Trzecia faza ludobójstwa

Ludobójstwo jest zbrodnią przeciw ludzkości, która polega na celowym wyniszczeniu w całości lub części grup etnicznych, religijnych, rasowych lub społecznych w pierwszej kolejności przez fizyczne zabójstwa, ale także poprzez wstrzymanie urodzin, przymusowe odbieranie dzieci lub stworzenie warunków życia sprzyjających fizycznej zagładzie. Tak zdefiniował ludobójstwo (genocide) w 1944 roku autor tego pojęcia – polski prawnik żydowskiego pochodzenia Rafał Lemkin (1900-1959). W świetle tej definicji nie ulega wątpliwości, że działania podjęte podczas drugiej wojny światowej przez banderowską frakcję Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię wobec osób narodowości polskiej na terenie przedwojennych polskich województw wołyńskiego, lwowskiego, stanisławowskiego i tarnopolskiego były ludobójstwem. Działania te zmierzały bowiem do fizycznej zagłady tych osób tylko dlatego, że należały do określonej grupy etnicznej, która z przyczyn ideologicznych i politycznych została zdefiniowana przez sprawców jako niepożądana. Taki punkt widzenia negują historycy ukraińscy, uprawiający propagandę polityczną na rzecz swojego państwa, a także niektórzy historycy polscy, którzy wpisują się w polityczną linię ślepego popierania Ukrainy i obłaskawiania epigonów Stepana Bandery. Jednakże historycy wolni od obciążeń politycznych – jak np. Marco Carynnyk, John-Paul Himka, Lucyna Kulińska, David Marples, Wiktor Poliszczuk, Grzegorz Rossoliński-Liebe, czy Per Anders Rudling – nie mają problemów z zakwalifikowaniem zbrodni OUN-B i UPA na Polakach jako ludobójstwa.

W kontekście zgodnego ze stanowiskiem nauki zakwalifikowania tych zbrodni jako ludobójstwa szczególnego wymiaru nabiera ustawa o uznaniu statusu prawnego uczestników walk o niepodległość Ukrainy w XX wieku, uchwalona przez ukraiński parlament 9 kwietnia 2015 roku – w dniu wizyty prezydenta Bronisława Komorowskiego w Kijowie. Ustawa ta uznaje członków Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii za bojowników o niepodległość Ukrainy i przewiduje sankcje karne za okazywanie im „lekceważącego stosunku”, czyli przypominanie zbrodniczego i faszystowskiego charakteru formacji, do których należeli. Jeszcze większej wymowy nabiera fakt, że inicjatorem uchwalenia tej ustawy był Jurij Szuchewycz – syn sprawcy ludobójstwa, czyli dowódcy UPA Romana Szuchewycza. Polityczno-prawny wymiar aktu przyjętego przez parlament Ukrainy podczas przyjacielskiej wizyty prezydenta Komorowskiego sprowadza się do faktycznej i formalnej rehabilitacji OUN/UPA oraz wpisania tradycji i ideologii OUN w rzeczywistość polityczną pomajdanowej Ukrainy. Dla tych, którzy obserwowali wydarzenia na Ukrainie od początku przewrotu politycznego z przełomu 2013 i 2014 roku nie jest to żadnym zaskoczeniem. Skrajni nacjonaliści byli motorem tego przewrotu, a czerwono-czarne flagi OUN jego wizytówką. Przewrót kijowski od początku miał oblicze Stepana Bandery i tylko polskie media i polscy politycy nie chcieli i nie chcą tego oblicza zauważyć.

Jest jednak jeszcze jeden niezwykle ważny element, na który należy zwrócić uwagę. Ustawa z 9 kwietnia 2015 roku idzie znacznie dalej niż wcześniej odważył się pójść prezydent Wiktor Juszczenko, ponieważ poprzez wprowadzenie sankcji karnych uniemożliwia prowadzenie na Ukrainie badań naukowych i śledztw w sprawie ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Mało tego. Ustawa ta faktycznie neguje fakt tego ludobójstwa, stawiając pomajdanową Ukrainę na pozycji jego kontynuatora.

Ludobójstwo ma trzy fazy. Pregenocydalną, kiedy dochodzi do pierwszych zbrodni, mających z reguły sprawdzić reakcję ze strony ofiar, możliwości ich obrony i uzyskania ewentualnej pomocy. Genocydalną, w której następuje całkowita lub częściowa zagłada wybranej kategorii osób oraz rozpoczynającą się równolegle z nią fazę pogenocydalną, w której ma miejsce zacieranie śladów zbrodni i jej negacja.

W przypadku ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego za fazę pregenocydalną uważa się zbrodnie popełnione przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach i Żydach we wrześniu 1939 roku, następnie w lipcu i sierpniu 1941 roku oraz w 1942 roku. Jednakże można do tej fazy zaliczyć także terrorystyczną działalność Ukraińskiej Organizacji Wojskowej i OUN w okresie międzywojennym, a nawet zbrodnie popełnione na Polakach w latach 1918-1919 przez Zachodnioukraińską Republikę Ludową. Perspektywicznym celem tych działań było bowiem usuniecie Polaków z tzw. Zachodniej Ukrainy, czyli Wołynia i Małopolski Wschodniej. Faza genocydalna – zmierzająca do całkowitej depoloniazaji Wołynia i Małopolski Wschodniej na drodze brutalnej eksterminacji – miała miejsce w latach 1943-1944, ale faktycznie trwała do 1947 roku, kiedy atakom UPA na ludność polską położyła ostatecznie kres operacja „Wisła”. Faza pogenocydalna rozpoczęła się równolegle z pierwszymi rzeziami na Wołyniu i polegała – oprócz fizycznego zacierania śladów po wymordowanych lub wypędzonych Polakach – na przyjęciu specyficznego języka negującego zbrodnię (m.in. obecna do dzisiaj „akcja antypolska”) oraz niezgodnym z faktami opisie wydarzeń, w tym m.in. przedstawianiu wyrzynania ludności polskiej jako walk z polską partyzantką. Ta kłamliwa narracja była i jest powielana przez ukraińskich historyków z banderowskiej emigracji w RFN i Kanadzie oraz historyków na Ukrainie po 1991 roku. Poprzez ustawę z 9 kwietnia 2015 roku pomajdanowa Ukraina stanęła formalnie na gruncie negacji ludobójstwa, czyli jego kontynuacji w ramach trzeciej, pogenocydalnej fazy.

Celem nacjonalistów ukraińskich jest narzucenie całej Ukrainie ich wersji historii XX wieku, a w szczególności oceny drugiej wojny światowej. Chcą oni wygrać wojnę, którą przegrali 70 lat temu. Tę grę podjęli na szerszą skalę już podczas prezydentury Wiktora Juszczenki (2005-2010). Jednak dopiero dzięki przewrotowi kijowskiemu z 2014 roku mogą w pełni realizować swoją politykę, a ustawa z 9 kwietnia 2015 roku stanowi na tej drodze krok milowy. Ten akt prawny jest bulwersujący przede wszystkim z powodu usankcjonowania szerzenia na Ukrainie faszyzmu jako ideologii państwowej oraz zwalczania jej przeciwników. Zamyka się w ten sposób możliwość badania banderowskich zbrodni i ich osądzenia. Żyjący jeszcze członkowie OUN i UPA zamiast siedzieć na sali sądowej chodzą w glorii chwały, wspomagani przez państwo wysokimi dodatkami do emerytur. Sprawcom ludobójstwa stawia się pomniki i funduje muzea, podczas gdy ich ofiary niejednokrotnie nie mają nawet grobów. Penalizacja krytyki zbrodniczego charakteru nacjonalizmu ukraińskiego spowoduje, że na Ukrainie zakazane też będą wszelkie publikacje mówiące o faszystowskim i ludobójczym charakterze OUN i UPA oraz zostanie usankcjonowana, prowadzona już od dawna szczególnie na zachodzie Ukrainy, indoktrynacja dzieci i młodzieży w duchu banderowskim. Nie mówiąc już o wszelkich formach obłędnego kultu zbrodniczej ideologii i formacji, czyli pomnikach i muzeach poświęconych zbrodniarzom, które teraz będą wyrastać jak grzyby po deszczu już nie tylko na zachodniej Ukrainie, a także marszach, uroczystościach i publikacjach ku ich czci.

Dlatego należy uznać za humorystyczny komunikat z 19 maja o powołaniu przez polski i ukraiński IPN komisji historyków, która zajmie się „zbrodnią wołyńską”. W realiach obecnej polityki historycznej Ukrainy komisja ta będzie mogła tylko potwierdzić stanowisko szefa ukraińskiego IPN Wołodymyra Wiatrowycza, że żadnego ludobójstwa nie było, a jedynie jakaś „druga wojna polsko-ukraińska”. Do takiego wniosku skłania mnie informacja, iż wspomniana komisja zajmie się „analizą dokumentów” z archiwów ukraińskich. Polscy dziennikarze oczywiście nie chcą wiedzieć o tym, że większość dokumentów dotyczących ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego – wytworzonych głównie przez radzieckie KGB i MWD – została albo zniszczona albo sfałszowana w latach 2008-2010, kiedy Wiatrowycz był dyrektorem archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Już sama forma przekazania tej informacji w polskich mediach – z przywołaniem obowiązkowej kłamliwej formułki, że „w wyniku akcji ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu rozpoczętej w lipcu 1943 roku zginęło około 100 tysięcy Polaków, a w wyniku działań odwetowych od 10 do 20 tysięcy Ukraińców” – nie pozostawia wątpliwości do jakich ustaleń dojdzie komisja Kamińskiego-Wiatrowycza. Po pierwsze – nie w lipcu, ale w lutym 1943 roku. Po drugie – nie 100 tysięcy Polaków, ale co najmniej 130 tysięcy. Po trzecie – nie „działań odwetowych”, ale polskiej samoobrony i nie 10-20 tysięcy Ukraińców, ale maksymalnie 3 tysiące.

Ustawa z 9 kwietnia otwarła drogę do faszyzacji Ukrainy, a najlepszym tego dowodem jest przyjecie ustawy z 21 maja 2015 roku, w której parlament ukraiński głosami 249 spośród 450 deputowanych zawiesił do czasu zakończenia działań zbrojnych na wschodzie kraju część zobowiązań wynikających z międzynarodowej konwencji praw człowieka. Tym samym na Ukrainie zostało prawnie usankcjonowane mordowanie przeciwników politycznych oraz popełnianie zbrodni wojennych.

Uchwalenie ustawy o statusie prawnym uczestników walk o niepodległość Ukrainy w dniu wizyty państwowej prezydenta Polski było upokorzeniem narodu polskiego oraz kompromitacją Bronisława Komorowskiego, która najprawdopodobniej zadecydowała o jego wyborczej porażce. Dalszą częścią tej kompromitacji były brak zdecydowanego sprzeciwu ze strony prezydenta Komorowskiego wobec prawnej gloryfikacji OUN i UPA oraz antyrosyjska impreza na Westerplatte z 7-8 maja, podczas której prezydent Petro Poroszenko wystąpił z wpiętym do marynarki kotylionem w czerwono-czarnych barwach OUN-B. Dzień później z tym samym kotylionem w marynarce prezydent Ukrainy przyjął na audiencji w Kijowie delegację weteranów UPA. Wreszcie 16 maja Poroszenko ratyfikował ustawę o statusie prawnym uczestników walk o niepodległość Ukrainy. Ratyfikacja ta miała miejsce na dzień przed marszem solidarności z Ukrainą w Warszawie. Przypuszczalnie zatem – tak jak w przypadku wizyty Komorowskiego w Kijowie – data nie została wybrana przez Poroszenkę przypadkowo. Jest to jasne postawienie sprawy, kto w polsko-ukraińskim sojuszu przeciw Rosji jest starszym, a kto młodszym bratem, kto ma respektować czyją narrację historyczną i polityczną.

Współpraca polsko-ukraińska (znalezione w Internecie).

Współpraca polsko-ukraińska (znalezione w Internecie).

Wspomniany marsz solidarności z Ukrainą z 17 maja był tylko z pozoru imprezą kameralną (ok. 300 uczestników). Warto zwrócić uwagę, że oprócz ambasadora Andrija Deszczycy, delegacji Tatarów krymskich i Ukraińców z Fundacji Otwarty Dialog, której różne formy działalności na terenie Polski są co najmniej na granicy z prawem, wzięło w nim udział wielu reprezentantów nadwiślańskiego lobby proukraińskiego. W pierwszej kolejności były to gwiazdy „Gazety Polskiej” i TV Republika, jak Bartosz Maślankiewicz, Wojciech Mucha, Dawid Wildstein i Bianca Zalewska, a także posłanka PiS Małgorzata Gosiewska.

Zaangażowanie polskich sił politycznych i mediów we wspieranie pomajdanowej Ukrainy w sytuacji państwowej gloryfikacji OUN i UPA, bez jasnego sprzeciwu wobec karygodnej ustawy z 9 kwietnia 2015 roku, ma charakter współuczestnictwa w trzeciej fazie ludobójstwa, czyli jego negacji. Dla każdego obserwatora polityki jest jednak oczywiste, że taką postawę polskie elity polityczne i medialne zajmują co najmniej od pomarańczowej rewolucji w 2004 roku, a nawet od 1990 roku, kiedy oparły politykę wschodnią na doktrynie Jerzego Giedroycia. Postsolidarnościowe elity polityczne wypierają z pamięci zbiorowej ludobójstwo wołyńsko-małopolskie z taką samą zaciekłością, z jaką komuniści wypierali Katyń. Nie tylko nie przeszkadza im przekroczenie czerwonej linii, jaką stanowi państwowa gloryfikacja OUN i UPA. Politykom postsolidarnościowym i ich patronom w UE i USA nie przeszkadza również popieranie państwa, które „zawiesiło” ochronę praw człowieka i w którym popełniane są morderstwa polityczne (Ołeś Buzyna, Ołeh Kałasznikow i in.). To bezwarunkowe poparcie dla kryminalnego i neofaszystowskiego reżimu w Kijowie jest elementem pełzającej trzeciej wojny światowej Zachodu przeciw Rosji, w której Polsce wyznaczono rolę państwa frontowego i inicjującego wraz z Ukrainą i Litwą działania antyrosyjskie.

Już latem 2014 roku Kazimierz Wóycicki – prominentna postać salonu warszawskiego – po wakacyjnym rajdzie do miejsc pamięci banderowskiej na zachodzie Ukrainy stwierdził, że Roman Szuchewycz „powinien być również dla Polaków postacią o cechach bohatera”. Minister spraw zagranicznych Grzegorz Schetyna, zamiast sprzeciwu wobec prawnej gloryfikacji OUN i UPA, pospieszył z usprawiedliwieniem ustawy o statusie prawnym uczestników walk o niepodległość Ukrainy. To nie była ze strony Ukraińców prowokacja – stwierdził – a ta ustawa (…) w żaden sposób nie była skierowana przeciwko Polsce. (…) Ukraina szuka swej historycznej tożsamości i trzeba próbować to zrozumieć, a zarazem mówić, co nas boli (gazeta.pl, 14.04.2015). Zdaniem Schetyny sprzeciw wobec odradzania się banderowskiego szowinizmu na Ukrainie jest wpisywaniem się w „rosyjską narrację”.

Wątpliwości co do tego, że jednak polscy politycy nie będą mówić Ukrainie co ich we wzajemnych stosunkach boli, bo ich nic nie boli, nie pozostawił red. Paweł Wroński. W artykule pod obłudnym tytułem „Wyplątać historię z polityki” (wyborcza.pl, 29.04.2015) stwierdził, iż „trudno uznać, że OUN i UPA nie walczyły o wolność i niepodległość Ukrainy”. Usprawiedliwiając ukraińską politykę historyczną poszedł jeszcze dalej niż minister Schetyna. Wroński pouczył mianowicie „narodowców” i „zwolenników Korwina-Mikkego”, by nie rozpalali „ognia nienawiści” i wprost zbagatelizował fakt państwowej gloryfikacji OUN i UPA na Ukrainie. Stwierdził, że ustawa o statusie prawnym uczestników walk o niepodległość Ukrainy nie jest antypolska, ale antyrosyjska, a to w jego mniemaniu ją rozgrzesza. Nie widzi, albo nie chce widzieć, że ustawa ta umacnia noebanderyzm, który prędzej czy później stanie się groźny także dla Polski.

Wypowiedzi Schetyny czy Wrońskiego pokazują, że dla zwolenników obsesji ukraińskiej jest ona dogmatem wiary i żadne racjonalne argumenty do nich nie dotrą. Niestety nie mam wątpliwości, że nic w tym względzie nie zmieni następca Bronisława Komorowskiego, wywodzący się z obozu politycznego, którego ideologia jest niemal wyłącznie oparta na irracjonalnej nienawiści do Rosji i fanatycznej wierze w koncepcje polityczne Jerzego Giedroycia. W wywiadzie dla portalu „Znad Wilii” Andrzej Duda za wzór postawił politykę litewską Lecha Kaczyńskiego (kresy.pl, 26.05.2015), fatalną w skutkach dla położenia mniejszości polskiej na Litwie. Należy zatem domniemywać, że wzorem dla niego jest również nie mniej fatalna polityka ukraińska Lecha Kaczyńskiego. Główne media i siły polityczne Polski konsekwentnie tkwią w oparach absurdów „wiary ukrainnej”. Obok najzwyklejszego wasalstwa wobec USA, UE oraz lobby ukraińskiego mamy tutaj do czynienia z całkowitym upadkiem myśli politycznej. Chyba najgłębszym w historii Polski.

http://konserwatyzm.pl/artykul/12988/trzecia-faza-ludobojstwa

http://www.mysl-polska.pl/501

„Myśl Polska”, nr 23-24 (2037/38), 7-14.06.2015, s. 14-15

Bohdan Piętka

Oświęcim, 27 maja 2015 r.

Czy Serbia okryła się hańbą?

14 maja Sąd Najwyższy Republiki Serbii zrehabilitował gen. Dragoljuba „Dražę” Mihailovicia (1893-1946), skazanego przez socjalistyczną Jugosławię na karę śmierci w czerwcu 1946 roku i straconego 17 lipca tego roku. Przywrócono mu też pośmiertnie wszystkie prawa obywatelskie, odebrane wyrokiem sądu z 1946 roku. Postępowanie rehabilitacyjne w sprawie dowódcy Wojsk Jugosłowiańskich w Ojczyźnie (tzw. czetników) trwało od 16 września 2010 i było jednym z najważniejszych – budzących największe kontrowersje – wydarzeń politycznych w Serbii ostatnich lat. Propozycja rehabilitacji Dragoljuba Mihailovicia została podniesiona po raz pierwszy w 2006 roku przez jego wnuka Vojislava i grupę profesorów prawa Uniwersytetu Belgradzkiego. Poparli ją m.in. lider Serbskiej Partii Radykalnej Vojislav Šešelj oraz dziedzic serbskiego tronu Aleksander Karadziordziević. Przeciwne rehabilitacji były głównie lewicowe organizacje społeczne, jak Związek Antyfaszystów Serbii.

Sąd Najwyższy Serbii uzasadniając decyzję o rehabilitacji generała stanął na stanowisku, że skazanie Mihailovicia nastąpiło z powodów politycznych i ideologicznych, a oskarżony nie miał możliwości obrony. Takie uzasadnienie wyroku rehabilitującego wywołało oburzenie nie tylko w wielu środowiskach w Serbii, ale także w Chorwacji oraz Bośni i Hercegowinie. Ponownie zostały rozdrapane rany zarówno z okresu drugiej wojny światowej jak i jugosłowiańskich wojen domowych z lat 1991-1995. Stało się oczywiste, że tragiczna historia dzieli nie tylko narody słowiańskie, które kiedyś tworzyły Jugosławię, ale także sam naród serbski.

Gen. Draža Mihailović. Fot. Wikipedia.

Gen. Draža Mihailović. Fot. Wikipedia.

Dragoljub Mihailović był jednym z najzdolniejszych generałów serbskich w pierwszej połowie XX wieku. Brał udział w wojnach bałkańskich (1912-1913) i pierwszej wojnie światowej, ukończył akademię wojskową w Paryżu, zajmował wysokie stanowiska dowódcze, był też attaché wojskowym w Sofii i Pradze. Podczas krótkotrwałej wojny obronnej Jugosławii wobec agresji państw Osi (6-17 kwietnia 1941 roku) dowodził 2. Armią Jugosłowiańską. Po kapitulacji wojsk jugosłowiańskich nie złożył broni i 11 maja 1941 roku powołał ruch partyzancki czetników (Królewskie Wojska Jugosłowiańskie w Ojczyźnie), wierny Piotrowi II Karadziordzieviciowi i jugosłowiańskiemu rządowi na uchodźstwie. W 1943 roku formacje czetnickie liczyły ok. 110 tys. ludzi.

Mihailoviciovi przyszło działać w skomplikowanej sytuacji geopolitycznej. Z jednej strony Niemcy powołali tzw. Niepodległe Państwo Chorwackie (NDH), rządzone przez faszystowski i szowinistyczny ruch ustaszy, oraz kolaboracyjny rząd Serbii gen. Milana Nedicia. Z drugiej strony walkę z okupantami (Niemcami i Włochami) oraz chorwackimi ustaszami rozpoczęła komunistyczna partyzantka, kierowana przez Josipa Broz-Tito (Narodowa Armia Wyzwolenia Jugosławii – NOVJ).

Mihailović jako serbski nacjonalista i antykomunista znalazł się w konflikcie zarówno z chorwackimi ustaszami jak i NOVJ. Tak jak przywódca ustaszy Ante Pavelić wyznawał ideę Wielkiej Chorwacji, tak Mihailović wyznawał ideę Wielkiej Serbii. W imię realizacji idei Wielkiej Chorwacji ustasze dokonali ludobójstwa na Serbach. Odpowiedzią ze strony czetników były nie mniej okrutne ludobójcze czystki etniczne na ludności katolickiej (chorwackiej) i muzułmańskiej (bośniackiej). Nie przeszkadzało to przy tym czetnikom okresowo współpracować z ustaszami przeciwko NOVJ. Ofiary ludobójczych działań ustaszy szacuje się na ok. 370 tys. ofiar, a czetników na od co najmniej 65 tys. do nawet 300 tys. ofiar. Najbardziej krwawe czystki etniczne czetnicy przeprowadzili na terenie Czarnogóry oraz Bośni i Hercegowiny. Dowódca czarnogórskich czetników – Pavle Đurišić – już jesienią 1941 roku rozpoczął kolaborację z Włochami. Podczas procesu w 1946 roku Mihailović twierdził, że nic nie wiedział o kolaboracji czarnogórskich czetników. Jest to o tyle wątpliwe, że w tym czasie sam nawiązał kontakty z kolaboracyjnym rządem Nedicia, a w styczniu 1942 roku podpisał z włoskimi wojskami okupacyjnymi porozumienie o wzajemnym nieatakowaniu. Wcześniej – bo w sierpniu 1941 roku – Mihailović zabronił akcji zaczepnych przeciwko okupantowi niemieckiemu.

Dopiero w 1943 roku czetnicy rozpoczęli akcje dywersyjne przeciw Niemcom z udziałem brytyjskiej misji wojskowej. Uratowali wówczas ok. 600 amerykańskich i brytyjskich pilotów z załóg alianckich bombowców zestrzelonych nad Jugosławią. Fakt ten był podnoszony podczas procesu rehabilitacyjnego Mihailovicia jako argument przemawiający na jego korzyść.

Jednakże to nie Niemcy byli dla czetników najważniejszym wrogiem, ale komunistyczni partyzanci z NOVJ. Po bezowocnym spotkaniu z Tito 27 października 1941 roku Mihailović wydał komunistycznej partyzantce bezwzględną wojnę, którą kontynuował nawet wówczas, kiedy pod koniec wojny większość czetników przeszła na stronę NOVJ. W listopadzie 1941 roku Mihailović prowadził rozmowy z Niemcami, przekonując ich, że jego głównym celem jest walka z komunistami i proponując zawieszenie broni. Do ostatecznego porozumienia nie doszło, ponieważ Niemcy żądali całkowitej kapitulacji czetników. Mimo to czetnicy wzięli udział razem z Niemcami, ustaszami, wojskami NDH i nediciowcami w ofensywie przeciwko partyzanckiej Republice Užičkiej (wrzesień-listopad 1941 roku). Wsparli też niemiecką IV. ofensywę antypartyzancką (tzw. bitwa nad Neretwą, styczeń-kwiecień1943 roku), wystawiając przeciwko NOVJ korpus liczący 18 tys. ludzi.

Prowadzone przez czetników ludobójcze czystki etniczne oraz ich kolaboracja z Niemcami i Włochami były jedną z przyczyn tego, że pod koniec wojny Wielka Brytania i USA odwróciły się do Mihailovicia i postawiły na Titę, wspierając NOVJ uzbrojeniem. Od czetników odciął się także król Piotr II Karadziordziević, uznając na konferencji w Teheranie NOVJ za jugosłowiańską siłę zbrojną. Otworzyło to drogę do porozumienia politycznego, które 17 czerwca 1944 roku zawarł z Tito na wyspie Vis premier jugosłowiańskiego rządu na wychodźstwie Ivan Šubašić. Izolowany politycznie Mihailović, opuszczony przez dużą część zwolenników, prowadził walkę z Tito aż do schwytania 13 marca 1946 roku przez jugosłowiańską służbę bezpieczeństwa.

Współpraca generała Dražy i ruchu czetnickiego z Niemcami i Włochami przeciw komunistom nie przyniosła im nic poza polityczną kompromitacją i utratą dobrego imienia.

W socjalistycznej Jugosławii Dragoljub Mihailović był obok Ante Pavelicia najbardziej wyklętą postacią. Na piedestał przywrócili go dopiero epigoni idei Wielkiej Serbii, którzy ponoszą współodpowiedzialność za rozbicie Jugosławii po 1991 roku. Podczas jugosłowiańskich wojen domowych (1991-1995) do tradycji czetników odwoływały się formacje serbskie odpowiedzialne za zbrodnie wojenne i czystki etniczne, w tym przede wszystkim Serbska Gwardia Ochotnicza Željko „Arkana” Ražniatovicia oraz wojska Republiki Serbskiej, dowodzone przez gen. Ratko Mladicia. Gdy w 2010 roku rozpoczął się proces rehabilitacyjny Mihailovica, serbski publicysta Miloš Vasić zauważył, że nawet gdyby dowódcy czetników wytoczono praworządny proces w demokratycznym kraju, to wyrok sądu nie mógł być inny. Mam nadzieję – powiedział wówczas Vasić – że sąd odrzuci wniosek. Gdyby zrehabilitował Mihailovicia, Serbia okryłaby się hańbą. Okazałoby się, że gdy nasz prezydent przeprasza sąsiadów za serbskie zbrodnie, sąd przywraca cześć zbrodniarzowi.

Czy zatem Serbia okryła się hańbą? Niewątpliwie rehabilitacja Mihailovicia oraz kult czetników w części społeczeństwa serbskiego wpisują się w ten sam nurt tzw. polityki historycznej, motywowanej i rozgrzeszanej antykomunizmem, której wyrazem są kult OUN/UPA i dywizji SS-Galizien na Ukrainie, Litewskiego Korpusu Lokalnego Povilasa Plechavičiusa, łotewskiej i estońskiej dywizji SS, czy kult powojennego podziemia antykomunistycznego w Polsce, krajach bałtyckich i Rumunii. Nie jest to zatem problem wyłącznie serbski. Dragoljub Mihailović – jak nie oceniać jego postaci, bez wątpienia także tragicznej – na pewno nie jest szczęśliwym patronem ani dla serbskiej prawicy ani dla Serbii w ogóle. Jego rehabilitacja świadczy o tym, że nie wszyscy Serbowie wyciągnęli wnioski z tragedii Jugosławii i Serbii po 1991 roku. Rehabilitacja ta przede wszystkim będzie wodą na młyn sił szowinistycznych w Chorwacji i Bośni, które kultywują pamięć o NDH, ustaszach i Ante Paveliciu. Epigoni NDH będą mieli odtąd argument na odparcie oskarżeń o pochwalanie faszyzmu: Serbowie uznają za bohaterów Mihailovicia i czetników, wiec my mamy prawo uważać za bohaterów ustaszy i Pavelicia. Najgorsze jest to, że po obu stronach kultywuje się postacie będące symbolem ludobójczych czystek etnicznych oraz szowinistycznych i fatalnych w skutkach koncepcji politycznych, które legły u podłoża upadku Jugosławii w 1941 i 1991 roku. Wyrok Sądu Najwyższego Serbii oddala zatem perspektywę pojednania Serbów, Chorwatów i Bośniaków, nie mówiąc już o jakiejś perspektywie odbudowy Jugosławii.

http://konserwatyzm.pl/artykul/12987/czy-serbia-okryla-sie-hanba

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 maja 2015 r.

70. rocznica wyzwolenia Mauthausen i Stutthof

Prezydent Bronisław Komorowski uczcił 70. rocznicę zwycięstwa koalicji antyhitlerowskiej (której częścią była Polska, zarówno „londyńska” jak i „lubelska”) nad III Rzeszą Niemiecką antyrosyjskim wiecem na Westerplatte. Uczestnikami tej imprezy byli przywódcy głównie państw drugorzędnych, w tym takich, które kolaborowały z Niemcami hitlerowskimi (Bułgaria, Chorwacja, Estonia, Litwa, Rumunia, Słowacja, Ukraina). Niewątpliwie główną gwiazdą był Petro Poroszenko, prezydent Ukrainy, która 9 kwietnia tego roku – w dniu wizyty prezydenta Komorowskiego w Kijowie – oficjalnie ujawniła swoje banderowskie oblicze. Tego oblicza Poroszenko nie ukrywał też na Westerplatte, występując tam z wpiętym do marynarki kotylionem w czerwono-czarnych barwach banderowskiej frakcji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Następnego dnia – 9 maja – Poroszenko przyjął w Kijowie na audiencji weteranów UPA jako uczestników… walki narodowowyzwoleńczej. Trzeba podkreślić, że taka właśnie polityka historyczna Poroszenki jest możliwa m.in. dzięki autoryzowaniu jej przez nadwiślański mainstream polityczny i medialny.

Solidarnościowe elity polityczne nie uznają faktu zwycięstwa Polski nad III Rzeszą Niemiecką w ramach koalicji antyhitlerowskiej, ponieważ należał do niej złowrogi ZSRR. Mówi się o zakończeniu drugiej wojny światowej i początku „drugiej okupacji”, a nie o zwycięstwie. Datę zakończenia wojny najpierw przesunięto z 9 na 8 maja, a teraz na 7 maja, co sugeruje termin wspomnianej imprezy na Westerplatte. Według obozu politycznego prezydenta Komorowskiego zwycięstwo nad „totalitaryzmem” nastąpiło dopiero po wyborach z 4 czerwca 1989 roku i utworzeniu rządu Tadeusza Mazowieckiego. Natomiast w konkurencyjnym obozie politycznym są tacy, którzy nie uznają nawet takiej interpretacji najnowszej historii, delegitymizując również współczesną Polskę.

Jeżeli siły polityczne solidarnościowej Polski nie chcą uznawać faktu zwycięstwa Polski w drugiej wojnie światowej, to mogłyby przynajmniej wykorzystać 70. rocznicę klęski III Rzeszy do przypomnienia światu ofiary, jaką Polska w tej wojnie poniosła z ręki hitlerowskich Niemiec. Jest to o tyle ważne, że tuż przed tą rocznica mieliśmy nagłośnioną na cały świat wypowiedź dyrektora FBI o współudziale Polski w zagładzie Żydów, a potem kilka publikacji w tym duchu. Najpierw Tal Harris – doktorant historii Uniwersytetu Goethego we Frankfurcie nad Menem – napisał w „The Jerusalem Post” o „polskich komorach gazowych”, a potem „polskie obozy śmierci” pojawiły się co najmniej dwukrotnie w prasie niemieckiej. Dlatego właśnie zamiast utarczek z Putinem na Westerplatte prezydent RP powinien świętować siedemdziesięciolecie klęski Niemiec hitlerowskich chociażby w pobliskim Sztutowie, by w rocznicę wyzwolenia KL Stutthof przypomnieć Jamesowi Comeyowi, Talowi Harrisowi i całemu światu czyje to były obozy i kto był ich pierwszą ofiarą. Mógł też udać się do Mauthausen, gdzie międzynarodowe uroczystości wyzwolenia obozu odbyły się 9 maja.

KL Stutthof i KL Mauthausen były ostatnimi niemieckimi obozami koncentracyjnymi wyzwolonymi podczas drugiej wojny światowej. Stutthof wyzwoliła Armia Czerwona 9 maja 1945 roku, a Mauthausen wojska amerykańskie 5 maja 1945 roku. Oba były „polskimi” obozami w tym sensie, że Polacy – podobnie jak w pozostałych niemieckich obozach koncentracyjnych – stanowili znaczący procent ich więźniów. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że prezydent Komorowski wysłał na uroczystości do Mauthausen Macieja Klimczaka – podsekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta RP ds. twórczości, dziedzictwa i kultury. Jednakże o wiele większą wymowę, zwracającą uwagę całego świata, miałaby osobista obecność prezydenta RP w Mauthausen, osobiste odsłonięcie przez niego tablicy poświęconej polskim więźniom zamęczonym pracą niewolniczą w sztolniach Bergkristall oraz osobiste wypowiedzenie słów: Już w listopadzie 1939 roku, po zajęciu mojego kraju przez Wehrmacht, hitlerowscy okupanci osadzili tutaj część aresztowanych w Krakowie profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Tu też byli więzieni, zmuszani do morderczej pracy i zabijani polscy uczeni, artyści, oficerowie, lekarze, inżynierowie, nauczyciele, duchowni katoliccy i ewangeliccy, w tym obywatele polscy pochodzenia żydowskiego. W ciągu całej drugiej wojny światowej co czwarty więzień Mauthausen-Gusen i jego podobozów był Polakiem. Ich jedyną winę stanowiło, że mimo represji pozostali wiernymi swojej Ojczyźnie. Szczególnie tragiczną rolę w martyrologii mojego narodu odegrały trzy obozy w Gusen. Jesienią 1944 roku trafiło do nich wielu uczestników Powstania Warszawskiego. U kresu wojny Polacy stanowili największą grupę więźniów tych obozów.

Mało kto o tym wie na świecie, a na pewno nie wie o tym James Comey. Mógłby się tego dowiedzieć właśnie, gdyby prezydent RP wypowiedział w Mauthausen te słowa osobiście, w świetle kamer przed całym światem.

KL Mauthausen został założony przez III Rzeszę w 1938 roku, wkrótce po Anschlussie Austrii. Usytuowano go ok. 20 km na wschód od Linzu, w pobliżu miejscowości Mauthausen (obecnie ok. 4800 mieszkańców) u ujścia Anizy do Dunaju. Początkowo służył on izolacji niemieckich i austriackich oponentów reżimu hitlerowskiego, głównie socjalistów i komunistów. Wybuch drugiej wojny światowej – tak jak i w przypadku pozostałych obozów niemieckich – spowodował rozszerzenie jego dotychczasowej funkcji i znaczącą rozbudowę. W grudniu 1939 roku zapadła decyzja o budowie obozu w Gusen, w odległości 4,5 km od Mauthausen. Uruchomiono go 25 maja 1945 roku. Latem 1940 roku Mauthausen i Gusen zostały połączone wspólną administracją, tworząc KL Mauthausen-Gusen. 9 marca 1944 roku utworzono obóz Gusen II w St. Georgen, a w grudniu 1944 roku Gusen III w Lungitz. Pod względem liczebności osadzonych więźniów obozy w Gusen znacząco przewyższały obóz macierzysty w Mauthausen. Z ogólnej liczby ok. 78 tys. więźniów Gusen 51 proc. zostało osadzonych po 1 marca 1944 roku. Ogółem w skład KL Mauthausen-Gusen weszło 48 podobozów, zlokalizowanych w pobliżu zakładów przemysłowych i kamieniołomów. Największymi z nich, w których przebywali też Polacy, były: Ebensee, Eisenerz, Graz, Linz, Loiblpass, Melk, Peggau, Schwechat, Steyr-Münichholz, Wiener Neudorf, Wiener Neustadt i in.

Do 1945 roku przez KL Mauthausen przeszło około 202 tys. więźniów, z których zginęło od 68 do 102 tys. Największą liczbę uwięzionych (ok. 45 tys., 22 proc.) stanowili Polacy. Na drugim miejscu byli obywatele ZSRR (12 proc.) i radzieccy jeńcy wojenni (8 proc.), następnie Żydzi (19 proc.), Niemcy i Austriacy (9 proc.), Francuzi (5 proc.), Jugosłowianie (5 proc.), Włosi (5 proc.), „czerwoni” Hiszpanie (4 proc.), Czesi (3 proc.), Grecy (1 proc.), Sinti i Romowie (1 proc.) oraz inne narodowości (6 proc.).

Pierwszy transport do Gusen I przybył w nocy z 25 na 26 maja 1940 roku z KL Dachau. Liczył on 1084 Polaków, aresztowanych w kwietniu 1940 roku w ramach tzw. Polen-Aktion (lub Intelligenz-Aktion). W kolejnych transportach do Gusen I także deportowano Polaków: 28 maja i 1 czerwca 1940 roku po 1000 z KL Sachsenhausen, 5 czerwca – 1584 z KL Dachau, 26 czerwca – 1002 z KL Dachau, 2 lipca – 1500 z KL Dachau (w tym 150 księży ze Śląska), 17 lipca – 500 z KL Dachau. Ogółem do końca 1940 roku w Gusen I osadzono ok. 8400 Polaków (97 proc.), 122 polskich Żydów, 196 Niemców, 98 Austriaków oraz 28 Żydów czeskich, niemieckich i austriackich. W następnych latach liczba Polaków kierowanych do Gusen była mniejsza na tle ogólnego stanu więźniów, ale do końca istnienia obozu pozostała nadal wysoka. W 1941 roku przy obozie Gusen I zorganizowano obóz dla radzieckich jeńców wojennych, który istniał do 1943 roku (w momencie jego likwidacji żyło 109 z ok. 16 tys. jeńców). W 1943 i 1944 roku przybyły do Gusen liczne transporty Polaków z KL Auschwitz (w którym osadzono ok. 140-150 tys. Polaków). Kilka tysięcy Polaków trafiło też do Gusen po ewakuacji KL Auschwitz i KL Gross-Rosen w styczniu i lutym 1945 roku. Nie zabrakło również warszawiaków deportowanych po wybuchu powstania.

Według stanu z 31 stycznia 1944 roku na 7357 więźniów Gusen I Polacy stanowili 57 proc. (4261 osób), obywatele ZSRR 15 proc. (1104 osoby), Niemcy i Austriacy 10 proc. (756 osób), „czerwoni” Hiszpanie 6 proc. (440 osób), Francuzi i Jugosłowianie po 5 proc., Czesi, Belgowie i inne narodowości 2 proc. Nie było wtedy w tym obozie prawie w ogóle Żydów, których na szerszą skalę deportowano dopiero w okresie późniejszym z innych obozów koncentracyjnych, a zwłaszcza po ewakuacji KL Auschwitz w styczniu 1945 roku. 27 kwietnia 1945 roku we wszystkich trzech obozach Gusen przebywało 22767 więźniów, w tym 7780 obywateli ZSRR (34,1 proc.), 6994 Polaków (30,7 proc.), 2585 Żydów (11,3 proc.), w tym 1354 polskich, 1314 Włochów (5,7 proc.), 1210 Niemców i Austriaków (5,3 proc.) oraz mniejsze liczby Francuzów, Jugosłowian, Hiszpanów, Czechów i osób innych narodowości.

Więźniów obozów Gusen zabijała przede wszystkim nieprawdopodobnie ciężka i wyniszczająca praca w kamieniołomach oraz przy wykuwaniu w skałach podziemnych sztolni, do których Niemcy przenosili zakłady zbrojeniowe (m.in. Messerschmitta), chroniąc je w ten sposób przed bombardowaniami aliantów. Nie mniej wyniszczająca była także sama praca przy produkcji zbrojeniowej.

Spośród ok. 34500 Polaków, którzy przeszli przez Gusen I, II i III zginęło co najmniej 22092 na 30-44 tys. ofiar tych obozów. Natomiast spośród ok. 45 tys. Polaków, osadzonych w całym kompleksie KL Mauthausen, zginęło co najmniej 27 tys. Polacy stanowili zatem ok. 40 proc. ofiar KL Mauthausen. Drugą co do wielkości liczbę ofiar KL Mauthausen – ok. 39 proc. – stanowili obywatele ZSRR i radzieccy jeńcy wojenni.

Pomnik polskich ofiar w Mauthausen wg projektu Teodora Bursche i Stanisława Sikory. Fot. Wikipedia.

Pomnik polskich ofiar w Mauthausen wg projektu Teodora Bursche i Stanisława Sikory. Fot. Wikipedia.

Ważnym miejscem izolacji i eksterminacji Polaków, przede wszystkim z Pomorza oraz ziem polskich wcielonych w 1939 i 1941 roku do Prus Wschodnich, był także KL Stutthof. Obóz ten, utworzony 2 września 1939 roku, na terenie byłego Wolnego Miasta Gdańska, był w pierwszych latach swojego istnienia prawie wyłącznie miejscem kaźni Polaków z Gdańska i Pomorza Gdańskiego (w okresie okupacji Okręg Gdańsk-Prusy Zachodnie), aresztowanych głównie jesienią 1939 roku podczas akcji eksterminacyjnej „Tannenberg”. Chociaż formalnie status obozu koncentracyjnego Stutthof uzyskał dopiero 7 stycznia 1942 roku, panujące w nim warunki, terror i sposoby eksterminacji więźniów nie odbiegały od początku od standardów właściwych niemieckim obozom koncentracyjnym. Pierwszy transport ok. 150 Polaków przybył do KL Stutthof 2 września 1939 roku z obozu przejściowego w Victoriaschule w Gdańsku. W następnych miesiącach na terenie obozu odbywały się egzekucje mające na celu wyeliminowanie jednostek najbardziej zasłużonych dla polskości Pomorza Gdańskiego. Największa z nich miała miejsce 22 marca 1940 roku, kiedy rozstrzelano 67 ofiar.

Spośród ok. 110 tys. więźniów KL Stutthof – obywateli 28 państw – najliczniejsi byli Żydzi (ok. 50 tys.) i Polacy (ok. 32-34 tys.), a także mieszkańcy państw bałtyckich i ZSRR. Wśród osadzonych w tym obozie Polaków znajdowały się osoby wytypowane jeszcze przed wojną przez niemieckie służby specjalne do zniszczenia jako „element przywódczy” albo uznany za wrogi wobec Rzeszy, członkowie konspiracji pomorskiej oraz organizacji konspiracyjnych z innych regionów okupowanej Polski, a także 4432 warszawiaków deportowanych z obozu przejściowego w Pruszkowie po wybuchu powstania warszawskiego. Nie jest znana dokładna liczba Polaków zamordowanych w KL Stutthof i jego 110 podobozach. Przypuszczalnie zginęła ich co najmniej połowa. Ogółem liczba ofiar KL Stutthof wyniosła ok. 65 tys. (w tym 28 tys. Żydów), z czego 23 tys. zginęło podczas ewakuacji lądowej i morskiej obozu od stycznia do kwietnia 1945 roku.

Polska polityka historyczna po 1989 roku w sposób niedostateczny akcentuje fakt, że Polacy stanowili znaczącą – sytuującą się na drugim miejscu po Żydach – liczbę więźniów i ofiar niemieckich obozów koncentracyjnych. Unikanie odpowiedniego nagłaśniania tego faktu sprzyja działaniom tych różnorodnych sił, które poprzez uporczywe stosowanie terminu „polskie obozy śmierci” zmierzają do zdjęcia z Niemiec odpowiedzialności za zbrodnie drugiej wojny światowej i przerzucenia tej odpowiedzialności na winowajcę zastępczego, na którego wytypowano Polskę.

http://www.mysl-polska.pl/477

http://konserwatyzm.pl/artykul/12962/polityka-historyczna-przeciwko-prawdzie

http://www.mysl-polska.pl/492

„Myśl Polska” nr 21-22 (2035/36), 24-31.05.2015, s. 15

Bohdan Piętka

Oświęcim, 14 maja 2015 r.

Zbrodnia w Zatoce Lubeckiej

3 maja 1945 roku krótko po godzinie 14.00 nad wody Zatoki Lubeckiej w pobliżu miasta Neustadt in Holstein nadleciały brytyjskie samoloty myśliwsko-bombowe Hawker Typhon ze 197, 198 i 263. dywizjonów RAF. Celem ich ataku były trzy statki, na których powiewały wojenne bandery Kriegsmarine: „Cap Arcona”, „Thielbek” i „Deutschland IV”. Samoloty 198. dywizjonu wystrzeliły 62 rakiety w kierunku statków „Cap Arcona” i „Thielbek”, z których 40 było celnych. Natomiast samoloty 197 i 263. dywizjonu zaatakowały bombami i rakietami statek „Deutschland IV”. Zaatakowane statki stanęły w ogniu i zatonęły. Brytyjscy piloci nie byli jednakże świadomi tego, że na pokładzie statków „Cap Arcona” i „Thielbek” nie ma ani niemieckiego wojska ani hitlerowskich dygnitarzy próbujących uciec do Danii i Norwegii – wciąż znajdujących się pod okupacją niemiecką. Na pokładzie tych jednostek znajdowało się ponad 7 tys. więźniów KL Neuengamme, w tym wielu mających za sobą pobyt także w innych niemieckich obozach koncentracyjnych. Zginęli u progu wolności. Za pięć dni skapitulowała III Rzesza Niemiecka. Zbrodnia w Zatoce Lubeckiej była jej ostatnią masową zbrodnią.

Bezpośrednim sprawcą tej zbrodni był wyższy dowódca SS i policji w Hamburgu (Höherer SS- und Polizeiführer Nordsee), SS-Gruppenführer Georg-Henning Graf von Bassewitz-Behr (1900-1949), odpowiedzialny za ewakuację KL Neuengamme. To na jego polecenie 26 kwietnia 1945 roku zaokrętowano na statki „Athen”, „Cap Arcona” i „Thielbek” około 9400 więźniów ewakuowanych 18 kwietnia 1945 roku z KL Neuengamme i jego podobozów. Ponad 4500 z nich znalazło się na pokładzie transatlantyku „Cap Arcona” – jednego z największych niemieckich statków pasażerskich (w służbie od 1927 roku). Dwa pozostałe – „Athen” (ok. 2000 więźniów) oraz  „Thielbek” (2800 więźniów) – były natomiast statkami towarowymi (frachtowcami). Statki te, z tysiącami więźniów zamkniętych w ładowniach i zgromadzonych na pokładach, zakotwiczono na wodach Zatoki Lubeckiej w pobliżu Neustadt in Holstein.

Niemieccy historycy – Detlef Garbe i Joachim Neander – poddają w wątpliwość istnienie rozkazu Hitlera lub Himmlera odnośnie zagłady więźniów wszystkich obozów koncentracyjnych, by nie mogli dostać się w ręce aliantów, jak również istnienie podobnych rozkazów „lokalnych”. Analizując porównawczo ewakuacje różnych obozów koncentracyjnych badacze ci doszli do wniosku, że informacje o tych rozkazach są słabo udokumentowane źródłowo i należą do mitów oraz legend powstałych w okresie likwidacji i ewakuacji obozów. Faktem jest jednak, że spośród 720 tys. więźniów, którzy w połowie stycznia 1945 roku znajdowali się w niemieckich obozach koncentracyjnych, jedna trzecia nie dożyła wyzwolenia. Większość z tych ofiar – około 180 tys. – zginęła podczas ewakuacji obozów. Mimo wymowy tych liczb Neander polemizuje z Danielem J. Goldhagenem – autorem książki Hitler’s Willing Executioners (Gorliwi kaci Hitlera, New York 1996) – zaprzeczając, że celem SS w 1945 roku było wymordowanie jak największej ilości więźniów.

Nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że wiodącym motywem wymordowania 13 kwietnia 1945 roku w Gardelegen 1016 więźniów, ewakuowanych z KL Mittelbau-Dora i KL Neuengamme, było uniemożliwienie dostania się ich w ręce aliantów. Decyzję o spaleniu tych więźniów żywcem w stodole eskorta SS i miejscowy kreisleiter NSDAP podjęli bowiem w sytuacji, gdy dalszy transport stał się niemożliwy na skutek zbombardowania linii kolejowych, a rejon Gardelegen został otoczony przez wojska amerykańskie. Niemiecka badaczka Diana Gring uważa, że w przeciwieństwie do spontanicznych rozstrzeliwań podczas „marszów śmierci” zbrodnia w Gardelegen została zaplanowana. Podobnie zaplanowane były mordy na więźniach KL Neuengamme i więźniach policyjnych w Hamburgu w kwietniu 1945 roku. Z drugiej strony Himmler traktował więźniów obozów koncentracyjnych jako kartę przetargową w tajnych rozmowach prowadzonych z aliantami odnośnie zawarcia separatystycznego pokoju na froncie zachodnim. Stąd tzw. akcja „białych autobusów” Szwedzkiego Czerwonego Krzyża, kierowana przez hrabiego Folke Bernadotte, która objęła 7795 duńskich i norweskich więźniów z KL Sachsenhausen i innych obozów koncentracyjnych. W marcu 1945 roku skoncentrowano ich w KL Neuengamme, skąd zostali ewakuowani przez Szwedzki Czerwony Krzyż. 26 kwietnia 1945 roku do Sztokholmu dotarła odpowiedź prezydenta Trumana, że separatystycznego podpisania kapitulacji przed aliantami zachodnimi nie będzie. Następnego dnia Bernadotte przekazał ją Walterowi Schellenbergowi. Kilka dni wcześniej doszło do zwolnienia i przekazania w ręce Szwedzkiego Czerwonego Krzyża 7 tys. więźniarek z KL Ravensbrück i 2 tys. więźniarek z KL Neuengamme. Była to próba „wybielenia się” Himmlera i jego otoczenia lub pokazanie z ich strony „dobrej woli” w prowadzonych jeszcze wtedy negocjacjach z aliantami.

O ile KL Neuengamme stał się drogą do wolności dla więźniów duńskich i norweskich, to dla wielu pozostałych stał się drogą do śmierci. Szczególnie dla tych, których umieszczono na „pływającym obozie koncentracyjnym” w Zatoce Lubeckiej. Czy zbrodnia na nich również została zaplanowana, jak zbrodnia w Gardelegen?

2 maja 1945 roku dowództwo brytyjskie podało drogą radiową komunikat wzywający wszystkie jednostki morskie pływające pod banderą III Rzeszy do natychmiastowego zawinięcia do najbliższego portu. W przeciwnym razie zostaną zbombardowane 3 maja po godz. 14.00. Komunikat ten dotarł do kapitanów wszystkich trzech statków z więźniami, stojących na redzie w Zatoce Lubeckiej. Był też znany esesmanom przydzielonym do konwoju więźniów. Następnego dnia statki z więźniami zostały zlokalizowane przez brytyjski samolot rozpoznawczy. Po otrzymaniu meldunku z tego samolotu, brytyjskie dowództwo wydało drogą radiową polecenie kapitanom statków wywieszenia białych flag zamiast bander wojennych Kriegsmarine i zawinięcia do portu w Neustadt in Holstein. Polecenia tego nie wykonali kapitanowie statków „Cap Arcona” i „Thielbek”, którym wywieszenia białych flag zabronili esesmani. Prawdopodobnym celem SS mogło być doprowadzenie do zatopienia statków i pozbycie się w ten sposób więźniów – świadków zbrodni popełnionych w obozach koncentracyjnych. Sprowokowanie ataku brytyjskiego było w takim wypadku sytuacją wręcz wymarzoną, pozwalającą zrzucić odpowiedzialność za śmierć więźniów na aliantów zachodnich.

Kapitanowie „Cap Arcona” i „Thielbek” nie umieli, albo nie chcieli przeciwstawić się oficerom SS. Dowódcą „Cap Arcona” był Heinrich Bertram, wcześniej kapitan m.in. „Wilhelma Gustloffa”, a dowódcą statku „Thielbek” kapitan Hans-Adolf Jacobsen. Wśród więźniów zgromadzonych na pokładzie transatlantyku „Cap Arcona” znajdowało się wielu Polaków, w tym ok. 400 mających za sobą pobyt w KL Auschwitz. Oba statki po zbombardowaniu zatonęły, a większość zaokrętowanych na nich więźniów zginęła w płomieniach lub utonęła w morzu. Akcję ratunkową uniemożliwiali esesmani, którzy już wcześniej zabezpieczyli dla siebie wszystkie szalupy ratunkowe i strzelali do rozbitków pływających w morzu. Do rozbitków-więźniów strzelali także z broni pokładowej brytyjscy piloci, będący przekonani, że uniemożliwiają w ten sposób ucieczkę Niemcom do Danii i Norwegii. Więźniowie, którym udało się dopłynąć do brzegu byli zabijani przez młodocianych elewów szkoły podoficerskiej okrętów podwodnych Kriegsmarine oraz esesmanów, członków Hitlerjugend i Volkssturmu. Brytyjscy żołnierze, którzy wkrótce dotarli na plażę w pobliżu Neustadt, uratowali blisko 350 spośród około tysiąca więźniów, jacy dopłynęli do brzegu. Pozostali zginęli z rąk sfanatyzowanych wyznawców ideologii Adolfa Hitlera. W imię tej ideologii Niemcy potrafili mordować do końca, nawet w obliczu całkowitej klęski – trzy dni po samobójstwie Hitlera i dzień po kapitulacji Berlina. Ogółem na wodach Zatoki Lubeckiej zginęło co najmniej 6600 więźniów, w tym wielu Polaków, którzy przeżyli KL Auschwitz i inne obozy koncentracyjne.

Płonący statek „Cap Arcona” po ataku lotnictwa brytyjskiego 3 maja 1945 r. Fot. Wikipedia.

Płonący statek „Cap Arcona” po ataku lotnictwa brytyjskiego 3 maja 1945 r. Fot. Wikipedia.

Losu tego uniknęli więźniowie zaokrętowani na statku „Athen”. Dowodzący nim kapitan Dietrich Nobmann miał odwagę przeciwstawić się esesmanom oraz uzbrojonym marynarzom Kriegsmarine i polecił wywiesić białą flagę. Około godziny 13:45 zawinął do portu w Neustadt. Uratował tym samym życie 1998 więźniom. Statek „Athen” został po wojnie przekazany Polsce w ramach reparacji wojennych i pływał pod polską banderą jako „Ludwik Waryński”.

Kwestia odpowiedzialności Niemców za zbrodnię w Zatoce Lubeckiej jest bezsporna. Pozostaje jednak do wyjaśnienia kwestia odpowiedzialności brytyjskiej. Czy rzeczywiście był to omyłkowy atak, jak tłumaczono to przez wiele lat po wojnie. W wypadku pilotów, którzy zatopili statki „Cap Arcona” i „Thielbek” niewątpliwie tak. Oni byli przekonani, że atakują niemieckie cele wojskowe. Inaczej jednak sprawa przedstawia się w odniesieniu do ich dowództwa. Niemieccy historycy Detlef Garbe i Wilhelm Lange dotarli do źródeł, które stawiają dowództwo brytyjskie w niekorzystnym świetle. Chociaż badacze ci uważają, że odpowiedzialność Brytyjczyków za tragedię pozostaje nadal pytaniem otwartym, to ujawnione przez nich źródła wskazują na co najmniej poważne zaniedbanie strony brytyjskiej. Z protokołu przesłuchania majora N. O. Tilla z września 1945 roku i innych źródeł brytyjskich wynika bowiem, iż wkrótce po zajęciu Lubeki przez wojska brytyjskie 2 maja 1945 roku przedstawiciele Szwedzkiego i Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża informowali dowództwo brytyjskie, że na statkach zakotwiczonych w Zatoce Lubeckiej znajdują się więźniowie KL Neuengamme. Informacja taka została przekazana m.in. dowódcy 11. Dywizji Pancernej. Strona brytyjska posiadała też własne dane wywiadowcze odnośnie zaokrętowania więźniów na statkach w Lubece. Informacje te najprawdopodobniej nie zostały dostatecznie szybko przekazane przez Dowództwo Alianckich Sił Ekspedycyjnych do sztabu 2. Skrzydła Lotnictwa Taktycznego RAF.

3 maja 1945 roku na porannej odprawie pilotów 83. Grupy Lotniczej wyjaśniono im, że zgromadzone w Zatoce Lubeckiej statki są resztkami floty wojennej i handlowej III Rzeszy, a najnowsze dane wywiadu mówią, że na pokładach tych statków znajdują się wyżsi dowódcy SS i dygnitarze NSDAP, którzy chcą uciec do Norwegii. Gdy w południe wystartowały pierwsze Typhony, do dowództwa 83. Grupy dotarł przedstawiciel Szwedzkiego Czerwonego Krzyża, dr Hans Arnoldsson. Przekazał on oficerom brytyjskim informację, że na statkach „Cap Arcona” i „Thielbek” są tysiące więźniów obozów koncentracyjnych. W odpowiedzi usłyszał, że nie ma możliwości przekazania tej informacji dalej i odwołania ataku. Kilka godzin wcześniej 2. Skrzydło Lotnictwa Taktycznego wydało rozkaz nr 71, który mówił o tym, że nie będą atakowane statki ewakuacyjne Czerwonego Krzyża. Miały być one oświetlone i odpowiednio oznakowane. Nie zmieniało to jednak w niczym położenia statków „Cap Arcona” i „Thielbek”, na których zamiast flag Czerwonego Krzyża były wojenne bandery Kriegsmarine.

Nie można wykluczyć, że dowódcy brytyjscy zlekceważyli informację Arnoldssona, ponieważ ich priorytetem było niedopuszczenie do ewentualnej ucieczki do Danii i Norwegii oficerów SS i funkcjonariuszy NSDAP. Ze względu na zaminowanie akwenu w zachodniej części Morza Bałtyckiego morskie działania przechwytujące nie wchodziły w grę. Na akwenie tym w dniach 2-4 maja 1945 roku lotnictwo brytyjskie zatopiło 21 niemieckich transportowców i okrętów oraz 7 mniejszych jednostek. Ucieczka niedobitków III Rzeszy do Danii i Norwegii była zatem realna, a jej uniemożliwienie prawdopodobnie zepchnęło na margines w oczach sztabowców brytyjskich los więźniów KL Neuengamme.

Niemniej jednak odpowiedzialność za śmierć na pięć dni przed końcem wojny blisko 7 tys. więźniów, z których niektórzy mieli za sobą nawet kilkuletni pobyt w różnych niemieckich obozach koncentracyjnych, spoczywa w pierwszej kolejności na stronie niemieckiej. Ponoszą ją przede wszystkim wspomniany wyższy dowódca SS i policji von Bassewitz-Behr oraz gauleiter Hamburga Karl Kaufmann. Odpowiedzialność ta jest oczywista, chociaż Detlef Garbe uważa, że nie ma przekonywujących dowodów na to, iż celem umieszczenia ponad 9 tys. więźniów na statkach zakotwiczonych w Zatoce Lubeckiej była ich zagłada. Trudno zresztą zgodzić się w kontekście zachowania eskorty SS i marynarzy Kriegsmarine, że zatopienie statków „Cap Arcona” i „Thielbek” było tylko nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności. Wilhelm Lange, w przeciwieństwie do Garbe i Neandera, nie ma wątpliwości, że istniał rozkaz Himmlera, by żaden więzień nie dostał się żywy w ręce aliantów i że miał on zasadniczy wpływ na postępowanie niemieckich decydentów podczas ewakuacji obozów koncentracyjnych w marcu i kwietniu 1945 roku.

Pomnik upamiętniający zbrodnię w Zatoce Lubeckiej 3 maja 1945 r. Fot. Wikipedia.

Pomnik upamiętniający zbrodnię w Zatoce Lubeckiej 3 maja 1945 r. Fot. Wikipedia.

Literatura:

Detlef Garbe, Carmen Lange (red.), Häftlinge zwischen Vernichtung und Befreiung. Die Auflösung des KZ Neuengamme und seiner Außenlager durch SS im Frühjahr 1945, Bremen 2005.

Sergiusz Jaśkiewicz, Okręty śmierci. Ostatnie dni Neuengamme, (w:) Za pięć dwunasta, Warszawa 1966, s. 109-195.

Bogdan Suchowiak, Mai 1945. Die Tragödie der Häftlinge von Neuengamme, Reinbek bei Hamburg 1985.

„Myśl Polska” nr 21-22 (2035/36), 24-31.05.2015, s. 14-15

Bohdan Piętka

Oświęcim, 4 maja 2015 r.