Antykomunistyczny mit polskiej prawicy

Na portalu konserwatyzm.pl oraz w tygodniku „Najwyższy Czas” ukazał się artykuł prof. Adama Wielomskiego zatytułowany „O prawicowej fascynacji ustaszami, szaulisami, banderowcami i tym podobnymi, czyli o antykomunistycznym prohitlerzmie”. Tekst ten uważam za jeden z najważniejszych w polskiej (nie tylko prawicowej) publicystyce w ostatnim czasie. Porusza on problem fundamentalistycznego antykomunizmu, który polska prawica uważa niemal za swój mit założycielski. Niemniej jednak postawa taka nie jest charakterystyczna tylko dla prawicy. Są też w Polsce inne środowiska, które uważają dogmatyczny antykomunizm za składnik swojej tożsamości.

„Czy zawsze i wszędzie należy być na prawicy przeciwko lewicy? Czy zawsze należy być antykomunistą przeciw komunistom?” – pyta prof. Wielomski. I odważnie oraz – przyznam – mądrze odpowiada: „nie, nie zawsze należy popierać to, co prawicowe przeciw temu, co lewicowe i tego, co antykomunistyczne, przeciwko temu, co komunistyczne. Z nazbyt pochopnymi odpowiedziami trzeba być szczególnie ostrożnym w materii historycznej”.

„Dam bardzo prosty przykład – pisze dalej Wielomski – gdy nie należy popierać tego, co jest bardziej na prawo przeciwko temu, co jest na lewo: oceny historyczne dotyczące prawicowych reżimów w Europie środkowo-wschodniej w czasie II Wojny Światowej. Znam na polskiej prawicy licznych entuzjastów Słowacji x. Tiso, litewskich szaulisów („antykomunistyczna partyzantka litewska”), Żelaznej Gwardii Codreanu i gen. Antonescu w Rumunii, chorwackich nacjonalistów zwalczających „komunistyczną partyzantkę Tito”, etc.” Profesor przyznaje, że konserwatyście te reżimy polityczne mogą się wydawać ideowo bliskie, a nawet sympatyczne ze względu na ich skrajny antyliberalizm i antykomunizm. Mimo to zaleca ostrożność „z chwaleniem chorwackich, litewskich, łotewskich, słowackich czy rumuńskich nacjonalistów w okresie II Wojny Światowej, jeśli jest się Polakiem (podkreślenie moje)”.

Tłumaczy to w sposób dla mnie oczywisty i jasny: „(…) zawsze trzeba pamiętać o kontekście politycznym tych ruchów. Taki oto x. Tiso czy gen. Antonescu nie bytowali sobie w świecie idei i nie tworzyli oraz nie wcielali w życie swoich poglądów w oderwaniu od rzeczywistości politycznej. Rzeczywistość ta zaś była taka, że wszystkie wymienione ruchy były sojusznikami hitlerowskich Niemiec i chciały z Berlinem współtworzyć „Nową Europę”. Problem w tym, że w Berlinie nie przewidziano w „Nowej Europie” miejsca dla Polski i Polaków. Mieliśmy być zagazowani, wymordowani, wywiezieni na wschód, a resztki miały służyć niemieckiemu Herrenvolkowi w Generalnej Guberni lub na farmach niemieckich Bauerów”.

Chociaż to takie oczywiste, nie mogą tego pojąć Piotr Zychowicz i legiony jego zwolenników, traktujących książkę Zychowicza „Part Ribbentrop-Beck” jak biblijną księgę objawioną.

Dalej Wielomski uderza jeszcze odważniej: Każdy żołnierz antyhitlerowskiej koalicji (a więc także radziecki – podkreślenie i uzupełnienie moje), który zginął w walkach z tymi ruchami nacjonalistycznymi kolaborującymi z III Rzeszą, był naszym sojusznikiem. Możemy się zastanawiać czy polskie władze miały rację mówiąc NIE niemieckim roszczeniom i nie przyłączając się do Paktu Antykominternowskiego w 1939 roku na zasadzie „mniejszego zła”. Jest jednak faktem, że do Paktu tego Polska nie przystąpiła, stając się pierwszą ofiarą niemieckiej agresji. Nota bene, we IX 1939 roku od południa zostaliśmy nawet zaatakowani przez jednostki wojskowe słowackie. W okresie Wojny Polacy byli mordowani przez litewskich szaulisów, z których dziś niektórzy polscy prawicowcy robią „antykomunistyczną partyzantkę”. Rzecz ciekawa, że pośród tych wszystkich walecznych „antykomunistycznych partyzantów” nasi prawicowcy nigdy nie wymieniają żołnierzy ukraińskich, czyli UPA. Wszak UPA było ukraińską wersją litewskich szaulisów czy chorwackich nacjonalistów (…). Ruch banderowski to nic innego jak jedna z licznych w Europie Wschodniej proniemieckich konstrukcji o nacjonalistycznych i antykomunistycznych poglądach. Ich „antykomunistyczni” koledzy z Litwy też mordowali Polaków, a ich koledzy chorwaccy masowo eksterminowali Serbów, wszystkie zaś wymienione organizacje odpowiadają za ludobójstwo na Żydach”.

Swój wywód Profesor podsumowuje następująco: „Jeśli jedynym wyznacznikiem sympatii i antypatii, które powinniśmy mieć względem historycznych państw i ruchów politycznych miałby być antykomunizm (…), to wszyscy polscy prawicowcy myślący w tych kategoriach koniec końców powinni uznać, że w VIII 1939 roku powinniśmy byli wejść w sojusz z Hitlerem (…). Jeśli nasze oceny warunkowane miałyby być umiejscowieniem państw, partii i polityków na osi komunizm-antykomunizm, to trudno znaleźć bardziej zajadłego antykomunistę od Adolfa Hitlera (…). Niemiecki konserwatysta Carl Schmitt też tak myślał i zobaczył w Führerze Katechona, czyli zapowiedzianą przez św. Pawła moc, która powstrzyma Antychrysta, utożsamianego przezeń z bolszewizmem, co doprowadziło go do wstąpienia w szeregi NSDAP. Sympatia dla rozmaitych nacjonalistycznych ruchów prohitlerowskich czy też – otwarcie – do samego Adolfa Hitlera jest jednak ślepą uliczką. Przypomnę, że w latach 1939-45 Państwo Polskie było w koalicji antyhitlerowskiej, słusznie upatrując w Hitlerze – a nie w Stalinie – największego wroga polskości, którego celem była eksterminacja naszego narodu. Sympatyzowanie teraz czy to z samą III Rzeszą czy to z jej pomniejszymi konserwatywnymi i nacjonalistycznymi sojusznikami jest formą mentalnej zdrady Polski (podkreślenie moje)”.

Podpisuję się pod tymi słowami oburącz. Zacytowałem sporą część tekstu prof. Wielomskiego ze względu na jego doniosłość i ze względu na to, że w tym wypadku nic lepiej nie odda myśli Autora, jak ich dosłowne przytoczenie. W polskiej publicystyce prawicowej takie oceny są unikatem i zasługują na szczególne podkreślenie oraz uznanie. Coraz mniej bowiem zauważa się – a uwaga ta dotyczy w pierwszej kolejności tzw. polityki historycznej obecnej władzy – że głównym zagrożeniem dla Polski był nie sowiecki komunizm, ale niemiecki nazizm. Coraz mniej mówi się o tym, że to niemiecki nazizm dążył do biologicznej zagłady Polaków. Podczas drugiej wojny światowej najwięcej polskich ofiar – co najmniej dwa miliony – zginęło z rąk Niemiec hitlerowskich i ich kolaborantów (w tym nacjonalistów ukraińskich). Liczba polskich ofiar pod okupacją sowiecką (1939-1941), łącznie ze zbrodnią katyńską, wyniosła natomiast około 150 tys. Jeszcze drastyczniej przedstawiają się polskie straty materialne – najwyższe ze wszystkich krajów uczestniczących w drugiej wojnie światowej – które w ponad 90 proc. zostały spowodowane przez okupanta niemieckiego.

Na koniec jednak muszę się z Profesorem w pewnej sprawie nie zgodzić. Mianowicie jestem zmuszony zauważyć, że prof. Wielomski sam wpadł w pułapkę fundamentalistycznego antykomunizmu, o której tak rzeczowo pisze i którą słusznie wytyka polskiej prawicy. Mam na myśli nie stosunek do kolaborantów III Rzeszy, który – jak celnie podkreślił Profesor – dla Polaka nie może pozostawiać wątpliwości, ale do chilijskiego generała Augusto Pinocheta. Profesor nigdy nie ukrywał, że darzy go sympatią i uważa za „katechona”, który miał powstrzymać komunizm w Ameryce Południowej. Zaś stosowane przez niego metody terroru – przerażające swoim okrucieństwem – miały być tzw. mniejszym złem – ceną, jaką trzeba było zapłacić za powstrzymanie rewolucji marksistowskiej w Ameryce Łacińskiej.

Tak myśli wielu prawicowych publicystów w Polsce, reprezentujących radykalne środowiska antykomunistyczne. Od ponad 20 lat pojawiają się książki i artykuły powielające takie oceny wydarzeń w Chile w latach 70. XX wieku. Polska jest jednak jednym z nielicznych krajów świata, gdzie w ten sposób ocenia się Pinocheta. W samym Chile po śmierci generała w 2006 roku zdystansowali się bowiem od niego nawet sami pinochetyści i prawdopodobnie dzięki temu mogli przejściowo powrócić do władzy w latach 2010-2014.

Kluczowym problemem w wypadku Pinocheta są nie tyle zbrodnie jego junty w Chile – które jak na standardy proamerykańskich dyktatur w Ameryce Łacińskiej nawet nie pochłonęły tak dużo ofiar (ponad 3 tys.) – ale to, że jego dyktatura stała się wzorcem dla innych dyktatur południowoamerykańskich, w tym przede wszystkim dla najbardziej zbrodniczej z nich – junty wojskowej w Argentynie (1976-1983), której ofiary szacowane są na 30 tys. zamordowanych. Pinochet zapoczątkował wreszcie wspieraną przez CIA kampanię terroru w całej Ameryce Łacińskiej, która przeszła do historii pod nazwą operacji „Kondor”. Jej rozmiary (od 50 do 80 tys. zamordowanych, 400 tys. uwięzionych) przypominają już kampanie terroru organizowane przez samych komunistów w czasach stalinizmu.

Nasuwa się zatem pytanie, czy jeżeli nawet uważamy komunizm za zło, to można zwalczać to zło przy pomocy zła? Dla mnie jest oczywiste, że nie. „Ten, który walczy z demonami, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich. Kiedy spoglądasz w otchłań, ona również patrzy na ciebie” – pisał Nietsche. Inaczej jednak myślą fundamentalistyczni antykomuniści. Znam przynajmniej jednego znanego publicystę prawicowego w Polsce (nazwiska nie będę wymieniał), który wychodząc z antykomunizmu usprawiedliwia także terror junty argentyńskiej, powszechnie potępionej w świecie i przykładnie osądzonej w samej Argentynie.

Dla mnie usprawiedliwianie przy pomocy antykomunizmu terroryzmu państwowego, który stosowały dyktatury południowoamerykańskie jest niedopuszczalne z jeszcze jednego powodu. Mianowicie owe dyktatury – instalowane w latach 60. i 70. XX wieku przy współudziale służb USA – pełniły identyczną rolę, jak reżimy kolaboracyjne III Rzeszy podczas drugiej wojny światowej. Były to po prostu reżimy satelickie, służebne względem północnoamerykańskiego hegemona. Walka z domniemanym zagrożeniem komunistycznym stanowiła tylko przykrywkę dla działalności tych reżimów i uzasadnienie ich nierzadko zwyrodniałego okrucieństwa. O wiele ważniejsze dla tych reżimów od deklarowanej walki z komunizmem były inne cele, w tym przede wszystkim zapewnienie trwałości eksploatacji ekonomicznej krajów latynoamerykańskich przez północnoamerykańskie korporacje i rodzimą oligarchię. Były to więc typowe reżimy kompradorskie, podobne pod tym względem do tych, które zainstalowano na Ukrainie w 2004 i 2014 roku.

Nie można też nie zauważyć, że pod osłoną terroru dyktatur wojskowych w Chile, Argentynie oraz innych krajach latynoamerykańskich Chicago Boys testowali w latach 70. XX wieku neoliberalizm gospodarczy – wynalazek dla krajów i narodów drugiej kategorii. Wynalazku tego USA i inne państwa zachodnie użyły po 1989 roku jako narzędzia eksploatacji byłych krajów socjalistycznych w Europie Środkowej i Wschodniej. Polska prawica – poza środowiskiem Korwina-Mikke – bardzo nie lubi neoliberalizmu gospodarczego i na tym tle tym bardziej zdumiewająco wygląda fascynacja niektórych jej środowisk Pinochetem. Neoliberalizm gospodarczy wprowadzano w Ameryce Łacińskiej przy pomocy szwadronów śmierci i tajnych ośrodków tortur. Celem były powszechna prywatyzacja, likwidacja związków zawodowych i praw pracowniczych, a nie walka z domniemanym zagrożeniem rewolucją komunistyczną.

Neoliberalizm wyeksportowano w końcu na Ukrainę w rezultacie dwóch inspirowanych przez Zachód przewrotów państwowych i – o dziwo – po przewrocie z 2014 roku sięgnięto również i tam po terroryzm państwowy, podobny do tego, który funkcjonował pod rządami proamerykańskich dyktatur wojskowych w Ameryce Łacińskiej w drugiej połowie XX wieku. Neobanderowskie formacje zbrojne pełnią na pomajdanowej Ukrainie identyczną rolę jak bojówki Frontu Narodowego Ojczyzna i Wolność w Chile oraz Antykomunistycznego Sojuszu Argentyńskiego (Triple A). To są po prostu działające na rzecz reżimu szwadrony śmierci. Jak widać zatem przeciwstawny komunizmowi neoliberalizm w ostateczności również nie potrafi obejść się bez przemocy, która swoim okrucieństwem nie ustępuje bynajmniej terrorowi komunistycznemu w wydaniu stalinowskim.

Z tych właśnie powodów jest dla mnie nie do przyjęcia rozgrzeszanie przy pomocy antykomunizmu dyktatur latynoamerykańskich. Prof. Wielomski celnie zauważył, że rozgrzeszanie antykomunizmem kolaborantów III Rzeszy jest nie do przyjęcia, jeśli jest się Polakiem. A jeśli się nim nie jest, albo jeśli sprawa dotyczy odległej Ameryki Łacińskiej, to możemy już rozgrzeszać przy pomocy antykomunizmu zbrodnie przeciw ludzkości?

Bo to były zbrodnie przeciw ludzkości, których ofiarą padali niejednokrotnie ludzie niewinni. W tym miesiącu mija 40. rocznica jednej z najokrutniejszych zbrodni junty argentyńskiej, tzw. Nocy Ołówków. 16 września 1976 roku i w dniach następnych szwadrony śmierci uprowadziły w argentyńskim mieście La Plata 10 uczniów szkół średnich. Więziono ich i bestialsko torturowano w tajnych ośrodkach zatrzymań. Nie oszczędzono im niczego: rażenia prądem elektrycznym, wyrywania paznokci, bicia. Dziewczęta były wielokrotnie gwałcone (przemoc seksualna stanowiła regułę wobec więźniarek politycznych w Argentynie i Chile, wspomina o tym m.in. raport biskupa Sergio Valecha). Przeżyły tylko cztery z 10 ofiar Nocy Ołówków. Winą tych nastolatków było to, że w 1975 roku brali udział w strajku przeciw podwyżce ceny biletu uczniowskiego. Z tego powodu zostali uznani przez służby specjalne junty za „komunistycznych wywrotowców”. Dwa argentyńskie peso – o taką cenę biletu walczyli strajkujący uczniowie i tyle było warte życie tych dzieci dla generałów Jorge Rafaela Videli, Orlando Ramóna Agosti i admirała Emilio Eduarda Massery.

Jako jedyny publicysta w Polsce przypomniałem na swoim blogu i łamach tygodnika „Przegląd” tę zbrodnię i zarazem cały argentyński koszmar z lat 1976-1983, który zafundował Argentynie ówczesny sekretarz stanu USA Henry Kissinger. Zrobiłem to dlatego, że odczuwam solidarność z ofiarami wszystkich zbrodni popełnianych z motywów politycznych – bez względu na to przez kogo i w imię jakiej ideologii są popełniane. Po drugie dlatego, że w Polsce – zaczadzonej rozpamiętywaniem prawdziwych i fikcyjnych zbrodni komunizmu – nie ma prawie żadnej wiedzy na temat zbrodni, jakie w imieniu i w interesie Stanów Zjednoczonych Ameryki popełniano w Ameryce Łacińskiej, a niedawno też w Afganistanie, Iraku, Libii i Syrii. Po trzecie dlatego, że moją głęboką dezaprobatę budzi gloryfikowanie przez część polskiej prawicy wszystkiego co antykomunistyczne, nawet jeżeli są to zbrodnie przeciw ludzkości. I proszę radykalnych antykomunistów, by nie licytowali się tutaj ze mną liczbami ofiar, bo to nie zmienia stanu rzeczy.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 20 września 2016 r.

„Myśl Polska” nr 39-40 (2103/04), 25.09-2.10.2016, s. 12

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s