Ukraina czci sprawców Rzezi Humańskiej

Grudniowa wizyta prezydenta Andrzeja Dudy i równoległa z nią wizyta szefa MON Antoniego Macierewicza w Kijowie dowiodły, że obóz polityczny nazywający się prawicowo-niepodległościowym nie tylko nie zmienił zasadniczych wektorów polityki wschodniej obozu liberalnego, czyli skrajnej rusofobii i ukrainofilstwa, ale je zaostrzył. Nie jest to zaskoczeniem dla obserwatorów polskiej sceny politycznej, śledzących od lat działania polityczne PiS i publicystykę jego mediów. Zaskoczeni mogą być tylko słabiej wyrobieni politycznie wyborcy PiS, który (tak samo zresztą jak PO) sprytnie wyciszył w kampanii wyborczej tematykę ukraińską i swoje proukraińskie (probanderowskie) nastawienie pokazał dopiero po wyborach prezydenckich i parlamentarnych.

W globalnym układzie

Międzynarodowy układ polityczny, w którym Polska tkwi od 1989 roku, a który jest zdeterminowany przez globalną hegemonię USA z jednej strony oreaz hegemonię Niemiec w Unii Europejskiej z drugiej strony, wyznaczył Polsce rolę podwykonawcy swojej neoimperialnej polityki na obszarze poradzieckim. Roli tej elity polityczne III i IV RP podjęły się równie ochoczo jak postawionego przed nimi przez te same ośrodki zadania tworzenia dobrobytu w krajach Europy Zachodniej oraz pomnażania zysków międzynarodowych banków i korporacji poprzez likwidację polskiej własności, deindustrializację kraju, otwarcie rynku krajowego dla kapitału spekulacyjnego i eksport polskiej siły roboczej.

Rola podwykonawcy polityki amerykańskiej i niemieckiej na Wschodzie była i jest uzasadniana przez warszawski mainstream polityczno-medialny hasłami, które odwołują się do polskich fobii antyrosyjskich oraz grają na polskich kompleksach i mitach, w tym przede wszystkim na micie odbudowy Rzeczypospolitej Obojga Narodów, do którego nawiązywała już koncepcja federacyjna Piłsudskiego z lat 1918-1920. Dlatego polityka ta jest akceptowana przez niemałą część Polaków, którym naiwnie wydaje się, że jest to polityka polska, zmierzająca do wzmocnienia pozycji Polski w Europie. Niestety za doktryną Giedroycia, którą w odniesieniu do Wschodu lansowali wszyscy prezydenci i premierzy po 1989 roku, kryje się tylko i wyłącznie interes amerykańskiego globalizmu.

Międzynarodowy układ polityczny, w którym Warszawa pełni rolę najwyżej politycznego podwykonawcy, zaprojektował dla Polski nie tylko politykę zagraniczną, ale także uzasadniającą ją politykę historyczną, którą skrótowo można opisać w trzech punktach.

(1) Nagłaśniany może być tylko Katyń i inne zbrodnie sowieckie, uważane w podtekście za zbrodnie „rosyjskie”, chociaż w NKWD oprócz Rosjan służyło niemało Ukraińców, Żydów i ludzi innych narodowości. (2) O zbrodniach niemieckich z reguły mówi się w kontekście zagłady Żydów z zastrzeżeniem, że dokonali jej nie Niemcy, ale bezprzymiotnikowi „naziści” przy jakimś współudziale polskim. Najdalej idzie w tym kierunku publicystyka J. Grabowskiego, J. T. Grossa i P. Śpiewaka, szczególnie z niedawnymi rewelacjami o wymordowaniu przez Polaków podczas okupacji niemieckiej od 120 do 200 tys. Żydów. (3) Całkowitym milczeniem – zwłaszcza wobec zachodniej opinii publicznej – pokrywa się ludobójstwo popełnione przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach i innych narodowościach Kresów Wschodnich II RP. Do tej – co jeszcze raz podkreślam – zaprojektowanej przez ośrodki zewnętrzne polityki historycznej akomoduje się w mniejszym lub większym stopniu polski mainstream polityczny po 1989 roku. Bez zastrzeżeń politycy wszystkich opcji rządzących w Polsce po 1989 roku przyjmowali i przyjmują punkt trzeci. Dlatego tematyka ludobójczych działań OUN-UPA jest relatywizowana i spychana na margines, a odradzanie się ideologii banderowskiej i gloryfikacja zbrodniczego dziedzictwa OUN-UPA na Ukrainie nie spotyka się z polskim sprzeciwem. Najbardziej brzemiennym skutkiem takiej postawy warszawskich elit jest to, że staje się niemożliwe nawet symboliczne osądzenie ludobójstwa ukraińskiego i upamiętnienie jego ofiar.

Przed polską opinią publiczną ukrywa się nie tylko rozmiary kultu zbrodniczych formacji OUN-UPA na pomajdanowej Ukrainie, ale przemilcza się także gloryfikację zbrodni prekursorów Doncowa, Konowalca, Bandery i Szuchewycza, od których czerpali oni wzorce dla swoich zbrodniczych działań. Najnowszym tego dowodem jest całkowite przemilczenie przez polskie media heroizacji Rzezi Humańskiej i koliszczyzny. Zanim jednak do tego przejdę, zwrócę uwagę na jeszcze jedno niemal przemilczane w Polsce wydarzenie, czyli na wizytę prezydenta pomajdanowej Ukrainy w Izraelu, do której doszło tuż po wizycie prezydenta Dudy w Kijowie.

Poroszenko w Izraelu

Najważniejszym elementem wizyty prezydenta Petro Poroszenki w Izraelu było jego wystąpienie w Knesecie 23 grudnia 2015 roku. Padły w nim trzy ważne oświadczenia.

Po pierwsze, Poroszenko stwierdził, że „tak jak Izrael Ukraina sąsiaduje z krajem, który odmawia nam prawa do bytu, i tak jak Izrael Ukraina najbardziej dąży do pokoju”[1]. Jest to manipulacja podwójna, ale zgodna z modelem propagandowym kreowanym przez Waszyngton. Ani Rosja Ukrainie ani Autonomia Palestyńska Izraelowi nie odmawia prawa do bytu. Nawet takie organizacje jak Hamas i Hezbollah nie stawiają już sobie realnie za cel zniszczenia Izraela. Wręcz przeciwnie. To Izrael dąży do zdławienia palestyńskich aspiracji niepodległościowych, a Ukraina podobnie postępuje wobec Donbasu, którego rewoltę sama wywołała, delegalizując po przewrocie kijowskim z 2014 roku język rosyjski i względną samorządność regionów rosyjskojęzycznych.

Po drugie, Poroszenko nazwał Żydów budowniczymi Ukrainy. Jego zdaniem „Żydzi jako naród bezpośrednio uczestniczyli w budowie tego kraju” (Ukrainy – BP)[2]. Jest to wiadomość bardzo przykra dla polskich wyznawców mitologii Rzeczypospolitej Obojga Narodów, będących równocześnie krzewicielami idei Giedroycia, prometeizmu i „wiary ukrainnej”. Wedle ich mitologii to Polska przez wieki niosła na Wschód, a w pierwszej kolejności na ziemie obecnej Ukrainy, kaganiec kultury i cywilizacji, za co m.in. Ukraińcy powinni być Polsce bardzo wdzięczni. Tymczasem według mitologii pana Poroszenki bezpośrednimi budowniczymi Ukrainy byli Żydzi. To im wyraził za to publicznie wdzięczność w ich parlamencie. Kiedy w grudniu 2014 roku przemawiał w polskim Sejmie, nawet nie zająknął się o polskiej misji cywilizacyjnej na Wschodzie (np. Akademia Mohylańska), która wedle mitologii banderowskiej była podobno tylko brutalnym podbojem. Oczywiście mitologia pana Poroszenki na temat wkładu Żydów w budowę Ukrainy ma dość luźny związek z faktami historycznymi. Jeżeli w jakiejś mierze jest prawdziwa, to raczej w odniesieniu do historii najnowszej. Mam na myśli okoliczności przewrotu kijowskiego z 2014 roku i rolę jaką odegrał w nim chociażby George Soros.

Po trzecie, Poroszenko przeprosił w Knesecie Żydów za „udział poszczególnych Ukraińców w zbrodniach holokaustu”. Prezydent Ukrainy powiedział, że „w czasie okupacji terytorium Ukrainy przez Niemcy w latach II wojny światowej znaleźli się kolaboranci, którzy przyczynili się do przestępstw”[3]. Owi ukraińscy kolaboranci, mordujący Żydów wespół z Niemcami lub samodzielnie – których Poroszenko nie wymienił, ponieważ w większości są oni czczeni na pomajdanowej Ukrainie jako bohaterowie „ruchu wyzwoleńczego” – to kolaboracyjne bataliony „Nachtigall” i „Roland”, ukraińskie formacje policyjne w służbie III Rzeszy, bojówki OUN-B i UPA, Legion Wołyński, 14. Dywizja Grenadierów SS „Galizien” („Hałyczyna”) oraz Ukraińcy służący w załogach niemieckich ośrodków zagłady i obozów koncentracyjnych w Auschwitz, Bełżcu, Lublinie (Majdanek), Sobiborze i Treblince.

Okazuje się jednak, że przywódca Ukrainy może powiedzieć prawdę, może nazwać rzeczy po imieniu. Tylko nie w polskim Sejmie, gdzie rok temu Poroszenko wykpił kwestię ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego znanym cytatem z listu polskiego Episkopatu do niemieckiego z 1965 roku („wybaczamy i prosimy o wybaczenie”). Można przeprosić za zbrodnię ludobójstwa państwo poważne, jakim niewątpliwie jest Izrael. Inną miarę natomiast stosuje się wobec państwa drugiej kategorii, jakim jest obecne państwo polskie, co do którego Kijów ma stuprocentową pewność, że nie upomni się o kwestię pamięci i odpowiedzialności za zbrodnie OUN-UPA na Polakach i że postawa jego elit zawsze będzie proukraińska bez względu na to, co Kijów uczyni, ponieważ taka jest wola Waszyngtonu. Z takim państwem nie trzeba się liczyć, mając z góry zapewnione jego poparcie w każdej sprawie, które w wypadku Ukrainy jest Polsce dyktowane z zewnątrz. Można takie państwo traktować np. jako skarbonkę, co pokazała ostatnia wizyta prezydenta Dudy w Kijowie, który bez wahania wyłożył dla Ukrainy 4 mld złotych z zasobów Narodowego Banku Polskiego. Nigdy jednak takiemu państwu nie powie się słowa „przepraszam” za zbrodnie popełnione na jego narodzie przez formacje heroizowane przez obecną Ukrainę.

Gloryfikacja Rzezi Humańskiej

Mimo tych płomiennych deklaracji w Knesecie, nawet Żydzi muszą jednak czuć się zawiedzeni postawą pana Poroszenki, w tym przede wszystkim kreowaną na pomajdanowej Ukrainie polityką historyczną. Trudno, żeby było inaczej, skoro z jednej strony przeprasza się w Knesecie za udział kolaborantów ukraińskich w holokauście, a z drugiej strony heroizuje się na Ukrainie bataliony „Nachtigall” i „Roland”, OUN-UPA, czy dywizję SS-Galizien.

Jednakże gloryfikacja zbrodni i zbrodniczych tradycji politycznych sięga na pomajdanowej Ukrainie znacznie dalej niż czasów drugiej wojny światowej. O tym solidarnie milczą polskie media, zarówno „demokratyczne”, jak i „patriotyczne”. Mimo zajadłej walki, jaką toczą ze sobą jedne i drugie oraz powiązane z nimi obozy polityczne, jest coś, co je łączy ponad podziałami. Ten łącznik to niepisana zasada nadwiślańskiej poprawności politycznej, że o Ukrainie można mówić tylko dobrze, albo wcale.

Na szczęście oprócz polskich mediów są na świecie jeszcze inne, np. żydowskie. Oto bowiem 1 grudnia 2015 roku polskojęzyczny portal żydowski „Erec Israel” (www.izrael.org.il) poinformował o odsłonięciu w Humaniu pomnika Iwana Gonty oraz Maksyma Żeleźniaka, które według ukraińskiego portalu „Рідна Країна” ma nastąpić 5 grudnia. Uroczystość odsłonięcia pomnika sprawców Rzezi Humańskiej i koliszczyzny rzeczywiście nastąpiła w tym terminie. Na załączonym przez portal „Erec Israel” filmie można podziwiać ogromnych rozmiarów pomnik, którego odsłonięcie odbywa się przy akompaniamencie nacjonalistycznych pieśni wśród powiewających czerwono-czarnych flag OUN-B (Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów-Banderowców).

Portal „Erec Israel” przypomniał, że Rzeź Humańska, będąca jednym z najbardziej krwawych wydarzeń rewolty hajdamackiej (tzw. koliszczyzny), rozpoczęła się 21 czerwca 1768 roku. Tzw. hajdamacy[4] w samym Humaniu zamordowali wówczas – jak pisze portal „Erec Israel” – „ok. 20 tys.[5] Żydów, Polaków oraz ukraińskich unitów. Zbrodniarze nie oszczędzali kobiet i dzieci. Liczbę ofiar koliszczyzny szacuje się na od 100 tys. do 200 tys. zamordowanych (głównie Żydów i Polaków). Na tle tych straszliwych wydarzeń powstały m.in. „Sen srebrny Salomei” Juliusza Słowackiego, powieść poetycka „Zamek kaniowski” Seweryna Goszczyńskiego i „Koliszczyzna i stepy” Michała Grabowskiego”. Według portalu „Erec Isreal” pomnik przywódców koliszczyzny ufundowali lokalni oligarchowie, a idea jego wzniesienia wyszła od neobanderowskiej partii „Swoboda”. Na uroczystość pobłogosławienia pomnika zaproszono zwierzchnika niekanonicznego Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego – Filareta (właść. Mychajło Antonowycz Denysenko). Tego samego, który błogosławił bojówkarzy Prawego Sektora podczas przewrotu kijowskiego w 2014 roku.

Humań jest miejscem bliskim dla Żydów nie tylko ze względu na pamięć ofiar koliszczyzny, ale także dlatego, że w mieście tym znajduje się grób rabina Nachmana – prawnuka twórcy chasydyzmu Baal Szem Towa i założyciela ruchu chasydzkiego „Breslew”. Z okazji żydowskiego Nowego Roku (Rosz Haszana) grób rabina Nachmana jest odwiedzany przez pielgrzymów żydowskich z całego świata. W tym roku jednak – jak podaje portal „Erec Israel” – „żydowskich pielgrzymów atakowali ukraińscy nacjonaliści, związani m.in. z partią Swoboda”. Ponadto portal „Erec Israel” podał, że granitowy pomnik Gonty i Żeleźniaka waży pięć ton. Natomiast ukraiński portal „Рідна Країна” poinformował, że budowa pomnika przywódców koliszczyzny („powstania narodowowyzwoleńczego 1768 roku”) ma 47-letnią historię. Decyzję o jego budowie podjęły komunistyczne władze sowieckiej Ukrainy w 1968 roku. Kamień węgielny pod pomnik Gonty i Żeleźniaka wmurował w Humaniu w 200-lecie koliszczyzny towarzysz Petro Timofiejewicz Trońko (1915-2011) – wicepremier rządu Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Dopiero jednak pomajdanowa Ukraina doprowadziła do końca budowę pomnika sprawców Rzezi Humańskiej[6].

Pomnik Iwana Gonty i Maksyma Żeleźniaka, odsłonięty 5 grudnia 2015 roku w Humaniu na Ukrainie. Zdjęcie nie obejmuje ogromnego, kilkumetrowego cokołu. Fot. www.ridna.ua, 23.11.2015.

Pomnik Iwana Gonty i Maksyma Żeleźniaka, odsłonięty 5 grudnia 2015 roku w Humaniu na Ukrainie. Zdjęcie nie obejmuje ogromnego, kilkumetrowego cokołu. Fot. http://www.ridna.ua, 23.11.2015.

Obecna Ukraina jest państwem znajdującym się w stanie bankructwa. Nie stać tego państwa na obsługę zadłużenia zagranicznego oraz na wypłatę pensji i świadczeń społecznych dla swoich obywateli. Stać go natomiast na złote popiersie Stepana Bandery w ukraińskim parlamencie i pięciotonowy pomnik zbrodniarzy hajdamackich w Humaniu. Czy na takie cele zostaną przeznaczone również 4 mld złotych, zaoferowane Ukrainie przez prezydenta Dudę ze środków NBP? W tym miejscu chciałbym przypomnieć, że gdy niejaki Andrzej Lepper proponował finansować politykę społeczną i rozwojową Polski z rezerw NBP, wszyscy nadwiślańscy koryfeusze ekonomii – począwszy od Balcerowicza, a na „patriotycznych” ekonomistach z okolic PiS-u skończywszy – publicznie wyśmiewali tegoż Leppera jako głupca, który nie rozumie, że Narodowy Bank Polski nie może finansować polskiego budżetu. Okazało się jednak, że Narodowy Bank Polski może finansować ukraiński budżet i żaden Balcerowicz, Belka, Kołodko, Kuczyński, Rostowski, czy Szczęśniak nie uznał tego za niestosowne.

Wracając do Rzezi Humańskiej i koliszczyzny należy zaznaczyć, że zbrodnia ta była i jest usprawiedliwiana zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie. W Polsce koliszczyznę usprawiedliwiają wyznawcy „wiary ukrainnej”, czyli animatorzy idei Giedroycia i prometeizmu, zrzucając całą odpowiedzialność na Rosję. To Rosja miała sprowokować hajdamaków do antypolskiego wystąpienia, żeby powstrzymać proklamowaną w marcu 1768 roku konfederację barską. Wyznawcom „wiary ukrainnej” takie wytłumaczenie zupełnie wystarczy, by sprawę zamknąć, usprawiedliwiając zbrodnicze działania strony ukraińskiej ukrytą „ręką rosyjską”. Hipoteza o prowokacji rosyjskiej nie jest jednak do końca pewna. Jedynym jej źródłem byli świadkowie wydarzeń, w tym m.in. Claude Carloman de Rulhiére (1734-1791), autor „Historii anarchii w Polsce” („Histoire de l’anarchie de Pologne”). Teza o sprowokowaniu rewolty hajdamaków przez Rosję została przyjęta przez komisję śledczą, powołaną przez Sejm Czteroletni w 1790 roku, tylko na podstawie poszlak podawanych przez żyjących jeszcze świadków. Komisja ta we wniosku końcowym zastrzegła, że nie znalazła na to „żadnych dowodów w pismach”. Ze sceptycyzmem do hipotezy o rosyjskiej prowokacji odniósł się m.in. czołowy przedstawiciel warszawskiej szkoły historycznej, Tadeusz Korzon (1839-1918)[7].

Na Ukrainie z kolei koliszczyzna była i jest usprawiedliwiana przez komunistów i banderowców. Różnica między nimi jest tylko taka, że komuniści widzą w koliszczyźnie „rewolucję społeczną”, niemalże prekursora Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, a banderowcy „powstanie narodowowyzwoleńcze”. Jedni i drudzy usprawiedliwiają zbrodnie hajdamaków „polskim uciskiem”. Ich narracja jest mniej więcej taka: polska szlachta gnębiła pańszczyzną ukraińskie chłopstwo. Ucisk pańszczyźniany w Polsce przypominał swoim okrucieństwem niewolnictwo Murzynów i nie miał porównania w ówczesnej Europie Środkowo-Wschodniej. Większy i okrutniejszy był tylko w Rosji. Polska szlachta zasłużyła sobie zatem na okrutny los, jaki zgotowali jej hajdamacy w 1768 roku. Można byłoby się z takim punktem widzenia nawet zgodzić, gdyby nie dwa szczegóły.

Po pierwsze, hajdamacy nie cierpieli ucisku pańszczyźnianego, ich rewolta nie miała charakteru masowego powstania lub rewolucji społecznej[8], a terytorialnie była ograniczona do obszaru pomiędzy Bohem i Dnieprem. Nie byli pańszczyźnianymi chłopami także przywódcy tego ruchu. Iwan Gonta był setnikiem milicji nadwornej wojewody kijowskiego Franciszka Salezego Potockiego i dzierżawcą wsi, natomiast Maksym Żeleźniak Kozakiem zaporoskim. Pierwszy zresztą ogłosił się „księciem humańskim”, a drugi „księciem smilskim”, więc chyba nie zależało im na likwidacji feudalizmu. Po drugie, ofiarami koliszczyzny stała się nie tylko polska szlachta i żydowscy arendarze, ale każdy kto był Polakiem, Żydem i unitą bez względu na pochodzenia społeczne, a znalazł się w zasięgu rewolty hajdamackiej. Masowe mordy Polaków, Żydów, księży katolickich i unickich były połączone z rabunkiem ich mienia, profanacją świątyń i najczęściej z okrutnymi torturami. Pod tym względem koliszczyzna do złudzenia przypomina późniejsze o 175 lat ludobójstwo wołyńsko-małopolskie . To była ludobójcza czystka etniczna, na której wzorowali się banderowcy i do której nawiązali w latach 1943-1944, zarówno pod względem kryterium doboru ofiar, jak i metod zadawania im śmierci. Gonta i Żeleźniak torowali tutaj drogę dla Bandery i Szuchewycza.

Gloryfikacja koliszczyzny nie jest bynajmniej dziełem dopiero pomajdnaowej Ukrainy. Jako pierwszy ruch hajdamacki heroizował w XIX wieku ukraiński wieszcz narodowy Taras Szewczenko (1814-1861) w wierszach „Chłodny Jar”, „Szwaczka” i poemacie „Hajdamacy”. Sformułowanie „Na jedną szubienicę – Lacha i psa”, nawiązujące do hasła koliszczyzny „Lach, Żyd i pies to jedna wiara”, pojawiło się w latach 30. XX wieku w piosence Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów[9].

Do pierwszych upamiętnień sprawców koliszczyzny doszło już w czasach Ukrainy sowieckiej. Pełna gloryfikacja ruchu hajdamackiego, tak jak i ruchu banderowskiego, rozpoczęła się na Ukrainie po tzw. „pomarańczowej rewolucji” z 2004 roku. Zanim 5 grudnia 2015 roku odsłonięto w Humaniu ogromny pomnik Gonty i Żeleźniaka, powstały pomniki w Chrystynówce (Iwana Gonty) i w Chłodnym Jarze (hajdamaków) oraz ulice imienia Gonty w Czerniowcach, Dubnie, Kijowie, Lwowie, Winnicy i Żytomierzu[10].

Ślepa uliczka

Wyznawcy „wiary ukrainnej” nie dostrzegają jakiegokolwiek niebezpieczeństwa w oparciu się pomajdanowej Ukrainy na tradycji hajdamacko-banderowskiej. Ostatnio dał temu wyraz szef MSZ Witold Waszczykowski, który w wywiadzie dla portalu Kresy.pl powiedział m.in., że „Ja aż tak nie dostrzegam gloryfikowania banderyzmu na dzisiejszej Ukrainie. (…) dzisiaj w wielu przypadkach przyjmuje się go, czy jak Pan mówi gloryfikuje, jako skierowany przeciwko Rosji, a nie przeciw Polsce”[11]. Kult i odradzanie się banderyzmu na Ukrainie nie są skierowane przeciwko Polsce, ale przeciwko Rosji – to jest melodia, którą grają środowiska okołopisowskie od początku rewolty kijowskiej z przełomu 2013/2014 roku, a pan Waszczykowski ją tylko przypomniał. Drugą, jeszcze bardziej bezczelną melodią tych środowisk, jest kłamliwe stwierdzenie, że zbrodnie banderowskie inspirowali Sowieci. Przypomniał ją niedawno niemiecko-polski historyk Bogdan Musiał dodając, że współcześni nacjonaliści ukraińscy „nie będą w stanie stworzyć państwa na tyle silnego, by było dla Polski groźniejsze od Rosji Putina”[12].

Panowie Musiał i Waszczykowski wprowadzają całą resztę mniej biegłych w polityce wyznawców „wiary ukrainnej” w głęboki błąd, będąc tego – jak przypuszczam – w pełni świadomi. Pomajdanowa Ukraina jest państwem za słabym, by cokolwiek zrobić Rosji, co wykazały wydarzenia na Krymie i w Donbasie. Jest również państwem za słabym, by obronić Polskę przed Rosją. Dlatego ta cała prometejsko-giedroyciowska koncepcja Ukrainy jako zapory broniącej Polskę przed Rosją – pomijając fakt, że z takim zagrożeniem rosyjskim realnie nie mamy do czynienia – nie ma żadnego sensu. Jest nie tylko nielogiczna, ale wręcz śmieszna. Zresztą mają tego pełną świadomość ci jej głosiciele, którzy wiedzą, że to tylko przykrywka dla realizacji celów amerykańskiej polityki globalnej na obszarze poradzieckim rękami polskich podwykonawców. Pomajdanowa Ukraina jest natomiast państwem wystarczająco silnym, by w sprzyjających warunkach wyciągnąć rękę po Zakerzonie. Tych, którzy nie wiedzą co to jest informuję, że chodzi o kilkanaście powiatów województw lubelskiego i podkarpackiego, uważanych przez nacjonalistów ukraińskich za „ziemie utracone”. Wtedy się okaże czy heroizowana na Ukrainie tradycja hajdamacko-banderowska jest na pewno skierowana tylko przeciwko Rosji.

[1] Poroszenko nazwał Żydów budowniczymi Ukrainy, http://www.pl.sputniknews.com, 23.12.2015.

[2] Tamże.

[3] Poroszenko przeprosił Żydów za zbrodnie Ukraińców podczas Holokaustu, http://www.wschodnik.pl (Wschodnik-Nowiny z Ukrainy), 27.12.2015; Poroszenko przeprosił Żydów za zbrodnie popełnione przez „poszczególnych Ukraińców”, http://www.kresy24.pl, 28.12.2015; Президент Петр Порошенко извинился перед евреями за преступления украинцев в годы Холокостa, http://www.ukranews.com (strona internetowa agencji „Українські Новини”), 23.12.2015.

[4] Element kryminalny wywodzący się ze zbiegłego ukraińskiego chłopstwa, zubożałych mieszczan i Kozaków zaporoskich, aktywny na Ukrainie Prawobrzeżnej w XVIII wieku.

[5] Tadeusz Korzon uznał tę liczbę za przesadzoną. Jego zdaniem w Humaniu zginęło nie więcej niż 5 tys. ofiar. Władysław Serczyk stwierdził, że liczby zamordowanych w Humaniu nie da się jednoznacznie ustalić. Należy ją jednak szacować w tysiącach. Por. T. Korzon, Wewnętrzne dzieje Polski za Stanisława Augusta (1764-1794), t. I. Warszawa-Kraków 1897, s. 197-198; W. Serczyk, Hajdamacy, Kraków 1972, s. 329.

[6] Skandal w ukraińskim Humaniu – pomnik dla morderców Żydów, Polaków i unitów, http://www.izrael.org.il (portal Erec Israel), 1.12.2015; 5 грудня в Умані освятять пам’ятник Гонті і Залізняку, http://www.ridna.ua (portal Рідна Країна), 23.11.2015.

[7] T. Korzon, Wewnętrzne dzieje Polski, s. 198-200.

[8] Ukraińscy badacze szacują liczbę stałych uczestników koliszczyzny w jej szczytowym okresie pod koniec czerwca 1768 roku na około 1300 osób. Por. Koljiwszczina, (w:) Ukrajińskie kozactwo. Heneza-Prem’jer, Kijów-Zaporoże 2002, s. 251-252.

[9] G. Motyka, Ukraińska partyzantka 1942-1960, Warszawa 2006, s. 54.

[10] Morderca Polaków i Żydów ukraińskim bohaterem, http://www.fakty.interia.pl, 28.10.2009.

[11] Witold Waszczykowski dla Kresów.pl: Nie będziemy stawiać problemu polskiej mniejszości w sposób ultymatywny, http://www.kresy.pl, 16.12.2015.

[12] J. Engelgard, „Wołyń” Smarzowskiego tylko do „użytku wewnętrznego”?, http://www.mysl-polska.pl, 28.12.2015.

http://www.mysl-polska.pl/734

Ukraina czci sprawców Rzezi Humańskiej

Bohdan Piętka

Oświęcim, 28 grudnia 2015 r.

W ślepym zaułku idei Giedroycia

W dniach 14-15 grudnia 2015 roku prezydent Andrzej Duda złożył oficjalną wizytę w Kijowie. Opinia publiczna w Polsce – ekscytowana od wielu dni kolejnym tematem zastępczym, czyli tzw. konfliktem o Trybunał Konstytucyjny – prawie tej wizyty nie zauważyła. Wizyta prezydenta RP na Ukrainie znalazła się na marginesie przekazu wiodących mediów w Polsce. Być może była to taktyka celowa. Tematyka ukraińska jest bowiem od co najmniej pół roku wygaszana jako temat polityczny. Nie była obecna w obu kampaniach wyborczych i prawie nie ma jej w mediach.

Dzieje się tak dlatego, że opinia publiczna w Polsce w swojej większości nie akceptowała i nie akceptuje zaangażowania polskiego establishmentu politycznego po stronie pomajdanowych władz Ukrainy. Sprzeciw polskiej opinii publicznej budził i budzi przede wszystkim banderowski renesans, z jakim mamy do czynienia na Ukrainie w następstwie przewrotu z 2014 roku. Niewątpliwie też z entuzjazmem polskiej opinii publicznej nie spotkało się wciąganie Polski w konflikt z Rosją. Z tych zapewne powodów establishment polityczno-medialny w Polsce doszedł do wniosku, że należy mniej ostentacyjnie prezentować swoje zaangażowanie po stronie pomajdanowej Ukrainy.

Największym sukcesem odniesionym przez Andrzeja Dudę w Kijowie było to, że nie skompromitował się on jak jego poprzednik, który 9 kwietnia 2015 roku wygłosił przed parlamentem Ukrainy pełne wazeliny przemówienie, a zaraz potem tenże parlament uchwalił ustawy gloryfikujące OUN-UPA.

Poza tym wizyta obecnego prezydenta na Ukrainie rozwiała wszelkie nadzieje tej części elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, która liczyła na korektę polityki ukraińskiej Warszawy, chociażby w kwestii upomnienia się o pamięć ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego i sprzeciwu wobec państwowego kultu OUN-UPA na Ukrainie. Obóz polityczny, z którego wywodzi się prezydent Duda nie tylko nie zamierza korygować polityki proukraińskiej swoich poprzedników, ale dąży do jej eskalacji, co nie jest żadnym zaskoczeniem zważywszy na daleko idące zaangażowanie tego obozu w przewroty polityczne na Ukrainie w 2004 i 2014 roku oraz jego antyrosyjski mesjanizm polityczny. Polityka obecnych władz polskich będzie zatem brnęła jeszcze intensywniej w ślepy zaułek dawno przebrzmiałej idei Jerzego Giedroycia. Świadczy o tym zarówno wymiar historyczny, jak i polityczny wizyty prezydenta Dudy w Kijowie.

Wymiar historyczny

W wymiarze historycznym wizyta prezydenta RP potwierdziła, że kwestia upamiętnienia ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego nie będzie stawiana przez władze polskie jako istotny problem w stosunkach polsko-ukraińskich, co oznacza, że gloryfikacja zbrodniczego ruchu banderowskiego na Ukrainie – tak jak dotychczas – nie spotka się z negatywną reakcją Warszawy. Także obecny obóz rządzący w Polsce pokornie akceptuje fakt, że pomajdanowa Ukraina buduje swoją tożsamość narodowo-polityczną na tradycji banderowskiej i taką właśnie Ukrainę uznaje za najważniejszego partnera politycznego na Wschodzie.

Ludobójstwo wołyńsko-małopolskie pozostanie nadal na marginesie polityki historycznej Warszawy jako problem niechciany, kłopotliwy i zamiatany pod dywan. Główną osią polskiej polityki historycznej będzie narracja antysowiecka i antyrosyjska, współgrająca z identyczną narracją pomajdanowych władz w Kijowie. Dobitnie pokazały to ceremonie towarzyszące wizycie prezydenta Dudy w Kijowie.

Prezydent RP w pierwszej kolejności złożył wieńce na Wspólnej Mogile Ofiar Totalitaryzmu i pod Centralnym Monumentem Poświęconym Ofiarom Totalitaryzmu. Są to pomniki upamiętniające ofiary terroru sowieckiego, czyli – w myśl realizowanej w Polsce i na Ukrainie polityki historycznej – rosyjskiego. Postawienie znaku równania pomiędzy przymiotnikami „sowiecki” i „rosyjski” jest bowiem największym zabiegiem manipulacyjnym polskiej, ukraińskiej, a także litewskiej, łotewskiej i estońskiej polityki historycznej. Kontynuacją tej narracji było złożenie przez prezydenta Dudę wieńca pod Pomnikiem Ofiar Wielkiego Głodu 1932-1933. Poprzez tę ceremonię najwyższy przedstawiciel Rzeczypospolitej Polskiej kolejny raz dał wyraz uznania dla ukraińskiego, a ściślej rzecz biorąc banderowskiego punktu widzenia na historię Wielkiego Głodu. Wedle interpretacji banderowskiej, przyjętej na Ukrainie za prezydentury Wiktora Juszczenki, Wielki Głód był zbrodnią ludobójstwa popełnioną rzekomo głównie na Ukraińcach, której celem miała być zagłada nie tylko chłopstwa, ale całego narodu ukraińskiego i pogrzebanie jego dążeń niepodległościowych. Ta skrajna interpretacja ma wymiar nie tylko antyrosyjski, w kontekście postrzegania Rosji jako wyłącznego spadkobiercy ZSRR, ale służy także wybielaniu OUN-UPA. Na pytanie o zbrodnie banderowskie nacjonaliści ukraińscy zawsze rzucają hasło Wielki Głód i odpowiadają, że Ukraińcy wycierpieli więcej niż ktokolwiek, a Sowieci (w domyśle Rosjanie) byli gorsi.

Program wizyty prezydenta Dudy nie przewidział złożenia wieńca pod pomnikiem ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, ponieważ takiego pomnika nigdzie na Ukrainie nie ma i nie będzie. Ba, nie ma go także w Warszawie, gdzie skutecznie uniemożliwiono takie upamiętnienie polskich ofiar OUN-UPA, o jakie zabiegały środowiska kresowe. Zamiast monumentu zgodnego z oczekiwaniami i projektem Kresowian, postawiono na Skwerze Wołyńskim pomnik w formie, która nie razi Związku Ukraińców w Polsce i ambasady Ukrainy. Upamiętnia on – jak głosi napis – ofiary „zbrodni o znamionach ludobójstwa”. O znamionach, czyli nie wiadomo czy na pewno ludobójstwa. Znamię – według słownika języka polskiego – to „cecha charakterystyczna czegoś”. Na przykład zmiana na skórze może być znamieniem (cechą charakterystyczną) nowotworu, ale nie musi. Tak samo zbrodnie OUN-UPA, które upamiętnia pomnik na Skwerze Wołyńskim w Warszawie, mogą być w myśl napisu na nim ludobójstwem, ale nie muszą i autorzy tego napisu, a także identycznej w treści uchwały Sejmu, pozostawiają to kwestią otwartą. Należy dodać, że zgodnie z linią ukraińskiej (banderowskiej) polityki historycznej.

W linię tej polityki wpisał się wzorem swoich poprzedników również prezydent Duda podczas swojej kijowskiej wizyty. Co prawda oficjalnie podniósł on, że układanie relacji dwustronnych musi opierać się na prawdzie historycznej, nawet jeżeli jest ona bolesna, ale zaraz tę bombę rozbroił dodając, że „krzywdy z XX wieku nie powinny jednak kłaść się cieniem we wzajemnych stosunkach”[1]. O ile nie są to krzywdy doświadczone ze strony ZSRR utożsamianego z Rosją, chciałoby się dodać. Czyli nihil novi. Tak samo widzieli tę sprawę Aleksander Kwaśniewski, Lech Kaczyński i Bronisław Komorowski.

Prezydenci Andrzej Duda i Petro Poroszenko zapowiedzieli powołanie jakiejś polsko-ukraińskiej „instytucji dialogu” do dyskutowania o „znamionach ludobójstwa”, ale chyba nikt w Warszawie i Kijowie nie traktuje tego poważnie. Zresztą wątpliwości w tej kwestii nie pozostawił były szef ukraińskiego MSZ Wołodymyr Ohryzko, który na łamach ukraińskiej gazety „Deń” oświadczył: „Wyciąganie na scenę polityczną kwestii historycznych jest nieproduktywne. W pewnych kołach politycznych temat ten jest już podnoszony i jeśli do tego dojdzie, to będzie to błąd; historię należy pozostawić historykom, a politycy powinni patrzeć w przyszłość”[2]. Takie myślenie przyszłościowe jest typowe dla ludzi o brudnym sumieniu. Strona ukraińska nie zmieniła tego przyszłościowego myślenia od 24 lat, spotykając się przeważnie z pokorą, rzadziej z nieśmiałym sprzeciwem strony polskiej.

Prezydent Polski nie wyraził też sprzeciwu wobec powszechnej na Ukrainie gloryfikacji zbrodniczych formacji OUN-UPA jako rzekomych bojowników o niepodległość. Nie wyraził wreszcie zaniepokojenia odradzaniem się zbrodniczej ideologii banderowskiej, będącej przecież ukraińską wersją narodowego socjalizmu. Prezydentowi Polski i polskim elitom politycznym nie może nie być znanym fakt, że wszystkie partie polityczne reprezentowane w obecnym parlamencie ukraińskim – z wyjątkiem Bloku Opozycyjnego (skromna pozostałość po Partii Regionów) – odwołują się w mniejszym lub większym stopniu do tradycji banderowskiej. Warto przypomnieć, że zaniepokojenie banderowskim renesansem na Ukrainie wielokrotnie wyrażał prezydent Czech Milosz Zeman. On też – w zastępstwie polityków polskich – publicznie upomniał się o pamięć Polaków zamordowanych przez OUN-UPA.

Ostatnią ceremonią prezydenta Dudy w Kijowie było złożenie wieńca pod Krzyżem „Bohaterów Niebiańskiej Sotni”. Chodzi o ofiary masakry w Kijowie z 20 lutego 2014 roku, które według oficjalnej propagandy ukraińskiej zginęły z rąk milicyjnej formacji „Berkut”. Dzisiaj jednak na pewno wiadomo – i prezydent Duda nie mógł o tym nie słyszeć – że jest to kłamstwo. Do uczestników tzw. Majdanu strzelali nie milicjanci, ale snajperzy z budynków kontrolowanych przez organizatorów Majdanu[3]. Strzały padły m.in. z pokoju w hotelu „Ukraina”, który wynajmowali działacze noebanderowskiej „Swobody”[4].

Ceremonią pod Krzyżem „Niebiańskiej Sotni” prezydent Duda wpisał się w narrację mitu założycielskiego pomajadanowej Ukrainy – absolutnie fałszywego, tak samo jak mit banderowski – i tym samym przeszedł do wymiaru politycznego swojej wizyty.

Wymiar polityczny

Pomimo bezpardonowej walki, jaką wydał obozowi politycznemu Jarosława Kaczyńskiego odsunięty od władzy obóz liberalny, hucpy z Komitetem Obrony Demokracji, krzyków o zamachu stanu oraz mobilizowaniu przeciw obecnym władzom polskim polityków niemieckich i unijnych, w jednym „obóz obrońców demokracji” pozostał zgodny z „obozem pełzającej dyktatury” – w serwilistycznej polityce wobec pomajdanowej Ukrainy.

„Gazeta Wyborcza”, zapowiadając wizytę prezydenta Dudy w Kijowie, wyrzuciła mu swoje żale piórem red. Pawła Wrońskiego: „Wizyta głowy (państwa – uzup. BP) odbywa się po czterech miesiącach urzędowania prezydenta Dudy. Jego poprzednik Bronisław Komorowski spotykał się ze swoim ukraińskim odpowiednikiem niemal co miesiąc. Do tej pory Andrzej Duda zdawał się pomijać tematykę ukraińską”. W związku z tym red. Wroński pogroził mu palcem: „Wizyta prezydenta na Ukrainie może być najważniejszą do tej pory jego wizytą zagraniczną. Okaże się, czy Polska nadal będzie skutecznym ambasadorem Ukrainy w UE, czy też rola ta należy do przeszłości”[5].

Obawy red. Wrońskiego okazały się przedwczesne, a rezultaty wizyty prezydenta Dudy w Kijowie przeszły jego najśmielsze oczekiwania. Prezydent RP nie zawiódł red. Wrońskiego ani ogłaszając, że będzie wspierał „europejskie aspiracje” Ukrainy, ani zapowiadając poparcie dla utrzymania sankcji wobec Rosji, ani opowiadając się za „trwałym pokojem” w Donbasie na zasadach ukraińskich[6].

Ukraiński politolog Ołeksandr Palij podsumował wizytę prezydenta Dudy następująco: „Dla nas najważniejsze jest to, że Polska twardo stoi przy Ukrainie, nie stwarza problemów, a wręcz nam pomaga”[7]. Myślę, że jest to najlepsze podsumowanie nie tylko kijowskiej wizyty polskiego prezydenta, ale całej polityki polskiej wobec Ukrainy na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza. Polityki odwołującej się do mitycznych koncepcji Jerzego Giedroycia i wpisującej się w realizację amerykańskich planów geopolitycznych wobec obszaru poradzieckiego. Istotnie – Polska nie sprawia problemów Ukrainie – ale pomajdanowa Ukraina prędzej czy później sprawi wielki problem Polsce, o czym pogrobowcy Giedroycia zdają się nie wiedzieć.

Prezydent Duda, w imię giedroyciowskich i prometejskich mitów, okazał w Kijowie znacznie większą hojność z kieszeni polskiego podatnika niż jego poprzednik. O ile Bronisław Komorowski zaoferował Ukrainie 75 mln euro (300 mln złotych), to Andrzej Duda „otworzył linię kredytową” w wysokości miliarda euro (czterech miliardów złotych)[8]. Nie jest to żadna linia kredytowa, ale darowizna. Jest chyba oczywiste, że kraj niewypłacalny, stojący na krawędzi bankructwa, który oficjalnie odmawia spłaty swojego zadłużenia zagranicznego[9], nigdy tego „kredytu” Polsce nie zwróci. Wygląda na to, że PiS chce wziąć na utrzymanie polskiego budżetu nie tylko rodziny wielodzietne, ale także ukraińskich oligarchów. Z „linii kredytowej” prezydenta Dudy raczej nie skorzystają przeciętni obywatele Ukrainy. Od miesięcy wielu z nich nie otrzymuje wynagrodzeń i emerytur, podczas gdy skompromitowany rząd Jaceniuka przyznał sobie ostatnio 25-procentowe podwyżki[10].

Oprócz „linii kredytowej” prezydent Duda zaoferował władzom w Kijowie poparcie na forum UE w sprawie przedłużenia sankcji unijnych wobec Rosji. Nowością, która zaskoczyła wielu obserwatorów była też zapowiedź Andrzeja Dudy forsowania udziału Ukrainy w warszawskim szczycie NATO w 2016 roku[11].

Nieodpowiedzialność

Jeden z czołowych pisowskich „jastrzębi”, Ryszard Czarnecki, oficjalnie przyznał, że „Realnie Polska wciąż jest największym adwokatem i ambasadorem Ukrainy na arenie międzynarodowej. Nie stawia żadnych warunków wstępnych, gdyż dla Polski Ukraina ma charakter strategiczny (…)”[12]. Czy naprawdę nikt w Warszawie nie widzi nieodpowiedzialności tej polityki? Jej całkowitej iluzoryczności i głębokiej szkodliwości?

W sytuacji, gdy nawet Niemcy – jeden z inicjatorów i sponsorów majdanowej rewolty z 2013/2014 roku – nie mówiąc o np. Francji, Czechach, Słowacji i Węgrzech, coraz bardziej dystansują się od pomajdanowej Ukrainy i jej skompromitowanych władz, Warszawa uważa te władze za „strategicznego partnera”. Partnera do czego? Do polityki prometejskiej, której założenia rozwijano w realiach politycznych lat 20. i 30. XX wieku? Do realizacji koncepcji Giedroycia, powstałej w realiach zimnej wojny pół wieku temu? Czy nikt w Warszawie nie widzi, że kończy się rok 2015? Naprawdę nikt w polskim establishmencie nie rozumie, że Berlin i Bruksela będą dążyć do deeskalacji stosunków z Rosją i szukać z nią współpracy na polu walki z zagrożeniami płynącymi z Bliskiego Wschodu? Panowie Poroszenko, Jaceniuk i Saakaszwili nigdy nie byli traktowani przez UE jako „strategiczni partnerzy”, ale pionki w grze geopolitycznej. Obecnie ci panowie stanowią coraz większe obciążenie dla UE, którego Berlin i Bruksela będą chciały się pozbyć.

W związku z tym nasuwa się pytanie, jakie „europejskie aspiracje” Ukrainy chce wspierać prezydent Duda? Naprawdę wierzy on w to, że kraj, któremu obniżono rating ze „śmieciowego” do „częściowo niewypłacalnego”[13] może ubiegać się o członkostwo w UE? Czemu ma służyć wpychanie Ukrainy do NATO? Linią polityczną nowych władz w Polsce jest eskalacja napięcia z Rosją. Oprócz bezkrytycznego wsparcia dla pomajdanowej Ukrainy polityka ta ma przejawiać się w dążeniu do zerwania umowy NATO-Rosja z 1997 roku[14] i instalacji amerykańskich baz w Polsce, co zapowiedział szef MSZ Witold Waszczykowski[15]. W czyim interesie ta polityka tak naprawdę jest realizowana? Dlaczego media w Polsce ciągle nakręcają spiralę strachu przed Rosją, posługując się językiem wojennej propagandy?

W wywiadzie dla włoskiego dziennika „Corriere della Sera” prezydent Putin zauważył, że wydatki wojskowe USA są wyższe od pozostałych krajów świata razem wziętych i że to nie Rosja dąży do wojny z Polską i krajami bałtyckimi. „Tylko ktoś chory na umyśle albo ktoś śniący może wyobrazić sobie, że Rosja zaatakuje NATO” – stwierdził Putin[16]. Można jednak sobie wyobrazić sytuację przeciwną. To najprawdopodobniej w ten scenariusz wpisuje się polityka wschodnia obozu politycznego skupionego wokół PiS, która ma być jeszcze bardziej antyrosyjska i proukraińska od polityki jego poprzedników. Po zmianie steru rządów w Warszawie z opcji niemieckiej na amerykańską nie można się było zresztą spodziewać niczego innego.

[1] Ukraińskie komentarze po wizycie Andrzeja Dudy w Kijowie, http://www.wiadomosci.onet.pl, 16.10.2015.

[2] Tamże.

[3] Zabito ich z hotelu Ukraina. Dr Kaczanowski analizuje nowe informacje w sprawie masakry na Majdanie, http://www.kresy.pl, 25.11.2015; Nowa analiza dr. Iwana Kaczanowskiego: większość zabitych na Majdanie to ofiary uzbrojonych aktywistów, http://www.kresy.pl, 23.02.2015; Frankfurter Allgemeine Zeitung ujawnia przyczyny masakry na Majdanie, http://www.kresy.pl, 18.02.2015; Kto odpowiada za masakrę na Majdanie? Publikujemy cały raport dra Kaczanowskiego, http://www.kresy.pl, 28.10.2014.

[4] Rozsypuje się jeden z mitów ukraińskiego Majdanu, http://www.wolnemedia.net, 16.10.2015.

[5] P. Wroński, Co powie Duda w Kijowie, http://www.wyborcza.pl, 13.12.2015.

[6] P. Wroński, P. Andrusieczko, Prezydent Andrzej Duda ogłosił w Kijowie nowy etap w relacjach Polski i Ukrainy, http://www.gazeta.pl, 15.12.2015.

[7] Ukraińskie komentarze…

[8] Polska udzieli Ukrainie 4 miliardy złotych kredytu, http://www.kresy.pl, 15.12.2015.

[9] Ukraina odmawia spłaty długu Rosji, http://www.rp.pl, 20.11.2015.

[10] Ukraiński rząd dał Arsenijowi Jaceniukowi podwyżkę, http://www.pl.sputniknews.com, 14.12.2015.

[11] Andrzej Duda na Ukrainie: Polska jednoznacznie za sankcjami przeciwko Rosji, http://www.kresy.pl, 15.12.2015; Prezydent Duda w Kijowie: „Chcemy Ukrainy na szczycie NATO w Warszawie”, http://www.polskieradio.pl, 15.12.2015.

[12] Polityk PiS przyznaje: Polska adwokatem Ukrainy, nie stawia żadnych warunków wstępnych, http://www.kresy.pl, 16.12.2015.

[13] Agencja S&P obniżyła rating Ukrainy do „częściowo niewypłacalnego”, http://www.wmeritum.pl, 25.09.2015.

[14] Akt Stanowiący o podstawach wzajemnych stosunków, współpracy i bezpieczeństwa, podpisany 27 maja 1997 roku na szczycie NATO w Paryżu.

[15] Waszczykowski zapowiada, że będzie chciał zerwać umowę NATO-Rosja. „To było tylko porozumienie polityczne”, http://www.natemat.pl, 25.11.2015.

[16] To nie Rosja dąży do wojny z Polską i krajami bałtyckimi, http://www.argo.neon24.pl, 8.12.2015.

http://www.mysl-polska.pl/730

W ślepym zaułku idei Giedroycia

Myśl Polska” nr 1-2 (2067/68), 3-10.01.2016, s. 16-17

Bohdan Piętka

Oświęcim, 16 grudnia 2015 r.

Czeczeńska choroba polskiej prawicy

Sądziłem, że polska prawica nareszcie wyleczyła się z czeczeńskiej choroby. Miałem prawo tak przypuszczać po tym jak stworzony przez czeczeńskich wahabitów Emirat Kaukaski przyłączył się do Państwa Islamskiego, gdy w szeregi Państwa Islamskiego zaczęli masowo wstępować nie tylko ochotnicy z Kaukazu, ale również z czeczeńskiej emigracji w Europie Zachodniej (także ci, którzy urodzili się już na Zachodzie) oraz gdy polskie służby specjalne oficjalnie uznały przebywających w Polsce Czeczenów za źródło zagrożenia terrorystycznego. Niestety myliłem się. Czeczeńska choroba nie tylko nadal stanowi przypadłość polskiej prawicy, ale – obok rusofobii i antykomunizmu bez komunizmu – jest jednym z jej znaków rozpoznawczych.

Oto bowiem 6 grudnia 2015 roku red. Jan Bodakowski zamieścił na portalu prawy.pl tekst zatytułowany „Czeczenia. Wojna bez śladu – wstrząsający dokument o spacyfikowaniu kaukaskiego narodu”. W tekście tym red. Bodakowski reklamuje francuski film dokumentalny pt. „Czeczenia. Wojna bez śladu”, mający jego zdaniem obiektywnie przedstawiać konflikt rosyjsko-czeczeński. Film zrealizowano we Francji jeszcze przed zamachami paryskimi z 13 listopada 2015 roku i zapewne dlatego powiela on typową narrację czeczeńskiej diaspory w Europie Zachodniej – tej samej, która tak ochoczo garnie się do obcinaczy głów i handlarzy żywym towarem spod szyldu Państwa Islamskiego. Każdy zresztą może ocenić wartość tego filmu samodzielnie, został on bowiem załączony do artykułu red. Bodakowskiego. Wcześniej był wyświetlany – jak pisze redaktor portalu prawy.pl – „podczas festiwalu o prawach człowieka Watch Dock w Warszawie”.

Chodzi zapewne o 15. Międzynarodowy Festiwal Filmowy „Watch Docs” (4-10 grudnia 2015 roku). Na stronie internetowej tej imprezy można przeczytać m.in., że „Watch Docs to spotkania i dyskusje panelowe z udziałem ekspertów, obrońców praw człowieka, publicystów i polityków. W debatach organizowanych w ramach festiwalu udział wzięli między innymi Siergiej Kowaliow, Aleksander Milinkiewicz, Ludmiła Aleksiejewa, Tadeusz Mazowiecki, Ewa Łętowska, Wiktor Osiatyński, Andrzej Rzepliński czy Janina Ochojska”.

Czyżby to były „autorytety moralne” polskiej prawicy? A może są nimi tylko dla redaktora portalu prawy.pl? Czyżby nie wiedział on, że ideologia tzw. praw człowieka to taki neoliberalny marksizm-leninizm, który w zasadzie neguje wszystko to do czego tradycjonalistyczna i tożsamościowa prawica próbuje się odwoływać i czego chce bronić?

Ze strony internetowej festiwalu „Watch Docs” można się dowiedzieć, że prezentowane na nim filmy wpisują się w neoliberalną i zachodnią narrację poprawności politycznej, propagując m.in. genderyzm, multikulturalizm, prawa kobiet, prezentując wyłącznie amerykański punkt widzenia i obrzydzając szczególnie Rosję. Oczywiście wiele z tych filmów to filmy krytyczne, które krytykują prawie wszystko z wyjątkiem USA i Izraela. Poza tym jest to jeszcze jedno forum wzajemnego kadzenia sobie salonów, o czym świadczy panegiryk na cześć red. Michnika wyświetlany na tegorocznym festiwalu.

Pan red. Bodakowski swoją recenzję francuskiego panegiryku na cześć terroryzmu czeczeńskiego zaczyna od mocnego uderzenia w stylu Krystyny Kurczab-Redlich, najbardziej znanej polskiej wielbicielki „sprawy czeczeńskiej”. Pisze oto (pisownia oryginalna): „Los Czeczenii został, podobnie jak los Polski, zdeterminowany rosyjskim imperializmem. Kiedy Polacy walczyli o niepodległość i przetrwanie z Rosją, a z czasem i sowietami, podobny bój prowadzili Czeczeńcy. Los Czeczenii był jednak gorszy. Kiedy Polska po transformacji ustrojowej stawała się suwerenna, Rosjanie rozpoczęli eksterminację Czeczenów i utopili w krwi ich aspiracje narodowe”.

Redaktor portalu prawy.pl dał typowo marksistowską wykładnię dziejów. Tak jak u Marksa historia była zdeterminowana przez walkę klasową („Historia rodzaju ludzkiego jest historią walk klasowych”, „Manifest Komunistyczny”, rozdział 1), tak u red. Bodakowskiego jest zdeterminowana przez rosyjski imperializm. Poza nim nic w historii Polski i nie tylko Polski nie było. Nie jest prawdą, że Polacy cały czas walczyli z Rosją o przetrwanie. Tak mocno można postawić sprawę co najwyżej odnośnie okresu po 1864 roku z zastrzeżeniem, że polityka rusyfikacyjna była jednak nieskuteczna. Odległe od prawdy jest również stawianie na jednej płaszczyźnie polskiej i czeczeńskiej walki z Rosją. Skojarzenia z polskimi powstaniami może budzić powstanie Imama Szamila (1834-1859), ale nie budzi już takich skojarzeń Nordkaukasisches Sonderkommando „Schamil” – czeczeńska jednostka kolaboracyjna w służbie III Rzeszy, której działalność dostarczyła Stalinowi pretekstu do deportacji Czeczenów i Inguszów w 1944 roku.

Dalekim uproszczeniem jest także stwierdzenie, że po transformacji ustrojowej Rosjanie jakoby rozpoczęli eksterminację Czeczenów. Wręcz przeciwnie, przez sześć lat (1991-1994 oraz 1996-1999) tolerowali czeczeńską niepodległość. Aż do momentu, kiedy najpierw Dżochar Dudajew, a potem Asłan Maschadow stracili polityczną kontrolę nad Czeczenią, która stała się wylęgarnią bandytyzmu i przyczółkiem międzynarodowego terroryzmu islamskiego.

W dalszej części swojego tekstu red. Bodakowski jeszcze nachalniej powiela antyrosyjską narrację czeczeńską. Jego zdaniem: ,,Czeczenia. Wojna bez śladu” ukazuje Czeczenię dwie dekady od wybuchu walk o niepodległość. Kraj, w którym pamięć o czeczeńskich patriotach oraz o cywilnych ofiarach zbrodni dokonanych przez Rosjan i ich kolaborantów jest zakazana. Zamiast prawdy wszędzie obecna jest nachalna propaganda”.

Przede wszystkim jest ona obecna u pana redaktora.

O jakich to czeczeńskich patriotów chodzi panu redaktorowi? O Szamila Basajewa, Chamzata Gełajewa, Zelimchana Jandarbijewa, Salmana Radujewa, Mowładi Udugowa, Doku Umarowa – że wymienię najbardziej znanych i fanatycznych czeczeńskich wahabitów i terrorystów? A może o kryminalistę Arbi Barajewa, najbardziej znanego przedstawiciela biznesu polegającego na porwaniach (w tym cudzoziemców) dla okupu? Biznesu, który w okresie drugiej niepodległości czeczeńskiej (1996-1999) stał się najważniejszą – obok handlu czarnorynkowego i przemytu broni – gałęzią gospodarki czeczeńskiej. Pan redaktor prawdopodobnie nie wie, że wyżej wymienionym nie chodziło o żadną niepodległość Czeczenii, ale o międzynarodową rewolucję islamską. W tym celu zresztą przybył do Czeczenii niejaki Chattab (właść. Thamir Saleh Abdullah) – urodzony w Arabii Saudyjskiej obywatel Jordanii, wcześniej uczestnik wahabickich rebelii w Afganistanie, Bośni, Kaszmirze i Tadżykistanie. W Czeczenii został „bratem krwi” Szamila Basajewa. To byli prekursorzy tego, co dzisiaj nazywa się Państwem Islamskim i do czego z ochotą przyłączyli się ich epigoni z tzw. Emiratu Kaukaskiego. To oni – a nie Rosja – byli rzeczywistymi sprawcami tragedii i cierpień narodu czeczeńskiego. Faktyczną walkę o niepodległość prowadził co najwyżej Dżochar Dudajew i do pewnego momentu także Asłan Maschadow, dopóki nie uległ wahabitom.

Redaktor portalu prawy.pl, zafascynowany filmem francuskich obrońców praw człowieka, najwidoczniej wcześniej naczytał się także Mirosława Kuleby, Krystyny Kurczab-Redlich i Anny Politkowskiej, bo cytuje ich niemal dosłownie:

„W Czeczenii panuje, równie karykaturalny jak w Korei Północnej, kult jednostki – wszędzie wiszą portrety dyktatora z nadania Moskwy Ramzana Kadyrowa i jego pana Władymira Putina. Nawet podczas parad wojskowych nad pojazdami oddziałów złożonych z Czeczeńców powiewają flagi republiki z wkomponowanym olbrzymim portretem Kadyrowa, a elity rządzące występują w koszulkach z podobizną wodza. Karykaturalne spędy polityczne są obowiązkowe dla pracowników, za ich bojkotowanie traci się pracę (w Czeczenii poziom bezrobocia sięga 40 proc.). Kadyrow za zezwoleniem Putina z Czeczenii uczynił państwo islamskie, rządzone według szariatu. Wszelka pamięć o ofiarach reżimu jest zakazana. Pomoc Czeczeńcom starają się nieść rosyjskie organizacje praw człowieka”.

Epatowanie czytelnika formułką, że Ramzan Kadyrow – notabene uczestnik pierwszej wojny czeczeńskiej z Rosją (1994-1996) – to dyktator z nadania Moskwy stanowi daleko idące uproszczenie. Należałoby najpierw wyjaśnić, że jego ojciec Achmat Kadyrow (1951-2004), najwybitniejszy mufti czeczeński, był współtwórcą czeczeńskiej niepodległości w 1991 roku. Co się takiego stało, że ten sam Achmat Kadyrow, który w 1995 roku wyzwał Czeczenów, by „zabili tylu Rosjan, ile zdołają”, w 1999 roku przeszedł na ich stronę? Tego red. Bodakowski nie dowie się od pań Kurczab-Redlich i Politkowskiej, ale gdyby się wysilił, to by się domyślił, że jeden i drugi Kadyrow chcieli po prostu uratować swój naród przed przepaścią, do której spychali go wahabici. Chyba im się to udało i poza tym zachowali spory zakres autonomii, skoro w Groznym defilują dzisiaj wyłącznie wojska czeczeńskie, a Czeczenia rządzi się swoimi prawami. Dla polskiej prawicy jednak pojęcie realizmu politycznego nie istnieje, więc trudno wymagać od redaktora portalu prawy.pl zrozumienia takiej postawy.

Red. Bodakowski ignoruje fakt, że Ramzan Kadyrow cieszy się wśród mieszkańców Czeczenii równie przytłaczającą popularnością jak Władimir Putin wśród mieszkańców Rosji. Fakt to bolesny i niewygodny dla zwolenników tezy o rosyjskiej zagładzie Czeczenii, więc trzeba go przykryć taką narracją:

„Terror władzy nie ustaje. Ofiarami porwań i mordów zostają ciągle nowi niewinni czeczeńscy cywile. Dzieje się tak, gdyż za każdego złapanego rzekomego terrorystę Kadyrow dostaje kasę z Moskwy. Więc gdy nie ma już kogo łapać, i zarabiać ruble, musi siać terror wobec ludzi nie mających żadnych związków z bojownikami”.

Dalej pojawia się znajomo brzmiący argument o „ludobójstwie”:

„Rosjanie i ich kolaboranci odpowiadają w Czeczenii za masowe ludobójstwo, zbrodnie dokonywane na kobietach i dzieciach, tortury, porwania i morderstwa, urągające warunki więzienia ludności czeczeńskiej i bojowników, prześladowanie obrońców praw człowieka, niszczenie domów i masową ucieczkę uchodźców, oraz zapewnienie bezkarności zbrodniarzom”.

Rosyjska pacyfikacja Czeczenii była niewątpliwie brutalna, ale chyba nie bardziej brutalna niż amerykańskie pacyfikacje Afganistanu i Iraku. Wbrew temu, co twierdzą m.in. panie Kurczab-Redlich i Politkowska nie ma dowodów na to, że celem rosyjskiej pacyfikacji Czeczenii było dokonanie ludobójstwa. Pan red. Bodakowski jednak upiera się, że: „Przyczyną zbrodni wojennych Rosjan i ich kolaborantów w Czeczenii było ogłoszenie przez Czeczenów niepodległości w 1991 roku. Pierwsza wojna rozpoczęta agresją rosyjską na Czeczenię w 1994 roku zakończyła się w 1996 roku faktyczną niepodległością Czeczenii. Druga rosyjska agresja na Czeczenię w 1999 roku zakończyła się w 2003 roku zainstalowaniem złożonej z kolaborantów i kryminalistów prorosyjskiej dyktatury”.

Redaktor portalu prawy.pl ponownie mija się z prawdą historyczną. Interwencja rosyjska w Czeczenii w 1994 roku została rozpoczęta z inicjatywy oligarchy Borysa Bieriezowskiego – faktycznego władcy jelcynowskiej Rosji, który chciał w ten sposób odwrócić uwagę rosyjskiej opinii publicznej od skutków tzw. transformacji ustrojowej i tzw. reform rynkowych, których był największym beneficjentem (zgromadził majątek wartości 3 mld USD). Ten sam Bieriezowski – wypędzony z Rosji przez Putina w 2000 roku – stał się wielkim przyjacielem narodu czeczeńskiego i to za jego pieniądze pani Politkowska pisała swoje łzawe książki o rosyjskich zbrodniach w Czeczenii. Nie było też, panie red. Bodakowski, rosyjskiej agresji na Czeczenię w 1999 roku. Drugą wojnę czeczeńską wywołali wahabici z Szamilem Basajewem i Chattabem na czele, organizując 7 sierpnia 1999 roku tzw. rajd na Dagestan pod hasłem ustanowienia na Północnym Kaukazie islamskiego kalifatu.

Nie jest również prawdą, że druga wojna czeczeńska zakończyła się w 2003 roku zainstalowaniem „prorosyjskiej dyktatury”. Trwała znacznie dłużej. Rosja oficjalnie ogłosiła zakończenie operacji antyterrorystycznej w Czeczenii 16 kwietnia 2009 roku i dopiero po tej dacie wycofała stamtąd swoje wojska. Resztki partyzantki wahabickiej trwają na Północnym Kaukazie do dzisiaj. Istotne jest jednak to, na co red. Bodakowski w ogóle nie zwrócił uwagi. Mianowicie, że Czeczeńska Republika Iczkerii nie została zlikwidowana przez Rosjan, ale przez wahabitów. 31 lipca 2007 roku jej ostatni prezydent i zarazem współpracownik Al-Kaidy, Doku Umarow, ogłosił likwidację Czeczeńskiej Republiki Iczkerii i powołał tzw. Emirat Kaukaski, który od 2014 roku jest częścią Państwa Islamskiego.

Nawet uwielbiająca Czeczenów Krystyna Kurczab-Redlich zauważyła w swojej książce „Głową o mur Kremla”, że nie posiadają oni tradycji państwowej, że nigdy nie wyszli i nie potrafią wyjść poza takie formy organizacyjne jak ród i tejp. Właśnie dlatego Czeczeni, podzieleni na kilkaset tejpów, za bardzo nie wiedzieli w latach 1991-1999 co mają zrobić ze swoim niepodległym państwem.

We francuskim filmie i u pana red. Bodakowskiego nie ma w ogóle związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy terroryzmem czeczeńskich wahabitów i brutalnością rosyjskiej pacyfikacji. Widz i czytelnik nie dowiadują się o rajdzie na Budionnowsk, aktach terroru w teatrze na Dubrowce w Moskwie i szkole w Biesłanie. Przed oczami mają tylko straszliwy rosyjski terror:

„Normą w czasie rosyjskich agresji na Czeczenię były bombardowania i ostrzał obiektów cywilnych, powodujący masową śmierć kobiet i dzieci. Skala bombardowań i ostrzału artyleryjskiego była nieznana na innych współczesnych frontach. Rosjanie uniemożliwiali cywilom ucieczkę z bombardowanych i ostrzeliwanych terytoriów. Ludność cywilna z niszczonych przez Rosjan terenów przez długie miesiące żyła w piwnicach pod zbombardowanymi budynkami, bez dostępu do wystarczającej ilości jedzenia i wody, bez gazu, wody, elektryczności i opieki medycznej. Cywile, a szczególnie dzieci, poddane nieustannemu zagrożeniu śmiercią, wykazywały syndrom stresu pourazowego. Z równą brutalnością Rosjanie bombardowali konwoje cywilnych uciekinierów ze stref walk. Dodatkowo uchodźcy byli często bici, nieustannie okradani przez rosyjskich żołnierzy. Normą były dokonywane przez rosyjskich żołnierzy morderstwa na cywilach (też dzieciach i kobietach), często Czeczenki przed zamordowaniem były gwałcone przez rosyjskich żołnierzy (…)”.

Pozwolę sobie dalej nie cytować z wyjątkiem jednego zdania, którego nie rozumiem i które świadczy chyba o nie najlepszej kondycji umysłowej red. Bodakowskiego: „Terror Rosji i bezkarność zbrodniarzy wojennych stał się pożywką dla popularności wśród skazanych na zagładę i opuszczonych przez społeczność międzynarodową bojowników czeczeńskich”.

Pomijając stylistykę tego zdania, chciałbym zapytać o jakich znowu opuszczonych przez społeczność międzynarodową „bojowników” czeczeńskich chodzi? O takich jak Tarchan Batiraszwili – wojenny emir Państwa Islamskiego?

Nawet będąc sympatykiem sprawy czeczeńskiej nie można nie zadać pytania, czy aby na pewno za cierpienia tego narodu wyłączną winę ponosi Rosja? Czy nie ponoszą jej też w równym, a może i w większym stopniu animatorzy międzynarodowej rewolucji islamskiej oraz światowa finansjera, która nie mogąc znieść braku dostępu do rosyjskich surowców, rynków zbytu, bankowości, ubezpieczeń i siły roboczej nieustannie szuka sposobu osłabienia, rozbicia i „demokratyzacji” Rosji?

Na koniec muszę powiedzieć, że dzięki panu red. Bodakowskiemu poczułem się nagle młodszy o 20 lat. Cofnąłem się do 1 marca 1995 roku, kiedy po raz pierwszy na żywo usłyszałem narrację, którą uraczył on czytelników portalu prawy.pl. Tego dnia Komitet Wolny Kaukaz zorganizował na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego spotkanie z dwojgiem gości (panią i panem) z Czeczenii. Już prawie od czterech miesięcy trwała rosyjska interwencja wojskowa w Czeczenii. TVP pokazywała codziennie obrazy płonącego Groznego, dzięki czemu nie musiała zajmować się realizowanym wówczas w Polsce tzw. programem powszechnej prywatyzacji. Relacje z Groznego były pełne grozy i antyrosyjskiej demagogii w stylu idiotycznego hasła Komitetu Wolny Kaukaz: „dzisiaj Grozny, jutro Kijów, pojutrze Warszawa”.

Trzeba tutaj wyjaśnić, że Komitet Wolny Kaukaz początkowo tworzyły środowiska lewackie i anarchistyczne. Inicjatorem jego powstania był znany przywódca krakowskich anarchistów Marek Kurzyniec. W Katowicach Komitet Wolny Kaukaz tworzyło środowisko „Robotnika Śląskiego”, złożone z neomarksistów i trockistów, a w Poznaniu anarchosyndykaliści, znani obecnie jako Inicjatywa Pracownicza. Dopiero później do Komitetu Wolny Kaukaz dołączyła prawica, dzisiaj używająca szyldu Prawo i Sprawiedliwość, a jego twarzą został Piotr Lisiewicz – obecny wiceszef „Gazety Polskiej”.

Markowi Kurzyńcowi choroba czeczeńska przeszła po tym jak 17 grudnia 1997 roku został uprowadzony, gdy zawitał do Czeczenii z konwojem humanitarnym i przez 52 dni przebywał w rękach zbirów Arbiego Barajewa. Natomiast polskiej prawicy choroba czeczeńska nie przeszła do dzisiaj, czego żywym dowodem jest tekst red. Bodakowskiego.

Wracając do spotkania na Wydziale Nauk Społecznych UŚ, to pozytywnie zapamiętałem tylko panią z Czeczenii (chyba nauczyciel akademicki), która ciekawie mówiła o historii i kulturze swojego kraju. Natomiast pan wzbudził moją nieufność już w momencie, gdy przedstawiono go jako… działacza związków zawodowych. Jakie związki zawodowe mogły istnieć w Czeczenii? W czasach sowieckich były tam tylko kołchozy i jakaś drobna wytwórczość. Jednakże gdy w 1991 roku ogłoszono niepodległość i Moskwa wycofała dotacje, normalna gospodarka w Czeczenii uległa likwidacji. Od razu domyśliłem się, że chwyt ze związkami zawodowymi był obliczony na zagranie żywym wtedy u Polaków sentymentem do „Solidarności”. Wszystko to, co mówił przedstawiciel czeczeńskich „związków zawodowych” oraz to, co mówili działacze Komitetu Wolny Kaukaz było co najmniej dyskusyjne i zasługujące na spojrzenie z dystansu. Ale oczywiście w Polsce takie spojrzenie jest rzadkością, bo Polak głupi wszystko kupi. Zwłaszcza jak mu rzucą hasło „za naszą i waszą wolność”, postraszą Moskwą i powiedzą, że w Paryżu cenią polską odwagę.

Ja narracji działacza czeczeńskich „związków zawodowych” nie łykałem już 1 marca 1995 roku, więc mogłem się jedynie poczuć 20 lat młodszy, gdy red. Bodakowski mi ją przypomniał 6 grudnia 2015 roku. Notabene ciekawe co robi dzisiaj ten czeczeński „związkowiec”, jeśli żyje. Może z brodą do pasa, nożem i pistoletem maszynowym biega po Pustyni Syryjskiej?

Choroba czeczeńska polskiej prawicy świadczy o tym, że padające pod jej adresem z różnych stron wyrzuty o to, że jest jakoby najbardziej konserwatywna w Europie wcale nie są gołosłowne. Jej konserwatyzm polega na niesamowicie konsekwentnym przywiązaniu do politycznych mitów i zabobonów.

Czeczeńska choroba polskiej prawicy

http://www.mysl-polska.pl/717

„Myśl Polska” nr 51-52 (2065/66), 20-27.12.2015, s. 14-15

Bohdan Piętka

Oświęcim, 8 grudnia 2015 r.