Czwarta obrona Birczy

Od połowy listopada Polskę rozpala sprawa Birczy. Sprawy tej oficjalnie nie ma, ponieważ nie zauważają jej tzw. media głównego nurtu. Zwrócił na to uwagę nawet red. Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”[1]. Sprawa jednak jest i wyzwala coraz większe emocje. Powstał Społeczny Ogólnopolski Komitet Pamięci i Dobrego Imienia Obrońców Birczy przed UPA, którego mam zaszczyt być członkiem. Zawiązał się on w celu „wsparcia działań władz samorządowych Gminy Bircza w obliczu bulwersującej sprawy usunięcia z tablic na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie nazwy miejscowości Bircza”[2].

„Usunięcie w przeddzień tegorocznego Święta Niepodległości napisu »Bircza 1945-1946« z tablicy na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie uważamy za czyn haniebny, niegodziwy i niezrozumiały. (…) Pamięci o bohaterskich obrońcach Birczy, którzy oddali życie i ocalili od pewnej śmierci wiele istnień ludzkich, w tym kobiet i dzieci, nie wolno niszczyć” – napisali 21 listopada w jednomyślnie przyjętej uchwale radni gminy Bircza[3].

O co chodzi? W przeddzień Święta Niepodległości minister obrony narodowej odsłonił na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie tablice z nazwami dwudziestu wsi i miasteczek na Wołyniu, Lubelszczyźnie i w Małopolsce Wschodniej, które stawiły opór bojówkom OUN i UPA podczas przeprowadzonej przez nie w latach 1943-1945 akcji ludobójstwa na ludności polskiej Kresów Wschodnich II RP i ziem południowo-wschodnich Polski powojennej. Odsłonięcie tych tablic było efektem wieloletnich starań rodzin ofiar UPA, organizacji kresowych, działaczy społecznych i kilku posłów. Zbiegło się ono jednak – najprawdopodobniej przypadkowo – z zapowiedzianą na początku listopada przez ministra Waszczykowskiego rewizją polskiej polityki wobec środowisk nacjonalistycznych i antypolskich na Ukrainie, której dotychczasowym rezultatem jest uznanie za persona non grata Wołodymyra Wiatrowycza i Światosława Szeremety. Odsłonięcie tablic na Grobie Nieznanego Żołnierza zostało więc odebrane przez środowiska kresowe jako przyłączenie się ministra Macierewicza do wolty politycznej ministra Waszczykowskiego.

Jakież było jednak zdumienie tych środowisk, gdy nagle okazało się, że z jednej z tablic zniknęła inskrypcja „Bircza 1945-1946”.

Dzisiaj już wiemy, że Bircza padła ofiarą wojny politycznej toczonej pomiędzy ministrem Macierewiczem a prezydentem Andrzejem Dudą, w otoczeniu którego znaleźli się ważni przedstawiciele lobby ukraińskiego w Polsce. Prezydent Duda nie wziął udziału w odsłonięciu tablic, a sama uroczystość została przesunięta z 11 na 10 listopada. Największym jednak zaskoczeniem było podmienienie tablic, które zostały zamontowane na Grobie Nieznanego Żołnierza kilka dni wcześniej. Jeszcze wieczorem 9 listopada Bircza była, a już następnego dnia jej nie było. Przedstawiciele MON i Kancelarii Prezydenta nie złożyli w tej sprawie rzeczowych wyjaśnień, mimo zapytań kierowanych przez kresowian i niektóre media[4].

Wyjaśnienia te złożył natomiast Wołodymyr Wiatrowycz. 9 listopada oświadczył on, że na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie „pojawiła się tablica na cześć polskich żołnierzy, którzy zginęli w walkach z UPA. Wśród tych, którzy zginęli na terenach Polski w walce z ukraińskimi powstańcami, najwięcej było przedstawicieli komunistycznej bezpieki. A więc od teraz w Polsce na szczeblu państwowym upamiętniani są czekiści wraz z tymi, którzy mają na rękach krew polskich patriotów”[5]. Wiatrowyczowi nie spodobało się upamiętnienie „tych, którzy zginęli na terenach Polski” (w obecnych granicach – uzup. BP), czyli obrońców Birczy. Ich właśnie nazwał „czekistami”. Oświadczenie Wiatrowycza – formalnie uznanego za persona non grata w Polsce – miało miejsce 9 listopada, a już następnego dnia jego życzeniu stało się zadość. Stawia to pod znakiem zapytania wiarygodność zapowiedzianej na początku listopada przez szefa MSZ rewizji polskiej polityki wobec gloryfikatorów banderyzmu na Ukrainie.

Nie ulega wątpliwości, że usunięcie Birczy nastąpiło pod presją strony ukraińskiej, a zwłaszcza szefa UINP Wiatrowycza, który zalicza się do czołówki negacjonistów ludobójstwa ukraińskiego na Polakach, Żydach i innych narodowościach zamieszkujących Kresy Wschodnie II RP. Dlaczego Bircza jest nie do zaakceptowania przez epigonów nacjonalizmu ukraińskiego? Dlatego, że upamiętnienie jej obrońców oznacza przyznanie im moralnej i politycznej racji oraz stawia UPA na pozycji agresora i zbrodniarza, przekreślając w ten sposób ostatecznie szansę na legalizację upamiętnień UPA w Polsce. A o to teraz strona ukraińska toczy zaciekłą walkę.

17 listopada Konstiantyn Jelisejew – zastępca szefa kancelarii prezydenta Ukrainy – oświadczył, że podczas spotkania Komitetu Konsultacyjnego Prezydentów Polski i Ukrainy w Krakowie uzgodniono, iż strona polska będzie dążyć do odbudowy i legalizacji upamiętnień UPA na terenie Polski. Oświadczenie to jest o tyle zdumiewające, że w oficjalnym komunikacie wydanym po spotkaniu w Krakowie nie poruszono sprawy pomników UPA[6]. Kancelaria Prezydenta zaprzeczyła słowom Jelisejewa[7]. Jednakże w odpowiedzi na jej dementi głos zabrał ambasador Andrij Deszczyca, który w wywiadzie dla agencji Ukrinform stwierdził, że strona polska zgodziła się podczas rozmów w Krakowie na odnowienie „ukraińskich miejsc pamięci na terenie Polski, które stały się celami aktów wandalizmu od 2014 roku”, czyli nielegalnych pomników UPA[8].

Zatem – albo Bircza na Grobie Nieznanego Żołnierza, albo pomniki UPA na Podkarpaciu. Trzeciej możliwości nie ma. Cała ta sprawa pokazuje, że obóz rządzący w swojej polityce ukraińskiej i polityce historycznej miota się od ściany do ściany i faktycznie zapędził się już w ślepy zaułek.

Jeśli chodzi o stronę historyczną sprawy Birczy, to należy podkreślić, że wbrew twierdzeniom neobanderowskiej historiografii miejscowości tej nie broniło ani UB, ani NKWD. Po stronie polskiej ataki UPA odpierali żołnierze 9. DP, 12. DP i 17. DP, wśród których było wielu weteranów 27. Wołyńskiej DP AK, a także funkcjonariusze MO, wśród których było wielu byłych żołnierzy AK i BCh. Wstąpili oni do MO – niejednokrotnie na polecenie powojennej konspiracji antykomunistycznej – by bronić ludności polskiej przed UPA. W trzech atakach UPA na Birczę od 22 października 1945 do 7 stycznia 1946 roku zginęło co najmniej 44 jej mieszkańców znanych z imienia i nazwiska oraz ponad siedemdziesięciu żołnierzy WP i milicjantów. Bircza nie dała się wyrżnąć zbrodniarzom z UPA i to jest teraz jej największa wina dla epigonów banderyzmu i ich polskich sojuszników.

Obecnie trwa czwarta obrona Birczy, w której mam honor uczestniczyć. To nie jest tylko walka z próbą banderyzacji polskiej przestrzeni publicznej, ale również jest to – przynajmniej w moim odbiorze – pierwszy poważny sprzeciw społeczny wobec realizowanej w Polsce polityki historycznej, zgubnej dla teraźniejszości i przyszłości narodu polskiego. Przecież w świetle tej polityki historycznej obrońcy Birczy byli przedstawicielami „sowieckiej władzy okupacyjnej”. Walczący tam z UPA żołnierze Wojska Polskiego zostali przez znanego historyka obecnego obozu władzy wykluczeni z tradycji oręża polskiego. Wielokrotnie różni przedstawiciele rządzącej prawicy nazywali to wojsko „polskojęzycznymi jednostkami Armii Czerwonej”, a IPN w ramach tzw. dekomunizacji usuwa pamięć o tym wojsku z przestrzeni publicznej. Na tej płaszczyźnie – wojującego antykomunizmu – państwowa polityka historyczna RP współgra z państwową polityką historyczną Ukrainy. Różnica między nimi jest jednak taka, że polska polityka historyczna wpisuje się w realizację antypolskich działań epigonów nacjonalizmu ukraińskiego.

[1] P. Wroński, „Klęska pod Birczą (jakby co, byłem przeciw)”, http://www.wyborcza.pl, 23.11.2017.

[2] A. Zapałowski, „Przywrócić dobre imię obrońców Birczy”, http://www.mysl-polska.pl, dostęp 23.11.2017.

[3] N. Ziętal, „Radni domagają się powrotu nazwy Bircza na tablicę przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie”, http://www.nowiny24.pl, 22.11.2017.

[4] T. Isakowicz-Zaleski, „Usunięto obrońców Birczy z Grobu Nieznanego Żołnierza. Żenada!”, http://www.rmf24.pl, 12.11.2017.

[5] „Prezes ukraińskiego IPN: nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza upamiętniają czekistów”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

[6] „Przedstawiciele Dudy obiecali Ukraińcom odbudowę pomników UPA?”, http://www.kresy.pl, 20.11.2017.

[7] „Tylko u nas. Minister Szczerski: Nie było zgody Kancelarii Prezydenta na odbudowę pomników UPA w Polsce”, http://www.wpolityce.pl, 22.11.2017.

[8] „Ambasador Ukrainy: Polska zgodziła się na odnowienie pomników UPA”, http://www.kresy.pl, 22.11.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 29 listopada 2017 r.

Reklamy

Zagłada Zamojszczyzny

„Zawada pod Zamościem. 5 grudnia 1942 roku o trzeciej nad ranem Niemcy otoczyli wioskę. Trzask wyłamywanych drzwi i ujadanie psów, wrzask gestapowców. W kilka minut wszyscy musieli opuścić domy. Zebrano nas na placu przy kościele w Wielączy (nasz dom był bliżej kościoła), skąd podwodami (wozami konnymi) zawieziono nas do Zamościa. W obozie przejściowym, przeznaczonym dla tysiąca osób, było nas kilkanaście tysięcy. Nędzne, drewniane baraki bez podłóg, niektóre nawet bez prycz. Na zewnątrz trzaskający mróz, wewnątrz błoto po kolana. Straszliwy głód. Badania rasowe, selekcja, oddzielanie dzieci od rodziców. Ja mam śniadą cerę, uznano więc mnie za Cygana. Razem z trzyletnią, bardzo chorą siostrą Grażyną trafiłem do najgorszej grupy. Byli tam tylko dzieci i starcy. Te dzieci nie nadawały się do germanizacji, a starcy do pracy. Ich przeznaczeniem, wcześniej czy później, miała być śmierć” – tak po kilkudziesięciu latach wspominał początek akcji wysiedleńczej na Zamojszczyźnie 10-letni wówczas Zdzisław Wróbel[1].

28 listopada 2017 roku przypada 75. rocznica rozpoczęcia wysiedleń Polaków z Zamojszczyzny. Ten region Polski – na który składają się powiaty biłgorajski, hrubieszowski, tomaszowski i zamojski – znajdował się w II RP na pograniczu Polski centralnej (Lubelszczyzny) i Kresów Wschodnich (Wołynia). Zapoczątkowana w listopadzie 1942 roku przez niemiecki aparat okupacyjny eksterminacja Polaków na Zamojszczyźnie była kontynuowana w latach 1943-1944 przez Ukraińską Powstańczą Armię, która przybyła tam w pościgu za Polakami uciekającymi przed ludobójczą czystką na Wołyniu.

Generalny Plan Wschodni

Niemiecka akcja wysiedleńcza na Zamojszczyźnie – podczas okupacji wchodzącej w skład dystryktu lubelskiego w Generalnym Gubernatorstwie – została podjęta w ramach realizacji Generalnego Planu Wschodniego (Generalplan Ost, GPO). Był to plan osiedleńczy i germanizacyjny Europy Środkowej i Wschodniej opracowany w 1941 roku w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy pod kierownictwem Heinricha Himmlera. Jego podstawę stanowiła nazistowska koncepcja zdobycia „przestrzeni życiowej” na Wschodzie, rzekomo należącej się niemieckiej „rasie panów”.

Teren objęty planem miał się rozciągać na wschód od granic III Rzeszy z 1939 roku – tj. od linii Jeziora Ładoga na północy do Morza Czarnego na południu. W tym celu zamierzano wysiedlić i wyniszczyć większość zamieszkującej te tereny ludności słowiańskiej (około 51 mln), a na jej miejsce osiedlić Niemców z Rzeszy, państw satelickich i okupowanych przez Niemcy. GPO przewidywał także eksterminację 5-6 mln Żydów zamieszkujących Europę Środkowo-Wschodnią, w tym głównie okupowane ziemie polskie. Dalekosiężnym celem GPO było ustanowienie Nowego Ładu w Europie, na który miały się składać hegemonia III Rzeszy od Atlantyku po Ural oraz eksterminacja Żydów i większości Słowian.

W stosunku do Rosjan autorzy GPO zalecali biologiczne unicestwienie metodą wstrzymania przyrostu naturalnego. Polacy mieli być w większości (80-85 proc.) eksterminowani bądź wysiedleni do Syberii Zachodniej, z wyjątkiem 3 do 4,8 milionów, które zamierzano pozostawić w charakterze niewolniczej siły roboczej. Wysiedleniem lub wyniszczeniem zamierzano też objąć 50 proc. Czechów, 65 proc. Ukraińców i 75 proc. Białorusinów. Na terenach przeznaczonych pod kolonizację planowano osiedlić 4 miliony Niemców w ciągu pierwszych 10 lat, a w dalszych latach jeszcze 6 milionów.

GPO składał się z kilkunastu dużych i kilkudziesięciu mniejszych planów realizowanych równocześnie. Podzielono je na dwie fazy: tzw. Mały Plan – realizowany podczas wojny, oraz tzw. Duży Plan – który miał być realizowany przez 30 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej.

Mały Plan był w znacznej mierze kontynuacją prowadzonej od początku okupacji niemieckiej eksterminacji polskiej inteligencji oraz osób zaangażowanych w II RP w działalność społeczną i polityczną lub znanych z antyniemieckiego nastawienia. Natomiast realizację Dużego Planu postanowiono przyspieszyć i rozpocząć ją jeszcze podczas wojny. Decyzja ta zapadła w otoczeniu Himmlera w czerwcu 1942 roku.

Pierwszą fazą realizacji Dużego Planu miało być wysiedlenie 110000 Polaków z Zamojszczyzny oraz tzw. ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej w Generalnym Gubernatorstwie (Akcja Reinhardt). Wysiedlenia na Zamojszczyźnie stanowiły kontynuację wysiedleń Polaków podjętych jesienią 1939 roku na tzw. ziemiach wcielonych do Rzeszy, w wyniku których wysiedlono (wypędzono) z tych terenów do GG oraz w ramach przesiedleń wewnętrznych i rugów 838878 Polaków i Żydów, w tym 625631 z Kraju Warty.

Akcja wysiedleńcza

20 lipca 1941 roku przybył do Zamościa Heinrich Himmler i wydał polecenie utworzenia na Zamojszczyźnie Niemieckiego Okręgu Osiedleńczego. Sam Zamość miał być przemianowany na Himmlerstadt. Ponieważ jednak dostrzeżono niezręczność sytuacji, w której Hitler nie miałby „swojego” miasta, natomiast Himmler tak, ostatecznie nazwy nie zmieniono.

W listopadzie 1941 roku niemiecki aparat terroru przeprowadził na Zamojszczyźnie ograniczoną akcję wysiedleńczą, której celem było zbadanie reakcji społeczeństwa polskiego. Przy współudziale kolonistów niemieckich z miejscowości Brody Duże (gmina Szczebrzeszyn) wysiedlono wówczas 2098 Polaków z sześciu podzamojskich wsi. Początkowo przetrzymywano ich w koszarach w Zamościu, a następnie przewieziono do sześciu nadbużańskich wsi w gminie Dubienka. Na miejsce wysiedlonych Polaków sprowadzono Niemców z Besarabii. Właściwa akcja wysiedleńcza rozpoczęła się rok później.

12 listopada 1942 roku Himmler wydał rozporządzenie nr 17 C, które wyznaczało obszar powiatów biłgorajskiego, hrubieszowskiego, tomaszowskiego i zamojskiego jako tzw. „pierwszy obszar osadniczy” w Generalnym Gubernatorstwie. Realizację zadania powierzono dowódcy SS i policji w dystrykcie lubelskim, którym był SS-Obergruppenführer Odilo Globocnik (1904-1945). Akcja wysiedleńcza objęła od 100 do 110 tys. Polaków, w tym 30 tys. dzieci. Na ich miejsce zamierzano osiedlić 60 tys. Niemców.

Pierwsze wysiedlenia w ramach realizacji Dużego Planu GPO nastąpiły w nocy z 27 na 28 listopada 1942 roku w miejscowości Skierbieszów w powiecie zamojskim. Wysiedlanym Polakom zezwalano tylko na zabranie bagażu podręcznego do 30 kg. Już na samym początku brutalnie rozdzielano rodziny i odbierano matkom dzieci. Wysiedleńców umieszczono w obozach przejściowych w Zamościu i Zwierzyńcu. Tragiczne warunki panujące w obozie w Zamościu zapamiętała m.in. 10-letnia wówczas Adela Pypa: „Z braku miejsca ulokowano nas na środku baraku, gdzie było dużo błota. Zorientowałam się, że bardzo dużo osób umiera. Śmierć była zjawiskiem rozplanowanego dnia. Z rana ludzie dawali znać blokowemu, ile osób zmarło. Jedzenie było bardzo skromne i niewystarczające. Ciągle byliśmy głodni. Rano czarna kawa, jeden bochenek chleba z dodatkiem trocin. Na obiad zupa ze zgniłek brukwi oraz »specjalny dodatek« – wszy, które się utopiły. Na kolację czarna kawa”[2].

Stanisław Czarnecki – zatrudniony w tym obozie jako furman – stwierdził w swojej relacji, że codziennie wywożono z obozu „około 30 trupów dzieci, które były chowane na cmentarzu bez trumien. Gdy była zaś ciemna noc, bez względu na pogodę, wywoziliśmy dzieci same bez rodziców i bez starszych osób do pociągu, który stał koło rampy buraczanej”[3]. Dzieci te kierowano prawdopodobnie do ośrodków germanizacyjnych w Rzeszy.

Internowanych w obozach przejściowych podzielono na cztery kategorie: osoby przeznaczone do „ponownego zniemczenia”, kierowane do specjalnego obozu w Łodzi na dalsze badania rasowe, osoby uznane za zdolne do pracy przymusowej i kierowane w tym celu do Rzeszy lub na Wschód, osoby powyżej 60 lat niezdolne do pracy i odebrane rodzicom dzieci do 14 lat, które kierowano do tzw. wiosek rentowych w powiatach garwolińskim, mińskim, siedleckim i sokołowskim, wreszcie osoby przeznaczone do eksterminacji w KL Auschwitz i KL Lublin (Majdanek).

Do KL Auschwitz deportowano z Zamojszczyzny około 1300 Polaków, których zarejestrowano jako więźniów. Wedle relacji niektórych polskich więźniów KL Auschwitz, do obozu tego przybywały też transporty z wysiedleńcami z Zamojszczyzny, których nie rejestrowano jako więźniów, ale zabijano w komorach gazowych tak samo jak transporty żydowskie. Relacje te jednak nie znajdują potwierdzenia w innych źródłach.

Zofia Bratro – polska więźniarka polityczna nr 27182 – zapamiętała, że wśród przywiezionych do Auschwitz z Zamojszczyzny „było dużo kobiet starych, kaleki i dziewczęta. Były to kobiety wiejskie. Niektóre z nich po raz pierwszy jechały pociągiem, po raz pierwszy zetknęły się z esesmanami, z obozem koncentracyjnym. Nie mogły w żaden sposób zrozumieć tego, co ich spotkało, nie umiały się dostosować do życia obozowego. Żyły w kompletnej abnegacji. Całymi godzinami siedziały na kojach i rozpaczały, rozmawiając o kurach, gęsiach, krowach i pozostawionym gospodarstwie. Nie posiadały żadnej odporności, ani psychicznej, ani fizycznej. Ginęły jak muchy”[4].

Matki z dziećmi i nieletnich do 14 roku życia esesmani zabijali zastrzykami fenolu. Obóz przeżyło było tylko pięciu chłopców i 41 dziewczynek. Spośród wysiedleńców z Zamojszczyzny deportowanych do KL Auschwitz i zarejestrowanych jako więźniów zginęło 80 proc[5].

W gronie wysiedleńców z Zamojszczyzny osadzonych w obozie koncentracyjnym na Majdanku znajdował się m.in. 9-letni wówczas Władysław Obirek. Tak zapamiętał pobyt w obozie: „Zanim nas wprowadzili do środka obozu, odbyło się oddzielanie kobiet od mężczyzn. Jęk, lament. Niemcy szczuli nas psami. (…) Cała nasza rodzina musiała się zmieścić na jednej pryczy. Ludzie leżeli też na ziemi. Wszędzie wszy, pluskwy. Kubeł na nieczystości zapełnił się w 20 minut. Potem jego zawartość się wylała”. Rodzina Obirków miała jednak szczęście, ponieważ została zwolniona z obozu 10 sierpnia 1943 roku w wyniku akcji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Zwolniono wtedy z Majdanka 85 rodzin wysiedleńców z Zamojszczyzny. „Moja mama ważyła tylko 25 kilogramów, ja miałem tyfus” – wspomina Władysław Obirek[6].

Do marca 1943 roku wysiedlono około 51000 Polaków. Na ich miejsce przybyło 9000 kolonistów niemieckich z Besarabii i Ukrainy oraz dalszych 4000 do końca 1943 roku. Wśród kolonistów tych byli m.in. rodzice późniejszego prezydenta Niemiec Horsta Köhlera, który urodził się w Skierbieszowie 22 lutego 1943 roku. Na miejsce 15000 Polaków wysiedlonych z 63 wsi powiatu hrubieszowskiego przesiedlono też około 7000 Ukraińców z powiatu zamojskiego w ramach realizowanej od połowy stycznia do marca 1943 roku tzw. Ukraineraktion. Celem tej akcji miało być stworzenie „pasa ochronnego” z ludności ukraińskiej, który osłaniałby kolonie niemieckie przed atakami polskiej partyzantki. Wedle hitlerowców Ukraińcy świetnie nadawali się do tej roli ze względu na ich wrogość do Polaków. W dalszych niemieckich planach także pobyt Ukraińców na Zamojszczyźnie miał być czasowy.

Na ratunek wysiedleńcom z Zamojszczyzny w miarę możliwości spontanicznie pospieszyło społeczeństwo polskie z tych regionów okupowanego kraju, do których kierowano wysiedlanych. Próbowano ratować przede wszystkim dzieci, których los był najtragiczniejszy. Zdzisław Wróbel opisał to następująco: „Kiedy 1 lutego pociąg wjechał na stację w Siedlcach, na peronie ułożono ponad 20 ciał. Zapamiętałem ten ogromny tłum. Ludzie dowiedzieli się, że przyjedzie pociąg z »dziećmi z Zamojszczyzny« i przyszli nas ratować… Było wiele pielęgniarek, lekarzy, kolejarzy i cywilów. Panował nieopisany bałagan. Ktoś poczęstował mnie zupą. Nigdy wcześniej i nigdy później zwykła zupa tak wspaniale mi nie smakowała. Tamtego dnia po raz ostatni widziałem Grażynkę żywą, prosto z dworca trafiła do szpitala. Mnie wraz z innymi umieszczono w gmachu RGO (Rady Głównej Opiekuńczej), skąd po kilku dniach zabrała mnie jakaś kobieta. Była to dość tęga pani o miłym, ciepłym uśmiechu. Wyciągnęła do mnie rękę i zapytała, czy nie zechciałbym z nią pójść. Chciałem. Nie miałem wyboru. Mąż tej kobiety był zdunem, w domu było kilkoro dzieci”[7].

Dzieci z transportów kierowanych do Rzeszy były wykupywane z rąk konwojentów niemieckich m.in. przez mieszkańców Warszawy. Warszawiacy zorganizowali też akcję dożywiania transportów dzieci z Zamojszczyzny.

Powstanie zamojskie

Wysiedlenia Polaków zostały przerwane w marcu 1943 roku na skutek spontanicznego i zorganizowanego oporu stawianego przez miejscową ludność oraz partyzantkę BCh, wspartą później przez GL i AK. Już w połowie grudnia 1942 roku na Zamojszczyznę przybył komendant główny BCh Franciszek Kamiński. Po naradzie z miejscowym kierownictwem BCh wydał rozkaz koncentracji sił partyzanckich BCh w Puszczy Solskiej i rozpoczęcie kontrataku. Akcję przeciwdziałania wysiedleniom ze strony polskiej partyzantki Niemcy nazwali „powstaniem zamojskim”. Rozpoczęło się ono 30 grudnia 1942 roku starciem pod Wojdą w powiecie zamojskim pomiędzy niemieckim batalionem do zadań specjalnych oraz odziałem BCh ppor. Jerzego Mara-Meÿera, wspartym przez oddział partyzantów radzieckich Wasyla Wołodina. Było to pierwsze w historii drugiej wojny światowej starcie partyzanckie o charakterze bitwy.

Największa bitwa powstania zamojskiego została stoczona 1 lutego 1943 roku pod Zaborecznem w powiecie tomaszowskim. Około 250 partyzantów BCh pod dowództwem kpt. Franciszka Bartłomowicza rozgromiło w zasadzce I Zmechanizowany Batalion Żandarmerii, liczący około 600 ludzi. Straty niemieckie wyniosły ponad 100 zabitych i nieznaną liczbę rannych przy stratach polskich wynoszących jednego zabitego i dwóch rannych. To po tej klęsce dowódca rozbitego batalionu niemieckiego – mjr Ernst Schwieger – użył jako pierwszy określenia „powstanie” wobec polskiego oporu na Zamojszczyźnie. Klęska Niemców pod Zaborecznem spowodowała wstrzymanie akcji wysiedleńczej na okres czterech miesięcy.

„Powstanie zamojskie” było dziełem głównie Batalionów Chłopskich – dzisiaj marginalizowanych przez państwową politykę historyczną. Nasuwa się w tym miejscu pytanie, dlaczego w obronie Zamojszczyzny nie wzięły udziału tak obecnie gloryfikowane Narodowe Siły Zbrojne – które pewien publicysta uważa za podobno drugą co do wielkości i najlepiej zorganizowaną formację zbrojną polskiego podziemia.

Celem stłumienia polskiego oporu od 23 czerwca do 15 sierpnia 1943 roku Niemcy przeprowadzili operację „Wehrwolf” (Wilkołak), do której zaangażowano duże siły policji, żandarmerii, SS, 10000 żołnierzy Wehrmachtu oraz ukraińską policję pomocniczą. Ta ostatnia była formacją kolaboracyjną złożoną z Ukraińców, przeważnie nacjonalistów, działającą na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Została powołana na mocy zarządzenia generalnego gubernatora Hansa Franka z 17 grudnia 1939 roku. Funkcjonariusze ukraińskiej policji pomocniczej brali aktywny udział m.in. w aresztowaniach polskiej inteligencji w Stanisławowie w 1941 roku oraz w mordach na ludności żydowskiej, w tym w likwidacji gett żydowskich. Pełnili także służbę w KL Lublin (Majdanek). Byli umundurowani w mundury SS, a na czapkach nosili okrągły znak z żółtym tryzubem na niebieskim tle.

W rezultacie operacji „Wehrwolf” wysiedlono ze 171 wsi ponad 60000 Polaków, których umieszczono w obozach przejściowych w Zamościu, Zwierzyńcu i Budzyniu. Większość z nich trafiła na roboty przymusowe do Rzeszy, a pozostali do KL Lublin (Majdanek), gdzie zginęło około 1000 osób. Podczas operacji „Wehrwolf” różne formacje niemieckie wspierane przez ukraińską policję pomocniczą przeprowadziły pacyfikacje i egzekucje w około 100 miejscowościach. Blisko 8000 aresztowanych wówczas Polaków zamordowano w Rotundzie Zamojskiej – specjalnym więzieniu gestapo.

Jeszcze przed rozpoczęciem operacji „Wehrwolf” doszło 1 czerwca 1943 roku do zagłady wsi Sochy w gminie Zwierzyniec (powiat zamojski). Zbrodni tej dokonali żołnierze Wehrmachtu przy współudziale lotnictwa niemieckiego. Ogółem zamordowanych zostało około 200 osób (po ekshumacji zidentyfikowano 88 mężczyzn, 45 dzieci i 52 kobiety). Ocalał tylko jeden dom. Reszta została spalona i zburzona. Sochy są zaliczane obok Michniowa na Kielecczyźnie, czeskich Lidic i francuskiego Oradour-sur-Glane do największych symboli niemieckiego barbarzyństwa podczas drugiej wojny światowej.

Wszystko jednak poszło nie pomyśli Himmlera i Globocnika. Opór polskiego podziemia był silniejszy niż się spodziewali. Dlatego ostatecznie zdecydowali się zawiesić akcję wysiedleńczą do końca wojny.

Ofensywa UPA

W drugiej połowie 1943 i pierwszej połowie 1944 roku Zamojszczyzna stała się ponadto obiektem zbrodniczej akcji Ukraińskiej Powstańczej Armii. W wyniku ofensywy UPA ludność polska (resztki pozostałe po wysiedleniach oraz uciekinierzy z Wołynia) została doszczętnie wyniszczona w części powiatów biłgorajskiego, hrubieszowskiego i tomaszowskiego. Działania UPA charakteryzowały bestialskie i zwyrodniałe metody, znane już z akcji ludobójczej na Wołyniu. Polska partyzantka rozpoczęła – tak samo jak rok wcześniej przed Niemcami – akcję samoobrony. To właśnie w ramach tej samoobrony doszło m.in. do polskiego ataku na bazę UPA i policji ukraińskiej w Sahryniu (powiat hrubieszowski) 10 marca 1944 roku. UPA dokończyła na Zamojszczyźnie dzieła zniszczenia rozpoczętego przez Niemców.

Ukraińska historiografia przedstawia ofensywę UPA na Zamojszczyźnie jako odwet za działania podjęte przez polską samoobronę i partyzantkę przeciw Ukraińcom, których Niemcy osiedlili na Zamojszczyźnie w ramach Ukraineraktion. Ponadto nacjonalistyczni historycy ukraińscy uważają, że ludobójstwo dokonane na Polakach na Wołyniu w 1943 roku miało być sprowokowane przez domniemane polskie ataki na osadników ukraińskich na Chełmszczyźnie (1942 r.) i Zamojszczyźnie (1943 r.). Historiografia polska wykazała absurdalność tej teorii w wypadku Chełmszczyzny, gdzie większość spośród około 400 ofiar ukraińskich zginęła z rąk niemieckich, a nie polskich.

W wypadku Zamojszczyzny polska akcja przeciw osadnikom ukraińskim rozpoczęła się później (maj 1943 r.) niż banderowskie ludobójstwo na Wołyniu (luty 1943 roku). Trudno więc uważać ją za przyczynę tego ludobójstwa. Głoszący takie tezy historycy i publicyści ukraińscy nie potrafią zauważyć, że ofiarami ludobójstwa – tak na Wołyniu jak i Zamojszczyźnie – stali się Polacy, a nie Ukraińcy.

Ofensywa UPA na Zamojszczyźnie pod koniec 1943 i w pierwszej połowie 1944 roku stanowiła kontynuację ludobójczej czystki etnicznej na Wołyniu i miała na celu w pierwszej kolejności wymordowanie tych Polaków, którzy uciekli tam z Wołynia, a w dalszej kolejności opanowanie Zamojszczyzny uważanej przez nacjonalistów ukraińskich za ziemię czysto ukraińską.

Bilans

Ogółem podczas dwóch akcji wysiedleńczych wysiedlono z Zamojszczyzny około 110000 Polaków z 297 wsi. 4454 dzieci wywieziono do Niemiec celem germanizacji. Ze względu na akcje zbrojne polskiej partyzantki i załamanie się frontu wschodniego hitlerowcy podjęli w połowie lipca 1943 roku decyzję o zawieszeniu akcji wysiedleńczej. Do końca okupacji już jej nie wznowili.

Kres eksterminacji Polaków na Zamojszczyźnie położyło wkroczenie na te tereny latem 1944 roku Armii Czerwonej i Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR. Dzisiaj nie nazywane już przez oficjalną politykę historyczną wyzwoleniem. Polacy, którzy przeżyli na Zamojszczyźnie tragiczne lata 1942-1944, nie mieli jednak wówczas wątpliwości, że było to wyzwolenie.

[1] „Nam nie wolno zapomnieć”, Szczecinek 2004, s. 107.

[2] „Nam nie wolno zapomnieć”…, s. 110.

[3] A. Jarczyńska, „Gehenna polskich dzieci”, „Historia Do Rzeczy” nr 2 (24)/2015.

[4] H. Kubica, „W piekle Auschwitz. Komory gazowe, zastrzyki fenolu i sadyzm strażników. Oto relacje deportowanych z Zamojszczyzny, którzy trafili do Auschwitz”, „Historia Do Rzeczy” nr 2 (24)/2015.

[5] H. Kubica, „Zagłada w KL Auschwitz Polaków wysiedlonych z Zamojszczyzny w latach 1942-1943, Oświęcim-Warszawa 2004, s. 7-32.

[6] M. Szlachetka, „Wspomnienia z piekła. Władysław Obirek opowiada o obozie na Majdanku”, http://www.kurierlubelski.pl, 22.07.2014.

[7] „Nam nie wolno zapomnieć”…, s. 108.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 listopada 2017 r.

„Przegląd” nr 48 (934), 27.11-3.12.2017, s. 38-41

Sprawiedliwość Zachodu

Międzynarodowy Trybunał Karny ONZ ds. Zbrodni Wojennych w byłej Jugosławii skazał 22 listopada 2017 roku gen. Ratko Mladicia na dożywocie. Głównie za Srebrenicę. Tym samym jeszcze raz dobitnie wybrzmiała narracja polityczna Zachodu, wedle której zbrodniarzami wojennymi w byłej Jugosławii byli tylko Serbowie. Ten czarny obraz Serbów stanowił jeden z kluczowych elementów wojen, które doprowadziły do rozbicia Jugosławii – wojen, w których Zachód nie był bezstronny i które wg prof. Marka Waldenberga były pierwszym w dziejach konfliktem zbrojnym kreowanym przez media.

Ten sam trybunał, który skazał Ratko Mladicia i Radovana Karadžicia, uniewinnił czołowych chorwackich zbrodniarzy wojennych odpowiedzialnych za tzw. operację „Oluja” („Burza”), w wyniku której w sierpniu 1995 roku zamordowano co najmniej kilkuset i trwale wypędzono około 150-200 tys. Serbów z Krajiny. Jeśli masakra w Srebrenicy, za którą miał być odpowiedzialny Mladić, była największą zbrodnią wojenną w Europie po 1945 roku, to operacja „Oluja” była największą zorganizowaną czystką etniczną współczesnej Europy. Ale odpowiedzialnych za tę czystkę etniczną uniewinniono, ponieważ byli sojusznikami USA, RFN i UE. Nigdy przed żadnym trybunałem nie stanął jej główny sprawca, nieżyjący już prezydent Chorwacji i epigon ustaszy Franjo Tudźman, który na cztery dni przed operacją „Oluja” powiedział, że „przeprowadzimy takie ataki, że Serbowie praktycznie znikną” („nanesemo takve udarce da Srbi prakticno nestanu”).

W artykule, który opublikowałem w „Myśli Polskiej” w 20. rocznicę operacji „Oluja” napisałem m.in.: „Chorwacki zbrodniarz wojenny Ante Gotovina, bezpośrednio odpowiedzialny za operację »Oluja«, został początkowo skazany na 24 lata pozbawienia wolności. Jednakże 16 listopada 2012 roku izba apelacyjna Trybunału Haskiego uwolniła go od wszelkich zarzutów. Razem z nim uniewinniono także innego chorwackiego generała, Mladena Markacza, skazanego w pierwszej instancji na 18 lat więzienia. Postawienia przed jakimkolwiek sądem nie doczekali się odpowiedzialni także za operację »Oluja« gen. Janko Bobetko i minister obrony Chorwacji Gojko Szuszak. W dzisiejszej Chorwacji Ante Gotovina jest uważany za największego bohatera narodowego, niemal chodzącego półboga. Niezależnie od odpowiedzialności za zbrodnie wojenne, popełnione podczas i po zakończeniu operacji »Oluja«, współczesny chorwacki bohater jawnie identyfikuje się z tradycją ustaszowską i ma przeszłość kryminalną (służył w Legii Cudzoziemskiej i jako najemnik w szwadronach śmierci w Ameryce Łacińskiej). To wszystko jednak nie przeszkadza demokratycznej i zjednoczonej Europie, której Chorwacja jest częścią”[1].

Dzisiaj dodam do tego, że przed żadnym trybunałem nie stanęli i nigdy nie staną najważniejsi sprawcy nieszczęść narodów byłej Jugosławii, czyli ci, którzy z zewnątrz doprowadzili do rozbicia Jugosławii. Nieżyjący już kanclerz RFN Helmut Kohl, także nieżyjący już ministrowie spraw zagranicznych Niemiec Hans-Dietrich Genscher i Austrii Alois Mock, kanclerz Austrii Franz Vranitzky, prezydenci USA George W. Bush senior i Bill Clinton oraz sekretarze stanu USA James Baker, Warren Christopher i Madeleine Albright. Taka jest bowiem sprawiedliwość Zachodu. Zgodnie z nią winni rozpadu Jugosławii i popełnionych w związku z tym zbrodni wojennych byli tylko Serbowie.

To samo odnosi się do dzisiejszej Ukrainy. Odpowiedzialnym za jej tragedię mają być wyłącznie Władimir Putin i przywódcy tzw. republik ludowych na wschodzie Ukrainy, ale bynajmniej już nie marionetka USA Petro Poroszenko oraz sprawcy palenia żywcem ludzi w Odessie, czy dowódcy i uczestnicy tzw. „operacji antyterrorystycznej” w Donbasie.

[1] B. Piętka, „Jak wygnano Serbów z Krajiny”, http://www.mysl-polska.pl, 12.09.2015; „Operacja »Oluja«”, „Myśl Polska” nr 37-38 (2051/52), 13-20.09.2015, s. 8.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 listopada 2017 r.

Ultimatum, czyli z ręką w nocniku

Wiceprezes IPN, prof. Krzysztof Szwagrzyk – który towarzyszył wicepremierowi Piotrowi Glińskiemu podczas jego wizyty na Ukrainie – ujawnił w wypowiedzi dla „Rzeczypospolitej”, że władze Ukrainy oczekują od Polski odbudowy nielegalnego pomnika UPA w Hruszowicach koło Przemyśla i ukarania winnych jego rozbiórki w kwietniu br. Sprawę tę Kijów postawił w formie ultymatywnej jako warunek zgody na wznowienie prac ekshumacyjno-poszukiwawczych na Wołyniu[1].

Dla strony ukraińskiej nie ma przy tym znaczenia, że nielegalny pomnik w Hruszowicach nie znajdował się na żadnej mogile i nie upamiętniał żadnych ofiar, ale terrorystów z UPA, którzy walczyli z powojenną Polską. Kijów kładzie na tej samej szali polskie ofiary ludobójstwa OUN-UPA oraz banderowców, którzy zarąbywali siekierami bezbronne polskie dzieci, kobiety i mężczyzn, a po wojnie walczyli z państwem polskim. Żądając upamiętnienia przez Polskę katów narodu polskiego, władze ukraińskie stawiają dalszy dialog polsko-ukraiński pod ścianą, ponieważ coś takiego jest dla społeczeństwa polskiego całkowicie nie do przyjęcia.

Takie ultimatum ze strony ukraińskiej obnażyło bankructwo polskiego strategicznego sojuszu z Ukrainą i bezkrytycznego wspierania pomajdanowej Ukrainy za wszelką cenę. Polska opinia publiczna, przekonywana od 2014 roku przez mainstream polityczno-medialny o konieczności wspierania Ukrainy, a także o tym, że stosunki polsko-ukraińskie są idealne pod każdym względem, nagle zobaczyła, że król jest nagi.

To zapewne wywołało reakcję ministra Witolda Waszczykowskiego, który oświadczył 2 listopada, że osoby znane na Ukrainie z gloryfikacji nacjonalizmu ukraińskiego oraz utrudniania polskich ekshumacji i upamiętnień zostaną objęte administracyjnym zakazem wjazdu do Polski[2]. Minister Waszczykowski zasugerował też, że może rekomendować prezydentowi Dudzie odwołanie grudniowej wizyty na Ukrainie. Łatwo się domyśleć, że do grona osób, które minister spraw zagranicznych miał na myśli, należy m.in. Wołodymyr Wiatrowycz – przewodniczący Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej (UINP) – ponieważ to przede wszystkim on wraz ze Światosławem Szeremetą doprowadził do wstrzymania prac ekshumacyjno-poszukiwawczych na Wołyniu. 9 listopada „Dziennik Gazeta Prawna” poinformował, że MSZ pozbawił właśnie Wiatrowycza jako pierwszego prawa wjazdu do Polski[3].

Dlaczego jednak zaczęto od niego? Czy nie należało zacząć od byłego prezydenta Wiktora Juszczenki i obecnego prezydenta Petro Poroszenki? Przecież to oni odpowiadają w pierwszej kolejności za renesans banderowski na Ukrainie, który nastąpił w wyniku przewrotów politycznych z 2004 i 2014 roku. Ponadto prezydent Poroszenko odpowiada politycznie i prawnie za działania podległych mu urzędników, a więc także za blokowanie polskich ekshumacji i upamiętnień przez Wiatrowycza i Szeremetę.

Nieoczekiwanie również podsekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej, Michał Dworczyk, zapowiedział odsłonięcie na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie tablic upamiętniających walki polskich samoobron i żołnierzy Wojska Polskiego z UPA w Hucie Stepańskiej, Wyrce, Przebrażu, Pańskiej Dolinie, Rybczy, Zasmykach, Jagodzinie-Rymaczach, Kupiczowie, Hanaczowie, Stanisłówce, Łukowcu Wiszniowskim, Łukowcu Żurawskim, Puzowie-Stężarzycach, Korytnicy, Biłce Królewskiej, Biłce Szlacheckiej, Narolu, Posadowie, Rzeczycy i Birczy. Inicjatorem takiego uhonorowania polskiej obrony przed UPA jest poseł Tomasz Rzymkowski. Nagle jego zabiegi uzyskały przychylność ministra Antoniego Macierewicza – dotychczas raczej wstrzemięźliwego wobec eksponowania polskich ofiar nacjonalizmu ukraińskiego i polskiej walki z UPA[4].

Niezwykle bezczelnie na zapowiedź odsłonięcia tych tablic zareagował przewodniczący UINP, negacjonista wołyński Wołodymyr Wiatrowycz. Pozwolił on sobie na stwierdzenie, że „teraz w Polsce na szczeblu państwowym upamiętniani są czekiści”[5].

Ta wypowiedź ostatecznie dyskwalifikuje Wiatrowycza jako partnera do jakichkolwiek rozmów i pokazuje, że ze stroną ukraińską w sprawach pamięci historycznej nie ma o czym rozmawiać. Obłędny kult UPA, który uczyniono na pomajdanowej Ukrainie podstawą tożsamości narodowo-państwowej, uniemożliwia dialog z tym państwem oraz wyklucza upamiętnienie polskich ofiar ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

Musiał to w końcu zauważyć też prezes polskiego IPN Jarosław Szarek. Udzielił on prawicowym mediom jednoznacznej wypowiedzi, w której stwierdził, że IPN ma „fatalne relacje ze stroną ukraińską”, pomiędzy IPN i UINP ma miejsce „tak naprawdę zimna wojna”, a „bez gestu ze strony Ukrainy nie będzie przełomu w naszych relacjach”. Szef polskiego IPN nie pozostawił wątpliwości jak postrzega gloryfikację OUN i UPA: „Ukraina musi jedno wziąć pod uwagę, że taka droga gloryfikacji tych formacji jest całkowicie ahistoryczna. (…) UPA była zbrojną organizacją jednej z partii, nawet jednej z frakcji partyjnych”[6].

Jarosław Szarek skrytykował ponadto skandaliczną wypowiedź byłego prezydenta Wiktora Juszczenki, który postawił na jednej płaszczyźnie UPA i AK oraz Banderę i Piłsudskiego. W kontekście tej wypowiedzi prezes IPN zauważył, że kierowana przez niego instytucja wielokrotnie pokazywała dobrą wolę wobec strony ukraińskiej, ale „teraz wyczerpaliśmy chęć porozumienia. Nie widzę możliwości dalszej współpracy w jakimkolwiek celu, jeśli Ukraina nie pokaże swojej dobrej woli (…) i nie poda ręki z konkretną propozycją”[7].

Na koniec głos zabrał prezydent Andrzej Duda. „Oczekuję od pana prezydenta Petro Poroszenki i od jego współpracowników, od pana premiera Hrojsmana, że ludzie, którzy otwarcie głoszą poglądy nacjonalistyczne i antypolskie nie będą zajmowali ważnych miejsc w ukraińskiej polityce, ponieważ tacy ludzie nie budują relacji pomiędzy naszymi krajami, oni je burzą. Więc tacy ludzie w wielkiej polityce, w polityce, która ma międzynarodowe znaczenie, nie powinni mieć od strony ukraińskiej miejsca” – powiedział prezydent Duda 7 listopada wywiadzie dla TV Trwam i Radia Maryja[8].

Z czym mamy tutaj do czynienia? Czy rządząca prawica nagle przejrzała na oczy i zaczęła rewidować swą fatalną i w gruncie rzeczy antypolską politykę wobec Ukrainy? Myślę, że raczej bliskie prawdy będzie stwierdzenie, że obóz rządzący – bezkrytycznie wspierający Ukrainę politycznie i finansowo – znalazł się po prostu z ręką w nocniku. Za przyjmowanie masowej migracji ukraińskiej, za finansowanie ukraińskiego systemu emerytalnego, za objęcie imigrantów ukraińskich programem 500 plus i wiele innych dobrodziejstw, finansowanych przez polskiego podatnika, mamy z drugiej strony szalony kult OUN i UPA oraz groźne pohukiwania Wiatrowycza, Szeremety, Michalczyszyna, Tiahnyboka i innych epigonów Stepana Bandery. Trzeba więc ratować twarz przed polską opinią publiczną i z tego najprawdopodobniej wynikają ruchy podjęte przez ministrów Waszczykowskiego oraz Macierewicza.

Odpowiedzi na ukraińskie ultimatum ze strony ministrów Waszczykowskiego i Macierewicza nie można traktować jako zmianę dotychczasowej polityki PiS wobec Ukrainy. Gdyby rzeczywiście była to zmiana polityki, to pierwszym posunięciem ministra spraw zagranicznych powinno być odwołanie z Kijowa ambasadora Jana Piekły– chyba najbardziej radykalnego, a przynajmniej jednego z najbardziej radyklanych wyznawców prometeizmu i giedroycizmu, którego postawa symbolizuje właśnie dotychczasową uległą politykę polską wobec Ukrainy. Politykę sprowadzającą się, najogólniej rzecz biorąc, do chowania głowy w piasek w obliczu renesansu banderowskiego na Ukrainie. Następnym krokiem powinno być poparcie sprzeciwu Węgier i Rumunii wobec ukraińskiej ustawy językowej oraz stanowiska Węgier wobec zablokowania szczytu NATO-Ukraina.

Nic takiego nie nastąpiło. Mało tego. 8 listopada Sejm, głosami Zjednoczonej Prawicy, po raz kolejny odrzucił projekt ustawy o penalizacji banderyzmu na terytorium Polski[9]. Podważa to wiarygodność działań, czy raczej gestów, które miały miejsce ze strony ministrów Waszczykowskiego i Macierewicza.

Bo też te gesty nie były skierowane przeciw Ukrainie i tamtejszym środowiskom banderowskim, ale do polskiej opinii publicznej ze szczególnym uwzględnieniem elektoratu kresowego PiS. Nie mamy zatem do czynienia z rewizją szkodliwej polityki wobec Ukrainy, ale z próbą zachowania wiarygodności PiS wobec elektoratu kresowego. Z elektoratem tym, w większości prawicowym, obóz rządzący musi się bowiem liczyć. W przeciwieństwie do obozu liberalnego, który żadnego elektoratu kresowego nie posiada i dlatego zareagował krytycznie, a miejscami z oburzeniem, na działania obu ministrów. Tak czy inaczej, postsolidarnościowe elity polityczne – zarówno będące obecnie u władzy, jak i znajdujące się teraz w opozycji – nie zmienią swojego zasadniczego stanowiska wobec pomajdanowej Ukrainy. To bowiem wymagałoby przebudowy całej konstrukcji politycznej, którą od 30 lat budowały te elity, sytuującej Polskę w roli głównego podwykonawcy polityki amerykańskiej w Europie Środkowej i na obszarze poradzieckim.

[1] Kijów żąda odbudowy nielegalnego „pomnika” ku czci UPA w Hruszowicach i ukarania „winnych”, http://www.kresy.pl, 27.10.2017.

[2] Waszczykowski: Ludzie, którzy ostentacyjnie zakładają mundury SS Galizien do Polski nie wjadą, http://www.kresy.pl, 2.11.2017.

[3] „Dziennik Gazeta Prawna”: szef ukraińskiego IPN nie wjedzie do Polski, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

[4] Nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza. „Zostaną umieszczone z inicjatywy szefa MON”, http://www.rmf24.pl, 8.11.2017.

[5] Prezes ukraińskiego IPN: nowe tablice na Grobie Nieznanego Żołnierza upamiętniają czekistów, http://www.wiadomosci.onet.pl, 9.11.2017.

[6] Prezes IPN bez złudzeń: Instytut ma fatalne relacje ze stroną ukraińską; to jest tak naprawdę zimna wojna, http://www.wpolityce.pl, 26.10.2017.

[7] Dr Szarek: Nie widzę możliwości dalszej współpracy z Ukrainą. Muszą wyciągnąć rękę, http://www.telewizjarepublika.pl, 26.10.2017.

[8] Prezydent Duda: Oczekuję do prezydenta Ukrainy, że ludzie o antypolskich poglądach nie będą w ukraińskiej polityce, http://www.magnapolonia.org, 7.11.2017.

[9] Rzymkowski: PiS po raz kolejny blokuje ustawę o penalizacji banderyzmu, http://www.dorzeczy.pl, 9.11.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 listopada 2017 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2163/64), 19-26.11.2017, s. 7

Historia według Wiatrowycza

Po przewrocie kijowskim w 2014 roku polska opinia publiczna była przekonywana przez establishment polityczno-medialny, że stosunki polsko-ukraińskie są bardzo dobre, a strategiczne partnerstwo z pomajdanową Ukrainą stanowi fundament polskiej racji stanu. Okazało się nagle, że te stosunki nie są jednak tak dobre, a nawet są złe i można już mówić o „zimnej wojnie” polsko-ukraińskiej. Minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski zapowiedział 2 listopada br., że zostaną uruchomione procedury uniemożliwiające wjazd do Polski tym Ukraińcom, którzy zajmują antypolskie stanowisko, np. zakładając mundury dywizji Waffen-SS „Galizien”. Nagle szef polskiej dyplomacji zauważył to czego dotychczas on i jego poprzednicy długo nie dostrzegali. Przecież gloryfikacja ukraińskiej dywizji SS i UPA miały miejsce na Ukrainie jeszcze przed przewrotem z 2014 roku.

Oświadczenie ministra Waszczykowskiego stanowi w dużej mierze pokłosie wojny, jaką toczy od dawna polski Instytut Pamięci Narodowej ze swoim ukraińskim odpowiednikiem. Powodem konfliktu jest polityka historyczna pomajdanowej Ukrainy. Dotychczas była ona dyskretnie niezauważana przez wiele środowisk politycznych w Polsce, ale obecnie nie da się już ukryć, że budowanie przez Ukrainę swojej tożsamości na fundamencie nacjonalizmu ukraińskiego jest poważną przeszkodą we wzajemnych stosunkach. Doszły one do ściany, kiedy Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej (UINP) zablokował prace zespołu badawczego polskiego IPN na Ukrainie, które miały na celu ustalenie miejsc spoczynku m.in. ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego i doprowadzenie do ich ekshumacji. Dlatego w oświadczeniu ministra Waszczykowskiego znalazła się groźba, że konsekwencje poniosą również te osoby ze strony ukraińskiej, które uniemożliwiają ekshumacje ofiar UPA i NKWD oraz renowację polskich miejsc pamięci. Jak głęboka jest przepaść dzieląca polskie i ukraińskie postrzeganie historii, pokazała też polsko-ukraińska konferencja w Czerkasach.

Konferencja w Czerkasach

W dniach 19-22 października 2017 r. odbyło się w Czerkasach na Ukrainie V Polsko-Ukraińskie Forum Historyków. Konferencję zorganizowały UINP i polski IPN. Wiodącym tematem obrad były wydarzenia na Chełmszczyźnie w latach 1942-1944 w kontekście ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Chodzi o zabójstwa przez polskie podziemie w 1942 r. Ukraińców, którzy zostali przesiedleni na wschodnią Lubelszczyznę w ramach prowadzonej za zgodą Hansa Franka ukrainizacji ziemi chełmskiej. Zabójstwa te – zdaniem nacjonalistycznej historiografii ukraińskiej – miały być przyczyną ludobójczych działań UPA wobec ludności polskiej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

Szef pionu naukowego polskiego IPN, dr hab. Mirosław Szumiło, w wypowiedzi dla PAP, skomentował wyniki konferencji następująco: „Historycy ukraińscy twierdzą, że mordy dokonane przez polskie podziemie na Ukraińcach na Chełmszczyźnie w 1942 r. były przyczyną antypolskiej akcji UPA na Wołyniu w 1943 r. Ich zdaniem liczba ofiar ukraińskich na Chełmszczyźnie miała wynosić kilkaset osób, co spowodowało, że ukraińscy uciekinierzy z tego terenu zanieśli na Wołyń informacje o rzekomych polskich zbrodniach. W polskich referatach pokazaliśmy jednak, że twierdzenia te nie znajdują potwierdzenia w faktach”.

Należy w tym miejscu podkreślić, że punkt widzenia nacjonalistycznej historiografii ukraińskiej w tej sprawie został już wcześniej podważony przez takich polskich historyków jak Grzegorz Motyka i Ryszard Torzecki, których trudno posądzić o nastawienie antyukraińskie. Grzegorz Motyka stwierdził na podstawie dostępnych źródeł, że w 1942 r. w całym dystrykcie lubelskim z rąk polskiego podziemia w wyniku pojedynczych egzekucji zginęło około 30 Ukraińców, a nie 400 – jak twierdzi strona ukraińska[1]. Z kolei Ryszard Torzecki zaprzeczył, że najbardziej znany z zabitych wówczas Ukraińców – przedwojenny senator Iwan Pasternak (1876-1943) – zginął z „wyroku sądu AK czy delegatury”. Zdaniem Torzeckiego Pasternak „został śmiertelnie postrzelony (umarł w szpitalu) z rąk nieznanych sprawców, jak to określiło niemieckie śledztwo” i był to „akt wojennego bandytyzmu”[2].

Ustalenia Grzegorza Motyki potwierdził uczestniczący w konferencji w Czerkasach prof. Igor Hałagida – naczelnik Oddziałowego Biura Badań Historycznych IPN w Gdańsku, z pochodzenia Ukrainiec. Badacz ten zaprezentował statystykę strat ukraińskich w dystrykcie lubelskim, z której wynika, że w 1942 r. zabito na tym terenie 388 Ukraińców, z czego aż 319 zginęło z rąk Niemców. Tylko w przypadku dwóch ofiar są dowody, że zginęły z rąk AK, dwie dalsze ofiary zginęły prawdopodobnie z rąk partyzantki komunistycznej, a w przypadku 65 osób sprawcy zabójstw są nieznani. Część z nich mogła zginąć w wyniku akcji polskiego podziemia, ale większość prawdopodobnie padła ofiarą zwykłych band rabunkowych. „W związku z tym możemy stwierdzić, że wydarzenia na Chełmszczyźnie w 1942 r. nie miały wpływu na rozpętanie antypolskiej akcji UPA na Wołyniu w 1943 r.” – podsumował Mirosław Szumiło.

Stanowiska tego nie przyjmuje jednak strona ukraińska, która konsekwentnie zaprzecza ludobójczemu charakterowi zbrodni na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943-1944, neguje odpowiedzialność OUN-UPA za zbrodnie wobec ludności polskiej oraz lansuje tezę o rzekomej „wojnie polsko-ukraińskiej”, którą miała rozpocząć strona polska w 1942 r. Tezę tę powielała najpierw nacjonalistyczna historiografia ukraińska w Kanadzie, współcześnie jej orędownikiem stał się m.in. Wołodymyr Wiatrowycz. Urodzony w 1977 r. we Lwowie, nigdy nie ukrywał swoich nacjonalistycznych poglądów i fascynacji ruchem banderowskim. Jego działalność naukową można śmiało uznać za bezkrytyczną gloryfikację OUN-UPA. Dawał temu wyraz zarówno jako dyrektor Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego we Lwowie – instytucji powołanej w celu gloryfikacji ukraińskiego nacjonalizmu, dyrektor Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, członek rady nadzorczej lwowskiego muzeum „Więzienie przy Łąckiego”, a od marca 2014 r. jako przewodniczący UINP.

Spóźniona reakcja

Być może nie byłoby dzisiaj takich problemów, gdyby nie długoletnie pobłażanie przez stronę polską wobec ukraińskiej polityki historycznej, a nawet jej usprawiedliwianie. Ekshumacje na Wołyniu – nie tylko ofiar UPA, ale także legionistów Piłsudskiego poległych w 1916 r. pod Kostiuchnówką – wielokrotnie blokował m.in. Światosław Szeremeta, sekretarz Państwowej Międzyresortowej Komisji ds. Wojen i Represji Politycznych oraz zdeklarowany nacjonalista ukraiński. Nie było jednak reakcji strony polskiej, gdy tenże Szeremeta w 2016 r. wywoływał incydenty podczas marszu ukraińskiego w Przemyślu oraz brał udział w uroczystym pogrzebie szczątków ukraińskich esesmanów z dywizji „Galizien” na górze Żbyr koło Brodów w obwodzie lwowskim.

Nie było reakcji, gdy Petro Tyma – prezes Związku Ukraińców w Polsce – w odpowiedzi na likwidację pomnika UPA w Hruszowicach napisał, że „W sprawie Hruszowic prowokatorzy triumfują. Oczywiście zapomnieli czym skończył się polski triumf w 1938 roku nad cerkwiami Chełmszczyzny”. Cóż miały znaczyć te słowa? Według propagandy nacjonalistów ukraińskich polska akcja rewindykacji cerkwi prawosławnych z 1938 r. skutkowała „akcją antypolską UPA” z 1943 r., czyli ludobójstwem typu genocidum atrox na Wołyniu. Zacytowana wypowiedź była więc ze strony Petro Tymy zawoalowaną groźbą.

Nie było też zdecydowanej reakcji polskiego MSZ, gdy pod koniec kwietnia br. Wiatrowycz zapowiedział po raz pierwszy „wstrzymanie wydawania pozwoleń na prace poszukiwawcze pochówków i porządkowanie polskich miejsc pamięci na Ukrainie” oraz zwrócił się do władz lokalnych na zachodniej Ukrainie z apelem o wstrzymanie decyzji „odnośnie wydawania pozwoleń na wniosek polskich instytucji publicznych, osób lub organizacji społecznych, na zainstalowanie nowych polskich pomników lub renowację istniejących”.

Dominowało wtedy myślenie doradcy MSZ Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, który uważał, że pamięć o zbrodni wołyńskiej jest „sprawą drugo czy trzeciorzędną”, a środowiska kresowe są „zupełnie oderwane od rzeczywistości” i rzekomo idą „oczekiwanym przez Rosję tropem”.

Dopiero teraz przeciwko gloryfikacji nacjonalizmu ukraińskiego przez UINP, a także niedawnej wypowiedzi byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki, który postawił na jednej płaszczyźnie UPA i AK oraz Banderę i Piłsudskiego, zaprotestował prezes IPN Jarosław Szarek. Oświadczył on, że IPN ma „fatalne relacje ze stroną ukraińską”, pomiędzy IPN i UINP ma miejsce „tak naprawdę zimna wojna”, a „bez gestu ze strony Ukrainy nie będzie przełomu w naszych relacjach”. „Ukraina musi jedno wziąć pod uwagę, że taka droga gloryfikacji tych formacji [OUN i UPA – BP] jest całkowicie ahistoryczna. (…) UPA była zbrojną organizacją jednej z partii, nawet jednej z frakcji partyjnych” – stwierdził szef polskiego IPN w wypowiedzi dla prawicowego portalu wPolityce.pl.

Komentując natomiast wypowiedź Wiktora Juszczenki, Jarosław Szarek powiedział w TV Republika, że IPN wielokrotnie pokazywał dobrą wolę, ale „teraz wyczerpaliśmy chęć porozumienia. Nie widzę możliwości dalszej współpracy w jakimkolwiek celu, jeśli Ukraina nie pokaże swojej dobrej woli (…) i nie poda ręki z konkretną propozycją”.

Powstaje pytanie, dlaczego IPN i polski minister spraw zagranicznych tak późno zajęli tak jednoznaczne stanowisko wobec ukraińskiej polityki historycznej? Przecież gloryfikacja OUN i UPA ma miejsce na Ukrainie co najmniej od czasu pomarańczowej rewolucji w 2004 r., a po przewrocie z 2014 r. uznano tam nacjonalizm ukraiński, także ten w wersji banderowskiej, za fundament budowy tożsamości państwowo-narodowej. Oba przewroty ukraińskie – z 2004 i 2014 r. – były aktywnie wspierane przez cały polski establishment polityczny. Obecnie gloryfikacja nacjonalizmu ukraińskiego osiągnęła taki poziom, że na podanie ręki przez Ukrainę z „konkretną propozycją” nie ma co liczyć. Wymownie świadczy o tym chociażby żądanie strony ukraińskiej, żeby w zamian za możliwość upamiętnienia polskich ofiar OUN-UPA na Ukrainie mogły istnieć na terenie Polski upamiętnienia ku czci UPA. Według relacji wiceprezesa IPN, prof. Krzysztofa Szwagrzyka, który towarzyszył wicepremierowi Piotrowi Glińskiemu podczas niedawnej wizyty na Ukrainie, władze ukraińskie postawiły stronie polskiej wprost ultimatum, przedstawiając żądanie odbudowania usuniętego w kwietniu br. nielegalnego pomnika UPA w Hruszowicach koło Przemyśla jako warunek zgody na wznowienie prac poszukiwawczo-ekshumacyjnych na Wołyniu.

Nie ma przy tym znaczenia dla strony ukraińskiej, że pomnik w Hruszowicach nie stał na żadnej mogile i nie upamiętniał żadnych ofiar, ale walkę UPA z powojenną Polską. Kijów stawia zatem na jednej płaszczyźnie bezbronne polskie ofiary ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA oraz nacjonalistów ukraińskich walczących z państwem polskim, których czczenie na ziemi polskiej jest nie do przyjęcia dla społeczeństwa polskiego.

W kontekście takiego stanowiska strony ukraińskiej dziwi oburzenie ministra Waszczykowskiego z powodu informacji historycznej w muzeum „Więzienie na Łąckiego”. Minister spraw zagranicznych Polski demonstracyjnie odwrócił się spod drzwi tego muzeum na widok tablicy mówiącej o „polskiej okupacji”. Polakom byłe więzienie przy ul Łąckiego we Lwowie kojarzy się głównie z istniejącym tam w latach 1939-1941 więzieniem NKWD i masakrami więziennymi NKWD w czerwcu 1941 r. Ukraińcy jednak eksponują fakt, że w latach 1935-1939 mieściło się tam więzienie śledcze, w którym przetrzymywano członków nielegalnej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów oskarżonych o działalność terrorystyczną (według narracji ukraińskiej „wyzwoleńczą”) przeciw II RP. Podczas procesu sądowego działaczy OUN w 1936 r. w więzieniu tym przebywali m.in. Stepan Bandera, Jarosław Stećko i Mykoła Łebedź. Stąd obecna narracja ukraińska o „polskiej okupacji”, która tak oburzyła ministra Waszczykowskiego.

Czyżby nie kojarzył on tego, że ukraińska polityka historyczna jest rezultatem przemian politycznych na Ukrainie, gorąco wspieranych przez cały postsolidarnościowy establishment polityczny z jego partią na czele? Przecież to właśnie ze środowiska szeroko rozumianej prawicy wielokrotnie słyszeliśmy, że „lepsza Ukraina banderowska od moskiewskiej”. Niedawno tezę tę powtórzył Andrzej Talaga – stały publicysta „Rzeczypospolitej” – który zaproponował, by „wziąć UPA w nawias” i postawić „rację stanu ponad racją moralną”. Skoro tak, to rozdzieranie szat teraz wygląda bardzo nieszczerze.

To nie likwidacja nielegalnego i obrażającego Polaków pomnika UPA w Hruszowicach jest przyczyną wstrzymania przez stronę ukraińską legalizacji polskich ekshumacji i upamiętnień na Ukrainie. Na upamiętnienie polskiej martyrologii na Wołyniu nie ma miejsca dlatego, ponieważ stoi to w sprzeczności z obłędną heroizacją UPA. Ukraina banderowska nie okazała się lepsza od „moskiewskiej”.

Pierwszy rycerz nacjonalizmu

Przekaz o „polskiej okupacji” w lwowskim muzeum jest zasługą m.in. Wołodymyra Wiatrowycza, członka rady nadzorującej to muzeum. Przewodniczący UINP wyrasta dzisiaj na czołowego kreatora ukraińskiej polityki historycznej, opartej na afirmacji nacjonalizmu ukraińskiego jako rzekomego nurtu narodowowyzwoleńczego oraz gloryfikacji OUN-UPA.

Pseudohistoryczna działalność Wiatrowycza nasiliła się zwłaszcza w roku 2017, proklamowanym przez współczesnych epigonów nacjonalizmu ukraińskiego „rokiem UPA”. Dotychczas ukraińska historiografia nacjonalistyczna przedstawiała UPA jako rzekomy „ruch narodowowyzwoleńczy”. Wiatrowycz poszedł dalej i 8 lutego br. zainaugurował w Kijowie „kampanię informacyjną”, która przedstawiła UPA jako główną siłę oporu wobec okupacji niemieckiej, walczącą rzekomo z Niemcami hitlerowskimi. Walkę tę miała podobno zainicjować w lutym 1943 r. sotnia Hryhorija Perehijniaka, która rzeczywiście wtedy zainicjowała, ale ludobójstwo na ludności polskiej na Wołyniu.

Innym przykładem podejścia Wiatrowycza do historii jest promocja postaci Ołeny Telihy (1906-1942) – nacjonalistki z melnykowskiej frakcji OUN i hitlerowskiej kolaborantki. 25 lutego br. z udziałem najwyższych władz Ukrainy oraz Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego odsłonięto jej pomnik w Babim Jarze – miejscu jednej z największych zbrodni niemieckich na Żydach, popełnionej w dniach 29 września-3 października 1941 r. Rozstrzelano tam wówczas 33 771 Żydów. W zbrodni tej brał udział także Kijowski Kureń OUN, który w rzeczywistości był formacją ukraińskiej policji pomocniczej pod dowództwem Petra Żachwałyńskiego. To z tą kolaboracyjną formacją przybyła do Kijowa w 1941 r. Ołena Teliha. W 1942 r., w związku z konfliktem pomiędzy banderowską i melnykowską frakcją OUN, została zadenuncjowana przez banderowców na gestapo pod zarzutem machinacji finansowych i też została prawdopodobnie rozstrzelana przez Niemców w Babim Jarze. Nie jest to jednak do końca pewne, ponieważ Łeontij Forostywśkyj – ukraiński kolaborant i burmistrz Kijowa podczas okupacji niemieckiej – w wydanej w Buenos Aires w 1952 r. książce pt. „Kyjiw pid worożymy okupacijamy” twierdził, że Teliha podcięła sobie żyły w areszcie gestapo na ulicy Władymirskiej w Kijowie. Okoliczności jej działalności politycznej, aresztowania i śmierci nie stanowiły jednak dla UINP problemu, by zrobić z niej ofiarę nazizmu.

Pominięto przy tym fakt, że 5 października 1941 r. – a więc tuż po egzekucjach Żydów w Babim Jarze – Teliha zamieściła na łamach kolaboracyjnej gazety „Wołyń” artykuł pt. „Rozsypują się mury”, w którym wyrażała radość, że Niemcy kazali „opuścić” Żydom Kijów. Prowadziła też w okupowanym przez Niemców Kijowie restaurację, którą przejęła w ramach „aryzacji mienia żydowskiego”.

Skandaliczne sympozjum w Paryżu

Szczególnie bulwersującym przejawem działalności Wiatrowycza było sympozjum międzynarodowe „Shoah na Ukrainie. Nieszczęścia XX wieku w nowej perspektywie”, które zorganizowano na Uniwersytecie Paryż II Panthéon Assas w marcu br. Nie zaproszono na nie znanych i niezależnych badaczy historii nacjonalizmu ukraińskiego, takich jak John-Paul Himka, Per Anders Rudling, Marco Carynnyk, Grzegorz Rossoliński-Liebe i Iwan Kaczanowski. Dopuszczono tylko Wiatrowycza i współpracujących z nim historyków ukraińskich. Organizatorami sympozjum byli Philippe de Lara z Uniwersytetu Paryż II i Galina Ackerman – emigrantka z ZSRR, doktor historii na Sorbonie, znana z antyrosyjskiej publicystyki i wspierania pomajdanowej Ukrainy, m.in. w ramach Europejskiego Forum dla Ukrainy.

Organizatorzy sympozjum umożliwili delegacji ukraińskiej z Wiatrowyczem na czele głoszenie oczywistych kłamstw. Z wystąpień większości członków delegacji ukraińskiej można się było dowiedzieć o „czarnej legendzie ukraińskiego antysemityzmu”, którą wymyśliła „moskiewska propaganda”. Można było też usłyszeć tezy negujące udział nacjonalistów ukraińskich w Holokauście. Naukowcy zachodni i nieliczni działacze żydowscy protestujący przeciw udziale w konferencji Wiatrowycza (m.in. Eduard Doliński – dyrektor Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego z Kijowa) zostali przedstawieni jako „przeciwnicy dekomunizacji” albo sojusznicy-agenci-poplecznicy Kremla. Organizatorzy konferencji pochwalili Wiatrowycza właśnie za ową „dekomunizację historii” oraz zgodzili się z nim, że historia Holokaustu jest „zakłamana”, a jej odkłamanie polegać ma na likwidacji „sowieckich stereotypów” na temat antysemityzmu nacjonalistów ukraińskich.

„Przeciwdziałanie środowisk prokremlowskich dowodzi tylko, że my [jesteśmy] — na właściwym szlaku. Musimy kontynuować walkę o porozumienie między Ukraińcami i Żydami” – stwierdziła Galina Ackerman.

Dlaczego wtedy nie protestował polski IPN? Dlaczego nie wydał lub nie wsparł wydania publikacji ukazującej prawdę o roli nacjonalistów ukraińskich w zagładzie Żydów? Opracowanie takiej publikacji wziął na siebie zespół pod red. prof. Andrzeja A. Zięby – kierownika Zakładu Stosunków Etnicznych w Europie Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Doprowadził on do wydania monumentalnej pracy (998 stron i 52 strony wstępu) pt. „OUN, UPA i zagłada Żydów” (Kraków 2016, faktycznie książka ukazała się w sierpniu 2017 r.).

Dzieło to zawiera 36 artykułów badaczy nacjonalizmu ukraińskiego, w tym tak znakomitych jak: Marko Carynnyk, Aleksandr Diukow, Frank Golczewski, Sofia Graczowa, John-Paul Himka, Iwan Kaczanowski, Lucyna Kulińska, Grzegorz Motyka, Grzegorz Rossoliński-Liebe, Per Anders Rudling, Ewa Siemaszko, Władysław Siemaszko i Andrzej Zapałowski. Ich artykuły dotyczą antysemityzmu w ideologii OUN, udziału OUN i UPA w zagładzie Żydów oraz pamięci o tych zbrodniach. Publikacja ta ma ogromne znaczenie w sytuacji, kiedy ukraińska polityka historyczna, sterowana przez Wiatrowycza, neguje udział nacjonalistów ukraińskich w zagładzie Żydów.

 Gorzka prawda

Niemiecki politolog i historyk Andreas Umland napisał w sieciach społecznościowych, że skrót Ukraiński IPN (UINP) można śmiało odczytywać jako „Ukraiński Instytut Naparzania (pokrzywą) Polski”, ponieważ ta instytucja wraz z lwowskim Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego wyrządza najwięcej szkód relacjom polsko-ukraińskim. Jednakże przez bardzo długi czas strona polska przymykała na to oczy. Polityka historyczna pomajdanowej Ukrainy była długo bagatelizowana przez polski establishment polityczno-medialny. Polską opinię publiczną próbowano przekonywać, że renesans nacjonalizmu ukraińskiego, połączony z negacjonizmem jego zbrodni, stanowił na Ukrainie jakoby zjawisko marginalne. Niestety, jest wręcz przeciwnie.

Po upadku ZSRR i powstaniu niepodległej Ukrainy nacjonalistyczna diaspora ukraińska w Kanadzie, USA i RFN na nowo podjęła wojnę, którą UPA przegrała ponad siedemdziesiąt lat temu. W tę walkę włożono olbrzymi wysiłek organizacyjny i finansowy. Dla epigonów Stepana Bandery nie miało i nie ma znaczenia, że doprowadzili do konfliktu wewnętrznego na Ukrainie oraz konfliktu z Rosją, a teraz rozniecają konflikt z Polską. Liczył się tylko jeden cel – „Ukraina dla Ukraińców” pod nacjonalistyczną władzą. Dlatego zaoferowali swoje usługi Zachodowi w obaleniu legalnych władz ukraińskich w 2004 i 2014 roku w zamian za możliwość wejścia na scenę polityczną Ukrainy. Kult nacjonalizmu w wydaniu banderowskim był obecny w życiu zachodniej Ukrainy od ponad dwudziestu lat, ale po przewrotach z 2004 i 2014 roku został przeniesiony na resztę Ukrainy z fatalnymi dla tego kraju skutkami politycznymi.

Polska polityka uległości wobec Ukrainy od początku była błędem wynikającym z niezrozumienia przez postsolidarnościowe elity polityczne – zaślepione rusofobią oraz dawno przebrzmiałymi ideami prometeizmu – z jakim partnerem mają do czynienia. Elity te opierały się i niestety nadal w niemałej mierze jeszcze się opierają na własnych wyobrażeniach o Ukrainie, lekceważąc jednoznaczną wymowę faktów. Polityka historyczna uprawiana przez pomajdanową Ukrainę jest najlepszym dowodem tego, że nie warto stać po stronie takiego partnera. Nie tylko nie warto, ale nawet jest to niebezpieczne.

[1] G. Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943-1947, Kraków 2011.

[2] R. Torzecki, Polacy i Ukraińcy. Sprawa ukraińska w czasie II wojny światowej na terenie II Rzeczypospolitej, Warszawa 1993.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 listopada 2017 r.

„Przegląd” nr 46 (932), 13-19.11.2017, s. 8-12

Stado prowadzone na rzeź

60 tys. młodych ludzi zostało 11 listopada wyprowadzonych na ulice Warszawy pod hasłem „My chcemy Boga”. Co to hasło konkretnie miało znaczyć, nie wiadomo, bo religia w Polsce nie jest prześladowana i nie była prześladowana już nawet w tym okresie PRL, który ja pamiętam. Jeszcze trudniej zrozumieć hasło „My chcemy Boga” w kontekście haseł i symboli towarzyszących tegorocznemu Marszowi Niepodległości. Chodzi mi o hasała „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” oraz „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”.

Komunizm jest ideologią martwą mniej więcej od 1975 roku, kiedy zachodnioeuropejskie partie komunistyczne odrzuciły marksizm-leninizm, a dekadę później odrzuciła go także partia komunistyczna w ZSRR i większość jej partii „sojuszniczych” w tzw. bloku wschodnim. Komuniści chińscy natomiast odrzucili maoizm (tamtejszy komunizm) w 1978 roku, kiedy Deng Xiaoping wkroczył na drogę „socjalistycznej gospodarki rynkowej”. A więc przynajmniej od przełomu lat 70. i 80. XX wieku jest to ideologia martwa. Ostatnim polskim komunistą był Kazimierz Mijal, który za założenie w 1965 roku nielegalnej Komunistycznej Partii Polski został najpierw uwięziony przez Władysława Gomułkę, a w 1966 roku wygnany do Albanii. Jeśli zatem ktoś w 2017 roku odwołuje się do radykalnego antykomunizmu rodem z „zimnej wojny”, definiując tak swoją tożsamość polityczną, to znaczy, że w ten sposób kamufluje coś zupełnie innego, czego otwarcie nie chce z różnych względów ujawniać.

Co w takim razie jest kamuflowane pod płaszczykiem radykalnego antykomunizmu? Antydemokratyzm? Antyliberalizm? Autorytaryzm? Antysemityzm? Rasizm? Atlantyzm? Rusofobia? A może antypolonizm? Bo w kontekście ostatnich wyczynów Instytutu Pamięci Narodowej, dekomunizującego żołnierzy, którzy zdobywali dla Polski Ziemie Zachodnie i Północne jasno widać, że pod nachalnym antykomunizmem kryją się antypolonizm i opcja proniemiecka. Wysuwanie haseł antykomunistycznych obecnie nie ma jakiegokolwiek sensu, ponieważ przyczyną problemów społecznych współczesnej Polski nie jest komunizm, tylko powstały w drodze tzw. transformacji ustrojowej neokapitalizm. Jeśli zatem ktoś krzyczy „raz sierpem, raz młotem”, to znaczy, że nie rozumie jakie są współczesne problemy społeczne i polityczne. To znaczy, że albo jest politycznym analfabetą, albo afirmuje reprywatyzację i prywatyzację, zapaść służby zdrowia, pauperyzację dużej części społeczeństwa, brak polskiego sektora bankowego i ogólnie brak suwerenności gospodarczej.

Trudno też zrozumieć hasło „My chcemy Boga” w połączeniu z symboliką krzyża celtyckiego, która ma otwarcie antykatolicki wydźwięk. Dla ruchów skrajnie prawicowych i neonazistowskich w Europie Zachodniej krzyż celtycki symbolizuje bowiem wyższość ludów germańskich o protestanckim rodowodzie nad innymi narodami. Dla niektórych ruchów white pride, odrzucających chrześcijaństwo jako „religię żydowską”, krzyż celtycki jest też symbolem neopogańskim, identycznie jak wcześniej swastyka.

Więcej o politycznej kuchni Marszu Niepodległości powie nam jednak inne hasło na nim prezentowane. Mianowicie hasło „Biała Europa braterskich narodów”. Ale tylko wtedy, gdy zestawimy to hasło z ukraińskimi nacjonalistami, którzy maszerowali w tegorocznym Marszu Niepodległości pod niebiesko-żółtymi flagami Ukrainy. Nie jest tajemnicą, że np. dla Narodowego Odrodzenia Polski to „braterstwo narodów” białej Europy sprowadza się do braterstwa z banderowcami. NOP od dawna z nimi współpracuje. Do kontaktów z „ukraińskimi narodowcami” przyznał się też swego czasu Krzysztof Bosak z Ruchu Narodowego i Młodzieży Wszechpolskiej. Ktoś w każdym razie Ukraińców na Marsz Niepodległości zaprosił, bo raczej sami się nie zaprosili.

No i w końcu kwestia identyfikacji politycznej uczestników Marszu Niepodległości jako „narodowców”. Dziwne to słowo, dziwnie brzmiące w języku polskim. Mnie się kojarzy z rosyjskimi narodnikami, czyli XIX-wiecznymi socjalistami agrarnymi z organizacji Ziemla i Wola. W języku polskim są słowa nacjonalizm i nacjonaliści. Czy nacjonaliści ukrywający się pod dziwnym określeniem „narodowcy” wstydzą się tego, że są nacjonalistami, czy znowu chcą zakamuflować jakąś inną treść? Pytanie to wymusza kolejne: czy hasła i treści głoszone podczas Marszu Niepodległości mają coś wspólnego z polską myślą narodową, czy w ogóle owi „narodowcy” z MW i ONR do tej myśli się odwołują?

Myślę, że odpowiedź na to nie jest trudna. Powiem krótko i zwięźle: te kilkadziesiąt tysięcy ludzi wyprowadzanych co roku na ulice Warszawy w tzw. Marszu Niepodległości, to jest stado prowadzone na rzeź. Jeżeli ktoś występuje z hasłem „My chcemy Boga” i dokłada do tego „raz sierpem, raz młotem”, to znaczy, że w ogóle nie potrafi sformułować żadnego programu politycznego. Nie potrafi zidentyfikować przyczyn swojego położenia społecznego i powiązać tego z konkretnym programem politycznym. Jest po prostu politycznym analfabetą. Takim właśnie ludziom podsuwane są hasła i treści stojące w jaskrawej sprzeczności z tym hasłem przewodnim, jak i całą narodowo-patriotyczną dekoracją.

Podsuwają im je ci, którzy stoją za plecami organizatorów Marszu Niepodległości i którzy – nie mam co do tego wątpliwości – nie są żadnymi „antysystemowcami” (kolejny potworek słowny), ale ludźmi odpowiedzialnymi za obecny stan Polski. Autentyczne niezadowolenie i frustracja młodzieży zdegradowanej przez tzw. transformację ustrojową, na swój sposób patriotycznej, ale pogrążonej w politycznym analfabetyzmie, są prowadzone na polityczne manowce, w kierunku niegroźnym dla tych, przeciwko którym to niezadowolenie mogłoby być skierowane.

Tak oto cyniczni reżyserzy tego widowiska wiodą stado na rzeź. Zwykle ta rzeź następuje co cztery lata przy urnach wyborczych, dzięki czemu cięgle jest tak jak było. Gorzej, gdy w końcu będzie to rzeź autentyczna, gdy ci ludzie zostaną pchnięci do jakichś działań antypolskich z wojną na Wschodzie włącznie.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 listopada 2017 r.

 

Ukrpol zamiast Intermarium

W Rosji gościła z oficjalną wizytą prezydent Chorwacji Kolindra Grabar-Kitarović. 18 października spotkała się w Soczi z Władimirem Putinem. Rozmowy dotyczyły głównie spraw gospodarczych. Grabar-Kitarović zadeklarowała, że Chorwacja chciałaby rozszerzyć współpracę gospodarczą z Rosją i opowiada się za uchyleniem unijnych sankcji nałożonych na ten kraj[1]. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że Chorwacja jest uważana za kluczowy kraj tzw. bloku Trójmorza, którego orędownikiem jest obóz rządzący w Polsce. W lipcu, podczas szczytu Trójmorza w Warszawie i wizyty Donalda Trumpa, zwracano uwagę na znaczenie terminalu LNG, który ma powstać na chorwackiej wyspie Krk. Uznano, że razem z gazoportem w Świnoujściu będzie on stanowił kluczowy element w doprowadzeniu do uniezależnienia energetycznego Europy Środkowej od Rosji.

Tymczasem deklaracja prezydent Grabar-Kitarović o poszerzeniu współpracy gospodarczej z Rosją, w sytuacji gdy Gazprom zapewnia połowę zapotrzebowania Chorwacji na gaz, stawia tę sprawę w zupełnie innym świetle. Podczas wystąpienia na konferencji prasowej po spotkaniu z prezydentem Putinem Grabar-Kitarović podkreśliła, że Trójmorze nie zamyka drogi do współpracy z Rosją.

„Inicjatywa Trójmorza jest nieformalną platformą polityczną państw Europy Środkowej i Wschodniej, za pomocą której promowane są więzi europejskie i współpraca ekonomiczna, poprzez budowę infrastruktury transportowej i energetycznej (…)” – tłumaczyła Grabar-Kitarović.

„Chciałam podkreślić, że ta inicjatywa jest przede wszystkim »dla«, a nie »przeciw«. Została zaprojektowana dla wzmacniania więzi. Międzymorze jest bardzo często oskarżane o bycie inicjatywą skierowaną przeciw Rosji, jednak samo w sobie nie jest tak antyrosyjskie czy antyniemieckie” – dodała następnie prezydent Chorwacji.

„Trójmorze nie jest koniem trojańskim Stanów Zjednoczonych. Ta inicjatywa jest otwarta na współpracę wszystkich krajów, w tym wielu państw trzecich jak Chiny czy inne kraje Unii Europejskiej, które zdążyły już wyrazić pragnienie dołączenia do tego projektu. Dlaczego nie może wśród nich być Rosji?” – zapytała prezydent Chorwacji.

„Rosja jest niepomijalnym partnerem przy rozwiązywaniu różnych problemów czy dyskusji na temat światowego bezpieczeństwa. Jako członek Unii Europejskiej i NATO Chorwacja popiera otwarty dialog pomiędzy Rosją i Ukrainą” – podkreśliła Grabar-Kitarović[2].

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na to, że pani Grabar-Kitarović wywodzi się z Chorwackiej Wspólnoty Demokratycznej – partii założonej w 1989 roku przez Franjo Tudźmana, będącej przynajmniej w latach 90. XX wieku epigonem ruchu ustaszowskiego. Epigoni ustaszy potrafią zatem realistycznie spojrzeć na Rosję. Nie są natomiast do tego zdolni epigoni piłsudczyzny w Polsce.

To co powiedziała w Soczi Kolindra Grabar-Kitarović jest szokujące przede wszystkim dla obozu rządzącego w Polsce. Milczenie ze strony jego polityków i mediów w tej sprawie dowodzi tylko wysokiego poziomu tego szoku. Wizja Trójmorza, zaproponowana przez prezydent Chorwacji, jest całkowicie sprzeczna z wizją polityków polskich – zarówno z PiS, jak i opozycji liberalnej – postrzegających rzeczywistość przez pryzmat prometeizmu i giedroycizmu. Trójmorze (Międzymorze, Intermarium) w rozumieniu prezydenta Dudy, premier Szydło, Jarosława Kaczyńskiego, ministra Waszczykowskiego, Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, „Gazety Polskiej”, Klubu Jagiellońskiego, ale także „Nowej Europy Wschodniej” i innych think-tanków związanych z obozem liberalnym ma być właśnie koniem trojańskim Stanów Zjednoczonych w Europie.

Miałby to być blok pod przewodnictwem Polski, powiązany gospodarczo i militarnie z USA, skierowany politycznie przeciw Rosji i Niemcom, działający na rzecz osłabienia dominacji Niemiec w UE, dążący do wyparcia Gazpromu z Europy Środkowej na rzecz dostaw gazu z USA, wspierający i realizujący politykę amerykańską na obszarze poradzieckim, zmierzającą do wypchnięcia Rosji z tego obszaru (głównie z Ukrainy). A więc zupełnie przeciwnie niż to zadeklarowała prezydent Grabar-Kitarović.

Politycy polscy wyobrażają sobie Trójmorze na wzór dominacji dynastii Jagiellonów w Europie Środkowo-Wschodniej w drugiej połowie XV wieku, kiedy Jagiellonowie panowali w Polsce, na Litwie, Węgrzech i w Czechach. Wizja ta jest im od kilkunastu lat podsuwana przez George’a Friedmana – właściciela i dyrektora generalnego agencji Stratfor. Konsekwentnie buduje on w swoich publikacjach i wystąpieniach miraż polskiej mocarstwowości, tak miły dla polskiej próżności. Polscy politycy chętnie takie miraże przyjmują, ponieważ nadal żyją w wieku XIX i przygotowują się do kolejnego powstania przeciw Rosji.

Jednakże pani Grabar-Kitarović, a także Viktor Orban wyobrażają sobie Trójmorze zupełnie inaczej. Nie jako blok polityczny ściśle związany z USA i narzędzie polskiej dominacji mocarstwowej w Europie Środkowej, ale jako płaszczyznę suwerennej współpracy i wzajemnego wsparcia państw tego obszaru. Nie jako amerykańskie ostrze wymierzone w Rosję, ale jako platformę współpracy gospodarczej, a niewykluczone, że i politycznej z Rosją i Chinami. Dla nich – w przeciwieństwie do Warszawy – kryzys ukraiński jest tylko przejściowym epizodem w relacjach europejsko-rosyjskich, a nie powodem do izolacji Rosji.

Żaden z przywódców europejskich nie zintensyfikował ostatnio wzajemnych kontaktów z Moskwą tak jak Viktor Orban – wciąż jeszcze komplementowany przez obóz rządzący w Polsce. O ile polska prawica zamroziła wszelkie stosunki z Rosją, podejmując w tym celu nawet radykalne działania w dziedzinie pamięci historycznej, to Orban działa w kierunku całkowicie przeciwnym. Utrzymanie antyrosyjskich sankcji, a nawet ich rozszerzenie, stanowi fundament polskiej polityki wobec Rosji, gdy tymczasem Orban, Grabar-Kitarović, czy przywódcy Czech i Słowacji – od dawna postulują ich zniesie.

Wzmocnienia tendencji prorosyjskich na obszarze Trójmorza należy się spodziewać patrząc na wyniki październikowych wyborów parlamentarnych w Austrii i Czechach. W krajach tych umocnili swoją pozycję politycy postrzegani jako prorosyjscy (Sebastian Kurz, Andrej Babisz). Kurz wzywał do cofnięcia sankcji wobec Rosji, a jego ewentualny koalicjant – Heinz-Christan Strache (lider Wolnościowej Partii Austrii) – uznaje Krym za rosyjski. Zauważył to z przerażeniem Jerzy Targalski – jeden z czołowych mentorów obozu polskiej rusofobii – w wywiadzie udzielonym Dorocie Kani. „Rosja próbuje zostać »przywódcą« ruchów prawicowych i centrowych na świecie, pokazując że jest opoką, na której można się wesprzeć przeciwko degeneratom z lewicy” – stwierdził Targalski, postrzegając wybory w Austrii i Czechach w kategoriach spisku rosyjskiego[3]. Gdyby ludzie z „Gazety Polskiej” nie udzielali wywiadów tylko w swoim gronie, to może potrafiliby zauważyć też coś innego.

Na izolację Polski z powodu jej polityki antyrosyjskiej zwrócił uwagę Leszek Miller – jedyny polski uczestnik XIV sesji Klubu Wałdajskiego w Soczi. „Rusofobia stała się oficjalną doktryną państwową, ustały kontakty na wszystkich piętrach władz, a straszenie Rosją stało się obowiązkową codziennością. Moskwa z kolei nie widzi Polski z wysokości Kremla i nie umieszcza jej w swojej globalnej strategii. Nikt z występujących oficjeli i ekspertów nie odnosił się do naszego kraju i nikt o nic nie pytał” – tak opisał swoje refleksje Leszek Miller po powrocie z Soczi[4].

Wypowiedzi Millera nikt w obozie prawicowym nie zrozumiał, o czym świadczą już same tytuły z prawicowych mediów: „Co robił Leszek Miller w Rosji?” (portal Międzymorza Jagiellonia oraz Fronda.pl), „Leszek Miller z wizytą w Moskwie. Oskarżenia wobec Polski i ciepłe słowa o Putinie” (PCh24.pl), „Leszek Miller chwali w Moskwie Władimira Putina” (rp.pl), „Miller się pogrąża (w Rosji)” („Gazeta Polska Codziennie”).

„Ciągnie wilka do lasu. Ostatnia wizyta Leszka Millera w Rosji i to, co o niej wiadomo, pokazuje, że nie ma dla byłych komunistycznych działaczy miejsca bardziej komfortowego niż otoczenie kremlowskich notabli, rosyjskiego oligarchatu i ludzi ze środowiska postsowieckich służb specjalnych” – zaczyna tradycyjną mantrę gazetopolską Wojciech Mucha w „GPC”[5]. Krótko mówiąc: agent Rosji. Tyle ma do powiedzenia i tyle zawsze będzie mieć do powiedzenia rządząca prawica o każdym kto spróbuje zwrócić uwagę na sprawy oczywiste w stosunkach polsko-rosyjskich.

W świetle powyższych faktów nie ulega wątpliwości, że odpływa w dal wizja Trójmorza jako narzędzia polskiej mocarstwowości w konfrontacji z Rosją i Niemcami. Poza Polską i państwami bałtyckimi nikt bowiem na obszarze Trójmorza nie podziela polskiej rusofobii. Nie powinno dziwić zatem, że ze strony Warszawy nastąpiła ostatnio intensyfikacja relacji z Ukrainą i Litwą. Proukraińskiej i prolitewskiej linii polityki polskiej nie jest w stanie powstrzymać nawet antypolska polityka Litwy i Ukrainy.

MSW Litwy właśnie opracowuje plan nowego podziału administracyjnego i zamierza zlikwidować samorząd wileński – jeden z dwóch największych polskich samorządów na Litwie[6]. Nic to. Warszawa nadal grzecznie nie wspomina w oficjalnych kontaktach o dyskryminacji mniejszości polskiej na Litwie.

Znacznie gorzej ta asymetria przedstawia się w stosunkach z Ukrainą. W październiku wizyty w Kijowie złożyli wicemarszałek Senatu i wicepremier Gliński. Z nowymi deklaracjami proukraińskimi wystąpił też minister Waszczykowski. W zamian otrzymali sprzeciw Kijowa wobec ekshumacji ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.

Portal Kresy.pl ustalił, że znajdujący się w trudnej sytuacji ekonomicznej ZUS będzie wypłacał emerytury pracującym w Polsce Ukraińcom także za czas pracy na Ukrainie[7]. Pieniądze przeznaczone na emerytury dla Ukraińców będą w całości pochodziły z polskich składek i nie zostaną w żaden sposób zrekompensowane przez stronę ukraińską. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przyznało też, że dopłaca do minimalnych emerytur Ukraińcom pracującym w Polsce[8]. Tym samym Polska wzięła na siebie utrzymanie systemu emerytalnego na Ukrainie, który tam faktycznie zbankrutował z powodu rozgrabienia go przez oligarchów. Politycy PiS, którzy robią Ukraińcom taki prezent równocześnie radzą strajkującym lekarzom, żeby wyjeżdżali z Polski lub pracowali dla idei. Przepompowywanie pieniędzy polskiego podatnika na Ukrainę, mające miejsce co najmniej od 2014 roku, przestaje być już tajemnicą poliszynela.

Polski IPN konferuje ze swoim ukraińskim odpowiednikiem (V Polsko-Ukraińskie Forum Historyków w Czerkasach, 19-22.10.2017) w sytuacji, gdy strona ukraińska neguje lub relatywizuje ludobójstwo wołyńsko-małopolskie, uniemożliwia jego upamiętnienie i gloryfikuje jego sprawców. Właściwie nie wiadomo o czym z takim partnerem można debatować. O przystosowaniu się do ukraińskiej polityki historycznej? Przytomnie zauważył to prezes polskiego IPN[9]. Nie chce jednak tego widzieć obóz rządzący.

Oficjalnie nie widzi się problemów, jakie stwarza rosnąca imigracja ukraińska do Polski, w tym coraz bardziej drastycznych przypadków przestępstw kryminalnych ze strony imigrantów ukraińskich. Nie dostrzega się tego, że nie integrują się oni z Polakami, a wielu z nich – zindoktrynowanych ideologią nacjonalistyczną – jest do Polski nastawionych wrogo. Sejmowa większość blokuje inicjatywy ustawodawcze zmierzające do zakazania propagowania na terytorium Polski ideologii banderowskiej. Padają – zwłaszcza ze strony obozu liberalnego – nieodpowiedzialne propozycje przyznania imigrantom ukraińskim obywatelstwa, uznania języka ukraińskiego za drugi język urzędowy we Wrocławiu i w Poznaniu, a nawet nadania Ukraińcom płacącym w Polsce podatki prawa głosu w wyborach samorządowych[10]. Najwyraźniej PO liczy na to, że ukraińscy imigranci staną się jej elektoratem.

Ani ze strony PiS, ani PO nie ma żadnej refleksji historycznej. A historia pokazuje, że Ukraińcy nigdy nie potrafili stworzyć i utrzymać swojego państwa. Byli natomiast mistrzami destabilizacji innych państw, zwłaszcza II RP i Polski powojennej. Wymowny jest zwłaszcza stosunek Warszawy do ukraińskiej ustawy oświatowej, która dyskryminuje mniejszości narodowe. Węgry i Rumunia uznały tę ustawę za uderzenie w szkolnictwo swoich mniejszości narodowych i zapowiedziały blokadę integracji Ukrainy z UE. Warszawa nie tylko się do nich nie przyłączyła, ale uznała, że prawa polskiej mniejszości na Ukrainie nie są jakoby zagrożone przez reformę oświaty. Jeśli do tego dodać, że Warszawa nie sprzeciwia się też wyraźnie gloryfikacji oprawców z OUN i UPA na Ukrainie i nie żąda wyjaśnienia antypolskich incydentów z pierwszej połowy tego roku, to można z całą pewnością przyznać, że klęczy na kolanach przed Kijowem.

Odpowiedzią ze strony ukraińskiej na wszystkie dobrodziejstwa strony polskiej są peany prezydenta Poroszenki na cześć UPA z okazji święta państwowego 14 października, odmowa zgody na przeprowadzenie ekshumacji ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego oraz skandaliczny wywiad byłego prezydenta Juszczenki dla RMF FM, w którym postawił na jednej płaszczyźnie AK i UPA, Banderę i Piłsudskiego oraz pogroził, żeby nie pouczano Ukraińców, kto ma być ich bohaterem[11].

Poroszenko z kolei dał jasno do zrozumienia jak ceni sobie partnerstwo z Polską, kiedy uroczyście otworzył w czerwcu ruch bezwizowy pomiędzy Ukrainą a UE na przejściu granicznym ze Słowacją.

Wygląda zatem na to, że zamiast mocarstwowej koncepcji Intermarium rządzącej prawicy przyszło realizować koncepcję Ukrpolu Adama Michnika jako Intermarium zastępczego. Tę koncepcję rusofobiczna prawica też sobie przyswoiła i też ubrała ją w mocarstwowy kostium. Na jej portalach można bowiem dużo poczytać o rzekomej konieczności odbudowy Rzeczypospolitej Obojga Narodów itp. Już teraz widać jednak, że będzie to Ukrpol ze stolicą w Kijowie, w którym Polska będzie podporządkowana Ukrainie i przez nią eksploatowana, a nie odwrotnie.

[1] Spotkanie prezydentów Chorwacji i Rosji w Soczi. Zagrzeb chce rozszerzyć współpracę gospodarczą, http://www.kresy.pl, 20.10.2017.

[2] Prezydent Chorwacji do Putina: Trójmorze może współpracować z Rosją, http://www.kresy.pl, 22.10.2017.

[3] Dr Targalski o wyborach w Austrii i Czechach: ujawniają się tendencje prorosyjskie, http://www.polskieradio.pl, 14.10.2017.

[4] Leszek Miller: Moskwa nie widzi Polski z wysokości Kremla, http://www.pl.sputniknews.com, 24.10.2017.

[5] W. Mucha, „Miller się pogrąża (w Rosji)”, „Gazeta Polska Codziennie” nr 1862 z 26.10.2017.

[6] Litwa zamierza zlikwidować jeden z dwóch samorządów rządzonych przez polską mniejszość, http://www.kresy.pl, 23.10.2017.

[7] ZUS potwierdza: polscy podatnicy sfinansują Ukraińcom emerytury za lata przepracowane na Ukrainie. Rząd nabiera wody w usta, http://www.kresy.pl, 17.10.2017.

[8] Sejm: ministerstwo przyznaje, że ZUS dopłaca do minimalnych emerytur dla Ukraińców pracujących w Polsce., http://www.kresy.pl, 26.10.2017.

[9] Dr Szarek: nie widzę możliwości dalszej współpracy z Ukrainą, http://www.magnapolonia.org, 26.10.2017.

[10] D. Patrejko, „Do czego prowadzi logika ukrainofilów”, http://www.prawy.pl, 23.10.2017.

[11] Juszczenko: niech Polacy nie pouczają Ukraińców, kto ma być ich bohaterem, http://www.kresy.pl, 23.10.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 1 listopada 2017 r.

„Myśl Polska” nr 45-46 (2161/62), 5-12.11.2017, s. 6-7