Na tropie agentów Kremla

Dr Kazimierz Wóycicki – znany miłośnik dowódcy UPA Romana Szuchewycza, który jego zdaniem powinien być nie tylko bohaterem Ukrainy, ale i Polski – ponownie przypomniał o swoim istnieniu. Ten prominentny przedstawiciel salonu warszawskiego i zarazem pracownik Studium Europy Wschodniej UW wystąpił 25 stycznia 2016 roku w audycji „Plus Trójki” na antenie Programu 3 Polskiego Radia[1]. Pytany przez prowadzącego audycję o intensyfikację współpracy polsko-ukraińskiej, Wóycicki odpowiedział, że przede wszystkim konieczne jest „przezwyciężenie sytuacji w Internecie, gdzie propagandowy antyukraiński hejt, wyraźnie inspirowany czy wręcz opłacany przez Kreml, jest bardzo wyraźnie widoczny”.

Od razu zrozumiałem dlaczego Andrzejowi Łukawskiemu – jednemu z redaktorów Kresowego Serwisku Informacyjnego – nieznani sprawcy zablokowali kilka dni temu konto na facebooku. W III/IV RP rozpoczęto, niczym w Chinach, cenzurę Internetu pod kątem zwalczania „rosyjskiej agentury”. Niedyskretnie ujawnił to właśnie pan dr Wóycicki, pochodzący ze środowiska tworzącego obecnie Komitet Obrony Demokracji, który troszczy się o demokrację nie tylko w Polsce, ale i na świecie, w tym także w Chinach i Rosji. Nie powinno to nikogo dziwić, bo tak jak marszałek Rzeszy Hermann Göring decydował o tym kto jest Żydem, tak od 25 lat salony warszawskie i krakowskie decydują o tym co w Polsce jest demokracją, a co nie.

Dalej pan Wóycicki, zapytany o co konkretnie chodzi, oświadczył, że mówi o polskim Internecie oraz o „takich agentach wpływu jak Isakowicz-Zaleski i podobne tego typu, pełne nienawiści osoby”. Nie jest to pierwszy ordynarny atak Wóycickiego na księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Nie jest to też pierwszy przypadek, kiedy ten duchowny jest publicznie nazywany „agentem wpływu Kremla”. Poprzednio wielokrotnie robiono to na łamach „Gazety Polskiej” i portalu niezależna.pl.

Myślę, że środowiska probanderowskie w Polsce – których wodzirejem jest m.in. pan Wóycicki – doskonale zdają sobie sprawę z dwóch rzeczy: z własnej alienacji w społeczeństwie polskim oraz braku argumentów w rzeczowej dyskusji na temat politycznego oblicza pomajdanowej Ukrainy i zbrodniczego dziedzictwa historycznego, do którego to państwo się odwołuje. Wobec braku argumentów jedyne, co im pozostało to pozamerytoryczny i nie przebierający w środkach atak na tych, którzy te argumenty potrafią przedstawić. Atak posunięty już nie tylko do przypinania etykietek „agentów Kremla”, ale nawet do cenzurowania Internetu. Etykietowanie „agentami Kremla” jeszcze raz dowodzi, że środowisko polityczne i intelektualne skupione wokół guru wszystkich salonów, Adama Michnika, nie ma nic wspólnego z demokracją, że jest to środowisko ze wszech miar totalitarne.

To bowiem właśnie systemy totalitarne stosowały etykietowanie jako podstawową metodę wykluczenia i izolacji swoich przeciwników. Tak było w przypadku stalinizmu, który wszelkich nieprawomyślnych lub tylko podejrzanych o nieprawomyślność etykietował jako „agentów zachodniego imperializmu”. Tak też było w przypadku hitleryzmu, dla którego każdy oponent lub niezależnie myślący człowiek był „agentem żydowskiej międzynarodówki”. W Polsce po 1989 roku każdy samodzielnie myślący obywatel musi się liczyć z tym, że prędzej czy później zostanie zdemaskowany jako „agent Rosji” i nie dotyczy to tylko stosunku do spraw ukraińskich.

W dalszej części swojej wypowiedzi Wóycicki skrytykował „koncentrowanie się na Wołyniu”, czyli pamięć o ofiarach ludobójstwa OUN-UPA oraz pochwalił wypowiedzi ministra Waszczykowskiego odnośnie Ukrainy i prowadzoną przez niego i PiS politykę względem Kijowa. Po raz kolejny zatem okazało się, że mimo werbalnie nagłaśnianych wielkich różnic pomiędzy obozem liberalnym a PiS, hucpy z KOD-em i całej tej zajadłej krytyki obecnego rządu, przeniesionej na płaszczyznę międzynarodową, jest coś, co silnie wiąże oba niby śmiertelnie skłócone skrzydła sceny politycznej w Polsce. Ten łącznik stanowi ich obopólne wsparcie dla rehabilitacji i odrodzenia nacjonalizmu ukraińskiego. W propagandzie zarówno „Gazety Wyborczej” jak i Gazety Polskiej” nazywa się to nawiązywaniem do idei Jerzego Giedroycia, budowaniem Międzymorza, „polityką jagiellońską”, wypychaniem Rosji z Europy itp.

Że jest to polityka fałszywa i antypolska, wielokrotnie udowadniałem w swojej publicystyce. W związku z tym należałoby zapytać Kazimierza Wóycickiego, czyim agentem wpływu i przez kogo opłacanym jest on sam. Nietrudno się tego domyśleć jeśli przypomnieć, że nie tylko uznał on Romana Szuchewycza za polskiego bohatera narodowego, ale m.in. z gorliwością godną lepszej sprawy bronił ukraińskich studentów, którzy w Przemyślu sfotografowali się z flagą OUN-Banderowców, tropił rzekomo istniejącą „proputinowską partię w Polsce” oraz stwierdził, że „ci, którzy w Polsce gadają antyislamsko, gadają na rzecz Moskwy”. Tak jawne wsparcie dla neobanderowców powinno jednak powstrzymywać pana Wóycickiego przed imputowaniem agenturalności na rzecz obcego państwa osobom i środowiskom, które są od tego jak najbardziej odległe.

[1] Wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego: Isakowicz-Zaleski to agent wpływu Kremla, http://www.kresy.pl, 26.01.2016.

http://www.mysl-polska.pl/768

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 stycznia 2016 r.

„Niesłuszne” pomniki ludobójstwa

23 stycznia 2016 roku portal SuperNowości24 zamieścił notatkę pt. „Tadeusz Ferenc nie chce pomnika Rzezi Wołyńskiej”. „W Gliwicach – czytamy – odlewany jest pomnik Rzezi Wołyńskiej autorstwa światowej sławy polskiego rzeźbiarza, prof. Andrzeja Pityńskiego. Artyście zależy, by pomnik stanął na Podkarpaciu. Rzeszów odmówił. Prof. Pityński spotkał się pod koniec ub. roku z prezydentem Rzeszowa, Tadeuszem Ferencem, w sprawie lokalizacji pomnika wołyńskiego w stolicy województwa. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że prezydent Rzeszowa nie wyraził zainteresowania ideą takiego uczczenia ofiar rzezi wołyńskiej. Pomnik prof. Pityńskiego jest monumentalny, ma 14 metrów wysokości. Odlewany jest w brązie, ma stanąć na cokole z granitu o wysokości 1,5 metra. Monument w całości zostanie sfinansowany przez Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce, SWAP-Okręg 2 w Nowym Jorku. Pomnik składa się z trzech elementów. Centralnie widzimy orła w koronie. Na jego rozpostartych skrzydłach artysta umieścił nazwy miejscowości, w których UPA dokonała mordów na Polakach; w jego piersi jest wycięty krzyż, zaś w środku dostrzegamy dziecko nabite na trójzębne widły. W symboliczny sposób nawiązują one do ukraińskiego tryzuba, który dla Polaków na Wołyniu oznaczał śmierć. U jego podstawy artysta umieścił naturalnej wielkości postacie: ojca, matki z niemowlęciem, chłopca i dziewczynki, a za nimi fragment ogrodzenia ze sztachetami, na które wbite są trzy główki dziecięce, a czwarta leży obok płotu na ziemi. Postaci otoczone są abstrakcyjnymi płomieniami stanowiącymi jednocześnie podstawę kompozycji rzeźbiarskiej pomnika (…)” [1].

Z zacytowanego fragmentu dowiadujemy się m.in., że pomnik jest odlewany w Gliwicach. Czyżby w odlewni Gliwickich Zakładów Urządzeń Technicznych? Jeżeli tak, to nie mają te zakłady szczęścia do wołyńskich pomników. W magazynie GZUT stoi już bowiem jeden „niesłuszny” pomnik wołyńskiego ludobójstwa, autorstwa prof. Mariana Koniecznego[2] i nie można wykluczyć, że do towarzystwa przybędzie mu drugi, autorstwa prof. Andrzeja Pityńskiego.

Oba te pomniki mają ze sobą wiele wspólnego.

„Niesłuszny” pomnik prof. Mariana Koniecznego. Fot. www.nawolyniu.pl

„Niesłuszny” pomnik prof. Mariana Koniecznego. Fot. http://www.nawolyniu.pl

„Niesłuszny” pomnik prof. Andrzeja Pityńskiego. Fot. www.supernowosci24.pl

„Niesłuszny” pomnik prof. Andrzeja Pityńskiego. Fot. http://www.supernowosci24.pl

Po pierwsze, zostały zamówione przez organizacje społeczne – pomnik prof. Koniecznego przez Ogólnopolski Komitet Budowy Pomnika Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA, któremu przewodził płk Jan Niewiński (1920-2015), natomiast pomnik prof. Pityńskiego przez wspomnianą polską organizację kombatancką z USA. Obie te organizację nie zasięgnęły wcześniej opinii władz państwowych i samorządowych oraz innych czynników politycznych i autorytetów moralnych, w tym przede wszystkim „Gazety Wyborczej” i „Gazety Polskiej”. Czyniło to już na wstępie ich inicjatywę „nieodpowiedzialną”, bo odpowiedzialni obywatele w III/IV RP – tak jak i w PRL – niczego nie robią na własną rękę. Zwłaszcza, jeżeli dotyczy to „strategicznego partnera” warszawskich salonów, czyli Ukrainy, która – jak to jasno wyłożył jeden z prominentnych polityków PiS – nie podlega krytyce, czegokolwiek by nie zrobiła.

Po drugie, oba pomniki mają niedopuszczalną formę, ponieważ epatują okrucieństwem i tym samym godzą w dobre stosunki polsko-ukraińskie. Pomnik prof. Koniecznego przedstawiał drzewo ze skrzydłami zamiast gałęzi z przybitymi do niego postaciami dzieci, kobiet i mężczyzn. Od razu podniósł się straszny krzyk wszystkich autorytetów moralnych, że taki pomnik będzie porażał okrucieństwem, a tu jest rozkaz z centrali zaoceanicznej, żeby było pojednanie polsko-ukraińskie. Podobno do inicjatywy płk. Niewińskiego przychylnie odnosił się ówczesny prezydent Warszawy, Lech Kaczyński. Jednakże gdy płk Niewiński przedstawił projekt pomnika, to Lech Kaczyński zmienił zdanie, powołując się na opinię Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. W opinii tej orzeczono, że taki pomnik pogorszy stosunki z Ukrainą, a tymczasem potrzebny jest „pomnik pojednania”. Szkoda, że ROPWiM łącznie ze swą opinią nie przedstawiła projektu takiego pomnika pojednania. Wtedy wszystko byłoby jasne, a tak to Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce niemal powieliło projekt płk. Niewińskiego i znowu mamy „dziecko nabite na trójzębne widły”. To przecież straszna i nieodpowiedzialna prowokacja, obliczona na sprofanowanie godła państwowego Ukrainy. Podobno niesłusznie kojarzy się ono niektórym Polakom z widłami do gnoju, których Samoobronni Kuszczowi Widdiły używały do budowania samostijnej Ukrainy, „czystej jak szklanka wody”, bo w Wikipedii jest napisane, że to trójząb św. Włodzimiera Wielkiego. A może trójząb Posejdona?

Po trzecie, w wypadku pomnika prof. Koniecznego od razu pojawili się specjaliści, którzy udowodnili, że projekt płk. Niewińskiego nawiązuje do wydarzenia nie mającego jakoby związku z „rzezią wołyńską”. Do tego drzewa były podobno przybite cygańskie dzieci, ich zabójcą miała być obłąkana matka, a tragedia wydarzyła się w nocy z 11 na 12 grudnia 1923 roku[3]. Natomiast w 1943 roku nikt polskich dzieci na Wołyniu do drzew nie przybijał, co autorytatywnie orzekła „Gazeta Wyborcza”. Jeżeli tak, to pewnie też nikt ich nie nabijał na widły i sztachety płotów, co sugeruje projekt pomnika prof. Pityńskiego. Nie zdziwię się, jeżeli pewnego dnia stosowni eksperci orzekną, że w ogóle nie było żadnej „rzezi wołyńskiej” albo, że dotyczyła ona kogoś innego i gdzie indziej. Bo skoro jest rozkaz, że ma być pojednanie… Zapowiedzią takiego postawienia sprawy jest chociażby niedawna konferencja naukowa „Polsko-ukraińska współpraca wojskowa na przestrzeni dziejów”, zorganizowana przez ambasadę polską w Kijowie, Międzynarodowe Stowarzyszenie Przedsiębiorców Polskich na Ukrainie i fundację „Mosty”. Z obszernego omówienia konferencji, które można przeczytać na portalu ambasady polskiej w Kijowie[4], wynika że w dobie I RP świetnie rozwijała się wojskowa współpraca polsko-kozacka (ani słowa o Chmielnickim), a pełnię idylli polsko-ukraińska współpraca wojskowa osiągnęła dzięki porozumieniu Piłsudskiego z Petlurą. I na tym koniec. To, co było potem – terrorystyczna działalność OUN, ludobójstwo UPA – nie znalazło się w kręgu zainteresowania uczestników konferencji. Po prostu zostało wymazane z historii.

Po czwarte, pomnik prof. Koniecznego miał stanąć najpierw na placu Grzybowskim, a potem na placu Szembeka w Warszawie. Ostatecznie nie stanął nigdzie. Leży do dzisiaj od 2008 roku, pocięty na 18 kawałków, w magazynie GZUT. Zamiast niego na Skwerze Wołyńskim w Warszawie postawiono poprawny politycznie pomnik, który w mniemaniu warszawskich salonów sprawę „rzezi wołyńskiej” zamknął raz na zawsze. Najprawdopodobniej zatem dzieło prof. Pityńskiego także nie stanie ani w Rzeszowie ani gdziekolwiek, gdzie sięga ręka panującego nad Wisłą mainstreamu polityczno-medialnego.

Informacja na portalu SuperNowości24 wywołała oburzenie środowisk kresowych na prezydenta Rzeszowa (od 2002 roku) Tadeusza Ferenca. Wypomniano mu m.in., że był w PZPR, SdRP i SLD. Zupełnie niepotrzebnie. Gdyby bowiem był w PO lub PiS, nic by to nie zmieniło w kwestii jego stanowiska wobec projektu pomnika prof. Pityńskiego. Polityczne etykietki nie mają tutaj znaczenia. Cała „klasa polityczna” Polski po 1989 roku mówi w kwestii Ukrainy oraz upamiętniania ludobójstwa OUN-UPA jednym głosem, ponieważ jest ona politycznie podległa i realizuje na odcinku ukraińskim wytyczne polityki amerykańskiej oraz niemieckiej. A jak ta „klasa polityczna” jest sobie bliska mimo podziałów najlepiej świadczy fakt, że wywodzący się z SLD prezydent Rzeszowa był jednym z założycieli komitetu wyborczego Bronisława Komorowskiego.

Dlatego nie emocjonujmy się etykietkami politycznymi. Tutejszy mainstream polityczno-medialny jest głuchy na wołanie o godne upamiętnienie ofiar ludobójstwa UPA bez względu na przybrane polityczne maski. Jest też odporny na wszelką krytykę, o czym najlepiej świadczy to, że skrytykowany przeze mnie artykuł Moniki Andruszewskiej – budujący pozytywny obraz jednego z neobanderowskich batalionów ochotniczych – po publikacji na portalu niezależna.pl trafił na łamy „Gościa Niedzielnego” i „Tygodnika Powszechnego”[5].

Gdyby „rzeź wołyńska” została popełniona przez Rosjan, to mainstream polityczno-medialny III/IV RP nie miałby problemu. Pomniki „rzezi wołyńskiej” stałyby wówczas w każdym większym miasteczku – tak jak to jest obecnie z pomnikami katyńskimi, smoleńskimi oraz pomnikami „żołnierzy wyklętych”. Nikt by się przy tym nie czepiał ani o treść ani o formę. Zasugerował to zresztą były prezydent Bronisław Komorowski, który w 2008 roku – jeszcze jako marszałek Sejmu – próbował przypisać „rzeź wołyńską” Rosjanom, a ściślej „Sowietom” – jak się dokładnie wyraził[6].

Jednakże w związku z tym, iż ludobójstwa na Wołyniu oraz w Małopolsce Wschodniej dopuścili się banderowcy, których Ukraina – strategiczny partner warszawskich salonów – uważa za największych bohaterów i rzekomych twórców ukraińskiego „mitu założycielskiego”, pomnik upamiętniający ofiary tego ludobójstwa nie stanie w stolicy województwa podkarpackiego. Na terenie tego województwa znajdują się natomiast liczne pomniki (cóż z tego, że „nielegalne”) upamiętniające zbrodniarzy z UPA. Jeden z najbardziej bezczelnych w formie postawiono m.in. w Werchracie na terenie gminy Horyniec-Zdrój.

Nadwiślańska „klasa polityczna” popełni każdą niegodziwość w kwestii zakłamywania historii ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Zbrodniarze z OUN i UPA mają w niej większych obrońców niż we władzach pomajdanowej Ukrainy. Nie może być inaczej, skoro bezkrytyczne podejście do Ukrainy i jej historii jest jednym z warunków sine qua non przynależności do owej „klasy politycznej”. A nikt z tych ludzi przecież nie zrezygnuje z lukratywnych stanowisk i przywilejów, by zadośćuczynić pamięci oraz sprawiedliwości dla ofiar, których kości leżą zapomniane i zakopane gdzieś w wołyńskiej ziemi, niejednokrotnie pod pomnikami ku czci ich morderców – Stepana Bandery, Romana Szuchewycza i Dmytro Kłaczkiwśkiego.

W mojej ocenie upamiętnienie ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego w takiej formie, w jakiej chciałyby to widzieć środowiska kresowe nie ma szans dopóki Polska będzie tkwić w atlantyckiej konstelacji geopolitycznej. Chyba, że ambasada USA zmieni w tej sprawie wytyczne dla tutejszej „klasy politycznej”. Znana wypowiedź doradcy ministra spraw zagranicznych, dr. hab. Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, o „głupich” Kresowianach wskazuje jednak, że się na to nie zanosi[7].

[1] P. Samolewicz, Tadeusz Ferenc nie chce pomnika Rzezi Wołyńskiej, http://www.supernowosci24.pl, 23.01.2016.

[2] L. Konarski, Bez drzewa pamięci, „Przegląd” nr 30/2015.

[3] A. Rutkowska, D. Stola, Fałszywy pomnik, prawdziwe zbrodnie, „Rzeczpospolita-Plus Minus”, 19.05.2007.

[4] Konferencja „Polsko-Ukraińska Współpraca Wojskowa na Przestrzeni Dziejów”, http://www.kijow.msz.gov.pl, 22.01.2016.

[5] M. Andruszewska, Święta noc na froncie, „Gość Niedzielny” nr 3/2016; Święta noc pod Donieckiem, strona internetowa „Tygodnika Powszechnego”, http://www.tygodnikpowszechny.pl, 10.01.2016.

[6] Za Wołyń odpowiadają Sowieci, rozmowa Cezarego Gmyza z marszałkiem Sejmu Bronisławem Komorowskim, strona internetowa dziennika „Rzeczpospolita”, http://www.rp.pl, 24.07.2008 (wywiad ten został usunięty i aktualnie jest niedostępny).

[7] A. Wiejak, Doradca MSZ pogardliwie o Kresowianach: Głupich pod dostatkiem, http://www.prawy.pl, 16.01.2016.

http://www.mysl-polska.pl/766

„Niesłuszne” pomniki ludobójstwa

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 stycznia 2016 r.

Spory wokół liczby ofiar Auschwitz

Liczba ofiar KL Auschwitz – największego niemieckiego obozu koncentracyjnego i ośrodka zagłady – pomimo zweryfikowania jej i ostatecznego ustalenia na początku lat 90. XX wieku nadal budzi wiele emocji. Co jakiś czas pojawiają się różne polemiki i ataki na obecnie przyjmowaną liczbę ofiar Auschwitz. Ataki te wychodzą nie tylko ze środowisk negacjonistów Holokaustu. Motywowane są różnymi przesłankami: politycznymi, poszukiwaniem sensacji czy zwykłą ignorancją. Zanim je omówię, przybliżę pokrótce proces weryfikacji liczby ofiar KL Auschwitz od 4 mln, przyjętych w 1945 roku, do 1,1 mln, przyjętych na początku lat 90. XX wieku.

Na wstępie należy zaznaczyć, że w Polsce nie było i nie ma źródeł (dokumentów), które stanowiłyby podstawę do weryfikacji przyjętej przez radziecką komisję[1] w 1945 roku liczby 4 mln ofiar Auschwitz. Dokumentów takich nie ma także wśród tych, które wywieziono do ZSRR i odzyskano na początku lat 90. XX wieku. Dotyczą one bowiem tylko więźniów zarejestrowanych, którzy stanowili około 1/3 (400 tys.) osób deportowanych do Auschwitz. Weryfikacja liczby ofiar stała się możliwa dopiero po przebadaniu dokumentacji pochodzącej z krajów, z których miały miejsce deportacje do Auschwitz. Jest oczywiste, że w największym niemieckim obozie koncentracyjnym i ośrodku zagłady nie mogło zginąć więcej ludzi niż do niego przywieziono. Zatem kluczem do ustalenia ile osób zamordowano w KL Auschwitz stała się odpowiedź na pytanie ile osób deportowano do KL Auschwitz, zarówno jako zarejestrowanych więźniów jak i skierowanych na zagładę bezpośrednią bez rejestracji w obozie.

Ofiary Auschwitz

Obóz Auschwitz został założony przez niemieckie władze policyjne ówczesnej Prowincji Śląskiej w 1940 roku celem izolacji polskich więźniów politycznych – głównie schwytanych członków różnych organizacji konspiracyjnych. Do 1941 roku – tzn. przybycia do obozu transportów czeskich i jugosłowiańskich więźniów politycznych oraz radzieckich jeńców wojennych – więźniami Auschwitz byli niemal wyłącznie Polacy. Deportacje Polaków do obozu trwały jednak także w następnych latach. Ostatnie duże transporty Polaków przybyły do Auschwitz w sierpniu i wrześniu 1944 roku z objętej powstaniem Warszawy[2]. Zdecydowana większość Polaków osadzonych w obozie znalazła się w nim z przyczyn politycznych: w związku z działalnością w konspiracji lub podejrzeniem o taką działalność, w ramach akcji odwetowych za działalność polskiego podziemia, w ramach niszczenia przez okupanta niemieckiego tzw. warstwy przywódczej: osób posiadających przed wojną wysoki status społeczny, znanych ze swojego patriotyzmu oraz działalności społecznej, politycznej i naukowej, a także w związku z naruszeniem drakońskich przepisów niemieckiego ustawodawstwa okupacyjnego. W tej ostatniej grupie należy wymienić m.in. tzw. więźniów wychowawczych, osadzanych w obozie za naruszenie przepisów dotyczących zatrudnienia i dyscypliny pracy. Polacy byli pierwszą chronologicznie, a drugą po Żydach najliczniejszą grupą narodowościową osadzoną w KL Auschwitz[3].

Pierwsi Żydzi trafili do Auschwitz w niewielkiej liczbie już w latach 1940-1942, ale dopiero od 1942 roku obóz ten stał się miejscem eksterminacji Żydów z niemal całej Europy, dokonywanej w ramach akcji całkowitej zagłady ludności żydowskiej. Deportowano ich z okupowanej Polski, Słowacji, Protektoratu Czech i Moraw, Niemiec, Austrii, Francji, Belgii, Holandii, Norwegii, Włoch, Jugosławii i Grecji. W drugiej połowie 1943 roku – po likwidacji czterech ośrodków zagłady bezpośredniej na okupowanych ziemiach polskich (Chełmno nad Nerem, Treblinka, Bełżec i Sobibór) oraz przeprowadzeniu ostatniej dużej akcji eksterminacji Żydów w KL Lublin (Majdanek), tzw. akcji Erntefest (3-4 listopada 1943 roku) – KL Auschwitz stał się centralnym i w zasadzie jedynym ośrodkiem zagłady Żydów europejskich. Jej apogeum przypadło na maj-czerwiec 1944 roku, kiedy w ramach tzw. akcji węgierskiej zamordowano w tym obozie około 400 tys. Żydów z Węgier[4].

Od 1943 roku Auschwitz stał się miejscem deportacji około 23 tys. Cyganów (Romów i Sinti), pochodzących głównie z Niemiec, Austrii oraz Protektoratu Czech i Moraw[5].

W świetle ustaleń poczynionych na początku lat 90. XX wieku i w latach późniejszych do KL Auschwitz deportowano około 1,3 mln ludzi. Spośród nich około 400 tys. (w tym 200 tys. Żydów) zarejestrowano jako więźniów. Pozostałych – niemal wyłącznie Żydów – zabito w komorach gazowych bezpośrednio po przywiezieniu do obozu. W obozie zginęła również połowa zarejestrowanych więźniów. Łącznie zatem w Auschwitz znalazło śmierć około 1,1 mln osób.

Ogółem do KL Auschwitz deportowano blisko 1,1 mln Żydów, w tym 300 tys. polskich (zginęło około 1 mln[6]), około 140-150 tys. Polaków (zginęło około 70 tys.[7]), 23 tys. Cyganów (zginęło ponad 21 tys.), około 15 tys. jeńców radzieckich (zginęli prawie wszyscy) oraz około 25 tys. więźniów innych narodowości (Rosjan, Ukraińców, Białorusinów, Czechów, Jugosłowian, Holendrów, Belgów, Francuzów, Niemców i Austriaków)[8]. Szczegółowe badania – prowadzone w ostatnich latach m.in. przez Marka Poloncarza (czeskiego historyka polskiego pochodzenia) – wykazały, że spośród 25 tys. „innych” najliczniejsi byli Czesi. Osadzono ich w KL Auschwitz około 10 tys. Znaleźli się oni zatem na piątym miejscu pod względem liczebności deportowanych do KL Auschwitz[9].

Jeśli popatrzyć na liczbę deportowanych do KL Auschwitz nie w oparciu o kryterium narodowości, ale o kryterium obywatelstwa, to jedną trzecią deportowanych – około 450 tys. – stanowili obywatele polscy (140-150 tys. etnicznych Polaków i 300 tys. polskich Żydów), a jedną trzecią – około 438 tys. – Żydzi węgierscy.

Oprócz Żydów – zabijanych w komorach gazowych bez rejestracji po selekcji na rampie wyładowczej – ofiarami zagłady bezpośredniej w KL Auschwitz, na znacznie mniejszą skalę, stali się także Polacy. Były to osoby kierowane do obozu z nakazem dokonania natychmiastowej egzekucji (głównie ci żołnierze podziemia, których gestapo uznało za szczególnie niebezpiecznych), osoby osadzone w obozie jako zakładnicy i rozstrzeliwane po pewnym czasie w odwecie za akcje podziemia na terenach, z których pochodziły oraz osoby skazane na śmierć przez sąd doraźny Policji Bezpieczeństwa dla rejencji katowickiej i opolskiej i rozstrzeliwane pod Ścianą Śmierci na dziedzińcu bloku 11 w obozie macierzystym KL Auschwitz I. Na podstawie relacji świadków i meldunków ruchu oporu wiemy też o zabijaniu bezpośrednio w Auschwitz niewielkich transportów Polaków[10]. Nie zrealizowanym projektem eksterminacyjnym wobec Polaków był plan deportowania do Oświęcimia kilkudziesięciu tysięcy dzieci, kobiet i mężczyzn z Zamojszczyzny. Ostatecznie do Auschwitz wysłano co najmniej 1301 Polaków z Zamojszczyzny, z których przeżyło tylko 299 osób[11].

Weryfikacja liczby ofiar Auschwitz

Po wyzwoleniu KL Auschwitz nie odnaleziono na jego terenie dokumentów, które dawałyby podstawę do ustalenia pełnej liczby ofiar. Dlatego radziecka komisja oparła się na danych uzyskanych w wyniku przesłuchań ocalonych więźniów, w tym zatrudnionych przy obsłudze komór gazowych i krematoriów. Na tej podstawie ustaliła dobową przepustowość krematoriów oraz czas ich funkcjonowania. W rezultacie pomnożenia przepustowości krematoriów przez liczbę dni, z uwzględnieniem przerw, otrzymano wynik 4 mln ofiar.

Ustalenia radzieckiej komisji zostały zaakceptowane przez ówczesną Główną Komisję Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce i były uważane za wiarygodne do końca istnienia PRL. Dla ich uwiarygodnienia duże znaczenie miały m.in. zeznania pierwszego komendanta KL Auschwitz, Rudolfa Hössa, który wystąpił jako świadek przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze. Oświadczył on, że w KL Auschwitz zginęło 3 mln ludzi (w tym 2,5 mln zabitych gazem). Po ekstradycji do Polski Höss wycofał się z zeznań złożonych w Norymberdze i stwierdził, że liczba zabitych gazem wyniosła około 1,1 mln. Jednakże to właśnie jego zeznania z Norymbergi zostały przez wielu uznane za najbardziej wiarygodne świadectwo w tej kwestii. Również wielu byłych więźniów w zeznaniach składanych przed organami ścigania, tak w Polsce jak i na Zachodzie, twierdziło że liczba ofiar Auschwitz sięga milionów (wymieniane były liczby w przedziale od 3 do 5 mln).

Jako pierwszy liczbę 4 mln ofiar Auschwitz zakwestionował w 1946 roku polsko-żydowski historyk Natan Blumental – dyrektor Centralnej Żydowskiej Komisji Historycznej. Występując jako rzeczoznawca w procesie Hössa przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Warszawie stwierdził on, że liczba ofiar Auschwitz mieści się w przedziale od 1,3 do 1,5 mln ofiar. Były to liczby zbliżone do szacunku przyjętego w 1990 roku. Hipoteza Blumentala nie spotkała się wówczas z szerszym odzewem, jednakże miała wpływ na sentencję wyroku NTN, w świetle której w Auschwitz zginęło 300 tys. więźniów zarejestrowanych, co najmniej 2,5 mln osób nie objętych ewidencją, głównie Żydów, oraz 12 tys. jeńców radzieckich. Liczby 3-4 mln NTN uznał za jedynie prawdopodobne.

Polska nie była jedynym krajem, w którym przyjmowano i publikowano liczbę 4 mln, a nawet wyższe liczby. Do badaczy szacujących liczbę ofiar Auschwitz w milionach należeli m.in. Michael Foot, Eugen Kogon, Ota Kraus, Erich Kulka i Jan Sehn. Równocześnie ukazywały się prace, w których podawano znacznie niższe liczby. W 1953 roku brytyjski historyk Gerald Reitlinger napisał, że w Auschwitz zginęło 550-600 tys. Żydów oraz nieznana liczba z około 300 tys. więźniów zarejestrowanych. Amerykański badacz żydowskiego pochodzenia Raul Hilberg (1926-2007)[12] w 1961 roku oszacował liczbę zamordowanych w Auschwitz Żydów na 1 mln (nie uwzględnił innych narodowości).

Liczba 4 mln była akceptowana w okresie PRL przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, ale polscy historycy nie uznawali jej wówczas bezkrytycznie. Przykładem tego jest chociażby wypowiedź prof. Czesława Madajczyka – jednego z największych autorytetów w dziedzinie badań nad historią okupacji niemieckiej – który już w 1970 roku napisał, że liczbę 4 mln ofiar Auschwitz „wielu badaczy kwestionuje jako zbyt wysoką, zarówno globalnie, jak i w poszczególnych składnikach”[13].

Długiemu utrwaleniu liczby 4 mln ofiar sprzyjał charakter samego miejsca byłego obozu Auschwitz, które zostało przekształcone w sanktuarium i symbol pamięci narodowej. Funkcję symboliczną przypisano nie tylko miejscu byłego obozu, ale i samej liczbie 4 mln ofiar, która wymownie odzwierciedlała skalę popełnionych w nim zbrodni. Działo się tak pomimo tego, że liczbę 4 mln ofiar wykorzystywali neonaziści do kwestionowania ludobójczego charakteru Auschwitz oraz że z czasem stała się ona barierą dla dalszego postępu badań nad historią tego obozu. Liczba ta jako punkt odniesienia dla problematyki hitlerowskiego ludobójstwa powodowała deformację uzyskiwanych wyników obliczeń statystycznych. Nie mieściła się przede wszystkim w bilansie biologicznych strat Żydów podczas drugiej wojny światowej, które wspomniany Raul Hilberg oszacował na co najmniej 5,1 mln ofiar.

Przełomowe znaczenie dla badań nad liczbą ofiar Auschwitz miały ustalenia francuskiego badacza i byłego więźnia tego obozu Georgesa Wellersa. Oparł się on na wynikach badań nad stratami ludnościowymi w poszczególnych krajach, z których przywożono ludzi do Oświęcimia, oraz danych zawartych w opublikowanym przez Państwowe Muzeum w Oświęcimiu „Kalendarzu wydarzeń w KL Auschwitz” autorstwa Danuty Czech. W artykule opublikowanym w „Le Monde Juif” w 1983 roku Wellers stwierdził, że do Auschwitz deportowano ogółem 1,6 mln ludzi, z których zginęło 1,5 mln. W tym samym roku Franciszek Piper – długoletni (1980-2008) kierownik działu naukowego Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau – na międzynarodowej konferencji naukowej poświęconej 40. rocznicy powstania w getcie warszawskim wygłosił, publikowany później referat pt. „Rola obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu w realizacji hitlerowskiej polityki eksterminacji ludności żydowskiej”. W referacie tym dokonał on konfrontacji różnych znanych dotąd szacunków żydowskich ofiar Auschwitz oraz przedstawił też próbę własnego szacunku liczby tych ofiar. Następnie wysunął hipotezę, że liczba Żydów zamordowanych w Auschwitz wynosi około 1,8 mln osób. Podstawą do wysunięcia tej hipotezy było założenie, że liczba wyselekcjonowanych do pracy Żydów wynosiła około 180 tys. osób oraz że stanowili oni 10 proc. przywiezionych poddanych selekcji. Wskaźnik ten, przyjęty za Janem Sehnem i Danutą Czech, okazał się jednak zaniżony, gdyż faktycznie podczas selekcji wybierano do pracy około 20 proc. Liczba deportowanych została zatem zawyżona o 100 proc.

Dalsze badania, prowadzone m.in. przez Franciszka Pipera, koncentrowały się na dwóch wielkościach statystycznych: znanej liczbie 400 tys. zarejestrowanych więźniów i bliżej nieznanej liczbie nie zarejestrowanych osób, prawie wyłącznie Żydów, którzy bezpośrednio po przywiezieniu do obozu zostali zamordowani w komorach gazowych i spaleni w krematoriach. W związku z brakiem pełnej dokumentacji obozowej, zniszczonej przez Niemców jeszcze w 1944 roku, liczbę deportowanych można było ustalić na podstawie sporządzonych nielegalnie przez więźniów-członków obozowej konspiracji częściowych odpisach list nowo przybyłych transportów oraz dokumentacji powstałej w krajach, z których przybywały transporty. Wieloletnie badania m.in. korespondencji związanej z prowadzoną deportacją i zachowanych imiennych spisów osób deportowanych pozwoliły na skorygowanie liczb deportowanych z poszczególnych krajów i ustalenie, że do Auschwitz przywieziono co najmniej 1,3 mln ludzi. Po uwzględnieniu przeniesień więźniów do innych obozów, ucieczek, zwolnień z obozu i liczby wyzwolonych więźniów liczba osób, które straciły życie w KL Auschwitz wyniosła co najmniej 1,1 mln osób. Liczbę tę powszechnie przyjęto w literaturze naukowej w Polsce i na świecie na początku lat 90. XX wieku.

Ustalenia te próbował podważyć francuski badacz Jean Claude Pressac, który w 1993 roku obniżył liczbę ofiar Auschwitz do 775 tys. Hipotezy Pressaca, zwłaszcza dotyczące liczby deportowanych i zamordowanych Żydów polskich i węgierskich, zostały odrzucone przez Franciszka Pipera jako pozbawione podstaw źródłowych[14].

Podważanie zweryfikowanej liczby ofiar: motywy polityczne

Przyjęcie przez Muzeum w Oświęcimiu zweryfikowanej liczby ofiar w 1990 roku i usunięcie napisu na pomniku w Brzezince, informującego o 4 mln ofiar, wywołało gwałtowny sprzeciw niektórych środowisk kombatanckich. Przewodniczący dyrektoriatu Centralnej Rady Żydów w RFN Heinz Galiński określił to jako urąganie ofiarom, a publicysta Hermann Baumann uznał, że weryfikacja liczby ofiar Auschwitz jest jeszcze jednym dowodem na głębokie zakorzenienie antysemityzmu w narodzie polskim. Z kolei część prasy polskiej wystąpiła z hipotezą, że liczbę 4 mln ofiar utrzymywano jakoby celowo dla zakamuflowania zbrodni stalinowskich.

Z czasem opór środowisk kombatanckich wobec weryfikacji liczby ofiar Auschwitz ograniczył się do kręgu skupionego wokół publicysty Władysława A. Terleckiego. Argumentacja tego publicysty i osób z nim związanych na rzecz obrony liczby 4 mln sprowadzała się do powoływania się na ustalenia śledztwa radzieckiej komisji z 1945 roku, śledztwa Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce z 1945 roku, treść aktu oskarżenia Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze oraz relacje niektórych więźniów[15]. Nie brano pod uwagę jak długo poszczególni więźniowie, którzy składali zeznania lub relacje, byli w obozie i jakie mieli możliwości wglądu w akta obozowe. Jeśli uświadomimy sobie wielkość obozu Auschwitz, który w szczytowym okresie liczył około 130 tys. więźniów i składał się z 40 obozów rozrzuconych w promieniu kilkuset kilometrów, to nie trudno dojść do wniosku, że żaden więzień na podstawie własnych obserwacji nie mógł dokonać jakichkolwiek ustaleń statystycznych dotyczących całego obozu. Za niepodważalną i jedynie pewną uznawano zawodną metodę szacunku ofiar w oparciu o analizę przepustowości krematoriów i czasu ich funkcjonowania[16].

Zawsze przy tym ignorowano podstawowe fakty z historii KL Auschwitz oraz naukowe ustalenia historyków, które doprowadziły do weryfikacji liczby ofiar Auschwitz, traktując je jako motywowaną politycznie manipulację. W takim też duchu Władysław A. Terlecki i jego współpracownicy wielokrotnie atakowali Franciszka Pipera w pełnych pomówień i patriotycznej egzaltacji artykułach na łamach „Naszego Dziennika”[17] i audycjach w Radiu Maryja, emitowanych w latach 2003-2007. Przy czym zaatakowanemu nie dano możliwości obrony. Żaden z listów dr. F. Pipera do redakcji „Naszego Dziennika”, w których bronił się on przed atakami i polemizował z tezami Władysława A. Terleckiego, nie został przez tę redakcję opublikowany[18].

Z uwagą słuchałem wszystkich audycji w Radiu Maryja z udziałem Władysława A. Terleckiego, noszących przeważnie tytuł „A imię ich cztery miliony” lub coś w tym stylu. To co mnie uderzyło – oprócz sugerowania, że za zweryfikowaniem liczby ofiar Auschwitz kryje się spisek niemiecki – było przeważnie przemilczenie faktu, że zdecydowaną większość ofiar stanowili Żydzi. Ba, w jednej z audycji usłyszałem, że jej autorzy nie negują tego, iż w Auschwitz zginął 1 mln Żydów. Kimże zatem były pozostałe 3 mln? Tego Władysław A. Terlecki i jego goście nie wyjaśnili wprost, ale słabo zorientowany słuchacz mógł pomyśleć, że pewnie byli to Polacy lub ogólnie „chrześcijanie”. W innej takiej audycji słyszałem, że w Auschwitz zginęło kilkadziesiąt tysięcy Szwajcarów i Chińczyków[19].

Stanowisko, że liczba 4 mln odzwierciedla faktyczne straty ludzkie w Auschwitz podnosił też dr Jacek Wilczur – wieloletni pracownik Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce – m.in. na łamach „Trybuny”. Zarzucał tam bezpodstawnie F. Piperowi, że weryfikując liczbę 4 mln jakoby nie uwzględnił osób nie zarejestrowanych w obozie[20].

Echem wspomnianej wyżej publicystyki były m.in. pojawiające się w części opinii publicznej opinie, że liczbę 4 mln ofiar Auschwitz obniżono dla „przyjaznych kontaktów z Niemcami” itp.[21] Najogólniej rzecz biorąc publicystyka kręgów kombatanckich lub postkombatanckich związanych z Radiem Maryja i „Naszym Dziennikiem” niczego nie wniosła do dyskursu o liczbie ofiar Auschwitz oprócz niepotrzebnego zamieszania i miała – najdelikatniej rzecz ujmując – charakter pozamerytoryczny.

Preferowaną przez publicystów Radia Maryja i „Naszego Dziennika” metodę badawczą – czyli ustalanie liczby ofiar Auschwitz w oparciu o analizę przepustowości urządzeń masowej zagłady, czasu ich funkcjonowania oraz stopnia wykorzystania – zastosował też niemiecki dziennikarz Fritjof Meyer. O ile jednak w oparciu o tę samą metodę badawczą Władysław A. Terlecki dochodził do liczby 4, 5, a nawet 6 mln zamordowanych w KL Auschwitz, to Meyer doszedł do liczby 510 tys. zamordowanych (w tym 356 tys. w komorach gazowych). Z tą różnicą, że Terlecki oparł się na błędnej i dowolnej interpretacji zeznań świadków, a Meyer na równie tendencyjnej analizie wyrwanej z kontekstu notatki inż. Kurta Prüfera, która dotyczyła przepustowości krematoriów.

Swój artykuł, nie mający charakteru naukowego, Meyer umieścił na łamach renomowanego czasopisma „Osteuropa”, wydawanego przez stowarzyszenie Deutsche Gesellschaft für Osteuropakunde e.V., którego zarządowi przewodniczyła prof. Rita Süssmuth[22]. Nie wdając się w dalszą analizę hipotez Fritjofa Meyera, z którymi w detalach rozprawił się Franciszek Piper[23], należy zauważyć dwie sprawy. Po pierwsze, zarówno hipotezy Władysława A. Terleckiego jak i Fritjofa Meyera były motywowane politycznie, tylko stały za nimi skrajnie odmienne motywacje polityczne i dlatego ich autorzy doszli do skrajnie odmiennych wniosków stosując tę samą metodę badania, a raczej domniemywania. Po drugie, w oparciu o domniemywanie przepustowości krematoriów, czasu ich funkcjonowania i stopnia wykorzystania – zastosowane po raz pierwszy przez radziecką komisję w 1945 roku – można udowodnić dowolną liczbę ofiar Auschwitz.

Podważanie zweryfikowanej liczby ofiar: negacjoniści

Pomiędzy publicystyką Terleckiego i Meyera istnieje jednak zasadnicza różnica. Publicystyka Meyera – zmierzająca w założeniu do drastycznego zaniżenia liczby ofiar Auschwitz przy pozorach dyskursu popularnonaukowego – stanowiła de facto negacjonizm w białych rękawiczkach[24]. Tym bardziej bulwersujący, że podjęty na łamach renomowanego periodyku, w zarządzie którego zasiadało 10 osób z elity politycznej i naukowej Republiki Federalnej Niemiec.

Są dwie formy negowania zbrodni ludobójstwa popełnionych w niemieckich ośrodkach zagłady i obozach koncentracyjnych. Pierwsza z nich polega na negowaniu istnienia komór gazowych i eksterminacyjnego charakteru niemieckich obozów koncentracyjnych. Tego typu negacjonizm jako pierwsi uprawiali sami sprawcy zbrodni. Należy bowiem wiedzieć, że pierwszy etap negowania zbrodni ludobójstwa ma miejsce w fazie jego popełnienia i polega na zacieraniu śladów oraz niszczeniu dowodów, w tym także przyjęciu specyficznego języka maskującego zbrodnię („akcja specjalna”, „specjalne potraktowanie” itp.). 4 października 1943 roku Heinrich Himmler, przemawiając w Poznaniu do wyższych dowódców SS i policji, powiedział: „Większość z was wie, co to znaczy, kiedy sto, pięćset lub tysiąc trupów leży jeden przy drugim… Jest to karta chwały w naszej historii, która nigdy nie była i nie będzie napisana…”. Dlatego aparat terroru III Rzeszy do minimum ograniczył pisemną dokumentację swoich zbrodni, częściowo fałszował tę dokumentację oraz – w ostatniej fazie istnienia III Rzeszy – niszczył dokumentację zbędną i najbardziej kompromitującą.

Roli kontynuowania tego dzieła podjęli się po wojnie sympatycy nazizmu z przyczyn ideologicznych, politycznych i komercyjnych. Celem ataku negacjonistów są przeważnie trzy fakty: istnienie komór gazowych, przepustowość krematoriów i gigantyczna skala zbrodni. W wypadku Auschwitz, zachowując czasem pozory naukowości, podważali oni liczbę 4 mln, a obecnie podważają liczbę 1,1 mln ofiar. Jednej i drugiej używali też niejednokrotnie jako pretekstu ułatwiającego podważanie samego faktu ludobójstwa. Do tego nurtu negacjonizmu zaliczają się m.in. John Bennet, Robert Faurisson, David Irving, Walter Lüftl, Germar Rudolf, Jerzy Ulicki-Rek, Udo Walendy i Ernst Zündel. Ich tezy – w świetle których proces zabijania w komorach gazowych przedstawiają jako niemożliwe do zrealizowania przedsięwzięcie techniczne – stanowią próbę manipulacji prostymi faktami i są w istocie świadomym oszustwem.

Najnowszym przykładem takiej prostej, a właściwie dość prymitywnej manipulacji faktami – na dodatek częściowo zmyślonymi – jest broszura brytyjskiego autora, posługującego się nazwiskiem lub pseudonimem Vivian Bird, zatytułowana „Auschwitz: The Final Count” („Auschwitz: końcowe podliczenie”). Jej omówienie w języku polskim pierwotnie zostało zamieszczone na stronie internetowej Jerzego Ulickiego-Reka o nazwie „Wolna Polska”, a następnie przedrukowane przez stronę internetową „Dziennik gajowego Maruchy”[25]. Autor tej publikacji przytoczył różne szacunki ofiar Auschwitz, poczynając od 9 mln (sic!), a kończąc na 73 tys. Właściwie prawie wszystkie informacje podane przez autora są nieprawdziwe albo co najmniej odległe od prawdy. Najbardziej zaskakującą z nich jest ta jakoby liczbę 1,5 mln ofiar Auschwitz oficjalnie ogłosił w 1995 roku prezydent Lech Wałęsa. Według autora wspomnianej broszury we wszystkich niemieckich obozach koncentracyjnych od 1935 do 1945 roku miało zginąć 403 713 osób, a w samym Auschwitz 73 137 (w tym 38 031 Żydów). Liczby te rzekomo miały zostać przez kogoś ustalone na podstawie analizy comiesięcznych sprawozdań komendantów poszczególnych obozów. Niestety autor nie podał, w którym archiwum on albo ktoś inny odnalazł te dokumenty. O wiedzy historycznej autora najlepiej świadczy fakt, że SS-Gruppenführera Richarda Glücksa (1889-1945), szefa Grupy Urzędów D-Obozy Koncentracyjne w Głównym Urzędzie Gospodarczo-Administracyjnym SS (SS-WVHA), nazwał „komendantem wszystkich obozów”. W porównaniu z np. publicystyką Davida Irvinga jest to negacjonizm bardzo niskiej jakości, obliczony na szczególnie mało inteligentnego odbiorcę.

Bardziej wyrafinowaną formę nagacjonizmu stosują ci, którzy wprawdzie nie podważają istnienia komór gazowych, ale próbują do minimum redukować możliwość zabijania w nich ludzi, jako powód przytaczając różnego rodzaju rzekome trudności techniczne. Poza tym przeważnie bezpodstawnie zaniżają samą liczbę deportowanych do obozu. Wspomniany Fritjof Meyer nie tylko zaniżył liczbę zamordowanych w Auschwitz, ale także liczbę osób przywiezionych do obozu (miało ich być jakoby 915 tys.), negując źródłowo udokumentowane dane dotyczące liczby deportowanych Żydów polskich i węgierskich[26]. Powoływał się przy tym na wspomniany „Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz” Danuty Czech, ale wykorzystał go w sposób wybiórczy, odpowiadający założonej przez siebie tezie.

Podważanie zweryfikowanej liczby ofiar: ignorancja

Wreszcie podważanie zweryfikowanej liczby ofiar Auschwitz – czy w ogóle liczby ofiar Auschwitz jako takiej – wynika z poszukiwania sensacji, chęci zdobycia poklasku i najzwyklejszej ignorancji. Przykładem tego jest artykuł publicysty Grzegorza Brauna pt. „Kłamstwa oświęcimskie”, zamieszczony w „Uważam Rze Historia” nr 2 (35) z lutego 2015 roku. Uprzejmie zakładam, że autor wykazał w tym artykule tylko swoją ignorancję. Gdybym był mniej uprzejmy, to mógłbym założyć, że jednak uprawiał zakamuflowany negacjonizm, ponieważ chociaż werbalnie odciął się od negacjonistów, to przytoczył wiele ich zgranych chwytów. Między innymi ten – pochodzący od negacjonisty Davida Cole’a – że krematorium I w obozie macierzystym KL Auschwitz I jest jakoby „dekoracją zaaranżowaną ex post” [27]. Ponadto dyskredytując liczbę 1,1 mln ofiar sugeruje pomiędzy wierszami, że w Auschwitz zginęło… 69 tys. ludzi, ponieważ tyle zachowało się aktów zgonu (nazywanych przez Brauna „księgami oświęcimskimi” lub „rejestrami obozowymi”). Najpewniej nie wie on o tym, że zachowane około 69 tys. aktów zgonu dotyczy więźniów zarejestrowanych w obozie, których było ok. 400 tys. Nie dotyczą one natomiast ofiar kierowanych na zagładę w komorach gazowych wprost z rampy kolejowej, bez rejestracji w obozie – czyli większości ofiar Auschwitz. Ponadto dokumenty te zachowały się za okres od końca lipca 1941 do końca grudnia 1943 roku. Nie zachowały się więc akty zgonu za okres ponad dwóch lat. Nikt też nie sporządzał aktów zgonu dla ofiar ostatecznej ewakuacji KL Auschwitz, która pochłonęła od 9 do 15 tys. więźniów spośród 56 tys., którzy wyruszyli 18 stycznia 1945 roku w ewakuacyjny „marsz śmierci”.

Braun nie wie też wielu innych rzeczy o sprawach, na temat których się autorytatywnie wypowiada, co wytknąłem mu w swojej polemice[28]. Nie przeszkodziło mu to jednak bezpardonowo atakować Franciszka Pipera, który w ciągu minionych ponad dwóch dekad stał się wygodnym obiektem ataków dla wszystkich, którzy mają alergię na udokumentowane źródłowo rezultaty badań naukowych: „patriotycznych” obrońców liczby 4 mln, różnego typu negacjonistów i najzwyklejszych ignorantów. Z taką wiedzą, jaką zaprezentował publicysta „Uważam Rze Historia” nie wypada w ogóle wypowiadać się na temat jakiejkolwiek problematyki związanej z KL Auschwitz. Najpierw należałoby przeczytać podstawową literaturę na ten temat, chociażby pięciotomową monografie obozu.

Podsumowanie

Reasumując rozważania na temat weryfikacji liczby ofiar Auschwitz i związanych z tym sporów należy zwrócić uwagę na cztery kluczowe elementy:

– Na przestrzeni kilkudziesięciu lat po 1945 roku podawano za ustaleniami organów sądowych i śledczych oraz zeznaniami pierwszego komendanta Rudolfa Hössa (które jednak sam zweryfikował!) zawyżone liczby ofiar Auschwitz, dochodzące do 4 mln. Jednakże zajmujący się tym zagadnieniem historycy – uwzględniając zasady poprawności warsztatu naukowego, czyli konfrontacji różnych źródeł i oceny ich wiarygodności – określili i określają liczbę ofiar Auschwitz w przedziale 1,1 – 1,5 mln.

– Wobec braku dokumentów obozowych odnośnie ogólnej liczby deportowanych do obozu i tam zamordowanych, jedyną podstawą ustalenia liczby ofiar Auschwitz mogą być źródła dotyczące deportacji do obozu z poszczególnych miejsc, regionów i krajów oraz zmian stanu liczbowego więźniów.

– Próby określenia liczby ofiar na podstawie przepustowości krematoriów, nawiązujące do metody radzieckiej komisji z 1945 roku i niekiedy podejmowane nadal, są błędne, ponieważ nie istnieją żadne wiarygodne źródła pozwalające zarówno na ustalenie rzeczywistego czasu pracy krematoriów, jaki i stopnia wykorzystywania ich przepustowości.

– Ustalenie liczby ofiar Auschwitz, dokonane na podstawie danych dotyczących deportacji do obozu, należy uznać za zakończenie procesu jej weryfikacji. Dalsze badania mogą jedynie uściślić poszczególne części składowe tej liczby, ale nie mogą wpłynąć w istotny sposób na jej zmianę.

Nie tylko Auschwitz

Naukowa weryfikacja liczby ofiar Auschwitz była procesem nieuniknionym w sytuacji, gdy czynione w tej materii tuż po wojnie ustalenia organów śledczych i sądowych nie wytrzymywały z biegiem czasu krytyki postępujących badań historycznych. Dotyczy to także innych niemieckich ośrodków zagłady, obozów koncentracyjnych, obozów karnych i więzień. Przykładowo liczba ofiar ośrodka zagłady bezpośredniej w Chełmnie nad Nerem, ustalona w 1946 roku na 360 tys., została po badaniach naukowych (w tym archeologicznych) zredukowana do 200-220 tys. Podobnie liczba ofiar KL Lublin (Majdanek) została zredukowana z 250 tys. do 79 tys., liczba ofiar więzienia w Radogoszczu (Łódź) z 40 tys. do 2-3 tys., a liczba ofiar obozu karnego w Żabikowie (Poznań) z 20 tys. do 535 osób.

Ustalenia te z jednej strony budziły ostry sprzeciw środowisk, powołujących się na motywacje patriotyczne, a z drugiej strony były wykorzystywane przez nagacjonistów jako argument rzekomo potwierdzający nieprawdziwość wszelkich ustaleń dotyczących niemieckiego ludobójstwa podczas drugiej wojny światowej.

Należy jeszcze raz podkreślić, że korekta liczby ofiar Auschwitz i innych obozów nie była gestem pod adresem Niemców ani kogokolwiek innego. Stanowiła ona tylko i wyłącznie skutek badań naukowych, które zastąpiły szacunkowe ustalenia powojenne. Szacunki te, z braku dostępu organów śledczych do odpowiednich dokumentów, oparły się na zeznaniach świadków. Świadkowie ci, absolutnie kompetentni w sprawach znajdujących się w polu ich obserwacji, nie dysponowali informacjami pozwalającymi na ustalenia statystyczne co do liczby ofiar. Dotyczy to zarówno byłych więźniów jak i esesmanów.

W jednej z polemik ze swoimi krytykami Franciszek Piper napisał: „Auschwitz nie będzie wstrząsał sumieniami ludzkimi tylko dlatego, że wymieni się chociażby nie wiadomo jak wysoką liczbę, jeśli za tą liczbą nie będzie kryć się dramat i tragedia realnie istniejących niegdyś społeczności i ludzi, ludzi o konkretnej tożsamości, pochodzeniu, miejscu zamieszkania. Cały wysiłek badawczy w tej dziedzinie powinien być skupiony nie na statystycznych spekulacjach i licytacji większego „zaangażowania i patriotyzmu” lecz upamiętnieniu wszystkich ofiar: przywróceniu prochom ofiar Auschwitz ich nazwisk, miejsca pochodzenia, narodowości – słowem przekreślenia intencji katów, nie tylko unicestwienia swych ofiar lecz także wymazania ich ze zbiorowej pamięci.”

[1] Oficjalna nazwa: Nadzwyczajna Radziecka Komisja Państwowa do Badania Zbrodni Niemiecko-Faszystowskich Agresorów.

[2] H. Kubica, Głosy Pamięci 10. Z powstańczej Warszawy do KL Auschwitz, Oświęcim 2014.

[3] F. Piper, Głosy Pamięci 8. Polacy w KL Auschwitz, Oświęcim 2012.

[4] F. Piper, Głosy Pamięci 9. Żydzi w KL Auschwitz, Oświęcim 2015.

[5] S. Kapralski, M. Martyniak, J. Talewicz-Kwiatkowska, Głosy Pamięci 7. Romowie w KL Auschwitz, Oświęcim 2011.

[6] Przyjmując za Raulem Hilbergiem szacunek strat żydowskich podczas drugiej wojny światowej na co najmniej 5,1 mln ofiar należy stwierdzić, że w KL Auschwitz zginęło 20 proc. Żydów zamordowanych w czasie Holokaustu.

[7] Pozostałych w większości przeniesiono do innych obozów koncentracyjnych, gdzie wielu z nich zginęło.

[8] F. Piper, Ilu ludzi zginęło w KL Auschwitz. Liczba ofiar w świetle źródeł i badań 1945-1990, Oświęcim 1992, s. 18-29.

[9] M. Poloncarz, Ilu Czechów osadzono w KL Auschwitz?, „Zeszyty Oświęcimskie” nr 25, Oświęcim 2009, s. 7-59.

[10] Przykładem takich działań było zamordowanie w komorze gazowej 23 czerwca 1942 r. transportu 566 Polaków-pacjentów szpitali psychiatrycznych w Krakowie-Kobierzynie i Zebrzydowicach k. Kalwarii Zebrzydowskiej, zamordowanie w komorze gazowej latem 1943 r. około 100 niepełnosprawnych Polaków z Łodzi, czy zamordowanie 7 i 8 września 1943 r. w komorze gazowej 32 Polek i 35 Polaków deportowanych prawdopodobnie z obozu karnego w Potulicach k. Bydgoszczy. Por. B. Piętka, Zagłada pacjentów szpitala psychiatrycznego w Krakowie-Kobierzynie 23 czerwca 1942 roku, (w:) F. Piper, I Strzelecka (red.), Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Krakowa i innych miejscowości Polski południowej, t. III, Warszawa-Oświęcim 2002, s. 2122-2124; B. Piętka, Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Wielkopolski, Pomorza, Ciechanowskiego i Białostocczyzny, t. II, III, Oświęcim 2013, s. 987-988, 1191, 1248-1249.

[11] H. Kubica, Zagłada w KL Auschwitz Polaków wysiedlonych z Zamojszczyzny w latach 1942-1943, Oświęcim 2004.

[12] Jeden z najwybitniejszych badaczy Holokaustu. Autor m.in. opracowania Zagłada Żydów europejskich (The destruction of the European Jews), wyd. pol. 2014.

[13] C. Madajczyk, Polityka III Rzeszy w okupowanej Polsce, Warszawa 1970, t. 2, s. 294.

[14] F. Piper, Weryfikacja strat osobowych w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, (w:) „Dzieje Najnowsze”, rocznik XXVI, t. 2, Warszawa 1994, s. 15-25.

[15] Por. B. Sojecki, Golgota Zachodu. Wspomnienia byłego więźnia niemieckich więzień i obozów koncentracyjnych z lat 1939-1945, Rzeszów 2013, s. 57-86.

[16] W oparciu o tę metodę były więzień Auschwitz Igo Trochanowski doszedł do liczby 4 351 000 zamordowanych w Auschwitz. Por. I. Trochanowski, Zadania Baubüro w KL Auschwitz, „Biuletyn TOnO” nr 18, Katowice 1993, s. 61-73.

[17] Por. np. J. Sawicki, T. Szkul-Skjoedkrön, W.A. Terlecki, Tam miała umrzeć Polska. Ilu ludzi zginęło w Konzentrationslager Auschwitz, „Nasz Dziennik”, 27.1.2003 r. W artykule tym autorzy m.in. zarzucili „pewnym kołom historyków”, że stają „w obronie zbrodniarzy, pomniejszając obszar zbrodni i ciężar odpowiedzialności”.

[18] Por. Odpowiedź z 23 lutego 2003 r. nie zamieszczona w „Naszym Dzienniku”, mimo wniosku w tej sprawie, na artykuł Jerzego Sawickiego, Tomasza Szkul-Skjoedkröna i Władysława A. Terleckiego; Odpowiedź na artykuł Jerzego Sawickiego i Władysława A. Terleckiego opublikowany w „Naszym Dzienniku” 28-29 stycznia 2006, strona internetowa Franciszka Pipera, http://www.f.piper.auschwitz.w.interiowo.pl, dostęp 14.01.2016.

[19] Oczywiście pan Władysław A. Terlecki może mnie podać do sądu, ale nawet przed tym sądem powtórzę, że jestem pewny, iż to słyszałem.

[20] Por. Gdzie się podziały dwa miliony Żydów i Polaków, „Trybuna”, 15 października 1999, strona internetowa Franciszka Pipera, http://www.f.piper.auschwitz.w.interiowo.pl, dostęp 14.01.2016.

[21] Por. „Źródło”, 6 czerwiec 2004 r. – Odpowiedź na list czytelnika; Pełny tekst odpowiedzi na list czytelnika w „Dzienniku Polskim” z dnia 22 lutego 2005 r. (tekst ten ukazał się ze skrótami redakcji), strona internetowa Franciszka Pipera, http://www.f.piper.auschwitz.w.interiowo.pl, dostęp 14.01.2016.

[22] F. Meyer, Die Zahl der Opfer von Auschwitz. Neue Erkentnisse durch neue Archivfunde, „Osteuropa“, 62. Jg., 5/2002, s. 631-641.

[23] F. Piper, Wokół liczby ofiar KL Auschwitz. Replika na enuncjacje Fritjofa Meyera, „Zeszyty Oświęcimskie” nr 25, Oświęcim 2009, s. 231-266.

[24] „Artykuł F. Meyera jest próbą deprecjacji roli Auschwitz w procesie hitlerowskiego ludobójstwa i sprowadzenia problemu nazistowskiej zagłady na płaszczyznę technologiczną. Próby takie wielokrotnie podejmowali różnego rodzaju rewizjoniści historyczni”, cyt. za: F. Piper, Wokół liczby ofiar KL Auschwitz…, s. 261.

[25] Auschwitz – końcowe podliczenie, http://www.marucha.wordpress.com, 30.03.2015.

[26] „Zaliczenie przez Meyera do propagandy, w jednym ciągu ze zdezaktualizowaną dano liczbą czterech milionów, takich faktów jak deportacja do KL Auschwitz ponad 400 000 Żydów węgierskich czy masowego zabijania gazem w „piwnicach krematoryjnych” należy uznać za propagowanie i popieranie per excellance poglądów rewizjonistów historycznych, którzy pod pretekstem korygowania faktów, na podstawie wyselekcjonowanych z kontekstu szczegółów, próbują przedstawić karykaturalny obraz obozu Auschwitz, jako miejsca, gdzie nie działo się nic szczególnego”, cyt. za: F. Piper, Wokół liczby ofiar KL Auschwitz…, s. 258-259.

[27] Informacja, że po wojnie odtworzono z oryginalnych elementów dwa piece i komin w krematorium I na terenie byłego obozu macierzystego KL Auschwitz I nie jest żadną sensacją, którą ujawnił David Cole, jak sugeruje Grzegorz Braun. Informacja ta jest zamieszczona w trzech językach na tablicy informacyjnej przed krematorium I oraz jest każdorazowo podawana przez przewodnika osobom zwiedzającym Muzeum Auschwitz-Birkenau. Fakt zrekonstruowania po wojnie z oryginalnych elementów dwóch pieców krematoryjnych i komina nie dowodzi również, że krematorium I jest „dekoracją zaaranżowaną ex post”. W archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau są zachowane niemieckie plany krematorium I i pozostałych czterech krematoriów. Są dziesiątki powojennych relacji świadków odnośnie urządzeń masowej zagłady, w tym także relacje członków Sonderkommando, nielegalnie spisane i zakopane na terenie krematoriów, a odkryte po wojnie.

[28] B. Piętka, Niskie loty Grzegorza Brauna, http://www.mysl-polska.pl, strona internetowa „Myśli Polskiej”, 24.02.2015 (http://www.mysl-polska.pl/node/374).

http://histmag.org/liczba-ofiar-auschwitz-problem-12828

http://histmag.org/liczba-ofiar-auschwitz-spory-12890

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 stycznia 2016 r.

Kto neguje Holokaust?

6 stycznia 2016 roku francuska telewizja I-Télé (należąca do grupy Canal+) wyemitowała program „Le Grand Décryptage”, poświęcony zamachom terrorystycznym w Paryżu z 13 listopada 2015 roku. Wystąpił w nim m.in. Joël Mergui – prezydent Centralnego Konsystorza Izraelskiego we Francji (Consistoire central israélite – CCI). Jest to organizacja założona w 1808 roku z inicjatywy Napoleona I, reprezentująca wyznawców judaizmu przed francuskimi władzami państwowymi. W dyskusji z prowadzącym program dziennikarzem Olivierem Galzi oprócz prezydenta Centralnego Konsystorza Izraelskiego uczestniczyli też rzecznik Episkopatu Francji, ks. Olivier Ribadeau Dumas oraz wiceprzewodniczący Francuskiej Rady Kultu Muzułmańskiego, Chems-Eddine Hafiz. Na postawioną przez prowadzącego program kwestię, czy za zamachy paryskie można winić religię, Joël Mergui odpowiedział, że „Żydzi nigdy nikogo nie skrzywdzili w imię Boga i wiary. To nas mordowano”. Dalej wypowiedział się następująco:

„Teraz chciałbym (…) przypomnieć, że Żydzi przeszli przez historię doznając różnego rodzaju nienawiści, różnego rodzaju masakr. I że w imię judaizmu wspólnota żydowska nigdy nie powstała ani żeby zniszczyć Hiszpanię, która ich wypędziła, ani Polskę, która ich zagazowała”[1].

Powyższe słowa nie spotkały się z żadną polemiczną reakcją ani ze strony księdza Dumas, ani ze strony pana Hafiza, ani ze strony prowadzącego program red. Galzi. Można z tego domniemywać, że albo we Francji jest już dla wszystkich oczywiste, iż to Polska zagazowała Żydów, albo jest tam oczywiste, że z tym co mówi Żyd się nie polemizuje, cokolwiek by powiedział. Podstawowy kanon ideologii tzw. poprawności politycznej (zwanej też ideologią społeczeństwa otwartego) głosi bowiem, że o Żydach mówi się tylko i wyłącznie dobrze albo wcale.

Należy raczej wątpić w to, że Joël Mergui jest jakimś totalnym ignorantem, niewykształconym i wyjątkowo tępym osobnikiem. Z informacji powszechnie dostępnych na jego temat wynika, że zdobył on solidne wykształcenie. Urodzony w 1958 roku w Maroku, ukończył medycynę na Université de Paris V i przez wiele lat prowadził praktykę lekarską. Głównym polem jego aktywności stała się jednak działalność polityczna w kręgu diaspory żydowskiej. Zanim został prezydentem CCI Mergui był prezydentem Konsystorza Paryskiego – największej gminy żydowskiej we Francji. W 2006 roku został odznaczony orderem Legii Honorowej. Był doradcą prezydentów Sarkozy’ego i Hollande’a do spraw socjalnych i opieki zdrowotnej. Po zamachu terrorystycznym na supermarket żywności koszernej w Paryżu 9 stycznia 2015 roku Mergui współorganizował ceremonię w paryskiej Wielkiej Synagodze. Wzięli w niej udział m.in. premier Izraela Benjamin Netanjahu, sekretarz stanu USA John Kerry i czołowi politycy francuscy.

Jest to zatem nie tylko czołowa postać społeczności żydowskiej we Francji, ale także jedna z ważniejszych postaci francuskiego życia politycznego. Należy wykluczyć, że prezydent CCI nie zna historii i nie wie co mówi. Można też przypuszczać, że z tą historią zapoznał się na miejscu, odwiedzając były obóz Auschwitz i inne miejsca martyrologii żydowskiej na ziemiach polskich. Wizyta w tych miejscach jest obowiązkowym elementem edukacji szkolnej każdego ucznia w Izraelu. Wielu Żydów traktuje podróż do miejsc zagłady tak jak muzułmanie pielgrzymkę do Mekki, więc co dopiero mówić o liderze diaspory żydowskiej największego państwa Europy Zachodniej.

Trzeba zatem z całą pewnością przyjąć, iż Joël Mergui powiedział, że Polska zagazowała Żydów z pełną świadomością tego co mówi i powiedział to celowo.

Jego wypowiedź – haniebna i porażająca, co należy podkreślić – jest kolejną odsłoną obsesyjnej kampanii nienawiści, jaką wpływowe koła żydowskie prowadzą wobec Polski od mniej więcej czterdziestu lat. Są podzielone zdania na temat tego, co jest przyczyną tej kampanii nienawiści. Jedni wskazują na żydowskie roszczenia majątkowe i słynną wypowiedź z 1996 roku ówczesnego sekretarza generalnego Światowego Kongresu Żydów Israela Singera, której następstwem była tzw. pedagogika wstydu wobec Polski, zapoczątkowana przez Jana T. Grossa. Inni wskazują na tajne porozumienia niemiecko-izraelskie z lat 50. XX wieku, w świetle których w zamian za ogromne odszkodowania wypłacone przez RFN Izraelowi i indywidualnym Żydom-ofiarom hitleryzmu strona żydowska miała się zobowiązać, że nie będzie mówić o niemieckich obozach koncentracyjnych i niemieckiej winie za zagładę Żydów. Dlatego najpierw pojawiły się nazistowskie, a potem „polskie” obozy koncentracyjne. Polsce przeznaczono rolę winowajcy zastępczego.

Bez względu na to jakie rzeczywiste motywy legły u podłoża wypowiedzi Joëla Mergui, były to motywy wynikające z brudnej polityki. Muszę w związku z tym zwrócić uwagę na dwie sprawy.

Po pierwsze, wypowiedź prezydenta CCI poszła znacznie dalej niż dotychczasowe enuncjacje o „polskich” obozach koncentracyjnych, pojawiające się regularnie w zachodnich mediach oraz pedagogika wstydu, uprawiana m.in. przez Alinę Całą, Barbarę Engelking-Boni, Jana Grabowskiego, Jana T. Grossa, Pawła Śpiewaka i Andrzeja Żbikowskiego, której zwieńczeniem stało się odkrycie – sygnowane autorytetem dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego, Pawła Śpiewaka – że Polacy podczas drugiej wojny światowej zamordowali jakoby od 120 do 200 tys. Żydów. U Joëla Mergui nie ma już mowy o jakichś polskich sąsiadach palących Żydów w stodole w jakimś miasteczku (Gross), czy o polskim udziale w Judenjagd-niemieckim polowaniu na Żydów (Grabowski). Jest mowa o Polsce jako państwie, które podczas drugiej wojny światowej dopuściło się ludobójstwa na Żydach, mordując ich w komorach gazowych. Stanowi to przesunięcie na jeszcze wyższy stopień antypolskiej kampanii, którą jej inicjatorzy i organizatorzy podnieśli z poziomu pedagogiki wstydu na poziom totalnej dyskredytacji. Zapowiedzią takiego postawienia sprawy był już niemiecki serial „Unsere Mütter, unsere Väter”. Czerwoną linię przekroczył jednak dopiero prezydent CCI. Być może uczynił to tylko w celu sprawdzenia stopnia polskiej reakcji, ale nie ulega wątpliwości, że za nim prędzej czy później pójdą następni.

Po drugie, wypowiedź Joëla Mergui jest nie tylko napluciem na Polskę i Polaków, ale także brutalną profanacją pamięci Żydów zamordowanych przez Niemcy hitlerowskie podczas drugiej wojny światowej. Wbrew pozorom największą szkodę pamięci ich męczeństwa wcale nie wyrządzają tzw. negacjoniści (m.in. John Bennet, Robert Faurisson, David Irving, Walter Lüftl, Germar Rudolf, Jerzy Ulicki-Rek, Udo Walendy i Ernst Zündel), ale właśnie ci, którzy sugerują polską odpowiedzialność za Holokaust. Dotychczas sugerowano to sformułowaniem „polskie” obozy koncentracyjne. Teraz pan Joël Mergui zasugerował to wprost. Uprawia on tym samym najbardziej bezczelną i groźną formę kłamstwa oświęcimskiego. Dlaczego najbardziej bezczelną i groźną?

Dlatego, że wyżej wymienionym negacjonistom chodzi nie tylko o oczyszczenie z winy Niemiec i Niemców, ale o rehabilitację nazizmu. W tym celu zadają sobie bardzo wiele trudu, by udowodnić, że np. nie było komór gazowych albo nie można było w nich zamordować tylu ludzi itp. Pan Mergui takiego trudu sobie nie zadaje, ale rehabilituje nazim swoim autorytetem przywódcy społeczności żydowskiej we Francji. Ma to wymowę o wiele poważniejszą niż najbardziej spektakularne enuncjacje Faurissona, Irvinga czy Zündela. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do nich nie będzie go ścigał wymiar sprawiedliwości, ponieważ zgodnie z ideologią poprawności politycznej Żydzi nie podlegają krytyce.

Pamięć o żydowskich ofiarach Auschwitz, Bełżca, Chełmna nad Nerem, Majdanka, Sobiboru i Treblinki – pieczołowicie pielęgnowana przez państwo polskie za pieniądze polskiego podatnika – jest najbardziej profanowana przez takich osobników jak pan Mergui, dla których te ofiary służą tylko i wyłącznie do robienia brudnej polityki i zarabiania kolejnych miliardów dolarów z odszkodowań i restytucji mienia żydowskiego.

Prowadzona od kilkudziesięciu lat na całym świecie kampania przerzucania odpowiedzialności za zagładę Żydów z Niemiec na Polskę przekracza kolejne czerwone linie. Najpierw była nowela Leona Urisa „Exodus” (1958) i jego powieść „Miła 18” (1961), ukazujące Polaków jako bezwzględnych prześladowców Żydów, sztuka Arthura Millera „Incydent w Vichy” (1964), gdzie po raz pierwszy była mowa o „polskich obozach śmierci” oraz powieść Williama Styrona „Wybór Zofii” (1979), przedstawiająca Polaka-profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego jako twórcę planu zagłady Żydów. Następnie był amerykański serial „Holocaust” (1978), gdzie m.in. oddział żołnierzy w polskich mundurach i z orzełkami na rogatywkach dokonuje na polecenie SS egzekucji Żydów w getcie warszawskim. Potem było m.in. paszkwilanckie pisarstwo Henryka Grynberga, Pawła Korca, Jerzego Kosińskiego, Shmula Krakowskiego, Artura Sandauera, Petera Silvermana, Celii Stopnickiej-Heller, Moshe Shonfelda, André Steina i in., film „Shoah” (1985) Claude’a Lanzmanna, nagminne „przejęzyczenia” z „polskimi” obozami koncentracyjnymi niemal na całym świecie (nawet w Czechach) oraz pedagogika wstydu zapoczątkowana przez Jana T. Grossa. Teraz mamy wypowiedź prezydenta CCI o zagazowaniu Żydów przez Polskę. Co będzie następne?

Realnym sposobem na powstrzymanie kampanii antypolonizmu jest wytaczanie przez państwo polskie procesów cywilnych jej inicjatorom i uczestnikom przed sądami krajów ich zamieszkania. Nawet jeżeli takie procesy zostaną przegrane, to dzięki nagłośnieniu sprawy odegrają swoją rolę jako forma obrony. Niestety reakcja na wypowiedź Joëla Mergui – sprowadzająca się tak jak i w poprzednich tego typu wypadkach do wysłania przez ambasadora Andrzeja Byrta listu z protestem do oszczercy – świadczy o tym, że państwo polskie nie jest zdolne do podjęcia takich działań. Podjęcie skuteczniejszych niż listy protestacyjne działań wydaje się jednak konieczne, bo prędzej czy później każą Polakom zapłacić odszkodowania za te komory gazowe.

Powyższy tekst zawiera tylko i wyłącznie moje prywatne opinie. Nie jest on w jakiejkolwiek mierze stanowiskiem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

[1] Cyt. za: http://www.citizengo.pl, 13.01.2016; Por. też Szef żydowskiej organizacji obraża Polaków we francuskiej telewizji. „Zagazowali Żydów”, http://www.wpolityce.pl, 14.01.2016.

http://www.mysl-polska.pl/759

http://konserwatyzm.pl/artykul/13427/kto-neguje-holokaust

„Myśl Polska” nr 5-6 (2071/72), 31.01-7.02.2016, s. 17

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 stycznia 2016 r.

Na opłatku z banderowcami

„Gazeta Polska” i pokrewne jej media nie ukrywały swojej skrajnej ukrainofilii jeszcze przed przewrotem kijowskim 2014 roku. Od czasu tego przewrotu ukrainofilia środowiska „Gazety Polskiej” przybrała charakter także probanderowski, czego jednym z przejawów było usunięcie z łam „Gazety Polskiej” i portalu niezależna.pl publicystyki księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Kiedy redaktor naczelny „Gazety Polskiej” i zarazem lider całego środowiska, Tomasz Sakiewicz, został odznaczony 11 listopada 2014 roku przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy wydawało mi się, że już nic mnie z ich strony nie zaskoczy. A jednak „Gazeta Polska” zaskakuje mnie nadal swoim stosunkiem do spraw ukraińskich, a zwłaszcza do historii ruchu banderowskiego.

10 stycznia 2016 roku pojawił się oto na portalu niezależna.pl fotoreportaż Moniki Andruszewskiej zatytułowany „Cicha noc” u Karpackiej Siczy. Nasza korespondencja”[1]. Pani redaktor Andruszewska przedstawiła w nim relację z bożonarodzeniowej kolędy w batalionie „Karpacka Sicz”, który stacjonuje na linii rozejmu (frontu) w Donbasie. Fotoreporterka portalu niezależna.pl kolędowała z „siczowcami” 6 i 7 stycznia[2]. Z tekstu zamieszczonego obok zdjęć – przedstawiających umundurowanych i uzbrojonych żołnierzy batalionu – dowiadujemy się, że batalion „Karpacka Sicz” zaczął kolędować wraz z pierwszą gwiazdką. Przede wszystkim po to, żeby „zachować nasze ukraińskie tradycje. To także metoda walki z okupantem” – jak wyjaśnił fotoreporterce portalu niezależna.pl jeden z „siczowców”, rodem z „Iwanofrankowska” (Iwano-Frankiwska albo Stanisławowa, pani redaktor!). A zatem i podczas Bożego Narodzenia ukraińscy wojacy nie potrafią uciec od wielkiej polityki.

Już z pierwszego zdania fotoreportażu można się domyśleć, że batalion „Karpacka Sicz” to starzy, doświadczeni frontowcy, potrafiący odróżnić pierwszą gwiazdkę od flary, którą prawdopodobnie wystrzelili z przeciwległej strony frontu prorosyjscy separatyści. „To jeszcze nie gwiazda, chłopaki, trzeba uważać żeby się nie pomylić” – cytuje słowa jednego z „siczowców” red. Andruszewska. Kiedy wreszcie batalion „Karpacka Sicz” profesjonalnie zidentyfikował pierwszą gwiazdkę, mógł rozpocząć obchodzenie Bożego Narodzenia. Żołnierze samodzielnie wykonali papierową gwiazdę na kiju i oblepili ją żółto-niebieskimi bibułkami. Jeden z nich o imieniu Oleksij, będący – czego nie ukrywa autorka fotoreportażu – działaczem banderowskiej partii „Swoboda”, uświadomił red. Andruszewską, że w Doniecku „nikt nie celebruje świąt w ten sposób”. Mieszkają tam bowiem podobno głównie potomkowie Sowietów, którzy zwalczali religię.

Lesyk – „żołnierz z Tarnopola” (a więc pewnie też zwolennik „Swobody”, która tam rządzi) – uważa, że kolędy są smutne i proponuje zaśpiewać „coś wesołego”. Co, o tym red. Andruszewska dyskretnie nie informuje. W ramach kultywowania prawdziwych ukraińskich tradycji żołnierze „w rękach dzierżą jabłka i ukraińskie szmaciane lalki-motanki, które przysłały im tu wolontariuszki. To słowiański (pogański – popr. BP) amulet mający chronić przed złem”. Potem wolontariuszki przygotowują kutię, którą dowódca kompanii rozwozi po wszystkich pozycjach.

„Co jakiś czas okolicą wstrząsa huk eksplozji. To separatyści właśnie strzelili w kierunku Piesków z przeciwczołgowego SPG. W oddali słychać salwy z karabinu maszynowego. To pozycje Zenit i Butowka – separatyści strzelają do nich z miejscowości Spartak i z Nowego Terminala donieckiego lotniska. Z kolei z Baszt Bliźniaki – dwóch wież wznoszących się ponad doniecki step – okolicę obserwuje wrogi snajper” – opisuje dramatyzm sytuacji red. Andruszewska. Mimo to batalion „Karpacka Sicz” postawił na linii okopów dwie „karłowate choineczki” i obwiesił je „karykaturalnie dużymi bombkami”.

Jedno ze zdjęć zamieszczonych w fotoreportażu Moniki Andruszewskiej z kolędy w batalionie „Karpacka Sicz”. Fot. M. Andruszewska, niezalezna.pl

Jedno ze zdjęć zamieszczonych w fotoreportażu Moniki Andruszewskiej z kolędy w batalionie „Karpacka Sicz”. Fot. M. Andruszewska, niezalezna.pl

8 stycznia już po świętach. Trwa śnieżyca, a gdzieś daleko „znów słychać strzały”. To prowokują separatyści z Doniecka. Kolejny rozmówca red. Andruszewskiej – Mirosław z Zakarpacia – w związku z tym narzeka:Nie odpowiadamy ogniem. Zamrożony konflikt, zamrożony konflikt, prędzej my zamarzniemy w tych okopach. Przyjechaliśmy na wojnę, by walczyć. A teraz co – człowiek siedzi w tym zimnie z dala od rodziny i nie wie po co, bo porozumienia mińskie zabraniają mu strzelać. Gdy jest taka prawdziwa wojna, paradoksalnie łatwiej tu przebywać”.

Czyżby kryła się za tym sugestia, że jednak konflikt w Donbasie trzeba odmrozić? Fotoreportaż red. Andruszewskiej był kolejną ze strony mediów red. Sakiewicza próbą oswajania polskiego czytelnika z neobanderowską Ukrainą, która jest „strategicznym sojusznikiem” Polski na Wschodzie. Strategicznym – czyli takim, jak oświecił niedawno publikę jeden z wpływowych polityków PiS, któremu nie stawia się żadnych kłopotliwych pytań i do którego nie zgłasza się żadnych pretensji.

W fotoreportażu red. Andruszewskiej zabrakło dwóch istotnych informacji, które mogłyby skłonić czytelnika do takich kłopotliwych pytań. Chodzi o polityczne sympatie żołnierzy batalionu „Karpacka Sicz” oraz historyczny pierwowzór, od którego batalion zapożyczył nazwę.

Batalion ochotniczy „Karpacka Sicz” – tak jak i inne tego typu formacje utworzone na Ukrainie po przewrocie w 2014 roku – jest zbrojnym ramieniem współczesnego ruchu banderowskiego. To nie tylko żołnierz o imieniu Oleksij, ale także pozostali członkowie tej formacji wyszli z szeregów „Swobody”, Prawego Sektora, UNA-UNSO i innych organizacji neobanderowskich.

Nazwa batalionu nawiązuje do Organizacji Obrony Narodowej „Sicz Karpacka”. Były to siły zbrojne autonomicznej Ukrainy Karpackiej (w ramach pomonachijskiej Republiki Czecho-Słowacji) i Karpato-Ukrainy, istniejące od 9 listopada 1938 do końca kwietnia 1939 roku. O epizodzie Karpato-Ukrainy i „Siczy Karpackiej” pisałem już wielokrotnie, więc tylko w skrócie go przypomnę. Po rozbiorze Czechosłowacji proklamowano, na mocy układu monachijskiego, autonomiczną Ruś Zakarpacką (od 30 grudnia 1938 roku pod nazwą Ukraina Karpacka) jako część nowej Czecho-Słowacji. Likwidacja pomonachijskiej Czecho-Słowacji przez Niemcy hitlerowskie w dniach 14-15 marca 1939 roku spowodowała, że Ukraina Karpacka ogłosiła niepodległość 15 marca 1939 roku jako państwo o nazwie Karpato-Ukraina. Jednakże wcześniej – 11 marca 1939 roku – Hitler wyraził zgodę na anektowanie przez Węgry terytorium Rusi Zakarpackiej. 13 marca 1939 roku rząd węgierski zażądał od Czecho-Słowacji opuszczenia terenu Rusi Zakarpackiej (Ukrainy Karpackiej). Chcąc stworzyć fakty dokonane Sicz Karpacka zaatakowała w nocy z 13 na 14 marca 1939 roku posterunki czechosłowackie w Chuście, a dwa dni później sejm Ukrainy Karpackiej proklamował niepodległą Karpato-Ukrainę, której prezydentem został dotychczasowy premier Ukrainy Karpackiej – greckokatolicki ksiądz i nacjonalista Augustyn Wołoszyn. Epizod Karpato-Ukrainy trwał trzy dni. Już 14 marca 1939 roku na Ruś Zakarpacką wkroczyły wojska węgierskie i do 18 marca 1939 roku zlikwidowały Karpato-Ukrainę. Walki partyzanckie toczone przez resztki Siczy Karpackiej trwały do końca kwietnia. 23 czerwca 1939 roku parlament węgierski oficjalnie przyłączył Ruś Zakarpacką do Węgier.

Ukraina Karpacka i Karpato-Ukraina były czymś w rodzaju ukraińskiego Piemontu – zalążkiem zapowiadanej przez nacjonalistów ukraińskich „samostijnej Ukrainy”. Z chwilą proklamowania autonomicznej Rusi Zakarpackiej (Ukrainy Karpackiej) na jej terytorium przeszły z Polski przez zieloną granicę setki członków Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Stali się oni funkcjonariuszami administracji Ukrainy Karpackiej i Karpato-Ukrainy oraz kadrą dowódczą Siczy Karpackiej. Liczebność tej formacji zbrojnej wynosiła w marcu 1939 roku około 6 tys. ludzi.

Chociaż formalnym dowódcą Siczy Karpackiej był miejscowy Rusin Dmytro Kłympusz (jeden z przywódców Republiki Huculskiej w 1919 roku), to faktyczne dowództwo spoczywało w rękach Romana Szuchewycza – szefa referatu wojskowego Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Kierownictwo polityczne nad Siczą Karpacką sprawował tajny Sztab Wojskowy, będący strukturą równoległą do oficjalnej Komendy Głównej kierowanej przez Kłympusza. Sicz Karpacka od początku zatem realizowała polityczne cele Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, a nie władz Ukrainy Karpackiej (Karpato-Ukrainy). W skład Sztabu Wojskowego Siczy Karpackiej oprócz Szuchewycza wchodzili tacy członkowie OUN jak Hryhoryj Barabasz, Iwan Butkowśkyj, Osyp Karaczewśkyj, Mychajło Kołodzynśkij (szkolony wcześniej w obozie ustaszów we Włoszech), Zenon Kossak, Jurij Łopatynśkyj, Ołeh Olżycz i Jewhen Stachiw. Spośród nich tylko Mychajło Kołodzynśkij i Zenon Kossak zostali w 1939 roku schwytani i rozstrzelani przez Węgrów. Ołeh Olżycz był późniejszym prowidnykiem OUN-Melnykowców. Pozostali kilka lat później objęli funkcje dowódcze w Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Sicz Karpacka stała się kuźnią kadr dla Legionu Ukraińskiego, który wziął udział w niemieckiej agresji na Polskę w 1939 roku, kolaboracyjnych batalionów „Nachtigall” i „Roland”, które brały udział w niemieckiej agresji na ZSRR w 1941 roku oraz UPA. Organizatorzy i sprawcy ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego swoje doświadczenie wojskowe zdobywali m.in. w Siczy Karpackiej. Jej faktycznym dowódcą – co warto jeszcze raz podkreślić – był późniejszy twórca i dowódca UPA, Roman Szuchewycz.

Do takich tradycji nawiązuje współczesny batalion „Karpacka Sicz”, o czym red. Andruszewska dyskretnie nie poinformowała czytelników portalu niezależna.pl. Te tradycje pani redaktor najwyraźniej nie przeszkadzają, jak i nie przeszkadzają one całej polskiej klasie polityczno-medialnej, która sojusz ze współczesnymi banderowcami uważa za najdoskonalsze osiągnięcie polskiej polityki wschodniej.

[1] http://niezalezna.pl/74776-cicha-noc-u-karpackiej-siczy-nasza-korespondencja-zdjecia

[2] W kościołach wschodnich Boże Narodzenie jest obchodzone dwa tygodnie później niż u katolików.

http://www.mysl-polska.pl/752

http://kresy.info.pl/menu-serwisu/publikacje/1200-na-opatku-z-banderowcami

Na opłatku z banderowcami

Bohdan Piętka

Oświęcim, 10 stycznia 2016 r.

Parodia pojednania polsko-ukraińskiego

Jednym z ważniejszych filarów lobby ukraińskiego w Polsce jest Fundacja Otwarty Dialog (Open Dialog Foundation-ODF), kierowana przez Ludmiłę Kozłowską. Instytucja ta należy do międzynarodowej sieci Open Society Foundations George’a Sorosa i zajmuje się „wspieraniem społeczeństwa obywatelskiego” na Ukrainie oraz w krajach byłego ZSRR. „Szczególną uwagę – czytamy na stronie ODF – Fundacja skupia na największych krajach regionu: Kazachstanie, Rosji i Ukrainie (…). Fundacja prowadzi aktywne działania we współpracy parlamentarzystami zaangażowanymi w sprawy zagraniczne, prawa człowieka i relacje z krajami postradzieckimi w celu wsparcia demokratyzacji i liberalizacji ich polityki wewnętrznej”.

Jak ta demokratyzacja i liberalizacja wygląda w praktyce możemy obserwować od przełomu 2013/2014 roku na Ukrainie. ODF posiada swoje biura w Warszawie (przy alei Szucha), Kijowie i Brukseli. Ściśle powiązane z ODF są tzw. centrum „Ukraiński Świat” i organizacja EuroMajdan Warszawa, którą kieruje Natalia Panczenko – funkcjonariuszka ODF, oficjalnie przyjmowana swego czasu przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. Najbardziej jednak pani Panczenko jest znana z gościnnych występów na wiecach organizowanych przez warszawski klub „Gazety Polskiej” pod ambasadą Rosji (m.in. 17 września) oraz publicznego wychwalania Ukraińskiej Powstańczej Armii i oskarżania przedwojennej Polski o rzekome dokonywanie masowych zbrodni na Ukraińcach[1]. Środowisko ODF, „Ukraińskiego Świata” i EuroMajdanu Warszawa nie kryje zresztą – tak jak i polityczne kierownictwo pomajdanowej Ukrainy – swoich sympatii dla nacjonalizmu ukraińskiego. Wynika to stąd, że George Soros już w 2004 roku przy okazji tzw. „pomarańczowej rewolucji” wybrał sobie – oprócz polskiej „klasy politycznej” – banderowców jako narzędzie realizacji swoich planów wobec Ukrainy, Rosji i innych krajów byłego ZSRR.

Z charakterem oficjalnej działalności warszawskiego biura ODF każdy może się zapoznać wchodząc na jego stronę internetową. Poczesne miejsce w tej działalności zajmuje ukraińska propaganda, znana dobrze z większości polskich mediów, które poza Ukrainą są jej najwierniejszym przekaźnikiem na świecie. W galerii zamieszczonej na stronie internetowej warszawskiego oddziału ODF zwracają uwagę m.in. fotorelacje ze spotkań z Micheilem Saakaszwilim, Ihorem Kołomojskim i samym George’m Sorosem. Zwraca też uwagę informacja, że ODF i EuroMajdan Warszawa zebrały w 2015 roku 93864,54 zł. na pomoc „wojskowym i cywilom w strefie ATO na wschodzie Ukrainy”. Pomoc ta – przynajmniej w roku poprzednim (2014) – polegała na zakupie hełmów i kamizelek kuloodpornych dla neobanderowskich formacji ochotniczych, które pacyfikowały Donbas. W normalnym kraju skończyłoby się to postępowaniem karnym, ale nie w Polsce, gdzie ODF ma potężnych protektorów związanych głównie z dawną Unią Wolności, ale także z PiS. Należą do nich m.in. Małgorzata Gosiewska, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Janusz Onyszkiewicz Sławomir Sierakowski, Jacek Szymanderski (doradca zarządu ODF), Marcin Święcicki, Andrzej Wielowieyski (członek Rady ODF) czy Henryk Wujec.

Moją uwagę zwróciła przede wszystkim zamieszczona 3 grudnia 2015 roku na stronie ODF fotorelacja pt. „Polsko-ukraińskie pojednanie. Złożenie wieńców na Skwerze Wołyńskim”. Dowiadujemy się z niej, że „Na zaproszenie Fundacji Otwarty Dialog do Warszawy przyjechali deputowany do Rady Najwyższej Ukrainy, Vitaliy Kupriy oraz adwokaci Aleksandra Orłowa, Julian Chorunżyj i Jewhen Hruszowets. Podczas wizyty delegacja z Ukrainy wraz z Prezes Fundacji Otwarty Dialog, Lyudmylą Kozlovską, złożyła wieńce pod Pomnikiem Rzezi Wołyńskiej na Skwerze Wołyńskim w Warszawie. To kolejny symboliczny gest wyrażający wolę pojednania i intensyfikacji dialogu pomiędzy Ukrainą a Polską”.

Dwa dni po tym „symbolicznym geście” na Skwerze Wołyńskim w Warszawie poświęcono w Humaniu ogromny pomnik ku czci przywódców koliszczyzny – osiemnastowiecznego pierwowzoru ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Natomiast 1 stycznia w Równem na Wołyniu położono kamień węgielny pod kolejny na zachodniej Ukrainie pomnik Stepana Bandery. Przy okazji odsłonięto tam tablicę ku czci Bandery, ufundowaną przez członków jednej z banderowskich formacji ochotniczych walczących w Donbasie (zniszczoną cztery dni później przez nieznanych sprawców). Należy jeszcze przypomnieć ustawodawstwo z 9 kwietnia 2015 roku, gloryfikujące OUN-UPA, czczenie na Ukrainie rocznic urodzin Bandery, powstania UPA i utworzenia dywizji SS-Galizien, heroizację postaci Romana Szuchewycza, Jarosława Stećki czy Dmytro Kłaczkiwśkiego oraz wiele innych przykładów dowodzących tego, że zbrodnicza tradycja banderowska jest fundamentem, na którym pomajdanowa Ukraina buduje swoją tożsamość polityczną i narodową.

Nasuwa się w związku z tym pytanie, jaki sens miał ten „symboliczny gest” z udziałem pani Kozłowskiej i jej gości oraz do kogo był skierowany? Do tych Polaków, którzy oczekują autentycznego rozliczenia się Ukrainy ze zbrodni banderowskich czy do tutejszej kompradorskiej elity politycznej, będącej narzędziem realizacji niepolskiej polityki?

W latach 90. XX wieku i później co bardziej odważni publicyści krytykowali parodię polsko-niemieckiego pojednania zwracając uwagę, że sprowadza się ono do teatralnych gestów, podczas gdy w konstytucji RFN nadal figuruje zapis o Rzeszy Niemieckiej w granicach z 1937 roku, rząd niemiecki hojnie dotuje Związek Wypędzonych i firmuje politykę historyczną, której rezultatem jest m.in. Centrum przeciwko Wypędzeniom („Widoczny Znak”) oraz serial „Unsere Mütter, unsere Väter”. Jednakże w porównaniu z parodią pojednania polsko-niemieckiego parodia pojednania polsko-ukraińskiego przekracza granice zdrowego rozsądku. To nie jest nawet parodia, ale kpina.

Deputowany Bloku Poroszenki Witalij Kuprij głosował 9 kwietnia 2015 roku za ustawami uznającymi OUN-UPA za „bojowników ruchu wyzwoleńczego”. Ten sam deputowany osiem miesięcy później składa kwiaty pod pomnikiem ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego w Warszawie. Jaką wymowę ma ten gest w kontekście jego postawy i poglądów politycznych? Dla mnie szyderczą. Na stronie internetowej ukraińskiej telewizji „112. Ukraina” (tv.112.ua) można zobaczyć deputowanego Kuprija w programie typu talk-show. Jest ubrany w zdobioną wzorami koszulę, będącą elementem stroju ludowego, która na Ukrainie nosi nazwę soroczka, a w Rosji rubaszka. Tak na Ukrainie ubierają się tylko nacjonaliści (banderowcy). To jest ich znak rozpoznawczy.

Mam zatem do pani Kozłowskiej prośbę, żeby dała sobie spokój z „symbolicznymi gestami”. Może wymagają ich od niej George Soros i Marcin Święcicki, ale ci Polacy, którzy nie są na liście płac George’a Sorosa takich gestów nie tylko nie potrzebują, ale ich sobie nie życzą. Najpierw musi nastąpić całkowite odrzucenie przez Ukrainę tzw. integralnego nacjonalizmu we wszystkich wydaniach (melnykowskim i banderowskim), zaprzestanie jego heroizacji i przynajmniej symboliczne osądzenie jego zbrodni. Dopiero wtedy mogą nastąpić symboliczne gesty.

Oczywiście hucpa pod Pomnikiem Wołyńskim w Warszawie nie była skierowana do narodu polskiego, ale do rodzimej „klasy politycznej”, którą takie gesty w pełni zadowalają jako surogat „pojednania polsko-ukraińskiego”. Pojednania fałszywego, bo dyktowanego z zewnątrz przez tych, dla których Polska i Ukraina są pionkami rozgrywanymi na geopolitycznej szachownicy przeciw Rosji. To tylko świadczy o tym, że niepodległa Polska po 1989 roku jest bardziej podległa niż PRL, a nawet niż Królestwo Kongresowe i Księstwo Warszawskie.

[1] Organizatorka EuroMajdanu w Warszawie: UPA walczyła z Polakami za niepodległą Ukrainę, http://www.kresy.pl, 3.04.2014.

http://kresy.info.pl/menu-serwisu/publikacje/1191-parodia-pojednania-polsko-ukraiskiego

Parodia pojednania polsko-ukraińskiego

„Myśl Polska” nr 3-4 (2069/70), 17-24.01.2016, s. 9

Bohdan Piętka

Oświęcim, 8 stycznia 2016 r.

Szaleństwo czy zdrada?

Poseł Robert Winnicki w oficjalnej interpelacji zapytał rząd na jakich warunkach udzielono Ukrainie kredytu w wysokości 4 mld złotych z rezerw Narodowego Banku Polskiego oraz czy rząd sprawdził zdolność Ukrainy do spłaty kredytu i jakie gwarancje uzyskał, że kredyt zostanie spłacony[1]. Odpowiedzi na tę interpelację udzielił mu w formie dosyć szczególnej, bo na facebooku, dr hab. Przemysław Żurwaski vel Grajewski – członek Gabinetu Politycznego ministra spraw zagranicznych, czołowy przedstawiciel obozu wojującej rusofobii i skrajnego ukrainofilstwa w szeregach PiS.

Żurawski vel Grajewski stwierdził, że nie należy zwracać uwagi na to, czy Ukraina odda Polsce 4 mld złotych. Stanowisko to uzasadnił następująco: „Powstrzymywanie Rosji musi kosztować. Odda, nie odda – warto zainwestować”[2]. Od razu nasuwa się pytanie, w co chce inwestować rezerwy NBP dr Żurawski vel Grajewski? W pomniki Stepana Bandery[3], niedawno odsłonięty ogromny pomnik przywódców koliszczyzny w Humaniu, a może w czekoladowy biznes Petro Poroszenki? Domyślam się, że politolog z Uniwersytetu Łódzkiego uważa, iż jest to inwestycja w bezpieczeństwo Polski, rzekomo śmiertelnie zagrożonej przez Rosję. Co prawda nie potrafię powiedzieć, do jakiej części terytorium Polski zgłasza pretensje Rosja i czy np. obywatele rosyjscy wysuwają do Polski roszczenia majątkowe – jak czynią to amerykańscy obywatele narodowości żydowskiej, wspierani w tym przez ambasady USA i Izraela – ale przyjmijmy, że dr Żurawski vel Grajewski ma rację.

Załóżmy, że Rosja rzeczywiście chce dokonać podboju Polski i jest to zagrożenie całkowicie realne. Czy w takim razie dr Żurawski vel Grajewski nie widzi absurdalności koncepcji oparcia bezpieczeństwa Polski na sojuszu z Ukrainą, czyli na sojuszu z banderowcami? Trzeba sobie bowiem uświadomić, że sojusz z pomajdanową Ukrainą jest właśnie sojuszem z banderowcami. Są oni – jak to wykazały chociażby noworoczne marsze ku czci Stepana Bandery – jedyną zorganizowaną siłą polityczną na Ukrainie, która ma struktury lokalne i która w razie kryzysu politycznego bez problemu przejmie władzę. Chociaż obecnie od bezpośredniego rządzenia są odsunięci, to pomajdanowy reżim liczy się z nimi, afirmując ich idee – o czym świadczy chociażby ustawodawstwo z 9 kwietnia 2015 roku, gloryfikujące OUN-UPA. Czy naprawdę nikt w obozie PiS nie zdaje sobie sprawy z ryzyka i niebezpieczeństwa takiego sojuszu?

Politycy i publicyści pisowscy głoszą, że banderowcy nie są wrogami Polski, ale Rosji. Otóż głęboko się mylą. Swój antypolonizm banderowcy co najwyżej z taktycznych względów wyciszyli – chociaż nie do końca, o czym świadczą różne incydenty. Jaki jest stosunek banderowców do Polski pokazuje m.in. przykład pani Natalii Panczenko – absolwentki Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, prominentnej działaczki ukraińskiej Fundacji Otwarty Dialog i liderki organizacji Euromajdan Warszawa. Pani ta – będąca pupilką byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego i warszawskiego klubu „Gazety Polskiej” – znana jest z publicznej gloryfikacji UPA. W jednym z wywiadów oświadczyła, że „UPA walczyła z Polakami o niepodległość Ukrainy”. Nazwała też Gdańsk miastem niemieckim.

Gdyby Rosja rzeczywiście chciała dokonać podboju Polski, to bez trudu przeciągnie banderowców na swoją stroną, oferując im Zakerzonie (wschodnia część województw lubelskiego i podkarpackiego), a nawet więcej, w zamian za Krym i Donbas. Wariant ten polityka rosyjska przećwiczyła w drugiej połowie XVIII wieku przy okazji pierwszego rozbioru Polski (1772), kiedy to Katarzyna II w zamian za swobodę ekspansji na ziemie podległe Turcji zaoferowała Austrii tę część terytorium Polski, którą nazwano Królestwem Galicji i Lodomerii. Podobnie zresztą – w wypadku poważnego konfliktu z Polską – bez trudu przeciągną banderowców na swoją stronę Niemcy. Banderyzm bowiem zawsze był nurtem proniemieckim, ale nigdy propolskim.

Koncepcja antyrosyjskiego sojuszu z banderowcami jako gwarancji bezpieczeństwa Polski do złudzenia przypomina sojusz polsko-pruski z 1790 roku, który zawarło tzw. stronnictwo patriotyczne (protoplaści XIX-wiecznego nurtu insurekcyjnego i dzisiejszego PiS) i który doprowadził do katastrofy drugiego rozbioru Polski (1793). W myśl przebiegłej polityki króla Prus Fryderyka Wilhelma II sojusz ten był prowokacją obliczoną na zamknięcie Warszawie wszelkich dróg do porozumienia z Rosją. Natomiast w myśl rojeń przywódców stronnictwa patriotycznego Prusy miały być obrońcą niepodległości Polski przed Rosją. Po zmianie sytuacji geopolitycznej – czyli powrotu Prus do współpracy z Rosją na tle walki z rewolucyjną Francją – zamiast pruskiego korpusu posiłkowego, oczekiwanego podczas wojny polsko-rosyjskiej w 1792 roku, wkroczył do Polski w styczniu 1793 roku pruski korpus obserwacyjny, zajmując Wielkopolskę jeszcze przed formalnym dokonaniem drugiego rozbioru. Tak samo jak w 1790 roku dzisiejsza polityka polska poprzez sojusz z banderowcami i dążenie do instalacji bez NATO w Polsce zamyka wszelką możliwość bezpośredniego dialogu politycznego z Rosją. Czyli stawia wszystko na jedną kartę, nie biorąc pod uwagę możliwych do przewidzenia negatywnych konsekwencji zmiany stanowiska politycznego Zachodu i zmiany sytuacji politycznej na Ukrainie.

Te historyczne aluzje chyba jednak nie robią wrażenia na Przemysławie Żurawskim vel Grajewskim, który w polemice na facebooku zaprzeczył, by państwo ukraińskie przejęło kiedykolwiek część polskich ziem lub mienia. Według politologa z Uniwersytetu Łódzkiego polskie Kresy południowo-wschodnie zagarnęła w 1939 i 1945 roku nie sowiecka Ukraina, ale Rosja (sic!). Stwierdził on wprost: „Nic mi nie wiadomo, by państwo ukraińskie zagarnęło jakiekolwiek ziemie czy majątek Rzeczypospolitej, czy to w 1939 roku czy kiedykolwiek indziej. Zawsze czyniło to imperium rosyjskie”[4].

W 1918 roku, kiedy Zachodnioukraińska Republika Ludowa zagarnęła Lwów, także? W swoim ukraińskim szaleństwie Żurawski vel Grajewski jest bezwzględnie cyniczny, bo świadomie nie zauważa czystki etnicznej na Polakach i zagarnięcia ich mienia w latach 1943-1944. Zbrodni tej co prawa nie dokonało państwo ukraińskie, ale Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów-Banderowców – dążąca do stworzenia takiego państwa (faszystowskiego i sprzymierzonego z III Rzeszą) – nie zmienia to jednak w niczym faktu, że uczyniła to ręka ukraińska. Mało tego! Zbrodnia z lat 1943-1944 stanowiła dla banderowców – czego nie ukrywali w oficjalnej propagandzie – akt założycielski państwa ukraińskiego, które miało być „czyste jak szklanka wody” od „obcoplemieńców”.

Członek Gabinetu Politycznego ministra Waszczykowskiego odniósł się także do słynnych wypowiedzi swojego szefa dla „Daily Telegraph” oraz agencji Reutera. W wywiadzie dla „Super Expressu” Żurawski vel Grajewski stwierdził wprost, że minister Waszczykowski niepotrzebnie łagodził wymowę wypowiedzi udzielonej dziennikowi „Daily Telegraph”. Jego zdaniem najważniejsze jest „bezpieczeństwo państwa” i dlatego w sytuacji „zagrożenia ze strony Rosji” oraz ewentualności wystąpienia Wielkiej Brytanii z UE, Polska powinna zgodzić się na ustępstwa w sprawach socjalnych dla polskich emigrantów zarobkowych na Wyspach Brytyjskich. „Sytuacja międzynarodowa jest zła i musimy pilnie zadbać o militarną osłonę Polski, co jest warte swojej ceny. Czy ta cena byłaby wygórowana? Moim zdaniem nie, gdyż nie chodziło o pozbawienie Polaków na Wyspach przywilejów, jak to jest przedstawiane. Chodziło o pozbawienie możliwości wysyłania świadczeń na dzieci przebywające w Polsce (…). Pozostanie Brytyjczyków w UE jest istotnym interesem Polski. I możliwość powiedzenia przez rząd Camerona, że jakieś sukcesy odnosi, żeby przekonać swoich obywateli do pozostania w UE, jest także w interesie Polski. Unia bez Londynu to słabsze więzi transatlantyckie, słabsze stanowisko UE wobec Rosji itd. (…) Unia powinna wspomóc tę część brytyjskich elit, które chcą w UE pozostać. Nawet, jeżeli będzie to kosztowało” – oświadczył Żurawski vel Grajewski[5].

A więc handel wymienny: bazy NATO w Polsce i napinanie brytyjskich muskułów jako polska polityka mocarstwowa wobec Rosji w zamian za likwidację socjalu dla polskich emigrantów. Niechcący znowu przypomina mi się przywołany wyżej sojusz polsko-pruski z 1790 roku. Wtedy ówczesne stronnictwo patriotyczne godziło się na oddanie Prusom Gdańska i Torunia w zamian za możliwość prężenia pruskich muskułów przed Rosją.

Na portalu wpolityce.pl wypowiedzi Żurawskiego vel Grajewskiego jeden z czytelników skomentował następująco: „ci co wyemigrowali to już nie wrócą i pies ich je…ł; bezpieczeństwo tych, którzy zostali jest najważniejsze!” Wypowiedź tego czytelnika i wypowiedzi doradcy ministra Waszczykowskiego pokazują jak w soczewce całą ideologię pisowską. Opiera się ona na dwóch filarach: graniczącej z obłędem nienawiści do Rosji oraz nienawiści tych, którym się w życiu nie powiodło do tych, którym się w życiu powiodło (taka nowa walka klas). Czy w oparciu o takie filary da się jednak przeprowadzić szumnie zapowiadaną modernizację kraju?

Z wypowiedzi Żurawskiego vel Grajewskiego należy wnioskować, że dla otwarcia nowego rozdziału w odwiecznej polskiej walce z Rosją pisowcy są gotowi poświęcić bardzo wiele. Rezerwy Narodowego Banku Polskiego i uprawnienia socjalne polskich emigrantów, to na pewno nie jest jeszcze ich ostatnie słowo. Jak wiele są w stanie poświęcić jeszcze nie wiemy, ale w najbardziej pesymistycznym scenariuszu można założyć, że tak jak ich XVIII-wieczni protoplaści ze stronnictwa patriotycznego będą gotowi poświęcić wszystko.

Nasuwa się w związku z tym pytanie czy mamy tutaj do czynienia tylko z irracjonalną oceną położenia geopolitycznego kraju, wynikającą z wyznawanych fobii i mitów, czy jednak również ze świadomym działaniem na szkodę państwa i narodu w interesie zewnętrznego uczestnika (uczestników?) gry geopolitycznej? Krótko mówiąc, czy mamy do czynienia z szaleństwem czy zdradą?

Myślę, że dylemat ten na pewno rozstrzygną za kilkadziesiąt lat historycy. Odnosząc się jeszcze raz do fatalnego w skutkach przymierza polsko-pruskiego z 1790 roku chciałbym zwrócić uwagę na różnice pomiędzy ówczesnym a obecnym położeniem Polski. Wówczas zagrożenie ze strony Rosji było realne w dającej się przewidzieć perspektywie, a sojusz z wiarołomnymi Prusami je tylko przyspieszył. Obecnie to zagrożenie realne nie jest, bo Rosja nie prowadzi polityki imperialnej, ale politykę obrony obszaru geopolitycznego utożsamianego (z pewnymi modyfikacjami) z terytorium byłego ZSRR. Jednakże polityka lansowana przez Waszczykowskiego, Żurawskiego vel Grajewskiego, Macierewicza i ogólnie rzecz biorąc środowisko „Gazety Polskiej” może zagrożenie rosyjskie realnym uczynić.

[1] Winnicki do PiS: z czego Ukraina odda nam 4 miliardy złotych?, http://www.pikio.pl, 1.01.2016.

[2] Nieważne, czy Ukraina odda nam 4 mld złotych – wysoki urzędnik PiS-owskiego MSZ, http://www.kresy.pl, 4.01.2016.

[3] 1 stycznia 2016 roku położono kamień węgielny pod kolejny z nich – w Równem na Wołyniu.

[4] Nieważne, czy Ukraina odda nam 4 mld złotych…

[5] A. Wiejak, Doradca PiS uważa, że Polska powinna ustąpić w sprawie świadczeń dla Polaków w Wielkiej Brytanii, http://www.prawy.pl, 5.01.2016; Żurawski vel Grajewski o obcięciu zasiłków Polakom na Wyspach: „Musimy zadbać o militarną osłonę Polski, co jest warte swojej ceny”, http://www.wpolityce.pl, 5.01.2016.

http://kresy.info.pl/menu-serwisu/publikacje/1189-szalestwo-czy-zdrada

http://www.mysl-polska.pl/745

„Myśl Polska” nr 3-4 (2069/70), 17-24.01.2016, s. 8

Bohdan Piętka

Oświęcim, 7 stycznia 2016 r.

Nowy Rok banderowski

Jeszcze nie skończyła się awantura o Trybunał Konstytucyjny, a nadwiślańską kompradorską klientelę zachodnich demokracji, banków i korporacji, używającą obecnie szyldu Komitetu Obrony Demokracji, oraz niemieckich, austriackich, belgijskich i francuskich polityków, zatroskanych stanem polskiej demokracji (a faktycznie interesami międzynarodowych sieci bankowych i korporacji), zaczęła ekscytować nowa ustawa medialna. Wedle narracji podawanej kompradorskiej klienteli przez „Gazetę Wyborczą”, ustawa medialna tłumi wolność słowa w Polsce, ponieważ odbiera tzw. media publiczne „siłom demokratycznym” i oddaje je w ręce PiS-u. Czy jednak te media będą w rękach „sił demokratycznych” czy PiS-u, to zawsze będą miały na pewno jedną rzecz wspólną. Mianowicie taką, że o pomajdanowej Ukrainie mówi się tylko dobrze, albo wcale.

W myśl tej niepisanej zasady nadwiślańskiej poprawności politycznej, łączącej w Polsce obóz „obrońców demokracji” z obozem „pełzającej dyktatury”, media publiczne oraz prywatne – zarówno te będące w rękach „obrońców demokracji” (TVN, Polsat, RMF FM, TOK FM, onet.pl, gazeta.pl), jak i te będące w rękach zwolenników „pełzającej dyktatury” (TV Republika, TV Trwam, Radio Maryja, niezależna.pl, naszdziennik.pl) – nie poinformowały o masowych marszach ku czci Stepana Bandery na Ukrainie 1 stycznia 2016 roku. Media te natomiast obszernie informowały o nowym planie obronnym Rosji na lata 2016-2020, będącym odpowiedzią na przybliżanie infrastruktury wojskowej NATO do granic Rosji, sugerując, że jest to kolejny przejaw „polityki imperialnej” Kremla. Nagłośniono też kolejną wypowiedź ministra Waszczykowskiego, oskarżającego o wszelkie problemy wynikłe w ostatnich latach na Ukrainie Rosję, która wysłała „zielone ludziki” do innych krajów, aby odebrać część terytorium”[1].

Jako jedyny o banderowskich marszach na Ukrainie napisał niszowy portal prawy.pl, gdzie czytamy[2]:

„W licznych ukraińskich miastach, w tym w Kijowie, Lwowie, Odessie i Słowiańsku, w nocy 1 stycznia marszami z pochodniami uczczono 107 rocznicę urodzin ukraińskiego zbrodniarza Stepana Bandery. W Kijowie udział w wydarzeniu wzięło bagatela 3 tys. osób.

Na Placu Niepodległości stolicy Ukrainy złączyło się kilka pochodów, które przybyły z pochodniami, banderowskimi czerwono-czarnymi flagami, portretami Stepana Bandery, transparentami partii Swoboda i ugrupowania Prawy Sektor. Zgromadzony tłum skandował: „Chwała! Chwała! Chwała! Przywódcy narodu ukraińskiego!” i „Jesteśmy banderowcami! Nadchodzimy!”.

Domagali się też od ukraińskich władz uwolnienia „więźniów sumienia”, jak ich nazwali, czyli wszystkich skrajnych nacjonalistów, którzy do więzień trafili za swoje wyskoki. W zgromadzeniu uczestniczyli członkowie partii Swoboda, Kongresu Ukraińskich Nacjonalistów, Prawego Sektora, a także żołnierze, którzy brali udział w antyterrorystycznych operacjach w Donbasie[3].

Wszyscy oni odnotowali – jak podają ukraińskie media – „silnego ducha narodu ukraińskiego w walce z rosyjską agresją na wschodzie Ukrainy” oraz „że Ukraina powinna polegać na własnej sile i dzielić się wiarą w Boga”. Nacjonaliści podkreślali także, że „tylko jedność poprowadzi do zwycięstwa”.

Pojawiała się także antypolska retoryka, w której Polacy przedstawiani byli jako wrogowie i agresorzy, co powinno dać do myślenia władzom w Warszawie, tak bardzo bezkrytycznie podchodzącym do sytuacji na Ukrainie jeśli chodzi o wzrost antypolskich nastrojów (…).

Warto zwrócić uwagę na znaczną liczbę uczestników. Wbrew temu, co usiłuje się nam wmówić, zaraza ukraińskiego zbrodniczego nacjonalizmu rozprzestrzenia się szybko i wkrótce może stać się dla Polski poważnym problemem, w szczególności, że przyjęliśmy do siebie już ponad 1 mln ukraińskich imigrantów”.

Noworoczne marsze ku czci Stapana Bandery stały się od lat na Ukrainie, a zwłaszcza na Ukrainie pomajdanowej, nową świecką tradycją. Swoją oprawą i symboliką nawiązują one wprost do marszów NSDAP z lat 20. i 30. XX wieku. Chociażby z tego powodu powinny one wzbudzić zainteresowanie wiodących mediów polskich, których obowiązkiem jest nie tylko informowanie o tym polskiej opinii publicznej, ale alarmowanie europejskiej opinii publicznej. Przypadająca w Nowy Rok rocznica urodzin twórcy i przywódcy zbrodniczego ruchu politycznego – nawiązującego wprost do niemieckiego nazizmu i szukającego z nim współpracy – stała się na Ukrainie nieformalnym świętem państwowym. Obok rocznicy 28 kwietnia (utworzenie dywizji SS-Galizien), 14 października (domniemana data powstania UPA) i innych rocznic związanych z OUN i UPA, rocznica urodzin Bandery jest okazją do manifestowania siły przez pogrobowców ukraińskiego nazizmu, którzy odegrali znaczącą rolę w przewrocie kijowskim 2014 roku i którzy – wbrew temu co się wmawia opinii publicznej w Polsce – nie stanowią bynajmniej marginesu.

Na uwagę zwraca fakt, że oprócz tradycyjnie banderowskiego Lwowa tegoroczne marsze ku czci przywódcy pronazistwowskiego odłamu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN-B, czyli OUN-Bandery) odbyły się w regionach rosyjskojęzycznych, gdzie pogrobowcy banderyzmu mieli dotychczas niewielkie lub znikome wpływy. Zorganizowanie imponującej liczebnie manifestacji w rosyjskojęzycznej i niechętnej dotąd banderowcom Odessie było oczywiście prowokacją ze strony neobanderowców, ale dowodzi także ich rosnącej siły. Nie sądzę bowiem, że wszystkich uczestników marszu przywieziono z zewnątrz. Część musiała być miejscowa, a to oznacza, że po przewrocie kijowskim 2014 roku neobanderowcy zbudowali swoje struktury tam, gdzie wcześniej ich nie posiadali.

Oprócz Odessy marsze banderowskie odbyły się m.in. w takich miastach – wcześniej wolnych od pogrobowców OUN-B – jak Żytomierz (środkowa Ukraina), Dniepropietrowsk (południowa Ukraina), Sumy (północno-wschodnia Ukraina przy granicy z Rosją) i Słowiańsk (Donbas)[4]. To świadczy o tym, że pogrobowcy OUN-B mają swoje struktury na całej Ukrainie. Te struktury – w przeciwieństwie do wirtualnych partii politycznych z ukraińskiego parlamentu (w większości też pronacjonalistycznych) – są jedyną realną siłą polityczną na Ukrainie, która w wypadku kryzysu politycznego będzie miała decydujące znaczenie.

Zachodnia opinia publiczna niewiele wie o Stepanie Banderze i banderowskim (nazistowskim) odłamie OUN, który jest odpowiedzialny za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie. Powodem tego jest m.in. to, że neobanderowska propaganda przedstawia führera OUN-B jako więźnia obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, sojusznika USA w walce z komunizmem i ofiarę zamachu sowieckich służb specjalnych. Kto na Zachodzie wie, że bajeczka o więźniu KL Sachsenhausen jest kłamstwem? Bandera był bowiem w latach 1941-1944 internowany w oddziale dla więźniów uprzywilejowanych, który znajdował się w tzw. Zellenabau na terenie KL Sachsenhausen. Owi więźniowie uprzywilejowani[5] podlegali nie komendantowi KL Sachsenhausen, ale bezpośrednio Głównemu Urzędowi Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA). Nie znaczy to oczywiście, że ich życiu nic nie groziło, o czym świadczy tragiczny koniec gen. Stefana Grota-Roweckiego, który został rozstrzelany po trzynastu miesiącach uwięzienia w Zellenbau na osobiste polecenie Himmlera. Żadnemu nacjonaliście ukraińskiemu, osadzonemu w Zellenbau, włos z głowy jednak nie spadł.

Przeciętnemu człowiekowi niemiecki obóz koncentracyjny kojarzy się z wycieńczonymi postaciami w pasiakach, głodem, terrorem i nieludzką pracą ponad siły. Tak też wielu wyobraża sobie pana Banderę słysząc, że był on więźniem obozu koncentracyjnego. Któż ma pojęcie o tym, że pan Bandera nie nosił szarego drelichu w niebieskie pasy, nie cierpiał głodu i nie wykonywał pracy ponad ludzkie siły. Przez trzy lata przebywał w murowanej i ogrzewanej zimą celi, nosił cywilne ubranie, otrzymywał przyzwoite racje żywnościowe, miał prawo do korespondencji (m.in. z władzami III Rzeszy), pisania, czytania książek i spotykania się z innymi więźniami Zellenbau. W tym czasie stworzona przez niego organizacja, kierowana przez Mykołę Łebedzia i Romana Szuchewycza, dokonała ludobójstwa na Polakach z Wołynia i Małopolski Wschodniej. Zgodnie z planami swojego internowanego w Zellenbau wodza, które snuł jeszcze w latach 30. XX wieku oraz wytycznymi, które Bandera wydał tuż przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej 22 czerwca 1941 roku.

Któż na Zachodzie ma pojęcie o tym, że rzekomy więzień KL Sachsenhausen, po zwolnieniu z Zellenbau 27 września 1944 roku, współtworzył wraz z innymi nacjonalistami ukraińskimi różnych odłamów (banderowcami, melnykowcami, petlurowcami) Ukraiński Komitet Narodowy i Ukraińską Armię Narodową w służbie III Rzeszy.

To na Polsce jako kraju, którego naród padł ofiarą zbrodni ludobójstwa popełnionej przez banderowców, spoczywa obowiązek informowania świata o prawdziwej historii i naturze ruchu banderowskiego. To polskie władze i polskie instytucje odpowiedzialne za politykę historyczną mają obowiązek prostowania przed światową opinią publiczną kłamstw neobanderowskiej historiografii i propagandy oraz ostrzegania przed odradzaniem się ruchu banderowskiego na Ukrainie. Tego jednak nie czynią[6]. Na każdym kroku usprawiedliwiają polityczną rzeczywistość Ukrainy, ignorują płynące stamtąd zagrożenia oraz zamykają usta tym środowiskom w Polsce, które domagają się nagłośnienia w świecie prawdy o ludobójstwie wołyńsko-małopolskim i ostrzegają przed renesansem banderowskim na Ukrainie.

Polskiej opinii publicznej wmawia się – a robią to głównie osoby związane z „Gazetą Polską” oraz PiS – że renesans banderowski na Ukrainie nie jest skierowany przeciwko Polsce, tylko przeciwko Rosji. Że te marsze z pochodniami i czerwono-czarnymi flagami to tylko takie zabawy, niegroźny sentyment do legendy o „bohaterach” z UPA, bo przecież każdy naród musi mieć jakichś bohaterów. My mamy „żołnierzy wyklętych”, oni OUN i UPA. Przecież tamci też zabijali komunistów i Sowietów, a że przy okazji zarzynali i zarąbywali steki polskich wsi, to nie będziemy się o takie drobiazgi czepiać. Mówiąc po cichu między nami – te wołyńskie ofiary, to była śmierdząca gnojem wiejska hołota, a nie inteligencja z Katynia. Pies ich drapał. Liczy się przede wszystkim „dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego” i „polityka jagiellońska”, w której wielbiąca Stepana Banderę Ukraina jest „strategicznym partnerem” Polski. Partnerowi temu – jak to szczerze wyznał niedawno prominentny polityk PiS Ryszard Czarnecki – nie stawia się żadnych warunków.

Pan minister Waszczykowski głęboko myli się twierdząc, że głównym problemem na Ukrainie są „zielone ludziki” rosyjskiego pochodzenia. Jestem przekonany, że on wie, iż się myli, podobnie jak o szkodliwości dla Polski bezkrytycznego wspierania pomajdanowej Ukrainy wiedzą pozostali wykonawcy tej polityki. Nie wie tego jednak wielu ich zwolenników, zwiedzonych mirażem odbudowy Polski jagiellońskiej, tworzenia bloku Międzymorza czy czegoś tam jeszcze. Ostrzeganie ich naprawdę mi się już znudziło, więc ostrzegam po raz ostatni.

Problemem na Ukrainie nie są „zielone ludziki” – których przecież by nie było, gdyby nie sterowany z Zachodu przewrót kijowski w 2014 roku – ale właśnie neobanderowcy. Ideologia banderowska to nie są żarty i sentymentalizm. W pochodach ku czci Bandery i innych zbrodniarzy z OUN i UPA maszerują prawie wyłącznie młodzi ludzie. Setki tysięcy, a może miliony młodych Ukraińców zostały zatrute ideologią banderowską po 1991 roku. To niemal całe pokolenie. Tę młodzież – przeważnie zdegradowaną ekonomicznie w państwie regularnie rozkradanym przez oligarchię i kolonizowanym przez Zachód – otumaniono sfałszowaną historią OUN-UPA jako rzekomego „ruchu wyzwoleńczego” oraz zaszczepiono w niej nienawiść i pretensje do wszystkich sąsiadów Ukrainy o wszystko. Ci ludzie prędzej czy później zaczną mordować, bo taka jest istota ideologii banderowskiej oraz ruchów politycznych, które się do niej odwoływały i odwołują. Dowiedli już zresztą, że potrafią mordować jak ich protoplaści z OUN-UPA. Pokazali to podczas przewrotu kijowskiego – gdzie strzelali w plecy tłumu zgromadzonego na Majdanie – oraz pacyfikacji Donbasu, gdzie popełnili wiele zbrodni wojennych solidarnie przemilczanych przez wiodące polskie media wszystkich opcji. Żeby zaczęli mordować na skalę masową, muszą zaistnieć odpowiednie warunki polityczne. Nikt dzisiaj nie jest w stanie zaręczyć, że takie sprzyjające masowej zbrodni na Ukrainie warunki nie zaistnieją, a krzewiciele „polityki jagiellońskiej” to niebezpieczeństwo przybliżają.

[1] Waszczykowski: problemy zostały stworzone w Moskwie, http://www.wiadomosci.onet.pl, 2.01.2016.

[2] A. Wiejak, Ukraińcy marszem z pochodniami uczcili Stepana Banderę, http://www.prawy.pl, 2.01.2016.

[3] Pani red. Wiejak, używając eufemizmu stosowanego przez urzędową propagandę ukraińską, miała na myśli złożone z neobanderowców formacje ochotnicze, pacyfikujące Donbas i odpowiedzialne za wiele zbrodni wojennych (przyp. BP).

[4] Україною прокотилася хвиля Бандерівських маршів, http://www.5.ua (5 Канал TV), 1.01.2016.

[5] Byli to głównie nacjonaliści ukraińscy z S. Banderą i Jarosławem Stećko na czele, aresztowani po incydencie z tzw. proklamowaniem „rządu” J. Stećki we Lwowie 30 czerwca 1941 r., a także premier Francji Paul Reynaud, gen. Stefan Grot-Rowecki, Martin Niemöller i in.

[6] Okazję do publicznego zaprotestowania przeciw kultowi banderowskiemu na Ukrainie miał chociażby prezydent Andrzej Duda podczas niedawnej wizyty w Kijowie, kiedy przy składaniu kwiatów pod pomnikiem ofiar przewrotu kijowskiego z 2014 r. rozwinięto niemal za jego plecami czerwono-czarne flagi OUN-B. Okazji tej jednak nie wykorzystał.

http://www.mysl-polska.pl/742

Nowy Rok banderowski

http://kresy.info.pl/menu-serwisu/publikacje/1190-nowy-rok-banderowski

Bohdan Piętka

Oświęcim, 3 stycznia 2016 r.