W kierunku konfliktu globalnego

Na początku czerwca opinię publiczną w Polsce zaszokowała informacja, że w Polsce zostanie przeprowadzone szkolenie członków ukraińskich formacji ochotniczych – w których służą przeważnie neobanderowcy – takich jak: „Ajdar”, „Azow”, „Charków”, „Przykarpacie” i batalion im. Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Chociaż informacja ta została zdementowana przez Ministerstwo Obrony Narodowej i Sztab Generalny WP, dla każdego nawet biernego obserwatora życia politycznego nie ulega wątpliwości, że państwo polskie wielowymiarowo zaangażowało się we wspieranie pomajdanowej Ukrainy. Zarówno rządowe jak i opozycyjne media z dumą podkreślają, że Polska jest sojusznikiem Ukrainy i że sojusz ten stanowi obronę niepodległości Polski, ponieważ całej Europie grozi agresja odrodzonego imperializmu rosyjskiego. Od czasu do czasu na uzasadnienie tej tezy karmi się opinię publiczną mrożącymi krew w żyłach informacjami. Przykładem takiej informacji jest chociażby notatka zamieszczona 23 czerwca na portalu niezależna.pl, która krzyczy w tytule: „Putin może zająć połowę Ukrainy. Rosja rzuci na front 260 tys. żołnierzy”. Z treści notatki dowiadujemy się, że zdaniem prywatnej amerykańskiej agencji wywiadu geostrategicznego „Stratfor” Rosja opracowała sześć scenariuszy wojny z Ukrainą, a do realizacji jednego z nich potrzebuje właśnie 260 tys. żołnierzy. Epatowanie społeczeństwa polskiego takimi informacjami jest jednym z elementów psychologicznego przygotowania go do wojny. Przy czym to nie Rosja, ale Stany Zjednoczone od dwóch lat prą do globalnego konfliktu światowego, a Polsce i Ukrainie wyznaczyły w nim rolę zapalnika.

Bieg wydarzeń najwyraźniej zaczyna przyspieszać, a świadczy o tym decyzja władz USA o rozmieszczeniu czołgów, artylerii i innego sprzętu wojskowego na terenie Estonii, Łotwy, Litwy, Polski, Rumunii i Bułgarii, czyli w krajach frontowych. Decyzja ta wywołała entuzjazm głównych polskich sił politycznych, które od dawna zabiegały o zainstalowanie w Polsce amerykańskiej bazy wojskowej.

Z banderowcami pod rękę

Zintensyfikowany na potrzeby polityki amerykańskiej sojusz Polski z Ukrainą nie jest nowością. Od 1990 roku słyszymy nieustannie, że Ukraina to „strategiczny partner” Polski, a od tzw. pomarańczowej rewolucji w 2004 roku „partnerstwo” to uległo intensyfikacji (z przerwą podczas prezydentury Wiktora Janukowycza w latach 2010-2014). Uzasadniano go zawsze sloganem Jerzego Giedroycia, że „bez wolnej Ukrainy nie ma wolnej Polski”. Przy czym od przewrotu kijowskiego w 2014 roku nie chodzi już o żadną wolną Ukrainę ani o integrację tego kraju z UE, ale o udział Polski w globalnej konfrontacji USA – a szerzej Zachodu – z Rosją. Od początku tego „strategicznego partnerstwa” wisiał nad nim cień OUN/UPA, który w polityce ukraińskiej zyskiwał coraz większe znaczenie, aż dostał swoje pięć minut w historii podczas przewrotu kijowskiego. Przyjmując 9 kwietnia 2015 roku ustawodawstwo heroizujące OUN/UPA, pomajdanowa Ukraina ostatecznie ujawniła swoje banderowskie oblicze. Dlatego należy mówić nie o sojuszu polsko-ukraińskim, ale polsko-banderowskim.

Ustawodawstwo z 9 kwietnia 2015 roku nie tylko ujawniło banderowski kurs władz w Kijowie, ale także zintensyfikowało proces banderyzacji Ukrainy. Nie mówią o tym jedynie polskie media, dla których pomajdanowa Ukraina stanowi niemal wzór demokracji. Prawda niestety jest taka, że ideologia banderowska wypełnia życie publiczne tego kraju od parlamentu po szkoły. Ihor Mosijczuk – zastępca dowódcy pułku „Azow” i deputowany Partii Radykalnej – oświadczył publicznie, że podejrzewani o zabójstwo dziennikarza Ołesia Buzyny dwaj członkowie formacji „Kijów-2” i UNSO powinni otrzymać tytuły Bohatera Ukrainy. Ukraiński portal „Podrobnosti” opublikował fragmenty rozmów członków batalionu specjalnego „Tornado”, w którym opisują oni jak torturowali ludzi, głównie cywilów zatrzymanych podczas walk w Donbasie. 15 maja na You Tube pojawił się filmik pokazujący akademię szkolną w Liceum Fizyczno-Technicznym w Iwano-Frankiwsku (Stanisławów). Ubrani w czerwono-czarne stroje uczniowie śpiewają piosenkę „My, banderowcy!”. Przepasani są czerwonymi szarfami z napisem „Ja, banderiwec (banderiwka)”. 7 czerwca w tym samym Iwano-Frankiwsku odbyła się uroczysta akademia ku czci weteranów 14. Dywizji Grenadierów (1. ukraińskiej) Waffen-SS „Galizien” („Hałyczyna”). Żyjący jeszcze esesmani ukraińscy byli przedstawiani jako wzór dla walczących w Donbasie batalionów ochotniczych. Już niemal powszechne wśród ukraińskich polityków, urzędników i dziennikarzy stało się noszenie w klapie marynarki kotylionu w czerwono-czarnych barwach OUN-Bandery. Tak wygląda Ukraina, na której dokonano rok temu przewrotu politycznego pod hasłem integracji z Unią Europejską.

Szef ukraińskiego IPN Wołodymyr Wiatrowycz oświadczył Polskiemu Radiu, że zbrodnie wojenne popełniały podobno wszystkie armie walczące w drugiej wojnie światowej i miały one – jak to określił – charakter „indywidualny”. Taki też „indywidualny” charakter miały zdaniem Wiatrowycza zbrodnie UPA popełnione na Polakach. Na tę wypowiedź nie zareagował żaden polski polityk ani dziennikarz. Nie zareagowało również kierownictwo polskiego IPN, które razem z Wiatrowyczem chce wyjaśniać ludobójstwo wołyńsko-małopolskie.

Ten brak reakcji nie dziwi, ponieważ dla polskiej „klasy politycznej” banderowski renesans na Ukrainie od dawna nie jest już żadnym problemem. Problemami są jedynie pamięć o Polakach pomordowanych na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej oraz ci, którzy o tę pamięć za głośno się upominają. Narrację w sprawach ukraińskich narzucają polskiej opinii publicznej ludzie, którzy bardziej nienawidzą Rosję, niż kochają Polskę i którzy wszystko oceniają z pozycji radykalnego antykomunizmu i irracjonalnej rusofobii. Jak dalekich horyzontów sięga myśl polityczna, wiedza historyczna i moralność tych ludzi pokazuje przykład Mariusza Cysewskiego – publicysty i byłego działacza KPN – który usprawiedliwiając ustawodawstwo gloryfikujące UPA na Ukrainie stwierdził m.in.: Przez Ukraińską Powstańczą Armię przewinęło się kilkaset tysięcy żołnierzy z całej Ukrainy [wolne żarty szanowny panie, nie więcej niż 35-40 tys. – BP]. Logicznie, ogromna ich większość na oczy nie widziała Wołynia, Polski i Polaków, a w warunkach okupacji i wojny partyzanckiej zapewne i nie wiedziała o zbrodniach dokonanych na Wołyniu przez część własnych oddziałów [też były to zbrodnie „indywidualne”? – BP]. (…) Jako Polak oddaję honory żołnierzom UPA, walczącym o wolność swego kraju. W jej szeregach zdarzali się i zbrodniarze. Ale to nie oni ważą na ocenie całości. I jeśli komuś nie podoba się rycerski obyczaj, tradycja AK, WiN i Andersa, standardy i wartości cywilizacji, a woli od nich NKWD, KBW, UB i Jaruzelskiego, to rada jest prosta: walizka-dworzec-Rosja. A nie, to – raz sierpem, raz młotem… (cyt. za: https://sites.google.com/site/wolnyczyn/aktualnosci/dwie-tradycje-albo-jak-sejm-ukrainy-komorowskiego-przeczolgal-rzekomo).

Zażądanie przez posłów PiS od parlamentarzystów ukraińskich potępienia ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego i opuszczenie obrad Zgromadzenia Parlamentarnego Polski i Ukrainy w związku z brakiem ich zgody na taki krok należy odnotować pozytywnie. Jednakże w kontekście dotychczasowej polityki PiS w sprawach ukraińskich nie można wykluczyć, że posunięcie to zostało podyktowane strategią kampanii wyborczej. Ostatecznie wspomniane Zgromadzenie przyjęło 22 czerwca 2015 roku deklarację „popierającą reformy ukraińskie, potępiającą rosyjską agresję, wzywającą do pełnej realizacji porozumień mińskich, uwolnienia Nadii Sawczenko, reagowania na rosyjską propagandę”, co wiernie oddaje obraz polskiej polityki wschodniej.

Scenariusz rozpadu Ukrainy

Wbrew sielankowemu obrazowi pomajdanowej Ukrainy, który prezentują polskie media, państwo to pogrąża się w coraz większym kryzysie politycznym, społecznym i gospodarczym. Wszystkie problemy tego kraju, które miały zniknąć dzięki zwycięstwu majdanowej rewolucji, nie tylko, że nie zostały usunięte, ale narastają. Przede wszystkim korupcja i oligarchizacja. Dodać do tego trzeba jeszcze katastrofalny stan finansów i gospodarki, grabież majątku państwowego, rosnącą przestępczość oraz brutalne tłumienie przez reżim w Kijowie wszelkich przejawów opozycji i protestu społecznego. Szczytem groteski było mianowanie byłego prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego gubernatorem obwodu odeskiego. Prezydent Poroszenko postawił przed nowym gubernatorem zadanie zlikwidowania w ciągu roku korupcji i niesprawiedliwości, zreformowania gospodarki oraz oczywiście powstrzymania „rosyjskiej agresji”, która ma nadejść z Krymu. Jest to o tyle zabawne, że Saakaszwili nie potrafił rozwiązać tych problemów, o „rosyjskiej agresji” nie wspominając, kiedy w latach 2004-2007 oraz 2008-2013 był prezydentem Gruzji.

Kijowski reżim reprezentuje głównie interesy oligarchii, popieranej przez amerykańskiego patrona, który spodziewa się m.in. zrobienia świetnego interesu na dostawach broni i tzw. prywatyzacji ukraińskiej gospodarki. W sytuacji rozkładu państwa władza w Kijowie deklaruje wydanie co najmniej 5 proc. budżetu na uzbrojenie armii, co grozi dalszą zapaścią gospodarczą. Większość polskich polityków i dziennikarzy najprawdopodobniej nie ma świadomości tego, że wielkimi krokami zbliża się dzień kolejnej rewolucji na Ukrainie. W przeciwieństwie do sponsorowanych rewolucji z 2004 i 2014 roku ta będzie rewolucją autentyczną. Będzie to spontaniczne wystąpienie socjalne, które zostanie wykorzystane przede wszystkim przez neobanderowców do całkowitego opanowania władzy w państwie. Taki bieg wypadków może przyspieszyć proces dezintegracji Ukrainy i wyłaniania się z niej kolejnych tworów quasi-państwowych. Przy granicy z Polską mogą powstać przynajmniej dwa takie państewka: Republika Zachodnioukraińska i Ruś Karpacka. Konsekwencją kryzysu politycznego i rozpadu państwa będą setki tysięcy uchodźców, którzy w pierwszej kolejności skierują się do Polski. Na to w Warszawie nikt nie jest przygotowany, bo takiego scenariusza nie bierze się tam na poważnie pod uwagę.

Konflikt światowy

Banderowskie oblicze pomajdanowej Ukrainy zostało w końcu dostrzeżone w USA, co spowodowało zablokowanie przez Kongres dostawy przenośnych zestawów rakietowych dla ukraińskich sił zbrojnych. Komentując przyjęcie swojego wniosku w tej sprawie kongresman John Conyers jr. stwierdził, że pomoc wojskowa i szkolenia zostają zawieszone, „aby upewnić się, że ich adresatem nie jest neonazistowski batalion [pułk – BP] Azow”. Dodał, że doświadczenie uczy, iż „nadmierna pomoc wojskowa i militaryzacja może destabilizować sytuację i uderzać ostatecznie w nasze interesy narodowe” (kresy.pl, 12.06.2015). Stany Zjednoczone mogą sobie pozwolić na taki komfort, dyktowany niewątpliwie względem na opinię publiczną, ponieważ w Europie Środkowej mają podwykonawców swojej polityki, którzy nie cofną się przed najdalej idącą współpracą z władzami w Kijowie.

W Polsce pułk „Azow” cieszy się ogromną sympatią. Wystarczy przeczytać artykuł na jego temat w polskiej Wikipedii oraz wpisy na różnych portalach określających się prawicowymi, których publicyści definiują prawicowość jako nieprzejednaną wrogość do Rosji i bezkrytyczne uwielbienie Ukrainy. Zresztą nie tylko pułk „Azow” jest w Polsce komplementowany, o czym świadczy chociażby artykuł w „Tygodniku Powszechnym” przedstawiający batalion im. Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów jako wielkich przyjaciół Polski (Monika Andruszewska, Reportaż spod Doniecka: byliśmy w batalionie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, tygodnik.onet.pl, 26.02.2015). Z artykułu tego dowiedziałem się m.in. o przekazaniu temu batalionowi biało-czerwonej flagi przez posłankę PiS Małgorzatę Gosiewską. Ochotników z Polski walczących po stronie separatystów ściga prokuratura, natomiast ochotnik walczący w batalionie „Donbas” jest przedstawiany jako bohater i polski patriota (Agnieszka Lichnerowicz, Polak walczy w Donbasie po ukraińskiej stronie, metro.gazeta.pl, 3.03.2015).

Pomimo protestów części polskiej opinii publicznej przeciwko wojnie na Ukrainie, a właściwie wojnie światowej – ponieważ jest ona częścią globalnej rozgrywki – cały czas konsekwentnie forsowana jest polityka zaangażowania Polski w działania wojenne. Mamy do czynienia z pozornie łagodnymi, ale faktycznie aktywnymi formami zaangażowania, jak wysyłanie ekspertów wojskowych i broni, współpracą w zakresie produkcji uzbrojenia, tolerowaniem ochotników walczących po stronie ukraińskiej oraz pomocą finansową, której rozmiary są ukrywane przed polskim społeczeństwem. Angażując kraj w konflikt militarny, polska „partia wojny” tworzy ewidentne zagrożenia i działa wbrew interesowi Polski. Absurdem polskiej polityki jest brak zrozumienia roli mediatora oraz ciągła eskalacja działań antyrosyjskich i narracji rusofobicznej. Sternicy tej polityki nie rozumieją lub nie chcą zrozumieć, że interesem Polski jest trzymać się jak najdalej od globalnego konfliktu – jak czynią to Czechy, Słowacja i Węgry – a nie odgrywać rolę kraju frontowego i inicjującego działania zaczepne.

Scenariusz konfliktu zarysowuje się coraz bardziej niebezpiecznie. Jego przyczyną, najogólniej rzecz biorąc, jest to, że w rezultacie m.in. globalnego kryzysu gospodarczego kończy się świat zdominowany po 1991 roku przez Stany Zjednoczone. Inicjatorem globalnego konfliktu są siły, które nie chcą się pogodzić z perspektywą utraty przez USA statusu jedynego hegemona i powrotu do świata dwu- lub nawet wielobiegunowego. W ostatnim czasie doszło do zmian doktryn obronnych w Chinach i Rosji. Zmiany doktryny wojennej zostały zainicjowane również przez NATO i Niemcy. Idą one w kierunku podwyższenia gotowości bojowej i są elementem coraz bardziej agresywnych przygotowań do trzeciej wojny światowej.

4 kwietnia 2015 roku George Soros w wywiadzie dla „Die Welt” zażądał większego zaangażowania UE w konflikcie na Wschodzie. Stwierdził, że „dla powstrzymania Rosji” należy zrobić wszystko, aż „do udziału w bezpośredniej konfrontacji militarnej z Rosją”. 21 kwietnia największe stronnictwo w Parlamencie Europejskim, czyli Europejska Partia Ludowa (EPP) – do której należą PO i PSL – przyjęła uchwałę o konieczności większego zaangażowania w konflikt z Rosją, uznając ten kraj za wroga UE. „Musimy wyjaśnić, że tak, jesteśmy gotowi iść na wojnę za to, co uważamy za żywotne zasady przyszłości Europy” – czytamy we wspomnianej uchwale. Wpływowi politycy EPP wystąpili z postulatem powrotu do nuklearnego zastraszania. W związku z tym, że UE nie dysponuje arsenałem nuklearnym, ani nawet własnymi siłami zbrojnymi, chodzi tu o arsenał NATO, a ściślej USA. 27 maja przewodniczący Komitetu Wojskowego NATO – czeski gen. Petr Pavel – zapowiedział, że w przypadku agresji ze strony Rosji Sojusz Północnoatlantycki użyje przeciw niej broni nuklearnej. Z tą wypowiedzią współbrzmią słowa Edwarda Lucasa, wiceszefa amerykańskiego Center for European Policy Analysis (CEPA). Podczas międzynarodowej konferencji poświęconej globalnemu bezpieczeństwu GLOBSEC 2015 (Bratysława, 19-20 czerwca) powiedział on, że „Polska będzie bezpieczniejsza, jeśli będzie miała na swoim terytorium amerykańskie głowice nuklearne”. Nietrudno sobie wyobrazić, że Rosja zareaguje na rozmieszczenie amerykańskiej broni nuklearnej w Polsce – skąd rakieta z głowicą jądrową doleci do Moskwy w cztery minuty – tak jak USA zareagowały na instalację radzieckich rakiet na Kubie w 1962 roku. Nowa doktryna obronna Rosji zakłada odpowiedź z użyciem broni nuklearnej na atak ze strony NATO nawet w przypadku, gdy będzie to atak tylko z wykorzystaniem broni konwencjonalnej.

Co jakiś czas w polskich mediach występują różni podżegacze wojenni, jak np. właściciel agencji wywiadowczej „Stratfor” George Friedman, strasząc polskie społeczeństwo nadciągającą agresją ze strony Rosji i udzielając dobrych rad. Najogólniej sprowadzają się one do zwiększenia wydatków na obronność i zaakceptowania amerykańskiej obecności wojskowej w Europie Środkowej.

Niestety nic nie wskazuje, by odejście od samobójczego pchania się Polski w konflikt globalny było realne. Polską scenę polityczną zdominowała „partia wojny”, do której należą wszystkie główne siły polityczne, zarówno sprawujące władzę jak i będące w opozycji. Nie wierzę w zmianę polityki w sprawach ukraińskich po ewentualnym przejęciu władzy przez PiS, ponieważ nie jest tajemnicą, że partia ta ma powiązania z najbardziej skrajnymi siłami politycznymi w USA – prącymi od lat do konfliktu światowego – czyli tzw. neokonserwatystami. Sojusz polsko-banderowski będzie się zatem umacniał i prędzej czy później doprowadzi do katastrofy. Polscy politycy nie stawiają pytań. Wolą szermować frazeologią konfrontacji i popieraniem agresywnej polityki amerykańskiej, co może doprowadzić do eskalacji kryzysu ukraińskiego na skalę zagrażającą wojną światową.

http://www.konserwatyzm.pl/artykul/13054/w-kierunku-konfliktu-globalnego

http://www.mysl-polska.pl/526

„Myśl Polska” nr 27-28 (2041/42), 5-12.07.2015, s. 4-5

Bohdan Piętka

Oświęcim, 25 czerwca 2015 r.

Reklamy

Polacy w Auschwitz

14 czerwca 1940 roku przybył do KL Auschwitz pierwszy transport więźniów. Przywieziono nim 728 Polaków z więzienia policyjnego w Tarnowie, skierowanych przez placówkę Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w Krakowie (jej szefem był Ludwig Hahn, w latach 1941-1944 komendant Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w dystrykcie warszawskim). Tak rozpoczęła się historia największego niemieckiego obozu koncentracyjnego i obozu zagłady – dzisiaj kojarzonego głównie jako największe miejsce zagłady Żydów europejskich podczas drugiej wojny światowej (około 1 mln ofiar, w większości poddanych natychmiastowej zagładzie bez rejestracji w obozie). Jednakże obóz ten został założony w 1940 roku przez Trzecią Rzeszę Niemiecką nie z myślą o zagładzie Żydów (decyzję o ich zagładzie podjęto latem 1941 roku), ale celem izolacji i eksterminacji Polaków stawiających opór okupantowi. Zarówno w ramach zorganizowanej konspiracji wojskowej i politycznej, jak i poprzez naruszanie drakońskich przepisów ustawodawstwa okupacyjnego.

Od czerwca 1940 do wiosny 1942 roku Polacy, obok przebywających krótko w obozie radzieckich jeńców wojennych, stanowili ponad 95 proc., spośród ponad 27 tys. zarejestrowanych w tym czasie więźniów. Oprócz nich osadzono w tym okresie w KL Auschwitz 1,5 tys. Żydów oraz nielicznych Niemców, Czechów, Jugosłowian i Romów. Dopiero po rozpoczęciu wiosną 1942 roku na masową skalę deportacji do obozu Żydów z okupowanych przez Niemcy krajów europejskich procentowy udział Polaków w strukturze więźniarskiej zaczął maleć. Do końca istnienia obozu pozostał jednak wysoki, sytuujący się na drugim miejscu po Żydach. Najwięcej transportów z polskimi więźniami politycznymi przybyło do KL Auschwitz w 1942 i 1943 roku. Ich nasilenie miało ścisły związek z rosnącą falą terroru okupanta niemieckiego, który w pierwszej kolejności był odpowiedzią na działalność polskiego podziemia politycznego i zbrojnego oraz narzędziem wymuszania posłuszeństwa podbitego narodu. Obok aresztowań i deportacji do obozu członków podziemia oraz osób naruszających ustawodawstwo okupacyjne należy tutaj wymienić akcje represyjne podejmowane w odwecie za działalność polskiej partyzantki (głównie na Kielecczyźnie i Lubelszczyźnie, ale także np. akcja „Oderberg” w Prowincji Górnośląskiej w sierpniu 1943 roku). Przyczyną deportacji Polaków do KL Auschwitz i innych obozów koncentracyjnych była też realizacja konkretnych planów eksterminacyjnych okupanta niemieckiego wobec ludności polskiej (wysiedlenia z Zamojszczyzny).

Na proces zmiany struktury narodowościowej więźniów i ofiar KL Auschwitz wpływ miało również przenoszenie od wiosny 1943 roku części osadzonych w KL Auschwitz Polaków – ze względu na ich rosnące zaangażowanie w więźniarskim ruchu oporu oraz zapotrzebowanie niemieckiego przemysłu na wykwalifikowaną siłę roboczą – do innych obozów koncentracyjnych (KL Buchenwald, KL Dachau, KL Flossenbürg, KL Gross-Rosen, KL Mauthausen, KL Neuengamme, KL Ravensbrück, KL Sachsenhausen). Nie przenoszono natomiast w tym czasie Żydów, ponieważ do wiosny 1944 roku obowiązywała zasada, że obozy koncentracyjne na ziemi niemieckiej muszą być wolne od Żydów.

W drugiej połowie 1943 roku KL Auschwitz stał się centralnym ośrodkiem zagłady Żydów europejskich, dokonywanej metodami przemysłowymi w komorach gazowych. Nastąpiło to po likwidacji czterech ośrodków zagłady bezpośredniej na okupowanych ziemiach polskich (Chełmno nad Nerem, Treblinka, Bełżec i Sobibór) oraz przeprowadzeniu ostatniej dużej akcji eksterminacji Żydów w KL Lublin (Majdanek), którą była tzw. akcja „Erntefest” (dosłownie: „Dożynki”, 3-4 listopada 1943 roku). Apogeum zagłady Żydów w KL Auschwitz przypadło na maj-czerwiec 1944 roku, kiedy w ramach tzw. akcji węgierskiej zamordowano w tym obozie około 400 tys. Żydów z Węgier.

W związku ze skoncentrowaniem w KL Auschwitz akcji bezpośredniej zagłady Żydów, Himmler postanowił wstrzymać pod koniec 1943 roku deportację Polaków do tego obozu oraz do KL Lublin (Majdanek). Na mocy zarządzenia władz SS z 24 grudnia 1943 roku Polacy mieli być kierowani wyłącznie do KL Gross-Rosen i innych obozów na terenie Rzeszy. Zarządzenie to jednak nie było w pełni respektowane przez gestapo, ponieważ terror niemiecki wobec ludności polskiej w 1944 roku nie zmalał, ale wręcz przeciwnie – wzrósł. Himmler i jego planiści nie przewidzieli m.in. wybuchu powstania warszawskiego. W wyniku represji podjętych po wybuchu powstania wobec mieszkańców Stolicy deportowano do obozów koncentracyjnych 55 tys. warszawiaków, w tym około 13 tys. (12 867) do KL Auschwitz. Transporty mieszkańców Warszawy z obozu przejściowego w Pruszkowie (Dulag 121) w sierpniu i we wrześniu 1944 roku były ostatnimi dużymi transportami Polaków do KL Auschwitz.

Ogółem w latach 1940-1944 deportowano do KL Auschwitz 130-140 tys. Polaków objętych ewidencją obozową (na 400 tys. więźniów zarejestrowanych w obozie). Natomiast poza ewidencją obozową przywieziono i zabito około 10 tys. Polaków.

Blisko 26 tys. zarejestrowanych w KL Auschwitz Polaków przywieziono z Warszawy, poprzez więzienie Pawiak i obóz przejściowy w Pruszkowie, około 17 tys. z dystryktu krakowskiego, około 14 500 z dystryktu radomskiego, około 7200 z dystryktu lubelskiego i około 1300 z dystryktu galicyjskiego Generalnego Gubernatorstwa. Ponadto w KL Auschwitz zarejestrowano jako więźniów około 1300 Polaków wysiedlonych z Zamojszczyzny. Z ziem wcielonych do Rzeszy najwięcej Polaków deportowano do KL Auschwitz z Górnego Śląska (około 9 tys.) i Kraju Warty (około 4700). W mniejszej ilości (około 700) skierowano ich z Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie oraz wchodzących w skład Prowincji Prusy Wschodnie rejencji ciechanowskiej i okręgu białostockiego. Należy to tłumaczyć głównie bliskością KL Stutthof i obozu karnego w Potulicach, do których w pierwszej kolejności byli wysyłani Polacy z północnych ziem wcielonych do Rzeszy.

Podane liczby odnośnie ziem wcielonych do Rzeszy obejmują jednakże tzw. transporty bezpośrednie – kierowane przez jedną placówkę gestapo. W tzw. transportach zbiorowych – kierowanych równocześnie przez kilka, a nawet kilkanaście placówek gestapo i kripo – deportowano (przeważnie z ziem wcielonych i z terenu Rzeszy) około 34 tys. Polaków. Ponadto około 7 tys. więźniów narodowości polskiej przywieziono z innych obozów koncentracyjnych. Do tego należy jeszcze dodać około 11 tys. tzw. więźniów wychowawczych, formalnie nie będących więźniami obozu koncentracyjnego, a skierowanych do KL Auschwitz głównie z terenu Prowincji Górnośląskiej. Nieduże grupy Polaków mogły też trafić do KL Auschwitz z przedwojennych Kresów Wschodnich, podczas wojny wchodzących w skład Komisariatu Rzeszy Wschód i Komisariatu Rzeszy Ukraina, oraz z okupowanych przez Niemcy krajów Europy Zachodniej (Francja, Belgia, Holandia).

Wśród blisko 10 tys. Polaków zamordowanych w KL Auschwitz i nie ujętych w ewidencji obozowej znajdowali się więźniowie policyjni, skazani na śmierć przez sąd doraźny Policji Bezpieczeństwa dla rejencji katowickiej i opolskiej, grupy więźniów kierowane na egzekucję spoza obozu, a także prawdopodobnie wysiedleńcy z Zamojszczyzny.

Spośród około 140-150 tys. Polaków deportowanych do KL Auschwitz zginęło około 70-75 tys. (60-65 tys. zarejestrowanych jako więźniowie i około 10 tys. niezarejestrowanych). Wielu z nich zginęło również po przeniesieniu do obozów koncentracyjnych w Rzeszy, podczas ewakuacji KL Auschwitz w styczniu 1945 roku oraz ewakuacji innych niemieckich obozów wiosną 1945 roku, a także na statkach „Cap Arcona” i „Thielbek”, zatopionych 3 maja 1945 roku w Zatoce Lubeckiej przez lotnictwo brytyjskie.

Nie ulega wątpliwości, że perspektywicznym celem niemieckiej polityki okupacyjnej była zagłada narodu polskiego. Z tego, co na podstawie źródeł pośrednich wiemy na temat Generalnego Planu Wschodniego, zagłada Żydów miała być tylko wstępem do depopulacji Europy Środkowej i Wschodniej. Plan ten przewidywał likwidację (w drodze eksterminacji bezpośredniej lub wysiedlenia do Syberii zachodniej) około 80-85 proc. Polaków po zwycięskim dla Niemiec zakończeniu wojny. Preludium do realizacji tych zamierzeń były wysiedlenia ludności polskiej z Zamojszczyzny w latach 1942-1943.

Analizując deportację Polaków do KL Auschwitz nie można nie widzieć tych perspektywicznych założeń polityki hitlerowskiej. Rozmiary deportacji Polaków do KL Auschwitz i innych niemieckich obozów koncentracyjnych świadczą przede wszystkim o skali terroru, który wynikał z bieżących potrzeb polityki okupacyjnej (zwalczanie konspiracji, zastraszenie i utrzymywanie w posłuszeństwie podbitego narodu). Deportacje te miały jednak związek z dalekosiężnymi planami niemieckimi wobec Europy Środkowej i Wschodniej. Fakt ten zwykle umyka z pola widzenia mediom w Polsce i za granicą, które odnośnie Polaków osadzonych w KL Auschwitz najczęściej informują tylko o pierwszym transporcie z Tarnowa, ewentualnie podają informację, że do Auschwitz kierowano „przedstawicieli polskiej inteligencji”. Tymczasem nadreprezentacja inteligencji była tylko w transportach warszawskich i krakowskich. Przekrój społeczny polskich więźniów z pozostałych części kraju przeważnie odpowiadał przekrojowi społecznemu przedwojennego społeczeństwa polskiego, w którym osób z wyższym wykształceniem nie było więcej niż kilka procent. Większość Polaków osadzonych w KL Auschwitz to nie byli inteligenci, ale chłopi, robotnicy rolni, robotnicy przemysłowi, rzemieślnicy.

Wielu z nich trafiło do tego obozu za to, że walczyło w konspiracji o niepodległość swojej ojczyzny. Wielu jednakże stało się ofiarą niemieckiego prawa okupacyjnego, szczególnie represyjnego na okupowanych ziemiach polskich. Wpisy w zachowanych więźniarskich kartach personalnych, podające niejednokrotnie przyczynę deportacji do obozu, pozwalają poznać skalę tej represyjności. Pozwalają też zrozumieć, że niemieckie prawo okupacyjne służyło nie tylko do utrzymywania w posłuszeństwie narodu polskiego, ale także osiągnięciu wspomnianego celu perspektywicznego, czyli jego wyniszczenia. Polaka w obozie koncentracyjnym można było osadzić nie tylko za nielegalny handel (konieczny dla przeżycia pod okupacją niemiecką) czy złamanie drakońskich przepisów prawa pracy. Można go było wysłać na śmierć – bo z KL Auschwitz nie było powrotu, poza nielicznymi przypadkami zwolnień w pierwszych latach istnienia obozu – za to, że nie ustąpił miejsca na chodniku lub nie ukłonił się Niemcowi, za to, że na ziemiach wcielonych rozmawiał po polsku, za to, że podczas sprzątania niemieckiego kina znalazł odznakę NSDAP i nie oddał jej właścicielowi, za to, że mieszkał na wsi, która w odwecie za działalność polskiej partyzantki została poddana tzw. pacyfikacji, za to, że nie zdążył do domu przed godziną policyjną, albo po prostu za to, że wyszedł na ulicę i akurat była tzw. łapanka. W pierwszym transporcie Polaków z Warszawy 15 sierpnia 1940 roku – liczącym 1666 osób – znajdowało się 1153 schwytanych podczas łapanek, a tylko 513 przetrzymywanych wcześniej pod jakimś zarzutem w więzieniu na Pawiaku. Osadzonych w obozie Polaków traktowano też jako zakładników, których rozstrzeliwano w przypadku sabotaży lub innych akcji podziemia na terenach, z których pochodzili.

To wszystko pokazuje jakie było położenie ludności polskiej pod okupacją niemiecką. Polak był dla niemieckich władz okupacyjnych nikim. Można go było w każdej chwili zatrzymać lub aresztować, wysłać do obozu koncentracyjnego lub od razu rozstrzelać dosłownie za nic. Wiedzy na ten temat niestety nie ma na Zachodzie, gdzie coraz łatwiej formułowane są oskarżenia o udział narodu polskiego w niemieckich zbrodniach na Żydach.

Oczywiście mówiąc o Polakach w Auschwitz nie można zapomnieć, że było to miejsce eksterminacji polskiej inteligencji, a nawet więcej – narodowej elity. Do więźniów i ofiar tego obozu należeli zarówno wybitni politycy (np. Norbert Barlicki i Stanisław Dubois z PPS, Gabriel Dubiel z PSL „Piast”, Jan Mosdorf, Roman Rybarski i Witold Teofil Staniszkis z szeroko pojętego obozu narodowego, Władysław Tempka ze Stronnictwa Pracy i in.), osoby spokrewnione z działaczami politycznymi (np. Cecylia Mikołajczyk – żona premiera Stanisława Mikołajczyka, Edmund Wojciechowski – syn prezydenta Stanisława Wojciechowskiego), oficerowie (np. Teofil Dziama, Jan Karcz, Witold Pilecki, Kazimierz Rawicz, Aleksander Stawarz i in.), pisarze i literaci (np. Tadeusz Borowski, Stefan Godlewski, Zofia Kossak-Szczucka, Seweryna Szmaglewska, Anna Zahorska i in.), artyści (np. Xawey Dunikowski, Mieczysław Kościelniak, Ludwik Puget i in.), aktorzy (np. Stefan Jaracz, Leon Schiller, Witold Zacharewicz i in.), profesorowie wyższych uczelni (np. Adam Zdzisław Heydel, Zygmunt Łempicki, Marian Henryk Serejski, Józef Jan Siemieński i in.), arystokraci (np. hrabia Władysław Baworowski, książę Ludwik Czetwertyński, Adam i Stanisław Drohojowscy, książę Kazimierz Światopełk-Mirski, hrabia Aleksander Zamoyski i in.), sportowcy (Bronisław Czech, Antoni Łyko, Józef Noji i in.). W KL Auschwitz osadzono również 416 polskich księży katolickich, kleryków, zakonników i sióstr zakonnych. 236 z nich zginęło – 166 w KL Auschwitz, a 70 po przeniesieniu do innych obozów. Niewątpliwie najbardziej znaną postacią w ich gronie jest św. Maksymilian Maria Kolbe, a także błogosławieni: Jan Bajewski, Piotr Edward Dańkowski, Anicet Adalbert Kopliński, Antoni Rewera, Roman Sitko, Piotr Bonifacy Żukowski i in.

Inną grupę Polaków zabijanych w KL Auschwitz stanowili chorzy psychicznie. Jedną z największych zbrodni na chorych psychicznie było zamordowanie w komorze gazowej 23 czerwca 1942 roku 566 pacjentów ze zlikwidowanego szpitala psychiatrycznego w Kobierzynie pod Krakowem oraz jego filii prowadzonej przez oo. Bonifratrów w Zebrzydowicach k. Kalwarii Zebrzydowskiej.

Nie można też nie wymienić rzesz patriotycznej polskiej młodzieży studenckiej i szkolnej, zaangażowanej w różne formy walki konspiracyjnej. To właśnie głównie z tej młodzieży – ujętej podczas próby przekroczenia granicy słowackiej w drodze do polskiej armii we Francji – składał się pierwszy transport Polaków do Auschwitz.

Polscy więźniowie w KL Auschwitz ginęli przede wszystkim w wyniku niewolniczej, ponad ludzkie siły pracy, niejednokrotnie zabijani – gdy słabli przy pracy – przez niemieckich więźniów funkcyjnych i esesmanów. Ginęli z głodu i chorób, w tym powtarzających się – szczególnie w pierwszych latach istnienia obozu – epidemii tyfusu. Ginęli w karnej kompanii, areszcie obozowym w bloku 11, w egzekucjach na Żwirowisku i pod Ścianą Śmierci na dziedzińcu bloku 11 oraz w egzekucjach przez powieszenie. Obfite żniwo śmierć zbierała wśród tysięcy polskich więźniarek, wegetujących w fatalnych warunkach w obozie kobiecym w Birkenau. Na 250 polskich więźniach i 600 jeńcach radzieckich dokonano pierwszego próbnego gazowania cyklonem B w podziemiach bloku 11 w obozie macierzystym KL Auschwitz I na początku września 1941 roku.

Największą zasługą Polaków osadzonych w KL Auschwitz było zorganizowanie więźniarskiego ruchu oporu, który m.in. przekazywał na zewnątrz informacje o zbrodniach popełnianych w obozie. Była to zarówno polska konspiracja wojskowa (Związek Organizacji Wojskowej, później ZWZ/AK), którą zapoczątkowali Witold Pilecki i Kazimierz Rawicz, jak i konspiracja lewicowo-międzynarodowa (Grupa Bojowa Oświęcim), w której jedną z wiodących ról odgrywał Józef Cyrankiewicz. Dzisiaj zasługi Cyrankiewicza w konspiracji więźniarskiej są niesłusznie deprecjonowane, a niektórzy tzw. prawicowi publicyści formułują na temat jego postawy w obozie tendencyjne i w gruncie rzeczy haniebne sądy, nie mające jakiegokolwiek potwierdzenia w źródłach.

Ideą przewodnią polskiej polityki historycznej po 1989 roku jest eksponowanie na pierwszym miejscu zbrodni dokonanych na Polakach przez NKWD podczas drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu oraz przez aparat represji Polski Ludowej po wojnie. Zbrodnie niemieckie na Polakach są spychane na drugi plan, a pod dywan zamiata się – a przynajmniej do niedawna tak czyniono – ludobójstwo dokonane na ludności polskiej Kresów przez OUN/UPA. Nie wiem czy zwolennicy tej polityki historycznej wiedzą, że jej prekursorami tak naprawdę byli hitlerowcy, którzy w 1943 roku jako pierwsi nagłośnili na cały świat martyrologię polską z rąk ZSRR. W czasie, gdy sami deportowali Polaków dziesiątkami tysięcy do swoich obozów koncentracyjnych, rozstrzeliwali ich lub wieszali w publicznych egzekucjach oraz palili żywcem podczas tzw. pacyfikowania polskich wsi. Ta polityka historyczna prawdopodobnie także dzisiaj jest inspirowana przez Berlin, albowiem nachalne eksponowanie zbrodni sowieckich i komunistycznych sprzyja zakrzyczeniu zbrodni niemieckich.

Przemilczanie, a potem zamiatanie pod dywan prawdy o zbrodni katyńskiej było największą hańbą PRL. Czy jednak nie jest równie niestosowne i antypolskie zarazem używanie Katynia do deprecjonowania zbrodni niemieckich i ukraińskich na Polakach? W rezultacie tego co nazywamy zbrodnią katyńską – a więc egzekucji dokonanych przez NKWD w Katyniu, Charkowie, Kijowie, Twerze, Mińsku i miejscach, których nazw do dzisiaj nie znamy – zginęło 21 768 obywateli polskich (w większości Polaków, ale także Żydów i Ukraińców). W niemieckich obozach koncentracyjnych natomiast zginęły następujące liczby Polaków: 70-75 tys. w KL Auschwitz, 30-35 tys. w KL Ravensbrück, 27 tys. w KL Mauthausen, 19 tys. w KL Lublin (Majdanek), 17 tys. w KL Flossenbürg, 15-20 tys. w KL Stutthof, 7,5 tys. w KL Neuengamme. Nie są znane dokładne liczby Polaków zamordowanych w KL Bergen-Belsen, KL Buchenwald, KL Dachau, KL Gross-Rosen, KL Mittelbau-Dora, KL Natzweiler-Struthof i KL Sachsenhausen. Na każdy z tych obozów może przypadać od kilku do kilkunastu tysięcy polskich ofiar. Do tego należy dodać tysiące ofiar, które zginęły podczas marszów ewakuacyjnych. W niemieckich obozach koncentracyjnych mogło zatem zginąć od 200 do 250 tys. Polaków. To jednak więcej niż polskie ofiary represji stalinowskich w latach 1939-1941 i 1944-1952 (egzekucji, deportacji na Syberię i do Kazachstanu, śmierci w więzieniach i na zesłaniu), które IPN oszacował w 2009 roku na około 150 tys. osób. A przecież deportacje do obozów koncentracyjnych były tylko wycinkiem niemieckiego terroru wobec ludności polskiej, który w latach 1939-1945 pochłonął życie blisko 2 mln Polaków oraz 2,9 mln polskich Żydów.

Nie chodzi mi tutaj o licytację ofiar i tak modne dzisiaj porównywanie, który totalitaryzm był gorszy. Chodzi mi o równe uszanowanie wszystkich ofiar polskich podczas drugiej wojny światowej. Chciałbym, żeby oprócz Rajdu Katyńskiego odbywał się także Rajd Oświęcimski (przynajmniej do najważniejszych byłych obozów niemieckich) i Rajd Wołyński.

Przypadająca 14 czerwca 2015 roku 75. rocznica deportacji pierwszego transportu polskich więźniów politycznych do KL Auschwitz jest najprawdopodobniej ostatnią okrągłą rocznicą, w której uczestniczyć będą nieliczni żyjący jeszcze polscy więźniowie tego obozu. Mimo że w 2006 roku 14 czerwca został uchwałą Sejmu RP ustanowiony Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych, uroczystość w Oświęcimiu ma rokrocznie charakter lokalny. Nie zaszczycają jej obecnością prezydenci i premierzy Rzeczypospolitej Polskiej, wysyłając co najwyżej swoich przedstawicieli. Nie jest transmitowana przez ogólnopolskie media, które też nie informują o niej na pierwszym miejscu. Traci się w ten sposób unikalną okazję do powiedzenia na cały świat prawdy o polskiej martyrologii pod okupacją niemiecką w czasie drugiej wojny światowej. Nie po to, żeby licytować się z martyrologią żydowską – niewątpliwie przerastającą rozmiarami martyrologię polską – ale po to, by raz na zawsze położyć kres pomówieniom o „polskich obozach śmierci” i polskim współudziale w zbrodniach nazistowskich.

Literatura:

H. Kubica, Zagłada w KL Auschwitz Polaków wysiedlonych z Zamojszczyzny w latach 1942-1943, Oświęcim-Warszawa 2004.

H. Kubica, Głosy Pamięci (cz. 10): Z powstańczej Warszawy do KL Auschwitz, Oświęcim 2014.

I. Pająk, Mieszkańcy Śląska, Podbeskidzia, Zagłębia Dąbrowskiego w KL Auschwitz, t. I-II, Katowice 1998.

F. Piper, Ilu ludzi zginęło w KL Auschwitz. Liczba ofiar w świetle źródeł i badań, Oświęcim 1992.

F. Piper, Głosy Pamięci (cz. 8): Polacy w KL Auschwitz, Oświęcim 2012.

F. Piper, I. Strzelecka (red.), Księga Pamięci. Transporty Polaków z Warszawy do KL Auschwitz 1940-1944, t. I-III, Warszawa-Oświęcim 2000.

F. Piper, I. Strzelecka (red.), Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Krakowa i innych miejscowości Polski południowej 1940-1944, t. I-V, Warszawa-Oświęcim 2002.

F. Piper, I. Strzelecka (red.), Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Radomia i innych miejscowości Kielecczyzny 1940-1944, t. I-V, Oświęcim 2006.

F. Piper, I. Strzelecka (red.), Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Lublina i innych miejscowości Lubelszczyzny 1940-1944, t. I-III, Oświęcim 2009.

B. Piętka, Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Wielkopolski, Pomorza, Ciechanowskiego i Białostocczyzny 1940-1944, t. I-III, Oświęcim 2013.

http://konserwatyzm.pl/artykul/13020/polacy-w-auschwitz

http://www.mysl-polska.pl/509

„Myśl Polska” nr 25-26 (2039/40), 21-28.06.2015, s. 14-15

Bohdan Piętka

Oświęcim, 10 czerwca 2015 r.