Niechciane święto

W tym roku po raz pierwszy był obchodzony Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej – święto ustanowione na pamiątkę rocznicy Krwawej Niedzieli 11 lipca 1943 roku. Uchwała ustanawiająca to święto została rok temu dosłownie wyrwana PiS-owi z gardła przez kresowian i nie ma w tym stwierdzeniu przesady. Establishment polityczno-medialny III i IV RP – skłócony ze sobą śmiertelnie we wszystkich sprawach – nadal ma problem z pamięcią o ludobójstwie dokonanym na narodzie polskim przez banderowców. Problem ten wynika z uwikłania tego establishmentu w dyktowaną z Zachodu politykę wspierania Ukrainy za wszelką cenę.

W dniach 8-9 lipca byłem świadkiem obchodów społecznych, zorganizowanych w Warszawie przez Patriotyczny Związek Organizacji Kresowych i Kombatanckich. Mogę powiedzieć całkiem otwarcie, że widziałem dwa sprzeczne ze sobą światy: gorące polskie serca uczestników społecznych uroczystości oraz kompromitację establishmentu polityczno-medialnego.

Obchody społeczne Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa na Kresach Wschodnich II RP rozpoczęły się 8 lipca konferencją popularno-naukową „Należna pamięć – nie zemsta” w Muzeum Niepodległości. Referaty wygłosili m.in. ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, dr Lucyna Kulińska, prof. Jerzy Robert Nowak, prof. Włodzimierz Osadczy, Ewa Siemaszko, Stanisław Srokowski i dr hab. Andrzej Zapałowski.

Referat dr. Lucyny Kulińskiej dotyczył wypędzenia Polaków z Kresów Wschodnich. Omówiła w nim trzy rodzaje wypędzenia: deportacje sowieckie w latach 1939-1941, w których aparat NKWD był wspierany przez nacjonalistów ukraińskich i Żydów, ucieczki Polaków z Wołynia i Małopolski Wschodniej podczas ludobójstwa z lat 1943-1944 oraz tzw. repatriacje z lat 1944-1945 i wypędzenie ludności polskiej z tzw. Zakrezonia, dokonane przez UPA w latach 1945-1947. Prelegentka zwróciła uwagę, że temat polskich wypędzeń stał się po 70-ciu latach kartą przetargową w stosunkach polsko-ukraińskich. Günter Grass powiedział, że Niemcy utraciły swoje ziemie wschodnie, ponieważ rozpętały zbrodniczą wojnę. Polska natomiast została ograbiona ze swoich ziem wschodnich, a Ukraińcy zostali nagrodzeni za ludobójstwo. Swoje wystąpienie dr Kulińska zakończyła refleksją, że banderyzm musi zostać w Polsce potępiony, a Jan Piekło usunięty ze stanowiska ambasadora w Kijowie, ponieważ jest probanderowski.

Ewa Siemaszko rozpoczęła swój referat od stwierdzenia, że ludobójstwo wołyńsko-małopolskie jeszcze trwa. Trwa jego trzecia, pogenocydalna faza, która polega na zacieraniu śladów i zaprzeczaniu zbrodni. Zwróciła uwagę, że do genocidium atrox w latach 1943-1944 nie doszło nagle, pod wpływem jakiegoś bodźca. Zostało ono zaplanowane przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów w lach 30. XX wieku w celu utworzenia państwa ukraińskiego.

Omówiła następnie wszystkie fazy ludobójstwa ukraińskiego, poczynając od działalności terrorystycznej OUN w latach 30. XX wieku. Wedle badań Ewy Siemaszko genocidium atrox na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej pochłonęło około 130 tys. ofiar. Ukraińcy nie negowali, że Polacy są mordowani dlatego, że są Polakami. Demoniczny charakter nacjonalizmu ukraińskiego przejawiał się m.in. w radości z zadawania cierpienia ofiarom oraz w gloryfikacji zbrodni przez naród, dla którego zbrodnia była popełniania. Dużo miejsca w swoim wystąpieniu Ewa Siemaszko poświęciła postgenocydalnym problemom, w tym traumie ofiar oraz przemilczaniu zbrodni. Zwróciła uwagę, że wobec ocalałych ofiar ludobójstwa banderowskiego nie prowadzono żadnych działań terapeutycznych. Nie było wobec nich nawet opieki psychologicznej, jak w przypadku ocalałych ofiar Holokaustu.

Zdaniem Ewy Siemaszko w PRL miało miejsce przemilczanie ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego w imię dobrych stosunków z ZSRR; mówiono tylko o zbrodniach UPA w Bieszczadach. Nie do końca się z tym zgodzę, ponieważ o ludobójstwie na Wołyniu dowiedziałem się właśnie w PRL, na początku lat 80. XX wieku, z podręcznika historii do szkoły podstawowej (była tam podana liczba 40 tys. ofiar, ale taki był wówczas stan badań). W PRL nakręcono na temat zbrodni UPA dwa filmy fabularne („Ogniomistrz Kaleń” i „Zerwany most”). Ich akcja co prawda rozgrywa się po wojnie w Bieszczadach, ale zwłaszcza w „Zerwanym moście” jest pokazana z detalami zagłada polskiej wsi przez UPA, tak jak to miało miejsce na Wołyniu. W PRL wydano też co najmniej kilka pozycji książkowych na temat zbrodni UPA, w tym popełnionych na Wołyniu (np. wspomnienia Henryka Cybulskiego – „Czerwone noce”, wyd. Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1977).

Jaskrawo kontrastuje to z okresem III RP, gdzie temat ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego został całkowicie przemilczany w filmie (film „Wołyń” z 2016 roku zrealizowano za społeczne pieniądze wbrew czynnikom oficjalnym), a przez 15 lat nie było go też w podręcznikach szkolnych. Gdy w końcu trafił do podręczników, to w formie narracji banderowskiej – najpierw były rzekome prześladowania Ukraińców w II RP, a potem „tragiczne wydarzenia” na Wołyniu.

Zgodzę się więc z Ewą Siemaszko, że po 1989 roku miała miejsce państwowa polityka przemilczania zbrodni OUN-UPA. Celem tej polityki było ułożenie przyjaznych stosunków z państwem ukraińskim według koncepcji Jerzego Giedroycia. W podejściu elit intelektualnych Polski pookrągłostołowej do prawdy o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim Ewa Siemaszko wyróżniła trzy nurty: przemilczanie, tolerowanie i reglamentowanie. Od lat 2008-2013 nurt przemilczania zanika, co jest zasługą heroicznej walki o prawdę środowisk kresowych. Niemniej jednak nadal mamy do czynienia z oporem przed prawdą części elit politycznych oraz brakiem ustawodawstwa penalizującego banderyzm i negację zbrodni OUN-UPA. Na Ukrainie natomiast świadomie zaciera się prawdę o zbrodniczości UPA. Stąd poważnym zagrożeniem, na które zwróciła Ewa Siemaszko, jest napływ do Polski emigracji zbanderyzowanych młodych Ukraińców – wychowanych w duchu negacji zbrodni i kultu jej sprawców.

Pisarz Stanisław Srokowski poświęcił swoje wystąpienie m.in. pregenocydalnej fazie ludobójstwa we wrześniu 1939 roku. Szerzej wspomniał w tym kontekście m.in. o wymordowaniu przez bojówkę OUN 17 września 1939 roku polskiej wsi Sławentyn w województwie tarnopolskim. Odnosząc się do czasów współczesnych stwierdził, że kresowianie niczego sobie nie uzurpują – mają prawo do pamięci o swojej Polsce. Zwrócił uwagę na brak patronatu prezydenta RP nad obchodami społecznymi rocznicy ludobójstwa oraz brak udziału Kancelarii Prezydenta w uroczystościach społecznych. Czego prezydent się boi – zapytał Srokowski.

Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski omówił zagadnienie zagłady Ormian podczas ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Ormianie podzielili los Polaków nie tylko dlatego, że nacjonaliści ukraińscy zmierzali do usunięcia z terenu przyszłego państwa ukraińskiego wszystkich mniejszości narodowych, ale także dlatego, że byli mniejszością narodową najbardziej lojalną wobec państwa polskiego. Prof. Jerzy Robert Nowak przeanalizował zagadnienie zakłamywania prawdy o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim w mediach polskich. Dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem, iż z jego analizy wyszło, że „Gazeta Wyborcza” i „Gazeta Polska” mówią w tej sprawie jednym głosem, tzn. prezentują stanowisko ukraińskie.

Krytyce ukraińskiej polityki historycznej oraz polskiej polityki wobec Ukrainy zostały poświęcone dwa obszerne referaty, które wygłosili prof. Włodzimierz Osadczy i dr hab. Andrzej Zapałowski.

Wyraz głębokiemu rozczarowaniu oficjalnymi stosunkami polsko-ukraińskimi dał prof. Osadczy. Podniósł skandaliczny fakt skierowania do „zamrażarki sejmowej” ustawy o penalizacji banderyzmu. Dużo słów krytyki poświecił stronie ukraińskiej, w tym m.in. negacji na szczeblu państwowym ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, uprawianej przez Ukraiński IPN. Zacytował arcybiskupa-metropolitę lwowskiego Mieczysława Mokrzyckiego, który stwierdził, że owocami pojednania polsko-ukraińskiego stały się puste frazesy. Winę za to ponosi głównie strona ukraińska, w tym wspierający nacjonalistów ukraińskich Kościół greckokatolicki. Lwowski arcybiskup tego kościoła – Ihor Woźniak – święcił pomnik Bandery we Lwowie, stawiał Banderę za wzór do naśladowania i gloryfikował Szuchewycza. Z kolei kardynał Lubomyr Huzar skierował w 2006 roku list gratulacyjny do Kongresu Ukraińskich Nacjonalistów. Pisał w nim m.in. o rzekomo wysokim morale członków OUN i postawił ich za wzór. Postawę ukraińskiej hierarchii greckokatolickiej dobrze też oddaje jej sprzeciw wobec przypominania postaci bł. biskupa Grzegorza Chomyszyna (1867-1945) – przeciwnika nacjonalizmu ukraińskiego i orędownika pojednania polsko-ukraińskiego. Współczesny Kościół greckokatolicki jest przesiąknięty duchem nacjonalizmu ukraińskiego i z tego powodu – jak podkreślił prof. Osadczy – nie jest on partnerem do jakiegokolwiek dialogu.

Andrzej Zapałowski dokonał krytycznej analizy polskiej polityki wobec Ukrainy, poczynając od lat 70. XX wieku. Dwa ówczesne polskie ośrodki opozycyjne – emigracyjny w Paryżu i krajowy skupiony wokół KOR – zostały wykorzystane przez nacjonalistów ukraińskich dla postawienia znaku równania pomiędzy polską a ukraińską walką z Rosją oraz deprecjonowania ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Doprowadziło to do asymetrii w stosunkach polsko-ukraińskich po 1989 roku. Nałożyły się na to jeszcze polityka i interesy USA. Zdaniem Zapałowskiego banderyzm na Ukrainie odrodził się tak szybko, ponieważ w okresie „zimnej wojny” był wspierany przez Zachód w walce z ZSRR i blokiem wschodnim.

W polskich elitach politycznych – podkreślił Zapałowski – nie ma świadomości z jakim partnerem mają do czynienia na Ukrainie. Dominuje myślenie życzeniowe i ideologiczne. Nie ma wśród tych elit elementarnej wiedzy o współczesnej Ukrainie. Przede wszystkim o tym, że u podstaw budowy Ukrainy po 1991 roku leżała koncepcja państwa unitarnego sprowadzająca się do tego, że Ukraińcy zachodni mieli ukrainizować wschodnią, rosyjskojęzyczną cześć Ukrainy. Założono politykę konfrontacyjną jednej części Ukrainy w stosunku do drugiej, co w konsekwencji doprowadziło do rozpadu tego państwa po przewrocie z 2014 roku. Polskie elity nie znalazły sobie na Ukrainie innego partnera poza nacjonalistami i wspierają ich działania (ze swej strony dodam, że partnera tego znalazła im ambasada USA). Zdaniem Zapałowskiego polityka polska i polityka nacjonalistów ukraińskich faktycznie przyczynia się do realizacji polityki rosyjskiej, która po 2008 roku zmierza do wypchnięcia nacjonalistów z Ukrainy do zachodniej części tego państwa (teza do przemyślenia).

Zapałowski zauważył, że coraz bardziej realna jest konfrontacja na Ukrainie pomiędzy oligarchami i nacjonalistami. Po czyjej stronie stanie wówczas Polska – pytał (moim zdaniem po tej, którą wskaże ambasada USA). Zwrócił też uwagę, że Ukraina jest państwem eksploatowanym przez oligarchów, z budżetem na poziomie województwa mazowieckiego i PKB porównywalnym z najbiedniejszymi krajami afrykańskimi. Ma o 20 proc. wyższy niż Polska poziom najcięższych przestępstw kryminalnych. Czy to jest partner dla Polski – pytał.

W konkluzji swojego wystąpienia jeszcze raz podkreślił, że polskie elity nie mają realnej wiedzy na temat tego kraju. Poruszają się w kręgu własnych wyobrażeń i dawno przebrzmiałych mitów. Dlatego polska polityka wobec Ukrainy jest pozbawiona realizmu. Dlatego PiS miota się od ściany do ściany – z jednej strony mamy oświadczenie ministra Waszczykowskiego, że Ukraina z Banderą do UE nie wejdzie, a z drugiej strony utrzymuje się probanderowskiego ambasadora w Kijowie i dopuszcza do głosu lobby ukraińskie z „Gazety Polskiej”.

W niedzielę 9 lipca środowiska kresowe zorganizowały uroczystość przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Uczestniczyła w niej kompania honorowa Wojska Polskiego, ale ceną za jej obecność było odczytanie tzw. apelu smoleńskiego. Witold Listowski – prezes Patriotycznego Związku Organizacji Kresowych i Kombatanckich – oraz ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski dali w swoich wystąpieniach wyraz dezaprobacie wobec braku patronatu prezydenta RP nad obchodami społecznymi, o czym prezydent Andrzej Duda poinformował w oschłej formie organizatorów w ostatniej chwili. Ksiądz Isakowicz zapytał w związku z tym czy kresowianie są dziećmi gorszego prezydenta. Zwrócił uwagę, że 10 lipca na Krakowskim Przedmieściu – na tzw. miesięcznicy smoleńskiej – będzie obecny cały rząd i większość posłów PiS, a na uroczystość upamiętniającą ludobójstwo na narodzie polskim przybył jeden wiceminister. Z patriotycznymi przemówieniami przedstawicieli środowisk kresowych oraz posłów Roberta Winnickiego (niezrzeszony) i Piotra Zgorzelskiego (PSL) kontrastowały wystąpienia oficjalnych przedstawicieli władz. Byli nimi wiceminister obrony narodowej oraz pani w randze dyrektora departamentu, reprezentująca Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, a także poseł PiS Andrzej Melak, który odczytał list od marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego. List ten zaczynał się od tego, że Kresy Wschodnie były w XIX wieku pod zaborem rosyjskim. Kilka dni później dowiedziałem się, że kończył się słowami potępienia operacji „Wisła”, ale fragment ten w ostatniej chwili wykreślił prof. Jan Żaryn. Najwidoczniej marszałek Sejmu nie wiedział, że środowiska kresowe uważają operację „Wisła” za działanie zgodne z polską racją stanu, które położyło kres ludobójstwu ukraińskiemu na narodzie polskim.

Najbardziej zdumiewające było wystąpienie pani dyrektor z Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Po podejściu do mikrofonu pani ta stwierdziła, że nic nie może powiedzieć, ponieważ o wysłaniu ją na tę uroczystość dowiedziała się w ostatniej chwili. Następnie rozłożyła ręce, powiedziała „Cześć i chwała bohaterom” i na tym zakończyła swoje wystąpienie. Prawdopodobnie nie za bardzo wiedziała w jakiej uroczystości uczestniczy. Może skojarzyła ją sobie z licznymi celebrami na cześć tzw. żołnierzy wyklętych.

Wobec braku patronatu prezydenta RP nad uroczystościami społecznymi Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa banderowskiego patronat ten objęli marszałkowie województw mazowieckiego, dolnośląskiego i opolskiego. Na uroczystości przed Grobem Nieznanego Żołnierza był obecny marszałek województwa mazowieckiego Adam Struzik (PSL), a z bardziej znanych osobistości zaangażowanych w działalność kresową także gen. Mirosław Hermaszewski – ocalony jako dziecko z rzezi wołyńskiej.

Następnie odbył się Marsz Pamięci do katedry polowej Wojska Polskiego, w którym uczestniczyło kilkaset osób. Na Krakowskim Przedmieściu przywitała go pikieta Komitetu Obrony Demokracji z transparentem „Hitler-endek dwa bratanki”. Rozumiem, że było to oficjalne stanowisko szeroko rozumianej formacji liberalnej wobec święta 11 lipca.

Na mszy w katedrze polowej również zabrakło biskupa polowego WP. Odczytany w jego imieniu list zawierał sformułowania ostrożne i ogólnikowe.

Obchody społeczne Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa banderowskiego odbyły się poza Warszawą w wielu innych miastach Polski, m.in. we Wrocławiu, Lublinie, Żarach, Rzeszowie, Przemyślu, Gnieźnie, Krakowie, Oświęcimiu. Przeważnie z udziałem władz samorządowych. Wymowne było milczenie wobec tych uroczystości i samej rocznicy 11 lipca na łamach „Gazety Polskiej”.

11 lipca w Warszawie miały natomiast miejsce obchody państwowe przed Grobem Nieznanego Żołnierza i pod pomnikiem na Skwerze Wołyńskim. Niestety bez udziału prezydenta i premier Beaty Szydło, która wystosowała tylko zdawkowy list do uczestników. Jedynym pozytywnym akcentem było odsłonięcie tablicy informacyjnej przy pomniku na Skwerze Wołyńskim, na którym znalazło się słowo „ludobójstwo” – słowo, przed którym bardzo długie lata wzbraniał się establishment polityczno-medialny III RP, wykreślając go z uchwał i oficjalnych wystąpień, usuwając z publikacji, deprecjonując na łamach „Gazety Wyborczej”.

Tuż przed świętem 11 lipca prezydent Andrzej Duda udał się na urlop do Juraty. Najwidoczniej obawa przed oburzeniem opinii publicznej spowodowała, że tego dnia pojawił się jednak pod pomnikiem wołyńskim w Gdańsku, gdzie zorganizowano improwizowaną uroczystość z udziałem kilku urzędników i przewodniczącego NSZZ „Solidarność”. W krótkim wystąpieniu prezydent oświadczył, że „Jako naród, jako społeczeństwo, musimy o nich [ofiarach ludobójstwa – BP] pamiętać i musimy zawsze o tym przypominać – nie po to, by podsycać niechęć wobec narodu ukraińskiego, absolutnie nie po to. Wręcz przeciwnie – musimy pamiętać o tym, jako o ostrzeżeniu i musimy pamiętać o tym, jako o elemencie budowania dobrych relacji pomiędzy naszymi narodami, jak najlepszych. Musimy je budować na uczciwej pamięci i na nazywaniu spraw po imieniu, takimi, jakimi one rzeczywiście były, bo dobre relacje między narodami można budować tylko i wyłącznie na prawdzie”[1].

Problem w tym, że establishment polityczny III RP przed tą pamięcią nadal się broni, czego dowiodły pierwsze obchody Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa banderowskiego. Jest to nadal święto niechciane, wymuszone naciskiem społecznym i to widać w zachowaniu polityków partii rządzącej i samego prezydenta. Natomiast o budowaniu stosunków z Ukrainą opartych na pamięci i prawdzie nie ma mowy, ponieważ dzięki polityce wszystkich polskich rządów po 1989 roku do władzy na Ukrainie doszła opcja, która pamięć i prawdę o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim neguje. Władze pomajdanowej Ukrainy dały temu wyraz tuż przed świętem 11 lipca, odmawiając zgody na ekshumację ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, a jako warunek tej zgody stawiając żądanie postawienia w Polsce pomników UPA.

Prezydent wspomniał też w swoim wystąpieniu, że „ze strony polskiego podziemia były także akcje odwetowe prowadzone przez Armię Krajową. Zginęli także i ludzie narodowości ukraińskiej (…)”. Doprawdy nie wiem o co panu prezydentowi chodziło. W 1943 roku nie było na Wołyniu żadnej Armii Krajowej. Jej struktury zaczęto tam tworzyć dopiero po dokonaniu ludobójstwa przez banderowców. „Akcje odwetowe” prowadziły nieliczne polskie samoobrony, z największą w Przebrażu na czele. To historiografia banderowska w wyjątkowo bezczelny sposób określiła mianem „akcji odwetowych” rozpaczliwą obronę, która w wypadku Przebraża powiodła się – co ciągle jest przemilczane – dzięki pomocy partyzantki radzieckiej. Ten „odwet” polegał na tym, że garstka kilkunastu tysięcy niedobitków nie dała się wymordować, zadając straty bandytom z UPA.

Właśnie użycie przez prezydenta banderowskiego sformułowania o polskich „akcjach odwetowych” najlepiej świadczy o tym, że establishment III RP ma nadal problem z pamięcią i prawdą o Wołyniu oraz wymuszonym przez społeczeństwo świętem, którego nie chce. Będzie miał ten problem dopóki, dopóty będzie wyznawał tzw. wiarę ukrainną, czyli – jak to ujął Andrzej Zapałowski – patrzył na Ukrainę przez pryzmat własnych wyobrażeń i mitów, a nie faktów.

[1] „Prezydent: musimy pamiętać o ludobójstwie na Wołyniu i o nim przypominać”, http://www.prezydent.pl, 11.07.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 lipca 2017 r.

Reklamy

Ukraińcy wchodzą do gry

Aktywna politycznie część diaspory ukraińskiej w Polsce włącza się w pucz opozycji liberalnej przeciw rządowi PiS. Bartosz Kramek – przewodniczący rady Fundacji Otwarty Dialog, założonej przez nacjonalistkę ukraińską Lyudmylę Kozlovską, prywatnie jego żonę i prezesa zarządu Fundacji – ogłosił na Facebooku 16-punktowy plan obalenia rządu PiS, czyli zorganizowania przewrotu na wzór ukraińskiego Majdanu[1].

„Radykalne metody oporu z krajów wschodnich usprawiedliwiają wyjątkowe w historii III RP okoliczności. Władza, która przeprowadza destrukcję życia publicznego i ustroju państwa w stylu wschodnim, musi się liczyć z adekwatną i analogicznie inspirowaną reakcją społeczeństwa. Niniejsze opracowanie prezentuje 16 punktów opartych m.in. na doświadczeniach wyniesionych z misji obserwacji i wsparcia ukraińskiego Euromajdanu” – ogłosił publicznie Kramek.

Warto też zwrócić uwagę na to, że pan Kramek (urodzony w 1986 roku – jak sam podaje) pisze we wstępie do swojego elaboratu, że miał nadzieję, iż „historia Polski skończyła się wraz z upadkiem komunizmu oraz akcesją do NATO i UE”. Niestety rząd PiS zawiódł jego nadzieje na koniec historii Polski, który ma się sprowadzać do „sprawnego wykorzystywania funduszy unijnych, rozbudowy infrastruktury i modernizacji kraju”. Zarzuca Jarosławowi Kaczyńskiemu, że chce zostać „neoendeckim Piłsudskim”, a od elit politycznych w Polsce żąda „podążania za duchem czasu (…), a nie konfliktów o historię i symbole”. Temu „duchowi czasu” zagraża jego zdaniem „putinowska Rosja” oraz rząd PiS w Polsce. Ostrzega, że celem PiS-u jest „suwerenna demokracja w stylu Putina i Erdogana”. Pan Kramek podaje o sobie, że pochodzi z Bystrzycy Kłodzkiej. Nie wiem czy z rodziny ukraińskich wysiedleńców z operacji „Wisła” czy z rodziny polskiej, ale jego poglądy są bardzo znamienne. Przebija z nich nie tylko demoliberalny kosmopolityzm, ale i radykalny antypolonizm. Kramek ujawnia też, że był obecny „od samego początku” na ukraińskim Majdanie „wraz z grupą polskich parlamentarzystów”. Nie dowiadujemy się co tam robił, ale z następnego zdania, w którym pisze, że inspiracją jest dla niego „Niebiańska Sotnia” (czyli ofiary Majdanu, padłe głównie od strzałów w plecy ze strony jego organizatorów) wynika, że chyba nie roznosił tam kawy.

Ukraińska Fundacja Otwarty Dialog (w skrócie Open Dialog) została założona w 2009 roku w Warszawie przez nacjonalistów ukraińskich, ludzi powiązanych z dawną Unią Demokratyczną (Wolności) i lewaków z „Krytyki Politycznej”. Jej zadaniem jest organizowanie i wspieranie tzw. „kolorowych rewolucji” w krajach byłego ZSRR. Jest ściśle powiązana z Sorosem, michnikowszczyzną i Platformą Obywatelską. Liczne zdjęcia członków kierownictwa Fundacji Otwarty Dialog z Sorosem można bez trudu znaleźć w internecie. W radzie Open Dialog zasiadają m.in. były polityk Unii Demokratycznej (Wolności) Andrzej Wielowieyski i polityk PO Jacek Szymanderski. Aktywnego wsparcia działaniom Fundacji udzielali i udzielają m.in. polityk PO (a wcześniej sekretarz KC PZPR) Marcin Święcicki oraz skrajnie proukraiński działacz UD (UW) Henryk Wujec. Fundacja Otwarty Dialog najbardziej zasłynęła z organizowania nielegalnych zbiórek pieniędzy na zakup hełmów i kamizelek kuloodpornych dla banderowskich formacji paramilitarnych walczących w Donbasie oraz nielegalnej wysyłki tych komponentów uzbrojenia na Ukrainę. Prokuratura wszczęła w związku z tym śledztwo w 2014 roku przeciw Fundacji, ale sądy – które jak wiadomo pod rządami PO były niezawisłe – umorzyły postępowanie. Ponadto Open Dialog zajmuje się szkoleniem „działaczy demokratycznych”, czyli przygotowywaniem kadr dla przewrotów typu „kolorowych rewolucji” na obszarze poradzieckim. Przedmiotem jej zainteresowania oprócz Ukrainy były i są Białoruś, Mołdawia, Rosja, Gruzja, Kazachstan i inne kraje powstałe po rozpadzie ZSRR. Tajemnicą poliszynela – jak podaje m.in. portal prawy.pl – są powiązania Open Dialog ze Służbą Bezpieczeństwa Ukrainy[2].

Z Fundacją Otwarty Dialog jest ściśle związana Natalia Panczenko – liderka Euromajdanu Warszawa, która zasłynęła z otwartego manifestowania swoich banderowskich poglądów, w tym uwielbienia dla UPA, oraz żądania, by Polska zwróciła Gdańsk Niemcom a Przemyśl Ukrainie. Pani Panczenko była stałym gościem seansów nienawiści organizowanych przez Kluby „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji w dniach 17 września i 10 kwietnia. Wygłaszała tam nienawistne przemówienia, wzywając wprost do wojny polsko-rosyjskiej. Po jednym z takich wystąpień padła w objęcia obecnej posłanki PiS Anity Czerwińskiej, wówczas przewodniczącej warszawskiego Klubu „Gazety Polskiej”. Działalność Euromajdanu Warszawa i Fundacji Otwarty Dialog cieszyła się stałym wsparciem PiS-owskiej tuby medialnej – „Gazety Polskiej” – oraz skrajnie proukraińskiej posłanki PiS Małgorzaty Gosiewskiej. Nie muszę przypominać, że czołowi politycy PiS i dziennikarze jego mediów wspierali krwawy przewrót na Ukrainie w 2014 roku. I teraz oto przewodniczący rady Fundacji Otwarty Dialog ogłasza 16-punktowy plan obalenia rządu PiS.

Czy z tego faktu ktoś w PiS potrafi wyciągnąć polityczny wniosek? Chodzi mi o to czy ktoś w PiS jest świadomy tego, że to nie Rosja organizuje pucz w Warszawie, ale Zachód – Niemcy, USA i Soros przy udziale m.in. nacjonalistów ukraińskich. Fundacja Otwarty Dialog miała organizować „kolorowe rewolucje” na Wschodzie, a przyszło jej wspierać „kolorową rewolucję” w Polsce. Wrogiem rządu PiS jest Zachód i są nim też popierani przez PiS nacjonaliści ukraińscy. W tej sytuacji konieczna jest rewizja dotychczasowej polityki tej partii wobec Rosji. Polityki, która prowadzi donikąd, która doprowadziła do tego, że parlamenty Rosji i Izraela potępiły ustawę o likwidacji pomników radzieckich w Polsce. Skoro Rosja może przeciw rządowi PiS sprzymierzyć się z Izraelem, to może też stanąć (niekoniecznie jawnie) po stronie jego obecnych wrogów zewnętrznych. Koniecznym więc jest natychmiastowe znormalizowanie stosunków z Rosją i odejście od skrajnie rusofobicznej polityki, uprawianej przecież nie tylko w interesie USA, ale przede wszystkim nacjonalistów ukraińskich.

Jeżeli PiS tego nie zrozumie, to najpóźniej jesienią br. zniknie z powierzchni ziemi. Jego zewnętrzni przeciwnicy nie cofną się bowiem przed niczym i nie można walczyć z wszystkimi naraz – z Zachodem i Rosją. Nie jest tajemnicą, że wśród już podobno dwumilionowej imigracji ukraińskiej przeniknęło do Polski wielu nacjonalistów ukraińskich, w tym członków banderowskich formacji paramilitarnych walczących w Donbasie. Tajemnicą poliszynela jest, że razem z nimi nielegalnie przenikają do Polski duże ilości broni. W kwietniu br. na przejściu granicznym w Dorohusku zatrzymano dwie Ukrainki, które przemycały czterolufowe działo kaliber 30 mm, o szybkostrzelności 4000 pocisków na minutę[3]. Po co i komu jest potrzebna taka broń w Polsce?

W swoim 16-punktowym planie pan Kramek proponuje „wyłączyć rząd” w Polsce („Niech państwo stanie: wyłączmy rząd!”). To jest plan destrukcji państwa i puczu na wzór tego, który miał miejsce na Ukrainie na przełomie 2013/2014 roku. Pan Kramek proponuje m.in. powołanie Frontu Demokratycznego na wzór ukraińskiej Rady Majdanu i Sztabu Sprzeciwu Narodowego, włączenie w organizację puczu związków zawodowych, Polskiej Rady Biznesu, Business Centre Club i Konfederacji Lewiatan, obywatelską akcję powstrzymania się od płacenia podatków i innych należności na rzecz skarbu państwa pod hasłem „Nie płacę na PiS”, masowe manifestacje uliczne i miasteczka namiotowe z udziałem chronionych immunitetem posłów opozycji, strajk generalny nauczycieli i sędziów, blokowanie domów polityków PiS, prowokowanie Jarosława Kaczyńskiego celem jego kompromitacji i dążenie do rozbicia PiS na frakcje, szeroką akcję propagandową, w tym przede wszystkim w internecie, sabotowanie działań rządu przez samorządy prawnicze, włączenie do puczu opanowanych przez PO samorządów, w tym samorządu Warszawy, który mógłby wyłączyć prąd w Sejmie i Senacie, ministerstwach i siedzibie PiS.

W zakończeniu pan Kramek pisze, że „Prezes Kaczyński, premier Szydło, prezydent Duda, marszałkowie Sejmu i Senatu powinni zostać zasypani nie tylko stanowczymi pismami, ale i prośbami o pilne spotkania ze strony kluczowych polityków UE i ambasadorów najważniejszych państw. Podobnie na dywanik powinni być wzywani do lokalnych MSZ-ów i szefów rządów ambasadorowie Polski za granicą. (…) Sankcje międzynarodowe powinny być opcją w grze; być może udałoby się wykorzystać bądź stworzyć mechanizm sankcji personalnych wobec decydentów politycznych i urzędników łamiących prawo”.

To jest plan podpalenia Polski, identyczny z tym, który zrealizowano na Ukrainie zimą 2013/2014 roku. Z planem tym występuje zainstalowane w Polsce środowisko banderowskie, ściśle powiązane z Sorosem i PO. Nie jest tajemnicą, że różne podmioty ukraińskie są w Polsce częścią politycznego zaplecza PO i michnikowszczyzny. Teraz już widać po co w ostatnich miesiącach padały ze strony publicystów i polityków związanych z obozem liberalnym żądania „otwarcia Polski dla Ukraińców”, w tym nie tylko zintensyfikowania imigracji ukraińskiej do Polski, nie tylko zapewniania imigrantom ukraińskim mieszkań i pracy, ale przyspieszenia procedur nadawania im obywatelstwa oraz otwarcia dla nich stanowisk na uczelniach i w wojsku. Obóz kosmopolityczno-liberalny nie ukrywa, że chodzi mu o stworzenie swojego nowego elektoratu. Dał temu wyraz m.in. pan Dutkiewicz ogłaszając publicznie, że chce doprowadzić do daleko idącej zmiany składu narodowościowego Wrocławia na rzecz Ukraińców, których jest tam już 15 proc., by walczyć z „polskim nacjonalizmem”. Jeżeli Ukraińcy mają być w perspektywie elektoratem PO, to mogą też wziąć udział w puczu, którego scenariusz ogłosił pan Kramek. Jeśli będzie bowiem za mało chętnych ze strony etnicznych Polaków, to sięgnie się po diasporę ukraińską – tę starą i nową. Ona – a nie Polacy – posłucha w pierwszej kolejności Fundacji Otwarty Dialog. Poza tym będzie potem podstawa do szybkiego nadania obywatelstwa uczestnikom puczu z nowej diaspory ukraińskiej. Cóż bowiem bardziej predestynuje do nadania obywatelstwa jak nie udział w „walce o demokrację”?

Za jednym zamachem będzie można obalić „dyktatorską” władzę PiS i wdrożyć realizację planu Ukrpolu, ogłoszoną swego czasu przez Michnika. Tu nie chodzi o żaden sprzeciw wobec reformy sądów. Merkel i Soros muszą obalić rząd PiS ze względu na kryzys migracyjny w Europie Zachodniej. Tylko nowy „demokratyczny” rząd zagwarantuje im odzyskanie kontroli politycznej nad Polską i rozładowanie tego kryzysu poprzez przyjmowanie przez Polskę imigrantów z Afryki i Azji. Jeszcze raz podkreślę, że organizatorzy „obrony demokracji” w Polsce nie cofną się przed niczym. Jeśli plan pana Kramka nie zostanie zrealizowany teraz, to próba wprowadzenia go w życie będzie podjęta jesienią, kiedy po wrześniowych wyborach w RFN Angela Merkel odzyska swobodę manewru. Nie o demokrację tutaj chodzi, ale o niepodległość Polski i to trzeba sobie uświadomić bez względu na to co sądzimy o obecnej partii rządzącej.

[1] B. Kramek, „Niech państwo stanie: wyłączmy rząd!”, profil na Facebooku Bartosza Kramka, przewodniczącego rady Fundacji Otwarty Dialog, http://www.facebook.com/bartosz.kramek, 21.07.2017; Ujawniamy: 16 kroków, które mają sparaliżować Polskę i odsunąć PiS. Inżynierowie zbiorowej histerii mają chytry plan: „Wyłączmy rząd!”, http://www.wpolityce.pl, 22.07.2017.

[2] A. Wiejak, „Fundacja Otwarty Dialog publikuje instrukcję obalenia rządu w Polsce”, http://www.prawy.pl, 22.07.2017.

[3] Stanisław Michalkiewicz: niemieckie służby mogą wykorzystać Ukraińców w Polsce do obalenia rządu PiS, http://www.wprawo.pl, dostęp 21.07.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 lipca 2017 r.

Kohl a rozbicie Jugosławii

Zmarły 16 czerwca 2017 roku Helmut Kohl jest przedstawiany w mediach głównie jako „ojciec zjednoczenia Niemiec” i jeden ze współtwórców Unii Europejskiej. Rzadziej mówi się o tym, że uznał zachodnią granicę Polski dopiero pod naciskiem USA. Prawie wcale natomiast nie wspomina się, że jego drugą wielką rozgrywką polityczną – obok doprowadzenia do zjednoczenia Niemiec – było zapoczątkowanie rozbicia Jugosławii. Odpowiedzialności Kohla za doprowadzenie do krwawego rozpadu Jugosławii zaprzeczył po jego śmierci były polityk CDU Willy Wimmer[1].

Jedynym polskim autorem, który szerzej poruszył ten temat jest wybitny politolog – prof. Marek Waldenberg. Omawiając rolę polityki niemieckiej w zapoczątkowaniu rozbicia Jugosławii oparł się na relacjach polityków i dziennikarzy zachodnich.

Według prof. Waldenberga w latach 1990-1991 największy wpływ na los Jugosławii wywierały główne państwa Wspólnoty Europejskiej – RFN, Francja i Wielka Brytania. ZSRR – będący w przededniu upadku – zajęty był wówczas swoimi problemami, a USA pierwszoplanową rolę w dramacie jugosłowiańskim zaczęły odgrywać dopiero później. W okresie tym „zdecydowane działania zmierzające przede wszystkim do wspierania secesjonizmu słoweńskiego i chorwackiego, a w konsekwencji do rozbicia Jugosławii, prowadziły Austria i RFN, przy czym to ostatnie państwo odegrało oczywiście kluczową rolę”.

Działania RFN na rzecz rozbicia Jugosławii rozpoczęły się jeszcze przed 1990 rokiem. Andreas Zumach, niemiecki dziennikarz zajmujący się polityką międzynarodową, w artykule opublikowanym w 1995 roku utrzymywał, że wywiad RFN (Bundesnachrichtdienst – BND) już w latach 80. XX wieku działał na rzecz zaostrzenia konfliktów pomiędzy Zagrzebiem a Belgradem. Ponadto w tym czasie miały napływać z RFN do Chorwacji znaczne ilości uzbrojenia. Niejasne jest jedynie, czy działo się to za zgodą rządu niemieckiego. Natomiast Erich Schmidt-Eenboom w biografii politycznej niemieckiego ministra spraw zagranicznych Klausa Kinkela pisał, że już pod koniec lat 70. BND nawiązała współpracę z chorwackimi zwolennikami secesji. Niemiecki wywiad zaczął wówczas kształtować politykę bałkańską.

W latach 1990-1991 szczególną gorliwość w popieraniu secesjonizmu Słowenii i Chorwacji przejawiali minister spraw zagranicznych Austrii Alois Mock z Austriackiej Partii Ludowej (ÖVP) i lider tej partii Erhard Busek. Gorąco zachęcali oni separatystów słoweńskich i chorwackich do ogłoszenia secesji oraz przeciwdziałali na forum OBWE próbom utrzymania jedności Jugosławii. Mock doprowadził do tego, że Austria jako pierwsza uznała secesję Słowenii i Chorwacji. Przypisuje mu się także to, że wpłynął na stanowisko w sprawie secesji swojego niemieckiego przyjaciela Helmuta Kohla.

Secesjonizm słoweński i chorwacki znalazł też silne wsparcie w mediach austriackich i niemieckich. Towarzyszył mu wyraźny antyserbizm, który wkrótce stał się narracją większości mediów zachodnich, w tym polskich. Austriacki tygodnik „Profil” skomentował 22 lipca 1991 roku tę kampanie antyserbską jako bardzo spóźniony rewanż Austrii i Niemiec za pierwszą wojnę światową.

Austriacko-niemieckiej polityce wobec Jugosławii początkowo próbowała się przeciwstawiać Francja. Jej prezydent – François Mitterrand – często powtarzał w tym czasie „lubię Serbów”, ale ostatecznie musiał się wycofać, by uniknąć otwartego konfliktu francusko-niemieckiego w przededniu konferencji w Maastricht, która miała zadecydować o utworzeniu Unii Europejskiej. Już 19 listopada 1990 roku przewodniczący Prezydium Jugosławii Borisav Jović usłyszał od Mitterranda, że Francja nie popiera secesjonizmu Słowenii i Chorwacji, ale niewiele może uczynić. Do starcia pomiędzy Mitterrandem a Kohlem w sprawie uznania secesji tych dwóch republik jugosłowiańskich doszło 23 czerwca 1991 roku na posiedzeniu Rady Europejskiej. Jeszcze 15 listopada 1991 roku Mitterrand prosił Kohla w Berlinie, by nie uznawał niepodległości Chorwacji. Usłyszał jednak od kanclerza Niemiec, że musi to uczynić, ponieważ naciskają na niego w tej sprawie jego partia CDU/CSU, liberałowie z FDP, Kościół katolicki, media i 500 tys. Chorwatów mieszkających w Niemczech.

Za narzucenie Wspólnocie Europejskiej decyzji pospiesznego uznania Słowenii i Chorwacji odpowiada w pierwszym rzędzie Helmut Kohl. Niejednokrotnie powtarzane przez niego i ministra spraw zagranicznych RFN Hansa-Dietricha Genschera w rozmowach z partnerami zagranicznymi, m.in. z Mitterrandem, twierdzenie, że nie mogą oprzeć się wywieranym na nich w Niemczech naciskom, było najprawdopodobniej wygodnym wybiegiem.

To, że na ówczesnym rządzie RFN ciąży szczególnie wielka odpowiedzialność za tragedię narodów Jugosławii przyznali później różni politycy zachodni, dobrze zorientowani w sprawie. Byli to: sekretarze stanu USA James Baker i Warren Christopher, minister spraw zagranicznych Francji Roland Dumas, wysłannik sekretarza generalnego ONZ Cyrus Vance, brytyjski polityk David Owen i amerykański dyplomata Richard Holbrooke. Wedle ich relacji Kohl i Genscher przez wiele miesięcy naciskali na WE i USA, by uznały Chorwację. Biały Dom ostrzegał ich, iż uznanie niepodległości Chorwacji wywoła reakcję łańcuchową, na której końcu będzie krwawa wojna w Bośni i Hercegowinie – stanowiącej „Jugosławię w miniaturze”. Tak się też niestety stało. Kohl i Genscher byli jednak nieustępliwi i swoją Holzhammermethode (metoda drewnianego młota) dosłownie wymusili na Wspólnocie Europejskiej uznanie secesji Chorwacji.

Tragedia narodów Jugosławii była konsekwencją nie tylko tego, że państwo to zostało rozbite. Ogromny rozmiar dramatu jugosłowiańskiego był rezultatem sposobu, w jaki nastąpiło to rozbicie, czyli forsowanego przez RFN od lata 1991 roku pospiesznego uznania przez Zachód secesji Słowenii i Chorwacji.

Błędna jest spotykana niekiedy opinia, że Kohl i Genscher nie przewidzieli następstw rozbicia Jugosławii, a zwłaszcza tragicznych konsekwencji dla Bośni i Hercegowiny. Uprzedzał ich o tym m.in. przywódca bośniackich Muzułmanów Alija Izetbegović (pierwszy prezydent Bośni i Hercegowiny). Podczas swojej wizyty w RFN w listopadzie 1991 roku oświadczył on Kohlowi i Genscherowi, że „uznanie Chorwacji oznacza wojnę w Bośni. Nie może stać się inaczej. Uznajcie Słowenię, jeśli tak chcecie, ale nie uznawajcie Chorwacji”. Słowenia – w przeciwieństwie do Chorwacji i Bośni – nie posiadała bowiem problemów etnicznych.

Jakie były przyczyny polityki austriackiej i niemieckiej, zmierzającej w konsekwencji do zniszczenia Jugosławii? Wpływ na takie a nie inne stanowisko Austrii, a szczególnie Niemiec miało szereg czynników. Do najważniejszych z nich należały:

– Geopolityczna koncepcja uzależnienia ekonomicznego i politycznego od Niemiec całej Europy Środkowo-Wschodniej, z Bałkanami włącznie, obecna w niemieckiej myśli politycznej od pierwszej wojny światowej (tzw. plan Mitteleuropy). Z kilku względów możliwość uzależnienia całej Jugosławii uznano w 1990 roku za mało prawdopodobną, natomiast niepodległej Chorwacji i Słowenii za nieprzedstawiającą trudności. Wpływy ekonomiczne RFN i Austrii w tych republikach jugosłowiańskich były znaczne, a wiele przedsiębiorstw niemieckich, w tym tak dużych jak Siemens, poczyniło tam znaczące inwestycje.

– Niejednokrotnie sugerowana w literaturze zachodniej ciągłość między antyjugosłowiańską i antyserbską polityką RFN a polityką Austro-Węgier i Niemiec od drugiej połowy XIX wieku.

– Niekontrolowany wybuch długo tłumionych ambicji odgrywania przez Berlin samodzielnej i doniosłej roli w polityce międzynarodowej, pokazania, że zjednoczone Niemcy nie są – jak je niekiedy nazywano – „ekonomiczną potęgą, ale politycznym karłem”.

– Zadawnione, szeroko rozpowszechnione w Austrii i Niemczech, silne zwłaszcza w następstwie obu wojen światowych, resentymenty wobec Serbów i Jugosławii i diametralnie odmienne podejście do Chorwacji, która była częścią Austro-Węgier, a podczas drugiej wojny światowej satelitą Niemiec.

– Wpływ Watykanu, w którym działało silne lobby chorwackie. Nacisk na rząd RFN w sprawie uznania secesji Chorwacji i Słowenii wywierała też bawarska katolicka partia CSU.

– Presja licznej w RFN diaspory chorwackiej, składającej się m.in. ze środowisk politycznych o przeszłości ustaszowskiej.

Oprócz odegrania fatalnej roli w zapoczątkowaniu rozbicia Jugosławii polityka niemiecka przyczyniła się też do oderwania Kosowa od Serbii. Od wiosny 1998 roku największy wpływ na rozwój wydarzeń w Kosowie poza USA wywierały Niemcy. Przed 1998 rokiem w stopniu większym niż jakiekolwiek inne państwo wpływały one zakulisowo na przebieg wydarzeń w Kosowie oraz wspierały separatyzm albański. Podejrzewa się nawet, że rząd Kohla dążył do militarnego rozprawienia się z Jugosławią, co ostatecznie nastąpiło podczas interwencji NATO w 1999 roku (operacja Allied Force, 24 marca-20 czerwca 1999).

Zdaniem prof. Waldenberga polityka Helmuta Kohla wobec Jugosławii po 1990 roku zmierzała „konsekwentnie przede wszystkim do rozczłonkowania tego państwa, utworzenia na jego obszarze małych państw oraz politycznego i ekonomicznego uzależnienia ich od siebie. Ten zamysł stanowiłby ważny element projektu szerszego – uzyskania hegemonii w Europie Środkowo- i Południowo-Wschodniej, zapewniającej dominującą pozycję w Unii Europejskiej, w całej, z wyjątkiem Rosji, Europie”[2].

[1] Mit Helmut Kohl hätte es Jugoslawien-Krieg nicht gegeben: Willy Wimmer zum Tod des Altkanzlers, http://www.youtube.com, 16.06.2017.

[2] M. Waldenberg, Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki, t. I (1991-2202), t. II (2002-2004), Warszawa 2005, s. 86-97, 358-359, 397.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 lipca 2017 r.

„Przegląd” nr 29 (915), 17-23.07.2017, s. 40-41

Sterowana inwazja

W Europie Zachodniej wybuchła kolejna antypolska histeria. „Nacjonalistyczny polski rząd odmawia przyjęcia muzułmańskich uchodźców, argumentując, że nie pasują oni do w większości katolickiej społeczności” – ogłoszono na antenie BBC przy okazji relacji o domniemanych przykrościach, jakie miały spotkać muzułmańską wycieczkę w Polsce. Informacje na ten temat BBC podała za mediami niemieckimi, które przez kilka dni nagłaśniały sprawę domniemanej agresji wobec wycieczki muzułmańskiej młodzieży z Niemiec do Polski. Rasizm, szowinizm, nienawiść do cudzoziemców, ksenofobiczna katolicka Polska – taki obraz przedstawiły swoim odbiorcom. Z kolei niemiecka prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie dyskryminacji na tle narodowościowym i religijnym w Polsce uczestników wspomnianej wycieczki.

Lubelska policja, po przeanalizowaniu nagrań z monitoringu miejskiego, nie potwierdziła, że jedna z uczestniczek tej wycieczki miała zostać opluta i zwyzywana na ulicy. Wycieczka muzułmańskiej młodzieży miała też paść ofiarą dyskryminacji ze strony polskich Żydów, którzy nie wpuścili jej do synagogi. Oświadczenie w tej sprawie wydała warszawska Gmina Żydowska. Czytamy w nim, że „synagoga Jeszywas Chachmej Lublin, do której nie mogła wejść wycieczka z Niemiec, znajduje się w hotelu Ilan, który tego dnia był w całości zarezerwowany przez narodową reprezentację piłki nożnej jednego z europejskich państw i oddany do ich wyłącznej dyspozycji”[1]. Nie miało to jednak żadnego znaczenia dla niemieckich mediów, które rozpętały nieprawdopodobną histerię. Ich postawa zadziwia, jeśli przypomnieć, że po atakach muzułmanów na niemieckie kobiety w Kolonii i Hamburgu w noc sylwestrową 2015/2016 roku tamtejsze media głucho milczały przez wiele dni.

Należy z tego wyciągnąć wniosek, że kampania przeciw Polsce w związku z odmową przyjęcia „uchodźców” wchodzi w kolejną fazę. Z jednej strony stosuje się w niej taktykę publicznego piętnowania i upokarzania Polski na arenie międzynarodowej, czego przejawem jest akcja niemieckich mediów w związku z domniemaną dyskryminacją wycieczki muzułmanów. Z drugiej strony natomiast używa się opozycji liberalnej, która ostentacyjnie kontestuje stanowisko rządu, związanych z tą opozycją prezydentów 12 największych miast, którzy wydali deklarację w sprawie przyjmowania „uchodźców”, oraz kardynała Nycza, który zadeklarował ich przyjęcie w parafiach diecezji warszawskiej. Jeśli te dwa kierunki ataku nie złamią rządu, jeśli nie złamią go też zapowiadane sankcje ekonomiczne, UE niewątpliwie sięgnie po ostrzejsze środki nacisku. Jakie, jeszcze nie wiemy.

Jedyna nadzieja w tym, że Polska, Węgry, Czechy i Słowacja nie będą jedynymi krajami UE, które opierają się migracji muzułmańskiej. Promyk nadziei pojawił się, gdy nagle przeciwko przyjmowaniu „uchodźców” nieoczekiwanie zbuntowały się Włochy. Stało się to po tym, jak w ciągu tygodnia do włoskich portów dotarło ponad 12 tys. „uchodźców”. Tylko między 24 a 27 czerwca przybyły do Włoch 8863 osoby z Afryki Północnej, z czego 5 tys. 25 czerwca. W maju ta liczba wyniosła 22993 osoby. Włoski rząd zaczął rozważać zamknięcie portów przed imigrantami. Został jednak przywołany do porządku przez Komisję Europejską, która zarzuciła mu, że „działa w panice”. Promyk nadziei na stawienie przez rząd włoski oporu polityce migracyjnej UE zgasł tak szybko jak się pojawił. Premier Paolo Gentiloni znalazł bowiem winnego zgodnie z obowiązującą w Brukseli narracją. „Czas, żeby niektóre kraje europejskie przestały odwracać głowę. Tego już nie można tolerować” – oświadczył, wskazując na cztery niepokorne państwa Europy Środkowej. Jednocześnie rządząca Partia Demokratyczna (wywodząca się z ugrupowań powstałych z politycznego przekształcenia Włoskiej Partii Komunistycznej i chadecji) forsuje projekt nadania obywatelstwa urodzonym we Włoszech dzieciom imigrantów. Gdyby wszedł w życie, mogłoby z niego skorzystać 800 tys. wychowanych we Włoszech potomków imigrantów, których mieszka tam już 5 mln[2].

Przy okazji nie sposób nie odnieść się do rzetelności dziennikarstwa „Gazety Wyborczej”. W tekście informującym o buncie Włoch przeciw przyjmowaniu imigrantów internetowy portal „Gazety Wyborczej” podał na początku, że przez Morze Śródziemne przeprawiają się „ludzie uciekający przed wojną w Syrii”. Natomiast na końcu tego tekstu mamy następującą informację: „Wśród przybyłych, najwięcej jest Nigeryjczyków (15 proc.), następnie mieszkańców Bangladeszu (12 proc.), Co piąty z przybyłych to Gwinejczyk lub mieszkaniec Wybrzeża Kości Słoniowej”[3].

To ilu jest wśród nich Syryjczyków? Jeśli w 2015 roku stanowili oni blisko połowę imigrantów przedzierających się przez Bałkany i Może Śródziemne do Europy (21 proc. z nich stanowili wówczas Afgańczycy, a 8 proc. Irakijczycy), to obecnie są w wyraźniej mniejszości[4]. Teraz dominują wśród imigrantów muzułmanie z Czarnej Afryki, Bangladeszu i Pakistanu oraz Kurdowie. W ich masie są też zapewne członkowie Boko Haram (nigeryjski odłam Al-Kaidy) i MUJAO (Ruch na rzecz Jedności i Dżihadu w Afryce Zachodniej – afrykańska siatka Al-Kaidy). Tego nikt nie sprawdzi, tak jak nikt nie jest w stanie sprawdzić prawdziwej tożsamości i narodowości przybyszów, bo „uchodźcy” przeważnie nie mają paszportów. Po prostu je zgubili, chociaż jakoś dziwnie nie zgubili telefonów komórkowych. A jeśli nawet mają paszporty to niejednokrotnie fałszywe.

Media zachodnie i powiązane z nimi media polskie nie informują swoich odbiorców o kilku istotnych faktach. Po pierwsze, że fala imigracji muzułmańskiej zalewająca Europę Zachodnią od 2015 roku jest rezultatem politycznego zdemolowania przez Stany Zjednoczone całego regionu Afryki Północnej (tzw. „arabska wiosna” z 2011 roku), Syrii, Iraku, Jemenu i Afganistanu. Do 2011 roku zaporą dla imigracji z Afryki była Libia Muammara Kadafiego, który został obalony w wyniku brutalnego przewrotu wspieranego militarnie przez USA, Kanadę, Wielką Brytanię, Francję, Niemcy, Włochy, Hiszpanię, Holandię, Belgię, Norwegię i Danię. Po drugie, radykalizacja polityczna świata islamu, przejawiająca się w religijnym ekstremizmie i terroryzmie, stanowi rezultat nie tylko „kolorowych rewolucji” i amerykańskich „wojen o demokrację”, ale wyniszczenia gospodarczego – szczególnie krajów afrykańskich – przez importowany z Zachodu neoliberalizm. Po trzecie, kryzys migracyjny powinien rozwiązać ten kto go spowodował. Dlatego imigranci powinni być kierowani do placówek dyplomatycznych USA. Tak się jednak nie stanie z dwóch przyczyn. Dlatego, że USA odmówiły przyjmowania imigrantów z Azji i Afryki, a kosmopolityczne elity UE dostrzegły w islamskiej imigracji szansę na realizację planu likwidacji państw narodowych. O przyspieszeniu realizacji tego planu zadecydowała kanclerz Merkel – którą za względu na jej fascynację postacią Katarzyny II pozwoliłem sobie nazwać „carycą Europy” – kiedy stało się oczywiste wyjście Wielkiej Brytanii z UE.

To była z jej oraz biurokracji UE strony klasyczna „ucieczka do przodu”. Zdecydowano, że nie ma co czekać na wyjście kolejnych państw z UE lub upadek euro, tylko poprzez kryzys migracyjny przyspieszyć bieg historii.

Imigracja muzułmańska jest więc sterowaną inwazją i o tym nie są informowani odbiorcy mediów zachodnich i większości polskich mediów prywatnych. Ośrodków sterujących jest wiele i mają one różne interesy w kierowaniu milionowych mas ludzkich z Azji i Afryki do Europy. Inne interesy mają USA, biurokracja UE, sunnickie monarchie znad Zatoki Perskiej z Arabią Saudyjską na czele, a jeszcze inne globaliści pokroju George’a Sorosa. Owi „uchodźcy”, zanim dotrą do libijskich portów nad Morzem Śródziemnym – muszą pokonać steki lub tysiące kilometrów, m.in. przez Saharę. Jest raczej wątpliwe, że czynią to pieszo. Ktoś ich musi przewozić i brać za to pieniądze. Następnie „uchodźcy” muszą zapłacić organizatorom ich przerzutu do Europy po 11 tys. dolarów od głowy za przewiezienie ich łodziami przez Morze Śródziemne. Ktoś musi to zatem finansować, bo jest wątpliwe, że finansują to sami „uchodźcy” – przedstawiani w mediach jako ofiary wojny i biedy. Ktoś to finansuje i ktoś dobrze na tym zarabia.

Przepłynięcie łodzią lub pontonem z Libii do Włoch jest poważnym wyzwaniem (z Trypolisu do Lampedusy jest 297 km, do Syrakuz na Sycylii 504 km, a do Reggio di Calabria 623 km). Szalupy z imigrantami przeważnie jednak nie docierają do włoskich brzegów. Jeśli przepłyną kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeża Libii i znajdą się na wodach międzynarodowych – „uchodźców” przejmują okręty Frontexu lub włoskiej straży przybrzeżnej w ramach „misji ratunkowej”[5]. Frontex, czyli Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej, to instytucja UE mająca chronić zewnętrzne granice Unii (notabene jej siedziba mieści się w Warszawie przy placu Europejskim 6). W początkowej fazie kryzysu migracyjnego Frontex próbował powstrzymywać nielegalną imigrację, zwłaszcza na tzw. szlaku bałkańskim, ale spotkał się wówczas z ostrą krytyką ze strony Parlamentu Europejskiego i Human Right Watch. Przecież nikt nie domaga się strzelania do imigrantów. Wystarczyłoby jednak, gdyby okręty Frontexu i włoskiej straży przybrzeżnej zamiast do włoskich portów odwoziły ich z powrotem do Libii. To by w znaczący sposób powstrzymało nielegalną imigrację do Europy. Skoro dzieje się inaczej, to jest to decyzja polityczna, za którą kryje się określony cel polityczny.

Kluczową rolę w transferze imigrantów z Libii do Włoch odgrywają statki różnych „organizacji humanitarnych” i „prywatnych organizacji charytatywnych”. Nazwy tych organizacji wymienia raport holenderskiej fundacji „Gefira”, która zajmuje się analizami politycznymi. Są to m.in. francuska organizacja „Lekarze bez Granic”, niemieckie „Lifeboat”, „Jugend Rettet”, „Sea-Watch” i „Sea-Eye-eV”, holenderskie „Boot Refugee Foundtation” i „Save the Children”, hiszpańska „Proactiva Open Arms” oraz najpoważniejsza z nich – mająca siedzibę na Malcie – MOAS (Migrant Offshore Aid Station – Stacja Przybrzeżnej Pomocy Migrantom). Ciekawe jest kto stoi za tymi organizacjami. Nie zdziwiłbym się, gdyby byli to ci sami „dobroczyńcy”, którzy organizują cały łańcuch przerzutu imigrantów, poczynając od ich miejsca zamieszkania.

W grudniu 2016 roku fundacja Gefira ujawniła, że na libijskich wodach terytorialnych stale operuje „11 statków należących do licznych pozarządowych organizacji, a oczekujących w odległości 8-12 mil morskich od libijskiego wybrzeża (…). Migranci są zabierani na pokład jeszcze na libijskich wodach terytorialnych (tj. 12 mil morskich od brzegu) i zamiast trafiać do Zarzis w Tunezji, do portu, który znajduje się w odległości 60 mil, przewozi się ich całe 275 mil aż do Włoch (…). To właśnie organizacje pozarządowe organizują zasadniczą część podróży do Europy, bez nich cały proceder przerzucania ludzi przez Morze Śródziemne byłby niemożliwy (…). Bez tych organizacji zjawisko przemycania ludzi po prostu nie zaistniałoby (…)”. Następnie – jak czytamy w raporcie fundacji Gefira – „pozarządowe organizacje (…) porzucają tych ludzi na włoskim wybrzeżu mając przy tym „czyste sumienie”, że dokonały czegoś dobrego”[6]. Przybysze z Afryki są pozostawiani sami sobie i – o ile nie dostaną pomocy od włoskiego państwa – trafiają na ulice Rzymu, Paryża i do obozów pod Calais. Włoska prokuratura podejrzewa, że owe „organizacje pozarządowe” ściśle współpracują z przemytnikami imigrantów[7].

Tak wygląda techniczna strona „napływu uchodźców” do Europy. Mamy do czynienia z operacją sterowaną, której kolejnym elementem jest sterowana nieudolność i bezradność rządów, administracji, wymiaru sprawiedliwości, policji i służb specjalnych państw Europy Zachodniej wobec organizatorów przemytu ludzi, a także przestępstw kryminalnych oraz aktów przemocy i terroru popełnianych przez imigrantów.

O tym w zachodnich mediach się nie dyskutuje. W reakcji na kryzys migracyjny szuka się tam natomiast rasizmu i szowinizmu w Polsce. Za winnych pożaru roznieconego przez Angelę Merkel uznano cztery państwa Europy Środkowej, które przed tym pożarem mają odwagę się bronić. W świadomości przeciętnego rdzennego mieszkańca Europy Zachodniej tworzony jest obraz, z którego wynika, że za zalew jego kraju przez imigrantów, związane z tym akty przemocy i terroru, ponoszą winę kraje „nowej Unii”, a przede wszystkim Polska, jej „nacjonalistyczny” rząd i „rasistowskie” społeczeństwo. Bynajmniej nie Angela Merkel, która wedle sondaży odniesie przytłaczające zwycięstwo we wrześniowych wyborach i zostanie po raz czwarty kanclerzem Niemiec. No właśnie, pytanie czy Niemiec, czy już niemieckiego kalifatu?

[1] „Muzułmanka została opluta? Do akcji wkracza niemiecka prokuratura. Sprawa nabiera rozgłosu międzynarodowego”, http://www.niezlomni.com, 30.06.2017.

[2] „12 tysięcy uchodźców u brzegu Włoch. Premier: Dlaczego niektóre kraje UE odwracają głowę od tego dramatu”, http://www.wyborcza.pl, 28.06.2017.

[3] Zdesperowane Włochy szantażują UE: zamkniemy porty przed migrantami. „To działanie w panice”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 29.06.2017.

[4] „Obecny kryzys migracyjny”, http://www.uchodzcy.info, dostęp 1.07.2017; K. Zuchowicz, „Ilu Syryjczyków jest wśród Syryjczyków? Inne narody podszywają się, bo też chcą lepiej żyć. Europejczyk nie rozróżni”, http://www.natemat.pl, dostęp 1.07.2017.

[5] „Frontex: przemytnicy wykorzystują misje ratunkowe na Morzu Śródziemnym, aby szmuglować imigrantów do Włoch”, http://www.wpolityce.pl, 15.02.2017.

[6] „Flota pozarządowych organizacji krąży przy libijskim wybrzeżu”, http://www.gefira.org, dostęp 1.07.2017.

[7] K. Wójcik, „Uchodźcy: organizacje pozarządowe podejrzane o przemyt”, http://www.rp.pl, 26.03.2017; „Włochy: uchodźcy przypływają na Sycylię jachtami”, http://www.bankier.pl, 2.05.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 12 lipca 2016 r.

„Myśl Polska” nr 29-30 (2145/46), 16-23.07.2017, s. 14-15

Szorstka przyjaźń Kohla

16 czerwca 2017 r. w Ludwigshafen am Rhein zmarł Helmut Kohl (1930-2017) – przywódca Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU), w latach 1982-1998 kanclerz Republiki Federalnej Niemiec, zwany „ojcem zjednoczenia” Niemiec. Jego śmierć stała się w Polsce okazją do jednostronnych komentarzy, wychwalających zmarłego jako wybitnego europejskiego męża stanu i wielkiego przyjaciela Polski[1].

Zabrakło niestety w tych komentarzach informacji, że kanclerz Kohl opierał się w 1990 r. zawarciu traktatu granicznego z Polską, próbując podważyć ustalenia konferencji poczdamskiej (17.07-2.08.1945) i układu polsko-zachodnioniemieckiego z 1970 r.

Helmut Kohl pochodził z mieszczańsko-konserwatywnej rodziny wyznania katolickiego. Przyszły kanclerz Niemiec pod koniec wojny służył w Wehrmachcie. Od 1946 r. działał politycznie w CDU. W czasie studiów był już członkiem zarządu krajowego tej partii w Nadrenii-Palatynacie. Drogę do wielkiej kariery politycznej otworzył mu wybór do Landtagu Nadrenii-Palatynatu, gdzie od 1963 r. kierował frakcją CDU. Trzy lata później został przewodniczącym CDU w tym landzie, a w 1973 r. stanął na czele zachodnioniemieckiej chadecji. Zanim to się stało, w 1969 r. objął urząd premiera Nadrenii-Palatynatu, który sprawował przez cztery lata.

W latach 70. był liderem chadecko-konserwatywnej opozycji wobec socjalliberalnych rządów Willy’ego Brandta i Helmuta Schmidta. Podczas wyborów do Bundestagu w 1976 r. CDU/CSU po raz pierwszy wystawiła go jako kandydata na kanclerza. Funkcję tę objął jednakże dopiero 1 października 1982 r., kiedy liberalna FDP po zerwaniu koalicji z SPD utworzyła rząd z chadecją.

Kohl był szóstym z kolei kanclerzem RFN i pozostał na tym stanowisku przez cztery kadencje. Pierwszy okres jego rządów (do 1986 r.) przypadł na czas eskalacji napięcia pomiędzy USA i ZSRR, w tym nakręcania wyścigu zbrojeń. Kohl w pełni popierał tutaj politykę administracji Ronalda Reagana, co wiązało się m.in. z rozmieszczeniem na terytorium RFN rakiet manewrujących średniego zasięgu. Po wprowadzeniu w ZSRR polityki pierestrojki stał się jej gorącym zwolennikiem. Jeszcze przed przełomem politycznym lat 1989-1990 nawiązał tak bliskie stosunki z Michaiłem Gorbaczowem, że obaj byli ze sobą na „ty”.

Polityka historyczna realizowana w Polsce po 1989 r., a zwłaszcza obecnie, całkowicie delegitymizuje i deprecjonuje PRL jako formę państwowości polskiej. Stąd też zwolennikom tezy o wielkiej przyjaźni Kohla z Polską umyka z pola widzenia jego stosunek do Polski przed 1989 rokiem. Jeśli można tu mówić o przyjaźni, to tylko w stosunku do „Solidarności”, którą kanclerz RFN wspierał tak jak i inni przywódcy zachodni w tym czasie. Natomiast stosunki polsko-zachodnioniemieckie, po okresie ich normalizacji i ocieplenia za kadencji Willy’ego Brandta i Helmuta Schmidta, uległy ochłodzeniu pod rządami Kohla. Przyczyną był nie tylko stan wojenny w Polsce, ale wspomniane wyżej ponowne zaostrzenie „zimnej wojny” Wschód-Zachód oraz stosunek niemieckiej chadecji do granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Granicy uznanej przez socjaldemokratycznego kanclerza Brandta w układzie podpisanym w Warszawie 7 grudnia 1970 r.

Będąca wówczas w opozycji CDU/CSU powstrzymywała ratyfikację tego układu do 17 maja 1972 r. poprzez złożenie wniosku do Federalnego Trybunału Konstytucyjnego o uznanie go za niekonstytucyjny. Powoływano się na fikcję prawną, jaką było określenie w konstytucji RFN granic Niemiec według przebiegu granic III Rzeszy z 1937 r. Ostatecznie Federalny Trybunał Konstytucyjny orzekł 31 lipca 1973 r., że układ graniczny z PRL nie narusza konstytucji, ponieważ nie stanowi on uznania granicy na Odrze i Nysie, ale jest tylko przyjęciem przez RFN do wiadomości tego stanu rzeczy i deklaracją niepodejmowania działań zbrojnych w celu jego zmiany.

Taka właśnie interpretacja prawna układu Brandt-Cyrankiewicz z 1970 r. była przyjmowana przez chadecję po jej powrocie do władzy w 1982 r. Granicy na Odrze i Nysie nie podważano wprost, ale np. poprzez wspieranie działalności Związku Wypędzonych i skupionych w nim tzw. ziomkostw. Administracja Kohla w latach 80. XX wieku podnosiła też, że byłe ziemie niemieckie, które weszły w skład Polski powojennej znajdują się pod „tymczasową administracją polską”. Wsparcie udzielane przez Helmuta Kohla Związkowi Wypędzonych nie tylko po objęciu przez niego urzędu kanclerza, ale także na przestrzeni całej jego działalności w CDU, zostało docenione przyznaniem mu w październiku 1984 r. Honorowej Odznaki Związku Wypędzonych.

W przekazie medialnym za symbol stosunku Kohla do Polski uchodzi Msza Pojednania w Krzyżowej 12 listopada 1989 r., podczas której w czasie przekazania znaku pokoju Helmut Kohl i premier Tadeusz Mazowiecki wymownie objęli się. Ten gest, a także wydane w Krzyżowej wspólne oświadczenie obu rządów uznano za początek pojednania i współpracy polsko-niemieckiej. Jednakże wkrótce po wypuszczeniu z objęć Tadeusza Mazowieckiego Helmut Kohl powrócił do twardej polityki.

W maju 1990 r. rozpoczęła się konferencja dwa plus cztery w sprawie zjednoczenia Niemiec, czyli czterech mocarstw-zwycięzców drugiej wojny światowej i dwóch powojennych państw niemieckich. Uczestniczyła w niej też polska dyplomacja kierowana przez Krzysztofa Skubiszewskiego. Wcześniej jednak doszło do poważnego zgrzytu, ponieważ plan zjednoczenia (tzw. 10 punktów) został ogłoszony przez Kohla w Bundestagu pod koniec listopada 1989 r. bez konsultacji z kimkolwiek, nawet z USA. Wywołało to słuszne oburzenie czterech mocarstw, którym układ poczdamski z 1945 r. gwarantował prawo do współdecydowania w wypadku zjednoczenia Niemiec. Paryż i Londyn początkowo w ogóle nie chciały słyszeć o zjednoczeniu, obawiając się wzrostu znaczenia politycznego i gospodarczego Niemiec. Przeważyło stanowisko USA, które w zjednoczeniu dostrzegły szansę na zwiększenie swoich wpływów w Europie.

Rząd RFN zajął stanowisko, że zarówno postanowienia układu granicznego pomiędzy Polską a NRD z 6 lipca 1950 r., jaki z RFN z 7 grudnia 1970 r., nie mogą obowiązywać zjednoczonych Niemiec. Rząd Mazowieckiego natomiast chciał zapewnienia, że granica na Odrze i Nysie jest nienaruszalna jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec. Na to nie chciał się zgodzić Helmut Kohl, który proponował, by o granicy wypowiedział się dopiero ogólnoniemiecki parlament po zjednoczeniu. Było to z jego strony wyjście naprzeciw oczekiwaniom Związku Wypędzonych, który miał nadzieję, że po zjednoczeniu kwestia powrotu Śląska czy Pomorza do Niemiec będzie otwarta[2].

Przyjęcie stanowiska Kohla oznaczałoby, że kwestia uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej nie będzie warunkiem zjednoczenia Niemiec, a negocjacje w sprawie jej uznania słaba i pogrążona w kryzysie Polska będzie toczyć z silnymi zjednoczonymi Niemcami. Stanowisko polskie zostało jednak poparte przez USA, ZSRR, Wielką Brytanię i Francję. Nacisk na kanclerza RFN wywarli m.in. brytyjska premier Margaret Thatcher i prezydent Francji François Mitterrand. Polskę popierał też minister spraw zagranicznych NRD Markus Meckel, który proponował umowę graniczną jeszcze przed zjednoczeniem. Paryż chciał potwierdzenia granic także ze względu na Alzację[3].

Wysiłki polskiej dyplomacji w kierunku podpisania nowego układu granicznego możliwie wcześnie, tak aby wszedł on w życie jeszcze przed zjednoczeniem RFN i NRD, nie powiodły się właśnie z powodu opierania się kanclerza Kohla przed uznaniem granicy z Polską. Wgląd w dramatyzm sytuacji daje 67 dokumentów z lat 1989-1990 dotyczących relacji polsko-niemieckich, które polski MSZ upublicznił w 2015 r. Kohl nie chciał się zgodzić nawet na propozycję premiera Mazowieckiego, by traktat polsko-niemiecki został parafowany przed zjednoczeniem Niemiec, a podpisany po[4].

Doradca Kohla Horst Teltschik tłumaczył później, że kanclerz miał trudną sytuację wewnątrzpolityczną i obawiał się, że przed wyborami straci poparcie części CDU/CSU i Związku Wypędzonych. Jednakże zanim 9 listopada 1989 r. runął mur berliński dyplomaci z NRD ostrzegali polski MSZ, że Bonn chce najpierw wchłonąć wschodnie Niemcy, a potem odbudować Niemcy w granicach z 1937 r. Potwierdzeniem tego może być komentarz „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z grudnia 1989 r., którego autor domagał się, by kwestii granicy polsko-niemieckiej na razie nie ruszać, bo w przyszłości można będzie wytargować np. zwrot Szczecina. Kohl z jednej strony popierał rząd Mazowieckiego i zapewniał, że Niemcy nie mają pretensji do polskiego terytorium, a z drugiej strony na zjeździe Związku Wypędzonych mówił, że obowiązują „niemieckie pozycje prawne” (domniemane istnienie Rzeszy w granicach z 1937 r.), czyli że temat granicy wschodniej Niemiec jest otwarty[5].

Ostatecznie Kohla złamał prezydent USA. Amerykańsko-niemiecki historyk Konrad Jarausch opisał to następująco: „Administracja Busha jasno Kohlowi powiedziała: albo uznacie tę granicę, albo nici ze zjednoczenia. Kanclerz nie miał wyjścia. Uznał warunki i podpisał umowę graniczną, ale potem długo jednak czekał z jej ratyfikacją”[6]. Fakt ten potwierdził również prof. Jerzy Sułek – główny negocjator traktatów polsko-niemieckich. Wedle jego relacji na prezydenta Busha „naciskali przedstawiciele Polonii w USA, swój autorytet w tej sprawie zaangażował Jan Nowak-Jeziorański. Pomagali też w znalezieniu porozumienia Francuzi, szczególnie po – jedynej tego typu w historii – wizycie w Paryżu wielkiej trójki w marcu 1990 roku: postkomunistycznego prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego, solidarnościowego prezydenta Tadeusza Mazowieckiego oraz ministra spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego[7].

W przeciwieństwie do Kohla propolskie stanowisko zajmował natomiast rząd NRD, na którego czele stał premier Lothar de Maiziére. „To dzięki jego postawie – wspomina prof. Sułek – doszło do zupełnie nowego zjawiska, nastąpiło przełamanie linii w tradycyjnym podziale na „Polskę” i „Niemcy”, bo w procesie negocjacji demokratyczna NRD stała albo po stronie Polski, albo pomiędzy RP i „starą” RFN (w roli politycznego mediatora!). To zjawisko było wyraźne w odniesieniu do kilku najważniejszych kwestii spornych w negocjacjach, zwłaszcza w zakresie „sporu granicznego” (…). Na konferencji „2+4” delegacja NRD konsekwentnie wspierała Polskę. Przykładowo: opowiadała się za włączeniem RP do grona uczestników tej Konferencji (mimo ostrego sprzeciwu kanclerza Kohla); popierała wysiłki dyplomacji polskiej, by wynegocjować jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec postanowienia traktatowe o ostatecznym, nieodwracalnym charakterze O-N-Ł, jako granicy państwowej (…) zadbała i o to, by wspólna rezolucja parlamentów obu państw niemieckich, Izby Ludowej NRD i Bundestagu RFN z 21 czerwca 1990 r. zawierała sformułowania, które zostały pozytywnie ocenione przez Polskę (…)[8].

Spór z Kohlem był sprawą kluczową dla kwestii bezpieczeństwa Polski. Dyplomacja polska – jak pisze prof. Sułek – „nie chciała dopuścić do sytuacji, kiedy dojdzie do zjednoczenia Niemiec, a status zachodniej granicy Polski nie zostanie uregulowany. Z polskiej perspektywy chodziło więc o wykluczenie jakiejkolwiek możliwości ewentualnej rewizji granicy O-N-Ł w trakcie, lub po zjednoczeniu Niemiec”[9].

Tak też się stało. 21 czerwca 1990 r. Bundestag RFN i Izba Ludowa NRD przyjęły wspólną rezolucję, w której oświadczały, że obecny przebieg granicy polsko-niemieckiej jest ostateczny. 3 października 1990 r. nastąpiło zjednoczenie Niemiec, a 14 listopada 1990 r. ministrowie spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski i Hans-Dietrich Genscher podpisali w Warszawie polsko-niemiecki traktat graniczny. Uzupełnił go polsko-niemiecki traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17 czerwca 1991 r.

Helmut Kohl nie był zatem „przyjacielem Polski”, ale trudnym partnerem, który twardo stał na gruncie subiektywnie pojmowanego interesu narodowego Niemiec. Jego uporowi zawdzięczamy też to, że traktaty polsko-niemieckie z lat 1990-1991 nie uregulowały tak kluczowych spraw jak kwestia własności na polskich Ziemiach Zachodnich oraz status prawny polskiej diaspory w Niemczech. Sprawy te do dzisiaj stanowią ciągle powracający problem w stosunkach polsko-niemieckich.

[1] Por. np. Ojciec zjednoczenia, sympatyk Polski. Helmut Kohl nie żyje, http://www.wiadomosci.onet.pl, 16.06.2017.

[2] Granica jest nienaruszalna, http://www.wyborcza.pl, 18.06.2013.

[3] „Albo uznacie tę granicę, albo nici ze zjednoczenia”. Traktat „2+4” i polsko-niemiecka granica, http://www.dw.com, 3.10.2015.

[4] Dokumenty dyplomatyczne: kanclerz Kohl zwlekał z uznaniem granicy na Odrze i Nysie, http://www.dzieje.pl, 14.07.2015.

[5] Bartosz T. Wieliński, Baliśmy się zjednoczenia Niemiec. MSZ odtajnia dokumenty dyplomatyczne, http://www.wyborcza.pl, 2.10.2015.

[6] „Albo uznacie tę granicę, albo nici ze zjednoczenia”…

[7] Prof. Jerzy Sułek: traktaty polsko-niemieckie to były trudne rozmowy zakończone sukcesem, http://www.nto.rp.pl, 29.09.2010.

[8] J. Sułek, Traktat graniczny RP-RFN z 14 listopada 1990 roku jako ostateczne zamknięcie polsko-niemieckiego sporu o granicę po II wojnie światowej – ze wspomnień głównego negocjatora po 25 latach, (w:) A. Dragan, J. Engelgard, T. Skoczek (red.), Powrót nad Odrę i Bałtyk z perspektywy siedemdziesięciu lat. Materiały z konferencji zorganizowanej w dniu 24 października 2015 roku w Muzeum Niepodległości w Warszawie, Warszawa 2017, s. 102.

[9] Tamże, s. 110.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 lipca 2016 r.

„Przegląd” nr 27 (913), 3-9.07.2017, s. 32-34