Lobby banderowskie

Pod koniec kwietnia 2015 roku – w kilkanaście dni po przyjęciu przez parlament ukraiński ustawodawstwa gloryfikującego zbrodnicze formacje OUN/UPA – minister spraw zagranicznych Czech Lubomír Zaorálek oświadczył, że będzie się domagał od MSZ Ukrainy wyjaśnień w kwestii gloryfikacji ruchu banderowskiego przez to państwo. W przeciwieństwie do szefa czeskiej dyplomacji politycy polscy nie tylko nie domagali się takich wyjaśnień, ale spokojnie przeszli do porządku dziennego nad kompromitacją proukraińskiej polityki polskiej, której symbolem było przyjęcie przez Ukrainę wspomnianego ustawodawstwa w dniu wizyty państwowej prezydenta Polski w Kijowie. To pokazuje jak wielka przepaść dzieli politykę polską od polityki czeskiej. Przepaść ta wynika z tego, że politykę czeską w kwestii ukraińskiej kreuje rząd stojący na gruncie czeskiej racji stanu, a politykę polską lobby banderowskie.

Warto przyjrzeć się działaniom tego lobby i osobom, które je firmują. Działania te pokażę na mniej znanym przykładzie, który zapewne umknął uwadze opinii publicznej w Polsce. W tym samym mniej więcej czasie, kiedy minister Zaorálek domagał się od Ukrainy wyjaśnień w sprawie państwowego kultu OUN/UPA, grupa działaczy politycznych związanych m.in. z ukraińską Fundacją Otwarty Dialog wystąpiła z inicjatywą zmierzającą do uszczęśliwienia Warszawy ulicą Bohaterów Majdanu.

Oto argumentacja autorów tej propozycji: My, niżej podpisani mieszkańcy Warszawy uważamy, że należnym jest uhonorowanie determinacji, hartu ducha i poświęcenia setek tysięcy Ukraińców i wspierających ich obywateli innych państw, w tym Polaków i warszawiaków, którzy w listopadzie 2013 roku wyszli po raz pierwszy na ulice Kijowa i innych miast kraju rozpoczynając niezłomną walkę o wolną i proeuropejską Ukrainę. Ponieważ uhonorowanie każdego z bohaterów tamtych dni z osobna byłoby niemożliwe, opowiadamy się za upamiętnieniem poprzez odwołanie do nazwy wielkiego ruchu społecznego jakim był Majdan, zwany również EuroMajdanem (…). Wielkim wyrazem solidarności władz Warszawy z narodem ukraińskim było utworzenie w lutym 2014 roku przy ul. Nowy Świat 63, Centrum Informacyjnego dla Obywateli Ukrainy, przekształconego później w centrum „Ukraiński Świat”. Odzwierciedleniem faktycznej solidarności i wsparcia warszawiaków dla demokratycznych i europejskich dążeń społeczeństwa ukraińskiego był liczny udział mieszkańców miasta w manifestacjach poparcia organizowanych niemal codziennie pod Ambasadą Ukrainy, a także w innych miejscach stolicy. Wiele z nich miało swój początek bądź koniec przy pomniku i skwerze ukraińskiego wieszcza epoki romantyzmu, Tarasa Szewczenki. Uważamy, że przyległy do skweru ponad stumetrowy odcinek ulicy Spacerowej pomiędzy ul. Klonową a skrzyżowaniem z ul. Goworka idealnie nadaje się do upamiętnienia „Bohaterów Majdanu” (…).

Jacy to warszawiacy podpisali się pod tym apelem? Ano tacy jak:

– Michał Broniatowski – członek rady nadzorczej TVN i redaktor naczelny polskiej edycji miesięcznika „Forbes”, współpracownik utworzonej 25 listopada 2013 roku telewizji internetowej Espreso TV, która odegrała kluczową rolę w wywołaniu rewolty ukraińskiej;

– Marek Chimiak – weteran KOR i działacz Unii Wolności;

– Małgorzata Gosiewska – posłanka PiS, znana z pielgrzymowania do banderowskiego batalionu „Ajdar”, od którego odciął się nawet Kongres USA;

– Marek Kielanowski – przewodniczący sekcji wschodnioeuropejskiej warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, znany z organizowania imprez charytatywnych na rzecz „Bohaterów Majdanu”;

– Ludmiła Kozłowska – ukraińska nacjonalistka, prezes zarządu ukraińskiej Fundacji Otwarty Dialog, zajmującej się m.in. wysyłaniem na Ukrainę elementów uzbrojenia w postaci hełmów i kamizelek kuloodpornych;

– Bartosz Kramek – przewodniczący rady ukraińskiej Fundacji Otwarty Dialog, w przeszłości związany z Business Centre Club;

– Weronika Marczuk (właść. Ołena Marczuk) – gwiazda showbiznesu, obywatelka polska narodowości ukraińskiej;

– Michał Migała – dziennikarz Rock Radia i IV Programu Polskiego Radia;

– Janusz Onyszkiewicz – przed 1989 rokiem rzecznik prasowy „Solidarności”, potem działacz kolejnych wcieleń Unii Demokratycznej, minister obrony narodowej, poseł, europoseł i wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego;

– Natalia Panczenko – Ukrainka, koordynatorka projektów Fundacji Otwarty Dialog, odpowiedzialna m.in. za zbiórkę pieniędzy na wsparcie ukraińskiego wojska, przewodnicząca organizacji EuroMajdan Warszawa;

– Jan Piekło – dyrektor Fundacji Współpracy Polsko-Ukraińskiej PAUCI, autor ciekawego spostrzeżenia, że „Goebbels mógłby wiele nauczyć się od Putina”;

– Maciej Pisuk – według Wikipedii „pisarz, scenarzysta oraz fotograf”, faktycznie współpracownik „Krytyki Politycznej”;

– Sławomir Sierakowski – redaktor naczelny „Krytyki Politycznej”, znany z bezkrytycznego wspierania przewrotów politycznych na Ukrainie w 2004 i 2014 roku;

– Jacek Szymanderski – działacz KOR, „Solidarności” i Platformy Obywatelskiej, doradca zarządu ukraińskiej Fundacji Otwarty Dialog;

– Marcin Święcicki – przed 1989 rokiem działacz Klubu Inteligencji Katolickiej i zarazem Związku Młodzieży Socjalistycznej oraz PZPR, w której doszedł do funkcji sekretarza KC, po 1989 roku działacz kolejnych wcieleń Unii Demokratycznej, minister, prezydent Warszawy i poseł;

– Andrzej Wielowieyski – działacz warszawskiego KIK, „Solidarności” i kolejnych wcieleń Unii Demokratycznej, poseł, europoseł i wicemarszałek Senatu oraz członek rady ukraińskiej Fundacji Otwarty Dialog;

– Kamil Wyszkowski – dyrektor biura Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju, współpracownik władz pomajdanowej Ukrainy.

Zabrakło mi w tym gronie Pawła Kowala, Kazimierza Wóycickiego i Henryka Wujca – najbardziej skrajnych orędowników „wiary ukrainnej” nad Wisłą – ale może od maja zdążyli już dołączyć. Chciałbym zapytać wymienionych wyżej inicjatorów wspomnianego apelu, o jakich to „Bohaterów Majdanu” im chodzi? Przecież owi „bohaterowie” to głównie neonaziści z Prawego Sektora. Tacy jak np. Zoriana Konowalec – działaczka Prawego Sektora, uczestniczka majdanowej rewolty i wolontariuszka banderowskiego pułku ochotniczego „Azow” – która na swoim profilu na vk.com (V Kontaktie) sparafrazowała słowa polskiego hymnu narodowego w sposób następujący: „Jeszcze Polska nie zginęła, ale zginąć musi, jeszcze Polak Ukraińcowi buty czyścić musi”.

Tacy właśnie bohaterowie byli motorem kijowskiego przewrotu w 2014 roku. Bez nich ten przewrót by się nie udał. Dzisiaj – jak wykazały wydarzenia na Zakarpaciu – stanowią oni poważne zagrożenie dla oligarchicznego reżimu Poroszenki i Jaceniuka. Chciałbym też zapytać o ową „niezłomną walkę o wolną i proeuropejską Ukrainę”. Przecież w tzw. integrację Ukrainy z UE nikt już nie wierzy ani w Kijowie, ani w Brukseli, ani w Berlinie, a „Bohaterowie Majdanu” z Prawego Sektora są jej otwarcie przeciwni. Jak długo jeszcze opinia publiczna w Polsce będzie karmiona tymi bredniami o „wolnej i proeuropejskiej” Ukrainie, jak długo jeszcze będzie się w Polsce nazywać obalenie legalnych władz ukraińskich walką o „wolność”, a brutalne tłumienie przez Kijów oporu w Donbasie „agresją rosyjską”?

Inicjatywa uszczęśliwienia Warszawy ulicą Bohaterów Majdanu koresponduje z nadaniem przez neobanderowców ze „Swobody” takiej samej nazwy jednej z ulic we Lwowie. W tym mieście – niegdyś perle kultury polskiej i europejskiej – znajduje się też imponujące mauzoleum Stepana Bandery i pomnik Romana Szuchewycza. Czy następnym krokiem panów Onyszkiewicza, Sierakowskiego, Szymanderskiego, Święcickiego, Wielowieyskiego i pani Gosiewskiej będzie propozycja odsłonięcia w Warszawie pomników Bandery i Szuchewycza? Wszak wspomniany Kazimierz Wóycicki już rok temu proponował, by Polacy uznali Szuchewycza i UPA za swoich bohaterów.

Od czasu przewrotu w Kijowie z przełomu 2013 i 2014 roku wyszło na jaw tyle kompromitujących faktów na temat jego okoliczności i następstw, wśród których na czoło wybija się państwowa rehabilitacja i gloryfikacja zbrodniczego nacjonalizmu ukraińskiego, że inicjatywa nadania warszawskiej ulicy imienia Bohaterów Majdanu ma wymowę jednoznaczną. Autorom tej inicjatywy, a także twórcom Ukraińskiego Zespołu Parlamentarnego itp. gremiów, trzeba powiedzieć otwarcie, że stanowią lobby banderowskie w Polsce. Lobby ze wszech miar szkodliwe, działające na rzecz rehabilitacji dawnego i współczesnego szowinizmu ukraińskiego oraz wepchnięcia Polski w konflikt geopolityczny na Wschodzie.

Propozycja ulicy bohaterów jawnie odwołujących się do myśli i czynów Stepana Bandery nie jest jakimś drobiazgiem zważywszy na to, że w Warszawie do dnia dzisiejszego nie może stanąć Pomnik Ofiar Ludobójstwa Dokonanego przez OUN/UPA na Ludności Polskiej Kresów Wschodnich według projektu prof. Mariana Koniecznego i komitetu jego budowy pod przewodnictwem zmarłego niedawno Jana Niewińskiego. Powstanie tego pomnika – przedstawiającego drzewo ze skrzydłami zamiast gałęzi, z przybitymi do niego postaciami kobiet, dzieci i mężczyzn – storpedowało właśnie lobby banderowskie, bo przecież nie żadne „środowiska opiniotwórcze”.

Lobby banderowskie

http://www.mysl-polska.pl/594

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 sierpnia 2015 r.

Reklamy

Czeczeńska pułapka

28 lipca portal onet.pl, powołując się na tvn24.pl, zamieścił notatkę pt. „ABW monitoruje 200 osób. Mają związek z Państwem Islamskim”. Z treści notatki dowiadujemy się, że „służby specjalne monitorują 200 osób, które mogą stanowić zagrożenie terrorystyczne dla Polski – informuje tvn24.pl. Według portalu, najliczniejszą grupę stanowią Czeczeni, którzy przebywali w Polsce, a teraz związali się z Państwem Islamskim”. Owi Czeczeni przebywali w ośrodkach uchodźców na terenie Polski podczas pierwszej (1994-1996) i drugiej (1999-2009) wojny czeczeńskiej. Byli chętnie przyjmowani i hołubieni latami głównie przez tzw. antykomunistyczną i niepodległościową prawicę, czyli polityczny obóz wyznawców ideologicznej rusofobii.

Wspomniana notatka na portalu onet.pl nie spotkała się z jakimkolwiek odzewem publicystycznym, a przecież powinna. Przez ponad 20 lat rodzimi heroldowie prometeizmu i antyrosyjskiej krucjaty pod skrzydłami USA uprawiali skrajnie filoczeczeńską propagandę i działalność. A teraz, gdy ich pupilki stają się zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa zapada głębokie milczenie w tzw. prawicowych mediach ze „Strefą Wolnego Słowa” na czele. Wypada więc przypomnieć tym ludziom rondo im. Dżochara Dudajewa w Warszawie, hasła typu „bez wolnej Czeczenii nie ma wolnej Polski”, działalność Komitetu Wolny Kaukaz – będącego przedziwnym konglomeratem połączonych nienawiścią do Rosji osobników od skrajnej lewicy do skrajnej prawicy – wystawy o zbrodniach rosyjskich w Czeczenii (m.in. w Parlamencie Europejskim), koncerty na rzecz Czeczenii w X Pawilonie Cytadeli Warszawskiej (m.in. z udziałem Macieja Maleńczuka, który przy okazji kryzysu ukraińskiego wylansował antyrosyjski przebój „Sługi za szlugi”), spotkania z czeczeńskimi bojownikami i działaczami politycznymi, a przede wszystkim nachalnie lansowaną propagandę o wolnościowej walce narodu czeczeńskiego z krwawą Rosją. Propagandę przedstawiającą w całkowicie fałszywym świetle konflikt czeczeński, ignorującą islamistyczny, terrorystyczny i kryminalny aspekt działalności różnych odłamów czeczeńskiej irredenty.

W propagandzie tej poczesne miejsce zajmuje publicystyka Krystyny Kurczab-Redlich („Pandrioszka”, „Głową o mur Kremla”) i Mirosława Kuleby („Szamil Basajew. Rycerski etos a powinność żołnierska”) oraz pokrewna jej publicystyka Anny Politkowskiej („Rosja Putina”, „Druga wojna czeczeńska”). Wspólnym mianownikiem tej publicystyki jest ignorancja dla geopolitycznych aspektów konfliktu czeczeńskiego oraz usprawiedliwianie fanatyzmu i terroryzmu czeczeńskiego brutalnością rosyjskiej akcji pacyfikacyjnej.

Konflikt czeczeński nie był niczym sensacyjnym w realiach kryzysu geopolitycznego na obszarze byłego ZSRR. Stanowił jeden z wielu konfliktów etnicznych, które przez lata rozrywały byłe republiki sowieckie i Jugosławię. Do konfliktów takich doszło nie tylko na terenie Rosji (oprócz Czeczenii był to też Tatarstan), ale także Gruzji (Abchazja, Osetia Południowa), Azerbejdżanu i Armenii (Górski Karabach), Ukrainy (Krym), Litwy (Wileńszczyzna), Estonii, Uzbekistanu i Tadżykistanu. Konflikty te ujawniły się już w ostatnich latach istnienia ZSRR, wraz z polityczną emancypacją „narodów radzieckich” na fali pierestrojki (mniej więcej od przełomu 1987/1988 roku), a wybuchły zaraz po upadku „Kraju Rad”. Miejscem szczególnego ich nasilenia był region Kaukazu, stanowiący – podobnie jak nieszczęsna Jugosławia – barwną mozaikę etniczną i religijną.

Specyfika konfliktu czeczeńskiego – tak jak i wojen w Jugosławii – polegała na tym, że został on wykorzystany przez siły zewnętrzne, które rozgrywały go dla swoich interesów. Z jednej strony były to te siły w USA i na Zachodzie, które dążyły i dążą do dekompozycji terytorialnej Rosji, z drugiej międzynarodowe siły rewolucyjnego islamu, a z trzeciej te koła polityczne w Rosji, które w okresie prezydentury Borysa Jelcyna chciały poprzez wojnę w Czeczenii odwrócić uwagę społeczeństwa rosyjskiego od kryzysu spowodowanego przez neoliberalne reformy Jegora Gajdara (taki rosyjski Balcerowicz).

Szczególnie publicystyka Kurczab-Redlich i Politkowskiej ignoruje te fakty. Politkowska zainteresowała się Czeczenią dopiero podczas drugiej wojny czeczeńskiej. W czasie pierwszej wojny czeczeńskiej nie interesowała się nią natomiast wcale. Dlaczego? Ano dlatego, że pracowała w „Nowoj Gazietie”, której właścicielem był Borys Bieriezowski. To właśnie on jako wpływowy członek „familii Jelcyna” doradził Jelcynowi w 1994 roku przeprowadzenie krótkiej i zwycięskiej kampanii w Czeczenii dla zdobycia politycznego sukcesu i odwrócenia uwagi Rosjan od tzw. reform Gajdara, w tym przede wszystkim grabieży za bezcen rosyjskiego majątku państwowego, w której osobiście uczestniczył. Ten sam Bieriezowski – odsunięty od wpływów przez Putina i wygnany z Rosji w 2001 roku – stał się wielkim przyjacielem narodu czeczeńskiego i zaczął wspierać jego walkę o „wolność”. Stąd uruchomił najlepsze pióro „Nowoj Gaziety” w postaci pani Politkowskiej do demaskowania domniemanych zbrodni Putina.

Usprawiedliwianie czeczeńskiego terroryzmu brutalnością rosyjskiej pacyfikacji – bezwzględnej zwłaszcza podczas drugiej wojny czeczeńskiej – stało się też osią publicystyki „polskiej Politkowskiej”, czyli Krystyny Kurczab-Redlich. Z tą różnicą, że będąc kilkakrotnie w Czeczenii wykazała ona całkowitą ignorancję w opisie tego czego miała być tam świadkiem. Jaskrawo widać to w „Pandrioszcze”, gdzie Kurczab-Redlich wrzuca wszystkich bojowników czeczeńskich z Szamilem Basajewem na czele do worka z napisem „walka o niepodległość”. Zupełnie ignoruje to, że już podczas pierwszej wojny czeczeńskiej istniały wśród Czeczenów przynajmniej cztery nurty polityczno-militarne: lojalny wobec Rosji (Doku Zawgajew, później Ahmat Kadyrow i Ramzan Kadyrow), niepodległościowy (Dżochar Dudajew, Asłan Maschadow, Ahmed Zakajew, początkowo Ahmat Kadyrow), rewolucyjno-islamistyczny (Szamil Basajew, Chamzat Gełajew, arabski terrorysta Ibn al-Hattab, Zelimchan Jandarbijew, Salman Radujew) oraz bandycko-kryminalny (Arbi Barajew).

Już po zakończeniu pierwszej wojny czeczeńskiej górę wziął nurt rewolucyjno-islamistyczny, powiązany z międzynarodowym terroryzmem islamskim (Hattab, Al-Kaida), któremu nie chodziło o żadną niepodległość Czeczenii, ale o międzynarodową rewolucję islamską. Do tego nurtu zaczął się stopniowo skłaniać chwiejny Asłan Maschadow (prezydent Czeczenii-Iczkerii w latach 1997-2005). Jego następcy – Abduł-Chalim Sadułajew, Doku Umarow i Ali Abu Mauhammad – reprezentowali już tylko nurt rewolucyjnego islamu. W 2007 roku Umarow zlikwidował Czeczeńską Republikę Iczkerii i ogłosił się emirem tzw. Emiratu Kaukaskiego (jako emir Dokka Abu Usman), który miał obejmować cały rosyjski Północny Kaukaz (Czeczenia, Dagestan, Inguszetia, Kabardo-Bałkaria, Karaczajo-Czerkiesja, Północna Osetia). Działalność terrorystyczna czeczeńskich islamistów została rozszerzona na te tereny znacznie wcześniej (słynny zamach na szkołę w Biesłanie w 2004 roku miał miejsce na terenie Północnej Osetii).

Promowana w polskich mediach publicystyka Kurczab-Redlich i Politkowskiej całkowicie ignorowała fakt, że niepodległa Czeczenia (1996-1999) stała się tym czym Afganistan pod rządami talibów. Oprócz przyjęcia prawa koranicznego (szariatu), rosnącej roli rewolucyjnego fanatyzmu islamskiego, rozkładu struktur państwowych i społecznych, stała się wylęgarnią międzynarodowego terroryzmu islamskiego i zorganizowanej przestępczości kryminalnej (podstawą gospodarki czeczeńskiej były wymuszenia haraczy i porwania dla okupu, także cudzoziemców).

Wymowne jest to, że Czeczeńską Republikę Iczkerii uznali oprócz Gruzji tylko rządzący Afganistanem talibowie (półformalnie uznawała ją także Polska, gdzie Czeczenia miała swoje quasi przedstawicielstwo dyplomatyczne). Bliskie związki z afgańskimi talibami oraz Al-Kaidą utrzymywał drugi prezydent Iczkerii (1996-1997), Zelichman Jandarbijew. Wraz z Basajewem i innymi ekstremistami wywołał on w 1999 roku wojnę z Rosją, organizując tzw. rajd na Dagestan (7 sierpnia 1999 roku). Może jeszcze da się obejrzeć na You Tube nagranie, na którym Doku Umarow vel emir Kaukazu Dokka Abu Usman odpowiada szefowi emigracyjnego rządu Czeczeńskiej Republiki Iczkerii, Ahmedowi Zakajewowi, że mudżahedini nie walczą o demokrację, tylko o Allaha. Takie fakty jednak nigdy nie miały znaczenia np. dla działaczy krakowskiego Komitetu Wolny Kaukaz.

O tym wszystkim nigdy nie była rzetelnie informowana polska opinia publiczna, którą cały czas karmiono tylko mrożącymi krew w żyłach opisami rosyjskich okrucieństw w Czeczenii. Ich autorami byli głównie Mirosław Kuleba, Krystyna Kurczab-Redlich, Wojciech Jagielski, Anna Politkowska i Petra Procházková. Dowiadywała się więc polska opinia publiczna o rosyjskich „obozach koncentracyjnych” (formalnie filtracyjnych), torturowaniu i mordowaniu Czeczenów „katyńskim strzałem” w tył głowy, rozrywaniu ich granatami, zabijaniu dzieci, masowym gwałceniu przez rosyjskich żołnierzy czeczeńskich kobiet, tylko nie o powiązaniach bohaterskich bojowników czeczeńskich z rewolucyjnym islamem. Teraz dopiero zaskoczona dowiaduje się, że przebywający w Polsce Czeczeni są powiązani z Państwem Islamskim i stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa tak przyjaznej im przez 20 lat Polski. Przedstawiani latami jako heroiczni bojownicy z „imperializmem rosyjskim”, stali się nagle groźnymi terrorystami. Gdzieś na marginesie przemknęła też w polskich mediach informacja, że tzw. Emirat Kaukaski podporządkował się owemu makabrycznemu tworowi, który nazywa siebie Państwem Islamskim i z którym rozpaczliwą walkę próbuje teraz toczyć świat zachodni z USA na czele. Wynika z tego zatem, że Rosja walczyła z tym rakiem jako pierwsza i nie był to żaden rosyjski imperializm, ale walka z bezwzględnym ekstremizmem, wrogim nie tylko cywilizacji zachodniej, ale cywilizacji w ogóle.

Daleki jestem od usprawiedliwiania każdej zbrodni, w tym zbrodni rosyjskich w Czeczenii. Nie wydaje się jednak, żeby rosyjska pacyfikacja Czeczenii była bardziej brutalna od amerykańskich pacyfikacji Afganistanu i Iraku, w których przecież Polska uczestniczyła i których nikt w Polsce nie nazywał „ludobójstwem”. Nie mówiąc już o tym, że na pewno nie była bardziej brutalna niż izraelskie ekspedycje karne w Libanie, na Zachodnim Brzegu Jordanu i w Strefie Gazy (np. operacja Płynny Ołów z przełomu 2008/2009 roku), o których z wiadomego powodu nie zająknie się żaden polski dziennikarz.

Przykładem całkowitego oderwania rusofobicznej publicystyki polskiej od rzeczywistości jest wspomniana książka Mirosława Kuleby (uczestnika walk z Rosją po stronie czeczeńskiej), w której tytule nazwisko międzynarodowego terrorysty Szamila Basajewa sąsiaduje z etosem rycerskim i powinnością żołnierską. Książka – dodajmy – opublikowana po zamachach terrorystycznych na Dubrowce i w Biesłanie. Nawet Kurczab-Redlich w „Głową o mur Kremla” dystansuje się już od Basajewa i Arbi Barajewa sugerując – z braku lepszego pomysłu – że byli oni „rosyjskimi agentami”. Dla Kuleby „rycerski Szamil” jest tylko wielkim bohaterem, który dopiekł cholernej Rosji. Ponad wszystko imponuje mu, że Czeczeni dokopali Rosji podczas pierwszej wojny, w czym Basajew miał swoją niemałą zasługę. Aczkolwiek bynajmniej nie rycerską, bo ja nie uważam zamachu terrorystycznego na szpital w Budionnowsku za czyn rycerski.

Oto próbka stylu Mirosława Kuleby: Rosja (…) będzie tropić i mordować każdego następnego czeczeńskiego przywódcę, póki ustrojem państwowym panującym w Rosji pozostanie rusizm – współczesna mutacja faszyzmu (s. 5); Wojna z Rosją stała się dla całego narodu czeczeńskiego doświadczeniem ekstremalnym i ostatecznym. Zarówno dla kasty rycerzy, która jeszcze nigdy w historii nie stanęła wobec tak trudnego wyzwania, jak i sfory zdrajców, których upadek będzie budzić grozę pokoleń. Z jednej strony – przykłady heroizmu godnego bohaterów mitologii, z drugiej – najpodlejszych zbrodni. Wszystko w wymiarze uniwersalnym, co poraża świat, a nawet samych Rosjan. Czeczeńcy wierzą, że Allah złożył na ich barki mistyczne zadanie: to oni, niespełna milionowy naród, mają zadać imperium śmiertelny cios (s. 353).

O to właśnie polskim rusofobom chodzi – o zadanie Rosji śmiertelnego ciosu. Nieważne, że to fundamentaliści islamscy. Ważne, że leją w ruski pysk. Każdy sojusznik dobry – czy to islamista czy banderowiec – byleby tylko Rosja zniknęła wreszcie z powierzchni ziemi i przepadła w otchłani.

Zadziwiające jest jak nieprawdopodobnie wielka musi być nienawiść polskich rusofobów do Rosji, skoro potrafiła ich zaprowadzić do jednego szeregu z międzynarodowym terroryzmem islamskim, a obecnie także do jednego szeregu z banderowcami. Przecież tu nie ma miejsca na żadne myślenie. To jest wyłącznie reagowanie emocjami. Tylko dokąd tacy ludzie chcą prowadzić Polskę?

Wśród polskich wyznawców ideologicznej rusofobii nie ma miejsca nie tylko na myślenie, ale także na elementarną przyzwoitość. Przykładem tego jest ich reakcja na niedawną rebelię Prawego Sektora na Zakarpaciu. Jak ją wytłumaczyli nieoświeconemu tłumowi? Ano tradycyjnie. Mołojcy z Prawego Sektora – przedstawiani przez nich dotychczas jako bohaterscy bojownicy z „rosyjskim imperializmem” – stali się nagle „rosyjskimi agentami”. W notatce pod wymownym tytułem „Moskiewscy agenci chcą rozszarpać Polskę” czytamy 17 lipca na portalu niezależna.pl, że Petro Hecko – lider tzw. Republiki Rusi Zakarpackiej – grozi zaatakowaniem przez Prawy Sektor Polski z powodu wsparcia udzielanego przez nią reżimowi Poroszenki-Jaceniuka. Oto komentarz niezależnej.pl: „Groźba Hecki o zaatakowaniu Polski przez bojówkarzy Prawego Sektora to kolejne potwierdzenie tezy, że nacjonalistyczne ugrupowanie, kierowane przez Dmytro Jarosza, ściśle współpracuje z Moskwą”. Nie do wiary! A jeszcze rok temu dla redaktorów Ewy Stankiewicz i Dawida Wildsteina byli to wspaniali bohaterowie walczący ze złowrogą Rosją.

Czekam kiedy „Strefa Wolnego Słowa” ogłosi, że ukochani przez redaktora Piotra Lisiewicza Czeczeni też są „rosyjskimi agentami”, bo zamiast przyłączyć Emirat Kaukaski do Polski albo Ukrainy – wychodząc tym naprzeciw koncepcjom prometejskim jeszcze z czasów Piłsudskiego – przyłączyli go do Państwa Islamskiego. Pewnie steruje nimi zza kulis podstępny Putin. Nie mówiąc już o tym, że Czeczeni lojalni wobec Ramzana Kadyrowa i Rosji walczą po niesłusznej stronie w Donbasie.

Czy czeczeńska pułapka, do której polityczny obóz polskiej rusofobii wdepnął po 20 latach zachwytów nad czeczeńską walką z Rosją, kogoś czegoś w tym towarzystwie nauczy? Nie mam wątpliwości, że nie, bo ci ludzie nie znają takich pojęć jak krytyczna refleksja i moralność. Jeszcze większe niebezpieczeństwo dla Polski rodzimi rusofobi powodują wspierając banderowców na Ukrainie. Sytuacja na Ukrainie zmierza bowiem do kolejnego „majdanu”, w tym wypadku mającego charakter rewolucji socjalnej przeciw oligarchicznej władzy Poroszenki i Jaceniuka. Ta rewolucja wyniesie do władzy najbardziej skrajnych banderowców, a z Ukrainy zrobi europejską wersję Państwa Islamskiego. Jednakże dla polskich rusofobów nie ma to przecież znaczenia. Zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski? Dla nich Polska jest tylko narzędziem w ich odwiecznej mistycznej walce z Rosją. A może tylko narzędziem realizacji amerykańskiej polityki globalnej, a może jednym i drugim. W ich ocenie jedynym miernikiem patriotyzmu jest deklarowanie zwierzęcej nienawiści do Rosji i powtarzanie oklepanych od dziesięcioleci komunałów. Myśli politycznej nie ma tu żadnej.

Czeczeńska pułapka

„Myśl Polska” nr 35-36 (2049/50), 30.08-6.09.2015, s. 6-7

„Polityka Polska” nr 5 (wrzesień 2015), Warszawa 2015, s. 30-34

Bohdan Piętka

Oświęcim, 5 sierpnia 2015 r.

Niemiec wstydzić się nie musi

71. rocznica wybuchu powstania warszawskiego i towarzyszący jej już tradycyjnie patos – szczególnie obecny w tzw. mediach prawicowych – skłania mnie do pewnych refleksji nad realizowaną w Polsce polityką historyczną. 27 kwietnia tego roku odwiedziłem Muzeum Powstania Warszawskiego – centralne miejsce jego kultu. Zwiedzanie ekspozycji muzealnej wywarło na mnie wrażenie przygnębiające. Zastanawiałem się, jakie wnioski po zapoznaniu się z tą ekspozycją wyciągnie laik, który nie przeczytał literatury krytycznej wobec mitu powstania (np. Jan Ciechanowski, Czesław Łuczak), czy ogólnie rzecz biorąc nie ma o nim szerszego pojęcia, bo np. jest uczniem gimnazjum.

Otóż osoba taka wyciągnie wniosek, że powstanie warszawskie było fajną harcerską przygodą, której można jedynie pozazdrościć jego uczestnikom i tylko żal, że samemu nie brało się w czymś takim udziału. Dowie się również, że za klęskę powstania ponosi winę wyłącznie PKWN i Związek Sowiecki. Nie dowie się natomiast o kulisach decyzji o wybuchu powstania, podjętej w Komendzie Głównej AK, zasadności tej decyzji w kontekście ówczesnej sytuacji geopolitycznej, stosunku aliantów zachodnich do powstania, relacjach pomiędzy ludnością cywilną a powstańcami, a przede wszystkim o zbrodniach popełnionych na ludności cywilnej przez Niemców i ich kolaborantów.

Zwiedzający ekspozycję w Muzeum Powstania Warszawskiego jest przede wszystkim przytłoczony ogromną ilością różnego rodzaju broni, jaką tam zgromadzono (od visów i stenów po piaty i erkaemy). Patrząc na to myślałem sobie, że gdyby powstańcy mieli chociaż połowę tej broni, to chyba by to powstanie wygrali. Obrazu dopełniają mundury, panterki, powstańcze opaski, gazetki i radiostacje, poczta polowa, maszyny drukarskie, a także kroniki filmowe Biura Informacji i Propagandy AK. W Sali Małego Powstańca dzieci mogą obejrzeć teatrzyk powstańczy, wcielając się w role harcerskich listonoszy i sanitariuszy. Mają też do dyspozycji repliki dawnych zabawek, gry planszowe i puzzle. Po takiej zabawie dziecko może tylko żałować, że nie żyło w Warszawie 71 lat temu, bo to byłaby niesamowita frajda być powstańczym listonoszem czy sanitariuszką, a nawet postrzelać sobie ze stena (w jednym miejscu zwiedzający mogą rzeczywiście oddać tzw. suchy strzał ze stena). Powstańcy, którzy przemawiają do widza z kronik filmowych, plansz i monitorów są uśmiechnięci i szczęśliwi, jak ludzie przeżywający fajną życiową przygodę. Nie ma tam braku amunicji, niedostatku żywności, ran, cierpienia, śmierci. Jest radość i niezapomniane młodzieńcze przeżycie „pośród kul, huku dział”. Inicjacja dorosłego życia, której można tylko pozazdrościć. W takim też duchu wypowiadają się kombatanci powstania, których relacje można odsłuchać i obejrzeć z nośników elektronicznych.

Niestety nie znajdziemy wśród nich takiej relacji, jaką złożył mi pewien powstaniec w 2004 roku. Wedle jego słów euforia panowała przez pierwsze dwa tygodnie powstania. Potem ludność cywilna odnosiła się do powstańców z coraz większym dystansem, a nawet wrogością. Padały pytania, po co rozpoczęliście walkę, skoro nie ma pomocy ani ze Wschodu ani z Zachodu. Zdarzały się przypadki fizycznej agresji cywilów wobec powstańców. Na idących do niewoli żołnierzy powstania niektórzy cywile krzyczeli „mordercy”. Tego nie dowiemy się w Muzeum Powstania Warszawskiego, tak jak nie dowiemy się o braku leków i medykamentów, o rannych powstańcach i cywilach, których w prowizorycznych lazaretach operowano bez znieczulenia, o braku żywności, głodzie, chorobach i cierpieniu ludności cywilnej wypędzonej z własnych domów, tracącej w jednej chwili dorobek życia i całych pokoleń.

Owszem, jest replika kanału. Ale co to za replika? Nie oddaje ona w jakikolwiek sposób realiów tzw. ewakuacji kanałami kolejnych dzielnic – jednego z największych dramatów powstańczej Warszawy. Jeśli ktoś nie ma o tym wiedzy ze źródeł i literatury przedmiotu, to replika kanału w Muzeum Powstania Warszawskiego nic konkretnego mu nie powie.

Nad halą B ekspozycji wisi replika Liberatora B-24J w skali 1:1. Co ona ma symbolizować? To, że alianci zachodni spieszyli ochoczo z pomocą dla powstania? Otóż nie spieszyli. Zachowali polityczną rezerwę. Zrzuty broni i zaopatrzenia dla walczącej Warszawy były działaniem połowicznym, podjętym wręcz na odczepnego i nie mogły zmienić jej położenia. Z powodu braku zgody Stalina na tzw. loty wahadłowe należały do przedsięwzięć bardzo ryzykownych. Okupione wielkimi stratami, w tym przede wszystkim załóg polskich, stały się ofiarą daremną w sytuacji, gdy większość ze zrzuconych zasobników trafiła w ręce niemieckie.

Wiodącym tematem ekspozycji jest stosunek Sowietów i PKWN do powstania, czyli tzw. zdrada Stalina i polskich komunistów. W oskarżycielskim tonie wobec strony sowiecko-komunistycznej autorzy ekspozycji przekraczają granicę śmieszności, biorąc na celownik film „Czterej pancerni i pies” jako przykład propagandy PRL o przyjaźni polsko-radzieckiej. Czy jednak oni sami nie przedkładają prawdy politycznej nad historyczną, tylko w odwrotnym kierunku? Z pięknymi mundurami i panterkami żołnierzy AK kontrastuje manekin żołnierza 1. Armii Wojska Polskiego w szmacianym mundurze, zniszczonych butach i parcianym pasie przy pepeszy. Nie wnikam w szczegóły. Może żołnierze 1. Armii WP tak rzeczywiście wyglądali. Ale chyba AK-owcy też nie paradowali podczas powstania w odprasowanych mundurach i panterkach? Myślę, że tym żołnierzom z 1. Armii, którzy idąc na pomoc powstaniu ponieśli ogromną ofiarę, należy się jednak szacunek, a nie lekceważenie.

Tego czego brakuje mi w Muzeum Powstania Warszawskiego, to wyczerpującej informacji o zbrodniach niemieckich, w tym formacji kolaboracyjnych, na ludności cywilnej Warszawy. Czy podanie tych informacji byłoby sprzeczne z prezentowaną na ekspozycji prawdą polityczną, bo naruszyłoby sielankowy obraz powstania, które upadło przez podstępnych Sowietów i komunistów? Rzeź Woli i Ochoty jest potraktowana moim zdaniem marginalnie. Być może przewodnicy mówią o tym szerzej grupom zorganizowanym, ale to nie zmienia faktu, że o zbrodniach Niemców i ich kolaborantów podczas tłumienia powstania na ekspozycji tylko się wzmiankuje. Temu tematowi powinna być poświęcona przynajmniej jedna trzecia ekspozycji, z przytoczeniem relacji, opisów i dokładnym ukazaniem losów wypędzonej ludności Warszawy. Przecież masakra ludności cywilnej Warszawy i celowe niszczenie miasta podczas powstania i po jego upadku, to była zbrodnia przeciw ludzkości. Tymczasem z ekspozycji w Muzeum Powstania Warszawskiego można się niewiele dowiedzieć o obozie przejściowym w Pruszkowie (Dulag 121), a zupełnie przemilczane zostały zbrodnie popełnione na Czerniakowie przez tzw. Legion Wołyński (Ukraiński Legion Samoobrony) oraz deportacja 55 tys. warszawiaków z objętej powstaniem Stolicy do niemieckich obozów koncentracyjnych, w tym 13 tys. do KL Auschwitz. Tego tematu w Muzeum Powstania Warszawskiego nie ma. Podobnie marginalnie, moim zdaniem, potraktowano niszczenie Stolicy przez Niemców po kapitulacji powstania.

Może ktoś poczuje się tym dotknięty, ale z mojego punktu widzenia ekspozycja w Muzeum Powstania Warszawskiego pokazuje prawdę polityczną, a nie historyczną, wpisując się m.in. w politykę delegitymizacji PRL i obrzydzania Polakom Rosji. Temu głównie służy boski kult powstania warszawskiego, uprawiany od 1989 roku, a ze szczególnym nasileniem od 2004 roku. Nie pozostawił mi co do tego wątpliwości jeden z pracowników Muzeum Powstania Warszawskiego, który oprowadzając mnie po Warszawie wyznał, że po zwiedzeniu muzealnej ekspozycji zawstydzić się musi przede wszystkim Rosjanin. No tak, ale w przeciwieństwie do Rosjanina Niemiec i Ukrainiec w Muzeum Powstania Warszawskiego wstydzić się nie muszą.

Niemiec wstydzić się nie musi

http://www.mysl-polska.pl/572

Bohdan Piętka

Oświęcim, 2 sierpnia 2015 r.