Odszedł Antoni Mariański (1927-2017)

Nie miałem okazji poznać Go osobiście, ale mieliśmy kontakt mailowy. Antoni Mariański (1927-2017) walczył z UPA całe życie. Najpierw w 27. Wołyńskiej Dywizji AK. Potem jako nieugięty obrońca prawdy o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim.

W swoich artykułach i książkach pokazywał prawdziwe oblicze nacjonalizmu ukraińskiego i przestrzegał przed jego odrodzeniem, demaskował rzeczywistą działalność mniejszości ukraińskiej w Polsce oraz rewizjonistyczny i negacjonistyczny charakter publicystyki jej organu prasowego – „Naszego Słowa”. Publikował m.in. w kwartalniku „Wołyń i Polesie”, gdzie ja też publikowałem. Wiem, że podobało mu się to, co pisałem i mnie również podobały się Jego artykuły.

Po śmierci redaktor naczelnej Haliny Ziółkowskiej-Modły (1924-2015) przesłał mi kilka swoich tekstów mając nadzieję, że ja będę kontynuował wydawanie kwartalnika. Niestety przerastało to moje możliwości. Wtedy zaczął publikować w „Myśli Polskiej”, gdzie ja również publikowałem. Tak oto nie znając się osobiście byliśmy nadal razem. Po tej samej stronie, walcząc w tej samej Sprawie. Wydaje się dzisiaj, że przegranej – patrząc na renesans banderowski na Ukrainie oraz bezmyślną, szkodliwą i antypolską politykę wiodących sił politycznych w Polsce i ich mediów. Ale wiedzieliśmy, że mimo, iż nasz głos jest głosem wołającego na puszczy, musimy trwać na posterunku walki o Pamięć męczeństwa ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.

Walki przeciw relatywizacji, zakłamywaniu i negowaniu tej zbrodni, walki z odradzającymi się dzisiaj upiorami przeszłości, walki z bezmyślnością tych, którzy mówią, że wolą Ukrainę banderowską od „sowieckiej”. Antoni Mariański wytrwał w tej walce do końca. Zmarł 27 października 2017 roku. 31 października w Dąbrowie Niemodlińskiej w powiecie opolskim miał miejsce Jego pogrzeb.

Był synem Leona (1892-1967) i Bronisławy z Sakowiczów (1902-1993) – rolników ze wsi Zasmyki, położonej 15 kilometrów na południe od Kowla. Miał liczne rodzeństwo: dwóch braci i trzy siostry. Rodzina ta miała szczęście, bo w całości przeżyła ludobójstwo ukraińskie na Wołyniu, ale koszmar wydarzeń, które rozgrywały się na jej oczach, zostawił szczególnie trwały ślad w pamięci dwóch braci Mariańskich. Antoni Mariański ukończył po wojnie Politechnikę Warszawską i osiadł w Nysie, a potem w Opolu. Prowadził renowację obiektów sakralnych i budował nowe świątynie na Dolnym Śląsku. Był m.in. głównym budowniczym kościoła pod wezwaniem bł. Czesława w opolskiej dzielnicy Zaodrze oraz Drukarni św. Krzyża w Opolu.

Najważniejsza część Jego publicystyki z „Myśli Polskiej”, „Na Rubieży”, „Naszego Dziennika”, „Wołynia i Polesia” oraz innych periodyków, a także wspomnień, została opublikowana w ośmiu tomach zatytułowanych „Niechciana prawda” (wydanych własnymi środkami). W przedmowie do czwartego tomu „Niechcianej prawdy” napisał, że „(…) na przestrzeni tych ponad sześćdziesięciu lat nastąpiły wprost niewyobrażalne zmiany faktów z czasów II wojny światowej. Świadkowie z czasów wojny ze zdumieniem patrzą na przekręty i fałszerstwa dokonane przez rządzących”.

To jest testament, który pozostawił Antoni Mariański – świadek ludobójstwa banderowskiego na narodzie polskim, żołnierz 27. Wołyńskiej Dywizji AK i publicysta kresowy. Ta publicystyka jest dowodem ogromnego zaangażowania Antoniego Mariańskiego w dokumentowanie zbrodni banderowskich na Kresach Wschodnich II RP. Wydaje się niewiarygodne, że inżynier budowlaniec wykonał taki ogrom pracy historycznej, popularyzatorskiej i polemicznej. Pracy, którą powinni wykonać zawodowi historycy – pracownicy uniwersytetów i IPN. Są to publikacje napisane z pasją i z ogromnym talentem publicystyczno-polemicznym.

Antoni Mariański dołączył tym samym do grona wybitnie zasłużonych strażników pamięci o zagładzie Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, takich jak Wiktor Poliszczuk, Czesław Partacz, Ewa i Władysław Siemaszkowie, Mieczysław Samborski, Szczepan Siekierka, czy Lucyna Kulińska. Bez ich ogromnej pracy prawda o ludobójstwie na Kresach byłaby o wiele łatwiejsza do przemilczenia i zakłamania.

Antoni Mariański pisał swoje teksty w czasach, gdy zamazywano prawdę o zbrodniach banderowców na Wołyniu, gdy ówczesne władze polskie unikały jak ognia obarczania nacjonalistów ukraińskich winą za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie. Miał odwagę podjąć odważną polemikę z ukraińskim periodykiem „Nasze Słowo”, a także ze stanowiskiem ministrów spraw zagranicznych Polski Radosława Sikorskiego i Grzegorza Schetyny oraz wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jacka Protasiewicza.

Wybitnym publicystą kresowym był również Jego brat – Leon Mariański (1923-2002), autor książki „Od Zasmyk do Skrobowa. Przeciw UPA na śmierć i życie. Wołyń – w szponach trzech wrogów. Wspomnienia żołnierza z oddziału »Jastrzębia«, który przeszedł szlak z 27. Wołyńską Dywizją Piechoty AK od samoobrony w Zasmykach do rozbrojenia w Skrobowie” (wydanie pierwsze, Opole 1994). Tę obszerną (488 stron), ilustrowaną unikatowymi fotografiami publikację wydał pod nazwiskiem Leon Karłowicz. Takie nazwisko przyjął w 1945 roku w Lublinie, aby ukryć swoją akowską przeszłość i działalność konspiracyjną na Wołyniu.

Leon Mariański pod nazwiskiem Karłowicz ukończył Katolicki Uniwersytet Lubelski i przez ponad 35 lat uczył historii i języka polskiego w Technikum Pszczelarskim w Pszczelej Woli koło Lublina. Oprócz wymienionej publikacji był autorem 25 książek historyczno-wspomnieniowych i tomików wierszy oraz dwóch rozpraw naukowych o pszczelarstwie.

Antoni Mariański z synami Krzysztofem (ur. 1958 r.) i Stanisławem (ur. 1960 r. ). Fot. www.plus.nto.pl

Antoni Mariański z synami Krzysztofem (ur. 1958 r.) i Stanisławem (ur. 1960 r. ). Fot. http://www.plus.nto.pl

Leon Mariański (pierwszy z lewej), jego żona Alicja ze Scelinów, teściowa (siedzi) Maria Scelinowa (1904-1973) oraz Wanda (lwowianka) i jej mąż Tadeusz Scelina, dyrektor Fabryki Silników „Besel” w Brzegu. Brzeg, 1948 r. Fot. www.plus.nto.pl

Leon Mariański (pierwszy z lewej), jego żona Alicja ze Scelinów, teściowa (siedzi) Maria Scelinowa (1904-1973) oraz Wanda (lwowianka) i jej mąż Tadeusz Scelina, dyrektor Fabryki Silników „Besel” w Brzegu. Brzeg, 1948 r. Fot. http://www.plus.nto.pl

Antoni Mariański w ostatnich latach życia. Fot. www.isakowicz.pl

Antoni Mariański w ostatnich latach życia. Fot. http://www.isakowicz.pl

 

To dzięki takim ludziom ja Leon Mariański i Antoni Mariański przetrwała prawda o 27. Wołyńskiej Dywizji AK oraz nie powiódł się różnym siłom politycznym w Polsce zamiar przemilczenia i zakłamania prawdy o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim. Pamięć o Ich zasługach jest naszym drugim obowiązkiem obok kontynuowania testamentu Ich życia – walki o Pamięć ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 31 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 47-48 (2163/64), 19-26.11.2017, s. 19

Reklamy

Odpowiedź na atak Leszka Żebrowskiego

Mój artykuł „Brygada Świętokrzyska. Hitlerowscy kolaboranci na sztandarach prawicy” („Przegląd” nr 40/2017; na moim blogu pt. „Taniec na linie, nad przepaścią”) wywołał reakcję Leszka Żebrowskiego – prawicowego publicysty, który od wielu lat zajmuje się gloryfikacją NSZ. Reakcji tej nie można nazwać polemiką. Jest to agresywny atak i w związku z tym nie powinienem na to odpowiadać. Odpowiem jednak, ponieważ język i filozofia tego publicysty nie są przypadkiem odosobnionym. Stanowią standard dla salonu IV RP i dlatego warto je przybliżyć. 5 października na swoim profilu na Facebooku Żebrowski zamieścił bardzo długi i siermiężny tekst pt. „Historyk Bohdan Piętka histerycznie w piętkę goni. Jak elementarna nieznajomość historii czyni pożytecznego (lub, jak kto woli – szkodliwego) idiotę”.

W tekście tym żmudnie wyliczył przykłady mojej nieznajomości historii, a raczej przykłady mijania się przeze mnie z interpretacją historii właściwą dla jego środowiska politycznego. Nazwał mnie pieszczotliwie „członkiem”, a mój artykuł „wypracowaniem” oraz stwierdził, że wolę „widzieć wyłącznie własne pięty, nie sięgając umysłem dalej”. Na koniec zdemaskował pisma, w których publikuję. „Przegląd” – zdaniem Żebrowskiego – został założony przez „czołowego propagandystę PRL Mieczysława F. Rakowskiego” z „pieniędzy kradzionych przez komunę nie mającym nic do powiedzenia Polakom”. Natomiast „Myśl Polska” jest „klasycznym przykładem chamokomuny” (frakcji moczarowskiej). Wiadomo już zatem kim jestem – epigonem Mieczysława F. Rakowskiego i moczarowskiej chamokomuny.

Pod tekstem Żebrowskiego pojawiło się kilkadziesiąt wpisów, podpisanych imieniem i nazwiskiem, przeważnie agresywnych. Bezczelny postbolszewik, komunistyczny bełkot, śmieć, bydlak, swołocz, cham, – to pierwsze z brzegu przykłady określeń, jakie zostały wobec mnie użyte przez czytelników Żebrowskiego. „Przegląd” został nazwany „gniazdem żydobolszewii”. Ktoś zasugerował, że jestem wnukiem morderców żołnierzy NSZ. Większość komentujących domagała się postawienia mnie przed sądem za szarganie dobrego imienia „polskich patriotów”. Wtórował im Żebrowski, który stwierdził, że „potrzebne są prawdziwe sądy i zdrowy system prawny” oraz „bierzmy się wszyscy do pracy, bo chamokomuna wyłazi z czerwonego podziemia!”. Były też propozycje radykalniejsze. Pewna pani napisała, że „nie ma mu kto przyłożyć z liścia”, a pewien pan, że chciałby „dopaść osobiście takiego skurwiela”.

Wywołanie takiej agresji w stosunku do mnie przez Żebrowskiego może dziwić zważywszy, że mój artykuł z „Przeglądu” jest wyważony. Starałem się w nim pokazać również pozytywne karty z działalności NSZ, w tym także jeśli chodzi o stosunek niektórych członków tej organizacji do Żydów, odbiegający od oficjalnej ideologii Grupy „Szańca”. Z mojego tekstu jasno wynika, że kolaboracja z Niemcami była dziełem mniejszościowego odłamu NSZ. O wiele ostrzejsze oceny od moich sformułował Adam Śmiech w artykule „Problem NSZ i obóz narodowy”, którego pierwsza część została opublikowana w numerze 43-44/2017 „Myśli Polskiej” – organu prasowego chamokomuny, albo – jak się wyrażają inni przedstawiciele „obozu patriotycznego” – endokomuny.

Naprawdę więc zdumiewa stwierdzenie Żebrowskiego, że jakoby piszę o NSZ „gorzej niż sługusy Stalina”, a mój artykuł to „prostacki paszkwil”. Swój ostrzał tego „prostackiego paszkwilu” zaczyna od zdjęć. Wyjaśnić trzeba w tym miejscu, że to redakcja „Przeglądu” dokonała ich wyboru i opatrzyła je podpisami. Zdaniem Żebrowskiego zdjęcie przedstawiające żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej na kursie spadochronowym zorganizowanym przez Niemców w Pradze to „cios w starym sprawdzonym, stalinowskim stylu”. Jego zdaniem zdjęcie to nie zostało zrobione w marcu 1945 roku w Pradze i nie przedstawia uczestników wspomnianego kursu spadochronowego. Niestety sam nie podaje gdzie zostało zrobione i co przedstawia poza żołnierzami NSZ, których nazwiska wymienia. Jego furię budzą też zdjęcia przedstawiające Huberta Jurę „Toma” i ofiary zbrodni NSZ w Wierzchowinach. Pisze, że ustalenie tożsamości Huberta Jury „Toma” zostało „żywcem wzięte z zatęchłych elaboratów bezpieki”. Nie wyjaśnia jednak dlaczego tak twierdzi. Neguje też odpowiedzialność NSZ za mord w Wierzchowinach, co jest o tyle ciekawe, że wątpliwości co do sprawstwa tej zbrodni zgrupowania NSZ Mieczysława Pazderskiego „Szarego” nie mają ani IPN, ani prof. Grzegorz Motyka i dr Mariusz Zajączkowski z PAN.

Żebrowski zarzuca mi „ględzenie o «walkach bratobójczych» z Armią Ludową”. Swoje stanowisko formułuje w stylu zdradzającym dość specyficzne poglądy polityczne i historyczne: „Czy komunistyczni zdrajcy, nieuznający w ogóle Polskiego Państwa Podziemnego (…), pospolici złodzieje świń i ubrań damskich oraz ubranek dziecięcych, to byli «bracia»? Dla kogo? (…). Jeśli komunę można nazwać «braćmi», to mogą to czynić niemieccy naziści, z racji ideologicznego pokrewieństwa. No i bezkrytyczni miłośnicy sowieckiej okupacji i popełnionych wówczas masowych zbrodni ludobójstwa”. Ja zapewne zaliczam się do tych drugich.

Wściekłość Żebrowskiego wzbudziło też to, że za drugą największą organizację podziemną w okupowanej Polsce uważam nie NSZ, ale Bataliony Chłopskie. Sugeruje, że podając ich liczebność w wysokości 170 tys. ludzi oparłem się podobno na Wikipedii, czyli „specyficznym źródle wiedzy”, które dyskwalifikuje historyka i dlatego nie powołałem się na nie otwarcie. Niezupełnie, bo także „Wielka Encyklopedia PWN” z 2001 roku podaje, że BCh „liczyły ok. 170 tys. żołnierzy i były drugą pod względem wielkości organizacją zbrojną pol. konspiracji”. Liczbę tę podaje również „Słownik historii Polski i świata” autorstwa m.in. prof. Ryszarda Kaczmarka i prof. Marka Paździory oraz dr hab. Kazimierza Miroszewskiego i dr hab. Piotra Greinera (Katowice 2005).

Dla Żebrowskiego nagle stają się wiarygodni historycy ruchu ludowego z okresu PRL, którzy nie podawali wtedy liczby 170 tys. żołnierzy BCh (żeby nie umniejszać znaczenia AL). Najbardziej jednak wiarygodny jest dla niego hitlerowski gen. Reinhard Gehlen (1902-1979), który wystawił niepochlebną opinię BCh i bardzo pochlebną NSZ („najsprawniej zorganizowany i najbardziej sprężyście dowodzony nielegalny polski związek zbrojny”). Żebrowski nie informuje przy tym swoich czytelników, że Reinhard Gehlen był w Sztabie Generalnym Wehrmachtu szefem wydziału Obce Armie Wschód, który odpowiadał m.in. za współpracę z kolaborantami na wschodnim kierunku operacyjnym. Jego pozytywna opinia o NSZ potwierdza tylko zainteresowanie tą formacją ze strony niemieckich służb specjalnych pod kątem wciągnięcia jej do walki z ZSRR.

Tak pogardzane przez Żebrowskiego Bataliony Chłopskie powstrzymały niemiecką akcję wysiedleńczą na Zamojszczyźnie, realizowaną według założeń Generalnego Planu Wschodniego. Niemcy nazwali przeciwdziałanie wysiedleniu Polaków na Zamojszczyźnie ze strony polskiej partyzantki powstaniem zamojskim. BCh stoczyły wtedy z Niemcami dwie duże i zwycięskie bitwy po Wojdą (30 grudnia 1942 r.) i Zaborecznem (1 lutego 1943 r.). Skoro NSZ były podobno drugą największą organizacją polskiego podziemia, to dlaczego nie wzięły udziału w powstaniu zamojskim? Dlaczego NSZ nie wzięły też udziału w największych walkach stoczonych z Niemcami przez polską partyzantkę – pod Rąblowem (14 maja 1944 r.), w Lasach Janowskich (11-15 czerwca 1944 r.) i Puszczy Solskiej (16-26 czerwca 1944 r.)?

Szydzi Żebrowski, że zacytowałem opinię na temat NSZ płk. Jana Rzepeckiego, który „poszedł na całkowitą współpracę z komuną” (ale nie dodaje, że dopiero podczas śledztwa w MBP). Nie zauważa przy tym, że cytuję także opinię Zygmunta Zaremby oraz meldunki gen. Leopolda Okulickiego i lokalnego dowódcy AK o współpracy NSZ z Niemcami.

Ma do mnie pretensje o to, że wytknąłem mu, iż w artykule zamieszczonym w „Naszym Dzienniku” nie wspomniał o tym, że NSZ wywodziły się z Grupy „Szańca”, czyli ONR-ABC. Zaraz potem dodaje, że tacy członkowie Tymczasowej Narodowej Rady Politycznej (organ zwierzchni NSZ) jak Zbigniew Stypułkowski, August Michałowski i Ignacy Oziewicz nie byli działaczami ONR. Ale byli nimi Jerzy Olgierd Zawisza-Iłłakowicz, Otmar Wawrzkowicz i Stanisław Kasznica. Jeden z współtwórców i czołowych ideologów NSZ – prof. Karol Stojanowski (1895-1947) – był natomiast radykalnym antysemitą i zwolennikiem eugeniki.

W jednym się z Żebrowskim zgodzę. Niepotrzebnie wyodrębniłem „dobre” NSZ-AK i „złe” NSZ-ONR, ponieważ próbowałem doszukiwać się pozytywnych elementów w NSZ. Faktycznie przecież całe NSZ, przed i po rozłamie, wyznawały tę samą ideologię. Jaka to była ideologia, możemy się dowiedzieć z lektury numeru 3 (94) pisma „Szaniec” z 29 stycznia 1943 roku. Autor zamieszczonego tam tekstu („Jak w mądrym Rzymie”) ubolewa, że po wojnie „nie wymordujemy i nie przepędzimy” wszystkich mniejszości narodowych. Proponuje zatem „odrzucić bezwzględnie niedorzeczną równość obywatelską” i obywatelstwo przyznawać tylko wyselekcjonowanym członkom mniejszości narodowych. Uważa jednak, że Żydów „musimy się pozbyć bez wyjątku”[1]. Tak pisano w konspiracyjnej prasie NSZ, kiedy dymiły kominy i doły spaleniskowe Auschwitz, Stutthof, Majdanka, Chełmna nad Nerem, Bełżca, Treblinki i Sobiboru. Taka była ideologia i dojrzałość polityczna NSZ.

Szaniec nr 3 (94)-1

Szaniec nr 3 (94)-2

Nie jest też prawdą, że Edwarda Kemnitza i Sławomira Modzelewskiego – oficerów NSZ wyróżnionych po wojnie Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata – przypisałem do NSZ-AK. Albo pan Żebrowski nie przeczytał dokładnie, albo nie zrozumiał.

Najcięższym jego zarzutem jest to, że podobno idę „utartym szlakiem propagandy komunistycznej (i nie tylko) o rzekomych listach proskrypcyjnych działaczy lewicowych i ludzi żydowskiego pochodzenia”. Pyta się czy widziałem te listy proskrypcyjne i czy znam „konkretne przypadki likwidacji z takich pobudek”. Zaprzecza przy tym odpowiedzialności NSZ-ONR za mord na Ludwiku Widerszalu. Twierdzi również, że „Piętka zżyna obficie z komunistycznych propagandystów, a nawet idzie znacznie dalej” pisząc o współpracy Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami.

Oryginały list proskrypcyjnych, o które pyta Żebrowski, znajdują się w Archiwum Akt Nowych, w aktach Delegatury Rządu RP na Kraj (teczka o sygn. 202/II-43). Jeśli pan Żebrowski uważa, że kontrwywiad NSZ nie sporządzał list proskrypcyjnych, albo sporządzał je dla żartu, Hubert Jura „Tom” był postacią bajkową, a kolaborację części NSZ z Niemcami wymyślił „tow. Demko vel Moczar”, to polecam mu lekturę wspomnień gen. Antoniego Hedy „Szarego” (1916-2008) – legendarnego dowódcy AK i podziemia powojennego na Kielecczyźnie. W swoich wspomnieniach pisze on, że NSZ wydały na niego wyrok śmierci jako na rzekomego komunistę. Uniknął śmierci tylko dzięki temu, że został ostrzeżony przez swojego byłego podkomendnego Wacława Pryciaka „Sokoła”, który przeszedł z AK do NSZ, oraz właścicielkę restauracji w Iłży. Następnie w okolicy stacjonowania oddziału „Szarego” w Puszczy Starachowickiej pojawił się nierozpoznany oddział, podający się za oddział AK, umundurowany w przedwojenne polskie mundury i dobrze uzbrojony. Jego dowódcą – jak się później okazało – był Hubert Jura. Próbował on doprowadzić do spotkania z „Szarym”, ten jednak zachował ostrożność i wycofał się[2].

Antoni Heda tak opisał finał tej historii: „Nagle doszły do nas wiadomości wręcz przerażające. Otóż ten nierozpoznany oddział pomaszerował na Powiśle za Ostrowiec, do leśnych okolic w Łysowodach. Mając wcześniejsze rozpoznanie, przeprowadził tam aresztowania, głównie wśród robotników leśnych, uchodzących za lewicowych, jakoby z GL. Na tych ludziach (około 17 osób) dokonano mordu, stosując dodatkowe tortury. Z wiadomości, jakie do nas dotarły, wynikało, że był to oddział NSZ z dowódcą – kolaborantem «Tomem» (…). Sztab zaś tego oddziału – jak stwierdzono – przebywał w tym czasie w hotelu w Ostrowcu. Niestety zbrodniarze nie wracali przez nasz teren, gdzie czekaliśmy z zasadzką. Przemaszerowali w biały dzień, przez Skarżysko, a żandarmi i Wehrmacht przez ten czas pochowali się (…). Żołnierze tego oddziału nie orientowali się w poczynaniach dowódcy i grupy morderców”[3].

wspomnienia-szarego

Natomiast o kolaboracji Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami pisze obszernie kpt. Józef Wyrwa, ps. „Furgalski”, „Stary” (1898-1970) – dowódca jednego z oddziałów NSZ na Kielecczyźnie. Swoje wspomnienia wydał po wojnie we frankistowskiej Hiszpanii, więc nie można go posądzić o pisanie pod dyktando komunistycznych władz w Polsce. Powiedzenie prawdy o NSZ nie było dla niego łatwe, o czym świadczy następujący fragment jego książki:

„Tylko nieliczne jednostki na emigracji orientują się należycie w działalności organizacji podziemnej i odróżniają tych z NSZ, którzy podporządkowali się dowództwu AK, od odłamu kolaborującego z Niemcami, który reprezentowała Brygada Świętokrzyska. Nie chciałem, żeby mnie ktokolwiek do nich zaliczył. Z tych powodów okres współpracy z NSZ przemilczałem. W drugim wydaniu lukę uzupełniam”[4].

Józef Wyrwa szeroko pisze m.in. o kolaboracji Huberta Jury z Niemcami: „Po przybyciu do powiatu opatowskiego zakwaterowaliśmy – zdaje mi się w majątku Łyse Wody. Tu dowiedzieliśmy się o ścisłej współpracy «Toma» z Niemcami. Moi chłopcy rozbroili i zaprowadzili do «Toma» dwóch Niemców idących do majątku. Po rozmowie z «Tomem» zwrócono im broń i zostali wypuszczeni na wolność (…). Sytuacja wyjaśniła się całkowicie kilka godzin później. «Tom» urządził w ciągu dnia obławę w okolicznych wsiach, rzekomo na komunistów. Czy posiadał jakąś listę otrzymaną od Niemców, nie wiem, w każdym bądź razie obława urządzona była w ścisłym porozumieniu z Niemcami. W tym prawdopodobnie celu przybyli do majątku wspomniani dwaj Niemcy, aby uzgodnić szczegóły. Zaaresztowano wiele ludzi [tak w oryg. – BP]. «Tom» przeprowadzał badania. Zastosowano metodę gestapowską. Kazał bić tak długo dopóki katowani nie zeznali to co on chciał. Z każdym przesłuchiwanym spisano protokół, zapewne wysłany potem Niemcom (…). «Tom» kazał rozstrzelać około dwudziestu ludzi (…). «Tom» był jednym z najniebezpieczniejszych zdrajców Polski. Ma on na sumieniu, jeżeli nie setki to dziesiątki Polaków”[5].

Józef Wyrwa

O Brygadzie Świętokrzyskiej Józef Wyrwa pisze następująco: „Moralnym inspiratorem Brygady Świętokrzyskiej był – moim zdaniem – «Tom» (…). «Tom» służył Niemcom. Swój oddział stracił w Rudzisku. Tym bardziej przeto był zainteresowany utworzeniem większej jednostki «bojowej». Nie była to sprawa trudna. Ludzi nie brakowało, a broń dostarczyli Niemcy. Wielu żołnierzy z brygady nie orientowało się zapewne w polityce dowództwa (…). Niemcy nie ukrywali tego, że brygada jest na ich usługach, przeciwnie, rozgłaszali to i starali się wykazać jakie korzyści można osiągnąć współpracując z nimi.

Brygada maszerowała w dzień przez miejscowości, w których byli Niemcy. Tylko ludzie, którzy mieli ścisły kontakt z Niemcami mogli sobie na to pozwolić. Według tego, co mówiła miejscowa ludność, Niemcy nie tylko nie atakowali brygady, ale przyglądali się spokojnie jej przemarszowi.

W grudniu 1944 roku, kiedy kwaterowaliśmy w Kłócku (wieś w powiecie koneckim) przybył do naszego oddziału «Jaksa» (Władysław Marcinkowski), szef sztabu brygady. Ubrany był po cywilnemu. Starał się mnie namówić do przystąpienia z oddziałem do brygady. Opierał się na argumentacji, że Rosja jest wrogiem niebezpieczniejszym od prawie pokonanych już Niemców, a więc przeciw niej powinniśmy się obrócić, by uchronić Europę przed zalewem komunizmu. Tym samym argumentem posługiwali się też Niemcy, ale niestety w innym celu niż należało to robić.

Oświadczyłem «Jaksie» wprost, że brygada współpracuje z Niemcami. «Jaksa» zaprzeczył. Zapytałem jak to jest możliwe, że brygada maszeruje w dzień obok posterunku żandarmerii i żandarmi patrzą spokojnie jakby to ich wojsko maszerowało.

«Jaksa» odpowiedział, że Niemcy boją się i dlatego nie atakują. Tłumaczenie naiwne. Na mój zarzut, że «Tom», znany zdrajca, współpracuje z brygadą, «Jaksa» zmieszał się, ale nie zaprzeczył (…). Brygada wycofała się z Polski razem z Niemcami, to znaczy pod ich opieką. Dowódcy brygady oświadczyli, że ich głównym celem jest walka z Rosją, z wrogiem niebezpieczniejszym od Niemców, jednakże postępowanie brygady nie było zgodne z tym twierdzeniem. Brygada nie walczyła z bolszewikami, ale z Polakami, którzy nie podzielali jej poglądów. Gdy Armia Czerwona zbliżała się, brygada zamiast potwierdzić czynem głoszone idee, ratowała się ucieczką przy pomocy Niemców. Ubiegała się o przyłączenie mojego oddziału, żeby wzmocnić swoje siły w czasie ucieczki (…).

Rzeczywista działalność brygady w Polsce nie jest na emigracji znana. Dla odparcia zarzutów publikowanych czasem w prasie, dowódcy brygady posługują się wygodnymi argumentami, które również w innych okolicznościach na emigracji służą często za obronę: «To wszystko są komunistyczne kłamstwa». W tym wypadku niestety nie kłamstwa (…).

Brygada nie ma właściwie prawa podszywać się pod nazwę NSZ. Dokonała rozłamu w dobrze zorganizowanych Narodowych Siłach Zbrojnych, rozbiła ich solidarność, osłabiając w ten sposób jednolity front walki. Nie podporządkowała się naczelnemu dowództwu AK, wybrała natomiast współpracę z Niemcami.

Brygada dała komunistom niebezpieczną broń do ręki. Posiadając niezbite dowody współpracy brygady z Niemcami, nietrudno przyszło komunistom obarczać odpowiedzialnością całe NSZ, a nawet AK. Mało Polaków, szczególnie tu na emigracji, orientuje się, że istniały dwa odłamy NSZ. Rzeczywiste Narodowe Siły Zbrojne, które zachowując orientację polityczną podporządkowały się jednolitemu dowództwu Armii Krajowej, oraz odłam wywodzący się z ONR (Obóz Narodowo-Radykalny), który działał samowolnie, współpracując z Niemcami na szkodę Polski. Z winy brygady zginęło w więzieniu wielu wartościowych ludzi. Każdy członek NSZ był traktowany przez UB, jak kolaborant niemiecki. Szkody wyrządzone Polsce przez brygadę są wielkie”[6].

Józef Wyrwa (1898-1970) - żołnierz wojny obronnej 1939 roku i oddziału partyzanckiego mjr. Henryka Dobrzańskiego-Hubala (1939-1940). Od jesieni 1942 r. dowódca oddziału partyzanckiego NSZ, który 4.10.1944 r. wszedł w skład 25 pp AK. W styczniu 1945 r. aresztowany przez wojskowe władze radzieckie i po wielu perypetiach osadzony w więzieniu kieleckim. Uwolniony został z niego 5.08.1945 r. w wyniku akcji oddziału ROAK pod dowództwem Antoniego Hedy-Szarego. Ukrywał się do marca 1947 r., po czym zbiegł z Polski. Najpierw osiedlił się w USA, a w 1952 r. w Hiszpanii. Fot. www.nsz.com.pl

Józef Wyrwa (1898-1970) – żołnierz wojny obronnej 1939 roku i oddziału partyzanckiego mjr. Henryka Dobrzańskiego-Hubala (1939-1940). Od jesieni 1942 r. dowódca oddziału partyzanckiego NSZ, który 4.10.1944 r. wszedł w skład 25 pp AK. W styczniu 1945 r. aresztowany przez wojskowe władze radzieckie i po wielu perypetiach osadzony w więzieniu kieleckim. Uwolniony został z niego 5.08.1945 r. w wyniku akcji oddziału ROAK pod dowództwem Antoniego Hedy-Szarego. Ukrywał się do marca 1947 r., po czym zbiegł z Polski. Najpierw osiedlił się w USA, a w 1952 r. w Hiszpanii. Fot. http://www.nsz.com.pl

Tak pisał o Brygadzie Świętokrzyskiej oraz NSZ-ONR niedługo po wojnie oficer NSZ Józef Wyrwa, który zmarł w 1970 roku w Madrycie. Niechże zatem pan Żebrowski jego stawia pośmiertnie przed sądem, nie mnie.

[1] „Jak w mądrym Rzymie”, „Szaniec” nr 3 (94), 29.01.1943, s. 6-7.

[2] A. Heda-Szary, Wspomnienia „Szarego”, Warszawa 2016, s. 161-165.

[3] Tamże, s. 165.

[4] J. Wyrwa „Furgalski” „Stary”, Pamiętniki partyzanta. Hubalczyka, legendarnego dowódcy oddziału partyzanckiego, który wszedł w skład NSZ, a później dołączył do 25. pp AK, Kraków 2014, s. 121.

[5] Tamże, s. 158, 159, 164.

[6] Tamże, s. 166-170.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 23 października 2017 r.

Austriacka kultura pamięci

W dniach od 29 września do 2 października przebywałem w Górnej Austrii, biorąc udział w wyjeździe Stowarzyszenia Rodzin Polskich Ofiar Obozów Koncentracyjnych „Hartheim-2017. Zapal Znicz Pamięci”.

W ramach tego wyjazdu odwiedziłem tereny byłego obozu koncentracyjnego Mauthausen, jego podobozów Gusen I i Gusen II oraz zamek Hartheim w gminie Alkoven koło Linzu – jeden z głównych ośrodków tzw. akcji T4 – gdzie 1 października uczestniczyłem w uroczystości upamiętniającej zamordowane tam ofiary. Program wyjazdu obejmował też odsłonięcie tablicy upamiętniającej więźnia Stanisława Krzekotowskiego. Tablica ta została odsłonięta 29 września na rynku miasteczka Mauthausen obok kamiennej rzeźby przedstawiającej sarenkę, którą Stanisław Krzekotowski (z zawodu kamieniarz) wykonał w 1943 roku na polecenie komendanta obozu Gusen I. Ten swoisty pomnik będzie przypominał, że wśród więźniów Mauthausen-Gusen jednymi z najliczniejszych byli Polacy. W uroczystości wziął udział dyrektor miejskiego magistratu, który zapowiedział wsparcie ze strony władz samorządowych dla zachowania pamięci o KL Mauthausen.

Obóz ten był jednym z największych miejsc martyrologii polskiej podczas drugiej wojny światowej, o którym wiedza we współczesnej Polsce jest niewielka, a na Zachodzie również znikoma. Mauthausen obok Auschwitz odegrał kluczową rolę w eksterminacji polskiego „elementu przywódczego”. Łącznie Polacy i obywatele ZSRR stanowili 77 proc. (odpowiednio 39 i 38 proc.) wyzwolonych więźniów obozów Gusen I, II i III. Do 1944 roku obozy koncentracyjne na terenie Starej Rzeszy i Austrii były bowiem – zgodnie z zarządzeniem Himmlera – Judenfrei (wolne od Żydów). Liczba Polaków deportowanych do całego kompleksu Mauthausen wyniosła 51886 osób, co stanowi 27 proc. ogółu deportowanych. Spośród nich zginęło około 27 tys. (co najmniej 25308 osób), co stanowi około 30 proc. ogółu ofiar. Większość polskich więźniów – co najmniej 22092 osoby – zginęła w trzech podobozach mauthausenowskich Gusen, pracując niewolniczo m.in. w kamieniołomach i sztolniach Bergkristall. Łącznie przez Mauthausen przeszło około 190 tys. więźniów z blisko 40 narodowości, z czego 71 tys. przez obozy Gusen. Zginęło 80-90 tys. spośród nich, w tym 44 tys. w obozach Gusen.

Śmierć w obozach Gusen znaleźli m.in. Henryk Sławik – „polski Raul Wallenberg” – kompozytor Jan Sztwiertnia, poeta Konstanty Ćwierk, bł. Włodzimierz Laskowski, gen. Mieczysław Ryś-Trojanowski oraz wielu innych przedstawicieli inteligencji, duchownych, wojskowych i członków polskiej konspiracji. Znanymi polskimi więźniami Mauthausen-Gusen byli m.in. Józef Cyrankiewicz (po przeniesieniu z Auschwitz), Stanisław Dobosiewicz (autor monografii Mauthausen-Gusen), prof. Stanisław Leszczyński, pisarz Grzegorz Timofiejew, płk Kazimierz Heilman-Rawicz (po przeniesieniu z Auschwitz), ppłk. Franciszek Znamirowski i o. Marian Żelazek ze Zgromadzenia Słowa Bożego.

Trzy obozy Gusen – z których Gusen I znajdował się w odległości tylko 4 km od obozu głównego w Mauthausen – były największymi, ale nie jedynymi podobozami Mauthausen. W 1945 roku KL Mauthausen obejmował 56 podobozów rozrzuconych po całym terytorium Austrii (w latach 1938-1942 Marchii Wschodniej – Ostmark, a w latach 1942-1945 Alpejskich i Dunajskich Okręgów Rzeszy – Alpen- und Donau-Reichsgaue), a nawet Bawarii. Były to m.in. Ebensee, Enns, Gusen, Linz, Redl-Zipf i Wels w Górnej Austrii, Hirtenberg, Melk, Wiener Neudorf, Wiener Neustadt i Schwechat w Dolnej Austrii, Floridsdorf, Jedlesee i Saurerwerke w Wiedniu, Bretstein, Eisenerz, Graz i Peggau w Styrii, Klagenfurt-Lendorf i Loiblpass w Karyntii. Mittersill w Salzburgu oraz Lindau i Passau w Bawarii. Większość z nich była związana z produkcją zbrojeniową. Prawie w każdym z podobozów Mauthausen znajdowali się Polacy. Najbardziej tragicznie dla polskich więźniów zapisały się podobozy Gusen I i Gusen II-Bergkristall.

Dzisiaj sztolnie Bergkristall w Sankt Georgen an der Gusen są praktycznie niedostępne, poza czterema wybranymi dniami w roku. Chyba, że ktoś zdecyduje się zapłacić austriackiemu Ministerstwu Spraw Wewnętrznych 2000 euro za możliwość wejścia. Przypuszczam, że wysokość tej sumy ma na celu przede wszystkim zniechęcić do przyjazdu tam odwiedzających z Polski. Nie ma też śladu po trzech podobozach Gusen (Gusen I i Gusen II w gminie Langenstein oraz Gusen III w Lungitz). W ich miejscu powstały osiedla mieszkaniowe. Owszem, w Gusen jest pomnik – zbudowany staraniem byłych więźniów w połowie lat 60. XX wieku, a także izba pamięci – stworzona staraniem władz polskich (m.in. ówczesnej ambasador w Wiedniu Ireny Lipowicz z Unii Wolności) oraz międzynarodowego Komitetu Pamięci Gusen. Nie ma tam jednak państwowego muzeum. To znajduje się na terenie byłego obozu głównego Mauthausen i jako Urząd Federalny „Memoriał Mauthausen” jest finansowane ze środków austriackiego Federalnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Trzy podobozy w Gusen (Gusen I powstał w 1938, Gusen II i Gusen III w 1944 roku) miały odrębną administrację jako KL Gusen, własny system numeracji więźniów, księgę zgonów i krematorium. Kierowanych tam więźniów wyniszczano przez niewolniczą pracę. W pobliżu znajdowały się wielkie kamieniołomy: Bergkristall, Gusen, Kastenhofen i Pierbauer, eksploatowane przez należące do SS przedsiębiorstwo Deutsche Erd- und Steinwerke (DEST). Jego fila w Gusen nosiła nazwę DEST-Granitwerke Mauthausen. Z czasem więźniów Gusen zatrudniono przy produkcji zbrojeniowej, co spowodowało zwiększenie ich liczebności i utworzenie podobozów Gusen II i Gusen III.

Pracę więźniów tych podobozów wykorzystywały koncerny zbrojeniowe Steyr-Daimler-Puch oraz Messerschmitt GmbH. W obliczu nalotów alianckich, kosztem życia tysięcy ludzi, wydrążono ciągnący się kilometrami system podziemnych tuneli pod Górą Kryształową (Bergkristall), gdzie ukryto produkcję. W 1944 roku w podziemnych sztolniach Bergkristall powstała m.in. fabryka, w której produkowano myśliwce Messerschmitt Me 262 – pierwsze na świecie samoloty odrzutowe. Cały kompleks obozowy Mauthausen-Gusen zaklasyfikowano jako obóz trzeciej kategorii (Stufe III), o najcięższych warunkach, z najmniejszymi szansami na przeżycie (Auschwitz posiadał kategorię drugą). Podobno zdarzały się przypadki, że więźniowie polscy przeniesieni z Auschwitz do Mauthausen-Gusen prosili, by pozwolono im wrócić do Auschwitz.

Transportów polskich więźniów z Auschwitz do Mauthausen było wiele. Pierwszy, liczący 1000 więźniów, odszedł 9 czerwca 1942 roku. Kolejny – z 7 lipca 1942 roku – liczył 700 więźniów. Przywieziono w nim do Mauthausen m.in. wspomnianego płk. Kazimierza Heilmana-Rawicza (w obozie przebywał jako Jan Hilkner) – jednego z twórców polskiej konspiracji więźniarskiej w KL Auschwitz, współpracownika Witolda Pileckiego. 12 i 13 kwietnia 1943 roku wysłano z Auschwitz do Mauthausen-Gusen łącznie 2236 polskich więźniów politycznych. Kilka tygodni wcześniej przeniesiono też ponad 5 tys. polskich więźniów do Buchenwaldu, Flossenbürga, Gross-Rosen, Neuengamme i Sachsenhausen. Pozbycie się z Auschwitz tak dużej ilości więźniów polskich było z jednej strony środkiem przeciwdziałania aktywności polskiej konspiracji obozowej i przyobozowej, a z drugiej miało na celu dostarczenie obozom w Rzeszy niezbędnej siły roboczej.

Kolejne wielkie transporty do Mauthausen przybywają już po rozpoczęciu częściowej ewakuacji KL Auschwitz w połowie 1944 roku. Dalsze – we wrześniu i grudniu 1944 roku. Ostatni transport z Auschwitz do Mauthausen dotarł pod koniec stycznia 1945 roku. Obejmował on więźniów, którzy 18 stycznia 1945 roku wyruszyli w pieszy marsz ewakuacyjny z Auschwitz (tzw. marsz śmierci). Ci z nich, którzy zdołali przebyć pieszo 63 km do Wodzisławia Śląskiego (wówczas Loslau) zostali załadowani na odkryte wagony-węglarki i tak przez trzy dni wieziono ich w zimowych warunkach do Mauthausen. Wielu tego nie przeżyło. W tym transporcie ewakuacyjnym z Auschwitz dotarł do Mauthausen m.in. Józef Cyrankiewicz.

Tragiczna historia Mauthausen-Gusen dobiegła końca 5 maja 1945 roku. Tego dnia około godziny 17-tej obozy te zostały wyzwolone przez wojska amerykańskie. Następnego dnia Amerykanie wyzwolili podobóz mauthausenowski w Ebensee, którego więźniowie pracowali w podziemnych sztolniach przy produkcji rakiet V 2 (ich produkcję przeniesiono po zbombardowaniu przez RAF w sierpniu 1943 roku ośrodka w Peenemünde do fabryk przy podobozach Mauthausen w Ebensee, Redl-Zipf, Wien-Floridsdorf i Wiener Neustadt). Na dzień przed wyzwoleniem komendant Ebensee wydał rozkaz zgromadzenia wszystkich więźniów w sztolniach, prawdopodobnie w celu ich zamordowania. Zamiar ten uniemożliwił bunt więźniów – jeden z nielicznych udanych aktów oporu w niemieckich obozach koncentracyjnych.

Podobozy KL Mauthausen w Wiedniu i Dolnej Austrii zostały ewakuowane do obozu głównego w kwietniu 1945 roku w obliczu ofensywy wojsk radzieckich. Podczas marszów ewakuacyjnych dochodziło do mordów na więźniach. Esesmani zamordowali wtedy m.in. od 184 do 243 więźniów podobozu Wiener Neudorf. Zaraz po wyzwoleniu trzech podobozów Gusen ci z polskich więźniów, którym pozwalał na to stan fizyczny, udali się pieszo do kościoła w St. Georgen (odległego od Gusen I i II o 2 km, a od Gusen III o 4 km). Weszli do niego w czasie wieczornej mszy i według relacji będących w kościele Austriaków padli na twarz na posadzkę przed ołtarzem.

Wolność nie oznaczała końca gehenny więźniów. Kilka tysięcy z nich zmarło wkrótce po wyzwoleniu. Jedni byli tak wycieńczeni, że nie dało ich się już uratować w szpitalach alianckich. Inni znaleźli śmierć na skutek próby gwałtownego zaspokojenia głodu nie wiedząc, że zbyt duża dawka jedzenia będzie śmiertelna dla wygłodzonego organizmu.

Trudno szukać w muzeum Mauthausen informacji o tym, że około 30 proc. więźniów i ofiar tego obozu stanowili Polacy, których odsetek wśród więźniów podobozu Gusen I wynosił w 1940 roku 97 proc. Owszem, są pomniki – w tym polski i radziecki – a także tablice upamiętniające więźniów różnych narodowości, ale na trasie zwiedzania nie ma bezpośredniej informacji o strukturze narodowościowej więźniów i ofiar. Nie ma tablicy informującej, że na polu położonym poza wschodnim murem obozu głównego (wyjątkowo obóz ten nie był otoczony ogrodzeniem z drutu kolczastego, ale murami) znajdował się w październiku 1944 roku prowizoryczny obóz, w którym zamordowano około 2 tys. Polaków przywiezionych z Powstania Warszawskiego. Nie ma informacji o narodowości więźniów, którzy ginęli na Schodach Śmierci oraz na tzw. Ścianie Spadochroniarzy w pobliskim kamieniołomie Wiener Graben. Nie ma też informacji o narodowości sprawców, czyli członkach załogi SS, z których wielu pochodziło z Austrii. Poziom merytoryczny informacji przekazywanych przez przewodnika muzealnego był bardzo niski. Tak wygląda oficjalna austriacka kultura pamięci. Jest ona skoncentrowana na podtrzymywaniu mitu Austrii jako „pierwszej ofiary Hitlera”. Przemilcza się społeczne poparcie dla Anschlussu i dla nazizmu w Austrii. To jest dobrze widoczne m.in. w muzeum znajdującym się na terenie byłego obozu głównego w Mauthausen.

Oczywiście Niemcy i Austriacy byli nie tylko sprawcami, ale także pierwszymi ofiarami nazizmu – jako więźniowie obozów koncentracyjnych i jako ofiary akcji T4, której największy ośrodek eksterminacyjny znajdował się na zamku Hartheim koło Liznu. O tym również trzeba pamiętać. Ale w tymże zamku Hartheim oprócz upośledzonych umysłowo i nieuleczalnie chorych z Niemiec i Austrii zabijano też tlenkiem węgla wycieńczonych więźniów z obozów koncentracyjnych Dachau, Mauthausen, Buchenwald, Ravensbrück i Sachsenhausen. Był wśród nich m.in. Jan Włodarczyk (1895-1944) z Sosnowca, którego losy opisałem w artykule „Akcja Oderberg” („Zeszyty Oświęcimskie” nr 27/2012), a także wielu innych polskich więźniów. Poza tym mordowanie chorych umysłowo i upośledzonych to nie tylko sześć ośrodków eksterminacyjnych akcji T4 na terenie Starej Rzeszy i Austrii. To także zagłada pacjentów polskich szpitali psychiatrycznych w Owińskach, Kościanie, Świeciu, Chełmie, Otwocku, Kobierzynie i w wielu innych miejscach.

Z tą oficjalną austriacką kulturą pamięci pozytywnie kontrastuje działalność Komitetu Pamięci Gusen (Gedenkendienstkomitee Gusen) w Sankt Georgen an der Gusen, którego najbardziej prominentną postacią jest jego wieloletnia działaczka i przewodnicząca (od 2008 roku) – emerytowana nauczycielka i kierowniczka miejscowego muzeum krajoznawczego, Martha Gammer. Przybyła ona do pracy w St. Georgen w latach 70. XX wieku i od swoich uczniów dowiedziała się o tajemniczych podziemiach Bergkristall. Powoli zaczęła odkrywać prawdę o Gusen, która nie była wówczas w Austrii popularna. Oficjalna polityka historyczna, na którą znaczący wpływ mieli austriaccy komuniści i socjaldemokraci, za symbol męczeństwa i międzynarodowego (w domyśle lewicowego) ruchu oporu uznawała tylko obóz główny w Mauthausen. O Gusen natomiast zapomniano. Nie tylko zapomniano, ale także unicestwiono większość śladów po istniejących tam obozach.

Dewastacji terenów poobozowych dokonały już radzieckie władze okupacyjne. Natomiast po zakończeniu okupacji radzieckiej Górnej Austrii w 1955 roku na terenie byłych podobozów mauthausenowskich Gusen powstały osiedla mieszkaniowe. Zasiedlili je ludzie zatrudniający się w zakładach przemysłowych pobliskiego Linzu. Działki były atrakcyjne, tzn. tanie ze względu na to, że były to tereny poobozowe. Oburzeni byli więźniowie francuscy i włoscy wykupili na początku lat 60. XX wieku działkę z budynkiem krematorium obozowego, gdzie zbudowano pomnik i urządzono później miejsce pamięci. Dzięki temu zachował się do dzisiaj jeden z niewielu obiektów poobozowych. Inne zostały zniszczone lub znajdują się w rękach prywatnych, jak np. budynek komendantury KL Gusen (Jourhaus), w którego piwnicach dzisiaj podobno świetnie wegetują pieczarki.

Odbudowa pamięci o obozach w Gusen trwała bardzo długo i była zasługą głównie społeczników, takich jak Martha Gammer. Jej dziełem jest m.in. odnowienie pomnika w Gusen w 2002 roku, istniejące od 2004 roku centrum odwiedzających z izbą pamięci obozów Gusen i wiele publikacji na temat martyrologii ich więźniów. Każda wycieczka z Polski może liczyć na serdeczne przyjęcie z jej strony. Dlatego przybysze z Polski, chcący zapoznać się z historią KL Mauthausen i Gusen, powinni w pierwszej kolejności kierować się do pani Gammer w Sankt Georgen an der Gusen. Oprowadzając grupę z Polski po muzeum krajoznawczym w St. Georgen pani Gammer pokazuje m.in. papierową reprodukcję obrazu namalowanego przez jednego z byłych więźniów Mauthausen-Gusen. Obraz przedstawia powrót więźniów do obozu po dniu pracy w kamieniołomach. Widzimy na nim dwa wagoniki kolejki wąskotorowej do transportu urobku, które są zapełnione zwłokami więźniów zmarłych podczas morderczej pracy. Stojący obok więźniowie przechylają burty wagoników i wysypują zwłoki kolegów na ziemię. Austriackie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych przyjęło ten obraz od ofiarodawcy, ale schowało go głęboko w swoim archiwum uważając, że jest zbyt drastyczny, by go eksponować w muzeum obozu głównego Mauthausen. Opowiadając o tym pani Gammer nie kryje swojej dezaprobaty dla takiej postawy.

Za swoją działalność Martha Gammer została odznaczona przez polski rząd odznaką honorową „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Moim zdaniem jest to odznaczenie zbyt niskie. Bez wątpienia ta społeczniczka, tak przychylnie nastawiona do Polski i historii polskiej martyrologii w Gusen, zasłużyła co najmniej na Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP, a może nawet na wyższą klasę tego polskiego odznaczenia nadawanego cudzoziemcom. Wszyscy członkowie Komitetu Pamięci Gusen pracują jako wolontariusze. Dzięki ich staraniom władze Austrii podjęły w 2016 roku decyzję o wpisaniu nielicznych pozostałości po obozach Gusen do rejestru zabytków. Celem, jaki stawia sobie Komitet jest stworzenie na terenie byłego KL Gusen międzynarodowego centrum edukacji, skierowanego do młodych pokoleń. Austriacka kultura pamięci jest zatem jak dwie strony medalu. Tę uczciwą i godną najwyższego uznania reprezentuje Komitet Pamięci Gusen z Marthą Gammer na czele.

O polskiej martyrologii w Mauthausen-Gusen przypomina też wystawa czasowa „Gusen. Granit i śmierć. Pamięć i zapomnienie”, którą 2 października otwarto w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau, w salach wystaw czasowych w bloku 12 byłego obozu macierzystego KL Auschwitz I. Ekspozycję przygotowało Muzeum Historii Polski we współpracy z Fundacją Polsko-Niemieckie Pojednanie. Wystawa będzie czynna do 17 grudnia 2017 roku.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 października 2017 roku

„Myśl Polska” nr 43-44 (2159/60), 22-29.10.2017, s. 14-15

Kabaret prowincjonalny

Na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, który wyjątkowo odbył się w połowie września, wystąpił Jan Pietrzak z koncertem pod wymownym tytułem „Z PRL do Polski”. Podczas tego koncertu poruszył szereg tematów od Kuronia i Michnika przez bitwę warszawską i powstanie warszawskie po współczesność. Stwierdził m.in., że „Polacy walczyli zawsze o wolność waszą i naszą. W przeciwieństwie do Rosjan, którzy zawsze walczyli o zniewolenie innych narodów. Zawsze!”. Odniósł się również do ćwiczeń Zapad-2017: „Kiedy my sobie tutaj świętujemy 16 i 17 września, na wschodniej granicy oni przeprowadzają manewry, zbiry. ZBiR – Związek Białorusi i Rosji – to są manewry, żeby przeprowadzić napaść na Polskę”[1].

Rozpętywanie histerii w związku z białorusko-rosyjskimi manewrami Zapad-2017 osiągnęło szczyt w połowie września i wystąpienie Pietrzaka w Opolu wpisywało się tutaj w trend ogólny, tzn. taki, w którym wszyscy spadkobiercy etosu solidarnościowego – na co dzień śmiertelnie ze sobą skłóceni – mówili jednym głosem. Niczym zwierzęta w Boże Narodzenie. „Gazeta Polska Codziennie” dała 14 września tytuł na pierwszej stronie: „Putin szykuje inwazję na Polskę”[2]. A w tle zdjęcie rosyjskich czołgów T-14 podczas defilady na placu Czerwonym w Moskwie. Wtórował jej z przeciwnego bieguna politycznego portal tvn24.pl cytując czeskiego gen. Petra Pavela (szefa Komitetu Wojskowego NATO), wedle którego manewry Zapad-2017 „mogą być postrzegane jako przygotowanie do wielkiej wojny”[3]. A w telewizji TVN wystąpił niezawodny w takich sytuacjach pan Paweł Kowal, który stwierdził m.in., że społeczeństwo rosyjskie żyje „w cieniu wojny”, a „od stu lat Rosjanie z kimś walczą”, podczas gdy „społeczeństwa Zachodu żyją w pokoju”[4].

Identycznie wypowiedziała się 17 września 2015 roku na wiecu klubów „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji ukraińska nacjonalistka Natalia Panczenko, która stwierdziła, że podobno „nie było roku”, żeby Rosja na kogoś nie napadła[5].

Z kolei Polska Agencja Prasowa zacytowała pana Romualda Szeremietiewa, który przewidywał, że w następstwie ćwiczeń Zapad-2017 dojdzie do okupacji Białorusi przez Rosję oraz interwencji rosyjskiej na Litwie, Łotwie i Estonii[6].

Media te nie informują swoich odbiorców o kilku podstawowych faktach. Po pierwsze o tym, że manewrów Zapad nigdy by nie było, gdyby USA nie złamały w stosunku do Rosji ustaleń podjętych podczas konferencji 2 plus 4 w 1990 roku oraz zobowiązań wynikających z układu Rosja-NATO z 27 maja 1997 roku (tzw. układ paryski). Ustalenia te mówiły o tym, że NATO nie rozszerzy swojej infrastruktury wojskowej poza Łabę oraz, że nie będzie rozmieszczać broni jądrowej na terytorium nowych członków. Tymczasem infrastruktura wojskowa NATO nie tylko przekroczyła Łabę, ale weszła głęboko do Europy Środkowej i Południowej, w tym na tereny byłego ZSRR. Członkami NATO zostały: Czechy, Polska, Węgry (1999 r.), Bułgaria, Estonia, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia (2004 r.), Albania, Chorwacja (2009 r.) i Czarnogóra (2017 r.). USA ze swoimi wpływami politycznymi wdarły się daleko w głąb obszaru poradzieckiego, organizując „kolorowe rewolucje” na Ukrainie (2004 i 2014 r.) i Białorusi (2006 i 2010 r., nieudane) oraz w Gruzji (2003 r.) i Kirgistanie (2015 r.). Za prowokację wobec Rosji należy uznać nieoficjalną zapowiedź przyjęcia do NATO Ukrainy i Gruzji.

Złamane też zostało zobowiązanie do nierozmieszczania na terytorium nowych członków broni jądrowej, ponieważ w Polsce i Rumunii instaluje się bazy z wyrzutniami pocisków antybalistycznych SM-3. Wyrzutnie te mogą jednak posłużyć także do odpalania pocisków z głowicami jądrowymi. A z Polski i Rumunii takie rakiety mają do Rosji cztery minuty lotu. Za mało, by zostać zniszczone przez obronę antyrakietową.

Po drugie, media polskie nie informują swoich odbiorców, że Rosja nie prowadzi polityki imperialnej – o co jest nieustannie w tych mediach oskarżana – a aneksja Krymu była działaniem defensywnym. Rosja nie mogła dopuścić do tego, żeby po przewrocie na Ukrainie w 2014 roku została usunięta z Krymu baza Floty Czarnomorskiej i zastąpiła ją baza NATO. Byłaby to dla Rosji polityczna klęska. Przyznał to otwarcie Sephen F. Cohen – emerytowany profesor historii uniwersytetów Princeton i New York. W wywiadzie dla magazynu internetowego „Slate” stwierdził on, że gdyby Krym znalazł się pod kontrolą NATO, Putin musiałby albo ustąpić, albo zdecydować się na wojnę światową oraz, że obecna „zimna wojna” jest jeszcze bardziej niebezpieczna niż poprzednia. Fragmenty tego wywiadu przedrukował tygodnik „Przegląd”[7].

Po trzecie, do polskiej opinii publicznej nie dociera, że w tym samym czasie, gdy na Białorusi odbywały się ćwiczenia Zapad-2017, NATO zorganizowało ćwiczenia Aurora-17 na Bałtyku i Rapid Trident-2017 na Ukrainie, a w czerwcu odbyły się w Polsce manewry NATO Dragon-17, większe niż manewry Zapad. Jeśli zatem ktoś tutaj przygotowuje się do „wielkiej wojny”, to niekoniecznie są to Białoruś i Rosja.

Histeria antyrosyjska przypomina typową wojnę psychologiczną, która – jak wiadomo – jest częścią wojny rzeczywistej. Nakręcanie histerii przed ćwiczeniami Zapad-2017 rozpoczęło się już dwa tygodnie wcześniej. Prym w tych działaniach wiodła bynajmniej nie „Gazeta Polska”, ale tygodnik „Warszawska Gazeta”. Na czasopismo to zwróciłem uwagę już jakiś czas temu. Uderzył mnie jego niezwykle agresywny język, płytkość intelektualna, skrajne oceny i kreowanie obrazu rzeczywistości odległego nawet od rzeczywistości równoległej. „Warszawska Gazeta” nie tylko gloryfikuje jak nikt w Polsce tzw. „żołnierzy wyklętych”, ale po prostu zrzesza trzecie pokolenie „żołnierzy wyklętych”, którzy nadal niezłomnie walczą z komuną i Związkiem Sowieckim, chociaż komuny i Związku Sowieckiego od ponad ćwierć wieku już nie ma.

„Warszawska Gazeta” ukazuje się w nakładzie 100 tys. egzemplarzy, a jaj redaktorem naczelnym jest Piotr P. Bachusrki – Polak z USA. Określa się jako „pismo narodowe”, tzn. niby endeckie, politycznie zagospodarowujące tę część „narodowców”, którzy identyfikują się z tzw. Marszem Niepodległości (Ruch Narodowy, Młodzież Wszechpolska, ONR). Faktycznie „Warszawska Gazeta” – na której łamach bywają m.in. tacy politycy PiS jak Ryszard Czarnecki, Jarosław Gowin, Patryk Jaki, Zbigniew Kuźmiuk, Ryszard Legutko, Krystyna Pawłowicz, Janusz Wojciechowski i Anna Zalewska – jest pismem PiS-owskim, o wiele bardziej skrajnym od „Gazety Polskiej”. Jej publicystyka trafia do ludzi o nieskomplikowanym systemie myślenia i najogólniej sprowadza się do wyjaśniania wszelkich zawiłości świata poprzez konkluzję, że wszystkiemu winna jest m.in. Rosja.

Na łamach „Warszawskiej Gazety” również nie mogło zabraknąć tematyki rosyjskiej w kontekście zbliżających się ćwiczeń Zapad-2017. W numerze z 2 września na pierwszej stronie wielkimi literami krzyczał tytuł: „Polskie służby specjalne w pełnej gotowości. Czy Rosjanie wkroczą?”. Tytuł odsyłał do dwóch artykułów. Autorem pierwszego, pt. „Polska na celowniku Putina”, jest Robert Cheda – były oficer operacyjny i analityk Agencji Wywiadu. Obecnie ekspert od Rosji i Białorusi w Fundacji im. K. Pułaskiego, a także współpracownik portali Fronda.pl i Wirtualna Polska oraz takich pism jak „Polityka”, „Sprawy Polityczne” i „Uważam Rze Historia”. Natomiast drugi artykuł, pt. „Czy Rosjanie wkroczą 17 września?”, napisał dr Leszek Pietrzak – były pracownik IPN oraz były funkcjonariusz UOP i Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Obecnie publicysta Radia Maryja i redaktor naczelny miesięcznika „Służby Specjalne”. A zatem drżyjcie ludkowie, bo Ruscy są tuż, tuż i zaraz tu będą.

Ekspert Robert Cheda zaczyna swój artykuł tak: „Zamiast rozważać mniejsze lub większe prawdopodobieństwo scenariusza wojny z Rosją, pora przyjąć do wiadomości, że wszelkie okoliczności prowadzące do nieszczęścia już istnieją. Zegar tyka i odlicza czas, bo to nie państwa bałtyckie czy Białoruś, tylko Polska jest wymarzonym łupem Moskwy”. Potem – jak u Hitchcocka – napięcie cały czas rośnie. Dowiadujemy się zatem, że „Kreml zagnał Rosję w rozwojową pułapkę i aby przeżyć, musi eskalować sytuację międzynarodową”. Dlatego „prawdopodobnym wariantem przetrwania kremlowskich elit może być kolejne uderzenie hybrydowe”.

Jak będzie wyglądało? „Włączmy wyobraźnie – pisze Cheda – i przenieśmy się w 2021 r. Zima tego roku jest wyjątkowo chłodna, a to powoduje, że rośnie zapotrzebowanie na rosyjski gaz oraz ropę naftową”. Sytuacja jednak się komplikuje, ponieważ „anomalne w swojej sile sztormy na Bałtyku niszczą gazociąg North Stream”. Wówczas „Warszawa kategorycznie odrzuca projekt rozbudowy gazociągu jamalskiego, żądając na dodatek zmian własnościowych, które oznaczają faktyczną nacjonalizację już działającego gazociągu. Jakiekolwiek złagodzenie stanowiska nasze MSZ warunkuje zwrotem szczątków prezydenckiego samolotu oraz zmianą rosyjskiej polityki historycznej. (…) Za Warszawą podąża Kijów, który żąda zwrotu Krymu i powrotu pełnej jurysdykcji nad Donbasem. W takiej sytuacji Kreml wydaje rozkaz rozpoczęcia wojny hybrydowej”.

Coś jest na rzeczy, ponieważ podczas wrześniowej wizyty w Waszyngtonie minister Waszczykowski zapowiedział, że po 2022 roku Polska całkowicie odetnie dostawy gazu z Rosji. „Taka jest wola polityczna” – oświadczył[8]. Czyja? Waszyngtonu, to oczywiste. Polska – która najpierw zrezygnowała z zysków, jakie mógł przynieść tranzyt gazu rosyjskiego – teraz będzie kupować wielokrotnie droższy gaz amerykański. Takie są skutki „uniezależnienia się od Rosji” i uzależnienia się od USA. „Pokazujemy nasze zdolności mobilizacyjne regionu, aby przekonać prezydenta Trumpa do siebie” – stwierdził Waszczykowski, zachęcając amerykańskie koncerny, by otworzyły w Polsce „centra operacyjne”. Jeśli zatem ktoś tutaj wszczyna „wojnę gazową”, to znowu rodzi się pytanie – czy na pewno Rosja?

Jak będzie zdaniem Chedy wyglądać przewidywana przez niego „wojna hybrydowa”? Najpierw Moskwa zwróci się do „Unii pierwszej prędkości z apelem o wymuszenie na Polsce zgody na budowę eksterytorialnego gazociągu pod wspólnym zarządem europejsko-rosyjskim”. Ale po co? Przecież istnieje polska nitka gazociągu jamalskiego, o której zresztą Cheda wspomniał. Jego zdaniem zatem Rosja napadnie na Polskę po to, żeby zbudować na jej terytorium gazociąg do Europy Zachodniej. Od razu rodzi się wątpliwość, czy byłoby to na pewno działanie na szkodę Polski. Nie da się nie zauważyć, że taki wielki międzynarodowy gazociąg byłby pierwszą poważną inwestycją gospodarczą w Polsce od 1989 roku. Wszystkie bowiem inwestycje kapitału zachodniego, które zostały poczynione w ostatnim ćwierćwieczu, albo nie miały większego znaczenia gospodarczego albo zmierzały do deindustrializacji Polski.

„Jednocześnie Moskwa – pisze dalej Cheda – organizuje prowokację wyczerpującą kryteria casus belli. Do Polski przedostają się bojówkarze organizacji Nocne Wilki, dowodzeni przez kadrowych oficerów wywiadu wojskowego”. Kreml uruchamia też swoją agenturę w państwach zachodnich, w tym żyjących tam Rosjan, którzy przyjeżdżają do Warszawy i innych miast Polski, gdzie urządzają protesty „pod hasłem obrony godności czerwonoarmistów, których miejsca pamięci przez ostatnie lata Polska likwiduje”. W tym czasie Nocne Wilki wysadzają w powietrze pomniki Józefa Piłsudskiego i Jana Pawła II. Wtedy oburzeni Polacy zwracają się przeciwko Rosjanom przebywającym w Polsce – padają zabici i ranni. Polska zostaje na wniosek Rosji potępiona przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Potem do akcji wkraczają wojska rosyjskie Zachodniego Okręgu Wojskowego. Polska zostaje sparaliżowana atakiem cybernetycznym i punktowymi atakami rakietowymi. Część polskich F-16 ulega zniszczeniu, a reszta jest uziemiona z powodu „braku systemu obrony przeciwrakietowej”. Flota Bałtycka przy pomocy rakiet Kalibr niszczy gazoport im. Lecha Kaczyńskiego w Świnoujściu, a „jeden z plutonów OT, skoncentrowanych w okolicach Gołdapi, zostaje zmasakrowany przez zielone ludziki, czyli specnaz rosyjskiego wywiadu wojskowego”. Mamy więc jeszcze jakiś nowy Katyń.

W konsekwencji Polska zostaje pokonana w ciągu 48 godzin i przyjmuje rosyjskie ultimatum: wyraża zgodę na „eksterytorialny korytarz gazowy i naftowy, chroniony przez rosyjskie bazy wojskowe” oraz rezygnuje z członkostwa w NATO i UE. Mało tego – musi jeszcze „przystąpić do anty-NATO, czyli organizacji kolektywnego bezpieczeństwa ODKB oraz złożyć akces do Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej” [9]. W sumie, kto wie czy nie byłoby to bardziej korzystne od przynależności do UE „drugiej prędkości”?

Takie rzeczy wypisuje były analityk wywiadu. Nie ma wątpliwości, że pochodzący z zaciągu, który zastąpił zlikwidowane WSI. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że pan Cheda nie ma wątpliwości, iż NATO nie przyjdzie Polsce z pomocą, nie chcąc ryzykować wojny jądrowej. Otwarcie pisze, że sojusznicy z NATO ulegną „szantażowi militarnemu, składając okup w postaci Polski”. W ogóle w tym swoim scenariuszu rosyjskiej agresji nie wspomina jak zachowa się słynna szpica NATO, stacjonująca od stycznia 2017 roku w Polsce i państwach bałtyckich. Jakby jej wcale nie było. A może nie ma?

W podobnym duchu jest też utrzymany artykuł dr. Leszka Pietrzaka, który już w tytule straszy, że 17 września 2017 roku wkroczy agresor ze Wschodu[10]. Zdaniem autora nie można wykluczyć, że jakaś jednostka armii rosyjskiej, biorąca udział w ćwiczeniach Zapad-2017, wedrze się do Polski właśnie 17 września i to bynajmniej nie po to, by przyłączyć się do obchodów 78. rocznicy „agresji sowieckiej na Polskę”. Dlatego – jak ustalił dr Pietrzak – „od kilku tygodni nasze służby specjalne są postawione w stan podwyższonej gotowości”. W SKW, SWW, AW, a nawet w CBA wstrzymano wszystkie urlopy i wprowadzono „specjalne całodobowe dyżury”. „Nasze służby wojskowe są przekonane, że może wydarzyć się coś szczególnego” – straszył 2 września czytelników „Warszawskiej Gazety” dr Pietrzak. Ale 17 września 2017 roku minął i nic się nie wydarzyło.

Dr Pietrzak twierdzi, że jeśli Rosjanie „zechcą, to ich armia może bez problemu wkroczyć na polskie terytorium i nie zdąży nam pomóc w obronie ani NATO, ani amerykańska armia”. Jak to? Szpica stacjonująca w Legnicy, Powidzu i Żaganiu nie zdąży pomóc? To po co był ten cały teatr ze szpicą? A co z bazą rakietową w Redzikowie? Według red. Stanisława Michalkiewicza samo jej istnienie ma podobno spowodować, że Amerykanie natychmiast przystąpią do obrony Polski. A tu tak po prostu nie zdążą pomóc. „Zabrała gościa woda. Na dno poszedł jak kłoda. Na wieki się pogrążył, bo ratownik nie zdążył” – śpiewał w PRL pewien przebojowy wówczas muzyk.

Wychodząc z tezy, że nie zdążą pomóc dr Pietrzak proponuje, by „wymóc wreszcie na NATO przesunięcie znacznie większej części sił i instalacji wojskowych paktu do Polski”. Chodzi mu o to, żeby uwolnić Niemcy od wojsk amerykańskich i przesunąć je w całości do wschodniej Polski. Uwolnienie się od wojsk amerykańskich – które od 1945 roku stacjonują w zachodnich Niemczech – jest od dawna cichym celem polityki niemieckiej. Analityk „Warszawskiej Gazety” proponuje więc nic innego jak zrealizować ten cel polityki niemieckiej. W imię obrony niepodległości Polski przed Rosją oczywiście.

Polska prawica, która podjęła się roli podwykonawcy polityki amerykańskiej w Europie Środkowo-Wschodniej, pogrąża się w oparach coraz bardziej skrajnej rusofobii oraz głęboko tkwi mentalnie w XIX wieku, przygotowując kolejne powstanie narodowe przeciw Rosji, a ostatnio także przeciw Niemcom. To nie jest polityka, tylko kabaret prowincjonalny.

[1] „Opole 2017. Jan Pietrzak ostro popłynął. To nie była zwykła laurka dla PiS. Słowa o Moskwie i opozycji padły naprawdę”, http://www.plotek.pl, 17.09.2017.

[2] „Gazeta Polska Codziennie” z 14.09.2017.

[3] „Przedstawiciel NATO o manewrach Zapad-2017: mogą być przygotowaniem do wojny”, http://www.tvn24.pl, 17.09.2017.

[4] „Manewry wojskowe Zapad-2017”, wypowiedź Pawła Kowala na antenie TVN z 17.09.2017.

[5] B. Piętka, „Jak «niepodległościowcy» 17 września z banderowcami uczcili”, strona internetowa „Myśli Polskiej”, http://www.mysl-polska.pl, 21.09.2015.

[6] „Szeremietiew o Zapad-2017: wojsko ćwiczy po to, aby prowadzić wojnę”, http://www.wiadomosci.wp.pl, 17.09.2017.

[7] „Krym-śpiący pies”, „Przegląd” nr 36 (922), 4-10.09.2017, s. 42-43.

[8] „Szef MSZ: Polska chciałaby za 5 lat całkowicie odciąć dostawy gazu z Rosji”, http://www.kresy.pl, 22.09.2017.

[9] R. Cheda, „Polska na celowniku Putina”, „Warszawska Gazeta” nr 35 (533), 1-7 września 2017 r., s. 16-17.

[10] L. Pietrzak, „Czy Rosjanie wkroczą 17 września?”, „Warszawska Gazeta” nr 35 (533), 1-7 września 2017 r., s. 30.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2157/58), 8-15.10.2017, s. 8

Fort Krzesławice – zapomniane miejsce polskiej martyrologii

9 września w ramach Dni Pamięci Ofiar Gestapo, zorganizowanych po raz jedenasty przez Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, zwiedziłem Fort 49-Krzesławice – miejsce kaźni więźniów gestapo. Od jesieni 1939 do jesieni 1941 roku rozstrzelano tam 440 Polaków, przywiezionych głównie z więzienia policyjnego przy ulicy Montelupich w Krakowie. Opiekunem tego miejsca pamięci jest Młodzieżowy Dom Kultury Fort 49-Krzesławice. Jego dyrektor – Franciszek Dziadoń – położył ogromne zasługi dla renowacji Fortu 49 oraz odnalezienia i upamiętnienia wszystkich miejsc egzekucji. Warszawa miała Palmiry, Łódź lasy lućmierskie, niewielkie Wadowice zagajnik Księża Barć, a Kraków Fort Krzesławice. Miejsca egzekucji ofiar gestapo można znaleźć w wielu miejscowościach Polski. Niektóre z nich są powszechnie znane, inne mniej, a inne niemal całkiem zapomniane.

Fort Krzesławice przez pewien czas należał do tych ostatnich. Groziło mu nawet całkowite wymazanie z mapy miejsc pamięci narodowej. Jaka jest jego historia?

Krzesławice, to dawna podkrakowska wieś nad rzeką Dłubnią, oddalona około 9 km na północny wschód od centrum Krakowa. Obecnie jest częścią Krakowa, wchodząc w skład Dzielnicy XVII-Wzgórza Krzesławickie. Historia Krzesławic sięga XII wieku. Wśród właścicieli wsi na przestrzeni wieków byli m.in. klasztor Bożogrobców w Miechowie, Akademia Krakowska, Hugo Kołłątaj i Jan Matejko. W latach 80-tych XIX wieku na północnym, granicznym wzgórzu wsi – Łysej Górze – Austriacy wznieśli Fort 49-Krzesławice. Był to jeden z elementów ufortyfikowania Krakowa trzema pierścieniami umocnień. Tzw. Twierdza Kraków stanowiła wówczas największy zespół obronny na ziemiach polskich i jeden z największych w Europie. Cały fort miał 19 obiektów, z których do dzisiaj zachowało się 16.

Służbę wojskową w Forcie Krzesławice przed 1914 rokiem odbywał m.in. Wincenty Witos. Fort 49 razem z sąsiednimi Fortami Dłubnia i Grębałów odegrał ważną rolę podczas pierwszej fazy tzw. bitwy o Kraków (16-25 listopada 1914 roku), kiedy wojska austro-węgierskie przy wsparciu części artylerii Twierdzy Kraków zatrzymały ofensywę wojsk rosyjskich na północ od miasta. W 1918 roku obiekty Twierdzy Kraków przejęło Wojsko Polskie, zmieniając jej nazwę na Obóz Warowny Kraków. W Forcie Krzesławice początkowo ulokowano magazyn amunicji, a następnie stację nasłuchu kontrwywiadu wojskowego, zbierającą m.in. materiały służące rozwiązaniu tajemnicy „Enigmy”. Była to jedna z siedmiu ówczesnych polskich stacji nasłuchowych, z których trzy były skierowane przeciw Niemcom.

Fort 49-Krzesławice, obecnie Młodzieżowy Dom Kultury. Fot. Wikipedia.

Fort 49-Krzesławice, obecnie Młodzieżowy Dom Kultury. Fot. Wikipedia.

Tragiczna historia Fortu 49-Krzesławice rozpoczęła się po zajęciu Krakowa przez wojska niemieckie 6 września 1939 roku. Już 13 września okupant przejął poaustriackie więzienie przy ulicy Montelupich 7, a niedługo potem więzienie przy ulicy Senackiej 3, mieszczące się w zabudowaniach dawnego klasztoru i kościoła św. Michała. Wkrótce więzienia te zapełniły się aresztowanymi Polakami – osobami uznanymi przez gestapo za należące do „warstwy przywódczej” i członkami pierwszych organizacji konspiracyjnych. Więźniów kierowano na śledztwo do siedziby gestapo w Domu Śląskim przy ulicy Pomorskiej 2. Po jego zakończeniu ofiary wywożono do obozów koncentracyjnych, a skazanych w parodii procesu przez policyjny sąd doraźny na egzekucję. W pierwszym roku okupacji, kiedy nie było jeszcze KL Auschwitz, miejscem deportacji więźniów politycznych z Krakowa były obozy koncentracyjne w tzw. „starej Rzeszy”. Natomiast na miejsce egzekucji ofiar sądu doraźnego gestapo wybrało Fort Krzesławice.

O wyborze zadecydowała przede wszystkim lokalizacja – z dala od osiedli miejskich – oraz specyfika tego miejsca. Grube mury i zabudowania forteczne pozwalały zamaskować egzekucję. We wrześniu 1939 roku wywieziono z fortu pozostałą po Wojsku Polskim amunicję, a 11 października skierowano tam pierwsze ofiary do rozstrzelania. Przywożono je krytymi samochodami ciężarowymi z więzienia przy ulicy Montelupich i z więzienia św. Michała. W dzień poprzedzający egzekucję kierowano też do fortu grupę około 25 więźniów, którzy musieli wykopać masowy grób dla ofiar. Następnie zawożono ich z powrotem do więzienia.

Egzekucje w Forcie Krzesławice odbywały się od 11 października 1939 do 7 listopada 1941 roku. W sumie przeprowadzono 12 egzekucji: trzy w 1939 roku, siedem w 1940 roku i dwie w 1941 roku. Rozstrzeliwań dokonywała policja ochronna (Schutzpolizei). Rodziny zamordowanych fałszywie informowano, że ich bliskich jakoby wywieziono na roboty do Rzeszy.

Jedną z pierwszych ofiar rozstrzelanych w forcie był Henryk Schabenbeck (1886-1939) – wybitny polski fotografik i operator filmowy, działacz Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” i Polskiego Związku Narciarskiego, od 1934 roku radny i wiceburmistrz Zakopanego. Z pochodzenia Austriak, z wyboru Polak. Za ten wybór i działalność społeczną zapłacił śmiercią z rąk gestapo. Jego syn Stefan także został aresztowany i osadzony w KL Auschwitz, a następnie w KL Sachsenhausen, gdzie zginął podczas nalotu alianckiego 15 marca 1945 roku.

Ważnym świadkiem tego, co działo się w Forcie Krzesławice stał się skoczek narciarski i olimpijczyk Stanisław Marusarz (1913-1993). Znajdował się on w grupie 25 więźniów, którym 28 czerwca 1940 roku żandarmi niemieccy polecili wykopać masowy grób na terenie fortu. Następnego dnia nad tym wykopem odbyła się egzekucja 35 osób (34 Polaków i jednego Żyda), aresztowanych 23 czerwca 1940 roku podczas tzw. „czarnej niedzieli” w Myślenicach. Marusarz podczas kopania grobu dla tych ofiar widział ślady krwi na murze podziurawionym kulami. Ponieważ otrzymał już wyrok śmierci policyjnego sądu doraźnego, nie miał wątpliwości, że zginie podczas następnej egzekucji, która odbyła się 2 lipca. Tego dnia wraz z kilkoma innymi więźniami podjął próbę ucieczki. Tylko jemu i Aleksandrowi Bugajskiemu udało się pokonać czterometrowy mur więzienia przy ulicy Montelupich i zasieki z drutu kolczastego. Pozostali zginęli od kul strażników.

Jedną z ofiar egzekucji z 2 lipca był Mieczysław Filk. W dniu poprzedzającym egzekucję zdążył nielegalnie wysłać z więzienia gryps do rodziny. Napisał w nim m.in.: „W tych dniach będę rozstrzelany, jakkolwiek wyroku jeszcze nie dostałem, lecz znajduję się w podobnej sytuacji, co czterdziestu pięciu [w rzeczywistości 35 – przyp. BP] przede mną rozstrzelanych 29 czerwca. Razem nas rozstrzelają około stu pięćdziesięciu. W większej części niewinnych. Zachowuję do ostatka pogodę ducha i nie załamuję się na razie. Prawdopodobnie mogiła moja będzie, jak czterdziestu pięciu poprzednich w forcie Krzesławice koło Mogiły. Do ostatnich chwil jeszcze łudziłem się nadzieją, lecz prawdopodobnie na próżno. Jest godzina 3-cia po południu – dwudziestu pięciu z nas pojechało groby kopać. Dziwicie się, że tak się o tym rozpisuję z lekkim sercem, ale naprawdę zbytnio nie przejmuję się tym. Wiem, że na tamtym świecie będzie mi naprawdę lepiej. Modlę się teraz często o lekką śmierć i szczęście wieczne. Jakkolwiek by Was zapewniali o nas, że żyjemy, nie wierzcie tym mordercom. Giniemy razem ze wszystkich stanów od robotnika i rolnika do profesorów i pułkowników, tak młodzi jak i starzy za rzeczy poważne i błahostki. Przykro mi po części żegnać się z tym światem i z Wami, lecz przecież kiedyś się spotkamy. Będzie to dla Was bolesny cios, lecz widocznie tak miałem przeznaczone – zginąć za Ojczyznę”[1].

Fort 49-Krzesławice-ściana śmierci pod kaponierą wschodnią. Fot. Zbigniew Zaczkowski.

Fort 49-Krzesławice-ściana śmierci pod kaponierą wschodnią. Fot. Zbigniew Zaczkowski.

Kolejna egzekucja miała miejsce 4 lipca 1940 roku. Jej ofiarą był min. 19-letni Jerzy Krokay, który w ostatnim grypsie z więzienia napisał: „Zawsze byłem ryzykantem i nim zostanę, kulki się nie obawiam, bo zginąć za Ojczyznę jest honorem każdego Polaka”[2].

Jerzy Krokay został rozstrzelany wraz ze swoim 50-letnim ojcem, majorem dypl. Walerym Alojzy Krokayem (1889-1940). Obu aresztowano w ramach Akcji AB. Walery Alojzy Krokay był bratem kpt. Walerego Mariana Krokaya (1914-1982) – cichociemnego i oficera 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK.

Do innych znanych ofiar rozstrzelanych w Forcie Krzesławice należeli: ppłk Piotr Sosialuk – były dowódca 73. pułku piechoty w Katowicach, nauczyciele Kazimierz Dutkiewicz, Irena Dzius, Jan Głębicki, Marian Głębicki, Wincenty Frączek, Marian Lubaczowski, Karol Święch, Józef Wawrzeczko, urzędnicy Józef Janta i Franciszek Ujczak, prawnicy – dr Emil Bicz, Antoni Burtan i Bolesław Karwaciński.

Łącznie w egzekucjach z 29 czerwca oraz 2 i 4 lipca 1940 roku rozstrzelano około 150 osób – ofiar „czarnej niedzieli” w Myślenicach, a także Akcji AB.

Jesienią 1941 roku gestapo zaprzestało egzekucji w Forcie Krzesławice. Od ponad roku funkcjonował już KL Auschwitz. Tam gestapo kierowało teraz swoje ofiary. Deportacja do obozu była równoznaczna z wyrokiem śmierci. Czasem ta śmierć następowała bardzo szybko, jak w wypadku 167 mieszkańców Krakowa, których 16 kwietnia 1942 roku aresztowano w Kawiarni Plastyków i podczas nocnej obławy w mieście. Byli to inteligenci, m.in. artyści i oficerowie. 24 i 25 kwietnia przywieziono ich do KL Auschwitz, a 27 maja rozstrzelano pod Ścianą Śmierci na dziedzińcu bloku 11 w obozie macierzystym. Ogółem w latach 1940-1944 deportowano do KL Auschwitz z więzienia policyjnego przy ulicy Montelupich w Krakowie około 17 tys. Polaków.

Po wojnie Główna Komisja Badania Zbrodni Niemieckich (później Hitlerowskich) w Polsce przystąpiła do zbadania terenu Fortu 49-Krzesławice. W okresie od 15 października do 6 grudnia 1945 roku przekopano cały teren ziemny fortu i odkryto 29 grobów, z których wydobyto 440 zwłok, w tym 18 kobiecych. Ustalono, że rozstrzeliwania miały miejsce na placu fortecznym, na dziedzińcu koszarowym, w fosach i przy kaponierach.

Zastosowany sposób badania uniemożliwił pominięcie jakiejkolwiek mogiły. W związku z tym, że zwłoki uległy znacznemu rozkładowi, tylko w 24 przypadkach rodziny z całą pewnością zidentyfikowały bliskich, a w 80 przypadkach identyfikacja stała się możliwa na podstawie znalezionych przy zwłokach dokumentów i przedmiotów, okazanych rodzinom w latach 1946-1947. Łącznie zidentyfikowano 104 osoby, a zwłoki 336 osób pozostały bezimienne. Wszystkie ofiary pochowano w zbiorowej mogile obok fortu.

W latach 60. XX wieku GKBZHwP prowadziła drugie śledztwo w sprawie Fortu Krzesławice, które miało na celu znalezienie bezpośrednich sprawców zbrodni. Niestety nie przyniosło ono rezultatów. Główną odpowiedzialność za zbrodnie popełnione w Forcie Krzesławice ponoszą komendanci SD i Policji Bezpieczeństwa w dystrykcie krakowskim. W latach 1939-1941 byli nimi: Bruno Müller, Walter Huppenkothen, Ludwig Hahn (późniejszy szef SD i Policji Bezpieczeństwa w dystrykcie warszawskim) i Max Grosskopf. Spośród nich zostali skazani Bruno Müller i Ludwig Hahn. Müller stanął w 1947 roku przed Brytyjskim Trybunałem Wojskowym w Hamburgu, który wymierzył mu 20 lat więzienia za zbrodnie popełnione pod koniec wojny. Jednakże już w 1953 roku mógł cieszyć się wolnością. Hahn został skazany w RFN w 1975 roku na dożywocie, ale tylko za deportacje Żydów do ośrodka zagłady w Treblince. Zwolniono go z więzienia po ośmiu latach. Za zbrodnie w Forcie Krzesławice nikogo zatem nie ukarano.

27 maja 1956 roku gen. Franciszek Księżarczyk w imieniu Rady Naczelnej ZBoWiD dokonał uroczystego odsłonięcia tablicy pamiątkowej na zbiorowej mogile ofiar. Znalazły się na niej błędne daty (1943-1945) dokonywanych w Forcie Krzesławice egzekucji. Natomiast 6 lipca 1957 roku pomnik ku czci rozstrzelanych w forcie Polaków odsłonił premier Józef Cyrankiewicz. W uroczystości tej wzięło udział około 20 tys. osób, w tym delegacje z NRD i Czechosłowacji.

Fort 49-Krzesławice-pomnik ofiar gestapo. Fot. Wikipedia.

Fort 49-Krzesławice-pomnik ofiar gestapo. Fot. Wikipedia.

Wkrótce jednak doszło do skandalicznej dewastacji i profanacji miejsca pamięci. W latach 60. XX wieku na południe od masowego grobu i pomnika rozpoczęto budowę bloków mieszkalnych. Wokół fortu zaczęły powstawać żywiołowo zakładane przez mieszkańców ogródki warzywne. Władze dzielnicy Nowa Huta przyzwoliły na to, żeby miejsce uświęcone męczeństwem Polaków zamienić na teren rekreacyjno-działkowy. W drugiej połowie lat 70. XX wieku wysadzono w powietrzę kaponierę zachodnią fortu oraz dwa schrony, a dwie pozostałe kaponiery zasypano. Duży fragment północno-wschodniej fosy zamieniono na wysypisko odpadów, które przywożono samochodami ciężarowymi. Likwidacja trzech kaponier fortu była tym bardziej skandaliczna, że zlikwidowano miejsca z autentycznymi ścianami śmierci, gdzie Niemcy rozstrzelali 363 Polaków z ogólnej liczby 440.

Kres dewastacji miejsca pamięci położyło przeniesienie w 1994 roku do Fortu Krzesławice Młodzieżowego Domu Kultury. Miejsce pamięci uzyskało gospodarza i opiekuna. Przez kilkanaście lat prowadzono prace remontowo-konserwatorskie, przywracające dawny wygląd fortu. Do dzisiaj udało się m.in. odsłonić – zasypaną wcześniej gruzem i odpadami – kaponierę wschodnią z jedyną zachowaną ścianą śmierci, na której znajdują się oryginalne ślady wystrzelonych pocisków. Ślady te świadczą o tym, że więźniów rozstrzeliwano z broni maszynowej.

Na ścianie śmierci przy kaponierze wschodniej odsłonięto 17 listopada 2014 roku tablicę pamięci, która stała się trzecim – bez wątpienia najważniejszym – miejscem upamiętnienia 440 patriotów polskich zamordowanych w Forcie Krzesławice.

[1] Cyt. za: „Czarna niedziela-fakty”, „Gazeta Myślenicka”, wydanie 24, 1 lipca 2010, http://www.gazeta.myslenice.pl, dostęp 13.09.2017.

[2] Cyt. za: „Prawda i pamięć”, Kraków 2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 6 października 2017 r.

„Myśl Polska” nr 41-42 (2157/58), 8-15.10.2017, s. 14-15

Taniec na linie, nad przepaścią

W związku z przypadającą 20 września br. 75. rocznicą utworzenia Narodowych Sił Zbrojnych Sejm przyjął uchwałę oddającą hołd tej formacji. Nie jest to pierwsza taka uchwała Sejmu. 9 listopada 2012 roku – w związku z 70. rocznicą powstania NSZ – Sejm również uczcił tę organizację podkreślając m.in., że jej historyczną zasługą było m.in. wysunięcie „postulatu powrotu Polski na Ziemie Zachodnie”. Z treści tamtej uchwały wynikało, że dotyczyła ona tej części NSZ, która weszła w skład „Sił Zbrojnych w Kraju podległych legalnym władzom RP na uchodźstwie”[1].

Jeśli bowiem mówimy o NSZ, to trzeba ustalić, o którym NSZ mówimy. Czy o tym, który wiosną 1944 roku scalił się z AK i jest określany w literaturze historycznej jako NSZ-AK, czy o tej jego części, która odmówiła podporządkowania się AK i jest określana przez historyków jako NSZ-ZJ (Związek Jaszczurczy) lub NSZ-ONR (Obóz Narodowo-Radykalny). Ten pierwszy miał na swoim koncie piękne karty walki z okupantem niemieckim, w tym zabicie gen. Wehrmachtu Kurta Rennera w zasadzce pod Ożarowem 26 sierpnia 1943 roku czy udział w Powstaniu Warszawskim. Drugi natomiast był infiltrowany przez niemieckie służby specjalne, a wywodząca się z niego Brygada Świętokrzyska uprawiała kolaborację z Niemcami. Nurt ten ponosi odpowiedzialność za walki bratobójcze, nie tylko z partyzantką AL, ale także za likwidowanie tych członków NSZ, którzy podporządkowali się akcji scaleniowej z AK.

Tymczasem uchwała Sejmu przyjęta przez aklamację 15 września 2017 roku dotyczy wszystkich nurtów NSZ. Jest w niej mowa o tym, że żołnierze NSZ walczyli „zarówno z okupantem niemieckim, jak i sowieckim”, biorąc udział m.in. w akcji „Burza” i Powstaniu Warszawskim, ale jest też mowa o Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ, która „przedostała się na Zachód” oraz o Narodowym Zjednoczeniu Wojskowym, które prowadziło walkę zbrojną z powojennymi władzami Polski. W konkluzji uchwała Sejmu „uznaje, że formacja ta dobrze zasłużyła się Ojczyźnie”[2].

Nie ma zatem wątpliwości, że uchwała Sejmu z 15 września 2017 roku dotyczy całości NSZ – czyli NSZ-AK i NSZ-ONR oraz powojennego NZW. Autorami projektu tej uchwały byli Karol Wołek i Leszek Żebrowski – prawicowi publicyści znani od dawna ze swoich radykalnych poglądów prawicowych oraz bezkrytycznego gloryfikowania NSZ.

Przeciwko honorowaniu NSZ, w takiej formie jak zrobił to Sejm, zaprotestowała m.in. żydowska organizacja B’nai B’rith (Synowie Przymierza). W liście skierowanym w jej imieniu do prezydenta Andrzeja Dudy Sergiusz Kowalski napisał: „Z bólem i niepokojem przyjęliśmy informację, że Sejm RP uczcił pamięć żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, a przede wszystkim Brygady Świętokrzyskiej. Działalność gloryfikowanej obecnie Brygady Świętokrzyskiej była potępiana jeszcze przez przedstawicieli Armii Krajowej, którzy piętnowali współpracę Brygady z gestapo. Jeszcze większym niepokojem napawać musi fakt, że Prezydent RP obejmuje swoim patronatem obchody ku czci NSZ z udziałem Leszka Żebrowskiego, znanego z licznych wypowiedzi i przedsięwzięć jawnie nacjonalistycznych i antysemickich oraz wsparcia udzielanego ONR”[3].

W duchu ignorancji historycznej, czyli w duchu uchwały Sejmu z 15 września 2015 roku, wypowiedzieli się też Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński. W liście do uczestników obchodów 75. rocznicy powstania Narodowych Sił Zbrojnych prezydent RP podkreślił, że żołnierze NSZ należeli do najwartościowszych bojowników o wyzwolenie Polski. „Walcząc mężnie przeciwko dwóm wrogom – napisał Andrzej Duda – stawali zarazem w obronie ludności przed infiltracją sowiecką i pospolitym bandytyzmem. Swoimi działaniami bojowymi zapisali chlubne karty podczas powstań – Warszawskiego i antykomunistycznego. Należeli do niezłomnych przeciwników powojennego reżimu, kontynuując jako Narodowe Zjednoczenie Wojskowe walkę z czerwonymi o Polskę biało-czerwoną (…)”. Prezydenta cieszy też, że „zwłaszcza młode pokolenie coraz chętniej odwołuje się do czynów NSZ dostrzegając w ich żołnierzach kontynuatorów najlepszych polskich tradycji patriotycznych i depozytariuszy naszej narodowej tożsamości”[4].

Z kolei Jarosław Kaczyński w liście do uczestników tychże uroczystości stwierdził, żeNSZ były drugą pod względem liczebności organizacją podziemną. To była wielka siła, nie tylko z powodu liczby żołnierzy, ale także – a może przede wszystkim – z racji potęgi ich ducha, mocy wiary i miłości do ojczyzny, ideowej spójności, żelaznej woli i ogromnej determinacji”[5].

Nie jest prawdą, że NSZ były drugą pod względem liczebności organizacją podziemną. Nawet jeżeli przyjmiemy za obecną propagandą historyczną, że oba nurty NSZ liczyły 100 tys. członków (w rzeczywistości około 70 tys.), to drugą najliczniejszą po AK organizacją Polski Podziemnej były zapomniane dzisiaj Bataliony Chłopskie, liczące 170 tys. ludzi.

Podobne treści zawierały też listy, które do uczestników obchodów 75-lecia NSZ skierowali prezes IPN Jarosław Szarek oraz Jan Józef Kasprzyk – szef Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Ten ostatni zakończył swój list stwierdzeniem, że „każdy, kto powiela czarną legendę NSZ jest kłamcą”[6].

Tę myśl szefa Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych rozwinął radykalny prawicowy publicysta historyczny Tadeusz M. Płużański – obecnie szef publicystyki w TVP Info. W agresywnej w formie wypowiedzi dla pisowskiego portalu wPolityce.pl odrzucił on jako „komunistyczną propagandę” oskarżenia pod adresem NSZ o kolaborację z Niemcami, antysemityzm i działania zbrodnicze. Takie oskarżenia są jego zdaniem „szarganiem munduru polskiego żołnierza, a co za tym idzie również polskich tradycji militarnych i patriotycznych”. Osoby, które nie zgadzają się na gloryfikację NSZ są zdaniem Płużańskiego spadkobiercami „czerwonych okupantów” oraz „przestępczych organizacji”, takich jak GL, AL, UB, SB, KBW i PZPR. Takie osoby Płużański proponuje pociągać do odpowiedzialności karnej[7].

Powiało zatem grozą i rzeczywistością orwellowską. Czyżby prawda historyczna w Polsce pisowskiej – identycznie jak w Związku Radzieckim – miała być prawdą polityczną, a za jej kwestionowanie miały grozić represje?

Przykładem manipulowania historią NSZ przez animatorów obecnej państwowej polityki historycznej jest artykuł zamieszczony przez Leszka Żebrowskiego w „Naszemu Dzienniku”[8]. Żebrowski zaczyna swoją narracje o NSZ następująco: „Była to jedyna – obok Armii Krajowej – profesjonalna organizacja ściśle wojskowa, z liczną kadrą oficerską”. Jak już wspomniałem powyżej – jest to nieprawda. Przytacza następnie takie fakty z historii NSZ jak program granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej, zabicie gen. Kurta Rennera, walki toczone z Niemcami przez NSZ-AK, w tym udział w Powstaniu Warszawskim, a także powojenna działalność Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Natomiast w ogóle pomija w swoim artykule działalność NSZ-ONR oraz Brygady Świętokrzyskiej. Nie dokonuje też rozróżnienia pomiędzy NSZ-AK i NSZ-ONR – cały czas pisze o NSZ. Za rozłam w NSZ wiosną 1944 roku czyni winnym dowództwo AK, co także jest niezgodne z prawdą historyczną. Zaprzecza też zbrodniom NSZ na Żydach podając argument, że polscy Żydzi służyli w partyzantce NSZ. Przytacza nazwisko najbardziej znanego z nich – Stanisława (Szmula) Ostwinda-Zuzgi, komendanta powiatowego NSZ-AK w powiecie węgrowskim.

Nie dowiemy się z artykułu Żebrowskiego, że nazwiska osób podejrzanych o działalność lewicową lub żydowskie pochodzenie były umieszczane przez kontrwywiad NSZ-ONR na listach proskrypcyjnych. W kwietniu 1944 roku na jednej z takich list zostali umieszczeni m.in. Irena Sendlerowa – jedna z najbardziej zasłużonych osób w akcji ratowania dzieci żydowskich oraz Aleksander Kamiński – redaktor naczelny „Biuletynu Informacyjnego” KG AK i autor „Kamieni na szaniec”. Przeznaczenie do likwidacji Kamińskiego uzasadniono następująco: „(…) żydofil, który zawsze skłaniał się do skrajnej lewicy-komuny. Niepewne pochodzenie matki (Żydówka lub Francuzka, wzgl. francuska Żydówka)”[9]. W rzeczywistości oboje rodzice Kamińskiego byli Polakami, a przyczyną skazania go na śmierć przez NSZ-ONR był – tak jak w wypadku Sendlerowej – udział w akcji ratowania Żydów.

Na innej liście proskrypcyjnej, liczącej 52 nazwiska, znalazł się prof. Ludwik Widerszal – szef Podwydziału „Z” (ziemie zachodnie i wschodnie) Biura Informacji i Propagandy KG AK – którego scharakteryzowano następująco: „Żyd, uczeń Handelsmana, historyk, komunista”. 13 czerwca 1944 roku Ludwik Widerszal został zamordowany, prawdopodobnie przez egzekutorów z NSZ-ONR, w swoim mieszkaniu w Warszawie[10].

Jednakże w NSZ, zwłaszcza w NSZ-AK, byli ludzie, którzy nie podzielali antysemityzmu i szowinizmu. Edward Kemnitz – komendant Okręgu Pomorskiego NSZ i oficer NSZ Sławomir Modzelewski zostali po wojnie odznaczeni przez Instytut Yad Vashem za ratowanie Żydów Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. O tym trzeba pamiętać.

Nie dowiemy się też z artykułu Żebrowskiego, że NSZ zostały utworzone przez Grupę „Szańca”, czyli działaczy przedwojennego ONR-ABC, odwołujących się do szowinistycznej, antydemokratycznej i w istocie totalitarnej ideologii. Wręcz przeciwnie – Żebrowski twierdzi, że „NSZ w swym założeniu miały być apolityczną armią”. Nie dowiemy się, że Grupa „Szańca” sprzeciwiała się wszelkim reformom społecznym, w tym reformie rolnej, za którą – niezależnie od PPR – opowiadała się większość stronnictw politycznych Polski Podziemnej. Szczytem absurdu jest jego stwierdzenie, że dysponowanie pionem zbrojnym przez pion polityczny w NSZ to były „zawiązki cywilnej kontroli nad armią”.

Nie dowiemy się od Żebrowskiego o konsekwencjach przyjęcia przez NSZ koncepcji walki z dwoma wrogami, z położeniem nacisku na zwalczanie ZSRR i komunizmu. Konsekwencją było rozpętanie walk bratobójczych, zapoczątkowanych przez zamordowanie 9 sierpnia 1943 roku koło Borowa w powiecie kraśnickim 26 członków GL przez oddział Pogotowia Akcji Specjalnej NSZ pod dowództwem Leonarda Zuba-Zdanowicza. Zdaniem historyka IPN Piotra Gontarczyka pod Borowem rozbito „grupę komunistyczną składająca się ze zbitek kilku oddziałów rabunkowych”, a oddziały GL „były rozbijane za bandytyzm”, a nie z przyczyn politycznych”[11]. Zaprzecza temu jednak emigracyjny historyk, prof. Jan M. Ciechanowski (1930-2016), wedle którego od końca 1943 roku NSZ występowały zarówno przeciw partyzantce komunistycznej, jak i członkom AK, usiłując rozpętać wojnę domową[12].

Nie dowiemy się od Żebrowskiego, że dowódca NSZ-AK – ppłk Albin Walenty Rak – został skazany przez NSZ-ONR na karę śmierci i był ścigany z polecenia dowódcy NSZ-ONR, mjr. Stanisława Nakoniecznikoffa-Klukowskiego, ps. „Kmicic”. Sam jednak Nakoniecznikoff-Klukowski zginął z rąk swoich ludzi 18 października 1944 roku, gdy po upadku Powstania Warszawskiego próbował podporządkować NSZ-ONR Armii Krajowej.

Nie dowiemy się od Żebrowskiego o infiltracji NSZ-ONR przez gestapo i SD, w tym o działalności Huberta Jury vel Herberta Junga-„Toma” i Otmara Wawrzkowicza. Ich siatka współpracowała z SS-Hauptsturmführerem Paulem Fuchsem – oficerem gestapo, który kierował zwalczaniem polskiego podziemia na terenie dystryktu radomskiego[13]. W willi przy ulicy Jasnogórskiej 25 w Częstochowie, którą Hubertowi Jurze udostępniło gestapo, byli bestialsko torturowani i mordowani nie tylko członkowie PPR, ale także żołnierze NSZ-AK, jak np. ppor. Władysław Pacholczyk[14]. Z rąk NSZ-ONR zginęli też m.in. kpt. Stanisław Żak – szef wywiadu okręgu częstochowskiego NSZ-AK oraz mjr Wiktor Gostomski, który był szefem Wydziału II Wywiadowczego Komendy Głównej NSZ-ONR i sprzeciwiał się współpracy z Niemcami. Nie cofali się zatem nawet przed likwidacją „niepokornych” we własnych szeregach. Działalność NSZ-ONR została potępiona przez naczelnego wodza, gen. Kazimierza Sosnkowskiego i wicepremiera rządu RP na uchodźstwie, Jana Kwapińskiego.

Hubert Jura – skazany przez AK i NSZ-AK na karę śmierci za kolaborację – pełnił w Brygadzie Świętokrzyskiej funkcję oficera do zadań specjalnych i wraz ze swoimi ludźmi pośredniczył w kontaktach jej dowództwa z gestapo i SD. Brygada Świętokrzyska – największy zwarty oddział NSZ podczas okupacji – została utworzona w sierpniu 1944 roku przez NSZ-ONR. Jej liczebność wahała się od 822 (grudzień 1944) do 1417 ludzi (maj 1945). Dowódcą był płk Antoni Szacki-„Bohun” (1902-1992). Największą akcją zbrojną Brygady Świętokrzyskiej było rozbicie pod Rząbcem koło Włoszczowej 8 września 1944 roku oddziału AL Tadeusza Grochala, wspieranego przez oddział spadochroniarzy radzieckich. Wsparcia Brygadzie Świętokrzyskiej w okrążeniu oddziału AL i oddziału radzieckiego udzieliły siły niemieckie. Po zakończeniu walki zamordowano 67 wziętych do niewoli spadochroniarzy radzieckich. Do walk Brygady z oddziałami AL i BCh doszło też w Działkach Nosowskich, pod Fanisławicami, Krzepinem, Olesznem, Sekurskiem, Skrobaczowem i Soborzycami.

Niemcy jesienią 1944 i zimą 1945 roku tolerowani działania Brygady, a do jej sporadycznych starć z Niemcami dochodziło tylko w tym pułku, w którym „Tom” był nieobecny. Od grudnia 1944 roku Brygada zawiesiła działania przeciw Niemcom, a w styczniu 1945 roku zawarła porozumienie z Wehrmachtem, zgodnie z którym mogła przejść za niemiecką linią frontu. Niemieckim oficerem łącznikowym w Brygadzie został wspomniany gestapowiec Paul Fuchs. Załatwił on dozbrojenie Brygady, zakwaterowanie dla jej żołnierzy oraz leczenie chorych i rannych w szpitalach niemieckich, a także popierał jej rozwój liczebny. Planował wykorzystanie Brygady przeciw ZSRR – w pierwszym rzędzie do dywersji i sabotażu na zapleczu frontu, a następnie do walki na froncie. W lutym 1945 roku Brygada Świętokrzyska dotarła przez Śląsk na teren Protektoratu Czech i Moraw. Tam po pewnym czasie została zakwaterowana na terenie poligonu Wehrmachtu w miejscowości Rozstání na Morawach.

7 lutego 1945 roku w ośrodku RSHA rozpoczęło się pod nadzorem Huberta Jury szkolenie około 70 ochotników z Brygady Świętokrzyskiej, którzy – uzbrojeni w niemiecką broń, wyposażeni w pieniądze, dokumenty i radiostacje – mieli być zrzuceni z samolotów na terytorium Polski celem prowadzenia dywersji i działań wywiadowczych na tyłach Armii Czerwonej. Łącznie do Polski przerzucono cztery grupy dywersyjne – 23 marca (dwie), 15 kwietnia i 28 kwietnia 1945 roku. Wszystkie zostały rozbite przez UB.

W drugiej połowie marca 1945 roku zastępca dowódcy Brygady, mjr Władysław Marcinkowski-„Jaxa”, wziął udział w międzynarodowej konferencji ruchów faszystowskich i kolaboracyjnych w Pradze, która miała doprowadzić do powstania wspólnego bloku antysowieckiego (Legii Antybolszewickiej) pod patronatem Niemców. Ostatecznie Marcinkowski odmówił przystąpienia do takiego bloku, zasłaniając się brakiem kompetencji. Niepowodzeniem ze strony niemieckiej zakończyły się też rozmowy prowadzone w Monachium w dniach 5-6 kwietnia 1945 roku z płk. Szackim. Strona niemiecka zaproponowała mu skierowanie Brygady na front, wysłanie do kraju dalszych grup dywersyjno-wywiadowczych oraz nawiązanie kontaktu z polskim rządem w Londynie celem skłonienia go do wspólnej walki z ZSRR. Szacki zgodził się tylko na wysyłanie do Polski grup dywersyjno-wywiadowczych, a odmowę skierowania Brygady na front uzasadnił jej charakterem jako jednostki partyzanckiej, a nie liniowej.

Zdaniem historyków i publicystów wybielających Brygadę Świętokrzyską postawa Szackiego miała na celu ocalenie Brygady, a wysyłanie do Polski grup dywersyjnych nie było kolaboracją, ale ceną za jej tolerowanie przez Niemców. Publicyści wybielający Brygadę Świętokrzyską eksponują też wyzwolenie przez nią 5 maja 1945 roku podobozu KL Flossenbürg w miejscowości Holýšov w zachodnich Czechach, z którego uwolniono około 700 więźniarek, w większości Żydówek. Było to jednak działanie mające uwiarygodnić Brygadę Świętokrzyską przed Amerykanami. Następnego dnia Brygada nawiązała bowiem kontakt z wojskami amerykańskimi, którym się podporządkowała.

Rząd polski w Londynie nie chciał mieć nic wspólnego z Brygadą Świętokrzyską, dlatego została ona w sierpniu 1945 roku rozformowana przez dowództwo amerykańskie. Część jej żołnierzy wcielono później do kompanii wartowniczych w amerykańskiej strefie okupacyjnej Niemiec. Niektórzy z nich zostali też wykorzystani w działaniach amerykańskich służb specjalnych przeciw Polsce Ludowej.

Inną drogą niż Żebrowski poszedł prof. Jan Żaryn – obecnie senator i jeden z głównych architektów polityki historycznej PiS. W książce „«Taniec na linie, nad przepaścią». Organizacja Polska na wychodźstwie i jej łączność z krajem w latach 1945-1955” (Warszawa 2011, 368 ss.) obszernie on pisze o NSZ-ONR i Brygadzie Świętokrzyskiej. Organizacja Polska była utajnioną nadbudówką powstałego w 1934 roku Obozu Narodowo-Radykalnego, a w czasie drugiej wojny światowej kierowała tą częścią NSZ, która w 1944 roku odmówiła scalenia z AK. Żarnyn chwali OP za to, że uznawała akcję „Burza” za „bezcelową, a nawet wręcz szkodliwą” i była przeciwna Powstaniu Warszawskiemu. Stoi to jednak w sprzeczności z tezami obecnej polityki historycznej, która nie dopuszcza jakiejkolwiek krytyki Powstania Warszawskiego.

Nie można też nie zauważyć, że przedostanie się Brygady Świętokrzyskiej do Europy Zachodniej podważa sens walki, jaką w Polsce podjęli po wojnie niektórzy epigoni AK i NSZ, nazywani obecnie „żołnierzami wyklętymi”. A przecież obecna polityka historyczna uważa ich wybór za najsłuszniejszy.

Zdaniem Żaryna Brygada Świętokrzyska była pierwszą, przed przyjęciem Polski do NATO, polską formacją wojskową współdziałającą z amerykańskim wywiadem wojskowym (czy tylko z amerykańskim?). Uważa on, że porozumienie Brygady z Niemcami miało charakter „taktyczny”. Fakt kolaboracji bagatelizuje stwierdzeniem, że „w różne relacje z Niemcami” wchodziły też wywiady AK i AL. Przytacza bezpodstawne twierdzenie byłych członków NSZ-ONR, że gestapowiec Paul Fuchs i jego ludzie mieli być „grupą niemiecką antyhitlerowską”. Bagatelizuje również problem antysemityzmu NSZ-ONR. „Margines bandytyzmu i wynikających z tego zabójstw Żydów w NSZ był zdecydowanie mniejszy niż np. w formacjach komunistycznych” – uważa prof. Żaryn[15].

Uczynienie z Fuchsa antyfaszysty to zabieg rzeczywiście karkołomny zważywszy, że ten „antyfaszysta” jako szef radomskiego gestapo deportował 14 tys. Polaków z dystryktu radomskiego do KL Auschwitz.

Żaryn wybrał zatem drogę wybielania i gloryfikacji NSZ-ONR oraz Brygady Świętokrzyskiej, przedstawiając ciemne karty z ich historii jako chwalebne. Parafrazując tytuł jego książki można powiedzieć, że rzeczywiście jest to taniec na linie, nad przepaścią. Ani Żaryn ani Żebrowski nie chcą zauważyć, że po klęsce stalingradzkiej Himmler dążył do neutralizacji polskiego podziemia niepodległościowego poprzez wciągnięcie go do współpracy pod hasłami antykomunizmu i walki z ZSRR. Strategia ta powiodła się tylko w wypadku NSZ-ONR i Brygady Świętokrzyskiej.

Skoro jednak NSZ miały same chlubne karty – jak twierdzą Płużański, Żaryn i Żebrowski – to skąd wzięła się niezwykle krytyczna opinia sformułowana niedługo po wojnie przez bezkompromisowego antykomunistę Zygmunta Zarembę – wybitnego działacza PPS-WRN i przewodniczącego Rady Jedności Narodowej. Otóż Zaremba wyraził się następująco: „NSZ tak samo, jak komuniści, i z podobnych powodów, zostali postawieni poza nawias Polski Podziemnej. Polska Podziemna przyjęła zasady demokracji i postępu społecznego i położyła je jako fundament niepodległości. NSZ wyznawał ideologię faszystowską, wrogą demokracji i postępowi społecznemu, komunizm niósł uzależnienie Polski od Rosji i metody polityczne tak bliźniaczo podobne do faszystowskich, że również nie mógł się znaleźć w organizacji, która kierowała walką narodu polskiego w czasie tej wojny”[16].

Nie ulega wątpliwości, że na taką ocenę NSZ ze strony Zaremby wpłynęła działalność NSZ-ONR. Zygmunt Zaremba postawił NSZ na jednej płaszczyźnie z PPR i GL/AL oraz poza nawiasem Polski Podziemnej. Natomiast Żaryn i Żebrowski stawiają NSZ w samym centrum Polski Podziemnej, na równi z AK, a może nawet wyżej niż AK.

Nie mniej krytycznie niż Zaremba wyrażał się o NSZ płk Jan Rzepecki – szef Biura Informacji i Propagandy w Komendzie Głównej AK, a po wojnie „żołnierz wyklęty” (zastępca komendanta organizacji „NIE” oraz założyciel Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość). Rzepecki był sceptyczny wobec scalenia NSZ z AK. W raporcie do gen. Bora-Komorowskiego tak uzasadnił swoje stanowisko:

„Opozycja faszystowska to przede wszystkim ONR. Cechuje ją brak skrupułów i demagogia, opieranie się na klasach posiadających, bezwzględna wrogość do radykalnej lewicy, którą całą traktuje jako agenturę lub straż przednią bolszewizmu i nie zadaje sobie trudu dojrzenia istotnych wśród niej różnic (…). Przyłączenie «opozycji faszystowskiej» (do AK) prawie na pewno wywoła odpadnięcie poważnej części lewicy rządowej, nadałoby temu obozowi piętno reakcyjne. Jestem głęboko przekonany, że w błyskawicznym tempie pociągnęłoby to za sobą dla Polski śmiertelną katastrofę wojny domowej, w której lewica walczyłaby pod komendą PPR, a prawica – ONR. AK przypadłaby rola obrońcy klas posiadających. Następstwem – wasalizacja lub wcielenie Polski do ZSRR. W świetle powyższego ostatni nasz «sukces» w postaci podporządkowania NSZ może mieć wysoce ujemne następstwa, jeśli nie sparaliżujemy ich umiejętną akcją wychowawczą”[17].

Język płk. Rzepeckiego z 1944 roku – określający NSZ wprost jako „opozycję faszystowską” – jakoś dziwnie przypomina późniejszą narrację propagandy PRL. A przecież pisał to – identycznie jak w wypadku Zaremby – zdecydowany antykomunista.

Jesienią 1944 roku komendant główny AK, gen. Leopold Okulicki, w meldunku do prezydenta RP na uchodźstwie napisał: „Należy się przeciwstawić w propagandzie próbom NSZ współpracy z Niemcami”[18]. Z kolei dowódca AK o pseudonimie „Mieczysław” meldował w tym samym czasie: „Działalność NSZ. D-cy kontaktują się i współpracują z Gestapo (…). Wyraźna współpraca z Niemcami”. W innym meldunku napisał: „W dniu 22 XI. W czasie przemarszu NSZ przez m. Oleszno, Niemcy ściągnęli posterunki. Rannych NSZ Niemcy proponują odstawić do szpitali niemieckich. Notowane są kontakty w Gestapo”[19].

W przeciwieństwie do Leszka Żebrowskiego i Jana Żaryna krytyczną ocenę NSZ-ONR sformułował prawicowy historyk, dr hab. Rafał Wnuk, który w swojej opinii pozostaje jednak osamotniony na tle tez obecnej polityki historycznej. W artykule pod znamiennym tytułem „Brygada Świętokrzyska. Zakłamana historia” Rafał Wnuk – obecnie pracownik naukowy KUL i Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku – wyraził się następująco:

„Powstałą po rozłamie konspirację określa się mianem NSZ-ONR. Jej przywódcy postanowili też pozbyć się głównych oponentów i wkrótce doszło do skrytobójczych mordów oficerów NSZ, którzy przeszli do AK. (…) Wbrew budowanemu dziś mitowi NSZ-ONR wcale nie bronił ciągłości II RP, ale przeciwnie – robił wiele, by zniszczyć autorytet legalnych władz, by na gruzach przedwojennego systemu zbudować nacjonalistyczną monopartyjną dyktaturę. Stawianie znaku równości między AK i NSZ-ONR jest manipulacją sugerującą, jakoby ta ostatnia była częścią składową Państwa Podziemnego. Nie była”[20].

We współczesnej Polsce coraz bardziej widać tendencję, by nauki humanistyczne zostały zaprzęgnięte do udowadniania tez państwowej polityki historycznej. Tworzy się sztuczną, ponieważ opartą na fałszu, pamięć historyczną, która ma posłużyć formacji społeczeństwa w duchu antykomunizmu i rusofobii. Dlatego NSZ oprawiono w ramki wraz z NSZ-ONR i Brygadą Świętokrzyską i wystawiono w galerii narodowych świętości. Podsycanie ognia antykomunizmu zmierza do całkowitego zdeprecjonowania Polski Ludowej, a szerzej do zanegowania całej polskiej tradycji lewicowej jako alternatywy historycznej i politycznej. Natomiast podsycanie płomienia rusofobii jest niezbędne w sytuacji, gdy polska prawica przyjęła rolę podwykonawcy polityki amerykańskiej w Europie Środkowo-Wschodniej.

[1] Uchwała Sejmu RP z 9 listopada 2012 r. w związku z 70. rocznicą powstania Narodowych Sił Zbrojnych, http://www.sejm.gov.pl, dostęp 21.09.2017.

[2] Uchwała Sejmu w sprawie upamiętnienia 75. rocznicy powstania NSZ – treść i zdjęcia, portal Narodowe Siły Zbrojne, http://www.nsz.com.pl, dostęp 21.09.2017; Sejm uczcił Narodowe Siły Zbrojne. W uchwale znalazła się Brygada Świętokrzyska, która kolaborowała z III Rzeszą, http://www.wyborcza.pl, 15.09.2017.

[3] B’nai B’rith przeciwko honorowaniu żołnierzy NSZ, http://www.kresy.pl, 21.09.2017.

[4] Prezydent Duda: Żołnierze NSZ należeli do najwartościowszych bojowników o wyzwolenie, http://www.wiadomości.dziennik.pl, 16.09.2017.

[5] Jarosław Kaczyński: Narodowe Siły Zbrojne były organizacją o wielkiej sile z racji potęgi ducha, mocy wiary i miłości do ojczyzny, http://www.wpolityce.pl, 16.09.2017.

[6] Tamże.

[7] Nasz wywiad. Płużański: „Jeżeli ktoś podnosi rękę na żołnierza NSZ, to powinien odpowiadać karnie”, http://www.wpolityce.pl, 15.09.2017.

[8] L. Żebrowski, Legion niezłomnych, http://www.naszdziennik.pl, portal „Naszego Dziennika”, 19.09.2017.

[9] T. Szarota, Karuzela na placu Krasińskich. Studia i szkice z lat wojny i okupacji, Warszawa 2007, s. 187-189.

[10] Tamże, s. 191-192.

[11] Spod czerwonej gwiazdy. O podziemiu komunistycznym – z Piotrem Gontarczykiem, Mariuszem Krzysztofińskim i Januszem Marszalcem rozmawia Barbara Polak, „Biuletyn IPN” nr 3-4 (62-63), marzec-kwiecień 2006, s. 19.

[12] J. Ciechanowski, Powstanie Warszawskie. Zarys podłoża politycznego i dyplomatycznego, Warszawa 2009, s. 85.

[13] J. Sobkowski, Makabryczna tajemnica willi przy Jasnogórskiej, http://www.czestochowa.wyborcza.pl, 18.02.2016.

[14] W. J. Muszyński, J. Mysiakowska-Muszyńska (red.), Lista strat działaczy obozu narodowego w latach 1939-1945, Warszawa 2010, t. 1, s. 243.

[15] Ważna i ciekawa książka prof. Jana Żaryna o Brygadzie Świętokrzyskiej: „Taniec na linie, nad przepaścią”, http://www.wpolityce.pl, 22.11.2011.

[16] Z. Zaremba, Polska nie będzie się wstydzić swojego Podziemia, „Światło”, zeszyt 3-4, Paryż, kwiecień 1948.

[17] J. Rzepecki, Raport dla generała Bora-Komorowskiego (marzec 1944), cyt. za: P. Lipiński, Raport Rzepeckiego, Warszawa 2005.

[18] Armia Krajowa w dokumentach. Październik 1944-lipiec 1945, t. 5, Wrocław 1991, s. 183.

[19] Tamże, s. 131.

[20] R. Wnuk, Brygada Świętokrzyska. Zakłamana legenda, „Ale Historia” nr 4, 25.01.2016.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 6 października 2017 r.

„Przegląd” nr 40 (926), 2-8.10.2017, s. 12-17