Banderland nadwiślański

Przed meczem z Rosją polscy kibice włożyli na barki siatkarzy ciężar znacznie większy niż sportowy. To już nie konfrontacja o punkty, a o honor, godność i dumę – naszą i Ukrainy. Przegrać możemy ze wszystkimi, tylko nie z „Sowietami” i „Ruskimi”. Na nic apele, by nie mieszać polityki i sportu. Pamiętamy atmosferę, jaka towarzyszyła piłkarskiej rywalizacji Polski z Rosją na Euro 2012. Jak wtedy można było mówić o wzajemnej niechęci, tak teraz to już nienawiść. Putin, Krym, Ukraina, separatyści, rocznica sowieckiej agresji na Polskę – dzisiejszy mecz siatkarzy został wpleciony w taki łańcuch skojarzeń. Jakby wieczorem w łódzkiej Atlas Arenie miał się otworzyć kolejny front wojny na wschodzie… – czytam na portalu NaTemat.pl (Michał Gąsior, „Kibice, przynoście ukraińskie flagi i jabłka” – jak mecz siatkówki zamienił się w wojnę polsko-ruską, natemat.pl, 18.09.2014) i zastanawiam się czy Rzeczpospolita Polska jest już zakładem psychiatrycznym czy dopiero nim będzie po ostatecznym zwycięstwie Prezesa Tysiąclecia i jego partii.

Jadę autobusem i niechcący słucham radia Zet, które nadaje najnowszy szlagier artysty o ukraińsko brzmiącym nazwisku Maleńczuk, znanego dotychczas z koncertów poparcia dla zwolenników oderwania Czeczenii od Rosji oraz tropienia polskiego antysemityzmu i zaściankowego katolicyzmu na łamach „Gazety Wyborczej”. Refren piosenki Maleńczuka brzmi:

Rosjanie, Rosjanie, Rosjanie moi

odważny naród lecz władzy się boi

czemuście pijani w samolot strzelali

sługi za szlugi świat gotowi spalić

To już jednak psychiatryk.

Co otworzę Internet albo radio, to Żyrinowski grozi Polsce zmieceniem z powierzchni ziemi, Putin zapowiada zajęcie Warszawy w dwa dni, a portal niezależna.pl wzywa do budowy schronów atomowych. Nie ma dnia bez nakręcania antyrosyjskiej histerii. Nie żyłem co prawda w czasach stalinowskich, ale przypuszczam, że ówczesna histeria antyamerykańska wypadała blado na tle obecnej histerii antyrosyjskiej.

Oczywiście szanowne redakcje nie raczą się zastanowić dlaczego Żyrinowski grozi akurat Polsce, a nie Czechom, Słowacji, Węgrom czy Bułgarii. Już dawno przecież odzwyczaiły od myślenia przyczynowego nie tylko szerokie rzesze swoich odbiorców, ale i siebie. W ogóle ten Putin i Ukraina spadli redaktorkom i redaktorom z nieba. Dzięki temu nie muszą się zajmować czyścicielami kamienic, eksmisjami na bruk, bandytami za kierownicą, zwolnieniami grupowymi, katastrofą służby zdrowia i systemu ubezpieczeń społecznych, arogancką i niekompetentną władzą, brutalną policją, skorumpowanym wymiarem sprawiedliwości, dwumilionową emigracją zarobkową itd. Dzięki Putinowi mogą na szarym marginesie podawać takie informacje jak ta, że 65-letnia pacjentka z Sosnowca, która zgłosiła się ze skierowaniem na wszczepienie endoprotezy do Górnośląskiego Centrum Medycznego w Katowicach-Ochojcu, otrzymała termin operacji na marzec 2031 roku (gazeta.pl, 16.09.2014). Gdyby nie było Putina, szanowne redakcje musiałyby go koniecznie stworzyć.

Szybki trójząb i armaty zamiast masła

Napięcie cały czas rośnie jak u Hitchcoka. 15 września w obwodzie lwowskim rozpoczęły się dwutygodniowe ćwiczenia wojskowe „Rapid Trident” (Szybki Trójząb). Do udziału w nich skierowano ok. 200 żołnierzy USA oraz 1100 żołnierzy Ukrainy, Azerbejdżanu, Wielkiej Brytanii, Kanady, Gruzji, Niemiec, Łotwy, Litwy, Mołdawii, Norwegii, Polski, Rumunii i Hiszpanii.

Minister obrony Ukrainy Wałerij Hełetej oświadczył 14 września na konferencji prasowej w Kijowie , że państwa NATO zaczęły dostarczać broń na Ukrainę i że kwestie dostaw uzbrojenia omawiał na dwustronnych spotkaniach z ministrami obrony państw NATO podczas szczytu Sojuszu Północnoatlantyckiego w Walii.

Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla tygodnika „Do Rzeczy” (15.09.2014) zaproponował militarne wsparcie Ukrainy i ostre sankcje gospodarcze, które „pozbawią Rosję zasobów i uderzą mocno w rosyjskie elity”. Prezes PiS chciałby nie tylko wprowadzenia do Polski „dwóch ciężkich brygad amerykańskich”, ale także dwukrotnego zwiększenia liczebności polskich sił zbrojnych. Dlaczego tylko dwukrotnego? Św. Augustyn trafnie zauważył, że omne trinum perfectum (wszystko co potrójne jest doskonałe). Dlatego moim zdaniem liczebność armii najlepiej zwiększyć trzykrotnie, a nie dwukrotnie. Jednakże skąd prezes weźmie środki na chociażby dwukrotne zwiększenie potencjału militarnego? Ano zawiesi składkę europejską, a Unia Europejska specjalnie dla Polski stworzy „Fundusz Bezpieczeństwa Europejskiego”. Dlaczego Unia Europejska ma finansować polską potęgę militarną, a nie Stany Zjednoczone, które z racji używania Polski w roli antyrosyjskiego harcownika powinny być tym zainteresowane, prezes nie wyjaśnił. Co jednak, gdy infiltrowana przez rosyjską agenturę Bruksela i sprzyjający Rosji Berlin nie zechcą wyłożyć kasy na „Fundusz Bezpieczeństwa Europejskiego”? Wtedy – czego elektorat PiS-u nie jest chyba świadomy – trzeba będzie zrezygnować z programów „rodzina na swoim” i „zdrowie, praca, rodzina”, znaczących podwyżek emerytur i płac w sektorze publicznym oraz innych utopijno-socjalistycznych propozycji najbardziej patriotycznej partii. Armaty zamiast masła – jak powiedział 80 lat temu bardzo znany niemiecki przywódca, notabene też lubiący socjalistyczną frazeologię. Trzeba przyznać, że program „armaty zamiast masła” jest realny w przeciwieństwie do programu utopijno-socjalistycznego. Zawsze można będzie  powiedzieć elektoratowi, że to przez Rosję. Ach, ten nieoceniony Putin!

Myśli prezesa rozwinął najwybitniejszy publicysta „Gazety Polskiej” Piotr Lisiewicz: Na pytanie, czy powinniśmy w tej chwili denerwować Rosję, odpowiadam: jak tylko się da. I to nie słownie, ale czynem: sprowadzać do nas bazy NATO, amerykańskich żołnierzy i nowoczesny sprzęt. Armia rosyjska jest dla nas w tej chwili kompletnie niegroźna, bo ma co innego na głowie. Groźni są tylko rosyjska agentura we władzach oraz tchórze tak w rządzie, jak i wśród zwykłych Polaków, którzy wolą Rosji nie drażnić. To ich dzisiejsza bierność może spowodować, że Moskwa, widząc nas rozbrojonych, zaatakuje nas za lat pięć czy dziesięć („Drażnijmy Rosję”, 15.09.2014, niezależna.pl).

Banderowski koncert w Krakowie

Wcielając w życie hasło o drażnieniu Rosji czynem („popierajmy Partię czynem”) „Gazeta Polska” przystąpiła do czynu. A że na razie do redakcji nie dowieźli jeszcze amerykańskich żołnierzy i nowoczesnego sprzętu, na pierwszy rzut zorganizowano „koncert solidarnościowy z walczącymi o wolność Ukraińcami” – „Nasze serca z Ukrainą”.

Pozwolę sobie zacytować niemal w całości tekst promujący ów koncert (www.klubygp.pl, pisownia oryginalna): Koncert odbędzie się w czwartek 18 IX o godz. 19.00 w sali teatralnej przy kościele św. Jadwigi w Krakowie, ul. Łokietka 60 /dzielnica Krowodrza /. Sala ta, na 250 miejsc / może wejść nawet do 300 osób /, usytuowana jest pod kościołem. Zapewnia komfortowe warunki słuchania i oglądania przedstawień i koncertów. Ma dobrą akustykę, scenę z oświetleniem, nagłośnienie z mikrofonami, rzutnik multimedialny, jest fortepian.

Program: Koncert będzie trwał 2-2,5 godzin. Głównym gościem i wykonawcą będzie ukraiński bard Taras Kompaniczenko z Kijowa, wraz z 7-osobowym zespołem „Chorea kozacka”. Śpiewają ludowe, kozackie pieśni, a także nowe pieśni wolności, akompaniując sobie na autentycznych instrumentach ludowych z terenów dawnej Rusi: lutniach i lirze korbowej, a także skrzypcach i wiolonczelach. Wsławili się ostatnio czynnym wspieraniem walki swych braci o wolną Ukrainę.

Ich droga wiedzie od kijowskiego Majdanu, po Donieck i Ługańsk na wschodzie Ukrainy, gdzie walczą ich przyjaciele, ochotnicy w batalionach: Aidar, Donbas, Dnipro, Switiaz, Cherson, Myrotworec…

Podczas swych koncertów zbierają pieniądze i dary potrzebne walczącym Ukraińcom z rosyjskim najeźdźcą. Przyjedzie kilku uczestników walk na Ukrainie, przekazując świadectwo o tym co tam się dzieje. Wystąpią także Polacy: Jerzy Zelnik, Leszek Długosz, Andrzej Kołakowski, Bogdan Wysocki i Stanisław Markowski.

Będą to pieśni wolnościowe, poezja patriotyczna polska i ukraińska, refleksje osobiste artystów. Ze swoimi przemyśleniami na temat rosyjskiej agresji na Ukrainę wystąpi prof. Andrzej Nowak. Rozmowę z uczestnikami walk poprowadzi i wesprą ją własnymi, ukraińskimi doświadczeniami, Dawid Wildstein i Wojciech Mucha.

Pomysłodawcą i realizatorem całego przedsięwzięcia jest Stanisław Markowski. Współpracuje z nim Przemysław Miśkiewicz, szef Stowarzyszenia „Pokolenie”. Koncert poprowadzi Jerzy Zelnik.

Pokłosiem koncertu będzie też pomoc materialna dla walczących Ukraińców, którą przekazywać będzie można na specjalnie założone przez Stowarzyszenie „Pokolenie” konto (…)

Koncert wspierają : Stowarzyszenie „Pokolenie”, Klub Gazety Polskiej w Krakowie, Cyfra7, Donimirski Boutique Hotels, dr Grażyna Jasieniak-Pinis – ATOPIA. Patroni medialni: Telewizja Republika – Bronisław Wildstein, Gazeta Polska – Tomasz Sakiewicz, Gość Niedzielny – Piotr Legutko, Stanisław Markowski, Kraków.

Gdyby na ten koncert zaproszono przedstawicieli wirtualnej partii Udar pana Witalija Kłyczki, to można byłoby jeszcze nad tym przejść do porządku dziennego. Ale zaproszono banderowców – wywodzących się głównie z Prawego Sektora i „Swobody” członków ochotniczych batalionów stworzonych w celu pacyfikacji rosyjskojęzycznej ludności Zagłębia Donieckiego. Batalionów nawiązujących do tradycji OUN/UPA i – o czym głucho milczą polskojęzyczne media – używających neonazistowskiej symboliki oraz obciążonych licznymi zbrodniami na ludności pacyfikowanego regionu. Protest przeciw temu koncertowi był zatem nie tylko protestem przeciwko deptaniu pamięci ofiar nierozliczonej zbrodni ludobójstwa z lat 1943-1944, ale przede wszystkim protestem przeciwko zbrodniom współczesnych banderowców. Protestujący przeciw krakowskiej hucpie nie byli ludźmi tkwiącymi tylko w historii, co im zarzucono, lecz ludźmi zatroskanymi głównie o współczesność. Przeciwnymi profanowaniu pamięci ofiar Wołynia i Małopolski Wschodniej oraz hańbieniu imienia Polski przez podyktowany z Waszyngtonu sojusz z epigonami zbrodniczej ideologii tzw. „integralnego nacjonalizmu”, czyli faszyzmu ukraińskiego.

Protest, prowadzony głównie w Internecie z udziałem takich osobistości jak ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, prof. Bogusław Paź i Andrzej Łukawski, zakończył się częściowym sukcesem. Spowodował, że parafia św. Jadwigi odmówiła użyczenia sali organizatorom. Wówczas próbowano przenieść koncert do… Żydowskiego Muzeum „Galicja”. Czy ten makabryczny pomysł, zważywszy na pogromy lwowskie z 1941 roku i inne mordy banderowców na Żydach, wyszedł od Dawida Wildsteina? Jest to prawdopodobne. Żydowskie Muzeum jednakże odmówiło i wydało w tej sprawie specjalne oświadczenie. Niestrudzeni organizatorzy w ostatniej chwili przenieśli koncert do parafii św. Józefa na Podgórzu (Scena – Kamieniołom Jana Pawła II). Przesunięto też jego początek na godz. 20. Należy dodać, że proboszcz tej parafii, ksiądz Antoni Bednarz, zgodził się przyjąć ową imprezę mimo braku zgody swojego biskupa, czyli kardynała Stanisława Dziwisza. Nie jest to pierwszy przypadek, gdy ksiądz bojkotuje swojego biskupa, jeżeli trzeba przyłożyć Rosji, bo do tego sprowadza się wspieranie banderyzmu. Wielu księży w 2012 roku nie odczytało w swoich kościołach „Przesłania do narodów Polski i Rosji” Episkopatu Polski i Patriarchatu Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Widocznie ich faktycznym zwierzchnikiem nie jest Episkopat i Kuria Rzymska, ale Prezes Tysiąclecia.

Nie byłem na koncercie „Nasze serca z Ukrainą”, ale dowiedziałem się, że o podanej godzinie pod parafię św. Józefa przybyło więcej funkcjonariuszy policji niż chętnych do obejrzenia koncertu. Powodem takiego stanu rzeczy miały być napisy o treści „Śmierć katom Wołynia i Donbasu”, umieszczone w nocy przez nieodpowiedzialne politycznie elementy na murach parafii św. Józefa oraz księgarni „Gazety Polskiej” przy ulicy Jagiellońskiej 11. Sprofanowano też flagę Ukrainy wiszącą na plebanii parafii św. Józefa poprzez obryzganie jej czerwoną farbą. Wbrew temu, co twierdzi się w relacji filmowej autorstwa Stefana Budziaszka (dostępnej na YouTube), w której przypisano ten incydent „zielonym ludzikom Putina”, obryzganie czerwoną farbą ukraińskiej flagi nie symbolizuje miłości do komunizmu, ale stanowi przypomnienie o ofiarach banderowskich zbrodni – dawnych i obecnych. Gościem specjalnym koncertu była Tamila Szutak, konsul generalny Ukrainy w Krakowie.

Nie wiem jaki program artystyczny zaprezentowali na koncercie polscy wykonawcy. Czy np. pan Andrzej Kołakowski zaśpiewał swój ulubiony przebój, którego refren brzmi:

A kto chce być sługą, niechaj sobie żyje,

Niechaj sobie powróz ukręci na szyję (…)

Niechaj jak pies wierny czołga się bez końca

Za żydowskim biczem, który go potrąca

I najpierw głaskany, a potem wzgardzony,

Niechaj bolszewikom wybija pokłony.

Nie wiem również o czym opowiadali mołojcy z batalionów ochotniczych, ale przypuszczam, że ich opowieści musiały być podobne do sławnego „Litopysu UPA”. O czym mówił prof. Andrzej Nowak, też potrafię się domyśleć. Co prawda mogłem obejrzeć retransmisję w TV Republika, ale to było ponad moje siły. Wyłączyłem zaraz po wstępnym zagajeniu pana Stanisława Markowskiego, który stwierdził, że musimy szukać dobra wokół siebie i że Ukraina została „zaatakowana przez Sowietów”. Tym dobrem, które znalazł pan Markowski jest artysta Taras Kompaniczenko, weteran „pomarańczowej rewolucji” i ostatniej rewolty w Kijowie, politycznie powiązany z Ołehem Tiahnybokiem i partią „Swoboda”, co można przeczytać w angielskiej i ukraińskiej Wikipedii.

Nie trzeba chyba dodawać, że ten koncert był kompromitacją tzw. opcji ukraińskiej i całej misternej ideologicznej konstrukcji, na której ją oparto. Organizatorzy koncertu nie tylko przeszli do porządku dziennego nad zbrodniami popełnionymi przez banderowskie bataliony ochotnicze w Donbasie oraz nad rzeczywistością ukraińskiej „demokracji”, która sprowadza się m.in. do publicznego linczowania deputowanych spoza obozu oligarchiczno-banderowskiego poprzez wrzucanie ich do kontenerów na śmieci. Organizatorzy koncertu poprzez ujawnienie swojego aliansu z banderowcami i pokazanie, że stanowią oni jedyną realną siłę polityczną na Ukrainie sami zadali kłam własnej propagandzie, że taki obraz Ukrainy to kłamstwa Kremla i jego agentury (por. Dawid Wildstein, Uwaga na pseudokresowe portale. Odebrać Kresy rosyjskim agentom, niezależna.pl, 12.09.2014).

Podczas wizyty w USA prezydent Poroszenko uzyskał obietnicę pomocy wojskowej w wysokości 53 mln USD na walkę „ze wspieranymi przez Rosję separatystami”. USA prą zatem do konfrontacji z Rosją, a razem z nimi do tej konfrontacji dążą w Polsce te same siły polityczne, którym nie udało się doprowadzić do konfrontacji z ZSRR w 1981 roku. O to mają głównie pretensje do Jaruzelskiego i Kiszczaka, bo przecież nie o sztucznie zawyżoną przez IPN liczbę ofiar stanu wojennego. Osadzeni w dziewiętnastowiecznej tradycji romantyczno-insurekcyjnej i dziecinnym myśleniu o polityce przygotowują kolejne powstanie narodowe przeciw Rosji, działając nie tylko w obcym interesie, ale wbrew elementarnej logice. A że potrafią być zdeterminowani pokazuje przykład z probanderowskim koncertem w Krakowie. Jednakże w przeciwieństwie do swoich poprzedników z 1863 i 1944 roku, na których powinowactwo się powołują, nie mają prawa nazywać się „obozem niepodległościowym”. To już nie jest żaden obóz niepodległościowy, ale banderland nadwiślański.

Koncert Kraków

http://www.mysl-polska.pl/node/220

Bohdan Piętka

Oświęcim, 22 września 2014 r.

Afirmacja banderyzmu

Jednym z największych problemów dla sił politycznych rządzących Polską po 1989 roku jest historia tego, co stało się w okresie drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu na Kresach południowo-wschodnich II RP, a co wiąże się z nacjonalizmem ukraińskim, OUN, UPA i jej zbrodniami. Ta historia jest uważana za przeszkodę w budowaniu antyrosyjskiego sojuszu z Ukrainą. Nie jakąś dowolną Ukrainą, ale z nacjonalistyczną, banderowską, nienawidzącą i szkodzącą Rosji. Istnienie pomiędzy Polską a Rosją antyrosyjskiego państwa ukraińskiego politycy głównego nurtu polskiego życia politycznego postrzegają jako polską rację stanu. Faktycznie jednak działają oni na rzecz realizacji globalnych celów polityki amerykańskiej i zachodnioeuropejskiej. Dla swojej idée fixe byli i są gotowi poświęcić bardzo wiele, w tym przede wszystkim prawdę historyczną i pamięć o ofiarach jednego z najbardziej barbarzyńskich ludobójstw XX wieku.

Na przełomie lat 80. i 90. XX wieku powstała w związku z tym cała szkoła historyczna, mająca na zamówienie polityczne po nowemu zinterpretować stosunki polsko-ukraińskie i problematykę nacjonalizmu ukraińskiego. Ryszard Torzecki i Grzegorz Motyka robili to jeszcze w sposób w miarę inteligentny, próbując osłabić wymowę faktów poprzez interpretowanie wydarzeń z lat 1939-1947 jako konfliktu polsko-ukraińskiego oraz eksponowanie bardziej antysowieckiego niż antypolskiego i zbrodniczego wymiaru działalności UPA. Można było z tym polemizować, bo na ogół poruszali się w kręgu faktów i źródeł. Grzegorz Motyka po latach dokonał zresztą przewartościowań i w wielu sprawach musiał przyznać rację krytykowanemu przez siebie Wiktorowi Poliszczukowi. Obecnie jednak – w związku z bardzo daleko idącym zaangażowaniem polskiego mainstreamu politycznego po stronie oligarchiczno-banderowskiej na Ukrainie – mądrość etapu postawiła przed światem dyspozycyjnej politycznie nauki nowe zadania. Już nie szukania dostosowanej do celów politycznych interpretacji historii, ale wprost afirmacji banderowskiej propagandy historycznej.

Jako pierwszy dał temu wyraz dr Kazimierz Wóycicki – działacz KOR i „Solidarności”, publicysta „Więzi”, „Znaku”, „Życia Warszawy”, BBC, w przeszłości stypendysta Fundacji Adenauera, dyrektor Instytutu Polskiego w Düsseldorfie, prezes Instytutu Niemiec i Europy Północnej w Szczecinie i dyrektor szczecińskiego Oddziału IPN. Obecnie wykładowca Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, a także kawaler Krzyża Zasługi na wstędze Orderu Zasługi Republiki Federalnej Niemiec. Już w styczniu b.r. stwierdził on w wywiadzie dla Deutsche Welle, że „trudna przeszłość w jakiś sposób została zatarta przez dzisiejszą sympatię w Polsce dla ruchu Majdanu. Tak też jest na Ukrainie. Niepotrzebnie, moim zdaniem, przesadnie akcentuje się kwestie partii Swobody, nacjonalistów itd.; to należy wszystko przemyśleć i widzieć w nowym świetle.” Jak wygląda to widzenie w nowym świetle możemy się dowiedzieć z blogu Wóycickiego (http://kazwoy.wordpress.com), gdzie m.in. zamieścił relacje ze swoich podróży do miejsc banderowskiej pamięci na zachodniej Ukrainie, czyli polskich Kresach południowo-wschodnich.

Już tylko tytuły wpisów mówią same za siebie: „Republika UPA w wiejskiej bibliotece”, „UPA, Dolina Janowa”, „Polak w kwaterze UPA”, „Kwatera UPA i Wiktor Omelczuk”, „Ołtarz dla Bandery i przyjazna Pani Dyrektor”, „Śladami UPA – muzeum jego dowódcy Romana Szuchewycza”, „Muzeum Stefana Bandery w Starym Uhryniowie” itd. Treść tych wpisów jest przeważnie bulwersująca, szokująca proponowaną oceną UPA. Gdyby Polska była państwem normalnym, to być może zainteresowałaby się nimi prokuratura, gdyż kodeks karny penalizuje propagowanie i pochwalanie faszyzmu. Najprawdopodobniej jednak w polskich realiach byłyby trudności z ustaleniem czy ideologia banderowska była ideologią faszystowską.

Ogólnie rzecz biorąc uczony ze Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, mijając się z faktami historycznymi lub je wręcz fałszując, proponuje afirmację ukraińskiej polityki historycznej w takiej formie, w jakiej jest ona uprawiana na zachodzie Ukrainy, czyli w wydaniu banderowskim. Proponuje afirmację banderowskiej wizji historii i banderyzmu jako takiego. To ma być najlepsza droga do upragnionego antyrosyjskiego sojuszu z Ukrainą, bo zdaniem Wóycickiego wszyscy Ukraińcy są zwolennikami UPA, a jej przeciwnicy to nieokreślone narodowościowo „kręgi o mentalności postsowieckiej”.

W świetle ustaleń Wóycickiego UPA nie była zła. Źli byli tylko Sowieci, którzy ponoć stworzyli „czarną legendę” UPA. Wóycicki wie, że Bandera nie był kolaborantem, tylko „taktycznie” współpracował z Niemcami. Co prawda przeczy temu chociażby treść deklaracji tzw. rządu Stećki z 30 czerwca 1941 roku, ale tej pewnie doktor z Uniwersytetu Warszawskiego nigdy nie czytał. UPA jest dla niego „ukraińskim ruchem narodowym”, choć faktycznie była organizacją lokalną, liczącą w szczytowym okresie swojego rozwoju wg różnych szacunków 25-35 tys. ludzi. Nie ulega wątpliwości, że ten „ukraiński ruch narodowy” zasługuje w jego oczach na rehabilitację, ponieważ „w całości dziejów UPA „Wołyń” jest to ich niewielki fragment…” Wóycicki zastosował tu identyczną argumentację jak były przywódca francuskiego Frontu Narodowego, Jean-Marie Le Pen, który stwierdził, że komory gazowe były „detalem historii”, czym wywołał skandal. Doktor z UW idzie jeszcze dalej i poucza, że „…pamięć o polskich ofiarach rzezi wołyńskiej winna się przede wszystkim wyrażać w wysiłkach na rzecz pojednania polsko-ukraińskiego”. To ofiary i ich potomkowie powinni dążyć do pojednania, bynajmniej nie epigoni sprawców. W tym pojednaniu oczywiście nie będzie mowy o żadnym ludobójstwie ani uznaniu winy UPA. Zapalmy świeczki, podajmy sobie ręce i zapomnijmy.

Największą jednak fascynację budzi u Wóycickiego twórca i dowódca UPA Roman Szuchewycz, hitlerowski agent i kolaborant, odpowiedzialny za ludobójstwo na Polakach, Żydach i także Ukraińcach. W świetle oceny Wóycickiego Szuchewycz „jest dla Ukraińców bohaterem narodowym jako twórca Ukraińskiej Armii Powstańczej”. Skoro tak, to jest nim również dla pana doktora, który wywodzi: „Niezależnie od tego, co myśli się o współodpowiedzialności Szuchewicza [pisownia oryginalna – BP], jest to gigantyczne zafałszowanie i uproszczenie. Szuchewicz jest twórcą potężnej formacji wojskowej skierowanej przeciw III Rzeszy oraz sowieckiej Rosji. (…) Jest i powinien być również dla Polaków postacią o cechach bohatera, nawet jeśli ma być to bohater z gorzką skazą współwiny za zbrodnię. Dzieje pełne są jednak wielkich bohaterów z wielkimi grzechami. Nie można oceniać ich jednostronnie”.

To propozycja zupełnie nowa. Tego jeszcze nie było. Pomijając kłamliwe zdanie o rzekomej walce UPA z III Rzeszą i jeszcze bardziej bezczelne kilka zdań wcześniej postawienie znaku równania pomiędzy UPA i AK, zatrzymajmy się nad zdaniem ostatnim. Szuchewycz już podobno jest i powinien być dla Polaków bohaterem „z gorzką skazą współwiny za zbrodnię”. Na takiej samej zasadzie bohaterami powinni być dla Polaków Adolf Hitler, Heinrich Himmler, Wilhelm Keitel, Hans Frank, Erich Koch i cała reszta gruppenführerów SS, gauleiterów NSDAP i generałów Wehrmachtu. Oni przecież wszyscy walczyli z komunizmem i sowiecką Rosją. Dla dobra ludzkości niewątpliwie. A że przy okazji eksterminowali Żydów i nawet Polaków, to był to tylko „niewielki fragment” ich chwalebnej działalności.

Przyznam, że nie jestem zaskoczony. Śledząc od lat publicystykę kojarzoną zarówno z „obozem niepodległościowym” jak i obozem liberalno-lewicowym spodziewałem się, że prędzej czy później w imię wzniosłej idei walki z Rosją zostanie postawiony postulat afirmacji tego wszystkiego, co wiąże się z imieniem i nazwiskiem Stepana Bandery.

Ta afirmacja ma miejsce nie tylko na poziomie tzw. elit. Weźmy chociażby pod uwagę komentarze na portalu internetowym „Gazety Polskiej” niezależna.pl. 30 sierpnia pod informacją, że minister obrony Ukrainy chce stworzyć ukraiński Smiersz czytamy następującą wypowiedź czytelnika o nicku Bartłomiej: „Ten ukraiński SMIERSZ ma szansę stać się o wiele lepszy od tego radzieckiego z okresu wojny, gdyż wystarczy jak oficyjerowie Smiersza zastosują ino ,,ukraińskie pieszczoty”, to Klientowi natychmiast ,,rury mienknom” i przychodzi mu nieodparta ochota śpiewać jak kanarek na głosy. Pod tym względem talenty Ukraińców są imponujące i nie ulegają żadnej wątpliwości” (pisownia oryginalna). Kto napisał ten komentarz? Czytelnik „Gazety Polskiej”, słuchacz sprzymierzonego z PiS Radia Maryja, uczestnik „miesięcznic smoleńskich”, wyborca PiS? Jakie są horyzonty myślenia tego człowieka? Kto go zatruł podziwem dla imponujących talentów Ukraińców w dziedzinie zbrodni? Redakcja portalu niezależna.pl dopuszczając ten komentarz do publikacji dała do zrozumienia, że zgadza się z jego treścią i przesłaniem.

A kto na Facebooku prowadzi stronę „Prawy Sektor – Polska”? Kim jest niejaka Paulina Wileńska, która napisała (napisał?) tam „Sława Ukrainie, herojam sława, rizaty Lachiw”, a na swoim profilu zamieściła (zamieścił?) m.in. zdjęcie trzech młodych osobników (w tym jednego zamaskowanego) z flagami Ukrainy, Polski (z napisem „Solidarni z Ukrainą”) i Prawego Sektora? Do takiego poziomu doszła już afirmacja banderyzmu w Polsce.

Taka postawa wynika z irracjonalnej nienawiści do Rosji, która jest w Polsce pielęgnowana co najmniej od ćwierćwiecza przez określone siły polityczne, uważające za cnotę wasalstwo wobec USA i UE i nie potrafiące wyjść z kręgu własnego intelektualnego ubóstwa. Wszyscy ci, którzy idą w kierunku afirmacji banderowskiej Ukrainy powinni zechcieć zrozumieć, że wpisują się nie w nurt polityki europejskiej, ale w jej margines. Powinni też wiedzieć, że odbiera im to moralne prawo występowania z ciągłymi pretensjami do Rosji o Katyń.

http://www.myslkonserwatywna.pl/spoleczenstwo/afirmacja-banderyzmu/

Bohdan Piętka

Oświęcim, 10 września 2014 r.

Igranie z ogniem

1 sierpnia szef sztabu generalnego sił zbrojnych Ukrainy, gen. Wiktor Mużenko, oświadczył, że armia ukraińska do końca miesiąca pokona „terrorystów” w Donbasie. Ukraińscy „analitycy”, cytowani przez tvn24.pl, skrócili ten okres do dwóch tygodni. Jednakże w ciągu tych dwóch tygodni powstańcy w Donbasie odparli ataki wojsk rządowych na Donieck, Ługańsk, Gorłowkę, Szachtarsk i inne miasta, a następnie – prawdopodobnie nie bez pomocy rosyjskiej – przeszli do kontrofensywy. W jej wyniku zostało okrążonych siedem tysięcy żołnierzy wojsk rządowych, w tym sztab 8. korpusu armijnego, jednostki należące do trzech brygad zmechanizowanych i brygady powietrznodesantowej oraz kilka banderowskich batalionów ochotniczych (Ajdar, Azow, Dnipro-1, Dnipro-2, Donbas, Szachtarsk, prawdopodobnie też Chersoń, Mirotworec i Świteź). Kontrofensywa powstańców ruszyła na południe, grożąc odcięciem Ukrainy od Morza Azowskiego. W walkach zginał m.in. Mark Paslawsky, 55-letni major armii USA służący w batalionie „Donbas”. Zdaniem amerykańskich mediów był on bratankiem Mykoły Łebedzia (1909-1998) – twórcy Służby Bezpeky OUN i prowidnyka OUN-B, bezpośrednio odpowiedzialnego za podjęcie decyzji o eksterminacji Polaków na Wołyniu w 1943 roku.

Kompromitująca klęska w Donbasie wywołała panikę kijowskiej junty oraz wściekłość jej zachodnich protektorów. Ze strony Kijowa pojawiły się najpierw żądania dozbrojenia armii ukraińskiej (m.in. przez Polskę), a następnie natychmiastowego przyjęcia Ukrainy do NATO. Niewątpliwie panowie Poroszenko i Jaceniuk, co po raz pierwszy było widoczne po tragedii samolotu MH-17, dążą do umiędzynarodowienia wojny domowej na Ukrainie i wciągnięcia do niej NATO.

Polskie szaleństwo

W dążeniach tych reżim kijowski może w pierwszej kolejności liczyć na Polskę, jej elity polityczne i medialne. Czołowe polskie media są tubą propagandową władzy w Kijowie, której nieustannie kibicują, a polscy politycy wszystkich opcji prześcigają się w rozniecaniu antyrosyjskiej histerii i bezkrytycznym popieraniu wszelkich działań i zamierzeń Kijowa. Można się tylko zastanawiać kto jest bardziej skrajny: Paweł Kowal, Ryszard Czarnecki, Bogdan Klich, czy pan gen. Waldemar Skrzypczak? Bogdan Klich jako jeden z pierwszych pozytywnie odniósł się do pomysłu dozbrojenia Ukrainy przez NATO i – jak podał tvn24.pl – „skrytykował taktykę Zachodu, która polega na grożeniu palcem rosyjskiemu prezydentowi i niepodejmowaniu żadnych poważniejszych działań.”

Przemysław Żurawski vel Grajewski, publicysta mediów red. Sakiewicza, w następujący sposób uzasadnił konieczność dozbrojenia Ukrainy przez Polskę: „Dając broń Ukrainie, nie tylko utrudniamy grożącą nam ekspansję rosyjską. Stawiamy także Polskę w centrum gry. (…) Nic tak nie podniesie jakości polskiej broni jako użytecznego instrumentu zwalczania ewentualnej rosyjskiej inwazji na Polskę, jak sprawdzenie jej w warunkach realnej wojny z Rosją. (…) Odmowa pomocy, o którą proszą Ukraińcy, będzie ciężkim ciosem moralnym dla stosunków polsko‑ukraińskich” („Broń dla Ukrainy”, niezależna.pl, 28.08.2014). Antyrosyjska histeria udzieliła się także lewicowemu publicyście Sławomirowi Sierakowskiemu, który ubolewa nad brakiem baz NATO w Polsce w sytuacji, gdy Putin rzekomo zachwiał porządkiem europejskim. „Brak baz NATO w nowych krajach członkowskich – pisze Sierakowski – jest jedną z ostatnich form kontroli, którą Rosja sprawuje nad swoimi byłymi satelitami” („Nie wysyłajcie nam słów”, krytykapolityczna.pl, 23.08.2014). Dawno już nie było w Polsce takiej jedności lewicy i prawicy. Zjednoczyła je odwieczna polska walka z Rosją, toczona tym razem w szlachetnej sprawie wciągnięcia Ukrainy w orbitę wpływów Zachodu.

Walka prowadzona na polu stosunków politycznych, gospodarczych i kulturalnych przeniosła się także na obszar sportu. Podczas ceremonii otwarcia mistrzostw świata w siatkówce na Stadionie Narodowym w Warszawie kibice – których patriotyzmu uczył przecież sam red. Lisiewicz – powitali reprezentację Rosji przeraźliwym buczeniem i ogłuszającymi gwizdami (eurosport.onet.pl, 30.08.2014). Na tym przykładzie widać, że każdy kto chce uderzyć w Rosję zawsze znajdzie w Polsce chętnych podwykonawców.

Media red. Sakiewicza zelektryzowały kraj informacją, że jacyś biznesmeni postanowili utworzyć w Białymstoku liczącą pięć tysięcy osób gwardię narodową, by stolica Podlasia nie podzieliła losu Doniecka i Ługańska. Hubert Kaczyński z Podlaskiego Klubu Biznesu wyjaśnił tę inicjatywę następująco: „Białystok stał się miastem frontowym. Może się okazać, że jakiś konwój ciężarówek nagle wjedzie do nas, a w drodze powrotnej wywiezie z naszych fabryk urządzenia i maszyny. By zwiększyć bezpieczeństwo miasta należy powołać Gwardię Narodową” („Białystok stał się miastem frontowym. Podlascy biznesmeni szykują się na wojnę z Rosją”, niezależna.pl, 29.08.2014).

Te dwa wzięte z brzegu przykłady pokazują, że w Polsce mamy do czynienia już nie z rusofobią, ale z jakimś obłędem graniczącym z psychozą. Ten stan umysłu zapewne przesłonił polskim mediom wagę incydentu, do jakiego doszło 29 sierpnia, kiedy samolot z ministrem obrony Rosji, gen. Siergiejem Szojgu – powracającym z obchodów 70. rocznicy Słowackiego Powstania Narodowego – nie został wpuszczony w polską przestrzeń powietrzną. W Polsce uznano to za ciekawostkę dnia, a w Rosji za groźny incydent, który spowodował protest dyplomatyczny. Wpuszczenia samolotu z gen. Szojgu odmówiły Polska i Ukraina. W tym kontekście staje się zrozumiała decyzja prezydenta Putina, który mimo zaproszenia nie przybył na obchody jubileuszu powstania słowackiego.

W proukraińskim i antyrosyjskim szaleństwie polskiej „klasie politycznej” dorównują tylko politycy litewscy – notabene bardzo niechętni Polsce. Zdaniem pani prezydent Dalii Grybauskaité (w czasach ZSRR wykładowczyni ekonomii politycznej socjalizmu w Wyższej Szkole Partyjnej w Wilnie, obecnie „konserwatystki”) Rosja jest w „stanie wojny z Europą” i dlatego trzeba wesprzeć Ukrainę dostawami broni.

Czeski i słowacki realizm

O ile Polska w imię przyjaźni z oligarchiczno-banderowskim Kijowem przekracza kolejne bariery szaleństwa, inaczej zachowują się państwa poważne. I nie chodzi tutaj wcale o Niemcy i Francję, ale o Czechy i Słowację. Premier Czech Bohuslav Sobotka zauważył, że o kwestii przystąpienia Ukrainy do NATO i UE można będzie rozstrzygać dopiero po zażegnaniu konfliktu zbrojnego na wschodzie tego kraju. Nie zgodził się też na nowe sankcje wobec Rosji, uzasadniając to troską o gospodarkę krajów unijnych. Jeszcze bardziej zdecydowane stanowisko zajął premier Słowacji Robert Fico, który w wypadku przyjęcia przez Komisję Europejską nowych sankcji wobec Rosji zagroził ich zawetowaniem przez Słowację. Sankcje antyrosyjskie określił jako „bezsensowne i bezproduktywne” oraz szkodliwe dla gospodarki słowackiej. Podobnie wypowiedział się węgierski premier Viktor Orbán, który już w marcu zauważył, że sankcje przeciw Rosji nie leżą w interesie Węgier. Sprzeciw Cypru, Czech, Słowacji i Węgier na szczycie UE 30 sierpnia odsunął o tydzień decyzję w sprawie nowych sankcji. Przywódcy tych państw potrafią realistycznie zdefiniować rację stanu swoich krajów i w przeciwieństwie do polityków polskich są politycznie niezależni.

Kuloodporna fundacja

Aktywne zaangażowanie polskich sił politycznych po stronie oligarchiczno-banderowskiej jest oczywiste od początku przewrotu na Ukrainie. Chociaż oficjalnie Polska jeszcze nie zaczęła dostarczać broni do Kijowa, nie można wykluczyć, że robi się to nieoficjalnie. Dowodem na to może być działalność Fundacji Otwarty Dialog.

Z jej strony internetowej (odfoundation.eu) wiadomo, że istnieje od 2009 roku i zajmuje się „ochroną praw człowieka i wspieraniem demokracji w krajach postsowieckich”. Oprócz Warszawy ma swoje filie w Brukseli, Kijowie i Paryżu. Prezesem Zarządu jest Lyudmyla Kozlovska – zapewne Ukrainka, absolwentka finansów na Państwowym Uniwersytecie Technicznym w Sewastopolu. W jej notce biograficznej czytamy, że zaangażowała się w „pomarańczową rewolucję” w 2004 roku, a potem była koordynatorem projektów międzynarodowych m.in. w Fundacji Dialog na Rzecz Rozwoju. Dla Fundacji Otwarty Dialog pracuje wielu, przeważnie młodych Ukraińców i Polaków, których nazwiska nic mi nie mówią. Wyjątkiem jest Andrzej Wielowieyski – były polityk Unii Demokratycznej, Unii Wolności i Partii Demokratycznej oraz wicemarszałek Senatu (1989-1991), kawaler Orderu Orła Białego, obecnie członek rady Fundacji Otwarty Dialog, gdzie pełni „funkcje stanowiące, kontrole i opiniujące działania Fundacji”.

Aktualnie Fundacja zajmuje się „wspieraniem demokracji w krajach postsowieckich” poprzez m.in. zbiórkę pieniędzy na zakup wyposażenia dla wojska ukraińskiego i Gwardii Narodowej. „Ukraińskim żołnierzom i gwardzistom brakuje dosłownie wszystkiego. Codziennie otrzymujemy zgłoszenia od poszczególnych jednostek armii, obrony terytorialnej, Gwardii Narodowej, Straży Granicznej (…)” – czytamy na stronie odfoundation.eu. Fundacja twierdzi, że na taką działalność ma zgodę Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. Jej partnerem w tych działaniach jest tajemnicza organizacja EuroMajdan Warszawa. Ze strony internetowej kuloodporni.org dowiadujemy się, że w ramach zbiórki publicznej „na wsparcie ukraińskich struktur siłowych” zebrano już ponad 600 tys. złotych, przekazano na Ukrainę 62 hełmy, 315 kamizelek kuloodpornych, 98 opatrunków celox, 14760 sztuk leków oraz wysłano tam 60 „obserwatorów”. Wcześniej – bo od listopada 2013 do kwietnia 2014 roku – Fundacja zebrała 530 tys. złotych na wsparcie „sztabu sprzeciwu narodowego” i „samoobrony majdanu” (czyli Prawego Sektora). „Dostarczaliśmy leki, sprzęt medyczny, hełmy i kamizelki ochronne” – czytamy na stronie kuloodporni.org.

Hełmy i kamizelki kuloodporne są elementami wyposażenia wojskowego, na zakup którego chyba potrzebna jest zgoda MON i licencja Ministerstwa Gospodarki, a nie pozwolenie Ministerstwa Administracji. Podobne wymogi prawne dotyczą przekazywania takiego sprzętu w ręce sił zbrojnych obcego państwa. Rodzi się tutaj pytanie czy ktoś może zaręczyć, że Fundacja Otwarty Dialog i EuroMajdan Warszawa nie kupują i nie wysyłają na Ukrainę broni lub nie będą bazą dla takich działań?

Fundacja Otwarty Dialog prowadzi również tzw. centrum „Ukraiński Świat” przy Nowym Świecie 63 w Warszawie (dawne Centrum Nowy Wspaniały Świat „Krytyki Politycznej”). Lokal ten wynajmuje od miasta stołecznego na preferencyjnych warunkach. 11 maja odbyło się tam publiczne spotkanie m.in. z przedstawicielami partii „Swoboda” i Prawego Sektora. Tolerowanie i wspieranie przez władze polskie działalności tej fundacji – a także udział w niej Andrzeja Wielowieyskiego – są dowodem na bardzo daleko idące zaangażowanie polskiego establishmentu politycznego w przewrót polityczny i wojnę domową na Ukrainie.

W imię czego to szaleństwo?

Na wrześniowym szczycie NATO Polska przyjmie najbardziej skrajne i konfrontacyjne wobec Rosji stanowisko, optując m.in. za bazami NATO w Polsce i krajach bałtyckich, pomocą wojskową dla Ukrainy itd. Na forum UE opowie się natomiast za nowymi sankcjami antyrosyjskimi. W konfrontacyjnej polityce antyrosyjskiej i bezkrytycznym wspieraniu reżimu kijowskiego polska „klasa polityczna” jest gotowa pokonywać kolejne bariery, po przekroczeniu których wchodzi się na drogę bez odwrotu.

Od jesieni 2013 roku polska polityka wschodnia przypomina zabawę dziecka z ogniem. To igranie z ogniem ma dwa wymiary. Pierwszym jest konfrontacja z Rosją, która ma miejsce na wszystkich polach – politycznym, gospodarczym, kulturalnym, a nawet sportowym – z wyjątkiem konfrontacji wojskowej. Ewentualne wysyłanie na Ukrainę dostaw broni oraz utworzenie baz NATO w Polsce będzie wejściem także na drogę konfrontacji wojskowej. Drugim wymiarem igrania z ogniem jest wspieranie procesu banderyzacji Ukrainy, no bo przecież nie demokratyzacji. Nie ulega już wątpliwości, że w zapowiedzianych wyborach do Werchownej Rady wystartują tylko partie prorządowe i nacjonalistyczne. Jakie oblicze przybiera demokracja ukraińska świadczy najlepiej wypowiedź ministra obrony Ukrainy, gen. Walerija Hełeteja, który zapowiedział utworzenie specjalnej służby do tropienia wroga wewnętrznego, wzorowanej na stalinowskiej zbrodniczej służbie kontrwywiadowczej Smiersz (kresy.pl, 30.08.2014). Pan Żurawski vel Grajewski myli się twierdząc, że polska broń zostanie sprawdzona przez Ukraińców tylko w wojnie z Rosją. Ona może zostać sprawdzona przez nich także na Polsce. Nawiązująca do banderowskiej tradycji Ukraina wcale nie będzie – jak się spodziewają jej polscy adherenci – przyjazna Polsce. Zadziałają tutaj te same mechanizmy, które występują w przypadku Litwy – wspieranej przez Polskę od 1990 roku i dyskryminującej polską mniejszość oraz prowadzącej wobec Warszawy politykę co najmniej niechętną.

Na te zagadnienia zwrócił uwagę politolog, prof. Stanisław Bieleń. W swoim artykule zauważył on m.in., że „Postrzeganie Rosji wyłącznie jako państwa wrogiego i agresywnego przez pryzmat kryzysu ukraińskiego jest największym błędem percepcyjnym polityki zagranicznej Polski. Doszło do absurdalnej sytuacji już nie tylko w sensie psychologicznym, ale i praktycznym. Nic bowiem, co zrobi Rosja nie zasługuje na zrozumienie i niczego, co zrobi Ukraina, nie wolno krytykować. (…) Żadna ekipa rządząca Polską nie była w stanie zdefiniować ceny za bezwarunkowe poparcie dla Ameryki. Politycy polscy, niezależnie od ich proweniencji ideowej stali się zakładnikami przekonania, że wszelka opozycja wobec Stanów Zjednoczonych oznaczałaby powrót do afiliacji prorosyjskich. (…) W polskiej polityce zagranicznej działa się według osobliwych kryteriów, zwalczając nielubiane „reżimy niedemokratyczne” – Rosji i Białorusi, a wspomagając hybrydalne ustroje oligarchiczne na Ukrainie, w Gruzji czy Azerbejdżanie. (…) Poparcie dla Ukrainy nie może być jednak bezwarunkowe i pomijać istotne uwarunkowania wewnętrzne (…). Trwała wrogość w stosunkach ukraińsko-rosyjskich, na którą się zanosi, nie powinna implikować niekończącej się szkodliwej konfrontacji w stosunkach polsko-rosyjskich. Polityka zagraniczna Polski musi się skupiać na potrzebach i korzyściach, dotyczących bezpośrednio polskich obywateli, a nie na cudzych sprawach. (…) Bezkrytyczna orientacja na Ukrainę jest niebezpieczna z dwu powodów. Po pierwsze, nie wynika z własnej diagnozy interesów, jest natomiast jednoznacznym działaniem na rzecz Stanów Zjednoczonych. Po drugie, nie ma żadnych gwarancji, że Ukraina ze względu na swoją ideologię nie stanie się w przyszłości państwem antypolskim” („Pomyślmy o własnym interesie narodowym”, onet.pl, 26.08.2014).

W imię czego zatem prowadzi się taką politykę? W imię pochlebstw i pochwał ze strony zachodnich mediów i polityków – jak przypuszcza prof. Bieleń? Czy może też w imię zdobycia posady przewodniczącego Rady Europejskiej (co udało się premierowi Tuskowi), zdobycia posady szefa dyplomacji UE (co nie udało się ministrowi Sikorskiemu) oraz wielu innych intratnych posad w UE, międzynarodowych instytucjach i fundacjach, a także w imię amerykańskiego wsparcia w zdobyciu władzy po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych (na co pewnie liczy Jarosław Kaczyński).

Niestety nie widać możliwości zmiany tego stanu rzeczy. Polityczna bierność społeczeństwa polskiego będzie w dalszym ciągu umożliwiać polskiemu establishmentowi podejmowanie działań, które służą obcym interesom i stoją w sprzeczności z elementarnym interesem polskim.

Zdjęcia ze strony internetowej działającej w Polsce Fundacji Otwarty Dialog (odfoundation.eu). Informacja dotycząca zdjęć głosi: „Mychajło Hawryluk, jeden z bohaterów EuroMajdanu, obecnie przedstawiciel Czwartej Sotni, wchodzącej w skład batalionu ochotniczego „Złote Wrota” odebrał kamizelki kuloodporne zakupione w ramach zbiórki prowadzonej przez Fundację Otwarty Dialog. Przedstawiciel Fundacji w Kijowie, Andriy Valchyshyn podczas spotkania podkreślił, że ich zakup był możliwy dzięki prowadzonej w Polsce zbiórce publicznej i wsparciu takich organizacji jak EuroMajdan Warszawa.”

Zdjęcia ze strony internetowej działającej w Polsce Fundacji Otwarty Dialog (odfoundation.eu). Informacja dotycząca zdjęć głosi: „Mychajło Hawryluk, jeden z bohaterów EuroMajdanu, obecnie przedstawiciel Czwartej Sotni, wchodzącej w skład batalionu ochotniczego „Złote Wrota” odebrał kamizelki kuloodporne zakupione w ramach zbiórki prowadzonej przez Fundację Otwarty Dialog. Przedstawiciel Fundacji w Kijowie, Andriy Valchyshyn podczas spotkania podkreślił, że ich zakup był możliwy dzięki prowadzonej w Polsce zbiórce publicznej i wsparciu takich organizacji jak EuroMajdan Warszawa.”

http://www.myslkonserwatywna.pl/spoleczenstwo/igranie-z-ogniem/

Bohdan Piętka

Oświęcim, 1 września 2014 r.