„Wizyta przyjaźni”

Rok 2014 niewątpliwie można nazwać „rokiem Ukrainy w Polsce”, który zastąpił planowany na rok 2015 – a odwołany na żądanie Petro Tymy i red. Agnieszki Romaszewskiej-Guzy – Rok Rosji w Polsce. „Rok Ukrainy” został zwieńczony nad Wisłą hucznie zapowiadaną imprezą, jaką była wizyta prezydenta Ukrainy Petro Poroszenki (17-18 grudnia). Wizyta ta miała dwa wymiary – oficjalny, czyli propagandowy oraz realny. W wymiarze oficjalnym przybył do Polski ojciec ukraińskiej demokracji, by m.in. podziękować za polskie wsparcie dla „przemian demokratycznych” na Ukrainie. Usłyszeliśmy zestaw powtarzanych do znudzenia medialnych frazesów o ukraińskiej rewolucji, ukraińskiej drodze do demokracji i integracji z UE, agresji Rosji na Ukrainę itd. Doszedł do tego nowy frazes o Polsce jako „adwokacie” Ukrainy na drodze do tzw. integracji europejskiej i członkostwa w NATO. Tak jak Niemcy były „adwokatem” Polski na drodze do UE i NATO, tak teraz Polska ma być identycznym „adwokatem” Ukrainy. Jest to porównanie o tyle chybione, że Niemcy za swoje usługi adwokackie kazały sobie zapłacić likwidacją całych gałęzi polskiego przemysłu, konkurencyjnych dla niemieckiego, oraz przejęciem całych sektorów polskiej gospodarki. O cenie jaką miałaby zapłacić za polskie usługi adwokackie Ukraina nic nie wiadomo. Prawdopodobnie ewentualne korzyści Polski sprowadzają się do mrzonek polskich rusofobów o wypchnięciu Rosji z Europy i restytucji Polski Jagiellonów. Nie da się też wykluczyć, że niemałą część kosztów ewentualnej integracji Ukrainy z UE i NATO poniesie jej polski adwokat.

Tutaj dochodzimy do wymiaru realnego wizyty prezydenta Ukrainy w Warszawie i Lublinie. Nie można oprzeć się wrażeniu, że obecne stosunki polsko-ukraińskie przypominają do złudzenia stosunki polsko-radzieckie. Dla nikogo nie jest chyba tajemnicą, że były one asymetryczne. Oficjalnie – tak jak obecnie z Ukrainą – był festiwal przyjaźni i braterstwa. Za tym oficjalnym parawanem kryła się jednak pustka treści. Tak jak władze PRL unikały w stosunkach z ZSRR poruszania drażliwych tematów z przeszłości (Katyń), tak też postępują władze III RP w stosunkach z Ukrainą. Każdemu kto będzie chciał uczciwie poruszać kwestie ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego i kultu UPA na Ukrainie publicyści „Gazety Wyborczej” i „Gazety Polskiej” od razu przypomną, że godzi w polską rację stanu i działa na rzecz odradzającego się podobno imperializmu rosyjskiego. Identycznie przecież było w PRL, gdzie upominanie się o Katyń traktowano jako podważanie polskiej racji stanu oraz wspieranie amerykańskiego imperializmu i dążeń zachodnioniemieckich rewizjonistów. W PRL fundamentem racji stanu była przyjaźń z ZSRR, która notabene została wpisana do Konstytucji. Dla III i IV RP racją stanu – obok posłuszeństwa wobec Waszyngtonu i Brukseli – jest przyjaźń z Ukrainą. Wcale się nie zdziwię, jeśli pewnego dnia stanie się ona normą konstytucyjną, której naruszenie będzie ścigane z mocy prawa. Istotą dawnej przyjaźni z ZSRR i obecnej z Ukrainą jest to, że przyjaciela nie można niczym urazić.

Sprawy historyczne w stosunkach z Ukrainą są ważne nie dlatego, że środowiska kresowe są rzekomo przewrażliwione na punkcie polskiej martyrologii, ale z dwóch zupełnie innych powodów. Po pierwsze dlatego, że sprawa ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego nie została uczciwe załatwiona przez Ukrainę. Ba, ze strony ukraińskiej nigdy nie było próby, a nawet woli uczciwego załatwienia tej sprawy – to znaczy przyznania się do ludobójstwa oraz potępienia ideologii i działalności OUN/UPA. Po drugie – co ściśle wiąże się z pierwszym – dlatego, że na Ukrainie mamy do czynienia z państwowym kultem OUN/UPA jako rzekomego ruchu narodowowyzwoleńczego oraz wpisaniem ideologii i tradycji OUN/UPA w polityczną rzeczywistość państwowości ukraińskiej. Jest to zasługą głównie dwóch prezydentów Ukrainy, wspieranych przez Polskę – Wiktora Juszczenki i właśnie Petro Poroszenki. Te dwa powody były i są przyczyną tego, że sprawy historyczne będą powracać w stosunkach polsko-ukraińskich, nawet jeżeli Warszawa będzie je ciągle zamiatać pod dywan. Strategia zamiatania pod dywan i uprzejmego milczenia polskiej strony w trudnych kwestiach historycznych będzie powodowała, że stosunki polsko-ukraińskie – identycznie jak stosunki polsko-radzieckie – nie będą normalne mimo deklaratywnej przyjaźni i braterstwa. Zawsze będzie w nich pobrzmiewać fałszywa nuta.

Tę fałszywą nutę mogliśmy usłyszeć w wystąpieniu Poroszenki przed polskim Sejmem. Jaki sens mają słowa „wybaczamy i prosimy o wybaczenie” wypowiedziane przez tego samego prezydenta, który niedawno w ukraińskim parlamencie powiedział „oddaję honor bojownikom OUN/UPA”? Żaden z propagandystów udających dziennikarzy tego uprzejmie nie zauważył, mówiąc o rzekomo przełomowym wystąpieniu Poroszenki w Sejmie. Co takiego przełomowego było w tym wystąpieniu? Samo nawiązanie do słów z przesłania biskupów polskich do niemieckich z 1965 roku należy uznać za niestosowne. Ukraińcy nie mają czego Polakom wybaczać. Operacja „Wisła” nie była bowiem zbrodnią ludobójstwa ani nawet zbrodnią wojenną i nie ma ona jakiegokolwiek porównania z ludobójczymi czystkami UPA, którym zresztą położyła kres. Swój stosunek do spraw historycznych Poroszenko wyłożył w trzech zdaniach: „Ważne jest poszukiwanie prawdy historycznej. Wzywam Polaków i Ukraińców, by uszanować tych, którzy zginęli na naszych ziemiach. Oni muszą zostać godnie pochowani, ale nie powinno się uprawiać polityki na grobach”.

To nic innego jak wyłożenie zasad neobanderowskiej polityki historycznej, stawiającej na jednej płaszczyźnie banderowskie ludobójstwo z polską samoobroną czy nawet odwetem. Czy poszukiwanie prawdy historycznej ma wyglądać tak jak robi to przewodniczący ukraińskiego IPN Wołodymyr Wiatrowycz, który nagminnie fałszuje źródła historyczne, a tam gdzie ich się nie da sfałszować nakazuje ich zniszczenie? Wezwanie do godnego pochowania odnosi się oczywiście do nielegalnych upamiętnień UPA w Polsce, bo przecież nie do prób upamiętniania polskich ofiar UPA i SS-Galizien. Na to poza Hutą Pieniacką władze Ukrainy nie pozwoliły i nie pozwolą. Jeżeli już gdzieś na miejscu wymordowanej i spalonej polskiej wsi wołyńskiej pozwolą postawić krzyż, to bez informacji kogo ten krzyż upamiętnia i z czyjej ręki zginęły ofiary. W Janowej Dolinie (obecnie Bazaltowe) nieopodal takiego krzyża postawiono pomnik UPA. Natomiast stwierdzenie, że nie powinno się uprawiać polityki na grobach zostało wypowiedziane pod adresem tych środowisk w Polsce, które nie godzą się na zamiecenie pod dywan ludobójstwa ukraińsko-małopolskiego i potępiają państwowy kult OUN/UPA na Ukrainie. Jest to bezczelność i nic poza tym.

W wystąpieniu Poroszenki były momenty groteskowe. Za takie należy uznać refleksje, że „rewolucja godności” obaliła władzę oligarchii (wręcz przeciwnie, ugruntowała ją i wzmocniła), że obecna Ukraina jest państwem „wolnym i demokratycznym” (gdzie prawie nie ma legalnej opozycji), że Ukraina walczy o swoją niezależność (pacyfikując Donbas), że walczy też „o naszą wspólną Europę”, że razem z Polską „jesteśmy niezwyciężeni” oraz, że Polska jest „europejskim tygrysem gospodarczym” (z którego za chlebem uciekło ok. 2 mln obywateli). Największą groteską było przypięcie sobie przez oligarchę Poroszenkę znaczka związku zawodowego „Solidarność”. Ten niezwykły związek zawodowy – o którym dzisiaj mało kto pamięta i do którego mało kto należy – od 1980 roku był już symbolem niemal wszystkiego. Teraz został jeszcze symbolem „europejskiej tożsamości” Ukrainy.

Przemówienie Poroszenki zawierało też elementy niebezpieczne. Do takich należy zapowiedź zrzeczenia się przez Ukrainę statusu państwa pozablokowego i pójścia w stronę członkostwa w NATO. Jest to zapowiedź dążenia do destabilizacji bezpieczeństwa europejskiego i równowagi polityczno-militarnej w Europie. To oczywiście nie są suwerenne dążenia Ukrainy. Poroszenko i neobanderowcy stanowią narzędzie najbardziej skrajnych sił politycznych w USA, którym marzy się jeśli nie polityczne i gospodarcze podporządkowanie Rosji, to jej wyeliminowanie jako suwerennego podmiotu polityki światowej. Taki jest przecież od początku cel awantury ukraińskiej – eksport „kolorowej rewolucji” z Kijowa do Moskwy. Nie jest przypadkiem, że przed wizytą Poroszenki w Warszawie w oficjalnych polskich mediach uaktywnił się pan Chodorkowski, przedstawiany już jako przyszły przywódca „demokratycznej” Rosji. Oficjalna zapowiedź prezydenta Ukrainy o dążeniu do członkostwa w NATO świadczy o tym, że polityka amerykańska przybiera wobec Rosji kurs maksymalnie konfrontacyjny.

W ten konfrontacyjny kurs polityki Waszyngtonu z radością wpisuje się polski establishment polityczny, wyznający rusofobiczne dogmaty zamiast polityki realnej. Szczególne podziękowania złożone przez Poroszenkę Radosławowi Sikorskiemu – jednemu z głównych architektów podporządkowania Polski konfrontacyjnej polityce USA – mówią same za siebie. Ukraiński prezydent potwierdził daleko idące zaangażowanie Polski we wsparcie jego państwa „w trakcie konfliktu ukraińsko-rosyjskiego”, w tym leczenie w polskich szpitalach rannych bojówkarzy z „majdanu” i członków batalionów ochotniczych pacyfikujących Donbas. Dyskretnie nie wspomniał o innych formach wsparcia, w tym zapewne wojskowych.

Nikt z propagandystów udających dziennikarzy nie zapytał jaki jest sens i cel narażania bezpieczeństwa Polski przez angażowanie się po stronie Ukrainy przeciw Rosji i wspieranie jej mrzonek o członkostwie w NATO. Nikt z nich nie zapytał dlaczego państwo, którego prezydent wypowiedział w Sejmie pod adresem Polski tyle wzniosłych słów nadal utrzymuje wprowadzone siedem lat temu embargo na polską produkcję rolną. To byłyby pytania o rzeczywistość realną. Dyskusja o realiach została jednak wykluczona przez asymetryczny charakter stosunków polsko-ukraińskich i charakter wizyty Poroszenki w Warszawie, która była typową „wizytą przyjaźni”, podobną do tych, jakie składali w przeszłości Nikita Chruszczow, Leonid Breżniew, Erich Honecker czy Gustav Husak.

Ważniejsza niż wizyta w Warszawie była wizyta Poroszenki w Lublinie – mieście, które staje się przyczółkiem ukraińskich interesów w Polsce. To już nie tylko ukraińscy studenci na lubelskich (i nie tylko) uczelniach – uprzywilejowani pod względem socjalnym i ulgowo traktowani przez wykładowców. Z początkiem 2015 roku Lublin stanie się miejscem formowania Międzynarodowej Brygady LITPOLUKRBRIG, która ma być wspólnym antyrosyjskim przedsięwzięciem militarnym Polski, Litwy i Ukrainy. Tym samym ziści się marzenie Romana Szuchewycza – dowódcy Ukraińskiej Powstańczej Armii – o ukraińskiej obecności na Lubelszczyźnie i Chełmszczyźnie. Jest to marzenie nadal aktualne i to nie tylko w środowisku partii Ołeha Tiahnyboka i Prawego Sektora. Dowodzi tego chociażby publikacja „historycznych” map Ukrainy, obejmujących Chełm, Przemyśl i Zamość, która miała miejsce na początku grudnia na stronach internetowych ukraińskiego MSZ oraz ambasad Ukrainy w Niemczech i USA w ramach projektu „Propaganda Kartograficzna”.

"Historyczne" mapy opublikowane przez MSZ Ukrainy w ramach projektu "Propaganda Kartograficzna". Fot. kresy.pl

„Historyczne” mapy opublikowane przez MSZ Ukrainy w ramach projektu „Propaganda Kartograficzna”. Fot. kresy.pl

Ale nic to. Przecież odbudowujemy Polskę Jagiellonów. Tak się przynajmniej wydaje wyznawcom politycznej mitologii, która jest wyznacznikiem działań wydawałoby się poważnego, średniej wielkości państwa europejskiego. Owa mitologia ma swoje źródło w oficjalnej ideologii państwowej, jaką w Polsce jest rusofobia i totalna negacja PRL. Z ideologii tej rodzą się postawy i działania coraz bardziej absurdalne i w swoim wymiarze antypolskie. Oto dr Jerzy Bukowski żąda w imieniu Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych z Krakowa zniesienia 9 maja (faktycznie 8 maja) jako Narodowego Święta Zwycięstwa i Wolności („Zlikwidować haniebne święto!”, niezależna.pl, 21.12.2014). Wspaniale! A co pan dr Bukowski proponuje w zamian? Chyba tylko obchodzić 14 października, który na Ukrainie jest czczony już oficjalnie jako święto UPA. Jeśli bowiem w 1945 roku nie było wyzwolenia tylko „sowiecka okupacja”, to UPA pewnie wtedy walczyła o wolność Polski razem z „żołnierzami niezłomnymi”. W politycznym szaleństwie trzeba być konsekwentnym i brnąć w bagno do końca. Nie mam wątpliwości, że tzw. prawdziwi patrioci, dla których „wiara ukrainna” jest cenniejsza od Wiary Ojców, potrafią to najlepiej.

http://www.mysl-polska.pl/node/301

http://www.konserwatyzm.pl/artykul/12702/bohdan-pietka-wizyta-przyjazni

„Myśl Polska” nr 1-2 (2015/16), 4-11.01.2015, s. 6.

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 grudnia 2014 r.

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “„Wizyta przyjaźni”

  1. Nie moge sie zgodzić na postawienie znaku równości między potępieniem dla banderyzmu ukraińskiego z uznaniem zajęcia przez Armię Czerwoną Polski za wyzwolenie, a także pomiędzy podziemiem niepodległosciowym walczącym z narzuconą prtzez Sowiety władzą a UPA, walczącą z oddziałami KBW oraz wojskiem „polskim” w latach 1944-1050, ale równocześnie mordującą Polaków na lubelszczyznie i rzeszowszczyznie.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s