Niemcy a islam

Wielu ludzi szokuje to, że caryca Europy Merkel masowo sprowadza muzułmanów do Niemiec i UE, a wśród nich ekstremistów, czyli reprezentantów islamu salafickiego i wahabickiego. Wielu ludzi szokuje to, że prezydent Niemiec publicznie świętuje ramadan, gdy w Niemczech nie wolno publicznie świętować Bożego Narodzenia i Wielkanocy, a za noszenie krzyżyka można zostać zwolnionym z pracy.

Być może nie wszyscy wiedzą, że polityczne związki Niemiec z islamem są bardzo bogate. II Rzesza przed 1914 rokiem ściśle współpracowała z osmańską Turcją, która walczyła po stronie Niemiec w pierwszej wojnie światowej. W Berlinie nazywano wtedy poufale Turcję „Prusami Orientu”. Niemieccy oficerowie – doradcy armii tureckiej – inspirowali tureckie ludobójstwo na chrześcijańskich Ormianach w 1915 roku. Także III Rzesza ściśle współpracowała z islamem. Hitler i Himmler spotkali się w 1941 roku z wielkim muftim Jerozolimy Muhammadem Aminem al-Husajnim i zawarli z nim antybrytyjski sojusz. Wielkie powstanie muzułmanów przeciw Brytyjczykom na Bliskim Wschodzie miało otworzyć armii hitlerowskiej drogę do Azji. Klęska Afrika Korps pod El Alamein pokrzyżowała te plany.

Po stronie Niemiec hitlerowskich walczyła w Jugosławii muzułmańska dywizja Waffen SS „Handschar” – jedna z najokrutniejszych dywizji SS. Dokonała ona wraz z chorwackimi ustaszami wielu bestialskich masakr na chrześcijańskiej ludności serbskiej. Dywizję „Handschar” współorganizowała prohitlerowska organizacja Młodzi Muzułmanie. Jej członkiem był Alija Izetbegović (1925-2003) – pierwszy prezydent Bośni i Hercegowiny – państwa wykrojonego w 1992 roku z Jugosławii po zainicjowanym przez Niemcy w 1991 roku rozbiciu tego kraju. Drugą muzułmańską dywizją Waffen-SS sformowaną z Bośniaków była dywizja górska „Kama”.

Niemcy wraz z USA doprowadziły w latach 1991-2006 do rozbicia i likwidacji Jugosławii oraz proklamowania na jej gruzach dwóch państw muzułmańskich – Bośni i Hercegowiny oraz Kosowa. Krzycząc o czystkach etnicznych dokonywanych przez Serbów same patronowały czystkom etnicznym dokonywanym przez muzułmanów na Serbach, zwłaszcza w Kosowie.

Po co więc Niemcy sprowadzają dzisiaj muzułmanów do Europy? W celu jej podboju, bo z podboju Europy Niemcy nigdy nie zrezygnowały. Kiedyś podbijały ją w imię niemieckiego nacjonalizmu i zdobycia „przestrzeni życiowej”, teraz czynią to w imię globalizacji i interesów globalnych korporacji. Temu podbojowi służy właśnie tzw. „mechanizm relokacji”.

Współczesnym celem politycznym Niemiec i stojących nad nimi globalistów jest polityczna, ekonomiczna i ideologiczna unifikacja państw UE, docelowo w kierunku likwidacji ich narodowego charakteru oraz pełnego podporządkowania centrum politycznemu i gospodarczemu w Berlinie. Waluta euro i strefa Schengen okazały się narzędziami zbyt słabymi dla osiągnięcia tego celu. W tej sytuacji uznano, że cel ten da się osiągnąć poprzez intensyfikację multikulturalizmu. Sięgnięto więc po muzułmanów – narzędzie polityczne, z którego Niemcy już wielokrotnie korzystały w swojej historii.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 29 czerwca 2016 r.

W obliczu agresji

Ze zdumieniem obserwuję to co Unia Europejska i blisko związane z nią siły polityczne w Polsce robią w związku z odmową przez rząd Beaty Szydło zgodny na „relokację” tzw. „uchodźców”, czyli przyjęcie imigrantów – w większości ekonomicznych – z muzułmańskich krajów Bliskiego i Środkowego Wschodu oraz Afryki Północnej. Ze zdumieniem, ponieważ zdałem sobie sprawę, że Polska po raz pierwszy od 1939 roku stanęła w obliczu agresji. I to nie ze Wschodu – skąd spodziewa się jej obóz polskiej rusofobii – ale z Zachodu.

Nie można bowiem inaczej jak agresją właśnie nazwać gróźb padających ze strony Komisji Europejskiej, przewodniczącego Rady Europejskiej – pod którego rządami jeszcze niedawno Polska była „państwem teoretycznym”, jak to określił jeden z jego ministrów – ekstrawaganckiego prezydenta Francji i kanclerz Niemiec, w której gabinecie wisi portret Katarzyny II i której od 12 lat wydaje się, że jest carycą Europy – oraz całej rzeszy mniejszych i większych polityków zachodnioeuropejskich.

Nie można inaczej jak agresją nazwać potwornej nagonki medialnej, w którą zostały wprzęgnięte czołowe media zachodnioeuropejskie oraz powiązane z nimi polskie – te które przez ćwierć wieku popierały neoliberalną „transformację” i „prywatyzację” oraz zaciekle tępiły na każdym kroku „polski nacjonalizm”. Nagonka ta osiągnęła szczyt po wystąpieniu premier Szydło na uroczystościach 14 czerwca w Oświęcimiu, gdzie stwierdziła ona, iż „Auschwitz to lekcja tego, że należy uczynić wszystko, aby chronić swoich obywateli”. Rozjuszone media liberalne zaczęły krzyczeć, że premier Szydło „wykorzystuje pamięć o Holokauście, by straszyć uchodźcami”. Nikt w tych mediach nie zauważył, że uroczystości 14 czerwca (rocznica pierwszego transportu Polaków do KL Auschwitz) nie były poświęcone pamięci ofiar Holokaustu, ale pamięci Polaków deportowanych i zamordowanych w KL Auschwitz – czyli pamięci pierwszych chronologicznie ofiar tego obozu i drugich liczebnie.

Poziom i skala tej nagonki również przeszły moje oczekiwania, bo niemieckie media posunęły się do absurdalnego oskarżenia narodu polskiego o udział w zagładzie Żydów, a oskarżenie to natychmiast powielił rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar. To już nie jest zwykła nagonka medialna, ale wojna psychologiczna. A wojna psychologiczna jest zwykle częścią wojny rzeczywistej. Na razie Polsce grozi się sankcjami ekonomicznymi, ale nie jest to zapewne ostatnie słowo Berlina i Brukseli zważywszy, że Niemcy, Francja, Włochy i Hiszpania uruchomiły plan utworzenia sił zbrojnych UE, uśpiony w Traktacie Lizbońskim. Wymowne też jest, że z niezwykłym entuzjazmem na tę decyzję zareagował przewodniczący Rady Europejskiej[1]. Czyżby liczył na to, że siły zbrojne UE pomogą mu objąć urząd prezydenta RP po zakończeniu kadencji przewodniczącego Rady Europejskiej, czyli – mówiąc słownictwem jego środowiska – „uratują demokrację” w Polsce?

Nie można nie zauważyć, że gdyby doszło do wdrożenia sankcji ekonomicznych UE przeciw Polsce, to powstałaby bardzo ciekawa sytuacja polityczna. Polska byłaby bowiem drugim obok Rosji – która jest poza strukturami UE – państwem Europy objętym przez UE sankcjami ekonomicznymi z przyczyn politycznych. Oba te kraje – jako te przeciw którym została skierowana agresja polityczna UE i globalistów – znalazłyby się zatem na tej samej płaszczyźnie. Czy ktoś w obozie rządzącym to zauważył i potrafi z tego wyciągnąć wnioski? Czy ktoś ma tam świadomość, że należałoby zastanowić się nad prowadzoną przez PiS skrajnie antyrosyjską polityką i filozofią upatrującą niebezpieczeństwa agresji ze strony Rosji? Czy ktoś w obozie rządzącym potrafi wyciągnąć wniosek, że należałoby doprowadzić do deeskalacji stosunków z Rosją przynajmniej na poziomie neutralnym, bo życzliwość Rosji może być przydatna nie tylko w obliczu konfliktu z Zachodem, ale także w obliczu coraz bardziej agresywnych poczynań nacjonalistów ukraińskich. W polityce nie ma sentymentów i wiecznych wrogów, są tylko wieczne interesy. Męża stanu rozpoznaje się właśnie po tym, że o tym wie. Czy jest w Polsce taki mąż stanu?

Przyznam, że go nie widzę. Obóz rządzący przypomina swoich protoplastów z lat 1926-1939, którzy aż do marca 1939 roku mieli opracowany tylko plan wojny z ZSRR, gdy tymczasem pierwsze uderzenie przyszło z kierunku przeciwnego.

Znacznie gorzej jest z opozycją liberalną, która w całości przyłączyła się do politycznej agresji UE przeciw własnemu krajowi. Schetyna, Lewandowski, Liberadzki, Frasyniuk, Cimoszewicz i dziesiątki innych nazwisk. Tych samych nazwisk, które przez ostatnie ćwierćwiecze były wizytówkami kampanii i działań osłabiających Polskę – tzw. „prywatyzacji”, wielu nieudanych i szkodliwych „reform” oraz nieodłącznej walki z „polskim nacjonalizmem”. Ich wypowiedzi nawet nie warto cytować, by nie szarpać sobie nerwów. Obecnie znów walczą z „polskim nacjonalizmem”. Teraz jednak chcą zafundować narodowi coś znacznie gorszego niż „prywatyzację”, strukturalne bezrobocie, pauperyzację i emigrację zarobkową.

Mają tego pełną świadomość, bo trudno, żeby jej nie mieli, gdy od 2015 roku islamiści dokonali wielu zamachów terrorystycznych we Francji, Belgii, Holandii, Niemczech, Szwecji, Włoszech i Wielkiej Brytanii. Trudno, żeby nie mieli świadomości co chcą sprowadzić na Polskę po tym jak informacje o aktach terroru i przestępstwach kryminalnych ze strony zalewających Europę Zachodnią islamistów napływają już niemal każdego dnia. Mamy np. informację, że kierowca polskiego samochodu spłonął pod Calais w karambolu, do którego doszło z powodu ustawienia przez imigrantów na drodze blokady z pni drzew[2]. Ta informacja – jak i wiele jej podobnych – nie robi jednak żadnego wrażenia na panu Lisie, Michniku, Cimoszewiczu, Schetynie i innych uczestnikach kampanii na rzecz przyjmowania „uchodźców”. To jest rzeczywistość, jaką oni chcą zafundować narodowi. No bo nie sobie. Ich ta rzeczywistość przecież nie dotknie. Żyją bowiem w oderwaniu od narodu polskiego nie tylko w sensie politycznym, ale także codziennym – mieszkając w bezpiecznych, chronionych całodobowo rezydencjach, na zamkniętych i monitorowanych osiedlach, poruszając się w pancernych limuzynach i jadając w lokalach, do których „zwykli ludzie” nie mają dostępu. To nie oni będą ginąć od wybuchów bomb w metrze, pod kołami ciężarówek wjeżdżających w tłum na chodniku, ciosów noża na ulicy i strzałów karabinowych w restauracjach.

Zdumiewające jest również to, że do unijnej kampanii na rzecz „relokacji” islamskich imigrantów w Polsce dali się włączyć niektórzy hierarchowie Kościoła katolickiego z arcybiskupem Wojciechem Polakiem na czele.

Z obecnego kryzysu politycznego wypływa jeszcze jeden bardzo ważny wniosek. Zachód po raz kolejny w historii pokazał swoje nieprzyjazne Polsce i cyniczne oblicze. Wszyscy tam przecież wiedzą – od pani kanclerz Merkel poczynając, a na sprzedawczyni w supermarkecie kończąc – że polityka otwarcia w 2015 roku granic dla „uchodźców”, czyli imigrantów ze świata islamu, była straszliwym błędem. Była samobójstwem w sytuacji, gdy od początku było wiadome, że w morzu imigrantów przenikną „żołnierze” tzw. Państwa Islamskiego i innych struktur rewolucyjnego islamu, by przenieść „świętą wojnę” (dżihad) do Europy.

Gdy w połowie 2015 roku otwarto granice Europy Zachodniej dla islamskich imigrantów, prof. Bogusław Wolniewicz nazwał ich „nachodźcami”, ironicznie przekształcając nieadekwatne do skali zjawiska słowo „uchodźcy”, oraz stwierdził, że jest to zorganizowany najazd i bez rozlewu krwi się nie obejdzie. Stało się tak jak przepowiedział, chociaż za te słowa Stowarzyszenie „Otwarta Rzeczpospolita” nasłało na niego policję i groziło mu sądem.

Nie tutaj miejsce, by rozważać dlaczego caryca Merkel wpuściła masy islamskich imigrantów do Europy. Czy była to realizacja domniemanego planu George’a Sorosa likwidacji państw narodowych poprzez stworzenie w nich narodowościowej, kulturowej i religijnej mieszanki? Czy raczej stały za tym oczekiwania globalistów i ponadnarodowych korporacji na dopływ taniej, tzn. niewolniczej siły roboczej? To wymaga głębszych studiów i dostępu do wiarygodnych źródeł informacji. Faktem jest, że globaliści od dawna uważają państwo narodowe za swojego głównego wroga, a konieczność jego zniszczenia ideologowie globalizacji zapowiadali już wielokrotnie.

Bez względu na to, jakie były motywy działania pani, która jest przekonana, iż stanowi współczesne wcielenie Katarzyny II, oraz legionu jej podobnych polityków zachodnich – oderwanych od rzeczywistości i wyalienowanych ze swoich narodów – nie ulega wątpliwości, że Europa Zachodnia znalazła się w sytuacji krytycznej. Jej społeczeństwa płacą teraz straszną cenę za alienację swoich liberalnych elit, a także za wcześniejsze stulecia kolonializmu oraz dziesięciolecia neokolonializmu – wyniszczania krajów Trzeciego Świata przez neoliberalną „doktrynę szoku” i „wojny o demokrację”.

Dlaczego jednak tę cenę mają płacić Polska, Czechy, Słowacja i Węgry? Dlaczego współczesna Katarzyna II, zamiast przyznać się do błędu i porażki oraz ustąpić z urzędu – co podobno jest standardem liberalnej demokracji – chce przerzucić skutki swoich działań na kraje, które nie ponoszą winy za neokolonializm i neoliberalizm? Dlaczego dziwaczny prezydent Francji ultymatywnie żąda od tych krajów zgody na „relokację” głosząc przy tym, że woli imigrantów islamskich od polskich?[3]. Dlaczego wreszcie przedmiotem ich ataku, wspieranego przez panów Schetynę, Cimoszewicza, Lewandowskiego i innych, są tylko kraje tzw. „nowej Unii”?

Przecież nie tylko Polska, Czechy, Słowacja i Węgry odmówiły przyjmowania imigrantów. Uczyniły to także Izrael i Stany Zjednoczone. Premier Netanjahu oświadczył jesienią 2015 roku, że Izrael jest państwem za małym i przyjęcie imigrantów zagrozi jego politycznej egzystencji. Czy ktoś mu zarzucił rasizm i ksenofobię? Czy ktoś groził w związku z tym Izraelowi sankcjami, organizował medialne nagonki, straszył politycznymi konsekwencjami?

Stanowisko rządu PiS wobec próby zmuszenia Polski do zgody na „relokację” imigrantów nie tylko powinno, ale musi zostać poparte przez te środowiska patriotyczne, które z różnych względów są wobec tego rządu krytyczne. Dlaczego w ogóle rząd PiS zajął stanowisko negatywne w kwestii islamskich imigrantów? Dlatego, że jest to stanowisko zdecydowanej większości narodu – także wielu wyborców PO i SLD – i nie ma obecnie w Polsce szansy utrzymania się jakikolwiek rząd, który by woli tej większości nie uwzględnił. Po raz pierwszy od 1989 roku rząd zrobił coś zgodnie z wolą większości narodu i to musi budzić jeszcze większą wściekłość UE niż sam brak jego zgody na „relokację”.

Dlaczego jednak Polacy nie chcą u siebie islamskich imigrantów? Dlatego, że są rasistami, plemiennymi nacjonalistami i zaściankowymi ksenofobami, jak głoszą to media powiązane z Zachodem politycznie, kapitałowo i ideologicznie? Nie. Nigdy w naszej historii nie odmawialiśmy pomocy innym narodom będącym w potrzebie. Hasło „Za naszą i waszą wolność” jest częścią polskiego etosu narodowego. Ale przecież w wypadku imigrantów islamskich, których UE chce przerzucić do Europy Środkowej, nie chodzi o pomoc żadnym „uchodźcom” i o tym wszyscy wiedzą.

Nie godzimy się na to, ponieważ chcemy zachować własne państwo narodowe. Nie chcemy mieć u siebie znaczącej liczebnie mniejszości narodowej, która nigdy nie zintegruje się z polską kulturą, która w naszym państwie będzie stanowić element politycznie destrukcyjny, prowadząc z nim ideologiczną i religijną wojnę. Nie chcemy mieć u siebie ludzi po prostu nam całkowicie obcych i niejednokrotnie nam wrogich, którzy będą dla nas fizycznym zagrożeniem i ekonomicznym obciążeniem. Nie chcemy współobywateli, którzy nie będą dla naszego kraju pracować i nie poniosą na jego rzecz najmniejszej ofiary. Nie chcemy współobywateli, dla których polska historia i kultura będą nie tyle czymś obcym, co po prostu fikcją. Nie chcemy, by nasze miasta wyglądały tak jak szwedzkie Malmö, które opuściła duża część szwedzkiej ludności, ci, którzy pozostali boją się wychodzić ze swoich domów, a policja przestała przyjmować zgłoszenia o przestępstwach popełnianych przez gangi imigrantów[4]. Nie chcemy bać się chodzić wieczorem po ulicach. Nie chcemy, by wyjście w biały dzień na ulicę było – tak jak podczas okupacji niemieckiej – wyprawą w nieznane.

To nie jest rasizm i szowinizm. To jest nasze być i mieć. To jest polska racja stanu. Polska bowiem powinna trwać wiecznie – jak nam przykazał Wincenty Witos.

O ile rząd PiS w kwestii „relokacji” imigrantów islamskich zajmuje stanowisko zgodne z polską racją stanu, jak na razie dzielnie przeciwstawiając się UE, to nie można tego powiedzieć o jego stosunku do imigracji ukraińskiej, która liczy już 1,4 mln osób i rośnie. Ta cieszy się mianowicie zdecydowanym poparciem rządu. Wynika to z dwóch przyczyn. Z jednej strony mamy naiwne przekonanie, że dzięki przyjęciu imigracji ukraińskiej Bruksela odpuści nam islamistów, a z drugiej strony mamy w tej kwestii działania silnego w PiS (ale także w PO i obozie liberalnym) lobby ukraińskiego.

A przecież przyjęcie tej imigracji również oznacza, że przestajemy być państwem monoetnicznym, czyli pozbawionym konfliktów narodowościowych, co było jednym z największych atutów Polski po 1945 roku. Nie tylko przestaniemy być państwem monoetnicznym, ale będziemy mieli u siebie nawet wielomilionową mniejszość etniczną, która może być równie niebezpieczna jak mniejszość ukraińska w II RP. Współczesny naród ukraiński został bowiem zatruty rakiem tej samej ideologii, którą zatruwała go w latach 30. i 40. XX wieku Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów. Jej epigoni mają znaczące wpływy na pomajdanowej Ukrainie i nie są oni bynajmniej przyjaźnie nastawieni do Polski.

Tego niestety nie chcą widzieć elity w Warszawie, wśród których wciąż pokutują mity Giedroycia i prometeistów, mrzonki o Międzymorzu i sojuszu z Ukrainą przeciw Rosji.

Minęły już trzy miesiące od zamachu terrorystycznego na polski konsulat Łucku, który polski establishment polityczno-medialny tradycyjnie przypisał „rosyjskim służbom”. Strona ukraińska obiecała szybkie wykrycie sprawców, ale do dzisiaj tego nie uczyniła. Czy aby nie dlatego, że sprawcy ci wywodzą się z dominującej na zachodniej Ukrainie opcji neobanderowskiej? Od tamtego czasu miała miejsce próba podpalenia polskiej szkoły w Mościskach, polityczna nagonka neobanderowców na metropolitę lwowskiego – arcybiskupa Mieczysława Mokrzyckiego – oraz wstrzymanie przez stronę ukraińską na żądanie naobanderowców ekshumacji ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego.

Skoro neobanderowcy mogą dokonywać ataków na polskie instytucje i miejsca pamięci narodowej na Ukrainie, to kto zagwarantuje, że przeniknąwszy w masie imigrantów do Polski, nie zorganizują tutaj zamachu terrorystycznego? Zwłaszcza, że PiS daje im zielone światło rezygnując z ustawowego zakazu propagowania w Polsce banderyzmu jako formy totalitaryzmu.

Na razie ze strony ukraińskiej padają żądania wprowadzenia ukraińskiego jako drugiego języka urzędowego we Wrocławiu[5]. Na razie utworzono w tym mieście tylko klub piłkarski (Dynamo Wrocław), dostępny wyłącznie dla Ukraińców[6]. Mówi się też o klasach ukraińskich w szkołach w Krakowie[7]. Jutro padną żądania postawienia w Polsce pomników Bandery i UPA, a Unia Europejska je poprze, bo przecież imigranci mają prawo do swojej tożsamości.

Zagrożeń ze strony imigracji ukraińskiej oficjalnie w Polsce się nie dostrzega, ponieważ krytyczne spojrzenie na Ukrainę jest tutaj tematem tabu i od razu rodzi podejrzenie o „agenturalność” na rzecz Rosji. Ponadto ze strony tych środowisk, które popierają przyjęcie w Polsce imigracji islamskiej, padają w kwestii imigracji ukraińskiej propozycje wręcz zdumiewające. Tak oto były wicenaczelny dziennika „Rzeczpospolita” żąda, by dla Ukraińców otworzyć „uczelnie [ma na myśli stanowiska naukowe – przyp. BP], zarządy firm, a nawet armię”, znieść dla nich opłaty za studia i ułatwiać im nabycie obywatelstwa. Zdaniem pana Talagi „potrzebna jest bardzo odważna decyzja, żeby otworzyć nie tylko polski rynek pracy dla Ukraińców, ale żeby w ogóle Polskę otworzyć dla Ukraińców i żeby otworzyć perspektywy przyznawania obywatelstwa polskiego[8].

Z kolei prezydent Wrocławia w wywiadzie dla portalu Onet ujawnił, iż jest szczęśliwy, że w jego mieście mieszka już 100 tys. Ukraińców i ma nadzieję, że pomogą mu oni w zwalczaniu „polskiego nacjonalizmu”. Zdaniem pana Dutkiewicza Ukraińcy mogą być „lekarstwem na polską ksenofobię, która jest groźnym zjawiskiem[9]. Trzeba przyznać, że Ukraińcy już raz zwalczali „polski nacjonalizm” i „polską ksenofobię” – w latach 30. i 40. XX wieku, m.in. na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

W wypowiedziach Dutkiewicza i Talagi pobrzmiewa echo koncepcji „Ukrpolu”, wysuniętej swego czasu przez Adama Michnika. Tylko, że taki Ukrpol to już jednak nie będzie Polska. O ile to do tego zmierza, bo może zmierzać w kierunku znacznie bardziej niebezpiecznym.

Dlaczego bowiem Ukraińcy osiedlają się akurat we Wrocławiu i na Ziemiach Zachodnich? Dlaczego właśnie tam mieliby też być kierowani islamscy „uchodźcy” w ramach „relokacji”? Może jednak polityka w sprawie imigrantów uprawiana przez grzejącą się w cieniu portretu Katarzyny II kanclerz Niemiec i carycę Europy wcale nie jest taka bezmyślna, jak się może na pierwszy rzut oka wydawać. Może kryje się za nią jakiś polityczny projekt. Po 1989 roku nie udało się w Polsce wykreować licznej mniejszości niemieckiej, chociaż czyniono w tym kierunku kosztowne zabiegi. Nie udało się też stworzyć „narodowości śląskiej”, mimo podjęcia zabiegów jeszcze kosztowniejszych. Może więc to o czym skrycie marzą niemieckie elity, ale czego głośno nie mówią i czego oficjalnie zdecydowanie się wypierają, uda się osiągnąć dzięki imigracji, zwłaszcza ukraińskiej. Szczególnie, że nacjonalizm ukraiński zawsze był proniemiecki.

Kiedy już imigranci z Ukrainy opanują katedry polskich uczelni i zarządy firm, a nawet armię, kiedy już uzyskają polskie obywatelstwo i własne szkolnictwo, to niewątpliwie stworzą też ukraińskie stowarzyszenia i partie polityczne, a ich przedstawiciele zasiądą w Sejmie i sejmikach wojewódzkich. Może w którymś z nich zdobędą większość. A wtedy mogliby zażądać np. secesji województwa dolnośląskiego i przyłączenia go do Niemiec. Mogliby nawet zorganizować w tej sprawie demokratyczny plebiscyt i go wygrać, gdyby wcześniej nastąpiła daleko idąca zmiana struktury etnicznej takiego województwa. Unia Europejska by to gorąco poparła, bo przecież w świetle jej ideologii mniejszości narodowe mają prawo do samostanowienia o sobie. Casus Kosowa jest tutaj precedensem.

Odejście od monoetniczności, które w Polsce właśnie się dokonuje – na razie na rzecz imigrantów z Ukrainy – zawsze niesie zagrożenia i faktu tego nie zmieni żaden poprawny politycznie bełkot.

[1] Unia zrobiła kolejny krok ku stworzeniu „niebieskich hełmów z żółtymi gwiazdkami”, http://www.wiadomosci.onet.pl, 23.06.2017.

[2] „Kierowca polskiego auta spłonął pod Calais! Uderzył w blokadę drogi ustawioną przez imigrantów”, http://www.wpolityce.pl, 20.06.2017. Co ciekawe sprawcy prawdopodobnie nie poniosą kary, bo nie posiadają dokumentów i twierdzą, że mają mniej niż 16 lat, zob.: „Calais: imigranci z Erytrei, którzy przyczynili się do śmierci polskiego kierowcy mogą uniknąć kary”, http://www.pch24.pl, 22.06.2017.

[3] „Unijne elity dalej swoje… Macron woli pseudouchodźców od ciężko pracujących imigrantów”, http://www.wpolityce.pl, 22.06.2017.

[4] K. Zuchowicz, „Szwedzi milczą i ustępują im miejsca. Ten kraj niedługo się rozleci”. W Malmö boją się. Miasto mocno się zmieniło, http://www.natemat.pl, 25.01.2017. „Prawie co noc jest strzelanina. Ich gangi ciągle mają jakieś porachunki. Ciągle słyszymy o napadach na sklepy. Rozbijają się po mieście najlepszymi samochodami, nie zatrzymują się na wezwanie policji. Podpalają samochody. Słyszymy, że ludzie boją się wieczorami wychodzić z domów. Nawet policja czasem apeluje o niewychodzenie z domów – opowiada nam jeden z mieszkańców (…). Malmö bardzo się zmieniło. Niedawno przy wjeździe z Ystad stanął duży, podświetlany meczet. Kupili ziemię w najlepszym miejscu, na wzgórzu. I dziś ten meczet króluje nad Malmö (…). Jest niebezpiecznie, np. w grudniu zastrzelili mężczyznę, który przez pięć lat studiował w Polsce stomatologię, a w Szwecji dopiero zaczął pracę. Jest też poczucie, że wszystko imigrantom się należy i nic im nie pasuje” – czytamy w artykule Katarzyny Zuchowicz.

[5] „Wrocław: ukraiński drugim językiem?”, http://www.kresy.pl, 13.06.2017.

[6] „We Wrocławiu powstał klub piłkarski tylko dla Ukraińców”, http://www.kresy.pl, 2.11.2016.

[7] M. Kursa, „W Krakowie powstaną dwujęzyczne, polsko-ukraińskie klasy”, http://www.wyborcza.pl, 17.06.2017.

[8] Talaga w „Rzeczpospolitej”: otwórzmy nasze uczelnie i armię dla Ukraińców, http://www.kresy.pl, 14.06.2017.

[9] „Dutkiewicz: Ukraińcy we Wrocławiu są błogosławieństwem i lekarstwem na polską ksenofobię”, http://www.kresy.pl, 21.06.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 28 czerwca 2017 r.

„Myśl Polska” nr 27-28 (2143/44), 2-9.07.2017, s. 10-11

Kto uczestniczył w Holokauście?

Rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar (z pochodzenia Ukrainiec) ogłosił, że naród polski uczestniczył w Holokauście[1]. Naród polski, czyli również siostra mojego dziadka Stanisława Zając – więźniarka KL Auschwitz nr 17534. Dowodem na to, że naród polski uczestniczył w Holokauście jest – zdaniem pana Bodnara – to, że Polskie Państwo Podziemne karało szmalcowników. A gdyby ich nie karało, to by nie było sprawy?

Rozumowanie pana Bodnara jest nie tylko głupie i bezczelne, ale jest także niebezpieczne dla jego admiratorów z kręgów michnikowskich. Bo idąc tokiem rozumowania pana Bodnara musimy dojść do wniosku, że również naród żydowski uczestniczył w Holokauście i to nieraz bardziej aktywnie niż funkcjonariusze III Rzeszy.

I nie chodzi tutaj o żydowskich szmalcowników, których prawdopodobnie było więcej niż polskich. Chodzi o „króla” getta łódzkiego – Chaima Mordechaja Rumkowskiego – który wysłał dziesiątki tysięcy swoich rodaków do komór gazowych Chełmna nad Nerem (Kulmhof) i Auschwitz, a tysiące innych zagłodził, współpracując w tym dziele niezwykle aktywnie i lojalnie z gestapo i administracją niemiecką.

Chodzi o „króla” gett żydowskich w Zagłębiu Dąbrowskim – Mojżesza Merina – który tak samo jak Rumkowski w Łodzi bardzo lojalnie współpracował z Niemcami w dziele zagłady narodu żydowskiego. Chodzi o dziesiątki, a może setki im podobnych funkcjonariuszy żydowskich samorządów w gettach (tzw. Judenratów lub Rad Starszych), o których była więźniarka KL Auschwitz Halina Birenbaum pisała, że byli najzwyklejszymi kolaborantami i zdrajcami narodu żydowskiego.

Chodzi o funkcjonariuszy żydowskiej służby porządkowej w gettach, którą mieszkańcy tychże gett nazywali wymownie „żydowskim gestapo” i która składała się nie z ludzi marginesu społecznego, ale z elity społecznej – synów żydowskich adwokatów, lekarzy, przemysłowców, kupców itd. To właśnie oni wyłapywali w gettach ofiary do transportów, które Niemcy wysyłali do obozów zagłady, traktując członków własnego narodu brutalniej niż policja niemiecka. I nie działali pod niczyim przymusem, bo służba w żydowskiej policji, tak samo jak praca w Judenratach, była dobrowolna.

Tak więc admiratorzy pana Bodnara z kręgów „opozycji totalnej” powinni go koniecznie przywołać do porządku, bo ich ulubieniec niechcący otworzył puszkę Pandory.

[1] Adam Bodnar, rzecznik praw obywatelskich: naród polski współuczestniczył w Holokauście, http://www.kresy.pl, 20.06.2017.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 czerwca 2017 r.

Historia jedna z wielu

7 czerwca br. Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga Przeciw Zniesławieniom wydała oświadczenie, w którym protestuje przeciw działalności historyka Jana Grabowskiego, reprezentującego w sprawie stosunków polsko-żydowskich pod okupacją niemiecką stanowisko zbieżne z Janem Tomaszem Grossem i Barbarą Engelking[1]. Ze swej strony dodam, że również tę sama metodologię badawczą, polegającą nie tylko na tendencyjnym wyborze źródeł, ale manipulacji nimi, co osobiście mu wytknąłem odnośnie znanych mi źródeł z akt gestapo ciechanowskiego[2].

Sygnatariusze oświadczenia zarzucają Grabowskiemu m.in., że „nie przestrzega podstawowych zasad rzetelności badacza, używając obrazowych i zdecydowanie przerysowanych określeń bardziej w celu budowania konstrukcji propagandowych niż pokazania rzetelnego obrazu. I tak nazywa „morzem zła” liczbę 1015 udokumentowanych żydowskich ofiar zamordowanych przez jednostki zdemoralizowane okrutną i nieludzką okupacją, a jednocześnie pomija wiele tysięcy osób ocalonych z Zagłady przez najczęściej bezimiennych bohaterów. Warto przypomnieć, że 6706 Polaków uhonorowanych zostało tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Przy tym możliwości pomagania Żydom były ograniczone także tym, że 85 % przedwojennej ludności żydowskiej nie władało językiem polskim, występowała więc bariera komunikacyjna”.

Jest oczywiste, że te 6706 Polaków uhonorowanych na dzień dzisiejszy przez Instytut Yad Vashem to tylko mała część tych, którzy ratowali Żydów podczas okupacji niemieckiej. Uhonorowaniu większości z nich stoją na przeszkodzie przede wszystkim rygorystyczne kryteria stosowane przez Yad Vashem (świadectwo ocalonego Żyda lub potwierdzenie w dokumentach wytworzonych przez okupanta niemieckiego). Ponadto – co wykażę w niniejszym artykule – ze strony Yad Vashem mamy niejednokrotnie do czynienia z brakiem świadomości realiów okupacji niemieckiej oraz z brakiem świadomości tego, że jedną osobę narodowości żydowskiej ratowało z reguły kilku, a nawet kilkunastu Polaków.

Jednym z miejsc polskiej pomocy dla Żydów był KL Auschwitz – od 1942 roku jeden z ważniejszych ośrodków ich deportacji i zagłady, a od 1943 roku centralny ośrodek zagłady Żydów europejskich. Różnorodnej pomocy żydowskim więźniom KL Auschwitz udzielali polscy współwięźniowie – zarówno indywidualnie, jak i działający w konspiracji więźniarskiej. Pomoc dla więźniów żydowskich była jednym z priorytetów działalności polskiej konspiracji więźniarskiej. Wielką zasługą tej konspiracji było przekazywanie informacji o zagładzie Żydów i innych zbrodniach niemieckich w obozie do stosownych komórek Polskiego Państwa Podziemnego. Dzięki temu Rząd Polski na Wychodźstwie mógł szeroko informować aliantów o tym co działo się w KL Auschwitz. Ponadto pomocy więźniom-Żydom udzielali polscy robotnicy cywilni, pracujący w zakładach przemysłowych, w których zatrudniano więźniów KL Auschwitz. Piękną kartę zapisali też Polacy-mieszkańcy Górnego Śląska, ratujący więźniów żydowskich podczas pieszej ewakuacji KL Auschwitz w styczniu 1945 roku.

Większość Polaków, którzy pomagali żydowskim więźniom KL Auschwitz nie została uhonorowana przez Instytut Yad Vashem tytułem i Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Instytut Yad Vashem najwyraźniej nie posiada też wiedzy o tym, że jednemu więźniowi-Żydowi pomagało czasem wiele osób. Przykładem tego może być chociażby przypadek uratowania Roberta Wolfa (Duba) – więźnia żydowskiego nr 68735, pochodzącego z Ołomuńca w przedwojennej Czechosłowacji, a deportowanego do KL Auschwitz 19 października 1942 roku z KL Buchenwald. Więzień ten zbiegł 15 lipca 1944 roku z obozu KL Auschwitz III w Monowicach[3]. Za jego uratowanie Instytut Yad Vashem odznaczył w 1993 roku Medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata Wojciecha Basika – polskiego rolnika z Korbielowa, którego Robert Wolf miał spotkać po swojej ucieczce z obozu na stacji Jeleśnia w powiecie żywieckim i który ukrywał go aż do wyzwolenia[4]. Wynikałoby z tego, że Wolf samodzielnie pokonał dystans 50 kilometrów dzielący Monowice od Jeleśni, nie mając dokumentów, pieniędzy i na dodatek będąc ubrany w więźniarski pasiak.

Jest oczywiste, że było to niemożliwe. Nigdy nie zdarzyło się, żeby któryś z więźniów zbiegł z obozu „w czasie wymarszu do pracy” – jak opisuje to „Encyklopedia Sprawiedliwych” w historii Wojciecha Basika i Roberta Wolfa. Dystans pomiędzy bramą obozu KL Auschwitz III a fabryką IG Farbenindustrie w Monowicach, gdzie pracowali więźniowie, wynosił tylko 300 metrów. Po obu stronach drogi łączącej obóz z fabryką znajdowały się liczne posterunki uzbrojonych esesmanów. Poza tym, gdyby jakimś przedziwnym zrządzeniem losu uciekający w takiej sytuacji więzień nie zginął od razu, to chcąc wydostać się ze strefy przyobozowej musiałby jeszcze ujść z życiem – co wydaje się całkiem nieprawdopodobne – od kul esesmanów pełniących straż na wieżach wartowniczych stojących wzdłuż ogrodzenia fabryki i obozu oraz pokonać tzw. drugi łańcuch straży SS.

W rzeczywistości historia ucieczki Roberta Wolfa z KL Auschwitz III wyglądała zupełnie inaczej niż to przedstawia „Encyklopedia Sprawiedliwych”. W ucieczce tej pomogli Wolfowi dwaj polscy robotnicy cywilni z zakładów IG Farbenindustrie – Franciszek Gnaciński i Henryk Wierzbicki, z którymi żydowski więzień zaprzyjaźnił się podczas pracy w fabryce. To oni przemycili i ukryli na terenie fabryki ubranie cywilne, perukę oraz sfałszowaną przepustkę. Bez tego Wolf – ubrany w więźniarski pasiak i z ogoloną głową – nie miałby szansy nawet na przejście przez posterunek kontrolny.

W dniu zaplanowanej ucieczki Wolf najpierw przebrał się w fabryce w ubranie cywilne. Następnie udał się razem z Gnacińskim i Wierzbickim do bramy fabryki. Kiedy Gnaciński odwrócił uwagę wartowników, Wierzbicki wraz z Wolfem przeszli bezpiecznie przez posterunek kontrolny. Po pokonaniu kilku kilometrów dotarli do pobliskiej stacji kolejowej w Dworach. Wierzbicki kupił Wolfowi bilet i towarzyszył mu wraz z Gnacińskim w dalszej podróży do Jeleśni – z przesiadkami w Spytkowicach, Wadowicach i Suchej Beskidzkiej. Obecność Wierzbickiego i Gnacińskiego podczas tej podróży była niezbędna. Wolf nie znał bowiem języka polskiego i w każdej chwili mógł zostać rozpoznany przez przypadkowego Niemca – esesmana, policjanta, żołnierza Luftwaffe z obrony przeciwlotniczej fabryki IG Farbenindustrie lub któregoś z licznych na tym terenie kolonistów niemieckich, a nawet niemieckiego konduktora w pociągu.

W miejscowości Hucisko – ostatnim przystanku kolejowym przed Jeleśnią – do pociągu, w którym podróżował żydowski uciekinier z KL Auschwitz wraz z dwoma polskimi opiekunami dosiadł się Rudolf Basik – brat Wojciecha. Został on wcześniej poproszony o pomoc w planowanej ucieczce Roberta Wolfa z obozu i jego ukryciu. Prośbę tę przekazał Rudolfowi Basikowi Franciszek Gnaciński za pośrednictwem matki swojej narzeczonej, a po uzyskaniu jego zgody osobiście spotkał się z nim w mieszkaniu narzeczonej Jadwigi Miodońskiej w Żywcu i omówił szczegóły. Rudolf Basik był mieszkańcem Korbielowa i pracował w szpitalu miejskim w Żywcu, gdzie zajmował się zaopatrywaniem szpitala w żywność, paleniem w piecach i innymi pracami technicznymi. Poleciła go Gnacińskiemu matka Jadwigi Miodońskiej jako osobę godną zaufania, co okazało się prawdą.

Po wejściu do pociągu Rudolf Basik przekazał Wolfowi dokument tożsamości, tzw. „palcówkę”[5], który musieli posiadać Polacy na ziemiach wcielonych do Rzeszy i który jako jedyny był respektowany przez niemieckie władze policyjne w powiecie żywieckim. Był to oryginalny dokument na nazwisko Józefa Krzesaka (osoby prawdziwej, ale już wówczas nieżyjącej), który Rudolf Basik skradł z niemieckiego urzędu w 1939 roku, wykorzystując chwilową nieobecność niemieckiego urzędnika.

Po opuszczeniu pociągu na stacji w Jeleśni nieufny Wolf nie zastosował się jednak do polecenia Rudolfa Basika i zamiast „palcówki” pokazał niemieckim żandarmom Ausweis, który otrzymał od Gnacińskiego i który nie był respektowany przez niemiecką policję na terenie powiatu żywieckiego. Został w związku z tym zatrzymany razem z Wierzbickim. Ukarano ich karą porządkową, która polegała na wielogodzinnej pracy przy oczyszczaniu przykopu, po odbyciu której mieli powrócić do podanych w ich dokumentach miejscowości zamieszkania. W tym czasie Rudlof Basik wynajął furmankę od jednego z mieszkańców miejscowości Krzyżowa, a po zwolnieniu przez żandarmów Wolfa i Wierzbickiego dyskretnie przejął Wolfa i pojechał z nim furmanką do Korbielowa. Podczas tej podróży byli dwukrotnie kontrolowani przez żandarmów – w Krzyżowej i Korbielowie. Za każdym razem Wolf okazywał już jednak żandarmom właściwy dokument, czyli wspomnianą „palcówkę”.

W Korbielowie Rudolf Basik najpierw udał się ze zbiegiem do domu swojego brata Franciszka Basika i dopiero wieczorem przeprowadził Wolfa do domu, w którym mieszkali jego bracia Wojciech i Bronisław oraz siostra Wiktoria. Wojciech Basik nie był zorientowany w sprawie i o niczym uprzedzony, ale bez wahania zgodził się na ukrycie żydowskiego zbiega z Auschwitz.

Tak opowiedział o tym w swojej powojennej relacji: „Aby zrozumieć moją postawę, muszę swoją opowieść rozpocząć od jesieni 1939 roku. W czasie trwania kampanii wrześniowej ja, mój brat Rudolf Basik oraz koledzy z tej samej miejscowości, tzn. Józef Mocek, Wincenty Juraszek i Wincenty Jankowski, pomagaliśmy polskim żołnierzom, którzy znaleźli się w lasach na Pilsku. Donosiliśmy im żywność, a następnie pomagaliśmy im się rozmundurować, ukryć broń oraz wydostać się z wymienionego rejonu”. Za pomoc polskim żołnierzom Wojciech Basik został wówczas zatrzymany przez żandarmerię niemiecką i był torturowany, ale nikogo nie wydał.

Wolf nie chciał, żeby przeprowadzić go na stronę słowacką i po kilku dniach poprosił rodzinę Basików o dalsze ukrywanie. Jego prośba została spełniona. Ukryto go w stodole, w długim tunelu wydrążonym w słomie.

Niedługo po ukryciu Wolfa w gospodarstwie swojego brata Wojciecha Rudolf Basik został wywieziony na roboty przymusowe do Kraju Sudeckiego w rejon Karlowvych Varów. Zbiegł stamtąd przed Bożym Narodzeniem 1944 roku i powrócił nielegalnie do Korbielowa. Wówczas dowiedział się, że Wolf nieopatrznie ujawnił miejsce swojego ukrycia przed żoną mieszkańca Korbielowa Franciszka Niewdana i był przez niego szantażowany. „Wiedząc o tym porozmawiałem z Niewdanem i wręcz zagroziłem mu, że jeśli ośmieli się zrealizować swoje pogróżki, to powiesimy go jak psa w jego własnej stajni” – stwierdził w swojej relacji Rudolf Basik. Ryzyko ukrywania Wolfa zwiększył też fakt stacjonowania od jesieni 1944 roku wojsk niemieckich w Korbielowie. Niemiecka żandarmeria wojskowa przeprowadzała odtąd częste rewizje w domach w poszukiwaniu osób ukrywających się i partyzantów.

W tej sytuacji Rudolf Basik zdecydował o przeniesieniu Wolfa do wsi Krzyżowa i umieszczeniu go u rodziny Władysława Cudzicha. Po ofensywie styczniowej wojsk radzieckich front zatrzymał się w lutym 1945 roku na Żywiecczyźnie tak, że Krzyżowa i Korbielów nadal znajdowały się pod okupacją niemiecką. Wówczas Wolf na swoją prośbę został przeprowadzony na radziecką stronę frontu przez Marię Jędrzejas. Niestety w miejscowości Przyborów został zatrzymany przez żołnierzy radzieckich i przekazany w ręce kontrwywiadu wojskowego Smiersz, który posądził go o szpiegostwo na rzecz Niemiec. Wtedy po raz kolejny uratowali go Basikowie. Po wyzwoleniu Korbielowa zjawiło się u nich trzech oficerów Smiersz z aresztowanym Wolfem. Dzięki potwierdzeniu przez Basików jego tożsamości oraz faktu, że jest byłym więźniem Auschwitz został uwolniony i ocalony w ten sposób najprawdopodobniej od egzekucji albo przynajmniej deportacji na Syberię. Wolf ponownie zamieszkał u Wojciecha Basika w Korbielowie, a rodzina Basików jeszcze raz wybawiła go od kłopotów potwierdzając jego tożsamość, kiedy tym razem został zatrzymany przez funkcjonariuszy MO.

Po zakończeniu wojny Robert Wolf wyjechał do Pragi. Kilka miesięcy później powrócił jeszcze do Krzyżowej, by zabrać ze sobą Stanisławę Cudzich – siostrę Władysława Cudzicha – z którą się ożenił.

W ocaleniu Roberta Wolfa uczestniczyło co najmniej dwunastu Polaków, przy czym rodzina Basików ratowała go przynajmniej czterokrotnie – po zatrzymaniu Wolfa przez żandarmerię w Jeleśni, po odmowie Wolfa przeprowadzenia go na Słowację, po realnym niebezpieczeństwie denuncjacji pod koniec 1944 roku i po aresztowaniu go przez Smiersz.

Według relacji Wojciecha Basika największe zasługi w ukrywaniu i ocaleniu Roberta Wolfa miał jego brat Rudolf. Niestety ani Franciszek Gnaciński ani Henryk Wierzbicki, którzy zorganizowali i przeprowadzili ucieczkę Roberta Wolfa z Auschwitz, ani Rudolf Basik, który najbardziej przyczynił się do jego ocalenia, ani inne osoby zaangażowane poza Wojciechem Basikiem w ukrywanie Wolfa i pomoc dla niego, czyli Franciszek, Bronisław i Wiktoria Basikowie oraz rodzina Cudzichów, Maria Jędrzejas, Jadwiga Miodońska i jej matka nie zostali w jakikolwiek sposób uhonorowani przez Instytut Yad Vashem[6].

Opisana przeze mnie historia nie była przypadkiem odosobnionym. Była jedną z wielu historii heroicznej polskiej pomocy dla Żydów, skazanych przez hitlerowskie Niemcy na zagładę. Jan Grabowski usilnie propaguje m.in. tezę o tzw. „Judenjagd” – „polowaniu na Żydów”, które po likwidacji gett i deportacji większości Żydów do ośrodków zagłady mieli urządzić Polacy w stosunku do ukrywających się Żydów. Grabowski opisał ów „Judenjagd” na podstawie odosobnionego przykładu działania polskiej policji granatowej i wiejskich straży nocnych z powiatu Dąbrowa Tarnowska („Judenjagd. Polowanie na Żydów. Studium dziejów pewnego powiatu”, Warszawa 2011), ale uważa, że było to zjawisko niemal powszechne. Stąd zresztą wzięła się skandaliczna teza bliskiego mu Jana T. Grossa, że Polacy jakoby zgładzili podczas okupacji niemieckiej więcej Żydów niż zabili Niemców. Książka Grabowskiego „Polowanie na Żydów. Zdrada i morderstwo w okupowanej przez Niemcy Polsce” została uhonorowana w 2014 roku nagrodą Instytutu Yad Vashem.

Skoro tak, to należy zadać pytanie, dlaczego tego „Judenjagd” nie było w Korbielowie na Żywiecczyźnie? Dlaczego tam ratowano Żyda, na dodatek pochodzącego z obcego kraju? Dlaczego zorganizowano temu obcemu człowiekowi ucieczkę z KL Auschwitz i z narażeniem życia wielu osób ukrywano go? Przecież nie dla pieniędzy, bo tych jako więzień KL Auschwitz nie posiadał. Nie mógł też obiecać swoim wybawicielom żadnej innej korzyści materialnej, bo cały jego majątek Niemcy skonfiskowali mu jeszcze przed deportacją do KL Buchenwald. Korbielów był jakimś wyjątkiem? Mieszkali w nim tacy sami chłopi jak w innych miejscowościach i regionach Polski, o takim samym poziomie wykształcenia i statusie materialnym, wyznający tę samą religię. Otóż Korbielów nie był wyjątkiem, był regułą.

Tego jednak nie wiedzą zachodni odbiorcy publikacji Jana Grabowskiego i innych autorów propagujących tezę o polskim współudziale w zagładzie Żydów dokonanej przez III Rzeszę Niemiecką. Zachodnia opinia publiczna otrzymuje od nich przekaz, że w okupowanej przez Niemcy Polsce znacznie wzmógł się antysemityzm, który już przed wojną miał być duży, a Polacy w swej większości byli zadowoleni z nieszczęścia, jakie spotkało Żydów oraz korzystali na nim materialnie przejmując mienie żydowskie.

Truizmem wydaje się stwierdzenie, że próba przypisania Polakom współodpowiedzialności za niemieckie zbrodnie z okresu drugiej wojny światowej, w tym przede wszystkim za zagładę Żydów, stanowi działanie na szkodę Polski. To już nie jest zwykłe działanie na szkodę, to nie jest zwyczajne naruszanie dobrego imienia i deformowanie obrazu historii. To jest po prostu polityczna agresja. Dobrze przygotowana i sprawnie prowadzona z wielkim rozmachem. Niestety dotychczasowe próby przeciwstawienia się tej agresji ze strony polskiej należy uznać za nieudolne. Świat dzisiaj ma wiedzę na temat stosunku Polaków do Żydów w czasie drugiej wojny światowej na podstawie obrazu, który narysowali m.in. Jan T. Gross i Jan Grabowski.

[1] „Stanowczo sprzeciwiamy się działalności i wypowiedziom Jana Grabowskiego”. Oświadczenie, http://www.wpolityce.pl, 7.06.2017.

[2] B. Piętka, recenzja publikacji: A. Namysło (red.), „Zagłada Żydów na polskich terenach wcielonych do Rzeszy” (Warszawa 2008), „Zeszyty Oświęcimskie” nr 26, Oświęcim 2010, s. 320, 322-326.

[3] D. Czech, „Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz”, Oświęcim 1992, s. 711.

[4] S. Bender, I. Gutman (red.), „The Encyclopedia of the Righteous Among the Nations. Rescuers of Jews during the Holocaust”, S. Bender, S. Krakowski, „Poland”, Jerusalem 2004, t. I, s. 80-81.

[5] Anmeldung zur polizeilichen Einwohnererfassung (Zgłoszenie celem policyjnego stwierdzenia ludności) – dwustronny dokument z odciskiem palca (Fingerabdruck), stąd nazwa „palcówka”.

[6] Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Zespół Wspomnienia, t. 141, k. 71-89, wspomnienia Henryka Wierzbickiego; Zespół Oświadczenia, t. 88a, k. 87, relacja byłego więźnia Arnošta Taubera; t. 88a, k. 131-137, relacja byłego więźnia Roberta Duba (w obozie Wolfa); t. 88a, k. 164, relacja byłego więźnia Karela Minca; t. 100, k. 2-23, relacja Henryka Wierzbickiego; t. 124, k. 14-23, relacja Rudolfa Basika; t. 124, k. 24-28, relacja Wojciecha Basika; Zbiór korespondencji. Korespondencja nr 5941/86 dot. Roberta Wolfa (Duba); Häftlings-Personal-Karte. Sygn. D-Au I-3a/1685-1950, nr inw. 174174, t. 8, k. 348-349, karta personalna więźnia Roberta Wolfa; IZ-8/Gestapo Łódź/4a, nr inw. 155917, t. 6, mikr. 90/200-201, telegram o ucieczce więźnia Roberta Wolfa.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 13 czerwca 2017 r.

„Myśl Polska” nr 25-26 (2141/42), 18-25.06.2017, s. 14-15

Po stronie Ententy (w 100-lecie utworzenia Armii Polskiej we Francji)

Polski wysiłek zbrojny podczas pierwszej wojny światowej kojarzony jest najczęściej z walczącymi po stronie państw centralnych Legionami Polskimi, a zwłaszcza z legendą I. Brygady Legionów, która stała się fundamentem mitu piłsudczykowskiego. Jednakże najliczniejsze polskie formacje wojskowe walczyły po stronie Ententy. Były to I, II i III Korpus Polski w Rosji oraz Armia Polska we Francji, nazywana potocznie od koloru mundurów Błękitną Armią.

Pierwszą próbę tworzenia polskich jednostek wojskowych walczących po stronie Rosji podjął Bonawentura Snarski. Sformowany z jego inicjatywy oddział 200 ochotników polskich walczył z Niemcami w okolicach Kłobucka we wrześniu 1914 roku. Miesiąc później został rozbity i rozformowany. Kolejną, tym razem udaną próbę, podjął ziemianin i działacz „Sokoła” Witold Ostoja-Gorczyński. Zapoczątkował on tworzenie formacji zbrojnej, która przeszła do historii pod nazwą Legionu Puławskiego (I Legion Polski, 739. Nowoaleksandryjska Drużyna). Polityczny patronat nad tą jednostką objął Komitet Narodowy Polski – organizacja polityczna grupująca endecję i część ruchu ludowego, utworzona w listopadzie 1914 roku w Warszawie. Równocześnie z tworzeniem Legionu Puławskiego – wobec napływu dużej liczby ochotników – rozpoczęto formowanie Legionu Lubelskiego (II Legion Polski, 740. Drużyna Lubelska). Nieprzychylność otoczenia cara Mikołaja II spowodowała jednak powstrzymanie rozwoju tych formacji. W walkach z Niemcami wziął udział tylko Legion Puławski, liczący około tysiąca żołnierzy. Oba legiony zostały rozformowane w październiku 1915 roku. Na ich bazie utworzono Brygadę Strzelców Polskich, liczącą około 8 tys. żołnierzy, która walczyła z Niemcami w 1916 roku na Nowogródczyźnie. W styczniu 1917 roku została wycofana na Ukrainę i przeformowana w Dywizję Strzelców Polskich.

W tym czasie podjęto również próbę tworzenia polskich formacji wojskowych u boku Francji. W sierpniu 1914 roku ochotnicy polscy przystąpili do formowania w Bayonne tzw. Legionu Bajończyków. Do utworzenia legionu jednak nie doszło, ponieważ akcja werbunkowa została wstrzymana po proteście ambasady rosyjskiej. Ostatecznie utworzono oddział w sile 200 żołnierzy, który wcielono do 1. pułku Legii Cudzoziemskiej jako 2. kompanię batalionu C. Wśród ochotników był m.in. syn historyka Józefa Szujskiego – Władysław, a także Xawery Dunikowski i pisarz Jan Żyznowski, którzy zaprojektowali sztandar kompanii wręczony 21 września 1914 roku Polakom przez mera Bayonne. Kompanię skierowano na front 22 października 1914 roku. Walczyła w Szampanii, w tym w krwawej bitwie pod Arras w maju 1915 roku. Po tej bitwie zostało przy życiu około 50 bajończyków. Wobec śmierci kolejnych żołnierzy w dalszych walkach oddział rozwiązano. Część bajończyków zaciągnęła się do jednostek francuskich lub polskich formacji wojskowych w Rosji. Zdecydowana większość wstąpiła w 1917 roku do Błękitnej Armii.

Drugą kompanię polską – liczącą około 250 ochotników – sformowano w miejscowości Rueil pod Paryżem. Po zakończeniu szkolenia jej żołnierzy wcielono do różnych pododdziałów 3. pułku Legii Cudzoziemskiej, a potem 2. pułku marszowego. Patronat nad tworzeniem tych formacji sprawował Komitet Ochotników Polskich dla Służby w Armii Francuskiej – organizacja Polonii francuskiej powstała w celu werbunku ochotników do walki przeciw Niemcom.

Powodem niepowodzenia utworzenia większych polskich formacji wojskowych na froncie zachodnim było negatywne stanowisko Rosji, która się temu zdecydowanie sprzeciwiała widząc w polskim wojsku przejaw dążeń niepodległościowych. Dopiero rewolucja lutowa i upadek caratu spowodowały przełom w tworzeniu polskich sił zbrojnych walczących po stronie Ententy. Odezwa rosyjskiego Rządu Tymczasowego do Polaków z 30 marca 1917 roku (zwana potocznie proklamacją księcia Gieorgija Lwowa), uznająca prawo Polski do niepodległości, rozwiązała polityczny problem tworzenia wojska polskiego walczącego po stronie Ententy.

W czerwcu 1917 roku powstał w Piotrogrodzie Polski Naczelny Komitet Wojskowy (Naczpol) pod prezesurą Władysława Raczkiewicza, który objął patronat nad formowaniem wojska polskiego w Rosji. Powołano trzy korpusy polskie. Na Białorusi powstał I Korpus Polski pod dowództwem gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego, który osiągnął liczebność około 30 tys. żołnierzy. Wsławił się zajęciem Bobrujska w lutym 1918 roku. Wtedy też podporządkował się Radzie Regencyjnej, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wszedł w skład odrodzonego Wojska Polskiego.

Pod koniec 1917 roku w Besarabii powstał II Korpus Polski. Pierwszym jego dowódcą został gen. Sylwester Stankiewicz. W połowie lutego 1918 roku część Polskiego Korpusu Posiłkowego (formacja wojskowa utworzona 20 września 1916 roku przez Austro-Węgry z Legionów Polskich), po otrzymaniu informacji o traktacie brzeskim, wypowiedziała posłuszeństwo dowództwu austriackiemu i przebiła się przez front pod Rarańczą. Było to około 100 oficerów i 1500 żołnierzy z byłej II Brygady Legionów pod dowództwem brygadiera Józefa Hallera i ppłk. Michała Żymierskiego. W marcu 1918 roku dołączyli oni do II Korpusu Polskiego i wtedy też Haller objął jego dowództwo. II Korpus osiągnął wówczas stan około 8 tys. żołnierzy. Gdy na Ukrainę – zgodnie z postanowieniami traktatu brzeskiego – wkroczyły wojska niemieckie, ich dowództwo zażądało od II Korpusu złożenia broni. Wobec odmowy Niemcy rozbili polską jednostkę w krwawej bitwie pod Kaniowem 11 maja 1918 roku. Większość żołnierzy II Korpusu dostała się do niewoli niemieckiej, jednak gen. Haller zdołał przedostać się do Moskwy, a następnie przez Murmańsk do Francji, gdzie stanął na czele Błękitnej Armii.

Na Ukrainie sformowano też na przełomie 1917 i 1918 roku liczący 3 tys. żołnierzy III Korpus Polski, którym dowodził gen. Eugeniusz de Henning-Michaelis. Korpus ten walczył z bolszewikami, a w czerwcu 1918 roku został rozbrojony przez Austriaków.

W tym samym czasie, kiedy rozpoczęto formowanie wojska polskiego w Rosji, do tworzenia polskich formacji wojskowych przystąpiła też Francja. Straty, jakie poniosła armia francuska podczas wiosennej ofensywy gen. Roberta Nivelle’a w 1917 roku skłoniły dowództwo francuskie do szukania dodatkowego rekruta. Na początku czerwca 1917 roku zaczęły co prawda przybywać do Francji dywizje amerykańskie, ale do walki weszły dopiero w październiku 1917 roku. W tej sytuacji podjęto decyzję o utworzeniu 100-tysiecznej Armii Polskiej. Inicjatywa jej sformowania wyszła ze strony rządu francuskiego i rosyjskiego bez konsultacji z polskimi czynnikami politycznymi. Francuzi liczyli, że do polskiego wojska zgłoszą się Polacy służący w armii francuskiej, należący do zbuntowanych brygad rosyjskich internowanych po rewolucji lutowej we Francji oraz Polacy z oddziałów rosyjskich w Salonikach. Ponadto zakładali, że Rosja przyśle kadrę oficerską złożoną z Polaków służących w armii rosyjskiej.

20 maja 1917 roku utworzono Francusko-Polską Misję Wojskową, na czele której 6 czerwca 1917 roku stanął francuski gen. Louis Archinard – pierwszy dowódca Błękitnej Armii. Dwa dni wcześniej – 4 czerwca 1917 roku – prezydent Francji Raymond Poincaré wydał dekret o rozpoczęciu formowania Armii Polskiej we Francji.

7 lipca 1917 roku otwarto pierwszy obóz zbiorczy w Sillé-le-Guillaume (departament Sarthe), a jego komendantem został kpt. armii francuskiej Władysław Jagniątkowski – przez długi czas jedyny oficer Błękitnej Armii mówiący po polsku. O ile kadra oficerska korpusów polskich tworzonych w Rosji składała się z Polaków służących w armii rosyjskiej, to korpus oficerski Błękitnej Armii był w większości francuski. Żołnierze Armii Polskiej we Francji nosili francuskie mundury polowe koloru błękitno-szarego i rogatywki z orzełkami. Ze względu na bardzo małą liczbę chętnych (do 1 października 1917 roku zgłosiło się 832 ochotników) zwrócono uwagę na Amerykę Północną. To właśnie Polonia amerykańska – zwłaszcza ta zrzeszona w ruchu sokolskim – przyczyniła się do zwiększenia tempa tworzenia armii.

Formowanie przez Francję polskich sił zbrojnych było główną przyczyną zawiązania w Lozannie 15 sierpnia 1917 roku Komitetu Narodowego Polskiego z Romanem Dmowskim i Ignacym Janem Paderewskim na czele. Za swoje najważniejsze zadania KNP uznał reprezentowanie narodu polskiego wobec Ententy, objęcie patronatu politycznego nad Błękitną Armią oraz zmianę jej statusu z wojska stowarzyszonego z armią francuską na równorzędną armię koalicyjną. W skład KNP, który za swoją siedzibę obrał Paryż, wchodzili politycy Narodowej Demokracji i Stronnictwa Polityki Realnej. Komitet został uznany za oficjalną reprezentację narodu polskiego przez Francję (20 września 1917), Wielką Brytanię (15 października), Włochy (30 października ) i USA (10 listopada). 28 września 1918 roku KNP uzyskał pełną kontrolę polityczną nad Błękitną Armią, która została uznana przez Ententę za „jedyną, samodzielną, sojuszniczą i współwalczącą armię polską”.

Do Błękitnej Armii zgłaszali się ochotnicy-Polacy z USA, Kanady, Argentyny, Wielkiej Brytanii i Holandii, jeńcy polscy z armii niemieckiej i austro-węgierskiej, Polacy służący w armii francuskiej oraz Polacy z brygad rosyjskich we Francji i Salonikach. Zdarzały się też bohaterskie przypadki, jak por. Jana Laudygi-Laskowskiego, który przeszedł z armii niemieckiej na francuską stronę frontu z planami ofensywy swojej byłej dywizji. Do końca lutego 1918 roku Błękitna Armia liczyła już 10 tys. ochotników, z których utworzono w Laval i Mayenne 1., 2. i 3. Pułk Strzelców Polskich. Dowódcą 1. PSP został skierowany z armii francuskiej ppłk Julian Jasieński, który nie znał języka polskiego. To właśnie ta jednostka, w rocznicę dekretu Poincarégo, została wysłana na front. W walkach z Niemcami latem i jesienią 1918 roku wzięła udział tylko 1. Dywizja Strzelców Polskich, którą dowodził francuski gen. Joseph Ecochard. Wchodzący w jej skład 1. PSP walczył od lipca 1918 roku w Szampanii, a w połowie października 1918 roku cała dywizja zajęła odcinek frontu w Wogezach. Udział żołnierzy Błękitnej Armii w walkach z Niemcami miał ogromne znaczenie polityczne. Walka u boku aliantów postawiła odrodzoną w listopadzie 1918 roku Polskę w gronie zwycięskiej koalicji i zapewniła jej miejsce wśród zwycięzców Wielkiej Wojny na konferencji pokojowej w Wersalu.

Od momentu utworzenia Błękitnej Armii szukano dla niej polskiego dowódcy. Początkowo był brany pod uwagę Eugeniusz de Henning-Michaelis – polski generał z armii rosyjskiej i dowódca III Korpusu Polskiego w Rosji. Ostatecznie wybór KNP padł na gen. Józefa Hallera, który 13 lipca 1918 roku dotarł z Murmańska do Paryża. 28 lipca 1918 roku KNP podjął uchwałę o powierzeniu Hallerowi działu wojskowego. Do mianowania go dowódcą Błękitnej Armii, za zgoda rządu francuskiego, doszło 4 października 1918 roku.

Józef Haller von Hallenburg urodził się w 1873 roku w Jurczycach koło Skawiny w polskiej rodzinie ziemiańskiej o korzeniach niemieckich. Jego ojciec był uczestnikiem powstania styczniowego, a dziadek prezesem Senatu Rządzącego Wolnego Miasta Krakowa. W latach 1895-1911 Haller pełnił zawodową służbę wojskową w armii austro-węgierskiej jako oficer artylerii. Od 1912 roku działał w Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół” i był komendantem Polowych Drużyn Sokolich. W latach 1914-1917 służył w Legionach Polskich, walczących po stronie Austro-Węgier. Od lipca 1916 roku dowodził II Brygadą Legionów. Przełomem w jego karierze był bunt Polskiego Korpusu Posiłkowego w lutym 1918 roku, w wyniku którego po przebiciu się przez front austriacko-rosyjski żołnierze byłej II Brygady Legionów połączyli się z II Korpusem Polskim na Ukrainie. Warto dodać, że bunt ten został zainicjowany przez ppłk. Michała Żymierskiego – późniejszego marszałka Polski i dowódcę ludowego Wojska Polskiego. W ten sposób Haller został najpierw dowódcą II Korpusu Polskiego, a potem – po przedarciu się do Francji – Błękitnej Armii.

Zakończenie działań wojennych na froncie zachodnim w listopadzie 1918 roku przyspieszyło rozwój organizacyjny Błękitnej Armii. Możliwe stało się wtedy wcielenie w jej szeregi 25 tys. polskich jeńców z armii austro-węgierskiej, wziętych do niewoli na froncie włoskim. Za wyposażenie armii odpowiadał rząd francuski, dzięki czemu została ona bardzo dobrze uzbrojona, m.in. w 98 samolotów Breguet XIV A2, Salmson 2 i Spad VIIC1 oraz 120 nowoczesnych czołgów. Utworzony w ramach Błękitnej Armii 1. Pułk Czołgów zapoczątkował powstanie polskiej broni pancernej, a siedem eskadr lotniczych – noszących numery 39, 59, 66, 162, 580, 581 i 582 – rozwój polskiego lotnictwa wojskowego.

W kwietniu 1919 roku – kiedy rozpoczął się przerzut Błękitnej Armii do Polski – liczyła ona ponad 70 tys. żołnierzy. Stała się najlepiej uzbrojoną i wyszkoloną częścią tworzącego się Wojska Polskiego, co miało ogromne znaczenie w obliczu toczącej się wojny polsko-ukraińskiej oraz wojny polsko-radzieckiej. Na dzień 1 kwietnia 1919 roku Błękitna Armia składała się z trzech korpusów. Dowódcą I Korpusu był gen. Dominique Joseph Odry, a w jego skład wchodziły 1., 2. i 3. Dywizja Strzelców Polskich, dowodzone przez generałów Josepha Jeana Bernarda, Louisa Modelona i Eugéne Auguste Petitdemange. III Korpus – dowodzony przez gen. André Josepha Emmanuela Masseneta – obejmował 6. i 7. Dywizję Strzelców Polskich pod dowództwem generałów Denisa Champeaux i Laurenta Bonina. Natomiast w skład II Korpusu weszły dwie polskie dywizje sformowane w Rosji. Były to 4. i 5. Dywizja Strzelców Polskich. Pierwsza z nich – dowodzona przez gen. Lucjana Żeligowskiego – została sformowana jesienią 1918 roku na Kubaniu głównie spośród żołnierzy II Korpusu Polskiego, którzy uniknęli niewoli niemieckiej. Początkowo walczyła ona z bolszewikami na Ukrainie w ramach francuskiego korpusu interwencyjnego, a następnie przebiła się przez Besarabię do Galicji Wschodniej i wzięła udział latem 1919 roku w polskiej ofensywie przeciw Zachodnioukraińskiej Republice Ludowej.

5. Dywizją Strzelców Polskich dowodził początkowo płk Kazimierz Rumsza, a potem płk Walerian Czuma – późniejszy generał i dowódca obrony Warszawy we wrześniu 1939 roku. Zorganizowano ją spośród polskich ochotników na Syberii w początkach 1919 roku, stąd jej potoczna nazwa „Dywizja Syberyjska”. W szczytowym okresie liczyła 16,5 tys. żołnierzy. 5. Dywizja Syberyjska walczyła z bolszewikami wspólnie z wojskami Białych admirała Aleksandra Kołczaka, Korpusem Czechosłowackim i wojskami interwencyjnymi Ententy. Skapitulowała w styczniu 1920 roku, otoczona przez Armię Czerwoną w rejonie Krasnojarska.

Przerzut Błękitnej Armii wraz z wyposażeniem z Francji do Polski trwał od kwietnia do czerwca 1919 roku. Pierwszym pociągiem przyjechał gen. Haller wraz ze sztabem. W swoich pamiętnikach dowódca Błękitnej Armii napisał później: „20 kwietnia dojechaliśmy do ówczesnej stacji granicznej Leszna. Wojsko polskie było witane okrzykami i łzami. Następna stacja – Ostrów Wielkopolski. Oficjalne powitanie władz i wojska polskiego. Żołnierze z Francji całowali ziemię polską”.

Już w maju 1919 roku jednostki Błękitnej Armii wzięły udział w ofensywie na froncie polsko-ukraińskim w Galicji Wschodniej i na Wołyniu. Walczyły następnie w wojnie polsko-radzieckiej. Gen. Haller objął dowództwo Frontu Południowo-Zachodniego, który został utworzony 15 czerwca 1919 roku na wypadek wojny z Niemcami. W październiku 1919 roku powierzono mu dowództwo Frontu Pomorskiego, utworzonego w celu zajęcia części Pomorza przyznanej Polsce na mocy postanowień Traktatu Wersalskiego. Pomimo kilku incydentów, wśród których były próby stawiania zbrojnego oporu przez Niemców i sabotażu, podległe Hallerowi wojska zajęły Pomorze do 11 lutego 1920 roku. Dzień wcześniej – 10 lutego 1920 roku – Haller przybył do Pucka, gdzie wraz z ministrem spraw wewnętrznych Stanisławem Wojciechowskim i administracją województwa pomorskiego dokonał symbolicznych zaślubin Polski z morzem. Podczas kontrofensywy Tuchaczewskiego na Warszawę w 1920 roku Haller położył duże zasługi dla organizacji Armii Ochotniczej, a w czasie bitwy warszawskiej dowodził Frontem Północnym.

Później pełnił funkcję m.in. generalnego inspektora artylerii. W 1926 roku skrytykował przewrót majowy Piłsudskiego, co spowodowało zakończenie jego kariery wojskowej. Ale nie politycznej i społecznej. Ta była nie mniej bogata niż działalność wojskowa. Ciemną plamę w działalności politycznej gen. Hallera stanowi niewątpliwie rola jaką odegrał przy eskalacji kryzysu politycznego po wyborze Gabriela Narutowicza na prezydenta. Kryzys ten zakończył się zabójstwem pierwszego prezydenta II RP. Hallera posądzano też o radykalne poglądy nacjonalistyczne i przypisywano mu odpowiedzialność za rozruchy antyżydowskie w Częstochowie w 1919 roku, w których wzięli udział niektórzy żołnierze Błękitnej Armii. Szczytem jego kariery politycznej były lata 1936-1939, kiedy współtworzył opozycyjny wobec sanacji Front Morges i chadeckie Stronnictwo Pracy. Podczas drugiej wojny światowej pełnił funkcję ministra oświaty w Rządzie RP na Wychodźstwie. Zmarł w Londynie 4 czerwca 1960 roku – w 43. rocznicę utworzenia Błękitnej Armii. W 1993 roku jego prochy spoczęły w kościele garnizonowym w Krakowie.

Do historii przeszedł jednak głównie jako dowódca Błękitnej Armii i najważniejszy uczestnik pierwszych zaślubin Polski z Bałtykiem. Błękitna Armia w końcowych miesiącach pierwszej wojny światowej nie stoczyła wielkich bitew i nie odniosła wielkich zwycięstw militarnych. Te przypadły w udziale wojskom francuskim, brytyjskim i amerykańskim. Wojsko polskie sformowane we Francji, dowodzone przez francuskich oficerów, a pozostające pod politycznym patronatem endecji odniosło jednak największe polskie zwycięstwo polityczne podczas Wielkiej Wojny. Zwycięstwo, którego stawką było miejsce w gronie państw, które tę wojnę wygrały i stały się beneficjentami Traktatu Wersalskiego. To zwycięstwo bynajmniej nie było udziałem obozu piłsudczykowskiego, który aż do 1917 roku orientował się na państwa centralne i który sobie przypisał największe zasługi w odzyskaniu niepodległości przez Polskę. Niewiele było w polskiej historii takich zwycięstw, odniesionych za cenę tak niewielkich ofiar.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 czerwca 2017 r.