Czeczeńska pułapka

28 lipca portal onet.pl, powołując się na tvn24.pl, zamieścił notatkę pt. „ABW monitoruje 200 osób. Mają związek z Państwem Islamskim”. Z treści notatki dowiadujemy się, że „służby specjalne monitorują 200 osób, które mogą stanowić zagrożenie terrorystyczne dla Polski – informuje tvn24.pl. Według portalu, najliczniejszą grupę stanowią Czeczeni, którzy przebywali w Polsce, a teraz związali się z Państwem Islamskim”. Owi Czeczeni przebywali w ośrodkach uchodźców na terenie Polski podczas pierwszej (1994-1996) i drugiej (1999-2009) wojny czeczeńskiej. Byli chętnie przyjmowani i hołubieni latami głównie przez tzw. antykomunistyczną i niepodległościową prawicę, czyli polityczny obóz wyznawców ideologicznej rusofobii.

Wspomniana notatka na portalu onet.pl nie spotkała się z jakimkolwiek odzewem publicystycznym, a przecież powinna. Przez ponad 20 lat rodzimi heroldowie prometeizmu i antyrosyjskiej krucjaty pod skrzydłami USA uprawiali skrajnie filoczeczeńską propagandę i działalność. A teraz, gdy ich pupilki stają się zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa zapada głębokie milczenie w tzw. prawicowych mediach ze „Strefą Wolnego Słowa” na czele. Wypada więc przypomnieć tym ludziom rondo im. Dżochara Dudajewa w Warszawie, hasła typu „bez wolnej Czeczenii nie ma wolnej Polski”, działalność Komitetu Wolny Kaukaz – będącego przedziwnym konglomeratem połączonych nienawiścią do Rosji osobników od skrajnej lewicy do skrajnej prawicy – wystawy o zbrodniach rosyjskich w Czeczenii (m.in. w Parlamencie Europejskim), koncerty na rzecz Czeczenii w X Pawilonie Cytadeli Warszawskiej (m.in. z udziałem Macieja Maleńczuka, który przy okazji kryzysu ukraińskiego wylansował antyrosyjski przebój „Sługi za szlugi”), spotkania z czeczeńskimi bojownikami i działaczami politycznymi, a przede wszystkim nachalnie lansowaną propagandę o wolnościowej walce narodu czeczeńskiego z krwawą Rosją. Propagandę przedstawiającą w całkowicie fałszywym świetle konflikt czeczeński, ignorującą islamistyczny, terrorystyczny i kryminalny aspekt działalności różnych odłamów czeczeńskiej irredenty.

W propagandzie tej poczesne miejsce zajmuje publicystyka Krystyny Kurczab-Redlich („Pandrioszka”, „Głową o mur Kremla”) i Mirosława Kuleby („Szamil Basajew. Rycerski etos a powinność żołnierska”) oraz pokrewna jej publicystyka Anny Politkowskiej („Rosja Putina”, „Druga wojna czeczeńska”). Wspólnym mianownikiem tej publicystyki jest ignorancja dla geopolitycznych aspektów konfliktu czeczeńskiego oraz usprawiedliwianie fanatyzmu i terroryzmu czeczeńskiego brutalnością rosyjskiej akcji pacyfikacyjnej.

Konflikt czeczeński nie był niczym sensacyjnym w realiach kryzysu geopolitycznego na obszarze byłego ZSRR. Stanowił jeden z wielu konfliktów etnicznych, które przez lata rozrywały byłe republiki sowieckie i Jugosławię. Do konfliktów takich doszło nie tylko na terenie Rosji (oprócz Czeczenii był to też Tatarstan), ale także Gruzji (Abchazja, Osetia Południowa), Azerbejdżanu i Armenii (Górski Karabach), Ukrainy (Krym), Litwy (Wileńszczyzna), Estonii, Uzbekistanu i Tadżykistanu. Konflikty te ujawniły się już w ostatnich latach istnienia ZSRR, wraz z polityczną emancypacją „narodów radzieckich” na fali pierestrojki (mniej więcej od przełomu 1987/1988 roku), a wybuchły zaraz po upadku „Kraju Rad”. Miejscem szczególnego ich nasilenia był region Kaukazu, stanowiący – podobnie jak nieszczęsna Jugosławia – barwną mozaikę etniczną i religijną.

Specyfika konfliktu czeczeńskiego – tak jak i wojen w Jugosławii – polegała na tym, że został on wykorzystany przez siły zewnętrzne, które rozgrywały go dla swoich interesów. Z jednej strony były to te siły w USA i na Zachodzie, które dążyły i dążą do dekompozycji terytorialnej Rosji, z drugiej międzynarodowe siły rewolucyjnego islamu, a z trzeciej te koła polityczne w Rosji, które w okresie prezydentury Borysa Jelcyna chciały poprzez wojnę w Czeczenii odwrócić uwagę społeczeństwa rosyjskiego od kryzysu spowodowanego przez neoliberalne reformy Jegora Gajdara (taki rosyjski Balcerowicz).

Szczególnie publicystyka Kurczab-Redlich i Politkowskiej ignoruje te fakty. Politkowska zainteresowała się Czeczenią dopiero podczas drugiej wojny czeczeńskiej. W czasie pierwszej wojny czeczeńskiej nie interesowała się nią natomiast wcale. Dlaczego? Ano dlatego, że pracowała w „Nowoj Gazietie”, której właścicielem był Borys Bieriezowski. To właśnie on jako wpływowy członek „familii Jelcyna” doradził Jelcynowi w 1994 roku przeprowadzenie krótkiej i zwycięskiej kampanii w Czeczenii dla zdobycia politycznego sukcesu i odwrócenia uwagi Rosjan od tzw. reform Gajdara, w tym przede wszystkim grabieży za bezcen rosyjskiego majątku państwowego, w której osobiście uczestniczył. Ten sam Bieriezowski – odsunięty od wpływów przez Putina i wygnany z Rosji w 2001 roku – stał się wielkim przyjacielem narodu czeczeńskiego i zaczął wspierać jego walkę o „wolność”. Stąd uruchomił najlepsze pióro „Nowoj Gaziety” w postaci pani Politkowskiej do demaskowania domniemanych zbrodni Putina.

Usprawiedliwianie czeczeńskiego terroryzmu brutalnością rosyjskiej pacyfikacji – bezwzględnej zwłaszcza podczas drugiej wojny czeczeńskiej – stało się też osią publicystyki „polskiej Politkowskiej”, czyli Krystyny Kurczab-Redlich. Z tą różnicą, że będąc kilkakrotnie w Czeczenii wykazała ona całkowitą ignorancję w opisie tego czego miała być tam świadkiem. Jaskrawo widać to w „Pandrioszcze”, gdzie Kurczab-Redlich wrzuca wszystkich bojowników czeczeńskich z Szamilem Basajewem na czele do worka z napisem „walka o niepodległość”. Zupełnie ignoruje to, że już podczas pierwszej wojny czeczeńskiej istniały wśród Czeczenów przynajmniej cztery nurty polityczno-militarne: lojalny wobec Rosji (Doku Zawgajew, później Ahmat Kadyrow i Ramzan Kadyrow), niepodległościowy (Dżochar Dudajew, Asłan Maschadow, Ahmed Zakajew, początkowo Ahmat Kadyrow), rewolucyjno-islamistyczny (Szamil Basajew, Chamzat Gełajew, arabski terrorysta Ibn al-Hattab, Zelimchan Jandarbijew, Salman Radujew) oraz bandycko-kryminalny (Arbi Barajew).

Już po zakończeniu pierwszej wojny czeczeńskiej górę wziął nurt rewolucyjno-islamistyczny, powiązany z międzynarodowym terroryzmem islamskim (Hattab, Al-Kaida), któremu nie chodziło o żadną niepodległość Czeczenii, ale o międzynarodową rewolucję islamską. Do tego nurtu zaczął się stopniowo skłaniać chwiejny Asłan Maschadow (prezydent Czeczenii-Iczkerii w latach 1997-2005). Jego następcy – Abduł-Chalim Sadułajew, Doku Umarow i Ali Abu Mauhammad – reprezentowali już tylko nurt rewolucyjnego islamu. W 2007 roku Umarow zlikwidował Czeczeńską Republikę Iczkerii i ogłosił się emirem tzw. Emiratu Kaukaskiego (jako emir Dokka Abu Usman), który miał obejmować cały rosyjski Północny Kaukaz (Czeczenia, Dagestan, Inguszetia, Kabardo-Bałkaria, Karaczajo-Czerkiesja, Północna Osetia). Działalność terrorystyczna czeczeńskich islamistów została rozszerzona na te tereny znacznie wcześniej (słynny zamach na szkołę w Biesłanie w 2004 roku miał miejsce na terenie Północnej Osetii).

Promowana w polskich mediach publicystyka Kurczab-Redlich i Politkowskiej całkowicie ignorowała fakt, że niepodległa Czeczenia (1996-1999) stała się tym czym Afganistan pod rządami talibów. Oprócz przyjęcia prawa koranicznego (szariatu), rosnącej roli rewolucyjnego fanatyzmu islamskiego, rozkładu struktur państwowych i społecznych, stała się wylęgarnią międzynarodowego terroryzmu islamskiego i zorganizowanej przestępczości kryminalnej (podstawą gospodarki czeczeńskiej były wymuszenia haraczy i porwania dla okupu, także cudzoziemców).

Wymowne jest to, że Czeczeńską Republikę Iczkerii uznali oprócz Gruzji tylko rządzący Afganistanem talibowie (półformalnie uznawała ją także Polska, gdzie Czeczenia miała swoje quasi przedstawicielstwo dyplomatyczne). Bliskie związki z afgańskimi talibami oraz Al-Kaidą utrzymywał drugi prezydent Iczkerii (1996-1997), Zelichman Jandarbijew. Wraz z Basajewem i innymi ekstremistami wywołał on w 1999 roku wojnę z Rosją, organizując tzw. rajd na Dagestan (7 sierpnia 1999 roku). Może jeszcze da się obejrzeć na You Tube nagranie, na którym Doku Umarow vel emir Kaukazu Dokka Abu Usman odpowiada szefowi emigracyjnego rządu Czeczeńskiej Republiki Iczkerii, Ahmedowi Zakajewowi, że mudżahedini nie walczą o demokrację, tylko o Allaha. Takie fakty jednak nigdy nie miały znaczenia np. dla działaczy krakowskiego Komitetu Wolny Kaukaz.

O tym wszystkim nigdy nie była rzetelnie informowana polska opinia publiczna, którą cały czas karmiono tylko mrożącymi krew w żyłach opisami rosyjskich okrucieństw w Czeczenii. Ich autorami byli głównie Mirosław Kuleba, Krystyna Kurczab-Redlich, Wojciech Jagielski, Anna Politkowska i Petra Procházková. Dowiadywała się więc polska opinia publiczna o rosyjskich „obozach koncentracyjnych” (formalnie filtracyjnych), torturowaniu i mordowaniu Czeczenów „katyńskim strzałem” w tył głowy, rozrywaniu ich granatami, zabijaniu dzieci, masowym gwałceniu przez rosyjskich żołnierzy czeczeńskich kobiet, tylko nie o powiązaniach bohaterskich bojowników czeczeńskich z rewolucyjnym islamem. Teraz dopiero zaskoczona dowiaduje się, że przebywający w Polsce Czeczeni są powiązani z Państwem Islamskim i stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa tak przyjaznej im przez 20 lat Polski. Przedstawiani latami jako heroiczni bojownicy z „imperializmem rosyjskim”, stali się nagle groźnymi terrorystami. Gdzieś na marginesie przemknęła też w polskich mediach informacja, że tzw. Emirat Kaukaski podporządkował się owemu makabrycznemu tworowi, który nazywa siebie Państwem Islamskim i z którym rozpaczliwą walkę próbuje teraz toczyć świat zachodni z USA na czele. Wynika z tego zatem, że Rosja walczyła z tym rakiem jako pierwsza i nie był to żaden rosyjski imperializm, ale walka z bezwzględnym ekstremizmem, wrogim nie tylko cywilizacji zachodniej, ale cywilizacji w ogóle.

Daleki jestem od usprawiedliwiania każdej zbrodni, w tym zbrodni rosyjskich w Czeczenii. Nie wydaje się jednak, żeby rosyjska pacyfikacja Czeczenii była bardziej brutalna od amerykańskich pacyfikacji Afganistanu i Iraku, w których przecież Polska uczestniczyła i których nikt w Polsce nie nazywał „ludobójstwem”. Nie mówiąc już o tym, że na pewno nie była bardziej brutalna niż izraelskie ekspedycje karne w Libanie, na Zachodnim Brzegu Jordanu i w Strefie Gazy (np. operacja Płynny Ołów z przełomu 2008/2009 roku), o których z wiadomego powodu nie zająknie się żaden polski dziennikarz.

Przykładem całkowitego oderwania rusofobicznej publicystyki polskiej od rzeczywistości jest wspomniana książka Mirosława Kuleby (uczestnika walk z Rosją po stronie czeczeńskiej), w której tytule nazwisko międzynarodowego terrorysty Szamila Basajewa sąsiaduje z etosem rycerskim i powinnością żołnierską. Książka – dodajmy – opublikowana po zamachach terrorystycznych na Dubrowce i w Biesłanie. Nawet Kurczab-Redlich w „Głową o mur Kremla” dystansuje się już od Basajewa i Arbi Barajewa sugerując – z braku lepszego pomysłu – że byli oni „rosyjskimi agentami”. Dla Kuleby „rycerski Szamil” jest tylko wielkim bohaterem, który dopiekł cholernej Rosji. Ponad wszystko imponuje mu, że Czeczeni dokopali Rosji podczas pierwszej wojny, w czym Basajew miał swoją niemałą zasługę. Aczkolwiek bynajmniej nie rycerską, bo ja nie uważam zamachu terrorystycznego na szpital w Budionnowsku za czyn rycerski.

Oto próbka stylu Mirosława Kuleby: Rosja (…) będzie tropić i mordować każdego następnego czeczeńskiego przywódcę, póki ustrojem państwowym panującym w Rosji pozostanie rusizm – współczesna mutacja faszyzmu (s. 5); Wojna z Rosją stała się dla całego narodu czeczeńskiego doświadczeniem ekstremalnym i ostatecznym. Zarówno dla kasty rycerzy, która jeszcze nigdy w historii nie stanęła wobec tak trudnego wyzwania, jak i sfory zdrajców, których upadek będzie budzić grozę pokoleń. Z jednej strony – przykłady heroizmu godnego bohaterów mitologii, z drugiej – najpodlejszych zbrodni. Wszystko w wymiarze uniwersalnym, co poraża świat, a nawet samych Rosjan. Czeczeńcy wierzą, że Allah złożył na ich barki mistyczne zadanie: to oni, niespełna milionowy naród, mają zadać imperium śmiertelny cios (s. 353).

O to właśnie polskim rusofobom chodzi – o zadanie Rosji śmiertelnego ciosu. Nieważne, że to fundamentaliści islamscy. Ważne, że leją w ruski pysk. Każdy sojusznik dobry – czy to islamista czy banderowiec – byleby tylko Rosja zniknęła wreszcie z powierzchni ziemi i przepadła w otchłani.

Zadziwiające jest jak nieprawdopodobnie wielka musi być nienawiść polskich rusofobów do Rosji, skoro potrafiła ich zaprowadzić do jednego szeregu z międzynarodowym terroryzmem islamskim, a obecnie także do jednego szeregu z banderowcami. Przecież tu nie ma miejsca na żadne myślenie. To jest wyłącznie reagowanie emocjami. Tylko dokąd tacy ludzie chcą prowadzić Polskę?

Wśród polskich wyznawców ideologicznej rusofobii nie ma miejsca nie tylko na myślenie, ale także na elementarną przyzwoitość. Przykładem tego jest ich reakcja na niedawną rebelię Prawego Sektora na Zakarpaciu. Jak ją wytłumaczyli nieoświeconemu tłumowi? Ano tradycyjnie. Mołojcy z Prawego Sektora – przedstawiani przez nich dotychczas jako bohaterscy bojownicy z „rosyjskim imperializmem” – stali się nagle „rosyjskimi agentami”. W notatce pod wymownym tytułem „Moskiewscy agenci chcą rozszarpać Polskę” czytamy 17 lipca na portalu niezależna.pl, że Petro Hecko – lider tzw. Republiki Rusi Zakarpackiej – grozi zaatakowaniem przez Prawy Sektor Polski z powodu wsparcia udzielanego przez nią reżimowi Poroszenki-Jaceniuka. Oto komentarz niezależnej.pl: „Groźba Hecki o zaatakowaniu Polski przez bojówkarzy Prawego Sektora to kolejne potwierdzenie tezy, że nacjonalistyczne ugrupowanie, kierowane przez Dmytro Jarosza, ściśle współpracuje z Moskwą”. Nie do wiary! A jeszcze rok temu dla redaktorów Ewy Stankiewicz i Dawida Wildsteina byli to wspaniali bohaterowie walczący ze złowrogą Rosją.

Czekam kiedy „Strefa Wolnego Słowa” ogłosi, że ukochani przez redaktora Piotra Lisiewicza Czeczeni też są „rosyjskimi agentami”, bo zamiast przyłączyć Emirat Kaukaski do Polski albo Ukrainy – wychodząc tym naprzeciw koncepcjom prometejskim jeszcze z czasów Piłsudskiego – przyłączyli go do Państwa Islamskiego. Pewnie steruje nimi zza kulis podstępny Putin. Nie mówiąc już o tym, że Czeczeni lojalni wobec Ramzana Kadyrowa i Rosji walczą po niesłusznej stronie w Donbasie.

Czy czeczeńska pułapka, do której polityczny obóz polskiej rusofobii wdepnął po 20 latach zachwytów nad czeczeńską walką z Rosją, kogoś czegoś w tym towarzystwie nauczy? Nie mam wątpliwości, że nie, bo ci ludzie nie znają takich pojęć jak krytyczna refleksja i moralność. Jeszcze większe niebezpieczeństwo dla Polski rodzimi rusofobi powodują wspierając banderowców na Ukrainie. Sytuacja na Ukrainie zmierza bowiem do kolejnego „majdanu”, w tym wypadku mającego charakter rewolucji socjalnej przeciw oligarchicznej władzy Poroszenki i Jaceniuka. Ta rewolucja wyniesie do władzy najbardziej skrajnych banderowców, a z Ukrainy zrobi europejską wersję Państwa Islamskiego. Jednakże dla polskich rusofobów nie ma to przecież znaczenia. Zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski? Dla nich Polska jest tylko narzędziem w ich odwiecznej mistycznej walce z Rosją. A może tylko narzędziem realizacji amerykańskiej polityki globalnej, a może jednym i drugim. W ich ocenie jedynym miernikiem patriotyzmu jest deklarowanie zwierzęcej nienawiści do Rosji i powtarzanie oklepanych od dziesięcioleci komunałów. Myśli politycznej nie ma tu żadnej.

Czeczeńska pułapka

„Myśl Polska” nr 35-36 (2049/50), 30.08-6.09.2015, s. 6-7

„Polityka Polska” nr 5 (wrzesień 2015), Warszawa 2015, s. 30-34

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 sierpnia 2015 r.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Czeczeńska pułapka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s