Ja, agent Kremla

Z portalu ukraińskiego Centrum Studiów Wojskowych, Przebudowy i Rozbrojenia dowiedziałem się, że jestem agentem Kremla. Z zamieszczonej tam charakterystyki agenta rosyjskiego można się dowiedzieć, że Bohdan Piętka „publikuje materiały w tygodniku społeczno-politycznym «Myśl Polska». Materiały te mają na celu wzmocnienie nastrojów antyukraińskich w społeczeństwie polskim poprzez spekulacje na tematy historyczne dotyczące wspólnej ukraińsko-polskiej przeszłości. W szczególności B. Piętka oskarża bojowników OUN-UPA o ludobójstwo na narodzie polskim w czasie drugiej wojny światowej, zaprzecza współczesnej agresji Rosji wobec Ukrainy, negatywnie ocenia konieczność wzmocnienia współpracy między Ukrainą i Polską. Na dzień dzisiejszy nie zostały ustalone związki B. Piętki z rosyjskimi służbami specjalnymi, organizacjami rządowymi i pozarządowymi. Jednak jego publikacje i oświadczenia są wykorzystywane przez media rosyjskie (RIA Novosti, kanał RT) w ramach działań informacyjnych Federacji Rosyjskiej zmierzających do tworzenia negatywnego wizerunku Ukrainy”[1].

Zdaniem Centrum Studiów Wojskowych, Przebudowy i Rozbrojenia w Polsce jest tylko pięciu groźnych agentów Kremla. Są to: Paweł Kukiz (oraz jego partia polityczna), Witold Listowski (oraz kierowany przez niego Patriotyczny Związek Organizacji Kresowych i Kombatanckich), Bohdan Piętka, Wojciech Smarzowski (reżyser filmu „Wołyń”) i Adam Śmiech[2].

W charakterystyce agenta rosyjskiego Adama Śmiecha czytamy, że „rozpowszechniał publikacje zawierające oskarżenia pod adresem kierownictwa Ukrainy o heroizację «przestępców» z OUN-UPA, propagowanie ideologii nazistowskiej w społeczeństwie ukraińskim, dokonywanie zbrodni wojennych w Donbasie. Wyraża opinie o odpowiedzialności strony ukraińskiej za zestrzelenie samolotu malezyjskiego «Boeing 777-200» (17 lipca 2014 roku). Brał udział w międzynarodowym okrągłym stole «Próba przepisania historii drugiej wojny światowej: historiograficzna konieczność czy polityczna koniunktura?» (Moskwa, marzec 2015 roku) oraz w międzynarodowej konferencji naukowej „Jałta 1945 – przeszłość, teraźniejszość i przyszłość” (Jałta, luty 2015 roku). Rozpowszechnia publikacje w mediach rosyjskich i polskich, zwłaszcza w wydaniach internetowych «Jednodniówka Narodowa» (jednodniowka.pl), «Kronika Narodowa» (kronikanarodowa.pl), «Myśl Polska» (mysl-polska.pl), «Konserwatyzm» (konserwatyzm.pl), «Novorossia Today» (novorossia.today). Redaktor naczelny internetowej edycji «Jednodniówki Narodowej», kierownik biblioteki slawistyki Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego”[3].

Czym jest Centrum Studiów Wojskowych, Konwersji i Rozbrojenia z siedzibą w Kijowie (Центр исследований армии, конверсии и разоружения – ukraiński skrót: ЦИАКР / CIAKR, angielski skrót: CACDS – Center for Army, Conversion and Disarmament Studies)? O sobie piszą, że są pozarządową organizacją badawczą, założoną „w 1999 roku w celu promowania rozwoju i pogłębienia demokratyzacji społeczeństwa ukraińskiego poprzez rozpowszechnianie wspólnych standardów w zakresie publicznej kontroli nad siłami bezpieczeństwa”. Dyrektorem CACDS od 1999 roku jest niejaki Walentin Badrak, urodzony w 1968 roku w Czerkasach. Absolwent Szkoły Oficerskiej Wojsk Powietrzno-Desantowych w Riazaniu (jeszcze w okresie ZSRR), Kijowskiego Narodowego Uniwersytetu Lingwistycznego i szkoły zarządzania na Uniwersytecie Harvarda. Jego praca doktorska była poświęcona wykorzystywaniu środków masowego przekazu w kampaniach wyborczych. Zajmuje się więc walką informacyjną.

Dalej CACDS podaje, że jest dobrowolnym stowarzyszeniem „specjalistów w dziedzinie profesjonalnej analizy procesu rozbrojenia i uzbrojenia (przezbrojenia) armii państw z regionu, reformy sił bezpieczeństwa, działania przemysłu obronnego i aktywności Ukrainy na międzynarodowym rynku broni. Ponadto CACDS zajmuje się tematem stosunków cywilno-wojskowych i cywilnej kontroli nad siłowymi strukturami władzy oraz rozwojem obronności i technologii podwójnego zastosowania na Ukrainie. Eksperci CACDS aktywnie pracują w dziedzinie badań udziału Ukrainy w międzynarodowej kontroli zbrojeń i technologiach krytycznych. W 2001 roku CACDS został założycielem firmy informacyjnej i konsultingowej Defense Express (pierwotnie agencji News Express Defense Express)”. Z dalszych informacji wynika, że interesują ich sprawy wojskowości, przemysłu obronnego i energetycznego, służb bezpieczeństwa i współpracy Ukrainy z NATO[4].

W ramach tajemniczo brzmiącego projektu OSINT zajęli się też demaskowaniem rosyjskiej agentury w całej Europie. W Polsce zdemaskowali pięć osób, jedną organizację (Patriotyczny Związek Organizacji Kresowych i Kombatanckich) i jedną partię (Kukiz 15), w Czechach siedem osób, jedną partię (Strana Prav Občanu – Partia Praw Obywateli prezydenta Miloša Zemana), jeden instytut (ISSTRAS – Instytut Strategicznych Studiów Słowiańskich) i jeden portal (eurodenik.cz), w Serbii osiem osób (w tym Stefan Stamenkovski, lider ruchu Zavetnici) i trzy organizacje, na Słowacji sześć osób (w tym wybitny polityk, były premier Jan Čarnogurský) i dwie organizacje, w Mołdawii siedem osób i cztery organizacje, na Litwie trzy osoby (w tym Waldemar Tomaszewski i Zbigniew Jedziński) oraz jedną partię (Akcja Wyborcza Polaków na Litwie), we Włoszech aż 11 osób (w tym Romano Prodi – były premier i były przewodniczący Komisji Europejskiej), dwie organizacje i jedną partię (Forza Nuova), w Niemczech trzy osoby (w tym Alexander Gauland z Alternatywy dla Niemiec), w Wielkiej Brytanii trzy osoby (w tym Anthony Russel Brenton z „The Times” oraz Stephanie Cockroft z „Daily Mail”) i jedną organizację, w Bułgarii pięć osób (w tym politycy Paweł Czerniew, Mitko Grozew i Nikołaj Malinow) i dwie organizacje.

W innych krajach europejskich agentura rosyjska jest o wiele skromniejsza. Ale też jest to nie byle kto. Np. we Francji jako czołowego agenta Kremla projekt OSINT wskazał Jacquesa Clostermanna – działacza Frontu Narodowego, blisko związanego z Marine Le Pen, który wziął udział w konferencji pt. „Wojna informacyjna przeciw Donieckiej Republice Ludowej”. Z kolei kataloński polityk Jose Enrique Folk został zakwalifikowany jako agent Putina, ponieważ powiedział rosyjskim mediom, że Katalonia jest gotowa uznać przynależność Krymu do Rosji i wystąpić przeciw antyrosyjskim sankcjom. Natomiast prof. Marius Vacarelu z Rumunii jest rosyjskim agentem, ponieważ podziela punkt widzenia polityki rosyjskiej wobec Ukrainy i współpracuje z Aleksandrem Duginem.

Kryterium zakwalifikowania do kremlowskiej agentury w wypadku wielu osób wymienionych przez projekt OSINT był ich udział w konferencji „Ukraina w centrum NATO, Rosja – prawdziwy cel”, jaka odbyła się 15 września 2016 roku w Monachium. Inne osoby (np. mnie) zakwalifikowano dlatego, że ich publicystyka lub działalność „godzi w wizerunek Ukrainy”[5].

Domyślam się, że projekt OSINT dotyczył tylko najgroźniejszej agentury kremlowskiej w Europie, stąd osoby i instytucje pominięte – czujące z tego powodu dyskomfort – powinny wykazać wyrozumiałość. Metodologia zakwalifikowania do grona kremlowskiej agentury, zastosowana w projekcie OSINT, do złudzenia przypomina metodologię stosowaną w Polsce np. przez Marcina Reya i Dawida Wildsteina w ich działalności demaskatorsko-delatorskiej. Przypomina, też filozofię polskiej prokuratury wobec aresztowanego w maju 2016 roku Mateusza Piskorskiego, wedle której jest on agentem Rosji, ponieważ jeździł na Krym i wypowiadał się negatywnie o puczu na Ukrainie. Przypomina wreszcie filozofię „Gazety Polskiej”, która agenta Kremla widzi w każdym kto krytykuje pucz kijowski z 2014 roku, pomajdanową Ukrainę i jej politykę, zwłaszcza historyczną.

Niestety prawda jest taka, że za negatywny wizerunek Ukrainy winę ponosi sama Ukraina. Państwo będące Somalią Europy, które przez ponad ćwierć wieku swojego istnienia nie było w stanie wygenerować żadnej narodowej elity, ani zbudować bytu narodowego, politycznego i gospodarczego w oparciu o jakiekolwiek wartości zbliżone do standardów europejskich. Nie było w stanie obronić swojej gospodarki, systematycznie rozkradanej i kolonizowanej przez oligarchię rodzimą i zachodnią. Nie było i nie jest w stanie odwołać się do tożsamości historycznej innej niż zbrodnicza tradycja banderowska.

Wizerunku tego nie poprawią ani publikowanie kolejnych wykazów domniemanej kremlowskiej agentury, ani represje wobec rzekomych agentów Putina. Ja wizerunku Ukrainy nie szargam. Ja tylko piszę to co myślę.

Tego jednakże nie mogą zrozumieć siły polityczne pomajdanowej Ukrainy i ich polscy sojusznicy. Jedni i drudzy mają bardzo prostą wizję świata, który dzielą dychotomicznie na „my i agenci Kremla”. Tylko co ta wizja ma wspólnego z rzeczywistością? Ktoś kto patrzy na świat w ten sposób nigdy nie będzie w stanie zrozumieć, że to co ja piszę nie wynika z tego, iż jestem rzekomym agentem Rosji, ale z samodzielnego i niezależnego myślenia oraz wartości, które wyznaję. Motywacją mojej publicystyki jest wyłącznie niezgoda na rehabilitację w 70 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej zbrodniczej ideologii, będącej ukraińską wersją faszyzmu, niezgoda na gloryfikację zbrodniczych organizacji odpowiedzialnych za ludobójstwo na narodzie polskim oraz ich przywódców, jak również niezgoda na negowanie na Ukrainie ludobójstwa popełnionego przez nacjonalistów ukraińskich na narodzie polskim oraz jego przemilczanie lub relatywizowanie w Polsce w imię dobrych stosunków z Ukrainą. Nigdy nie będzie dobrych stosunków z Ukrainą, jeśli polskie elity nie odejdą od takiego wypaczonego myślenia, a renesans nacjonalizmu ukraińskiego stanowi zagrożenie dla samej Ukrainy – czego wyrazem jest trwająca tam wojna domowa – oraz dla Polski, którą nacjonaliści ukraińscy zawsze postrzegali jako swojego głównego wroga. Pisałem o tym i pisał będę, bo tak czuję i uważam.

[1] www.http://posipaka.org/en/baza-posipak/personalii/bogdan-pientka-bohdan-pietka/, 29.04.2017.

[2] www.http://posipaka.org/category/stranyi/respublika-polsha/, dostęp 31.08.2017.

[3] www.http://posipaka.org/baza-posipak/personalii/adam-shmeh-adam-smiech/, 15.06.2017.

[4] www.http://cacds.org.ua/ru/about/, dostęp 31.08.2017.

[5] www.http://posipaka.org/category/baza-posipak/personalii/, dostęp 31.08.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 31 sierpnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2153/54), 10-17.09.2017, s. 16

Głupcy nie mogą być elitą narodu

Sądziłem, że wśród PiS-owców nie ma ludzi całkowicie pozbawionych rozumu. Ale i tu się pomyliłem. Moje wątpliwości rozwiał prezes państwowej agencji o nazwie Polska Organizacja Turystyczna, będący wcześniej prezesem uzdrowisk w Kołobrzegu i Świeradowie-Zdroju, a także dwukrotnym kandydatem na burmistrza Kamienia Pomorskiego z ramienia PiS. O jego wypowiedziach dla „Gazety Wyborczej” tak napisał portal onet.pl: „To polskie, a nie żydowskie elity zostały w czasie wojny zupełnie przeorane i zlikwidowane. Pamiętajmy, że kultura żydowska w praktyce cała przetrwała – twierdzi Marek Olszewski, szef Polskiej Organizacji Turystycznej na łamach „Gazety Wyborczej”. Dlatego z programów wizyt zagranicznych dziennikarzy, organizowanych przez POT, znika zwiedzanie KL Auschwitz czy Muzeum Żydów Polskich „Polin”. – Chcemy położyć nacisk na promowanie tego, co cenne w naszej własnej kulturze – podkreśla. (…) zwiedzania obozu na pewno nie zaproponuję dziennikarzowi z Chin, który po raz pierwszy przyjeżdża do Polski. Podczas krótkich studyjnych pobytów nie ma czasu na tłumaczenie skomplikowanej historii – przekonuje Olszewski (…)”[1].

Czy ten prezes wie o tym, że Auschwitz jest symbolem tak samo martyrologii żydowskiej jak i polskiej, romskiej, rosyjskiej, czeskiej itd? Tak zresztą jest to prezentowane w Muzeum Auschwitz-Birkenau. Czy prezes POT wie o tym, że Auschwitz był największym miejscem nie tylko żydowskiej, ale i polskiej martyrologii podczas drugiej wojny światowej? Że Polacy byli pierwszymi chronologicznie i drugimi liczebnie ofiarami tego obozu? Oprócz miliona Żydów zginęło tam 70 tysięcy Polaków. A w Mauthausen co najmniej 27 tysięcy (40 proc. ofiar tego obozu). W niemieckich obozach koncentracyjnych zginęło około 250 tys. Polaków. Ponad 10 razy więcej niż w wyniku zbrodni katyńskiej, eksponowanej obecnie ze względów politycznych. Najwięcej Polaków zginęło w takich obozach niemieckich jak Auschwitz, Mauthausen, Majdanek, Stutthof, Ravensbrück, Buchenwald, Gross-Rosen, Flossenbürg, Neuengamme i Dachau. Tam – a nie w Katyniu – dokonano największej zbrodni na narodzie polskim podczas drugiej wojny światowej.

Gdyby prezes POT nie blokował zagranicznym dziennikarzom dostępu do Muzeum Auschwitz, to mogliby się o tym wszystkim dowiedzieć. O Pileckim, polskiej konspiracji więźniarskiej, 70 tysiącach polskich ofiar tego obozu, transportach Polaków z powstania warszawskiego, egzekucjach polskich patriotów pod Ścianą Śmierci itd. Jeżeli PiS nie chce, żeby zagraniczni dziennikarze pisali o „polskich obozach koncentracyjnych”, to w pierwszej kolejności należy ich zawozić właśnie do Muzeum Auschwitz i uświadamiać prawdę historyczną o tym miejscu niemieckiego ludobójstwa, popełnionego na różnych narodach. To jest polska racja stanu.

Tymczasem prezes POT popisuje się antysemityzmem sądząc, że daje w ten sposób wyraz swojego patriotyzmu. Endecy pisali o Niemcach-nazistach, że „nawet tak piękną ideę jak antysemityzm potrafią splugawić”. Oczywiście nie uważam antysemityzmu za ideę piękną, jednak w jakiejś mierze to przekorne stwierdzenie do pana prezesa pasuje. Nikt nie ma obowiązku kochać Żydów, ale pamięć o ich cierpieniu i tragedii nie powinna mieć nic wspólnego z takim czy innym stosunkiem emocjonalnym do narodu żydowskiego. Ta pamięć jest wyrazem szacunku wobec niewinnych ofiar, bestialsko zamordowanych, a ten szacunek z kolei jest probierzem przynależności do cywilizacji europejskiej. Prezes POT myli się twierdząc, że żydowskie elity nie zostały „przeorane i zlikwidowane”, a żydowska kultura „w praktyce cała przetrwała”. Niemcy wymordowali 90 proc. polskich Żydów (2,9 mln spośród 3,2 mln). Co najmniej 438 polskich Żydów było też wśród ofiar zbrodni katyńskiej. Po żydowskiej kulturze poza krakowskim Kazimierzem i kilku innymi miejscami nie zostało praktycznie śladu. Nie ma dzisiaj wielu żydowskich synagog – wysadzonych przez Niemców w powietrze lub spalonych – jak w Katowicach, Będzinie, Dynowie, Warszawie i innych miejscowościach. To samo dotyczy innych żydowskich zabytków, celowo zniszczonych przez okupanta niemieckiego. Nikt nie ma prawa znieważać ofiary narodu żydowskiego i lekceważyć jego męczeństwa ze względu na jakiekolwiek swoje fobie i uprzedzenia polityczne. Bo to jest barbarzyństwo. A licytowanie się martyrologią jest głupotą. Zarówno ze strony polskiej, jak i żydowskiej.

Poza tym kultura polskich Żydów – wbrew temu co sugeruje prezes POT – jest częścią kultury polskiej. Co prezes POT chciałby osiągnąć przez amputowanie z polskiej historii i kultury 800 lat historii i kultury polskich Żydów? Co zawinili mu Berek Joselewicz, Józef Berkowicz, Dow Ber Meisels, Szymon Askenazy, Adolf Peretz, Marian Hemar, Roman Brandstaetter, Bernard Mond, Roman Kramsztyk, Jan Kiepura, Antoni Słonimski, Mieczysław Grydzewski i wielu innych polskich Żydów, którzy tak pięknie zapisali się w polskiej historii, literaturze, sztuce i nauce, także swoimi gorącymi polskimi sercami. Polscy Żydzi to nie tylko Jakub Berman, Józef Różański, Helena Wolińska i inni funkcjonariusze stalinowskiego aparatu terroru żydowskiego pochodzenia. A chyba ich tylko widzi prezes POT.

Pan prezes swoimi wypowiedziami dla „Gazety Wyborczej” dostarczył amunicji niechętnym lub nawet wrogim Polsce środowiskom żydowskim. Mają żywy dowód nieuleczalnego polskiego antysemityzmu, o który nieustannie oskarżają Polaków. Raczej przykład głupoty.

Głupcy nie mogą być elitą narodu, bo to doprowadzi do jego barbaryzacji. Niestety ta barbaryzacja w Polsce postępuje, co widać gołym okiem na każdym kroku

[1] „Gazeta Wyborcza”: KL Auschwitz i muzeum „Polin” znika z programów wizyt promujących Polskę, http://www.wiadomosci.onet.pl, 30.08.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 30 sierpnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 37-38 (2153/54), 10-17.09.2017, s. 7

Wielki Strajk Chłopski 1937 roku

15 sierpnia kojarzy się z rocznicą bitwy warszawskiej i świętem Wojska Polskiego, obchodzonym na jej pamiątkę w II RP i po 1989 roku. Rzadziej natomiast kojarzy się z Wielkim Strajkiem Chłopskim, którego 80. rocznica przypada w tym roku. Pamięć o tym strajku nie tylko koliduje z treściami, jakie co roku można usłyszeć 15 sierpnia, ale nie pasuje też do sielankowego wizerunku II Rzeczypospolitej, jaki od 28 lat propaguje się w przekazie medialnym, podręcznikach szkolnych i publikacjach historycznych. Wcale nie trzeba daleko sięgać, żeby zapoznać się z tym sielankowym wizerunkiem Polski międzywojennej. Wystarczy pójść do pierwszego z brzegu salonu prasowego, a tam znajdziemy kieszonkowe publikacje poświęcone dwudziestoleciu międzywojennym. Dowiemy się z nich o życiu arystokracji, salonach, modzie, skandalach towarzyskich, romansach i kulinariach wyższych sfer, tylko nie o bezrobociu, nędzy wsi i ówczesnych metodach rozwiązywania konfliktów społecznych.

Stąd też warto przypomnieć o Wielkim Strajku Chłopskim z 1937 roku, który bez wątpienia był największym wybuchem niezadowolenia społecznego w II Rzeczypospolitej.

Światowy kryzys gospodarczy z lat 1929-1933 trwał w zacofanej i biednej Polsce do roku 1935 i boleśnie uderzył m.in. w wieś. Kryzys w rolnictwie spowodował przede wszystkim spadek cen artykułów rolnych. W 1935 roku spadły one średnio o 65 proc. w porównaniu ze stanem z 1928 roku. Rolnik musiał w 1935 roku wyprodukować i sprzedać trzykrotnie większą liczbę produktów rolnych, żeby otrzymać za nie tę samą sumę pieniędzy co w 1928 roku. Mimo spadku opłacalności produkcji rolnicy nie mogli powstrzymać się od sprzedaży swoich produktów, ponieważ musieli płacić podatki, spłacać kredyty i kupować niezbędne wyroby przemysłowe. Zadłużenie wsi polskiej szacowano w 1932 roku na 4,3 mld złotych. Była to suma na owe czasy ogromna i niemożliwa do spłacenia, ponieważ wartość polskiej produkcji rolnej sprzedanej w 1933 roku wynosiła około 1,5 mld złotych.

Chcąc ratować swoją sytuację, rolnicy zwiększali produkcję rolną oraz ograniczali spożycie własne i rodziny. Było to tzw. zjawisko podaży głodowej, polegające na ukształtowaniu się wysokiej podaży artykułów rolnych – nadmiernej w porównaniu z kurczącym się popytem w miastach, który był wynikiem spadku zarobków robotników i rosnącego bezrobocia. Sytuacja ta powodowała ciągłe obniżanie cen płodów rolnych. Ceny artykułów rolnych spadały w stopniu o wiele większym niż ceny artykułów przemysłowych. W ekonomii nazywa się to rozwarciem nożyc cen.

Obóz sanacyjny po przewrocie majowym zablokował w interesie ziemiaństwa reformę rolną. Utrzymała się dzięki temu postfeudalna struktura agrarna, która – obok Wielkiego Kryzysu – stanowiła kluczową przyczynę nędzy wsi.

Postępująca pauperyzacja rolnictwa wpłynęła bezpośrednio na poziom życia rolników i ich rodzin, zwłaszcza w gospodarstwach mało- i średniorolnych. Takie istniały głównie w najuboższych regionach Polski południowej i wschodniej. Rolnicy przestali tam kupować węgiel, naftę, odzież, buty i inne niezbędne artykuły przemysłowe. Przysłowiowe dzielenie zapałki na czworo rzeczywiście niejednokrotnie miało wtedy miejsce na polskiej wsi.

Bieda powodowała narastanie niezadowolenia społecznego ludności wiejskiej. Na początku 1931 roku wybuchł strajk rolny w powiecie sanockim, a kilkanaście miesięcy później zastrajkowała cała służba dworska Rzeszowszczyzny. Od 21 czerwca do 9 lipca 1932 roku trwało wystąpienie ludności chłopskiej w Bieszczadach, które przeszło do historii pod nazwą powstania leskiego. Był to masowy protest przeciwko próbie wprowadzenia przez starostę leskiego nakazu pracy bez wynagrodzenia przy budowie dróg, co ludność wiejska odebrała jako przywrócenie pańszczyzny. W proteście uczestniczyło około 5 tys. rolników z 19 wsi. W wyniku starć od kul policji i wojska zginęło co najmniej siedmiu z nich, a kilkuset zostało rannych. Liczba aresztowanych wahała się od 260 do 800 osób.

Niezadowolenie wsi spowodowane kryzysem gospodarczym potęgowały represje polityczne władz sanacyjnych wobec Stronnictwa Ludowego, a zwłaszcza brutalne potraktowanie jego przywódcy, trzykrotnego premiera Wincentego Witosa. W 1930 roku został on wraz z innymi przywódcami opozycji osadzony w twierdzy brzeskiej, a następnie skazany w tzw. procesie brzeskim na 1,5 roku pozbawienia wolności. Chcąc uniknąć więzienia, udał się na emigrację do Czechosłowacji.

W 1935 roku – tuż przed śmiercią Piłsudskiego – obóz sanacyjny uchwalił, a właściwie narzucił nową autorytarną Konstytucję, nazwaną kwietniową. Opozycja zbojkotowała wybory parlamentarne we wrześniu 1935 roku, co skutkowało wyeliminowaniem jej z Sejmu i Senatu. Jedynym ugrupowaniem reprezentowanym w parlamencie – oprócz mniejszości narodowych – stał się obóz sanacyjny. W ten sposób dobiegła końca budowa ustroju autorytarnego w Polsce, rozpoczęta dziewięć lat wcześniej w wyniku przewrotu majowego. W maju 1936 roku – po kryzysie politycznym spowodowanym przetasowaniami w obozie sanacyjnym i krwawo stłumionymi wystąpieniami robotniczymi w Krakowie i Lwowie – sformowany został rząd gen. Felicjana Sławoja-Składkowskiego. Gabinet ten przyjął ostrą, konfrontacyjną wobec opozycji linię polityczną, czego wyrazem było bezwzględne tłumienie wystąpień społecznych.

Pierwszym ostrzeżeniem dla rządu, świadczącym o narastającym wybuchu społecznym na wsi, były oficjalne uroczystości w Nowosielcach koło Przeworska 29 czerwca 1936 roku. Zorganizowano je ku czci XVII-wiecznego wójta Michała Pyrza, który w 1624 roku obronił wieś przed Tatarami. Przybyły na nie władze sanacyjne z generalnym inspektorem sił zbrojnych Edwardem Śmigłym-Rydzem na czele. Oficjalne zgromadzenie było przewidziane na 50 tys. uczestników, ale na niejawne wezwanie Stronnictwa Ludowego przybyło ich o 150 tys. więcej. Doszło do nieprzewidzianych wystąpień działaczy ruchu ludowego, którzy domagali się powrotu do kraju emigrantów politycznych: Wincentego Witosa, Władysława Kiernika i Kazimierza Bagińskiego, amnestii dla więźniów brzeskich, demokratycznej Konstytucji, nowej ordynacji wyborczej do Sejmu i Senatu oraz natychmiastowych wyborów parlamentarnych i samorządowych. Śmigłemu-Rydzowi – wówczas jeszcze generałowi – wręczono rezolucję zawierającą takie właśnie żądania.

Na odpowiedź władzy nie trzeba było długo czekać. Trzy dni później w pobliskich Krzeczowicach policja stłumiła strajk płacowy w folwarku Polskiej Akademii Umiejętności. Od kul policji zginęło siedmiu robotników folwarcznych.

17 stycznia 1937 roku obradujący w Warszawie kongres Stronnictwa Ludowego zobowiązał władze partii do przeprowadzenia ogólnopolskiego strajku rolnego. Protest miał polegać na blokadzie dróg, wstrzymaniu dowozu żywności do miast oraz na rezygnacji z zakupów przez 10 dni. Na datę wyznaczono 15 sierpnia – dzień Czynu Chłopskiego, obchodzony przez ludowców w rocznicę bitwy warszawskiej 1920 roku, kiedy obroną kraju kierował rząd pod prezesurą Wincentego Witosa. W kolportowanych odezwach nie ukrywano politycznego i antysanacyjnego charakteru zapowiadanego strajku. Domagano się zmiany „systemu, który odsuwa masy ludowe od państwa” i wskazywano, że obóz sanacyjny nie jest w stanie rozwiązać problemów społecznych i gospodarczych, z którymi boryka się wieś.

Koncepcję strajku chłopskiego popierał przebywający na emigracji Wincenty Witos. Przeciwny był mu kierujący pracami SL w kraju Maciej Rataj, który jednakże dla swojego stanowiska nie znalazł większego poparcia w partii. W związku z tym kierowanie strajkiem, a tym samym i Stronnictwem Ludowym, przejął Stanisław Mikołajczyk.

Mimo braku formalnego współdziałania ludowców z PPS, socjaliści udzielili poparcia strajkowi chłopskiemu. Poparła go też nielegalna Komunistyczna Partia Polski. Zrozumienie dla postulatów ruchu ludowego wyraziła również część prasy prawicowej: „Kurier Warszawski”, „Polonia” (organ Chrześcijańskiej Demokracji) i „Zwrot” (organ Frontu Morges) oraz większość prasy katolickiej. Od działań ludowców zdecydowanie odcięło się Stronnictwo Narodowe. Już w czasie strajku, w obronie jego represjonowanych uczestników stanęły niezależne środowiska inteligenckie. Władze sanacyjne były zaskoczone działaniami ludowców. Z góry wykluczyły wszelki dialog i zdecydowały się na rozwiązanie siłowe.

W Wielkim Strajku Chłopskim, który miał miejsce w dniach 15-25 sierpnia 1937 roku, wzięło udział kilka milionów osób. Był to największy protest społeczny w Polsce przed 1980 rokiem. Został brutalnie stłumiony przez władze sanacyjne i nie przyniósł żadnych skutków natury politycznej.

Najostrzejszą formę strajk przybrał w województwie krakowskim oraz na Rzeszowszczyźnie (wówczas część województwa lwowskiego) – jednym z najbiedniejszych regionów kraju, gdzie rok wcześniej miało miejsce wspomniane masowe wystąpienie ludowców w Nowosielcach w obecności najwyższych władz państwowych. Już 17 sierpnia padła na ziemi rzeszowskiej pierwsza ofiara. Był nią rolnik Józef Szewc, zabity podczas rozpędzania przez policję wiecu w Grębowie w powiecie tarnobrzeskim. Pięć dalszych osób zostało rannych. W następnych dniach zginęli kolejni uczestnicy strajku. 18 sierpnia – dwie osoby w Harcie (powiat rzeszowski), 19 sierpnia – cztery osoby w Dydni (powiat brzozowski) i dwie w Kurowie koło Nowego Sącza, 21 sierpnia – dwie osoby w Melsztynie (powiat tarnowski) i siedem w Muninie (powiat jarosławski), 24 sierpnia – po jednej w Gnojnicach koło Ropczyc i Rdzawce (powiat nowotarski).

Początkowo nic nie zapowiadało tragicznych wydarzeń, do jakich doszło 23 sierpnia w Kasince Małej (powiat limanowski). Interwencja policji rozpoczęła się tam od użycia pałek wobec grupy chłopów, którą rozproszono. Następnie doszło jednak do starcia z główną grupą protestujących. Padły strzały, zginęło 9 osób. Jeszcze tragiczniejszy przebieg miała pacyfikacja policyjna w Majdanie Sieniawskim (powiat przeworski), gdzie 25 sierpnia zginęło aż 15 osób. Najpierw policja aresztowała tam sześciu przywódców strajku, których następnie wypuściła pod presją miejscowych chłopów. Do Jarosławia dotarł jednak nieprawdziwy meldunek o rzekomym rozbiciu w Majdanie posterunku policji. Wtedy do wsi skierowano specjalną kompanię policji ściągniętą z Centralnej Szkoły Policji Państwowej w Mostach Wielkich koło Sokala. Otworzyła ona ogień do zgromadzonej ludności z karabinu maszynowego. Wśród ofiar było m.in. kilkuletnie dziecko i jego babcia.

W innych regionach kraju strajk miał mniej dramatyczny przebieg. Np. w Szamotułach w województwie poznańskim policja dotkliwie pobiła strajkujących, którzy blokowali dostawy mleka do miasta, jak i łamistrajków. Obyło się jednak bez ofiar śmiertelnych. Ogółem zginęło w całym kraju 44 uczestników strajku, 5 tys. osób aresztowano, a 617 skazano później w procesach sądowych. Zapadały wyroki od ośmiu miesięcy do 3,5 roku pozbawienia wolności. Wśród skazanych byli m.in. Stanisław Mikołajczyk – prezes Stronnictwa Ludowego oraz Bruno Stanisław Gruszka (1881-1941) – adwokat i prezes SL na Małopolskę i Śląsk, organizator wielkiej antysanacyjnej manifestacji w Nowosielcach w 1936 roku.

Aresztowanych uczestników strajku policja brutalnie biła i maltretowała. Tzw. „ścieżki zdrowia” – wbrew temu co się dzisiaj twierdzi – nie były wcale wynalazkiem aparatu represji PRL, zastosowanym po stłumieniu strajków w Radomiu i Ursusie w 1976 roku. Na szeroką skalę ten sposób maltretowania aresztowanych stosowała też policja II RP w czasie tłumienia Wielkiego Strajku Chłopskiego w 1937 roku. Podczas pacyfikacji strajku wprowadzono także ostrą cenzurę prasy i całkowitą blokadę informacyjną w kraju.

W grudniu 1937 roku ksiądz Józef Lubelski – poseł obozu sanacyjnego, ale wcześniej działacz ruchu ludowego – złożył w Sejmie interpelację, poruszony brutalnością policji wobec strajkujących. Nie przyniosła ona jednak większego rezultatu.

Trzeba pamiętać o tych wydarzeniach nie po to, żeby jątrzyć, ale dlatego, że jest to historia narodu. Niestety mało kto chce o niej pamiętać w dzisiejszej Polsce. Oficjalna polityka historyczna gloryfikuje obecnie przywódców obozu sanacyjnego jako wielkich patriotów, a pomija milczeniem sprawy mniej chwalebne związane z ich rządami, takie jak autorytaryzm, proces brzeski, Bereza Kartuska i prowadzenie dialogu społecznego przy pomocy luf karabinowych.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 sierpnia 2017 r.

Niemieckie genocidium atrox w Warszawie 1944

Rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego jest w Polsce okazją do manifestowania powszechnego braku refleksji historycznej. Dla obecnego obozu władzy rocznica ta stanowi pretekst do nakręcania narracji antyrosyjskiej, co znalazło wyraz m.in. w wystąpieniu prezydenta Dudy, o przekazie mediów prorządowych nie wspominając. Nie da się też nie zauważyć, że kult powstania – do niedawna będący punktem ciężkości państwowej polityki historycznej – ustąpił już miejsca kultowi powojennej partyzantki antykomunistycznej, który teraz ma pierwszeństwo w kreowaniu antykomunistycznego i antyrosyjskiego modelu patriotyzmu. Powstańcy warszawscy są już tylko dodatkiem do tzw. żołnierzy wyklętych.

Być może tym należy tłumaczyć coraz bardziej zdumiewające wypowiedzi przedstawicieli establishmentu politycznego, wpisujące się w brak refleksji historycznej. Np. marszałek Sejmu stwierdził, że „Powstanie Warszawskie przyczyniło się do oparcia polskości na wierze katolickiej i ufności wobec Opatrzności Bożej”. Z kolei przewodniczący klubu parlamentarnego PiS uważa, że powstańcy walczyli nie tylko o niepodległość, ale i „za wiarę”. Nie mniej oderwany od rzeczywistości jest obóz kosmopolityczno-liberalny, czemu dała wyraz w wystąpieniu rocznicowym obecna prezydent Warszawy. Wedle niej powstańcy walczyli o demokrację i prawa człowieka i tę walkę musi podejmować od nowa każde pokolenie Polaków, co stanowiło wyraźną aluzję do niedawnych manifestacji ulicznych opozycji liberalnej przeciw reformie sądownictwa.

Oficjalna narracja historyczna na temat powstania przypomina tę, która jest prezentowana w Muzeum Powstania Warszawskiego i która najogólniej sprowadza się do eksponowania bohaterstwa i heroizmu powstańców. Brakuje w niej dwóch elementów: refleksji nad polityczną nieodpowiedzialnością dowództwa Armii Krajowej oraz przypomnienia i podkreślenia faktu, że podczas tłumienia powstania Niemcy dopuścili się aktu ludobójstwa na narodzie polskim. Nie ma w Muzeum Powstania Warszawskiego ekspozycji na temat niemieckiego genocidium atrox na Woli oraz deportacji warszawiaków z obozu przejściowego w Pruszkowie do obozów koncentracyjnych. Jest natomiast czerwona ściana, na której wiszą portrety członków PKWN. To oni mają być winni tragedii Warszawy. Przy takim rozłożeniu akcentów schodzi z pola widzenia odpowiedzialność niemiecka za zagładę stolicy.

Krytyczną analizę łańcucha decyzyjnego w dowództwie AK, który doprowadził do wybuchu powstania, przedstawili m.in. polscy historycy Jan Ciechanowski, Czesław Łuczak i Andrzej Leon Sowa. Dzisiaj warto także przypomnieć opinię historyka niemieckiego. W przetłumaczonej niedawno na język polski pracy o Powstaniu Warszawskim Hanns von Krannhals pisał pół wieku temu: „Z wojskowego punktu widzenia decyzja o wywołaniu powstania dowodzi braku wiedzy o przeciwniku. Nastąpiła ona bez uzgodnienia z Sowietami, niejednokrotnie wpływały na nią błędne raporty – a ponadto – w ostatniej chwili z przyczyn politycznych znalazła się pod presją czasu (było „za późno”). Rozkaz o powstaniu – lecz nie o powstaniu powszechnym – miał zatem na celu, niezależnie od tego, jak gorzko to zabrzmi, nie wyzwolenie ludności Warszawy spod jarzma niemieckiej okupacji, ale uwolnienie Armii Krajowej od nacisku wyznaczonego sobie samej zadania. Było to polityczne samousprawiedliwienie realizowane za pomocą niedostatecznych środków”[1].

Gen. Kazimierz Sosnkowski – naczelny wódz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie – był przeciwny rozpoczynaniu powstania w Warszawie. Dlatego w maju 1944 roku wysłał do Warszawy gen. Leopolda Okulickiego, by ten hamował dowódców AK. To jednak właśnie Okulicki – wbrew stanowisku Sosnkowskiego – doprowadził do wybuchu powstania. Gen. Władysław Anders nazwał wywołanie powstania w Warszawie „zbrodnią” i domagał się postawienia przed sądem wojennym dowództwa AK. Jan Nowak-Jeziorański, który na krótko przed wybuchem powstania dotarł z Londynu do Warszawy, oświadczył szefowi sztabu Komendy Głównej AK, gen. Tadeuszowi Pełczyńskiemu: „Nie orientuję się w całości sytuacji, nie znam waszych przesłanek wojskowych, ale jeżeli sobie wyobrażacie, że powstanie wywoła jakieś wielkie echa na Zachodzie, to muszę panu powiedzieć, że będzie to burza w szklance wody”. Warto o tym przypomnieć dzisiaj, kiedy bezmyślnie są gloryfikowane postacie Bora-Komorowskiego, Okulickiego, Pełczyńskiego, Chruściela.

W centralnym miejscu Muzeum Powstania Warszawskiego znajduje się tzw. dzwon „Montera”, upamiętniający płk. Antoniego Chruściela („Montera”) – dowódcę Okręgu Warszawskiego AK. „Monter”, obok Okulickiego i Pełczyńskiego, ponosi największą odpowiedzialność za wymuszenie na chwiejnym dowódcy AK decyzji o wybuchy powstania. Według płk. Kazimierza Pluty-Czachowskiego, „Monter” doprowadził do wybuchu powstania swoim rozkazem „przygotowania walki” z 27 lipca 1944 roku, a następnie fałszywym meldunkiem o pojawieniu się czołgów sowieckich pod Warszawą. Meldunek ten został negatywnie zweryfikowany przez szefa wywiadu AK, płk. Kazimierza Iranka-Osmeckiego, na dobę przed wybuchem powstania. Jednakże gen. Bór-Komorowski nie chciał już odwołać rozkazu walki. Dzisiaj na piedestał wynosi się tych, którzy przeforsowali decyzję o wybuchu powstania i doprowadzili tym samym do zagłady stolicy, a milczy się o Iranku-Osmeckim, Plucie-Czachowskim i płk. Januszu Bokszczaninie, który ostrzegał, że nieprzygotowana walka zakończy się dramatem[2].

Od lat wielkim nieobecnym kolejnych rocznic Powstania Warszawskiego jest płk. Jan Mazurkiewicz („Radosław”) – faktyczny dowódca powstania na Woli, Starym Mieście i Czerniakowie, dzięki któremu powstanie w ogóle się utrzymało. Powodem takiego ostracyzmu jest doprowadzenie przez „Radosława” do ujawnienia się większości podziemia poakowskiego w 1945 roku, a następnie przyjęcie po 1956 roku funkcji wiceprezesa Zarządu Głównego ZBoWiD oraz udzielenie poparcia gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu w stanie wojennym poprzez wejście do kierownictwa Frontu Jedności Narodu i PRON. Dla animatorów obecnej polityki historycznej nie ma przy tym znaczenia, że „Radosław” został skazany w okresie stalinowskim na dożywocie i w latach 1949-1956 przebywał w więzieniu oraz, że był jednym z inicjatorów budowy pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego na placu Krasińskich.

Powstanie w Warszawie nigdy nie powinno wybuchnąć, ale wybuchło i stało się dla III Rzeszy pretekstem do dokonania jednego z największych aktów ludobójstwa podczas drugiej wojny światowej. Gdyby dzisiejsza Polska miała normalną i sensowną politykę historyczną, to rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego byłaby obchodzona nie pod pomnikiem na placu Krasińskich, ale pod Pomnikiem Ofiar Rzezi Woli oraz Pomnikiem Polegli Niepokonani, pod którym zgromadzono 12 ton prochów ludzkich, co odpowiada liczbie 40-50 tys. zamordowanych Polaków. Sformułowanie „rzeź Woli” – identycznie jak w wypadku ludobójstwa ukraińskiego na Polakach, nazywanego „rzezią wołyńską” – jest sformułowaniem nieszczęśliwym i niewłaściwym, zamazującym rzeczywisty charakter tego wydarzenia. To nie była „rzeź”, to było ludobójstwo o charakterze genocidium atrox.

Hitler po wybuchu powstania w Warszawie wydał ustny rozkaz wymordowania wszystkich jej mieszkańców bez względu na płeć i wiek. Rozkaz ten i będące jego następstwem działania eksterminacyjne spełniają znamiona definicji ludobójstwa sformułowanej po wojnie przez Rafała Lemkina i przyjętej przez ONZ w 1948 roku. Definicja ta opisuje ludobójstwo jako zbrodnię przeciw ludzkości, obejmującą celowe wyniszczenie całości lub części narodów, grup etnicznych, rasowych i religijnych, zarówno przez fizyczne zabójstwa, jak i wstrzymanie urodzin, przymusowe odbieranie dzieci lub stworzenie warunków życia obliczonych na fizyczne wyniszczenie.

Zbrodnie popełnione przez niemieckie i kolaboracyjne formacje pacyfikujące powstanie na Woli, Ochocie, Starym Mieście i Czerniakowie miały charakter genocidium atrox – ludobójstwa szczególnie okrutnego, zwyrodniałego. Podczas drugiej wojny światowej popełniono na narodzie polskim dwukrotnie ludobójstwo typu genocidium atrox – podczas banderowskiej czystki etnicznej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943-1944 oraz podczas tłumienia przez Niemców i ich kolaborantów powstania w Warszawie. Wiedza o tym poza Polską jest znikoma, a obecna polityka historyczna – skoncentrowana na antykomunizmie i rusofobii – nie przyczynia się do upowszechniania jej w świecie.

Chociaż dowódca sił pacyfikujących powstanie – Erich von dem Bach-Zelewski – złagodził po kilku dniach ze względów pragmatycznych eksterminacyjny rozkaz Hitlera, nie powstrzymało to przerażającego ludobójstwa niemieckiego na Woli i Ochocie. To co stało się w tych dzielnicach w sierpniu 1944 roku można porównać tylko z masakrą nankińską, czyli ludobójstwem popełnionym przez armię japońską na chińskiej ludności Nankinu w grudniu 1937 i styczniu 1938 roku. Podczas drugiej wojny światowej zagłada Woli i Ochoty nie miały jednak precedensu.

W dniach 5-7 sierpnia 1944 roku na Woli zginęły całe wielopokoleniowe rodziny. Podpalano miotaczami płomieni dom po domu. Tych, którzy nie zginęli w płomieniach i nie zostali rozerwani granatami wrzucanymi do mieszkań i piwnic – rozstrzeliwano w zbiorowych egzekucjach. Rejon ulic Górczewskierj i Moczydła, fabryka „Ursus” przy ulicy Wolskiej 55, fabryka Franaszka przy ulicy Wolskiej 41/55, zajezdnia tramwajowa przy ulicy Młynarskiej 2, park Sowińskiego, plac przed kuźnią przy ulicy Wolskiej 122/124, ogród przy klasztorze karmelitanek przy ulicy Wolskiej 29, fabryka „Bramenco” przy ulicy Wolskiej 60, podwórza domów przy ulicy Wolskiej 120 i Staszica 15, cmentarz prawosławny przy ulicy Wolskiej 138, kościół św. Wawrzyńca przy ulicy Wolskiej 140 A – to najważniejsze miejsca egzekucji tylko w dniu 5 sierpnia 1944 roku. Egzekucji dokonywanych z niezwykłym okrucieństwem, wśród przerażających krzyków ofiar, gdzie na oczach matek rozstrzeliwano dzieci, proszących o litość ludzi brutalnie bito, a zwłoki zamordowanych palono na stosach.

Zbrodnie te były dziełem formacji policyjnej z Kraju Warty pod dowództwem Heinza Reinefartha oraz podporządkowanych mu jednostek: brygady SS Oskara Dirlewnagera (składającej się z batalionu sformowanego spośród niemieckich kryminalistów, tzw. batalionu rosyjskiego i wschodniomuzułmańskiego pułku SS, sformowanego z Azerów i Turkmenów), dwóch batalionów azerbejdżańskich oraz brygady SS-RONA, sformowanej z kolaborantów narodowości wschodniosłowiańskich, a dowodzonej przez rosyjskiego kolaboranta Bronisława Kamińskiego. Wspomnieć też należy o kilku kolaboracyjnych jednostkach kozackich oraz tzw. Ukraińskim Legionie Samoobrony (31. batalionie SD, znanym pod określeniem Legion Wołyński), złożonym z nacjonalistów ukraińskich, który brał udział w tłumieniu powstania na Czerniakowie we wrześniu 1944 roku. Dowódcą tej formacji był Petro Diaczenko, którego w 2015 roku Rada Najwyższa Ukrainy włączyła do panteonu ukraińskich bohaterów narodowych przy dyskretnym milczeniu polskiego MSZ i polskich mediów mainstreamowych. Po kapitulacji Górnego Czerniakowa wziętych do niewoli żołnierzy AK w większości wymordowano, a cywilów deportowano do KL Auschwitz w ostatnim transporcie pruszkowskim. Nie ulega wątpliwości, że w zbrodni tej musiał wziąć też udział Ukraiński Legion Samoobrony.

Największym zwyrodnieniem spośród wymienionych formacji wykazały się jednostki podległe Dirlewangerowi i Kamińskiemu. W czasie egzekucji członkowie tych formacji dopuszczali się wyjątkowych bestialstw, np. zabijając dzieci, w tym niemowlęta, na oczach rodziców albo paląc ludzi żywcem w kamienicach. W prawosławnym sierocińcu przy ulicy Wolskiej 149 dirlewngerowcy wymordowali kilkadziesiąt dzieci. Jeden z nich tak opisał tę zbrodnię: „Wysadziliśmy drzwi, chyba do szkoły. Dzieci stały w holu i na schodach. Dużo dzieci. Rączki w górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil, zanim wpadł Dirlewanger. Kazał zabić. Rozstrzelali je, a potem po nich chodzili i rozbijali główki kolbami. Krew ciekła po schodach”[3]. Ponadto podkomendni Dirlewangera i Kamińskiego dopuścili się tysięcy sadystycznych gwałtów na kobietach, porównywalnych pod względem stopnia zwyrodnienia tylko z tymi, które miały miejsce podczas masakry nankińskiej.

Bandyci od Reinefartha i Dirlewangera nie oszczędzili też wolskich szpitali. W Szpitalu Wolskim przy ulicy Płockiej 26 zamordowali 60 osób z personelu i około 300 pacjentów. Natomiast w szpitalu św. Łazarza zamordowano około 1200 osób. Zbrodni tej dokonali Azerowie i Turkmeni ze 111. azerbejdżańskiego batalionu piechoty Wehrmachtu i II. batalionu „Bergmann”. Personel szpitala, chorzy, ranni i szukający schronienia w szpitalu cywile byli zabijali strzałami w tył głowy, seriami z broni maszynowej i granatami. Ci, którzy nie zginęli od razu spłonęli w podpalonych po egzekucji budynkach szpitala.

Genocidium atrox na Woli pochłonęło w ciągu trzech dni od 40 do 50 tys. ofiar, na Ochocie około 10 tys. ofiar, a podczas egzekucji w tzw. „dzielnicy policyjnej” zamordowano od 5 do 10 tys. ofiar. To mniej więcej tyle ile zginęło od wybuchu bomby atomowej w Nagasaki. O Nagasaki wie jednak cały świat, podczas gdy o zagładzie Warszawy w 1944 roku poza Polską się nie mówi. Gdyby przyjąć szacunkową liczbę 50 tys. zamordowanych w ciągu trzech dni na Woli, okaże się, że średnio co godzinę mordowano 700 osób.

W sierpniu i we wrześniu 1944 roku zginęło ogółem od 150 do 180 tys. cywilnych mieszkańców Warszawy, 600 tys. zostało wypędzonych z miasta, a 55 tys. z nich deportowanych do obozów koncentracyjnych, gdzie przynajmniej połowa też zginęła. Kontynuacją genocidium atrox z Woli i Ochoty była zagłada Starego Miasta, gdzie na przełomie sierpnia i września 1944 roku na skutek ostrzału artyleryjskiego i egzekucji dokonywanych przez dirlewngerowców oraz głodu zginęło co najmniej 30 tys. cywilów. Znaczną ich część stanowili uchodźcy z Woli. Zbrodniarze niemieccy nie oszczędzili też szpitali powstańczych na Starym Mieście, mordując 3 tys. rannych.

Niemcy celowo pacyfikowali Warszawę tak, by spowodować jak największe straty wśród ludności cywilnej. Warszawiacy ginęli od wybuchów bomb lotniczych i pocisków z wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych typu Nebelwerfer, od ostrzału artyleryjskiego i granatów wrzucanych do piwnic, od ognia w podpalanych przez Niemców domach, od kul snajperów, pędzeni jako „żywe tarcze” przed niemieckimi czołgami na powstańcze barykady, czy po prostu z głodu i barku pomocy medycznej. Zbrodnie na cywilach były dokonywane do końca powstania. To była największa masakra cywilów, jaka miała miejsce w okupowanej przez Niemcy Europie. Zbrodnia ludobójstwa, za którą nikt nigdy nie odpowiedział przed żadnym sądem.

W 2008 roku pojawiła się szansa wymierzenia sprawiedliwości żyjącym jeszcze sprawcom warszawskiego genociduim atrox. W archiwach austriackiego Czerwonego Krzyża odnaleziono bowiem nieznane wcześniej dokumenty z danymi 85 dirlewangerowców. Dzięki pracy wolontariuszy z Muzeum Powstania Warszawskiego udało się ustalić, że 10 z nich nadal żyje w Niemczech. Do wytoczenia im procesów jednak nie doszło, ponieważ nie było dobrej woli niemieckich instytucji zajmujących się ściganiem zbrodni nazistowskich.

Rocznica Powstania Warszawskiego powinna być przede wszystkim okazją do przypominania o niemieckim genocidium atrox w stolicy. Nie po to, by budzić negatywne emocje w stosunku do Niemców i nie po to, by licytować się z kimkolwiek polską martyrologią. Życie narodu oraz stosunki z innymi narodami muszą być budowane na prawdzie, której nie można ukrywać ani w wypadku niemieckiego genocidium atrox w Warszawie ani w wypadku ukraińskiego genocidium atrox na Kresach Wschodnich.

Przypominanie prawdy o historii jest konieczne w sytuacji, gdy ukraińska polityka historyczna wprost neguje odpowiedzialność OUN-UPA za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie i sam fakt tego ludobójstwa, a niemiecka polityka historyczna zmierza do przerzucania odpowiedzialności za zbrodnie hitlerowskie z Niemiec na Polskę. Tendencje niemieckiej polityki historycznej widać szczególnie dobrze w stanowisku zajętym przez telewizję ZDF wobec wyroku polskiego sądu nakazującego tej telewizji przeproszenie za używanie określenia „polskie obozy zagłady”[4].

Niestety mam wrażenie, że polska polityka historyczna wychodzi naprzeciw oczekiwaniom ukraińskiej i niemieckiej polityce historycznej. Przy okazji dyskusji nad nową podstawą programową nauczania historii wyszło na jaw, że Ministerstwo Edukacji Narodowej chce powielać banderowską propagandę o „konflikcie polsko-ukraińskim” w stosunku do ludobójstwa OUN-UPA na Kresach Wschodnich. W wypowiedzi dla „Naszego Dziennika” rzeczniczka MEN Justyna Sedlak oświadczyła, że zrezygnowano z określenia „ludobójstwo”, ponieważ uznano je za „niewłaściwe”. Ponadto MEN jest także przeciwne „epatowaniu” młodzieży opisami okrucieństw UPA[5]. Widać tutaj, że dla PiS-u priorytetem jest nadal niedrażnienie Ukrainy.

Także narracja odnośnie Powstania Warszawskiego – nie tylko PiS, ale wszystkich formacji postsolidarnościowych – wychodzi naprzeciw oczekiwaniom niemieckiej polityki historycznej. Szokujące obrazy niemieckiego genocidium atrox w Warszawie są usuwane na dalszy plan. Wręcz giną wśród antykomunistycznej i antyrosyjskiej narracji, jaka od ponad ćwierć wieku towarzyszy w Polsce kolejnym rocznicom Powstania Warszawskiego. Samo powstanie i dyskurs wokół niego stały się jeszcze jednym elementem wojny historycznej i ideologicznej z Rosją oraz narzędziem delegitymizacji PRL. Skutkiem takiej narracji, a właściwie prania mózgów młodzieży, są m.in. powtarzające się dewastacje pomnika gen. Zygmunta Berlinga na Saskiej Kępie i żądania jego usunięcia. Co mają oznaczać czerwona farba, symbolizująca krew, na rękach monumentu Berlinga i jego portret na czerwonej „ścianie hańby” w Muzeum Powstania Warszawskiego[6]. Robił przecież co mógł, żeby iść na pomoc powstaniu i za to m.in. zapłacił usunięciem ze stanowiska dowódcy 1. Armii WP. Pomoc ta kosztował życie 2,5 tys. żołnierzy 1. Armii WP.

Czy ta antykomunistyczna i antyrosyjska narracja ma służyć zrzuceniu odpowiedzialności za wywołanie powstania z najważniejszych dowódców AK – dzisiaj bezkrytycznie gloryfikowanych? W tym kontekście zrozumiałe też jest dlaczego główny punkt ciężkości obecnej polityki historycznej odnośnie Powstania Warszawskiego nie spoczywa na niemieckim genocidium atrox w Warszawie. Bo byłoby to przecież równoznaczne z oskarżeniem o nieodpowiedzialne wywołanie powstania generałów Bora-Komorowskiego, Okulickiego, Pełczyńskiego i Chruściela.

[1] H. v. Krannhals, „Powstanie Warszawskie 1944”, Warszawa 2017, s. 140.

[2] W. Kowalski, Ten oficer robił wszystko, by wstrzymać decyzję o wybuchu powstania. „Mówił rzeczy, których nie chcieliśmy słyszeć”, http://www.natemat.pl, 1.08.2016.

[3] K. Jóźwiak, „Miasto rozstrzelane”, http://www.uwazamrze.pl (portal miesięcznika „Uważam Rze”), dostęp 3.08.2017.

[4] M. Kowalewski, ZDF kontratakuje. Nie chce przepraszać za „polskie obozy zagłady”, http://www.tvp.info, 25.07.2017.

[5] ND: Znikające „ludobójstwo” w kontekście Wołynia w projekcie podstawy programowej MEN z historii, http://www.kresy.pl, 2.08.2017.

[6] Pomnik Zygmunta Berlinga znowu pomalowany czerwoną farbą, http://www.warszawa.onet.pl, 4.08.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 8 sierpnia 2017 r.

„Myśl Polska” nr 33-34 (2149/50), 13-20.08.2017, s. 14-15

Bezkarni kaci Warszawy

„Generale Reinefarth, jest pan jedną z najbardziej znienawidzonych postaci w Polsce. Czy wie pan o tym? – Wiem. – Czy zna pan swój przydomek „kat Warszawy”? – Także jest mi znany. A czy panu jest znany fakt, że przewód sądowy w mojej sprawie trwał dwadzieścia lat i zostałem uniewinniony?”

Tak zaczyna się rozmowa polskiego dziennikarza Krzysztofa Kąkolewskiego (1930-2015) z Heinzem Reinefarthem (1903-1979), przeprowadzona w 1973 roku w Westerland na wyspie Sylt. Rozmowa odbyła się w kancelarii mecenasa Reinefartha, byłego burmistrza (w latach 1951-1964) kurortu Westerland oraz byłego SS-Gruppenführera i Generalleutnanta der Waffen-SS.

Podczas tłumienia Powstania Warszawskiego zginęło 150-180 tys. cywili, z których co najmniej 30 proc. stanowią ofiary egzekucji przeprowadzonych przez jednostki SS. Wypędzono z domów 550 tys. warszawiaków, 55 tys. z nich deportowano do obozów koncentracyjnych, gdzie co najmniej połowa zginęła. Na rozkaz Himmlera stolicę wyburzano i palono także po zakończeniu walk. Ilość gruzów pokrywających Warszawę oszacowano w 1945 roku na 20 milionów metrów sześciennych. Za te zbrodnie żaden z ich bezpośrednich sprawców nie poniósł kary.

Heinz Reinefarth w wywiadzie udzielonym Krzysztofowi Kąkolewskiemu nie miał sobie nic do zarzucenia. Jego podkomendni mordowali ludność cywilną? – Kobiety i dzieci też walczyły. Egzekucje na cywilach? – Potępiał je i odwoływał, gdy dochodziły do niego meldunki. Dlaczego osiadł na wyspie Sylt? – Bo po wojnie został mu tylko domek letniskowy w Westreland. Nie wierzył w podaną przez Kąkolewskiego liczbę 35 tys. ofiar zamordowanych na Woli – „bo to nawet technicznie było niemożliwe”. Zwierzył się, że długoletnie śledztwo sądowe było dla niego dużym stresem i dlatego miał zawał. Także jego żona i dzieci głęboko to przeżywały[1]. Należy podkreślić, że do tego śledztwa sądowego, zakończonego umorzeniem, prawdopodobnie by nie doszło, gdyby nie film dokumentalny „Urlop na Sylcie” („Urlaub auf Sylt”), zrealizowany w 1957 roku przez NRD-owską wytwórnię filmową DEFA.

Zaraz po wybuchu powstania Hitler wydał ustny rozkaz zrównania Warszawy z ziemią i wymordowania wszystkich jej mieszkańców. Dlatego doszło do ludobójczych masakr na Woli (5-7 sierpnia 1944 roku) i Ochocie (4-25 sierpnia), które pochłonęły łącznie co najmniej 50-60 tys. ofiar. Po zamordowanych i spalonych mieszkańcach Woli zebrano po wojnie 12 ton popiołów. Zbrodni tych dokonały jednostki SS dowodzone przez SS-Gruppenführera Heinza Reinefartha i SS-Oberführera Oskara Dirlewangera (1895-1945) oraz kolaboracyjna brygada SS-RONA (Rosyjska Ludowa Armia Wyzwoleńcza), dowodzona przez SS-Brigadeführera Bronisława Kamińskiego (1899-1944). Grupa Bojowa „Reinefarth” tłumiła też powstanie na Starym Mieście, gdzie dokonała masakry szpitali powstańczych (co najmniej 3 tys. ofiar), oraz na Powiślu. Cywili i wziętych do niewoli powstańców formacje SS zabijały do końca powstania.

Reinefarth urodził się w Gnieźnie w ówczesnej pruskiej Prowincji Poznańskiej. Przed pierwszą wojną światową jego rodzina przeniosła się do Cottbus (Chociebuż) na Łużycach. Zdobył wykształcenie prawnicze i pracował jako adwokat i notariusz. Już w 1932 roku wstąpił do NSDAP i SS. Walczył w kampanii wrześniowej, w kampanii francuskiej i na froncie wschodnim. Następnie m.in. kierował aparatem terroru w Kraju Warty jako wyższy dowódca SS i policji. W marcu 1944 roku witał na specjalnej uroczystości w Łodzi milionowego niemieckiego osadnika w Kraju Warty.

Wieczorem 5 sierpnia 1944 roku Reinefarth meldował dowódcy 9. Armii gen. Nikolausowi von Vormannowi, że ma „mniej amunicji niż jeńców”. Nie była to jego jedyna uwaga w tym duchu. Dwa dni potem Reinefarth w rozmowie z oficerem Wehrmachtu wskazał na tłum wypędzonych z domów warszawiaków mówiąc: „To nasz największy problem, rozumie pan? Nie mamy tyle amunicji, żeby ich wszystkich sprzątnąć”[2]. Po stłumieniu powstania otrzymał Krzyż Rycerski z Liśćmi Dębu – trzecią w hierarchii klasę najwyższego odznaczenia wojskowego III Rzeszy. To za te 12 ton popiołów ludzkich, które po wojnie odkopano na Woli.

W 1945 roku poddał się aliantom zachodnim. Przedstawił im się jako bojownik antyfaszystowskiego ruchu oporu, ponieważ tuż przed końcem wojny niemiecki trybunał wojskowy skazał go na karę śmierci za porzucenie obrony twierdzy Kostrzyn. Wszystkie próby ekstradycji Reinefartha do Polski spotykały się za sprzeciwem Amerykanów, dla których pracował jako doradca do spraw radzieckiej strategii wojskowej.

W przeciwieństwie do innych zbrodniarzy nazistowskich, z których wielu wybrało po wojnie karierę biznesową, Reinefarth postawił na politykę. Został działaczem rewizjonistycznej i nacjonalistycznej partii Blok Wszechniemiecki/Związek Wypędzonych z Ojczyzny i Pozbawionych Praw. Z jej ramienia przez 13 lat był burmistrzem Westrelandu, a w latach 1958-1967 także posłem do landatgu Szlezwiku-Holsztyna. Swoją bezkarność zawdzięcza „zimnej wojnie”. Uniknął odpowiedzialności, ponieważ zachodnioniemiecki wymiar sprawiedliwości nie miał woli sformułowania aktu oskarżenia[3].

Takiego happy endu nie było w wypadku dwóch najważniejszych pomocników Reinefartha – Dirlewangera i Kamińskiego. Ale też nie można powiedzieć, że ponieśli odpowiedzialność. Dirlewanger dowodził specjalną jednostką karną, złożoną z kryminalistów. Została ona utworzona w 1940 roku, początkowo jako batalion, następnie przekształcona w brygadę, a pod koniec wojny w dywizję Waffen-SS. Jej działalność to co najmniej 60 tys. ofiar, zamordowanych podczas ekspedycji karnych na Białorusi oraz tłumienia Powstania Warszawskiego i Słowackiego Powstania Narodowego. Według ustaleń polskich śledczych jednostka Dirlewnagera zamordowała w Warszawie około 30 tys. cywilów – na Woli, Starym Mieście, Powiślu i Górnym Czerniakowie.

Dirlewanger został aresztowany na początku czerwca 1945 roku we francuskiej strefie okupacyjnej Niemiec i po kilku dniach zmarł. Według oficjalnego aktu zgonu śmiercią naturalną. Istnieje też wersja, że śmiertelnie pobili go Polacy służący w armii francuskiej. Członków jego formacji nigdy nie ukarano. Śledztwo w sprawie udziału brygady Dirlewangera w zbrodniach podczas Powstania Warszawskiego wszczęła w 1963 roku prokuratura we Flensburgu przy okazji postepowania przygotowawczego przeciw Reinefarthowi. Jednak śledztwo to – identycznie jak w sprawie Reinefartha – nie potrafiło ustalić czyjejkolwiek odpowiedzialności. Raczej nie chciano jej ustalić.

Niebywałe okrucieństwo, połączone z gwałtami i grabieżami, cechowało też kolaboracyjną jednostkę Bronisława Kamińskiego. Jej dowódca – zwany „katem Ochoty” – należał do jednych z najbardziej ponurych postaci wśród kolaborantów III Rzeszy. Jego ojciec był Polakiem, matka Niemką, a sam uważał się za Rosjanina. Od 1941 roku kolaborował z Niemcami, stając na czele tzw. Republiki Łokockiej w obwodzie briańskim. Zorganizował najpierw prohitlerowską milicję, a następnie formację RONA. SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach-Zelewski (1899-1972) – dowódca sił pacyfikujących powstanie i kolejny bezkarny kat Warszawy – scharakteryzował Kamińskiego następująco: „Był awanturnikiem politycznym, wygłaszał do swych ludzi mowy propagandowe o wielkiej, faszystowskiej Rosji, której chciał być przywódcą-führerem (…). Pojęcie własności było mu obce, żadnego narodu nie nienawidził tak jak Polaków, których wspominał jedynie obelżywymi słowami”[4].

Po upadku powstania Kamiński został stracony przez Niemców za niesubordynację. Egzekucję dowódcy RONA przypisał sobie jako osobistą zasługę von dem Bach-Zelewski. Twierdził, że był to z jego strony rzekomo gest protestu wobec Himmlera. Uważał też, że ocalił tysiące warszawiaków, ponieważ złagodził eksterminacyjny rozkaz Hitlera. Najpierw 5 sierpnia 1944 roku zakazał zabijania kobiet i dzieci, a 12 sierpnia także mężczyzn-cywilów. Decyzja ta nie była jednak spowodowana względami humanitarnymi, ale pragmatycznymi. Masowe zbrodnie wzmacniały bowiem wolę oporu Polaków, a jednostki SS uczestniczące w mordach i grabieżach nie były w stanie prowadzić skutecznych działań przeciw powstańcom.

Mianowanie von dem Bacha dowódcą wojsk pacyfikujących powstanie nie było przypadkiem. Z ramienia Himmlera odpowiadał on bowiem za walkę z partyzantką w okupowanej Europie. Oprócz Warszawy miał na swoim koncie wiele innych zbrodni. W 1940 roku kierował wysiedlaniem Polaków z Żywiecczyzny i był pomysłodawcą utworzenia KL Auschwitz. Dowodził też akcjami pacyfikacyjnymi i ludobójczymi na okupowanych terenach ZSRR (m.in. zagładą 35 tys. Żydów w Rydze).

Po wojnie władze amerykańskie odmówiły ekstradycji von dem Bacha do Polski lub ZSRR, ponieważ był jednym z głównych świadków w procesie norymberskim. W 1961 roku skazano go w RFN na 4,5 roku więzienia za udział w „nocy długich noży”, a dwa lata później na dożywocie za morderstwo sześciu niemieckich komunistów z 1933 roku. Zbrodni ludobójstwa popełnionych przez niego na okupowanych terenach Polski i ZSRR akt oskarżenia nie objął.

W cieniu głównych katów powstańczej Warszawy pozostaje gen. Wehrmachtu Rainer Stahel (1892-1955). Tuż przed wybuchem powstania objął funkcję komendanta wojskowego Warszawy. Jego kwatera główna w Pałacu Saskim została odcięta przez powstańców 1 sierpnia 1944 roku. Himmler podporządkował go rozkazom von dem Bacha, a po odblokowaniu Pałacu Saskiego Stahel opuścił Warszawę 24 sierpnia. Mimo ograniczonego udział w tłumieniu powstania ponosi on odpowiedzialność za zbrodnie na ludności cywilnej. Z zeznań żołnierzy Wehrmachtu wynika, że Stahel wydał im 3 sierpnia rozkaz zabijania cywilów i palenia domów. Ponadto polecił rozstrzelać 600 polskich więźniów, przetrzymywanych w zakładzie karnym przy ulicy Rakowieckiej. Był też autorem pomysłu, by w walce z powstańcami używać jako „żywe tarcze” ludność cywilną. Stahel zmarł w niewoli radzieckiej i również nigdy nie odpowiedział za swoje zbrodnie. W 2014 roku jego wnuk Christoph Broszies groził Muzeum Powstania Warszawskiego procesem za umieszczenie na ekspozycji informacji, że Stahel był zbrodniarzem wojennym[5].

Najmniej znanym katem Warszawy był Petro Diaczenko (1895-1965) – dowódca Ukraińskiego Legionu Samoobrony (zwanego też Legionem Wołyńskim), formacji kolaboracyjnej złożonej z nacjonalistów ukraińskich. Podczas pierwszej wojny światowej Diaczenko służył w armii rosyjskiej, a następnie w wojsku Ukraińskiej Republiki Ludowej. W okresie międzywojennym był oficerem kontraktowym w Wojsku Polskim, ale już w latach 30. nawiązał współpracę z Abwehrą. Na czele Legionu Wołyńskiego stanął w 1943 roku. Formacja ta została skierowana we wrześniu 1944 roku do tłumienia powstania na Czerniakowie. W dniach 27-30 września 1944 roku podkomendni Diaczenki uczestniczyli w operacji rozbicia Grupy „Kampinos” Armii Krajowej. Na początku 1945 roku Legion Wołyński wcielono do 14. Dywizji Waffen-SS (1. ukraińskiej), czyli dywizji „Galizien”. W marcu 1945 roku Diaczenko został jednym z dowódców sformowanej u boku Niemiec hitlerowskich Ukraińskiej Armii Narodowej (UNA). Po zakończeniu wojny on i jemu podobni kolaboranci ukraińscy nie zostali wydani w ręce ZSRR dzięki interwencji gen. Władysława Andersa, który potwierdził przed władzami alianckimi ich polskie obywatelstwo. Dlatego Diaczenko mógł spokojnie udać się na emigrację do USA.

W lutym 2015 roku Rada Najwyższa Ukrainy włączyła Diaczenkę do panteonu ukraińskich bohaterów narodowych, ustanawiając na szczeblu państwowym obchody 120. rocznicy jego urodzin[6]. Faktu tego dyskretnie nie zauważyły elity polityczne III RP, wspierające bezkrytycznie pomajdanową Ukrainę.

[1] K. Kąkolewski, Co u pana słychać?, Warszawa 1975, s. 84-99.

[2] P. Gursztyn, Rzeź Woli. Zbrodnia nierozliczona, Warszawa 2014, s. 178-179; N. Sennerteg, Kat Warszawy, Warszawa 2009, s. 143.

[3] Ph. Marti, Sprawa Reinefartha. Kat powstania warszawskiego czy szacowny obywatel, Warszawa 2016, s. 218-305.

[4] J. Kirchmayer, Powstanie Warszawskie, Warszawa 1964, s. 244.

[5] Wnuk nazisty chce pozwać Muzeum Powstania Warszawskiego, http://www.wprost.pl, 5.11.2014.

[6] B. Piętka, Gloryfikacja ukraińskich zbrodniarzy, „Myśl Polska” nr 15-16 (2029/30), 12-19.04.2015, s. 14-15.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 8 sierpnia 2017 r.

„Przegląd”, nr 32 (918), 7-13.08.2017, s. 14-17

Rocznica genocidium atrox na Woli

Dzisiaj przypada 73. rocznica niemieckiego ludobójstwa na Woli. 5 sierpnia 1944 roku też była sobota, nazwana później „czarną” – i też była upalna. Wydarzenie to jest nazywane „rzezią Woli” i podobnie jak „rzeź wołyńska” jest to określenie niewłaściwe z naukowego punktu widzenia. Jedynym właściwym określeniem na to, co stało się na Woli w dniach 5-7 sierpnia 1944 roku oraz na to, co stało się w Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w 1943 i 1944 roku jest genocidium atrox – ludobójstwo zwyrodniałe, tzn. takie, gdzie ofiarom zadaje się śmierć w barbarzyński i okrutny sposób.

Naród polski w okresie drugiej wojny światowej dwukrotnie doświadczył genocidium atrox – ze strony nacjonalistów ukraińskich na Kresach Wschodnich oraz ze strony Niemców i ich kolaborantów w Warszawie w 1944 roku. Z genocidium atrox podczas drugiej wojny światowej mieliśmy też do czynienia w wypadku ludobójstwa, którego na Serbach dokonali chorwaccy ustasze oraz w wypadku działalności brygady Dirlewangera na okupowanej Białorusi, w wyniku której część jej obszaru została przekształcona w Wüstezone (teren pustynny). To była ta sama brygada Dirlewangera, która w Wüstezone przekształciła Wolę, a potem Stare Miasto i Powiśle, podpalając dom po domu, wrzucając granaty do mieszkań i piwnic, rozstrzeliwując całe wielopokoleniowe rodziny, błagających o litość przebijając bagnetami, mordując i paląc dzieci w sierocińcach oraz rannych i chorych w szpitalach, dokonując sadystycznych gwałtów i mordów na kobietach. Rocznica Powstania Warszawskiego powinna być przede wszystkim okazją do przypomnienia niemieckiego genocidium atrox na Woli. Nie po to, by budzić niechęć do Niemców, ale po to, by wiedział o tym cały świat, bo to było przecież ludobójstwo na narodzie polskim. To jest historia narodu, o której wiedzieć powinni wszyscy.

Tak jednak nie jest. Obchody genocidium atrox na Woli mają charakter lokalny, dzielnicowy. Nie bierze w nich udziału nawet prezydent Warszawy, nie mówiąc o prezydencie Polski. Dlaczego? To są jakieś gorsze ofiary, jak te z Wołynia i Małopolski Wschodniej? Po zamordowanych i spalonych na Woli Polakach zebrano po wojnie 12 ton popiołów, co odpowiada 40-50 tys. ofiar. Jeśli dodamy do tego ofiary cywilne zamordowane podczas Powstania Warszawskiego na Ochocie (10 tys.), Starym Mieście (30 tys.) i w „dzielnicy policyjnej” (5-10 tys.), to otrzymamy mniej więcej tyle ile zginęło od wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie. O ile jednak o Hiroszimie wie cały świat, to wiedza o niemieckim genocidium atrox w Warszawie nie jest bynajmniej powszechna. Pod Pomnikiem Polegli Niepokonani – wzniesionym na kurhanie, który kryje 12 ton prochów ofiar genocidium atrox na Woli – nie klękają prezydenci Polski i Niemiec.

Rocznicowa narracja czynników oficjalnych o Powstaniu Warszawskim przypomina tę z Muzeum Powstania Warszawskiego, w którym nie ma nawet ekspozycji poświęconej niemieckiemu genocidium atrox w Warszawie. W świetle tej narracji powstanie było wielkim zwycięstwem moralnym i fajną harcerską przygodą. Rozumiem, że eksponowanie genocidium atrox popełnionego przez Niemców na cywilnych mieszkańcach Warszawy prowokowałoby pytanie o sens powstania i odpowiedzialność gloryfikowanych dzisiaj dowódców AK. Podejrzewam również, że te ofiary z Woli – biednej robotniczej dzielnicy, podobnie jak ofiary z Wołynia (biedni, często niepiśmienni chłopi), są traktowane przez czynniki oficjalne po prostu jako ofiary gorsze ze względu na swoje pochodzenie socjalne. Tak chyba patrzyło też na nie inteligenckie dowództwo AK, które było gotowe „rzucić na stos” warszawski proletariat, a także młodzież i dzieci, by osiągnąć założony cel polityczny, niemożliwy wówczas do zrealizowania.

Bohdan Piętka                                                                  

Oświęcim, 5 sierpnia 2017 r.