniają czekistów”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 grudnia 2017 r.

„Przegląd” nr 51 (937), 18-26.12.2017, s. 38-40

Reklamy

Dekomunizacja, czyli depolonizacja

W Katowicach w ramach tzw. dekomunizacji zniknął plac Wilhelma Szewczyka (przy dworcu kolejowym). Zamiast niego będzie plac Marii i Lecha Kaczyńskich. Decyzję taką podjął wojewoda śląski Jarosław Wieczorek (ur. 1981 r.), ignorując protest władz miejskich Katowic oraz 40 pracowników naukowych Uniwersytetu Śląskiego[1]. To jest kolejny dowód na to, że tzw. dekomunizacja jest depolonizacją – przede wszystkim Ziem Zachodnich, w tym Górnego Śląska.

Wilhelm Szewczyk (1916-1991) był jednym z najwybitniejszych pisarzy śląskich reprezentujących opcję polską. Prozaik, publicysta, krytyk literacki, poeta, tłumacz z języka niemieckiego, literaturoznawca w zakresie literatury niemieckiej i serbołużyckiej, redaktor naczelny czasopism „Odra”, „Poglądy” „Przemiany”, „Zaranie Śląskie” i „Życie Literackie”, kierownik literacki Teatru Śląskiego im. S. Wyspiańskiego w Katowicach oraz dyrektor Studium Teatralnego w Katowicach.

Przed drugą wojną światową jeden z czołowych działaczy Obozu Narodowo-Radykalnego w województwie śląskim, w czasie wojny zmuszony jak wielu Ślązaków do służby w Wehrmachcie (z którego zdezerterował), po wojnie w szeregach PPR i PZPR. Zresztą z PZPR i pracy w katowickiej rozgłośni Polskiego Radia został usunięty w 1949 roku w ramach czystek stalinowskich jako „osoba szkodliwa i niejednokrotnie wroga obecnej rzeczywistości”. Poddany też został wtedy inwigilacji przez organa bezpieczeństwa jako „reakcjonista”, „klerykał”, „nacjonalista” i „separatysta śląski”. Inwigilacji zaprzestano w listopadzie 1956 roku, co zdaniem katowickiego IPN dowodzi, że aparat bezpieczeństwa uznał, iż Szewczyk był „w pełni lojalny wobec ustroju”[2]. Przeraża to, że IPN nic nie wie, albo udaje, że nie wie o Październiku 1956 roku. To koniec stalinizmu w Polsce był faktyczną przyczyną zaprzestania inwigilacji pisarza, co SB uzasadniła zacytowaną przez IPN formułką.

Ponownie przyjęto Szewczyka do partii właśnie po przełomie październikowym 1956 roku. W latach 70., a więc w okresie „liberalizmu” gierkowskiego, wszedł w skład Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Był też posłem na Sejm PRL. Należał do bliskich współpracowników zasłużonego dla Górnego Śląska wojewody Jerzego Ziętka.

Niezależnie od wyborów politycznych zawsze stał jednak po stronie polskiego Śląska. Jako działacz Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich oraz Katowickiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego, członek Rady Programowej Biblioteki Piśmiennictwa Śląskiego i – przede wszystkim – jako literat. Dlatego postać i twórczość Wilhelma Szewczyka stała się po 1989 roku obiektem niesamowitej nagonki ze strony ślązakowców, czyli Ruchu Autonomii Śląska – zakamuflowanej opcji niemieckiej na Górnym Śląsku. Szczególnym obiektem ich agresji była i jest powieść Wilhelma Szewczyka „Ptaki ptakom” (zekranizowana w 1976 r.) – przedstawiająca dramat pierwszych dni agresji Niemiec hitlerowskich na Śląsku we wrześniu 1939 roku, w tym obronę Wieży Spadochronowej.

Negacja faktu obrony Wieży Spadochronowej przez polskich harcerzy jest jednym z kluczowych elementów polityki historycznej ślązakowców. Stąd ich brutalny atak na Wilhelma Szewczyka, którego przedstawiają jako komunistycznego propagandystę. W taką narrację wpisuje się notka biograficzna Wilhelma Szewczyka w Wikipedii. Cytowane są w niej fragmenty jego publikacji „Z teczki wspomnień PPR”, w której pochwalał socjalizm i krytykował AK, ale nie zacytowano fragmentów, ani nawet nie zasygnalizowano tematyki takich dzieł literackich Wilhelma Szewczyka jak „Ptaki ptakom”, „Hanys”, „Skarb Donnersmarcków”, „Czarne słońce”, „Kleszcze”, „Pogodne niebo”, „Od wiosny do jesieni”, „Gadzi raj”, „Moja tratwa najsilniejsza”, „Z kraju Lompy”, „Nanker – Dialogi wrocławskie z roku 1339 w trzech odsłonach”. W swojej twórczości literackiej prezentował własny, niezależny punkt widzenia. Jego zbiór esejów „Śląski trud literacki” nie został dopuszczony do rozpowszechniania przez cenzurę PRL.

W sumie napisał 60 książek o Śląsku – powieści, opowiadań, dramatów i esejów – w których bronił polskości Śląska, podkreślał związki Śląska z Polską oraz pokazywał oblicze niemieckiego panowania na Śląsku. Napisał też ponad siedem tysięcy artykułów, w których podejmował śląską problematykę regionalną. Nie zawsze zgodnie z linią władz partyjnych. Dlatego kierowane przez Szewczyka tytuły, takie jak „Odra”, „Poglądy” i „Przemiany” (śląski odpowiednik „Po prostu”) – kończyły swój żywot w sposób nagły, jako efekt ograniczeń ze strony władz partyjno-państwowych, mających zastrzeżenia do treści prezentowanych na łamach tych pism.

Dla mieszkańców Górnego Śląska uchodził za postać ważną z jednego zasadniczego powodu. Mimo że był osobą publiczną, nie tworzył dystansu pomiędzy sobą a czytelnikiem czy petentem. Potrafił szybko znaleźć wspólny język z mieszkańcami regionu. Z tego powodu wiele osób chętnie podejmowało z nim współpracę i traktowało jako swojego reprezentanta. Był „głosem Górnego Śląska”, który przemawiał w imieniu mieszkańców i miał ich autentyczne wsparcie. W jednym ze swoich artykułów z 1956 roku napisał: „Urodzony i żyjący tutaj – jestem z wami, przeciwko temu wszystkiemu, co czyniło i czyni jeszcze nasze życie biednym, słabym i bezbarwnym”[3]. Znał Śląsk jak mało kto w tamtych czasach, żył Śląskiem i żył dla Śląska.

Dzisiaj powieści, dramaty i eseje Wilhelma Szewczyka są utworami zapomnianymi i „niesłusznymi”, bo polskość Śląska jest kwestionowana. Głównie przez ślązakowców, czyli opcję niemiecką. Jednakże w ich narrację historyczną wpisały się oba skrzydła obozu solidarnościowego – obóz liberalny ze swoją ideologią „europejską” oraz obóz prawicowy z ideologią antykomunistyczną. Wojewoda z PiS może jest nawet o tym osobiście przekonany, że robi jakąś dekomunizację, lecz faktycznie nie dokonał on aktu „dekomunizacji”, ale depolonizacji Górnego Śląska, zgodnego z oczekiwaniami ślązakowców.

Wojewoda śląski nie jest tutaj bynajmniej wyjątkiem. Np. w Opolu tamtejszy wojewoda, po zasięgnięciu opinii IPN, „zdekomunizował” ulicę prof. Stanisława Kulczyńskiego (1895-1975)[4]. Wina tego wybitnego botanika polegała na tym, że w latach 1939-1941 nadal wykładał na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie (przemianowanym wtedy przez władze radzieckie na Uniwersytet Iwana Franki) i żeby uniknąć usunięcia z pracy stanął na czele Związku Zawodowego Pracowników Uniwersytetu, do którego przynależność była obowiązkowa. To, że był delegatem rządu londyńskiego na Obszar Lwowski, współpracownikiem Karoliny Lanckorońskiej i organizatorem tajnego nauczania w Krakowie, a po wojnie jednym z pionierów polskiej nauki na Ziemiach Odzyskanych – pierwszym rektorem Uniwersytetu Wrocławskiego i Politechniki Wrocławskiej, których odbudową kierował – nie miało żadnego znaczenia dla IPN i wojewody Adriana Czubaka z PiS.

Przykładów takich można podać znacznie więcej. Polska prawica powinna w końcu dokonać jasnego wyboru – albo antykomunizm, albo Polska. Trzeciej drogi nie ma.

[1] P. Jedlicki, „Plac Szewczyka zdekomunizowany przez wojewodę. To plac Lecha i Marii Kaczyńskich”, http://www.katowice.wyborcza.pl, 14.12.2017.

[2] J. Przybytek, „Plac Szewczyka w Katowicach zdekomunizowany. Teraz to plac Marii i Lecha Kaczyńskich. Wojewoda wydał zarządzenie”, http://www.dziennikzachodni.pl, 14.12.2017.

[3] M. Fic, „Wilhelm Szewczyk urodził się sto lat temu. Był legendą i głosem Śląska”, http://www.katowice.wyborcza.pl, 8.01.2016.

[4] A. Janowski, „Wojewoda Adrian Czubak: Trzy nazwy ulic w Opolu zostaną zmienione”, http://www.nto.pl, 13.12.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 15 grudnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 1-2 (2169/70), 1-7.01.2018, s. 9

Zabawy z historią

Patrzę na obraz Jerzego Oleksiaka – artysty malarza z Poznania – zatytułowany „Witold Pilecki oskarża…” z serii „Ludzie Cogito” i zastanawiam się, co o nim powiedzieć. To znaczy zastanawiam się jakich słów użyć, żeby nie były zbyt ostre i nie naraziły mnie na ewentualny proces sądowy z Twórcą. Wiem, że każdy artysta ma prawo do własnej wizji artystycznej, ale w tym wypadku mamy do czynienia raczej nie z wizją artystyczną, ale – delikatnie mówiąc – z przesadą.

Na jednej z „patriotycznych” stron internetowych obraz ten jest reklamowany następująco: „Na ławie oskarżonych zasiadają komunistyczni zbrodniarze, którzy nie doczekali się sprawiedliwego osądzenia tu, na ziemi: Władysław Gomułka, Wojciech Jaruzelski, Józef Różański, Bolesław Bierut, Edward Gierek, Piotr Śmietański, Czesław Kiszczak i Józef Cyrankiewicz. Oskarża Rotmistrz Witold Pilecki (…)”. Koniec cytatu.

Obraz Jerzego Oleksiaka „Witold Pilecki oskarża…” Źródło: www.niezwykle.com

Obraz Jerzego Oleksiaka „Witold Pilecki oskarża…” Źródło: http://www.niezwykle.com

Powiem szczerze, co czuję: po prostu ręce opadają. Trzeba nie mieć albo elementarnej wiedzy historycznej, albo wykazać się dość szczególnym sposobem wartościowania, żeby na jednej ławie oskarżonych umieścić obok siebie Edwarda Gierka i Piotra Śmietańskiego (kata wykonującego wyroki śmierci w więzieniu mokotowskim) oraz Władysława Gomułkę i Józefa Różańskiego (Gomułka spowodował osądzenie i skazanie Różańskiego za jego działalność w MBP) i podpisać to „komunistyczni zbrodniarze”.

Być może Twórca nie miał takiej intencji, ale w moim odczuciu obraz sugeruje laikowi, że na ławie oskarżonych zasiadają winni śmierci Pileckiego. Nie muszę chyba tłumaczyć, że jest to absurd. Ani Gierek, ani Gomułka, ani Jaruzelski i Kiszczak ze sprawą Pileckiego nie mieli nic wspólnego. Winny jego śmierci nie był również Józef Cyrankiewicz, a formułowane pod jego adresem przez niektórych prawicowych publicystów (Tadeusz Marek Płużański, Wiesław Jan Wysocki) oskarżenia nie są poparte jakimikolwiek dowodami. Pośredni związek ze śmiercią Pileckiego mogą mieć co najwyżej Bolesław Bierut, który nie skorzystał z prawa łaski, Józef Różański, który nadzorował śledztwo i Piotr Śmietański, który jako kat więzienny wykonał wyrok sądu. Sądu, w którym zasiadało dwóch oficerów AK (Czesław Łapiński i Jan Hryckowian) oraz jeden przedwojenny sędzia (Józef Badecki). To oni skazali Pileckiego na karę śmierci.

Jeszcze bardziej zdumiewającą manipulacją jest postawienie obok siebie i w takiej właśnie kolejności Gomułki, Jaruzelskiego, Różańskiego, Bieruta, Gierka, Kiszczaka i Cyrankiewicza (postaci politycznych) oraz więziennego kata Śmietańskiego i skwitowanie tego określeniem „komunistyczni zbrodniarze”. Poza Bierutem i Różańskim zbrodniczość pozostałych postaci politycznych, uwidocznionych na ławie oskarżonych, jest naciągana. Chciałbym się dowiedzieć od Twórcy, jakich konkretnie zbrodni dopuścił się np. Edward Gierek? Czy Twórca wie o tym, że Władysław Gomułka był ofiarą represji stalinowskich i o mały włos nie doszło do jego procesu pokazowego, który mógł mieć równie tragiczny finał jak proces jak Pileckiego?

Przypuszczam, że artysta malarz z Poznania nie wie również, że to prezydent Wojciech Jaruzelski oraz Aleksander Bentkowski – minister sprawiedliwości w rządzie Tadeusza Mazowieckiego – doprowadzili w 1990 roku do rehabilitacji Witolda Pileckiego przez Naczelną Prokuraturę Wojskową i Wojskowy Sąd Najwyższy. Oni w ten sposób symbolicznie zamknęli stalinizm i komunizm w Polsce, których praktyki (na razie propagandowe) restytuuje rządząca obecnie prawica.

Ten obraz jest albo wynikiem totalnej niewiedzy historycznej, albo – powiem jednak ostro – zwykłej nikczemności. Nikczemności charakteryzującej narrację historyczną rządzącej prawicy. Nie ma w tej narracji – nazywanej górnolotnie polityką historyczną – wielowątkowego spojrzenia na historię, ani próby wyważonej oceny faktów i postaci. Jest natomiast wyłącznie tworzenie czarno-białego obrazu propagandowego, fikcyjnego i prostackiego. W ten nurt doskonale wpisuje się obraz Jerzego Oleksiaka, który wiernie oddaje głupotę i nikczemność prawicowej polityki historycznej. Niezależnie od tego obraz ten stanowi profanację postaci Witolda Pileckiego. Nie wiem o czym myślał on tuż przed egzekucją, ale chyba nie przypuszczał, że „patrioci” zrobią z niego symbol takiej właśnie narracji, będącej w moim odbiorze profanacją polskiej historii.

Równie duże zdumienie i zakłopotanie wywołała u mnie książeczka Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby pt. „Rotmistrz Witold Pilecki” z serii „Polscy superbohaterowie”, przeznaczona dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Jest to typ literatury, którą w latach 40. XX wieku spopularyzował Michaił Zoszczenko. O ile jednak bajki Zoszczenki o Leninie były śmieszne i bawiły odbiorcę ukrytym podtekstem politycznym, to bajka Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby o Pileckim śmieszna nie jest, a jej przekaz polityczny jest prosty jak konstrukcja cepa.

Czego dziecko dowiaduje się z tej książeczki o Pileckim? Ano tego, że głównie walczył z Rosją, z dwuletnią przerwą w Auschwitz. Opowieść o Pileckim zaczyna się od powstania styczniowego: „Jest rok 1863, trwa Powstanie Styczniowe. Carski pułkownik i oddział kozaków zatrzymali się w majątku pradziadków Pileckich, Adama i Marii. Szukają polskich powstańców w okolicznych dworach, żeby ich ukarać za bunt przeciw rosyjskiej władzy (…). Deski w ścianie się rozsunęły i ukazało się tajne przejście do ukrytego pokoju. Wewnątrz na łóżku leżał ranny mężczyzna. Cicho jęczał. Siedząca obok niego kobieta, również cała w czerni, opatrywała mu ranę bandażami z prześcieradła podartego na pasy. Na podłodze leżał długi karabin z bagnetem. – Żołdacy wrócili – szepnęła kobieta z lampą”.

Kilka stron dalej dziecięcemu czytelnikowi ukazuje się koszmarna postać „carskiego generała Michaiła Murawjowa nazywanego Wieszatielem, okrutnego pogromcy powstańców styczniowych. Wielu z nich kazał powiesić i sam nadzorował wykonywanie wyroków. Prześladował Polaków i katolików”. Co miał z nim wspólnego Pilecki, który urodził się w 1901 roku? Ano podobno to, że Ludwika Pilecka miała kazać swoim dzieciom spluwać pod pomnikiem Murawjowa w Wilnie. Na pomnik generała-gubernatora wileńskiego pluły nie tylko dzieci pani Pileckiej, ale – jak się dowiadujemy od Autorki – także polskie koty (rosyjskie pewnie miauczały „Boże cara chrani”).

Życie małego Pileckiego nie było łatwe. Młody czytelnik dowiaduje się, że „w Ołońcu mówiono po rosyjsku. Witek i jego rodzeństwo rozmawiali z kolegami, sąsiadami, a nawet z nianią w języku zaborcy”. No tak, ale w Ołońcu zawsze mówiono po rosyjsku, bo to było i jest rosyjskie miasto położone w Karelii, w pobliżu Jeziora Ładoga. Pilecki się w nim urodził, ponieważ jego ojciec pracował tam jako leśnik. Nie był to zabór rosyjski.

Koszmarne były przeżycia młodego Pileckiego w szkole: „Rosyjscy nauczyciele Witka mówili, że Polacy powinni być wdzięczni zaborcom za »opiekę«, że polska kultura, literatura, nauka są niewiele warte”. Nic więc dziwnego, że Pilecki od najmłodszych lat walczył z Rosją. Najpierw pluł na pomnik Murawjowa, a jak miał siedemnaście lat marzył „o walce o wolną Polskę w polskim wojsku. Nagrodą miało być królestwo i ręka królewny”.

No, ale co tu myśleć o królestwie i ręce królewny jak „tymczasem w Rosji wybuchła rewolucja. Car abdykował. Do władzy doszli bolszewicy, gorsi od najciemniejszych mocy. Odebrali wujkowi Stanisławowi Hawryłków”. Cóż wtedy zrobił główny bohater? Osiemnastoletni Pilecki wskoczył na próg samochodu Józefa Piłsudskiego podczas jego uroczystego przejazdu ulicami Warszawy. Potem pod wodza wielkiego Marszałka rozgromił bolszewików, a nawet armię litewską na Wileńszczyźnie.

Właściwie czytającemu tę publikacje dziecku – nie mającemu szczegółowej wiedzy historycznej – trudno będzie zrozumieć dlaczego Pilecki nagle znalazł się w KL Auschwitz i dlaczego miał „zawiadomić świat o niemieckim ludobójstwie” oraz „przygotować plan uwolnienia więźniów”. Dowiaduje się natomiast, że Pileckiemu podobno objawiła się w obozie Matka Boska.

Cały czas mamy w tle Rosję. „Rosjanie zamierzają wywieźć rodzinę [Pileckiego – BP] na Syberię”, „tymczasem Polskę zajęły wojska komunistycznej Rosji”, „rządy w Warszawie objęli polscy komuniści uzależnieni od Rosjan”, „radzieccy komuniści zniszczyli dom Witolda Pileckiego”. Natomiast polscy komuniści aresztowali Pileckiego bynajmniej nie za działalność wywiadowczą, ale z nienawiści do Polski, a w „więzieniu był torturowany z większym okrucieństwem niż w niemieckim obozie śmierci. »Oświęcim to była igraszka« – powiedział. Chował ręce za siebie, żeby najbliżsi nie dostrzegli, że zerwano mu paznokcie”. Nic to, że najbardziej znany biograf Pileckiego – Adam Cyra – odniósł się do tych informacji sceptycznie. Legenda dobrze się sprzedaje.

Właściwie gdyby nie ta nieszczęsna powojenna działalność Pileckiego i jej tragiczny koniec, jego postać byłaby bezużyteczna dla animatorów obecnej polityki historycznej. Jego działalność konspiracyjna w KL Auschwitz – która obecnie pełni rolę dodatku do narracji antykomunistycznej i antyrosyjskiej – byłaby wtedy niezauważalna. A gdyby jeszcze ułożył sobie jakoś życie w powojennej rzeczywistości, jak np. Jan Mazurkiewicz „Radosław”, Jan Rzepecki i inni znani oficerowie AK, byłby po prostu „zdrajcą”.

Historia, która jest tłem życia Witolda Pileckiego stanowi materię zbyt trudną dla dziecka w wieku wczesnoszkolnym, do którego jest adresowana publikacja Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby. Publikacja ta ani nie przybliża dziecku meandrów tej historii, ani ich nie upraszcza, ale je karykaturalnie wypacza. Nie mam wątpliwości, że ta książeczka jest owocem polityki historycznej rządzącej prawicy. Nie wiem co przez taką politykę historyczną chce ona osiągnąć.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 grudnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 51-52 (2167/68), 17-24.12.2017, s. 18