Rok po „majdanie”

Prezydent USA Barack Obama w wywiadzie dla CNN 2 lutego powiedział, że „byliśmy pośrednikiem w przekazaniu władzy na Ukrainie”. Tym samym gospodarz Białego Domu oficjalnie potwierdził to, co w Polsce jest uważane za „rosyjską propagandę”. Z kolei były prezydent Czech Vaclav Klaus w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej powiedział 8 stycznia: Nie rozumiem stopnia zaślepienia niektórych ludzi w kwestii powodów pojawienia się kryzysu ukraińskiego. I nie rozumiem Ameryki, części Europy Zachodniej, ani Polski, że życzą sobie – obok Ukrainy, co już im się udało – rozbicia Rosji i cofnięcia jej o dekadę. To wielkie i niewybaczalne ryzyko. Klaus nie ma wątpliwości, że destabilizacja Ukrainy była działaniem celowym i zamierzonym jako uderzenie Zachodu w Rosję. Tak też interpretuje wydarzenia minionego roku brytyjski publicysta Christopher Booker. To Unia Europejska – stwierdził Booker na łamach „The Telegraph” – jest winna jatce na Ukrainie, a nie Władimir Putin. Jedną z najdziwniejszych i najbardziej przerażających historii mijającego roku nazwał on wprowadzenie w błąd zachodniej opinii publicznej w sprawie przyczyn tragicznych wydarzeń na Ukrainie (onet.pl, 10.02.2015). Należy dodać, że kryzys ukraiński po raz kolejny ujawnił gigantyczny kompleks rosyjski polskiej polityki. Polska po raz kolejny sięgnęła do XIX-wiecznej tradycji politycznego szaleństwa, nieodpowiedzialności, głupoty i arogancji wobec Wschodu oraz braku krytycyzmu i uniżoności wobec Zachodu. Wypada zatem zastanowić się, jakie rezultaty przyniosło obalenie rok temu prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza, dokonane z inspiracji USA oraz przy współudziale m.in. Polski.

Prawda o snajperach na „majdanie”

Informacja o tym, że masakra kijowska z 20 lutego 2014 roku została zainicjowana przez bojówkarzy z „majdanu”, którzy pierwsi otworzyli ogień z broni palnej do milicji oraz swoich współtowarzyszy – wielokrotnie potwierdzana przez zachodnich polityków, dyplomatów i dziennikarzy – była i jest w Polsce traktowana jako „rosyjska propaganda”. Ta rosyjska propaganda została teraz potwierdzona przez jednego z bojówkarzy, który strzelał. Udzielił on anonimowego wywiadu BBC, w którym przyznał, że 20 lutego przed godziną siódmą rano strzelał przez 20 minut do milicji z budynku kijowskiego konserwatorium w towarzystwie drugiego strzelca. Zaoferowano mu dwa rodzaje broni: strzelbę powtarzalną kaliber 12 mm oraz sztucer myśliwski Saga, wystrzeliwujący pociski z dużą prędkością. Wybrał ten drugi i ukrył go w budynku poczty, kilkadziesiąt metrów od konserwatorium. Oba te budynki były pod kontrolą uczestników rozruchów na „majdanie”. Jego relację potwierdził inny świadek, Andrij Sawczenko – wówczas deputowany i uczestnik ruchu „majdanu”. Tego dnia rano odebrał on telefon od dowódcy specjalnego oddziału milicji „Berkut”. Dzwoni do mnie – relacjonuje Sawczenko – i mówi: Andrij, ktoś strzela do moich chłopców. I powiedział, że strzały padły z budynku konserwatorium. Ciągle odbierałem telefony od oficera milicji, który mówił: Mam trzech rannych ludzi, mam pięciu rannych ludzi, mam jednego zabitego. I w pewnym momencie on mówi: wycofuję się (…) (kresy.pl, 15.02.2015). Strzały do milicji i uczestników rozruchów padały też – co jako pierwszy potwierdził pod koniec lutego 2014 roku minister spraw zagranicznych Estonii Urmas Paet – z okien hotelu „Ukraina”, który znajduje się obok budynku konserwatorium.

O spowodowanie masakry na „majdanie” nowe władze Ukrainy oskarżyły trzech milicjantów. Natomiast dowódca oddziału „Berkut”, Dmitrij Sadownik, zaginął bez śladu po tym jak został zwolniony z aresztu za kaucją. Takie informacje jak ta podana ostatnio przez BBC wiodące media polskie – to znaczy te media w Polsce, które są pudłem rezonansowym Służby Bezpieczeństwa Ukrainy – przemilczają. A jeśli w całej tej sprawie mają coś do powiedzenia to tylko tyle, że to „rosyjska propaganda” albo, że do milicji i majdanowców strzelali „rosyjscy prowokatorzy”, przysłani tam przez Putina.

Rok triumfu idei banderowskich

Tak jak w ZSRR za Józefa Stalina w miarę postępów budowy socjalizmu zaostrzała się tzw. walka klasowa, tak na pomajdanowej Ukrainie w miarę postępów budowy „demokracji” rośnie sentyment do Stepana Bandery i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Po raz kolejny dały mu wyraz tłumy ukraińskiej młodzieży w dniu 1 stycznia 2015 roku (rocznica urodzin Bandery), manifestując na ulicach ukraińskich miast pod symbolami, które zachodni komentatorzy zgodnie określili jako faszystowskie. Demokratyczne władze Ukrainy, których lidera podejmowano w Polsce z wielką pompą pod koniec 2014 roku, upamiętniły tablicą Andrija Orlika – komendanta Ukrainische Hilfspolizei, która współuczestniczyła w masakrze 33 tys. Żydów w Babim Jarze w 1941 roku. Pomniki Stepana Bandery, które dotychczas zdobiły ukraińskie miasta na zachód od Zbrucza, wyrastają także na pozostałej części terytorium Ukrainy kontrolowanego przez reżim kijowski, zajmując miejsce zburzonych podczas majdanowej rewolty pomników Lenina. Jest niezaprzeczalnym faktem, że pomajdanowa Ukraina buduje swoją tożsamość na tradycji banderowskiej i kulcie UPA. Jak wpływa to na świadomość i mentalność Ukraińców pokazuje happening w kijowskiej restauracji „Bar Hot”, podczas którego na początku tego roku bawił się bynajmniej nie margines społeczny, ale kijowska bohema artystyczno-medialna. Jednym z serwowanych tam poczęstunków było danie mięsne o nazwie „rzeź wołyńska”. Podano też danie „odeski dom związków zawodowych” (w maju 2014 roku spalono w nim żywcem kilkudziesięciu „prorosyjskich demonstrantów”), a na deser tort w kształcie dziecka, które leży na rosyjskiej fladze (kresy.pl, 12.01.2015).

Mer Lwowa Andrij Sadowy, którego partia „Samopomoc” współtworzy obecny rząd w Kijowie, oficjalnie zgłosił propozycję, żeby ukraiński parlament podjął uchwałę uznającą UPA za stronę koalicji antyhitlerowskiej (sic!). Pochwalił się przy tym, że z jego inicjatywy we Lwowie przyznano ulgi w opłatach komunalnych dla ponad 500 żyjących członków UPA oraz wdów po zmarłych członkach UPA (kresy.pl, 31.12.2014). Pod koniec grudnia 2014 roku w kijowskim Muzeum Historyczno-Memorialnym im. Mychajło Hruszewskiego otwarto wystawę dwunastu popiersi Stepana Bandery odlanych ze złota, bursztynu i marmuru, autorstwa Iwana Lypowki, członka Związku Ukraińskich Artystów. Powiedział on, że wystawa ta rozpoczęła cykl „Bohaterowie Ukrainy”. Następnymi, którym odleje złote popiersia będą dowódca UPA Roman Szuchewycz i „bohaterowie niebiańskiej sotni”. Obecny podczas otwarcia wystawy Jurij Syrotiuk z partii „Swoboda” zapowiedział budowę Ukrainy od Karpat po Kaukaz oraz rozmowę z Moskwą tylko językiem siły, a nie zaś jakąś pozorowaną gadaniną w Mińsku. Dodał również, że dzięki rewolcie na „majdanie” banderowskim hasłem „Sława Ukrainie” pozdrawia się już cały kraj (kresy.pl, 27.12.2014, polskiportal.net, 30.12.2014).

Te przykłady banderyzacji Ukrainy – ignorowane w mainstreamowym przekazie medialnym w Polsce – można mnożyć. Myślę, że najlepiej proces, który uruchomiła rewolta na „majdanie” podsumował Ołeksander Sycz – wiceprzewodniczący partii „Swoboda” i wicepremier w pierwszym rządzie Arsenija Jaceniuka. Podczas dorocznych obchodów rocznicy urodzin Stepana Bandery w Uhrynowie Starym stwierdził on, że rok 2014 był na Ukrainie rokiem triumfu idei banderowskich. Jeszcze rok temu nikt nawet nie mógł sobie wyobrazić, że wkrótce i prezydent, i przewodniczący Parlamentu, i premier Ukrainy witać się będą banderowskim „Sława Ukrainie”. Obecnie to powitanie opanowało całą Ukrainę (…). To zwycięstwo banderowskich zasad życia i banderowskiej prawdy! – oznajmił Sycz (kresy.pl, 2.01.2015).

Do jego wypowiedzi trzeba dodać, że to banderowskie powitanie stało się bliskie także polskim politykom głównego nurtu, którzy wykrzykiwali go rok temu na „majdanie” i którzy żyją nim nadal.

Stopień bezkrytycznej afirmacji w Polsce dla kijowskiej rewolty i stojących za nią sił pokazuje uroczystość, która miała miejsce 9 lutego 2015 roku w Teatrze Polskim w Warszawie. Wręczono tam Nagrodę Człowieka Roku 2014 „Gazety Polskiej” dla jedenastu „ludzi majdanu”. Takich m.in. jak: Tetiana Czornowoł (wieloletnia aktywistka UNA-UNSO, najbardziej skrajnej organizacji banderowskiej na Ukrainie o profilu neonazistowskim, znana z szowinistycznych poglądów, obecnie deputowana Frontu Ludowego Jaceniuka), Andrij Gabrow (członek „samoobrony majdanu”, a więc Prawego Sektora), Andrij Parubij (jeden z twórców neobanderowskiej partii „Swoboda” i komendant „euromajdanu”, który w marcu 2009 roku powiedział, że kwestia uszanowania OUN/UPA to nie tylko sprawa przywrócenia sprawiedliwości historycznej, to utwierdzenie naszej tożsamości narodowej i wartości nacji) i Wołodymyr Prawosudow-„Szturm” z batalionu ochotniczego „Ajdar”. Na zakończenie tegorocznej gali – czytamy na portalu niezależna.pl – przedstawiciele Majdanu wręczyli odznaczenia dla „Gazety Polskiej”, Tomasza Sakiewicza oraz Wojciecha Muchy. To już drugie odznaczenie ukraińskie dla szefa „Gazety Polskiej” w ciągu trzech miesięcy. Poprzednie otrzymał w listopadzie 2014 roku od Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Nie wątpię, że na obydwa sobie zasłużył.

„Mocarstwo nad Wisłą”

Postawa polskich „elit politycznych” wobec banderyzacji Ukrainy sprowadza się do pełnej afirmacji tego faktu. Przykładem tej afirmacji jest chociażby brak reakcji na negacjonizm ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego, który propagują w Polsce organizacje mniejszości ukraińskiej. Na portalu nadbuhom.pl Związek Ukraińców Podlasia przedstawił taką oto wersję ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego: Pierwsze antyukraińskie akcje Polaków miały miejsce wiosną 1942 r. Do obrony ukraińskiej ludności już w czerwcu 1942 r. utworzono Ukraińską Samoobronę. Szczególne nasilenie antyukraińskich działań przypadło na lata 1943 – 1944. Ofiarami polskiego podziemia była przede wszystkim ukraińska inteligencja i duchowieństwo, ale z upływem czasu represje dotknęły pozostałą ludność (cyt. za: parezja.pl, 12.02.2015). Żaden z organów III RP ani jej media tropiące „mowę nienawiści” nie zareagowały na tak ordynarny przykład negacjonizmu historycznego uprawianego przez organizację, która otrzymuje dotację z budżetu państwa. W Przemyślu prokuratura i policja umorzyły sprawę z zawiadomienia prywatnego o naruszenie paragrafu 2 artykułu 256 kodeksu karnego (propagowanie ustroju faszystowskiego lub totalitarnego). Chodziło o Ukraińca Petro I., który przyjechał do Przemyśla z czerwono-czarną flagą OUN-B, naklejoną na szybę swojego auta. Zdaniem polskich organów ścigania manifestował on tylko swoje poglądy.

Przykłady afirmacji banderyzmu przez organa publiczne i media w Polsce, podobnie jak przykłady banderyzacji Ukrainy, można mnożyć. To prezydent Czech Milosz Zeman stwierdził w związku z banderowskimi manifestacjami i rozruchami w Kijowie 1 stycznia, że z Ukrainą jest coś nie tak. To prezydent Czech upomniał się publicznie o pamięć Polaków-ofiar ludobójstwa banderowskiego. Żaden z nadwiślańskich polityków na coś takiego się nie zdobył i nie zdobędzie. Polskie „elity” solidarnie stosują się do wskazań Kazimierza Wóycickiego ze Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, który napisał, że Roman Szuchewycz jest i powinien być również dla Polaków postacią o cechach bohatera, nawet jeśli ma być to bohater z gorzką skazą współwiny (sic!) za zbrodnię.

Tak jak władze PRL z przyczyn politycznej podległości uznawały fakt negacji zbrodni katyńskiej przez ZSRR, tak samo III i IV Rzeczpospolita uznają fakt negacji ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego przez Ukrainę. Różnica polega na tym, że podległość obecnej Polski ma wymiar o wiele bardziej skomplikowany. W PRL była to podległość na linii KC PZPR – KC KPZR. Obecnie obok „realiów” wynikających z członkostwa w NATO i UE dochodzą jeszcze różne wpływowe grupy nacisku, wśród których ważne miejsce zajmuje lobby ukraińskie .

Afirmacja banderyzmu przez polski mainstream polityczno-medialny jest zaledwie częścią jego daleko idącego poparcia dla reżimu kijowskiego i zaangażowania w konflikt ukraińsko-rosyjski. W sytuacji znaczących protestów społecznych i kryzysu finansów publicznych przepompowuje się z polskiego budżetu 100 mln euro na Ukrainę. Minister Schetyna toczy „wojnę historyczną” z Rosją, która z jednej strony jest licytacją na rusofobię pomiędzy PO i PiS, a z drugiej poparciem dla ukraińskiej polityki historycznej, wedle której Ukraina i Niemcy stały się w latach 1944-1945 ofiarami agresji sowieckiej. Ze strony MSZ oraz takich polityków jak Ryszard Czarnecki i Paweł Kowal padają żądania „dociśnięcia Rosji” nowymi sankcjami, które jak dotąd najbardziej zniszczyły polską produkcję rolną. Temu wszystkiemu towarzyszy nieustający festiwal rusofobii w mediach i polowanie na „ruskich agentów”. Za agenta Rosji został uznany nie tylko prof. Bogusław Paź, ale także Stanisław Izdebski – przywódca protestów rolniczych. Zdaniem Stefana Niesiołowskiego jest to „proputinowski polityk, w najlepszym wypadku, może agent Putina”(tvp.info, 16.02.2015).

Wysokość stawki w polityce szaleństwa podbił Zbigniew Bujak – członek Komitetu Obywatelskiego Solidarności z Ukrainą (jednego z głównych ośrodków lobby ukraińskiego w Polsce) – który oświadczył 21 stycznia w radiu RMF FM, że byłoby fantastycznie, gdyby polscy żołnierze walczyli na Ukrainie (…). Jak się prowadzi wojnę z naszym wspólnym śmiertelnym wrogiem, to jednak trzeba temu sąsiadowi pomóc. Opinia publiczna w Polsce dowiedziała się zatem, że już prowadzimy wojnę z Rosją. Wypowiedź Bujaka nie była odosobnionym wyskokiem, bo okazało się, że jego pogląd podziela niemała część postsolidarnościowych polityków. Najwyraźniej pragną oni otwartej wojny z Rosją, do której nie udało im się doprowadzić w czasach burzliwej młodości w roku 1981. Inaczej niż elity polityczne Niemiec, Czech, Słowacji, Węgier czy Rumunii, politycy z Warszawy ciągle wychodzą przed szereg, wyskakując z coraz bardziej absurdalnymi pomysłami i antyrosyjskimi prowokacjami. Oprócz poleceń płynących z ambasady USA i od lobby ukraińskiego, odwołują się zapewne do własnych fantasmagorii o „polityce jagiellońskiej” i „mocarstwie nad Wisłą”, którego wizję zarysował w 2009 roku w książce „Następne 100 lat” George Friedman, założyciel i dyrektor powiązanego z CIA ośrodka Stratfor.

Żadnego mocarstwa nad Wisłą ani restytucji I Rzeczypospolitej jednak nie będzie. Mimo ogromnego wsparcia Warszawy dla pomajdanowej Ukrainy, ukraińscy nacjonaliści – którzy stanowią jej główny fundament – coraz częściej okazują nastroje antypolskie. Nie zrezygnowali bowiem ze swoich starych idei. Jeżeli ta bezmyślna polityka nie zostanie przerwana, to przyniesie większą katastrofę niż utrata rynków wschodnich przez polskich producentów rolnych.

Nieobliczalność polityki USA

Rok po „majdanie” Ukraina jest bankrutem. Produkt krajowy brutto spadł o 7 proc. i w tym roku zmniejszy się jeszcze o 5 proc., a inflacja wynosi co najmniej 25 proc. Rezerwy walutowe wystarczają obecnie na pokrycie pięciotygodniowego importu. Bankructwa Ukrainy nie powstrzymają ani przepompowywanie pieniędzy z polskiego budżetu, ani kredyty UE i MFW, ani wysłany tam przez Warszawę jako „doradca” specjalista od „terapii szokowej” Leszek Balcerowicz. „Rewolucja godności” nie położyła kresu ani gigantycznej korupcji, ani rozkradaniu państwowego majątku, ani wszechwładzy oligarchów i mafii. Prezydentem Ukrainy został największy tamtejszy oligarcha, mający jeszcze bardziej niejasne i szemrane powiązania niż jego poprzednicy. „Wojna z Rosją” nie przeszkadza koncernowi Roshen, którego właścicielem jest Petro Poroszenko, robić lukratywne interesy właśnie w Rosji („Wojna i słodycze. Podwójna rola Poroszenki, prezydent i oligarcha szkodzi Ukrainie”, forsal.pl, 11.02.2015). O ile Ukraina jest bankrutem, to Roshen wciąż przynosi zyski.

Pokłosiem puczu kijowskiego jest konflikt w Donbasie, który według „czekoladowego króla” Poroszenki kosztował dotąd życie 5400 cywilów i 1200 żołnierzy. Natomiast według danych niemieckiego wywiadu liczba ofiar tego konfliktu sięga nawet 50 tys. (tvn24.pl, 8.02.2015).

Ciężar doprowadzenia do ponownego zawieszenia broni w Donbasie wzięły na siebie dwa najpoważniejsze państwa UE – Francja i Niemcy. Polska, która prowadzi politykę niepoważną, po raz kolejny została przez nie zignorowana. Jakie były motywy działania prezydenta Hollande’a i kanclerz Merkel podczas drugiej konferencji w Mińsku (11-12.02.2015)? Być może chęć ratowania Kijowa przed ostateczną klęską, być może niedopuszczenie do ujawnienia, że w kotle pod Debalcewem zostali okrążeni – jak twierdzą rosyjskie media – „żołnierze i najemnicy z państw NATO”, a być może jednak zdystansowanie się od nieobliczalnej polityki USA. Na taką ewentualność wskazuje wypowiedź byłego prezydenta Francji i faktycznego autora zażegnania konfliktu gruzińskiego w 2008 roku, Nicolasa Sarkozy. Stwierdził on, że Ukraina nie ma powołania do przystąpienia ani do Unii Europejskiej, ani do NATO oraz, że oddzielenie Europy od Rosji to jest dramat. Jeśli Amerykanie tego chcą, to ich prawo i problem. Ale interesy Amerykanów wobec Rosji nie są interesami Europejczyków wobec Rosji (wPolityce.pl, 11.02.2015). Jego zdaniem również aneksję Krymu można porównać do przyznania mieszkańcom Kosowa prawa oddzielenia się od Serbii. Jeszcze dobitniej wypowiedziała się przywódczyni Frontu Narodowego, Marine Le Pen: Jesteśmy pionkami w grze o wpływy między Stanami Zjednoczonymi a Rosją, która jest naturalnym sojusznikiem Europy. (…) To wielki kraj i wielki naród, z którym Europa ma wiele wspólnych interesów strategicznych (onet.pl, 16.02.2015).

Drugi kompromis w Mińsku wywołał prawdziwą panikę wśród polskiej „klasy politycznej” i jej mediów. Dostaw broni na Ukrainę i upragnionej wojny z Moskalem na razie nie będzie. Najdobitniej rozczarowaniu tym stanem rzeczy dał wyraz Przemysław Żurawski vel Grajewski, wedle którego doszło do ośmieszenia dyplomacji niemiecko-francuskiej („Sukces Kremla”, niezależna.pl, 15.02.2015). A może jednak doszło do ośmieszenia polityki polskiej?

Ale nic straconego, bo polityka USA jak zawsze jest nieprzewidywalna i nieobliczalna. To USA doprowadziły do wywołania kryzysu ukraińskiego i bez ich udziału ten kryzys się nie zakończy. Na to, że porozumienia mińskie nie wejdą w życie oraz, że USA będą musiały „interweniować” liczy Jerzy Targalski („Niemcy żandarmem Putina”, niezależna.pl, 16.02.2015).

Amerykański publicysta Frederick W. Engdahl zauważył, że celem polityki amerykańskiej od dawna jest „bałkanizacja” Rosji, czyli doprowadzenie do rozpadu Federacji Rosyjskiej (polish.ruvr.ru, 5.02.2015). W związku z tym, że nie udało się wyeksportować „rewolucji godności” z Kijowa do Moskwy, a polityka sankcji doprowadziła do całkowicie odwrotnego skutku (polityczne zbliżenie Rosji i Chin, intensyfikacja współpracy w ramach BRICS) Waszyngton ma dwa wyjścia: albo zdecydować się na „odprężenie”, czyli w konsekwencji poświęcić reżim kijowski, albo pójść w kierunku dalszej konfrontacji. Wywołanie wojny w Europie jest postrzegane przynajmniej w części amerykańskich kół politycznych jako sposób na utrzymanie przez USA pozycji jedynego światowego hegemona. O tym, że USA przygotowują się do globalnego konfliktu świadczy przyjęcie ofensywnej doktryny wojennej na lata 2020-2040. Została ona zawarta w dokumencie „The U.S. Army Operating Concept”. Doktryna ta uzasadnia prowadzenie wojen prewencyjnych przez USA i angażowanie się w konflikty we wszystkich regionach świata, które są ogniskami zapalnymi. Jako potencjalnego wroga wymienia się Rosję. Nie ulega wątpliwości, że w tym globalnym konflikcie „mocarstwu nad Wisłą” przypadnie rola „rowu atomowego” – identycznie jak w planach Układu Warszawskiego 40 lat temu, tylko w drugą stronę.

„Myśl Polska” nr 9-10 (2023/24), 1-8 marca 2015, s. 4-5

Bohdan Piętka

Oświęcim, 17 lutego 2015 r.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Rok po „majdanie”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s