Nowa wersja historii

Plakat Społecznego Komitetu "Dziękujemy za Wolność". Fot. niezależna.pl

Plakat Społecznego Komitetu „Dziękujemy za Wolność”. Fot. niezależna.pl

30 marca na łamach portalu niezależna.pl została opublikowana informacja o „dekomunizacji ulic” w Mińsku Mazowieckim. Kochani – czytamy w oświadczeniu Społecznego Komitetu „Dziękujemy za Wolność” – odnieśliśmy kolejny sukces! Nasz pomysł ze zmianami nazw ulic komunistycznych oprawców w Mińsku Mazowieckim podchwycili radni Platformy Obywatelskiej. Rozesłali już nawet ankiety wśród mieszkańców jednej z ulic. Gratulujemy kreatywności. Liczymy na to, że wraz z wykorzystaniem naszego pomysłu powstanie również skwer im. Bohaterów Podziemia Antykomunistycznego 1944-1963, zlikwidowany będzie sowiecki pomnik – cmentarz przy ul. Warszawskiej (…). Z dalszej części oświadczenia Komitetu „Dziękujemy za Wolność” można się dowiedzieć o jakich „komunistycznych oprawców” chodzi (pisownia oryg.): Cieszymy się, że dopiero po 8 latach od złożenia przez prezesa IPN Janusza Kurtyki pisma do Rady Miasta w sprawie dekomunizacji nazw ul. Armii Ludowej, Gwardii Ludowej, Zygmunta Berlinga, Stanisława Popławskiego, Adama Rapackiego w Mińsku Mazowieckim, rozsyłane są ankiety sprawdzające opinię mieszkańców. Cieszymy się, również, że takie działania to efekt naszych działań edukacyjnych jakie podejmujemy od 2,5 roku na terenie naszego miasta. Dobrze to świadczy, że nasz pomysł, który ogłosiliśmy podczas III Obchodów Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych 1 marca 2015 jakże szybko został podchwycony.

Poniżej opublikowano plakat, na którym widnieją trzy pytania: Chciałbyś mieszkać na ul. Waffen SS, ul. A. Hitlera? Nie? To dlaczego mieszkasz na ul. Armii Ludowej, ul. Z. Berlinga? Oprócz wspomnianego Komitetu „Dziękujemy za Wolność” pod plakatem podpisał się m.in. „Narodowy Mińsk Mazowiecki”, pieczętujący się znakiem falangi. Do jakiego nurtu polskiej myśli narodowej ten twór nawiązuje – doprawdy trudno mi zgadnąć.

III i IV RP zaskakują mnie codziennie niemal wszystkim – od ekonomii po tzw. politykę wschodnią – ale najbardziej zdumiewa mnie kreowana przez nie tzw. polityka historyczna. Bo jak można skomentować cytowane powyżej oświadczenie i treść wspomnianego plakatu? Generałowie Zygmunt Berling i Stanisław Popławski oraz minister spraw zagranicznych Adam Rapacki zostali zaliczeni nie tylko do grona „komunistycznych oprawców”, ale Berlinga postawiono na równi z Hitlerem, a Armię Ludową na równi z Waffen SS. Czy to jest efekt edukacji historycznej prowadzonej od kilkunastu lat przez Instytut Pamięci Narodowej, czy jeszcze czegoś innego?

AL była polityczno-ideowym przeciwnikiem AK, ale jest oczywiste, że nie była tożsama z Waffen SS. Podobnie generałowie Zygmunt Berling i Stanisław Popławski reprezentowali inny obóz polityczny i inną wizję Polski niż dajmy na to generałowie Władysław Anders i Tadeusz Bór-Komorowski, ale nie byli ani „komunistycznymi oprawcami” ani pobratymcami Adolfa Hitlera. Czy inicjatorzy „dekomunizacji ulic” Mińska Mazowieckiego zdają sobie sprawę, że używają argumentacji właściwej dla najczarniejszej komunistycznej propagandy z okresu stalinowskiego, która żołnierzy AK i przedwojennego Wojska Polskiego hurtem oskarżała o współpracę z gestapo i stawiała na jednej płaszczyźnie z hitlerowcami? Społeczny Komitet „Dziękujemy za Wolność” reprezentuje mentalność Jakuba Bermana i Romana Zambrowskiego, tylko w drugą stronę. Nie wiem dlaczego tego typu organizacje nazywane są „środowiskami patriotycznymi”. To nie jest patriotyzm, ale wypaczanie patriotyzmu i hańbienie historii Polski.

I jeszcze jedno. Proponuję Komitetowi „Dziękujemy za Wolność”, żeby na miejscu „sowieckiego pomnika – cmentarza przy ul. Warszawskiej” – który jak rozumiem zostanie zaorany – urządzić nie skwer im. Bohaterów Podziemia Antykomunistycznego 1944-1963, ale mauzoleum Stepana Bandery i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Będzie to zgodne z tendencjami propagowanymi zarówno przez „Gazetę Wyborczą” (m.in. w wywiadzie z Jurijem Szuchewyczem) jak i „Gazetę Polską”, które oficjalnie zrehabilitowały tzw. integralny nacjonalizm (faszyzm) ukraiński jako nurt antykomunistyczny i antyrosyjski.

http://www.mysl-polska.pl/422

„Myśl Polska” nr 15-16 (2029/30), 12-19.04.2015, s. 8

Bohdan Piętka

Oświęcim, 31 marca 2015 r.

Szaleństwo bez granic

Słuchając i czytając polskie media zastanawiam się czy są jakieś granice szaleństwa w ich umiłowaniu pomajdanowej Ukrainy i nienawiści do Rosji. Dochodzę każdorazowo do wniosku, że granic takich nie ma, jak nie ma granic Wszechświata. Zachwycają się oto redaktorki i redaktorzy kolumnami wojsk amerykańskich przemieszczających się przez Polskę z zachodu na wschód i odwrotnie. Żadnemu z nich oczywiście nie przyjdzie na myśl skojarzenie z czasami saskimi, gdy przez Polskę maszerowały we wszystkich kierunkach geograficznych a to wojska szwedzkie, a to saskie, pruskie i rosyjskie. Jest rozkaz, żeby się zachwycać, więc się zachwycają oraz pokazują widzom i czytelnikom „supernowoczesny sprzęt” armii USA. W tym zachwycie chyba najdalej poszedł red. Sakiewicz, który pisze: Jak kraj długi i szeroki, robi się zielono na drogach, morzu i w powietrzu. Nad dosyć dawno podupadłymi lotniskami widać helikoptery, samoloty bojowe oraz transportowe. Na drogach jakoś więcej ciężarówek z żołnierzami, ktoś sfotografował kolumnę przewożącą rakiety Patriot. Duch bojowy udzielił się naszej młodzieży. Tysiące z nich zapisują się do strzelców i innych formacji ćwiczących obronę kraju. Serce rośnie. Rusek tu łatwo nie wejdzie (T. Sakiewicz, Szwejk idzie na wojnę, niezależna.pl, 20.03.2015). Czy szef „Strefy Wolnego Słowa” naprawdę nie wie, że w wypadku wojny z Rosją – do której on i jemu podobni szczują na rozkaz USA – Polska zostanie zmieciona jedną salwą pocisków atomowych Iskander z obwodu kaliningradzkiego? Młodzi ludzie, którzy zindoktrynowani rusofobią zapisują się do „strzelców i innych formacji”, nawet nie będą mieli czasu na zastanowienie, że zamieniają się w kupę atomowego popiołu. Żeby postrzelać sobie do czegokolwiek, owi strzelcy po prostu nie zdążą.

Szczególny zachwyt naszych „demokratycznych” mediów wzbudziło odwołanie przez władze Uniwersytetu Jagiellońskiego wykładu ambasadora Rosji. Decyzja ta była rezultatem jawnych nacisków na władze UJ, firmowanych m.in. przez senatora Bogdana Klicha, oraz mniej jawnych pogróżek zakłócenia wykładu ze strony „środowisk patriotycznych”. To raczej powinno wzbudzić troskę tych mediów nad stanem demokracji, wolności słowa i autonomii uniwersytetów w Polsce. Wzbudziło natomiast zachwyt nad udaremnieniem głoszenia „rosyjskiej propagandy”. Rozumiem, że gdyby to był wykład np. ambasadora USA, to żadnej propagandy by na nim nie wygłaszano. Propaganda jest wedle polskich mediów wyłączną domeną Rosji.

Poziom debaty publicznej w Polsce pokazuje wypowiedź Wiktora Rossa – byłego ambasadora RP w Mołdawii i Armenii – dla onet.pl z 28 marca. Przewiduje on, że do końca tego roku Rosja stanie się bankrutem. Ponadto uważa, że w Rosji zapanował „klimat zupełnej faszyzacji kraju”, a system Putina jest w „fazie schyłkowej”. To bardzo ciekawe, że pan ambasador zauważył faszyzację w Rosji, a nie zauważył jej na Ukrainie, gdzie rzeczywiście ma ona miejsce. Czy pan ambasador nic nie wie o państwowym kulcie OUN i UPA oraz dywizji SS-Galizien, uhonorowaniu przez ukraiński parlament dowódcy UPA Romana Szuchewycza i hitlerowskiego zbrodniarza Petro Diaczenki, a także wielu innych przykładach autentycznej faszyzacji tego kraju?

Dlaczego pan Wiktor Ross tego nie chce wiedzieć wyjaśnia nam wypowiedź Adama Szostkiewicza. Ten publicysta „Polityki”, dawniej „Tygodnika Powszechnego”, dał popis wyjątkowej demagogii atakując UJ za zaproszenie ambasadora Rosji na wykład: Czy ktoś zapraszałby ambasadora III Rzeszy na UJ, aby się wypowiedział o polityce Hitlera  w kwestii żydowskiej czy słowiańskiej? Podobnie dobrze wiemy, że ambasador Rosji powtórzy w Krakowie to, co od miesięcy trąbią wszystkie tuby Kremla. Nie ma z tego żadnego pożytku akademickiego (kresy.pl, 25.03.2015). Następnie zaatakował Sojusz Lewicy Demokratycznej za inicjatywę uchwały sejmowej w sprawie kultu UPA na Ukrainie. U nas – stwierdził Szostkiewicz – w ten nurt wpisał się Leszek Miller, kiedyś członek elity PZPR, ale przecież także premier III RP, który podpisał naszą akcesję do Unii Europejskiej. Jaki czort podpowiada teraz Millerowi ataki na Petra Poroszenkę, które brzmią jak z Russia Today? Nie wierzę, by szef SLD nagle dołączył do obozu ks. Isakowicza-Zaleskiego i nie rozumiał, że – czy nam się to w Polsce podoba, czy nie – kult UPA jest Ukrainie potrzebny jako jeden z elementów budowania posowieckiej tożsamości narodowej (kresy.pl, 25.03.2015).

Afirmację nacjonalizmu ukraińskiego, w tym kultu OUN/UPA, głosił już wcześniej inny prominentny przedstawiciel salonu warszawsko-krakowskiego – Kazimierz Wóycicki. Ale dopiero Adam Szostkiewicz wyraził to tak dobitnie. Czy wam (nie nam, bo my już dawno się zbrataliśmy z pogrobowcami UPA) – czy wam się to podoba czy nie, macie uznać kult UPA na Ukrainie, bo taki jest rozkaz salonu warszawsko-krakowskiego i ambasady USA. Kto nie uzna, jest z „obozu ks. Isakowicza-Zaleskiego”, a więc jest „ruskim agentem”. Wypowiedź Szostkiewicza dosłownie współbrzmi z wywiadem, jakiego udzielił „Gazecie Wyborczej” deputowany Werchownej Rady Ukrainy Jurij Szuchewycz – syn dowódcy UPA i organizatora ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, Romana Szuchewycza. Na czym, jeśli nie na UPA mamy budować nasz patriotyzm? Na eposach rycerskich Rusi Kijowskiej? Na życiorysach takich Ukraińców jak Chruszczow i Breżniew? A może na bolszewickiej legendzie Stachanowa? – pyta demagogicznie Szuchewycz, a „Gazeta Wyborcza” to afirmuje (onet.pl, 28.03.2015). Nikt z „Gazety Wyborczej” nie zwrócił uwagi swojemu rozmówcy, że na kulcie formacji odpowiedzialnej za ludobójcze czystki etniczne nie da się zbudować żadnego patriotyzmu, żadnej „tożsamości narodowej”, ale co najwyżej poprowadzić zindoktrynowanych tym kultem Ukraińców do nowego ludobójstwa. Nikt też nie zwrócił Szuchewyczowi uwagi na fałsz jego stwierdzenia o lekceważeniu i dyskryminowaniu Ukraińców w II RP.

Wypowiedź Szostkiewicza oraz publikacja w „Gazecie Wyborczej” wywiadu z kimś takim jak Jurij Szuchewycz świadczą o tym, że postsolidarnościowe elity polityczne i ich media już nie tylko afirmowały faszyzm ukraiński (tzw. „integralny nacjonalizm” ukraiński, szczególnie w wydaniu banderowskim był faszyzmem, a nawet nazizmem), ale go rozgrzeszyły, używając przy tym szantażu moralnego, że kto myśli inaczej jest „trollem Putina”. Rozgrzeszenie faszyzmu ukraińskiego przez środowiska, które na każdym kroku tropią antysemityzm i uprawiają patetyczny kult holokaustu jest ich totalną kompromitacją. Banderowska OUN i jej UPA była bowiem tożsama z NSDAP i SS, chorwackimi ustaszami, litewskimi szaulisami, czy węgierskimi strzałokrzyżowcami. Nie można dla bieżącej polityki jednego faszyzmu (nazizmu) rozgrzeszać, a drugiego potępiać. To jest sprowadzanie tejże polityki do poziomu prostytucji.

Jeżeli postsolidarnościowe elity polityczne koniecznie muszą kochać pomajdanową Ukrainę, bo tak im kazano z Waszyngtonu, to niech ją kochają, ale niech uznają w tym jakieś granice ludzkiego rozsądku i dobrego smaku (o polskiej racji stanu nie wspominam, bo to już w tym gronie pojęcie abstrakcyjne). Ukraińskie szaleństwo (nazywane oficjalnie polityką wschodnią) postsolidarnościowych sił politycznych można podsumować znanym cytatem: to jest miś na miarę naszych możliwości i to nie jest nasze ostatnie słowo.

„Kresowy Serwis Informacyjny” nr 4 (47)/2015, s. 31

Bohdan Piętka

Oświęcim, 29 marca 2015 r.

„Niesłuszne” zaślubiny z morzem

Pan prezydent Bronisław Komorowski chyba pierwszy raz zrobił na mnie dobre wrażenie. 17 marca wziął udział w Kołobrzegu w obchodach 70. rocznicy zdobycia tego miasta przez 3., 4. i 6. dywizję 1. Armii Wojska Polskiego oraz zaślubin Polski z morzem, które miały miejsce 17 marca 1945 roku w Mrzeżynie oraz 18 marca 1945 roku w Kołobrzegu. Oddał przy tym hołd nie tylko żołnierzom Wojska Polskiego sformowanego w ZSRR, ale także żołnierzom radzieckim. Warto dziś wspominać wydarzenia mające miejsce 70 lat temu i walkę dramatyczną, dzielną i zwycięską stoczoną przez polskie dywizje składające się z żołnierzy, którzy szli hen, hen ze Wschodu. Warto wspominać tych żołnierzy, którzy tutaj płacili daninę krwi dla Ojczyzny – powiedział m.in. prezydent. A więc jednak dla Ojczyzny, a nie dla Związku Radzieckiego, jak utrzymują „środowiska patriotyczne” domagające się likwidacji warszawskiego pomnika „sowieckiego agenta i pachołka” Berlinga.

Zaślubiny Polski z Bałtykiem 18 marca 1945 roku w Kołobrzegu. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Zaślubiny Polski z Bałtykiem 18 marca 1945 roku w Kołobrzegu. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Najbardziej jednak znamienny jest następujący fragment przemówienia prezydenta: Myślę, że również dziś trzeba wspominać z wdzięcznością i dobrą myślą także i tych, z którymi razem walczyliśmy przeciwko Niemcom hitlerowskim. Tu też ginęli żołnierze radzieccy. Trzeba o nich pamiętać, bo przecież oni także złożyli daninę krwi, która zaowocowała tym, że Polska jest nad Bałtykiem i w tej części Bałtyku.

Po styczniowym wyskoku ministra Schetyny z Ukraińcami, którzy wyzwolili KL Auschwitz, to niemal szok. W pierwszej chwili nie wierzyłem, że prezydent Komorowski to powiedział. Rzeczywiście należy tych żołnierzy – z Armii Czerwonej – wspominać z wdzięcznością, ponieważ razem walczyliśmy przeciwko III Rzeszy Hitlera, ponieważ ginęli oni za to, by mogła zakończyć się potworna okupacja niemiecka – która stanowiła śmiertelne zagrożenie dla biologicznej egzystencji narodu polskiego, a dla żydowskich współobywateli oznaczała prawie całkowitą zagładę – ponieważ ginęli za to, by Kołobrzeg, Szczecin, Opole i Wrocław były polskie. Jestem niezwykle rad, że pan prezydent to rozumie w przeciwieństwie do „środowisk patriotycznych” z Warszawy, które przy wielkiej wrzawie doprowadziły do usunięcia Pomnika Polsko-Radzieckiego Braterstwa Broni.

Ale pan prezydent rozumie także to, że do tych frontowych żołnierzy z czerwonymi gwiazdami na hełmach i czapkach nie można mieć pretensji ani o decyzje konferencji Wielkiej Trójki w Jałcie, ani o politykę Józefa Stalina, ani o to co na tyłach frontu robiły NKWD i Smiersz. Bronisław Komorowski dał temu wyraz w następujących słowach: trudno przynieść coś, czego się samemu we własnym domu nie ma. Oni dali to, co mogli dać – krew żołnierską, wysiłek żołnierski, zwycięstwo wspólne.

Dokładnie tak. Ci żołnierze nie mogli dać wolności, bo sami jej nie mieli. Tak samo zresztą jak Polacy byli oni w każdej chwili narażeni na okrutne represje ze strony NKWD i Smiersz. Ich ofiarą stał się m.in. kapitan Aleksander Sołżenicyn, który w lutym 1945 roku prosto z linii frontu w Prusach Wschodnich trafił na osiem lat do łagrów, a potem jeszcze na trzy lata zesłania za napisanie prywatnego listu, będącego w opinii NKWD antyradziecką agitacją.

Przy trwającej od ponad roku antyrosyjskiej histerii, przenoszącej się także na pole historyczne, kulturalne, gospodarcze itd., przemówienie prezydenta Komorowskiego w Kołobrzegu jest pierwszym lekkim powiewem świeżego powietrza. Nie wiem czy to jednorazowy powiew, czy można się po nim spodziewać następnego.

Ten lekki powiew świeżego powietrza z Kołobrzegu nie uszedł jednak czujnej uwadze portalu niezależna.pl, czyli internetowej mutacji „Gazety Polskiej”. Jeszcze tego samego dnia pojawiła się na niezależnej.pl notka oskarżycielsko zatytułowana „Komorowski podziękował sowieckim żołnierzom. W rocznicę zaślubin Polski Ludowej z morzem”. Niezadowolenie redakcji niezależnej.pl wzbudziły oczywiście słowa prezydenta, że żołnierzy Armii Czerwonej trzeba wspominać z wdzięcznością, ale nie tylko to. Z treści notki dowiadujemy się m.in., że w 1945 roku miały miejsce „tzw. zaślubiny Polski z Morzem Bałtyckim”. Dlaczego tak zwane redakcja niezależnej.pl wyjaśniła następująco: Komorowski świętował rocznicę zaślubin Polski Ludowej z Bałtykiem w 1945 r., dokonanych przez kaprala Franciszka Niewidziajłę z armii Berlinga. Tymczasem prawdziwe zaślubiny wolnej Polski z morzem miały miejsce 10 lutego 1920 r. w Pucku – dokonał ich gen. Józef Haller. Czy prezydent Komorowski – choć w tym roku mija okrągła rocznica tego wydarzenia – pojechał z tej okazji do Pucka i wygłosił tam przemówienie? Nie. Aktywność Komorowskiego ograniczyła się do wizyty 10 lutego 2015 r. na ekspozycji obrazu „Zaślubiny Polski z morzem” Wojciecha Kossaka.

Nie będę komentował rynsztokowych wypowiedzi czytelników niezależnej.pl pod wspomnianą notką. Sadzę, że redaktorzy Tomasz Sakiewicz i Jerzy Targalski powinni być za nie pociągnięci do jakiejś odpowiedzialności, bo jest to z ich strony świadome i celowe dopuszczanie autentycznej mowy nienawiści. Pomijam też fakt ewidentnego niedbalstwa z „armią Berlinga”. W marcu 1945 roku dowódcą 1. Armii WP nie był już bowiem gen. Zygmunt Berling, ale gen. Stanisław Popławski. Chciałbym się skupić na tym o co właściwie redaktorom niezależnej.pl i „Gazety Polskiej” chodzi.

Zaślubiny z morzem w 1920 roku były słuszne, a w 1945 roku niesłuszne. Bo tam była II RP, a tu Polska Ludowa – chociaż formalnie nadal była to Rzeczpospolita Polska (nazwę PRL wprowadzono 22 lipca 1952 roku). Problem jednak w tym, że w 1920 roku Polska na mocy postanowień konferencji pokojowej w Wersalu otrzymała niewielki pas Wybrzeża na Pomorzu Gdańskim (71 km linii brzegowej, razem z Mierzeją Helską 147 km). Przez decyzję tejże konferencji o utworzeniu tzw. Wolnego Miasta Gdańska – podjętą pod naciskiem proniemiecko nastawionej Wielkiej Brytanii – Polska faktycznie została w 1920 roku odcięta od Morza Bałtyckiego. Gdyby nie budowa przez II RP portu w Gdyni, to z tego dostępu do morza byłaby tylko przystań rybacka w Pucku i plaża w Jastarni. Prawdziwy, realny powrót Polski nad Bałtyk – w pasie 770 km od Mierzei Wiślanej po Świnoujście – miał miejsce jednak w 1945 roku i dokonał się dzięki tej strasznej 1. Armii WP i Armii Czerwonej, co „środowiska patriotyczne” szczególnie boli.

18 marca 1945 roku, Kołobrzeg. Moment zaślubin. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe.

18 marca 1945 roku, Kołobrzeg. Moment zaślubin. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe.

To co redaktorzy niezależnej.pl napisali o „tak zwanych zaślubinach” Polski z morzem w 1945 roku musi szczególnie podobać się Niemcom, którzy o utracie tych ziem nie zapomnieli i żywią do nich ogromny sentyment. Chociaż oficjalnie nie ubierają go jeszcze w język polityki, to jednak pieczołowicie go pielęgnują. Bynajmniej nie tylko dla samego sentymentalizmu. Co właściwie redaktorzy niezależnej.pl chcieli powiedzieć poprzez użycie zwrotu o „tak zwanych zaślubinach”? Czy powrót Polski na Pomorze Zachodnie był też tak zwany i jej tam dzisiejsza obecność również jest tak zwana? Otóż powrót na te piastowskie ziemie nie był tak zwany. Był realny. Dokonał się dzięki ogromnemu wysiłkowi setek tysięcy dzisiaj w większości bezimiennych, ale świadomych swoich działań Polaków. Była wśród nich także moja Matka, która po ukończeniu liceum pedagogicznego odbudowywała w latach 1949-1954 polską oświatę w Świnoujściu jako kierowniczka i jedyna nauczycielka jednej z pierwszych polskich szkół powszechnych w tym mieście. Szkół stworzonych od podstaw. Dosłownie z niczego.

Dzięki trwającej od ponad roku ukraińskiej biegunce wiemy, że tzw. „prawica niepodległościowa” jest najtwardszym bastionem „wiary ukrainnej” w kosmosie. A czy nie jest również tak, że jest ona zorientowana nie tylko proukraińsko, ale także proniemiecko? Czy wściekły antykomunizm i antysowietyzm (antyrosyjskość) – zawsze z zaciśniętymi pięściami i pianą na ustach, wtłoczone w betonowy sarkofag ideologicznej dyskredytacji wszystkiego co miało miejsce w okresie 1945-1990 – nie służą w rzeczywistości maskowaniu opcji proniemieckiej?

http://www.mysl-polska.pl/node/405

„Myśl Polska” nr 13-14 (2027/28), 29 marca – 5 kwietnia 2015, s. 8

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 marca 2015 r.

Gloryfikacja zbrodniarzy

W Polsce trwa nieustający festiwal ukraiński i histeria wojenna. Wojskowe Komendy Uzupełnień ogłosiły 1 marca nabór ochotników. Czas ruszać na Moskwę. Za samostijną Ukrainę, za Polskę jagiellońską. Kto nie z nami ten zdrajca, ruski agent, poputczik i troll Putina. Szczelny mur dezinformacji, prostackiego kłamstwa i medialnego bełkotu przebił tylko na chwilę Tomasz Maciejczuk, wolontariusz ukraińskiej Fundacji Otwarty Dialog i komentator TV Republika, znany dotąd z proukraińskiego nastawienia (fotografował się m.in. z weteranami UPA). W swojej korespondencji z Donbasu poinformował on, że w ukraińskim batalionie ochotniczym „Ajdar” (pielgrzymowała do niego posłanka PiS Małgorzata Gosiewska, wyróżniono go też na dorocznej gali „Gazety Polskiej”) znajduje się pododdział im. Oskara Dirlewangera, który używa symboliki Waffen-SS. Na widok samochodów z symboliką Waffen-SS stojących przy bramie TEC w Szczastiu robi mi się niedobrze – napisał Maciejszczuk. TEC znajduje się pod kontrolą Ajdaru. Przejeżdżam przez bramę, a wartę trzymają chłopaki z naszywkami SS Dirlewanger (…). Jak długo można to tolerować? Ajdar otrzymuje sporo pomocy z Polski, przyjeżdżają do nich nawet nasi posłowie. Wypadałoby coś z tym zrobić, a nie chować głowę w piasek (kresy.pl, 2.03.2015). Fakty podane przez Maciejczuka zostały wkrótce potwierdzone przez brytyjski „The Guardian”, który napisał m.in., że bataliony ochotnicze walczące u boku ukraińskiej armii (…) są również znane ze swojego dzikiego nacjonalizmu i skrajnie prawicowych poglądów (kresy.pl, 7.03.2015).

Maciejczuk szybko jednak został zakrzyczany. Prawdziwej egzekucji dokonano na nim na gazetopolskim portalu niezależna.pl, który ostatecznie zamienił się w autentyczny rynsztok. W roli adwokata batalionu „Ajdar” wystąpiła też weteranka „Solidarności” i Unii Demokratycznej (Wolności), Grażyna Staniszewska. Stwierdziła ona, że postawa Maciejczuka to „dziecinne dążenie do prawdy”. Szczególnie wymownie brzmi następujące pouczenie Staniszewskiej: Masz prawo tylko i wyłącznie załatwiać takie sprawy w drodze niepublicznych rozmów bezpośrednio z Ajdarem, Azowem itp. Tym bardziej, że nie jesteś Ukraińcem, jesteś tam gościem. Więc zachowuj się Tomasz Maciejczuk jak gość i przyjaciel, mam nadzieję (kresy.pl, 9.03.2015). Maciejczuk – mimo wcześniejszych zasług na polu wspierania samostijnej Ukrainy – został raz na zawsze usunięty ze swojego dotychczasowego środowiska. Zresztą wkrótce zamilkł, bo jak wyznał obawia się o swoje bezpieczeństwo. Chłopcy z batalionu „Ajdar” – których kocha cała polska mesjanistyczna prawica – nagle przestali być przyjaciółmi i zaczęli publicznie wzywać, by „schwytać bydlaka”. Prędzej czy później takie obawy o swoje bezpieczeństwo będzie miała większość, jeśli nie wszyscy polscy przyjaciele samostijnej Ukrainy. Osobiście nie wątpię w to, że ludzie, którzy przez polską rację stanu rozumieją bezkrytyczne wspieranie neobanderowskiej Ukrainy pewnego dnia obudzą się z ręką w nocniku, tzn. z nożem na gardle. Niestety przez nich z nożem na gardle obudzi się cała Polska.

Afera z Maciejczukiem uchyliła rąbka skrywanej przed polską opinią publiczną tajemnicy prawdziwego oblicza samostijnej Ukrainy. Jest to już oblicze nie tylko banderowskie, ale wręcz nazistowskie i nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. Kult Bandery i UPA najwidoczniej nie wystarcza do budowania tożsamości narodowej i państwowej pomajdanowej Ukrainy. Sięgnięto bowiem wprost do zbrodniarzy hitlerowskich.

5 marca Werhowna Rada Ukrainy uczciła minutą ciszy twórcę i dowódcę UPA Romana Szuchewycza w 65. rocznicę jego śmierci. Ale ubóstwianie Szuchewycza czy Bandery to już jest standard, obecny w ukraińskiej przestrzeni publicznej co najmniej od 2004 roku. Tendencję, o której wspomniałem powyżej pokazuje decyzja, podpisana 11 lutego przez przewodniczącego Werhownej Rady Wołodymyra Hrojsmana, o obchodach na szczeblu państwowym 120. rocznicy urodzin Petra Diaczenki, którego tym samym włączono do panteonu ukraińskich bohaterów narodowych. Obok Oskara Dirlewangera, który nie był Ukraińcem, to drugi kat powstania warszawskiego cieszący się na pomajdanowej Ukrainie uznaniem. I to nie batalionu „Ajdar”, ale przewodniczącego parlamentu. Czy to nie jest dowód na nazyfikację tego państwa? Przecież gdyby na szczeblu parlamentu RFN uczczono jakiegoś generała SS, albo chociażby Wehrmachtu, nikt na świecie nie miałby wątpliwości, że w Niemczech odradza się nazizm. A wobec Ukrainy należy stosować inną miarę oceny?

Tym, którzy w Polsce nie wiedzą lub nie chcą wiedzieć kim był Petro Diaczenko pozwolę sobie to przypomnieć. W przeciwieństwie do większości nacjonalistów ukraińskich nie pochodził on z Galicji Wschodniej. Urodził się bowiem 30 stycznia 1895 roku w guberni połtawskiej jako poddany Imperium Rosyjskiego. Zawodową służbę wojskową rozpoczął po wybuchu pierwszej wojny światowej, wstępując ochotniczo do armii rosyjskiej. Walczył z Niemcami na ziemiach polskich, na Litwie i w Galicji. Ukończył też szkołę oficerską w Orenburgu. W grudniu 1917 roku po raz pierwszy zmienił front i wstąpił w szeregi Armii Czynnej Ukraińskiej Republiki Ludowej, formacji powołanej do życia – tak jak i państwo, któremu służyła – przez kajzerowskie Niemcy. Diaczenko służył w tzw. Konnym Pułku Czarnych Zaporożców, który w wojsku URL skupiał najbardziej warcholski i nacjonalistyczny element. W latach 1918-1920 uczestniczył w walkach z bolszewikami. Brał też udział w obaleniu władzy hetmana Pawło Skoropadskiego, który w listopadzie 1918 roku wbrew nacjonalistom ukraińskim opowiedział się za zjednoczeniem Ukrainy z Rosją. Występował także przeciwko jego następcy, Symenowi Petlurze. W 1921 roku schronienia Diaczence udzieliła Rzeczpospolita Polska, której przywódca – Józef Piłsudski – w ramach polityki prometejskiej otworzył szeregi Wojska Polskiego dla przedstawicieli narodów pozostających pod władzą Rosji sowieckiej. Diaczenko służył w Wojsku Polskim jako oficer kontraktowy, będąc m.in. dowódcą szwadronu najbardziej elitarnego 1. pułku szwoleżerów Józefa Piłsudskiego. W latach 1932-1934 studiował w Wyższej Szkole Wojennej, uzyskując stopień majora dyplomowanego. Został następnie pomocnikiem 1. zastępcy dowódcy 3. pułku szwoleżerów mazowieckich im. Jana Kozietulskiego.

Ptero Diaczenko (1895-1965) jako oficer Wojska Polskiego w II RP. Fot. www. https://reibert.info/threads/protipancerna-brigada-vilna-ukrajina.183822/

Petro Diaczenko (1895-1965) jako oficer Wojska Polskiego w II RP. Fot. www. https://reibert.info/threads/protipancerna-brigada-vilna-ukrajina.183822/

Pod koniec lat 30. XX wieku Diaczenko nawiązał współpracę z niemiecką Abwehrą. Podczas kampanii wrześniowej nie walczył z Niemcami. Znajdował się na tyłach, gdzie uczestniczył w formowaniu Rezerwowej Brygady Kawalerii „Wołkowysk”. Brygada ta w dniach 21-23 września 1939 roku uczestniczyła w walkach z Sowietami pod Grodnem i Sopoćkiniami, a w nocy z 23 na 24 września przekroczyła granicę Litwy, gdzie została internowana. Podczas pobytu w niewoli litewskiej (obóz internowania w Birksztanach, potem w Kalwarii) Diaczenko po raz pierwszy ujawnił swoje antypolskie nastawienie. Na skutek swojego zachowania został objęty bojkotem towarzyskim i formalnie usunięty z szeregów WP. Jego koledzy sporządzili protokolarne oświadczenie, w którym uznali go za osobę niegodną miana oficera WP. Tym jednakże były major Diaczenko się nie przejął. Miał już bowiem wtedy stopień pułkownika Wehrmachtu – przyznany mu za zasługi dla Abwehry – i obiecującą perspektywę służby u boku Niemiec hitlerowskich. Zostało to zresztą wkrótce potwierdzone przez Niemców, którzy jesienią 1939 roku wymogli na władzach litewskich zwolnienie go z obozu internowania jako niemieckiego oficera. W latach 1940-1941 z ramienia placówki Abwehry w Giżycku (Abwehr Nebenstelle Lötzen) Diaczenko budował siatkę wywiadowczą działającą na terenie Litwy, okupowanej od 15 czerwca 1940 roku przez ZSRR. W siatce tej pracowało wielu Polaków, których przyszły kat Czerniakowa chyba ostatni raz wykorzystał wtedy dla swoich celów. Od czerwca 1941 roku Diaczenko był członkiem Ukraińskiej Generalnej Rady Kombatantów pod przewodnictwem Mychajło Omelianowicza-Pawlenki. Była to organizacja skupiająca ukraińskich wojskowych w służbie niemieckiej (mających za sobą niejednokrotnie służbę w Wojsku Polskim), a rezydująca w stolicy Generalnego Gubernatorstwa, Krakowie.

W swojej dalszej działalności polityczno-wojskowej Diaczenko współpracował zarówno z Siczą Poleską Tarasa Bulby-Borowcia jak i z melnykowską i banderowską frakcją Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Przede wszystkim jednak współpracował z III Rzeszą Niemiecką.

Z inicjatywy OUN-M we wrześniu 1943 roku Niemcy sformowali 31. Schutzmannschafts-Bataillon der SD, którego dowództwo objął Diaczenko. Formacja ta, nazywana też Ukraińskim Legionem Samoobrony albo Legionem Wołyńskim, składała się z Ukraińców-ochotników, przeważnie związanych z melnykowską frakcją OUN. Podlegała niemieckim formacjom policyjnym. Do sztabu 31. Schutzmannschafts-Bataillon der SD przydzielono jako oficerów łącznikowych SS-Hauptsturmführera Siegfrieda Assmussa i SS-Oberscharführera Raulinga. Legion Wołyński był bardzo dobrze uzbrojony, miał nawet pododdział artylerii, saperów i szpital polowy. Nosił policyjne mundury SS. Dla kształcenia kadry dowódczej stworzono szkołę oficerską w Łucku, gdzie wydawano też gazetę „Ukraińskij Legioner”. W latach 1943-1944 Legion Wołyński brał udział w walkach z partyzantką sowiecką i polską na Wołyniu, Chełmszczyźnie i Lubelszczyźnie. Nie obeszło się przy tym bez zbrodni na polskiej ludności cywilnej. Do najbardziej znanych należała pacyfikacja Chłaniowa i Władysławina w powiecie krasnostawskim, gdzie 23 lipca 1944 roku w odwecie za śmierć z rąk partyzantów sowieckich wspomnianego esesmana Assmussa podkomendni Diaczenki zamordowali ok. 45 Polaków i spalili od 35 do 41 gospodarstw. Według relacji świadków Legion Wołyński specjalizował się w wyłapywaniu cywilnych Polaków w różnych miejscowościach oraz ich wyrafinowanym torturowaniu przed zadaniem im śmierci. Kontynuował tym samym ludobójczą czystkę etniczną, zainicjowaną przez UPA w 1943 roku.

We wrześniu 1944 roku Legion Wołyński w sile ok. 400 ludzi skierowano do pacyfikacji powstania warszawskiego na Czerniakowie. Od 15 do 23 września 1944 roku podkomendni Diaczenki walczyli przeciwko Zgrupowaniu „Radosław” i Zgrupowaniu „Kryska” oraz desantowanym oddziałom 9. pułku piechoty 3. dywizji piechoty 1. Armii Wojska Polskiego. Brali też udział w mordach na polskiej ludności cywilnej oraz jej wypędzeniu do obozu przejściowego w Pruszkowie, skąd 16 września 1944 roku deportowano do KL Auschwitz 3021 mężczyzn i chłopców – mieszkańców Czerniakowa i Powiśla (zarejestrowano ich w obozie 17 września 1944 roku pod numerami od 196448 do 199468). Większość z nich nie dożyła końca wojny. W dniach 27-30 września 1944 roku podkomendni Diaczenki uczestniczyli wraz z siłami niemieckimi liczącymi ok. 6 tys. ludzi (w tym broń pancerna i lotnictwo) w operacji „Sternschnuppe” (Spadająca Gwiazda), podczas której została rozbita Grupa „Kampinos” Armii Krajowej. Następnie Legion Wołyński skierowano do walk z polską partyzantką pod Krakowem, skąd przerzucono go do Słowenii, gdzie walczył z tamtejszą partyzantką komunistyczną. Na początku 1945 roku podkomendnych Diaczenki wcielono do 14. Dywizji Grenadierów SS (1. ukraińskiej dywizji SS), czyli dywizji SS-Galizien. Po zakończeniu wojny nie zostali oni wydani w ręce ZSRR, mimo zabiegów czynionych o to przez Stalina, dzięki interwencji gen. Władysława Andersa, który potwierdził przed władzami alianckimi ich polskie obywatelstwo.

Za udział Legionu Wołyńskiego w tłumieniu powstania warszawskiego i walkach z AK w Puszczy Kampinoskiej Diaczenko został odznaczony przez Niemców Krzyżem Żelaznym 1. klasy. Z chwilą włączenia Legionu Wołyńskiego do dywizji SS-Galizien otrzymał on nowy przydział. Od lutego 1945 roku był dowódcą 3. pułku piechoty tzw. Ukraińskiej Armii Wyzwoleńczej. Potem stanął na czele Brygady Przeciwpancernej „Wolna Ukraina”, która weszła w skład utworzonej 17 marca 1945 roku z inicjatywy III Rzeszy i ukraińskich nacjonalistów Ukraińskiej Armii Narodowej (UNA) pod dowództwem gen. Pawło Szandruka (także weterana przedwojennej armii polskiej). Za walki z Armią Czerwoną pod Dreznem w kwietniu 1945 roku Diaczenko został odznaczony przez Niemców po raz drugi Krzyżem Żelaznym 1. klasy. Pod koniec kwietnia 1945 roku został mianowany przez Szandruka generałem chorążym i objął dowództwo 2. dywizji UNA. W pierwszych dniach maja 1945 roku dostał się do niewoli amerykańskiej.

Zarówno Diaczenko jak i Szandruk, podobnie jak tysiące innych ukraińskich kolaborantów III Rzeszy, zostali uratowani przez gen. Władysława Andersa, który poświadczył przed władzami alianckimi, że byli oni obywatelami polskimi i oficerami Wojska Polskiego. Uchroniło ich to przed wydaniem w ręce sowieckie. Po wojnie Diaczenko żył najpierw w Monachium, a następnie w USA. Szybko nawiązał współpracę z amerykańskimi służbami wywiadowczymi, co ostatecznie uchroniło go przed jakąkolwiek odpowiedzialnością za popełnione zbrodnie wojenne. Oprócz tego zajmował się pisaniem poezji i swoich kłamliwych wspomnień, które wydał w 1959 roku. W 1961 roku rząd URL na wychodźstwie mianował go generałem porucznikiem. Zmarł 23 kwietnia 1965 roku w Filadelfii.

Z faktu wydania przez przewodniczącego parlamentu ukraińskiego decyzji o uczczeniu pamięci hitlerowskiego kolaboranta i zbrodniarza wojennego Diaczenki można wyciągnąć przynajmniej trzy wnioski. Po pierwsze – wbrew temu co wmawiają opinii publicznej w Polsce czołowe media nie jest prawdą, że w parlamencie ukraińskim nie ma banderowców, czy ogólnie ukraińskich nacjonalistów. Po drugie – państwo ukraińskie gloryfikując Diaczenkę jako bojownika o niepodległość Ukrainy faktycznie uznaje, że walką o niepodległość Ukrainy był m.in. udział w tłumieniu powstania warszawskiego i mordowaniu ludności Warszawy. Po trzecie – brak reakcji na uczczenie Diaczenki ze strony polskiego prezydenta, rządu, parlamentu i Instytutu Pamięci Narodowej, nie wspominając już o mediach, jest całkowitą kompromitacją tych instytucji. Szczególnie kompromitujące jest milczenie w tej sprawie Sejmu i daje ono powód do podejrzeń, że nie ma w polskim parlamencie ani jednego posła liczącego się z opinią publiczną, nie mówiąc już o liczeniu się z jakimś interesem polskim.

Postać Diaczenki jest ostrzeżeniem dla wszystkich tych, którzy na sojuszu z nacjonalizmem ukraińskim czynią jakieś kalkulacje geopolityczne. Historia dowódcy Legionu Wołyńskiego i generała Ukrainische Nationalarmee, jak i wielu innych podobnych mu Ukraińców, którym II Rzeczpospolita w imię polityki prometejskiej udzieliła azylu i umożliwiła robienie karier wojskowych, a którzy potem stanęli po stronie III Rzeszy i brali udział w zbrodniach na ludności polskiej – pokazuje czego można się po takim sojuszniku spodziewać. Zresztą wcale nie trzeba odwoływać się do przykładu Diaczenki, bo oto hołubiony w Polsce ukraiński literat Taras Prochaśko (ur. 1968) w wywiadzie dla „Kuriera Galicyjskiego” stwierdził, że ludobójstwo wołyńsko-małopolskie było konieczne dla zbudowania państwowości ukraińskiej (kresy24.pl, 4.03.2015). Powinno to być ostrzeżeniem, gdyby ci, którzy już drugi rok serwują Polsce biegunkę ukraińską chcieli myśleć lub rzeczywiście działali w polskim interesie.

Literatura:

D. Czech, Kalendarz wydarzeń w KL Auschwitz, Oświęcim 1992, s. 761.

H. Kubica, Głosy Pamięci (10). Z powstańczej Warszawy do KL Auschwitz, Oświęcim 2014, s. 23-25.

M. Majewski, Ukraińskie formacje zbrojne w służbie niemieckiej (Sipo, Orpo, Waffen SS) na Lubelszczyźnie w 1944 r., (w:) M. Białokur, M. Patelski, Podzielone narody. Szkice z historii stosunków polsko-ukraińskich w latach 40. XX wieku, Toruń-Opole 2010, s. 37-40.

G. Motyka, Dywizja „SS-Galizien” („Hałyczyna”), (w:) „Pamięć i Sprawiedliwość” nr 1/2002, Warszawa 2002, s. 116.

R. Torzecki, Kwestia ukraińska w polityce III Rzeszy (1933-1945), Warszawa 1972.

http://www.mysl-polska.pl/427

„Kresowy Serwis Informacyjny” nr 4 (47)/2015, s. 20-21

„Myśl Polska” nr 15-16 (2029/30), 12-19.04.2015, s. 14-15

Bohdan Piętka

Oświęcim, 19 marca 2015 r.

Pod banderowskim sztandarem

W numerze 8 (23 lutego-1 marca 2015) tygodnika „wSieci” ukazał się wywiad z Borysem Iwanowiczem Tarasiukiem, który przeprowadzili redaktorzy Jacek i Michał Karnowscy. Podali oni, że ich rozmówca był dwukrotnym (1998-2000 i 2005-2007) ministrem spraw zagranicznych Ukrainy, uczestnikiem „pomarańczowej rewolucji” i „rewolucji godności”, a obecnie jest deputowanym z ramienia partii Batkiwszczyna. Nie podali, że był długoletnim członkiem Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, w latach 1975-1991 pracownikiem radzieckich służb dyplomatycznych, w latach 1987-1990 instruktorem wydziału spraw zagranicznych KC Komunistycznej Partii Ukrainy, a w niepodległej już Ukrainie przywódcą „umiarkowanie nacjonalistycznej partii politycznej” (jak twierdzi Wikipedia) o nazwie Ludowy Ruch Ukrainy oraz twórcą Instytutu Współpracy Euroatlantyckiej. Wywiad – zatytułowany „Wybiliśmy zęby Rosji” – został poświęcony głównie aktualnej sytuacji po podpisaniu drugiego porozumienia mińskiego.

Pozwolę sobie nie komentować ocen bieżącej sytuacji politycznej zaprezentowanych przez Borysa Tarasiuka, w tym refleksji, że „putinowska agresja zjednoczyła naród”. Ale warto zwrócić uwagę na fragment, w którym Tarasiuk mówi, że by walczyć dalej, będziemy potrzebowali realnego wsparcia. I wówczas Niemcy, Francja, USA, ale także Polska będą musiały się zdeklarować oraz że jeżeli obecna próba ustalenia rozejmu się załamie – Zachód będzie miał tylko jedno wyjście: dostarczyć Ukrainie broń, pomoc militarną. Widać tutaj jasno wyartykułowane dążenie do umiędzynarodowienia konfliktu w Donbasie, które stanowi główną strategię pomajdanowych władz Ukrainy od początku tego konfliktu. Ciekawy jest również fragment, w którym Borys Tarasiuk opowiada o „reformach” będących następstwem majdanowej rewolty: zgodnie z porozumieniem z MFW podnieśliśmy czterokrotnie cenę za gaz, odchudzamy administrację o 50 tys. urzędników, zmniejszamy emerytury, świadczenia socjalne, także pensje. Nie mogę też nie zacytować fragmentu, gdzie na pytanie o ocenę narodowych zasobów Ukrainy rozmówca braci Karnowskich mówi: od 23 lat oligarchowie i różne klany rabują Ukraińców, a wciąż mamy sporo. Zapewne na tyle dużo, że wystarczy i dla Poroszenki, i dla Kołomojskiego, i dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego, i dla Georga Sorosa. Z kolei na braciach Karnowskich „wrażenie robi dzielność ukraińskich żołnierzy”. Przepowiadają w związku z tym klęskę Rosji, która sąsiednim narodom nie ma nic do zaproponowania poza przemocą, poza nahajką. Przywołują też znane słowa Lecha Kaczyńskiego wypowiedziane w Tbilisi w 2008 roku, by ze swoim rozmówcą dojść do konkluzji, że Zachód musi pomóc Ukrainie bronią i pieniędzmi.

Oczywiście po redaktorach „wSieci” nie można się spodziewać, by zamiast pochwały dla „rewolucji godności” zwrócili swojemu gościowi uwagę, że wszystkie problemy Ukrainy – łącznie z „rosyjską agresją” – wzięły się stąd, że tzw. „majdan” był antydemokratycznym przewrotem, w wyniku którego obalono legalne, konstytucyjne władze. Chociaż z drugiej strony należałoby tego od nich wymagać zważywszy na to, że w stopce tygodnika „w Sieci” znajduje się informacja: „największy konserwatywny tygodnik opinii w Polsce”. Zaś istotą konserwatyzmu – jak mnie uczono dawno temu w komunistycznej szkole – jest legitymizm i kontrrewolucja, a nie aplauz dla rewolucyjnych przewrotów.

Najważniejsza część wywiadu, na której pragnę się skupić, znajduje się jednak na końcu. Bracia Karnowscy zadają swojemu rozmówcy – który postulował uznanie UPA za organizację niepodległościową – pytanie jak w związku z tym, że Polacy nie mogą zaakceptować tradycji UPA „rozwiązać problem pamięci o Ukraińskiej Powstańczej Armii”? Na co Borys Tarasiuk odpowiada: Czas przestać żyć bolesną przeszłością. Mówię to jako polityk, który zajmuje się rozwijaniem relacji ukraińsko-polskich od 1990 r. Zarówno ukraińscy, jak i polscy politycy zrobili bardzo dużo, by zamknąć ten problem. I zaliczam siebie do tej grupy. A jednak wciąż wracacie do tej sprawy, pytacie o to, niektórzy polscy politycy podnoszą tę kwestię. Moim zdaniem to strona polska ponosi większą winę za fakt, że kwesta UPA wciąż dzieli nasze narody.

I tutaj sielanka – która towarzyszyła czytelnikowi przez cały wywiad – nagle się skończyła. Pan Borys Iwanowicz jakby walnął pięścią w stół (chociaż w rzeczywistości pewnie tego nie zrobił). Wciąż wracacie do tej sprawy, a my sobie tego nie życzymy. Winę za to, że sprawa UPA dzieli ponoszą nie ci, którzy gloryfikują jej zbrodnie i stawiają pomniki zbrodniarzom, ale ci, którzy domagają się pamięci i sprawiedliwości dla ofiar. Krótko, jasno, zwięźle. W zasadzie już o nic więcej pytać nie trzeba, dlatego bracia Karnowscy zdobyli się tylko na to, by zauważyć, że ta sprawa jest jednak realnym problemem np. dla Polaków, których przodkowie zginęli na Wołyniu. Na co Borys Iwanowicz dalej wali pięścią (albo butem, jak Nikita Siergiejewicz Chruszczow) po stole: A wiecie, ilu Ukraińców zginęło w czasie Wielkiego Głodu i podczas II wojny światowej? Od siedmiu do ośmiu milionów. W rodzinie mojego ojca, w okolicach Żytomierza, było trzynaścioro dzieci. Siedmioro z nich zginęło. Więc ja mówię: przerzućmy tę kartę z naszej historii, idźmy do przodu, skupmy się na teraźniejszości i przyszłości.

Na tym wywiad się kończy. Należy zatem domniemywać, że redaktorzy „w Sieci” zgodzili się ze swoim gościem, iż należy „przerzucić tę kartę historii” w stosunkach z Ukrainą. Podobnie zresztą jak przerzucono ją w stosunkach z Niemcami. Nie można jej tylko jakoś przerzucić w stosunkach z Rosją, gdzie Katyń jest nieustannie eksploatowany politycznie przez stronę polską, mimo pokajania się za tę zbrodnię kolejnych przywódców ZSRR i Rosji od Gorbaczowa poczynając. W propozycji pana Borysa Tarasiuka, by „przerzucić tę kartę historii” jest zasadniczy mankament. Otóż na „tej karcie historii” budowana jest co najmniej od 2004 roku (z przerwą w latach 2010-2014 na prezydenturę Wiktora Janukowycza) ukraińska świadomość narodowa, polityka historyczna i ideologia państwowa. Propozycja pana Tarasiuka sprowadza się zatem nie tylko do tego, by Polacy milczeli w sprawie pamięci ofiar ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, ale także by uznali fakt gloryfikacji sprawców tego ludobójstwa jako bohaterów domniemanego ruchu niepodległościowego przez ich epigonów na dzisiejszej Ukrainie. Nie można oprzeć się wrażeniu, że znacząca część elit politycznych Polski już ten fakt uznała, stając w istocie pod czerwono-czarnym sztandarem OUN-B. Każdy kto widział migawki z obchodów pierwszej rocznicy przewrotu kijowskiego nie mógł nie zauważyć, że „prezydent Europy” Donald Tusk, prezydent RP Bronisław Komorowski oraz eurodeputowany PiS i wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego Ryszard Czarnecki defilowali pod tymi flagami w Kijowie. Tak samo zresztą jak rok wcześniej na spowity czerwono-czarnymi flagami „majdan” pielgrzymowała cała polska „klasa polityczna”.

Należy też z uwagą pochylić się nad pierwszą częścią ostatniego akapitu wywiadu Borysa Tarasiuka. Proponuje on swoistą licytację martyrologii. Nie chce zauważyć, że ludobójstwo jest ludobójstwem bez względu na to czy w jego rezultacie ginie sto tysięcy czy dziesięć milionów ludzi. Powoływanie się na ukraińskie ofiary II wojny światowej przez epigona tzw. integralnego nacjonalizmu ukraińskiego jest cynizmem zważywszy, że wśród tych ofiar były setki tysięcy Żydów, komunistów i zwolenników radzieckiej Ukrainy oraz że część z nich zginęła z ręki UPA, a także ukraińskich formacji wojskowych i policyjnych w służbie niemieckiej. Natomiast odwoływanie się do Wielkiego Głodu, zawyżanie liczby jego ofiar, jak i zawłaszczanie ich martyrologii celem usprawiedliwienia zbrodni UPA jest ulubionym chwytem propagandowym banderowców. Gdyby ktoś nie wiedział po czym można poznać banderowca to właśnie po tym, że na pytanie o zbrodnie UPA odpowie, że komuniści byli gorsi i że podczas Wielkiego Głodu Ukraińcy wycierpieli więcej. Ale to nie byli ci Ukraińcy, którzy należeli do Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Zwolennicy ideologii Doncowa i Bandery nie ginęli podczas Wielkiego Głodu i Wielkiego Terroru stalinowskiego, ale cieszyli się w tym czasie pełnią praw obywatelskich i narodowych w II Rzeczypospolitej Polskiej. Właśnie dzięki temu mogli w ogóle zaistnieć jako ruch polityczny, bo w stalinowskim ZSRR nie mieliby takiej szansy.

Jeżeli pan Borys Tarasiuk potrafi rozmawiać takim tonem w sytuacji, gdy Ukraina jest na krawędzi bankructwa i rozpadu, to należy sobie zadać pytanie jakim językiem będzie rozmawiać Ukraina z Polską, gdy dzięki dostawom broni z Zachodu spacyfikuje Donbas oraz okrzepnie politycznie i gospodarczo? Najprawdopodobniej takim, jaki na facebooku zaprezentował pewien ukraiński student kształcony na koszt polskiego podatnika w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Student ten, podpisujący się jako Iwan Kaniszczuk (Ivan Kanishchuk), prowadził na facebooku dyskusję z polskimi kolegami i w jej trakcie zaproponował program rozbioru Polski i eksterminacji jej ludności. Pozwolę sobie zacytować kilka jego wypowiedzi (pisownia oryginalna): Bandera jest bohaterem, bo zabijał takich jak ty. (…) tak zwaną  „Polskę” trzeba rozdzielić między Rosją, Niemcami, Ukrainą, bo to nie wasza ziemia. A potem uczynić rzeź polską, żeby agresor był zniszczony (…). Już pisałem na facebooku, że popieram rzeź wołyńską i uważam, że zginęło tam za mało okupantów. Taki kraj jak Polska nie ma prawa na istnienie za setki lat okupacji nie tylko ziem ukraińskich. Nie trzeba mi postów wysyłać, bo oni mnie śmieszą (…). Polski nacjonalizm zdechł 2 grudnia 1991 roku, kiedy Polska była pierwszym państwem na świecie i wyznała niepodległość Ukrainy. No a jak coś zdycha, to piszczy w obrazie niedobitków UPA (…). Polska już ciągnie na swoich plecach Ukrainę do Europy, taki macie grzech za swoją okupację, będziecie to robić wiecznie (cyt. za: kresy.pl, 2.03.2015).

Jego wypowiedzi potwierdzają dobitnie to o czym wielokrotnie pisał i mówił Wiktor Poliszczuk (1925-2008), a mianowicie, że integralny nacjonalizm ukraiński (na którym teraz jest budowana pomajdanowa Ukraina) nie zmienił się od lat 30. ubiegłego stulecia. Jest wciąż taki sam, a zoologiczny antypolonizm – obecnie tymczasowo wyciszony ze względów taktycznych – stanowi jego jądro. Elity polityczne obecnej Polski najprawdopodobniej są świadome tego, że to co wyrasta na pomajdanowej Ukrainie jest budowane na fundamencie położonym przez Stepana Banderę, nawet jeżeli ubiera się w kostium „liberalizmu”, „demokracji”, „eurointegracji” i Bóg wie czego jeszcze. Mimo to konsekwentnie realizują politykę dyktowaną z zewnątrz i nawiązującą do koncepcji Jerzego Giedroycia. Wsparcie wojskowe, o którym mówił wicepremier Tomasz Siemoniak (udzieliliśmy pomocy o wartości 4 milionów euro dla armii ukraińskiej i szykujemy następną partię, forsal.pl, 7.02.2015), tworzenie litewsko-polsko-ukraińskiej brygady, zamiar wysłania do Kijowa „misji wojskowej”, pompowanie na Ukrainę pieniędzy z polskiego budżetu, których od 25 lat odmawia się na ważne cele społeczne – to wszystko służy wspieraniu państwa, które prędzej czy później zacznie prowadzić politykę antypolską. Taka jest bowiem logika wynikająca z ideologii, jaką na pomajdanowej Ukrainie uznano za źródło tożsamości ukraińskiej, a zbrodnicze formacje zbrojne odwołujące się do tej ideologii – w tym kolaborujące z Niemcami hitlerowskimi – wyniesiono na piedestał jako „ruch narodowowyzwoleńczy”.

Świadomość tego powinni mieć ci wszyscy, którzy wierzą, że bezkrytyczne popieranie pomajdanowej Ukrainy jest polską racją stanu. Wśród nich moją uwagę zwrócili ostatnio studenci z Mińska Mazowieckiego, którzy zgłosili się na ochotnicze szkolenie wojskowe, ponieważ „mają dość pogróżek rozjuszonego rosyjskiego przywódcy” (Młodzi Polacy szykują się do wojny. Studenci ćwiczą, bo boją się Rosji, fakt.pl, 27.02.2015). Walczyć będą pod sztandarem czerwono-czarnym, nie biało-czerwonym.

http://www.mysl-polska.pl/node/386

„Myśl Polska” nr 11-12 (2025/26), 15-22 marca 2015, s. 8

„Kresowy Serwis Informacyjny” nr 4 (47)/2015, s. 25

Bohdan Piętka

Oświęcim, 3 marca 2015 r.