Skazani na klęskę

11 września zamieściłem na Facebooku następujący wpis: „Ćwierć wieku temu podawano w Polsce, że w latach 1940-1941 deportowano z Kresów Wschodnich na Syberię od 1 do 1,7 mln Polaków, z których 900 tys. miało tam zginąć. Po przebadaniu archiwów radzieckich okazało się jednak, że cztery deportacje z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941 objęły w sumie około 320 tys. obywateli II RP. W tej liczbie znajdowało się około 25 tys. Ukraińców, 20 tys. Białorusinów i 70 tys. Żydów, procentowo dotkniętych wywózkami w równym stopniu jak Polacy (pozostałe 200-210 tys.). Do czasu amnestii, ogłoszonej przez ZSRR latem 1941 roku w następstwie układu Sikorski-Majski, śmiertelność wśród zesłańców wynosiła od 2,8% do 5,8% rocznie. Ile osób zmarło po tej dacie – nie sposób określić, z pewnością jednak przeżyło znacznie więcej osób niż to wynikało z wcześniejszych przypuszczeń. Oznacza to, że jednak dwa razy więcej Polaków – bo 400 tys. – deportowano do niemieckich obozów koncentracyjnych, gdzie 250 tys. z nich zginęło (70 tys. w samym Auschwitz). Im jednakże nikt nie urządza marszu pamięci na wzór Marszu Pamięci Zesłańców Sybiru, który odbędzie się 17 września”.

Prof. Stanisław Jan Ciesielski (Uniwersytet Wrocławski) w artykule „Deportacje obywateli polskich w głąb Związku Radzieckiego w latach 1940-1941”, opublikowanym na stronie internetowej Muzeum Pamięci Sybiru w Białymstoku, podał nawet dane niższe niż ja w swoim wpisie na FB. Z artykułu prof. Ciesielskiego można się dowiedzieć, że deportacje objęły od 307,8 do 313,8 tys. obywateli II RP, w tym najwyżej 184,7 tys. Polaków. W lutym 1940 roku deportowano do obwodu archangielskiego, Komi i na Syberię 137,8 tys. osób (114,2 tys. Polaków, 12,3 tys. Ukraińców, 11,3 tys. Białorusinów), w kwietniu 1940 roku deportowano do Kazachstanu około 60 tys. osób (42 tys. Polaków, 8 tys. Białorusinów, ponad 7 tys. Ukraińców, 2,4 tys. Żydów), w czerwcu 1940 roku deportowano do Komi i Kraju Ałtajskiego 76-78 tys. osób (63,8-65,5 tys. Żydów, 8,3-8,5 tys. Polaków, 3,8-3,9 tys. osób innych narodowości), a w maju i czerwcu 1941 roku 34-38 tys. osób (m.in. 20 tys. Polaków i 11 tys. Ukraińców)[1].

Mój wpis na FB wywołał niesamowitą agresję ze strony – jak się domyślam – zwolenników PiS i tych, którzy stoją na prawo od nich. Dowiedziałem się m.in., że jestem „oficerem prowadzącym”, który celowo przed 17 września rozpowszechnia takie teksty, „postkomunistycznym typem”, a także, że głoszę „nieśmiertelną propagandę ruską” oraz „chwałę oręża armii radzieckiej” (sic!). To i tak nieźle w porównaniu z reakcją na moją krytykę byłego prezesa Polskiej Organizacji Turystycznej, który w ramach umacniania polskiej tożsamości narodowej odradzał zagranicznym dziennikarzom wizyty w Muzeum Auschwitz. Dowiedziałem się wówczas, że jestem „łajdakiem” i „kanalią”.

Dziwne to, ponieważ nawet jeden z prawicowych portali historycznych potwierdził przytoczone przeze mnie dane. Czytamy na nim, że szacunki podające od 1 do 1,7 mln deportowanych „obarczone były tym samym błędem. Powstawały na bazie cząstkowych danych, głównie relacji samych deportowanych, którzy nie mieli całościowego oglądu represji i wyolbrzymiali ich skalę (…). Protestujący przeciwko «nowym» (już ponad dwudziestoletnim) ustaleniom zdają się uważać, że redukcja liczby deportowanych pomniejsza i bagatelizuje ich tragedię. Takie myślenie trzeba stanowczo odrzucić. Licytacja na represjonowanych, zmarłych i zabitych do niczego nie prowadzi, a wykreślenie z prac historycznych nieistniejących ofiar w żaden sposób nie wymazuje z naszej pamięci gehenny setek tysięcy zesłańców. Prawda zaś nie może być antypolska”[2].

Niby proste, ale całkowicie niezrozumiałe dla atakujących mnie. Sądzę, że znajdują się oni pod wpływem przekazu medialnego, który jest inspirowany polityką historyczną IPN. Na stronie internetowej IPN czytamy bowiem, że „według szacunków władz RP na emigracji, w wyniku wywózek zorganizowanych w latach 1940–1941 do syberyjskich łagrów trafiło około milion osób cywilnych, choć w dokumentach sowieckich mówi się o 320 tys. wywiezionych”[3]. Jest to pokłosie stanowiska tragicznie zmarłego prezesa IPN Janusza Kurtyki, który stwierdził, że chociaż IPN-owski projekt „Indeks Represjonowanych” doprowadził do ustalenia liczby około 320 tys. obywateli II RP deportowanych z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941, to „nadal liczba ta jest podważana przez część historyków, piszących o 700 tysiącach – milionie deportowanych”[4]. Są to głównie historycy z IPN, jak np. Piotr Szubarczyk – autor książki „Czerwona apokalipsa”, albo skrajni antykomuniści, jak Roger Moorhouse – autor książki „Pakt diabłów”.

Jednak w wydanej przez IPN w 2009 roku publikacji „Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami” (353 strony), pod redakcją profesorów Wojciecha Materskiego i Tomasza Szaroty, stwierdzono, że liczba ofiar śmiertelnych pod okupacją radziecką w latach 1939-1941, a także w okresie 1944-1945 wyniosła około 150 tys. obywateli polskich (Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Ormian, Żydów i in.). Liczba ta obejmuje ofiary zbrodni katyńskiej z 1940 roku (21768 ofiar), masakr więziennych NKWD w 1941 roku (20-30 tys. ofiar), ofiary innych aktów terroru, więzień, obozów karnych i obozów pracy, a także zmarłych w wyniku deportacji do Kazachstanu i na Syberię[5]. Z tego szacunku ofiar śmiertelnych okupacji radzieckiej – podanego w publikacji IPN – wynika, że nie mogło zginać 900 tys. spośród 1-1,7 mln obywateli II RP, którzy mieli być deportowani w głąb ZSRR.

Kwestionujący liczbę 320 tys. deportowanych z Kresów Wschodnich w latach 1940-1941 nie odpowiadają na podstawowe pytanie, jakie od razu się nasuwa: po co NKWD miałoby fałszować własną dokumentację wewnętrzną? Ujawnienie dokumentów NKWD dotyczących ilości deportowanych w głąb ZSRR obywateli II RP doprowadziło w środowisku wojującego antykomunizmu i rusofobii do poważnych dysonansów poznawczych, których nie powinno być wśród normalnych historyków.

Np. brytyjski historyk Halik Kochanski w książce „Orzeł niezłomny. Polska i Polacy podczas II wojny światowej” (Dom Wydawniczy „Rebis”, Poznań 2013) pisze, że „Najpowszechniej podawanymi liczbami było 220 tysięcy cywilów wywiezionych w lutym 1940 r., 320 tysięcy w kwietniu 1940 r., 240 tysięcy w czerwcu 1940 r. i 200-300 tysięcy w czerwcu 1941 r. Łączna liczba około miliona wywiezionych była przyjmowana przez wiele lat. Jednak ostatnie badania oparte na danych z radzieckich archiwów pozwoliły zakwestionować tę liczbę. Opracowanie z 1997 r. oparte na dokumentach samego NKWD mówi o 140 tysiącach wywiezionych w lutym 1940 r., 60 tysiącach w kwietniu 1940 r., 80 tysiącach w czerwcu 1940 r. i 40 tysiącach w czerwcu 1941 r. Razem daje to 320 tysięcy wywiezionych – i tak ogromną liczbę. Podobne dane podano w opracowaniu opublikowanym w roku 2000, którego autorzy określają liczbę wywiezionych na 309-327 tysięcy”[6].

Żeby jednak uniknąć linczu ze strony „polskich patriotów” Kochanski robi następujące zastrzeżenie: „Naukowcy wciąż badają radzieckie archiwa i po dokładniejszych badaniach demograficznych oraz analizie danych dotyczących późniejszych deportacji liczba wywiezionych ponownie jest weryfikowana wzwyż. Choć nie osiąga ona szacunku rządu polskiego na uchodźstwie, wydaje się obecnie prawdopodobne, że w latach 1940-1941 wywiezionych zostało przynajmniej 500 tysięcy obywateli polskich. W tej liczbie 52 procent stanowili Polacy, 30 procent Żydzi, a około 18 procent Ukraińcy i Białorusini. Wszyscy oni w tym rozdziale uznawani będą za Polaków”[7].

Ja w przeciwieństwie do Kochanskiego uważam jednak, że Żydzi, Ukraińcy i Białorusini to nie Polacy. Po przeczytaniu jego wywodu nasuwa mi się tylko jedno pytanie: to w końcu co wynika z dokumentacji NKWD – że deportowano 320 czy 500 tys.? Poza tym jeśli Polaków było 52 proc. wśród zawyżonej przez autora w stosunku do źródeł liczby 500 tys. deportowanych obywateli II RP, to liczba wywiezionych Polaków wynosi 260 tys. Tak czy owak nie milion albo więcej.

Liczba 320 tys. obywateli II RP deportowanych z Kresów Wschodnich w głąb ZSRR od lutego 1940 do czerwca 1941 roku w jakikolwiek sposób nie neguje zbrodniczego charakteru polityki stalinowskiej wobec Polaków. Tak samo jak obniżenie liczby ofiar KL Auschwitz z 4 mln do 1,1 mln, liczby ofiar KL Lublin (Majdanek) z 250 tys. do 79 tys., czy liczby ofiar ośrodka zagłady w Chełmnie nad Nerem z 380 tys. do 200 tys. w niczym nie neguje ludobójczego charakteru polityki hitlerowskiej wobec Żydów, Polaków i innych narodowości. Naukowa weryfikacja pierwotnych danych – które były ustalane bez dostępu do źródeł, pod wpływem szoku spowodowanego przeżyciami wojennymi i z jedynie ogólną świadomością ogromu ofiar – jest rzeczą zupełnie normalną. Zwłaszcza w naukach historycznych.

Nie jest jednak rzeczą normalną dla polskiej prawicy, która w takiej weryfikacji od razu widzi polityczny spisek i podstępną rękę rosyjskiej lub niemieckiej agentury. Do dzisiaj w tym środowisku funkcjonuje niewielka grupka osób, która oprawiła w ramki liczbę 4 mln ofiar KL Auschwitz, jej naukową weryfikację uznaje za spisek niemiecki i wytrwale poszukuje dowodów na potwierdzenie swoich racji. Niestety wciąż nie może ich znaleźć. Znacznie gorzej jest jednak z próbą naukowej weryfikacji liczby ofiar stalinizmu, która zawsze wywołuje natychmiastową reakcję rzesz ofiar polityki historycznej IPN i PiS. Jedynym źródłem, z którego te ofiary czerpią swoją wiedzę jest propagandowa papka medialna oraz publikacje w stylu „Czarnej księgi komunizmu”.

Ofiary lansowanej w Polsce polityki historycznej są żywym dowodem tego, że polityka ta ma na celu uformowanie ludzi całkowicie niezdolnych do najprostszego myślenia krytycznego, wierzących w propagandowe formułki, traktujących tę wiarę jak wyznanie religijne oraz popadających w coraz większy fanatyzm. Jednakże tacy ludzie zawsze poniosą klęskę polityczną. Nie mam również wątpliwości, że klęskę poniesie obóz polityczny, który z rzesz bezmyślnych fanatyków uczynił swoje zaplecze.

[1] S. Ciesielski, „Deportacje obywateli polskich w głąb Związku Radzieckiego w latach 1940-1941”, http://www.sybir.com.pl, strona Muzeum Pamięci Sybiru (oddział Muzeum Wojska) w Białymstoku, dostęp 12.09.2017.

[2] R. Sidorski, „Stalin wcale nie wywiózł na Sybir milionów Polaków. Jakie są prawdziwe liczby i dlaczego trzeba o nich mówić?”, http://www.ciekawostkihistoryczne.pl, 20.03.2017.

[3] „Na nieludzką ziemię – sowieckie deportacje Polaków na Sybir”, http://www.ipn.gov.pl, strona Instytutu Pamięci Narodowej, dostęp 12.09.2017.

[4] Cyt. za: P. Szubarczyk, „Ilu Polaków Sowieci wywieźli?”, http://www.naszdziennik.pl, strona „Naszego Dziennika”, 10.02.2010.

[5] W. Materski, T. Szarota (red.), „Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami”, Warszawa 2009.

[6] Cyt. za: „Wstrząsające warunki życia Polaków deportowanych na Syberię i do Kazachstanu”, http://www.nowahistoria.interia.pl, 10.02.2014.

[7] Tamże.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 września 2017 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2155/56), 24.09-1.10.2017, s. 16

Reklamy

Barbarzyństwo

„Wystarczyło kilka minut, by mauzoleum żołnierzy radzieckich w Trzciance (woj. wielkopolskie) zamieniło się w kupę gruzu. W piątek na plac Pocztowy wjechały koparki i, mimo sprzeciwu Rosjan, wyburzyły lokalny symbol komunizmu” – cieszy się portal tvn24.pl[1].

„Wydarzenie wzbudziło wielkie zainteresowanie wśród mieszkańców. Ludzie stawali, kręcili filmy, robili zdjęcia i komentowali (…). – Bardzo dobrze, cieszę się, że tego doczekałem. Ostatni bastion komunizmu padł na pysk – nie krył radości Józef Janowicz” – czytamy dalej na portalu tvn24.pl. Kto ów Józef Janowicz, nie wiadomo. Domyślam się, że miejscowy „patriota”, bo raczej nie intelektualista.

Mauzoleum w Trzciance – jedno z najokazalszych upamiętnień żołnierzy radzieckich w Polsce – było przez kilkadziesiąt lat uznawane za cmentarz wojenny. Przestało być jednak za takowe uważane, kiedy burmistrz Trzcianki Krzysztof Czarnecki (PiS) zlecił badania archeologiczne. Badania te – przeprowadzone w „ostatnich tygodniach”, jak czytamy w relacji portalu tvn24.pl – wykazały, że pod mauzoleum nie ma rzekomo żadnych zwłok. Wówczas wojewoda wielkopolski (także z PiS) wykreślił obiekt z ewidencji grobów i cmentarzy wojennych, zmieniając jego stan prawny na pomnik. Następnie burmistrz Czarnecki zlecił jego natychmiastową rozbiórkę na mocy ustawy dekomunizacyjnej. Wyniki badań archeologicznych kwestionuje ambasada rosyjska, która wydała oświadczenie protestujące przeciw działaniom samorządu Trzcianki jako sprzecznym z rosyjsko-polską umową międzyrządową z 1994 roku o grobach i miejscach pamięci ofiar wojen i represji.

„Według dokumentów posiadanych przez Ambasadę pod mauzoleum nadal znajdują się groby żołnierzy Armii Czerwonej, co nadaje jeszcze bardziej nieprawny i niemoralny charakter akcji jego zburzenia” – napisała w oświadczeniu ambasada Rosji. Samorząd Trzcianki stoi na stanowisku, że szczątki żołnierzy radzieckich „prawdopodobnie przeniesiono na cmentarz w 1953 roku”. Nie ma jednak żadnych dokumentów potwierdzających przeprowadzenie takiej ekshumacji i nie wiadomo gdzie na miejscowym cmentarzu mieliby być pochowani żołnierze radzieccy. „Sprawdzają to pracownicy Muzeum Ziemi Nadnoteckiej” – informuje portal tvn24.pl.

Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Trzciance zburzone 8 września 2017 roku

Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Trzciance zburzone 8 września 2017 roku

Obok artykułu o zburzeniu mauzoleum w Trzciance portal tvn24.pl zamieścił – zapewne nieprzypadkowo – artykuł pt. „Mąż sprzedał Zofię Sowietom za wódkę, ratowali ją polscy żołnierze. I za to zginęli od kul w tył głowy”[2]. Widziałem ten tekst już kilkanaście razy w ciągu ostatnich pięciu lat na różnych portalach. Opisuje on zresztą wydarzenie, które miało mieć miejsce dwa lata po wojnie, a nie podczas wyzwalania Polski. Ten i inne podobne mu teksty oraz pojawiające się ostatnio jak grzyby po deszczu książki o „sowieckich gwałtach i grabieżach” są częścią kampanii propagandowej mającej uzasadnić to, co czyni się w Polsce z upamiętnieniami walk Armii Czerwonej z Niemcami hitlerowskimi w latach 1944-1945[3].

Niestety, ani portal tvn24.pl, ani żadne z innych mediów polskich nie poinformowały jakie krzywdy wyrządzili żołnierze radzieccy Polakom w Trzciance. Ano takie, że dzięki tym żołnierzom radzieckim Trzcianka – która w wyniku pierwszego rozbioru Polski znalazła się pod zaborem pruskim – ponownie po 173 latach stała się Trzcianką. W 1945 roku nazywała się bowiem Schönlanke i była miasteczkiem w stu procentach niemieckim, leżącym na terenie niemieckiej Prowincji Grenzmark Posen-Wetspreußen. To „Sowieci” przywrócili ją Polsce i dzisiaj leży w województwie wielkopolskim.

Zastanawiam się jak nazwać to, co stało się w Trzciance i stanie się wkrótce w dziesiątkach innych polskich miejscowości. Przychodzi mi na myśl tylko jedno słowo: barbarzyństwo. Barbarzyństwo wobec historii, wobec uczuć narodu rosyjskiego oraz wobec obecnych i przyszłych pokoleń Polaków.

Nigdzie poza Polską, pomajdanową Ukrainą – odwołującą się do tradycji banderowskiej – oraz państwami bałtyckimi, w których rządzą szowiniści będący niejednokrotnie epigonami kolaborantów z III Rzeszą, nie burzy się pomników upamiętniających żołnierzy radzieckich poległych w walkach z Niemcami, czyli upamiętniających pokonanie Niemiec hitlerowskich w drugiej wojnie światowej.

W mojej pamięci głęboko utkwił obraz pieczołowicie utrzymanego mauzoleum i cmentarza żołnierzy radzieckich w miejscowościach Svidnik na Słowacji. Spoczywa na nim 9 tys. spośród co najmniej 27 tys. żołnierzy radzieckich poległych w czasie operacji dukielsko-preszowskiej (8 września-30 listopada 1944). Ogromny monument został wzniesiony w 1954 roku w stylu tamtego okresu. Są tam czerwone gwiazdy, są godła ZSRR, są potężne rzeźby żołnierzy radzieckich, są płaskorzeźby w stylu socrealizmu. Wszystko starannie utrzymane. Nikomu na Słowacji nie przyszłoby do głowy, żeby to zburzyć. Co roku odbywają się pod tym pomnikiem – noszącym oficjalną nazwę Pomnika Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim – uroczystości z udziałem władz słowackich, upamiętniające operację dukielsko-preszowską, od której zaczęło się wyzwolenie Czechosłowacji.

Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim w Svidniku na Słowacji

Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Radzieckim w Svidniku na Słowacji

We wsi Kapišová, przy drodze ze Svidnika do Barwinka, jest też niezwykły pomnik, na którym zastygły w walce dwa czołgi: radziecki T-34 z czerwoną gwiazdą i niemiecki PzKpfw IV z czarnym krzyżem. W tej samej miejscowości – w tzw. „dolinie śmierci” – stoją dwa T-34 z czerwonymi gwiazdami, a pomiędzy nimi znajduje się samotna mogiła czerwonoarmisty. Pomniki, których elementami są radzieckie czołgi można spotkać przy całej trasie ze Svidnika do Barwinka, liczącej 20 km. We wsi Nižný Komárnik, po słowackiej stronie Przełęczy Dukielskiej, znajdują się też radzieckie działa przeciwlotnicze i samolot szturmowy Ił-2 z czerwonymi gwiazdami. Dobrze utrzymane są nie tylko pomniki upamiętniające udział wojsk radzieckich w operacji dukielsko-preszowskiej, czechosłowacki cmentarz wojenny i memoriał w miejscowości Vyšný Komárnik, ale także niemiecki cmentarz wojenny w miejscowości Hunkovce.

Pomnik we wsi Kapišova na Słowacji

Pomnik we wsi Kapišova na Słowacji

Cmentarz żołnierzy niemieckich w Hunkovcach na Słowacji

Cmentarz żołnierzy niemieckich w Hunkovcach na Słowacji

Tak samo jest w Czechach i na Węgrzech, mimo przecież też niełatwych doświadczeń historycznych tych krajów z ZSRR. Wszędzie tam pieczołowicie dba się o „sowieckie pomniki”, które „pozostały w spadku po komunizmie”, jak głosi popularna w Polsce formułka propagandowa.

W centrum Wiednia na Schwarzenbergplatz stoi Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej, odsłonięty 19 sierpnia 1945 roku. Upamiętnia on 41 tys. żołnierzy radzieckich, którzy zginęli w czasie operacji wiedeńskiej (16 marca-13 kwietnia 1945). Pomnik ten ma kształt wyniosłej, smukłej kolumny marmurowej o wysokości 20 metrów, na której stoi 12-metrowy posąg z brązu, przedstawiający wyprostowanego żołnierz radzieckiego w złotym hełmie i z pepeszą. W prawej ręce żołnierz trzyma sztandar bojowy Armii Czerwonej, a w lewej pokaźnych rozmiarów godło ZSRR. Na cokole umieszczono rozkaz bojowy Stalina po rosyjsku oraz napis po rosyjsku i niemiecku, który głosi: „Pomnik ku chwale żołnierzy Armii Radzieckiej, którzy wyzwolili Austrię od faszyzmu. Kwiecień 1945”. Pomnik jest otoczony kolumnadą z 26 kolumn o wysokości 8 metrów oraz inskrypcją na belkowaniu: „Wieczna chwała bohaterom Armii Czerwonej, którzy polegli w walce z niemieckim faszystowskim najeźdźcą o wolność narodów Europy”. Jest to najokazalsze upamiętnienie żołnierzy radzieckich w Europie poza Rosją.

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-posąg żołnierza z godłem ZSRR

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-posąg żołnierza z godłem ZSRR

W ostatnich latach Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu był kilkakrotnie dewastowany przez nieznanych sprawców – neonazistów, albo licznie mieszkających w stolicy Austrii Czeczeńców, albo przybyszów z pomajdanowej Ukrainy, a może i nawet „polskich patriotów”. Zawsze jednak spotykało się to ze zdecydowanym potępieniem władz austriackich. Po zakończeniu okupacji Austrii przez cztery mocarstwa sojusznicze w 1955 roku żaden rząd austriacki – nawet w okresie nasilania się „zimnej wojny” – nie uznał tego pomnika za symbol „sowieckiego zniewolenia” mimo, że Austriacy nie mają powodów, żeby dobrze wspominać okupację radziecką Wiednia, Dolnej Austrii i Burgenlandu z lat 1945-1955. Elity polityczne Austrii rozumieją bowiem, że pomnik ten upamiętnia zwycięstwo koalicji antyhitlerowskiej nad Niemcami i wyzwolenie Austrii spod nazizmu. Zwycięstwo, które było w znaczącej mierze zasługą ZSRR. Polityczna świadomość tego faktu ma dla władz austriackich większe znaczenie od pretensji związanych z powojenną okupacją, zasłużoną zresztą przez Austriaków.

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-cokół z treścią rozkazu Stalina w języku rosyjskim

Pomnik Bohaterów Armii Czerwonej w Wiedniu-cokół z treścią rozkazu Stalina w języku rosyjskim

Tak samo zresztą niemieckie elity polityczne traktują Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten. Na pomniku tym też widnieją złote godła ZSRR i Armii Czerwonej oraz napisy, których treść przyprawiłaby polską prawicę o atak szału. Czy pani kanclerz Merkel uważa ten pomnik za „symbol zniewolenia” i „niechlubny spadek po komunizmie”? A może czuje się przez ten pomnik zniewolona? Nie, pani kanclerz Merkel buduje z Rosją kolejne gazociągi. Pomniki upamiętniające wkład Armii Czerwonej w zwycięstwo nad III Rzeszą znajdują się też we Frankfurcie nad Odrą, Pradze, Brnie, Ostrawie, Bratysławie, Budapeszcie i Sofii. Wszędzie tam uważa się, że są to pomniki ku czci żołnierzy jednej z armii koalicji antyhitlerowskiej, a nie „pomniki ku chwale komunizmu”.

Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten

Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Berlinie-Tiergarten

Również w Norwegii znajdują się pomniki upamiętniające wyzwolenie przez Armię Czerwoną prowincji Finnmark jesienią 1944 roku. Nie można powiedzieć, że są one symbolem jakiegoś zniewolenia, ponieważ Norwegia nie była po wojnie ani okupowana przez ZSRR, ani nie znalazła się w radzieckiej strefie wpływów. Są one wyrazem wdzięczności Norwegów za wyzwolenie spod okupacji niemieckiej. We wszystkich tych państwach rozumie się znaczenie zwycięstwa koalicji antyhitlerowskiej nad III Rzeszą i znaczenie wyzwolenia spod okupacji niemieckiej przez wojska radzieckie.

Nie mogą tego jednak zrozumieć decydenci polityczni w Polsce – kraju, który w przeciwieństwie do Austrii, Czech, Słowacji, Norwegii czy Węgier został skazany przez Niemcy hitlerowskie na zagładę. Nie potrafią albo nie chcą zrozumieć tego, że okupacja niemiecka oznaczała dla narodu polskiego zagładę biologiczną, a Polska Ludowa nie. Nie potrafią albo nie chcą oddzielić faktu wyzwolenia Polski spod okupacji niemieckiej przez wojska radzieckie od polityki Stalina wobec Polski, także tej z lat 1939-1941. Nie rozumieją, że głosząc tezę o rzekomym przegraniu przez Polskę drugiej wojny światowej wypisują Polskę z koalicji antyhitlerowskiej i zapisują ją do satelitów III Rzeszy. Nie rozumieją, że głosząc, iż Polska Ludowa była podobno „kolonią sowiecką” podważają prawnomiędzynarodowe podstawy istnienia dzisiejszej Polski. Nie rozumieją znaczenia, jakie dla Rosjan ma pamięć o ofiarach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, w tym poległych żołnierzach radzieckich i że raniąc tę pamięć wykopują rów nie do zasypania pomiędzy narodami polskim i rosyjskim. A może świadomie chcą ten rów wykopać?

Decydenci polityczni w Polsce zachowują się tak jakby Rosja już nie istniała albo miała zaraz przestać istnieć. Nie zastanawiają się jakie skutki przyniosą ich działania dla stosunków nie pomiędzy państwami, ale pomiędzy narodami polskim i rosyjskim. Nie obchodzi ich jak będą wyglądać relacje przyszłych pokoleń Polaków i Rosjan w sytuacji, gdy zostaje boleśnie ugodzone jedno z najwrażliwszych miejsc rosyjskiej pamięci narodowej.

Czasem mam wrażenie, że władze w Polsce sprawują jacyś ekstremiści albo troglodyci, którzy nie rozumieją nic z polskiej i światowej historii. Podejrzewam też w tym wszystkim rękę obcą. Traktowanie działań wojennych Armii Czerwonej w Europie w latach 1944-1945 jako „podboju” i „zniewolenia” to jest przecież narracja historyczna najbardziej skrajnych sił politycznych w Niemczech i na Ukrainie. Widzę tutaj zatem realizację celów niemieckiej i ukraińskiej polityki historycznej. Niemcom, podejmującym wielkie projekty gospodarcze z Rosją, pewnych rzeczy robić nie wypada i być może właśnie te rzeczy robią za nich polscy podwykonawcy polityczni. Nie są też dla nikogo tajemnicą zażyłe stosunki z nacjonalistami ukraińskimi, jakie utrzymują od ponad ćwierć wieku postsolidarnościowe siły polityczne, a jakie przed 1989 rokiem utrzymywała ówczesna opozycja polityczna w PRL. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że niemały wpływ na skrajnie antyrosyjską politykę Warszawy, w tym politykę historyczną, muszą mieć ukraińskie środowiska nacjonalistyczne w Polsce i za granicą.

Nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że takie działania jak te w Trzciance mają charakter prowokacji obliczonej na całkowite zniszczenie stosunków polsko-rosyjskich. Być może ci prowokatorzy liczą na to, że Rosja w odwecie zburzy polskie mauzoleum w Katyniu. Doprowadzenie do takiej sytuacji jest chyba ukrytym celem obozu politycznej rusofobii w Polsce. Bo jeżeli jedna prowokacja nakręca drugą, jeszcze bardziej radyklaną, to jaki inny można z tego wyciągnąć wniosek?

Polityka musi mieć jakiś cel. Tymczasem polityka prowadzona przez obecną władzę nie ma celu żadnego. Sprowadza się ona do systematycznego pogarszania stosunków z Rosją i Niemcami oraz groźnego prężenia amerykańskich muskułów. Najprawdopodobniej decydenci polityczni w Polsce nie biorą przy tym pod uwagę tego, że za napinanie muskułów amerykańskich trzeba będzie USA zapłacić niemałą cenę, ponieważ mocarstwo to niczego nie robi bezinteresownie. Największe korzyści polityczne z antyrosyjskiej obsesji Warszawy – oprócz USA – wyciąga pomajdanowa Ukraina. Status Polski jako kraju nieustannie skłóconego z Niemcami i Rosją i zarazem niewiele znaczącego na arenie międzynarodowej jest z punktu widzenia interesów politycznych Kijowa rozwiązaniem najbardziej optymalnym. Ciągłe prowokowanie Rosji w pewnym momencie przekroczy jednak masę krytyczną i doprowadzi do sytuacji, od której nie będzie odwrotu.

Prof. Andrzej Friszke w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej” stwierdził, że polityka historyczna PiS jest zupełnie niezrozumiała poza granicami Polski, a w kraju służy wykluczaniu różnych środowisk i tradycji. Natomiast rozpoczęta przez rząd PiS wojna propagandowa w sprawie reparacji wojennych od Niemiec, nie mieści się w kategorii polityki historycznej[4].

Dodam, że również „wojna pomnikowa” z Rosją nie mieści się w ramach jakiejkolwiek polityki historycznej. To są działania polityczne obliczone na konfrontację, która nie wiadomo czemu ma służyć i do czego zmierzać.

Polska obecna coraz bardziej przypomina Ugandę pod rządami Idi Amina Dada (1971-1979), który ogłosił się feldmarszałkiem i „zdobywcą Imperium Brytyjskiego” oraz doprowadził do konfliktu z niemal wszystkimi sąsiadami, że o Cesarstwie Środkowoafrykańskim (1976-1979) Jeana-Bedela Bokassy nie wspomnę.

[1] W kilka minut zburzyli radzieckie mauzoleum. „Ostatni bastion komunizmu padł na pysk”, http://www.tvn24.pl, 9.09.2017.

[2] „Mąż sprzedał Zofię Sowietom za wódkę, ratowali ja polscy żołnierze. I za to zginęli od kul w tył głowy”, http://www.tvn24.pl, 15.06.2017.

[3] Np. Stanisław M. Jankowski, „Dawaj czasy! Czyli wyzwolenie po sowiecku”, Dom Wydawniczy „Rebis”, Poznań 2017. W reklamie tej książki na portalu księgarni Empik czytamy m.in.: „Żołnierze AK przyjęli ich jak sojuszników – oni potraktowali ich jak wrogów: kulą w głowę lub uwięzieniem. Przez cywilów byli witani kwiatami i chlebem – tyle że oni chcieli zegarków, wódki oraz kobiet. Biada tym, którzy odmówili…”, http://www.empik.com, 11.04.2017.

[4] J. Nizinkiewicz, „Friszke: samobójcza polityka historyczna PiS”, http://www.rp.pl, portal dziennika „Rzeczpospolita”, 10.09.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 11 września 2017 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2155/56), 24.09-1.10.2017, s. 6-7

Dekomunizacja Sendlerowej?

Narodowy Bank Polski nie chce wyemitować okolicznościowej monety, upamiętniającej 10. rocznicę śmierci Ireny Sendlerowej[1]. Jest to kolejna zdumiewająca decyzja obecnej władzy po zapowiedzi odradzania zagranicznym dziennikarzom wizyt w Muzeum Auschwitz, z którą wystąpił zdymisjonowany już prezes Polskiej Organizacji Turystycznej. Rodzi się pytanie – czy w końcu PiS chce walczyć ze stereotypem antysemickiej Polski, oskarżanej przez Grossa i Grabowskiego o udział w zagładzie Żydów, czy nie? Bo co innego mówi w tej sprawie senator Jan Żaryn, a co innego robi np. prezes NBP – „niezłomny prawicowiec” Adam Glapiński.

Domyślam się dlaczego Sendlerowa mogła nie przypaść do gustu prezesowi Glapińskiemu. Nie podejrzewam go o antysemityzm. Wiem natomiast, że jest radykalnym antykomunistą. No a Irena Sendlerowa była długoletnią członkinią Związku Polskiej Młodzieży Demokratycznej i PPS (do 1948 r.) oraz PZPR (1948-1968). A czy dla „niezłomnego prawicowca” może być coś gorszego od czyjegoś członkostwa w PZPR? Dla „niezłomnego prawicowca” członkostwo w PZPR przekreśla wszystko – nieważne co człowiek zrobił dla kraju i nieważne, że Sendlerowa była po wojnie wielokrotnie przesłuchiwana przez UB i tylko przez przypadek uniknęła aresztowania.

Członkowie PZPR byli jednak różni. Jedni dopuszczali się zbrodni i przestępstw, a inni pracowali jak najlepiej umieli na rzecz odbudowy i rozwoju kraju. Jedni wspierali sowietyzację, a inni rozumieli polskie sprawy i działali na rzecz polskiej racji stanu. Jedni wstępowali dla kariery, inni z konformizmu, a chyba najmniej zaliczało się tam do ideowych ludzi lewicy. Sendlerowa była właśnie autentycznym, ideowym człowiekiem lewicy. Najbardziej znana jest z tego, że podczas okupacji niemieckiej uratowała około 2,5 tys. dzieci żydowskich, w czym zresztą dopomógł jej m.in. Jan Dobraczyński – pisarz katolicki, związany przed wojną ze Stronnictwem Narodowym i ONR ABC, a po wojnie działacz Stowarzyszenia PAX i przewodniczący PRON, czyli dla obecnej władzy też „zdrajca”.

Jednakże to nie było jedyne pole działalności Ireny Sendlerowej. W latach 1932-1939 pracowała w Sekcji Opieki nad Matką i Dzieckiem Obywatelskiego Komitetu Pomocy Społecznej Wolnej Wszechnicy Polskiej, a od 1935 roku także w Wydziale Opieki Społecznej i Zdrowia Zarządu Miejskiego m.st. Warszawy. Została tam kierowniczką Referatu do Walki z Włóczęgostwem, Żebractwem i Prostytucją. Pracę w opiece społecznej kontynuowała też w PRL, gdzie doszła do stanowiska dyrektora departamentu w Ministerstwie Zdrowia i Opieki Społecznej. Przed wojną zajmowała się m.in. obroną bezrobotnych i biednych przed eksmisjami na bruk oraz pomocą prawną, psychologiczną i materialną dla ludzi wykluczonych społecznie, a więc rzeczami zupełnie niezrozumiałymi dla współczesnych neoliberałów, którzy uważają, że biedni i wykluczeni sami są winni swojej biedy i wykluczenia. Neoliberalizm gospodarczy jest przecież bliski obecnemu prezesowi NBP, który był nie tylko współzałożycielem Porozumienia Centrum, ale także warszawskiego oddziału Kongresu Liberalno-Demokratycznego i ministrem w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego w 1991 roku.

Należy dodać, że „niezłomnej prawicy” nie są obce tendencje do eksponowania postaci Sendlerowej jako przykładu polskiej postawy wobec losu Żydów podczas drugiej wojny światowej. W takim duchu pisał o niej m.in. tygodnik „Niedziela”, zatajając co prawda, że była człowiekiem lewicy[2]. Niemal za swoją uznała ją na Facebooku strona o nazwie „Antykomuna” – prezentująca skrajne treści antykomunistyczne i antylewicowe oraz ślepo gloryfikująca „żołnierzy niezłomnych”. Zwróciłem im uwagę na to, żeby nie afiszowali się Sendlerową, bo ona – socjalistka i długoletnia członkini PZPR – pewnie by sobie tego nie życzyła. W odpowiedzi spotkałem się oczywiście z agresją. Być może też nie życzyłaby sobie uhonorowania monetą NBP przez obecną władzę, która wszystko i wszystkich „dekomunizuje”, tzn. wymazuje pół wieku polskiej historii.

[1] A. Rogal, NBP odpowiada, czemu nie chce monety z Sendlerową: w 2009 r. byli już „Polacy ratujący Żydów”, http://www.tokfm.pl, 6.09.2017.

[2] S. Błaut, Egzamin z człowieczeństwa, „Niedziela” nr 21/2008, s. 35.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 września 2017 r.

W marszu z Banderą

24 sierpnia w Kijowie – z okazji święta niepodległości Ukrainy – odbyła się coroczna parada wojskowa. W tym roku wzięło w niej udział 4,5 tys. żołnierzy ukraińskich oraz 231 żołnierzy z 10 państw, z których osiem należy do NATO: USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Polski, Rumunii, Litwy, Łotwy, Estonii, Mołdawii i Gruzji. Oprócz szefa Pentagonu Jamesa Mattisa do Kijowa przyjechali ministrowie obrony Czarnogóry, Estonii, Gruzji, Litwy, Łotwy, Mołdawii, Polski i wiceminister obrony Wielkiej Brytanii[1].

Przed tym wydarzeniem pojawiły się informacje, że podczas parady w Kijowie odegrany zostanie marsz (hymn) Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i 29 polskich żołnierzy z 21. Brygady Strzelców Podhalańskich będzie maszerować do muzyki tego marsza[2]. Ostatecznie marsz OUN nie został odegrany, ale polski oddział maszerował na tle czerwono-czarnych flag OUN-Banderowców i razem z oddziałami ochotniczymi wywodzącymi się z Prawego Sektora. Jeden z defilujących oddziałów ukraińskich otrzymał na paradzie imię Jewhena Konowalca – twórcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, odpowiedzialnego za terrorystyczne działania wobec Polski w latach 30. XX wieku.

Minister obrony narodowej Antoni Macierewicz – gość honorowy kijowskiej parady – tego dyskretnie nie widział. Nie zauważył też, że odbierał defiladę organizacji paramilitarnych i politycznych Ukrainy z czerwono-czarnymi sztandarami upowskimi i portretami Stepana Bandery. To wszystko w żaden sposób mu nie przeszkadzało. Po zakończeniu parady minister Macierewicz spotkał się ze swoim odpowiednikiem Stepanem Połtorakiem oraz prezydentem Poroszenką i zadeklarował jednostronne wsparcie polityczne i wojskowe Polski dla Ukrainy. Pozwolił sobie przy tym na następujące stwierdzenia, które zacytowała służba prasowa administracji prezydenta Poroszenki: „Europa bez Ukrainy nie będzie pełnowartościowa ani w sensie politycznym, ani gospodarczym, ani wojskowym. Polska jest i pozostanie razem z Ukrainą, ponieważ wasz kraj broni Europy. (…) to na Ukrainę spada dzisiaj główny ciężar obrony Europy przed barbarzyństwem, które grozi całej Europie, ale przede wszystkim flance wschodniej”[3].

Są to twierdzenia całkowicie oderwane od rzeczywistości, których wypowiadanie nie przystoi członkowi rządu. Dowodzą one tylko, że polityka wschodnia prowadzona przez PiS i popierana przez opozycję liberalną nie ma żadnego celu, bo nie można za takowy uznać wykonywania zaleceń Starszego Brata zza Oceanu Atlantyckiego.

Polityka musi mieć jakiś cel – słuszny lub fałszywy. Jednakże tego, co robią Macierewicz i reszta jego obozu politycznego względem Ukrainy nie można nazwać polityką. To jest z jednej strony żyrowanie w ślepo wszystkiego co zrobi pomajdanowa władza w Kijowie, a z drugiej strony dążenie do budowania siły Ukrainy polskim kosztem i polskim wysiłkiem. Gdyby Polska prowadziła wobec Ukrainy politykę, tzn. zamiast wykonywać instrukcje płynące z ambasady USA przyjęłaby za punkt odniesienia swoją rację stanu, to jednostronne deklarowanie wobec Kijowa wsparcia politycznego, wojskowego i gospodarczego nie mogłoby mieć miejsca bez rozwiązania kwestii spornych, np. w dziedzinie polityki historycznej czy blokowania przez Ukrainę eksportu polskiego mięsa.

Żeby odpowiedzieć na pytanie jak powinna wyglądać polska suwerenna polityka wobec Ukrainy, trzeba zadać sobie pytanie jaki jest polski suwerenny interes na Wschodzie. Zgadzam się, iż w interesie Polski leży, żeby pomiędzy Polską a Rosją istniała strefa buforowa w postaci Ukrainy. Ale równocześnie w interesie Polski leży też, żeby na Ukrainie nie było renesansu banderowskiego oraz żeby Ukraina była słaba i trwale skonfliktowana z Rosją, a więc taka jak obecnie. Tymczasem minister Macierewicz deklaruje coś wręcz przeciwnego, a mianowicie polskie wsparcie dla budowania siły państwa, które odwołuje się do antypolskiej ideologii szowinistycznej, wskrzesza jej upiory i gloryfikuje sprawców ludobójstwa na narodzie polskim. Czyli państwa, które wcale nie rokuje nadziei na wzajemnie przyjazne ułożenie stosunków teraz i w przyszłości.

Ponadto poważny polityk suwerennego państwa nigdy nie nazwałby „barbarzyństwem” poważnego i liczącego się mocarstwa, nigdy nie mówiłby publicznie, że ze strony tego mocarstwa grozi Europie jakieś niebezpieczeństwo, nawet gdyby to była prawda i nigdy nie nazwałby oficjalnie swojego kraju „flanką wschodnią”.

W Kijowie, inaczej niż w Warszawie, potrafią myśleć w kategoriach racji stanu i tam wiedzą, że w interesie Ukrainy leży Polska trwale skonfliktowana z Niemcami i Rosją oraz skłócona wewnętrznie, którą można wykorzystywać do realizacji własnych celów politycznych i przeciwko której można będzie w przyszłości wystąpić np. w sojuszu z Niemcami. Takie cele polityki Kijowa wspiera silne lobby ukraińskie, które ma wpływy i w PiS, i w PO, i w różnych mediach. Narracja tego lobby jest traktowana przez polski mainstream polityczny poważnie i co najgorsze – jest przedstawiana społeczeństwu jako obiektywny polski punkt widzenia. Postsolidarnościowy mainstream polityczny przyjął narrację lobby ukraińskiego za swoją własną i uważa ją za realny opis rzeczywistości. Stąd narracja ta staje się coraz bardziej radykalna.

Przykładem radykalizacji lobby ukraińskiego jest ostatnia wypowiedź red. Andrzeja Talagi z dziennika „Rzeczpospolita”. Odnosząc się do informacji o planowanym odegraniu podczas parady w Kijowie hymnu OUN, postulował on na łamach „Rzeczypospolitej”, żeby Polska milczała w sprawie gloryfikacji OUN i UPA na Ukrainie. Zdaniem Talagi „racja stanu (…) nakazuje nam milczeć i budować jak najlepsze stosunki z Kijowem pomimo gloryfikacji OUN i UPA”. Żeby ten bulwersujący absurd uzasadnić, Talaga sięgnął po wypróbowaną strategię lobby ukraińskiego straszenia Polaków Rosją i uderza z grubej rury: „utrata Ukrainy na korzyść Kremla zasadniczo zmienia na niekorzyść strategiczne położenie Polski i powinniśmy robić wszystko, by uniknąć takiego scenariusza”.

Mamy tu dwie nieprawdy: kreowanie Rosji jako strony agresywnej, podczas gdy w rozgrywce politycznej na Ukrainie stroną agresywną od 2014 roku są USA i NATO, oraz kreowanie wizji odrodzenia imperializmu rosyjskiego, kiedy obecna polityka rosyjska faktycznie nie ma takich ambicji. Dąży ona mianowicie nie do odbudowy Imperium Rosyjskiego lub ZSRR, ale do zachowania status quo. Tzn. do to tego, by nie dopuścić do kolorowej rewolucji w Moskwie i rozpadu Federacji Rosyjskiej, co jest celem tzw. neokonserwatystów amerykańskich, którego nie ukrywali i nie ukrywają. Aneksja Krymu została podyktowana względami bezpieczeństwa Rosji w sytuacji przejścia Ukrainy po przewrocie w 2014 roku do strefy wpływów USA, a nie była przejawem imperializmu rosyjskiego. Talaga kreuje fałszywą rzeczywistość, bo przed Polską wcale nie stoi alternatywa marszu „z Banderą lub z Moskwą” – i tę fałszywą rzeczywistość przedstawia jako obiektywną.

Odegrawszy scenę straszenia Polaków Rosją Talaga proponuje, żeby „wziąć rozbieżności w ocenie działalności banderowców w nawias, tak aby nie wpływały na inne wspólne działania, uprawiać politykę proukraińską pomimo gloryfikacji UPA przez Kijów”. W konkluzji przekracza granicę nonsensu: „Ukraina z Banderą nie wejdzie do UE – to znany cytat obrazujący obecną postawę Polski. Niechaj wejdzie choćby i z samym diabłem, jeśli miałoby to poprawić bezpieczeństwo Polski”[4].

Konrad Rękas skomentował te wynurzenia następująco: „Talaga minął już Himalaje absurdu i zbliża się powoli do Księżyca w swojej drodze na Mars głupoty. Dobrze, że ktoś taki jak Talaga istnieje, bo artykułowanie wprost tak bzdurnych i szkodliwych poglądów otwiera ludziom oczy na ewidentne konsekwencje konotacji polityki obecnego rządu. A więc dobrze, że tego typu radykałowie i wariaci mówią głośno to, co Macierewicz, Waszczykowski i inni robią po cichu”[5].

Nie zgodzę się z tym, że red. Talaga jest głupcem. Moim zdaniem jest on przedstawicielem silnego w Polsce lobby ukraińskiego lub amerykańskiego, jak wielu innych publicystów oraz zinstytucjonalizowanych propagatorów doktryny Giedroycia i „wiary ukrainnej”. Natomiast prawdą jest, że polski mainstream polityczny uznaje takie poglądy za obiektywne i przyjmuje je za swój punkt widzenia, który niekoniecznie od razu wyraża głośno i otwarcie. Wszak jeszcze polska opinia publiczna nie została całkiem przerobiona w duchu „wiary ukrainnej”.

Należy zatem po raz kolejny zadać pytanie – dokąd postsolidarnościowy mainstream polityczny chce maszerować ze Stepanem Banderą, jak mu podpowiada red. Talaga. Stosunki polsko-ukraińskie wcale nie stały się lepsze pomimo chowania przez polskie władze głowy w piasek wobec polityki historycznej Kijowa, czyli wszechstronnej heroizacji OUN i UPA, oraz jednostronnego polskiego wsparcia dla Ukrainy na płaszczyźnie politycznej, wojskowej i gospodarczej. Pomajdanowa Ukraina, która swojej tożsamości historycznej szuka wyłącznie w tradycji banderowskiej i w tym celu doprowadziła do prawdziwego renesansu banderowskiego, jest partnerem, który bierze, ale nic nie daje w zamian. Popularne w kręgu „Gazety Polskiej” twierdzenie, że broni Polskę przed Rosją należy do kategorii tzw. humoru zeszytów albo humoru szkolnego.

Jest to partner, który na polskie wsparcie coraz bardziej odpowiada jawną wrogością. Ekshumacje na Wołyniu – nie tylko ofiar UPA, ale także legionistów Piłsudskiego poległych w 1916 roku pod Kostiuchnówką – po raz kolejny zostały zablokowane przez nacjonalistę ukraińskiego Światosława Szeremetę, który jest sekretarzem Państwowej Międzyresortowej Komisji ds. Wojen i Represji Politycznych[6]. O profanacjach polskich miejsc pamięci narodowej na Ukrainie, które miały miejsce w pierwszej połowie 2017 roku, już nie będę wspominał. Jak i o zamachu terrorystycznym na konsulat w Łucku. Polskiej opinii publicznej wyjaśniono, że były to „prowokacje rosyjskie”, ale do dzisiaj tych „prowokatorów” nikt nie wykrył. Polscy politycy nie są, bo nie chcą być świadomi tego z jakimi w rzeczywistości partnerami politycznymi mają do czynienia na Ukrainie.

Dziwne milczenie w PiS i jego mediach zapadło w sprawie ukraińskiej Fundacji Otwarty Dialog, której przewodniczący Bartosz Kramek upublicznił podczas antyrządowych manifestacji w lipcu plan prawdziwej wojny hybrydowej z rządem PiS. Najpierw próbowano przedstawić Fundację Otwarty Dialog jako „agenturę rosyjska”, później Ministerstwo Spraw Zagranicznych zapowiedziało kontrolę, a prokuratura śledztwo, a potem zapadła cisza. Przerwana informacją, że PO miała zaproponować Kramkowi miejsce na swoich listach wyborczych we Wrocławiu[7]. To jeszcze jeden ewidentny dowód na to jak lobby ukraińskie rozgrywa postsolidarnościową scenę polityczną.

Jakie są skutki masowego sprowadzania indoktrynowanych ideologią banderowską Ukraińców do Polski i po co są sprowadzani przez „polski biznes” pokazuje zeznanie jednego ze świadków przed sejmową komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji. Zeznał on mianowicie, że właściciel „zreprywatyzowanej” kamienicy przy ulicy Poznańskiej 14 w Warszawie umieścił w niej grupę ukraińskich robotników. Ci zastraszali lokatorów, żeby zgodnie z wolą właściciela zmusić ich do opuszczenia kamienicy. Wśród gróźb padających ze strony Ukraińców były także groźby pozbawienia życia. „Gdy zwróciłem im uwagę to powiedzieli, że mogą nam zrobić Wołyń” – zeznał świadek[8].

Ukraińcy są sprowadzani do Polski m.in. po to, żeby utrwalić jej status jako skansenu neoliberalizmu z niskimi płacami i odbiegającymi od europejskich standardami pracy oraz samowolą prywatnych właścicieli i pracodawców. Warto zwrócić uwagę na to, że przez 25 lat nie było w Polsce pracy dla Polaków, a praca dla Ukraińców znajduje się natychmiast. Uczelnie, tak oszczędne w przydzielaniu stypendiów polskim studentom i doktorantom, natychmiast znajdują środki na stypendia dla studentów z Ukrainy. Identycznie jak samorządy, które oferują imigrantom ukraińskim mieszkania.

Odpowiedź na pytanie dokąd postsolidarnościowy mainstream polityczny chce maszerować ze Stepanem Banderą pod rękę jest dwojaka. Marsz ten może doprowadzić do uwikłania Polski w wojnę Kijowa z separatystami w Donbasie lub nawet w wojnę ukraińsko-rosyjską. Celem rządu w Kijowie, którego nie ukrywa, jest doprowadzenie do umiędzynarodowienia konfliktu w Donbasie, a celem nacjonalistów ukraińskich i neokonserwatystów amerykańskich, którego też nie ukrywają, jest doprowadzenie do wojny ukraińsko-rosyjskiej. Ponadto maszerujący z Banderą mainstream postsolidarnościowy naraża kraj na problemy polityczne i ekonomiczne wynikające ze stworzenia w Polsce znaczącej liczebnie mniejszości ukraińskiej, złożonej z ludzi zindoktrynowanych ideologią nacjonalistyczną, nastawionych antypolsko i roszczeniowo. Ukraińcy nigdy nie potrafili zbudować swojego państwa, ale są mistrzami destabilizacji. Nie tylko własnego kraju. Czy trzeba przypominać historię działalności terrorystycznej OUN w II RP i czy trzeba jeszcze raz to przerabiać?

Marsz polskiego mainstreamu z Banderą jest więc drogą donikąd. Jest działaniem antypolskim. Będę to powtarzał do znudzenia. Nie mainstreamowi, ale tej części opinii publicznej w Polsce, która jeszcze potrafi myśleć.

[1] „W Kijowie odbyła się parada z udziałem wojsk NATO z okazji Dnia Niepodległości Ukrainy”, http://www.pl.sputniknews.com, 24.08.2017.

[2] „Polscy żołnierze będą maszerować do hymnu OUN. MON nic o tym nie wie”, http://www.kresy.pl, 17.08.2017.

[3] „Macierewicz: Polska stoi po stronie Ukrainy, bo broni ona Europy”, http://www.kresy.pl, 24.08.2017.

[4] „Talaga („Rzeczpospolita”): lepiej maszerować z Banderą niż z Moskwą”, http://www.kresy.pl, 23.08.2017.

[5] „Polska w złym towarzystwie”, http://www.pl.sputniknews.com, 25.08.2017.

[6] „IPN bezradny wobec złośliwości Ukrainy”, http://www.pl.sputniknews.com, 27.08.2017.

[7] A. Wiejak, „Nasz news: PO zaproponowała Bartoszowi Kramkowi miejsce na listach w przyszłych wyborach”, http://www.prawy.pl, 15.08.2017.

[8] Świadek komisji weryfikacyjnej: robotnicy z Ukrainy grozili, że „zrobią nam Wołyń”, http://www.kresy.pl, 30.08.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 września 2017 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2153/54), 10-17.09.2017, s. 1, 6-7

Sojuszniczy cios nożem w plecy

Współczesna polska publicystyka historyczna wykreowała określenie „cios nożem w plecy” wobec agresji ZSRR z 17 września 1939 roku. Tych ciosów nożem w plecy Polska otrzymała we wrześniu 1939 roku jednak więcej. 1 września 1939 roku taki cios zadała Rzeczypospolitej Słowacja – umożliwiając wojskom hitlerowskim zaatakowanie Polski ze swojego terytorium oraz biorąc czynny udział w tej agresji. 12 września 1939 roku cios nożem w plecy zadali natomiast nacjonaliści ukraińscy, wszczynając w porozumieniu z Berlinem działania, które przeszły do historii pod nazwą dywersji OUN na Kresach Wschodnich.

Na miano ciosu nożem w plecy zasługuje także postawa sojuszników Polski, czyli niewywiązanie się przez Francję i Wielką Brytanię ze zobowiązań sojuszniczych. Ten sojuszniczy cios nożem w plecy był chronologicznie pierwszy i stanowił ogromny szok dla społeczeństwa polskiego, które ówczesna propaganda państwowa utwierdzała w wierze w trwałość i niezawodność sojuszy. Przypominam o nim nie po to, żeby deprecjonować znaczenie innych przyczyn klęski wrześniowej – w tym działań podjętych przez ZSRR – ale dlatego, że postawa sojuszników zachodnich wobec samotnie walczącej z najazdem niemieckim Polski zasługuje na uwagę również w kontekście współczesnej polskiej polityki prozachodniej.

Odsunąć agresję niemiecką od Zachodu

II Rzeczpospolita od początku lat 20. XX wieku była związana sojuszem polityczno-wojskowym z Francją – najsilniejszym wówczas militarnie mocarstwem Europy Zachodniej. Polsko-francuska umowa sojusznicza została podpisana 19 lutego 1921 roku w Paryżu. Dopiero 19 maja 1939 roku – w sytuacji jawnego już zagrożenia napaścią Niemiec hitlerowskich na Polskę – Francja zgodziła się na odnowienie i uściślenie konwencji wojskowej do umowy sojuszniczej z 1921 roku. Nadający tej konwencji klauzulę ważności protokół polityczny dyplomacja francuska podpisała pod naciskiem Wielkiej Brytanii 4 września 1939 roku. Najważniejszym zobowiązaniem, jakie przyjęła na siebie Francja było rozpoczęcie ofensywy przeciw Niemcom w 15-tym dniu po ogłoszeniu mobilizacji powszechnej.

Drugim sojusznikiem II RP w 1939 roku stała się Wielka Brytania, która w reakcji na całkowitą likwidację Czechosłowacji przez Niemcy (14-15 marca 1939 r.) udzieliła Polsce 31 marca 1939 roku jednostronnej gwarancji niepodległości (ale nie integralności terytorialnej), obiecując pomoc wojskową w wypadku zagrożenia. Następstwem tego kroku było podpisanie 6 kwietnia 1939 roku w Londynie przez ministrów spraw zagranicznych Józefa Becka i lorda Halifaxa układu o dwustronnych gwarancjach polsko-brytyjskich, który stał się podstawą rokowań o zawarcie formalnego układu sojuszniczego między Polską a Wielką Brytanią. Na sfinalizowanie go Londyn zdecydował się dopiero 25 sierpnia 1939 roku, obawiając się, że po podpisaniu w Moskwie 23 sierpnia 1939 roku paktu Ribbentrop-Mołotow Polska może pójść na ustępstwa wobec Niemiec.

Układy polskie z Wielką Brytanią spowodowały wypowiedzenie przez Hitlera 28 kwietnia 1939 roku polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 roku. Droga do wojny została otwarta, ale do wojny ze wschodnim sąsiadem Niemiec. Do tego właśnie zmierzała polityka francuska i brytyjska – do odsunięcia agresji hitlerowskiej od Europy Zachodniej.

Celem gwarancji sojuszniczych udzielonych Polsce przez Paryż i Londyn w 1939 roku nie była jej obrona przed Niemcami. Francja i Wielka Brytania – w sytuacji załamania się polityki monachijskiej – nie chciały jedynie dopuścić do tego, by Polska poszła na polityczne ustępstwa wobec Niemiec, co spowodowałoby skierowanie agresji niemieckiej na Zachód.

Od euforii do ewakuacji

O tym, że gwarancje francuskie i brytyjskie są niepewne, polskie społeczeństwo nie wiedziało. Ówczesna elita władzy chciała wierzyć w niezawodność tych sojuszy mimo niechęci Paryża i Londynu do przyjęcia konkretnych zobowiązań natury wojskowej na wypadek wybuchu wojny. Wiarę tę krzewiła wszelkimi środkami w społeczeństwie, przygotowując je psychologicznie do wielkiego zwycięstwa razem z mocarstwami zachodnimi nad III Rzeszą.

29 sierpnia 1939 roku na łamach „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” można było przeczytać artykuły o następujących tytułach: „Nadzwyczajne posiedzenie parlamentu angielskiego”, „Francja pod znakiem mobilizacji”, „Anglia gotowa do starcia – tłumy modlą się w świątyniach”, „Nie oddamy niczego – walczymy o wolność ludzkości!”, „Ani rząd, ani naród brytyjski nie zgodzi się na rozwiązanie po linii Monachium”, „Berlin w nastroju ciężkiej depresji”, „Mocna decyzja i nieugiętość cechują Francję”, „Szwecja i Dania sympatyzują z Polską”[1]. O rzekomym ogłoszeniu mobilizacji przez Francję pisała też 28 sierpnia 1939 roku prosanacyjna „Gazeta Polska”[2].

IKC z 29 sierpnia 1939 roku

IKC z 29 sierpnia 1939 roku

Dzisiaj powiedzielibyśmy, że były to tzw. „fake news”. Francja i Wielka Brytania nie tylko nie ogłosiły mobilizacji, ale zmusiły władze polskie do odwołania 30 sierpnia ogłoszonej dzień wcześniej mobilizacji powszechnej. Stało się tak dlatego, że wbrew temu co twierdził „IKC” Paryż i Londyn do końca grały z Niemcami, licząc na powrót do polityki monachijskiej. Ponownie Polska ogłosiła mobilizację wieczorem 31 sierpnia. Opóźnienie mobilizacji spowodowało trudny do opanowania chaos. 1 września polskie jednostki liniowe osiągnęły 70 proc. gotowości bojowej, a wiele oddziałów nie dotarło już do miejsc zgrupowań z powodu ataków lotnictwa niemieckiego na linie kolejowe.

30 sierpnia 1939 roku „IKC” pisał m.in. o „katastrofalnej pozycji wyjściowej Niemiec w razie wywołania pożogi wojennej” oraz cytował list premiera Francji Édouarda Daladiera do Hitlera, w którym napisał on, że „Francja wiernie wypełni swe zobowiązania” wobec Polski. W centrum uwagi „IKC” znalazł się też gen. Maurice Gamelin – szef sztabu francuskiego, przyszły współautor tzw. „dziwnej wojny” i klęski Francji w 1940 roku. Wedle charakterystyki „IKC” był to „spokojny, pełen rozwagi oficer-arystokrata (…) i jeden z najbardziej utalentowanych wychowanków światowej sławy Akademii Wojskowej w St. Cyr”[3].

IKC z 31 sierpnia 1939 roku

IKC z 31 sierpnia 1939 roku

31 sierpnia 1939 roku „IKC” opatrzył pierwsza stronę krzyczącym tytułem: „Chamberlain oświadcza: Nie ustąpimy ani na krok!”. Zamieścił też zdjęcie imponującego działa polskiej artylerii zmotoryzowanej (sic!) z podpisem „Lawiną żelaza przyjmiemy wroga”. A na ósmej stronie dał najbardziej krzepiące tytuły: „Niemiecki żołnierz nie chce się bić z Polską i ucieka przez granicę” oraz „Pierwsza godzina wojny będzie hasłem do rewolucji w III Rzeszy”[4].

IKC z 31 sierpnia 1939 roku. Zdjęcie działa polskiej artylerii zmotoryzowanej

IKC z 31 sierpnia 1939 roku. Zdjęcie działa polskiej artylerii zmotoryzowanej

Szczytem polskiej euforii był 3 września 1939 roku, chociaż tego dnia wojska niemieckie zajęły już Górny Śląsk i Pomorze oraz przerwały front na południowym zachodzie i północy, a Luftwaffe od trzech dni dosłownie pustoszyła kraj. Ale właśnie 3 września Francja i Wielka Brytania wypowiedziały wojnę Niemcom. Nikt nie zastanawiał się nad tym, dlaczego dopiero 3 września. Manifestacja radości przed ambasadami Francji i Wielkiej Brytanii „wystrzeliła z serca, z wolnej woli Warszawy (…). Od skrzyżowania z alejami Jerozolimskimi po przecięcie z ul. Chmielną kolebał się potężny tłum. Nie policzyć ile tysięcy” – donosił „Kurier Poranny”. Wedle relacji tej gazety parkan otaczający budynek ambasady brytyjskiej przy ul. Smolnej został oblepiony ludźmi. Nie było końca owacjom, gdy na balkonie ambasady pojawili się ambasador brytyjski Howard W. Kennard i minister Beck, który stwierdził: „Anglia nie zawiedzie się na Polsce, tak, jak i Polska nie zawiedzie się na Anglii. Jeśli ktoś będzie miał rozczarowanie, to na pewno nie my”. Równie spontaniczna manifestacja odbyła się pod ambasadą Francji, która została zasypana kwiatami. Ambasador francuski Leon Noël oświadczył: „Nie jesteście już osamotnieni, lecz macie za sobą Francję oraz Imperium Brytyjskie wraz z ich niewyczerpanymi zasobami ludzkimi i materialnymi oraz całą ich potęgą”[5].

Tego też dnia płk Zygmunt Wenda – szef sztabu Obozu Zjednoczenia Narodowego – przyjął przedstawicieli opozycji, którzy w obliczu wojny zaproponowali poszerzenie bazy politycznej rządu. Pogardliwie oświadczył im, że nikt nie będzie się dzielił zwycięstwem nad Niemcami.

Jednak już następnego dnia – 4 września – kiedy szczyt euforii warszawskiej ulicy jeszcze nie opadł, rozpoczęła się ewakuacja ze stolicy prezydenta Ignacego Mościckiego i rządu gen. Felicjana Sławoja-Składkowskiego, a 6 września naczelnego wodza, marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza. 8 września do przedmieść Warszawy dotarł niemiecki XVI Korpus Pancerny.

Ulotki zamiast bomb

5 września 1939 roku popołudniówka „Czas-7 Wieczór” pisała o 30-tu polskich samolotach, które rzekomo zbombardowały Berlin. Przy czym „wszyscy lotnicy powrócili do swych baz”[6]. Tego samego 5 września „Express Poranny” pisał o rzekomym zbombardowaniu portów niemieckich przez lotnictwo brytyjskie oraz o wkroczeniu polskiej kawalerii do Prus Wschodnich[7]. 6 września „Goniec Warszawski” na pierwszej stronie dał tytuł: „Francuzi przeszli linię Zygfryda. Westerplatte, Gdynia, Hel – bronią się! Największy pancernik niemiecki zatopiony”. A na kolejnej stronie entuzjazmował się: „Przygnębienie w Berlinie” i „Niemcy w potrzasku”[8]. 13 września – a więc w dniu, w którym wojska niemieckie zamknęły pierścień okrążenia wokół Warszawy – „Express Poranny” informował o załamaniu się ofensywy niemieckiej na Polskę, powstaniach w zajętych przez Niemców miastach i zwycięskich atakach sprzymierzonych na froncie zachodnim[9].

„Czas-7 Wieczór” z 5 września 1939 roku

„Czas-7 Wieczór” z 5 września 1939 roku

„Express Poranny” z 5 września 1939 roku

„Express Poranny” z 5 września 1939 roku

„Express Poranny” z 13 września 1939 roku

„Express Poranny” z 13 września 1939 roku

Niestety, rzeczywistość była inna. Zamiast bomb samoloty brytyjskie zrzucały na Hamburg ulotki, z których Niemcy mogli się dowiedzieć, że „każda niemiecka ambicja może być spełniona w drodze przyjaznej negocjacji (…). Wy, naród niemiecki, jeżeli tylko chcecie, możecie nalegać na pokój w każdym czasie. My również pragniemy pokoju i jesteśmy gotowi do jego zawarcia z każdym miłującym pokój rządem niemieckim”[10]. Z zacytowanej treści otwarcie wyziera duch polityki monachijskiej. Mimo wypowiedzenia Niemcom wojny Londyn i Paryż wciąż miały nadzieję na udobruchanie Hitlera nowym Monachium. Tym razem z Polską w roli dania głównego. Dlatego właśnie RAF we wrześniu 1939 roku bombardował Niemcy ulotkami.

9 września gen. Tadeusz Kutrzeba na czele Armii „Poznań” i części Armii „Pomorze” rozpoczął kontrofensywę pod Łodzią, która przeszła do historii pod nazwą bitwy nad Bzurą. Polska kontrofensywa miałaby szanse powodzenia, gdyby w tym czasie Francja podjęła działania odciążające. Taka częściowa ofensywa była przewidziana przez polsko-francuską konwencję wojskową jeszcze przed ofensywą generalną, którą armia francuska miała rozpocząć 15 dni po rozpoczęciu mobilizacji. Zamiast częściowej ofensywy trzy armie francuskie rozpoczęły 7 września działania pozorowane na przedpolu Linii Zygfryda. Na froncie długości około 30 km weszły one na terytorium niemieckie na głębokość od 1 do 8 km, zajmując około 20 miejscowości. 12 września – w kluczowym momencie bitwy nad Bzurą – gen. Gamelin polecił wstrzymać „offensive pour la Pologne”, która kosztowała armię francuską 1575 zabitych i rannych, przy stratach niemieckich wynoszących 196 zabitych, 356 rannych i 144 zaginionych[11]. Tego samego dnia Międzysojusznicza Najwyższa Rada Wojenna z udziałem premierów Chamberlaina i Daladiera podjęła w Abbeville decyzję o zaprzestaniu wszelkich działań ofensywnych na froncie zachodnim. Oznaczało to złamanie zobowiązań sojuszniczych wobec Polski.

„Ofensywa na rzecz Polski – zauważył prof. Marian Zgórniak – od początku była traktowana jako działanie pozorne, wynikające z czysto formalnego obowiązku uczynienia jakiegoś gestu wobec i tak skazanego na zagładę sprzymierzeńca”[12].

Dopiero mając pewność, że nie dojdzie do generalnej ofensywy francuskiej, 17 września 1939 roku Stalin zdecydował się na zrealizowanie zobowiązań wynikających z tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow. Do tego czasu nie chciał bowiem ryzykować ewentualnej wojny z mocarstwami zachodnimi. Warto przypomnieć, że treść tego tajnego protokołu była znana rządowi USA już 24 sierpnia 1939 roku[13]. Natychmiast powiadomił on o niej rząd brytyjski, a ten z kolei francuski. Oba te rządy nie poinformowały jednak o tym polskiego sojusznika.

4 maja 1939 – wyrok na Polskę

Los Polski został przesądzony znacznie wcześniej. 4 maja 1939 roku zakończyły się trwające miesiąc brytyjsko-francuskie rozmowy sztabowe. W ich trakcie sztabowcy brytyjscy wykluczyli możliwość udzielenia Polsce pomocy wojskowej, cynicznie zakładając, że pomocy takiej udzielą jej wojska radzieckie. Cynizm i perfidia tego rozumowania polegały na tym, że tak w Londynie, jak i w Warszawie z góry wykluczano możliwość politycznego zbliżenia pomiędzy Polską i ZSRR. Sztaby mocarstw zachodnich jednomyślnie zgodziły się również, że sojusz Francji i Wielkiej Brytanii z Polską i Rumunią przedstawia małą wartość strategiczną ze względu na niewielkie potencjały wojskowe tych sojuszników. W końcowym stanowisku konferencji sztabów sprzymierzonych stwierdzono, że „Los Polski zależeć będzie od ostatecznego wyniku wojny, a ten, na odwrót, zależeć będzie od naszej zdolności zadania ewentualnej klęski Niemcom, a nie od naszej zdolności zmniejszenia nacisku na Polskę na początku”. Alianci zachodni zakładali unikanie wczesnej, totalnej konfrontacji z Niemcami, aby zyskać czas na rozbudowę własnych sił zbrojnych. Decyzja podjęta 4 maja 1939 roku przez sztaby generalne Francji i Wielkiej Brytanii o nieudzieleniu Polsce pomocy wojskowej podczas wojny z Niemcami miała klauzulę tajności[14].

Konsekwencją tej tajnej decyzji była postawa zajęta przez gen. Gamelina podczas rokowań z misją wojskową gen. Tadeusza Kasprzyckiego w Paryżu (14-19 maja 1939 r.) oraz przez brytyjską misję wojskową podczas rokowań z polskim Sztabem Głównym w Warszawie (20-30 maja 1939 r.). Obaj alianci unikali przyjmowania konkretnych zobowiązań co do zaangażowania rodzajów i ilości swoich wojsk po stronie Polski na wypadek wybuchu wojny z Niemcami. Przyjmowane ustalenia w sprawie pomocy wojskowej miały charakter ogólnikowy. W martwym punkcie utknęły też starania polskie o uzyskanie we Francji i Wielkiej Brytanii znaczących pożyczek na zakup uzbrojenia.

Jednocześnie alianci zachodni nie szczędzili Polsce gołosłownych zapewnień i słów otuchy. Prawdziwy festiwal takich obietnic odegrał przed prezydentem Mościckim, marszałkiem Śmigłym-Rydzem oraz ministrem Beckiem gen. Edmund Ironside – szef sztabu brytyjskiego – podczas swojej wizyty w Warszawie w dniach 17-21 lipca 1939 roku. W rozmowie z ministrem Beckiem roztaczał on m.in. fantastyczne wizje skierowania na front polski wojsk brytyjskich z Egiptu. Bajecznie brzmiące zapewnienie Ironside’a o tym, że „przyjdziemy do was przez Morze Czarne” minister Beck uznał za poważne, co jest o tyle zdumiewające, że sam był wojskowym (pułkownikiem dyplomowanym artylerii)[15]. Składając te i inne zapewnienia Ironside wiedział, że są fałszywe. W swoim dzienniku zanotował bowiem: „Francuzi okłamują Polaków mówiąc, że zamierzają przystąpić do ataku. Taka koncepcja w ogóle nie istnieje”[16].

Po powrocie Ironside’a do Londynu brytyjski komitet szefów sztabów, obradujący pod jego przewodnictwem, stanowczo wypowiedział się przeciwko udzielaniu Polsce pomocy przez siły lądowe i morskie. Półtora miesiąca później ten sam gen. Ironside informował ambasadora Edwarda Raczyńskiego, że Wielka Brytania nie podejmie działań zbrojnych na rzecz Polski i razem z gen. Gamelinem stał się czołowym strategiem tzw. „dziwnej wojny” na froncie zachodnim (1939-1940).

W tym czasie, gdy gen. Ironside bajał w Warszawie o desancie z Egiptu przez Morze Czarne, rząd brytyjski toczył tajne rozmowy z Niemcami na temat powrotu do polityki monachijskiej. Ze strony niemieckiej prowadził je Helmuth Wohlthat – bliski współpracownik Hermanna Göringa, a ze strony brytyjskiej doradca premiera Chamberlaina – Horace Wilson[17]. Tzw. misja Wohlthata przekonała Hitlera, że Wielka Brytania i Francja nie udzielą Polsce pomocy. Stąd skierowanie 80 proc. sił Wehrmachtu przeciw Polsce wcale nie było ze strony Hitlera przejawem hazardu.

Nie było alternatywy

Mimo krytyki, jakiej poddawana jest polityka zagraniczna obozu sanacyjnego w przededniu wojny, należy stwierdzić, że w 1939 roku nie było dla Polski innej alternatywy jak pisany na wodzie sojusz z Francją i Wielką Brytanią lub sojusz z ZSRR, oznaczający de facto przyjęcie w 1939 roku politycznego status quo z 1945 roku. Popularyzowane przez niektórych prawicowych publicystów (Rafał A. Ziemkiewicz, Piotr Zychowicz) wizje spełnienia przez Polskę żądań niemieckich odnośnie Gdańska i Korytarza oraz zawarcia sojuszu z Niemcami hitlerowskimi należy uznać za niepoważne. Gdyby Polska w 1939 roku rozpoczęła drugą wojnę światową jako satelita III Rzeszy, to w 1945 roku nie miałaby nie tylko ziem wschodnich, ale i zachodnich, a może nawet nie byłoby jej wcale.

Sojusz z mocarstwami zachodnimi nie był rozwiązaniem złym, pod warunkiem że wypełniłyby one swoje zobowiązania wobec Polski. Polska była przygotowana na wsparcie ofensywy francuskiej. W Wielkopolsce przygotowano całą sieć lotnisk, gdzie wahadłowo miały lądować bombowce francuskie, bombardujące Niemcy.

Niemiecki generał Alfred Jodl podczas procesu norymberskiego oświadczył, że alianci zachodni mogli w 1939 roku odnieść szybkie zwycięstwo nad szczupłymi siłami niemieckimi na froncie zachodnim. „W roku 1939 byliśmy oczywiście w stanie zniszczyć samotną Polskę, ale nigdy nie było w naszych możliwościach, ani w 1938 roku, ani w 1939, odparcie koncentrycznego ataku sojuszników. I jeżeli nie przegraliśmy już w 1939 roku, to tylko dlatego, że w czasie kampanii polskiej mniej więcej 110 francuskich i brytyjskich dywizji zachowało się kompletnie biernie, mając za przeciwnika jedynie 23 niemieckie dywizje” – powiedział Jodl[18].

Późniejszy marszałek Alphonse Juin tak scharakteryzował postawę Francji: „Można było wejść jak w masło w pozycje niemieckie, można było rozstrzygnąć wojnę w 1939 roku. Trochę zdecydowania i charakteru (…). Co za hańba, co za wstyd, co za głupota zarazem. To idealna sytuacja, wręcz modelowa, w której można było pobić przeciwnika wychodząc na jego odsłonięte tyły. Przy tym zdrada wiernego przyjaciela”[19].

Niestety tego charakteru zabrakło wówczas politykom zachodnim, tkwiącym nadal w bagnie polityki monachijskiej.

[1] „Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 238, Kraków, 29.08.1939.

[2] Stan mobilizacji we Francji, „Gazeta Polska” nr 239, Warszawa, 28.08.1939.

[3] „Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 239, Kraków, 30.08.1939.

[4] „Ilustrowany Kuryer Codzienny” nr 240, Kraków, 31.08.1939.

[5] J. Drużycki, Anglia i Francja wypowiedziały wojnę [Warszawa od ka do jot], http://www.salon24, 4.09.2009.

[6] 30 samolotów polskich zbombardowało Berlin. Wszyscy lotnicy powrócili do swych baz, „Czas-7 Wieczór”, 5.09.1939.

[7] Niemcy wzięci w dwa ognie. Porty niemieckie zbombardowane przez lotników angielskich. Kawaleria polska wkroczyła do Prus Wschodnich. Wojska francuskie rozpoczęły akcje na lądzie, morzu i powietrzu, „Express Poranny” nr 245, 5.09.1939.

[8] „Goniec Warszawski” nr 248, 6.09.1939.

[9] Ofensywa niemiecka na Polskę – załamana. Powstania w okupowanych miastach Polski. Zwycięskie ataki sprzymierzonych na froncie zachodnim; Wspólny atak przeciwniemiecki na obu frontach, „Express Poranny” nr 253, 13.09.1939.

[10] T. Osuch, II wojna światowa. Alianci bronili Polski… ulotkami, http://www.wiadomosci24.pl, 1.09.2010.

[11] M. Zgórniak, Europa w przededniu wojny. Sytuacja militarna w latach 1938-1939, Kraków 1993, s. 482.

[12] Tamże, s. 466.

[13] Hans von Herwarth, Między Hitlerem a Stalinem. Wspomnienia dyplomaty i oficera niemieckiego 1931-1945, Warszawa 1992, s. 260.

[14] J. Karski, Wielkie mocarstwa wobec Polski 1919-1945. Od Wersalu do Jałty, Warszawa 1992, s. 281; L. Wyszczelski, O czym nie wiedzieli Beck i Rydz-Śmigły, Warszawa 1989, s. 78-81.

[15] L. Wyszczelski, O czym nie wiedzieli…, s. 122-131.

[16] J. Karski, Wielkie mocarstwa wobec Polski…, s. 281.

[17] H. Batowski, Między dwiema wojnami 1919-1939. Zarys historii dyplomatycznej, Kraków 2001, s. 360-361; L. Wyszczelski, O czym nie wiedzieli…, s. 118-119.

[18] Cyt. za: 12 września 1939 r. Tajna konferencja w Abbeville, http://www.nowahistoria.interia.pl, 12.09.2015.

[19]  Op. cit.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 września 2017 r.

„Przegląd” nr 36 (922), 4-10.09.2017, s. 8-13